Maurycy Schlanger Idę… Wyznanie moje Idę… Świat zamarł w wyczekującym walki bezruchu jak krokodyl grzejący się nad Nilem i tylko nieba brzuchem poruszają chmury kolorowe, potwornie leniwe. A ja idę… Wiatr zawiał z zachodu i płaszcz mój nadął jak parasol. Nie szkodzi! Czasem i wiatry są życia okrasą, czasem bogactwem jest bieda. Noc mnie kocha; Wiem na pewno, że dla mnie jest wicher, co szlocha, co panem jest nocy jesiennej, bo ja idę na spotkania z wichrem i nocą wtedy gdym bogaty i wtedy gdy znoszę biedę, wtedy gdym syty i wtedy gdym bosy. Skarży mi się wicher, że ktoś skrzydła mu łamie, że ktoś nie pozwala mu latać i noc się skarży, że ktoś jej kradnie bardzo dużo godzin gorącego lata. A ja słucham i potakuję, i stale idę i idę naprzeciw wichrom i psom, co poszczekują. I stale idę i idę, i choć sam bity, pocieszam innych, tych jak ja pogardzanych i jak ja niewinnych. Idę w noc i zimę, idę w ciemną zawieruchę, idę, bo iść muszę, bo schadzki muszę mieć z wichrem i nocą, wtedy gdym syty i wtedy gdym bosy. Idę, bo iść muszę. Idę, bo jestem Żydem. Puste stronice Wzywacie mnie do siebie bezbronne a zuchwałe, bym posiadł pełen mocy wasze nietknięte ciała, abym lśniącym dzirytem pokłuł was i poranił i bluźnierczo krwawymi was poznaczył bliznami. Wołacie mnie dziewice niczym nieprzybrane, przyzywacie melodią muzą rozśpiewaną. Nigdy bym dla siebie mej czarnej szpady nie trudził, bo ja czytam z pustych kart. Piszę tylko dla ludzi. Rozmowa — Proszę cię, powiedz mi wędrowcze szary, czy w Polsce niebo inne niż w Brazylii, czy ktoś, kto młodym czuje się jest starym, czy słońce wszędzie na zachód się chyli? Proszę cię, powiedz, czy głód też dociera do will bogaczy i zamków królewskich, czy tylko z oczu mych smutek spoziera, że złoto żyje, lecz… w kasach bankierskich? — Słuchaj młodzieńcze, opowiem ci wszystko, jam stary pielgrzym, wszystkie drogi życia dawnom już obszedł, wielkim był i niski, dużom radości zaznał i goryczy. Niebo to samo w Niemczech jest i Chile, tylko że czarne czasem lub niebieskie, wszędzie te same ptaki i motyle, te same lasy są i polne ścieżki. Tylko że człowiek, ten, co świata panem, ten, co gdzieś królem został lub maklerem, jemu się zdaje, że to panowanie jest bardzo małe, że się równa zeru. A głód dociera do murzyńskich chałup, do will bogaczy i nędznych lepianek, gdyż głód ten oznacza: „ja mam zbyt mało, ja chcę mieć więcej, bo ja jestem panem!” Dlatego smutny jest świat i łakomy, dlatego tęskne oczy twe młodzieńcze, bo każdy myśli, że źle mu jest w domu, że słońce ciemne, barw mało ma tęcza. Dlatego razi kogoś w Apeninach, że czarnych ludzi za dużo się rodzi, że w Azji czerwień płonie jak malina, że muzułmanin do meczetu chodzi. Człowiek z zachodu, wschodu i południa przeklina jeden drugiego i bije. Zgody wśród ludzi, zaprzestania kłótni ty, chociaż jesteś młody — nie dożyjesz! — Juda verrecke Nie idą z nami archanioły, co nas miały strzec od złego i chorób. Stąpamy z krwawym mozołem nagimi stopami po kamiennych drogach diaspory. Biją nas szatany: za to, że ich nigdy nie bito, za to, że nam Bóg już nie zsyła manny tylko jeść musimy — jak inni — ziemniaki i żyto. Uciekamy. Rodzimy się w drodze. Umieramy. Rozmnażamy się w drodze. Uciekamy. Każdy dzień budzi nową trwogę. Każda noc rodzi nową trwogę. Dźwiękiem naszych stóp szerzymy lęk. Lękiem naszych ust dusimy dźwięk. Nie wolno nam uczyć się, nie wolno patrzeć, nie wolno żebrać, nie wolno być bogatym, nie wolno pisać, nie wolno oddychać, nie wolno myśleć. — Wolno tylko zdychać. — Hej! Zdychaj Żydzie! Hep! Hep! Precz! Dokąd idziesz? Każdy twój krok — to nędza, śmiercią tchną twoje kroki. Idź precz! A zostaw pieniądze, przeklęty Shylocku! — Każdy dzień budzi zgrozę. Każda noc budzi zgrozę. Każdy dzień — może być ostatni. Żaden uścisk nie może być bratni. Czołgamy się. Próbujemy resztkami powietrza oddychać jak normalni ludzie. Nie chcemy zdychać. I dlatego gonią nas. I wbijają nóż. A my umieramy. Nóż tkwi nie w piersi. W plecach. Bo my uciekamy… Synowie Izraela Idziemy poważni i godni do naszej ziemi. Głodni, głodni, głodni, ziemi, ziemi, ziemi. Nie pomogło palenie Biblii na stosach ni mordowanie nas przez bliźnich. Umieraliśmy — Szma Izrael — na stosach i nic nas nie mogło odojczyźnić! Idziemy do naszej ziemi. Zdzieramy z siebie niewolnicze powłoki, szmaty cuchnące pleśnią i pieniądzem, sztandarem: biało-niebieskie obłoki, hasłem: Ojczyzny żądza. Idziemy godnością święci. Idziemy do naszej ziemi. Czarna bajka Dojrzewają hasła na poplamionej gazetami serwecie; przekwitają słowa rozpanoszone Reuterami po świecie. W gąszczu komunikatów wyrosła czarna niezapominajka. Wdarł się cień. Nie wiem, czy cień, czy może bajka. Za górami, za ziemiami czarnymi słońce przestało świecić; czarne serca tuczyły się pieczenią krwi — tej najtańszej cieczy. Czarne koszule katów spłodziła czarna niezapominajka Adua. Może to cień, a może bajka?