<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/zapolska-bydle/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Zapolska, Gabriela</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Bydlę</dc:title>
<dc:relation.isPartOf xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/menazeria-ludzka</dc:relation.isPartOf>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kotwica, Wojciech</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Modernizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Opowiadanie</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów Pauliny Choromańskiej. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. </dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/menazeria-ludzka-bydle</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Gabriela Zapolska, Menażeria ludzka, Kantor Wydawniczy SAWW, Poznań 1994.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Gabriela Zapolska zm. 1921</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1992</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2014-03-18</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/7081.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Małpa z bukiecikiem fijołków, Gabriel Max (1840-1915), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/7081</dc:relation.coverImage.source>
    <category.thema.main>FS</category.thema.main>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MN</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><opowiadanie>

<autor_utworu>Gabriela Zapolska</autor_utworu>


<dzielo_nadrzedne>Menażeria ludzka</dzielo_nadrzedne>



<nazwa_utworu>Bydlę</nazwa_utworu>


<akap>Zaturkotało i na drodze od miasta wiodącej podniósł się tuman kurzu.</akap>


<akap>Niewielki koczyk<pe><slowo_obce>koczyk</slowo_obce> --- rodzaj czterokołowego powozu.</pe> zielony, ciągniony przez czwórkę w poręcz sprzężonych koni, stuknął silnie o belkę położoną na poprzek tuż przed chatą Hieronima i ku bramie dworskiej podążał.</akap>


<akap>Na koźle, w szaraczkowy surdut<pe><slowo_obce>surdut</slowo_obce> --- długa dwurzędowa marynarka popularna na przełomie XIX i XX w.</pe> ubrany stangret i lokaj w długim czarnym anglezie<pe><slowo_obce>anglez</slowo_obce> --- dłuższa odmiana surduta.</pe>, zetknęli się gwałtownie ramionami, zaklęli i do równowagi wrócili.</akap>


<akap>Z koczyka tymczasem na obie strony, jak drogowskazy, sterczały dwa olbrzymie cybuchy, ciemne, z fajkami wypchanymi silnie tytoniem.</akap>


<akap>Pan hrabia i pani hrabina palili w milczeniu, rzucając w jasność liliową wołyńskiej przestrzeni całe kłęby białego dymu.</akap>


<akap>Pudełko z tytoniem stało na przednim siedzeniu.</akap>


<akap>Pani hrabina miała płaszczyk i twarz lśniącą od nadużycia gliceryny.</akap>


<akap>Pan hrabia miał prześliczne turkusowe oczy, wprawione w pożółkłą maskę zgryzionego wątrobiarza<pe><slowo_obce>wątrobiarz</slowo_obce> --- mężczyzna z chorą wątrobą.</pe>.</akap>


<akap>Koczyk stanął przed bramą.</akap>


<akap>Lokaj zlazł powoli i za wrota pociągnął, pasące się obok stado gęsi uciekło z przerażającym wrzaskiem.</akap>


<akap>Koczyk próg bramy przestąpił, wstrząsając woźnicą, pudłem, panią hrabiną, panem hrabią i obydwoma cybuchami.</akap>


<akap>Gęsi, drąc się, leciały wśród masy traw, łopocząc skrzydłami, i hen, aż pod tajemnicze gąszcze ożyn<pe><slowo_obce>ożyy</slowo_obce> (reg.) --- jeżyny.</pe> się dostawszy, przypadły do ziemi, zdyszane i srodze zmęczone. Lecz już na ganku dworu powstał ruch i w kredensie Janek, czytający <tytul_dziela>Resurrecturi</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Resurrecturi</slowo_obce> --- powieść J. I. Kraszewskiego.</pe> w ,,Tygodniku Ilustrowanym", otarł nos w znaczący sposób.</akap>


<akap_dialog>--- Czort diabła niesie! --- wyrzekł półgłosem.</akap_dialog>


<akap>Znad tapczanu surdut zdjął, poślinił welwetowy kołnierz, na którym łupież silnie przylgnął, surdut nadział i powłócząc nogami, na ganek podążył.</akap>


