<utwor>
<rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/schulz-sanatorium-pod-klepsydra-emeryt/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Schulz, Bruno</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Emeryt</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Rawska, Aneta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Dwudziestolecie międzywojenne</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Opowiadanie</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/schulz-sanatorium-pod-klepsydra-emeryt</dc:identifier.url>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe; Sanatorium Pod Klepsydrą, Biblioteka Klasyki, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Bruno Schulz zm. 1942</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2013</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2012-11-14</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/6548.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kościół paraf. w Drohobyczu, autor nieznany (Drohobycz. Album z rysunkami miasta), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6548/</dc:relation.coverImage.source>
    <category.thema.main>FBC</category.thema.main>
    <category.thema>YPCK91</category.thema>
    <category.thema>1DTN</category.thema>
    <category.thema>3MP</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>

<opowiadanie>

<autor_utworu id="e1">Bruno Schulz</autor_utworu>


<dzielo_nadrzedne id="e2">Sanatorium Pod Klepsydrą</dzielo_nadrzedne>

<nazwa_utworu id="e3">Emeryt</nazwa_utworu>

<akap id="e4">Jestem  emerytem w dosłownym i całkowitym znaczeniu tego wyrazu, bardzo daleko  posuniętym w tej własności, poważnie zaawansowanym, emerytem wysokiej  próby.</akap>


<akap id="e5">Być może, że przekroczyłem  nawet pod tym względem pewne ostateczne i dopuszczalne granice. Nie chcę  tego zatajać, cóż w tym tak nadzwyczajnego? Po co robić zaraz wielkie  oczy i patrzeć z tym obłudnym szacunkiem, z tą uroczystą powagą, w  której tyle jest tajonej radości ze szkody bliźniego? Jak mało ludzie  mają w gruncie rzeczy najprymitywniejszego taktu! Takie fakty należy  przyjmować z najzwyczajniejszą miną, z pewnym roztargnieniem i z  błahością inherentną<pe><slowo_obce>inherentny</slowo_obce> --- nierozłączny z czymś, przynależny do czegoś.</pe> tym sprawom. Należy przechodzić nad tym lekko do  porządku dziennego, nucąc sobie niejako coś pod nosem, tak jak ja nad  tym lekko i beztrosko przechodzę. Może dlatego jestem trochę niepewny w  nogach i muszę stawiać powoli i ostrożnie stopy, stopa przed stopą, i  bardzo uważać na kierunek. Tak łatwo jest zboczyć przy tym stanie  rzeczy. Czytelnik zrozumie, że nie mogę być zbyt wyraźnym. Moja forma  egzystencji zdana jest w wysokim stopniu na domyślność, wymaga pod tym  względem wiele dobrej woli. Będę niejednokrotnie do niej apelował, do  bardzo subtelnych jej odcieni, o które można się upomnieć jedynie pewnym  dyskretnym mruganiem, utrudnionym dla mnie specjalnie z powodu  sztywności maski odzwyczajonej od ruchów mimicznych. Zresztą nie  narzucam się nikomu, daleki jestem od tego, żeby się rozpływać z  wdzięczności za azylum udzielone mi łaskawie w czyjejś domyślności.  Kwituję z tej koncesji<pe><slowo_obce>koncesja</slowo_obce> --- ustępstwo.</pe> bez wzruszenia, chłodno i z zupełną obojętnością.  Nie lubię, gdy mi ktoś wraz z dobrodziejstwem zrozumienia prezentuje  rachunek wdzięczności. Najlepiej, gdy się mnie traktuje z pewną  lekkością, z pewną zdrową bezwzględnością, żartobliwie i po koleżeńsku.  Pod tym względem moi poczciwi, prości duchem koledzy z biura, młodsi  koledzy z urzędu, utrafili ton właściwy.</akap>


<akap id="e6">Zachodzę  tam czasami z przyzwyczajenia, około pierwszego każdego miesiąca, i  staję cicho przy balustradzie czekając, aż mnie zauważą. Rozgrywa się  wtedy następująca scena. W pewnej chwili naczelnik urzędu, pan  Kawałkiewicz, odkłada pióro, daje oczyma znak urzędnikom i mówi nagle,  patrząc mimo<pe><slowo_obce>mimo</slowo_obce> (daw.) --- obok.</pe> mnie w próżnię powietrza, z ręką przy uchu: --- Jeśli mnie  słuch nie myli, to to pan, panie radco, gdzieś tu jest między nami w  pokoju! --- Jego oczy, utkwione wysoko nade mną w próżni, wchodzą w zez,  gdy to mówi, twarz uśmiechnięta jest figlarnie. --- Usłyszałem głos  jakiś w przestworzach i zaraz pomyślałem sobie, że to musi być nasz  kochany pan radca! --- woła on głośno, z natężeniem, jakby do kogoś  bardzo odległego. --- Niechże pan zrobi jakiś znak, niech pan zmąci choć  powietrze w tym miejscu, gdzie pan się unosi. --- Wolne żarty, panie  Kawałkiewicz --- mówię mu cicho, prosto w twarz --- przyszedłem po moją  pensję. --- Po pensję? --- krzyczy pan Kawałkiewicz patrząc zezowato w  powietrze --- pan powiedział: po pensję? Pan żartuje, kochany panie  radco. Pan już dawno skreśony jest z listy emerytalnej. Jak długo pan  chce pobierać jeszcze pensję, łaskawy panie?</akap>


<akap id="e7">W  ten sposób żartują sobie ze mnie w sposób ciepły, ożywczy i ludzki. Ta  szorstka rubaszność<pe><slowo_obce>rubaszność</slowo_obce> --- bezpośredniość, bezceremonialność w sposobie bycia.</pe>, ten bezceremonialny chwyt za ramię sprawia mi  dziwną ulgę. Wychodzę stamtąd pokrzepiony i raźniejszy i śpieszę prędko  do domu, żeby zanieść do mieszkania trochę tego miłego wewnętrznego  ciepła, które się już ulatnia.</akap>