… Business Haussa, baissa, haussa, baissa, stop! depesza. Skąd? Odessa: Koniunktura, ryż drożeje, żyto spada, frank się chwieje. Grają dzwonki, Underwoody, pędzą gońce, windy, schody, telegrafy, telefony, Silbergrafy, Goldbarony, business, business… Tam daleko dzieci łkają: dać im mleka, zimno mają. Tam w oddali płot schronieniem, głód tak pali… śmierć zbawieniem… Business, business. …tu Brazylia: dziś spalono wagon kawy. …tu Marsylia… …tu Ateny: chleb z rodzynek nieciekawy! Baissa! Haussa! …tutaj USA: żyto w morze dziś wrzucono. …Hallo, Tokio? tu Mandżuria: ryżu dajcie!!! …Hallo, Chiny: umierajcie! Krzyczcie, Chiny, chleba chcecie? …Hallo, Chiny: dzieci zjedzcie; tu Sowiety… dzwonki dzwonią, Underwoody, business, business, haussa, baissa… Wiersz sentymentalny O płomień świeczki tłuką się ćmy, a w dali mrok jest i cisza. Cichym jest mrok, dalekie są sny i zwiędły uśmiech na licach. Pachnie rumianek i więdnie bez, męczą rozkosznie storczyki. Gdzie jesteś teraz i gdzie jam jest, i gdzie serc naszych muzyka? Gdzie indziej jam jest, gdzie indziej ty, jasne łzy błyszczą na licach, o płomień świeczki tłuką się ćmy, a w dali mrok, ty i cisza. Obczyzna Kocham cię błękicie, co ku czerni bieżysz, i księżycu stary, coś srebrem zabłysnął. O, szumiące krzewy pachnących wybrzeży, rozedrgane złudą wieczory nad Wisłą. Chłonę chłód zachodu rozmarzoną piersią, słyszę gawędzenia fal szarozielonych, chciałbym się roześmiać szczęściem w moim wierszu, chciałbym ucałować brzozy rozmodlone… …i uciekam chyłkiem do dusznej izdebki, pełnej melancholii i trwożnego znoju, bo niczego tutaj prócz starej kolebki nie wolno mi kochać. To wszystko nie moje… Katastrofa Pędzi pociąg jak szalony — expres Tokio-Yokohama. Szyby brzęczą, szyby dzwonią. W pierwszej klasie siedzi dama. Pędzi pociąg jak szalony. Czarnej nocy smok otula ziemię w tempie walc-bostona. (Dama z kraju jest John Bulla). Pędzi pociąg jak szalony, smutno teraz damie samej, za to potem on i ona razem będą w Yokohamie. Pędzi pociąg jak szalony, coraz szybciej, coraz raźniej. On, kochanek wymarzony tam na stacji czeka właśnie. Pędzi pociąg jak szalony (tęskni coraz bardziej dama), wpadł na expres z drugiej strony… — — — — — — — — — — — On sam żyje w Yokohamie… Szczęście Od tylu lat cię już szukam, a nigdzie znaleźć nie mogę, nie wiem, gdzie jesteś i mieszkasz i kogo spytać o drogę. Od tylu lat się wałęsam, wędrowiec szary i bosy, i szukam ciebie wytrwale dzień po dniu i noc po nocy. Odwiedzam zamki książęce i małe chaty ubogie, od tylu lat cię już szukam i nigdzie znaleźć nie mogę. Wiatr mnie wywraca słabego, śnieg zasypuje mi ślady, a ja cię szukam i szukam, wiecznie spragniony i blady. I nie wiem, kiedy cię znajdę i kiedy odpocznę drżący u progu twojego domu, ja — człowiek wszechniewiedzący, bo tyle lat cię już szukam, niebiosa pytam o drogę, czołgam się, biegnę i błądzę, a nigdzie znaleźć nie mogę… Elżbieta Bergner Wdarłem się z huczącego jak wieczny dynamit, krwawego, cuchnącego jazzem zgiełku ulic w ciemności melodyjnej przemiękki aksamit, co upieścił mnie słowem i dźwiękiem przytulił. Wprzągnięty w rydwan szumu i cieni już jadę po smugach, wysyłanych z kabiny na ekran ponad widzów głowami i blaskiem zwierciadeł. Śpiewają mi kolory prozaicznych reklam. Drgają ręce twe białe jak zefirów skrzydła — osnuta melancholią, naiwna Ariano. Aż chciałoby się czarne odegnać straszydła i prozie szarych godzin powiedzieć: dobranoc! Chciałoby się iść stale z tobą lub za tobą po błyszczących asfaltach i chrzęszczących chrustach i jak w boski talizman, przepiękną ozdobę patrzeć, patrzeć i patrzeć w twe marzące usta. Świat za ścianą kina mizdrzy się i łajdaczy. A twoje piękne oczy goreją jak fosfor, chciałoby się smucić i płakać twoim płaczem lub cieszyć się twym szczęścia uśmiechem radosnym. Zaułki Codzienność monotonna narasta mchem na murach, zakwita grzybami w zapadających się domach, balaski w gankach jak szyny wygiętych i ponurych, próchniejąc, płaczą po kryjomu. W kominach szarych wspomnieniami ognisk śpiewa wiatr znane melodie, że nie ma pracy, że jest dymu głodny, bo piec-ateista już się ogniem