<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/sienkiewicz-we-mgle/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Sienkiewicz, Henryk</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">We mgle</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Orzechowska, Dorota</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Sekuła, Aleksandra</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Orzechowska, Dorota</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pozytywizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Opowiadanie</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z książki udostępnionej przez Martę Niedziałkowską. Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach Programu Narodowego Centrum Kultury - Kultura - Interwencje.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/sienkiewicz-we-mgle</dc:identifier.url>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Henryk Sienkiewicz, Baśnie i Legendy, wybór i wstęp - Tomasz Jodełka-Burzecki, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1986.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Henryk Sienkiewicz, zm. 1916</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1987</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2013-04-09</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language><dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/image/5748.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Foggy, Hades2k@Flickr, CC BY-SA 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/5748</dc:relation.coverImage.source>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/sienkiewicz-we-mgle.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0916-1</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/sienkiewicz-we-mgle.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1885-9</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/sienkiewicz-we-mgle.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2840-7</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/sienkiewicz-we-mgle.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3912-0</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/sienkiewicz-we-mgle.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4998-3</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<category.thema.main>FS</category.thema.main>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MP</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>
<opowiadanie>
<abstrakt>
<akap>Rok 1905. Do Mariana Nowickiego pisze żona jego zmarłego brata z prośbą o pomoc --- kobieta ma na utrzymaniu troje dzieci, a nie wystarcza jej pieniędzy, by móc zapewnić im i sobie godne życie.</akap>


 
<akap>Prosi Nowickiego by przyjął do siebie jej dwóch synów i zaopiekował się nimi przez pewien czas --- stworzył im warunki do nauki. Matka przeczuwa, że synowie mogą być zainteresowani zaangażowaniem się w rewolucję...</akap>


 

<akap>Nowela <tytul_dziela>We mgle</tytul_dziela> Henryka Sienkiewicza to obrazek z codzienności osadzony w kontekście politycznym i historycznym. Ukazuje nie tylko matczyną troskę, lecz także wpływ bieżących wydarzeń na najmłodsze pokolenia, ich chęć zaangażowania. Utwór został po raz pierwszy opublikowany w 1912 roku w ,,Tygodniku Ilustrowanym".</akap>


</abstrakt>


<autor_utworu>Henryk Sienkiewicz</autor_utworu>



<nazwa_utworu>We mgle</nazwa_utworu>



<akap>Podczas burzliwego roku w Warszawie<pe><slowo_obce>burzliwy rok w Warszawie</slowo_obce> --- rok rewolucji 1905.</pe> naprzód przyszedł do Zawady list,
tak ogromnie smutny i stroskany, jak smutne i pełne troski jest ubogie,
wdowie życie. Brzmiał on, jak następuje:</akap>


<dlugi_cytat><akap>,,Kochany Marianie! Piszę do Mariana z wielką i nieśmiałą prośbą, czy by
nie był tak dobry, zamiast tych stu pięćdziesięciu rubli, które mi Marian wypłaca od kapitału, wziąć moich chłopców na jakiś czas do Zawady. Bóg widzi, że robiłam, co mogłam, ale już mi ręce opadają. Strajk ciągle trwa w szkołach rządowych, a o prywatnych, które są drogie, nie mogę myśleć dla jednego nawet, a cóż dopiero dla obu. Marian wie, z jakim ja wysiłkiem wiązałam od śmierci męża koniec z końcem, ale wszystko ma swoją granicę. Gdybym nie potrzebowała myśleć o chłopakach chociaż do lata, to za te czterysta rubli emerytury, które mi po mężu wypłaca prokuratoria, jeszcze bym jakoś z Julką wyżyła, ale we czworo --- ani sposób! Tu co chwila robią się rozmaite nowe strajki, a z tego drożyzna, jakiej jeszcze nigdy nie bywało. Po wyjeździe chłopców najęłabym w tym samym domu jeden pokoik z kuchenką, to by zaraz pół kosztu na mieszkanie odpadło. Mówią niektórzy, że od lata i szkoły rządowe będą polskie, a i ja myślę, że może Bóg zmiłuje się nad nami. Gabriel jest bardzo zdolny, a Felicjan miał już tylko rok do skończenia. Obaj zarabiali trochę lekcjami, ale teraz to się stanowczo urwało. Wiem, co Marian pomyśli: że chłopcy rozpróżniaczą się na wsi. Ale oni wezmą ze sobą książki, a zresztą czyż nie gorzej rozpróżniaczą się w Warszawie? Jeśli szkoły rządowe będą od lata polskie, to łatwiej będzie o uwolnienie od wpisów i o stypendia, bo przecież swój swego prędzej zrozumie i wspomoże. Adwokat Krasucki, którego Marian zna, mówił parę dni temu, że wkrótce wszystko się zmieni. Dajże to, Boże miłosierny, gdyż naprawdę już oddychać trudno. Chłopcy tymczasem mogliby w Zawadzie pomagać czy to w rachunkach, czy przy dozorze ludzi. Może i w okolicy znalazłoby się dla nich jakie zajęcie, a jeśli nie, to w każdym razie będzie im w Zawadzie zdrowiej niż tu --- i bezpieczniej.
Młodym potrzebne jest powietrze, obfity posiłek i sen, i spokój --- zwłaszcza Gabrielowi, który jest bardzo delikatny i nerwowy, a w mieście tego wszystkiego mu brak, gdyż na lepszą kuchnię mnie nie stać, a co do spokoju i spoczynku, to jeszcze gorzej. Oni obaj ciągle chodzą na jakieś narady z kolegami, z których często wracają ogromnie późno. W Zawadzie będą się mogli przynajmniej dobrze wysypiać, bo co do tego, co mi ktoś mówił, że w domu u Mariana zaczęło straszyć, to chłopcy z tego się śmieją; Feliś także nie bardzo jest silny, ale szczególniej na Gabriela trzeba uważać. Przepraszam kochanego Mariana, że nie wiedząc jeszcze, czy moja prośba na co się przyda, już z góry tak wszystko wypisuję, ale ośmiela mnie do tego ufność w poczciwe serce Mariana i jego dla nas życzliwość. Co do procentu, to stanowczo nie trzeba mi go przysyłać, bo ja przecie rozumiem, że w Zawadzie złota się nie kopie. Niech tylko Marian chłopców teraz przygarnie, a będę mu wdzięczna do śmierci.</akap>