<akap>Już pani sędzina pędziła od strony garderoby, pokrzykując cienko:</akap>


<akap_dialog>--- Z Hati! Hrabstwo z Hati!</akap_dialog>


<akap>I szybko odwróciła się do Janka, który melancholijnie spod spadającej hyry na swą panią spoglądał.</akap>


<akap_dialog>--- A ty mi się nie upij, bo jak Boga kocham, tak już z tobą koniec zrobię! Słyszysz?</akap_dialog>


<akap>Janek brwi zmarszczył i za poły surduta obydwoma rękami się schwycił.</akap>


<akap_dialog>--- Słyszę, jaśnie pani! --- odparł.</akap_dialog>


<akap>Koczyk z głuchym szumem już przed ganek zajechał.</akap>


<akap>Sędzina wpadła we drzwi prowadzące do głębi dworku, a Janek, ze specjalnym gestem ze stopni ganku schodząc, drzwi wchodowe<pe><slowo_obce>wchodowy</slowo_obce> --- dziś popr.: wejściowy.</pe> hrabstwu ukazywał.</akap>


<akap_dialog>--- Państwo w domu? --- zapytał hrabia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaśnie państwo są! --- odpowiedział lokaj.</akap_dialog>


<akap>Cybuchy i tytoń na rękach lokaja wędrowały już w głąb domu.</akap>


<akap_dialog>--- A uważaj, kanalio, abyś cybucha nie przetrącił! --- dodał w formie uwagi hrabia.</akap_dialog>



<sekcja_swiatlo/>



<akap>Nie, to było ponad jego siły!</akap>


<akap>Musi pójść do karczmy.</akap>


<akap>Chodzi, chodzi naokoło stołu, pociąga obrus, karbuje sól w solniczce, ustawia garnuszeczki ze śmietanką. Na środku piramida z poziomek krwawi się plamą purpury wśród zielonych liści. Po obu stronach, na złoconych porcelanowych koszyczkach, rudym tonem znaczą się świeże obwarzanki, cukier miałki piętrzy się piramidką prawie skrzącą w promieniach zachodzącego słońca.</akap>


<akap>Poprzez okno na wpół otwarte płynie cała taka struga ognista, przecięta smukłością topoli, sterczących dokoła dworu.</akap>


<akap>Jeszcze bydło z pola nie wraca.</akap>


<akap>Nie słychać kołatek ani hukania pastuchów poza wodą, hen poza stawem.</akap>


<akap>Janek ręce po napoleońsku na piersiach złożył i stanął koło okna.</akap>


<akap>Włożył liliowy atłasowy krawat i włosy jasnoblond, w których srebrne nici się bielą, olejkiem zlał i z czoła odgarnął.</akap>


<akap>Czeka, aż kucharz kurczęta z przypadłej opodal dworu kuchenki do kredensu przyniesie.</akap>


<akap>Wtedy samowar, syczący w kredensie, do jadalni wniesie, na stoliku obok ustawi, otworzy drzwi do salonu i zaanonsuje niskim głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Podano do stołu!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1393935923326-807329407"/><motyw id="m1393935923326-807329407">Alkohol</motyw>Tymczasem przecież coś go we wnętrzu ssie jak wąż, a śliny w ustach pełno.</akap>


<akap>Janek wie dobrze, co to znaczy...</akap>


<akap>Czczo mu; do karczmy go ciągnie.</akap>


<akap>A jest ona tam po drugiej stronie stawu, ta karczma cała czarna mimo czerwonej jasności słońca.</akap>


<akap>Janek drogę tę od lat trzydziestu zna.<end id="e1393935923326-807329407"/></akap>


<akap>Zmienił ją tylko od chwili ożenienia. Trzeba bowiem było ze dworu do karczmy właśnie koło chaty iść, chaty, którą mu jaśnie pani dała, kiedy Warkę z garderoby wziął i z ,,werczem" do dworu przyszedł.</akap>


