<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/rilke-malte/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Rilke, Rainer Maria</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Malte</dc:title>
<dc:contributor.translator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Hulewicz, Witold</dc:contributor.translator>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Bułka, Aleksandra</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Bułka, Aleksandra</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Modernizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Powieść</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska. Wydano z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/rilke-malte</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Rainer Maria Rilke, Malte. Pamiętnik Malte-Lauridsa Brigge, tłum. Witold Hulewicz, wyd. Czytelnik, Warszawa 1979.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Witold Hulewicz zm. 1941</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2012</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2013-06-19</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language><dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/image/5579.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Candles in the snow 2, Ray García@Flickr, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/5579</dc:relation.coverImage.source>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/rilke-malte.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0811-9</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/rilke-malte.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1786-9</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/rilke-malte.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2741-7</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/rilke-malte.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3807-9</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/rilke-malte.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4893-1</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<category.thema.main>FBC</category.thema.main>
    <category.thema>1DDF</category.thema>
    <category.thema>3MN</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><powiesc>
<abstrakt>

<akap><tytul_dziela>Malte</tytul_dziela> to powieść Rainera Marii Rilkego o charakterze autobiograficznym. Główny bohater, mieszkający od kilku tygodni w Paryżu, obserwuje rzeczywistość i snuje refleksje o charakterze egzystencjalnym.</akap>


 
<akap>Nadwrażliwy i niespokojny, przeżywający niemoc twórczą, ubogi, obserwuje niedolę ludzką, sięga pamięcią do lat dziecinnych i usilnie próbuje uchwycić, zatrzymać bezlitośnie uciekające życie.</akap>


 
<akap>Rainer Maria Rilke to austriacki poeta i prozaik, którego lata twórczości przypadają na koniec XIX i początek XX wieku. Uchodzi za jednego z prekursorów egzystencjalizmu w literaturze. Do jego autoryterów literackich należeli Schiller i Tołstoj, Rilke natomiast inspirował m.in. Stanisława Lema. Powieść <tytul_dziela>Malte</tytul_dziela> została wydana po raz pierwszy w 1912 roku, po jej wydaniu Rilke doświadczył dwunastoletniego kryzysu twórczego.</akap>


 


</abstrakt>
<autor_utworu>Rainer Maria Rilke</autor_utworu>



<nazwa_utworu>Malte</nazwa_utworu>

 
<podtytul>Pamiętniki
Malte-Lauridsa Brigge</podtytul>

<nota_red>
<akap>niesposób -> nie sposób; mię -> mnie</akap>
</nota_red>





<nota><akap>11 września, rue<pe><slowo_obce>rue</slowo_obce> (fr.) --- ulica.</pe> Toullier.</akap></nota>





<akap>Tak, a więc tu przychodzą ludzie, aby żyć, myślałbym raczej, że tu można umierać. Byłem poza
domem. Widziałem szpitale. Widziałem człowieka,
który zachwiał się i runął. Ludzie zebrali się wkoło
niego, to oszczędziło mi reszty. <begin id="b1370691997976-612972866"/><motyw id="m1370691997976-612972866">Kobieta</motyw>Widziałem brzemienną kobietę. Sunęła ciężko wzdłuż wysokiego,
ciepłego muru, którego czepiała się niekiedy, jakby chcąc się przekonać, czy jeszcze istnieje. Tak,
mur stał jeszcze. A za nim? Poszukałem w planie:
Maison d'Accouchement<pe><slowo_obce>Maison d'Accouchement</slowo_obce> (fr.) --- dom porodów.</pe>. Zgoda. Pomogą jej rodzić --- potrafią.<end id="e1370691997976-612972866"/> Dalej rue Saint-Jacques, wielki
dom z kopułą. Plan objaśniał: Val-de-Grâce, Hospital militaire<pe><slowo_obce>Hospital militaire</slowo_obce> (fr.) --- szpital wojskowy.</pe>. Tego właściwie nie potrzebowałem
wiedzieć, ale nie szkodzi. Uliczka zaczęła zewsząd
cuchnąć. Pachniało, o ile można było rozróżnić,
jodoformem<pe><slowo_obce>jodoform</slowo_obce> --- żółta, krystaliczna substancja, jeden z pierwszych środków antyseptycznych.</pe>, tłuszczem od <slowo_obce>pommes frites</slowo_obce><pe><slowo_obce>pommes frites</slowo_obce> (fr.) --- frytki.</pe>, strachem.
Wszystkie miasta cuchną w lecie. Potem widziałem
dziwnie bielmooki dom, w planie go nie było,
ale nad drzwiami był dość jeszcze czytelny napis:
<slowo_obce>Asyle de nuit</slowo_obce><pe><slowo_obce>Asyle de nuit</slowo_obce> (fr.) --- schronienie nocne.</pe>. Obok wejścia były ceny. Przeczytałem. Niedrogo.</akap>




<akap><begin id="b1370692177452-2050589074"/><motyw id="m1370692177452-2050589074">Dziecko, Choroba</motyw>A poza tym? Dziecko w stojącym wózku: grube,
zielonawe, z wyraźną wysypką na czole. Krosty
goiły się widocznie i nie bolały. Dziecko spało, miało otwarte usta, oddychało jodoformem, tłuszczem <slowo_obce>pommes frites</slowo_obce>, strachem. Na to nie ma rady. Cała rzecz w tym, żeby żyć. W tym cała rzecz.<end id="e1370692177452-2050589074"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Że też nie mogę odzwyczaić się od spania przy
otwartym oknie. Elektryczne tramwaje pędzą z hukiem przez mój pokój. Automobile przejeżdżają
po mnie. Drzwi jakieś zatrzasnęły się. Gdzieś leci
z brzękiem szyba, słyszę, jak śmieją się jej wielkie
odłamki, jak chichoczą małe. Potem nagły, głuchy,
zamknięty łomot z drugiej strony, w środku domu.
Ktoś idzie po schodach. Zbliża się, zbliża bezustannie. Już tu jest, już dawno jest, przechodzi. I znów
ulica. Dziewczyna skrzeczy:</akap>




<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ah, tais-toi, je ne veux plus</slowo_obce><pe><slowo_obce>Ah, tais-toi, je ne veux plus</slowo_obce> (fr.) --- Ach, uspokój się, już nie chcę.</pe>.</akap_dialog>




<akap>Tramwaj nadbiega wzburzony do żywego, leci
przez nich, przez wszystko. Ktoś woła. Ludzie
pędzą, mijają się. Szczeka pies. Co za ulga: pies!
Nad ranem nawet kogut pieje --- i to jest błogość
bez granic. Potem zasypiam nagle.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><begin id="b1370692339013-2931074309"/><motyw id="m1370692339013-2931074309">Cisza</motyw>To są szmery. Ale jest tu coś, co jest straszniejsze:
cisza. Myślę, że przy wielkich pożarach czasem następuje nagle taka chwila najwyższego napięcia,
strugi wody opadają, strażacy przestają się wspinać,
nikt się nie rusza. Bez szmeru wysuwa się naprzód
czarny gzyms w górze --- i wielka ściana, za którą
strzela ogień, pochyla się bez szmeru. Wszyscy
stoją i czekają z podniesionymi ramionami, z twarzą
namarszczoną na oczy, czekają straszliwego ciosu.
Taka jest tutaj cisza.<end id="e1370692339013-2931074309"/></akap>


 

<akap>Uczę się patrzeć. Nie wiem, dlaczego wszystko
głębiej wchodzi we mnie, a nie zatrzymuje się w tym
miejscu, gdzie się dawniej zawsze kończyło. Posiadam wnętrze, o którym nie wiedziałem. Wszystko
tam teraz wchodzi. Nie wiem, co się tam dzieje.</akap>




<akap><begin id="b1370692462709-406821679"/><motyw id="m1370692462709-406821679">List, Czas</motyw>Napisałem dzisiaj list, przy tym uderzyła mnie nagła świadomość, że jestem tu dopiero od trzech
tygodni. Trzy tygodnie gdzieś indziej, na wsi
na przykład, to mogło być jak dzień, tu są to lata.
Nie napiszę też już żadnego listu. Po co mam komuś mówić, że się zmieniam? Jeżeli się zmieniam,
to przecie i tak nie pozostanę tym, kim byłem, a skoro jestem czymś innym niż dotąd, wtedy rzecz
jasna, że nie mam znajomych. A do ludzi obcych,
do ludzi, którzy mnie nie znają, pod żadnym pozorem pisywać nie mogę.<end id="e1370692462709-406821679"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Czy powiedziałem to już? Uczę się patrzeć.
Tak, zaczynam. Trudno mi jeszcze. Ale chcę czas
swój wyzyskać.</akap>




<akap>Że też na przykład nigdy nie uświadomiłem sobie,
ile istnieje twarzy. Jest moc ludzi, ale jeszcze znacznie więcej twarzy, bo każdy ma kilka. Są ludzie,
co jedną twarz noszą latami, naturalnie twarz
się zużywa, brudzi, łamie w bruzdach, rozłazi
się jak rękawiczki noszone w podróży. To są ludzie
oszczędni, prości; nie zmieniają twarzy, nawet
jej nie każą czyścić. Twierdzą, że jest dość dobra,
a kto im dowiedzie, że jest inaczej? Pytanie, oczywiście, skoro mają kilka twarzy, co czynią z pozostałymi? Przechowują je. Ich dzieci mają je nosić.
Ale zdarza się także, iż psy chadzają w nich po dworze.
Dlaczegóżby nie? Twarz to twarz.</akap>




<akap><begin id="b1370692780598-2204210441"/><motyw id="m1370692780598-2204210441">Czas</motyw>Inni ludzie niesamowicie szybko nakładają twarze, jedną po drugiej i zużywają je. Wydaje im się
zrazu, że zapas im starczy na zawsze, ale zaledwie
dochodzą do czterdziestki: oto już ostatnia. Jest
w tym oczywiście pewien tragizm. Nie przywykli
do oszczędzania twarzy, ostatnia po tygodniu jest
zużyta, dziurawa, w wielu miejscach cienka jak papier --- i oto potem stopniowo wychodzi na wierzch
podkład, ta nie-twarz i z nią się obnoszą.<end id="e1370692780598-2204210441"/></akap>




<akap>Ale ta kobieta, ta kobieta: zupełnie wtoczyła
się w siebie, całym ciężarem zapadła twarzą w dłonie. Było to na rogu rue Notre-Dame-des-Champs.
Zacząłem stąpać cicho, skoro ją ujrzałem. Kiedy
ubodzy zamyślają się, nie wolno im przeszkadzać.
Może jednak wpadnie im na myśl?</akap>




<akap>Ulica była zbyt pusta, jej pustka nudziła się i krok
wyciągała mi spod nóg, i klekotała nim wokoło,
tu i tam, jak drewnianym chodakiem. Kobieta
w nagłym przestrachu poderwała się zbyt ostro,
zbyt prędko --- i twarz pozostała w rozwartych
dłoniach. Ujrzałem tam tę twarz, jej pustą formę,
z nieopisanym wysiłkiem przykułem się do tych
dłoni, aby nie zobaczyć tego, co się od nich oderwało.
Groza mnie zdjęła na widok twarzy od środka, ale
jeszcze więcej bałem się nagiej rany, tej głowy bez
twarzy.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Boję się. Na strach trzeba coś zaradzić, skoro
się go ma. Byłoby to brzydko tu zachorować, a gdyby ktoś wpadł na pomysł przewiezienia mnie do Hôtel-Dieu, umarłbym tam z pewnością. Ten hotel jest przyjemnym hotelem, ma niesłychane powodzenie. Trudno obserwować fasadę katedry paryskiej bez niebezpieczeństwa wpadnięcia pod
jeden z tych licznych pojazdów, które przez otwarty
plac muszą tam wjeżdżać z najwyższą szybkością.
Są więc małe omnibusy, co bezustannie dzwonią,
a sam książę żegański musiałby zatrzymać swoją
karetę, jeśliby taki umierający nieborak uparł się
jechać prostą drogą do Hotelu Pana Boga. Umierający są uparci, a cały Paryż staje w miejscu, skoro
Madame Legrand, <slowo_obce>brocanteuse</slowo_obce><pe><slowo_obce>brocanteuse</slowo_obce> (fr.) --- handlarka starzyzną.</pe> z rue des Martyrs,
zajeżdża na pewien plac w Citè. Zauważyć należy,
że te piekielnie małe wózki posiadają wysoce interesujące szyby mleczne, poza którymi wyobrazić
sobie można najwspanialsze agonie; na to wystarczy fantazja konsjerżki<pe><slowo_obce>konsjerżka</slowo_obce> (z fr.) --- dozorczyni.</pe>. Kto posiada wyższą jeszcze
imaginację i skieruje ją w inne strony, dla tego
domysły nie mają granic. Ale widywałem tam i otwarte dorożki, płatne od czasu, dorożki z podniesioną
budą, jadące podług zwykłej taksy<pe><slowo_obce>taksa</slowo_obce> --- stawka.</pe>: dwa franki od
godziny umierania.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><begin id="b1370693014605-2291493459"/><motyw id="m1370693014605-2291493459">Śmierć</motyw>Znakomity ów hotel jest bardzo stary, już za czasów króla Klodoweusza umierano tu w paru łóżkach. Teraz umiera się w pięćset pięćdziesięciu
dziewięciu. Naturalnie fabrycznie. Przy tak znacznej produkcji poszczególna śmierć nie jest wykonana szczególnie dobrze, ale nie o to przecież chodzi. O masę chodzi. Któż dzisiaj da coś jeszcze
za dobrze wykonaną śmierć? Nikt. Nawet bogacze,
którzy by mogli przecież pozwolić sobie na szczegółowe umieranie, stają się niedbali i obojętni;
życzenie posiadania własnej śmierci spotyka się
coraz rzadziej. Jeszcze chwila, a stanie się równie
rzadkim jak własne życie. Boże, to wszystko już
jest. Przychodzi się, znajduje życie gotowe, że tylko
się w nie ubrać. Chce się odejść albo jest się do tego
zmuszonym: no, bez fatygi:</akap>




<akap_dialog>--- <slowo_obce>Voilà votre mort, monsieur</slowo_obce><pe><slowo_obce>Voilà votre mort, monsieur</slowo_obce> (fr.) --- oto pańska śmierć, proszę pana.</pe>.</akap_dialog>




<akap>Umiera się, jak się zdarzy; umiera się śmiercią,
jaka należy do tej choroby, którą się ma (bo odkąd
znane są wszystkie choroby, wiadomo także, iż
rozmaite śmiertelne zakończenia należą do chorób,
a nie do ludzi; pacjent poniekąd nie ma nic do roboty).<end id="e1370693014605-2291493459"/></akap>




<akap>W lecznicach, kędy<pe><slowo_obce>kędy</slowo_obce> (daw.) --- gdzie.</pe> umieranie jest tak chętne
i tak pełne wdzięczności dla lekarzy i sióstr, umiera
się jedną z śmierci zaangażowanych w zakładzie;
jest to mile widziane. Umierając jednak w domu,
wybiera się oczywiście oną uprzejmą śmierć wyższych sfer, od której niejako już się zaczyna pogrzeb
pierwszej klasy, a z nim cały szereg jego przepięknych
obrządków. I oto stoi tłum ubogich przed takim
domem i patrzy do syta. Ich śmierć jest naturalnie
banalna, bez żadnych względów. Cieszą się, gdy
znajdą śmierć dostosowaną jako tako. Za obszerna
może być: trochę na wyrost. Tylko jeśli się na piersiach nie dopina albo dławi, wtenczas jest bieda.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><begin id="b1370693678860-585499075"/><motyw id="m1370693678860-585499075">Śmierć</motyw>Kiedy myślę o naszym domu, gdzie teraz nie ma
już nikogo, wtedy sądzę, że wówczas musiało być
inaczej. Dawniej wiedziano (albo może domyślano
się), że śmierć człowiek nosi w sobie jak owoc pestkę.
Dzieci miały w sobie małą, a dorośli dużą. Kobiety
miały ją w łonie, a mężczyźni w piersi. Dość, że
się ją miało --- a to dawało człowiekowi osobliwą,
dostojną i cichą jakąś dumę.<end id="e1370693678860-585499075"/></akap>




<akap>Po moim dziadku jeszcze, starym szambelanie
Brigge, znać było, że nosił śmierć w sobie. I jaka
to ona była: przez dwa miesiące, a tak głośna, że
ją słychać było aż na folwarku.</akap>




<akap>Długi, stary dwór za ciasny był na tę śmierć,
zdawało się, że trzeba dobudowywać skrzydła,
gdyż ciało szambelana stawało się coraz większe i chciał, aby go ustawicznie przenosić do innej
komnaty, i zapalał się straszliwym gniewem, skoro
dzień się nie kończył, a już nie było pokoju, w którym jeszcze nie leżał.</akap>




<akap>Potem cały ów korowód sług, niewiast i psów,
które stale miał koło siebie, ruszał na górę po schodach do komnaty śmiertelnej jego nieodżałowanej
nieboszczki matki. A ta komnata, opuszczona przez
nią dwadzieścia trzy lata temu, zachowana była
w nietkniętym stanie, a nigdy nikt nie miał do niej
wstępu. Teraz wdarła się tam cała ta zgraja. Podniesiono rolety i pyzate światło letniego popołudnia jęło<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> macać wszystkie te płoche<pe><slowo_obce>płochy</slowo_obce> (daw.) --- lekkomyślny, niestały w uczuciach.</pe>, wystraszone
przedmioty i obracało się niezdarnie w potłuczonych zwierciadłach. A ludzie nie inaczej się zachowywali. Więc były służebne, którym z ciekawości
latały palce, chłopcy kredensowi z wybałuszonymi
oczyma, starzy lokaje, którzy obchodząc dokoła
usiłowali przypomnieć sobie wszystko, co im naopowiadano o tym zamkniętym pokoju, do którego
wtargnęli oto szczęśliwie.</akap>




<akap><begin id="b1370695129248-3269167421"/><motyw id="m1370695129248-3269167421">Pies</motyw>Nade wszystko jednak pobytem w komnacie,
gdzie pachniały wszystkie rzeczy, podniecone były psy. Wielkie, szczupłe charty rosyjskie biegały
zaaferowane za wysokimi fotelami i w poprzek
komnaty długim, tanecznym krokiem, kołyszącym
się ruchem; stawały na zadnich nogach jak herbowe gryfy i wąskie łapy opierając na biało-złotym
parapecie okna, spozierały spiczastym, skupionym
pyskiem i podniesionym czołem w prawo i w lewo
na dziedziniec. Małe, jak rękawiczka żółte jamniki
z wyrazem spokoju, jak gdyby wszystko było w najlepszym porządku, siedziały na szerokim jedwabnym
fotelu pod oknem, a nastroszony, mrukliwy wyżeł
tarł grzbiet o pozłocistą nogę stołu, na którego
płycie malowanej drżały sewrskie filiżanki.<end id="e1370695129248-3269167421"/></akap>




<akap>Tak, były to czasy okropne dla tych nieprzytomnych, zaspanych przedmiotów. Zdarzało się, że
z książek, niezgrabnie otwartych porywczą ręką,
wypadły chwiejnie zaschłe płatki róży i podeptano
je. Ktoś chwytał małe słabowite cacka i natychmiast
stłuczone odkładał pośpiesznie, niejeden gracik ukryty wepchnięto za kotarę lub zgoła rzucono za złotą
kratę kominka. A od czasu do czasu coś z brzękiem
stłumionym padało na dywan, jasno padało na twardą posadzkę, bo rzeczy te, nader rozpieszczone,
nie znosiły upadku.</akap>




<akap>I gdyby ktoś wpadł na pomysł zapytania, jaka
jest przyczyna tego wszystkiego i co na ów trwożnie
strzeżony pokój sprowadziło pełnię zagłady --- odpowiedź byłaby tylko jedna: śmierć.</akap>




<akap>Śmierć szambelana Krzysztofa Detlefa Brigge
na Ulsgaardzie. Ten bowiem, ogromny, przelewający się z granatowego munduru, leżał pośrodku
posadzki i nie ruszał się. W obcym, wielkim, nikomu już nie znanym obliczu oczy były zamknięte:
nie widział, co się działo. Próbowano zrazu kłaść
go na łożu, lecz on się bronił, bo łóżka nienawidził
od czasu onych pierwszych nocy, kiedy choroba
jego urosła. Zresztą łóżko na górze okazało się zbyt
małe, więc nic nie pozostało innego, jak złożyć
go tak na kobiercu; na dół bowiem wracać nie chciał.</akap>




<akap>Leżał więc tak i można było mniemać, że umarł.
Kiedy powoli zaczęło zmierzchać, psy jeden po
drugim wysunęły się przez szparę drzwi, tylko nastroszony wyżeł z mrukliwą twarzą siedział przy
swoim panu, a szeroka, włochata jego łapa spoczęła
na wielkiej, szarej ręce Krzysztofa Detlefa. Także
służba stała teraz za drzwiami w białym korytarzu,
jaśniejszym niż pokój; ci wszakże, którzy jeszcze
pozostali wewnątrz, spozierali czasem na tę wielką,
czerniejącą masę w pośrodku, z gorącym życzeniem,
aby to nie było już niczym, tylko wielkim mundurem nad zepsutą rzeczą.</akap>




<akap>Ale to jeszcze było czymś. Było głosem, głosem,
którego przed siedmiu tygodniami nie znał nikt:
nie był to bowiem głos szambelana. Nie Krzysztof
Detlef był właścicielem tego głosu, lecz śmierć
Krzysztofa Detlefa.</akap>




<akap>Tak więc śmierć Krzysztofa Detlefa już od wielu,
wielu dni żyła w Ulsgaardzie i gadała z wszystkimi,
i żądała. Żądała, aby ją obnoszono, żądała błękitnej
komnaty, żądała saloniku, żądała wielkiej sali. Żądała psów, żądała śmiechu, rozmów, zabawy i ciszy, i wszystkiego na raz. Żądała widoku przyjaciół,
niewiast i zmarłych, i żądała własnego skonu:
żądała. Żądała z wielkim krzykiem.</akap>




<akap>Bo skoro noc przyszła i ci spośród przemęczonych sług, co nie byli wyznaczeni do czuwania,
próbowali zasnąć, wtenczas śmierć Krzysztofa Detlefa krzyczała, krzyczała i stękała, wyła tak długo
i nieprzerwanie, że psy zrazu wyjące do wtóru milkły
i nie śmiały się położyć, i stojąc na długich, smukłych,
drżących nogach, bały się.</akap>




<akap>A ludzie we wsi, co słyszeli jej ryk poprzez daleką, srebrną, duńską noc letnią, wstawali jak w czas
burzy i zasiadali bez słowa wkoło lampy, póki
nie ustało. A kobiety bliskie rozwiązania układano
w najdalszej izbie i pod najcięższe pierzyny; ale
one słyszały, słyszały tak, jakby to było w ich własnym
żywocie<pe><slowo_obce>żywot</slowo_obce> (daw.) --- brzuch, łono.</pe>, i błagały, aby im także pozwolono wstać,
i przychodziły białe i szerokie, i ze swymi zamazanymi twarzami przysiadały się do drugich. A krowy, które cieliły się w ów czas, były bezradne i zamknięte, a którejś wyrwano z brzucha martwy płód
razem z jelitami, kiedy nie chciał wyjść sam. I wszyscy pracę powszednią wykonywali źle i zapominali
zwieźć siano, ponieważ za dnia lękali się nocy,
a częstym czuwaniem i pełnymi strachu przebudzeniami tak byli przemęczeni, że nic sobie przypomnieć nie mogli. A kiedy w niedzielę szli do białego, pogodnego kościoła, modlili się, aby już nie
było pana na Ulsgaardzie: ten bowiem był strasznym panem. A wszystko to, co myśleli i o co się
modlili, ksiądz mówił głośno z ambony, bo i on
już nie miał żadnych nocy i Boga pojąć nie mógł.
I to samo mówił dzwon, co doczekał się potężnego
rywala, grzmiącego całą noc, na którego rady nie
było, nawet gdy dzwon rozdzwonił się pełnym spiżem. Tak wszyscy to mówili, a był jeden wśród
młodzieńców, który sen miał, że poszedł do pałacu
i dziedzica zabił widłami od gnoju --- i wzburzenie
było tak wielkie, tak ostateczne, tak przedrażnione,
że słuchali wszyscy, kiedy opowiadał swój sen,
i nieświadomie spozierali nań, czy aby był zdolny
do takiego czynu.</akap>




<akap>Tak czuła i mówiła cała okolica, która kilka jeszcze tygodni temu miała dla szambelana miłującą
litość. Ale chociaż tak mówiono, nie zmieniało się
nic. Śmierć Krzysztofa Detlefa, mieszkająca w pałacu Ulsgaard, nie pozwalała się naglić. Przyszła
na dziesięć tygodni i tak też długo pozostała. A w tym
czasie więcej była panem, niż panem był kiedykolwiek Krzysztof Detlef Brigge, była jak król, którego
nazywają Groźnym później i zawsze.</akap>




<akap><begin id="b1370695382886-2867658522"/><motyw id="m1370695382886-2867658522">Śmierć, Pozycja społeczna</motyw>Nie była to śmierć z pierwszej lepszej puchliny,
to była zła, książęca śmierć, którą szambelan przez
całe życie nosił w sobie i z siebie żywił. Cały nadmiar dumy, woli i magnackiej siły, jakiego w spokojnych nawet dniach szambelan zużyć nie mógł,
przeszedł na tę śmierć, na tę śmierć, która teraz siedziała w Ulsgaardzie i trwoniła.</akap>




<akap>Jakim wzrokiem spojrzałby szambelan Brigge
na kogoś, kto by odeń zażądał umierania inną śmiercią niż ta właśnie! Umarł ciężką swoją śmiercią.<end id="e1370695382886-2867658522"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>A gdy myślę o tych innych, których widziałem
lub o których słyszałem: zawsze to samo. Wszyscy
oni mieli własną śmierć. Ci mężowie, którzy ją nosili w zbroi, wewnątrz, jak więźnia, te kobiety, co
stawały się stare i małe i potem na olbrzymim łożu, niby na otwartej scenie, wobec całej familii,
służby i psów, dyskretnie i po magnacku oddawały
ducha. I dzieci, nawet najmniejsze, miały nie jakąkolwiek dziecięcą śmierć --- lecz skupiały się
w sobie i umierały tym, czym już były, i tym, co
byłoby z nich wyrosło.</akap>




<akap>A jaką to nadawało piękność melancholijną kobietom, kiedy w ciąży były i stały, a w ich wielkim
łonie, na którym mimowolnie spoczęły wąskie ręce, były dwa płody: jedno dziecię i jedna śmierć.
Czy ten gęsty, prawie pożywny uśmiech w ich
zupełnie wyprzątniętej twarzy nie pochodził z przypuszczenia, że tamte rosną, jedno i drugie?</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Zaradziłem coś na strach. Siedziałem całą noc
i pisałem, a teraz jestem zmęczony jak po dalekim
marszu po polach Ulsgaardu. Ciężko jest jednak
pomyśleć, że tego wszystkiego już nie ma, że obcy
ludzie mieszkają w starym długim dworze. Może
być, że w białej komnacie na górze, pod szczytem,
teraz śpią dziewki, swój ciężki sen wilgotny śpią
od wieczora do rana.</akap>




<akap>I nie ma się nikogo i nic, i jeździ się po świecie
z walizką i z pudłem książek, i właściwie bez ciekawości. Co to właściwie za życie: bez domu, bez
odziedziczonych rzeczy, bez psów. Gdyby się miało
przynajmniej wspomnienia. Ale kto je ma? Gdyby
dzieciństwo było, ale jest jak pogrzebane. Może
trzeba być starym, aby dosięgnąć tego wszystkiego?
Dobrze to chyba być starym.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Dzisiaj był piękny jesienny ranek. Szedłem przez
Tuilerie<pe><slowo_obce>Tuilerie</slowo_obce> --- dzielnica Paryża między Luwrem a Sekwaną, znana z ogrodów.</pe>. Wszystko, co było na wschód, pod słońce,
raziło. Strona oświetlona była obwieszona mgłą
jak jasnoszarą zasłoną. Szare w szarym wygrzewały
się w słońcu posągi w nie odsłoniętych jeszcze
ogrodach. Pojedyncze kwiaty wstawały w podłużnych klombach i mówiły: <slowo_obce>Rouge<pe><slowo_obce>rouge</slowo_obce> (fr.) --- czerwony.</pe></slowo_obce>! głosem wystraszonym. Potem nadszedł bardzo wysoki, szczupły
człowiek zza rogu od strony Champs-Elysées; niósł
szczudło, ale już nie wsunięte pod pachę --- trzymał
je przed sobą, lekko, a niekiedy uderzał nim o ziemię silnie i głośno, jak laską herolda. Nie mógł
powstrzymać uśmiechu radości i uśmiechał się
wskroś wszystkiego ku słońcu, ku kwiatom. Krok
miał nieśmiały, jak krok dziecka, ale lekki niezwykle,
pełen wspomnień dawnego chodzenia.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Czego to taki mały księżyc nie potrafi! Są dni,
kiedy wszystko wokół człowieka jest światłe, lekkie,
zaledwie napomknięte w jasnym świetle, a jednak
wyraźne. Najbliższe rzeczy mają już tony dali,
ktoś je zabrał i tylko ukazał, nie podał; a co odnosi
się do dali: rzeka, mosty, długie ulice i place, i wszystko, co rozrzutnością oddycha, to ustawiło tę dal
za sobą; jest na niej malowane jak na jedwabiu.
Nie sposób wyrazić, czym może być wtedy jasnozielony wóz na Pont-Neuf albo cośkolwiek czerwonego, co nie da się powstrzymać, albo chociażby
tylko afisz na ognistym murze perłowoszarej grupy
domów. Wszystko jest uproszczone, sprowadzone
do kilku trafnych, jasnych płaszczyzn jak twarz
na obrazie Maneta<pe><slowo_obce>Manet, Edouard</slowo_obce> (1832--1883) ---  malarz francuski, powiązany z ruchem impresjonistów.</pe>. I nic nie jest marne ani zbędne.
Antykwariusze nad kanałem otwierają swoje witryny --- i świeża lub spłowiała żółtość książek, liliowy brąz tomów, większa zieleń jakiejś teki:
wszystko jest w porządku, jest ważne, ma udział
i tworzy pełnię, w której nie brak nic.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Na dole jest takie zestawienie: kobieta pcha
mały wózek; na przedzie katarynka ustawiona wzdłuż.
Za nią w poprzek dziecięcy koszyk, w którym maleństwo stoi silnie na nogach, rozpromienione, w czepku, i nie pozwala się posadzić. Od czasu do czasu
kobieta kręci katarynkę. Maleństwo wtedy natychmiast podnosi się znowu tupiąc w swym koszyku,
a dziewczynka w zielonej odświętnej sukience tańczy i bije w tamburino ku górnym oknom.</akap><sekcja_swiatlo/>



<akap>Sądzę, że powinienem zacząć jakąś pracę, teraz, kiedy uczę się patrzyć. Mam dwadzieścia osiem lat
i właściwie nic się nie stało. Powtórzmy: napisałem
o Carpacciu<pe><slowo_obce>Carpaccio, Vittore</slowo_obce> (1465--1526) --- malarz włoski, przedstawiciel szkoły weneckiej.</pe> studium, które jest złe, dramat, który
się zwie <tytul_dziela>Małżeństwo</tytul_dziela> i coś fałszywego usiłuje
dowieść dwuznacznymi środkami, i poezje. <begin id="b1370697751910-3976906518"/><motyw id="m1370697751910-3976906518">Poezja</motyw>Ach, te poezje to takie nic, kiedy się je pisze za młodu.
Powinno się z tym czekać i gromadzić sens i słodycz
przez całe jedno życie, i to długie o ile możności,
a potem na samym końcu, może potem mogłoby
się napisać dziesięć dobrych wierszy.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Poezje nie są bowiem, jak ludzie sądzą, uczuciami (uczucia miewa się dość wcześnie) --- są doświadczeniami. Gwoli jednej strofy trzeba wiele miast
zobaczyć, ludzi i rzeczy, trzeba znać zwierzęta,
trzeba czuć, jak latają ptaki, i znać gest, z jakim
małe kwiaty otwierają się o świcie. Trzeba umieć
myśleć wstecz o drogach w nieznajomych stronach, o niespodzianych spotkaniach i rozstaniach, których
nadejście widziało się dawno --- o dniach dzieciństwa jeszcze nie wyjaśnionych, o rodzicach, których
się martwić musiało, skoro dziecku radość nieśli,
a dziecko jej nie rozumiało (była to radość dla kogoś
innego), o dziecięcych chorobach, co poczynają
się tak dziwnie w tylu ciężkich i głębokich przemianach, o dniach w cichych, bezszmernych izbach i o rankach nad morzem, o morzu w ogóle, o morzach, o nocach podróżniczych, co w dal szumiały hen
w górze i z wszystkimi gnały gwiazdami --- a to jeszcze nie dosyć, jeżeli komuś wolno myśleć o tym
wszystkim! Trzeba mieć wspomnienia wielu nocy
miłosnych, z których żadna nie była równa drugiej,
krzyku rodzących i wspomnienia lekkich, białych,
śpiących położnic, które się zamykają. Ale i przy
konających trzeba było spędzać czas, przy zmarłych
trzeba było siedzieć w izbie z otwartym oknem i miarowymi szmerami. A nie wystarcza i to jeszcze,
że się ma wspomnienia. Trzeba je umieć zapomnieć,
jeśli jest ich wiele, i trzeba mieć tę wielką cierpliwość czekania, póki nie wrócą. Bo wspomnienia
same to jeszcze nie to. Dopiero kiedy krwią się staną w nas, spojrzeniem i gestem, czymś bezimiennym
i nie dającym się odróżnić od nas samych, dopiero
wtenczas zdarzyć się może, iż w jakiejś bardzo
odosobnionej godzinie pierwsze słowo poezji wstanie pośrodku nich i z nich wyjdzie.<end id="e1370697751910-3976906518"/></akap>



<akap>Wszystkie natomiast moje poezje w inny sposób
powstały i dlatego nie są żadnymi.</akap>




<akap><slowo_obce/>A kiedy pisałem dramat, jakże jam wtedy błądził! Czy naśladowcą byłem lub błaznem, że potrzeba mi było kogoś Trzeciego, by opowiadać
o losie dwojga ludzi, którzy sobie nawzajem utrudniali życie? Jak łatwo wpadłem w pułapkę. A powinienem był przecież wiedzieć, że ten Trzeci,
który idzie przez wszystkie życia i literatury --- że
ten upiór jakiegoś Trzeciego, który nie istniał nigdy, nie ma znaczenia, że go trzeba negować. Należy
on do pretekstów natury, która wiecznie usiłuje
odwieść uwagę ludzi od swych najgłębszych tajemnic. On jest parawanem, za którym odgrywa
się dramat. On jest hałasem u wejścia do bezgłośnej
ciszy istotnego konfliktu. Można by sądzić, że
wszystkim było dotąd za trudno mówić o tych dwojgu, o których chodzi; ów Trzeci, właśnie ponieważ
jest tak nierzeczywisty, jest łatwą stroną zadania,
umieli go wszyscy. Na samym początku ich dramatów czuje się niecierpliwość dojścia do tego Trzeciego, trudno się go doczekać. Skoro on się zjawia,
wszystko jest dobrze. Lecz jakaż nuda, kiedy on
się spóźnia, nic się dziać nie może bez niego, wszystko
staje, tamuje się, czeka. A nużby się na tym zatrzymaniu i zastoju skończyło? <begin id="b1370698115573-850987671"/><motyw id="m1370698115573-850987671">Teatr</motyw>A nuż, panie dramaturgu, i ty, publiczności, która znasz życie, a nuż
on zaginie bez wieści, ten ulubiony <slowo_obce>viveur</slowo_obce><pe><slowo_obce>viveur</slowo_obce> (fr.) --- człowiek korzystający z życia.</pe> albo ten
zarozumiały młodzieniec, co każde małżeństwo otwiera jak wytrych? A nużby jego, na przykład, diabli
wzięli? Przypuśćmy. Czuje się nagle sztuczną pustkę
teatrów, zamurowuje się je, jak niebezpieczne dziury, tylko mole z krawędzi lóż tłuką się w beznadziejnej próżni. Dla autorów dramatycznych skończyło
się używanie w wytwornych willach. Całe publiczne węszycielstwo szuka dla nich w odległych krajach tego jednego niezbędnego, który był akcją
samą.<end id="e1370698115573-850987671"/></akap>




<akap>A tymczasem oni mieszkają wśród ludzi, nie
ci Trzeci, ale ci dwoje, o których można by mówić
tak nieskończenie wiele, o których jeszcze nigdy
nic nie powiedziano, mimo że cierpią i działają,
i rady sobie dać nie mogą.</akap>




<akap>Śmieszne to. Siedzę tu w moim pokoiku, ja, Brigge, który skończył dwadzieścia osiem lat i o którym nikt nic nie wie. Siedzę tu i jestem niczym.
A jednak --- to nic zaczyna myśleć i myśli, na wyżynie piątego piętra, pewnego szarego paryskiego
popołudnia taką myśl:</akap>




<akap>Czy to być może --- myśli --- że się jeszcze nic
rzeczywistego ani ważnego nie widziało, ani poznało, ani rzekło? Czy to być może, iż przez tysiące
lat miało się czas patrzeć, myśleć i spisywać --- i że
się te tysiące lat spędziło jak pauzę szkolną, w której
zjada się kromkę chleba i jabłko?</akap>




<akap>Tak, to może być.</akap>




<akap>Czy to być może, iż mimo wynalazków i postępu,
mimo kultury, religii i mądrości świata pozostało
się na powierzchni życia? Czy być może, iż tę nawet powierzchnię, która ostatecznie jednak byłaby
czymś, pokryło się niesłychanie nudnym materiałem,
skutkiem czego wygląda jak salonowe meble podczas
letnich wakacji?</akap>




<akap>Tak, to może być.</akap>




<akap>Czy to może być, że całą historię świata zrozumiano fałszywie? Czy to być może, iż przeszłość
jest fałszywa, gdyż zawsze mówiono o jej masach
tak, jak gdyby opowiadano o zbiegowisku licznych
ludzi, zamiast mówić o tym jednym, wkoło którego
stali, ponieważ był obcy i umarł?</akap>




<akap>Tak, to może być.</akap>




<akap><begin id="b1370698263574-2049729063"/><motyw id="m1370698263574-2049729063">Historia</motyw>Czy to być może, iż mniemano, że trzeba dogonić to, co się wydarzyło, zanim się przyszło na świat?
Czy to może być, że trzeba było przypominać każdemu, iż powstał z wszystkich poprzednich ludzi,
że on to wie i dlatego nic nie powinien sobie pozwolić wmówić tym, którzy wiedzą co innego?</akap>




<akap>Tak, to może być.</akap>




<akap>Czy to może być, że wszyscy ci ludzie znają najdokładniej przeszłość, której nie było nigdy? Czy
może być, że wszystkie rzeczywistości nie są niczym
dla nich? Że życie ich upływa niezwiązane z niczym,
jak zegar w pustym pokoju?</akap>




<akap>Tak, to może być.<end id="e1370698263574-2049729063"/></akap>




<akap><begin id="b1370698322830-3577046086"/><motyw id="m1370698322830-3577046086">Osoba</motyw>Czy to może być, że się nic nie wie o tych dziewczynach, które przecie żyją? Że mówi się: ,,kobiety", ,,dzieci", ,,chłopcy", a nie przeczuwa się (nie ma
się pojęcia mimo całego wykształcenia), że słowa
te już dawno nie mają liczby mnogiej, a tylko niezliczone liczby pojedyncze?<end id="e1370698322830-3577046086"/></akap>




<akap>Tak, to może być.</akap>




<akap><begin id="b1370698361831-2624652401"/><motyw id="m1370698361831-2624652401">Bóg</motyw>Czy to być może, iż są ludzie mówiący ,,Bóg"
i myślący, że to jest coś wspólnego? --- I spójrz na
dwoje dzieci szkolnych: kupi sobie jeden scyzoryk,
a sąsiad kupi sobie taki sam tego samego dnia.
I pokazują sobie po tygodniu te dwa scyzoryki,
i widać, że już bardzo mało są podobne do siebie ---
tak odmiennie rozwinęły się w odmiennych rękach.
(Tak --- powie na to jedna z matek --- bo wy zawsze
wszystko musicie od razu zużyć.) Więc tak: czy
możliwe jest przypuszczenie, że można mieć Boga,
nie zużywając Go?</akap>




<akap>Tak, jest możliwe.<end id="e1370698361831-2624652401"/></akap>




<akap>Jeżeli wszakże wszystko to jest możliwe, jeżeli ma choć szczyptę możliwości --- to wtedy,
na miłość boską, musi się coś stać!</akap>




<akap>Pierwszy z brzegu, ten, który miał tę myśl niepokojącą, musi zacząć robić coś z tych zaniedbanych
rzeczy; choćby tylko był kimkolwiek, bynajmniej
nie najodpowiedniejszym: po prostu innego nie ma.
Ten młody, byle jaki cudzoziemiec Brigge będzie
musiał usiąść na piątym piętrze i pisać dzień i noc:
tak, będzie musiał pisać, na tym się skończy.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Dwanaście chyba lat miałem w tych czasach albo
trzynaście co najwyżej. Ojciec zabrał mnie z sobą
do Urne. Nie wiem, co go skłoniło do odwiedzenia
teścia. Ci dwaj ludzie nie widzieli się od wielu lat,
od czasu śmierci mej matki, a nawet mój ojciec jeszcze nigdy nie był w starym zamku, w którym hrabia Brahe zamknął się dopiero w podeszłych latach.
Osobliwego tego domu nigdy później nie ujrzałem; po śmierci mego dziadka przeszedł w obce ręce.
<begin id="b1370698640886-955144561"/><motyw id="m1370698640886-955144561">Pamięć</motyw>To, co odnajduję w dziecięco ukształtowanym
wspomnieniu, nie jest budynkiem; jest we mnie zupełnie pokawałkowane: tu komnata, ówdzie komnata, a tam kawał korytarza, który nie łączy dwu tych
komnat, lecz zachowany jest sam w sobie jako fragment. W ten sposób wszystko we mnie jest rozsypane --- pokoje, schody, opuszczające się z tylu
ceregielami, i inne wąskie, kręcone schodki, a w ich
ciemnicy szło się tak, jak krew idzie w żyłach; izdebki
na wieży, wysoko zawieszone balkony, niespodziane altany, na które wpadało się ni stąd, ni zowąd
z jakichś małych drzwi; wszystko to jest jeszcze
we mnie i nigdy nie przestanie być. Obraz tego domu runął niejako we mnie z nieskończonej wyżyny
i na dnie moim rozstrzaskał się.<end id="e1370698640886-955144561"/></akap>




<akap>Zupełnie utrzymana w moim sercu jest, jak się
zdaje, tylko ta sala, w której zbieraliśmy się na obiad,
codziennie o siódmej wieczorem. Nigdy tej komnaty nie widziałem za dnia, nie przypominam sobie
nawet, czy miała okna i na co wychodziły; kiedy
schodziła się rodzina, zawsze już świece jarzyły
się w ciężkich kandelabrach --- i po kilku minutach
zapominało się o czasie i o wszystkim, co się widziało na dworze. Wysoka i, jak się domyślam, sklepiona ta przestrzeń była mocniejsza nad wszystko;
ciemniejącym stropem i nigdy do cna nie wyjaśnionymi kątami wysysała z człowieka wszystkie obrazy,
nie dając w zamian nic określonego. Siedziałeś
tam nieobecny duchem; bez żadnej woli, bez opamiętania, bez chęci, bez sprzeciwu. Byłeś jak puste
miejsce.</akap>




<akap>Przypominam sobie, że ten nieznośny nastrój
przyprawiał mnie zrazu niemal o mdłości, o coś
w rodzaju morskiej choroby, którą przezwyciężyć
umiałem tylko w ten sposób, że wyciągałem nogę,
aż czubkiem trąciłem kolano ojca siedzącego naprzeciw mnie. Później dopiero uderzyło mnie to,
że ojciec dziwne to zachowanie zdawał się rozumieć,
czy przynajmniej znosić, choć był między nami
stosunek raczej chłodny, nieusprawiedliwjający podobnej poufałości. Tymczasem właśnie owo lekkie
dotknięcie dawało mi siłę przetrwania długich obiadów. I po kilku tygodniach kurczowych zmagań
tak dalece przywykłem, dzięki nieograniczonej
wprost, dziecięcej zdolności przystosowania się do
niesamowitości tych schadzek, że już bez wysiłku
potrafiłem siedzieć po dwie godziny przy stole;
teraz mijały one dość nawet szybko, bo zajmowała
mnie obserwacja obecnych.</akap>




<akap>Dziadek mój nazywał to ,,rodziną", a słyszałem
nawet u drugich to zupełnie dowolne wyrażenie.
Chociaż bowiem czworo tych ludzi spowinowaconych
było w odległym stopniu, nic a nic ich jednak nie
łączyło. Stryj, siedzący obok mnie, był to człowiek
stary, o twardej, ogorzałej<pe><slowo_obce>ogorzały</slowo_obce> --- o cerze ściemniałej wskutek częstego przebywania na słońcu.</pe> twarzy z kilku czarnymi
plamami --- pozostałością, jak się dowiedziałem,
od eksplozji ładunku prochowego; mruk ten i malkontent podał się jako major do dymisji --- i teraz
w nie znanej mi izbie pałacu robił doświadczenia
alchemiczne, a prócz tego, według opowiadań służby, utrzymywał stosunki z jakimś więzieniem, skąd
mu raz albo dwa razy do roku przysyłano zwłoki.
Zamykał się z nimi na całe dni i noce, krajał i preparował w tajemniczy sposób, zabezpieczając od rozkładu.</akap>




<akap><begin id="b1370698837726-277078993"/><motyw id="m1370698837726-277078993">Matka, Pamięć</motyw>Naprzeciwko siadywała przy stole panna Matylda
Brahe. Osoba w nieokreślonym wieku --- daleka
kuzynka mojej matki, a wiedziano o niej tylko tyle, że utrzymywała nader ożywioną korespondencję
z pewnym austriackim spirytystą, który nazywał
siebie baronem Nolde i któremu tak była oddana,
że najmniejszej rzeczy nie umiała zdziałać bez
uprzedniego uzyskania jego zgody lub raczej czegoś
w rodzaju błogosławieństwa. W tych czasach była
niezwykle otyła, o miękkiej, leniwej tuszy, jakby
wlanej nieuważnie w luźne, jasne suknie. Ruchy
miała zmęczone i niewyraźne, a oczy nieustannie
przepełnione łzami. A jednak było w niej coś, co
mi przypominało moją cichą, wiotką matkę. Im
dłużej obserwowałem ją, tym więcej odnajdywałem
w jej twarzy owych delikatnych i cichych rysów,
których od śmierci matki nigdy sobie wyraźnie
przypomnieć nie mogłem; teraz dopiero, kiedy
widywałem codziennie Matyldę Brahe, wiedziałem
znowu, jak wyglądała nieboszczka; tak, wiedziałem
to może po raz pierwszy. Teraz dopiero z setek
i tysięcy szczegółów układałem w sobie obraz zmarłej,
ów obraz, który mi wszędzie towarzyszy. Później
wyjaśniło mi się, że w twarzy panny Brahe istotnie
były wszystkie szczegóły, określające rysy mej
matki --- tylko że coś jak cudze oblicze stanęło
w poprzek tych rysów, roztrąciło je, powyginało
i zatraciło ich łączność.<end id="e1370698837726-277078993"/></akap>




<akap>Obok tej damy siadywał synek pewnej kuzynki,
chłopiec mniej więcej w moim wieku, ale mniejszy
i wątlejszy. Z pomarszczonej kryzy wyrastała cienka,
blada szyja i ginęła pod długim podbródkiem.
Wargi miał wąskie i zaciśnięte, nozdrza drgały
lekko, a z pięknych ciemnych oczu jedno tylko
było ruchome. Patrzało ku mnie czasem spokojnie
i smutno, a drugie tymczasem utkwione było w zawsze
ten sam kąt, jak gdyby już było sprzedane i poza
nawiasem.</akap>




<akap>Na drugim końcu stołu stał olbrzymi fotel mego
dziadka, przysuwany przez lokaja, który poza tym
nie miał żadnej roboty. W tym fotelu starzec zajmował tylko małą część miejsca. Byli ludzie, którzy
głuchawego despotę nazywali ekscelencją i marszałkiem, inni dawali mu tytuł generała. I pewnie też
naprawdę miał prawo do wszystkich tych godności,
ale to sprawowanie urzędów minęło już tak dawno,
że tytuły podobne nie bardzo już były zrozumiałe.
Mnie się w ogóle wydawało, że do tej tak w pewnych
chwilach ostrej, a jednak i nieokreślonej osobistości
nie da się przyczepić żadne imię. Zdecydować się
nigdy nie mogłem, żeby go nazwać dziadkiem, chociaż
bywał niekiedy uprzejmy dla mnie, wołał mnie
nawet do siebie, przy czym imię moje starał się
zabawić żartobliwym tonem. Zresztą cała rodzina
wobec hrabiego okazywała cześć i lęk zarazem, tylko
mały Eryk poniekąd poufalił się ze zgrzybiałym
panem domu; jego ruchome oko rzucało niekiedy
szybkie, porozumiewawcze spojrzenia, na które starzec odpowiadał z równą szybkością. Czasami też
podczas długich popołudni widywano ich, jak wyłaniali się na końcu głębokiej galerii, jak trzymając
się za ręce szli wzdłuż starych ciemnych portretów,
nic nie mówiąc, snadź<pe><slowo_obce>snadź</slowo_obce> (daw.) --- widocznie, prawdopodobnie.</pe> porozumiewając się w inny
sposób.</akap>




<akap>Ja spędzałem całe dni w parku i daleko w lasach
bukowych albo na wrzosowiskach. A były na szczęście w Urne psy, które mi towarzyszyły; był tu
i ówdzie domek dzierżawcy czy folwark, gdzie dostać
mogłem mleka i chleba, i owoców, a zdaje mi się,
że wolności używałem dość swobodnie, nie dając
się zastraszyć, przynajmniej w najbliższych tygodniach, myślą o wieczornych biesiadach. Nie rozmawiałem prawie z nikim, bo samotność radowała mnie
szczerze. Z psami tylko trochę gadałem od czasu
do czasu; rozumieliśmy się wyśmienicie. Zresztą
milkliwość była poniekąd przymiotem rodzinnym,
znałem ją u ojca i nie dziwiłem się, że przy wieczerzach nie mówiło się prawie nic.</akap>




<akap>W pierwszych co prawda dniach po naszym przyjeździe panna Matylda okazywała znaczną rozmowność. Pytała ojca o dawnych znajomych z zagranicznych miast, przypominała odległe wrażenia, wzruszała sama siebie do łez, wspominając zmarłe przyjaciółki i pewnego młodzieńca, o którym napomknęła, że się w niej kochał, a ona nie chciała reagować
na to gorące i beznadziejne uczucie.</akap>




<akap>Ojciec mój słuchał uprzejmie, raz po raz kiwał
potakująco głową i odpowiadał tylko najkonieczniejszymi słowami. Hrabia na końcu stołu uśmiechał
się bez przerwy, obwisłymi wargami, twarz jego
wydawała się większa niż zwykle, jak gdyby miał
maskę. Sam się zresztą czasem odzywał, przy czym
głos jego nie odnosił się do nikogo, ale słychać go
było, choć mówił bardzo cicho, w całej sali. Głos
ten miał coś z jednostajnego, obojętnego tykania
zegara; cisza dookolna jak gdyby miała swój własny
pusty rezonans, dla każdej sylaby ten sam.</akap>




<akap>Hrabia Brahe za szczególną grzeczność w stosunku
do mego ojca poczytywał sobie rozmowy o jego
nieboszczce żonie, mojej matce. Nazywał ją hrabiną
Sybillą, a wszystkie jego zdania kończyły się, jakby
o nią pytał. Nawet zdawało mi się, sam nie wiem
dlaczego, że mowa o bardzo młodej, białej dziewczynie, która lada chwila mogłaby tu wejść. W tym
samym również tonie słyszałem go mówiącego o ,,naszej małej Annie Zosi". A gdy pewnego
dnia zapytałem o tę panienkę, którą tak szczególnie
lubił dziadek, dowiedziałem się, że miał na myśli
córkę Wielkiego Kanclerza Konrada Reventlow,
świętej pamięci małżonkę Fryderyka Czwartego, od
półtora z górą wieku wiecznym spokojem odpoczywającą w Roskilde. Zmiany czasu niczym były dla
niego, śmierć była epizodzikiem bez znaczenia,
osoby, raz przyjęte do jego wspomnień, istniały,
a zgon ich nic absolutnie zmienić nie mógł.</akap>




<akap>W wiele lat potem, już po śmierci staruszka,
opowiadano sobie, jak z tym samym uporem odczuwał przyszłość jako coś teraźniejszego. <begin id="b1370699051995-3767887185"/><motyw id="m1370699051995-3767887185">Omen</motyw>Podobno
kiedyś pewnej młodej damie opowiadano o jej synach,
przede wszystkim o podróżach jednego z tych synów,
podczas gdy owa dama, znajdująca się właśnie
w trzecim miesiącu swojej pierwszej ciąży, bliska
zemdlenia z przerażenia i strachu siedziała obok
rozgadanego jegomościa.<end id="e1370699051995-3767887185"/></akap>




<akap>Ale zaczęło się od tego, że ja się roześmiałem.
Śmiałem się nawet głośno i nie mogłem się uspokoić.
Pewnego wieczora brak było panny Matyldy. Stary,
prawie zupełnie ślepy lokaj podszedł do jej miejsca
i podał usłużnie półmisek. Przez chwilę tak stał;
potem zadowolony odszedł dostojnie i podawał
dalej, jak gdyby nic nie zaszło. Obserwowałem tę
scenę i w momencie, kiedy na nią patrzałem, wcale
nie wydała mi się komiczną. Ale po pewnej chwili,
właśnie gdy miałem pełne usta, porwał mnie śmiech
tak raptowny, że zachłysnąłem się i narobiłem szalonej wrzawy. I chociaż sytuacja mnie samemu była
nader przykra, choć wszelkimi sposobami starałem
się odzyskać powagę --- śmiech wielkimi falami zalewał mnie raz po razie i najzupełniej mną zawładnął.</akap>




<akap>Ojciec, chcąc pokryć moje zachowanie, spytał
swym płaskim, stłumionym głosem:</akap>




<akap_dialog>--- Czy Matylda chora?</akap_dialog>




<akap>Dziadek uśmiechnął się na swój sposób, po
czym odpowiedział zdaniem, na które, zbyt będąc zajęty sobą, nie zwróciłem uwagi, a które brzmiało mniej więcej tak:</akap>




<akap_dialog>--- Nie, tylko nie chce spotkać się z Krystyną.</akap_dialog>




<akap>Więc też nie poczytywałem<pe><slowo_obce>poczytywać</slowo_obce> (daw.) --- uznawać.</pe> tego za skutek jego
słów, że mój sąsiad, śniady major, wstał i mrucząc
niewyraźnie ,,przepraszam", z ukłonem w stronę
hrabiego opuścił salę. Uderzyło mnie tylko, że za
plecami pana domu raz jeszcze odwrócił się
w drzwiach, dając zapraszające i potakujące znaki
małemu Erykowi, a ku memu największemu zdumieniu także i mnie, jak gdyby nas zachęcał do
wyjścia razem z nim.</akap>




<akap>Byłem tak zaskoczony, że śmiech nagle przestał
mnie męczyć. Zresztą już na majora nie zwracałem
uwagi; nie lubiłem go, a przy tym spostrzegłem,
że i Eryk nie patrzy na niego.</akap>




<akap><begin id="b1370699192151-2236103898"/><motyw id="m1370699192151-2236103898">Duch</motyw>Wieczerza wlokła się dalej jak zwykle i już podawano deser, kiedy uwagę moją zajął ruch, poczynający się w głębi sali, w półcieniu. Tam w kącie z wolna rozwarły się drzwi, według mego przekonania
wiecznie zamknięte, o których opowiadano mi,
że prowadzą na półpiętrze --- i nagle oto, kiedy z nowym dla mnie zgoła<pe><slowo_obce>zgoła</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe> uczuciem ciekawości i zdumienia wytrzeszczałem oczy, w czerni otworu pojawiła
się smukła, jasno ubrana postać kobieca, z wolna
przybliżająca się ku nam.</akap>




<akap>Nie wiem, czy zrobiłem ruch jaki, czy wydałem
głos --- łoskot przewróconego krzesła oderwał mój
wzrok od osobliwej postaci. Ujrzałem ojca, który
zerwał się --- i teraz, blady jak ściana, z zaciśniętymi,
zwisającymi pięściami szedł prosto na zjawę.</akap>




<akap>Ona tymczasem, obojętna zupełnie na tę scenę,
sunęła ku nam, krok za krokiem --- i już była niedaleko miejsca hrabiego, kiedy ów poderwał się nagłym ruchem, ojca złapał za rękę, pociągnął wstecz
do stołu i trzymał. Obca dama wolno i obojętnie
szła przez opustoszałą przestrzeń, krok za krokiem,
wśród nieopisanej ciszy (a tylko gdzieś z drżeniem
zabrzęczało szkło), i w jakichś drzwiach przeciwległej ściany zniknęła. W tej sekundzie spostrzegłem,
że to mały Eryk z głębokim ukłonem zamknął te
drzwi za nieznajomą.<end id="e1370699192151-2236103898"/></akap>