<akap>Wreszcie powiem już szczerze, że choćbyśmy mieli za co żyć, to i tak
wolałabym, żeby chłopcy wyjechali teraz z Warszawy. Tu jakieś dziwne
wiatry wieją --- Bóg wie, czego nawiewają, zwłaszcza do młodych głów.
Wahałam się, czy wszystko otwarcie napisać, żeby Mariana nie zrazić, ale
trzeba powiedzieć prawdę. Chłopcy są poczciwi i mają złote serca, ale z
wielkim bólem wyznaję, że oni jakoś inaczej już myślą, a pozornie to nawet inaczej czują niż my. Ja się na nich nie skarżę, niech mnie Bóg broni, tylko powiadam, jak jest i jakie jest to dzisiejsze pokolenie, które musiało chodzić do rządowych szkół. Oni opierają się wpływom szkoły z całej duszy, a jednak coś w nich wsiąkło jakby obcego --- a jak potem przyszły jeszcze te wypadki i te wszystkie pojęcia i przekonania, naniesione Bóg wie skąd i przez kogo, to się dzieciom całkiem głowiny pozawracały. Wiem, że inteligentniejsi otrząsną się z tego prędzej-później, zwłaszcza tak zdolne chłopcy jak moje, ale tymczasem niech się Marian nie gniewa, jeżeli mu się czasem wyda, że im nie chodzi już tak o to, o co nam chodziło <wyroznienie>i za co wylało się tyle krwi i łez</wyroznienie>. Jak przyjdzie między nami do takiej rozmowy, to i ja przekonywam, ile potrafię, a potem w nocy modlę się za nich i popłaczę trochę do poduszki. Ale Marian --- to co innego. Marian był w Czechach na praktyce, widział świat i ludzi, więc potrafi w niejednym ich przekonać i w niejednym im zaimponować --- byle cierpliwie, byle łagodnie, bo to dzieci. Oj, co za okropne czasy przyszły, mój Marianie, co za bieda! I przedtem było źle, ale dawniej, jeśli się nieszczęście z dziećmi zdarzyło, <wyroznienie>to przynajmniej dla Ojczyzny</wyroznienie>, a teraz można je stracić dla byle czego --- i wtedy żadnej już nie ma pociechy. Więc ja także i z tej przyczyny proszę, żeby Marian Felisia i Gabriela na ten najgorszy czas przygarnął --- i po ojcowsku ich w tym co potrzeba oświecił. Dobrocią można ich do wszystkiego doprowadzić, a ja się będę modliła, aby Bóg dał Marianowi jak najlepsze zdrowie. Mała Julka ręce stryjaszka całuje, a ja proszę jeszcze, w razie gdyby były mrozy, o przysłanie jakich ciepłych rzeczy, bo chłopcy mają tylko szynele<pe><slowo_obce>szynel</slowo_obce> --- płaszcz mundurowy.</pe>. Dziękuję Marianowi z góry za wszystko i pozostaję z wdzięcznością.</akap>


<nota><akap>Przywiązana</akap>


<akap>Zofia Nowicka.</akap></nota>


<akap>PS. Niech Gabriel przeczyta w Zawadzie Marianowi swoje wiersze. Ja, jako
matka, nie mogę o nich wydawać sądu, ale Krasucki także powiada, że
chłopiec ma ogromny talent".</akap></dlugi_cytat>