<akap id="e8">Ale  natomiast inni ludzie... Natrętne, nigdy nie wypowiedziane pytanie,  które czytam ciągle w ich oczach. Niepodobna się od niego opędzić.  Przypuśćmy, że tak jest --- dlaczego zaraz te wydłużone miny, te  uroczyste twarze, to cofające się niejako z szacunku milczenie, ta  przestraszona oględność<pe><slowo_obce>oględność</slowo_obce> --- ostrożność i delikatność w zachowaniu.</pe>? Ażeby tylko ani słówkiem nie potrącić,  przemilczeć delikatnie mój stan... Jakże przenikam tę grę! Nie jest to  nic innego ze strony ludzi, jak forma sybaryckiego<pe><slowo_obce>sybarycki</slowo_obce> --- świadczący o rozmiłowaniu w radościach życia.</pe> smakowania w sobie,  delektowania się swoją na szczęście innością, maskowane hipokryzją  gwałtowne odżegnywanie się od mojego stanu. Wymieniają wymownie  spojrzenia i milczą, i pozwalają tej rzeczy w milczeniu się rozrastać.  Mój stan! Być może, że nie jest on całkiem poprawny. Może jest w nim  pewien nieznaczny mankament<pe><slowo_obce>mankament</slowo_obce> --- defekt, wada.</pe> zasadniczej natury! Mój Boże! Cóż z tego?  Nie jest to jeszcze powód do tej prędkiej i przerażonej ustępliwości.  Nieraz zbiera mnie pusty śmiech, gdy widzę to nagle poważniejące  zrozumienie, to skwapliwe<pe><slowo_obce>skwapliwy</slowo_obce> (daw.) --- szybki a. chętny.</pe> uznanie, z jakim robią niejako miejsce memu  stanowi. Jak gdyby to był argument zgoła nieodparty, ostateczny,  bezapelacyjny. Dlaczego nalegają tak bardzo na ten punkt, dlaczego jest  dla nich ponad wszystko ważne i dlaczego daje im stwierdzenie tego tę  głęboką satysfakcję, którą kryją za maską spłoszonej dewocji?</akap>


<akap id="e9">Przypuśćmy,  że jestem, żeby tak rzec, pasażerem lekkiej wagi, w istocie ponad miarę  lekkiej wagi, przypuśćmy, że wprawiają mnie w kłopot pewne pytania np.:  jak stary jestem, kiedy obchodzę imieniny itp. --- czy to jest powód,  żeby nieustannie krążyć dookoła tych pytań, jak gdyby w tym tkwiło sedno  rzeczy? Nie żebym się wstydził mego stanu. Bynajmniej. Ale nie mogę  znieść przesady, z jaką wyogromniają<pe><slowo_obce>wyogromniać</slowo_obce> --- wyolbrzymiać.</pe> znaczenie pewnego faktu, pewnego  rozróżnienia, w istocie jak włos cienkiego. Śmieszy mnie ta cała  fałszywa teatralność, ten uroczysty patos, jaki spiętrzano nad tą  sprawą, to drapowanie<pe><slowo_obce>drapowanie</slowo_obce> --- dosł. układać tkaninę w dekoracyjne fałdy, przen. uwznioślać.</pe> momentu w kostium tragiczny, pełen ponurej pompy.  Tymczasem w rzeczywistości? Nic bardziej pozbawionego patosu, nic  bardziej naturalnego, nic banalniejszego na świecie. Lekkość,  niezależność, nieodpowiedzialność... I muzykalność, nadzwyczajna  muzykalność członków, żeby tak się wyrazić. Nie można przejść obok  żadnej katarynki, żeby nie tańczyć. Nie z wesołości, ale ponieważ jest  nam wszystko jedno, a melodia ma swoją wolę, swój uparty rytm. Więc  ustępuje się. ,,Małgorzatko, skarbie mojej duszy..." Jest się za  lekkim, zbyt nieodpornym, żeby się sprzeciwić, a zresztą w imię czego  sprzeciwić się tak nieobowiązująco zachęcającej, tak bezpretensjonalnej  propozycji? Więc tańczę, a raczej drepcę w takt melodii drobnym  truchcikiem emerytów, podskakując od czasu do czasu. Mało kto to  zauważa, zajęty sobą w bieganinie dnia powszedniego. Jednemu chciałbym  zapobiec, by czytelnik nie robił sobie wygórowanych wyobrażeń o mojej  kondycji. Przestrzegam wyraźnie przed przecenianiem jej i to zarówno <wyroznienie>in plus</wyroznienie>, jak też <wyroznienie>in minus</wyroznienie>.  Tylko żadnej romantyki. Jest to kondycja jak każda inna, jak każda inna  nosząca w sobie znamię najnaturalniejszej zrozumiałości i zwyczajności.  Wszelka paradoksalność znika, gdy się raz jest po tej stronie sprawy.  Wielkie otrzeźwienie --- tak mógłbym nazwać mój stan, wyzbycie się  wszystkich ciężarów, taneczna lekkość, pustka, nieodpowiedzialność,  zniwelowanie różnic, rozluźnienie wszelkich więzów, rozprzęgnięcie się  granic. Nic mnie nie trzyma i nic nie więzi, brak oporu, bezgraniczna  swoboda. Dziwny indyferentyzm<pe><slowo_obce>indyferentyzm</slowo_obce> --- obojętność.</pe>, z jakim przesuwam się lekko wskroś  wszystkich dymensji<pe><slowo_obce>dymensja</slowo_obce> (z łac.) --- wymiar.</pe> bytu --- powinno to być właściwie przyjemne --- czy  ja wiem? Ta bezdenność, ta wszędobylskość, niby to beztroska, obojętna i  lekka --- nie chcę się skarżyć. Jest taki zwrot: nie zagrzewać nigdzie  miejsca. Oto jest właśnie: dawno przestałem już zagrzewać miejsce pod  sobą.</akap>


