<utwor>
<rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
  <rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/zywot-lazika-z-tormesu/">
  <dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/zywot-lazika-z-tormesu/</dc:identifier.url>
  
  <dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Autor nieznany</dc:creator>
  <dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Żywot Łazika z Tormesu</dc:title>
  <dc:contributor.translator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Mann, Maurycy</dc:contributor.translator>
  
  <dc:subject.period xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Renesans</dc:subject.period>
  <dc:subject.type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
  <dc:subject.genre xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">powieść łotrzykowska</dc:subject.genre>
  
  <dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Żywot Łazika z Tormesu, tłum. Maurycy Mann, Tow. Wydawnicze "Ignis", Warszawa 1923.</dc:source>
  <dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://polona2.pl/item/zywot-lazika-z-tormesu-la-vida-de-lazarillo-de-tormes,ODk3ODMzNzY/8/</dc:source.URL>
  
  <dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Maurycy Mann, zm. 1932</dc:rights>
  <dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2003</dc:date.pd>
  
  <dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
  <dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
  <dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
  
  <dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2026-08-13</dc:date>
  <dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Wolne Lektury</dc:publisher>
  <dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja wydana w ramach biblioteki Wolne Lektury (wolnelektury.pl).</dc:description>
  
  <dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kotwica, Wojciech</dc:contributor.editor>
  <dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kotwica, Wojciech</dc:contributor.technical_editor>
  </rdf:Description>
</rdf:RDF>
<opowiadanie>

<uwaga>
<strofa>Propozycja okładki: /
Théodule Ribot (1823-1891), "Łazik z Tormesu i jego niewidomy pan" /
https://commons.wikimedia.org/wiki/File:(Toulouse)_Lazarillo_de_Tormes_et_son_ma%C3%AEtre_aveugle_(l%27aveugle_%C3%A0_la_cruche_verte_et_l%27enfant)_-_Th%C3%A9odule_Ribot_-_Cleveland_Museum_of_Art,_Ohio,_U.S.A.jpg</strofa>
</uwaga>
  
<uwaga>
<strofa>źródło: /
https://polona2.pl/item/zywot-lazika-z-tormesu-la-vida-de-lazarillo-de-tormes,ODk3ODMzNzY/8/#info:metadata</strofa>
<strofa>gatunek: opowiadania i nowele, powieść łotrzykowska /
czas wydania oryginału: 1554 /
przynależność kulturowa: literatura hiszpańska</strofa>
</uwaga>

<abstrakt>
<akap>Rozgrywająca się w XVII-wiecznej Hiszpanii barwna, pełna humoru historia biednego chłopca z okolic Salamanki. Jego owdowiała matka ledwo wiąże koniec z końcem, wszelkimi sposobami usiłuje wyżywić dwójkę dzieci, wreszcie oddaje podrośniętego Łazika pod opiekę wędrownego niewidomego żebraka. Chłopiec uczy się przy nim sprytu i zaradności, próbując znaleźć sobie miejsce w brutalnym świecie nędzy i głodu. Po rozstaniu z żebrakiem najmuje się na służbę do kolejnych panów, chwytając się przeróżnych sposobów, by przetrwać, i przeżywając rozmaite przygody.</akap>

<akap>Książka, napisana po hiszpańsku, ukazała się w roku 1554, w czterech różnych miejscach: w Alcalá de Henares, w Burgos i w Medinie del Campo w Hiszpanii oraz w Antwerpii, w ówczesnych Niderlandach Hiszpańskich. Z powodu treści rozdziału czwartego, w którym Łazik służy u zakonnika, oraz piątego, w którym jego chlebodawcą jest sprzedawca listów odpustowych, <tytul_dziela>Żywot Łazika z Tormesu</tytul_dziela> został w roku 1559 zakazany przez hiszpańską Koronę i wpisany do Indeksu Ksiąg Zakazanych Hiszpańskiej Inkwizycji. Dzięki wersji antwerpskiej książka krążyła po Europie i szybko przetłumaczono ją na język francuski, angielski, niemiecki i włoski. Z powodu wielkiej popularności utworu w roku 1573 dopuszczono w Hiszpanii do druku wersję okrojoną, bez czwartego i piątego rozdziału oraz niektórych innych fragmentów. Pełna wersja <tytul_dziela>Łazika z Tormesu</tytul_dziela> mogła w swoim kraju legalnie ukazać się w druku dopiero w XIX wieku, po zniesieniu hiszpańskiej inkwizycji.</akap>

<akap><tytul_dziela>Żywot Łazika z Tormesu</tytul_dziela> zapoczątkował literacki gatunek powieści łotrzykowskiej: rozrywkowej, awanturniczej opowieści przedstawiającej losy przebiegłego, pomysłowego włóczęgi z nizin społecznych, historii, która jednocześnie ukazuje satyryczny obraz epoki. Do najbardziej znanych współcześnie utworów tego gatunku lub zawierających wiele elementów charakterystycznych dla powieści łotrzykowskiej należą m.in. <tytul_dziela>Przypadki Idziego Blasa</tytul_dziela> Alaina-René Lesage'a, <tytul_dziela>Przygody Hucka Finna</tytul_dziela> Marka Twaina, <tytul_dziela>Przygody dobrego wojaka Szwejka</tytul_dziela> Jaroslava Haška.</akap>
</abstrakt>

<nota_red>
<akap>Poprawiono błędy źródła:
dymyśliwszy > domyśliwszy;
śledzwa > śledztwa.
</akap>

<akap>Uwspółcześnienia:</akap>

<akap>* pisownia łączna i rozdzielna, np.:
niema (=brak) > nie ma;
któryby > który by;
poczem > po czym;
naodwrót > na odwrót;
z pod > spod;
to też (=zatem) > toteż;
</akap>

<akap>* pisownia wielką i małą literą: maur > maur, murzyn > Murzyn;</akap>

<akap>* pisownia joty, np.:
djabeł > diabeł;
historja > historia;
materjał > materiał;
genjalny > genialny;
Owidjusz > Owidiusz;
Hiszpanja > Hiszpania;
</akap>

<akap>* fleksja, np.:
tem > tym;
mem > mym;
takiem > takim;
swojem > swoim;
niebieskiem > niebieskim
najgorszemi > najgorszymi;
wielkiemi > wielkimi;
bull > bulli;
</akap>

<akap>* inne drobne zmiany pisowni i leksyki, np.:
paznogcie > paznokcie;
paproszyć > patroszyć;
śmieli się > śmiali się;
szturgał > szturchał;
śpiżarnia > spiżarnia;
Lepszy rydz jak nic > Lepszy rydz niż nic;
lanca (<slowo_obce>un lanzón</slowo_obce>) > włócznia;
pod grozą > pod groźbą.</akap>

<akap>Zmieniono składnię większości zdań z orzecznikiem przymiotnikowym w narzędniku, np.: był niewidomym > był niewidomy.</akap>

<akap>Zmodernizowano interpunkcję. Uwspółcześniono zapis dialogów.</akap>

</nota_red>

<nazwa_utworu>Żywot Łazika z Tormesu<pt><slowo_obce>Żywot Łazika z Tormesu</slowo_obce> --- tłumacz zdaje sobie sprawę, że tytuł poprawniej brzmiałby: ,,Żywot Łazika znad Tormesu", lecz tę nieścisłość rozmyślnie popełnia sam autor, zaznaczając, że chłopiec urodził się nie na brzegu, lecz na samej rzece (<slowo_obce>dentro del rio</slowo_obce>, <slowo_obce>en el rio</slowo_obce>). Zapewne miał na myśli młyn, wchodzący głębiej w koryto rzeki lub nawet pływający na niej, jak to dziś jeszcze widzieć można np. na Dunaju.</pt></nazwa_utworu>



<naglowek_rozdzial>Przedmowa</naglowek_rozdzial>

<akap>Uważam za rzecz słuszną, aby zdarzenia tak niezwykłe, a przy tym nigdy zapewne nie słyszane ani oglądane, doszły do wiadomości ogółu, zamiast ginąć w grobie zapomnienia. Być może, iż ktoś, czytając je, coś sobie w nich upodoba, a zwłaszcza ten, co w rozrywce nie doszukuje się głębszej myśli. Pliniusz<pe><slowo_obce>Pliniusz Starszy</slowo_obce> (23--79 n.e.) --- historyk i pisarz rzymski; <slowo_obce>Pliniusz mówi (...) że nie ma książki (...), w której nie znalazłoby się coś dobrego</slowo_obce>: przytoczone w <tytul_dziela>Listach</tytul_dziela> ( III 5) jego bratanka, Pliniusza Młodszego.</pe> mówi z tego powodu, że nie ma książki, chociażby najgorszą była, w której nie znalazłoby się coś dobrego; tym bardziej że nie wszyscy mają jednakowe upodobania: czego jeden nie jada, za tym drugi przepada. Tak więc widzimy, że co jedni lekceważą, na tym inni potrafią się poznać. I oto czemu nie powinno się niszczyć ani odrzucać niczego, o ile tylko nie nazbyt jest wstrętne. Przeciwnie, wszystko trzeba poznawać, zwłaszcza gdy to nikomu nie uczyni szkody, a nawet pozwoli wyciągnąć jakąś korzyść.</akap>

<akap>Gdyby się tak nie działo, mało kto zechciałby pisać dla jednego tylko człowieka, ponieważ tego nie robi się bez pracy. Pisarze domagają się wynagrodzenia, lecz nie w pieniądzach; oni pragną, by dzieła ich przeglądano i czytano, a gdy będzie za co --- chwalono. Tuliusz<pe><slowo_obce>Tuliusz</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>Marek Tuliusz Cyceron</slowo_obce> (106--43 p.n.e.) --- najwybitniejszy mówca rzymski, filozof, polityk, pisarz; <slowo_obce>Pragnienie sławy stwarza sztukę</slowo_obce>: Cyceron, <tytul_dziela>Rozmowy tuskulańskie</tytul_dziela> I 2.</pe> mówi z tego powodu: ,,Pragnienie sławy stwarza sztukę". Któż pomyśli, że żołnierzowi, który rwie się do pierwszego szeregu, najbardziej sprzykrzyło się życie? Z pewnością nie. To żądza sławy pobudza go do narażania się na śmierć. To samo dzieje się w dziedzinie nauk i sztuk. Kaznodzieja świetnie mówi kazanie, a jest to człowiek, co nade wszystko troszczy się o zbawienie dusz. Ale spytajcie jego wielebność, czy nie miło mu usłyszeć: ,,Jakąż wspaniałą mowę wygłosiła Wasza Wielebność!". Imć pan Fuszerski podle<pe><slowo_obce>podle</slowo_obce> --- tu: marnie, licho, źle.</pe> robił bronią, a podarował błaznowi kurtę do szermierki za to tylko, że pochwalił kilka jego zręcznych pchnięć. Cóż by on uczynił, gdyby to było prawdą? I tak we wszystkim.</akap>

<akap>Dlatego wyznając, że nie jestem świątobliwszy od moich bliźnich, wcale nie udam zasmuconego, jeżeli ktoś zwróci uwagę na mą drobnostkę, napisaną pospolitym stylem. Przeciwnie, ucieszę się, gdy praca moja zabawi tych, co znajdą w niej coś ładnego i dowiedzą się z niej, że żył na świecie człowiek, który przeszedł tyle przygód, niebezpieczeństw i przeciwności losu.</akap>

<akap>Upraszam was, łaskawi państwo, przyjmijcie skromną pracę z rąk tego, co chętnie uczyniłby ją cenniejszą, gdyby zdolności jego odpowiadały pragnieniom. A ponieważ życzycie sobie, abym drobiazgowo opisał i wyłożył całą historię, przeto<pe><slowo_obce>przeto</slowo_obce> (daw.) --- więc, zatem.</pe> wydało mi się słusznym rozpocząć ją nie ze środka, lecz od samego początku. Dzięki temu poznacie całkowicie moją osobistość<pe><slowo_obce>osobistość</slowo_obce> (daw.) --- osoba; osobowość, charakter człowieka.</pe>, a zarazem ci, co odziedziczyli zaszczytne stanowiska, zastanowią się nad tym, jak mało oni sobie zawdzięczają. Wszak to szczęście im sprzyjało. O ileż więcej zdziałali ci, co mimo przeciwności losu dzięki własnym siłom i zdolnościom zawinęli do zacisznej przystani.</akap>



<naglowek_rozdzial>Rozdział pierwszy</naglowek_rozdzial>

<nota><akap>Łazarz opowiada o swoim życiu, a najpierw czyim był synem</akap></nota>

<akap>Przede wszystkim dowiedzcie się państwo, że nazywam się Łazarz z Tormes, a jestem synem Tomasza Gonzalesa i Antonii Perez, pochodzących z Tejares<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q5398126"></ref>, tuż pod Salamanką<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q15695"></ref><pe><slowo_obce>Salamanka</slowo_obce> --- miasto w zach. Hiszpanii, nad rz. Tormes; siedziba sławnego uniwersytetu.</pe>. Narodziny moje odbyły się na rzece Tormes<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q14755"></ref><pt><slowo_obce>na rzece Tormes</slowo_obce> --- miasto Salamanka leży nad rzeką Tormes.</pt>, od której też otrzymałem przezwisko. A stało się to tak.</akap>

<akap><begin id="b1786613833581-2698120323"/><motyw id="m1786613833581-2698120323">Narodziny</motyw>Ojciec mój, świeć Panie nad jego duszą, przeszło piętnaście lat był młynarzem i dozorcą mlewa<pe><slowo_obce>mlewo</slowo_obce> --- zboże przeznaczone do przemiału, w trakcie mielenia albo po mieleniu.</pe> w młynie wodnym, który stoi na brzegu tej rzeki. I oto pewnej nocy, gdy matka moja, będąc przy nadziei, znalazła się w młynie, nagle chwyciły ją bóle, i tam też wydała mnie na świat. Toteż słusznie mogę twierdzić, że urodziłem się na rzece.<end id="e1786613833581-2698120323"/></akap>

<akap>Gdy byłem chłopcem lat ośmiu, ojca mego posądzono o kilka dziur niezręcznie wyciętych w workach przywiezionych do młyna. Uwięziony z tego powodu, przyznał się do wszystkiego, nic nie zataił i dla sprawiedliwości wycierpiał prześladowanie. Spodziewam się, że przebywa w królestwie niebieskim, albowiem ewangelia nazywa błogosławionymi tych, co cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości.</akap>

<akap>W tym czasie podjęto wyprawę przeciw Maurom<pe><slowo_obce>Maurowie</slowo_obce> (hist.) --- dawna europejska nazwa na określenie muzułmańskich mieszkańców Płw. Iberyjskiego i płn.-zach. Afryki, z pochodzenia w większości Berberów (rdzennych mieszkańców Afryki Płn.); <slowo_obce>podjęto wyprawę przeciw Maurom</slowo_obce>: nieudaną ekspedycję wojskową w 1510, mającą na celu zdobycie strategicznej wyspy Dżerby w zatoce Mała Syrta, przy tunezyjskim wybrzeżu Afryki Północnej.</pe>. Wziął w niej udział i ojciec mój, który wówczas znajdował się na wygnaniu skutkiem wspomnianego wypadku. Wstąpił do wojska jako pachołek pewnego rycerza i razem ze swym panem poległ, jak na wiernego sługę przystało.</akap>

<akap><begin id="b1786615009411-951145585"/><motyw id="m1786615009411-951145585">Bieda, Wdowa</motyw>Matka moja, wdowa, widząc się bez męża i bez dachu nad głową, postanowiła zwrócić się do dobrych ludzi, aby żyć wśród nich, i w tym celu przybyła do miasta. Najęła tam domek i zaczęła gotować strawę kilku studentom oraz prać bieliznę kilku stajennym komandora Magdaleny<pe><slowo_obce>komandor Magdaleny</slowo_obce>, hiszp. <slowo_obce>comendador de la Magdalena</slowo_obce> (hist.) --- dowódca i zarządca komandorii Magdaleny, tzn. majątku ziemskiego w parafii św. Marii Magdaleny w Salamance, należącego do rycerskiego Zakonu Alcántary.</pe>.<end id="e1786615009411-951145585"/> Wskutek tego często bywając w stajniach, poznała pewnego Maura z tych, co to leczą zwierzęta. Zdarzało się, że ten Maur przychodził do nas wieczorem i zostawał do rana; czasem i za dnia zbliżał się do drzwi pod pozorem kupna jaj i wstępował do domu. Z początku nie cierpiałem jego odwiedzin; bałem się go, widząc jego brzydotę i barwę skóry. Lecz skoro spostrzegłem, że z jego przybyciem poprawia się nasze pożywienie, zacząłem pragnąć tych odwiedzin, bo on zawsze przynosił z sobą chleba, kawały mięsa, a w zimie i drzewo, przy którym grzaliśmy się. Przy dalszym z nim pożyciu matka obdarzyła mnie milutkim Murzynkiem, którego huśtałem i pomagałem niańczyć.</akap>

<akap>Pamiętam, gdy pewnego razu mój czarny ojczym zaczął bawić się z dzieckiem, malec, zobaczywszy, że ja i matka jesteśmy biali, a ojciec jego nie, skoczył ze strachem do matki i pokazując nań palcem, rzekł: ,,Mamo, kominiarz<pt><slowo_obce>kominiarz</slowo_obce> --- w oryginale <slowo_obce>Coco</slowo_obce>, wyraz oznaczający postać fantastyczną, którą straszono dzieci.</pt>!". On zaś, śmiejąc się, odpowiedział: ,,Ty bąku!"<pt><slowo_obce>Ty bąku!</slowo_obce> --- w oryginale <slowo_obce>Hideputa!</slowo_obce>, dosłownie: synu nierządnicy! Znane wyzwisko polskie zastąpiono łagodniejszym wyrazem, który w gwarze małopolskiej posiada podobne znaczenie.</pt>. Choć byłem wówczas całkiem mały, zauważyłem jednak słowa mego braciszka i rzekłem sobie: ,,Iluż to musi być na świecie ludzi, którzy unikają innych dlatego, że nie widzą samych siebie".</akap>

<akap><begin id="b1786613879683-2762050519"/><motyw id="m1786613879683-2762050519">Kradzież</motyw>Los tak zrządził, że słuchy o stosunku Zaida (tak się nazywał) doszły do uszu zarządcy; przeprowadzone śledztwo wykazało, że on kradł połowę owsa wydawanego dla koni; otręby, drzewo, zgrzebła, fartuchy, worki na paszę, końskie derki gdzieś się zapodziały; gdy już nic nie zostało, począł rozkuwać konie --- i wszystko to szło do matki na wyżywienie mego braciszka.<end id="e1786613879683-2762050519"/></akap>

<akap>Nie trzeba dziwić się księdzu ani mnichowi, że jeden wyłudza od ubogich, a drugi ciągnie z klasztoru dla swych dewotek i na inne potrzeby, jeżeli miłość skłoniła do tego nawet biednego niewolnika. Dowiedziono mu wszystkiego, co rzekłem, a nawet więcej, bo kiedy zaczęto mnie badać i grozić mi, odpowiadałem jak dziecko i ze strachu wydałem wszystko, aż do wiadomych podków, które z rozkazu matki sprzedałem pewnemu kowalowi. Nieszczęsnego ojczyma ukarano chłostą, matce zaś wymierzono sto zwyczajowych rózeg, a nadto ogłoszono wyrok, aby nie ważyła się wchodzić do domu rzeczonego komandora ani też u siebie przyjmować ukaranego Zaida.</akap>

<akap>Żeby nie dolewać oliwy do ognia<pt><slowo_obce>Żeby nie dolewać oliwy do ognia</slowo_obce> --- przysłowie użyte w oryginale brzmi: żeby nie rzucać sznura za kociołkiem (przy czerpaniu wody ze studni).</pt>, biedna matka mężnie poddała się wyrokowi. Chcąc uniknąć niebezpieczeństwa i usunąć się od złych języków, zgodziła się do obsługi przejezdnych w gospodzie Pod Słońcem. I tutaj wśród tysiąca niewygód wychowywała mego braciszka, dopóki nie nauczył się chodzić. Ja byłem już sporym wyrostkiem i biegałem dla gości po wino, świece i po cokolwiek mnie posłali.</akap>

<akap><begin id="b1786613923217-2843289456"/><motyw id="m1786613923217-2843289456">Sierota, Matka, Sługa</motyw>W tym czasie zatrzymał się w gospodzie pewien niewidomy, który rozumiejąc, że nadałbym się dlań na przewodnika, wyprosił mnie od matki. Matka oddała mnie, mówiąc, że jestem synem czcigodnego człowieka, który w obronie prawdziwej wiary poległ w bitwie z Maurami, ona zaś ma w Bogu nadzieję, że niewidomy będzie dla mnie niegorszy od ojca; prosiła go, żeby się ze mną dobrze obchodził i opiekował się mną, bo jestem sierotą. Ślepy odpowiedział, że tak właśnie postąpi i że mnie bierze nie jako pachołka, ale jak syna. I tak rozpocząłem służbę u mego nowego pana, który był już starym dziadem.<end id="e1786613923217-2843289456"/></akap>

<akap>Po kilku dniach pobytu w Salamance pan mój zauważył, że jego zarobki są niedostateczne, i postanowił stąd pójść. Przed odejściem pobiegłem pożegnać się z matką; rozpłakaliśmy się oboje. Błogosławiąc mnie, rzekła:</akap>

<akap_dialog>--- Czuję to, synku, że cię już nie zobaczę. Staraj się być dobry i niech ci Bóg pomaga. Wychowałam cię, oddałam dobremu gospodarzowi, a teraz radź sobie sam.</akap_dialog>

<akap_dialog>Pobiegłem do mego pana, który na mnie czekał. <begin id="b1786614040497-1571883142"/><motyw id="m1786614040497-1571883142">Podstęp</motyw>Wyszliśmy z Salamanki i zbliżali się do mostu. U wejścia na most stoi jakieś kamienne zwierzę, z wyglądu niby byk. Ślepy kazał mi podprowadzić się do tego zwierzęcia, a gdy się to stało, rzekł mi:</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Łaziku! Przyłóż no ucho do tego byka, usłyszysz wewnątrz głośne dudnienie.</akap_dialog>

<akap>Uwierzyłem naiwnie, że to prawda, i przyłożyłem ucho, on zaś poczuwszy, że już trzymam głowę przy figurze, z całej siły palnął mnie ręką po głowie i uderzył o tego przeklętego byka tak, że przeszło trzy dni nosiłem tęgiego guza. Dziad rzekł mi:</akap>