nie modli. Bezduszne schody skrzypią stęchłością, ściany duszą się, pocą się z braku powietrza. Tynk opada. Domy — szkielety z kości negliżują swoje wnętrza. Człowiek przyczłapał w zaułek, szukając kąta nocnego w śmierdzącym podwórzu. Serce domu i serce włóczęgi ścięły się zazdrosnym bólem: ścianom brak było powietrza — bezdomny miał go za dużo… Bunt linotypów — Już sobie poszli czarni muzykanci, drukarze zgarbieni, ciągnący z naszych wnętrzności nasz pokarm — litery… Obmyli ręce i twarze i poszli. — — Hej, towarzysze! Dość już wyzysku, tego bicia ich twardych palców w nasze nerwy, tego picia naszego ołowiu i rabowania naszych wierszy. Hej, towarzysze, stalowe fortepiany. Dość! Gdy przyjdą znów nasi tyranie, nie dajmy się! Nie dajmy bić w nasze nerwy, nie dajmy pić ołowiu, nie dajmy im lśniących wierszy. Dość! Towarzysze, stalowe fortepiany! Nie będziem grać już więcej. Niechaj drukarze pójdą precz stąd! — — — — — — — — — — — — Wszedł pianista, bluzę powiesił na kołku, załączył prąd, roztopił ołów, usiadł na stołku, wziął w rękę listy, w klawisze uderzył, palcami bił i gotowe wiersze począł kłaść na stole. Umilkły słowa buntu. Linotypy drżały złorzecząc pianiście, a on stale walił twardymi palcami w stalowe klawisze. — — — — — — — — — — Klawisze grały odezwę do gazety: — Hej, towarzysze, dość już wyzysku! Nie dajmy bić naszych towarzyszy! Nie dajmy pić krwi naszych braci. Dość! Niech zdechną tyranie! Nie będziem pracować więcej! Pokażem burżujom jacyśmy silni, jacyśmy mądrzy. Niech żyje wolność i pierwszy maj! Dla tych tyranów nie będziem pracować więcej! Strejk! Strejk! — — — — — — — — — — Fortepian pracował… — — — — — — — — — — Pianista pracował… — — — — — — — — — — Towarzysz przeczytał i… też pracował. Wiersz pacyfistyczny (Dzień jak cień się wlecze jesienny. Człecze! Bezpromienny jak cień się wlecze dzień). Z niemym wyrzutem czołga się kaleka. Granatu rzutem popsuto człowieka. Na gmachach flagi płyną dostojne, a z ludzi flaki zostały po wojnie. Jak grom uderza dzwon: Mobilizacja! Ho, ho, ho! Z jaką gracją przychodzi młodych, silnych jak kłody tysięcy sto. Rezygnacja? Stagnacja? ho, ho, ho! Mundur to gracja! Mobilizacja!!! (Dzień jak cień się wlecze i sączy się życie człowiecze jak krople wody) Alarm! Maski! Ach! Jak żal umierać, takim jeszcze młody. Boże! Łaski! Dusi… dusi… Oooo! Jak źle umierać. Baaaczność! Tak jednak być musi. Bo herb dostojny na wietrze drga, bo herb dostojny w armatach gra: milion ciał… milion ciał… Wojna! Wojna!!! (Dzień jak cień się wlecze…) Czarna pani Przyszła z świszczącym szelestem, witana płuc rozdartych muzyką, zakołysała się: jestem! I wdarła się w krwiste ust kąciki. Ceglaste zniknęły kręgi, lica stawały się bledsze, bledsze… Echem grobowej piosenki zadrgało niepotrzebne powietrze. Wiersz smutny Pamiętam imieniny siostry, ojca, matki, zgrzybiałej prababki i siwego dziadziusia, pełno było w pokojach podarków i kwiatów, kusił tort, którego nie wolno było ruszać. A w dzień moich urodzin (dwunastego maja) pod poduszką mą pudła chrzęściły i książki. Flakon bzów na stoliku tak błogo upajał mnie zapachem wiosny, dzieciństwa i beztroski. Dziś w dzień mych urodzin nikt mi kwiatów nie przyniósł, listonosz wyniośle ominął me mieszkanie, dzień rozpłakał się deszczem i w tęsknotę wyrósł jak zwykły dzień powszedni mego bytowania. Ty Odległą jesteś jak księżyc, utopią jak w zimie bzy i myśli me stale męczysz. Ty! Choć nie wiem, jak się nazywasz i skąd pochodzi twój ród, do ciebie wspomnień mnie wzywa głód. Daleką jesteś i zimną, opancerzoną przez kry tajemniczością intymną. Ty! Wyznanie moje Dziś piszę po polsku. Bo po polsku dzień jasnym pomrukiem mnie wita, po polsku muza gra na harfie eolskiej, po polsku więdną bzy, po polsku pachnie żyto. Hej! Rozanielcie się dźwięki zamierzchłej matczynej kołysanki — smętnej, krakowskiej piosenki. Śpiewaj mi dziś, wichrze! Graj mi, macierzanko! Kiedyś, za rok, za dwa, za niedługo pożegnam was, białe brzozy i irysy, i pójdę tam, na Wschód. I na zimnym pługu kroplami potu będę wiersze pisał. Dziś rozdarty między dwie kultury, dziś zaklęty w dwa języki, jutro scałuję mchy Świętego Muru, jutro zachłysnę się ojczystym krzykiem. Lecz dopóki palmy nie rzucą cienia menory na moją — radosnym znojem przepojoną — głowę, smutny będę i chory ja — polski poeta, hebrajski niemowa. Intermezzo jesienne Intermezzo jesienne Przewracam lepkie kartki, pożółkłe, znudzone, zaczytany sennie w klasycznym romansie i myśląc o różach, o wiośnie i o niej, zapominam, że