<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/zapolska-menazeria-ludzka-malpa/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Zapolska, Gabriela</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Małpa</dc:title>
<dc:relation.isPartOf xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/menazeria-ludzka</dc:relation.isPartOf>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kotwica, Wojciech</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Modernizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Opowiadanie</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów Pauliny Choromańskiej. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. </dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/menazeria-ludzka-malpa</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Gabriela Zapolska, Nowele, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1958.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Gabriela Zapolska zm. 1921</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1992</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2014-03-18</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/7081.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Małpa z bukiecikiem fijołków, Gabriel Max (1840-1915), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/7081</dc:relation.coverImage.source>
    <category.thema.main>FS</category.thema.main>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MN</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><opowiadanie>

<nota_red>
<akap>Uwspółcześnienia:
"abo co?" -> "a bo co?",
nowonarodzonej -> nowo narodzonej,
Odpędźno -> Odpędź no,
fortyfikacyj -> fortyfikacji</akap>

<akap>Poprawione błędy źródła:
"powtórzył prawie bezwiednie!" --- likwidacja wykrzyknika;
zbędny cudzysłów otwierający przed "kotlety z sosem";
znają ją Węgliński Lasek, cały w zieleń aksamitu spowity ->
zna ją Węgliński Lasek, cały w zieleń aksamitu spowity;</akap>
</nota_red>

<autor_utworu>Gabriela Zapolska</autor_utworu>



<dzielo_nadrzedne>Menażeria ludzka</dzielo_nadrzedne>



<nazwa_utworu>Małpa</nazwa_utworu>


<akap>Że Olka była małpą w całym tego słowa znaczeniu, o tym wiedziało nie tylko całe Żółkiewskie, ale nawet i het daleko aż poza rogatkami znano jej rudy, wiecznie rozczochrany warkocz i kaftanik w kratki, wydarty na łokciach, a aksamitem u szyi ubrany.</akap> 


<akap>Szczególniej wieczorami o zmroku --- pełno jej było po wąskich uliczkach przedmieścia.</akap> 


<akap>Wiadomo było, po co się po cieniu słania, od czasu do czasu tylko pod latarnię podchodząc; dzieci małe znały ją nawet i palcem wskazywały, mówiąc z przedwcześnie rozwiniętą złośliwością:</akap> 


<akap_dialog>--- Małpa! Idzie małpa!...</akap_dialog> 


<akap>Ona wygrażała im tłustą czerwoną pięścią i rzucała gradem łupin od orzechów, których miała zawsze pełne kieszenie.</akap> 


<akap>Urodzona na przedmieściu, wychowana w cieniu kamienic, córka stróża, gnieżdżącego się w zatęchłej suterynie<pe><slowo_obce>suteryna</slowo_obce> (z fr.) --- mieszkanie w kondygnacji poniżej parteru.</pe>, podlotkiem<pe><slowo_obce>podlotek</slowo_obce> --- dorastająca dziewczyna.</pe> zaledwie uciekła, pozostawiając poza sobą ojca, młodszego brata, wiecznie zamorusanego Wicka i kij, którym ojciec zwykł był dzieciom na dobranoc kości łamać. Nie był to jednak zły człowiek, pracowity, przeważnie trzeźwy i zupełnie uczciwy. Ucieczkę córki odcierpiał ciężko i do samego zgonu, widząc ćmy nocne, czerniące się w głębi wąskich uliczek, dławił się z wściekłości na samą myśl o losie Olki.</akap> 


<akap>Ona przeniosła się w inne strony miasta i tam, wiążąc zatłuszczone wstążki na głowę, z szelestem świeżo wykrochmalonych spódnic spadała na ulicę o szarym zmroku, razem z całym stadem szarańczy po kątach ciemnych czatującej.</akap> 


<akap>Znały ją stawy Pełczyńskie i szumiące dokoła nich brzozy, zna ją Węgliński Lasek, cały w zieleń aksamitu spowity --- powoli całe terytorium miasta, na wschód się pchającego, Olka zajęła w swe posiadanie, prezentując wszędzie swą twarz płaską, ospą znaczoną i z nosem zadartym, z wargami mięsistymi, w obramowaniu ostro najeżonych włosów o rudawym niepewnym połysku.</akap> 


<akap>Lecz dziewczyna ta wiecznie tęskniła za swą kolebką, za tym Żółkiewskiem, które bieleje jasną szeroką strugą głównej ulicy i rozlewa się potem w drobne, małe, ciemne zaułki pomiędzy domami zapchanymi żydowstwem płynące.</akap> 


<akap>Olka miała nostalgię tych wielkich kamienic, rozweselonych purpurową barwą pierzyn z ganków i z okien zwieszonych, tych dziedzińców nagle, brutalnie roztwierających się na zielony plac musztry, lub cały szereg fortyfikacji, w mgłę błękitną spowitych. Tęskniła za gwizdem pociągów, przelatujących wesoło po nasypie żółcącym się w oddali, pragnęła odetchnąć wonią kasztanów, płynącą z bukietu drzew Ogrodu Inwalidów, spośród których wystrzelał w górę biały, czysty gmach o harmonijnie pięknych liniach.</akap> 


