<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/reymont__ziemia_obiecana__tom_ii/">
<dc:creator xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Reymont, Władysław Stanisław</dc:creator>
<dc:title xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Ziemia obiecana, tom drugi</dc:title>
<dc:contributor.editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Sekuła, Aleksandra</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Modernizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Powieść</dc:subject.genre>
<dc:description xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">
Publikacja  zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Śląską z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów BŚ.</dc:description>
<dc:identifier.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/ziemia-obiecana-tom-drugi</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl"/>
<dc:source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Władysław St. Reymont, Ziemia obiecana, Tom II, nakładem Gebethnera i Wolffa, Warszawa [ok 1920]</dc:source>
<dc:rights xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Domena publiczna - Władysław St. Reymont zm. 1925</dc:rights>
 <dc:date.pd xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">1996</dc:date.pd>
<dc:format xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">xml</dc:format>
<dc:type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">text</dc:type>
<dc:type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="en">text</dc:type>
<dc:date xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">2011-02-24</dc:date>
<dc:language xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">pol</dc:language>
<dc:relation.hasFormat xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" id="pdf">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/ziemia-obiecana-tom-drugi.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0806-5</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" id="html">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/ziemia-obiecana-tom-drugi.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1781-4</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" id="txt">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/ziemia-obiecana-tom-drugi.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2736-3</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" id="epub">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/ziemia-obiecana-tom-drugi.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3802-4</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" id="mobi">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/ziemia-obiecana-tom-drugi.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4888-7</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/6406.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Miasto fabryczne, Leon Chwistek (1884-1944, domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6406</dc:relation.coverImage.source>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>
<powiesc>


<autor_utworu>Władysław St. Reymont</autor_utworu>




<nazwa_utworu>Ziemia obiecana, tom II</nazwa_utworu>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>I</naglowek_rozdzial>





<akap_dialog>--- A teraz go w grzbiet, a teraz z drugiej strony,
a teraz w głowę. Ot i jeszcze raz, i jeszcze jeden razik,
dobrodzieju mój kochany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Walisz ksiądz kartami jak cepem --- szepnął
z goryczą stary Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To mi przypomina jedno zajście. Było to u Migurskich w Sieradzkiem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cepem, nie cepem --- przerwał ksiądz, przymrużając z lubością oczy --- a ślicznymi atucikami, dobrodzieju mój kochany. Chowam ja jeszcze damusie, żeby
grzmotnąć twojego królika, Zajączkowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się pokaże! Ale ksiądz ma paskudny zwyczaj przerywania; ust otworzyć nie można, bo ksiądz
zaraz przerywasz. Oto, jak rzekłem, u Migurskich...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U Migurskich czy nie u Migurskich, ale to już
słyszeliśmy, dobrodzieju mój kochany, ze sto razy, nieprawda, panie Adamie? --- zwrócił się do starego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E, co mi tu ksiądz będziesz uwagi ciągle robił.
A, jak Pana Boga kocham, czego za wiele, tego i zanadto. Myślałbyś ksiądz lepiej o nabożeństwie, a nie
o tym, czy kto co mówił lub nie mówił.</akap_dialog>


<akap>Rzucił karty na stół i porwał się zirytowany.</akap>


<akap_dialog>--- Tomek, huncwocie jeden, a zakładaj konia --- huknął potężnym basem przez okno na podwórze.
</akap_dialog>


<akap>Szarpał mocno wyczernione wąsy i sapał zapalczywie.</akap>



<akap_dialog>--- No widzicie go! Smyk jeden, ja mu po ludzku
zwracam uwagę, a ten zaraz na mnie, jak na swojego
parobka: huru buru! Jasiek, bo mi fajeczka zgasła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, sąsiedzie, bo pan Baum rozdaje karty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie będę grał, jadę do domu. Już mam dosyć
jegomościnych kazań. Wczoraj u Zawadzkich opowiadam
o koniunkturach politycznych, a ksiądz mi zaprzecza
publicznie i wydrwiwa --- burczał szlachcic, przemierzając wielkimi krokami pokój.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A boś jegomość, dobrodzieju mój kochany,
gadał rzetelne głupstwa. Jasiek, a ty smyku jeden, daj no
ogieńka, bo mi fajeczka zgasła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja gadałem głupstwa! --- wykrzyknął Zajączkowski, przyskakując z pasją do księdza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A głupstwa --- odszepnął ksiądz, pykając z długiej fajki, którą mu mały chłopak zapalał, przyklęknąwszy na podłodze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami --- zawołał ze zgrozą Zajączkowski, rozkrzyżowując ręce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ksiądz dobrodziej jest na ręku --- rzekł Maks
Baum, podsuwając mu karty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siedem pik --- zawołał ksiądz. --- Zajączkowski,
jesteś na ręku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idę na ciemno --- zawołał szlachcic i siadł
spiesznie do stolika, ale nie zapomniał jeszcze urazy do
księdza, bo rozejrzawszy się w kartach, mówić zaczął:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I jak tu może być co, jak tu ogół może mieć
jasne pojęcie o polityce, kiedy jego naturalni przewodnicy są tak ciemni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Osiem trefli, bez atu --- licytował ksiądz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przejdę się. Dobrze, zaraz ksiądz zobaczysz, co
będzie za gra. Bo jak ksiądz nie masz żołędzi, to księdza
mocno zaswędzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaswędzi, nie zaswędzi, ale jak ci pan Baum
wyciągnie te żołędziki, jak cię asikiem wytnie, to kichniesz. A co, syneczku, a co, a nie chwal się, a nie
mów amen przed <slowo_obce>in saecula saeculorum<pe><slowo_obce>in saecula saeculorum</slowo_obce> (łac.) --- na wieki wieków.</pe></slowo_obce>, dobrodzieju
mój kochany, ha, ha, ha! --- śmiał się na całe gardło
z miny Zajączkowskiego i tak był rad, że trzepał cybuchem po sutannie i poklepywał Maksa obok siedzącego. --- Górą miasteczko Łódź, górą fabrykanciki.
A niechże ci, dobrodzieju mój kochany, Pan Bóg bliźniateczki da za to, żeś tak zajączka oporządził. Poleżysz bez nóżki, poleżysz. Jasiek, a daj no, smyku, ogieńka,
bo mi fajeczka zgasła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ksiądz jak poganin jaki, tak się z cudzych
nieszczęść cieszysz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już tam temu daj spokój, a co leżysz, to leżysz.
Cały rok nas obłupiał ze skóry, to niechże teraz grosiki
zapłaci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po dwadzieścia groszy na tydzień wygrywałem.
Po dwadzieścia groszy, słowo honoru panu daję! --- szepnął Zajączkowski przez stół do Maksa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- ,,Poszły panny na rydze! na rydze! na rydze!" --- zaczął nucić stary Borowiecki, przytupając<pe><slowo_obce>przytupając</slowo_obce> --- dziś: przytupując.</pe> do
taktu w stopień fotelu, na którym siedział i jeździł, bo
był w połowie sparaliżowany.</akap_dialog>


<akap>Cisza na chwilę zapanowała w pokoju.</akap>


<akap>Cztery świece stojące po rogach stolika jasno
oświetlały zielone pole walki i twarze walczących.</akap>


<akap>Zajączkowski milczał, był zły na księdza, z którym od lat dwudziestu kłócił się przynajmniej dwa razy
na tydzień.</akap>


<akap>Muskał wyczernione wąsy i rzucał groźne spojrzenia spod ogromnych krzaczastych brwi na Maksa, który
go ,,kładł bez trzech", a czasami trzaskał się ze złością
w łysinę, po której muchy spacerowały.</akap>


<akap>Ksiądz wychudłą, ascetyczną i dobrotliwą twarz
pochylał nad stołem, czasem pykał z fajki i okrywał się
dymem, a wtedy zapuszczał ostre spojrzenie czarnych,
bardzo żywych oczów w karty przeciwnika, z czego zresztą
nigdy nie korzystał.</akap>


<akap>Maks ze skupioną twarzą grał bardzo uważnie,
bo przeciwnicy byli mistrzami w preferansie, i w przerwach leciał oczami po oknach, którymi księżyc zaglądał
i do dalszych pokojów, skąd go dochodziły głosy Anki
i Karola.</akap>


<akap>Pan Adam zaś ciągle nucił, wybijał takt, szarpał
bujną, choć przerzedzoną czuprynę i przy każdej nowej
grze wołał:</akap>


<akap_dialog>--- Śliczny kolor, długi kolor. Dam ja wam teraz
basałyki. Król z damą, a dwór za nią. Zaczniemy bić
do ataku.</akap_dialog>


<akap>,,Hej mazury, bijcież z góry, a kosami, osękami ta
ra ra ta, ta"! Szlusuj z prawego! --- komenderował energicznie i z rozpłomienioną twarzą, ruchem jakby się
rzucał do ataku, bił kartami w stół.</akap>


<akap_dialog>--- A to byś jegomość grał po ludzku. A te twoje
przyśpiewki to tylko rozpusta żołnierska i nic więcej,
dobrodzieju mój kochany. Jasiek, a daj no ogieńka, bo
mi fajeczka zgasła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To szlusuj, przypomina mi bardzo ciekawe zajście, jakie miało miejsce...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U Migurskich w Sieradzkiem, słyszeliśmy już
i to, słyszeli, dobrodzieju mój kochany.</akap_dialog>


<akap>Zajączkowski spojrzał groźnie na uśmiechniętą
twarz księdza, ale nie rzekł nic, tylko odwrócił się do
niego bokiem i grał dalej.</akap>


<akap>Maks raz jeszcze rozdał karty i po licytacji poszedł do Karola.</akap>


<akap_dialog>--- Jasiek, a otwórz no okienko, bo tam ptaszeczki
boże tak śpiewają.</akap_dialog>


<akap>Chłopak otworzył okno na ogród i pokój zalały
chóry słowiczych głosów i fale zapachów bzów kwitnących pod oknami.</akap>


<akap>W pokoju, do którego poszedł Maks, nie było lamp,
natomiast świecił księżyc sunący po tafli ciemnego szafiru niebios.</akap>


<akap>Okna były otwarte i wpływał nimi czerwony,
rozśpiewany wieczór.</akap>


<akap>Siedzieli w milczeniu.</akap>


<akap_dialog>--- Ładna kolekcja mamutów --- szepnął Karol
do Maksa, bo w pokoju gry znowu wybuchła burza
i Zajączkowski krzyczał przez okno, żeby mu konie zakładali natychmiast, a pan Adam śpiewał na całe
gardło:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- ,,A choć chłodno i głodno, żyje sobie swobodno!"</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Często grywają ze sobą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co tydzień i przynajmniej dwa razy na tydzień
się kłócą i rozjeżdżają bez pożegnania, co im zresztą
wcale nie przeszkadza żyć w wielkiej przyjaźni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pani ich godzić musi nieraz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O nie, bo raz spróbowałam, a ksiądz zaperzony krzyknął na mnie: ,,Niech jegomościanka pilnuje
udojów!" Zresztą, oni nie mogliby żyć bez siebie, a będąc ze sobą, nie mogliby się nie kłócić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale co twój ojciec w Łodzi pocznie bez nich? --- zwrócił się Maks do Karola.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bo ja wiem, również w ogóle nie wiem, po co
ojcu chce się Łodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan nie wie?... --- szepnęła Anka zdziwionym
głosem i byłaby coś mówiła więcej, ale dzwonek zadźwięczał u furtki.</akap_dialog>


<akap>Wyszła i powróciła z depeszą dla Karola.</akap>


<akap>Karol apatycznie wziął, ale nie doczytał do końca,
tylko zmiął ze złością i schował do kieszeni.</akap>


<akap_dialog>--- Może zła wiadomość? --- zapytała trwożnie
Anka, stojąc przed nim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, tylko głupia!</akap_dialog>


<akap>Machnął ręką, zniecierpliwiony jej współczującym
spojrzeniem i ciekawością.</akap>


<akap>Poszedł do pokoju grających i czytał po raz drugi.</akap>


<akap>Depesza była od Lucy.</akap>


<akap_dialog>--- Bardzo się pan nudzi u nas?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani słowa nie odpowiem na podobną insynuację. Wie pani, jestem zdumiony życiem państwa. Nie
przypuszczałem, żeby mogło gdzieś istnieć życie dziwnie
spokojne, dziwnie proste i takie jakieś wyższe. Dopiero
u państwa poznałem, że ja nie znałem Polaków, dopiero
teraz rozumiem wiele właściwości Karola. Szkoda, że się
państwo wyprowadzają do Łodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo nie będę mógł już tutaj nigdy przyjechać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A w Łodzi pan nie zechce nas odwiedzać? --- zapytała ciszej i nie wiedziała, dlaczego serce jej zabiło
silniej jakby obawą, że może on nie zechce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję pani bardzo, uważam to już za zaproszenie, można?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A można, ale za to pozna mnie pan ze swoją
matką.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy pani tylko rozkaże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zostawię pana samego, bo muszę pomagać do
podania kolacji.</akap_dialog>


<akap>Pobiegła do drugiego pokoju, w którym Jagusia
już nakrywała.</akap>


<akap>Maks spacerował wzdłuż pokoju, ale dlatego, żeby
przechodząc koło drzwi otwartych spojrzeć na Ankę.</akap>


<akap>Patrzył z podziwem na jej wysmukłą, doskonale
uformowaną figurę, gdy się pochylała nad stołem; na
jej twarz o niezbyt regularnych rysach, ale pełną dziwnego wdzięku i ciepłą, zakończoną szerokim czołem,
o gładko rozczesanych pośrodku włosach kasztanowatych.</akap>


<akap>Szarobłękitnawe oczy patrzyły spod zupełnie
czarnych brwi jasno, spokojnie, ale z pewną surowością.</akap>


<akap>Maks przypatrywał się jej z wielkim zajęciem
i tak mu się bardzo podobała, że poczuł prawie niechęć
do Karola, gdy tamten przyszedł.</akap>


<akap_dialog>--- Jutro wieczorem jechać do Łodzi muszę --- powiedział szorstko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po co ci tak pilno. Trzy święta mają robotnicy,
to i my użyjmy odpowiednio Zielonych Świątek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli czujesz się tutaj dobrze --- zostań, ale ja
muszę wyjechać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pojedziemy razem --- mruknął Maks, siadając
na parapecie okna.</akap_dialog>


<akap>Było mu tutaj tak dobrze, że się zdumiewał nad
sobą, a ten chce go stąd zabierać.</akap>


<akap>Patrzył z gniewem i żalem na Karola.</akap>


<akap_dialog>--- Mam bardzo pilne interesa<pe><slowo_obce>interesa</slowo_obce> --- dziś popr. interesy.</pe> i mam dosyć wsi,
za wiele nawet --- mówił i chodził wzburzony, zaglądał
do pokoju grających, zamieniał po kilka obojętnych
słów z Anką, ale rozdenerwowania<pe><slowo_obce>rozdenerwowanie</slowo_obce> --- dziś popr. zdenerwowanie.</pe> i niepokoju, który
był nudą zarazem, stłumić nie umiał.</akap_dialog>


<akap>A do tego przybył jeszcze ten telegram Lucy,
o której myślał z trwogą, bo mu zapowiadała w najbardziej stanowczych słowach, że jeśli się we wtorek
nie pokaże, to ona potrafi go znaleźć i u narzeczonej,
niechaj się co chce stanie potem.</akap>


<akap>Wiedział, że Lucy dotrzymuje słowa swoim namiętnościom, więc jechać musiał.</akap>


<akap>Tak mu ciężył ten stosunek, tak znienawidził już
i jej piękność, i te więzy miłości, że mu życie brzydło.</akap>


<akap>A potem Anka.</akap>


<akap><begin id="b1309609377284-838705026"/><motyw id="m1309609377284-838705026">Małżeństwo, Interes, Kobieta, Mężczyzna</motyw>Czuł, że mu jest najzupełniej obojętną, że zaczyna
chwilami nienawidzić, gdy spotykał się z jej jasnym,
ufającym wzrokiem.</akap>


<akap>A musiał udawać miłość, musiał zmiękczać ton
głosu wtedy, gdy mu się kląć chciało, musiał być
uprzejmym, uśmiechniętym, przewidującym, słodkim, jak
przystało na narzeczonego.</akap>


<akap>Ta rola była mu wstrętna nad wyraz, a grać ją
musiał dla ojca; grał ją i dla niej, i dla siebie już, bo
użyciem posagowych pieniędzy Anki związał się na
zawsze.</akap>


<akap_dialog>--- Ożenię się prędko i wszystko się skończy --- myślał. --- Przecież tyle małżeństw zawiera się bez miłości! --- kończył apatycznie, ale równocześnie jego
dumna ambicja pożerała mu duszę.</akap_dialog>


<akap>Burzyło się w nim wszystko na myśl, że przez to
małżeństwo zejdzie do roli pionków, że jeśli zechce co
mieć, to musi pracować lata całe, musi wyciskać maszyny, ludzi, wszystko, żeby coś wycisnąć dla siebie i to teraz!</akap>


<akap>Teraz, gdy mu stary Müller dosyć wyraźnie powiedział, że mu odda Madę i zarząd fabryki, od razu
milionową fortunę, od razu wielkie interesy i możność
robienia jeszcze większych.</akap>


<akap>Od pewnego czasu czuł wstręt do małych interesów, czuł wstręt do tej własnej fabryki, jaką od wiosny budował, do tych oszczędności groszowych, których
rezultatem były setki rubli zaledwie.</akap>


<akap>Tyle lat chodził w kieracie pracy, ciągłej walki
i twardego zdobywania każdego rubla, tyle lat tłumił
w sobie najrozmaitsze zachcianki, pragnienia, których
nie mógł zaspokoić, tyle lat był głodnym szerokiego, niezależnego życia --- i teraz, kiedy to wszystko mógł mieć,
żeniąc się z Madą --- musiał się ożenić z Anką i przez
to musiał wrócić do jarzma mierności...</akap>


<akap>Buntował się przeciwko tej konieczności wszystkimi siłami.<end id="e1309609377284-838705026"/></akap>


<akap>I gdy Anka przyszła prosić na kolację, spojrzał
na nią gniewnie i nic nie odpowiedziawszy na jej zapytanie, poszedł przysunąć ojca z fotelem do jadalnego
pokoju.</akap>


<akap><begin id="b1309609301232-2783540574"/><motyw id="m1309609301232-2783540574">Państwo</motyw>Kolacja była bardzo ożywiona, bo ksiądz z Zajączkowskim kłócili się o politykę, pomagał im pan
Adam i Karol, który drwił niemiłosiernie z Zajączkowskiego i z jego koniunktur politycznych, drwił z optymizmu księdza i ze złością zrobił uwagę ojcu, że spraw
dzisiejszej polityki nie rozstrzygają armaty, a rozum
stanu.</akap>


<akap_dialog>--- Ta, ta, ta! --- przedrzeźniał stary z gniewem. --- Ty mi tego nie mów, bo ja cię zawsze przekonam, że
ten miał rację, kto miał armat więcej i wojska. Rozum
państw --- to wielkie armie, gotowe do wyruszenia
w pole, to ich dusza, która rządzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, panie Adamie, duszą państw jest sprawiedliwość, jaką się rządzą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Państwami kieruje żołądek i jego wymagania --- zawołał Karol umyślnie, aby sprawić przykrość
księdzu, który się rzucił na te słowa i zaczął dowodzić,
że wszystko wypływa z woli Bożej i że ta wola jest
sprawiedliwością, i że na tym stoi wszystko.<end id="e1309609301232-2783540574"/></akap_dialog>


<akap>Karol już nie odpowiadał, bo go znudziły te bezpłodne rozumowania, ale gdy ksiądz, ojciec i Zajączkowski zaczęli mu dowodzić, że wszystko się dzieje za
wolą Boga, nie mógł już wytrzymać i zawołał z gniewem:</akap>


<akap_dialog>--- Tłumaczycie panowie sobie świat przy pomocy
katechizmu; nie przeczę, że to łatwe, a miejscami
dowcipne nawet.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309609463820-3587267893"/><motyw id="m1309609463820-3587267893">Sługa, Pan</motyw>--- Bluźnisz, dobrodzieju mój kochany, bluźnisz
i obrażasz nas. Jasiek, smyku jeden, daj no ogieńka,
bo mi fajeczka zgasła! --- wołał drżącym z oburzenia
głosem i fajka latała mu w ręku ze wzruszenia.</akap_dialog>


<akap>Pykał, ale że nie mógł dociągnąć się dymu, bo
chłopak nie mógł zapalić, trzasnął go cybuchem przez
plecy i znowu zaczął przekonywać, ale teraz już z całą
pasją.<end id="e1309609463820-3587267893"/></akap>


<akap_dialog>--- Nie będzie pani żal opuszczać tego raju, jaki
sobie pani stworzyła w Kurowie --- mówił cicho Maks
do Anki, bo oboje nie mieszali się do rozmowy ogólnej.
</akap_dialog>


<akap>Maksa nic nie obchodziły poruszane kwestie,
a Anka była smutna.</akap>




<akap>Karol był taki inny przez te kilka dni, tak jej
prawie unikał, że dziewczynę zaczął trapić głuchy niepokój, przeczuwanie jakiegoś nieszczęścia, więc teraz
nie odpowiadała Maksowi, tylko pochylając się nad stołem, zapytała cicho, nie podnosząc oczów<pe><slowo_obce>oczów</slowo_obce> --- dziś raczej: oczu.</pe>.</akap>