<akap>Marian Nowicki, właściciel Zawady, był to starzejący się kawaler, zasiedziały na wsi, zapracowany na małym i mało intratnym<pe><slowo_obce>intratny</slowo_obce> --- dochodowy.</pe> kawałku, trochę
egoista, a zresztą człowiek niezły i niegłupi. Dla bratowej, o której mawiał:
,,Zacna, ale egzaltowana kobieta" --- żywił w głębi duszy nadzwyczajny, lubo<pe><slowo_obce>lubo</slowo_obce> (daw.) --- choć, chociaż.</pe>
trochę bezwiedny szacunek, a o jej ciężkim życiu i o niej samej myślał zawsze
z pewnym rozczuleniem. Byłby się może z nią po śmierci brata nawet ożenił,
gdyby nie to, że już był zbyt ociężał<pe><slowo_obce>był (...) ociężał</slowo_obce> --- daw. forma czasu zaprzeszłego; znaczenie: ociężał (stał się ociężały) wcześniej, przed innym zdarzeniem a. czynnością wyrażonym w czasie przeszłym.</pe> i bał się ciężaru nad siły, zmiany życia, a
nawet i tych zabiegów, które są konieczne przed małżeństwem. Rzadko też
bywał w Warszawie, trochę z powodu kosztów, a trochę z obawy, aby mu
postać bratowej, mająca jeszcze mimo siwiejących włosów jakiś panieński
urok, nie napędzała ,,niepraktycznych" myśli do głowy. Kochał jednakże
szczerze małą Julkę. Dla chłopców, których zwał basałykami<pe><slowo_obce>basałyk</slowo_obce> --- tu: żart. urwis, nicpoń; pierwotnie: bicz zakończony kolczastą metalową kulką, używany przez Tatarów jako broń.</pe>, był dość obojętny.</akap>


<akap>Po przeczytaniu listu naprzód skrzywił się, potem zatroskał, a w końcu
wzruszył --- i począł chodzić po pokoju namyślając się, czy przystać na przyjazd chłopaków, czy też --- po wyszukaniu przyzwoitych pozorów --- odmówić.
Nie odpowiedział jednak tego samego dnia, gdyż odwołano go do furmanek,
którymi wyprawiał drzewo do pobliskiej fabryki giętych mebli. Następny
dzień zeszedł mu także na rozważaniu sprawy i namyśle --- i dopiero trzeciego
odpisał, co następuje:</akap>


<dlugi_cytat><akap>,,Kochana Bratowo! Niech Feliś i Gabriel przyjeżdżają. W przyszły czwartek konie będą na stacji. Co do procentu, o którym Bratowa pisze, to przecie ja
tu za mieszkanie nie płacę, więc i wynajmować go nie mogę --- a za wikt
chłopców także nie wezmę, bo Zawada to nie restauracja. W domu jest dość
miejsca, a co sam jadam, tym się z nimi podzielę. Nie miałbym też sumienia,
gdybym się w taki sposób z Kochaną Bratową liczył. Prawda, że o gotówkę
trudno, ale w najgorszym razie to się z wiktuałów coś niecoś przy okazji
podeśle. Miło mi będzie chłopców na najcięższe czasy przygarnąć, a jeszcze
milej Kochanej Bratowej wygodzić.</akap>


<akap>W zimie przy gospodarstwie roboty nie ma prawie żadnej, a w okolicy
przepytam, ale też wątpię, bo teraz już i tu pokazują się jakieś zakazane
figury, które ludzi bałamucą i o strajkach im gadają. Wieczory obecnie długie,
więc niech chłopcy wezmą książki i sami się uczą, ażeby jak przyjdzie co do
czego, mogli pozdawać egzaminy. Pomyślę i o tym, żeby im oczy na różne
rzeczy otworzyć, ale to sobie wymawiam, żeby ani mnie, ani ludziom głowy
nie zawracali, bo na wsi mamy co innego do roboty. Niech Kochana Bratowa
będzie spokojna, że znajdą tu opiekę i serce, a co do zdrowia, to dom jest
suchy i ciepły. O strachach też nieprawda, bo straszy nie w domu, ale jakoby
w lesie, a i to tak tylko ludzie bają. Zresztą takie liberały w strachy nie
powinny wierzyć. Śniegi u nas duże i sanna dobra, ale że spadły na niezamarzniętą ziemię, jest obawa, aby oziminy nie wyprzały. Daj Boże wczesną
wiosnę, to i Bratową z Juleczką zaproszę do Zawady, tymczasem całuję ręce
Kochanej Bratowej, a moją małą gospodynię ściskam serdecznie.</akap>