<akap>Pani chatę i Warkę dała, ale Warka darła się o wódkę z Jankiem i zaraz na próg chaty wypadała, za poły surduta chwytała i zawodziła het, jak suka, gdy jej szczenięta odbierają.</akap>


<akap>Wiedziała Warka, że jaśnie pani ma tego pijaństwa Jankowego dosyć i lada chwila go z kredensu wygna precz.</akap>


<akap>Tym bardziej że Janek nie pił całe miesiące i tylko, gdy gość się zjawił, wnet do karczmy pędził i za siwuchę<pe><slowo_obce>siwucha</slowo_obce> --- wódka.</pe> chwytał.</akap>


<akap>A przecież trzydzieści lat już w Horodyszczu przetrwał służąc wiernie, nieposzlakowanie uczciwy, pełen arystokratycznych przesądów, właściwych wołyńskiemu chłopu, cerując dywany i szlafroki pana sędziego, obijając sofy w buduarze panny sędzianki, obszywając gościnne kołdry na trawie dziedzińca, kolekcjonując ,,Tygodnik Ilustrowany", bijąc Warkę i najstarszą córkę, Paraskę, tyranizując chłopaków kredensowych i leżąc bez pamięci, od czasu do czasu, w krzakach berberysu, które bukietem blaszanych liści i delikatnych jagód wznosiły się na środku dziedzińca.</akap>


<akap>Pani sędzina nazywała go wtedy ,,bydlę". Była to nazwa mniej wykwintna niż dosadna.</akap>


<akap>Pani sędzina była jednak córką ekonoma. Stąd miała dużo poczuć arystokratycznych wrodzonych!...</akap>


<akap>Lokaj, a zwłaszcza pijany lokaj, był dla niej bydlęciem!</akap>


<akap>Hrabia mówił na swoją służbę ,,kanalia".</akap>


<akap>Pani sędzina mówiła ,,bydlę".</akap>


<akap>Pani sędzina nie lubiła chłopów i nie wdawała się z nimi w bliższe stosunki. Tolerowała tylko chłopki, gdyż jej przynosiły kury albo jaja, związane w szmaty.</akap>


<akap>Pan sędzia ciągnął namiętnie starkę<pe><slowo_obce>starka</slowo_obce> --- odmiana wódki poddawanej leżakowaniu.</pe> rano i wieczorem, a czasem i w nocy.</akap>


<akap>Pani sędzina znajdowała to naturalnym.</akap>


<akap>Co innego było z pijaństwem Janka!...</akap>


<akap>Co wolno panu --- nie wolno bydlęciu.</akap>


<akap>Pani sędzina, mówiąc o pijaństwie męża, mówiła ,,słabość mego męża".</akap>


<akap>Pijaństwo Janka było zbrodnią, nie chorobą.</akap>


<akap>Lokaj nie mógł być chory!</akap>


<akap>Organizm jego nie mógł żądać alkoholu.</akap>


<akap>Janek pijany --- był bydlęciem.</akap>


<akap>Pan sędzia pijany był... słabym!</akap>


<akap>Przekonanie to wpoiła pani sędzina w Warkę.</akap>


<akap>Dlatego teraz Janek miał schowane w oczerecie<pe><slowo_obce>oczeret</slowo_obce> --- zarośla nadbrzeżne.</pe> czółno i drąg i poprzez staw się do karczmy Szmula dobijał.</akap>


<akap>Kiedy bowiem szedł przez wieś --- a Warka, broń Boże, ,,cupała" w ogrodzie za chruściakiem przy burakach albo tytoniu --- to porywała się z wrzaskiem, aż jej medaliki po piersiach dzwoniły.</akap>


<akap_dialog>--- A doloć moja, dolo zatracona!... --- krzyczała, przez płot przełażąc, rozdzierając spódnicę, zapaskę, z ,,dołami" najeżonymi dokoła twarzy jak faworyty<pe><slowo_obce>faworyty</slowo_obce> --- pasma zarostu na policzkach.</pe> pana sędziego.</akap_dialog>