<akap>Ja jeden do tej chwili siedziałem przy stole.
Taki na moim krześle zrobiłem się ciężki, że miałem
uczucie, jakbym nie był nigdy już zdolny podnieść
się sam. Przez chwilę patrzałem nie widząc. Wtem
przypomniałem sobie ojca i zauważyłem, że starzec
wciąż jeszcze trzyma go za rękę. Twarz ojca była
teraz gniewna, krwią nabrzmiała, ale dziadek, palce jak białe pazury wpijając w dłoń ojca, uśmiechał
się swoim sztucznym uśmiechem.</akap>




<akap>Słyszałem potem, że coś mówił zgłoskę po zgłosce,
a nie pojmowałem treści słów. Wraziły mi się jednak
głęboko w słuch, bo po jakich dwu latach odnalazłem
je nagle na dnie pamięci i odtąd je znam.</akap>




<akap>Rzekł:</akap>




<akap_dialog>--- Krewki jesteś, szambelanie, i nieprzystojny.
Czegóż nie puszczasz ludzi do ich zajęć?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Kto to jest?! --- przekrzykiwał ojciec.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Ktoś, kto ma prawo pono<pe><slowo_obce>pono</slowo_obce> (daw.) --- podobno.</pe> być tu. Nikt obcy.
Krystyna Brahe.</akap_dialog>




<akap>Tu nastała znowu ta dziwna, rozrzedzona cisza ---
i znowu zabrzęczało szkło. Wtem ojciec jednym
szarpnięciem wyrwał się i jak szalony wypadł z sali.</akap>




<akap>Całą noc słyszałem, jak chodził tam i sam po swym
pokoju. Bo i ja spać nie mogłem. Lecz nagle nad
ranem zbudziłem się jednak z czegoś, jak ze snu.
Z przerażeniem, które ścięło mi krew do ostatniej
kropli, zobaczyłem coś białego, siedzącego przy moim
łóżku. Straszna rozpacz dała mi wreszcie siłę zagrzebania głowy pod kołdrą i tam w bezradnym
strachu począłem płakać.</akap>




<akap>Nagle nad zapłakanymi oczami zrobiło mi się
chłodno i jasno. Zacisnąłem je, całe we łzach, żeby
nie widzieć nic. Lecz głos, który oto tuż przemawiał
do mnie, muskał mi twarz ciepło i słodko --- i poznałem go: był to panny Matyldy głos.</akap>




<akap>Uspokoiłem się natychmiast. I nawet kiedy już
byłem do cna spokojny, pozwalałem się wciąż jeszcze pocieszać. Czułem wprawdzie, że dobroć
ta była zbyt mdła, ale raczyłem się nią jednak i miałem wrażenie, że jakoś na nią zasłużyłem.</akap>




<akap_dialog>--- Ciociu --- rzekłem wreszcie, usiłując z jej
rozpłyniętej twarzy wydobyć rysy matki. --- Ciociu,
kto to był ta dama?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Ach --- odrzekła panna Matylda z westchnieniem, które mi się wydało dziwne --- kobieta nieszczęśliwa, moje dziecko, nieszczęśliwa.</akap_dialog>




<akap>Tego dnia rano zauważyłem w jednym pokoju
kilku służących zajętych pakowaniem rzeczy. Pomyślałem, że wyjedziemy, uważałem to za zupełnie naturalne, że teraz wyjedziemy. Może i taki
był zamiar ojca. Nie wiem, co go skłoniło, że po
tym wieczorze jeszcze pozostał w Urne. Więc nie
wyjechaliśmy. Całe osiem czy dziewięć tygodni
jeszcze zostaliśmy w tym domu, znosiliśmy nacisk
jego dziwów i trzy razy jeszcze widzieliśmy Krystynę Brahe.</akap>




<akap>Nic wtenczas nie wiedziałem o jej historii. Nie
wiedziałem, że dawno, dawno temu umarła przy
drugim porodzie, wydając na świat chłopca, co rósł
ku ciężkim i okrutnym przeznaczeniom --- nie
wiedziałem, że była umarłą. Ale mój ojciec wiedział.
Czy chciał się zmusić, on, który był tak namiętny
i skłonny do jasnej konsekwencji, czy chciał się zmusić do wytrzymania tej przygody spokojnie i bez
pytań? Nie pojmując, widziałem, jak walczył z sobą, nie rozumiejąc, przeżyłem chwilę, kiedy się
ostatecznie opanował.</akap>




<akap>Było to wtedy, kiedy Krystynę widzieliśmy ostatni raz. Tym razem panna Matylda przyszła do stołu; ale była inna niż zwykle. Podobnie jak w pierwszych dniach po naszym przyjeździe, rozmawiała
nieustannie bez określonego związku i mieszając
się ustawicznie, a przy tym był w niej niepokój
fizyczny, który sprawiał, że co chwila poprawiała
sobie włosy lub suknie --- aż nagle zerwała się z przenikliwym okrzykiem skargi i zniknęła.</akap>




<akap>W tej samej chwili zwróciłem spojrzenie mimowolnie ku wiadomym drzwiom i naprawdę Krystyna Brahe zjawiła się.</akap>




<akap>Sąsiad mój, major, zrobił ostry, krótki ruch,
który udzielił się i mnie, ale najwidoczniej nie miał
już siły wstać. Śniadą, starą, plamistą twarz obracał od jednych do drugich, usta miał otwarte, a język wił się za popsutymi zębami. Potem nagle ta
twarz zniknęła i siwa głowa leżała na stole, ramiona
jak w kawałach leżały na niej i pod nią, a gdzieś
wyłoniła się zwiędła plamista ręka i dygotała.</akap>




<akap>I w tej chwili mijała nas Krystyna, krok za krokiem, powolnie jak chora, wśród ciszy nieopisanej, w którą wgryzł się jeden tylko jękliwy dźwięk,
jak skowyt starego psa. Ale nagle po lewej stronie
srebrnego łabędzia, pełnego narcyzów, wysunęła
się wielka maska starca z szarym swoim uśmiechem.
Kielich wina podniósł w stronę ojca. I oto ujrzałem,
jak ojciec w chwili, kiedy Krystyna przesuwała
się za jego krzesłem, sięgnął po swój kielich i uniósł
go, jak coś bardzo ciężkiego, na trzy cale ponad
stół. I tejże samej nocy wyjechaliśmy.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Siedzę i czytam poetę. Wielu jest ludzi w sali,
ale nie czuje się ich. Są w książkach. Czasem ruszają
się wśród stronic jak ludzie, którzy śpią i obracają
się między dwoma snami. Ach, jak to dobrze być
pośród czytających ludzi. Czemu oni nie są zawsze
tacy? Choćbyś podszedł do którego i dotknął go
lekko: nie poczuje nic. A gdy wstając potrącisz
sąsiada i przeprosisz go, skinie w stronę, z której
posłyszał twój głos, twarz jego zwraca się ku tobie
i nie widzi cię, a włosy jego są jak włosy śpiących.
Jak to błogo!</akap>




<akap>A ja siedzę i mam poetę. Co za przeznaczenie.
Jest oto w sali ze trzystu ludzi, którzy czytają;
ale to nie jest możliwe, aby każdy poszczególny
miał jednego poetę. (Bóg wie, co oni mają.) Trzystu
poetów nie istnieje. Ale patrz, co za przeznaczenie:
ja, może najmizerniejszy wśród tych czytających,
ja, cudzoziemiec, ja mam poetę. Chociaż jestem
ubogi. Choć ubranie, które noszę co dzień, zaczyna świecić w różnych miejscach, choć moim butom
można by zarzucić to i owo. Wprawdzie kołnierzyk
mam czysty i bieliznę też --- i mógłbym, tak jak
jestem, pójść do pierwszej lepszej cukierni, przypuśćmy na wielkich bulwarach, i mógłbym śmiało
ręką sięgnąć do talerza z ciastkami. Nie widziano
by w tym nic dziwnego, nie zwymyślano by mnie
ani wyrzucono, bo jest to mimo wszystko ręka z wyższych sfer, ręka, którą się myje cztery czy
pięć razy dziennie. Nawet za paznokciami nie ma
nic, nie ma śladów atramentu, a przede wszystkim
przeguby są bez zarzutu. Tak daleko ubodzy ludzie się nie myją, jest to fakt stwierdzony. Więc
z czystości przegubów można snuć pewne wnioski.
Wysnuwa się je, owszem. Wysnuwa się w sklepach.
Ale jest jednak, na Boulevard Saint-Michel na
przykład albo na rue Racine, parę istot, które nie
dają sobie oczu zamydlić, które kpią sobie z przegubów. Tacy spojrzą na mnie i już wiedzą. Wiedzą,
że właściwie to ja do nich należę, że tylko trochę
błaznuję. Są przecież zapusty. A oni nie chcą mi
psuć zabawy; oni się tylko trochę uśmiechają szyderczo i mrugają oczami. Nikt tego nie widzi. Zresztą traktują mnie jak pana. A skoro tylko ktoś jest
w pobliżu, no, to już płaszczą się przede mną. Kłaniają się, jakbym miał futro, a przed domem powóz. Niekiedy daję im dwa sous<pe><slowo_obce>sou</slowo_obce> --- drobna moneta francuska.</pe> i drżę, że nie przyjmą; ale przyjmują. I byłoby wszystko dobrze, gdyby nie to, że znów uśmiechają się i mrugają cichaczem.</akap>




<akap><begin id="b1370699616567-3755407102"/><motyw id="m1370699616567-3755407102">Bieda, Los</motyw>Co to za ludzie? Czego chcą ode mnie? Czy na
mnie czekają? Po czym poznają mnie? Prawda,
wąsy mam nieco zaniedbane, a trochę, troszeczkę
podobne są one do ich starych, chorych, spłowiałych bród, które zawsze na mnie robiły wrażenie.
Ale czyż mi nie wolno zaniedbywać wąsów? Wielu
zapracowanych ludzi to czyni, a nikomu się przecież nie śni zaliczać ich do wyrzutków. To bowiem
jest mi jasne, że oni są wyrzutkami, nie żebracy
tylko; nie, to właściwie nie są żebracy, trzeba rozróżniać. To są odpadki, łupiny ludzi wyplutych
przez los. Wilgotni od śliny losu przylepiają się do
muru, do latarni, do plakatów na słupie albo ściekają
z wolna wzdłuż uliczki, a za nimi ciągnie się ciemny,
brudny ślad.<end id="e1370699616567-3755407102"/></akap>




<akap>Czegóż u licha chciała ode mnie ta starucha,
kiedy z szufladką od nocnego stolika, w której
klekotało kilka igieł i guzików, wypełzła ku mnie
z jakiejś nory? Dlaczego szła bez przerwy obok mnie
i bacznie mnie śledziła? Jakby usiłowała poznać
mnie mokrymi oczami, które wyglądały, jak gdyby
ktoś chory napluł jej zielonego śluzu pod krwawe
powieki.</akap>




<akap>I skąd wtedy owa szara kobiecina wpadła na pomysł stania u mego boku przed wystawą okienną
przez kwadrans, pokazując mi stary, długi ołówek,
wysuwający się nieskończenie powolnie z jej zniszczonych, zaciśniętych rąk? Udawałem, że przyglądam się wystawie i że nie widzę nic. Ale ona wiedziała, że ją spotrzegłem, wiedziała, że stałem rozmyślając, co ona takiego robi. Bo że nie mogło chodzić o ten ołówek, to rozumiałem dobrze, czułem,
że to był znak, znak dla wtajemniczonych, znak,
który znają wyrzutki. Przeczuwałem, iż daje mi do
zrozumienia, że gdzieś mam pójść czy coś uczynić.
A co najdziwniejsze, że absolutnie nie mogłem pozbyć się uczucia, jakoby naprawdę istniała pewna
umowa, do której przynależał ów znak, i jakoby
ta scena była w istocie rzeczy czymś, czego powinienem się był spodziewać.</akap>




<akap>To było dwa tygodnie temu. Lecz teraz prawie
nie mija żaden dzień bez takiego spotkania. Nie
tylko o zmroku, ale w biały dzień, w najludniejszych
ulicach zdarza się, że nagle stoi przede mną człowieczek albo staruszka, kiwa głową, coś mi pokazuje i znika, jak gdyby wszystko już było zrobione.
Pewnego dnia mogłoby im się nawet zachcieć przyjść
aż do mego pokoju, wiedzą na pewno, gdzie mieszkam, a oni już potrafią tak się urządzić, że ich
konsjerżka<pe><slowo_obce>konsjerżka</slowo_obce> (z fr.) --- dozorczyni.</pe> nie zatrzyma. Ale tu, moi mili, tu jestem
bezpieczny przed wami. Idę trochę nieśmiały, co
jest naturalne, ulicami, ale wreszcie staję przed
drzwiami oszklonymi, otwieram je, jak gdybym był
u siebie, u następnych drzwi pokazuję bilet (zupełnie tak samo, jak wy mi pokazujecie wasze rzeczy,
z tą jeno różnicą, że u mnie wiadomo, co myślę),
a potem jestem wśród książek, jestem wam zabrany,
jak gdybym umarł, i siedzę, i czytam poetę.</akap>




<akap><begin id="b1370699742479-3299889620"/><motyw id="m1370699742479-3299889620">Poeta</motyw>Wy nie wiecie, co to jest --- poeta?</akap>




<akap>Verlaine<pe><slowo_obce>Verlaine, Paul</slowo_obce> (1844--1896) --- francuski poeta, zaliczany do tzw. poetów wyklętych, przedstawiciel impresjonizmu w literaturze.</pe>...</akap>




<akap>Nic? Żadnych wspomnień? Nie.</akap>




<akap>Czy nie rozróżnialiście wśród tych, których znacie? Różnice dla was nie istnieją, to wiem. Ale poeta,
którego czytam, to jest inny, nie mieszkający w Paryżu, zupełnie inny. Ktoś, kto ma cichy domek
w górach. Taki brzmi, jak dzwon w czystym przestworzu. Szczęśliwy poeta, który o swoim oknie
opowiada i o szybach szafy do książek, gdzie odbija
się w zamyśleniu dobra, samotna dal. To jest właśnie ten poeta, którym chciałbym być, bo on tyle
wie o dziewczynach, a ja też bym o nich wiedział
wiele. On wie o dziewczynach, które żyły przed
stu laty; to nic nie znaczy, że one nie żyją, bo on
wie wszystko. A to jest najważniejsze. On ich imiona wymawia, te ciche, smukło pisane imiona o przestarzałych zawijasach długich liter, i dorosłe imiona
ich starszych przyjaciółek, w których rozbrzmiewa już drobina losu, szczypta rozczarowania i śmierci. Może w szufladce mahoniowego biurka ma on
wyblakłe ich listy i luźne karty pamiętników, w których są imieniny, wycieczki letnie, imieniny. Albo
może w brzuchatej komodzie w głębi jego sypialni
jest szuflada, gdzie przechowano ich wiosenne
suknie; białe sukienki, które się w czas Wielkiejnocy kładło po raz pierwszy, sukienki tiulowe
w groszki, właściwie stosowne na lato, którego
doczekać się nie można.<end id="e1370699742479-3299889620"/></akap>




<akap>O, jakiż los szczęśliwy, siedzieć tak w cichej
izbie odziedziczonego domu wpośród samych spokojnych, zasiedziałych rzeczy i słyszeć na dworze
w lekkim, seledynowym ogrodzie te pierwsze szczygły, które próbują, a w oddali zegar na wiejskim kościołku. Siedzieć i spoglądać na tę ciepłą smugę
popołudniowego słońca, i wiele wiedzieć o dziewczynach, co przeminęły, i być poetą. I myśleć, że
ja też stałbym się takim poetą, gdyby mi danym było mieszkać gdziekolwiek, gdziekolwiek na świecie,
w jednym z tych wielu zamkniętych wiejskich
domków, o które nikt się nie troszczy. Jednego
tylko potrzeba by mi pokoju (słonecznego pokoju
pod facjatą<pe><slowo_obce>facjata</slowo_obce> --- frontowa ściana kamienicy.</pe>). Tam mieszkałbym sobie z moimi
gratami, wśród portretów rodzinnych, wśród książek. I fotel byłbym miał, i kwiaty, i psy, i sporą laskę na kamieniste drogi. I nic więcej. Tylko książkę, oprawną w żółtawą skórę, w tonie kości słoniowej, z kwiecistym starym wzorem od środka:
w niej bym pisał. Pisałbym dużo, gdyż miałbym
wiele myśli i wspomnień o wielu.</akap>




<akap>Ale inaczej się stało, Bóg będzie wiedział, czemu. Moje stare meble gniją w stodole, w którą pozwolono mi je wstawić, a ja sam, tak, mój Boże, ja nie
mam dachu nad sobą, a deszcz pada mi w oczy.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Czasami przechodzę koło sklepików, gdzieś w okolicy rue de Seine. Handlarze starzyzny albo sztychów, albo starych książek z przepełnionymi wystawami. Nikt nigdy do nich nie zachodzi, widocznie
mało zarabiają. Ale skoro zajrzysz do środka, siedzą
tam, siedzą i czytają, bez kłopotu; nie troskają się o jutro, nie boją się niepowodzeń, mają psa, dobrze
wytresowanego, który siedzi w nogach, albo kota,
który ciszę czyni jeszcze większą, sunąc wzdłuż
szeregu książek, jak gdyby napisy ścierał z grzbietów.</akap>




<akap>Ach, gdyby to starczyło: mam czasem ochotę
kupić sobie taką przepełnioną wystawę książek i usiąść za nią z psem na dwadzieścia lat.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Dobrze jest powiedzieć głośno:</akap>





<akap>--- Nic się nie stało.</akap>




<akap>Jeszcze raz:</akap>




<akap>Nic się nie stało.</akap>




<akap>Czy to pomaga?</akap>




<akap><begin id="b1370700121799-3081169708"/><motyw id="m1370700121799-3081169708">Bieda</motyw>Że mój piec znowu dymił i że musiałem wyjść
z domu, to naprawdę nie jest tragedią. Że czuję
się zaziębiony i nieswój, to nic. Że cały dzień latałem
po ulicach, to moja własna wina. Mogłem tak samo
siedzieć w Luwrze. Lecz nie, nie mogłem. Tam są
pewni ludzie, którzy się chcą ogrzać. Siedzą na pluszowych ławkach, a ich nogi stoją w rzędzie, jak wielkie puste buty, na kratach kaloryferów. Są to bardzo skromni ludzie, którzy są wdzięczni, jeśli woźni w ciemnych mundurach pełnych orderów tolerują ich. Ale kiedy ja wchodzę, oni uśmiechają się
wyzywająco, kiwając lekko głową. A potem, kiedy
posuwam się wzdłuż obrazów, nie spuszczają mnie
z oka, nie spuszczają mnie wcale z tego rozbełtanego,
mętnie spłyniętego oka.<end id="e1370700121799-3081169708"/></akap>




<akap>Dobrze zatem, że nie poszedłem do Luwru.
Byłem bez przerwy w ruchu. Bóg wie, w ilu byłem
dzielnicach, miastach, na ilu cmentarzach, mostach
i wiaduktach. Kędyś widziałem człowieka, pchającego wózek z jarzynami. Krzyczał:</akap>




<akap_dialog>--- <slowo_obce>Chou-fleur<pe><slowo_obce>Chou-fleur</slowo_obce> (fr.) --- kalafior.</pe>, chou-fleur</slowo_obce>...</akap_dialog>




<akap>To ,,fleur" z dziwnie zamąconym ,,eu." Przy
nim szła kanciasta, brzydka kobieta, trącając go
od czasu do czasu. A kiedy go trącała, krzyczał.
Czasami krzyczał też sam, ale wtedy krzyczał
daremnie i zaraz potem musiał krzyczeć znowu,
bo byli przed domem, który kupował. Czy mówiłem już, że był ślepy? Nie? A więc był ślepy.
Ślepy był i krzyczał. Fałszuję, jeśli tak mówię,
sprzeniewierzam ten wózek, który on pchał --- udaję,
że nie zauważyłem, jak anonsuje kalafiory. Ale
czy to jest istotne? A gdyby nawet było istotne ---
czyż nie o to chodzi, czym cała ta rzecz była dla
mnie? Widziałem starego człowieka, który ślepy
był i krzyczał. To ja widziałem. Widziałem.</akap>




<akap>Czy kto uwierzy, iż są takie domy? Nie, ludzie
powiedzą, że fałszuję. Tym razem jest to prawda,
bez opuszczeń, oczywiście, i bez dodatków. Skądby
mi się to miało wziąć? Wiadomo, żem ubogi. Wiadomo. Domy? Ale chcąc być ścisłym, były to domy,
których już nie było. Domy, które rozebrano od
góry do dołu. A istniały tylko te drugie domy, które
stały obok tamtych, wysokie domy sąsiednie. Było
niebezpieczeństwo oczywiste, że się przewrócą, skoro tuż obok pozabierano wszystko; całe bowiem
rusztowanie z długich, wysmołowanych masztów
wbite było skośnie między powierzchnię placu
zasłanego gruzem a obnażony mur. Nie wiem, czy
mówiłem już, że myślę o tej ścianie. Ale to nie
była, że tak powiem, pierwsza ściana istniejących
domów (co przecież można było przypuścić), lecz
ostatnia ściana byłych domów. Widać było ich
ścianę wewnętrzną. Widać było na poszczególnych
piętrach ściany pokojów, a na nich przylepione
jeszcze tapety i tu, i ówdzie szczątki podłóg albo
sufitów. Obok ścian pokojowych wzdłuż całego
muru pozostało jeszcze brudnobiałe pasmo --- i tędy pełzała w niesłychanie wstrętnych, miękkich
jak glista, jakby trawiących ruchach otwarta, rdzawa
rura klozetowa. Po szlakach, którymi szedł gaz
świetlny, pozostały na brzegu sufitów szare, zapylone ślady, które tu i tam zgoła niespodzianie skręcały okrągło i wbiegały w kolorową ścianę, gdzieś
w dziurę wydartą czarno i bezwzględnie.</akap>




<akap>Najbardziej wszakże niezapomniane były same
te ściany. Twarde życie tych izb nie dało się zdeptać. Było jeszcze, trzymało się pozostałych gwoździ,
stało na wystających na jeden łokieć podłogach,
skuliło się pod resztkami kątów, kędy jeszcze było
trochę wnętrza. Widziało się, że było to życie
i w farbie, którą powolnie rok za rokiem przemieniło:
błękit w spleśniałą zieleń, zieleń w szarzyznę, a żółtość w starą odstałą biel, która gnije. Ale żyło ono
niemniej w miejscach świeżych, co się zachowały
na tyłach luster, obrazów i szaf; bo naszkicowało
i obrysowało ich kontury i, razem z kurzem i pająkami, było także w tych ukrytych miejscach, obnażonych teraz. Było życie ono w każdym zdartym
paseczku i w bąblach wilgotnych u dołu tapet,
chwiało się w zwisających strzępach, wydzielało
się z szpetnych, bardzo dawno powstałych plam.</akap>




<akap>I oto z tych ścian, niegdyś niebieskich, zielonych
i żółtych, obramowanych szlakami odłupanych murów, wystawało tych żyć powietrze, zacięte, leniwe,
zbutwiałe powietrze, żadnym dotąd wiatrem nie
rozwiane. Tam tkwiły obiady i choroby, i wyziewy,
i wieloletni dym, i pot, co wydziela się spod pachwin i obciąża suknie, i czczy zapach z ust, i fetor
spotniałych nóg. Tam tkwił kwas uryny i żar
sadzy, i szary opar ziemniaczany, i ciężki, śliski
smród zestarzałego smalcu. Słodkawa, długa woń
zaniedbanych niemowląt i bojaźliwe wyziewy dzieci,
co idą do szkoły, i zaduch z łóżek dojrzewających
chłopców. I przyłączyło się wiele rzeczy, które przyszły z dołu, z parującej otchłani ulicznej, a inne
pościekały z góry z deszczem, który nad miastami
nie jest czysty. I niejedno naznosiły słabe, oswojone
wiatry domowe, pozostające zawsze na tej samej
ulicy, i wiele tam było jeszcze rzeczy o niewiadomym pochodzeniu. Wszak mówiłem, że wszystkie
mury były rozebrane doszczętnie? Otóż o tej ścianie
mówię bez przerwy. Powie ktoś, że długo przed nią
stałem; ale gotów jestem przysiąc, że zacząłem biec
z chwilą, gdy poznałem tę ścianę. To bowiem jest
właśnie straszne, że ją poznałem. Poznaję to wszystko
i dlatego tak po prostu to wchłaniam; czuje się to
w moim wnętrzu jak u siebie.</akap>




<akap>Czułem się nieco wyczerpany po tym wszystkim,
rzekłbym, niemal nadwerężony --- i przeto za wiele
to było na mnie, że i on jeszcze na mnie czekał.
Czekał w małej <slowo_obce>crêmerie<pe><slowo_obce>crêmerie</slowo_obce> (fr.) --- mleczarnia (tu w znaczeniu: mały zakład gastronomiczny).</pe></slowo_obce>, gdzie chciałem zjeść
jajecznicę; głodny byłem, przez cały dzień nie zdobyłem się na jedzenie. Ale i teraz nie mogłem nic
spożyć; zanim jajecznica była gotowa, <begin id="b1370700846961-3379437942"/><motyw id="m1370700846961-3379437942">Śmiech</motyw>coś mnie znowu wygnało na ulice, płynące ku mnie zgęstniałą
cieczą ludzi. Był bowiem karnawał i wieczór --- i ludzie wszyscy mieli czas, i wałęsali się, i ocierali
jeden o drugiego. A twarze ich były pełne światła
bijącego z bud widowiskowych i śmiech wyciekał
im z ust jak ropa z otwartych ran. Śmiali się coraz
bardziej i tłoczyli coraz ciaśniej, im niecierpliwiej
starałem się ruszyć z miejsca. Chustka jakiejś dziewki zaczepiła się o mnie, zacząłem ją wlec za sobą,
a ludzie zatrzymywali mnie ze śmiechem --- i czułem, że i ja miałem się śmiać, ale nie mogłem. Ktoś
cisnął mi w oczy garść confetti i to paliło jak bicz.
<end id="e1370700846961-3379437942"/>Na rogach ludzie byli zaklinowani, jeden wsunięty
w drugiego, i nie było w nich żadnego posuwania
się, tylko lekkie, miękkie, miarowe ruchy, jak gdyby się parzyli stojąc. Ale choć oni stali, a ja nad
brzegiem jezdni, kędy były w ciżbie wyłomy, biegłem jak wariat, to w rzeczywistości tak było, że oni się ruszali, a ja ani drgnąłem. Bo nie zmieniło się
nic; kiedy podnosiłem oczy, widziałem wciąż te
same domy po jednej i budy po drugiej stronie.
Może też stało w miejscu wszystko, a tylko we mnie
i w nich był zawrót, co zdawał się kręcić wszystkim.
Nie miałem czasu myśleć o tym, ciężki byłem od
potu i ogłuszający ból wirował we mnie, jakby
w mej krwi krążyło społem coś zbyt wielkiego,
rozsadzającego żyły, gdziekolwiek się wdarło. A przy
tym czułem, że powietrze dawno się skończyło
i że już tylko wdychałem wyziewy, których płuca
nie przyjmowały.</akap>




<akap>Ale teraz już po wszystkim; przetrwałem. Siedzę
w swoim pokoju przy lampie; jest chłodno, bo nie
mam odwagi spróbować pieca; a nuż by kopcił
i znów bym musiał uciekać?</akap>




<akap>Siedzę i rozmyślam: gdybym nie był ubogi,
wynająłbym pokój inny, pokój z meblami nie tak zniszczonymi, nie tak pełnymi poprzednich lokatorów. Na początku naprawdę trudno mi było głowę oprzeć na tym fotelu; jest tam bowiem w zielonym obiciu lepko-szare zagłębienie, do którego zdają się pasować wszystkie głowy. Przez pewien 
czas byłem na tyle ostrożny, że podkładałem pod 
włosy chustkę, ale teraz zbyt jestem zmęczony.
Zauważyłem, że i tak można, i że ta mała wklęsłość zrobiona jest akuratnie na moją czaszkę, wprost
na miarę.</akap>




<akap>Gdybym jednak nie był ubogi, kupiłbym sobie
przede wszystkim dobry piec i paliłbym czystym,
mocnym drzewem, które jest z gór, a nie tymi
opłakanymi <slowo_obce>têtes de moineau</slowo_obce><pe><slowo_obce>tête de moineau</slowo_obce> (fr.) --- chaber.</pe>, których swąd tak
ściska pierś i głowę mąci. I dalej musiałby ktoś
być, kto sprząta bez rubasznego hałasu i piec opatrzy<pe><slowo_obce>opatrzyć</slowo_obce> (daw.) --- zaopatrzyć, przygotować.</pe>, jak mi potrzeba. Bo często, kiedy przez cały
kwadrans muszę klęczeć przed piecem i grzebać
w nim, z czołem naprężonym od bliskiego żaru
i z ogniem w rozwartych oczach, wydaję całą siłę,
na jaką mnie stać w ciągu dnia --- i skoro potem
zjawiam się wśród ludzi, wtedy im naturalnie łatwo. Czasem, gdy jest wielki natłok, brałbym powóz,
przejeżdżałbym, codziennie jadłbym u któregoś
Duvala... a nie włóczył się po kremeriach...</akap>




<akap>Czy on by też był u takiego Duvala?</akap>




<akap>Nie. Tam nie byłoby mu wolno czekać na mnie.
Umierających nie wpuszcza się. Umierających?
Ja przecież siedzę teraz w swoim pokoju. Mogę
przecież próbować spokojnie myśleć o tym, co mi
się przydarzyło. Dobrze jest nic nie pozostawić
w niepewności.</akap>




<akap>A więc wszedłem i zrazu spostrzegłem tylko,
że stolik, przy którym często siadywałem, zajęty
był przez kogoś innego. Skinąłem w stronę bufetu,
zamawiając danie, i usiadłem obok. Ale uczułem
go, choć się nie ruszał. Tę właśnie nieruchomość
uczułem i pojąłem piorunem. Łączność między
nami powstała i wiedziałem, że on zmartwiał z przerażenia. Wiedziałem, że to przerażenie sparaliżowało go, przerażenie na widok czegoś, co się w nim
działo. Może jakieś naczynie w nim pękło, może
trucizna, której się bał dawno, teraz właśnie wkraczała w komorę jego serca, może wielki wrzód pękł
w jego mózgu jak słońce, które mu przemieniło
świat. Z nieopisanym wysiłkiem zmuszałem się do
patrzenia nań, albowiem jeszcze wierzyłem, że to
wszystko przywidzenie.</akap>




<akap><begin id="b1370701097926-2351541764"/><motyw id="m1370701097926-2351541764">Śmierć</motyw>Nagle stało się: zerwałem się błyskawicznie i wypadłem na ulicę; nie omyliłem się. Siedział tam
w grubym, czarnym płaszczu zimowym, a szara
natężona twarz zwisała głęboko w wełniany szal.
Usta były zawarte, jakby z impetem zatrzaśnięte,
ale nie sposób było orzec, czy oczy jego jeszcze patrzały: zamglone, jak dym szare szkła okularów
leżały przed nimi i drżały z lekka. Nozdrza miał
rozdęte, a długi włos nad skrońmi, skąd wszystko
było zabrane, wiądł jak w upale nadmiernym.
Uszy były długie, żółte, z wielkim za sobą cieniem.
Tak, on wiedział, że teraz oddala się od wszystkiego:
nie tylko od ludzi. Jedna chwila jeszcze, a wszystko
straci sens --- a ten stół i ta filiżanka, i stołek ten,
którego się ręce czepiają, wszystko codzienne i najbliższe stanie się niezrozumiałe, obce i ciężkie.
Tak siedział oto i czekał, aż to się dokona. I już
się nie bronił.<end id="e1370701097926-2351541764"/></akap>




<akap>A ja się bronię jeszcze. Bronię się, choć wiem,
że serce mam już wywieszone i że i tak już żyć nie
mogę, nawet gdyby teraz moi dręczyciele poniechali
mnie.</akap>




<akap>Mówię sobie: nic się nie stało --- a jednak jak ja
potrafiłem pojąć tego umierającego człowieka, ponieważ i we mnie dzieje się coś, co zaczyna mnie
od wszystkiego dzielić i oddalać. Jaką ja grozę czułem, gdy słyszałem, jak mówiono o konającym:
już nie rozpoznawał nikogo! Wtedym wyobrażał
sobie samotne oblicze, które podniosło się z poduszek i szukało, czegoś znajomego szukało, czegoś
już raz widzianego szukało, a nie było nic --- nic.
Gdyby strach mój nie był tak ogromny, pocieszyłaby mnie myśl, że nie jest niemożliwością widzieć
wszystko inaczej, a jednak żyć. Ale ja się boję, ja
się boję straszliwie tej przemiany. Ja przecie wcale
jeszcze nie oswoiłem się z tym światem, który mi
się wydaje dobry. Cóż mam począć w innym?
Tak bym bardzo chciał pozostać wśród tych kategorii, które polubiłem, a skoro już coś się musi
zmienić, chciałbym przynajmniej żyć pośród psów,
które mają świat pokrewny i rzeczy te same.</akap>




<akap>Jeszcze przez chwilę mogę spisywać to wszystko
i mówić. Ale przyjdzie godzina, kiedy ręka będzie
daleko ode mnie, a gdy rozkażę jej pisać, będzie
pisała słowa, których nie mam na myśli. Czas nadejdzie innego wykładania i słowo na słowie nie
pozostanie, i treść wszelaka rozpłynie się jak chmura,
i jak woda opadnie. Przy całym tym strachu jednak
jestem ostatecznie jak ktoś, co stoi przed czymś
wielkim --- i przypominam, że dawniej często podobnie działo się we mnie, nim zaczynałem pisać. Ale tym razem ja będę pisany. Jam jest wrażeniem, które się przemieni. Och, maluczko, a mógłbym to wszystko pojąć i zaaprobować. Jeden krok,
a wielka nędza moja stałaby się szczęśliwością. Ale
ja tego kroku uczynić nie umiem, ja upadłem i już
powstać nie mogę, bo jestem złamany. Wieczniem
jeszcze wierzył, że pomoc jakaś przyjść może.</akap>




<akap>Oto tu leży przede mną, własnym moim pismem
pisane, com się modlił w każden wieczór. Odpisałem to sobie z książek, gdzie to znalazłem, żeby
mi było najzupełniej bliskie i z mojej wydane ręki
jak własne. I teraz jeszcze raz to spiszę, tu przed
moim stołem uklęknę i spiszę. Bo tak dłużej będę
to miał niż czytając --- a każde słowo trwa i ma czas
przebrzmieć.</akap>




<akap>,,Mécontent de tous et mécontent de moi, je
voudrais bien me racheter et m'enorgueillir un
peu dans le silence et la solitude de la nuit. Ames
de ceux que j'ai aimés, âmes de ceux que j'ai chantes, fortifiez-moi, soutenez-moi, eloignez de moi
le mensonge et les vapeurs corruptrices du monde;
et vous, Seigneur mon Dieu! accordez-moi la
grâce de produire quelques beaux vers qui me
prouvent à moi-même que je ne suis pas le dernier
des hommes, que je ne suis pas inférieur à ceux
que je meprise."<pe><slowo_obce>,,Mécontent de tous..."</slowo_obce> --- Niezadowolony z siebie i niezadowolony z wszystkich, pragnąłbym siebie odkupić i odzyskać nieco dumy w milczeniu i samotności nocy. Dusze tych, których miłowałem, dusze tych, których opiewałem, skrzepcie mnie, podtrzymajcie, oddalcie ode mnie kłamstwo i zatruwające wyziewy świata; i ty, Panie mój i Boże! użycz mi łaski zestawienia kilku pięknych wierszy, które by udowodniły mi, że nie jestem ostatnim z ludzi, że gorszy nie jestem od tych, którymi gardzę. (Charles Baudelaire, <tytul_dziela>O pierwszej nad ranem</tytul_dziela>, tłum. Stefan Napierski).</pe></akap>




<akap>,,Synowie głupich i podłych i na ziemi zgoła się
nie ukazujący.</akap>




<akap>Teraz obróciłem się w piosnkę ich i stałem się
im przypowieścią.</akap>




<akap>Rozkopali drogi moje...</akap>




<akap>Wniwecz jestem obrócony... a nie był, kto by
dał pomoc.</akap>




<akap>A teraz we mnie samym więdnie dusza moja
i opanowały mię dni utrapienia.</akap>




<akap>W nocy wiercą boleści kość moję; a ci, którzy
mię jedzą, nie śpią.</akap>




<akap>Od mnóstwa ich kazi się odzienie moje i jako
obojczykiem szaty opasali mię.</akap>




<akap>Wnętrzności moje wezwrzały bez żadnego odpoczynku, ubieżały mię dni utrapienia.</akap>




<akap>Arfa moja obróciła się w żałobę i organy moje
w głos płaczących<pe><slowo_obce>Synowie głupich i podłych i na ziemi zgoła się
nie ukazujący...</slowo_obce> --- Jb 30, 8-31, w tłumaczeniu Jakuba Wujka.</pe>".</akap>




<akap>Lekarz mnie nie zrozumiał. Nic. Trudno też
to było opowiedzieć. Chcieli próbę zrobić z elektryzowaniem. Dobrze. Dostałem kartkę: o pierwszej
miałem być w Salpêtrière. Byłem. Długo musiałem
mijać różne baraki, kilka dziedzińców, gdzie tu
i ówdzie pod pustymi drzewami stali ludzie w białych czepkach jak skazańcy. Nareszcie wszedłem
w długą, ciemną, korytarzową przestrzeń, która
po jednej stronie miała cztery okienka z matowego,
zielonego szkła, a okna te rozdzielone były szeroką,
czarną ścianą. Przed nią ciągnęła się ława drewniana,
mijając wszystko, a na tej ławie siedzieli oni, którzy
znali mnie i czekali.</akap>




<akap>Tak, byli tu wszyscy. Skoro przywykłem do
zmroku izby, zauważyłem, że wśród tych siedzących ramię przy ramieniu w nieskończonym szeregu mogło być też kilkoro innych ludzi, małych
ludzi, rzemieślników, posługaczek i tragarzy. Na
dole, po wąskiej stronie korytarza, na specjalnych
krzesłach rozsiadły się, rozmawiając, dwie grube
kobiety, przypuszczalnie stróżki.</akap>




<akap>Spojrzałem na zegarek. Za pięć minut pierwsza.
No, za pięć, powiedzmy za dziesięć minut musi
przyjść kolej na mnie, więc nie najgorzej.</akap>




<akap>Powietrze było złe, ciężkie, pełne ubrań i oddechów. W którymś miejscu ze szpary w drzwiach
dobywał się mocny, wzmagający się chłód eteru.</akap>




<akap>Zacząłem chodzić tam i z powrotem. Przyszło
mi na myśl, że mnie tu przysłano, do tych ludzi,
w tę przepełnioną, publiczną godzinę przyjęć. Było to poniekąd pierwsze oficjalne potwierdzenie,
że należę do wyrzutków. Czy lekarz to wyczytał
z mej miny? Ale wizytę składałem w nie najgorszym
ubraniu, posłałem bilet wizytowy. A jednak musiał
on się jakoś dowiedzieć, może sam się zdradziłem. Teraz, gdy to było faktem, wcale tego nie uważałem za coś bardzo złego; ludzie siedzieli cicho
i nie zważali na mnie. Niektórzy mieli bóle i kiwali
nieznacznie nogą, aby sobie ulżyć. Różni mężczyźni
złożyli głowy w otwartych dłoniach, inni spali
twardo z ciężką, zachmurzoną twarzą. Gruby jakiś
jegomość z czerwoną, spuchniętą szyją siedział
podany naprzód, gapił się na podłogę i spluwał
od czasu do czasu głośno w jeden punkt, który wydawał mu się odpowiedni. Dziecko szlochało w kącie; długie, chude nogi podciągnęło na ławkę i trzymało je w silnym uścisku, jak gdyby miało się rozstać z nimi. Mała, blada kobieta w okrągłym, czarnymi kwiatami przybranym kapeluszu krepowym,
krzywo nasadzonym na włosy, wokół wąskich warg
miała grymas jakiegoś uśmiechu, lecz obolałe powieki wilgotniały nieustannie.</akap>




<akap>Niedaleko posadzono dziewczynę o gładkiej
okrągłej twarzy i wypchniętych na wierzch oczach,
które były bez wyrazu; miała otwarte usta tak,
iż widziało się białe lepkie dziąsła i stare zanikające zęby.</akap>




<akap>I wiele było opatrunków. Były opatrunki opasujące całą głowę, warstwa przy warstwie, aż ostało
się jedno tylko oko, nie należące już do nikogo.
Opatrunki, które pokrywały, i opatrunki, które
ukazywały to, co było pod spodem. Opatrunki,
które otwarto i w których teraz jak w brudnym łożu leżała ręka, co już ręką nie była. I owinięta noga, stojąca poza szeregiem, wielka jak cały człowiek.</akap>




<akap>Chodziłem wzdłuż i wszerz i siliłem się na spokój.
Zajmowałem się skwapliwie<pe><slowo_obce>skwapliwie</slowo_obce> (daw.) --- chętnie.</pe> przeciwległą ścianą.
Spostrzegłem, że zawiera szereg pojedynczych drzwi
i nie sięga sufitu, tak iż korytarz ten niezupełnie
był oddzielony od przestrzeni przylegających.</akap>




<akap>Spojrzałem na zegarek; od godziny już przechadzałem się... Po chwili zjawili się lekarze. Najpierw
kilku młodych, którzy przeszli z obojętną twarzą,
wreszcie ten, u którego ja byłem, w jasnych rękawiczkach, <slowo_obce>chapeau à huit reflets<pe><slowo_obce>chapeau à huit reflets</slowo_obce> (fr.) --- rodzaj błyszczącego cylindra.</pe></slowo_obce>, w nieskazitelnym palcie. Spostrzegłszy mnie, uniósł nieco kapelusza
i uśmiechnął się roztargniony. Była teraz nadzieja,
że mnie zaraz zawołają, ale minęła znów godzina.
Nie pamiętam, jak ją spędziłem. Minęła. Stary
człowiek, coś jak posługacz, zjawił się w poplamionym fartuchu i trącił mnie w ramię.</akap>




<akap>Wszedłem do którejś z przyległych izb. Lekarz
i młodzieńcy siedzieli koło stołu i patrzyli na mnie,
podano mi krzesło. Już. I teraz miałem opowiedzieć,
jak i co. Jak najkrócej, <slowo_obce>s'il vous plaît</slowo_obce>. Bo wiele czasu
ci panowie nie mają. Było mi dziwnie na duszy.
Młodzieńcy siedzieli i spoglądali na mnie z tą godną,
fachową ciekawością, której się nauczyli. Lekarz,
którego znałem, głaskał bródkę i uśmiechał się roztargniony.</akap>




<akap>Myślałem, że wybuchnę płaczem, lecz usłyszałem
siebie mówiącego po francusku:</akap>




<akap_dialog>--- Miałem już przyjemność udzielenia panu,
panie doktorze, wszelkich informacji, jakich udzielić mogę. Skoro pan uważa za potrzebne wtajemniczanie tych panów, to po naszej rozmowie z pewnością
potrafi pan to uczynić własnymi słowami, mnie to
jest bardzo trudno.</akap_dialog>




<akap>Lekarz powstał z uprzejmym uśmiechem, podszedł z asystentami ku oknu i powiedział kilka słów,
które podkreślił poziomym, kołyszącym ruchem
ręki. Po trzech minutach jeden z młodzieńców,
dystrakt i krótkowidz, wrócił do stołu i rzekł starając się patrzeć na mnie surowo:</akap>




<akap_dialog>--- Pan, proszę pana, dobrze sypia?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Nie, źle.</akap_dialog>




<akap>Po czym odskoczył z powrotem do grupy. Tam
naradzano się jeszcze przez chwilę, a potem lekarz
zwrócił się do mnie i oznajmił, że mnie każą zawołać.
Przypomniałem, że zamówiono mnie na pierwszą.
Uśmiechnął się i białymi rączkami wykonał kilka
szybkich, skocznych gestów, które miały znaczyć,
że jest niesłychanie zajęty.</akap>




<akap>Wróciłem zatem na swój korytarz, gdzie powietrze zrobiło się znacznie duszniejsze, i znów zacząłem chodzić tam i sam, choć byłem znużony śmiertelnie. Wreszcie wilgotny, gęsty smród zakręcił
mi w głowie. Stanąłem przy drzwiach wejściowych
i uchyliłem ich nieco. Ujrzałem, że na dworze jest
jeszcze dzień i szczypta słońca --- i było mi z tym
nieskończenie dobrze. Ale nie postałem tak ani
minuty, a już posłyszałem, że ktoś mnie woła.
Kobiecisko jakieś, o dwa kroki siedzące przy stoliku, syknęło coś ku mnie. Kto mi kazał drzwi
otwierać, pytała. Odparłem, że nie mogę znieść
tego powietrza. A ona, że dobrze, że to moja rzecz,
ale że drzwi muszą być zamknięte. Czy nie można
by otworzyć okna? Nie, jest zakaz.</akap>





<akap>Postanowiłem zacząć chodzić znowu tam i z powrotem, bo to jednak było ostatecznie pewnym
odurzeniem, a nie gorszyło nikogo. Ale kobiecie
przy stoliku teraz i to się nie podobało. Spytała,
czy nie mam żadnego krzesła. Nie, nie mam. Chodzić tu nie wolno; powinienem znaleźć sobie miejsce.
Znajdzie się.</akap>




<akap>Miała rację kobieta. Znalazło się istotnie natychmiast miejsce obok dziewczyny z wysadzonymi
na wierzch oczami. Siedziałem więc z uczuciem,
że stan taki z pewnością musi przygotować mnie
na coś straszliwego. Na lewo była zatem dziewczyna
z gnijącymi dziąsłami; co było na prawo ode mnie,
to zdołałem poznać dopiero po chwili. Nieruchoma,
olbrzymia masa, która miała twarz i wielką, ciężką
bez ruchu rękę. Strona twarzy, którą widziałem,
była pusta, bez żadnych rysów i bez wspomnień ---
a niesamowity był ubiór, jak szata trupa ubranego
do trumny. Wąska, czarna przepaska na szyi w równie luźny, nieosobisty sposób była przypięta do
kołnierza, a po ubraniu widać było, że je ktoś inny
naciągnął na to bezwolne ciało. Rękę położono
na spodniach, tam gdzie leżała, a nawet włosy uczesane były jak przez umywaczki trupów i sztywno
ułożone, jak włos wypchanych zwierząt.</akap>




<akap>Obserwowałem to wszystko z uwagą i przyszło
mi na myśl, że to więc było miejsce z dawna mi
przeznaczone, czułem bowiem, że teraz wreszcie
dotarłem do punktu mego życia, na którym pozostanę. Tak, przeznaczenie dziwnymi chadza drogami.</akap>




<akap>Nagle tuż obok podniosły się szybkie, przerażone, obronne krzyki dziecka, a po nich cichy,
zduszony płacz. W czasie kiedy wytężałem się, aby wywnioskować, gdzie to było, przedrżał znowu
nikły, stłumiony okrzyk --- i usłyszałem głosy, które pytały, i stłumiony głos, rozkazujący --- a potem
rozturkotała się jakaś obojętna maszyna i nie dbała o nic. Teraz przypomniałem sobie oną półścianę i zrozumiałem, że to wszystko dochodziło z tamtej
strony drzwi i że tam szła robota w najlepsze. Istotnie, od czasu do czasu posługacz w brudnym fartuchu zjawiał się i kiwał. Już nawet nie myślałem o tym,
że to mnie mogło dotyczyć. Czy to ja? Nie. Dwóch
mężczyzn stało tam z krzesłem na kółkach. Posadzili w nim nieruchomą masę i ujrzałem oto, że to był stary, chromy<pe><slowo_obce>chromy</slowo_obce> --- kulawy, kaleki.</pe> człowiek, który miał jeszcze
drugą, mniejszą, życiem zużytą stronę --- z otwartym, mętnym, smutnym okiem. Wieźli go i obok
mnie zrobiło się dużo miejsca.</akap>




<akap>I siedziałem myśląc, co też oni uczynią tej tępej
dziewczynie i czy ona także będzie wrzeszczeć.
Te maszyny w tyle warczały tak miło, fabrycznie,
nic w tym nie było niepokojącego.</akap>




<akap>Lecz nagle wszystko się uciszyło --- i w tę ciszę
rzeki przemożny, zadowolony z siebie głos, który
pono znałem:</akap>




<akap_dialog>--- <slowo_obce>Riez</slowo_obce>!</akap_dialog>




<akap>Pauza.</akap>




<akap_dialog>--- <slowo_obce>Riez!... Mais riez, riez</slowo_obce>!<pe><slowo_obce>Riez!... Mais riez, riez!</slowo_obce> (fr.) --- ależ niech pan się śmieje.</pe></akap_dialog>




<akap>Ja już się śmiałem.</akap>




<akap>Nie mogłem pojąć, dlaczego ten człowiek tam
się nie śmieje. Maszyna jakaś zaczęła turkotać,
ale zaraz znów zamilkła, zamieniano słowa, potem podniósł się znowu ten sam energiczny głos i rozkazał:</akap>




<akap_dialog>--- <slowo_obce>Dites nous le mot: avant.<pe><slowo_obce>Dites nous le mot: avant</slowo_obce> (fr.) --- proszę powiedzieć nam słowo: naprzód.</pe></slowo_obce></akap_dialog>




<akap>Sylabizując:</akap>




<akap_dialog>--- A-v-a-n-t.</akap_dialog>




<akap>Cisza.</akap>




<akap_dialog>--- <slowo_obce>On n'entend rien. Encore une fois</slowo_obce><pe><slowo_obce>On n'entend rien. Encore une fois</slowo_obce> (fr.) --- nic nie słychać. Jeszcze raz.</pe>...</akap_dialog>




<akap>I oto, kiedy tam bełkotało tak ciepło i tak soczyście
jak gąbka --- w tej chwili po raz pierwszy od wielu,
wielu lat zjawiło się! To, co mnie rozsadzało pierwszym, głębokim przerażeniem, gdy jako dziecko
leżałem w gorączce: to <wyroznienie>Wielkie</wyroznienie>. Tak, tak zawsze
mawiałem, kiedy wszyscy stali wkoło mego łóżka
i macali mi puls, i pytali, co mnie przestraszyło:</akap>




<akap_dialog>--- To <wyroznienie>Wielkie</wyroznienie>.</akap_dialog>




<akap>A kiedy lekarza wzywali i on był, i przemawiał
do mnie, wtedym go prosił, aby się tylko postarał,
by to <wyroznienie>Wielkie</wyroznienie> sobie poszło, bo wszystko inne
to nic. Ale on był taki jak inni. On go zabrać nie
mógł, choć przecież wówczas byłem mały i tak
łatwo było mi pomóc.</akap>




<akap>I teraz przyszło znowu. Później po prostu nie
zjawiało się, nie powracało nawet w nocach gorączki, ale teraz było tu, chociaż gorączki nie miałem.
Teraz było. Teraz wyrastało ze mnie jak spęczniały
wrzód, jak druga głowa --- i było częścią mnie samego, aczkolwiek nie mogło przecie wcale należeć
do mnie, bo było tak wielkie. Było jak wielkie martwe
zwierzę, co niegdyś, gdy żyło jeszcze, było moją
ręką albo moim ramieniem. I krew moja szła przeze
mnie i przez nie, jak przez to samo ciało. A serce
moje musiało się wysilać, by wpędzać krew w to
<wyroznienie>Wielkie</wyroznienie>; prawie nie było dosyć krwi. A krew
niechętnie wkraczała w to <wyroznienie>Wielkie</wyroznienie> i wracała
chora i zepsuta. Ale <wyroznienie>Wielkie</wyroznienie> pęczniało i wyrastało mi przed twarz jak ciepły, siny bąbel i wyrastało mi przed usta --- i nad ostatnim moim okiem
już był cień jego krawędzi.</akap>




<akap>Nie mogę sobie przypomnieć, jak wydostałem
się przez tę moc dziedzińców. Był wieczór i zbłądziłem w nieznanych stronach, i szedłem wzdłuż
bulwarów o nieskończonych murach w jednym kierunku, a gdy potem nie chciały się kończyć, wracałem w przeciwną stronę aż do jakiegokolwiek
placu. Stamtąd poczynałem iść jakąś ulicą i wyłaniały się inne ulice, których nie widziałem na oczy,
i jeszcze inne. Tramwaje przejasne z twardym,
stukającym dzwonieniem gnały czasem z pędem
na mnie i poza mnie. Lecz na ich tablicach były
nazwy, których nie znałem. Nie wiedziałem, w jakim jestem mieście i czy tu gdzie mam jakie mieszkanie, i co mam zrobić, żebym już nie musiał chodzić.</akap><sekcja_swiatlo/>





<akap><begin id="b1370770211684-3156066208"/><motyw id="m1370770211684-3156066208">Choroba, Szaleństwo, Pamięć</motyw>A teraz na domiar jeszcze ta choroba, która zawsze tak dziwnie działała na mnie. Jestem pewien,
że się ją bagatelizuje. Zupełnie tak samo, jak się
przecenia znaczenie innych chorób. Ta choroba
nie ma określonych właściwości, ona przybiera
właściwości osoby, którą zawładnie. Z lunatyczną
pewnością wyciąga z każdego najgłębsze jego niebezpieczeństwo, które wydawało się minione ---
i znowu przed nim je stawia, tuż, tuż, w najbliższą
godzinę. Ludzie, co kiedyś w czasach szkolnych
próbowali bezradnego nałogu, którym oszukanymi
powiernikami były biedne twarde dłonie chłopięce --- tu się znów odnajdują albo choroba się w nich
od nowa zaczyna, którą przezwyciężyli w dzieciństwie; albo zagubione nawyknienie znów się zjawia,
jakieś wahające odwracanie głowy, właściwe im
przed laty. A z tym, co nadchodzi, cały splot obłędnych wspomnień podnosi się i uwiesza, jak mokre
wodorosty na zatopionej rzeczy. Życia, o których
nie byłby się człowiek dowiedział nigdy, wyłaniają
się i mieszają z tym, co było naprawdę --- i odpychają minione, o którym myślałeś, że je znasz:
w tym, co powstaje, jest bowiem wypoczęta, nowa
siła, to zaś, co było zawsze, zmęczone jest zbyt
częstym wspominaniem.<end id="e1370770211684-3156066208"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Leżę na moim łóżku, na wysokości pięciu pięter,
a dzień mój, niczym nie przerywany, jest jak tarcza zegarowa bez wskazówek.</akap>




<akap><begin id="b1370770324171-1090682099"/><motyw id="m1370770324171-1090682099">Dzieciństwo, Strach</motyw>Jak rzecz od dawna zgubiona pewnego ranka
nagle zjawia się na swoim miejscu, ochroniona
i cała, bardziej nowa niemal niż w czasie zgubienia,
zupełnie tak, jakby u kogoś była w pieczy<pe><slowo_obce>piecza</slowo_obce> --- opieka a. dozór.</pe> --- tak
tu i tam na mojej kołdrze leżą zguby dzieciństwa
i są jak nowe. Wszystkie utracone strachy zjawiają
się znowu.</akap>




<akap>Strach, że mała wełniana nitka wystająca z brzegu kołdry twarda jest, twarda i ostra jak stalowa igła.
Strach, że ten guziczek u nocnej koszuli jest większy
niż moja głowa, wielki i ciężki. Strach, że ta kruszyna
chleba, staczająca się oto z mego łóżka, upadnie na
ziemię szklana i stłuczona, że tym samym właściwie wszystko będzie stłuczone, wszystko na zawsze.
Strach, że to pasmo z brzegu rozciętego listu jest
czymś zakazanym, czego nikt wiedzieć nie ma,
czymś nieopisanie cennym, i że w całym pokoju
nie ma dlań dość bezpiecznego miejsca. Strach,
że skoro usnę, połknę ten kawał węgla leżący pod
piecem. Strach, że jakaś liczba w moim mózgu
pocznie rosnąć, aż nie starczy jej we mnie przestrzeni. Strach, że to, na czym leżę, to granit, szary granit. Strach, że mógłbym wrzasnąć i że przed
moimi drzwiami zbiegliby się ludzie i wyłamali
wreszcie te drzwi, strach, że mógłbym się zdradzić
i powiedzieć to wszystko, czego się boję, i strach,
że nie mógłbym powiedzieć nic, bo wszystko jest
niewypowiedziane --- i te inne strachy... te strachy...!<end id="e1370770324171-1090682099"/></akap>




<akap>Prosiłem o moje dzieciństwo i ono wróciło ---
i czuję, że wciąż jest tak ciężkie jeszcze, jak wtedy,
i że na nic się nie zdało, że się zestarzałem.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Wczoraj z gorączką było lepiej, a dzisiaj dzień
jak wiosna się zaczyna, jak wiosna w obrazach.
Spróbuję wyjść do Bibliothèque Nationale<pe><slowo_obce>Bibliothèque Nationale</slowo_obce> (fr.) --- biblioteka narodowa.</pe>, do mojego poety, którego nie czytałem tak dawno ---
i może później potrafię przejść wolno przez ogrody.
Może jest wiatr nad wielkim stawem, który ma tak
prawdziwą wodę --- i przyjdą dzieci, które na nią
puszczą okręciki o czerwonych żaglach, i przyglądać się będą.</akap>




<akap>Dzisiaj nie byłem na to przygotowany, wyszedłem
tak odważnie, z taką prostą naturalnością. A jednak
znowu coś przyszło i porwało mnie jak papier,
zmięło i odrzuciło --- zjawiło się coś niesłychanego.</akap>