<akap>Pod drzewami tymi Olka przesypiała nieraz całe popołudnia, gdy zamiast iść do szkoły wolała podchodzić pod łokcie przechodniów i skomląc wyżebrać parę centów. Najadłszy się owoców lub pierników, cała zamorusana rzucała się w trawę tuż około fontanny, z której płynął wąski srebrny bicz wody.</akap> 


<akap>Dziewczyna zasypiała zaciskając mocno powieki, cała czerwona, zdenerwowana, podniecona bezczynnością i dniem upalnym.</akap> 


<akap>Usta jej szemrały słowa bez związku, ręce otwierały się kurczowo.</akap> 


<akap>A tymczasem kasztany szumiały, ciało jej, przeświecające przez łachmany spódnic, wachlując swymi szerokimi liśćmi, przez które spływało słoneczne światło, wielkimi zielonymi plamami się znacząc.</akap> 


<akap>Olka chwile te pamiętała dokładnie.</akap> 


<akap>Gdy po nocy spędzonej w knajpie, z głową ciężką i ustami spieczonymi wracała do swej nory, cieplejszy powiew wiatru budził w niej myśl jedną.</akap> 


<akap>A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie!</akap> 


<akap>Ba --- lecz ojciec!</akap> 


<akap>Ojca bała się jak ognia.</akap> 


<akap>Wiedziała, iż szukać jej nie będzie, lecz --- gdyby mu pod oczy podlazła!...</akap> 


<akap>Snuła się więc znów po ,,Rurach", omijając starannie czerniącą się sylwetkę policjanta.</akap> 


<akap>Czasem przemknął się koło niej terminator<pe><slowo_obce>terminator</slowo_obce> --- rzemieślnik uczący się u majstra.</pe> bosy, obdarty, zasmolony.</akap> 


<akap>Podskoczył, gwizdnął i zajrzał w oczy rozczochranej dziewczynie, mknącej wzdłuż kamienic.</akap> 


<akap>Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał przeraźliwym głosem:</akap> 





<poezja_cyt><strofa>Spadła małpa z pudła,/
Stłukła sobie łeb.</strofa></poezja_cyt>


<akap>Ona szła dalej z głową opuszczoną na piersi, plując śliny, które jej napływały wciąż do ust --- prześladowana jedną i tą samą myślą:</akap> 


<akap>A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie!</akap> 

<separator_linia/>

<akap>I wróciła!</akap> 


<akap>Wróciła po śmierci ojca, ukradkiem, po ciemku dziedziniec i znajome bramy obchodząc...</akap> 


<akap>Tak! Tak! Nic się nie zmieniło!</akap> 


<akap>Te same rynny, pod którymi w deszcz roztargany swój łeb moczyła, włosami poplątanymi kamienie zamiatając.</akap> 


<akap>Tu --- koło tego mostku, cała gromada jej przyjaciół robiła groble z piasku i kamieni, tamując odpływ kolorowej wody, którą farbiarz całymi cebrami nieraz wylewał.</akap> 


<akap>Tu --- Wicek, pierwszy raz przez nią namówiony, ukradł makagigę<pe><slowo_obce>makagiga</slowo_obce> --- ciastko z karmelu, miodu i maku.</pe> starej, może stuletniej Żydówce, która drzemała nad deską pełną łakoci w cieniu oddrzwi bramy.</akap> 


<akap>A tu --- tatlo nieboszczyk kazał jej polewaczki wody z dziedzińca sobie znosić i podawać. Nie było to rozkoszne, owe dźwiganie ciężkich konewek w skwarne popołudnie, tym bardziej iż tatlo ręki nie żałował, gdy się nie pośpieszyła.</akap> 


<akap>Dźwigała też, dźwigała, przechylona na lewy bok z ręką wygiętą, mocząc spódnicę, plączącą się jej wzdłuż nóg chudych i nie rozwiniętych; tatlo tymczasem wodą ulicę polewał, rysując esy floresy na szarych, półokrągłych grzbietach kamieni. Życie było ciężkie --- prawda!... choć i teraz!... --- pożal się Boże!... ot!..</akap> 


<akap>Olka stała teraz przed kamienicą, w której wraz z tatlem i Wickiem tyle lat spędziła, i pochyliwszy się, do okienka suteryny zaglądać zaczęła. Inni ludzie tam mieszkali, inna pościel, inne łóżko stało już w kącie, którego ściany na wpół pleśnią były zasnute.</akap> 


<akap>Świeczka ,,centówka", oprawna w blaszany lichtarz, słabo ćmiła się na stole, do połowy garnkami zastawionym.</akap> 


<akap>Koło komina kręciła się mała dziewczyna, bosa, podkasana, z długim a cienkim warkoczem, spadającym na wypukłe plecy.</akap> 