<akap>I był to lament tak wielki, że wszystkie baby, jakie były w chacie, wypadały na drogę z koszulami zawiniętymi po kolana, z zapaskami ubielonymi mąką, ta od łatania świty, ta od przewijania dziecka. Wszystkie otaczały Janka i Warkę, łamały ręce, kiwały głowami, a dokoła podskakiwały dzieci w zgrzebnych koszulach, czasem zupełnie nagie, z masą jasnych włosów na spiczastych głowach, i kwiczały prosięta zbiegłe ze źle domkniętych chlewików...</akap>


<akap>Teraz --- Janek już potrafił unikać tej gorącej łaźni. Wprost do stawu szedł, w czółno wskakiwał i wodę pruł, aż szumiała. Potem do drugiego brzegu gdy się dobił, to już do Szmula było tylko kilkadziesiąt kroków --- i łatwo było się dobrać. Wracał jednak wolniej, na wpół przytomny, potrzebując mało do zupełnego upojenia, rozstrojony zupełnie nerwowo, mając dziwną naturę wtłoczoną w smutne ciało dworskiego służalca, z fantazją przepełnioną wizjami powieści i artykułów, których nie rozumiał w setnej części, z tęsknotą straszną, wrodzoną Wołyniakom, z tą tęsknotą, co serce z piersi wyrywa za czymś, czego określić na razie niepodobna<pe><slowo_obce>niepodobna</slowo_obce> (daw.) --- nieprawdopodobne a. niemożliwe.</pe>, co szum sosen, zapach poziomek, krzyk spłoszonej gęsi, skrzyp wrót nagle budzi i potem jak druga dusza w ciele pokutuje, rwie, szarpie, nęka o zachodzie słońca i życia.</akap>


<akap>Bydlę miało to wszystko w sobie, to wycie rozpaczliwe w pustkę, która się powiększa z dniem każdym. Jak duch pokutujący, jak trup, któremu nie dano mogiły i domowinki uskąpiono, tak błąkał się Janek od karczmy do dworu z ,,Tygodnikiem" sterczącym brudną bielą druku w obciągniętej kieszeni surduta. Włosy mu posiwiały, twarz o delikatnych rysach nerwowego blondyna nabrzękła, oczy zmalały i z jasnobłękitnych zrobiły się żółte. Plecy wygięły się w kabłąk, ręce jedne pozostawały nerwowe, silne, suche, jakby cała siła woli lokaja skoncentrowała się w tych rękach, w których była potęga jego pracy. Gdy z krzaków berberysów podnosił się po periodzie<pe><slowo_obce>period</slowo_obce> (z łac.) --- okres.</pe> pijaństwa, zaciskał silnie pięści, jakby próbując, czy cała wola pozostała w nim jeszcze, czy nie spływa razem z umysłem w ten cień niepochwytny, który go otaczał i do karczmy iść kazał.</akap>


<akap>I --- z pięściami jeszcze zaciśniętymi --- szedł prosto do kredensu, do swego tapczanu, na którym wylegiwał się w czasie jego nieobecności Józiek.</akap>


<akap_dialog>--- Won, bydlę! --- mówił chwytając chłopca za kołnierz --- won, pan wrócił!</akap_dialog>


<sekcja_swiatlo/>


<akap>Kucharz nie dawał znaku życia i tylko z kuchenki dobywał się wąski pasek dymu, który się aż nad drzewa owocowe wznosił.</akap>


<akap>Janek na lipę pod oknami patrzał i przypominał sobie, którego to było roku, gdy piorun w nią uderzył.</akap>


<akap>Pan sędzia wtedy do Żytomierza na wybory pojechał.</akap>


<akap>Ale który to był rok, za nic przypomnieć sobie nie może.</akap>


<akap>Nagle zakołatało na drodze.</akap>


<akap>Ha! Ha! A! A!...</akap>


<akap>Bydło wraca do obór, pastuchy do chat.</akap>


<akap>Nie widać ich z okna, tylko duża smuga poza stawem się ściele, biała jak wielki kłąb powstającej pary.</akap>


