<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/stendhal-kroniki-wloskie/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Stendhal</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kroniki włoskie</dc:title>
<dc:contributor.translator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Boy-Żeleński, Tadeusz</dc:contributor.translator>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kowalska, Dorota</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Ługowska, Maria</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Romantyzm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">opowiadanie</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://www.wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z książki udostępnionej przez Magdalenę Paul.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://www.wolnelektury.pl/katalog/lektura/kroniki-wloskie</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Stendhal, Dzieła wybrane. O miłości, Kroniki włoskie, tom 1, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Tadeusz Boy-Żeleński zm. 1941</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2012</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2012-08-29</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/kroniki-wloskie.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0950-5</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/kroniki-wloskie.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1917-7</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/kroniki-wloskie.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2872-8</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/kroniki-wloskie.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3946-5</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/kroniki-wloskie.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-5032-3</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/6993.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Caryatids (Cariatides); also called Deux, Barnes Foundation (Source), cc0</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6993</dc:relation.coverImage.source>
<category.legimi>Obyczajowe</category.legimi>
    <category.thema>3MD</category.thema>
    <category.thema>1DST</category.thema>
    <category.thema.main>FBC</category.thema.main>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>

<powiesc>

<abstrakt>
<akap><tytul_dziela>Kroniki włoskie</tytul_dziela> Stendhala to zbiór opowiadań, które swoją inspirację mają w starych włoskich rękopisach odkrytych przez autora.</akap>


 
<akap>Akcja utworów dzieje się w czasach renesansu we Włoszech, a ich bohaterki i bohaterowie uwikłani są w dramatyczne romanse i intrygi na dworach królewskich i papieskich. Kroniki włoskie to również doskonały zapis odrodzeniowej obyczajowości. Utwór został napisany w latach 1836--39, opublikowany po raz pierwszy w 1839 roku. Polskiego tłumaczenia dokonał Tadeusz Boy-Żeleński.</akap>


 

<akap>Marie-Henri Beyle, piszący pod pseudonimem Stendhal, to jeden z najsłynniejszych francuskich pisarzy początku XIX wieku. Był prekursorem realizmu w literaturze --- uważał, że zostanie zrozumiany dopiero przez przyszłe pokolenia. Sformułował koncepcję powieści-zwierciadła.</akap>


</abstrakt>




<autor_utworu>Stendhal</autor_utworu>




<nazwa_utworu>Kroniki włoskie</nazwa_utworu>


<nota_red>
<akap>Pisownia łączna / rozdzielna: Po pół godzinie > Po półgodzinie; Pisownia wielką literą: na placu Weneckim > na Placu Weneckim; Fleksja: mię > mnie;</akap>


 
<akap>Leksyka: rozprószyli > rozprószyli;</akap>


<akap>Błąd źródła: zabudowanich > zabudowaniach; otowrzyły > otworzyły; obserować > obserwować; nowej > owej (Wedle obyczajów nowej epoki, nazbyt już obecnie zapomnianej - Suivant l’usage de ce temps trop oublié du nôtre); Helena miało dużo kłopotów (...) > Helena miała dużo kłopotów (...); (...) próbował
zgwałcić córkę Beatrycze, które była już duża i ładna (...) > (...) próbował
zgwałcić córkę Beatryczę, która była już duża i ładna (...)</akap>




</nota_red>





<naglowek_czesc>Ksieni z Castro</naglowek_czesc>





<naglowek_rozdzial>I</naglowek_rozdzial>




<akap>Melodramat pokazał nam tyle razy rozbójników włoskich szesnastego wieku i tyle osób mówiło o nich bez znajomości przedmiotu,
że obecnie mamy o nich najfałszywsze pojęcia. Można rzec
ogólnie, że rozbójnicy ci byli <wyroznienie>opozycją</wyroznienie> przeciw okrutnym
rządom, które zajęły we Włoszech miejsce średniowiecznych
republik. Nowy tyran był to zazwyczaj najbogatszy obywatel
pogrzebanej republiki, który aby pozyskać sobie lud, zdobił
miasta wspaniałymi kościołami i pięknymi obrazami. Tacy byli
Polentini w Rawennie, Manfredi w Faenza, Riario w Imola, Cane
w Weronie, Bentivoglio w Bolonii, Visconti w Mediolanie i wreszcie najmniej wojowniczy, a najobłudniejsi ze wszystkich Medyceusze we Florencji. Spomiędzy historyków tych małych państewek żaden nie ośmielił się opisać niezliczonych otruć i mordów
spowodowanych strachem, który nękał tych małych tyranów; owi
poważni historycy byli na ich żołdzie. Zważcie, że każdy z tych
tyranów znał osobiście każdego z republikanów, o których wiedział, że go nienawidzą (wielki książę Toskanii, Kosma, znał na
przykład Strozziego), że wielu z tych tyranów zginęło gwałtowną śmiercią, a <begin id="b1347871943270-2266561560"/><motyw id="m1347871943270-2266561560">Honor, Obyczaje, Grzeczność</motyw>zrozumiecie głębokie nienawiści, wiekuistą nieufność,
które dały Włochom szesnastego wieku tyle inteligencji i odwagi,
a tyle geniuszu ich artystom. <begin id="b1347872189062-3048674755"/><motyw id="m1347872189062-3048674755">Mężczyzna</motyw>Ujrzycie, iż owe namiętności nie
pozwoliły się rozwinąć dość pociesznemu przesądowi z epoki pani
de Sévigné, który nazwano <wyroznienie>honorem</wyroznienie>, a który polegał zwłaszcza na tym, aby poświęcić życie dla swego pana i dla spodobania
się damom. W szesnastym wieku we Francji działalność mężczyzny i jego istotna wartość mogły się objawić i zyskać podziw jedynie na polu bitwy lub w pojedynkach; że zaś kobiety lubią odwagę,
a zwłaszcza junactwo, stały się one najwyższymi sędziami wartości
mężczyzn. Wówczas to zrodził się <wyroznienie>duch galanterii</wyroznienie>, który
sprowadził stopniowe zamieranie wszystkich namiętności, a nawet miłości, na rzecz okrutnego tyrana, któremu poddajemy się
wszyscy: próżności. Królowie popierali próżność i mieli rację:
stąd władza wstążeczki orderowej.<end id="e1347871943270-2266561560"/></akap>


<akap><begin id="b1347872270214-3027331681"/><motyw id="m1347872270214-3027331681">Sława</motyw>We Włoszech człowiek wyróżniał się czynem <wyroznienie>wszelkiego rodzaju</wyroznienie>, pchnięciem szpady, jak odkryciem dawnego rękopisu; patrz Petrarkę, bożyszcze swoich czasów. Kobieta w XVI
wieku kochała człowieka biegłego w greczyźnie tyleż, i więcej, ile
by kochała wsławionego odwagą na polu bitwy. Wówczas widziało się namiętności, a nie odruch galanterii. Oto wielka różnica
między Włochami a Francją; oto czemu Włochy dały życie
Rafaelom, Giorgionom, Tycjanom, Correggiom, gdy Francja
wydała owych wszystkich wielkich rycerzy XVI wieku, nie
znanych dzisiaj, z których każdy pozabijał tak wielką liczbę
nieprzyjaciół.<end id="e1347872189062-3048674755"/></akap>


<akap>Proszę mi darować te surowe prawdy. Jak bądź się rzeczy mają,
okrutne i <wyroznienie>konieczne</wyroznienie> pomsty na małych tyranach włoskich
w średnich wiekach pozyskały rozbójnikom serce ludności. Nienawidzono bandytów, kiedy kradli konie, zboże, pieniądze,
słowem rzeczy potrzebne do życia; ale w głębi serca lud był po ich
stronie, a dziewczęta wiejskie przekładały nad wszystkich młodego chłopca, który bodaj raz w życiu zmuszony był <slowo_obce>andar alla
machia</slowo_obce>, to znaczy umykać w las i szukać schronienia u zbójców po
jakimś nierozważnym czynie.<end id="e1347872270214-3027331681"/></akap>



<akap>Za naszych czasów jeszcze każdy, oczywiście, lęka się spotkania z rozbójnikami; ale kiedy ich dosięgnie kara, każdy współczuje z nimi. To stąd, że ów naród tak inteligentny, tak drwiący,
który śmieje się ze wszystkich manifestów wydanych pod cenzurą
swoich panów, namiętnie czytuje poemaciki opowiadające z zapałem życie najsławniejszych bandytów. Heroizm mieszczący się
w tych opowiadaniach porusza strunę artystyczną, która zawsze
żyje w <wyroznienie>niższych klasach</wyroznienie>. Zresztą ten lud jest tak znudzony urzędowymi pochwałami oddawanymi pewnym ludziom, że
wszystko, co nie jest oficjalne, trafia mu prosto do serca. Trzeba
wiedzieć, że prosty lud we Włoszech ma pewne bolączki, których
podróżny, choćby żył w tym kraju dziesięć lat, nie spostrzegłby
nigdy. Na przykład przed piętnastu laty, zanim roztropność rządów wytępiła zbójców<pa><slowo_obce>przed piętnastu laty, zanim roztropność rządów wytępiła zbójców</slowo_obce> --- Gasparone, ostatni zbójca, poddał się rządowi w 1826; jest uwięziony ze swoimi trzydziestoma dwoma ludźmi w cytadeli w Civitavecchia. Do poddania się zmusił go brak wody na szczytach
Apeninów, gdzie się schronił. Jest to człowiek inteligentny o ciekawej twarzy.</pa>, nierzadko zdarzało się, że wyprawy
ich miały na celu ukaranie niesprawiedliwości <wyroznienie>gubernatorów</wyroznienie> w małych miastach. Gubernatorzy ci, samowładni urzędnicy o płacy nie przewyższającej dwudziestu talarów miesięcznie, są
oczywiście na żołdzie najznaczniejszej rodziny, która za pomocą
tego bardzo prostego środka gnębi swoich wrogów. Jeżeli zbójcom nie zawsze się udawało skarać tych małych despotów,
przynajmniej drwili sobie z nich i płatali im psoty, co jest
niedrobną rzeczą w oczach tego dowcipnego ludu. Satyryczny
sonet pociesza Włocha po wszystkich niedolach, a zniewagi nie
zapomina on nigdy. Oto druga zasadnicza różnica między Włochem i Francuzem.</akap>


<akap><begin id="b1347872659632-3269136762"/><motyw id="m1347872659632-3269136762">Obyczaje, Mężczyzna</motyw>Skoro w szesnastym wieku gubernator skazał na śmierć biednego mieszkańca znienawidzonego przez możną rodzinę, często
zbójcy napadali na więzienie i próbowali uwolnić ofiarę. Ze swej
strony potężne rodziny, nie ufając zbytnio ośmiu czy dziesięciu
rządowym żołnierzom mającym strzec więźnia, wystawiały swoim
kosztem oddział żołnierzy najemnych. Żołnierze ci, których
nazywano <slowo_obce>bravi</slowo_obce>, biwakowali w pobliżu więzienia i podejmowali
się odprowadzić aż na miejsce kaźni nieboraka, którego śmierć
kupiono. Jeśli wpływowa rodzina miała w swoim gronie młodego
człowieka, stawał on na czele tych improwizowanych żołnierzy.</akap>


<akap>Ten stan cywilizacji okropny jest z punktu widzenia moralności, przyznaję; za naszych czasów mamy pojedynek, nudę i nieprzedajnych sędziów; ale te obyczaje szesnastego wieku cudownie
wspomagały produkcję mężczyzn godnych tego imienia.<end id="e1347872659632-3269136762"/></akap>


<akap>Wielu historyków, wychwalanych do dziś przez pełną rutyny
literaturę Akademii, siliło się ukryć ten stan rzeczy, który około
roku 1550 stworzył tak wielkie charaktery. Współcześnie ostrożne ich kłamstwa nagradzano wszystkimi zaszczytami, jakimi
mogli rozporządzać Medyceusze we Florencji, Este w Ferrarze,
wicekrólowie Neapolu etc. Pewien biedny historyk nazwiskiem
Giannone chciał uchylić rąbek zasłony; że jednak ośmielił się
powiedzieć jedynie cząstkę prawdy, i to pod osłoną powątpiewań
i niejasności, pozostał bardzo nudny, co mu nie przeszkodziło
umrzeć w więzieniu w osiemdziesiątym drugim roku życia
7 marca roku 1758.</akap>





<akap><begin id="b1347872900855-194669182"/><motyw id="m1347872900855-194669182">Historia, Kłamstwo</motyw>Pierwszą tedy rzeczą, jeśli się chce poznać historię Włoch, to
nie czytać autorów powszechnie uznanych; nigdzie lepiej nie
znano ceny kłamstwa, nigdzie lepiej nie było ono opłacane.<end id="e1347872900855-194669182"/><pa><slowo_obce>Pierwszą tedy rzeczą, jeśli się chce poznać historię Włoch, to nie czytać autorów powszechnie uznanych; nigdzie lepiej nie znano ceny kłamstwa, nigdzie lepiej nie było ono opłacane.</slowo_obce> --- Paweł Giovio, biskup w Como, Aretino i stu innych mniej zabawnych, których nuda, jaką
zieją, ocaliła od niesławy, Robertson, Roscoe pełni są kłamstw. Guicciardini sprzedał się Kosmie I,
który drwił sobie z niego. Za naszych czasów Coletta i Pignotti mówili prawdę, ten ostatni w stałym
strachu, że go usuną ze stanowiska, chociaż chciał, aby go drukowano dopiero po jego śmierci.</pa></akap>





<akap>Pierwsze kroniki, które pisano we Włoszech po głębokim
barbarzyństwie dziewiątego wieku, wspominają już o zbójcach
i mówią o nich tak, jakby istnieli od niepamiętnych wieków (patrz
zbiór Muratoriego). <begin id="b1347873236199-1346215226"/><motyw id="m1347873236199-1346215226">Buntownik</motyw>Kiedy nieszczęściem dla powszechnego dobra, dla sprawiedliwości, dla dobrych rządów, ale szczęściem dla
sztuki średniowieczne republiki zostały zdławione, najenergiczniejsi republikanie, ci, którzy kochali wolność bardziej niż większość ich współobywateli, schronili się w lasy. Oczywiście lud
gnębiony przez Baglionich, Malatestów, Bentivogliów, Medyceuszów kochał i szanował ich wrogów. Okrucieństwa małych
tyranów, którzy nastąpili po pierwszych uzurpatorach, na przykład okrucieństwa Kosmy, pierwszego wielkiego księcia Florencji, który kazał mordować republikanów szukających schronienia
w Wenecji, nawet w Paryżu, dostarczały zaciągu tym zbójcom.
Aby pozostać w czasach bliskich tym, w których żyła nasza
bohaterka, około roku 1550, Alfons Piccolomini, książę Monte
Mariano i Marco Sciarra dowodzili z powodzeniem uzbrojonymi
bandami, które w okolicach Albano urągały żołnierzom papieskim, wówczas bardzo dzielnym. Linia operacyjna tych słynnych
wodzów, których lud do dziś podziwia, ciągnęła się od Padu
i bagien raweńskich aż do lasów, które wówczas pokrywały
Wezuwiusz. Las Faggiola, tak wsławiony ich czynami, a położony
o pięć mil od Rzymu, na drodze do Neapolu, był generalną
kwaterą Sciarry, w której za pontyfikatu Grzegorza XIII skupiało
się niekiedy po kilka tysięcy żołnierzy. Szczegółowa historia tego
znamienitego bandyty byłaby nie do wiary w oczach obecnego
pokolenia, w tym sensie, że nikt nie zechciałby zrozumieć
pobudek jego czynów. Pokonano go aż w roku 1592. Kiedy ujrzał,
że sprawa jest stracona, wdał się w układy z Rzeczpospolitą
Wenecką i przeszedł w jej służby ze swymi najwierniejszymi lub najbardziej występnymi (jak kto woli) żołnierzami. Na żądanie
rządu rzymskiego Wenecja, która podpisała układ ze Sciarrą,
kazała go zamordować, dzielnych zaś jego żołnierzy posłała na
obronę wyspy Kandii przeciw Turkom. Ale roztropna Wenecja
wiedziała, że na Kandii panuje mordercza zaraza; jakoż w kilka
dni z pięciuset żołnierzy, których Sciarra oddał w służbę republiki, pozostało sześćdziesięciu siedmiu.<end id="e1347873236199-1346215226"/></akap>

<akap>Ten las Faggiola, którego olbrzymie drzewa pokrywają dawny
wulkan, był ostatnim teatrem czynów Marka Sciarra. Każdy
podróżnik powie wam, że jest to najwspanialsza okolica owej
cudnej Campagna Romana, której posępny wygląd jest jak stworzony dla tragedii. Las ten wieńczy swą ciemną zielenią szczyty
Albano.</akap>



<akap>Wspaniałą tę górę zawdzięczamy jakiejś erupcji wulkanicznej,
wcześniejszej o wiele wieków niż założenie Rzymu. W epoce,
która poprzedziła wszelką historię, wyrosła ona wśród rozległej
równiny rozciągającej się niegdyś między Apeninami a morzem.
Monte Cavi, która wznosi się otoczona mrokami lasu Faggiola,
jest jej szczytowym punktem, widzi się ją zewsząd, z Terracyny
i z Ostii, jak z Rzymu i z Tivoli; góra zaś Albano, obecnie pokryta
pałacami, stanowi zakończenie tego rzymskiego widnokręgu, tak
słynnego wśród podróżnych. Klasztor czarnych mnichów zastąpił
na szczycie Monte Cavi świątynię Jowisza Feretryjskiego, gdzie
ludy łacińskie przychodziły składać wspólnie ofiary i zacieśniać
węzły swego rodzaju federacji religijnej. Osłoniony cieniem wspaniałych kasztanów, podróżny dociera w kilka godzin do olbrzymich złomów będących ruiną świątyni Jowisza; ale z owego
cienia, tak rozkosznego w tym klimacie, dziś nawet wędrowiec
spogląda z niepokojem w głąb lasu: lęka się bandytów. Przybywszy na szczyt Monte Cavi, rozpala się ogień w ruinach świątyni,
aby zgotować pożywienie. Z tego punktu, górującego nad całą
Campagna Romana, widzi się ku zachodowi morze, które wydaje
się o dwa kroki, mimo że jest o trzy lub cztery mile; rozróżnia się
najmniejszy statek; przy pomocy najsłabszej lunety można policzyć ludzi udających się do Neapolu na statku parowym. Na
wszystkie inne strony oko biegnie po wspaniałej równinie, która
kończy się na wschód Apeninem, ponad Palestrina, na północ zaś
bazyliką św. Piotra oraz innymi wielkimi budowlami Rzymu.
Ponieważ szczyt Monte Cavi nie jest zbyt wysoki, oko rozróżnia
najdrobniejsze szczegóły tego wspaniałego kraju, który mógłby
się obejść bez glorii historycznej, a w którym wszelako każdy
gaik, każdy złom wyszczerbionego muru widziany na równinie lub na zboczu gór przypomina którąś z owych bitew, tak cudownych patriotyzmem i męstwem, opowiedzianych przez
Liwiusza.</akap>

<akap>Jeszcze za naszych dni, aby dojść do olbrzymich złomów,
resztek świątyni Jowisza Feretryjskiego tworzących mur ogrodu
czarnych mnichów, można iść drogą triumfalną, którą szli niegdyś pierwsi królowie Rzymu. Wyłożona jest kamieniami ciosanymi bardzo regularnie; w lesie Faggiola znajdują się długie pasy
tej drogi.</akap>



<akap>Na brzegu wygasłego krateru, który, wypełniony obecnie
przezroczystą wodą, zmienił się w owo ładne jezioro Albano,
mające pięć czy sześć mil obwodu i oprawne w skałę z lawy, leżała
niegdyś Alba, macierz Rzymu, którą polityka rzymska zniweczyła za pierwszych królów. Mimo to ruiny jej istnieją jeszcze.
W kilka wieków później o ćwierć mili od Alby, na stoku
biegnącym ku morzu, wyrosło Albano, ale to nowoczesne miasto
odgrodzone jest od jeziora zasłoną ze skał, które kryją jezioro
miastu, a miasto jezioru. Kiedy się je widzi z równiny, białe jego
budynki odznaczają się na ciemnej i głębokiej zieleni owego lasu
tak drogiego bandytom i tak często wsławionego, który wieńczy
ze wszech stron wulkaniczną górę.</akap>


<akap>Albano, liczące dziś pięć do sześciu tysięcy mieszkańców, nie
miało ani trzech tysięcy w roku 1540, kiedy wśród pierwszych
rodzin szlacheckich kwitnął potężny ród Campireali, którego
nieszczęścia mamy opowiedzieć.</akap>


<akap>Tłumaczę tę historię z dwóch obszernych rękopisów: jeden
rzymski, a drugi florencki. Z wielkim swoim niebezpieczeństwem
ośmieliłem się odtworzyć ich styl, niemal będący stylem naszych
starych legend. Wykwintny i pełen umiaru styl dzisiejszy nie
bardzo, jak mi się zdaje, godziłby się z treścią wypadków,
a zwłaszcza z uwagami autorów. Pisali koło roku 1598. Proszę
czytelnika o pobłażanie dla nich i dla mnie.</akap>




<naglowek_rozdzial>II</naglowek_rozdzial>




<akap>Spisawszy tyle tragicznych historii, powiada autor rękopisu florenckiego, zakończę tą, którą mi jest najciężej opowiedzieć. Będę
mówił o słynnej ksieni klasztoru wizytek w Castro, Helenie de
Campireali, której proces i śmierć tyle dały do gadania w wielkim
świecie Rzymu i całych Włoch. Już około roku 1555 bandyci
władali w okolicach Rzymu, urzędnicy zaś byli zaprzedani możnym rodzinom. W 1572, to jest w roku procesu, Grzegorz XIII
Buoncompagni wstąpił na stolec św. Piotra. Ten święty kapłan
jednoczył wszystkie apostolskie cnoty, ale jego cywilnemu zarządowi można było zarzucić niejaką słabość; nie umiał ani dobrać
uczciwych sędziów, ani też powściągnąć bandytów; gryzł się
zbrodniami, a nie umiał ich karać. Zdawało mu się, iż skazując
kogoś na karę śmierci, bierze na siebie straszliwą odpowiedzialność. Wynikiem tego usposobienia było, że gościńce wiodące do
wiecznego miasta zaludniły się nieprzeliczoną mnogością złoczyńców. Aby podróżować z niejakim bezpieczeństwem, trzeba było
być w przyjaźni z bandytami. Las Faggiola, który przecinała
droga wiodąca do Neapolu przez Albano, był od dawna generalną
kwaterą rządu wrogiego rządowi Jego Świątobliwości i niejeden
raz Rzym zmuszony był traktować, jak równy z równym, z Markiem Sciarra, jednym z królów lasu. Siłę bandytów stanowiło to,
że posiadali przychylność okolicznych wieśniaków.</akap>


<akap>Owo ładne miasteczko Albano, tak bliskie generalnej kwatery
bandytów, dało życie w roku 1542 Helenie de Campireali. Ojciec
jej uchodził za najbogatszego patrycjusza w okolicy, dzięki czemu
zaślubił Wiktorię Carafa, dziedziczkę wielkich włości w Królestwie Neapolitańskim. Mógłbym przytoczyć starców, którzy żyją
jeszcze, a którzy bardzo dobrze znali Wiktorię Carafa i jej córkę.
Wiktoria była wzorem statku i rozumu; ale mimo swego wielkiego
umysłu nie mogła zapobiec upadkowi rodziny. Rzecz osobliwa,
okropnych nieszczęść, które będą smutnym przedmiotem mego
opowiadania, nie można, jak sądzę, przypisać w szczególności
żadnemu z ich aktorów, których przedstawię czytelnikowi: widzę
nieszczęśliwych, ale zaiste nie mogę znaleźć winnych. Niezwykła
piękność i tkliwa dusza młodej Heleny --- oto były dwa wielkie
niebezpieczeństwa. One to służą za usprawiedliwienie dla Juliana
Branciforte, jej kochanka; tępota monsignora Cittadini, biskupa
z Castro, też może do pewnego stopnia być jej wymówką. Swój
szybki awans po szczeblach godności duchownych zawdzięczał on
swej poczciwości, a zwłaszcza swej wielce szlachetnej urodzie oraz
najskończeniej<pe><slowo_obce>najskończeniej</slowo_obce> (daw.) --- najdoskonalej.</pe> pięknej fizjonomii, jaką zdarza się spotkać. Czytałem o nim, że nie można go było ujrzeć, a nie pokochać.</akap>



<akap>Ponieważ nie chcę pochlebiać nikomu, nie będę ukrywał, że
pewien święty mnich z klasztoru Monte Cavi, którego niejeden
raz zdybano w celi wznoszącego się na kilka stóp ponad ziemię,
jak św. Paweł, w ten sposób, iż nic prócz łaski bożej nie mogło go
podtrzymać w tej niewygodnej pozycji<pa><slowo_obce>mnich z klasztoru Monte Cavi, którego niejeden raz zdybano w celi wznoszącego się na kilka stóp ponad ziemię, jak św. Paweł, w ten sposób, iż nic prócz łaski bożej nie mogło go podtrzymać w tej niewygodnej pozycji</slowo_obce> --- jeszcze dzisiaj ta wyjątkowa pozycja uważana jest przez lud Kampanii Rzymskiej za pewny
znak świętości. Około roku 1826 widziano, jak pewien mnich z Albano wznosił się wielokrotnie
nad ziemię wskutek łaski bożej. Przypisywano mu wiele cudów, przybiegano z dwudziestu mil
wokoło, aby otrzymać jego błogosławieństwo; kobiety należące do najwyższych klas społeczeństwa
widziały go, jak się utrzymuje nad ziemią na wysokości trzech stóp. Potem nagle znikł.</pa>, przepowiedział panu
Campireali, że jego ród wygaśnie wraz z nim i że będzie miał tylko
dwoje dzieci, które oboje zginą gwałtowną śmiercią. Z przyczyny
tej przepowiedni nie mógł znaleźć żony w swoich stronach i udał
się szukać fortuny do Neapolu, gdzie miał istotnie to szczęście, iż
znalazł wielki majątek i kobietę zdolną geniuszem swoim odmienić jego zły los, gdyby rzecz taka w ogóle była możliwa. Ów pan
Campireali uchodził za poczciwego człowieka i czynił wielkie
jałmużny; ale zgoła był wyzuty z dowcipu, co sprawiło, iż
stopniowo usunął się z Rzymu i spędzał w końcu cały prawie rok
w swoim pałacu w Albano. Oddawał się uprawie swoich ziem,
położonych na tej bogatej równinie, która się ciągnie pomiędzy
miastem a morzem. Za radą żony wspaniale wychował syna
swego, Fabia, młodzieńca bardzo dumnego ze swego urodzenia,
oraz córkę Helenę, która była cudownie piękna, jak to można
poznać jeszcze z jej portretu znajdującego się w zbiorach Farnese.
Od czasu jak zacząłem pisać jej historię, zachodziłem do pałacu
Farnese, aby oglądać śmiertelną powłokę daną od nieba tej
kobiecie, której nieszczęścia narobiły w swoim czasie tyle hałasu
i dotąd jeszcze zaprzątają pamięć ludzką. Kształt głowy tworzy
wydłużony owal, czoło bardzo rozległe, włosy ciemnoblond.
Fizjonomia raczej wesoła; miała duże oczy z głębokim wyrazem
i kasztanowate brwi tworzące łuk o doskonałym rysunku. Wargi
są bardzo cienkie: można by rzec, że zarys ust wykreślił słynny
malarz Correggio. Oglądana wśród portretów otaczających ją
w galerii Farnese, robi wrażenie królowej. Rzadka to rzecz, aby
wesołość łączyła się z majestatem.</akap>




<akap>Spędziwszy osiem lat jako wychowanka w klasztorze wizytek
w Castro, obecnie zburzonym, dokąd przeważnie posyłano córki
magnatów rzymskich, Helena wróciła do domu; ale nim opuściła
klasztor, ofiarowała wspaniały kielich na wielki ołtarz do kościoła.
Ledwie wróciła do Albano, ojciec jej sprowadził z Rzymu, za
znaczną pensję, słynnego poetę Cechino, wówczas bardzo sędziwego; ów wzbogacił pamięć Heleny najpiękniejszymi wierszami
boskiego Wergiliusza, Petrarki, Ariosta i Dantego, jego słynnych
uczniów.</akap>


<akap>Tu tłumacz opuścił długą rozprawę o rozmaitych stopniach
chwały, jaką w XVI wieku przyznawano tym wielkim poetom.
Zdaje się, że Helena umiała po łacinie. <begin id="b1347874214799-2982739681"/><motyw id="m1347874214799-2982739681">Miłość tragiczna</motyw>Wiersze, których ją
uczono, mówiły o miłości, i to o miłości, która gdybyśmy ją
spotkali w roku 1839, zdałaby się nam bardzo śmieszna; chcę rzec
o miłości namiętnej, która się żywi wielkimi poświęceniami, może
istnieć jedynie tajemnicą i zawsze sąsiaduje z najstraszliwszymi
nieszczęściami.<end id="e1347874214799-2982739681"/></akap>


<akap>Taką była miłość, którą umiał obudzić w Helenie, wówczas
ledwie siedemnastoletniej, Julian Branciforte. Był to sąsiad jej,
bardzo ubogi; mieszkał w lichym domku w górach, o ćwierć mili
od miasta, wśród ruin Alby, nad brzegiem przepaści wysokiej na
sto pięćdziesiąt stóp, wyścielonej zielenią, która okala jezioro.
Domek ten, przylegający do posępnych i wspaniałych mroków
lasu Faggiola, zburzono później, gdy wzniesiono klasztor Pallazzuola. Ten ubogi młodzian miał na swą korzyść jedynie dziarską
i zwinną postać oraz beztroskę, z jaką znosił biedę. Wszystko, co
można było rzec o nim najlepszego, to iż rysy jego były wyraziste,
choć niepiękne. Ale mówiono o nim, iż walczył dzielnie pod
rozkazami księcia Colonny wśród jego <slowo_obce>bravi</slowo_obce> w paru bardzo
niebezpiecznych potrzebach. Mimo jego ubóstwa, mimo braku
urody serce jego byłoby w oczach dziewcząt z Albano zdobyczą
nader pochlebną. Mile witany wszędzie, Julian Branciforte znał
jedynie miłostki, aż do chwili kiedy Helena wróciła z klasztoru
w Castro. Kiedy wkrótce potem wielki poeta Cechino przeniósł
się z Rzymu do pałacu Campireali, aby kształcić umysł tej młodej
panienki, Julian, który go znał, wystosował doń łaciński utwór
wierszem o szczęściu, jakie spotkało jego starość, że tak piękne
oczy wlepiają się w jego oczy i że dusza tak czysta czuje się
doskonale szczęśliwa, kiedy on raczy przychwalić jej myśli.
Zazdrość i żal młodych dziewcząt, z którymi Julian przestawał
przed przybyciem Heleny, udaremniła niebawem wszelkie ostrożności, jakie rozwijał, aby ukryć rodzącą się namiętność; jakoż
wyznaję, że ta miłość dwudziestodwuletniego młodzieńca i siedemnastoletniej panny objawiła się w sposób, którego rozsądek
nie mógłby pochwalić. Trzy miesiące nie upłynęło, jak pan
Campireali spostrzegł, że Julian Branciforte przechadza się zbyt często pod oknami jego pałacu (który istnieje jeszcze w połowie
wielkiej ulicy wiodącej ku jezioru).</akap>


<akap>Obyczaje wówczas były szorstkie i szczere, zgodne z wolnością
republikańską; polor monarchii nie zdławił jeszcze gwałtownych
namiętności. Widać to jasno z postępku pana Campireali. Tegoż
dnia, w którym uderzyła go częsta obecność młodego Branciforte,
ozwał się w te słowa:</akap>


<akap_dialog>--- Jak ty śmiesz włóczyć się bez ustanku pod domem i zaglądać
bezczelnie w okna mojej córki, ty, który nie masz nawet w co się
odziać? Gdybym się nie obawiał, że sąsiedzi źle sobie wytłumaczą
mój postępek, dałbym ci trzy cekiny, abyś poszedł do Rzymu
kupić sobie przyzwoite ubranie. Przynajmniej moich oczu i oczu
mojej córki nie obrażałby tak często widok twoich łachmanów.</akap_dialog>


<akap>Ojciec Heleny przesadzał zapewne: suknie młodego Branciforte to nie były łachmany; były sporządzone z bardzo prostego
materiału; ale mimo że czyste i często szczotkowane, trzeba
przyznać, że wygląd ich zdradzał długie użycie. Julian był tak
strapiony wymówkami pana Campireali, że nie pojawił się już za
dnia pod domem.</akap>


<akap>Jak wspomnieliśmy, dwie arkady, szczątek starożytnego wodociągu, służące za główną ścianę domkowi wzniesionemu przez
ojca Juliana i zostawionemu w spadku synowi, leżały o niespełna
sześćset kroków od Albano. Aby się dostać do nowego miasta,
Julian musiał przechodzić koło pałacu Campireali; toteż Helena
zauważyła rychło nieobecność tego szczególnego młodzieńca,
który jak szeptały jej przyjaciółki, zerwał wszelkie inne stosunki,
aby się cały oddać szczęściu patrzenia na nią.</akap>


<akap>Pewnego letniego wieczora, koło północy, okno Heleny było
otwarte; młoda dziewczyna oddychała powiewem od morza,
który bardzo dobrze było czuć na wzgórzu Albano, mimo że
miasto dzieliła od morza równina szeroka na trzy mile. Noc była
ciemna, panowała głęboka cisza; można było usłyszeć spadający
listek. Helena, wsparta na oknie, myślała może o Julianie, kiedy
ujrzała coś niby skrzydło nocnego ptaka, przesuwające się z wolna
tuż za oknem. Cofnęła się przestraszona. Nie przyszło jej na myśl,
że przedmiotem tym mógł kierować jakiś przechodzień; okno jej,
na drugim piętrze pałacu, wznosiło się przeszło na pięćdziesiąt
stóp nad ziemią. Naraz spostrzegła, że ten osobliwy przedmiot to
bukiet, który w głębokiej ciszy przesuwa się tam i z powrotem
przed oknem, o które się wspierała; serce zaczęło jej bić gwałtownie. Bukiet ten umieszczony był na końcu kilku związanych
z sobą tyczek, trzcin podobnych do bambusu, które rosną
w okolicach Rzymu i dają łodygi wysokie na dwadzieścia lub
trzydzieści stóp. Dość silny wiatr był przyczyną, iż słaba trzcina
z trudnością zdołała utrzymać bukiet tuż pod oknem, w którym
wedle przypuszczeń Juliana znajdowała się Helena; zresztą noc
była tak ciemna, że z ulicy nie można było nic dojrzeć na takiej
wysokości. Helena, która stała nieruchomo przy oknie, uczuła się
mocno wzruszona. Wziąć ten bukiet, czyż to nie było wyznanie?
Nie doznawała zresztą żadnego z uczuć, które tego rodzaju
przygoda obudziłaby dziś w młodej pannie z dobrego towarzystwa, przygotowanej do życia starannym wychowaniem. Ponieważ
ojciec i Fabio znajdowali się w domu, pierwszą jej myślą było, że
najmniejszy hałas spowodowałby wystrzał muszkietu wymierzony w Juliana; ulitowała się niebezpieczeństw, na jakie narażał się
biedny młodzieniec. Drugą myślą było, iż mimo że go znała
jeszcze bardzo mało, był on wszakże istotą, którą kocha najbardziej w świecie po własnej rodzinie. Wreszcie po chwili wahania
wzięła bukiet. Dotykając kwiatów w głębokiej ciemności uczuła,
że do łodygi przywiązany jest list; pobiegła na schody, aby go
odczytać przy blasku lampki płonącej przed obrazem Madonny.
,,Niebaczna! --- powiadała sobie, rumieniąc się ze szczęścia przy
pierwszych słowach listu --- jeśli mnie ktoś zobaczy, jestem
zgubiona, a rodzina moja na wieki będzie prześladowała tego
biednego młodzieńca." Wróciła do pokoju i zapaliła lampkę. Była
to rozkoszna chwila dla Juliana, który wstydząc się swego kroku
i jakby chcąc się ukryć jeszcze, mimo ciemnej nocy, tulił się do
olbrzymiego pnia dębu, jednego z owych drzew o dziwacznych
kształtach, które dziś jeszcze rosną na wprost pałacu Campireali.</akap>


<akap>W liście swoim Julian opowiadał z najzupełniejszą prostotą
upokarzającą połajankę, jaka go spotkała ze strony ojca Heleny:</akap>




<sekcja_swiatlo/>


<akap>Jestem biedny, to prawda --- ciągnął --- niełatwo wyobraziłabyś
sobie Pani bezmiar mego ubóstwa. Mam tylko swój dom, który
może zauważyłaś koło ruin albańskiego wodociągu; przy domu
ogródek, który sam uprawiam i z którego warzywo stanowi mą
żywność. Mam jeszcze winnicę, wydzierżawioną za trzydzieści
talarów rocznie. Nie wiem w istocie, czemu Cię kocham; to
pewna, że nie mogę żądać, abyś dzieliła mą nędzę. A przecież, jeśli
Ty mnie nie pokochasz, życie straci dla mnie wszelką wartość; zbyteczne mówić, że oddałbym je tysiąc razy dla Ciebie. A wszakże przed Twoim powrotem z klasztoru życie to nie było nieszczęśliwe; przeciwnie, wypełniały je najświetniejsze marzenia. Toteż
mogę powiedzieć, że widok szczęścia uczynił mnie nieszczęśliwym. Z pewnością wówczas nikt w świecie nie ośmieliłby się rzec
mi słów, którymi mnie splugawił Twój ojciec; sztylet mój wymierzyłby mi sprawiedliwość. Wówczas, przy mojej odwadze i broni,
czułem się równy każdemu w świecie; niczego mi nie brakło.
Obecnie wszystko bardzo się zmieniło; znam lęk. Za wiele tego
pisania; może Ty mną gardzisz! Jeśli, przeciwnie, masz dla mnie
nieco litości mimo ubogich sukien, które noszę, zauważysz, że co
wieczora, kiedy północ dzwoni na wieży kapucynów na wzgórzu,
znajduję się ukryty pod wielkim dębem, na wprost okna, w które
patrzę ciągle, domyślając się, że to Twoje okno. Jeśli nie gardzisz
mną, jak Twój ojciec, rzuć mi kwiat z tego bukietu, ale uważaj,
aby się nie zahaczył o gzyms lub balkon Twego pałacu.</akap>




<sekcja_swiatlo/>


<akap>List ten odczytała Helena kilka razy; stopniowo oczy jej
napełniły się łzami; patrzała tkliwie na wspaniały bukiet, związany mocnym jedwabiem. Próbowała wyrwać kwiat, ale nie mogła;
zdjął ją lęk: dla młodej rzymianki wyrwać kwiat, uszkodzić bukiet
będący darem miłości, znaczy narazić się, że ta miłość umrze.
W obawie, aby się Julian nie zniecierpliwił, pobiegła do okna; ale
przyszło jej na myśl, że zbyt dobrze ją widać, ile że lampa
napełniała pokój światłem. Nie wiedziała, na jaki gest się odważyć; miała uczucie, że każdy jest zbyt wymowny.</akap>


<akap>Zawstydzona, wróciła pędem do pokoju. Ale czas mijał; naraz
przyszła jej myśl, która wprawiła ją w nieopisane pomieszanie;
Julian przypuści, że ona, jak ojciec, gardzi nim, bo jest ubogi!
Ujrzała kawałek cennego marmuru, leżący na stole; obwiązała go
chusteczką i rzuciła pod dąb na wprost okna. Następnie dała
znak, aby się Julian oddalił; usłyszała, że spełnił jej wolę, gdyż
odchodząc nie silił się już utaić szelestu kroków. Kiedy się znalazł
na szczycie skał dzielących jezioro od ostatnich domostw w Albano, usłyszała piosenkę miłosną; przesłała mu, już śmielej, znak
pożegnania, po czym jęła na nowo odczytywać list.</akap>


<akap>Nazajutrz i dalszych dni znowu listy i podobne schadzki; że
jednak w wiosce włoskiej nic nie ujdzie baczności, zwłaszcza że
Helena była najbogatszą dziedziczką w okolicy, ostrzeżono pana
Campireali, że co wieczór o północy widać światło w pokoju jego córki; że --- rzecz o wiele osobliwsza --- okno jest otwarte, a nawet
Helena stoi w nim, tak jakby się zgoła nie lękała <slowo_obce>zinzare</slowo_obce> (rodzaj
dokuczliwych komarów, które psują najładniejsze wieczory
w Campagna Romana). Tu muszę na nowo prosić czytelników
o pobłażliwość. Kiedy ktoś chce poznać zwyczaje obcego kraju,
musi być przygotowany na pojęcia bardzo dziwaczne, bardzo
różne od naszych. Pan Campireali narządził dwa muszkiety, swój
i swego syna. Wieczorem, kiedy wybiło trzy kwadranse na
dwunastą, uprzedził Fabia i obaj wśliznęli się najciszej na kamienny balkon na pierwszym piętrze, tuż pod oknem Heleny. Lita
balustrada osłaniała ich do pasa, w razie gdyby ktoś z dołu zechciał
wygarnąć z muszkietu w tę stronę. Północ wybiła; usłyszeli szelest
pod drzewami; ale co ich napełniło zdumieniem, światło w oknach
Heleny nie pojawiło się. Dziewczyna ta, dotąd prosta i żywa jak
dziecko, zmieniła się zupełnie, odkąd kochała. Wiedziała, że
najmniejsza nierozwaga naraża życie ukochanego; gdyby taki
możny pan jak jej ojciec zabił biedaka takiego jak Julian Branciforte, wystarczyłoby mu potem zniknąć na trzy miesiące, które
spędziłby w Neapolu; przez ten czas przyjaciele w Rzymie
załagodziliby sprawę i wszystko skończyłoby się ofiarowaniem
lampy za kilkaset talarów na ołtarz modnej w tej chwili Madonny.
Rano przy śniadaniu Helena poznała z fizjonomii ojca, że jest
mocno pogniewany; ze spojrzeń zaś, jakie na nią rzucał ukradkiem, odgadła, że to ona jest przyczyną gniewu. Natychmiast
pobiegła przyprószyć nieco kurzem drzewce dwóch wspaniałych
muszkietów wiszących nad łóżkiem ojcowskim. Posypała również
lekką warstwą kurzu puginały i szpady. Cały dzień okazywała
szaloną wesołość, biegała po domu po wszystkich piętrach,
gotowa ostrzec Juliana, w razie gdyby miała szczęście go ujrzeć.
Ale nie było nadziei. Biedny chłopiec tak był upokorzony połajanką bogatego pana, że w dzień nigdy nie zjawiał się w Albano;
obowiązek jedynie sprowadzał go w niedzielę na mszę do parafialnego kościoła. Matka Heleny, która ją ubóstwiała i nie umiała jej
niczego odmówić, wyszła z nią trzy razy tego dnia, ale na próżno;
Helena nie spotkała Juliana. Była w rozpaczy. Cóż się z nią działo,
kiedy wieczorem, oglądając broń ojcowską, ujrzała, że muszkiety
są nabite i że prawie wszystkie puginały i szpady poruszano! Od
śmiertelnego niepokoju odrywało ją jedynie pilne baczenie, aby
nie okazać, że się czegoś domyśla. Idąc do siebie o dziesiątej
wieczór, zamknęła na klucz drzwi wychodzące na przedpokój matczyny; po czym przycupnęła przy oknie, leżąc na podłodze,
tak aby jej nikt nie mógł spostrzec z zewnątrz. Można sobie
wyobrazić, z jakim lękiem słuchała bijących godzin; nie było już
mowy o wyrzutach, jakie sobie czyniła często, iż tak szybko
pokochała Juliana, co mogło obniżyć jej cenę w jego oczach. Ten
dzień posunął sprawy młodego człowieka bardziej niż pół roku
stałości i zaklęć. ,,Po co kłamać? --- powiadała sobie Helena. --- Czyż
go nie kocham całą duszą?"</akap>


<akap>O wpół do jedenastej Helena ujrzała wyraźnie brata i ojca, jak
się czają na kamiennym balkonie pod jej oknem. W dwie minuty
po tym, jak północ wybiła w klasztorze kapucynów, usłyszała
równie wyraźnie kroki kochanka, który zatrzymał się pod dębem.
Spostrzegła z radością, że ojciec i brat jak gdyby nic nie słyszeli;
trzeba było lęku zakochanego serca, aby usłyszeć szelest tak lekki.
,,Teraz --- powiadała sobie --- zabiją mnie, ale trzeba za wszelką
cenę, aby nie dostali w ręce dzisiejszego listu; prześladowaliby do
ostatniego tchu biednego Juliana." Przeżegnała się i trzymając się
jedną ręką żelaznej balustrady, wychyliła się, ile tylko mogła, na
ulicę. Nie upłynęło ćwierć minuty, a bukiet, przymocowany jak
zwykle do długiej trzciny, trącił ją w ramię. Chwyciła bukiet, ale
odczepiając go żywo od żerdki, na której był umieszczony, trąciła
tą żerdką o balkon. Natychmiast rozległy się dwa strzały, po czym
zaległa cisza. Fabio, nie wiedząc w ciemności, czy to, co uderzyło
o balkon, to nie był sznur, za pomocą którego Julian schodzi od
siostry, dał ognia w stronę jej balkonu; nazajutrz znalazła ślad
kuli spłaszczonej na żelazie. Pan Campireali strzelił w dół, gdyż
Julian uczynił lekki hałas, przytrzymując padającą żerdkę. Słysząc
huk nad głową Julian odgadł, co się święci, i ukrył się pod
balkonem.</akap> 


<akap>Fabio szybko nabił ponownie muszkiet i nie oglądając się na
ojca pobiegł do ogrodu. Otworzył cicho furtkę wychodzącą na
sąsiednią ulicę i skradając się na palcach zaczął przepatrywać
nieliczne osoby przechadzające się pod balkonem. W tej chwili
Julian, który tego wieczora był z silną eskortą, znajdował się
o dwadzieścia kroków, przytulony do drzewa. Helena, wychylając się z okna i drżąc o kochanka, zaczęła głośną rozmowę
z bratem, którego głos usłyszała na ulicy: spytała go, czy zabił
złodzieja.</akap>


<akap_dialog>--- Nie sądź, że mnie oszukasz swym piekielnym podstępem! --- 
krzyknął z ulicy, którą przebiegał wzdłuż i wszerz --- opłakuj
zawczasu śmierć zuchwalca, który się ważył sięgnąć do twego
okna.</akap_dialog>


<akap>Ledwie wyrzekł te słowa, Helena usłyszała, że matka puka do
pokoju.</akap>


<akap>Otwarła czym prędzej, powiadając, że nie pojmuje, jakim
cudem drzwi są zamknięte.</akap>


<akap_dialog>--- Bez komedii, drogi aniele --- rzekła matka --- ojciec jest
wściekły i może cię zabić; chodź się ze mną położyć do łóżka,
a jeżeli masz jaki list, daj mi go, ja schowam.</akap_dialog>


<akap>Helena rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Oto bukiet, list ukryty jest w kwiatach.</akap_dialog>


<akap>Zaledwie obie kobiety znalazły się w łóżku, kiedy pan Campireali wszedł do pokoju żony. Przybywał z kaplicy, gdzie wszystko
poprzewracał. <begin id="b1347875441492-2784654217"/><motyw id="m1347875441492-2784654217">Córka, Ojciec, Matka, Miłość tragiczna, Honor</motyw>Uderzyło Helenę to, że ojciec, blady jak upiór,
działa z wolna, jak człowiek, który powziął stanowcze postanowienie. ,,Zginęłam!" --- rzekła sobie Helena.</akap>


<akap_dialog>--- Cieszymy się, że mamy dzieci --- rzekł ojciec przechodząc
obok łóżka żony, aby się udać do pokoju córki, trzęsąc się
z wściekłości, ale udając zupełny spokój. --- Cieszymy się, że mamy
dzieci, ale raczej powinniśmy płakać krwawymi łzami, kiedy
dziecko okaże się dziewczyną. Wielki Boże! Czy podobna? Płochość ich może pozbawić honoru człowieka, na którego od
sześćdziesięciu lat nie padł nawet najlżejszy cień.</akap_dialog>


<akap>Mówiąc to przeszedł do pokoju córki.</akap>


<akap_dialog>--- Zgubiona jestem --- rzekła Helena do matki --- listy są pod
krucyfiksem koło okna.</akap_dialog>


<akap>Natychmiast matka wyskoczyła z łóżka i pobiegła za mężem;
jęła wykrzykiwać największe androny, aby wywołać jego gniew,
udało się to jej najzupełniej. Starzec wściekał się, łamał w pokoju
córki wszystko, ale matka mogła zabrać niepostrzeżenie listy.
W godzinę później, kiedy pan Campireali wrócił do swego pokoju, obok pokoju żony, i kiedy wszystko się uspokoiło, matka
rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Masz swoje listy, nie chcę ich czytać, widzisz, ile nas o mało
nie kosztowały! Na twoim miejscu spaliłabym je. Dobranoc,
uściskaj mnie.</akap_dialog>


<akap>Helena wróciła do siebie, zalewając się łzami, miała uczucie, że
od tych słów matki nie kocha już Juliana. Następnie gotowała się
spalić listy, ale nim je wydała zniszczeniu, nie mogła się wstrzymać, aby ich nie przeczytać. Odczytywała je tak długo, iż słońce
było już wysoko na niebie, kiedy wreszcie namyśliła się iść za
zbawienną radą.<end id="e1347875441492-2784654217"/></akap>


<akap>Nazajutrz, była to niedziela, Helena udała się z matką do
kościoła; szczęściem ojciec nie poszedł za nimi. Pierwszą osobą,
którą spostrzegła w kościele, był Julian. Jednym spojrzeniem
upewniła się, że nie jest ranny. Czuła się szczęśliwa bez granic;
przygody nocne były o tysiąc mil od jej pamięci. Sporządziła pięć
albo sześć bilecików skreślonych na strzępach starego papieru,
zadeptanego i zbrudzonego mokrą ziemią, jakie można znaleźć na
posadzce w kościele, wszystkie zawierały to samo ostrzeżenie:</akap>

<sekcja_swiatlo/>

<akap>Wszystko odkryte, wyjąwszy nazwiska. Nie pojawiaj się już na
ulicy; będę tu przychodziła często.</akap>

<sekcja_swiatlo/>

<akap>Helena upuściła świstek spoglądając znacząco w stronę Juliana,
który podniósł go i wyszedł. Wracając do domu w godzinę później
znalazła na schodach pałacowych strzępek papieru, uderzył ją
zupełnym podobieństwem z tymi, którymi posłużyła się rano.
Podniosła go tak zręcznie, że nawet matka nic nie zauważyła,
i przeczytała:</akap>

<sekcja_swiatlo/>

<akap>Za trzy dni ktoś wróci z Rzymu, dokąd musi się udać. Będzie
śpiewał w biały dzień w dni targowe, wśród zgiełku, około
dziesiątej rano.</akap>

<sekcja_swiatlo/>

<akap>Ten wyjazd zdziwił Helenę. ,,Czyżby się lękał muszkietu
Fabia?" --- powiadała sobie ze smutkiem. Miłość wybaczy wszystko, wyjąwszy dobrowolne oddalenie; bo też to jest największa
męczarnia. Miast płynąć w słodkim marzeniu, wypełnione rozpamiętywaniem uroków kochanka, życie staje się wówczas pastwą
okrutnego wątpienia. ,,Ale czy to możliwe, aby on mnie już nie
kochał?" --- powiadała sobie Helena przez trzy długie dni, które
trwała nieobecność Juliana. Naraz miejsce zgryzoty zajęła szalona
radość: trzeciego dnia ujrzała go w samo południe przechadzającego się pod pałacem jej ojca. Miał na sobie nowe suknie, prawie
wspaniałe. Nigdy szlachetna jego postawa oraz dziarska fizjonomia nie jaśniały żywszym blaskiem; nigdy też nie mówiono tyle co
tego dnia o ubóstwie Juliana. Mężczyźni, a zwłaszcza młodzi
ludzie, mówili o nim z przekąsem; kobiety, a zwłaszcza młode
dziewczęta, zachwycały się jego wspaniałą postacią.</akap>





<akap>Cały dzień Julian przechadzał się po mieście; zdawałoby się, że
chce sobie wynagrodzić owe miesiące zamknięcia, na które
skazało go ubóstwo. Jak przystało człowiekowi zakochanemu,
Julian był dobrze uzbrojony pod swoim nowym ubraniem.
Oprócz sztyletu i puginału miał swoje <slowo_obce>giacco</slowo_obce> (rodzaj długiej
kamizelki ze stalowej siatki; bardzo jest niewygodna, ale leczy
włoskie serca ze smutnej choroby, która dręczyła je w owych
czasach; mam na myśli obawę, aby nie paść na rogu ulicy z ręki
wroga). Tego dnia Julian miał nadzieję ujrzeć Helenę; mierziło go
przy tym trochę zostać samemu w pustym domu, oto dlaczego
Ranucy, dawny żołnierz jego ojca, odbywszy z nim dziesięć
kampanii w oddziałach rozmaitych <slowo_obce>condottieri</slowo_obce><pr><slowo_obce>condottiere</slowo_obce> --- kondotier, we Włoszech w okresie renesansu
dowódca oddziału najemnego wojska na służbie miasta albo księcia.</pr>, na końcu w oddziale Marka Sciarra, nie opuścił swego kapitana, kiedy go rany
zmusiły do porzucenia służby. Kapitan Branciforte miał przyczyny, aby się trzymać z dala od Rzymu: narażał się tam na spotkanie synów ludzi, których zabił; nawet w Albano nie miał
ochoty wydać się na łaskę władz. Zamiast kupić lub nająć
domek w mieście, wolał raczej zbudować go sobie w sposób
taki, aby z daleka widzieć każdego nadchodzącego. Znalazł
w ruinach Alby cudowne miejsce; nie będąc spostrzeżonym przez
niewczesnych gości, można było schronić się w las, gdzie władał
dawny jego przyjaciel i wódz, Fabrycy Colonna. O przyszłość
syna kapitan Branciforte nie troszczył się zgoła. Kiedy się wycofał
ze służby, mając dopiero pięćdziesiąt lat, ale podziurawiony jak
sito, obliczył, że może jeszcze żyć jakieś dziesięć lat; jakoż po
zbudowaniu domu wydawał co roku dziesiątą część tego, co zebrał
z grabieży, w których miał zaszczyt brać udział.</akap>


<akap>Kupił ową winnicę, która dawała synowi trzydzieści talarów
rocznie; była to odpowiedź na przycinek pewnego obywatela
z Albano, który kiedy kapitan coś rozprawiał o interesach
i o chwale tego miasta, zauważył, że śmieszne jest, aby taki
chudeusz dawał rady osiadłym albańczykom! Kapitan kupił winnicę i zapowiedział, że kupi więcej; po czym, spotkawszy owego kpiarza w ustronnym miejscu, zastrzelił go z pistoletu.</akap>


<akap>Po ośmiu latach takiego życia kapitan umarł; adiutant jego,
Ranucy, ubóstwiał Juliana; mimo to, znużony bezczynnością,
wrócił do służby u księcia Colonny. Często zachodził odwiedzać
<wyroznienie>syna swego, Juliana</wyroznienie> (takie mu dawał miano); w wigilię
niebezpiecznego szturmu, któremu książę miał stawić czoło, w fortecy Petrella, zabrał Juliana, aby walczył przy jego boku.
Widząc jego odwagę rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Tyś chyba szalony, i co więcej, bardzo naiwny, aby gnić pod
Albano jak najlichszy z mieszczuchów, gdy przy tym, coś nam tu
pokazał, i przy nazwisku swego ojca mógłbyś być u nas świetnym
<slowo_obce>avventuriere</slowo_obce><pr><slowo_obce>avventuriere</slowo_obce> --- tu: przygodny żołnierz.</pr> i co więcej, zrobić majątek.</akap_dialog>


<akap>Słowa te dręczyły Juliana. Umiał on nieco po łacinie od
pewnego księdza; że jednak ojciec Juliana drwił sobie, poza
łaciną, ze wszystkiego, co ksiądz mówił, nie miał ani odrobiny
wykształcenia. W zamian za to, wzgardzony dla swego ubóstwa,
żyjąc samotnie w ustronnym domku, wytworzył sobie pewną
filozofię, która śmiałością swoją zdumiałaby uczonych. Zanim na
przykład pokochał Helenę, sam nie wiedząc czemu, ubóstwiał
wojnę, ale miał wstręt do grabieży; w oczach zaś jego ojca
i Ranucego grabież była niby wesoła krotochwila, którą się daje
w teatrze po szlachetnej tragedii. Od czasu jak kochał Helenę,
poglądy te stanowiły udrękę Juliana. Ta dusza, wprzód tak
niefrasobliwa, nie śmiała się nikogo radzić w swych wątpliwościach, przepełniona była miłością i smutkiem. Cóż by powiedział
pan Campireali, gdyby wiedział, że on jest <slowo_obce>avventuriere</slowo_obce>? Dopiero
miałby prawo obsypać go słusznymi wyrzutami! Julian zawsze
liczył na żołnierkę jako na pewną ucieczkę, w porze gdy już
spienięży łańcuchy i inne klejnoty znalezione w żelaznej szkatule
ojcowskiej. Jeżeli Julian nie miał żadnego skrupułu, aby wykraść,
mimo swego ubóstwa, córkę bogatego pana Campireali, to dlatego
że w owej epoce ojciec rozrządzał w testamencie swoim mieniem,
jak mu się podobało, i że pan Campireali mógł doskonale zostawić
córce tysiąc talarów całego majątku. Inny problem zaprzątał
głęboko wyobraźnię Juliana: <slowo_obce>primo</slowo_obce>, w jakim mieście osadzi
młodą żonę, skoro ją zaślubi i wykradnie ojcu? <slowo_obce>Secundo</slowo_obce>, skąd
weźmie pieniędzy na jej utrzymanie?</akap>


<akap>Kiedy pan Campireali rzucił mu w twarz krwawe słowa, które
go tak poruszyły, Julian był przez dwa dni pastwą wściekłości
i bólu; nie mógł się zdecydować ani na to, aby zabić zuchwałego
starca, ani aby go zostawić przy życiu. Całe noce płakał, wreszcie
postanowił się poradzić Ranucego, jedynego przyjaciela, jakiego
miał w świecie; ale czy go ten przyjaciel zrozumie? Najpierw
szukał Ranucego po całym lesie Faggiola; trzeba mu było udać się
na gościniec neapolitański, poza Velletri, gdzie Ranucy dowodził
zasadzką: oczekiwał tam w licznej kompanii Ruiza d’Avalos, hiszpańskiego generała, który się wybierał do Rzymu lądem,
niepomny, że niegdyś w licznej kompanii wyraził się wzgardliwie
o awanturnikach księcia Colonny. Kapelan jego przypomniał mu
bardzo w porę tę drobną okoliczność, wskutek czego Ruiz
d’Avalos uzbroił barkę i puścił się morzem.</akap>


<akap>Wysłuchawszy opowieści Juliana, Ranucy rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Opisz mi dokładnie tego jegomościa Campireali, iżby jego
grubiaństwo nie kosztowało życia jakiego poczciwego mieszkańca
Albano. Z chwilą gdy sprawa, która nas tu trzyma, zakończy się
tak czy owak, udasz się do Rzymu, gdzie pamiętaj pokazywać się
po gospodach i innych publicznych miejscach, ile tylko zdołasz;
nie trzeba, aby cię ktoś mógł podejrzewać, zwłaszcza iż wiedzą, że
kochasz jego córkę.</akap_dialog>


<akap>Julian z trudnością zdołał uspokoić gniew ojcowskiego druha.
W końcu sam musiał wybuchnąć:</akap>


<akap_dialog>--- Czy ty myślisz, że mnie chodzi o twoją szpadę? --- rzekł. ---
Zdaje mi się, że i ja mam szpadę! Chcę od ciebie mądrej rady.</akap_dialog>


<akap>Ranucy wciąż wracał do swego:</akap>


<akap_dialog>--- Jesteś młody, nigdyś nie był ranny; zniewaga była publiczna;
otóż mężczyzną zhańbionym gardzą nawet kobiety.</akap_dialog>


<akap>Julian odpowiedział, że jeszcze się poradzi w tej mierze swego
serca. Mimo nalegań Ranucego, który koniecznie chciał go
wciągnąć do napaści na hiszpańskiego generała, ,,przy czym --- powiadał --- można nabyć chwałę, nie licząc dukatów", Julian
wrócił sam do swego domku. Tam to w wilię dnia, w którym pan
Campireali wygarnął doń z muszkietu, odwiedzili Juliana Ranucy
i jego kapral, obaj z powrotem z Velletri. Ranucy użył przemocy,
aby zajrzeć do szkatułki, gdzie jego zwierzchnik, kapitan Branciforte, chował niegdyś złote łańcuszki i inne kosztowności, o ile nie
uważał za stosowne wydać ich zaraz po wyprawie. Znalazł tam
dwa talary.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1347876557864-3087666298"/><motyw id="m1347876557864-3087666298">Ksiądz</motyw>--- Radzę ci zostać mnichem --- rzekł do Juliana --- masz po temu
wszystkie cnoty: miłość ubóstwa, a oto dowód; pokorę, bo
pozwalasz się lżyć w biały dzień bogaczowi z Albano; brak ci
jedynie obłudy i łakomstwa.<end id="e1347876557864-3087666298"/></akap_dialog>


<akap>Ranucy włożył przemocą do szkatułki pięćdziesiąt dukatów.</akap>


<akap_dialog>--- Daję ci moje słowo --- rzekł --- że jeśli do miesiąca pan
Campireali nie będzie pogrzebany ze wszystkimi honorami należnymi jego urodzeniu i dostatkom, tu obecny kapral przybędzie
z trzydziestoma ludźmi, aby zburzyć twój domek i spalić twoje mizerne rzeczy. Nie ścierpię, aby pod pozorem miłości syn
kapitana Branciforte grał w świecie rolę durnia.</akap_dialog>


<akap>Owej nocy, kiedy pan Campireali i jego syn strzelili z muszkietów, Ranucy i jego kapral byli na czatach pod balkonem. Julian
ledwie zdołał ich powstrzymać, aby nie zabili lub bodaj nie
porwali Fabia, wówczas gdy --- jak opowiedzieliśmy wyżej --- wypadł nieroztropnie na ulicę przez ogród. Argument, który
uspokoił Ranucego, był następujący: nie godzi się zabijać młodego człowieka, który może jeszcze na coś wyróść<pe><slowo_obce>wyróść</slowo_obce> (daw.) --- wyrosnąć.</pe> i stać się
użyteczny, gdy jest starszy grzesznik, winniejszy od niego i dobry
już tylko na to, aby go pochować.</akap>


<akap>Nazajutrz po tej przygodzie Ranucy zaszył się w lasach, a Julian
udał się do Rzymu. Uciechę, której doznał, kupując piękne
ubranie za dukaty Ranucego, mąciła okrutnie ta myśl, bardzo
niezwykła w owej epoce i zwiastująca wysokie losy, które go
czekały; powiadał sobie: ,,Helena musi się dowiedzieć, kim
jestem." Każdy inny mężczyzna w jego wieku i za jego czasów
myślałby jedynie o tym, aby nasycić swoją miłość i wykraść
Helenę, nie troszcząc się w żaden sposób o to, co się z nią stanie
w pół roku później, ani też o mniemanie, jakie o nim zachowa.</akap>






<akap>Wróciwszy do Albano tego samego dnia, w którym obnosił
wszędzie piękne ubranie przywiezione z Rzymu, Julian dowiedział się przez starego Scottiego, swego przyjaciela, że Fabio
wyjechał konno do majątku, który ojciec posiadał o trzy mile stąd,
nad morzem. Później zobaczył, iż pan Campireali idzie w towarzystwie dwóch księży ku wspaniałej alei dębowej; aleja ta okala
brzeg krateru, na którego dnie leży jezioro Albano. W dziesięć
minut później stara kobieta weszła śmiało do pałacu Campireali
zachwalając owoce na sprzedaż; pierwszą osobą, którą spotkała,
była Marieta, zaufana Heleny. Helena zarumieniła się po białka,
otrzymując piękny bukiet. List w bukiecie był niezwykle długi;
Julian opowiedział wszystko, czego doświadczył od owej burzliwej nocy; ale pod wpływem szczególnego wstydu nie śmiał
wyznać tego, z czego każdy inny młodzieniec za jego czasów byłby
tak dumny, a mianowicie, że jest synem junaka słynnego z przygód i że on sam odznaczył się już w niejednej potrzebie. Wciąż
zdawało mu się, że słyszy, co by na to rzekł stary Campireali.
Trzeba wiedzieć, że w szesnastym wieku młode dziewczyny,
bliższe rozsądku republikańskiego, o wiele bardziej ceniły człowieka za to, czego dokonał sam, niż za bogactwa jego rodziny lub sławne czyny przodków. Ale pojęcia te miały zwłaszcza dziewczęta z ludu, panny z zamożnych lub szlachetnych domów lękały się
rozbójników i --- rzecz zupełnie naturalna --- miały w estymie
szlachectwo i dostatek. Julian zakończył tymi słowy:</akap>