<akap_dialog>--- Nie wie pan, czy Karola nie spotkało co złego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie. Czy pani co zauważyła?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak mi się zdawało. Prawda, zapomniałam, że
musi mieć dosyć kłopotów z fabryką, prawda... --- dodała ciszej jakby dla siebie, jakby dla stłumienia podejrzeń i niepokojów.</akap_dialog>


<akap>Podniosła głowę i oczami pełnej troski serdecznej
ogarnęła jego twarz schmurzoną i gryzące spojrzenia,
jakie rzucał na księdza.</akap>


<akap_dialog>--- A co państwo robią z ziemią?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziadek chciał sprzedać, ale pan Karol opiera
się temu, za co jestem mu bardzo wdzięczną, bo tak
się zżyłam z tym domem, że nie mogłabym bez przykrości pomyśleć, że to już nie nasze. Prawie wszystkie
drzewa w ogrodzie, wszystkie żywopłoty sadziła albo
matka pana Karola, albo ja. Więc niech pan pomyśli,
jakby to było ciężko rozstawać się z tym na zawsze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, przecież można gdzie indziej kupić ładniejszą posiadłość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak można, ale ona nie będzie Kurowem --- odpowiedziała dotknięta, że nie rozumiał i nie odczuwał
jej przywiązania do tego kawałka ziemi, na którym się
wychowała.</akap_dialog>


<akap>Umilkli, bo kłótnia zawrzała znowu pomiędzy Zajączkowskim i księdzem, który zirytowany bił cybuchem
w podłogę i zawołał:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309609801648-148954911"/><motyw id="m1309609801648-148954911">Kłótnia, Pan, Sługa</motyw>--- Dobrodzieju mój kochany, ja ci tylko powiem,
że ty jesteś Zajączkowski, herbu barania skóra. Jasiek,
ognia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, Panie Jezu Chryste, co ten ksiądz wygaduje. Tomek, huncwocie jeden, a zakładaj konie --- ryknął do kuchni, gdzie jego stangret jadł kolację i nie
żegnając się wybiegł<end id="e1309609801648-148954911"/>, ubrał się w ganku i poleciał, ale
powrócił za chwilę, bo zapomniał czapki, której szukał
po wszystkich pokojach, a znalazłszy ją, przybiegł do
stołowego pokoju, huknął pięścią w stół i zawołał
wściekle:</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309610246058-2278674586"/><motyw id="m1309610246058-2278674586">Kłótnia, Ksiądz, Szlachcic</motyw>--- Jegomość podziękuj Bogu, że cię ochrania sukienka kapłańska, bo inaczej ja bym jegomościa nauczył,
co to jest mówić: Zajączkowski herbu barania skórka,
ja bym nauczył --- krzyczał, bijąc raz po raz w stół.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wylewaj waść herbaty, dobrodzieju mój
kochany --- rzekł spokojnie ksiądz Szymon.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Usiądźcie no, o co tu się gniewać, no siadajcież
sąsiedzie --- zapraszał pan Adam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie usiądę! Noga moja tutaj więcej nie postoi,
gdzie mnie obrażają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wylewaj waść herbaty i jedź z Bogiem --- szeptał ksiądz, unosząc swoją szklankę, która tańczyła
po stole wstrząsanym uderzeniami pięści.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jezuita, jak Boga jedynego kocham! --- wrzasnął Zajączkowski, huknął raz jeszcze w stół i poleciał.</akap_dialog>


<akap>Na podwórzu, a potem i na drodze jeszcze słychać
było jego głos łączący się z turkotem bryczki, którą
odjeżdżał.</akap>


<akap_dialog>--- Rozgrzana pała, o! Słyszane to rzeczy, żeby
się o byle słowo tak obrażać!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bo mu też ksiądz dojechałeś do żywego mięsa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To czemu gada głupstwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Każdemu wolno mieć swoje zdania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pod warunkiem, żeby było poparciem naszego --- odezwał się ironicznie Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrodzieju mój kochany, a to ten smyk naprawdę odjechał. Jasiek, kanalio daj no ogieńka --- zawołał oburzony i poszedł do ganku wyglądać za Zajączkowskim. --- No widzicie, co to za awanturnik. Nakrzyczał, nawymyślał mi i pojechała sobie bestia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wróci, przecież to nie pierwszy i nie ostatni
raz --- odezwała się Anka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hm, wróci? Jużcić, że wróci, ale zawsze, co
sobie o nas pomyśli pan Baum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomyśli, że panowie dobrze śpicie, dobrze się
odżywiacie i dużo macie czasu, skoro go zużywacie na
takie dziecinne kłótnie --- szepnął ironicznie Karol.<end id="e1309610246058-2278674586"/></akap_dialog>


<akap>Ksiądz popatrzył na niego groźnie, ale oczy mu
się rychło rozjaśniły, wytrząsnął popiół z fajki, nabił
w nią tytoniu i podstawiając do zapalenia Jaśkowi,
szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Drażnią cię kły, dobrodzieju mój kochany, to
na pluchę...</akap_dialog>


<akap>Pożegnał się wkrótce i poszedł do domu.</akap>


<akap>Milczenie długie zapanowało.</akap>


<akap>Stary drzemał na swoim fotelu.</akap>


<akap>Anka ze służącą sprzątała ze stołu, a Karol zatopił się w głębokim fotelu i palił papierosa, spoglądając
z ironią na Maksa, który biegał błyszczącymi oczami za
każdym ruchem Anki.</akap>


<akap>Zaraz się też rozeszli spać.</akap>


<akap>Maks miał łóżko w saloniku od ogrodu.</akap>


<akap><begin id="b1309610340855-3227062728"/><motyw id="m1309610340855-3227062728">Noc, Dźwięk, Zapach</motyw>Noc była cudowna, słowiki rozśpiewywały się coraz tęskniej, aż im zaczęły odpowiadać z nadrzecznych
gąszczów kosy i polał się wtedy nieporównanie piękny
deszcz dźwięków, który się rozlewał w tej cichej, czarownej nocy czerwcowej, pełnej ciepła bijącego z rozgrzanej ziemi, gwiazd na niebie i zapachu bzów, których
były pełne klomby stojące przed oknami.<end id="e1309610340855-3227062728"/></akap>


<akap>Maks nie mógł spać.</akap>


<akap>Otworzył okno i patrzył w okręcony mgłami świat.</akap>


<akap>Myślał o Ance, gdy naraz usłyszał przyciszony
jej głos.</akap>


<akap>Wychylił się oknem i zobaczył ją siedzącą w oknie
swego pokoju, w oficynie przystawionej do dworu pod
kątem prostym,</akap>


<akap_dialog>--- Czemu mi nie chcesz powiedzieć, co cię męczy? --- prosił głos zwrócony do okna naprzeciw.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic mnie nie męczy, jestem zdenerwowany --- odpowiedział głos drugi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zostań dni kilka, to się trochę uspokoisz.</akap_dialog>


<akap>Niewyraźne mruknięcie było odpowiedzią. Potem
głos pierwszy mówić począł tak cicho, że Maks nic słyszeć nie mógł, natomiast usłyszał chór żab rechoczący
gdzieś w łąkach i turkot wozów jadących szosą, i głosy
ptaków śpiewających coraz głośniej.</akap>


<akap>Księżyc świecił tak jasno, że powłóczył warstwą
srebrnawą mokre od rosy liście, a mgły czynił podobne
do zwojów srebrnej gazy.</akap>


<akap_dialog>--- Jesteś romantyczka --- rozległ się znowu głos
męski z akcentem gniewu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy dlatego, że cię kocham? Czy dlatego,
że każdą twoją troskę biorę w serce tak mocno, mocniej niż swoje własne, że chciałabym, abyś był zupełnie
szczęśliwym?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie dlatego, ale dlatego, że bez względu
na możliwy katar, chce ci się ze mną mówić przez okno,
prawda, że to i przy księżycu, i przy śpiewie słowika.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobranoc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobranoc pani.</akap_dialog>


<akap>Okno trzasnęło i biała firanka zasłoniła wnętrze
pokoju, rozświecone teraz.</akap>


<akap>Karol nie odszedł, bo rozległ się trzask zapałki
i cienka struga sinego dymu wypłynęła z pokoju i darła
się o słomiany okap dachu, palił papierosa.</akap>


<akap>Maks również zapalił, ale po cichu, żeby nie zauważono, iż słucha.</akap>


<akap>Był bardzo ciekawym, czy Anka wróci jeszcze
i co mówić będą.</akap>


<akap>Gniew Maksa na Karola rósł co chwila.</akap>


<akap>Ale okno Anki wciąż było zamknięte, dostrzegł
tylko, że za firanką cień jej się ukazywał co chwila
i przystawał przy oknie, <begin id="b1309610679667-85038763"/><motyw id="m1309610679667-85038763">Wiatr</motyw>byłby może nawet usłyszał
szelest jej kroków, ale słowiki przeszkadzały i wiatr,
który wstał gdzieś z łąk i bagnisk, przyczołgał się po
zbożach, co stały czarną ścianą, wdarł się pomiędzy
drzewa i zaczął szumieć i trząść bzami, i dmuchał
w słomiane poszycie domu, i owiewał mu twarz wilgotnym, przesyconym zapachem zbóż i ciepła oddechem.<end id="e1309610679667-85038763"/></akap>


<akap_dialog>--- Jutro będzie Karczmarek, ten co chce kupić
od nas --- odezwał się znowu głos.</akap_dialog>


<akap>Maks zapatrzył się tak w ogród, że nie widział
otwierania okna.</akap>


<akap_dialog>--- Przecież ojciec nie sprzeda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale tobie może potrzebne te pieniądze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, potrzeba mi milion --- zaszemrał głos
drwiący.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Karczmarek chce wydzierżawić chociażby, potrzebuje majątku dla zięcia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się jutro umówimy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cugowe konie weźmiesz do Łodzi czy sprzedasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A po cóż bym brał stare klaki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale dziadek się do nich tak przyzwyczaił --- mówił smutnie sopran.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się odzwyczai. Dzieciństwa zawsze ci się
trzymają. To może i przeflancować pół ogrodu do
Łodzi, może byś chciała zabrać i krówki swoje, i kureczki,
i gąski, i prosiaczki --- byłby cały komplet.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli sądzisz, że drwiny powstrzymają mnie
od zabrania tego, bez czego obyć bym się nie mogła,
to się mylisz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zapomnijże zabrać i portretów rodzinnych. Senatorom Rzeczypospolitej musi być tęskno, tam na
strychu, do znalezienia się w Łodzi --- brzmiał szyderczy głos.</akap_dialog>



<akap>Sopran nic nie odpowiedział.</akap>


<akap>Słychać było jakby bardzo ciche łkanie, ale tak
ciche, że wydawało się Maksowi jakby bełkotem strumienia płynącego za ogrodem.</akap>


<akap_dialog>--- Anka, przebacz mi! Nie chciałem robić ci
przykrości. Taki jestem zdenerwowany. Przebacz mi,
Anka nie płacz.</akap_dialog>


<akap>Maks ujrzał, że Karol wyskoczył do ogrodu, no
i to również zobaczył, że dwa białe ramiona wyciągnęły się do niego z okna i że ich głowy bardzo blisko
były siebie.</akap>


<akap>Nie patrzył i nie słuchał więcej.</akap>


<akap>Zamknął okno i położył się spać, ale sen nie
nie przychodził; przewracał się na wszystkie strony, klął,
palił papierosy, ale zasnąć nie mógł, bo słowiki tak
głośno śpiewały w bzach i ciągle mu się wydawało, że
słyszy głosy Anki i Karola.</akap>


<akap_dialog>--- Co oni mogą sobie opowiadać tak długo? --- myślał, irytując się coraz bardziej i aby się przekonać,
czy są jeszcze, wstał.</akap_dialog>


<akap>Karol stał pod oknem Anki, ale rozmawiali tak
cicho, że nic słychać nie było.</akap>


<akap_dialog>--- Spać nawet nie można od tych amorów --- mruknął ze złością i zatrzasnął okno z hukiem.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1309611414850-2157477954"/><motyw id="m1309611414850-2157477954">Noc, Księżyc, Dźwięk, Wiosna</motyw>Nie usnął jednak, nie dała mu spać ta noc czerwcowa, kipiąca potężnym życiem wiosny.</akap>


<akap>Księżyc wisiał wprost okien, napełniał pokój niebieskawym pyłem i rozlewał potoki łagodnego światła
na uśpione miasteczko, na puste uliczki i na szerokie
pola, pokryte lekko falującymi zbożami, nad którymi
rozwłóczyły się szkliste mgły i wisiały spokojnie, z łąk
i oparzelisk podnosiły się białawe opary niby dymy
z kadzielnic i biły kłębami ku granatowym przestrzeniom;
a z mgieł, ze zbóż sennie szumiących, operlonych rosą
wznosił się coraz potężniej chrzęst świerszczyków polnych,
płynący przytłumionym i rozdrganym na miliony dźwięków rytmem, bezustannie rozbrzmiewającym w powietrzu;
odpowiadały im chóry żab, które podnosiły z bagnisk
rechot i wołały ostro: rade, rade, rade!</akap>


<akap>Milkły po chwili, aby dać głos innym chórom usadowionym na dalszych błotach, po stawach zarośniętych,
przebłyskujących lustrami wody, przez które wlokły się
promienie księżyca niby ostrza złote; po brzegach strumieni obrośniętych pochylonymi pod ciężarem rosy tatarakami, po rowach pełnych żółtych kaczeńców i niebieskich
niezapominajek, nad którymi stały popróchniałe wierzby
o wielkich głowach, pokrytych niby włosem gęstym
młodymi pędami.</akap>


<akap>Ze wszystkich stron zrywały się hymny śpiewane
z upojeniem w tę noc wiosenną, pełną czaru nieopowiedzianego, krzyków głębokich, śpiewów, drgań ledwie
odczutych i miłości.</akap>


<akap>Słowiki śpiewały w każdej kępie bzów i odpowiadały im tysiączne głosy ptactwa, klekot bocianów
zrywający się czasami z wielkiego modrzewiu, stojącego
w szczycie dworu, krzyki jękliwe czajek na moczarach,
słodki szczebiot jaskółek po gniazdach, chrzęsty zbóż,
huczenie chrabąszczów goniących się po drzewach, ryki
krów po oborach i rżenie dalekie koni pozostawionych
na noc po pastwiskach.</akap>


<akap>A chwilami milknął świat i robiła się cisza tak
głucha i przeogromna, że słychać było kapanie rosy
spływającej z liścia na liść i bełkot rzeczułki za dworem,
i jakby głęboki oddech ziemi.</akap>


<akap>Ale po tej chwilowej ciszy --- wszystkie głosy zerwały się w tym mocniejszym chórze, wszystkie drzewa,
trawy i stworzenia śpiewały przejmujący hymn miłości
i jakby wyciągały do siebie gałęzie, kwiaty, ramiona
i oddawały się sobie z przerażającym uniesieniem.</akap>


<akap>Cała ziemia we wszystkich głosach śpiewów, bełkotów i szumów, we wszystkich tętnach roślin i tworów,
we wszystkich skrzeniach blasków i promieniowań, we
wszystkich zapachach przenikających powietrze --- skłębiała się w przeogromny, nabrzmiały żądzą miłości wir,
który jakby porwany rozszaleniem tej wiosennej nocy
i pożerającą tęsknotą wieczności, rzucał się na oślep
w objęcie bezdni zewsząd rozwartej, ciemnej, błyszczącej zimną rosą gwiazd i miliardami słońc i planet, głuchej, tajemniczej, strasznej.<end id="e1309611414850-2157477954"/></akap>


<akap>Nie, Maks usnąć nie mógł.</akap>


<akap><begin id="b1309611604059-1492191355"/><motyw id="m1309611604059-1492191355">Ptak, Śpiew</motyw>Słowik, który śpiewał pod oknem, tak go rozdrażnił, że chciał go spłoszyć --- ale ptak nie słyszał,
siedział na kołyszącej się pod nim gałązce i śpiewał
cudowne trele, lał całe potoki dźwięków, rozsypywał
tony jak perły, które spływały na ogród, na kwiaty, niby
kaskada rozsiewająca czar niewysłowiony. Samiczka
gdzieś z głębi drzewa odpowiada mu sennym i apatycznym ćwierkaniem.</akap>


<akap_dialog>--- Ażeby cię diabli wzięli z twoim piskiem! --- zawołał zirytowany i rzucił kamaszem w krzak, ptak
sfrunął na inny krzew, a gdy Maks zamknął okno i powrócił do łóżka, słowik powrócił na dawne miejsce
i śpiewał dalej, co Maksa tak rozgniewało, że odwrócił
się do ściany, głowę okręcił w kołdrę i zasnął dopiero
nad ranem.<end id="e1309611604059-1492191355"/></akap_dialog>


<akap>Prócz pana Adama nikt dobrze nie spał tej nocy
we dworze kurowskim.</akap>


<akap>Szczególniej Anka, której ta długa rozmowa z Karolem nie uspokoiła, a przeciwnie, zaczęła budzić w niej
jeszcze ciemne podejrzenia, że coś przed nią ukrywa, ale ani przez mgnienie nie przypuszczała, że ukrywał
obojętność, że już z trudem i wysiłkiem udawał miłość.</akap>


<akap>Nie podejrzewała go, bo sama kochała całą potęgą
namiętnego, dwudziestoletniego serca.</akap>


<akap>A potem i dlatego spać nie mogła, że marzyła marzyła o tym łódzkim życiu, o przyszłości niedalekiej,
o tym, że za miesiąc opuścić musi Kurów, gdzie tyle
lat przemieszkała.</akap>


<akap_dialog>--- Co ja w Łodzi będę robić? --- snuło się jej
uporczywie w myśli, ale rano przerwały jej te majaczenia na pół senne hałasy podwórza, wypędzanie krów
na pastwisko i krzyki gęsi.</akap_dialog>


<akap>Wstała zaraz.</akap>


<akap>Pan Adam już jeździł na swoim wózko-fotelu, popychany przez wyrostka; jeździł po podwórzu, zaglądał
do obór, krzyczał na pastucha, pogwizdywał na gołębie,
które całą bandą opadły z gołębnika na niego, siadały
na ramionach, wisiały na poręczach, trzepały się nad
nim rozgruchaną, hałaśliwą chmurą i wydzierały sobie
groch, jaki im sam codziennie rozsypywał.</akap>


<akap_dialog>--- Waluś, stać w szeregach! Razem do ataku!
,,Jeden ruchu, drugi ruchu tra la la la" --- podśpiewywał
i komenderował śnieżnej rozgruchanej hołocie, która ze
wszystkich stron zlatywała się do niego.</akap_dialog>


<akap>,,Miała babuleńka kozła rogatego. Tych bych, tych
bych, kozła rogatego".</akap>


<akap_dialog>--- Waluś, do ogrodu! --- komenderował ostro, oganiając się od gołębi kapeluszem, bo leciały za nim i opadały na wózek --- A ruszaj no się bestio!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Adyć się rucham! --- odpowiadał sennie wyrostek, wtłaczając wózek do ogrodu, pomiędzy szereg
jabłoni pokrytych kwiatem tak gęstym, że na tle trawników stały podobne do olbrzymich stożkowych bukietów,
owianych różowym pyłem i chmarą rozbrzęczonych<pe><slowo_obce>rozbrzęczonych</slowo_obce> --- dziś: rozbrzęczanych.</pe>
pszczół, co jak rdzawe kule przelatywały z kwiatu
na kwiat.</akap_dialog>


<akap>Wilgi śpiewały na wiśniach, a bocian stał w gnieździe, przewracał szyję aż na grzbiet i klekotał zawzięcie.</akap>


<akap_dialog>--- Waluś, a jabłuszka będą, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juścić, że być będą,</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ruszaj no żwawo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Adyć się rucham!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gruszeczki będą, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A będą, co ni mają być.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A oberwiesz bestio, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja tam nie odrywam --- burknął chłopak, nierad z przypomnienia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A przeszłego roku, kto to zjadł panny, he?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Franciszków Michał, a nie ja!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem, wiem, bo dostałbyś tak, że niech cię ręka
boska broni! ,,Miała babuleńka kozła rogatego". Kosiu,
kosiu! --- zawołał i zaczął gwizdać na kosa, siedzącego
w klatce na zewnątrz okna.</akap_dialog>


<akap>Kos wyjął głowę spod skrzydła, otrzepał się, nasłuchiwał chwilę to jednym, to drugim uchem, skoczył
na wyższy pręcik i wesoło odgwizdywał swojemu panu,
ale umilkł zaraz, bo się rozlewał w powietrzu świegotliwy,
dźwięczny głos sygnaturki z klasztoru, którego wieże
i szereg okien widać było z ogrodu nad płaskimi dachami miasteczka.</akap>


<akap_dialog>--- Waluś, do klasztoru! Odwiedzimy księdza Liberata, a żwawo, bestio.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Adyć się rucham, jaże<pe><slowo_obce>jaże</slowo_obce> (gwar.) --- aż.</pe> mi kulasy stergły.</akap_dialog>


<akap>Pojechali ścieżką, biegnącą z ogrodu nad rzeką,
pomiędzy łąkami, znad których zwłóczyły się resztki
mgieł, niby poszarpane strzępy muślinów, wśród których
migotały się fantastyczne skręty jaskółek świergocących
w szalonym locie.</akap>


<akap>Drugi bocian chodził z wielką powagą po łąkach
i raz po raz zanurzał ostry dziób w zielonej trawie,
wyciągał żabę, podnosił szyję do góry i połykał z namaszczeniem.</akap>