<akap>I razem z tym jękiem chłopów goniących bydło jakaś nieokreślona tęsknota spada na całą wieś.</akap>


<akap>Słońce nie świeci jaskrawo.</akap>


<akap>Żółte i jakby gasnące zapada coraz niżej.</akap>


<akap>Coś się nad ziemią snuje, coś jakby widma z grobów wstające, szepczące tajemnicę mogił, trupich czaszek rozhowory<pe><slowo_obce>rozhowor</slowo_obce> (rus.) --- rozmowa.</pe>.</akap>


<akap>Janek określić tego nie umie, rwie się w nim tylko coś i w przepaść dąży.</akap>


<akap>Obejrzał się jeszcze raz ku kuchni.</akap>


<akap>Nie widzi nikogo.</akap>


<akap>Zanim kurczęta podadzą, on przez staw przepłynie i powróci.</akap>


<akap>Wypije tylko jeden kieliszek, jeden tylko, aby lepiej służyć do stołu...</akap>


<akap>Czuje bowiem, że jest cały z waty i na nogach się nie utrzyma.</akap>


<akap>Wyskoczył przez okno, wpadł w grządkę nasturcji, zaklął i jak zając poprzez trawniki pomykać zaczął.</akap>


<akap>Do stawu dopadł, do oczeretu, w którym drzemało płaskie, z trochą lśniącej wody na dnie, czółno.</akap>


<akap>W czółno wskoczył, za drąg porwał, splunął w garść i od brzegu się odepchnął.</akap>


<akap>W tej chwili ciemny pas jakby od żałobnego całunu na wodę padł.</akap>


<akap>Janek w pas ten wpłynął i nawet białe smugi, które zwykle czółno po sobie zostawia, krepy tej rozjaśnić nie mogły.</akap>


<akap>Od strony wsi kołatały wciąż drewniane dzwonki i wlokło się jękliwe zawodzenie.</akap>


<akap>Ha!... A! A!...</akap>


<akap>Janek w głosy te wsłuchiwał się i czuł, że pod dworskim surdutem, z którego numer ,,Tygodnika" wystawał, w piersi rwały mu się całe przepaście, ech, na dźwięk tych chłopskich nut.</akap>


<akap>Ha!... A! A!...</akap>


<akap>W tej samej chwili z kuchenki Józik z półmiskiem kurcząt wypadł i ku dworowi dążył.</akap>


<akap>Idąc, mimo woli dziecinnym głosikiem powtarzał:</akap>


<akap>Ha!... A! A!...</akap>


<akap>Bose zastępy ku sobie się rwały, ręce łączyły w tęsknocie nieokreślonej, co ku nim spod ziemi płynęła.</akap>


<sekcja_swiatlo/>


<akap>Gdy Janek wreszcie z krzaków berberysu powstał i do kredensu się powlókł, zastał tam, oprócz Józika, jakiegoś młokosa ubranego w szary surdut, bez wąsów, z miną wyćwiczonego złodzieja nastawiającego samowar.</akap>


<akap>Janek do intruza podszedł i ręce wyciągnął.</akap>


<akap_dialog>--- Czego to pan się do samowaru miesza? --- zapytał zaspanym i powolnym głosem.</akap_dialog>


<akap>Lecz nowy lokaj zmierzył go od stóp do głów.</akap>


<akap_dialog>--- Jaśnie pani kazała nastawić samowar! --- wyrzekł i znów, za stary but z cholewą chwyciwszy, koło samowara krzątać się zaczął.</akap_dialog>


<akap>Janek osunął się w kąt i na swym tapczanie przysiadł. Powoli jednak ręce jego namacały inną derkę, nie jego własną. Pochylił się i w ukośnym promieniu, idącym z okna, które lipy zaciemniały zupełnie, dostrzegł całą obcą pościel na swym łóżku. Poduszka była z irchy, druga gumowa, wypchana powietrzem, widocznie skradziona lub otrzymana w prezencie. Tylko nad tapczanem rozkładał się jeszcze szmat gobelinu, na którym widać było sczerniałe, jak nogi topielca, nogi jakiegoś mitologicznego bohatera i plamę kobiecej purpurowej sukni.</akap>