<akap_dialog>--- Naucz się, głuptasie, że chłopak u niewidomego musi być mądrzejszy od samego diabła.<end id="e1786614040497-1571883142"/></akap_dialog>

<akap>I długo śmiał się z tego żartu. Wydało mi się, że w tej chwili otrząsnąłem się z naiwności właściwej dzieciom, i rzekłem sobie:</akap>

<akap_dialog>--- Prawdę powiedział, że nie trzeba<pe><slowo_obce>nie trzeba</slowo_obce> --- tu: nie należy, nie wolno.</pe> być gawronem<pe><slowo_obce>gawron</slowo_obce> (daw. przen.) --- gapa, fujara, gamoń.</pe>, skoro jestem sam na świecie i muszę o siebie dbać.</akap_dialog>

<akap>Zaczęliśmy swą wędrówkę. W ciągu kilku dni dziad nauczył mnie swej gwary. Widząc, że jestem bardzo pojętny, ucieszył się i rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Złota ani srebra dać ci nie mogę, ale dam ci wiele rad przydatnych w życiu.</akap_dialog>

<akap>I rzeczywiście, po Bogu on dał mi życie i choć sam był niewidomy, oświecił mnie i skierował na dobrą drogę. Chętnie opowiem państwu o mych dziecinnych psotach, żeby pokazać, ile w tym jest cnoty, gdy ludzie niskiego stanu potrafią się wznieść, a ile występku, gdy ludzie dostojni nisko upadają.</akap>

<akap>Otóż tedy<pe><slowo_obce>tedy</slowo_obce> (daw.) --- więc, zatem.</pe> wracam do mego poczciwego dziada i opowiem państwu o jego sprawach, abyście wiedzieli, że odkąd Bóg stworzył świat, nie było na nim człeka sprytniejszego ani chytrzejszego. W swoim zawodzie był on po prostu orłem. Umiał na pamięć setki modlitw; gdy się modlił, głos jego niski, spokojny i bardzo dźwięczny rozlegał się w całym kościele. Twarz miał pokorną i pobożną; wygłaszając modlitwy, nadawał jej odpowiedni wyraz, a nie czynił żadnych gestów ani min ustami lub oczyma, jak to inni zwykle robią.</akap>

<akap>Prócz tego znał tysiące sposobów wyłudzania pieniędzy. Twierdził, że umie modlitwy na wiele różnych przypadków: dla kobiet niepłodnych i dla kobiet przy nadziei, dla kobiet nieszczęśliwych w pożyciu małżeńskim znał modlitwy o miłość mężów; brzemiennym przepowiadał, czy się chłopiec urodzi, czy dziewczynka. Także w zakresie medycyny twierdził, że nawet Galenus<pe><slowo_obce>Claudius Galenus</slowo_obce>, pol. <slowo_obce>Galen</slowo_obce> (ok. 130--ok. 200 n.e.) --- rzymski lekarz i anatom pochodzenia greckiego; autorytet medycyny średniowiecza i odrodzenia.</pe> nie znał ani połowy tych, co on, środków: na ból zębów, na omdlenia i choroby kobiece. Słowem, każdemu, kto tylko mu rzekł, że na coś cierpi, zaraz mówił:</akap>

<akap_dialog>--- Zróbcie to a to! Zróbcie tamto! Nazbierajcie takich to ziół! Zażyjcie takiego to korzenia!</akap_dialog>

<akap>Toteż biegali za nim wszyscy, a zwłaszcza kobiety, wierzące we wszystko, cokolwiek im rzekł. Z nich też ciągnął sute dochody sposobami, o których mówię, i w miesiąc zarabiał więcej niż stu niewidomych przez cały rok.</akap>

<akap><begin id="b1786613966265-2206398185"/><motyw id="m1786613966265-2206398185">Głód, Skąpiec</motyw>Jednakże raczcie państwo wiedzieć, że pomimo wszystkiego, co dostawał i posiadał, był to człowiek tak skąpy i chciwy, jak nigdy nie widziałem. Morzył mnie głodem, a sobie odmawiał najkonieczniejszych rzeczy. Mówię istotną prawdę. Gdybym sam nie potrafił sobie pomóc sprytem i przebiegłością, wiele razy byłbym musiał zginąć z głodu.<end id="e1786613966265-2206398185"/> Ale pomimo całej jego wiedzy i przezorności tak go podchodziłem, że zawsze lub prawie zawsze przypadła na mnie część większa i lepsza. W tym celu uciekałem się do diabelskich podstępów, z których kilka państwu opowiem, chociaż nie wszystkie wyszły mi na dobre.</akap>

<akap><begin id="b1786615405881-3648348479"/><motyw id="m1786615405881-3648348479">Głód, Podstęp</motyw>Chleb i inne zapasy nosił dziad w płóciennym worku, którego otwór zamykał się na żelazne kółko z kłódką. Gdy trzeba było coś włożyć do worka lub z niego wyjąć, robił to tak ostrożnie i przez tak mały otwór, że nikt na świecie nie zdołałby podebrać choćby kruszyny. Tymczasem ja otrzymywałem od niego tak małą porcję, że nie wystarczała nawet na dwa kęsy. Otóż gdy tylko on, zamknąwszy kłódkę na klucz, uspokajał się, myśląc, że jestem czymś innym zajęty, zaczynałem patroszyć skąpy worek przez szew, który z jednej strony rozpruwałem, a potem znów zaszywałem. Wyciągałem z worka oczywiście nie źdźbło chleba, ale smaczne kąski wędliny i kiełbasy. Korzystałem z odpowiedniej chwili --- nie żeby z łakomstwa łasować, lecz aby wynagrodzić sobie te diabelskie krzywdy, jakie znosiłem od niegodziwego ślepca.<end id="e1786615405881-3648348479"/></akap>

<akap><begin id="b1786615426948-709944230"/><motyw id="m1786615426948-709944230">Bieda, Żebrak, Podstęp</motyw>Wszystko, co tylko mogłem urwać lub ukraść z pieniędzy, trzymałem w półblankach<pt><slowo_obce>trzymałem w półblankach</slowo_obce> --- półblanki, blanki i marawedi: drobne monety miedziane; srebrny real to 34 marawedi.</pt>. Gdy dziada proszono o modlitwę, dając mu blankę, ja ją natychmiast wrzucałem sobie w usta, a na jej miejsce zjawiała się przygotowana półblanka, tak że zanim on wyciągnął rękę, już pieniądz przez moją zmianę tracił połowę wartości. Udawało mi się to, bo dziad był ślepy, a ten, co dawał, nie zapowiadał głośno, ile daje. Żalił mi się zły dziadyga, bo w dotknięciu rozpoznawał zaraz i czuł, że to niecała blanka.<end id="e1786615426948-709944230"/></akap>

<akap_dialog>--- Cóż u diabła! --- mówił. --- Odkąd jesteś przy mnie, dają mi tylko półblanki, a dawniej płacili mi całą blankę, czasem nawet i marawedi. To ty mi przynosisz takiego pecha.</akap_dialog>

<akap>Wskutek tego skracał modlitwy i przerywał je w połowie, nakazując mi szarpnąć go za połę, gdy zamawiający modlitwę oddali się. Tak też robiłem, a on wnet na nowo wzywał przechodniów, mówiąc:</akap>

<akap_dialog>--- Każcie odmówić taką a taką modlitwę.</akap_dialog>

<akap><begin id="b1786615495017-1757124108"/><motyw id="m1786615495017-1757124108">Wino, Podstęp</motyw>Miał zwyczaj podczas obiadu stawiać obok siebie dzbanek z winem; ja zaś, szybko schwyciwszy dzbanek, cichutko raz i drugi pociągałem z niego i wnet stawiałem na miejsce. Ale trwało to niedługo, bo dziad po ilości łyków rozpoznawał niedobór i od tej chwili, żeby zachować wino w całości dla siebie, nie wypuszczał dzbanka z rąk, trzymając go przed sobą za ucho. Lecz nie było magnesu, który by tak przyciągał żelazo, jak ja ciągnąłem wino przez długą słomkę żytnią, którą w tym celu sobie przyrządziłem. Wsuwałem ją w szyjkę dzbanka, a ciągnąc wino, śmiałem się w kułak<pe><slowo_obce>kułak</slowo_obce> --- mocno zaciśnięta dłoń, pięść; <slowo_obce>śmiać się w kułak</slowo_obce>: śmiać się skrycie, ukradkiem.</pe> ze ślepego.</akap>

<akap>Ponieważ jednak nicpoń był strasznie przebiegły, myślę, że się połapał. Znów bowiem zmienił sposób postępowania. Zaczął wstawiać dzbanek między nogi i przykrywać go ręką, a wtedy już pił spokojnie. Ja zaś, przywyknąwszy do wina, ginąłem bez niego.</akap>

<akap>Widząc, że sposób ze słomką nie pomaga i nie zda się na nic, wymyśliłem, żeby przewiercić na dnie dzbanka małą dziurkę i leciutko zalepić ją cienkim plasterkiem wosku. Podczas obiadu, udając, że mi chłodno, przysuwałem się do nóg niegodziwego ślepca, aby się pogrzać przy tym skąpym ognisku, któreśmy rozpalali. Od gorąca wosk, którego warstwa była cieniutka, prędko topniał, a z otworu strumyczek wina sączył mi się do ust, które tak podstawiałem, żeby ani jednej kropelki nie zmarnować. Kiedy biedaczysko zabierał się do picia, nie znajdował nic: wściekał się, złorzeczył, posyłał do diabła dzbanek i wino, nie wiedząc, co by to być mogło.<end id="e1786615495017-1757124108"/></akap>

<akap_dialog>--- Teraz, wuju<pt><slowo_obce>wuju</slowo_obce> --- hiszp. <slowo_obce>tio</slowo_obce>, mawiały wówczas dzieci do mężczyzn niskiego stanu, wobec których tytuł <slowo_obce>senor</slowo_obce> byłby niewłaściwy.</pt>, nie powiecie, że ja wam wypijam wino, bo nie wypuszczacie dzbanka z rąk --- mówiłem.</akap_dialog>

<akap>Zaczął obracać i obmacywać dzbanek ze wszystkich stron, znalazł dziurkę i wykrył moją psotę, ale udał, że się niby niczego nie domyśla.</akap>

<akap><begin id="b1786615567805-3434056058"/><motyw id="m1786615567805-3434056058">Zemsta, Przemoc</motyw>Nazajutrz według zwyczaju ułożyłem się spokojnie i przylgnąłem do mego dzbanka, nie przewidując grożącego mi nieszczęścia ani nie domyślając się, że ślepy mnie pilnuje. Zacząłem jak zawsze łykać najsłodszy strumień wina, zwróciwszy twarz ku niebu i przymrużywszy oczy, aby tym lepiej rozkoszować się smacznym napojem. Wówczas przeklęty dziad zdecydował, że wreszcie nadeszła chwila zemsty, i uniósłszy obiema rękami ten dotąd słodki, a później tak gorzki dzbanek, z całej siły rzucił mi go w twarz. Biednemu Łazarzowi, który nie spodziewał się czegoś podobnego, lecz przeciwnie, był jak zawsze wesół i swobodny, zdawało się w istocie, że niebo ze wszystkim, co na nim jest, zawaliło mu się na głowę. Cios był tak potężny, że straciłem przytomność; skorupy dzbanka, padając mi na twarz, rozcięły ją w kilku miejscach i wybiły kilka zębów, których do dziś dnia mi brak.<end id="e1786615567805-3434056058"/></akap>

<akap>Od tej pory znienawidziłem ślepca, bo chociaż mnie pieścił, leczył i ugaszczał, widziałem doskonale, że cieszy się z okrutnej kary. Przemył mi winem rany, przecięte skorupami dzbanka, i uśmiechając się, rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Jakże ci się to wydaje, Łazarzu? Co ci zaszkodziło, niech cię teraz leczy i uzdrowi.</akap_dialog>

<akap>I inne w tym rodzaju robił żarty, które mi wcale nie były do smaku. Nie czułem się zbyt dobrze po tej piekielnej karze z siniakami. Rozważając, że jeszcze kilka takich uderzeń, a okrutny ślepiec mnie zgubi, postanowiłem sam raczej zgubić się jemu. Jednak nie zrobiłem tego zaraz, ażeby uciec z największą dla siebie korzyścią i pożytkiem.</akap>

<akap>Gotów byłem nawet przemóc się i wybaczyć mu dzbanek, ale nie mogłem darować mu złego obejścia się ze mną. Od tej pory bowiem przeklęty ślepiec obchodził się ze mną jak najgorzej, bijąc bez żadnego powodu; walił mnie po głowie i targał za włosy. Jeżeli ktoś go pytał, dlaczego tak źle mnie traktuje, natychmiast opowiadał zdarzenie z dzbankiem, dodając:</akap>

<akap_dialog>--- Myślicie, że ten łobuz to niewinne stworzonko? Posłuchajcie tylko i powiedzcie, czy sam diabeł wymyśliłby taki podstęp?</akap_dialog>

<akap>Słuchacze, żegnając się krzyżem świętym, mówili:</akap>

<akap_dialog>--- Dziwy! Któż by pomyślał, że taki drobny chłopczyna może być już tak zepsuty.</akap_dialog>

<akap>I śmiali się bardzo z mojej sztuki, przygadując:</akap>

<akap_dialog>--- Ćwicz go, ćwicz, Pan Bóg ci to wynagrodzi!</akap_dialog>

<akap>On też istotnie nic innego nie robił.</akap>

<akap><begin id="b1786615607929-3222626591"/><motyw id="m1786615607929-3222626591">Przemoc, Podstęp</motyw>Za to i ja prowadziłem go zawsze najgorszymi drogami, umyślnie, żeby mu dopiec i dokuczyć. Jeżeli na drodze trafiały się kamienie, wiodłem go po nich; jeżeli błoto, wybierałem gdzie było najgłębsze. Wprawdzie i ja sam wówczas nie szedłem po suchym, ale z radością zgodziłbym się stracić jedno oko, bylebym tylko mógł pozbawić pary oczu tego, który nie miał ich wcale. On za to nieustannie końcem swego długiego kija szturchał mnie w kark, toteż zawsze nosiłem guzy i sińce otrzymane z jego ręki. Zaklinałem się i przysięgałem, że robię to nie na złość, lecz dlatego, że lepszej drogi znaleźć nie mogę. Zaklęcia na nic się nie zdały, bo mi nie wierzył. Nicpoń był bardzo czujny i nadzwyczaj domyślny.<end id="e1786615607929-3222626591"/> Aby zaś dowieść państwu, jak tęgą głowę posiadał ten przebiegły ślepiec, opowiem jedno z wielu zdarzeń, które, jak sądzę, da dobre pojęcie o jego niepospolitym sprycie.</akap>

<akap>Kiedyśmy opuścili Salamankę, dziad miał zamiar udać się do Toledo<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q5836"></ref><pe><slowo_obce>Toledo</slowo_obce> --- miasto w środkowej Hiszpanii, nad rzeką Tag, ok. 200 km na płd.-wsch. od Salamanki; od 1085 do 1561 stolica Królestwa Kastylii.</pe>, bo ludność tam, jak mówił, zamożniejsza, choć niezbyt hojna w jałmużnie. Ale on trzymał się przysłowia ,,Lepszy rydz niż nic"<pt><slowo_obce>Lepszy rydz niż nic</slowo_obce> --- w oryginale przysłowie: więcej daje twardy niż goły.</pt>. Puściliśmy się w drogę przez najlepsze miejscowości. Gdzieśmy trafili na dobrą zbiórkę i zarobek, tam zatrzymywaliśmy się; gdzie źle było, stąd na trzeci dzień nogi za pas.</akap>

<akap>Zdarzyło się nam wstąpić do pewnego miasteczka, zwanego Almorox<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q326948"></ref><pe><slowo_obce>Almorox</slowo_obce> --- niewielkie miasteczko w Hiszpanii, w prowincji Toledo; do 1566 wioska.</pe>, podczas winobrania. Jakiś zagrodnik<pe><slowo_obce>zagrodnik</slowo_obce> --- ubogi gospodarz wiejski, uprawiający niewielki kawałek ziemi przy swojej zagrodzie.</pe> dał ślepemu jałmużnę w postaci grona. Ponieważ z koszami pełnymi gron obchodzą się niedbale, a nadto owoc w tej porze jest najdojrzalszy, przeto<pe><slowo_obce>przeto</slowo_obce> (daw.) --- więc, zatem.</pe> grono oblatywało w ręce, a wyciekłoby całe, gdyby je włożyć do worka. Toteż ślepy postanowił mnie ugościć: raz dlatego, że nie mógł grona schować, a po wtóre, żeby mi zrobić przyjemność. Tego dnia bowiem otrzymałem wyjątkowo dużo kopnięć i szturchańców. Gdy zasiedliśmy w wąwozie, rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Dziś będę hojny dla ciebie. Zjemy to grono we dwóch, ty otrzymasz z niego taką samą część, jak i ja. Dzielić zaś będziemy tak: ty urwiesz raz, ja --- drugi, ale pod warunkiem, że przyrzekniesz mi nie brać na raz więcej niż jedną jagodę. Ja będę robić tak samo, póki nie skończymy. W ten sposób nie będzie oszustwa z niczyjej strony.</akap_dialog>

<akap>Zawarłszy taką umowę, zaczęliśmy jeść, ale już za drugim razem nicpoń zmienił porządek i zaczął obrywać po dwie jagody, podejrzewając, że ja muszę robić to samo. Zobaczywszy, że złamał umowę, nie zadowoliłem się tym, żeby iść z nim równo, lecz postarałem się go wyprzedzić, jedząc po dwie, po trzy i jak się trafiło. Kiedy grono było skończone, dziad, posiedziawszy chwilę z łodygą w ręce, pokiwał głową i rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Łazarzu, oszukałeś mnie, przysięgam na Boga, że jadłeś po trzy jagody.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie jadłem --- odrzekłem. --- Ale dlaczego mnie o to posądzacie?</akap_dialog>

<akap>A przebiegły ślepiec na to:</akap>

<akap_dialog>--- Wiesz, po czym ja poznałem, że jadłeś po trzy? Po tym, że nic nie mówiłeś, gdy ja jadłem po dwie.</akap_dialog>

<akap>Uśmiałem się w duszy i choć byłem malcem, dobrze spostrzegłem niezwykłą domyślność ślepego.</akap>

<akap>Żeby się za szeroko nie rozwodzić, przemilczę wiele przygód, które zdarzyły mi się z pierwszym gospodarzem, choć były wśród nich dowcipne i zajmujące. Opowiem tylko ostatni wypadek i na tym skończę.</akap>

<akap>Działo się to w Escalonie<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q616621"></ref><pe><slowo_obce>Escalona</slowo_obce> --- niewielkie miasto w środkowej Hiszpanii, ok. 55 km na płn. od Toledo.</pe>, siedzibie księcia.<begin id="b1786615672741-128909933"/><motyw id="m1786615672741-128909933">Jedzenie, Podstęp</motyw> Stanąwszy w gospodzie, dziad dał mi kawał kiełbasy, abym mu ją przypiekł na rożnie. Gdy kiełbasa się piekła, zjadł grzanki, nasycone kapiącym z niej tłuszczem, po czym dobywszy z woreczka marawedi, kazał mi iść do szynku po wino. Diabeł widocznie podsunął mi pokusę przed oczy, a sposobność --- jak to mówią --- robi złodzieja. Właśnie na brzegu komina leżała niewielka rzepka, podługowata, sparciała, zapewne taka, co już nie nadawała się do zupy, i dlatego ją tam wyrzucono. Nie było w izbie nikogo prócz nas dwóch. Poczułem straszny apetyt, kiedy nęcący zapach kiełbasy mnie zaleciał, a wiedziałem, że tylko sam zapach jest dozwoloną mi rozkoszą. Nie zważając na możliwe skutki, pozbywszy się wszelkiej obawy, byle tylko zaspokoić pożądanie, schwyciłem kiełbasę w tej samej chwili, gdy ślepy sięgał do woreczka po pieniądze. Momentalnie nadziałem na rożen wspomnianą rzepę, a mój gospodarz, wręczywszy mi pieniądze na wino, wziął ją i zaczął obracać nad ogniem. Chciał przypiec to, co już wyrzucono jako niewarte gotowania.</akap>

<akap>Pobiegłem po wino i zarazem nie omieszkałem zmłócić kiełbasy. Wróciwszy, zastałem niegodziwego ślepca, jak trzymał w ręku między dwiema kromkami chleba --- rzepę, której jeszcze nie rozpoznał, bo jej nie pomacał. Gdy zaczął jeść i ukąsiwszy pajdę, spodziewał się razem z chlebem odgryźć kęs kiełbasy, nagle zadrżał<pt><slowo_obce>nagle zadrżał...</slowo_obce> --- w oryginale gra słów: <slowo_obce>hallose en frio con el frio nabo</slowo_obce>: zrobiło mu się zimno od zimnej rzepy.</pt>, poczuwszy w ustach surową rzepę. Zbladł cały i krzyknął:</akap>

<akap_dialog>--- Łazik! Co to jest?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O, ja nieszczęsny --- zawołałem --- znów chcecie na mnie coś zwalić! Czy ja nie biegałem w tej chwili po wino? Ktoś tu był i zrobił wam to na kpiny.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie, nie --- mówił --- ja nie puszczałem rożna z rąk; to niemożliwe!</akap_dialog>

<akap>Zaklinałem się, przysięgałem, że nie jestem winien zamiany, lecz niewiele mi to pomogło; nic bowiem nie dało się ukryć przed domyślnością przeklętego ślepca. Zerwał się i schwyciwszy mnie za głowę, niby jamnik zaczął wąchać mój oddech. Aby zaś łatwiej dojść prawdy, w wielkim oburzeniu otworzył mi rękami usta szerzej, niż należało, i dość niedelikatnie wsunął tam swój nos. Był to nos długi i spiczasty, a w tej chwili z niezadowolenia jeszcze się wydłużył o cały cal, tak że koniec jego dochodził mi do gardzieli. I tak wszystko to: strach, jaki czułem, krótkość czasu, będąca powodem, że kiełbasa jeszcze się nie uleżała w moim żołądku, a co najważniejsze --- niezmierny, dławiący mnie nos, wszystkie te przyczyny, złożywszy się razem, stały się powodem, że występek się wydał. Przysmak ukazał się na zewnątrz i własność została zwrócona właścicielowi. Zanim bowiem ślepy zdążył wyciągnąć swą trąbę z moich ust, żołądek mój do tego stopnia się wzruszył, że oddał skradzioną zdobycz, i nos dziada wyskoczył mi z ust równocześnie z nieszczęsną, źle przeżutą kiełbasą.<end id="e1786615672741-128909933"/></akap>