<akap>Bulwar St. Michel był pusty i przestronny i łatwo się szło po jego lekkiej pochyłości. Okna otwierały się w górze z brzękiem szklanym, a błysk ich
leciał jak biały ptak przez ulicę. Powóz o jasnoczerwonych kołach przejechał, a dalej w dole ktoś niósł
coś zielonego. Konie w błyszczącej uprzęży biegły
przez ciemno spryskaną, czystą jezdnię. Wiatr był
poruszony, nowy, łagodny, a wszystko wznosiło
się: zapachy, wołania, dzwony.</akap>




<akap>Mijałem jedną z kawiarń, w których co wieczór
grywają fałszywi czerwoni cyganie. Z rozwartych
okien pełzało z nieczystym sumieniem niewyspane
powietrze. Kelnerzy gładko uczesani właśnie zamiatali pod drzwiami. Jeden z nich zgięty wpół ciskał
garść po garści żółty piasek pod stoły. Wtem któryś
z przechodzących trącił go i wskazał na dół wzdłuż
ulicy. Kelner z mocno czerwoną twarzą przez chwilę
patrzył z wytężeniem, po czym śmiech rozpostarł
się na wygolonych policzkach, jakby rozsypany na
nich. Kiwnął na resztę kelnerów, pośpiesznie obrócił
kilka razy twarz z prawej strony ku lewej, aby zwołać
wszystkich, a samemu nic nie uronić. I już stali
wszyscy i spozierali; to patrząc w dół, to szukając,
z uśmiechem lub złością, że jeszcze nie odkryli, co
gdzie jest śmiesznego.</akap>




<akap>Czułem, że wzrasta we mnie odrobina lęku.
Coś pchnęło mnie na drugą stronę ulicy; lecz
zacząłem tylko przyśpieszać kroku i zlustrowałem
mimowolnie garstkę ludzi przed sobą, nie widząc
na nich nic szczególnego. Ujrzałem wszakże, że
jeden z nich, chłopiec w niebieskim fartuchu
i z pustym koszykiem na ramieniu, patrzał za kimś.
Skoro się napatrzył, obrócił się w miejscu ku domom
i do roześmianego kupczyka po drugiej stronie
ulicy stuknął się w czoło ruchem powszechnie
znanym. Potem łypnął czarnymi oczyma i zadowolony począł iść ku mnie kołyszącym krokiem.</akap>




<akap>Z chwilą gdy oko moje zyskało perspektywę,
począłem oczekiwać jakiejkolwiek niezwykłej i uderzającej figury, ale okazało się, że przede mną nie
szedł nikt poza wysokim, szczupłym mężczyzną
w ciemnym płaszczu i miękkim czarnym kapeluszu
na krótkich, płowych włosach. Upewniłem się, że
ani w ubiorze, ani w zachowaniu tego człowieka nie
ma nic zabawnego, i już chciałem poza niego spojrzeć
w głąb ulicy, kiedy nagle potknął się. Ponieważ
stąpałem tuż za nim, skupiłem uwagę, ale skoro
doszedłem do tego miejsca, nic tam nie było, no
nic! Szliśmy dalej obaj, on i ja, przestrzeń między
nami nie zmniejszała się. Teraz była poprzeczna
ulica i oto ów człowiek przede mną nierówno skoczył
ze stopnia chodnika, podobnie jak nieraz dzieci
idąc podskakują z radości. Na przeciwległy chodnik
wszedł po prostu, jednym długim krokiem. Ale już
zaraz podciągnął jedną nogę i podskoczył na drugiej
raz i znowu raz, i jeszcze raz. Teraz można było
znów ten nagły ruch poczytywać za potknięcie,
gdyby sobie człowiek wmówił, że jakaś drobnostka
tam leżała, pestka, śliska łupina owocu, cośkolwiek.
A co najdziwniejsze, człowiek ów sam zdawał się
wierzyć w istnienie jakiejś przeszkody, gdyż za
każdym razem odwracał się ze wzrokiem podrażnionym i pełnym wyrzutu, właściwym człowiekowi
w podobnych sytuacjach. Raz jeszcze jakiś ostrzegawczy głos wołał mnie na drugą stronę ulicy, lecz
nie posłuchałem krocząc dalej za tym człowiekiem
i całą uwagę skupiając na jego nogach.</akap>




<akap><begin id="b1370770582252-132382077"/><motyw id="m1370770582252-132382077">Choroba</motyw>Przyznać muszę, iż z dziwną ulgą odetchnąłem,
kiedy przez jakie dwadzieścia kroków podskakiwanie
nie powtórzyło się, ale gdy oto podniosłem oczy,
zauważyłem, iż człowiek mój miał nowe zmartwienie.</akap>




<akap>Kołnierz od płaszcza podniósł mu się i choć
usiłował to jedną, to drugą ręką koniecznie go spuścić,
nie udawało się ani rusz. To się zdarza. Nie byłem
tym zaniepokojony. Lecz zaraz potem zauważyłem
z niesłychanym zdumieniem, że w skrzętnych rękach
tego jegomościa były dwa ruchy: jeden skryty,
prędki, którym nieznacznie podnosił kołnierz ---
i ów drugi, szczegółowy, trwały, niejako przesadnie
sylabizowany ruch, mający na celu spuszczenie
kołnierza.</akap>




<akap>Obserwacja ta oszołomiła mnie do tego stopnia,
że minęły dwie minuty, zanim poznałem, że w szyi
tego człowieczka, za sterczącym kołnierzem i nerwowo działającymi rękami, było to samo straszliwe,
dwuzgłoskowe podskakiwanie, które co dopiero opuściło jego nogi. Od tej chwili byłem z nim związany.
Zrozumiałem, że to podskakiwanie tłukło się po jego
ciele, że próbowało przedrzeć się tu i tam. Pojąłem
jego strach przed ludźmi i sam zacząłem śledzić
ostrożnie, czy przechodnie coś zauważają.<end id="e1370770582252-132382077"/> Zimny
prąd przeszył mi plecy, gdy jego nogi raptem wykonały nieznaczny drgawkowy skok; ale nikt nie
widział --- i wymyśliłem sobie, że i ja potknę się
nieco, na wypadek, gdyby ktoś to spostrzegł. To
byłby niezawodny sposób przekonania ciekawskich,
że tam jednak była na drodze mała, nieznaczna
przeszkoda, na którą nastąpiliśmy obaj przypadkowo.</akap>




<akap>Ale kiedy tak myślałem o ratunku, on sam znalazł
nowy znakomity wybieg. Zapomniałem powiedzieć,
że miał laskę; otóż była to laska zwykła, z ciemnego
drzewa, o skromnej, zaokrąglonej gałce. I w tym
lęku szukania wpadł na myśl przytrzymania laski
na grzbiecie, na razie jedną ręką (bo kto wie, na co
jeszcze przyda się druga), tuż na kręgosłupie, przyciśnięcia jej siłą do krzyża i wsunięcia zakrzywionej
gałki za kołnierz tak, iż czuło się ją jak twarde oparcie
za kręgami grzbietu i szyi. To była postawa wcale
nie uderzająca, chyba nieco swawolna; niespodziewany dzień wiosenny tłumaczyć to mógł zupełnie.
Nikt nie myślał oglądać się i jakoś to było. Było
świetnie. Wprawdzie przy najbliższej przecznicy
wypsnęły się dwa podskoki, dwa małe, stłumione
podrygi, nie mające żadnego znaczenia; a ów jeden
widzialny naprawdę skok umieszczony był tak zgrabnie (wąż do skrapiania ulic leżał właśnie w poprzek
drogi), że nie było obawy. Tak, jeszcze wszystko
było w porządku; raz po raz i druga ręka chwytała
laskę i przyciskała ją mocniej --- i od razu mijało
niebezpieczeństwo. Nie miałem na to rady, że mój
strach wzrastał jednak. Wiedziałem, że kiedy on
szedł i z niesłychanym wysiłkiem starał się wyglądać
na obojętnego i roztargnionego, straszne drgawki
w jego ciele gromadziły się; we mnie był ten sam
lęk, który on czuł, kiedy dygoty w nim rosły i rosły ---
i widziałem, jak czepia się laski, kiedy poczynały
nim szamotać. Wtedy wyraz tych rąk był tak nieubłagany i surowy, iż całą nadzieję pokładałem
w jego woli, która musiała być wielka. Ale co tam
wola! Musiała przyjść chwila, kiedy siła jego skończy
się, nie mogła być daleka ta chwila. A ja, który
stąpałem za nim z bijącym mocno sercem, ja ciułałem
te moje kruszyny siły jak grosz --- i patrząc na jego
ręce, prosiłem go, aby brał, jeśli mu potrzeba.</akap>




<akap>Zdaje mi się, że wziął; jakaż w tym moja wina,
że jej nie było więcej!</akap>




<akap>Na Place St. Michel było wiele powozów i ludzi
śpieszących na wszystkie strony, byliśmy często
między dwoma pojazdami i wtenczas on czerpał
powietrze i szedł niedbalej, jak gdyby chciał odpocząć,
a były w nim małe drgawki i podskoki. Wola w dwóch
miejscach była przełamana, a to folgowanie<pe><slowo_obce>folgować</slowo_obce> --- pozwalać na coś, nie ograniczać się.</pe> pozostawiło w spętanych mięśniach lekkie jakieś, wabiące
podniecenie i ów przemożny dwutakt. Lecz laska
była jeszcze na swoim miejscu, a ręce gniewne
były i złe; tak wstąpiliśmy na most i nieźle było.
Wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe> nieźle.</akap>




<akap>Teraz jakaś niepewność opanowała jego chód,
teraz biegł kilka kroków, a teraz stał. Stał. Lewa
ręka odbiła się cicho od laski i podniosła się tak
wolno, iż widziałem, jak drżała pod światło. Kapelusz
odsunął trochę w tył i ręką przejechał po czole.
Odwrócił nieco głowę i wzrok jego zachybotał po
niebie, domach i wodzie nic nie pojmując, a potem
uległ. Laska zniknęła, on wyciągnął ramiona, jak
gdyby miał wzlecieć --- i buchnęło z niego jak siła
żywiołu, i zgięło go ku przodowi, i szarpnęło w tył,
i kazało mu zginać się i chwiać, i wyrzucało zeń siłę
taneczną w tłum. Bo już ludzi wiele było wkoło
i nie zobaczyłem go więcej.</akap>




<akap>Co za sens byłby jeszcze iść gdziekolwiek, byłem
pusty. Jak pusty papier gnało mnie wzdłuż domów, z powrotem bulwarem w górę.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Próbuję pisać do Ciebie, chociaż właściwie nie
ma nic po koniecznym rozstaniu. Próbuję mimo to, zdaje mi się, że muszę to uczynić, ponieważ tę
świętą widziałem w Panteonie, tę samotną świętą
panią i ten dach, i te drzwi, a wewnątrz tę lampę ze
skromnym kręgiem światła, a tam, hen, miasto
śpiące i rzekę, i dal w blasku księżyca. Święta pani
czuwa nad miastem uśpionym. Płakałem. Płakałem,
bo to wszystko tak naraz przyszło nieoczekiwanie.
Płakałem patrząc na to, nie było rady.</akap>




<akap>Jestem w Paryżu, kto to słyszy, cieszy się, na ogół
zazdroszczą mi ludzie. Mają rację. Wielkie miasto,
duże, pełne pokus osobliwych. Sam przyznać muszę,
że im uległem w pewnej mierze. Sądzę, że tego
inaczej nazwać nie można. Uległem tym pokusom,
a to spowodowało pewne zmiany, może nie w charakterze moim, ale w poglądzie na świat, w każdym razie
w moim życiu. Zupełnie inny pogląd na wszystkie
rzeczy wytworzył się we mnie pod tymi wpływami --- zjawiły się pewne różnice, dzielące mnie od
ludzi więcej niż wszystko dotychczas. Świat zmieniony. Życie nowe, pełne nowych znaczeń. Trochę trudno mi w tej chwili, ponieważ wszystko jest
zbyt nowe. Nowicjuszem jestem w moich własnych
stosunkach.</akap>




<akap>Czy nie można by tak raz zobaczyć morza?</akap>




<akap>Ach, pomyśl tylko, wyobraziłem sobie, że Ty
mogłabyś przyjść. A może Ty mogłabyś powiedzieć
mi, czy istnieje lekarz? Zapomniałem dowiedzieć
się. Zresztą niepotrzebne mi to już.</akap>




<akap>Czy pamiętasz niesłychany wiersz Baudelaire'a<pe><slowo_obce>Baudelaire, Charles Pierre</slowo_obce> (1821--1867) --- francuski poeta, krytyk sztuki, tłumacz Edgara Allana Poe, prekursor symbolizmu i poezji nowoczesnej, parnasista, dekadent. Uznawany za jednego z tzw. ,,poetów przeklętych". Jego twórczość była kontrowersyjna, samego autora oskarżano o niemoralność ze względu na podejmowaną tematykę w swych utworach: dewiacje, rzekome popieranie satanizmu, prostytucja, życie marginesu społecznego itd. Najsłynniejszym dziełem Baudelaire'a są wydane w 1857 r. <tytul_dziela>Kwiaty zła</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Les fleurs du mal</tytul_dziela>), znane również pod innym polskim tytułem --- <tytul_dziela>Kwiaty grzechu</tytul_dziela>.</pe>
<tytul_dziela>Une charogne<pe><slowo_obce>Une charogne</slowo_obce> (fr.) --- padlina.</pe></tytul_dziela>? Być może, iż teraz go rozumiem.
Poza ostatnią zwrotką miał słuszność. Co miał
uczynić, skoro go to spotkało? Zadaniem jego było
w tych okropnościach, w tych pozornych jeno<pe><slowo_obce>jeno</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe>
przeciwnościach szukać tego, co <wyroznienie>jest</wyroznienie>, mającego
ważność wśród wszystkiego, co jest. Wyboru i odrzucania nie ma. Czy uważasz to za przypadek, że
Flaubert<pe><slowo_obce>Flaubert, Gustave</slowo_obce> (1821--1880) --- francuski pisarz, wybitny realista, uważany też za jednego z pierwszych przedstawicieli naturalizmu. Dzieła: <tytul_dziela>Pani Bovary</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Madame Bovary</tytul_dziela>, 1857), <tytul_dziela>Salambo</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Salammbô</tytul_dziela>, 1862), <tytul_dziela>Szkoła uczuć</tytul_dziela> (<tytul_dziela>L'Education sentimentale</tytul_dziela>, 1869), <tytul_dziela>Kuszenie św. Antoniego</tytul_dziela> (<tytul_dziela>La Tentation de Saint Antoine</tytul_dziela>, 1874).</pe> napisał swego ,,Saint-Julien-l'Hospitalier"?
Wydaje mi się, że to jest coś decydującego: czy ktoś
zdobędzie się na to, by położyć się obok trędowatego
i ogrzać go serdecznym ciepłem nocy miłosnych;
to nie może się nie skończyć dobrze.</akap>




<akap>Nie myśl czasem, że ja tu cierpię na rozczarowania, przeciwnie. Dziwię się nieraz, z jaką gotowością
poświęcam wszystko, czego wyczekiwałem, za rzeczywistość twardą nawet.</akap>




<akap>Boże, gdyby można coś z tego podzielić! ale czyż
<wyroznienie>byłoby</wyroznienie> wtedy, czy <wyroznienie>byłoby</wyroznienie> wtedy? Nie, to
<wyroznienie>jest tylko</wyroznienie> za cenę samotności.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><begin id="b1370771462324-2259777724"/><motyw id="m1370771462324-2259777724">Cierpienie, Pamięć</motyw>Istnienie straszliwości w każdej cząstce powietrza.
Wdychasz ją przezroczyście; ale w tobie opada,
twardnieje, między narządami przybiera formy spiczaste, geometryczne. Bo wszystkie zgrozy i męki,
jakie wydarzyły się na placach sądu, w izbach tortur,
w domach wariatów, w salach operacyjnych, pod
przęsłami mostów w późną jesień; wszystko to ma
jakąś twardą nieśmiertelność, wszystko to w sobie
trwa i, zazdroszcząc wszelkiemu bytowi, czepia
się strasznej rzeczywistości. Chcieliby ludzie, aby
im dozwolono wiele z tych rzeczy zapomnieć, ich
sen lekkim pilnikiem ściera takie bruzdy w mózgu,
lecz marzenia senne odpychają go i kreślą głębiej
ślady. I budzą się ludzie, i dyszą ciężko, i każą blaskom
świecy roztapiać się w ciemni, i jak osłodzoną wodę
piją półjasne ukojenie.<end id="e1370771462324-2259777724"/></akap>




<akap>Ach, ale której krawędzi trzyma się ta pewność!
Najmniejszy obrót, a już wzrok wysuwa się poza
miłe i znajome --- a z zarysu przed chwilą jeszcze
tak pocieszającego wyłania się krawędź grozy. Strzeż
się światła, które izbę czyni bardziej głuchą; nie
oglądaj się, czy czasem cień nie podniesie się za
twoim krzesłem jak twój pan. Lepiej chyba, gdybyś był pozostał w ciemności i gdyby twoje nie odgraniczone serce spróbowało być ciężkim sercem wszystkich tych nie odróżnionych rzeczy. Teraz zebrałeś
się w sobie, widzisz, jak się kończysz we własnych
dłoniach, od czasu do czasu niedokładnym ruchem
pociągasz własną twarz za sobą. I w tobie prawie
nie ma przestrzeni, i koi cię to niemal, że w tej
ciasnocie w tobie nie może nic przebywać bardzo
wielkiego, że i to niesłychane zamknąć się musi
i ścieśnić wedle warunków. Lecz tam na świecie,
tam ono jest bez granic, a kiedy tam wzrasta, natenczas napełnia się i w tobie, nie w naczyniach będących
częściowo w twojej władzy ani flegmie twoich
spokojniejszych narządów: wzrasta we włóknach,
wzwyż wsysane w najdalsze odnogi twojego bezmiernie rozgałęzionego bytu. Tam się podnosi,
tam wyrasta ponad ciebie, sięga ponad twój oddech,
do którego chronisz się jak do ostatniej przystani.</akap>




<akap>Ach, a dokąd potem, dokąd potem? Twoje serce
wypędza cię z ciebie, twoje serce w ślad za tobą gna,
a ty już prawie poza sobą stoisz i już wrócić nie
możesz. Jak robak nadepnięty, tak ty pękasz i rozlewasz się, a twoja drobina zewnętrznej twardości
i przystosowania jest bez sensu!</akap>




<akap><begin id="b1370772743093-98669983"/><motyw id="m1370772743093-98669983">Strach, Matka</motyw>O nocy bez przedmiotów! O tępe okno wychylone, o drzwi troskliwie pozamykane; urządzenia z dawien
dawna przejęte, uwierzytelnione, nigdy do cna nie
zrozumiane. O ciszo w sieni, ciszo z pokojów sąsiednich, ciszo wysoko pod pułapem.</akap>




<akap>O matko, o ty jedyna, która wszystką tę ciszę
przemieniłaś kiedyś w dzieciństwie. Która ją
bierzesz na siebie, mówisz: nie bój się, to ja. Która
odwagę masz w samą noc tą ciszą być dla wszystkiego, co się boi, co ginie ze strachu.</akap>




<akap>Zapalasz świecę, a już ten szmer, to ty. I trzymasz
ją przed sobą, i mówisz: to ja, nie przestrasz się. I stawiasz ją powoli, i --- bez wątpienia: to ty, ty
jesteś tym światłem wokoło zwykłych, serdecznych
rzeczy, które bez pokątnego znaczenia istnieją, są
dobre, naiwne, jednoznaczne. A kiedy coś niepokoi
gdzieś za ścianą albo krok czyni pod podłogą, to ty
uśmiechasz się tylko, uśmiechasz, przejrzyście uśmiechasz na jasnym tle do zatrwożonej twarzy,
która szuka w tobie, jak gdybyś była zjednoczona
i w zmowie z każdym półdźwiękiem, złączona z nim
w tajemnicy i zgodzie. Czy moc jaka równa się twojej
mocy w ziemskim panowaniu?<end id="e1370772743093-98669983"/> Spójrz, królowie
leżą i patrzą w słup, a bajarz odwrócić nie może ich
uwagi. Gdy leżą na słodkich piersiach ulubienicy,
wpełza na nich groza i obezwładnia, i gasi żądzę.
Ty zaś przychodzisz i trzymasz to niesłychane za
sobą i jesteś najzupełniej przed nim; nie jak zasłona,
którą by można tu i ówdzie podnieść. Nie! jak
gdybyś je była wyprzedziła na wołanie, któremu byłaś konieczna. Jak gdybyś była przyszła
daleko przed wszystkim, co przyjść może, a miała
za sobą tylko twój pęd, twoją wieczną drogę, twojej
miłości lot.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><slowo_obce>Mouleur</slowo_obce><pe><slowo_obce>mouleur</slowo_obce> (fr.) --- odlewnik.</pe>, koło którego przechodzę codziennie, wywiesił dwie maski przed drzwiami. Twarz młodej
topielicy, odlaną w trupiarni, ponieważ była piękna,
ponieważ uśmiechała się, uśmiechała tak łudząco,
jak gdyby wiedziała.</akap>




<akap>A pod nią jego wiedzące oblicze. Ten twardy sęk
z mocno ściągniętych zmysłów. To nieubłagane
samozgęszczenie Muzyki wiecznie chcącej dymić.
Oblicze tego, któremu jeden z bogów zamknął słuch,
aby nie było dźwięków oprócz dźwięków jego. Aby
nie zmieszała go mętność i znikomość szmerów.
On, w którym była ich jasność i trwanie; aby tylko
bezdźwięczne zmysły wnosiły mu świat, bez szmeru,
napięty, czekający świat, niedokończony, przed stworzeniem Dźwięku.</akap>




<akap>Ty, który kończysz świat!</akap>




<akap>Jak to, co deszczem spada niedbale na ziemię
i nad wody, opadając przypadkowo, i mniej widoczne
a radosne według prawa powstaje powrotnie z wszystkiego, i wznosi się, i zawisa, i tworzy nieba --- takoż
z ciebie podniósł się wzlot naszych opadów i ponad
światem wzniósł sklepienie Muzyki.</akap>




<akap>Twoja muzyka: gdybyż mogła być wokoło świata,
nie wokoło nas. Gdybyż ci zbudowano fortepian
w pustyni Tebaidy. I Anioł zawiódłby cię przed
samotny instrument, przez turnie pustynnych gór,
kędy leżą króle i hetery<pe><slowo_obce>hetera</slowo_obce> (z gr.) --- kurtyzana.</pe>, i anachoreci<pe><slowo_obce>anachoreta</slowo_obce> --- asceta, pustelnik.</pe>. I cisnąłby się
wzwyż i precz --- w lęku, abyś nie zaczął.</akap>




<akap>I wtenczas promieniowałbyś, promieniejący, niesłyszany; oddając Powszechności, co Powszechność
jedynie dźwigać zdolna.</akap>




<akap>W dali Beduini gnają w pustynię zabobonnie.
Na ziemię padają kupcy u skraju twojej muzyki, jak gdybyś huraganem był. Tylko nocą okrążają cię w wielkim łuku lwy poniektóre, co samych siebie się przeraziły, zagrożone własną wzburzoną krwią.</akap>




<akap>Bo kto ciebie teraz powrotnie dobędzie z uszu,
które są lubieżne? Kto ich wypędzi z sal muzycznych,
tych przedajnych o niepłodnym słuchu, słuchu
złajdaczonym, a nie zapładnianym nigdy? Tam
wielkie promienieje nasienie, a oni podstawiają się
jak ladacznice i bawią się tym --- albo kiedy leżą
rozwaleni w chuciach nie zaspokojonych, ona pada
między nich wszystkich jak nasienie Onana.</akap>




<akap>Kędy jednak, Panie, ktoś dziewiczy o niepokalanym uchu leżałby przy twoim dźwięku: umarłby
z szczęśliwości albo rozstrzygnął Nieskończoność ---
i zapłodniony jego mózg musiałby pęknąć w niesłychanym rdzeniu.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Nie bagatelizuję. Wiem, że na to potrzeba odwagi.
Ale przypuśćmy na chwilkę, że ktoś by ją miał, ktoś
by miał ów <slowo_obce>courage de luxe</slowo_obce>, by im ulec, iżby potem
wiedzieć raz na zawsze (bo któż by mógł to zapomnieć czy pomylić?), dokąd oni później wpełzają
i co robią przez pozostały długi dzień, i czy sypiają
w nocy. To przede wszystkim trzeba by stwierdzić:
czy sypiają. Ale odwaga to jeszcze nie dosyć. Przychodzą bowiem i odchodzą nie jak inni ludzie, za
którymi byłoby łatwo pójść. Zjawiają się i znikają,
nagle ktoś ich stawia i zabiera jak ołowianych żołnierzy. W odległych nieco miejscach znajduje się
ich, ale nie w ukrytych. Krzewy cofają się nieco,
ścieżka kręci się trochę koło trawnika: stoją już
i mają wokoło siebie moc przejrzystej przestrzeni,
jak gdyby stali pod szklanym kloszem.</akap>




<akap>Mógłbyś ich uważać za spacerujących w zadumaniu, tych niepozornych człowieczków, o nikłej,
skromnej pod każdym względem postaci. Ale mylisz
się. Czy widzisz tę lewą rękę, jak po coś sięga do
skośnej kieszeni starego płaszcza; jak znajduje to
coś i wyciąga, i trzyma w powietrzu ów przedmiot
niezgrabnie i ostentacyjnie? Po kilku zaledwie chwilach zjawiają się dwa, trzy ptaszki, wróble, podskakujące w zaciekawieniu. I jeśli uda się temu człowiekowi potwierdzić ich bardzo dokładne pojęcie o nieruchomości, natenczas nie ma powodu, dla którego
nie miałyby się jeszcze bardziej zbliżyć. I wreszcie
wznosi się pierwszy i przez chwilę trzepoce nerwowo
na wysokości ręki, która (mój Boże) nadstawia kruszynę zużytego słodkiego chleba, skromnymi, wyraziście rezygnującymi palcami.</akap>




<akap>A im więcej ludzi gromadzi się przy nim, w stosownej oczywiście odległości, tym mniej ma z nimi wspólnego. Jak świecznik dogasający stoi on i świeci
resztą światła, i cały jest nim ciepły, i nigdy się nie
ruszył. A jak wabi, jak przywabia --- tego te liczne,
małe, głupie ptaszki osądzić nie mogą. Gdyby nie
widzowie i gdyby mu dość długo pozwolono stać,
pewien jestem, że nagle przyszedłby anioł, przezwyciężył się i zjadłby ten stary, słodkawy kęs z wynędzniałej ręki. Zawadzają tu, jak zawsze ludzie.
Dbają o to, by zjawiały się tylko ptaszki; uważają,
że to dosyć, i twierdzą, że on niczego innego nie
oczekuje. Bo czegożby też miał oczekiwać on, ten
stary, deszczem spłukany wiecheć, trochę skośnie
zatknięty w ziemię, jak drewniane podobizny ludzkie
z okrętów, w ojczystych ogrodach; czy i on ma tę
postawę stąd, że kiedyś stał gdzieś na przedzie
w swoim życiu, kędy ruch jest największy? Czy
dlatego tak jest teraz zamazany, że kiedyś był kolorowy? Czy chcesz go pytać?</akap>




<akap>Kobiet tylko nie pytaj o nic, kiedy widzisz, że
która karmi ptaszki. Można by nawet iść za nimi;
one to robią tak mimochodem: byłoby ci łatwo. Ale
zostaw je. One nie wiedzą, skąd im to przyszło.
Mają ni stąd, ni zowąd moc chleba w torbie i spod
cienkiej mantyli<pe><slowo_obce>mantyla</slowo_obce> (daw.) --- rodzaj krótkiej peleryny damskiej.</pe> wyciągają wielkie kawały, pogryzione trochę i mokre. Dobrze im z tym, że ich ślina
troszeczkę w świat się dostanie, że małe ptaszki latać będą z tym przysmakiem, chociaż i oczywiście
zapomną go zaraz.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Siedziałem oto przy twoich książkach, o ty Uparty, i próbowałem myśleć jak inni, którzy nie chcą pozostawić cię w całości, a wzięli sobie swoją część
zadowoleni. Nie pojmowałem bowiem jeszcze sławy, tej publicznej rozbiórki czegoś tworzącego
się, na którego plac budowlany wdziera się tłuszcza,
przesuwając mu kamienie.</akap>




<akap><begin id="b1370774186069-3445997928"/><motyw id="m1370774186069-3445997928">Imię, Sława</motyw>Młodzieńcze, gdziekolwiek jesteś, w którym powstaje coś, co mrowiem przechodzi po skórze, <wyroznienie>korzystaj</wyroznienie> z tego, że cię nikt nie zna! A kiedy przeczą tobie, którzy cię za nic mają, a kiedy poniechają
cię zupełnie ci, z którymi obcujesz, i kiedy wytępić chcą ciebie gwoli<pe><slowo_obce>gwoli</slowo_obce> (daw.) --- ze względu na coś.</pe> twych myśli kochanych ---
czym jest to wyraźne niebezpieczeństwo, które
cię skupia w tobie, wobec przebiegłego później
wroga, sławy, która cię unieszkodliwia, ponieważ
cię rozsypuje!</akap>




<akap>Nie proś nikogo, aby mówił o tobie, nawet nie
pogardliwie. A gdy czas idzie i czujesz, jak imię
twoje krąży wśród ludzi, nie bierz go poważniej
niż wszystko, co znajdujesz w ich ustach. Pomyśl:
zepsuło się --- i zdejmij je. Inne przybierz, jakiekolwiek, aby cię Bóg zawołać mógł w nocy. I zakryj
je przed wszystkimi.</akap>




<akap>Ty najsamotniejszy, postronny, jakże cię dogonili na twojej sławie. Jak to dawno, kiedy przeciwni tobie byli z całej duszy --- a oto obchodzą
się z tobą jak z równym sobie. A słowa twoje ciągną
za sobą w klatkach swojej pychy i na placach pokazują, i drażnią je trochę z bezpiecznych swoich
miejsc. Wszystkie twoje straszne drapieżniki.<end id="e1370774186069-3445997928"/></akap>




<akap>Wtenczas czytałem cię dopiero, kiedy wyrwali
się i napadli mnie w mojej pustyni ci desperaci.
Zrozpaczeni, jak i ty sam zrozpaczony byłeś na końcu, ty, którego droga fałszywie wrysowana jest
we wszystkie mapy. Jak rysa idzie ona przez nieba,
ta beznadziejna hiperbola twojej drogi, raz tylko
wyginająca się ku nam i oddalająca się w przerażeniu. Co tobie zależało na tym, czy kobieta jaka
zostaje lub odchodzi i czy kogo ogarnie zawrót,
a innego szaleństwo, i czy umarli są żywi, a żywi
w letargu: co tobie?</akap>




<akap>To wszystko było dla ciebie tak naturalne: tyś
przez to przeszedł, jak się przechodzi przez sień,
i nie zatrzymałeś się. Ale tam przystanąłeś pochylony, gdzie nasze dokonanie dymi i opada, i barwę
zmienia, wewnątrz. Wewnętrzniej niż tam, gdzie
ktoś był kiedykolwiek; drzwi jakieś odskoczyły
przed tobą i oto stałeś przy tyglach w łunie ognia.
Tam, dokąd nigdy nie zabierałeś nikogo, o ty,
Nieufny, tam siedziałeś i rozróżniałeś przejścia.</akap>




<akap>I tam, ponieważ wskazywanie miałeś we krwi,
a nie kształtowanie, a nie mówienie, tam powziąłeś tę ogromną decyzję; to nikłe, któreś sam zrazu
tylko przez szkła spostrzegał, postanowiłeś najzupełniej sam od razu tak powiększyć, aby stało przed
tysiącami, olbrzymie, przed wszystkimi. Twój teatr
powstał. Ty nie mogłeś czekać, aby to bezprzestrzenne niemal, przez wieki w krople stłoczone życie przez <wyroznienie>inne</wyroznienie> sztuki znalezione było i stopniowo uwidocznione dla pojedynczych, którzy się z wolna łączą w poznawaniu, którzy wreszcie żądają pospólnego widzenia, jak się te pogłoski dostojne potwierdzają w symbolu rozwartej przed nimi sceny. Ty odczekać tego nie mogłeś, ty pojawiłeś się, ty musiałeś ustalić i trzymać otwartą tę Niepojętość, co się zmierzyć nie da: to uczucie, co się o pół stopnia wznosi; kąt przeważania woli niczym prawie
nie obciążonej, odczytany z zupełnie bliska; lekkie
i zmącenie w jednej kropli tęsknoty i to ,,nic" w przemianie barw atomu zaufania. W tych bowiem procesach było teraz życie, nasze życie, które w nas się wśliznęło, które się cofnęło do wnętrza, tak głęboko, że już chyba przypuszczeń o nim być nie mogło.</akap>




<akap>Do wskazywania stworzony byłeś, bezczasowo tragiczny poeto --- i przeto musiałeś tę kapilarność<pe><slowo_obce>kapilarność</slowo_obce> --- dosł. włoskowatość, zjawisko podnoszenia się cieczy na różną wysokość w rurkach o niewielkiej średnicy.</pe> błyskawicznie przetworzyć w najbardziej przekonywające gesty, w najbardziej istniejące rzeczy.
Tu przystąpiłeś do bezprzykładnego gwałtu twego tworu, który coraz to niecierpliwiej, coraz rozpaczniej pod widzialnością szukał odpowiedników
dla rzeczy widzianych wewnątrz. Było tam poddasze, był królik, sala była, w której ktoś chodzi
tu i tam: był brzęk szkła w sąsiednim pokoju, pożar przed oknami, słońce. Kościół był i parów skalisty
kościołowi równy. Lecz to nie wystarczało; na koniec i wieże pomieścić się musiały, i całe góry, a lawiny, grzebiące szmaty kraju, zasypały scenę rzeczami dotykalnymi, gwoli niepojętości. Ty wtedy nie zdzierżyłeś. Dwa końce, któreś ty nagiął
razem, odskoczyły na dwie strony; wściekła twoja
siła wytrysnęła z giętkiego pręta --- i dzieło twe:
jakby nie było.</akap>




<akap>Któż by inaczej pojął, że na koniec nie chciałeś oderwać się od okna, z całą właściwą sobie przekorą. Przechodniów chciałeś widzieć; przyszła ci
bowiem myśl, czy by którego dnia nie można z nich
czegoś zrobić, gdyby się tak człowiek zdecydował
zacząć.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Pierwszy raz wtedy uderzyło mnie to, że o kobiecie nic powiedzieć nie można; spostrzegłem,
gdy opowiadali o niej, jak skąpo ją traktowali, jak
nazywali i opisywali innych, otoczenia, miejscowości,
przedmioty, aż do pewnego punktu, gdzie to wszystko kończyło się łagodnie i jakoby ostrożnie, kończyło lekkim, nie podkreślanym nigdy zarysem, który
zamykał <wyroznienie>ją</wyroznienie>.</akap>




<akap_dialog>--- Jaka ona była? --- pytałem wówczas.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Jasna, prawie jak ty --- mówili i jęli<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> wyliczać
różności, jakie jeszcze znali; przy tym jednak stawali się znowu najzupełniej niedokładni, a ja już
nic nie mogłem sobie wyobrazić. <wyroznienie>Widzieć</wyroznienie> właściwie mogłem ją tylko wtenczas, kiedy <slowo_obce>maman</slowo_obce>
opowiadała mi tę historyjkę, której żądałem wciąż
od nowa.</akap_dialog>




<akap>Naówczas zawsze, gdy dochodziła do sceny z psem,
zamykała oczy i zupełnie zamkniętą, ale przeświecającą wszędzie twarz żarliwie jakoś trzymała w obu
dłoniach, zimno dotykających skroni.</akap>




<akap_dialog>--- Ja to widziałam, Malte --- zaklinała się ---
ja to widziałam.</akap_dialog>




<akap><begin id="b1370774531535-674432870"/><motyw id="m1370774531535-674432870">Matka, Strach</motyw>To było już w ostatnich jej latach, kiedy to od
niej słyszałem. W czasach kiedy nikogo już widzieć
nie chciała i kiedy stale, w podróży nawet, miała
przy sobie małe, gęste srebrne sitko, przez które
przelewała wszystkie napoje. Stałych potraw wcale już nie spożywała, biszkoptów chyba trochę
lub chleba, który drobiła, gdy była sama, i jadła
kruszynę po kruszynie, tak jak kruszyny jedzą dzieci. Strach przed szpilkami już wtedy opanował
ją całkowicie. Do drugich mawiała tylko na uniewinnienie:</akap>




<akap_dialog>--- Ja już nie znoszę nic po prostu, ale niech to
was nie martwi, czuję się przy tym wyśmienicie.</akap_dialog>




<akap>Do mnie wszakże mogła się zwrócić nagle (bo
już byłem troszeczkę dorosły) i z uśmiechem,
który ją bardzo męczył, powiedzieć:</akap>




<akap_dialog>--- Ile to jest na świecie szpilek, Malte, i gdzie
też one nie leżą, a pomyśleć, jak łatwo wypadają...</akap_dialog>




<akap>Starała się mówić to jak najżartobliwiej, ale zgroza wstrząsała nią na myśl o tych wszystkich źle
przytwierdzonych szpilkach, które lada chwila mogły gdzieś wpaść.<end id="e1370774531535-674432870"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Skoro jednakże opowiadała o Ingebordze, nic
jej się stać nie mogło. Wówczas nie oszczędzała
się; wówczas mówiła głośniej, wówczas śmiała się
na wspomnienie śmiechu Ingeborgi, wówczas miało
się widzieć, jak piękną była Ingeborga.</akap>




<akap>--- Weseliła nas wszystkich --- mawiała --- ojca
twego też, Malte, dosłownie weseliła. Ale później,
kiedy mówiono, że umrze, choć przecież wydawała się tylko trochę chorą, a my błąkaliśmy się i starali to ukryć, ona usiadła raz na łóżku i rzekła tak
przed siebie, jak ktoś, kto usłyszeć pragnie, jak to
brzmi: ,,Wy się tak nie wysilajcie. Wiemy to wszyscy,
a ja mogę was uspokoić; dobre to, co ma przyjść;
ja już nie chcę". Wyobraź sobie, powiedziała:
,,Ja już nie chcę"; ona, która weseliła nas wszystkich. Czy ty zrozumiesz to kiedyś, gdy dorośniesz,
Malte? Myśl o tym później, może pojmiesz nagle.
Byłoby to bardzo dobrze, gdyby ktoś istniał, kto
takie rzeczy rozumie.</akap>




<akap>,,Takie rzeczy" zajmowały <slowo_obce>maman</slowo_obce>, kiedy była
sama, a była zawsze sama w tych ostatnich latach.</akap>




<akap>--- Ja już nigdy na to nie wpadnę, Malte ---
mawiała czasem z dziwnie śmiałym uśmiechem,
który nie chciał być widziany przez nikogo i cel
swój spełniał kompletnie przez to, że ktoś się nim
uśmiechnął.</akap>




<akap>--- Ale że też nikogo to nie pobudza do badania,
gdybym była mężczyzną, tak, właśnie, gdybym
mężczyzną była, rozmyślałabym o tym porządnie,
po kolei, od samego początku. Bo przecież jakiś
początek być musi, a gdyby tak pochwycić go,
byłoby to przynajmniej coś. Ach, Malte, przemijamy
tak, a mnie się zdaje, że wszyscy są roztargnieni
i zajęci i nie bardzo zważają na to, kiedy my przemijamy. Jak gdyby spadała gwiazda i nikt jej nie
widział, i nikt sobie nic nie życzył. Nie zapominaj
nigdy życzyć sobie czegoś, Malte. Życzeń pozbywać się nie trzeba. Myślę, że nie ma spełnień, ale
są życzenia trwające długo, całe życie, tak iż spełnienia i tak doczekać by się nie można.</akap>




<akap><slowo_obce>Maman</slowo_obce> kazała mały sekretarzyk<pe><slowo_obce>sekretarzyk</slowo_obce> --- mebel przypominający biurko, z kompletem szufladek ustawionych na blacie.</pe> Ingeborgi wstawić na górze do swego pokoju, tam znajdywałem
ją często, gdyż wolno mi było zawsze do niej wchodzić. Krok mój gubił się zupełnie w dywanie, ale ona czuła mnie i wyciągała ku mnie rękę poza siebie. Ta ręka nie miała żadnej wagi, a całowało się
ją niemal jak ów krucyfiks z kości słoniowej, który mi co wieczór podawano przed zaśnięciem.
Przed tym niskim biurkiem, które się jedną płytą
otwierało przed nią, siedziała jak przed instrumentem.</akap>




<akap>--- Tyle tu słońca! --- mówiła; i rzeczywiście,
wnętrze było dziwnie jasne od starego, żółtego lakieru, na którym wymalowane były kwiaty, zawsze
jeden czerwony i jeden niebieski. A gdzie trzy były przy sobie, był między tamtymi trzeci liliowy,
dzielący oba pozostałe. Barwy te oraz zieleń wąskich,
poziomych pnączy ściemnione były w sobie tak samo jak błyszczące było tło, które jednak jasne właściwie nie było. To stwarzało stłumiony osobliwie
stosunek odcieni, wzajemnie uzależnionych wewnętrznie, lecz o tej zależności nie mówiących nic.</akap>




<akap><slowo_obce>Maman</slowo_obce> wyciągała małe szufladki, a były wszystkie puste.</akap>




<akap>--- Ach, róże --- mówiła, pochylając się nieco
naprzód w tę mętną woń, która nie kończyła się.
Przy tym zawsze miała wrażenie, że nagle jeszcze
coś mogłoby się znaleźć w jakiejś tajemnej skrytce,
o której nikt nie pomyślał, a która ustąpiłaby tylko
pod naciskiem jakiejś ukrytej sprężyny.</akap>




<akap>--- Nagle odskoczy, zobaczysz --- mówiła poważnie i z lękiem i pośpiesznie wyciągała wszystkie
szuflady. Wszystkie jednak papiery, które naprawdę
pozostały w biurku, złożyła starannie i zamknęła
nie czytając.</akap>




<akap>--- I tak nie zrozumiałabym, Malte, to byłoby z pewnością za trudne dla mnie.</akap>




<akap>Przekonana była, że wszystko jest dla niej zbyt
skomplikowane.</akap>





<akap_dialog>--- Nie ma w życiu klas dla początkujących,
żąda się od nas od razu rzeczy najtrudniejszych.</akap_dialog>




<akap>Zapewniano mnie, że taką stała się dopiero po
strasznej śmierci swej siostry, hrabiny Ollegaard
Skeel, która spaliła się, kiedy, wybierając się na bal,
poprawić chciała kwiaty we włosach przed lustrem z płonącymi świecznikami. Ale w ostatnich
czasach Ingeborga jednak wydawała się jej tym,
co najtrudniej jest pojąć.</akap>







<akap>A teraz spiszę tę historię tak, jak ją <slowo_obce>maman</slowo_obce> opowiadała, gdy o to prosiłem.</akap>




<akap>Było to w pełni lata, w czwartek po złożeniu
zwłok Ingeborgi. Z tarasu, gdzie piło się herbatę,
widać było szczyt rodzinnego grobowca spomiędzy
olbrzymich wiązów. Nakryto w ten sposób, jak
gdyby nigdy nie była jedna osoba więcej siedziała
przy tym stole --- i siedzieliśmy wszyscy dość rozparci. I każdy coś z sobą przyniósł, książkę lub koszyczek z robótką, tak iż nawet trochę było ciasno.
Abelone (siostra najmłodsza <slowo_obce>maman</slowo_obce>) rozlewała herbatę i wszyscy zajęci byli podawaniem czegoś, dziadek twój tylko z fotela spoglądał ku domowi. Była
to pora, kiedy oczekiwano poczty, a zazwyczaj składało się tak, że przynosiła ją Ingeborga, dłużej
zatrzymana w domu zarządzeniami gospodarczymi.
W czasie tygodni jej choroby mieliśmy więc dość czasu, by odwyknąć od jej zjawiania się; wiedzieliśmy bowiem, że przyjść nie może. Ale popołudnia tego, Malte, kiedy rzeczywiście już przyjść nie
mogła --- przyszła.</akap>




<akap>Może to nasza wina była. Może myśmy ją wołali.
Bo przypominam sobie, że nagle siedziałam tu
i natężałam się, aby sobie przypomnieć, co to właściwie teraz się zmieniło. I nagle nie mogłam zupełnie powiedzieć, co. Zapomniałam doszczętnie. Podniosłam oczy i ujrzałam wszystkich zwróconych
ku domowi, ale nie w jakiś szczególny, uderzający
sposób, a tak najspokojniej, najcodzienniej, w oczekiwaniu. I już, już miałam --- (mróz mnie przeszywa, Malte, kiedy pomyślę), ale, niech Bóg mnie
strzeże, już miałam powiedzieć:</akap>




<akap_dialog>--- A co to tak długo nie widać...</akap_dialog>




<akap><begin id="b1370777342629-3128783054"/><motyw id="m1370777342629-3128783054">Pies, Duch</motyw>Wtem Cavalier, jak zwykle, wyrwał się spod
stołu i wybiegł ku niej. Ja to widziałam, Malte,
ja to widziałam. Wybiegł ku niej, chociaż ona nie
przyszła. Dla niego <wyroznienie>przyszła</wyroznienie>. Zrozumieliśmy,
że ku niej wybiegł. Dwa razy obejrzał się ku nam,
jakby pytając. Potem rzucił się na nią tak, jak zawsze, i dopadł jej. Zaczął skakać naokoło, Malte,
naokoło czegoś, czego nie było, a potem w górę
na nią, lizać, prosto w górę. Słyszeliśmy, jak skowyczał z radości, a gdy tak ciskał się w górę, kilka razy
prędko po sobie, można było naprawdę sądzić,
że zakrywa ją podskokami. Ale nagle zawyło, a on
własnym rozpędem obrócił się w powietrzu i runął
wstecz, dziwnie niezgrabnie, i zupełnie osobliwie
leżał płasko, i nie ruszał się.<end id="e1370777342629-3128783054"/></akap>





<akap>Od drugiej strony lokaj wyszedł z domu z listami. Zawahał się przez chwilę; najwidoczniej niezupełnie łatwo było zbliżać się ku naszym twarzom.
I już też kiwał twój ojciec, żeby został. Twój ojciec,
Malte, nie lubił zwierząt. Ale teraz jednak poszedł
powoli, jak mi się zdawało, i pochylił się nad psem.
Przemówił coś do lokaja, coś krótkiego, jednozgłoskowego. Widziałam, jak lokaj rzucił się podnieść
Cavaliera. Lecz oto ojciec twój sam wziął zwierzę
i wszedł z nim w dom, jak gdyby wiedział dokładnie
dokąd.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Pewnego razu, kiedy przy tym opowiadaniu
prawie się ściemniło, o mało nie opowiedziałem
<slowo_obce>maman</slowo_obce> o ,,ręce": w takiej chwili byłbym potrafił.
Już zaczerpnąłem powietrza, by zacząć, ale tu przypomniałem sobie, jak ja dobrze pojąłem lokaja,
który nie mógł iść ku ich twarzom. I mimo ciemności
bałem się twarzy <slowo_obce>maman</slowo_obce>, gdyby ta twarz ujrzała,
co ja widziałem. Jeszcze raz odetchnąłem szybko,
aby wyglądało tak, jakbym nie chciał nic innego.
Kilka lat później, po tej osobliwej nocy w galerii
w Urne, nosiłem się całymi dniami z myślą zwierzenia się małemu Erykowi. On wszakże po naszej rozmowie nocnej zamknął się znowu przede mną
zupełnie, unikał mnie; myślę, że pogardzał mną.
I właśnie dlatego chciałem mu opowiedzieć o ,,ręce".
Uwidziałem sobie, iż zyskam w jego mniemaniu
(a tego pragnąłem usilnie dla pewnego powodu),
gdybym zdołał wytłumaczyć mu, że przeżyłem to
rzeczywiście. Eryk tak jednak był sprytny w wymijaniu, że nic z tego nie było. A i potem zresztą wyjechaliśmy zaraz. Tak oto, dziw nad dziwy, po raz
pierwszy zdarza się, że opowiadam zdarzenie, które
daleko za mną leży w dzieciństwie.</akap>




<akap>Jak mały wtedy jeszcze być musiałem, wnoszę<pe><slowo_obce>wnosić</slowo_obce> --- tu: wnioskować.</pe>
z tego, żem klęczał na fotelu, by swobodnie dosięgnąć stołu, na którym rysowałem. Był wieczór,
zima, jeśli się nie mylę, w miejskim mieszkaniu.
Stół w moim pokoju stał między oknami i jedna
tylko lampa świeciła na moje karty i książkę <slowo_obce>mademoiselle<pe><slowo_obce>mademoiselle</slowo_obce> (fr.) --- panna (tu jako grzecznościowy zwrot do nauczycielki domowej).</pe></slowo_obce>; bo <begin id="b1370778098581-3698738638"/><motyw id="m1370778098581-3698738638">Książka</motyw><slowo_obce>mademoiselle</slowo_obce> siedziała obok mnie,
odsunięta nieco, i czytała. Była hen daleko, gdy czytała, nie wiem, czy była w książce; umiała czytać
godzinami, rzadko przewracała karty --- i miałem
wrażenie, że stronice pod nią stają się coraz pełniejsze, jak gdyby wzrokiem dodawała słów, określonych słów, które jej były potrzebne, a których nie
było.<end id="e1370778098581-3698738638"/> Tak mi się wydawało, kiedy rysowałem.
Rysowałem powoli, bez wyraźnych zamiarów, a gdy
nie wiedziałem, co dalej, patrzałem na to wszystko
z głową lekko pochyloną na prawo; tak najłatwiej
zawsze przychodziło mi na myśl to, czego było
brak. Oficerowie albo jechali konno do boju, albo
już walczyli, a to było znacznie łatwiejsze, bo wtenczas wystarczał już tylko dym, który otulał wszystko.
<slowo_obce>Maman</slowo_obce> wprawdzie twierdzi stale, że ja malowałem
wyspy; wyspy z wielkimi drzewami i zamkiem, i schodami, i kwiatami na skraju, które miały się przeglądać w wodzie. Ale mnie się zdaje, że albo ona
zmyśla, albo to było później.</akap>




<akap>Nie ma dwóch zdań, że tego wieczora rysowałem
rycerza, pojedynczego, bardzo wyraźnego rycerza
na dziwnie przybranym koniu. Zrobił się tak kolorowy, że często musiałem zmieniać kredki, lecz
przede wszystkim jednak potrzebna była czerwona,
po którą sięgałem co chwila. Oto jeszcze raz była
konieczna; i nagle (widzę ją jeszcze) potoczyła się
skośnie przez oświetlony arkusz aż na krawędź
stołu i zanim zdołałem przeszkodzić, spadła koło
mnie i zniknęła. Potrzebna mi była naprawdę pilnie i bardzo przykro było teraz pełzać za nią. Mocno
niezgrabny byłem, więc niemało kosztowało mnie
to ceregieli, by się dostać na dół. Nogi wydały
mi się o wiele za długie, nie umiałem ich wyciągnąć
spod siebie. Zbyt długotrwałe klęczenie sprawiło,
że mi członki<pe><slowo_obce>członki</slowo_obce> (daw.) --- kończyny.</pe> ścierpły. Nie wiedziałem, co należy
do mnie, a co do krzesła. Nareszcie jednak, oszołomiony nieco, dotarłem pod stół i znalazłem się na
włochatej skórze, rozciągniętej pod stołem aż do
ściany. Ale tu powstała nowa trudność. Oczy moje,
nastawione na jasność tam w górze i całe jeszcze
zachwycone barwami na białym papierze, niezdolne
były rozeznać cośkolwiek pod stołem, gdzie czerń
wydała mi się tak zamkniętą, iż bałem się ją potrącić. Zdałem się więc na wyczucie, i klęcząc na lewej dłoni wsparty, drugą ręką czesałem długowłosy
kobierzec, bardzo miły w dotyku; lecz kredki ani
śladu.</akap>




<akap>Zdawało mi się, że tracę wiele czasu, i już chciałem wołać <slowo_obce>mademoiselle</slowo_obce>, aby mi potrzymała lampę, kiedy zauważyłem, że dla moich mimowolnie
wytężonych oczu mrok stopniowo stawał się bardziej
przejrzysty. <begin id="b1370778270324-3131316878"/><motyw id="m1370778270324-3131316878">Strach</motyw>Już odróżnić mogłem ścianę w głębi,
kończącą się jasną listwą; zorientowałem się co do
nóg stołowych; poznałem nade wszystko moją własną rozcapierzoną dłoń, która samiuteńka, trochę
jak wodne zwierzątko, ruszała się tam w dole i badała dno. Przyglądałem się jej, wiem to jeszcze, prawie z ciekawością; miałem wrażenie, jakoby
umiała rzeczy, których jej wcale nie uczyłem,
kiedy tak macała samowolnie tam w głębi ruchami,
jakich nie obserwowałem u niej nigdy. Ścigałem
ją, kiedy się posuwała, bawiło mnie to, przygotowany byłem na wiele niespodzianek. Ale jakże miałem być przygotowany na to, że ku niej nagle od
ściany zaczęła iść ręka inna, większa, niezwykle
chuda ręka, jakiej nigdy jeszcze nie widziałem.
W podobny sposób szukała od drugiej strony --- i dwie rozstawione dłonie sunęły ślepo ku sobie...</akap>


 

<akap>Ciekawość moja jeszcze się nie wyczerpała, ale nagle urwała się --- i pozostała sama groza. Czułem, że jedna z tych dwu rąk należy do mnie i że oto
zapuszcza się w coś, co już się nie da naprawić.
Siłą całego prawa, jakie do niej miałem, powstrzymałem ją i cofnąłem płasko i wolno, nie spuszczając
z oka tamtej, która szukała dalej. Pojąłem, że ona
nie zaprzestanie; nie umiem powiedzieć, w jaki
sposób znalazłem się znowu na górze.</akap>




<akap>Siedziałem zagłębiony w fotelu, zęby dzwoniły,
a w twarzy miałem tak mało krwi, że zdawało mi
się, że nic już błękitu nie ma w moich oczach.<end id="e1370778270324-3131316878"/></akap>




<akap>--- <slowo_obce>Mademoiselle</slowo_obce> --- chciałem rzec i nie mogłem, lecz ona przeraziła się sama, cisnęła książkę
i uklękła przy fotelu, i wołała moje imię; zdaje
mi się, że trzęsła mną. Ale ja byłem przy zdrowych zmysłach. Przełknąłem kilkakrotnie, bo teraz oto
chciałem opowiedzieć.</akap>




<akap>Lecz jak? Wysiliłem się niewymownie, ale tego nie można było wyrazić tak, aby ktoś zrozumiał.
Jeśli były słowa dla tego wydarzenia, to ja byłem
zbyt mały, aby je znaleźć. I nagle zdjął mnie strach,
że one jednak, niezależnie od mojego wieku, nagle
mogłyby się znaleźć --- i wydało mi się to straszliwszym nad wszystko, gdybym je wtenczas miał
powiedzieć. Tę rzeczywistość tam w dole przeżyć
raz jeszcze, przemienioną od początku; słyszeć,
jak ja to przyznaję --- na to już sił nie miałem.</akap>




<akap>Jest to naturalnie przywidzenie, jeżeli oto twierdzę, jakobym w onych już czasach czuł, że tam coś
weszło w moje życie, prostą drogą w moje życie,
coś, z czym miałbym sam obnosić się po wszystkie
czasy. Widzę siebie leżącego w zakratowanym łóżeczku, widzę, jak nie śpię i jakoś niewyraźnie
przewiduję, że takie będzie życie: pełne samych
rzeczy osobliwych, które pomyślane są tylko dla
<wyroznienie>jednego</wyroznienie>, a których powiedzieć nie można. Pewne jest to, że się stopniowo podnosiła we mnie smutna, ciężka duma. Wyobrażałem sobie, jak to się
chadzać będzie, pełnym wnętrza i milczącym. Odczuwałem dziką sympatię dla dorosłych; podziwiałem ich i postanawiałem powiedzieć im to,
że ich podziwiam. Postanowiłem powiedzieć to
<slowo_obce>mademoiselle</slowo_obce> przy najbliższej sposobności.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><begin id="b1370778546708-112892369"/><motyw id="m1370778546708-112892369">Choroba</motyw>A potem przyszła jedna z tych chorób, które
miały mi dowieść, że to nie było pierwsze własne
przeżycie. Gorączka ryła we mnie i z samego dna
wywlekała doświadczenia, obrazy, fakty, o których
nie wiedziałem, leżałem oto przytłoczony sobą
i czekałem na chwilę, kiedy otrzymam rozkaz
wtłoczenia znowu tego wszystkiego w siebie, porządnie, kolejno. Zaczynałem, ale mi to w rękach
rosło, broniło się, za wiele tego było. Potem wzięła
mnie złość, garściami wszystko wrzuciłem w siebie i stłoczyłem; ale nie domknąłem się już. I teraz
jąłem<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> krzyczeć wpółotwarty, krzyczeć i krzyczeć.
A kiedy zaczynałem wychylać się z siebie, oni od
dawna stali wkoło mego łóżka i ręce mi trzymali ---
i była świeca, a wielkie ich cienie za nimi się ruszały.</akap>




<akap>I ojciec mój kazał mi powiedzieć, co się ze mną
dzieje. Rozkaz był uprzejmy, ściszony, ale jednak
rozkaz. A on zniecierpliwił się, bo nie odpowiedziałem.<end id="e1370778546708-112892369"/></akap>