<akap id="e10"><begin id="b1357816196184-1334011730"/><motyw id="m1357816196184-1334011730">Świt</motyw>Gdy z okna mego pokoju,  wysoko położonego, patrzę na miasto, na dachy, ściany ogniowe<pe><slowo_obce>ściana ogniowa</slowo_obce> --- mur mający zapobiec rozprzestrzenianiu się pożaru.</pe> i kominy w  burym świetle jesiennego świtu, na cały ten gęsto zabudowany krajobraz z  ptasiej perspektywy, ledwo rozpowity z nocy, dniejący blado ku żółtym  horyzontom, pokrajanym na jasne strzępy przez czarne falujące nożyce  krakania wroniego --- czuję: oto jest życie. Każdy z nich tkwi w sobie, w  jakimś dniu, do którego się budzi, w jakiejś godzinie, która do niego  należy, w jakiejś chwili. Gdzieś tam w płóciennej kuchni gotuje się  kawa, kucharka odeszła, brudny odblask płomienia tańczy na podłodze.  Czas zmylony ciszą odpływa na chwilę wstecz, poza siebie, i przez te nie  liczone chwile rośnie z powrotem noc na falującym futerku kota. Zosia z  pierwszego piętra ziewa długo i pręży się przeciągle, zanim otworzy  okno do sprzątania, naspane obficie, nachrapane powietrze nocy leniwie  wędruje do okna, przekracza je, wstępując powoli w burą i dymną szarość  dnia. Dziewczyna zanurza ręce ociągliwie w ciasto pościeli, ciepłe  jeszcze, nakisłe od snu. Wreszcie z dreszczem wewnętrznym, z oczyma  pełnymi nocy wytrząsa przez okno wielką, obfitą pierzynę i lecą na  miasto puszki pierza, gwiazdki puchu, leniwy wysiew rojeń nocnych.<end id="e1357816196184-1334011730"/></akap>


<akap id="e11">Wtedy  marzę o tym, żeby zostać roznosicielem pieczywa, monterem sieci  elektrycznej albo inkasentem<pe><slowo_obce>inkasent</slowo_obce> --- osoba pobierająca opłaty.</pe> kasy chorych. Albo choćby kominiarzem.  Rano, skoro świt, wchodzi się w jakąś bramę, lekko uchyloną, przy  świetle latarki dozorcy, przykładając niedbale dwa palce do daszka, z  żartem na ustach i wkracza w ten labirynt, ażeby gdzieś późnym  wieczorem, na drugim końcu miasta go opuścić. Przez dzień cały  przeprawiać się z mieszkania do mieszkania, prowadzić jedną nie  dokończoną, zawiłą rozmowę, od końca do końca miasta, rozdzieloną na  partie między lokatorów, zapytać o coś w jednym mieszkaniu i otrzymać  odpowiedź w następnym, rzucić w jednym miejscu żart i długo w dalszych  zbierać owoce śmiechu. Wśród trzaskania drzwiami przeprawiać się przez  ciasne korytarze, przez zastawione meblami sypialnie, przewracać  nocniki, potrącać skrzypiące wózki, w których płaczą dzieci, schylać się  po opuszczone grzechotki niemowląt. Ponad potrzebę długo zatrzymywać  się w kuchniach i przedpokojach, gdzie sprzątają służące. Dziewczęta, uwijając się, prężą młode nogi, napinają wypukłe podbicia, grają, połyskują tanim obuwiem, stukocą luźnymi pantofelkami...</akap>


<akap id="e12">Takie  są moje marzenia w nieodpowiedzialnych, zamarginesowych godzinach. Nie  wypieram się ich, choć widzę ich bezsens. Każdy powinien znać granice  swej kondycji i wiedzieć, co mu przystoi<pe><slowo_obce>przystoi</slowo_obce> (daw.) --- wypada, jest właściwe.</pe>.</akap>


<akap id="e13">Dla  nas, emerytów, jest jesień na ogół niebezpieczną porą. Kto wie, z jakim  trudem dochodzi się w naszym stanie do jakiej takiej stabilizacji, jak  trudno właśnie nam, emerytom, uniknąć rozprószenia, zgubienia się z rąk  własnych, ten zrozumie, że jesień, jej wichury, wzburzenia i konfuzje<pe><slowo_obce>konfuzja</slowo_obce> (daw.) --- zagubienie, zakłopotanie.</pe>  atmosferyczne nie sprzyjają naszej i tak zagrożonej egzystencji.</akap>


<akap id="e14">Są  jednak w jesieni dni inne, pełne spokoju i zadumy, które są dla nas  łaskawe. Zdarzają się niekiedy dni takie bez słońca, ciepłe, zamglone i  bursztynowe na dalekich krawędziach. W przerwie między domami otwiera  się nagle widok w głąb, na połać nieba schodzącego nisko, coraz niżej,  aż do ostatecznej rozwianej żółtości najdalszych horyzontów. W  tych perspektywach otwierających się w głąb dnia wędruje wzrok jakby w  archiwa kalendarza, jak w przekroju dostrzega nawarstwienia dni,  nieskończone registratury<pe><slowo_obce>registratura</slowo_obce> --- dziś popr.: rejestr.</pe> czasu, uchodzące szpalerami w żółtą i jasną  wieczność. To wszystko spiętrza się i szereguje w płowych<pe><slowo_obce>płowy</slowo_obce> --- szarożółty.</pe> i zatraconych  formacjach nieba, podczas gdy na pierwszym planie jest dzień obecny i  chwila i rzadko kto podnosi wzrok ku dalekim regałom tego złudnego  kalendarza. Pochyleni ku ziemi wszyscy dążą dokądś, wymijają się  niecierpliwie i ulica porysowana jest cała liniami tych dążeń, spotkań i  wymijań. Ale w tej luce domów, skąd wzrok ulatuje na cały dół miasta,  na całą tę panoramę architektoniczną, przejaśnioną od tyłu smugą  jasności, zanikającą ku mdłym horyzontom, jest przerwa i pauza w tym  zgiełku. Tam na rozszerzonym i jasnym placyku rżną drzewo dla szkoły  miejskiej. Stoją tam w czworokątach i kubach sągi<pe><slowo_obce>sąg</slowo_obce> --- stos drewna.</pe> zdrowego, jędrnego  drzewa, topniejącego powoli, polano za polanem, pod piłkami i siekierami  rębaczy. Ach, drewno, zaufana, poczciwa, pełnowartościowa materia  rzeczywistości, na wskroś jasna i rzetelna, ucieleśnienie uczciwości i  prozy życia. Jakkolwiek głęboko szukałbyś w najgłębszym jej rdzeniu ---  nie znajdziesz nic, czego by już na powierzchni nie wyjawiała po prostu i  bez zastrzeżeń, zawsze równomiernie uśmiechnięta i jasna tą ciepłą i  pewną jasnością swego włóknistego miąższu utkanego na podobieństwo ciała  ludzkiego. W każdym świeżym przełomie rozłupanego polana ukazuje się  twarz nowa, a wciąż ta sama, uśmiechnięta i złota. O, przedziwna  karnacjo drzewa, ciepła bez egzaltacji<pe><slowo_obce>egzaltacja</slowo_obce> --- przesadne wyrażanie uczuć.</pe>, na wskroś zdrowa, wonna i miła.</akap>


