<utwor>
<rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/stendhal-pamietnik-egotysty/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Stendhal</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pamiętnik egotysty</dc:title>
<dc:contributor.translator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Boy-Żeleński, Tadeusz</dc:contributor.translator>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Deska, Dagmara</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Romantyzm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Powieść</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja  zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z książki udostępnionej przez Magdalenę Paul.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/stendhal-pamietnik-egotysty</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Stendhal, Dzieła wybrane, tom 2, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Tadeusz Boy-Żeleński zm. 1941</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2012</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2012-07-24</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/stendhal-pamietnik-egotysty.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0952-9</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/stendhal-pamietnik-egotysty.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1919-1</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/stendhal-pamietnik-egotysty.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2874-2</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/stendhal-pamietnik-egotysty.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3948-9</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/stendhal-pamietnik-egotysty.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-5034-7</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/6989.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Lunch at the Restaurant Fournaise, The Art Institute of Chicago (Source), cc0</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6989</dc:relation.coverImage.source>
<category.legimi>Obyczajowe</category.legimi>
    <category.thema.main>DS.WL-R</category.thema.main>
    <category.thema>1DDF</category.thema>
    <category.thema>3MN</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>
<powiesc>
<abstrakt>
<akap><tytul_dziela>Pamiętnik egotysty</tytul_dziela> to druga z powieści Stendhala o charakterze autobiograficznym --- po <tytul_dziela>Życiu Henryka Brulard</tytul_dziela>. Została opublikowana w 1892 roku.</akap>


 
<akap>Dotyczy życia Stendhala w Paryżu w latach 1821--1830. Opisuje różne relacje z ludźmi --- zarówno towarzyskie, jak i z kobietami. Opowiada także o swojej podróży do Anglii, w celu zobaczenia sztuk Szekspira, którego uznaje za jedną z najważniejszych osób w życiu. Powieść nie została ukończona i opublikowano ją wiele lat po śmieci autora.</akap>


 

<akap>Marie-Henri Beyle, piszący pod pseudonimem Stendhal, to jeden z najsłynniejszych francuskich pisarzy początku XIX wieku. Był prekursorem realizmu w literaturze --- uważał, że zostanie zrozumiany dopiero przez przyszłe pokolenia. Sformułował koncepcję powieści-zwierciadła.</akap>


</abstrakt>

<autor_utworu>Stendhal</autor_utworu>




<nazwa_utworu>Pamiętnik egotysty</nazwa_utworu>



<nota_red><akap>Dostosowanie ortografii do współczesnych wymogów, np.</akap>



   <akap>1. Łączny zapis rzeczowników z przedrostkiem obcym eks-, np.</akap>
      <akap>eks-lokaj --> ekslokaj</akap>



      <akap>eks-adiutant ---> eksadiutant</akap>



<akap>2. Łączny zapis partykuły nie z imiesłowami przymiotnikowymi, np.</akap>
      <akap>nie widzący --> niewidzący</akap>



      <akap>nie odnoszący --> nieodnoszący</akap>



<akap>3. Zapis skrótów typu:</akap>
      <akap>Krzyż Św. Ludwika --> Krzyż św. Ludwika</akap>







<akap>Uwspółcześnienie fleksji, np.</akap>



<akap>1. W odmianie nazw pospolitych, np.</akap>
      <akap>Widziałem królowę i boską księżnę (...). --> Widziałem królową i boską księżną (...).</akap>



      <akap>w hrabi Gazul --> w hrabim Gazul</akap>



      <akap>Niemcy są za głupie --> Niemcy są za głupi</akap>






<akap>2. W odmianie nazw własnych, np.</akap>
   


<uwaga>Zostawiłabym to nazwisko w takiej formie, ponieważ w tym samym akapicie (dwie linijki niżej) odmienił je sam tłumacz.</uwaga>

      <akap>hrabiego Widmann --> hrabiego Widmanna</akap>



      <akap>"Debatów" --> "Debat"</akap>




</nota_red>





<naglowek_rozdzial>Rozdział I</naglowek_rozdzial>












<akap>Aby zapełnić wolne chwile na tej obcej ziemi<pe><slowo_obce>na tej obcej ziemi</slowo_obce> --- we Włoszech, gdzie 17 IV 1831 r. Stendhal objął stanowisko konsula.</pe>, mam ochotę spisać
mały pamiętnik wszystkiego, co mi się zdarzyło w czasie mojej
ostatniej bytności w Paryżu, od 21 czerwca 1821 do [6] listopada
1830. Dziewięć i pół lat. <begin id="b1350207855997-3187050750"/><motyw id="m1350207855997-3187050750">Praca</motyw>Łaję<pe><slowo_obce>łajać</slowo_obce> --- ostro krytykować.</pe> sam siebie od dwóch miesięcy --- od
czasu, jak strawiłem<pe><slowo_obce>strawić</slowo_obce> --- dziś: przetrawić.</pe> nowość mojej pozycji --- aby się wziąć do jakiejś
pracy. Bez pracy okręt ludzki nie ma balastu. <end id="e1350207855997-3187050750"/>Przyznaję, że
brakłoby mi chęci do pisania, gdybym nie miał wiary, że kiedyś
kartki te ukażą się w druku i będą czytane przez jakąś duszę
z tych, z którymi sympatyzuję, taką jak pani Roland albo
geometra Gros. Ale oczy, które będą to czytały, ledwie otwierają
się dla światła: podejrzewam, że moi przyszli czytelnicy mają
dziesięć albo dwanaście lat.</akap>


<sekcja_swiatlo/>


<akap><begin id="b1347883689543-610681414"/><motyw id="m1347883689543-610681414">Kondycja ludzka</motyw>Czy wyciągnąłem wszystkie możliwości szczęścia z pozycji,
w jakich stawiał mnie los przez dziewięć lat, które spędziłem
w Paryżu? Co ja za człowiek właściwie jestem? Rozsądny? Mądry?
Głęboki?</akap>


<akap>Czy jestem wybitną inteligencją? Doprawdy, nie mam pojęcia.
Zajęty tym, co mi przynosi każdy dzień, rzadko myślę o tych
zasadniczych sprawach, a wówczas sądy moje odmieniają się wraz
z humorem. Sądy moje to tylko spostrzeżenia.</akap> 


<akap>Zobaczmyż, czy robiąc rachunek sumienia z piórem w ręku,
dojdę do czegoś <wyroznienie>pozytywnego</wyroznienie>, co by zostało dla mnie
<wyroznienie>długo prawdą</wyroznienie>.<end id="e1347883689543-610681414"/> Co będę myślał o mojej pisaninie, odczytując
ją w roku 1835, o ile dożyję? Czy będzie z tym tak, jak z mymi rzeczami drukowanymi? Mam uczucie głębokiego smutku, kiedy
w braku innej książki biorę je do rąk.</akap>


<akap>Czuję od miesiąca --- odkąd się noszę z tym zamiarem --- istny
wstręt do pisania jedynie po to, aby mówić o sobie, o liczbie moich
koszul, o sprawach mojej miłości własnej. Z drugiej strony,
jestem daleko od Francji, przeczytałem wszystkie zajmujące
książki, jakie przedostają się tutaj. Najbardziej miałbym ochotę
napisać powieść na tle sprawy miłosnej, która się rozegrała
w Dreźnie, w sierpniu 1813, w moim sąsiedztwie. Ale drobne
obowiązki związane z moim stanowiskiem odrywają mnie często
lub, aby rzec lepiej, biorąc pióro w rękę nigdy nie jestem pewny,
czy upłynie godzina, żeby mi nikt nie przerwał. Ta drobna
przeciwność gasi zupełnie moją wyobraźnię. Kiedy wracam do
swojej fikcji, brzydzi mnie to, co roiłem<pe><slowo_obce>roić</slowo_obce> --- marzyć o czymś nierealnym.</pe>. Roztropny człowiek
odpowie na to, że trzeba się przezwyciężyć. Odpowiadam: za
późno, mam czterdzieści [dziewięć] lat. Po tylu przygodach czas
myśleć o tym, aby dokończyć życia jak najmniej przykro.</akap>


<akap><begin id="b1347883993697-992601451"/><motyw id="m1347883993697-992601451">Idealista</motyw>Główną moją przeszkodą nie była <wyroznienie>próżność</wyroznienie>, jaka jest w tym,
aby opisywać swoje życie. Książka na taki temat jest jak wszystkie
inne: zapomina się ją szybko, jeśli jest nudna. Bałem się skazić
szczęśliwe chwile, jakie mi się zdarzyły, opisując je, rozbierając.
Nie, tego nie będę robił; ominę godziny szczęścia.</akap>


<akap>Geniusz poetycki umarł, ale przyszedł na świat geniusz <wyroznienie>podejrzeń</wyroznienie>. Jestem głęboko przekonany, że jedyna odtrutka, która
może kazać czytelnikowi zapomnieć o wiecznych <wyroznienie>ja</wyroznienie> autora, to
absolutna szczerość. Czy będę miał odwagę opowiedzieć rzeczy
upokarzające, nie ratując ich przedmowami bez końca? Mam
nadzieję.<end id="e1347883993697-992601451"/></akap>


<akap><begin id="b1347884085854-1559766125"/><motyw id="m1347884085854-1559766125">Próżność</motyw>Mimo klęsk mojej ambicji nie uważam ludzi za złych, nie
uważam się za prześladowanego przez nich. Patrzę na nich jak na
machiny poruszane we Francji <wyroznienie>próżnością</wyroznienie>, a gdzie indziej
wszystkimi namiętnościami, z próżnością włącznie.<end id="e1347884085854-1559766125"/></akap>


<akap>Nie znam sam siebie i czasami w nocy, kiedy o tym myślę,
złości mnie to. Czy jestem dobry, zły, inteligentny, głupi? Czy
umiałem wyciągnąć korzyść z przypadków, w które rzuciła mnie
wszechpotęga Napoleona (którego zawsze uwielbiałem) w 1810
i nasze wysypanie się w błoto w 1814, i nasz wysiłek, aby się z niego
wydobyć w 1830<pe><slowo_obce>w 1830</slowo_obce> --- mowa o tzw. Rewolucji Lipcowej, która uniemożliwiła wprowadzenie we Francji monarchii absolutnej.</pe>? Obawiam się, że nie; działałem z kaprysu,
przypadkowo. Gdyby mnie ktoś prosił o radę w sprawie takiej
samej, jak moja, umiałbym ją dać, i to zupełnie niepospolitą. Przyjaciele moi, rywale intelektualni, komplementowali mnie
często w tej mierze.</akap>


<akap>W 1814 hrabia Beugnot<pe><slowo_obce>Beugnot, Jacques Claude</slowo_obce> (1761--1835) --- polityk francuski.</pe>, minister policji, ofiarował mi dyrekturę aprowizacji<pe><slowo_obce>aprowizacja</slowo_obce> --- zaopatrzenie w żywność.</pe> Paryża. Nie żądałem niczego, mogłem doskonale
przyjąć. Odpowiedziałem bardzo niezachęcająco panu Beugnot,
człowiekowi, który jest próżny jak dubeltowy<pe><slowo_obce>dubeltowy</slowo_obce> --- podwójny.</pe> Francuz --- musiał
być mocno zgorszony. Ten, który dostał owo miejsce, wycofał się
z niego po czterech czy pięciu latach, mając pieniędzy w bród, i to
(powiadają) nie kradnąc. Bezgraniczna wzgarda, jaką miałem dla
Burbonów<pe><slowo_obce>Burbonowie</slowo_obce> --- dynastia królewska we Francji, Hiszpanii oraz w królestwach włoskich.</pe> --- było to dla mnie wówczas cuchnące błoto --- sprawiła,
że opuściłem Paryż w kilka dni po oddaleniu uprzejmej propozycji
pana Beugnot. <begin id="b1347884249602-782583484"/><motyw id="m1347884249602-782583484">Flirt, Kobieta</motyw>Serce moje, ściśnięte triumfem wszystkiego, czym
pogardzałem, a czego nie mogłem nienawidzić, orzeźwiała jedynie
odrobina miłości, jaką zaczynałem czuć do hrabiny Du Long, którą widywałem co dzień u pana Beugnot i która w dziesięć dni
później grała wielką rolę w moim życiu. Wówczas wyróżniała
mnie nie jako miłego człowieka, ale jako oryginała. Widziała, że
jestem przyjacielem kobiety bardzo brzydkiej, a bardzo wartościowej, hrabiny Beugnot. Zawsze żałowałem tego, że jej nie
pokochałem. Cóż za przyjemność rozmawiać poufnie z kobietą na
takim stanowisku!<end id="e1347884249602-782583484"/></akap>


<akap>Bardzo długa jest ta przedmowa, czuję to od trzech stronic; ale
mam zacząć od spraw tak smutnych i trudnych, że lenistwo mnie
już chwyta, niemal mam ochotę rzucić pióro. Ale za pierwszą
chwilą samotności miałbym wyrzuty.</akap>


<akap>Wyjechałem z Mediolanu do Paryża [13] czerwca 1821, z sumą
3500 franków, zdaje mi się, uważając za jedyne szczęście strzelić
sobie w łeb, skoro ta suma się skończy. Żegnałem, po trzech
latach zażyłości, kobietę, którą ubóstwiałem, która mnie kochała
i która nie oddała mi się nigdy.</akap>


<akap>Jeszcze po tylu latach nie umiem zgadnąć pobudek jej postępowania. Miała bardzo złą opinię, a wszakże miała w życiu tylko
jednego kochanka; ale paniusie mediolańskie mściły się na niej za
jej wyższość. Biedna Metylda<pe><slowo_obce>Metylda</slowo_obce> --- zob. tekst Tadeusza Boya-Żeleńskiego ze zbioru <tytul_dziela>Zmysły, zmysły...</tytul_dziela></pe> nie umiała ani się bronić przed tym
wrogiem, ani gardzić nim. Może pewnego dnia, kiedy będę
bardzo stary, bardzo wystygły, będę miał odwagę mówić o latach
1818, 1819, 1820, 1821.</akap>


<akap>W 1821 z wielkim trudem opierałem się pokusie strzelenia
sobie w łeb. Rysowałem pistolet na marginesie lichego miłosnego
dramatu, który bazgrałem wówczas (mieszkając w Casa Acerbi). Zdaje mi się, że to ciekawość wydarzeń politycznych nie pozwoliła
mi skończyć z sobą, a może, bez mojej świadomości, obawa bólu.</akap>
<akap>Wreszcie pożegnałem się z Metyldą.</akap>


<akap_dialog>--- Kiedy pan wróci? --- spytała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy, mam nadzieję.</akap_dialog>


<akap>Jeszcze ostatnia godzina kręceń i pustych słów --- jedno jedyne
mogło zmienić moje przyszłe życie; niestety, nie na długo: ta
anielska dusza, ukryta w tak pięknym ciele, rozstała się ze
światem w 1825 r.</akap>


<akap>Wreszcie wyjechałem w stanie, który można sobie wyobrazić,
dnia... czerwca. Jechałem z Mediolanu do Como, obawiając się co
chwila, że wrócę z drogi.</akap>


<akap><begin id="b1347884452951-2216059571"/><motyw id="m1347884452951-2216059571">Miłość</motyw>Tego miasta, gdzie tyle razy myślałem, że przyjdzie mi skończyć, nie mogłem opuścić bez uczucia rozdarcia. Zdawało mi się,
że zostawiam tam życie, co mówię! Czym było życie wobec niej --- Metyldy! Umierałem za każdym krokiem, który mnie od niej
oddalał.</akap>


<akap>Każdy oddech był westchnieniem (Shelley<pe><slowo_obce>Shelley, Percy Bysshe</slowo_obce> (1792--1822) --- angielski poeta i dramatopisarz okresu romantyzmu, mąż Mary Shelley.</pe>).<end id="e1347884452951-2216059571"/></akap>


<akap>Po jakimś czasie byłem jak ogłupiały, rozmawiałem z pocztylionami<pe><slowo_obce>pocztylion</slowo_obce> --- osoba powożąca dyliżansem pocztowym.</pe> i odpowiadałem poważnie na ich refleksje nad cenami wina.
Rozważałem wraz z nimi przyczyny, które powinny je podrożyć
o solda<pe><slowo_obce>sold</slowo_obce> --- dawna moneta włoska.</pe>. Najokropniejsze dla mnie było spojrzeć w samego siebie.
Minąłem Airolo, Bellinzonę, przybyłem do Lugano (dźwięk tych
nazw przyprawia mnie jeszcze dziś o dreszcz --- 20 czerwca 1832).</akap>


<akap>Przybyłem na przełęcz św. Gotarda; wówczas to było okropne
(zupełnie podobne do góry Cumberland w północnej Anglii,
z dodatkiem przepaści). Chciałem przebyć św. Gotarda konno,
spodziewając się po trosze, że się przewrócę, że się okaleczę
porządnie i że mnie to rozerwie. Mimo że jako dawnemu oficerowi
kawalerii spaść z konia to mi nie pierwszyzna, nie lubię spaść na
obsuwające się kamienie, ustępujące pod kopytami konia.</akap>


<akap>Kurier, który mi towarzyszył, zatrzymał mnie w końcu i oświadczył, że niewiele mu zależy na moim życiu, ale że zmniejszyłbym
jego zarobki i że nikt nie chciałby z nim jechać, gdyby się
dowiedziano, że pod jego okiem podróżny spadł w przepaść.</akap>


<akap_dialog>--- Jak to! Nie domyśliłeś się, że ja mam syf<pe><slowo_obce>syf</slowo_obce> --- syfilis, choroba przenoszona drogą płciową.</pe>...? --- rzekłem. --- Nie
mogę iść.</akap_dialog>


<akap>Przybyłem z tym kurierem, przeklinającym swój los, do
Altdorf. Otwierałem ogłupiałe oczy na wszystko. Jestem wielkim
admiratorem<pe><slowo_obce>admirator</slowo_obce> --- wielbiciel.</pe> Wilhelma Tella<pe><slowo_obce>Wilhelm Tell</slowo_obce> --- postać legendarna, szwajcarski bohater narodowy, łucznik który poderwał Szwajcarów do walki o niezależność (1307).</pe>, mimo że prorządowi pisarze wszystkich krajów twierdzą, że on nigdy nie istniał. W Altdorf, zdaje mi
się, lichy posąg Tella w kamiennej spódniczce wzruszył mnie,
właśnie dlatego, że był lichy.</akap>


<akap>,,Oto więc --- powiadałem sobie z łagodną melancholią, pierwszy raz zajmującą miejsce oschłej rozpaczy --- oto więc, w co
obracają się najpiękniejsze rzeczy w oczach gawiedzi<pe><slowo_obce>gawiedź</slowo_obce> --- tłum, pospólstwo.</pe>. Taka i ty
jesteś, Metyldo, w salonie pani Traversi".</akap>


<akap>Widok tego pomnika uspokoił mnie nieco. Spytałem o miejsce,
gdzie znajduje się kaplica Tella.</akap>


<akap_dialog>--- Zobaczy ją pan jutro.</akap_dialog>


<akap>Nazajutrz ruszyłem w drogę w bardzo licznym towarzystwie:
oficerowie szwajcarscy należący do gwardii Ludwika XVIII<pe><slowo_obce>Ludwik XVIII</slowo_obce> (1755--1824) --- król Francji z dynastii Burbonów od 1814.</pe>,
którzy jechali do Paryża.</akap>


<akap>(Tu cztery strony opisów krajobrazu, od Altdorf po Gersau,
Lucernę, Bazyleę, Belfort, Langres, Paryż. Zwrócony ku sprawom ducha, doznaję uczucia nudy, kiedy muszę opisywać świat
zewnętrzny. Od dwóch lat nie napisałem ani dwunastu stronic
tego rodzaju).</akap>


<akap>Francja, a zwłaszcza okolice Paryża, nigdy mi się nie podobały,
co dowodzi, że jestem lichym Francuzem i złym człowiekiem, jak
powiadała później panna Zofia ***, pasierbica<pe><slowo_obce>pasierbica</slowo_obce> --- córka małżonka z poprzedniego małżeństwa.</pe> pana Cuvier.</akap>


<akap>Serce mi się ścisnęło do reszty, kiedym jechał z Bazylei do
Gelfort i opuszczałem wysokie, jeżeli nie piękne, góry szwajcarskie
dla okropnych i płaskich widoków Szampanii.</akap>


<akap><begin id="b1347884927576-799863524"/><motyw id="m1347884927576-799863524">Wieś, Kobieta</motyw>Jakież kobiety brzydkie są w ***, wiosce, gdzie je oglądałem
w niebieskich pończochach i w sabotach<pe><slowo_obce>saboty</slowo_obce> --- rodzaj drewnianych butów.</pe>. Ale później powiedziałem sobie: ,,Co za uprzejmość, dystynkcja<pe><slowo_obce>dystynkcja</slowo_obce> --- tu: dystyngowane zachowanie.</pe>, jakie poczucie sprawiedliwości w ich wiejskich pogwarkach!".<end id="e1347884927576-799863524"/></akap>


<akap>Langres położone jest jak Volterra --- miasto, które uwielbiałem
wówczas, ile że było sceną jednego z moich najśmielszych ataków
w wojnie przeciw Metyldzie.</akap>


<akap>Pomyślałem o Diderocie<pe><slowo_obce>Diderot, Denis</slowo_obce> (1713--1784) --- francuski pisarz, krytyk i filozof, współredaktor <tytul_dziela>Wielkiej Encyklopedii Francuskiej</tytul_dziela>, autor powiastki filozoficznej <tytul_dziela>Kubuś Fatalista i jego pan</tytul_dziela>.</pe>, synu, jak wiadomo, nożownika
z Langres. Myślałem o <tytul_dziela>Kubusiu Fataliście</tytul_dziela>, jedynej z jego książek,
którą cenię, ale też cenię ją o wiele więcej niż <tytul_dziela>Podróż Anacharsisa</tytul_dziela>,
niż <tytul_dziela>Traktat nauk</tytul_dziela> i sto tomów sławionych przez bakałarzy<pe><slowo_obce>bakałarz</slowo_obce> --- tu: nauczyciel, wykładowca.</pe>.</akap>


<akap>,,Największym z nieszczęść --- wykrzyknąłem --- byłoby, gdyby
ci ludzie tak oschli, moi przyjaciele, wśród których przyjdzie mi
żyć, odgadli moją namiętność, i to dla kobiety, której nie miałem
nigdy!".</akap>


<akap>Mówiłem to sobie w czerwcu 1821 i widzę w czerwcu 1832 po
raz pierwszy, pisząc to, że ta obawa, tysiąc razy ponawiana, była
w istocie sprężyną mojego życia przez dziesięć lat. Dzięki niej
doszedłem do tego, że stałem się <wyroznienie>inteligentny</wyroznienie> i <wyroznienie>dowcipny</wyroznienie>, rzecz, którą najbardziej gardziłem w Mediolanie w 1818, kiedy kochałem Metyldę.</akap>


<akap>Dotarłem do Paryża, który mi się wydał ohydny, obrażający dla
mojej boleści. Przybyłem z jedną myślą: <wyroznienie>nie zdradzić się</wyroznienie>.
Po tygodniu, widząc ten bezwład polityczny, powiedziałem sobie:
,,Muszę skorzystać z mego cierpienia i z. L 18"<pe><slowo_obce>L 18</slowo_obce> --- czyli <slowo_obce>Louis XVIII</slowo_obce> --- zabić Ludwika XVIII; myśl obca liberałom, do których należał Stendhal.</pe>.</akap>


<akap>Żyłem tą myślą kilka miesięcy, z których zaledwie coś pamiętam. Zamęczałem listami przyjaciół w Mediolanie, aby otrzymać
pośrednio bodaj słówko o Metyldzie. Lecz oni potępiali moje
szaleństwo i nigdy nie wspominali o niej. </akap>


<akap>Zamieszkałem w Paryżu przy ulicy Richelieu, w Hotelu Brukselskim, nr 47, prowadzonym przez niejakiego pana Petit<pe><slowo_obce>Petit</slowo_obce> --- z francuskiego przymiotnik <wyroznienie>petit</wyroznienie> oznacza: mały, niski.</pe>,
ekslokaja jednego z panów de Damas. Grzeczność, wdzięk,
zręczność tego pana Petit, jego brak wszelkich sentymentów, jego
wstręt dla głębszych drgań duszy, jego żywa pamięć próżnostek
sprzed lat trzydziestu, jego idealna uczciwość pieniężna --- wszystko to czyniło go w moich oczach wzorem Francuza starej daty.
Powierzyłem mu 3000 franków, które mi zostały; wmusił mi jakiś
kwitek, który co rychlej zgubiłem, czym wielce się frasował<pe><slowo_obce>frasować się</slowo_obce> --- martwić się.</pe>,
kiedy po kilku miesiącach czy tygodniach odebrałem swoje
pieniądze, aby jechać do Anglii, dokąd mnie pchała śmiertelna
antypatia do życia w Paryżu.</akap> 


<akap>Mało mam wspomnień z tego namiętnego okresu. Sprawy życia
spływały mi niepostrzeżone albo wzgardzone, kiedy je zauważyłem. Myśl moja była na placu Belgioioso w Mediolanie. Skupię
się, aby sobie przypomnieć domy, w których bywałem.</akap>






<naglowek_rozdzial>Rozdział II</naglowek_rozdzial>




<akap>Oto portret wartościowego człowieka, z którym spędzałem wszystkie ranki przez osiem lat. Łączyło nas uczucie szacunku, ale nie
przyjaźni.</akap>


<akap>Stanąłem w Hotelu Brukselskim, bo tam mieszkał Piemontczyk, najbardziej oschły, twardy, najbardziej podobny do imć<pe><slowo_obce>imć</slowo_obce> --- skrót od wyrażenia grzecznościowego <wyroznienie>jego miłość</wyroznienie>, stawianego przeważnie przed nazwiskiem.</pe>
Rancune'a (<tytul_dziela>Opowieść ucieszna</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Opowieść ucieszna</slowo_obce> --- klasyczna parodia romansu autorstwa Paula Scarrona.</pe>), jakiego kiedykolwiek spotkałem. Baron de Lussinge był towarzyszem mego życia od 1821 do 1831; urodzony około 1785, miał w r. 1821 trzydzieści sześć lat.
Odstrychnął się<pe><slowo_obce>odstrychnąć się</slowo_obce> (daw.) --- tu: oddalić się, zerwać a. ochłodzić stosunki.</pe> ode mnie i zaczął być niegrzeczny dopiero
wówczas, kiedy zyskałem opinię człowieka dowcipnego, po okropnym nieszczęściu 15 września 1826<pe><slowo_obce>po okropnym nieszczęściu 15 września 1826</slowo_obce> --- moment rozstania z Klementyną Curial.</pe>.</akap>


<akap>Pan de Lussinge, mały, szeroki, krępy<pe><slowo_obce>krępy</slowo_obce> --- niski i mocno zbudowany.</pe>, niewidzący nic o trzy
kroki, zawsze źle ubrany przez skąpstwo i obracający nasze
spacery na to, aby układać budżet osobistych wydatków kawalerskich w Paryżu, był człowiekiem niezwykle roztropnym. Ja,
w moich romantycznych i świetnych iluzjach, widziałem geniusz,
dobroć, sławę, szczęście każdego przechodnia w proporcji trzydziestu, gdy było tylko piętnaście --- on zaś widział tylko sześć albo
siedem.</akap>


<akap>Oto co stanowiło podstawę naszych rozmów przez osiem lat, na
to szukaliśmy się z jednego końca Paryża na drugi.</akap>


<akap>Lussinge, mający wówczas trzydzieści sześć albo siedem lat,
miał serce i głowę człowieka pięćdziesięciopięcioletniego. Przejmował się jedynie wydarzeniami, które go dotykały osobiście;
wówczas szalał, jak na przykład w dobie swego małżeństwa. Poza
tym stałym celem jego ironii było wszelkie wzruszenie. Lussinge
miał tylko jedną religię: szacunek dla urodzenia. Pochodzi w istocie z rodziny z Bugey, która zajmowała tam poczesne stanowisko
w 1500 r.; udała się do Turynu z książętami Sabaudii, którzy
zostali królami Sardynii. Lussinge chował się w Turynie w tej
samej akademii, co Alfieri<pe><slowo_obce>Alfieri, Vittorio</slowo_obce> (1749--1803) --- dramaturg włoski.</pe>. Nabrał tam owej głębokiej złośliwości
piemonckiej, niemającej nic równego w świecie, a będącej wszakże
tylko nieufnością do losu i ludzi. Odnajduję wiele jej rysów
w Rzymie, ale tutaj, na przykładkę<pe><slowo_obce>na przykładkę</slowo_obce> --- dziś: na dodatek.</pe>, istnieją namiętności, przy
tym arena jest szersza, mniej mieszczańskich małostek.</akap>


<akap>Mimo to wszystko kochałem Lussinge'a aż do czasu, kiedy się
stał bogaty, potem skąpy, bojaźliwy i w końcu nieprzyjemny
w swoich odezwaniach i prawie brutalny w styczniu 1830 roku.</akap>


<akap>Miał matkę skąpą, ale zwłaszcza pomyloną, która mogła łatwo
oddać majątek księżom. Miał zamiar się ożenić --- to byłby dla
matki przymus związania się za pomocą aktów, które nie pozwoliłyby jej oddać majątku spowiednikowi. Jego intrygi, manewry,
podczas gdy polował na żonę, bawiły mnie wielce. Lussinge omal
nie poprosił o rękę uroczej dziewczyny, która jemu byłaby
dała szczęście, a byłaby utrwaliła na wieki naszą przyjaźń: mam na
myśli córkę generała Gilly<pe><slowo_obce>Gilly, Jacques Laurent</slowo_obce> (1769--1829) --- generał francuski, uczestnik kampanii napoleońskiej.</pe> (później pani Doin, żona adwokata, o ile mi się zdaje). Ale generał był skazany na śmierć w r. 1815, to
byłoby uraziło szlachetną baronową, matkę Lussinge'a. Cudem
prawie uniknął małżeństwa z pewną puszczalską, później panią
Varambon. W końcu ożenił się z kompletną gęsią, wysoką i dość
przystojną, gdyby miała nos. Ta gęś spowiadała się u samego
przewielebnego de Quélen, arcybiskupa paryskiego, do którego
chodziła się spowiadać w jego salonie. Przypadek dał mi parę
danych o amorach tego arcybiskupa, który miał wówczas może
panią de Podenas, damę dworu księżnej de Berry, i później czy
przedtem kochankę sławnego księcia Raguzy. Jednego dnia
nieostrożnie --- to jest, jeśli się nie mylę, jedna z moich licznych
wad --- droczyłem się z panią de Lussinge na temat arcybiskupa.
Było to u hrabiny d'Avelles.</akap>


<akap_dialog>--- Kuzynko, każ milczeć panu Beyle! --- krzyknęła wściekła.</akap_dialog>


<akap>Od tej chwili była moim wrogiem, mimo że z dość dziwnymi
nawrotami kokieterii. Oto webrnąłem w epizod bardzo długi.
Ciągnę dalej, bo widywałem Lussinge'a dwa razy dziennie przez
osiem lat, a później trzeba by wrócić do tej wielkiej i kwitnącej
baronowej, która ma blisko pięć stóp i sześć cali.</akap>


<akap><begin id="b1350400516076-3862377044"/><motyw id="m1350400516076-3862377044">Skąpiec</motyw>Posag<pe><slowo_obce>posag</slowo_obce> --- majątek wnoszony do małżeństwa przez żonę.</pe>, pensja szefa kancelarii w Ministerium Policji oraz
darowizny matki dały Lussinge'owi razem około r. 1828 jakieś
22 000 czy 23 000 franków renty. Z tą chwilą opanowało go jedno
uczucie: obawa, aby tego nie stracić.<end id="e1350400516076-3862377044"/> Gardząc Burbonami --- nie
tyle co ja, który mam zasady polityczne, ale gardząc nimi jako
niezgrabiaszami<pe><slowo_obce>niezgrabiasz</slowo_obce> (pot.) --- człowiek niezdarny.</pe> --- doszedł do tego, że nie mógł znieść bez ataku
irytacji przejawu ich niezręczności. (Widział w tym natychmiast
niebezpieczeństwo dla swego dobrobytu). Codziennie był jakiś
nowy tego przykład, jak można sprawdzić w dziennikach od r. 1826 do 1830. Lussinge chodził wieczór do teatru, ale nie bywał
nigdzie, wstydził się trochę swego stanowiska. Co rano spotykaliśmy się w kawiarni, opowiadałem mu, czego się dowiedziałem
poprzedniego dnia, najczęściej dowcipkowaliśmy na temat różnicy naszych przekonań. 3 stycznia 1830, zdaje mi się, zaprzeczył
mi jakiegoś faktu antyburbońskiego, którego dowiedziałem się
u pana Cuvier, wówczas radcy stanu, wielkiego ministeriała<pe><slowo_obce>ministeriał</slowo_obce> --- urzędnik.</pe>.
Głupi ten wybryk spowodował długie milczenie, minęliśmy Luwr,
nie mówiąc słowa. Miałem wówczas jedynie na najskromniejsze
życie; on, jak wiadomo, miał 22 000 franków rocznie. Uważałem
od roku, że przybiera ze mną tony wyższości. W czasie naszych
dyskusji politycznych powiadał mi:</akap> 


<akap_dialog>--- Ba, pan nie masz majątku.</akap_dialog>


<akap>Wreszcie zdobyłem się na bardzo ciężkie postanowienie: zmieniłem kawiarnię, nie uprzedzając go. Od dziewięciu lat chodziłem
codziennie o wpół do jedenastej do Kawiarni Roueńskiej, prowadzonej przez pana Pique, poczciwego mieszczucha, oraz panią
Pique, wówczas bardzo ładną, od której Maisonnette, jeden
z naszych wspólnych przyjaciół, uzyskiwał schadzki po 500
franków sztuka. Przeniosłem się do Lemblina, słynnej kawiarni
liberalnej, również w Palais-Royal. Widywałem Lussinge'a już
tylko co dwa tygodnie. Później nasza zażyłość, która stała się, jak
sądzę, potrzebą dla nas obu, chciała się często nawiązać, ale nigdy
nie miała siły. Wiele razy później muzyka albo malarstwo,
których był znawcą, były dla nas terenem neutralnym, ale cała
impertynencja<pe><slowo_obce>impertynencja </slowo_obce> --- niestosowne i obraźliwe zachowywanie się wobec kogoś.</pe> jego wzięcia<pe><slowo_obce>wzięcie</slowo_obce> --- tu: sposób zachowania się.</pe> wracała bardzo ostro, ilekroć zeszliśmy na politykę i kiedy się bał o swoje 22 000 franków; nie było
sposobu rozmawiać. Jego zdrowy rozsądek bronił mi się zapuszczać zbyt daleko w moje iluzje poetyckie. Moja wesołość --- bo
stałem się wesoły lub raczej nauczyłem się udawać wesołego ---
rozchmurzała jego ponurą złośliwość, a zwłaszcza jego piekielną
<wyroznienie>obawę stracenia</wyroznienie>.</akap>


<akap>Kiedy ja w roku 1830 objąłem małą posadkę, zdaje mi się, że
moja pensja wydała mu się zbyt wysoka. Ale ostatecznie od 1821
do 1828 widywałem Lussinge'a dwa razy dziennie i z wyjątkiem
miłości oraz planów literackich, z czego nie rozumiał nic, gawędziliśmy szeroko o każdym moim postępku, w Tuileriach<pe><slowo_obce>Tuilerie</slowo_obce> --- ogrody i istniejące do 1871 r. założenie pałacowe, położone między Luwrem a Sekwaną.</pe> i na
wybrzeżu Luwru, które wiodło do jego biura. Od jedenastej rano
do wpół do pierwszej byliśmy razem i często udało mu się
rozproszyć moje zgryzoty, o których nie miał pojęcia.</akap>


<akap>No, skończyłem wreszcie ten długi epizod; ale chodziło o główną osobistość tego pamiętnika, człowieka, któremu później zaszczepiłem w tak zabawny sposób moją frenetyczną<pe><slowo_obce>frenetyczny</slowo_obce> --- gwałtowny, entuzjastyczny.</pe> miłość do
pani Azur, której jest od dwóch lat wiernym kochankiem i którą ---
co komiczniejsze --- zdołał uczynić wierną. Jest to, wśród Francuzek, najmniejsza lalka, jaką spotkałem.</akap>


<akap>Ale nie uprzedzajmy, nie ma nic trudniejszego w tej poważnej
historii niż zachować szacunek dla chronologii.</akap>


<akap>Jesteśmy tedy<pe><slowo_obce>tedy</slowo_obce> (przest.) --- zatem, więc, przeto.</pe> w sierpniu 1821; mieszkam z Lussinge'em
w Hotelu Brukselskim, siadam z nim o piątej przy <slowo_obce>table d'hôte<pe><slowo_obce>table d'hôte</slowo_obce> (fr.) --- rodzaj kilkudaniowego posiłku w hotelu, który podaje się wszystkim gościom o ustalonych godzinach i po określonej wcześniej cenie.</pe></slowo_obce>,
wybornym i dobrze utrzymanym przez najładniejszego z Francuzów, pana Petit, oraz przez jego żonę, pokojówkę w wielkim stylu, ale stale nadętą. Tam Lussinge, który zawsze się obawiał
(widzę to w r. 1832) przedstawić mnie swoim przyjaciołom, nie
mógł przeszkodzić mojej znajomości:</akap>


<akap>1° z miłym i poczciwym chłopcem, przystojnym i tępym panem
Barot, bankierem z Charleville, wówczas zajętym zbijaniem
80 000 franków renty, </akap>


<akap>2° z pensjonowanym<pe><slowo_obce>pensjonowany</slowo_obce> --- dziś: emerytowany.</pe> oficerem, dekorowanym pod Waterloo,
absolutnie wyzutym z dowcipu, z wyobraźni --- jeśli możebna<pe><slowo_obce>jeśli możebna</slowo_obce> --- tu: jeśli to w ogóle możliwe.</pe> --- jeszcze bardziej, głuptasem, ale doskonale wychowanym.
Człowiek ten miał tyle kobiet, że stał się szczery na ich
punkcie.</akap>


<akap>Rozmowy z panem Poitevin, widok jego zdrowego rozsądku,
absolutnie wolnego od wszelkiej przesady wynikłej z wyobraźni,
jego poglądy na kobiety, jego rady toaletowe<pe><slowo_obce>toaletowy</slowo_obce> --- tu: dotyczący ubioru.</pe> były mi bardzo
użyteczne. Sądzę, że ten dobry Poitevin miał 1200 franków renty
i posadę na 1500 franków --- z tym wszystkim był to jeden
z najlepiej ubranych młodych ludzi w Paryżu. Prawda, że nie
wychodził nigdy z domu bez przygotowań trwających dwie,
a czasem nawet półtrzeciej<pe><slowo_obce>półtrzeciej</slowo_obce> (daw.) --- dwie i pół.</pe> godziny. <begin id="b1347888047359-2498944843"/><motyw id="m1347888047359-2498944843">Kochanek</motyw>Miał przez dwa miesiące,
zdaje mi się, przelotnie, margrabinę de Rosine, wobec której
później miałem tyle zobowiązań, że postanowiłem sobie dziesięć
razy mieć ją, o co nigdy się nie pokusiłem, i zrobiłem źle.
Przebaczyła mi moją brzydotę i należało się jej ode mnie, abym
został jej kochankiem. Postaram się uiścić<pe><slowo_obce>uiścić</slowo_obce> --- uregulować należność za coś.</pe> z tego długu za
pierwszą bytnością w Paryżu. Będzie może o tyle tkliwsza na moje
hołdy, ile że młodość opuściła nas oboje. Zresztą przechwalam się
może, jest bardzo cnotliwa od dziesięciu lat, ale z musu, wedle
mnie.<end id="e1347888047359-2498944843"/></akap>


<akap>Wreszcie, opuszczony przez panią Dar, na którą miałem prawo
liczyć, winien jestem najżywszą wdzięczność margrabinie.</akap>


<akap>Dopiero zastanawiając się, aby móc napisać to wszystko, widzę
jaśniej, co się działo w moim sercu w r. 1821. <begin id="b1347888491415-3222399721"/><motyw id="m1347888491415-3222399721">Kondycja ludzka</motyw>Zawsze żyłem
i jeszcze żyję z dnia na dzień, nie myśląc zgoła, co będę robił jutro.
Bieg czasu znaczy się dla mnie jedynie przez niedziele, w które
zazwyczaj się nudzę i w które wszystko widzę czarno. Nigdy nie
mogłem zrozumieć czemu. <end id="e1347888491415-3222399721"/>W 1821 w Paryżu niedziele były wręcz
okropne dla mnie. Błądząc pod kasztanami w Tuileriach, tak
wspaniałymi o tej porze roku, myślałem o Metyldzie, która
spędzała specjalnie te dnie u okazałej pani Traversi. Ta przeklęta
przyjaciółka, która mnie nienawidziła, była zazdrosna o kuzynkę i wmówiła w nią, sama i przez przyjaciół, że zhańbiłaby się
zupełnie, gdyby mnie wzięła za kochanka.</akap>