<akap><begin id="b1309613549635-3160811528"/><motyw id="m1309613549635-3160811528">Rzeka</motyw>Rzeczka płynęła bystro wąskim pasem błękitu, po
którym rozpryskiwały się co chwila srebrne łuski drobnych fal i obmywały długie linie żabieńców i niezapominajek, co żółtymi i błękitnymi oczami patrzyły w wodę,
na korowody płowych kiełbików, goniących się na mieliznach, na wąskie zielonawe grzbiety i ostre głowy
szczupaków, przyczajonych pod liściami<pe><slowo_obce>liściami</slowo_obce> --- dziś popr. N.lm: liśćmi.</pe> grzybieni, co jak
zielone ręce leżały na wodzie, na tych łupieżców cichej
rzeczki, którzy niby kule lecieli wskroś rybiego tłumu,
połykali w przelocie kiełbia lub płotkę i nim gromada
zdążyła się rozbiec, znikali w gąszczach brzegów, pomiędzy czerwonawymi liściami pomórników, pod cieniem
rozkwitłej czeremchy, duszonej przez ramiona dzikiego
chmielu, które drgały na wartkim prądzie niby rozsypane
zielone warkocze.<end id="e1309613549635-3160811528"/></akap>


<akap>Potem jechali tyłami miasteczka, ścieżką biegnącą
przez zagony ogrodów warzywnych i sadów, pełnych
kwitnących drzew i zapachów cebuli, gdzie na miedzach
pasły się brodate kozy, a na krzewach zielonego agrestu,
na połamanych płotach wietrzyła się pościel.
Przejechali ogród, jaki się rozciągał tuż za murami
otaczającymi klasztor i Waluś pchał wózek do wnętrza
klasztoru na korytarz.</akap>


<akap>W klasztorze pusto było i cicho.</akap>


<akap>Oknami wdzierał się wiatr i zaglądały zielone gałęzie krzewów, bo w pośrodku murów był niewielki
ogródek.</akap>


<akap>Kilka drzew owocowych pięło się do słońca i zaglądało do cel pierwszego i drugiego piętra, a resztę
ogródka zajmowały trawy i chwasty, na tle których
migotały białe, smutne główki narcyzów.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309614264701-2398657116"/><motyw id="m1309614264701-2398657116">Śmierć, Wizja, Przeczucie, Duch</motyw>--- Niech będzie pochwalony! --- zawołał pan Adam,
przystając przy jednym z okien.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na wieki wieków! --- odpowiedział Liberat,
który w swoim biało-czarnym habicie dominikańskim,
chudy, zgarbiony, wlókł się pod ścianą.</akap_dialog>


<akap>Podniósł wybladłe i jakby nieprzytomne oczy, patrzył długo, nim poznał, kto do niego zagadał.</akap>


<akap_dialog>--- Jakie zdrowie? Bo wczoraj mówił ksiądz Szymon, że ojciec zdrowszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie... nie zdrowszy --- szeptał ksiądz bladymi ustami.</akap_dialog>


<akap>Jego szara, wyschnięta twarz, podobna w tonie do
tych otaczających murów, rozjaśniła się jakby uśmiechem.</akap>


<akap_dialog>--- Może ojciec będzie łaskaw przyjść dzisiaj do
nas na obiad?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie! Nic już jeść nie mogę, żyję oczekiwaniem, bo dziś lub jutro umrę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co też ksiądz mówi --- zaprotestował energicznie
pan Adam, ale ksiądz Liberat uśmiechnął się i głaszcząc
się po twarzy gałązką bzu kwitnącego, odetchnął tym
zapachem i szeptał głucho:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Śmierć już stoi przy mnie! Śmierć już jest we
mnie! --- powtórzył mocniej, aż się pan Adam cofnął
nieco, a Waluś przeżegnał się ze strachu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Był u mnie dzisiaj w nocy przeor --- dodał
cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jezus Maria! Przywidzenie, mój ojcze i nic
więcej. Proszę, toż on umarł z piętnaście lat temu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Był. Widziałem go! Modliłem się na chórze
i kiedym schodził do celi, zobaczyłem, jak szedł przede mną korytarzem, do każdej celi pukał i z każdej celi,
odpowiadał mu głos jakiś, a on szedł dalej, jakby zwołując wszystkich. Zniknął mi na zakręcie, a gdym się już
położył, usłyszałem pukanie. Podniosłem się i otworzyłem
drzwi: stał na środku korytarza, rękę podniósł do góry,
patrzył na mnie i powiedział:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdź! </akap_dialog>

<akap_dialog>Poszedłem za nim, wiódł mnie przez
wszystkie korytarze, a ze wszystkich cel wychodzili ojcowie i szliśmy razem do refektarza, tam już było pełno
i ciągle wchodzili nowi, wszyscy jacy byli od samego
początku naszego klasztoru. Jakiś bardzo stary ojciec
odczytywał z wielkiej księgi nazwisko, wywoływał po
kolei, po kolei podchodzili do niego, a on wtedy kartę
z nazwiskiem wydzierał i rzucał w powietrze, zapalała
się i kula ognista wypływała oknami w świat, a każdy
wyczytany znikał. Zostałem tylko sam, a on przeczytał
moje imię: Ojciec Liberat.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Pójdź! --- szepnął mi przeor.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ostatni! --- zawołał czytający i wolno wydzierał
moją kartę, tak wolno, że czułem, iż mi wydziera życie.
</akap_dialog>

<akap_dialog>Ostatni! --- powiedział przeor, popatrzył na klasztor, na
mnie, pocałował mnie w czoło i szepnął:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdź!</akap_dialog>






<akap_dialog>--- Idę o panie! Kiedy mnie wołasz do siebie.
Idę!... --- szepnął ksiądz zapatrzony w płat błękitu wiszący nad ogródkiem, skrzyżował ręce na piersiach
i stał, podobny ze swej siności do posągów.</akap_dialog>


<akap>Jaskółki biegały nad nim jak szalone, wróble
ćwierkały po drzewach, nie słyszał nic i nic nie widział,
zatopiony w modlitwie i w wizji tej przeczuwanej
śmierci.<end id="e1309614264701-2398657116"/></akap>


<akap>Cały zakon wymarł i on ostatni z szeregu niezliczonego, czuł, że umiera.</akap>


<akap>Pan Adam przynaglał do pośpiechu Walusia, bo
chciał jak najprędzej znaleźć się w domu. Ksiądz Liberat przejmował go strachem zawsze, a dzisiaj zatrząsł
nim do głębi opowiadaniem tego widzenia nocnego.
Pan Adam oddychał powietrzem pól i kwiatów,
patrzył na zieleń i na ludzi, próbował gwizdać i przyśpiewywać, ale głos mu wiązł w gardle, oglądał się za
siebie, jakby z obawą, że ujrzy te umarłe korowody
zakonne i krzyczał:</akap>


<akap_dialog>--- Waluś, a ruszaj no się, bestio!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Adyć się rucham.</akap_dialog>


<akap>Na ganku zastał Ankę; siedziała na niskim stołeczku, otoczona chmurą młodziutkich kurcząt, którym
dawała jeść.</akap>


<akap>Maks stał we drzwiach i z podziwem przypatrywał
się sielankowej scenie.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie ojciec był?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U księdza Liberata.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdrowszy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale, on już zupełnie <slowo_obce>mente captus<pe><slowo_obce>mente captus</slowo_obce> (łac.) --- upośledzony na umyśle.</pe></slowo_obce>, zupełnie. Opowiadał mi niestworzone rzeczy i twierdzi, że dzisiaj
lub jutro najdalej umrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy to ten ksiądz, który był wczoraj u państwa? --- zapytał Maks.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie. Ksiądz Szymon jest naszym proboszczem,
a ten zaś, to ostatni z dominikanów, jacy byli w naszym
klasztorze. Ojciec Liberat to człowiek wielkiej nauki
i pobożności, ale..! Chory. Prawie obłąkany. Przez całe
tygodnie nieraz nie sypia, nie jada, od ludzi stroni,
a tylko modli się rozciągnięty na podłodze dawnego
chóru zakonnego i nocami odwiedza puste cele i rozmawia z dawno umarłymi. A przy tym wszystkim...</akap_dialog>


<akap>Nachylił się do Maksa i coś szeptał, ale Anka mu
przerwała.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309614576203-2997655791"/><motyw id="m1309614576203-2997655791">Ptak</motyw>--- Tasiuchny, taś, taś, taś! --- wołała na stado
kacząt, trzepiących się zapamiętale w sadzawce, nie zważając na rozpaczliwe krzyki i bieganinę kury, która je
wysiedziała.</akap_dialog>


<akap>Kwoka krzyczała jakby na ratunek, podfruwała
na wodę i cofała się z przestrachem.<end id="e1309614576203-2997655791"/></akap>


<akap_dialog><begin id="b1309614811834-100554661"/><motyw id="m1309614811834-100554661">Gospodyni, Ptak</motyw>--- Pani codziennie i sama karmi wszystek drób?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Codziennie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież to duża praca!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skoro się samo nic nie robi, więc trzeba robić --- odpowiedziała wesoło i zwoływała przed ganek
coraz nowe stada, które ściągały ze wszystkich kątów
podwórza, rzucały się na żer chciwie i napełniały powietrze wesołym krzykiem.</akap_dialog>


<akap>Anka siadła na progu ganku i raz po raz czerpała ze stojących obok niej przetaków to garść kaszy
jaglanej, to jęczmienia, to pszenicy i rzucała na ruchliwą,
rozkrzyczaną hołotę ptasią, kłębiącą się zapamiętale i bijącą się pomiędzy sobą.</akap>


<akap>Były kurczątka pokryte żółtym puchem, które różowymi dzióbkami, z nadzwyczajną zwinnością wybierały
jagły i co chwila biegły do kwoki, raz wraz nawołującej
dzieci do nowego żeru, jaki odkrywała na ziemi; były
indyczki wysmukłe, białe, na zielonych niby z brązu
nóżkach, delikatne, kapryśne, które biegnąc, podnosiły
krótkie skrzydełka i krzyczały jękliwie; były kaczęta
już w pierzach, ale tak brudne, umazane w błocie, że
nie miały barwy, te szły gromadą zbitą i hurmem w milczeniu rzucały się na żer i połykały łapczywie, trzęsąc
dziobami w powietrzu, nadziewając się po prostu kaszą;
przyszła na końcu banda gęsiąt z gąsiorem, które kołysały się niezgrabnie, trzęsły obwisłymi brzuchami i gęgały niespokojnie, ale pierwsze rzuciły się na jęczmień
i tratowały własne dzieci; ta gromada robiła najwięcej
wrzawy, bo co chwila podnosiły dzioby, wyciągały żmijowate szyje i krzykliwie rozmawiały ze sobą, a gęsior
szczypał podskakujące niezgrabnie, gonił za kaczorami,
syczał na indyczki i przybiegał do gęsi, głośno ciesząc
się ze zwycięstwa.</akap>


<akap>Potem zrobił się przed gankiem pisk i zamęt, bo
wszystko się pomieszało ze sobą i zaczynało się bić.</akap>


<akap>Stare gęsi syczały na indyczki, które z rozczapierzonymi skrzydłami błyskały groźnie ślepiami i jeszcze
groźniej gulgotały, a indor w tęczy rozwachlarzonego
ogona, o rozczerwienionych z gniewu koralach, skakał
ostrymi pazurami na kaczorów o zielonych, pawich łbach,
które chyłkiem uciekały, po drodze porywając jedzenie.</akap>


<akap>Na domiar złego gołębie, zwabione piskiem ptasim
i widokiem pana Adama, krążyły nad domem i jak kule
śnieżne spadały w środek stada, gruchały, kręciły się
odważnie, kradły ziarna spod dziobów, uciekały, gonione przez kwoki i od syków gęsich i powracały niestrudzenie, uwijając się zapamiętale.<end id="e1309614811834-100554661"/></akap>


<akap>Anka bawiła się wesoło tą walką, jaka wrzała
u jej nóg i wciąż sypała nowe garście ziarn na głowy
i skrzydła ptactwa.</akap>


<akap_dialog>--- Podobna jest teraz pani do Mickiewiczowskiej Zosi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z tą wielką różnicą, że Zosia bawiła się gospodarstwem, karmiła drób dla przyjemności.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A pani robi to dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aby dobrze wykarmione sprzedać w Łodzi.
Mniej się to panu podoba, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więcej jeszcze, bo muszę podziwiać pani praktyczność.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Praktyczność z musu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy prawie ta praktyczność nie powstaje
dlaczego innego. Ale pani dziwnie umie łączyć praktyczność z czymś zupełnie innym, z czymś, czego nazwać nie umiem, bo...</akap_dialog>


<akap>Przerwał mu pan Adam, bo zaczął gwizdać przeciągle i natychmiast indory nastroszyły się i zaczęły
gulgotać, gęsi krzyczały głośno, a kwoki ogarniały swoje
małe, rozstawiając nogi i skrzydła i kwakały zestrachane jakby przed jastrzębiem, gołębie wzbiły się w górę
i jak obłąkane uciekały do gołębnika, wpadały do stodół,
a nawet kilka uciekło do ganku, a w całej gromadzie
podniósł się taki krzyk, pisk, rwetes, tak wszystko uciekało, tratowało się, że pan Adam śmiał się na całe
gardło.</akap>


<akap_dialog>--- A co, tom zrobił figla! --- wołał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to za gęsia idylla? Spać nie mogłem przez
nią --- zawołał Karol, wchodząc na ganek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyśpisz się w Łodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W Łodzi mam co innego do roboty --- szepnął niecierpliwie, zimno przywitał Ankę i znudzonym
wzrokiem przyglądał się niebieskim dymom, bijącym
wielkimi słupami nad miasteczkiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Koniecznie musicie panowie jechać dzisiaj? --- zapytała nieśmiało Anka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Koniecznie i chociażby zaraz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc jedźmy, jestem już gotowy --- powiedział
ostro Maks, zirytowany tym ,,koniecznie".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie. Pojedziecie panowie po południu, teraz ja nie pozwalam. Pójdziemy do kościoła na sumę,
musimy odwiedzić księdza Szymona. Potem zjemy obiad,
bo umyślnie prosiłam na niego pana Zajączkowskiego
i księdza, a wreszcie musi się pan, panie Karolu, rozmówić z Karczmarkiem, ma być o trzeciej. A przed
wieczorem odprowadzimy panów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze! --- rzucił prędko Karol i poszedł do pokoju jadalnego, bo podano śniadanie, po czym,
narzekając na gorąco, wyniósł się do ogrodu i siedział
pod kwitnącymi jabłoniami, obsypywany co chwila śniegiem płatków padających za najmniejszym powiewem
wiatru.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1309615009087-218521179"/><motyw id="m1309615009087-218521179">Ogród</motyw>Pszczoły brzęczały na jabłoniach jak w ulu, a po
całym ogrodzie rozpływał się słodki, dyszący zapach
bzów, jabłoni i głosy wilg śpiewających.<end id="e1309615009087-218521179"/></akap>


<akap>Pan Adam poszedł się przespać, jak zwykle to
robił po śniadaniu, bo wstawał o świtaniu; Anka ubierała się do kościoła, a Maks chodził zarośniętymi trawą
alejkami, okrążał ze wszystkich stron Karola, czasem się
zapuszczał na drugą stronę dworu od rzeki i powracał,
a przechodząc obok niego, nie mówił nic, unikał nawet
jego wzroku i szedł w głąb ogrodu, bo mu się wydało,
że tam mignęła jasna sukienka Anki, a przekonawszy się,
że to różowieje jabłoń pokryta kwiatami, stanął przy
parkanie i patrzył na szeroką roztocz zbóż zielonych,
kołyszących się z jednostajnym szmerem, przez które
ścieżyną biegnącą od dalekiej wsi, snuł się długi łańcuch
czerwono ubranych kobiet i chłopów w białych kapotach,
dążących do kościoła; patrzył a nadsłuchiwał chciwie, czy
się też nie odezwie gdzie głos Anki.</akap>


<akap>Nie mógł zdać sobie sprawy, co się w nim działo.</akap>


<akap_dialog>--- Nie wyspałem się, czy co? --- myślał, ściskając
sobie głowę rozbolałą. --- Do diabła ze wsią.</akap_dialog>


<akap>Poczuł się tak raptownie zdenerwowanym, że poszedł do Karola.</akap>


<akap_dialog>--- Nie moglibyśmy wyjechać wcześniej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ty masz już dosyć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rzeczywiście, że wyleciałem ze wszystkich trybów, czuję się jak kalosz rozdeptany. W nocy spać nie
mogłem, teraz nie wiem, co robić ze sobą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Połóż się na trawie, oddychaj wonią kwiatów,
nasłuchuj szmerów traw, rozkoszuj się śpiewem ptaków,
pław się w słońcu, a w interwałach myśl o piwie albo
o czarnej Antce --- drwił Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daję słowo, że nie wiem, co ze sobą robić.
Dwadzieścia razy obejrzałem ogród; no i cóż? Widzę,
że piękny, że drzewa kwitną, że trawa zielona, ale co
to dla mnie za ,,papier"? Byłem na łące --- prześliczna.
Byłem w stajni, byłem wszędzie, wszystko widziałem,
ale mam tego już dosyć. Panna Anka zachwalała mi
las --- zobaczyłem, że drzewa wielkie, że wilgoć i że
nie ma na czym usiąść.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemuś nie powiedział, byłaby ci kazała tam
zanieść kanapkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A przy tym jestem niespokojny o matkę i... --- urwał i nie dokończył, tylko ze złością rozbijał nogą
kretowisko świeżo wytoczone na trawniku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pociesz się, pojedziemy, muszę tylko tę całą
przykrą pańszczyznę odbyć przecież przykładnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pańszczyznę --- zapytał zdziwiony Maks. --- Narzeczona i ojciec --- to pańszczyzna?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie miałem ich na myśli, a tylko tych bałwanów, którzy mają być na obiedzie i wizyty --- zacierał
gorąco niebacznie powiedziane słowo, ale Maks, jakby
na przekór, zaczął go przekonywać, że Zajączkowski jest
niesłychanie sympatyczny, ksiądz bardzo rozumny itd.,
ale Karol zdziwiony podniósł na niego oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż ty za koziołki wyprawiasz? Wczoraj zachwycałeś się wsią, dzisiaj ziewasz i chcesz uciekać do
Łodzi; wczoraj tych dwóch nazywałeś ludźmi z operetki,
dzisiaj zaś bronisz ich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo mi się tak podoba! --- zawołał rozczerwieniony Maks i ruszył w głąb ogrodu, ale zawrócił natychmiast pośpiesznie, bo Anka z ganku wołała:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panowie, czas iść do kościoła.</akap_dialog>


<akap>Zapomniał o zdenerwowaniu, o złości, o nudzie,
tylko patrzył na Ankę, która stała na ganku i naciągała
długie białe rękawiczki.</akap>


<akap>Była dzisiaj prześliczną w jasnokremowej sukni,
bardzo lekkiej, zarzuconej niesłychanie delikatnym deseniem bladofiołkowym, pasek i kołnierz miała tak samo
bladofiołkowe, kapelusz wielki, płaski, ubrany niezapominajkami i gazą białą.</akap>


<akap>Była tak prześliczna, takim dziwnym urokiem młodości, siły i szlachetności promieniały jej szare oczy, że
Maks nie wiedział, co mówić dalej.
Szedł obok czas jakiś i uspokoiwszy się nieco, obrzucił wzrokiem fabrykanta jej suknię i szepnął bardzo poważnie:</akap>


<akap_dialog>--- To twoja ,,Brylantyna", Karol! Doskonała w kolorze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I świetnie się pierze --- dodała Anka, rozśmieszona jego słowami.</akap_dialog>


<akap>Poczuł się dotkniętym jej śmiechem, więc się odsunął nieco i patrzył na szeroką uliczkę miasteczka,
przez którą szli do kościoła.</akap>


<akap>Miasteczko było nędzną osadą, zamieszkałą przeważnie przez Żydów tkaczów, bo co okno prawie stał
warsztat tkacki, a po sieniach długich, zabłoconych,
czarnych, siedziały stare Żydówki i zwijały na kołowrotkach przędzę; suchy monotonny turkot warsztatów bił
od każdego okna i drżał w cichym, przesłonecznionym
powietrzu.</akap>


<akap>Nędzne sklepiki miały drzwi poprzywierane, jakby
broniły się od kłębów kurzawy.</akap>


<akap>Na środku głównej ulicy czerniały wielkie kałuże
nigdy nie wysychającego błota, po których gromadami
żerowały kaczki.</akap>


<akap>Na wprost klasztoru, w rynku, który stanowiła
piaszczysta wydma, obstawiona szczytami domów, wspartych na drewnianych kolumnach, było kilka domów świeżo
spalonych, z których tylko wśród rumowisk i ścian porozdzieranych sterczały nagie kominy.</akap>


<akap><begin id="b1309620680456-3052876943"/><motyw id="m1309620680456-3052876943">Niedziela</motyw>Przez porozpadane<pe><slowo_obce>porozpadane</slowo_obce> --- dziś popr.: rozpadłe.</pe> mury ogrodzenia klasztornego,
zarośnięte chwastami i kępami popielatego ligustu i obsadzone wielkimi brzozami o zwisłych gałęziach i białej
korze, widać było odrapany fronton kościoła i wysmukłą
dzwonniczkę, ukrytą w rogu cmentarza.</akap>


<akap>Pod samym murem, w cieniu brzóz stało kilkadziesiąt chłopskich fur i bryczek, nieco dalej, na środku
rynku pod płóciennymi dachami tuliło się kilkanaście
straganów, a poza tym pusto było zupełnie, bo słońce
prażyło coraz mocniej.</akap>