<sekcja_swiatlo/>



<akap>Nie wiem, czy przyzwoite suknie, które przywiozłem z Rzymu, pozwolą Ci zapomnieć zniewagi, którą osoba posiadająca
Twój szacunek zbezcześciła mnie niegdyś z powodu mego mizernego wyglądu; mogłem się zemścić, honor mi to nakazywał; nie
uczyniłem tego przez wzgląd na łzy, jakie moja zemsta wycisnęłaby ubóstwianym oczom. To może Ci dowiedzie --- jeśli na me
nieszczęście wątpiłabyś jeszcze --- że można być biednym, a mieć
szlachetne uczucia. Poza tym mam Ci wyznać straszliwą tajemnicę; z największą łatwością przyszłoby mi ją zwierzyć wszelkiej
innej kobiecie, ale --- nie wiem czemu --- drżę, kiedy ją mam wyznać
Tobie. Może ona w jednej chwili zniweczyć Twoją miłość; nie
wystarczyłoby mi żadne zaklęcie. Chcę czytać w Twoich oczach
wrażenie, jakie sprawi to wyznanie. W najbliższych dniach, skoro
noc zapadnie, spotkam się z Tobą w ogrodzie za pałacem. Tego
dnia Fabia i ojca nie będzie w domu; kiedy zyskam pewność, iż
mimo ich wzgardę dla licho odzianego młodzieńca nie zdołają nam
przerwać trzech kwadransów lub godziny rozmowy, zjawi się pod
oknami człowiek pokazujący dzieciakom ulicznym oswojonego
lisa. Następnie, kiedy wydzwonią <wyroznienie>Anioł Panski</wyroznienie>, usłyszysz w oddali strzał z muszkietu; wówczas zbliż się do ogrodowego muru;
jeśli nie będziesz sama, zaśpiewaj. O ile nic nie przerwie ciszy,
niewolnik Twój zjawi się drżący u Twoich stóp i opowie Ci rzeczy,
które może Cię przejmą zgrozą. Oczekując tego rozstrzygającego
i straszliwego dla mnie dnia, nie ośmielę się podać Ci już bukietu
o północy; ale koło drugiej w nocy przejdę śpiewając, a Ty stojąc
na balkonie upuścisz może kwiat uszczknięty Twą ręką. Będą to
może ostatnie znaki przychylności, jakich użyczysz nieszczęśliwemu Julianowi.</akap>


<sekcja_swiatlo/>


<akap>W trzy dni później ojciec i brat Heleny udali się konno do
majątku nad morzem; mieli stamtąd wyruszyć tuż przed zachodem słońca, aby być z powrotem koło drugiej. Ale gdy chcieli
wyjeżdżać, nie tylko ich dwa konie, ale wszystkie konie na
folwarku znikły. Zdziwieni tą zuchwałą kradzieżą szukali koni,
które znaleźli dopiero nazajutrz w lesie nad morzem. Panowie Campireali musieli wracać do Albano na chłopskim wozie zaprzężonym w woły.</akap>


<akap>Kiedy tego wieczora Julian znalazł się u kolan Heleny, było
prawie zupełnie ciemno. Biedna dziewczyna była szczęśliwa z tej
ciemności; pierwszy raz była w towarzystwie tego człowieka,
którego kochała tkliwie, który to wiedział, ale z którym nigdy nie
wymieniła ani słowa.</akap>


<akap>Jedno spostrzeżenie dodało jej nieco odwagi: Julian był bardziej blady i drżący od niej. Widziała go u swoich kolan.</akap>


<akap_dialog>--- Doprawdy, nie jestem w stanie mówić --- rzekł do niej.</akap_dialog>


<akap>Mieli kilka chwil bardzo szczęśliwych: patrzyli na siebie, ale
nie mogli wymówić słowa, nieruchomi jak pełna wyrazu grupa
z marmuru. Julian klęczał trzymając Helenę za rękę; ona z pochyloną głową przyglądała mu się ze skupieniem.</akap>


<akap>Julian wiedział, że w myśl rad przyjaciół, młodych rozpustników rzymskich, powinien był pokusić się o coś; ale wzdrygnął się
przed tą myślą. Ze stanu ekstazy, najwyższego szczęścia, jakie
może dać miłość, obudziła go ta myśl: czas uchodzi szybko, ojciec
i brat zbliżają się do pałacu. Uczuł, iż przy swoich skrupułach nie
zazna trwałego szczęścia, póki nie uczyni owego straszliwego
wyznania, które jego rzymskim przyjaciołom zdawałoby się ciężką głupotą.</akap>


<akap_dialog>--- Wspomniałem ci o wyznaniu, którego może nie powinien
bym czynić --- rzekł wreszcie. Zbladł mocno; dodał z trudem, jak
gdyby brakło mu oddechu: --- Może sprawię, iż pierzchną te
uczucia, których nadzieja jest moim życiem. Sądzisz, że jestem
biedny; to nie wszystko: <wyroznienie>jestem bandytą i synem
bandyty.</wyroznienie></akap_dialog>



<akap>Na te słowa Helena, córka bogacza i żywiąca wszystkie obawy
swej kasty, uczuła, że mdleje; bała się, że upadnie. ,,Jakie by to
było straszne dla biednego Juliana! --- pomyślała. --- Przypuści, że
nim gardzę. Był u jej kolan. Aby nie upaść, oparła się o niego;
niebawem padła bezprzytomna w jego ramiona. Jak czytelnik
widzi, w szesnastym wieku lubiano w historiach miłosnych
dokładność; a to dlatego że nie sądzono ich rozumem, ale
odczuwano wyobraźnią, a uczucia czytelnika zlewały się z uczuciami bohaterów. Dwa rękopisy, z których czerpię, a zwłaszcza
ten, który zawiera pewno zwroty właściwe dialektowi florenckiemu, podają najszczegółowiej historię wszystkich schadzek, które
nastąpiły. Niebezpieczeństwo tłumiło w młodej dziewczynie wyrzuty. Często niebezpieczeństwa były ogromne, ale jedynie rozpalały one te dwa serca, dla których wszystkie wzruszenia płynące
z ich miłości były szczęściem. Niejeden raz Fabio i jego ojciec
omal ich nie zaskoczyli. Byli wściekli, sądząc, że z nich zadrwiono;
głos publiczny powiadał im, że Julian jest kochankiem Heleny,
a mimo to nic nie mogli dostrzec. Fabio, młodzieniec porywczy
i dumny, namawiał ojca, aby kazać zabić Juliana.</akap>


<akap_dialog>--- Póki on będzie na świecie --- powiadał --- życie siostry znajduje
się w strasznym niebezpieczeństwie. Kto nam zaręczy, że
w pierwszym momencie honor nie zmusi nas do ubroczenia rąk
w krwi tej zatwardziałej? Doszła do tego zuchwalstwa, że nie
zapiera się już swej miłości; widziałeś, ojcze, że na twoje wyrzuty
odpowiada jedynie tępym milczeniem; wierzaj, to milczenie jest
wyrokiem śmierci na Juliana Branciforte.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomyśl, kim był jego ojciec --- odpowiadał pan Campireali. ---
Oczywiście, nic łatwiejszego dla nas niż udać się na pół roku do
Rzymu, a przez ten czas Branciforte zniknie. Ale kto nam
zaręczy, czy jego ojciec, który mimo swych zbrodni był człekiem
dzielnym i szczodrym, szczodrym tak, że zbogacił wielu swych
żołnierzy, a sam został biedny, kto nam zaręczy, że jego ojciec nie
ma jeszcze przyjaciół, czy to w kompanii księcia Monte Mariano,
czy w kompanii księcia Colonny, który często obozuje w lasach
Faggiola, o pół mili od nas. W takim razie wymordowano by nas
bez pardonu, mnie, ciebie, może i twoją nieszczęśliwą matkę.</akap_dialog>


<akap>Te częste rozmowy ojca z synem niezupełnie były obce Wiktorii Carafa, matce Heleny, i doprowadziły ją do rozpaczy. Wynikiem dyskusji między Fabiem a ojcem było, iż niegodne jest ich
honoru cierpieć spokojnie pogłoski obiegające w Albano. Skoro
nie było bezpieczne sprzątnąć młodego Branciforte, który z każdym dniem stawał się zuchwalszy i co więcej, ubrany obecnie we
wspaniałe szaty, posuwał bezczelność do tego stopnia, iż publicznie zagadywał Fabia lub nawet samego pana Campireali, trzeba
było obrać jedną z tych decyzji, a może obie razem: wrócić na stałe
do Rzymu, oddać Helenę do klasztoru wizytek, iżby tam została,
aż się znajdzie dla niej odpowiednia partia.</akap>


<akap>Nigdy Helena nie wyznała swej miłości matce; matka i córka
kochały się tkliwie i żyły z sobą najserdeczniej, a mimo to nie
padło ani jedno słowo w przedmiocie, który prawie jednako je
zaprzątał. Ten jedyny niemal przedmiot ich myśli pierwszy raz
wyraził się w słowach, gdy matka wspomniała córce, że jest zamiar
przeniesienia się do Rzymu, a może i odesłania jej na kilka lat do
klasztoru w Castro.</akap>


<akap>Zwierzenie to było ze strony Wiktorii Carafa wielkim nierozsądkiem; usprawiedliwić je może jedynie bezmierna czułość dla
córki. <begin id="b1347877767753-3708314781"/><motyw id="m1347877767753-3708314781">Miłość, Ucieczka, Poświęcenie, Przebranie</motyw>Helena, oszalała miłością, chciała dowieść kochankowi, że
się nie wstydzi jego ubóstwa i że zaufanie jej do jego honoru jest
bez granic. ,,Kto by uwierzył? --- wykrzykuje autor florenckiego
rękopisu. --- Po tylu schadzkach tak zuchwałych i tak igrających
z okrutną śmiercią, schadzkach, które odbywały się w ogrodzie,
a nawet parę razy we własnym pokoju, Helena była czysta!" Silna
swą cnotą, ofiarowała kochankowi, że się z nim wymknie koło
północy przez ogród i że spędzą noc w domku w ruinach Alby,
o ćwierć mili od pałacu. Przebrali się za mnichów zakonu św.
Franciszka. Helena była słusznego wzrostu; w przebraniu tym
wyglądała na młodego, osiemnasto- lub dwudziestoletniego braciszka. Rzecz nie do wiary niemal i znamionująca wyraźnie palec
boży, to iż na wąskiej dróżce wyrąbanej w skale i biegnącej pod
samym murem kapucynów Julian i jego kochanka, przebrani za
mnichów, spotkali pana Campireali i syna jego, Fabia, którzy
w orszaku czterech dobrze uzbrojonych sług, mając przed sobą
pazia z zapalonymi pochodniami, wracali z Castel Gandolfo,
miasteczka położonego w pobliżu nad jeziorem. Aby przepuścić
kochanków, obaj Campireali i ich ludzie ustawili się po obu
stronach tej drogi szerokiej może na osiem stóp. Jakimż byłoby
szczęściem dla Heleny, gdyby ją poznano! Zginęłaby od kuli
z ręki ojca lub brata, męka jej trwałaby tylko chwilę; ale niebo
zrządziło inaczej (<slowo_obce>superis aliter visum</slowo_obce>).</akap>


<akap>Dodają jeszcze jeden szczegół tego osobliwego spotkania, który
pani Campireali, dożywszy późnej starości, niemal stuletnia,
opowiadała jeszcze niekiedy w Rzymie w przytomności poważnych osób, które, również sędziwe, powtórzyły mi go, kiedy moja
nienasycona ciekawość wypytywała je w tym przedmiocie, a także
w wielu innych. Fabio Campireali, młodzieniec hardy swą odwagą i niosący się bardzo górnie, zauważywszy, że młody mnich nie
pozdrowił ani ojca, ani jego, wykrzyknął:</akap>


<akap_dialog>--- A to mi ladaco mniszek hardy! Bóg ich wie, co oni tam obaj
idą robić za klasztorem o tak późnej godzinie! Miałbym diablą
ochotę uchylić im kapturów, zobaczylibyśmy ich miny!</akap_dialog>


<akap>Na te słowa Julian ścisnął puginał pod habitem i przeszedł
między Fabia i Helenę. Znalazł się od Fabia o niecałą stopę; ale niebo zrządziło inaczej i uśmierzyło cudem wściekłość dwóch
młodzieńców, którzy niebawem mieli spotkać się z tak bliska.</akap>


<akap>W procesie, który później wytoczono Helenie Campireali,
chciano przedstawić tę nocną wyprawę jako dowód zepsucia; był
to obłęd młodego serca płonącego szaloną miłością, ale to serce
było czyste.<end id="e1347877767753-3708314781"/></akap>






<naglowek_rozdzial>III</naglowek_rozdzial>




<akap>Trzeba wiedzieć, że Orsiniowie, wiekuiści współzawodnicy
Colonnów i wszechpotężni wówczas w okolicy Rzymu, kazali
świeżo trybunałom skazać na śmierć bogatego rolnika, Baltazara
Bandini, rodem z Petrella. Zbyt długo by wymieniać tu występki,
o które obwiniano Bandiniego: większość z nich byłaby zbrodnią
dziś, ale nie można ich oceniać równie surowo w roku 1559.
Bandiniego uwięziono w zamku Orsinich, położonym w górach
od strony Valmontone, o sześć mil od Albano. <slowo_obce>Bargello</slowo_obce> rzymski
w orszaku stu pięćdziesięciu zbirów<pr><slowo_obce>Bargello rzymski w orszaku stu pięćdziesięciu zbirów</slowo_obce> --- zbirami nazywano we Włoszech stróżów porzadku publicznego, ich
dowódcą był <slowo_obce>bargello</slowo_obce>.</pr> zjawił się w nocy na
gościńcu; przybywał po Bandiniego, aby go zawieść do Rzymu do
więzienia Tordinona po wyrok skazujący go na śmierć. Ale jak
wspomnieliśmy, ów był rodem z Petrella, twierdzy Colonnów;
jakoż żona Bandiniego zagadnęła publicznie Fabrycego Colonnę,
który się znajdował w Petrella:</akap>


<akap_dialog>--- Czy pozwolisz, panie, umrzeć swemu wiernemu słudze?</akap_dialog>


<akap>Colonna odpowiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Niech mnie Bóg broni, abym miał kiedykolwiek uchybić
trybunałom papieża, mego pana!</akap_dialog>


<akap>Natychmiast żołnierze jego otrzymali rozkazy, a wszystkim
jego stronnikom udzielono wiadomości, aby byli w pogotowiu.
Schadzkę naznaczono w okolicy Valmontone, miasteczka na
szczycie skały niezbyt wysokiej, ale mającej za szaniec gładką
prawie i prostopadłą przepaść wysoką na sześćdziesiąt do osiemdziesięciu stóp. Do tego miasta, należącego do papieża, udało się
stronnikom Orsinich oraz zbirom doprowadzić Bandiniego.
Wśród najgorliwszych popleczników władzy znajdowali się pan
Campireali i Fabio, spokrewnieni zresztą trochę z Orsinimi. Od
dawien dawna, przeciwnie, Julian Branciforte i jego ojciec byli
oddani Colonnom.</akap>


<akap>W okolicznościach, w których nie wypadało Colonnom działać
otwarcie, uciekali się oni do bardzo prostego sposobu. Większość
bogatych wieśniaków rzymskich należała --- wówczas jak dziś --- do
jakiejś kompanii pokutniczej. Pokutnicy nie pojawiają się publicznie inaczej niż z głową okrytą kawałkiem płótna, które zasłania
im twarz i ma tylko dwie dziury na oczach. Kiedy Colonnowie nie
chcą przyznać się do jakiegoś przedsięwzięcia, zalecają swoim
stronnikom, aby udając się na schadzkę wdziali strój pokutników.</akap>


<akap>Po długich przygotowaniach przewiezienie Bandiniego, którym od dwóch tygodni zajmowała się cała okolica, naznaczono na
niedzielę. Tego dnia o drugiej z rana gubernator Valmontone
kazał bić w dzwony na trwogę we wszystkich wioskach w lesie
Faggiola. Chłopi wyszli dość licznie z każdej wioski. (Obyczaje
średniowiecznych republik, w których bito się, aby uzyskać to,
czego się pragnie, zachowały sporo dzielności w sercu chłopów; za
naszych czasów nikt by się nie ruszył.)</akap>


<akap>Tego dnia można było zauważyć rzecz dość osobliwą: w miarę
jak gromadki uzbrojonych chłopów zapuszczały się w las, malały
o połowę --- stronnicy Colonnów przemykali się ku wskazanemu
przez Fabrycego miejscu. Naczelnicy zdawali się przeświadczeni,
że tego dnia nie będzie starcia, otrzymali rano rozkaz szerzenia tej
pogłoski. Fabrycy przebiegał las z wyborem swoich stronników,
których wsadził na półdzikie młode konie ze swojej stadniny.
Robił jak gdyby przegląd oddziałów chłopskich; ale nie mówił do
nich nic, ile że każde słowo mogło być niebezpieczne. Fabrycy był
to wysoki chudy człowiek, niewiarogodnie zwinny i silny; mimo
że miał ledwie czterdzieści pięć lat, włosy i wąsy miał mlecznobiałe, z czego był bardzo nierad: po tym znaku można go było poznać
tam, gdzie wolał ujść niepostrzeżony. Na jego widok chłopi
wołali: ,,Niech żyje Colonna!", i wkładali płócienne kaptury.
Sam książę miał swój kaptur na piersiach, aby go włożyć z chwilą,
gdy spostrzeże nieprzyjaciół.</akap>


<akap>Nie dali na siebie czekać. Ledwie słońce wstawało, kiedy jakiś
tysiąc ludzi stronnictw Orsinich, ciągnących od Valmontone,
weszło w las, przechodząc o trzysta kroków od stronników Colonny, którym ten kazał położyć się na ziemi. W kilka minut po
przejściu ostatnich z orsyńczyków tworzących tę awangardę
książę poderwał swoich ludzi: postanowił napaść eskortę Bandiniego w kwadrans po tym, jak się zapuści w las. W tej okolicy las
usiany jest skałami wysokimi na piętnaście lub dwadzieścia stóp;
są to fale lawy, na których kasztany rosną wspaniale, tak że prawie zupełnie zaciemniają światło. Ponieważ fale te, mniej lub więcej
nadgryzione czasem, powodują znaczne nierówności gruntu,
przeto aby oszczędzić gościńcowi mnóstwa niepotrzebnych
wzniesień i spadków, wyżłobiono drogę w lawie, tak iż często
znajduje się ona o kilka stóp poniżej poziomu lasu.</akap>


<akap>W pobliżu miejsca obranego przez Fabrycego na atak znajdowała się polana zarośnięta murawą; z jednego brzegu polanę tę
przecinał gościniec. Następnie droga wchodziła w las, który,
pełen głogów i krzewów, był w tym miejscu zupełnie nie do
przebycia. Fabrycy pomieścił swoich po obu stronach, o sto
kroków od gościńca. Na znak księcia każdy wieśniak nałożył
kaptur i ustawił się z muszkietem za kasztanem; żołnierze księcia
zajęli pozycje najbliżej drogi. Chłopi otrzymali wyraźny rozkaz
nie strzelać aż po żołnierzach, ci zaś mieli dać ognia, gdy
nieprzyjaciel będzie o dwadzieścia kroków. Fabrycy kazał ściąć
naprędce ze dwadzieścia drzew, które rzucone wraz z gałęziami na
drogę dość ciasną w tym miejscu i zarytą na trzy stopy w ziemię,
zatarasowały ją zupełnie. Kapitan Ranucy z pięciomaset ludźmi
tworzył przednią straż; miał rozkaz atakować dopiero, kiedy
usłyszy pierwsze strzały od strony drzew zamykających drogę.
Kiedy Fabrycy Colonna ujrzał, iż żołnierze jego i stronnicy siedzą
każdy za swoim drzewem, dobrze rozmieszczeni i pełni ducha,
wypuścił się galopem ze swą konnicą, w której wyróżniał się
Julian Branciforte. Książę wziął się na prawo dróżką wiodącą na
skraj polany.</akap>


<akap>Zaledwie książę się oddalił, ujrzano z daleka, na drodze
z Valmontone, oddział konnych; byli to zbiry i <slowo_obce>bargello</slowo_obce> eskortujący Bandiniego oraz cała jazda Orsinich. Wśród nich znajdował się
Baltazar Bandini w otoczeniu czterech katów przybranych czerwono; mieli rozkaz wykonać wyrok najwyższych sędziów i utrupić Bandiniego, w razie gdyby widzieli, iż stronnicy Colonnów
chcą go oswobodzić.</akap>


<akap>Skoro kawaleria Colonny przybyła na najdalszy od drogi skraj
polany, rozległy się pierwsze strzały z zasadzki. Natychmiast
książę wypuścił swoją jazdę galopem, kierując atak na czterech
czerwonych katów, którzy otaczali Bandiniego.</akap>


<akap>Nie będziemy szczegółowo opowiadali tej utarczki, która nie
trwała ani trzech kwadransów; stronnicy Orsinich, zaskoczeni,
rozbiegli się na wszystkie strony; ale kapitan Ranucy zginął, co
miało opłakany wpływ na losy Juliana. Zaledwie rozdał parę ciosów szabli, wciąż zbliżając się do ludzi czerwono odzianych,
kiedy nagle znalazł się na wprost Fabia Campireali.</akap>


<akap>Pędząc na ognistym rumaku i odziany w złociste giacco
(koszulkę drucianą), Fabio wołał:</akap>


<akap_dialog>--- Kto są te zamaskowane łotry? Poprzecinajmy ich maski
pałaszem; ot, zaraz wam pokażę!</akap_dialog>


<akap>Prawie w tej samej chwili Julian Branciforte otrzymał z jego
ręki poprzeczne cięcie w czoło. Cios był zadany tak zręcznie, że
płótno, które mu kryło twarz, spadło; równocześnie uczuł, że
krew z rany, lekkiej zresztą, zalewa mu oczy. Julian cofnął się
z koniem, aby odetchnąć i wytrzeć sobie twarz. Za wszelką cenę
chciał uniknąć starcia z bratem Heleny; już jego koń był o kilka
kroków od Fabia, kiedy Julian otrzymał w piersi wściekły cios
szablą. Cios nie zranił go, dzięki giacco, ale odjął mu oddech na
chwilę. Prawie równocześnie usłyszał krzyk:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ti conosco, porco!</slowo_obce> Znam cię, kanalio! Więc ty w ten sposób
zarabiasz na suknie w miejsce dawnych łachmanów!</akap_dialog>


<akap>Julian, dotknięty do żywego, zapomniał o pierwotnym postanowieniu i skoczył na Fabia:</akap>
<akap>--- <slowo_obce>Ed in mal punto tu venisti!</slowo_obce><pt><slowo_obce>Ed in mal punto tu venisti!</slowo_obce> --- W złą chwilę się zjawiłeś!</pt> --- wykrzyknął.</akap>


<akap>Po kilku gwałtownych ciosach suknie, które okrywały ich
koszulki druciane, opadły w strzępach. Koszulka Fabia była złota
i wspaniała, koszulka Juliana bardzo pospolita.</akap>


<akap_dialog>--- W jakim ścieku znalazłeś swoje <slowo_obce>giacco</slowo_obce>? --- krzyknął Fabio.</akap_dialog>


<akap>W tej samej chwili Julian znalazł sposobność, której szukał od
pół minuty: wspaniała koszulka Fabia nie dość była obcisła na
szyi, jakoż Julian zadał mu w odsłoniętą nieco szyję śmiertelny
cios. Rapier Juliana wszedł na pół stopy w gardło Fabia, z którego
trysnął strumień krwi.</akap>


<akap_dialog>--- Masz, zuchwalcze! --- wykrzyknął Julian.</akap_dialog>


<akap>I pognał w stronę czerwonych katów, z których dwóch siedziało jeszcze na koniach. Kiedy się zbliżył do nich, trzeci padł; ale
w chwili gdy Julian dopadł czwartego, ten widząc, że go otacza
dziesięciu z górą konnych, wypalił z pistoletu do biednego
Baltazara Bandini, który upadł.</akap>


<akap_dialog>--- Mości panowie, nie mamy tu co robić dłużej! --- wykrzyknął
Branciforte. --- Weźmy na szable zbirów, którzy uciekają!</akap_dialog>


<akap>Wszyscy pognali za nim.</akap>


<akap>Kiedy w pół godziny później Julian stanął przed Fabrycym
Colonną, pan ów ozwał się doń po raz pierwszy w życiu. Szalał
z gniewu; Julian myślał, że go zastanie pełnym radości z powodu
zwycięstwa, które zawdzięczał jedynie swemu znakomitemu planowi; Orsiniowie bowiem mieli blisko trzy tysiące ludzi, a Fabrycy nie zgromadził w tej potrzebie ani półtora tysiąca.</akap>


<akap_dialog>--- Straciliśmy dzielnego druha Ranucego! --- wykrzyknął książę
do Juliana. --- Sam dotykałem ciała, już zimny. Biedny Baltazar
Bandini jest śmiertelnie ranny. W rzeczy samej nie udało się nam.
Ale cień dzielnego kapitana stanie przed obliczem Plutona
w dzielnym towarzystwie. Dałem rozkaz, aby przystroić drzewa
wszystkimi łajdakami, którzy nam wpadli w ręce. Mości panowie,
słyszycie? --- wykrzyknął, podnosząc głos.</akap_dialog>


<akap>I puścił się galopem w stronę, gdzie stoczyły walkę przednie
straże. Julian zastępował po trosze Ranucego, ruszył za księciem,
który przybywszy do trupa dzielnego żołnierza, leżącego w otoczeniu pięćdziesięciu przeszło zwłok nieprzyjaciół, zsiadł drugi
raz z konia, aby ująć Ranucego za rękę. Julian uczynił toż samo,
płacząc.</akap>


<akap_dialog>--- Jesteś bardzo młody --- rzekł książę do Juliana --- ale widzę cię
okrytym krwią, a ojciec twój był dzielnym człowiekiem, otrzymał
więcej niż dwadzieścia ran w służbie Colonnów. Obejmij dowództwo nad resztkami kompanii Ranucego i odprowadź trupa do
kościoła w Petrella; a pamiętaj, że mogą cię napaść w drodze.</akap_dialog>


<akap>Nie napadli Juliana, ale on sam przebił rapierem jednego
z żołnierzy, który mu rzekł, że za młody jest, aby dowodzić.
Ponieważ Julian był jeszcze okryty krwią Fabia, szaleństwo to
wywarło dobre wrażenie. Wzdłuż całej drogi widział drzewa
przystrojone jeńcami. Ten ohydny widok w połączeniu ze śmiercią Ranucego, a zwłaszcza Fabia, doprowadzał go niemal do
szaleństwa. Jedyną jego nadzieją było, że imię zwycięzcy Fabia
nie wyjdzie na jaw.</akap>


<akap>Pomijamy szczegóły wojskowe. W trzy dni po tej potyczce
Julian zjawił się na kilka godzin w Albano; opowiadał znajomym,
że gorączka zatrzymała go w Rzymie, gdzie musiał przeleżeć
w łóżku cały tydzień.</akap>


<akap>Ale wszędzie odnoszono się doń z wyraźnym szacunkiem,
najznamienitsi obywatele kłaniali mu się pierwsi, ten i ów tytułował go nawet niebacznie ,,mości kapitanie". Julian przeszedł
kilka razy koło pałacu Campireali, który był szczelnie zamknięty; że zaś świeży kapitan był bardzo nieśmiały, gdy chodziło o pewne
pytania, dopiero koło południa przemógł się na tyle, iż spytał
Scottiego, starca, który zawsze okazywał mu wiele dobroci:</akap>


<akap_dialog>--- Gdzież są Campireali? Widzę, że pałac ich jest zamknięty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój przyjacielu --- odparł Scotti z nagłym smutkiem --- tego
nazwiska nigdy nie powinieneś wymawiać. Przyjaciele twoi są
pewni, że to on ciebie szukał, i powtórzą to wszędzie; ale
ostatecznie on był główną przeszkodą do twego małżeństwa;
śmierć jego daje olbrzymi majątek siostrze, która cię kocha.
Można nawet dodać --- w tej chwili niedyskrecja staje się cnotą ---
można nawet dodać, iż kocha cię do tego stopnia, że cię odwiedzała w nocy w twoim małym domku w Alba. Toteż można powiedzieć dla waszego dobra, iż byliście mężem i żona przed nieszczęsną bitwą pod Ciampi (nazwę tę nadano w okolicy bitwie, którą
opisaliśmy).</akap_dialog>


<akap>Starzec przerwał widząc, że Julian zalewa się łzami.</akap>



<akap_dialog>--- Wstąpmy do gospody --- rzekł Julian.</akap_dialog>


<akap>Scotti udał się za nim; dano im pokój, gdzie się zamknęli na
klucz, po czym Julian opowiedział starcowi wszystko, co się
zdarzyło od tygodnia. Kiedy skończył, starzec rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Widzę z twoich łez, że czyn twój nie był obmyślany z góry;
mimo to śmierć Fabia jest dla ciebie wielkim nieszczęściem.
Trzeba koniecznie, aby Helena oświadczyła matce, że jesteś od
dawna jej małżonkiem.</akap_dialog>


<akap>Julian nie odpowiedział, co starzec przypisał chwalebnej dyskrecji. Utopiony w zadumie, Julian pytał sam siebie, czy Helena,
przejęta śmiercią brata, zdoła ocenić jego delikatność; żałował
tego, co zaszło niegdyś. Następnie na jego pytanie starzec opowiedział mu szczegółowo wszystko, co się działo w Albano w dniu
walki. Fabio zginął o wpół do siódmej rano o więcej niż sześć mil
od Albano, a o dziewiątej --- rzecz nie do wiary! --- zaczęto mówić
o tej śmierci. Około południa ujrzano starego Campireali zalanego
łzami, podtrzymywanego przez dwóch służących, jak się udawał
do klasztoru kapucynów. Wkrótce potem trzej dobrzy ojcowie,
siedząc na najlepszych koniach Campirealich, w otoczeniu licznej
służby udali się do Ciampi, gdzie ta walka miała miejsce. Stary
Campireali chciał koniecznie jechać z nimi; ale mu to odradzono
z przyczyny, że Fabrycy Colonna jest wściekły (nie bardzo
wiedziano czemu) i że w razie gdyby go wzięto do niewoli,
mogłoby mu się to obrócić na złe.</akap>





<akap>Około północy zdawało się, że las Faggiola stoi w ogniu; to
wszystkie mnichy i wszyscy biedni z Albano, każdy z grubą
zapaloną świecą, szli na spotkanie ciała młodego Fabia.</akap>


<akap_dialog>--- Nie będę ci taił --- ciągnął starzec zniżając głos, jakby się lękał,
że go kto usłyszy --- że droga, która wiedzie do Valmontone i do
Ciampi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż takiego? --- spytał Julian.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ta droga przechodzi pod twoim domem; otóż powiadają, że
kiedy trup Fabia znalazł się w tym miejscu, krew trysła z okropnej
rany, którą miał na szyi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż za okropność! --- wykrzyknął Julian, wstając.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uspokój się, drogi chłopcze --- rzekł starzec --- sam widzisz, że
trzeba, abyś wiedział wszystko. A teraz mogę ci powiedzieć, że
twoja tu dzisiejsza obecność wydała się nieco przedwczesna.
Gdybyś mi uczynił ten zaszczyt, aby się mnie poradzić, dodałbym, kapitanie, że nie uchodzi zjawiać się w Albano przed
upływem miesiąca. Nie potrzebuję cię ostrzegać, że byłoby
niebezpieczne pojawiać się w Rzymie. Nie wiadomo jeszcze, jakie
stanowisko zajmie Ojciec Święty wobec Colonnów; przypuszczają, że da wiarę oświadczeniu Fabrycego, który twierdzi, że
o bitwie pod Ciampi wie jedynie ze słychu; ale gubernator
rzymski, zajadły orsyńczyk, wścieka się i byłby bardzo rad, gdyby
mógł powiesić którego z dzielnych żołnierzy Fabrycego, o co ten
nie mógłby się upominać, skoro przysięga, że nie brał udziału
w bitwie. Pójdę dalej i mimo że mnie nie pytasz, pozwolę sobie
udzielić ci rady wojskowej: jesteś lubiany w Albano, inaczej nie
byłbyś tu bezpieczny. Pomyśl, że się przechadzasz po mieście od
kilku godzin, że jakiś stronnik Orsinich może to wziąć za
zniewagę lub przynajmniej dojrzeć w tym sposobność zdobycia
pięknej nagrody. Stary Campireali powtarzał tysiąc razy, że da
najpiękniejszą wioskę temu, kto cię zabije. Powinieneś był wziąć
z sobą do Albano kilku żołnierzy, których masz u siebie w domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam w domu żadnych żołnierzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W takim razie jesteś szalony, kapitanie. Przy tej gospodzie
jest ogród, wyjdziemy ogrodem i wymkniemy się przez winnicę.
Odprowadzę cię; jestem stary i bez broni, ale jeśli spotkamy
jakichś nieprzychylnych ludzi, pomówię z nimi i pomogę ci bodaj
zyskać na czasie.</akap_dialog>


<akap>Julian był w rozpaczy. Mamyż wyznać jego szaleństwa? Odkąd
się dowiedział, że pałac Campireali jest zamknięty, a mieszkańcy
jego wyjechali do Rzymu, powziął zamiar odwiedzenia ogródka,
gdzie tak często spotykał się z Heleną. Miał nawet nadzieję
ujrzenia jej pokoju, gdzie go przyjmowała, kiedy matki nie było
w domu. Chciał jakby odczynić jej gniew widokiem miejsc, gdzie
była dlań tak serdeczna.</akap> 


<akap>Branciforte i szlachetny starzec nie spotkali nikogo niepożądanego, idąc ścieżkami, które przecinają winnice i biegną ku jezioru.</akap>


<akap>Julian kazał sobie na nowo opowiedzieć szczegóły pogrzebu
Fabia. Ciało dzielnego młodzieńca, prowadzone przez orszak
księży, zawieziono do Rzymu i pochowano w kaplicy rodzinnej
w klasztorze św. Onufrego na szczycie Janiculum. Jako rzecz
bardzo osobliwą zauważono, że w wilię ceremonii ojciec odwiózł
Helenę do klasztoru wizytek w Castro, co potwierdziło pogłoski,
iż Helena wzięła tajny ślub z awanturnikiem, który miał to
nieszczęście, iż zabił jej brata.</akap>


<akap>Znalazłszy się blisko domu; Julian spotkał kaprala ze swej
kompanii z czterema żołnierzami; oświadczyli mu, że dawny ich
kapitan nigdy nie opuszczał lasu, nie mając przy sobie kilku ludzi.
Książę powiadał często, iż jeśli ktoś ma ochotę dać się zabić,
winien wziąć dymisję, aby mu nie narzucać obowiązku pomszczenia jego śmierci.</akap>


<akap>Julian Branciforte zrozumiał słuszność tych pojęć, które były
mu dotąd obce. Myślał tak jak pierwotne ludy, że wojna polega
tylko na tym, aby się mężnie bić. Wszedł natychmiast w intencje
księcia; zdążył jedynie uściskać roztropnego starca, który tak
wielkodusznie odprowadził go aż do domu.</akap>


<akap>Ale w kilka dni później Julian, wpółoszalały z melancholii,
wrócił, aby ujrzeć pałac Campireali. Skoro zapadła noc, on
i trzech jego żołnierzy, przebrani za kupców neapolitańskich,
dostali się do Albano. Sam jeden udał się do domu Scottiego;
dowiedział się, że Helena wciąż jest w klasztorze w Castro. Ojciec,
który sądził, że zaślubiła mordercę jego syna, poprzysiągł nie
oglądać jej nigdy. Nie widział jej nawet wówczas, gdy ją odwoził
do klasztoru. Natomiast czułość matki jak gdyby zdwoiła się;
często opuszczała Rzym, aby spędzić dzień lub dwa z córką.</akap> 





<naglowek_rozdzial>IV</naglowek_rozdzial>






<akap>,,Jeśli się nie usprawiedliwię wobec Heleny --- powiadał sobie
Julian, wracając w nocy na kwaterę w lesie --- uwierzy w końcu, że
jestem mordercą. Bóg wie, co za historie musiano jej opowiedzieć
o tej nieszczęsnej walce!"</akap>


<akap>Udał się po rozkazy księcia do zamku Petrella i poprosił
o pozwolenie udania się do Castro. Fabrycy Colonna zmarszczył
brwi.</akap>


<akap_dialog>--- Sprawa owej utarczki nie jest jeszcze załatwiona z Jego
Świątobliwością. Powinieneś wiedzieć, że ja oświadczyłem prawdę, to znaczy, że byłem najzupełniej obcy temu starciu, o którym
dowiedziałem się dopiero nazajutrz w Petrella. Mam powód
przypuszczać, że Jego Świątobliwość da w końcu wiarę temu
szczeremu wyznaniu. Ale Orsiniowie są potężni; wszyscy powiadają, że ty wyróżniłeś się w tej bijatyce. Orsiniowie posuwają się
wręcz do twierdzenia, że kilku jeńców zawisło na gałęzi. Wiesz,
jak dalece bajki te są fałszywe; ale można przewidywać odwet.</akap_dialog>


<akap>Zdumienie, które błysło w naiwnych spojrzeniach młodego
kapitana, ubawiło księcia; mimo to widząc taką niewinność uznał,
iż trzeba się wyrazić jaśniej.</akap>


<akap_dialog>--- Widzę w tobie --- ciągnął --- ową doskonałą odwagę, która
rozsławiła na całe Włochy nazwisko Branciforte. Mam nadzieję,
że zachowasz dla mego domu wierność, która czyniła mi drogim
twego ojca i którą chciałbym nagrodzić w tobie. Oto hasło mojej
kompanii: nigdy nie powiedzieć słowa prawdy o tym, co dotyczy
mnie lub moich żołnierzy. Jeżeli w chwili gdy trzeba ci mówić, nie
widzisz celu kłamstwa, kłam na los szczęścia, strzeż się jak
grzechu śmiertelnego słowa prawdy. Pojmujesz, że skojarzone
z innymi wskazówkami mogłoby ono naprowadzić na trop. Poza
tym wiem, że ty masz jakąś miłostkę u wizytek w Castro; możesz
się zabawić dwa tygodnie w tym miasteczku, gdzie Orsiniowie
mają przyjaciół, a nawet agentów. Udaj się do mego marszałka,
który ci wyliczy dwieście cekinów. Przez dawną przyjaźń dla
twego ojca --- dodał książę, śmiejąc się --- mam ochotę udzielić ci paru
miłosno-strategicznych wskazówek. Ty i trzej twoi żołnierze
przebierzecie się za kupców; będziesz się wściekał na jednego ze
swoich towarzyszów, który będzie z urzędu wciąż pijany i nawiąże
liczne stosunki, stawiając wino wszystkim próżniakom w Castro.
Poza tym --- dodał książę innym tonem --- jeśli cię Orsiniowie pochwycą i wydadzą na śmierć, nie przyznawaj się za nic do
prawdziwego nazwiska, a tym mniej do służby u mnie. Nie
potrzebuję ci zalecać, abyś okrążał każde miasteczko i wchodził
zawsze bramą przeciwną stronie, z której przybywasz.</akap_dialog>


<akap>Te ojcowskie rady z ust człowieka zazwyczaj tak surowego
wzruszyły Juliana. Zrazu książę uśmiechnął się z łez, które ujrzał
w oczach młodego człowieka; później i jego głos się zmienił. Zdjął
jeden z pierścieni, które miał na palcu; przyjmując pierścień
Julian ucałował tę rękę słynną znamienitymi czynami.</akap>


<akap_dialog>--- Nigdy ojciec mój tak nie mówił do mnie! --- wykrzyknął
w zachwycie.</akap_dialog>


<akap>W dwa dni później, nieco przed świtem, Julian znalazł się
w murach miasteczka Castro. Towarzyszyło mu pięciu żołnierzy
w przebraniu jak on; dwaj szli osobno, udając, że nie znają ani
jego, ani trzech tamtych. Zanim jeszcze weszli do miasta, Julian
ujrzał klasztor Nawiedzenia, rozległy budynek otoczony czarnymi murami, dość podobny do fortecy. <begin id="b1347879602593-2752697944"/><motyw id="m1347879602593-2752697944">Bogactwo, Próżność, Dar</motyw>Pobiegł do kościoła, który
był wspaniały. Zakonnice, wszystko szlachcianki, przeważnie
z bogatych domów, prześcigały się, która z nich bardziej wzbogaci
ten kościół, jedyną część klasztoru dostępną oczom publiczności.
Weszło w zwyczaj, że siostra, którą papież mianował ksienią na
podstawie listy trzech nazwisk przedstawionej przez kardynała,
protektora klasztoru, składała znaczną ofiarę mającą uwiecznić jej
imię. Ta, której dar był mniejszy od daru poprzedniczki, stawała
się przedmiotem wzgardy, zarówno jak jej rodzina.<end id="e1347879602593-2752697944"/></akap>


<akap>Julian posuwał się, drżący, nawą wspaniałej budowli, lśniącej
od marmurów i złoceń. Co prawda niewiele myślał o marmurach
i złoceniach; miał uczucie, że patrzą nań oczy Heleny. Wielki
ołtarz, powiadano mu, kosztował przeszło osiemset tysięcy franków; ale spojrzenia jego, gardząc bogactwami ołtarza, biegły ku
złoconej kracie, wysokiej blisko na czterdzieści stóp i podzielonej
na trzy części dwoma olbrzymimi marmurowymi filarami. Krata
ta, której ogrom sprawiał straszliwe wrażenie, wznosiła się za
wielkim ołtarzem i dzieliła chór klasztorny od kościoła otwartego
dla wiernych.</akap>


<akap>Julian powiadał sobie, że za tą złoconą kratą znajdują się
w czasie nabożeństwa zakonnice i pensjonariuszki klasztoru. Do
tej części kościoła mogła się udać o każdej porze zakonnica lub
pensjonariuszka, która się chciała modlić; na tej wszystkim znanej
okoliczności biedny kochanek budował nadzieje.</akap>


<akap>Prawda, iż olbrzymia czarna zasłona wyścielała wewnętrzną
stronę kraty, ,,Ale ta zasłona --- myślał Julian --- nie powinna
krępować wzroku pensjonariuszek spoglądających w kościół,
skoro ja, mogąc się zbliżyć jedynie na pewną odległość, widzę
doskonale przez zasłonę okna oświetlające chór aż do najdrobniejszych architektonicznych szczegółów." Każde wiązanie tej wspaniale złoconej kraty miało silne ostrze, zwrócone ku publiczności.</akap>


<akap>Julian wybrał miejsce bardzo widoczne, na wprost kraty, po
lewej, w części najlepiej oświetlonej; tam słuchał jednej mszy po
drugiej. Ponieważ otaczali go sami tylko chłopi, miał nadzieję, iż
zwróci na siebie uwagę nawet przez czarną zasłonę. Pierwszy raz
w życiu skromny ten młodzian starał się ściągnąć uwagę; przybrał
się dostatnio i sypał hojnie jałmużny tak wchodząc, jak wychodząc. Jego ludzie i on sam starali się o względy robotników
i drobnych kupców mających jakieś stosunki z klasztorem. Mimo
to dopiero trzeciego dnia zyskał nadzieję, iż zdoła przesłać
Helenie list. Na jego rozkaz zaczęto pilnie śledzić dwie służebniczki wychodzące na zakupy dla klasztoru; jedna utrzymywała
stosunek z kramarzem. Jeden z żołnierzy Juliana, który był
niegdyś mnichem, pozyskał przyjaźń kramarza i przyrzekł mu
cekina za każdy list doręczony pensjonariuszce klasztoru Helenie
Campireali.</akap>


<akap_dialog>--- Co! --- rzekł kupiec na pierwsze słowo --- list <wyroznienie>żonie
bandyty</wyroznienie>!</akap_dialog>


<akap>Przydomek ten był już uświęcony w Castro, a nie było jeszcze
dwóch tygodni od przybycia Heleny: tak dalece wszystko, co
uderza wyobraźnię, szybko dostaje się w obieg u tego ludu
łakomego dokładnych szczegółów!</akap>


<akap>Kramarz dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Ta przynajmniej jest zamężna! Ale ileż naszych dam nie ma
tej wymówki, a otrzymują ze świata coś więcej niż listy!</akap_dialog>


<akap>W tym pierwszym liście Julian opowiadał szczegółowo wszystko, co się zdarzyło w nieszczęsnym dniu śmierci Fabia. ,,Czy
mnie nienawidzisz?" --- pytał w końcu.</akap>


<akap>Helena odpowiedziała w kilku słowach, że nie nienawidzi
nikogo, ale że postanowiła obrócić resztę dni na to, aby zapomnieć
o człowieku, przez którego brat jej zginął.</akap>


<akap>Julian odpisał znowu; po kilku obelgach pod adresem losu (styl
naśladowany z Platona i bardzo wówczas w modzie) tak pisał:</akap>


<sekcja_swiatlo/>



<akap>Chcesz tedy podać w niepamięć słowo Boga przekazane nam
w Piśmie? Bóg powiada: ,,Niewiasta opuści krewnych i rodziców,
aby iść za swym małżonkiem." Śmiałażbyś twierdzić, że nie jesteś
moją żoną? Przypomnij sobie noc św. Piotra. Kiedy świt błyskał
już za Monte Cavi, padłaś do moich kolan; zlitowałem się nad
Tobą; byłabyś moją, gdybym zechciał; nie mogłaś przemóc
miłości, która parła Cię w tej chwili w moje objęcia. Nieraz
myślałem, że ponieważ powtarzałem Ci wiele razy, iż poświęciłem
Ci moje życie i wszystko najdroższe mi na świecie, mogłabyś
odpowiedzieć (mimo że nie uczyniłaś tego nigdy), że wszystkie te
ofiary, nie stwierdzone żadnym czynem, są jedynie urojone.
Olśniła mnie pewna myśl, okrutna dla mnie, ale słuszna. Pomyślałem, że nie na darmo los daje mi sposobność poświęcenia dla
Twego dobra najwyższego szczęścia, o jakim mogłem kiedy
marzyć. Byłaś już w moich ramionach, bez obrony, pamiętasz:
usta Twoje nawet nie umiały się wzbraniać. W tej chwili ranne
<slowo_obce>Ave</slowo_obce> rozległo się w klasztorze Monte Cavi i cudownym trafem
dźwięk ten doleciał do nas. Rzekłaś mi: ,,Uczyń to poświęcenie
dla świętej Madonny, matki wszelkiej czystości." Powziąłem już
od kilku chwil myśl tego najwyższego poświęcenia, jedynego
zaiste, jakie miałem sposobność dla Ciebie uczynić. Uderzyło
mnie, że Tobie przyszła ta sama myśl. Odległy dźwięk tego <slowo_obce>Ave
Maria</slowo_obce> wzruszył mnie, wyznaję! Usłuchałem Twojej prośby. Nie
cała ofiara była dla Ciebie; oddałem nasz przyszły związek pod
opiekę Madonny. Myślałem wówczas, że przeszkody zajdą nie
z Twojej strony, niewierna, ale ze strony Twej bogatej i dumnej
rodziny. Gdyby nie było w tym czegoś nadprzyrodzonego, w jaki
sposób ten <wyroznienie>Anioł Pański</wyroznienie> doszedłby do nas z tak daleka, ponad
wierzchołki leśne, poruszane wiatrem rannym? Wówczas, pamiętasz, uklękłaś przede mną; ja wstałem, wyjąłem krzyżyk, który
noszę na piersiach, i Ty przysięgłaś na ten krzyżyk, na który
patrzę w tej chwili, i na swoje wieczne potępienie, że gdziekolwiek
byś się znalazła, co bądź mogłoby się zdarzyć, natychmiast, kiedy
ci rozkażę, oddasz się zupełnie do mego rozporządzenia, jak byłaś
w chwili, gdy <slowo_obce>Ave Maria</slowo_obce> z Monte Cavi doleciało z tak daleka
Twego ucha. Następnie odmówiliśmy pobożnie dwa <tytul_dziela>Zdrowaś</tytul_dziela>
i dwa <tytul_dziela>Ojcze nasz</tytul_dziela>. Otóż, na miłość, którą czułaś wówczas, a jeżeli
zapomniałaś o niej, jak się obawiam, na Twoje wieczne potępienie
rozkazuję Ci przyjąć mnie tej nocy w swojej celi lub w ogrodzie
klasztornym.</akap>


 

<sekcja_swiatlo/>

<akap>Włoski autor ściśle przytacza liczne i długie listy Juliana
Branciforte; ale podaje jedynie w skróceniu odpowiedzi Heleny
Campireali. Po upływie dwustu siedemdziesięciu ośmiu lat jesteśmy tak dalecy od uczuć miłości i religii wypełniających te listy, że
lękam się, aby nie znużyły czytelnika.</akap>


<akap>Zdaje się z tych listów, że Helena usłuchała wreszcie rozkazu
zawartego w tym liście, który przetłumaczyłem w skrócie. Julian
znalazł sposób, aby się dostać do klasztoru; z pewnych słów
można wnosić, że się przebrał za kobietę. Helena zgodziła się
z nim widzieć, ale jedynie przez kratę parterowego okna wychodzącego na ogród. Ku swej niewymownej boleści Julian spostrzegł, że młoda dziewczyna, niegdyś tak tkliwa, a nawet tak
namiętna, stała się dlań jakby obca; odnosiła się doń niemal
<wyroznienie>uprzejmie</wyroznienie>. Pozwalając mu przyjść do ogrodu, czyniła to
prawie wyłącznie przez cześć dla swego ślubu. Widzenie było
krótkie: po kilku chwilach duma Juliana, może nieco podniecona
wypadkami ubiegłych tygodni, wzięła górę nad głębokim bólem.</akap>


<akap_dialog>--- Widzę przed sobą --- rzekł --- jedynie grób tej Heleny, która
w Albano oddała mi się rzekomo na całe życie.</akap_dialog>


<akap>Całym wysiłkiem Juliana było ukryć łzy, które zalewały mu
twarz, w miarę jak Helena, mówiąc doń, szukała przystojnych
zwrotów. Kiedy skończyła usprawiedliwiać zmianę, tak naturalną
(powiadała) po śmierci brata, Julian odparł, wymawiając słowa
bardzo wolno:</akap>


<akap_dialog>--- Nie spełniasz ślubu, nie przyjmujesz mnie w ogrodzie, nie
jesteś u mych kolan, jak było wówczas, kiedy usłyszeliśmy <slowo_obce>Ave</slowo_obce>
z Monte Cavi. Zapomnij o swym ślubie, jeśli możesz; co do mnie,
nie zapominam niczego; Bóg z tobą!</akap_dialog>


<akap>To mówiąc, opuścił okratowane okienko, przy którym mógł
zostać jeszcze godzinę. Kto by mu powiedział chwilę przedtem, że
skróci dobrowolnie tak upragnione widzenie! To poświęcenie
rozdzierało jego duszę; ale pomyślał, że zasłużyłby na wzgardę
Heleny, gdyby odpowiedział na jej <wyroznienie>uprzejmość</wyroznienie> inaczej, niż
zostawiając ją na pastwę wyrzutów.</akap>


<akap>Przed świtem opuścił klasztor. Natychmiast wsiadł na koń,
dając żołnierzom rozkaz, aby nań czekali w Castro cały tydzień,
potem zaś aby wrócili do lasu; był pijany rozpaczą. Najpierw
obrócił się w stronę Rzymu. ,,Jak to! Oddalam się od niej! --- powiadał sobie za każdym krokiem. --- Jak to! staliśmy się sobie
obcy! O Fabio, jakżeś jest pomszczony!"</akap>


<akap>Widok ludzi, których spotykał, pomnażał jego wściekłość;
pchnął konia w pole i skierował się ku pustemu morskiemu
wybrzeżu. Kiedy go już nie drażnił widok spokojnych wieśniaków, którym zazdrościł doli, odetchnął; obraz tych dzikich miejsc
zgodny był z rozpaczą i łagodził jego gniew, mógł się oddać
rozważaniom swego smutnego losu. ,,W moim wieku --- powiadał
sobie --- mam jeden ratunek: pokochać inną kobietę!"</akap>


<akap>Na tę smutną myśl uczuł nowy przypływ rozpaczy: zrozumiał
aż nadto, że istnieje dlań tylko jedna. Wyobrażał sobie mękę, jaką
by cierpiał, gdyby się ważył zwrócić słowa miłości do innej; ta
myśl rozdzierała go. Ogarnął go gorzki śmiech. ,,I oto jestem pomyślał --- jak owi bohaterowie z Ariosta, którzy wędrują sami
przez odludne kraje, kiedy im trzeba zapomnieć, że ujrzeli
przewrotną kochankę w objęciach innego rycerza... Nie, ona nie
jest tak winna --- mówił sobie, zalewając się łzami po napadzie
szalonego śmiechu --- niewierność jej nie posuwa się aż do miłości
innego. Ta gorąca i czysta dusza dała się omamić okrutnym
bajkom, jakie jej o mnie powiadano; przedstawiono mnie z pewnością jako człowieka, który chwycił za broń w tej nieszczęsnej
wyprawie jedynie, aby zamordować jej brata. Posunięto się
z pewnością dalej: przypisano mi tę brudną rachubę, iż skoro brat
jej padnie, ona stanie się dziedziczką olbrzymich włości... I ja
popełniłem to szaleństwo, aby ją całe dwa tygodnie zostawić
podszeptom moich wrogów! Trzeba przyznać, że jeśli jestem
bardzo nieszczęśliwy, niebo pozbawiło mnie też rozumu do
kierowania mym życiem! Jestem bardzo nędzny, bardzo godzien
wzgardy! Życie moje nie zdało się na nic nikomu, a mnie samemu
mniej niż komukolwiek w świecie."</akap>


<akap><begin id="b1347889414014-193821966"/><motyw id="m1347889414014-193821966">Samobójstwo, Piekło, Kara, Pokuta</motyw>W tej chwili młody Branciforte uczuł pokusę bardzo w tej epoce
rzadką: koń kroczył samym brzegiem, tak że chwilami fala
zalewała jego kopyta; przyszło Julianowi na myśl, aby go pchnąć
w morze i położyć w ten sposób koniec okrutnemu losowi,
którego był pastwą. Co pocznie z sobą, skoro jedyna istota, która
dała mu niekiedy uczuć istnienie szczęścia, opuściła go! Ale
zatrzymała go jedna myśl: ,,Czym są męki, które cierpię ---
powiedział sobie --- w porównaniu z tymi, które wycierpię kiedyś,
skoro raz zakończę to nędzne życie? Helena nie będzie już dla
mnie po prostu obojętna jak teraz; ujrzę ją w ramionach rywala,
a rywalem tym będzie jaki panek rzymski, bogaty i <wyroznienie>poważany</wyroznienie>;
aby bowiem udręczyć moją duszę, biesy będą szukały najokrutniejszych obrazów, to ich obowiązek. Tak więc nie zdołam
znaleźć zapomnienia o Helenie, nawet w śmierci; co więcej,
miłość moja zdwoi się, skoro to jest najpewniejszy środek, jaki
znajdzie wiekuista potęga, aby mnie skarać za okropny grzech,
który popełniłem."<end id="e1347889414014-193821966"/></akap>


<akap>Aby do reszty odpędzić pokusę, Julian zacząl pobożnie odmawiać <tytul_dziela>Zdrowaś</tytul_dziela>! Dźwięk porannego <slowo_obce>Ave</slowo_obce>, modlitwy poświęconej
Madonnie, omamił go niegdyś i skłonił do szlachetnego czynu,
który obecnie uważał za największy błąd swego życia. Ale przez
szacunek nie śmiał posuwać się dalej i wyrazić całej myśli. ,,Jeżeli
z natchnienia Madonny popełniłem straszny błąd, czyż nie powinna ona, w swej nieskończonej sprawiedliwości, znaleźć jakiegoś
sposobu, aby mi wrócić szczęście?"</akap>


<akap>Ta myśl o sprawiedliwości Madonny ukoiła stopniowo jego
rozpacz. Podniósł głowę i ujrzał na wprost siebie, za Albano i jego
lasami, owo Monte Cavi, okryte ciemną zielenią, i ów święty
klasztor, którego ranne <slowo_obce>Ave</slowo_obce> przywiodło Juliana do tego, co
nazywał obecnie haniebną głupotą. Niespodziewany widok świętego miejsca pocieszył go.</akap>


<akap_dialog>--- Nie --- wykrzyknął --- niepodobna, aby mnie Madonna opuściła! Gdyby Helena była moją żoną, jak się na to godziło jej serce
i jak tego żądała moja godność męska, wieść o śmierci brata byłaby
napotkała w jej duszy pamięć węzłów spajających ją ze mną.
Powiedziałaby sobie, że należała do mnie dawno przed nieszczęśnym wypadkiem, który na polu bitwy zetknął mnie z Fabiem. Był
o dwa lata starszy ode mnie, bieglejszy w robieniu bronią,
dzielniejszy, silniejszy. Tysiąc argumentów stanęłoby mej żonie
za dowód, że ja nie szukałem walki. Przypomniałaby sobie, że
nigdy nie żywiłem nienawiści do jej brata, nawet wówczas, gdy
wypalił do niej z muszkietu. Pomnę, że na pierwszej schadzce, po
powrocie z Rzymu, mówiłem: ,,Cóż chcesz? honor tak nakazywał; nie mogę go potępić jako brata!"</akap_dialog>


<akap>Odzyskawszy nadzieję mocą nabożeństwa do Madonny, Julian
pchnął żywiej konia i w kilka godzin przybył na kwaterę swej
kompanii. Zastał ją na wymarszu: ruszano na gościniec wiodący
z Neapolu do Rzymu, przez Monte Cassino. Młody kapitan
zmienił konia i ruszył z żołnierzami. Nie bito się tego dnia. Julian
nie spytał, po co idą, mało go to obchodziło. W chwili gdy się
znalazł na czele żołnierzy, los jego przedstawił mu się z innej
perspektywy. ,,Jestem po prostu głupiec --- powiadał sobie --- nie powinienem był opuszczać Castro. Helena jest prawdopodobnie
mniej winna, niż sobie wyobraziłem w pierwszym uniesieniu.
Nie, ta dusza tak prosta i czysta, której pierwsze drgnienia
miłosne zrodziły się w mych oczach, nie przestała należeć do
mnie! Kochała mnie tak głęboko, tak szczerze! Czyż nie ofiarowywała się dziesięć razy uciec ze mną, biedakiem, aby wziąć ślub
u jakiego mnicha w Monte Cavi! Powinienem był w Castro
uzyskać przede wszystkim drugą schadzkę i przemówić jej do
rozsądku. Doprawdy, namiętność czyni mnie niedorzecznym jak
dziecko! Boże, czemuż nie mam przyjaciela, aby go błagać o radę!
Ten sam krok wydaje mi się w ciągu dwóch minut na przemian
okropny i wyborny!"</akap>


<akap>Wieczorem, kiedy kompania opuszczała gościniec, aby wrócić
do lasu, Julian zbliżył się do księcia i spytał, czy nie mógłby zostać
jeszcze kilka dni w wiadomym miejscu.</akap>


<akap_dialog>--- Ruszaj do wszystkich diabłów! --- wrzasnął Fabrycy. --- Czy
myślisz, że to jest czas na głupstwa?</akap_dialog>


<akap>W godzinę później Julian puścił się z powrotem do Castro.
Zastał tam swoich ludzi; ale po swym wyniosłym rozstaniu
z Heleną nie wiedział, jak pisać do niej. Pierwszy jego list zawierał
tylko te słowa: ,,Czy zechcesz mnie przyjąć najbliższej nocy?" --- ,,Możesz przyjść" --- było też jedyną odpowiedzią.</akap>


<akap>Po odjeździe Juliana Helena sądziła, że ją rzucił na zawsze.
Wówczas uczuła całą wagę słów zrozpaczonego młodzieńca: była
jego żoną, nim miał nieszczęście spotkać jej brata na polu bitwy.</akap>


<akap>Tym razem Julian nie spotkał się z ową sztywnością, która
zraniła go tak boleśnie pierwej. Helena przyjęła go, co prawda, również przez kratę, ale widać było, że drży; że zaś Julian
przemawiał bardzo wstrzemięźliwie, prawie tak jak do obcej, tym
razem Helena odczuła, jak okrutny może być ów ton niemal
urzędowy, gdy następuje po słodkiej zażyłości. Julian, który lękał
się zwłaszcza usłyszeć jakieś zimne słówko, które by mu zraniło
duszę, przemawiał tonem adwokata, dowodząc, że Helena była
jego żoną na długo przed nieszczęsną walką pod Ciampi. Helena
pozwoliła mu mówić; lękała się, że ją zdławią łzy, w razie gdyby
rzekła coś ponad oderwane słowa. W końcu widząc, iż jeszcze
chwila, a zdradzi się; poprosiła Juliana, aby wrócił nazajutrz. Tej
nocy, jako w wilię uroczystego święta, odprawiano jutrznię
wcześniej, tak iż schadzka ich łatwo mogła wyjść na jaw. Julian,
który rozumował jak zakochany, opuścił ogród w głębokiej zadumie; nie umiał rozstrzygnąć, czy go Helena przyjęła dobrze,
czy źle. W głowie zaczynały mu świtać pojęcia nabyte z rozmów
z kompanami: ,,Któregoś dnia --- powiedział sobie --- trzeba będzie
wykraść Helenę."</akap>


<akap>I zaczął rozpatrywać sposoby dostania się siłą do klasztoru.
Ponieważ klasztor był bogaty i kuszący do grabieży, utrzymywał
znaczną ilość służby, przeważnie byłych żołnierzy; pomieszczono
ich w koszarach, których zakratowane okna wychodziły na wąski
korytarz. Korytarz ten szedł od bramy klasztornej wybitej w czarnym murze, wysokim na osiemdziesiąt stóp, do furty strzeżonej
przez siostrę odźwierną. Po lewej stronie tego wąskiego korytarza
znajdowały się koszary, po prawej mur ogrodowy, wysoki na
trzydzieści stóp. Front klasztoru, wychodzący na plac, była to
gruba ściana, sczerniała od starości; jedyne jej otwory to była
brama oraz okienko pozwalające żołnierzom wyglądać na zewnątrz. Można osądzić, jak ponure wrażenie sprawiała ta ściana
z bramą wzmocnioną szerokimi blachami żelaza, przybitymi za
pomocą ogromnych gwoździ, oraz jednym okienkiem cztery
stopy wysokim, a osiemnaście cali szerokim.</akap>


<akap>Nie podążamy za kronikarzem w długim opowiadaniu schadzek, które Julian wyprosił u Heleny. Stosunek odzyskał serdeczność, jaką miał niegdyś w ogrodzie w Albano; jednakże Helena
nigdy nie zechciała wyjść do ogrodu. Pewnej nocy uderzyła
Juliana jej zaduma: matka przybyła z Rzymu, aby ją odwiedzić,
i zamieszkała na kilka dni w klasztorze. Matka była zawsze tak
tkliwa, tyle okazywała delikatności dla uczuć, których domyślała
się w córce, że Helena czuła głębokie wyrzuty, iż musi ją
oszukiwać: jakże bowiem ośmieliłaby się wyznać, że miewa
schadzki z mordercą jej syna? W końcu Helena wyznała szczerze
Julianowi, że jeśli ta dobra matka zapyta ją wprost, nie będzie
miała siły jej okłamywać. Julian uczuł całe niebezpieczeństwo; los
jego zależał od przypadku, który mógł podsunąć jakieś słowo pani
Campireali. Następnej nocy przemówił stanowczym tonem w ten
sposób:</akap>


<akap_dialog>--- Jutro przybędę wcześniej, usunę jedną sztabę w tej kracie, ty
zejdziesz do ogrodu, zaprowadzę cię do kościoła w mieście, gdzie
oddany mi ksiądz nas połączy. Zanim się zrobi dzień, znajdziesz
się z powrotem w ogrodzie klasztornym. Skoro raz zostaniesz
moją żoną, będę już bez obawy. Jeśli matka twoja zażąda tego jako
pokuty za okropne nieszczęście, nad którym bolejemy wszyscy, zgadzam się nawet na to, aby spędzić kilka miesięcy z dala od
ciebie.</akap_dialog>


<akap>Kiedy Helena zdawała się oszołomiona tą propozycją, Julian
dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Książę wzywa mnie do siebie; honor i inne względy każą mi
jechać. Jedynie to, czego żądam, może zapewnić naszą przyszłość;
jeśli się nie zgadzasz, rozstańmy się na zawsze, tu, w tej chwili.
Odjadę, wyrzucając sobie swoją nierozwagę. <wyroznienie>Uwierzyłem
twemu słowu</wyroznienie>, sprzeniewierzyłaś się najświętszym ślubom.
Mam nadzieję, że słuszna wzgarda obudzona twą zmiennością
zdoła mnie uleczyć z miłości, która od zbyt dawna jest nieszczęściem mego życia.</akap_dialog>