<akap>Pogrążony w ponurej zadumie cały czas, przez który nie byłem
z mymi trzema przyjaciółmi --- Lussinge, Barot i Poitevin --- cierpiałem ich towarzystwo jedynie jako dystrakcję<pe><slowo_obce>dystrakcja</slowo_obce> --- czynnik rozpraszający, utrudniający skupienie się; dawniej też: rozrywka, przyjemność.</pe>. <begin id="b1347967339683-2072259641"/><motyw id="m1347967339683-2072259641">Smutek</motyw>Przyjemność
oderwania się na chwilę od mojej boleści lub też niechęć oderwania się --- to były wytyczne wszystkich moich postępków. Kiedy któryś z tych panów podejrzewał mnie, że jestem smutny, mówiłem dużo i zdarzało mi się gadać wielkie głupstwa, nawet rzeczy,
których nigdy nie trzeba mówić we Francji, bo urażają miłość
własną. Kiedy zrobiłem coś takiego panu Poitevin, doznawałem
potem stokrotnie większej przykrości.</akap>


<akap>Zawsze mówiłem nazbyt nieopatrznie i bez myśli, ile że
wówczas rozmawiałem jedynie po to, by złagodzić na chwilę
piekący ból, chcąc zwłaszcza uniknąć zarzutu, że zostawiłem
serce w Mediolanie i że dlatego jestem smutny: to byłoby
sprowadziło na moją domniemaną kochankę żarciki, których bym
nie zniósł.<end id="e1347967339683-2072259641"/> Musiałem uchodzić w oczach tych trzech osobników,
zupełnie wyzutych z wyobraźni, za pomylonego. Dowiedziałem
się w kilka lat później, że uważano mnie za człowieka ogromnie
sztucznego. Widzę, pisząc to, że gdyby przypadek lub trochę
rozsądku kazało mi szukać towarzystwa kobiet, byłbym mimo
swego wieku, swojej brzydoty etc. znalazł u nich sukcesy i może
pociechę. Miałem kochankę<pe><slowo_obce>Miałem kochankę</slowo_obce> --- Klementynę Curial.</pe> jedynie przypadkiem w 1824,
w trzy lata później. Wówczas dopiero wspomnienie Metyldy
przestało być rozdzierające. Stała się dla mnie niby łagodna zjawa,
głęboko smutna, która swoim ukazaniem się nastrajała mnie do
myśli tkliwych, sprawiedliwych, dobrych, pobłażliwych.</akap>


<akap>Była to dla mnie ciężka przeprawa, w 1821, iść pierwszy raz do
domów, w których przyjmowano mnie życzliwie wówczas, gdy
byłem przy dworze Napoleona (<slowo_obce>there<pe><slowo_obce>there</slowo_obce> (ang.) --- tam.</pe></slowo_obce> szczegółowo o tych salonach). Odkładałem, odwlekałem bez końca. Musiałem wreszcie
przywitać się z przyjaciółmi, których spotkałem na ulicy; dowiedziano się o mojej bytności w Paryżu, zaczęto mi brać za złe moją
opieszałość<pe><slowo_obce>opieszałość</slowo_obce> --- powolność, zwlekanie.</pe>.</akap>


<akap>Hrabia d'Argout, mój kolega (byliśmy razem audytorami<pe><slowo_obce>audytor</slowo_obce> --- tu zapewne w znaczeniu: członek sądu wojskowego.</pe>
w Radzie Stanu), bardzo dzielny, tęgi pracownik, ale bez inteligencji, był parem Francji<pe><slowo_obce>par Francji</slowo_obce> --- tytuł członka wyższej izby ówczesnego parlamentu francuskiego.</pe> w 1821. Dał mi kartę do Izby Parów, gdzie
toczył się proces gromadki biednych głupców, cierpiących na
nierozwagę i brak logiki. Nazywano, zdaje mi się, ich sprawę sprzysiężeniem z 19 czy 29 sierpnia<pe><slowo_obce>sprzysiężenie z 19 czy 29 sierpnia</slowo_obce> --- mowa o sprzysiężeniu wojskowym z 19 VIII 1820 r.</pe>. Cudem doprawdy nie
spadły ich głowy. Tam ujrzałem pierwszy raz pana Odilona
Barrot, małego człowieczka z siną brodą. Bronił jako adwokat
jednego z tych biednych dudków, którzy biorą się do konspiracji,
mając tylko dwie trzecie albo trzy czwarte odwagi, jakiej potrzeba
na to wariactwo. Logika pana Odilona Barrot uderzyła mnie.
Stałem zazwyczaj za fotelem kanclerza, pana Dambray, o krok
lub dwa. Zdawało mi się, że prowadził całą tę rozprawę dość
uczciwie jak na arystokratę.</akap>


<akap>Był to ton i wzięcie pana Petit, właściciela Hotelu Brukselskiego, ekslokaja pana de Damas, ale z tą różnicą, że pan Dambray
był mniej dystyngowany<pe><slowo_obce>dystyngowany</slowo_obce> --- wytworny, elegancki.</pe>. Nazajutrz wychwalałem jego uczciwość
u hrabiny Doligny. Była tam kochanka pana Dambray, tęga
kobieta trzydziestosześcioletnia, bardzo świeża; miała swobodę
i wzięcie panny Contat w jej ostatnich latach. (To była niezrównana aktorka, często ją widywałem w 1803, zdaje mi się).</akap>


<akap>Źle zrobiłem, że się nie zbliżyłem z ową kochanką pana
Dambray, szaleństwo moje byłoby dla mnie rekomendacją w jej
oczach. Uważała mnie zresztą za kochanka, lub jednego z kochanków, pani Doligny. Byłbym znalazł lekarstwo na moje cierpienie,
ale byłem ślepy.</akap>


<akap>Jednego dnia wychodząc z Izby Parów<pe><slowo_obce>Izba Parów</slowo_obce> --- wyższa izba parlamentu francuskiego w latach 1814--1848.</pe>, spotkałem kuzyna
mego, barona Marcjala Daru. Upierał się przy swoim tytule; poza
tym najlepszy człowiek w świecie, mój dobroczyńca, mistrz,
który mi udzielił --- w Mediolanie w 1800 i w Brunszwiku w 1807 ---
tej odrobiny sztuki, jaką posiadałem w postępowaniu z kobietami.
Miał ich dwadzieścia dwie w swoim życiu, i to bardzo ładne,
zawsze to, co było najlepszego pod ręką. Spaliłem portrety, włosy,
listy etc.</akap>


<akap_dialog>--- Jak to! Jesteś w Paryżu? Odkąd?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od trzech dni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdź jutro, brat się ucieszy.</akap_dialog>


<akap>Jaka była moja odpowiedź na to przywitanie tak życzliwe, tak
przyjacielskie? Odwiedziłem tych zacnych krewnych ledwie
w sześć czy osiem lat później. I wstyd, iż nie pokazałem się
u moich dobroczyńców, sprawił, że nie byłem tam ani dziesięciu
razy do ich przedwczesnej śmierci. <begin id="b1347968032095-732514831"/><motyw id="m1347968032095-732514831">Śmierć, Smutek</motyw>Około 1829 umarł kochany
Marcjal Daru, ociężały już i stępiały wskutek nadużycia afrodyzjaków<pe><slowo_obce>afrodyzjak</slowo_obce> --- substancja wzmagająca pożądanie seksualne.</pe>, o które parę razy miałem z nim sceny. W kilka miesięcy
później, siedząc w Kawiarni Roueńskiej, wówczas na rogu ulicy du Rempart, zdrętwiałem, widząc w dzienniku wiadomość
o śmierci hrabiego Daru. Wskoczyłem w kabriolet ze łzami
w oczach i popędziłem pod numer 81 ulicy de Grenelle. Zastałem
tam lokaja, który płakał, i sam płakałem rzewnymi łzami. Czułem
się bardzo niewdzięczny. Dopełniłem miary niewdzięczności,
wyjeżdżając tegoż wieczora do Włoch, o ile mi się zdaje<pe><slowo_obce>do Włoch, o ile mi się zdaje</slowo_obce> --- tak naprawdę Stendhal był wtedy w Hiszpanii oraz południowej Francji.</pe>.
Przyśpieszyłem swój wyjazd --- byłbym umarł z boleści, gdybym
wszedł do tego domu. W tym także było trochę tego szaleństwa,
które mnie czyniło tak pociesznym w 1821.<end id="e1347968032095-732514831"/></akap>


<sekcja_swiatlo/>



<akap>Młody Doligny bronił również jednego z tych nieszczęśliwych
dudków, którzy chcieli konspirować. Z miejsca, które zajmował
jako adwokat, zobaczyl mnie, nie było sposobu nie odwiedzić jego
matki. To był tęgi charakter, to była kobieta. Nie wiem, czemu
nie skorzystałem z niezmiernie serdecznego przyjęcia, aby jej
opowiedzieć swoje zgryzoty i poprosić o radę. Tam również byłem
bliski szczęścia, bo rozsądne słowo usłyszane z ust kobiety byłoby
miało na mnie zupełnie inny wpływ niż perswazje, jakie sam sobie czyniłem.</akap>


<akap>Bywałem często na obiedzie u pani Doligny. Za drugim czy
trzecim razem zaprosiła mnie na śniadanie z kochanką pana
Dambray, wówczas kanclerza. Zrobiłem dobre wrażenie i byłem
głupi, żem się nie zadomowił w tym życzliwym towarzystwie: czy
jako szczęśliwy, czy jako nieszczęśliwy kochanek, byłbym tam
znalazł trochę <wyroznienie>zapomnienia</wyroznienie>, którego szukałem wszędzie, na
przykład w długich samotnych przechadzkach na Montmarte i do
Lasku Bulońskiego. Bywałem tam tak nieszczęśliwy, że od tego
czasu nabrałem wstrętu do tych uroczych miejsc. Ale wówczas
byłem ślepy. Dopiero w r. 1824, kiedy przypadek dał mi kochankę, znalazłem lekarstwo na swoje zgryzoty.</akap>


<akap>To, co piszę, wydaje mi się bardzo nudne. Jeżeli tak pójdzie
dalej, to nie będzie książka, ale rachunek sumienia. Nie mam
prawie żadnych szczegółowych wspomnień z tych czasów burzy
i namiętności.</akap>


<akap>Codzienny widok owych konspiratorów w Izbie Parów przejął
mnie głęboko tą myślą: zabić kogoś, z kim się nigdy nie mówiło,
to tylko zwyczajny pojedynek. W jaki sposób żadnemu z tych
dudków nie przyszło do głowy naśladować L[ouvela]<pe><slowo_obce>Louvel, Louis Pierre</slowo_obce> (1783--1820) --- zamachowiec, zabójca księcia de Berry, skazany na śmierć.</pe>?</akap>


<akap>Moje wspomnienia z tej epoki są takie mgliste, że nie wiem doprawdy, czy to w 1821, czy też w 1814 spotkałem kochankę
pana Dambray u pani Doligny.</akap>


<akap>Zdaje mi się, że w 1821 odwiedziłem pana Doligny jedynie
w jego zamku w Corbeil, a i na to zdecydowałem się aż po paru
zaproszeniach.</akap>






<naglowek_rozdzial>Rozdział III</naglowek_rozdzial>






<akap>Miłość dała mi w r. 1821 cnotę bardzo pocieszną: czystość.</akap>


<akap>Mimo moich protestów w sierpniu 1821 panowie Lussinge,
Barot i Poitevin, widząc moje przygnębienie, urządzili cudowną
kolacyjkę z dziewczętami. Barot, jak się przekonałem później, jest
jednym z pierwszych talentów w Paryżu do tego dość trudnego
rodzaju przyjemności. Kobieta jest dla niego kobietą tylko raz,
mianowicie pierwszy. Wydaje 30000 ze swoich 80000 franków, a z tych 30000 franków przynajmniej 20000 na dziewczęta.</akap>


<akap>Barot zorganizował tedy wieczór wraz z panią Petit, jedną ze
swoich dawnych kochanek, której, jak sądzę, pożyczył był właśnie pieniędzy na urządzenie zakładu (<slowo_obce>to raise a brothel<pe><slowo_obce>to raise a brothel</slowo_obce> (ang.) --- aby wznieść dom publiczny.</pe></slowo_obce>) przy ulicy
du Cadran, na rogu ulicy Montmartre, czwarte piętro.</akap>


<akap><begin id="b1347968353434-232037039"/><motyw id="m1347968353434-232037039">Prostytutka</motyw>Mieliśmy mieć Aleksandrynę, w pół roku potem utrzymankę
najbogatszych Anglików, wówczas debiutantkę od dwóch miesięcy. Zastaliśmy około ósmej wieczór przemiły salonik, mimo że na
czwartym piętrze, szampańskie w lodzie, gorący poncz... Wreszcie zjawiła się Aleksandryna w towarzystwie pokojówki, która
miała poruczone<pe><slowo_obce>poruczyć</slowo_obce> --- oddać kogoś pod czyjąś opiekę.</pe> czuwać nad nią. Poruczone przez kogo? Zapomniałem. Ale musiała to być wielka powaga, bo widziałem w rachunku zabawy, że jej dano dwadzieścia franków. Aleksandryna
zjawiła się i przeszła wszystkie oczekiwania. Była to duża dziewczyna, siedemnasto- lub osiemnastoletnia, już dojrzała, miała
czarne oczy, które później odnalazłem na portrecie księżnej
Urbino przez Tycjana, w galerii florenckiej. Z wyjątkiem włosów
Tycjan zrobił jej portret. Była słodka, wcale nieonieśmielona,
dość wesoła, skromna. Oczy moich kompanów stały się jak błędne
od tego widoku. Lussinge ofiarowuje jej kieliszek szampana,
którego nie przyjęła, i znika wraz z nią.<end id="e1347968353434-232037039"/> Pani Petit przedstawia
nam dwie inne dziewczyny, wcale niezłe, ale powiadamy jej, że ona sama jest ładniejsza. Miała cudowną nóżkę. Poitevin uprowadził ją. Po straszliwie długiej pauzie Lussinge wraca, blady.</akap>



<akap_dialog>--- Na ciebie kolej, Beyle. Cześć następnemu! --- wykrzyknięto.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1347968708345-220285428"/><motyw id="m1347968708345-220285428">Erotyzm</motyw>Zastałem Aleksandrynę na łóżku, trochę zmęczoną, prawie
w stroju, a dosłownie w pozie księżnej Urbino Tycjana.</akap>


<akap_dialog>--- Porozmawiajmy choć dziesięć minut --- rzekła filuternie<pe><slowo_obce>filuternie</slowo_obce> --- figlarnie, prowokująco.</pe>. ---
Jestem trochę zmęczona, pogawędźmy. Niebawem odnajdę ogień młodości.</akap_dialog>


<akap>Była urocza, nie widziałem może nic równie ładnego. Nie było
w niej zbytniego wyuzdania, wyjąwszy oczy, które stopniowo
zamigotały szałem, lub jeśli kto woli, namiętnością.</akap>


<akap>Spudłowałem kompletnie, zupełne fiasko. Uciekłem się do
środków zastępczych, poddała się. Nie bardzo wiedząc, co robić,
chciałem wrócić do tych ręcznych igraszek --- odmówiła. Wydała
się zdziwiona. Powiedziałem jej parę rzeczy dość zręcznych jak na
moją pozycję i wyszedłem.</akap>


<akap><end id="e1347968708345-220285428"/>Ledwie Barot zajął moje miejsce, usłyszeliśmy wybuchy śmiechu, które doszły nas przez trzy pokoje.</akap>


<akap>Nagle pani Petit wyprawiła inne dziewczęta i Barot przyprowadził nam Aleksandrynę w szczupłym stroju</akap>






<poezja_cyt><strofa>
Piękności ze snu zaledwie zbudzonej<pe><slowo_obce>Piękności ze snu zaledwie zbudzonej</slowo_obce> --- fragment z <tytul_dziela>Brytanika</tytul_dziela> (Akt II, sc. 2) autorstwa Jeana Racine'a.</pe>...
</strofa></poezja_cyt>



<akap_dialog>--- Mój podziw dla kochanego Beyle --- rzekł, parskając śmiechem
--- sprawi, że pójdę w jego ślady. Przyszedłem się wzmocnić
szampanem.</akap_dialog>


<akap>Wybuch śmiechu trwał dwadzieścia minut, Poitevin tarzał się
po dywanie. Zdumienie Aleksandryny było nieopłacone --- pierwszy raz dziewczynie zdarzył się taki wypadek.</akap>


<akap>Moi kompani chcieli wmówić we mnie, że ja umieram ze
wstydu i że to jest najnieszczęśliwsza chwila mego życia. Byłem
tylko zdziwiony, nic więcej. Nie wiem czemu, myśl o Metyldzie
ogarnęła mnie w chwili, gdy wchodziłem do tego pokoju, którego
Aleksandryna stanowiła tak ładną ozdobę.</akap>


<akap>Później przez dziesięć lat nie byłem ani trzy razy u dziewcząt.
A pierwszy raz po uroczej Aleksandrynie to było w październiku
czy w listopadzie r. 1826. Byłem wówczas pogrążony w rozpaczy.</akap>


<akap>Spotkałem z dziesięć razy Aleksandrynę we wspaniałym powozie, który miała w miesiąc później, i zawsze dostało mi się przyjazne spojrzenie. Wreszcie po kilku latach uroda jej zgrubiała, jak bywa u takich dziewcząt.</akap>


<akap>Od tego czasu uchodziłem za ,,bajbardzo<pe><slowo_obce>bajbardzo</slowo_obce> (przest.) --- byle kto, nikt ważny.</pe>" u trzech towarzyszy życia, których mi dał los. Ta piękna reputacja rozeszła się
w świecie i mniej lub więcej trwała aż do czasu, gdy pani Azur
zdała sprawę z moich rycerskich czynów. Ten wieczór zbliżył
mnie bardzo z Barotem, z którym do dziś się lubimy. <begin id="b1347969069658-3185996975"/><motyw id="m1347969069658-3185996975">Mężczyzna</motyw>To może
jedyny Francuz, w którego domu spędziłbym z przyjemnością
dwa tygodnie. To najszczersze serce, najzacniejszy charakter,
człowiek najmniej inteligentny i najmniej wykształcony, jakiego
znam. Ale nie ma równego sobie w dwóch talentach: robieniu
pieniędzy, nie grając nigdy na giełdzie, i zawiązywaniu znajomości
z kobietą, którą ujrzy na spacerze lub w teatrze. Zwłaszcza ostatni
z tych talentów doprowadził do mistrzostwa.<end id="e1347969069658-3185996975"/></akap>


<akap>Bo też to jest dla niego konieczność. Wszelka kobieta, która
obdarzyła go swymi względami, staje się dla niego bez płci.</akap>


<sekcja_swiatlo/>


<akap>Pewnego wieczora Metylda mówiła mi o pani Bignami, swojej
przyjaciółce. Opowiedziała mi sama z siebie jej miłostkę bardzo
znaną, po czym dodała: </akap>


<akap_dialog>--- Niech pan powie, co za los! Co wieczora, wychodząc od niej,
kochanek jej szedł do dziewczyny.</akap_dialog>


<akap>Otóż, kiedy opuściłem Mediolan, zrozumiałem, że ten morał
nie należał zgoła do historii pani Bignami, ale był ostrzeżeniem
pod moim adresem. </akap>


<akap><begin id="b1347969364003-2143140233"/><motyw id="m1347969364003-2143140233">Flirt, Kochanek</motyw>W istocie co wieczór, odprowadziwszy Metyldę do jej kuzynki,
pani Traversi, z którą przez niezgrabstwo<pe><slowo_obce>niezgrabstwo</slowo_obce> --- dziś: niezdarność.</pe> nie postarałem się
zapoznać, szedłem skończyć wieczór u czarującej, boskiej hrabiny
Cassera. I przez nowe głupstwo, pokrewne temu, jakie popełniłem z Aleksandryną, odtrąciłem raz miłość tej młodej kobiety,
najmilszej może ze wszystkich, jakie znałem, a wszystko, aby
zasłużyć w obliczu Boga na to, aby Metylda mnie pokochała.<end id="e1347969364003-2143140233"/>
Odtrąciłem, z tą samą inteligencją i z tych samych pobudek,
słynną Vigano, która jednego dnia, schodząc z całym swoim
dworem po schodach --- a był między jej dworzanami dowcipny
hrabia de Saurau --- przepuściła wszystkich, aby mi powiedzieć:</akap>


<akap_dialog>--- Panie Beyle, powiadają, że pan się kocha we mnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mylą się, pani --- odpowiedziałem z najzimniejszą krwią,
nawet nie całując jej w rękę.</akap_dialog>


<akap>Ten niegodny postępek zyskał mi śmiertelną nienawiść owej kobiety inteligentnej a zimnej. Nie kłaniała mi się, kiedyśmy się
spotkali nos w nos na którejś z ciasnych ulic Mediolanu.</akap>


<akap>Oto trzy wielkie głupstwa. Nigdy nie daruję sobie hrabiny
Cassera (dziś jest to najcnotliwsza i najszanowniejsza kobieta
w mieście).</akap>






<naglowek_rozdzial>Rozdział IV</naglowek_rozdzial>






<akap>Oto inne towarzystwo, kontrast tego, o którym mówiłem w poprzednim rozdziale. W 1817 człowiek, którego pisma najbardziej
podziwiałem, jedyny, który miał na mnie ogromny wpływ, hrabia
de Tracy<pe><slowo_obce>de Tracy, Antoine Louis Claude Destutt</slowo_obce> (1754--1836) --- francuski arystokrata i filozof, wymyślił pojęcie ,,ideologii".</pe>, odwiedził mnie w Hotelu Włoskim przy placu Favart. Nigdy nie byłem równie zdziwiony. Uwielbiałem od dwunastu lat <tytul_dziela>Ideologię</tytul_dziela> tego człowieka, który będzie sławny kiedyś.
Przesłano mu egzemplarz mojej <tytul_dziela>Historii malarstwa we Włoszech</tytul_dziela>.</akap>


<akap>Spędził ze mną godzinę. Podziwiałem go tak bardzo, że
z pewnością zrobiłem fiasko<pe><slowo_obce>fiasko</slowo_obce> --- niepowodzenie.</pe> przez nadmiar uczucia. Nigdy mniej
nie myślałem o tym, aby błyszczeć, ani o tym, aby być przyjemnym. Zbliżałem się do tej szerokiej inteligencji, oglądałem ją
zdumiony, szukałem u niego światła. Zresztą w owym czasie nie
umiałem jeszcze <wyroznienie>być inteligentnym</wyroznienie>.</akap>


<akap>Improwizacja spokojnego dowcipu przyszła mi aż w roku 1827.</akap>


<akap>Pan Destutt de Tracy, par Francji, członek Akademii, był to
mały staruszek, bardzo foremny, o wykwintnej i oryginalnej
powierzchowności. Nosi zazwyczaj zielony daszek, pod pozorem,
że cierpi na oczy. Widziałem jego przyjęcie [urządzone] w Akademii przez
pana de Ségur<pe><slowo_obce>
Ségur, Philippe Paul de</slowo_obce> (1780--1873) --- francuski wojskowy i historyk, adiutant Napoleona.</pe>, który mu naplótł głupstw w imię despotyzmu
cesarskiego --- było to w 1811, zdaje mi się. Mimo że należałem do
dworu, czułem głęboki niesmak. ,,Popadniemy w barbarzyństwo
wojskowe, zrobią się z nas generały Grosse" --- powiadałem sobie.
Ów generał, którego widywałem u hrabiny Daru, był to jeden
z najtępszych rębajłów<pe><slowo_obce>rębajło</slowo_obce> --- człowiek dobrze walczący białą bronią.</pe> gwardii cesarskiej --- to wiele powiedziane.
Miał akcent prowansalski i palił się zwłaszcza do tego, aby rąbać
Francuzów wrogich człowiekowi, który mu dawał żreć. Tacy
ludzie stali się dla mnie czymś tak nienawistnym, że w wieczór po
bitwie pod Moskwą, widząc co kilka kroków szczątki paru generałów gwardii, mimo woli rzekłem: ,,Paru chamów mniej!" --- odezwanie, które omal mnie nie zgubiło i które robiło wrażenie
nieludzkości.</akap> 


<akap>Pan de Tracy nigdy nie pozwolił malować swego portretu.
Uważam, że podobny jest do papieża Klemensa XII<pe><slowo_obce>Klemens XII</slowo_obce> --- właśc. Lorenzo Corsini (1652--1740), papież od 1730, znany z konstytucji apostolskiej potępiającej masonerię.</pe> (Corsini),
takiego, jak się go widzi w Santa Maria Maggiore<pe><slowo_obce>Santa Maria Maggiore</slowo_obce> --- rzymska bazylika Najświętszej Marii Panny.</pe>, w pięknej
kaplicy po lewej od wejścia.</akap>


<akap>Obejście jego --- o ile go nie napadną złe humory --- jest urocze.
Zrozumiałem ten charakter aż w 1822. To stary donżuan<pe><slowo_obce>donżuan</slowo_obce> --- kobieciarz.</pe> (patrz
operę Mozarta, sztukę Moliera etc.). W zły humor wprawia go
wszystko. Na przykład w jego salonie pan de La Fayette<pe><slowo_obce>markiz de La Fayette</slowo_obce> (1757--1834) --- francuski polityk, liberał i dowódca wojskowy, uczestnik wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych.</pe> był
trochę większym człowiekiem od niego (nawet w 1821). Następnie, Francuzi nie ocenili <tytul_dziela>Ideologii</tytul_dziela> ani <tytul_dziela>Logiki</tytul_dziela>. Pana de Tracy
powołały do Akademii upiżmowane<pe><slowo_obce>upiżmowany</slowo_obce> --- wyperfumowany (piżmo stanowiło ważny składnik perfum).</pe> retory<pe><slowo_obce>retor</slowo_obce> --- mówca, orator.</pe> jedynie jako autora
dobrej gramatyki, a i to jeszcze schlastał go porządnie ów płaski
Ségur, syn jeszcze bardziej płaskiego ojca (pan Filip, który opisał
nasze nieszczęścia w Rosji, aby dostać wstęgę Ludwika XVIII<pe><slowo_obce>Ludwik XVIII</slowo_obce> (1755--1824) --- król Francji z dynastii Burbonów od 1814.</pe>).
Ten plugawy Filip de Ségur posłużył mi za wzór charakteru,
którym najbardziej brzydzę się w całym Paryżu: ministeriał<pe><slowo_obce>ministeriał</slowo_obce> --- urzędnik.</pe>
wierny honorowi we wszystkim, z wyjątkiem momentów stanowczych decyzji. Świeżo ten Filip odegrał wobec ministra Kazimierza Périer (patrz ,,Debaty", maj 1832) tę samą rolę, która zyskała
mu łaski Napoleona, opuszczonego później tak nikczemnie,
a potem łaskę Ludwika XVIII, który lubował się w tym rodzaju
nikczemników. Rozumiał doskonale ich podłość, przypominał ją
jakimś ciętym słówkiem, w chwili, gdy robili coś szlachetnego.
Może ten przyjaciel Favrasa, który czekał wiadomości o jego
powieszeniu<pe><slowo_obce>przyjaciel Favrasa, który czekał wiadomości o jego
powieszeniu</slowo_obce> --- 19 II 1790 r. margrabia de Favras został powieszony za próbę ocalenia rodziny królewskiej oraz zorganizowanie spisku antyrewolucyjnego. Co ciekawe, brał w nim również udział przyszły król Ludwik XVIII.</pe>, aby powiedzieć swemu dworzaninowi: ,,Każ podawać do stołu", sam poczuwał się do takiego charakteru. To był
człowiek zdolny przyznać się przed sobą, że jest nikczemnikiem,
i śmiać się ze swej podłości.</akap>


<akap>Czuję, że termin ,,nikczemny" źle jest zastosowany; ale ta
podłość Filipa de Ségur była moją zmorą. Sto razy wolę i wyżej
cenię prostego galernika<pe><slowo_obce>galernik</slowo_obce> --- ówczesne prawo francuskie uwzględniało karę zesłania na galery.</pe>, zwykłego mordercę, który miał chwilę
słabości i który zresztą ginął najczęściej z głodu. W 1828 albo 1826
dobry Filip był zajęty robieniem dziecka wdowie milionerce,
którą uwiódł i która musiała go zaślubić (pani Greffulhe, wdowa
po parze Francji). Jadłem czasami obiad z generałem Filipem de
Ségur przy służbowym stole cesarza. Wówczas Filip mówił tylko
o swoich trzynastu ranach, bo to bydlę jest odważne.</akap>


<akap>Byłby bohaterem w Rosji lub w krajach na wpół cywilizowanych. We Francji zaczynają rozumieć jego podłość. Panie Garnett
(ulica Duphot, nr 12) chciały mnie zaprowadzić do jego brata, ich
sąsiada, nr 14, zdaje mi się, od czego za każdym razem się
wymówiłem z przyczyny historyka kampanii rosyjskiej.</akap>


<akap>Hrabia de Ségur, wielki mistrz ceremonii w Saint-Cloud
w 1811, kiedy tam byłem, gryzł się śmiertelnie, że nie jest
księciem. W jego oczach to było więcej niż nieszczęście, to była
,,niewłaściwość". Wszystkie jego pojęcia były zupełnie czcze<pe><slowo_obce>czczy</slowo_obce> --- nic nieznaczący.</pe>, ale
miał ich dużo i o wszystkim. Widział u wszystkich i wszędzie
chamstwo, ale z jaką gracją wyrażał swoje uczucia!</akap>


<akap>Lubiłem u tego biednego człowieka namiętną miłość, jaką żona
miała dla niego. Poza tym, kiedym do niego mówił, miałem
wrażenie, że mam do czynienia z liliputem<pe><slowo_obce>liliput</slowo_obce> --- karzeł.</pe>. Spotykałem pana de
Ségur, wielkiego mistrza ceremonii od 1810 do 1814, u ministrów
Napoleona. Nie widziałem go już od czasu upadku cesarza,
którego był słabostką i nieszczęściem zarazem.</akap>


<akap>Nawet dzisiejsi Dangeau z dworu cesarza --- a było ich wielu, na
przykład mój przyjaciel Marcjal Daru --- nawet ci ludzie nie mogli
się wstrzymać od śmiechu z ceremoniału obmyślonego przez
hrabiego de Ségur na zaślubiny Napoleona z Marią Ludwiką
austriacką, zwłaszcza na ich pierwsze spotkanie. Nawet sam
Napoleon, mimo iż niesłychanie dumny ze swego nowego uniformu królewskiego, nie mógł wytrzymać: kpił sobie z tego z Durokiem, który mi to powtórzył. Sądzę, że nic nie wykonano z tego
labiryntu małostek. Gdybym miał tutaj swoje paryskie papiery,
dołączyłbym ów program do tej paplaninki z mojego życia.
Prawdziwa rozkosz przeglądać to, ma się wrażenie jakiejś farsy.</akap>


<akap>Wzdycham w roku 1832, powiadając sobie: ,,A jednak oto
dokąd mała próżność paryska ściągnęła Włocha --- Napoleona!".</akap>


<akap>Na czym ja stanąłem...? Mój Boże, jak to jest źle napisane!</akap>


<akap>Pan de Ségur był zwłaszcza wzniosły w Radzie Stanu. Ta Rada
była wielce czcigodna. To nie była w r. 1810 zgraja chamów,
panów Cousin, Jacqueminot<pe><slowo_obce>Jacqueminot, Jean-François</slowo_obce> (1787--1865) --- generał napoleoński, polityk i przemysłowiec francuski.</pe>, panów *** i innych, obskurniejszych jeszcze (1832).</akap>


<akap>Oprócz grubych ryb, swoich zaciekłych wrogów, Napoleon
zgromadził w Radzie Stanu pięćdziesięciu najmniej głupich Francuzów. Były tam różne sekcje. Czasami Sekcja Wojny (gdzie ja
praktykowałem pod niezrównanym Gouvion-Saint-Cyr<pe><slowo_obce>Gouvion-Saint-Cyr, Laurent de</slowo_obce> (1764--1830) --- kilkukrotny francuski minister wojny.</pe>) miała
sprawę do Sekcji Spraw Wewnętrznych, której przewodniczył
czasami pan de Ségur, nie wiem jakim cudem, zdaje mi się, w czasie nieobecności albo choroby tęgiego chwata Regnault (de
Saint-Jean-d'Angély).</akap>


<akap>W trudnych sprawach --- na przykład sprawa gwardii honorowej
w Piemoncie<pe><slowo_obce>Piemont</slowo_obce> --- region w północno-zachodnich Włoszech, jego głównym miastem jest Turyn.</pe>, w czym byłem jednym z pomniejszych referentów --- wytworny, doskonały pan de Ségur nie znajdując żadnej myśli,
wysuwał swój fotel. Czynił to ruchem niezrównanie komicznym,
chwytając go rozstawionymi udami.</akap>


<akap>Naśmiawszy się z jego niezdarstwa, powiadałem sobie: ,,Ale czy
to nie ja się mylę? Toż to jest ów sławny ambasador u Katarzyny
Wielkiej, który skradł pióro ambasadorowi angielskiemu. To
historyk Wilhelma II czy Wilhelma III (nie pamiętam już którego kochanka Lichtenauowej, dla której Beniamin Constant<pe><slowo_obce>Constant, Benjamin</slowo_obce> (1767--1830) --- polityk i pisarz francuski, pochodzący ze Szwajcarii, autor m. in. powiastki Adolf i licznych dzieł z zakresu filozofii politycznej, związany uczuciowo z panią de Staël.</pe> się
bił<pe><slowo_obce>dla której Beniamin Constant się bił</slowo_obce> --- właściwie to: Benjamin Constant; o cześć kochanki króla Prus (Wilhelma II) walczył tak naprawdę kuzyn Constanta --- August.</pe>)".</akap>


<akap_dialog>Byłem nawykły od młodych lat <wyroznienie>zbytnio szanować</wyroznienie>.
Kiedy jakiś człowiek podbił moją wyobraźnię, byłem wobec niego
jak ogłupiały: <wyroznienie>uwielbiałem jego wady</wyroznienie>.</akap_dialog>


<akap>Ale śmieszność pana de Ségur kierującego Napoleonem była,
jak się zdaje, za mocna na moją <slowo_obce>gullibility</slowo_obce><pe><slowo_obce>gullibility</slowo_obce> (ang.) --- łatwowierność.</pe>.</akap>


<akap>Zresztą hrabiego de Ségur, wielkiego mistrza ceremonii (w tym
wielce różnego od Filipa), można było pytać o wszystkie delikatne
procedery, w zakresie kobiety zbliżające się wręcz do heroizmu.
Miał powiedzonka wykwintne i urocze, ale nie trzeba było, aby
wyrastały ponad lilipuci poziom jego pojęć.</akap>


<akap>Źle robiłem, że nie utrzymywałem stosunków z tym miłym
starcem od 1821 do 1830; zdaje mi się, że zgasł prawie równocześnie ze swoją czcigodną żoną. Ale byłem szalony, mój wstręt do
<wyroznienie>nikczemności</wyroznienie> dochodził obłędu, zamiast żeby się nią bawić,
jak czynię dziś z postępkami dworu ***.</akap>


<akap>Hrabia de Ségur kazał mi powinszować w 1817, po moim
powrocie z Anglii, książki <tytul_dziela>Rzym, Neapol i Florencja</tytul_dziela>, którą
kazałem mu przesłać.</akap>


<akap>W głębi duszy, pod względem moralnym, zawsze pogardzałem
Paryżem. Aby zdobyć to miasto, trzeba było być, jak pan de
Ségur, wielkim mistrzem.</akap> 


<akap>Pod względem krajobrazów Paryż nigdy mi się nie podobał.
Nawet około 1803 miałem do niego wstręt dla braku gór dokoła.
Góry moich stron (Delfinat), świadki namiętnych drgnień mego
serca przez pierwszych szesnaście lat mego życia, zaszczepiły mi pod tym względem <slowo_obce>bias<pe><slowo_obce>bias</slowo_obce> (ang.) --- tu: uprzedzenie.</pe> </slowo_obce>(po angielsku: narów), którego nie
mogłem się wyzbyć.</akap>


<akap>Zacząłem cenić Paryż aż 28 lipca 1830. Jeszcze w dniu <wyroznienie>zarządzeń</wyroznienie><pe><slowo_obce>w dniu zarządzeń</slowo_obce> --- chodzi o rozkazy Karola X, takie jak: zniesienie wolności prasy czy rozwiązanie Izby Deputowanych, które stały się bezpośrednim powodem wybuchu rewolucji lipcowej z 27--29 VII 1830 r.</pe> o jedenastej wieczór drwiłem sobie u hrabiego Réal
z odwagi paryżan i z oporu, jakiego spodziewano się po nich.
Sądzę, że ten człowiek tak wesoły i jego heroiczna córka, baronowa
Lacuée, jeszcze mi tego nie przebaczyli.</akap>


<akap>Dziś cenię Paryż. Przyznaję, że co do odwagi należy go
postawić na pierwszym miejscu, tak jak dla jego kuchni, dla
<wyroznienie>dowcipu</wyroznienie>. Ale nie ciągnie mnie mimo tego wszystkiego. Zdaje
mi się, że jest zawsze jakaś <wyroznienie>komedia</wyroznienie> w jego zaletach. Młodzi
ludzie urodzeni w Paryżu z ojców prowincjałów<pe><slowo_obce>prowincjał</slowo_obce> --- zakonnik mianowany na przełożonego prowincji zakonu.</pe>, tęgich chwatów<pe><slowo_obce>chwat</slowo_obce> --- człowiek energiczny, dzielny, śmiały.</pe>,
którzy dobili się majątku, wydają mi się wymoczkami, uważają
jedynie na swój strój, na wykwint szarego kapelusza, na węzeł
krawata, jak np. Féburier, Viollet-le-Duc etc. Nie pojmuję
człowieka bez odrobiny <wyroznienie>męskiej  energii</wyroznienie>, hartu i głębokości
myśli etc. Wszystko rzeczy równie rzadkie w Paryżu jak obejście
grubiańskie, a nawet twarde.</akap>


<akap><begin id="b1350737114221-3637222051"/><motyw id="m1350737114221-3637222051">Śmierć, Pamięć, Prawda</motyw>Ale trzeba kończyć ten rozdział. Aby starać się nie kłamać i nie
ukrywać swoich błędów, postanowiłem pisać te wspomnienia po
dwadzieścia stronic dziennie, jak list. Po moim odjeździe do
wieczności wydrukują to z oryginału. Może w ten sposób dojdę do
<wyroznienie>szczerości</wyroznienie>, ale też muszę błagać czytelnika (może urodzonego dziś rano w sąsiednim domu), aby mi przebaczył to straszliwe
gadulstwo.<end id="e1350737114221-3637222051"/></akap>






<naglowek_rozdzial>Rozdział V</naglowek_rozdzial>







<akap>Spostrzegłem się w r. 1832 --- w ogóle moja filozofia jest z tego dnia,
w którym piszę, byłem bardzo od niej odległy w 1821 --- widzę
tedy, że ja byłem czymś pośrednim między energicznym grubiaństwem generała Grosse, hrabiego Regnault de Saint-Jean-d'Angély oraz nieco lilipucią gracją hrabiego de Ségur, pana Petit,
gospodarza Hotelu Brukselskiego, etc.</akap> 


<akap>Jedynie co do nikczemności byłem obcy ostatecznościom,
o które się pomawiam. Z braku zręczności, z braku zmysłu
handlowego, jak mi to powiadał <slowo_obce>à propos</slowo_obce> moich książek i Akademii pan D. z ,,Debat" (pan Delécluze), przepuściłem kilka sposobności zrobienia wielkiej kariery politycznej, finansowej
albo literackiej. Przypadkowo wszystko to kolejno pukało do
moich drzwi. Marzenie --- tkliwe w 1821, a później filozoficzne
i melancholiczne (poza wszelką próżnością, ściśle takie jak pana
Jakuba w <tytul_dziela>As You Like It</tytul_dziela><pe><slowo_obce>As You Like It</slowo_obce> (ang.) --- <tytul_dziela>Jak wam się podoba</tytul_dziela>, sztuka Williama Shakespeare'a.</pe>) --- stało się dla mnie taką rozkoszą, że
kiedy przyjaciel spotkał mnie na ulicy, byłbym dał paola<pe><slowo_obce>paolo</slowo_obce> --- dawna moneta włoska wprowadzona przez papieża Pawła III.</pe> za to, aby
się nie odzywał do mnie. Sam widok kogoś znajomego drażni
mnie. Kiedy widzę z daleka takiego człowieka i kiedy trzeba
myśleć o tym, aby mu się ukłonić, drażni mnie to na pięćdziesiąt
kroków z góry. Szalenie lubię za to spotkać przyjaciół wieczorem
w towarzystwie, w sobotę u pana Cuvier, w niedzielę u pana de
Tracy, we wtorek u pani Ancelot, we środę u barona Gerard etc.,
etc.</akap>


<akap>Ktoś obdarzony odrobiną taktu widzi łatwo, że mnie męczy,
zaczepiając mnie na ulicy. ,,Oto człowiek, który mnie lekceważy"
--- powiada sobie jego próżność i nie ma racji.</akap>


<akap>Stąd moje szczęście, kiedy się przechadzam dumnie po obcym
mieście (Lancaster, Torre del Greco etc.), dokąd przybyłem przed
godziną i gdzie jestem pewny, że mnie nikt nie zna. Od kilku lat
zaczyna mi brakować tego szczęścia. Gdyby nie morska choroba,
puściłbym się z przyjemnością do Ameryki. Czy uwierzycie?
Nosiłbym z przyjemnością maskę, zmieniłbym z rozkoszą nazwisko. <tytul_dziela>Tysiąc i jedna nocy</tytul_dziela>, które uwielbiam, wypełniają więcej niż
ćwierć mojej głowy. Często myślę o pierścieniu Angeliki; największą moją przyjemnością byłoby zmienić się w długiego blondasa
Niemca i przechadzać się tak po Paryżu.</akap>