<akap>Zostali na cmentarzu, bo z powodu natłoku nie
było możebnym dostać się do wnętrza kościoła.
Anka usiadła na schodach prowadzących do zakrystii i modliła się, Maks zaś i Karol poszli pod brzozy
i przysiedli na jakiejś starej ozieleniałej płycie grobowej, których cały szereg tulił się pod murami.</akap>


<akap>Nabożeństwo było już rozpoczęte. Z wnętrza kościoła przez pootwierane drzwi brzmiały przytłumione
dźwięki organów, a czasem wznosił się głos organisty,
czasem chór głosów dźwięczał uroczyście, czasem słaby
głos księdza przedarł się po tej ruchomej sali głów, jaka
parła się od drzwi, biła o kraty prezbiterium i cofała
się ze szmerem modłów, westchnień i kaszlań; a czasem
przycichało wszystko i wtedy ostre i przenikliwe głosy
dzwonków śpiewały spiżem i odpowiadało im wielkie,
głębokie westchnienie, wyrwane ze wszystkich piersi,
a wszyscy znajdujący się na cmentarzu przyklękali, bili
się w piersi i powracali znów pod brzozy i w rumowiska murów, gdzie siedzieli.<end id="e1309620680456-3052876943"/></akap>


<akap_dialog>--- Nasze chustki! --- szepnął Maks, wskazując na
kilka kobiet, które jak maki jaskrzyły się na piasku
i słońcu, siedząc z podwiniętymi nogami i przesuwając
ziarna różańca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już wypełzłe --- odpowiedział z ironią nieco
Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Te wypełzłe to pabianickie; mówię o tych amarantowych z zielonym deseniem, te nigdy nie wypełzną,
można wygotować w słońcu i nigdy nie wygryzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierzę, ale co mnie to obchodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzień dobry panom! --- rozległ się przytłumiony głos z boku.
</akap_dialog>


<akap><begin id="b1309620871189-343703914"/><motyw id="m1309620871189-343703914">Ojciec, Syn, Pozycja społeczna, Strój</motyw>Stach Wilczek, z cylindrem w ręku, elegancki,
pachnący, stał przy nich i wyciągnął rękę jak dobry
znajomy.
</akap>



<akap_dialog>--- Co pan robi w Kurowie? --- zapytał Maks.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjechałem na święta do rodziny. To mój
rodzic w tej chwili dudli na organach --- powiedział
z pogardliwą pobłażliwością i bawił się przekręcaniem
licznych pierścionków na palcach.<end id="e1309620871189-343703914"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Długo pan tu zabawi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W nocy wyjeżdżam, bo mój Żyd nie dał mi
dłuższego urlopu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdzież pan teraz pracuje?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W kantorze Grossglicka, ale to chwilowo tylko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Puścił pan węgiel?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie. Mam kantor na Mikołajewskiej, bo Grossglick swój czarny interes sprzedał Kopelmanowi, a u tego
parcha nie chciałem być. Czy panowie macie już dostawę węgli do swojej fabryki? --- zapytał ciszej, pochylając się ku Karolowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze nie --- odpowiedział Maks.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakie pan daje warunki? --- zapytał Karol
chłodno.</akap_dialog>


<akap>Stach przysiadł na grobie obok niego i szybko
zaczął pisać w notesie i obliczać, aż w końcu podsunął
papier pod jego oczy.</akap>


<akap_dialog>--- Za drogo! Brauman o siedem i pół kopiejki daje
taniej na korcu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Złodziej i oszust! Da panu za to na wagonie
dziesięć korcy<pe><slowo_obce>korcy</slowo_obce> --- dziś popr. forma D. lm: korców.</pe> mniej --- zawołał cicho Stach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan myślisz, że się tego węgla nie będzie
sprawdzać u mnie, czy co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyważy się nawet więcej, bo przecież Brauman nie na próżno zlewa węgiel wodą przed wysyłką.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Być może, ale kto mi zaręczy, że pan tego
samego nie będziesz robić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, dam panu po cenie takiej, jaką Brauman deklarował. Nie zarobię prawie nic, ale idzie mi
bardzo o tę dostawę. Mówiłem już o tym z panem
Weltem, ale mi powiedział, że pan Borowiecki decyduje. Więc jakże? --- zapytał uprzejmie, nie zważając
na poprzednie słowa Karola i na jego chłodny, pogardliwy ton mowy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdź pan jutro do nas, to się rozmówimy.</akap_dialog>


<akap>--- W jakiej mniej więcej ilości będziecie panowie
potrzebowali węgla? --- pytał Maksa.</akap>




<akap>Nie usłyszał odpowiedzi.</akap>


<akap><begin id="b1309621282701-770575646"/><motyw id="m1309621282701-770575646">Święto, Obrzędy</motyw>Umilkli wszyscy, bo przy odgłosie dzwonów bijących poważnie i śpiewów całego ludu, procesja wyszła
z kościoła i niby długi wąż o czerwonej głowie baldachimu, pod którym szedł ksiądz, wysuwała się z wielkich drzwi i migotała łuską czerwonych, żółtych i białych ubiorów kobiet, popstrzonych czarnymi kapotami
chłopów i złotymi płomykami świec zapalonych, pełzała
pomiędzy szarymi murami kościoła a zielonym wałem
brzezin i okręcała długim ciałem kościół.</akap>


<akap>Ogromny chór głosów bił w rozpalone powietrze
i rwał się do białawego nieba, aż chmury gołębi zrywały się z wieżyc kościoła, ze zrujnowanych dachów
klasztoru i kołowały wysoko.</akap>


<akap>Procesja wróciła do kościoła, głosy umilkły, tylko
liście brzóz szemrały i chwiały się sennie w rozpalonym
powietrzu, od zabudowań klasztornych dochodziły gęgania gęsi, a wnętrze kościoła rozbrzmiewało głosami
śpiewów, dzwonków i organów.<end id="e1309621282701-770575646"/></akap>


<akap>Upał potęgował się coraz bardziej, słońce lało
ogień na gontowe dachy miasteczka i jakby wypijało
wszelką moc, taka cisza bezwładna leżała w rozdrganym
powietrzu, nad obręczą pól zielonych, ogrodów stojących
bez ruchu, łąk zielonych, jakby przysłoniętych opaloną
mgłą, i nad lasami, co wstęgą ciemną opasywały
miasteczko i żółciły się łysinami piasków i wydm górzystych.</akap>


<akap_dialog>--- Nie słyszał pan, czy Neuman położył się? --- zapytał Maks Stacha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zupełnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, boczkiem tylko, na jakie trzydzieści procent! Panowie tracą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mamy na nim cośkolwiek --- machnął niecierpliwie ręką.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może bym znalazł kogo, co by pańskie pretensje
nabył, ma się rozumieć, jeśli tanio i z dobrym procentem dla mnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż u diabła, we wszystkim pan robi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I w niektórych innych rzeczach! --- zawołał
głośniej i ze śmiechem Wilczek.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309621521426-1496304202"/><motyw id="m1309621521426-1496304202">Pozycja społeczna, Ambicja, Interes, Strój</motyw>--- Pan dobrze zna Kurów? --- zagadnął Maks,
aby odwrócić rozmowę z interesów, bo Karol niechętnie
spoglądał na Wilczka i milczał uparcie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja się tutaj urodziłem, tutaj pasałem ojcowskie
gęsi i bydlątka, tutaj brałem po grzbiecie postronkiem,
ksiądz Szymon mógłby o tym obszerniej pomówić.
A, pan może nie wierzy, że ja pasałem bydło? --- zapytał
ironicznie, widząc zakłopotaną minę Maksa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trudno mi w to uwierzyć, patrząc na pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, ha, ha! To mi pochlebia. Pasało się bydlątka,
pasało! Brało się postroneczkiem po plecach, kalikowało
się ojcu na organach, czyściło się ojcom w klasztorze
buty, zamiatało się nie tylko kościół! Różnie bywało. Nie
wstydzę się tego zupełnie, bo i co to pomoże, fakt
pozostaje faktem, a zresztą, doświadczenie to kapitał
umieszczony na procent składany.</akap_dialog>


<akap>Maks się nic nie odezwał, a Karol dość lekceważąco oglądał go ze wszystkich stron i uśmiechał się ironicznie, bo był wyelegantowany przesadnie, a nawet
śmiesznie, jasne kratki, lakierki, jedwabna kamizelka
biała, jasny krawat z ogromnym brylantem, wykwintna
żakietka, cylinder błyszczący, długi złoty łańcuszek od
zegarka, złote binokle, których nie używał, kilka kosztownych pierścionków na palcach, którymi bawił się ustawicznie --- nie harmonizowały z jego pucułowatą twarzą, pokrytą pryszczami, i małymi oczkami chytrze świecącymi, ani z tym niskim, pofałdowanym czołem, nad
którym leżały rozczesane na środku dużej płaskiej głowy
włosy nieokreślonego koloru; długi, ostry nos i wywinięte tłuste wargi robiły jego twarz podobną do pyska
mopsa, którego ucharakteryzowano na bociana.<end id="e1309621521426-1496304202"/></akap>


<akap>Nie zważał, że mu nie odpowiadali, uśmiechał się
chwilami, patrząc na ich głowy, jakimś uśmiechem wyższości i politowania, a gdy po nabożeństwie tłumy zaczęły się wylewać z kościoła i przechodzić obok nich,
prostował swoją kwadratową figurę, przysunął się bliżej
do Karola i dumnie a chłodno patrzył na szeregi łyczek
i łyków kurowskich, na swoich rówieśników i przyjaciół
z pastwiska, którzy spoglądali na niego z podziwem i nie
śmieli podejść do przywitania.</akap>


<akap>Przyszła i Anka, przywitał się z nią uniżenie,
a gdy go zapraszała na obiad, rozczerwienił się z radości i głośno, bardzo głośno, żeby go słyszeli przechodzący, dziękował:</akap>


<akap_dialog>--- Muszę być w domu, bo wszystkie moje siostry
się zjechały. Bardzo mi szczerze żal, że muszę się pozbawić takiej przyjemności, ale to już chyba kiedy indziej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idziemy teraz do księdza Szymona --- szepnęła
Anka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odprowadzę tam państwo, bo i ja muszę go
odwiedzić.</akap_dialog>


<akap>Szli wolno przez zatłoczony cmentarz.</akap>


<akap>Grupy chłopów w cajkowych<pe><slowo_obce>cajkowy</slowo_obce> --- wykonany z <slowo_obce>cajgu</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Zeug</slowo_obce>): grubego, mocnego materiału płóciennego, bawełnianego lub wełnianego o skośnym splocie.</pe> kapotach i w czapkach ze świecącymi daszkami i kobiet wiejskich w jaskrawych chustkach i wełniakach --- kłaniały się im uniżenie, ale przeważająca część tłumu złożona z robotników fabrycznych, przybyłych na święta do rodzin, stała twardo i wyzywająco patrzyła na ,,fabrykantów", jak ich nazywano.</akap>


<akap>Ani jeden kapelusz się nie uchylił przed Karolem,
chociaż poznawał twarze wielu robotników z dawnego
swego oddziału u Bucholca.</akap>


<akap>Tylko do Anki często podchodziły kobiety, całowały ją po rękach, lub, jak niektóre, podawały tylko
rękę i zamieniały po słów kilka.</akap>


<akap>Karol szedł za nią i oczami roztrącał tłum. Maks
ciekawie się przypatrywał, a Wilczek szedł na ostatku
i głośno, łaskawie mówił do niektórych.</akap>


<akap_dialog>--- Jak się macie? Jak się macie?</akap_dialog>


<akap>Ściskał wyciągające się do niego ręce i zapytywał
to o robotę, to o dzieci, to o zdrowie.</akap>


<akap>Kłaniali mu się prawie wszyscy i patrzyli na niego
z życzliwością i z dumą, że przecież oni tego pana znają
jeszcze z tych czasów, gdy na tym samym miejscu bijał
się z nimi lub pasał bydło, i że to ich człowiek.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ oni wszyscy pana znają --- powiedział
Maks, gdy weszli do księżego ogrodu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znają. Pana Wilczka całe miasteczko kocha,
szczycą się nim --- ozwała się Anka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tyle skorzystałem na tej miłości, że moje jasne rękawiczki przez tę przyjaźń brudne i spocone
na nic.</akap_dialog>


<akap>To mówiąc ściągnął i ostentacyjnie rzucił je
w krzaki.</akap>


<akap_dialog>--- Z powrotem je zabierze --- zauważył półgłosem Karol.</akap_dialog>


<akap>Wilczek usłyszał uwagę i przygryzł usta ze złości.</akap>


<akap>Ksiądz Szymon mieszkał w klasztorze na dole
w kilku narożnych pokojach, przerobionych z cel zakonnych, których okna wychodziły na wielki i doskonale
utrzymany ogród owocowy.</akap>


<akap>Duży ganek drewniany, niedawno wystawiony, bo
drzewo było jeszcze żółte, prowadził do mieszkania.</akap>


<akap>Wino zasłaniało całą ścianę i zwieszało się zieloną
frędzlą nad oknami, a olbrzymie krzaki bzów stały tak
blisko, że wielkie bukiety kwiatów zaglądały do wnętrza
mieszkania.</akap>


<akap>Ksiądz Szymon ledwie co wrócił przez klasztor
i przyjmował ich z całą serdecznością w narożnej salce
wybielonej wapnem, spod którego przebijały się przymglone barwy i roztarte kontury dawnych fresków, pokrywających sklepienia.</akap>


<akap>W salce panował ton fioletowo-zielony od bzów
rozkwitłych i od zieleni ogrodu.</akap>


<akap>Chłód przejęty wilgocią owionął ich na samym
wstępie.</akap>


<akap_dialog>--- Jak się masz, Stachu? A cóż to smyku nie
byłeś wczoraj u mnie, he?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogłem, przyjechały moje siostry i ani na
krok nie ruszałem się z domu --- tłumaczył się Wilczek,
całując księdza w rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówił mi twój ojciec. Nie mogłeś go to zastąpić na chórze, he? Stary ledwie nogami włóczy. Jasiek, Jasiek! A daj no smyku fajeczkę i papierosików dla
panów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapomniałem grać zupełnie, ale jeśli ksiądz
pozwoli, to już umyślnie nauczę się jakiej pięknej mszy
i wtedy przyjadę ją zagrać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dobrze, dobrze!... Anka, Anusiu! A chodźże
do mnie dziecko, pomagać przyjąć gości. Widzisz ją,
myślała, że jej pozwolę próżnować --- śmiał się ksiądz,
krzątając po pokoju i wysuwając stół na środek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan dawno zna księdza? --- zapytał Wilczka Maks.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od dziecka. Pierwsze litery razem z pierwszymi
cybuchami wziąłem od księdza i nie zaprzeczam, że było
tego dosyć --- śmiał się Stach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przesadzasz, dobrodzieju mój kochany, przesadzasz, tych cybuchów nie było wcale za wiele.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyznaję otwarcie, że było ich znacznie mniej,
niż mi się należało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A widzisz! Sprawiedliwy jesteś dla siebie, to
będzie jeszcze z ciebie człowiek, ho, ho, człowieczek niezgorszy! Jasiek! Jasiek! Gdzież ten smyk się podział.</akap_dialog>


<akap>A nie mogąc się go doczekać, sam przynosił z drugiego pokoju różne specjały i rozstawiał na stole.</akap>


<akap_dialog>--- Moje dzieci, moi dobrodzieje kochani, panie
Karolu, panie Baum, Stachu, po kieliszeczku wiśniaczka.
Ma sześć lat, słodki jak miód, a co za kolor, to proszę
patrzeć --- czysty rubin.</akap_dialog>


<akap>Podsunął kieliszek pod światło, w którym istotnie
wiśniak mienił się czysto rubinowym fioletem.</akap>


<akap_dialog>--- Zagryźcie no teraz tym placuszkiem z serem,
mówię wam, że rozpływa się w ustach. No, jedzcież,
bo obrazicie Ankę, ona go robiła sama i przysłała mi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Księże Szymonie, przecież zaraz idziemy na
obiad.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie masz głosu, dziewczyno, bądź cicho. Widzisz ją, będzie się tu rządzić jak szara gęś. Pijcież
panowie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekamy na księdza dobrodzieja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie piję, moi dobrodzieje kochani, nie piję,
Anusia, wyręcz no mnie dziewczyno.
</akap_dialog>


<akap>Wybiegł i po chwili powrócił z dosyć dużym gąsiorkiem pod pachą, zaginając równocześnie sutannę,
która mu się odpinała ustawicznie.</akap>



<akap_dialog>--- A teraz na zakończenie napijemy się winka,
no, napijemy się i basta. Patrz no dziewczyno, to poziomkowe, to samo, któreśmy razem trzy lata temu robili. Patrzcie, jaki ma kolor. Czyste słońce o zachodzie,
czyste słoneczko, a jaki zapach, o powąchajcie no!</akap_dialog>


<akap>I podtykał im pod nos butelkę, która buchała zapachem poziomek.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ księże! Ksiądz mi tak gości uraczy, że
nie będą mogli jeść obiadu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho Anka, z Bożą pomocą zjemy i twój obiadek, zjemy! Słuchajcie no dzieci... a gdybyśmy tak spróbowali wędlinek, co? Tak z majowymi grzybkami, he? No, moi dobrodzieje kochani, moje dzieciątka, zróbcie
mi tę przyjemność. Nie przyjmę was ananasami, bo nie
mam, biedny sługa Chrystusów jestem, ale co mam, to
bierzcie. Anka, a prośże za mną. Stachu, bo cię cybuchem przemierzę, jak będziesz taki niemrawy, ruszajże
się chłopcze.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ale ksiądz ma takie zapasy, że nie powstydziłaby się ich i najlepsza gospodyni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to twoja Anka zrobiła wszystko. No, nie
piecz raczków dziewczyno, nie wstydź się. Nic nie miałem, mój dobrodzieju kochany, ale to nic, niech Stach
powie, żyło się czasem na bórg<pe><slowo_obce>bórg</slowo_obce> (daw.) --- kredyt, pożyczka.</pe>, ale jak mi dziewczyna
zaczęła dogadywać: ,,A sadź ksiądz drzewa owocowe,
a prowadź pszczoły, a pilnuj ogrodu, a rób to, a rób
tamto", tak i wyterkotała wszystko, bo któż się oprze
niewiastce! Ho, ho, Anka to złoto! Żebym ja wam pokazał zakrystię, co tam bielizny kościelnej, jakie kapy,
jakie ornaty, jakie stuły, to i katedralny kościół nie powstydziłby się, a to wszystko ona, własnymi rękami
robiła, ona, moje dzieciątko kochane!</akap_dialog>


<akap>Rozczulił się, objął ją za głowę i pocałował w zarumienione czoło.</akap>


<akap_dialog>--- Tylko tego nie mogłam zrobić, żeby sobie ksiądz
nową sutannę kupił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A po co mi to! Cicho dziewczyno! Jasiek,
a daj no ogieńka, bo fajeczka zgasła --- zakrzyczał, zarumieniony jak panna i silnie stukał cybuchem w podłogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siedźcież sobie panowie, a ja idę do domu
szykować obiad. Niechże ksiądz długo ich nie trzyma
i jak najprędzej przyprowadzi.</akap_dialog>


<akap>Zaraz poszła.</akap>


<akap>Wilczek także się pożegnał i poleciał do domu, bo
przyszedł po niego młodszy brat.</akap>


<akap_dialog>--- To zuch chłopak --- szepnął ksiądz po jego
wyjściu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Doskonała łódzka kanalia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za ostro, panie Karolu. Muszę się przecież ująć
za moim wychowankiem. Ja go znam od dziecka. Twarda
sztuka, nie da się zjeść w kaszy, dobrodzieju mój kochany. Wola jak stal, przebiegły, sprytny, ale poczciwy,
bo swoją rodzinę kocha namiętnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co mu wcale nie przeszkadza drwić z niej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To już natura taka przekorna. Wyśmiewał się
kiedyś jeszcze w dzieciństwie z jakiejś biednej chorej
kobieciny. Przekropiłem go za to cybuchem i chciałem
zmusić, aby ją przeprosił. Gdzie tam! Cybuchy przyjął,
ale z przeproszeniem ani rusz. Później się dowiedziałem,
że chłopak matce ściągnął kaftan i spódnicę i zaniósł
babie. Z własnej woli zrobi wszystko, przez mus --- nic.
Kpi on ze swoich, co jużcić, że nie jest pięknie, ale cóż
mu mówić, kiedy wszystkim pomaga. Młodszego brata
utrzymuje w gimnazjum, rodzicom pomaga, będzie jeszcze
z niego pociecha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dla kryminału --- szepnął Karol, którego irytowały te pochwały księżowskie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to już chodźmy na obiad, bo panna Anna
musi się niecierpliwić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodźmy. Idźcie jegomoście, ja was dogonię,
zajrzę tylko do księdza Liberata.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nieoceniony ten wasz ksiądz Szymon, nigdym
jeszcze podobnego nie spotkał. Ależ to uosobienie poczciwości, dobroci i abnegacji.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo w Kurowie najlepszy interes robić można
na poczciwości, a szczególniej jeszcze wtedy, gdy ta
poczciwość obleczona jest w sutannę. Spróbuj żyć tutaj
ze szwindlów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówisz jak Moryc --- rzekł niechętnie Maks.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chłopaki, dobrodzieje moi kochani, a zaczekajcie no. A to smyrgacie jak jelonki, gonię i gonię, ażem
się zakasał --- wołał ksiądz, pędząc za nimi z sutanną
w garści, żeby mu nie przeszkadzała.</akap_dialog>