<akap>Helena zalała się łzami.</akap>


<akap_dialog>--- Wielki Boże! --- wykrzyknęła z płaczem. --- Cóż za cios dla
matki!</akap_dialog>


<akap>Zgodziła się wreszcie.</akap>


<akap_dialog>--- Ale --- dodała --- mogą nas spostrzec, kiedy będziemy wychodzili lub wracali; pomyśl, co za zgorszenie, pomyśl o okropnym
położeniu, w jakim znalazłaby się matka; poczekajmy, aż odjedzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprawiłaś, że zwątpiłem w to, co było dla mnie najświętsze:
twoje słowo. Jutro wieczór będziesz moją żoną lub widzimy się
w tej chwili ostatni raz z tej strony grobu.</akap_dialog>


<akap>Biedna Helena zdołała odpowiedzieć jedynie łzami. Gnębił ją
zwłaszcza stanowczy i okrutny ton Juliana. Czy w istocie zasłużyła
na wzgardę? Czy to był ów kochanek niegdyś tak powolny i czuły?
Wreszcie zgodziła się na to, co jej przykazał. Julian odszedł. Od
tej chwili Helena czekała następnej nocy w męczarniach rozdzierającego lęku. Gdyby się przygotowywała na pewną śmierć,
boleść jej byłaby mniej dotkliwa; mogłaby znaleźć nieco otuchy
w myśli o Julianie i o tkliwym przywiązaniu matki. Reszta nocy
zeszła jej na najsmutniejszych wahaniach. Były chwile, że chciała
wszystko wyznać matce. Kiedy nazajutrz stanęła przed nią, była
tak blada, że matka, zapominając o wszelkich postanowieniach,
rzuciła się w ramiona córki, wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Co się dzieje? Wielki Boże! powiedz, coś ty uczyniła albo co
masz uczynić? Gdybyś wzięła sztylet i utopiła mi go w sercu,
mniej byś mi zadała bólu niż tym okrutnym milczeniem.</akap_dialog>


<akap>Helena tak żywo uczuła tkliwość matczyną, tak jasno widziała,
że matka nie tylko nie przesadza swych uczuć, ale raczej je powściąga, iż roztkliwiła się sama; padła do jej kolan. Kiedy
matka, dochodząc, co to może być za nieszczęsna tajemnica,
wykrzyknęła, iż Helena chce od niej uciec, Helena odparła, że
nazajutrz i przez dni następne pozostanie przy niej, ale błaga, aby
o nic więcej nie pytała.</akap>


<akap>Po tym niebacznym słówku nastąpiło pełne wyznanie. Pani
Campireali wzdrygnęła się na wiadomość, że morderca syna
znajduje się tak blisko. Ale po tym okrutnym bólu nastąpił wylew
żywej i czystej radości. Któż zdoła sobie wyobrazić jej szczęście,
kiedy się dowiedziała, że córka nigdy nie chybiła swoim obowiązkom?</akap>


<akap>Natychmiast roztropna matka odmieniła z gruntu zamiary;
uznała, że wolno się jej uciec do podstępu wobec człowieka, który
nie był dla niej niczym. Serce Heleny było w straszliwej rozterce;
wyznała wszystko do ostatka, ta umęczona dusza potrzebowała się
wywnętrzyć. Signora Campireali, która działała w przeświadczeniu, że jej wszystko wolno, wytoczyła szereg argumentów, zbyt
długich, aby je tu przytaczać. Dowiodła bez trudu nieszczęsnej
córce, że w miejsce tajnego małżeństwa, które zawsze jest plamą
dla kobiety, uzyska małżeństwo publiczne i pełne chwały, jeśli
zechce na tydzień odłożyć akt posłuszeństwa wobec tak szlachetnego kochanka.</akap>


<akap>Ona, signora Campireali, uda się do Rzymu; przedstawi
mężowi, że na długo przed nieszczęsną walką Helena była żoną
Juliana. Ceremonii dokonano owej nocy, kiedy, przebrana w habit, spotkała ojca i brata nad jeziorem, na dróżce wyrąbanej
w skale, która ciągnie się wzdłuż murów klasztoru kapucynów.
Cały dzień matka nie opuściła córki; wreszcie nad wieczorem
Helena napisała do kochanka naiwny i, naszym zdaniem, bardzo
wzruszający list, w którym opowiedziała mu wszystkie walki
targające jej sercem. Kończąc, błagała na kolanach o tydzień
zwłoki.</akap>




<sekcja_swiatlo/>


<akap><begin id="b1347890765631-680529183"/><motyw id="m1347890765631-680529183">Matka, Miłość niespełniona</motyw>Pisząc do Ciebie (dodała) ten list, na który czeka posłaniec mej
matki, mam uczucie, iż źle zrobiłam zwierzając jej wszystko.
Widzę, jak się gniewasz, oczy Twoje patrzą na mnie z nienawiścią;
najsmutniejsze wyrzuty rozdzierają moje serce. Powiesz, że mam
charakter słaby, tchórzliwy, godny wzgardy; przyznaję, Drogi
Aniele. Ale wyobraź sobie ten widok: matka, zalana łzami, niemal
klęcząca przede mną. Niepodobna mi było nie wyznać jej, że jest coś, co mi broni spełnić jej prośby; a skoro raz słabość moja
wyrzekła niebaczne słowo, nie wiem, co się stało, ale było mi
wręcz niepodobieństwem nie opowiedzieć wszystkiego, co zaszło.
O ile mogę sobie przypomnieć, mam wrażenie, że dusza moja,
wyzuta z wszelkiej siły, potrzebowała rady. Spodziewałam się
znaleźć ją w słowach matki... Zapomniałam, Mój Drogi, że ta
ukochana matka nie może być Twoją sojuszniczką. Zapomniałam
o mym pierwszym obowiązku, którym jest słuchać Cię. Widocznie nie jestem zdolna do prawdziwej miłości, która, jak powiadają,
wyższa jest nad wszystkie próby. Gardź mną, Julianie, ale na imię
Nieba, nie przestań mnie kochać. Wykradnij mnie, jeśli chcesz,
ale oddaj mi tę sprawiedliwość, iż gdyby matki nie było w klasztorze, najstraszliwsze niebezpieczeństwo, hańba nawet, nic nie
wzbroniłoby mi usłuchać Twych rozkazów. Ale matka jest tak
dobra! tak rozumna, tak szlachetna! Przypomnij sobie, co Ci
opowiadałam niegdyś: gdy ojciec wpadł do mego pokoju, matka
ocaliła Twoje listy, których nie miałam już sposobu ukryć;
następnie, gdy niebezpieczeństwo minęło, oddała mi je, nie czytając, bez słowa wymówki. I całe życie była dla mnie taka jak w owej
straszliwej chwili. Sam widzisz, czym powinna ją kochać, a mimo
to, w chwili gdy piszę do Ciebie --- cóż za okropne wyznanie! --- mam uczucie, że jej nienawidzę. Oznajmiła, że z powodu gorąca
chce spać w ogrodzie; słyszę uderzenia młotków, ustawiają
właśnie namiot, niepodobna nam widzieć się tej nocy. Lękam się
nawet, że sypialnia zamknięta jest na klucz, zarówno jak drzwi na
kręconych schodkach: rzecz, której nie robiono nigdy. Ostrożności te nie pozwoliłyby mi zejść do ogrodu, gdybym nawet
chciała to uczynić, aby ułagodzić Twój gniew. Och, jakżebym się
oddała Tobie w tej chwili, gdybym mogła! jak bym pobiegła do
owego kościoła, gdzie nas mają połączyć!...<end id="e1347890765631-680529183"/></akap>




<sekcja_swiatlo/>


<akap>List ten kończyły dwie stronice oszalałych wykrzyków, których żar wydał mi się jakoby naśladowany z filozofii platońskiej.
Tłumacząc ten list, opuściłem wiele ozdób w tym rodzaju.</akap>


<akap>Julian Branciforte zdziwił się mocno, otrzymując pismo na
godzinę przed wieczornym <slowo_obce>Ave</slowo_obce>; właśnie porozumiał się z księdzem. Gniew go ogarnął.</akap>


<akap_dialog>--- Nie potrzebuje mi radzić, abym ją wykradł, ta słaba i tchórzliwa istota!</akap_dialog>


<akap>I ruszył natychmiast do lasu Faggiola.</akap>


<akap>Oto, z drugiej strony, jakie było położenie signory Campireali:
mąż jej był umierający, niemożność pomszczenia się na Brancifortem wiodła go z wolna do grobu. Próżno ofiarował znaczne sumy
rzymskim <slowo_obce>bravi</slowo_obce>; żaden nie chciał się targnąć na jednego z <wyroznienie>kapralów</wyroznienie> --- jak ich mienili --- księcia Colonny; zbyt byli pewni, że
wytracono by ich i ich rodziny. Nie dalej niż w zeszłym roku
spalono całą wioskę, aby pomścić śmierć jednego z żołnierzy
Fabrycego Colonny; wszystkim mieszkańcom --- mężczyznom
i kobietom, którzy chcieli uciekać w pole, związano ręce i nogi
sznurem, po czym rzucono ich w płomienie.</akap>


<akap>Signora Campireali miała wielkie posiadłości w Królestwie
Neapolu; mąż nakazał jej, aby sprowadziła stamtąd morderców,
ale udała tylko, że go słucha; myślała, że córka jest bez ratunku
związana z Julianem. W tym przeświadczeniu umyśliła, aby
Julian odbył jedną lub dwie kampanie w armii hiszpańskiej, która
wówczas wojowała z buntownikami we Flandrii. ,,Jeśli go nie
zabiją, myślała, będzie to znak, że Bóg nie potępia tego koniecznego małżeństwa." W takim razie oddałaby córce swoje ziemie
neapolitańskie, Julian Branciforte przybrałby nazwisko od jednego z tych majątków i udałby się z żoną na parę lat do Hiszpanii. Po
wszystkich tych próbach przemogłaby się może, aby znieść jego widok. Ale wszystko zmieniło fizjonomię od wyznania córki;
małżeństwo nie było już konieczne, zgoła przeciwnie. Gdy Helena
pisała do kochanka list, któryśmy przytoczyli, signora Campireali
pisała do Pescara i do Chieti, nakazując swoim dzierżawcom, aby
jej przysłali do Castro pewnych i śmiałych ludzi. Nie taiła, że chodzi o pomszczenie śmierci ich młodego pana, Fabia. Goniec wyruszył przed zachodem słońca.</akap>






<naglowek_rozdzial>V</naglowek_rozdzial>






<akap>Ale nazajutrz Julian wrócił do Castro, wiodąc z sobą ośmiu
żołnierzy gotowych iść za nim i narazić się na gniew księcia, który
czasem śmiercią karał takie wybryki. Julian miał w Castro pięciu
ludzi, przybywał z ośmioma; mimo to liczba czternastu żołnierzy,
choćby najdzielniejszych, zdawała mu się niedostateczna na tę
potrzebę: klasztor był niby warownia.</akap>


<akap>Chodziło o to, aby siłą czy zręcznością dostać się przez pierwszą
bramę; następnie trzeba było minąć korytarz więcej niż pięćdziesiąt kroków długi. Na lewo, jak wspomniano, wznosiły się
zakratowane okna koszar, w których zakonnice pomieściły kilkudziesięciu sług klasztornych, dawnych żołnierzy. W razie alarmu
z okien tych posypałby się rzęsisty ogień.</akap>


<akap>Ówczesna ksieni, kobieta z głową, lękała się zakusów Orsinich,
księcia Colonny, Marka Sciarra i tylu innych, którzy władali
wszechmocnie w okolicy. Jak oprzeć się ośmiuset śmiałkom,
gdyby zajęli niespodzianie miasteczko takie jak Castro w mniemaniu, że klasztor jest nabity złotem?</akap>


<akap>Zazwyczaj u wizytek w Castro znajdowało się piętnastu lub
dwudziestu <slowo_obce>bravi</slowo_obce> w koszarach na lewo od korytarza wiodącego do
furty klasztornej; na prawo od tego przejścia był wielki mur,
niepodobny do przebycia; na końcu wznosiła się żelazna brama,
wychodząca na sień usianą kolumnami; za tą sienią był dziedziniec klasztorny, na prawo ogród. Tej żelaznej bramy strzegła
siostra odźwierna.</akap>


<akap>Kiedy Julian wraz z ośmioma ludźmi znalazł się o trzy mile od
Castro, zatrzymał się w gospodzie, aby przeczekać największy
upał. Tam dopiero przedstawił swój zamiar; następnie wyrysował
na piasku plan klasztoru, który chciał napaść.</akap>


<akap_dialog>--- O dziewiątej --- rzekł do swoich ludzi --- powieczerzamy za
miastem; o północy wejdziemy; zastaniemy pięciu kamratów,
którzy czekają w pobliżu klasztoru. Jeden z nich, konny, uda
gońca z Rzymu, aby odwołać signorę Campireali do łoża konającego męża. Będziemy się starali przebyć bez hałasu pierwszą bramę,
która znajduje się wśród koszar --- powiedział, rysując plan na
piasku. --- jeżeli zaczniemy bitwę przy pierwszej bramie, ciury
klasztorne zbyt łatwo mogliby nas wystrzelać z muszkietów na
placyku pod klasztorem lub w wąskim przejściu między pierwszą
a drugą bramą. Druga brama jest żelazna, ale mam do niej klucz.</akap_dialog>


<akap>Prawda, że są tam olbrzymie wrzeciądze żelazne przytwierdzone do muru; kiedy są założone, wówczas nie ma sposobu otworzyć. Ale ponieważ te sztaby żelazne są zbyt ciężkie, aby odźwierna mogła je poruszyć, nigdy nie widziałem, aby je zamykano,
a przechodziłem tamtędy z dziesięć razy. Mam nadzieję, że i dziś
wieczór uda mi się przejść bez przeszkód. Zgadujecie, że mam
sprzymierzeńców w klasztorze; zamiarem moim jest porwać
osobę świecką, nie zakonnicę; nie powinniśmy robić użytku
z broni, chyba w ostateczności. Gdybyśmy wszczęli bitwę przed
naszym przybyciem do drugiej bramy, odźwierna zawołałaby
niechybnie dwóch starych ogrodników, mieszkających w klasztorze, i zdołaliby założyć sztaby, o których mówiłem. Jeżeli zdarzy
się to nieszczęście, trzeba będzie rozbijać mur, co nam zabierze
z dziesięć minut; w każdym razie ja podejdę do bramy pierwszy.
Jeden ogrodnik jest przekupiony; możecie się domyślić, że nie
pisnąłem mu słowa o swoich zamiarach. Przebywszy drugą bramę
bierzemy się na prawo i jesteśmy w ogrodzie; tam zaczyna się
wojna, trzeba kłaść każdego, kto się nawinie. Będziecie używali,
to się rozumie, jedynie szpady i puginału; najmniejszy wystrzał
poruszyłby całe miasto, zaatakowano by nas przy wyjściu. To nie
znaczy, abym z trzynastoma zuchami takimi jak wy nie czuł się
zdolny przejść przez ten kurnik, ale ten i ów w mieście ma
rusznicę, strzelaliby z okien. W takim razie, mówię to nawiasem,
trzeba by się przemykać pod same domy. Raz znalazłszy się
w ogrodzie, powiadacie z cicha każdemu, kto się zjawi: ,,Zabieraj
się stąd!" Kto nie usłucha, tego puginałem. Ja wchodzę do
klasztoru furtką z trzema, którzy się znajdują najbliżej, w trzy
minuty później schodzę z jedną albo dwoma kobietami, które
wyniesiemy na rękach, nie pozwoliwszy im chodzić. Po czym
zmykamy żywo z klasztoru i z miasta. Dwóch zostanie przy
bramie; oddadzą w krótkich odstępach ze dwadzieścia strzałów,
aby nastraszyć mieszczan i trzymać ich z daleka.</akap>


<akap>Julian powtórzył dwa razy to objaśnienie.</akap>


<akap_dialog>--- Czyście dobrze zrozumieli? --- rzekł --- W sieni będzie ciemno,
po prawej ogród, po lewej dziedziniec; nie pomylcie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Możesz na nas polegać, kapitanie! --- wykrzyknęli żołnierze.</akap_dialog>

<akap>Następnie poszli pić; tylko kapral został i poprosił kapitana
o chwilę rozmowy.</akap>





<akap_dialog><begin id="b1347891353111-1533705375"/><motyw id="m1347891353111-1533705375">Świętokradztwo, Modlitwa</motyw>--- Nic prostszego --- rzekł --- niż projekt Waszej Dostojności.
Włamywałem się już w życiu do dwóch klasztorów, to będzie
trzeci; ale za mało nas jest, jeśli przyjdzie nam się bawić
w burzenie muru, trzeba pamiętać, że ciury klasztorne nie zostaną
bezczynne w czasie tej długiej operacji; ustrzelą panu siedmiu lub
ośmiu ludzi, a kiedy będziemy wracali, mogą nam odebrać
brankę. Tak nam się stało w pewnym klasztorze koło Bolonii:
zabito nam pięciu ludzi, my zabiliśmy ośmiu, ale kapitan nie
dostał swojej lubki. Poradzę Waszej Dostojności dwie rzeczy.
Znam w pobliżu czterech wieśniaków, którzy dzielnie sługiwali
pod Markiem Sciarra i którzy za cekina będą bili się całą noc jak
lwy. Może i ukradną jakie srebro w klasztorze; pana to nic nie
obchodzi, grzech jest ich: pan najął ich po to, aby porwali kobietę,
oto wszystko. Druga rada jest taka. Nasz Hugo jest to sprytny
i wykształcony chłopak; był lekarzem, nim zabił szwagra i umknął
do <slowo_obce>machia</slowo_obce> (lasu). Może go pan posłać przed nocą do bramy
klasztornej; poprosi o służbę i postara się, aby go wpuszczono na
strażnicę; spoi tych ciurów, ba, może mu się uda zamoczyć im
zapał u muszkietów.</akap_dialog>


<akap>Nieszczęściem Julian usłuchał rady kaprala. Odchodząc kapral
dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Mamy się targnąć na klasztor, to pachnie ekskomuniką
większą; co więcej, klasztor wizytek jest pod osobliwą opieką
Madonny...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumiem cię! --- wykrzyknął Julian, jak gdyby zbudzony
tym słowem. --- Zostań ze mną!</akap_dialog>


<akap>Kapral zamknął drzwi i wrócił odmówić różaniec z Julianem. Trwało to dobrą godzinę. Skoro zapadła noc, ruszyli
w drogę.<end id="e1347891353111-1533705375"/></akap>


<akap>Kiedy wybiła północ, Julian, który sam wszedł do Castro koło
jedenastej, wrócił po swoich ludzi znajdujących się poza bramami
miasta. Wszedł z ośmioma żołnierzami, do których przyłączyło
się trzech dobrze uzbrojonych chłopów; połączył się z pięcioma
żołnierzami, których miał w mieście, i w ten sposób znalazł się na
czele szesnastu ludzi gotowych na wszystko. Dwóch było przebranych za służących; wzięli obszerne czarne bluzy, aby osłonić
swoje <slowo_obce>giacco</slowo_obce>, i nie mieli piór na czapkach.</akap>


<akap>O wpół do pierwszej Julian, który wziął na siebie rolę gońca,
przybył galopem do bramy klasztoru, czyniąc wielki zgiełk
i krzycząc, aby otworzono bezzwłocznie gońcowi kardynała.
Ujrzał z przyjemnością, że żołnierze, którzy z nim rozmawiali
przez okienko, są dobrze podpici. Zgodnie ze zwyczajem podał
swoje nazwisko na kawałku papieru, żołnierz poszedł oddać tę
kartkę odźwiernej, która miała klucz od drugiej bramy i budziła
ksienię w ważnych wypadkach. Czekanie trwało śmiertelne trzy
kwadranse; przez ten czas Julian z trudem zdołał utrzymać swą
gromadkę w milczeniu. Ten i ów mieszczuch otwierał trwożliwie
okno, kiedy wreszcie nadeszła pomyślna odpowiedź ksieni. Julian
dostał się na strażnicę po małej drabince, którą mu podano z okna,
ile że załodze klasztornej nie chciało się otwierać głównej bramy.
Wszedł, a za nim dwaj żołnierze, przebrani za służących. Skacząc
z okna do strażnicy, napotkał spojrzenie Hugona: cała strażnica była pijana dzięki jego staraniom. Julian oświadczył sierżantowi
straży, że trzem służącym domu Campireali, których uzbroił
i przebrał za żołnierzy, aby mieć eskortę w drodze, udało się
dostać dobrej wódki; proszą tedy, by im pozwolono wejść, iżby się
nie nudzili sami na ulicy. Przyzwolono jednogłośnie. Sam Julian
w towarzystwie swoich dwóch ludzi zeszedł po schodkach, które
prowadziły ze strażnicy na korytarz.</akap>


<akap_dialog>--- Staraj się otworzyć główną bramę --- rzekł do Hugona.</akap_dialog>


<akap>On sam dostał się spokojnie do bramy żelaznej. Tam zastał
poczciwą siostrę odźwierną; oświadczyła mu, że gdyby go wpuszczono do klasztoru, ksieni musiałaby uprzedzić biskupa, ile że jest
po północy; dlatego prosi, aby oddał list siostrzyczce, którą ksieni
przysłała w tym celu. Na co Julian odpowiedział, iż w zamęcie
spowodowanym niespodzianą agonią pana Campireali otrzymał
jedynie list wierzytelny pisany przez lekarza; szczegółów ma
udzielić ustnie żonie i córce chorego, o ile te panie są jeszcze
w klasztorze, w każdym zaś razie wielebnej ksieni. Odźwierna
poszła z tym zleceniem. Przy bramie została jedynie siostrzyczka
przysłana przez ksienię. Gawędząc z nią, Julian wsunął rękę za
pręty żelazne i niby żartem próbował otworzyć. Siostra, która
była bardzo trwożliwa, zlękła się i zgorszyła tą psotą; wówczas
Julian widząc, że drogi czas mija, popełnił tę nierozwagę, że jej
ofiarował garść cekinów prosząc, by mu otworzyła, gdyż nadto
zmęczony jest, aby czekać dłużej. Czuł dobrze, że robi głupstwo,
powiada kronikarz, że należało działać żelazem, nie złotem; ale
nie miał serca; z łatwością mógł chwycić siostrę, była ledwie
o stopę od niego po drugiej stronie kraty. Ofiarowane cekiny
przestraszyły siostrzyczkę. Powiadała później, że z zachowania
Juliana odgadła, że to nie jest prosty goniec: to kochanek której
z zakonnic --- pomyślała --- który przybył na schadzkę; siostrzyczka
zaś była nabożna. Przejęta zgrozą, zaczęła targać ze wszystkich sił
sznur od dzwonka i niebawem narobiła hałasu zdolnego zbudzić
zmarłych.</akap>


<akap_dialog>--- Wojna się zaczyna --- rzekł Julian do swoich ludzi --- baczność!</akap_dialog>


<akap>Wyjął klucz i wsunąwszy rękę przez kratę otworzył bramę, ku
rozpaczy siostrzyczki, która padła na kolana i jęła odmawiać <slowo_obce>Ave
Maria</slowo_obce> wołając, że to świętokradztwo. Jeszcze w tej chwili Julian
powinien uciszyć dziewczynę, ale nie miał odwagi; któryś z jego
ludzi zatkał jej usta.</akap>





<akap>W tej chwili Julian usłyszał wystrzał z muszkietu za sobą. Hugo zdołał otworzyć bramę, reszta żołnierzy wchodziła po cichu,
kiedy jeden ze straży, mniej pijany od innych, zbliżył się do okna
i zdumiony, że widzi korytarz pełen ludzi, zaczął kląć i wykrzykiwać, że ich nie przepuści. Trzeba było nie odpowiadać i iść dalej
ku żelaznej bramie; tak uczynili pierwsi żołnierze, ale ten, który
szedł na ostatku --- jeden ze zwerbowanych po południu wieśniaków --- wypalił z pistoletu do ciury, który wykrzykiwał przez okno,
i zabił go. Ten strzał w ciemną noc oraz krzyki pijaków na widok
padającego kamrata zbudziły żołnierzy klasztornych, którzy,
spędzając tę noc w łóżku, nie mogli pokosztować Hugonowego
winka. Ośmiu czy dziesięciu <slowo_obce>bravi</slowo_obce> skoczyło wpółnago na chodnik
i jęli ostro nacierać na oddziałek Juliana.</akap>


<akap>Jak rzekliśmy, hałas ten rozpoczął się w chwili, gdy Julian
otworzył bramę żelazną. Na czele dwóch żołnierzy skoczył
w ogród, biegnąc ku drzwiczkom wiodącym na schody oddziału
pensjonariuszek, ale przyjęto go pięcioma lub sześcioma strzałami
z pistoletu. Dwaj żołnierze padli, on sam dostał kulę w prawe
ramię. Strzały te oddali ludzie signory Campireali, którzy z jej
rozkazu nocowali w ogrodzie, otrzymawszy szczególne pozwolenie biskupa. Julian pobiegł sam ku znanym sobie drzwiczkom,
które wiodły na schody pensjonariuszek. Potrząsnął nimi z całych
sił, ale były mocno zamknięte. Rozejrzał się za swymi ludźmi, ale
nie odpowiedzieli nic, konali. W ciemności Julian natknął się na
trzech pachołków pani Campireali; obronił się puginałem.</akap>


<akap>Pobiegł z powrotem przez sień do żelaznej bramy, aby wołać swoich ludzi; drzwi były zamknięte: ogrodnicy, zbudzeni
dzwonkiem siostrzyczki, założyli wrzeciądze i zamknęli je na
kłódki.</akap>


<akap>,,Jestem odcięty" --- powiedział sobie Julian.</akap>


<akap>Krzyknął na swoich ludzi; próżno silił się skruszyć kłódkę
szpadą; gdyby mu się to udało, byłby odchylił jedną sztabę
i otworzył jedno skrzydło. Szpada złamała się w pierścieniu; w tej
chwili nadbiegł z ogrodu służący i zranił go w ramię. Julian
odwrócił się; przyparty do bramy, uczuł, że naciera nań kilku
ludzi. Bronił się puginałem; szczęściem dzięki ciemności prawie
wszystkie ciosy odbijały się od drucianej koszulki. Otrzymawszy
dotkliwą ranę w kolano rzucił się na człowieka, który zanadto się
odsłonił, powalił go ciosem puginału w twarz i zdołał zawładnąć
jego szpadą. Odetchnął, myślał, że jest ocalony; zajął pozycję po
lewej stronie bramy, od dziedzińca. Ludzie jego, którzy nadbiegli, oddali kilka strzałów przez kratę i rozproszyli służbę. W sieni
było coś widać jedynie przy blasku wystrzałów.</akap>


<akap_dialog>--- Nie strzelajcie w moją stronę! --- krzyczał Julian do swych
ludzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chwycili pana niby w łapkę na myszy --- rzekł doń przez kratę
kapral, który zachował zimną krew --- zabili nam trzech ludzi.
Rozwalimy mur koło zawiasów po przeciwnej stronie; niech się
pan nie zbliża, kule będą lecieć na nas; zdaje się, że są nieprzyjaciele w ogrodzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To te łajdaki, ciury Campirealich --- odparł Julian.</akap_dialog>


<akap>Nie skończył mówić, kiedy zaczęto ich ostrzeliwać z pistoletów; strzały kierowały się głosem, a szły od sieni wiodącej na
ogród. Julian schronił się do izdebki odźwiernej, na lewo od
wejścia; ku wielkiej radości znalazł tam niedostrzegalną prawie
lampkę przed obrazem Madonny; ujął ją ostrożnie, aby jej nie
zgasić. Uczuł, że drży; obejrzał ranę w kolanie, która mu bardzo
dolegała; krew płynęła obficie. Spoglądając dokoła ujrzał zemdloną kobietę na krześle; zdumiał się poznając Marietę, zaufaną
Heleny; potrząsnął nią.</akap>


<akap_dialog>--- Och, panie Julianie! --- wykrzyknęła z płaczem --- chce pan
zabić Marietę, swoją przyjaciółkę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani trochę; powiedz Helenie, iż ją przepraszam, żem zakłócił jej spokój; niech pamięta <slowo_obce>Ave Maria</slowo_obce> w Monte Cavi. Oto bukiet,
który zerwałem w jej ogrodzie w Albano; nieco splamiony krwią,
umyj go, zanim jej oddasz.</akap_dialog>


<akap>W tej chwili rozległa się salwa muszkietów od strony korytarza;
to <slowo_obce>bravi</slowo_obce> atakowali ludzi Juliana.</akap>


<akap_dialog>--- Powiedz mi, gdzie jest klucz od furtki? --- spytał Mariety.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie widzę go; ale oto klucze od kłódek przy wrzeciądzach od
wielkich drzwi. Będzie pan mógł wyjść.</akap_dialog>


<akap>Julian pochwycił klucze i wypadł z izdebki.</akap>


<akap_dialog>--- Nie silcie się rozwalać muru --- rzekł do żołnierzy --- mam
klucze.</akap_dialog>


<akap>Nastała chwila głębokiego milczenia, gdy Julian próbował
otworzyć kłódkę; pomylił się co do klucza, wziął inny, wreszcie
otworzył; ale w chwili gdy podnosił sztabę, otrzymał z bliska
postrzał w prawe ramię. Uczuł, że traci władzę w tym ramieniu.</akap>


<akap_dialog>--- Podnieście sztabę! --- krzyknął na ludzi.</akap_dialog>


<akap>Nie potrzebował im tego mówić.</akap>


<akap>Przy blasku strzałów pistoletowych ujrzeli zagięty koniec żelaza na wpół już poza pierścieniem. Natychmiast kilka krzepkich rąk podniosło sztabę; kiedy koniec znalazł się poza pierścieniem, upuszczono ją. Wówczas można było uchylić jedno ze
skrzydeł; kapral wszedł i szepnął do Juliana:</akap>


<akap_dialog>--- Nic się już nie da zrobić; jest nas ledwie trzech czy czterech
bez ran; pięciu nie żyje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krew ze mnie uchodzi --- odparł Julian --- czuję, że zemdleję;
powiedz im, aby mnie wynieśli.</akap_dialog>


<akap>W chwili gdy Julian rozmawiał z dzielnym kapralem, żołnierze
klasztorni dali jeszcze kilka strzałów i kapral padł martwy.
Szczęściem Hugo słyszał rozkaz Juliana, zawołał po imieniu
dwóch żołnierzy którzy go unieśli. Julian, który nie zemdlał,
kazał, aby go nieśli przez ogród do furtki. Żołnierze zaklęli,
otrzymując ten rozkaz, mimo to usłuchali.</akap>


<akap_dialog>--- Sto cekinów temu, kto otworzy drzwi! --- wykrzyknął Julian.</akap_dialog>


<akap>Ale drzwi oparły się wysiłkom rozwścieczonych zuchów. Stary
ogrodnik, usadowiony w oknie na drugim piętrze, ostrzeliwał ich
mocno z pistoletu, przyświecając im w ten sposób w drodze.</akap>


<akap>Po bezskutecznym mocowaniu się z drzwiami Julian zemdlał
zupełnie; Hugo krzyknął na żołnierzy, aby czym prędzej unieśli
kapitana. On sam wstąpił do izdebki odźwiernej, wypędził Marietę, nakazując jej straszliwym głosem, aby zmykała i nie ważyła się
nigdy zdradzić, kogo poznała. Wyciągnął słomę z łóżka, połamał
kilka krzeseł i podpalił izdebkę. Kiedy ujrzał, że dobrze płonie,
uciekł co tchu wśród kanonady załogi.</akap>


<akap>Dopiero dalej niż o sto pięćdziesiąt kroków od wizytek dopadł
kapitana, zupełnie zemdlonego, którego unoszono co sił. W kilka
minut później, za miastem, Hugo nakazał postój; miał ledwie
czterech żołnierzy, odesłał dwóch do miasta z rozkazem oddawania strzałów z muszkietu co pięć minut.</akap>


<akap_dialog>--- Starajcie się odszukać rannych kamratów --- rzekł --- i opuśćcie
miasto przed świtem; my udamy się ścieżką do Croce Rossa. Jeśli
możecie gdzie podłożyć ogień, nie żałujcie sobie.</akap_dialog>


<akap>Kiedy Julian odzyskał przytomność, znajdowali się o trzy mile
od miasta i słońce było już wysoko. Hugo zdał mu raport.</akap>


<akap_dialog>--- Twój oddział, kapitanie, składa się już tylko z pięciu ludzi,
z tych trzej ranni. Dwaj wieśniacy, którzy zostali przy życiu,
otrzymali po dwa cekiny i uciekli; dwóch nierannych posłałem do
miasteczka po chirurga.</akap_dialog>


<akap>Chirurg, trzęsący się starzec, przybył niebawem na wspaniałym ośle; trzeba mu było zagrozić podpaleniem domu, aby go
skłonić do przybycia. Tak był wystraszony, że musiano go napoić
wódką, aby go doprowadzić do możliwego stanu. Wreszcie wziął
się do roboty; oświadczył Julianowi, że rany jego nie są groźne.</akap>


<akap_dialog>--- Rana w kolanie też nie jest niebezpieczna --- dodał --- ale będzie
pan kulał całe życie, jeśli nie zachowasz zupełnego spokoju dwa lub trzy tygodnie.</akap_dialog>


<akap>Chirurg opatrzył żołnierzy. Hugo mrugnął na Juliana. Dano
chirurgowi dwa cekiny, z których był bardzo kontent; po czym,
tytułem wdzięczności, wlano weń tyle wódki, iż w końcu zasnął
spokojnie. O to chodziło. Przeniesiono go dalej w pole, zawinięto
w papier cztery cekiny i włożono mu je do kieszeni: była to zapłata
za osła, na którego wsadzono Juliana i rannego w nogę żołnierza.
Przeczekano największy upał w starożytnej ruinie nad stawem;
szli całą noc, unikając wsi, wreszcie na trzeci dzień o wschodzie
słońca Julian, niesiony przez swoich ludzi, obudził się w lesie
Faggiola, w chatce węglarza, która była jego generalną kwaterą.</akap>






<naglowek_rozdzial>VI</naglowek_rozdzial>




<akap>Nazajutrz po bitwie siostry wizytki znalazły ze zgrozą dziesięć
trupów w ogrodzie i w korytarzu wiodącym od głównej bramy do
żelaznej furty; załoga klasztorna liczyła ośmiu rannych. Nigdy
klasztor nie zakosztował takiego strachu; słyszano niekiedy strzelaninę na ulicy, ale nigdy tylu strzałów w ogrodzie, w zabudowaniach klasztornych i pod oknami zakonnic. Rzecz trwała dobre
półtorej godziny, przez ten czas panował w samym klasztorze
nieopisany zamęt. Gdyby Julian Branciforte pozyskał był najlżejszą pomoc której z zakonnic albo pensjonarek, byłby dopiął celu;
wystarczyłoby, aby mu otworzyły któreś z licznych drzwi wychodzących na ogród. Ale przejęty oburzeniem i wściekłością na to,
co mienił wiarołomstwem Heleny, Julian chciał działać jedynie
siłą. Uważałby to za uchybienie samemu sobie, gdyby powierzył
swój zamiar komukolwiek, kto by go mógł powtórzyć Helenie.
Jedno słowo przesłane Mariecie byłoby wystarczyło; byłaby
otworzyła drzwi do ogrodu, mężczyzna zaś zjawiający się w sypialniach klasztoru, przy straszliwym akompaniamencie strzałów,
zyskałby posłuch bez cienia oporu. Po pierwszych strzałach
Helena drżała o życie kochanka i myślała jedynie o tym, aby ujść
z nim razem.</akap>


<akap_dialog>--- Jak odmalować jej rozpacz, kiedy Marieta opowiedziała o okropnej ranie, którą Julian otrzymał w kolano i z której w jej oczach
krew płynęła obficie. Helena przeklinała swoje tchórzostwo i brak
charakteru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miałam tę słabość, aby się zwierzyć matce, i Julian zapłacił to
krwią; mógł zginąć w owym wspaniałym ataku, w którym męstwo
jego dokazało cudów.</akap_dialog>


<akap><slowo_obce>Bravi</slowo_obce>, wpuszczeni do rozmównicy, opowiadali siostrom, słuchającym ich chciwie, że w życiu nie widzieli męstwa równego
temu, jakie rozwinął herszt bandytów, ów młodzieniec w przebraniu gońca.</akap>


<akap>Jeśli wszystkie mieszkanki klasztoru słuchały tych opowiadań
z najżywszym współudziałem, można sobie wyobrazić, jak namiętnie Helena chwytała szczegóły o młodym wodzu. Kiedy
słuchała opowiadań klasztornych sług oraz dwóch starych ogrodników, nader bezstronnych świadków, miała uczucie, że zupełnie
już nie kocha matki. Nastąpiła nawet żywa wymiana słów między
tymi istotami, które się tak tkliwie kochały w wilię walki; signorę
Campireali zgorszyły ślady krwi widniejące na bukiecie, z którym
Helena nie rozstawała się ani na chwilę.</akap>


<akap_dialog>--- Rzuć te kwiaty zmazane krwią!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ja wytoczyłam tę szlachetną krew; popłynęła dlatego, że
miałam tę słabość, aby się zwierzyć tobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kochasz jeszcze mordercę swego brata?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocham mego małżonka, którego na me wiekuiste nieszczęście brat zmusił do walki.</akap_dialog>


<akap>Po tej odpowiedzi przez całe trzy dni, które signora Campireali
spędziła w klasztorze, nie wymieniły ani słowa.</akap>


<akap>Nazajutrz po wyjeździe matki Helena zdołała się wymknąć
korzystając z zamętu, jaki panował między dwoma bramami
w klasztorze: wprowadzono do ogrodu mnóstwo murarzy, iżby
tam zbudowali nowe fortyfikacje. Marieta i jej pani przebrały się
za robotników. Ale obywatele miasta pełnili czujną straż u bramy.
Helena miała dużo kłopotów z wydostaniem się. Wreszcie ten sam
kramarz, który doręczał Helenie listy od Juliana, zgodził się
podać ją za swą córkę i odprowadzić aż do Albano. Helena
znalazła schronienie u swojej mamki, która dzięki jej dobrodziejstwom miała tam sklepik. Natychmiast po przybyciu Helena
napisała do Juliana, a mamka znalazła, nie bez trudu, człowieka, który odważył się zapuścić w las Faggiola, mimo iż nie znał hasła
żołnierzy Colonny.</akap>


<akap>Wysłannik wrócil po trzech dniach mocno wystraszony; nie
mógł znaleźć Juliana Branciforte, a kiedy się zbyt pilnie wypytywał o młodego kapitana, ściągnął na siebie podejrzenie, tak iż
w końcu zmuszony był uciekać.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma wątpienia, biedny Julian nie żyje, i to ja go zabiłam!
Musiał być taki skutek mojej nędznej słabości i tchórzostwa;
Julian powinien był pokochać dzielną kobietę, córkę którego
z kapitanów księcia Colonny.</akap_dialog>


<akap>Mamka zlękła się, że Helena umrze. Udała się do klasztoru
kapucynów, położonego przy skalistej drodze, gdzie niegdyś
Fabio i jego ojciec spotkali w nocy parę kochanków. Mamka
rozmawiała długo ze spowiednikiem i pod pieczęcią sakramentu
wyznała mu, że młoda Helena Campireali pragnie się spotkać
z Julianem Branciforte, swoim małżonkiem, i że gotowa jest
ofiarować do klasztoru lampę wartości stu piastrów.</akap>


<akap_dialog>--- Sto piastrów! --- odparł mnich wzburzony. --- A co się stanie
z naszym klasztorem, jeśli ściągnie na siebie gniew pana Campireali? Nie sto, ale tysiąc piastrów dał nam za to, żeśmy przynieśli
ciało syna jego z Ciampi, nie licząc wosku.</akap_dialog>


<akap>Trzeba powiedzieć na chwałę klasztoru, że dwaj starzy zakonnicy, dowiedziawszy się o położeniu Heleny, udali się do Albano
w zamiarze sprowadzenia jej po woli lub po niewoli do rodzinnego
pałacu; wiedzieli, że czeka ich bogata nagroda ze strony signory
Campireali. Całe Albano rozbrzmiewało ucieczką Heleny i opowieściami o nagrodach przyrzeczonych przez matkę temu, kto
dostarczy nowin o córce. Ale dwaj zakonnicy tak wzruszyli się
rozpaczą Heleny, która była przekonana, że Julian Branciforte nie
żyje, iż nie tylko nie zdradzili jej przed matką, ale podjęli się
przeprowadzić ją aż do warowni Petrella. Helena i Marieta, wciąż
przebrane za robotników, udały się pieszo nocą do źródła w lesie
Faggiola, o milę od Albano. Zakonnicy przyprowadzili tam muły
i kiedy zrobił się dzień, puścili się do Petrella. Żołnierze, którzy
wiedzieli, że książę otacza klasztor swą opieką, kłaniali się im
z szacunkiem; ale inaczej było z dwoma młodzikami, którzy im
towarzyszyli: żołnierze spoglądali na nich okiem zrazu surowym,
a zbliżywszy się parskali śmiechem i winszowali mnichom urody
mulników.</akap>


<akap_dialog>--- Milczcie, bezbożnicy, i wiedzcie, że to wszystko dzieje się
z rozkazu księcia Colonny --- odpowiadali zakonnicy, nie zatrzymując się.</akap_dialog>


<akap>Ale biedna Helena nie miała szczęścia; księcia nie było w Petrella, kiedy zaś trzy dni później po powrocie udzielił jej posłuchania, obszedł się z nią bardzo twardo.</akap>


<akap_dialog>--- Po co acanna tu przybyła? Co znaczy ten niewczesny koncept? Twoje babskie paplanie sprowadziło śmierć siedmiu najtęższych zuchów w całych Włoszech, czego żaden rozsądny człowiek
nie przebaczy nigdy. Na tym świecie trzeba chcieć albo nie chcieć.
Z pewnością także nowe twoje paplarstwo jest powodem, że
Juliana Branciforte ogłoszono <wyroznienie>świętokradcą</wyroznienie> i skazano na
dwugodzinne szarpanie rozżarzonymi kleszczami, a potem na
spalenie żywcem jak Żyda, jego, najlepszego chrześcijanina,
jakiego znam! Jakżeby ktoś mógł bez jakichś bezecnych plotek
acanny wymyślić to niecne kłamstwo, że Branciforte był w Castro
w dniu napadu na klasztor? Wszyscy moi ludzie zaświadczą ci, że
owego dnia widziano go tu w Petrella, wieczór zaś wysłałem go do
Velletri.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale czy żyje? --- wołała po raz dziesiąty Helena, zalewając się
łzami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Umarł dla acanny --- odparł książę --- nie ujrzysz go już nigdy.
Radzę acannie, wracaj do klasztoru i staraj się trzymać język za
zębami; nakazuję ci opuścić Petrella w ciągu godziny. Zwłaszcza nie opowiadaj nikomu, żeś mnie widziała, lub potrafię cię
ukarać.</akap_dialog>


<akap>Biedna Helena boleśnie odczuła przyjęcie sławnego księcia
Colonny, dla którego Julian miał tyle czci i którego kochała,
ponieważ on go kochał.</akap>


<akap>Mimo opinii księcia ten krok Heleny nie był źle pomyślany.
Gdyby przybyła do Petrella trzy dni wcześniej, zastałaby Juliana,
rana w kolanie nie pozwalała mu chodzić i książę kazał go przewieźć do Avezzano, sporego miasta w Królestwie Neapolu.
Na pierwszą wiadomość o straszliwym wyroku na Juliana Branciforte, kupionym przez pana Campireali, który to wyrok głosił go
świętokradcą i gwałcicielem klasztoru, książę zrozumiał, że gdyby
chodziło o obronę Juliana, nie może liczyć ani na czwartą część
swoich ludzi. To był grzech przeciw Madonnie, do której opieki
każdy ze zbójców rościł sobie szczególne prawo. Gdyby się znalazł
w Rzymie <slowo_obce>bargello</slowo_obce> dość śmiały i spróbował ująć Juliana w lasach
Faggiola, może by mu się to udało.</akap>


<akap>Julian przybył do Avezzano pod mianem Fontany, a ludzie,
którzy go przywieźli, byli dyskretni. Wróciwszy do Petrella
oznajmili ze smutkiem, że Julian umarł w drodze, i od tej chwili
każdy z żołnierzy księcia wiedział, że ten, kto by wymówił
to nieszczęsne imię, naraziłby się na pchnięcie puginałem
w serce.</akap>


<akap>Próżno tedy Helena, wróciwszy do Albano, pisała list po liście
i wydała na posłańców wszystkie cekiny, jakie posiadała. Owi
dwaj starzy zakonnicy powzięli dla niej wielką życzliwość, niezwykła uroda bowiem, powiada kronikarz florencki, ma wpływ
nawet na serce zarosłe plugawym samolubstwem i obłudą. Tłumaczyli tedy biednej dziewczynie, że daremnie siliłaby się przesłać pismo Julianowi: Colonna oświadczył, że nie żyje, i z pewnością Branciforte zjawi się na świecie nie wprzód, aż książę będzie
sobie tego życzył. Mamka Heleny oznajmiła jej z płaczem, że
matka odkryła w końcu jej schronienie i że wydała najsurowsze
rozkazy, aby ją dostawiono siłą do pałacu Campireali w Albano.
Helena zrozumiała, że skoro raz znajdzie się w tym pałacu,
więzienie jej może się stać bezgranicznie surowe i że zdołają jej
wzbronić bezwarunkowo styczności ze światem, podczas gdy
w klasztorze w Castro będzie mogła prowadzić korespondencję
równie łatwo jak inne zakonnice. Zresztą --- i to ją skłoniło
ostatecznie --- w ogrodzie tego klasztoru Julian przelał dla niej
krew; ujrzy to drewniane krzesło w izdebce odźwiernej, gdzie
przysiadł na chwilę, aby obejrzeć ranę w kolanie; tam to dał
Mariecie ów zakrwawiony bukiet, z którym Helena się odtąd nie
rozstawała. Wróciła tedy smutno do Castro i tu można by
zakończyć jej dzieje; byłoby to dobre dla niej, a może i dla
czytelnika. Odtąd będziemy w istocie świadkami powolnego
poniżenia szlachetnej i tkliwej duszy. Bezmyślne względy i kłamstwa cywilizacji, które ją odtąd otoczą ze wszystkich stron, zastąpią
odruch krzepkich i szczerych namiętności. <begin id="b1347961822927-2595508524"/><motyw id="m1347961822927-2595508524">Matka, Córka, Władza</motyw>Rzymski kronikarz
robi tu naiwną uwagę: ,,Dlatego że kobieta zada sobie tę fatygę,
aby urodzić ładną córkę, myśli, że posiada talenty pokierowania
jej życiem. Dlatego że kiedy córka miała sześć lat, mówiła jej
bardzo słusznie: «moje dziecko, wyprostuj sobie kołnierzyk» ---
wówczas gdy ta córka ma tyleż albo i więcej rozumu niż matka,
matka, zaślepiona chęcią panowania, czuje się w prawie kierować
jej życiem i posługiwać się kłamstwem". Ujrzymy, że to Wiktoria
Carafa, matka Heleny, za pomocą zręcznych i chytrych sposobów
spowodowała śmierć ukochanej córki, będąc sprawczynią jej
nieszczęść przez dwanaście lat. Smutny owoc żądzy panowania!<end id="e1347961822927-2595508524"/></akap>





<akap>Przed śmiercią pan Campireali doczekał się tej radości, że
w Rzymie ogłoszono wyrok skazujący Juliana Branciforte na
szarpanie przez dwie godziny rozżarzonymi obcęgami na placach
Rzymu, a potem na spalenie na wolnym ogniu i wrzucenie
popiołów do Tybru. Na freskach w klasztorze Najświętszej Panny
we Florencji można oglądać jeszcze dziś, w jaki sposób wykonywano te okrutne wyroki na świętokradcach. Zazwyczaj trzeba
było silnej straży, aby powstrzymać oburzony lud, który chciał
zastąpić kata w jego funkcjach. Każdy uważał się za osobistego
przyjaciela Madonny. Pan Campireali kazał sobie odczytać ten
wyrok niedługo przed śmiercią; adwokatowi, który go uzyskał,
darował piękne dobra między Albano a morzem. Adwokat ów nie
był w tym bez zasług. Juliana skazano na tę okrutną karę, mimo że
nikt go nie rozpoznał pod przebraniem młodego kuriera, który
tak dzielnie kierował napadem. Ten wspaniały dar nie dał spać
wszystkim intrygantom w całym Rzymie. Był wówczas na dworze
niejaki <slowo_obce>fratone</slowo_obce> (mnich), człowiek przebiegły i zdolny do wszystkiego, nawet do wymuszenia na papieżu kardynalskiego kapelusza; zajmował się sprawami księcia Colonny i ten straszliwy klient
przymnażał mu wiele reputacji. Kiedy signora Campireali dowiedziała się, że córka wróciła do Castro, kazała wezwać owego
<slowo_obce>fratone</slowo_obce>.</akap>

<akap>--- Wasza Wielebność otrzyma wspaniałą nagrodę, jeśli zechce
pomóc w sprawie nader prostej, którą natychmiast wyłożę.
W najbliższych dniach wyrok, który skazuje Juliana Branciforte
na straszliwą karę, ma być ogłoszony i stanie się prawomocny
w Królestwie Neapolu. Proszę, niech Wasza Wielebność zechce
przeczytać ten list wicekróla, po trosze mego krewniaka, który
raczy mi oznajmiać tę nowinę. Na jakiej ziemi Branciforte będzie
mógł szukać schronienia? Każę doręczyć pięćdziesiąt tysięcy
piastrów księciu z prośbą, aby przekazał wszystko albo część
Julianowi pod warunkiem, że przyjmie służby u króla hiszpańskiego, mego pana, przeciw buntownikom we Flandrii. Wicekról
wystawii temu Branciforte dekret na kapitana; iżby zaś wyrok za
świętokradztwo (który mam nadzieję uprowomocnić i w Hiszpanii) nie szkodził mu w karierze, przybierze nazwisko barona
Lizzara; jest to mająteczek, który mam w Abruzzach i który za
pomocą fikcyjnej sprzedaży zdołam mu przekazać na własność. Sądzę, iż Wasza Wielebność nigdy nie widział, aby matka w ten
sposób obchodziła się z mordercą swego syna. Za cenę pięciuset
piastrów od dawna mogliśmy się pozbyć nienawistnego młokosa;
ale nie chcieliśmy wchodzić w zatarg z Colonną. Toteż raczy
Wasza Wielebność przedstawić księciu, iż szacunek dla jego praw
kosztuje mnie sześćdziesiąt albo osiemdziesiąt tysięcy piastrów.
Nie chcę już słyszeć nigdy o tym Branciforte; a zwłaszcza niech
Wasza Wielebność przedłoży mój szacunek księciu.</akap>





<akap><slowo_obce>Fratone</slowo_obce> oświadczył, że do trzech dni wybierze się w stronę
Ostii, a signora Campireali wręczyła mu pierścień wartości tysiąca
piastrów.</akap>


<akap>W kilka dni później <slowo_obce>fratone</slowo_obce> zjawił się w Rzymie i oświadczył
pani Campireali, że nie udzielił jej propozycji księciu; ale że przed
miesiącem młody Branciforte popłynął do Barcelony, gdzie może
mu doręczyć pięćdziesiąt tysięcy piastrów za pośrednictwem
którego z bankierów.</akap>


<akap>Książę spotkał się ze strony Juliana z wielkimi trudnościami;
mimo niebezpieczeństw, jakie mu odtąd groziły we Włoszech,
młody kochanek nie mógł się zdobyć na to, aby opuścić kraj.
Próżno książę przedkładał mu, że signora Campireali może
umrzeć; próżno obiecywał, że w każdym wypadku po upływie
trzech lat Julian będzie mógł wrócić do kraju; Julian płakał, ale
nie godził się. Wreszcie książę musiał zażądać od niego tego
wyjazdu jako osobistej przysługi; Julian nie mógł niczego odmówić przyjacielowi ojca; ale przede wszystkim chciał spytać o rozkazy Heleny. Książę raczył się podjąć przesłania długiego listu, co
więcej, pozwolił Julianowi pisywać do niej z Flandrii raz na
miesiąc. Wreszcie zrozpaczony kochanek puścił się do Barcelony.
Książę, który nie życzył sobie, aby Julian wrócił kiedykolwiek,
palił wszystkie jego listy. Zapomnieliśmy powiedzieć, iż mimo że
bardzo odległy od wszelkiej próżności, książę czuł się zmuszony
powiedzieć w interesie sprawy, że to on zapewnia majątek
w wysokości pięćdziesięciu tysięcy piastrów synowi jednego
z najwierniejszych sług domu Colonnów.</akap>


<akap>Biedną Helenę traktowano w klasztorze w Castro jak księżniczkę. Śmierć ojca uczyniła ją dziedziczką olbrzymiego majątku,
do którego przyłączyły się znaczne spadki. Po śmierci ojca kazała
dać po pięć łokci czarnego sukna wszystkim mieszkańcom Castro
i okolicy, którzy oświadczą chęć noszenia żałoby po panu Campireali. Jeszcze była w pierwszym okresie żałoby, kiedy nieznana ręka oddała jej list Juliana. Trudno oddać wzruszenie, z jakim
otwarła ten list, jak również głęboki smutek po przeczytaniu. Było
to wszakże pismo Juliana; zbadała list z największą bacznością.
List mówił o miłości; o jakiej miłości, wielki Boże! Ale to signora
Campireali, kobieta pełna rozumu, ułożyła ten list. Zamiarem jej
było rozpocząć korespondencję od kilku listów przepełnionych
namiętną miłością; chciała w ten sposób przygotować przejście do
następnych, gdzie miłość miała stopniowo gasnąć.</akap>


<akap>Miniemy szybko dziesięć lat nieszczęśliwego życia. Helena
sądziła, że Julian zupełnie o niej zapomniał, a mimo to odtrąciła
wyniośle starania najwytworniejszych młodzieńców w Rzymie.
Zawahała się wszakże chwilkę, kiedy jej wspomniano o młodym
Oktawie Colonna, najstarszym synu słynnego Fabrycego, który ją
niegdyś tak źle przyjął w Petrella. Zdawało się jej, że skoro
nieodzownie musi wyjść za mąż, aby dać opiekuna majątkom,
jakie miała w państwie rzymskim i w Królestwie Neapolu, mniej
będzie jej wstrętne nosić nazwisko człowieka, którego Julian
niegdyś kochał. Gdyby się Helena zgodziła na to małżeństwo,
doszłaby rychło prawdy co do Juliana. Stary książę Fabrycy
mawiał często i z zapałem o nadludzkiej dzielności i czynach
pułkownika Lizzara (Juliana Branciforte), który, podobny bohaterom dawnych romansów, starał się pocieszyć pięknymi czynami
po nieszczęśliwej miłości, odbierającej mu smak do wszelkich
uciech. Myślał, że Helena od dawna wyszła za mąż; signora
Campireali otoczyła i jego kłamstwem.</akap>


<akap>Helena pojednała się na poły z tą przemyślną matką. Ta,
pragnąc gorąco, aby córka wyszła za mąż, poprosiła swego
przyjaciela, starego kardynała Santi-Quatro, protektora zakonu
wizytek, który udawał się do Castro, aby oznajmił poufnie co
najstarszym siostrom, że przyczyną opóźnienia jego podróży był
pewien akt łaski. Dobry papież Grzegorz XIII, zdjęty litością dla
złoczyńcy imieniem Julian Branciforte, który niegdyś targnął się
na ich klasztor, raczył, dowiadując się o jego śmierci, odwołać
wyrok mieniący go świętokradcą. Papież uczynił to w świętym
przekonaniu, iż pod brzemieniem takiego wyroku Branciforte nie
mógłby nigdy wydostać się z czyśćca, o ile człowiek ten, ujęty
w Meksyku i zamordowany przez zbuntowanych dzikich, miał
szczęście dostać się w ogóle do czyśćca. Nowina ta wprawiła
we poruszenie cały klasztor; doszła i do Heleny, która oddawała się
wówczas wszystkim szaleństwom próżności, jakie osobie głęboko znudzonej może podsunąć posiadanie wielkiego majątku. Począwszy od tej chwili nie opuściła pokoju. Trzeba wiedzieć, iż aby
móc pomieścić swój pokój w izdebce odźwiernej, gdzie Julian
schronił się na chwilę w noc walki, Helena kazała przebudować
cały klasztor. Z niesłychanym mozołem, z powszechnym i trudnym do załagodzenia zgorszeniem zdołała wyszukać i przyjąć
w swe służby owych trzech zuchów, których niegdyś użył Branciforte i którzy pozostali przy życiu z pięciu ocalonych z utarczki
w klasztorze. W ich liczbie znajdował się Hugon, stary już
i pocętkowany ranami. Widok tych ludzi wzniecił wiele szemrań;
ostatecznie lęk, jaki duma Heleny budziła w całym klasztorze,
zwyciężył. Odtąd widywano ich co dzień, jak przybrani w barwy
Heleny przychodzili do kraty po jej rozkazy i nieraz długo
odpowiadali na jej pytania, zawsze w tym samym przedmiocie.</akap>


<akap>Po półrocznym zamknięciu i zobojętnieniu na wszystkie rzeczy
świata, jakie nastąpiło u niej po wiadomości o zgonie Juliana,
pierwszym wrażeniem, jakie obudziło tę duszę już złamaną
nieuleczalnym nieszczęściem i długą nudą, było drgnienie próżności.</akap>


<akap>Ksieni klasztoru zmarła niedawno. Wedle zwyczaju kardynał
Santi-Quatro, który był jeszcze protektorem wizytek mimo swoich dziewięćdziesięciu dwóch lat, ułożył listę trzech zakonnic,
z których papież miał wybrać ksienię. Trzeba było bardzo ważnych pobudek, aby Jego Świątobliwość odczytał dwa dalsze nazwiska na tej liście, zwykle poprzestawał na przekreśleniu ich i nominacja była dokonana.</akap>


<akap>Pewnego dnia Helena znajdowała się w oknie dawnej izdebki
odźwiernej, która stała się obecnie krańcem nowego skrzydła,
wzniesionego z jej rozkazu. Okno to znajdowało się nie wyżej niż
dwie stopy nad chodnikiem zbroczonym niegdyś krwią Juliana,
a obecnie wcielonym do ogrodu. Helena miała oczy głęboko
utkwione w ziemi. Trzy panie, o których wiedziano od kilku
godzin, że kardynał pomieścił je na liście, przeszły pod oknem
Heleny. Nie widziała ich i tym samym nie mogła ich pozdrowić.
Jedna z dam uczuła się dotknięta i ozwała się dość głośno:</akap>


<akap_dialog>--- Ładne mi obyczaje, aby pensjonariuszka wystawiała swój
pokój na widok publiczny!</akap_dialog>


<akap>Zbudzona tymi słowami z zadumy, Helena podniosła oczy
i spotkała trzy jadowite spojrzenia. ,,Ba! --- rzekła do siebie,
zamykając okno, nie ukłoniwszy się --- dość długo jestem jagnięciem w tym klasztorze, trzeba mi zostać wilkiem choćby po to,
aby dostarczyć rozrywki gapiom z miasteczka."</akap>


<akap>W godzinę później jeden z jej ludzi, wyprawiony jako goniec,
zawiózł następujący list do jej matki, która od dziesięciu lat
mieszkała w Rzymie i umiała tam sobie wyrobić znaczne wpływy.</akap>


<sekcja_swiatlo/>


<dlugi_cytat><akap>Wielce Czcigodna Pani Matko!</akap>


<akap>Co rok dajesz mi trzysta tysięcy franków w dzień imienin;
obracam tutaj te pieniądze na szaleństwa, szanowne co prawda,
ale zawsze szaleństwa. Mimo że mi tego nie przypominasz od
dawna, wiem, że miałabym dwa sposoby dowiedzenia Ci mojej
wdzięczności za dobre intencje, jakie dla mnie żywiłaś. Nie wyjdę
za mąż, ale zostałabym chętnie ksienią<pr><slowo_obce>...ksieni... przeorysza</slowo_obce> --- w pewnych klasztorach żeńskich
przeorysza była godnością wyższą niż ksieni, która zastępowała ją i
była pierwszą zakonnicą w zgromadzeniu.</pr> tego klasztoru; myśl tę
zrodziła we mnie okoliczność, że trzy panie pomieszczone na liście
przez naszego kardynała są mymi wrogami; którąkolwiek by
wybrano, czekałyby mnie wszelkie dokuczliwości. Ofiaruj mój
bukiecik imieninowy tam, gdzie trzeba; na początek odwleczmy
nominację na pół roku, co uszczęśliwi przeoryszę, moją dobrą
przyjaciółkę, obecnie sprawującą rządy. Już to samo będzie dla
mnie szczęściem, a słowa tego rzadko mogę użyć, mówiąc o Twojej
córce. Pomysł mój jest szalony, wiem; ale jeśli widzisz jaką
nadzieję powodzenia, za trzy dni przywdzieję biały welon; osiem
lat mieszkania w klasztorze bez jednego dnia przerwy daje mi
prawo do półrocznego odpustu. Dyspensy nie odmawia się, to
kosztuje czterdzieści talarów.</akap>


<akap>Pozostaję z całym szacunkiem, Czcigodna Pani Matko, etc.</akap></dlugi_cytat>


<sekcja_swiatlo/>


<akap>List ten przepełnił radością signorę Campireali. Otrzymała go
w chwili, gdy sobie żywo wyrzucała, iż oznajmiła córce śmierć
Juliana; nie wiedziała, jak się skończy jej głęboka melancholia,
przewidywała jakieś szaleństwo; bała się wręcz, aby córka nie
zechciała oglądać w Meksyku miejsc, gdzie rzekomo padł Branciforte; wówczas, przejeżdżając przez Madryt, łatwo dowiedziałaby
się o prawdziwym nazwisku pułkownika Lizzara. Z drugiej
strony to, o co córka prosiła ją w liście, to była rzecz najtrudniejsza, a nawet można powiedzieć --- najniedorzeczniejsza w świecie.
Młoda dziewczyna, nie będąc nawet zakonnicą, znana jedynie
z szalonej --- podzielanej może! --- miłości bandyty, miała stanąć na
czele klasztoru, gdzie każdy magnat rzymski miał jakąś krewniaczkę! ,,Ale --- myślała signora Campireali --- powiadają, że każdy proces można wytoczyć, a tym samym wygrać. Jakoż w odpowiedzi swojej Wiktoria Carafa dała pewne nadzieje córce, która
zazwyczaj miała zachcenia niedorzeczne, ale w zamian zapominała o nich bardzo łatwo. Wieczorem, zbierając wiadomości o wszystkim, co z daleka lub z bliska mogło tyczyć klasztoru w Castro, dowiedziała się, że od kilku miesięcy przyjaciel jej, kardynał Santi-Quatro, jest wielce zgryziony: pragnął wydać bratanicę za don Oktawa Colonna, starszego syna księcia Fabrycego, o którym
tak często była mowa w tym opowiadaniu. Książę ofiarował mu
swego drugiego syna, don Lorenza, ponieważ dla załatania jego
fortuny mocno wyszczerbionej w wojnie, którą król Neapolu
i papież, wreszcie pogodzeni, wydali zbójcom z lasów Faggiola,
trzeba było, aby żona starszego syna wniosła domowi Colonna
sześćset tysięcy piastrów (3 210 000 fr) posagu. Otóż kardynał
Santi-Quatro, nawet wywłaszczając w najdzikszy sposób innych
krewnych, nie mógł ofiarować więcej niż trzysta osiemdziesiąt do
czterystu tysięcy talarów.</akap>


<akap>Wiktoria Carafa do późnej nocy wypytywała o te sprawy
przyjaciół starego Santi-Quatro. Nazajutrz o siódmej rano kazała
się oznajmić u starego kardynała.</akap>


<akap_dialog>--- Eminencjo --- rzekła --- jesteśmy oboje bardzo starzy; nie byłoby celu oszukiwać się wzajem, dając piękne nazwy rzeczom,
które nie są piękne. Przychodzę ci zaproponować szaleństwo;
wszystko, co można powiedzieć na jego korzyść, to to, że nie jest
wstrętne, ale wyznaję, iż zdaje mi się mocno niedorzeczne. Kiedy
się toczyła sprawa o małżeństwo Oktawa Colonny z córką moją,
Heleną, nabrałam sympatii dla tego młodzieńca i w dniu jego
ślubu wypłacę Waszej Eminencji dwieście tysięcy piastrów w ziemi lub gotowiźnie, z prośbą, byś mu je doręczył. Ale aby biedna
wdowa mogła uczynić tak olbrzymią ofiarę, trzeba, by moja córka
Helena, która liczy obecnie dwadzieścia siedem lat i która od
dziewiętnastego roku życia nie opuściła klasztoru ani na jedną
noc, została <wyroznienie>ksienią w Castro</wyroznienie>; trzeba by opóźnić w tym celu
wybór o pół roku, rzecz kanonicznie dozwolona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pani powiada?! --- krzyknął stary kardynał wzburzony. Nawet Jego Świątobliwość nie mógłby uczynić tego, czego pani
żądasz od biednego, niedołężnego starca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toteż mówiłam Waszej Eminencji, że pomysł jest niedorzeczny; głupcom wyda się szalony; ale ludzie znający stosunki na
dworze pomyślą, że nasz miłościwy władca, dobry papież Grzegorz XIII, zechciał wynagrodzić wierne i długie służby Waszej
Eminencji ułatwiając małżeństwo, którego jak całemu Rzymowi
wiadomo, Eminencja pragnie. Zresztą rzecz jest bardzo możliwa,
zupełnie kanoniczna, ręczę; córka moja przywdzieje welon od
jutra.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale symonia, pani! --- wykrzyknął kardynał straszliwym
głosem.</akap_dialog>