<akap>Wielki Boże! Wolałbym wówczas być w grobie. Już było po mnie! Wściekłość rozjuszonego ślepca doszła do tego, że z pewnością byłby mnie zabił, gdyby na hałas nie zbiegli się ludzie. Wyrwali mnie z jego rąk, pełnych kosmyków tej reszty włosów, która mi jeszcze została, z podrapaną twarzą, okaleczoną szyją i gardłem. Prawdę mówiąc, zasłużyłem na to i słuszna mnie kara spotkała za tę swawolę.</akap>

<akap>Ślepy dziadyga zaczął wszystkim opowiadać o moich psotach, wracając wiele razy do historii dzbanka z winem, winnego grona i do tego świeżego wypadku. Wszyscy, słuchając, tak ryczeli ze śmiechu, że kto tylko przechodził ulicą, wstępował zobaczyć, co to za uciecha. Ślepy tak zręcznie i tak dowcipnie opowiadał o moich zbytkach, że nawet ja sam, choć zbity i zalany łzami, uważałem za słuszne śmiać się z tego.</akap>

<akap>Gdy się to wszystko działo, spostrzegłem dopiero swoje gapiostwo i przeklinałem siebie, że nie skorzystałem z doskonałej sposobności, aby dziada pozbawić nosa. Połowa drogi była już zrobiona i wystarczało zacisnąć zęby, aby nos został w potrzasku. Może by żołądek lepiej go zatrzymał niż kiełbasę, a wraz ze zniknięciem nosa można było wyprzeć się winy. Czemuż Bóg nie dał mi tego uczynić...</akap>

<akap>Gospodyni zajazdu i goście pogodzili nas i obmyli mi twarz oraz szyję winem, które ślepy miał do picia. Z tego to powodu dziad zaczął żartować, mówiąc:</akap>

<akap_dialog>--- Naprawdę, ten łobuz marnuje mi wina na obmywanie więcej w ciągu roku, niż ja wypijam przez dwa lata. W każdym razie, Łazarzu, ty zawdzięczasz winu więcej niż rodzonemu ojcu, bo on raz tylko dał ci życie, a wino tysiąc razy przywróciło ci je.</akap_dialog>

<akap>I tu opowiadał, ile to razy rozbił mi głowę i poranił twarz, a jak szybko wyleczył winem.</akap>

<akap_dialog>--- Ja ci mówię --- rzekł --- że jeżeli jest na świecie człowiek, któremu wino przynosi szczęście, to ty nim jesteś.</akap_dialog>

<akap>Bardzo się uśmiali ci, co obmywali mi rany. A przepowiednia ślepego nie okazała się mylna. Wiele razy później wspominałem tego człowieka, który niewątpliwie posiadał dar przewidywania, i czuję wyrzuty sumienia za te przykrości, jakie mu wyrządziłem, choć z mojej strony była to tylko odpłata. To, co powiedział mi wówczas, sprawdziło się istotnie, jak o tym państwo dalej się dowiecie.</akap>

<akap>Wskutek ciągłych kpin i dogryzań ze strony ślepego postanowiłem w każdym razie go porzucić. Myślałem o tym już wcześniej i miałem ten zamiar, ale ostatnie zdarzenie utwierdziło mnie w nim nieodwołalnie.</akap>

<akap>Zdarzyło się, że nazajutrz chodziliśmy po mieście, prosząc o jałmużnę, a poprzedniej nocy padał obfity deszcz; ponieważ i w ciągu dnia padało, przeto ślepy chodził, modląc się, pod podcieniami, gdzie było nieco ludzi, i dzięki temu nie mokliśmy na słocie. Lecz gdy z nastaniem wieczoru ulewa nie ustawała, stary rzekł do mnie:</akap>

<akap_dialog>--- Łaziku, ten deszcz się zawziął, a im bliżej nocy, tym gęściej pada. Wracajmy zawczasu do gospody.</akap_dialog>

<akap>Aby tam dojść, trzeba nam było przejść przez strumień, który przybrał od ulewnego deszczu. Rzekłem tedy:</akap>

<akap_dialog>--- Wuju, strumień tu bardzo szeroki, ale ja widzę stąd jedno miejsce, gdzieby można przeprawić się bez zamoczenia, bo tam jest najwęższy. Gdybyście tylko zechcieli skoczyć, tobyśmy przeszli o suchej nodze.</akap_dialog>

<akap>Spodobała mu się moja rada, więc rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Bardzoś domyślny. Za to cię lubię. Prowadź mnie do tego miejsca, gdzie strumyk się zwęża. Teraz zima i z wodą trzeba być ostrożnym, zwłaszcza źle jest nogi przemoczyć.</akap_dialog>

<akap><begin id="b1786614070810-2842624622"/><motyw id="m1786614070810-2842624622">Zemsta</motyw>Widząc, że nadeszła chwila porachunku, wyprowadziłem dziada spod podcieni na plac i postawiłem go na wprost jednego z potężnych kamiennych słupów, na których wspierały się sklepienia tych domów.</akap>

<akap_dialog>--- Wuju --- rzekłem --- tu jest najwęższe miejsce strumienia.</akap_dialog>

<akap>Deszcz lał na nas jak z cebra, nie było czasu do namysłu, zwłaszcza, że Bóg odebrał dziadowi rozum, aby mi dać sposobność do zemsty; toteż on uwierzył mi i rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Postaw mnie prosto, jak należy, i skacz przez strumień.</akap_dialog>

<akap>Postawiłem go prościutko przed słupem i dałem skok, po czym stanąwszy naprzeciwko, jak ten, co się spodziewa napadu byka, zawołałem:</akap>

<akap_dialog>--- Hop! Skaczcie jak najwyżej, jeżeli chcecie być na tej stronie.</akap_dialog>

<akap>Zaledwie zdążyłem to wyrzec, gdy biedaczysko podskoczył jak kozioł, odstąpiwszy krok w tył dla większego rozmachu, i z całej siły rzucił się naprzód. Palnąwszy o słup głową, która huknęła jak próżna tykwa, dziad półmartwy runął na wznak.<end id="e1786614070810-2842624622"/></akap>

<akap_dialog>--- Cóż? Jakże? Wąchaliście kiełbasę, nie łaska powąchać słupa? Wąchajcie, wąchajcie! --- rzekłem, zostawiając go na opiece tłumu, który zbiegł się na pomoc, i nie oglądając się, pomknąłem do miejskiej bramy. Zanim noc zapadła, byłem już w Torrijos<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q919055"></ref><pe><slowo_obce>Torrijos</slowo_obce> --- miasteczko w Hiszpanii, pomiędzy ok. 25--30 km na płn.-zach. od Toledo.</pe>.</akap_dialog>

<akap>Nie wiem, co się stało ze ślepym, i nigdy nie starałem się dowiedzieć.</akap>



<naglowek_rozdzial>Rozdział drugi</naglowek_rozdzial>

<nota><akap>Przygody Łazarza na służbie u księdza</akap></nota>

<akap>Nazajutrz, nie czując się dość bezpiecznym w Torrijos, uciekłem do miejscowości zwanej Maqueda<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q1631202"></ref><pe><slowo_obce>Maqueda</slowo_obce> --- miejscowość w Hiszpanii, ok. 15 km na płn.-zach. od Torrijos, ok. 40 km na płn.-zach. od Toledo.</pe>, gdzie za grzechy swoje zetknąłem się z księdzem. Kiedy prosiłem go o wsparcie, spytał mnie, czy umiem służyć do mszy. Odrzekłem, że tak, co było prawdą; bo chociaż niegodziwy dziad źle się ze mną obchodził, jednakże nauczył mnie mnóstwa pożytecznych rzeczy, a między nimi i tego.</akap>

<akap><begin id="b1786614094176-3648595426"/><motyw id="m1786614094176-3648595426">Ksiądz, Skąpiec</motyw>Ostatecznie ksiądz wziął mnie do siebie. Wpadłem z deszczu pod rynnę, bo mimo skąpstwa, o którym wspominałem, ślepy dziad był w porównaniu z księdzem szczodry jak Aleksander Wielki<pe><slowo_obce>Aleksander III Macedoński</slowo_obce>, zw. <slowo_obce>Aleksandrem Wielkim</slowo_obce> (356--323 p.n.e) --- król Macedonii, wybitny wódz, który dzięki swoim podbojom utworzył ogromne imperium; wg antycznych dziejopisarzy był niezmiernie hojny, budując w ten sposób swój wizerunek jako króla niedbającego o gromadzenie bogactw oraz zapewniając sobie lojalność armii.</pe>. Jak gdyby w nim skupiło się skąpstwo całego świata. Nie wiem tylko, czy ono było mu wrodzone, czy też nabył je z suknią kapłańską.<end id="e1786614094176-3648595426"/></akap>

<akap><begin id="b1786614235728-792757177"/><motyw id="m1786614235728-792757177">Chleb</motyw>Miał on stary kufer, zamykany na klucz, który nosił zawsze przy sobie, uwiązany na rzemyku. Kiedy przynoszono chleb z kościoła<pe><slowo_obce>Kiedy przynoszono chleb z kościoła</slowo_obce> --- w Hiszpanii wierni przynosili do kościoła jako ofiarę małe bochenki chleba z najlepszej mąki, zwane <slowo_obce>bodigos</slowo_obce>.</pe>, on zaraz własnoręcznie składał go do kufra i natychmiast zamykał na klucz.<end id="e1786614235728-792757177"/> W całym domu nie znajdowało się nic do jedzenia, jak to bywa zazwyczaj w innych domach: jakiś połeć słoniny, powieszony w kominie dla owędzenia, albo ser położony gdzieś do szuflady lub szafy, albo koszyczki z resztkami chleba, zebranymi ze stołu. Zdaje mi się, że gdybym nawet nie mógł z tego skorzystać, to już sam widok żywności byłby mnie posilił.</akap>

<akap><begin id="b1786615043475-3566830268"/><motyw id="m1786615043475-3566830268">Skąpiec, Głód</motyw>Całego kramu była w domu wiązka cebuli, a i ta pod kluczem w spiżarce na górze. Z tej wiązki wydawano mi porcję w ilości jednej cebuli na cztery dni.<end id="e1786615043475-3566830268"/> Jeżeli ktoś u nas zdarzył się w tym czasie, gdy prosiłem księdza o klucz, żeby iść po swą porcję, wtedy on, sięgnąwszy ręką do paska, ostrożnie odwiązywał klucz i wręczając go, mówił:</akap>

<akap_dialog>--- Weź i odnieś go natychmiast! Ty ciągle tylko łasujesz!</akap_dialog>

<akap>Jak gdyby pod tym kluczem przechowywano konserwy z całej Walencji<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q8818"></ref><pe><slowo_obce>Walencja</slowo_obce> --- duże miasto we wsch. Hiszpanii, nad M. Śródziemnym, stolica historycznego regionu.</pe>. Tymczasem w tej przeklętej spiżarni nie było nic prócz cebul zawieszonych na gwoździu, a i one były przez niego policzone, i cienko bym śpiewał, gdyby mnie licho skusiło przekroczyć wyznaczoną ilość. Słowem, zdychałem z głodu ostatecznie.</akap>

<akap>Nie odznaczając się szczególną łaską w stosunku do mnie, był on znacznie hojniejszy dla siebie samego. Zwykłą jego porcją na obiad i na wieczerzę było mięsa za pięć blank. Prawda, że z tego wydzielał mi zupy, w której zresztą tyle było mięsa, co białka w oku, a prócz tego odrobinę chleba. Tylko łasce Boskiej zawdzięczam, że o tym jeszcze żyłem<pe><slowo_obce>żyć o czymś</slowo_obce> --- żywić się, karmić się tylko czymś (np. żyć o chlebie i wodzie).</pe>.</akap>

<akap><begin id="b1786615772612-150782831"/><motyw id="m1786615772612-150782831">Skąpiec, Głód</motyw>W tej miejscowości co sobotę jada się baranie główki. I oto ksiądz posłał mnie po jedną, co kosztowało trzy marawedi. Ugotował ją, zjadł z niej oczy, język, potylicę, mózg, mięso z policzków, po czym oddał mi wszystkie obgryzione kości, a podając je na talerzu, rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Naści<pe><slowo_obce>naści</slowo_obce> (daw., gw.) --- masz, weź, bierz.</pe>, jedz i ciesz się, że żyjesz na świecie; życie twoje lepsze jest niż samego papieża!</akap_dialog>

<akap_dialog>,,Niech ci Bóg da takie!" --- pomyślałem to sobie.</akap_dialog>

<akap>W końcu trzech tygodni, które u niego przebyłem, doszedłem do takiego osłabienia, że z głodu chwiałem się na nogach. Jasno widziałem, że będę musiał zejść do grobu, jeżeli Bóg i umiejętność moja nie poratują mnie.<end id="e1786615772612-150782831"/></akap>

<akap>Nie byłem w stanie korzystać ze swej zręczności, bo nic mi się nie nawijało pod ręce, a gdyby się nawet coś nawinęło, to przecież nie mogłem uczynić księdza tak ślepym, jak mój pierwszy gospodarz (świeć Panie nad jego duszą, jeżeli umarł od tego uderzenia). Tamten bowiem nigdy mnie nie widział, będąc pozbawionym cennego zmysłu wzroku. Ten zaś --- przeciwnie. Nie znałem człowieka, który by miał tak bystry wzrok.</akap>

<akap>Kiedyśmy zbierali kwestę, ani jedna blanka złożona na tackę nie uszła przed jego oczami Jednym okiem patrzał na ludzi, drugim na mnie. Oczy jego biegały w zagłębieniach jak żywe srebro. Doskonale obliczał, ile dano blank, i jak tylko skończył kwestę, chwytał mi z rąk tackę i stawiał na ołtarzu. Tym sposobem przez cały czas, jak u niego żyłem, albo raczej marłem, nie udało mi się ściągnąć<pe><slowo_obce>ściągnąć</slowo_obce> (pot.) --- ukraść coś.</pe> ani jednej blanki.</akap>

<akap><begin id="b1786614361633-3948304291"/><motyw id="m1786614361633-3948304291">Jedzenie, Wino, Kłamstwo</motyw>Nigdy w winiarni nie kupowałem mu wina ani za blankę, bo on korzystał zazwyczaj z tego, które mu zbywało od mszy, a schowawszy je do kufra, tak dzielił, że wystarczało na cały tydzień. Aby zaś ukryć swą straszną chciwość, mawiał:</akap>

<akap_dialog>--- Widzisz, chłopcze, księża muszą być wstrzemięźliwi w pokarmach i napojach, dlatego też ja sobie nie dogadzam, jak inni.</akap_dialog>

<akap>Nicpoń kłamał bezczelnie, bo na brackich<pe><slowo_obce>bracki</slowo_obce> --- związany z bractwem, tu: ze stowarzyszeniem religijnym.</pe> ucztach i na stypach, gdzie jedliśmy na cudzy koszt, obżerał się jak wilk, a pił za dziesięciu.<end id="e1786614361633-3948304291"/></akap>

<akap>Właśnie wspomniałem o stypach. Niech Bóg mi to daruje, że choć nigdy nie byłem wrogiem rodu ludzkiego, wówczas pragnąłem i błagałem Boga, aby co dzień umierał choć jeden człowiek, na stypach bowiem dobrze się jadło, i to mnie ratowało. Kiedyśmy chodzili do chorych z sakramentami, a zwłaszcza przy ostatnim namaszczeniu, gdy ksiądz zalecał obecnym modlić się, ja nie byłem tam na szarym końcu. Całym sercem i całą duszą gorąco prosiłem Boga --- nie żeby, jak to mówią, spełniła się na chorym Jego wola, lecz aby wziął go z tego świata. Jeżeli któryś z chorych miał się lepiej, wówczas ja --- wybacz mi Panie Boże --- tysiąc razy wyprawiałem go do diabła, natomiast ileż to błogosławieństw posyłałem temu, kto umierał.</akap>

<akap>Przez cały czas, jak tam byłem, a trwało to sześć miesięcy, zmarło tylko dwanaście osób. Jestem przekonany, że ja ich dobiłem, albo raczej że oni zmarli wskutek moich nalegań, bo Pan Bóg, widząc zapewne moje straszne i długotrwałe przymieranie, postanowił ich uśmiercić, aby mnie uratować.</akap>

<akap>Na to, co wówczas cierpiałem, nie było żadnego środka, bo jeżeli nawet pożywiłem się w te dni, gdy mieliśmy pogrzeb, to za to w dni, kiedy brakowało nieboszczyka, który by mi dostarczył sutej uczty, wracałem do mej codziennej głodówki i jeszcze silniej ją odczuwałem. Znikąd nie spodziewałem się ulgi, prócz śmierci, o którą prosiłem Boga czasem i dla siebie, jak dla drugich, lecz nigdy jej nie zobaczyłem, choć wciąż koło mnie krążyła.</akap>

<akap>Coraz częściej myślałem, żeby odejść od tego chciwego gospodarza, ale porzucałem ten zamiar z dwu powodów. Po pierwsze dlatego, że nie miałem zaufania do swoich nóg, które osłabły od nieustannej głodówki, a po wtóre rozmyślałem sobie w ten sposób:</akap>

<akap>Miałem dwu gospodarzy, pierwszy morzył mnie głodem, a ja, porzuciwszy go, trafiłem na tego, co też głodem doprowadził mnie już nad grób, przeto jeżeli i od tego odejdę, trafię na jeszcze gorszego. Cóż mnie oczekuje prócz śmierci?</akap>

<akap>I oto dlaczego bałem się ruszyć, będąc przekonany, że dalej pójdzie mi coraz gorzej i na koniec znajdę się tam, skąd już nie będzie słychać o Łaziku.</akap>

<akap>Kiedy znajdowałem się w tak beznadziejnym położeniu, spodobało się Panu Bogu, który pociesza w strapieniach każdego prawego chrześcijanina, zesłać mi ratunek. Pewnego razu, gdy pogrążony w rozpaczy rozmyślałem nad swą niedolą, gospodarz wyszedł z domu, a w tym czasie przypadkiem zbliżył się do drzwi naszych jakiś ślusarz. Myślę, że to był anioł, zesłany mi przez Boga w postaci ślusarza. Spytał mnie, czy nie trzeba czegoś naprawić.</akap>

<akap>,,Ze mną byłoby coś do roboty i dobrze byś się natrudził, gdybyś zaczął mnie naprawiać", mruknąłem do siebie tak, żeby on nie słyszał. Lecz ponieważ czasu było za mało, aby go tracić na rozmowy, rzekłem, jakby natchniony przez Ducha Świętego:</akap>

<akap_dialog>--- Wujku, zgubiłem klucz od tego kufra i boję się, że mój gospodarz będzie mnie bił. Błagam was, zobaczcie, czy między tymi, co nosicie, nie ma takiego, co by się nadał, a już ja wam zapłacę.</akap_dialog>

<akap>Anioł ślusarz zaczął próbować klucze jeden po drugim z wielkiego pęku, a ja mu pomagałem cichą modlitwą. Anim się spostrzegł, gdy nagle jakby niebo otworzyło się przede mną, ukazując krągłe bochenki. Skoro kufer był otwarty, rzekłem:</akap>

<akap_dialog>--- Nie mam pieniędzy, żeby wam zapłacić za klucz, ale weźcie sobie stąd zapłatę.</akap_dialog>

<akap>Ślusarz wybrał sobie biały chleb, jaki mu się wydał najlepszy, i bardzo zadowolony oddał mi klucz. Ja się bardziej cieszyłem od niego, jednakże w jego obecności nie tknąłem niczego z obawy, żeby na mnie nie padło podejrzenie. A zresztą skoro się ujrzałem posiadaczem takiego majątku, zdawało mi się, że głód nie ośmieli się do mnie zbliżyć. Wrócił mój przeklęty gospodarz, a Bóg był łaskaw, że nie zauważył braku bochenka, który anioł ślusarz zabrał.</akap>

<akap>Nazajutrz, jak tylko gospodarz wyszedł z domu, otworzyłem swój rajski kufer, a schwyciwszy jeden chleb rękami i zębami, zmłóciłem go w dwa pacierze<pe><slowo_obce>pacierz</slowo_obce> --- tu: dawna zwyczajowa miara czasu, równa czasowi potrzebnemu na odmówienie chrześcijańskiej modlitwy <tytul_dziela>Ojcze nasz</tytul_dziela>, tj. ok. pół minuty.</pe>. Zamknąwszy starannie kufer, z radością zacząłem zamiatać izbę. Zdawało mi się, że tym sposobem raz na zawsze poprawiłem swoją smutną dolę, toteż cały ten dzień i następny spędziłem w wesołym usposobieniu.</akap>

<akap>Ale szczęściu memu nie było sądzone trwać długo. Na trzeci dzień zatrzęsła mną prawdziwa febra<pe><slowo_obce>febra</slowo_obce> (daw.) --- gorączka połączona z dreszczami.</pe>, gdy całkiem niespodzianie ujrzałem nad kufrem tego, co morzył mnie głodem. Grzebał w nim i przewracał, rachując i przeliczając chleby. Udawałem, że nie zwracam uwagi, lecz w duszy wygłaszałem zaklęcia i modlitwy: ,,Święty Janie, oślep go!". Wiele czasu zeszło mu na obliczaniu, przy czym dni rachował na palcach, aż wreszcie rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Gdyby ten kufer nie był tak dobrze strzeżony i zamknięty, rzekłbym, że mi ktoś ukradł chleba, jednakże od dziś dnia, aby zapobiec wszelkim podejrzeniom, będę pilnie rachować bochenki. Teraz mam dziewięć całych i kawałek.</akap_dialog>

<akap>,,Bodaj cię dziewięć chorób nawiedziło " --- pomyślałem sobie.</akap>

<akap>Zdawało mi się, gdy mówił, że strzała przeszyła mi serce, a żołądek począł zawczasu cierpieć głodowe kurcze, czując się skazanym na dawną dietę. Skoro tylko gospodarz wyszedł z domu, na pociechę otworzyłem kufer, a widząc chleby, zacząłem przyglądać się im z nabożeństwem, nie śmiąc ich tknąć. Przeliczyłem, czy czasem nicpoń nie pomylił się na moje szczęście, lecz rachunek jego okazał się dokładniejszy, niż tego pragnąłem. Co mogłem zrobić najwyżej, to tysiąc razy ucałować je i z rozpoczętego bochenka odkrajać cieniutką kromkę. O tej odrobinie spędziłem ów dzień już nie tak wesoło jak poprzedni.</akap>