<akap id="e15">Prawdziwie  sakramentalna czynność pełna powagi i symbolu. Rąbanie drzewa! Mógłbym  godzinami stać tak w tej jasnej luce otwartej w głąb późnego popołudnia i  patrzeć na te melodyjnie grające piły, na równomierną pracę siekier. Tu  jest tradycja tak stara jak ród ludzki. W tej jasnej szczerbie dnia, w  tej luce czasu otwartej na żółtą i zwiędłą wieczność rżnie się sągi  bukowego drzewa od czasów Noego. Te same ruchy patriarchalne i  odwieczne, te same zamachy i pochylenia. Stoją po pachy w tej złotej  ciesiołce i wrzynają się powoli w kubiki i sągi drzewa, obsypani  trociną, z maleńką iskierką refleksu w oczach, wrębują się coraz głębiej  w ciepły i zdrowy miąższ, w litą masę, i mają za każdym łupnięciem  złoty błysk w oczach, jak gdyby szukali czegoś w sednie drzewa, jak  gdyby chcieli się dorąbać złotej salamandry, piskliwego żyjątka  ognistego, wciąż uciekającego w głąb rdzenia. Nie, oni po prostu dzielą  czas na drobne polana, gospodarują czasem, zapełniają piwnice dobrą i  równomiernie porżniętą przyszłością na zimowe miesiące.</akap>


<akap id="e16">Byle  przetrwać ten czas krytyczny, tych parę tygodni, wnet zaczną się już  poranne przymrozki i zima. Jakże lubię ten wstęp do zimy, jeszcze bez  śniegu, ale z zapachem mrozu i dymu w powietrzu. Pamiętam takie  popołudnia niedzielne późną jesienią. Przypuśćmy, że cały tydzień  przedtem padały deszcze, długa szaruga jesienna, aż wreszcie ziemia  nasyciła się wodą i teraz zaczyna schnąć i matowieć na wierzchu,  wydzielając krzepki, zdrowy chłód. Całotygodniowe niebo z powłoką chmur w  łachmanach zgrabiono, jak błoto, na jedną stronę nieboskłonu, gdzie  ciemnieje stosami, fałdziste i pomięte, a od zachodu zaczynają przenikać  powoli zdrowe, czerstwe<pe><slowo_obce>czerstwy</slowo_obce> --- zdrowy i silny.</pe> kolory jesiennego wieczoru i zabarwiają chmurny  krajobraz. I podczas gdy niebo przeczyszcza się powoli od zachodu,  wydzielając przeźroczystą klarowność, idą służące odświętnie ubrane, idą  trójkami, czwórkami, trzymając się za ręce, pustą, niedzielnie czystą i  wysychającą ulicą pomiędzy domkami przedmieścia, kolorowymi w tej  cierpkiej barwności powietrza, które kraśnieje przed zmierzchem, idą  smagłe i zaokrąglone na twarzy od zdrowego zimna i stawiają elastycznie  nogi w nowym przyciasnym obuwiu. Miłe, wzruszające wspomnienie wydobyte z  zakamarka pamięci!</akap>


<akap id="e17">Ostatnio  chodziłem prawie codziennie do urzędu. Zdarza się czasem, że ktoś  zachoruje i pozwalają mi na jego miejsce pracować. Czasem ktoś po prostu  ma jakąś pilną sprawę na mieście i daje się zastąpić w pracy biurowej.  Niestety, regularna praca to nie jest. Przyjemnie jest mieć, choć na  parę godzin, swoje krzesło ze skórzaną poduszką, swoje lineały<pe><slowo_obce>lineał</slowo_obce> (daw.) --- linijka.</pe>, ołówki i  pióra. Przyjemnie jest być potrąconym albo i ofukniętym po koleżeńsku  przez współpracujących. Ktoś zwraca się do człowieka, ktoś powie jakieś  słowo, zakpi, zażartuje --- i odkwita się na chwilę. Zahacza się  człowiek o kogoś, zaczepia swą bezdomność i nicość o coś żywego i  ciepłego. Ten drugi odchodzi i nie czuje mego ciężaru, nie zauważa, że  mnie niesie na sobie, że pasożytuję przez chwilę na jego życiu...</akap>


<akap id="e18">Ale odkąd przyszedł nowy naczelnik biura i to się skończyło.</akap>