<akap>Signora Campireali zabierała się do odejścia.</akap>


<akap_dialog>--- Co pani za papier zostawia?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To spis majątków, które oddałabym jako równowartość
dwustu tysięcy piastrów, w razie gdyby nie chciano gotowizny;
przelanie tytułów własności można by trzymać w ukryciu długi
czas; na przykład Colonnowie mogliby wytoczyć proces, który
bym przegrała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale symonia, pani, okropna symonia!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzeba zacząć od odroczenia wyboru na pół roku; jutro
przyjdę po rozkazy Waszej Eminencji.</akap_dialog>


<akap>Czuję, że czytelnikowi urodzonemu na północ od Alp trzeba
objaśnić urzędowy niemal ton pewnych ustępów tego dialogu;
przypomnę, że w krajach ściśle katolickich większość drażliwych
rozmów opiera się w końcu o konfesjonał, a wówczas zgoła nie jest
obojętne, czy dane wyrażenie było pełne uszanowania, czy też
ironiczne.</akap>


<akap>Nazajutrz Wiktoria Carafa dowiedziała się, że wskutek ważnego błędu <wyroznienie>faktycznego</wyroznienie>, odkrytego w liście trzech pań proponowanych na stanowisko ksieni w Castro, odłożono wybór na pół
roku: mianowicie druga z pań na liście miała w rodzie renegata;
któryś jej stryjeczny dziadek przyjął protestantyzm w Udine.</akap>


<akap>Signora Campireali uznała za właściwe porozumieć się z księciem Fabrycym Colonną, którego domowi ofiarowała tak znaczne
korzyści. Po dwudniowych zabiegach zdołała uzyskać spotkanie
w miasteczku niedaleko Rzymu, ale wyszła z tego posłuchania
wręcz przerażona: książę, zazwyczaj tak spokojny, tak był przejęty chwałą wojenną pułkownika Lizzara (Juliana Branciforte), że
uważała za zupełnie bezcelowe prosić go o tajemnicę w tej mierze.
Pułkownik był dlań niby syn, co więcej, niby ulubiony wychowanek. Książę bez ustanku odczytywał listy z Flandrii. Cóż by się
stało z ukochanym projektem, dla którego signora Campireali tyle
poświęcała od dziesięciu lat, gdyby córka dowiedziała się o istnieniu i sławie pułkownika Lizzara?</akap>


<akap>Sądzę, że lepiej pominąć milczeniem wiele okoliczności, które,
to prawda, malują obyczaje tej epoki, ale których opowiadanie
wydaje mi się dość przykre. Autor rzymskiego rękopisu zadał
sobie nieskończony trud, aby dociec ścisłej daty szczegółów, które
opuszczam.</akap>


<akap>W dwa lata po widzeniu signory Campireali z księciem Colonna
Helena była ksienią w Castro, ale stary kardynał Santi-Quatro
umarł z bólu po tym akcie symonii. Biskupem w Castro był
wówczas najurodziwszy mężczyzna na dworze papieskim, monsignor Francesco Cittadini, szlachcic z Mediolanu. Ten młody
człowiek odznaczający się skromnością, wdziękiem i godnością
był w częstych stosunkach z ksienią wizytek, zwłaszcza z okazji
nowych budowli, którymi zamierzała upiększyć swój klasztor.
Ów młody biskup Cittadini, wówczas liczący dwadzieścia dziewięć lat, zakochał się do szaleństwa w pięknej ksieni. W procesie,
który wytoczono w rok później, wiele zakonnic powołanych
w charakterze świadków powiadało, że biskup, jak mógł najczęściej, odwiedzał klasztor i często mawiał do ksieni: ,,Gdzie indziej
rozkazuję i, wyznaję to na mój wstyd, znajduję w tym niejaką
przyjemność; przy tobie, pani, jestem posłuszny jak niewolnik,
ale z przyjemnością, która o wiele przewyższa słodycz rozkazywania gdzie indziej. Czuję się pod władzą istoty wyższej; gdybym
nawet próbował, nie mógłbym mieć innej woli niż jej wola i raczej
bym pragnął być na wieki ostatnim z jej niewolników niż być
królem z dala od jej oczu."</akap>


<akap>Świadkowie zeznają, iż często wśród tych dwornych przemów
ksieni nakazywała mu milczenie, i to w twardych i wzgardliwych
słowach.</akap>


<akap>Prawdę rzekłszy, dodaje inny świadek, pani traktowała go jak
lokaja; wówczas biedny biskup spuszczał oczy, zaczynał płakać,
ale nie odchodził. Znajdował co dzień jakiś pozór, aby się zjawić
w klasztorze, co mocno gorszyło spowiedników klasztornych
i wrogów ksieni. Ale ksieni miała silne poparcie w przeoryszy,
swojej serdecznej przyjaciółce, która pod jej rozkazami sprawowała rządy.</akap>


<akap_dialog>--- Wiecie, moje szlachetne siostry --- powiadała przeorysza --- że
od czasu nieszczęśliwej miłości, jaką nasza ksieni żywiła za młodu
dla pewnego rycerza, zostało jej sporo dziwactw; ale wiecie
również, że nigdy nie zmieniła zdania o osobie, której okazała
wzgardę. Otóż może przez całe życie nie wyrzekła tylu obraźliwych słów, ile ich wylała w naszej obecności na głowę biednego
monsignora Cittadini. Codziennie w naszych oczach znosi obejście takie, że musimy się rumienić za jego dostojeństwo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak --- odparły zgorszone zakonnice --- ale wraca co dzień, nie
dzieje mu się tedy zbytnia krzywda; w każdym zaś razie ten pozór
zgorszenia szkodzi powadze świętego zakonu wizytek.</akap_dialog>


<akap>Najsurowszy pan nie obrzuca najniezdarniejszego sługi ani
czwartą częścią obelg, jakimi dumna ksieni smagała co dzień
młodego biskupa, tak pełnego namaszczenia; ale był zakochany,
przywiózł zaś ze swej ojczyzny tę kardynalną zasadę, iż skoro się
raz podejmie tego rodzaju przedsięwzięcie, trzeba się troszczyć
jedynie o cel, a nie zważać na środki.</akap>


<akap_dialog>--- Ostatecznie --- powiadał biskup do swego powiernika Cezara
del Bene --- hańba spada na kochanka, który poniecha ataku,
zanim go zmusi do tego zupełna beznadziejność.</akap_dialog>


<sekcja_swiatlo/>


<akap>Obecnie smutne moje zadanie ograniczy się do podania wyciągu --- z konieczności bardzo suchego --- z procesu, który spowodował śmierć Heleny. Proces ten wyczytałem w bibliotece, której
nazwę trzeba mi zmilczeć; tworzy on nie mniej niż osiem tomów
<slowo_obce>in folio</slowo_obce>. Pytania i wywody są po łacinie, odpowiedzi po włosku.
Znajduję tam, iż w listopadzie 1572 roku, około jedenastej
wieczór, młody biskup udał się sam do bramy kościoła, gdzie
przez cały dzień mają dostęp wierni; ksieni sama otworzyła mu
i pozwoliła iść za sobą. Przyjęła go w pokoju, w którym przebywała często i który tajemnymi drzwiczkami łączył się z chórem nad
nawami kościoła.</akap>


<akap><begin id="b1347963693680-2157986008"/><motyw id="m1347963693680-2157986008">Ciąża</motyw>Nie upłynęła godzina, a zdumionego biskupa odprawiono
z powrotem; ksieni odprowadziła go sama do wrót kościoła,
mówiąc te słowa:</akap>


<akap_dialog>--- Proszę wracać do swego pałacu i poniechać mnie co rychlej.
Żegnam cię, monsignore, brzydzę się panem, mam uczucie, że
się oddałam lokajowi.</akap_dialog>


<akap>Jednakże za trzy miesiące nadszedł karnawał. Mieszkańcy
Castro słynni byli z zabaw, jakie wydawali w owej epoce; całe
miasto rozbrzmiewało gwarem maskarad. Żaden korowód nie
ominął małego okienka, przez które wnikało nieco światła do
jednej ze stajen klasztornych. Można się domyślić, że na trzy
miesiące przed karnawałem stajnię tę zmieniono na salon i że
w dnie maskarady było tam bardzo tłoczno. W pełni tego szaleństwa biskup zjawia się w swej karocy; ksieni dała mu znak
i następnej nocy o pierwszej znalazł się u wrót kościoła. Wszedł;
ale w niespełna trzy kwadranse odprawiono go z gniewem. Od
pierwszej schadzki w listopadzie zachodził do klasztoru mniej
więcej co tydzień. Na twarzy jego malował się wyraz tryumfu
i głupoty, który nie uszedł niczyjej uwagi, a który mocno drażnił
dumny charakter młodej ksieni. Zwłaszcza w poniedziałek wielkanocny, między innymi, potraktowała go jak ostatniego z ludzi,
obrzucając go słowami, których nie zniósłby ciura klasztorny.
Mimo to w kilka dni później dała mu znak, wskutek którego
piękny biskup znalazł się o północy u bramy kościoła; sprowadziła
go, aby mu oznajmić, że jest brzemienna. Na tę wiadomość
(powiadają akty procesu) piękny młodzian zbladł ze zgrozy
i zupełnie <wyroznienie>ogłupiał ze strachu</wyroznienie>. Ksieni dostała gorączki,
sprowadziła lekarza i nie taiła przed nim swego stanu. Człowiek
ten znał szczodrość chorej i przyrzekł wybawić ją z kłopotu.
Zaczął od tego, iż zaznajomił ją z pewną prostą kobietą, młodą
i ładną, która mimo iż nie nosiła tytułu położnej, znała się na tym.
Mąż jej był piekarzem. Helena rada była z tej kobiety, ale ta
oznajmiła jej, iż dla wykonania planu, który miał przynieść
ocalenie, trzeba, by chora miała dwie powiernice w klasztorze.</akap>


<akap_dialog>--- Kobieta taka jak ty, zgoda; ale któraś z równych mi... nigdy!
Odejdź!</akap_dialog>


<akap>Położna wyszła. Ale za kilka godzin Helena, nie uważając za
bezpieczne narażać się na plotki tej kobiety, kazała zawołać
lekarza, który przysłał piekarzową z powrotem. Ksieni przyjęła ją
łaskawiej, piekarzowa zaś przysięgła, iż nawet gdyby jej nie
przywołano, nie byłaby rozgadała tajemnicy; ale oświadczyła
ponownie, że jeśli nie znajdzie się w klasztorze dwóch kobiet
oddanych ksieni i świadomych wszystkiego, nie może się niczego
podjąć. (Niewątpliwie bała się oskarżenia o dzieciobójstwo.)
Zastanowiwszy się głęboko, ksieni powierzyła tę straszliwą tajemnicę pani Wiktorii, przeoryszy klasztoru, ze szlachetnej rodziny
książąt de C., i pani Bernardzie, córce margrabiego P. Kazała im
przysiąc na brewiarz, że nigdy nie zdradzą ani słowa z tego, co im
powie, nawet przy sakramencie spowiedzi. Obie panie zdrętwiały
ze zgrozy. Świadczą w swoich zeznaniach, iż znając wyniosły
charakter ksieni, spodziewały się dowiedzieć o jakim morderstwie.
Ksieni oświadczyła im spokojnie i po prostu:</akap>


<akap_dialog>--- Chybiłami swoim obowiązkom, jestem w ciąży.</akap_dialog>


<akap>Pani Wiktoria, przeorysza, głęboko wzruszona i wiedziona
przyjaźnią, która od tylu lat łączyła ją z Heleną, nie zaś próżną
ciekawością, wykrzyknęła ze łzami w oczach:</akap>


<akap_dialog>--- Któż jest zuchwalec, który popełnił tę zbrodnię?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie powiedziałam tego nawet spowiednikowi; osądź, czy
zechcę powiedzieć tobie!</akap_dialog>


<akap>Obie panie zaczęły się naradzać nad sposobem ukrycia nieszczęsnej tajemnicy. Przede wszystkim postanowiły, że łóżko
ksieni przeniesie się z jej obecnego pokoju, położonego w samym
środku, do apteki, którą właśnie urządzono w najodleglejszej
części klasztoru, na trzecim piętrze budynku wzniesionego hojnością Heleny. Tam to ksieni dała życie potomkowi płci męskiej.
Od trzech tygodni piekarzowa była ukryta w mieszkaniu przeoryszy. Kiedy się przemykała pod ścianami klasztoru, unosząc dziecko, dziecko zaczęło krzyczeć; przerażona kobieta schroniła się do
piwnicy. W godzinę potem pani Bernarda przy pomocy lekarza
zdołała otworzyć furtkę i piekarzowa szybko opuściła klasztor,
a wkrótce potem miasto. Znalazłszy się w szczerym polu, gnana
panicznym strachem, schroniła się do groty, którą przypadkiem
napotkała w skałach. Ksieni napisała do Cezara del Bene, powiernika i pokojowca biskupa, który pośpieszył do wskazanej groty;
był na koniu, chwycił dziecko i puścił się galopem do Montefiascone. Dziecko ochrzczono w kościele Św. Małgorzaty, otrzymało
imię Aleksandra. Miejscowa gospodyni postarała się o mamkę,
której Cezar wręczył osiem talarów. Kobiety, licznie zgromadzone pod kościołem w czasie ceremonii chrztu, jęły natarczywie
pytać Cezara o nazwisko ojca.</akap>


<akap_dialog>--- To wielki pan z Rzymu --- odparł --- który nadużył wiary
wieśniaczki ubogiej jak wy.</akap_dialog>


<akap>I znikł.<end id="e1347963693680-2157986008"/></akap>






<naglowek_rozdzial>VII</naglowek_rozdzial>




<akap>Wszystko szło dobrze w tym olbrzymim klasztorze, zamieszkałym przez więcej niż trzysta ciekawych kobiet; nikt nic nie
widział, nikt nic nie słyszał. Ale księżna wręczyła lekarzowi kilka
garści cekinów, świeżo wybitych w mennicy w Rzymie. Lekarz
dał sporo tych sztuk piekarzowej. Kobiecina była ładna, a mąż
zazdrosny; szperał w jej walizie, znalazł te lśniące sztuki złota i w przypuszczeniu, że stanowią cenę jej hańby, zmusił ją,
przykładając nóż do gardła, aby powiedziała, skąd pochodzą. Po
paru wykrętach kobieta wyznała prawdę i pogodzili się. Małżeństwo zaczęło się naradzać nad sposobem użycia takiej sumy.
Piekarzowa chciała zapłacić jakieś długi, ale mężowi zachciało się
kupić muła, co też się stało. Ten muł poruszył całą dzielnicę, gdzie
znano ubóstwo owej pary. Wszystkie kumoszki z miasteczka,
przyjaciółki i nieprzyjaciółki, zachodziły raz po raz pytać piekarzową, co za szczodry kochanek dał jej fundusze na tego muła.
Kobiecina doprowadzona do ostateczności powiadała tu i ówdzie
prawdę. Jednego dnia, kiedy Cezar del Bene odwiedził dziecko
i przybył zdać sprawę ksieni ze swoich odwiedzin, ta, mimo iż
bardzo niezdrowa, zawlekła się aż do kraty i obsypała go wymówkami za niedyskrecję jego pomocników. Biskup rozchorował się
ze strachu; napisał do swoich braci do Mediolanu, aby im donieść
o niesłychanym oskarżeniu, którego padł ofiarą; prosił, aby mu
przyszli z pomocą. Mimo iż mocno niezdrów, postanowił opuścić
Castro, ale przed odjazdem tak napisał do ksieni:</akap>

<sekcja_swiatlo/>

<akap>Wie Pani już, że wszystko wyszło na jaw. Toteż o ile Pani dba
o to, aby ocalić nie tylko moją reputację, ale może i życie, i aby
uniknąć większego zgorszenia, może Pani obwinić Jana Baptystę
Doleri, zmarłego przed dwoma dniami; jeśli w ten sposób nie ocali
Pani swojej czci, moja cześć przynajmniej uniknie wszelkiego
niebezpieczeństwa.</akap>

<sekcja_swiatlo/>

<akap>Biskup zawołał spowiednika klasztoru w Castro imieniem don
Luigi.</akap>


<akap_dialog>--- Oddaj to --- rzekł --- do rąk wielebnej ksieni.</akap_dialog>


<akap>Ta przeczytawszy haniebne pismo, wykrzyknęła głośno w obecności wszystkich:</akap>


<akap_dialog>--- Na takie obejście zasługują panny głupie<pr><slowo_obce>panny głupie</slowo_obce> --- z przypowieści ewangelicznej (Mat. XXV).</pr>, które przekładają
piękność ciała nad piękność duszy!</akap_dialog>






<akap>Wiadomość o wszystkim, co się dzieje w Castro, doszła rychło
uszu <wyroznienie>straszliwego</wyroznienie> kardynała Farnese (stał się taki od kilku
lat, ponieważ spodziewał się na najbliższym konklawe zyskać
poparcie kardynałów zelantów). Natychmiast wydał podeście<pr><slowo_obce>podesta</slowo_obce> --- w republikach włoskich urzędnik miejskich stojący na
czele policji i sądownictwa.</pr>
w Castro rozkaz uwięzienia biskupa Cittadini. Cała służba biskupa, obawiając się śledztwa i tortur, uciekła. Jedyny Cezar del Bene
został wierny swemu panu i przysiągł, że raczej umrze w męczarniach, niżby miał powiedzieć coś, co by mogło biskupowi zaszkodzić. Cittadini, osaczony przez straż w swoim pałacu, napisał
znów do braci, którzy co prędzej przybyli z Mediolanu. Zastali go
w więzieniu w Ronciglione.</akap>


<akap>W pierwszym przesłuchaniu ksieni czytam, iż wyznając swój
błąd przeczy, aby miała stosunki z Jego Wielebnością; wspólnikiem jej był rzekomo Doleri, adwokat klasztoru.</akap>


<akap>9 września 1573 roku Grzegorz XIII nakazał, aby proces odbył
się z całym pośpiechem i z całą surowością. Sędzia kryminalny,
prokurator i komisarz udali się do Castro i do Ronciglione. Cezar
del Bene, pokojowiec biskupa, wyznaje tylko, że zaniósl dziecko
do mamki. Przesłuchują go w obecności pani Wiktorii i Bernardy.
Biorą go na tortury dwa dni z rzędu, cierpi strasznie, ale wierny
słowu, wyznaje jedynie to, czego mu niepodobna zaprzeczyć, tak
iż prokurator nic zeń nie wydobył.</akap>


<akap>Kiedy nadeszła kolej pań Wiktorii i Bernardy, które były
świadkami tortur zadanych Cezarowi, wyznają wszystko, co
uczyniły. Zapytywano wszystkie zakonnice o nazwisko sprawcy
zbrodni; większość odpowiada, iż słyszały, że to Jego Wielebność.
Jedna z odźwiernych przytacza zelżywe słowa, jakimi ksieni
obrzuciła biskupa, wypędzając go z kościoła. Dodaje: ,,Kiedy
ludzie mówią do siebie w tym tonie, znaczy, że już od dawna są
z sobą bardzo blisko. W istocie ksiądz biskup, zazwyczaj rad
z siebie, miał wychodząc z kościoła minę wielce markotną."</akap>


<akap>Jedna z zakonnic pytana pod groźbą tortur odpowiedziała, że
sprawcą zbrodni musi być kot, ponieważ ksieni trzyma go
nieustannie w objęciach i pieści go często. Inna zakonnica twierdzi, że sprawcą musi być wiatr, ponieważ w dnie, w które jest
wiatr, ksieni jest rada i wesoła, wystawia się na wiatr w altanie,
którą kazała umyślnie zbudować; i kiedy ją prosić o łaskę w tym
miejscu, nigdy nie odmawia. Piekarzowa, mamka, kumoszki
z Montefiascone, przerażone torturami, na które w ich oczach
wzięto Cezara, wyznają prawdę.</akap>


<akap>Młody biskup był chory lub udawał chorego w Ronciglione, co
dało sposobność jego braciom, wspieranym wpływami i środkami
signory Campireali, rzucić się do stóp papieża i błagać o wstrzymanie śledztwa aż do wyzdrowienia biskupa. Na co straszliwy
kardynał Farnese pomnożył liczbę straży strzegącej go w więzieniu. Ponieważ biskupa nie można było przesłuchiwać, komisarze
zaczynali każde posiedzenie od nowego badania ksieni. Pewnego dnia, kiedy matka kazała jej powiedzieć, aby była dobrej myśli
i dalej przeczyła wszystkiemu, Helena wyznała wszystko.</akap>


<akap_dialog>--- Czemu obwiniałaś zrazu Jana Baptystę Doleri?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przez litość dla tchórzostwa biskupa; przy tym jeśli zdoła
ocalić swoje drogie życie, będzie mógł opiekować się moim
synem.</akap_dialog>


<akap>Po tym wyznaniu wtrącono ksienię w klasztorze w Castro do
celi, której mury, zarówno jak sklepienie, miały osiem stóp
grubości; zakonnice mówiły o tym więzieniu ze zgrozą, znane
było pod mianem ,,celi mnichów". Ksieni była tam pod ustawiczną strażą trzech kobiet.</akap>


<akap>Skoro zdrowie biskupa polepszyło się nieco, trzystu zbirów czy
żołnierzy przybyło, aby go zabrać z Ronciglione. Przeniesiono go
do Rzymu w lektyce i pomieszczono w więzieniu Corte Savella<pr><slowo_obce>Corte Savella</slowo_obce> --- więzienie specjalnego trybunału tej samej nazwy,
który sądził sprawy dostojników kościelnych i ich krewnych.
</pr>.
Wkrótce potem zakonnice przewieziono również do Rzymu;
ksienię zamknięto w klasztorze św. Marty. Cztery zakonnice były
oskarżone: panie Wiktoria i Bernarda, siostra furtianka oraz
odźwierna, która słyszała zelżywe słowa ksieni do biskupa.</akap>


<akap>Biskupa przesłuchał audytor Izby, jedna z najwyższych osobistości sądowniczych. Wzięto na nowo na tortury biednego Cezara
del Bene, który nie tylko nie wyznał nic, ale powiadał rzeczy
wielce niemiłe dla władz, co nań sprowadziło nową porcję tortur.
Tym wstępnym męczarniom poddano również panie Wiktorię
i Bernardę. Biskup przeczył wszystkiemu bezrozumnie, ale z uporem; opowiadał szczegółowo wszystko, co robił owych trzech
wieczorów, najoczywiściej spędzonych u ksieni.</akap>


<akap>Wreszcie postawiono sobie do oczu ksienię i biskupa; i mimo że
Helena wciąż mówiła prawdę, wzięto ją na tortury. Gdy powtarzała to samo, co wciąż mówiła od swego pierwszego wyznania,
biskup, wierny swej roli, obrzucił ją obelgami.</akap>


<akap>Po wielu dalszych aktach, usprawiedliwionych w gruncie, ale
skażonych owym duchem okrucieństwa, który po Karolu V i Filipie II<pr><slowo_obce>po Karolu V i Filipie II</slowo_obce> --- do cesarza niemieckiego Karola V i jego syna Filipa II należały w XVI w. hiszpańskie posiadłości we Włoszech (m.in. Królestwo Neapolu).</pr> utrwalił się we włoskim sądownictwie, biskupa skazano na dożywotnie więzienie w Zamku Św. Anioła; ksienię zamknięto na całe życie w klasztorze św. Marty. Ale już signora
Campireali, pragnąć ocalić córkę, podjęła wykopanie podziemnego przejścia. Tunel ten wychodził z kanału pozostałego po
wspaniałościach starożytnego Rzymu i miał się kończyć w głębokiej piwnicy, gdzie składano szczątki mniszek zakonu św. Marty.
Szeroki na dwie stopy, miał ściany z desek, przytrzymujące ziemię po prawej i po lewej stronie; w miarę zaś jak się posuwano,
wstawiano sklepienie z dwóch desek, tworzących niby ramiona
dużego A.</akap>


<akap>Przekop ten drążono w głębokości mniej więcej trzydziestu
stóp. Ważne było zachować właściwy kierunek; raz po raz studnie
i fundamenty dawnych budowli kazały robotnikom zbaczać
z drogi. Druga trudność to ziemia, z którą nie wiedziano, co
począć; zdaje się, że ją rozsypywano w nocy po ulicach Rzymu.
Wszyscy dziwili się tej obfitości ziemi, która, można rzec, spadała
z nieba.</akap>


<akap>Mimo olbrzymich sum, jakie signora Campireali wydawała,
aby ocalić córkę, podkop jej odkryto by z pewnością; ale w roku
1585 umarł papież Grzegorz XIII: z opróżnieniem papieskiego
stolca rozpoczęło się panowanie zamętu.</akap>


<akap>Helena cierpiała u św. Marty bardzo; można sobie wyobrazić,
z jakim zapałem owe dość ubogie zakonnice siliły się dokuczać
ksieni bardzo bogatej i skazanej za taką zbrodnię. Oczekiwała
z niecierpliwością wyniku prac podjętych przez matkę. Ale nagle
serce jej doznało osobliwych wzruszeń. Już pół roku wprzódy
Fabrycy Colonna widząc, iż zdrowie Grzegorza XIII podupada,
i mając wielkie zamiary na czas bezkrólewia, posłał jednego ze
swych oficerów do Juliana Branciforte, tak znanego obecnie
w armii hiszpańskiej pod mianem pułkownika Lizzary. Wzywał
go do Włoch; Julian płonął chęcią ujrzenia ojczyzny. Wylądował
pod przybranym nazwiskiem w Pescara, małym porcie na Adriatyku poniżej Chietti w Abruzzach, i górami przybył do Petrella.
Radość księcia zdumiała wszystkich. Oświadczył Julianowi, że go
sprowadził, aby go uczynić swym następcą i powierzyć mu
dowództwo armii. Na co Branciforte odparł, iż z punktu widzenia
wojskowego rzecz cała jest licha warta, czego z łatwością dowiódł;
że jeżeli Hiszpanie naprawdę zechcą, mogą w pół roku i z niewielkim zachodem zniszczyć wszystkie partyzanckie korpusy we
Włoszech.</akap>


<akap_dialog>--- Ale ostatecznie --- dodał młody Branciforte --- jeśli książe sobie
życzy, jestem gotów. Zawsze znajdzie książę we mnie następcę
dzielnego Ranucego, ubitego pod Ciampi.</akap_dialog>


<akap>Przed przybyciem Juliana książę nakazał, tak jak on umiał, aby
nikt w Petrella nie ośmielił się mówić o Castro i o procesie ksieni;
kara śmierci bez żadnej litości czekała za najmniejsze gadulstwo.
Wśród wylewów przyjaźni, z jakimi książę przyjął Juliana, poprosił go, aby nie jechał do Albano bez niego; sam zaś miał odbyć tę
podróż tak, iż obsadził miasto tysiącem swoich ludzi, tysiąc
dwustu zaś umieścił jako przednią straż na drodze do Rzymu.
Można osądzić, co się działo z biednym Julianem, kiedy książę,
wezwawszy starego Scotti, który żył jeszcze, do domu, gdzie się
mieściła generalna kwatera, kazał go wprowadzić do pokoju,
gdzie znajdował się Branciforte. Skoro dwaj przyjaciele padli
sobie w ramiona, książę rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- A teraz, biedny pułkowniku, spodziewaj się wszystkiego, co
najgorsze.</akap_dialog>


<akap>Po czym zdmuchnął świecę i wyszedł, zamykając ich na klucz.</akap>


<akap>Nazajutrz Julian nie chciał wyjść z pokoju; posłał po prostu do
księcia z prośbą, aby mógł wrócić do Petrella i nie pojawiać się
przez kilka dni. Ale oznajmiono mu, że książę zniknął, zarówno
jak jego wojsko. W nocy dowiedział się o śmierci Grzegorza XIII;
zapomniał o swym przyjacielu Julianie i pognał w pole. Przy
Julianie zostało jakich trzydziestu ludzi należących do dawnej
kompanii Ranucego. Wiadomo, że w owej epoce w czasie <wyroznienie>interregnum</wyroznienie> prawa spały, każdy dawał folgę swoim namiętnościom,
prawem była tylko siła; dlatego nim dzień dobiegł końca, książę
Colonna powiesił już pięćdziesięciu z górą wrogów. Co do Juliana, ten, mimo że nie miał ani czterdziestu ludzi, ośmielił się iść na
Rzym.</akap>


<akap>Wszyscy słudzy ksieni z Castro pozostali jej wierni; pomieścili
się w ubogich domkach sąsiadujących z klasztorem św. Marty.
Agonia Grzegorza XIII trwała więcej niż tydzień; signora Campireali czekała niecierpliwie zamętu, który nastąpił po jego śmierci,
aby dokończyć ostatnich pięćdziesięciu sążni podkopu. Ponieważ
trzeba było przebyć piwnice kilku zamieszkałych domów, obawiała się, że nie zdoła utaić przed światem celu swego przedsięwzięcia.</akap>


<akap>Na trzeci dzień po przybyciu Juliana Branciforte do Petrella
trzej dawni <slowo_obce>bravi</slowo_obce> Juliana, przyjęci przez Helenę w jej służby,
zachowywali się tak, jakby oszaleli. Mimo iż wiadomo było aż
nadto, że Helena znajduje się w najściślejszym zamknięciu i pod
strażą zakonnic, które jej nienawidziły, Hugo, jeden z <slowo_obce>bravi</slowo_obce>,
przybył do bramy klasztoru i jął natrętnie się domagać, aby mu
pozwolono ujrzeć jego panią, i to natychmiast. Odpędzono go
i wyrzucono za drzwi. Pod wpływem rozpaczy człowiek ten został
pod bramą i zaczął rozdawać po bajoku każdemu ze sług klasztornych, który wchodził albo wychodził; powtarzał przy tym te
słowa: ,,Cieszcie się ze mną! Pan Julian Branciforte przybył, żyje!
Powiedzcie to swoim przyjaciołom."</akap>


<akap>Dwaj kamraci Hugona cały dzień znosili mu bajoki i rozdawali
je dzień i noc, powtarzając wciąż te same słowa, póki nie rozdali
wszystkiego. A trzej <slowo_obce>bravi</slowo_obce>, luzując się wzajem, dalej pełnili straż
u bramy klasztoru, wciąż powtarzając przechodniom te same
słowa z towarzyszeniem głębokich pokłonów: ,,Pan Julian przybył etc."</akap>


<akap>Pomysł dzielnych ludzi powiódł się: w niespełna trzydzieści
sześć godzin po rozdaniu pierwszych bajoków biedna Helena
w głębi swej kaźni wiedziała, że Julian <wyroznienie>żyje</wyroznienie>. Słowo to wtrąciło ją
w istne szaleństwo.</akap>


<akap_dialog>--- O matko! --- wykrzyknęła --- ileż ty mi złego wyrządziłaś!</akap_dialog>

<akap>W kilka godzin później zdumiewającą wiadomość potwierdziła
Marieta, która za cenę wszystkich swoich klejnocików zdobyła
pozwolenie towarzyszenia odźwiernej, gdy ta przynosiła Helenie
jadło. Helena rzuciła się jej w ramiona, płacząc z radości.</akap>





<akap_dialog>--- To bardzo pięknie --- rzekła --- ale niedługo dane mi będzie
zostać z tobą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myślę! --- odparła Marieta. --- Przypuszczam, że nim konklawe
się skończy, więzienie pani zamieni się na proste wygnanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, droga, ujrzeć Juliana, i ujrzeć go tak występną!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1347965098921-3610267343"/><motyw id="m1347965098921-3610267343">Ucieczka</motyw>Trzeciej nocy po tej rozmowie posadzka kościelna zapadła się
w jednym miejscu z wielkim hałasem; zakonnice myślały, że
klasztor wali się w gruzy. Popłoch był straszny, wszyscy krzyczeli, że to trzęsienie ziemi. W godzinę po zawaleniu się marmurowej
posadzki signora Campireali, poprzedzana przez trzech <slowo_obce>bravi</slowo_obce>
w służbie Heleny, weszła podziemnym chodnikiem do więzienia.</akap>


<akap_dialog>--- Zwycięstwo, pani, zwycięstwo! --- krzyczeli zuchy.</akap_dialog>


<akap>Helena zlękła się śmiertelnie; myślała, że to Julian nadchodzi.
Uspokoiła się i rysy jej odzyskały zwykły wyraz, kiedy jej
oznajmili, że towarzyszą jedynie signorze Campireali i że Julian
jest dopiero w Albano, które zajął wraz z kilkoma tysiącami
żołnierzy.</akap>


<akap>Po chwili oczekiwania signora Campireali zjawiła się; szła
z trudem, prowadzona przez koniuszego: był w paradnym stroju
i przy szpadzie, ale jego wspaniałe ubranie było całe zachlastane
ziemią.</akap>


<akap_dialog>--- O moja Heleno, ocaliłam cię! --- wołała signora.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A kto ci powiedział, matko, że ja chcę ocalenia?</akap_dialog>


<akap>Signora Campireali osłupiała; patrzyła na córkę szeroko otwartymi oczami, widocznie bardzo wzruszona.</akap>


<akap_dialog>--- A więc, droga Heleno --- rzekła wreszcie --- los zmusza mnie do
wyznania postępku, bardzo naturalnego może wobec nieszczęść
zaszłych w naszej rodzinie, ale którego żałuję i za który proszę
o przebaczenie: Julian... Branciforte... żyje...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I dlatego że on żyje, ja nie chcę żyć.</akap_dialog>


<akap>Signora Campireali nie zrozumiała zrazu, następnie zaczęła
znów mówić do córki błagalnymi słowy, ale nie otrzymała odpowiedzi. Helena obróciła się w stronę krucyfiksu i modliła się, nie
słuchając. Próżno przez całą godzinę signora Campireali siliła się
uzyskać słowo lub spojrzenie. Wreszcie córka, zniecierpliwiona,
rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Pod marmurowym krucyfiksem w moim pokoiku w Albano
były schowane jego listy; lepiej było pozwolić mi zginąć od
sztyletu ojca! Idź, matko, i zostaw mi złoto!</akap_dialog>


<akap>Signora Campireali chciała jeszcze coś mówić mimo znaków,
jakie jej dawał wystraszony koniuszy. Helena zniecierpliwiła się.</akap>


<akap_dialog>--- Zostaw mi bodaj godzinę swobody; zatrułaś mi życie, chcesz
mi zatruć i śmierć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będziemy jeszcze panami przekopu przez dwie lub trzy
godziny; mam nadzieję, że się opamiętasz! --- wykrzyknęła signora
Campireali, zalewając się łzami.</akap_dialog>


<akap>I zapuściła się w korytarz.<end id="e1347965098921-3610267343"/></akap>


<akap_dialog>--- Hugonie, zostań przy mnie --- rzekła Helena do jednego
z <slowo_obce>bravi</slowo_obce> --- i bądź uzbrojony, mój chłopcze, będzie może trzeba mnie
bronić. Chodź, pokaż mi swój puginał, swoją szpadę, sztylet!</akap_dialog>


<akap>Stary żołnierz pokazał jej broń w dobrym stanie.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze! Zostań tam, w pobliżu mej celi; napiszę do Juliana
długi list, który mu sam oddasz; nie chcę, aby przechodził przez
inne ręce niż twoje, bo nie mam czym zapieczętować. Możesz
przeczytać to, co zawiera list. Zabierz wszystko złoto, które mi
zostawiła matka; potrzebuję tylko pięćdziesięciu cekinów, połóż
je na łóżku.</akap_dialog>


<akap>To rzekłszy, Helena zaczęła pisać:</akap>




<sekcja_swiatlo/>


<akap>Nie wątpię o Tobie, Drogi Julianie; jeśli odchodzę, to dlatego
że umarłabym z boleści w Twoich ramionach widząc, jakie byłoby
moje szczęście, gdybym nie była popełniła błędu. Nie sądź, bym kochała kiedy jaką istotę po Tobie; wręcz przeciwnie, serce moje
było przejęte najwyższą wzgardą dla człowieka, którego dopuściłam do mej sypialni. Błąd mój wypłynął jedynie z nudy i --- można
rzec --- z rozpusty. Pomyśl, że umysł mój, mocno osłabiony od
czasu daremnej podróży do Petrella, gdzie książę, którego czciłam, ponieważ Ty go kochałeś, przyjął mnie tak okrutnie;
pomyśl, powtarzam, że umysł mój, wielce osłabiony, dławiono
dwanaście lat kłamstwem. Wszystko, co mnie otaczało, było
fałszem i kłamstwem, i ja wiedziałam o tym. Zrazu dostałam ze
trzydzieści listów od Ciebie; osądź, z jakim wzruszeniem otwierałam pierwsze, ale w miarę jak je czytałam, serce moje ścinało się.
Badałam pismo, poznawałam Twoją rękę, ale nie Twoje serce.
Pomyśl, że to pierwsze kłamstwo podcięło istotę mego życia, tak
iż otwierałam obojętnie list pisany Twoją ręką! Ohydna bajka
o Twej śmierci do reszty zabiła we mnie wszystko, co zostało
jeszcze ze szczęśliwej młodości. Pierwszą mą myślą, wyobrażasz
sobie, było jechać, aby zobaczyć i dotknąć własnymi rękami
wybrzeży Meksyku, gdzie rzekomo dzicy Cię zgładzili; gdybym
poszła za tą myślą, bylibyśmy teraz szczęśliwi, w Madrycie
bowiem --- mimo liczby i zręczności szpiegów, którymi czujna ręka
mogłaby mnie otoczyć --- byłabym trafiła do wszystkich dusz,
w których zostało jeszcze nieco współczucia i dobroci, i wierzę, iż
byłabym dotarła do prawdy. Tak, mój Julianie! Już Twoje
wspaniałe czyny zwróciły na Ciebie uwagę świata i może ktoś
w Madrycie wiedział, że Ty jesteś Branciforte. Mamże powiedzieć, co zburzyło nasze szczęście? Najpierw pamięć okrutnego
i upokarzającego przyjęcia w Petrella; ileż przeszkód trzeba by
pokonać od Castro do Meksyku! Widzisz, dusza moja straciła już
całą energię. Następnie wzięła we mnie górę próżność. Zabudowałam klasztor wielkimi gmachami, aby obrócić na swoje mieszkanie pokoik przy furcie, gdzieś Ty się schronił w noc walki.
Jednego dnia spoglądałam na ziemię, którą Ty niegdyś dla mnie
oblałeś krwią; usłyszałam wzgardliwe słowo, podniosłam oczy,
ujrzałam wrogie twarze; aby się pomścić, zapragnęłam być ksienią. Matka, która wiedziała, że Ty żyjesz, dokonała heroicznych
czynów, aby uzyskać tę dziką nominację. Godność ta była dla
mnie jedynie źródłem nudy, do reszty spodliła mi duszę; często
sprawiało mi przyjemność znaczyć swą władzę nieszczęściem
drugich; popełniałam niesprawiedliwości. Miałam trzydzieści lat,
byłam --- wedle świata --- cnotliwa, bogata, poważana, a mimo to głęboko nieszczęśliwa. Wówczas zjawił się ten nieborak, sama
poczciwość, ale i wcielone niezdarstwo. Nicość jego sprawiła, że
zniosłam pierwsze jego nadskakiwania. Wszystko, co mnie otaczało od Twego wyjazdu, tak udręczyło mą duszę, że nie miałam
siły oprzeć się najlżejszej pokusie. Mamże wyznać coś, co jest
bardzo nieprzystojne? Ba, myślę, że umarłej wszystko wolno.
Kiedy będziesz czytał te słowa, robaki zeżrą owe rzekome piękności, które powinny były istnieć tylko dla Ciebie. Trzebaż
wreszcie powiedzieć tę rzecz tak bardzo mi przykrą: otóż nie
wiedziałam, czemu bym nie miała zakosztować grubej cielesnej
miłości, jak wszystkie nasze rzymskie panie; byłam rozwiązła
w myśli, ale nigdy nie mogłam się oddać temu człowiekowi bez
zgrozy i wstrętu, które niweczyły całą przyjemność. Widziałam
wciąż Ciebie przy mym boku w ogrodzie w Albano, kiedy
Madonna podsunęła Ci ową myśl, szlachetną na pozór, ale która ---
wraz z moją matka --- sprawiła nieszczęście naszego życia. Nie
byłeś groźny, ale tkliwy i dobry jak zawsze: patrzałeś na mnie;
wówczas chwytała mnie wściekłość na tego człowieka, tak że
biłam go ze wszystkich sił. Oto cała prawda, drogi Julianie; nie
chciałam umrzeć, nie wyznawszy Ci jej; myślałam także, że ta
rozmowa z Tobą odbierze mi chęć do śmierci. Widzę z niej tym
lepiej, jaką radością byłoby dla mnie ujrzeć Cię, gdybym została
godną Ciebie. Nakazuję Ci żyć i dalej iść drogą chwały wojennej,
która sprawiła mi tyle radości, kiedy się dowiedziałam o Twoich
triumfach. Cóż by to było, wielki Boże! gdybym była dostała
Twoje listy, zwłaszcza po bitwie pod Achenne! Żyj i wspominaj
często Ranucego, poległego pod Ciampi, i Helenę, która aby nie
widzieć wyrzutu w twoich oczach, umarła w klasztorze św.
Marty.</akap>

<sekcja_swiatlo/>


<akap>Skończywszy pisać, Helena zbliżyła się do starego żołnierza,
który tymczasem zasnął; wzięła po kryjomu puginał, po czym
zbudziła go.</akap>




<akap_dialog>--- Skończyłam --- rzekła --- lękam się, aby wrogowie nasi nie
zawładnęli podkopem. Weź prędko mój list --- leży na stole --- i oddaj go sam Julianowi, <wyroznienie>ty sam</wyroznienie>, rozumiesz? I jeszcze daj mu
tę chustkę; powiedz mu, że go kocham w tej chwili tak, jak zawsze
go kochałam, <wyroznienie>zawsze</wyroznienie>, słyszysz?!</akap_dialog>


<akap>Hugo stał w miejscu i nie odchodził.</akap>


<akap>--- Idźże!</akap>





<akap_dialog>--- Pani, czy pani dobrze się namyślila? Pan Julian tak panią
kocha!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja go kocham; weź list i oddaj mu go sam!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc niech panią Bóg błogosławi tak, jak pani jest dobra!</akap_dialog>


<akap>Hugo wyszedł i wrócił szybko; zastał Helenę martwą z puginałem w sercu.</akap>






<naglowek_czesc>Wiktoria Accoramboni
księżna Bracciano</naglowek_czesc>





<akap>Nieszczęściem zarówno dla mnie, jak dla czytelnika nie jest to
powieść, ale raczej wierny przekład bardzo poważnego opowiadania spisanego w Padwie w grudniu 1585 roku.</akap>




<akap>Bawiąc przed kilku laty w Mantui, szukałem szkiców i obrazów
dostępnych dla mojej skromnej sakiewki, ale dobierałem malarzy
sprzed roku 1600; około tej epoki oryginalność włoska, już
zagrożona mocno zdobyciem Florencji w roku 1530<pr><slowo_obce>oryginalność włoska, już
zagrożona mocno zdobyciem Florencji w roku 1530</slowo_obce> --- mowa o długotrwałym oblężeniu Florencji przez papieża Klemensa VII i cesarza Karola V.</pr>, umarła do
reszty.</akap>




<akap>Zamiast obrazu pewien stary patrycjusz, bardzo bogaty i bardzo skąpy, ofiarował mi na sprzedaż bardzo drogo pożółkłe od
starości rękopisy. Poprosiłem o pozwolenie przejrzenia ich; zgodził się, dodając, iż ufa mojej rzetelności, że mianowicie, o ile nie
kupię rękopisów, nie zapamiętam ciekawych anegdot, które tam
wyczytam.</akap>




<akap>Pod tym warunkiem, który mnie ubawił, przejrzałem z wielkim uszczerbkiem dla oczu jakieś trzysta lub czterysta tomów,
w których przed paroma wiekami nagromadzono opowieści tragicznych wydarzeń, listy z wyzwaniem na pojedynek, ugody między szlachetnymi sąsiadami, pamiętniki na różne tematy etc., etc.
Stary właściciel żądał olbrzymiej sumy za te rękopisy. Po dłuższych rokowaniach nabyłem bardzo drogo prawo skopiowania
pewnych opowiadań, które mi się spodobały i które malują
włoskie obyczaje około roku 1500. Mam ich dwadzieścia dwa
tomy <slowo_obce>in folio</slowo_obce> i to, co czytelnik przeczyta, o ile znajdzie cierpliwość
po temu, to właśnie jedna z tych kronik, wiernie przetłumaczona.
Znam historię szesnastego wieku we Włoszech i sądzę, że to, co następuje, jest zupełnie prawdziwe. Zadałem sobie trud, aby
przekład tego starego włoskiego stylu, surowego, prostego, wielce
ciemnego i najeżonego aluzjami do spraw i myśli, które zaprzątały
świat pod berłem Sykstusa V (1585), nie barwił się odblaskiem
pięknej literatury nowoczesnej oraz pojęciami naszej epoki wyzutej z przesądów.</akap>





<akap>Nieznajomy autor rękopisu jest to osobistość wielce oględna:
nie sądzi nigdy faktu, nie komentuje go nigdy; jedynym jego
celem jest prawda. Jeśli czasem jest --- bezwiednie zresztą --- malowniczy, to stąd, iż około roku 1585 próżność nie otaczała
wszystkich ludzkich postępków aureolą przesady; każdy mniemał, iż aby oddziałać na drugich, trzeba się wyrażać możliwie
jasno. <begin id="b1347966851753-3354387908"/><motyw id="m1347966851753-3354387908">Słowo, Kłamstwo</motyw>Około roku 1585, wyjąwszy błaznów trzymanych na
dworach lub wyjąwszy poetów, nikt nie silił się na powab słów.
Nie powiadano jeszcze: ,,Umrę u twoich stóp, Najjaśniejszy
Panie", posyłając po konie pocztowe, aby drapnąć; był to może
jedyny rodzaj zdrady, który nie był przyjęty. Mówiono mało
i każdy dawał niezmierne baczenie na to, co doń mówiono.<end id="e1347966851753-3354387908"/></akap>




<akap>Tak więc, łaskawy czytelniku, nie szukaj tu stylu żywego,
błyskotliwego, strojnego aluzjami do modnych uczuć; nie spodziewaj się zwłaszcza porywających wzruszeń romansu George
Sand; ta wielka pisarka zrobiłaby arcydzieło z życia i nieszczęść
Wiktorii Accoramboni. Szczere opowiadanie, które ci przedkładam, może mieć jedynie skromne zalety kroniki. Kiedy przypadkiem, jadąc sam o zmroku kolaską pocztową, zechce się ktoś
zadumać nad tajemnicami serca ludzkiego, będzie mógł osnuć
swoje sądy dokoła szczegółów tej historii. Autor mówi wszystko,
tłumaczy wszystko, nie zostawia nic wyobraźni czytelnika; spisał
to w dwanaście dni po śmierci bohaterki<pa><slowo_obce>Autor mówi wszystko,
tłumaczy wszystko, nie zostawia nic wyobraźni czytelnika; spisał
to w dwanaście dni po śmierci bohaterki</slowo_obce> --- rękopis włoski złożony jest w redakcji ,,Revue des Deux Mondes".</pa>.</akap>

<sekcja_swiatlo/>


<akap>Wiktoria Accoramboni urodziła się z wielce szlachetnej rodziny w Agubio, w księstwie Urbino. Od dzieciństwa zwracała
uwagę rzadką i niezwykłą pięknością; ale piękność ta była najmniejszym jej urokiem. Nie brakło jej żadnej z zalet, które mogą
zyskać podziw młodej dziewczynie wysokiego rodu; ale wśród
tylu przymiotów najgodniejszy uwagi, niemal --- można rzec --- graniczący z cudem, był jakiś nieodparty wdzięk, od pierwszego
wejrzenia jednający jej serce i wolę każdego. I tej prostoty,
stanowiącej siłę najmniejszego słowa, nie mącił żaden cień sztuczności; od pierwszej chwili czuło się ufność do tej pani obdarzonej
tak niezwykłą urodą. Ktoś, kto by ją tylko widział, mógłby
ostatecznie oprzeć się temu urzeczeniu; ale jeśli usłyszał jej głos,
zwłaszcza jeśli z nią rozmawiał, niepodobna mu było obronić się
działaniu tak niezwykłego czaru.</akap>




<akap>Wielu młodych kawalerów w Rzymie, gdzie mieszkał jej ojciec
i gdzie jeszcze stoi jego pałac na placu Rusticuci, opodal św.
Piotra, zabiegało o jej rękę. Było wiele zazdrości i wiele współzawodnictw, ale wreszcie rodzice Wiktorii dali pierwszeństwo
Feliksowi Peretti, siostrzeńcowi kardynała Montalto, który został
później papieżem Sykstusem V, szczęśliwie nam panującym.</akap>




<akap>Feliks, syn Kamilli Peretti, siostry kardynała, nazywał się
zrazu Franciszek Mignucci; przybrał miano Feliksa Peretti wówczas, gdy został uroczyście adoptowany przez wuja.</akap>




<akap>Wchodząc w dom Perettich, Wiktoria wniosła bezwiednie tę
właściwość, którą można nazwać opłakaną i która towarzyszyła jej
wszędzie; można powiedzieć, że aby jej nie ubóstwiać, trzeba było
nigdy jej nie ujrzeć<pa><slowo_obce>Wiktoria wniosła bezwiednie tę
właściwość, którą można nazwać opłakaną i która towarzyszyła jej
wszędzie; można powiedzieć, że aby jej nie ubóstwiać, trzeba było
nigdy jej nie ujrzeć</slowo_obce> --- w Mediolanie, o ile mogę sobie przypomnieć, w Bibliotece Ambrozjańskiej, można obejrzeć
pełne wdzięku i uczucia sonety i inne wiersze Wiktorii Accoramboni. Dość dobre sonety powstały
niegdyś o jej okropnym losie. Wydaje się, że miała umysł równie niezwykły jak wdzięk i urodę.</pa>. Miłość, jaką płonął do niej mąż, graniczyła
z prawdziwym szaleństwem; teściowa jej Kamilla i sam kardynał
Montalto nie mieli, zdawało się, innego zajęcia na ziemi niż
odgadywać chęci Wiktorii i starać się je zaspokoić. Cały Rzym
zdumiewał się, jak ów kardynał, znany ze szczupłych środków nie
mniej jak ze wstrętu do wszelkiego zbytku, znajdował stałą
przyjemność w tym, aby uprzedzać wszystkie życzenia Wiktorii.
Istota ta, młoda, olśniewająco piękna, uwielbiana przez wszystkich, miewała bądź co bądź niekiedy zachcenia dość kosztowne.
Wiktoria dostawała od swoich nowych krewnych klejnoty wielkiej ceny, perły, słowem wszystko, co się pojawiło najrzadszego
u złotników rzymskich, w owym czasie dobrze zaopatrzonych.</akap>




<akap>Z miłości do lubej siostrzenicy kardynał Montalto, tak znany ze
swej surowości, uważał braci Wiktorii tak, jakby to byli właśni
jego siostrzeńcy. Oktaw Accoramboni, ledwie doszedłszy trzydziestu lat, został --- dzięki wstawiennictwu kardynała Montalto --- desygnowany przez księcia Urbino i mianowany przez papieża
Grzegorza XIII biskupem fossombrońskim; Marceli Accoramboni, młody junak, oskarżony o mnogość zbrodni i żywo ścigany
przez <slowo_obce>corte</slowo_obce><pa><slowo_obce>corte</slowo_obce> --- był to zbrojny oddział mający za zadanie czuwać nad bezpieczeństwem publicznym, żandarmi
i agenci policji roku 1500. Dowodził nimi kapitan, nazywany <slowo_obce>bargello</slowo_obce>, który był osobiście
odpowiedzialny za wykonanie rozkazów gubernatora Rzymu (prefekta policji).</pa>, z trudem umknął pościgu, który mógł go zawieść na
śmierć. Zaszczycony opieką kardynała, zdołał odzyskać nieco
spokoju.</akap>




<akap>Trzeciego brata Wiktorii, Juliusza Accoramboni, kardynał
Aleksander Sforza dopuścił do pierwszych zaszczytów na swym
dworze, skoro tylko kardynał Montalto poprosił go o to.</akap>




<akap>Słowem, gdyby ludzie umieli mierzyć własne szczęście nie
wedle bezgranicznej niestałości pragnień, ale wedle istotnych
dóbr, które już posiadają, małżeństwo Wiktorii z siostrzeńcem
kardynała Montalto mogło się wydać Accorambonim szczytem
ziemskiego szczęścia. Ale bezrozumna żądza olbrzymich i niepewnych korzyści może ludziom najbardziej obsypanym łaskami
losu podsuwać szalone i niebezpieczne myśli.</akap>




<akap>Faktem jest, że jeżeli który z krewnych Wiktorii, jak to
w Rzymie podejrzewano, przyczynił się przez żądzę nowego
wywyższenia do zagłady jej męża, niebawem miał sposobność
ocenić, o ile byłoby rozsądniej zadowolić się umiarkowanymi
darami miłego losu, który miał tak rychło dojść szczytu ambicji
ludzkiej.</akap>




<akap>Gdy tak Wiktoria żyła jak królowa w swoim domu, pewnego
wieczora, kiedy Feliks Peretti położył się do łóżka z żoną, niejaka
Katarzyna, urodzona w Bolonii, pokojówka Wiktorii, oddała mu
list. List ten przyniósł brat Katarzyny, Dominik d'Aquaviva,
zwany Mancino (mańkut). Człowiek ten był wygnany z Rzymu za
rozliczne zbrodnie, ale na prośbę Katarzyny Feliks zyskał mu
potężną opiekę swego wuja i Mancino bywał często w domu
Feliksa, który pokładał w nim wielkie zaufanie.</akap>




<akap>List, o którym mówimy, pisany był w imieniu Marcelego
Accoramboni, najmilszego Feliksowi ze wszystkich braci Wiktorii. Najczęściej żył w ukryciu poza murami Rzymu; niekiedy
wszakże odważał się wejść do miasta i wówczas znajdował schronienie u Feliksa.</akap>



<akap>Listem tym, doręczonym o tak niewczesnej godzinie, Marceli
wzywał szwagra swego, Feliksa Peretti, na pomoc; zaklinał go,
aby mu przybył na ratunek, i dodawał, że w sprawie niezmiernie
pilnej oczekuje go koło pałacu Montecavallo.</akap>


<akap>Feliks powiedział żonie o szczególnym liście, po czym ubrał
się, nie biorąc innej broni prócz szpady. Już miał wyjść w towarzystwie jednego sługi z pochodnią, kiedy zastąpiły mu drogę matka,
Kamilla, wszystkie kobiety z całego domu, a wśród nich sama
Wiktoria; błagały najusilniej, aby nie wychodził o tak późnej
porze. Kiedy nie chciał ulec ich prośbom, padły na kolana i ze
łzami w oczach zaklinały go, aby ich usłuchał.</akap>


<akap>Kobiety te, a zwłaszcza Kamilla, były pod wrażeniem opowieści krążących o dziwnych rzeczach, które się działy co dzień
i uchodziły bezkarnie w owym czasie pontyfikatu Grzegorza XIII,
pełnego zamętu i niesłychanych zbrodni. Uderzyła je jeszcze i ta
myśl: kiedy Marceli Accoramboni ważył się pojawić w Rzymie,
nie miał zwyczaju wzywać Feliksa i taki krok o tej godzinie zdawał
się im czymś zgoła nieprzystojnym.</akap>







<akap>Pełen ognia właściwego swemu wiekowi, Feliks nie uznawał
tych argumentów; kiedy zaś dowiedział się, że list przyniósł
Mancino, człowiek, którego kochał i któremu nieraz oddał usługę, nic nie mogło go wstrzymać; wyszedł z domu.</akap>


<akap>Jak wspomniano, poprzedzał go jeden sługa z pochodnią; ale
ledwie biedny młodzian wstąpił kilka kroków na wzgórze Montecavallo, padł ugodzony trzema strzałami z rusznicy. Widząc go
leżącego, mordercy rzucili się nań i przeszyli go mnóstwem ciosów, aż im się zdał zupełnie martwy. <begin id="b1347970190907-3455770918"/><motyw id="m1347970190907-3455770918">Żałoba, Siła</motyw>Natychmiast przyniesiono tę żałobną nowinę matce i żonie Feliksa, a przez nie doszła
wnet do wuja jego, kardynała.</akap>


<akap>Kardynał, nie zmieniwszy wyrazu twarzy, nie zdradzając
najlżejszego wzruszenia, kazał się szybko ubrać, po czym polecił
Bogu samego siebie oraz tę biedną duszę (tak zaskoczoną niespodzianie). Następnie udał się do siostrzenicy i tam z cudowną
powagą oraz z pozorami głębokiego spokoju nałożył hamulec
krzykom i płaczom kobiecym, które zaczynały się rozlegać w całym domu. Wpływ jego na te kobiety był taki, że od tej chwili,
nawet w momencie gdy wynoszono trupa z domu, nie ujrzano ani
nie usłyszano w ich zachowaniu nic, co by się w najmniejszym
stopniu oddalało od zwyczajnej żałoby w spokojnym domu. Co się
tyczy samego kardynała, nikt nie mógł w nim dojrzeć nawet
umiarkowanych oznak bólu; nic nie zmieniło się w porządku ani
w widomych objawach jego życia. Cały Rzym nabrał niebawem tego przeświadczenia, mimo iż ze swą zwykłą ciekawością śledził
najlżejsze poruszenia tego tak głęboko zranionego człowieka.</akap>





<akap>Zdarzyło się przypadkiem, że nazajutrz po śmierci Feliksa
zwołano konsystorz (kardynałów) do Watykanu. Nie było człowieka w mieście, który by nie myślał, że bodaj w pierwszy dzień
kardynał Montalto uchyli się od tej publicznej funkcji. W istocie
miał się tam ukazać oczom tylu i tak ciekawych świadków!
Śledzono by najlżejsze drgnienie owej naturalnej słabości, którą
tak pilnie wypadało ukryć osobie mierzącej z wybitnego stanowiska ku jeszcze wybitniejszemu; każdy bowiem przyzna, że nie
przystoi, aby ten, który ma ambicję wznieść się ponad wszystkich
ludzi, okazał się człowiekiem jak inni.</akap>


<akap>Ale osoby, które żywiły takie mniemanie, omyliły się podwójnie. Po pierwsze, wedle swego zwyczaju kardynał Montalto zjawił
się w sali konsystorskiej jeden z pierwszych; po wtóre, nawet
najprzenikliwszym niepodobna było dopatrzyć się w nim jakiegoś
znaku wzruszenia. Przeciwnie, sposób, w jaki odpowiadał kolegom, starającym się wyrazić mu współczucie z powodu tak
okrutnego wypadku, przejął wszystkich zdumieniem. Jego hart
i pozorna nieczułość po tak okropnym nieszczęściu stały się
przedmiotem rozmów całego miasta.</akap>


<akap>Co prawda nawet w konsystorzu paru ludzi znających obyczaje
dworów przypisywało tę pozorną obojętność nie brakowi uczucia,
ale raczej udaniu; a pogląd ten podzieliła niebawem większość
dworaków. W istocie roztropniej było nie okazywać zbytniego
wzruszenia krzywdą, której sprawca był zapewne osobą wysoko
postawioną i mogącą snadnie zagrodzić drogę do najwyższej
godności.<end id="e1347970190907-3455770918"/></akap>


<akap>Jaką bądź była przyczyna tej widomej obojętności, to pewna, iż
zdumiała ona cały Rzym oraz dwór Grzegorza XIII. Ale --- aby
wrócić do konsystorza --- kiedy zebrali się wszyscy kardynałowie
i sam papież wszedł na salę, natychmiast obrócił oczy w stronę
kardynała Montalto i ujrzano, że Jego Świątobliwość uronił łzy;
co się tyczy kardynała, rysy jego nie straciły zwykłego spokoju.</akap>


<akap>Zdumienie wzrosło jeszcze, kiedy na tym samym konsystorzu
kardynał Montalto przyklęknął z kolei przed tronem Jego Świątobliwości, aby zdać sprawę z czynności mu powierzonych; papież,
nim mu pozwolił rozpocząć, nie mógł się wstrzymać od szlochu.
Kiedy Jego Świątobliwość zdolny był przemówić, starał się
pocieszyć kardynała, przyrzekając mu, iż zbrodnia tak potworna spotka się rychło z surową karą. Ale kardynał, podziękowawszy
pokornie, błagał papieża, aby poniechał śledztwa w tej sprawie,
świadcząc się, iż co się jego tyczy, przebacza z serca winowajcy,
kimkolwiek by był. I po tej prośbie, wyrażonej w bardzo krótkich
słowach, kardynał przeszedł do spraw, które mu poruczono, tak
jakby nic nadzwyczajnego nie zaszło.</akap>


<akap>Oczy wszystkich obecnych kardynałów wlepione były w papieża i w kardynała Montalto; mimo iż bardzo trudno jest zmylić
wyćwiczone oko dworaków, żaden wszakże nie ośmielił się
powiedzieć, aby twarz kardynała Montalto zdradziła ślad wzruszenia, gdy widział tak z bliska płaczącego papieża, który po
prostu nie mógł się opanować. Ta zdumiewająca nieczułość
kardynała Montalto nie zadała sobie kłamu przez cały czas
rozmowy z Jego Świątobliwością; aż papież był tym uderzony i po
skończonym konsystorzu, nie mogąc się wstrzymać, rzekł do
kardynała San Sisto, swego ulubionego bratanka:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Veramente, costui è un gran frate!</slowo_obce> (W istocie, tęgi mnich
z tego człowieka!)<pa><slowo_obce>W istocie, tęgi mnich z tego człowieka</slowo_obce> --- aluzja do hipokryzji, którą niedowiarkowie uważają za częstą u mnichów. Sykstus V był
mnichem żebrzącym i prześladowanym w swoim zakonie. Zobacz jego życiorys u Gregoria Leti,
zabawnego historyka, który kłamie nie częściej od innych. Feliks Peretti został zamordowany
w 1580; jego wuj został papieżem w 1585.</pa></akap_dialog>





<akap><begin id="b1347974379428-100431557"/><motyw id="m1347974379428-100431557">Grzeczność, Obyczaje</motyw>Następnych dni zachowanie kardynała Montalto nie uległo
zgoła odmianie. Przyjął, jak każe obyczaj, kondolencje kardynałów, prałatów i książąt rzymskich, ale z żadnym --- bez względu na
wiążące ich stosunki --- nie pozwolił sobie na słowo bólu lub żałoby.
Z każdym po krótkiej uwadze o niestałości rzeczy ziemskich,
umocnionej i popartej cytatami z Pisma lub z Ojców Kościoła,
odmieniał rozmowę i przechodził do miejskich nowin lub do
osobistych spraw każdego; zgoła tak, jakby chciał pocieszyć
swoich pocieszycieli.</akap>


<akap>Rzym był zwłaszcza ciekawy tego, co się będzie działo podczas
odwiedzin księcia Pawła Giordana Orsini, diuka Bracciano, któremu głos publiczny przypisywał śmierć Feliksa Peretti. Pospólstwo mniemało, że kardynał nie zniesie z bliska obecności księcia
i rozmowy z nim sam na sam, aby miał nie zdradzić jakowym
znakiem swoich uczuć.</akap>


<akap>W chwili gdy książę przybył do kardynała, zebrała się ogromna
ciżba na ulicy i koło bramy; mnogość dworzan wypełniała wszystkie pokoje, tak byli ciekawi śledzić twarze obu. Ale u żadnego
z nich nie było można dostrzec nic nadzwyczajnego. Kardynał
zachował wszystkie formy dworności; przybrał twarz nader wesołą, a sposób, w jaki zwracał się do księcia, odznaczał się wyszukaną uprzejmością.<end id="e1347974379428-100431557"/></akap>


<akap>W chwilę potem, siadając do karocy i znalazłszy się ze swymi
poufałymi, książę Paweł nie mógł się wstrzymać i rzekł śmiejąc
się: <slowo_obce>In fatto, è vero che costui è un gran frate!</slowo_obce> (Szczera prawda, że
to jest tęgi mnich!), jak gdyby chciał potwierdzić prawdę słów,
które się wymknęły papieżowi.</akap>


<akap>Roztropni ludzie myśleli, że zachowanie kardynała Montalto
w tej okoliczności wymościło mu drogę do tiary; wiele bowiem
osób powzięło o nim to mniemanie, iż z natury czy z cnoty
chrześcijańskiej nie umie lub nie chce szkodzić nikomu, choćby
miał największe przyczyny gniewu.</akap>