<akap><slowo_obce>Maman</slowo_obce> nigdy nie przychodziła w nocy --- a raczej nie, raz przyszła. Krzyczałem i krzyczałem
i <slowo_obce>mademoiselle</slowo_obce> przyszła, i gospodyni, pani Sieversen, i stangret Grzegorz; ale to nie pomagało
nic. I wreszcie posłali konie po rodziców, którzy
byli na wielkim balu, zdaje się u następcy tronu.
I wtem posłyszałem, jak powóz zajeżdżał przed
dom --- i ucichłem, usiadłem i patrzyłem na drzwi...</akap>




<akap>I nagle zaszumiało z lekka w przyległych komnatach i <slowo_obce>maman</slowo_obce> weszła w wielkiej dworskiej toalecie<pe><slowo_obce>toaleta</slowo_obce> --- elegancka suknia.</pe>, wcale na nią nie zważając, i biegła niemal,
i białe futro upuściła za sobą, i wzięła mnie w nagie
ramiona.</akap>




<akap>A ja dotykałem, niezwykle zdumiony i zachwytu pełen, jej włosów i wypieszczonych lic, i zimnych
kamieni w uszach, i jedwabiu na brzegu ramion
pachnących kwiatami. I tak trwaliśmy, płacząc
rzewnie i całując się, aż poczuliśmy, że jest ojciec
i że trzeba nam się rozstać.</akap>




<akap>--- On ma wielką gorączkę --- posłyszałem, jak
mówiła <slowo_obce>maman</slowo_obce> nieśmiało, a ojciec sięgnął po moją
dłoń i liczył puls. Miał mundur Wielkiego Łowczego z piękną, szeroką, wodnistobłękitną wstęgą Słonia.</akap>




<akap>--- Cóż za głupstwo, żeby nas sprowadzać ---
rzekł w głąb pokoju, nie patrząc na mnie.</akap>




<akap>Przyrzekli wrócić, gdyby nie było nic groźnego.
A przecież groźnego nic nie było. A na kołdrze
znalazłem karnecik maminy i białe kamelie, których
nigdy jeszcze nie widziałem --- i położyłem je sobie
na oczach, skoro zauważyłem, jakie są chłodne.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Ale długie naprawdę były popołudnia w takich
chorobach. Nad ranem po złej nocy zawsze się zasypiało --- a skoro po przebudzeniu sądziło się,
że to znów ranek, wtedy było popołudnie i trwało
popołudnie, i nie przestawało popołudniem być.
Tak się więc leżało w zasłanym łóżku i rosło się
może troszeczkę w przegubach, i było się zbyt
zmęczonym, aby wyobrazić sobie cośkolwiek. Smak
jabłecznego kompotu trwał długo --- a to już wiele
było, jeśli się go mimowolnie jakoś tłumaczyło i czystemu kwaskowi pozwalało w sobie krążyć zamiast
myślom. Później, gdy powracały siły, za plecami
układano stosy poduszek --- i wolno było siadać
i bawić się żołnierzami. Ale oni tak łatwo przewracali się na pochyłej desce i to zawsze cały rząd od
razu; a przecież jeszcze się tak niezupełnie było
w samym życiu, żeby zaczynać wciąż od nowa.
Nagle miało się dosyć --- i prosiło się o zabranie
wszystkiego jak najprędzej --- i tak błogo było widzieć znów tylko te dwie ręce, trochę dalej na pustej kołderce.</akap>




<akap>Gdy <slowo_obce>maman</slowo_obce> czasem przychodziła na pół godziny i czytała bajki (do porządnego, długiego czytania była pani Sieversen), to nie robiła tego gwoli
bajek. Zgadzaliśmy się bowiem co do tego, że bajek
nie lubimy. Inne mieliśmy pojęcie o cudowności.
Uważaliśmy, że jeśli wszystko dzieje się najnaturalniej, to właśnie to jest zawsze najcudowniejsze.
Nie zależało nam bardzo na tym, by fruwać w powietrzu, wróżki rozczarowywały nas, a po przemianach w coś innego oczekiwaliśmy bardzo powierzchownych tylko urozmaiceń. Ale czytało się
jednak trochę, aby wyglądało na to, że jesteśmy zajęci. Niemiłe to było, kiedy ktoś wchodził i trzeba
było mu tłumaczyć, co w danej chwili robimy;
przede wszystkim wobec ojca byliśmy przesadnie
skrupulatni.</akap>




<akap>Wtedy jeno, gdy zupełnie byliśmy pewni, że
nikt nam nie przeszkodzi, a na dworze zmierzchało --- mogło się zdarzyć, że oddawaliśmy się wspomnieniom, wspólnym wspomnieniom, co nam obojgu
wydawały się stare i nad którymi uśmiechaliśmy
się; od tych czasów bowiem wydorośleliśmy oboje.</akap>





<akap><begin id="b1370782452566-3161500891"/><motyw id="m1370782452566-3161500891">Matka, Dziecko, Strój</motyw>Przypomniało się nam, że był czas, kiedy <slowo_obce>maman</slowo_obce>
pragnęła, abym ja był małą dziewczynką, a nie
chłopcem, jakim byłem od początku. Jakoś to odgadłem i wpadałem czasem na pomysł zastukania
po południu do drzwi maminych.</akap>




<akap>A kiedy pytała, kto tam, uradowany wołałem
za drzwiami:</akap>




<akap_dialog>--- Zosia!</akap_dialog>




<akap>Przy czym wydawałem głosik tak misterny, że
drapało mnie w gardle.</akap>




<akap>A gdy potem wchodziłem (w małej dziewczęcej
sukience, którą nosiłem zawsze z podkasanymi
wysoko rękawkami), wtedy byłem po prostu Zosią, maminą małą Zosią, która się krzątała po domu
i której warkocz musiała splatać <slowo_obce>maman</slowo_obce>, aby nikt
nie pomylił jej z brzydalem Maltem, gdyby on
wrócił kiedykolwiek. Nikt tego nie pragnął bynajmniej; o nie, <slowo_obce>maman</slowo_obce> i Zosia rade były, że się ulotnił, a ich rozmowy (kontynuowane przez Zosię
wciąż tym samym wysokim głosikiem) składały
się przeważnie z wyliczania niegrzeczności Maltego i wyrzekań na niesfornego chłopaka.</akap>




<akap_dialog>--- Ach, tak, ten Malte --- wzdychała <slowo_obce>maman</slowo_obce>.<end id="e1370782452566-3161500891"/></akap_dialog>




<akap>A Zosia wiele umiała powiedzieć o niegodziwości
chłopców w ogóle, jak gdyby ich znała Bóg wie
ilu.</akap>




<akap_dialog>--- Chciałabym wiedzieć, co się z Zosią stało ---
mówiła <slowo_obce>maman</slowo_obce> nagle wśród takich wspomnień.</akap_dialog>




<akap>Tu oczywiście Malte nie umiał udzielić objaśnień. Ale kiedy <slowo_obce>maman</slowo_obce> wyraziła przypuszczenie,
że ona z pewnością umarła, Malte sprzeciwiał się
przekornie i zaklinał, aby w to nie wierzyła, chociaż
tego absolutnie dowieść nie było można.</akap>




<akap>Gdy teraz myślą przebiegam to wszystko, muszę
się dziwić, iż z tego świata gorączek zawsze jednak
powracałem do cna i wżywałem się w to najzupełniej wspólne życie, gdzie każdy chciał się utwierdzić w poczuciu, że jest u znajomych, i gdzie tak
się ostrożnie, znośnie żyło w tym, co łatwe i zrozumiałe. Tam oczekiwało się czegoś i to coś przychodziło albo nie przychodziło, trzecia możliwość
nie istniała. Były tam rzeczy smutne raz na zawsze,
były rzeczy miłe i cała moc podrzędnych. Gdy jednak komuś sprawiało się radość, to była to radość,
a on musiał zachowywać się odpowiednio. Właściwie wszystko to było bardzo proste --- a skoro raz
się było na tropie, wszystko szło jak z płatka. W tych
umówionych granicach wszystko już się potem mieściło: długie, jednostajne lekcje w szkole, kiedy na
dworze było lato; spacery, o których trzeba było
opowiadać po francusku; goście, do których trzeba
było wyjść i którzy uważali, że się jest komicznym
właśnie wtedy, gdy się smutnym było, a którzy
tak się dzieckiem bawili, jak się ludzie bawią niekiedy strapioną miną pewnych ptaszków, co innej
miny nie mają. No i naturalnie imieniny, na które
sproszono dzieci prawie nieznajome, zakłopotane
dzieci, przy których mieszał się sam solenizant,
albo zuchwałe, które gospodarzowi drapały twarz
i psuły to, co przed chwilą dostał, a potem nagle
odjeżdżały, gdy wszystko powyciągane z szuflad
i pudeł leżało jak groch z kapustą.</akap>




<akap>Kiedy się wszakże bawiło samemu, mogło się
jednak wydarzyć, że się ów umówiony, na ogół
nieszkodliwy świat przekraczało niepostrzeżenie
i wpadało w stosunki zgoła odmienne i najzupełniej
nieprzewidziane.</akap>




<akap><slowo_obce>Mademoiselle</slowo_obce> miewała niekiedy migreny, objawiające się niezwykle silnie, a były to dni, kiedy
trudno było mnie znaleźć. Wiem, że wówczas
wysyłano do parku stangreta, skoro ojciec wpadł
na pomysł zapytania o mnie, a mnie nie było. Z góry, z pokoju gościnnego, mogłem obserwować,
jak stangret wybiegł i wołał mnie na początku długiej alei.</akap>




<akap>Te gościnne pokoje znajdowały się jeden przy
drugim pod szczytem dworu w Ulsgaard i prawie
stale były puste, jako że w owych czasach bardzo
rzadko miewaliśmy gości. Tuż obok natomiast
był ów duży pokój narożny, pociągający mnie tak
niezwykle. Nic tam nie było prócz starego popiersia,
jak mi się zdaje, admirała Juela, ale ściany wokoło
były obstawione głębokimi, szarymi szafami w ten
sposób, że nawet okno umieszczone było aż nad
szafami w pustej bielonej ścianie. <begin id="b1370783634382-2625596042"/><motyw id="m1370783634382-2625596042">Strój</motyw>Klucz znalazłem
w jednej z szaf, a stosował się do wszystkich innych.
Tak w krótkim czasie przeszukałem wszystko:
fraki szambelańskie z osiemnastego wieku, zupełnie zimne od whaftowanych nitek srebrnych, i do
tego piękne wyszywane kamizelki, stroje orderów
Słonia i Dannebrog, które zrazu uważałem za suknie kobiece, tak były bogate i ceregielne, i z podszewką tak miękką w dotyku. Dalej prawdziwe
toalety dworskie, podtrzymywane szkieletami, wisiały sztywno jak marionetki z jakiejś zbyt długiej sztuki, która tak dalece wyszła z mody, że się ich
głowy zużyło do innych celów. A obok były szafy,
w których ciemno było, gdy się je otwierało, ciemno
od wysoko zapiętych mundurów, a te mundury
miały wygląd znacznie bardziej znoszony niż wszystko i właściwie chciały się nie przechować.<end id="e1370783634382-2625596042"/></akap>




<akap><begin id="b1370783684766-2434610295"/><motyw id="m1370783684766-2434610295">Strój, Lustro</motyw>Nikt się nie będzie dziwił, że to wszystko wyciągałem na światło; że to i owo przykładałem do siebie lub przymierzałem, że kostium, który mógł
się mniej więcej nadawać, nakładałem porywczo
i pędziłem w nim, ciekawy i wzburzony, do najbliższego pokoju gościnnego, przed wąskie zwierciadło
między oknami, złożone z pojedynczych, nierówno
zielonych kawałków szkła...</akap>


 

<akap>Ach, jak się drżało, widząc w nim siebie, i jakie
to było porywające, skoro się tam było we własnej osobie! Gdy oto coś z mętnej głębi się zbliżało, wolniej niż ja sam, bo zwierciadło jakby nie chciało wierzyć i, kompletnie zaspane, nie zaraz chciało powtarzać, co mu się dyktowało. Lecz w końcu
musiało oczywiście. I teraz było w tym coś bardzo
niespodziewanego, obcego, zupełnie innego niż to, co człowiek myślał, coś nagłego, samodzielnego,
dającego się szybko ogarnąć, by w następnej chwili
jednak poznać siebie, nie bez pewnej ironii, która
o włos mogła zniszczyć całą przyjemność. Jeśli się wszakże zaczynało mówić natychmiast, kłaniać się, jeśli się dawało sobie znaki i, bezustannie patrząc w lustro, cofało się, a potem wracało z decyzją i zaciekawieniem --- natenczas imaginację miało
się po swojej stronie do woli.<end id="e1370783684766-2434610295"/></akap>




<akap>Poznałem wówczas wpływ, jaki może brać się bezpośrednio z danego stroju. Zaledwie włożyłem
jeden z tych ubiorów, musiałem przyznać, że wziął
mnie w swoją moc; że dyktował mi ruchy, wyraz
twarzy, pomysły nawet. Moja ręka, na którą koronki spadały bezustannie, wcale nie była zwykłą moją ręką. Ruszała się jak aktor, a nawet, chciałbym rzec, przyglądała się samej sobie, choć brzmi to przesadnie. Te udawania jednakże nigdy nie posuwały się tak daleko, abym się czuł obcy sobie samemu; przeciwnie, im bardziej się przemieniałem, tym głębszego przekonania nabierałem o sobie. Stawałem się coraz to śmielszy; rosłem coraz wyżej; bo moja wprawa w chwytaniu nie ulegała wątpliwości.</akap>




<akap>W tej szybko rosnącej pewności nie odczułem
pokusy. Na moją zgubę jeszcze tylko potrzeba
było tego, żeby ostatnia szafa, której dotąd jakoś
nie mogłem otworzyć, rozwarła się pewnego dnia
i zamiast określonych strojów ukazała mi całą górę
niewyraźnego śmiecia maskaradowego, to fantastyczne ,,ni to, ni owo" napędziło mi krew do głowy. Nie sposób powiedzieć, czego tam nie było.
Prócz półmaski ,,bautty", którą pamiętam, były
tam domina<pe><slowo_obce>domino</slowo_obce> --- rodzaj płaszcza z kapturem.</pe> w najróżniejszych barwach, szaty niewieście jasno dzwoniące naszytymi monetami, pierroty<pe><slowo_obce>pierrot</slowo_obce> --- postać z francuskiej pantomimy, w białym stroju i z pobieloną twarzą.</pe>, które mnie się wydały głupawe, i fałdziste
tureckie spodnie, i czapki perskie, z których wypadały małe woreczki z kamforą, i korony w kształcie
obręczy o głupich kamykach bez wyrazu. Tym
wszystkim pogardzałem trochę; taką to miało skąpą
nierzeczywistość i tak zwisało mizernie i oklepanie,
i na światło wywleczone tak opadało bezwolnie.</akap>




<akap>W pewien rodzaj upojenia wprawiały mnie jednak
te płaszcze obszerne, te chusty, szale i welony,
wszystkie te ustępliwe, wielkie, niezużyte materie,
miękkie i przymilne albo tak śliskie, że je ledwie
można było pochwycić, albo tak lekkie, że ulatywały
jak wietrzyk, albo po prostu ciężkie z całym swym brzemieniem. W nich dopiero ujrzałem naprawdę
wolne i nieskończenie ruchliwe możliwości: niewolnicą być, którą sprzedają, albo Joanną d'Arc, albo starym królem, albo czarodziejem, to wszystko miało się teraz w ręku, tym bardziej że i maski były, wielkie, groźne lub zdziwione twarze z prawdziwymi brodami, o pełnych albo podniesionych brwiach. Nigdy przedtem nie widziałem masek, ale zrozumiałem
natychmiast, że maski muszą istnieć. Roześmiałem się, kiedy przyszło mi na myśl, że mieliśmy psa, który tak wyglądał, jak gdyby nosił maskę. Wyobraziłem sobie jego serdeczne oczy, które zawsze jakby
z tyłu patrzały we włochaty pysk. Jeszcze się śmiałem
przebierając się, a od śmiechu zapomniałem zupełnie,
co właściwie chciałem udawać. No, będzie nowa
zabawa rozstrzygnąć to dopiero później przed
lustrem. Twarz, którą sobie przywiązałem, pachniała osobliwie pusto, przylgnęła silnie do mojej, ale
widziałem przez nią wygodnie --- i dopiero, kiedy
maska już była utwierdzona, wybrałem różne chusty,
które sobie na kształt turbanu owinąłem koło głowy,
tak iż brzeg maski u dołu sięgający olbrzymiego,
żółtego płaszcza, od góry, także i z boków, zasłonięty
był prawie zupełnie.</akap>




<akap>W końcu, gdy już sił więcej nie miałem, uznałem
się za dostatecznie zakapturzonego. Pochwyciłem
jeszcze wielką laskę i wyciągniętą ręką posuwałem
ją obok siebie; w ten sposób z niemałym wysiłkiem,
ale pełen, jak mi się wydało, godności, zawlokłem
się do pokoju gościnnego wprost do zwierciadła.</akap>




<akap>I było to też wspaniałe, ponad wszelki wyraz.
Zwierciadło zaraz też to oddało, zbyt to było przekonywające. Wcale nie trzeba się było wiele ruszać; zjawisko to było doskonałe; nawet kiedy nie robiło
nic. Wszelako trzeba było dowiedzieć się, czym ja właściwie byłem --- obróciłem się więc nieco i podniosłem wreszcie obie ręce: wielkie zaklinające
niejako ruchy, oto, jak już zauważyłem, jedyne gesty stosowne.</akap>




<akap>W tej uroczystej wszakże chwili usłyszałem tuż
koło siebie niezwykle złożony łoskot, przygłuszony
przez moje zamaskowanie. Przerażony ogromnie,
straciłem z oczu tamtą zjawę w lustrze i byłem mocno
zły, zauważywszy, że przewróciłem okrągły stolik
z Bóg wie jakimi, prawdopodobnie bardzo kruchymi
przedmiotami.</akap>




<akap>Schyliłem się z wielkim trudem i ujrzałem potwierdzenie najgorszych moich przewidywań: wyglądało to, jakby wszystko było stłuczone. Obie te
niepotrzebne, zielonawo-liliowe papugi z porcelany
były naturalnie zbite, każda na inny złośliwy sposób.
Bombonierka, z której posypały się cukierki wyglądające jak jedwabiście omotane owady, odrzuciła
wieko od siebie, a widać było jego jedną połowę tylko,
druga zniknęła w ogóle.</akap>




<akap>Najfatalniejszy jednak był flakon rozbity na tysiąc
maleńkich kawałków, z którego trysnęła resztka
starej jakiejś esencji i utworzyła oto na jasnej posadzce
plamę o nader wstrętnej powierzchowności. Wytarłem ją szybko czymś, co na mnie wisiało, lecz
plama zrobiła się jeszcze bardziej czarna i niemiła.
Byłem po prostu w rozpaczy. Podniosłem się, szukając jakiegokolwiek przedmiotu, którym to wszystko można by naprawić. Ale nie znalazło się nic.
Poza tym tak miałem skrępowany wzrok i każden
ruch, że porwała mnie złość na moje bezsensowne
położenie, którego już pojąć nie mogłem. Szarpałem na wszystkie strony, lecz wszystko zaciskało się
jeszcze ciaśniej. Sznurki płaszcza dusiły mnie, a szmaty na głowie uwierały, jak gdyby wciąż ich przybywało. Przy tym powietrze zrobiło się mętne i jakby
zamglone nieświeżym oparem rozlanego płynu.</akap>




<akap>Rozgrzany i gniewny rzuciłem się do zwierciadła
i z trudem patrzyłem przez maskę, jak pracowały
moje ręce. Ale zwierciadło tylko na to czekało.
Chwila odwetu dla niego nadeszła. Podczas kiedy ja
w zastraszająco rosnącym niepokoju usiłowałem
w jaki bądź sposób wyzwolić się z mojego zakapturzenia, ono mnie zniewoliło, nie wiem jak, do podniesienia oczu i podyktowało mi obraz, nie, rzeczywistość, obcą, niepojęcie monstrualną rzeczywistość,
którą przepojony zostałem wbrew swej woli: teraz
bowiem ono było silniejsze, a ja byłem zwierciadłem.</akap>




<akap><begin id="b1370784398333-574298328"/><motyw id="m1370784398333-574298328">Dziecko, Maska</motyw>Wlepiłem oczy w tego wielkiego, strasznego nieznajomego przede mną i ta samotność z nim jednym
wydała mi się potworna. Lecz w tej samej chwili,
kiedy to pomyślałem, stała się rzecz ostateczna:
straciłem resztę rozumu, po prostu odpadłem. Przez
jedną sekundę czułem nieopisaną, bolesną i daremną
tęsknotę za sobą samym, potem już tylko był on:
nie było nic prócz niego.</akap>




<akap>Rzuciłem się do ucieczki, ale teraz uciekał on
właśnie. Potrącał o meble, nie znał domu, nie wiedział, dokąd biec; zbiegł po jakichś schodach, wpadł
w korytarzu na jakąś osobę, która wyrwała się z krzykiem. Otwarły się kędyś drzwi, wypadło kilka osób:
och, och, jak to dobrze, że się je znało! To była pani
Sieversen, dobra pani Sieversen, i pokojówka,
i kamerdyner: teraz musiało się rozstrzygnąć. Lecz
oni nie podbiegli na ratunek; okrutność ich nie miała
granic. Stali tak i śmiali się, mój Boże, oni mogli
stać i śmiać się.</akap>




<akap>Płakałem, ale maska nie przepuszczała łez, one
w środku ciekły mi po twarzy i wysychały zaraz,
i ciekły znów, i wysychały. I wreszcie ukląkłem
przed nimi, jak nigdy nie klęczał człowiek żaden:
klęczałem i ręce wzniosłem ku nim, i błagałem:</akap>




<akap_dialog>--- Wyjąć, jeżeli jeszcze można, i zatrzymać!...</akap_dialog>




<akap>Ale oni nie słyszeli. Nie miałem już głosu.</akap>




<akap>Pani Sieversen opowiadała przez całe życie, jak
upadłem i jak wciąż dalej się śmiali w przekonaniu,
że tak trzeba. Tak do tego u mnie przywykli. Ale
potem jednak leżałem jeszcze i nie odpowiadałem.
I to przerażenie, kiedy wreszcie odkryli, że jestem
nieprzytomny, i leżę jak drewno we wszystkich
tych szmatach, dosłownie jak drewno.<end id="e1370784398333-574298328"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Czas szedł nieobliczalnie prędko --- i nagle znowu
nadeszła chwila, kiedy trzeba było zaprosić pastora,
doktora Jespersena. Zaczynało się wówczas dla obu
stron mozolne i długotrwałe śniadanie. Przyzwyczajony do bardzo pobożnego sąsiedztwa, które się
zawsze po prostu rozpływało nad nim, u nas wcale
nie czuł się dobrze; był niejako wyrzucony na ląd
i łykał powietrze. Oddychanie skrzelami, jakie w sobie
wykształcił, odbywało się z trudem, tworzyły się
bąble i wszystko to nie było zupełnie bezpieczne.</akap>




<akap>Tematu do rozmowy, o ile mam być dokładny,
nie było wcale; oddawało się resztki po niebywałych
cenach, była to wyprzedaż wszelkich zapasów. Doktor
Jespersen u nas musiał się ograniczać do czegoś
w rodzaju osoby prywatnej; tym natomiast właśnie
nigdy nie był. Jak daleko myślą mógł sięgnąć wstecz,
zawsze zaangażowany był w fachu duchowym.
Dusza była dlań publiczną instytucją, którą reprezentował, a potrafił nigdy nie być poza służbą,
nawet w stosunku do własnej żony, ,,swojej skromnej,
wiernej Rebeki, przez rodzenie dzieci dostępującej
zbawienia" --- jak wyraził się w innym wypadku
Lavater.</akap>




<akap>(A zresztą co się tyczy ojca mego, to postawa
jego wobec Boga była najzupełniej poprawna, uprzejma bez zarzutu. W kościele nieraz mi się zdawało,
jakby łowczym był u Pana Boga, kiedy stał i czekał,
i skłaniał się. <slowo_obce>Maman</slowo_obce> natomiast uważała to za obrazę
niemal, że ktoś mógł być uprzejmym w stosunku
do Boga. Gdyby była natrafiła na religię o wyraźnych
i szczegółowych ceremoniach, odczuwałaby błogość
nie lada w długotrwałym klęczeniu i padaniu na
twarz, i żegnaniu się wielkim znakiem krzyża na
piersiach i wkoło ramion. Modlitwy właściwie mnie
nie nauczyła, ale czuła się spokojna, ponieważ klęczałem chętnie i ręce składałem, raz zgięte, to znów
wyprostowane, zależnie od tego, co mi się wydawało
w danej chwili bardziej wyraziste. Zostawiony w spokoju jakim takim, wcześnie przeżyłem szereg etapów rozwoju, które dopiero znacznie później w czasie
rozpaczy odniosłem do Boga --- i to z taką gwałtownością, że Bóg utworzył się i znikł w tej samej prawie
chwili. Oczywiście potem zaczynać musiałem zupełnie od nowa. Przy tym zaczynaniu nieraz mniemałem, że potrzebna mi jest <slowo_obce>maman</slowo_obce>, aczkolwiek naturalnie słuszniej było przechodzić to samemu. A wówczas
ona też już dawno nie żyła.<pe><slowo_obce>A zresztą... dawno nie żyła.</slowo_obce> --- w rękopisie jest to dopisek na marginesie.</pe>)</akap>




<akap>Wobec doktora Jespersena <slowo_obce>maman</slowo_obce> umiała być
prawie swawolna. Wdawała się z nim w rozmowy,
które on brał poważnie, a kiedy potem zabierał głos,
uważała, że to wystarcza, i nagle zapominała o nim,
jak gdyby go już nie było.</akap>




<akap_dialog>--- Jak można --- mówiła nieraz o nim --- tak
objeżdżać po świecie i zachodzić do ludzi, właśnie
gdy umierają.</akap_dialog>




<akap>Zaszedł także do niej przy tejże sposobności,
ale ona z pewnością już go nie widziała. Zmysły jej
obumierały, jeden po drugim, na samym początku
wzrok. Było to w jesieni, mieliśmy już wyprowadzać
się do miasta, kiedy ona rozchorowała się właśnie,
a raczej zaraz poczęła umierać, wolno i beznadziejnie obumierać na całej powierzchni. Przyszli lekarze i pewnego dnia wszyscy byli w komplecie
i opanowali cały dom. Przez kilka godzin zdawało
się, że dom należy do pana radcy i jego asystentów
i że my tu wcale już nie mamy głosu. Lecz po niedługim czasie stracili oni wszelkie zainteresowanie, zjawiali się tylko pojedynczo, niby zgoła ceremonialnie, aby wypalić cygaro i wypić lampkę
wina. A <slowo_obce>maman</slowo_obce> umarła tymczasem.</akap>




<akap>Czekano jeszcze tylko na jedynego brata <slowo_obce>maman</slowo_obce>,
hrabiego Krystiana Brahe, który czas pewien spędził,
o czym pono pamięć nie zginęła jeszcze, w służbie
tureckiej, gdzie odznaczył się, jak mawiano, wybitnie.
Przyjechał dnia pewnego w towarzystwie cudacznego
sługi --- i zauważyłem z zadziwieniem, iż wyższy
był od ojca, a ponoć i starszy. Obaj panowie natychmiast zamienili parę słów, odnoszących się, jak przypuszczałem, do <slowo_obce>maman</slowo_obce>. Powstała pauza. Potem powiedział mój ojciec:</akap>




<akap_dialog>--- Jest bardzo zeszpecona.</akap_dialog>




<akap>Nie zrozumiałem tego wyrażenia, ale na jego
dźwięk mróz mnie przeszedł. Miałem wrażenie, że
i ojciec musiał się przezwyciężyć, zanim te słowa
wymówił. Przede wszystkim jednak cierpiała chyba
jego duma, kiedy to przyznawał.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>W kilka lat później dopiero słyszałem ponowne
rozmowy o hrabi Krystianie. Było to w Urne, gdzie
Matylda Brahe z upodobaniem rozmawiała o nim.
Jestem jednak pewien, że poszczególne epizody
kształtowała dowolnie, albowiem życie mego wuja,
o którym zawsze tylko pogłoski docierały do ogółu
a nawet do rodziny, pogłoski, którym nie zaprzeczał
nigdy, albowiem życie to dawało pole bezgranicznym
komentarzom. Urne jest teraz w jego posiadaniu.
Ale nikt nie wie, czy on tam mieszka. Może ciągle
jeszcze podróżuje, jak to było w jego zwyczaju,
może wieść o jego zgonie jest w drodze z jakiejś
tam najdalszej części świata, ręką obcego sługi
skreślona w złej angielszczyźnie albo w jakimkolwiek
nieznajomym języku. A może i ten człowiek znaku
nie da o sobie, skoro dnia pewnego zostanie sam.
Może obaj dawno zniknęli i już tylko istnieją na liście
okrętowej zaginionego statku pod nazwiskami, co
nie były ich nazwiskami.</akap>




<akap>Bez wątpienia skoro podówczas do Urne zajeżdżał
powóz, ja oczekiwałem zawsze, że w drzwiach ukaże
się on, a serce moje biło w osobliwy sposób. Matylda
Brahe twierdziła, że tak się on zjawia, że to jego
sposób tak nagle się ukazać, kiedy nikomu się nie
śniło. Nie zjawiał się nigdy, lecz imaginacja moja
całymi tygodniami zajmowała się jego osobą. Miałem
uczucie, że my dwaj winniśmy sobie jakiś stosunek,
i chciałem bardzo wiedzieć o nim coś rzeczywistego.</akap>




<akap>Kiedy wszelako wkrótce potem zmienił się kierunek
moich zainteresowań i na skutek pewnych wydarzeń
skupił się zupełnie na Krystynie Brahe, nie wiadomo
dlaczego wcale się nie starałem o zbadanie jej stosunków życiowych. Natomiast niepokoiła mnie myśl,
czy też w galerii znajduje się jej portret. I chęć
przekonania się rosła we mnie tak jednostronnie
i dokuczliwie, że przez kilka nocy nie spałem, aż
wreszcie najniespodziewaniej nastała ta noc, w której,
mój Boże, wstałem i poszedłem na górę ze świecą, która zdawała się lękać.</akap>




<akap>Co do mnie, nie myślałem o strachu. Nie myślałem w ogóle; szedłem. Wysokie drzwi tak lekko
ustępowały przede mną i nade mną, komnaty, które
mijałem, trwały w ciszy.</akap>




<akap>I wreszcie poznałem po głębi, jaka wionęła ku
mnie, iż wstąpiłem do galerii. Po prawej stronie
poczułem okna z nocą, a po lewej musiały być portrety. Uniosłem świecę jak najwyżej. Tak: tu były
portrety.</akap>




<akap>Postanowiłem zrazu patrzeć tylko na kobiece, lecz
po chwili rozeznałem jeden portret i drugi, co podobnie wisiał w Ulsgaardzie, a kiedy tak oświetlałem je z dołu, one się ruszały i dążyły do światła ---
a mnie by się to wydawało bezlitosne, gdybym tego
przynajmniej nie był przeczekał. Był oto znowu
Krystian Czwarty z pięknie splecionym harcapem<pe><slowo_obce>harcap</slowo_obce> --- warkocz przy peruce.</pe>
<slowo_obce>cadenette</slowo_obce> tuż przy szerokim, powolnie zaokrąglonym policzku. Tam były przypuszczalnie żony jego,
z których znałem tylko Krystynę Munk. I nagle
spojrzała na mnie pani Ellen Marsvin, podejrzliwa
w swoim wdowim stroju i z tym samym sznurem
pereł na rondzie wysokiego kapelusza. Oto dzieci
króla Krystiana: coraz to inne z nowych żon, ,,nieporównana" Eleonora na białym stępaku<pe><slowo_obce>stępak</slowo_obce> --- koń idący stępa, tj. najwolniejszym końskim chodem, bądź przystosowany do takiego tempa.</pe> w najświetniejszym swoim okresie, przed nawiedzeniem.
Gyldenlövesovic: Hans Ulryk, o którym twierdziły
kobiety w Hiszpanii, że maluje sobie lica, tyle miał
krwi w sobie, i Ulryk Krystian, którego nie można
było zapomnieć. I nieomal wszyscy Ulfeldowie.</akap>




<akap><begin id="b1370785192118-947743326"/><motyw id="m1370785192118-947743326">Omen</motyw>A ten oto z okiem przemalowanym na czarno,
to mógł być może Henryk Holck, w trzydziestym
roku życia <slowo_obce>comte de l'empire</slowo_obce><pe><slowo_obce>comte de l'empire</slowo_obce> (fr.) --- tytuł szlachecki nadawany przez cesarza.</pe> i marszałek polny,
a było to tak: śniło mu się w drodze do panny Hilleborg Krafse, iż miast oblubienicy dano mu miecz
nagi: i do serca sobie wziął ów sen i zawrócił, i rozpoczął swój krótki, zuchwały żywot, zakończony
dżumą.<end id="e1370785192118-947743326"/></akap>




<akap>Tych oto znałem wszystkich. Mieliśmy także
w Ulsgaard posłów na kongres w Nimwegen, nieco
do siebie podobnych, bo razem wszyscy byli malowani, każden z wąską, przyciętą brwią wąsa nad
zmysłowymi, prawie patrzącymi ustami. Że poznałem księcia Ulryka, to się rozumie, i Ottona Brahe,
i Clausa Daa, i Stena Rosensparre, ostatniego z rodu;
tych bowiem wszystkich portrety widywałem w sali
w Ulsgaard albo znajdywałem w starych tekach
miedzioryty z ich konterfektami.</akap>




<akap>Ale potem było wielu, których nie widziałem
nigdy; mało niewiast, ale za to były dzieci. Ramię
dawno mi się zmęczyło i drżało, lecz bez przerwy
podnosiłem świecę, aby zobaczyć dzieci. Rozumiałem
je, te małe dziewczynki, co na dłoni nosiły ptaszka
i zapomniały o nim. Czasem u dołu siedział przy
nich pies, leżała piłka, a na stole obok były owoce
i kwiaty. A w głębi wisiał na kolumnie mały i tymczasowy herb familijny Grubbe'ów albo herb Bille'ów,
albo herb Rosenkrantzów. Tyle wkoło nich naznoszono, jak gdyby wiele trzeba było powetować<pe><slowo_obce>powetować</slowo_obce> (daw.) --- wynagrodzić sobie straty a. krzywdy.</pe>. One
wszakże stały prosto w swoich sukienkach i czekały.
I tu znowu pomyśleć musiałem o niewiastach i o Krystynie Brahe, i o tym, czy ją poznam.</akap>




<akap>Chciałem szybko pobiec aż na sam koniec
i stamtąd wracając szukać, gdy nagle natknąłem się
na coś. Odwróciłem się tak raptownie, że mały Eryk
odskoczył i szepnął:</akap>




<akap_dialog>--- Uważaj na twoją świecę.</akap_dialog><akap>--- Ty tutaj? --- rzekłem bez tchu i nie zdawałem
sobie sprawy, czy to było dobrze, czy też najzupełniej źle. On tylko śmiał się, a ja nie wiedziałem,
co dalej. Świeca moja migotała i nie mogłem dobrze
rozpoznać wyrazu jego twarzy. Pewnie to jednak
było źle, że on tu był. Ale oto on rzekł, podchodząc
bliżej:</akap>




<akap_dialog>--- <wyroznienie>Jej</wyroznienie> portretu nie ma, my go wciąż jeszcze szukamy na górze.</akap_dialog>


 

<akap>Stłumionym głosem i jedynym ruchomym okiem
wskazał jakoś ku górze. I pojąłem, że myśli o poddaszu. Lecz nagle przyszła mi dziwna myśl.</akap>




<akap_dialog>--- My? --- spytałem. --- Czyż ona jest na górze?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Tak --- skinął i stał tuż przy mnie.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- I ona sama szuka też?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Tak, szukamy.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A więc odstawiono ten portret?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Tak, wyobraź sobie --- rzekł z oburzeniem.</akap_dialog>




<akap>Ale ja nie bardzo rozumiałem, dlaczego ona to
robi.</akap>




<akap_dialog>--- Ona chce siebie widzieć --- szeptał tuż przy
mnie.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Ach tak --- kiwnąłem jak gdyby rozumiejąc.</akap_dialog>




<akap>Wtem on zdmuchnął mi świecę. Ujrzałem, jak
pochylił się naprzód, w jasność, z brwiami wysoko
podniesionymi. Potem było ciemno. Cofnąłem się
odruchowo.</akap>




<akap_dialog>--- Co ty robisz? --- zawołałem stłumionym głosem, a gardło wyschło mi zupełnie. Skoczył za mną
i uwiesił się u ręki, i chichotał.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Co to? --- obruszyłem się, chcąc go strzepnąć,
lecz on trzymał się mocno. Nie mogłem przeszkodzić, kiedy mi szyję otoczył ramieniem.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Czy mam powiedzieć? --- syknął i nieco śliny
trysnęło mi na ucho.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Tak, tak, prędko.</akap_dialog>




<akap>Nie wiedziałem, co gadam. Objął mnie teraz
zupełnie i wyprężył się przy tym.</akap>




<akap_dialog>--- Zaniosłem jej lustro --- rzekł i chichotał znowu.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Lustro?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Tak, bo tego portretu przecież nie ma.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Nie, nie --- potwierdziłem.</akap_dialog>




<akap>Nagle pociągnął mnie nieco dalej ku oknu i uszczypnął tak silnie w ramię, że krzyknąłem.</akap>




<akap_dialog>--- Jej nie ma tam wewnątrz --- dmuchnął mi
w ucho.</akap_dialog>




<akap>Odepchnąłem go mimowolnie od siebie, coś
w nim chrupnęło, zdawało mi się, że go złamałem.</akap>




<akap_dialog>--- Idź sobie, idź --- i w tej chwili musiałem sam
się roześmiać. --- Nie ma wewnątrz, dlaczego nie ma
wewnątrz?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Głupiś! --- odrzucił zły i już nie szeptał. Głos
mu się zmienił, jak gdyby oto rozpoczynał nowy,
nie grany dotąd kawałek.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Albo się jest wewnątrz --- prawił przemądrzale
i surowo --- a wtenczas nie jest się tu, albo, jeżeli
jest się tu, nie można być tam wewnątrz.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Naturalnie --- odpowiedziałem szybko, bez
namysłu. Bałem się, że odejdzie i mnie zostawi samego. Schwyciłem go nawet.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Czy będziemy przyjaciółmi? --- zaproponowałem. Kazał się prosić.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Wszystko mi jedno --- rzekł zuchowato.</akap_dialog>




<akap>Usiłowałem rozpocząć naszą przyjaźń, ale nie
odważyłem się na uściśnięcie go.</akap>




<akap>--- Kochany Eryku --- wymknęło mi się tylko
i dotknąłem go lekko. Nagle byłem bardzo zmęczony.
Obejrzałem się; nie rozumiałem już, jak tu przyszedłem i że się nie bałem. Nie bardzo wiedziałem,
gdzie były okna, a gdzie portrety. A kiedy poszliśmy,
on mnie musiał prowadzić.</akap>




<akap_dialog>--- Nic ci nie zrobią --- zapewniał wspaniałomyślnie i chichotał znowu.</akap_dialog><sekcja_swiatlo/>




<akap>Drogi, drogi Eryku! Może jednak ty byłeś
jedynym moim przyjacielem. Nigdy bowiem nie
miałem żadnego. Szkoda, że dla ciebie przyjaźń nic
nie znaczyła. Ja bym ci niejedno był opowiedział.
Może bylibyśmy w zgodzie żyli. Któż to wie?</akap>




<akap>Pamiętam, że wówczas malowano twój portret.
Dziadek sprowadził kogoś, kto ciebie portretował.
Co rano godzinę. Nie mogę sobie przypomnieć, jak
wyglądał malarz, nazwisko jego wywietrzało mi,
choć Matylda Brahe powtarzała je co chwila.</akap>




<akap>Czy on cię tak widział, jak ja cię widziałem?
Nosiłeś ubranko aksamitne o barwie heliotropu<pe><slowo_obce>heliotrop</slowo_obce> --- roslina mająca drobne a silnie pachnące kwiaty.</pe>.
Matylda Brahe przepadała za tym ubrankiem. Ale
to jest teraz obojętne. Tylko czy on ciebie widział,
to chciałbym wiedzieć. Przypuśćmy, że był prawdziwym malarzem. Przypuśćmy, że nie myślał o tym,
że ty mógłbyś umrzeć, zanim on skończy; że on na
sprawę wcale nie patrzył sentymentalnie; że po
prostu pracował. Że zachwycony był nierównością
obu twoich ciemnych oczu; że ani na chwilę nie
wstydził się za to nieruchome oko, że posiadał tyle
taktu, iż nic nie położył na stole przy twojej ręce,
która się może nieco wspierała... Przypuśćmy jeszcze
wszystko, co potrzeba, i zgódźmy się na wszystko;
wtenczas gotów jest portret, twój portret, w galerii
urneńskiej ostatni.</akap>




<akap>(A gdy się chodziło i widziało się wszystkie, to
jeszcze tam jest chłopię. Zaraz, zaraz: kto to?
Jakowyś Brahe. Czy widzisz srebrny pal w czarnym
polu i pióra pawie? Jest i nazwisko: Eryk Brahe.
Czy to nie był ten Eryk Brahe, którego stracono?
Naturalnie, sprawa dobrze znana. Ale to nie może
być ten. To chłopię zmarło chłopięciem, wszystko
jedno kiedy. Czy ty tego nie widzisz?)</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Gdy goście byli i wołano Eryka, panna Matylda
zapewniała zawsze, że wprost wierzyć się nie chce,
do jakiego stopnia jest on podobny do starej hrabiny
Brahe, mojej babki. Była ona, jak mówiono, bardzo
wielką damą. Nie znałem jej nigdy. Natomiast
znakomicie pamiętam matkę mego ojca, właściwą
panią na Ulsgaardzie. Panią tą też zawsze pono
pozostała, aczkolwiek wielce miała za złe mojej
mamie, iż weszła w dom jako żona łowczego. Od tego
czasu stale udawała, że się usunęła zupełnie ---
i służbę z każdą drobnostką odsyłała do <slowo_obce>maman</slowo_obce>,
chociaż w ważnych sprawach rozstrzygała spokojnie
rozkazując, a nikomu nie zdając sprawy. <slowo_obce>Maman</slowo_obce>,
jak sądzę, wcale nie chciała inaczej. Tak wcale stworzona nie była do kierowania wielkim domem, brak
jej było najzupełniej podziału rzeczy na podrzędne
i ważne. Wszystko, o czym do niej mówiono, zawsze
wydawało się jej całością i zapominała przy tym
o reszcie, która przecież także jeszcze istniała. Nigdy
nie skarżyła się na teściową. Bo też komu miałaby
się skarżyć? Ojciec był synem pełnym niezwykłego
respektu, a dziadek nie miał głosu.</akap>




<akap>Pani Małgorzata Brigge zawsze, jak daleko sięgam
pamięcią, była wysoką, nieprzystępną staruszką.
Nie mogę sobie w żaden sposób wyobrazić, aby nie
miała być znacznie starsza od szambelana. Pośrodku
nas żyła swoim życiem, nie oglądając się na nikogo.
Nie była zdaną na nikogo z nas i stale miała przy sobie,
niby <slowo_obce>dame de compagnie<pe><slowo_obce>dame de compagnie</slowo_obce> (fr.) --- dama do towarzystwa.</pe></slowo_obce>, podstarzałą hrabiankę
Oxe, którą przywiązała do siebie bezgranicznie
jakowymś dobrodziejstwem. Musiał to być jedyny
wyjątek, gdyż dobrodziejstwa zresztą nie leżały
w jej charakterze. Nie lubiła dzieci, a zwierzęta
trzeba było trzymać od niej daleko. Nie wiem, czy
poza tym kochała cośkolwiek. Opowiadano, że
w bardzo młodym wieku zaręczona była z pięknym
Feliksem Lichnowskim, który później we Frankfurcie zginął tak okrutnie. I w istocie po jej śmierci
znalazł się portret księcia, który zwrócono, jeśli się
nie mylę, rodzinie.</akap>




<akap>Może (tak myślę sobie teraz) w tej samotni wiejskiej, w tym coraz większym z roku na rok odosobnieniu na zamku Ulsgaard, może zaniedbała tam
inne, świetne życie: swoje własne. Nie można powiedzieć, czy żałowała tego życia. Może pogardzała
nim, dlatego, że nie przyszło, że ominęło sposobność,
że nie zostało przeżyte zręcznie i z talentem. Wszystko to wzięła w siebie tak głęboko i nakryła łuskami
licznymi, kruchymi, trochę metalicznie świecącymi
łuskami, a zawsze najwyższa łuska miała pozór
nowości i chłodu. Niekiedy wprawdzie zdradzała
się jednak pewną naiwną niecierpliwością, że się
na nią nie dość zwraca uwagi: za moich czasów
bywało, że zachłysnęła się nagle przy stole w jakiś
wyraźny a skomplikowany sposób, który zapewnił
jej współczucie wszystkich i na jedną przynajmniej
chwilę czynił z niej zjawisko tak sensacyjne i ciekawe,
jakim chciała być naprawdę. Przypuszczam jednak,
iż ojciec mój był jedyną osobą na serio biorącą te
nazbyt częste przypadki. Przyglądał się jej, uprzejmie pochylony naprzód, i widać było, jak w myślach
ofiarowywał jej niejako swoją własną, zdrową tchawicę i do jej dyspozycji składał bez zastrzeżeń.
Szambelan oczywiście także przestawał jeść; połknąwszy niewielki łyk wina, powstrzymywał się
od wszelakiej opinii.</akap>




<akap>U stołu raz jeden zdanie swoje podtrzymał wobec
swojej małżonki. Było to dawno; lecz anegdotę
wciąż jeszcze kolportowano złośliwie, a potajemnie:
wszędzie prawie był ktoś, kto jeszcze jej nie słyszał.
Mówiono, że szambelanowa w pewnym okresie
czasu zdolna była unosić się bardzo z powodu plam
od wina, powstałych przez niezręczność na bieliźnie
stołowej, że plama taka, która by się zdarzyła przy
jakiejkolwiek okazji, bywała jej okiem dostrzeżona
i z najostrzejszą naganą niejako zdemaskowana.</akap>




<akap>To zdarzyło się też podobno kiedyś, gdy było
kilkoro i to znamienitych gości. Kilka niewinnych
plamek, przez nią wyolbrzymionych, stało się przedmiotem jej drwiących oskarżeń, a choć się dziadek
wysilał, by ją upomnieć znakami i dowcipnymi
uwagami, ona, opowiadano, uparcie obstawała przy
swoich wyrzutach, które zresztą potem urwać musiała w połowie zdania. Stało się bowiem coś zgoła
niebywałego i najzupełniej niepojętego. Szambelan
kazał sobie podać czerwone wino, które przed chwilą
nalewano --- i oto zabrał się sam z całą uwagą do napełniania swego kieliszka. Tylko że dziwnym sposobem nie przestawał lać, mimo że kielich dawno
był pełen, lecz wśród wzrastającej ciszy dalej lał
wolno i ostrożnie --- aż <slowo_obce>maman</slowo_obce>, która nigdy wytrzymać nie mogła, roześmiała się i tym sposobem całą
sprawę skierowała na właściwe tory. Teraz bowiem
wszyscy śmiali się także, a szambelan podniósł oczy
i podał butelkę służącemu.</akap>




<akap>Później inne dziwactwo zawładnęło moją babką.
Nie mogła znieść, kiedy ktoś w domu chorował.
Pewnego razu, gdy kucharka skaleczyła się, a babka
ujrzała ją z owiniętą ręką, jęła<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> twierdzić, że jodoform<pe><slowo_obce>jodoform</slowo_obce> --- żółta, krystaliczna substancja, jeden z pierwszych środków antyseptycznych.</pe> czuje w całym domu i nie sposób było jej wytłumaczyć, że kobiety tej nie można dlatego wydalać.
Nie chciała, aby jej przypominano chorowanie.
Skoro ktoś na tyle był niebaczny, że przed nią wyjawił jakieś drobne niedomaganie, było to dla niej
po prostu osobistą urazą, której długo zapomnieć
mu nie mogła.</akap>




<akap>Onej jesieni, kiedy zmarła <slowo_obce>maman</slowo_obce>, szambelanowa
zamknęła się szczelnie z hrabianką Zofią w swoich
pokojach i zupełnie przestała z nami obcować. Nie
przyjmowała nawet swego syna. Co prawda umieranie to przyszło bardzo nie w porę. Pokoje były
zimne, piece kopciły, a myszy wtargnęły do domu;
nigdzie nie było się pewnym przed nimi. Ale nie
to tylko; pani Małgorzata Brigge była oburzona,
że <slowo_obce>maman</slowo_obce> umarła; że tam coś było na porządku
obrad, o czym mówić się wzbraniało; że ta młoda
kobieta rościła sobie prawo pierwszeństwa przed nią
samą, która myślała umrzeć kiedyś, w terminie
wcale jeszcze nie ustalonym. Bo że musiała umrzeć,
o tym rozmyślała często. Ale nie chciała, by ją naglono. Umrze bez wątpienia, skoro jej się spodoba,
a potem niechże oni sobie wszyscy umierają spokojnie, po wszystkim, skoro im tak śpieszno.</akap>




<akap>Śmierci <slowo_obce>maman</slowo_obce> nigdy nam całkowicie nie przebaczyła. A zresztą szybko poczęła się starzeć podczas
następnej zimy. Chodząc, wciąż jeszcze była wysoka,
lecz w fotelu kurczyła się, a słuch jej stępiał. Można
było siedzieć i wielkimi oczami na nią patrzeć godzinami, a ona tego nie czuła. Była gdzieś wewnątrz
rzadko już i tylko na krótkie chwile wchodziła w swoje
zmysły, które były puste, w których ona już nie
mieszkała.</akap>




<akap>Wówczas mówiła coś do hrabianki, która poprawiała na niej mantylę<pe><slowo_obce>mantyla</slowo_obce> (daw.) --- rodzaj krótkiej peleryny damskiej.</pe> --- wielkimi, świeżo umytymi
rękami pociągała ku sobie suknię, jak gdyby woda
była rozlana albo jakby się bała, że jesteśmy niezupełnie czyści.</akap>




<akap>Umarła na przedwiośniu, w mieście, pewnej nocy.
Hrabianka Zofia, śpiąca obok przy otwartych
drzwiach, nie słyszała nic. A gdy ją znaleziono
rano, była zimna jak szkło.</akap>




<akap>Zaraz potem zaczęła się wielka i straszna choroba
szambelana. Zupełnie jakby na szambelanowej koniec
czekał, aby móc umrzeć tak bezwzględnie, jak
musiał.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Było to w roku śmierci <slowo_obce>maman</slowo_obce>, kiedy po raz
pierwszy zauważyłem Abelone. Abelone była zawsze.
Co uwłaczało jej wysoce. A przy tym Abelone była
niesympatyczna, to stwierdziłem kiedyś przy jakiejś
sposobności --- a do poważnej rewizji tego mniemania nie doszło nigdy. Aby zapytać, jak w ogóle stały
sprawy Abelone, to byłoby mi się wówczas wydało
niemal śmieszne. Abelone była i zużywano ją,
jak tylko było można. Ale nagle zapytałem siebie:
dlaczego Abelone jest? Każdy miał u nas określony
sens bycia, choć ten sens bynajmniej nie był zawsze
tak oczywisty, jak na przykład zastosowanie hrabianki Zofii. Ale czemu była Abelone? Przez jakiś
czas mówiło się, że przyjechała dla rozrywki. Ale
to poszło w zapomnienie. Nikt nie przyczyniał się
do zabawiania Abelone. Wcale to nie wyglądało
na rozrywkę.</akap>




<akap><begin id="b1370878869817-327295645"/><motyw id="m1370878869817-327295645">Muzyka, Niebo</motyw>Zresztą miała Abelone jedną dobrą stronę: śpiewała. To znaczy były czasy, kiedy śpiewała. Była
w niej mocna, niezmożona muzyka. Jeżeli to prawda,
że anioły są męskiego rodzaju, to śmiało rzec można,
że coś męskiego było w jej głosie; promienna, niebiańska męskość. Ja, którym już jako dziecko tak
nieufny był wobec muzyki (nie dlatego, że mnie
silniej niż wszystko inne wydźwigała ze mnie, lecz
ponieważ spostrzegłem, że składała mnie na powrót
nie tam, kędy mnie znalazła, jeno głębiej, gdzieś
w sam środek rzeczy nie gotowych), ja <wyroznienie>znosiłem</wyroznienie> tę muzykę, po której można było pionowo kroczyć w górę, wyżej i wyżej, aż się myślało, że to już
mniej więcej niebo być musi od kilku chwil...<end id="e1370878869817-327295645"/> Nie
przeczuwałem, że Abelone miała mi otworzyć inne
jeszcze nieba.</akap>




<akap>Zrazu stosunki nasze polegały na tym, że ona
opowiadała mi o latach dziewczęcych <slowo_obce>maman</slowo_obce>.
Chodziło jej o przekonanie mnie, jak śmiała i młoda
była <slowo_obce>maman</slowo_obce>. Nie było wonczas nikogo, według
jej zapewnień, kto się z nią mógł mierzyć w tańcu
czy w konnej jeździe.</akap>




<akap_dialog>--- Ona była najodważniejsza i niezmordowana,
a potem nagle wyszła za mąż --- mówiła Abelone,
wciąż jeszcze zdumiona po tylu latach. --- Tak to
niespodzianie przyszło, nikt właściwie tego pojąć
nie mógł.</akap_dialog>




<akap>Zaciekawiło mnie pytanie, dlaczego Abelone za
mąż nie wyszła. Wydawała mi się starą stosunkowo,
a że jeszcze wyjść mogła, o tym nie myślałem.</akap>




<akap_dialog>--- Nie było nikogo --- odrzekła po prostu i zrobiła
się naprawdę piękna w tej chwili.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Czy Abelone jest piękna? --- spytałem sam
siebie zaskoczony.</akap_dialog>




<akap>Potem opuściłem dom, poszedłem na Akademię
Szlachecką --- i zaczęły się czasy wstrętne i podłe.
Ale <begin id="b1370878952930-2495376566"/><motyw id="m1370878952930-2495376566">List</motyw>kiedy tam w Sorö, na uboczu, samotny stałem
w oknie, a oni dawali mi nieco spokoju, wtenczas
spozierałem w dal na drzewa --- i w takie chwile
i nocą rosła we mnie pewność, że Abelone jest
piękna. I zacząłem pisywać do niej wszystkie owe
listy, długie i krótkie, wiele tajemnych listów,
w których zdawało mi się, że o Ulsgaardzie mówię
i o tym, że jestem nieszczęśliwy. Ale to pewnie jednak
były, jak to dzisiaj widzę, listy miłosne. Bo wreszcie
nadeszły wakacje, które z początku wcale nie chciały
się zbliżać --- i wtedy rozumiało się, niby na skutek
zmowy, że zobaczymy się nie przy wszystkich.<end id="e1370878952930-2495376566"/></akap>





<akap>Wcale to nie było umówione między nami, lecz
kiedy powóz skręcił do parku, nie mogłem się
powstrzymać i wysiadłem może dlatego tylko, że
nie chciałem zajeżdżać jak byle jaki gość.</akap>




<akap>Było już pełne lato. Wbiegłem w którąś z uliczek,
prosto na krzew złotodeszczu.</akap>





<akap>I tam stała Abelone. Piękna, piękna Abelone.</akap>




<akap>Nigdy nie zapomnę, jak to było, kiedy ty na mnie
patrzyłaś. Jak ty swoje patrzenie niosłaś, gdyby<pe><slowo_obce>gdyby</slowo_obce> --- tu: jakby.</pe>
coś nie umocnionego, zatrzymując je na twarzy
wstecz pochylonej.</akap>






<akap>Ach, czy wcale nie zmienił się klimat? Czyli
nie złagodniał wokoło Ulsgaardu od tego ciepła
naszego? Czy niektóre róże nie kwitną teraz dłużej
w parku, aż po sam grudzień?</akap>




<akap><begin id="b1370879297433-3091815068"/><motyw id="m1370879297433-3091815068">Miłość, Cisza</motyw>Opowiadać nie chcę nic o tobie, Abelone. Nie
dlatego, że łudziliśmy się wzajemnie, ile żeś miłowała
jednego, także wówczas, któregoś nigdy nie zapomniała, miłująca --- a ja wszystkie kobiety; jeno
że od mówienia tylko się krzywda dzieje.<end id="e1370879297433-3091815068"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Kobierce tu są, Abelone, gobeliny. Wyobrażam
sobie, że ty tu jesteś, sześć jest gobelinów, pójdź,
przejdziemy je razem powoli. Lecz wprzódy cofnij
się i spójrz na wszystkie razem. Jakie spokojne,
prawda? Mało w nich rozmaitości. Jest tam zawsze
ta owalna błękitna wyspa, wisząca w powściągliwym
tle czerwonym, a tło jest kwieciste i zamieszkałe
przez małe, sobą zajęte zwierzątka. Tam tylko,
w ostatnim kobiercu, wyspa nieco się wznosi, jak
gdyby lżejszą się stała. Na każdej wyspie jest jedna
postać, niewiasta w strojach różnych, ale zawsze
ta sama. Niekiedy druga postać jest przy niej, służebna, i stale są zwierzęta, dźwigające herb, wielkie,
razem na wyspie, włączone w akcję. Po prawej lew,
a po lewej, na jasno, jednorożec; trzymają jednakie
sztandary, ukazujące wysoko nad nimi trzy srebrne
księżyce, rosnące w błękitnej wstędze na czerwonym
polu. --- Widziałaś? Czy zaczniemy od pierwszego?</akap>