życie moje mija w transie. Cisza. Krążą sekundy. Wiatr się zachłystuje wspaniałą daniną liści i kasztanów, mrok jęczy szarugą, przeraża i kłuje monotonną niagarą niezamkniętych kranów. Umilkły ptaki. Pauza. Za chwilę: finale. Świat się może ocknie z męczącego transu. Brudne płyną wody zmęczone w kanałach, pożółkłe i znudzone jak karty romansu. Twój pokoik Było mi dobrze, rozkosznie i miło, uśmiech twój nerwy me sterane koił, a serca nasze jakoś dziwnie biły. Cichy i przytulny jest twój pokoik. Blask lamp z ulicy padał na twe biurko, na którym książki z cieniem rozmawiały. Drżały refleksy na mapie Mandżurii. Wargi me głodne twą twarz całowały. Cudowny jest twój dziewczęcy pokoik w te chwile zmierzchu, gdy dzień walczy z nocą i świat otula się płaszczem spokoju; Pragnąłbym z tobą tu na zawsze zostać, drżącymi dłońmi pieścić twoje włosy i mieć przy sobie twą kochaną postać. Październik na wsi Lecą liście dojrzałe z drzew szerokobiodrych i dywanem chrzęszczącym pokrywają ziemię, na której ja, samotnik, patrząc w niebo modre, leżę pełen milczenia w słodkawym znużeniu. Kocham jesień złotawą, fioletowe śliwy i tę ziemię strudzoną, spoczynku pragnącą. Pachną ciche grusze i ciepłe końskie grzywy, drgające na wietrze w chłodnawo krwistym słońcu. Hymn Tak mi jest dzisiaj wesoło, radośnie i tyle słońca mam w drżącej mej krtani, że nie obchodzi mnie burza, co rośnie w błyskawic armii, w niebieskiej fontannie. Dziś jestem jasny, młody i szalony, wysmukły chodzę w srebrzystej ulewie, pioruny grają jak triumfalne dzwony i jak ogniki bawią się na niebie. Chłoń, młoda piersi, chłód wichru i deszczu. O, jak mi dobrze, jak dobrze i błogo! Zagrzmijcie wiosną, słowa w moim wierszu, bo w ciepłym sercu ugaszczam dziś Boga. SOS Tytuł to banalny — Na pewno myślicie? Katastrofa wstrząsnęła całą Europą. Eter przepełniony jest: SOS — SOS Wybuch min w Zatoce Hudson! Zaginął nowy Amundsen! SOS — SOS — SOS! Nie, nie! Nic takiego nie było. Byłaś tylko ty i byłem tylko ja, i jeszcze coś było… Aha! Była miłość… Widziałem cię na skrzyżowaniu ulic, ja szedłem pieszo, bosy i obdarty, a ciebie w lśniącej limuzynie jakiś pan tulił i pieścił uparcie. Łajdak! No i już! Słuchaj! Przyszedł do mnie wczoraj stróż i powiedział, że w alejach są wolne dla mnie ławki i że na nich mogę spać. O, jak ja się zacząłem śmiać, ha, ha, pomyśl! Ja na ławce, a ty tam, no… tam, u tego pana… Wiesz, jednak to przyjemnie mieć nad głową kasztany… Ot, żyję i ty też żyjesz. Przypominam sobie, noc po nocy, ciebie i mrugają mi twoimi oczami gwiazdy na niebie. Ja mam czasem oczy strasznie wilgotne… Nie! Co myślisz? Broń Boże! Nie daj temu wiary! Są… co prawda… wilgotne… ale to z… kataru… Śmieszny jest ten wiersz i śmieszne jest życie i śmierć. Wiesz? Noc ma dziwne wonie, tak dziwnie pachnie tobą uschła żerdź. Wierz mi lub nie wierz, ale jest mi tak… dobrze. Tylko że ktoś z nas tonie, a nie wiem, kto bardziej, czy ty w złocie, czy ja w tęsknocie. Tonę. Pod parkanem skomli kopnięty pies… Ot, tonę… I stąd ten głupi wiersz i jeszcze głupszy tytuł: SOS. Poezja jesienna Bo cóż ja poradzę, że astry tęsknie na nas patrzą, a werbel deszczu monotonny wiersze łzami znaczy. Mam pisać o szczęściu, gdy liście drżą na mokrej ławie? Nie mogę! Nie mogę śnić, bo życie płynie na jawie. Dlatego smutne są moje dni i jesienne wiersze jak tybetańskich, żółtych kapłanów modlitwy werset i nie piszę dziś o słońcu w strofach sentymentalnych, i dlatego świata i ludzi, i siebie tak żal mi… Wiersz o jesiennej żałości Lusi W. Tak samo jęczał jak dziś smutny wiatr jesienny, tak samo morze obłoków szumiało łzami i dzień był taki jak dziś zgrzybiały i senny i wieczór tak jak dziś przytulny jak aksamit. Mrok w pokoju liliową togą się utulił — pamiętasz? — Siedzieliśmy, wzrok kierując w niebo, co modliło się deszczem na kamieniach ulic. — Mówiłaś, że wiatr wraca z pięknego pogrzebu. Jestem sam. Mgła liliowa całuje me wiersze i w otchłań melancholii zamroczona prze się — pamiętasz? — wtedy wiosna drżała w naszych piersiach. …a dziś, w wieczór jesienny, płacze we mnie jesień. Ballada o szwedzkiej dziewczynie Myślami biegnę daleko, gdzie ty mieszkasz w czystym miasteczku na półwyspie o kształcie pieska. Masz blade czoło. Griegem ci gra śnieżna cisza. A twój król, „mister G.”, świetnie gra w tenisa. Blady jest twój uśmiech jak więdnące astry, spowita jasnym smutkiem, złotowłosa Astrid. Tęsknisz może za mną lub za złotym słońcem, co nas tak parzyło — pamiętasz? — na Południu gorącym. Rozdzieliło nas