<akap>Poszli razem, ale milczeli.</akap>


<akap>Ksiądz miał twarz posmutniałą, wzdychał chwilami
i z melancholią spoglądał w przestrzeń.</akap>


<akap>Widok księdza Liberata omroczył mu duszę
smutkiem.</akap>


<akap>W ganku kurowskiego dworu zastali już Zajączkowskiego, który coś pilno opowiadał panu Adamowi.</akap>


<akap_dialog>--- A, jest ten bisurmanin --- szepnął ksiądz. --- Jak się masz dobrodzieju, mój kochany! A co to, do
kościoła nie chodzisz, o swoim proboszczu już zapomniałeś, he?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zaczynałbyś ksiądz na nowo, bom i tak
zły --- mruknął szlachcic niechętnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to ugryź psa w ogon. Widzisz go, będzie
mi tu złością parskał jak kot.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Panie Jezu Chryste, jeżelim zaczynał, bijże
mnie --- krzyknął, rozkładając ręce Zajączkowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No cicho, cicho. Daj gęby dobrodzieju mój kochany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I chodźcie panowie, bo obiad na stole --- zapraszała Anka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogłeś, dobrodzieju, zaczynać od tego, ale
z księdza wieczna przekora.</akap_dialog>


<akap>Ucałowali się i w największej zgodzie siedli przy
sobie do obiadu, który ciągnął się w milczeniu, bo Anka
posmutniała i goniła oczami spojrzenia Karola, milczącego uparcie, Maks przyglądał się obojgu, pan Adam
nawet mówił niewiele, a ksiądz z Zajączkowskim zajęci
byli jedzeniem.</akap>


<akap_dialog>--- Ostatni to raz jemy obiad w Kurowie w takim towarzystwie --- zauważył stary dość smutno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale możemy jeszcze jadać w Łodzi w takim
samym komplecie. Sądzę, że ksiądz proboszcz ani pan
Zajączkowski nie zapomną o nas --- powiedział Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, nie, nie, przyjedziemy obaj. Poświęcę ci
fabrykę, dobrodzieju mój kochany, bo kto z Bogiem,
z tym Bóg, a potem dam wam ślub, a potem przecież
nie kto inny będzie wam dzieciątko chrzcił, tylko ja. O, Anka uciekła, wstydzi się, a radaby, żeby to jak najprędzej. Anka, Anusiu --- wołał rozbawiony.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Nie wstydźże mi ksiądz dziewczyny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój dobrodzieju kochany, panny się takich
rzeczy tyle wstydzą, co koziołeczek w kapuście. Jasiek
a nałóż no fajeczkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Karolu, może pan przyjdzie do ganku, bo
tam czeka Socha i koniecznie chce się z panem widzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Socha? Czy to ten protegowany pani, którego
umieściłem u Bucholca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, przyszedł z żoną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Anka, czemu to tak wielkie rumieńce? --- zapytał, idąc z nią do ganku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niedobry --- szepnęła, odwracając głowę, ale
ją objął ramieniem i zapytał szeptem:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo niedobry? No, powiedz Anka, bardzo
niedobry?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo niedobry, bardzo niegodziwy i bardzo...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I co bardzo? --- pytał, przechylając jej głowę
i całując w przymknięte oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I bardzo kochany --- szepnęła, wysuwając mu
się z objęć i weszła na ganek, przed którym stali Sochowie, ale tak zmienieni, że nie poznał ich na razie.</akap_dialog>


<akap>Socha zamiast białej kapoty miał czarny surdut,
pokapany woskiem na połach, czarne za krótkie spodnie,
wyciągnięte na cholewy, czapkę z daszkiem, gumowy
kołnierzyk, który mu zjeżdżał na kark i odsłaniał brudną szyję.</akap>


<akap>Zapuścił brodę, która mu niby ostra szczecinowa
szczotka pokrywała szczęki i łączyła się przy uszach
z krótko obciętymi włosami, wysmarowanymi pomadą.</akap>


<akap>Z żółtej, pomiętej i zmizerowanej twarzy patrzyły
dawne, niebieskie, poczciwe oczy.</akap>


<akap>Pochylił się również po dawnemu do kolan Karola.</akap>


<akap_dialog>--- Ledwiem was poznał, wyglądacie jak fabrykant.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I... ściarachał się ino człowiek między ciarachami i tyla.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robicie wciąż u Bucholca?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A robi, wielmożny dyrektorze, robi...</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309631498125-253458256"/><motyw id="m1309631498125-253458256">Małżeństwo, Żona</motyw>--- Cicho kobito, ja rzeknę --- przerwał jej z powagą. --- Powiadali w miasteczku Łodzi kolegi, co wielmożny dziedzic otwiera fabrykę, tośwa z żuną tak wykalkulowali...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coby nas wielmożny dyrektur, a nasz dziedzic
kochany wziun do siebie, bo zawżdy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho żuono, bo zawżdy milej robić u swojaka.
Jo robotę znom i przy parówce i w falbierni i czy w lapryturze, ale jakby dziedzic potrzebował do kuni, to
dopraszałbym się łaski pańskiej, bo mi do bydląt ckno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z kuniami się zna, co i wielmożna paninka
zaświadczyć może, bo bez tyle...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawrzej gembe --- burknął --- bo bez tyle roków człowiek się wzwyczaił do kunisków, to mu tera
przez nich nijak.<end id="e1309631498125-253458256"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- I nie szpiluje mu fabrykanckie życie, bo bez
te fetory...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo bez te fetory, to mam bolenie w piersiach
i cięgiem mi odmiata i jak nieraz zamroczy, to jakby
me kto cepem zdzielił w łeb. Wielmożny dziedzicu nasz
kochany --- zawołał rozrzewniony, obejmując go za nogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sirotyśmy bidne! Niechta i paninka wstawi się
za bidnemi --- szeptała przez łzy kobieta i całowała ich
po rękach, i obejmowała go za nogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, dobrze, przyjdźcie na święty Jan, to się
rozmówimy. Przyjmę was do koni.
</akap_dialog>


<akap>Zaczęli jeszcze raz dziękować z uniesieniem.</akap>



<akap_dialog>--- Jak oni się zmienili! --- szepnęła Anka, przyglądając się Sochowej, bo kobieta zrzuciła wełniak i cały
strój wiejski.</akap_dialog>


<akap>Miała na sobie niebieską bawełnianą suknię, czerwony stanik do figury, przez który jej niefortunny korpus zdawał się przelewać, mosiężna broszka pod szyją,
żółta chusteczka na głowie, zawiązana pod brodę i duża
ruda parasolka w ręku.</akap>


<akap_dialog>--- Trzy czy cztery miesiące i Łódź ich przerobiła
na innych ludzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, panie Karolu. Łódź ich tylko przebrała
w inną garderobę. Dać im dzisiaj z dziesięć morgów
gruntu, to za tydzień najdalej ani śladu w nich nie pozostanie łódzkiego życia.</akap_dialog>


<akap>Wrócili do pokoju stołowego akurat na kłótnię,
jaka wybuchnęła pomiędzy księdzem Szymonem a panem Adamem, który bił nogą w stopień fotelu i krzyczał:</akap>


<akap_dialog>--- Görgöy zdrajca! Zdrajca od paznokcia do łysiny!
Łajdak, pieski syn, psubrat.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja ci mówię, dobrodzieju mój kochany, że
nie zdrajca, tylko człowiek dalej widzący niż rurę swojej strzelby. On przecież uratował Węgry.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I sprzedał po judaszowsku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Te, te, te! U ciebie rozsądni zawsze są zdrajcami i Judaszami. Co mu pozostawało, jak nie ocalić
resztę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bić się do ostatniego tchu, do ostatniego żołnierza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już was nie było, boście przedtem uciekli! Jasiek, a daj no ogieńka smyku, bo mi fajeczka zgasła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? co? Myśmy uciekli? Na rany Chrystusowe, co ksiądz mówisz! Myśmy uciekli, kiedy, my? --- krzyczał, unosząc się w fotelu i twarz mu się rozpaliła
strasznym oburzeniem, oczy ciskały pioruny, głos mu
chrypł, zęby szczękały i gdy nieco się uspokoił, tak drżał
cały, że nie mógł pić kawy, bo mu się ręce trzęsły
i kawa chlapała na surdut i na gors.</akap_dialog>


<akap>Karol wyszedł z Maksem pakować się do wyjazdu,
a oni kłócili się dalej całą pasją zawziętości.</akap>


<akap>Zajączkowski pomagał panu Adamowi i od czasu
do czasu uderzał pięścią w stół, zrywał się z krzesła,
szukał czapki, biegał po pokoju i siadał znowu, ale
ksiądz się nie dał, mówił coraz ciszej i coraz częściej
wołał na Jaśka o ogień i coraz częściej uderzał cybuchem w podłogę, był to znak, że się zapalał.</akap>


<akap>Przerwał im rozprawy Karczmarek, który szurgał
nogami w ganku i głośno nos wycierał a wszedłszy do
pokoju, bat postawił w kącie, zatarł ręce i witał się
poważnie ze wszystkimi.</akap>


<akap_dialog>--- Spóźnił się pan na obiad, to chociaż kawy pan
się napije z nami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję dziedzicowi. Jadło się już obiad, ale
co do kawy, to się napić nie zawadzi.</akap_dialog>


<akap>Usiadł obok pana Adama, spoconą twarz wytarł
połą surduta, a potem dopiero jął się chłodzić fularową
chustką.</akap>


<akap_dialog>--- Gorąc jest rzetelny, ale burza będzie, bo się
bydło gzi na pastwiskach. Dziękuję pani, a gorąca?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, bardzo, prawie wrzątek --- odpowiedziała
Anka, podsuwając mu kawę i cukierniczkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo kawa zimna warta grosz albo patyk złamany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzę, że pan się zna na kawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I... przecież się cięgiem chlapie to paskudztwo!
Do interesu, do gadania, to nie ma jak czarna kawa,
a jeszcze do tego kieliszek koniaku, to już całe wesele.</akap_dialog>


<akap>Anka przyniosła koniak.</akap>


<akap>Karczmarek nalał pół filiżanki kawy, a resztę dopełnił koniakiem, zmieszał, pogryzał cukrem i popijał
wolno, rozglądając się równocześnie po obecnych.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309633022473-3868261979"/><motyw id="m1309633022473-3868261979">Imię, Polak, Niemiec, Chłop, Szlachcic, Pozycja społeczna</motyw>--- Dzień dobry, nie myślałem, że pana spotkam
u nas --- zawołał Karol, wchodząc do pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znasz pana Karczmarka? --- zapytał pan Adam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież pan Karczmarski dostawia nam cegłę
do budowy fabryki. Mówił mi ojciec o pańskich zamiarach na nasz Kurów, ale że wymienił inne nazwisko,
nie domyślałem się, że to pan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo to jest tak, że na Łódź to ja mam insze
nazwisko, a na wieś też insze --- tłumaczył, uśmiechając
się chytrze. --- Ludzie są głupie, bo najpierwej patrzą
na obleczenie drugiego człowieka i na przezwisko. Powiadają, że jak się zwał, tak się zwał, aby się dobrze
miał, ale to nieprawda. Jak się w Łodzi nazywałem po
staremu, to byle parch, albo Szwab, albo inny ciarach
powiedział: ,,Karczmarek! Chłopie, chodź no tutaj", a jak
się przezwałem po szlachecku, to mi mówią: ,,Panie
Karczmarski, może pan będzie łaskaw!" Po co mają mną
pomiatać te parobki niemieckie, kiedy ja sroce spod
ogona nie uciekłem i jestem gospodarski syn z dziada
pradziada i kiedy moi już gospodarzyli, to te różne
Niemcy jeszcze po lasach na czworakach chodziły i surowe kartofle jak świniaki jadały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Brawo, doskonale panie Karczmarek --- wołał
Karol, śmiejąc się.<end id="e1309633022473-3868261979"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawdę mówię, bo przecież te łódzkie Müllery,
Szulce, to taka sielna szlachta, że jakby przyszło co do
czego, to mógłby im być królem Karczmarek i jeszcze by
dla nich był honor.</akap_dialog>


<akap>Dolał sobie kawy i koniaku i chciał dalej mówić,
ale pan Adam dojrzał cień niezadowolenia na twarzy
Maksa i rozmowę skręcił na tor inny, zapytując:</akap>


<akap_dialog>--- Cegła idzie w tym roku dobrze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nietęgo. Ale mi się widzi, że niedługo to
zrobi się taki rwetes w Łodzi z budowaniem, jakiego
nigdy jeszcze nie było.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? Wszystko śpi, tyle bankructw jak
nigdy, wiele fabryk stoi, a reszta robi połową ludzi.
Jeszcze jeden taki sezon, a pół Łodzi klapnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A te Żydki, co z Cesarstwa przyjechały, to ony
nie potrzebują robić geszeftu, co? Ja już widziałem, że
ony się coś kręcą po mieście, oglądają place i szukają
cegielni. Zobaczy pan, że zrobi się ruch. Dziesięć lat
temu było tak samo. A cóż, że bez jedną zimę w Łodzi
cicho, to i wół jak się napracuje, to leży potem i odpoczywa i ino rusza gembą, a rusza. Mówiłby kto, że
zdycha, a jużci, niech no odpocznie, to potem tak ciągnie, jaże się zatyka.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309634560997-2274301379"/><motyw id="m1309634560997-2274301379">Chłop, Interes, Wieś, Miasto</motyw>--- Dawno pan prowadzi cegielnię? --- zagadnął
Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sześć lat bez mała.
</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A przedtem? --- zapytała z uśmiechem Anka,
bo Karczmarek częstował cygarami.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Palcie panowie, niezgorsze. Mam juchę Żydka,
co mi przynosi szwarcowane.</akap_dialog>


<akap>Obciął ostrymi zębami koniec cygara, zapalił uważnie i dopiero odpowiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Przedtem panienko, to ja byłem głupim chłopem na półwłóczku. Miałem pół piasku i pół gliny szczerej. W suchy rok to mi z piasku wywiało, a na glinie
spaliło; a w mokry na glinie zgniło, a na piasku tyż
nic nie było. Taką gospodarkę prowadziłem, że bydlątka
jadły poszycie z obory, a człek marł z głodu. Głupi
wtedy byłem, przyznaję się, bo dlaczego miałem być
mądry? Abo mnie to uczyli, abo mi miał kto poradzić.
Mój dziedzic taki był tłusty w rozum, jaże go Niemcy
zjadły, to i chłopu go nie użyczył. Więc biedowałem
jak ojce i dziadowie, jak Pan Bóg chłopskiemu narodowi przykazał. W Łodzi stawiali fabryki, niektóre komorniki i mniejsi gospodarze chodzili na robotę, furmanili --- ja się nie ruszałem. Łódź była jeszcze daleko
ode wsi. Aże tu jednego dnia sprzed chałupy zobaczyłem komin jeden, bez rok widać ich było pięć, Łódź
szła do wsi. Jak pamiętam, to z początku Łódź była
o cztery wiorsty, potem zrobiło się ino trzy, a teraz
nie ma i wiorsty. Łódź szła do wsi, ale i bida miała
dłuższe nogi i chwyciła mnie tak, że już myślałem:
sprzedam i wyniosę się dalej. Bałem się ino trochę
i jeszcze czekałem. Razu jednego spotykam kuma z Chojnów, wiózł fureczkę piasku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdzie to wieziecie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A do miasta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A po co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprzedać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co to warto?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rubla, jak trafi na państwo to więcej, a jak
na Żydów mniej.</akap_dialog>


<akap>Poszedłem z nim. Wziął półtora rubla. Jak to zobaczyłem, to mi się tak rozwidniało, jakby mi kto w łeb
uczoną książkę wpakował.</akap>


<akap>Miałem górkę za chałupą, niczego była; miała
cztery morgi, ziemia galanta, bo ją skowronki nawoziły
od wieków i psy się na niej schodziły po sąsiedzku
każdej wiosny. Przyleciałem do domu, narychtowałem
wóz i na góreczkę szukać piasku. Był jucha kiej złoto
i paradniej mu na pańskich schodach niż pod zbożem.</akap>


<akap>Pojechałem z pierwszą furą; Żydy me zbiły na
Starym Mieście, piaskarze nasze tyż, policjant i owszem
na ulicy, alem sprzedał. Potem tom ino zrzynał tę górkę
i fort wywoziłem do Łodzi bez całe dwa lata, dzień
w dzień, a w trzecim jeździł i mój chłopak, jeździł i parobek com go przynajął; woziliśmy piasek, a przywoziliśmy co inszego... Z początku to żona chciała me sprać,
że ja to gront zapaskudziłem i złe powietrze robię. Jużci,
że to nie perfumy. A że to Łódź <slowo_obce>fort<pe><slowo_obce>fort</slowo_obce> (niem.) --- dalej, ciągle. </pe></slowo_obce> szła ku naszej
wsi, to coraz przyjdzie jakiś pluderek, obejrzy moją gospodarkę i powiada: ,,Sprzedaj"; przychodziły też Żydy
i mówią: ,,Sprzedaj Karczmarek!". Nie sprzedałem, choć
w końcu dawały po pięćset rubli za morgę. Zacząłem
kalkulować, że w tym coś jest, kiedy one tak drogo
chcą płacić. Poszedłem się poradzić do adwokata, co
nam działy prowadził. Rzetelny bardzo człowiek, bo mi
wprost powiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Głupiś Karczmarek. że tego nie wiesz, oni chcą
twoją glinę kupić. Postaw cegielnię, a jak nie masz pieniędzy, to do spółki ze mną.</akap_dialog>


<akap>Postawiłem sam, nająłem strycharza, sam pomagałem i żona, i dzieci, robiliśmy jak woły i grosz szedł.
Przyjechał raz adwokat, obejrzał i powiada:</akap>


<akap_dialog>--- Głupiś Karczmarek, zamęczysz siebie i dzieci
i na tym co najwyżej zarobisz tysiąc rubli na rok. Co
trzeba robić? Postawić parową cegielnię.</akap_dialog>


<akap>Myślałem bez całą zimę, potem zrobiliśmy spółkę
i jakoś tam idzie.</akap>


<akap_dialog>--- A cóż się stało z góreczką? --- zapytała Anka
ciekawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zgolona do czysta, już ją tam ludzie na podeszwach roznieśli po świecie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I mieszka pan jeszcze na wsi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trochę przy cegielni, a trochę w mieście, bom
sobie tam postawił chałupę, żeby żona miała gdzie
mieszkać z dziećmi, które chodzą do szkoły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ładna chałupka! Trzy piętra frontu i cztery
oficyny --- zauważył Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I... postawię sobie jeszcze jedną, bo mam plac
i mieszkania będzie mi potrzeba dla zięcia.<end id="e1309634560997-2274301379"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co panu po Kurowie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Syna najstarszego żenię, a że chłopak we szkołach nie był, do handlu też się nie zda ani na fabrykanta, to bym mu chciał kupić co niewielkiego i niedaleko, aby go mieć pod bokiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja muszę zaraz jechać, ale niech się pan z ojcem umówi o wszystko, zgódźcie się na cenę i przyjedzie pan do Łodzi, to zrobimy akt. No, Maks, czas nam
w drogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odprowadzimy was kawałek, przez pole do
szosy.</akap_dialog>


<akap>Pożegnanie nie zabrało wiele czasu, wszyscy prócz
Karczmarka, poszli przez ogród i szli wąską polną drogą,
na której spod trawy gdzieniegdzie znać było wyżłobioną kolej wozów.</akap>


<akap>Przodem szła Anka, Karol i Maks; za nim Zajączkowski z księdzem, a w samym końcu jechał pan Adam,
zostawał w tyle, bo wózek się opierał na wybojach
i kretowiskach, aż Waluś klął co chwila.</akap>


<akap_dialog>--- Ażeby cię wciornoście! A to utyka kiej świnia.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1309634840771-2536433624"/><motyw id="m1309634840771-2536433624">Wieczór, Ptak</motyw>Przedwieczór już był nad ziemią, rosa obfita okiścią pokrywała zboża i trawy i wielka cichość płynęła
nad polami, szemrzącymi dziwnie przenikającym szelestem żytnich kiści, graniem świerszczyków i słodkim,
szklanym brzęczeniem komarów, co całą chmurą kłębiły
się nad głowami idących, a czasem przepiórki z głębi
zielonych puszcz żytnich wołały: ,,Pójdźcie żąć! Pójdźcie
żąć!". Albo jaskółka ze świergotem przeleciała w zygzakach, albo z owsów czarniawych nakropionych żółtymi
ognichami, wyrwał się skowronek, bił prosto ku niebu,
trzepał skrzydełkami i dzwonił pieśnią lub pszczoły
z brzękiem wracały do roboty.<end id="e1309634840771-2536433624"/></akap>


<akap_dialog>--- Dobrodzieju mój kochany, ale ten Karczmarek
to dziwny człowiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest takich w Łodzi więcej. Wie ksiądz, że on
się nauczył czytać i pisać dopiero parę lat temu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale po co chamowi majątek, we łbie mu się
przewróci i będzie myślał, że wszystkim jest równy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo nie jest równy? Mój Zajączkowski, mój
dobrodzieju kochany, a czymże to lepsi jesteśmy od
niego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ksiądz niedługo każesz nam chamów całować
po rękach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak tego będą warci, pierwszy to zrobię, dobrodzieju mój kochany, Jasiek, ognia.</akap_dialog>