<akap><begin id="b1350737381388-1951067624"/><motyw id="m1350737381388-1951067624">Język</motyw>Widzę, przeglądając te kartki, że byłem przy panu de Tracy.
Ten starzec tak kształtny, zawsze czarno ubrany, w swoim
obszernym zielonym surducie, stojący przed kominkiem to na
jednej, to na drugiej nodze, miał sposób mówienia, który był
przeciwieństwem jego pism. Spostrzeżenia subtelne, wytworne;
brzydził się jaskrawszym słowem jak klątwą, a pisze jak jaki wójt
gminny.<end id="e1350737381388-1951067624"/> Energiczna prostota, którą, jak się zdaje, miałem
w owym czasie, nie bardzo musiała mu się podobać. Nosiłem
olbrzymie czarne faworyty<pe><slowo_obce>faworyty</slowo_obce> --- bokobrody, baczki.</pe>, za które pani Doligny wstydziła się mnie
w rok później. Ta głowa włoskiego rzeźnika nie zdawała się
zbytnio odpowiadać ekspułkownikowi Ludwika XVI.</akap>


<akap>Pan de Tracy, syn wdowy, urodził się około 1765 z 300 000
franków renty. Pałac jego był przy ulicy de Tracy, koło ulicy
Saint-Martin.</akap> 


<akap>Stał się mimowolnym spekulantem, jak wielu ludzi bogatych
z r. 1780. Pan de Tracy zbudował swoją ulicę i stracił na niej
200 000 albo 300 000 franków, i tak dalej. Przypuszczam, że dziś
ten człowiek (tak uroczy, kiedy około 1790 był kochankiem pani
de Praslin), ten głęboki logik, zmienił swoje 300 000 franków
renty na niespełna 30 000.</akap> 


<akap>Matka jego, kobieta rzadkiego rozsądku, była w łaskach na
dworze; toteż mając dwadzieścia dwa lata syn był pułkownikiem,
i to pułkownikiem pułku, gdzie między kapitanami zastał pana de
Tracy, swego kuzyna, widocznie równie szerokiego umysłu jak
on, skoro nigdy nie przyszło mu do głowy oburzać się, że ta
dwudziestodwuletnia laleczka ma dowodzić pułkiem, w którym
on służy.</akap>


<akap>Ta laleczka, która --- jak mi mówiła później pani de Tracy --- miała tak cudowne ruchy, posiadała mimo to podkład rozsądku.
Ta matka, rzadka kobieta, dowiedziawszy się, że istnieje w Strasburgu filozof (a zważcie, że to było może w r. 1780: nie filozof jak
Wolter, Diderot, Raynal), dowiedziawszy się, powiadam, że jest
w Strasburgu filozof, który analizuje myśli człowieka, obrazy lub
znaki wszystkiego, co człowiek widzi i czuje, zrozumiała, że
gdyby jej syn posiadł umiejętność poruszania tymi obrazami,
dałoby mu to zapas oleju w głowie.</akap>


<akap>Wyobraźcie sobie, co za minę musiał mieć w 1785 bardzo
przystojny młody człowiek, doskonale urodzony, bywający
u dworu, z 300 000 franków renty!</akap>


<akap>Margrabina de Tracy umieściła syna w artylerii, co przez dwa
lata z rzędu trzymało go w Strasburgu. Jeśli kiedy będę tamtędy
przejeżdżał, spytam, co to był za sławny filozof, Niemiec<pe><slowo_obce>sławny filozof, Niemiec</slowo_obce> --- czyli wybitny matematyk Philippe-Jacques Müller.</pe>, w tym
mieście około 1780.</akap>


<akap>W dwa lata później, zdaje mi się, pan de Tracy był w Rethel ze swoim pułkiem, który, zdaje się, był pułkiem dragonów, rzecz do
sprawdzenia w ,,Almanachu Królewskim" owego czasu.</akap>



<sekcja_swiatlo/>


<akap>Cytryny...</akap>




<sekcja_swiatlo/>


<akap>Pan de Tracy nie mówił mi nigdy o tych cytrynach. Usłyszałem
tę historię od innego mizantropa<pe><slowo_obce>mizantrop</slowo_obce> --- osoba stroniąca od ludzi, odczuwająca do nich niechęć.</pe>, niejakiego pana Jacquemont,
eksmnicha i, co więcej, bardzo zacnego człowieka. Pan de Tracy
opowiedział mi za to mnóstwo anegdotek o armii francuskiej,
którą dowodził pan de La Fayette<pe><slowo_obce>markiz de LaFayette</slowo_obce> (1757--1834) --- francuski polityk, liberał i dowódca wojskowy, uczestnik wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych.</pe>.</akap>


 



<akap>Jego podpułkownik chciał uprowadzić swój pułk i wyemigrować razem z nim...</akap>



<sekcja_swiatlo/>


<akap>Urlop i pojedynek...</akap>


<sekcja_swiatlo/>


<akap><begin id="b1347974430692-3225866070"/><motyw id="m1347974430692-3225866070">Mężczyzna</motyw><begin id="b1350737605382-1851169120"/><motyw id="m1350737605382-1851169120">Salon</motyw>Wysoka postać, a na szczycie tego rosłego ciała twarz niewzruszona, zimna, nieznacząca jak stary portret rodzinny, głowa
okryta garbiącą się i źle zrobioną peruką z krótkimi włosami --- ten
człowiek ubrany w jakieś szare, źle skrojone ubranie, kulejący
nieco i wspierający się na lasce, w salonie pani de Tracy, która go
nazywała, z czarującym akcentem, ,,drogi panie", to był generał
La Fayette w 1821 i takim go nam pokazał Gaskończyk Scheffer
w swoim bardzo podobnym portrecie.<end id="e1347974430692-3225866070"/></akap>


<akap>To ,,drogi panie" pani de Tracy i powiedziane tym tonem
doprowadzało, zdaje mi się, do rozpaczy pana de Tracy. To nie
znaczy, aby pan de La Fayette cieszył się niedozwolonymi łaskami
jego żony albo aby pan de Tracy troszczył się w swoim wieku
o tego rodzaju nieszczęścia. Chodziło po prostu o to, że szczere
i nigdy nieudane ani nieprzesadzone uwielbienie pani de Tracy
dla pana de La Fayette czyniło tegoż zbyt oczywiście pierwszą
figurą salonu. <end id="e1350737605382-1851169120"/></akap>


<akap>Mimo całej mojej naiwności w 1821 (zawsze żyłem w złudzeniach entuzjazmu i namiętności) odgadłem to <wyroznienie> sam  jeden</wyroznienie>.</akap>



<akap>Zrozumiałem także bez niczyjej wskazówki, że pan de La
Fayette to jest po prostu bohater z Plutarcha<pe><slowo_obce>Plutarch z Cheronei</slowo_obce> (50--125 n.e.) --- grecki historyk i mówca, autor m. in. <tytul_dziela>Żywotów równoległych</tytul_dziela>.</pe>. Żył z dnia na dzień,
bez zbytniego nakładu inteligencji, spełniając jak Epaminondas<pe><slowo_obce>Epaminondas</slowo_obce> (ok. 420 p.n.e.--362 p.n.e.) --- wojskowy i polityk z Teb, kilkakrotnie pokonał Spartę.</pe>
wielki czyn, który się nastręczył. Na razie mimo swego wieku
(urodzony w 1757 jak jego towarzysz gry w piłkę Karol X) jedynie
zajęty miętoszeniem spódniczek jakiejś ładnej służącej (<slowo_obce>vulgo<pe><slowo_obce>vulgo</slowo_obce> (łac.) --- w języku gminu.</pe></slowo_obce>
obmacywaniem tejże), i to często, i nie żenując się zbytnio.</akap>



<akap>Oczekując wielkich czynów, które nie nadarzają się co dzień,
oraz sposobności obmacywania młodych kobiet, która nastręcza
się tylko po północy przy wyjściu, pan de La Fayette ucieleśniał
bez zbytniej elegancji komunał gwardii narodowej. <begin id="b1347974629571-606139100"/><motyw id="m1347974629571-606139100">Polityka</motyw>Ten rząd jest
dobry, i tylko ten, który zapewnia obywatelowi bezpieczeństwo
na gościńcu, równość przed sędzią i sędziego dostatecznie światłego, rzetelną monetę, znośne drogi, należytą opiekę za granicą.
W tym pojęciu rzecz nie jest zbyt skomplikowana.<end id="e1347974629571-606139100"/></akap>


<akap>Trzeba przyznać, że daleko jest od takiego człowieka do pana
de Ségur, mistrza ceremonii: toteż Francja, a zwłaszcza Paryż, poniosą hańbę u potomności, że nie poznały się na wielkim
człowieku.</akap>


<akap>Co do mnie, przyzwyczajonego do Napoleona i do lorda Byrona<pe><slowo_obce>Byron, Georges</slowo_obce> (1788--1824) --- poeta, czołowy przedstawiciel angielskiego romantyzmu; zwolennik europejskich ruchów niepodległościowych.</pe>
--- dodam jeszcze: lorda Brougham<pe><slowo_obce>Brougham, Henry Peter</slowo_obce> (1778--1868) --- polityk, prawnik i dziennikarz brytyjski, kanclerz w latach 1830-1834.</pe>, Montiego, Canovy<pe><slowo_obce>Canova, Antonio</slowo_obce> (1757--1822) --- włoski rzeźbiarz, architekt i malarz.</pe>, Rossiniego<pe><slowo_obce>Rossini, Gioachino Antonio</slowo_obce> (1792--1868) --- włoski kompozytor operowy.</pe> --- odgadłem natychmiast wielkość pana de La Fayette i wytrwałem przy tym. Widziałem go w Dniach Lipcowych w podziurawionej koszuli; przyjmował każdego intryganta, każdego głupca,
każdego, kto umiał się nadymać. Mnie przyjął gorzej, uczcił
moim kosztem jakiegoś tępego sekretarza, pana Levasseur. Tak
samo nie przyszło mi na myśl gniewać się o to albo mniej go
uwielbiać, jak mi nie przychodzi na myśl bluźnić przeciw słońcu,
kiedy się okryje chmurą.</akap>


<akap>Pan de La Fayette, licząc sobie siedemdziesiąt pięć lat, ma tę
samą wadę, co ja: pali się do młodej Portugalki, osiemnastolatki,
która zjawia się w salonie pani de Tracy jako przyjaciółka jego
wnuczek, panien La Fayette, de Lasteyrie, de Mauborurg. Myśli
tylko o niej, wyobraża sobie --- jak i o każdej innej młodej kobiecie
--- że ta Portugalka patrzy na niego łaskawie. A co zabawne, stary
czasami ma rację! Jego europejska sława, wykwint jego słowa,
mimo pozornej prostoty, oczy, które ożywiają się, skoro znajdą się
w pobliżu ładnej piersi, wszystko składa się na to, aby mu dać
wesoło przebyć ostatnie lata, ku wielkiemu zgorszeniu kobiet
trzydziestopięcioletnich, margrabiny de Marmier (Choiseul), pani de Perey i innych, które bywają w tym salonie. Wszystko to nie
pojmuje, aby można być miłym inaczej niż za pomocą kwiatków
à la Ségur lub błyskotliwych uwag Beniamina Constant<pe><slowo_obce>Constant, Benjamin</slowo_obce> (1767--1830) --- polityk i pisarz francuski, pochodzący ze Szwajcarii, autor m. in. powiastki Adolf i licznych dzieł z zakresu filozofii politycznej, związany uczuciowo z panią de Staël.</pe>.</akap>


<akap>Pan de La Fayette jest nadzwyczaj uprzejmy, a nawet serdeczny dla wszystkich, ale <wyroznienie>grzeczny jak król</wyroznienie>. Powiedziałem to
raz pani de Tracy, która się pogniewała, o tyle, o ile wcielony
wdzięk może się pogniewać; ale zrozumiała może od tego dnia, że
energiczna prostota moich odezwań się to nie była tępota jakiegoś
Dunoyer<pe><slowo_obce>Dunoyer</slowo_obce> --- prawdop. Barthélemy-Charles-Pierre-Joseph Dunoyer de Segonzac (1786--1862), ekonomista francuski.</pe>, na przykład. Był to dzielny liberał, dziś arcymoralny
prefekt w Moulins, człowiek najlepszych intencji, najbardziej
może heroiczny i najgłupszy z liberalnych pisarzy. Możecie mi
wierzyć, mnie, który jestem z ich stronnictwa, to wiele powiedziane! Cielęcy podziw pana Dunoyer, redaktora ,,Censeur", oraz
paru innych tego samego kalibru, otaczał bez ustanku fotel
generała, który, skoro tylko mógł, ku ich wielkiemu zgorszeniu
zostawiał ich tam, aby podziwiać z bardzo bliska i z płomiennymi
oczami ładne ramiona jakiej młodej kobiety, która właśnie weszła. Ci biedni <wyroznienie>cnotliwi</wyroznienie> ludzie (wszyscy zaprzedani jak... ministrowi Périer<pe><slowo_obce>Périer, Casimir</slowo_obce> (1777--1832) --- polityk francuski.</pe> w 1832) zostawali z pociesznymi minami, a ja kpiłem
sobie z nich, co gorszyło moją nową przyjaciółkę. Ale wyraźne
było, że ona ma słabość do mnie. ,,Jest w nim jakaś iskra" ---
mówiła raz do pewnej damy, z owych dam stworzonych do
podziwiania lilipucich słówek à la Ségur, gdy ta skarżyła się na
szczerą i surową prostotę, z jaką mówiłem, że wszyscy ci ultraliberałowie są bardzo czcigodni dla swej nieskazitelnej cnoty, ale poza
tym niezdolni zrozumieć, że dwa a dwa jest cztery. Ciężkość,
powolność, cnota, przestraszające się najmniejszej prawdy powiedzianej Amerykanom, jakiegoś Dunoyer, jakiegoś X, jakiegoś Y to jest doprawdy coś przechodzącego wszelką wiarę, tak samo jak
brak wszelkich pojęć wykraczających poza przeciętność u jakiegoś Ludwika Vitet<pe><slowo_obce>Vitet, Louis</slowo_obce> (1736--1809) --- lekarz i polityk francuski.</pe>, Mortimera Ternaux<pe><slowo_obce>Ternaux, Louis Mortimer</slowo_obce> (1808--1872) --- historyk i polityk francuski.</pe>, nowej generacji, która
odmłodziła salon państwa de Tracy około 1828. Wśród tego
wszystkiego pan de La Fayette był i jest z pewnością jeszcze
,,głową stronnictwa".</akap>


<akap>Musiał nabrać tego przyzwyczajenia w 1789. Główna rzecz to
nie narazić się nikomu i pamiętać wszystkie nazwiska, w czym jest
cudowny. Ciągła pamięć o interesach głowy stronnictwa tępi
u pana de La Fayette wszelkie idee literackie, do których zresztą
uważam go za dość niezdolnego. Dzięki tej właśnie organizacji nie
czuł, jak sądzę, całej ciężkości, całej nudy pisaniny pana Dunoyer
<slowo_obce>et consortes</slowo_obce><pe><slowo_obce>et consortes</slowo_obce> (łac.) --- i towarzysze, i wspólnicy (ci, którzy dzielą z nim los).</pe>.</akap>


<akap>Zapomniałem odmalować ten salon, Sir Walter Scott<pe><slowo_obce>Sir Walter Scott</slowo_obce>  (1771--1832) --- ogromnie popularny w XIX w. powieściopisarz, twórca stylu powieści historycznej, w której fakty wymieszane były z legendami, ludowymi wierzeniami i wątkami fabularnymi.</pe> i jego
naśladowcy zaczęliby od tego, ale ja nienawidzę rzeczywistych
opisów. Nuda takich opisów nie pozwala mi pisać powieści.</akap>


<akap>Wejście prowadzi do podłużnego salonu, w głębi którego
znajdują się wielkie drzwi, zawsze otwarte na oścież. Wchodzi się
do kwadratowego salonu, dość dużego, z piękną lampą w kształcie
żyrandola oraz okropnym małym zegarem na kominku. Po prawej
od wejścia ładna niebieska kanapa, na której siedzi piętnaście
dziewczątek od dwunastu do osiemnastu lat oraz ich pretendenci:
Karol de Rémusat<pe><slowo_obce>de Rémusat, Charles François Marie</slowo_obce> (1797--1875) --- pisarz i polityk francuski.</pe>, dowcipny, a jeszcze bardziej afektowany<pe><slowo_obce>afektowany</slowo_obce> --- tu: wykwintny.</pe>,
kopia sławnego aktora Fleury<pe><slowo_obce>Fleury, Abraham-Joseph Bénard </slowo_obce> (1750--1822) --- aktor Comédie Française, wybitny komik.</pe>; Franciszek de Corcelles, który
zachował całą republikańską szczerość i szorstkość. Prawdopodobnie sprzedał się w 1831; w 1820 wydał już broszurę, która
miała nieszczęście zyskać pochwałę adwokata Dupin (notoryczny
hultaj, znany mi jako taki już od 1827). W 1821 pp. de Rémusat
i de Corcelles byli tam bardzo dobrze widziani, później zaś ożenili się z wnuczkami pana de La Fayette. Obok figurował zimny
Gaskończyk, pan Scheffer<pe><slowo_obce>Scheffer, Ary</slowo_obce> (1795--1858) --- malarz francuski pochodzenia holenderskiego.</pe>, malarz. Jest to, o ile mi się zdaje,
najbezczelniejszy łgarz i najplugawsza fizjonomia<pe><slowo_obce>fizjonomia</slowo_obce> (daw.) --- twarz.</pe>, jaką znam.
Zapewniano mnie w owym czasie, że on się zalecał do niebiańskiej
Wirginii, najstarszej z wnuczek pana de La Fayette, która później
wyszła za najstarszego syna pana Augustyna Périer, najbardziej
nadętego i uroczystego z moich krajanów<pe><slowo_obce>krajan</slowo_obce> --- rodak.</pe>. Panna Wirginia była,
zdaje mi się, faworytką pani de Tracy.</akap>


<akap_dialog>Obok wytwornego pana de Rémusat widniały dwie jezuickie
twarze ze spojrzeniem fałszywym i kosym<pe><slowo_obce>kosy</slowo_obce> --- krzywy a. zezowaty.</pe>. Byli to bracia, mieli
przywilej rozmawiania godzinami całymi z hrabią de Tracy.
Uwielbiałem ich z całą żywością mego wieku (w 1821 miałem
ledwie dwadzieścia jeden lat co do naiwności serca). Skoro ich
rychło przejrzałem, entuzjazm mój dla pana de Tracy ucierpiał od
tego znacznie.</akap_dialog>


<akap>Starszy z tych braci wydał sentymentalną historię zdobycia
Anglii przez Wilhelma. To pan Thierry z Akademii Napisów<pe><slowo_obce>Akademia Napisów</slowo_obce> --- (fr.<slowo_obce> Academie des Inscriptions et Belles-Lettres</slowo_obce>), fr. instytucja naukowa o charakterze korporacyjnym.</pe>.
Miał tę zasługę, że przywrócił prawdziwą ortografię Chlodwigom, Childerykom i innym cieniom naszej dawnej historii. Wydał tom
mniej sentymentalny o organizacji gmin we Francji w roku 1200.
Studencka choroba pozbawiła go wzroku. Brat jego, większy
jezuita (sercem i postępowaniem), mimo że ultraliberał jak tamten, został prefektem Vesoul w 1830 i prawdopodobnie sprzedał
się za swoją płacę, jak jego pryncypał<pe><slowo_obce>pryncypał</slowo_obce> (daw.) --- zwierzchnik, przełożony.</pe>, pan Guizot.</akap>


<akap>Zupełny kontrast z tymi dwoma braćmi jezuitami, z ciężkim
Dunoyer i wypiżmowanym Rémusat, tworzył młody Wiktor
Jacquemont<pe><slowo_obce>Jacquemont, Victor</slowo_obce> (1801--1832) --- przyrodnik i podróżnik francuski.</pe>, który później podróżował po Indiach. Wiktor był
wówczas bardzo chudy, ma prawie sześć stóp<pe><slowo_obce>stopa</slowo_obce> --- dawna miara długości, ok. 30 cm.</pe> wzrostu. W owej
epoce nie miał ani cienia logiki, co za tym idzie, był mizantropem.
Pod pozorem, że był bardzo inteligentny, Jacquemont nie chciał
sobie zadawać trudu rozumowania. Ten prawdziwy Francuz uważał dosłownie próbę rozumowania jako impertynencję<pe><slowo_obce>impertynencja</slowo_obce> --- niestosowne i obraźliwe zachowywanie się wobec kogoś.</pe>. Podróż była w istocie jedyną drogą, jaką próżność zostawiała prawdzie. Zresztą może się mylę. Wiktor wydaje mi się człowiekiem
bardzo niepospolitym, tak jak znawca (darujcie mi to określenie)
widzi pięknego konia w czteromiesięcznym źrebaku, w którego
nogach krew jeszcze nie dość żywo krąży. Został moim przyjacielem i dziś rano (1832) dostałem list, który pisze do mnie z Kaszmiru w Indiach.</akap>


<akap>Serce jego miało tylko jedną wadę: niską i małą zazdrość wobec
Napoleona. Ta zazdrość była zresztą jedyną namiętnością, jaką
dostrzegłem u hrabiego de Tracy. Z niewysłowioną przyjemnością stary metafizyk i wielki Wiktor opowiadali anegdotę o polowaniu na króliki wyprawionym przez pana de Talleyrand<pe><slowo_obce>Talleyrand</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>Charles-Maurice de Talleyrand-Périgord</slowo_obce> (1754--1838) --- fr. dyplomata i polityk, książę; zasłynął jako inteligentny, cyniczny i bezwzględny pragmatyk, pełniąc funkcje agenta dyplomatycznego lub ministra spraw wewnętrznych kolejnych rządów: Dyrektoriatu, Napoleona, Burbonów i Ludwika Filipa I. Mimo że był duchownym (biskupem), poparł swym autorytetem rewolucję 1789 roku i został wkrótce przewodniczącym Konwentu, gdzie wcześniej patronował przeprowadzeniu ustaw dotyczących sekularyzacji dóbr kościelnych (w 1791 ekskomunikowany). Był reprezentantem Francji na Kongresie Wiedeńskim. Talleyrand znany był m.in. z ciętych a trafnych wypowiedzi; przypisywane jest mu zdanie, które miał wypowiedzieć w rozmowie z Napoleonem: ,,Bagnetami można załatwić wszystko, <slowo_obce>sire</slowo_obce>. Mają jednak wadę: nie można na nich usiąść".</pe> dla
Napoleona, wówczas od sześciu tygodni pierwszego konsula, a już
przybierającego tony Ludwika XIV<pe><slowo_obce>Ludwik XIV</slowo_obce> (1638--1715) --- król Francji z dynastii Burbonów, zwolennik absolutyzmu, określany jako Król Słońce.</pe>.</akap>


<akap>Wiktor miał tę wadę, że bardzo kochał panią Lavenelle, żonę
szpicla<pe><slowo_obce>szpicel</slowo_obce> --- donosiciel.</pe>, który ma 40 000 franków renty i który miał za zadanie
zdawać sprawę w Tuileriach z czynów i słów generała La Fayette.
Komiczne jest, że generał, Beniamin Constant<pe><slowo_obce>Constant, Benjamin</slowo_obce> (1767--1830) --- polityk i pisarz francuski, pochodzący ze Szwajcarii, autor m. in. powiastki Adolf i licznych dzieł z zakresu filozofii politycznej, związany uczuciowo z panią de Staël.</pe> i pan Bignon brali
tego pana de Lavenelle za powiernika wszystkich swoich liberalnych poglądów. Łatwo zgadnąć, że ten szpieg, terrorysta w 1793,
wciąż tylko gadał o ruszeniu na zamek po to, aby wymordować
wszystkich Burbonów. Żona jego była tak rozwiązła, tak rozmiłowana w mężczyźnie w znaczeniu fizycznym, że do reszty zbrzydziła mi dwuznaczne rozmówki po francusku. Uwielbiam ten
rodzaj po włosku; ale od pierwszej młodości, gdy byłem podporucznikiem w szóstym pułku dragonów, brzydził mnie w ustach
pani Henriet, żony kapitana. Ta pani Lavenelle jest sucha jak
pergamin, bez cienia inteligencji, a zwłaszcza bez serca, bez
możliwości doznania innych wzruszeń, jak tylko przez piękne uda kompanii grenadierów, defilujących w ogrodach tuileryjskich<pe><slowo_obce>ogrody tuileryjskie</slowo_obce> --- ogrody i istniejące do 1871 r. założenie pałacowe, położone między Luwrem a Sekwaną.</pe>
w białych kaszmirowych<pe><slowo_obce>kaszmir</slowo_obce> --- rodzaj cienkiej tkaniny z koziej wełny.</pe> spodniach.</akap>


<akap>Inna była pani Baraguey d'Hilliers, którą wkrótce poznałem
u pani Beugnot. Inne były w Mediolanie panie Ruga i Aresi.
Słowem, mam wstręt do swobodnych rozmów francuskich. Kombinacja dowcipu z sercem rani mi duszę tak, jak korek krajany
nożem rani mi uszy.</akap>


<akap>Duchowy opis tego salonu jest może przydługi, już tylko dwie
albo trzy fizjonomie<pe><slowo_obce>fizjonomia</slowo_obce> (daw.) --- twarz.</pe>.</akap>


<akap>Urocza Luiza Letort, córka generała Letort z dragonów gwardii, którego blisko znałem w Wiedniu w 1809. Panna Luiza,
później tak piękna, do dziś mająca tak mało afektacji<pe><slowo_obce>afektacja</slowo_obce> --- przesada, nienaturalność, zwłaszcza w wyrażaniu uczuć.</pe>, a tyle
prawdziwej wyższości, urodziła się w wilię<pe><slowo_obce>wilia</slowo_obce> --- wigilia, dzień poprzedzający jakąś datę.</pe> czy nazajutrz po
Waterloo. Matka jej, urocza Sara Newton, zaślubiła Wiktora de
Tracy, syna para Francji, wówczas majora piechoty.</akap>


<akap>Nazywaliśmy go ,,sztabą żelaza". To określa jego charakter.
Dzielny, wielekroć ranny w Hiszpanii za Napoleona, miał to
nieszczęście, że we wszystkim widział tylko zło.</akap>


<akap>Tydzień temu (czerwiec 1832) król Ludwik Filip<pe><slowo_obce>Ludwik Filip</slowo_obce> (1773--1850) --- ostatni król Francji z dynastii Burbonów, panował w latach 1830--1848.</pe> rozwiązał pułk artylerii gwardii narodowej, której Wiktor de Tracy był
pułkownikiem. Jako poseł przemawia często i ma to nieszczęście,
że jest na trybunie za grzeczny. Rzekłby kto, że nie śmie mówić
wręcz. Był, tak jak jego ojciec, śmiesznie zazdrosny o Napoleona.
Obecnie, kiedy bohater jest już na dobre umarły, zaniechał tego
trochę, ale bohater żył jeszcze, kiedy ja stawiałem pierwsze kroki
w salonie przy ulicy d'Anjou. Widziałem radość, spowodowaną
jego śmiercią. Spojrzenia mówiły: ,,Mówiliśmy przecież, łyk<pe><slowo_obce>łyk</slowo_obce> (daw., pogardl.) --- mieszczanin.</pe>,
który został królem, nie może dobrze skończyć".</akap>


<akap>Żyłem dziesięć lat w tym salonie, przyjmowany grzecznie,
ceniony, ale z każdym dniem mniej <wyroznienie>związany</wyroznienie>, wyjąwszy moich przyjaciół. To jedna z wad mego charakteru. Ta wada
sprawia, że nie mam żalu do ludzi o niepowodzenia mojej kariery.
Skoro raz się z tym pogodziłem, mimo tego, co generał Duroc
powiedział parę razy o moich talentach wojskowych, czuję się
dobrze w roli podrzędnej. Cudownie zwłaszcza, kiedy jestem
o dwieście mil od mego przełożonego, jak dziś.</akap>


<akap>Mam tedy nadzieję, że jeżeli nuda nie odstraszy od tej książki,
nie znajdzie w niej nikt urazy do ludzi. Zyskuje się ich łaski
jedynie za pomocą pewnej przynęty. Kiedy raczę się nią posłużyć,
złowię jedno uznanie albo dwa, ale niebawem męczy mnie
trzymanie wędki. Bądź co bądź w roku 1814, w chwili, gdy
Napoleon posłał mnie do siódmej dywizji, hrabina Daru, żona
ministra, rzekła do mnie:</akap>


<akap_dialog>--- Gdyby nie ta przeklęta inwazja, byłbyś pan prefektem
w jakim wielkim mieście.</akap_dialog>


<akap>Mam powód mniemać, że chodziło o Tuluzę.</akap>


<akap>Zapomniałem o jednej szczególnej kobiecie. Nie starałem się jej
pozyskać, zrobiłem sobie w niej wroga. Pani de Montcertin,
wysoka, dobrze zbudowana, bardzo nieśmiała, leniwa, zupełnie
zdana na łaskę nałogów, miała dwóch kochanków: jednego na
miasto, drugiego na wieś, jeden równie nieprzyjemny jak drugi.
Układ ten trwał, nie wiem ile lat. Zdaje mi się, że to malarz
Scheffer był kochankiem na wieś, kochankiem miejskim był
pułkownik, dziś generał Carbonel, który zrobił się lejbgwardzistą<pe><slowo_obce>lejbgwardzista</slowo_obce> --- członek straży przybocznej monarchy.</pe> generała La Fayette.</akap>


<akap><begin id="b1347976126171-3103167593"/><motyw id="m1347976126171-3103167593">Miłość</motyw>Jednego dnia siostrzenice pani de Montcertin pytały ją, co to
jest miłość. Odpowiedziała:</akap>


<akap_dialog>--- To brzydka, paskudna rzecz, o którą posądza się czasem
pokojówki i kiedy się im tego dowiedzie, wypędza się je.<end id="e1347976126171-3103167593"/></akap_dialog>


<akap>Byłbym powinien umizgać się<pe><slowo_obce>umizgać się</slowo_obce> (daw.) --- zalecać się.</pe> do pani de Montcertin. To nie
było niebezpieczne --- nigdy nie byłoby mi się powiodło, bo ona
poprzestawała na swoich dwóch samcach i straszliwie się bała
zajść w ciążę. Ale ja na nią patrzyłem jak na
 <wyroznienie>rzecz</wyroznienie>, a nie jak na
żywą istotę. Zemściła się, powtarzając kilka razy na tydzień, że ja
jestem człowiek lekkomyślny, prawie wariat. Przyrządzała herbatę i faktem jest, że często przez cały wieczór odzywałem się do niej
jedynie w chwili, gdy mi podawała herbatę.</akap>


<akap>Ilość osób, które trzeba było zagadywać, wchodząc do tego
salonu, zniechęcała mnie zupełnie.</akap>


<akap>Oprócz piętnastu czy dwudziestu wnuczek pana de La Fayette
lub ich przyjaciółek --- prawie wszystko blondynki o ślicznej cerze
i pospolitych twarzach (prawda, że wracałem z Włoch!), które
siedziały w szyku bojowym na niebieskiej kanapie --- trzeba było
przywitać: hrabinę de Tracy, sześćdziesiąt trzy lat; hrabiego de
Tracy, sześćdziesiąt lat; generała La Fayette i jego syna, Jerzego
Washingtona La Fayette (prawdziwy obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki, zupełnie wolny od wszelkiej szlachetczyzny).</akap>


<akap>Pani de Tracy, moja przyjaciółka, miała syna Wiktora de
Tracy, urodzonego około 1785 (pani Sara de Tracy --- jego żona,
młoda i świetna, wzór delikatnej piękności angielskiej, trochę za
chuda), i dwie córki, Jerzową de La Fayette i panią de Laubespin.
Trzeba było też pokłonić się wielkiemu panu de Laubespin<pe><slowo_obce>de Laubespin</slowo_obce> --- prawdop. Louis Charles Antoine de Laubespin (1768--1800), generał armii Napoleona.</pe>,
autorowi --- do spółki z mnichem, którego żywi --- <tytul_dziela>Memoriału</tytul_dziela>.
Zawsze obecny, mówi osiem albo dziesięć słów na wieczór.</akap>


<akap>Długo brałem panią Jerzową de La Fayette za zakonnicę, którą
pani de Tracy wzięła do siebie przez miłosierdzie. Przy tym
wyglądzie ma swoje zdecydowane opinie, tak surowe, jak gdyby
była jansenistką<pe><slowo_obce>jansenistka</slowo_obce> --- wyznawczyni nurtu teologicznego, głoszącego konieczność surowej ascezy wynikającej ze skażenia człowieka przez grzech pierworodny.</pe>. Miała co najmniej cztery albo pięć córek. Pani de Maubourg, córka pana de La Fayette, miała ich pięć czy sześć.
Trzeba mi było dziesięć lat, aby odróżnić od siebie wszystkie te jasne buzie, mówiące rzeczy <wyroznienie>idealnie przyzwoite</wyroznienie>, ale śmiertelnie nudne dla mnie, nawykłego do wymownych oczu
i zdecydowanych charakterów pięknych Mediolanek, a dawniej
jeszcze do cudownej prostoty poczciwych Niemek. (Byłem intendentem<pe><slowo_obce>intendent</slowo_obce> --- pracownik administracji.</pe> w Żaganiu na Śląsku i w Brunszwiku).</akap>


<akap>Pan de Tracy był niegdyś bliskim przyjacielem słynnego
Cabanisa<pe><slowo_obce>Cabanis, Pierre</slowo_obce>  (1757--1808) --- lekarz króla Francji Ludwika XVI, filozof, przyczynił się także do rozwoju psychologii.</pe>, ojca materializmu, którego książka <tytul_dziela>Związki spraw
fizycznych i duchowych</tytul_dziela> była moją biblią w szesnastym roku życia. Pani Cabanis i jej córka, wysoka na sześć stóp, a mimo to
bardzo miła, pojawiały się w tym salonie. Pan de Tracy zaprowadził mnie do niej na ulicę des Vielles-Tuileries --- po diabła!
Wypędziło mnie stamtąd gorąco. W owym czasie miałem nerwy
wydelikacone zupełnie po włosku. Zamknięty pokój, a w nim
dziesięć osób wystarczało, aby mnie przyprawić o chorobę,
niemal mdlałem. Wyobraźcie sobie, czym był pokój szczelnie
zamknięty z piekielnym ogniem.</akap>


<akap>Nie dosyć kładłem nacisku na tę wadę fizyczną; ogień wypędził
mnie od pani Cabanis, pan de Tracy nigdy mi tego nie przebaczył.
Byłbym mógł pomówić o tym z hrabiną de Tracy, ale w owym
czasie byłem przeraźliwie niezręczny, a i dziś także trochę.</akap>


<akap>Panna Cabanis mimo swoich sześciu stóp chciała wyjść za mąż;
wyszła za małego dansera<pe><slowo_obce>danser</slowo_obce> (z fr.) --- tancerz.</pe> z peruczką starannie uczesaną, pana
Dupaty, niby to rzeźbiarza, autora <tytul_dziela>Ludwika XIII</tytul_dziela>, z place Royale,
konno na czymś podobnym do muła.</akap>


<akap>Ów muł jest to arabski koń, którego często widywałem u pana
Dupaty. Ten biedny koń męczył się w kącie pracowni. Pan
Dupaty przyjmował mnie bardzo serdecznie jako piszącego
o Włoszech i autora historii malarstwa. Trudno było być <wyroznienie>przyzwoitszym</wyroznienie> i bardziej wyzutym z wszelkiego ciepła, porywu,
zapału niż ten zacny człowiek. Ostatnie rzemiosło dla tych
paryżan, tak dbałych o siebie, tak czyściutkich, tak <wyroznienie>przyzwoitych</wyroznienie> --- to rzeźba.</akap>


<akap>Ów Dupaty, tak grzeczny, był przy tym bardzo odważny ---
powinien był zostać w wojsku.</akap>


<akap>Poznałem u pani Cabanis porządnego człowieka, ale strasznego
mieszczucha, bardzo ciasnego i drobiazgowego w całej swojej
domowej polityce. Jedynym celem pana Thurot<pe><slowo_obce>Thurot, Jean-François</slowo_obce> (1768--1832) --- francuski filozof i hellenista.</pe>, profesora greczyzny, było zostać członkiem Akademii Napisów. Przez potworny kontrast człowiek ten, który nosa nie obtarł, aby nie pomyśleć przy tym o skaptowaniu<pe><slowo_obce>skaptować</slowo_obce> (daw.) --- pozyskać kogoś.</pe> jakiejś próżności zdolnej wpłynąć o tysiąc
mil na jego nominację, był <wyroznienie>ultraliberalny</wyroznienie>! To nas zbliżyło
zrazu, ale niebawem jego żona, mieszczka, do której nigdy nie
odzywałem się inaczej niż z musu, uznała, że jestem nieostrożny.</akap>
<akap>Jednego dnia pan de Tracy i pan Thurot spytali mnie o moje
przekonania polityczne. Zraziłem obu swoją odpowiedzią:</akap>


<akap_dialog>--- Gdybym był przy władzy, ogłosiłbym na nowo listę emigrantów i oświadczył, że Napoleon, skreślając ich, uzurpował sobie
władzę, której nie miał. Trzy czwarte wymarło, resztę wygnałbym gdzieś w Pireneje i do paru sąsiednich departamentów. Kazałbym
otoczyć tych kilka departamentów wojskiem, które dla ostentacji<pe><slowo_obce>dla ostentacji</slowo_obce> --- na pokaz.</pe>
biwakowałoby przez sześć miesięcy w roku. Każdego emigranta,
który by wychylił nos, zastrzelić bez litości.</akap_dialog>


<akap>Dobra ich, zwrócone przez Napoleona, kazałbym sprzedać
kawałkami nie większymi od dwóch morgów<pe><slowo_obce>morga</slowo_obce> --- daw. miara powierzchni, ok. 56 arów.</pe>. Emigranci pobieraliby pensje po 1000, 2000 czy 3000 franków rocznie. Mogliby
wybrać sobie miejsce pobytu za granicą. Ale gdyby włóczyli się po
świecie, aby intrygować --- koniec z pensją.</akap>


<akap>Twarze pp. Thurot i de Tracy wydłużyły się podczas tego
wykładu, wydałem się okrutnikiem tym małym duszyczkom
wydelikaconym paryską grzecznością. Pewną obecną tam młodą
kobietę zachwyciły moje idee, a zwłaszcza zupełna nieopatrzność,
z jaką się odsłaniałem --- wydałem się jej Huronem<pe><slowo_obce>Huron</slowo_obce> --- bohater z <tytul_dziela>Prostaczka</tytul_dziela> Woltera, Indianin, charakteryzujący się bezpośredniością i prostotą w sposobie bycia.</pe> (powiastka
Woltera).</akap>


<akap><begin id="b1347976485741-3981248861"/><motyw id="m1347976485741-3981248861">Pożądanie, Pocałunek</motyw>Życzliwość tej kobiety pocieszyła mnie po wielu niepowodzeniach. Nigdy nie byłem całkowicie jej kochankiem. Była nadzwyczaj zalotna, bardzo zajęta strojem, wciąż rozmawiająca z przystojnymi mężczyznami, żyjąca blisko z najświetniejszą kompanią
z lóż Opera Buffa.</akap>


<akap>Zmieniam trochę rysy, aby jej nie poznano. Gdybym miał ten
rozum, aby jej dać do zrozumienia, że ją kocham, byłaby
prawdopodobnie bardzo rada<pe><slowo_obce>rad</slowo_obce> (daw.) --- zadowolony.</pe>. Faktem jest, że nie kochałem jej na
tyle, aby zapomnieć, że nie jestem piękny. Ona zapomniała o tym.
Kiedy raz wyjeżdżałem z Paryża, powiedziała mi u siebie w salonie: ,,Mam panu słówko do powiedzenia", i w korytarzu wiodącym do przedpokoju, gdzie na szczęście nie było nikogo, pocałowała mnie w usta, co jej oddałem z zapałem.<end id="e1347976485741-3981248861"/> Wyjechałem
nazajutrz i wszystko skończyło się na tym.</akap>


<akap>Ale nim przyszło do tego, ,,uradziliśmy" z sobą kilka lat, jak
mówią w Szampanii. Opowiadała mi wiernie na moją prośbę
wszystko, co mówiono o mnie złego.</akap>


<akap>Robiła to w uroczy sposób, zdawało się, że ani nie zgadza się,
ani nie przeczy. Mieć takiego ministra policji to najmilsza rzecz
w miłostkach paryskich, poza tym tak nudnych.</akap>


<akap>Nie ma nikt pojęcia o okropnościach, jakich się człowiek
dowiaduje. Jednego dnia powiedziała mi:</akap>


<akap_dialog>--- Pan ***, szpieg, powiedział u pana de Tracy: ,,Oho, pan
Beyle ma nowe ubranie, znać, że Pasta<pe><slowo_obce>Pasta, Giuditta</slowo_obce> (1797--1865) --- włoska sopranistka, znana z występów w Paryżu.</pe> miała benefis".</akap_dialog>


<akap>Bzdurstwo to przyjęto z uznaniem --- pan de Tracy nie przebaczył mi publicznego (mimo że niewinnego) stosunku z tą słynną
aktorką.</akap>


<akap>Zabawne jest, że Celina, która mi powtarzała odezwanie
szpiega, była może sama zazdrosna o moje przesiadywanie
u Pasty.</akap>