<akap>Jednakże głód wzrastał, zwłaszcza z tego powodu, że żołądek mój przez dwa lub trzy dni ostatnie przywykł do większej ilości chleba. Po prostu zdychałem. Gdy byłem sam w domu, wciąż tylko otwierałem i zamykałem kufer, spoglądając na to Ciało Pańskie<pe><slowo_obce>Ciało Pańskie</slowo_obce> --- w teologii chrześcijańskiej: chleb przemieniony w ciało Chrystusa podczas obrzędu konsekracji.</pe> (jak mówią dzieci o chlebie). Atoli Pan Bóg, który pomaga uciśnionym, widząc mnie w tak rozpaczliwym położeniu, przypomniał mi pewien środek. <begin id="b1786615904237-3915522366"/><motyw id="m1786615904237-3915522366">Głód, Chleb, Podstęp, Zwierzę</motyw>Zacząłem rozumować w ten sposób:</akap>

<akap>,,Kufer ten jest bardzo stary i popękany, są w nim dziury, choć niewielkie; można by pomyśleć, że myszy, włażąc do niego, niszczą chleb. Ściągnąć cały bochenek --- nie godzi się, bo mój dręczyciel zauważy brak. Ale taka rzecz ujdzie".</akap>

<akap>Zacząłem kruszyć chleb na jedną ze złożonych tam, niezbyt kosztownych serwet, potem zostawiłem ten bochenek, a wziąłem inny --- i w ten sposób nakruszyłem po trochu z trzech lub czterech, wreszcie zjadłem okruchy na podobieństwo pigułek i tym się nieco pocieszyłem. Tymczasem ksiądz, jak tylko wrócił na obiad i otworzył kufer, zobaczył przykre zdarzenie i bez żadnej wątpliwości domyślił się, że to myszy uszkodziły mu chleb, bo było to udane bardzo podobnie do tego, jak zwykle robią myszy.</akap>

<akap>Obejrzał cały kufer od góry do dołu i zobaczył w nim kilka dziurek; nie wątpił, że przez nie myszy wlazły do wnętrza. Zawołał mnie i rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Łazarzu, patrz, patrz, jakiemu rabunkowi uległ dziś w nocy nasz chleb.</akap_dialog>

<akap>Udałem bardzo zdziwionego i spytałem go, co by to być mogło. Odpowiedział:</akap>

<akap_dialog>--- Co to być może? Myszy, które niczemu na świecie nie darują.</akap_dialog>

<akap>Siedliśmy do obiadu, a Panu Bogu spodobało się, żebym i na tym coś skorzystał. Gospodarz odkrajał mi więcej chleba niż te ogryzki, jakie zazwyczaj mi dawał, ponieważ wykrajał nożem wszystko, co uważał za splugawione przez myszy. Dał mi to, mówiąc:</akap>

<akap_dialog>--- Zjedz to, przecież mysz to czyste stworzenie.<end id="e1786615904237-3915522366"/></akap_dialog>

<akap>I oto jak dnia tego zwiększyła się moja porcja, co było dziełem moich rąk, albo raczej paznokci. Tak skończyliśmy obiad, choć ja go, prawdę mówiąc, nawet dobrze nie zacząłem. Wnet nowy cios mnie dotknął, gdy zobaczyłem, jak mój gospodarz chodzi po izbie, starannie wyciągając gwoździe ze ścian i wyszukując deseczki, aby zakryć i zabić wszystkie dziury w starym kufrze.</akap>

<akap>,,O, mój Boże! --- krzyknąłem wówczas --- na jaką gorzką dolę i nieszczęście rodzimy się i jak krótko trwają uciechy naszego boleściwego żywota! Niestety, myślałem, że takim mizernym i nędznym środkiem zdołam nieco zmniejszyć swoje cierpienia, spodziewałem się być zadowolonym i wesołym. Ale mój zły los nie chciał tego i zbudził czujność niegodziwego pana, skłoniwszy go do większej ostrożności, niżby ją miał sam przez się. Teraz zabijając dziurki w kufrze, zamyka tym drzwi przed moją jedyną pociechą, a otwiera je dla moich cierpień".</akap>

<akap>Tak się skarżyłem w duchu, kiedy mój gorliwy cieśla, skończywszy swą pracę z pomocą mnóstwa gwoździ i deseczek, rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Teraz, zdradzieckie panie myszy, będziecie musiały zmienić swój sposób życia, bo w tym domu wiele nie wskóracie.</akap_dialog>

<akap>Gdy tylko wyszedł, skoczyłem obejrzeć jego robotę i przekonałem się, że w nieszczęsnym starym kufrze nie zostało ani jednej dziurki, nawet takiej, żeby komar mógł się przedostać. Otworzyłem swoim, teraz już zbytecznym kluczem, nie spodziewając się wyciągnąć z tego jakiejkolwiek korzyści. Zobaczyłem dwa lub trzy napoczęte bochenki, te same, które gospodarz uważał za nadgryzione przez myszy. Mimo tego z wielką ostrożnością skroiłem z nich po kromeczce.</akap>

<akap>Cierpiąc tak silny głód, dnie i noce spędzałem na rozmyślaniach o tym, w jaki sposób podtrzymać swe istnienie. Myślę, że głód był mi promieniem światła w wynajdywaniu tych sposobów. Mówią ludzie, że głód ostrzy rozum i na odwrót --- sytość go przytępia; tak było i ze mną.</akap>

<akap>Pewnej nocy, gdy rozbudzony przez troski rozmyślałem, jakby się dobrać do zawartości kufra, usłyszałem, że mój gospodarz śpi. Łatwo to było zauważyć po jego chrapaniu i głośnym stękaniu, co czynił zawsze podczas snu. Wstałem ostrożnie i stosownie do planu, jaki sobie za dnia obmyśliłem, wziąłem stary nóż, zostawiony umyślnie w miejscu wiadomym. Udałem się do nieszczęsnego kufra i tam dłubiąc nożem jak świderkiem, próbowałem to z tej, to z owej strony, gdzie spotykałem najmniejszy opór. Ponieważ stary grat, służąc lat tyle, stracił moc i twardość, a nadto był spróchniały i stoczony przez robactwo, przeto rychło się poddał. Odpowiednio do mego planu, wydłubałem tam z boku dużą dziurę. Zrobiwszy to, cichutko otworzyłem zraniony kufer, a znalazłszy napoczęty chleb, postąpiłem z nim, jak to było wyżej opisane. Pocieszywszy się nieco tą odrobiną, udałem się na swój barłóg, na którym wytchnąłem i zasnąłem na chwilę, co mi się rzadko zdarzało: bezsenność przypisywałem wycieńczeniu z głodu. Tak też być musiało, bo teraz wszystkie kłopoty króla Francji nie pozbawiłyby mnie snu.</akap>

<akap>Nazajutrz gospodarz zobaczył szkodę, wyrządzoną przeze mnie w chlebie, i dziurę, przewierconą w kufrze. Zaczął przeklinać myszy, mówiąc:</akap>

<akap_dialog>--- Co ja mam na to powiedzieć? Przecież do tej pory nigdy tego domu nie trzymały się myszy!</akap_dialog>

<akap>Niewątpliwie mówił prawdę, bo jeżeli był w królestwie jakiś dom ubezpieczony od myszy, to właśnie nasz, zazwyczaj bowiem myszy nie trzymają się miejsca, gdzie nie ma nic do jedzenia.</akap>

<akap>Gospodarz zaczął szperać po całym domu, szukając gwoździ i deseczek do załatania dziury. Nastała noc, a z nią i jego spoczynek. Ja wnet byłem na nogach z moim przyrządem i rozdłubywałem nocą wszystko, co on pozatykał za dnia. W ten sposób tak gorliwie wzięliśmy się do rzeczy, że można było bez omyłki rzec: kiedy jedne drzwi zamykają się, drugie się otwierają. Wyglądało to, jak gdybyśmy obaj umówili się pracować nad płótnem Penelopy<pe><slowo_obce>Penelopa</slowo_obce> (mit. gr.) --- opisana w <tytul_dziela>Odysei</tytul_dziela> żona Odyseusza, która przez 20 lat wiernie czekała na powrót męża z wojny trojańskiej; zwodziła ubiegających się o jej rękę zalotników, obiecując, że wyjdzie ponownie za mąż, gdy skończy tkać całun dla teścia, lecz każdej nocy pruła robioną w dzień tkaninę.</pe>, bo wszystko, co on --- że tak powiem --- tkał za dnia, to ja rozsnuwałem nocą. W kilka dni i nocy doprowadziliśmy biedną spiżarkę do takiego stanu, że każdy, mówiąc o niej, nazwałby ją raczej starym puklerzem<pe><slowo_obce>puklerz</slowo_obce> --- rodzaj okrągłej tarczy.</pe> z dawnych czasów, a nie kufrem, tak była przystrojona ćwiekami i gwoździkami.</akap>

<akap>Gdy gospodarz mój zobaczył, że żaden z jego środków nie pomaga, rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Ten kufer jest tak popsuty i zrobiony z tak starego i spróchniałego materiału, że nie ma myszy, która by go nie przegryzła. Ale jaki bądź on jest, zawsze byłoby gorzej, gdyby go wcale nie było. Musiałbym dać za inny trzy lub cztery reale. Najlepszym środkiem, jaki wymyśliłem, będzie dobrać się do przeklętych myszy od wewnątrz, jeżeli nie można inaczej.</akap_dialog>

<akap>Niebawem wynajął pułapkę na myszy i od tej pory trzymał ją wciąż nastawioną wewnątrz kufra, założywszy na przynętę kawałki sera, wyproszone od sąsiadów. Ten ser był dla mnie wielką pokusą, bo chociaż niezbyt potrzebowałem przypraw do wzbudzenia apetytu, jednakże z zadowoleniem korzystałem z tych kawałków sera, które wybierałem z pułapki, przy czym nigdy nie zapominałem pogryźć i chleba.</akap>

<akap>Gospodarz, widząc, że chleb jest pogryziony przez myszy i ser wyjedzony, gdy tymczasem mysz, która go zjadła, nie dawała się złapać, przeklinał swój los i zapytywał sąsiadów:</akap>

<akap_dialog>--- Jak to być może, że ser zjedzony i wyciągnięty z pułapki, gdy tymczasem mysz nie złapała się i nie ma jej tam, choć klapka jest zatrzaśnięta?</akap_dialog>

<akap>Sąsiedzi twierdzili, że to nie mysz sprawia mu tyle szkody, bo przecież byłaby się choć raz złapała. Jeden sąsiad rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Przypominam sobie, że w waszym domu dawniej pokazywała się żmija, i to niewątpliwie musi być jej robota. To się teraz rozumie: ponieważ ona jest długa, przeto może schwycić przynętę i wypełznąć, choć nawet klapka zapadnie, ona bowiem cała do pułapki nie włazi.</akap_dialog>

<akap>Słowa jego przekonały nas wszystkich i tak bardzo wystraszyły mego pana, że od tej pory źle sypiał i wciąż nadsłuchiwał, biorąc za żmiję każdego robaczka, co nocą toczył drzewo. Zrywał się natychmiast na równe nogi i pałką, którą od czasu tej wiadomości kładł zawsze u wezgłowia, zadawał okropne ciosy grzesznemu kufrowi, chcąc wypłoszyć zeń żmiję. Hałasem, jaki robił, budził sąsiadów i mnie zasnąć nie dawał. Zbliżał się do mego siennika i wywracał go razem ze mną, przypuszczając, że żmija przypełzła do mnie i zawinęła się w słomę albo w ubranie. Mówili mu bowiem, że tym zwierzętom zdarza się po nocach, szukając ciepła, wpełzać nawet do kołysek, gdzie znajdują się dzieci, i nawet kąsać je niebezpiecznie.</akap>

<akap>Ja w większości wypadków udawałem śpiącego, a on mówił mi nazajutrz rano:</akap>

<akap_dialog>--- Chłopcze! Czyś ty dziś nocą nic nie słyszał? Łapałem żmiję; nawet myślę, że ona schowała się do twej pościeli, bo żmije lubią się grzać i szukają ciepła.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Niech Pan Bóg broni, żeby mnie czasem nie ugryzła --- mówiłem --- ja strasznie się boję.</akap_dialog>

<akap>Tyle razy podniesiony i rozbudzony przez żmiję, albo raczej przez węża, nie miałem już odwagi gryźć chleba i wstawać do kufra w nocy, ale za to w dzień, kiedy gospodarz był w kościele albo w parafii, robiłem swoje napady. Widząc ciągłe szkody i nie mogąc znaleźć na nie skutecznego środka, pan mój łaził po nocach jak duch.</akap>

<akap>Obawiałem się, żeby w poszukiwaniach nie przyłapał mnie z kluczem, który kładłem pod siennik. Dlatego zdało mi się bardziej przezornym kłaść go na noc w usta. Kiedy mieszkałem u ślepego, zrobiłem sobie z ust taki woreczek, że czasem zdarzało mi się trzymać w nim po dwanaście i piętnaście marawedi, wszystko w półblankach, i nawet mi to nie przeszkadzało w jedzeniu. Inaczej nie mógłbym posiąść ani jednej blanki, ponieważ ten przeklęty ślepiec niechybnie rzuciłby się na nią, przeszukując troskliwie wszystkie szwy i łaty mego ubrania. Otóż, jak to powiedziałem, co noc kładłem sobie klucz do ust i zasypiałem spokojnie, nie przypuszczając, że go znajdzie mój chytry gospodarz. Ale gdy komuś sądzone jest nieszczęście, na nic się nie zdadzą wszystkie ostrożności.</akap>

<akap>Przeznaczenie, albo raczej grzechy moje to sprawiły, że pewnego razu, gdy spałem nocą, włożywszy klucz w usta, musiałem je uchylić, a klucz przy tym tak się ułożył, że powietrze przy oddychaniu podczas snu przechodziło przez otwór wydrążony w kluczu i wydobywało głośny świst.</akap>

<akap>Tego było trzeba na moje nieszczęście. Pan mój, raptownie przebudzony z głębokiego snu, usłyszał dźwięk i niewątpliwie domyślił się, że to syk żmii; oczywiście tak musiało mu się wydać. Wstał cichutko i z kijem w rękach po omacku skierował się według syku żmii ku mnie, z wielką ostrożnością, żeby żmii nie spłoszyć. Podszedłszy bliżej, pomyślał, że ona, szukając ciepła, zagrzebała się w słomę, na której leżałem. Wzniósłszy więc pałkę wysoko z takim obliczeniem, aby żmija zginęła od jednego uderzenia, z całej siły wymierzył mi cios w głowę tak potężny, że straciłem przytomność.</akap>

<akap>Zrozumiawszy, że mi rozbił głowę (jak to sam później opowiadał), musiałem bowiem jęknąć od tak strasznego ciosu, zbliżył się do mnie i głośno wołając po imieniu, starał się mnie ocucić. Ale dotknąwszy ręką, namacał broczącą krew. Pojął wówczas, jaką ranę mi zadał, i szybko pobiegł po ogień. Wróciwszy ze światłem, zobaczył w mych ustach klucz, którego nie wypuściłem ani na chwilę. Połowa klucza sterczała mi z ust takim sposobem, jak wówczas, gdy nim świstałem.</akap>

<akap>Tępiciel żmij, zdumiony i przerażony, nie mógł pojąć, co by to mógł być za klucz; lecz gdy go, wyjąwszy z ust, obejrzał, wnet zrozumiał, co to znaczy, ponieważ nacięcia na nim nie różniły się wcale od jego klucza. Natychmiast pobiegł go przymierzyć i w ten sposób odkrył mój występek. Okrutny myśliwy musiał sobie powiedzieć:</akap>

<akap_dialog>--- Znalazłem myszy i żmiję, które wojowały ze mną i niszczyły mój majątek.</akap_dialog>

<akap>O tym, co się działo w ciągu następnych trzech dni, nie mogę wiarogodnie opowiedzieć, ponieważ spędziłem je, że tak powiem, w brzuchu rekina. To zaś, co powtórzyłem, słyszałem, wróciwszy do przytomności, od mego pana, który jak najdokładniej opowiadał całe zdarzenie wszystkim, ktokolwiek doń przyszedł.</akap>

<akap>Po trzech dniach odzyskałem przytomność, a widząc, że leżę na swym sienniku z głową całą w plastrach i maści, z przerażeniem krzyknąłem:</akap>

<akap_dialog>--- Co to takiego?</akap_dialog>

<akap>Okrutny klecha odpowiedział:</akap>

<akap_dialog>--- Daję słowo, że polowałem na myszy i żmije, które mnie rabowały.</akap_dialog>

<akap>Spojrzałem po sobie, a widząc się w tak rozpaczliwym stanie, domyśliłem się nieszczęścia. Tymczasem przyszła jakaś baba umiejąca zamawiać choroby oraz kilku sąsiadów. Zaczęli zdejmować mi z głowy szmaty i smarować miejsca rozbite pałką. Znalazłszy<pe><slowo_obce>znaleźć kogoś jakimś</slowo_obce> (daw.) --- zobaczyć, że ktoś jest jakiś; uznać kogoś za jakiegoś.</pe> mnie przytomnego, bardzo się cieszyli, mówiąc:</akap>

<akap_dialog>--- No, przecież odzyskał przytomność! Bóg da, że mu nic nie będzie.</akap_dialog>

<akap>I wtedy znów zaczęli opowiadać o moich przygodach i bardzo się z nich śmiali, a ja nieborak płakałem.</akap>

<akap>Dawali mi wówczas jeść, bo bardzo osłabłem z głodu, i ledwie udało im się mnie wyleczyć. Tak pomaleńku, na wpół zdrowy, mogłem wstać po jakich dwu tygodniach i wyszedłem z niebezpieczeństwa, choć nie uniknąłem głodu.</akap>

<akap>Zaraz na drugi dzień po moim wstaniu pan mój wziął mnie za rękę, wyprowadził za drzwi i postawiwszy na ulicy, rzekł:</akap>

<akap>--- Łazarzu, od dnia dzisiejszego już nie jesteś mój, lecz swój. Szukaj sobie gospodarza i ruszaj z Panem Bogiem, ja nie potrzebuję takiego gorliwego pachołka. Ty w sam raz nadajesz się tylko za przewodnika dla ślepych dziadów.</akap>

<akap>Odżegnawszy się ode mnie jak od opętanego, zawrócił do domu i zamknął drzwi.</akap>



<naglowek_rozdzial>Rozdział trzeci</naglowek_rozdzial>

<nota><akap>Jak Łazarz zgodził się do szlachcica i co go tam spotkało</akap></nota>

<akap>Takim sposobem pomimo słabości zmuszony byłem zebrać wszystkie siły i pomału, z pomocą dobrych ludzi, dowlokłem się do sławnego miasta Toledo; tam, dzięki łasce Bożej, w dwa tygodnie zabliźniła mi się rana. Póki byłem chory, dawali mi jeszcze jakie takie wsparcie, lecz odkąd się wylizałem, wszyscy zaczęli mi mówić:</akap>

<akap_dialog>--- Ty wałkoniu, próżniaku! Szukaj, szukaj sobie pana. Zgódź się do służby!</akap_dialog>

<akap>,,A gdzież ja tego pana znajdę? --- myślałem sobie. --- Chyba Bóg stworzy go teraz, jak stworzył ongi<pe><slowo_obce>ongi</slowo_obce> a. <slowo_obce>ongiś</slowo_obce> (daw.) --- niegdyś, dawniej.</pe> cały świat".</akap>

<akap>I oto gdy w ten sposób tułałem się, chodząc od jednych drzwi do drugich i wypraszając sobie dość skąpe pożywienie (albowiem miłosierdzie już odleciało do nieba), natknął mnie Bóg na jakiegoś szlachcica. Szedł ulicą przystojnie ubrany, gładko uczesany, postawa jego i chód pełne były godności. Spojrzał na mnie, ja na niego --- i spytał:</akap>

<akap_dialog>--- Chłopcze, szukasz służby?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak, panie! --- odrzekłem.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No, to chodź za mną --- powiedział. --- Bóg wyświadczył ci wielką łaskę, wysławszy cię na moje spotkanie. Zapewne dziś gorąco się pomodliłeś.</akap_dialog>

<akap>Poszedłem za nim, dziękując Bogu, że mnie wysłuchał. Szlachcic z wyglądu i z ubrania wydał mi się właśnie takim panem, jakiego mieć pragnąłem.</akap>

<akap>Był jeszcze ranek, gdy spotkałem się z moim trzecim chlebodawcą. Poprowadził mnie prawie przez całe miasto. Mijaliśmy rynki, gdzie sprzedawano chleb i inną żywność. Myślałem tylko i marzyłem, że oto pan mój zechce naładować mi na plecy to, co tam sprzedawano; była to bowiem właściwa pora zakupów. Lecz pan mój, szeroko krocząc, omijał stragany.</akap>

<akap>,,Zapewne on tu nie znajduje nic do gustu --- myślałem --- i chce kupić żywność na drugim końcu miasta".</akap>

<akap>Tak przechodziliśmy aż do godziny jedenastej. Wówczas on wstąpił do wielkiego kościoła, a ja za nim. Tam zobaczyłem, z jak pobożną miną słuchał mszy i innych nabożeństw, póki się wszystko nie skończyło i ludzie nie zaczęli się rozchodzić. Wówczas i my wyszliśmy z kościoła i szybkim krokiem ruszyliśmy z powrotem. Radośnie biegłem za nim, ucieszony, że nie zajmujemy się skupowaniem żywności. Byłem przekonany, że mój nowy gospodarz należy do takich ludzi, co kupują żywność na zapas, dzięki czemu strawa jest już przyrządzona na czas. Pragnąłem tego albo, słuszniej mówiąc, odczuwałem potrzebę jedzenia coraz silniejszą.</akap>

<akap>Właśnie zegar wybił godzinę pierwszą po południu, kiedyśmy doszli do domu, przed którym pan mój zatrzymał się ze mną. Uniósłszy lewą połę płaszcza, wydobył z kieszeni klucz i otworzył drzwi. Weszliśmy do domu z ciemną i ponurą sienią<pe><slowo_obce>sień</slowo_obce> --- pomieszczenie prowadzące do wnętrza domu.</pe>, która przejmowała wchodzących strachem, choć wewnątrz ukazało się małe podwórko i wcale przyzwoite pokoje.</akap>