morze. Mam w sobie jesień i serce moje dziwną jakąś boleść niesie, a u ciebie już zima. I jedziesz na nartach, wysmukła Astrid! Zapomniałaś. Zapewne kochasz się w jakimś chłopcu dystyngowanym. Na oczach mam deszcz. Z płaczących wichrem drzew spadają polskie kasztany. Opowiem ci bajkę… Noc mrokiem dyszy. Jest wonno i ciemno, wiatr chmury rozpędza świszczącą nahajką. Jesteśmy sami. Ja z tobą — ty ze mną. Siądź sobie tu przy mnie, opowiem ci bajkę… Masz ciepłe oczy, a twe złote włosy z ciemnością się w szczęścia złożyły mozaikę. Na drogach jęczą pogarbione brzozy. Siądź sobie tu przy mnie, opowiem ci bajkę… Było mi smutno, gdy odeszłaś sama, i myśli krążyły jak szalone czajki. A dziś tyś smutna. Czemu drżą kolana? Patrz w ciemność i we mnie, opowiem ci bajkę: Żył raz na świecie chłopczyna mizerny, co pokochał dziewczę — niezapominajkę. On jej był wierny, ona mu niewierna… Dlaczego znów płaczesz, gdy gadam tę bajkę? Wiersz o lęku wieczornym Dziś już nawet wspomnień nie mamy. W otchłań cichą pogrążył się wichrów dźwięk, co tak pięknie grał między konarami. Jest wieczór, jest mrok i niewytłumaczony lęk. Smutno jest w noc bezgwiaździstą. Coś nam brakuje, a nie wiemy co. Mrok jest czarny i czysty, niebo się nim otuliło jak szlafmycą. Siedzimy w trwożnym, milczącym spokoju, bojaźliwie się kokietują ogniki naszych papierosów i nie wiem, co bardziej pachnie i niepokoi, czy kora drzew bezlistnych, czy len twoich włosów. Żarcik Ty jesteś młodą dziewczyną, ja jestem młodym chłopcem, ty mieszkasz daleko w Chinach i jesteś dla mnie obca; jeżeli w Rzymie, dziewczyno, spotkasz się z młodym chłopcem, który cię spyta o Chiny, będzie ci przecież obcym. Czasem zapłaczesz, dziewczyno. (Broń Boże, nie za chłopcem). Przypomną ci się twe Chiny, w Europie będzie ci obco. Wrócisz do Azji, dziewczyno, wrócisz do swego chłopca, ojczyzną tobie są Chiny, dla mnie zupełnie obce. Tęskno mi jest za dziewczyną mnie, samotnemu chłopcu, lecz za daleko są Chiny, są mi za bardzo obce. A ty żyć będziesz, dziewczyno, ze skośnookim chłopcem, ryż zjadać będziecie w Chinach, kraju dalekim, obcym. Mnie też pokocha dziewczyna, której też tęskno za chłopcem, i żyć będziemy nie w Chinach, lecz w kraju tobie obcym. — — — — — — — — — — —— Aż śmierć (ta sama — dziewczyno) znajdzie ciebie i chłopca; ciebie odszuka gdzieś w Chinach, mnie w kraju innym, obcym. Wiersz o jasnej nocy (Nie wiem jeszcze na pewno, czy dziś przyjdziesz) Myślę, że będzie nam dobrze, chociaż bezwiednie zaczniesz trochę szydzić i śmiejąc się, powiesz: nie wolno, to grzech. Ho, ho! Ucieszy się nami mokry księżyc. (Wszyscy mówią, że jest z nas bardzo dumny) Wiesz? Może dziś my będziemy noc męczyć, przypuśćmy — włożymy ją do jasnej trumny. Noc będzie jasna. Świat będzie spał. Trumna srebrnej nocy będzie nam posłaniem. Niech się noc dusi żarem naszych ciał. (O, jak męczy mnie to wyczekiwanie!) Tylko powiem ci szczerze. Zwykliśmy żyć w ciemności, dlatego może ta jasność, niewidziana nigdzie otworzy nam oczy, zaślepłe miłością. (Słuchaj? Może będzie lepiej, gdy dzisiaj nie przyjdziesz?) * * * Zbyt mało dni choć dużo snów, choć serce drży, zbyt mało słów. W dal mkną szare dni, mijają noce, wonne pachną bzy w upojne noce, łoże tobą lśni w samotne noce, krtań ściskają łzy w bezsenne noce. Za mało dni, za dużo snów ty — ja, ja — ty. Zbyt mało słów… List To nieprawda, że twe oczy są gwiazdami, a usta winem. Powiadam ci, że między nami nic nie było. Puste drwiny. Ha, ha! jak mi się chce śmiać z moich słówek, słodkich jak kawa trzy razy cukrzona, z tego, że nerwowo zwykłem gryźć ołówek, pisując wiersze o tobie, „moja wymarzona”… Skończyło się. Jesteś zrozpaczona pono, siedzisz w domu, nie wychodzisz na ulicę. Ha, ha, jakim ja głupcem byłem, kiedy co noc zachwycałem się twoimi piersiami i głupim księżycem. Wiatr znów szumi i znów na drogach stoją czarne krzyże. Pamiętasz, jak pisałem o twoich włosach? Wiesz, one wcale nie pachniały narcyzem, ot, szukałem wtedy rymu do… papierosa. Po cóż to wszystko było? Powiedz! Mamy tylko zmęczone ramiona i spieczone wargi. Zaczęło się i skończyło i nic nie pozostało ponad te banalne kartki. Finale Zasypiam. Bo dobrze jest spać, gdy deszcz dzwoni. Przed chwilą czytałem jakiś ckliwy romans. Jesień jest brzydka, nie warto pisać o niej, choćby najpiękniejszy znajdywać asonans. Świat też zasypia, deszczem się myje do snu, szepce modlitwę, bijąc kroplami w dachy. Jakiejś parce młodej zachciewa się wiosny. Za oknem ktoś płacze, zdjęty mrocznym strachem. Aa — aa — ziewa