<akap>O którejkolwiek porze skończył się mój wieczór gdzie indziej,
szedłem do pani Pasta (ulica Richelieu, naprzeciwko Biblioteki,
Hôtel des Lillois, nr 63). Mieszkałem o sto kroków, pod numerem
47. Znudzony mruczeniem odźwiernego, bardzo niezadowolonego, że musi otwierać często o trzeciej rano, zamieszkałem
w końcu w tym samym hotelu, co Pasta. Dwa tygodnie potem
akcje moje spadły o 70% w salonie pani de Tracy. Popełniłem
wielki błąd, że się nie poradziłem swojej przyjaciółki, pani de
Tracy. Postępowanie moje w owej epoce było szeregiem kaprysów. Gdybym nawet był margrabią, pułkownikiem i miał 40 000
franków renty, i tak byłbym się zgubił w końcu.</akap>


<akap>Kochałem namiętnie nie muzykę, ale wyłącznie muzykę Cimarosy<pe><slowo_obce>Cimarosa, Domenico</slowo_obce> (1749--1801) --- kompozytor włoski z okresu klasycyzmu.</pe> i Mozarta<pe><slowo_obce>Mozart, Wolfgang Amadeusz</slowo_obce> (1756--1791) --- wybitny kompozytor austriacki, zaliczany do tzw. klasyków wiedeńskich.</pe>. Salon Pasty był miejscem spotkania wszystkich
mediolańczyków, którzy przyjeżdżali do Paryża. Przez nich
czasami przypadkiem słyszałem imię Metyldy.</akap>


<akap>Metylda w Mediolanie dowiedziała się, że ja przesiaduję u aktorki. Ta myśl wyleczyła ją może do reszty.</akap>


<akap>Byłem zupełnie ślepy na wszystko. Przez całe lato grałem
w faraona<pe><slowo_obce>faraon</slowo_obce> --- rodzaj gry w karty.</pe> do rana u Pasty, milczący, szczęśliwy, że słyszę dialekt
mediolański, i oddychający wszystkimi zmysłami ideą Metyldy.
Szedłem do mego uroczego pokoju na trzecim piętrze i poprawiałem ze łzami w oczach korekty <tytul_dziela>Miłości</tytul_dziela>. To jest książka pisana
ołówkiem w Mediolanie w chwilach uspokojenia. Pracować nad nią w Paryżu sprawiało mi ból, nie mogłem nigdy zdobyć się na to,
aby ją uporządkować.</akap>


<akap><begin id="b1347976650890-91010247"/><motyw id="m1347976650890-91010247">Literat</motyw>Literaci mówią: ,,W innych krajach mogą ludzie mieć pomysły, ale <wyroznienie>napisać książkę</wyroznienie> --- umieją tylko we Francji". Tak,
jeśli jedynym celem książki jest <wyroznienie>wyłożyć jakąś myśl</wyroznienie>; nie,
jeśli się pragnie równocześnie budzić uczucie, dać jakiś jego
odcień. <end id="e1347976650890-91010247"/></akap>


<akap>Prawidła<pe><slowo_obce>prawidła</slowo_obce> --- zasady, reguły.</pe> francuskie dobre są jedynie dla dzieł historycznych,
na przykład <tytul_dziela>Historia regencji</tytul_dziela> pana Lemontey<pe><slowo_obce>Lemontey, Pierre-Édouard</slowo_obce> (1762--1826) --- historyk, adwokat i polityk francuski.</pe>, której styl prawdziwie akademicki podziwiałem dziś rano. Przedmowa pana
Lemontey (skąpca, którego często widywałem u hrabiego Beugnot) może uchodzić za wzór tego akademickiego stylu.</akap> 


<akap>Spodobałbym się prawie na pewno głupcom, gdybym zadał
sobie trud przyrządzenia w ten sposób paru kawałków niniejszej
gadaniny. Ale może pisząc to tak, jak list, po trzydzieści stronic na
seans, <wyroznienie>nieświadomie</wyroznienie>, oddam <wyroznienie>podobieństwo</wyroznienie>.</akap>


<akap><begin id="b1350742960173-1634133888"/><motyw id="m1350742960173-1634133888">Prawda</motyw>Otóż, przede wszystkim, ja chcę mówić prawdę. Co to byłby za
cud w tym wieku komedii, w społeczeństwie, którego trzy
czwarte aktorów to szarlatany równie bezwstydne jak pan Magendie albo hrabia Regnault de Saint-Jean-d'Angély, albo baron
Gerard!<end id="e1350742960173-1634133888"/></akap>


<akap>Jedną z cech epoki rewolucji (1789--1832) jest to, że nie ma
wielkiego sukcesu bez nijakiego bezwstydu, a nawet zdecydowanego szarlatanizmu. Jeden La Fayette jest powyżej szarlatanizmu, którego nie trzeba mieszać z uprzejmością, <wyroznienie>bronią  konieczną</wyroznienie> u głowy stronnictwa.</akap>


<akap>Poznałem u pani Cabanis człowieka, który z pewnością nie jest
szarlatanem: pan Fauriel<pe><slowo_obce>Fauriel, Claude Charles</slowo_obce> (1772--1844) --- historyk i filolog francuski.</pe> (dawny kochanek pani Condorcet). Jest
to, obok pana Mérimée<pe><slowo_obce>Mérimée, Prosper</slowo_obce> (1803--1870) --- francuski dramaturg, pisarz i archeolog.</pe> i mnie, jedyny znany mi przykład
,,nieszarlatanizmu" wśród ludzi pióra.</akap>


<akap>Toteż pan Fauriel nie ma żadnej reputacji. Jednego dnia
księgarz Bossange ofiarował mi pięćdziesiąt egzemplarzy jednej
z jego książek, jeśli zechcę nie tylko napisać piękny reklamowy
artykuł, ale jeszcze umieścić go w pewnym dzienniku, gdzie
wówczas (na dwa tygodnie) byłem w łaskach. Oburzyłem się
i obiecałem napisać artykuł za jeden egzemplarz. Niebawem
wstręt do nadskakiwania tym plugawym lokajom położył koniec
moim stosunkom z dziennikarzami i mam sobie do wyrzucenia, że
nie napisałem tego artykułu.</akap>


<akap>Ale to się działo w 1826 albo 1827. Wróćmy do 1821. Pan
Fauriel, traktowany pogardliwie przez panią Condorcet, po jej
śmierci (była to kobieta tylko do przyjemności fizycznej) chodził
często do małej jędzy, trochę garbatej, panny Clarke.</akap>


<akap>Była to Angielka, inteligentna, nie można zaprzeczyć, ale
inteligencja jej była taka jak rogi giemzy<pe><slowo_obce>giemza</slowo_obce> --- koza.</pe>: sucha, twarda i kręta.
Pan Fauriel, który w owym czasie wysoko mnie cenił, zaprowadził mnie rychło do panny Clarke. Zastałem mego przyjaciela,
który tam był wyrocznią, Augustyna Thierry<pe><slowo_obce>Thierry, Jacques Nicolas Augustin </slowo_obce> (1795--1856) --- historyk francuski.</pe>, autora historii
podboju Wilhelma. Uderzyły mnie wspaniałe rysy pani Belloc
(żony malarza), zdumiewająco podobnej do lorda Byrona<pe><slowo_obce>Byron, Georges</slowo_obce> (1788--1824) --- poeta, czołowy przedstawiciel angielskiego romantyzmu; zwolennik europejskich ruchów niepodległościowych.</pe>, którego wówczas uwielbiałem. Pewien sprytny człowiek, który mnie
brał za Makiawela<pe><slowo_obce>Machiavelli, Niccolò</slowo_obce> (1469--1527) --- florencki prawnik i teoretyk polityki; najbardziej znany z dzieła <tytul_dziela>Książę</tytul_dziela>, propagującego dość cyniczny sposób sprawowania władzy oraz maksymę ,,cel uświęca środki".</pe>, dlatego że wracałem z Włoch, powiedział mi:</akap>

<akap>--- Czy pan nie rozumie, że pan straci na próżno czas z panią
Belloc? Ona się kocha z panną Montgolfier (mały okropny
potworek z pięknymi oczami).</akap>


<akap>Byłem oszołomiony i swoim makiawelizmem, i swoją rzekomą
miłością do pani Belloc, i jeszcze bardziej amorami tej damy.
Może coś w tym było.</akap>


<akap>Po roku czy dwóch panna Clarke zrobiła mi jakąś głupią scenę,
wskutek czego przestałem u niej bywać, a pan Fauriel, co mi
bardzo przykro, wziął jej stronę.</akap>


<akap>Fauriel i Wiktor Jacquemont przerastają o wiele głów wszystkich moich znajomych z tych pierwszych miesięcy po powrocie do
Paryża. Hrabina de Tracy była co najmniej na tej samej wysokości. W gruncie dziwiłem albo gorszyłem wszystkich znajomych.
Byłem potworem albo bogiem. Jeszcze dziś całe towarzystwo
panny Clarke wierzy niezłomnie, że ja jestem potwór, zwłaszcza
potwór niemoralności. Czytelnik wie, co o tym sądzić: byłem
tylko raz u dziewcząt, a przypominacie sobie może moje sukcesy
przy niebiańsko pięknej Aleksandrynie.</akap>


<akap>Oto moje życie w owej epoce. </akap>


<akap>Wstawszy o dziesiątej, znajdowałem się wpół do jedenastej
w Kawiarni Roueńskiej, gdzie spotykałem barona de Lussinge
i kuzyna mego Colomb, człowieka nieskazitelnego, sprawiedliwego, rozsądnego, mego przyjaciela od dzieciństwa. Nieszczęście w tym, że ci dwaj ludzie nie rozumieli absolutnie nic z teorii serca
ludzkiego ani też z ilustrowania tego serca literaturą i muzyką.
Rozprawy bez końca na te tematy, konsekwencje wyciągane
z każdej noweli i <wyroznienie>dobrze umotywowanej</wyroznienie> anegdoty stanowią konwersację absolutnie najbardziej dla mnie interesującą.
Mérimée<pe><slowo_obce>Mérimée, Prosper</slowo_obce> (1803--1870) --- francuski dramaturg, pisarz i archeolog.</pe>, którego tak cenię, również, jak się okazało, nie smakował w rozmowie tego rodzaju.</akap>


<akap><begin id="b1350743322493-3541513827"/><motyw id="m1350743322493-3541513827">Małżeństwo</motyw>Mój przyjaciel z dzieciństwa, zacny Crozet (naczelny inżynier
departamentu Izery), celuje w tym rodzaju. Ale żona jego wydarła
mi go od wielu lat, zazdrosna o naszą przyjaźń. Cóż za szkoda! Co
to byłby za niepospolity człowiek ten Crozet, gdyby mieszkał
w Paryżu. Małżeństwo, a zwłaszcza prowincja, zadziwiająco postarzają człowieka: myśl staje się leniwa, funkcje mózgu, przez to, że
rzadkie, stają się uciążliwe, a w końcu niemożliwe.<end id="e1350743322493-3541513827"/></akap>


<akap>Spożywszy ze smakiem filiżankę wybornej kawy i dwa rogaliki,
odprowadzałem Lussinge'a do jego biura. Szliśmy Tuileriami
i wybrzeżem, zatrzymując się przed każdą wystawą ze sztychami<pe><slowo_obce>sztych</slowo_obce> --- rycina wykonana na metalowej płycie.</pe>. Kiedy się rozstałem z Lussinge'em, zaczynał się dla mnie okropny
moment dnia. Szedłem w owe straszliwe upały szukać cienia
i trochę chłodu pod wielkimi kasztanami w Tuileriach. ,,Skoro
nie mogę zapomnieć, czy nie lepiej byłoby zabić się?" --- powiadałem sobie. Wszystko mi ciążyło. Miałem jeszcze w 1821 resztki
owej miłości do malarstwa włoskiego, która mi kazała pisać na ten
temat w 1816 i 1817. Szedłem do muzeum za biletem, o który
wystarał mi się Lussinge. Widok tych arcydzieł przypominał mi
tylko tym żywiej Brera i Metyldę. Kiedy spotkałem francuski
odpowiednik tego imienia w jakiejś książce, mieniłem się na
twarzy.</akap>


<akap><begin id="b1347977141551-923126147"/><motyw id="m1347977141551-923126147">Wspomnienia</motyw>Mam bardzo mało wspomnień z owych dni, wszystkie były
podobne do siebie. Wszystko, co ludziom podoba się w Paryżu,
budziło we mnie wstręt. Mimo że sam liberał, miałem liberałów za
straszliwych dudków<pe><slowo_obce>dudek</slowo_obce> (daw., pot.) --- głupiec.</pe>. Słowem, widzę, że ze wszystkiego, co
widywałem wówczas, zachowałem smutne i upokarzające wspomnienie.<end id="e1347977141551-923126147"/></akap>


<akap>Gruby Ludwik XVIII<pe><slowo_obce>Ludwik XVIII</slowo_obce> (1755--1824) --- król Francji z dynastii Burbonów od 1814.</pe> --- ze swymi wołowymi oczami, wleczony
wolno przez sześć tłustych koni --- którego spotykałem bez ustanku, budził we mnie szczególny wstręt.</akap>


<akap>Kupiłem kilka sztuk Szekspira w wydaniu angielskim, po 30 su<pe><slowo_obce>su</slowo_obce> --- (właśc. sous) dawna drobna moneta francuska.</pe>
sztuka. Czytałem je w Tuileriach i często rzucałem książkę, aby
myśleć o Metyldzie. Wnętrze mego samotnego pokoju było dla
mnie okropne.</akap>


<akap>Wreszcie nadchodziła piąta, pędziłem do <slowo_obce>table d'hôte<pe><slowo_obce>table d'hôte</slowo_obce> (fr.) --- rodzaj kilkudaniowego posiłku w hotelu, który podaje się wszystkim gościom o ustalonych godzinach i po określonej wcześniej cenie.</pe></slowo_obce> Hotelu
Brukselskiego. Tam odnajdywałem Lussinge'a, ponurego, zmęczonego, znudzonego; dzielnego Barot, eleganckiego Poitevin,
kilku oryginałów hotelowych, rodzaj, który ociera się o rycerza
przemysłu z jednej strony, a o pokątnego konspiratora z drugiej.
Przy tym stole spotkałem pana Alpy, niegdyś adiutanta generała
Michaud, który przynosił buty generałowi. Zdumiony ujrzałem
go tam jako pułkownika i zięcia pana Kentzingera, głupiego,
bogatego ministeriała<pe><slowo_obce>ministeriał</slowo_obce> --- urzędnik.</pe> i mera<pe><slowo_obce>mer</slowo_obce> --- przewodniczący rady miejskiej lub rady gminy.</pe> Strasburga. Nie odzywałem się ani
do pułkownika, ani do jego teścia. Uderzył mnie pewien człowiek
chudy, dość wysoki, żółty i gadatliwy. Było trochę świętego ognia
Jana Jakuba Rousseau<pe><slowo_obce>Russeau, Jean Jacques</slowo_obce> (1712--1778) --- francuskojęzyczny pisarz i myśliciel pochodzący ze Szwajcarii, twórca epoki schyłkowego oświecenia, sentymentalizmu, prekursor romantyzmu.</pe> w jego frazesach na cześć Burbonów, które
obecnym wydawały się płaskie i śmieszne. Ten człowiek ---
antypody wdzięku --- miał wygląd austriackiego oficera, później
stał się sławny: to pan Vourvoisier, minister sprawiedliwości.
Lussinge znał go z Bensançon.</akap> 


<akap>Po obiedzie kawa była jeszcze dla mnie dobrym momentem,
wręcz przeciwnie do przechadzki po bulwarze Gand, bardzo
modnym wówczas i pełnym kurzu. To miejsce, <slowo_obce>rendez-vous<pe><slowo_obce>rendez-vous</slowo_obce> (fr.) --- tu: miejsce spotkań towarzyskich.</pe></slowo_obce>
podrzędnych elegantów, oficerów gwardii, dziewcząt i rywalizujących z nimi eleganckich mieszczanek --- to była dla mnie męka.</akap>


<akap>Tam spotykałem mego przyjaciela dzieciństwa, hrabiego de
Barral, miłego i kochanego chłopca, wnuka słynnego skąpca,
który sam zaczynał w trzydziestym roku życia zdradzać oznaki tej
smutnej choroby.</akap>


<akap>Margrabia de Barral, jego dziadek...</akap>


<akap>W 1810, zdaje mi się, kiedy de Barral przegrał w karty wszystko, co
miał, pożyczyłem mu trochę pieniędzy i zmusiłem go,
aby jechał do Neapolu. Ojciec jego, bardzo przyzwoity człowiek,
dawał mu rocznie 6000 franków.</akap>


<akap>Po kilku latach Barral, wróciwszy z Neapolu, zastał mnie
żyjącego z uroczą aktorką, która co wieczór, między jedenastą
a dwunastą, kładła się do mego łóżka. Ja wracałem o pierwszej,
robiliśmy sobie kolacyjkę, ot, zimna kuropatwa i szampańskie.
Stosunek ten trwał dwa czy trzy lata. Panna B[éreyter] miała
przyjaciółkę, córkę słynnego Rose, kupca skórzanych spodni.
Molé, słynny aktor, uwiódł trzy siostry, urocze dziewczyny.
Jedna z nich jest dziś margrabiną de D. Aneta, przechodząc z rąk
do rąk, żyła w końcu z jakimś podrzędnym giełdziarzem. Tak ją
zachwalałem Barralowi, że się w niej rozkochał. Namówiłem
ładną Anetę, aby rzuciła swego paskudnego spekulanta. Barral
nie miał dosłownie pięciu franków drugiego dnia w miesiącu.
Pierwszego, wróciwszy od swego bankiera z 500 frankami, szedł
wykupić zegarek, który był w zastawie, i przegrać 400 franków,
które mu zostawały. Zadałem sobie trochę trudu, wyprawiłem
dwa obiady dla obu stron wojujących, u Véry’ego w Tuileriach,
i w końcu nakłoniłem Anetę, aby została intendentem hrabiego
i żyła z nim rozsądnie z 500 franków ojcowskich. Dziś (1832) jest
już dziesięć lat, jak to stadło trwa. Na nieszczęście Barral został
bogatym, ma co najmniej 20 000 franków renty, i z bogactwem
przyszło nań potworne skąpstwo.</akap>


<akap>W r. 1817 byłem bardzo zakochany w Anecie przez dwa
tygodnie, po czym zraziły mnie jej <wyroznienie>ciasne</wyroznienie> i <wyroznienie>paryskie</wyroznienie>
pojęcia. To jest dla mnie najpewniejsze lekarstwo na miłość.
Wieczorem w kurzu bulwaru Gand spotykałem tego przyjaciela
dzieciństwa i poczciwą Anetę. Nie wiedziałem, o czym z nimi mówić. Ginąłem z nudów i smutku, dziewczęta nie bawiły mnie.
Wreszcie koło wpół do jedenastej szedłem do pani Pasta na
faraona. Na swoje utrapienie przybywałem pierwszy i byłem
skazany na kuchenną na wskroś konwersację Racheli, matki
Giuditty. Ale mówiła po mediolańsku. Czasami zastawałem jakiegoś głuptasa, świeżo przybyłego z Mediolanu, którego zaprosiła
na obiad. Pytałem nieśmiało tych dudków o wszystkie ładne
kobiety w Mediolanie. Raczej bym zginął, niż bym wymienił
Metyldę, ale czasem sami z siebie mówili mi o niej. Te wieczory
stanowiły epokę w moim życiu. Wreszcie zaczynał się faraon.
Tam, pogrążony w głębokiej zadumie, przegrywałem lub wygrywałem 30 franków w ciągu czterech godzin.</akap>


<akap><begin id="b1347977536590-2598884354"/><motyw id="m1347977536590-2598884354">Pozycja społeczna</motyw>Tak dalece zatraciłem wszelką troskę o swój honor, że kiedy
przegrałem więcej, niż miałem w kieszeni, powiadałem do wygrywającego: ,,Chce pan, abym wstąpił do siebie?". Odpowiadał:
,,<slowo_obce>Non, si figuri!</slowo_obce>"<pe><slowo_obce>Non, si figuri!</slowo_obce> (wł.) --- Ależ skąd!</pe>. I płaciłem aż nazajutrz. Głupstwo to, często
powtarzane, stworzyło mi reputację biedaka. Spostrzegłem to
później po współczuciu, jakim mnie obdarzał zacny Pasta, mąż
Judyty, kiedy widział, że przegrałem 30 albo 35 franków. Ale
nawet zorientowawszy się, nie zmieniłem postępowania.<end id="e1347977536590-2598884354"/></akap>







<naglowek_rozdzial>Rozdział VI</naglowek_rozdzial>






<akap>Czasami notowałem na książce, którą kupiłem, datę i stan
uczuciowy, w jakim byłem. Może znajdę jakieś daty na swoich
książkach. Nie bardzo wiem, skąd mi przyszło do głowy jechać do
Anglii. Napisałem do pana ***, mojego bankiera, aby mi dał list
kredytowy na 1000 talarów do Londynu; odpowiedział, że mam
już u niego tylko 126 franków. Miałem pieniądze nie wiem gdzie,
może w Grenobli, ściągałem je i pojechałem.</akap>


<akap>Pierwsza moja myśl o Londynie przyszła mi w ten sposób
w 1821. Jednego dnia, koło 1816, zdaje mi się w Mediolanie,
rozmawiałem o samobójstwie ze słynnym Broughamem<pe><slowo_obce>Brougham, Henry Peter</slowo_obce> (1778--1868) --- polityk, prawnik i dziennikarz brytyjski, kanclerz w latach 1830-1834.</pe> (dziś lord
Brougham, kanclerz Anglii, który niebawem umrze z przepracowania).</akap>


<akap_dialog>--- Cóż przykrzejszego --- rzekł Brougham --- niż myśl, że wszystkie dzienniki ogłoszą, żeś pan sobie strzelił w łeb, i potem zaczną
włazić w pańskie życie prywatne, szukając powodów? To może
obrzydzić zabijanie się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż prostszego --- odparłem --- niż przyzwyczaić się odbywać
przejażdżkę po morzu rybackim statkiem? Jednego dnia w burzliwy czas wpada się do morza przypadkiem.</akap_dialog>


<akap>Ta myśl podróży morskiej skusiła mnie. Jedynym czytelnym
dla mnie pisarzem był Szekspir, cieszyłem się, że go zobaczę na
scenie. Nie widziałem nic Szekspira w 1817 za mojej pierwszej
podróży do Anglii.</akap>


<akap>Kochałem namiętnie w życiu jedynie Cimarosę, Mozarta i Szekspira. W Mediolanie w 1820 miałem ochotę wyryć to na swoim
grobie. Myślałem co dnia o tym napisie, przeświadczony, że nie
będę miał spokoju aż w grobie. Wyobrażałem sobie tabliczkę
marmurową w kształcie karty do gry:</akap>






<poezja_cyt><strofa><slowo_obce>ERRICO BEYLE</slowo_obce>/
<slowo_obce>MILANESE</slowo_obce>/
<slowo_obce>VISSE, SCRISSE, AMO</slowo_obce>/
<slowo_obce>QUEST'ANIMA</slowo_obce>/
<slowo_obce>ADORAVA</slowo_obce>/
<slowo_obce>CIMAROSA, MOZART</slowo_obce>/
<slowo_obce>E SHAKESPEARE</slowo_obce>/
<slowo_obce>MORI DI ANNI ...</slowo_obce>/
<slowo_obce>II ... 18 ...</slowo_obce><pe><slowo_obce>Henryk Beyle</slowo_obce> --- z włoskiego: mediolańczyk, żył, pisał, kochał. Wielbił Cimarosę, Mozarta
i Szekspira. Zmarł przeżywszy lat... dnia... 18...</pe></strofa></poezja_cyt>




<akap>Nie dodawać żadnego szpetnego znaku, żadnej płaskiej ozdoby, kazać wyryć ten napis wersalikami. Nienawidzę Grenobli,
przybyłem do Mediolanu w maju 1800, kocham to miasto. Tam
znalazłem największe rozkosze i największe cierpienia, tam zwłaszcza --- co tworzy ojczyznę --- znalazłem pierwsze rozkosze. Tam
pragnę spędzić starość i umrzeć.</akap>






<akap>Ileż razy kołysany na samotnej barce falami jeziora Como,
powiadałem sobie z upojeniem:</akap>






<poezja_cyt><strofa>
<slowo_obce>Hic... captabis frigus opacum</slowo_obce>!<pe><slowo_obce>Hic... captabis frigus opacum!</slowo_obce> --- parafraza słów z <tytul_dziela>Bukolik</tytul_dziela> Wergiliusza (ekloga I): ,,Tu... będziesz zażywał cienia i chłodu u świętych strumieni".</pe>
</strofa></poezja_cyt>






<akap>Jeśli zostawię fundusz na sporządzenie tej tabliczki, proszę,
aby ją pomieszczono na cmentarzu Andilly, koło Montmorency,
wystawioną na wschód. Ale zwłaszcza chcę nie mieć innego
pomnika, nic paryskiego, żadnego konceptu, nie cierpię tego
rodzaju. Nie cierpiałem go jeszcze więcej w 1821. Dowcip
francuski w paryskich teatrach doprowadzał mnie niemal do tego,
że chciałem krzyczeć głośno: ,,Kanalie...! Kanalie...! Kanalie...!". Wychodziłem po pierwszym akcie. Kiedy muzyka francuska łączyła się z francuskim dowcipem, <wyroznienie>wstręt</wyroznienie> dochodził do
tego, że stroiłem grymasy i robiłem z siebie widowisko. Pani de
Longueville dała mi raz swoją lożę w Teatrze Feydeau. Na
szczęście nie wziąłem z sobą nikogo. Uciekłem po kwadransie,
robiąc pocieszne miny i ślubując, że nie wrócę tam dwa lata;
dotrzymałem przysięgi.</akap>


<akap>Wszystko, co jest podobne do powieści pani de Genlis<pe><slowo_obce>de Genlis, Félicité de</slowo_obce> (1746--1830) --- pisarka i harfistka francuska.</pe>, do
poezji pp. Legouvé, Jouy, Campenon<pe><slowo_obce>Campenon, François-Nicolas-Vincent </slowo_obce> (1772--1843) --- poeta i tłumacz francuski.</pe>, Treneuil<pe><slowo_obce>Treneuil, J.</slowo_obce> (1763--1818) --- poeta francuski.</pe>, budziło we mnie
ten sam wstręt.</akap>


<akap>Nic pospolitszego, niż pisać to w roku 1832, wszyscy tak myślą.
W 1821 Lussinge drwił sobie z mojej nieznośnej pychy, kiedy
objawiałem swoją nienawiść. Wnosił stąd, że z pewnością pan de
Jouy albo pan Campenon skrytykował okrutnie jakiś mój utwór.
Krytyk, który sobie drwił ze mnie, budzi we mnie zupełnie inne
uczucie. Kiedy odczytuję jego krytykę, rozważam za każdym
razem, kto z nas ma rację, on czy ja.</akap>


<akap>Pojechałem do Londynu, zdaje się, we wrześniu 1821. Czułem
do Paryża jedynie wstręt. Byłem ślepy, powinienem był prosić
o radę hrabinę de Tracy. Ta cudowna kobieta, którą kochałem jak
matkę --- nie, ale jak eksładną kobietę, bez cienia ziemskiej miłości
--- miała wówczas sześćdziesiąt trzy lata. Odepchnąłem jej przyjaźń
swoim brakiem zaufania. Powinienem był zostać przyjacielem ---
nie, kochankiem Celiny. Nie wiem, czy byłoby mi się wówczas
powiodło jako kochankowi, ale widzę dziś jasno, że byłem na
granicy serdecznej przyjaźni. Powinienem był nie odrzucać wznowienia znajomości z hrabiną Bertois.</akap>


<akap><begin id="b1347977759497-1042648034"/><motyw id="m1347977759497-1042648034">Zwątpienie</motyw>Byłem w rozpaczy lub, aby rzec lepiej, głęboko zbrzydzony
życiem, Paryżem, sobą zwłaszcza. Widziałem w sobie wszystkie
błędy, byłbym chciał być inny. Jechałem do Londynu szukać
lekarstwa na spleen<pe><slowo_obce>spleen</slowo_obce> (z ang.) --- stan przygnębienia i złości; apatia; depresja.</pe>, i znalazłem go tam po trosze.<end id="e1347977759497-1042648034"/> Trzeba było
wznieść górę między sobą a widokiem katedry mediolańskiej. Sztuki Szekspira i aktor Kean<pe><slowo_obce>Kean, Edmund</slowo_obce> (1787--1833) --- angielski aktor teatralny, popularny także w Stanach Zjednoczonych.</pe> (wymawiaj: kin) stały się tym
wydarzeniem.</akap>


<akap><begin id="b1347977847475-563535304"/><motyw id="m1347977847475-563535304">Artysta</motyw>Dość często spotykałem w towarzystwie ludzi, którzy mnie
komplementowali za jakiś mój utwór; napisałem do owego czasu
dość mało. Ale po tym komplemencie nie wiedzieliśmy, co do
siebie mówić. Tym komplemencistom paryskim, oczekującym
jakiejś sprytnej odpowiedzi, musiałem się wydać bardzo niezręczny, może bardzo zarozumiały. Przyzwyczajony jestem do tego, że
wydaję się czymś przeciwnym, niż jestem. Patrzę i zawsze
patrzyłem na swoje utwory jak na bilety na loterię. Zależy
mi tylko na tym, aby mnie przedrukowywano w r. 1900.<end id="e1347977847475-563535304"/> Petrarka liczył na swój poemat łaciński <tytul_dziela>Afryka</tytul_dziela>, a nie dbał o swoje sonety.</akap>
<akap>Między komplemencistami dwóch sprawiło mi przyjemność.
Jeden, pięćdziesięcioletni, wysoki i piękny mężczyzna, podobny
był zadziwiająco do <tytul_dziela>Jupiter Mansuetus<pe><slowo_obce>Jupiter Mansuetus</slowo_obce> (łac.) --- Jowisz Łagodny (a. obłaskawiony).</pe></tytul_dziela>. W 1821 byłem jeszcze
pełen uczuć, które mi kazały napisać cztery lata wprzódy początek
drugiego tomu <tytul_dziela>Historii malarstwa</tytul_dziela>. Ten tak urodziwy komplemencista mówił z afektacją o listach Woltera<pe><slowo_obce>Wolter</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>François-Marie Arouet</slowo_obce> (1694--1778) --- fr. filozof, publicysta i wolnomyśliciel.</pe>. Był skazany na
śmierć w Neapolu w 1800 albo w 1799. Nazywał się di Fiori i jest
dziś najdroższym z moich przyjaciół. Dziesięć lat minęło, nim się zrozumieliśmy, wówczas nie wiedziałem, co odpowiedzieć na
jego zawijasy à la Wolter.</akap>


<akap>Drugi komplemencista miał wspaniałe angielskie włosy blond,
w puklach<pe><slowo_obce>pukle</slowo_obce> (daw.) --- loki.</pe>. Mógł mieć trzydzieści lat i nazywał się Edward
Edwards. Ekslampart bruku londyńskiego oraz komisarz wojenny, zdaje mi się, w armii okupacyjnej pod dowództwem księcia de
Wellington. Później, kiedy się dowiedziałem, że on był szlifibrukiem<pe><slowo_obce>szlifibruk</slowo_obce> (daw.) ---  próżniak, włóczęga miejski.</pe> Londynu, pisującym do dzienników, silącym się na zrobienie jakiego sławnego kalamburu<pe><slowo_obce>kalambur</slowo_obce> --- gra słów oparta na ich podobieństwie.</pe>, zdziwiłem się, że nie stał się
rycerzem przemysłu. Biedny Edward Edwards miał inny przymiot: był z natury bardzo odważny; z taką prostotą, że on, który
chwalił się wszystkim z próżnością, jeśli to możliwe, więcej niż
francuską i bez francuskiej dyskrecji, nie mówił nigdy o swojej
odwadze.</akap>


<akap>Poznałem pana Edwardsa w dyliżansie do Calais. Znalazłszy się
w towarzystwie francuskiego autora, czuł się w obowiązku mówić,
ku mojej rozkoszy. Liczyłem na krajobraz jako na rozrywkę. Otóż
nie ma nic tak płaskiego (dla mnie przynajmniej) jak droga przez
Abbeville, Montreuil-sur-Mer etc. Te długie białe drogi, rysujące się w oddali na lekko falistym terenie, byłyby dla mnie katastrofą,
gdyby nie paplanina Edwardsa.</akap>


<akap>Jednakże mury Montreuil oraz fajansowe<pe><slowo_obce>fajansowy</slowo_obce> --- czyli zrobiony z tworzywa ceramicznego, którego głównym składnikiem jest biała glinka.</pe> nakrycie do śniadania przypominały mi zupełnie Anglię. </akap>


<akap>Podróżowaliśmy z niejakim panem Schmidtem, ekssekretarzem
najplugawszego intryganta, radcy stanu Fréville, którego poznałem u pani Nardot (ulica de Ménars, nr 4). Ten biedny Schmidt,
zrazu dość uczciwy, został w końcu szpiegiem politycznym. Pan
Decazes posyłał go na kongresy, do wód w Akwizgranie. Wciąż
intrygując i w końcu, zdaje mi się, kradnąc, zmieniając pryncypała<pe><slowo_obce>pryncypał</slowo_obce> (daw.) --- zwierzchnik, przełożony.</pe> co pół roku, jednego dnia Schmidt spotkał mnie i powiedział
mi, że się żeni z <wyroznienie>rozsądku</wyroznienie>, nie z miłości, z córką marszałka
Oudinot, księcia Reggio, który miał co prawda cały pułk córek
i prosił o jałmużnę Ludwika XVIII co pół roku.</akap>


<akap_dialog>--- Żeń się jeszcze dzisiaj, drogi przyjacielu --- rzekłem zdziwiony.</akap_dialog>


<akap>W dwa tygodnie później dowiedziałem się, że książę Decazes,
zasłyszawszy nieszczęściem o gratce biednego Schmidta, czuł się
w obowiązku napisać słówko do teścia. Ale Schmidt był niezgorszy człowiek i dość dobry kompan. </akap>


<akap>W Calais zrobiłem wielkie głupstwo. Gadałem przy stole jak
człowiek, który nie mówił od roku. Byłem bardzo wesoły. Prawie
że się upiłem angielskim piwem. Jakiś oberwus, kapitan angielski
małego stateczku, coś mi się tam wtrącał, odpowiedziałem mu
wesoło i dobrodusznie. W nocy miałem okropną niestrawność,
pierwszą w życiu. W kilka dni później Edwards powiedział mi
oględnie (rzecz bardzo u niego rzadka), że powinienem był
odpowiedzieć kapitanowi ostro, a nie na wesoło.</akap>


<akap>Ten straszliwy błąd popełniłem już raz w 1813 w Dreźnie
wobec pana ***, który później zwariował. Nie jestem tchórzem,
coś podobnego nie zdarzyłoby mi się już dzisiaj. Ale za młodu,
kiedy wpadłem w szał opowiadania, byłem jak nieprzytomny,
cały przejęty pięknością obrazów, które starałem się oddać.
Ostrzeżenie Edwardsa było dla mnie niby pianie koguta dla
świętego Piotra. Dwa dni szukaliśmy angielskiego kapitana po
wszystkich plugawych szynkowniach, gdzie tego rodzaju ludzie
przesiadują.</akap>


<akap>Nazajutrz, zdaje mi się, Edwards powiedział mi z miarą,
uprzejmie i nawet z pewną elegancją:</akap> 
<akap>--- Każdy naród, widzi pan, ma swoje sposoby bicia się. Nasz
sposób angielski jest pocieszny etc., etc.</akap>


<akap>Rezultatem tej filozofii była prośba, abym pozwolił mu rozmówić się z kapitanem, który --- można się założyć dziesięć przeciw
jednemu --- mimo swej narodowej niechęci do Francuzów powie,
że absolutnie nie miał zamiaru mnie obrazić etc. Ale, ostatecznie,
gdyby się trzeba było bić, Edwards błagał mnie, abym mu
pozwolił bić się na moje miejsce.</akap>


<akap_dialog>--- Czy pan sobie kpi ze mnie? --- spytałem. Przyszło do ostrej
wymiany słów, ale w końcu przekonał mnie, że to był z jego strony
jedynie zbytek przyjaźni, i zaczęliśmy dalej szukać kapitana. Dwa
czy trzy razy uczułem, że wszystkie włosy jeżą mi się na rękach,
zdawało mi się, że poznaję kapitana. Myślałem nieraz później, że
byłoby mi ciężko bez Edwardsa, byłem pijany wesołością, paplaniem i piwem w tym Calais. Była to pierwsza moja niewierność
wspomnieniom Mediolanu.</akap_dialog>


<akap>W Londynie wzruszyły mnie bardzo przechadzki wzdłuż
Tamizy w stronę Little Chelsea (little chelsy). Były tam domki
strojne różami, istny poemat. Pierwszy raz wzruszyło mnie coś
tak ckliwego<pe><slowo_obce>ckliwy</slowo_obce> --- nadmiernie sentymentalny.</pe>.</akap>


<akap>Rozumiem dziś, że dusza moja była zawsze bardzo chora.
Miałem wstręt niemal hydrofobiczny do wszystkiego, co grube<pe><slowo_obce>gruby</slowo_obce> --- tu: prosty, prymitywny, pozbawiony wyrafinowania.</pe>.
Rozmowa ordynarnego prowincjonalnego kupca nudziła mnie
i osmucała na resztę dnia: na przykład bogaty bankier Karol
Durand z Grenobli, który odnosił się do mnie z przyjaźnią. Ten
nawyk z dzieciństwa, który przyprawił mnie o tyle czarnych chwil
między piętnastym a dwudziestym piątym rokiem, wracał mi
z całą siłą. Byłem tak nieszczęśliwy, że lubiłem znajome twarze.
Wszelka nowa fizjonomia<pe><slowo_obce>fizjonomia</slowo_obce> (daw.) --- twarz.</pe>, która w stanie zdrowia bawiła mnie,
wówczas była mi nieznośna.</akap>



<akap>Traf zaprowadził mnie do hotelu Tavistock, na Covent Garden. Jest to hotel dla zamożnych ludzi, którzy z prowincji
przybywają do Londynu. Mój pokój, zawsze otwarty w tej
ojczyźnie bezkarnych kradzieży, miał osiem stóp<pe><slowo_obce>stopa</slowo_obce> --- dawna miara długości, ok. 30 cm.</pe> na dziesięć. Ale
w zamian za to śniadanie było w salonie, który miał może sto stóp
długości, trzydzieści szerokości, a dwadzieścia wysokości. Tam
jadło się, co się chciało i ile się chciało, za pięćdziesiąt su<pe><slowo_obce>su</slowo_obce> --- (właśc. sous) dawna drobna moneta francuska.</pe> (dwa
szylingi). Smażono tam befsztyki w nieskończoność albo stawiano
przed człowiekiem czterdziestofuntowy kawał pieczonego wołu
wraz z bardzo ostrym nożem. Następnie przychodziła herbata,
aby zaparzyć wszystkie te mięsiwa. Arkady tego salonu wychodzily na plac Covent Garden. Spotykałem tam co rano jakichś
trzydziestu poczciwych Anglików kroczących z powagą, wielu
z minami nieszczęśliwców. Nie było tam ani afektacji<pe><slowo_obce>afektacja</slowo_obce> --- przesada, nienaturalność, zwłaszcza w wyrażaniu uczuć.</pe>, ani francuskiej hałaśliwej bufonady<pe><slowo_obce>bufonada</slowo_obce> --- przechwalanie się.</pe>. Odpowiadało mi to, czułem się mniej
nieszczęśliwy w tym salonie. Śniadanie było dla mnie zawsze nie
tylko zabiciem jednej lub dwóch godzin, ale także godziny przyjemności. Nauczyłem się czytać machinalnie dzienniki angielskie, które
w gruncie nie interesowały mnie. Później, w 1826, byłem bardzo
nieszczęśliwy na tym samym placu Covent Garden w hotelu
Ouxkum (lub jakaś inna, również niewdzięczna nazwa), na rogu
naprzeciw Tavistock. Od 1826 do 1832 nie miałem nieszczęść.</akap>


<akap>Nie dawano jeszcze Szekspira w dniu mego przybycia do
Londynu; poszedłem do teatru Haymarket, który, zdaje mi się,
był otwarty. Mimo nieszczęśliwego wyglądu sali bawiłem się
nieźle.</akap>


<akap><tytul_dziela>She Stoops to Conquer<pe><slowo_obce>She Stoops to Conquer</slowo_obce> (ang.) --- [Ona] zniża się, by zwyciężyć.</pe></tytul_dziela>, komedia [Goldsmitha<pe><slowo_obce>Goldsmith, Olivier</slowo_obce> (1730--1774) --- poeta i dramaturg pochodzenia irlandzkiego.</pe>], ubawiła mnie
bardzo dzięki mimice aktora, który grał męża miss [Hardcastle]
i który zniżał się do tego, aby ją zdobyć: po trosze temat
[<tytul_dziela>Fałszywych zwierzeń</tytul_dziela>] Marivaux<pe><slowo_obce>Marivaux, Pierre de</slowo_obce> (1688--1763) --- pisarz i dramaturg francuski.</pe>. Panna na wydaniu przebiera
się za pokojówkę. Sztuka <tytul_dziela>Beaux' Stratagem</tytul_dziela> ubawiła mnie
bardzo.</akap>