<akap id="e19">Siadam  teraz często, jeżeli jest pogoda, na ławce, na małym skwerze, naprzeciw  szkoły miejskiej. Z ulicy obok dochodzi stuk siekier rąbiących drzewo.  Dziewczęta i młode kobiety wracają z targu. Niektóre mają poważne i  regularnie zarysowane brwi i idą patrząc spod nich groźnie, smukłe i  chmurne --- anielice z koszykami pełnymi jarzyn i mięsa. Czasem  przystają przed sklepami i przyglądają się sobie w szybie wystawowej.  Potem odchodzą, rzuciwszy z góry dumny i musztrujący<pe><slowo_obce>musztrujący</slowo_obce> --- tu: surowo krytykujący a. sprawdzający.</pe> wzrok za siebie, na  koniec własnego bucika. O dziesiątej godzinie wychodzi stróż na próg  szkoły i krzykliwy dzwonek jego napełnia swym zgiełkiem ulicę. Wtedy  wnętrze szkoły zdaje się nagle wzburzać gwałtownym tumultem<pe><slowo_obce>tumult</slowo_obce> --- zgiełk, zamieszanie.</pe>, o mało co  nie rozsadzającym budynku. Jak gdyby zbiegowie, z tej powszechnej  zamieszki wylatują jak z procy małe obdartusy z bramy, zlatują z  wrzaskiem z kamiennych schodków, ażeby znalazłszy się na wolności,  przedsięwziąć jakieś niepoczytalne skoki, rzucać się w szalone imprezy  zaimprowizowane na oślep, między dwoma łypnięciami oczu. Czasem  zapędzają się w tych nieprzytomnych gonitwach aż do mojej ławki, rzucają  w przelocie w moją stronę niezrozumiałe wyzwiska. Ich twarze zdają się  wychodzić z zawiasów przy gwałtownych grymasach, które do mnie stroją.  Jak stado zaaferowanych małp komentujących parodystycznie swe błazeńskie  wyczyny --- przelatuje ta gromada mimo<pe><slowo_obce>mimo</slowo_obce> (daw.) --- obok.</pe>, gestykulując z piekielnym  wrzaskiem. Widzę wtedy ich zadarte i ledwo zaznaczone noski, nie mogące  wstrzymać wycieku, ich usta rozdarte krzykiem i pokryte krostami, ich  małe zaciśnięte pięści. Zdarza się, że zatrzymują się czasem przy mnie.  Rzecz dziwna, biorą mnie za rówieśnika. Mój wzrost znajduje się od dawna  w zaniku. Twarz moja, rozluźniona i zwiotczała, przybrała pozór  dziecinnej. Jestem nieco zakłopotany, gdy tykają<pe><slowo_obce>tykać</slowo_obce> --- zwracać się przez ,,ty".</pe> mnie bezceremonialnie.  Kiedy mnie po raz pierwszy jeden z nich uderzył znienacka w pierś,  potoczyłem się pod ławkę. Ale nie obraziłem się. Wyciągnęli mnie stamtąd  błogo zmieszanego i zachwyconego tak świeżym i ożywczym postępowaniem.  Ta zaleta, iż nie obrażam się za żadną gwałtowność ich impetycznego<pe><slowo_obce>impetyczny</slowo_obce> --- gwałtowny.</pe>  <slowo_obce>savoir-vivre<pe><slowo_obce> savoir-vivre</slowo_obce> (z fr.) --- dobre wychowanie.</pe></slowo_obce>'u ujednuje mi stopniowo mir<pe><slowo_obce>mir</slowo_obce> --- szacunek.</pe> i popularność. Łatwo się  domyślić, że zaopatruję odtąd pilnie me kieszenie w odpowiednią kolekcję  guzików, kamyków, szpulek od nici, kawałków gumy. Ułatwia to  niezmiernie wymianę myśli i stanowi pomost naturalny w nawiązywaniu  przyjaźni. Przy tym, pochłonięci rzeczowymi zainteresowaniami, mniej  zwracają uwagę na mnie samego. Pod osłoną arsenału wydobytego z kieszeni  nie potrzebuję się obawiać, by ich ciekawość i wścibstwo stało się  wobec mnie samego natarczywe.</akap>


<akap id="e20">W końcu postanowiłem wprowadzić w czyn pewną myśl, która mnie od pewnego czasu coraz uporczywiej nurtuje.</akap>


<akap id="e21">Był  dzień bezwietrzny, łagodny i zamyślony, jeden z tych dni późnej  jesieni, w których rok, wyczerpawszy wszystkie kolory i odcienie tej  pory, zdaje się powracać do wiosennych rejestrów kalendarza. Niebo bez  słońca ułożyło się w kolorowe smugi, łagodne warstwy kobaltu, grynszpanu<pe><slowo_obce>grynszpan</slowo_obce> --- zielony nalot na miedzi pojawiający się pod wpływem oddziaływania warunków atmosferycznych.</pe>  i seledynu, zamknięte na samej krawędzi smugą czystej jak woda białości  --- kolor kwietnia, niewymowny i dawno zapomniany. Wdziałem najlepsze  ubranie i wyszedłem na miasto nie bez pewnej tremy. Szedłem prędko, bez  przeszkód, w zacisznej aurze tego dnia, nie zboczywszy ani razu z  prostej linii. Bez tchu wbiegłem na kamienne schodki. <slowo_obce>Alea iacta est</slowo_obce><pe><slowo_obce>Alea iacta est</slowo_obce> (łac.) --- kości zostały rzucone (zwrot przysłowiowy, oznaczający decyzję, której nie da się cofnąć).</pe> ---  powiedziałem do siebie, zapukawszy do drzwi kancelarii. Stanąłem w skromnej postawie przed biurkiem pana dyrektora, jak przystało w  nowej mej roli. Byłem nieco zmieszany.</akap>


<akap id="e22">Pan dyrektor wyjął z oszklonego pudełka chrabąszcza na szpilce i zbliżył go ukośnie do okna, patrząc nań pod światło.
Palce miał zawalane atramentem, paznokcie krótkie i płasko obcięte. Spojrzał na mnie zza okularów.</akap>


<akap_dialog id="e23"><begin id="b1357818753219-1646376754"/><motyw id="m1357818753219-1646376754">Szkoła</motyw>--- Pan radca chciałby zapisać się do pierwszej klasy?
---  rzekł. --- Bardzo chwalebne i godne uznania. Rozumiem, radca chcesz od  podstaw, od fundamentów swą edukację odbudować. Zawsze powtarzam:  gramatyka i tabliczka mnożenia oto są podstawy wykształcenia. Naturalnie  nie możemy radcy traktować jak ucznia podlegającego przymusowi  szkolnemu. Raczej jako hospitanta<pe><slowo_obce>hospitant</slowo_obce> --- osoba przeprowadzająca hospitację.</pe>, jako weterana abecadła, żeby się tak  wyrazić, który po długiej tułaczce zawinął niejako powtórnie do ławy  szkolnej.<end id="e1357818753219-1646376754"/> Skierował swą skołataną nawę do tego portu, że się tak wyrażę.  Tak, tak, panie radco, niewielu okazuje nam tę wdzięczność, to uznanie  dla naszych zasług, by po wieku pracy, po wieku trudów powrócić do nas i  osiąść już tu na stałe jako dobrowolny, dożywotni repetent<pe><slowo_obce>repetent</slowo_obce> --- osoba powtarzająca klasę.</pe>. Pan radca będzie na wyjątkowych u nas prawach. Zawsze mówiłem...</akap_dialog>