<akap>W kolebce koło łóżka --- dzieciak z brudnych łachmanów kostropatą głowę wytykał i wyciągał rękę, w której tkwiła drewniana łyżka, obmazana resztką przyschniętych kartofli.</akap> 


<akap>Olka teraz już zupełnie do ziemi przysiadła --- a obie ręce o bruk wsparłszy, ciągle w okno suteryny patrzyła.</akap> 


<akap>Tak! Tak!... Ta dziewczyna rozczochrana, włócząca swe bose nogi po ubitej ziemi izby --- to ona, ona sama lat temu piętnaście!</akap> 


<akap>A ten chłopak z kołyski łeb wytykający, toć to czysty Wicek, który krzykiem swym zdawało się nieraz, iż mury rozsadzi.</akap> 


<akap>Biła go za to po łbie, po pysku --- ile się zmieściło, a czasem znów porywała go i do piersi cisnąć zaczynała z rozrzewnieniem nagłym.</akap> 


<akap>Sieroty bo oboje byli... sieroty bez matki, która zmarła w szpitalu bez uczciwego nawet pochówku na zaraźliwe choróbsko, co się w suterynach na Żółkiewskiem rozpanoszyło.</akap> 


<akap>Olka --- w dziecko ruszające się wśród łachmanów wpatrywała się upornie, jakby przykuta widokiem tej małej głowy, pokrytej sierścią jasnych włosów. Dzieciak w kołysce się gmerał i łyżką o brzeg kołyski uderzał.</akap> 


<akap>Olka dzieciństwo swe całe, z nędzą i troską, przed oczami miała teraz, objęte w ciasną ramę zaledwie przymkniętego okienka.</akap> 


<akap>Z wnętrza suteryn płynął ku niej chłód piwniczny z wyziewami ciała ludzkiego i gnijących odpadków połączony.</akap> 


<akap>Ona chłonęła w siebie to powietrze, w którym wzrosła, cała prawie pijana wonią nędzy brutalnie z wnętrza ziemi się wydzierającej.</akap> 


<akap>Razem z tą wonią budziło się w niej wspomnienie tatli, Wicka...</akap> 


<akap>Ulicznica kurczyła się przy ziemi, chcąc zniknąć prawie, wkopać się pod suterynę i znaleźć się nagle na środku tej izby, z której uciekała cichaczem, w nocy, na rozpustę pomiędzy ,,kanonierów" się przebierając.</akap> 


<akap>W naprężeniu nerwowym, w jakim była, zaczęła nagle majaczyć; zdawało jej się teraz, że Wicek chce wyleźć z kołyski, a ona uspokaja go i leżeć mu każe.</akap> 


<akap_dialog>--- Leż, hyclu, robaku, sieroto! Bo cię uśmiercę!...</akap_dialog> 


<akap>Nagle poczuła się kopnięta silną, męską nogą, w gruby but zbrojną.</akap> 


<akap_dialog>--- Ha, frajla! <slowo_obce>Wie gehts<pe><slowo_obce>wie gehts!</slowo_obce> (niem.) --- jak idzie? a. co słychać?</pe></slowo_obce>? --- zaśmiał się rozbawiony żołnierz, błyskający w świetle latami rzędem złotych guzików --- chodź panna z nami, wypijemy <slowo_obce>paar śnaps zum andenken</slowo_obce><pe><slowo_obce>paar śnaps zum andenken!</slowo_obce> (niem.) --- właśc.: <slowo_obce>paar Schnaps zum Andenken</slowo_obce>, tj. kilka kieliszków wódki na pamiątkę.</pe>!</akap_dialog> 


<akap>Olka ocknęła się z zadumy i porwała się z ziemi.</akap> 


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Gut, Herr Leitnant<pe><slowo_obce>Gut, Herr Leitnant</slowo_obce> (niem.) --- właśc.: Leutnant; Dobrze, panie poruczniku.</pe></slowo_obce>! --- wyrzekła, rzędem białych zębów błyskając --- ja na to, jak na lato!</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Fesches Mäderl</slowo_obce><pe><slowo_obce>fesches Mäderl</slowo_obce> (niem.) --- szykowna dziewczyna.</pe>...</akap_dialog> 


<akap>Poklepał ją po ramieniu i oboje powlekli się w stronę szynku, z którego dobywały się ostre, zawrotne tony katarynki.</akap> 


<separator_linia/>


<akap>Spotkała się pierwszy raz z Wickiem nagle na zakręcie Piaskowej uliczki.</akap> 


<akap>Poznała go od razu, choć urósł i zmienił się dla obcych ludzi.</akap> 


<akap>Ona jednak --- siostra, poznała w nim brata, którego biła i kołysała, targała za włosy lub tuliła, mrucząc uliczne piosenki.</akap> 


<akap>Szedł ubrany przyzwoicie, w wysokiej czapce z daszkiem, w długim surducie i w butach dobrze wyszuwaksowanych.</akap> 


<akap>W ręku pod chusteczką niósł kilka świeżo zerwanych róż, a pod pachą dużą harmonię; niebieski krawat, związany w kokardę, podnosił świeżość jego cery.</akap> 