<akap>W dzień błąkałem się po okolicach Londynu, często szedłem
do Richmond.</akap>


<akap>Ta słynna terasa<pe><slowo_obce>terasa</slowo_obce> --- płaski próg na zboczu doliny rzecznej lub nad brzegiem morza.</pe> przedstawia ten sam falisty widok, co Saint-Germain-en-Laye. Ale wzrok spływa, może z mniej wysoka, na
łąki cudownie zielone, usiane wielkimi drzewami, czcigodnymi
swą starożytnością. Przeciwnie, z wyżyn terasy Saint-Germain
widzi się jedynie suchy i skalisty krajobraz. Nie ma nic równego
tej świeżej zieleni i piękności drzew angielskich: ścinać je to
byłaby zbrodnia i hańba, gdy w razie najlżejszej potrzeby pieniędzy właściciel francuski sprzedaje pięć czy sześć dębów, jakie
znajdują się na jego gruncie. Widoki Richmondu, Windsoru
przypominają mi moją drogą Lombardię, góry Brianza, Desio,
Como, Cadenabbia, kaplicę w Varese --- urocze krainy, gdzie się
iściły moje piękne dni. <begin id="b1347978161374-2702164082"/><motyw id="m1347978161374-2702164082">Wspomnienia</motyw>Byłem tak szalony w tych napadach
szczęścia, że nie mam prawie żadnych wyraźnych wspomnień; co
najwyżej jakaś data dla zaznaczenia --- na świeżo kupionej książce ---
miejsca, gdzie ją czytałem. Najmniejsza uwaga na marginesie
sprawia, że jeśli kiedy odczytam tę książkę, odnajduję nitkę swoich myśli i <wyroznienie>idę dalej</wyroznienie>. Jeśli odczytując książkę, nie znajdę
żadnego wspomnienia, trzeba zaczynać na nowo.<end id="e1347978161374-2702164082"/></akap>


<akap>Wieczorem, siedząc na moście, który znajduje się u stóp terasy
Richmond, czytałem <tytul_dziela>Pamiętniki pani Hutchinson</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Pamiętniki pani Hutchinson</slowo_obce> --- zob. <tytul_dziela>O miłości</tytul_dziela>; pani Hutchinson była autorką wydanej w 1816 r. biografii swego męża, jednego z pułkowników Cromwella.</pe> --- to moja
namiętność.</akap>


<akap_dialog>--- Mister Bell! --- powiedział jakiś człowiek, zatrzymując się tuż
przede mną.</akap_dialog>


<akap>Był to pan B., którego spotkałem we Włoszech u milady<pe><slowo_obce>milady</slowo_obce> (ang.) --- dawny tytuł grzecznościowy używany wobec arystokratek [czyt. milejdi; Red. WL.].</pe> Jersey,
w Mediolanie. Pan B., człowiek bardzo inteligentny, około
pięćdziesiątki, nie należąc ściśle do dobrego towarzystwa, miał do
niego wstęp (w Anglii istnieje podział na klasy, jak w Indiach,
kraju pariasów; patrz <tytul_dziela>Chata indyjska</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Chata indyjska</slowo_obce> --- właściwie: <slowo_obce>Chatka indyjska</slowo_obce> autorstwa Bernardina de Saint-Pierre'a.</pe>).</akap>


<akap_dialog>--- Czy pan był u lady Jersey?</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Nie, zbyt mało ją znałem w Mediolanie, a powiadają, że wy,
podróżnicy angielscy, podlegacie nieco utracie pamięci, skoro
przebędziecie z powrotem La Manche.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co za pomysł! Niechże pan tam idzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Być przyjętym zimno, może nie być poznanym, sprawiłoby
mi o wiele więcej przykrości, niżby mogło mi sprawić przyjemności najserdeczniejsze przyjęcie. </akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie był pan u pp. Flobhouse, Brougham?</akap_dialog>


<akap>Ta sama odpowiedź.</akap>


<akap>Pan B., który miał całą gorliwość dyplomaty, wypytywał mnie
wielce o nowiny z Francji.</akap>


<akap_dialog>--- Mieszczańscy synkowie, dobrze wychowani i niewiedzący,
gdzie się ulokować, znajdując wszędzie przed sobą protegowanych Kongregacji, wywrócą Kongregację, a przy sposobności
i Burbonów.</akap_dialog>


<akap>(Ponieważ robi to wrażenie przepowiedni, zostawiam życzliwemu czytelnikowi swobodę niewierzenia temu). Przytoczyłem to
zdanie, aby dodać, że moja bezmierna odraza do przedmiotu
rozmowy dała mi widocznie ten boleściwy wygląd, bez którego
nie można być szanowanym w Anglii.</akap>


<akap>Kiedy pan de B. zrozumiał, że znam pana de La Fayette<pe><slowo_obce>markiz de LaFayette</slowo_obce> (1757--1834) --- francuski polityk, liberał i dowódca wojskowy, uczestnik wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych.</pe>, pana
de Tracy<pe><slowo_obce>de Tracy, Antoine Louis Claude Destutt</slowo_obce>  (1754--1836)  --- francuski arystokrata i filozof, wymyślił pojęcie ,,ideologii".</pe>, rzekł z miną głębokiego zdumienia:</akap>


<akap_dialog>--- I pan nie postarał się <wyroznienie>dać większego rozpięcia</wyroznienie>
swojej podróży! Od pana tylko zależało być dwa razy na tydzień
na obiedzie u lorda Holland, u lady N., u lady ***.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie powiedziałem nawet w Paryżu, że jadę do Londynu. Mam tylko jeden cel: widzieć na scenie sztuki Szekspira.</akap_dialog>





<akap>Kiedy pan B. zrozumiał wreszcie, sądził, że ja zwariowałem.</akap>


<akap>Kiedy pierwszy raz szedłem na bal w Almack<pe><slowo_obce>Kiedy pierwszy raz szedłem na bal w Almack</slowo_obce> --- ekskluzywne londyńskie przyjęcie, na którym Stendhal znalazł się w 1826 r.</pe>, mój bankier,
widząc mój bilet wstępu, rzekł z westchnieniem:</akap>


<akap_dialog>--- Proszę pana, dwadzieścia dwa lata mozolę się nad tym, aby
być na tym balu, gdzie pan będzie za godzinę!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1347978273794-98997340"/><motyw id="m1347978273794-98997340">Walka klas</motyw>Ponieważ społeczeństwo podzielone jest obręczami jak bambus, najważniejszą myślą każdego jest wejść do klasy wyższej, niż
jego własna, a całym wysiłkiem owej klasy jest nie dopuścić go.</akap>


<akap>Te obyczaje widziałem we Francji tylko raz: mianowicie kiedy
generałowie dawnej armii Napoleona, którzy sprzedali się Ludwikowi XVIII<pe><slowo_obce>Ludwik XVIII</slowo_obce> (1755--1824) --- król Francji z dynastii Burbonów od 1814.</pe>, próbowali siłą płaszczenia się, dostać się do salonu
pani de Talaru i innych arystokratycznych salonów. Upokorzenia, jakie ci nikczemnicy znosili co dzień, wypełniłyby pięćdziesiąt stronic<end id="e1347978273794-98997340"/>. Biedny Amadeusz de Pastoret, gdyby napisał kiedy
swoje pamiętniki, miałby ładne rzeczy do opowiedzenia. No i nie
przypuszczam, aby młodzi ludzie, którzy kończą prawo w r.
1832, byli zdolni znosić takie upokorzenia. Popełnią nikczemność, zbrodnię, jeśli chcecie, na jeden raz; ale dać się tak
mordować ukłuciami szpilki, wzgardą --- to jest coś przeciw
naturze człowieka, który nie urodził się w salonach r. 1780,
wskrzeszonych od 1804 do 1830.</akap>


<akap>Tę podłość, która wszystko zniesie od żony właściciela błękitnej wstęgi (pani de Talaru), spotyka się już chyba tylko u młodych ludzi urodzonych w Paryżu. A Ludwik Filip<pe><slowo_obce>Ludwik Filip</slowo_obce> (1773--1850) --- ostatni król Francji z dynastii Burbonów, panował w latach 1830--1848.</pe> za mało ma
autorytetu, aby tego rodzaju salony rychło miały się odrodzić
w Paryżu.</akap>


<akap>Prawdopodobnie <slowo_obce>reform bill</slowo_obce><pe><slowo_obce>reform bill</slowo_obce> (ang.) --- ustawa o zmianie systemu wyborczego do Izby Gmin.</pe> (czerwiec 1832) położy koniec
w Anglii fabrykacji ludzi takich, jak pan B., który nie przebaczy
mi nigdy, że nie dałem większego <wyroznienie>rozpięcia</wyroznienie> swojej podróży.
Nie domyślałem się w 1821 ohydy, którą zrozumiałem w mojej
podróży w 1826: obiady i bale arystokracji kosztują szalone
pieniądze, wydane najgorzej w świecie.</akap>



<akap>Jedno mam zobowiązanie wobec pana B.: poradził mi, abym
wrócił z Richmond do Londynu wodą --- cudowna podróż.</akap>


<akap>Wreszcie dnia ... 1821 ogłoszono <tytul_dziela>Otella</tytul_dziela> z Keanem. Omal mnie
nie zgnieciono, nim zdobyłem bilet do krzeseł. Chwile czekania
w ogonku przypomniały mi żywo piękne dni młodości, kiedyśmy
się narażali na uduszenie w 1800, aby być na premierze <tytul_dziela>Pinto</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Pinto
</slowo_obce> --- komedia autorstwa L. N. Lemerciera.</pe> (Germinal roku VIII).</akap>


<akap>Nieszczęśliwiec, który chce mieć bilet do Covent Garden, musi się zapuścić w kręte korytarze, szerokie na trzy stopy<pe><slowo_obce>stopa</slowo_obce> --- dawna miara długości, ok. 30 cm.</pe> i wyłożone
boazerią, która od pocierania ubraniami wytrwałych miłośników
teatru stała się zupełnie gładka.</akap>


<akap>Z głową przepełnioną myślami literackimi, dopiero zapuściwszy się w te okropne korytarze, i kiedy gniew dał mi więcej siły, niż
jej mieli moi sąsiedzi, powiedziałem sobie: ,,Wszelka przyjemność niemożliwa jest dla mnie dziś wieczór. Cóż za głupstwo, że
nie kupiłem zawczasu biletu do loży!".</akap>


<akap>Na szczęście, ledwie znaleźliśmy się na parterze, ludzie, przez
których się przepychałem, spojrzeli na mnie poczciwie i przychylnie, wymieniliśmy parę słów o minionych niedolach. Ochłonąwszy z gniewu, oddałem się cały podziwowi dla Keana, którego
znałem jedynie z entuzjazmów mego towarzysza podróży, Edwarda Edwardsa. <begin id="b1350897538983-2642347995"/><motyw id="m1350897538983-2642347995">Grzeczność</motyw>Zdaje się, że Kean jest to bohater szynkowni, junak<pe><slowo_obce>junak</slowo_obce> --- śmiałek, zuch.</pe>
w złym tonie.</akap>


<akap>Usprawiedliwiałem go łatwo: gdyby się urodził bogaty, z dystyngowanej rodziny, nie byłby Keanem, ale jakimś pierwszym
z brzegu lalusiem. Grzeczność wyższych klas we Francji, a prawdopodobnie i w Anglii, <wyroznienie>przekreśla wszelką energię</wyroznienie>
i zużywa ją, gdyby przypadkiem istniała. Ktoś doskonale grzeczny i wyprany z wszelkiej energii --- oto istota, jaką spodziewam się
ujrzeć, skoro u pana de Tracy oznajmią pana de Syon lub innego
młodego arystokratę.<end id="e1350897538983-2642347995"/> A i to jeszcze w roku 1821 nie miałem
możności ocenić całej nicości tych skarłowaciałych istot. Pan de
Syon, który bywa u generała La Fayette<pe><slowo_obce>markiz de LaFayette</slowo_obce> (1757--1834) --- francuski polityk, liberał i dowódca wojskowy, uczestnik wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych.</pe>, który był z nim, zdaje mi
się, w Ameryce, musi być konstrum energii w salonie pani de La
Trémoille.</akap>


<akap>Wielki Boże! Jak to jest możliwe być takim ,,nic"! Jak
odmalować takich ludzi! Oto pytania, jakie sobie zadawałem
w zimie roku 1830, studiując tę młodzież. Wówczas ich wielką
sprawą była obawa, aby włosy, spiętrzone w tupecik<pe><slowo_obce>tupecik</slowo_obce> --- włosy spiętrzone nad czołem (element mody okresu romantyzmu bądź sposób na zasłonięcie łysiny).</pe> z jednej
strony czoła, nie opadły im.</akap>


<akap>Moja przyjemność oglądania Keana kojarzyła się z wielkim
zdziwieniem. Anglicy, naród ponury, mają gesty bardzo różne od
naszych na wyrażenie tych samych drgnień duszy.</akap>


<akap>Baron de Lussinge i kochany Barot przyjechali ze mną do
Londynu; a może Lussinge przybył tam razem ze mną? Mam
nieszczęśliwy talent udzielania swoich gustów. Często, opowiadając o swoich kochankach przyjaciołom, budziłem w nich miłość
do nich lub co gorsza sprawiałem, że moja kochanka zakochiwała
się w przyjacielu, którego kochałem szczerze. To mi się zdarzyło
z panią Azur i Mériméem<pe><slowo_obce>Mérimée, Prosper</slowo_obce> (1803--1870) --- francuski dramaturg, pisarz i archeolog.</pe>. Byłem w rozpaczy przez cztery dni.
Skoro rozpacz osłabła, poszedłem prosić Mériméego, aby oszczędzał moją boleść przez dwa tygodnie.</akap>


<akap_dialog>--- Dwa lata --- odpowiedział. --- Ona mi się wcale nie podoba.
Widziałem, jak się jej pończochy gurbią<pe><slowo_obce>gurbić</slowo_obce> --- marszczyć, tworzyć załamania na jakiejś powierzchni.</pe>.</akap_dialog>


<akap>Barot, który robi wszystko systematycznie i roztropnie jak
kupiec, namówił nas, aby wziąć służącego. Był to młody furfancik<pe><slowo_obce>furfancik</slowo_obce> --- tu: zarozumialec.</pe>
angielski. Gardzę takimi ludźmi głęboko: moda nie jest u nich
przyjemnością, ale poważnym obowiązkiem, któremu nie można
chybić. Byłem inteligentny we wszystkim, co się nie odnosiło do
pewnych wspomnień --- natychmiast uczułem niedorzeczność
osiemnastu godzin pracy robotnika angielskiego. Biedny Włoch
w swoich łachmanach o wiele bliższy jest szczęścia. Ma czas na
miłość, oddaje się osiemdziesiąt albo sto dni w roku religii, o tyle
bardziej podniecającej, że przejmuje go lekkim strachem, etc.</akap>


<akap>Moi towarzysze kpili sobie tęgo ze mnie. Mój paradoks stał się
szybko prawdą i będzie czymś bardzo pospolitym w 1840. Moi
towarzysze uważali mnie za kompletnego wariata, kiedy mówiłem: ,,Nadmierna i przygniatająca praca angielskiego robotnika
mści nas za Waterloo i za cztery koalicje. My pogrzebaliśmy
swoich umarłych, a ci, co zostali, szczęśliwsi są o wiele od
Anglików". Przez całe życie Barot i Lussinge będą mnie uważali
za pomylonego. W dziesięć lat potem próbuję ich zawstydzić:
,,Wy myślicie dziś tak, jak ja myślałem w Londynie w 1821".
Przeczą temu i opinia moja ,,pomylonego" trwa dalej. Osądźcie
z tego, co się działo, kiedy miałem nieszczęście mówić o literaturze. Mój kuzyn Colomb długi czas uważał mnie naprawdę za
<wyroznienie>zawistnego</wyroznienie>, dlatego że mu mówiłem, że <tytul_dziela>Lascaris</tytul_dziela> pana
Villemain<pe><slowo_obce>Villemain, Abel-François</slowo_obce> (1790--1870) --- pisarz i polityk francuski.</pe> nudny jest jak flaki z olejem. A cóż dopiero, wielki
Boże, kiedy tykałem ogólnych zasad!</akap>


<akap>Jednego dnia, kiedy mówiłem o pracy angielskiej, mały cacuś,
który nam służył za lokaja, uznał, że obrażono jego honor
narodowy.</akap>


<akap_dialog>--- Masz rację --- powiedziałem mu --- ale my jesteśmy nieszczęśliwi: nie mamy przyjemnych znajomości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proszę pana, ja to załatwię. Ułożę sam warunki... Niech pan
się nie zwraca do nikogo innego, zdarliby panów, etc.</akap_dialog>


<akap>Przyjaciele moi śmiali się. Tak więc, aby sobie zadrwić z honoru lalusia, wlazłem w historię z dziewczętami. Nic przykrzejszego
i obrzydliwszego niż szczegóły targu, jaki nam narzucił ten
człowiek, pokazując nam nazajutrz Londyn.</akap>


<akap>Przede wszystkim owe dziewczęta mieszkały w okropnej dzielnicy, Westminster Road, cudownie położonej na to, aby czterech
majtków sutenerów mogło połamać kości Francuzom. Kiedyśmy
natrącili o tym pewnemu znajomemu Anglikowi, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Strzeżcie się tej zasadzki!</akap_dialog>


<akap>Cacuś dodał, że długo się targował o to, żeby nam dano herbaty nazajutrz po wstaniu. Dziewczęta nie chciały oddać swoich
wdzięków i swojej herbaty taniej niż za 21 szylingów (25 franków
i 5 su). Ale wreszcie zgodziły się. Paru Anglików mówiło nam:</akap>


<akap_dialog>--- Nigdy Anglik nie dałby się złapać w taką pułapkę. Czy
wiecie, że was wywiozą o milę za Londyn?</akap_dialog>


<akap>Uchwaliliśmy między sobą, że nie pojedziemy. Skoro nadszedł
wieczór, Barot spojrzał na mnie. Zrozumiałem go.</akap>


<akap_dialog>--- Jesteśmy silni --- rzekłem --- mamy broń.</akap_dialog>


<akap>Lussinge nie odważył się iść z nami. </akap>


<akap>Wzięliśmy fiakra<pe><slowo_obce>fiakier</slowo_obce> --- dorożkarz.</pe> we dwóch z Barotem, przebyliśmy most
Westminsterski. Następnie fiakier wjechał w ulice bez domów,
w ogrody. Barot śmiał się.</akap>


<akap>--- Skoro byłeś taki bohater z Aleksandryną w uroczym domku
w centrum Paryża, czegoż nie dokażesz tutaj?</akap>


<akap>Czułem głęboki wstręt. Gdyby nie nuda wieczorów w Londynie, kiedy nie ma teatru --- jak właśnie tego dnia --- i gdyby nie mały
pieprzyk niebezpieczeństwa, nigdy Westminster Road nie byłoby
mnie ujrzało na oczy. Wreszcie --- omal dwa czy trzy razy nie
wysypawszy się w rzekome ulice, bez bruku, o ile mi się zdaje ---
fiakier klnąc, zatrzymał się przed trzypiętrowym domem, który
cały mógł mieć dwadzieścia pięć stóp wysokości. W życiu nie
widziałem czegoś tak małego.</akap>


<akap>Z pewnością, gdyby nie myśl o niebezpieczeństwie, nie byłbym
tam wszedł. Spodziewałem się ujrzeć trzy ohydne pluchy, tymczasem były to trzy drobne dziewczynki z pięknymi włosami,
szatynki, nieco trwożliwe, bardzo uprzejme, bardzo blade.</akap>


<akap>Meble były pociesznie małe. Barot jest wielki i gruby, ja gruby,
nie mieliśmy wręcz na czym usiąść. Meble robiły wrażenie, że są
robione dla lalek, baliśmy się połamać je. Dziewczynki widziały
nasze zakłopotanie; ich zakłopotanie jeszcze wzrosło. Nie wiedzieliśmy absolutnie, co mówić. Szczęściem Barot wpadł na myśl,
aby mówić o ogrodzie.</akap> 



<akap_dialog>--- Och, mamy ogród! --- rzekły nie z dumą, ale z odrobiną
radości, że mają jakiś przedmiot zbytku do pokazania. Zeszliśmy
do ogrodu ze świecami, aby go obejrzeć: miał dwadzieścia pięć
stóp długości, a dziesięć szerokości. Obaj z Barotem parsknęliśmy
śmiechem. Tam znajdowały się wszystkie sprzęty gospodarskie
biednych dziewczyn, mała balia do prania, mała kadź wraz
z aparatem do robienia własnoręcznie piwa.</akap_dialog>


<akap>Wzruszyło mnie to, Barot był zbrzydzony. Rzekł do mnie po
francusku:</akap>


<akap_dialog>--- Zapłaćmy i zmykajmy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będą takie upokorzone --- odparłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, upokorzone! Ty je dobrze znasz! Poślą po innych gości,
jeżeli nie jest za późno, albo po swoich amantów, jeżeli rzeczy
dzieją się tu tak jak we Francji.</akap_dialog>


<akap>Prawdy te nie wywarły na mnie żadnego wrażenia. Nędza
dziewcząt, te małe mebelki, czyściutkie i bardzo stare, wzruszyly
mnie. Nie skończyliśmy jeszcze herbaty, kiedy już byłem z nimi
tak, że mogłem im zwierzyć w lichej angielszczyźnie naszą obawę,
iż możemy być zamordowani. Bardzo je to stropiło<pe><slowo_obce>stropić</slowo_obce> (daw.) --- wprawić w zakłopotanie.</pe>.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ --- dodałem --- nie posądzam was o to, a dowód, że wam to
opowiadam.</akap_dialog>


<akap>Odprawiliśmy naszego lokaja. Wówczas uczułem się jak
z serdecznymi przyjaciółmi, których bym ujrzał po rocznej
podróży.</akap>


<akap>Żadne drzwi się nie domykały --- nowy przedmiot podejrzeń,
kiedyśmy się poszli położyć. Ale na co zdałyby się drzwi i dobre
zamki? Wszędzie uderzeniem pięści można by rozwalić cienkie
przepierzenia. Wszystko było słychać w tym domu. Barot, który
poszedł na drugie piętro w pokoju nade mną, krzyknął:</akap>


<akap_dialog>--- Gdyby cię mordowali, wołaj na mnie!</akap_dialog>


<akap>Chciałem zostawić światło; wstydliwość mojej nowej przyjaciółki, poza tym uległej i poczciwej, nie chciała na to zezwolić.
Miała odruch wyraźnego strachu, kiedy ujrzała, że układam
pistolety i sztylet na nocnym stoliku przy łóżku, naprzeciw drzwi.
Była zachwycająca, mała, dobrze zbudowana, blada.</akap>


<akap>Nikt nas nie zamordował. Nazajutrz skwitowaliśmy z herbaty,
posłaliśmy służącego po Lussinge'a, polecając mu, aby przybył
z zimnym mięsiwem i winem. Zjawił się rychło, niosąc wyborne
śniadanie i bardzo zdumiony naszym entuzjazmem.</akap>


<akap>Siostry posłały po jedną z przyjaciółek. Zostawiliśmy im wino
i zimne mięso, którego uroda widocznie zdumiała te biedne
dziewczęta.</akap>


<akap>Myślały, że sobie z nich żartujemy, kiedy powiedzieliśmy, że
wrócimy. Miss ***, moja partnerka, rzekła mi na stronie:</akap>


<akap_dialog>--- Nie wyszłabym, gdybym mogła mieć nadzieję, że pan wróci
dziś wieczór. Ale nasz domek jest za biedny dla ludzi takich jak
panowie.</akap_dialog>


<akap>Cały dzień myślałem tylko o dobrym, słodkim, spokojnym (<slowo_obce>full
of snugness</slowo_obce><pe><slowo_obce>full of snugness</slowo_obce> (ang.) --- z lekka wykwintny.</pe>) wieczorze, który mnie czeka. Teatr dłużył mi się.
Barot i Lussinge chcieli oglądać wszystkie dziewczyska, które
wypełniały wówczas foyer<pe><slowo_obce>foyer</slowo_obce> --- pomieszczenie obok sali teatralnej, w którym w czasie przerw gromadzi się publiczność.</pe> Covent Garden. W końcu obaj z Barotem przybyliśmy do małego domku. Kiedy ujrzały, że odpakowujemy butelki z winem i szampanem, biedne dziewczyny otworzyły
szeroko oczy. Skłonny jestem przypuszczać, że nigdy nie znalazły
się wobec nieotwartej jeszcze butelki <slowo_obce>real champaign</slowo_obce><pe><slowo_obce>real champaign</slowo_obce> (ang.) --- popr.: <slowo_obce>real champagne</slowo_obce>.</pe>, prawdziwego szampana.</akap>


<akap>Szczęściem korek od butelki wyskoczył. Były wręcz uszczęśliwione, ale wybuchy ich objawiały się spokojnie i przyzwoicie. Nic
przyzwoitszego niż całe ich zachowanie. Wiedzieliśmy już o tym.</akap>


<akap>Była to pierwsza istotna i serdeczna pociecha w nieszczęściu,
które zatruwało wszystkie moje chwile samotności. Czytelnik
widzi, że ja w roku 1821 miałem ledwo dwadzieścia lat! Gdybym
miał ich trzydzieści osiem, jak zdawała się świadczyć moja
metryka, byłbym mógł próbować znaleźć tę pociechę w Paryżu
u ,,przyzwoitych kobiet", które okazywały mi sympatię. Wątpię
wszakże niekiedy, czy byłoby mi się powiodło. To, co się nazywa
tonem wielkiego świata, co sprawia, że pani de Marmier różni się
od pani Edwards, wydaje mi się często nieznośną afektacją
i w jednej chwili zamyka hermetycznie moje serce.</akap>


<akap>Oto jedno z moich wielkich nieszczęść, czy odczuwacie je jak
ja? Rażą mnie śmiertelnie najdrobniejsze odcienie.</akap>


<akap>Trochę więcej albo trochę mniej fasonów wielkiego świata
sprawia, że wykrzykuję w duchu: ,,Mieszczka!" albo: ,,Arystokratyczna lala!" i natychmiast mam na usługi bliźniego jedynie
odrazę lub <wyroznienie>ironię</wyroznienie>.</akap>


<akap>Można znać wszystko, wyjąwszy siebie samego: ,,Daleki jestem od przypuszczenia, abym znał wszystko" --- dodałby wytworny człowiek z dystyngowanej dzielnicy, bacznie strzegący wszystkich frontów przeciw śmieszności. Moi lekarze, ilekroć byłem
chory, kurowali mnie z przyjemnością jako osobliwego potwora, dla<pe><slowo_obce>dla</slowo_obce> (daw.) --- z powodu.</pe> mojej nadmiernej <wyroznienie>pobudliwości nerwowej</wyroznienie>. Raz
okno otwarte w sąsiednim pokoju, od którego drzwi były zamknięte, przejmowało mnie chłodem. Najmniejszy zapach (wyjąwszy smród) osłabia moje lewe ramię i lewą nogę i budzi we mnie
lęk, że się przewrócę na tę stronę.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ to okropny egotyzm wszystkie te szczegóły!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oczywiście, a czymże innym jest ta książka, jeśli nie okropnym egotyzmem? Na co roztaczać gracje pedanta, jak pan
Villemain<pe><slowo_obce>Villemain, Abel-François</slowo_obce> (1790--1870) --- pisarz i polityk francuski.</pe> we wczorajszym artykule o aresztowaniu pana de
Chateaubriand<pe><slowo_obce>o aresztowaniu pana de
Chateaubriand</slowo_obce> --- Chateaubriand został oskarżony o udział w spisku przeciwko królowi Ludwikowi Filipowi i z tego powodowu aresztowany w 1832 r.</pe>?</akap_dialog>


<akap>Jeśli ta książka jest nudna, po dwóch latach pójdzie pod placki<pe><slowo_obce>pod placki</slowo_obce> --- chodzi o podkładanie papieru pod wypieki, by nie przywierały do blachy.</pe>.
Jeśli was nie znudzi, przekona was, że egotyzm, <wyroznienie>ale szczery</wyroznienie>, jest sposobem malowania serca ludzkiego, w którym uczyniliśmy olbrzymie kroki od 1721, epoki <tytul_dziela>Listów perskich</tytul_dziela> owego
wielkiego człowieka, którego tyle studiowałem, Monteskiusza<pe><slowo_obce>Monteskiusz</slowo_obce> --- Montesquieu, Charles Louis (1689--1755), francuski filozof i pisarz, teoretyk prawa.</pe>.</akap>


<akap>Postęp jest czasami tak zdumiewający, że Monteskiusz wydaje
się aż gruby<pa><slowo_obce>Postęp jest czasami tak zdumiewający, że Monteskiusz wydaje się aż gruby</slowo_obce>. --- Szczęśliwy jestem, pisząc to. Trzy dni i noce przesiedziałem prawie bez przerwy nad moją
urzędową robotą (czerwiec 1832). Nie mógłbym teraz, o czwartej, kiedy listy do ministrów są już
opieczętowane, wziąć się do powieści, gdy tymczasem ta pisanina idzie mi łatwo, nie wymaga
bowiem innego wysiłku i planu jak <wyroznienie>wspominanie</wyroznienie>.</pa>.</akap>


<akap>Czułem się tak rad<pe><slowo_obce>rad</slowo_obce> (daw.) --- zadowolony.</pe> z mego pobytu w Londynie, od czasu jak
przez cały wieczór mogłem być naturalny --- w lichej angielszczyźnie --- że pozwoliłem wrócić do Paryża baronowi wzywanemu przez
biuro i Barotowi wzywanemu przez swoje interesy, mimo iż
towarzystwo ich było mi bardzo miłe. Nie mówiliśmy o sztukach
pięknych --- był to stały kamień obrazy między mną a mymi
przyjaciółmi.</akap> 


<akap>Anglicy są, zdaje mi się, narodem najtępszym, najbardziej
barbarzyńskim w świecie. Do tego stopnia, że im przebaczam
ohydę Świętej Heleny<pe><slowo_obce>Święta Helena</slowo_obce> --- wyspa, na której w roku 1815 został internowany Napoleon Bonaparte.</pe>. Oni tego nie czuli. Z pewnością, widząc to,
Hiszpan, Włoch, Niemiec nawet wyobraziłby sobie męczeństwo
Napoleona. Ci uczciwi Anglicy, bez ustanku ocierający się o niebezpieczeństwo śmierci głodowej, jeśli zapomną na chwilę pracować, odpędzali ideę Świętej Heleny, jak odpędzają ideę Rafaela,
jako coś, co groziłoby im <wyroznienie>stratą czasu</wyroznienie>, i oto wszystko.</akap>


<akap>We trzech razem: ja --- marzenia i znajomość Saya i Smitha
(Adama); baron de Lussinge --- widzenie wszystkiego ze złej
strony; Barot --- praca (która zmienia funt stali wartości 12 franków
w trzy czwarte funta sprężyn do zegarków wartości 10 000 franków --- tworzyliśmy dość kompletnego podróżnika.</akap>


<akap>Kiedy zostałem sam, uczciwość rodziny angielskiej mającej
10 000 franków renty biła się w sercu z kompletną demoralizacją
Anglika, który mając drogie upodobania, spostrzegł się, że aby je
móc zaspokoić, trzeba się sprzedać rządowi. Angielski Filip de
Ségur<pe><slowo_obce>
Ségur, Philippe Paul de</slowo_obce> (1780--1873) --- francuski wojskowy i historyk, adiutant Napoleona.</pe> jest dla mnie istotą najbardziej plugawą i zarazem najbardziej niedorzeczną w rozmowie.</akap>


<akap>Wyjechałem nie zdecydowawszy się, z przyczyny ścierania się
dwóch pojęć, czy trzeba pragnąć Terroru, który by oczyścił
stajnię Augiasza<pe><slowo_obce>stajnia Augiasza</slowo_obce> --- nawiązanie do jednej z prac Heraklesa, który miał oczyścić stajnie króla Augiasza; przen.: coś brudnego i trudnego do uporządkowania.</pe> w Anglii.</akap>


<akap>Biedna dziewczyna, u której spędzałem wieczory, zapewniała
mnie, że jadłaby kartofle i nie kosztowałaby mnie nic, gdybym ją
chciał zabrać do Francji.</akap>


<akap>Byłem surowo ukarany, że poradziłem swojej siostrze, aby
przyjechała do Mediolanu w 1816, zdaje mi się. Pani Périer
przyczepiła się do mnie jak ostryga, obciążając mnie na wieki
wieków odpowiedzialnością za jej losy. Pani Périer miała wszystkie cnoty i była wcale rozsądna i miła. Byłem zmuszony pokłócić
się z nią, aby się uwolnić od tej nudnej ostrygi przyczepionej do
nawy mego statku, która przemocą czyniła mnie odpowiedzialnym za całe jej przyszłe szczęście. Okropność!</akap>


<akap>Ta właśnie przerażająca myśl nie pozwoliła mi zabrać miss
Appleby do Paryża.</akap>


<akap>Byłbym uniknął wielu chwil diabelsko czarnych. Na moje
nieszczęście afektacja jest mi tak antypatyczna, że trudno mi być
prostym, szczerym, dobrym, słowem --- być doskonałym Niemcem z Francuzką.</akap>


<akap><begin id="b1347978796068-3348053538"/><motyw id="m1347978796068-3348053538">Polityka</motyw>Jednego dnia oznajmiono mi, że wieszają ośmiu nieboraków.
W moim pojęciu, kiedy wieszają w Anglii złodzieja albo mordercę, arystokracja poświęca ofiarę dla swojego bezpieczeństwa, bo
to ona zmusiła go, aby był zbrodniarzem etc. Ta prawda, tak
paradoksalna dziś, będzie może komunałem wówczas, kiedy będą
czytali moje gawędy.<end id="e1347978796068-3348053538"/></akap>

<akap>Całą noc perswadowałem sobie, że to jest obowiązkiem podróżnika oglądać tego rodzaju widowiska oraz wrażenie, jakie czynią
na ludzie, który zachował cechy swego kraju (<slowo_obce>who has raciness</slowo_obce>).
Nazajutrz, kiedy mnie obudzono o ósmej, lało jak z cebra. Rzecz,
do której chciałem się zmusić, była tak przykra, że przypominam
sobie jeszcze walkę wewnętrzną. Nie ujrzałem tego okropnego
widowiska.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział VII</naglowek_rozdzial>




<akap>Za powrotem do Paryża, około grudnia, spostrzegłem, że nieco
więcej interesuję się światem i ludźmi. Widzę dziś, że to dlatego,
że przekonałem się, iż niezależnie od tego, co zostawiłem w Mediolanie, mogę gdzie indziej znaleźć trochę szczęścia lub bodaj
rozrywki. To ,,gdzie indziej" to był mały domek miss Appleby.</akap>


<akap>Ale nie miałem dość rozsądku, aby ułożyć systematycznie
swoje życie. Przypadek kierował zawsze mymi stosunkami. Na
przykład:</akap>


<akap>Był raz minister wojny w Neapolu, który się nazywał Micheroux. Ten biedny żołnierz pochodził, zdaje mi się, z Liège. Zostawił swoim dwom synom pensje dworskie: w Neapolu liczy się na
łaski króla niby na ojcowiznę.</akap>


<akap>Kawaler Aleksander Micheroux jadał z nami w hotelu przy
ulicy Richelieu, pod numerem 47. Jest to przystojny mężczyzna,
flegmatyczny jak Holender. Tonął w zgryzotach. Podczas rewolucji w 1920 żył spokojnie w Neapolu, był rojalistą<pe><slowo_obce>rojalista</slowo_obce> --- monarchista, zwolennik Burbonów we Francji.</pe>.</akap>



<akap>Francesco, następca tronu, a później najbardziej pogardzany
z <slowo_obce>Kings</slowo_obce><pe><slowo_obce>kings</slowo_obce> --- królowie; tu: D.lm: <wyroznienie>królów</wyroznienie>.</pe>, był regentem<pe><slowo_obce>regent</slowo_obce> --- osoba sprawująca władzę w imieniu króla, gdy ten nie może sam wykonywać swoich obowiązków.</pe> i szczególnym protektorem kawalera de
Micheroux. Wezwał go i poprosił, mówiąc mu przez ,,ty", aby
przyjął stanowisko posła w Dreźnie, do czego apatyczny Micheroux nie palił się zgoła. Mimo to, ponieważ nie miał odwagi narazić
się Królewskiej Wysokości i następcy tronu, udał się do Drezna.
Niebawem Francesco wygnał go, skazał go na śmierć, zdaje mi
się, lub co najmniej skasował mu pensję.</akap>


<akap>Bez żadnej inteligencji i talentu do czegokolwiek, kawaler był
katem dla samego siebie: długi czas pracował po osiemnaście
godzin dziennie, jak Anglik, aby zostać malarzem, muzykiem,
metafizykiem, czy ja wiem czym. Wychowanie to było kierowane
tak, jak gdyby chciał rzucić wyzwanie logice.</akap>


<akap>Wiem o zdumiewających jego pracach od pewnej aktorki,
dobrej mojej znajomej, która ze swego okna widziała tego młodego człowieka, jak pracował od piątej rano do piątej wieczór nad
malarstwem, a potem czytał cały wieczór. Z tej przerażającej
pracy została kawalerowi sztuka dobrego akompaniowania na
fortepianie oraz sporo zdrowego sensu czy smaku muzycznego,
aby nie lecieć ślepo na mdłe fanfaronady<pe><slowo_obce>fanfaronada</slowo_obce> --- zuchwałość, pyszałkowatość.</pe> jakiegoś Rossiniego<pe><slowo_obce>Rossini, Gioachino Antonio</slowo_obce> (1792--1868) --- włoski kompozytor operowy.</pe>.
Z chwilą, gdy chciał rozumować, ta słaba głowa nabita fałszywą
wiedzą wpadała w najkomiczniejsze głupstwa. W polityce zwłaszcza był ciekawy. Zresztą nie znałem nic bardziej poetycznego
i niedorzecznego niż włoski liberał, czyli <slowo_obce>carbonaro<pe><slowo_obce>carbonaro</slowo_obce> --- karbonariusz, członek tajnego stowarzyszenia rewolucyjnego skierowanego przeciw absolutyzmowi w Europie (I poł. XIX w.).</pe></slowo_obce>, który od 1821
do 1830 zapełniał liberalne salony paryskie.</akap>


<akap><begin id="b1348047386792-2848747170"/><motyw id="m1348047386792-2848747170">Choroba, Cierpienie</motyw>Pewnego wieczora po obiedzie Micheroux udał się do siebie.
W dwie godziny później, nie widząc go w kawiarni Foya, gdzie
jeden z nas, przegrawszy kawę, miał ją płacić, poszliśmy do niego.
Zastaliśmy go zemdlonego z bólu. Miał skolocyzm. Po obiedzie
bóle się wzmogły, ten flegmatyczny i melancholijny charakter
zaczął rozważać wszystkie swoje nędze, łącznie z nędzą materialną. Było to załamanie pod wpływem bólu. Inny byłby się zabił, on
poprzestałby na tym, aby umrzeć zemdlony, gdybyśmy go nie
byli z wielkim trudem obudzili.<end id="e1348047386792-2848747170"/></akap>


<akap>Ten los wzruszył mnie, może trochę przez refleksję: oto
człowiek nieszczęśliwszy ode mnie. Barot pożyczył mu 500 franków, które otrzymał z powrotem. Nazajutrz Lussinge czy ja
przedstawiliśmy go pani Pasta.</akap>


<akap>W tydzień potem dowiedzieliśmy się, że jest jej kochankiem od
serca. Nic chłodniejszego, nic bardziej racjonalnego niż stosunek
tych dwóch istot. Widywałem ich co dzień przez cztery czy pięć
lat, nie byłbym zdziwiony po całym tym okresie, gdyby jakiś
magik, dając mi moc stania się niewidzialnym, pozwolił mi
oglądać, że oni nie kochają się ze sobą, ale po prostu rozmawiają
o muzyce. Jestem pewien, że Pasta, która przez osiem czy dziesięć
lat nie tylko mieszkała w Paryżu, ale także przez trzy czwarte tego czasu
była tam w modzie, nie miała nigdy kochanka Francuza<pa>30 czerwca 1932, <slowo_obce>written</slowo_obce> [napisałem; Red. WL] 12 stron w niecały wieczór, po skończeniu urzędowych zajęć. Nie byłbym w stanie tak szybko pracować nad dziełem, które tworzy się wyobraźnią.</pa>.</akap>


<akap>W epoce, kiedy jej przedstawiono kawalera Micheroux, piękny
Lagrange przychodził co wieczór nudzić nas przez trzy godziny,
siedząc obok niej na kanapie. To ten generał grał rolę Apollina
obok pięknego Hiszpana w baletach dworu cesarskiego. Widziałem królową Karolinę Murat i boską księżną Borghese tańczące
z nim w stroju dzikich. To jeden z najbardziej czczych osobników
w całym ,,dobrym towarzystwie", a to niemało powiedziane.</akap>


<akap>Ponieważ zgrzeszyć niewłaściwym słowem o wiele zgubniejsze jest dla młodego człowieka, niż korzystne jest dlań powiedzieć zręczne słówko, potomność, prawdopodobnie mniej głupia, nie będzie miała pojęcia o bezbarwności dobrego towarzystwa.</akap>