<akap_dialog id="e24">---  Przepraszam --- przerwałem mu --- ale chciałbym nadmienić, że co do  wyjątkowych praw, to zrzekam się całkowicie... Nie życzę sobie  uprzywilejowania. Wprost przeciwnie... Nie chciałbym w niczym wyróżniać  się, owszem, zależy mi na tym, żeby jak najbardziej zlać się, zaniknąć w  szarej masie klasy. Cały mój zamysł chybiłby celu, gdybym w czymkolwiek  był uprzywilejowany w porównaniu z innymi. Nawet jeżeli chodzi o karę  cielesną --- tu podniosłem palec --- uznaję w zupełności zbawienny i  umoralniający jej wpływ --- zastrzegam się wyraźnie, by nie czyniono co  do mnie pod tym względem żadnych wyjątków.</akap_dialog>


<akap_dialog id="e25">---  Bardzo chwalebne, bardzo pedagogiczne --- rzekł pan dyrektor z  uznaniem. --- Poza tym sądzę --- dodał --- że pańskie wykształcenie  okazuje wskutek długiego nieużywania w istocie już pewne luki. Oddajemy  się pod tym względem zazwyczaj optymistycznym złudzeniom, które łatwo  jest rozwiać. Czy pan jeszcze pamięta na przykład, ile jest pięć razy siedem?</akap_dialog>


<akap_dialog id="e26">--- Pięć razy siedem ---  powtórzyłem zmieszany, czując, jak pomieszanie, napływające ciepłą i  błogą falą do serca, przesłania mgłą jasność mych myśli. Olśniony jak  objawieniem własną ignorancją, zacząłem na wpół z zachwytu, że wracam  rzeczywiście do dziecinnej nieświadomości, jąkać się i powtarzać: pięć  razy siedem, pięć razy siedem...</akap_dialog>


<akap_dialog id="e27">--- No  widzi pan --- rzekł dyrektor --- najwyższy czas, że się pan zapisał do  szkoły. --- Potem, wziąwszy mnie za rękę, zaprowadził do klasy, w której  odbywała się nauka.</akap_dialog>


<akap id="e28">Znowu jak przed  pół wiekiem znalazłem się w tym zgiełku, w tej sali rojnej i ciemnej od  mrowia ruchliwych głów. Stałem maleńki na środku, trzymając się poły  pana dyrektora, podczas gdy pięćdziesiąt par młodych oczu przypatrywało  mi się z obojętną, okrutną rzeczowością zwierzątek, które widzą osobnika  tej samej rasy. Z wielu stron wykrzywiano do mnie twarze, robiono miny w  prędkiej zdawkowej wrogości, wystawiano języki. Nie reagowałem na te  zaczepki, pomny na dobre wychowanie, które niegdyś odebrałem.  Rozglądając się w tych ruchliwych twarzach, pełnych niedołężnych  grymasów, przypomniałem sobie tę samą sytuację sprzed pięćdziesięciu  lat. Wtenczas stałem tak obok matki, podczas gdy ona załatwiała sprawę z  nauczycielką. Obecnie zamiast matki pan dyrektor szeptał coś do ucha  pana profesora, który kiwał głową i przypatrywał mi się z powagą.</akap>


<akap_dialog id="e29">--- To jest sierota --- rzekł wreszcie do klasy --- nie ma ani ojca, ani matki --- nie dokuczajcie mu zbytnio.</akap_dialog>


<akap id="e30">Łzy  zakręciły mi się w oczach przy tym przemówieniu, prawdziwe łzy  rozczulenia, a pan dyrektor wsunął mnie, sam wzruszony, do pierwszej  ławki.</akap>


<akap id="e31">Odtąd zaczęło się dla mnie nowe  życie. Szkoła pochłonęła mnie od razu w zupełności. Nigdy za czasów mego  dawnego życia nie bywałem tak zaabsorbowany tysiącem spraw, intryg i  interesów. Żyłem w jednym wielkim zaaferowaniu. Nad moją głową  krzyżowało się tysiąc najróżnorodniejszych interesów. Przesyłano mi  sygnały, telegramy, dawano znaki porozumiewawcze, psykano, mrugano i na  wszystkie sposoby przypominano mi na migi tysiące zobowiązań, które  zaciągnąłem. Ledwo mogłem doczekać się końca lekcji, podczas której z  wrodzonej przyzwoitości wytrzymywałem ze stoicyzmem wszystkie ataki,  ażeby ani słowa nie uronić z nauk pana profesora. Zaledwie rozległ się  głos dzwonka, zwalała się na mnie ta rozwrzeszczana zgraja, opadała mnie  z żywiołowym impetem, roznosząc mnie prawie na sztuki. Nadbiegli  z tyłu poprzez ławki, dudniąc nogami na pulpitach, przeskakiwali mi nad  głową, koziołkowali przeze mnie. Każdy wrzeszczał mi do ucha swe  pretensje. Stałem się centrem wszystkich interesów, najpoważniejsze  transakcje, najzawilsze i najdrażliwsze afery nie mogły obejść się bez  mego udziału. Chodziłem po ulicy otoczony zawsze hałaśliwą hałastrą  gestykulującą gwałtownie. Psy wymijały nas z daleka z podwiniętymi  ogonami, koty wskakiwały na dachy za naszym zbliżaniem się, a samotni  malcy, napotkani po drodze, chowali z biernym fatalizmem głowę między  ramiona, przygotowani na najgorsze.</akap>


<akap id="e32">Nauka szkolna nie straciła dla mnie nic na uroku nowości. Na przykład sztuka sylabizowania. Profesor apelował po prostu do naszej niewiedzy, umiał ją wydobywać z wielką zręcznością i sprytem, docierał w nas wreszcie do  owej <slowo_obce>tabula rasa</slowo_obce><pe><slowo_obce>tabula rasa</slowo_obce> (łac.) --- czysta tabliczka, symbol niewiedzy bądź braku założeń na dany temat.</pe>, która jest podłożem wszelkiego nauczania. Wypleniwszy w  nas w ten sposób wszystkie przesądy i nawyki, rozpoczął od podstaw naukę. Z trudem i natężeniem dukaliśmy melodyjnie dźwięczne sylaby, pociągając w pauzach nosem i wyciskając na książce palcem literę po literze. Mój elementarz nosił takie same ślady palca wskazującego, zagęszczone przy trudniejszych literach --- co elementarze moich kolegów.</akap>