<akap>Chłopiec to był dobrze odżywiony, silny, jeszcze pracą ani rozpustą nie zniszczony.</akap> 


<akap>Stolarzem bo był --- i to już czeladnikiem, a wiadomo, stolarka to praca na bożym powietrzu i najczęściej pod gołym niebem, więc soków z krwi nie wyciąga i płucom rozróść się pozwala...</akap> 


<akap>Dziś Wicek szedł w zaloty do córki Jana Burby, także stolarza, który za panną Kazią daje trzysta papierków, a po śmierci warsztat cały na zięcia przeleje.</akap> 


<akap>Wicek ma wszelkie szanse dostania stolarzówny, bo ojciec przyjmuje i jego, i harmonię łaskawie w niedzielne popołudnie, a Kazia czerwieni się jak burak i firanki siatkowe u okien ,,szalonu" niemiłosiernie skręca.</akap> 


<akap>Wicek idzie więc --- przez Piaskowy zaułek, pogwizdując lekko. Szary, bo już zapada zmrok z pogodnego nieba, nieszpór skończony. Pani majstrowa kawę z babką na czerwonej serwecie zastawia. Śpieszyć się trzeba, bo panna Kazia pewnie już przy oknie stoi i przez siatkę firanki patrzy a czeka...</akap> 


<akap>Z małych okienek zaułka tu i owdzie błyskają światełka, na progach domów bawią się dzieci, na środku ulicy mały piesek w piasku się kręci.</akap> 


<akap>Nagle Wicek czuje się pociągniętym nieśmiało za rękaw.</akap> 


<akap>Ogląda się.</akap> 


<akap>Obok niego, kryjąc twarz dłonią, stoi tęga, wysoka dziewczyna w kratkowanym kaftaniku i w spódnicy z falbanami.</akap> 


<akap>Wicek odpycha ją łokciem.</akap> 


<akap_dialog>--- Poszła, małpo!...</akap_dialog> 


<akap>Lecz ona nie ustępuje.</akap> 


<akap>Trzyma go mocno za rękaw surduta.</akap> 


<akap_dialog>--- Wicek... taże spojrzyj! To ja!...</akap_dialog> 


<akap>Chłopak szeroko oczy otwiera.</akap> 


<akap_dialog>--- Olka!</akap_dialog> 


<akap>I purpura oblewa twarz młodą wesołego i zdrowego chłopca.</akap> 


<akap>Słyszał często o siostrze, lecz powoli zaczęła być dlań po prostu mityczną postacią. Wiedział, że się ,,puściła" --- ale co robi, jak wygląda, czy jeszcze istnieje --- nie przeszło mu to nawet po głowie.</akap> 


<akap>Nagle zjawia się żywa, zdrowa, hańbą okryta, niosąca na swym czole widmo jawnej rozpusty, tolerowanej swawoli.</akap> 


<akap>Pragnie się od niej odczepić za jakąkolwiek cenę, drżąc, aby go z dworku Burbów nie zobaczyli z ,,ladacznicą", rozmawiającego pośrodku ulicy.</akap> 


<akap>Wyrywa jej rękaw i uciekać szybko zaczyna, nie oglądając się nawet poza siebie.</akap> 


<akap>Olka stoi jak przykuta na środku ulicy, nie śmiejąc gonić niknącego w cieniu brata. U stóp jej mały piesek szczeka teraz groźnie, poszczuty przez dzieci, które z przekorną ciekawością przypatrują się ulicznej włóczędze, w zmroku się słaniającej.</akap> 

<separator_linia/>


<akap>Czatowała na niego teraz po nocy pod parkanami, gdy wracał z roboty lub od Burbów, z czapką przechyloną na bakier i miną junacką rozwiniętego prawidłowo mężczyzny.</akap> 


<akap>Nieraz przechodził mimo<pe><slowo_obce>mimo</slowo_obce> (daw.) --- obok.</pe> niej, nie widząc wśród stosu desek przyczajonej postaci, która śledziła go smutnym, przygasłym wzrokiem.</akap> 


<akap>Nie spotykając siostry na drodze, uspokoił się powoli.</akap> 


<akap>Wiedział, że jest na przedmieściu i krąży po szynkach, lecz do niego nie zbliża się już więcej, pewnie dumą zdjęta.</akap> 


<akap>I myśląc o niej czuł jakąś litość nad jej osamotnieniem, litość, do której przyznać się sam przed sobą wstydził, cały przejęty pogardą dla rozpusty ulicznej, dla sprzedaży ciała i targu o miłosną pieszczotę.</akap> 


<akap>Ona tymczasem gryzła się i truła tą pogardą brata i jego ucieczką, w chwili gdy w niej serce kołatało jak dzwon i piersi mało nie rozsadziło...</akap> 


<akap>Wiedziała, że była bardzo nędzną istotą, lecz on, brat jej --- powinien mieć dla niej więcej pobłażania aniżeli inni.</akap> 