<akap>Ale że Jaśka nie było, zapalił mu fajkę Maks,
który do nich się przyłączył i słuchał, nie słysząc, bo
patrzył na Ankę idącą przodem z Karolem i łowił chciwie ich rozmowę, prowadzoną półgłosem.</akap>


<akap_dialog>--- Nie zapomni pan o Wysockiej? --- prosiła cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jutro pójdę do niej. Czy ona naprawdę jest
naszą kuzynką?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest moją, ale myślę, że wkrótce będzie naszą.</akap_dialog>


<akap>Szli czas jakiś w milczeniu.</akap>


<akap>Ksiądz sprzeczał się z Zajączkowskim, a pan Adam
śpiewał, aż się rozlegało po polach.</akap>





<strofa>,,Hej z góry, z góry, jadą Mazury,/
Puk puk w okieneczko/
Otwórz, otwórz panieneczko/
<wers_wciety typ="6">Koniom wody daj".</wers_wciety></strofa>




<akap_dialog>--- Prędko pan przyjedzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem. Mam tyle roboty z fabryką, że nie
wiem, co pierwej robić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mało ma pan dla mnie czasu teraz, bardzo
mało... --- dodała ciszej i smutniej, ciągnąc dłonią po
młodych rdzawych kłosach, co rozkołysane kłaniały się
jej do nóg i obrzucały rosą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proszę się spytać Maksa, czy ja dla siebie mam
choćby godzinę czasu dziennie. Od piątej rano na nogach do późnej nocy. Jaki z ciebie dzieciak, Anko, no
spojrzyj na mnie.</akap_dialog>


<akap>Spojrzała, ale w oczach miała smutek i usta drżały
jej nerwowo.</akap>


<akap_dialog>--- Przyjadę za dwa tygodnie, dobrze? --- powiedział spiesznie, aby ją pocieszyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, dziękuję, ale jeśli ma na tym cierpieć
fabryka, to proszę nie przyjeżdżać, potrafię znieść i tęsknotę, przecież to nie po raz pierwszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ostatni, Anka, Ten miesiąc zleci prędko,
a potem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A potem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potem będziemy już razem; boi się tego moje
złote dziecko, co? --- szepnął czule.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie! Bo przecież to z tobą, z panem --- poprawiła się rumieniąc i uśmiechała się tak słodko
że miał ją ochotę pocałować.</akap_dialog>


<akap>Zamilkła i rozmarzonymi, zapatrzonymi w siebie
oczami błądziła po zielonej płachcie zbóż, co niby wielki
rozlew wody kołysany wiatrem, marszczyło się w płowe
koliska, w czarniawe gurby, kładło się nad ziemią, powstawało, leciało w tył do ugorów, odbijało się o nie
i znowu z chrzęstem uderzało w dróżkę, jakby chcąc
się przelać przez tę tamę i rozlać po długim łanie pszenicy niskiej jeszcze i tak trzepiącej piórkami błyszczącymi, że cały łan był podobny do wielkiego stawu, migocącego miliardami złotych łuszczek.</akap>


<akap_dialog>--- Waluś, ruszaj się bestio! --- zakrzyknął pan
Adam, bo dochodzili już do szosy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Adyć się rucham, jaże mi mokro.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To już? --- szepnęła Anka, spostrzegłszy konie
czekające na szosie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda, że to już, jest tak prędko --- powiedział Maks.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, jak tu pięknie? Patrz no, dobrodzieju
mój kochany, jak to Pan Bóg umalował wszystko śliczniutko, o! --- wołał ksiądz, wskazując na pola, leżące
ku zachodowi.</akap_dialog>


<akap>Słońce czerwone, ogromne, zsuwało się nad lasy
po perłowych przestrzeniach i rozsiewało po zbożach
czerwonawą mgłę o fioletowych obrzeżach.</akap>


<akap>Wody stawów leżących niżej w łąkach paliły się
jak tarcze miedziane mocno wypolerowane, a zygzakowata linia rzeczki ciągnącej się przez łąki ku wschodowi, odcinała się od traw, jak sina, jedwabna wstęga,
poplamiona gdzieniegdzie czerwonawym złotem.</akap>


<akap_dialog>--- Bardzo pięknie i żałuję, że nie mamy czasu
przyglądać się dłużej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda. No jedźcie z Bogiem! A dajcież no
gęby chłopaki. Panie Maks, panie Baum, a tośmy cię
dobrodzieju mój kochany, polubili wszyscy jak swojego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo mnie to cieszy, bo przyznam się szczerze, że milszego towarzystwa nie spotkałem jeszcze
w życiu i serdecznie dziękuję za gościnność i proszę,
nie zapominajcie o mnie, Maks Baum!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo solidna firma, daje towar z sześciomiesięcznym kredytem --- zawołał Karol ze śmiechem, żegnając się ze wszystkimi.</akap_dialog>


<akap>Maks zamilkł, był taki zły, że Ankę pocałował
w obie ręce z dziesięć razy, pana Adama w oba policzki, a księdza w rękę, co tego ostatniego tak rozczuliło, że objął go za szyję, pocałował w głowę i przeżegnał go na drogę.</akap>


<akap>Ruszyli z miejsca kłusem.</akap>


<akap>Anka stanęła na kopcu i powiewała za nimi
chustką.</akap>


<akap>Pan Adam śpiewał marsza.</akap>


<akap>Maks długo przypatrywał się jasnym konturom
Anki i gdy zniknęły mu w oddaleniu, usiadł i gniewnie
powiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Ty zawsze musisz mnie ośmieszyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aby cię otrzeźwić. Nie lubię, jak się upijają
moim winem i do tego w moim własnym domu.</akap_dialog>


<akap>Zamilkli obaj.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>II</naglowek_rozdzial>




<akap_dialog>--- Blumenfeld, graliście w niedzielę u Malinowskiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Graliśmy, zaraz powiem --- szepnął, wstając
do okienka załatwić interesanta.</akap_dialog>


<akap>Stach Wilczek przeciągnął się ociężale i poszedł
wyjrzeć na ulicę.</akap>


<akap>Piotrkowska huczała zwykłym codziennym ruchem,
olbrzymie platformy towarowe tak biły kołami w bruk,
że w kantorze szczękały ustawicznie szklane ścianki
przepierzenia, osłonięte mosiężną siatką i poprzecinane
okienkami, do których cisnęli się interesanci.</akap>


<akap>Przyglądał się bezmyślnie olbrzymim rusztowaniom
budującego się domu naprzeciwko, to gęstej masie ludzi,
zatłaczających trotuary i powrócił do swojego stolika, ślizgając się oczami po kilkunastu głowach wciśniętych pomiędzy ścianę a szklane przepierzenie i porozgradzanych
jeszcze pomiędzy sobą niskimi przegrodami.</akap>


<akap_dialog>--- Coście grali? --- zapytał znowu Blumenfelda,
który przegarniał chudą, nerwową ręką jasnozłociste
włosy, a niebieskimi oczami śledził Żydka, który na środku
kantoru obracał się na wszystkie strony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na prawo kasa! --- zawołał, wychylając się
przez okienko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Graliśmy kawałek sonaty cis-mol Beethovena. Szło nam tak dobrze jak nigdy. Malinowski był...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Blumenfeld, konto Eichner et Peretz? --- zawołano z drugiego końca kantoru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cztery, siedemnaście, pięć. Zajęte do sześciu tysięcy --- odpowiedział szybko, przerzucając skorowidz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potem robiliśmy próbę z tego, com skończył
niedawno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to jest? Polka, walczyk?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajże spokój z walczykami i polkami. Nie
tworzę repertuaru dla katarynek i tanckrenchenów<pe><slowo_obce>Tanckrenchen</slowo_obce> (niem.) --- kółko taneczne.  </pe>! --- zawołał z pewnym oburzeniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc cóż? Operę? --- pytał się ironicznie Stach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie. Coś, co ma pewne formalne podobieństwo do sonaty, ale nie jest sonatą. Pierwsza część to wrażenie miasta, które milknie i z wolna usypia. Rozumiesz, wielka cisza przesycona łagodnymi szmerami,
które robią skrzypce, a na tym tle flet zaczyna przejmującą pieśń, jakby jęk drzew marznących, ludzi bezdomnych, maszyn spracowanych, zwierząt, które jutro
będą zabite.</akap_dialog>


<akap>Zaczął nucić bardzo cicho.</akap>


<akap_dialog>--- Blumenfeld, do telefonu wołają.</akap_dialog>


<akap>Przerwał i pobiegł natychmiast, a gdy powrócił
nie mógł dokończyć, bo musiał załatwić dwóch interesantów czekających przed okienkiem.</akap>


<akap>Potem zapisywał w wielkiej księdze, ale bezwiednie przebierał palcami, wystukując melodie.</akap>


<akap_dialog>--- Długoś pisał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Blisko rok. Przyjdź w niedzielę, to usłyszysz,
wszystkie trzy części. Dałbym dwa lata życia, żebym
mógł usłyszeć to własne dzieło wykonane przez dobrą
orkiestrę, dałbym pół życia --- dodał po chwili, oparł się
o stół i zasłuchany w siebie, wiódł martwym, cofniętym
w tył wzrokiem po głowach kolegów, czerniejących się
w otworach okienek.</akap_dialog>


<akap>Wilczek zaczął pisać, a w kantorze zaszemrały rozmowy, leciały dowcipy z okienka do okienka, czasem
wybuch śmiechu, który milknął, ilekroć trzasnęły drzwi
frontowe, zadzwonił telefon albo brzęczały szklanki, bo
pito herbatę, gotującą się w rogu kantoru nad gazem.</akap>


<akap_dialog>--- Sztil<pe><slowo_obce>sztil</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>still</slowo_obce>) --- cicho.</pe>, panowie, stary przyjechał! --- rozległ się
ostrzegający głos.</akap_dialog>


<akap>Umilkli natychmiast wszyscy, spoglądając na Grosglicka, który wysiadł z powozu i stał przed kantorem,
rozmawiając z jakimś Żydkiem.</akap>


<akap_dialog>--- Kugelman, proś dzisiaj o urlop, stary w dobrym humorze, śmieje się --- szepnął Stach do sąsiedniego przedziału.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówiłem wczoraj, powiedział, że po bilansie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Steiman, niech pan przypomni dzisiaj
o gratyfikacji.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żeby on zdechnął<pe><slowo_obce>zdechnął</slowo_obce> --- dziś popr.: zdechł.</pe> jak ten czarny psa! --- zaklął
ktoś za kratą.</akap_dialog>


<akap>Zaczęli się śmiać dyskretnie z tego ,,czarnego psa",
ale umilkli natychmiast, bo Grosglick wszedł.</akap>


<akap>Ze wszystkich okienek wychyliły się kłaniające z pokorą głowy i wielka cisza, przerywana tylko syczeniem
wody na gazie, zapanowała w kantorze.</akap>


<akap>Woźny odebrał kapelusz i z namaszczeniem ściągnął palto z bankiera, który zatarł ręce i gładząc palcem kruczoczarne bokobrody, odezwał się:</akap>


<akap_dialog>--- Wiecie, panowie, straszny wypadek się zrobił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Broń Boże, nie panu prezesowi? --- ozwał się
jakiś głos lękliwy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co się stało?! --- zawołali wszyscy, udając zaniepokojenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co się stało? Stało się wielkie nieszczęście, bardzo wielkie nieszczęście --- powtórzył płaczliwym głosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Straciliśmy co na giełdzie? --- zapytał ciszej
prokurent firmy, wychodząc zza przepierzenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spalił się kto niezaasekurowany?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Umarł kto panu prezesowi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ukradli może te śliczne rysaki<pe><slowo_obce>rysaki</slowo_obce> --- a. kłusaki, konie o bardzo szybkim kłusie, używane gł. do wyścigów w zaprzęgu; gł. rasy: orłowskie, amerykańskie i francuskie.</pe> amerykańskie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mów pan głupich rzeczy, panie Palman --- rzekł z powagą.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309637619802-404333096"/><motyw id="m1309637619802-404333096">Śmiech, Władza</motyw>--- Ale co się stało, panie prezesie? Bo mnie się
już słabo robi --- błagał Steiman.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, zleciał!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto zleciał? Skąd? Gdzie? Kiedy? --- leciały
strwożone zapytania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, zleciał z pierwszego piętra klucz i wybił
sobie zębów... Ha, ha, ha! --- śmiał się serdecznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co za <slowo_obce>witz</slowo_obce><pe><slowo_obce>witz</slowo_obce> (z niem.) --- żart.</pe>, jaki <slowo_obce>witz</slowo_obce>! --- wołali, zanosząc się
od śmiechu, chociaż słyszeli ten głupi dowcip po dziesięć razy na sezon.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Błazen! --- mruknął Stach Wilczek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może sobie pozwolić, stać go i na to! --- odpowiedział szeptem Blumenfeld.<end id="e1309637619802-404333096"/></akap_dialog>


<akap>Grosglick poszedł do swojego gabinetu, położonego
za kantorem od podwórza.</akap>


<akap>Pokój umeblowany był z wielkim przepychem.</akap>


<akap>Czerwone obicie ścian ze złotymi lamperiami harmonizowało z mahoniowymi meblami suto ozdobionymi
brązami.</akap>


<akap>Wielkie weneckie okno, przysłonięte ciężkimi draperiami, wychodziło na długie podwórze, otoczone olbrzymimi oficynami i zamknięte czteropiętrowym gmachem fabrycznym.</akap>


<akap>Grosglick patrzył chwilę na transmisje przerzucone z jednej strony podwórza na drugą i biegnące nieustannie i na długą linię kobiet i mężczyzn tłoczących
się do jednych z drzwi, z wielkimi tobołami wełnianych chustek na plecach. Byli to tkacze, którzy brali
przędzę z fabryki i tkali chustki u siebie, na ręcznych
warsztatach.</akap>


<akap>Potem otworzył wielką kasę wmurowaną w ścianę,
przejrzał jej zawartość, wydobył pliki papierów na biurko
pod okno, które przysłonił żółtawym ekranem, usiadł
i zadzwonił.</akap>


<akap>Natychmiast zjawił się prokurent firmy z teką pełną
papierów.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż słychać, panie Steiman?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawie nic. Palił się w nocy A. Weber.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znane. Cóż więcej? --- zapytywał, przeglądając
kolejno i bardzo uważnie papiery.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przepraszam pana prezesa, ale już nie wiem
nic więcej --- tłumaczył się pokornie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mało pan wiesz --- mruknął bankier, odsuwając papiery i naciskając guzik elektryczny dwa razy.</akap_dialog>


<akap>Zjawił się drugi urzędnik, główny inkasent.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż nowego, panie Szulc?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zabili dwóch robotników na Bałutach, jeden
miał przecięty cały brzuch.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co mi to szkodzi, tego towaru nigdy nie braknie. Co więcej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówili rano, że Pinkus Meyersohn chwiać się
zaczyna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jemu się chce położyć na dwadzieścia pięć procent. Przynieś pan jego <slowo_obce>conto</slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap>Szulc spiesznie przyniósł.</akap>


<akap>Bankier przejrzał uważnie i szepnął ze śmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- Niech się kładzie zdrów, nam to nie zaszkodzi. Ja od pół roku czułem, że on się męczy, że on ma
ochotę usiąść.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, sam słyszałem jak pan prezes mówił
do Steimana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja mam nos, ja zawsze mówię, że lepiej się
raz dobrze wyczesać niż dwadzieścia razy podrapać.
Ha, ha, ha! --- roześmiał się wesoło, tak mu się podobał
własny koncept.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż więcej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic, mnie się tylko zdaje, że pan prezes trochę
źle wygląda dzisiaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan jesteś tak głupi, że ja panu muszę zmniejszyć pensję! --- zawołał zirytowany i zaraz po wyjściu
Szulca oglądał twarz bardzo szczegółowo w lustrze,
obszczypywał delikatnie pulchne policzki i długo przyglądał się językowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niewyraźny, muszę się poradzić doktora --- myślał, dzwoniąc trzy razy.</akap_dialog>


<akap>Wszedł Blumenfeld z paczką korespondencji i rachunków.</akap>


<akap_dialog>--- Wiktor Hugo umarł wczoraj --- rzekł nieśmiało
muzyk i zaczął odczytywać głośno jakieś sprawozdanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dużo zostawił? --- zapytał bankier w przerwie
oglądając sobie paznokcie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sześć milionów franków.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ładny grosz. W czym?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W trzyprocentowej rencie francuskiej i w Suezach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Doskonały papier. W czym robił?
</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W literaturze, bo...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Co? W literaturze?... --- zapytał zdziwiony, podnosząc oczy na niego i gładząc faworyty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, bo to był wielki poeta, wielki pisarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niemiec?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Francuz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, ja zapomniałem, przecie to jego ta
powieść <tytul_dziela>Ogniem i mieczem</tytul_dziela>. Mnie Mery ładne kawałki
z niej czytała.</akap_dialog>


<akap>Blumenfeld nie przeczył, przeczytał listy, wynotował odpowiedzi, pozbierał papiery i chciał odchodzić,
ale bankier zatrzymał go skinieniem.</akap>


<akap_dialog>--- Pan podobno gra na fortepianie, panie Blumenfeld?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skończyłem konserwatorium w Lipsku i klasę
fortepianową u Leszetyckiego w Wiedniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo mi przyjemnie. Ja bardzo lubię muzykę,
a szczególniej te śliczne kawałki, jakie śpiewała Patti
w Paryżu. Dobrze pamiętam, o... --- zaczął nucić dyskretnie jakąś uliczną arietkę operetkową. --- Ja mam
dobre ucho, nieprawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Istotnie, zadziwiające --- odpowiedział Blumenfeld, przypatrując się olbrzymim, sinawym uszom bankiera.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie przyszła myśl, żebyś pan dawał lekcje
mojej Mery. Ona dobrze gra i to nie będą lekcje, bo
pan usiądzie sobie przy niej i będzie tylko patrzeć, żeby
się nie omyliła. Co pan bierzesz za godzinę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daję teraz lekcje u Müllerów, płaci mi trzy
ruble.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzy ruble! Ale pan chodzisz na koniec miasta,
siedzisz pan w chałupie, no i rozmawiasz pan z Müllerem, a to cham; co to za przyjemność mieć do czynienia z takimi ludźmi. A u mnie pan będziesz siedział
w pałacu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I tam w pałacu także --- szepnął od niechcenia Blumenfeld.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mniejsza z tym, zgodzimy się, bo jak Bóg Kubie, tak Kuba Bogu --- zakończył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy mam przyjść?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdź pan dzisiaj po południu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, panie prezesie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poproś pan do mnie Szteimana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze panie prezesie.</akap_dialog>


<akap>Szteiman przyszedł zaraz i z niepokojem czekał
rozkazów.</akap>


<akap>Grosglick wsadził ręce w kieszenie, spacerował po
pokoju, gładził długo bokobrody i dopiero w końcu rzekł
uroczyście:</akap>


<akap_dialog>--- Ja chciałem panu powiedzieć, że mnie denerwuje ten ciągły brzęk szklanek w kantorze i to ciągłe
syczenie gazu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie prezesie, przychodzimy tak wcześnie, że
wszyscy śniadanie jadają w kantorze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na gazie gotują herbatę. Kto gaz płaci? Ja
płacę. Ja płacę gaz na to, żebyście panowie mogli cały
dzień pić herbatę! Gdzie tu jest sens! Od dzisiaj będziecie panowie płacili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I pan prezes pija przecież...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pijam, nawet zaraz się napiję. Antoni, daj mi
herbaty --- zawołał głośno do przedpokoju, z którego
było wyjście do bramy. --- Mam myśl. Pijecie herbatę,
pijcie i płaćcie za gaz, na tyle ludzi to niedrogo wyjdzie, a mnie dawajcie herbatę w procencie, bo przecież
urządzenia gazowe są moje, w moim kantorze i pijacie
w godzinach zajęcia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, powiem kolegom.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja to robię dla panów dobra, no bo teraz to
oni się wstydzą pić herbatę, ich gryzie sumienie, że to
na moim gazie, a jak każdy zapłaci gaz, to on będzie
śmiały, on będzie mi mógł patrzeć prosto w oczy. To
jest bardzo moralne, panie Szteiman, bardzo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miałem jeszcze prośbę do pana prezesa w imieniu kolegów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mów pan, ale prędko, mam mało czasu.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309638794466-1239197759"/><motyw id="m1309638794466-1239197759">Pieniądz, Praca, Skąpiec</motyw>--- Pan prezes obiecał dać gratyfikację przy zamknięciu półrocza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bilans jak stoi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robią go w godzinach pozabiurowych, będzie
na czas z pewnością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Szteiman --- rzekł poufale bankier, wstając. --- Usiądź pan trochę, pan jesteś zmęczony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję panu prezesowi, muszę zaraz iść, bo
mam dużo roboty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robota nie gęś, ona się nie wytopi. Siądź pan,
ja panu co powiem. Czy oni bardzo czekają na gratyfikację?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zasłużyli na nią uczciwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ja wiem, pan mi tego nie potrzebujesz powiadać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przepraszam pana prezesa, bardzo przepraszam --- szeptał, uniżając się w pokorze i onieśmieleniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pogadamy po przyjacielsku. Co ja mógłbym
im dać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To już pan prezes sam zadecyduje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc przypuśćmy, że dałbym im tysiąc rubli,
więcej nie mógłbym, rok zamkniemy z grubą stratą, ja
to czuję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mamy dotychczas zdwojony obrót w porównaniu do roku zeszłego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho pan bądź, ja mówię, że ze stratą, to
inaczej być nie może. Więc weźmy tę okrągłą cyfrę tysiąc rubli. Ile mamy ludzi w kantorze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Piętnastu jest nas razem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile w filii?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pięciu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To razem dwadzieścia osób. Co każdy może
dostać z tych pieniędzy? Jakieś trzydzieści do pięćdziesięciu rubli, bo trzeba odtrącić procent na kary. Teraz
ja się pana zapytam, co może komu przyjść z takiej
marnej sumy? Co ona może komu pomóc?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przy takich małych płacach jak u nas, to i te
kilkadziesiąt rubli będzie bardzo wielką pomocą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupi pan jesteś i źle pan liczysz! --- zawołał
z gniewem i zaczął prędko chodzić po pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My pieniądze rzucimy w błoto, panie Szteiman,
jak my je rozdamy. Ja panu zaraz powiem, co się
z nich zrobi. Pan swoje ulokuje w loterii, bo pan grasz,
ja wiem o tym. Perlman kupi sobie nowy garnitur, żeby
się spodobać weberkom<pe><slowo_obce>weberka</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>der Weber</slowo_obce>: tkacz) --- tkaczki.</pe>. Blumenfeld kupi sobie różne
głupie kawałki muzyczne. Kugelman sprawi żonie wiosenny kapelusz. Szulc pójdzie do szansonistek. Wilczek,
no, ten jeden nie zmarnuje, on komu pożyczy na dobry
procent. A reszta! Wszyscy stracą co do jednego grosza.
I ja mam dawać swoje pieniądze na zmarnowanie, ja
tego zrobić nie mogę jako dobry obiwatel! --- zawołał,
uderzając się w piersi.</akap_dialog>