<akap id="e33"><begin id="b1357819265847-1565315754"/><motyw id="m1357819265847-1565315754">Starość, Dzieciństwo</motyw>Pewnego  razu, nie pamiętam już, o co poszło, wszedł pan dyrektor do klasy i  wśród ciszy, jaka nagle zaległa, wskazał palcem na trzech spomiędzy nas,  między nimi i na mnie. Musieliśmy  natychmiast udać się z nim do kancelarii. Wiedzieliśmy, czym to pachnie,  i dwaj moi współwinowajcy zaczęli już z góry beczeć. Patrzyłem  obojętnie na ich niewczesną skruchę, na zdeformowane nagłym płaczem  twarze, jak gdyby z pierwszymi łzami zeszła z nich maska ludzka i  obnażyła bezkształtną miazgę płaczącego mięsa. Co do mnie ---  byłem spokojny, z determinacją natur moralnych i sprawiedliwych  poddawałem się biegowi rzeczy, gotów ze stoicyzmem znieść konsekwencje  mych czynów. Ta siła charakteru, wyglądająca na zatwardziałość, nie  podobała się panu dyrektorowi, gdyśmy wszyscy trzej winowajcy stanęli  przed nim w kancelarii --- pan profesor asystował tej scenie z trzciną w  ręku. Z obojętnością rozpiąłem pasek, ale pan dyrektor, spojrzawszy,  zawołał: --- Wstyd, czy to możliwe? w tym wieku? --- i popatrzył  zgorszony na pana profesora. --- Dziwny wybryk natury --- dodał z  grymasem wstrętu. Potem, odprawiwszy malców, miał do mnie długie i  poważne kazanie, pełne żalu i dezaprobaty. Ale nie rozumiałem go. Gryząc  bezmyślnie paznokcie, patrzyłem tępo przed siebie i potem powiedziałem:  --- Plosę pana plofesora, to Wacek pluł na bułkę pana plofesora. ---  Byłem już naprawdę dzieckiem.<end id="e1357819265847-1565315754"/></akap>


<akap id="e34">Na gimnastykę i rysunki szliśmy do innej szkoły, gdzie były specjalne urządzenia i sale dla tych przedmiotów. Maszerowaliśmy parami, gadając zajadle, wnosząc na każdą ulicę, na którą skręcaliśmy, nagły zgiełk naszych zmieszanych sopranów.</akap>


<akap id="e35">Szkoła  ta był to wielki drewniany budynek przerobiony z sali teatralnej, stary  i pełen przybudówek. Wnętrze sali rysunkowej podobne było do ogromnej  łaźni, sufit podparty drewnianymi słupami, pod sufitem biegła dookoła  drewniana galeria, na którą wbiegaliśmy od razu, szturmując schody,  dudniące jak burza pod naszymi nogami. Liczne boczne ubikacje nadawały  się doskonale do zabawy w chowankę<pe><slowo_obce>w chowankę</slowo_obce> --- dziś: w chowanego.</pe>. Profesor  rysunków nie przychodził nigdy, dokazywaliśmy co niemiara. Od czasu do  czasu wpadał dyrektor tej szkoły do sali, stawiał kilku najhałaśliwszych  do kąta, nakręcał uszu paru najdzikszym, ale zaledwie odwracał się ku  drzwiom, już za jego plecami rósł na nowo tumult.</akap>


<akap id="e36">Nie słyszeliśmy dzwonka oznajmiającego koniec nauki. Robiło  się popołudnie jesienne, krótkie i kolorowe. Po niektórych chłopców  przychodziły matki i uprowadzały opornych, łając i bijąc. Ale dla innych  i pozbawionych tak troskliwej opieki domowej dopiero wtedy zaczynała  się właściwa zabawa. Dopiero późnym zmierzchem stary stróż, zamykając  szkolę, przepędzał nas do domu.</akap>


<akap id="e37">Rano  panowała jeszcze o tej porze gęsta ciemność, gdy wychodziliśmy do  szkoły, miasto leżało jeszcze w głuchym śnie. Posuwaliśmy się omackiem z  wyciągniętymi rękami, szeleszcząc nogami w suchych liściach, które  zalegały stosami ulice. Idąc trzymaliśmy się ściany domów, ażeby nie  zabłądzić. Niespodzianie w jakiejś framudze<pe><slowo_obce>framuga</slowo_obce> --- rama, do której przymocowane jest okno lub skrzydło drzwi.</pe> zmacywaliśmy ręką twarz  kolegi idącego z przeciwnej strony. Ileż stąd było śmiechu, zgadywań i  niespodzianek. Niektórzy mieli świeczki łojowe, zapalali je i miasto  zasiane było wędrówkami tych ogarków, posuwających się nisko przy ziemi  drżącym zygzakiem, spotykających się i przystających, ażeby oświecić  jakieś drzewo, krąg ziemi, kupę zwiędłych liści, wśród których maleństwa  szukają za kasztanami. Już też w niektórych domach zapalają się na  piętrze pierwsze lampy, mętne światło wypada wyogromnione przez kwadraty  szyb w noc miejską i kładzie się wielkimi figurami na plac przed domem,  na ratusz, na ślepe fasady domów. A gdy ktoś, wziąwszy lampę do ręki,  idzie z pokoju do pokoju --- obracają się na dworze te ogromne  prostokąty światła, jak karty kolosalnej księgi, i plac zdaje się  wędrować kamienicami i przestawiać cienie i domy, jakby układał pasjanse  z wielkiej talii kart.</akap>