<akap>Feliks Peretti nie zostawił żadnego pisma tyczącego żony; tym
samym trzeba jej było wracać do rodziców. Kardynał kazał jej
wręczyć przed odejściem stroje, klejnoty i w ogóle wszystkie dary,
jakie otrzymała, gdy była żoną jego siostrzeńca.</akap>


<akap>Trzeciego dnia po śmierci Feliksa Wiktoria w towarzystwie
matki wprowadziła się do pałacu księcia Orsini. Niektórzy mówili, iż skłoniła je do tego kroku troska o osobiste bezpieczeństwo<pa><slowo_obce>Wiktoria w towarzystwie matki wprowadziła się do pałacu księcia Orsini. Niektórzy mówili, iż skłoniła je do tego kroku troska o osobiste bezpieczeństwo, ile że <slowo_obce>corte</slowo_obce> groziła im pościgiem</slowo_obce> --- <slowo_obce>corte</slowo_obce> nie mogła wkraczać do pałacu książęcego.</pa>,
ile że <slowo_obce>corte</slowo_obce> groziła im pościgiem, jako oskarżonym o zgodę na
zabójstwo lub bodaj o jego świadomość. Inni myśleli (a późniejsze
wypadki potwierdziły to niejako), że skłoniła je do tego kroku
chęć małżeństwa, ile że książę przyrzekł Wiktorii zaślubić ją,
skoro tylko będzie wolna.</akap>


<akap>Bądź co bądź ani wówczas, ani później nie poznano jasno
sprawcy śmierci Feliksa, mimo iż wszyscy podejrzewali wszystkich. Większość wszelako przypisywała tę śmierć księciu Orsini;
znano jego miłość do Wiktorii, którą objawiał w sposób niedwuznaczny; a małżeństwo, które nastąpiło, było tego wymownym
dowodem, gdyż oblubienica była tu o tyle niższa stanem, iż
jedynie napór namiętności mógł ją zrównać z oblubieńcem<pa><slowo_obce>oblubienica była tu o tyle niższa stanem, iż
jedynie napór namiętności mógł ją zrównać z oblubieńcem</slowo_obce> --- pierwsza żona księcia Orsini, z której miał syna imieniem Virginio, była siostrą Franciszka I,
wielkiego księcia Toskanii, i kardynała Ferdynanda de Medici. Kazał ją zabić, za zgodą jej braci,
ponieważ go zdradziła. Takie były prawa honoru przyniesione do Włoch przez Hiszpanów.
Wiarołomstwo kobiety było w tym samym stopniu zniewagą dla jej braci jak dla męża.</pa>.
Przeświadczenia tego nie zachwiał wśród ogółu list napisany do
gubernatora Rzymu i ogłoszony w kilka dni po fakcie. List ten
podpisany był nazwiskiem Cezara Palantieri, młodego człowieka
o wielce nieokiełzanym charakterze, wygnanego z miasta.</akap>


<akap>W liście tym Palantieri powiada, że nie trzeba, aby Jego
Dostojność zadawał sobie trud szukania gdzie indziej sprawcy
śmierci Feliksa, gdyż to on kazał go zabić wskutek nieporozumień, które zaszły między nimi przed jakimś czasem.</akap>


<akap>Wielu myślało, że to morderstwo nie stało się bez zgody
rodziny Accoramboni; oskarżono braci Wiktorii uwiedzionych
jakoby ambicją spowinowacenia się z możnym i bogatym księciem. Oskarżano zwłaszcza Marcelego na mocy poszlaki zawartej
w liście, który wywabił z domu nieszczęsnego Feliksa. Mówiono
źle i o samej Wiktorii, kiedy ujrzano, iż godzi się zamieszkać
w pałacu Orsinich, jako przyszła małżonka, tuż po śmierci męża.
Twierdzono, że jest mało prawdopodobne, by w mgnieniu oka
można posiąść umiejętność władania krótką bronią, jeśli się przez
jakiś czas przynajmniej nie posługiwało szpadą.<pa><slowo_obce>Twierdzono, że jest mało prawdopodobne, by w mgnieniu oka
można posiąść umiejętność władania krótką bronią, jeśli się przez
jakiś czas przynajmniej nie posługiwało szpadą</slowo_obce> --- aluzja do przyjętego sposobu walczenia jednocześnie szpadą i sztyletem.</pa></akap>


<akap>Dochodzenie tego morderstwa objął monsignor Portici, gubernator Rzymu, na rozkaz Grzegorza XIII. Widzimy w nim tylko, iż
ów Dominik przezwany Mancino, uwięziony przez <slowo_obce>corte</slowo_obce>, ale nie
wzięty na tortury (<slowo_obce>tormentato</slowo_obce>), wyznaje w drugim przesłuchaniu
dnia 24 lutego 1582:</akap>

<akap>,,Że przyczyną wszystkiego była matka Wiktorii i że wspomagała ją owa <slowo_obce>cameriera</slowo_obce> rodem z Bolonii, która natychmiast po
morderstwie schroniła się do cytadeli w Bracciano (należącej do
księcia Orsini, gdzie <slowo_obce>corte</slowo_obce> nie śmiałaby wkroczyć), a że sprawcami zbrodni byli Machione z Gubbio i Paweł Barca z Bracciano,
<slowo_obce>lancie spezzate</slowo_obce> (żołnierze) pewnego pana, którego nazwiska dla
godnych przyczyn nie wymieniono."</akap>





<akap>Do tych ,,godnych przyczyn" dołączyły się, jak sądzę, prośby
kardynała Montalto, który żądał usilnie, aby dochodzeń nie
posuwano dalej; jakoż w istocie nie było mowy o procesie.
Mancino wyszedł z więzienia z <slowo_obce>precetto</slowo_obce> (rozkazem), by wracał
natychmiast, pod karą śmierci, do swej ojczyzny i nie wydalał się
bez szczególnego zezwolenia. Uwolnienie tego człowieka nastąpiło w roku 1583, w dzień św. Ludwika, że zaś ów dzień był
równocześnie dniem urodzin kardynała Montalto, okoliczność ta
utwierdza mnie coraz więcej w przeświadczeniu, że to na jego
prośbę zakończono sprawę. Pod rządem tak słabym jak rząd
Grzegorza XIII taki proces mógł mieć następstwa bardzo niemiłe,
i to bez żadnej kompensaty.</akap>


<akap>W ten sposób działanie <slowo_obce>corte</slowo_obce> zawieszono; mimo to Grzegorz XIII nie chciał się zgodzić, aby książę Paweł Orsini, diuk
Bracciano, zaślubił wdowę Accoramboni. Jego Świątobliwość,
nałożywszy Wiktorii jakoby więzienie, dał księciu i wdowie
<slowo_obce>precetto</slowo_obce> niezawierania małżeństwa bez osobliwej zgody jego lub
jego następcy.</akap>


<akap>Grzegorz XIII umarł (z początkiem roku 1585); ponieważ
doktorzy praw, których poradził się Paweł Orsini, orzekli, że
wedle ich sądu <slowo_obce>precetto</slowo_obce> wygasa przez śmierć panującego, który je
nałożył, książę postanowił zaślubić Wiktorię przed wyborem
nowego papieża. Ale małżeństwo nie mogło się odbyć tak rychło,
jak by książę pragnął; częścią dlatego, że chciał mieć pozwolenie
braci Wiktorii, zdarzyło się zaś, że Oktaw Accoramboni, biskup
Fossombrone, nie chciał za nic dać swego pozwolenia; częścią,
ponieważ nie przypuszczano, aby wybór następcy Grzegorza XIII
odbył się tak szybko. Faktem jest, że ślub odbył się dopiero tego
dnia, w którym papieżem został kardynał Montalto, tak zainteresowany w tej sprawie, to znaczy 24 kwietnia 1585; bądź to
z przypadku, bądź że książę rad był okazać, że tak samo nie lęka
się <slowo_obce>corte</slowo_obce> pod nowym papieżem, jak się go nie lękał pod Grzegorzem XIII.</akap>


<akap>To małżeństwo oburzyło do żywego Syktusa V (takie imię
przybrał Montalto); porzucił już sposób myślenia właściwy mnichowi i dostroił swą duszę do stopnia, na którym Bóg go
pomieścił.</akap>


<akap>Mimo to papież nie zdradził niczym gniewu; jedynie gdy książę
Orsini zjawił się tego samego dnia wraz z ciżbą panów rzymskich,
aby mu ucałować nogi, a z tajnym zamiarem wyczytania w twarzy
Ojca Świętego, czego mu się trzeba spodziewać lub lękać ze strony
tego człowieka, dotąd tak mało mu znanego, spostrzegł, że już nie
czas na żarty. Kiedy nowy papież spojrzał na księcia w szczególny
sposób i nic nie odpowiedział na jego dworność, ten postanowił
wyświetlić bezzwłocznie zamiary Jego Świątobliwości.</akap>


<akap>Za pośrednictwem Ferdynanda, kardynała de Medici (brata
pierwszej żony), oraz katolickiego ambasadora hiszpańskiego
książę uzyskał u papieża audiencję w jego pokoju; tam wygłosił do
Jego Świątobliwości dobrze obmyślone przemówienie. Nie wspominając o minionych wypadkach, ucieszył się jego nową godnością oraz ofiarował mu, jako powolny wasal i sługa, całe swoje
mienie i wszystkie siły.</akap>





<akap>Papież<pa><slowo_obce>papież</slowo_obce> --- Sykstus V został papieżem w roku 1585, w sześćdziesiątym ósmym roku życia, panował pięć
lat i cztery miesiące: uderzające jest jego podobieństwo do Napoleona.</pa> wysłuchał z nadzwyczajną uwagą; w końcu oświadczył, że nikt bardziej odeń nie pragnie, aby życie i czyny Pawła
Giordana Orsini były na przyszłość godne krwi Orsinich i prawego chrześcijańskiego rycerza; że co się tyczy przeszłego jego
stosunku do Stolicy Apostolskiej i do niego samego, dziś papieża,
sumienie może go najlepiej objaśnić; może wszakże być pewny
jednej rzeczy, mianowicie, że tak jak przebacza mu chętnie to, co
mógł był uczynić przeciw Feliksowi Peretti i przeciw Feliksowi
kardynałowi Montalto, nigdy nie przebaczyłby mu tego, co by na
przyszłość uczynił przeciw papieżowi Sykstusowi; tym samym
wzywa go, aby natychmiast wygnał z domu i ze swoich ziem
wszystkich bandytów (wywołańców) i złoczyńców, którym dotąd
użyczał schronienia.</akap>


<akap>Sykstus V umiał wywierać osobliwe wrażenie, w jakimkolwiek
tonie przemawiał; ale kiedy był wzburzony i groźny, rzekłbyś,
oczy jego ciskały pioruny. Tyle jest pewne, że książę Paweł
Orsini, zawsze nawykły, że papieże go się bali, zaczął pod
wpływem tych słów poważnie myśleć o swoich sprawach, ile że
niczego podobnego nie słyszał od lat trzynastu. Ledwie wyszedłszy z pałacu Jego Świątobliwości, pobiegł do kardynała de Medici
opowiedzieć mu, co zaszło. Następnie za radą kardynała postanowił odprawić bez zwłoki wszystkich wywołańców, którym dawał
schronienie w swoim pałacu i w swoich ziemiach, i pomyślał co
prędzej o tym, aby znaleźć jakiś przyzwoity pozór bezzwłocznego
opuszczenia kraju podległego władzy tak surowego papieża.</akap>


<akap><begin id="b1347977446902-173787732"/><motyw id="m1347977446902-173787732">Choroba</motyw>Trzeba wiedzieć, że książę Paweł Orsini zrobił się nader otyły;
nogi jego były grubsze niż ciało zwykłego człowieka, a jedna z tych
olbrzymich nóg dotknięta była schorzeniem zwanym <slowo_obce>lupa</slowo_obce> (wilczyca), tak nazwanym, ponieważ trzeba je żywić wielką ilością
świeżego mięsiwa, które się przykłada na schorzały członek;
inaczej żrące humory, nie znajdując martwego mięsa do pożarcia,
rzuciłyby się na żywe ciało w ich pobliżu.<end id="e1347977446902-173787732"/></akap>


<akap>Książę wziął to cierpienie za pozór, aby się udać do słynnych
kąpieli w Albano, opodal Padwy, kraju podległego Rzeczpospolitej Weneckiej; wyruszył wraz z nową małżonką w połowie
czerwca. Albano było dlań schronieniem bardzo pewnym, od
wielu bowiem lat dom Orsinich związany był z Rzeczpospolitą
Wenecką wzajemnymi usługami.</akap>


<akap>Znalazłszy się w tym bezpiecznym schronieniu, książę myślał
już tylko o tym, aby zażywać wczasu; w tym celu wynajął trzy
wspaniałe pałace: jeden w Wenecji, pałac Dandolo, przy ulicy
Zecca; drugi w Padwie, mianowicie pałac Foscarini, na wspaniałym placu zwanym Arena; trzeci wybrał w Salo, nad lubym
brzegiem jeziora Garda: ten pałac należał niegdyś do rodziny
Sforza Pallavicini.</akap>


<akap>Panowie weneccy (rząd republiki) z przyjemnością dowiedzieli
się o przybyciu w ich stany takiego magnata i ofiarowali mu
bardzo godną <slowo_obce>condotta</slowo_obce> (to znaczy pokaźną sumę, wypłacaną
corocznie, którą książę miał obrócić na sformowanie korpusu
dwóch do trzech tysięcy ludzi pod swoim dowództwem). Książę
wymówił się bardzo swobodnie od tej propozycji; kazał oświadczyć senatorom, iż z naturalnej i dziedzicznej w jego rodzie
skłonności byłby sercem gotów do służby w Najdostojniejszej Republice, jednakże, będąc obecnie oddany królowi katolickiemu<pr><slowo_obce>król katolicki</slowo_obce> --- tytuł królów hiszpańskich.</pr>,
nie uważa za właściwe przyjmować innych zobowiązań. Owa tak
stanowcza odpowiedź ostudziła nieco senatorów. Zrazu mieli
zamiar, w razie przybycia księcia do Wenecji, zgotować mu
wspaniałe przyjęcie imieniem miasta; po tej odprawie namyślili
się uważać go za prywatną osobę.</akap>


<akap>Książę Orsini, powiadomiony o wszystkim, postanowił nawet
nie jechać do Wenecji. Już był w sąsiedztwie Padwy; za czym,
jadąc dalej tym uroczym krajem, udał się wraz ze świtą do domu przygotowanego dlań w Salo, nad brzegiem jeziora Garda.
Spędził tam całe lato wśród wspaniałych i urozmaiconych rozrywek.</akap>

<akap>Skoro nadeszła pora zmiany pobytu, książę dokonał kilku
niewielkich podróży, po których uczuł, że nie może już znosić
zmęczenia tak dobrze jak wprzód; zląkł się o swoje zdrowie;
wreszcie postanowił spędzić kilka dni w Wenecji, ale odradziła
mu to żona jego Wiktoria, która go nakłoniła, aby nadal został
w Salo.</akap>





<akap>Niektórzy myśleli, że Wiktoria Accoramboni spostrzegła niebezpieczeństwo grożące życiu małżonka i że nakłoniła go do
pozostania w Salo, jedynie chcąc wyciągnąć go później poza
granice Włoch, na przykład do jakiegoś wolnego miasta w Szwajcarii; w ten sposób w razie śmierci księcia ubezpieczyłaby swoją
osobę i osobisty majątek.</akap>


<akap>Czy to przypuszczenie było słuszne, czy nie, faktem jest, że nie
stało się nic podobnego, ile że książę, uległszy nowemu napadowi
choroby w Salo 10 listopada, natychmiast przeczuł to, co ma się
zdarzyć.</akap>

<akap>Użalił się swej nieszczęśliwej żony; widział ją w kwiecie
młodości, ubogą zarówno reputacją, jak mieniem, znienawidzoną
władcom panującym we Włoszech, niezbyt nawidzoną przez
Orsinich i bez nadziei innego małżeństwa po jego śmierci. Jako
pan wspaniały i wierny słowu, sporządził z własnego popędu
testament, którym chciał ubezpieczyć losy tej nieszczęsnej. Zostawił jej w gotowiźnie lub klejnotach pokaźną sumę stu tysięcy
piastrów<pa><slowo_obce>sumę stu tysięcy piastrów</slowo_obce> --- około 2 000 000 w 1837 r.</pa>, poza tym wszystkie konie, karoce i sprzęty, które mu
służyły w tej podróży. Dziedzicem reszty majątku uczynił Virginia Orsini, swego jedynego syna z pierwszej żony, siostry Franciszka I, wielkiego księcia toskańskiego (tej samej, którą zabił za
niewierność za zgodą jej braci).</akap>


<akap>Ale jak niepewne są przewidywania ludzi! Rozporządzenia,
którymi Paweł Orsini mniemał zapewnić bezpieczeństwo nieszczęśliwej kobiecie, zmieniły się dla niej w klęski i niedole.</akap>


<akap>Podpisawszy testament książę uczuł się dnia 12 listopada nieco
lepiej. Rano 13 puszczono mu krew, a lekarze, pokładając
nadzieje już tylko w surowej diecie, wydali najściślejsze rozkazy,
aby mu nie dozwalano żadnego jadła.</akap>


<akap>Ale zaledwie opuścili pokój, książę zażądał, aby mu dano
obiad; nikt nie ośmielił się sprzeciwić, jadł tedy i pił jak zwyczajnie. Ukończywszy posiłek stracił przytomność i na dwie godziny
przed zachodem słońca nie żył.</akap>


<akap>Po tej nagłej śmierci Wiktoria Accoramboni w towarzystwie
Marcelego, swego brata, oraz całego dworu nieboszczyka księcia
udała się do Padwy do pałacu Foscarini w pobliżu Areny, tego
samego, który książę Orsini był wynajął.</akap>


<akap>Wkrótce potem przybył tam do niej brat jej Flaminio, cieszący
się pełnią łask kardynała Farnese. Wiktoria poczyniła kroki, aby
uzyskać wypłatę mężowskiego zapisu; zapis ten sięgał sześćdziesięciu tysięcy piastrów, które miały być jej wypłacone w ciągu
dwóch lat, niezależnie od posagu i wiana oraz klejnotów i sprzętów, które miała w ręku. Książę Orsini zarządził testamentem,
aby w Rzymie lub innym mieście, wedle wyboru księżnej,
kupiono jej pałac wartości dziesięciu tysięcy piastrów i posiadłość
wiejską za sześć tysięcy; zalecił dalej, aby jej zapewniono stół
i służbę należne pani jej stanowiska. Służba miała się składać
z czterdziestu ludzi wraz z odpowiednią ilością koni.</akap>


<akap>Signora Wiktoria pokładała wiele nadziei w przyjaźni książąt
Ferrary, Florencji i Urbino oraz kardynałów Farnese i Medici,
mianowanych przez nieboszczyka wykonawcami testamentu. Godzi się nadmienić, że testament sporządzony był w Padwie
i poddany ocenie znamienitych ichmość panów Parrizolo i Menochio, pierwszych profesorów tamecznego uniwersytetu, a dziś tak
słynnych prawoznawców.</akap>


<akap>Książę Ludwik Orsini przybył do Padwy, aby dopełnić swoich
obowiązków względem nieboszczyka i wdowy; następnie miał się
udać na wyspę Korfu, aby objąć rządy, do których go powołała
Najdostojniejsza Republika.</akap>


<akap>Najpierw wszczął się spór między signorą Wiktorią i księciem
Ludwikiem o konie nieboszczyka diuka, których książę nie chciał
uznać za <wyroznienie>sprzęty</wyroznienie> w zwyczajnym znaczeniu tego słowa; ale
księżna dowiodła, że trzeba je, ściśle mówiąc, uważać za sprzęty.
Za czym postanowiono, że zachowa ich użytek do późniejszego
rozstrzygnięcia; a jako rękojmię podała pana Soardi z Bergamo,
kondotiera Rzeczypospolitej Weneckiej, szlachcica bardzo bogatego, jednego z pierwszych w ojczyźnie.</akap>


<akap>Druga trudność wyłoniła się z powodu pewnej ilości srebra,
które nieboszczyk książę oddał księciu Ludwikowi w zastaw za
pożyczoną sumę. Wszystko rozstrzygano drogą sądową, ile że
najdostojniejszy książę Ferrary pilnował, aby ostatnią wolę księcia Orsini wypełniono z całą ścisłością.</akap>


<akap>Tę drugą sprawę rozstrzygnięto dnia 23 grudnia, który to dzień
przypadał w niedzielę.</akap>


<akap>Tej samej nocy czterdziestu ludzi wtargnęło do domu rzeczonej
Accoramboni. Byli ubrani w płaszcze płócienne, dziwnie skrojone
i uszyte w ten sposób, aby ich nie można było poznać, chyba po
głosie, wołając się zaś nawzajem, posługiwali się zmyślonymi
imionami.</akap>


<akap>Szukali najpierw księżnej, a skoro ją znaleźli, jeden rzekł:
,,Teraz trzeba umierać".</akap>


<akap>I nie darowując jej ani chwili, mimo iż błagała, że chce się polecić Bogu, wbił jej sztylet tuż nad lewą piersią; po czym,
obracając sztylet na wszystkie strony, okrutnik zażądał kilka razy
od nieszczęśliwej, aby powiedziała, czy dosięgnął serca; wreszcie
wydała ostatnie tchnienie. Przez ten czas inni szukali braci
księżnej, z których jeden, Marceli, uszedł z życiem, ponieważ go
nie znaleziono w domu; drugiego przeszyto setką ciosów. Mordercy zostawili ciała na ziemi, cały dom we łzach i lamentach i porwawszy szkatułkę z pieniędzmi i kosztownościami
umknęli.</akap>


<akap>Wieść ta dobiegła szybko do sędziów w Padwie; polecili
rozpoznać martwe ciała i posłali do Wenecji po rozkazy.</akap>


<akap>Przez cały poniedziałek w pałacu oraz w kościele Eremitów była straszliwa ciżba; wszyscy chcieli oglądać trupy. Ciekawi byli poruszeni litością, zwłaszcza na widok księżnej, tak
pięknej; płakali nad jej nieszczęściem <slowo_obce>et dentibus fremebant</slowo_obce>
(i zgrzytali zębami) na morderców; ale nie znano jeszcze ich nazwiska.</akap>


<akap><slowo_obce>Corte</slowo_obce>, powziąwszy silne podejrzenie, iż rzecz stała się z rozkazu
lub przynajmniej za zgodą rzeczonego księcia Ludwika, kazała go
wezwać; kiedy zaś on chciał wejść <slowo_obce>in corte</slowo_obce> (do trybunału) Jego
Dostojności kapitana z orszakiem czterdziestu uzbrojonych ludzi,
zagrodzono mu drogę i powiedziano, aby wszedł tylko z trzema
lub czterema. Ale w chwili gdy ci wchodzili, inni wcisnęli się za
nimi, odtrącając straże i weszli wszyscy.</akap>


<akap>Książę Ludwik, znalazłszy się przed Jego Dostojnością kapitanem, użalił się na tę zniewagę, świadcząc się, że nigdy nie doznał
podobnego afrontu od żadnego panującego. Kiedy Jego Dostojność spytał go, czy wie coś dotyczącego śmierci signory Wiktorii
oraz tego, co się zdarzyło ubiegłej nocy, odpowiedział, że tak i że
nakazał, aby z tego zdano sprawę sądowi. Chciano zapisać jego
zeznania; odpowiedział, że ludzie jego stanu nie podlegają tej
formalności i że takoż nie godzi się go przesłuchiwać.</akap>


<akap>Książę Ludwik poprosił o pozwolenie wysłania gońca do
Florencji z listem do księcia Virginia Orsini, w którym zawiadamia go o zbrodni i procesie. Pokazał list udany, nie będący
prawdziwym, i uzyskał to, o co prosił.</akap>


<akap>Ale wysłanego gońca przytrzymano za miastem i przeszukano
starannie; znaleziono list, który książę Ludwik pokazał, oraz
drugi, schowany w butach kuriera; a był następującej treści:</akap>

<sekcja_swiatlo/>




<dlugi_cytat><akap>Do pana Virginia Orsini</akap>




<akap>Wielce Dostojny Panie!</akap>




<akap>Wykonaliśmy to, co było ułożone między nami, i to w ten
sposób, żeśmy wyprowadzili w pole jegomościa Tondini (zapewne nazwisko naczelnika <slowo_obce>corte</slowo_obce>, który przesłuchiwał księcia),
tak iż mają mnie tu za niewinnego jak baranek. Wykonałem rzecz
osobiście, toteż nie zaniedbaj Wasza Książęca Mość wysłać
natychmiast wiadomych ludzi.</akap></dlugi_cytat>


<sekcja_swiatlo/>
<akap>List ten poruszył mocno sędziów; posłali go czym prędzej do
Wenecji, sami zaś dali rozkaz zamknięcia bram miasta oraz
obsadzenia murów wojskiem przez dzień i noc. Ogłoszono surowe
kary na każdego, kto znając zbrodniarzy nie udzieliłby sądowi
tego, co wie. Mordercy, którzy zdradzą jednego ze swoich, nie
będą sami odpowiadali, a nawet otrzymają pewną kwotę pieniężną. Ale około siódmej w nocy w wigilię Bożego Narodzenia<pr><slowo_obce>około siódmej w nocy w wigilię Bożego Narodzenia</slowo_obce> --- do połowy XIX wieku w znacznej części Włoch rozpoczynano dobę
na godzinę przed zachodem słońca i rachowano godziny do dwudziestu czterech.</pr>
(24 grudnia o północy) przybył z Wenecji Alojzy Bragadino z szerokimi pełnomocnictwami od senatu oraz z rozkazem ujęcia za
wszelką cenę, żywych lub umarłych, rzeczonego księcia Ludwika
i wszystkich jego ludzi.</akap>


<akap>Ów pełnomocnik Bragadino, Jego Dostojność kapitan i podesta zebrali się w fortecy.</akap>


<akap>Nakazano pod karą szubienicy (<slowo_obce>della forca</slowo_obce>) wszelkiej milicji,
pieszej i konnej, aby się zebrała, dobrze uzbrojona, wpodle domu
rzeczonego księcia Ludwika, sąsiadującego z fortecą, a przylegającego do kościoła św. Augustyna na Arenie.</akap>


<akap>Skoro nastał dzień (będący dniem Bożego Narodzenia), ogłoszono w mieście edykt upominający synów św. Marka, aby
pobiegli z bronią w ręku do domu pana Ludwika; ci, którzy nie
posiadają broni, mają się udać do fortecy, gdzie otrzymają jej, ile
zapragną. Edykt ten przyznawał nagrodę dwóch tysięcy dukatów
temu, kto odda do rąk <slowo_obce>corte</slowo_obce> żywym lub umarłym rzeczonego pana
Ludwika, a pięćset dukatów za każdego z jego ludzi. Co więcej,
wydano rozkaz, aby ten, kto nie ma broni, nie zbliżał się do domu
księcia, iżby nie zawadzał bijącym się, w razie gdyby książę
odważył się uczynić wypad.</akap>


<akap>Zarazem pomieszczono rusznice wałowe, moździerze i armaty
na starych murach, na wprost domu księcia; toż samo na nowych
murach, z których widać było tyły domu. Z owej strony ustawiono jazdę, aby się mogła swobodnie obracać w razie potrzeby. Nad rzeką Brentą rozstawiono ławy, szafy, wozy i inne sprzęty,
tworząc z nich rodzaj szańca. Chciano w ten sposób uczynić
zaporę dla oblężonych, w razie gdyby mieli ruszyć na lud
w zwartym ordynku. Szaniec ten miał też chronić puszkarzy
i piechotę przeciw rusznicom oblężonych.</akap>


<akap>Wreszcie umocowano na rzece barki, na wprost i po bokach
książęcego pałacu. Barki były pełne ludzi zbrojnych w muszkiety
i inną broń sposobną do niepokojenia wroga, w razie gdyby
próbował ucieczki; równocześnie wzniesiono barykady na wszystkich ulicach.</akap>


<akap>W czasie tych przygotowań nadszedł list w bardzo przystojnych słowach, w których książę żalił się, że go osądzono winnym
i że się go traktuje jako wroga, ba, nawet buntownika, zanim
zbadano sprawę. List ten ułożył niejaki Liveroto.</akap>


<akap>27 grudnia trzej szlachcice, najznaczniejsi w mieście, udali się
z ramienia sądu do księcia Ludwika, który miał w domu około
czterdziestu ludzi, żołnierzy ostrzelanych z niebezpieczeństwem.
Zastali ich sporządzających szańce z desek i mokrych materacy
oraz gotujących rusznice.</akap>


<akap>Ci trzej szlachcice oświadczyli księciu, że sędziowie gotowi są
owładnąć jego osobą; napominają go, aby się poddał, dodając, iż
dzięki temu, nim jeszcze przyjdzie do czynnego starcia, może się
u nich spodziewać zmiłowania. Na co pan Ludwik odpowiedział,
że gdyby usunęli straże rozstawione koło domu, udałby się przed
sędziów samowtór albo samotrzeć ze swymi ludźmi, aby traktować sprawę, pod warunkiem, że zawsze będzie miał swobodę
cofnąć się do pałacu.</akap>


<akap>Wysłannicy przyjęli propozycje spisane jego ręką i wrócili do
sędziów, którzy odrzucili te warunki, za szczególną poradą wielce
znamienitego Pio Enea i innych panów. Posłowie wrócili do
księcia i oznajmili mu, że jeśli się nie podda wręcz i bez
warunków, dom jego będzie zrównany z ziemią z armaty; na co
odpowiedział, że woli śmierć niż takie pohańbienie.</akap>


<akap>Starsi dali znak do bitwy. Mimo że można było zburzyć prawie
cały dom jedną salwą, woleli działać z niejakimi względami,
próbując, czy oblężeni nie zgodzą się poddać.</akap>


<akap>Ten zamiar powiódł się i oszczędzono Wenecjanom wiele
pieniędzy, które byliby wydali na odbudowanie pałacu; nie
wszyscy jednak pochwalili to. Gdyby ludzie pana Ludwika
powzięli bez wahania rezolucję i wypadli z domu, skutek byłby
bardzo wątpliwy. Byli to starzy żołnierze, nie zbywało im amunicji, broni ani serca, a zwłaszcza mieli największy interes w tym,
aby zwyciężyć; czyż nie było lepiej dla nich, nawet przyjmując
najgorsze, umrzeć od kuli niż z ręki kata? Zresztą z kim mieli do
czynienia? Z ciurami mało doświadczonymi w broni. W takim
wypadku panowie mocno by żałowali swej łagodności i swej
wrodzonej dobroci.</akap>


<akap>Zaczęto tedy od burzenia kolumnady przed domem; następnie,
strzelając wciąż nieco górą, zburzono tylną fasadę. Przez ten czas
oblężeni gęsto strzelali z rusznicy, ale bez innego skutku prócz
tego, iż jakiegoś człowieka skaleczono w ramię.</akap>


<akap>Pan Ludwik krzyczał z wielkim impetem: ,,Bitwa! bitwa!
wojna! wojna!" Był bardzo zajęty wytapianiem kul z cynowych
półmisków oraz z ołowiu z szybek okiennych. Groził, że uczyni
wycieczkę. Ale oblegający powzięli nowe postanowienie: wysunięto artylerię grubszego kalibru.</akap>


<akap>Za pierwszym wystrzałem zawalił się wielki kawał domu
i niejaki Pandolfo Leupratti z Camerino padł przywalony gruzem.
Był to bardzo mężny człowiek i banita jeden z najznamienitszych.
Wygnano go ze stanów św. Kościoła, a na głowę jego nałożył cenę
czterechset piastrów jaśnie wielmożny pan Vitelli, a to za śmierć
Wincentego Vitelli, napadniętego w powozie i zabitego sztyletem
i rusznicą, bronią daną przez księcia Ludwika Orsini, a ramieniem owego Pandolfa i jego towarzyszy. Ogłuszony upadkiem,
Pandolfo nie mógł uczynić żadnego ruchu; ciura pewien zwany
Caidi Lista przysunął się doń uzbrojony w pistolet i bardzo
mężnie uciął mu głowę, którą zaniósł czym prędzej do cytadeli
i oddał władzom.</akap>


<akap>Wkrótce potem drugi strzał armatni zwalił ścianę domu, a wraz
z nią hrabiego Montemelino z Perugii; i zmarł w ruinach zmiażdżony kulą.</akap>


<akap>Ujrzano następnie wychodzącego z domu pułkownika Lorenzo, szlachcica z Camerino, bardzo bogatego, który w niejednej
okazji dał dowody męstwa i wielce był szacowny księciu. Ten
postanowił nie umrzeć bez pomsty; chciał strzelić z rusznicy; ale
mimo że kurek spadł, zdarzyło się --- może z dopustu Boga --- że
zapał się nie zajął, a w tejże chwili jego przeszyła kula. Wystrzelił
doń jakiś biedaczyna, repetytor żaków u św. Michała. Ale kiedy, chcąc zyskać przyrzeczoną nagrodę, zbliżał się, aby mu uciąć
głowę, uprzedzili go inni, zwinniejsi, a zwłaszcza silniejsi, którzy
wzięli sakiewkę, pas, strzelbę, pieniądze i pierścionki pułkownika
i ucięli mu głowę.</akap>


<akap>Skoro ci, w których książę Ludwik największą pokładał
ufność, padli, stropił się bardzo i zauważono, że poniechał już
wszelkiego ruchu.</akap>


<akap>Pan Filenfi, jego marszałek dworu i sekretarz w cywilnym
ubraniu, dał z balkonu białą chustką znak, że się poddaje.
Wyszedł i zawiedziono go do cytadeli <wyroznienie>prowadząc pod
ramię</wyroznienie>, jak podobno jest obyczaj na wojnie; a prowadził go
Anzelm Suardo, namiestnik panów (sędziów). Przesłuchany na
miejscu rzekł, iż nie ponosi żadnej winy w tym, co się stało, ile że
dopiero w wilię Bożego Narodzenia przybył z Wenecji, gdzie
zatrzymał się kilka dni dla spraw księcia.</akap>


<akap>Spytano go, ilu ludzi ma ze sobą książę; odpowiedział: ,,Dwudziestu albo trzydziestu".</akap>
<akap>Spytano o ich nazwiska; odpowiedział, że jest ośmiu lub
dziesięciu takich, którzy jako znamienitsi jadali jak on przy stole
księcia, i tych zna po nazwisku; o innych, włóczęgach z rzemiosła
i niedawno przybyłych, nic mu nie wiadomo.</akap>


<akap>Wymienił trzynaście osób, wśród tych brata pana Liveroto.</akap>


<akap>Wkrótce potem artyleria, ustawiona na murach, zaczęła grać.
Żołnierze usadowili się w domach sąsiadujących z pałacem księcia, aby przeszkodzić ucieczce jego ludzi. Książę, narażający się
na te same niebezpieczeństwa co owi dwaj, których opowiedzieliśmy śmierć, rzekł tym, co go otaczali, aby się bronili, póki nie ujrzą
pisma jego ręki w towarzystwie pewnego znaku; po czym oddał się
wymienionemu już Anzelmowi Suardo. Nie można go było
zawieźć w karocy, jak było przepisane, a to z powodu ciżby ludu
i barykad wznoszących się na ulicach; postanowiono tedy, że
pójdzie piechotą.</akap>


<akap>Szedł otoczony ludźmi Marcelego Accoramboni; tuż przy nim
szli panowie <slowo_obce>condottieri</slowo_obce>, namiestnik Suardo, inni kapitanowie
i szlachta, wszyscy dobrze uzbrojeni. Następnie szła tęga kompania żandarmów i żołnierzy miejskich. Książę Ludwik szedł
ciemno ubrany, ze sztyletem u boku i z płaszczem odrzuconym
przez ramię w sposób bardzo dworny; rzekł z uśmiechem wzgardy: ,,Gdybym był walczył!" --- chcąc dać do zrozumienia, że byłby zwyciężył. Zaprowadzony przed panów, skłonił się i rzekł, wskazując na namiestnika Anzelma:</akap>


<akap_dialog>--- Panowie, jestem jeńcem tego szlachcica i bardzo mnie smuci
to, co się zdarzyło, a czemu nie jestem winien.</akap_dialog>


<akap>Kiedy kapitan nakazał, aby mu odjęto sztylet, który miał przy
boku, oparł się o balkon i zaczął sobie obcinać paznokcie nożyczkami, które tam znalazł.</akap>


<akap>Spytano go o osoby, które ma w domu; wymienił między
innymi pułkownika Liveroto i hrabiego Montemelino (o którym była mowa wyżej), dodając, że dałby dziesięć tysięcy
piastrów za jednego z nich, a za drugiego oddałby własną krew.
Poprosił, aby go pomieszczono w miejscu przystojnym dla człowieka jego stanu. Skoro rzecz ułożono, napisał własną ręką do
swoich, nakazując, aby się poddali, i dał pierścień jako znak.
Oświadczył panu Anzelmowi, że daje mu swoją szpadę i fuzję,
skoro znajdzie tę broń w domu, aby się nią posługiwał dla jego
miłości jako bronią należącą do szlachcica, a nie do pospolitego
ciury.</akap>


<akap>Żołnierze weszli do domu księcia, przetrząsnęli go starannie
i natychmiast zwołali ludzi księcia, w liczbie trzydziestu czterech,
po czym zaprowadzili ich po dwu do więzienia. Trupy zostawiono
na pastwę psom i co prędzej zdano ze wszystkiego sprawę
w Wenecji.</akap>


<akap>Spostrzeżono, że wielu żołnierzy księcia Ludwika, wspólników
czynu, brakuje; zabroniono dawać im schronienie pod karą
zburzenia nieposłusznym domu i skonfiskowania mienia; ci zaś,
którzy ich wydadzą, otrzymają pięćdziesiąt piastrów. Tym sposobem wykryto wielu.</akap>


<akap>Wysłano z Wenecji fregatę do Kandii z rozkazem do pana
Latyna Orsini, aby wracał natychmiast dla sprawy wielkiej wagi.
Zdaje się, że straci swoje stanowisko.</akap>


<akap>Wczoraj rano, w dzień św. Szczepana, wszyscy spodziewali się,
że będą świadkami stracenia księcia Ludwika lub też dowiedzą
się, że go uduszono w więzieniu; i było powszechne zdziwienie, że
się stało inaczej, zważywszy, że nie jest to ptak, którego by można
długo trzymać w klatce. Ale następnej nocy odbył się proces
i w dzień św. Jana, nieco przed świtem, przyszła wiadomość, że
owego pana uduszono w więzieniu i że umarł bardzo dobrze
przysposobiony. Ciało jego przeniesiono bez zwłoki do katedry, w otoczeniu księży katedralnych oraz ojców jezuitów. Zostawiono
go cały dzień na stole na środku kościoła, iżby służył za widowisko
dla ludu, a za zwierciadło dla niedoświadczonych.</akap>


<akap>Nazajutrz ciało jego przeniesiono do Wenecji, jak nakazał
w testamencie, i tam go pogrzebano.</akap>
<akap>W sobotę powieszono dwóch jego ludzi; pierwszym i głównym
był Furio Savorgnano, drugim --- osoba podłego stanu.</akap>


<akap>W poniedziałek, przedostatniego dnia rzeczonego roku, powieszono trzynastu, wśród tych kilku bardzo szlachetnego rodu;
dwóch innych, kapitana Splendiano i hrabiego Paganello, przeprowadzono przez rynek i lekko szarpano kleszczami; skoro
przybyli na miejsce stracenia, zatłuczono ich, rozbito im głowy
i jeszcze na wpół żywych poćwiartowano. Byli obaj ze szlachty
i nim weszli na złą drogę, obaj bardzo bogaci. Powiadają, że to
hrabia Paganello zabił Wiktorię Accoramboni z okrucieństwem,
o którym opowiadaliśmy. Sprzeciwiałoby się temu to, iż książę
Ludwik w przytoczonym liście wyznaje, iż rzecz spełnił własną
ręką; może czyni to przez próżną chwalbę, podobną, jaką okazał
w Rzymie po zamordowaniu Vitellego, lub aby się lepiej zasłużyć
w oczach księcia Virginia Orsini.</akap>


<akap>Hrabiemu Paganello, nim otrzymał śmiertelny cios, wbito
wielokrotnie nóż powyżej lewej piersi, aby mu dosięgnąć serca,
jak on to uczynił owej biednej pani. Stąd wynikło, że z piersi jego
popłynął jakoby strumień krwi.</akap>


<akap>Żył tak więcej niż pół godziny, ku wielkiemu zdumieniu
wszystkich. Był to człowiek czterdziestopięcioletni, wyglądał
bardzo silnie.</akap>


<akap>Szubienica stoi jeszcze, aby się załatwić z dziewiętnastoma
pozostałymi w pierwszy dzień nieświąteczny. Ale ponieważ kat
jest bardzo zmęczony, a lud jest bez tchu od widoku tylu śmierci,
odkładają egzekucję przez te dwa dni. Nie zdaje się, aby kogoś
zostawiono przy życiu. Z ludzi księcia Ludwika jedynym wyjątkiem może być pan Filenfi, jego marszałek dworu, który zadaje
sobie wiele trudu --- i w istocie rzecz jest dlań ważna --- aby dowieść,
że nie miał żadnego udziału w tym zdarzeniu.</akap>


<akap><begin id="b1348043940539-2036188666"/><motyw id="m1348043940539-2036188666">Sprawiedliwość</motyw>Nikt nie przypomina sobie, nawet z najstarszych mieszkańców
Padwy, aby kiedykolwiek --- i równie sprawiedliwym wyrokiem ---
pozbawiono życia tyle osób na jeden raz. I panowie weneccy
zyskali sobie dobrą sławę i reputację u najcywilizowańszych
narodów.<end id="e1348043940539-2036188666"/></akap>






<akap>Dopisane inną ręka:</akap>




<akap>Franciszka Filenfi, sekretarza i <slowo_obce>maestro di casa</slowo_obce>, skazano na
piętnaście lat więzienia. Podczaszego (<slowo_obce>copiere</slowo_obce>) Onoria Adami
z Fermo, zarówno jak dwóch innych, na rok więzienia; siedmiu
innych skazano na galery z kajdanami na nogach, siedmiu
uwolniono.</akap>






<naglowek_czesc>Rodzina Cenci
1599</naglowek_czesc>





<akap>Don Juan Moliera jest uwodzicielem, niewątpliwie, ale przede
wszystkim jest człowiekiem z dobrego towarzystwa. Zanim się
odda niezwyciężonemu pędowi, który go prze do ładnych kobiet,
dba o to, aby się dostroić do pewnego idealnego wzoru; chce być
przedmiotem bezgranicznego podziwu na dworze młodego króla<pr><slowo_obce>na dworze młodego króla</slowo_obce> --- Ludwika XIV.</pr>, uwodzącego i pełnego wdzięku.</akap>


<akap>Don Juan Mozarta bliższy jest natury i mniej francuski: mniej
myśli o <wyroznienie>sądzie drugich</wyroznienie> i nie zależy mu przede wszystkim
na tym, żeby <wyroznienie>błyszczeć</wyroznienie>, jak mówi baron de Faeneste<pr><slowo_obce>baron de Faeneste</slowo_obce> --- bohater satyrycznej powieści Agrippy
d'Aubignégo <tytul_dziela>Przygody barona de Faeneste</tytul_dziela>.</pr>
d'Aubignégo. Mamy tylko dwa portrety don Juana włoskiego,
w postaci, w jakiej musiał się objawić w owym pięknym kraju
w szesnastym wieku, w zaraniu odradzającej się cywilizacji.</akap>


<akap>Z tych dwóch portretów jeden jest taki, że bezwarunkowo nie
mogę go pokazać<pr><slowo_obce>jeden jest taki, że bezwarunkowo nie mogę go pokazać</slowo_obce> --- Stendhal
ma zapewne na myśli papieża Aleksandra VI Borgię.</pr>, epoka nasza jest zbyt świątobliwa; trzeba
pamiętać wielkie słowo, które nieraz słyszałem z ust lorda Byrona:
,,<slowo_obce>This age of cant</slowo_obce><pr><slowo_obce>This age of cant</slowo_obce> (ang.) --- ten wiek obłudy.</pr>". Owa obłuda, tak nudna i niezdolna oszukać
nikogo, ma tę olbrzymią zaletę, iż daje głupcom temat do
rozmowy: gorszą się, że ktoś ośmielił się powiedzieć to a to, że się
odważył śmiać z tego a tego, etc. Wadą jej jest, iż nieskończenie
uszczupla sferę historii.</akap>


<akap>Jeśli czytelnik raczy mi pozwolić, przedstawię mu, z całą
uniżonością, zapisek historyczny tyczący drugiego z owych Juanów, tego, o którym można mówić w roku 1837: nazywał się
<wyroznienie>Franciszek Cenci</wyroznienie>.</akap>


<akap><begin id="b1348044463099-1478562061"/><motyw id="m1348044463099-1478562061">Obyczaje, Rozkosz, Buntownik</motyw>Iżby don Juan był możliwy, trzeba, aby istniała na świecie
obłuda. Don Juan w starożytności byłby zjawiskiem powszednim; religia była radosnym świętem, zachęcała ludzi do rozkoszy,
jakże miałaby piętnować istoty, które rozkosz czynią swym
jedynym celem? Jedynie rząd mówił o <wyroznienie>powściągliwości</wyroznienie>;
zabraniał tego, co mogło szkodzić ojczyźnie --- to znaczy dobrze
zrozumianemu interesowi ogółu --- a nie tego, co może szkodzić
danej jednostce.</akap>


<akap>Wszelki człowiek, który miał pociąg do kobiet i dużo pieniędzy, mógł być tedy don Juanem w Atenach. Nikt nie miał mu nic
do zarzucenia; nikt nie głosił, że życie jest padołem płaczu i że
zasługą jest cierpieć.</akap>


<akap><begin id="b1348044588147-2471882231"/><motyw id="m1348044588147-2471882231">Szlachcic, Prawo</motyw>Nie sądzę, aby don Juan ateński mógł dojść do zbrodni równie
szybko jak don Juanowie nowoczesnych monarchii. Znaczna
część przyjemności naszego don Juana polegała na urąganiu
opinii; w początkach zaś, za młodu, wyobrażał sobie, że urąga
jedynie obłudzie.<end id="e1348044463099-1478562061"/><end id="e1348044443571-1358607878"/></akap>


<akap><wyroznienie>Gwałcić prawa</wyroznienie> w monarchii typu Ludwika XV, wygarnąć z fuzji do lekarza i strącić go z dachu na dół --- czyż to nie
dowód, że ktoś się obraca w towarzystwie monarchy, że jest
człowiekiem najlepszego tonu i że drwi sobie z sędziego, który jest
mieszczaninem? <wyroznienie>Drwić sobie z sędziego</wyroznienie> --- czyż to
nie jest pierwsza próba początkującego don Juana?<end id="e1348044588147-2471882231"/></akap>


<akap><begin id="b1348044732395-2622598855"/><motyw id="m1348044732395-2622598855">Buntownik</motyw>U nas kobiety nie są już w modzie, oto czemu don Juanowie
zdarzają się rzadko; ale kiedy istnieli, zaczynali zawsze od szukania przyjemności bardzo naturalnych, szczycąc się zarazem, że się
przeciwstawiają temu, co im się wydawało nierozsądne w religii
współczesnych. Dopiero później, kiedy don Juan zaczyna się
psuć, znajduje on przedziwną rozkosz w tym, aby urągać nawet
poglądom, które sam uważa za słuszne i sprawiedliwe.</akap>


<akap>To przejście musiało być bardzo trudne u starożytnych; dopiero za cesarzów rzymskich, po Tyberiuszu i Kaprei<pr><slowo_obce>po Tyberiuszu i Kaprei</slowo_obce> --- Tyberiusz spędził ostatnie lata
swego panowania na Capri (Kaprea), prowadząc tam wielce nieobyczajny tryb życia.</pr>, spotyka się rozpustników miłujących zepsucie dla zepsucia, to
znaczy dla przyjemności urągania słusznym poglądom współczesnych.<end id="e1348044732395-2622598855"/></akap>


<akap>Tak więc religii chrześcijańskiej przypisuję możliwość satanicznej roli don Juana. Bez wątpienia, to ta religia ogłosiła światu, że
biedny niewolnik czy gladiator ma duszę co do wartości i godności
najzupełniej równą duszy samego Cezara; jakoż należy się jej
wdzięczność za to uszlachetnienie uczuć; nie wątpię zresztą, że
prędzej czy później uczucia te byłyby się zbudziły w sercu ludów.
<tytul_dziela>Eneida</tytul_dziela> jest już o wiele <wyroznienie>tkliwsza</wyroznienie> niż <tytul_dziela>Iliada</tytul_dziela>.</akap>


<akap><begin id="b1348046861428-1652976334"/><motyw id="m1348046861428-1652976334">Religia, Polityka, Ksiądz</motyw>Nauka Chrystusa była niemal tąż samą nauką współczesnych
mu filozofów arabskich; jedyna nowa rzecz, która weszła w świat
wraz z zasadami głoszonymi przez św. Pawła, to ciało kapłańskie
zupełnie oddzielone od reszty obywateli, a nawet mające sprzeczne z nimi interesy.<pa><slowo_obce>Nauka Chrystusa była niemal tąż samą nauką współczesnych mu filozofów arabskich [...] ciało kapłańskie zupełnie oddzielone od reszty obywateli, a nawet mające sprzeczne z nimi interesy.</slowo_obce> --- patrz Monteskiusz, <tytul_dziela>Polityka Rzymian w kwestiach religii</tytul_dziela> [Stendhal ma na
myśli <tytul_dziela>Rozważania nad przyczynami wielkości i upadku Rzymian</tytul_dziela>; Red. WL].</pa></akap>


<akap>Ciało to wzięło za jedyne zadanie hodować i umacniać <wyroznienie>uczucia religijne</wyroznienie>, znalazło uroki i przyzwyczajenia zdolne
oddziałać na dusze wszystkich klas, od nieokrzesanego pastucha
aż do zużytego starego dworaka; umiało związać swoje wspomnienia z czarem wrażeń dziecięctwa; nie przepuściło najmniejszej
zarazy ani najdrobniejszej klęski, aby z nich nie skorzystać dla
pomnożenia lęku i <wyroznienie>uczucia religijnego</wyroznienie> lub bodaj dla
wzniesienia pięknego kościoła, jak na przykład Salute w Wenecji.</akap>


<akap>Istnienie tego ciała wydało cudowną rzecz: św. Leon, papież,
stawił bez <wyroznienie>siły fizycznej</wyroznienie> opór dzikiemu Attyli i jego
barbarzyńskim hordom, które napełniły właśnie strachem Chiny,
Persję i Galię.<end id="e1348046861428-1652976334"/></akap>


<akap>Tak więc religia --- podobnie jak owa ,,absolutna władza
złagodzona piosenką<pr><slowo_obce>absolutna władza
złagodzona piosenką</slowo_obce> --- aforyzm Chamforta.</pr>", zwana monarchią francuską --- wydała
osobliwe rzeczy, których świat nigdy by może nie ujrzał, gdyby
był pozbawiony tych dwóch instytucji.</akap>


<akap><begin id="b1348047040636-1464419889"/><motyw id="m1348047040636-1464419889">Asceta</motyw>Wśród tych rzeczy dobrych albo złych, ale zawsze osobliwych
i ciekawych, które by mocno zdziwiły Arystotelesa, Polibiusza,
Augusta i inne tęgie głowy w starożytności, mieszczę bez wahania
na wskroś nowoczesny charakter don Juana. Jest to, moim
zdaniem, owoc <wyroznienie>ascetycznych urządzeń</wyroznienie> papieży władajacych po Lutrze; Leon X bowiem i jego dwór (1506) hołdowali
mniej więcej zasadom religii Ateńczyków.<end id="e1348047040636-1464419889"/></akap>


<akap><tytul_dziela>Don Juana</tytul_dziela> Moliera wystawiono w początkach panowania
Ludwika XIV, 15 lutego roku 1665; monarcha ów nie ugrzązł był
jeszcze w dewocji, a mimo to cenzura duchowna kazała usunąć
scenę z żebrakiem w lesie<pr><slowo_obce>cenzura duchowna kazała usunąć
scenę z żebrakiem w lesie</slowo_obce> --- w scenie tej don Juan
proponuje żebrakowi dukata, jeśli ten wypowie jakieś przekleństwo.
Żebrak nie ulega jednak pokusie i don Juan daje mu w końcu tę
jałmużnę ,,przez miłość ludzkości".</pr>. Aby wzmocnić swoje stanowisko,
cenzura ta siliła się wytłumaczyć młodemu królowi --- który był
rzadkim nieukiem --- że słowo <wyroznienie>jansenista</wyroznienie> jest to synonim
<wyroznienie>republikanina</wyroznienie>.<pa><slowo_obce>Aby wzmocnić swoje stanowisko, cenzura ta siliła się wytłumaczyć młodemu królowi, który był rzadkim nieukiem, że słowo jansenista jest to synonim republikanina.</slowo_obce> --- Saint-Simon, <tytul_dziela>Pamiętniki księdza Blache</tytul_dziela>.</pa></akap>


<akap>Oryginał stworzył Hiszpan, Tirso de Molina<pa><slowo_obce>Tirso de Molina</slowo_obce> --- imię to przyjął mnich, człowiek wielkiego talentu, brat Gabriel Tellez. Należał do zakonu
Odkupienia i zostawił wiele sztuk, gdzie znajdują się sceny genialne, między innymi <tytul_dziela>Nieśmiały na
dworze</tytul_dziela>. Tellez napisał trzysta komedii, z których sześćdziesiąt czy osiemdziesiąt jeszcze istnieje.
Umarł około 1610 r. [Tirso de Molina żył do roku 1648; Red. WL].</pa>; włoska trupa
grała przeróbkę tegoż w Paryżu około roku 1664 z szalonym
powodzeniem. Jest to zapewne najczęściej grywana ze wszystkich
komedii w świecie. Bo też jest tam diabeł i miłość, lęk przed
piekłem i namiętne pożądanie kobiety, to znaczy wszystko, co jest
najstraszniejszego i najsłodszego w oczach ludzi, o ile wzniosą się
bodaj trochę ponad stan dzikich.<begin id="b1348048217221-3951486204"/><motyw id="m1348048217221-3951486204">Miłość</motyw></akap>


<akap>Nie dziw, że obraz don Juana wszedł do literatury za pośrednictwem hiszpańskiego poety. Miłość zajmuje wiele miejsca w życiu
tego ludu; w owym kraju jest to namiętność, która przemożną
ręką ugina pod sobą wszystkie inne, nawet --- czyżby kto uwierzył!
--- <wyroznienie>próżność</wyroznienie>. Toż samo w Niemczech i we Włoszech. Biorąc
ściśle, jedynie Francja najzupełniej jest wolna od tej namiętności,
która tym cudzoziemcom każe popełniać tyle szaleństw, na
przykład zaślubić ubogą dziewczynę pod pozorem, że jest ładna
i że się ją kocha. Brzydkim pannom nie zbywa we Francji na
wielbicielach: my jesteśmy ludzie rozsądni. Gdzie indziej trzeba
im oblec sukienkę zakonną; dlatego to klasztory są nieodzowne
w Hiszpanii. Panny nie mają posagów w tym kraju; prawo to
zapewniło triumf miłości. Czyż we Francji miłość nie schroniła się
na piąte pięterko, to znaczy między dziewczęta, które wybierają
sobie miłego bez pośrednictwa rejenta i rodziny?<end id="e1348048217221-3951486204"/></akap>


<akap>Nie ma co mówić tutaj o don Juanie lorda Byrona; jest to po
prostu nowy Faublas<pr><slowo_obce>Fabulas</slowo_obce> --- bohater powieści Louveta de Covrocy.</pr>, ot, ładny chłopiec, na którego walą się
wielkie, nieprawdopodobne łaski losu.</akap>


<akap>We Włoszech zatem, i to jedynie w szesnastym wieku, musiał
się zjawić po raz pierwszy ten osobliwy charakter.</akap>


<akap><begin id="b1348048260725-3753814191"/><motyw id="m1348048260725-3753814191">Grzech, Rozkosz</motyw>We Włoszech w siedemnastym wieku mówiła pewna księżniczka, jedząc z rozkoszą lody w upalny wieczór: ,,Co za szkoda, że to
nie jest grzech!"</akap>


<akap>To uczucie stanowi, wedle mnie, podstawę charakteru don
Juana: jak widzimy, religia chrześcijańska jest dlań nieodzowna.</akap>


<akap>Pewien neapolitański autor<pa><slowo_obce>Pewien neapolitański autor</slowo_obce> --- D. Dominico Paglietta [zdaniem M. Martineau owym domniemanym autorem jest Domenico di Fiore, adwokat (<slowo_obce>paglietta</slowo_obce>) neapolitański, przyjaciel Stendhala; Red. WL].</pa> woła: ,,Czyż to jest nic urągać
niebu wierząc, iż w tejże chwili niebo może się obrócić w popiół?
Stąd, powiadają, olbrzymią rozkoszą jest mieć kochankę zakonnicę, i to zakonnicę głęboko pobożną, doskonale świadomą tego, że
czyni źle, i błagającą Boga o przebaczenie z tą samą żarliwością,
z jaką grzeszy."<end id="e1348048260725-3753814191"/></akap>


<akap>Wyobraźmy sobie bardzo zepsutego chrześcijanina, urodzonego w Rzymie w dobie, gdy surowy Pius V przywrócił do czci lub
wymyślił na nowo mnóstwo drobiazgowych praktyk, zgoła obcych owej prostej moralności, która mieni cnotą jedynie <wyroznienie>to, co
jest użyteczne ludziom</wyroznienie>. Nieubłagana inkwizycja --- nieubłagana tak, że jedynie krótko przetrwała we Włoszech
i musiała się schronić do Hiszpanii --- świeżo porósłszy w siły
napawała lękiem wszystkich.<pa><slowo_obce>Nieubłagana inkwizycja [...] napawała lękiem wszystkich.</slowo_obce> --- Święty Pius V Ghislieri z Piemontu, którego pociągłą i surową twarz można oglądać na
grobowcu Sykstusa V w kościele Santa Maria Maggiore, był <wyroznienie>wielkim inkwizytorem</wyroznienie>,
kiedy powołano go na tron świętego Piotra w roku 1566. Rządził Kościołem przez sześć lat
i dwadzieścia cztery dni. Zobacz jego listy ogłoszone przez pana de Pottera, jedynego człowieka
wśród nas, który zna ten punkt historii. Dzieło pana de Pottera, ogromna kopalnia faktów, jest
owocem czternastu lat pracowitych studiów w bibliotekach Florencji, Wenecji i Rzymu.</pa> Przez kilka lat ścigano bardzo
ciężkimi karami zaniedbanie lub publiczną wzgardę owych drobnych praktyk wyniesionych do rzędu najświętszych obowiązków
religii; otóż zepsuty rzymianin, o którym mówimy, wzruszył
ramionami, widząc, jak ogół drży przed straszliwym prawem
inkwizycji: ,,Ba --- powiedział sobie --- jestem najbogatszym człowiekiem w Rzymie, owej stolicy świata; chcę być i największym
zuchem; będę sobie publicznie drwił ze wszystkiego, co ci ludzie
szanują, a co tak mało ma wspólnego z rzeczami godnymi
szacunku."</akap>


<akap>Albowiem don Juan, aby być sobą, musi być człowiekiem
odważnym oraz posiadać ów bystry i jasny umysł pozwalający
swobodnie czytać w pobudkach czynów ludzkich.</akap>



<akap>Franciszek Cenci musiał sobie powiedzieć: ,,Jakim wymownym czynem ja, rzymianin, urodzony w Rzymie w roku 1527,
właśnie podczas owych sześciu miesięcy, przez które luterańskie
żołdaki konetabla Bourbon<pr><slowo_obce>luterańskie żołdaki konetabla Bourbon dopuszczały się najokropniejszych
profanacji</slowo_obce> --- Charles de
Bourbon, sojusznik Karola V w wojnie z papieżem Klemensem VII, w
maju 1527 r. wszczął samowolnie oblężenie Rzymu, które pociągnęło
za sobą złupienie miasta znane jako <slowo_obce>Sacco di Roma</slowo_obce>.</pr> dopuszczały się najokropniejszych
profanacji rzeczy świętych, jakim odważnym czynem zdołam
zadziwić wszystkich i zabawić się przednio, urągając opinii? Jak
wprawić w zdumienie głupców, wśród których żyję? Jak znaleźć
tę niewysłowioną rozkosz, aby się czuć <wyroznienie>innym</wyroznienie> od tego pospólstwa?"</akap>


<akap>W głowie rzymianina, i to rzymianina ze średniowiecza, nie
mogło się pomieścić, aby miał poprzestać na słowach. Nie ma
kraju, w którym buńczuczne słowa byłyby w większej pogardzie
niż we Włoszech.</akap>


<akap>Człowiek, który mógł sobie to powiedzieć, zwał się Franciszek
Cenci: padł zabity w oczach swej córki i swojej żony 15 września
1598 roku. Nic miłego nie zostało nam po tym don Juanie;
charakteru jego nie złagodziła i nie <wyroznienie>pomniejszyła</wyroznienie> myśl
o tym, aby być przede wszystkim, jak don Juan Moliera, człowiekiem z dobrego towarzystwa. Jeśli myślał o innych, to jedynie po
to, aby zaznaczyć swą wyższość nad nimi, posłużyć się nimi dla
swoich celów lub nienawidzić ich. Don Juan nie zna rozkoszy
czerpanej w sympatii, słodkiej zadumie, w złudzeniach tkliwego
serca. Trzeba mu przede wszystkim rozkoszy, które by były
triumfem, które by mogły być widoczne drugim i którym by <wyroznienie>nie można zaprzeczyć</wyroznienie>; trzeba mu owej listy, jaką bezczelny
Leporello podsuwa przed oczy smętnej Elwirze.<pr><slowo_obce>trzeba mu owej listy, jaką bezczelny
Leporello podsuwa przed oczy smętnej Elwirze</slowo_obce> --- w <tytul_dziela>Don Juanie</tytul_dziela>
Mozarta Leporello śpiewa arię, w której wylicza Elwirze, opuszczonej
małżonce, wszystkie miłostki swego pana.</pr></akap>


<akap>Rzymski don Juan ustrzegł się tej ciężkiej niezręczności, aby
dawać klucz do swego charakteru, aby się zwierzać przed lokajem, jak don Juan Moliera, nie miał w życiu powiernika i nie
wyrzekł innych słów prócz tych, które były potrzebne <wyroznienie>dla ziszczenia jego zamiarów</wyroznienie>. Nikt nie zaszedł go
w chwili owej szczerej tkliwości i uroczej pogody, które każą nam tyle wybaczyć don Juanowi Mozarta; krótko mówiąc, portret,
który wam ukażę, jest okropny.</akap>


<akap>Gdyby chodziło o mój wybór, nie byłbym opisywał tego
charakteru; poprzestałbym na przestudiowaniu go, gdyż bardziej
jest okropny niż ciekawy; ale wyznaję, że prosili mnie o to
towarzysze podróży, którym nie mogłem niczego odmówić.
W roku 1823 miałem szczęście oglądać Włochy w towarzystwie
uroczych osób, których nie zapomnę nigdy; oczarował mnie, wraz
z innymi, portret Beatrix Cenci, który można oglądać w Rzymie
w pałacu Barberini.</akap>


<akap>Galeria tego pałacu sprowadza się obecnie do siedmiu czy
ośmiu obrazów, ale cztery z nich to arcydzieła: przede wszystkim
portret słynnej Fornariny, kochanki Rafaela, pędzla samego
Rafaela. Portret ten, co do którego nie może być wątpliwości,
istnieją bowiem jego współczesne kopie, jest zupełnie różny od
wizerunku, który w galerii florenckiej podają za portret kochanki
Rafaela i który pod tym mianem utrwalił swym rylcem Morghen.
Florencki portret nie jest nawet Rafaela. Przez cześć dla wielkiego
imienia czytelnik przebaczy mi może tę małą dygresję?</akap>


<akap>Drugi cenny portret w galerii Barberini jest pędzla Gwida; to
portret Beatrix Cenci<pr><slowo_obce>portret Beatrix Cenci</slowo_obce> --- w czasach Stendhala niesłusznie
uważano ten obraz Guida Reni (1575--1642) za portret Beatrix Cenci,
przedstawia on bowiem Sybillę z Samos.</pr>, który widzi się na tylu lichych rycinach.
Wielki malarz osłonił szyję Beatryczy kawałkiem draperii, włożył
jej na głowę turban; lękał się snadź posunąć prawdę aż do
<wyroznienie>okropności</wyroznienie>, gdyby wiernie odtworzył strój, jaki sobie kazała
sporządzić na dzień egzekucji, oraz stargane włosy biednej szesnastoletniej dziewczyny wydanej na łup rozpaczy. Głowa jej słodka
i piękna, łagodne spojrzenie i oczy bardzo duże mają zdziwiony
wyraz osoby, którą zaskoczono w chwili, gdy płacze gorącymi
łzami. Włosy są jasne i piękne. Nie ma w tej głowie nic z owej
dumy rzymskiej ani z tej świadomości własnej siły, jakie często
czytamy w nieustraszonym spojrzeniu jakiejś <wyroznienie>córy Tybru</wyroznienie>, <slowo_obce>di
una figlia del Tevere</slowo_obce>, jak one same o sobie mówią z dumą.
Nieszczęściem półcienie tego portretu zrudziały w czasie owych
długich dwustu trzydziestu ośmiu lat dzielących nas od katastrofy, którą chcemy opowiedzieć.</akap>