<akap>Szteiman uśmiechnął się ironicznie.</akap>


<akap>Bankier spostrzegł to, usiadł przy biurku i zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- No, zresztą co to długo gadać, nie chcę dać
i nie dam, a za te pieniądze kupię sobie ładny garnitur do stołowego pokoju. Panowie będziecie mieli tę
przyjemność mówić na mieście: ,,Pan Grosglick, nasz
szef, ma stołowy garnitur za tysiąc rubli", to dobrze
robi! --- zawołał, wybuchając drwiącym śmiechem.</akap_dialog>


<akap>Szteiman utkwił w nim blade, jakby wygryzione
atramentem oczy o czerwonych obwódkach i długo patrzył, aż się bankier poruszył niespokojnie, przeszedł
parę razy gabinet i powiedział:</akap>


<akap_dialog>--- No, dam gratyfikację, dam, niech wiedzą, że
ja umię<pe><slowo_obce>umię</slowo_obce> --- dziś popr.: umiem.</pe> ocenić pracę.</akap_dialog>


<akap>Zaczął prędko przerzucać w kasie stosy papierów
i wyciągnął w końcu paczkę pożółkłych weksli i bacznie
je przeglądał.</akap>


<akap_dialog>--- Tu jest weksli na tysiąc pięćset rubli, proszę pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Firmy Wasserman i Spółka, to ony<pe><slowo_obce>ony</slowo_obce> --- dziś: one.</pe> akurat
warte są cały grosz --- mówił Szteiman, oglądając
weksle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie wiadomo. Pan wiesz, że firma jest
w likwidacji, że oni mogą jeszcze się podnieść i zapłacą sto za sto.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żeby oni chcieli zapłacić pięć za sto, ale nie
zapłacą ani grosza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz pan weksle, ja panu życzę, żebyś pan
wycisnął z nich sto pięćdziesiąt za sto, sceduję je zaraz
na pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję panu prezesowi --- szepnął smutnie
i cofnął się do wyjścia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zabierzże pan swoje weksle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Papieru nie brakuje w kantorze.</akap_dialog>


<akap>Zabrał jednak weksle i wyszedł.</akap>


<akap>Bankier wziął się do roboty i przede wszystkim
w książce trzymanej w kasie, przekreślił tytuł gratyfikacja i wpisał u dołu cyfrę 1 500 rs. jako wypłaconą.</akap>


<akap>Uśmiechnął się po tej operacji długo i z lubością
gładził faworyty.<end id="e1309638794466-1239197759"/></akap>


<akap>Wsunął się wkrótce do gabinetu bardzo elegancki
Żydek, wysoki, szczupły, w złotych binoklach na garbatym nosie, z bródką rudawą w ostry klin przyciętą,
z włosami kręcącymi się jak wełna i przedzielonymi
przez całą głowę; z niespokojnymi, biegającymi ustawicznie z przedmiotu na przedmiot oczami oliwkowymi;
wywinięte mocno wargi popękane i sinawe obcierał ustawicznie językiem i wykrzywiał lekceważąco.</akap>


<akap>Był to Klein, kuzyn bliski bankiera i powiernik
zaufany.</akap>


<akap>Wszedł tak cicho, że bankier nie usłyszał, obiegł
pokój oczami, rękawiczki rzucił na fotel, kapelusz na
krzesło, a sam usiadł niedbale na otomanie.</akap>


<akap_dialog>--- Jak się masz stary? --- mruknął, zapalając papierosa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja się mam dobrze, ale ty mnie, Bronek, przestraszyłeś, kto tak wchodzi po cichu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic ci nie zaszkodzi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co słychać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dużo słychać, bardzo wiele słychać. Fiszbin już
dzisiaj skończył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech mu będzie na zdrowie! Co to był Fiszbin? To był muzykant, co grał na dziesięciu instrumentach --- głową, łokciami, kolanami, rękami i nogami! Co to za interes? Jeden dał dziesiątkę zarobić, a drugi
wyrzucił go za drzwi!</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Mówią, że w tym tygodniu potrzebuje się spalić
Goldberg --- szepnął cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Takie nieszczęście nie zaszkodzi i najbogatszemu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co słychać z Motlem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty o nim nie wspominaj, to łajdak, to złodziej,
plajciarz, chce płacić trzydzieści procent.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I on potrzebuje żyć!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty głupi jesteś, Bronek, ty się nie śmiej, kiedy
ja tracę ze trzy tysiące rubli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Akurat mu tyle potrzeba, żeby się ożenić, ha,
ha, ha!</akap_dialog>


<akap>Zaczął się śmiać i spacerując po gabinecie rzucał
ciekawe spojrzenia do wnętrza otwartej kasy.</akap>


<akap>Grosglick podchwycił te spojrzenia, kasę zamknął
i zawołał ironicznie:</akap>


<akap_dialog>--- Bronek, ty się patrzysz na kasę, jakby ona była
twoja narzeczona! Ja ci daję słowo, że ty się z nią
nie ożenisz, ty ją nawet nie pocałujesz, ha, ha, ha!</akap_dialog>


<akap>Roześmiał się serdecznie z miny Kleina, który usiadł
obok niego i zaczął mu po cichu opowiadać.
Grosglick długo słuchał i w końcu rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Wiedziałem już o tym. Muszę się z Weltem
rozmówić. Panie Blumenfeld, proszę zatelefonować do
pana Moryca Welt, że ja go proszę do siebie, że jest
bardzo ważny interes! --- zawołał przez drzwi do kantoru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bronek, o tym sza! My zjemy Borowieckiego
nim się ugotuje!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja ci mówię, że wy go nie zjecie, on ma za
sobą...</akap_dialog>


<akap>Nie dokończył, bo wszedł do gabinetu jeden z urzędników.</akap>


<akap>Był tak pomieszany i zestraszony<pe><slowo_obce>zestraszony</slowo_obce> --- dziś popr.: zastraszony a. przestraszony.</pe>, że bankier zerwał się z krzesła.</akap>


<akap_dialog>--- Panie prezesie, panie prezesie, ten łajdak co on
zrobił, ten gałgan Tuszyński, ten!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co zrobił? Mów pan ciszej, tutaj nie bóżnica!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On wczoraj zainkasował czterysta rubli i uciekł.
Byłem w jego mieszkaniu, nie ma nic, zabrał rzeczy
i w nocy pojechał! Pojechał do Ameryki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aresztować go, okuć w kajdany, wsadzić do
kryminału, wysłać na Sybir! --- krzyczał bankier, grożąc pięściami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja to chciałem zrobić, chciałem już depeszować, chciałem dać znać policji, ale że to wszystko będzie kosztować, to potrzebowałem upoważnienia od pana
prezesa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech kosztuje, niech ja stracę cały majątek,
a tego złodzieja złapać, niech on zgnije w kryminale za
moje czterysta rubli!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To może zaraz pan prezes każe otworzyć <slowo_obce>conto</slowo_obce>
na tę sprawę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to będzie kosztować? --- zapytał już spokojniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie wiem, ale zawsze kilkadziesiąt rubli kosztować musi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co, co? Ja mam jeszcze dokładać do tego złodzieja. A niech on zdechnie! Kto go wysłał za inkasem? --- zapytał po chwili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja, ale pan prezes upoważnił mnie do tego --- tłumaczył się nieśmiało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan go wysłałeś --- to pan odpowiadasz. Ja
nic słuchać nie chcę. Moje czterysta rubli nie mogą przepaść, pan odpowiadasz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie prezesie, ja jestem biedny człowiek, ja
nie jestem nic winien, ja pracuję uczciwie u pana prezesa już dwadzieścia lat, ja mam ośmioro dzieci! Pan
prezes mnie upoważnił do wysyłania tego gałgana po
pieniądze --- jęczał i błagalnymi spojrzeniami włóczył
się u nóg bankiera.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan odpowiadasz za kasę, pan powinieneś znać
ludzi, ja raz jeszcze mówię: pieniądze muszą być. Możesz pan sobie iść! --- zawołał groźnie, odwrócił się do
niego plecami i dopijał herbatę.</akap_dialog>


<akap>Urzędnik postał chwilę, wpatrzony osłupiałymi
oczyma w szerokie plecy bankiera i w smugę dymu,
jaki się wznosił z cygara, leżącego na kancie biurka,
westchnął ciężko i wyszedł.</akap>


<akap_dialog>--- On myśli, że ja taki głupi, podzielił się z Tuszyńskim, stare kawały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Welt! --- zameldował woźny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proś, proś! Bronek, idź za tym bałwanem i powiedz, że jeżeli pieniądze nie znajdą się zaraz, to ja go
wsadzę do kryminału. Panie Welt, proszę do mnie! --- zawołał ujrzawszy Moryca, rozmawiającego z Wilczkiem
w kantorze.</akap_dialog>


<akap>Moryc przywitał się, przejrzał twarz bankiera i rzucił krótko:</akap>


<akap_dialog>--- Prezes telefonował po mnie, a ja również się
tutaj wybierałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Interes, co? To załatwimy go prędko, bo ja
mam z panem pogadać w pewnej bardzo delikatnej
sprawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Interes taki: Adler et Comp. potrzebuje wielkiej partii wełny, zwrócili się do mnie o to. Ja wełnę
mam, ale potrzebuję na nią pieniędzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dam panu pieniędzy, zrobimy do spółki, dobrze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A no jak zwykle, zarobimy na tym piętnaście
procent.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile panu potrzeba?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzydzieści tysięcy marek, na Lipsk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, wyślę panu telegraficznie. Kiedy pan
pojedzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzisiaj w nocy, za tydzień będę z powrotem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Interes załatwiony! --- zawołał wesoło bankier,
odsunął się nieco od biurka, zapalił cygaro i długo przypatrywał się Weltowi, który gryzł gałkę laski, poprawiał binokle i również patrzył badawczo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże bawełna poszła? --- zapytał pierwszy
Grosglick.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprzedaliśmy połowę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem, wiem, zarobiliście podobno siedemdziesiąt
pięć procent, a cóż z resztą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Resztę sami przerobimy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Fabryka rośnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za miesiąc będzie pod dachem, za trzy umontują maszyny, a w październiku puszczamy w ruch.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lubię taki pośpiech, to po łódzku, ślicznie! --- dodał ciszej i uśmiechał się dyskretnie. --- Borowiecki
to mądry człowiek, ale...</akap_dialog>


<akap>Zawahał się, uśmiechnął ironicznie i zakrył twarz
kłębem dymu.</akap>


<akap_dialog>--- Ale?... --- podchwycił Moryc ciekawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale on lubi za bardzo romanse z mężatkami,
to nie wypada na fabrykanta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To mu nic nie przeszkadza, a przy tym ożeni
się niedługo, bo ma już narzeczoną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Narzeczona to nie weksel, to zwyczajny rewers,
który można nie zapłacić w terminie, za to nie ogłoszą bankructwa. Ja bardzo lubię Borowieckiego, ja go
tak lubię, że gdyby on był nasz, to ja dałbym mu moją
Mery, ale...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale --- podchwycił znowu Moryc, bo bankier
zrobił długą przerwę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ja mu muszę zrobić przykrość, co mnie
jest tak nieprzyjemne, tak bardzo nieprzyjemne, że muszę pana prosić, aby mnie przed nim wytłumaczył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż takiego? --- zapytał Welt niespokojnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja mu musiałem cofnąć kredyt --- szepnął bankier z bolesną miną i udawał szczerze zmartwionego,
mlaskał ustami, gryzł cygaro, wzdychał, a obserwował
Moryca, który na próżno usiłował wsadzić binokle i zapanować nad sobą.</akap_dialog>


<akap>Wiadomość ta zrobiła na nim piorunujące wrażenie, uspokoił się jednak szybko, pogładził brodę i sucho
zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Znajdziemy kredyt gdzie indziej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja wiem, że znajdziecie i dlatego mnie jest
bardzo przykro, że z wami nie będę mógł robić interesów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? --- zapytał prosto Moryc, bo twarz
bankiera i jego słowa niedomówione zaniepokoiły go
silnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę, tak mam kapitały poangażowane,
że nie mogę, a przy tym ja się muszę liczyć ze wszystkim... Ja nie mogę się narażać... na straty... na przykrości... --- tłumaczył się niejasno, urywał, kręcił, a chciał,
aby Moryc pierwszy zapytał go otwarcie.</akap_dialog>


<akap>Ale Moryc milczał, przeczuwał, że w tym cofnięciu kredytu musi być jakiś nacisk uboczny na Grosglicka, pytać się nie chciał, aby mu nie dać poznać, jak
bardzo go to obchodzi.</akap>


<akap>Grosglick zaczął spacerować po gabinecie i mówił
nieco przyciszonym, przyjacielskim głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Bo tak mówiąc pomiędzy nami, po przyjacielsku panie Maurycy, po co panu spółki z Borowieckim?
Czy pan nie możesz sam otworzyć fabryki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam pieniędzy! --- rzucił krótko i słuchał
uważnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nie przyczyna, bo pieniądze mają ludzie,
a pan masz wielkie zaufanie i wielkie zdolności. Dlaczego ja z panem robię interesy? Dlaczego na jedno
słowo daję panu teraz trzydzieści tysięcy marek? Bo ja
pana znam dobrze i wiem, że na tej ufności zarobię
z dziesięć procent.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siedem i pół! --- poprawił Moryc skwapliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówię tylko dla przykładu. Każdy z panem zechce robić interes i pan możesz prędko stanąć na mur,
więc po co panu ryzykować z Borowieckim? On jest
mądry, bardzo mądry kolorysta, ale on nie jest macher.
Po co on gada po Łodzi, że trzeba uszlachetnić i podnieść produkcję łódzką! To jest bardzo niemądre gadanie! Co to jest uszlachetnić produkcję? Co to jest --- ,,czas skończyć z tandetą łódzką!" --- to jego własne słowa,
bardzo głupie słowa --- zawołał mocniej ze złością. --- Żeby on myślał jak taniej produkować, gdzie nowe rynki
otworzyć dla zbytu, jak podnieść stopę procentową, to
byłoby mądre, ale jemu się chce reformować przemysł
łódzki! On go nie zreformuje, a może łatwo kark skręcić.
Żeby to nie szkodziło nikomu, nikt by i słowa nie powiedział. Chcesz ryzykować --- ryzykuj! Włazisz na dach --- złam sobie ząb. Po co jemu fabryka! Knoll chciał mu
dać dwadzieścia tysięcy, a to śliczny grosz, ja tyle może
nie zarabiam. Nie chciał, jemu się chce fabryki, jemu
się chce ,,uszlachetniać produkcję", jemu się chce psuć
interesy Szai, Zukerowi, Knollowi, całej bawełnie łódzkiej.
A wiesz pan dlaczego? Żeby Polacy mogli powiedzieć:
,,Wy robicie tandetę, szachrujecie, wyzyskujecie robotników, a Borowiecki, a my prowadzimy interes porządnie,
uczciwie, solidnie!".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prezes daleko widzi! --- szepnął Moryc ironicznie</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan się nie śmiej, ale ja bardzo daleko widzę.
Jak Kurowski zakładał fabrykę, przeczułem, co z tego
będzie i mówiłem Glancmanowi, załóż taką samą, załóż
zaraz, bo on cię zje --- nie słuchał mnie i dzisiaj co?
Stracił wszystko i jest w kantorze Szai, bo Kurowski
bierze tylko swoich i tak stanął, że z nim nie może być
konkurencji, a za rok ile zechce brać, tyle będzie brał
za swoje farby. Ale to nie o to idzie, idzie o to, że jak
się jednemu Polakowi uda, to zaraz całą kupą przychodzą inni. Pan myślisz, że Trawiński nie robi konkurencji Blachmanowi i Kesslerowi, co? On im psuje interesy. Sam nie zarabia nic, dokłada co rok, ale psuje
wszystkim, bo zniża cenę za towar i podnosi płacę majstrów i robotników! On się bawi w filantropię, za którą
inni drogo płacą; wczoraj u Kesslerów cała przędzalnia
stanęła. Dlaczego? Dlatego, że majstrowie i robotnicy
powiedzieli, że robić dotąd nie będą, dopóki im nie zapłacą tak, jak w fabryce Trawińskiego płacą! Ładne położenie dla fabryki, która jest tak skrępowana terminowymi obstalunkami, że na wszystko zgodzić się musiała!
Jak Kessler będzie miał w tym roku o dziesięć procent
mniej, to musi podziękować za to Trawińskiemu! Tfy,
to jest już nie tylko świństwo, ale to jest sto razy głupie!
A teraz powstaje Borowiecki i także obiecuje ,,uszlachetnić produkcję" ha, ha, ha! Mnie się bardzo chce
śmiać. Jak Borowieckiemu pójdzie, to za dwa lata założy znowu jaki Sosnowski interes do ,,uszlachetniania",
za cztery lata będzie ich ośmiu uszlachetniało i psuło
ceny, a za dziesięć to cała Łódź będzie ich!</akap_dialog>


<akap>Moryc zaczął się śmiać z przerażenia bankiera.</akap>


<akap_dialog>--- To nie jest śmiech, moje przypuszczenia to nie
jest ten wiatr, ja ich znam dobrze, ja wiem, że z nimi
nie wytrzymamy konkurencji, bo oni będą mieli za sobą
cały kraj. Dlatego trzeba Borowieckiego zjeść, trzeba
wszystkim zrozumieć to położenie i iść ręka w rękę,
solidarnie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Niemcy? --- zapytał krótko Moryc, poprawiając binokli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z tym się nie ma co liczyć, ich i tak prędzej
czy później diabli stąd wezmą, ale my zostajemy! O nas
tu idzie! Pan mnie rozumie, panie Moryc?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumiem, ale jeśli mój kapitał da mi więcej
procentów u Borowieckiego, to ja idę z nim --- szepnął
cicho, gryząc laskę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest po kupiecku powiedziane, ale ja panu
z góry ręczę, że ten kapitał nie da nic i że pan może
stracić wszystko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczymy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja panu dobrze życzę, powiedziałem to, co myślę, co myśli nasza cała Łódź. Pan sam powiedz, po co
im fabryki! Nie mogą oni siedzieć na wsi, trzymać wyścigowe konie, jeździć za granicę, polować, romansować
z cudzymi żonami, robić politykę i wielki szyk po świecie!
<begin id="b1309873187883-2102072270"/><motyw id="m1309873187883-2102072270">Koń</motyw>Im się zachciało fabryk i ,,uszlachetniania produkcji",
im się zdaje, że to angielski koń, co jemu można dać
prostą chamską kobyłę za żonę, a ona zaraz urodzi
samego lorda!<end id="e1309873187883-2102072270"/> --- wołał z politowaniem i zgrozą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żeby oni mogli siedzieć na wsi i bawić się,
to by z pewnością nie było w Łodzi ani jednego Polaka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech przychodzą! Jest tyle miejsc... stróżów,
woźnych, sztangretów<pe><slowo_obce>sztangret</slowo_obce> --- dziś popr.: stangret.</pe>, oni takie rzeczy dobrze robią, oni
są do tego specjaliści, ale po co im się brać do nieswoich rzeczy, dlaczego oni nam mają psuć interesy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do widzenia, dziękuję prezesowi za zwrócenie
uwagi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja myślę, panie Maurycy, bo te wszystkie nasze,
to bidło, parchy, oni tylko patrzą, żeby dzisiaj zrobić
geszeft, a w sobotę zjeść dobrą kolację i wyspać się
pod pierzyną! Co pan zrobisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczę. Więc Borowiecki nie ma ani grosza
kredytu u pana?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie mogłem stracić wszystkich naszych fabrykantów dla niego!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zmowa! --- szepnął bezwiednie Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaka zmowa? Co pan gadasz, to tylko obrona!
Żeby to był kto inny, nie Borowiecki, to by się jego
przydeptało nieznacznie i zdechłby prędko, ale pan wiesz,
jak on podparł Bucholca, pan wiesz, co to jest za kolorysta! No i to pan wiesz, że w niego wierzą, że on
ma stosunki, że on jest znany na rynkach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To wszystko prawda, ale jemu może pójść! --- zakończył Moryc i wyszedł.</akap_dialog>