<akap>Gdyśmy weszli, pan zdjął z siebie płaszcz i spytał, czy mam czyste ręce, aby płaszcz strząsnąć i złożyć. Uczyniliśmy to obaj. Zdmuchnąwszy starannie kurz z ławki obok stojącej, pan położył na niej płaszcz, po czym siadł sam na drugim końcu i zaczął mnie drobiazgowo wypytywać, skąd i jak dostałem się do tego miasta. Opowiadanie moje trwało dłużej, niżbym tego pragnął, bo zdawało mi się, że ze względu na porę o wiele słuszniej byłoby kazać nakryć do stołu i podać zupę, niż zajmować się badaniem. Mimo tego zaspokoiłem jego życzenie, zmyślając, jak mogłem najlepiej, wiadomości z mego życia, opowiadając o swych zaletach, a zataiwszy umyślnie wszystko inne, co sądziłem za niewłaściwe do wyznań.</akap>

<akap>Potem czas pewien siedział, milcząc. Widziałem w tym zły znak, bo była już blisko druga godzina, a on tymczasem nie zdradzał do jedzenia większej ochoty niż nieboszczyk. <begin id="b1786615072262-101185502"/><motyw id="m1786615072262-101185502">Bieda</motyw>Zacząłem rozglądać się po pokoju. Drzwi zamknięte były na klucz, z góry ani z dołu nie było słychać kroków żywego człowieka w całym domu. Przed oczami miałem tylko nagie ściany, nie widziałem ani krzesła, ani ławki, ani stołu, ani nawet skrzyni, jak u poprzedniego gospodarza. Dom zdawał się zaczarowany.<end id="e1786615072262-101185502"/></akap>

<akap>Przesiedziawszy jakiś czas w milczeniu, pan zapytał mnie:</akap>

<akap_dialog>--- Jadłeś ty, chłopcze?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie, proszę pana --- powiedziałem --- bo kiedy pana spotkałem, nie było jeszcze ósmej rano.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jednakże choć było wcześnie, ja już spożyłem śniadanie --- odrzekł mi --- więc na wszelki wypadek uprzedzam cię, że nie będę jadł do wieczora. Dlatego radź sobie, jak chcesz, a potem będziemy wieczerzać.</akap_dialog>

<akap>Uwierzycie mi, łaskawi państwo, że ledwo ustałem na nogach, usłyszawszy odeń te słowa, i omal nie upadłem --- nie tyle z głodu, ile z przekonania, że los mnie tak prześladuje. Znów stanęły przede mną wszystkie troski i począłem zawczasu opłakiwać swoje męczarnie. Przypomniały mi się rozmyślania, kiedy to nie mogłem zebrać się na odejście od księdza, sądząc, że choć ten gospodarz zły jest i sknera, ale przypadek może mnie zetknąć z jeszcze gorszym. Gorzko opłakiwałem swe życie przeszłe, pełne utrapień, i nieuchronną bliską śmierć.</akap>

<akap>Pomimo tego udałem zucha, jak mogłem najlepiej, i rzekłem:</akap>

<akap_dialog>--- Panie, ja jestem jeszcze małym chłopcem, toteż nie bardzo dbam o jadło; dzięki Bogu mogę się pochwalić najmniejszą gardzielą między rówieśnikami, za co też chwalili mnie wszyscy gospodarze, u których służyłem.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To wielka zaleta --- odrzekł --- i za to będę cię więcej lubił. Obżeranie się jest tylko właściwością wieprzów, a ludzie porządni powinni jeść umiarkowanie.</akap_dialog>

<akap>,,Rozumiem cię doskonale" --- pomyślałem sobie. ,,Lecz niech będzie przeklęta ta cnota, przez którą u wszystkich moich gospodarzy zdycham z głodu".</akap>

<akap>Wsunąłem się w kąt i wyciągnąłem z zanadrza kilka kawałków chleba, pozostałych jeszcze z tego, co mi ofiarowano jako jałmużnę. On zaś, zobaczywszy to, rzekł mi:</akap>

<akap_dialog>--- Chodź tu, chłopcze! Co ty jesz?</akap_dialog>

<akap>Podszedłem do niego i pokazałem chleb. On wybrał sobie z trzech kromek, jakie miałem, największą i najlepszą --- i rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Na honor, ten chleb wygląda mi wcale dobrze!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Gdzie on tam dobry! --- powiadam.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ależ nie, naprawdę! --- zawołał. --- Skąd ty go masz? Czy on czystymi rękoma wyrobiony?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tego to już ja nie wiem --- odrzekłem. --- Dość, że smak jego nie budzi we mnie wstrętu.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Widocznie taka już wola Boża --- rzekł mój biedny pan i podniósłszy kromkę do ust, zaczął ją gryźć z takim zapałem, z jakim i ja młóciłem drugą.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Doskonały ten chleb --- mówił. --- Jak Boga kocham!</akap_dialog>

<akap>Domyśliłem się, na którą nogę on chroma<pe><slowo_obce>chromać</slowo_obce> (daw.) --- kuleć, utykać; przen.: szwankować, źle działać z powodu braków lub usterek.</pe>, a widząc go w takim usposobieniu, że chętnie pomógłby mi dokończyć ostatnią kromkę, gdyby swoją skończył wcześniej ode mnie, pospieszyłem się sam, i w ten sposób skończyliśmy jeść prawie że razem. Pan mój starannie strzepnął ręką kilka drobniutkich okruszyn, które mu pozostały na piersi. Następnie, wszedłszy do sąsiedniego pokoju, wyniósł stamtąd stary dzbanek z utrąconą szyjką, popił z niego i zaprosił mnie, bym poszedł za jego przykładem.</akap>

<akap>Z przyzwoitości rzekłem:</akap>

<akap_dialog>--- Proszę pana, ja wina nie pijam!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To woda --- odpowiedział mi --- możesz pić śmiało.</akap_dialog>

<akap>Wziąłem dzbanek i trochę z niego upiłem, choć pragnienia wcale nie czułem. Tak przesiedzieliśmy do zmroku, gwarząc<pe><slowo_obce>gwarzyć</slowo_obce> --- prowadzić poufałą rozmowę, gawędzić.</pe> o różnych rzeczach. On mnie wypytywał, ja zaś odpowiadałem na jego pytania, jak umiałem najlepiej. Potem zaprowadził mnie do tego pokoju, gdzie stał dzbanek, z którego piliśmy, i rzekł mi:</akap>

<akap_dialog>--- Stań tutaj, chłopcze, i przyjrzyj się, jak się ściele to łóżko, abyś na przyszłość sam umiał je słać.</akap_dialog>

<akap>Stanąłem z jednego końca, on z drugiego, i rychło przyrządziliśmy nędzną pościel, z którą właściwie nie było co robić. Składała się z trzcinowej plecionki, opartej na ławkach, na plecionce rozściełało się brudny materac, tak dawno nie prany, że stracił barwę materaca, a przy tym wełny było w nim znacznie mniej, niż się należało. Posłaliśmy go, starając się wstrząsnąć, aby był miększy, lecz na nic to się nie zdało, bo trudno jest zrobić miękkie z twardego. Przeklęty materac tak mało w sobie zawierał, że gdyśmy go położyli na plecionce, wszystkie jej trzciny nadały mu kształt żeber najchudszej szkapy<pt><slowo_obce>żeber najchudszej szkapy</slowo_obce> --- w oryginale porównanie mniej zrozumiałe dla polskiego czytelnika: boczek najchudszego wieprza.</pt>. Z wierzchu materaca położyliśmy starą i dziurawą kołdrę nieokreślonej barwy.</akap>

<akap>Kiedy pościel była gotowa i noc już zapadła, pan mój rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Łazarzu, już późno jest, a stąd do rynku porządny kawał drogi, prócz tego po mieście wałęsa się mnóstwo włóczęgów, którzy w nocy zajmują się kradzieżą. Przecierpmy jak bądź do rana, a gdy dzień nastanie, Bóg nas wynagrodzi. Nie robiłem zapasów żywności, bo byłem sam, a przedtem co dzień jadałem obiady na mieście. Teraz będziemy się urządzać inaczej.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Proszę pana --- powiedziałem --- niech wielmożny pan nie troszczy się o mnie, bo ja potrafię bez jadła wytrzymać jedną noc i nawet więcej, gdy będzie trzeba.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- I zdrowszy będziesz --- odparł mi. --- Bo jak to dziś jeszcze mówiliśmy sobie: na długie życie nie ma na świecie lepszego środka jak mało jadać.</akap_dialog>

<akap>,,No, jeżeli na tym polega sekret --- rzekłem do siebie --- to ja nigdy nie umrę, bo zawsze gorliwie trzymałem się tej zasady i w niedoli mojej spodziewam się trzymać jej przez całe życie".</akap>

<akap>Pan mój położył się do łóżka, wsunąwszy pod głowę spodnie i kurtkę, a mnie kazał położyć się w nogach, co też uczyniłem. Ale widocznie ktoś przeklął mój sen. Trzcina pod materacem i moje sterczące kości przez całą noc nie przestały walczyć z sobą i rozbijać się jedno o drugie. Myślę, że z udręczeń, chorób i głodu w ciele moim nie zostało ani funta<pe><slowo_obce>funt</slowo_obce> --- dawna jednostka wagi, równa ok. 0,5 kg.</pe> mięsa, na domiar złego w dniu tym prawie nic nie jadłem i dlatego męki znosiłem z głodu, który nie bardzo przyjaźni się ze snem. Tysiąc razy przeklinałem tej nocy siebie (wybacz mi to, Panie Boże) i mój nieszczęsny los, a bojąc się ruszyć, aby pana mego nie zbudzić, wielokrotnie błagałem Boga o śmierć.</akap>

<akap>Wstaliśmy, skoro nastąpił poranek. Pan mój zaczął trzepać i czyścić spodnie, kurtkę, kaftan i płaszcz, przy czym ja mu gorliwie posługiwałem i podałem wody do mycia. Ubrał się, uczesał i wsunął szpadę do rapci<pe><slowo_obce>rapcie</slowo_obce> --- paski do podwieszania szabli u pasa.</pe>, mówiąc przy tym:</akap>

<akap_dialog>--- O, gdybyś ty wiedział, chłopcze, co to za rzecz! Nie ma na świecie tyle złota, za ile oddałbym ją. Żadna szpada ze wszystkich, jakie zrobił mistrz Antonio, nie posiada tak znakomitej stali, jak ta oto.</akap_dialog>

<akap>I wyciągnął ją z pochwy, a dotykając palcami, mówił:</akap>

<akap_dialog>--- Zobacz no to. Zaręczam, że przetnę nią kłak wełny w powietrzu.</akap_dialog>

<akap>,,A ja zaręczam, że swymi zębami, choć nie są ze stali, przegryzę czterofuntowy bochenek" --- pomyślałem sobie.</akap>

<akap>Pan mój wsunął znów szpadę do pochwy, wziął różaniec z grubych paciorków i trzymając się prosto, pewnym krokiem skierował się ku drzwiom, nadając głowie i całemu ciału szlachetną postawę. Zarzuciwszy koniec płaszcza na ramię i po części na rękę, a prawą ręką wziąwszy się pod bok, wyszedł z tymi słowami:</akap>

<akap_dialog>--- Łazarzu, przez czas, gdy będę na mszy, pilnuj domu, pościel łóżko i przynieś dzbanek wody z rzeki, która tu jest w bliskości. Drzwi zamknij na klucz, żeby nam czegoś nie ukradli, i powieś go tu na zawiasie, abym mógł wejść, jeżeli wrócę podczas twej nieobecności.</akap_dialog>

<akap><begin id="b1786614426517-1492531714"/><motyw id="m1786614426517-1492531714">Pozory</motyw>I poszedł ulicą z tak szlachetnym wyglądem i postawą, że kto go nie znał, pomyślałby, iż to jest najbliższy krewny hrabiego de Arcos<pe><slowo_obce>hrabia de Arcos</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>książę de Arcos</slowo_obce> --- dziedziczny tytuł szlachecki w Hiszpanii, nadany przez Izabelę I w 1493 Rodrigowi Ponce de León, wówczas hrabiemu Arcos; książęta de Arcos należeli do najwyższej arystokracji hiszpańskiej.</pe> lub co najmniej jego szatny<pe><slowo_obce>szatny</slowo_obce> --- służący zajmujący się ubraniami.</pe>.<end id="e1786614426517-1492531714"/></akap>

<akap_dialog>--- Niech będzie błogosławione imię Pańskie --- mówiłem sobie --- za to, że Bóg, zsyłając chorobę, daje i lekarstwo. Któż, spotkawszy mego pana, nie pomyśli, sądząc z dostatniej powierzchowności, że on nie spożył wczoraj doskonałej wieczerzy, nie wyspał się na miękkiej pościeli i nie podjadł sobie syto dzisiaj rano? Władasz, o Panie, wielkimi tajemnicami, których ludzie nie znają. <begin id="b1786615238844-3907594016"/><motyw id="m1786615238844-3907594016">Bieda, Honor</motyw>Kogóż bowiem nie zwiedzie jego dobre usposobienie, przyzwoite ubranie i płaszcz? I kto przypuści, że ten szlachetny człowiek spędził cały dzień wczorajszy o kawałku wyżebranego chleba, który sługa jego, Łazarz, dniem i nocą nosił w zanadrzu, skutkiem czego musiało doń przylgnąć coś nie bardzo czystego? I że dziś, umywszy sobie twarz i ręce, w braku ręcznika musiał się obejść połą swego ubrania? Oczywiście, nikt tego nie podejrzewał. O, Panie, iluż to po świecie musi być rozproszonych takich, co cierpią za jakiś, jak oni nazywają, honor --- więcej, niżby mogli ścierpieć za Ciebie!<end id="e1786615238844-3907594016"/></akap_dialog>

<akap>Z takimi myślami stałem u drzwi, patrząc za moim panem, który postępował długą i wąską ulicą. Wróciłem do domu i w jeden pacierz przeszukałem go z góry do dołu, bez wytchnienia, niczego nie znalazłszy. Posłałem nieszczęsny twardy tapczan, a wziąwszy dzbanek, ruszyłem z nim do rzeki. Tam w jednym ogrodzie zobaczyłem swego pana w ożywionej rozmowie z dwiema wystrojonymi kobietami, zdaje się, że z rodzaju tych, co to zawsze szukają znajomości. U wielu z nich weszło w zwyczaj letnim rankiem przychodzić na te chłodne brzegi, aby się orzeźwić i zjeść śniadanie, nie przynosząc jednakże nic z sobą, w nadziei, że na pewno znajdzie się ktoś, co je ugości. Wielu bowiem z miejscowej szlachty popierało ten ich zwyczaj.</akap>

<akap>Otóż i on stał między nimi, jak rzekłem, niby trubadur Macias<pt><slowo_obce>Macias</slowo_obce>, zwany ,,zakochanym" (<slowo_obce>Macias o Namorado</slowo_obce>) --- poeta hiszpański z końca XIV w., głośny z przygód i poematów miłosnych.</pt>, prawiąc im więcej grzeczności, niż ich Owidiusz<pe><slowo_obce>Owidiusz</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>Publius Ovidius Naso</slowo_obce> (43 p.n.e.--17 lub 18 n.e.) --- jeden z największych poetów rzymskich; autor m.in. poematu <tytul_dziela>Ars amatoria</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Sztuka kochania</tytul_dziela>), będącego rodzajem poradnika w sprawach uwodzenia i miłości.</pe> napisał. Gdy spostrzegły, że się już dostatecznie rozczulił, poprosiły go bez żadnych ceremonii, żeby im postawił śniadanie za zwykłą opłatą. On zaś, wiedząc, że kabzę<pe><slowo_obce>kabza</slowo_obce> (daw.) --- woreczek na pieniądze, sakiewka.</pe> ma tak pustą, jak i żołądek, zadrżał zmieszany, pobladł na twarzy, zaczął plątać się w rozmowie i przytaczać nic nieznaczące tłumaczenia. Kobiety, widocznie już doświadczone, domyśliwszy się jego bolączki, zostawiły go samego.</akap>

<akap>Ja tymczasem gryzłem jakieś głąby, które mi zastępowały śniadanie, i wróciłem do domu, żeby mnie pan nie widział. Chciałem zamieść pokoje, lecz nie było czym. Zacząłem rozmyślać, co tu dalej począć, i postanowiłem czekać na pana aż do południa, a może też nadejdzie i przyniesie przypadkiem coś do jedzenia. Ale nadzieje moje były daremne. Gdy zobaczyłem, że już godzina druga minęła, a on nie powraca --- ponieważ głód mi dokuczał, zamknąłem drzwi i powiesiwszy klucz, gdzie mi kazał, wróciłem do swego zawodu.</akap>

<akap><begin id="b1786614317776-1295321594"/><motyw id="m1786614317776-1295321594">Żebrak, Chleb</motyw>Oczy zwróciwszy ku niebu, a językiem wzywając imienia Bożego, cichym i słabym głosem zacząłem prosić o chleb u drzwi domów, które wydały mi się zamożniejsze. Umiejętność tę wessałem z mlekiem matki: chcę powiedzieć, że nauczył mnie tego wielki mój mistrz ślepiec, a ja stałem się tak zdolnym uczniem, że chociaż ludzie w tym mieście niezbyt hojni, a i rok był nie bardzo urodzajny, przecież tak zręcznie się sprawiałem, że jeszcze czwarta godzina nie wybiła, jak miałem już ze cztery funty chleba w żołądku, a ze dwa funty w zanadrzu i w rękawach. Zawróciłem do domu, a mijając stragan z flakami, poprosiłem jedną ze sprzedających kobiet o jałmużnę, ona zaś dała mi kawał krowiej nogi i nieco gotowanych flaków.<end id="e1786614317776-1295321594"/></akap>

<akap>Gdy przyszedłem do domu, mój dobry pan już tam był. Płaszcz jego złożony leżał na ławie, a on sam przechadzał się po podwórku. Skoro wszedłem, podążył ku mnie. Myślałem, że mnie zgani za spóźnienie, ale Pan Bóg zesłał nań dobry humor. Spytał mnie tylko, skąd powracam. Rzekłem mu:</akap>

<akap_dialog>--- Proszę pana, ja siedziałem tu do godziny drugiej, ale ponieważ wielmożny pan nie wracał, poszedłem na miasto, żeby zwrócić się do litościwych ludzi, i oto co mi dali: zobaczcie, panie!</akap_dialog>

<akap>Pokazałem mu chleb i flaki, przyniesione w pole kaftana.</akap>

<akap>On pobłażliwie popatrzał na to i rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Czekałem na ciebie z obiadem, a potem widząc, że nie nadchodzisz, zjadłem sam. Ale ty w tym wypadku postąpiłeś jak uczciwy człowiek, bo lepiej poprosić o jałmużnę niż ukraść. Tylko pamiętaj, by się nikt nie dowiedział, że mieszkasz u mnie, bo tu chodzi o mój honor. Choć zresztą jestem przekonany, że to pozostanie w tajemnicy, ponieważ w tym mieście mało mnie znają; inaczej nigdy bym tu nie przyszedł.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Niech pan się o to nie troszczy. Nikomu nic do tego, aby mnie miał pytać, ani ja też nie mam powodu rozpowiadać.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No, to jedz teraz, biedaczku. Jeśli Bóg dozwoli, rychło nie będziemy już cierpieć ubóstwa, a powiem ci, że odkąd wszedłem do tego domu, nic mi się nie wiedzie. Widać zbudowano go na niedobrej ziemi, bo bywają takie nieszczęśliwe domy, w złą godzinę zbudowane, które przynoszą nieszczęście wszystkim, co w nich mieszkają. I ten niewątpliwie do takich należy. Ale ja ci przyrzekam, że jak tylko skończy się ten miesiąc, za nic dłużej w tym domu nie zostanę, choćby mi go darmo dawali.</akap_dialog>

<akap>Siedziałem sobie na brzegu ławki i zataiwszy przed nim, że już jadłem śniadanie, aby mnie nie wziął za żarłoka, zacząłem jeść obiad, zagryzając chleb i flaki. Cichutko zerkałem na nieszczęsnego pana, który oczu nie spuszczał z poły mego ubrania, służącej mi wówczas za półmisek. Niechaj Bóg zlituje się nade mną tak, jak ja się wtedy nad nim litowałem: czułem, co on czuje, wiele razy doświadczywszy tego, czego on doświadczał teraz i co dzień. Rozmyślałem, czy dobrze robię, powstrzymując się od zaproszenia go do jadła. Z drugiej zaś strony bałem się, że on nie przyjmie mego zaproszenia, ponieważ mówił, że już jadł. Jednakże chciałem bardzo, aby biedaczysko poratował się moim zarobkiem i zjadł śniadanie, tak jak wczoraj, zwłaszcza że i warunki temu sprzyjały, bo strawa była lepsza, a głód mój słabszy. Bogu spodobało się wypełnić moje (a myślę, że i jego) pragnienie, bo gdy zacząłem jeść, on przechadzając się, podszedł do mnie i rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Powiem ci, Łazarzu, iż pierwszy raz w życiu widzę człowieka, który by jadł z takim apetytem. Każdy, kto nie miałby nawet żadnej ochoty do jedzenia, musi nabrać apetytu, patrząc, jak ty jesz.</akap_dialog>

<akap>,,Nawet z mniejszym apetytem niż twój --- pomyślałem sobie --- moja strawa wydałaby ci się wspaniałą ucztą". Z tym wszystkim uważałem za właściwe pomóc mu, skoro już sam wskazał mi drogę, rzekłem przeto:</akap>

<akap_dialog>--- Proszę pana, jaki materiał --- taka robota. Ten chleb jest tak smaczny, a nóżka tak dobrze i w miarę ugotowana, iż wątpię, czy ktoś oparłby się jej smakowi.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To krowia nóżka?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak, proszę pana.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Powiem ci, że to najlepsza potrawa na świecie i żaden bażant tak by mi nie przypadł do gustu.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Proszę, niech pan spróbuje, a przekona się pan, że jest znakomita.</akap_dialog>

<akap>Podałem mu kawał nogi i trzy lub cztery kromki najbielszego chleba. Siadł obok mnie i począł jeść z wielkim apetytem, obgryzając każdą kostkę lepiej, niżby to pies jego zrobił.</akap>

<akap_dialog>--- Z tatarskim sosem --- rzecze --- byłaby to przepyszna potrawa.</akap_dialog>

<akap>,,Jesz ty ją z lepszą przyprawą" --- pomyślałem sobie.</akap>

<akap_dialog>--- Jak Boga kocham, zjadłem to z takim smakiem, jak gdybym dziś nic jeszcze nie miał w ustach.</akap_dialog>