<akap>Nieraz w szynku biła pięściami w stół krzycząc, iż dożyje chwili, w której ci, co jej znać nie chcą, do nóg upadną!... lub kułakiem groziła w stronę miasta spowitego w ciszę, jakby zaprzysięgając zemstę tym, którzy ją pierwsi w kał ten wepchnęli.</akap> 


<akap>Powoli jednak myśli jej zaczęły przybierać jakieś wyraźniejsze kształty.</akap> 


<akap>Wicek się od niej odwraca, bo jest biedna i obszarpana.</akap> 


<akap>Gdyby miała dobrze nabity worek, kto wie, co by było!...</akap> 


<akap>I od tej chwili zrobiła się chciwą, wyrachowaną, ceniąc każdą chwilę, słaniając się ze znużenia, lecz licząc oszczędzane pieniądze.</akap> 


<akap>Wicek tymczasem dzień ślubu przyśpieszył i w kościele Panny Marii Śnieżnej, wypomadowany, wyświeżony, wieczną ,,uczciwość małżeńską" --- spoconej i ściśniętej gorsetem Kazi zaprzysiągł.</akap> 


<akap>W wilię<pe><slowo_obce>w wilię</slowo_obce> (daw.) --- w przeddzień.</pe> jednak ślubu, gdy po raz ostatni do swego kawalerskiego mieszkania wracał, rozmarzony libacjami swych przyjaciół i towarzyszy, potknął się o jakąś masę do desek przytuloną.</akap> 


<akap_dialog>--- Ki diabeł?</akap_dialog> 


<akap>Olka głos brata poznała, lecz drżąc cała, nie odpowiadała nic.</akap> 


<akap>On pochylił się nad nią, sądząc, że to ktoś zemdlony.</akap> 


<akap_dialog>--- Któż to?</akap_dialog> 


<akap>Dziewczyna zebrała się na odwagę.</akap> 


<akap_dialog>--- Ja... Olka!...</akap_dialog> 


<akap>Krew uderzyła do głowy Wickowi.</akap> 


<akap_dialog>--- Czego ty się tu przywłóczysz? --- zasyczał wściekły i groźny --- czego?</akap_dialog> 


<akap>Ona dźwignęła się na klęczki i za rękę go pochwycić pragnęła.</akap> 


<akap_dialog>--- Wicek!... ta my rodzeni!</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Nijaki ja tobie rodzony, małpo jedna!</akap_dialog> 


<akap>Popchnął ją silnie, aż głową o parkan uderzyła.</akap> 


<akap_dialog>--- Ta za co ty mnie walisz? Wicek, za co?</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Za twoje łajdactwo!</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Ta cóż robić?... kiedy już tak jest? Teraz już nikt tego nie odmieni!</akap_dialog> 


<akap>Milczeli chwilę oboje.</akap> 


<akap>Wiatr drzewami za parkanem kołysał.</akap> 


<akap>Latarnia naftowa, na słupach za pomocą sznura zawieszona, pośrodku uliczki się chwiała, cala żółta, smutna, jakby mgłą przysłonięta.</akap> 


<akap_dialog>--- Ty się jutro żenisz? --- zapytała wreszcie dziewczyna.</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Żenię, a bo co?</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Nic!... daj ci Boże jak najlepiej!</akap_dialog> 


<akap>Przekleństwo uwięzło w gardle Wicka.</akap> 


<akap_dialog>--- A w którym ty kościele ślub będziesz brał?</akap_dialog> 


<akap>Wicek ramionami wzruszył.</akap> 


<akap_dialog>--- U Śnieżnej... ale co ci do tego, ty mi czasem do kościoła nie przychodź! Słyszysz?</akap_dialog> 


<akap>Dziewczyna głowę podniosła.</akap> 


<akap_dialog>--- Bo to... widzisz Wicek, ja sobie pieniędzy trochę złożyłam --- zaczęła prędko --- mogłabym porządną jaką kieckę przywdziać i wstydu byś ty nie miał!</akap_dialog> 


<akap>Wicek cały się wstrząsnął.</akap> 


<akap_dialog>--- Nie o kieckę tu chodzi --- krzyknął --- ale o ciebie samą, słyszysz!</akap_dialog> 


<akap>Głowa ulicznicy pochyliła się jeszcze niżej.</akap> 


<akap_dialog>--- Słyszę, Wicku, słyszę!...</akap_dialog> 


<akap>Pokora drgała wielka w jej głosie.</akap> 


<akap>Małą i nędzną zdawała się, klęcząc tak u stóp brata, do desek parkanu przytulona.</akap> 


<akap>Wicek chwilę stał niezdecydowany, czując znów litość budzącą się w sercu.</akap> 


<akap_dialog>--- Bądź zdrowa! --- wyrzekł nieco łagodniejszym głosem i odwróciwszy się szybko iść zaczął.</akap_dialog> 


<akap>Lecz ona wyciągnęła ręce i powlekła się za nim na środek ulicy, w żółtą strugę światła z latarni płynącego.</akap> 