<akap>Trzeci portret w galerii Barberini to Lukrecja Petroni, macocha Beatryczy, stracona wraz z nią. Typ matrony rzymskiej
o wrodzonej piękności i dumie.<pa><slowo_obce>Typ matrony rzymskiej o wrodzonej piękności i dumie.</slowo_obce> --- duma ta nie pochodzi wcale z <wyroznienie>pozycji</wyroznienie> towarzyskiej, jak na portretach van Dycka.</pa> Wydatne rysy, olśniewającej
białości płeć<pe><slowo_obce>płeć</slowo_obce> (tu daw.) --- cera, karnacja.</pe>, brwi czarne i silnie zaznaczone, spojrzenie władcze,
a przepojone rozkoszą. Wspaniały kontrast z łagodną, prostą,
prawie niemiecką fizjonomią pasierbicy.</akap>


<akap>Czwarty portret, błyszczący prawdą i blaskiem kolorów, to
jedno z arcydzieł Tycjana: owa niewolnica grecka, która była
kochanką słynnego doży Barbarigo.</akap>


<akap>Prawie każdy cudzoziemiec przybyły do Rzymu każe się
prowadzić zaraz do galerii Barberini; ciągną ich --- kobiety zwłaszcza --- portrety Beatrix Cenci i jej macochy. Podzieliłem tę
powszechną ciekawość; jak wszyscy, starałem się uzyskać dostęp
do aktów słynnego procesu. Jeśli zdołacie to osiągnąć, będziecie,
sądzę, zdumieni, czytając te akta, gdzie wszystko jest po łacinie
z wyjątkiem odpowiedzi oskarżonych, nie znajdując prawie wcale
<wyroznienie>faktów</wyroznienie>. To stąd, że w Rzymie w 1599 fakty te nie były nikomu
obce. Pozwolono mi skopiować współczesną opowieść; sądziłem,
że mogę dać jej przekład, nie obrażając niczyjej obyczajności;
przynajmniej przekład ten można było głośno odczytać przy
damach w 1823. Rozumie się, że tłumacz przestaje być wierny tam, gdzie nie może nim być: zgroza łatwo zdławiłaby zainteresowanie.</akap>


<akap>Smutna rola don Juana (tego, który nie stara się dostosować do
idealnego wzoru i który pamięta o opinii świata jedynie po to, aby
ją znieważać) przedstawiona jest tutaj w całej okropności. Wyuzdanie jego zbrodni zmusiło dwie nieszczęśliwe kobiety do tego, że
go kazały zabić w swoich oczach; z tych dwóch kobiet jedna była
jego żoną, druga córką --- czytelnik nie będzie śmiał rozstrzygnąć,
czy były winne. Współcześni uważali, że nie zasługują na śmierć.</akap>


<akap>Jestem przekonany, że tragedia Galeota Manfredi (który zginął
z ręki swojej żony --- temat ujęty przez wielkiego poetę Montiego)
i tyle innych domowych tragedii piętnastego wieku, mniej znanych i ledwie wspomnianych w poszczególnych kronikach włoskich miast, kończyły się sceną podobną do sceny w zamku
Petrella. Oto przekład współczesnego opowiadania; spisano je
w rzymskiej włoszczyźnie dnia 14 września 1599 roku.</akap> 







<naglowek_rozdzial>Prawdziwa historia
śmierci Jakuba i Beatryczy Cenci oraz Lukrecji Petroni Cenci, ich
macochy, straconych za zbrodnię ojcobójstwa ostatniej soboty
dnia 11 września roku 1599 za panowania Jego Świątobliwości
papieża Klemensa VII Aldobrandini</naglowek_rozdzial> 



<akap>Ohydne życie, jakie wiódł Franciszek Cenci, urodzony w Rzymie, jeden z najzamożniejszych naszych obywateli, doprowadziło
go w końcu do zguby. Spowodował on przedwczesną śmierć
swoich synów, krzepkich i dzielnych młodzieńców, oraz córki
Beatryczy, która mimo że ją zawiedziono na stracenie ledwie
przed czterema dniami, w szesnastym roku życia, uchodziła za
jedną z najpiękniejszych istot w państwie papieskim i w całej
Italii. Krąży pogłoska, że imć Gwido Reni, jeden z wychowanków
wspaniałej szkoły bolońskiej, postarał się zrobić portret biednej
Beatryczy w ubiegły piątek, w wilię jej stracenia. Jeśli ów wielki
malarz wywiązał się z tego zadania tak, jak to uczynił w innych
obrazach wykonanych w naszej stolicy, potomność będzie mogła
sobie wytworzyć jakieś pojęcie o piękności tej cudnej dziewczyny. Iżby mogła zachować również wspomnienie jej bezprzykładnych niedoli oraz zdumiewającej siły, z jaką ta dusza, naprawdę
rzymska, umiała stawić im czoło, postanowiłem spisać to, czegom się dowiedział o czynie, który ją zawiódł na śmierć, oraz to, com
widział w dniu jej chlubnej tragedii.</akap>


<akap>Osoby, które mi udzieliły informacji, mogły z racji swego
stanowiska znać najtajniejsze okoliczności, nie znane w Rzymie
nawet dziś, mimo że od sześciu tygodni nikt nie mówi o niczym
innym jak tylko o procesie Cencich. Będę pisać dość swobodnie,
w przeświadczeniu, iż mogę złożyć swój <wyroznienie>komentarz</wyroznienie> w
czcigodnym archiwum, skąd z pewnością nie wydobędą go, aż po
mojej śmierci. Jedyną mą zgryzotą jest, iż muszę --- ale tak każe
prawda --- zaprzeczyć niewinności tej biednej Beatrix Cenci,
uwielbianej i szanowanej przez wszystkich, którzy ją znali, tak jak
jej ohydny ojciec był znienawidzony i przeklinany.</akap>


<akap>Człowiek ten, który, nie można zaprzeczyć, otrzymał od nieba
zdumiewający rozum i oryginalność, był synem monsignora
Cenci, który za Piusa V (Ghislieri) wzniósł się na stanowisko
<wyroznienie>podskarbiego</wyroznienie> (ministra finansów). Ten święty papież,
całkowicie, jak wiadomo, pochłonięty słuszną nienawiścią do
herezji oraz odbudowywaniem swej wspaniałej inkwizycji, żywił
jedynie wzgardę dla świeckiego zarządu swego państwa, tak iż
monsignor Cenci, pełniący urząd podskarbiego przez kilka lat
przed rokiem 1572, zdołał zostawić temu okropnemu człowiekowi, który był jego synem a ojcem Beatryczy, czysty dochód stu
sześćdziesięciu tysięcy piastrów (około dwóch milionów pięćset
tysięcy franków w 1837).</akap>


<akap>Franciszek Cenci prócz tego wielkiego majątku miał sławę
odwagi i roztropności taką, jakiej za jego młodości nie zdołał
osiągnąć nikt inny w Rzymie; a sława ta dawała mu tym więcej
wpływu na dworze papieskim i wśród całego ludu, ile że zbrodnie,
o które zaczynano go obwiniać, były z rodzaju, które świat łatwo
przebacza. Wielu rzymian przypominało sobie jeszcze z żalem
swobodę myślenia i działania, jakiej kosztowano za Leona X,
którego nam śmierć wydarła w roku 1513<pr><slowo_obce>Leona X,
którego nam śmierć wydarła w roku 1513</slowo_obce> --- mylna data, Leon X został wtedy dopiero obrany papieżem.
Umarł w 1521 r.</pr>, i za Pawła III,
zmarłego w 1549. Już za tego papieża zaczęto mówić o młodym
Franciszku Cenci z przyczyny jego szczególnych miłostek, uwieńczonych pomyślnym skutkiem dzięki jeszcze szczególniejszym
środkom.</akap>


<akap>Za Pawła III, w epoce gdy jeszcze można było mówić z niejakim
bezpieczeństwem, wielu twierdziło, że Franciszek Cenci jest
zwłaszcza chciwy niezwykłych wydarzeń, które by mogły mu dać <slowo_obce>peripezie di nuova idea</slowo_obce>, nowe i niepokojące wrażenia; ci opierali
się na tym, iż w jego księgach rachunkowych znaleziono takie oto
punkty:</akap>


<akap>,,Za przygody i <slowo_obce>peripezie</slowo_obce> w Toskanelli --- trzy tysiące pięćset
piastrów (około sześćdziesięciu tysięcy franków z roku 1837),
<slowo_obce>e non fu caro</slowo_obce> (i to nie było za drogo)."</akap>


<akap><begin id="b1348051308454-2207907639"/><motyw id="m1348051308454-2207907639">Władza, Sprawiedliwość, Spowiedź</motyw>Nie jest może wiadomo w innych miastach włoskich, że nasze
losy i nasz sposób życia w Rzymie zmieniają się wedle charakteru
panującego papieża. Tak więc przez trzynaście lat pod dobrym
papieżem Grzegorzem XIII (Buoncompagni) wszystko było
w Rzymie wolno; kto chciał, kazał zasztyletować swego wroga
i byle się zachowywał przyzwoicie, nie był ścigany. Po tym
nadmiarze pobłażania nastał nadmiar srogości przez pięć lat,
kiedy panował wielki Sykstus V. Powiadano o nim jak o cesarzu
Auguście, iż albo nie powinien był przyjść nigdy, albo powinien
był zostać na zawsze. Wówczas Rzym oglądał stracenie nieszczęśników za morderstwa lub otrucia zapomniane od dziesiątka lat,
z których mieli nieszczęście wyspowiadać się przed kardynałem
Montalto, później Sykstusem V.<end id="e1348051308454-2207907639"/></akap>


<akap>O Franciszku Cenci zaczęło być głośno głównie za Grzegorza
XIII; pojął żonę bardzo bogatą i pod każdym względem odpowiadającą tak możnemu panu; umarła, dawszy mu siedmioro dzieci.
Wkrótce po jej śmierci zaślubił powtórnie Lukrecję Petroni,
osobę rzadkiej urody, słynną zwłaszcza z olśniewającej białości
cery, ale nieco zbyt pełną, jak to jest powszechną wadą rzymianek. Z Lukrecją nie miał dzieci.</akap>


<akap><begin id="b1348051379766-1910538380"/><motyw id="m1348051379766-1910538380">Grzech, Pobożność</motyw>Najmniejszą przywarą, o jaką można było winić Franciszka
Cenci, była skłonność do haniebnych miłości; największą ta, że
nie wierzył w Boga. W życiu nie ujrzał go nikt wchodzącego do
kościoła.<end id="e1348051379766-1910538380"/></akap>


<akap>Wtrącony trzy razy do więzienia za swoje haniebne miłostki,
ocalił się, dając dwieście tysięcy piastrów osobom będącym w łasce
papieżów, pod którymi kolejno żył. (Dwieście tysięcy piastrów
równa się mniej więcej pięciu milionom w 1837.)</akap>


<akap>Widziałem Franciszka Cenci dopiero wówczas, gdy mu już
włosy siwiały, pod papieżem Buoncompagni, kiedy śmiałkom
wszystko było dozwolone. Był to człowiek mający jakieś pięć stóp
i cztery cale wzrostu, zręcznej postawy, mimo iż był chudy;
uchodził za wielkiego osiłka, może sam rozpuszczał te pogłoski;
oczy miał duże i wyraziste, ale z powieką zanadto obwisłą; nos
wydatny i duży, wargi cienkie, uśmiech pełen wdzięku. Uśmiech ten stawał się straszny, kiedy Cenci wlepiał spojrzenie w któregoś
ze swoich wrogów; skoro był bodaj trochę wzruszony i podrażniony, drżał na całym ciele tak, że niepodobna było mu tego
opanować. Widziałem go za młodu, pod papieżem Buoncompagni, jak puszczał się konno z Rzymu do Neapolu, zapewne dla
jakiejś miłostki; jechał przez lasy San Germano i Fajola, nie
troszcząc się o bandytów, i odbywał podobno tę drogę w dwadzieścia godzin. Podróżował zawsze sam, nie uprzedzając nikogo;
kiedy jeden koń był zdrożony, kupował albo kradł innego. Skoro
robiono mu jakieś ceremonie, on nie robił sobie ceremonii z tym,
aby pchnąć kogo sztyletem. Ale po prawdzie, za mej młodości, to
znaczy, kiedy on miał czterdzieści osiem albo pięćdziesiąt lat, nikt
nie był na tyle śmiały, aby mu się przeciwić. Wielką jego
przyjemnością było zwłaszcza urągać nieprzyjaciołom.</akap>


<akap>Znano go dobrze na wszystkich gościńcach w stanach Jego
Świątobliwości; płacił hojnie, ale też był zdolny w dwa lub trzy
miesiące po doznanym uchybieniu wysłać zbirów i zgładzić tego,
kto go obraził.</akap>


<akap><begin id="b1348052097959-1091329175"/><motyw id="m1348052097959-1091329175">Ojciec</motyw>Jedynym cnotliwym czynem, jakiego dokonał przez całe długie
życie, było to, że zbudował w dziedzińcu swego rozległego pałacu,
w pobliżu Tybru, kościół poświęcony św. Tomaszowi; a i to
jeszcze pobudką tego pięknego czynu była osobliwa chęć, aby
mieć pod okiem groby wszystkich swoich dzieci<pa><slowo_obce>zbudował [...] kościół poświęcony św. Tomaszowi; [...] pobudką tego pięknego czynu była osobliwa chęć, aby
mieć pod okiem groby wszystkich swoich dzieci</slowo_obce> --- w Rzymie grzebią zmarłych pod kościołami.</pa>, do których
żywił bezmierną i wynaturzoną nienawiść, zgoła od ich najwcześniejszej młodości, kiedy nie mogły go jeszcze niczym obrazić.</akap>


<akap>,,Tam chcę je mieć wszystkie" --- mawiał często z gorzkim
uśmiechem do robotników, których zatrudniał przy budowie
kościoła. Trzech starszych, Jakuba, Krzysztofa i Rocha, posłał na
naukę do uniwersytetu w Salamance w Hiszpanii. Skoro się raz
znaleźli w tych odległych stronach, znajdował złośliwą przyjemność w tym, aby im nie posyłać wcale pieniędzy, tak iż nieszczęśliwi młodzieńcy, napisawszy do ojca mnóstwo listów, które pozostały bez odpowiedzi, zmuszeni byli nędznie wracać do ojczyzny,
pożyczając drobne sumy lub żebrząc przez całą drogę.</akap>


<akap>W Rzymie zastali ojca sroższym jeszcze, surowszym i drapieżniejszym niż kiedykolwiek; mimo swych ogromnych bogactw nie
chciał ich ani odziać, ani dawać im pieniędzy na najprostsze życie.
Nieszczęśliwi musieli odwołać się do papieża, który zniewolił Franciszka Cenci, aby im wyznaczył małą pensyjkę. Z tą szczupłą
pomocą opuścili dom.</akap>


<akap>Niebawem z okazji swoich bezecnych miłostek Franciszek
dostał się do więzienia trzeci i ostatni raz; na co trzej bracia
wyprosili posłuchanie u Ojca Świętego, obecnie władającego nam
papieża, i prosili go wspólnie, aby uśmiercił Franciszka Cenci, ich
ojca, który, powiadali, okryje hańbą ich dom. Klemens VIII miał
wielką ochotę to uczynić, ale poniechał swej pierwotnej myśli, aby
nie dać zadowolenia wyrodnym dzieciom, i wygnał je haniebnie
sprzed swego oblicza.<end id="e1348052097959-1091329175"/></akap>


<akap>Ojciec, jak wspomnieliśmy wyżej, wydostał się z więzienia,
dając znaczną sumę komuś, kto mógł mu być pomocny. Można
pojąć, że osobliwy krok trzech najstarszych synów musiał pomnożyć jeszcze nienawiść jego do dzieci. Przeklinał je bez ustanku,
duże i małe, i codziennie okładał kijem dwie biedne córki, które
mieszkały z nim w pałacu.</akap>


<akap>Najstarsza, mimo iż pilnie strzeżona, póty dokładała starań, aż
zdołała przedłożyć papieżowi suplikę, zaklinając Jego Świątobliwość, aby ją wydał za mąż lub pomieścił w klasztorze. Klemens VIII ulitował się jej niedoli i wydał ją za Karola Gabrielli,
z najszlachetniejszego domu w Gubbio; Jego Świątobliwość zmusił ojca do wypłacenia znacznego posagu.</akap>


<akap><begin id="b1348052140126-1910750476"/><motyw id="m1348052140126-1910750476">Ojciec, Okrucieństwo</motyw>Na ten niespodziany cios Franciszek Cenci wpadł w straszny
gniew. W obawie, aby Beatrix, podrósłszy trochę, nie zdobyła się
na podobny pomysł, zamknął ją w jednym z apartamentów
olbrzymiego pałacu. Tam nikomu nie wolno było oglądać Beatryczy, liczącej wówczas ledwie czternaście lat, a już będącej w pełni
swej cudnej piękności. Posiadała zwłaszcza wesołość, niewinność
i humor, jakiego nigdy u nikogo nie spotkałem. Franciszek Cenci
sam nosił jej pożywienie. Można przypuszczać, że wówczas to
potwór zakochał się w niej lub udawał zakochanego, aby dręczyć
swą nieszczęsną córkę. Często wspominał jej o przewrotnej
sztuczce, jaką mu wypłatała jej starsza siostra, i doprowadzając się
do furii dźwiękiem własnych słów, okładał w końcu razami biedną
Beatryczę.</akap>


<akap>Wśród tego Roch Cenci, jego syn, zginął z ręki jakiegoś
rzeźnika, a następnego roku zabił Krzysztofa Cenci Paweł Corso
z Massy. Przy tej sposobności ojciec okazał całą swą bezbożność,
na pogrzebie bowiem obu synów nie chciał dać ani bajoka na
świece. Dowiadując się o losie syna swego Krzysztofa, wykrzyknął, że dopiero wówczas będzie rad, kiedy wszystkie jego dzieci
znajdą się w ziemi, i że skoro ostatnie umrze, on na znak radości
podpali swój pałac. Rzym zdumiewał się takimi słowy, ale
wszystko zdało się możliwe ze strony człowieka, który swą chlubę
pokładał w tym, aby urągać całemu światu, nawet samemu
papieżowi.<end id="e1348052140126-1910750476"/></akap>


<akap>(Tutaj staje się zupełnym niepodobieństwem podążyć za rzymskim kronikarzem w bardzo zawikłanym opowiadaniu osobliwych rzeczy, jakimi Franciszek Cenci starał się zadziwić współczesnych. Żona jego i jego nieszczęśliwa córka stały się, wedle
wszelkiego prawdopodobieństwa, ofiarami tych ohydnych kaprysów.)</akap>


<akap>Wszystko to nie wystarczało mu, groźbami i siłą próbował
zgwałcić córkę Beatryczę, która była już duża i ładna; nie wstydził
się kłaść w jej łóżku zupełnie nagi. Przechadzał się z nią po
salonach, będąc zupełnie obnażony; po czym wiódł ją do łóżka
żony, iżby przy blasku lampy biedna Lukrecja mogła widzieć, co
on robi z Beatryczą.</akap>


<akap>Wmawiał w biedną dziewczynę okropną herezję, którą ledwie
śmiem przytoczyć, mianowicie, że jeśli ojciec ma sprawę z własną
córką, dzieci, które stąd się urodzą, są niezawodnie święte, i że
wszyscy najwięksi święci czczeni przez Kościół urodzili się w ten
sposób, to znaczy, że ich macierzysty dziadek był ich ojcem.</akap>


<akap>Kiedy Beatrix opierała się jego ohydnym chuciom, bił ją tak
dotkliwie, iż biedna dziewczyna, nie mogąc znieść tego okropnego życia, zapragnęła pójść w ślady starszej siostry. Przesłała
naszemu świątobliwemu papieżowi szczegółową suplikę; ale należy przypuścić, że Franciszek Cenci ubezpieczył się w tej mierze,
nie zdaje się bowiem, aby ta suplika doszła kiedy rąk Jego
Świątobliwości; przynajmniej niepodobna jej było odnaleźć
w Kancelarii Memoriałów, kiedy po uwięzieniu Beatryczy obrońca jej bardzo potrzebował tego dokumentu; byłby on poniekąd
dowodem wybryków, jakich widownią był zamek w Petrella.
Czyż nie byłoby dla wszystkich jasne, że Beatrix Cenci znalazła się
w położeniu godziwej obrony? Memoriał ten przemawiał również
w imieniu Lukrecji, macochy Beatryczy.</akap>


<akap>Franciszek Cenci dowiedział się o tych staraniach; można się
domyślać, z jaką wściekłością podwoił prześladowania obu nieszczęśliwych kobiet.</akap>


<akap>Życie ich stało się nie do zniesienia; wówczas to, widząc jasno, że niczego nie mogą się spodziewać po sprawiedliwości panującego, którego dworaków Franciszek zjednał sobie podarkami,
postanowiły chwycić się ostatecznego środka, który je zgubił,
ale który miał tę korzyść, iż zakończył ich cierpienia na tym
świecie.</akap>


<akap>Trzeba wiedzieć, że sławny monsignor Guerra często bywał
w pałacu Cencich; był to człowiek wysokiego wzrostu i w ogóle
piękny mężczyzna; otrzymał od losu ten osobny dar, że ze
wszystkiego, do czego zechciał się przyłożyć, wywiązywał się ze
szczególnym wdziękiem. Przypuszczano, że kochał Beatryczę
i że miał zamiar zrzucić <slowo_obce>mantelletta</slowo_obce><pr><slowo_obce>mantelletta</slowo_obce> --- rodzaj krótkiego płaszcza noszonego przez biskupów.</pr> i ożenić się z nią<pa><slowo_obce>Przypuszczano, że kochał Beatryczę i że miał zamiar zrzucić mantelletta i ożenić się z nią</slowo_obce> --- większość monsignorów nie miała święceń i mogła się żenić.</pa>, ale mimo
że starał się z wielką bacznością kryć swoje uczucia, ściągnął na
siebie nienawiść Franciszka Cenci, który wyrzucał mu bliską
zażyłość ze wszystkimi jego dziećmi. Ilekroć monsignor Guerra
się dowiedział, że signora Cenci nie ma w pałacu, udawał się do
apartamentu pań i spędzał tam po kilka godzin, gawędząc z nimi
i słuchając ich skarg na niewiarygodne obchodzenie, jakiego obie
były pastwą. Zdaje się, że pierwsza Beatrix odważyła się
wspomnieć monsignorowi Guerra o planie, jaki powzięły. Z czasem monsignor zgodził się przyłożyć do tego rękę; naglony
niejednokrotnie przez Beatryczę, umyślił wreszcie powiadomić
o tym osobliwym zamiarze Jakuba Cenci, bez którego zgody nic
nie można było rozpocząć, ile że był najstarszym bratem i głową
domu po Franciszku.</akap>


<akap>Jakub przystał do spisku nadzwyczaj łatwo; ojciec obchodził
się z nim okropnie, nie dawał mu żadnego zasiłku, co było dla
Jakuba tym dotkliwsze, iż miał żonę i sześcioro dzieci. Na miejsce
narady i omówienia szczegółów śmierci Franciszka wybrano
mieszkanie monsignora Guerra. Sprawę roztrząśnięto najstaranniej, we wszystkich szczegółach przyjmując zdanie Lukrecji
i Beatryczy. Kiedy wreszcie rzecz była postanowiona, wybrano
dwóch wasalów Franciszka Cenci, którzy żywili doń śmiertelną
nienawiść. Jeden nazywał się Marzio; był to dzielny człowiek,
bardzo przywiązany do dzieci Franciszka; aby uczynić coś, co by
im było miłe, zgodził się wziąć udział w ojcobójstwie. Drugiego,
Olimpia, książę Colonna mianował był kasztelanem fortecy Petrella, w Królestwie Neapolu; ale mocą swego wpływu u księcia
Franciszek Cenci wypędził go stamtąd.</akap>


<akap>Umówiono wszystko z tymi dwoma. Ponieważ Franciszek
Cenci oznajmił, iż aby uniknąć rzymskich wyziewów, spędzi
najbliższe lato w tej właśnie warowni w Petrella, umyślono
zgromadzić tam tuzin neapolitańskich zbirów. Olimpio podjął się
ich dostarczyć. Postanowiono, że ukryje się ich w lasach niedaleko
Petrella i uprzedzi o chwili, w której Franciszek Cenci puści się
w drogę: porwą go z gościńca i każą oznajmić rodzinie, iż gotowi
są go uwolnić w zamian za znaczny okup. Dzieci wrócą wówczas
do Rzymu, aby zgromadzić sumę żądaną przez rozbójników;
muszą udać, że nie mogły zebrać jej dość szybko, a zbóje w myśl
swej groźby, nie otrzymawszy pieniędzy, uśmiercą Franciszka.
W ten sposób nikomu nie przyjdzie na myśl podejrzewać istotnych sprawców.</akap>


<akap>Ale skoro nadeszło lato i Franciszek Cenci wyjechał z Rzymu
do Petrella, szpieg, który miał uprzedzić o wyjeździe, ostrzegł
zbyt późno zbirów zaczajonych w lesie, tak iż nie zdążyli wypaść
na gościniec. Cenci przybył do Petrella bez szkody, zbóje zaś,
zmęczeni oczekiwaniem wątpliwego łupu, udali się gdzie indziej
kraść na własny rachunek.</akap>



<akap>Tymczasem Cenci, starzec roztropny i podejrzliwy, nie wychylał się nigdy z fortecy. Że zaś zły humor jego wzrastał z dolegliwościami wieku, które mu były nie do zniesienia, podwoił jeszcze
okrucieństwo, z jakim dręczył dwie biedne kobiety. Twierdził, że
one cieszą się z jego niemocy.</akap>



<akap>Beatrix, doprowadzona do ostateczności ohydami, które musiała znosić, kazała wezwać pod mury fortecy Marzia i Olimpia.
W nocy, gdy ojciec spał, rozmówiła się z nimi przez okienko
w murze i rzuciła im listy przeznaczone dla monsignora Guerra.
W listach tych ułożono, że monsignor Guerra przyrzeknie Marziowi i Olimpiowi tysiąc piastrów, jeśli się zgodzą sami zgładzić
Franciszka Cenci. Trzecią część sumy miał wypłacić w Rzymie,
przed spełnieniem czynu, monsignor Guerra, pozostałe dwie
trzecie Lukrecja i Beatrix, skoro po dokonaniu sprawy owładną
szkatułką Franciszka.</akap>


<akap>Umówiono również, że rzecz spełni się w dzień Narodzenia
Najświętszej Panny, i w tym celu obu ludzi wprowadzono
zręcznie do fortecy. Ale cześć należna świętu Matki Boskiej
powstrzymała Lukrecję, która nakłoniła Beatrix do odłożenia
daty, aby nie popełniać podwójnego grzechu.</akap>


<akap>Jakoż 9 września roku 1598 wieczorem matka i córka podały bardzo zręcznie opium Franciszkowi Cenci, owemu człowiekowi
tak trudnemu do oszukania; zapadł on w głęboki sen.</akap>


<akap>Około północy Beatrix wpuściła sama do fortecy Marzia i Olimpia; następnie Lukrecja i Beatrix wprowadziły ich do pokoju
starca, który spał głęboko. Tam zostawiły ich, aby spełnili to, co
było umówione, same zaś udały się tymczasem do sąsiedniej
komnaty. Naraz ujrzały morderców wchodzących do pokoju,
bladych, jakby nieprzytomnych.</akap>


<akap_dialog>--- Co się stało? --- wykrzyknęły kobiety.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To hańba i wstyd --- odparli --- zabijać biednego uśpionego
starca! Litość nie pozwala nam tego uczynić.</akap_dialog>


<akap>Słysząc tę wymówkę Beatrix porwała się oburzona i zaczęła ich
lżyć mówiąc:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1348052821303-3191045394"/><motyw id="m1348052821303-3191045394">Morderstwo</motyw>--- Jak to! Wy, mężczyźni, dobrze przygotowani do tego czynu,
nie macie odwagi zabić człowieka, który śpi!<pa><slowo_obce>Beatrix porwała się oburzona i zaczęła ich lżyć mówiąc: ,,Jak to! Wy, mężczyźni, dobrze przygotowani do tego czynu, nie macie odwagi zabić człowieka, który śpi!"</slowo_obce> --- wszystkie te szczegóły zostały udowodnione na procesie.</pa> Tym bardziej nie
śmielibyście mu spojrzeć w twarz, gdyby czuwał! I na to, aby tak
skończyć, wzięliście pieniądze? Więc dobrze! skoro wasze tchórzostwo tego żąda, ja sama zabiję ojca, ale i wy nie pożyjecie długo!</akap_dialog>


<akap>Zagrzani tymi płomiennymi słowy i lękając się jakowegoś
uszczerbku w zapłacie, mordercy wrócili śmiało do komnaty,
kobiety zaś udały się za nimi. Jeden z nich miał wielki gwóźdź,
który postawił pionowo na oku śpiącego starca; drugi, trzymający
miot, wbił mu ten gwóźdź w głowę. Tak samo wbito drugi gwóźdź
w gardło, tak iż tę biedną duszę, obciążoną tyloma śmiertelnymi
grzechami, pochwyciły diabły; ciało miotało się, ale nadaremnie.</akap>


<akap>Skoro się z tym załatwiono, młoda dziewczyna dała Olimpiowi
dużą sakiewkę pełną złota; Marziowi dała sukienny płaszcz oszyty złotym galonem, będący własnością ojca; po czym odprawiła ich.</akap>


<akap>Zostawszy same, kobiety wyciągnęły najpierw wielki gwóźdź
wbity w głowę trupa i drugi, który tkwił w szyi; następnie,
zawinąwszy ciało w prześcieradło, powlekły je przez szereg
pokojów aż na galerię, która wychodziła na zapuszczony ogródek.
Stamtąd rzuciły ciało na wielki krzak bzu, rosnący w tym miejscu.
Ponieważ na końcu galerii znajdował się ustęp, miały nadzieję, iż
ci, którzy nazajutrz znajdą ciało starca w gałęziach bzu, pomyślą,
że mu się noga powinęła i że spadł, idąc na wychód.<end id="e1348052821303-3191045394"/></akap>


<akap>Wszystko zdarzyło się, jak przewidziały. Rano, skoro znaleziono trupa, wszczął się w fortecy zgiełk; i one nie omieszkały
uderzyć w krzyk i opłakiwać nieszczęsną śmierć ojca i małżonka.
Ale młoda Beatrix posiadała odwagę obrażonej skromności, nie
zaś roztropność nieodzowną w życiu; zaraz rano oddała praczce
pałacowej prześcieradło splamione krwią, powiadając, aby się nie
dziwiła tej obfitej posoce, gdyż to ona miała silny upływ krwi
przez całą noc. Na razie tedy wszystko odbyło się dobrze.</akap>


<akap>Pogrzebano uczciwie Franciszka Cenci i obie kobiety wróciły
do Rzymu, aby się cieszyć spokojem, którego od tak dawna
i nadaremnie pragnęły. Sądziły, że kupiły sobie trwałe szczęście,
ponieważ nie wiedziały, co się dzieje w Neapolu.</akap>


<akap>Sprawiedliwość boża, która nie chciała, aby tak okrutne ojcobójstwo zostało bez kary, zrządziła, iż skoro tylko się dowiedziano, co zaszło w Petrella, najwyższy sędzia powziął wątpliwość
i posłał komisarza królewskiego dla zbadania ciała i uwięzienia
podejrzanych osób.</akap>


<akap>Komisarz królewski kazał uwięzić wszystkich mieszkańców
fortecy. <begin id="b1348052942423-3538331416"/><motyw id="m1348052942423-3538331416">Krew</motyw>Zawieziono więźniów do Neapolu w kajdanach; nic
w zeznaniach ich nie wydało się podejrzane, prócz oświadczenia
praczki, która wyznała, iż otrzymała od Beatryczy zakrwawione
prześcieradło. Spytano jej, czy Beatrix próbowała wytłumaczyć te
wielkie plamy krwi; odpowiedziała, że Beatrix mówiła o naturalnej dolegliwości. Spytano jej, czy tak wielkie plamy mogły
pochodzić z owej dolegliwości; odpowiedziała, że nie i że plamy na
prześcieradle miały czerwień nazbyt żywą.<end id="e1348052942423-3538331416"/></akap>


<akap>Przesłano natychmiast te poszlaki trybunałowi w Rzymie;
mimo to upłynęło wiele miesięcy, zanim ktoś u nas pomyślał
o uwięzieniu dzieci Franciszka. Lukrecja, Beatrix i Jakub mogli
byli tysiąc razy uciec, czy to udając się do Florencji pod pozorem
jakiej pielgrzymki, czy wsiadając na statek w Civitavecchia; ale
Bóg odmówił im tego zbawczego natchnienia.</akap>


<akap>Monsignor Guerra dowiedziawszy się o tym, co się dzieje
w Neapolu, wysłał natychmiast ludzi, którym polecił zabić
Marzia i Olimpia; ale jedynie Olimpia zdołano zabić w Terni.
Policja neapolitańska uwięziła Marzia, zaprowadzono go do Neapolu, gdzie wyznał wszystko.</akap>


<akap>Straszliwe to zeznanie przesłano natychmiast trybunałowi
w Rzymie, który zdecydował się wreszcie ująć i odprowadzić do
więzienia Corte Savella Jakuba i Bernarda Cenci, jedynych żyjących jeszcze synów Franciszka, oraz wdowę po nim, Lukrecję.
Beatryczę zostawiono w pałacu pod silną strażą. Przewieziono
Marzia z Neapolu i również pomieszczono go w więzieniu Savella;
tam stawiono go do oczu dwom kobietom, które przeczyły
wszystkiemu niezłomnie; zwłaszcza Beatrix nie chciała za nic
uznać płaszcza z galonem, który dała Marziowi. Zbójca ten, naraz
zdjęty uwielbieniem dla cudnej piękności i zdumiewającej wymowy młodej dziewczyny, zaprzeczył wszystkiemu, co wyznał w Neapolu. Wzięto go na tortury, nie wyznał nic i wolał umrzeć
w męczarniach; sprawiedliwy hołd oddany piękności Beatryczy!</akap>


<akap>Po śmierci zbrodniarza wobec tego, że <slowo_obce>corpus delicti</slowo_obce> nie zostało
stwierdzone, sędziowie nie uznali, aby była dostateczna przyczyna wydania na tortury dwóch synów Franciszka Cenci lub też obu
kobiet. Zawieziono wszystkich czworo do Zamku św. Anioła,
gdzie spędzili kilka miesięcy zupełnie spokojnie.</akap>


<akap>Wszystko zdawało się skończone i nikt nie wątpił już w Rzymie, że ta młoda dziewczyna, tak piękna, tak dzielna i budząca
tyle sympatii, znajdzie się niebawem na swobodzie, kiedy nieszczęściem policja przytrzymała zbója, który w Terni zabił
Olimpia; przywiedziony do Rzymu, człowiek ten wyznał
wszystko.</akap>


<akap>Monsignora Guerra, tak mocno podanego w podejrzenie zeznaniami zbója, wezwano przed sąd bez najmniejszej zwłoki; więzienie było pewne, a śmierć prawdopodobna. Ale ten wspaniały
człowiek, któremu los dał umiejętność robienia dobrze wszystkiego, zdołał się ocalić w sposób graniczący z cudem. Uchodził za
najpiękniejszego mężczyznę na dworze papieża i nadto był znany
w Rzymie, aby mógł żywić nadzieję ucieczki; zresztą drzwi były
silnie strzeżone i prawdopodobnie w chwili doręczenia rozkazu
dom jego był pod dozorem. Trzeba wiedzieć, że monsignor był
bardzo wysoki, miał wybornie białą cerę, piękną blond brodę
i cudne włosy tej samej maści.</akap>


<akap>Z niewiarygodną szybkością przekupił węglarza, wziął jego
suknie, kazał sobie ogolić głowę i brodę, umalował sobie twarz,
kupił dwa osły i zaczął obchodzić ulice Rzymu i sprzedawać
węgiel, kuśtykając. Cudownie przybrał minę ciemięgi i gbura,
wykrzykiwał wszędzie swój węgiel z gębą pełną cebuli i chleba,
gdy setki zbirów szukały go nie tylko w Rzymie, ale po wszystkich
gościńcach. Wreszcie kiedy się już oswoili z jego twarzą, odważył
się opuścić Rzym, wciąż pędząc przed sobą dwa osły objuczone
węglem. Spotkał kilka oddziałów zbirów, którym nie postało
w głowie przytrzymać go. Od tego czasu był od niego tylko jeden
list; matka posłała mu pieniądze do Marsylii. Przypuszczają, że
wojuje we Francji jako żołnierz.</akap>


<akap>Wyznanie mordercy z Terni i ta ucieczka monsignora Guerra,
która zrobiła w Rzymie nieopisane wrażenie, tak bardzo wznowiła
podejrzenia, a nawet poszlaki przeciw Cencim, że wyrwano ich
z Zamku św. Anioła i sprowadzono z powrotem do więzienia
Savella.</akap>


<akap>Dwaj bracia, wzięci na tortury, dalecy byli od przykładu
wielkodusznego zbójcy Marzia i tchórzliwie wyznali wszystko.
Signora Lukrecja Petroni tak była przyzwyczajona do wygody
i miękkiego zbytku, a poza tym była tak gruba w talii, że nie mogła
znieść tortury sznura, wyznała wszystko, co wiedziała.</akap>


<akap>Zgoła inaczej z Beatrix Cenci, dziewczyną pełną życia i odwagi.
Namowy ani groźby sędziego Moscati nie wskórały nic. Zniosła
torturę sznura bez najmniejszego wzruszenia, z doskonałym
męstwem. Za nic sędzia nie zdołał z niej wydobyć odpowiedzi,
która by ją naraziła w najlżejszym sposobie; co więcej, dzięki swej
bystrości zagnała w kozi róg słynnego Ullissesa Moscati, sędziego,
któremu powierzono jej śledztwo. Tak był zdumiony zachowaniem się dziewczyny, iż uważał sobie za powinność zdać ze
wszystkiego sprawę Jego Świątobliwości papieżowi Klemensowi VIII, szczęśliwie panującemu.</akap>


<akap>Jego Świątobliwość papież zechciał przejrzeć akty procesu
i zbadać go. Lękał się, iż Ulisses Moscati, tak głośny swą głęboką
wiedzą i niepospolitą bystrością umysłu, dał się ująć piękności
Beatryczy i oszczędza ją w śledztwie. Wynikło stąd, iż Jego
Świątobliwość odjął mu proces i powierzył go innemu, surowszemu sędziemu. W istocie barbarzyńca ten miał tę odwagę, iż
udręczył bez litości owo tak piękne ciało <slowo_obce>ad torturam capillorum</slowo_obce>
(to znaczy, iż wzięto Beatrix Cenci na tortury, wieszając ją za
włosy).<pa><slowo_obce>wzięto Beatrix Cenci na tortury, wieszając ją za włosy</slowo_obce> --- zobacz traktat <slowo_obce>De suppliciis</slowo_obce> sławnego Farinacci, współczesnego znawcy prawa. Są w nim
okropne szczegóły, których nie zniesie w czytaniu nasza dziewiętnastowieczna wrażliwość, ale
które świetnie znosiła młoda szesnastoletnia rzymianka, porzucona przez kochanka.</pa></akap>


<akap>Gdy tak wisiała u sznura, ów nowy sędzia postawił Beatryczy
do oczu macochę i braci. Skoro tylko Jakub i signora Lukrecja
ujrzeli ją, wykrzyknęli:</akap>


<akap_dialog>--- Zgrzeszyliśmy, trzeba teraz uczynić pokutę i nie wydawać
ciała na mękę dla daremnego uporu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chcecie tedy okryć hańbą swój dom --- odparła dziewczyna ---
i umrzeć w niesławie? Źle czynicie, ale skoro taka wasza wola,
niech i tak będzie.</akap_dialog>


<akap>Obróciła się ku zbirom.</akap>


<akap_dialog>--- Odwiążcie mnie --- rzekła --- niech mi odczytają zeznania
matki; potwierdzę to, co należy potwierdzić, a zaprzeczę temu,
czemu należy zaprzeczyć.</akap_dialog>


<akap>Tak się stało: wyznała wszystko, co było prawdą.<pa><slowo_obce>wyznała wszystko, co było prawdą</slowo_obce> --- można znaleźć u Farinacciego wiele ustępów wyznań Beatrix; mają one dla mnie
wzruszającą prostotę.</pa> Natychmiast zdjęto łańcuchy wszystkim; że zaś minęło pięć miesięcy, jak
nie widziała braci, zechciała zjeść obiad z nimi i wszyscy czworo
spędzili dzień bardzo wesoło.</akap>


<akap>Ale następnego dnia rozdzielono ich na nowo; braci zawiedziono do więzienia w Tordinona, a kobiety zostały w Savella. Nasz
Święty Ojciec, ujrzawszy autentyczny akt zawierający zeznania
wszystkich, nakazał, aby bezzwłocznie przywiązano ich do ogonów nieokiełznanych koni i tak wydano na śmierć.</akap>


<akap>Cały Rzym zadrżał, słysząc ten surowy wyrok. Mnogość kardynałów i książąt przyszła paść na kolana przed papieżem, błagając
go, aby pozwolił nieszczęśnikom przedstawić swoją obronę.</akap>


<akap_dialog>--- A oni czy zostawili czas na przedstawienie obrony swemu
staremu ojcu? --- rzekł papież oburzony.</akap_dialog>


<akap>Wreszcie przez osobliwą łaskę zgodził się udzielić zwłoki
dwudziestopięciodniowej. Natychmiast najcelniejsi rzymscy adwokaci jęli pisać w tej sprawie, która poruszyła miasto i napełniła
je współczuciem. Dwudziestego piątego dnia zjawili się wszyscy
naraz przed Jego Świątobliwością. Mikołaj De'Angalis przemówił
pierwszy; ale zaledwie zdążył odczytać pierwsze słowa obrony,
Klemens VIII przerwał:</akap>


<akap_dialog>--- Zatem --- wykrzyknął --- są w Rzymie ludzie, którzy zamordowali własnego ojca, i są adwokaci gotowi bronić tych ludzi!</akap_dialog>


<akap>Wszyscy stali niemi, kiedy Farinacci odważył się przemówić:</akap>


<akap_dialog>--- Wielce Świątobliwy Ojcze --- rzekł --- nie jesteśmy tu, aby
bronić zbrodni, ale aby dowieść, jeśli zdołamy, że jeden albo
kilkoro z tych nieszczęsnych nie są jej winni.</akap_dialog>


<akap>Papież dał znak, by mówił i mówił przez trzy długie godziny,
po czym papież przyjął pisma ich wszystkich i odprawił ich.
Kiedy odchodzili, Altieri szedł na końcu; zląkł się, że ściągnął
na siebie niełaskę, ukląkł tedy przed Ojcem Świętym i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Jestem adwokatem ubogich, nie mogłem uchylić się od tej
sprawy.</akap_dialog>


<akap>Na to papież odparł:</akap>


<akap_dialog>--- Nie tobie się też dziwimy, ale innym.</akap_dialog>


<akap>Papież nie chciał się położyć, ale spędził całą noc na czytaniu
obrony adwokatów, wezwawszy do pomocy w tej czynności
kardynała de Saint-Marcel. Jego Świątobliwość zdawał się tak
wzruszony, że ten i ów powziął nadzieję ratunku dla tych
nieszczęśliwych. Aby ocalić synów, adwokaci zrzucali całą zbrodnię na Beatrix. Ponieważ dowiedziono w procesie, że ojciec jej
niejednokrotnie użył przemocy w zbrodniczych zamiarach, adwokaci mieli nadzieję, iż jej będzie zbrodnia odpuszczona, ile że
znajdowała się w położeniu godziwej obrony; gdyby zaś
tak się stało, skoro główna winowajczyni ocaliłaby głowę, w jakiż
sposób braci jej, przez nią namówionych, miano by wydać na
śmierć?</akap>


<akap>Poświęciwszy tę noc obowiązkom sędziego, Klemens VIII
nakazał, aby oskarżonych odprowadzono do więzienia i <wyroznienie>zamknięto w oddzielnych celach</wyroznienie>. Ta okoliczność
obudziła wielkie nadzieje w Rzymie, gdzie w całej tej zbrodni
widziano jedynie Beatrix. Było stwierdzone, że kochała monsignora Guerra, ale że nigdy nie przekroczyła przykazań najsurowszej cnoty; nie można było tedy, wedle sprawiedliwości, czynić
z niej potwora zbrodni. I jakże ją karać za to, że posłużyła się
prawem obrony? A cóż by zrobiono, gdyby się okazała powolną?
Trzeba było, aby sprawiedliwość ludzka pomnożyła niedole istoty
tak lubej, tak godnej litości i tak już nieszczęśliwej? Po życiu tak
smutnym, które zwaliło na nią wszystkie nieszczęścia, czyż nie
miała wreszcie prawa do kilku dni mniej okropnych? Każdy
człowiek w Rzymie poczuwał się do obowiązku bronienia jej.
Czyż by jej nie przebaczono, gdyby za pierwszym razem, kiedy
Franciszek Cenci pokusił się o zbrodnię, zasztyletowała go?</akap>


<akap>Papież Klemens VIII był łagodny i miłosierny. Zaczynaliśmy
mieć nadzieję, iż zawstydzony nieco wybuchem gniewu, pod
wpływem którego przerwał obronę adwokatom, przebaczy tej,
która odparła siłę siłą, co prawda nie w momencie pierwszej
zbrodni, ale wówczas gdy niegodziwiec próbował ją ponowić.
Cały Rzym był w napięciu, kiedy papież otrzymał wiadomość
o gwałtownej śmierci margrabiny Konstancji Santa Croce. Syn
jej, Paweł Santa Croce, zabił sztyletem tę panią, liczącą sześćdziesiąt lat, za to, iż nie chciała się zobowiązać, że go uczyni
spadkobiercą wszystkich dóbr. Raport dodawał, że Santa Croce
uciekł i że nie było nadziei dosięgnięcia go. Papież przypomniał
sobie bratobójstwo Massinich, spełnione niedawno. Zatroskany
częstością tych mordów dokonanych na najbliższych krewnych,
Jego Świątobliwość nie sądził, aby mu wolno było przebaczyć.
Gdy nadszedł nieszczęsny raport o Pawle Santa Croce, papież
znajdował się w pałacu Monte Cavallo; spędził tam 6 września,
aby być następnego rana bliżej kościoła Najświętszej Panny
Anielskiej, gdzie miał wyświęcić na biskupa pewnego niemieckiego kardynała.</akap>


<akap>W piątek o godzinie dwudziestej drugiej (czwarta po południu)
kazał wezwać pana Ferrantego Taverna, gubernatora Rzymu<pa><slowo_obce>pana Ferrantego Taverna, gubernatora Rzymu</slowo_obce> --- później został kardynałem za tak szczególną usługę.</pa>,
i rzekł mu te słowa:</akap>


<akap_dialog>--- Oddajemy ci sprawę Cencich, iżby sprawiedliwość spełniła
się za twym staraniem bez najmniejszej zwłoki.</akap_dialog>


<akap>Gubernator wrócił do swego pałacu wielce poruszony rozkazem; natychmiast wygotował wyrok i zwołał kongregację celem
naradzenia się nad sposobem wykonania.</akap>


<akap>W sobotę rano, 11 września 1599, najpierwsi panowie rzymscy,
członkowie bractwa <slowo_obce>confortatori</slowo_obce><pr><slowo_obce>confortatori</slowo_obce> (wł.) --- dosł.: pocieszający; duchowni odprowadzający skazańców na miejsce kaźni.</pr>, udali się do dwóch więzień, do
Corte Savella, gdzie była Beatrix i jej macocha, oraz do Tordinona, gdzie znajdowali się Jakub i Bernard Cenci. Przez całą noc
z piątku na sobotę panowie rzymscy, którzy wiedzieli, co się
dzieje, biegali wciąż z pałacu Monte Cavallo do głównych kardynałów, aby uzyskać bodaj tyle, by kobiety stracono w murach
więzienia, a nie na haniebnym rusztowaniu, i aby uzyskać łaskę
dla młodego Bernarda Cenci, który mając ledwie piętnaście lat nie
mógł być dopuszczony do żadnej tajemnicy. Zwłaszcza szlachetny
kardynał Sforza odznaczył się tej nieszczęsnej nocy gorliwością,
ale mimo iż tak możny, nic nie zdołał uzyskać. Zbrodnia Pawła
Santa Croce była to zbrodnia plugawa, spełniona dla pieniędzy,
a zbrodnia Beatrix była dla ocalenia honoru.</akap>


<akap>Gdy najmożniejsi kardynałowie czynili tyle daremnych starań,
Farinacci, nasz wielki prawoznawca, odważył się dotrzeć do
papieża; stanąwszy przed Jego Świątobliwością, zdumiewający
ten człowiek umiał przemówić do sumienia papieża i póty się
naprzykrzał, aż uzyskał życie dla Bernarda Cenci.</akap>


<akap>Kiedy papież wyrzekł to wielkie słowo, mogła być czwarta rano
(sobota 11 września). Całą noc pracowano na placu koło mostu
św. Anioła nad przygotowaniem tej okrutnej tragedii. Jednakże
wszystkich potrzebnych odpisów wyroku nie dało się wygotować
przed piątą rano, tak że dopiero o szóstej można było oznajmić
okropną wiadomość biednym nieszczęśnikom, którzy spali spokojnie.</akap>


<akap>W pierwszej chwili młoda dziewczyna nie miała nawet tyle siły,
aby się ubrać. Wciąż wydawała rozdzierające okrzyki i oddawała
się najstraszniejszej rozpaczy.</akap>


<akap_dialog>--- Jak to możliwe, o mój Boże! --- wołała --- abym tak niespodzianie musiała umrzeć?</akap_dialog>


<akap>Lukrecja Petroni, przeciwnie, zachowała się bardzo rozsądnie.
Najpierw pomodliła się na klęczkach, następnie upomniała spokojnie córkę, aby z nią poszła do kaplicy, iżby się tam przygotowały do tego wielkiego przejścia z życia do śmierci.</akap>


<akap>To słowo wróciło Beatryczy cały spokój; o ile zrazu oddawała
się wybuchom szaleństwa, o tyle stała się roztropną i poważną,
skoro matka przywołała do przytomności tę wielką duszę. Od tej
chwili była zwierciadłem męstwa, które podziwiał cały Rzym.</akap>


<akap>Zażądała rejenta celem sporządzenia testamentu, co jej przyzwolono. Poleciła, aby ciało jej zaniesiono do św. Piotra in
Montorio; zostawiła trzy tysiące franków stygmatkom (zakonnice
od stygmatów św. Franciszka); suma ta miała posłużyć na
wyposażenie pięćdziesięciu ubogich nowicjuszek. Przykład ten
wzruszył signorę Lukrecję, która także zrobiła testament i nakazała, aby ciało jej przeniesiono do św. Jerzego; zostawiła pięć
tysięcy franków jałmużny temu kościołowi i inne pobożne legaty.</akap>


<akap>O ósmej wyspowiadały się, wysłuchały mszy i przyjęły świętą
komunię. Ale nim się udały na mszę, signora <begin id="b1348055218112-2280537419"/><motyw id="m1348055218112-2280537419">Strój</motyw>Beatrix rozważyła,
że nie byłoby przystojnie pokazać się na rusztowaniu, w oczach
całego ludu, w bogatych szatach, które miały na sobie. Kazała
sporządzić dwie suknie, jedną dla siebie, drugą dla matki. Suknie
te uszyto krojem szat zakonnych, bez ozdób na piersiach i ramionach, jedynie marszczone z szerokimi rękawami. Suknia matki
była z czarnego płótna, suknia dziewczyny z niebieskiej kitajki,
z grubym sznurem opasującym kibić.</akap>



<akap>Kiedy przyniesiono te suknie, signora Beatrix, dotąd klęcząca,
wstała i rzekła do signory Lukrecji:</akap>


<akap_dialog>--- Pani matko, godzina naszej męki zbliża się; byłoby dobrze,
abyśmy się przygotowały, abyśmy zmieniły suknie i oddały sobie
ostatni raz wzajemną przysługę przy ubieraniu.<end id="e1348055218112-2280537419"/></akap_dialog>


<akap>Wzniesiono na placu św. Anioła rusztowanie z pieńkiem
i <slowo_obce>mannaja</slowo_obce> (rodzaj gilotyny). O godzinie trzynastej (ósma rano)
Bractwo Miłosierdzia przyniosło wielki krucyfiks do bram więzienia. Jakub Cenci wyszedł pierwszy; ukląkł pobożnie w progu,
pomodlił się i ucałował święte rany krucyfiksu. Za nim szedł
Bernard Cenci, młodszy brat; ten miał ręce związane i deszczułkę
przed oczami. Tłum był ogromny; wszczął się tumult z powodu
naczynia, które spadło z okna prawie na głowę jednego z pokutników, niosącego zapaloną pochodnię tuż przy chorągwi.</akap>


<akap>Wszyscy patrzyli na dwóch braci, kiedy nagle wystąpił prokurator rzymski i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Signor Bernardo, pan nasz darowuje ci życie, udaj się za
swymi krewnymi i módl się do Boga za nich.</akap_dialog>


<akap>Natychmiast jego dwaj <slowo_obce>confortatori</slowo_obce> odjęli mu deszczułkę
znajdującą się przed oczyma. Kat usadowił na wóz Jakuba Cenci
i zdjął mu suknie, aby go móc szarpać kleszczami. Kiedy kat
podszedł do Bernarda, sprawdził podpis na jego ułaskawieniu,
rozwiązał go, zdjął mu kajdany, że zaś był bez ubrania, jako iż
miał być szarpany obcęgami, kat posadził go na wóz i zawinął go
w bogaty płaszcz dziany złotem. (Powiadano, że to był ten sam,
który Beatrix dała Marziowi po zbrodni w fortecy Petrella.)
Olbrzymi tłum znajdujący się na ulicy, w oknach i na dachach
poruszył się nagle, rozległ się głuchy i poważny szmer: zaczęto
mówić, że dziecko zostało ułaskawione.</akap>


<akap>Rozległy się psalmy i procesja udała się przez plac Nawoński ku
więzieniu Savella. Przybywszy do bram, chorągiew zatrzymała się,
dwie kobiety wyszły, uwielbiły stopy św. krucyfiksu, po czym
ruszyły w drogę pieszo, jedna za drugą. Były odziane tak, jak
wspomniano, z głową okrytą zasłoną z kitajki, sięgającą prawie do
pasa.</akap>


<akap>Signora Lukrecja, jako wdowa, miała zasłonę czarną i pantofle
czarne aksamitne bez obcasów, wedle zwyczaju.</akap>


<akap>Zasłona Beatrix była z niebieskiej kitajki, jak suknia; co więcej,
miała welon ze srebrnej lamy na ramionach, spódnicę fioletową
i białe atłasowe pantofle, wykwintnie zasznurowane szkarłatnym sznurkiem. Miała w tym stroju szczególny wdzięk, tak iż łzy
napływały do oczu wszystkim, w miarę jak ją widzieli idącą wolno
na końcu procesji.</akap>


<akap>Obie kobiety miały dłonie swobodne, ale ramiona przywiązane
do ciała, tak iż każda mogła nieść krucyfiks; trzymały go też przy
oczach. Rękawy były bardzo szerokie, tak że było widać ramiona
okryte koszulą obciśniętą przy garstkach, jak jest obyczaj w tym
kraju.</akap>


<akap>Signora Lukrecja, która miała serce mniej mężne, płakała
ustawicznie; młoda Beatrix, przeciwnie, objawiała wiele hartu;
obracając oczy w stronę każdego kościoła, który mijała procesja,
przyklękała na chwilę i mówiła silnym głosem: ,,<slowo_obce>Adoramus te,
Christe</slowo_obce>".</akap>


<akap>Przez ten czas biednego Jakuba Cenci szarpano na wózku
kleszczami, co znosił z wielkim męstwem.</akap>


<akap>Procesja zaledwie mogła się przecisnąć przez plac koło mostu
św. Anioła, tyle było karet i taka ciżba ludu. Zaprowadzono
natychmiast kobiety do kaplicy, którą przygotowano, po czym
zawiedziono tam Jakuba Cenci.</akap>


<akap>Młodego Bernarda w płaszczu oszywanym złotem zaprowadzono na rusztowanie; za czym wszyscy mniemali, że ma być stracony
i że go nie darowano łaską. Biedny chłopczyna tak się przeląkł, że
padł zemdlony, ledwie wstąpiwszy nogą na szafot. Ocucono go
zimną wodą i posadzono naprzeciw pieńka.</akap>


<akap>Kat poszedł po Lukrecję Petroni; ręce miała związane na
grzbiecie i nie miała już zasłony na ramionach. Ukazała się na
placu, obok chorągwi, z głową spowitą w czarny welon, pojednała
się z Bogiem i ucałowała jego święte rany. Powiedziano jej, aby
porzuciła sandały na bruku; ponieważ była bardzo tłusta, dość
ciężko było jej wejść. Kiedy się znalazła na rusztowaniu i kiedy jej
zdjęto z głowy czarną zasłonę, przykro ją dotknęło to, że ją widzą
z odsłoniętymi ramionami i piersią; popatrzyła na siebie, potem
na śmiertelny pieniek i na znak poddania podniosła z wolna ręce;
łzy napłynęły jej do oczu, rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- O mój Boże... A wy, bracia, módlcie się za mą duszę.</akap_dialog>


<akap>Nie wiedząc, co ma czynić, spytała Aleksandra, pierwszego
kata, jak się ma zachować. Rzekł, aby usiadła okrakiem na desce.
Ale ten ruch zdał się jej nieobyczajny; jakoż wykonała go bardzo
wolno (szczegóły, które następują, są do zniesienia jedynie dla
włoskiego czytelnika, który chce wiedzieć wszystko z największą dokładnością; czytelnikom francuskim niech wystarczy, iż przez
skrupuł skromności biedna kobieta zraniła się w pierś; kat
pokazał głowę ludowi, po czym zawinął ją w czarną zasłonę).</akap>


<akap><begin id="b1348055540432-2885198529"/><motyw id="m1348055540432-2885198529">Śmierć bohaterska, Kara</motyw>Gdy wyporządzano szafot dla młodej dziewczyny, trybuna
pełna ciekawych zawaliła się i wielu ludzi się pozabijało. Tak
stanęli przed sądem boskim wcześniej od Beatrix.</akap>


<akap>Kiedy Beatrix ujrzała, iż orszak wraca po nią do kaplicy,
spytała żywo:</akap>


<akap_dialog>--- Czy pani matka naprawdę umarła?</akap_dialog>


<akap>Odpowiedziano, że tak; za czym padła na kolana przed krucyfiksem i modliła się żarliwie za jej duszę. Następnie mówiła głośno
i długo do krucyfiksu:</akap>


<akap_dialog>--- Panie, odwróciłeś się dla mnie i pójdę za tobą z dobrej woli,
nie rozpaczając o twym miłosierdziu dla mego straszliwego
grzechu, etc.</akap_dialog>


<akap>Odmówiła następnie liczne psalmy i modły, wciąż na chwałę
Boga. Kiedy wreszcie kat zjawił się przed nią ze sznurem, rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Zwiąż to ciało, które ma być ukarane, a rozwiąż duszę, która
ma dostąpić nieśmiertelności i wiekuistej chwały.<end id="e1348055540432-2885198529"/></akap_dialog>


<akap>Za czym wstała, pomodliła się, zzuła trzewiki u dołu schodów,
po czym wstąpiwszy na szafot okraczyła zwinnie deskę i podała
głowę pod topór. Spełniła wszystko sama, tak aby kat jej nie tykał.
Dzięki zwinności ruchów nie dopuściła, by publiczność miała
widzieć jej ramiona i piersi, w chwili gdy jej zdejmowano zasłonę.
Cios długo się opóźniał, ponieważ zaszły przeszkody.<pa><slowo_obce>Cios długo się opóźniał, ponieważ zaszły przeszkody.</slowo_obce> --- współczesny autor powiada, iż Klemens VIII był bardzo niespokojny o zbawienie duszy
Beatrix; uważając snadź, iż ją skazano niesłusznie, lękał się odruchu buntu. W chwili gdy położyła
głowę na pieńku, dano strzał armatni z Zamku św. Anioła, skąd widać było dobrze rusztowanie.
Papież, który modlił się w Monte Cavallo i czekał tego sygnału, dał natychmiast młodej
dziewczynie rozgrzeszenie papieskie <wyroznienie>większe</wyroznienie>, <slowo_obce>in articulo mortis</slowo_obce>. Stąd owo opóźnienie
okrutnego momentu, o którym mówi kronikarz.</pa> Przez ten
czas wzywała głośno imienia Jezusa Chrystusa i Przenajświętszej
Dziewicy. W okropnej chwili ciało wzdrygnęło się straszliwie.
Biedny Bernard Cenci, który wciąż siedział na rusztowaniu, padł
znowu zemdlony; trwało dobre pół godziny, zanim confortatori
zdołali go ocucić. Wówczas wstąpił na rusztowanie Jakub Cenci;
znów trzeba tu pominąć nazbyt okrutne szczegóły. Jakub Cenci
został zatłuczony (<slowo_obce>mazzolato</slowo_obce>).</akap>


<akap>Natychmiast odprowadzono Bernarda do więzienia; miał silną
gorączkę, puszczono mu krew.</akap>


<akap>Co się tyczy biednych kobiet, złożono je do trumien i ustawiono
o kilka kroków od rusztowania, blisko posągu św. Pawła, ostatniego po prawej na moście św. Anioła. Zostały tam do kwadrans
na piątą po południu. Koło każdej trumny płonęły cztery świece
z białego wosku.</akap>


<akap>Następnie, wraz ze szczątkami Jakuba Cenci, zaniesiono je do
pałacu florenckiego konsula. O kwadrans na dziesiątą wieczór<pa><slowo_obce>kwadrans na dziesiątą wieczór</slowo_obce> --- jest to godzina zarezerwowana w Rzymie na pogrzeb książąt. Kondukt mieszczan ma
miejsce o zachodzie słońca, drobna szlachta grzebana jest o pierwszej w nocy; kardynałowie
i książęta o pół do trzeciej w nocy, co 11 września odpowiadało godzinie za piętnaście dziesiąta.</pa>
ciało młodej dziewczyny, przybrane w jej własne szaty i obficie
uwieńczone kwiatami, zaniesiono do św. Piotra in Montorio.
Była cudownie piękna; można by myśleć, że śpi. Pogrzebano ją
koło wielkiego ołtarza, przed <tytul_dziela>Przemienieniem</tytul_dziela> Rafaela z Urbino.
Towarzyszyło jej pięćdziesiąt grubych płonących świec i wszyscy
franciszkanie z całego Rzymu.</akap>


<akap>Lukrecję Petroni zaniesiono o dziesiątej wieczór do kościoła
św. Jerzego. Podczas tej tragedii ciżba była olbrzymia; jak daleko
wzrok mógł sięgnąć, ulice były wypełnione karocami i ludem,
trybuny, okna i dachy pełne ciekawych. Słońce prażyło owego
dnia tak, że wielu ludzi mdlało. Ogromna liczba osób dostała
gorączki; kiedy zaś wszystko się skończyło o dziewiętnastej
godzinie (trzy kwadranse na drugą) i kiedy tłum się rozproszył,
wiele osób udusiło się w tłoku, wiele stratowały konie. Liczba
zabitych była bardzo wielka.</akap>


<akap>Signora Lukrecja Petroni była dość niska i, mimo że miała
pięćdziesiąt lat, bardzo urodziwa. Miała piękne rysy, mały nos,
czarne oczy, twarz bardzo białą z żywymi rumieńcami; włosy
skąpe, kasztanowate.</akap>


<akap>Beatrix Cenci, która będzie budziła wiekuiste żale, miała
właśnie szesnaście lat; była nieduża, pulchna i miała dołki na
policzkach, tak iż kiedy leżała umarła i przystrojona kwiatami,
można by rzec, że śpi, a nawet że się śmieje, jak często zdarzało się
jej, póki była przy życiu. Miała małe usta, włosy blond i z natury
kędzierzawe. Kiedy szła na śmierć, te kręcące się blond włosy
opadły jej na oczy, co jej przydało wdzięku i skłoniło do współczucia.</akap>


<akap>Jakub Cenci był małego wzrostu, otyły, biały na twarzy
i z czarną brodą; miał około dwudziestu sześciu lat, gdy umierał.</akap>


<akap>Bernard Cenci podobny był zupełnie do siostry, że zaś nosił jak
ona długie włosy, przeto kiedy się zjawił na szafocie, wiele osób
wzięło go za nią.</akap>