<akap>Karmi sokoła. Jakże wspaniały jest jej strój!
Ptak siedzi na ręce odzianej w rękawiczkę i rusza
się. Ona przygląda się jemu, sięgając przy tym do
czary, przyniesionej przez służebnicę, by mu podać
żer. Po prawej u dołu przysiadł na trenie sukni
jedwabisty piesek, patrzący ku górze w nadziei, że
i jego sobie przypomną. I --- czy zauważyłaś? ---
krata z róż zamyka w głębi wyspę. Zwierzęta herbowe wznoszą się heraldycznie wyniośle. Herb raz
jeszcze zarzucono im jako płaszcz. Spina go piękna
agrafa. Herb powiewa.</akap>




<akap>Czy nie podchodzi się mimowolnie ciszej do
gobelinu następnego, skoro się dostrzegło, jak ona
jest zatopiona: wije wianek, małą, krągłą koronę
z kwiecia. W zamyśleniu wybiera barwę następnego
goździka w płaskiej misie, którą podtrzymuje służebna, podczas kiedy wplata poprzedni. W głębi
na ławce stoi nietknięty kosz pełen róż, który odkryła
małpka. Tym razem miały to być goździki. Lew
już nie bierze udziału; ale jednorożec po lewej stronie rozumie.</akap>




<akap>Czy nie musiała muzyka zjawić się w tej ciszy,
czy nie istniała tu już przyczajona? Ciężko i cicho
przystrojona niewiasta podeszła (jak wolno, prawda?)
ku przenośnym organom i gra stojąc, rzędem piszczałek odgrodzona od służebnej, z drugiej strony poruszającej miechy. Tak piękna nigdy jeszcze nie
była. Włosy ku przodowi ujęte są przedziwnie
w dwa warkocze i złączone w górze ponad fryzurą,
końcami ze splotu wyrastając niby krótki pióropusz.
Lew znosi tony z przykrością, niechętnie tłumiąc
wycie. Jednorożec natomiast jest piękny, jakby falami poruszany.</akap>




<akap>Wyspa rozszerza się. Rozpięty jest namiot. Z błękitego adamaszku i złotem płomienny. Zwierzęta
podkasały namiot --- i skromnie prawie w książęcej
swej szacie występuje ona. Czymże bowiem są jej
perły wobec niej samej? Służebna otwarła małą
szkatułkę i z niej oto wyjmuje łańcuch, ciężki, przepyszny klejnot, który zawsze był zamknięty. Piesek
przy niej siedzi, wywyższony na przygotowanym
miejscu, i przygląda się. I czy odkryłaś oną sentencję
w górze, na krawędzi namiotu? --- patrz: ,,<slowo_obce>Á mon
seul désir<pe><slowo_obce>Á mon
seul désir</slowo_obce> (fr.) --- dla mojego jedynego pragnienia.</pe></slowo_obce>".</akap>




<akap>Co się stało, czemu skacze ten króliczek tam w dole,
dlaczego widać od razu, że on skacze? Wszystko
jest tak onieśmielone. Lew nie ma nic do roboty.
Ona sama trzyma sztandar. Albo może trzyma się
sztandaru? Drugą ręką --- pochwyciła róg jednorożca.
Czy to żałoba, czy żałoba może stać tak prosto,
a suknia żałobna czy może być tak milcząca, jak
ów aksamit czarnozielony o powiędłych miejscach?</akap>




<akap>Ale jeszcze jedno będzie święto, nikt na nie proszony nie jest. Oczekiwanie przy tym nic nie znaczy.
Wszystko tu jest. Wszystko na zawsze. Lew ogląda
się prawie z groźbą: nikomu zjawiać się nie wolno.
Nie widzieliśmy jej nigdy jeszcze zmęczonej; czy
jest zmęczona? Albo czy dlatego tylko przysiadła,
że trzyma coś ciężkiego? Można by mniemać, że
monstrancję. Ona jednakże drugie ramię skłania ku
jednorożcowi, a zwierzę, mile połechtane, staje
dęba i na łonie jej się wspiera. Ach, ona zwierciadło
trzyma! Widzisz: jednorożcowi pokazuje obraz jego...</akap>




<akap>Abelone, ja wyobrażam sobie, że ty jesteś tu.
Czy ty pojmujesz, Abelone? Ja myślę, że ty musisz
pojmować.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Teraz już i gobelinów owej damy <slowo_obce>à la</slowo_obce><pe><slowo_obce>à la</slowo_obce> (fr.) --- wykonany w sposób przypominający coś innego.</pe> Licorne nie
ma w starym zamku Boussac. Jest czas, kiedy wszystko znika z domów, a one nic już zatrzymać nie
mogą. Niebezpieczeństwo bardziej bezpieczne się
stało niźli bezpieczeństwo. Nikt z pokolenia Dele
Viste nie towarzyszy człowiekowi, nikt tego we
krwi nie ma. Przeminęli wszyscy. Nikt nie wymawia
imienia twego, Piotrze d'Aubusson, dostojny Wielki
Mistrzu z prastarego rodu, za którego pono wolą
tkane były te obrazy, co sławią wszystko, a nie
porzucają nic.</akap>




<akap>(Ach, czemuż poeci o kobietach inaczej pisali,
bardziej, jak mniemali, dosłownie. Pewne jest to,
że nic ponadto wiedzieć nam nie było wolno).</akap>




<akap>Nagle, przypadkowo, wśród rzeczy przypadkowych natyka się człowiek na to i prawie się przestrasza, bo nie był proszony. Ale tam są inni i przechodzą mimo<pe><slowo_obce>mimo</slowo_obce> (daw.) --- obok.</pe>, choć nigdy ich nie ma wielu. Młodzieńcy
prawie się nie zatrzymują, chyba że to jakoś należy
do ich fachu, aby te rzeczy raz widzieć ze względu
na tę lub inną właściwość.</akap>




<akap>Dziewczyny młode natomiast można niekiedy
tam zastać. Mnóstwo jest bowiem dziewczyn w muzeach, dziewczyn, które kędyś odeszły z domów
nie zatrzymujących nic. Znalazły się przed tymi
gobelinami i zapamiętują się nieco. Zawsze czuły,
że to istniało, takie ciche życie powolnych, nigdy
do cna nie wyjaśnionych gestów --- i przypominają
sobie jak przez mgłę, iż nawet czas jakiś sądziły,
że to <wyroznienie>ich</wyroznienie> życie będzie. Lecz potem z nagła wyciągają zeszyt i zaczynają rysować, wszystko jedno co,
jeden z kwiatów albo małe ucieszne zwierzątko.
O to wcale nie chodzi --- podpowiedziano im --- jaki
się bierze przedmiot. I o to naprawdę nie chodzi.
Tylko żeby rysować, to jest najważniejsze; po to
bowiem odeszły dnia pewnego, dosyć gwałtownie.
Z dobrej są rodziny. Ale gdy oto w czasie rysowania
podnoszą ręce, okazuje się, że sukienka z tyłu jest
nie zapięta albo niezupełnie dopięta. Jest tam
kilka guziczków, do których sięgnąć nie można.
Bo kiedy tę sukienkę robiono, nie było jeszcze
mowy o tym, że nagle same odejdą. W rodzinie
zawsze jest ktoś od takich guziczków. Ale tu, mój
Boże, kto miałby się w to wdawać w tak wielkim
mieście! Chyba gdyby się miało przyjaciółkę; lecz
przyjaciółki są w tym samym położeniu --- i wtedy
jednak na tym się kończy, że się sobie nawzajem
zapina suknie. To jest śmieszne i przypomina rodzinę, której się wspominać nie chce.</akap>




<akap>Nie można co prawda uniknąć zastanawiania się
od czasu do czasu w trakcie rysunków, czy to jednak
nie można było zostać. Gdyby się umiało być pobożną, serdecznie pobożną w równym tempie z innymi. Ale to tak głupio wyglądało próbować wspólnie. Droga stała się jakoś węższa; rodziny już nie
umieją iść do Boga. Pozostały więc już tylko różne
inne rzeczy, które można było dzielić od biedy.
Ale wówczas, jeśli się dzieliło uczciwie, tak mało
przypadało każdemu, że aż wstyd. A gdy się oszukiwało przy dzieleniu, powstawały sprzeczki. Nie,
naprawdę lepiej rysować, wszystko jedno co. Z czasem podobieństwo zjawi się samo. A sztuka, skoro
się ją tak stopniowo posiędzie, to jednak coś mocno
do pozazdroszczenia.</akap>




<akap>I przy tym usilnym zajmowaniu się rzeczami,
które przedsięwzięły te dziewczyny, nie mają już
czasu podnosić oczu. Nie spostrzegają, jak przy całym
tym rysowaniu jednak nic nie robią poza zgnębianiem
w sobie życia niezmiennego, co w tych tkanych obrazach promieniście rozwarte jest przed nimi, w całej
swej niewypowiedzianej bezgraniczności. One w to
wierzyć nie chcą. <begin id="b1370879804202-1845597254"/><motyw id="m1370879804202-1845597254">Mężczyzna, Kobieta</motyw>Teraz, kiedy tak wiele rzeczy zmienia się, one chcą się przemienić. Już prawie gotowe
są stracić zaufanie do siebie i tak o sobie myśleć,
jak na przykład mogliby o nich, kiedy są nieobecne,
mówić mężczyźni. To wydaje im się postępem własnym. Już niemal są przekonane, że się szuka przeżycia za przeżyciem, coraz to mocniejszego: że na tym
polega życie, jeśli się go nie chce utracić w niedorzeczny sposób. Zaczynały się już rozglądać, szukać,
one, których siła zawsze na tym polegała, że miano
<wyroznienie>je znajdywać</wyroznienie>.</akap>




<akap>To dlatego, jak sądzę, że są zmęczone. Przez wieki
dokonywały one <wyroznienie>całej</wyroznienie> miłości, zawsze grały pełny
dialog, obie części. Mężczyzna bowiem powtarzał
tylko i to źle. I nauczanie się utrudniał im swoim
roztargnieniem, swoją niedbałością, zazdrością swoją, która także była rodzajem niedbałości. A one
jednak wytrwały dniem i nocą i porastały w miłość
i w nędzę. Z nich wszakże, pod nieskończonych
nędz naciskiem, wyszły potężne Miłujące, co przetrwały mężczyznę, podczas gdy go wołały; które
ponad niego wyrastały, skoro nie powracał, jak
Gaspara Stampa albo owa Portugalka, które nie
ustawały, aż męka ich przemieniła się w drętwą,
lodowatą, już nie pohamowaną wspaniałość.<end id="e1370879804202-1845597254"/></akap>




<akap>Wiemy o tej i innej, ponieważ są listy cudem
jakby ocalałe albo książki z oskarżającymi lub skarżącymi się wierszami, albo portrety, co na nas patrzą
w galerii poprzez płacz jakowyś, który udał się
malarzowi, bo malarz nie wiedział, co to było. Ale
było ich bezmiernie więcej. Takich, które listy swoje
spaliły, i innych, co już sił nie miały, aby listy
pisać. Staruszki zahartowane z jądrem cudowności
w głębi duszy, które ukrywały. Bezkształtne, przytyłe kobiety, co zgrubiały z wyczerpania i upodobniły się swoim mężom, a jednak wewnątrz zupełnie
inne były, tam, gdzie ich miłość pracowała, w ciemni.
Rodzące, co nie chciały rodzić, a kiedy nareszcie
skonały w ósmym połogu, to miały gest i lekkość
dziewcząt, co się na miłość cieszą. I te, które <wyroznienie>pozostały</wyroznienie> przy opojach i furiatach, jako że sposób znalazły, by w sobie tak być od nich daleko jak
nigdzie indziej; a kiedy wychodziły do ludzi, to
już stłumić tego nie mogły i połyskiwały, niby od
ustawicznego pośród świętych przebywania.</akap>




<akap>Któż może powiedzieć, ile ich było i jakie. Wydaje
się, jak gdyby one zawczasu zniszczyły te słowa,
w których można by je ująć.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Ale teraz, kiedy zmienia się tak wiele, nie naszą
li rzeczą, abyśmy się przemienili? Czy nie mogliśmy spróbować rozwijać się coś niecoś i cząstkę
naszą tej <wyroznienie>pracy w Miłości</wyroznienie> powoli, stopniowo wziąć na siebie? Oszczędzano nam wszystkich
jej trudów i tak się nam ona ześliznęła do rozrywek,
jak do dziecięcej szuflady z zabawkami wpada
czasem kawałek prawdziwej koronki i bawi, i już
nie bawi, i wreszcie leży pośród rzeczy złamanych
i rozkręconych, gorszy od wszystkiego.</akap>




<akap>Zepsuci jesteśmy łatwym używaniem, jak wszelacy
dyletanci, i stoimy w odorze maestrii.</akap>




<akap>A gdyby nam tak pogardzić sukcesami, gdyby
tak zacząć, od początku zupełnie, uczyć się pracy
Miłości, która zawsze za nas była czyniona? Gdyby
tak pójść nam i stać się nowicjuszami --- teraz --- kiedy
się wiele przemienia?</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Teraz już też wiem, jak to było, kiedy <slowo_obce>maman</slowo_obce>
rozwijała małe pasma koronek. Jedną jedyną bowiem z szuflad w sekretarzyku Ingeborgi zajęła dla
siebie.</akap>




<akap>--- Zobaczmy je, Malte --- rzekła i cieszyła się,
jakby dopiero miała za chwilę otrzymać w prezencie
wszystko, co było w małej, żółtej, lakierowanej
szufladzie. A potem, nie mogąc doczekać, już ledwo
umiała rozwinąć bibułki. Ja to musiałem zawsze
czynić. Ale i ja byłem bardzo podniecony, kiedy
pojawiały się koronki. Nawinięte były na drewniany
wałek, zgoła niewidoczny pod masą koronek. I teraz
rozwijaliśmy je powoli, przyglądając się przeciągającym wzorom --- i przerażaliśmy się nieco za każdym
razem, gdy koronka się kończyła. Kończyły się tak
nagle.</akap>




<akap>Więc były najpierw wstawki włoskiej roboty,
twarde płatki z powyciąganymi nitkami, w których
się wszystko ustawicznie powtarzało, wyraźnie jak
w chłopskim ogródku. Potem nagle cały szereg
naszych spojrzeń zakratowany był wenecką ręczną
koronką, jakbyśmy klasztorami byli albo więzieniami. Lecz widok znów się uczynił wolny i patrzyło
się daleko w ogrody coraz to sztuczniejsze<pe><slowo_obce>sztuczny</slowo_obce> --- tu: wyrafinowany.</pe>, że aż
było gęsto i ciepło przed oczami, gdyby w cieplarni:
przepyszne rośliny, których nie znaliśmy, roztwierały liście potężne, pnącze<pe><slowo_obce>pnącze</slowo_obce> --- dziś popr. forma M.lm: pnącza.</pe> chwytały się wzajemnie
niby w zawrocie głowy, a wielkie otwarte kwiaty
koronek points d'Alençon mąciły wszystko swymi
oczkami. Nagle, w znużeniu kompletnym i oszołomieniu, wychodziło się na świat, na długi gościniec
walansjenek, i była zima, i wczesny ranek, i szron.
I trzeba się było przedzierać przez zaśnieżone
krzewiny binche<pe><slowo_obce>binche</slowo_obce> --- rodzaj koronki.</pe> i docierało się do miejsc, kędy nie
szedł jeszcze nikt; gałązki zwisały tak dziwnie ku
dołowi, mogła być pod tym mogiła jaka, lecz my to
ukrywaliśmy przed sobą. Mróz coraz bliżej, natrętniej przybliżał się ku nam i wreszcie mówiła <slowo_obce>maman</slowo_obce>,
gdy nadchodziły maleńkie, najdelikatniejsze koronki,
na klockach dziergane:</akap>




<akap_dialog>--- Ooo, teraz nam szron kwiaty białe na oczach
maluje...</akap_dialog>





<akap>I tak też było, bo wewnątrz w nas było bardzo
ciepło.</akap>




<akap>Przy nawijaniu wzdychaliśmy oboje, była to
długa robota, ale nie chcieliśmy jej powierzać
nikomu.</akap>




<akap_dialog>--- Pomyśl tylko: gdybyśmy musieli je robić ---
mówiła <slowo_obce>maman</slowo_obce> i miała w oczach wyraźny przestrach.</akap_dialog>




<akap>Tego wcale wyobrazić sobie nie mogłem. Przyłapałem się na tym, że pomyślałem o małych zwierzątkach, które to przędą nieustannie i które się za
to zostawia w spokoju. Nie, to były oczywiście
kobiety.</akap>




<akap_dialog>--- Te z pewnością poszły do nieba, te, które to
robiły --- zauważyłem z podziwem.</akap_dialog>




<akap>Pomnę, jak uderzyła mnie ta okoliczność, że
dawno nie pytałem o niebo. <slowo_obce>Maman</slowo_obce> odetchnęła,
koronki były złożone jak trzeba.</akap>




<akap>Po chwili, kiedy ja już o tym zapomniałem, powiedziała bardzo wolno:</akap>




<akap_dialog>--- Do nieba? Ja myślę, że one tam już są. Starczy
popatrzeć na to: to już chyba spory szmat wiecznej
szczęśliwości. Wszak tak mało się o tym wie.</akap_dialog><sekcja_swiatlo/>




<akap>Nieraz, gdy byli goście, mówiło się, że Szulinowie liczą się z groszem. Wielki, stary pałac spłonął
przed paru laty i teraz mieszkali w obu ciasnych
skrzydłach, i liczyli się z groszem. Ale przyjmowanie
gości z dawna mieli we krwi. Tego wyrzec się nie
umieli. Kiedy ktoś niespodzianie zajeżdżał do nas,
to z pewnością jechał od Szulinów; a skoro ktoś
nagle spoglądał na zegarek i przestraszony musiał
na gwałt wyjeżdżać, to na pewno spodziewano się
go w Lystager.</akap>




<akap><slowo_obce>Maman</slowo_obce> właściwie wcale już nie opuszczała domu,
ale o podobnych rzeczach Szulinowie słyszeć nie
chcieli. Rada nierada musiała kiedyś pojechać z nami.
Było to w grudniu po kilku wczesnych opadach
śnieżnych. Sanie zamówione były na trzecią, ja
miałem też jechać. U nas jednakże nigdy nie wyjeżdżało się punktualnie. <slowo_obce>Maman</slowo_obce>, która nie lubiła
anonsowania, że powóz zajechał, zazwyczaj schodziła o wiele za wcześnie, a gdy nie znajdywała nikogo,
zawsze przypominała sobie coś, co już dawno
powinno było być odrobione, i gdzieś na górze
poczynała szukać albo porządkować i potem ledwo
z trudem można ją było odnaleźć. Ostatecznie stali
wszyscy i czekali. A gdy siedziała wreszcie zakutana,
okazywało się, że czegoś zapomniała, i trzeba było
wołać panią Sieversen; bo tylko pani Sieversen
wiedziała, gdzie to było. A potem konie ruszały
nagle, zanim pani Sieversen wracała.</akap>




<akap>Owego dnia w ogóle nie rozjaśniło się należycie.
Drzewa sterczały, jakby we mgle, nie wiedząc, gdzie
się podziać --- i był w tym pewien gest przekory,
tak wjeżdżać tam prosto przed siebie. Wtem śnieg
cicho począł prószyć dalej --- i teraz jakoby ostatni
już zarys był wymazany, i jechało się niby wprost
w białą kartę. Nie było nic poza dzwonkami i nie sposób było rzec, gdzie właściwie dzwoni. Przyszła
chwila, że przestało, jak gdyby oto dzwonek ostatni
był wydany; ale potem zebrało się znów i było
razem, i sypało się znowu z całej pełni.</akap>




<akap>Ta wieża kościelna po lewej stronie to mogło
być przywidzenie. Ale zarys parku pojawił się nagle,
wysoki, prawie nad głową --- i było się w długiej
alei. Dźwięk dzwonków już nie urywał się zupełnie;
jakby się gronami czepiał drzew po lewej i prawej
stronie. Potem skręciło się i objechało dokoła czegoś,
i minęło po prawej coś, i stanęło się pośrodku.</akap>




<akap>Stangret Grzegorz zapomniał zupełnie, że dworu
nie ma, a dla nas wszystkich ten dwór w tej chwili
był. Weszliśmy po schodach otwartych, wiodących na stary taras, zdziwieni, że dom jest ciemny.
Nagle otwarły się jakieś drzwi, w dole na lewo za
nami, i ktoś zawołał:</akap>




<akap_dialog>--- Tutaj!</akap_dialog>




<akap>I uniósł kopcącą latarkę, i machał nią.</akap>




<akap>Ojciec mój zaśmiał się:</akap>




<akap_dialog>--- Chodzimy tu omackiem jak upiory --- i pomagał nam zejść z powrotem po schodach.</akap_dialog>




<akap>--- Ale tu przecież co dopiero był dom --- rzekła
<slowo_obce>maman</slowo_obce> i jakoś nie mogła od razu przywyknąć do
Wiery Szulinówny, która wybiegła ciepła i roześmiana. Teraz naturalnie trzeba było prędko wchodzić
do środka, a o tym dworze już nie było mowy.
W ciasnym przedpokoju zdjęto wszystkim okrycia
i potem zaraz było się w samym środku między
lampami i naprzeciw ciepła.</akap>




<akap>Ci Szulinowie był to potężny ród samodzielnych
kobiet. Nie wiem, czy istnieli synowie. Pamiętam
tylko trzy siostry. Najstarszą, zamężną za pewnym
<slowo_obce>marchese<pe><slowo_obce>marchese</slowo_obce> (wł.) --- markiz.</pe></slowo_obce> w Neapolu, z którym się teraz powolnie,
wśród licznych procesów, rozwodziła. Druga była
Zoë, o której mówiono, że nie było rzeczy, której
by nie wiedziała. A przede wszystkim była Wiera,
ta ciepła Wiera; Bóg raczy wiedzieć, co się z nią stało.
Hrabina, z domu Nariszkinówna, właściwie była
czwartą siostrą i to pod pewnym względem najmłodszą. Nie wiedziała o niczym i dzieci musiały ją uczyć
bezustannie. A dobry hrabia Szulin czuł się jakby
ożeniony z wszystkimi tymi kobietami i obchodził
je, i całował na oślep.</akap>




<akap>Na razie śmiał się głośno i witał nas gruntownie.
Mnie podawano sobie między kobietami i obmacywano, i pytano. Ale ja postanowiłem na pewno,
jak to wszystko minie, wymknąć się w jakikolwiek
sposób i rozejrzeć się za tym dworem. Byłem przekonany, że on dzisiaj stoi. Wydostanie się nie było
tak trudne; między tą ciżbą sukien można się było
przemknąć jak pies, a drzwi do przedpokoju były
jeszcze przymknięte. Ale te drugie, od dworu, nie
chciały ustąpić. Był tam szereg przyrządów, zasuw
i łańcuchów, z którymi w pośpiechu nie dałem sobie
rady. Wreszcie drzwi jednak się otwarły, lecz z głośnym hałasem --- i zanim znalazłem się na dworze,
przyłapano mnie i pociągnięto wstecz.</akap>




<akap_dialog>--- Hola! Tu czmychać nie wolno! --- rzekła Wiera
Szulinówna rozweselona.</akap_dialog>




<akap>Nachyliła się ku mnie, a ja byłem zdecydowany
nic nie zdradzać tej ciepłej osobie. Lecz ona, kiedy
nie rzekłem nic, przypuściła z punktu, że zwykła
potrzeba naturalna popchnęła mnie do drzwi; pochwyciła mnie za rękę i już zaczęła iść, i chciała mnie
trochę poufale, a na poły wyniośle, zaprowadzić
gdzieś. Miłe to nieporozumienie drasnęło mnie
do żywego. Wyrwawszy się spojrzałem na nią zły.</akap>




<akap_dialog>--- Dwór chcę zobaczyć --- rzekłem dumnie.</akap_dialog>




<akap>Nie zrozumiała.</akap>




<akap_dialog>--- Ten duży dwór, tam przy schodach.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Głuptasku! --- rzuciła machnąwszy ręką ---
tam przecież nie ma już żadnego dworu...</akap_dialog>




<akap>Upierałem się.</akap>




<akap_dialog>--- Pójdziemy kiedy za dnia --- zaproponowała
pojednawczo --- teraz tam się wałęsać nie można.
Są tam doły, a zaraz za tym tatusiowe rybne sadzawki, którym się zamarzać nie pozwala. Wpadniesz
tam i będziesz rybą.</akap_dialog>




<akap>Z tymi słowami popchnęła mnie przed sobą na
powrót do jasnych komnat. Tu siedzieli wszyscy
i rozmawiali, a ja przyjrzałem im się po kolei; ci
naturalnie idą tam tylko wtedy, gdy go nie ma ---
pomyślałem z pogardą --- gdybyśmy tu mieszkali,
<slowo_obce>maman</slowo_obce> i ja, to byłby zawsze.</akap>




<akap><slowo_obce>Maman</slowo_obce> miała wygląd roztargniony, podczas gdy
wszyscy mówili równocześnie. Myślała z pewnością
o tym dworze.</akap>




<akap>Zoë przysiadła się do mnie i zadawała pytania.
Miała twarz pełną ładu, a w twarzy tej wznawiał się
od czasu do czasu błysk rozumienia, jak gdyby
ustawicznie rozumiała coś nowego. Ojciec mój
siedział pochylony nieco na prawo i słuchał markizy,
która się śmiała. Hrabia Szulin stał między <slowo_obce>maman</slowo_obce>
a swoją żoną i coś opowiadał. Ale hrabina przerywa
mu, widzę, w połowie zdania.</akap>




<akap>--- Nie, dziecko, to ci się przywidziało --- rzekł
hrabia dobrodusznie, lecz i on miał tę samą zaniepokojoną twarz i wyciągał ją nad obu damami. Hrabinę
nie sposób było odwieść od tak zwanego przywidzenia. Widać było po niej wielkie natężenie, jak u kogoś,
kto nie chce, by mu przeszkadzano. Miękkimi, pełnymi pierścionków rękami uczyniła kilka drobnych,
odpierających ruchów, ktoś powiedział psst! ---
i nagle zrobiło się zupełnie cicho.</akap>




<akap>Za ludźmi tłoczyły się wielkie przedmioty ze
starego dworu, o wiele za blisko. Ciężkie srebra
rodzinne wydymały się i lśniły, niby widziane przez
szkła powiększające. Ojciec mój obejrzał się zdziwiony.</akap>




<akap_dialog>--- Mama czuje swąd --- rzekła Wiera za nim ---
wtedy zawsze my wszyscy musimy być cicho, ona
uszami wącha --- przy tym jednak ona sama stała
z podniesionymi brwiami, czujna i cała zamieniona
w węch.</akap_dialog>




<akap><begin id="b1370885559300-2009802812"/><motyw id="m1370885559300-2009802812">Zapach, Strach</motyw>Szulinowie pod tym względem byli nieco dziwni od czasu pożaru. W ciasnych, przegrzanych pokojach co chwila pojawiał się zapach --- i wówczas
badano go i każdy wydawał opinię. Zoë krzątała
się koło pieca, rzeczowo i sumiennie, hrabia obchodził
pokój i przystawał trochę w każdym kącie, i czekał:</akap>




<akap_dialog>--- To nie tu --- mówił po chwili.</akap_dialog>




<akap>Hrabina wstała i nie miała pojęcia, gdzie szukać.
Ojciec mój kręcił się wolno dokoła siebie, jakby miał
zapach za plecami. Markiza, która od razu przypuściła, że to jest zapach brzydki, trzymała chusteczkę pod nosem i patrzyła kolejno na obecnych, czy
już minęło.</akap>




<akap>--- Tu, tu! --- wołała Wiera od czasu do czasu,
jak gdyby już go miała. I wkoło każdego słowa było
dziwnie cicho. Co do mnie, pilnie wąchałem razem
z innymi. Lecz nagle (czy to od gorąca w pokoju,
czy też od tego mnóstwa bliskiego światła) opadło
mnie po raz pierwszy w życiu coś jak upiorny strach.
Zrozumiałem, że wszyscy ci wyraźni wielcy ludzie,
którzy co dopiero śmiali się i gadali, teraz krążyli
zgarbieni i zajmowali się czymś niewidzialnym,
że przyznawali, iż tam istniało coś, czego nie widzieli.
I ta okropność, że to coś mocniejsze było niż oni
wszyscy.<end id="e1370885559300-2009802812"/></akap>




<akap>Strach mój wzrastał. Wydało mi się, że to, czego
oni szukają, nagle może wybuchnąć ze mnie jak
zaraza; i potem oni zobaczą, i wskazywać będą na
mnie. Zrozpaczony spojrzałem ku <slowo_obce>maman</slowo_obce>. Siedziała
dziwnie prosto, miałem wrażenie, że na mnie czeka.
Ledwie byłem przy niej i uczułem, że ona drży
w sobie, a już wiedziałem, że ten dwór dopiero teraz
przemija.</akap><akap_dialog>--- Malte, tchórz! --- śmiało się kędyś. Był to
Wiery głos.</akap_dialog>




<akap>Ale my nie puściliśmy się i znieśliśmy to wspólnie.
I tak pozostaliśmy, <slowo_obce>maman</slowo_obce> i ja, aż ten dwór przeminął zupełnie.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Najbogatsze wszakże w prawie niepojęte doświadczenia były jednak imieniny. Wiedziało się już, że
życie lubowało się w nierobieniu różnic; ale w ten
dzień wstawało się z takim prawem do radości, że
nie można było wątpić w to prawo. Prawdopodobnie
uczucie prawa tego wyrobione zostało w dziecku
bardzo wcześnie, w czasach kiedy się po wszystko
sięga i wszystko dostaje, i kiedy się rzeczy, trzymane
w ręku w danej chwili, nieomylną wyobraźnią
potęguje do podstawowej intensywności panującego
w tej chwili pragnienia.</akap>




<akap>Ale potem nagle zjawiają się te osobliwe imieniny,
kiedy się w utwierdzeniu świadomości tego prawa
widzi, jak inni tracą pewność. Chciałoby się pono
jeszcze, jak dawniej, być ubranym przez kogoś
i potem przyjmować wszystko. Ale zaraz po przebudzeniu słyszy się, jak ktoś za drzwiami woła, że tortu
jeszcze nie ma; albo słychać, jak coś się tłucze,
podczas gdy w sąsiednim pokoju przygotowuje
się stolik z podarkami; albo ktoś wchodzi i zostawia
drzwi otwarte --- i widzi się wszystko, zanim widzieć
wolno. To jest chwila, kiedy odczuwa się coś w rodzaju operacji. Krótki, wściekle bolesny chwyt.
Lecz ręka, która go czyni, wprawna jest i mocna.
Już przeszło.</akap>




<akap>A ledwo się to przetrwało, już się nie myśli o sobie.
Chodzi o ratowanie imienin, o śledzenie drugich,
o uprzedzanie ich błędów, o utwierdzenie ich
w złudzeniu, że wszystko świetnie pokonali. Oni tego
bynajmniej nie ułatwiają. Okazuje się, że są niezwykle niezręczni, prawie głupi. Potrafią wejść do
pokoju z jakąkolwiek paczką, przeznaczoną dla
innych ludzi; wybiega się ku nim i potem trzeba
udawać, że się w ogóle biega po pokoju, tak dla
ruchu, bez oznaczonego celu. Oni chcą dziecko
zaskoczyć i pozornie udając oczekiwanie unoszą
najniższą warstwę w pudełku od zabawek, gdzie nie
ma nic oprócz wiórków; wówczas trzeba im ulżyć
w zakłopotaniu. Albo jeśli to było coś mechanicznego,
przekręcą sprężynę darowanej zabawki przy pierwszym nakręcaniu. Dobrze jest zatem ćwiczyć się
zawczasu, aby umieć przekręconą mysz lub coś
w tym rodzaju popychać nieznacznie nogą: w ten
sposób często można ich oszukać i wybawić z zawstydzenia.</akap>




<akap>Wszystko to można było zdziałać ostatecznie, tak
jak trzeba, nawet bez szczególnych zdolności. Talent
był właściwie potrzebny wówczas tylko, skoro ktoś
wysilił się i przyniósł, ważnie i dobrodusznie, radość
pewną --- i widziało się już z daleka, że to była
radość dla kogoś zupełnie innego, kompletnie obca
radość; nawet nie wiadomo, do kogo by się stosowała: tak była obca.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Że się opowiadało, naprawdę opowiadało, to
musiało być przed moim czasem. Ja nigdy nikogo
nie słyszałem opowiadającego. Wówczas, kiedy Abelone opowiadała mi o młodości <slowo_obce>maman</slowo_obce>, pokazało się,
że nie umie opowiadać. Stary hrabia Brahe podobno
jeszcze umiał. Spiszę tu, co ona o tym wiedziała.</akap>




<akap>Abelone jako młodziutka dziewczyna musiała
mieć pewien okres, kiedy posiadała swoistą, przestronną ruchliwość. Brahowie mieszkali wówczas
w mieście, na Bredgade, żyjąc dość towarzysko.
Kiedy późnym wieczorem Abelone wchodziła do
swego pokoju na górze, zdało jej się, że jest zmęczona
jak inni. Potem jednak nagle poczuła okno i, jeśli
dobrze rozumiałem, mogła wobec nocy stać godzinami i myśleć: to mnie obchodzi.</akap>




<akap_dialog>--- Jak więzień stałam tak --- mówiła --- a gwiazdy
to była wolność.</akap_dialog>




<akap>Mogła wówczas zasypiać, nie tracąc lekkości.
Wyrażenie ,,zapadać w sen" wcale nie stosuje się
do tego wieku dziewczęcego. Sen to było coś, co rosło
z człowiekiem, a od czasu do czasu oczy miało się
otwarte i leżało się na nowej jakiejś płaszczyźnie,
której daleko jeszcze było do najwyższej. A potem
budził się człowiek przede dniem; w zimie nawet,
kiedy drudzy zaspani i spóźnieni przychodzili na
późne śniadanie. Wieczorem, kiedy się ściemniało,
były przecież tylko światła dla wszystkich, wspólne
światła. Ale te dwie świece o wczesnym ranku w nowej tej ciemności, z którą wszystko zaczynało się
od nowa --- te miało się dla siebie. Stały w swoim
niskim dwuramiennym świeczniku i spokojnie świeciły przez małe, owalne, różyczkami umalowane
abażurki, które co pewien czas trzeba było posuwać.
To nic nie przeszkadzało; bo po pierwsze wcale
nie trzeba się było śpieszyć, a po wtóre, zdarzało
się jednak, że należało podnieść oczy i pomyśleć,
gdy się list kreśliło albo pisało w pamiętniku, zaczętym kędyś dawno, innym zupełnie pismem, trwożliwie i ładnie.</akap>




<akap>Hrabia Brahe żył w zupełnym odosobnieniu od
swoich córek. Uważał to za złudzenie, jeżeli ktoś
twierdził, że życie z innymi dzieli. (Tak, <wyroznienie>dzieli</wyroznienie> --- mówił.) Ale nie było mu to niemiłe, gdy ludzie opowiadali mu o jego córkach; słuchał uważnie, jak gdyby
mieszkały w innym mieście.</akap>




<akap>Było to więc coś zgoła nieoczekiwanego, kiedy
pewnego razu po śniadaniu skinął ku Abelone:</akap>





<akap>--- Zdaje się, że mamy te same przyzwyczajenia,
ja także pisuję bardzo wcześnie. Możesz mi pomóc.</akap>




<akap>Abelone wiedziała to jeszcze wczoraj.</akap>




<akap>Już następnego ranka zaprowadzono ją do ojcowskiego gabinetu, cieszącego się opinią niedostępności.
Nie miała czasu ogarnąć go wzrokiem, albowiem
posadzono ją natychmiast naprzeciw hrabiego przy
biurku, wydającym jej się jak równina z kępami
książek i plikami papierów.</akap>




<akap>Hrabia dyktował. Ci, którzy twierdzili, że hrabia
Brahe pisze pamiętniki, niezupełnie się mylili. Tylko
że nie było mowy o politycznych ani wojskowych
wspomnieniach, jak oczekiwano z zaciekawieniem.</akap>




<akap>--- O tych zapominam --- mawiał stary pan krótko,
skoro go ktoś o te rzeczy zaczepiał. Ale dzieciństwa
zapomnieć nie chciał. To rzecz ważna. I zupełnie
to było w porządku według jego mniemania, że owe
bardzo odległe czasy teraz zyskiwały w nim przewagę, że skoro ku wnętrzu kierował swój wzrok,
one się słały tam, ni to w jasną letnią noc północnych
krajów, spotęgowane a bezsenne.</akap>




<akap>Czasami zrywał się i gadał prosto w świece, aż
migotały. Albo całe zdania trzeba było skreślać
i potem porywczo chodził po pokoju i powiewał
zielonawym, jedwabnym szlafrokiem. Podczas tego
wszystkiego jeszcze jedna osoba była obecna, Sten,
stary, jutlandzki kamerdyner hrabiego, który miał
za zadanie, skoro dziadek się zrywał na nogi, kłaść ręce
szybko na pojedyncze luźne kartki, pokryte zapiskami
i rozłożone po stole. Jaśnie pan imaginował<pe><slowo_obce>imaginować</slowo_obce> (daw.) --- wyobrażać.</pe> sobie,
że dzisiejszy papier jest nic niewart, że zbyt lekki
jest i ucieka przy najmniejszej sposobności. A Sten,
którego długą górną tylko połowę widać było, podzielał to podejrzenie i siedział niejako na swoich rękach,
oślepiony światłem i poważny jak nocny ptak.</akap>




<akap>Ów Sten niedzielne popołudnia spędzał na czytaniu Swedenborga, a nikt ze służby nie śmiałby
wejść do jego pokoju, bo mówiono, że wywołuje
duchy. Rodzina Stena z dawien dawna obcowała
z duchami, a Sten predestynowany był szczególnie
do tego obcowania. Matce jego coś ukazało się onej
nocy, kiedy go rodziła. Wielkie miał, okrągłe oczy,
a drugi koniec jego wzroku kładł się za każdym
człowiekiem, na którego tym wzrokiem patrzył.
Ojciec Abelone często o duchy go pytał, jak się
zwykle pyta ludzi o ich krewnych:</akap>




<akap_dialog>--- Czy przyjdą, Sten? --- mówił życzliwie. --- To
dobrze, jeżeli przyjdą.</akap_dialog>




<akap>Przez parę dni odbywało się to dyktowanie. Ale
potem Abelone nie umiała napisać ,,Eckernförde".
Było to imię własne, a ona nigdy go nie słyszała.
Hrabia, który po cichu dawno już szukał pretekstu
do zaniechania pisaniny, zbyt wolnej dla jego
wspomnień, udał niechęć.</akap>




<akap_dialog>--- Ona tego napisać nie umie! --- rzekł ostro ---
a inni nie będą umieli przeczytać. A czyż oni w ogóle
będą <wyroznienie>widzieli</wyroznienie> to, co ja tam mówię? --- dodał
zły, z oka nie spuszczając Abelone.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Czy go zobaczę, tego Saint-Germain? --- krzyknął na nią. --- Czy mówiliśmy Saint-Germain?
Przekreśl. Pisz: markiz Belmare.</akap_dialog>




<akap>Abelone przekreśliła i pisała. Lecz hrabia tak
szybko mówił, że nie można było nadążyć.</akap>




<akap_dialog>--- Dzieci nie cierpiał ten kapitalny Belmare, ale
mnie, malca tyciego, na kolana brał, a mnie przyszedł pomysł gryzienia jego diamentowych guzików. To go cieszyło. Śmiejąc się, podniósł moją
głowę, aż spojrzeliśmy sobie w oczy.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Znakomite masz zęby --- rzekł --- zęby pełne
przedsiębiorczości...</akap_dialog>




<akap>Lecz ja zapamiętałem oczy jego. Później zjeździłem kawał świata. Sporo widziałem oczu, wierzaj
mi: takich nigdy. Dla tych oczu nic nie potrzebowało istnieć, one to w sobie miały. O Wenecji słyszałaś? Dobrze. Powiadam ci, że one Wenecję
<wyroznienie>wpatrzeć</wyroznienie> mogły tu w ten pokój --- i byłaby tu,
tak jak ten stół. Siedziałem w kącie kiedyś i słyszałem, jak ojcu mojemu o Persji opowiadał, czasami
myślę jeszcze, że mi tym pachną ręce. Ojciec mój
cenił go, a jego wysokość pan landgraf<pe><slowo_obce>landgraf</slowo_obce> --- niemiecki tytuł feudalny.</pe> był czymś
niby uczniem jego. Nie brakło jednak i takich, co
mu za złe mieli, że w przeszłość wierzył tylko wtenczas, jeżeli była w nim. Tego pojąć nie mogli, że te
graty mają tylko sens, jeśli się człowiek narodził
z nimi.</akap>




<akap><begin id="b1370963172955-1839429198"/><motyw id="m1370963172955-1839429198">Książka, Krew</motyw>--- ,,Te księgi są puste! --- krzyczał hrabia z wściekłym gestem ku ścianom --- krew! o krew chodzi,
w niej trzeba umieć czytać. Dziwne on tam miał
historie i osobliwe obrazki, ten Belmare; gdziekolwiek otwierał, zawsze coś było zapisane; żadna
stronica w jego krwi nie była pominięta. A kiedy
zamykał się od czasu do czasu i sam w niej karty
przewracał, wówczas dochodził do miejsc o robieniu
złota i o kamieniach, i o farbach. Dlaczego tego tam
nie miało być? To z pewnością gdzieś jest napisane".<end id="e1370963172955-1839429198"/></akap>




<akap>,,Mógł dobrze żyć z jedną prawdą ten człowiek,
gdyby był sam. Ale to nie bagatela sam na sam być
z taką prawdą. A on nie był na tyle niesmaczny, by
zapraszać ludzi na odwiedzanie go przy takiej prawdzie; ona nie miała dostać się na języki: na to był
on zbytnio człowiekiem wschodnim. «<slowo_obce>Adieu, madame</slowo_obce><pe><slowo_obce>adieu, madame</slowo_obce> (fr.) --- do widzenia pani.</pe> --- mówił jej zgodnie z prawdą --- innym razem.
Może za tysiąc lat będzie się nieco silniejszym i bardziej spokojnym. Piękność pani przecież rozkwita
dopiero, <slowo_obce>madame</slowo_obce>» --- mówił, a nie była to tylko
uprzejmość. Tak odszedł i daleko założył dla ludzi
swój zwierzyniec, coś w rodzaju <slowo_obce>Jardin d'Acclimatation</slowo_obce> dla większych gatunków kłamstw, jakich u nas
nie widywano potąd, i palmiarnię przesadności,
i małą, pielęgnowaną troskliwie <slowo_obce>figuerie</slowo_obce><pe><slowo_obce>figuerie</slowo_obce> (fr.) --- plantacja fig.</pe> fałszywych
tajemnic. I poschodziły się zewsząd, a on obchodził
z diamentowymi spinkami u trzewików i był cały dla
swoich gości".</akap>




<akap>,,Powierzchowna egzystencja: co? Właściwie była
to jednak pewna rycerskość wobec jego damy, a nieźle
zakonserwował się przy tym".</akap>




<akap>Od pewnej już chwili starzec nie mówił ku Abelone, o której zapomniał. Jak wściekły latał po pokoju i ciskał wyzywające spojrzenia Stenowi, jak
gdyby Sten w pewnej chwili miał się zamienić w tego,
o kim on myślał. Lecz Sten jeszcze się nie zamieniał.</akap>




<akap_dialog>--- Trzeba by go widzieć --- ciągnął hrabia Brahe
z zawziętością. --- Był czas, kiedy widzialny był
najzupełniej, aczkolwiek w niektórych miastach listy
przezeń otrzymywane nie były skierowane do nikogo:
tylko miejscowość była na nich, nic więcej. Ale ja
go widziałem.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Nie był piękny.</akap_dialog>




<akap>Hrabia zaśmiał się dziwnie pośpiesznie.</akap>




<akap_dialog>--- Ani tym, co ludzie zwą ,,wybitny" albo ,,wytworny": zawsze byli wytworniejsi obok niego.
Był bogaty: ale to u niego było tylko jak kaprys, na
tym nie można było polegać. Rosły był, choć inni
trzymali się lepiej. Oczywiście nie mogłem wówczas
osądzić, czy był inteligentny i czy to i tamto miał,
do czego się wagę przykłada: ale <wyroznienie>był</wyroznienie>.</akap_dialog>





<akap>Hrabia dygocząc stał i uczynił ruch, jak gdyby
w przestrzeń wstawiał coś, co pozostało.</akap>




<akap>W tej chwili zauważył Abelone.</akap>




<akap_dialog>--- Czy widzisz go? --- ofuknął ją. I nagle pochwycił srebrny świecznik i oślepiająco w twarz jej błysnął.</akap_dialog>




<akap>Abelone pamiętała, że widziała go.</akap>




<akap>W następnych dniach Abelone wzywana była
regularnie, a dyktowanie po tym zajściu odbywało
się znacznie spokojniej. Hrabia według najróżniejszych papierów zestawił najwcześniejsze swoje wspomnienia z koła Bernstorffów, gdzie ojciec jego
odegrał pewną rolę. Abelone tak dobrze była teraz
wtajemniczona w osobliwości swojej pracy, że kto
widział tych dwoje, mógł celową ich wspólnotę
łatwo poczytać za istotną zażyłość.</akap>




<akap>Pewnego razu, kiedy Abelone już się chciała
usunąć, stary pan podszedł ku niej i jak gdyby z niespodzianką jakowąś ręce trzymał za sobą:</akap>




<akap_dialog>--- Jutro pisać będziemy o Julii Reventlow --- rzekł
i delektował się własnymi słowami:</akap_dialog>




<akap_dialog>--- To była święta.</akap_dialog>




<akap>Prawdopodobnie Abelone patrzyła nań z niedowierzaniem.</akap>




<akap_dialog>--- Tak, tak, to wszystko jeszcze istnieje --- obstawał rozkazującym tonem --- wszystko istnieje, hrabianko Abel.</akap_dialog>




<akap>Wziął ręce Abelone i roztworzył je niby książkę.</akap>




<akap_dialog>--- Miała stygmaty<pe><slowo_obce>stygmaty</slowo_obce> --- rany a. zmiany skórne naśladujące rany Chrystusa.</pe> --- rzekł --- tu i tu.</akap_dialog>




<akap>I zimnym palcem twardo i krótko stuknął w obie
jej dłonie.</akap>




<akap>Wyrażenia ,,stygmaty" Abelone nie znała. To się 
okaże, pomyślała, niecierpliwiła się wielce, by słyszeć o tej świętej, którą widział jeszcze jej ojciec.
Ale już jej nie zawezwano, ani następnego ranka,
ani później.</akap>




<akap_dialog>--- O hrabinie Reventlow później często przecie
mówiło się u was --- kończyła Abelone krótko, gdy
ją prosiłem, aby opowiadała więcej. Miała wygląd
zmęczony; twierdziła też, że prawie wszystko zapomniała.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Ale te miejsca czuję jeszcze czasami --- uśmiechała się i nie mogła się powstrzymać, i niemal ciekawie patrzyła w puste swoje dłonie.</akap_dialog><sekcja_swiatlo/>




<akap>Jeszcze przed śmiercią ojca mego wszystko się
zmieniło. Ulsgaard już do nas nie należał. Ojciec
mój umarł w mieście, w mieszkaniu na piętrze,
które mnie się wydawało wrogie i obce. Ja byłem
wówczas już za granicą i przyjechałem za późno.</akap>




<akap><begin id="b1370963514109-159081874"/><motyw id="m1370963514109-159081874">Ojciec, Trup</motyw>Leżał na marach w pokoju od podwórza między
dwoma rzędami wysokich świec. Zapach kwiatów
niezrozumiały był jak wiele równoczesnych głosów.
Piękna twarz, w której oczy zamknięto, miała wyraz
uprzejmego przypominania. Ubrany był w mundur
łowczego, lecz z niewiadomego powodu założono
białą wstęgę zamiast błękitnej. Ręce nie były splecione, leżały skośnie jedna na drugiej i wyglądały
bezmyślnie i jak podrobione. Opowiedziano mi
szybko, że cierpiał wiele, wcale nie znać było tego.
Rysy jego były pozestawiane, jak meble w pokoju
gościnnym po czyimś wyjeździe. Miałem uczucie,
jakbym go już częściej widywał umarłym; tak dobrze
znałem to wszystko.<end id="e1370963514109-159081874"/></akap>




<akap>Nowe było tylko otoczenie, w przykry jakiś sposób. Nowy był ten duszący pokój, co naprzeciwko
miał okna, prawdopodobnie okna innych ludzi.
Nowe było to, że pani Sieversen wchodziła od czasu
do czasu i nic nie robiła. Pani Sieversen postarzała
się. Potem miałem jeść śniadanie. Kilkakrotnie
wzywano mnie do stołu. Absolutnie nic mi na tym
nie zależało, aby tego dnia jeść śniadanie. Nie spostrzegłem, że chciano mnie stąd wyprosić; wreszcie,
ponieważ nie odchodziłem, pani Sieversen jakoś
dała mi do zrozumienia, że przyszli lekarze. Nie
pojmowałem po co.</akap>




<akap_dialog>--- Jeszcze tam jest coś do zrobienia --- rzekła
pani Sieversen i z natężeniem patrzyła na mnie
czerwonymi oczami.</akap_dialog>




<akap>Potem ze zbytnim pośpiechem weszli dwaj panowie: byli to lekarze. Pierwszy pochylił raptownie
głowę, jakby rogi miał i chciał ubóść, i spoglądał
na nas ponad okularami: najpierw na panią Sieversen,
potem na mnie.</akap>




<akap>Skłonił się z formalnością studencką.</akap>




<akap>--- Pan łowczy jeszcze jedno miał życzenie ---
rzekł zupełnie tak samo, jak wszedł; miało się znowu wrażenie, że zbytnio się śpieszy. Skłoniłem
go, nie wiem jak, do skierowania wzroku przez
szkła. Kolega jego był to tęgi, cienkoskóry blondyn;
przyszło mi na myśl, że musi być łatwo doprowadzić
go do zarumienienia. Przy tym zrobiła się pauza.
Dziwne to było, że łowczy teraz jeszcze miał życzenia.</akap>




<akap>Mimo woli znów spojrzałem w piękną, równą
twarz. I oto wiedziałem, że chciał pewności. Pewności właściwie pragnął zawsze. Teraz miał ją uzyskać.</akap>




<akap_dialog>--- Panowie przyszli dla przekłucia serca: proszę.</akap_dialog>




<akap>Skłoniłem się i ustąpiłem wstecz. Obaj lekarze
pochylili się jednocześnie i natychmiast poczęli
porozumiewać się co do swojej roboty. Ktoś już
też odsuwał na bok świece. Lecz starszy lekarz jeszcze raz postąpił ku mnie kilka kroków. Z pewnego oddalenia pochylił się naprzód, aby zaoszczędzić ostatni kawałek drogi, i spojrzał na mnie zły.</akap>




<akap_dialog>--- Nie potrzeba --- rzekł --- to znaczy, uważam,
że może lepiej będzie, jeżeli pan...</akap_dialog>




<akap>Wydał mi się zaniedbany i zużyty w oszczędnej swojej i pośpiesznej postawie. Skłoniłem się
ponownie; tak jakoś wyszło, że już znowu się skłoniłem.</akap>




<akap_dialog>--- Dziękuję --- rzekłem zwięźle. --- Nie będę
przeszkadzał.</akap_dialog>




<akap>Wiedziałem, że to zniosę i że nie było powodu
do usuwania się od tej sprawy. To musiało przyjść.
To był może sens wszystkiego. Zresztą nie widziałem nigdy, jak się komuś przekłuwa pierś. Uważałem za naturalne nie odpychać tak osobliwego
doświadczenia, skoro się zjawiało tak swobodnie
i bezwarunkowo. W rozczarowania wówczas już
właściwie nie wierzyłem; nie było więc żadnych obaw.</akap>




<akap>Nie, nie, wyobrazić sobie nic na świecie nie można, najzupełniej nic. Wszystko składa się z tak wielu jedynych szczegółów, nie dających się przewidzieć. W imaginacji pomija się je, nie spostrzegając
w pośpiechu ich braku. Rzeczywistości wszakże
powolne są i nieopisanie szczegółowe.</akap>




<akap>Któż byłby na przykład pomyślał o tym oporze.
Zaledwie obnażona była szeroka, wyniosła pierś,
a już pośpieszny człowieczek odnalazł miejsce,
o które chodziło. Wszelako przyłożony szybko instrument nie wszedł. Miałem uczucie, jak gdyby
nagle wszelki czas zniknął z tego pokoju... Byliśmy
jak w obrazie. Lecz potem czas nadążył małym,
ślizgającym się szmerem --- i było go więcej, niż
można było zużyć. Wtem zastukało gdzieś. Nigdy
nie słyszałem takiego stukania: ciepły, zamknięty,
podwójny stuk. Słuch mój podał go dalej i zobaczyłem zarazem, iż lekarz natrafił na grunt. Ale
minęła chwila, zanim skojarzyły się we mnie te
dwa wrażenia. Aha, pomyślałem, a więc teraz przebili. To stukanie, jeżeli chodzi o tempo, było prawie
złośliwie uradowane.</akap>




<akap>Przyjrzałem się temu człowiekowi, którego już
znałem teraz tak dawno. Nie, on był najzupełniej
opanowany; szybko i rzeczowo pracujący pan,
który zaraz musiał jechać dalej. Nie było w tym
ani cienia rozkoszy lub satysfakcji. Na lewej tylko
skroni ustawiło się parę włosków z jakiegoś dawnego instynktu. Ostrożnie wyciągnął instrument i pozostało coś jak usta, z których dwa razy po sobie
wystąpiła krew, jakby mówiły coś dwuzgłoskowego.
Młody blondyn zebrał to prędkim, eleganckim
ruchem w swoją watę. I teraz rana pozostała spokojna jak zamknięte oko.</akap>




<akap>Należy przypuścić, że skłoniłem się jeszcze raz,
tym razem nie bardzo przytomnie. Przynajmniej
zdumiony byłem, że znalazłem się sam. Ktoś ułożył na powrót mundur i biała wstęga leżała na wszystkim jak przedtem. Ale teraz łowczy był nieżywy,
a nie tylko on sam. Teraz serce było przebite, nasze serce, naszego pokolenia serce.</akap>




<akap>Teraz było po wszystkim. Więc to było ono kruszenie hełmu: ,,Brigge po dziś dzień i już przenigdy" --- coś powiedziało we mnie.</akap>




<akap>O moim sercu nie pomyślałem. A kiedy później wpadło mi na myśl, po raz pierwszy wiedziałem z całą pewnością, że to serce tu nie wchodziło
w grę. To było pojedyncze serce. Zabierało się już
do zaczynania od początku.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Wiem, uwidziałem sobie, że nie zaraz będę mógł
wyjechać. Wpierw musi wszystko być uporządkowane, powtarzałem sobie. Co miało się porządkować, nie zdawałem sobie sprawy. Właściwie nie
było nic do roboty. Chodziłem po mieście, stwierdzając, że to miasto zmieniło się. Było mi przyjemnie wyjść z hotelu, w którym zamieszkałem,
i widzieć, że to było teraz miasto dla dorosłych,
które dla mnie przybierało pozę jak dla kogoś obcego niemal. Zmniejszyło się trochę wszystko ---
a ja promenowałem<pe><slowo_obce>promenować</slowo_obce> (daw.) --- przechadzać się.</pe> przez ulicę Długą, aż do latarni
morskiej i z powrotem. Kiedy zachodziłem w okolicę Amaliengade, łacno<pe><slowo_obce>łacno</slowo_obce> (daw.) --- łatwo.</pe> mogło się przydarzyć, że
skądś wychodziło coś, co człowiek uznawał przez
lata całe, a co jeszcze raz próbowało swej mocy.
Były tam narożne okna albo portale, albo latarnie,
wiele o człowieku wiedzące i grożące tą wiedzą.
Patrzyłem im w oczy i dawałem do odczucia, że
mieszkam w hotelu ,,Feniks", i że każdej chwili
mogę wyjechać. Lecz sumienie moje nie było przy
tym spokojne. Zrodziło się we mnie podejrzenie,
że dotąd żaden z tych wpływów i związków nie
był naprawdę przezwyciężony. Opuszczono je pewnego dnia potajemnie, wcale nie wykończone. Więc
i dzieciństwo trzeba by jeszcze przebyć, skoro
się nie chce poniechać ich na zawsze. I w chwili,
gdy pojmowałem, jak je tracę, odczułem zarazem,
że nigdy nic innego posiadać nie będę, aby się na
to powołać.</akap>




<akap>Po kilka godzin codziennie spędzałem na Dronningens Tvaergade, w ciasnych pokojach, co miały obrażoną minę jak wszystkie mieszkania najemne, w których ktoś umarł.</akap>