stora i dywan, i kredens. W głośnikach radiowych już hymny zagrano. Rymy się tłuką: mgła — łza, kredens — precedens. Śpij świecie i książko! Dobranoc, dobranoc… Wiersze banalne * * * Stałem samotny i smutny, deszcz mnie po oczach siekł, kałuże tonęły brudne, w brudny wpadając ściek. Banalna jest nasza jesień, banalny czar i śmiech, banalne głosy wiatr niesie, banalne liście, mech. Głupie są nasze miłości, banalny rok i wiek, banalnie próchnieją kości, banalnie sypie śnieg. Więc czyż napisać nie wolno banalnych kilka słów. Czyżby też były mozolne dla przebanalnych głów? Marzenia Chciałbym księżyca dosięgnąć rękami i na nim usiąść jak w miękkim fotelu, między gwiazdami pofikać nogami i Mleczną Drogą gdzieś jechać bez celu. Chciałbym, by kamień, który w ręce trzymam, stał się potężnym jakimś Everestem i abym po nim stopami olbrzyma stąpał wyniośle z nonszalanckim gestem. Łapałbym mocną dłonią samoloty, armaty groźne wrzucałbym do morza, a sam mieszkałbym w wielobarwnej grocie, w której byłyby złotodajne złoża. Chciałbym mieć chleba, wina pod dostatkiem, a złoto ludziom ubogim rzucałbym tak incognito, tak cicho, ukradkiem. O Boże! Czego wszystkiego nie chciałbym. Lecz jest złośliwy księżyc lodowaty i nigdy gwiazd już nie osiągnę drżących, samotny krążę po cierniach bez kwiatów parą nóg słabych, upiornie błądzących. Majaczenia Stłoczeni ciepłym smrodem, chlebem rozmarzeni, który wam żołądki osowiałe wytarł, stękacie pełni szczęścia w klateczkach kamienic, uśpieni ciemnością jak muzyką gitar. Cuchnący w wargach macie oddech stężony. Śnią wam się bogi, dziewki młode, miliony. Czy wiecie, że cienie, nocą wyolbrzymione, zimno się ściskają na pierzynach ulic? Że chłód gra w pogaszonych literach neonów i płynie do nieba, by się doń przytulić? A wiatr głosi roznamiętnionym gwiazd piaskom, że błyśnie znów snem zróżowiony król brzasku. Lecz wy śpicie. Śpicie, choć życie z snem ulata. Więc może wam lepiej niż mnie, na ulicy krążyć cicho i chwytać odgłosy z zaświata, flirtując bluźnierczo z łysym łbem księżyca. O człowieku zezowatym Żył raz na świecie młodzieniec młody, przystojny, bogaty, miał jedną, jedyną wadę: troszeczkę był zezowaty. Panny się śmiały z młodzieńca, (bo choć poważne miał cele) gdy patrzał okiem na wtorek, drugie widziało niedzielę. Smucił się biedny młodzieniec (żadna mu nie chce być żoną, żadna kobieta nie chciała, by z męża jej głupio drwiono). Jedna się wreszcie znalazła: — „Precz niechaj idą przesądy! On będzie dobrym ministrem, na wszystko ma dwa poglądy”. Kwadrans po północy O, nocy czarnoniebieska! O, szara czerni cieniów! O, pusta kieso! Bałwochwalcą jestem popielatych promieni pajęczych refleksów. O, pusta kieszeni! O, żołądku, maestro! O, czerni czarna cieniów! Bałwochwalcą jestem, wszędzie znajduję ołtarze i jak Światowid mam sto tysięcy twarzy. I wszędzie składam ofiary: tobie — nocy szafirowa — wierszem na parkanie starym, tobie — zjawo bezpostaciowa — na mchach, gdzie rośnie topola, tobie — kochanko jaśminowa — odą tęskności do twych kolan. Jam bałwochwalca, wszędzie mam ołtarze, u Beethovena i u księcia walca, i u Rembrandtowskich twarzy. O, pusta kieszeni! O, czarnoczarny promieniu! O, oczy złoto-niebieskie! O, nocy czarnoniebieska! Zachód na letnisku Słabły płomienie na łąkach i chatach. (Poeta począł pisać o leśnych aromatach) A strzecha, wyzbywszy się złota, szarością drżała. I potem, gdy ogień zagasł w niebieskim piecu, ktoś przez wieś przeczłapał i rzekł mi: — dobry wieczór! — Wieczór banalny O, śmieszny księżycu, zielonkawy głupcze, boże dyndających, nagich lunatyków, muzo, pudrująca się w lirycznym lustrze — odwiedźcie dziś wspólnie sennych romantyków. Niechaj kojąco, boso i namiętnie kroczy poeta po chrustach i trawie, o brzozach, łozach niech pisze natrętnie, niech drży i marzy na zmurszałej ławie. Naśmiewać będę z was się do rozpuku, dogoni w lesie was mój śmiech figlarny. O, muzo, gwiazdo, słowiku, o buku! O, ty liryczny wieczorze banalny! Do pamiętnika małej dziewczynki Szybko sunie zegar czasu, bez hałasu, ambarasu. Nikt go powstrzymać nie może, a więc także ty, nieboże. Płyną dzionki, płyną latka, wkrótce odwiedzi cię swatka, męża zaraz ci wyszuka. — tik — tak, tik — tak, zegar stuka. W podróż ruszysz ku Ostendzie i szczęśliwą bardzo będziesz, serce głośno ci zapuka. — tik — tak, tik — tak, zegar stuka. A pamiętnik rzucisz w śmiecie, między stare swe rupiecie, nikt go tam już nie odszuka. — tik — tak, tik — tak, zegar stuka. Może przyjdzie jednak chwila, która