<akap>Słońce prażyło tego dnia tak dotkliwie, że wielu widzów tej
tragedii umarło w nocy, wśród nich Ubaldino Ubaldini, młodzieniec rzadkiej piękności i cieszący się wprzód doskonałym zdrowiem. Był to brat signora Renzi, tak znanego w Rzymie. Tak więc
cienie Cencich odeszły w licznym towarzystwie.</akap>


<akap>Wczoraj, we wtorek, 14 września roku 1599 pokutnicy z San
Marcello, z okazji dnia św. Krzyża, skorzystali ze swego przywileju, aby uwolnić z więzienia Bernarda Cenci, który zobowiązał się
zapłacić w ciągu roku czterysta tysięcy franków Najświętszej
Trójcy z mostu Sykstyńskiego.</akap>

<sekcja_swiatlo/>
<akap>Dopisane inną ręką:</akap>


<akap>Od niego to pochodzą Franciszek i Bernard Cenci, dziś żyjący.</akap>


<akap>Słynny Farinacci, który uporem swym ocalił życie młodemu
Cenci, wydał swoje mowy obrończe. Daje jedynie wyciąg z obrony numer 66, którą wygłosił wobec Klemensa VIII w sprawie
Cencich. Obrona ta w języku łacińskim zajęłaby sześć wielkich
stronic i nie mogę jej tutaj przytoczyć, czego żałuję; dobrze oddaje
ducha roku 1599 i zdaje mi się bardzo rozsądna. Wiele lat po roku
1599 Farinacci, oddając swoje obrony do druku, dodał przypisek
do tej, którą wygłosił w sprawie Cencich: ,,<slowo_obce>Omnes fuerunt ultimo
supplicio effecti, excepto Bernardo, qui ad triremes cum bonorum confiscatione condemnatus fuit, ac etiam ad interessendum
aliorum morti prout interfuit</slowo_obce><pr><slowo_obce>Omnes fuerunt ultimo
supplicio effecti, excepto Bernardo, qui ad triremes cum bonorum confiscatione condemnatus fuit, ac etiam ad interessendum
aliorum morti prout interfuit </slowo_obce>(łac.) --- wszyscy ponieśli ostateczną męczarnię z wyjątkiem Bernarda, którego skazano na galery
z konfiskatą dóbr, a także na obecność przy śmierci innych, co też się stało.</pr>".</akap>


<akap>Koniec tego łacińskiego przypisku jest wzruszający, ale sądzę,
że czytelnik znużony jest tak długą historią.</akap>








<naglowek_czesc>Księżna Palliano</naglowek_czesc>





<nota><akap>Palermo, 22 lipca 1838</akap></nota>



<akap>Nie jestem przyrodnikiem; po grecku umiem bardzo średnio;
toteż kiedym się wybierał na Sycylię, głównym mym celem nie
było obserwować Etnę ani też rzucać jakieś światło dla siebie lub dla
drugich na to, co starożytni Grecy powiedzieli o Sycylii. Przede
wszystkim szukałem rozkoszy dla oczu, która w tym osobliwym
kraju jest zaiste wielka. Podobny jest --- powiadają --- do Afryki; ale
co jest dla mnie zupełnie pewne, to że do Włoch podobny jest
jedynie przez swoje pałace namiętności. Jeżeli o kim, to o Sycylianach<pe><slowo_obce>Sycylianin</slowo_obce> --- dziś popr.: Sycylijczyk.</pe> można powiedzieć, że słowo <wyroznienie>niepodobieństwo</wyroznienie> nie
istnieje dla nich, z chwilą gdy zapłoną miłością lub nienawiścią;
nienawiść zaś w tym pięknym kraju nigdy nie płynie z interesu
pieniężnego.</akap>


<akap>Uważam, że w Anglii, a zwłaszcza we Francji mówi się często
<wyroznienie>o włoskiej namiętności</wyroznienie>, o owej nieokiełzanej namiętności, którą spotyka się we Włoszech w XVI i XVII wieku. Za
naszych czasów ta piękna namiętność wymarła, zupełnie wymarła
w klasach dotkniętych naśladownictwem obyczajów francuskich
czy form modnych w Paryżu lub Londynie.</akap>


<akap><begin id="b1348477459639-2408796565"/><motyw id="m1348477459639-2408796565">Dekadent</motyw>Można powiedzieć --- wiem o tym --- że w epoce Karola V (1530)
Neapol, Florencja, a nawet Rzym naśladowały po trosze obyczaj
hiszpański; ale czyż te szlachetne zwyczaje nie wspierały się na
bezgranicznym szacunku, jaki wszelki człowiek godny tego miana
winien mieć dla skłonności swej duszy? Obyczaj ten nie tylko nie
wykluczał energii, ale ją podsycał; podczas gdy pierwszą zasadą
dudków małpujących księcia de Richelieu około roku 1760 było
<wyroznienie>nie okazywać wzruszenia</wyroznienie>. Czyż zasadą dandysów angielskich, których dziś naśladuje się w Neapolu chętniej niż
dudków francuskich, nie jest okazywać znudzenie wszystkim,
wyższość ponad wszystko?</akap>


<akap>Tak więc już od wieku <wyroznienie>namiętność włoska</wyroznienie> nie istnieje
w wytwornym towarzystwie tego kraju.<end id="e1348477459639-2408796565"/></akap>


<akap><begin id="b1348477563879-3249524428"/><motyw id="m1348477563879-3249524428">Historia</motyw>Aby sobie stworzyć jakieś pojęcie o włoskiej namiętności,
o której nasi romansopisarze mówią z taką pewnością siebie,
musiałem sięgnąć do historii; a i to jeszcze <wyroznienie>wielka</wyroznienie> historia, spisana przez ludzi z talentem i często zbyt majestatyczna,
niewiele mówi o tych szczegółach. Szaleństwa raczy protokołować
tylko o tyle, o ile popełnili je królowie lub książęta. Zapuściłem się
w osobliwą historię każdego miasta, ale przeraziła mnie obfitość
materiału. Lada mieścina przedkłada wam dumnie swą historię
w drukowanych trzech lub czterech tomach <slowo_obce>in quarto</slowo_obce> i siedmiu
lub ośmiu tomach rękopiśmiennych; te ostatnie są prawie nie do
odcyfrowania, usiane skrótami, dające literom osobliwe kształty
i w najciekawszych miejscach pełne zwrotów używanych w danej
okolicy, ale niezrozumiałych o dwadzieścia mil. Albowiem w tej
pięknej Italii, gdzie miłość posiada tyle tragicznych wydarzeń,
jedynie trzy miasta: Florencja, Siena i Rzym, mówią mniej więcej
tak, jak piszą; wszędzie indziej język pisany odległy jest o sto mil
od języka mówionego.<end id="e1348477563879-3249524428"/></akap>


<akap>To, co się nazywa <wyroznienie>włoską namiętnością</wyroznienie>, to znaczy
namiętnością, która stara się uczynić sobie zadość, nie zaś <wyroznienie>dać drugim zaszczytne o nas pojęcie</wyroznienie>, zaczyna się
z odrodzeniem w społeczeństwie w XII wieku, a gaśnie, przynajmniej w wyższym towarzystwie, około roku 1734. W tym czasie
Burboni obejmują berło Neapolu w osobie don Carlosa, z matki
Farnese, drugiej żony Filipa V, owego żałosnego wnuka <begin id="b1348477655455-2522952727"/><motyw id="m1348477655455-2522952727">Nuda</motyw>Ludwika XIV, tak nieustraszonego w gradzie kul, tak znudzonego
i tak rozkochanego w muzyce. Wiadomo, że przez dwadzieścia
cztery lata cudowny kastrat Farinelli śpiewał mu co dzień trzy
ulubione arie, zawsze te same.<end id="e1348477655455-2522952727"/></akap>


<akap>Filozoficzny umysł może się zainteresować szczegółami namiętności takiej, jaką się spotyka w Rzymie lub w Neapolu; ale
wyznaję, że <begin id="b1348477707799-1511283196"/><motyw id="m1348477707799-1511283196">Obyczaje</motyw>nie widzę nic głupszego niż owe romanse dające
włoskie imiona swoim bohaterom. Czyż nie uznaliśmy za pewnik,
że namiętności zmieniają się, skoro się posuniemy o sto mil ku
północy? Czyż miłość jest taka sama w Marsylii i w Paryżu? Co
najwyżej można powiedzieć, że kraje mające od dawna jednaką formę rządu objawiają pewne zewnętrzne podobieństwo obyczajowe.<end id="e1348477707799-1511283196"/></akap>


<akap>Jak namiętności, jak muzyka, tak krajobraz zmienia się, skoro
się posuniemy o trzy lub cztery stopnie na północ. Krajobraz neapolitański wydałby się niedorzeczny w Wenecji, gdyby nie było
przyjęte, nawet we Włoszech, podziwiać piękność Neapolu. W
Paryżu robimy jeszcze lepiej: wierzymy, że lasy i pola są zupełnie
jednakie w okolicach Neapolu i Wenecji, i chcielibyśmy, aby na
przykład Canaletto miał ściśle ten sam koloryt co Salvator Rosa.</akap>


<akap>A czyż nie jest szczytem śmieszności owa dama angielska,
obdarzona wszystkimi doskonałościami swojej wyspy, ale wyraźnie uznana za niezdolną, nawet na tej wyspie, odmalować <wyroznienie>nienawiść i miłość</wyroznienie>, słowem pani Anna Radcliffe, kiedy daje
włoskie imiona i wielkie namiętności osobom swego słynnego
romansu <tytul_dziela>Konfesjonał czarnych pokutników</tytul_dziela>?</akap>


<akap>Nie będę się starał przydawać wdzięku prostocie oraz rażącej
chwilami surowości zbyt prawdziwego opowiadania, które przedkładam pobłażliwości czytelnika, tłumaczę na przykład dosłownie
odpowiedź księżnej Palliano na oświadczyny jej krewniaka Marcelego Capecce. Ta kronika rodzinna znajduje się, nie wiem
czemu, na końcu drugiego tomu rękopiśmiennej historii Palermo,
co do której nie mogę podać żadnych szczegółów.</akap>


<akap>Opowiadanie to, które --- z wielkim żalem --- mocno skracam
(opuszczam mnóstwo charakterystycznych okoliczności), obejmuje raczej ostatnie przygody nieszczęśliwej rodziny Carafa niż
zajmujące dzieje miłości. <begin id="b1348478237615-3556452548"/><motyw id="m1348478237615-3556452548">Twórczość</motyw>Próżność autorska szepce mi, że można
byłoby uczynić bardziej zajmującą tę i ową sytuację, szerzej
rozwijając --- to znaczy zgadując i szczegółowo opowiadając czytelnikowi --- uczucia danych osobistości. Ale czy ja, młody Francuz
urodzony na północ od Paryża<pr><slowo_obce>ja, młody Francuz urodzony na północ od Paryża</slowo_obce> --- w rzeczywistości Stendhal
urodził się w Grenoble.</pr>, mogę mieć pewność, iż trafnie
odgadnę to, co się działo w tych włoskich duszach z roku 1559?
Mogę co najwyżej zgadnąć, co się wyda miłe i zajmujące czytelnikom francuskim z roku 1838.</akap>


<akap>Owa namiętność władnąca uczuciami we Włoszech około roku
1559 żądała czynów, nie słów. Toteż w niniejszym opowiadaniu
bardzo mało będzie rozmów. Jest to ujemna strona tego przekładu, ile że nawykliśmy do długich rozmów naszych powieściowych
bohaterów; rozmowa jest dla nich jak bitwa. Opowieść, dla której
dopraszam się pobłażliwości czytelnika, ujawnia pewną właściwość wprowadzoną we włoskie obyczaje przez Hiszpanów. Nie
wyszedłem z roli tłumacza. Wierny obraz sposobu czucia w XVI
wieku, a nawet sposobu opowiadania dziejopisa, którym --- wedle
wszelkiego prawdopodobieństwa --- był jakiś szlachcic, dworzanin
nieszczęsnej księżnej Palliano, stanowi, moim zdaniem, zaletę tej
tragicznej historii, o ile w ogóle ma ona zalety.<end id="e1348478237615-3556452548"/></akap>


<akap>Najsurowsza hiszpańska etykieta panowała na dworze księcia
Palliano. Zważcie, że każdy kardynał, że każdy książę rzymski
miał podobny dwór, a możecie sobie wytworzyć obraz, jaki
przedstawiała w roku 1559 cywilizacja Rzymu. Nie zapominajcie,
że była to epoka, kiedy król Filip II, potrzebując dla jakiejś intrygi
głosów dwóch kardynałów, dał każdemu z nich dwieście tysięcy
franków renty w beneficjach kościelnych. Rzym, mimo iż bez
potężnej armii, był centrum świata. Paryż był w roku 1559
miastem dość sympatycznych barbarzyńców.</akap>






<naglowek_rozdzial>Wierny przekład starego opowiadania, spisanego około 1566</naglowek_rozdzial>



<akap>Jan Piotr Carafa, mimo iż pochodzący z jednej z najszlachetniejszych rodzin w Neapolu, miał charakter przykry, szorstki,
gwałtowny, wręcz godny pastucha. Przywdział sukienkę (sutannę) i udał się młodo do Rzymu, gdzie znalazł pomoc w faworze
swego krewniaka, Oliwiera Carafa, kardynała i arcybiskupa
Neapolu. Aleksander VI, ów wielki człowiek, który wiedział
wszystko i mógł wszystko, uczynił zeń swego <slowo_obce>cameriere</slowo_obce> (mniej
więcej to, co byśmy dziś nazwali ordynansowym oficerem). Julian
II mianował go arcybiskupem Chieti; papież Paweł zrobił go
kardynałem; wreszcie 23 maja 1555 roku, po straszliwych intrygach i kłótniach kardynałów zamkniętych na konklawe, wybrano
go papieżem pod imieniem Pawła IV; miał wówczas siedemdziesiąt osiem lat. Ci sami, którzy go powołali na stolec św. Piotra,
zadrżeli niebawem, widząc srogość i surową, nieubłaganą pobożność pana, którego sobie dali.</akap>


<akap>Wieść o tej nieoczekiwanej nominacji poruszyła Neapol i Palermo. W krótkim czasie zjawiła się w Rzymie mnogość członków
znamienitej rodziny Carafa. Wszyscy otrzymali jakieś stanowiska; ale --- rzecz naturalna --- papież wyróżnił osobliwie trzech
bratanków, synów hrabiego Montorio, swego brata.</akap>


<akap>Don Juan, najstarszy, już żonaty, został księciem Palliano. Księstwo to, zagarnięte Markowi Antoniemu Colonna, do którego wprzód należało, obejmowało mnogość wsi i miasteczek.
Carlos, drugi bratanek Jego Świątobliwości, był kawalerem maltańskim i bywał na wojnie; zrobiono go kardynałem, legatem
bolońskim<pr><slowo_obce>zrobiono go kardynałem, legatem
bolońskim</slowo_obce> --- Bolonią, należącą w latach 1506--1797 do
Państwa Kościelnego, rządził wyznaczony przez papieża kardynał-legat.</pr> i pierwszym ministrem. Był to człowiek bardzo
śmiały; wierny tradycjom rodzinnym, ośmielił się nienawidzić
najpotężniejszego króla (Filipa II, króla Hiszpanii i Indii) i dał mu
odczuć swą nienawiść. Trzeciego bratanka, don Antonia Carafę,
ponieważ był żonaty, papież zrobił margrabią Montebello. Wreszcie córkę brata z pierwszego małżeństwa postanowił wydać za
Franciszka, delfina Francji, syna Henryka II; jako posag
Paweł IV zamierzał mu dać królestwo Neapolu, które zagarnięto
by Filipowi II, królowi Hiszpanii. Rodzina Carafa nienawidziła
tego potężnego króla, który, wspomagany błędami tejże rodziny,
zdołał ją później wytępić, jak to zobaczycie.</akap>


<akap>Od czasu jak wstąpił na tron św. Piotra, tron najpotężniejszy
w świecie i zaćmiewający w owej epoce nawet wspaniałego
monarchę Hiszpanii, Paweł IV, zarówno jak większość jego
następców, roztaczał przykład wszystkich cnót. Był to wielki
papież i wielki święty; starał się ukrócić nadużycia Kościoła
i oddalić w ten sposób sobór powszechny, którego domagano się
ze wszystkich stron na dworze w Rzymie, a do którego roztropna
polityka nie pozwalała dopuścić.</akap>


<akap>Wedle obyczajów owej epoki, nazbyt już obecnie zapomnianej, stanami Jego Świątobliwości rządzili samowolnie jego bratankowie, ile że władca nie mógł pokładać zaufania w ludziach,
którzy by mieli interesy różne od jego interesów. Kardynał był
pierwszym ministrem i rządził stryjem; księcia Palliano mianowano generałem armii świętego Kościoła; a margrabia Montebello,
kapitan gwardii pałacowej, wpuszczał jedynie tych, których mu
się spodobało. Niebawem ci młodzi ludzie zaczęli się dopuszczać
największych nadużyć; zaczęli od przywłaszczania sobie majątku
osób przeciwnych ich rządom. Mieszkańcy nie wiedzieli, do kogo
się udać, aby uzyskać sprawiedliwość. Nie tylko trzeba im było
drżeć o swoje mienie, ale --- rzecz okropna do powiedzenia
w ojczyźnie czystej Lukrecji! --- cześć ich żon i córek nie była
bezpieczna. Książę Palliano i jego bracia porywali najpiękniejsze
kobiety; wystarczało, aby która miała nieszczęście wpaść im
w oko. Patrzano ze zdumieniem na to, że nie mają żadnego
względu dla szlachectwa krwi; ba, co o wiele cięższe, nie wstrzymywała ich święta klauzura klasztoru. Lud doprowadzony do
rozpaczy nie wiedział, gdzie nieść swoje skargi, taką grozę budzili
trzej bracia w całym otoczeniu papieża; byli zuchwali nawet
wobec ambasadorów.</akap>


<akap>Książę zaślubił jeszcze przed wyniesieniem swego stryja Violantę Cardone, z rodziny hiszpańskiego pochodzenia, należącej
w Neapolu do najznamienitszych.</akap>


<akap>Należała do Seggio di Nido<pr><slowo_obce>Seggio di Nido</slowo_obce> --- patrycjat Neapolu dzielił się na rodzaj korporacji, tzw. <slowo_obce>seggi</slowo_obce>. Najstarszymi i najbardziej wpływowymi były Seggio di
Nido i Seggio-Capuana.</pr>.</akap>


<akap>Violanta, słynna z rzadkiej piękności i wdzięku, jaki umiała
przybrać, kiedy chciała być miła, jeszcze sławniejsza była z szalonej dumy. Ale trzeba być sprawiedliwym; trudno sobie wyobrazić
kobietę górniej myślącą, co okazała dowodnie światu, nie wyznając nic przed śmiercią kapucynowi, który ją spowiadał. Umiała na
pamięć i wygłaszała z nieskończonym wdziękiem cudnego <tytul_dziela>Orlanda</tytul_dziela> <slowo_obce>messer</slowo_obce> Ariosta, mnóstwo sonetów boskiego Petrarki, powiastki z <tytul_dziela>Pecorone</tytul_dziela><pr><slowo_obce>Pecorne</slowo_obce> --- tytuł zbiorku nowel będącego naśladownictwem <tytul_dziela>Dalmmerorw</tytul_dziela>; autorem jego jest Giovanni Fiorentino, włoski nowelista z
końca XIV w.</pr> etc. Ale jeszcze bardziej była urocza, kiedy raczyła
zabawiać towarzystwo osobliwymi myślami, jakie rodziły się jej
w głowie.</akap>


<akap>Miała syna, który nosił miano księcia Cavi. Brat jej,
D. Ferrand, hrabia d'Aliffe, przybył do Rzymu znęcony pomyślnością szwagrów.</akap>


<akap>Książę Palliano trzymał wspaniały dwór; młodzieńcy z pierwszych rodzin w Neapolu walczyli o zaszczyt należenia doń. Wśród
tych, którzy mu byli najmilsi, Rzym wyróżnił swoim podziwem
Marcelego Capecce (z Seggio di Nido), młodego kawalera słynnego w Neapolu z dowcipu, jak nie mniej z boskiej piękności, którą
otrzymał od nieba.</akap>


<akap>Ulubienicą księżnej była Diana Brancaccio, licząca wówczas
trzydzieści lat, bliska krewna margrabiny Montebello, jej bratowej. Powiadano w Rzymie, że dla tej faworyty wyrzekła się swej
dumy; zwierzała jej wszystkie tajemnice. Ale te tajemnice odnosiły się tylko do polityki; księżna budziła namiętności, lecz nie
podzielała żadnej.</akap>


<akap>Z porady kardynała Carafa papież wydał wojnę królowi hiszpańskiemu, a król Francji posłał papieżowi na pomoc armię pod
dowództwem księcia de Guise.</akap>


<akap>Ale trzeba nam się trzymać wypadków domowych na dworze
księcia Palliano.</akap>


<akap>Capecce był od dawna jak szalony, dziwaczne jego postępki
zwracały powszechną uwagę. Faktem jest, że biedny młodzieniec rozkochał się do szaleństwa w księżnej, swojej pani, ale nie śmiał
jej tego wyznać. Mimo to wierzył, iż dojdzie do celu, ile że księżna
była wielce zagniewana na męża, który ją zaniedbywał. Książę
Palliano był wszechwładny w Rzymie i księżna wiedziała z pewnością, że prawie co dzień najsłynniejsze z piękności damy
rzymskie odwiedzają jej męża w jego własnym pałacu, a to był
afront, z którym nie mogła się pogodzić.</akap>


<akap>Wśród kapelanów świątobliwego papieża Pawła IV znajdował
się czcigodny mnich, z którym papież odmawiał brewiarz. Człowiek ten, narażając własne gardło, może namówiony przez hiszpańskiego ambasadora, ośmielił się pewnego dnia odkryć papieżowi
wszystkie zbrodnie jego bratanków. Ojciec Święty rozchorował
się ze zgryzoty; chciał wątpić, ale przytłoczyły go dowody napływające ze wszystkich stron. Właśnie w pierwszy dzień 1559 roku
zaszedł wypadek, który utrwalił papieża w podejrzeniach i może
go zdecydował. Właśnie zatem w dzień obrzezania naszego
Zbawiciela (która to okoliczność znacznie obciążyła winę
w oczach tak pobożnego władcy) Andrzej Lanfranchi, sekretarz
księcia Palliano, wydał wspaniałą wieczerzę dla kardynała Carafa;
a iżby do uciech Bachusa nie brakło uciech Wenery, sprowadził na
tę wieczerzę Martuccię, jedną z najpiękniejszych, najsławniejszych i najbogatszych kurtyzan szlachetnego miasta Rzymu.
Fatalność chciała, iż Capecce, faworyt księcia, ten sam, który
potajemnie kochał się w księżnej i uchodził za najpiękniejszego
mężczyznę w stolicy świata, utrzymywał od jakiegoś czasu stosunki z Martuccią. Tego wieczora szukał jej wszędzie, gdzie mógł
mieć nadzieję, że ją spotka. Nie znalazłszy jej nigdzie i dowiedziawszy się, że Lanfranchi wydaje wieczerzę, powziął podejrzenie
i koło północy zjawił się u Lanfranchiego w towarzystwie wielu
zbrojnych.</akap>


<akap>Otworzono mu drzwi, zaproszono go, by usiadł i wziął udział
w zabawie; ale po kilku dość oschłych słowach dał znak Martucci,
aby wstała i wyszła z nim. Gdy się wahała, zmieszana i przewidując, co ją czeka, Capecce podniósł się ze swojego siedzenia
i zbliżając się do młodej dziewczyny wziął ją za rękę, chcąc ją
pociągnąć za sobą. Kardynał, na którego cześć Martuccia przybyła, sprzeciwił się żywo jej odejściu; ale Capecce silił się wyciągnąć
ją z sali.</akap>


<akap>Kardynał-minister, który tego wieczora przywdział strój zgoła
nie zdradzający jego wysokiej godności, dobył szpady i z całą swą
znaną w Rzymie odwagą i energią zaprotestował przeciw uprowadzeniu dziewczyny. Marceli, pijany gniewem, zawołał swych
ludzi; ale byli to przeważnie Neapolitańczycy: kiedy poznali
książęcego sekretarza, a następnie kardynała, którego skryło im
zrazu niezwykłe przebranie, nie chcieli się bić i silili się załagodzić
zwadę.</akap>


<akap>W czasie tego zamętu Martuccia, koło której skupili się
wszyscy i którą Marceli przytrzymywał lewą ręką, zdołała się
wymknąć. Skoro Marceli spostrzegł jej nieobecność, pognał za
nią, a wszyscy znowuż za nim.</akap>


<akap>Noc była ciemna, z czego zrodziły się najosobliwsze wieści.
Rano 2 stycznia wszędzie mówiono w stolicy o zaciętej bitwie, jaką
stoczyli, powiadano, kardynał-bratanek z Marcelim Capecce.
Książę Palliano, naczelny wódz armii Kościoła, uznał sprawę za
poważniejszą o wiele, niż była; że zaś nie był zbyt dobrze z bratem
swoim, ministrem, tej samej nocy kazał uwięzić Lanfranchiego,
a nazajutrz wczesnym rankiem i Marceli znalazł się w więzieniu.
Niebawem spostrzeżono, że nikt nie postradał życia i że te kroki
pomnożyły jedynie zgorszenie, które w całości spadło na kardynała. Czym prędzej uwolniono więźniów, a bracia zespolili swą
olbrzymią władzę, aby zdławić sprawę. Sądzili zrazu, że im się to
uda; ale trzeciego dnia wieść o wszystkim doszła uszu papieża.
Kazał wezwać dwóch bratanków i przemówił do nich tak, jak
mógł przemówić władca pobożny i głęboko obrażony.</akap>


<akap>Piątego stycznia, w którym to dniu zebrała się wielka liczba
kardynałów w kongregacji Sancti Officii<pr><slowo_obce>Kongregacja Sancti Officii</slowo_obce> --- komisja kardynalska badająca
doktrynalną zgodność z katolicyzmem zakwestionowanych przez władze kościelne poglądów.</pr>, Ojciec Święty pierwszy
przemówił o tej okropnej sprawie; spytał obecnych kardynałów,
w jaki sposób ośmielili się nie donieść mu o niej.</akap>


<akap_dialog>--- Milczycie? A wszak zgorszenie dotyka wysokiej godności,
w którą was obleczono! Kardynał Carafa ośmielił się zjawić na
ulicy w świeckim stroju i z gołą szpadą w dłoni. I po co? Aby gonić
bezwstydną kurtyzanę!</akap_dialog>


<akap>Można sobie wyobrazić śmiertelną ciszę, jaka zaległa wśród
dworaków w czasie podobnego ataku na pierwszego ministra. To
starzec osiemdziesięcioletni grzmiał na ukochanego bratanka,
dotąd panującego nad nim samowładnie. W oburzeniu papież
chciał odebrać bratankowi kapelusz kardynalski.</akap>


<akap>Podsycił jeszcze gniew papieża ambasador wielkiego księcia
Toskanii, który przyszedł się użalić na jakieś świeże zuchwalstwo
pierwszego ministra. Ów kardynał, dotąd tak potężny, zjawił się u Jego Świątobliwości na zwykłą pracę. Papież wytrzymał
go całe cztery godziny w przedpokoju, wyczekującego na
oczach wszystkich, po czym odprawił go bez posłuchania. Łatwo
sobie wyobrazić, co musiała cierpieć niepohamowana duma ministra. Kardynał był wzburzony, ale nie skruszony; myślał, iż
starzec, przyciśnięty wiekiem, całe życie oddychający miłością do
rodziny, a wreszcie mało nawykły do załatwiania świeckich
spraw, będzie musiał się uciec do jego pomocy. Ale cnota
świątobliwego papieża zwyciężyła; zwołał kardynałów i długo
popatrzywszy na nich bez słowa, w końcu zalał się łzami i nie
zawahał się kajać niejako przed nimi.</akap>


<akap_dialog>--- Niemoc wieku --- rzekł --- oraz troska, z jaką oddaję się
sprawom religii, w których, jak wam wiadomo, pragnę wytępić
wszystkie nadużycia, skłoniły mnie do tego, aby oddać władzę
świecką trzem bratankom; nadużyli jej, wypędzam ich na zawsze.</akap_dialog>


<akap>Odczytano następnie brewe, które odejmowało bratankom
wszystkie godności i wypędzało ich do nędznych wiosek. Kardynała-ministra wygnano do Civita Lavinia; księcia Palliano do
Soriano, a margrabiego do Montebello; brewe to odejmowało
księciu jego pensje, które dochodziły siedemdziesięciu dwóch
tysięcy piastrów (więcej niż milion z roku 1838).</akap>


<akap>Nie mogło być mowy o złamaniu tych surowych rozkazów.
Carafowie mieli wrogów i kontrolerów w ludzie całego Rzymu,
który ich nienawidził.</akap>


<akap>Książę Palliano wraz z hrabią d'Aliffe, swoim szwagrem, oraz
Leonardem del Cardine zamieszkał w miasteczku Soriano, gdy
księżna i jej teściowa osiadły w Gallese, nędznym siole<pe><slowo_obce>sioło</slowo_obce> (daw.) --- wieś, osada.</pe> niespełna o dwie mile.</akap>


<akap>Są to urocze miejscowości, ale dla nich to była banicja:
wypędzono ich z Rzymu, gdzie dotąd władali tak zuchwale.</akap>


<akap>Marceli Capecce podążył wraz z innymi dworzanami za swą
panią do mieściny przeznaczonej na jej wygnanie. W miejsce
hołdów całego Rzymu ta kobieta, tak potężna kilka dni wprzódy
i zażywająca władzy z upojeniem dumy, ujrzała dokoła siebie
jedynie prostych chłopów, których zdziwienie tym żywiej przypominało jej upadek. Nie widziała żadnej pociechy; stryj był tak
sędziwy, że prawdopodobnie nie zdążyłby już przed śmiercią
odwołać bratanków. Na domiar nędzy bracia nienawidzili się
między sobą. Szeptano zgoła, że książę i margrabia, którzy nie
podzielali nieokiełzanych namiętności kardynała, przerażeni jego
wybrykami, postarali się go oskarżyć przed stryjem swym, papieżem.</akap>


<akap>Wśród tej głębokiej i straszliwej niełaski zdarzyła się rzecz,
która na nieszczęście księżnej i samego Capeccego okazała, iż
wówczas w Rzymie nie prawdziwa miłość pociągnęła Capeccego
w trop Martucci.</akap>


<akap><begin id="b1348480835680-3292862920"/><motyw id="m1348480835680-3292862920">Oświadczyny</motyw>Pewnego dnia, kiedy księżna zawołała go, aby mu dać jakiś
rozkaz, znalazł się z nią sam: rzecz, która nie zdarzała się ani dwa
razy na rok. Ujrzawszy, że nie ma nikogo w sali, Capecce stał
nieruchomy i milczący. Podszedł do drzwi, aby zobaczyć, czy go
nikt nie może słyszeć w sąsiedniej sali, po czym ośmielił się
przemówić tak:</akap>


<akap_dialog>--- Pani, nie obruszaj się i nie przyjmij z gniewem szczególnych
słów, które odważę się wyrzec. Od dawna kocham cię bardziej niż
życie. Jeżeli wyzbywszy się wszelkiej rozwagi ośmieliłem się
patrzeć wzrokiem kochanka na twe boskie powaby, nie przypisuj
winy tego mnie, ale nadprzyrodzonej sile, która mnie popycha
i mną porusza. Jestem na mękach, płonę ogniem; nie żądam ulgi
dla płomienia, który mnie trawi, ale jedynie błagam, aby twoja
wspaniałomyślność ulitowała się nad sługą pełnym lęku i pokory.</akap_dialog>


<akap>Księżna zdawała się zdumiona, a bardziej jeszcze pogniewana.</akap>


<akap_dialog>--- Powiedz, Marceli --- rzekła --- cóżeś ujrzał takiego we mnie, co
ci dało śmiałość mówienia mi o miłości? Czy życie moje, czy moje
zachowanie tak bardzo odbiega od prawideł obyczajności, abyś się
ważył na takie zuchwalstwo? Jakżeś ty się ośmielił przypuszczać,
że ja mogłabym się oddać tobie lub innemu mężczyźnie poza
moim panem i małżonkiem? Przebaczam ci to, coś mi powiedział,
bo myślę, żeś oszalał; ale strzeż się popełnić jeszcze raz coś
podobnego lub przysięgam ci, że cię skarzę wraz za pierwsze i za
drugie zuchwalstwo.</akap_dialog>


<akap>Księżna oddaliła się w gniewie; w istocie Capecce począł sobie
nieroztropnie: trzeba było pozwolić się domyślać, ale nie mówić.
Zmieszał się wielce, obawiając się, aby księżna nie opowiedziała
wszystkiego mężowi.<end id="e1348480835680-3292862920"/></akap>


<akap>Ale dalszy ciąg był wielce odmienny od tego, czego się obawiał.
W tej wiejskiej samotności dumna księżna Palliano nie mogła się
wstrzymać, aby nie zwierzyć swej ulubionej dworce Dianie
Brancaccio tego, co się jej ktoś ośmielił powiedzieć. Diana była to
kobieta trzydziestoletnia, trawiona namiętnościami. Miała rude
włosy (kronikarz wraca kilka razy do tego szczegółu, który widocznie tłumaczy mu wszystkie szaleństwa Diany). Kochała do
obłędu Domicjana Fornari, szlachcica przy dworze margrabiego
Montebello. Chciała go zaślubić: ale czy margrabia i jego żona,
z którymi miała zaszczyt być spokrewniona, zgodziliby się kiedy,
aby zaślubiła człowieka będącego w ich służbie? Była to przeszkoda nie do zwalczenia, tak się przynajmniej zdawało.</akap>


<akap>Była tylko jedna nadzieja pozwolenia: trzeba było uzyskać
poparcie księcia Palliano, starszego brata margrabiego, i Diana
miała niejakie nadzieje w tej mierze. Książę uważał ją bardziej za
krewną niż za domownicę. Był to człowiek prostego serca i dobry,
o wiele mniej od braci zważający na względy surowej etykiety.
Mimo że książę korzystał jak istny młodzieniec ze wszystkich
przewag swego dostojeństwa i daleki był od wierności żonie,
kochał ją serdecznie i jak można było mniemać, nie umiałby jej
odmówić łaski, gdyby o nią prosiła usilnie.</akap>


<akap>Wyznanie, jakie Capecce ośmielił się złożyć księżnie, zdało się
posępnej Dianie nieoczekiwanym szczęściem. Pani jej była dotąd
rozpaczliwie cnotliwa; gdyby mogła poznać miłość, gdyby popełniła błąd, na każdym kroku potrzebowałaby Diany: faworyta
mogłaby się wszystkiego spodziewać od kobiety, której znałaby
tajemnice.</akap>


<akap>Miast zwrócić uwagę księżnej przede wszystkim na to, co
winna jest samej sobie, a następnie na straszliwe niebezpieczeństwa, jakie jej grożą na tak trudnym do oszukania dworze, Diana,
porwana ogniem swej namiętności, mówiła swej pani o Marcelim
Capecce tak, jak mówiła samej sobie o Domicjanie Fornari.
Wśród długich gawęd na tym pustkowiu codziennie znajdowała
sposób zwrócenia uwagi księżnej na wdzięk i urodę biednego
Marcelego, który zdawał się tak smutny. Należał on, jak księżna,
do jednej z pierwszych rodzin w Neapolu, wzięcie miał równie
szlachetne jak krew; brakło mu jedynie owych dóbr, które kaprys
losu mógł mu dać każdego dnia, aby się stał pod każdym
względem równy kobiecie, którą ośmielił się kochać.</akap>


<akap>Diana spostrzegła z radością, że pierwszym skutkiem tych
rozmów było zdwojone zaufanie księżnej.</akap>


<akap>Nie omieszkała uprzedzić Marcelego, jak rzeczy stoją. Lato
było niezwykle upalne, księżna przechadzała się często w lasach
otaczających Gallese. O zmierzchu lubiła zażywać morskiego
wietrzyku na uroczych wzgórzach wśród lasów, z których szczytu
widzi się morze zaledwie o dwie mile.</akap> 


<akap>Nie uchybiając surowym prawom etykiety, Marceli mógł się
znajdować w tym lesie; krył się tam (powiadają) i ukazywał się
oczom księżnej dopiero wówczas, gdy była dobrze nastrojona pod
wpływem rozmów z Dianą. Wtedy Diana dawała znak Marcelemu.</akap>


<akap>Diana widząc, że jej pani gotowa jest ulec opłakanej namiętności, którą zbudziła w jej sercu, sama poddała się gwałtownej
miłości, jaką zrodził w niej Domicjan Fornari. Odtąd była pewna,
że zdoła go zaślubić. Ale Domicjan był to młodzieniec spokojny,
o zimnym i oględnym charakterze; zapały namiętnej kochanki nie
tylko go nie przywiązywały, ale niebawem stały mu się niemiłe.
Diana Brancaccio była bliską krewną Carafów; był pewien, że go
zasztyletują za najmniejszą wieścią, jaka dojdzie o tej miłostce
straszliwego kardynała Carafa, który mimo iż młodszy od księcia
Palliano, był w rzeczywistości głową rodziny.</akap>


<akap>Księżna dała już od jakiegoś czasu folgę swej miłości do
Marcelego Capecce, kiedy pewnego pięknego dnia Domicjan
Fornari nie pokazał się już we wsi, gdzie był wygnany dwór
margrabiego Montebello. Znikł; dowiedziano się później, że
wsiadł na statek w małym porcie Nettuno; bez wątpienia zmienił
nazwisko i słuch o nim zaginął.</akap>


<akap>Któż zdoła odmalować rozpacz Diany? Wysłuchawszy z dobrocią jej żalów na los, pewnego dnia księżna Palliano dała jej do
zrozumienia, że ten temat rozmowy zdaje się jej wyczerpany.
Serce Diany, tak wzgardzonej przez kochanka, przechodziło
okrutne wzruszenia; wysnuła najdziksze wnioski z chwili znudzenia, jakie zdradziła księżna słysząc jej ustawiczne żale. Diana
uroiła sobie, że to księżna nakłoniła Domicjana, aby ją rzucił na
zawsze, i co więcej, dostarczyła mu środków na podróż. Ta
szalona myśl wspierała się jedynie na kilku napomnieniach,
których księżna udzieliła jej niegdyś. W ślad za podejrzeniem
poszła zemsta. Poprosiła księcia o posłuchanie i opowiedziała mu
wszystko, co się dzieje między jego żoną a Marcelim. Książę nie
chciał dać wiary.</akap>


<akap_dialog>--- Pomyśl --- rzekł --- że przez piętnaście lat nie miałem najmniejszej rzeczy do zarzucenia mojej żonie; oparła się pokusom dworu
i pokusom świetnej pozycji, którą mieliśmy w Rzymie; najpowabniejsi książęta, sam książę de Guise, generał armii francuskiej, nie
zdołali nic wskórać i ty mi chcesz wmówić, że uległa prostemu
giermkowi?</akap_dialog>


<akap>Nieszczęście chciało, że książę nudził się mocno w Soriano,
wiosce przeznaczonej mu za miejsce wygnania, a odległej niespełna o dwie mile od siedziby jego żony; dzięki temu Diana mogła
uzyskać cały szereg audiencji zgoła bez świadomości księżnej.
Diana była kobietą bardzo niepospolitą, namiętność uczyniła ją
wymowną. Podała księciu mnóstwo szczegółów; zemsta stała się
jedyną jej rozkoszą. Powtarzała mu, że prawie co dzień Capecce
wślizguje się do pokoju księżnej o jedenastej wieczór, a opuszcza
go aż o drugiej lub trzeciej rano. Wszystko to przyjmował zrazu
książę tak obojętnie, że nie chciał sobie zadać trudu zrobienia
dwóch mil o północy, aby przybyć do Gallese i wejść znienacka do
sypialni żony.</akap>


<akap>Ale pewnego wieczora, kiedy się znalazł w Gallese już po
zachodzie słońca, choć jeszcze za dnia, Diana wpadła z rozwianym
włosem do pokoju, gdzie był książę. Wszyscy się oddalili, a ona
powiedziała mu, że Marceli Capecce wszedł do sypialni księżnej.
Książę, widocznie źle usposobiony w tej chwili, wziął sztylet
i pobiegł do pokoju żony: wszedł ukrytymi drzwiczkami. Zastał
Marcelego Capecce. Na jego widok kochankowie zbledli; ale nie
było nic nagannego w pozycji, w jakiej się znajdowali. Księżna
leżała w łóżku, zajęta zapisywaniem jakiegoś drobnego wydatku;
pokojówka była w komnacie, Marceli stał o trzy kroki od łóżka.</akap>


<akap>Książę, wściekły, chwycił Marcelego za gardło, zawlókł go do
sąsiedniego pokoju i kazał mu rzucić na ziemię puginał i sztylet,
w które był uzbrojony. Po czym zawołał straż, która odprowadziła
go natychmiast do więzienia w Soriano.</akap>


<akap>Księżnę zostawiono w pałacu, ale pod ścisłą strażą.</akap>


<akap>Książę nie był okrutny; zdaje się, że miał ochotę ukryć tę
haniebną sprawę, aby nie posuwać się do ostatecznych kroków,
jakich honor żądałby od niego. Chciał wmówić światu, że Marcelego uwięziono dla zupełnie innej przyczyny; biorąc pozór z kilku
ogromnych ropuch, które Marceli kupił bardzo drogo przed paru
miesiącami, rozgłosił, że młodzieniec próbował go otruć. Ale
prawdziwa zbrodnia była zbyt dobrze znana i kardynał, jego brat,
kazał go spytać, kiedy zamierza obmyć w krwi winnych zniewagę,
jaką ważono się uczynić ich rodzinie.</akap>


<akap>Książę przybrał sobie hrabiego d'Aliffe, brata żony, oraz
Antoniego Torando, przyjaciela domu. Wszyscy trzej, utworzywszy rodzaj trybunału, złożyli sąd nad Marcelim Capecce, oskarżonym o cudzołóstwo z księżną.</akap> 


<akap>Niestałość rzeczy ludzkich zechciała, że papież Pius IV, następca Pawła IV, należał do partii hiszpańskiej. Nie mógł niczego
odmówić królowi Filipowi II, który zażądał odeń śmierci kardynała i księcia Palliano. Obu braci oskarżono przed trybunałem,
a kroniki procesu, który im wytoczono, podają nam szczegóły
śmierci Marcelego Capecce.</akap>


<akap>Jeden z licznych przesłuchanych świadków zeznaje w tych
słowach:</akap>


<akap_dialog>--- Byliśmy w Soriano; książę, mój pan, miał długą rozmowę
z hrabią d'Aliffe. Wieczorem, bardzo późno, zeszli do lamusa,
gdzie książę kazał przygotować sznury, aby wziąć winnego na
śledztwo. Byli tam obecni książę, hrabia d'Aliffe, pan Antoni
Torando i ja.</akap_dialog>


<akap>Pierwszym wezwanym świadkiem był kapitan Kamil Grifone,
serdeczny przyjaciel i powiernik Capeccego. Książę spytał go tak:</akap>


<akap_dialog>--- Powiedz prawdę, przyjacielu. Co wiesz o tym, co Marceli
robił w komnacie księżnej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie wiem; od trzech tygodni poróżniłem się z Marcelim.</akap_dialog>


<akap>Gdy się wzdragał powiedzieć więcej, książę zawołał paru ludzi.
Podesta miasta Soriano związał kapitana sznurem. Zbiry podciągnęły sznur, unosząc w ten sposób winnego na cztery palce
od ziemi. Skoro tak kapitana potrzymano dobry kwadrans,
rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Spuśćcie mnie, powiem, co wiem.</akap_dialog>


<akap>Kiedy go postawiono na ziemi, straż oddaliła się, a my
zostaliśmy z nim sami.</akap>


<akap_dialog>--- Prawda, iż kilka razy towarzyszyłem Marcelemu aż do progu
księżnej --- rzekł kapitan --- ale nie wiem nic, ponieważ czekałem
nań w sąsiednim dziedzińcu może do pierwszej z rana.</akap_dialog>


<akap>Natychmiast przywołano z powrotem zbirów, którzy na rozkaz
księcia podciągnęli go na nowo, tak że nogi nie dotykały ziemi.
Niebawem kapitan wykrzyknął:</akap>


<akap_dialog>--- Spuście mnie, powiem prawdę! Prawdą jest --- ciągnął --- że od
kilku miesięcy spostrzegłem, iż Marceli ma stosunki z księżną,
i chciałem uwiadomić o tym Waszą Dostojność lub don Leonarda.
Księżna posyłała co rano dowiadywać się o Marcelego; dawała mu
drobne podarki, między innymi konfitury bardzo starannie przyrządzone i bardzo drogie; widziałem u Marcelego złote łańcuszki
ślicznej roboty, które widocznie miał od księżnej.</akap_dialog>


<akap>Po tym zeznaniu odesłano kapitana do więzienia. Sprowadzono odźwiernego księżnej, który powiedział, że nic nie wie; wzięto go
na sznur i uniesiono w powietrze. Po półgodzinie rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Spuście mnie, powiem, co wiem.</akap_dialog>


<akap>Znalazłszy się na ziemi oświadczył, że nic nie wie; podniesiono
go na nowo. Po pół godzinie spuszczono go; wyjaśnił, iż od
niedawna dopiero przydany jest do osobistych usług księżnej.
Ponieważ było możliwe, że ten człowiek nic nie wie, odesłano go
do więzienia. Wszystko to zajęło wiele czasu, ile że za każdym
razem oddalano zbirów. Chciano, aby straż myślała, że chodzi
o usiłowane otrucie trucizną z ropuchy.</akap>


<akap>Była już późna noc, kiedy książę kazał wprowadzić Marcelego.
Skoro straż wyszła i drzwi zamknięto na klucz, książę rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Coś miał do roboty --- spytał --- w pokoju księżnej, żeś tam
zostawał do pierwszej, drugiej, a niekiedy czwartej rano?</akap_dialog>


<akap>Marceli zaprzeczył wszystkiemu; zawołano zbirów i zawieszono go; sznur wykręcił mu ramię; nie mogąc znieść bólu, prosił,
aby go spuszczono; posadzono go na krześle; zaczął się wikłać
w zeznaniach i sam nie wiedział, co mówi. Zawołano zbirów,
którzy go podciągnęli na nowo; po długim czasie poprosił, aby go
spuszczono.</akap>


<akap_dialog>--- To prawda --- rzekł --- że wchodziłem do pokoju księżnej o tak
późnej godzinie; ale to dlatego, że się kochałem z Dianą Brancaccio, damą dworu Jej Dostojności, której obiecałem małżeństwo
i która przyzwoliła mi na wszystko z wyjątkiem rzeczy przeciwnych czci.</akap_dialog>


<akap>Odprowadzono Marcelego do więzienia; postawiono mu do
oczu kapitana i Dianę, która zaprzeczyła wszystkiemu.</akap>


<akap>Następnie odprowadzono Marcelego do sali dolnej; kiedyśmy
byli blisko drzwi, Marceli rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Wasza Dostojność, książę pamięta, że przyrzekł mnie darować życiem, jeśli powiem całą prawdę. Nie trzeba mnie brać na
sznur, powiem wszystko.</akap_dialog>


<akap>Za czym zbliżył się do księcia i ledwie słyszalnym głośem
wyznał, jako prawdą jest, że go księżna obdarzała swoimi względami. Na te słowa książę rzucił się na Marcelego i ugryzł go
w policzek; po czym wydobył sztylet i ujrzałem, że chce ugodzić
winnego. Rzekłem wówczas, że byłoby dobrze, aby Marceli
napisał własną ręką to, co wyznał, i że to pismo posłużyłoby za
usprawiedliwienie Jego Dostojności. Weszliśmy do sali, gdzie
znajdowały się przybory do pisania; ale sznur tak zranił Marcelego w ramię i w rękę, że zdołał tylko napisać te słowa: ,,Tak,
zdradziłem mego pana; tak, skalałem jego cześć!"</akap>


<akap>Książę czytał, w miarę jak Marceli pisał. W tej chwili rzucił się
na Marcelego i zadał mu trzy ciosy sztyletem, które Marcelemu
odjęły życie. Diana Brancaccio stała tam o trzy kroki, wpółżywa,
i żałowała z pewnością tysiąc razy tego, co uczyniła.</akap>


<akap_dialog>--- Kobieto niegodna swego szlachetnego urodzenia! --- wykrzyknął książę --- ty jedyna przyczyno mojej hańby, nad którą
pracowałaś, iżby ci służyła do twoich plugawych uciech! Musisz
otrzymać nagrodę za wszystkie swoje zdrady.</akap_dialog>


<akap>To mówiąc, chwycił ją za włosy i przeciął jej gardło nożem.
Nieszczęśliwa oddała strumień krwi i padła martwa.</akap>


<akap>Książę kazał rzucić oba trupy do kloaki wpodle więzienia.</akap>

<akap>Młody kardynał Alfons Carafa, syn margrabiego Montebello,
jedyny z całej rodziny, którego Paweł IV zachował przy sobie,
uważał sobie za obowiązek opowiedzieć mu ten wypadek. Papież
rzekł tylko te słowa:</akap>





<akap_dialog>--- A z księżną co?</akap_dialog>



<akap>Sądzono powszechnie w Rzymie, że te słowa powinny spowodować śmierć nieszczęśliwej kobiety. Ale książę nie mógł się
zdobyć na tę ofiarę, czy że księżna była brzemienna, czy z powodu
nadzwyczajnej czułości, jaką niegdyś żywił dla niej.</akap>


<akap>W trzy miesiące po wielkim akcie cnoty, który spełnił święty
papież, rozłączając się z całą rodziną, Paweł IV zachorzał<pe><slowo_obce>zachorzeć</slowo_obce> (daw.) --- dziś: zachorować.</pe> i po
drugich trzech miesiącach choroby oddał ducha 18 sierpnia roku
1559.</akap>


<akap>Kardynał pisał list po liście do księcia Palliano, powtarzając mu
bez ustanku, że ich honor wymaga śmierci księżnej. Dowiedziawszy się o śmierci stryja i nie wiedząc, jakie może być usposobienie
nowego papieża, chciał, aby wszystko załatwiono w najkrótszym
czasie.</akap>


<akap>Książę, człowiek prosty, dobry i o wiele mniej drażliwy od
kardynała na punkcie honoru, nie mógł się zdobyć na straszliwą
ostateczność, jakiej odeń wymagano. Powiadał sobie, że on sam
nieraz sprzeniewierzył się księżnej, i to nie zadając sobie najmniejszego trudu, aby się ukrywać, i że te jego zdrady mogły kobietę
tak dumną pchnąć do zemsty. Kardynał, jeszcze w chwili gdy
miał się udać na konklawe, po wysłuchaniu mszy i przyjęciu
komunii świętej napisał do brata, że go dręczy ta ustawiczna
zwłoka i że jeśli książę nie uczyni wreszcie zadość honorowi rodziny, on, kardynał, zaklina się, że nie będzie się już mieszał do
jego spraw ani też nie będzie się starał być mu użytecznym
w czasie konklawe ani u nowego papieża. Może inna racja, obca
sprawom honoru, przyczyniła się do decyzji księcia. Mimo że
księżnę strzeżono pilnie, znalazła podobno sposób, aby uwiadomić Marka Antoniego Colonnę, zawziętego wroga księcia (z
przyczyny księstwa Palliano, które mu książę był zagarnął), że
jeśli Marek Antoni zdoła jej ocalić życie i oswobodzić ją, ona
w zamian wyda mu fortecę Palliano, nad którą dowództwo ma
człowiek jej oddany.</akap>


<akap>28 sierpnia roku 1559 książę posłał do Gallese dwie kompanie
żołnierzy. Trzydziestego D. Leonard del Cardine, krewny księcia, i D. Ferrant, hrabia d'Aliffe, brat księżnej, przybyli do
Gallese i udali się do pokoju księżnej, aby ją zgładzić. Oznajmili
jej śmierć, przyjęła tę wiadomość bez żadnego wzruszenia. Chciała się przedtem wyspowiadać i wysłuchać mszy świętej. Kiedy
następnie ci dwaj panowie zbliżyli się do niej, zauważyła, że nie są
zgodni z sobą. Spytała, czy jest rozkaz księcia na to, aby ją
zgładzić.</akap>


<akap_dialog>--- Tak, pani --- odparł D. Leonard.</akap_dialog>


<akap>Księżna życzyła sobie ujrzeć rozkaz, D. Ferrant pokazał go jej.</akap>


<akap>(Znajduję w procesie księcia Palliano zeznania mnichów, którzy byli świadkami tego okropnego wydarzenia. Te zeznania są
o wiele jaśniejsze niż zeznania innych świadków, co pochodzi, jak
sądzę, stąd, że zakonnicy mogli zeznawać przed sądem bez lęku,
gdy inni świadkowie byli mniej lub więcej wspólnikami swego
pana.)</akap>


<akap>Brat Antoni z Pawii, kapucyn, tak zeznawał:</akap>


<akap_dialog>--- <begin id="b1348482235625-3327642592"/><motyw id="m1348482235625-3327642592">Śmierć bohaterska</motyw>Po mszy, podczas której księżna przyjęła pobożnie świętą
komunię i podczas gdyśmy ją krzepili słowy, hrabia d'Aliffe, brat
księżnej pani, wszedł do pokoju ze sznurem i z leszczynowym
prętem, grubym na palec, a może na pół łokcia długim. Zakrył
oczy księżnej chustką, którą ona z zupełnym spokojem zasunęła
bardziej na oczy, aby go nie widzieć. Hrabia założył jej sznur na
szyję; ale ponieważ niedobrze przylegał, zdjął go i oddalił się
o kilka kroków; księżna słysząc, że odchodzi, zdjęła chusteczkę
z oczu i rzekła:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I co? Cóż się dzieje?</akap_dialog>


<akap>Hrabia odpowiedział:</akap>




<akap_dialog>--- Sznur nie przylegał dobrze, pójdę po inny, abyś się nie
męczyła.</akap_dialog>


<akap>To mówiąc wyszedł; niebawem wrócił do pokoju z innym
sznurem, zakrył jej na nowo chusteczką oczy, założył sznur na
szyję, wsunął pręt w pętlę i zakręciwszy udusił ją. Przez cały czas
księżna zachowywała się tak jak przy zwyczajnej rozmowie.</akap>


<akap>Brat Antoni z Salazar, drugi kapucyn, kończy zeznanie w te
słowa:</akap>


<akap_dialog>--- Chciałem wyjść z pokoju przez skrupuł sumienia, aby nie
patrzyć na jej śmierć; ale księżna rzekła: ,,Nie odchodź stąd, na
miłosierdzie nieba".</akap_dialog>


<akap>Tu mnich przytacza okoliczności śmierci, ściśle tak, jak je tu
podaliśmy. Dodaje:</akap>


<akap_dialog>--- Umarła jak dobra chrześcijanka, powtarzając często: ,,Wierzę, wierzę".</akap_dialog>


<akap>Dwaj mnisi, którzy widocznie otrzymali od swoich przełożonych upoważnienie, powtarzają w zeznaniach, że księżna wciąż
upewniała o swej zupełnej niewinności we wszystkich rozmowach
z nimi, przy każdej spowiedzi, a zwłaszcza na spowiedzi przed
mszą, przy której przyjęła świętą komunię. Jeśli była winna,
wrodzona duma musiała ją wtrącić do piekła.<end id="e1348482235625-3327642592"/></akap>


<akap>W czasie konfrontacji brata Antoniego z Pawii, kapucyna,
z D. Leonardem del Cardine braciszek rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- <begin id="b1348482331321-335055822"/><motyw id="m1348482331321-335055822">Okrucieństwo, Ciąża, Honor</motyw>Towarzysz mój zwrócił uwagę hrabiego, że godziłoby się
zaczekać, aż księżna zlegnie<pe><slowo_obce>zlec</slowo_obce> (daw.) --- odbyć poród, urodzić dziecko.</pe>; jest w szóstym miesiącu ciąży --- dodał
--- nie trzeba gubić duszy młodego nieszczęśnika, którego nosi
w łonie, trzeba go móc ochrzcić.</akap_dialog>


<akap>Na co hrabia d'Aliffe odpowiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz, że mam jechać do Rzymu, nie chcę się tam jawić z tą
maską na twarzy (z tą zniewagą nie pomszczoną).</akap_dialog>


<akap>Ledwie księżna wyzionęła ducha, dwaj kapucyni nalegali, aby
bezzwłocznie otworzono ciało dla ochrzczenia dziecka, ale hrabia
ani D. Leonard nie dali ucha ich prośbom.<end id="e1348482331321-335055822"/></akap>


<akap>Nazajutrz księżnę pogrzebano w miejscowym kościele z niejaką uroczystością (czytałem protokół). Wydarzenie to, o którym
wieść rozeszła się niebawem, nie zrobiło zbytniego wrażenia, spodziewano się go od dawna; niejednokrotnie już głoszono
o tej śmierci w Gallese i Rzymie. Zresztą mord poza obrębem
miasta i w chwili wakansu stolicy apostolskiej nie miał w sobie nic nadzwyczajnego. Konklawe, które nastąpiło po śmierci Pawła IV, było bardzo burzliwe i trwało nie mniej niż cztery
miesiące.</akap>


<akap>26 grudnia 1559 roku biedny kardynał Carlo Carafa musiał
przyczynić się do wyboru kardynała popieranego przez Hiszpanię, tym samym niezdolnego odmówić żadnych kroków, których
Filip II zażądałby przeciw temuż kardynałowi Carafa. Nowo
obrany papież przybrał miano Piusa IV.</akap>


<akap>Gdyby kardynał nie był na wygnaniu w chwili śmierci stryja,
byłby się stał panem wyboru lub bodaj mógłby zapobiec wyborowi wroga.</akap>


<akap>Wkrótce potem uwięziono kardynała, zarówno jak księcia;
najwidoczniej Filip II wydał wyrok na nich. Mieli odpowiadać na
czternaście punktów oskarżenia. Przesłuchano wszystkich, którzy mogli oświetlić tych czternaście punktów. Proces ten, bardzo
ściśle przeprowadzony, tworzy dwa tomy <slowo_obce>in folio</slowo_obce>, które przeczytałem z zajęciem, ponieważ spotyka się tam na każdej stronicy
rysy obyczajowe, których historycy nie uznali za godne majestatu
historii. Znalazłem tam malownicze szczegóły tyczące usiłowań
morderstwa, skierowanych przez partię hiszpańską przeciw kardynałowi Carafa, wówczas wszechwładnemu ministrowi.</akap>


<akap>Zresztą <begin id="b1348482688377-3947693817"/><motyw id="m1348482688377-3947693817">Obyczaje, Sprawiedliwość</motyw>jego i brata skazano za zbrodnie, które nie były
zbrodniami dla nikogo innego, na przykład za to, że uśmiercili
kochanka niewiernej żony i samą żonę. W kilka lat później książę
Orsini zaślubił siostrę wielkiego księcia Toskanii, posądził ją
o niewierność i kazał ją otruć w samejże Toskanii za zgodą
wielkiego księcia, jej brata, i nigdy nie poczytano mu tego za
zbrodnię. Wiele księżniczek z domu Medyceuszów zginęło w ten
sposób.</akap>


<akap>Kiedy ukończono proces dwóch Carafa, sporządzono długi
wyciąg, który na kilka zawodów rozpatrywano na radzie kardynałów. Aż nadto jasne jest, iż z chwilą gdy raz postanowiono skarać
śmiercią mord, który był pomstą za cudzołóstwo --- występek,
którym trybunały nie zaprzątały się nigdy --- kardynał winien był,
iż naglił brata do zbrodni, jak książę winien był, że ją kazał
wykonać.</akap>


<akap>3 marca 1561 roku papież Pius IV zwołał konsystorz, który
trwał osiem godzin i z końcem którego wydał wyrok na obu Carafa
w tych słowach: ,,<slowo_obce>Prout in schedula</slowo_obce>" (niech się stanie wedle
żądania).</akap>


<akap>Następnej nocy prokurator posłał do więzienia św. Anioła
<slowo_obce>bargella</slowo_obce>, iżby wykonał wyrok na dwóch braciach, Karolu, kardynale Carafa, i Janie, księciu Palliano; i tak się stało. Najpierw
zajęto się księciem. Przeniesiono go z Zamku św. Anioła do
więzienia Tordinone, gdzie wszystko było przygotowane; tam
księciu, hrabiemu d'Aliffe i D. Leonardowi del Cardine ucięto
głowy.<end id="e1348482688377-3947693817"/></akap>


<akap>Książę zniósł tę straszliwą chwilę nie tylko jak szlachcic
wysokiego rodu, ale jak chrześcijanin gotowy ścierpieć wszystko
dla miłości Boga. Przemawiał pięknymi słowy do towarzyszy,
aby ich umocnić w chwili śmierci, następnie napisał do syna<pa><slowo_obce>Książę [...] napisał do syna</slowo_obce> --- Pan Sismondi, uczony, pogmatwał całą tę historię. Patrz artykuł ,,Carafa" w <tytul_dziela>Biografii</tytul_dziela>
Michauda; wydaje mu się, że to hrabiemu Montorio ścięto głowę w dniu śmierci kardynała. Hrabia
był ojcem kardynała i księcia Palliano. Uczony historyk wziął ojca za syna.</pa>.</akap>


<akap><slowo_obce>Bargello</slowo_obce> wrócil do Zamku św. Anioła, aby oznajmić śmierć
kardynałowi Carafa, dając mu jedynie godzinę na przygotowanie
się. Kardynał okazał wielkość duszy wyższą jeszcze od brata, ile że
wyrzekł mniej słów: słowa są zawsze szukaniem siły poza sobą
samym. Kiedy mu oznajmiono straszliwą wieść, usłyszano tylko,
iż wymówił szeptem te słowa:</akap>


<akap_dialog>--- Więc śmierć! O papieżu Piusie! O królu Filipie!</akap_dialog>


<akap>Wyspowiadał się; odmówił siedem psalmów pokutnych, po
czym usiadł na krześle i rzekł do kata:</akap>


<akap_dialog>--- Rób swoje.</akap_dialog>


<akap>Kat udusił go sznurem jedwabnym; sznur pękł, trzeba było
zaczynać drugi raz. Kardynał spojrzał na kata, nie racząc wyrzec
słowa.</akap>


<sekcja_swiatlo/>



<akap>Dopisano później:</akap>






<akap>W niewiele lat potem papież Pius V kazał przejrzeć proces
i unieważnił go; kardynała i jego brata wrócono do czci, a generalnego prokuratora, który najbardziej przyczynił się do ich śmierci,
powieszono. Pius V nakazał zniszczenie aktów procesu; wszystkie
kopie istniejące w bibliotekach spalono, zabroniono przechowywać je pod klątwą; ale papież zapomniał o tym, że ma kopię
procesu we własnej bibliotece. Jakoż wedle tej kopii sporządzono
wszystkie odpisy, które dziś istnieją.</akap>






<naglowek_czesc>Vanina vanini albo
szczegóły ostatniej Vendita<pr><slowo_obce>Vendita</slowo_obce> --- komórka organizacyjna karbonariuszy.</pr> karbonariuszy
odkrytej w państwie papieskim</naglowek_czesc>




<akap>Było to pewnego wieczoru na wiosnę roku 182... Cały Rzym był
poruszony: książę de B., słynny bankier, wydawał bal w swoim
nowym pałacu na Placu Weneckim. Wszystko, co sztuka włoska,
co zbytek Paryża i Londynu mogą wydać najwspanialszego,
zgromadzono dla upiększenia tego pałacu. Tłok był ogromny.
Jasnowłose i skromne piękności arystokratycznej Anglii ubiegały
się o zaszczyt obecności na tym balu; przybywały tłumnie.
Najpiękniejsze kobiety rzymskie walczyły z nimi o palmę piękności. Młoda dziewczyna, w której blask oczu i heban włosów
zdradzały rzymiankę, weszła prowadzona przez ojca; wszystkie
spojrzenia biegły za nią. Szczególna duma widniała w każdym jej
ruchu.</akap>


<akap><begin id="b1348578764765-496751893"/><motyw id="m1348578764765-496751893">Uroda, Prestiż</motyw>Wchodząc, cudzoziemcy olśnieni byli wspaniałością tego balu.
,,Festyn żadnego z królów Europy --- mówili --- ani się nie umył do
tego."</akap>


<akap>Królowie nie mieszkają w cudach architektury rzymskiej;
obowiązani są zapraszać wielkie damy swego dworu, książę de B.
prosi tylko ładne kobiety. Tego wieczora miał szczęśliwą rękę
w swoich zaproszeniach; mężczyźni byli olśnieni. Wśród tych
niepospolitych kobiet trzeba było wybierać, która jest najpiękniejsza; wybór był jakiś czas nie rozstrzygnięty, ale w końcu
obwołano królową balu księżniczkę Vaninę Vanini, ową młodą
dziewczynę o czarnych włosach i płomiennym oku. Natychmiast
cudzoziemcy i młodzi rzymianie, opuszczając inne salony, napłynęli ciżbą tam, gdzie ona była.<end id="e1348578764765-496751893"/></akap>