<akap>Poprosił mnie o dzbanek z wodą. Podając go, zauważyłem, że wody w nim tyleż, ile przyniosłem. Był to dowód, że pan mój niezbyt obfity zjadł obiad, skoro woda w dzbanku stała nietknięta. Popiliśmy i bardzo zadowoleni poszliśmy spać, jak dnia poprzedniego.</akap>

<akap>Żeby się zbytnio nie rozszerzać, powiem tylko, że w ten sposób przeżyliśmy osiem do dziesięciu dni. Co rano mój pan biedaczysko ze swą czcigodną postawą powolnym krokiem wyruszał odetchnąć świeżym powietrzem na ulicach, zostawiając Łazikowi troskę o zdobycz. Coraz częściej zastanawiałem się nad swą nieszczęsną dolą. Uwolniwszy się od złych gospodarzy, którym pierwej służyłem, i szukając lepszego, wpadłem z deszczu pod rynnę. Napotkałem takiego, co nie tylko że mnie nie utrzymywał, ale jeszcze ja musiałem go żywić. Pomimo tego lubiłem go, widząc, że on sam nic nie ma i nic dać nie może. Toteż czułem dla niego raczej litość niż niechęć i nieraz sam obchodziłem się bez pokarmu, byleby tylko przynieść do domu cokolwiek, czym on mógłby się pożywić.</akap>

<akap>Pewnego razu wczesnym rankiem, kiedy on w jednej koszuli poszedł z potrzebą na górę, ja --- żeby się pozbyć wszelkich wątpliwości --- rozwinąłem jego kaftan oraz spodnie, położone w głowach, i znalazłem tam woreczek z gładkiego aksamitu, cały sfałdowany, w którym nie było ani blanki, ani nawet śladu, że tam kiedyś coś było. ,,To biedak --- mówiłem sobie --- a nikt nie może dać tego, czego nie posiada. Lecz oto skąpy ślepiec i przeklęty sknera ksiądz morzyli mnie głodem, choć Bóg im dawał niemało, jednemu za całowanie po rękach, drugiemu za obrotny język. Takich to trzeba nienawidzić, a tego tylko pożałować". I dziś jeszcze, Bóg mi świadkiem, gdy widzę kogoś ze szlacheckiego stanu z taką dostojną postawą, zaraz mi go żal. Bo myślę sobie, czy i on nie cierpi czasem tego, co, jak widziałem, cierpiał mój pan, któremu, przy całym jego ubóstwie, począłem służyć z większą ochotą niż innym, a właśnie z powodów, które wymieniłem.</akap>

<akap><begin id="b1786614483676-3323401202"/><motyw id="m1786614483676-3323401202">Pycha, Duma, Bieda</motyw>Jedna rzecz tylko trochę mi się w nim nie podobała. Chciałbym, żeby on wyrzekł się pychy i żeby jego duma zniżyła się choć nieco do poziomu, który by odpowiadał jego ubóstwu. Lecz widocznie u ludzi podobnego rodzaju istnieje zwyczaj, surowo przestrzegany i zachowywany, aby dumnie trzymać głowę, nawet gdyby w kieszeni grosza nie było. Wylecz ich z tego, Panie Boże, bo inaczej zginą na tę chorobę.<end id="e1786614483676-3323401202"/></akap>

<akap>I oto kiedy w takim położeniu pędziłem życie, spodobało się mojej złej doli, jak gdyby nie dość mnie jeszcze gnębiła, zakłócić i ten sposób życia w trosce i poniżeniu. <begin id="b1786614550088-722185767"/><motyw id="m1786614550088-722185767">Prawo, Żebrak, Obcy</motyw>W miejscowości tej zdarzył się właśnie rok nieurodzaju, skutkiem czego zarząd miasta postanowił, aby wszyscy ubodzy obcego pochodzenia opuścili miasto, przy czym zapowiadano, że kogo złapią po ogłoszeniu rozporządzenia, ten będzie karany chłostą. I rzeczywiście, w cztery dni po ogłoszeniu widziałem, jak stosując to prawo, pędzono ulicami, chłoszcząc, całą procesję żebraków. To nabawiło mnie takiego strachu, że w żaden sposób nie odważyłem się przekroczyć rozporządzenia i prosić o wsparcie.<end id="e1786614550088-722185767"/></akap>

<akap><begin id="b1786614524344-2970524279"/><motyw id="m1786614524344-2970524279">Bieda</motyw>Wówczas warto było widzieć, w jakiej wstrzemięźliwości, przygnębieniu i milczeniu żyli mieszkańcy naszego domu. Niekiedy zdarzało nam się spędzić dwa lub trzy dni, nie jedząc ani kęsa i nie przemówiwszy ani słowa. Życie moje podtrzymywały jakieś kobieciny z przeciwka, trudniące się przędzeniem bawełny i wyrobem czepców. Poznałem się z nimi przez sąsiedztwo, a one wydzielały mi odrobinę z tego, co sobie gotowały --- i o tym jakoś żyłem.<end id="e1786614524344-2970524279"/></akap>

<akap>Nie tyle żal mi było siebie, ile mego wynędzniałego pana, który nie wiem czy nawet raz na tydzień zjadł jakiś kąsek. Przynajmniej w domu nie jedliśmy nic przez cały tydzień. Nie wiem, gdzie on chodził, skąd wracał i co jadał. Patrzałem, jak w południe szedł ulicą z ciałem wyciągniętym jak u rasowego charta. Ponieważ wymagał tego nieszczęsny honor, brał jakąś słomkę z tych resztek, co były jeszcze w domu, i stojąc we drzwiach, dłubał nią w zębach niby to po jedzeniu. Zwracając się wciąż do swej nieszczęśliwej gwiazdy, mówił:</akap>

<akap_dialog>--- Wszak to oczywiste, że powodem naszych kłopotów jest ten fatalny dom. Sam widzisz, jaki on ponury, ciemny i smutny. Trzeba pocierpieć, póki tu mieszkamy. Ja tylko czekam, kiedy się skończy ten miesiąc, żeby się stąd wydostać.</akap_dialog>

<akap>I oto w tym czasie, gdyśmy tak cierpieli nękani głodówką, nie wiem jakim szczęśliwym przypadkiem pan mój zdobył reala. Przyszedł taki ucieszony do domu z tym realem, jak gdyby miał w rękach skarby całej Wenecji<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q641"></ref><pe><slowo_obce>Wenecja</slowo_obce> --- włoskie miasto na płn. wybrzeżu M. Adriatyckiego; dawniej stolica niezależnej Republiki Weneckiej, która była jedną z morskich i handlowych potęg Morza Śródziemnego.</pe>. Twarz jego promieniała radością, gdy dawał mi reala, mówiąc:</akap>

<akap_dialog>--- Weź, Łazarzu! Bóg otworzył swą hojną rękę. Idź na rynek, kup chleba, wina i mięsa. Trzeba dziś diabłu przytrzeć rogów. A jeszcze to ci na pociechę oznajmię, że wynająłem inny dom, i w tym nieszczęśliwym przesiedzimy tylko do końca miesiąca. Niech będzie przeklęty ten, co położył na nim pierwszą dachówkę. W złą godzinę do niego wszedłem. Klnę się na Boga, że przez cały czas, jak tu mieszkam, nie wypiłem ani łyka wina, nie zjadłem ani kawałka mięsa i nie miałem ani chwili spokoju --- taki ma on wygląd ponury i smutny. No, biegnij i wracaj co prędzej, a zjemy sobie dziś obiad jak hrabiowie.</akap_dialog>

<akap>Schwyciwszy reala i dzbanek, wesół i ucieszony pobiegłem co siły w nogach ulicą ku rynkowi.</akap>

<akap>Ale cóż na to poradzić, że mi od urodzenia przeznaczone było nie zakosztować nigdy żadnej radości bez przeszkody. Tak było i z tym. Idąc ulicą, obliczałem, jak i na co wydać reala, żeby największa była z niego korzyść, a przy tym wznosiłem do Boga nieskończone dzięki za to, że memu panu zesłał pieniądze. Aż tu na moje nieszczęście naprzeciw mnie niosą ulicą nieboszczyka na noszach, w otoczeniu księży i licznego orszaku. Przytuliłem się do ściany, żeby im zostawić wolne przejście. Jak tylko minęli mnie z ciałem, ukazała się za trumną kobieta w żałobie, zapewne żona zmarłego, której towarzyszyło kilka innych kobiet. Szła ona, płacząc i głośno lamentując tymi słowy:</akap>

<akap_dialog>--- Mężu i panie mój! Kędyż<pe><slowo_obce>kędy</slowo_obce> (daw., gw.) --- gdzie, dokąd; <slowo_obce>kędyż</slowo_obce>: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż; inaczej: gdzież.</pe> cię niosą ode mnie? Do domu smutku i niedoli, do domu strapienia i mroku! Do tego domu, gdzie nigdy nie ma jadła ani napoju!</akap_dialog>

<akap>Gdy to usłyszałem, świat cały zakołował przede mną i krzyknąłem: ,,O, ja nieszczęśliwy! Do naszego domu niosą tego nieboszczyka". Zawróciłem z drogi, przepchnąłem się przez orszak i co tchu przybiegłem do domu. Wszedłszy, szybko zamknąłem drzwi, wołając na pomoc mego pana i prosząc go, żeby mi pomógł bronić wejścia.</akap>

<akap>On, zmieszawszy się nieco i domyślając się czegoś innego, spytał mnie:</akap>

<akap_dialog>--- Co się stało, chłopcze? Czego krzyczysz? Czemu tak zawzięcie tarasujesz drzwi?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ach, panie! --- rzekłem --- nie odchodź stąd, do nas niosą tu nieboszczyka!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jak to? --- zapytał.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Spotkałem go tam, a żona jego mówiła: ,,Mężu i panie mój! Kędyż cię niosą ode mnie? Do domu smutku i niedoli, do domu strapienia i mroku, do tego domu, gdzie nigdy nie ma jadła ani napoju". Ach, panie, jego tutaj niosą!</akap_dialog>

<akap>Oczywiście, gdy pan mój usłyszał to, choć nie było powodu do zbytniej radości, przecież tak się śmiał, że długo nie mógł przyjść do słowa. A ja tymczasem zamknąłem drzwi na zasuwę i dla lepszej obrony podpierałem je ramieniem. Już ludzie z nieboszczykiem minęli nasz dom, a ja wciąż myślałem, że go nam tu wstawią. Ponieważ mój dobry pan do tej pory bardziej nasycił się śmiechem niż jadłem, przeto rzekł do mnie:</akap>

<akap_dialog>--- Prawda, Łazarzu, że sądząc ze słów wdowy, mogłeś całkiem słusznie pomyśleć to, coś pomyślał, lecz ponieważ Bogu spodobało się wszystko lepiej urządzić, niż się spodziewałeś, i skoro oni już poszli sobie dalej, otwórz drzwi i ruszaj po obiad.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Proszę pana, niechaj choć wyjdą z naszej ulicy --- nalegałem.</akap_dialog>

<akap>Tak dalece byłem wystraszony i zmieszany, że wreszcie pan mój musiał przemocą drzwi od ulicy otworzyć i wypchnąć mnie z domu. I chociaż dnia tego zjedliśmy wcale dobrze, jednak ja już nie odzyskałem apetytu i przez całe trzy dni nie mogłem otrząsnąć się z wrażenia. A pan mój śmiał się, ile razy sobie to przypomniał.</akap>

<akap>Tak spędziłem dni sporo z biednym szlachcicem, który był moim trzecim gospodarzem. Przez cały ten czas starałem się poznać cel jego przybycia i osiedlenia się w tej miejscowości. Już pierwszego dnia, jak tylko zamieszkałem u niego, dowiedziałem się, że on nietutejszy, bo miał bardzo mało znajomości wśród miejscowych mieszkańców. Nareszcie spełniło się moje życzenie i dowiedziałem się, czegom chciał.</akap>

<akap>Pewnego razu, gdyśmy zjedli dość suty obiad, pan był w dobrem usposobieniu i opowiedział mi swoje losy, mówiąc, że pochodzi ze Starej Kastylii<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q1043594"></ref><pe><slowo_obce>Stara Kastylia</slowo_obce> --- kraina hist. w płn. Hiszpanii, odpowiadająca terenom Królestwa Kastylii w XI w., zanim poszerzyło ono swoje granice na południe i stało się największym państwem na Płw. Iberyjskim; nazwa używana dawniej dla odróżnienia od płd. części Kastylii, zwanej Nową Kastylią, zdobytej w wyniku podboju muzułmańskiego państwa ze stolicą w Toledo.</pe> i że opuścił swą ojczyznę, aby nie zdejmować kapelusza przed szlachcicem z sąsiedztwa.</akap>

<akap_dialog>--- Proszę pana --- rzekłem --- jeżeli on był, jak mówicie, bogatszy od was, to nie było obrazy ukłonić mu się jako pierwszy, zwłaszcza że i on, jak mówicie, wam się kłaniał.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak, to prawda, i on mnie się kłaniał, ale ponieważ ja wiele razy ukłoniłem mu się pierwszy, przeto byłoby wcale pięknie, żeby on kiedykolwiek mnie uprzedził.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mnie się zdaje, proszę pana, że ja bym na to nie zważał, a zwłaszcza wobec tych, co są starsi i bogatsi ode mnie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ty jesteś dzieckiem --- rzekł mi. --- <begin id="b1786614448848-3326575584"/><motyw id="m1786614448848-3326575584">Honor, Szlachcic</motyw>Ty nie rozumiesz zagadnień honoru, na którym polega teraz całe bogactwo szlachetnego człowieka. Powiem ci tylko, że jestem, jak widzisz, szlachcicem i klnę ci się na Boga, że jeżeli spotkam na ulicy hrabiego, a on nie zdejmie przede mną kapelusza w najgrzeczniejszy sposób, to na drugi raz przy spotkaniu, zanim on się zbliży, staram się wejść do jakiegoś domu, udając, że w nim mam jakąś sprawę, albo też przechodzę na drugą stronę ulicy, jeżeli się da, byle tylko mu się nie kłaniać. Prócz Bogu i królowi, szlachcic nic nikomu nie winien i nie należy, będąc człowiekiem szlachetnie urodzonym, zaniedbywać się w przestrzeganiu godności osobistej.<end id="e1786614448848-3326575584"/> Pamiętam, jak pewnego razu zawstydziłem jednego urzędnika w moich stronach, a nawet omal że go nie obiłem za to, że za każdym razem przy spotkaniu mówił mi: ,,Niech Pan Bóg pomoże panu dobrodziejowi!". ,,Wy, panie Bartku Parobczański<pt><slowo_obce>panie Bartku Parobczański</slowo_obce> --- w oryginale <slowo_obce>Don Villano Ruyn</slowo_obce>; dosłownie: <slowo_obce>villano</slowo_obce>: prostak, parobek, gbur; <slowo_obce>ruin</slowo_obce>: nędzny, podły, ordynarny.</pt>, źle jesteście wychowani", rzekłem mu. ,,Cóż wy mi mówicie: »Niech Pan Bóg pomoże«, jak gdyby tu było co komu potrzeba". Od tej pory już zawsze zdejmował przede mną kapelusz i mówił jak należy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A czyż źle jest, witając drugiego, powiedzieć mu: ,,Niech Pan Bóg pomoże"? --- zapytałem.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Zastanówże się, chłopcze --- odpowiedział. --- Przecież tak się mówi do ludzi niskiego stanu, ale do osób wyżej urodzonych, jak ja, nie mówi się inaczej, jak: ,,całuję rączki jaśnie panu", lub co najmniej: ,,całuję rączki pańskie", jeżeli ten, co się do mnie zwraca, jest szlachcicem. Toteż nie mogłem ścierpieć, aby ten szlachetka z moich stron zwracał się do mnie z podobnym powitaniem, i nie ścierpię od nikogo w świecie, prócz króla, żeby mi mówił: ,,niech Pan Bóg pomoże!".</akap_dialog>

<akap>,,Dlatego też --- pomyślałem --- Bóg tak mało ci pomaga, że nie znosisz, kiedy ktoś Boga o to prosi".</akap>

<akap_dialog>--- Przede wszystkim nie sądź --- mówił dalej --- że ja jestem ubogi. Posiadam kawał ziemi, szesnaście mil<pe><slowo_obce>mila</slowo_obce> --- dawna miara odległości o różnej wartości; stara mila kastylijska (<slowo_obce>legua</slowo_obce>) wynosiła ok. 4 km.</pe> od mego miejsca rodzinnego, wśród prześlicznych pagórków Valladolid<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q8356"></ref><pe><slowo_obce>Valladolid</slowo_obce> --- miasto w płn.-zach. Hiszpanii; dawna siedziba królów Kastylii.</pe>, można by na nim zbudować domy, które byłyby warte przeszło dwakroć sto tysięcy marawedi, gdyby je pięknie i wygodnie urządzić. Prócz tego mam gołębnik, który dawałby co rok przeszło dwieście gołębi, gdyby nie był zrujnowany. O wielu innych rzeczach nawet nie mówię. A wszystko to opuściłem, bo honor mój był zadraśnięty.</akap_dialog>

<akap>Przybyłem do tego miasta z zamiarem, aby się tu przyzwoicie urządzić, lecz stało się inaczej, niż myślałem. Wprawdzie znalazłem tu niemało kanoników<pe><slowo_obce>kanonik</slowo_obce> --- dawniej: duchowny żyjący przy katedrze według reguł kanonicznych; członek kapituły, tj. rady biskupiej; także: tytuł honorowy nadawany duchownym.</pe> i dostojników kościelnych, lecz wszyscy żyją w takim odosobnieniu, że nikt w świecie nie zdołałby zmienić ich trybu życia. Zaprasza mnie szlachta średniozamożna, ale służyć jej zbyt jest przykro, bo wypadałoby z człowieka przedzierzgnąć się w bydlę. Inaczej powiedzą ci: ,,z Panem Bogiem". Co się tyczy wynagrodzenia, to przeważnie otrzymuje się je dopiero po długich upokorzeniach, a zazwyczaj służy się tylko za wyżywienie. Kiedy zaś zechcą uspokoić swe sumienie i wynagrodzić cię za trudy, to podarują przepoconą kurtę lub kaftan, albo wypłowiały płaszcz.</akap>

<akap>Jeżeli jednak uda się komuś przypiąć do jakiegoś dostojnika, to wtedy można wyżyć wcale znośnie. Zaliż<pe><slowo_obce>zali</slowo_obce> (daw.) --- czy; <slowo_obce>zaliż</slowo_obce>: czyż, czyżby.</pe> to los odmówił mi zdolności do służenia i nadskakiwania dygnitarzom? Jak mi Bóg miły, gdyby mi się udało trafić na takiego, spodziewam się, że rychło zasłużyłbym sobie na jego życzliwość.</akap>

<akap>Wyświadczałbym mu tysiące przysług, bobym potrafił mu kadzić nie gorzej od innych i dogodzić mnóstwem przemyślnych sposobików. Zacząłbym podziwiać wszystkie jego postępki, nawet nie nazbyt mądre, a nigdy nie powiedziałbym mu nic przykrego, choćby się to i należało. W jego obecności byłbym bardzo uważający w słowach i czynach, natomiast nie zadawałbym sobie trudu z tym, czego by on nie mógł widzieć. Kłóciłbym się ze służbą, gdyby on mógł dosłyszeć, aby mu się zdawało, że bardzo się troszczę o wszystkie jego sprawy. Gdyby on wymyślał na kogoś ze służby, umiałbym dolać oliwy do ognia, lecz tak, aby się zdawało, że wstawiam się za winnym. Odzywałbym się dobrze o wszystkim, co on za dobre uważa, i na odwrót: postępowałbym wrogo i złośliwie względem tych, co mu się nie podobają. Starałbym się zbierać wiadomości o życiu innych, żeby jemu opowiadać.</akap>

<akap>Wyuczyłbym się różnych sposobów, które obecnie popłacają na dworach i podobają się wielkim panom, co to nie lubią u siebie w domu ludzi cnotliwych, a nawet ich unikają. Takich dworaków wysoko się tam nie ceni; zwą ich zazwyczaj nieukami i nicponiami, z którymi nie ma co robić w towarzystwie. U takich właśnie dygnitarzy ludzie sprytni, jak powiadam, urządzają się tak, jak ja bym to potrafił. Ale nie mam do tego szczęścia.</akap>

<akap>Tak skarżył się mój pan na gorzką dolę, opowiadając mi o swej szanownej osobie. <begin id="b1786614595676-1433208328"/><motyw id="m1786614595676-1433208328">Pieniądz, Ucieczka</motyw>W tym czasie wszedł we drzwi jakiś mężczyzna i jakaś baba. Mężczyzna począł żądać od niego opłaty za najem domu, a baba --- za pościel. Zaczęli rachować i za dwa miesiące wyliczyli mu tyle, że i w rok nie zebrałby tego: koło dwunastu czy trzynastu realów. Pan mój zręcznie powiedział, że pójdzie tylko na rynek zmienić jedną monetę na dwie i żeby oni później przyszli. Ale on poszedł i nie wrócił, toteż gdy tamci zjawili się później, było już za późno.<end id="e1786614595676-1433208328"/></akap>

<akap>Zapadła noc, a jego wciąż nie było. Bojąc się zostać sam w domu, uciekłem do sąsiadek, opowiedziałem im, co się stało, i tam zasnąłem.</akap>

<akap>Nazajutrz rano przyszli wierzyciele i zaczęli pytać o sąsiada, ale nadaremnie. Kobiety im powiedziały:</akap>

<akap_dialog>--- Widzicie tu jego chłopca, on ma klucz od mieszkania.</akap_dialog>

<akap>Zaczęli mnie wypytywać o pana; odrzekłem, że nie wiem, gdzie jest, że nie wrócił do domu, odkąd wyszedł zmienić pieniądze, i myślę, że on pod pozorem zmiany uciekł od nich i ode mnie.</akap>

<akap>Usłyszawszy to, poszli po alguazila<pt><slowo_obce>alguazil</slowo_obce> --- policjant hiszpański; wyraz arabski, dosłownie znaczy ,,łucznik".</pt> i po pisarza --- i wkrótce z nimi wrócili. Wzięli klucz, wezwali mnie oraz świadków, otworzyli drzwi i weszli, aby położyć areszt na majątku mego pana, dopóki dług nie będzie spłacony. Obeszli cały dom, a widząc, że jest pusty, jak to już mówiłem, zaczęli mnie badać:</akap>