<akap>Chodziłem tam i sam między biurkiem a wielkim,
białym piecem kaflowym, paląc papiery łowczego.
Listy całymi wiązkami jąłem<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> ciskać w ogień, lecz
były związane zbyt mocno i tliły się tylko po brzegach. Musiałem przezwyciężyć się, aby je rozwiązać. Na ogół miały silny, przekonywający zapach,
który szedł ku mnie, jakby chcąc i we mnie wywołać wspomnienia. Ja ich nie miałem. Zdarzało się
przy tym, że wysuwały się fotografie, cięższe od
reszty papierów; te fotografie spalały się zadziwiająco powolnie. Nie wiem, w jaki sposób nagle uwidziałem sobie, że wśród nich mogła być fotografia
Ingeborgi. Lecz ilekroć spoglądałem w ogień, widziałem dojrzałe, wyraźnie piękne, wspaniałe kobiety, nasuwające mi odmienne myśli. Okazało
się bowiem, że jednak niezupełnie byłem pozbawiony wspomnień. W takich to właśnie oczach
przeglądałem się czasem, kiedym, dorastający, chadzał z ojcem po ulicy. Wówczas z głębi powozu
otaczały mnie one spojrzeniem, z którego trudno
było się wydobyć. Wiedziałem teraz, iż w takich
razach porównywałem siebie z nim i że porównanie
wypadało nie na moją korzyść. Och, nie, łowczy
mógł nie obawiać się porównań.</akap>




<akap>Może ja teraz wiem coś, czego on się obawiał.
Wytłumaczę, skąd to przypuszczenie. W samej
głębi jego portfelu znalazł się papier, dawno złożony we czworo, kruchy, złamany w zgięciach,
Przeczytałem go przed spaleniem. Pisany był najpiękniejszym jego pismem, pewno<pe><slowo_obce>pewno</slowo_obce> --- dziś popr.: pewnie.</pe> i równo, ale
zauważyłem, że to był odpis tylko.</akap>




<akap>,,Trzy godziny przed śmiercią" --- tak się zaczynało, a mowa była o Krystianie Czwartym. Nie
mogę, rzecz oczywista, oddać treści dosłownie.
Trzy godziny przed śmiercią zapragnął wstać. Lekarz i kamerdyner Wormius pomogli mu się podnieść. Stał trochę niepewnie, ale stał, a oni ubrali
go w pikowany szlafrok. Potem on nagle przysiadł
na brzegu łoża i powiedział coś. Nie można było
zrozumieć. Lekarz bez przerwy trzymał króla lewą ręką, aby nie upadł wstecz na posłanie.</akap>




<akap>Siedzieli tak, a król od czasu do czasu z trudem
i mętnie powtarzał to niezrozumiałe słowo. Wreszcie lekarz jął mówić doń; przypuszczał, że stopniowo zgadnie, co król ma na myśli. Po chwili król
przerwał mu i rzekł nagle zupełnie wyraźnie:</akap>




<akap_dialog>--- O, doktorze, jak doktor się nazywa?</akap_dialog>




<akap>Lekarz z wysiłkiem przypomniał sobie.</akap>




<akap_dialog>--- Sperling, Najjaśniejszy Panie.</akap_dialog>




<akap>Ale o to przecie tu naprawdę nie chodziło. Skoro
król posłyszał, że go zrozumiano, otworzył szeroko pozostałe prawe oko i rzekł całą twarzą to jedno
słowo, które język tworzył od wielu godzin, to jedyne, jakie istniało jeszcze:</akap>




<akap_dialog>--- <slowo_obce>Döden<pe><slowo_obce>Döden</slowo_obce> (duń.) --- śmierć.</pe></slowo_obce> --- rzekł --- <slowo_obce>Döden</slowo_obce>.</akap_dialog>




<akap>Na kartce nic więcej nie było. Przeczytałem kilkakrotnie, zanim ją spaliłem. I przyszło mi na myśl,
że ojciec mój cierpiał w końcu bardzo. Tak mi
opowiadano.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Od tego czasu wiele przemyśliwałem o lęku
przedśmiertnym, uwzględniając przy tym w pewnej
mierze własne doświadczenia. Zdaje mi się, iż
mogę powiedzieć, że ja go czułem. Opadał mnie
ten lęk w centrum miasta, pośrodku ludzi, nieraz
bez żadnego powodu. Wprawdzie częstokroć piętrzyły się przyczyny, kiedy na przykład ktoś konał
na ławce i wszyscy stali dookoła, i przyglądali mu
się, a on już był poza lękiem; wtenczas ja miałem
jego lęk.</akap>




<akap><begin id="b1370965514325-841116287"/><motyw id="m1370965514325-841116287">Śmierć</motyw>Albo wówczas w Neapolu: siedziała ta młoda
osóbka naprzeciw mnie i umarła. Wyglądało to
zrazu na omdlenie, jechaliśmy nawet jeszcze kawałek. Lecz potem ustała wątpliwość i trzeba było
stanąć. A za nami stały tramwaje i zatamowane
rosły w długi rząd, jak gdyby odtąd nie było żadnej
drogi w tę stronę. Ta blada gruba dziewczyna mogła
była w ten sposób, oparta o sąsiadkę, umrzeć spokojnie. Ale jej matka nie pozwoliła na to. Zaczęła
stwarzać jej najróżniejsze trudności. Suknie jęła
szarpać i lała jej coś do ust, które nic już nie zatrzymywały. Na czole jej rozcierała jakiś płyn, przyniesiony przez kogoś, a skoro w takiej chwili oczy
przewracały się nieco w tył, wtenczas potrząsała
nią, aby wzrok powrócił ku przodowi. Krzyczała
w te oczy niesłyszące, szarpała i ciągnęła tu i tam
jak lalkę --- i wreszcie zamierzyła się i z całych sił
trzasnęła w tłustą twarz, aby nie umierała. Wtedy
bałem się.<end id="e1370965514325-841116287"/></akap>




<akap>Ale i bałem się też dawniej. Na przykład, kiedy
konał mój pies. Ten sam, który mnie oskarżał
raz na zawsze. Był bardzo chory. Klęczałem przy
nim już cały dzień, gdy nagle szczeknął, urywanie
i krótko, tak jak szczekał zawsze, kiedy ktoś obcy
schodził do pokoju. Szczekanie takie w podobnych
wypadkach było między nami niejako umówione,
więc spojrzałem mimo woli ku drzwiom. Ale to
już było w nim. Zaniepokojony szukałem jego
wzroku, a i on szukał mego spojrzenia; lecz nie
dlatego, aby chciał się żegnać. Patrzył na mnie
twardo i dziwnie. Wyrzuty mi czynił, że ja to wpuściłem. Był przekonany, że mogłem zapobiec. Okazało się teraz, że on mnie zawsze przeceniał. I nie
było już czasu na uświadamianie. Patrzył na mnie
dziwnie i samotnie --- aż do końca.</akap>




<akap><begin id="b1370965630955-2754720167"/><motyw id="m1370965630955-2754720167">Mucha, Śmierć</motyw>Albo bałem się, kiedy jesienią po pierwszych
nocnych przymrozkach muchy przychodziły do
pokoju i raz jeszcze odżywały w cieple. Dziwnie
były zeschnięte i straszył je własny brzęk; widziało się, że już nie bardzo wiedziały, co robią. Siedziały godzinami folgując sobie najzupełniej, póki nie przypominało się im, że jeszcze żyją; wówczas na oślep rzucały się gdziekolwiek, nie rozumiejąc, co tam po nich --- i słychać było, jak dalej
padały i ówdzie, i gdzie indziej. I wreszcie pełzały wszędzie i obumierały w całym pokoju.<end id="e1370965630955-2754720167"/></akap>




<akap>Ale nawet gdy byłem samotny, potrafiłem się
bać. Dlaczego mam udawać, jakby nie było tych
nocy, kiedym siedział prosto z śmiertelnego strachu
i kurczowo czepiałem się tej jednej myśli, że siedzieć
to jeszcze coś jest żywego: że umarli nie siedzą.
Było to zawsze w jednym z onych przypadkowych
pokojów, które opuszczały mnie natychmiast, skoro mi się źle wiodło, jakby w obawie, że popadną
w śledztwo i wplątane zostaną w moje przykre
sprawy. No i siedziałem, a prawdopodobnie wyglądałem tak okropnie, że nic nie miało odwagi przyznać się do mnie. Nawet świeca, której przecie
co dopiero tę przysługę wyświadczyłem, żem ją
zapalił, nawet ona nie chciała mnie znać. Paliła
się tak oto prosto przed siebie, jak w pustym pokoju.
Ostatnią moją nadzieją było potem tylko zawsze
okno. Imaginowałem sobie, że na dworze może
być jeszcze coś, co jest moje, nawet teraz, nawet
w tym nagłym ubóstwie umierania. Ale zaledwiem
spojrzał w tę stronę, a już pragnąłem, aby to okno
było zatarasowane, zabite jak ściana. Bo wiedziałem,
że tam w świat ciągnęło się dalej wciąż równie bezlitośnie, że i tam na dworze nie było nic, jeno samotność moja. Ta samotność, którą ściągnąłem na
siebie, a która tak wielka była, że do jej wielkości
serce moje nie odnosiło się już w żadnym stosunku.
Ludzie przychodzili mi na myśl, od których kiedyś
odszedłem --- i nie rozumiałem, jak można opuszczać ludzi.</akap>




<akap>Mój Boże, mój Boże, jeżeli czekają mnie jeszcze
takie noce, zostawże mi choć jedną z tych myśli,
które niekiedy myśleć mogłem. Nie jest to tak bardzo nierozumne, czego tu żądam; bo wiem, że
one wyszły właśnie z lęku, ponieważ mój lęk był
tak wielki.</akap>




<akap><begin id="b1370965952324-3415090812"/><motyw id="m1370965952324-3415090812">Strach</motyw>Kiedym był chłopcem, bito mnie w twarz i mówiono, żem tchórz. A to dlatego, ponieważ jeszcze
źle się bałem. Ale od tych czasów nauczyłem się
lękać prawdziwym lękiem, co rośnie tylko wtedy,
gdy rośnie siła, która go wytwarza. Żadnego wyobrażenia nie mamy o tej sile, wiemy o niej tylko z naszego lęku. Jest ona bowiem tak niepojęta, tak najzupełniej nam przeciwna, że mózg nasz rozkłada
się w tym miejscu, gdzie silimy się ją pomyśleć.
A jednak od pewnej chwili sądzę, że to <wyroznienie>nasza</wyroznienie>
siła, cała nasza siła, jeszcze zbyt dla nas mocna.
Prawda, nie znamy jej, ale czyż to nie jest właśnie
najistotniejsza nasza własność, o której najmniej
wiemy?<end id="e1370965952324-3415090812"/></akap>




<akap>Niekiedy myślę sobie, jak powstało niebo i śmierć:
powstały w ten sposób, że odepchnęliśmy od siebie to, co jest najcenniejsze, ponieważ przedtem
tyle jeszcze trzeba było zdziałać innych rzeczy
i ponieważ u nas zapracowanych nie było ono bezpieczne. Potem czasy przeminęły nad tym, a myśmy
przywykli do rzeczy marniejszych. Nie poznajemy już swojej własności i ostateczna jej wielkość
nas przeraża. Czy to niemożliwe?</akap>




<akap>Rozumiem zresztą teraz dobrze, że można zupełnie głęboko w portfelu nosić przy sobie opis
godziny śmierci przez wszystkie te lata. Nawet
ta godzina śmierci niekoniecznie musi być szczególnie wyszukana; każda z nich ma coś nieomal
rzadkiego. <begin id="b1370966124525-1828407800"/><motyw id="m1370966124525-1828407800">Poeta, Język, Śmierć</motyw>Czyż na przykład nie można wyobrazić
sobie kogoś, kto przepisuje sobie, jak umarł Feliks
Arvers?</akap>




<akap>Był w szpitalu. Umierał w słodki i spokojny sposób, a zakonnica mniemała może, iż dalej się posunął, niż było w istocie. Zupełnie głośno przez
drzwi wydała jakieś polecenie, gdzie to a to można było znaleźć. Była to zakonnica mało wykształcona; słowa korytarz, którego w danej chwili nie
można było ominąć, nigdy nie widziała na piśmie;
więc mogło się zdarzyć, że powiedziała ,,kulytarz"
w przekonaniu, że tak się mówi. Na to Arvers odłożył umieranie. Wydało mu się rzeczą konieczną
wyjaśnić to wprzódy. Zrobił się do cna trzeźwy
i wytłumaczył jej, że się mówi ,,korytarz". Potem
umarł. Był poetą i nienawidził przypadkowości;<end id="e1370966124525-1828407800"/>
albo może chodziło mu tylko o prawdę, albo korciła go myśl zabrania ostatniego wrażenia, że świat
się dalej wlecze tak niedbale. Tego już zbadać nie
można. Tylko niechaj nikt nie myśli, że to była
pedanteria. Ten sam bowiem zarzut mógłby spotkać świętego Jean de Dieu, co podczas umierania
zerwał się i w samą porę zdążył jeszcze odciąć
w ogrodzie wieszającego się człowieka, o którym
w przedziwny sposób wieść dotarła w zamknięte
natężenie jego agonii. I jemu chodziło także o prawdę tylko.</akap>




<akap><begin id="b1371128706919-3385169475"/><motyw id="m1371128706919-3385169475">Sąsiad, Choroba</motyw>Jest istota najzupełniej nieszkodliwa, skoro widzisz ją na oczy; prawie jej nie spostrzegasz i zapominasz o niej natychmiast. Skoro jednak niewidzialnie w jaki bądź sposób dostanie się do twego
słuchu, wówczas tam się rozwija --- wypełza niejako ---
i były wypadki, kiedy dotarła aż do mózgu i w tym
narządzie rozwijała się zabójczo, podobnie jak pneumokoki u psa, wchodzące przez nos.</akap>




<akap>Istotą ową jest sąsiad.</akap>




<akap>Otóż ja, od czasu jak tłukę się tak samotnie, miałem niezliczoną ilość sąsiadów; górnych i dolnych,
prawych i lewych, czasami wszystkie cztery rodzaje
równocześnie. Mógłbym po prostu napisać historię moich sąsiadów; byłaby to praca na całe
życie. Byłaby to właściwie raczej historia chorobliwych objawów, jakie oni wywołali we mnie. Ale
tę mają oni wspólną cechę z wszystkimi podobnymi
istotami, że badać ich można tylko na podstawie
zaburzeń, które powodują w pewnych tkankach.<end id="e1371128706919-3385169475"/></akap>




<akap>Miewałem nieobliczalnych sąsiadów i bardzo regularnych. Przesiadywałem, próbując odnaleźć prawa pierwszego gatunku; nie ulegało bowiem wątpliwości, że i oni mieli prawa. A skoro ci punktualni
nagle pewnego wieczora nie zjawiali się, odmalowywałem sobie całe obrazy, co im się mogło wydarzyć, i lampę zostawiałem zapaloną, i trwożyłem
się jak młoda kobieta.</akap>




<akap>Miewałem sąsiadów, którzy właśnie w tym czasie
nienawidzili, i sąsiadów zaplątanych w gwałtowną
miłość albo byłem świadkiem, jak jedno u nich nagle zamieniało się w drugie w połowie nocy ---
no i wówczas o spaniu nie było mowy. I w ogóle
obserwować można było, że sen to wcale nie jest
tak częsta rzecz, jak się wydaje. Moi obaj petersburscy sąsiedzi na przykład niewiele dbali o sen.
Jeden z nich stał i wygrywał na skrzypcach, i jestem pewien, że przy tym spoglądał daleko na roztrzeźwione domy, co nie przestawały jaśnieć w nieprawdopodobnych nocach sierpniowych. O drugim, po prawej stronie, wiem wprawdzie, że leżał;
za moich czasów w ogóle już nie wstawał. Miał
nawet oczy zamknięte; ale nie można było powiedzieć, że śpi. Leżał i deklamował długie wiersze,
wiersze Puszkina i Niekrasowa, w takim tonie, jak
dzieci przepowiadają wiersze, kiedy im kazano.
A mimo muzyki lewego sąsiada właśnie ów z wierszami zasklepił się w mojej głowie i Bóg raczy wiedzieć,
co by się tam było wylęgło, gdyby student, który
go czasem odwiedzał, nie był pewnego dnia pomylił się co do drzwi. Opowiedział mi historię
swego znajomego i okazało się, że historia ta była
do pewnego stopnia uspokajająca. W każdym razie była to historia dosłowna, jednoznaczna, na której sczezło liczne robactwo moich domysłów.</akap>




<akap>Ten u<begin id="b1370966584867-781875241"/><motyw id="m1370966584867-781875241">Czas</motyw>rzędniczyna obok wpadł pewnej niedzieli
na pomysł osobliwego zadania, które chciał rozwiązać. Przypuścił, że będzie żył bardzo długo,
dajmy na to jeszcze pięćdziesiąt lat. Wielkoduszność w ten sposób sobie samemu okazana wprawiła go w przepyszny nastrój. Ale oto chciał sam
siebie przewyższyć. Zastanowił się, że te lata można
wymienić na dni, na godziny, na minuty, ba, jeśli
się wytrzyma, na sekundy --- i liczył, i liczył, i wyszła taka suma, jakiej w życiu nie widział. Poczuł
zawrót w głowie. Trzeba było trochę przyjść do
siebie. Czas jest cenny, tak mawiano zawsze, a on
dziwił się, że człowieka, co posiada taką moc czasu,
nie strzeże się po prostu. Jak łatwo można go okraść!
Potem jednakże wrócił mu dobry, prawie dziki
humor; ubrał się w kożuch, aby wyglądać nieco
szerzej i wspanialej, i sam siebie obdarował całym
tym niesłychanym kapitałem, przemawiając do siebie trochę protekcjonalnie:</akap>




<akap_dialog>--- Mikołaju Kuźmiczu --- mówił dobrodusznie
i wyobrażał sobie, że poza tym jeszcze siedzi sam,
bez kożucha, cienki i nikły, na włosiennej kanapie ---
spodziewam się, Mikołaju Kuźmiczu --- mówił ---
że nie będziecie się zbytnio pysznić ze swojego
bogactwa. Pamiętajcie zawsze, że to nie jest najważniejsze, są ludzie ubodzy, zupełnie szacunku
godni; są nawet zubożali magnaci i generalskie
córki, co po ulicach chodzą i coś sprzedają.</akap_dialog>




<akap>I dobroczyńca przytaczał jeszcze rozmaite, w całym mieście znane, przykłady.</akap>




<akap>Ten drugi Mikołaj Kuźmicz, ten co siedział na
włosiennej kanapie, ten obdarowany, wcale jeszcze
nie wyglądał na pyszałka --- można było przypuszczać, iż będzie roztropny. I naprawdę wcale nie
zmienił skromnego, regularnego trybu życia, a niedziele spędzał teraz na doprowadzaniu swego rachunku do porządku. Ale już po paru tygodniach
uderzył go fakt, że wydaje nieprawdopodobnie
wiele. Będę się ograniczał, myślał sobie. Wstawał
wcześniej, mył się mniej szczegółowo, herbatę pił
stojąc, biegł do biura i przychodził o wiele za wcześnie. Wszędzie ciułał czas po trosze. Ale w niedzielę nie zostało nic z tego ciułania. Wówczas pojął,
że go oszukano. Nie trzeba było wymieniać, powiedział sobie. Jak to się długo żyje z takiego jednego
roku. Ale ot, te przeklęte drobne rozłażą się, nie
wiadomo jak.<end id="e1370966584867-781875241"/></akap>




<akap>I zrobił się brzydki wieczór, kiedy siedział w rogu kanapy i czekał na pana w futrze, od którego
chciał zażądać zwrotu swego czasu. Postanowił
zamknąć drzwi na klucz i nie wypuścić go, zanim
nie potrząśnie kiesą.</akap>




<akap_dialog>--- W banknotach --- miał mu rzec --- niech już
będą po dziesięć lat.</akap_dialog>




<akap>Cztery papierki po dziesięć i jeden na pięć lat,
a resztę to niech już sobie zatrzyma u diabła. Tak,
resztę gotów był mu podarować, aby tylko nie
powstały trudności. Podrażniony siedział na włosiennej kanapie i czekał, ale ten pan nie przychodził.
A on, Mikołaj Kuźmicz, co przed paru tygodniami
z taką łatwością widział siebie tu siedzącego, on
nie mógł teraz, kiedy naprawdę siedział, wyobrazić sobie tego drugiego Mikołaja Kuźmicza, tego
w futrze, wielkodusznego. Bóg raczy wiedzieć,
co się z nim stało, prawdopodobnie wytropiono
jego oszustwa i teraz już gdzieś siedział pod kluczem. Z pewnością nie jego samego wtrącił w nieszczęście. Tacy szalbierze zawsze pracują na wielką
skalę.</akap>




<akap>Przyszło mu na myśl, że powinna istnieć państwowa instytucja, coś w rodzaju ,,Banku Czasu",
gdzie by mógł wymienić chociaż część swoich głupich sekund. Przecież ostatecznie sfałszowane nie
były. Nigdy o takiej instytucji nie słyszał, ale w księdze adresowej powinno się znaleźć coś podobnego
pod literą B, albo może nazywało się to ,,Dom
Czasu"; łatwo było poszukać pod D. Ewentualnie
trzeba było także uwzględnić literę K, gdyż przypuszczalnie był to urząd królewski; odpowiadałoby
to jego znaczeniu.</akap>




<akap>Później zapewniał Mikołaj Kuźmicz stale, że
w ów sobotni wieczór, chociaż oczywiście był
w nastroju nader przygnębionym, nie pił wcale.
Był zatem najzupełniej trzeźwy, kiedy zdarzyła
się rzecz następująca, o ile w ogóle rzec można,
co się tam zdarzyło.</akap>




<akap>Może zdrzemnął się nieco w swoim kąciku, można by to sobie wyobrazić. Drzemka ta zrazu przyniosła mu prawdziwą ulgę.</akap>




<akap_dialog>--- Zacząłem zadawać się z liczbami --- dogadywał sobie. --- No, nie znam się wcale na liczbach.
Ale rzecz oczywista, że nie wolno przypisywać
im nazbyt wielkiego znaczenia; są one przecież
tylko, że tak powiem, urządzeniem państwowym,
gwoli porządku. Nikt przecież liczby nie widział
nigdzie, jak tylko na papierze. Było to niemożliwe, aby ktoś na przykład w towarzystwie spotkał
siódemkę albo dwudziestkę. Tam ich po prostu
nie było. A przy tym zdarzyła się tam ta mała pomyłka, po prostu z roztargnienia: czas i pieniądz,
jak gdyby tego nie można było odróżniać.</akap_dialog>




<akap>Mikołaj Kuźmicz śmiał się prawie. Dobrze to
było tak przejrzeć własne krętactwa i to zawczasu,
to najważniejsze, zawczasu. Teraz będzie inaczej.
Czas, tak, to jest drażliwa sprawa. Ale czyż to jego
samego dotyczyło, czy i drugim nie mijał czas tak,
jak on sam odkrył, w sekundach, nawet kiedy nie
wiedzieli o tym?</akap>




<akap>Mikołaj Kuźmicz niezupełnie zdołał odpędzić
uczucie złośliwej radości z cudzego nieszczęścia.</akap>




<akap>A choćby nawet... --- chciał właśnie pomyśleć,
gdy wtem stało się coś dziwnego.</akap>




<akap>Nagle powiało po jego twarzy, przeciągnęło obok
uszu, czuł wiew na rękach. Rozwarł oczy szeroko.
Okno było szczelnie zamknięte. I kiedy tak siedział
z wytrzeszczonymi oczami w ciemnym pokoju,
poczynał rozumieć, że to, co w tej chwili odczuwał,
było rzeczywistym <wyroznienie>czasem</wyroznienie>, który przeciągał.
Poznał najwyraźniej wszystkie te sekundeczki, równie letnie, jedną do drugiej podobną, ale prędkie,
ale prędkie. Bóg raczy wiedzieć, jakie one jeszcze
miały zamiary. Że też właśnie jego to musiało spotkać, jego, który każdy rodzaj wiatru odczuwał jak
obrazę. Teraz będę tu siedział, a to będzie wciąż
tak przeciągało, przez całe życie. Przewidywał wszystkie te newralgie<pe><slowo_obce>newralgia</slowo_obce> --- ból powodowany przez nerwy.</pe>, jakich się przy tym nabawić można, i nie posiadał się z wściekłości.</akap>




<akap>Zerwał się, ale nie koniec był niespodziankom.
Pod nogami także było coś jak ruch, nie jeden
tylko, lecz kilka dziwnie kłótliwie wahających się
ruchów. Zdrętwiał w przerażeniu: czy to mogła
być ziemia? Naturalnie: to była ziemia. Ruszała
się przecie. W szkole była mowa o tym, przeszło
się nad tym dość pośpiesznie, a później chętnie
zatajano; nie wypadało mówić o tym. Ale teraz,
gdy stał się wrażliwy, począł odczuwać i to. Czy
inni odczuwali? Może, ale nie okazywali tego.
Prawdopodobnie nie robili sobie z tego nic ci marynarze. Mikołaj Kuźmicz natomiast właśnie na
tym punkcie był nieco delikatny, unikał nawet
tramwajów. Zataczał się w pokoju, niby na pokładzie, i musiał trzymać się ze wszystkich stron.
Na domiar nieszczęścia przypomniało się mu jeszcze coś o pochyłym położeniu osi ziemskiej.
Nie, nie mógł znieść tych wszystkich poruszeń.
Czuł się okropnie.</akap>




<akap>Leżeć i cicho być --- tak gdzieś czytał. I odtąd
leżał Mikołaj Kuźmicz.</akap>




<akap>Leżał i oczy miał zamknięte. I były czasy niejako mniej ruchliwe, dni, kiedy sytuacja była wcale
znośna. A potem wymyślił sobie to z tymi wierszami. Nie uwierzy nikt, jak to pomagało. Kiedy się
deklamowało taki wiersz, powoli, z regularnym akcentowaniem rymów, wówczas istniało poniekąd coś
stałego, na co można było patrzeć, wewnętrznie,
rozumie się. Całe szczęście, że umiał wszystkie
te wiersze. Ale interesował się zawsze szczególnie
literaturą. Nie skarżył się na swój stan, tak mnie
zapewnił student, który go znał dawno, tylko
wytworzył się w nim z biegiem czasu przesadny
podziw dla tych ludzi, którzy, jak ów student,
chodzili i znosili ruch ziemi.</akap>




<akap>Pamiętam tę historię tak dokładnie, ponieważ
uspokoiła mnie niewymownie. Mogę zapewnić, że
nigdy już nie miałem tak miłego sąsiada, jak ów
Mikołaj Kuźmicz, który i mnie z pewnością byłby
podziwiał.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Postanowiłem po zdobyciu tego doświadczenia
w podobnych wypadkach wprost ruszać na fakty.
Przekonałem się, o ile one są proste bardziej i wyzwalające niż domysły. Tak jak gdybym nie był
wiedział, że wszystkie nasze zrozumienia są późniejsze, że są to zamknięcia, nic więcej. Zaraz za
tym zaczyna się nowa stronica, zaczyna się od czegoś zupełnie nowego, bez przeniesienia. Na co
mi się zdało teraz, w obecnym przypadku, tych parę
faktów, które można stwierdzić bez żadnego trudu!
Wyliczę je zaraz, skoro tylko powiem, co mnie w tej
chwili zajmuje: to, że raczej przyczyniły się do tego,
iż moja sytuacja bardzo (jak teraz przynajmniej)
ciężka, dała mi się jeszcze bardziej we znaki.</akap>




<akap>Na swoje dobro mogę powiedzieć, że wiele pisałem w tych dniach; pisałem kurczowo. Co prawda,
kiedym wychodził, niechętnie myślałem o wracaniu do domu. Chadzałem nawet okrężnymi drogami
i w ten sposób traciłem po pół godziny, podczas
gdy w tym czasie mogłem pisać. Przyznaję, że to
była słabość. Ale skoro byłem w pokoju, nie miałem
sobie nic do zarzucenia. Pisałem, miałem <wyroznienie>swoje</wyroznienie>
życie, a to tam obok mnie, to było życie zgoła inne,
z którym nie dzieliłem nic: życie studenta medycyny, co uczy się do egzaminu. Ja żadnych podobnych planów nie miałem, już to samo było różnicą zasadniczą. A i zresztą warunki nasze były jak
najbardziej odmienne. To wszystko pojmowałem.
Aż do chwili, kiedy wiedziałem, że to przyjdzie;
wówczas zapomniałem, że między nami nie ma
wspólnoty. Nasłuchiwałem tak, że serce moje
zrobiło się zupełnie głośne. Zostawiłem wszystko i nasłuchiwałem. I potem przyszło: nie omyliłem się.</akap>




<akap>Prawie każdy zna ów łoskot, jaki sprawia pierwsza
lepsza blaszana rzecz, dajmy na to wieko od puszki
blaszanej, kiedy wysunie się z rąk. Zazwyczaj nawet
nie bardzo głośno upada na ziemię, pada krótko,
i toczy się po brzegu dalej, a niemiłe staje się właściwie dopiero w chwili, kiedy rozpęd kończy się,
a wieko, na wszystkie strony zataczając się, uderza,
zanim spocznie.</akap>




<akap>Otóż więc: to jest wszystko. Taki przedmiot
blaszany upadł tuż obok, kulał się, legł, a w tym
czasie, w pewnych odstępach, słychać było tupanie.
Jak wszystkie szmery rozwijające się częściej, tak
i ten łoskot zorganizował się wewnętrznie; odmieniał się, nigdy nie był równy. Ale to właśnie przemawiało za jego prawidłowością. Mógł być gwałtowny albo łagodny, albo melancholijny; mógł
niejako przyspieszony mijać albo nieskończenie długo ślizgać się, nim się ułożył spokojnie. A to ostatnie kołysanie zawsze było nieoczekiwane. Natomiast ów tupot, który się w to mieszał, miał coś
niemal mechanicznego. On to dzielił zawsze łoskot
na inne części, to zdaje się było jego zadanie.</akap>




<akap>Szczegóły te mogę teraz ogarnąć znacznie lepiej; ten pokój obok mnie jest pusty. Lokator wyjechał do domu na prowincję. Na odpoczynek. Mieszkam na najwyższym piętrze. Po prawej stronie
jest inny dom, pode mną nikt się jeszcze nie wprowadził; jestem bez sąsiadów.</akap>




<akap>W takim usposobieniu dziwię się nawet, że tej
sprawy nie potraktowałem obojętniej. Chociaż za
każdym razem uczucie mnie ostrzegało. To trzeba
było wyzyskać. Nie przestrasz się! --- powinienem
był sobie powiedzieć --- teraz się zbliża! Wiedziałem przecie, że nie mylę się nigdy. Ale to może zależało właśnie od tych faktów, które kazałem opowiedzieć sobie. Od czasu, jak je znałem, stałem się
jeszcze bardziej strachliwy.</akap>




<akap>Odczuwałem to prawie jak coś upiornego, że
tym, co wywoływało ten łoskot, był ów mały, powolny, bezszmerny ruch, jakim powieka jego samowolnie opadała i zamykała się nad prawym okiem,
gdy czytał. To było istotne w jego historii, ta drobnostka. Kilka już razy musiał omijać egzaminy,
ambicja stała się wrażliwa, a z domu naglono go prawdopodobnie w każdym liście. No więc trudno, trzeba się było wziąć do roboty. A tu na kilka tygodni
przed rozstrzygnięciem zjawiła się ta słabość; to
małe, niemożliwe znużenie, tak śmieszne, jak na
przykład to, że roleta okienna nie chce się trzymać
u góry. Jestem pewien, iż całymi tygodniami miał
przekonanie, że trzeba to umieć opanować. Bo inaczej nie byłbym wpadł na pomysł zaofiarowania
mu mojej woli. Pewnego dnia spostrzegłem bowiem, że jego wola się skończyła. I odtąd, skoro
czułem, że to już się zbliża, stałem po mojej stronie ściany i prosiłem go, aby brał. I z czasem zrozumiałem, że brał. Może nie powinien był tego czynić, szczególnie jeżeli się zważy, że to właściwie
wcale nie pomagało. Przypuśćmy nawet, że przewlekaliśmy trochę całą sprawę, ale mimo to pozostaje pytanie, czy on naprawdę był zdolny wyzyskiwać te momenty, które w ten sposób zdobywaliśmy. A co do moich wydatków: zaczynałem je odczuwać. Wiem, że pytałem siebie, czy to tak może
być dalej --- tego właśnie dnia, kiedy ktoś przybył
na nasze piętro. A takie rzeczy na ciasnych schodach
były zawsze połączone z wielkim niepokojem w małym hotelu. Po chwili zdało mi się, że ktoś wchodzi
do mego sąsiada. Nasze drzwi były ostatnie w korytarzu, jego drzwi były ukośne i tuż przy moich.
Wiedziałem jednakże, iż niekiedy przyjmował u siebie przyjaciół i, jak mówiłem, absolutnie nie interesowały mnie jego stosunki. Być może, iż jego
drzwi otwierały się jeszcze kilkakrotnie, że tam
ktoś wchodził i wychodził. Za to ja doprawdy nie
mogłem odpowiadać.</akap>




<akap>Otóż tego właśnie wieczora gorzej było niż kiedykolwiek. Nie było jeszcze późno, ale z przemęczenia już się położyłem; uważałem za coś prawdopodobnego to, że będę spał. Wtem zerwałem się,
jakby mnie ktoś dotknął. Zaraz potem wybuchło.
Coś skakało, toczyło się, rozbijało o coś i zataczało
się, i klekotało. Tupot był straszliwy. A w tym wszystkim stukano z dołu, o piętro niżej, stukano wyraźnie i gniewnie w sufit. Nowy lokator naturalnie
też był wyprowadzony z równowagi. Teraz: to
musiały być jego drzwi. Byłem tak trzeźwy, że mniemałem słyszeć szmer jego drzwi, chociaż obchodził
się z nimi zdumiewająco ostrożnie.</akap>




<akap>Miałem wrażenie, że on się zbliża. Z pewnością
chciał zobaczyć, w jakim to się dzieje pokoju. Ale
zastanawiała mnie ta naprawdę przesadna jego delikatność. Wszak mógł dopiero co zauważyć, że
o spokój nie chodziło w tym domu. Dlaczego na
miłość boską tłumił kroki? Przez chwilę miałem
wrażenie, że jest pod moimi drzwiami; a potem
usłyszałem, bez najmniejszej wątpliwości, że wszedł
obok. Bez ceremonii wszedł obok.</akap>




<akap>I teraz (hm, jakże to opisać), teraz zrobiło się
cicho. Cicho, jak kiedy ustaje ból. Osobliwie namacalna, świerzbiąca cisza, jakby się rana goiła. Mogłem usnąć natychmiast, mogłem odetchnąć i usnąć.
Tylko zdumienie kazało mi czuwać. Ktoś mówił
obok, ale i to należało do ciszy. To trzeba było przeżyć, jaka to była cisza, oddać tego nie sposób. Na
dworze też wszystko było jak wyrównane. Usiadłem,
nasłuchiwałem --- zupełnie jak na wsi. Mój Boże,
pomyślałem, jego matka przyjechała. Siedziała przy
świecy, dogadywała mu, może on głowę trochę złożył na jej ramieniu. Ona go zaraz spać położy.</akap>




<akap>Teraz pojąłem te ciche kroki na korytarzu.
Ach, że też istnieje coś podobnego! Taka istota,
przed którą drzwi zupełnie inaczej ustępują niż
przed nami.</akap>




<akap>Tak, teraz można sobie spać.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Sąsiada mego prawie już zapomniałem. Widzę
jasno, że to, co ja do niego czułem, nie było prawdziwym współczuciem. Na dole wprawdzie niekiedy
zapytuję przechodząc, czy są od niego wieści i jakie. I cieszę się, jeśli są dobre. Ale ja przesadzam.
Właściwie wcale nie potrzebuję tego wiedzieć. To
wcale nie ma już nic wspólnego z nim, że czasami
odczuwam nagłą chętkę wejścia tam obok. Jeden
jest tylko krok od moich drzwi do tamtych, a pokój jest nie zamknięty. Ciekawe by to było, jak się
właściwie ma rzecz z tym pokojem. Można bardzo
łatwo wyobrazić sobie dowolny pokój --- i często
zgadza się to mniej więcej. Ten tylko pokój, który
się ma obok siebie, jest zawsze zupełnie inny, niezgodny z wyobraźnią.</akap>




<akap>Mówię sobie, że to ta okoliczność mnie korci.
Ale wiem doskonale, że czeka na mnie pewien blaszany przedmiot. Przypuściłem, że idzie tu naprawdę o wieko od puszki, chociaż oczywiście mogę się
mylić. To nie niepokoi mnie. To tylko odpowiada
mojej skłonności do zwalania wszystkiego na wieko
od puszki. Można sądzić, że nie zabrał go z sobą.
Przypuszczalnie w czasie sprzątania położono wieko na puszce jak należy. I oto tworzą oboje pojęcie
puszki, okrągłej puszki, wyrażonej dokładnie, pojęcie proste, bardzo znane. Mam uczucie, jakbym
przypomniał sobie, że na kominku stoją ci oboje
tworzący puszkę. Ba, stoją nawet przed lustrem
tak, iż trochę dalej powstaje nowa puszka, łudząco
podobna, imaginacyjna. Puszka, do której nie przywiązujemy żadnej wagi, po którą jednakże małpa
na przykład sięgnęłaby. Racja! Nawet dwie małpy sięgałyby po nią, bo małpa też byłaby podwójna,
z chwilą zjawienia się na krawędzi kominka. A więc
to właśnie wieczko tej puszki uwzięło się na mnie.</akap>




<akap>Zgódźmy się na jedno: wieko od puszki, zdrowej
puszki, której brzeg nie inaczej wycięty jest jak
jego brzeg, takie wieko nie powinno znać innego
pragnienia, jak leżenie na swojej własnej puszce.
To powinno być ostatecznością tego, co ono zdolne
jest sobie wyobrazić; niezrównanym zadowoleniem,
spełnieniem wszystkich marzeń. Jest to przecież
po prostu ideał, tak cierpliwie i z lekkim wtłoczeniem, równomiernie spoczywać na równoległej wypukłości i czuć w sobie zazębiający się kant, elastyczny i akurat równie ostry, jak się samemu jest
na krawędzi, kiedy się leży osobno.</akap>




<akap>Ach, ale jak to mało wiek istnieje, które to jeszcze
doceniają po dziś dzień. Tutaj wyraźnie widać,
jak bałamutnie na rzeczy podziałało obcowanie
z ludźmi. Ludzie bowiem (jeżeli uchodzi takie
zupełnie przelotne porównanie ich z puszkami)
nader niechętnie i źle siedzą na swoich zajęciach.
Po części dlatego, że nie trafili na właściwe w pośpiechu, po części stąd, że nasadzono ich krzywo i w gniewie, a po części dlatego, że brzegi odpowiadające
sobie są powyginane, każdy na inny sposób. No
powiedzmy zupełnie śmiało: oni w istocie rzeczy
myślą tylko o tym, jakby tu w jaki bądź sposób zeskoczyć możliwie najprędzej, potoczyć się i brzęczeć blaszano. Bo skądżeby się brały wszystkie
te tak zwane rozrywki i ta wrzawa przez nie sprawiana?</akap>




<akap>Na to patrzą rzeczy już od wieków. Nic dziwnego, że się popsuły, że straciły gust do swego naturalnego, cichego celu, a chciałyby swój byt tak wyzyskać, jak widzą, że się go wszędzie wokoło wyzyskuje. Próbują usuwać się swoim zastosowaniem,
robią się niechętne i opieszałe --- a ludzie wcale
się nie dziwią, kiedy je przydybią na wybryku.
Oni sami z siebie tak świetnie to znają! Irytują
się, bo są mocniejsi, bo mniemają, iż mają większe
prawa do urozmaiceń, bo czują, że się ich małpuje;
ale folgują im, jak i sobie folgują.</akap>




<akap>Ale gdzie Jeden jest taki, który się zwarł w sobie,
jakiś samotnik, powiedzmy, który tak najokrąglej
na sobie chciałby polegać dzień i noc --- taki wprost
wyzywa protest, szyderstwo i nienawiść zwyrodniałych sprzętów, które w sumieniu swoim podłym
ścierpieć już nie mogą, że coś w sobie się zwiera
i według swego mniemania dąży.</akap>




<akap>I łączą się, aby przeszkadzać, straszyć, mącić ---
i wiedzą, że to potrafią. I już, mrugając ku sobie,
rozpoczynają kuszenie, które potem wyrasta dalej
w nieskończoność i porywa za sobą wszystkie istoty i Boga samego przeciw temu Jednemu, który
może przetrwa: przeciw świętemu.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Jak ja rozumiem teraz te dziwaczne obrazy,
w których rzeczy o ścieśnionym i regularnym używaniu porozluźniały się i lubieżnie a ciekawie wzajem siebie próbują, drgając w niewyraźnej sprośności zabawy. Te kotły, co wrzące chodzą dookoła, te tłoki, którym przychodzą myśli, i te bezczynne leje, co w jakąś dziurę cisną się ku własnej przyjemności. I też są już, zazdrosną nicością ku górze
wyrzucone, kończyny i członki pod nimi, i twarze,
co ciepło w nie womitują<pe><slowo_obce>womitować</slowo_obce> --- wymiotować.</pe>, i dmące siedzenia, które
im dogadzają.</akap>




<akap>A święty wije się i skręca w sobie. Ale w oczach
jego było jeszcze spojrzenie, które tę rzecz uważało za możliwą; spojrzał w tę stronę. I już w jasnej
toni duszy zmysły osadzają się na dnie. Już modlitwa jego liście traci i z ust mu wystaje jak uschnięty
krzew. Serce jego przewróciło się i wylało w mętnię.
Własny bicz trafia go słabo, jak buńczuk<pe><slowo_obce>buńczuk</slowo_obce> --- drzewce zakończone pękiem końskiego włosia, kozacki a. tatarski symbol władzy wojskowej.</pe> odpędzający muchy. Płeć jego znów jest na jednym tylko miejscu, a kiedy kobieta wyprostowana idzie
poprzez tę wyuzdaną niedbałość, z otwartym łonem pełnym piersi, płeć jego wskazuje na nią jak
palec.</akap>




<akap><begin id="b1370973039750-1938417037"/><motyw id="m1370973039750-1938417037">Bóg, Święty, Praca</motyw>Były czasy, kiedym te obrazy uważał za przestarzałe. Nie dlatego, że o nich wątpiłem. Mogłem
wyobrazić sobie, że przytrafiało się to świętym wówczas, tym nierozważnym zapaleńcom, co zaraz
z Bogiem zaczynać chcieli za każdą cenę. My już
się tego nie spodziewamy po sobie. My przeczuwamy, że On jest za ciężki na nas, że Go odkładać
musimy, aby powoli dokonać tej długiej pracy,
jaka nas od Niego dzieli. Ale teraz wiem, że pracę
tę tak samo się zwalcza jak świętość; że ta walka
powstaje dokoła każdego człowieka, który w imię
tej pracy jest samotny, tak jak się tworzyła koło
samotników Bożych w jaskiniach i pustych gospodach, ongi.<end id="e1370973039750-1938417037"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><begin id="b1370973116773-292998014"/><motyw id="m1370973116773-292998014">Samotnik, Wróg, Sława</motyw>Kiedy się mówi o samotnikach, zawsze przypuszcza się z góry zbyt wiele. Myśli się, że ludzie
wiedzą, o co chodzi. Nie, oni nie wiedzą. Oni nie
widzieli nigdy samotnika, oni go tylko nienawidzili nie znając. Byli jego sąsiadami, którzy go zużywali, i głosami w sąsiednim pokoju, które go kusiły. Oni przedmioty szczuli na niego tak, iż czyniły wrzawę i zagłuszały go. Dzieci łączyły się przeciw niemu, gdy był wątły i dzieckiem był, a każdym
rośnięciem wzrastał przeciw dorosłym. Tropili go
w kryjówce niby zwierzynę, a długa jego młodość
była bez czasu ochronnego. A gdy nie dał się zgonić i uszedł, krzyczeli o tym, co wychodziło od niego, i nazywali to brzydkim, i obsypywali podejrzeniami. A skoro nie słuchał, stawali się wyraźniejsi
i wyjadali mu jedzenie, i wydychali jego powietrze,
i pluli w jego nędzę, iżby mu obrzydła. Niesławę nań sprowadzali jak na zarażonego i kamienie ciskali za nim, aby się prędzej oddalał. I mieli rację w starym swoim instynkcie; albowiem on był naprawdę
ich wrogiem.</akap>




<akap>Ale potem, kiedy nie podnosił oczu, zastanawiali
się. Przeczuwali, że tym wszystkim działali po
jego myśli; że umacniali go w samotnym jego bycie i pomagali mu odosobnić się od nich na
zawsze.</akap>




<akap>I oto zmienili sposób i zastosowali to ostatnie,
to najskrajniejsze, ów inny opór: <wyroznienie>sławę</wyroznienie>. I od tej
wrzawy każdy prawie podnosił oczy i mącił się.<end id="e1370973116773-292998014"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><begin id="b1370973537591-2478271151"/><motyw id="m1370973537591-2478271151">Książka</motyw>Tej nocy przypomniała mi się ta zielona książeczka, którą w dzieciństwie musiałem kiedyś posiadać, i nie wiem, dlaczego imaginuję sobie, że
pochodziła ta książeczka od Matyldy Brahe. Nie
interesowało mnie to, że ją dostałem, a przeczytałem ją dopiero po kilku latach, zdaje się w Ulsgaard podczas wakacji. Ale znaczenie miała dla mnie
od pierwszej chwili. Była na wkroś pełna związków
i ustosunkowań, nawet pod względem zewnętrznym.
Zieloność okładki oznaczała coś --- i widziało się
od razu, że ta książka wewnątrz musiała być taką,
jaką była, jakby na skutek umowy; była nasamprzód gładka przed tekstem karta, biało w białym
nawodniona, a po tym strona tytułowa, w której
widziało się pełno tajemnic. Mogły być chyba
w tej książce obrazki, tak to wyglądało; ale nie było żadnych i trzeba było przyznać prawie niechętnie,
że i to było w porządku. Niejaką pociechę stanowiło
napotkanie w pewnym miejscu wąskiej zakładki,
co krucha i nieco skośna, wzruszająca w swej ufności,
że jeszcze jest różowa, od Bóg wie jak dawna zawsze
leżała między tymi samymi stronicami. Może nie
używano jej nigdy, a introligator tu ją umieścił
pośpiesznie i pilnie, prawie nie patrząc. A może
to i nie był traf. Może tam ktoś przestał czytać
i nigdy więcej nie czytał;<end id="e1370973537591-2478271151"/> może w tej chwili do jego
drzwi zastukał los, aby go zająć, może poniosło go
daleko od wszystkich książek, które przecież ostatecznie życiem nie są. Nie można było poznać,
czy tę książkę ktoś czytał dalej. Można też było
pomyśleć, że po prostu chodziło o to, aby otwierać
książkę wiele razy w tym miejscu i że to się zdarzało
niekiedy nawet późno w noc. W każdym razie czułem lęk wobec dwu tych stronic jak wobec zwierciadła, przed którym ktoś stoi. Nie czytałem ich
nigdy. Nie wiem w ogóle, czy przeczytałem całą
książkę. Nie bardzo była gruba, ale wiele tam było
opowieści, szczególnie po południu; wówczas zawsze zjawiała się nowa, której się jeszcze nie znało.
Pamiętam już tylko dwie. Powiem jakie: Koniec
Griszy Otrepjowa<pe><slowo_obce>Otrepjow, Grisza</slowo_obce>  (1581--1606) --- pierwszy z Dymitrów Samozwańców, podających się za zmarłego cara i z pomocą Polski usiłujących przejąć władzę w Rosji.</pe> i Karola Śmiałego<pe><slowo_obce>Karol Śmiały</slowo_obce> (1432--1477) --- książę Burgundii, pretendent do korony francuskiej, zginął w bitwie pod Nancy.</pe> upadek.</akap>




<akap>Bóg raczy wiedzieć, czy byłem wówczas pod
wrażeniem. Lecz teraz, po tylu latach, wspominam
opis, jak trup fałszywego cara rzucony został w tłum
i leżał przez trzy dni rozszarpany i skłuty, i z maską
na twarzy. Nie ma naturalnie nadziei, aby ta mała
książeczka kiedykolwiek wpadła mi w ręce. Ale to
miejsce musiało być dziwne. Miałbym też ochotę
odczytać, jak odbyło się to spotkanie z matką.
Widocznie czuł się bardzo pewny, skoro ją sprowadzał do Moskwy; jestem przekonany nawet, że
on w tym czasie tak silnie wierzył w siebie, iż miał
uczucie, jakoby powoływał swoją naprawdę matkę.
A ta Maria Nagoj, która w pośpiesznej podróży
nadjechała ze swego biednego klasztoru, zyskałaby
wszystko, gdyby potwierdziła. Czy wszakże jego
niepewność nie zaczęła się właśnie od tego, że ona
go poznała? Skłonny jestem uwierzyć że siła jego
przemiany polegała na tym, że nie był już synem
niczyim.</akap>




<akap>(To jest ostatecznie siłą wszystkich młodzieńców, którzy odeszli.<pe><slowo_obce>To jest ostatecznie siłą wszystkich młodzieńców, którzy odeszli.</slowo_obce> --- w rękopisie jest to dopisek na marginesie.</pe>)</akap>




<akap>Lud, który go sobie wypragnął, nie wyobrażając sobie nikogo, nadał mu tym większe swobody
i poszerzył granice jego możliwości. Natomiast
oświadczenie matki, nawet jako fałsz świadomy,
miało jeszcze moc pomniejszenia go; ograniczyło
go do zmęczonego naśladownictwa; poniżyło do jednostki, a on nią nie był; zrobiło z niego oszusta.
A oto przyszła, łagodząc jego pewność, przyszła
jeszcze ta Maryna Mniszech<pe><slowo_obce>Mniszech, Maryna</slowo_obce> (1588--1615) --- żona i współregentka Dymitra Samozwańca I, współpracowała też z jego następcą.</pe>, która zaparła się jego
na swój sposób, jako że nie w niego wierzyła, jak
się okazało później, ale w każdego. Nie mogę oczywiście zaręczyć, do jakiego stopnia to wszystko
uwzględnione było w tej opowieści. To, mam wrażenie, należałoby opowiedzieć.</akap>




<akap>Ale nawet pomijając to wszystko, wydarzenie
niniejsze bynajmniej nie jest przestarzałe. Można by teraz pomyśleć sobie kogoś, kto wiele starania wkłada w ostatnie chwile; nie myliłby się. Bardzo wiele dzieje się w tych chwilach.</akap>




<akap>Jak z najgłębszego snu skacze ku oknu i poza
okno w podwórze między warty. Nie może się sam
podnieść; muszą mu pomóc. Prawdopodobnie noga jest złamana. Oparty o dwu żołnierzy, czuł,
że wierzą w niego. Ogląda się, inni też w niego wierzą. Prawie mu ich żal, tych olbrzymich strzelców,
źle chyba musi już być: Iwana Groźnego znali
w całej jego rzeczywistości --- i wierzą w <wyroznienie>niego</wyroznienie>.
Miałby ochotę ich objaśnić, ale otworzyć usta, to
znaczyłoby po prostu krzyczeć. Ból w nodze piekielny, a on tak mało mniema o sobie w tej chwili,
że nic nie wie prócz bólu. A potem nie ma czasu.
Następują. Widzi Szujskiego, a za nim wszystkich.
Zaraz będzie koniec. Ale nagle jego warty zwarły
się. Nie dają go. I staje się cud. Wiara tych starych
żołnierzy szerzy się --- już nikt nie chce iść. Szujski,
tuż przed nim, rozpaczliwie woła ku oknu w górze.
Nie ogląda się. Wie, kto tam stoi, pojmuje, że robi
się cicho, bez żadnego przejścia, cicho. Teraz pojawi się głos, który on zna z tamtych czasów, ten
wysoki, fałszywy głos, co się zbytnio natęża. I oto
słyszy carową-matkę, która się go zapiera.</akap>




<akap>Dotąd rzecz toczy się sama, ale teraz --- proszę ---
barda, złotoustego barda! Albowiem od tych paru
zdań, co jeszcze pozostały, musi potęga iść ponad
wszelkie przeczenie. Czy to się powie, czy nie, przysiąc trza jednak, że między głosem a strzałem pistoletu, w niesłychanym streszczeniu, jeszcze raz
była w nim moc i wola: być wszystkim. Bo nie zrozumie się, jakie to wspaniale konsekwentne, że
strój nocny mu podziurawili i kłuli go zewsząd,
czyli<pe><slowo_obce>czyli</slowo_obce> --- czy z partykułą pytajną -li.</pe> natrafią na twardość osoby w nim. I że w śmierci
jeszcze nawet maskę miał, przez trzy dni, maskę,
której się już był wyrzekł prawie.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><begin id="b1371029118993-394696686"/><motyw id="m1371029118993-394696686">Król, Krew</motyw>Gdy się teraz zastanawiam, wydaje mi się to
dziwne, że w tejże samej książce opowieść była
o zgonie tego, który przez całe swoje życie jeden
był, równy, twardy i nieprzemienny jak granit
i coraz to cięższy dla wszystkich, którzy go znosili.
Jest obraz jego w Dijon. Ale wiadomo i bez tego,
że był krótki, poprzeczny, hardy i rozpaczliwy.
O rękach tylko nie pomyślałoby się może. Ręce
te są wściekle ciepłe, co wiecznie chciałyby się
chłodzić i mimowolnie kładą się na rzeczy zimne,
kładą się rozcapierzone, z powietrzem między wszystkimi palcami. W te ręce mogła z impetem strzelać
krew, tak jak innym do głowy uderza --- a zaciśnięte były w istocie jak głowy wariatów, huczące od
szaleńczych pomysłów.</akap>




<akap>Niesłychanej potrzeba było ostrożności, aby żyć
z tą krwią. Książę zamknięty z nią był w samym sobie,
a niekiedy bał się jej --- gdy chodziła dokoła niego,
skurczona i ciemna. Jemu samemu mogła niesamowicie obcą wydawać się ta żwawa, półportugalska
krew, której prawie nie znał. Często lęk go opadał,
że ona we śnie napadnie go i rozszarpie. Udawał,
że ją ujarzmia, lecz zawsze trwał w jej strachu. Nie
śmiał nigdy kochać kobiety, aby krew nie wpadła
w zazdrość, a tak gwałtowna była, iż nigdy wina nie
tknął ustami; miast piciem, uśmierzał ją potrawą
z rozgotowanych róż. A jednak raz pił, w obozie pod
Lozanną, kiedy Granson było stracone; chory był
wtedy i odosobniony, i pił wiele czystego wina. Ale
wówczas spała jego krew. W ostatnich jego głupich
latach zapadała niekiedy w ten ciężki, zwierzęcy sen.
Wtedy okazywało się, w jakim stopniu był w jej mocy,
bo kiedy krew spała, on był niczym. Wtedy nikt z otoczenia nie miał prawa wchodzić; wtedy nie rozumiał,
co mówili. Obcym posłom nie mógł się pokazywać,
tak był opustoszały. Wówczas siedział i czekał, aż
ona się zbudzi. I zazwyczaj zrywała się jednym skokiem i buchnąwszy z serca, ryczała.<end id="e1371029118993-394696686"/></akap>




<akap>Dla tej krwi włóczył z sobą wszystkie te rzeczy,
z których nic sobie nie robił. Trzy wielkie diamenty
i wszystkie te kamienie; koronki flandryjskie<pe><slowo_obce>flandryjski</slowo_obce> --- pochodzący z krainy historycznej położonej na terenie dzisiejszej Belgii, Francji i Holandii.</pe> i kobierce z Arras, całe stosy. Jedwabny namiot ze sznurami
kręconymi ze złota i czterysta namiotów dla orszaku.
I malowidła na drzewie, i dwunastu ze szczerego
srebra apostołów. I księcia tarenckiego, i księcia
Clève, i Filipa badeńskiego, i pana Château-Guyon.
Chciał bowiem wmówić swojej krwi, że jest cesarzem, a nic ponad nim; iżby się go bała. Ale krew
nie wierzyła, wbrew tylu dowodom, była to krew
podejrzliwa. Może przez jakąś chwilę trzymał ją
w niepewności. Ale rogi z Uri zdradziły go. Odtąd
krew jego widziała, że była w zatraceńcu: i chciała
się wyrwać.</akap>




<akap>Tak rzecz widzę teraz, ale wówczas miałem wrażenie przede wszystkim, iż czytam o dniu Trzech
Króli, kiedy go szukano.</akap>




<akap>Młody Lotaryńczyk, który dnia poprzedniego,
natychmiast po tej dziwnie pośpiesznej bitwie wjechał
był do swego mizernego Nancy, o bardzo wczesnej
porze zbudził otoczenie, pytając o księcia. Gońca
za gońcem słano, a on sam od czasu do czasu zjawiał
się w oknie, niespokojny i zatroskany. Nie zawsze
poznawał, kogo tam przynosili i wozili na tych noszach i wozach, widział tylko, że nie księcia. I wśród
rannych nie było go, a z jeńców, których wciąż
jeszcze przyprowadzano, żaden go nie widział.
Uchodźcy natomiast na wsze strony roznosili przeróżne wieści i byli zbałamuceni i strachliwi, jakby
w obawie, że natkną się na niego.</akap>




<akap>Zmierzchało już, a o nim nie było słychu. Wieść,
że zaginął, miała dość czasu, aby się rozejść w ów
długi wieczór zimowy. A gdziekolwiek docierała,
i budziła we wszystkich nagłą, przesadną pewność,
że on żyje. Nigdy chyba książę nie był tak rzeczywisty w każdej wyobraźni, jak onej nocy. Nie było
domu, gdzie by nie czuwano czekając nań i gdzie by
nie wyobrażano sobie jego stukania. A skoro nie
przychodził, to dlatego, że już poszedł dalej.</akap>