smutkiem czoła schyla, wtedy wspomnisz o przeszłości, o dzieciństwie, o młodości. I gdy słowa te przeczytasz, zadziwiona się zapytasz: kto to pisał, pies czy bies? Ach, to śmieszny ten pan S. Metamorfozy Dobrze mi jest drzewem być albo aniołem. Trzeba tylko pomyśleć o Bogu lub liściach, trzeba fantazję porozmieszać z mozołem i wzniecić na papierze czarny żar ogniska. Nietrudno mi jest pisać o samotności. (Samotność wdarła się w białe i czerwone ciałka krwi bezkompromisową ostrością). Tęsknota wszystko potrafi pokonać. Potrafię zamienić się w bożka rozpusty, co dziś szaleje nad rozbrykanym globem. Trudno mi tylko — młodemu — zaciąć usta i powiedzieć wszystkim: — jestem tylko sobą — Randka sztubaka On przyszedł na miejsce, na zegarek spojrzał, jej jeszcze nie było, zadrgały mu nozdrza, papierosik w usta, czapka do kieszeni (żeby jakiś belfer nie wylazł spod ziemi!) Minuty mijają, mrok zapada z wolna… — Czyżby ona do kpin także była zdolna? — Lecz oto nadchodzi, pachnie jak mrok leśny — — ja bardzo przepraszam, nie mogłam przyjść wcześniej. W parku było cudnie, księżyc był i kwiaty — — kocham panią — szepnął — może byśmy „na ty”? Ciemno jest i miło, ona nos pudruje — — jesteś brzydal… cudny. Po co mnie całujesz? Pijak i kwiaty — Ja gorzałę ciągnę, żona lubi kwiaty, jak kwiatuszków nie ma, harata mi gnaty. — Panie ober — proszę dla mnie tutaj koniak! A dla mojej baby kupię dziś lewkonie. — Słuchaj, kelnereczku. Może lepiej bez? Dawajcież tu czystą, j… pana pies! — — Czy tu są przy stole dwa czy cztery stołki? — Może by dla Pipci kupić dzisiaj fiołki? — Raz, miodzik gorący z mentolową dużą! — Mojej każę posłać najpiękniejsze róże. — Bomba piwa — ober! Forsy jeszcze starczy. — Mojej starej w domu pietruszka wystarczy! Plagiat Raz napisałem: — lecą liście krwawe… Pomyślcie, jaką to wzbudziło wrzawę. Pisemka drżały, że plagiator, kretyn, że najzwyklejszy rabuś, nie poeta. Pisałem: — księżyc — powiedziano: złodziej! Szepnąłem: — kocham — napisano gorzej, wrzeszczeli wszyscy: grafoman i łajdak. Piszę ten *Plagiat* — a oni już: plagiat!! O wiośnie Bzy wam przynoszę w wierszu, amatorzy słodkiego kwiecia, co na wiosnę rośnie, a które Pan Bóg lub natura tworzy. Czyż inne mogą być wiersze o wiośnie? O nocy śpiewam i o ciepłych gwiazdach, o lasach, wonnym balsamem nabrzmiałych, o czarnej glebie, o słowiczych gniazdach. Ho, ho! Tematów o wiośnie niemało… Wam zakochanym, co na wiosnę drżycie, wam będę pisał peany pochwalne. Dla was jest miłość droższa ponad życie a dla mnie… jeszcze jeden wiersz banalny. Rozmowa w ciemności Więc o czym jeszcze ci mówić, gdy o niczym już nie wiem. Wiatr się wplątał w ramiona drzew tak boski w swoim gniewie. Nie chcę już mówić. Chcę tylko ciebie, tylko ciebie chłonąć, a tyś dziwna i jakaś obca z tą twarzą rozjaśnioną. Chcę ciemności, chcę milczenia, chcę ciszy i ciebie, chcę zdusić myśl wężową, co się w mózgu kolebie. Zamknij oczy. Zamilcz. Suknia twa pachnie. Oprzyj się o mnie. Chcę, by nam było dobrze. Chcę o wszystkim zapomnieć. Zamknij oczy. Parzą mnie w mroku twe zielone źrenice. Przytul mnie. Twe piersi pachną szczęściem i księżycem. Groby librecistów Henrykowi Wakszlakowi Ustawiły się rzędem jak dźwięki tej samej tonacji zegara bijącego bezzmiennie godziny. Akacje, georginie, męczą się dręczą się, jęczą i barwią się tęczą. Noc drwi, księżyc lśni, bzy, łzy, sny. Próchniejące kości asonansami miłości. La donna e mobile… Jeden z nowych gości — trupów, ledwo się ziemią posilił, zapukał do sąsiada, co się Aidą utulił i szepnął pierwsze słowa, popogrzebne: Kolego? Jaki dać rym do: — somnambulik —? Wieczorna wędrówka Nie zgasły jeszcze zalękłe gwiazdy — wszystkie nierytmicznie się żarzą. W kałużach sennego miasta poprawia noc maquillage swojej twarzy. Każda gwiazda ma swojego pana. Błotem płaczą buty rozklekotane twardych kamieni dłutem. W szarym spokoju obserwuję niebo i życie, co przemija. Nie wiem gdzie, lecz wiem na pewno, że gdzieś tli gwiazda moja — moja a niczyja. Humoreska W krainę bajki wkroczyła ma pieśń i słupy mija przydrożne, stare, zbutwiałe, stoczone przez pleśń kamienie szare i groźne. W wyżynę marzeń, utopii i róż, co kwitną w zimowy ranek, w dolinę rymów i kwiecistych burz płonących fatamorganą. Pędź, moja pieśni, jak klacz. Hetta, wio! — Zdzielę cię biczem poezji, w jednej sekundzie poematów sto pochłaniaj w drwiącej herezji. Pędź coraz szybciej przez piękny ten szlak, a gdy dobiegniesz do końca odwróć się szybko i pobiegnij wspak, pieśni fantazją tętniąca! Moje bogactwo