<akap_dialog>--- Wicku!</akap_dialog> 


<akap>Chłopiec stanął.</akap> 


<akap_dialog>--- Co?</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Kiedy ty nie chcesz mnie na ślubie mieć... --- podjęła gorączkowo --- to choć ty mi jedną łaskę zrób! Niewiele ja pieniędzy mam, ale to, co jest!... weź!... zda ci się na jutro!... weź!...</akap_dialog> 


<akap>Ręce wyciągnięte trzymała wciąż, błagalną linią wśród światła się znacząc.</akap> 


<akap>Wicek uczuł w piersiach dziwne ściśnienie.</akap> 


<akap_dialog>--- Nie! --- odpowiedział --- nie... pieniędzy twoich nie chcę!</akap_dialog> 


<akap>Ona targnęła się, jakby uderzona biczem.</akap> 


<akap_dialog>--- A!... tak!... masz <slowo_obce>recht</slowo_obce>!<pe><slowo_obce>masz recht</slowo_obce>!... (z niem.) --- masz rację.</pe>.... łajdackie pieniądze...</akap_dialog> 


<akap>Lecz w nim, w tym brutalnym chłopie, zbudził się cień delikatności.</akap> 


<akap_dialog>--- Nie, nie dlatego! --- odparł szybko --- lecz ja mam dosyć, schowaj je dla siebie!</akap_dialog> 


<akap>Ona uśmiechnęła się teraz radośnie.</akap> 


<akap_dialog>--- Schowam je dla... ciebie, Wicek!</akap_dialog> 

<akap>On, oddalając się i malejąc coraz więcej w przestrzeni, powtórzył prawie bezwiednie:</akap> 


<akap_dialog>--- Schowaj, Olka!</akap_dialog> 

<separator_linia/>


<akap>Trzy lata upłynęło, a Olka ciągle włóczyła się po przedmieściu, zdobywszy sobie powoli nawet sympatię ogółu.</akap> 


<akap>Nazywano ją ogólnym mianem ,,małpy" --- lecz że zachowywała się względnie przyzwoiciej, ,,grajzlerówki<pe><slowo_obce>grajzlerówka</slowo_obce> (z niem.) --- ekspedientka w małym sklepie spożywczym.</pe>" mówiły o niej:</akap> 


<akap_dialog>--- Choć małpa, ale porządna dziewczyna!</akap_dialog> 


<akap>Zaokrągliła się, wypełniała i tylko twarz miała niezdrową bladość strawionej bezsennością i trunkami kobiety.</akap> 


<akap>Ręce jej drżały, a oczy często mgła zasłaniała.</akap> 


<akap>Zrobiła się dumną i nieraz w szynku chwaliła się ,,uczciwą" rodziną, z której pochodziła.</akap> 


<akap>Pieniądze Wicka chowała święcie i od czasu do czasu drogę bratu zabiegała, zapytując, czy oddać ma złożone w kącie swej izby papierki?</akap> 


<akap>On, według usposobienia, usuwał ją przekleństwem lub dobrym słowem, cały teraz przejęty ważnością swego stanowiska --- ważnością zięcia Burby, który choć w grosze nie tak bardzo zasobny, cieszył się poważaniem całego cechu stolarzy.</akap> 


<akap>Olka nie podchodziła nigdy w stronę ulicy Piaskowej, gdzie teraz mieszkał Wicek wraz z żoną i teściem.</akap> 


<akap>Znów spotykała go ukradkiem, czyhając nieraz miesiącami całymi, zanim go w bramie lub jakim przejściu spotkała.</akap> 


<akap>Powoli dowiedziała się z boku, że trzysta papierków posagu Wickowej były bajką i tylko przynętą na lep dla złapania męża.</akap> 


<akap>Wicek więc pracował teraz na troje, bo stary Burba, odpoczywając na respekcie ludzkim, hebla się więcej nie imał<pe><slowo_obce>imać</slowo_obce> (daw.) --- chwytać.</pe>, na zięcia się oglądając.</akap> 


<akap>Nareszcie Wickowa, chodząca w ciąży --- porodziła córkę, lecz ciężko zaniemogła i akuszerka doktorów wezwać kazała.</akap> 


<akap>Zaczęły się ciężkie dni we dworku na Piaskowej ulicy.</akap> 


<akap>Olka wszelkimi siłami teraz brata spotkać chciała.</akap> 


<akap>Wychodził często, biegał bez pamięci do aptek, do doktorów, ale po ludnych ulicach i w dzień, kiedy ona po świetle doń przystępu mieć nie mogła.</akap> 


<akap>Nareszcie Kazia podniosła się z łóżka i do sił wracać poczęła, dziecko chowało się zdrowo, Wicek odetchnął i roboty się chwycił.</akap> 


<akap>Czas bo był niemały.</akap> 


<akap>Wszystkie zasoby wyczerpały się i poszły na lekarstwa i doktorów.</akap> 


<akap>Dziecko chrztu się domagało.</akap> 


<akap>Znajomi o sute chrzciny się domawiali, stary Burba pragnął ludzi fetą zadziwić i zły stan swoich interesów w ten sposób ozłocić.</akap> 