<akap_dialog>--- Gdzież są ruchomości twego pana? Gdzie jego kufry, meble, obrazy?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tego ja nie wiem --- odrzekłem im.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Niewątpliwie dziś w nocy wszystko to musieli ukryć lub wynieść do innego domu. Panie alguazilu, niech się pan weźmie do tego chłopca, on wie, gdzie są rzeczy.</akap_dialog>

<akap>Wówczas podszedł alguazil i ująwszy mnie za kołnierz, rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- No, łobuzie, jeżeli nie powiesz, gdzie są ruchomości twego pana, będziesz aresztowany.</akap_dialog>

<akap>Ponieważ ze mną nie było jeszcze wypadku, aby mnie ktoś chwytał za kołnierz (przypuśćmy, że ślepy brał mnie za kołnierz, ale trzymał dość lekko, żebym tylko mógł wskazać drogę, której nie widział), zląkłem się bardzo i z płaczem obiecałem mówić wszystko, o co mnie spytają.</akap>

<akap_dialog>--- Dobrze. Więc nie bój się i opowiadaj, co wiesz --- rzekli mi.</akap_dialog>

<akap>Pisarz, zasiadłszy na ławie, aby spisywać inwentarz, zapytał mnie, co pan mój posiada.</akap>

<akap_dialog>--- Proszę panów --- odrzekłem --- mój pan, jak mi sam mówił, ma ładny kawał gruntu pod budowę i rozwalony gołębnik.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dobrze --- powiedzieli. --- Cokolwiek to jest warte, zawsze można będzie pokryć nasze należności. No, a w jakiej części miasta ten grunt się znajduje? --- spytali mnie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- W jego rodzinnych stronach --- odpowiedziałem.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jak Boga kocham, wcale nieźle --- odrzekli. --- A gdzież są te strony rodzinne?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mówił mi, że w Starej Kastylii --- odrzekłem.</akap_dialog>

<akap>Alguazil i pisarz długo się śmiali, mówiąc:</akap>

<akap_dialog>--- Wystarczy tego, rozumie się, aby pokryć waszą należność, nawet gdyby była większa.</akap_dialog>

<akap>Sąsiadki, obecne przy tym, rzekły:</akap>

<akap_dialog>--- Panowie, ten dzieciak nie winien. On dopiero niedawno mieszka u szlachcica i wie o nim nie więcej od waćpanów. Biedaczyna często do nas zaglądał, bo myśmy dawały mu jeść, a na noc chodził spać do niego.</akap_dialog>

<akap>Widząc, że jestem niewinny, puścili mnie na wolność.</akap>

<akap>Alguazil i pisarz zaczęli żądać od mężczyzny i baby opłaty za swą fatygę, z czego powstała straszliwa kłótnia i wrzawa. Jedni twierdzili, że nie powinni płacić, bo nie mają za co, skoro spisu nie dokonano, drudzy mówili, że oni z tego powodu porzucili inne zajęcie, które było dla nich ważniejsze od tego. Wreszcie po długich sporach stary materac baby wpakowano strażnikowi na plecy i wszyscy pięcioro poszli, głośno krzycząc.</akap>

<akap>Nie wiem, na czym się to skończyło, ale sądzę, że nieszczęsny materac zapłacił za wszystkich i dobrze się spisał, ponieważ zamiast wypoczywać po poniesionych trudach, pozwolił się dalej wynająć.</akap>

<akap>Tak oto porzucił mnie mój trzeci, biedny pan, dzięki czemu ostatecznie poznałem swą gorzką dolę. Los mój, czyniąc mi we wszystkim na przekór, jakoś odwrócił na nice<pe><slowo_obce>nice</slowo_obce> (lm, daw.) --- lewa, odwrotna strona czegoś, szczególnie tkaniny a. ubrania; <slowo_obce>odwrócić coś na nice</slowo_obce>: zmienić coś radykalnie, przewrócić do góry nogami.</pe> porządek życia, zazwyczaj bowiem służba porzuca swoich panów, a ze mną stało się inaczej: mój pan opuścił mnie i uciekł ode mnie.</akap>



<naglowek_rozdzial>Rozdział czwarty</naglowek_rozdzial>

<nota><akap>Jak Łazarz służył u brata zakonnego</akap></nota>

<akap>Wypadało szukać czwartego chlebodawcy. Kobieciny, o których mówiłem, zaprowadziły mnie do pewnego brata zakonnego. Nazywały go swym krewnym. Był to wielki wróg klasztornego chóru i wspólnego refektarza<pe><slowo_obce>refektarz</slowo_obce> --- jadalnia w klasztorze lub w innej instytucji kościelnej.</pe>, za to zapalony miłośnik świeckich rozrywek i odwiedzin, przepadał za życiem poza murami klasztoru.</akap>

<akap>Myślę, że biegając po kominkach<pe><slowo_obce>biegać po kominkach</slowo_obce> (pot.) --- chodzić do znajomych na pogawędki i plotki.</pe>, zdarł on więcej trzewików niż wszyscy jego bracia zakonni razem wzięci. On to podarował mi pierwsze w mym życiu trzewiki; zresztą nie wytrzymały one nawet tygodnia, bo i jak mogło być inaczej przy takim nieustannym bieganiu po mieście.</akap>

<akap>Z tej przyczyny, jak i z powodu pewnych sprawek, o których tu już nie wspomnę, nie zagrzałem u niego miejsca.</akap>



<naglowek_rozdzial>Rozdział piąty</naglowek_rozdzial>

<nota><akap>Jak Łazarz służył u sprzedawcy bulli odpustowych</akap></nota>

<akap><begin id="b1786614631132-3838614659"/><motyw id="m1786614631132-3838614659">Fałsz</motyw>Piąty chlebodawca, którego mi los przeznaczył, trudnił się sprzedażą bulli<pe><slowo_obce>bulla odpustowa</slowo_obce> (pot.), właśc. <slowo_obce>list odpustowy</slowo_obce> --- dawny dokument urzędowy wydawany przez Kościół katolicki, potwierdzający udzielenie odpustu, czyli darowanie kar za grzechy; początkowo warunkiem uzyskania odpustu były modlitwy lub pobożne uczynki, w tym darowizny pieniężne na cele charytatywne lub religijne; od późnego średniowiecza rozpowszechniła się praktyka sprzedaży listów odpustowych; po ogłoszeniu odpustów przez papieża biskupi na mocy pełnomocnictw papieskich organizowali zbiórki na terenie swoich diecezji, korzystając z pośrednictwa wędrownych kaznodziejów: za określoną sumę grzesznik mógł uzyskać zwolnienie od przyszłych męczarni w czyśćcu; odpusty można było kupować nie tylko dla siebie, ale też dla innych osób, nawet już nieżyjących i podobno cierpiących w zaświatach.</pe> odpustowych. Był to skończony szubrawiec, umiejący zbywać swój towar z takim sprytem i przebiegłością, jak w życiu nie widziałem i nie spodziewam się nigdy zobaczyć: tyle miał sposobików i podstępnych pomysłów.<end id="e1786614631132-3838614659"/></akap>

<akap>Przybywając do miasteczka, gdzie zamierzał sprzedawać bulle, przede wszystkim ofiarowywał proboszczom albo księżom drobne podarunki bez wartości ani znaczenia: pęczek rzodkiewek, jeżeli była na nie pora, parę cytryn lub pomarańcz, brzoskwinię, kilka moreli albo niedojrzałych gruszek. Tym sposobem starał się ich pozyskać, aby mu sprzyjali w sprzedaży bulli i zachęcali parafian do kupna.</akap>

<akap>Zapewniwszy sobie ich łaski, starał się wybadać stopień ich wykształcenia. Gdy mówili, że rozumieją po łacinie, wtedy on, aby się nie potknąć, nie mówił tym językiem, lecz posługiwał się wykwintną i czystą mową hiszpańską. Jeżeli zaś okazało się, że księża byli z tych wielebności, co to wolą pieniążki niż uczone księgi, wówczas on robił między nimi świętego Tomasza<pe><slowo_obce>Tomasz z Akwinu</slowo_obce> (ok. 1225--1274) --- włoski filozof i teolog, dominikanin, jeden z najważniejszych myślicieli w dziejach chrześcijaństwa; święty Kościoła katolickiego; twórca tomizmu, nurtu filozoficznego powstałego na bazie filozofii Arystotelesa i wyłożonego po łacinie w <tytul_dziela>Sumie teologii</tytul_dziela>, jednym z głównych dzieł filozoficznych i teologicznych średniowiecza; tomizm stanowi do dziś nieoficjalną filozofię Kościoła katolickiego.</pe> i bite dwie godziny prawił po łacinie, przynajmniej tak się zdawało, bo w istocie było to tylko udawanie.</akap>

<akap>Gdy nie brano od niego bulli z dobrej woli, starał się wpakować je pomimo woli i zmuszał do tego ludność, uciekając się nieraz do sprytnych wybiegów. Ponieważ zbyt długo trzeba by mówić o wszystkich jego fortelach, przeto opowiem tylko jeden z nich, bardzo dowcipny i sprytny, a niech on służy za dowód przebiegłości tego człowieka.</akap>

<akap>W pewnym miasteczku, należącym do diecezji biskupiej Toledo, prawił kazania przez dwa lub trzy dni z właściwą sobie gorliwością, a mimo to nie kupiono od niego ani jednej bulli i, jak się zdawało, nie myślano brać. Pienił się ze złości. Rozmyślając, co czynić dalej, postanowił nazajutrz z rana zwołać ludność i bulle rozprzedać.</akap>

<akap>Tegoż wieczora po wieczerzy zaczął grać w karty z alguazilem. Podczas gry pokłócili się i rzecz doszła do grubych wymysłów. On nazwał alguazila zbójem, a ten jego oszustem. Na to agent odpustowy, czyli mój pan, skoczył do włóczni, która stała u drzwi izby, alguazil zaś schwycił za szpadę, którą nosił u boku.</akap>

<akap>Na krzyk i hałas, którego narobiliśmy wszyscy, zbiegli się goście i sąsiedzi --- i rozdzielili ich. Oni zaś, strasznie rozgniewani, starali się wyrwać z rąk, aby się bić. Lecz ponieważ na wrzawę zebrało się ludzi tak wiele, iż wkrótce wypełniła się izba, oni widząc, że nie zdołają zmierzyć się orężem, zaczęli się wzajemnie obrzucać obelgami. Alguazil krzyknął memu panu, że jest oszust, bo bulle, które zaleca, są fałszywe.</akap>

<akap>Na koniec ludzie, widząc, że inaczej nie potrafią ich uspokoić, przemocą wyprowadzili alguazila z izby. Pan mój był strasznie rozsierdzony, ale goście i sąsiedzi tak go poczęli prosić, że wreszcie przestał się złościć i poszedł spać. Wszyscy uczynili to samo.</akap>

<akap>Nazajutrz rano pan mój udał się do kościoła i kazał dzwonić na mszę i na kazanie, aby przy tej sposobności sprzedawać bulle. Ludzie zaczęli się zbierać, lecz wielu z nich szemrało, że to bulle fałszywe, co alguazil wyjawił był podczas kłótni. Toteż nawet ci, co mieli bodaj słabą chęć kupienia, teraz wyrzekli się tego całkowicie.</akap>

<akap>Pan agent wszedł na ambonę i rozpoczął kazanie, namawiając ludzi, aby się nie pozbawiali wielkiego dobrodziejstwa odpustu, jakie płynie ze świętej bulli. Gdy kazanie jego doszło do najciekawszego miejsca, wszedł do kościoła alguazil; klęcząc, odmówił modlitwę, po czym wstał i przemówił donośnym głosem, wolno i wyraźnie wymawiając słowa:</akap>

<akap_dialog>--- Dobrzy ludzie, posłuchajcie, co powiem, a wysłuchawszy, sądźcie sami. Przybyłem do waszego miasta z tym oto nicponiem, który prawi wam kazanie, a który mnie podszedł, prosząc o pomoc w swojej sprawie, pod warunkiem podziału zysków. Teraz jednak, zrozumiawszy, jaką krzywdę wyrządzi to memu sumieniu i waszym majątkom, doznałem skruchy i oświadczam wam, że bulle, które on zaleca, są podrobione. Nie wierzcie mu i nie bierzcie ich, ja zaś wyrzekam się wszelkiego w tym udziału. A jeżeli go kiedyś ukarzą za oszustwo, bądźcie mi świadkami, że ja z nim nie trzymałem i nie pomagałem mu, o czym zawczasu ogłaszam, wykazując jego niecny postępek.</akap_dialog>

<akap>Tak alguazil skończył swe przemówienie. Kilka czcigodnych osób, stojących obok, próbowało wyprowadzić go z kościoła, aby zapobiec awanturze. Lecz pan mój powstrzymał ich gestem i pod groźbą wyklęcia zabronił wszystkim mieszać się do tego. Chciał dać mu możność wypowiedzenia wszystkiego, co zechce. Sam również zachowywał milczenie, póki alguazil mówił.</akap>

<akap>Gdy skończył, pan mój spytał go, czy nie chce jeszcze czegoś dodać, na co alguazil odrzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Wiele mógłbym jeszcze powiedzieć o was i waszym fałszerstwie, ale na dzisiaj wystarczy.</akap_dialog>

<akap>Wówczas pan agent, ukląkłszy na ambonie, wzniósłszy ręce i zwróciwszy oczy ku niebu, począł mówić:</akap>

<akap>--- O, Panie! Ty, przed którym nic się ukryć nie może, który wszystko widzisz! O, wszechmocny, dla którego nie ma nic niemożliwego! Ty znasz prawdę i widzisz, jak niesłusznie jestem skrzywdzony. Wybaczam mu, Panie, krzywdę moją, abyś i Ty mi wybaczył. Daruj mu, bo nie wie, co czyni i mówi. Ale błagam Cię, w imię sprawiedliwości nie ukryj zniewagi, wyrządzonej Tobie, o Panie, ażeby ktoś z obecnych, co myślał wziąć tę świętą bullę --- uwierzywszy kłamliwym słowom tego człeka, nie poniechał zamiaru. <begin id="b1786614742707-3414410628"/><motyw id="m1786614742707-3414410628">Cud, Pozory</motyw>Błagam Cię, o Panie, objaw tutaj cud, a niech on będzie taki: jeżeli prawdziwe są słowa tego człowieka, a ja winien jestem kłamstwa i oszustwa, niechaj zapadnę się z tą amboną na siedem sążni<pe><slowo_obce>sążeń</slowo_obce> --- dawna miara długości, równa ok. 190 cm.</pe> pod ziemię, aby już nigdy stamtąd nie wyjść; lecz jeżeli słuszne jest, co ja mówię, a ten sługa szatana rzucił oszczerstwo, aby pozbawić obecnych wielkiego dobrodziejstwa, to niech on poniesie karę i niechaj wszyscy poznają jego niegodziwość.</akap>

<akap>Zaledwie mój bogobojny pan skończył swą modlitwę, jak alguazil runął na ziemię, uderzywszy tak silnie o posadzkę, że aż rozległo się w kościele, począł ryczeć, tocząc pianę z ust; czyniąc straszne miny wykrzywioną twarzą, machał rękami i nogami, wijąc się na podłodze we wszystkie strony. Zamieszanie i wrzawa tłumu doszły do tego, że nikt nikogo nie słyszał. Jedni stali w milczeniu, zdjęci przerażeniem i grozą, drudzy zaś mówili: ,,Panie, pomóż i ratuj!", inni znów: ,,To dobra nagroda za to, że dał fałszywe świadectwo".</akap>

<akap>Wreszcie niektórzy, stojący z bliska, podchodzili do niego, zdaje się, nie bez silnej obawy, i brali go za ręce, którymi on setnie kułakował<pe><slowo_obce>kułakować</slowo_obce> (daw.) --- bić pięściami.</pe> otaczających. Inni trzymali go za nogi, dobywając wszystkich sił, bo żadna oślica tak wściekle nie wierzgała. Trwało to dłuższą chwilę. Z piętnastu ludzi miało z nim robotę, i to nie na żarty, bo jak się który zagapił, zaraz dostawał prosto w gębę.</akap>

<akap>Przez cały ten czas pan mój klęczał z podniesionymi rękoma i z oczyma wzniesionymi ku niebu, do tego stopnia zatopiwszy się w świątobliwym zachwycie, że ani płacz, ani krzyki, ani wrzawa, rozlegająca się w kościele, nie mogły go wyrwać z pobożnej ekstazy.</akap>

<akap>Kilku poczciwych ludzi zbliżyło się doń, aby go przebudzić; prosili go, by zechciał pomóc temu biedakowi, który prawie że konał, i błagali, by zapomniał o całym zajściu i o złych słowach, za które winny poniósł już karę. Jeżeli może pomóc i ulżyć mękom, które ten cierpi, to na Boga! niechaj to uczyni, bo teraz wszyscy już widzą występek winowajcy, a słuszność i dobroć jego; niech więc pomodli się do Boga, żeby na jego prośbę przestał karać nieszczęśliwego.</akap>

<akap>Pan agent, jak gdyby zbudziwszy się ze snu cudownego, potoczył wzrokiem dokoła, spojrzał na przestępcę i na tych, co go otaczali, po czym z wolna przemówił:</akap>

<akap_dialog>--- Dobrzy ludzie! Nigdy nie powinniście byli prosić za człowiekiem, na którym Pan Bóg tak jasno ukazał swą sprawiedliwość. Lecz ponieważ On każe nam nie oddawać złem za zło, lecz przebaczać krzywdy, przeto możemy zwrócić się do Niego z błaganiem, pełni ufności, że wypełni to, co nam nakazuje, i że Jego boski majestat przebaczy temu, kto Go obraził, chcąc przeszkodzić świętej wierze w Niego. Módlmy się wszyscy.</akap_dialog>

<akap>Zeszedł z kazalnicy i wezwał obecnych do pokornej modlitwy, aby Pan Bóg raczył wybaczyć grzesznikowi, wrócić mu zdrowie i rozsądek, wypędzając zeń szatana, jeżeli już dopuścił, żeby zły duch wstąpił w tego człeka za jego ciężki grzech.</akap>

<akap>Wszyscy padli na kolana i razem z księżmi zaczęli cichym głosem śpiewać przed ołtarzem litanię, tymczasem pan mój, zbliżywszy się do alguazila z krzyżem i wodą święconą i zaśpiewawszy nad nim, rozpostarł ręce i tak wywrócił oczy ku niebu, że zaledwie widać było nieco białka, po czym wygłosił długą i pobożną modlitwę, która pobudziła do płaczu cały lud. Zazwyczaj udaje się to tylko kaznodziejom, którzy w Wielkim Tygodniu<pe><slowo_obce>Wielki Tydzień</slowo_obce> --- w tradycji chrześcijańskiej: tydzień poprzedzający Wielkanoc, uroczysty czas upamiętniający ostatnie dni życia Jezusa Chrystusa, zakończone jego męczeńską śmiercią.</pe> mówią pobożnym słuchaczom o Męce Pańskiej.</akap>

<akap>Błagał on Pana naszego, aby nie zapragnął śmierci grzesznika, lecz darował mu życie dla skruchy, albowiem szatan go zwiódł i popchnął do grzechu śmiertelnego; aby Pan wybaczył mu i przywrócił życie i zdrowie, dając mu możność pokuty za ciężkie grzechy.</akap>

<akap>Mówiąc to, kazał podać bullę i położył mu ją na głowie. Natychmiast nieszczęsny alguazil poczuł się lepiej i pomału zaczął wracać do przytomności. Kiedy zaś całkowicie przyszedł do siebie, padł do nóg panu agentowi i począł błagać go o przebaczenie, wyznając, że wszystko, co mówił, powiedziane było z pokusy i ustami diabła, najpierw dlatego, aby mu wyrządzić szkodę i zemścić się za obrazę, a po wtóre i głównie dlatego, iż diabeł nie mógł dłużej cierpieć tego dobrodziejstwa, jakie spadało na każdego kupującego bullę. Po tym wyznaniu pan mój przebaczył mu i znów przyjaźń i zgoda została zawarta między nimi.</akap>

<akap>Wówczas wszyscy tak gwałtownie zaczęli rozchwytywać bulle, że w całym miasteczku nie było żywego ducha, który by jej nie kupił: mężowie i żony, synowie i córki, słudzy i służące.</akap>

<akap>Pogłoska o zdarzeniu rozbiegła się po sąsiednich miejscowościach, toteż skorośmy tam przybywali, już nie trzeba było ani kazań, ani kościoła, wszyscy bowiem schodzili się po bulle do naszego mieszkania, jak gdyby tam darmo rozdawano żywność.</akap>

<akap>Dzięki temu w dziesięciu lub dwunastu miejscach tej okolicy pan mój sprzedał bez żadnych kazań tysiące bull odpustowych.</akap>

<akap>Przyznaję, że i ja, podobnie jak inni, złapałem się na ten podstęp i wierzyłem, że wypadek w kościele był prawdą. Lecz kiedy później spostrzegłem, że alguazil z moim panem wyśmiewali się i cieszyli ze swego figla, zrozumiałem, że mój sprytny i pomysłowy chlebodawca wyprowadził mnie w pole. Choć byłem jeszcze malcem, pomyślałem sobie: ,,Ileż to szkody wyrządzają ci oszuści łatwowiernym ludziom!".<end id="e1786614742707-3414410628"/></akap>

<akap>U tego piątego chlebodawcy służyłem około czterech miesięcy, w czasie których zniosłem niemało trudów.</akap>



<naglowek_rozdzial>Rozdział szósty</naglowek_rozdzial>

<nota><akap>Jak Łazarz zgodził się do kapelana i co tam porabiał</akap></nota>

<akap>Później trafiłem na malarza, który malował tamburyny<pe><slowo_obce>tamburyn</slowo_obce> --- instrument muzyczny: bębenek z obręczą, na której umieszczone są brzęczące blaszki.</pe>; rozcierałem mu farby i wiele tam złego wycierpiałem. W owym czasie wyrosłem już na sporego pachołka i gdy raz wszedłem do kościoła, zauważył mnie kapelan i wziął do siebie. <begin id="b1786614766004-659571760"/><motyw id="m1786614766004-659571760">Praca</motyw>Powierzył mi dobrego osła, cztery dzbany i bat; zacząłem po mieście rozwozić wodę. Był to pierwszy stopień wiodący mnie do porządnego życia. Co dzień oddawałem memu gospodarzowi trzydzieści zarobionych marawedi, a wszystko, co miałem więcej, oraz cały sobotni zarobek dostawałem dla siebie.<end id="e1786614766004-659571760"/></akap>

