<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/rolando_biala_ksiazka_pseudohelios_wyje/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Rolando, Bianka</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pieśń dziewiąta. Pseudohelios wyje</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kopeć, Aleksandra</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Szejko, Jan</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Współczesność</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Liryka</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Wiersz</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez fundację Nowoczesna Polska z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów autora. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/rolando-piesn-dziewiata-pseudohelios-wyje</dc:identifier.url>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Bianka Rolando, Biała książka, Wydawnictwo Święty Wojciech, Poznan 2009.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Licencja Wolnej Sztuki 1.3</dc:rights>
<dc:rights.license xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://artlibre.org/licence/lal/pl/</dc:rights.license>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2017-07-26</dc:date>

<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/image/5772.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Oops!, steve p2008@Flickr, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/5772</dc:relation.coverImage.source>
</rdf:Description>
</rdf:RDF>
<liryka_l>
<autor_utworu>Bianka Rolando</autor_utworu>

<dzielo_nadrzedne>Biała książka</dzielo_nadrzedne>



<dzielo_nadrzedne>Piekło</dzielo_nadrzedne>



<nazwa_utworu>Pieśń dziewiąta. Pseudohelios wyje</nazwa_utworu>



<strofa>Ksandzie, Podargu, Ajtonie i Lamposie żelazny/
gdzie się podziało wasze ostre, końskie włosie/
wasze gęste grzywy zasłaniające mi głębokie doły/
kopane na grobowce Heliosa okrutnego wieczorem/
muskularne, dźwigające mój odwłok władczy/
Pociągowa wasza misja skończyła się dosyć szybko/
Podkradł mi was inny bóg zachodu z brązową twarzą/
Nie barwi się tak mocno przy zmierzchu czerwienią/
Me słoneczne potomstwo uciekało promieniami/
przed mym gniewem olbrzymim i wrzaskiem furii/
Jednakże wszystkie z dala gdzieś krążyły na orbicie/
Mieszkałem jako prawie trup słoneczny trochę w Italii/
Mój pierwszy syn, Faeton, nie mógł patrzeć na mnie/
nawet w słonecznych okularach, wybuchał płaczem/
Miażdżyłem jego pneumatyczno-aerodynamiczne kości/
żelazkodeskami płonącymi, krzesłami wirującymi/
Jego delikatna matka, pogruchotana odwożona karetkami/
karetami króla słońca, jechała na sygnale mego odrzucania/
Nienawidziłem widnokręgu przypisanego mi przez los/
Wypalałem ich delikatne powierzchnie i wilgotne kąty/
zakamarki schowane przede mną, jakoś trochę urodzajne/
Faeton popełnia samobójstwo w trakcie zaćmienia słońca/
tak był przyzwyczajony do mojego oblicza spalającego/
Widząc już tylko pustynię w owej krainie pogrzebanej/
szczątki plączące mi się między zębami i odchodami/
na drodze gwiaździstej poznałem kobietę-kometę uciekającą/
podążyłem za nią w inną galaktykę i tam poślubiłem ją/
koronując się jednocześnie na największego patriarchę/
Me kolejne mitologiczne potomstwo to drobne księżyce/
za małe, by je rozbić o siebie z hukiem, ich jęki posłyszeć/
Meteoryty wysyłane i przedmioty zderzane z ciałem/
przy wieszaku na płaszcze przygodne, bujający się abażur/
Abażur złoty był mi konkurencją w oświetleniu wnętrza/
Abażur żółty, zgnieciony, bujający się wśród przerażenia siłą/
Bicie po ich lekko uniesionych głowach w stronę słońca/
Nikt nie jest dostatecznie godny, by spoglądać w me oblicze/
gniewu i nienawiści do panoram rozpostartych wokół/