<akap id="e38">Wreszcie  dochodziliśmy do szkoły. Ogarki gasły, ogarniała nas ciemność, w której  domacywaliśmy się naszych siedzeń w ławkach. Potem wchodził nauczyciel,  zatykał świeczkę łojową do butelki i zaczynało się nudne odpytywanie  słówek i deklinacji<pe><slowo_obce>deklinacja</slowo_obce> --- odmiana przez przypadki i liczby.</pe>. W braku światła nauka pozostawała pamięciowa i  werbalna. Podczas gdy ktoś recytował monotonnie, patrzyliśmy mrużąc  oczy, jak ze świecy wystrzelają złote strzały, pogmatwane zygzaki i  plączą się, szeleszcząc jak słoma, w zmrużonych rzęsach. Pan profesor  rozlewał atrament do kałamarzy, ziewał, wyglądał w noc czarną przez  niskie okno. Pod ławkami panował głęboki cień. Nurkowaliśmy tam,  chichocąc, wędrowali na czworakach, obwąchując się jak zwierzęta,  dokonywaliśmy po ciemku i szeptem zwykłych transakcji. Nigdy nie zapomnę  tych błogich godzin przedrannych w szkole, podczas gdy za szybami robił  się powoli świt.</akap>


<akap id="e39">Nastała wreszcie pora  wichrów jesiennych. Owego dnia już rano niebo stało się żółte i późne,  modelowane na tym tle w mętnoszare linie imaginacyjnych krajobrazów,  wielkich i mglistych pustkowi, odchodzących perspektywicznie malejącymi  kulisami wzgórzy i fałdów, zagęszczających się i drobniejących aż daleko  na wschód, gdzie urywało się nagle jak falisty brzeg ulatującej kurtyny  i ukazywało dalszy plan, głębsze niebo, lukę przestraszonej bladości,  blade i przerażone światło najdalszej dali --- bezbarwne, wodnistojasne,  którym jak ostatecznym osłupieniem kończył się i zamykał ten horyzont.  Jak na sztychach Rembrandta widać było za dni tych pod tą smugą jasności  dalekie, mikroskopijnie wyraźne krainy, które --- zresztą nigdy nie  widziane --- podniosły się teraz zza horyzontu pod tą jasną szczeliną  nieba, zalane jaskrawo-bladym i panicznym światłem, jak wynurzone z  innej epoki i innego czasu, jak ukazany tęskniący ludom tylko na chwilę  kraj obiecany.</akap>


<akap id="e40">W tym miniaturowym i  jasnym krajobrazie widać było z dziwną ostrością, jak wijącym się  falisto torem posuwał się tam ledwo dostrzegalny w tej dali pociąg kolei  żelaznej, puszący się srebmobiałą smużką dymu, i rozpływał się w jasnej  nicości.</akap>


<akap id="e41">Ale potem zerwał się wiatr.  Wypadł jak gdyby z tej jasnej luki nieba, zakołował i rozbiegł się po  mieście. Był cały zrobiony z miękkości i łagodności, ale w dziwnej  megalomanii<pe><slowo_obce>megalomania</slowo_obce> --- mania wielkości.</pe> udawał brutala i gwałtownika. Miesił, przewracał i męczył  powietrze, że umierało z błogości. Nagle usztywniał się w przestworzu i  stawał dęba, rozpościerał się jak płótna żaglowe, ogromne, napięte,  klaskające jak z bata prześcieradła, zadzierzgał się w twarde węzły,  drżące od napięć, ze srogą miną, jakby chciał przytroczyć<pe><slowo_obce>przytroczyć</slowo_obce> --- przymocować z pomocą rzemieni a. sznurków.</pe> całe powietrze  do próżni, ale potem wyciągał zdradliwy koniec i rozpuszczał tę  fałszywą pętlicę i już o milę dalej wyrzucał ze świstem swe lasso, swój  pętający arkan<pe><slowo_obce>arkan</slowo_obce> --- sznur zakończony pętlą, służący do chwytania zwierząt.</pe>, który niczego nie chwytał.</akap>


<akap id="e42">A  czego nie wyrabiał z dymem kominów! Biedny dym już sam nie wiedział,  jak uniknąć jego łajań, jak uchylić głowę, na prawo czy na lewo, od jego  ciosów. Tak panoszył się po mieście, jak gdyby raz na zawsze statuować  chciał tego dnia pamiętny przykład bezgranicznej swej samowoli.</akap>


<akap id="e43">Od  rana miałem przeczucie nieszczęścia. Z trudem przeprawiałem się przez  wichurę. Na. rogach ulic, na skrzyżowaniu się przeciągów trzymali mnie  koledzy za poły. Tak przeprawiałem się przez miasto i wszystko szło  dobrze. Potem poszliśmy na gimnastykę  do drugiej szkoły. Po drodze kupiliśmy sobie obwarzanki. Długi wąż par  wkraczał, gęsto gadając, przez bramę do wnętrza. Jeszcze moment, a  byłbym ocalony, w pewnym miejscu, bezpieczny aż do wieczora. W konieczności mogłem nawet nocować w sali gimnastycznej. Wierni koledzy byliby mi towarzyszyli przez noc. Nieszczęście  chciało, że Wicek dostał tego dnia nowego bąka i puścił go z rozmachem  przed progiem szkoły. Bąk huczał, zrobił się zator koło wejścia,  wypchnięto mnie poza obręb bramy i w tej chwili porwało mnie. --- Drodzy  koledzy, ratujcie! --- zawołałem, już wisząc w powietrzu. Jeszcze  ujrzałem wyciągnięte ich ręce i krzyczące, rozwarte ich usta, w  następnej chwili machnąłem koziołka i wionąłem wspaniałą, wstępującą  linią. Już leciałem wysoko nad dachami. Lecąc tak bez tchu, widziałem  oczyma wyobraźni, jak koledzy moi w klasie wyciągają ręce, strzygąc  gwałtownie palcami, i wołają do nauczyciela: --- Proszę pana profesora,  Szymcia porwało! --- Pan profesor spojrzał przez okulary. Spokojnie  podszedł do okna i osłaniając ręką oczy, wypatrywał uważnie horyzont.  Ale mnie już nie mógł zobaczyć. Jego twarz w mdłym odblasku płowego  nieba zrobiła się całkiem pergaminowa. --- Trzeba go skreślić z katalogu  --- rzekł z gorzką miną i poszedł do stołu. A mnie niosło wyżej i wyżej  w żółte, niezbadane, jesienne przestworza.</akap>





</opowiadanie>
</utwor>