<nota><akap>Przywiązany</akap>


<akap>Marian Nowicki".</akap></nota></dlugi_cytat>


<akap>Następnego dnia po tej odpowiedzi Felicjan i Gabriel znaleźli się na kolei,
którą jechało się do Zawady. Godzina była późna, gdyż pociąg wychodził
niewiele przed północą. Na sali panował jednak duży natłok, a wagon trzeciej
klasy, do którego dostali się chłopcy, zapchany był podróżnymi, po największej części Żydami. Obaj Nowiccy wybierali się w drogę z największą niechęcią, która odbijała się wyraźnie w ich zmęczonych twarzach. Woleliby
byli sto razy pozostać w Warszawie, aby w dalszym ciągu naradzać się i
działać. Ale zrozumieli, że była to konieczność, którą stwierdzał w okrutny
sposób widok wychudzonej i stroskanej twarzy matki. Przy tym, gdy od kilku
dni jakieś dziwne i plugawe figury jęły chodzić za nimi po mieście i przechadzać się pod ich mieszkaniem, matka poczęła tak rozpaczliwie nalegać na
ten wyjazd, że nie było możności zwlekać dłużej.</akap>


<akap>Ale właśnie ten zbieg biedy domowej z niebezpieczeństwem z zewnątrz i
ten przymus, któremu trzeba się było biernie poddać, były dla ich hardych
dusz czymś jakby upokarzającym. Towarzystwo, w którym jechali, nie raziło
ich w teorii bynajmniej, czuli jednakże, że między ich własną wewnętrzną
egzaltacją a tym napełniającym wagon ohydnym szwargotem, którego treścią
mogły być tylko zyski pieniężne, leży przepaść. Odrapane i brudne wnętrze
wagonu, mdłe światło okopconych olejnych lamp i duszna atmosfera napełniały ich na wpół świadomym, ale gnębiącym poczuciem lichoty życia. Z
tych wszystkich powodów noc zapowiadała im się męcząca i nieznośna. W
tłoku, hałasie i zaduchu nie mogło być mowy o śnie. Poczęli więc rozmawiać
o tym, co będą przez pół roku robili w Zawadzie, a w rozmowie tej gorycz
splatała się z ironią. Stryj oto wymówił sobie, aby nie zawracali głowy ani
jemu, ani ludziom, a jednak sam nie omieszka na pewno rozwieszać przed
nimi rozmaitych spłowiałych chorągwi i jałowych ideałów. Na tę myśl rodził
się w nich bunt niepohamowany i tym dokuczliwszy, że zarazem podobny
jakby do wyrzutów sumienia, albowiem pamiętali, że takie same chorągwie
rozwieszała ze łzami w oczach przed nimi ich matka. Że zaś kochali ją
ogromnie, więc zdawało im się, że buntując się słusznie, buntują się jednakże
przeciw tym łzom. I to była nowa, niewypowiedziana gorycz. A oprócz tego
tylko ich mózgi pod wichrem nowych doktryn odjęły się dawnym ideałom,
ale gdzieś tam w głębi i na dnie serca była ukryta, jak owad w kokonie,
mimowolna dla tych ideałów cześć i jakaś wobec nich utajona trwoga,
podobna do trwogi, jakiej ludzie doznają wobec zaświatowych duchów albo
świętokradcy nocą w kościele. I od tego nie mogli się uwolnić. Nie czuli się też
wcale szczęśliwi. Zdawało im się, że w głowach ich pali się światło jasne i
jedynie prawdziwe, ale że nie promieniuje, nie rozświeca im życia i że chodzą
jakby w zmierzchu. Widywali wszakże kolegów z takimi samymi latarkami w
głowach, ale były to po części tępaki --- prawdziwe gramofony, w które nagadano radykalnych frazesów --- a po części charaktery niezmiernie liche.
Wprawdzie i w nich obu te stany duszy były tak zamącone i niewyraźne, że
nie umieli się nawet wzajem o nich rozmówić --- odczuwali wszelako coś jakby
wielki niepokój, który nie opuszczał ich ani na chwilę, a obecnie towarzyszył
im w drodze do Zawady.</akap>


<akap>Noc wlokła się: godzina płynęła za godziną, przynosząc coraz większe
utrudzenia. Pogrążone w półmroku, w półświetle postacie ludzkie zaczęły się
kiwać. Wrzaskliwy z początku szwargot cichł i ustawał. Zrywał się tylko znów
na chwilę wówczas, gdy przez zapocone okna błysnęły latarnie stacyjne i gdy
jedni podróżni wychodzili z wagonów, drudzy, poprzedzani falą zimnego
powietrza, wchodzili i zajmowali miejsca. Te fale trzeźwiły chłopców, którzy
nie mogli wprawdzie spać, ale których zmysły pod wpływem znużenia i
jednostajnego odgłosu maszyny poczęły dębieć. W ten sposób przebyli sporą
ilość stacyj, większych, pełnych gwaru, i mniejszych, tak cichych, że prócz
nawoływań urzędników kolejowych, chodzących po peronie, i świstawki
konduktora --- nic nie przerywało milczenia. Nareszcie jednak okna z czarnych poczęły się robić sine, a potem blade. Na świecie wstawał ociężale
zimowy, niewyraźny, posępny dzień. W wagonie wychylały się z cienia
mroczne kąty i siedzący w nich z pochylonymi głowami ludzie. Zakopcone
lampy pogasły.</akap>