Ona --- kometa uciekła z dziećmi z mego widnokręgu/
montując markizy przeciwsłoneczne, żaluzje ciemne/
Przesunął się mój ruch jednostajnej fizjologii w bok/
Mieszkałem znów tam, gdzie inna strona świata się myliła/
Z kolejną boginią rodziłem kolejne brzuchy nienażarte/
Przychodziły do mnie, prosząc o ciepło, biłem je okrutnie/
po tych ustach zdziwionych, oczekujących minuty solarium/
Potłuczone żebra córki nieznośnej i syna z chorym sercem/
Sikali ze strachu, gdy wracałem wieczorem do mego pałacu/
Zniszczeni, płaczący, lizali swe rany po wybuchach słońca/
Wpełzali pod meble włoskie z wyprzedaży zakupione/
Byłem przekonany o swej nieśmiertelnej sile niszczącej/
lecz pomału prawie niezauważalnie stawałem się słaby/
Traciłem swe rumaki ciągnące mój rydwan spalony/
ich kopyta jakoś tak tętniły w coraz większym oddaleniu/
Zrzucony ze swego słonecznego powozu dotknąłem ziemi/
na której już nikt nie zamieszkiwał, porzucona w pośpiechu/
Zdychałem przez kilka lat, doczekawszy niepełnosprawności/
Zachowałem swój jad ukryty między zmarszczkami na zapas/
by starczyło do końca tego niszczenia wszelkich przejawów życia/
Me mroczne panowanie i regulacja buntów żelaznym drągiem/
zanikało jakoś i bladło, znikał mój ostry blask z powidokami/
W domu starców nikt nie chciał się mną zajmować i doglądać/
Każdy się mnie bał, opowiadałem im o mym niszczycielstwie/
o tych zależnych i zaciemnionych, powoli wzrastających w cieniu/
Opowiadałem, jak odchodził Faeton pierworodnie niszczony/
po miękkościach odsłoniętych, po miękkościach zasłoniętych/
Pielęgniarki chowały twarze, a chłopcy ze wstrętem spoglądając/
życzyli mi wszystkiego najgorszego, dużo chorób w dniu imienin/
podawali mi papierosy, czekając, aż zgasnę, charcząc w dymie/
Z czasem zmieniłem się w <wyroznienie>czerwonego olbrzyma</wyroznienie><pa>czerwony olbrzym --- nazwa gwiazdy będącej na schyłkowym etapie ewolucji. Nazwa pochodzi od ich barwy i zwiększających się rozmiarów/</pa> obrzękniętego/
Nowotwór wpompował w me ciało wiele powierza i wodoru/
choć leżałem, umierając, byłem znów najmasywniejszy, potężny/
W samo południe, gdy słońce było najwyżej, pojękując, odchodziłem/
Jak umrę, wszystko zgaśnie, potężne bóstwo zasypia ze wszystkim/
w grobie wraz z rodziną żywcem pochowaną, wraz ze służącymi/
i psami, i z wężem ogrodowym, programem telewizyjnym na piątek/
Miękki zastrzyk przeciwbólowy kołysał się we mnie łagodnie/
Łuski węża ogrodowego pokryły me oczy, oddech ustał w ciszy/
Wtedy poczułem pierwszy raz lęk, zmuszał mnie do uciekania/
odrzucając moje zewnętrzne warstwy, zachował się tylko środek/
Jądro, skondensowane w środku mym, okazało się skarłowaciałe/
Zostałem zdetronizowany, pośmiertny zamach stanu i ścięcie głów/
Nagłe zrozumienie uderzyło mnie w brzuch najgłębszy, w biszkopt/
Uciekłem jak najdalej od tych szeptów nawracających uciążliwie/
w wielkim pośpiechu, histerii dotarłem tu, do królestwa strachu/
zsikując się ciągle przed sobą --- przed nadchodzącym czarnym karłem<pa>czarny karzeł --- hipotetyczny końcowy etap życia gwiazd. Gwiazda przestaje świecić,
stając się w ten sposób zimnym <wyroznienie>czarnym karłem</wyroznienie>.</pa>/
Zbity do mego wnętrza, nigdy się nie poszerza ani zwęża/
Przypominam sobie płacze nieustające za mną, za okrutnym/
że był taki ohydny, już prawie nie wspomina się go przy obiedzie/
Jakieś charczące huki tylko określają moje pochodne kształty/
ktoś ciągle śpiewa głosami mych ofiar w tle, naśladując idealnie/
Przypomina mi ich strach przed nadchodzącym Pseudoheliosem/
zamykane przede mną żółte drzwi do pokoju, drzwi do piekła/
które i tak wyważę, i wejdę do tej szczeliny, i zmieszczę się tam</strofa>


</liryka_l>



</utwor>