<akap>Było to zajęcie o tyle popłatne, że w końcu czterech lat z zebranych oszczędności mogłem się wcale dostatnio przyodziać w używane ubranie. Kupiłem sobie starą kurtkę barchanową, kaftan z modnie rozciętymi rękawami, nadto wcale znośny płaszcz i staroświecką szpadę, wyszukaną na tandecie.</akap>

<akap>Gdy się ujrzałem w ubraniu przyzwoitego człowieka, rzekłem swemu gospodarzowi, żeby sobie zabrał osła, bo ja nie myślę dłużej zajmować się taką robotą.</akap>



<naglowek_rozdzial>Rozdział siódmy</naglowek_rozdzial>

<nota><akap>Łazarz na służbie u alguazila i dalsze jego losy</akap></nota>

<akap>Odszedłszy od kapelana, zgodziłem się za pachołka u alguazila, ale niedługo tam wytrwałem, bo służba wydała mi się niebezpieczna. Zwłaszcza że pewnej nocy mnie i mego pana gonili zbiegli aresztanci z kijami i kamieniami; pana, który wówczas przystanął na chwilę, zbili okrutnie, ale mnie nie dogonili. Po tej przygodzie podziękowałem za służbę.</akap>

<akap>Gdym rozmyślał, jaki sposób życia obrać, aby zaznać spokoju i odłożyć coś na starość, Bóg oświecił mnie, wskazując moją prawdziwą drogę i wygodny sposób życia. Dzięki pomocy przyjaciół i życzliwości panów wszystkie trudy i troski, jakie przecierpiałem do tej pory, zostały suto nagrodzone. <begin id="b1786614793051-1001603019"/><motyw id="m1786614793051-1001603019">Urzędnik</motyw>Osiągnąłem wreszcie to, do czego dążyłem, a mianowicie służbę państwową; widziałem bowiem, że nikt nie żyje tak dobrze, jak człowiek na stanowisku urzędnika. I do dziś dnia zajmuję ten urząd, służąc Bogu najwyższemu i wam, wielmożni państwo.<end id="e1786614793051-1001603019"/></akap>

<akap>Ja to mam obowiązek ogłaszać o sprzedaży wina w naszym mieście, o przetargach, o przedmiotach zgubionych, mam też oprowadzać osoby przez sąd skazane, głośno wywołując ich występki. Mówiąc wyraźniej, jestem woźnym magistratu<pe><slowo_obce>magistrat</slowo_obce> --- zarząd miasta; także: ratusz, budynek władz miejskich.</pe>.</akap>

<akap>W swoim zawodzie tak się już wyszkoliłem i tak prędko z nim obznajmiłem, że dziś prawie wszystkie sprawy, należące do urzędów, przechodzą przez moje ręce.</akap>

<akap>Toteż każdy, kto chce w mieście odstąpić wino albo coś sprzedać, nie spodziewa się dobrego targu, jeżeli Łazarz z Tormesu nie weźmie w tym udziału.</akap>

<akap>W tym czasie ksiądz prałat kościoła Zbawiciela, widząc moje zdolności i solidny sposób życia, zwrócił na mnie uwagę. Kiedy zgłosiłem się do niego, polecając partię win, zrobił mi propozycję, abym się ożenił z jego służącą. Wiedząc, że od tak godnej osoby można się spodziewać tylko dobra i życzliwości, zgodziłem się na to i ożeniłem.</akap>

<akap>Do tej pory tego nie żałuję. Bo nie dość, że wziąłem dziewczynę zacną i gospodarną, lecz nadto znalazłem w księdzu prałacie łaskawego opiekuna i dobroczyńcę. I tak: kilka razy do roku daje nam po garncu pszenicy, na Wielkanoc mamy od niego mięso, a czasem parę białych strucli lub stare spodnie, których już nie nosi. Polecił nam nająć mieszkanko blisko swego domu. W niedziele i święta prawie zawsze bywamy u niego na obiedzie.</akap>

<akap><begin id="b1786614818631-674763653"/><motyw id="m1786614818631-674763653">Plotka</motyw>Oczywiście złe języki, których nigdy nie brak, nie dają nam spokoju i splotą nie wiem co, albo raczej wiem co: oto, że ludzie widzą, jak moja żona chodzi do księdza słać łóżko i przyrządzać obiad. Niech Pan Bóg wybaczy tym, co rozsiewają podobne plotki. Moja żona nie jest z tych kobiet, co to brednie biorą do serca, a opiekun mój przyrzekł mi coś, i jak sądzę, obietnicy dotrzyma.<end id="e1786614818631-674763653"/></akap>

<akap>Pewnego razu w obecności mej żony długo ze mną rozmawiał:</akap>

<akap_dialog>--- Łazarzu z Tormesu, nigdy nie będzie dobrze temu, kto się przejmuje pleceniem złych języków. Mówię to dlatego, że sam wcale się nie zdziwię, jeżeli ktoś zacznie coś pleść, widząc, jak twoja żona przychodzi do mnie do domu. Ręczę ci, że ona przychodzi tam bez żadnego uszczerbku dla twojej i własnej czci. Toteż nie zważaj na to, co mogą rzec ludzie, ale myśl tylko o tym, co ciebie dotyczy. Mówię to dla twego dobra.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Panie mój --- odpowiedziałem --- postanawiam iść za dobrą radą. Wprawdzie niektórzy z mych przyjaciół mówili mi coś, a nawet zapewniali kilkakrotnie, że żona moja, zanim wyszła za mnie, rodziła już trzy razy, mówiąc bez urazy waszej wielebności.</akap_dialog>

<akap>Na te słowa żona poczęła tak się zaklinać, iż myślałem, że cały dom zawali się na nas, potem zaczęła płakać i rzucać tysiące przekleństw na tego, kto mnie z nią ożenił, tak iż wreszcie żałowałem, że mnie piorun nie trzasnął, zanim wymówiłem te słowa.</akap>

<akap>Na koniec ja ze swej strony, ksiądz prałat ze swojej zaczęliśmy ją uspokajać i tłumaczyć jej, aż wreszcie przestała płakać, gdy jej przysiągłem, że już nigdy w życiu o tym nie wspomnę i że pochwalam, nawet cieszę się z jej odwiedzin u księdza dniem i nocą, bo jestem całkowicie przekonany o jej uczciwości.</akap>

<akap>Tak też doskonale urządziliśmy się we troje i do dziś dnia nikt od nas nie słyszał o tym zajściu. Przeciwnie, gdy podejrzewam, że ktoś zamierza coś o niej rzec, powstrzymuję go słowami:</akap>

<akap_dialog>--- <begin id="b1786614841403-1176193788"/><motyw id="m1786614841403-1176193788">Mąż, Żona</motyw>Słuchaj, jeżeli jesteś moim przyjacielem, nie mów tego, co może mi być niemiłe. Nie mogę uważać za swego przyjaciela człowieka, który sprawia mi przykrość, a zwłaszcza gdy chce powaśnić mnie z żoną, którą kocham ponad wszystko w świecie, ponad siebie samego. A z nią Pan Bóg zsyła na mnie więcej, znacznie więcej dobrodziejstw, niż zasługuję. I gotów jestem przysiąc na sakrament, że jest ona najuczciwszą żoną ze wszystkich, jakie żyją w murach miasta Toledo. A kto powie inaczej, będzie miał ze mną do czynienia.<end id="e1786614841403-1176193788"/></akap_dialog>

<akap>Dzięki temu ludzie nie mają odwagi mówić mi czegokolwiek, a ja żyję sobie cicho w swoim domu.</akap>

<akap>Stało się to w tym samym roku, kiedy nasz zwycięski cesarz<pt><slowo_obce>nasz zwycięski cesarz</slowo_obce> --- Karol V, który mieszkał z dworem swym w Toledo w r. 1538.</pt> wszedł do sławnego miasta Toledo i tu zamieszkał z całym dworem, skutkiem czego odbywały się wspaniałe uroczystości i obchody, o których słyszeliście, miłościwi państwo. Wówczas to działo mi się najlepiej i powodzenie moje doszło do szczytu.</akap>



<naglowek_rozdzial>Od tłumacza</naglowek_rozdzial>

<akap>Autor nieznany, czas powstania wątpliwy --- oto dwa poważne braki w stanie cywilnym Łazarza z Tormesu, który popularnością dorównał Don Kichotowi z La Manczy.</akap>

<akap>W r. 1554 ukazały się w trzech różnych miastach trzy wydania powiastki pod nazwą <tytul_dziela>La Vida de Lazarillo de Tormes</tytul_dziela>. Wszystkie trzy są mniej lub więcej dokładnym powtórzeniem jakiegoś wydania pierwotnego. Kiedy ono ukazać się mogło? Czy roku poprzedniego, czy może znacznie dawniej? W zakończeniu opowieści jest mowa o pobycie zwycięskiego cesarza Karola V z dworem w Toledo, co wskazuje na rok 1538. Lecz mówi się o tym jak o fakcie oddalonym już co najmniej o lat kilka. A więc autor musiał pisać te słowa po r. 1540. Otrzymujemy tą drogą dwie daty graniczne: 1541--1553, które obejmują czas powstania utworu.</akap>

<akap>Książeczka poszła w świat bezimiennie. Trudno rozstrzygnąć: czy był to wybieg artystyczny, aby utwór mógł uchodzić za rzeczywisty pamiętnik pana Łazarza, woźnego magistratu m. Toledo, czy też ukrycie nazwiska było wyrazem przezorności. Przewidując bowiem, że dziełko jego znajdzie się na indeksie ksiąg zakazanych, autor zatarł za sobą ślady, a w ten sposób śledztwa i kary uniknął.</akap>

<akap>Rzeczywiście, <tytul_dziela>Lazarillo</tytul_dziela> należał do książek zakazanych, co jednak wcale nie zmniejszyło jego powodzenia. Zaczęto go drukować zagranicą lub potajemnie w kraju, w małych formatach kieszonkowych, aby łatwiej było przemycać go i ukrywać.</akap>

<akap>Wówczas to z polecenia władzy obcięto złośliwemu Łazikowi kilka ostrych pazurów, którymi drapał osoby duchowne, i w tej bezpieczniejszej postaci pozwolono mu krążyć po ojczystej ziemi. Miało to zapobiec wydaniom całkowitym a potajemnym.</akap>

<akap>Dopiero w pół wieku po ukazaniu się <tytul_dziela>Życia Łazika</tytul_dziela> dwu bibliografów belgijskich (Valère w r. 1607 i Schott w 1608) wymieniło domniemanego autora, którym miał być głośny mąż stanu i wykwintny pisarz Diego Hurtado de Mendoza. Przypuszczenie to od początku opierało się na kruchych podstawach, jednak trzymało się tradycją przez kilka wieków, aż przed laty z górą trzydziestu zburzył je uczony francuski, Morel-Fatio.</akap>

<akap>Dzięki temu dziś o rzeczywistym autorze <tytul_dziela>Lazarilla</tytul_dziela> nie wiemy nic ponad to, że był autorem <tytul_dziela>Lazarilla</tytul_dziela>, to znaczy: że był Hiszpanem z pochodzenia, i to niewątpliwie z Kastylii, że żył za Karola V, znał doskonale życie kraju rodzinnego, zwłaszcza ze strony powszedniej i pospolitej, a nadto posiadał wybitny talent satyryka-realisty.</akap>

<akap>Ktokolwiek zastanowi się nad losami tego literackiego drobiazgu --- bo ostatecznie drobiazgiem tylko jest <tytul_dziela>Lazarillo de Tormes</tytul_dziela> --- ten może się stać jak sam Łazik fatalistą, wierzącym w dobry los i szczęśliwe gwiazdy. Pod szczęśliwą gwiazdą musiało powstać dziełko, które pomimo nikłych rozmiarów i poziomej<pe><slowo_obce>poziomy</slowo_obce> (daw.) --- przyziemny, pospolity.</pe> treści, mimo zakazów inkwizycji i poważnych braków w metryce literackiej zdołało przetrwać tyle prądów, kierunków i stylów --- i żyje do dni naszych nie tylko w ojczystej Hiszpanii, lecz we wszystkich krajach starej Europy.</akap>

<akap>W rzeczy samej, towarzystwo tu niewykwintne: ślepy dziad-włóczęga z chłopcem przewodnikiem, chciwy proboszcz wiejski, jakiś szlachcic wykolejony i goły jak święty turecki, jakiś oszust podróżujący z bullami odpustowymi, woziwoda, policjanci --- oto światek, po którym oprowadza nas pan Łazarz (dawniej Łazik), pachołek magistracki we własnej osobie.</akap>

<akap>Ale jakiż to ciekawy świat, jak pełen życia, charakteru i humoru! Czytamy te stare obrazki hiszpańskie z takim zajęciem<pe><slowo_obce>zajęcie</slowo_obce> --- tu: zainteresowanie.</pe>, z jakim niedawno jeszcze czytaliśmy opowieści Gorkija<pe><slowo_obce>Gorki, Maksym</slowo_obce>, ros.: <slowo_obce>Максим Горький</slowo_obce> (<slowo_obce>Maksim Gorkij</slowo_obce>), właśc. <slowo_obce>Aleksiej Maksimowicz Pieszkow</slowo_obce> (1868--1936) --- rosyjski pisarz i publicysta okresu modernizmu, uważany za inicjatora socrealizmu w literaturze; <slowo_obce>Gorkija</slowo_obce>: dziś popr.: Gorkiego.</pe> z życia nizin i mętów rosyjskich.</akap>

<akap>Gdyby ktoś szukał motywu przewodniego w tej wesołej i prostej powiastce, znajdzie go z łatwością. Motyw ten brzmi donośnie od pierwszych kart, chwilami w tonacji minorowej<pe><slowo_obce>minorowa tonacja</slowo_obce> (muz.) --- tonacja molowa; oparte na niej utwory muzyczne brzmią smutno, melancholijnie, przygnębiająco.</pe> aż do tragizmu, by wreszcie na ostatnich stronach znaleźć rozwiązanie w pogodnym akordzie. My, ludzie nowocześni, znamy dobrze ten motyw z pierwszej powieści Knuta Hamsuna<pe><slowo_obce>Hamsun, Knut</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>Knut Pedersen</slowo_obce> (1859--1952) --- norweski pisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla (1920); po raz pierwszy zyskał szerokie uznanie powieścią <tytul_dziela>Głód</tytul_dziela> (1890), opartym na własnych doświadczeniach, poruszającym studium głodu i wyobcowania w wielkim mieście.</pe> i z dzieł naszego Orkana<pe><slowo_obce>Orkan, Władysław</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>Franciszek Ksawery Smreczyński</slowo_obce>, pierwotnie <slowo_obce>Smaciarz</slowo_obce> (1875--1930) --- polski pisarz tworzący w okresie Młodej Polski, pochodzący z ubogiej rodziny; główną tematyką jego twórczości był obraz biednej polskiej wsi.</pe>, a kto wie, ilu z nas go poznało z osobistych przeżyć; na imię mu --- głód.</akap>

<akap>Historycznie rzecz biorąc, nie ma w tym wielkiej przesady. Hiszpania w połowie XVI w. przeżywała istotnie kryzys gospodarczy, na co złożyło się kilka powodów. Po kraju włóczyło się wówczas mnóstwo ludzi bez zajęcia, ubogich, głodnych i obdartych. Los ten dotknął nie tylko ludność wiejską, lecz i podupadłą szlachtę. Jednostki spokojniejsze żyły z łaski i miłosierdzia ludzkiego, jednostki zaś ruchliwsze trudniły się oszustwem, kradzieżą i rozbojem. Powstaje wówczas typ przebiegłego hultaja, zwanego w Hiszpanii <slowo_obce>picaro</slowo_obce>. Ten łotrzyk stanowi pełne ironii zaprzeczenie wzniosłych ideałów, głoszonych przez romanse rycerskie.</akap>

<akap>Warunki historyczne złożyły się na to, że pisarzy-realistów zaczyna zajmować problem, jak to z nicponia, łobuza i oszusta można się stać zamożnym i poważanym obywatelem. Dla ironistów i satyryków temat to wdzięczny, a obserwacja życia musiała nieraz tę możliwość potwierdzać.</akap>

<akap>Dzieje takiej kariery najlepiej wyglądają w formie życiorysu albo pamiętnika. Tu forma poniekąd sama się narzuca. I oto jak powstaje w Hiszpanii swoisty kierunek literacki, <slowo_obce>gusto picaresco</slowo_obce>, poświęcony jednostkom wykolejonym, a z niego wyłania się nowy rodzaj literacki: <slowo_obce>novela picaresca</slowo_obce>, czyli powieść filucka (niemiecki <slowo_obce>Schelmenroman</slowo_obce>).</akap>

<akap><tytul_dziela>Lazarillo de Tormes</tytul_dziela> jest prawzorem tej formy literackiej, od niego bowiem przejęto zarówno temat, jak stronę techniczną. Przez lat kilkadziesiąt Łazik panował sam jeden, z bardzo nieudolnie dopisaną kontynuacją innego autora. Lecz już pod koniec XVI wieku zjawił się Guzman de Alfarache, chłopak do posług w oberży, potem kuchcik, wreszcie zwykły złodziej w Madrycie (1599--1604, autor: Matteo Aleman).</akap>

<akap>Wkrótce po Guzmanie ukazała się łotrzyca Justyna (<slowo_obce>la Picara Justina</slowo_obce>, 1605, autor: Lopez de Ubeda), a po niej Marcos de Obregon (1618, autor V. Espinel) i wreszcie <tytul_dziela>Żywot wielkiego sknery Pawła z Segowii</tytul_dziela> (<slowo_obce>gran tacano</slowo_obce>, 1626), którego autorem był głośny pisarz Francisco Gomez de Quevedo.</akap>

<akap>Poza Hiszpanią powieść filucka, oparta na tych wzorach, rozwijała się świetnie, wystarczy wspomnieć, że zarówno genialny <tytul_dziela>Gil Blas</tytul_dziela> (1715--1735) Le Sage'a, jak <tytul_dziela>Le Paysan parvenu</tytul_dziela> Marivaux należą do tego rodzaju literackiego. W Anglii jeszcze w połowie XIX w., mianowicie u Dickensa, wyczuwa się silne wpływy <slowo_obce>gusto picaresco</slowo_obce>.</akap>

<akap>Przez czterysta lat nie zmieniły się dwa zasadnicze elementy tej formy, którymi są: opowieść autobiograficzna i satyra na obyczaje współczesne. Dwa te elementy wzajemnie się uzupełniają, bo życie bohatera stanowi nić wiążącą luźne obrazki obyczajowe, z drugiej zaś strony obrazki te i występujące w nich postaci epizodyczne urozmaicają pamiętnik samego bohatera, który nie zawsze jest postacią moralnie zajmującą.</akap>

<akap>Zdaje się, że najdawniejszy z tych bohaterów, nasz mały Łazik, był najporządniejszym z tego towarzystwa. Wprawdzie i dla niego szacunku mieć nie można, ale zauważmy, że to chłopiec zepsuty przez otoczenie i złe warunki życia. Gdyby był dostatnio odziany i syty, wyrósłby na zwykłego sowizdrzała, czyli wesołego psotnika z przedmieścia albo ze wsi. Lecz to biedaczyna obdarty, bosy i wieczyście głodny; o własnych siłach przedziera się przez ciernie i osty życia, nie raz jeden ociekając krwią. W takich warunkach uczciwość tępieje, a sumienie wyzbywa się wielu skrupułów. Chłopak staje się przebiegły i mściwy. Krzywdzą go, on oddaje wet za wet. Ale z natury nie jest zły ani przewrotny. Jakże wzruszające są u niego odruchy dobrego serca, gdy darmo służy i własnym, wyżebranym chlebem żywi szlachcica, swego ,,chlebodawcę" (o ironio!).</akap>

<akap>Aż wreszcie widzimy pana Łazarza u szczytu marzeń: został woźnym magistratu i szczęśliwym małżonkiem służącej księdza prałata. Ten ,,urząd" popłatny i własne gospodarstwo (we troje) dały mu spokój, szczęście i dobrobyt. Niezrównanym ironistą był autor <tytul_dziela>Łazika</tytul_dziela>; ostatniego rozdziału nie powstydziłby się ani Voltaire<pe><slowo_obce>Voltaire</slowo_obce>, pol. <slowo_obce>Wolter</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>François-Marie Arouet</slowo_obce> (1694--1778) --- francuski filozof, publicysta i wolnomyśliciel epoki oświecenia; znany z walki o wolność słowa i wyznania oraz z satyrycznych tzw. powiastek filozoficznych, z których najsłynniejszą jest powieść <tytul_dziela>Kandyd</tytul_dziela> (1759), w której tytułowy bohater błąka się po świecie, gdzie spotykają go różne nieszczęścia, a na koniec żeni się i osiada w zakupionym gospodarstwie, by spędzać spokojne, szczęśliwe życie.</pe>, ani Anatol France<pe><slowo_obce>France, Anatole</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>François-Anatole Thibault</slowo_obce> (1844--1924) --- powieściopisarz, poeta i krytyk francuski; laureat literackiej Nagrody Nobla (1921); autor m.in. osadzonej w XVIII w. powieści satyrycznej <tytul_dziela>Gospoda pod Królową Gęsią Nóżką</tytul_dziela> (1892), której autorski dystans, humor, filozofia i oświeceniowy krytycyzm przypominają powiastki filozoficzne Woltera.</pe>.</akap>

<akap>Ą czyż nie na miarę wielkiego artysty stworzony jest portret dumnego szlachcica, co obnosi po ulicach wielkopańskie tony i pusty żołądek? Z jakim to smakiem, powoli, stopniowo wzmacniając barwy, odsłania autor lichy charakter tego wykolejeńca --- aż do ostatnich jego zwierzeń (marzenia o stanowisku pieczeniarza), zakończonych wspaniałym efektem ucieczki. Ten szlachcic hiszpański to też <slowo_obce>picaro</slowo_obce> w swoim rodzaju.</akap>

<akap>Nieznany autor <tytul_dziela>Lazarilla</tytul_dziela> był rzeczywiście pisarzem dużego talentu --- i w tym też leży tajemnica długiego życia tej powiastki. Znanych wydań <tytul_dziela>Lazarilla</tytul_dziela> liczy się do dziś około czterdziestu, a przeszło 20 wydań przekładów. Istnieją dotychczas przekłady: francuski, włoski, niemiecki, angielski i rosyjski.</akap>

<akap>Obecny przekład jest pierwszym polskim. Starając się o możliwą dokładność, tłumacz musiał zachować język pospolity, niepozbawiony wyrazów prostackich. Konieczne, zresztą drobne, odstępstwa od oryginału znajdzie czytelnik wyjaśnione w przypiskach.</akap>

</opowiadanie></utwor>