<akap_dialog>--- Gabriel, widno już! --- ozwał się Felicjan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I niedaleko --- odpowiedział młodszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzoś zmęczony?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dosyć. A ty?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciasno było i niewygodnie.</akap_dialog>


<akap>Poczęli przecierać powieki, a następnie spoglądać to na się wzajem, to na
swoje tobołki, umieszczone w siatkach nad głowami. Obaj mieli twarze
zmięte, podkrążone oczy i nieco gorączki, jak zwykle bywa po bezsennie
spędzonej nocy. Jednakże gdy minęli przedostatnią stację, wagon opustoszał
prawie zupełnie. Tylko na przeciwległej ławce siedział jakiś stary człowiek z
twarzą suchotnika, który kaszlał okrutnie przez całą noc, a obecnie otrząsnął
się z odrętwienia i począł z nimi rozmawiać. Po zwykłych początkowych
pytaniach i odpowiedziach rozmowa rychło przeszła na ostatnie wypadki
warszawskie i krajowe. Stary człowiek potępiał niektóre objawy bardzo
surowo, chłopcy zaś poczęli ich bronić, skutkiem czego odsłonił się ich
sposób myślenia. Ale nie zaniepokoili się tym, albowiem z zapadniętych,
mistycznych oczu suchotnika patrzyła nie zdrada, lecz jakby głęboka melancholia człowieka, który jest u brzegu życia i który w dalszą, nieznaną drogę
wybiera się w trosce i niepokoju. Jednakże sam on po pewnym czasie zmienił
przedmiot rozmowy --- a następnie dowiedziawszy się, dokąd chłopcy jadą,
oświadczył im, że pana Nowickiego i Zawadę zna od dawna, a jeszcze lepiej
zawadzki las, gdzie w sześćdziesiątym trzecim roku odbyła się bitwa, a raczej
zagłada powstańców, otoczonych przez siły dzięsięćkroć większe.</akap>


<akap>Chłopcy w czasach wakacyjnych słyszeli nieraz o tej bitwie, ale niedobrze,
gdyż stryj ich nie był wówczas w domu, tylko wraz z rodzicami na emigracji w
Czechach, gdzie oddano go na praktykę gospodarską. Teraz dopiero usłyszeli
o niej dokładnie i z tego powodu szczegóły, które opowiadał podróżny,
wydały im się czymś ogromnie żywym. Czuć w nich było jakby zapach
prochu i krwi. Mówił, że wskutek wilgotnego dnia strzały karabinowe i
armatnie wówczas zadymiły cały borek, iż stało się w nim ciemno. Powstańcy
potracili się z oczu i, błądząc pojedynczo lub niewielkimi kupkami po
omacku, z krzyków tylko poznawali, gdzie kogo mordowano. W końcu
wybito też prawie wszystkich. Na chłopców dziwne wrażenie robiło to, że
podróżny, który widocznie brał udział w bitwie, choć o tym wyraźnie nie
wspominał, opowiadał o całej tej tragedii spokojnie, głosem zupełnie beznamiętnym, bez skargi na dowódcę, który pozwolił się otoczyć --- i bez żalu, a
nawet jakby z tęsknotą za rzeczami, które przeszły i zasunęły się w cień
przeszłości. Zdziwienie ich wzrosło jeszcze bardziej, gdy w końcu oświadczył,
że były to jednak czasy od dzisiejszych lepsze, a zwłaszcza szlachetniejsze.</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego? --- zapytał Felicjan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Naprzód dlatego --- odpowiedział wolno i z naciskiem podróżny --- że
drzewo nie próchniało od środka, po wtóre dlatego, żeś wiedział, kto swój, kto
cudzy, a wreszcie, że ludzie wiedzieli, dla jakiej sprawy i z czyich rąk
giną.</akap_dialog>


<akap>Chłopcy chcieli rozpocząć spór, ale on wśród nowego napadu kaszlu
machnął tylko ręką na znak, że z góry wie, co chcą powiedzieć, a potem
odetchnął głęboko, popatrzył na nich jakimś szczególnym wzrokiem i zniżywszy głos zapytał:</akap>


<akap_dialog>--- Powiedzcie mi, czy wy się nigdy nie boicie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A choćby tych, co leżą po wszystkich polach, lasach i ot tu także, w
Zawadzie, pod chojarami?</akap_dialog>


<akap>Nastało milczenie. Felicjan i Gabriel spojrzeli po sobie ze zdumieniem, a
następnie oczy ich zwróciły się na towarzysza podróży, ale on widocznie
wyczerpał się kaszlem i rozmową, albowiem oparł głowę na worku stojącym
w kącie ławki --- i przymknął powieki. Wychudzona i zmięta jego twarz
podobna była do twarzy nieboszczyka. Przykre i dziwne wrażenie, jakie
uczyniły na chłopcach ostatnie jego słowa, rozproszył dopiero świst lokomotywy.</akap>