<akap>Pieniędzy ani centa nie było.</akap> 


<akap>Wicek nie sypiał nocami, drażniony przez teścia, przez żonę, która także chciała sąsiadkom proch w oczy rzucić i dać im powód do zazdrości najmniej na tydzień.</akap> 


<akap>Nareszcie w bramie domu, gdzie Wicek blejtramy zamówione odnosił, spotkała go Olka, zmęczona dnia tego czatowaniem na brata od samego świtu.</akap> 


<akap_dialog>--- Wicek --- szepnęła, w kąt bramy go pociągając --- powiedzże, co się tam u was dzieje?</akap_dialog> 


<akap>On oparł się o ścianę, znękany, przybity walką o byt.</akap> 


<akap_dialog>--- A cóż ma być. Córkę mam!</akap_dialog> 


<akap>Olka ręce na piersiach złożyła.</akap> 


<akap_dialog>--- Córkę?</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- A jakże!</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Ładna?</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- E!... czerwona jak rak... Gadają, że ładna!</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Do ciebie podobna?</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Albo ja wiem?</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Ale przecieć!...</akap_dialog> 


<akap>Badała go gorączkowo, cała podniecona tą myślą o noworodku, o dziecku śpiącym w białych pieluszkach we wnętrzu kołyski.</akap> 


<akap_dialog>--- Najgorsze... że chrzciny wyprawić trza --- podjął Wicek --- a ja...</akap_dialog> 


<akap>Urwał nagle, przypomniawszy sobie, do kogo mówi.</akap> 


<akap>Lecz Olka podchwyciła jego słowa i porwawszy go za ręce, gorąco prosić zaczęła:</akap> 


<akap_dialog>--- Taże ja właśnie o to za tobą łażę... weźże ty ode mnie te <wyroznienie>swoje</wyroznienie> pieniądze, bo jeszcze mi je jaka psiakrew ukradnie.</akap_dialog> 


<akap>On bronił się miękko:</akap> 


<akap_dialog>--- Nie mogę, Olka, nie mogę!...</akap_dialog> 


<akap>Lecz kobieta nacierała coraz gwałtowniej.</akap> 


<akap_dialog>--- Taże to są twoje pieniądze! Twoje rodzone, schować mi je kazałeś...</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Bogać tam!</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Ale tak! tak! sprawiedliwie... nie pamiętasz jeno!</akap_dialog> 


<akap>Zza pazuchy wyjęła szmatę, w której szeleściło kilkadziesiąt papierków.</akap> 


<akap_dialog>--- Ja je mam przy sobie już od tygodnia, lecz nigdzie cię dopaść nie mogłam! Masz, na chrzciny ci starczy!...</akap_dialog> 


<akap>On odsuwał się jeszcze, cały zmieszany myślą dotknięcia się w ten sposób zarobionych pieniędzy.</akap> 


<akap>Lecz kobieta instynktem odczuła myśl brata.</akap> 


<akap_dialog>--- Weź, Wicek, weź!... To pieniądze z uczciwego zarobku! Jak Boga kocham. Koszule po nocach szyłam!... weź... to nie z ,,tego"!...</akap_dialog> 


<akap>Kłamała, cała potem oblana, pełna wysiłku nerwowego.</akap> 


<akap>Wreszcie udało jej się pieniądze w rękę brata wcisnąć.</akap> 


<akap_dialog>--- A! Nareszcie!</akap_dialog> 


<akap>Odetchnęła pełną piersią, jakby się ciężaru zbyła.</akap> 


<akap>Lecz on stał przybity i upokorzony, ściskając w ręku szmatę z pieniędzmi.</akap> 


<akap>Czuł, iż biorąc od Olki pieniądze, czyni krok pojednawczy i że powinien siostrę, przychodzącą mu z pomocą, na owe chrzciny zaprosić.</akap> 


<akap_dialog>--- Olka!... może by ty... --- wykrztusił wreszcie przez nerwowo ściśnięte gardło --- może by... ty... przyszła...</akap_dialog> 


<akap>Lecz ona otworzyła szeroko oczy.</akap> 


<akap>To, co zdawało się jej naturalnym lat temu kilka, teraz wydało się jej po prostu... potwornym. Przygryzła drżące usta i ręce kurczowo dokoła szyi zacisnęła.</akap> 


<akap_dialog>--- Dziękuję ci, Wicek!... nie przyjdę!... --- a widząc niepokój drgający na twarzy brata, dodała stanowczo:</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Przyjść nie mogę... nie mam uczciwej kiecki.</akap_dialog> 


<separator_linia/>


<akap>Chrzciny wnuczki Burby sute były i wspaniałe.</akap> 


<akap>W wieczór majowy, przy na wpół otwartych okienkach weselili się dobrani goście naokoło dobrze zastawionych stołów.</akap> 


<akap>Była więc cielęcina z czerwoną kapustą, kotlety z sosem pikantnym, kawa, babka i tort z cytryną nowo narodzonej.</akap> 