<akap>Za obrębem gobelinu zatknięty obrazek z ,,Tygodnika", kilka plam, fotografia pana sędziego, stara strzelba, profitka z różowych paciorek służąca za pantofelek do zegarka --- wszystko jeszcze było na swoim miejscu, nieruszone i jakby uszanowane.</akap>


<akap>Janek podniósł się i do okna podszedł.</akap>


<akap>Tam był zawsze szuwaks<pe><slowo_obce>szuwaks</slowo_obce> (daw.) --- czarna pasta do butów.</pe> i szczotki do butów, ustawione we framudze razem z kałamarzem i gęsimi piórami, które Janek dla pana sędziego temperował.</akap>


<akap>Pióra znikły, kałamarz także, pomimo tego, że lat dwadzieścia stały na tym miejscu...</akap>


<akap>Janka ogarnęło złe przeczucie. Powoli spode łba spojrzał na młokosa, który samowar już z ziemi podniósł i do pokoju podać się gotował.</akap>


<akap>Janek kilka kroków postąpił.</akap>


<akap_dialog>--- Ja zaniosę!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie trza --- wyrzekł ten drugi, nogą drzwi otwierając.</akap_dialog>


<akap>Janek pozostał na środku kredensu, w którym zaczynał zapadać powoli zmrok, przez abażur lipowych gałęzi koło okien rozpostartych.</akap>


<akap>Nagle w bocznych drzwiach ukazała się pani sędzina.</akap>


<akap>Miała usta silnie zaciśnięte i oczy zmrużone.</akap>


<akap_dialog>--- Niech Janek zabiera swoje rzeczy i idzie precz, zaraz... od dzisiaj!... Jaśnie pan za dwa dni wróci, to się z Jankiem obliczy! Trzeba się mi dzisiaj wynosić, mam już dosyć pijaków w kredensie!</akap_dialog>


<akap>Ręką tłustą i żółtą drzwi ukazywała.</akap>


<akap>Ręka ta w ciemności kredensu majaczyła przed Jankiem jak plama jasna, obwiedziona dokoła błękitną obwódką.</akap>


<akap_dialog>--- Jaśnie pani!... --- wybełkotał wreszcie --- ja... ostatni raz!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ta, ta, ta!... --- przerwała sędzina --- już mam dosyć trzydzieści lat takich skandali!... Janek niech się wynosi, bo wyrzucić każę!</akap_dialog>


<akap>Janek się wyprostował.</akap>


<akap_dialog>--- Jaśnie pani wyrzucać nie ma potrzeby. Ja sam pójdę, choć trzydzieści lat wierniem przy służbie warował!</akap_dialog>


<akap>Sędzina parsknęła śmiechem.</akap>


<akap_dialog>--- Bo to psi wasz obowiązek! Za pensję i ordynarię<pe><slowo_obce>ordynaria</slowo_obce> --- część wypłaty dla służby dworskiej wydawana w naturze.</pe> jeszcze każdy wierny będzie.</akap_dialog>


<akap>Janek drżał cały, włosy mu na czoło spadły. Cofnął się w cień kredensu i milczał chwilę, wreszcie, jakby chcąc upokorzyć sędzinę.</akap>


<akap_dialog>--- W konduktory pójdę!... --- wyrzekł zdławionym głosem.</akap_dialog>


<akap>Sędzina ku drzwiom zmierzała.</akap>


<akap_dialog>--- Z Panem Bogiem! Właśnie tam na pijaków czekają! A wynoś mi się dziś jeszcze!.. won!... won!...</akap_dialog>