<akap>Ojciec jej, książę Hasdrubal Vanini, życzył sobie, aby najpierw przetańczyła z kilkoma panującymi niemieckimi. Następnie przyjęła zaproszenie paru Anglików, bardzo pięknych i bardzo dobrze
urodzonych; sztywne ich miny znudziły ją. Zdawało się, że więcej
znajduje przyjemności w dręczeniu młodego Livia Savelli, który
wyglądał na wielce zakochanego. Był to najświetniejszy młodzieniec w Rzymie i co więcej, on też był księciem; ale gdyby mu dano
do przeczytania powieść, rzuciłby książkę po dwudziestej stronicy, powiadając, że go od czytania głowa boli. W oczach Vaniny
była to wada.</akap>


<akap>Około północy rozeszła się po sali balowej wiadomość, która
sprawiła pewne wrażenie. Młody karbonariusz<pe><slowo_obce>karbonariusz</slowo_obce> --- spiskowiec w XIX-wiecznych Włoszech, członek tajnego stowarzyszenia wrogiego monarchii absolutnej.</pe> zamknięty w Zamku św. Anioła umknął tegoż wieczora w przebraniu; przez
wybryk romantycznego zuchwalstwa, mijając ostatnie warty, natarł
na żołnierzy ze sztyletem; ale sam odniósł ranę, zbiry goniły go
śladami krwi i była nadzieja, że go pochwycą.</akap>


<akap>Podczas gdy opowiadano tę historyjkę, Livio Savelli, olśniony
wdziękiem i powodzeniem Vaniny, z którą właśnie przetańczył,
szepnął, odprowadzając ją na miejsce, oszalały niemal z miłości:</akap>



<akap_dialog>--- Powiedz, pani, kogo byłabyś zdolna pokochać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tego młodego karbonariusza, który uciekł --- odpowiedziała
mu Vanina. --- Ten przynajmniej zrobił coś więcej niż to, że raczył
się urodzić.</akap_dialog>


<akap>Książę Hasdrubal zbliżył się do córki. Jest to bogaty człowiek;
od dwudziestu lat nie policzył się ze swoim intendentem, który
mu pożycza jego własne dochody na bardzo wysoki procent. Kto
by go spotkał na ulicy, wziąłby go za starego aktora; nie zauważyłby, że książę ma na palcach kilka olbrzymich pierścieni zdobnych
dużymi diamentami. Dwaj jego synowie wstąpili do jezuitów,
a potem zmarli w obłąkaniu. Zapomniał ich; ale gryzie się tym, że
jego jedyna córka, Vanina, nie chce iść za mąż. Ma już dziewiętnaście lat, a odrzuca najświetniejsze partie. Jaka przyczyna? Ta
sama, która skłoniła Sullę do abdykacji, <wyroznienie>wzgarda dla
Rzymian</wyroznienie>.</akap>


<akap>Nazajutrz po balu Vanina zauważyła, że ojciec jej, człowiek
najbardziej niedbały pod słońcem, który w życiu nie zadał sobie
tego trudu, aby użyć klucza, zamyka starannie drzwiczki od
schodków wiodących na trzecie piętro pałacu. Okna wychodzą
tam na terasę obsadzoną pomarańczami. Vanina odbyła kilka
wizyt na mieście; za powrotem główna brama była zastawiona
przygotowaniami do iluminacji, powóz wjechał tedy przez tylne
podwórze. Vanina podniosła oczy i ujrzała ze zdziwieniem, że
jedno okno w apartamencie, który ojciec zamknął tak troskliwie,
jest otwarte. Uwolniła się od swej damy, weszła na poddasze i póty
szukała, aż znalazła zakratowane okienko wychodzące na terasę
strojną pomarańczami. Owo otwarte okno, które zauważyła, było tuż. Bez wątpienia w pokoju ktoś mieszkał; ale kto? Nazajutrz
Vanina zdołała się wystarać o klucz od drzwiczek wychodzących
na terasę z pomarańczami.</akap>


<akap>Podeszła na palcach do okna, które było jeszcze otwarte.
Żaluzje pozwalały jej zostać nie spostrzeżoną. W pokoju było
łóżko, ktoś leżał w tym łóżku. Pierwszym jej odruchem było
cofnąć się; ale spostrzegła suknię kobiecą rzuconą na krzesło.
Przyglądając się bliżej osobie spoczywającej na łóżku ujrzała, że
jest to blondynka, jak się zdawało, bardzo młoda. Nie wątpiła już,
że to kobieta. Suknia rzucona na krzesło była zakrwawiona; była
też krew na damskich trzewikach stojących na stole. Nieznajoma
poruszyła się; Vanina spostrzegła, że jest ranna. Szeroka opaska
płócienna splamiona krwią okrywała jej pierś; opaska ta była
umocowana jedynie za pomocą wstążek: to nie ręka chirurga
założyła ją. Vanina zauważyła, że co dzień koło czwartej ojciec
zamyka się w swoich pokojach, a potem zachodzi do nieznajomej;
niebawem wraca i siada do powozu, aby udać się do hrabiny
Vitteleschi. Skoro tylko odjechał, Vanina biegła na terasę, skąd
mogła widzieć nieznajomą. Owa młoda kobieta, tak bardzo
nieszczęśliwa, żywo przemawiała do jej wyobraźni; Vanina siliła
się odgadnąć jej dzieje. Zakrwawiona suknia, rzucona na krzesło,
nosiła ślady jak gdyby pchnięć sztyletu; Vanina mogła policzyć jej
dziury. Jednego dnia ujrzała nieznajomą wyraźnie: błękitne jej
oczy tonęły w niebie, zdawała się pogrążona w modlitwie. Niebawem łzy napełniły jej piękne oczy; młoda księżniczka ledwie
mogła się wstrzymać, aby do niej nie zagadać. Nazajutrz Vanina
odważyła się ukryć na terasie przed przybyciem ojca. Ujrzała don
Hasdrubala, jak wchodził do nieznajomej; niósł koszyk, a w nim
zapasy. Książę miał minę niespokojną, mówił niewiele. Szeptał
tak cicho, że mimo iż okno było otwarte, Vanina nie mogła
dosłyszeć, co mówi. Wkrótce wyszedł.</akap>


<akap_dialog>--- Musi ta biedna kobieta mieć bardzo groźnych wrogów ---
pomyślała Vanina --- skoro ojciec, z natury tak beztroski, nie śmie
się zwierzyć nikomu i zadaje sobie trud wspinania się co dzień na
poddasze.</akap_dialog>


<akap>Pewnego wieczora, kiedy Vanina wysuwała ostrożnie głowę ku
oknu nieznajomej, spotkała jej oczy; wszystko się wydało. Vanina
padła na kolana i krzyknęla:</akap>


<akap_dialog>--- Kocham panią i chcę ci być pomocna!</akap_dialog>


<akap>Nieznajoma dała znak, aby weszła.</akap>


<akap_dialog>--- Jakże winnam panią przepraszać! --- wykrzyknęła Vanina ---
moja głupia ciekawość musi się pani wydać niedelikatna! Przysięgam ci tajemnicę i jeśli zażądasz, nie wrócę tu nigdy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któż mógłby nie czuć się szczęśliwy, oglądając panią! --- rzekła
nieznajoma. --- Czy mieszkasz w tym pałacu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oczywiście! --- odparła Vanina. --- Ale widzę, że pani mnie nie
zna: jestem Vanina, córka don Hasdrubala.</akap_dialog>


<akap>Nieznajoma objęła ją zdumionym spojrzeniem, zaczerwieniła
się mocno, po czym dodała:</akap>


<akap_dialog>--- Racz pani użyczyć mi nadziei, że będziesz mnie odwiedzała
co dzień; ale chciałabym, aby książę nie wiedział nic o tych
odwiedzinach.</akap_dialog>


<akap>Serce biło Vaninie jak młotem; zachowanie się nieznajomej
uderzyło ją swą szlachetnością. Biedna kobieta musiała się z pewnością narazić jakiemuś potężnemu człowiekowi; może w przystępie zazdrości zabiła kochanka? Vanina nie dopuszczała myśli, aby
jej niedole mogły mieć jakąś pospolitą przyczynę. Nieznajoma
odpowiedziała, że ją zraniono w ramię; rana sięgała aż do piersi
i dokuczała jej mocno. Często miała usta pełne krwi.</akap>


<akap_dialog>--- I nie ma tu chirurga! --- wykrzyknęła Vanina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiadomo pani, że w Rzymie --- odparła nieznajoma --- chirurg
winien jest policji wierny raport z każdej rany, którą ma w leczeniu. Książę raczy sam opatrywać moje rany tą bielizną.</akap_dialog>


<akap>Nieznajoma z doskonałym wdziękiem unikała wszelkiego roztkliwiania się nad swoim wypadkiem; Vanina szalała już za nią.
Jedno tylko zdziwiło młodą księżniczkę, a mianowicie, iż w trakcie rozmowy, niewątpliwie bardzo poważnej, nieznajoma z trudem zdołała powściągnąć nagłą ochotę do śmiechu.</akap>


<akap_dialog>--- Byłabym szczęśliwa --- rzekła Vanina --- gdybym mogła znać
twoje imię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zowią mnie Klementyna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc, droga Klementyno, jutro o piątej przyjdę cię
odwiedzić.</akap_dialog>


<akap>Nazajutrz Vanina znalazła nową przyjaciółkę w bardzo złym
stanie.</akap> 


<akap_dialog>--- Sprowadzę ci chirurga --- rzekła Vanina, ściskając ją.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Raczej wolałabym umrzeć --- odparła nieznajoma. --- Czyż
mogłabym narazić moich dobroczyńców?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chirurg pana Savelli-Catanzara, gubernatora Rzymu, jest
synem jednego z naszych służących --- odparła żywo Vanina. --- Jest
nam oddany, a dzięki swojej pozycji nie lęka się nikogo. Ojciec
mój nie docenia jego wierności; poślę po niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie chcę chirurga! --- wykrzyknęła nieznajoma z gwałtownością, która zdumiała Vaninę. --- Przychodź do mnie, a jeśli Bóg
zechce mnie powołać do siebie, umrę szczęśliwa w twoich ramionach.</akap_dialog>


<akap>Nazajutrz stan nieznajomej pogorszył się.</akap>


<akap_dialog>--- Jeśli mnie kochasz --- rzekła Vanina na rozstaniu --- zgodzisz
się przyjąć chirurga.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeżeli się zgodzę, szczęście moje pierzchnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poślę po niego --- odparła Vanina.</akap_dialog>


<akap>Nic nie mówiąc, nieznajoma zatrzymała ją; ujęła rękę młodej
dziewczyny i okryła ją pocałunkami. Nastało długie milczenie,
nieznajoma miała łzy w oczach. Wreszcie puściła rękę Vaniny
i rzekła z wyrazem takim, jak gdyby szła na śmierć:</akap>


<akap_dialog>--- Mam pani coś wyznać. Przedwczoraj skłamałam, mówiąc, że
się nazywam Klementyna: jestem nieszczęśliwy <slowo_obce>carbonaro</slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap>Vanina, zdumiona, cofnęła się z krzesłem i zaraz wstała.</akap>


<akap_dialog>--- Czuję --- ciągnął karbonariusz --- że to wyznanie doprowadzi
mnie do utraty jedynego skarbu, który trzyma mnie przy życiu,
ale byłoby niegodne oszukiwać panią. Nazywam się Pietro Missirilli, mam dziewiętnaście lat; ojciec mój jest biednym chirurgiem
w St. Angelo in Vado; ja jestem karbonariuszem. Odkryto naszą
schadzkę; powleczono mnie w kajdanach z Romanii do Rzymu.
Wtrącono do kaźni, gdzie lampka płonęła dniem i nocą, spędziłem tam trzynaście miesięcy. Litościwa dusza zapragnęła mnie
ocalić. Przebrano mnie za kobietę. Kiedy wychodziłem z więzienia i mijałem straże przy ostatniej bramie, usłyszałem, jak jeden z żołdaków przeklina karbonariuszy; dałem mu policzek. Zaręczam pani, to nie była czcza fanfaronada, ale roztargnienie.
--- Ścigany w nocy przez ulice po tym niebacznym kroku, zraniony bagnetem, tracąc już siły, wpadam do jakiegoś domu
przez otwartą bramę. Słyszę kroki żołnierzy --- tuż za sobą,
skaczę w ogród, padam o kilka kroków od kobiety, która się
przechadza.</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Hrabina Vitteleschi, przyjaciółka mego ojca! --- rzekła
Vanina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to, powiedziała to pani? --- wykrzyknął Missirilli. --- Tyle
wiem, że ta dama, której nazwisko nigdy nie powinno wyjść
z moich ust, ocaliła mi życie. W chwili gdy żołnierze wpadli do
domu, aby mnie pochwycić, ojciec pani uprowadził mnie w swoim powozie. Czuję się bardzo źle; od kilku dni to pchnięcie
bagnetem nie daje mi oddychać. Umrę, i umrę w rozpaczy, skoro
tym samym przestanę panią widywać.</akap_dialog>


<akap>Vanina słuchała niecierpliwie i szybko wyszła. Missirilli nie
znalazł w tych pięknych oczach żadnego współczucia, jedynie
wyraz obrażonej dumy.</akap>


<akap>W nocy zjawił się chirurg; był sam. Missirilli był w rozpaczy,
lękał się, że już nie ujrzy Vaniny. Próbował pytać chirurga, ale ten
puścił mu krew i nie odpowiedział nic. Toż samo milczenie
następnych dni. Oczy Pietra nie opuszczały terasy, którą Vanina
zwykła była wchodzić; był bardzo nieszczęśliwy. Jednego dnia,
koło północy, zdawało mu się, że widzi jakiś cień na terasie; czy to
była Vanina?</akap>


<akap>Co noc Vanina przychodziła i przyciskala twarz do szyby
w oknach młodego <slowo_obce>carbonaro</slowo_obce>. ,,Jeśli doń przemówię --- powiadała
sobie --- jestem zgubiona! Nie, nigdy już nie powinnam go ujrzeć!"</akap>


<akap>Powziąwszy to postanowienie, przypomniała sobie mimo woli
sympatię, jaką zapłonęła do tego młodzieńca, kiedy tak niedorzecznie brała go za kobietę. Po tak lubej zażyłości trzeba go
zapomnieć! W chwili rozsądku Vanina była przerażona zmianami, jakie zaszły w jej pojęciach. Od czasu jak Missirilli wymienił
swoje nazwisko, wszystko to, o czym zwykła myśleć, pokryło się
jak gdyby mgłą, jawiło się już tylko w dali.</akap>


<akap>Tydzień nie upłynął, kiedy Vanina, blada i drżąca, weszła
z chirurgiem do pokoju młodego <slowo_obce>carbonaro</slowo_obce>. Przyszła powiedzieć
mu, że trzeba skłonić księcia, aby przysłał w swoje miejsce
służącego. Nie została ani dziesięciu sekund; ale przez litość za
kilka dni znów wróciła z chirurgiem. Jednego wieczora, mimo iż
Missirilli czuł się o wiele lepiej i Vanina nie miała już powodu do
obaw o jego życie, ośmieliła się przyjść sama. <begin id="b1348580157974-1482214258"/><motyw id="m1348580157974-1482214258">Flirt, Miłość</motyw>Na jej widok
Missirilli omal nie oszalał ze szczęścia, ale starał się ukryć swą
miłość; przede wszystkim chciał ocalić godność mężczyzny.
Vaninę, która weszła ze spłonionym czołem, lękając się wyznań
miłosnych, zbiła z tropu szlachetna i pełna oddania, ale wolna od roztkliwień przyjaźń, z jaką ją przyjął. Odeszła, a on nie starał się
jej zatrzymać.</akap>


<akap>Kiedy wróciła w kilka dni później, toż samo zachowanie się, te
same zapewnienia głębokiego szacunku i wiekuistej wdzięczności. Vanina nie tylko nie potrzebowała hamować uniesień młodego
<slowo_obce>carbonaro</slowo_obce>, ale zaczęła się lękać, że ona jedna kocha. Ta tak
dumna dotąd młoda dziewczyna gorzko czuła bezmiar swego
szaleństwa. Udawała wesołość, nawet chłód, przychodziła rzadziej, ale nie mogła się przemóc, aby nie odwiedzać młodego
chorego.</akap>


<akap>Missirilli, płonąc miłością, ale pomny swego niskiego urodzenia i swej godności, postanowił dać folgę uczuciom aż wtedy, gdy
Vanina wytrwa tydzień bez widzenia go. Duma młodej księżniczki broniła się piędź po piędzi. ,,Ba! --- powiedziała sobie wreszcie --- jeżeli przychodzę do niego, to dla siebie, aby sobie sprawić
przyjemność. Nigdy nie wyznam mu sympatii, jaką we mnie
budzi." Przesiadywała długo u Missirillego, który rozmawiał z nią
tak, jak by to czynił wobec dwudziestu osób. Jednego wieczora,
po dniu, przez który nienawidziła go i przyrzekała sobie być dlań
jeszcze surowsza i chłodniejsza niż zwykle, powiedziała mu, że go
kocha. Niebawem została jego kochanką.<end id="e1348580157974-1482214258"/></akap>


<akap>Było to szaleństwo, ale trzeba wyznać, że Vanina czuła się
zupełnie szczęśliwa. Missirilli nie myślał już o rzekomych obowiązkach godności, kochał tak, jak się kocha pierwszy raz
w dziewiętnastym roku życia i we Włoszech. Miał wszystkie
skrupuły najtkliwszej miłości; tak dalece, iż wyznał tej dumnej
księżniczce podstęp, do którego się uciekł, aby obudzić jej miłość.
Zdumiony był nadmiarem swego szczęścia. Cztery miesiące
spłynęły bardzo szybko. Jednego dnia chirurg oznajmił, iż wraca
wolność choremu. ,,Co mam począć? --- pomyślał Missirilli. ---
Zostać ukryty u jednej z najpiękniejszych osób w Rzymie? A podli
tyrani, którzy mnie trzymali trzynaście miesięcy w więzieniu bez
słońca, będą pewni, że mnie złamali! Italio, jesteś naprawdę
nieszczęśliwa, jeśli twoi synowie opuszczają cię tak łatwo!"</akap>


<akap>Vanina nie wątpiła, że największym szczęściem Pietra byłoby
zostać na zawsze przy niej; zdawał się u szczytu marzeń; ale jedno
powiedzenie generała Bonaparte rozlegało się ironicznie w duszy
młodzieńca i dawało ton całemu jego stosunkowi do kobiet. Kiedy
w roku 1796 generał Bonaparte opuszczał Brescję, ławnicy,
którzy go odprowadzali do bram miasta, wspomnieli mu, iż
mieszkańcy Brescji najbardziej kochają wolność w całych Włoszech. ,,Tak --- odparł --- lubią o tym opowiadać swoim kochankom."</akap>


<akap><begin id="b1348580345151-3283951756"/><motyw id="m1348580345151-3283951756">Rozstanie</motyw>Missirilli oświadczył Vaninie dość nieswoim głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Skoro zapadnie noc, muszę wyjść z tego domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętaj wrócić do pałacu przed świtem; będę czekała na
ciebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O świcie będę wiele mil za Rzymem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wybornie --- rzekła zimno Vanina --- i dokąd się udasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do Romanii, zemścić się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ponieważ jestem bogata --- ciągnęła Vanina najspokojniej
w świecie --- mam nadzieję, że przyjmiesz ode mnie broń i pieniądze?</akap_dialog>


<akap>Missirilli popatrzył na nią bystro długą chwilę, po czym rzucił
się w jej ramiona, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Duszo mego życia, zapominam przy tobie o wszystkim,
nawet o swoim obowiązku. Ale im twoje serce jest szlachetniejsze,
tym bardziej powinnaś mnie zrozumieć.<end id="e1348580345151-3283951756"/></akap_dialog>


<akap>Vanina płakała długo, w końcu postanowiono, że Pietro opuści
Rzym aż pojutrze.</akap>


<akap_dialog>--- Pietro --- powiedziała doń nazajutrz --- mówiłeś mi nieraz, że
człowiek znany, na przykład książę rzymski, rozporządzający
znacznymi sumami, mógłby oddać wielkie usługi sprawie wolności, gdyby Austria kiedy wplątała się gdzieś daleko w wielką wojnę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z pewnością --- odparł Pietro zdumiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Posłuchaj zatem: jesteś dzielny człowiek, brak ci jedynie
wysokiej pozycji; ofiaruję ci swoją rękę i dwieście tysięcy funtów
renty. Podejmuję się uzyskać pozwolenie ojca.</akap_dialog>


<akap>Pietro rzucił się do jej stóp; Vanina jaśniała radością.</akap>


<akap_dialog>--- Kocham cię bez pamięci --- rzekł --- ale jestem biednym sługą
ojczyzny; im Włochy są nieszczęśliwsze, tym bardziej powinienem im zostać wierny. Aby uzyskać zezwolenie don Hasdrubala, trzeba lata całe odgrywać nader smutną rolę. Vanino, odmawiam.</akap_dialog>


<akap>Missirilli chciał spalić mosty tym słowem; czuł, że niebawem
zbraknie mu odwagi.</akap>


<akap_dialog>--- Moim nieszczęściem jest --- wykrzyknął --- że cię kocham
bardziej niż życie, że opuścić Rzym jest dla mnie najstraszliwszą
męką! Och, czemuż Włochy nie są wolne od barbarzyńców!
Z jaką rozkoszą popłynąłbym z tobą do Ameryki.</akap_dialog> 


<akap>Vanina zlodowaciała. Ta odmowa jej ręki dotknęła jej dumę;
ale niebawem rzuciła się w ramiona Missirillego.</akap>


<akap_dialog>--- Nigdy nie wydałeś mi się godniejszy kochania! --- wykrzyknęła. --- Tak, mój chirurgu wiejski, jestem twoją na zawsze. Jesteś
wielki człowiek, jak nasi dawni Rzymianie!</akap_dialog>


<akap>Wszelka myśl o przyszłości, wszelki mizerny głos rozsądku
pierzchły; była to chwila doskonałej miłości. Skoro znów mogli
zebrać myśli, Vanina rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Przybędę do Romanii tuż za tobą i każę sobie przepisać
kąpiele w Poretta. Zatrzymam się w zamku, który mamy w San
Nicolo, niedaleko Forli...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tam spędzę życie z tobą! --- wykrzyknął Missirilli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ważyć się na wszystko, oto mój dzisiejszy los --- odparła
Vanina z westchnieniem. --- Zgubię się dla ciebie, ale mniejsza...
Czy będziesz mógł kochać dziewczynę zniesławioną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyż nie jesteś żoną moją --- rzekł Missirilli --- i to żoną
ubóstwianą na wieki? Potrafię cię kochać i bronić.</akap_dialog>


<akap>Vanina musiała iść do gości. Zaledwie Missirilli został sam,
własne postępowanie wydało mu się barbarzyństwem.</akap>


<akap>,,<begin id="b1348580787534-3636419103"/><motyw id="m1348580787534-3636419103">Ojczyzna, Wolność, Miłość</motyw>Co to jest <wyroznienie>ojczyzna</wyroznienie>? --- powiadał sobie. --- To nie jest istota,
której bylibyśmy winni wdzięczność za dobrodziejstwo, która
byłaby nieszczęśliwa i mogła nas przeklinać, jeśli jej chybimy.
<wyroznienie>Ojczyzna i wolność</wyroznienie> to tak jak mój płaszcz; to rzecz,
która mi jest pożyteczna, którą trzeba mi kupić, to prawda, o ile
jej nie dostałem w spadku po ojcu; ale ostatecznie kocham
ojczyznę i wolność, ponieważ te dwie rzeczy są mi użyteczne.
Jeżeli nie mam z nimi co począć, jeżeli są dla mnie niby płaszcz
w sierpniu, po co je kupować, i to za olbrzymią cenę? Vanina jest
tak piękna, ma wyjątkowy urok! Będą jej nadskakiwali, zapomni
o mnie. Gdzież jest kobieta, która by miała w życiu tylko jednego
kochanka? Te książątka rzymskie, których mam za nic jako
obywateli, mają tyle przewag nade mną! Muszą być bardzo mili.
Och, jeśli odjadę, ona zapomni o mnie i stracę ją na zawsze!<end id="e1348580787534-3636419103"/>"</akap>


<akap>W nocy Vanina zaszła do niego; przyznał się jej do niepewności, w której tonął, oraz do roztrząsań, jakim pod wpływem miłości poddał wielkie słowo <wyroznienie>ojczyzna</wyroznienie>. Vanina czuła się bardzo
szczęśliwa. ,,Gdyby musiał koniecznie wybierać między ojczyzną
a mną --- powiadała sobie --- dałby pierwszeństwo mnie."</akap>


<akap>Zegar na sąsiedniej wieży wybił trzecią; nadchodziła chwila
ostatecznego pożegnania. Pietro wyrwał się z objęć kochanki. Już schodził na dół, kiedy Vanina, wstrzymując łzy, rzekła z uśmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- Gdybyś znalazł opiekę u biednej wieśniaczki, czy nie uczyniłbyś nic, aby się odwdzięczyć? Przyszłość jest niepewna, puszczasz się w drogę pośród swoich wrogów; daruj mi trzy dni przez
wdzięczność, tak jakbym była biedną kobietą, aby mi zapłacić za
opiekę.</akap_dialog>


<akap>Missirilli został. Wreszcie opuścił Rzym. Dzięki paszportowi
kupionemu w zagranicznej ambasadzie dostał się do swoich. Była
to wielka radość; myśleli, że nie żyje. Przyjaciele chcieli uczcić
jego powrót sprzątnięciem jednego lub dwóch karabinierów
(nazwa, jaką noszą żandarmi w państwie papieskim).</akap>


<akap_dialog>--- Nie zabijajmy bez koniecznej potrzeby Włocha, który umie
władać bronią --- rzekł Missirilli. --- Ojczyzna nasza nie jest wyspą
jak szczęśliwa Anglia; brak żołnierzy nie pozwala nam się oprzeć
interwencji królów Europy.</akap_dialog>


<akap>Wkrótce potem Missirilli, tropiony przez karabinierów, zabił
ich dwóch z pistoletów, które mu dała Vanina. Nałożono cenę na
jego głowę.</akap>


<akap>Vanina nie zjawiała się w Romanii; Missirilli sądził, że zapomniała o nim. Był to cios dla jego miłości własnej; zaczął wiele
rozmyślać nad różnicą stanu, która go dzieli od kochanki.
W chwili roztkliwienia i żalu za minionym szczęściem powziął
myśl, aby wrócić do Rzymu i zobaczyć, co robi Vanina. Ta
szalona myśl miała już przeważyć wszystko, co uważał za swój
obowiązek, kiedy pewnego wieczora dzwon na górskim kościółku
wydzwonił <tytul_dziela>Anioł Pański</tytul_dziela> w jakiś osobliwy sposób, tak jakby
dzwonnik zapomniał się. Był to znak dla wendity karbonariuszy,
do której Missirilli wstąpił, przybywszy do Romanii. Tej samej
nocy wszyscy znaleźli się w pewnej pustelni w lesie. Dwaj
pustelnicy, uśpieni przy pomocy opium, nie mieli najmniejszej
świadomości celu, na jaki posłużył ich domek. Missirilli, który
przybył tam bardzo smutny, dowiedział się, że naczelnika wendity schwytano i że jego, zaledwie dwudziestoletniego młokosa,
miano wybrać naczelnikiem wendity, która liczyła mężczyzn
więcej niż pięćdziesięcioletnich, spiskujących od czasu wyprawy
Murata w 1815<pr><slowo_obce>od czasu wyprawy
Murata w 1815</slowo_obce> --- Joachim Murat, król
Neapolu, po upadku Napoleona dwukrotnie bez powodzenia usiłował
odzyskać władzę i został rozstrzelany.</pr>. Dostępując tego nieoczekiwanego zaszczytu, Pietro uczuł, że serce mu bije. Skoro został sam, postanowił nie
myśleć już o młodej rzymiance, która o nim zapomniała, i poświęcić wszystkie swoje myśli powinności ,,oswobodzenia Włoch od
barbarzyńców"<pa><slowo_obce>oswobodzenia Włoch od
barbarzyńców</slowo_obce> --- ,,<slowo_obce>Liberar l'Italia de' barbari</slowo_obce>" (wł.), wyrażenie Petrarki z 1350 r., powtórzone później przez
Juliusza II, Makiawela i hrabiego Alfieri.</pa>.</akap>


<akap>W dwa dni później Missirilli wyczytał w raporcie przyjazdów
i odjazdów, jaki mu składano jako naczelnikowi wendity, że
księżniczka Vanina przybyła do zamku swego w San Nicolo.
Wiadomość ta wniosła więcej zamętu niż radości w jego duszę.
Próżno upewniał sam siebie o swej miłości do ojczyzny, przemagając się, aby nie pognać tegoż wieczora do zamku w San Nicolo;
myśl o Vaninie, której się sprzeniewierzał, nie dała mu spełniać
należycie obowiązków. Ujrzał ją nazajutrz; kochała go jak w Rzymie. Ojciec, który chciał ją wydać za mąż, opóźnił jej wyjazd.
Przywiozła dwa tysiące cekinów. Ta nieoczekiwana pomoc
wzmocniła powagę Missirilla w jego nowej roli. Zamówiono
sztylety na Korfu; przekupiono przybocznego sekretarza legata,
mającego ścigać karbonariuszy. W ten sposób zdobyto listę księży
pełniących funkcje szpiegów rządowych.</akap>


<akap>W owej opoce dobiegła końca organizacja jednego z najmniej
nierozsądnych spisków, o jakie pokuszono się w nieszczęsnej
ltalii. Nie będę tu wchodził w szczegóły, powiem tylko, że gdyby
zamiar ten uwieńczyło powodzenie, Missirilli miałby prawo do
sporej części chwały. Za jego sprawą kilka tysięcy spiskowców
byłoby powstało na dany sygnał, czekając pod bronią przybycia
wodzów. Stanowcza chwila zbliżała się, kiedy, jak zawsze się
zdarza, uwięzienie wodzów udaremniło spisek.</akap>


<akap>Ledwie przybywszy do Romanii, Vanina nabyła przeświadczenia, że miłość ojczyzny kazałaby jej kochankowi zapomnieć
o wszelkiej innej miłości. Duma zakipiała w młodej rzymiance.
Na próżno usiłowała być rozsądną; popadła w melancholię:
spostrzegła się, iż przeklina wolność. Jednego dnia, kiedy przybyła do Forli, aby się widzieć z Missirillim, nie mogła opanować
męki, którą dotąd duma jej zawsze umiała zawładnąć.</akap>


<akap_dialog>--- Doprawdy --- rzekła --- ty mnie kochasz po małżeńsku; to mi
wcale nie wystarcza.</akap_dialog>


<akap>Rozpłakała się; ale to ze wstydu, że się zniżyła do wyrzutów.
Missirilli uspokajał ją z widocznym roztargnieniem. W tej chwili
Vanina powzięła myśl, aby go opuścić i wrócić do Rzymu.
Znajdowała okrutną radość w tym, aby się ukarać za słabość,
która przez nią przemówiła. Po krótkim milczeniu postanowienie
jej dojrzało; uważała się za niegodną swego kochanka, gdyby go
nie opuściła. Cieszyła się bolesnym zdumieniem, kiedy jej będzie
na próżno szukał dokoła siebie. To znowuż myśl, że nie może
uzyskać miłości człowieka, dla którego uczyniła tyle szaleństw,
roztkliwiła ją głęboko. Przerwała milczenie i robiła, co tylko
mogła, aby zeń wydrzeć czulsze słowo. On mówił jej z roztargnioną twarzą rzeczy bardzo serdeczne; ale jakimś innym, o ileż
głębszym akcentem brzmiał jego głos, gdy wykrzyknął z bólem,
mówiąc o swoich zamiarach:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1348582398881-2953407458"/><motyw id="m1348582398881-2953407458">Zdrada</motyw>--- <wyroznienie>Och, jeśli ta sprawa się nie powiedzie,
jeśli rząd odkryje ją znowu, rzucam już
wszystko!</wyroznienie></akap_dialog>


<akap>Vanina siedziała bez ruchu. Od godziny czuła, że widzi swego
kochanka ostatni raz. Te słowa rozświetliły złowrogim blaskiem
jej duszę. Powiedziała sobie: ,,Karbonariusze dostali ode mnie
kilka tysięcy cekinów; nikt nie będzie mógł wątpić o moim
oddaniu."</akap>


<akap>Kiedy Vanina zbudziła się z zadumy, rzekła do Pietra:</akap>


<akap_dialog>--- Chcesz spędzić ze mną dwadzieścia cztery godziny w zamku
San Nicolo? Dzisiejsze zebranie nie wymaga twej obecności. Jutro
rano wybierzemy się w San Nicolo na przechadzkę; to uspokoi
twoje nerwy i wróci ci zimną krew, której potrzeba ci w tym
ważnym momencie.</akap_dialog>


<akap>Pietro zgodził się.</akap>


<akap>Vanina rozstała się z nim, aby się przygotować do podróży.
Wedle zwyczaju zamknęła na klucz pokoik, w którym go ukryła.</akap>


<akap>Pobiegła do swej dawnej pokojówki, która opuściwszy służbę
wyszła za mąż i otworzyła sklepik w Forli. Przybywszy do tej
kobiety nakreśliła śpiesznie na marginesie książki do modlenia,
którą znalazła w izdebce, dokładny opis miejsca, gdzie wendita
karbonariuszy miała się zebrać tej nocy. Zakończyła denuncjację
tymi słowy: ,,wendita składa się z dziewiętnastu członków; oto ich
nazwiska i adresy." Spisawszy listę bardzo dokładnie, opuściwszy
jedynie nazwisko Pietra, powiedziała do tej kobiety, na której
oddanie mogła liczyć:</akap>


<akap>--- Zanieś tę książkę do, kardynała-legata, niech przeczyta, co tu
jest napisane, i niech ci odda książkę. Oto dla ciebie dziesięć
cekinów; jeśli kiedykolwiek legat zdradzi twoje imię, śmierć twoja jest pewna; ale ocalisz mi życie, jeśli pokażesz legatowi kartkę,
która skreśliłam.</akap>


<akap>Wszystko odbyło się cudownie. Strach legata sprawił, że
zachował się nie po pańsku. Pozwolił kobiecinie, która żądała
posłuchania, zjawić się przed nim w masce, ale pod warunkiem,
że ręce będzie miała związane. W ten sposób wprowadzono
sklepikarkę przed oblicze dostojnika, który oszańcował się za
olbrzymim stołem przykrytym zielonym suknem.</akap>


<akap>Legat odczytał pismo zawarte w książce do modlenia, trzymając ją daleko od siebie, z obawy subtelnej trucizny. Oddał książkę
sklepikarce i nie kazał jej śledzić. W niespełna trzy kwadranse po
rozstaniu z kochankiem Vanina, ujrzawszy, że jej dawna pokojówka wraca, pośpieszyła znów do Pietra, sądząc, iż odtąd posiadła go
wyłącznie dla siebie. Oznajmiła mu, że w mieście jest niezwykły
ruch; widać było patrole karabinierów w ulicach, gdzie nie
zjawiały się nigdy.</akap>


<akap_dialog>--- Posłuchaj mnie --- dodała --- jedźmy natychmiast do San
Nicolo.</akap_dialog>


<akap>Missirilli zgodził się. Dostali się pieszo do powozu księżniczki,
w którym jej duenia, dyskretna i dobrze opłacana powiernica,
czekała o pół mili za miastem.</akap>


<akap>Znalazłszy się w zamku San Nicolo, Vanina, zaniepokojona
swoim szalonym krokiem, zdwoiła tkliwość dla kochanka. Ale
kiedy mu mówiła o swej miłości, miała uczucie, że gra komedię.
Dzień przedtem, kiedy zdradzała, zapomniała o wyrzutach.
Tuląc kochanka, powiadała sobie: ,,Wystarczy, by mu powiedziano jedno słowo, aby mnie znienawidził natychmiast i na zawsze."</akap>


<akap>W nocy wszedł nagle do pokoju jeden ze służących Vaniny.
Człowiek ten był karbonariuszem bez jej wiedzy: Missirilli miał
tedy dla niej tajemnice, nawet co do takich szczegółów. Zadrżała.
Człowiek ten przyszedł ostrzec Pietra, że tej nocy otoczono
w Forli domy dziewiętnastu karbonariuszy i uwięziono ich,
w chwili gdy wracali z wendity. Mimo że ich zaskoczono niespodzianie, dziewięciu uciekło. Dziesięciu zdołali karabinierzy doprowadzić do cytadeli. Wchodząc, jeden z nich rzucił się w głęboką
studnię i zabił się.<end id="e1348582398881-2953407458"/></akap>


<akap>Vanina słuchała półprzytomna; szczęściem Missirilli nie zauważył tego, byłby wyczytał zbrodnię w jej oczach.</akap>


<akap_dialog>--- W tej chwili --- dodał służący --- załoga Forli obstawiła
sznurkiem wszystkie ulice. Żołnierz stoi od żołnierza tak blisko, że mogą z sobą rozmawiać. Mieszkańcom nie wolno przejść
z jednej strony ulicy na drugą poza miejscem, gdzie stoi oficer.</akap_dialog>


<akap>Skoro ten człowiek wyszedł, Pietro zadumał się.</akap>


<akap_dialog>--- Nic się nie da zrobić w tej chwili --- rzekł wreszcie.</akap_dialog>


<akap>Vanina była wpółżywa; drżała pod spojrzeniem kochanka.</akap>


<akap_dialog>--- Co się z tobą dzieje? --- rzekł.</akap_dialog>


<akap>Po czym zaczął myśleć o czym innym i przestał na nią patrzeć.
Około południa ośmieliła się rzec:</akap>


<akap_dialog>--- Oto znów jedna wendita odkryta; sądzę, że na jakiś czas dasz
temu pokój.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najzupelniej --- odparł Missirilli z uśmiechem, od którego
zadrżała.</akap_dialog>


<akap>Wybrała się z nieodzowną wizytą do proboszcza w San Nicolo,
może szpiega jezuitów. Kiedy o szóstej wróciła na obiad, pokoik,
w którym ukrywał się jej kochanek, był pusty. Oszalała, jęła go
szukać po całym domu; nie było go. Zrozpaczona wróciła do
pokoiku, wówczas dopiero spostrzegła list; przeczytała:</akap>
<sekcja_swiatlo/>

<akap>Idę oddać się w ręce legata; zwątpiłem o naszej sprawie, niebo
jest przeciw nam. Kto nas zdradził? Zapewne nędznik, który się
rzucił do studni. Skoro życie moje jest bezpożyteczne dla biednych Włoch, nie chcę, aby moi towarzysze, widząc, że mnie
jednego nie uwięziono, mogli sobie wyobrazić, że ich zdradziłem.
Żegnaj! Jeśli mnie kochasz, myśl, jak mnie pomścić. Zgub, zdław
nikczemnika, który nas zdradził, choćby to był mój ojciec.</akap>
<sekcja_swiatlo/>




<akap>Vanina padła na krzesło, współzemdlona i pogrążona w najstraszliwszej męce. Nie mogła wyrzec słowa; oczy jej były suche
i płonące.</akap>


<akap>Padła na kolana:</akap>


<akap_dialog>--- Wielki Boże! --- krzyknęła --- przyjmij mój ślub! Tak, skarzę
nikczemnika, który zdradził; ale wprzód trzeba wrócić wolność
Pietrowi.</akap_dialog>


<akap>W godzinę potem była w drodze do Rzymu. Od dawna ojciec
nalegał, żeby wróciła. W czasie nieobecności Vaniny ułożono jej
małżeństwo z księciem Liviem Savelli. Skoro tylko wróciła, ojciec
wspomniał jej o tym ze drżeniem. Ku jego wielkiemu zdziwieniu
zgodziła się od pierwszego słowa. Tegoż samego wieczora u hrabiny Vitteleschi ojciec przedstawił jej prawie oficjalnie don Livia
jako narzeczonego; rozmawiała z nim długo. Był to młodzieniec nader wytwornych manier i mający śliczne włosy; ale mimo że
ceniono jego dowcip, uchodził za takiego lekkoducha, że nie był
podejrzany w oczach rządu. Vanina pomyślała, że rozkochawszy
go w sobie może w nim zyskać powolne narzędzie. Ponieważ był
bratankiem monsignora Savelli-Catanzara, gubernatora rzymskiego i ministra policji, przypuszczała, że szpiegi<pe><slowo_obce>szpiegi</slowo_obce> --- dziś popr. forma: szpiedzy.</pe> nie ośmielą się
go śledzić.</akap>


<akap>Przez kilka dni Vanina obchodziła się z sympatycznym don
Liviem bardzo łaskawie; po czym nagle oznajmiła mu, że nigdy za
niego nie wyjdzie; nie można go, jej zdaniem, brać na serio.</akap>


<akap_dialog>--- Gdybyś nie był dzieckiem --- rzekła --- zausznicy twego stryja
nie mieliby dla ciebie tajemnic. Na przykład, co zamierza rząd
uczynić z karbonariuszami ujętymi niedawno w Forli?</akap_dialog>


<akap>W dwa dni później don Livio oświadczył jej, że wszyscy
karbonariusze ujęci w Forli umknęli. Spojrzała nań swymi wielkimi czarnymi oczyma z uśmiechem nieopisanej wzgardy i nie
raczyła się doń odezwać cały wieczór. Na trzeci dzień don Livio
wyznał jej, rumieniąc się, że go oszukano.</akap>


<akap_dialog>--- Ale --- rzekł --- postarałem się o klucz od gabinetu stryja;
dowiedziałem się z papierów, które tam znalazłem, że kongregacja (lub komisja), złożona z najwpływowszych kardynałów i prałatów zbiera się w największej tajemnicy i naradza się nad tym, czy
należy sądzić tych karbonariuszy w Rawennie, czy w Rzymie.
Dziewięciu karbonariuszy ujętych w Forli i ich herszt, niejaki
Missirilli, który zrobił to głupstwo, że się sam wydał, znajdują się
w tej chwili w zamku San Leo<pa><slowo_obce>w zamku San Leo</slowo_obce> --- niedaleko w Romanii. W zamku tym zginął sławny Cagliostro; w okolicy
opowiadają, że został uduszony.</pa>.</akap_dialog>


<akap>Na to słowo ,,głupstwo" Vanina uszczypnęła księcia z całych
sił.</akap>


<akap_dialog>--- Chcę sama --- rzekła --- widzieć te urzędowe papiery i dostać się
z tobą do gabinetu stryja; musiałeś źle przeczytać.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1348582658527-2779547289"/><motyw id="m1348582658527-2779547289">Podstęp</motyw>Na te słowa don Livio zadrżał; Vanina żądała rzeczy prawie
niemożliwej; ale oryginalność dziewczyny zdwajała jego uczucie.
W kilka dni później Vanina w męskim przebraniu, w zgrabnej
liberii domu Savelli, mogła spędzić pół godziny, przewracając
w najtajniejszych papierach ministra policji. Przebiegł ją dreszcz,
kiedy znalazła dzienny raport dotyczący ,,obwinionego Pietra
Missirilli". Ręce jej drżały, gdy trzymała ten papier. Kiedy
czytała to nazwisko, omal nie zemdlała. Wychodząc z pałacu
gubernatora, Vanina pozwoliła, aby ją don Livio pocałował.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze --- rzekła --- wywiązałeś się z prób, którym cię pragnę
poddać.</akap_dialog>


<akap>Po tym powiedzeniu młody książę podpaliłby Watykan, aby się
przypodobać Vaninie. Tego wieczora był bal u ambasadora
francuskiego; tańczyła dużo i prawie wyłącznie z narzeczonym.
Don Livio był pijany szczęściem, nie trzeba było dać mu
ochłonąć.<end id="e1348582658527-2779547289"/></akap>


<akap_dialog>--- Ojciec mój bywa niekiedy dziwny --- rzekła pewnego dnia
Vanina --- wypędził dziś rano dwóch służących i przyszli do mnie ze
swymi lamentami. Jeden prosił mnie, aby go umieścić u pańskiego stryja, gubernatora rzymskiego; drugi, który sługiwał w artylerii u Francuzów, chciałby znaleźć miejsce w Zamku św. Anioła.</akap_dialog>


<akap>--- Biorę ich obu do swojej służby --- rzekł żywo młody książę.</akap>


<akap_dialog>--- Czy ja o to pana proszę? --- odparła dumnie Vanina. ---
Powtarzam panu dosłownie prośbę tych biednych ludzi; muszą
uzyskać to, czego pragną, a nie co innego.</akap_dialog>


<akap>Rzecz była niesłychanie trudna. Monsignor Catanzara nie brał
takich spraw lekko i wpuszczał do domu jedynie ludzi dobrze
sobie znanych. Wśród tego życia wypełnionego na pozór ciągłą
zabawą Vanina, dręczona wyrzutami, była bardzo nieszczęśliwa.
Powolność, z jaką wlokły się wypadki, zabijała ją. Pełnomocnik
ojca wystarał się jej o pieniądze. Czy miała opuścić dom ojcowski
i udać się do Romanii, aby próbować uwolnić kochanka? Mimo
całego szaleństwa tej myśli już miała ją wprowadzić w czyn, kiedy
traf ulitował się nad nią.</akap>


<akap>Pewnego dnia don Livio oznajmił jej:</akap>


<akap_dialog>--- Dziesięciu karbonariuszy z wendity Missirillego przewiozą
do Rzymu, z tym, że mają być po wyroku straceni w Romanii.
Wuj mój uzyskał to u papieża dziś wieczór. Tylko my dwoje
w całym Rzymie znamy tę tajemnicę. Czyś zadowolona?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robi się z ciebie mężczyzna --- odparła Vanina --- możesz mi
ofiarować swój portret.</akap_dialog>


<akap>W wilię dnia, w którym Missirilli miał przybyć do Rzymu,
Vanina znalazła jakiś pozór, aby udać się do Citta Castellana.
W tym mieście nocują w więzieniu karbonariusze, których się
przewozi z Romanii do Rzymu. Ujrzała Pietra rano, kiedy
opuszczał więzienie; był skuty, sam na wózku; wydał się jej
bardzo blady, ale zgoła nie złamany. Staruszka jakaś rzuciła mu
bukiecik fiołków; Missirilli podziękował uśmiechem.</akap>


<akap>Widok kochanka obudził w Vaninie wszystkie wspomnienia
i skrzepił jej zapał. Od dawna obdarzyła zaszczytnym wyróżnieniem księdza Cari, kapelana Zamku św. Anioła, gdzie miał się
dostać jej kochanek; wzięła tego zacnego księdza na spowiednika.
To nie byle co w Rzymie być spowiednikiem księżniczki, bratanicy gubernatora.</akap>


<akap>Proces karbonariuszy z Forli nie trwał długo. Aby się zemścić
za ich sprowadzenie do Rzymu, któremu nie dało się zapobiec,
stronnictwo ultra złożyło z najambitniejszych prałatów komisję,
która ich miała sądzić. Przewodniczącym komisji był minister
policji.</akap>


<akap>Prawo na karbonariuszy jest jasne, więźniowie z Forli nie mogli
mieć żadnych złudzeń; mimo to bronili swego życia za pomocą
wszystkich możliwych wybiegów. Sędziowie nie tylko skazali ich
na śmierć, ale wielu z nich głosowało za okrutną kaźnią, ucięciem
ręki etc. Ministrowi policji, którego kariera była zapewniona
(miejsce to opuszcza się jedynie dla kapelusza kardynalskiego),
nie zależało wcale na ucinaniu ręki; zaniósłszy wyrok papieżowi,
uzyskał dla wszystkich skazanych złagodzenie kary na kilka lat
więzienia. Wyłączony z tej łaski był jedynie Pietro Missirilli.
Minister widział w tym młodym człowieku niebezpiecznego
fanatyka, był już zresztą skazany na śmierć jako winny zabójstwa
wspomnianych dwóch karabinierów. Vanina dowiedziała się
o wyroku i o łasce w kilka chwil po powrocie ministra od papieża.</akap>


<akap>Nazajutrz monsignor Catanzara wrócił do swego pałacu koło
północy i nie zastał pokojowca. Zdziwiony, zadzwonił kilkakrotnie; wreszcie zjawił się stary zidiociały sługa; minister, zniecierpliwiony, zdecydował się sam rozebrać. Zamknął drzwi na klucz;
było bardzo gorąco: wziął suknie i rzucił je bezładnie na krzesło.
Ubranie, rzucone zbyt silnie, przeleciało przez krzesło i potrąciło
muślinową firankę przy oknie, pod którą zarysował się kształt
człowieka. Minister skoczył żywo ku łóżku i pochwycił pistolety.
Kiedy wracał do okna, bardzo młody człowiek, odziany w barwy
jego domu, zbliżył się doń z pistoletem w ręku. Na ten widok
minister podniósł pistolet; już miał strzelić. Młody człowiek rzekł,
śmiejąc się:</akap>


<akap_dialog>--- Jak to! Wasza Dostojność nie poznaje Vaniny Vanini?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co znaczy ten głupi żart? --- odparł minister z gniewem.</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Mówmy rozsądnie --- rzekła młoda dziewczyna. --- Przede
wszystkim pański pistolet nie jest nabity.</akap_dialog>


<akap>Zdumiony minister sprawdził; po czym wydobył sztylet z kieszeni od kamizelki.<pa><slowo_obce>Zdumiony minister sprawdził; po czym wydobył sztylet z kieszeni od kamizelki.</slowo_obce> --- prałat rzymski byłby zapewne niezdolny dzielnie dowodzić korpusem armii, jak to się
nieraz przydarzyło generałowi dywizji, który był ministrem policji w Paryżu w czasie zamachu
Maleta; ale nigdy nie dałby się tak łatwo uwięzić u siebie w domu. Zanadto by się bał drwin swoich
kolegów. Rzymianin, który wie, że go nienawidzą, nie rusza się bez broni. Autor nie uważał za
potrzebne usprawiedliwiać wielu innych drobnych różnić między sposobami działania i mówienia
w Paryżu a w Rzymie. Nie silił się zacierać tych różnić; przeciwnie, sądził, że trzeba je śmiało
wydobyć. Rzymianie, których maluje, nie mają być Francuzami [<slowo_obce>generałowi dywizji, który był ministrem policji</slowo_obce> --- minister policji René de Rovigo był aresztowany przez uczestników spisku zorganizowanego w 1812 r. przeciwko Napoleonowi
przez generala Claude Maleta; Red. WL].</pa></akap>


<akap>Vanina rzekła z miną czarująco poważną:</akap>


<akap_dialog>--- Siadajmy, Wasza Dostojność!</akap_dialog>


<akap>Siadła spokojnie na kanapie.</akap>


<akap_dialog>--- Czy jesteś bodaj sama? --- spytał minister.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najzupełniej sama, przysięgam! --- wykrzyknęła Vanina.</akap_dialog>


<akap>Minister sprawdził prawdę tych słów, obszedł pokój i zajrzał
wszędzie; po czym usiadł na krześle o trzy kroki od Vaniny.</akap>

<akap>--- Jakiż miałabym w tym interes --- rzekła Vanina łagodnie i ze
spokojem --- aby się porywać na życie człowieka ludzkiego, którego
miejsce zająłby prawdopodobnie jakiś osobnik słaby a zagorzały,
zdolny zgubić siebie i drugich?</akap>





<akap_dialog>--- Czegoż tedy pani sobie życzy? --- rzekł minister oschle. --- Ta
scena jest nie na miejscu i nie powinna się przedłużać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To, co mam dodać --- odparła Vanina wyniośle, porzucając
nagle uprzejmy ton --- ważniejsze jest dla pana niż dla mnie.
Żądają, aby karbonariusz Missirilli wyszedł cało; jeżeli zginie,
pan nie przeżyje go ani o tydzień. Nie mam w tym żadnego
interesu; szaleństwo, które pana oburza, zrobiłam najpierw dlatego, aby się zabawić, a po wtóre, aby dopomóc jednej z moich
przyjaciółek. Chciałam --- dodała Vanina, odzyskując uprzejmy ton
--- chciałam oddać usługę dowcipnemu człowiekowi, który
niebawem będzie moim wujem i który, jak wszystko pozwala się
spodziewać, wysoko podniesie losy swej rodziny.</akap_dialog>


<akap>Minister porzucił wyraz niechęci; piękność Vaniny przyśpieszyła zapewne tę nagłą zmianę. Znana jest w Rzymie słabość
monsignora Catanzara do ładnych kobiet; Vanina zaś w swoim
przebraniu za pokojowca domu Savelli, w obcisłych jedwabnych
pończochach, w czerwonej kamizelce, w niebieskim fraczku ze
srebrnymi galonami, z pistoletem w dłoni --- była czarująca.</akap>


<akap>--- Moja przyszła siostrzenico --- rzekł minister prawie ze śmiechem --- puszczasz się na wielkie szaleństwo i pewnie nieostatnie.</akap>


<akap_dialog>--- Mam nadzieję, że osobistość tak roztropna --- odparła Vanina
--- dochowa mi tajemnicy, zwłaszcza wobec don Livia; aby cię do
tego zachęcić, drogi wujaszku, jeśli przyrzekniesz życie protegowanemu mojej przyjaciółki, dam ci całusa.</akap_dialog>


<akap>Tak wiodąc rozmowę w tonie wpółżartobliwym, w jakim damy
rzymskie umieją załatwiać najważniejsze sprawy, Vanina zdołała
nadać temu spotkaniu, zaczętemu z pistoletem w dłoni, charakter wizyty młodej księżnej Savelli u wuja swego, gubernatora
Rzymu.</akap>


<akap>Niebawem monsignor Catanzara, odtrącając dumnie myśl, aby
miał pozwolić coś sobie narzucić postrachem, zaczął tłumaczyć
siostrzenicy trudności, z jakimi byłoby połączone ocalenie Pietra.
Tak rozmawiając, minister przechadzał się z Vaniną po pokoju;
wziął karafkę lemoniady, która stała na kominku, i napełnił
kryształową szklankę. W chwili gdy miał ją podnieść do ust,
Vanina chwyciła ją i potrzymawszy jakiś czas, upuściła na ogród,
niby przez roztargnienie. W chwilę potem minister wyjął czekoladową pastylkę z bombonierki; Vanina odebrała mu ją i rzekła,
śmiejąc się:</akap>


<akap_dialog>--- Uważaj, wujaszku, u ciebie wszystko jest zatrute; śmierć
twoja była już postanowiona. To ja uzyskałam łaskę dla mego
przyszłego wuja, aby nie wejść w rodzinę Savelli z próżnymi
rękami.</akap_dialog>


<akap>Minister, wielce zdziwiony, podziękował bratanicy i uczynił jej
nadzieję ocalenia Pietra.</akap>


<akap_dialog>--- Dobiliśmy targu! --- wykrzyknęła Vanina. --- A oto na dowód
nagroda --- dodała, ściskając go.</akap_dialog>


<akap>Minister przyjął nagrodę.</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba ci wiedzieć, droga Vanino --- dodał --- że ja nie lubię
krwi. Zresztą, mimo że w twoich oczach mogę się wydawać stary,
jestem jeszcze młody i mogę doczekać epoki, w której wylana
dzisiaj krew będzie plamą.</akap_dialog>


<akap>Biła druga, kiedy monsignor Catanzara odprowadził Vaninę do
furtki.</akap>


<akap>Kiedy w dwa dni później minister zjawił się u papieża, dość
zakłopotany krokiem, który miał podjąć, Jego Świątobliwość
rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Przede wszystkim, kochany Catanzara, mam cię prosić o łaskę. Jednego z tych karbonariuszy z Forli skazaliście na
śmierć, ta myśl nie daje mi spać; trzeba ocalić tego człowieka.</akap_dialog>


<akap>Minister widząc, że intencje papieża są stanowcze, zaczął
wynajdywać trudności, wreszcie napisał dekret <slowo_obce>motu proprio</slowo_obce>,
który papież wbrew zwyczajowi podpisał.</akap>


<akap>Vaninie przyszło na myśl, że zdobędzie może ułaskawienie dla swego kochanka, ale że go będą próbowali otruć. Już poprzedniego dnia Missirilli otrzymał od księdza Cari, swego spowiednika,
kilka paczek sucharów z ostrzeżeniem, aby nie tykał pokarmów
dostarczonych przez zarząd więzienia.</akap>


<akap>Dowiedziawszy się, że karbonariuszy forleńskich mają przewieźć do zamku San Leo, Vanina spróbowała ujrzeć Pietra po
drodze, w Citta Castellana; przybyła do tego miasta na dobę przed
więźniami; zastała tam księdza Cari, który ją poprzedził o kilka
dni. Uzyskał u dozorcy, że Missirilli będzie mógł wysłuchać mszy
świętej o północy w kaplicy więziennej. Posunięto się dalej: jeżeli
Missirilli zgodzi się, aby mu związano ręce i nogi łańcuchem,
dozorca cofnie się aż do drzwi kaplicy, w ten sposób, aby wciąż
widzieć jeńca, za którego jest odpowiedzialny, ale aby nie słyszeć,
co będzie mówił.</akap>


<akap>Dzień, który miał rozstrzygnąć o losie Vaniny, nadszedł
wreszcie. Od rana zamknęła się w kaplicy więziennej. Kto zdoła
wyrazić myśli miotające nią w ciągu tego długiego dnia? Czy
Missirilli kocha ją na tyle, aby przebaczyć? Wydała jego wenditę,
ale ocaliła mu życie. Kiedy rozsądek brał górę w tej udręczonej
duszy, Vanina miała nadzieję, że Pietro zgodzi się opuścić Włochy
wraz z nią; jeśli zgrzeszyła, to z nadmiaru miłości. Wybiła
czwarta; Vanina usłyszała z daleka na bruku łoskot kopyt końskich; to byli karabinierzy. Odgłos każdego kroku rozbrzmiewał
w jej sercu. Niebawem poznała turkot wózków, na których jechali
więźniowie. Zatrzymali się przed więzieniem; ujrzała, jak dwóch
karabinierów dźwiga Pietra, który siedział sam na wózku w tak
ciężkich kajdanach, że nie mógł się ruszać. ,,Żyje bodaj! ---
powiada sobie ze łzami w oczach --- nie otruli go jeszcze!" Wieczór
był okrutny; wysoko nad ołtarzem płonęła lampka, na której
dozorca oszczędzał oliwy, i to było całe oświetlenie tej posępnej
kaplicy. Oczy Vaniny błądziły po grobowcach jakichś średniowiecznych magnatów zmarłych w przyległym więzieniu. Posągi ich
miały wyraz okrucieństwa.</akap>


<akap>Wszelkie odgłosy ustały od dawna; Vanina tonęła w czarnych myślach. Nieco po północy usłyszała szelest, lekki, niby lot
nietoperza. Chciała podejść i padła wpółzemdlona u balustrady
ołtarza. W tej samej chwili dwa widma znalazły się tuż przy niej,
nie słyszała, kiedy przybyły. Byli to: dozorca i Missirilli, tak
spętany kajdanami, że był niby w powijakach. Dozorca skierował
latarkę, którą postawił na balustradzie koło Vaniny, tak aby
dobrze widzieć więźnia. Następnie cofnął się aż do drzwi. Zaledwie dozorca się oddalił, Vanina rzuciła się na szyję Pietra. Tuląc
go w ramionach, czuła jedynie zimne i ostre żelazo. ,,Kto go zakuł
w te kajdany?" --- pomyślała. Nie znajdowała żadnej rozkoszy,
ściskając kochanka. Do tego bólu przyłączył się inny, dotkliwszy:
sądziła chwilę, że Missirilli świadom jest jej zbrodni, tak powitanie jego było lodowate.</akap>


<akap_dialog>--- Droga Vanino --- rzekł wreszcie --- boleję nad miłością, jaką
w tobie zbudziłem; daremnie szukam w sobie zalet, które mogłyby cię nią natchnąć. Wróćmy, wierzaj<pe><slowo_obce>wierzaj</slowo_obce> --- dziś popr. forma: wierz.</pe>, do bardziej chrześcijańskich uczuć, zapomnijmy o złudzeniach, które nas niegdyś
odurzyły. Nie mogę być twoim. Nieszczęście, które prześladuje
moje zamiary, pochodzi może ze stanu śmiertelnego grzechu,
w jakim się wciąż znajduję. Gdyby nawet sądzić rzeczy ludzkim
rozsądkiem: czemu nie uwięziono mnie wraz z przyjaciółmi owej
nieszczęsnej nocy w Forli? Czemu w godzinie niebezpieczeństwa
nie byłem na stanowisku? Czemu moja nieobecność mogła uprawnić najdotkliwsze podejrzenie? Hodowałem w sercu inną miłość
niż miłość Włoch.</akap_dialog>


<akap>Vanina nie mogła ochłonąć ze zdumienia nad odmianą kochanka. Mimo iż nie wychudł zbytnio, wyglądał na lat trzydzieści.
Vanina przypisywała tę zmianę złemu obejściu, jakie cierpiał
w więzieniu; rozpłakała się.</akap>


<akap_dialog>--- Och! --- rzekła --- dozorcy tak przyrzekali, że będą dla ciebie
względni!</akap_dialog>


<akap>Faktem jest, iż w pobliżu śmierci wszystkie uczucia religijne,
dające się pogodzić z gorącym pragnieniem oswobodzenia Włoch,
zbudziły się w sercu młodego <slowo_obce>carbonaro</slowo_obce>. Stopniowo Vanina
spostrzegła, że zdumiewająca odmiana, jaką znalazła w kochanku, jest natury czysto moralnej i bynajmniej nie wynika z fizycznych udręczeń. Boleść jej, która zdawała się jej ostateczna,
wzmogła się jeszcze.</akap>


<akap>Missirilli milczał; Vanina dławiła się od płaczu. Pietro dodał,
sam nieco wzruszony:</akap> 


<akap_dialog>--- Jeżelim kochał coś na ziemi, to ciebie, Vanino, ale dzięki
Bogu mam już tylko jeden cel w życiu: umrę w więzieniu lub
starając się wrócić wolność Italii.</akap_dialog>


<akap>Znów zapadło milczenie; Vanina na próżno chciała przemówić,
nie mogła. Missirilli dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Obowiązek jest okrutny, droga przyjaciółko; ale gdyby nie
było nieco trudu w spełnieniu go, gdzież bohaterstwo? Daj mi
słowo, że nie będziesz się starała mnie widzieć.</akap_dialog>


<akap>Wyciągnął rękę, na ile pozwalał na to dość ciasny łańcuch,
i podał palce Vaninie.</akap>


<akap_dialog>--- Jeśli zechcesz przyjąć radę od tego, który ci był drogi, wyjdź
rozsądnie za mąż za dzielnego człowieka, którego ojciec ci
przeznacza. Nie czyń mu żadnych niemiłych zwierzeń; ale z drugiej strony, nie staraj się widzieć ze mną; bądźmy odtąd obcy dla
siebie. Wyłożyłaś znaczną sumę dla służby ojczyzny; jeśli kiedy
uwolni się od swoich tyranów, suma ta będzie ci spłacona
w dobrach narodowych.</akap_dialog>


<akap>Vanina była zmiażdżona. Kiedy Pietro do niej mówił, oko jego
błysło na chwilę jedynie przy słowie ,,ojczyzna".</akap>


<akap>Wreszcie duma przyszła z pomocą młodej księżniczce. Zaopatrzyła się w diamenty i ostre piłki; nie odpowiadając Pietrowi,
podała mu je.</akap>


<akap_dialog>--- Przyjmuję z obowiązku --- rzekł --- powinienem bowiem starać
się umknąć; ale nie ujrzę cię nigdy; przysięgam to w obliczu twych
nowych dobrodziejstw. Żegnaj, Vanino! Przyrzeknij mi, że nigdy
nie będziesz do mnie pisywać, nigdy nie będziesz się starała mnie
widzieć; zostaw mnie całego ojczyźnie, umarłem dla ciebie,
żegnaj!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie --- odparła Vanina, wściekła --- chcę, abyś wiedział, co ja
zrobiłam przez miłość moją dla ciebie.</akap_dialog>


<akap>Opowiedziała mu wszystkie swoje zabiegi od chwili, gdy
Missirilli opuścił zamek San Nicolo, aby się oddać w ręce legata.
Skończywszy to opowiadanie, Vanina rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- To wszystko nic; zrobiłam więcej z miłości ku tobie.</akap_dialog>

<akap>Wówczas wyznała mu swoją zdradę.</akap>





<akap_dialog>--- Och, potworze! --- wykrzyknął Pietro wściekły, rzucając się
na nią i usiłując zatłuc ją kajdanami.</akap_dialog>


<akap>Byłby tego dokonał, gdyby nie dozorca, który przybiegł na
pierwsze krzyki. Pochwycił Pietra.</akap> 


<akap_dialog>--- Masz, potworze, nic nie chcę ci zawdzięczać! --- rzekł Missirilli do Vaniny, rzucając jej, na ile łańcuchy mu pozwalały, piłki
i diamenty i oddalając się szybko.</akap_dialog>


<akap>Vanina została wpółmartwa. Wróciła do Rzymu; dzienniki
donoszą właśnie, że wyszła za księcia don Livia Savelli.</akap>





</powiesc></utwor>