<akap>Mróz był tej nocy, a zarazem jak gdyby marzła
idea, że on jest; tak twardą się stała. I minęło sporo
lat, zanim się rozpłynęła. Wszyscy ci ludzie, nie
bardzo sobie zdając sprawę, obstawali przy nim.
Los, jaki on na nich ściągnął, znośny był tylko dzięki
jego postaci. Tak trudno im było nauczyć się, że
był; teraz wszakże, kiedy go znali, uważali, że łatwo
było go spamiętać i nie sposób zapomnieć.</akap>




<akap>Ale następnego dnia, siódmego stycznia, we wtorek, poszukiwania jednak zaczęły się od nowa.
I tym razem z przewodnikiem. Był to paź księcia,
a podobno widział z daleka, jak pan jego runął;
teraz miał wskazać miejsce. Paź sam nic nie opowiadał, hrabia Campobasso przyprowadził go i mówił
za niego.</akap>




<akap>Szedł teraz na przedzie, a inni trzymali się tuż
za nim. Kto go tak widział zakapturzonego i osobliwie niepewnego, z trudem uwierzyłby, że to był
naprawdę Gian-Battista Colonna, piękny jak dziewczyna i delikatny w przegubach. Drżał z zimna.
Powietrze było sztywne od nocnego mrozu, pod
krokami dźwięczało jak zgrzytanie zębów. Zresztą
marzli wszyscy. Jeden tylko książęcy błazen, przezwany Louis-Onze, dbał o ruch. Udawał psa,
wybiegał naprzód, wracał i przez chwilę na czworakach drałował przy chłopcu. A skoro z daleka widział
trupa, przyskakiwał do niego i pochylał się, i dogadywał mu, aby się postarał i był tym, którego szukają.
Dawał trupowi trochę czasu do namysłu, lecz potem
wracał kwaśny i groził, i klął, i skarżył się na upór
i gnuśność umarłych.</akap>




<akap>I szli bezustannie i nie było końca. Miasto już
ledwo było widać; pogoda bowiem zamknęła się
tymczasem, mimo zimna, i stała się szara i nieprzezroczysta. Kraj leżał płaski i obojętny, a mała
i gęsta grupa ludzi wyglądała coraz bardziej zbłąkanie, im dalej się posuwała. Nikt nie mówił nic,
jedna tylko starowina, która się przyplątała, żuła
coś i kiwała przy tym głową; może modliła się.</akap>




<akap>Nagle stanął przewodnik i rozejrzał się. Potem
zwrócił się raptownie do Lupiego, portugalskiego
lekarza książęcego, i wskazał przed siebie. O kilka
kroków dalej była powierzchnia lodu, coś jakby
kałuża lub staw --- i tam leżało, na poły załamanych,
dziesięć czy dwanaście trupów. Obnażone były
prawie zupełnie i obrabowane. Lupi zgięty i uważny
obchodził je kolejno. I oto poznano pana Olivier
de la Marche i księdza, gdy tak każdy obchodził
osobno. A starowina już klęczała w śniegu i skomlała
schylona nad wielką ręką, której palce rozcapierzone
jeżyły się ku niej.</akap>




<akap>Zbiegli się wszyscy. Lupi próbował z kilku sługami obrócić trupa, ponieważ leżał na twarzy. Ale
twarz przymarzła, a kiedy odrywano ją od lodu,
jedna warga oddarła się cienko i krucho --- i pokazało się, że drugą wyszarpały psy lub wilki, a rozpłatana całość była wielką raną, co poczynała się od
ucha tak, iż o twarzy nie mogło być mowy.</akap>




<akap>Jeden po drugim oglądał się poza siebie; każdy
mniemał, że ujrzy poza sobą Rzymianina, pazia.
Ale zobaczyli tylko błazna, który nadbiegł zły i okrwawiony. Trzymał płaszcz jakiś w wyciągniętych rękach i trząsł nim, jakby coś miało wypaść. Ale płaszcz
był pusty. Więc zaczęto szukać znamion i znalazły
się niektóre. Rozpalono ogień i umyto ciało ciepłą
wodą i winem. Blizna na szyi ukazała się i ślady po
obu wrzodach. Lekarz już nie wątpił. Ale porównywano jeszcze inne znaki. Louis-Onze kilka kroków
dalej znalazł wielkie cielsko karego konia Moreau,
którego dosiadał książę onego dnia pod Nancy.
Siedział na nim zwieszając krótkie nogi. Krew wciąż
jeszcze sączyła mu się z nosa do ust i widać było
po nim, że czuje jej smak. Któryś ze sług przypomniał, że książę miał u lewej nogi wrośnięty paznokieć i wszyscy szukali paznokcia.</akap>




<akap>A błazen trzepotał, jakby go łaskotano i wrzeszczał:</akap>




<akap_dialog>--- Ach, <slowo_obce>Monseigneur<pe><slowo_obce>monseigneur</slowo_obce> (fr.) --- mój panie.</pe></slowo_obce>! Daruj im, że odkrywają
twoje ciężkie błędy, durnie te, a nie poznają cię po
wydłużeniu mojej twarzy, gdzie stoją twoje cnoty.</akap_dialog>




<akap>(Błazen książęcy wszedł także pierwszy, kiedy
zwłoki umieszczono na marach. Było to w domu
niejakiego Jerzego Marquis, nikt nie umiał powiedzieć, dlaczego. Całun jeszcze nie był nałożony,
więc błazen miał wrażenie pełne. Biel kamizeli
i karmazyn płaszcza szorstko i nieuprzejmie odgraniczały się od siebie pomiędzy dwiema czerniami
baldachimu i łoża. Na przedzie szkarłatne buty
z cholewami sterczały ku niemu złoceniami wielkich
ostróg. A że to tam w górze było głową, co do tego
nie mogło być sporu, skoro się ujrzało koronę.
Była to duża korona książęca z jakimiś kamieniami.</akap>




<akap>Louis-Onze obchodził i oglądał wszystko szczegółowo. Pomacał nawet atłas, choć mało się na tym
znał. Dobry chyba atłas, może nieco tani jak na dom
burgundzki. Cofnął się raz jeszcze dla objęcia całości.
Barwy w śnieżnym świetle dziwnie były nie powiązane. Zapamiętywał sobie każdą z osobna.</akap>




<akap_dialog>--- Dobrze ubrany --- rzekł wreszcie z uznaniem ---
może odrobinę za wyraźnie.</akap_dialog>




<akap>Śmierć wydała mu się jak kuglarz z lalkami,
któremu na gwałt potrzeba księcia.<pe><slowo_obce>Błazen książęcy wszedł także pierwszy itd. </slowo_obce> --- w rękopisie cały fragment znajduje się na marginesie.</pe>)</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><begin id="b1371029869331-2968013846"/><motyw id="m1371029869331-2968013846">Dzieciństwo</motyw>Dobrze jest pewne rzeczy, które już się nie zmienią, stwierdzać po prostu, nie żałując faktów ani ich
nie sądząc. Tak i ja doszedłem do wniosku, że nigdy
nie umiałem naprawdę czytać. W dzieciństwie
czytanie wydawało mi się fachem, który miało się
wziąć na siebie kiedyś później, gdy będą przychodziły te wszystkie fachy, jeden po drugim. Szczerze
mówiąc, nie miałem wyraźnego pojęcia, kiedy by
to być mogło. Polegałem na tym, że człowiek to
poczuje, skoro życie niejako przewróci się i tylko
już od zewnątrz iść będzie, tak jak przedtem od
wnętrza. Wyimaginowałem sobie, że będzie ono
wówczas wyraźne i jednoznaczne i że nie będzie
go można rozumieć fałszywie. Wcale nie proste,
przeciwnie, mocno wymagające, splątane i, jeżeli
o to chodzi, ciężkie, ale bądź co bądź widzialne.
Ta dziwna nieokreśloność dzieciństwa, ta nieproporcjonalność, ta niemożność przewidzenia nigdy ---
wszystko to byłoby wówczas przezwyciężone. Trudno
było wprawdzie pojąć, dlaczego. Właściwie przybierało to wciąż jeszcze i zamykało się zewsząd,
a im bardziej wyzierał człowiek na zewnątrz, tym
więcej wnętrza poruszał w sobie: Bóg wie, skąd to
szło. Lecz prawdopodobnie urastało do miary ostatecznej i urywało się potem za jednym zamachem.
Łatwo było obserwować, że dorośli bardzo mało się
tym niepokoili; chodzili po świecie i sądzili, i działali,
a jeśli kiedykolwiek mieli trudności, to dla przyczyn
zewnętrznych.<end id="e1371029869331-2968013846"/></akap>




<akap>W początkach takich przemian umieściłem czytanie. Wtedy z książkami obcowałoby się jak ze znajomymi, istniałby czas na to, określony, równo i mile
mijający czas, tyle właśnie, ile się człowiekowi spodoba. Oczywiście niektóre byłyby bliższe, a trudno
powiedzieć, że byłby człowiek ubezpieczony przed
straceniem nad nimi od czasu do czasu jakiejś pół
godziny: spaceru, terminu umówionego, początku
przedstawienia lub pilnego listu. Ale żeby się człowiekowi włos skręcił i powichrzył, jak gdyby się na
nim leżało, żeby się miało uszy mieć rozpalone i ręce
zimne jak metal, żeby świeca spaliła się przy człowieku cała i aż w sam lichtarz --- to wówczas, dzięki
Bogu, byłoby najzupełniej wykluczone.</akap>




<akap>Przytaczam te objawy, ponieważ doświadczyłem
ich na sobie dość uderzająco, wówczas podczas
onych wakacji w Ulsgaard, kiedym tak nagle wpadł
w czytanie. Wtedy pokazało się od razu, że nie potrafiłem. Zacząłem wprawdzie przed czasem, jaki
sobie na to upatrzyłem. Ale ten rok w Sorö pośród
samych innych rówieśników, zrobił mnie podejrzliwym wobec podobnych obliczeń. Tam podeszły
ku mnie szybkie, niespodziane doświadczenia ---
i widać było najwyraźniej, że traktowały mnie jak
dorosłego. Były do doświadczenia naturalnej wielkości, a robiły się tak ciężkie, jak były. W tym
samym jednak stopniu, w jakim pojmowałem ich
rzeczywistość, otwierały mi się także oczy na nieskończoną realność mego dziecięcego bytu. Wiedziałem, że nie skończy się ten byt, tak samo, jak tamto
zaczynało się dopiero. Mówiłem sobie, że oczywiście
każdemu wolno stwarzać okresy, ale te były zmyślone.
I okazało się, że byłem zbyt niezdarny, aby sobie
wymyślać okresy. Ilekroć próbowałem, życie dawało
mi do zrozumienia, że nic o nich nie wie. A skoro
się upierałem, że moje dzieciństwo minęło, to w tej
samej chwili znikało wszystko przyszłe, a mnie pozostawało tylko w sam raz tyle, ile ma pod sobą
żołnierz ołowiany, aby móc stać.</akap>




<akap>Odkrycie to naturalnie odosobniło mnie jeszcze
bardziej. Zajmowało mnie w moim wnętrzu i przepełniało czymś w rodzaju ostatecznego rozradowania, które brałem za stroskanie, ponieważ wychodziło daleko poza mój wiek. Niepokoiło mnie także
i to, pamiętam, że teraz, kiedy nic nie było przewidziane na określony termin, można było w ogóle
zaniedbać niejedno.</akap>




<akap>I kiedy tak powróciłem do Ulsgaard i zobaczyłem
wszystkie te książki, rzuciłem się na nie; z całym
pośpiechem, ze złym prawie sumieniem. To, co
później odczuwałem tak często, przeczułem jakoś
wówczas: że nie ma się prawa otworzyć książki,
nie zobowiązawszy się do przeczytania wszystkich.
Z każdym wierszem napoczynało się świat. Przed
książkami świat był nietknięty, a może i po nich był
cały. Ale jakżeż mogłem mierzyć się z wszystkim, ja,
który czytać nie umiałem? Stały tam, w tej nawet
skromnej bibliotece, w tak beznadziejnie przemożnej
ilości i były solidarne. Rzucałem się zawzięcie
i rozpaczliwie od książki do książki i przedzierałem
się przez stronice jak ktoś, co ma zdziałać coś niesłychanego. Czytałem w owe czasy Schillera i Baggesena, Oehlenschlaegera i Schack-Staffeldta, wszystko
co było z Walter Scotta i Calderona. Niejedno
wpadało mi w ręce, co niejako już powinno było być
przeczytane, na inne rzeczy było o wiele za wcześnie;
nic prawie nie było stosowne na moją ówczesność.
A jednak czytałem.</akap>




<akap>W późniejszych latach nieraz zdarzało mi się
w nocy, że się budziłem --- a gwiazdy stały tak rzeczywiście i działy się tak ważnie --- i nie mogłem pojąć,
jak ludzie mogą zaniedbywać tyle świata. Tak podobnie było mi, jak sądzę, na duszy, ilekroć podnosiłem oczy z książki na świat, gdzie było lato, gdzie
wołała Abelone. Przychodziło to bardzo niespodzianie, że ona musiała wołać, a ja nawet nie odpowiadałem. Przypadło to w sam raz na najszczęśliwsze
nasze czasy. Ale ponieważ to czytanie tak mnie
porwało, trzymałem się go kurczowo i kryłem się,
ważny i przekorny, przed naszymi codziennymi
świętami. Z całą swoją niezdarnością wyzyskania
tych wielu, często niepozornych, okazji naturalnego szczęścia, nie bez ochoty obiecywałem sobie po
wzrastających nieporozumieniach przyszłe pojednania, które robiły się tym rozkoszniejsze, im więcej
się je odwlekało.</akap>




<akap>Zresztą moje rozmarzenie czytelnicze pewnego
dnia skończyło się tak nagle, jak powstało. I wtedy
pogniewaliśmy się najzupełniej. Abelone bowiem
nie szczędziła mi teraz drwin i swojej przewagi,
a kiedym znajdywał ją w altanie, twierdziła, że czyta.
Pewnego poranka niedzielnego książka leżała wprawdzie zamknięta obok niej, ale ona wydawała się aż
nadto zajęta porzeczkami, które ostrożnie widelcem
obierała z małych gronek.</akap>




<akap>Musiała to być jedna z onych wczesnych pór,
jakie bywają w lipcu: nowe, wypoczęte godziny,
kiedy to wszędy dzieje się coś wesołego --- niewymyślnego. Z milionów małych, nie dających
się powściągnąć ruchów składa się mozaika najbardziej przekonanego bytu; rzeczy oscylują jedna
w drugą i poza siebie, w powietrze --- a chłód ich
czyni cień przejrzystym, a słońcu każe świecić
lekkim, duchowym blaskiem. Nie ma wtedy w ogrodzie rzeczy głównej; wszystko jest wszędzie i trzeba
by we wszystkim być, aby nic nie pominąć.</akap>




<akap>W drobnej czynności Abelone wszakże powtarzało się to wszystko raz jeszcze. Tak szczęśliwie
wynalezione było właśnie to, co robiła, i właśnie
tak, jak robiła. Jej jasne w ocieniu ręce współpracowały wzajemnie, tak lekko i zgodnie, a przed widelcem
krągłe jagódki skakały swawolnie w czarę wyłożoną
liściem winnym, który był mokry od rosy, kędy
już inne piętrzyły się czerwone i płowe, rozbłyszczane, o zdrowych pestkach w cierpkim wnętrzu. Nie
pragnąłem w takich warunkach nic, tylko przyglądać się, ale ponieważ można było przypuścić, że nie
będzie mi wolno, pochwyciłem książkę (także w celu
podkreślenia swego tupetu), usiadłem po drugiej
stronie stołu, i, niewiele wertując, w pierwszym lepszym miejscu zapuściłem się w lekturę.</akap>




<akap_dialog>--- Gdybyś tak przynajmniej głośno czytał, czytajło --- powiedziała po chwili Abelone.</akap_dialog>




<akap>O, to już wcale nie brzmiało tak zaczepnie, a ponieważ, moim zdaniem, wielki był czas się pogodzić,
jąłem natychmiast czytać głośno, bez przerwy, aż
do rozdziału i dalej, następny tytuł: <tytul_dziela>Do Bettiny<pe><slowo_obce>von Arnim, Bettina</slowo_obce> (1785--1859) --- pisarka niemiecka, autorka m.in. fikcyjnej korespondencji z J. W. Goethem.</pe></tytul_dziela>.</akap>




<akap_dialog>--- Nie, nie odpowiedzi --- przerwała mi Abelone
i naraz jakby wyczerpana opuściła widelczyk. Zaraz
potem rozśmieszyła ją mina, z jaką na nią spojrzałem.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Mój Boże, jak ty podle czytałeś, Malte.</akap_dialog>




<akap>No i musiałem przyznać, że ani przez chwilę nie
skupiłem uwagi.</akap>




<akap_dialog>--- Czytałem tylko po to, abyś mi przerwała ---
przyznałem się i spiekłem raka<pe><slowo_obce>spiec raka</slowo_obce> (daw.) --- zaczerwienić się.</pe>, i przewertowałem
książkę powrotnie aż do tyłu. Teraz dopiero wiedziałem, co to było.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A dlaczego nie czytać odpowiedzi? --- spytałem
zaciekawiony.</akap_dialog>




<akap>Abelone jakby mnie wcale nie była słyszała.
Siedziała w swojej jasnej sukni, jak gdyby wszędzie
wewnątrz zrobiła się zupełnie ciemna, tak jak jej
oczy.</akap>




<akap_dialog>--- Dawaj --- rzekła nagle jakby w gniewie i wzięła
mi książkę z ręki, i otwarła ją dokładnie tam, gdzie
chciała. A potem przeczytała jeden z listów Bettiny.</akap_dialog>




<akap>Nie wiem, co z tego zrozumiałem, ale czułem, jakby
mi ktoś przyrzekał uroczyście, że to wszystko pojmę
kiedyś. I podczas gdy jej głos wzbierał i wreszcie
upodobnił się do tego głosu, jaki znałem ze śpiewu,
wstyd mi było, że pojednanie wyobrażałem sobie
tak marnie. Dobrze bowiem rozumiałem, że ona
to była. Ale ona dokonywała się oto gdzieś do cna
w ogromie, wysoko nade mną, dokąd ja nie sięgałem.</akap>




<akap>A przyrzeczenie to spełnia się wciąż jeszcze.
W jakimś momencie ta sama książka zamieszała
się wśród moich książek, wśród tych paru książek,
z którymi się nie rozstaję. Teraz i mnie otwiera się
ona w tych miejscach, które właśnie mam na myśli ---
a kiedy je czytam, to nie rozstrzygnięte pozostaje
pytanie, czy myślę o Bettinie, czy o Abelone. Nie,
Bettina stała się we mnie bardziej rzeczywistą;
Abelone, którą ja znałem, była jakby przygotowaniem do niej --- i oto teraz zajaśniała mi w Bettinie
niby we własnej, naturalnej istocie. Bo dziwna ta
Bettina wszystkimi swymi listami stworzyła przestrzeń, najprzestrzenniejszą formę. Od samego początku tak się we wszystkim panoszyła, jak gdyby po
swojej śmierci. Wszędy bardzo daleko zapuszczała
się w byt, jemu przynależna, a co jej się działo, to
było wiecznie w naturze; tam poznawała siebie
i prawie z bólem wyzwalała się stamtąd; z trudem
odgadywała się powrotnie, jak gdyby z odwiecznych
podań, zaklinała siebie jak ducha i siebie przetrzymywała.</akap>




<akap>Co dopiero byłaś jeszcze, Bettino; ja cię pojmuję.
Czy ziemia nie jest ciepła jeszcze od ciebie, a ptaszki
nie zostawiają miejsca twemu głosowi? Rosa jest
inna, lecz gwiazdy są jeszcze twoich nocy gwiazdami.
Albo czy świat w ogóle nie jest z ciebie? Bo
ileż to razy podpalałaś go swoją miłością i widziałaś, jak płonął, jak się spalał --- i potajemnie zastępowałaś go innym, gdy wszyscy spali! Ty czułaś się
tak zupełnie w harmonii z Bogiem, kiedy co rano
żądałaś nowej ziemi od Niego, aby doczekali się
kolei wszyscy, których On zrobił. Ochranianie i łatanie świata wydało ci się czymś mizernym, ty go
zużywałaś i trzymałaś ręce wyciągnięte po wciąż
jeszcze więcej świata. Bo twoja miłość podołać mogła
wszystkiemu.</akap>




<akap><begin id="b1371048489237-2653684120"/><motyw id="m1371048489237-2653684120">Miłość, Poeta</motyw>Jak to być może, iż wszyscy po dziś dzień jeszcze
o twej miłości nie opowiadają? Cóż to się odtąd
takiego zdarzyło, co by bardziej było godne pamięci?
Co ich zaprząta? Ty sama znałaś wartość swej miłości,
tyś ją głośno podpowiadała największemu swojemu
poecie, iżby ją uczłowieczył, albowiem była jeszcze
żywiołem. On ją wszakże ludziom wyperswadował,
kiedy pisywał do ciebie. Wszyscy czytali te odpowiedzi i bardziej im wierzą, ponieważ poeta jest dla nich
wyraźniejszy niż natura. Ale może kiedyś okaże się,
że tu był kres jego wielkości. Jemu tę miłość przeznaczono, a on jej nie sprostał. Cóż to znaczy, że nie mógł
się odwzajemnić? Taka miłość nie wymaga wzajemności, taka miłość ma wołanie i odpowiedź
w sobie; wysłuchuje sama siebie. Ale ukorzyć był
się winien przed nią w całej swej świetnej paradzie
i pisać, co ona dyktuje obojgiem rąk, jak Jan święty
na Patmos, na klęczkach! Nie było wyboru w obliczu
tego głosu, co ,,spełniał aniołów urząd", który przyszedł owinąć go zasłoną i pociągnąć w wieczność.
Tu był rydwan jego płomienistej jazdy w niebo.
Tu dla jego śmierci zgotowany był ciemny mit ---
a on go pozostawił pustym.<end id="e1371048489237-2653684120"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Przeznaczenie lubi wynajdywać wzory i figury.
Ciężar przeznaczenia polega na skomplikowaniu.
Życie samo jednakże ciężkie jest dla<pe><slowo_obce>dla</slowo_obce> (daw.) --- z powodu.</pe> swej prostoty.
Ona ma tylko parę rzeczy, o wielkości nie przystosowanej do nas. Święty, odtrącając przeznaczenie,
wybiera te rzeczy, które są naprzeciw Boga. Że jednak
kobieta, wedle swej natury, ten sam wybór czynić
musi w stosunku do mężczyzny, to ściąga fata wszelkich ustosunkowań miłosnych: zdecydowana i bez
przeznaczeń, jak wieczna stoi obok niego, który
się przemienia. Miłująca zawsze przerasta ukochanego, bo życie większe jest niż przeznaczenie. Jej
oddanie chce być niezmierzone: to jest jej szczęściem. Bezimiennym cierpieniem jej miłości wszakże zawsze było to, że się żąda od niej ograniczeń
tego oddania.</akap>




<akap>Nigdy żadną inną skargą nie skarżyły się kobiety;
pierwsze dwa listy Heloizy zawierają tę skargę,
a w pięćset lat później ta sama skarga podnosi się
z listów Portugalki Marianny Alcoforado; rozpoznać
ją można jak głos ptaka. I nagle poprzez jasną przestrzeń tego poznania idzie najbardziej odległa postać
Safo, której wieki nie znalazły, ponieważ szukały jej
w przeznaczeniu.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Nie śmiałem nigdy kupić od niego gazety. Nie
jestem pewien, czy naprawdę zawsze ma przy sobie
kilka egzemplarzy, kiedy na zewnątrz Ogrodu
Luksemburskiego powoli sunie tam i na powrót
przez cały wieczór.</akap>




<akap>Plecami zwraca się do karty, a ręką muska krawędź
kamienną, na której wspierają się sztaby. Robi się
tak płaski, że codziennie przechodzi wielu, którzy
go nigdy nie widzieli. Wprawdzie ma w sobie jeszcze
jakąś resztkę głosu i upomina. Ale to nie inaczej
jest, jak szmer jakiś w lampie albo w piecu, albo
kiedy w dziwnych odstępach krople kapią w grocie.</akap>




<akap>A świat tak jest urządzony, że istnieją ludzie,
którzy przez całe życie przechodzą tędy w tej przerwie, kiedy on --- bardziej bezszmerny od wszystkiego, co się porusza --- dalej sunie jak wskazówka,
jak wskazówki cień, jak czas.</akap>




<akap>Potem słyszałem, jak coś w nim mówiło: ,,La
Presse", i zaraz znowu, i trzeci raz w prędkich odstępach. A ludzie obok mnie rozglądali się i szukali
głosu. Tylko ja jeden udawałem większy pośpiech,
jak gdyby nic mnie nie uderzyło, jak gdybym wewnątrz był niezwykle zajęty.</akap>




<akap>Bo też byłem naprawdę. Byłem zajęty wyobrażeniem go sobie, podjąłem pracę wyimaginowania go,
a z wysiłku pot wystąpił mi na czoło. Musiałem go
bowiem zrobić tak, jak się robi umarłego, na którego
nie ma już żadnych dowodów, żadnych składników;
którego najzupełniej wewnątrz zdziałać trzeba. Wiem
teraz, że pomogło mi to nieco, gdy pomyślałem
o tych licznych zdjętych Chrystusach z żyłkowatej
kości słoniowej, leżących u wszystkich antykwariuszy. Jakaś Pieta pojawiła się w myśli i znikła --- wszystko to prawdopodobnie po to tylko, aby wywołać
pewne nachylenie, w jakim trzymała się jego długa
twarz, i beznadziejną szczecinę brody w cieniu
policzków, i oną najostateczniej bolesną ślepotę
zamkniętego wyrazu, trzymanego skośnie wzwyż.
Lecz było tam prócz tego tyle rzeczy należących do
niego. Bo to pojąłem już wówczas, że nic na nim nie
było pobocznego: ani sposób, w jaki surdut<pe><slowo_obce>surdut</slowo_obce> --- rodzaj ciemnej, dwurzędowej marynarki, popularnej na przełomie XIX i XX w.</pe> jego czy
płaszcz, odstając w tyle, ukazywał wszędzie kołnierzyk, w wielkim łuku stojący naokoło wyciągniętej,
wklęsłej szyi, nie dotykając jej; ani ten zielonawo-czarny krawat, obwiązany szeroko dokoła tej całości; ani tym mniej kapelusz stary, wysoko sklepiony, sztywny kapelusz filcowy, który on nosił
tak, jak wszyscy ślepi noszą kapelusze: bez związku
z liniami twarzy, bez możliwości stworzenia z tego,
co przybywa, i z siebie --- nowej zewnętrznej jedności; nie inaczej go noszą, jak jakikolwiek umówiony
obcy przedmiot.</akap>




<akap>W tchórzostwie niepatrzenia nań zaszedłem tak
daleko, że obraz tego człowieka ostatecznie, często
nawet bez powodu, ściągał się we mnie silnie i boleśnie w tak twardą nędzę, że w tym ucisku zdecydowałem się wzrastającą biegłość własnej imaginacji
zahukać i zniweczyć za pomocą tego zewnętrznego
faktu. Było to pod wieczór. Postanowiłem natychmiast przejść uważnie obok niego.</akap>




<akap><begin id="b1371049372453-3223004510"/><motyw id="m1371049372453-3223004510">Miasto, Wiosna</motyw>Otóż trzeba wiedzieć: miało się ku wiośnie. Wietrzyk dzienny ułożył się, uliczki były długie i zaspokojone; u ich wylotów lśniły domy, nowe, jakby
świeże przełamania białego metalu. Lecz był to
metal, który zadziwiał swą lekkością. W szerokich,
rozciągnionych ulicach liczni ludzie szli poprzez
siebie, prawie nie bojąc się powozów, które były
rzadkie. Musiała to być niedziela. Nasady wież na
kościele Saint-Sulpice ukazały się pogodnie i niespodzianie wysoko w bezwietrznej przestrzeni, a poprzez wąskie, prawie rzymskie uliczki mimowiednie
patrzyło się w świat, w porę roku<end id="e1371049372453-3223004510"/>. W ogrodzie i przed
ogrodem taka była ruchliwość ciżby, że nie zaraz
go ujrzałem. Albo czy zrazu nie poznałem go na
wskroś tłumu?</akap>




<akap>Wiedziałem natychmiast, że wyobrażenie moje
było bez wartości. To oddanie jego nędzy, nie ograniczone żadną ostrożnością ani udawaniem, przerastało moje środki. Nie pojąłem nic: ani kąta nachylenia w jego postawie, ani grozy, jaką nieustannie
zdawała się go przepełniać wewnętrzna strona
jego powiek. Nigdym o jego ustach nie myślał,
wciągniętych jak otwór zlewu. Może i miał wspomnienia. Ale teraz nigdy już nic do jego duszy nie
docierało, poza bezpostaciowym poczuciem kamiennej za nim krawędzi, na której zużywała się jego
ręka.</akap>




<akap>Przystanąłem --- i podczas kiedym to wszystko
widział prawie równocześnie, czułem, że miał kapelusz inny i krawat bez wątpienia niedzielny;
krawat o skośnym deseniu z żółtych i liliowych kwadracików, a co do kapelusza: był to nowy, tani
kapelusz słomkowy z zieloną wstążką. Nie chodzi
naturalnie wcale o te barwy i jest to drobiazgowość,
że je zapamiętałem. Chcę tylko powiedzieć, że one
były na nim jak najmiększy puszek na gardziołku
ptaka. On sam nie miał nic z tego, a komu pośród
wszystkich (rozejrzałem się) wolno było mniemać, iż
dla <wyroznienie>niego</wyroznienie> był ten strój paradny?</akap>




<akap>Mój Boże --- napadło mnie gwałtownie --- a więc
taki Ty <wyroznienie>jesteś</wyroznienie>! Są dowody Twego istnienia!
Jam je zapomniał wszystkie i nigdym żadnego
nie żądał, bo jakież niezmierne zobowiązanie tkwiłoby w pewności Ciebie! --- A jednak, teraz się objawia
przede mną... To jest Twój smak, tu sobie upodobałeś. Obyśmy nauczyli się: wobec wszystkiego wytrzymać, a nie sądzić. Które są rzeczy ciężkie?
Które łaskawe? Ty jeden wiesz.</akap>




<akap>Gdy znowu zima przyjdzie i będę musiał mieć
nowy płaszcz --- daj mi, abym go tak nosił, póki
nowy będzie.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>To nie znaczy, że się od nich chcę odróżniać,
kiedy chodzę w lepszych, od samego początku
<wyroznienie>moich</wyroznienie> ubraniach i dbam o to, aby mieszkać
gdziekolwiek. Ja nie zaszedłem tak daleko. Ja nie
mam serca do ich życia. Gdyby mi ramię uschło,
myślę, że ukryłbym je. A ona (nie wiem, czym zresztą
i była), ona zjawiała się dzień w dzień przed tarasami
kawiarnianymi, a chociaż bardzo jej było trudno
zdjąć płaszcz i wygrzebać się z niewyraźnych szmat
i łachmanów --- nie żałowała trudu i zdejmowała,
i ściągała tak długo, że ledwo można się było doczekać. A potem stała przed nami, skromna, z uschniętym swoim, okaleczonym kawałkiem --- i widziało
się, że to była osobliwość.</akap>




<akap>Nie, to nie znaczy, że się od nich chcę odróżniać;
ale wynosiłbym się nad nich, gdybym chciał im być
równy. Równy nie jestem. Nie miałbym ani siły
ich, ani ich miary. Pożywiam się --- i tak jestem od
posiłku do posiłku, najzupełniej beztajemniczy, oni
wszakże utrzymują się prawie jak wieczni. Stoją na
swoich powszednich narożnikach, także w listopadzie,
i nie krzyczą od zimy. Mgła przychodzi i czyni ich
niewyraźnymi i niepewnymi: oni jednak są. Byłem
w podróży, byłem chory, wiele mi przeminęło: oni
jednak nie umarli.</akap>




<akap>(Ja przecież nie wiem nawet, jak to być może,
iż dzieci szkolne wstają w komórkach pełnych szaro
cuchnącego zimna; kto je umacnia, te zziajane
szkieleciki, że wybiegają na dwór, w dorosłe miasto,
w mętny schyłek nocy, w wieczny dzień szkolny,
wciąż jeszcze małe, ciągle pełne przeczucia, ciągle
zapóźnione. Nie mam wyobrażenia o tym mnóstwie
pomocy, jaką się ustawicznie zużywa.<pe><slowo_obce>Ja przecież nie wiem nawet, jak to być może itd. </slowo_obce> --- w rękopisie fragment został zapisany na marginesie.</pe>)</akap>




<akap>To miasto pełne jest ludzi, którzy powolnie osuwają się ku tamtym. Każdy prawie broni się zrazu;
ale są potem te wyblakłe, starzejące dziewczyny,
co ustawicznie rezygnują bez oporu i już nie bronią
się wcale przed należeniem do tych poniechanych,
silne, w najgłębszym wnętrzu nie zużyte, które nigdy
nie były kochane.</akap>




<akap>Może Ty mniemasz, mój Boże, iż mam wszystko
zostawić i je kochać. Bo czemu tak mi trudno nie
iść za nimi, skoro mnie wyminęły? Dlaczego wynajduję nagle najsłodsze, najbardziej mocne słowa, a mój
głos łagodnie stoi we mnie między krtanią a sercem? Dlaczego wyobrażam sobie, jak niezmiernie
ostrożnie przyłożyłbym je do mego oddechu, te
kukły, którymi życie igrało, każdej wiosny ramiona
im roztwierając do niczego i wciąż niczego --- aż te
ramiona rozluźniły się w barkach. Nigdy nie spadały
z bardzo wysokich nadziei, więc nie zbiły się, ale
otłuczone są i dla życia już za liche. Tylko zbłąkane
koty przychodzą do izdebki nad wieczorem i pazurami drapią je chyłkiem, i śpią na nich. Czasem
za którąś z nich idę przez dwie uliczki. One suną
wzdłuż domów, co chwila zjawiają się ludzie i zasłaniają je, a one za nimi suną dalej jak nic.</akap>




<akap>A jednak wiem, gdyby ktoś teraz spróbował je
pokochać, stałyby mu się ciężkie, jak ludzie, którzy
za daleko zaszli i przestają iść. Myślę, że tylko Jezus
zniósłby je, mający jeszcze w całym ciele zmartwychwstanie; lecz Jemu wcale na nich nie zależy. Tylko
miłujące uwodzą Go, nie te, co czekają z maleńkim
talentem kochanki, niby z zimną lampą.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Wiem: jeżeli jestem przeznaczony do rzeczy
ostatecznych, na nic mi się nie zda, że się maskuję
w mym lepszym ubiorze. Czyż on pośrodku królowania nie zsunął się do ostatnich? On, który zamiast
wzbić się w górę, zniżył się aż na dno. Prawda, wierzyłem w swoim czasie w tych innych królów,
chociaż ich parki niczego już nie dowodziły. Ale noc
jest, zima, marznę, wierzę w niego. Albowiem wspaniałość jest tylko chwilą, a nigdy nie widzieliśmy nic
dłuższego nad nędzę. Król wszelako ma trwać.</akap>




<akap>Czyż ten król nie jest jedynym, który się utrzymał
pod swym obłędem, jak woskowe kwiaty pod kloszem szklanym? Dla innych modlono się po kościołach o długie życie, od niego natomiast żądał kanclerz
Jean Charlier Gerson, aby wieczny był, a to było
wówczas, kiedy był już najmizerniejszy, nędzny
i nieledwie ubogi mimo swej korony.</akap>




<akap>Było to wówczas, kiedy od czasu do czasu tajemnie, z poczernionymi twarzami, napadali go ludzie
w jego łożu, aby mu zedrzeć wgniłą we wrzody
koszulę, którą już dawno miał za siebie samego.
Ściemniano komnatę, a oni spod sztywnych ramion
wydzierali mu zbutwiałe strzępy, drąc jak mogli.
Potem jeden poświecił --- i wtedy dopiero odkryli
na jego piersi rozropiałą ranę, w której ugrzązł
żelazny amulet, ponieważ go co noc przyciskał
całą siłą swojej żarliwości. Stał teraz amulet głęboko
w nim, straszliwie kosztowny, w perlistej oprawie
z ropy, niby cudotwórczy szczątek w niecce relikwiarza. Twardych wybrano pomocników, ale nie byli
dość odporni na wstręt, kiedy robactwo, spłoszone,
ku nim wystawało z flandryjskiego barchanu<pe><slowo_obce>barchan</slowo_obce> --- rodzaj grubej tkaniny bawełnianej.</pe>, a opadając z fałd, wpełzywało im kędyś w rękawy.</akap>




<akap>Gorzej z nim było bez wątpienia od czasów tej
dziewczyny, zwanej <slowo_obce>parva regina<pe><slowo_obce>parva regina</slowo_obce> (łac.) --- mała królowa.</pe></slowo_obce>; wszak ona była
jeszcze gotowa leżeć przy nim z całą swoją jaśnią
i młodością. Potem umarła. I odtąd nikt już nie
ważył się przydać nałożnicy temu ścierwu. Ona nie
przekazała nikomu owych słów i pieszczot, jakimi
króla można było ugłaskać. Tak nikt już nie przedarł
się przez tego ducha rozdziczenie; nikt nie pomagał
mu wyjść z szczelin jego duszy; nikt tego nie pojmował, kiedy on sam nagle wychodził z okrągłym spojrzeniem zwierzęcia idącego na pastwisko. Kiedy
potem poznawał zaaferowaną twarz Juvenala, przypominał sobie państwo takie, jakie było na końcu.
I chciał doganiać, czego zaniedbał.</akap>




<akap>Była to jednak wina wydarzeń w owych czasach,
że nie można ich było wyłożyć w sposób oględny.
Gdzie coś się działo, tam działo się całym ciężarem
i było jak z jednej bryły, kiedy się je mówiło. Bo i cóż
można było ująć z tego, że brat jego był zamordowany, że wczoraj Walentyna Visconti, przezeń zawsze
lubą siostrą nazywana, klęczała przed nim, wszystką czerń wdowią odgarniając sprzed skarg i oskarżeń
zniekształconej twarzy? A dzisiaj stał twardy i wymowny obrońca i dowodził praw książęcego mordercy
póty, aż zbrodnia prześwietliła się i jakby jasno miała
wstąpić w niebo. A sprawiedliwym być znaczyło
naginać prawo dla wszystkich. Walentyna Orleańska bowiem z frasunku<pe><slowo_obce>frasunek</slowo_obce> (daw.) --- zmartwienie.</pe> zmarła, acz zemstę przyrzeczono jej. A cóż to pomogło księciu burgundzkiemu
przebaczać i przebaczać; na niego przyszedł czarny
skwar rozpaczy tak, że już od tygodni głęboko mieszkał pod namiotem w puszczy pod Argilly, twierdząc,
iż nocą musi słyszeć krzyk jeleni na ulżenie duszy.</akap>




<akap>Jeżeli się potem przemyśliwało to wszystko, wciąż
od nowa, aż do końca, w całej tej krótkości, żądał
lud ujrzenia jednego --- i widział jednego: bezradnego. Wszelako lud radował się tym widokiem; zrozumiał, że to był król: ten cichy, ten cierpliwy, który
był po to jedno, aby dopuścić, iżby poprzez niego
Bóg działał w swym późnym zniecierpliwieniu.
W tych uświadomionych momentach na balkonie
swego Hôtel Saint-Pol przeczuwał król może swój
postęp skryty; ów dzień pod Roosbecke przyszedł
mu na myśl, kiedy go stryj de Berry za rękę wziął,
aby go zaprowadzić przed pierwsze gotowe zwycięstwo. Zmierzył wówczas okiem, w dziwnie długo
jasny dzień listopadowy, nieprzejrzane masy Gandawian, zadławione własnym natłokiem, kiedy je
zszarżowano ze wszech stron. Spowici w siebie,
wkręceni jak zwoje olbrzymiego mózgu, leżeli kupami, w które sami się powiązali, aby być blisko. Dech
zapierało człowiekowi, gdy widział tu i tam ich uduszone twarze; trudno było ujść wyobrażeniu, że
powietrze --- wyparte zostało daleko ponad te od ścisku
jeszcze stojące trupy, wyparte nagłym wyjściem tylu
zrozpaczonych dusz.</akap>




<akap>To mu w głowę wbito, jako początek jego sławy.
I on to zapamiętał. Ale jeżeli tamto wówczas było
triumfem śmierci, to teraz to, że stał tu, na swoich
słabych nogach, prosty na wszystkich tych oczach,
to było misterium miłości. Na tamtych innych doświadczył, że to pole bitwy można było pojąć, mimo
iż było tak niesłychane. To jednak tutaj pojęte być
nie mogło; przedziwne było tak samo, jak ongi ów
jeleń ze złotą obrożą w lesie pod Senlis. Tylko że
teraz on sam był zjawą, a inni zatopieni byli w patrzeniu. I nie wątpił, że dech stracili i to samo mieli
dalekie oczekiwanie, które jego kiedyś opadło w ów
rozmłodzieńczony łowów dzień, kiedy ta cicha twarz,
wielkooka, wystąpiła z krzewiny. Tajemnica widzialności rozlała się po jego subtelnej postaci. Nie drgnął
w lęku, że przeminie, cienki uśmiech na szerokiej
prostej twarzy przeszedł w naturalne trwanie, jak
z kamiennych świętych, i nie trudził go. Tak podawał się --- i była to jedna z onych chwil, które są
wiecznością widzianą w skrócie. Tłum ledwo to
zdołał znieść. Umocniony, niewyczerpanie wzmożonym pocieszeniem nakarmiony, przełamał ciszę
okrzykiem radości. Lecz w górze na balkonie był
już tylko Juvenal de Ursins i zawołał w najbliższe
uciszenie, że król pojawi się od ulicy Saint-Denis,
jadący do Bractwa Pasyjnego oglądać misteria<pe><slowo_obce>misterium</slowo_obce> --- tu: odgrywane w kościele przedstawienie teatralne o tematyce religijnej.</pe>.</akap>




<akap>W takich dniach król pełen był łagodnej świadomości. Gdyby jakiś malarz w owych dniach pomysłu
szukał dla wyobrażenia bytu rajskiego, nie znalazłby
wzoru pełniejszego nad króla ukojoną postać, kiedy
w jednym z wysokich okien Luwru stała pod ramion
opadem.</akap>




<akap>Wertował książeczkę Krystyna de Pisan, nazwaną
<tytul_dziela>Drogą długiej nauki</tytul_dziela> i jemu poświęconą. Nie
czytał uczonych mów bojowych tego alegorycznego
parlamentu, który postanowił wynaleźć księcia, który
by godzien był panować światu. Książeczka otwierała się przed nim zawsze w najprostszych miejscach: gdzie o tym sercu była mowa, co przez trzynaście lat, niby retorta nad ogniem bólu, na to tylko
służyło, by destylować dla oczu wodę goryczy. Pojmował, że konsolacja prawdziwa poczynała się
wtenczas dopiero, gdy szczęście dostatecznie było
minione i na zawsze przeszło. Nic tak mu nie było
bliskie, jak to pocieszenie. I podczas gdy jego wzrok
obejmował pozornie most po tamtej stronie --- poprzez to serce, które silna Cumaea pochwyciła na
wielkich dróg koleje, lubił widzieć świat, ówczesny
świat: zuchwałe morza, obcowieżowe miasta, w zamknięciu trzymane naporem szerokich dali; skupionych gór samotność ekstatyczną i te w lękliwych
wątpieniach przebadane nieba, co zamykały się
dopiero jak czaszka nad mózgiem niemowlęcia.</akap>




<akap>Ale gdy wchodził ktoś do komnaty, przerażał
się --- i duch jego wolno zachodził mgłą. Pozwalał,
by go sprzed okna odprowadzano i zajmowano czymkolwiek. Nauczyli go zwyczaju ślęczenia godzinami
nad szeregiem rycin i on nie oponował, jeno korciło
go, że przewracając karty, nigdy nie można było
paru obrazków mieć przed oczyma i że wszystkie
one tkwiły mocno w foliałach<pe><slowo_obce>foliał</slowo_obce> (daw.) --- księga dużego formatu.</pe>, tak iż nie sposób było
przesuwać jeden pod drugim.</akap>




<akap>Raz przypomniał sobie ktoś talię kart zupełnie
zapomnianą --- i król do łask przyjął tego, który mu
ją przyniósł, tak mu do serca przypadły te tekturki,
barwne i pojedynczo ruchliwe, i pełne kształtu.
I podczas gdy gra w karty w modę weszła pośród
dworzan, król siedział w bibliotece i grał sam. Dokładnie tak jak on otwierał oto dwóch królów obok
siebie, tak Bóg onegdaj złożył razem jego z cesarzem Wacławem. Niekiedy umierała królowa, wtedy
kładł asa czerwiennego na nią, to było jak kamień
grobowy. Nie dziwił się, że w tej talii było kilku
papieży; urządził Rzym po drugiej stronie stołu,
a tu, pod jego prawicą, było Avignon<pe><slowo_obce>Avignon</slowo_obce> --- w latach 1378--1408 w Awinionie rezydowali antypapieże. </pe>. Rzym był
mu obojętny, nie wiedzieć czemu wyobrażał go
sobie okrągłym i już nie upierał się przy tym.
Ale Avignon znał. I ledwo to pomyślał, wspomnienie powtórzyło mu wysoki, hermetyczny pałac
i wysilało się nadmiernie. Zamknął oczy i musiał
odetchnąć głęboko. Bał się złych snów na najbliższą
noc.</akap>




<akap>Na ogół jednakże było to zajęcie naprawdę kojące,
a oni mieli rację, poddając mu je wciąż na nowo.
Takie godziny utwierdzały go w przekonaniu, że
jest królem, królem Karolem Szóstym. Nie znaczy
to, że się wyolbrzymiał; bardzo daleka była mu myśl,
że jest czymś więcej nad taki świstek, ale umacniała
się w nim pewność, że i on był określoną kartą, złą
może, wygrywaną w gniewie, taką, która zawsze
przegrywa, ale zawsze tą samą, ale nigdy inną.</akap>




<akap>A jednak, kiedy tak minął tydzień w jednostajnym
samopotwierdzaniu, ciasno się mu czyniło w sobie.
Skóra wyprężyła się mu na karku i wkoło czoła, jak
gdyby nagle poczuł zbyt wyraźny swój kontur.
Nikt nie wiedział, jakiej się wówczas pokusie poddawał, kiedy potem o misteria pytał i początku ich
doczekać się nie mógł. A gdy wreszcie zaczęły się,
mieszkał częściej na rue Saint-Denis niż w swoim
Hôtel Saint-Pol.</akap>




<akap>Było to fatum tych zobrazowanych poematów,
że bezustannie uzupełniały się i rozszerzały, i rosły
do dziesiątek tysięcy wierszy tak, iż wreszcie czas
w nich był czasem rzeczywistym, mniej więcej tak,
jakby ktoś globus zrobił o rozmiarach kuli ziemskiej.
Próżna wewnątrz estrada, pod którą było piekło,
a nad którą, dobudowane przy kolumnie, pozbawione
poręczy rusztowanie balkonu oznaczało poziom raju,
ta estrada przyczyniała się tylko do zmniejszenia
złudy. Albowiem stulecie to w istocie z nieba i piekła
uczyniło rzeczy ziemskie: żyło z sił, obu, iżby przetrwać siebie.</akap>




<akap>Były to dni onego awiniońskiego chrześcijaństwa,
które lat temu kilkadziesiąt zwarło się dokoła Jana
Dwudziestego Drugiego, z taką masą mimowolnej
pochrony, że na miejscu jego pontyfikatu, zaraz
po nim, powstał ogrom tego pałacu, zamknięty
i ciężki jak najostateczniejsze ciało ochronne dla
bezdomnej duszy wszystkich. On sam natomiast,
ten mały, lekki, duchowy starzec, mieszkał jeszcze
w otwartej przestrzeni. Natychmiast po zjawieniu
się, nie zwlekając, poczynał na wszystkie strony
działać szybko i skąpo, a misy trucizną zaprawne stały
na jego stole biesiadnym. Pierwszy puchar trzeba
było zawsze wylać, bo ów kawałek rogu jednorożca
miał zły kolor, kiedy go z pucharu wyciągał podczaszy. Bezradny, nie wiedząc, gdzie by je schować,
obnosił siedemdziesięcioletni ów starzec figurki woskowe, jakie z niego zrobiono, aby go w nich zniszczyć. I zadrasnął się nieraz o długie igły, którymi
one były przekłute. Można je było stopić, ale tyle
się już naprzerażał tymi tajemnymi symulakrami, że
wbrew swojej silnej woli wytwarzał nieraz myśl,
iż mógłby w ten sposób stać się sam sobie zabójczym
i zaniknąć jak wosk na ogniu. Uszczuplone jego ciało
tylko wyschło bardziej od zgrozy i utrwaliło się.</akap>




<akap>Ale teraz rzucono się na ciało jego państwa.
Z Granady podjudzeni zostali Żydzi do wytępienia wszystkich chrześcijan --- a tym razem kupili
sobie straszniejszych wykonawców. Nikt nie wątpił,
na skutek pierwszych już słuchów, że istnieje spisek
trędowatych; widzieli nawet już niektórzy, jak rzucali
w studnie wiązki straszliwej swej zgnilizny. Nie była
to łatwowierność, że podobną rzecz od razu uznano
za możliwą. Przeciwnie, wiara stała się tak ciężka,
że wysuwała się z ich drżących rąk i spadała aż na
dno studzien. I znowu starzec gorliwy musiał truciznę odganiać od krwi. W czasie swych napadów zabobonności przepisał sobie i otoczeniu Anioł Pański
przeciw demonom zmierzchu, i odtąd na całym
wzburzonym świecie co wieczór dzwoniono tę kojącą
modlitwę. Poza tym jednak wszystkie bulle<pe><slowo_obce>bulla</slowo_obce> --- urzędowy dokument papieski.</pe> i listy
wychodzące od niego bardziej były podobne do win
korzennych niźli do kleiku jęczmiennego. Cesarstwo nie poddało się jego kuracji, ale on nie przestawał zasypywać go dowodami jego choroby; i już
z najdalszego wschodu zwracano się do tego władczego lekarza.</akap>




<akap>Lecz nagle stało się coś nieprawdopodobnego.
W dzień Wszystkich Świętych kazanie miał dłuższe,
gorętsze niż zazwyczaj; w nagiej potrzebie, jakby
chcąc sam ją ujrzeć znowu, ukazał swoją wiarę.
Z osiemdziesięciopięcioletniego tabernaculum całą
siłą wydźwignął ją powolnie i na ambonie wystawił,
i wtedy wrzeszczeć nań poczęli. Cała Europa wrzeszczała: ta wiara była zła!</akap>




<akap>Zniknął wówczas papież. Przez wiele dni żadne
działanie odeń nie wychodziło, w sypialni leżał na
kolanach i badał tajemnicę działających, którzy
szkodę ponoszą na duszy. Pojawił się wreszcie, wyczerpany ciężką rekolekcją, i odwoływał. Odwoływał
raz po razie. Odwoływanie stało się starczą namiętnością jego ducha. Zdarzyć się mogło, iż w nocy
zbudzić kazał kardynałów, aby z nimi o swojej skrusze mówić. A to, co utrwalało jego siłę życiową ponad
miarę, może to była jeno nadzieja upokorzenia się
też jeszcze przed Napoleonem Orsini, który go
nienawidził i który przyjść nie chciał.</akap>




<akap>Papież Jakub de Cahors odwołał. I można by
mniemać, iż Bóg sam chciał wykazać jego błąd,
ponieważ tak niedługo potem wyrosnąć kazał onemu
synowi hrabiego de Ligny, co zdawał się tylko czekać na swą na ziemi pełnoletność, iżby w męskiej
dojrzałości wstąpić w duchowe zmysłowości nieba.
Żyło wielu takich, którzy pamiętali tego przejasnego
chłopca-kardynała --- i jak u wstępu swojej młodzieńczości biskupem został i w niespełna osiemnastym roku życia umarł w ekstazie swej doskonałości. Spotykano chodzących nieboszczyków: powietrze bowiem u jego grobu, w którym szczere
życie leżało wyzwolone, długo jeszcze działało na
trupy. Ale czy nie tkwiło coś rozpaczliwego nawet
w tej przeddojrzałej świętości? Czyż nie było to
krzywdą dla wszystkich, że czystą tkaninę tej duszy
zaledwie umoczono tylko w dostałej, szkarłatnej
kadzi czasu, by ją świetlisto ubarwić? Czy nie odczuto czegoś w rodzaju reakcji ciosu, kiedy ów młody
książę odskoczył od ziemi w namiętne swe wniebowstąpienie? Dlaczego ci, którzy świecą, nie pozostali między tymi, którzy mozolnie światło wloką?
Czy nie ta właśnie ciemność sprawiła, iż Jan Dwudziesty Drugi twierdził, że <wyroznienie>przed</wyroznienie> Sądem Ostatecznym nie ma pełnego zbawienia nigdzie, nawet
nie pośród zbawionych? I w samej rzeczy: ile upartej
zawziętości potrzeba było, aby wyobrazić sobie,
że kiedy tu wiła się tak gęsta gmatwanina, gdzieś
już oblicza leżały w blasku Boga, wstecz o anioły
oparte i ucieszone nieprzebranym Jego widokiem.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>I siedzę tu w zimną noc, i piszę, i wiem to wszystko. Wiem może dlatego, żem spotkał tego człowieka
wówczas, kiedym był mały. Bardzo był wysoki,
myślę nawet, że musiał zwracać uwagę swoim wzrostem.</akap>




<akap>Brzmi to nieprawdopodobnie, ale w jakiś sposób
zdołałem wydostać się sam z domu wieczorem.
Biegłem, skręciłem koło narożnika --- i w tej samej
chwili wpadłem na niego.</akap>




<akap>Nie rozumiem, jak to, co teraz się stało, mogło
się rozegrać w jakichś pięciu sekundach. Choćby
nie wiem jak zwarcie opowiedzieć, trwa to znacznie
dłużej.</akap>




<akap>Rozbiłem się o niego przy zderzeniu. Byłem mały,
uważałem już za nie byle co fakt, że nie płakałem,
a zresztą mimowolnie czekałem na słowa pociechy.
Ponieważ nie kwapił<pe><slowo_obce>kwapić się</slowo_obce> (daw.) --- spieszyć się.</pe> się, myślałem, że jest zaambarasowany; nie wpadł mu widocznie do głowy --- przypuszczałem --- odpowiedni żart, który mógł całą
rzecz rozwikłać. Już niemało zabawiła mnie myśl,
że mu w tym pomogę, ale na to trzeba było mu spojrzeć w twarz. Powiedziałem, że był wysoki. Otóż
nie pochylił się nade mną, co byłoby przecież naturalne, skutkiem czego znajdował się na wysokości,
na którą nie byłem przygotowany. Wciąż jeszcze
przede mną nie było nic poza wonią i dziwną twardością jego ubrania, którą czułem. Nagle --- jego
twarz. Jaka była? Nie wiem, nie chcę wiedzieć. To
była twarz wroga. A obok tej twarzy, tuż przy niej,
na wysokości okropnych oczu, stała, jak druga głowa, jego pięść. Zanim czas miałem usunąć twarz
w dół, biegłem już. Wyminąłem go z lewej strony
i pędziłem prościuteńko w dół pustej, strasznej
uliczki, uliczki obcego miasta, miasta, w którym nie
przebacza się nic.</akap>




<akap><begin id="b1371067433357-2493343466"/><motyw id="m1371067433357-2493343466">Nienawiść</motyw>Wówczas przeżyłem, co teraz pojmuję: ten ciężki,
masywny, zrozpaczony czas. Czas, w którym pocałunek dwóch, którzy się godzą, był tylko znakiem
dla morderców stojących wkoło. Z jednego pucharu
pili, na oczach wszystkich dosiadali jednego konia,
a rozpowiadano, iż nocą spać będą w jednym łożu;
a przy wszystkich tych zetknięciach odraza ich wzajemna rosła tak natarczywa, że ilekroć jeden widział
tętniące żyły drugiego, wstręt chorobliwy stawał
w nim dęba, jakby na widok ropuchy.<end id="e1371067433357-2493343466"/> Czas, w którym brat brata napadał i więził o jego większy
dział dziedzictwa. Wprawdzie król wstawiał się za
pokrzywdzonym i osiągał dlań własność i swobodę.
Innymi dalekimi losami zajęty, brat starszy oddał
mu spokój i w listach żałował krzywdy. Ale brat
uwolniony po tym wszystkim już nie odnalazł uspokojenia. Stulecie ukazuje go w szacie pątniczej,
jak od kościoła ciągnie do kościoła coraz to dziwaczniejsze wynajdując ślubowania. Amuletami obwieszony, mnichom w Saint-Denis podszeptuje swoje
obawy, a w ich regestrach długo zapisana była
woskowa świeca stufuntowa, którą za dość dobrą
uznał, by ją ofiarować świętemu Ludwikowi. Do
własnego swego życia nie doszedł: aż do śmierci
czuł nad swoim sercem złość i zawiść brata w wykrzywionej konstelacji. A ów hrabia de Foix, Gaston
Phoebus, co był w podziwie u wszystkich, czy nie
zabił on otwarcie kuzyna swego Ernault, kapitana
angielskiego króla w Lourdes? A czym był ten wyraźny mord wobec tego straszliwego trafu, że nie
odłożył pilnika od paznokci, kiedy słynną z piękności ręką, z drgającym wyrzutem, musnął gołą
szyję swego leżącego syna? Komnata była ciemna,
trzeba było świecić, aby zobaczyć krew, przybyłą
z takich dali i oto na zawsze opuszczającą wyśmienity ród, gdy potajemnie uchodziła z nikłej rany wyczerpanego pacholęcia.</akap>