 <akap>Kawaler Micheroux miał wzięcie<pe><slowo_obce>wzięcie</slowo_obce> (daw.) --- sposób zachowania.</pe> dystyngowane, prawie wytworne. Pod tym względem było to zupełne przeciwieństwo
z Lussinge'em, a nawet Barotem, który jest tylko zacnym i dzielnym chłopcem z prowincji, przypadkowo robiącym miliony.
Wytworne maniery Micheroux zbliżyły mnie z nim. Spostrzegłem niebawem, że jest to dusza na skroś zimna.</akap>


<akap>Wyuczył się muzyki, jak uczony z Akademii Napisów uczy się
--- lub udaje, że się uczy --- perskiego. <wyroznienie>Nauczył się</wyroznienie> podziwiać
dany utwór; pierwszym przymiotem tonu było zawsze to, aby był
czysty, a zdania --- aby było poprawne.</akap>


<akap>W moich oczach pierwszym --- i to o wiele pierwszym --- przymiotem jest to, aby coś miało <wyroznienie>wyraz</wyroznienie>.</akap>


<akap>Pierwszą zaletą dla mnie we wszystkim, co jest czarne na
białym, to móc powiedzieć wraz z Boileau<pe><slowo_obce>Boileau, Nicholas</slowo_obce> (1636--1711) --- francuski poeta i krytyk literacki, autor poematu <tytul_dziela>Sztuka poetycka</tytul_dziela>.</pe>:</akap>


<poezja_cyt><akap>Złe czy dobre, coś zawsze mówią moje wiersze<pe><slowo_obce>Złe czy dobre, coś zawsze mówią moje wiersze</slowo_obce> --- cytat z <tytul_dziela>Listu IX</tytul_dziela> Nicolasa Boileau.</pe>.</akap></poezja_cyt>





<akap>Kiedy moje stosunki z kawalerem Micheroux i Pastą zacieśniły
się, zamieszkałem na trzecim piętrze hotelu des Lillois, gdzie ta
miła kobieta zajmowała kolejno drugie i pierwsze piętro.</akap>


<akap>Ona była w moich oczach bez wad, bez przywar, charakter
prosty, jednolity, prawy, naturalny, przy największym talencie
tragicznym, jaki znałem.</akap>


<akap>Przez nałóg młodego człowieka (przypominacie sobie, że miałem tylko dwadzieścia lat w 1821) byłbym zrazu pragnął, aby ona
mnie pokochała, mnie, który miałem dla niej tyle podziwu. Widzę
dziś, że ona była za zimna, za rozsądna, nie dość szalona, nie dość
pieszczotliwa, aby nasz stosunek --- gdyby to była miłość --- mógł
trwać. To byłaby z mojej strony tylko przelotna miłostka; ona,
słusznie oburzona, byłaby zerwała. Lepiej tedy, że rzecz ograniczyła się do najświętszej, najbardziej oddanej przyjaźni z mojej
strony, a z jej strony do uczucia pokrewnego mojemu, ale które
miało swoje przypływy i odpływy.</akap>


<akap>Micheroux, bojąc się mnie trochę, ubrał mnie w parę tęgich
potwarzy, które ,,zneutralizowałem", nie zwracając na nie uwagi.
Po upływie sześciu czy ośmiu miesięcy sądzę, że Pasta powiedziała sobie: ,,Ależ to nie ma za grosz sensu!".</akap>


<akap>Ale zawsze coś zostaje i po upływie sześciu czy ośmiu lat
potwarze te sprawiły, że nasza przyjaźń stała się bardzo spokojna.
Nigdy nie czułem ani chwili gniewu na Micheroux. Po tak królewskim postępku Franciszka mógł sobie powiedzieć, jak nie
wiem który bohater Woltera:</akap>


<poezja_cyt><akap>Szlachetna nędza, oto co mi pozostało<pe><slowo_obce>Szlachetna nędza, oto co mi pozostało</slowo_obce> --- fragment z <tytul_dziela>Zairy</tytul_dziela> Woltera (akt I, sc. 4).</pe>.</akap></poezja_cyt>





<akap>I przypuszczam, że Giuditta, jak ją nazywaliśmy po włosku,
pożyczała mu niewielkie kwoty, aby go chronić od najtwardszych
kolców ubóstwa.</akap>


<akap>Nie błyszczałem wówczas zbytnio dowcipem, mimo to miałem
zawistnych. Pan de Perey, szpieg z salonu pana de Tracy, wiedział
o mojej przyjaźni z panią Pasta: ci ludzie wiedzą przez swoich
kolegów. Oświetlił ją w najwstrętniejszy sposób w oczach dam
z ulicy d'Anjou. Kobieta najuczciwsza, ta, której wszelka idea
miłostki jest najbardziej obca, nie przebaczy miłostki z aktorką.
Zdarzyło mi się to już w Marsylii w 1805; ale wówczas pani Serafia
T[ivollier] miała rację, że nie chciała mnie przyjmować co wieczór, kiedy dowiedziała się o moim stosunku z panią Louason
(ową kobietą tak inteligentną, później panią de Barkoff).</akap>


<akap>Przy ulicy d'Anjou, która w gruncie była moim najczcigodniejszym towarzystwem, nawet stary filozof, pan de Tracy, nie
przebaczył mi moich stosunków z aktorką.</akap>


<akap><begin id="b1348047941548-3157900044"/><motyw id="m1348047941548-3157900044">Kondycja ludzka</motyw>Jestem żywy, namiętny, szalony, szczery do przesady w przyjaźni i w miłości aż do pierwszego oziębienia. Wówczas z szaleństw szesnastoletniego chłopca przechodzę w mgnieniu oka do
makiawelizmu pięćdziesięciolatka; po tygodniu jest już tylko
<wyroznienie>roztopiony lód</wyroznienie>, zimno zupełne. <end id="e1348047941548-3157900044"/>(To właśnie zdarzyło mi się
w tych dniach <slowo_obce>with lady Angelica<pe><slowo_obce>with lady Angelica</slowo_obce> --- z panią Angeliką [Red. WL.].</pe></slowo_obce>, maj 1832.)</akap>


<akap>Miałem tedy oddać wszystko, co jest przyjaźni w moim sercu,
salonowi państwa de Tracy, kiedy spostrzegłem powłokę białego
szronu. Od 1821 do 1830 byłem tam już tylko zimny i makiaweliczny, to znaczy doskonale ostrożny. Widzę jeszcze połamane
łodygi wielu przyjaźni, które miały się zacząć przy ulicy d'Anjou.
Przezacna hrabina de Tracy --- co do której wyrzucam sobie
gorzko, że ją nie więcej kochałem --- nie dała mi uczuć tego odcienia
chłodu. A przecież wróciłem z Anglii dla niej, z wylaniem serca,
z potrzebą szczerej przyjaźni. Uspokoiło się to przez czysty
consensus<pe><slowo_obce>consensus</slowo_obce> (z łac.) --- zgodne stanowisko w jakiejś sprawie.</pe>, kiedy powziąłem postanowienie, aby być zimny i wyrachowany z resztą salonu.</akap>


<akap>We Włoszech uwielbiałem operę. Najsłodsze --- bez żadnego
porównania --- momenty mego życia spłynęły mi w sali teatralnej. Przez to, że byłem długo szczęśliwy w La Scali (sala w Mediolanie), stałem się rodzajem znawcy.</akap>


<akap><begin id="b1348048075631-1696656170"/><motyw id="m1348048075631-1696656170">Muzyka</motyw>W dziesiątym roku życia ojciec mój, który miał wszystkie
zabobony religii i arystokracji, zabronił mi stanowczo uczyć się
muzyki. W szesnastym uczyłem się kolejno grać na skrzypcach,
śpiewać i grać na klarnecie. Jedynie w tej ostatniej sztuce
doszedłem do tego, aby wydawać dźwięki, które mi sprawiały
przyjemność.<end id="e1348048075631-1696656170"/> Mój nauczyciel, piękny i okazały Niemiec nazwiskiem Hermann, kazał mi grywać czułe arie. Kto wie, może on
znał Mozarta? Było to w 1797, Mozart właśnie umarł.</akap>


<akap>Ale wówczas nie znałem tego wielkiego imienia. Porwała mnie
namiętność do matematyki, dwa lata myślałem tylko o tym.
Wyjechałem do Paryża, gdzie przybyłem nazajutrz po 18 Brumaire'a<pe><slowo_obce>18 Brumaire'a</slowo_obce> --- dzień, w którym, wg ówczesnego kalendarza Rewolucji Francuskiej, gen. Napoleon Bonaparte dokonał zamachu stanu (9 listopada 1799) i objął władzę jako pierwszy konsul.</pe> (10 listopada 1799).</akap>


<akap>Później, kiedy chciałem uczyć się muzyki, uznałem, że jest za
późno, po tej oznace: namiętność moja malała w miarę, jak
zyskiwałem nieco wiedzy. Dźwięki, które wydawałem, budziły
we mnie wstręt, w przeciwieństwie do tylu czwartorzędnych
wykonawców, którzy swoją odrobinę talentu --- miłego zresztą
wieczorem na wsi --- zawdzięczają jedynie wytrwałości, z jaką co
rano rozdzierają uszy samym sobie. Ale oni ich sobie nie rozdzierają, bo... Ta filozofia nie skończyłaby się nigdy.</akap>


<akap>Słowem, uwielbiałem muzykę, z największą dla siebie rozkoszą, od 1806 do 1810 w Niemczech, od 1814 do 1821 we
Włoszech. We Włoszech mogłem rozprawiać o muzyce ze starym
Mayrem<pe><slowo_obce>Mayr, Johann Simon Mayr</slowo_obce> (1763--1845) --- mieszkający we Włoszech kompozytor pochodzenia niemieckiego.</pe>, z młodym Pacinim<pe><slowo_obce>Pacini, Giovanni</slowo_obce> (1796--1867) --- kompozytor włoski, najbardziej znany jako twórca oper.</pe>, z kompozytorami. Wykonawcy,
margrabia Carafa, Visconti z Mediolanu, uważali, przeciwnie, że
ja nie mam zdrowych klepek. To tak, jakbym dziś mówił
o polityce z podprefektem.</akap>


<akap>Jednym ze zdumień hrabiego Daru, prawdziwego literata od
stóp do głów, godnego idiotyzmu Akademii Napisów z 1828, było
to, że ja mogę napisać stronicę, która sprawi komukolwiek
przyjemność. Jednego dnia kupił od Delaunaya, który mi to
opowiadał, małe dziełko mego pióra<pe><slowo_obce>małe dziełko mego pióra</slowo_obce> --- <tytul_dziela>Rzym, Neapol i Florencja w 1817</tytul_dziela>.</pe>, które z przyczyny wyczerpania edycji sprzedawano po 40 franków. Zdumienie jego było
takie, że można było umrzeć ze śmiechu, powiadał księgarz.</akap>


<akap_dialog>--- Jak to, czterdzieści franków!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, panie hrabio, i to przez protekcję, i zrobi pan wielką
przyjemność księgarzowi, nie biorąc książki po tej cenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy to możliwe! --- powiadał Akademik, podnosząc oczy do
nieba. --- Ten smarkacz! Ciemny jak tabaka w rogu!</akap_dialog>


<akap>Był najzupełniej szczery. Ludzie z antypodów, patrząc na
księżyc wówczas, kiedy jest dla nas tylko małym rogalikiem,
powiadają sobie: ,,Co za cudowne światło, to prawie pełnia!".
Hrabia Daru, członek Akademii Francuskiej, członek czynny
Akademii Nauk etc., etc., i ja patrzyliśmy na serce człowieka, na
przyrodę etc. z przeciwnych stron.</akap>


<akap>Jednym ze zdumień Micheroux, którego ładny pokoik sąsiadował z moim na drugim piętrze hotelu des Lillois, było to, że mogli
istnieć ludzie, którzy słuchali mnie, kiedy mówiłem o muzyce.
Nie mógł ochłonąć ze zdumienia, kiedy się dowiedział, że to ja
napisałem książkę o Haydnie. Chwalił dosyć tę książkę, zbyt
metafizyczną, powiadał; ale to, że ja mogłem ją napisać, że ja
byłem jej autorem, ja, niezdolny wziąć zmniejszonej septymy<pe><slowo_obce>zmniejszona septyma</slowo_obce> --- akord muzyczny.</pe> na
fortepianie, na to otwierał szeroko oczy. A były te oczy bardzo
ładne, kiedy w nich było przypadkiem nieco wyrazu.</akap>


<akap>Owo zdumienie, które opisałem może zbyt obszernie, znajdowałem w większym lub mniejszym stopniu u wszystkich, z którymi rozmawiałem aż do epoki (1827), w której zacząłem być
dowcipny.</akap>


<akap>Jestem jak uczciwa kobieta, która została ulicznicą: muszę
pokonywać co chwila ów wstyd uczciwego człowieka, który ma
wstręt do mówienia o sobie. Mimo to ta książka wypełniona jest
nie czym innym. Nie przewidywałem tej okoliczności, może
sprawi ona, że wszystkiego trzeba mi będzie poniechać. Nie
przewidywałem innej trudności prócz odwagi powiedzenia prawdy o wszystkim. To najmniejsza rzecz.</akap>


<akap>Brak mi trochę szczegółów co do tych odległych epok. Stanę się
mniej suchy i mniej gadatliwy, w miarę jak się zbliżę do lat
1826--1830. Wówczas nieszczęście moje narzuciło mi rolę człowieka dowcipnego. Przypominam sobie wszystko, jakby się to działo
wczoraj.</akap>


<akap>Na skutek nieszczęśliwej dyspozycji fizycznej, która sprawiła,
że uchodziłem za kłamcę, za dziwaka, a zwłaszcza za złego
Francuza, bardzo trudno mi znaleźć przyjemność w muzyce
śpiewanej w teatrze francuskim.</akap>


<akap>Moją wielką pasją, jak wszystkich moich przyjaciół w 1821,
była jednak Opera Buffa.</akap>


<akap>Pasta grała tam w <slowo_obce>Tankredzie</slowo_obce>, <slowo_obce>Otellu</slowo_obce>, <slowo_obce>Romeo i Julii</slowo_obce> w sposób,
któremu nie tylko nikt nigdy nie dorównał, ale także którego z pewnością nie przewidywali autorowie tych oper.</akap>


<akap>Talma<pe><slowo_obce>Talma, François-Joseph</slowo_obce> (1763–1826) --- aktor francuski.</pe>, którego potomność wyniesie może tak wysoko, miał
duszę tragiczną, ale był taki głupi, że wpadał w najpocieszniejsze
afektacje. Podejrzewam, że poza zupełnym brakiem inteligencji
miał jeszcze ową służalczość niezbędną dla zdobycia sukcesu
i którą z taką przykrością odnalazłem nawet u wspaniałego
i uroczego Bérangera<pe><slowo_obce>Béranger, Pierre-Jean de</slowo_obce> (1780--1857) --- francuski poeta, zasłynął jako autor piosenek i wydatnie przyczynił się do ukształtowania tradycji francuskiej <slowo_obce>chanson</slowo_obce>.</pe>.</akap>


<akap>Talma był tedy prawdopodobnie służalczy, uniżony, pełzający,
nadskakujący etc., a może i coś więcej jeszcze, wobec pani de
Staël<pe><slowo_obce>Madame de Staël</slowo_obce> --- właśc. Anne-Louise Germaine Necker (1766--1817), francuska publicystka i powieściopisarka, propagatorka pojęcia Romantyzmu, przeciwniczka polityczna Napoleona wydalona przez niego z kraju.</pe>, która głupio zajęta wciąż swoją brzydotą (jeżeli można użyć
słowa ,,głupio", mówiąc o tej wspaniałej kobiecie), potrzebowała,
aby się upewnić, namacalnych i wciąż ponawianych argumentów.</akap>


<akap>Pani de Staël, która cudownie posiadała --- jak jeden z jej
kochanków, książę de Talleyrand --- <wyroznienie>sztukę powodzenia
w Paryżu</wyroznienie>, zrozumiała, że może tylko zyskać, dając swoją pieczęć
sukcesowi Talmy, który zaczynał stawać się powszechny i tracić
przez swą trwałość mniej szacowny charakter <wyroznienie>mody</wyroznienie>.</akap>


<akap>Sukces Talmy zaczął się śmiałością: miał odwagę nowości,
jedyną odwagę, jaka jest we Francji zdumiewająca. Był nowy
w <tytul_dziela>Brutusie</tytul_dziela> Woltera, a wkrótce potem w tej mizernej amplifikacji,
<tytul_dziela>Karolu IX</tytul_dziela> pana de Chénier<pe><slowo_obce>Chénier, André Marie de</slowo_obce> (1762--1794) --- poeta, ofiara Rewolucji Francuskiej.</pe>.</akap>


<akap>Stary i bardzo lichy aktor, którego znałem, nudny i rojalistyczny Naudet, był tak urażony nowatorskim geniuszem młodego
Talmy, że go wyzwał kilkakrotnie na pojedynek. Nie wiem
doprawdy, skąd Talma wziął myśl i odwagę nowości --- o ile go
znałem, nie wyglądał na to.</akap>


<akap>Mimo jego sztucznie grubego głosu i prawie równie uprzykrzonej afektacji<pe><slowo_obce>afektacja</slowo_obce> --- przesada, nienaturalność, zwłaszcza w wyrażaniu uczuć.</pe> gestów Francuz, który był zdolny wzruszyć się pięknymi tragicznymi uczuciami trzecigo aktu <tytul_dziela>Hamleta</tytul_dziela> Ducisa<pe><slowo_obce><tytul_dziela>Hamlet</tytul_dziela> Ducisa</slowo_obce> --- sztuka w adaptacji Jean-François Ducisa.</pe>
albo pięknymi scenami ostatnich aktów <tytul_dziela>Andromaki</tytul_dziela>, nie miał
innego sposobu, jak tylko zobaczyć Talmę.</akap>


<akap>Miał duszę tragiczną, i to w zdumiewającym stopniu. Gdyby
z nią łączył prostotę oraz odwagę zasięgania rady, byłby mógł zajść
bardzo daleko. Być równie wspaniałym jak Monvel w roli Augusta (<tytul_dziela>Cynna</tytul_dziela>). Mówię tu o rzeczach, które widziałem, i dobrze
widziałem, przynajmniej bardzo szczegółowo, ile że byłem namiętnym miłośnikiem Komedii Francuskiej<pe><slowo_obce>Comédie-Française</slowo_obce> --- francuski teatr narodowy, istniejący od r. 1680.</pe>.</akap>


<akap>Szczęściem dla Talmy, zanim pewien pisarz, człowiek inteligentny i często mówiący do publiczności (ksiądz Geoffroy), zabrał się do niszczenia jego reputacji, było polityką pani de Staël
wynosić go pod niebiosa. Ta wymowna kobieta podjęła się
nauczyć głupców, w jaki sposób należy mówić o Talmie. Można
sobie wyobrazić, że nie zbrakło jej przy tym emfazy<pe><slowo_obce>emfaza</slowo_obce> --- patos.</pe>. Imię Talmy
stało się europejskie.</akap>


<akap>Jego nieznośna afektacja stała się coraz bardziej niedostrzegalna dla Francuzów, baraniego plemienia. Nie jestem baranem, co
sprawia, że jestem niczym.</akap>


<akap>Melancholia nieuchwytna i mająca coś z tchnienia fatum, jak
u Edypa, nie znajdzie nigdy aktora równego Talmie. Jako
Manliusz był bardzo rzymski: ,,Bierz, czytaj" i ,,Czy znasz rękę
Rutyliusza?" były boskie. A dlatego, że nie było sposobu wpaść
tutaj w okropny śpiew aleksandrynu<pe><slowo_obce>aleksandryn</slowo_obce> --- dwunastozgłoskowy wiersz ze średniówką po szóstej sylabie, dominujący w poezji francuskiej.</pe>. Jakiej śmiałości było mi
trzeba, aby myśleć to w r. 1805? Drżę prawie, pisząc takie
bluźnierstwa dziś (1832), kiedy oba bożyszcza upadły. A przecież
w 1805 przepowiadałem rok 1832 i sukces zdumiewa mnie
i oszałamia.</akap> 


<akap>Czy to samo zdarzy mi się z ty...?<pe><slowo_obce>Czy to samo zdarzy mi się z ty...?</slowo_obce> --- w orygianale: <slowo_obce>Avec la ti...?</slowo_obce>; niedokończone słowo można odczytać jako: tyrania, tiara lub tyrada (wg H. Martineau, brytyjskiej pisarki).</pe></akap>


<akap>Ciągły zaśpiew, spęczniały głos, drżenie rąk, sztuczny chód nie
dozwalały mi ani pięciu minut z rzędu czystej przyjemności, gdy
oglądałem Talmę. Co chwila trzeba było wybierać, brzydkie
zajęcie dla wyobraźni, a raczej głowa zabija wówczas wyobraźnię.
Doskonałe były w Talmie tylko głowa i jego <wyroznienie>zamglone
spojrzenie</wyroznienie>. Powrócę do tego z okazji Madonn Rafaela
i panny Wirginii de La Fayette (Adolfowej Périer), która miała tę
piękność w najwyższym stopniu i z której jej zacna babka, hrabina
de Tracy, była bardzo dumna.</akap>


<akap>Tragizm, który mnie odpowiadał, znalazłem w Keanie<pe><slowo_obce>Kean, Edmund</slowo_obce> (1787--1833) --- angielski aktor teatralny, popularny także w Stanach Zjednoczonych.</pe> i uwielbiłem go. Wypełnił moje oczy i moje serce. Widzę go jeszcze
przed sobą, Ryszarda III i Otella.</akap>


<akap>Ale tragizm w kobiecie, gdzie jest najbardziej dla mnie wzruszający, znalazłem tylko u Pasty i tam był czysty, doskonały, bez
domieszki. W domu była milcząca i niewzruszona. Wieczorem
przez dwie godziny była... Wróciwszy leżała dwie godziny na
kanapie płacząc, z atakami nerwów.</akap>


<akap>Prawda, że ten talent tragiczny złączony był z talentem śpiewaczym, ucho tedy dopełniało wzruszenia rozpoczętego przez oczy
i Pasta zostawała długo, dwie albo trzy sekundy, w tej samej
pozycji. Czy to było ułatwienie, czy jedna więcej trudność do
pokonania? Często zastanawiałem się nad tym. Skłonny jestem mniemać, że przymus trwania długo w jednej pozycji ani nie ułatwia, ani nie utrudnia. Zostaje trudność baczenia na to, aby
dobrze śpiewać!</akap>


<akap>Kawaler Micheroux, Lussinge, di Fiori, Sutton Sharpe, kilku
innych i ja, złączeni podziwem dla <slowo_obce>gran donna</slowo_obce><pe><slowo_obce>gran donna</slowo_obce> (wł.) --- właściwie: <slowo_obce>grande donna</slowo_obce>, wielka pani.</pe>, mieliśmy wieczny
temat do dyskusji w sposobie, w jaki grała w <tytul_dziela>Romeo i Julii</tytul_dziela>
ostatniego wieczoru, w głupstwach, jakie mówili z tej okazji
biedni literaci francuscy, zmuszeni mieć zdanie o rzeczy tak
przeciwnej naturze Francuza jak <wyroznienie>muzyka</wyroznienie>.</akap>


<akap>Ksiądz Geoffroy, bezwarunkowo najinteligentniejszy i najbardziej wykształcony z dziennikarzy, nazywał bez ceremonii Mozarta
,,wrzaskułą"; szczery: istnieli dlań tylko Grétry<pe><slowo_obce>Grétry, André</slowo_obce> (1741--1813) --- kompozytor francuski pochodzenia belgijskiego, znany jako autor oper komicznych.</pe> i Monsigny<pe><slowo_obce>Monsigny, Pierre-Alexandre</slowo_obce> (1729--1817) --- francuski kompozytor operowy.</pe>,
których się <wyroznienie>nauczył</wyroznienie>.</akap>


<akap>Łaskawy czytelniku, zechciej, proszę, pojąć sens tego słowa.
Zamyka się w nim historia muzyki francuskiej.</akap>


<akap>Można z tego osądzić osielstwa<pe><slowo_obce>osielstwo</slowo_obce> --- głupota, upór.</pe>, jakie mówiła w 1822 cała zgraja
literatów, dziennikarzy o tyle niższych od księdza Geoffroy.
Zebrano felietony tego dowcipnego bakałarza, i okazało się, że to
jest coś bardzo płaskiego. Były boskie, kiedy je podawano od ręki
dwa razy na tydzień, tysiąc razy więcej warte od ciężkich artykułów jakiegoś Hoffmanna albo jakiegoś pana Féletz, które, zebrane, lepiej może wyglądają niż rozkoszne felietony Geoffroy. W ich
epoce jadałem na śniadanie u Hardy'ego, wówczas będącego w
modzie, cudowne nereczki z rożna. I wierzcie mi, w dni, w które
nie było felietonu księdza Geoffroy, nereczki nie smakowały mi.</akap>


<akap>Pisał je, słuchając lektury zadań łacińskich swoich uczniów na
pensji ***, gdzie był nauczycielem. Jednego dnia, kiedy zaprowadził uczniów do kawiarni koło Bastylii, aby się napić piwa,
chłopcy, ku niesłychanej swej uciesze, znaleźli dziennik stanowiący dowód, czym zabawia się ich nauczyciel, którego często
widzieli, jak pisał, przykładając papier do nosa --- taki miał krótki
wzrok.</akap>


<akap>Krótkiemu wzrokowi również Talma zawdzięczał owo zamglone spojrzenie zdradzające tyle duszy (znak jakby skupienia
wewnętrznego, skoro nic interesującego nie ściąga uwagi z zewnątrz).</akap>


<akap>Widzę pewną okoliczność pomniejszającą talent Pasty. Nie
sprawiało jej trudności grać naturalnie wielką duszę --- była taka.</akap>



<akap>Była na przykład skąpa lub, jeśli kto woli, oszczędna z rozsądku, mając męża rozrzutnego. I w jeden miesiąc zdarzało się jej
rozdać 200 franków biednym włoskim wygnańcom. A byli między nimi bardzo nieapetyczni, tacy, że mogli zbrzydzić dobroczynność, na przykład pan Giannone, poeta z Modeny, niech mu
niebo odpuści. Co on miał za oko!</akap>


<akap>Pan di Fiori, ten wykapany Jupiter Mansuetus<pe><slowo_obce>Jupiter Mansuetus</slowo_obce> (łac.) --- Jowisz Łagodny (a. obłaskawiony).</pe>, skazany na
śmierć w dwudziestym trzecim roku życia w Neapolu w 1799,
podejmował się rozdzielać sprawiedliwie zapomogi Pasty. On
wiedział o nich i opowiedział mi to znacznie później w zaufaniu.
Królowa francuska dała zaprotokołować w dzisiejszej gazecie 70
franków posłane jakiejś staruszce (czerwiec 1832)!</akap>






<naglowek_rozdzial>Rozdział VIII</naglowek_rozdzial>






<akap>Poza bezwstydem mówienia ustawicznie o sobie praca ta nastręcza
inny powód zniechęcenia: ileż rzeczy śmiałych, które ja mówię,
drżąc, będzie płaskim komunałem w dziesięć lat po mojej śmierci,
o ile niebo pozwoli mi uczciwie dożyć jakichś osiemdziesięciu albo
dziewięćdziesięciu lat!</akap>


<akap>Z drugiej strony, miło jest mówić o generale Foy, o pani Pasta,
o lordzie Byronie, o Napoleonie i o wszystkich wielkich lub co
najmniej niepospolitych ludziach, których miałem szczęście znać
i którzy raczyli rozmawiać ze mną!</akap>


<akap>Zresztą, jeżeli czytelnik jest zawistny jak moi współcześni,
niech się pocieszy: niewielu tych wielkich ludzi, których tak
kochałem, odgadło mnie. Sądzę nawet, że uważali mnie za
większego nudziarza od innych, może widzieli we mnie jedynie
<wyroznienie>sentymentalną egzaltację</wyroznienie>.</akap>


<akap>To jest w istocie najgorszy rodzaj. Dopiero od czasu, jak stałem
się się dowcipny, zaczęto mnie oceniać, często ponad zasługę.
Generał Foy, pani Pasta, pan de Tracy, Canova<pe><slowo_obce>Canova, Antonio</slowo_obce> (1757--1822) --- włoski rzeźbiarz, architekt i malarz.</pe> nie odgadli we
mnie (prześladuje mnie to głupie słowo ,,odgadli") duszy pełnej
rzadkiej dobroci --- mam jej guz (system Galla) --- inteligencji
płomiennej i zdolnej ich zrozumieć.</akap>


<akap>Jednym z ludzi, którzy mnie nie zrozumieli, a może razem
wziąwszy, tym, którego najbardziej kochałem (urzeczywistniał
mój ideał, jak to powiedział nie wiem jaki emfatyczny głupiec), to Andrea Corner z Wenecji, eksadiutant księcia Eugeniusza w Mediolanie.</akap>


<akap>Byłem w 1811 serdecznym przyjacielem hrabiego Widmanna,
kapitana gwardii w Wenecji (byłem kochankiem jego kochanki).
Spotkałem tego miłego Widmanna w Moskwie, gdzie mnie
poprosił --- tylko tyle! --- abym go zrobił senatorem królestwa
włoskiego. Uważano mnie wówczas za faworyta hrabiego Daru,
mego kuzyna, który mnie nigdy nie lubił, wręcz przeciwnie.
W 1811 Widmann zapoznał mnie z Cornerem, który mnie uderzył
jak piękna twarz z obrazu Veronesa.</akap>


<akap>Hrabia Corner przejadł, powiadają, pięć milionów. Ma postępki rzadkiej szlachetności, najbardziej sprzeczne z charakterem
francuskiego światowca. Co się tyczy odwagi, miał dwa krzyże
z ręki Napoleona (Krzyż Żelazny i Legię Honorową).</akap>


<akap>To on powiadał tak naiwnie o czwartej po południu w dzień
bitwy pod Moskwą (7 września 1812): ,,Ależ ta diabelska bitwa
nigdy się nie skończy!". Widmann czy Migliorini powtórzyli mi to
nazajutrz.</akap>


<akap>Żaden z Francuzów tak dzielnych, ale tak wymuszonych,
których znałem wówczas w armii, na przykład generał Caulaincourt, generał Montbrun etc., nie ośmieliłby się powiedzieć
czegoś podobnego, nawet książę de Frioul (Michel Duroc).
Duroc posiadał rzadką naturalność charakteru, ale co do tego
przymiotu, jak co do wesołości i dowcipu, daleki był od Andrei
Cornera.</akap>


<akap>Ten kochany człowiek był wówczas w Paryżu, bez grosza,
zaczynał łysieć. Wszystkiego mu brakło w trzydziestym ósmym
roku, w wieku, w którym, kiedy się jest przeżytym, nuda zaczyna
ciążyć. Toteż --- jedyna wada, jaką w nim zauważyłem --- czasami
wieczór przechadzał się sam trochę pijany po ogrodzie, wówczas
ciemnym, Palais-Royal. To koniec wszystkich znakomitych nieszczęśliwych: zdetronizowani książęta, pan Pitt patrzący na sukces Napoleona i dowiadujący się o bitwie pod Austerlitz.</akap>


<akap>Lussinge, człowiek najbardziej przezorny, jakiego znałem,
chcąc sobie zapewnić towarzysza przechadzki na rano, bardzo
niechętnie zapoznawał mnie ze swymi znajomymi.</akap>


<akap>Zaprowadził mnie wszakże do pana Maisonnette'a, jednego
z najosobliwszych ludzi, jakich znałem w Paryżu. Jest czarny,
chudy, bardzo mały, jak Hiszpan; z Hiszpana ma też żywe oko,
drażliwość i odwagę.</akap> 


<akap>To, że może napisać w ciągu jednego wieczoru trzydzieści
gładkich i gadatliwych stronic, aby stworzyć tezę polityczną ze
słówka, jakie minister prześle mu o szóstej wieczór przed pójściem na obiad --- to przymiot, który Maisonnette dzieli z pp. Vitet,
Leonem Pillet, Saint-Marc Girardin i innymi pisarzami Skarbu<pe><slowo_obce>i innymi pisarzami Skarbu</slowo_obce> --- mowa tu o pisarzach znajdujących się pod królewskim mecenatem.</pe>.
Ciekawe, niewiarygodne jest to, że Maisonnette wierzy w to, co
pisze. Był kolejno zakochany --- ale zakochany tak, że mógł
poświęcić dlań życie --- w panu Decazes, potem w panu de Villèle,
w końcu, zdaje się, w panu de Martignac. Przynajmniej ten był
sympatyczny.</akap>


<akap>Nieraz próbowałem przeniknąć Maisonnette'a. Zdawało mi
się, że widzę w nim zupełny brak logiki, a niekiedy kapitulację
sumienia, wstrząs małego wyrzutu, który miał ochotę się urodzić.
Wszystko to oparte na wielkim pewniku: trzeba żyć.</akap>


<akap>Maisonnette nie ma żadnego pojęcia o obowiązkach obywatela.
Patrzy na to tak, jak ja patrzę na stosunki człowieka z aniołami,
w które tak święcie wierzy pan F. Ancillon, obecny minister
spraw zagranicznych w Berlinie (znany mi dobrze z lat 1806
i 1807). Maisonnette boi się obowiązków obywatela, jak Dominik<pe><slowo_obce>Dominik</slowo_obce> --- jeden z kryptonimów Stendhala.</pe> obowiązków religii. Jeżeli czasami, pisząc tak często słowo
,,honor" i ,,lojalność", doznaje maleńkiego wyrzutu, załatwia się
z nim w duszy swoim rycerskim oddaniem przyjaciołom. Gdybym chciał, mógłbym --- zaniedbawszy go z nudy zupełnie przez
pół roku --- kazać mu wstać o piątej rano, aby coś dla mnie załatwił.
Byłby poszedł na biegun, aby wyzwać na pojedynek człowieka,
który by wątpił o jego honorze społecznym.</akap>


<akap>Nie gubiąc się nigdy w utopiach o dobru publicznym, o mądrej
konstytucji, cudowny był jako informator o poszczególnych
faktach. Jednego wieczora Lussinge, Gazul<pe><slowo_obce>Gazul</slowo_obce> --- czyli Prosper Mérimée, nazwany tak od tytułu swojego dramatu <tytul_dziela>Teatr Klary Gazul</tytul_dziela>.</pe> i ja mówiliśmy
o panu de Jouy, wówczas modnym autorze, następcy Woltera: wstaje i znajduje w swoim obszernym zbiorze własnoręczny
list, którym pan de Jouy prosi Burbonów o Krzyż św. Ludwika.</akap>


<akap>Nie trwało ani dwóch minut znalezienie tego dokumentu,
który kłócił się tak zabawnie z nieprzejednaną cnotą liberała Jouy.</akap>


<akap>Maisonnette nie miał owego nikczemnego i przewrotnego 
łajdactwa, owego doskonałego jezuityzmu redaktorów ,,Journal
des Débats". Toteż w ,,Debatach" zgorszyli się mocno z powodu
15 000 czy 20 000 franków, które pan de Villèle, człowiek tak
pozytywny, dał Maisonnette'owi.</akap> 


<akap>Ludzie z ulicy des Prêtres uważali go za głupca, ale jego płaca
nie dawała im spać, jak laury Milcjadesa<pe><slowo_obce>laury Milcjadesa</slowo_obce> --- nawiązanie do zwycięstwa Ateńczyków w bitwie pod Maratonem w 490 r. p.n.e.; ich wódz (Milicjades) na znak zwycięstwa z Persami wysłał do Aten posłańca z gałązką laurową. Niestety droga była tak męcząca, że posłaniec ten tuż po przekroczeniu bram miasta umarł z wycieńczenia.</pe>.</akap>


<akap>Kiedyśmy podziwiali list generał-adiutanta Jouy, Maisonnette
rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Szczególna rzecz, że dwaj obecni koryfeusze<pe><slowo_obce>koryfeusz</slowo_obce> --- przewodnik chóru w teatrze starogreckim; tu: osoba wybitna, wyróżniająca się.</pe> literatury i liberalizmu nazywają się obaj Étienne.</akap_dialog>


<akap>Pan de Jouy urodził się w Jouy jako syn mieszczanina nazwiskiem Étienne. Obdarzony owym francuskim tupetem, którego
biedni Niemcy nie są zdolni pojąć, w czternastym roku mały
Étienne opuścił Jouy, koło Wersalu, aby się udać do Indii. Tam
kazał się nazywać: Étienne de Jouy, É. de Jouy, w końcu po
prostu: de Jouy. Został naprawdę kapitanem, potem gubernator
zrobił go, zdaje mi się, pułkownikiem. Mimo że odważny, służył
mało albo wcale. Był bardzo urodziwym mężczyzną.</akap>


<akap>Jednego dnia w Indiach on i paru przyjaciół weszli do świątyni,
aby się schronić przed straszliwym gorącem. Zastali tam kapłankę, rodzaj westalki<pe><slowo_obce>westalka</slowo_obce> --- kapłanka mająca za zadanie pilnować domowego ogniska ku chwale rzymskiej bogini Westy, ślubująca dziewictwo.</pe>. Pan de Jouy wpadł na koncept, aby jej kazać
sprzeniewierzyć się Bramie<pe><slowo_obce>Brama</slowo_obce> --- popr. Brahma, jeden z bogów religii hinduistycznej, który ma cztery głowy i ręce.</pe> na ołtarzu jej boga.</akap>


<akap>Hindusi spostrzegli to, przybiegli zbrojni, ucięli ręce, a potem
i głowę westalce, przepiłowali na dwoje oficera, kolegę autora
<tytul_dziela>Sulli</tytul_dziela>, który po śmierci przyjaciela zdołał wskoczyć na koń i jeszcze galopuje.</akap>


<akap>Zanim pan de Jouy skierował swój geniusz intryg na literaturę,
był generalnym sekretarzem prefektury w Brukseli około 1810.
Tam, o ile mi się zdaje, był kochankiem prefekciny i totumfackim<pe><slowo_obce>totumfacki</slowo_obce> (przest.) --- człowiek, który podejmuje się wszelkich usług; załatwia sprawy za innych ludzi, często dla własnej korzyści.</pe>
pana de Pontécoulant, prefekta, człowieka naprawdę utalentowanego. We dwójkę z panem de Jouy wytępili żebraninę. To jest nie
lada rzecz wszędzie, bardziej niż gdzie indziej w Belgii, kraju
wybitnie katolickim.</akap>


<akap>Po upadku wielkiego człowieka pan de Jouy poprosił o Krzyż
św. Ludwika. Skoro głupcy siedzący na tronie odmówili mu,
wziął ich na swoje pióro i narobił im więcej złego niż wszyscy
literaci z ,,Debat", tak tłusto opłacani, zrobili im dobrego.
Patrz w 1820 wściekłość ,,Debat" na ,,Minerwę".</akap>


<akap>Pan de Jouy, przez swego <tytul_dziela>Pustelnika z Chaussée d'Antin</tytul_dziela>,
książkę tak dobrze dostrojoną do umysłowości francuskiego
mieszczucha i do głupiej ciekawości Niemca, <wyroznienie>wierzył</wyroznienie>, przez
pięć czy sześć lat, że jest następcą Woltera, którego z tej przyczyny miał biust<pe><slowo_obce>biust</slowo_obce> --- tu: popiersie, pomnik.</pe> w swoim ogrodzie.</akap>


<akap>Od 1829 pisarze romantyczni, którzy nie mają nawet tyle talentu, co pan de Jouy, okrzyczeli go jako współczesnego Cotina<pe><slowo_obce>okrzyczeli go jako współczesnego Cotina</slowo_obce> --- ksiądz Cotin, poeta o wątpliwym talencie; często drwił z niego wcześniej wspomniany Boileau.</pe>
(Boileau). Starość jego stała się nieszczęśliwą (<slowo_obce>amaregiata</slowo_obce><pe><slowo_obce>amaregiata</slowo_obce> (wł.) --- zgorzkniały.</pe>) przez
niepomierną sławę jego wieku męskiego.</akap>


<akap>Dzielił dyktaturę literacką --- kiedy przybyłem w 1821 --- z innym
głupcem o wiele pospolitszym, panem A. V. Arnault z Instytutu,
kochankiem pani Brac. Często widywałem go u pani Cuvier,
siostry jego kochanki. Miał dowcip pijanego stróża. Stworzył
mimo to te ładne wiersze:</akap>






<poezja_cyt><strofa><slowo_obce>Où vas-tu, feuille de chêne?</slowo_obce>/
<slowo_obce>Je vais où le vent me mène.</slowo_obce><pe><slowo_obce>Où vas-tu, feuille de chêne? Je vais où le vent me mène</slowo_obce> (fr.) --- Dokąd zdążasz, listku bukowy? Tam, gdzie mnie niesie wiatr.</pe></strofa></poezja_cyt>



<akap>Napisał je w wilię<pe><slowo_obce>wilia</slowo_obce> --- wigilia, dzień bezpośrednio poprzedzający jakieś święto a. wydarzenie.</pe> swego wyjazdu na wygnanie. Osobiste
nieszczęście dało jakieś życie tej duszy z drewna. Znałem go
bardzo nikczemnym, bardzo płaszczącym się około 1811, u hrabiego Daru, którego przyjmował w Akademii Francuskiej. Pan de
Jouy, o wiele milszy, sprzedał resztki swej męskiej urody pani
Davillier, najstarszej i najnudniejszej kokietce swojej epoki. Była
--- albo jest jeszcze --- o wiele śmieszniejsza niż hrabina Baraguey-d'Hilliers, która w pięćdziesiątej siódmej wiośnie rekrutowała
jeszcze kochanków wśród ludzi z talentem. Nie wiem, czy to
z tego tytułu musiałem umykać przed nią u pani Dubignon.
Wzięła tego gamonia de Masson (referendarza), kiedy zaś jedna
z moich przyjaciółek mówiła jej: ,,Jak to! Taki brzydal!", odpowiedziała: ,,Wzięłam go dla jego inteligencji".</akap>