<akap>Chory towarzysz widocznie jechał dalej, bo nie poruszył się i nie otworzył
oczu, wysiedli więc bez pożegnania. Na stacji czekały już konie z Zawady. Ale
pokazało się, że stary furman pana Mariana przyjechał z całym rejestrem
sprawunków, a przy tym musiał pilnować furmanek, które przywiozły
drzewo do fabryki giętych mebli. Z tego powodu oznajmił paniczom, żeby
poczekali ,,z godzinkę, ze dwie" albo żeby, jak to już nieraz robili, sami 
powieźli się do Zawady, on zaś po załatwieniu sprawunków wróci z furami po
drzewie. Paniczom wcale nie śpieszyło się do Zawady, ale po całonocnym
kołataniu się w wagonie jeszcze mniej chciało im się czekać bez końca w nędznym miasteczku, oznajmili więc, że wolą jechać sami. Jakoż w kwadrans
później, napiwszy się herbaty, ruszyli w drogę.</akap>


<akap>Koło stacji i fabryki było trochę ruchu, ale samo miasteczko, leżące o
wiorstę od stacji, nie rozbudziło się jeszcze całkiem, gdyż godzina była
wczesna. Na rynku przejechali koło kilku fur chłopskich, zaprzężonych w
chude konie z torbami uwiązanymi u głów; pod ścianami domostw przesuwały się tu i ówdzie pojedyncze postacie, gdzieniegdzie otwierano dopiero 
skrzypiące drzwi domów i okiennice sklepów. W senną szarość dnia i wilgotne powietrze wpadał głos sygnaturki --- uporczywy, ale jakby zmartwiony
nędzą lichych domów i marnością tego życia, do którego budził ociężałą
mieścinę.</akap>


<akap>W ulicy, na którą wjechali z rynku młodzi Nowiccy, pustka była jeszcze
większa --- i psy poszczekiwały jak na wsi. Minęli ją wkrótce i znaleźli się na
gościńcu wiodącym do Zawady. Śnieg leżał duży na polach i na drodze,
ponieważ jednak była odwilż, więc zmiękł i płozy sań sunęły się bez szelestu.
Dzień uczynił się już zupełny, ale mglisty. Z bliska można było widzieć
dobrze drzewa przydrożne, natomiast dal majaczyła jakby przesłonięta muślinem. Miejscami gęstsze tumany wstawały na rozległych, białych polach i
wlokły się ku drodze, długie, leniwe, popychane nie wiedzieć jaką siłą, gdyż
nie było żadnego wiatru. Chwilami zakrywały całkiem okolicę, to znów
rzedły odsłaniając bliższe zadmy<pe><slowo_obce>zadma</slowo_obce> --- wydma.</pe> śnieżne, zasute<pe><slowo_obce>zasuty</slowo_obce> --- zasypany, przesłonięty.</pe> krzaki i polne grusze, śpiące
na dalekich miedzach pod okiścią. Kiedy niekiedy rozlegało się w górze
stłumione, smutne krakanie wron lecących stadami od lasu ku miasteczku.</akap>

<akap>Smutek był jednak nie tylko w tych głosach, ale wszędy<pe><slowo_obce>wszędy</slowo_obce> (daw.) --- wszędzie.</pe> --- w posępnym
świetle dnia, w śnieżnych, milczących rozłogach, we mgle i w duszach
chłopców. Wydało im się, że z wrzącego życiem, walką i upojonego nadzieją
zwycięstwa otoczenia wysłano ich w jakąś bezkresną krainę odrętwienia i
śmierci, która zniemrawi ich, ubezwładni, zmorzy i uśpi. Ale właśnie dlatego
ów przenikliwy smutek zmienił się w taki sam gorzki wewnętrzny protest, z
jakim wyjeżdżali z Warszawy, a następnie w taki sam ostry bunt przeciw tym
warunkom, w jakich musieli żyć --- i przeciw tej konieczności, która ciągnęła
ich jak na powrozie tam, dokąd nie chcieli iść. Opanowała ich silniej niż
kiedykolwiek myśl, która stale tkwiła w ich głowach, że jeśli to wszystko, co
się nazywa dzisiejszym życiem ludzkości i jego światłem przewodnim, nie da
się przewrócić i zdeptać, to lepiej niech przepadnie samo życie. Poza tym
zadaniem istniały w ich pojęciu tylko rzeczy marne lub zmurszałe, równoznaczne z pleśnią i zgnilizną. Po bezsennie spędzonej nocy wpadli ze zmęczenia jakby w gorączkę, która potęgowała tę wewnętrzną rozterkę. Próbowali o tym rozmawiać, ale im nie szło. Felicjan bowiem powoził z kozła i
musiał uważać na drogę. Nie przeszkadzało mu to jednak szarpać się wewnętrznie i protestować przeciw wszelkim wiązadłom, które tak unieruchomiają
duszę ludzką u pewnych brzegów, jak łańcuch kotwicy unieruchomią lotną
łódź w przystani.</akap>