<akap>Wyszła.</akap>


<akap>Janek pozostał sam.</akap>


<akap>Obejrzał się dokoła i nagle uczuł w sercu ból straszny.</akap>


<akap>Trzydzieści lat przeżył w tych ciemnych ścianach kredensu, w których zapach razowego chleba miesza się z wonią stygnących na półmiskach tłuszczów. W ciemnicy tej przeszedł życie całe, waląc się w nocy na tapczan, jak kłoda, smutny, wiecznie znękany, zniechęcony do życia, a mimo to bałwochwalczo do tych miejsc przywiązany.</akap>


<akap>Chata, w której mieszkała jego żona, nie była mu domem, chodził tam w gościnę, w chwilach wolnych, nie pamiętając i nie wiedząc nawet, jakie imiona miały jego dzieci.</akap>


<akap>Od grzebania się w ziemi i mieszkania w izbie z uklepaną z gliny podłogą odwykł i tylko w kredensie żyć już mógł, w tym kredensie pomiędzy szafą z ubraniami pana sędziego a kantorkiem, w którym chował roczniki ,,Tygodnika Ilustrowanego". Dziś mu każą iść precz, nie pamiętając, że on, Janek, ma religię ścian, wspomnień i sprzętów, że on się tu przekołatał całe lata, całe noce, całe jesienne wieczory, obrębiając ścierki, wsłuchany w tony fortepianu, na którym uczyła się panna sędzianka i który dzwonił jak szklana kołatka spoza stawu w smudze białej płynąca.</akap>


<akap>Kazano mu iść ,,won", a przecież tam, przez ścianę, jest szafa, w której jest <wyroznienie>jego</wyroznienie> porcelana, <wyroznienie>jego</wyroznienie> srebro, <wyroznienie>jego</wyroznienie> szkło.</akap>


<akap>Trzydzieści lat myje, ociera, czyści tę całą zastawę... to więc wszystko mu po prostu w duszę wrosło i on tego z siebie wyrwać nie może! nie może!...</akap>


<akap>A piece! Te wielkie piece wszystkie schodzące się w jednej wielkiej izbie, w którą szedł wczesnym zimowym rankiem, za Józikiem niosącym całe naręcze polan grubych jak ludzkie nogi. On, Janek, niósł świece. Stearyna kapała mu po rękach, a on przez trzydzieści lat nie oprawił nigdy świecy w lichtarz. Miał takich przyzwyczajeń mnóstwo, teraz wszystkie jak mary otoczyły go i za gardło chwytały.</akap>


<akap>Nawet ta pani sędzina, która wygnała go tak bezlitośnie, nawet ten pan sędzia, który nieraz uderzył go w kark i ,,wysobaczył" po swojemu, nawet ta panna sędzianka zatykająca nos, gdy przechodziła przez kredens, wszyscy oni byli mu teraz drodzy w chwili utraty.</akap>


<akap>Kochał ich przywiązaniem psa, który nie dość, że dobytku pana strzeże, jeszcze pana tego kocha i po rękach liże.</akap>


<akap>Powiedział pani --- ,,pójdę w konduktory", ale teraz, w tej chwili, myśleć o tym nie mógł. Dławił się własną żałością.</akap>


<akap>Nerwy tego chłopa zalkoholizowanego tańczyły piekielną sarabandę<pe><slowo_obce>sarabanda</slowo_obce> --- szybki taniec hiszpański.</pe> bezsilnej rozpaczy.</akap>


<akap>Gdyby mógł się rozpłakać, byłoby mu lżej. Lecz nie, łzy go piekły, były w nim całym, rwały mu serce, paliły powieki, płynąć mu jednak nie chciały.</akap>


<akap>,,Bydlę"... cierpiało.</akap>


<sekcja_swiatlo/>

<akap>Po chwili przecież Janek ocknął się, zbliżył się do tapczanu i szalonym ruchem zdarł ze ściany gobelin. Profitka, fotografie upadły na ziemię. On schylił się, podniósł je, wetknął za pazuchę, potem podszedł do kantorka, wyjął całą masę gazet i w gobelin zawinął. Czynił to machinalnie, gryząc wargi. Zwrócił się po ubranie, które wisiało na gwoździach wbitych w ścianę, lecz machnął ręką i tylko tłumok z gazetami pod pachę wziął, czapkę na głowę nasadził.</akap>