<akap>Kto umiał silnym być i od mordu się powstrzymać? Kto nie wiedział w one czasy, że ostateczność
była nieunikniona? Tu i ówdzie kogoś, którego
wzrok za dnia spotkał się z próbującym wzrokiem
mordercy, nachodziło osobliwe przeczucie. Cofał
się w siebie, zamykał się, pisał ostatnią wolę i wymagał na koniec noszów z plecionej wikliny, kuty
celestyńskiej i popiołu pokutnego. Obcy minstrele<pe><slowo_obce>minstrel</slowo_obce> --- śrdw. wędrowny śpiewak i poeta.</pe>
zjawiali się przed jego zamkiem i obdarowywał
ich po królewsku za ich głos, zgodny z jego mglistymi przeczuciami. W podnoszeniu oczu u psów
była wątpliwość, traciły pewność w swoich usługach.
Z dewizy, która miała znaczenie przez całe życie,
cicho wystąpił nowy, otwarty sens uboczny. Niejedno
długie nawyknienie wydało się człowiekowi przestarzałe, ale nic jakoby nie powstawało już na jego
miejscu. Gdy zjawiały się pomysły, obchodzono się
z nimi w wielkim stylu, nie wierząc w nie naprawdę;
pewne natomiast wspomnienia sięgały po jakąś niespodziewaną ostateczność. Wieczorem, przy kominku, mniemano się im oddawać. Ale noc na dworze,
której nie znało się już, nagle stawała się bardzo silna
w słuchu. Ucho, doświadczone w tylu wolnych albo
niebezpiecznych nocach, odróżniało poszczególne
cząstki ciszy. A jednak było to inne tym razem. Nie
noc pomiędzy wczoraj a dzisiaj: jedna noc. Noc.
<slowo_obce>Beau Sire Dieu<pe><slowo_obce>Beau Sire Dieu</slowo_obce> (fr.) --- dobry (dosł.: piękny) Pan Bóg.</pe></slowo_obce>, a potem: zmartwychwstanie. Do
takich godzin ledwo sięgały przechwałki o tej czy
owej kochance: kochanki wszystkie przeinaczone
były w piosnkach dnia i służebnych wierszach trubadurów; stały się niepojęte pod długimi, powłóczystymi, paradnymi imionami. Wspomnienie ich co
najwyżej w ciemności zjawić się mogło w pełnym,
kobiecym wzniesieniu oczu nieprawego syna.</akap>




<akap>A potem, przed późną wieczerzą, to zamyślenie
nad rękami w srebrnej miednicy. Własnymi rękami.
Czy można było związek jakiś wnieść w to, co było
ich? Jakieś następstwo, dalszy ciąg jakiś chwytania
i puszczania? Nie. Wszyscy próbowali za i przeciw,
jedno i drugie. Wszyscy wyrównywali się, akcji
nie było żadnej.</akap>




<akap>Akcja była tylko u braci misjonarzy. Król, który
widział, jak się zachowywali, sam wynalazł dla nich
glejt<pe><slowo_obce>glejt</slowo_obce> --- dosł.: wydany przez władze dokument, zapewniający bezpieczeństwo osobiste przy przejeździe przez dany teren.</pe>. Nazywał ich swoimi miłymi braćmi; nigdy tak
nikt mu nie przypadł do serca. Pozwolił wyraźnie,
aby w całym swym znaczeniu chodzili pośród śmiertelnych; król bowiem niczego bardziej nie pragnął
nad jedno: aby zarazili wielu i porwali w moc swojej
akcji, w której ład był. A on sam pragnął uczyć się
od nich. Czyli<pe><slowo_obce>czyli</slowo_obce> --- czy z partykułą pytajną -li.</pe> nie nosił na sobie, zupełnie jak oni,
znaków i sukien o tym samym znaczeniu? Przyglądając im się, mógł myśleć, że tego można się nauczyć:
przychodzenia, odchodzenia, wypowiadania i odginania się, tak iż nie było wątpliwości. Niezmierzone nadzieje zasnuwały mu serce. W tej niespokojnie oświetlonej, osobliwie niepewnej sali szpitala
Świętej Trójcy siedział codziennie na najprzedniejszym miejscu i wstawał wzburzony, i trzymał się
w ryzach jak uczeń.</akap>




<akap>Inni płakali; on wszakże był w sobie pełen lśniących łez i tylko ściskał zimne dłonie z całych sił,
aby to znieść. Niekiedy w chwili ostatecznej, kiedy
aktor, co już rolę skończył, usuwał się nagle z kręgu
jego wielkiego wzroku, podnosił twarz, by zadrżeć;
od jakże to dawna On już tam był: <slowo_obce>Monseigneur</slowo_obce>
Święty Michał, tam wysoko, wysunięty na krawędź
rusztowania, w lustrzanej, srebrnej zbroi...?</akap>




<akap>W chwilach takich prostował się. Rozglądał się
wkoło, jak przed decyzją. Bardzo bliski był zrozumienia odpowiednika do tej tu akcji: tamtej, wielkiej,
smętnej, świeckiej Pasji, w której on sam grał.</akap>




<akap>Lecz nagle był koniec. Wszyscy jęli<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> poruszać się
bez sensu. Otwarte pochodnie sunęły ku niemu,
a w górę, w sklepienie, ciskały się bezkształtne cienie. Ludzie, których nie znał, ciągnęli go. Chciał
grać: ale z ust nie dobywało się nic, ruchy jego nie
dawały żadnego gestu. Tak dziwnie tłoczyli się wkoło
niego, myśl mu przyszła, że ma dźwigać krzyż.
I chciał czekać, aż go przyniosą. Lecz oni byli mocniejsi i wypchnęli go powoli.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><begin id="b1371067813229-3131068834"/><motyw id="m1371067813229-3131068834">Aktor</motyw>Na zewnątrz zmieniło się wiele. Nie wiem, jak.
Ale wewnątrz i przed Tobą, Boże, wewnątrz przed
Tobą, Widzu: czy nie bez akcji jesteśmy? Odkrywamy wprawdzie, że nie znamy roli, szukamy zwierciadła, chcielibyśmy szminkę zetrzeć i to obce zdjąć,
i być rzeczywistymi. Ale gdzieś jeszcze przylega
do nas jakiś kawałek przebrania, o którym zapominamy. Jakiś cień przesady zostaje w naszych brwiach,
nie spostrzegamy, że kąciki ust mamy wykrzywione.
I tak się obnosimy, my, pośmiewisko, i my, połowa:
ni będący, ni aktorzy.<end id="e1371067813229-3131068834"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Było to w teatrze w Orange. Nie bardzo patrząc
przed siebie, tylko w świadomości szorstkiego łomu,
tworzącego teraz jego fasadę, wszedłem przez małe
oszklone drzwi dozorcy. Znalazłem się pośród leżących ciał kolumn, gdzie rosły alteje<pe><slowo_obce>alteja</slowo_obce> --- malwa.</pe>, które mi wszakże tylko na chwilę przesłoniły otwartą muszlę pochyłej widowni, leżącą tak, podzieloną cieniami
popołudnia, jak olbrzymi wklęsły zegar słoneczny.
Pośpiesznie szedłem prosto na nią. Czułem, idąc pod
górę między rzędami krzeseł, jak malałem w tym
otoczeniu. W górze, nieco wyżej, stało źle rozstawionych paru przybyszów w bezczynnej ciekawości.
Ubrania ich były nieprzyjemnie wyraźne, ale ich
skala nie miała najmniejszego znaczenia. Przez chwilę
mierzyli mnie okiem, zdziwieni moją małością.
To sprawiło, że obejrzałem się za siebie.</akap>




<akap>O, byłem najzupełniej nie przygotowany. Grano.
Bezmierny, nadludzki dramat był w toku, dramat
tej potężnej ściany scenicznej, której pionowy rozkład występował trzykrotnie, grzmiący wielkością,
niszczycielski niemal, i nagle miary pełen w nadmiarze.</akap>




<akap>Zapomniałem się w szczęsnym osłupieniu. To,
co tam wyrastało wysoko z podobnym do twarzy
układem swych cieni, z nagromadzoną ciemnią ust
pośrodku, odgraniczone w górze wieńczącym gzymsem równych ozdobnych kędziorów --- to była ta
mocna, przemieniająca wszystko maska antyczna,
za którą świat błyskawicznie skupiał się w oblicze.</akap>




<akap>Tu, w tym wielkim, wgiętym kręgu krzeseł panował czekający, pusty, ssący byt: wszystko, co się
<wyroznienie>działo</wyroznienie>, było <wyroznienie>tam</wyroznienie>: bogi i przeznaczenie. I stamtąd (jeżeli się spojrzało wysoko) szedł lekko, poprzez
oścień muru: wiekuisty wjazd Niebios.</akap>




<akap>Ta oto godzina, pojmuję teraz, na zawsze odgrodziła mnie od naszych teatrów. Co mnie do nich?
Co mnie do takiej sceny, gdzie tę ścianę (ikonostas<pe><slowo_obce>ikonostas</slowo_obce> --- element wystroju cerkwi prawosławnych: przegroda oddzielająca ołtarz od świątyni, ozdobiona dekoracyjnymi drzwiami oraz kilkoma rzędami ikon.</pe>
rosyjskich cerkwi) zniesiono, ponieważ nie ma się
już dość siły, by poprzez jej twardość przecisnąć
akcję, lotną akcję, występującą w pełnych, ciężkich
kroplach oliwy. I oto ochłapy spadają w okruchach
przez dziurawe, grube sito scen, i piętrzą się kupami,
a potem wymiata się je, gdy jest ich dość.</akap>




<akap>To jest ta sama niedogotowana rzeczywistość,
która po ulicach leży i po domach, tylko że tam więcej
jej się gromadzi, niż mieści się w jednym wieczorze.</akap>




<akap>(Bądźmyż otwarci: nie mamy teatru, tak samo,
jak nie mamy Boga: na to potrzeba wspólności.
Każdy ma swoje szczególne pomysły i obawy,
a drugiemu tyle z nich pokazuje, na ile mu pozwala
własna potrzeba i wygoda. Bezustannie rozcieńczamy własne rozumienie, aby go tylko starczyło ---
miast krzyczeć o tę ścianę wspólnej rozpaczy, poza
którą Niepojętność ma czas nagromadzić się w ostatecznym napięciu.<pe><slowo_obce>Bądźmyż otwarci: nie mamy teatru itd.</slowo_obce> --- w rękopisie zapisane na marginesie.</pe>)</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Gdybyśmy teatr mieli, czy stałabyś wówczas, ty,
Tragiczna, zawsze tak wiotka, obnażona, tak bardzo
tylko ty, tak bez pozoru formy, przed tymi, co na
twym wystawionym bólu sycą uciechę swej ciekawości pośpiesznej? Tyś przewidziała, ty, nieopisanie
Wzruszająca, realność własnej męki, w Weronie
wonczas, kiedy, prawie dzieckiem jeszcze, teatralnie grając, same róże trzymałaś przed sobą, niby
front maski, co miała ukryć cię wzmożona.</akap>




<akap>Prawda, dzieckiem aktorskim byłaś, a kiedy twoi
grali, to chcieli być widziani; ale tyś wyrodziła się.
Dla ciebie ów zawód miał się stać tym, czym dla Marianny Alcoforado, bez jej wiedzy, był jej stan mniszy:
przebraniem gęstym i dość trwałym, by za nim być
otwarcie nędzną, z tą samą usilnością, z jaką szczęsnymi są niewidzialni szczęśliwi.</akap>




<akap>W miastach wszystkich, gdzie się zjawiałaś, opisywali twój gest; ale nie pojmowali, kiedy z dnia na
dzień bardziej beznadziejna, wciąż na nowo utwór
jakiś przed sobą unosiłaś, czyli<pe><slowo_obce>czyli</slowo_obce> --- czy z partykułą pytajną -li.</pe> cię ukryje. Włosem
swoim, rękoma, jakąkolwiek zwartą rzeczą przesłaniałaś miejsca przeświecające. Chuchałaś na te,
które były przejrzyste, czyniłaś się małą, chowałaś
się, jak się chowają dzieci, i potem miałaś ono krótkie
uszczęśliwione zawołanie, a chyba anioł miałby prawo cię szukać. Ale potem, skoroś ostrożnie podnosiła
oczy, nie było wątpliwości, że widzieli ciebie przez
cały czas, wszyscy w tej brzydkiej, pusto sklepionej
oczastej widowni: ciebie, ciebie, ciebie i nic innego.</akap>




<akap>I opadło cię wyciągnąć ku nim ramię w skróceniu,
z obronnym gestem palców od urocznego spojrzenia.
Opadło cię wyrwać im twoją twarz, którą pochłaniali. Opadło cię być samą tobą. Twoich współgrających odeszła odwaga; jak gdyby ich zamknięto
razem z panterzycą, czołgali się wzdłuż kulis i mówili, co wypadało, tylko po to, aby ciebie nie drażnić.
Ty wszakże wyciągałaś ich na środek, stawiałaś ich
i obchodziłaś się z nimi jak z rzeczywistymi. Płócienne drzwi, udane zasłony, przedmioty bez tylnej
strony --- wszystko to pchało cię do protestu. Czułaś,
jak serce twoje niepowstrzymanie wzmagało się aż
do bezmiernej rzeczywistości, i przestraszona próbowałaś raz jeszcze zdjąć z siebie spojrzenia, jak
długie nitki babiego lata.</akap>




<akap>Ale oto już zerwali się w burzę oklasków zatrwożeni tym, co byłoby ostateczne: jakby w ostatniej
chwili chcąc odwrócić od siebie coś, co by ich zmusiło do przemiany własnego życia.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap><begin id="b1371068524204-1136604661"/><motyw id="m1371068524204-1136604661">Miłość</motyw>Źle żyją i w niebezpieczeństwie ci, którzy są miłowani. Ach, gdybyż siebie przetrwali, a stali się
miłującymi! Wkoło miłujących jest sama bezpieczność. Nikt ich już nie podejrzewa, a oni sami są
niezdolni zdradzić się. W nich tajemnica zgoiła
się, krzyczą ją z piersi całą, jak słowiki, ona części
nie ma. Żalą się za jednym; lecz cała natura wtóruje im: to jest żal za Wiecznym. Rzucają się za
straconym, ale już po pierwszych krokach mijają
go, a przed nimi już tylko jest Bóg. Legenda ich
jest jak legenda Biblis, która Kaunosa ściga aż hen
do Likii. Napór serca gnał ją poprzez kraje za jego
śladami, aż wreszcie stanęła u kresu sił. Ale tak wielki był jej istoty rozruch, że padając, po drugiej
stronie śmierci pojawiła się krynicą, bieżącą, bieżącą krynicą.<end id="e1371068524204-1136604661"/></akap>




<akap>Cóż to innego stało się owej Portugalce; jakże
się wewnątrz stała krynicą? A cóż tobie, Heloizo?
Cóż wam, miłujące, których skargi przyszły na nas:
Gasparo Stampa<pe><slowo_obce>Stampa, Gaspara</slowo_obce> (1523--1554) --- poetka włoska.</pe>, contesso de Die i Klaro d'Anduze, Luizo Labé<pe><slowo_obce>Labé, Louise</slowo_obce> (ok. 1520--1566) --- francuska poetka renesansowa.</pe>, Marcelino Desbordes<pe><slowo_obce>Desbordes-Valmore, Marceline</slowo_obce> (1786--1859) --- francuska poetka, aktorka i śpiewaczka operowa.</pe>, Elizo Mercoeur<pe><slowo_obce>Mercoeur, Elise</slowo_obce>  (1809--1835) --- poetka francuska.</pe>? Lecz ty, biedna, zwiewna Aisse, ty już zawahałaś się i uległaś. Zmęczona Julio Lespinasse<pe><slowo_obce>Lespinasse, Jeanne Julie Éléonore de </slowo_obce> (1732--1776) --- aktorka francuska.</pe>.
Beznadziejna legendo parku szczęśliwego: Marie-Anne de Clermont.</akap>




<akap>Kiedyś, przed czasy, wiem to jeszcze dokładnie,
znalazłem w domu ozdobne puzderko<pe><slowo_obce>puzderko</slowo_obce> --- skrzynka zaopatrzona w szufladki.</pe>, było wielkie na dwie dłonie, w kształcie wachlarza z wtłoczonym obrzeżem z kwiatków na ciemnozielonym
safianie<pe><slowo_obce>safian</slowo_obce> --- barwiona kozia skóra.</pe>. Otwarłem je: puste było. To mogę powiedzieć teraz po tak długim czasie. Ale wówczas,
kiedym je otworzył, widziałem tylko, z czego ta
pustość była: z aksamitu, z małego wzgórka jasnego, już nieświeżego aksamitu; z wklęsłości klejnocianej, co jaśniejsza o jedną krztę rzewności rozpływała się w aksamicie. Przez chwilę można to
było znieść. Ale przed tymi, którzy w tyle pozostają,
miłowani --- może tak jest zawsze.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Odwróćcie wstecz karty waszych pamiętników.
Czy nie był tam zawsze koło wiosen taki czas, kiedy
wybuchający rok tyczył się was jak wyrzut? Ochota
ku wesołości była w was, a jednak, kiedyście wychodziły w szeroką przestrzeń, tam, na dworze, powstawało w powietrzu zdziwione zastanowienie --- i traciłyście pewność, idąc dalej --- jak na okręcie. Ogród
rozpoczynał. Wy jednakże (właśnie, właśnie), wy
zimę wnosiłyście i miniony rok; dla was w najlepszym razie był to dalszy ciąg. Podczas kiedy czekałyście na to, aby dusza wasza przyjęła udział, uczuwałyście nagle ciężar członków, a coś jak możliwość choroby wciskało się w otwarte wasze przeczucie. Spychałyście winę na zbyt lekką sukienkę;
szalem otulając ramiona, biegłyście aż na koniec
alei pod szeroką rotundę, potem stałyście, z bijącym sercem, zdecydowane zgodnie żyć z tym wszystkim. Ale ptak dźwięczał i był sam, i zapierał się
was. Ach, czy trzeba wam było umarłymi być?</akap>




<akap>Może. Może nowe jest to, że my to wytrzymujemy: rok i miłość. Kwiaty i owoce dojrzałe są, gdy
padają; zwierzęta czują się i odnajdują ku sobie,
i zadowolone są. A my, którzyśmy sobie Boga przedsięwzięli, my nie możemy wydążyć. Odwlekamy
naszą naturę, nam czasu jeszcze potrzeba. Czym
dla nas jest rok? Czym są wszyscy? Jeszcze zanim
zaczęliśmy Boga, już się doń modlimy: daj nam
przetrwać noc. A potem chorowanie. A potem miłość.</akap>




<akap>Że też Clemence de Bourges<pe><slowo_obce>Bourges, Clémence de</slowo_obce> (ok. 1530--ok. 1560) --- postać z lyońskiego środowiska literackiego.</pe> musiała umrzeć
w swoim wzniesieniu. Ona, która nie miała równych;
ona, wśród instrumentów, na których grać umiała
jak nikt, instrument najpiękniejszy, sam grany niezapomnianie w jej głosu najniklejszym dźwięku.
Dziewczęcość jej była na wyżynie takiego zdecydowania, że inna niewiasta w wezbranym nurcie
miłowania mogła temu sercu wschodzącemu przypisać oną książeczkę sonetów, gdzie każden wiersz
był nieuśmierzony. Nie bała się Luiza Labé przestraszyć tego dziecka długą męką miłości. Ukazała
jej nocne urastanie tęsknoty; przyrzekła jej ból,
jakby szerszą przestrzeń świata, i przeczuwała,
że z doświadczonym swoim bólem pozostała w tyle
za tamtym, mrocznie oczekiwanym, którym piękna
była ta młodzianka.</akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>O wy, dziewczęta w mej ojczyźnie! Niechajby
najpiękniejsza z was w letnie popołudnie w przyciemnionej bibliotece znalazła sobie oną książeczkę małą, w roku 1556 wydrukowaną przez Jana des
Tournes. Niechby chłodzący, gładki tomik wzięła
z sobą na dwór, do rozbrzęczonego sadu albo do
krzewu floksu, kędy na dnie przesłodzonego zapachu leży osad prawie że słodyczy. Niechby znalazła
ją wcześniej. W dniach, kiedy oczy jej dbać o siebie
zaczynają, podczas gdy młodsze od nich usta zdolne są jeszcze z jabłka odgryzać kęsy o wiele za duże
i pełne być umieją.</akap>




<akap>A skoro potem przychodzi czas bardziej rozbujałych przyjaźni, niechby, dziewczęta, tajemnicą waszą było na siebie Dika wołać wzajemnie
i Anaktoria, Gyrinno i Atthis. Niechby ktoś, sąsiad może, człowiek starszy, co podróżował w młodości, a dawno uchodzi za dziwaka, niechby on
zdradził wam te imiona. Niechby was czasem zapraszał do siebie na słynne swoje brzoskwinie albo
dla Ridingerowskich sztychów<pe><slowo_obce>sztych</slowo_obce> --- staloryt, technika graficzna posługująca się metalową płytą, zatrzymującą tusz w wyżłobionych w niej rowkach.</pe> ekwitacyjnych<pe><slowo_obce>ekwitacyjny</slowo_obce> --- tu: przedstawiający jazdę konną.</pe> na
górze w białym korytarzu, o których się tyle mówi,
że właściwie powinno się je było widzieć.</akap>




<akap>Może namówicie go na opowiadanie. Może jest
pośród was ta, która zdoła go uprosić, aby powyciągał stare pamiętniki podróżnicze --- kto wie?
Ta sama, która pewnego dnia będzie umiała wyciągnąć zeń wyznanie, że przechowały się poszczególne
fragmenty wierszy Safo, i która nie spocznie, aż
dowie się czegoś, co prawie jest tajemnicą: iż odosobniony ów człowiek lubił ongi wolny swój czas
zwracać ku przekładem tych fragmentów. On przyznać musi, że dawno już o tym nie myślał, a to, co
istnieje (zapewnia), to nic nie warte. Ale i jednak
rad<pe><slowo_obce>rad</slowo_obce> (daw.) --- zadowolony.</pe> jest wobec tych niewinnie prostych przyjaciółek, skoro bardzo nalegają, aby powiedział jedną
zwrotkę. Odnajduje nawet grecki tekst w pamięci,
recytuje go, ponieważ zdaniem jego przekład nie
daje nic, i aby tej młodzieży pokazać piękny, prawdziwy łom masywnej kosztowności języka, co naginany był w tak silnych płomieniach.</akap>




<akap>Przy tym wszystkim zagrzewa się znów do swojej pracy. Nadchodzą dla niego piękne, nieledwie
młodzieńcze wieczory, jesienne na przykład, mające przed sobą bardzo wiele cichej nocy.</akap>




<akap>Wówczas w pracowni jego długo jest światło.
A on nie jest stale pochylony nad kartami, on często wstecz się opiera, oczy zamyka nad powtórnie
przeczytaną strofą, a jej sens rozpływa się w jego
krwi. Nigdy starożytności nie był tak pewien. Prawie uśmiechać chciałby się nad tymi pokoleniami,
które tę starożytność opłakiwały, jak widowisko
utracone, w którym chętnie byliby występowali.</akap>




<akap>Teraz pojmuje on w jednej chwili dynamiczne
znaczenie onej wczesnej jedności świata, która była czymś jakby równoczesnym podjęciem na nowo
wszelakiej ludzkiej pracy. Nie bałamuci go ta okoliczność, że konsekwentna ta kultura ze swymi
całokształtnymi niejako uzewnętrznieniami dla wielu późniejszych spojrzeń zdawała się tworzyć całość i coś w całości minionego. Wprawdzie dostosowała się tam istotnie życia niebiańska połowa do
półkulistej misy istnienia, jak dwie pełne hemisfery<pe><slowo_obce>hemisfera</slowo_obce> --- półkula.</pe> łączą się w jedną świętą, złotą kulę. Lecz zaledwie to się stało, zamknięte w niej duchy to całkowite urzeczywistnienie czuły już tylko jako przypowieść, jako symbol; masywna konstelacja straciła
ciężar i uniosła się w przestrzeń, a w złotej jej okrągłości odzwierciedliła się kryjomie smutność tego,
co jeszcze pokonalne nie było.</akap>




<akap>Kiedy to myśli ów samotnik w swoją noc, myśli
to i pojmuje --- zauważa pod oknem talerz z owocami. Mimowolnie chwyta jabłko i kładzie je przed
sobą na stole. O, jak to moje życie otacza ten owoc ---
myśli. Dokoła wszystkiego gotowego urasta nieuczynione i wzmaga się.</akap>




<akap>I oto, na tym nieuczynionym, wyrasta mu, prawie za prędko, ta mała, hen w nieskończoność rozpięta postać, którą (według świadectwa Galjenosa)
wszyscy mieli na myśli, kiedy mówili: poetka. Bo
jak za czynami Heraklesa żądnie wstawały: rozbiór
i przebudowa świata --- tak z spiżarni bytu do czynów jej serca tłoczyły się, w krzyku, aby przeżywane
były szczęścia i rozkosze, których starczyć musi
na wszystkie czasy.</akap>




<akap>On nagle zna to śmiałe serce, gotowe zdziałać
całą miłość aż do kresu. Nie dziwi się, że je zapoznano. Że w tej, na wskroś <wyroznienie>przyszłej</wyroznienie> Miłującej,
widziano tylko nadmiar, a nie nową miarę miłości
i bólu serdecznego. Że napis na frontonie jej istnienia wykładano tak właśnie, jak wonczas nakazywało
prawdopodobieństwo, że wreszcie przypisano jej
śmierć tych, których kolejno podnieca Bóg, iżby
wprost z siebie kochali w świat, bez wzajemności.
Może nawet wśród przyjaciółek przez nią stworzonych były takie, które nie pojmowały tej jednej
rzeczy: że na szczycie swego działania nie tęskniła
za kimś, kto jej uścisk pozostawił otwartym, ale za
tym już Niemożliwym, co by dorósł do jej miłości.</akap>




<akap>Tu wstaje ow zamyślony i podchodzi do okna,
wysoki pokój zbyt mu jest bliski, on chciałby gwiazdy widzieć, jeśli to możliwe. Nie łudzi się co do siebie samego. Wie, że to poruszenie przepełnia go
dlatego, ponieważ wśród młodych dziewcząt z sąsiedztwa jest ta jedna, która go obchodzi. Życzenia
ma (nie dla siebie, nie, lecz dla niej); za nią, w jakąś nocną godzinę, która przemija, rozumie on
pretensję do miłości. Przyrzeka sobie, że nic jej o tym
nie powie. Szczytem już wydaje się jemu, żeby mógł
być sam i czujny, i w jej imię mógł myśleć, jak bardzo słuszność była po stronie tamtej miłującej ---
skoro wiedziała, że mówiąc o <wyroznienie>połączeniu</wyroznienie> nie
można nic innego mieć na myśli, jak <wyroznienie>pomnożenie samotności</wyroznienie>, skoro doczesną dążność
płci przełamała tej płci celem nieskończonym. Skoro w mrokach uścisków nie dokopywała się uciszenia, lecz tęsknoty. Skoro gardziła tym, aby wśród dwojga jedno było miłujące, a drugie miłowane,
a słabych kochających, których niosła sobie na łoże, sobą rozżarzała na miłujących, którzy ją opuszczali. W takich wyżynnych pożegnaniach serce
jej uczyniło się naturą. Ponad losem minionym ulubienicom swoim śpiewała pieśń oblubieńczą; wywyższała im gody; wyolbrzymiała im bliskiego małżonka, iżby się w sobie zebrały dla niego, jak dla
jakiego boga, i przetrwały nawet i <wyroznienie>jego</wyroznienie> wspaniałość.</akap>




<akap>Raz jeszcze, Abelone, w ostatnich latach czułem ciebie i pojąłem, niespodziewanie, po długim
o tobie niemyśleniu.</akap>




<akap>W Wenecji to było, jesienią, w jednym z onych
salonów, gdzie obcy gromadzą się przelotnie dokoła pani domu, obcej jak i oni. Ludzie ci stoją
tu i tam z filiżanką herbaty i są zachwyceni, ilekroć
uświadomiony sąsiad szybko a chyłkiem obraca
ich ku drzwiom, rzucając szeptem nazwisko brzmiące po wenecku. Przygotowani są na najskrajniejsze
nazwiska, nic ich zaskoczyć nie może. Chociażby
zresztą bowiem najoszczędniejsi byli w przeżywaniu, w tym mieście oddają się nonszalancko najbardziej przesadnym możliwościom. W normalnym
swoim bycie ustawicznie mylą niezwykłość z tym,
co zabronione, skutkiem czego wyczekiwanie cudowności, na co sobie teraz pozwalają, wyłazi
im na twarze w tępym, rozwiązłym wyrazie. Z tym,
co zdarza im się w domu tylko chwilami, podczas
koncertów, albo gdy są sam na sam z powieścią ---
tu w tych schlebiających warunkach obnoszą się
publicznie jako z legalnym stanem. Nie przygotowani zgoła, nie przeczuwający żadnego niebezpieczeństwa, zabójczymi prawie wynurzeniami muzyki pozwalają się podniecać, jakby cielesnymi niedyskrecjami; <begin id="b1371072146956-2133004634"/><motyw id="m1371072146956-2133004634">Małżeństwo</motyw>tak samo, nie opanowując absolutnie istnienia Wenecji, poddają się niemocy gondol, która
się opłaca. Stadła małżeńskie, nienowe już, które
w całej podróży miały dla siebie tylko nienawistne
repliki, zapadają w milkliwą zgodność. Na męża
przychodzi miłe zmęczenie własnych ideałów, podczas gdy pani czuje się młodą i ociężałym tubylcom
kiwa głową zachęcająco, z uśmiechem, jakby zęby
miała z cukru rozpuszczającego się nieustannie.
A jeśli się przysłuchać, to wykazuje się, że wyjeżdżają jutro albo pojutrze, albo w końcu tygodnia.<end id="e1371072146956-2133004634"/></akap>




<akap>I stałem tak między nimi, i rad byłem, że nie
wyjeżdżam. Wkrótce zimno będzie. Miękka ta,
opiatyczna Wenecja ich przesądów i potrzeb znika
razem z tymi sennymi cudzoziemcami --- i pewnego
ranka zjawia się ta inna, rzeczywista, czujna, nieprzystępna a krucha aż do pęknięcia, wcale nie wymarzona: ta pośrodku nicości na zatopionych lasach zachciana, wymuszona i wreszcie tak na wskroś
istniejąca Wenecja. Zahartowany, do najściślejszej
niezbędności ograniczony kadłub, któremu czujny
po nocach Arsenał krew swojej pracy w żyły gnał ---
i kadłub ten przenikający, ustawicznie rosnący duch,
mocniejszy nad woń aromatycznych krain. Sugestywne państwo, sól i szkło swego ubóstwa wymieniające na skarby narodów. Piękna przeciwnego
świata, która aż do swoich drobiazgów zdobniczych,
pełna stoi uczajonych energii, co się rozgałęziały
w coraz delikatniejszych nerwach --- ta Wenecja.</akap>




<akap>Świadomość, że ja ją znałem, pośrodku wszystkich tych mylących się ludzi, opadła mnie z tak wielkim sprzeciwem, że podniosłem oczy, aby się udzielić w jakiś sposób. Czyż można było przypuścić,
aby w tych salach nie było ani jednego człowieka,
bezwiednie czekającego, aby mu wyjaśniono istotę tego otoczenia? Młodzieńca, który by pojął natychmiast, że tu nie odsłania się rozkosz, lecz przykład woli, jaki trudno by znaleźć w stopniu bardziej
wymagającym i surowym?</akap>




<akap>Zacząłem przechadzać się, moja prawda niepokoiła mnie. Schwyciwszy mnie tu wśród ludzi
tylu, przyniosła zarazem chęć, aby ją wypowiedzieć,
obronić, aby jej dowieść. Powstało we mnie groteskowe wyobrażenie, jak to za chwilę w ręce zacznę klaskać z nienawiści do tego rozgadanego przez
wszystkich nieporozumienia.</akap>




<akap>W śmiesznym tym nastroju zauważyłem ją. Stała sama przed błyszczącym oknem i patrzała na mnie;
nie oczami właściwie, które były poważne i zamyślone, ale wprost ustami, ironicznie naśladującymi
najoczywiściej zły wyraz mojej twarzy. Poczułem
natychmiast niecierpliwe napięcie moich rysów
i przybrałem twarz spokojną, na co usta jej naturalne
się zrobiły i wyniosłe. Potem, po krótkim namyśle,
uśmiechnęliśmy się do siebie jednocześnie.</akap>




<akap>Przypominała, jeśli o to chodzi, pewien portret
dzięwczęcy pięknej Benedykty Qualen, która pewną
rolę odegrała w życiu Baggesena. Nie można było
patrzeć na ciemny spokój jej oczu bez przeczuwania
przejrzystej ciemni jej głosu. Zresztą uplot jej włosów i wycięcie jasnej sukni przy szyi tak były kopenhaskie, że zdecydowany byłem zagadnąć ją po duńsku.</akap>




<akap>Nie byłem jednakże jeszcze dość blisko, kiedy
od drugiej strony podsunął się prąd ku niej. Sama
nasza, gośćmi uszczęśliwiona hrabina, w ciepłym,
zachwyconym roztargnieniu, rzuciła się na nią
z mnóstwem pomocników, aby ją doraźnie odprowadzić do śpiewu.</akap>




<akap>Pewien byłem, że dziewczyna wytłumaczy się
zapewnieniem, iż nikt w towarzystwie nie może
zainteresować się śpiewem po duńsku. I uczyniła
to zaraz po dojściu do głosu. Natłok wokoło świetlanej postaci zrobił się bardziej gorliwy. Ktoś wiedział,
że ona śpiewa także po niemiecku.</akap>




<akap_dialog>--- I po włosku! --- uzupełnił roześmiany głos
z przekonaniem złośliwym.</akap_dialog>




<akap>Nie znajdywałem wymówki, której mógłbym jej
życzyć, ale nie wątpiłem, że oprze się.</akap>




<akap>Już oschła uraza rozlewała się po twarzach rozprzężonych długim uśmiechaniem się, już dobra
hrabina, nie chcąc nic sobie zarzucić, współczująco
i godnie cofnęła się w tył --- gdy nagle, kiedy już
wcale nie było potrzeba, ona uległa.</akap>




<akap>Czułem, jak pobladłem z rozczarowania. Spojrzenie moje napełniło się wyrzutem, ale odwróciłem
się: nie warto było jej tego pokazywać.</akap>




<akap>A ona wyzwoliła się z tamtych i nagle była przy
mnie. Suknia jej oświetlała mnie. Kwietna woń
jej ciepła stała wokoło mnie.</akap>




<akap_dialog>--- Ja chcę naprawdę śpiewać --- powiedziała
po duńsku wzdłuż mego policzka --- nie dlatego,
że oni żądają, nie dla formy: dlatego, że teraz śpiewać muszę.</akap_dialog>




<akap>Z jej słów buchnęła ta sama złośliwa nietolerancja,
z której ona co dopiero uwolniła mnie.</akap>




<akap>Poszedłem wolno za grupą, z którą się oddalała.
Ale przy drzwiach wysokich stanąłem, aż się ludzie
poprzesuwają i uładzą. Oparty o czarno lustrzane
odrzwie, czekałem.</akap>




<akap>Ktoś spytał mnie, na co się zanosi, czy będzie
śpiew. Udałem, że nie wiem. W czasie mego kłamania ona już śpiewała.</akap>




<akap><begin id="b1371072474948-83125054"/><motyw id="m1371072474948-83125054">Śpiew</motyw>Nie mogłem jej widzieć. Stopniowo miejsce zrobiło się dokoła jednej z tych pieśni włoskich, przez obcych uważanych za nader typowe, ponieważ mają
tak wyraźnie zgodny układ. Ona, która ją śpiewała,
nie wierzyła w to. Uniosła ją w górę z trudem, brała ją o wiele za ciężko.</akap>




<akap>Z oklasków na przedzie można było poznać,
kiedy był koniec. Smutny byłem i zawstydzony. Powstał ruch i postanowiłem, skoro by ktoś
wychodził, przyłączyć się.</akap>




<akap>Lecz nagle w jednej chwili zrobiło się cicho.
Zapanowała cisza, której przed sekundą jeszcze
nikt nie byłby uznał za możliwą; trwała, napinała
się --- i teraz w niej podniósł się głos.</akap>




<akap>(Abelone, pomyślałem, Abelone.)</akap>




<akap>Tym razem silny był, pełny, a mimo to nie ciężki. Z jednej masy, bez rysy, bez szwu.</akap>




<akap>Była to nieznana niemiecka pieśń. Śpiewała ją
dziwnie prosto, jak coś koniecznego.</akap>




<akap>Śpiewała:</akap>



<poezja_cyt><strofa>
Ty, której nie mówię, że w nocnej ciszy/
płaczę do rana,/
której istota nade mną dyszy/
rozkołysana,/
ty, co nie mówisz mi, gdy dla mnie w noc/
czuwasz wsłuchana:/
gdybyśmy, tym cudem wspaniali,/
ty sama, ja sam,/
cud w sobie wytrzymali?
</strofa></poezja_cyt>




<akap>(Krótka pauza i z wahaniem):</akap>



<poezja_cyt><strofa>
Na miłujących patrz moc:/
gdy raz miłowanie wyznali,/
jak zaraz rośnie kłam.
</strofa></poezja_cyt>




<akap>Znowu ta cisza. Bóg wie, kto ją robił. Potem ludzie jęli się ruszać, trącać, przepraszać, kaszleć.
Już chcieli przejść w powszechny zamazujący gwar,
gdy nagle wyrwał się głos, stanowczy, szeroki,
zwarty:</akap>



<poezja_cyt><strofa>
Samotnym mnie czynisz. I ciebie jedną zamienię./
Przez chwilę jesteś to ty, a potem szum i cienie,/
albo bez reszty woń, którą znam./
Ach, tamte wszystkie jam stracił w uścisku,/
ty jedna wciąż w nowym odradzasz się błysku:/
<wyroznienie>ciebiem nie zatrzymywał, przeto cię mam</wyroznienie>.
</strofa></poezja_cyt>




<akap>Nikt tego nie oczekiwał. Wszyscy stali, jakby
przytłoczeni tym głosem. A w końcu taka pewność
w nim była, jak gdyby od wielu lat był wiedział,
że w tym momencie będzie musiał przemówić.<end id="e1371072474948-83125054"/></akap><sekcja_swiatlo/>




<akap>Czasem dawniej pytałem sam siebie, dlaczego
Abelone kaloryj swego wspaniałego uczucia nie
zwróciła do Boga. Wiem, że tęskniła, aby miłości
swojej odebrać wszelką tranzytywność --- ale czyż
prawda jej serca mogła wątpić w to, że Bóg jest
tylko kierunkiem miłości, a nie miłości przedmiotem? Czy nie wiedziała, że z Jego strony nie należało się obawiać wzajemnej miłości? Czy nie znała
ostrożnej skrytości tego Miłowanego, który jest
przemożny, który spokojnie odwleka rozkosz, iżby
nam, powolnym, pozwolić zdziałać całe nasze serce? Czy też chciała uniknąć Chrystusa? Czy bała
się, że w pół drogi on ją wstrzyma, by z niej uczynić miłowaną? Czy dlatego niechętnie myślała o Julii
Reventlow<pe><slowo_obce>Reventlow, Julia von</slowo_obce> (1762--1816) --- arystokratka, prowadząca znany w jej czasach salon.</pe>?</akap>




<akap>Wierzę w to prawie, kiedy pomyślę, jak to ułatwienie sobie Boga powalić mogło tak prostoduszną
miłującą jak Mechtylda, tak porywającą jak Teresa z Avili, tak bolesną jak błogosławiona Róża
z Limy --- ustępliwe, lecz miłowane. Ach, on,
który dla słabych jest pomocą, dla tych mocnych
krzywdą jest; gdzie nic już nie oczekiwały jak tylko
Drogę Nieskończoną --- tam raz jeszcze, w natężonym niebios przedsionku, przystępuje do nich
ktoś Utworzony i narowi je schronieniem, i mąci
męskością. W ostrych załamaniach soczewki swego
serca raz jeszcze skupia ich serc promienie, które
już biegły równolegle; anioły ufały już, że serca
te w całości zachowają Bogu --- a one płomieniem
buchają w posusze swej tęsknoty.</akap>




<akap>(Być miłowanym znaczy spalać się. Miłować
to: świecić niewyczerpanym olejem. Być miłowanym znaczy przemijać, miłować znaczy trwać<pe><slowo_obce>Być miłowanym znaczy spalać się. Miłować
to: świecić niewyczerpanym olejem. Być miłowanym znaczy przemijać, miłować znaczy trwać</slowo_obce> --- w rękopisie zapisane na marginesie.</pe>.)</akap>




<akap>A jednak być może, iż Abelone w późniejszych
latach usiłowała sercem myśleć, aby niespostrzeżenie i bezpośrednio znaleźć stosunek do Boga.
Mógłbym wyobrazić sobie, że istnieją jej listy, przypominające oną uważną wewnętrzną kontemplację
księżny Amalii Golicynowej; ale jeśli te listy skierowane były do kogoś, komu ona bliską była od lat,
jakże tamten cierpieć musiał nad jej przemianą.
A ona sama: przypuszczam, że obawiała się tylko
tego upiornego stania się inną, którego nie spostrzega się, ponieważ ustawicznie wszelkie na to dowody,
jak rzeczy najbardziej obce, wypuszcza się z rąk.</akap>




<akap>Trudno będzie przekonać mnie, że historia Syna Marnotrawnego nie jest legendą tego, który nie
chciał być miłowany.</akap>




<akap>Kiedy dzieckiem był, wszyscy w domu kochali
go. Podrastał, nie zaznając nic innego, i przywykł
do ich serc czułości, ponieważ dzieckiem był.</akap>




<akap>Ale jako pacholę<pe><slowo_obce>pacholę</slowo_obce> (daw.) --- dziecko, chłopiec.</pe> chciał nawyknienia swoje złożyć. Nie umiałby tego powiedzieć, ale gdy poza
domem wałęsał się przez cały dzień i nawet już
psów nie chciał brać ze sobą, to dlatego, że i one
go kochały; bo i w ich spojrzeniach było śledzenie
i czucie, oczekiwanie i troska; bo i wobec nich nie
można było nic uczynić, nie ciesząc ani nie urażając.
To, o co mu jednak wówczas chodziło, to była najwnętrzniejsza indyferencja<pe><slowo_obce>indyferencja</slowo_obce> --- obojętność.</pe> jego serca, która go czasem rano na polach ogarniała w takiej czystości,
że biec zaczynał, nie chcąc czasu ni tchu mieć na to,
aby czymś więcej być niż lekką chwilą, w której
uświadamia się ranek.</akap>




<akap>Tajemnica jego życia, które jeszcze nie było
nigdy, rozpościerała się przed nim. Bezwiednie
opuszczał ścieżynę i dalej biegł na przełaj, wyciągając ramiona, jak gdyby w tej szerokości mógł
opanować kilka kierunków równocześnie. A potem
rzucał się gdzie bądź na ziemię za żywopłotem i nikt
nie dbał o niego.</akap>




<akap>Strugał sobie fujarkę, kamykiem ciskał w jakiegoś małego drapieżnika, pochylał się naprzód i chrząszcza zmuszał do powrotu: z takich rzeczy nie urastał żaden los, a nieba nad tym przeciągały jak nad
naturą.</akap>




<akap>Wreszcie nadchodziło popołudnie z pomysłami
bez liku; było się korsarzem na wyspie Tortudze,
a niekoniecznie musiało się nim być; oblegało się
Campêche, zdobywało Vera-Cruz, można było być
całą armią albo wodzem na koniu, albo na morzu
okrętem: zależnie od tego, jak się człowiek czuł.
Jeśli natomiast miało się pomysł, aby uklęknąć,
było się prędko Deodatem z Gozon i zabiło się smoka, i słyszało w rozpaleniu, że to bohaterstwo pychą
było, bez posłuszeństwa. Bo nie oszczędzało się
sobie niczego, co należało do rzeczy. A choć urojenia zjawiały się niezliczone, miało się jednak między
nimi czas być ptakiem tylko, niczym więcej, a jakim, nie wiadomo. Tylko że potem trzeba było wracać.</akap>




<akap>Mój Boże, czego to teraz trzeba się było wyzbywać i ile zapominać! Bo zapomnieć naprawdę ---
tego było potrzeba; inaczej można się było zdradzić,
gdyby nalegali. I szło się niezmiernie wahająco,
oglądając się za siebie --- a wreszcie jednak wychylał się szczyt domu. Pierwsze górne okno brało
cię na oko, mógł tam ktoś stać. Psy, w których oczekiwanie zbierało się przez cały dzień, śmignęły
przez krzaki --- i spędziły cię na powrót w tego,
którego miały na myśli.</akap>




<akap>A reszty dokonywał dom. Starczyło wejść w jego
pełną woń, a już wszystko prawie było rozstrzygnięte. Drobnostki mogły się jeszcze zmienić; w całości
byłeś już tym, za kogo cię tu uważali; tym, któremu
z maleńkiej jego przeszłości i z własnych swych
życzeń od dawna już spreparowali określone życie;
wspólną istotą, stojącą w dzień i w noc pod sugestią
ich miłości, pośrodku pomiędzy ich nadzieją a ich
podejrzliwością, przed naganą ich lub pochwałą.</akap>




<akap>I nic to nie pomoże, jeśli się z niesłychaną ostrożnością wstępuje po schodach. Wszyscy będą w pokoju, a skoro tylko drzwi się otworzą, oni go ujrzą.
On pozostaje w cieniu, chcąc przeczekać ich pytania. Ale potem dzieje się rzecz najgorsza. Biorą
go za ręce, ciągną do stołu --- i wszyscy bez wyjątku
z ciekawością wyciągają się ku lampie. Dobrze
im trzymać się w ciemności, a na niego jednego,
razem ze światłem, pada cała hańba, że ma twarz.</akap>




<akap>Czy zostanie i będzie małpował kłamliwość ich
przypadkowego życia, które oni mu przypisują,
i upodobni się do nich wszystkich całą twarzą?
Czy rozpołowi się między subtelną prawdziwością
swojej woli a ociężałym oszustwem, które jemu samemu psuje tę prawdziwość? Czy poniecha dążeń,
aby się stać tym, co by zaszkodzić mogło tym z jego rodziny, którzy już słabe mają serce?</akap>




<akap>Nie. Odejdzie. Na przykład wtedy, gdy oni
wszyscy zajęci będą przygotowaniami do jego imienin, prezentami z źle odgadniętych przedmiotów,
co znów mają wszystko wyrównać.</akap>




<akap>Odejdzie na zawsze. Znacznie później dopiero
stanie się mu jasnym, jak bardzo wówczas postanawiał nie kochać nigdy, aby nikogo nie wprawiać
w ten okropny stan: <wyroznienie>być kochanym</wyroznienie>. Po
latach przypomina to sobie --- i jak inne postanowienia, tak i to było niemożliwe. Bo on miłował
i miłował w swej samotności; zawsze z rozrzutnością
całej swej natury i w niesłychanym lęku o wolność
drugiego. Powoli nauczył się przedmiot miłości
prześwietlać promieniami swego uczucia, a nie
spalać go w nim. Rozpieścił go ów zachwyt, kiedy
poprzez coraz to bardziej przejrzystą postać ukochanej poznawał dale, przez nią otwierane jego bezgranicznej woli posiadania.</akap>




<akap>Jak on potem nocami mógł płakać z tęsknoty,
aby samemu tak być prześwietlonym! Ale ukochana,
która ulega, bynajmniej nie jest jeszcze miłującą.
O, noce beznadziejne, kiedy rozfalowane swoje
dary odbierał powrotnie w strzępach, ciężkich od
znikomości. Jak on wtedy myślał o trubadurach,
co niczego tak się nie bali, jak, że wysłuchani będą.
Zrzekał się wszystkich zdobytych i pomnożonych
pieniędzy, aby nie zaznać jeszcze tego. On je obrażał swoją grubiańską zapłatą, z dnia na dzień w lęku,
że spróbują zareagować na jego miłość. Nie miał
już bowiem nadziei, że zazna takiej miłującej, która
go przeniknie na wskroś.</akap>




<akap>Nawet w tych czasach, kiedy ubóstwo straszyło
go codziennie nowymi ciosami, kiedy głowę jego
na faworyta upatrzyła sobie nędza i wytarła ją
częstymi chwytami, kiedy na jego ciele wszędy
pootwierały się wrzody, jak oczy na ostatnią trwogę
przeciw czerni nawiedzenia, kiedy zgrozę czuł przed
tym plugastwem, na którym opuszczono go, ponieważ jemu było równe --- wtenczas nawet jeszcze,
skoro się zastanawiał, największą okropnością było
mu to, że mu na miłość odpowiadano miłością.</akap>




<akap>Czymże odtąd były wszystkie mroki wobec zwartego zasmucenia onych objęć, w których zatracało
się wszystko! Czy nie budził się człowiek z uczuciem, że jest bez przyszłości? Czy nie wlókł się bez
sensu po świecie, bez prawa do jakiegokolwiek niebezpieczeństwa? Czy nie musiał przyrzekać sto
razy, że nie umrze? Może to była przekorność
tego złego wspomnienia, które od nawrotu do nawrotu chciało zachować sobie jedno miejsce, pozwalające mu żyć pośród odpadków. Wreszcie odnaleziono go. I wówczas dopiero, dopiero w latach
pasterskich uspokoiła się mnoga jego przeszłość.</akap>




<akap>Któż opisze, co jemu się wówczas działo? Jaki
poeta ma moc, iżby długość jego ówczesnych dni
pogodzić z życia szczupłością? Jaka sztuka dość
jest wielka, by wywołać jego skromną, zakapturzoną
postać --- i całą tę nadprzestrzeń jego nocy olbrzymich?</akap>




<akap>Była to epoka, która się zaczęła od tego, że czuł
się ogólnym i anonimowym, jak wahający się rekonwalescent. Nie kochał, chyba że kochał to, że jest.
Niska miłość jego owiec nie imała się go; jak blask,
co pada przez chmury, rozpraszała się wokół niego
i łagodnie połyskiwała nad łąkami. Niewinnym śladem ich głodu kroczył w milczeniu przez pastwiska
świata. Obcy widzieli go na szczycie Akropolis,
a może był on długo jednym z pasterzy w prowincji Baux i widział, jak czas skamieniały przetrwał to dostojne pokolenie, co wszystkimi zdobyczami siedmio- i trzykrotnymi nie zdołało zwyciężyć szesnastu promieni w gwieździe swego herbu.
Albo czyż mam go pomyśleć w Orange, opartego
o wiejską bramę triumfalną? Mamże go widzieć
w przywykłym do dusz cieniu w Allyscamps, jak
wzrok jego pośród grobów, otwartych jak groby
zmartwychwstałych, goni za ważką barwną?</akap>




<akap>Zarówno. Widzę więcej niż jego, widzę jego byt,
który wówczas rozpoczynał długą miłość do Boga,
tę cichą pracę bez kresu. Na zawsze chciał się przytaić, ale raz jeszcze przyszła nań serdeczna, wzrastająca niemożność czynienia inaczej. I tym razem
spodziewał się wysłuchania. Cała jego jaźń, która
w długim osamotnieniu stała się intuicyjną i niezmylną, przyrzekała mu, że Ten, którego on teraz
miał na myśli --- miłować potrafi przenikającą,
promienistą miłością.</akap>




<akap>Ale podczas gdy tęsknił za takim wreszcie mistrzowskim miłowaniem, uczucie jego, do dali nawykłe,
pojęło Boga ostateczną odległość. Noce przyszły,
kiedy myślał, że ku Niemu się rzuca w przestrzeń;
godziny pełne odkryć; godziny, kiedy się dość czuł
mocnym, aby zanurzyć się w głąb, ku ziemi, aby
ją porwać wzwyż na huraganie swego serca. Był
jak ktoś, co słyszy cudowny język i gorączkowo
postanawia w nim tworzyć poezję. Czekało go
jeszcze osłupienie poznania, jak trudny jest ów
język; nie chciał wierzyć zrazu, iż całe długie życie
upłynąć może, zanim się stworzy pierwsze, krótkie,
pozorne zdania, które nie mają treści. Rzucił się
w naukę jak biegacz w wyścig. Ale gęstwa tego, co
trzeba było przezwyciężyć, spowolniła jego pęd.
Trudno było wymyślić coś bardziej upokarzającego
nad te początki. On znalazł kamień mędrców,
a oto zmuszano go, by prędko zrobione złoto szczęścia nieustannie przemieniał na brylasty ołów cierpliwości. On, który się przystosował do przestrzeni,
jak robak drążył kręte korytarze bez wyjścia ni
kierunku.</akap>




<akap>Teraz, kiedy w tak znojnym frasunku uczył
się miłować, ukazano mu, jak niedbałą i nikłą była
potąd wszelka miłość, której dokonywał według
swego mniemania. Jak z żadnej miłości nic być nie
mogło, ponieważ nie zaczął nad nią pracować
i nie zaczął jej urzeczywistniać.</akap>




<akap>W tych oto latach dokonywały się w nim wielkie
te przemiany. Boga zapomniał prawie przy twardej
pracy nad zbliżeniem się do Niego --- a wszystko,
co z czasem może uzyskać u Niego, ufał, to była
,,<slowo_obce>sa patience de supporter une âme<pe><slowo_obce>sa patience de supporter une âme</slowo_obce> (fr.) --- cierpliwość we wspieraniu duszy.</pe></slowo_obce>".</akap>




<akap>Przypadki losu, na które zważają ludzie, opadły
z niego już dawno, ale teraz nawet to, co było konieczne spośród rozkoszy i bólu, straciło korzenny
przysmak i stało się czyste i jemu pożywne. Z jądra
tego bytu rozwinęła się zwarta, zimotrwała roślina
płodnej radosności. Cały zatopił się w pokonywaniu wszystkiego, co stanowiło jego wewnętrzne,
zamknięte życie --- niczego nie chciał przeskakiwać,
bo nie wątpił, że w tym wszystkim jego miłość była i wzbierała. Wewnętrzna gotowość jego szła
tak daleko, iż postanowił dogonić najważniejsze
z tych rzeczy, których dawniej zdziałać nie mógł,
które dawniej po prostu tylko przeczekał. Nade
wszystko myślał o dzieciństwie, im spokojniej zastanawiał się, tym bardziej wydawało się mu nie
zdziałane. Wszystkie stamtąd wspomnienia miały
niejasność przeczuć, a że uchodziły za minione,
to z nich czyniło prawie rzeczy przyszłe. To wszystko raz jeszcze, i to rzeczywiście, wziąć na siebie ---
oto był powód, dla którego on, który się stał obcy,
powrócił. Nie wiemy, czy został. Wiemy tylko,
że powrócił.</akap>




<akap><begin id="b1371214977253-1953813199"/><motyw id="m1371214977253-1953813199">Miłość, Syn marnotrawny</motyw>Ci, którzy legendę tę opowiedzieli, próbują w tym
miejscu przypomnieć nam, jak wyglądał dom. Bo
tam przeminęło trochę tylko czasu, trochę liczonego czasu, każdy w tym domu może opowiedzieć,
ile. Psy zestarzały się, ale żyją jeszcze. Opowiada
się, że jeden zawył. Przerwa nastaje w całej pracy
dziennej. Twarze ukazują się w oknach, postarzałe
i dorosłe twarze o wzruszającym podobieństwie.</akap>




<akap>A w jednej, do cna starej, nagle blado przebija
poznanie.</akap>




<akap>Poznanie?</akap>




<akap>Naprawdę poznanie tylko? --- Przebaczenie.</akap>




<akap>Przebaczenie czego?</akap>




<akap>Miłość.</akap>




<akap>Mój Boże: miłość.</akap>




<akap>On, którego poznano, on w swoim zapracowaniu
wcale już o tym nie myślał: że ona może jeszcze
być.</akap>




<akap>Zrozumieć łatwo, że z tego wszystkiego, co się
stało teraz, tylko to jeszcze zachowało się w podaniu:
jego gest, ten gest niesłychany, którego nigdy przedtem nie widziano. Ów gest błagania, z jakim runął
do ich nóg, zaklinając, aby nie kochali.</akap>




<akap>Przestraszeni i chwiejni podnieśli go do siebie.
Gwałtowność jego wyłożyli na swój sposób, przebaczając. Musiała to być dla niego ulga nieopisana, że wszyscy go źle rozumieli, mimo rozpaczliwą
jednoznaczność jego postawy.</akap>




<akap>Prawdopodobnie mógł pozostać. Albowiem poznawał z dnia na dzień bardziej, że nie jego tyczyła
się ta miłość, którą się tak pysznili i do której chyłkiem zachęcali się wzajemnie. Musiał uśmiechać
się niemal, kiedy się wysilali --- i stawało się rzeczą
jasną, jak wcale jego nie mogli mieć na myśli. Cóż
oni wiedzieli, kto on był!</akap>




<akap>Teraz bardzo trudno było go miłować, a on czuł,
że <wyroznienie>Jeden</wyroznienie> tylko zdolny był do tego. Ten jednak
nie chciał jeszcze.<end id="e1371214977253-1953813199"/></akap>


</powiesc></utwor>