<akap>Było zaś to targanie się tym cięższe, że od tych pól zimowych, od tej mglistej przestrzeni, od tej białej pustki, od grusz śpiących na miedzach i od tego okolnego smutku coś szło i wołało na obu chłopców jakby po imieniu, coś ogarniało ich jak swoich, coś wchłaniało ich w siebie. Gabriel, który był wrażliwszy od Felicjana, odczuwał to mistyczne jakieś prawo przynależności silniej, a nie zdając sobie z niego jasno sprawy, walczył z nim jednak uparcie i męczył się tym więcej oporem. Wreszcie wyczerpał się. Myśli i wrażenia poczęły mu bezładnie napływać do głowy, drgać, zbiegać i rozbiegać się, mieszać i przeskakiwać się nawzajem. W uszach huczał mu turkot kół wagonu, oddech lokomotywy, szwargot podróżnych Żydów, a w te głosy wplatała się rozmowa ze starym suchotnikiem. Słyszał teraz wyraźnie jego kaszel i jego opowiadanie. Oto wjeżdżają właśnie w ów zawadzki borek, niegdyś zadymiony od wystrzałów, pełen nawoływań się, krzyków i jęku. A teraz jak tu cicho i mglisto! Zdawałoby się, że tu nikt nigdy nie krzyczał, prócz wron i pastuchów --- i nikt by się nie domyślił, że tu leżą powstańcy.</akap>

<akap>A jednak ten dziwny suchotnik mówił, że to były szlachetniejsze czasy, że ludzie wiedzieli, za co giną. A dziś co? --- czy to niby nie wiedzą, czy dusza ludzka nie rozokoliła się dziesięć razy szerzej? Tamto była przecie wojna o jakąś jedną dość ciasną sprawę, a teraz chodzi o cały świat i o wolność tak rozlewną i bezbrzeżną jak morze. Ej! stare dzieje niech śpią, a stare idee niech się nie włóczą jak zmory po świecie. ,,Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe<pe><slowo_obce>Trzeba z żywymi naprzód iść</slowo_obce> --- słowa wiersza <tytul_dziela>Daremne żale</tytul_dziela> Adama Asnyka (1838--1897), uczestnika powstania styczniowego, a następnie pozytywisty.</pe>..." Dziwny wszelako ten zakaszlany pan ze swymi pytaniami: ,,Czy wy się nie boicie tych, co tam leżą pod chojarami?". Jakie głupstwo! Są czasem wrażenia niewytłumaczone i męczące. Od niczego się łatwo nie odchodzi, a gdy się coś przyrośniętego odcina, to zawsze boli, zwłaszcza gdy i ktoś drugi na tym cierpi. Każdy miewa też chwile jakiegoś niepokoju --- i... dobrze, że się ten borek już kończy, bo takie wspomnienia, jakie się z nim łączą, to także swego rodzaju zmora.</akap>




<akap>Tu nagle ocknął się, albowiem sanki stanęły.</akap>


<akap_dialog>--- Feliś, czemuś stanął? --- zapytał.</akap_dialog>


<akap>Ale głos jego zabrzmiał we mgle jakoś dziwnie, jakby mówił ktoś obcy i z
daleka.</akap>


<akap>A brat zwrócił ku niemu twarz i odrzekł równie nieswoim, zająkliwym
głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Nie wiem... konie sta... nęły...</akap_dialog>


<akap>Nastała chwila ciszy, tylko konie zaczęły przysiadać na zadach i chrapać
głośno.</akap>


<akap>Byli już u samego wylotu zawadzkiego borku i w pierwszej chwili nie ujrzeli nic, co by dać mogło powód do niepokoju, a tym bardziej do strachu, a jednak w mgnieniu oka włosy zjeżyły się im pod czapkami, zęby poczęły szczękać, a źrenice rozszerzyły się z trwogi.</akap>


<akap>Jakieś niepojęte przerażenie napełniło las, powietrze i mgłę, której białawy, wydłużony obłok przesuwał się w poprzek drogi, wzdłuż sosen.
Nastała chwila zakrzepłej, trupiej ciszy.</akap>