<akap>Kazia blada, lecz zdrowa, kręciła się pomiędzy gośćmi, wesoła, uśmiechnięta, pełna macierzyńskiego wdzięku.</akap> 


<akap>Wicek, trochę chmurny, dolewał gościom wina, rozsypywał po kolanach kobiet bakalie z jakąś dziwną rozrzutnością, jakby chcąc cały ten częstunek jak najprędzej załatwić.</akap> 


<akap>Pod okna oświetlone ściągali ci i owi, aby się owemu traktamentowi<pe><slowo_obce>traktament</slowo_obce> (z łac.) --- poczęstunek.</pe> przyjrzeć, lecz powoli pustoszało dokoła dworku, ludzie wracali do swych legowisk i do snu się kładli.</akap> 


<akap>W cieniu spowite jaśminy ogródka całe kłęby woni w wilgotną noc wyrzucały, szumiąc z lekka.</akap> 


<akap>Z daleka majaczyły naftowe latarnie ubogie i smutne wśród dzikiego bzu zawieszone. Pod parkanami mknął biały kot, czając się i odskakując co chwila.</akap> 


<akap>Z dworku Burby dolatywały głosy harmonijki, grał na niej Wicek, siedzący teraz na stole, z którego na wpół ściągnięty obrus opadał na ziemię. Dokoła niego kręciło się kilka par w takt polki, a stary Burba z dzbanka szklanego piwo do szklanek dolewał.</akap> 


<akap>Na oknach ledwo przymkniętych powiewały muślinowe firanki.</akap> 


<akap>Pod jednym z nich, wychodzącym na ogród, siedziała Kazia, trzymająca w poduszce kokardami upstrzone dziecko.</akap> 


<akap>Matka patrzyła na tańczących machinalnie, poruszając poduszką, z której długa, lekka spadała sukienka.</akap> 


<akap>Nagle zdawało się jej, że ktoś za oknem westchnął. Nie poruszyła się nawet, pogrążona w słodkiej ekstazie na widok tak dobrze bawiących się gości.</akap> 


<akap>Tymczasem za oknem, uczepiona prawie o ramę, stała Olka, z oczyma szeroko rozwartymi, z których dwie strugi płynęły.</akap> 


<akap>Wiatr, wiewając muślinową zasłoną, ukazywał jej wnętrze wesołej, widnej izby, napełnionej rozbawionymi ludźmi.</akap> 


<akap>Dźwięki harmonijki serce jej szarpały na strzępy --- z piersi wydzierało się westchnienie, w jęk prawie psi przechodzące.</akap> 


<akap>Widok brata, żyjącego pomiędzy inną sferą ludzi, inną niż ona --- wyklęta i wydziedziczona, napełniał ją dojmującym bólem, a drobna główka dziecka w tiule i muśliny spowitego, zbudziła w niej samicę.</akap> 


<akap>Wyciągnęła rękę z jękiem ku tej drobnej istocie, której stóp nawet ucałować nie miała prawa.</akap> 


<akap>Westchnęła!</akap> 


<akap>Od okna porwała się Kazia i szybko podjęła firankę.</akap> 


<akap>Olka nie zdążyła się cofnąć, bratowa przeszyła ją oczami.</akap> 


<akap_dialog><begin id="b1393852066582-2141637672"/><motyw id="m1393852066582-2141637672">Siostra</motyw>--- Wicek! --- zawołała --- Wicek, a pójdzi tu ino!</akap_dialog> 


<akap>Mąż zlazł ze stołu i nie przestając grać, do okna poszedł.</akap> 


<akap_dialog>--- Co chcesz? --- zapytał.</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Odpędź no jakąś małpę, co się pod oknami słania!</akap_dialog> 


<akap>Przytrzymując dziecko prawą ręką, lewą odkręciła rygiel i otworzywszy na oścież okno, miejsca mężowi ustąpiła.</akap> 


<akap>On, grając ciągle, bokiem przez parapet się przechylił i wśród smugi światła dojrzał w oddaleniu bladą i spłakaną twarz siostry.</akap> 


<akap>Przez chwilę milczał, grając machinalnie polkę, nie mogąc słów znaleźć dla oddalenia tej, za której pieniądze zdołał ochrzcić swe dziecko i uraczyć gości.</akap> 


<akap>Żona tymczasem ciągnęła go za surdut.</akap> 


<akap_dialog>--- Zamknij okno, dziecko się zaziębi!</akap_dialog> 


<akap>Teraz on przechylił się jeszcze silniej i niskim, wzruszonym głosem rzucił:</akap> 


<akap_dialog>--- Odejdź... siostro!...</akap_dialog> 


<akap>Ona wyciągnęła ku niemu ręce drżące, jakby rzucając pocałunek i odwróciwszy się wolno, odeszła w głąb ciemnej ulicy, po której kłęby woni jaśminów płynęły.<end id="e1393852066582-2141637672"/></akap> 




</opowiadanie></utwor>