<akap>Wreszcie z kredensu wyszedł.</akap>


<akap>Przeszedł pod lipami i wydostał się na trawniki. Słońce znów zachodziło całe krwawe, na wiatr się znacząc. Staw w ciszy i w obramowaniu oczeretu drzemał, a nad jego brzegiem, na pagórku, brzoza dziwaczna i pokręcona długie gałęzie w wodzie rozpaczliwie moczyła. Janek machinalnie do stawu się skierował i czółno odszukawszy, gobelin z książkami na dno czółna cisnął. Po czym sam w łódź wlazł i drąg chwycił. Zdawało mu się, że idzie gdzieś w daleką drogę, a ten drugi brzeg nigdy nie trąci o drzewo czółna. Drżącymi rękami drąg pchnął i na staw wypłynął.</akap>


<akap>Cisza była dokoła prawie kościelna.</akap>


<akap>Janek szmer wody tylko słyszał, która się skarżyła cicho na ciężar, jaki jej nieść kazano.</akap>


<akap>I nagle, z daleka, delikatny, jakby krepą przysłonięty, daje się słyszeć głos kołatek i przeciągły jęk pastuchów.</akap>


<akap>Serce Janka, które było w tej chwili jedną raną, targnęło się jeszcze silniej, i codzienna melancholia, tłocząca go ku ziemi, wżarła się
w boleść rozstania z tym, co już za swoje przywykł uważać, go się z nim zrosło, z czym umrzeć miał...</akap>


<akap>Przed nim bielił się dwór, nieduży, silny, dobrze rozłożony na tle masy drzew. Z boku widać było ganeczek i wejście do kredensu. Do kredensu!...</akap>


<akap>I nagle porwał Janka szał.</akap>


<akap>Schwycił gobelin i cisnął go w wodę.</akap>


<akap_dialog>--- Sczeźnij --- zasyczał przez zęby.</akap_dialog>


<akap>Gobelin zakołysał się na wodzie i pozostał tak rozciągnięty, prezentując w świetle krwawego słońca wypłowiałą barwę delikatnych linii.</akap>


<akap>Janek drągiem gobelin w wodę zanurzać zaczął.</akap>


<akap_dialog>--- Sczeźnij!... --- syczał.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1393936792476-2743006596"/><motyw id="m1393936792476-2743006596">Samobójstwo</motyw>Był cały teraz czerwony, z sinymi pręgami żył po obu stronach skroni. Z serca krew mu płynęła na mózg zatruty siwuchą. Pijany był w tej chwili, pijany rozpaczą.</akap>


<akap>Za nim wciąż kołatki grały.</akap>


<akap>Teraz pochylił się, cały stos ,,Tygodnika" w wodę wrzucił. Woda prysnęła miałą masą, łódka zachybotała, Janek nogą w ścianę czółna kopnął.</akap>


<akap_dialog>--- Na pohybel<pe><slowo_obce>Na pohybel</slowo_obce> (rus.) --- zgiń!</pe> ci! --- zaklął.</akap_dialog>


<akap>Nie dokończył, bo czółno się gwałtownie przechyliło, a on z dziką radością, po raz pierwszy w życiu roześmiany serdecznym, gorącym śmiechem, w wodę skoczył, waląc się głową naprzód, tak jak zwyczajnie na swój tapczan w kredensie się walił.</akap>


<sekcja_swiatlo/>


<akap>Teraz kołatki triumfalnie wypłynęły nad brzeg stawu i dzwoniły ciągle mistyczną litanię w obłoku białym z ziemi się wznoszącym.</akap>


<akap>Na stawie była cisza zupełna i kołysało się tylko próżne czółno, które powoli wróciło do swej równowagi...<end id="e1393936792476-2743006596"/></akap>



</opowiadanie></utwor>