<akap>A wtem z owej mglistej otoczy wychylił się oddział kosynierów.</akap>


<separator_linia/>

<akap>Szli chłopi w sukmanach, z drągami osadzonych sztorcem kos na ramionach. Przechodzili polem, tuż na skraju lasu i niedaleko od sanek. Ale kroki
ich, lubo<pe><slowo_obce>lubo</slowo_obce> (daw.) --- choć, chociaż.</pe> strudzone i ciężkie, nie wydawały najmniejszego szelestu. Nie było
słychać ni brzęku kos, ni gwaru rozmowy. W pierwszym szeregu szedł ksiądz
w kapturze na głowie i z krzyżem w ręku. I on, i ci, których wiódł, mieli głowy
pochylone na piersi i przeciągali nie jak żołnierze w pochodzie, ale raczej tak,
jak ludzie idą na procesji lub za pogrzebem. Zdawało się, że wcale nie widzą
sanek i nie słyszą chrapiących koni, albowiem żaden nie odwrócił ku nim
twarzy. I w tej obojętności, w tych pochylonych postaciach, w tym zaświatowym milczeniu było coś tak martwego, że patrzącym na nich chłopcom ani
na chwilę nie powstała w zlodowaciałych mózgach myśl, że to mogą być
ludzie żywi, nie zaś widma zmarłych, którym jakaś tajemnicza siła kazała
wrócić na świat i iść przez śniegi --- w pośmiertnym zamyśleniu.</akap>


<akap>A jednak zjawa miała przeraźliwe pozory rzeczywistości. Tuż po kosynierach przejechał martwich<pe><slowo_obce>martwich</slowo_obce> --- trup.</pe> na koniu, widocznie dowódca. Chłopcy widzieli, że
biegł przy nim pies, który zdawał się wietrzyć po śniegu. Po czym począł
przeciągać oddział strzelców z bagnetami na lufach karabinów i z chorągwią,
w której zwisłych fałdach zaginał się orzeł biały. Ci szli również powolnie,
zatopieni w ciszy i śmiertelnym smutku. Szereg za szeregiem przekraczał
drogę leśną, a z nimi razem przetaczała się cicha, przezrocza mgła, ledwie
przesłaniająca kształty widziadeł. Doszedłszy do krańca borku naprzód kosynierzy, a potem strzelcy zawrócili na rozległe pola i poczęli się oddalać, a
zarazem stopniowo zacierać. Tuman, gęstszy przy ziemi, jął<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> pokrywać od
dołu ich postacie, tak że wkrótce tylko ramiona i głowy widoczne były nad
białawą topielą; potem ostrza bagnetów i kos zamajaczyły jak ciemniejsze
kreski w odległym oparze, a wreszcie wzięła ich w siebie dal milcząca --- i śnieżna przestrzeń, i pustka polna.</akap> 

<separator_linia/>
<akap>Pęd powietrza rozbudził chłopców jak ze snu. Nie było wcale wiatru, ale
konie poniosły i pędziły w szalonym, dzikim biegu do Zawady. Felicjan
dlatego tylko nie wypuścił lejców, że mu się dłonie zacisnęły konwulsyjnie.
Nie zdołał jednak powstrzymać pędu i pochylony na koźle, na wpół przytomny, z oczyma w słup słuchał słów Gabriela, który targając go za ramiona
powtarzał zdyszanym, łkającym głosem:
</akap>

<akap_dialog>--- Feliś!... widziałeś?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Feliś! to krew woła!...</akap_dialog>



<akap>I nagle wybuchnął ogromnym płaczem.</akap>

<sekcja_swiatlo/>



<akap>Dopiero przed samą Zawadą potrafił Felicjan pohamować rozhukane
konie. Chłopcy przyjechali bladzi, milczący, z gorączką i tajemnicą w oczach.
Ale na próżno pan Marian wypytywał się, co im jest i dlaczego konie przyszły
w pianie. Usłyszał tylko odpowiedź, że przestraszyły się czegoś w lesie i
poniosły. Bracia nie mówili przez kilka dni o zjawisku nawet ze sobą. Felicjan, który miał umysł trzeźwiejszy i bardziej badawczy, chodził czas jakiś
głęboko zamyślony i wreszcie doszedł do przekonania, że to były zapewne ich
własne wrażenia i uczucia, które jakąś tajemniczą i niezbadaną jeszcze przez naukę drogą wyszły z nich i zmieniły się w widzialne zjawisko zewnętrzne.
Ale myślał zarazem, że krew przelana, budząc takie uczucia i złudy, może
istotnie woła, że nie wolno o niej zapominać.</akap>


<akap>Lecz widzenie zapadło jeszcze głębiej we wrażliwą duszę Gabriela; więc
gdy go nieco ukoiła zimowa cisza Zawady, począł pisać wiersz: ,,Do Matki
Bolesnej", pod nagłówkiem zaś umieścił jako motto następujące słowa Dawida<pe><slowo_obce>słowa Dawida</slowo_obce> --- słowa biblijnych <tytul_dziela>Psalmów</tytul_dziela>, których autorstwo przypisywano królowi Izraela Dawidowi (1040--970 p.n.e.).</pe>:</akap>
<akap>,,O Jeruzalem! Jeruzalem! jeśli cię kiedy zapomnę, niech będzie zapomniana prawica moja<pe><slowo_obce>O Jeruzalem (...) prawica moja</slowo_obce> --- słowa <tytul_dziela>Psalmu</tytul_dziela> 137.</pe>...".</akap>



</opowiadanie></utwor>