<akap>Najlepsze, że ten smutny sekretarz pana Beugnot miał tyleż
inteligencji, co urody. Nie można mu odmówić zręczności, sztuki
awansowania przez cierpliwość i znoszenie awanii<pe><slowo_obce>awania</slowo_obce> (daw.) --- afront, zniewaga, wyrządzona przykrość.</pe>, również pewnych wiadomości, nie w zakresie finansów, ale w sztuce notowania operacji finansowych państwa. Głupcy mylą te dwie rzeczy.
Pani d'Hilliers, podczas gdy patrzyłem na jej ramiona (były
jeszcze wspaniałe), powiedziała mi:</akap>


<akap_dialog>--- Nauczę pana, jak pan może zrobić karierę przez swoje
talenty. Sam jeden skręci pan kark.</akap_dialog>


<akap>Nie byłem dość inteligentny, aby ją zrozumieć. Przyglądałem
się często tej starej hrabinie z powodu cudownych sukien od
Wiktoryny, jakie nosiła. Nad wyraz cenię piękną suknię, to dla mnie rozkosz. Niegdyś pani N. C. D. zaszczepiła mi ten gust,
związany z rozkosznymi wspomnieniami z Cideville.</akap>


<akap>Zdaje mi się, że to pani Baraguey-d'Hilliers pouczyła mnie, że
autor czarującej piosenki, którą uwielbiałem i którą miałem
w kieszeni, układał wierszyki na urodziny tych dwóch starych
małp: pp. de Jouy i Arnault, i okropnej pani Davillier. Oto czego
nigdy nie popełniłem, ale też nie napisałem <tytul_dziela>Króla Yvetot</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Senatora</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Babuni</tytul_dziela>.</akap>


<akap>Pan de Béranger, rad, że pochlebiając tym szympansom, zyskał
tytuł (zresztą tak zasłużony) wielkiego poety, nie raczył schlebiać rządowi Ludwika Filipa, któremu tylu liberałów się sprzedało.</akap>






<naglowek_rozdzial>Rozdział IX</naglowek_rozdzial>






<akap>Ale trzeba wrócić do ogródka przy ulicy Caumartin. Tam co
wieczora w lecie czekały nas butelki zimnego piwa, którego nam
nalewała duża i piękna kobieta, pani Romance, separowana żona
jakiegoś drukarza hultaja, a kochanka Maisonnette'a, który ją
kupił od rzeczonego męża za 2000 czy 3000 franków.</akap>


<akap>Tam zachodziliśmy często, Lussinge i ja. Wieczorem spotykaliśmy na bulwarze pana Darbelles, człowieka sześciu stóp wzrostu, naszego przyjaciela z dzieciństwa, ale bardzo nudnego. Mówił nam o Court de Gébelin i chciał wybić się przez wiedzę. Powiodło
mu się lepiej na inny sposób, bo dziś jest ministrem. Szedł zwykle
do matki na ulicę Caumartin; aby się odczepić od niego, wstępowaliśmy do Maisonnette'a.</akap>


<akap>Zaczynałem owego lata odradzać się nieco dla świata. Dochodziłem do tego, aby nie myśleć o Mediolanie przez pięć albo sześć
godzin z rzędu, jedynie obudzenie było jeszcze gorzkie dla mnie.
Czasami zostawałem w łóżku do południa, snując czarne myśli.</akap>


<akap>Słuchałem tedy z ust Maisonnette'a opisu sposobu, w jaki
<wyroznienie>władza</wyroznienie>, jedyna rzecz realna, rozmieszczona była w Paryżu
owego roku 1821. Przybywając do jakiegoś miasta, pytam zawsze:
1° o dwanaście najładniejszych kobiet; 2° o dwunastu najbogatszych mężczyzn; 3° kto jest człowiekiem, który mnie może kazać
powiesić.</akap>


<akap>Maisonnette odpowiadał wcale dobrze na moje pytania. Ze zdumieniem ujrzałem, że on był szczery w swojej miłości dla
słowa ,,król".</akap>


<akap_dialog>--- Co za słowo dla Francuza! --- mówił do mnie z entuzjazmem,
wznosząc małe i czarne oczki jak błędne do nieba. --- Co za słowo:
<wyroznienie>król</wyroznienie>!</akap_dialog>


<akap>Maisonnette był profesorem retoryki w 1811 r.; dał z własnej
woli ,,wolne" swoim uczniom w dniu urodzin króla rzymskiego<pe><slowo_obce>w dniu urodzin króla rzymskiego</slowo_obce> --- księcia Reichstadtu, któremu Napoleon nadał tytuł króla Rzymu.</pe>.
W 1815 r. napisał panegiryk<pe><slowo_obce>panegiryk</slowo_obce> --- uroczysty tekst pochwalny sławiący jakąś osobę lub wydarzenie.</pe> na rzecz Burbonów. Pan Decazes
przeczytał pamflet<pe><slowo_obce>pamflet</slowo_obce> --- utwór zmierzający do zdemaskowania, ośmieszenia, a nawet poniżenia danej osoby czy instytucji.</pe>, wezwał go i zrobił go pisarzem politycznym
z pensją 6000 franków. Dziś Maisonnette jest bardzo wygodny dla
prezydenta ministrów, wie doskonale i pewnie, jak słownik,
wszystkie fakciki, wszystkie podszewki intryg politycznych w Paryżu od 1815 do 1832 r.</akap>


<akap>Nie znałem tej zalety, o którą trzeba pytać, aby ją poznać.
Widziałem tylko ten niewiarygodny sposób rozumowania.</akap>


<akap>Powiadałem sobie: ,,Z kogo on sobie kpi? Czy ze mnie? Ale
w jakim celu? Czy z Lussinge'a? Czy z tego biednego młodego
człowieka w szarym surducie, tak brzydkiego ze swoim zadartym
nosem?". Ten młody człowiek miał coś bezczelnego i nadzwyczaj
niemiłego. Jego małe i bezbarwne oczy miały wyraz zawsze ten
sam, i to wyraz zły.</akap>


<akap>Takie zrobił na mnie pierwsze wrażenie najlepszy z moich
obecnych przyjaciół. Nie jestem zbyt pewny jego serca, ale jestem
pewny jego talentów: to hrabia Gazul, dziś tak znany, od którego
list, otrzymany w zeszłym tygodniu, uszczęśliwił mnie na dwa
dni<pa><slowo_obce>Made</slowo_obce> [ang. stworzyłem; Red. WL.] 14 stron 2 lipca od piątej do siódmej. Nie mógłbym równie szybko pisać powieści, np. <tytul_dziela>Czerwone i czarne</tytul_dziela>.</pa>. Musiał mieć osiemnaście lat --- urodzony, zdaje mi się,
w 1804. Byłbym skłonny wierzyć z Buffonem<pe><slowo_obce>Leclerc, Georges-Louis, Comte de Buffon</slowo_obce> (1707--1788) --- przyrodnik i matematyk, członek Akademii Francuskiej, zajmował się m. in. geologią.</pe>, że dziedziczymy
wiele po matce, niezależnie od żarcików o niepewności ojcostwa,
która to niepewność bardzo jest rzadka przy pierwszym dziecku.</akap>


<akap>Potwierdzenie tej teorii widzę w hrabim Gazul. Matka jego ma
wiele francuskiego dowcipu i wybitny rozum. Tak samo jak jej
syn, wydaje mi się zdolna do rozczulenia raz na rok. Mam
wrażenie czegoś <wyroznienie>suchego</wyroznienie> w większości pism pana Gazul. Ale
ja uprzedzam wypadki.</akap>


<akap>W epoce ogródka przy ulicy Caumartin Gazul był uczniem
retoryki najokropniejszego nauczyciela. Słowo ,,okropny" bardzo jest zdumione tym, że je sparzono z nazwiskiem Maisonnette'a, najlepszego z ludzi. Ale taki był jego gust w sztuce: fałszywe,
błyszczące, komedianckie przede wszystkim.</akap>


<akap>Był uczniem pana Luce de Lancival. Tego poznałem w mojej
wczesnej młodości u pana de Maisonneuve, który nie drukował
swoich tragedii, mimo że miały powodzenie. Ten zacny człowiek
oddał mi wielką przysługę, mówiąc mi, że będę niezwykłym
umysłem.</akap>


<akap_dialog>--- Chce pan powiedzieć ,,niezwykłą pychą" --- rzekł, śmiejąc się
Marcjal Daru, który mnie uważał prawie za idiotę. Ale przebaczyłem mu wszystko: brał mnie ze sobą do Klotyldy, wówczas
pierwszej tancerki w Operze. Czasami --- co za dzień dla mnie! ---
byłem w jej garderobie, przy nas ubierała się i rozbierała. Co za
chwila dla dziecka prowincji!</akap_dialog>


<akap>Luce de Lancival miał drewnianą nogę i sporo wdzięku, poza
tym byłby wsadził kalambur do tragedii. Wyobrażam sobie, że
Dorat musiał mieć takie pojęcie o sztuce. To pasterz Bouchera<pe><slowo_obce>Boucher, François</slowo_obce> 
(1703--1770) --- francuski malarz rokokowy.</pe> --- określenie wydaje mi się trafne. Może w 1860 r. będą jeszcze
obrazy Bouchera w muzeum.</akap>


<akap>Maisonnette był uczeniem Luce'a, a Gazul jest uczniem Maisonnette'a. Tak Annibale Carracci<pe><slowo_obce>Carracci, Annibale</slowo_obce> (1560--1609) --- włoski malarz i grafik wczesnego baroku, brat  Agostina Carracciego.</pe> jest uczniem Flamanda
Calvart.</akap> 


<akap>Poza swoją miłością, równie zadziwiającą, jak szczerą, do
panującego ministra i poza swą odwagą Maisonnette miał inny
przymiot, który mi się podobał: dostawał 22 000 franków od
ministra, aby dowieść Francuzom, że Burboni są godni uwielbienia; przejadał 30 000 franków.</akap>


<akap><begin id="b1348053997842-1203491450"/><motyw id="m1348053997842-1203491450">Prostytutka</motyw>Nagryzmoliwszy się czasami dwanaście godzin z rzędu, aby
przekonać Francuzów, Maisonnette szedł do uczciwej kobiety
z ludu, której ofiarowywał 500 franków. Był brzydki, mały, ale
miał ogień tak hiszpański w żyłach, że po trzech wizytach damulki
zapominały jego szczególną fizjonomię, aby widzieć już tylko
wdzięk pięćsetfrankowego banknotu.<end id="e1348053997842-1203491450"/></akap>


<akap>Muszę tu coś dodać dla kobiety uczciwej i cnotliwej, jeżeli
kiedy jej oko zatrzyma się na tych kartach. Przede wszystkim, 500
franków w r. 1822 --- to tyle, co 1000 franków w r. 1872. Po wtóre,
pewna urocza kupczyni przyznała mi się, że przed 500 frankami
Maisonnette'a nie miała w ręce nawet dubeltowego napoleona.</akap>


<akap>Ludzie bogaci są bardzo niesprawiedliwi i bardzo komiczni,
kiedy się bawią we wzgardliwych sędziów wszystkich grzechów
i zbrodni popełnionych dla pieniędzy. Spójrzcie na ohydne nikczemności i na dziesięć lat zabiegów, jakie sami czynią u dworu, aby zdobyć tekę ministra. Spójrzcie na życie księcia Decazes
od jego upadku w 1820 r., po zamachu Louvela<pe><slowo_obce>Louvel, Louis Pierre</slowo_obce> (1783--1820) --- zamachowiec, zabójca księcia de Berry, skazany na śmierć.</pe>, do dziś.</akap>


<akap>Jestem tedy w roku 1822, spędzam trzy wieczory w tygodniu
w Opera Buffa i jeden czy dwa u Maisonnette'a, przy ulicy
Caumartin. Kiedy miałem zmartwienie, wieczór był zawsze
trudnym momentem mego życia. W dni opery od północy do
drugiej w nocy byłem u pani Pasta z Lussinge'em, Micheroux,
Fiorim etc.</akap>


<akap>Omal nie miałem pojedynku z człowiekiem bardzo wesołym
i bardzo odważnym, który chciał, abym go przedstawił pani
Pasta. To ów miły Edward Edwards, ten Anglik, jedyny ze swego
plemienia, który miał zwyczaj oddawać się wesołości, mój towarzysz podróży do Anglii, który w Londynie chciał się bić za mnie.</akap>


<akap>Pamiętacie, że mnie ostrzegł o brzydkim błędzie: że nie dość
zwróciłem uwagę na obrażający przytyk jakiegoś chama, kapitana
statku w Calais.</akap>


<akap>Wymówiłem się od przedstawienia go. Było późno, a już
wówczas ten dobry Edward o dziewiątej wieczór był innym
człowiekiem niż rano.</akap>


<akap_dialog>--- Czy pan wie, drogi panie B. --- rzekł --- że miałbym wszelkie
prawo się obrazić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy pan wie, drogi panie Edwards, że ja mam honoru nie
mniej od pana i że pańskie wynurzenia są mi obojętne etc.?
Zaszło to bardzo daleko. Ja strzelam wybornie, walę dziewięć lalek na dwanaście. (Prosper Mérimée widział to w strzelnicy
luksemburskiej). Edwards też strzelał dobrze, może nie tak
dobrze.</akap_dialog>


<akap>W końcu ta sprzeczka umocniła naszą przyjaźń. Przypominam
to sobie, bo z roztrzepaniem iście godnym mnie poprosiłem go na
drugi czy najdalej na trzeci dzień, aby mnie przedstawił słynnemu
doktorowi Edwardsowi, jego bratu, o którym mówiono dużo w 1822.
Zabijał tysiąc żab miesięcznie i miał, jak mówiono, odkryć, w jaki
sposób oddychamy, oraz lekarstwo na choroby piersiowe u pięknych kobiet. Wiecie, że zimno przy wyjściu z balu zabija corocznie w Paryżu tysiąc sto młodych kobiet. Widziałem urzędową
cyfrę.</akap>


<akap>Otóż uczony, mądry, stateczny, spokojny, pracowity doktor
Edwards miał bardzo liche pojęcie o przyjaciołach swego brata
Edwarda. Przede wszystkim doktor miał szesnastu braci, a mój przyjaciel był największe ladaco<pe><slowo_obce>ladaco</slowo_obce> --- człowiek nieodpowiedzialny i lekkomyślny.</pe> ze wszystkich. Właśnie dla jego
zbyt wesołego tonu i dla jego pasji do najlichszego konceptu, do
którego okazji nie przepuścił nigdy, nie chciałem go wprowadzić
do pani Pasta. Miał wielką głowę, ładne, nieprzytomne oczy
i najładniejsze włosy blond, jakie widziałem. Gdyby nie ta
diabelska mania rywalizowania na dowcip z Francuzami, byłby
bardzo miły i mógłby mieć najpiękniejsze sukcesy u kobiet, jak to
opowiem, mówiąc o Bugeny; ale ona jest jeszcze tak młoda, że nie
wypada mówić o niej w tej paplaninie, która może być ogłoszona
w dziesięć lat po mojej śmierci. Jeżeli oznaczę dwadzieścia lat,
wszystkie <wyroznienie>odcienie życia</wyroznienie> zmienią się, czytelnik będzie
już widział jedynie wielkie linie. A gdzież u licha są <wyroznienie>wielkie linie</wyroznienie> w tej zabawce mego pióra? To rzecz do zbadania.</akap>


<akap>Sądzę, że aby się zemścić szlachetnie --- bo on miał duszę
szlachetną, kiedy nie była zamroczona pięćdziesięcioma kieliszkami wódki --- Edwards dołożył wiele starań, aby uzyskać pozwolenie
przedstawienia mnie bratu.</akap>


<akap>Ujrzałem mały, arcymieszczański salonik, kobietę wielkich
cnót, która mówiła o moralności i którą wziąłem za <slowo_obce>quakeress</slowo_obce><pe><slowo_obce>quakeress</slowo_obce> (ang.) --- kwakierka, członkini protestanckiej grupy wyznaniowej.</pe>,
wreszcie doktora, człowieka niezwykłej wartości, ukrytej w mizernym ciałku, z którego zdawało się, że dusza ucieka. Ledwo
było coś widać w tym salonie (ulica du Helder, nr 12). Przyjęto
mnie chłodno.</akap> 


<akap>Cóż za diabelska myśl ta wizyta! To był nieobliczalny kaprys,
szaleństwo.<begin id="b1348055137739-1330265565"/><motyw id="m1348055137739-1330265565">Kondycja ludzka</motyw> W gruncie, jeżeli czego pragnąłem, to poznać ludzi.
Co miesiąc może odnajdywałem tę myśl, ale trzeba było, aby
upodobania, namiętności, przelotne szaleństwa, które wypełniały
moje życie, nie mąciły powierzchni wody, aby ten obraz mógł się
zjawić. Powiadałem sobie wówczas, że ja nie jestem taki jak
pan ***, różne dudki, moi znajomi. Nie wybieram swoich przyjaciół.</akap>


<akap><wyroznienie>Biorę na los szczęścia to, co traf
pomieści na mej drodze</wyroznienie>.<end id="e1348055137739-1330265565"/></akap>


<akap>Ten frazes był przedmiotem mojej dumy przez dziesięć lat.</akap>


<akap>Trzeba mi było trzech lat starań, aby przezwyciężyć odrazę
i strach, jakie budziłem w salonie pani Edwards. Brano mnie za
donżuana (patrz Mozart i Molier), za potwora uwodzicielstwa
i piekielnego dowcipu. Z pewnością nie więcej byłoby mnie kosztowało zdobyć sobie prawo obywatelstwa w salonie pani de
Talaru albo pani de Duras, albo pani de Broglie, która przyjmowała bez trudności nieszlachtę, albo pani Guizot, którą lubiłem
(mówię o pannie Paulinie de Meulan), albo nawet w salonie pani
Récamier.</akap>


<akap>Ale w 1822 nie rozumiałem całej wagi odpowiedzi na to pytanie
tyczące autora książki, którą się czyta: co to za człowiek?</akap>


<akap>Ocaliła mnie od wzgardy ta odpowiedź: bywa często u pani de
Tracy. Społeczeństwo z roku 1829 musi gardzić człowiekiem,
któremu, słusznie czy niesłusznie, przyznaje jakiś talent. Boi się,
nie jest już bezstronnym sędzią. Co by to było, gdyby odpowiedź
brzmiała: bywa często u pani de Duras (z domu de Kersaint).</akap>


<akap>I cóż, nawet dziś, kiedy znam wagę tych odpowiedzi --- właśnie
dlatego --- unikałbym modnych salonów. (Uciekłem z salonu lady
Holye... w 1832).</akap>


<akap>Byłem wierny salonowi doktora Edwardsa, który nie był miły,
tak jak się jest wiernym brzydkiej kochance, dlatego że mogłem
go poniechać każdej środy (to był dzień pani Edwards).</akap>


<akap>Poddałbym się wszystkiemu dla kaprysu chwili. Gdyby mi
powiedziano w wilię: ,,Jutro trzeba będzie przebyć taki a taki
moment nudy", wyobraźnia moja robi z tego monstrum i raczej
rzuciłbym się przez okno, niżbym się dał zaprowadzić do nudnego
salonu.</akap>


<akap>U pani Edwards poznałem pana Stritch. Jest to Anglik obojętny i smutny, nieskazitelnie uczciwy, ofiara arystokracji, bo był
Irlandczykiem i adwokatem, a mimo to bronił --- niby sprawy
swego honoru --- przesądów zasianych i uprawianych w głowach
angielskich przez arystokrację.</akap>


<akap>Odnalazłem tę szczególną niedorzeczność, złączoną z największą uczciwością, najdoskonalszą delikatnością, u pana Rogersa
koło Birmingham (u którego spędziłem jakiś czas w sierpniu
1826). Ten charakter jest bardzo częsty w Anglii. Co się tyczy idei
sianych i uprawianych w interesie arystokracji, można powiedzieć
--- a to jest niemało powiedziane --- że Anglik niezdolny jest do logiki
prawie w tym stopniu co Niemiec.</akap>


<akap>Logika Anglika, tak cudowna w finansach i we wszystkim, co
łączy się z kunsztem dającym pieniądze z końcem każdego
tygodnia, staje się mętna, z chwilą gdy się wzniesie do przedmiotów nieco oderwanych i które <wyroznienie>nie przynoszą  wprost
 pieniędzy</wyroznienie>. Stali się tępi w sprawach literatury wskutek tego
samego mechanizmu, który dostarcza głupców dyplomacji <slowo_obce>of the
King of French</slowo_obce><pe><slowo_obce>King of French</slowo_obce> (ang.) --- król Francuzów.</pe>: wybór z niewielkiej liczby ludzi. Jakiś człowiek
stworzony na to, aby analizować geniusz Szekspira i Cervantesa
(wielkich ludzi zmarłych jednego i tego samego dnia, 16 kwietnia
l6[l6], zdaje mi się), jest handlarzem nici w Manchester. Wyrzucałby sobie jako stratę czasu, gdyby wziął do rąk książkę nieodnoszącą się wprost do bawełny, jej eksportu do Niemiec etc.</akap>


<akap>Tak samo <slowo_obce>King of French</slowo_obce> wybiera swoich dyplomatów jedynie
między ludźmi wielkiego rodu lub wielkiego majątku. Trzeba
szukać wartości tam, gdzie się wychował pan Thiers<pe><slowo_obce>Thiers, Marie Joseph Louis Adolphe</slowo_obce> (1797--1877) --- historyk i polityk francuski.</pe> (kupiony
w 1830). Jest synem małego mieszczanina w Aix-en-Provence.</akap>


<akap>Dobiwszy do lata r. 1822, w rok mniej więcej od wyjazdu
z Mediolanu, rzadko już tylko myślałem o dobrowolnym wymknięciu się z tego świata. Życie moje wypełniało się stopniowo,
nie rzeczami przyjemnymi, ale ostatecznie rzeczami byle jakimi,
które wsuwały się między mnie a ostatnie szczęście, stanowiące
przedmiot mego kultu.</akap>


<akap>Miałem dwie przyjemności bardzo niewinne: l° gawędzić po
śniadaniu, przechadzając się z panem Lussinge'em albo innym znajomym --- miałem ich ośmiu lub dziesięciu, wszystkich, jak zwykle,
danych mi przez traf; 2° kiedy było gorąco, iść czytać dzienniki
angielskie do ogrodu Galignaniego. Tam odczytałem na nowo
z rozkoszą kilka romansów Waltera Scotta<pe><slowo_obce>Sir Walter Scott</slowo_obce>  (1771--1832) --- ogromnie popularny w XIX w. powieściopisarz, twórca stylu powieści historycznej, w której fakty wymieszane były z legendami, ludowymi wierzeniami i wątkami fabularnymi.</pe>. Pierwszy, ten, w którym znajduje się Henryk Morton i sierżant Boswell (<slowo_obce>Old mortality</slowo_obce>, zdaje mi się), nasunął mi jakże żywe dla mnie wspomnienie
z Volterry! Często otwierałem go na los szczęścia, czekając
Metyldy we Florencji w czytelni Moliniego nad Arno. Czytałem
go jako wspomnienie roku 1818.</akap>


<akap>Miewałem długie dysputy z Lussinge'em. Utrzymywałem, że
dobrą trzecią część wartości zawdzięcza sir Walter Scott sekretarzowi, który mu szkicował opisy natury. Znajdowałem go --- jak
i dziś znajduję --- słabym malarzem namiętności z punktu znawstwa serca ludzkiego. Czy potomność potwierdzi sąd współczesnych, który stawia tego baroneta<pe><slowo_obce>baronet</slowo_obce> --- najwyższy stopień wśród niższej szlachty angielskiej.</pe> reakcjonistę<pe><slowo_obce>reakcjonista</slowo_obce> --- przeciwnik wszelkich zmian społeczno-politycznych.</pe> tuż po Szekspirze?</akap>


<akap>Co do mnie, brzydzę się jego osobą i wiele razy uniknałem
sposobności poznania go (w Paryżu przez pana de Mirbel,
w Neapolu w 1832, w Rzymie <slowo_obce>idem</slowo_obce><pe><slowo_obce>idem</slowo_obce> (łac.) --- ten sam.</pe>). Fox dał mu posadę na
50 000 czy 100 000 franków i on wziął z tego asumpt<pe><slowo_obce>asumpt</slowo_obce> (przest.) --- impuls, pobudka.</pe>, aby spotwarzać zręcznie lorda Byrona, który skorzystał z tej wielkiej
lekcji hipokryzji: patrz list, jaki lord Byron napisał do mnie
w 1823.</akap>


<akap><begin id="b1348055494728-2927895375"/><motyw id="m1348055494728-2927895375">Artysta, Literat</motyw>Czy widziałeś kiedyś, łaskawy czytelniku, jedwabnika<pe><slowo_obce>jedwabnik</slowo_obce> --- gatunek motyla nocnego, który odżywia się liśćmi morwy (dużego krzewu).</pe>, który
najadł się do syta liścia morwy? Porównanie nie jest wytworne, ale
jest tak trafne! To brzydkie zwierzę nie chce już jeść, musi
wdrapać się wyżej i robić swoje jedwabne więzienie.</akap>


<akap>Takim zwierzęciem jest zwierzę zwane pisarzem. Dla kogoś,
kto zakosztował przejmującego rzemiosła pisania, czytać jest już
tylko drugorzędną przyjemnością. Ileż razy myślałem, że jest
druga; spojrzałem na zegar: było wpół do siódmej. Oto moje
jedyne usprawiedliwienie, że zaczerniłem tyle papieru.<end id="e1348055494728-2927895375"/></akap>


<akap>W miarę jak mi wracało zdrowie moralne w lecie 1822,
myślałem o tym, aby wydrukować książkę <tytul_dziela>O miłości</tytul_dziela>, którą
napisałem ołówkiem w Mediolanie, przechadzając się i myśląc
o Metyldzie.</akap>


<akap>Zamierzałem przerobić ją w Paryżu, bardzo tego potrzebuje.
Ale zagłębiać się w te rzeczy zanadto osmucało mnie. To by było
dotykać szorstko rany ledwie zabliźnionej. Przepisałem atramentem to, co było jeszcze ołówkiem.</akap>


<akap>Mój przyjaciel Edwards znalazł mi księgarza (pana Mongie),
który nie dał mi nic za mój rękopis i przyrzekł mi połowę zysku,
jeżeli jakiś będzie.</akap> 


<akap>Dziś, kiedy przypadek dał mi galony, dostaję listy od księgarzy, których nie znam (czerwiec 1832, od pana Thievoz, zdaje mi
się), którzy ofiarują się płacić gotówką za moje rękopisy. Nie
domyślałem się całego mechanizmu kuchni literackiej. Okropność, obrzydziłoby mi to pisanie. Intrygi pana Hugo<pe><slowo_obce>Hugo, Victor</slowo_obce> (1802--1885) --- francuski pisarz, poeta, dramaturg i polityk, czołowy prozaik francuskiego romantyzmu, autor m. in. <tytul_dziela>Nędzników</tytul_dziela>.</pe> (patrz
,,Gazetę Trybunalską" z 1831, zdaje mi się, jego proces z księgarnią Bossan[ge] czy Plassan), manewry pana de Chateaubriand<pe><slowo_obce>Chateaubriand, François-René</slowo_obce> (1768--1848) --- francuski pisarz, dyplomata i polityk.</pe>,
krzątaniny Bérangera<pe><slowo_obce>Béranger, Pierre-Jean de</slowo_obce> (1780--1857) --- francuski poeta, zasłynął jako autor piosenek i wydatnie przyczynił się do ukształtowania tradycji francuskiej <slowo_obce>chanson</slowo_obce>.</pe>, ale te są usprawiedliwione. Tego wielkiego
poetę usunęli Burboni z jego posadki na 1800 franków w Ministerium Spraw Wewnętrznych.</akap>






<poezja_cyt><strofa>
<slowo_obce>Re sciochi, re</slowo_obce>...<pe><slowo_obce>Re sciochi, re... </slowo_obce> (wł.) --- Królowie, głupi królowie...</pe>
</strofa></poezja_cyt>



<akap>Głupota B[urbonów] ukazuje się tu w pełnym świetle. Gdyby
nie byli nikczemnie usunęli biednego urzędnika za piosenkę raczej wesołą niż złośliwą, ten wielki poeta nie byłby zmężniał
swego talentu i nie stałby się jedną z najpotężniejszych dźwigni,
która usunęła Burbonów. On sformułował wesoło wzgardę Francuzów dla tego ,,zgniłego tronu". Tak nazywała ich królowa
hiszpańska zmarła w Rzymie<pe><slowo_obce>królowa hiszpańska zmarła w Rzymie</slowo_obce> --- Maria Ludwika Parmeńska, żona Karola IV, który schronił się w Rzymie po tym, jak Napoleon pozbawił go tronu w 1808 r.</pe>, przyjaciółka Księcia Pokoju.</akap>


<akap>Przypadek dał mi poznać ten dwór, ale pisać o czym innym niż
o sekretach serca ludzkiego nudzi mnie. Gdyby przypadek dał mi
sekretarza, byłbym innym pisarzem.</akap>


<akap>,,Taki nam wystarczy" --- powiedział adwokat diabła.</akap>


<akap>Ta stara królowa sprowadziła z Hiszpanii do Rzymu starego
spowiednika. Ten spowiednik miał na utrzymaniu synową kucharza Akademii Francuskiej. Hiszpan ów, bardzo stary i jeszcze
jurny, miał tę nieostrożność, aby powiedzieć (nie mogę tutaj
podać zabawnych szczegółów, maski żyją jeszcze), słowem, aby
powiedzieć, że Ferdynand VII jest synem pana takiego a takiego,
a nie Karola IV. To był jeden z wielkich grzechów starej królowej.
Umarła. Szpieg dowiedział się o odezwaniu się księdza. Ferdynand kazał go porwać z Rzymu, ale zamiast żeby mu dano
trucizny, jakaś nieznana mi kontrintryga wtrąciła starca do
<slowo_obce>presidio</slowo_obce><pe><slowo_obce>presidio</slowo_obce> --- ciężkie więzienie.</pe>.</akap>


<akap>Czy ośmielę się powiedzieć, na co chorowała ta stara królowa,
pełna zdrowego rozsądku? (Dowiedziałem się o tym w Rzymie
w 1817 albo w 1824). To był skutek miłostek tak źle wyleczonych,
że wystarczyło jej upaść, by sobie złamać kość. Biedna kobieta,
będąc królową, wstydziła się tych częstych wypadków i nie śmiała
się porządnie leczyć. Spotkałem ten sam rodzaj nieszczęścia na
dworze Napoleona w 1811 r. Znałem niestety dobrze przezacnego Cullerier (wuja, ojca, starego jednym słowem; młody wygląda
mi na wariata). Przyprowadziłem mu trzy damy, z których dwóm
zawiązałem oczy (ulica de l'Odéon, nr 26).</akap>


<akap>Powiedział mi w dwa dni potem, że miały gorączkę (objaw
wstydu, a nie choroby). Ten idealnie dworny człowiek nie
podniósł ani na chwilę oczu, aby się im przyjrzeć.</akap>


<akap>Zawsze to szczęście dla Burbonów, że się pozbyli potwora
takiego jak Ferdynand VII<pe><slowo_obce>Ferdynand VII</slowo_obce> (1784--1833) --- król Hiszpanii z dynastii Burbonów.</pe>. Książę de Laval, bardzo porządny
człowiek, ale szlachcic i książę (co stanowi dwie choroby umysłowe), pysznił się, mówiąc ze mną, przyjaźnią Ferdynanda VII.
A przecież był trzy lata ambasadorem na jego dworze.</akap>


<akap>To przypomina głęboką nienawiść Ludwika XVI do Franklina<pe><slowo_obce>Franklin, Benjamin</slowo_obce> (1706--1790) --- filozof i polityk amerykański.</pe>. Monarcha ten znalazł sposób doprawdy burboński, aby się
zemścić: kazał wymalować twarz czcigodnego starca na dnie
porcelanowego nocnika.</akap>


<akap>Pani Campan opowiadała nam to u pani Cardon (ulica de Lille,
na rogu ulicy de Bellechasse) po osiemnastym Brumaire'a. Jej
pamiętniki, które czytywało się u pani Cardon, były na antypodach łzawych elegii, którymi rozczulają się najdystyngowańsze
młode kobiety z dzielnicy Saint-Honoré (co odarło jedną z nich
z uroku w moich słabych oczach, koło 1827 r.).</akap>






<naglowek_rozdzial>Rozdział X</naglowek_rozdzial>






<akap>Oto więc mam zajęcie na lato r. 1822: poprawiać korekty <tytul_dziela>Miłości</tytul_dziela>
wydanej in 12° na lichym papierze<pe><slowo_obce>wydanej in 12° na lichym papierze</slowo_obce> --- książka wydana tak, że strony powstawały przez podział arkusza wydawniczego na 12 części.</pe>. Pan Mongie przysiągł mi
z oburzeniem, że go oszukano co do gatunku papieru. Nie znałem
księgarzy w roku 1822. Miałem wprzód do czynienia jedynie
z panem Piotrem Didot, któremu płaciłem za papier wedle
cennika. Pan Mongie dworował<pe><slowo_obce>dworować</slowo_obce> --- żartować, naśmiewać się z kogoś.</pe> sobie nielitościwie z mojej naiwności.</akap>


<akap_dialog>--- Nie, pan nie jest ,,żyła"! --- powiadał, pękając ze śmiechu
i porównując mnie z Ancelotami<pe><slowo_obce>Ancelot, Jacques-François</slowo_obce> (1794--1854) --- dramaturg francuski.</pe>, z Vitetami<pe><slowo_obce>Vitet, Louis</slowo_obce> (1736--1809) --- lekarz i polityk francuski.</pe>, z *** i innymi
zawodowymi autorami.</akap_dialog>


<akap>I cóż, przekonałem się w dalszym ciągu, że pan Mongie był
księgarzem jeszcze najuczciwszym. Co mam powiedzieć o moim
przyjacielu, panu Sautelet, młodym adwokacie --- moim przyjacielu, zanim został księgarzem?</akap>


<akap>Ale nieborak zabił się z rozpaczy, że go opuściła bogata wdowa,
pani Bonnet czy Bourdet, jakieś szlachetne nazwisko w tym
rodzaju, która przełożyła nad niego młodego para Francji (to
zaczynało brzmieć bardzo kusząco w 1828 r.). Ów szczęśliwy par
był to, zdaje mi się, pan Pérignon, który posiadł moją przyjaciółkę, pannę Vigano, córkę wielkiego człowieka (w 1820 r., zdaje mi
się).</akap>


<akap>To była rzecz bardzo niebezpieczna dla mnie --- robić korektę
książki, która mi przypominała tyle odcieni uczuć, jakich doznawałem we Włoszech. Miałem tę słabość, aby wynająć pokój
w Montmorency. Udawałem się tam wieczór w dwie godziny dyliżansem z ulicy Saint-Denis. Wśród lasów, zwłaszcza po lewej
stronie w górę od Sablonniere, poprawiałem korekty. Myślałem,
że oszaleję.</akap>


<akap>Szalona myśl, aby wrócić do Mediolanu, którą tak często
odtrącałem, wracała ze zdumiewającą siłą. Nie wiem, jak mogłem
się jej oprzeć. Siła namiętności, która sprawia, że widzi się tylko
jedną rzecz, zaciera wszelkie wspomnienie na odległość, w jakiej
znajduję się od owych czasów. Przypominam sobie wyraźnie
jedynie kształt drzew w tej okolicy lasów Montmorency.</akap>


<akap>To, co się nazywa doliną Montmorency, to tylko przylądek,
który wysuwa się ku dolinie Sekwany, wprost na kopułę Inwalidów.</akap>



<akap>Kiedy Lanfranco<pe><slowo_obce>Lanfranco, Giovanni</slowo_obce> (1582--1647) --- nazywany też Giovanni di Stefano, włoski malarz i rysownik barokowy.</pe> malował jakąś kopułę na sto pięćdziesiąt stóp
wysokości, przesadzał pewne rysy. ,,<slowo_obce>L'aria dipinge</slowo_obce>" (powietrze
domaluje) --- powiadał. Tak samo, ponieważ ludzie będą patrzyli
na <slowo_obce>kings</slowo_obce>, na szlachtę i na księży jaśniej około r. 1870 niż dziś,
bierze mnie pokusa przesadzić pewne rysy tej zakały rodzaju
ludzkiego. Ale bronię się temu, to by znaczyło być <wyroznienie>niewiernym prawdzie</wyroznienie>,</akap>






<poezja_cyt><strofa>Niewiernym swej łożnicy./
<tytul_dziela>Cymbelin<pe><slowo_obce>Cymbelin</slowo_obce> --- dramat Williama Shakespeare'a, pierwotnie wydany jako tragedia, obecnie zaliczany jednak do komedii.</pe></tytul_dziela></strofa></poezja_cyt>



<akap>Czemuż nie mam sekretarza, aby móc dyktować fakty, anegdoty, a nie refleksje na temat tych trzech rzeczy. Ale napisawszy dziś
dwadzieścia siedem stronic, jestem zbyt zmęczony, aby notować
anegdoty, które cisną mi się na pamięć.</akap>


<akap>Chodziłem dość często poprawiać korekty <tytul_dziela>Miłości</tytul_dziela> do parku
pani Doligny w Corbeil. Tam mogłem uniknąć smutnych marzeń: skończywszy pracę, wracałem zaraz do salonu.</akap>


<akap>Byłem bardzo bliski odnalezienia szczęścia z roku 1824. Myśląc
o Francji przez sześć czy siedem lat, które spędziłem w Mediolanie, mając nadzieję nigdy nie oglądać Paryża splugawionego przez
Burbonów ani Francji, powiadałem sobie: ,,Jedna jedyna kobieta
mogłaby kupić przebaczenie dla tego kraju --- hrabina Fanny
Bertois". Pokochałem ją w r. 1824. Myśleliśmy nawzajem o sobie
od czasu, jak ją widziałem z bosymi nogami w roku 1814,
nazajutrz po bitwie pod Montmirail czy pod Champaubert, kiedy
wszedłem o szóstej rano do jej matki, margrabiny de N., aby
zasięgnąć wiadomości.</akap> 


<akap>I ot! Pani de Bertois była na wsi u pani Doligny, swojej
przyjaciółki. Kiedy wreszcie zdecydowałem się pokazać swoją
markotną fizjonomię<pe><slowo_obce>fizjonomia</slowo_obce> (daw.) --- twarz.</pe> u pani Doligny, powiedziała mi:</akap>


<akap>--- Pani Bertois czekała na pana. Wyjechała dopiero przedwczoraj z powodu okropnego wypadku: straciła jedną ze swoich
uroczych córek.</akap>


<akap>W ustach kobiety tak zrównoważonej jak pani Doligny słowa te
miały wielką wagę. W r. 1814 powiedziała mi:</akap>


<akap_dialog>--- Pani Bertois rozumie całą pańską wartość.</akap_dialog>


<akap>W 1823 czy 1822 pani Bertois raczyła mnie lubić trochę. Pani
Doligny powiedziała jej raz:</akap>


<akap_dialog>--- Widzę, że często spoglądasz na pana Beyle. Gdyby był trochę
wyższy, od dawna powiedziałby ci, że cię kocha.</akap_dialog>


<akap>To nie było ścisłe. Moja melancholia spoglądała z przyjemnością na piękne oczy pani Bertois. Byłem tak głupi, że nie posuwałem się dalej. Nie powiadałem sobie: ,,Czemu ta młoda kobieta
patrzy na mnie?". Zapomniałem zupełnie wybornych lekcji miłości, jakie mi dali niegdyś wujaszek Gagnon oraz mój przyjaciel
i protektor Marcjal Daru.</akap>


<akap>Wujaszek Gagnon, urodzony w Grenobli około 1765 r., był
doprawdy człowiekiem czarującym. Jego konwersacja, dla mężczyzn coś w rodzaju przesadnego i gładkiego romansu, była
rozkoszna dla kobiet. Był zawsze dowcipny, delikatny, pełen
owych frazesów, w których można wyczytać wszystko. Nie miał
tej wesołości --- to ja! --- która przestrasza. Nie sposób być
ładniejszym i mniej rozsądnym niż wujaszek Gagnon. Toteż
niedaleko zaszedł z mężczyznami. Młodzi ludzie zazdrościli mu,
nie umiejąc go naśladować. Ludzie ,,dojrzali", jak mówi się
w Grenobli, znajdowali go lekkim<pe><slowo_obce>lekki</slowo_obce> --- tu: niepoważny.</pe>. To słowo wystarczy, aby
pogrzebać reputację człowieka. Wujaszek, bardzo ultra, jak cała
moja rodzina w r. 1815, wyemigrował nawet około r. 1722. Otóż
nigdy za Ludwika XVIII nie zdołał zostać radcą Trybunału
Apelacyjnego w Grenobli, i to wówczas, kiedy zapychano ten
trybunał łajdakami, jak Faure etc., etc. oraz ludźmi, którzy się
chełpili, że nigdy nie czytali ohydnego <slowo_obce>Kodeksu cywilnego</slowo_obce>
rewolucji. W zamian za to wujaszek miał dosłownie wszystkie
ładne kobiety, które około r. 1788 robiły z Grenobli jedno
z najmilszych miast prowincji. Sławny Laclos<pe><slowo_obce>Laclos, Pierre Choderlos de</slowo_obce> --- francuski polityk i wojskowy, autor powieści w listach <tytul_dziela>Niebezpieczne związki</tytul_dziela>.</pe>, stary generał
artylerii, którego poznałem w loży sztabu generalnego w Mediolanie i dla którego byłem uprzedzająco grzeczny z przyczyny <tytul_dziela>Niebezpiecznych związków</tytul_dziela>, dowiedziawszy się, że jestem z Grenobli, <wyroznienie>rozczulił się</wyroznienie>.</akap>