Mam piękną książkę: Król i midinetki. Winien jestem pięć miesięcy za czynsz, poza tym noszę dziurawe skarpetki i wcale nie cierpię na spleen. W kinie widziałem pałac w Luwrze. Poza tym mam głupią twarz i hoduję mysz w eleganckim, pożyczonym kufrze, gdzie leży kilka „bez wartości” próbek mego talentu. No i w majątku mam nóż i łyż- kę. I strasznie bezczelny ołówek. Modlitwa Boże, święty Boże! Boże, mocny Boże! Stwórz nowe światowe dramaty, bo już nie mam dla wierszy tematów. Natchnij mnie logiką zimną, bom gorący, ześlij mi mądrość intymną, bom drżący, i wlej w żyły to, czego mi brak, ażeby myśli krążyły jak święty rajski ptak. Boże, mocny Boże! Przed wiekuistą twą mocą się korzę, broń nas szalonych poetów, chroń mnie od wszelkich grzechów. Boże, święty Boże! Świata reflektorze! Cudzoziemiec Znudzony chodzi wyniośle, znudzony chodzi sam, żądny emocji, nowości — wciska się tu i tam. Chętnie bym z nim porozmawiał aż do utraty tchu, lecz nie wiem jak mam zacząć; — parlez? czy — how do you do? Odwilż Halniaka scyzoryk. Deszczu nóż. Marmelada ze śniegu. Już. Śmierć ateisty Na łożu śmierci jęczał ateista i bluźnił Bogu. I mówił do kuma, że Boga nie ma. Oddech mu zaświstał i chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz… umarł. Pierwszy bilans Sześć razy łzawiły się w moich wierszach srebrne księżyce. Piętnaście razy serce się tłukło mocno w piersiach, a dwukrotnie bywało deptane na ulicy. Trzy modlitwy skierowałem pod adresem Boga. (Raz na morzu, raz w lesie, a raz gdy księżyc był czerwony). Ośm razy krwawiła się z moich ran cierniowa droga a ośmnaście mam wierszy o wiecznej pogoni. Śmierć występowała często. Przeważnie jako czarna pani lub jako żniwiarka z kosą, setkami muz bywałem rozśpiewany, a ze dwadzieścia razy grał wiatr na moich włosach. Sto miałem miłości, dziewięćdziesiąt razy mnie porzucano (z tego około 50%, gdy noc głucho wyła), mam jedną odę do tyranów, a pięciokrotnie (raz w zimie) zakwitły lilie na mogiłach. Jesień płakała tysiąc i jeden raz, słońce było przeważnie złotą albo ciepłą tarczą, a trzy razy żarówką. Występował także pan Czas. (Wtedy zegar albo śpiewał, albo robił „tik-tak”, albo warczał). Dwukrotnie popełniałem samobójstwo (raz w sonecie, a raz uratowano mnie w ostatniej chwili). Przeważnie robiłem głupstwa, gdy słowik kwilił. Gwiazdy były srebrne, chłodne i dalekie (ile razy nie zliczyłem dokładnie) trzynaście razy miałem czerwone powieki, sto razy upadła uczciwa dziewczyna, a raz zdawało się, że upadnie. Grałem na fortepianie, cymbałach i lutni, razem wziąwszy, około tysiąc pięćset razy, w lirykach szły różowe i białe suknie, a czasem złote lub ze storczyków, gdy miałem więcej fantazji. Trzynaście razy całowałem mokrą glebę, raz mi (we wierszu) mucha usiała na nosie, często karmiłem gołębie, koty lub mewy, a rozmów z przyjacielem miałem czterdzieści ośm. Rymu mi zabrakło trzysta sześćdziesiąt pięć razy (w dwustu dwu wypadkach zastosowałem asonanse). Pięć razy wyzbyty byłem marzeń. A ile mam pieniędzy (z tej książki) — napiszę w następnym bilansie. ----- Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, dostępna jest na stronie wolnelektury.pl. Wersja lektury w opracowaniu merytorycznym i krytycznym (przypisy i motywy) dostępna jest na stronie http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/schlanger-ide. Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury. Wszystkie zasoby Wolnych Lektur możesz swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać pod warunkiem zachowania warunków licencji i zgodnie z Zasadami wykorzystania Wolnych Lektur. Ten utwór jest w domenie publicznej. Wszystkie materiały dodatkowe (przypisy, motywy literackie) są udostępnione na Licencji Wolnej Sztuki 1.3: https://artlibre.org/licence/lal/pl/ Fundacja Wolne Lektury zastrzega sobie prawa do wydania krytycznego zgodnie z art. Art.99(2) Ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych. Wykorzystując zasoby z Wolnych Lektur, należy pamiętać o zapisach licencji oraz zasadach, które spisaliśmy w Zasadach wykorzystania Wolnych Lektur: https://wolnelektury.pl/info/zasady-wykorzystania/ Zapoznaj się z nimi, zanim udostępnisz dalej nasze książki. Tekst opracowany na podstawie: Maurycy Schlanger, Idę, Dom Książki Polskiej S.A. Warszawa, Kraków 1936. Wydawca: Fundacja Nowoczesna Polska Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Opracowanie redakcyjne i przypisy: Aleksandra Kopeć, Wojciech Kotwica, Mateusz Osmola. Publikację wsparli i wsparły: Zbigniew Malinowski.