<akap>Kiedy miałem jechać do Szkoły Politechnicznej w listopadzie r.
1800, wujaszek wziął mnie na bok, aby mi dać dwa ludwiki<pe><slowo_obce>ludwik</slowo_obce> --- dawna moneta francuska.</pe>,
których nie wziąłem, co mu zapewne zrobiło przyjemność, bo
zawsze miał dwa albo trzy mieszkania, a mało pieniędzy. Po czym,
przybierając minę ojcowską, która mnie rozczuliła, bo miał
cudowne wielkie oczy --- z tych, które zezują trochę przy najmniejszym wzruszeniu --- rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- <begin id="b1348056642752-535225062"/><motyw id="m1348056642752-535225062">Kochanek, Flirt</motyw>Mój chłopcze, masz się za tęgą głowę, jesteś nieznośnie
zarozumiały z przyczyny swoich sukcesów w matematyce, ale to
wszystko to jest nic. Dochodzi się w świecie do czegoś tylko przez
kobiety. Otóż ty jesteś brzydki, ale nie będą ci wymawiali nigdy
twojej brzydoty, bo masz <wyroznienie>wyraz</wyroznienie>. Kochanki będą cię porzucały. Otóż, pamiętaj sobie to: w chwili, gdy się jest porzuconym, nic
łatwiejszego, niż ubrać się w jakąś śmieszność. Potem w oczach
innych pięknych pań człowiek już jest w sam raz dobry na to, aby
go rzucić na śmietnik. W dwadzieścia cztery godziny po tym, jak
cię porzucono, wyznaj miłość innej kobiecie, w braku czegoś
lepszego --- oświadcz się bodaj pokojówce.<end id="e1348056642752-535225062"/></akap_dialog>


<akap>Za czym uściskał mnie i wsiadłem do lyońskiej ekstrapoczty.
Obym był miał w pamięci rady tego wielkiego taktyka! Ileż
sukcesów przepuściłem! Ileż upokorzeń zniosłem! Ale gdybym
był bardziej zręczny, byłbym dziś zbrzydzony aż do mdłości
kobietami, a tym samym muzyką i malarstwem, jak dwaj moi
współcześni, pp. de La Rosiere i Perrochin. Są oschli, zmierżeni
światem, filozoficzni. Przeciwnie, ja we wszystkim, co dotyczy
kobiet, mam szczęście być frycem<pe><slowo_obce>fryc</slowo_obce> (przest.) --- osoba niedoświadczona, początkująca.</pe>, jak wówczas gdy miałem
dwadzieścia pięć lat.</akap>


<akap>Dlatego też nigdy nie palnę sobie w łeb ze wstrętu do wszystkiego, ze znudzenia życiem. W karierze literackiej widzę jeszcze
mnóstwo rzeczy do zrobienia. Mam możliwości prac zdolnych
zapełnić nie jedno życie, ale dziesięć. Trudność obecnego momentu --- 1832 r. --- to przyzwyczaić się do tego, że mi nie przerywa
zajęć fatyga podpisywania czeku na 20 000 franków na Bank
Państwa w Paryżu.</akap> 





<naglowek_rozdzial>Rozdział XI</naglowek_rozdzial>






<akap>Nie wiem, kto mnie zaprowadził do pana de l'Étang. Zażądał ode
mnie, zdaje mi się, egzemplarza <tytul_dziela>Historii malarstwa we Włoszech</tytul_dziela>,
pod pozorem, że chce napisać recenzję w ,,Lycée", jednym
z owych przelotnych dzienniczków, jakie stworzył w Paryżu
sukces ,,Edinburgh Review". Chciał mnie poznać.</akap>


<akap><begin id="b1351237913306-2126752445"/><motyw id="m1351237913306-2126752445">Literat, Kłamstwo</motyw>W Anglii arystokracja gardzi literaturą. W Paryżu jest ona
rzeczą zbyt ważną. Niepodobieństwem jest dla Francuzów mieszkających w Paryżu mówić prawdę o dziełach innych Francuzów
mieszkających w Paryżu. Zrobiłem sobie jakiś dziesiątek śmiertelnych wrogów przez to, że powiedziałem redaktorom ,,Globu", w formie rady i mówiąc z nimi wprost, że ,,Glob" ma
ton zbyt purytański<pe><slowo_obce>purytański</slowo_obce> --- surowy, rygorystyczny.</pe> i że zanadto może brak mu lekkości i dowcipu.<end id="e1351237913306-2126752445"/></akap>


<akap>Dziennik literacki, sumienny; jak była ,,Edinburgh Review",
możliwy jest jedynie o tyle, o ile będzie drukowany w Genewie
i wydawany tamże przez przedsiębiorcę zdolnego do sekretu.
Naczelny redaktor jeździłby co rok do Paryża i otrzymywałby
w Genewie artykuły do każdomiesięcznego numeru. Wybierałby,
płaciłby dobrze (200 franków za arkusz druku) i nie wymieniałby
nigdy swoich współpracowników.</akap>


<akap>Zaprowadzono mnie tedy do pana de l'Étang w niedzielę
o drugiej --- przyjmował o tak niewygodnej porze. Trzeba było
przebyć dziewięćdziesiąt pięć schodów, ponieważ akademia jego
mieściła się na szóstym piętrze domu, który należał do niego i do
jego sióstr, przy ulicy Gaillon. Z okienek jego widać było jedynie
las kominów z okopconego tynku. Jest to dla mnie jeden z najbrzydszych widoków; ale cztery małe pokoiki, które zajmował
pan de l’Étang, pełne były sztychów oraz innych zajmujących
dzieł sztuki.</akap>


<akap>Miał wspaniały portret kardynała de Richelieu<pe><slowo_obce>Richelieu, Armand-Jean du Plessis de </slowo_obce>(1585--1642) --- francuski książę, kardynał, od 1624 roku pierwszy minister Francji.</pe>, na który
spoglądałem często. Obok widniała duża, ciężka, tępa twarz
Racine'a<pe><slowo_obce>Racine, Jean Baptiste</slowo_obce> (1639--1699) --- fr. poeta i dramaturg, autor m.in. <tytul_dziela>Andromachy</tytul_dziela> i <tytul_dziela>Fedry</tytul_dziela>.</pe>. Prawdopodobnie zanim tak utył, ten wielki poeta
doznawał uczuć, których wspomnienie nieodzowne jest do napisania <tytul_dziela>Andromaki</tytul_dziela> i <tytul_dziela>Fedry</tytul_dziela>.</akap>


<akap>Zastałem u pana de l'Étang, przy lichym ogniu --- było to, zdaje
mi się, w lutym 1822 r. --- osiem czy dziesięć osób, które mówiły
o wszystkim. Uderzył mnie ich zdrowy rozum, ich dowcip,
a zwłaszcza delikatny takt pana domu, który, mimo iż nieznacznie, kierował dyskusją w ten sposób, aby nigdy nie mówiło trzech
naraz ani też aby nie nastawały żałosne chwile milczenia.</akap>


<akap>Nie umiałbym wyrazić dość szacunku dla tego towarzystwa.
Nigdy nie spotkałem nic, nie powiem wyższego, ale nic dającego
się z nim porównać. Uderzyło mnie to pierwszego dnia, a przez
parę lat trwania tego salonu dwadzieścia razy może chwytałem się
na tym samym uczuciu podziwu.</akap>


<akap>Takie towarzystwo możliwe jest jedynie w ojczyźnie Woltera<pe><slowo_obce>Wolter</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>François-Marie Arouet</slowo_obce> (1694--1778) --- fr. filozof, publicysta i wolnomyśliciel.</pe>,
Moliera<pe><slowo_obce>Molier</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>Jean Baptiste Poquelin</slowo_obce> (1622--1673) --- francuski komediopisarz, aktor i dyrektor teatru.</pe>, Couriera<pe><slowo_obce>Courier</slowo_obce> --- prawdop. Paul Louis Courier (1773--1825), francuski badacz greckiej starożytności i pisarz polityczny.</pe>.</akap>


<akap>Niemożliwe jest w Anglii, bo u pana de l'Étang żartowano by
sobie z jakiegoś księcia tak jak z każdego innego --- i bardziej niż
z każdego innego --- gdyby był śmieszny.</akap>


<akap>Niemcy nie mogliby wydać takiego salonu, zanadto tam są
przyzwyczajeni entuzjazmować się lada głupstwem filozoficznym
będącym w modzie (anioły pana Ancillon). Zresztą, poza swoim
entuzjazmem, Niemcy są za głupi.</akap>


<akap>Włosi rozprawialiby, każdy gadałby przez dwadzieścia minut
i stałby się śmiertelnym wrogiem swego antagonisty<pe><slowo_obce>antagonista</slowo_obce> --- przeciwnik.</pe>. Za trzecim
zebraniem posypałyby się satyryczne sonety jednych na drugich.</akap>


<akap>Bo dyskusja była tam ostra i szczera o wszystkim i ze wszystkimi. Wszyscy byli grzeczni u pana de l'Étang, ale przez wzgląd na
gospodarza. Często musiał on ochraniać odwrót jakiegoś śmiałka,
który szukając nowej myśli zabrnął w niedorzeczność nazbyt
oczywistą.</akap>


<akap>Zastałem tam pana de l'Étang, pp. Alberta Stapfer<pe><slowo_obce>Stapfer, Philipp Albert</slowo_obce> (1766--1840) --- szwajcarski polityk i filozof, konsul szwajcarski we Francji.</pe>, J. J.
Ampère'a<pe><slowo_obce>Ampère, Jean-Jacques</slowo_obce> (1800--1864) ---  historyk i literat francuski.</pe>, Sauteleta, de Lussinge'a...</akap>


<sekcja_swiatlo/>



<akap>Pan de l'Étang<pa>4 lipca 1832. Pierwsze upały.</pa> to jest charakter w typie zacnego wikarego
z Wakefield. Aby dać o nim pojęcie, trzeba by półtonów Goldsmitha albo Addisona.</akap>

<akap>Przede wszystkim jest bardzo brzydki. Ma zwłaszcza --- rzecz
rzadka w Paryżu --- czoło nieszlachetne i niskie. Jest dobrze
zbudowany i dość wysoki.</akap>

<akap>Ma wszystkie małostki mieszczucha. Kiedy kupi za 36 franków
tuzin chustek do nosa w sklepie na rogu, w dwie godziny później
wierzy, że jego chustki są rzadkością i że za żadną cenę nie
dostałoby się w Paryżu podobnych<pa>O wpół do drugiej upał odbiera mi zdolność myślenia.</pa>.</akap>







<naglowek_rozdzial>Życiorys pana Beyle przez niego samego<pe><slowo_obce>Życiorys pana Beyle przez niego samego</slowo_obce> --- są to dwa autobiograficzne szkice samego Stendhala, zwykle traktowane jako uzupełnienie do <tytul_dziela>Pamiętnika egotysty</tytul_dziela>. Datuje się je na r. 1822 oraz 1837; wiadomo, że zawierają pewne nieścisłości.</pe></naglowek_rozdzial>

<naglowek_podrozdzial>I</naglowek_podrozdzial>




<akap>Henryk Beyle, urodzony w Grenobli w 1783 r., umarł w... (...
października 1820 r.). Przeszedłszy studia matematyczne, był
jakiś czas oficerem w szóstym pułku dragonów (1800--1801--1802). Gdy nastał krótki pokój, pognał do Paryża za kobietą,
którą kochał<pe><slowo_obce>pognał do Paryża za kobietą,
którą kochał</slowo_obce> --- była to Wiktoryna Mounier.</pe>, podawszy się do dymisji, czym bardzo pogniewał
swoich protektorów. Udawszy się do Marsylii za aktorką<pe><slowo_obce>za aktorką</slowo_obce> --- Melanią Guilbert.</pe>, która
miała tam grać pierwsze role tragiczne, wrócił do armii w 1806 r.
jako zastępca komisarza wojennego. Poznał w tym charakterze
Niemcy, był obecny przy tryumfalnym wejściu Napoleona do
Berlina, który wywarł na nim wielkie wrażenie. Jako krewny pana
Daru, ministra wojny, trzeciej z rzędu figury po cesarzu i księciu
Neuchatel, pan B. poznał z bliska wiele kółek tej wielkiej
machiny. Był urzędnikiem w Brunszwiku w r. 1806, 1807 i 1808
i wyróżnił się tam. Studiował w tym mieście język i filozofię
niemiecką, powziął dosyć lekceważenia dla Kanta<pe><slowo_obce>Kant, Immanuel</slowo_obce> (1724--1804) --- niemiecki filozof, profesor logiki i metafizyki na Uniwersytecie Królewieckim. </pe>, Fichtego<pe><slowo_obce>Fichte, Johann Gottlieb</slowo_obce> (1762--1814) --- filozof niemiecki, obok Hegla i Schellinga jeden z najważniejszych przedstawicieli idealizmu niemieckiego.</pe> etc.,
niepospolitych ludzi, którzy budowali jedynie uczone domki
z kart.</akap>


<akap>Pan B. wrócił do Paryża w 1809 r., odbył kampanię wiedeńską
w 1809 i 1810.</akap>


<akap>Za powrotem mianowano go audytorem w Radzie Stanu
i generalnym inspektorem ruchomości Korony. Oprócz tego
powierzono mu Biuro Holandii w administracji listy cywilnej
Cesarza. Znał księcia de Frioul. W 1811 r. odbył krótką podróż do
Włoch, kraju, który uwielbiał zawsze, po trzech latach, które tam
spędził w młodości. W 1812 r. uzyskał --- po wielu trudnościach ze
strony pana de Champagny, księcia Cadore, intendenta domu
Cesarza --- prawo do udziału w kampanii rosyjskiej. Przybył do
kwatery generalnej koło Orszy 14 sierpnia 1812 r. Wszedł do
Moskwy 14 września z Napoleonem, a wyjechał stamtąd 16
października z misją: miał postarać się o prowiant dla armii. On to
dostarczył wracającej armii między Orszą a Bobrem jedynego
kawałka chleba, jaki dostała. Pan Daru podziękował mu w imieniu Cesarza za tę przysługę. Pan B. nie uważał nigdy w czasie tego
odwrotu, aby istniała przyczyna do lamentów.</akap> 



 <akap>Blisko Królewca, gdy uciekał przed Kozakami, przebywając
Świeży Zalew po lodzie, lód załamał się pod saniami. Był z kawalerem Marchand, komisarzem wojny (ulica du Doyenné, nr 5).
Ponieważ w armii Cesarza nie przyznawano się nawet do odwrotu,
zatrzymał się w Stargardzie, potem w Berlinie, który w jego
oczach oderwał się od Francji.</akap>


<akap>W miarę jak się oddalał od niebezpieczeństwa, przejmował się
jego grozą i przybył do Paryża przejęty bólem. Stan fizyczny grał
w tym niemałą rolę. Miesiąc dobrego, a raczej dostatecznego
pożywienia postawił go na nogi. Protektor jego zmusił go do
odbycia kampanii w 1813 r. Był intendentem w Żaganiu z najuczciwszym i najbardziej ograniczonym z generałów, margrabią,
wówczas hrabią, de Latour-Maubourg. Zapadł tam na rodzaj
złośliwej gorączki. W tydzień doszedł do ostatecznego wycieńczenia --- zaledwie wówczas pozwolono mu wrócić do Francji. Opuścił
nawet Paryż i odnalazł zdrowie nad jeziorem Como. Ledwie
wrócił, Cesarz wysłał go w misji do siódmej dywizji armii wraz
z pewnym senatorem, absolutnym niedołęgą. Zastał tam dzielnego generała Dessaix, który był godny wielkiego człowieka o podobnym nazwisku<pe><slowo_obce>wielkiego człowieka o podobnym nazwisku</slowo_obce> --- być może chodzi o Roberta Devereux (kochanka królowej Anglii, Elżbiety I).</pe>, prawie równie liberalnego jak on sam.
Ale talent i płomienny patriotyzm generała Dessaix rozbiły się
o egoizm i nieuleczalną miernotę generała Marchand, którego trzeba było użyć, jako kawalera wielkiej wstęgi Legii Honorowej i będącego z tamtych stron. Nie wydobyto korzyści
z cudownego usposobienia Vizille i wielu innych wsi w Delfinacie.</akap>


<akap>Pan Beyle prosił, aby go wysłano na inspekcję przednich straży
w Genewie. Przekonał się o tym, czego się domyślał, że nie ma
łatwiejszej rzeczy, niż wziąć Genewę. Widząc, że nie przeprze tej
myśli, i obawiając się zdrady, uzyskał pozwolenie na powrót do
Paryża. Zastał Kozaków w Orleanie. Tam zwątpił o ojczyźnie lub,
mówiąc ściślej, ujrzał, że cesarstwo zasunęło w cień ojczyznę.
Kraj był zmęczony arogancją prefektów i innych narzędzi Napoleona. Przybył do Paryża, aby być świadkiem bitwy pod
Montmartre i głupoty ministrów napoleońskich.</akap>


<akap>Ujrzał wejście króla. Niektóre posunięcia pana de Blacas<pe><slowo_obce>de Blacas, Pierre Louis Jean Casimir de</slowo_obce> (1771--1839) --- francuski dyplomata z okresu restauracji monarchii.</pe>,
o których wyczytał niebawem, nasunęły mu myśl o Stuartach.
Odmówił wspaniałego stanowiska, które pan Beugnot<pe><slowo_obce>Beugnot, Jacques Claude</slowo_obce> (1761--1835) --- polityk francuski.</pe> zechciał
mu ofiarować. Usunął się do Włoch. Wiódł tam szczęśliwe życie
aż do r. 1821, po czym aresztowanie karbonariuszów<pe><slowo_obce>karbonariusz</slowo_obce> --- członek tajnego stowarzyszenia rewolucyjnego skierowanego przeciw absolutyzmowi w Europie (I poł. XIX w.).</pe> przez idiotyczną policję zmusiło go do opuszczenia kraju, mimo że nie
był karbonariuszem. Złośliwość i nieufność Włochów kazały mu
uchylić się od udziału w tajemnicach, rzekł tylko swoim przyjaciołom: ,,Liczcie na mnie w razie potrzeby".</akap>


<akap>W r. 1814, kiedy ocenił wartość Burbonów, miał parę dni
czarnych. Aby się rozerwać, wziął kopistę i podyktował mu
poprawione tłumaczenie <tytul_dziela>Życia Haydna</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Mozarta</tytul_dziela> i <tytul_dziela>Metastazja</tytul_dziela>
wedle dzieła włoskiego, jeden tom in 8°, 1814 r.</akap>


<akap>W 1817 r. wydrukował dwa tomy <tytul_dziela>Historii malarstwa we
Włoszech</tytul_dziela> i mały, trzystustronicowy opis podróży po Włoszech<pe><slowo_obce>trzystustronicowy opis podróży po Włoszech</slowo_obce> --- <tytul_dziela>Rzym, Neapol i Florencja w 1817</tytul_dziela>.</pe>.</akap>


<akap>Ponieważ <tytul_dziela>Malarstwo</tytul_dziela> nie miało sukcesu, wpakował do skrzyni trzy ostatnie tomy i zarządził, aby je wydano aż po jego
śmierci.</akap>


<akap>W lipcu 1819 r. przejeżdżając przez Bolonię, dowiedział się o śmierci ojca. Przybył do Grenobli, gdzie oddaje swój głos
najuczciwszemu z Francuzów, jedynemu, który mógł jeszcze
ocalić religię, panu Henrykowi Grégoire<pe><slowo_obce>oddaje swój głos (...) panu Henrykowi Grégoire</slowo_obce> ---  bp Henri Grégoire, podczas rewolucji złożył przysięgę na konstytucję cywilną kleru, w 1820 r. wszedł do Izby
Deputowanych z okręgu Izery; Stendhal oddał wówczas na niego swój głos.</pe>. To go poróżniło
jeszcze bardziej z policją mediolańską. Ojciec jego miał, wedle
powszechnej opinii, zostawić mu 5000 albo 6000 franków renty.
Nie zostawił mu ani połowy. Z tą chwilą p. Beyle starał się
zmniejszyć swoje potrzeby i udało mu się to. Napisał kilka
książek, między innymi pięćset stronic o Miłości, których nie
wydrukował. W 1821 r., nudząc się śmiertelnie komedią francuskich manier, udał się na sześć tygodni do Anglii. Miłość była
szczęściem i nieszczęściem jego życia. Melania, Teresa, Gina
i Leonora --- oto imiona, które go zaprzątały. Mimo że nie był zgoła
piękny, bywał niekiedy kochany. Gina nie dała mu wrócić po
powrocie Napoleona, o którym dowiedział się 6 marca. <tytul_dziela>Akt
dodatkowy</tytul_dziela> odjął mu wszelki żal<pe><slowo_obce><tytul_dziela>Akt dodatkowy</tytul_dziela> odjął mu wszelki żal</slowo_obce> --- <tytul_dziela>Akt dodatkowy do konstytucyj Cesarstwa</tytul_dziela>, wydany przez Napoleona w 1815 r.</pe>. Często smutny z przyczyny
swoich miłości, z chwilą gdy spotkał go zawód, uwielbiał wesołość.
Miał tylko jednego wroga, mianowicie panią Tr[aversi]. Mógł się
zemścić w okrutny sposób --- oparł się temu, aby nie martwić
Leonory. Po kampanii rosyjskiej zostały mu dotkliwe nerwobóle.
Uwielbiał Szekspira i miał niezwyciężony wstręt do Woltera<pe><slowo_obce>Wolter</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>François-Marie Arouet</slowo_obce> (1694--1778) --- fr. filozof, publicysta i wolnomyśliciel.</pe> i pani
de Staël<pe><slowo_obce>Madame de Staël</slowo_obce> --- właśc. Anne-Louise Germaine Necker (1766--1817), francuska publicystka i powieściopisarka, propagatorka pojęcia Romantyzmu, przeciwniczka polityczna Napoleona wydalona przez niego z kraju.</pe>. Miejsca, które najbardziej kochał na ziemi, to były
jezioro Como i Neapol. Uwielbiał muzykę i sporządził notatkę
o Rossinim, pełną poglądów prawdziwych, choć może śmiesznych. Kochał tkliwie siostrę swoją Paulinę i miał wstręt do
Grenobli, rodzinnego miasta, gdzie wychowywano go w straszliwy sposób. Nie kochał żadnego z krewnych. Był zakochany
w matce, którą stracił, mając siedem lat<pa>Do rąk pana Ludwika Crozet, inżyniera dróg i mostów w Grenobli (dep. Izery), albo, <slowo_obce>if
dead</slowo_obce> [ang. gdyby już nie żył; Red. WL.], pana de Mareste w Paryżu, Hotel Brukselski, ul. Richelieu nr 45 (<slowo_obce>life of Dominik</slowo_obce>) [ang. życie Dominika; Red. WL.].</pa>.</akap>



<naglowek_podrozdzial>II</naglowek_podrozdzial>



<nota><strofa>Niedziela, 30 kwietnia 1837/
Paryż (hotel Favart)</strofa></nota>



<akap>Leje jak z cebra.</akap>


<akap>Przypominam sobie, jak Jules Janin mówił do mnie: ,,Ha! Co za
piękny artykulik kropnęlibyśmy, gdybyś pan umarł!". Aby uniknąć frazesów, mam ochotę sam napisać ten artykuł.</akap>


<akap>Przeczytajcie to aż po śmierci</akap>


<sekcja_swiatlo/>


<akap>Henryka Beyle, urodzonego w Grenobli 23 stycznia 1783 r., zmarłego w ... dnia ... Rodzice jego byli zamożni, należeli do
wyższego mieszczaństwa. Ojciec jego, adwokat przy Parlamencie
Delfinatu<pe><slowo_obce>Delfinat</slowo_obce> --- region w południowo-wschodniej Francji.</pe>, przybierał w aktach tytuł szlachecki. Dziadek jego był
lekarzem, światłym człowiekiem, przyjacielem lub co najmniej
wielbicielem Woltera. Pan Gagnon --- takie nosił nazwisko człowiek bardzo dworny, bardzo szanowany w Grenobli, był
duszą wszystkich ulepszeń. Młody Beyle widział pierwszą krew
przelaną w Rewolucji Francuskiej w słynnym ,,dniu dachówek" (17...). Lud burzył się przeciw rządowi i rzucał z dachów
dachówki na żołnierzy<pe><slowo_obce>rzucał z dachów
dachówki na żołnierzy</slowo_obce> --- por. z innym dziełem Stendhala pt. <tytul_dziela>Życie Henryka Brulard</tytul_dziela>, s. 492.</pe>. Rodzina młodego B. była pobożna
i tkwiła całą duszą w klice<pe><slowo_obce>klika</slowo_obce> --- mała grupa osób związana ze sobą emocjonalnie.</pe> arystokratów, gdy on sam był zażartym
patriotą. Matka jego, inteligentna i wykształcona, która czytywała Dantego, umarła bardzo młodo. Pan Gagnon, niepocieszony po
stracie ukochanej córki, zajął się wychowaniem jej jedynego syna.
Rodzina jego odznaczała się przesadnymi pojęciami honoru i dumy i udzieliła tego sposobu myślenia młodemu człowiekowi.
Mówić o <wyroznienie>pieniądzach</wyroznienie>, wymieniać nawet ten metal, uchodziło za coś niskiego w domu pana Gagnon, który mógł mieć 8000 do
9000 franków renty, co było bogactwem w Grenobli w 1789 r.</akap>



<akap>Młody Beyle nabrał do tego miasta wstrętu, który trwał do
śmierci: tam nauczył się znać ludzi i ich nikczemność. Pragnął
namiętnie dostać się do Paryża i żyć tam, pisząc książki i komedie.
Ojciec oświadczył, że nie chce, aby się zepsuł, i że nie zobaczy
Paryża przed trzydziestym rokiem.</akap>
<akap>Od r. 1796 do 1799 młody Beyle zajmował się tylko matematyką, miał nadzieję dostać się do Szkoły Politechnicznej i zobaczyć
Paryż. W r. 1799 otrzymał pierwszą nagrodę z matematyki
w Szkole Centralnej (profesor Dupuy). Ośmiu uczniów, którzy
dostali drugą nagrodę, przyjęto na Politechnikę w dwa miesiące
później. Stronnictwo arystokratyczne oczekiwało Rosjan w Grenobli, wołali:</akap>






<poezja_cyt><strofa><slowo_obce>O Rus, quando ego te aspiciam</slowo_obce><pe><slowo_obce>O Rus, quando ego te aspiciam</slowo_obce> --- cytat z <tytul_dziela>Satyr</tytul_dziela> Horacego: ,,Kiedyż cię, wsi, zobaczę!". Ciekawa jest użyta tu gra słów: <slowo_obce>rus</slowo_obce> (wieś) wymawia się po francusku jak <slowo_obce>Russe</slowo_obce> -- Rosjanin.</pe>!</strofa></poezja_cyt>



<akap>Egzaminator Ludwik Monge nie przybył tego roku. Wszystko
szło w diabły w Paryżu.</akap>


<akap>Wreszcie młodzi ludzie pojechali do Paryża, aby tam na
miejscu zdawać egzamin do szkoły. Beyle przybył do Paryża 10
listopada 1799 r., nazajutrz po 18 Brumaire'a<pe><slowo_obce>18 Brumaire'a</slowo_obce> --- dzień, w którym, wg ówczesnego kalendarza Rewolucji Francuskiej, gen. Napoleon Bonaparte dokonał zamachu stanu (9 listopada 1799) i objął władzę jako pierwszy konsul.</pe>. Napoleon właśnie
zagarnął władzę. Beyle miał polecenie do pana Daru, byłego
generalnego sekretarza intendentury Langwedocji, człowieka
poważnego i z charakterem. Beyle oświadczył mu ze stanowczością osobliwą jak na jego wiek, że nie chce wstąpić na Politechnikę.</akap>


<akap>Przyszła wyprawa pod Marengo. Beyle brał w niej udział, a pan
Daru (później minister cesarza) mianował go podporucznikiem
w szóstym pułku dragonów w maju 1800 r. Służył jakiś czas jako
prosty dragon. Zakochał się w pani A. (Angela Pietragrua).</akap>


<akap>Spędzał czas w Mediolanie. Był to najpiękniejszy czas jego życia, uwielbiał muzykę, sławę literacką i wielce cenił sztukę tęgiego
rąbania szablą. Zraniono go w nogę sztychem szabli w pojedynku.
Był adiutantem generała porucznika Michaud, odznaczył się i dostał piękne świadectwo od tego generała (jest w rękach pana
Colomb, serdecznego przyjaciela tegoż Beyle'a). Był najszczęśliwszym i prawdopodobnie najbardziej szalonym z ludzi, kiedy
z nastaniem pokoju minister wojny nakazał, że wszyscy podporucznicy adiutanci mają wrócić do swoich korpusów. Beyle przybył
do szóstego pułku w Savigliano w Piemoncie. Był chory z nudów,
potem ranny, dostał urlop, przybył do Grenobli, zakochał się i nic
nie mówiąc ministrowi, podążył do Paryża za panną W[iktoryną], swoją ukochaną. Minister pogniewał się, B. podał się do dymisji,
co go poróżniło z panem Daru. Ojciec próbował go wziąć głodem.</akap>


<akap>B., bardziej szalony niż kiedykolwiek, zabrał się do studiów,
aby zostać wielkim człowiekiem. Odwiedzał raz na dwa tygodnie
panią A...<pe><slowo_obce>Odwiedzał (...) panią A...</slowo_obce> --- być może autor ma na myśli już wcześniej wspominaną w <tytul_dziela>Pamiętniku</tytul_dziela> Aleksandrę Daru.</pe>, poza tym żył samotnie. Tak sobie żył od r. 1803 do
1806, nie zwierzając się nikomu ze swoich projektów i nienawidząc tyranii Cesarza, który kradł wolność Francji. Pan Mante,
dawny uczeń Szkoły Politechnicznej, przyjaciel Beyle'a, wciągnął
go w rodzaj konspiracji na rzecz generała Moreau<pe><slowo_obce>w rodzaj konspiracji na rzecz generała Moreau</slowo_obce> --- rywala Napoleona.</pe> (1804). Beyle
pracował po dwanaście godzin na dobę, czytał Montaigne'a,
Szekspira, Monteskiusza i spisywał sąd swój o nich. Nie wiem
czemu, czuł nienawiść i wzgardę dla sławnych literatów, których
widywał w r. 1804 u pana Daru. Przedstawiono go księdzu
Delille. Lekceważył Woltera, który mu się zdawał dziecinny,
panią de Staël --- napuszoną, Bossueta<pe><slowo_obce>Bossuet, Jacques-Bénigne</slowo_obce> (1627--1704) --- francuski kaznodzieja, teolog i biskup.</pe> --- blagę na serio; uwielbiał
bajki Lafontaine'a<pe><slowo_obce>La Fontaine, Jean de</slowo_obce> (1621--1695) --- przedstawiciel francuskiego klasycyzmu, do dziś znany jako autor bajek zwierzęcych.</pe>, Corneille'a<pe>Corneille, Pierre (1606--1684) --- fr. dramatopisarz, zwany ojcem tragedii francuskiej, doprowadził do odrodzenia teatru i przywrócenia antycznej zasady trzech jedności; jego największe dzieła to <tytul_dziela>Cyd</tytul_dziela> (1636) i <tytul_dziela>Andromeda</tytul_dziela> (1650).</pe> i Monteskiusza<pe><slowo_obce>Monteskiusz</slowo_obce> --- Montesquieu, Charles Louis (1689--1755), francuski filozof i pisarz, teoretyk prawa.</pe>.</akap>


<akap>W 1804 r. Beyle zakochał się w pannie Melanii Guilbert (pani
de Barkoff) i podążył za nią do Marsylii, poróżniwszy się z panią ***, którą tak kochał później. To była prawdziwa namiętność.
Kiedy panna [Guilbert] opuściła teatr w Marsylii, Beyle wrócił do
Paryża. Ojciec jego zaczynał tracić majątek i przysyłał mu bardzo
mało pieniędzy. Marcjal Daru, podinspektor rewii, namówił
Beyle'a, aby wstąpił do wojska; Beyle, bardzo niechętnie, usłuchał i rzucił studia.</akap>


<akap>14 czy 15 października r. 1806 Beyle ujrzal bitwę pod Jeną<pe><slowo_obce>bitwa pod Jeną</slowo_obce> --- stoczona 14 października 1806, Napoleon Bonaparte rozbił w niej siły pruskie.</pe>, 26
października ujrzał wejście Napoleona do Berlina. Beyle udał się
do Brunszwiku w charakterze wicekomisarza wojennego. W 1808
r. w małym pałacyku w Richemont (o dziesięć minut od Brunszwiku), gdzie mieszkał w charakterze intendenta, zaczął pisać
historię wojny sukcesyjnej hiszpańskiej<pe><slowo_obce>zaczął pisać
historię wojny sukcesyjnej hiszpańskiej</slowo_obce> --- esej historyczny, który nie został dokończony.</pe>. W 1809 r. odbył kampanię wiedeńską, wciąż jako wicekomisarz wojenny. Tam nabył
choroby i zakochał się bardzo w kobiecie miłej i dobrej, a nawet
wybornej, z którą był w stosunkach niegdyś.</akap>


<akap>B. został mianowany audytorem Rady Stanu i inspektorem
ruchomości Korony dzięki poparciu hrabiego Daru. Odbył kampanię rosyjską i odznaczył się zimną krwią. Dowiedział się za
powrotem, że ten odwrót był rzeczą straszną. Pięćset pięćdziesiąt
tysięcy ludzi przeszło Niemen --- pięćdziesiąt, a może dwadzieścia
pięć tysięcy przebyło go z powrotem.</akap>


<akap>B. odbył kampanię pod Lützen i był intendentem w Żaganiu na Śląsku, nad Bobrem. Z przemęczenia dostał gorączki, która omal
nie zakończyła dramatu, a z której Gall uleczył go szybko
w Paryżu. W 1813 r. wysłano B. do siódmej dywizji wojskowej
z senatorem idiotą. Napoleon wytłumaczył mu obszernie, co
trzeba robić.</akap> 


<akap>W dniu, w którym Burboni wrócili do Paryża, B. zrozumiał, że
człowieka, który był pod Moskwą, czekają we Francji same
upokorzenia. Pani Beugnot ofiarowała mu posadę dyrektora
aprowizacji Paryża. Odmówił z niechęci do Burbonów i osiadł
w Mediolanie. Wstręt, jaki czuł do Burbonów, przeważył miłość:
zdawało mu się, że widzi w obejściu pani A... lekceważenie.
Śmieszne byłoby opowiadać wszystkie perypetie, jak powiadają
Włosi, w które wplątała go ta miłość. Wydrukował <tytul_dziela>Życie Haydna</tytul_dziela>;
<tytul_dziela>Rzym, Neapol i Florencję w 1817</tytul_dziela>, wreszcie <tytul_dziela>Historię malarstwa</tytul_dziela>.
W r. 1817 wrócił do Paryża, który przejął go wstrętem; pojechał
do Londynu i wrócił do Mediolanu.</akap>


<akap>W 1821 stracił ojca<pe><slowo_obce>W 1821 stracił ojca</slowo_obce> --- tak naprawdę był to rok 1819.</pe>, który zaniedbał swoje sprawy (w Claix),
aby się troszczyć o sprawy Burbonów (jako wicemer Grenobli), i zupełnie się zrujnował. W 1815 r. pan B. kazał powiedzieć
synowi (przez pana Feliksa Faure), że mu zostawi 10 000 franków
renty, a zostawił mu 3000 franków kapitału. Na szczęście B. miał
1600 franków renty po matce (z domu Henryce Gagnon, zmarłej
w Grenobli około r. 1790, którą zawsze ubóstwiał i opłakiwał).
W Mediolanie B. napisał ołówkiem <tytul_dziela>Miłość</tytul_dziela>.</akap>


<akap>B., nieszczęśliwy pod każdym względem, wrócił do Paryża
w lipcu r. 1821. Myślał serio o tym, aby skończyć ze wszystkim,
kiedy mu się wydało, że pani de C[urial] patrzy nań łaskawym
okiem. Nie chciał się znów puszczać na to burzliwe morze. Rzucił
się z całą furią w bitwę o romantyków, wydrukował utwory:
<tytul_dziela>Racine i Szekspir</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Życie Rossiniego</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Przechadzki po Rzymie</tytul_dziela> etc.
Odbył dwie podróże po Włoszech, zwiedził Hiszpanię aż do
Barcelony. Wojna hiszpańska nie pozwalała się zapuścić dalej.</akap>


<akap>Podczas gdy był w Anglii (we wrześniu 1826), porzuciła go owa
ostatnia kochanka, K[lementyna]; kochała zwykle pół roku, jego
kochała dwa lata. Był bardzo nieszczęśliwy i wrócił do Włoch.</akap>


<akap>W 1829 r. pokochał G[iulię] i spędził u niej, aby czuwać nad
nią, noc 29 lipca. Ujrzał rewolucję 1830 r. spod kolumn Komedii
Francuskiej. We wrześniu 1830 r. mianowano go konsulem
w Trieście; pan von Metternich<pe><slowo_obce>von Metternich</slowo_obce> --- właśc. Klemens Wentzel Lothar Nepomuk, książę von Metternich-Winneburg (1773--1859) --- austriacki dyplomata i konserwatywny polityk.</pe> miał z nim na pieńku z powodu
<tytul_dziela>Rzymu, Neapolu i Florencji</tytul_dziela> i odmówił <slowo_obce>exequatur<pe><slowo_obce>exequatur</slowo_obce> --- zgoda państwa na to, aby konsul przysłany z innego kraju mógł wykonywać swoje obowiązki.</pe></slowo_obce>. Mianowano go konsulem w Civitavecchia. Spędzał połowę roku w Rzymie, tracił
tam dosłownie czas, napisał tam <tytul_dziela>Zielonego strzelca</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Zielony strzelec</slowo_obce> --- roboczy tytuł dzieła Stendhala, ostatecznie opublikowanego jako <tytul_dziela>Lucjan Leuwen</tytul_dziela>.</pe> i zebrał
nowele takie jak <tytul_dziela>Vittoria Accoramboni</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Beatrix Cenci</tytul_dziela> etc.,
osiem czy dziesięć tomów <slowo_obce>in folio</slowo_obce><pe><slowo_obce>zebrał (...) osiem czy dziesięć tomów in folio</slowo_obce> --- <tytul_dziela>Kroniki włoskie</tytul_dziela> Stendhala, w skład których wchodziły nowele takie jak: <tytul_dziela>Rodzina Cenci</tytul_dziela> czy <tytul_dziela>Vittoria Accoramboni</tytul_dziela>.</pe>.</akap>


<akap>W maju 1836 r. wrócił do Paryża, dzięki urlopowi pana de
Thiers, który naśladuje kaprysy Napoleona... B. opracował <tytul_dziela>Życie
Napoleona</tytul_dziela> od 9 listopada 1836 r. do czerwca 1837...</akap>


<akap>(Nie odczytywałem poprzedzających sześciu stronic, pisanych
od czwartej do szóstej w niedzielę 30 kwietnia, w czasie okropnego
deszczu, w Hotelu Favart, Place des Italiens w Paryżu)<pa>Trzeba zrobić trzy strony z tych sześciu.</pa>.</akap>


<akap>B. nakreślił swój nagrobek w 1821:</akap>






<poezja_cyt><strofa><slowo_obce>Qui giace</slowo_obce>/
<slowo_obce>Arrigo Beyle Milanese</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Visse, scrisse, amo</slowo_obce>/
<slowo_obce>Se n'andiede di anni...</slowo_obce>/
<slowo_obce>Nell 18..<pe><slowo_obce>Qui giace
Arrigo Beyle Milanese,
Visse, scrisse, amo
Se n'andiede di anni...
Nell 18..</slowo_obce> --- Tu leży Henryk Beyle, mediolańczyk. Żył, pisał, kochał. Umarł, mając lat ... w roku 18.. [Red. WL.].</pe></slowo_obce></strofa></poezja_cyt>





<akap>Kochał Cimarosę, Szekspira, Mozarta, Correggia. Kochał namiętnie: V..., M..., A..., Ange..., M..., C...<pe><slowo_obce>Kochał namiętnie: V..., M..., A..., Ange..., M..., C...</slowo_obce> --- Wiktorynę Mounier, Melanię Guilbert, Aleksandrę Daru, Angelinę Pietragrua, Matyldę Dembowską oraz Klementynę Curial.</pe>, i mimo że nie był
zgoła piękny, kochało go bardzo kilka z tych inicjałów.
Szanował jednego człowieka --- NAPOLEONA.</akap>


<akap>Koniec tej notatki nieodczytanej (aby nie kłamać)<pa><slowo_obce>Koniec tej notatki nieodczytanej (aby nie kłamać).</slowo_obce> --- Notatka o Henryku Beyle, kwiecień 1837. Odczytać po jego śmierci, nie wcześniej.</pa>.</akap>





</powiesc></utwor>