<akap>W kantorze poszedł za przepierzenie do Stacha.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Wilczek, stary Grünspan chce z panem
pomówić choćby zaraz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mógłbym panu powiedzieć, o czym chce mówić
ze mną. Może mu pan powiedzieć, że mnie się nie spieszy ze sprzedaniem placu, bo zakładam gospodarstwo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak pan chce! --- rzucił mu Moryc, wychodząc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zmowa! --- myślał, idąc Piotrkowską.</akap_dialog>


<akap>Był tak zamyślony, że nie spostrzegł Zygmunta
Grünspana, który kiwał na niego z powozu i przyzywał
do siebie.</akap>


<akap_dialog>--- Moryc, czy ty już nie poznajesz znajomych! --- zawołał Zygmunt, przystępując do niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak się masz i do widzenia, bo czasu nie mam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałem ci tylko powiedzieć, żebyś przyszedł
w niedzielę, bo Mela przyjeżdża.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy ona jeszcze siedzi we Florencji?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z Różą, to dwie wariatki. Rózie się nie chciało
pisać do Szai, to ona cały list telegrafowała, cały list,
ze dwieście wierszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszą się tam dobrze bawić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Róża się nudzi, a w Meli zakochał się jakiś
włoski książę i ma za nią przyjechać do Łodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chce się z nią żenić. Tak pisała Róża.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupstwo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Autentyczny książę! --- wykrzyknął Zygmunt,
rozpinając mundur.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taką firmę możesz sobie kupić w każdym hotelu włoskim.</akap_dialog>


<akap>Rozstali się, Morycowi spieszyło się bardzo.</akap>


<akap>Szedł do fabryki, jak to robił codziennie, bo lubił
patrzyć jak mu w oczach wzrastały mury, ale dzisiaj
szedł wolno, słowa Grosglicka obciążyły go, rozmyślał
nad nimi, pomimo że horoskopy bankiera wydały mu
się przesadzonymi, niemożebnymi prawie do urzeczywistnienia.</akap>


<akap>Spoglądał na miasto, na długie sznury domów, na
setki kominów, co niby pnie sosen czerwieniły się w rozsłonecznionym upalnym powietrzu i wielkimi słupami
dymów biły w górę, wsłuchiwał się w gwar miasta,
w przygłuszony a nieustanny szum fabryk pracujących,
w turkot ciężkich platform pełnych towarów, krzyżujących się we wszystkich kierunkach.</akap>


<akap>Rzucał badawcze spojrzenia na szyldy sklepów niezliczonych, na tablice domów, na tysiące nazwisk powypisywanych na balkonach, ścianach i oknach domów.</akap>


<akap>Motel Lipa, Chaskiel Cokolwiek, Ita Aronsohn,
Józef Reinberg itd. itd., same nazwiska żydowskie,
poprzetykane gdzieniegdzie nazwiskami niemieckimi.</akap>


<akap_dialog>--- Sami nasi! --- szepnął jakby z pewną ulgą
i lekceważący uśmiech przewijał mu się po ustach i bił
z oczów, gdy spostrzegł polskie nazwisko na szyldziku
jakiego szewca lub ślusarza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Grosglick ma bzika! --- myślał, ogarniając spojrzeniem to morze domów, sklepów i fabryk żydowskich. On ma ładny kawałek choroby --- dodał wesoło prawie i już nie myślał o jego obawach spolszczenia Łodzi, bo czuł w tej chwili patrząc na żydowską potęgę
miasta, że jej nic i nikt złamać nie potrafi. A szczególniej Polacy! --- myślał, oddając ukłon Kozłowskiemu,
który w jasnych jedwabiach, w żółtych lakierkach i z gałką
laski przy lśniącym cylindrze, który spychał na tył głowy,
spacerował po drugiej stronie ulicy i zaglądał w oczy
przechodzącym kobietom.</akap_dialog>


<akap>Nie, już nie myślał o obawach bankiera, ale ta
zmowa na Borowieckiego skłopotała go mocno.</akap>


<akap>Był zaangażowany w tym interesie, tylko z tej
strony go obchodziła ich fabryka, bo czy Karol straci,
nic go to nie obchodziło, ale sam nie lubił nawet ryzykować, a teraz czuł, że jeśli się zmówili na niego, to go
ogryzą do ostatniej kosteczki.</akap>


<akap_dialog>--- To jest <slowo_obce>kein geszeft</slowo_obce><pe><slowo_obce>kein geszeft</slowo_obce> (z niem.) --- żaden interes.</pe>! --- myślał i teraz dopiero
zobaczył jasno przyczyny najrozmaitszych przeszkód,
jakie ich spotykały.</akap_dialog>


<akap>Zrozumiał, dlaczego przedsiębiorca, który miał im
prowadzić roboty mularskie --- cofnął się. Oni mu zabronili robić!</akap>


<akap>Kwestionowano im plany i zwlekano z ich zatwierdzeniem. Ich robota.</akap>


<akap>Komisja budowlana przerywała im robotę i zmusiła do zgrubienia ścian. Ich denuncjacje!</akap>


<akap>Niemieckie nadreńskie firmy odmówiły im kredytu
na maszyny. To również oni zrobili!</akap>


<akap>A te wieści fałszywe, złe, głupie, jakie krążyły
o Borowieckim po Łodzi, a które źle musiały oddziaływać
na ich przyszły kredyt. Któż je rozpuszczał? Ludzie Grosglicka, Szai i Zukera.</akap>


<akap_dialog>--- To jest sto razy <slowo_obce>kein geszeft</slowo_obce>. Oni go zjedzą! --- myślał coraz posępniej, ale wchodząc w ulicę, na której była ich fabryka, zaczynał już pracować nad sposobami wycofania się z tego interesu.</akap_dialog>


<akap>Szukał przyzwoitych pozorów, bo zrywać zupełnie
z Borowieckim nie chciał.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>III</naglowek_rozdzial>




<akap>Budynki po fabryce Meisnera, które Borowiecki kupił i przerabiał dla swojej fabryki, stały z boku Konstantynowskiej, na jednej z małych uliczek: była to dzielnica
małych fabryczek i samodzielnych warsztatów, teraz już
obumarła --- zabita przez wielki przemysł.</akap>


<akap>Uliczki były krzywe, obstawione parterowymi domami o wielkich facjatach, niebrukowane, nędzne i brudne.</akap>


<akap>Domy powykrzywiały się ze starości i powoli zapadały w grząską ziemię, jakby przygniatane wielkością
gmachów fabryki Müllera i olbrzymimi kominami innych fabryk, które gęstym, kamiennym lasem chwiały
się dookoła.</akap>


<akap>Resztki trotuarów ciągnęły się obok obszarpanych
domów, zaglądały w niektórych głębiej zapadniętych do
okien i tworzyły szereg dołów i wybojów, zasypanych
śmieciami.</akap>


<akap><begin id="b1309641459403-1262114652"/><motyw id="m1309641459403-1262114652">Błoto, Bieda, Dziecko, Miasto</motyw>Na środku ulicy leżały miejscami wielkie kałuże
nigdy nie wysychającego błota, nad którymi snuły się
gromady dzieci, podobnych przez wynędznienie i brud
do wielkich stonóg, wylęgłych w tych ruderach; gdzie
zaś nie było błota, tam leżała gruba warstwa węglowego
miału, który rozbijany kołami wozów, podnosił się i czarnym tumanem wisiał nad uliczkami, oblepiał domostwa
i żarł nędzną zieloność drzew anemicznych, pokrzywionych, których poskręcane i narosłe guzami gałęzie wychylały zza parkanów lub ciągnęły się przed domkami szeregiem połamanych szkieletów.</akap>


<akap><end id="e1309641459403-1262114652"/>Monotonny, suchy stukot warsztatów tkackich, trzęsących się szarymi szkieletami za przepalonymi szybami
okien, przepełniał powietrze i łączył się z potężnym szumem fabryki Müllera.</akap>


<akap><begin id="b1309641588178-2022800387"/><motyw id="m1309641588178-2022800387">Miasto, Maszyna, Siła</motyw>Moryc Welt przeszedł szybko umierającą dzielnicę,
bo go przejmowała wstrętem nędza rozpadających się
domów i denerwował go ten suchotniczy stukot warsztatów i to życie tętniące tak słabo, jakby ostatkami sił.</akap>


<akap>Lubił gwar potężnych maszyn; huk potwornych organizmów fabrycznych przenikał go słodkim uczuciem
siły i zdrowia, a sam widok wielkich fabryk usposabiał
wesoło.<end id="e1309641588178-2022800387"/></akap>


<akap>Uśmiechnął się bezwiednie do gmachów Müllera
huczących robotą, spojrzał życzliwie na przędzalnię Trawińskiego, stojącą obok i długo ślizgał się oczami po
czerwonych, cichych pawilonach fabryki starego Bauma,
stojącej naprzeciwko, której okna zasnute kurzem i pajęczyną patrzały tak martwo jak umierające oczy.</akap>


<akap>Za Trawińskim, przedzielony tylko kilkoma pustymi
placami, budował Borowiecki, a raczej przebudowywał
starą meisnerowską fabrykę, którą kupił za bezcen, bo
kilkanaście lat stała bezczynną.</akap>


<akap>Cały front obstawiony był rusztowaniami, bo nadbudowywano piętro, rusztowania zakreślały również wielki
czworobok dziedzińca, a spoza nich czerwieniły się wznoszone pawilony i migotały sylwetki robotników.</akap>


<akap_dialog>--- Dzień dobry, panie Dawidzie --- zawołał Moryc,
spostrzegłszy Halperna, który z parasolem pod pachą,
z zadartą do góry głową, stał na środku podwórza i przypatrywał się robocie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzień dobry! Ładny kawałek fabryki nam przybędzie! A jak się to prędko robi, to aż przyjemność patrzeć. Ja jestem chory, mnie doktór powiedział: ,,Panie
Halpern, pan się lecz, pan nic nie rób". To ja się leczę,
ja nic nie robię, tylko sobie chodzę po Łodzi i patrzę,
jak ona mi rośnie, to jest najlepsze lekarstwo na moją
chorobę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest Borowiecki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W przędzalni widziałem go przed chwilą.</akap_dialog>


<akap>Moryc wszedł do niskiego budynku o powyginanych
w długie pryzmy dachach oszklonych, przeznaczonego na
przędzalnię.</akap>


<akap>Bardzo widne sale były literalnie zapchane częściami
maszyn, cegłą do podmurówki fundamentów, zwojami
papy do krycia dachów, ludźmi i hałasem montowanych
maszyn, których długie szkielety, podobne do szkieletów
przedpotopowych jaszczurów, ciągnęły się w poprzek sal,
pokryte kurzem, zapach świeżego wapna i ostry gryzący
zapach asfaltu gotowego i wylewanego w jednej z sal
przesycał powietrze.</akap>


<akap_dialog>--- Moryc, przyślij mi Jaskólskiego! --- krzyknął
Maks Baum.</akap_dialog>


<akap>W niebieskiej bluzie, z fajką w zębach, zasmolony,
stał wpośród robotników, ustawiających maszyny i robił
razem z nimi.</akap>


<akap>Jaskólski, którego od początku budowy przyjął Borowiecki do rozmaitych zajęć, nadbiegł z pośpiechem.</akap>


<akap_dialog>--- Hej, szlachcic, przysłać czterech tęgich ludzi do
windy, a prędko! --- krzyknął Baum i dalej składał z monterami maszynę, która miała być podniesiona przez windę
i ustawiona na podmurowaniu i gdy mu coś Moryc krzyczał ze środka sali, nie mogąc się bliżej dostać, odkrzyknął mu krótko:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zawracaj mi głowy, powiesz w niedzielę. Karol jest w podwórzu.</akap_dialog>


<akap>Karol był w podwórzu, przy olbrzymich dołach,
w które zsypywano wapno zwożone i lasowano zaraz;
tumany białego wapiennego kurzu przysłaniały białe sylwetki robotników i kontury wozów i ludzi.</akap>


<akap>Borowiecki był prawie biały od pyłu, zjawił się na
chwilę, przywitał z Morycem i szepnął mu do ucha:</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz, nie przysłali farbiarek, wykręcają się brakiem gotowych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie chcą dać na kredyt, cóż teraz zrobimy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pisałem już do Anglii, będzie trochę później,
trochę drożej, ale będzie! Psiakrew te Szwaby! --- zaklął
ze złością.</akap_dialog>


<akap>Moryc Welt nic się nie odezwał, przyglądał mu się
uważnie, patrzył również uważnie na całą fabrykę, na
robotników, na część maszyn stojących pod grubymi oponami na dziedzińcu, pokręcił się po wszystkich kątach, zajrzał raz jeszcze do Maksa, do składu cementu, gdzie Jaskólski rezydował, przypatrywał się wszystkiemu ze zdwojoną uwagą i coraz mniej mu się podobało.</akap>


<akap_dialog>--- To ciasto, a nie wapno! --- powiedział, przypatrując się murowaniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech sobie inni murują na piasek, ja nie chcę,
żeby mi się na łeb wszystko zwaliło --- odpowiedział Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wczoraj obliczałem, że te sklepienia Moniera
będą nas kosztowały o dwa tysiące rubli więcej niż zwyczajne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale warte są co do wytrzymałości o cztery tysiące więcej. W razie wypadku ogień ich nie przepali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlatego tylko je zaprowadzasz? --- zapytał Moryc cicho, wsadzając binokle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I dlatego, że jeśli się spali, to przynajmniej
jedno piętro, a nie wszystko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pi... czasem to nie jest takie... straszne.</akap_dialog>


<akap>Karol mu nic nie odpowiedział, bo odszedł spiesznie, a Moryc pochodził jeszcze po fabryce i z irytacją
spostrzegał wszędzie, że buduje się porządnie, że buduje
się bardzo drogo.</akap>


<akap>Przeglądał w kantorze listę płac robotników i zwrócił uwagę prowadzącemu roboty na niesłychaną, według
niego, wysokość płac, przyczepiał się do wielu rzeczy
i wszystko znajdował za dobrym i za drogim.</akap>


<akap_dialog>--- Wiem, co robię --- odpowiedział mu Karol na
uwagi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To będzie pałac, nie fabryka, dla nas zresztą
taki komfort za drogi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nie jest komfort, to jest trwałość, która taniej kosztuje niż tandeta. Zobacz u Blohmanów, postawili tanio i corocznie muszą poprawiać, bo chce im się
wszystko zwalić; nie cierpię żydowszczyzny w niczym,
wiesz o tym dobrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczymy, co to da to <slowo_obce>polnische Wirtschaft<pe><slowo_obce>polnische Wirtschaft</slowo_obce> (niem.) --- polskie gospodarstwo; polska gospodarka.</pe></slowo_obce> --- szepnął Moryc z ironią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przekonasz się, a tymczasem bądź zdrów Moryc, nie wyspałeś się i nudzisz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzeba się zabezpieczyć! --- pomyślał Welt, wychodząc z fabryki.</akap_dialog>


<akap>Karol poszedł na rusztowania oglądać robotę, biegał na boczny plac, gdzie składano cegłę, uwijał się
wśród kup ziemi, pomiędzy dołami z wapnem, pomiędzy
stertami cegły, drzewa budulcowego, wśród dziesiątek
wozów, wjeżdżających i wyjeżdżających; wydawał polecenia Jaskólskiemu, który zadyszany, z wiecznie przestraszoną twarzą, biegał je wypełniać, zajrzał kilka razy do
Maksa i krążył ustawicznie po obrębie fabryki, która
podbudzona jego energią niestrudzoną, jego obecnością
ciągłą, rosła nadzwyczaj szybko.</akap>


<akap>Nie zważał na kurz, na słońce, które zalewało
wszystkich coraz mocniejszym żarem, na zmęczenie nawet, tylko od świtu razem z robotnikami był już na
robocie i razem z nimi schodził o zmroku.</akap>


<akap>Podbudzał go jeszcze do tej pracy Maks, który
z wielką przyjemnością pracował przy ustawianiu maszyn z robotnikami i razem z nimi szedł wieczorem do
knajpy, wypijał niezliczone ilości piwa, sypiał tylko parę
godzin i rzucił w kąt wszystkie swoje leniwe przyzwyczajenia.</akap>


<akap>Od przyjazdu ze wsi stosunki pomiędzy nimi ochłodły nieco z powodu fabryki, która ich absorbowała zupełnie i z powodu tego odezwania się Borowieckiego,
gdy wyjeżdżali z Kurowa.</akap>


<akap>Maks nie mógł tego zapomnieć, tym bardziej, że
o Ance myślał coraz częściej i że coraz więcej irytował
go Borowiecki ciągłymi wizytami u Müllerów.</akap>


<akap>Widział w tym podwójną grę, która jego prostą
naturę oburzała do głębi.</akap>


<akap>Oddalali się od siebie coraz bardziej, mocą coraz
silniej ujawniających się wewnętrznych przeciwieństw,
cech rasowych i intelektualnych; Karol myślał chwilami
o tym i uśmiechał się z rezygnacją trochę sztuczną:
Maks zaś odczuwał głęboko, zwalał winę na niego i oburzał się bardzo szczerze.</akap>


<akap>Dwunasta już dochodziła, gdy Borowiecki opuścił
fabrykę i poszedł przez długi ogród, ciągnący się z tyłu
do drugiej ulicy, gdzie stał wielki parterowy dom, również przebudowywany do gruntu z wielkim pośpiechem,
bo za kilka tygodni miała się sprowadzić Anka z panem
Adamem.</akap>


<akap>Mieszkał tymczasowo na facjatce, w jednym pokoju, żeby być bliżej fabryki, przebrał się już, gdy fabryki zaczęły gwizdać na południe.</akap>


<akap>Przeczytał raz jeszcze list Lucy, która naznaczała
mu spotkanie w parku Helenowskim, przy grocie, na
czwartą godzinę po południu.</akap>


<akap_dialog>--- Mam już tego dosyć --- myślał, drąc list na
strzępy.</akap_dialog>


<akap>I rzeczywiście miał już tego dosyć; już mu się
sprzykrzyły i te schadzki tajemnicze, codziennie gdzie indziej, i wybuchy zazdrości, i nawet jej wielka miłość
nudziła go, bo była mu zupełnie obojętną i zabierała
wiele czasu tak potrzebnego dla fabryki.</akap>


<akap>Nieraz, wśród pozornego rozszalenia w jej ramionach, wśród pocałunków i uścisków namiętnych, w takich momentach, w których widział, że nie tylko go ubóstwia, nie tylko kocha, ale że wprost przepada w tej
miłości, szukał sposobów zerwania i to go irytowało coraz silniej, że ona nie nastręczała mu powodów.</akap>


<akap>Stołował się u Baumów, ponieważ było blisko od
fabryki, ale nie poszedł teraz przez ogród i swoje place,
tylko wyszedł na ulicę, na której stał pałac Müllerów,
a przechodząc obok domku, w którym mieszkali, zwolnił
kroku i wlókł oczami po oknach.</akap>


<akap>Nie zawiódł się, bo jasna twarz Mady błysnęła
w jednym oknie, potem wychyliła się w drugim i ona
sama ukazała się w ganku, jaki tworzyło czworokątne
wgłębienie domu.</akap>


<akap_dialog>--- Pan już na obiad? --- zawołała wesoło, podnosząc na niego swoje porcelanowe niebieskie oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już. A pani jeszcze nie po obiedzie?</akap_dialog>


<akap>Wyciągnął do niej rękę.</akap>


<akap_dialog>--- Jeszcze. Zaraz panu podam rękę, muszę ją
wytrzeć, bo gotowałam obiad sama --- wołała ze śmiechem, wycierając ręce o długi niebieski fartuch.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W saloniku jest teraz kuchnia? --- zauważył
złośliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo, bo... ja sprzątałam! --- powiedziała cicho,
oblewając się krwawym rumieńcem obawy, że mógł zauważyć jej oczekiwanie na niego przy oknie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie się pan tak poczernił? --- zawołała głośno, aby odzyskać równowagę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja, poczerniony? Gdzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pod oczami, o tu! Ja wytrę, dobrze --- prosiła
nieśmiało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekam.</akap_dialog>


<akap>Pośliniła róg chusteczki i bardzo starannie wytarła
poczernienie.</akap>


<akap_dialog>--- Jeszcze tutaj muszę być poczerniony! --- wołał,
nieco rozbawiony sceną, wskazując na skroń.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, słowo daję, że nie!</akap_dialog>


<akap>Obejrzała mu starannie twarz.</akap>


<akap>Pocałował ją w rękę, chciał to samo zrobić z drugą,
ale cofnęła się gwałtownie w tył, przysłoniła złotymi
rzęsami pociemniałe ze wzruszenia oczy i stała chwilę,
bezradnie szarpiąc palcami fartuch.</akap>


<akap>Karol uśmiechnął się z jej pomieszania.</akap>


<akap_dialog>--- Pan się ze mnie śmieje --- szepnęła z przykrością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, to i ja pójdę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech pan wieczorem przyjdzie z panem Maksem, to panom upiekę ciastek z jabłkami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maks sam przyjść nie może? --- pytał podstępnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie, to wolę, żeby pan sam przyszedł --- zawołała prędko i czując, że ją oblewa rumieniec, uciekła
w głąb domu.</akap_dialog>


<akap>Karol z uśmiechem popatrzył za nią i poszedł na
obiad.</akap>


<akap>U Baumów od zimy zmieniło się wiele.</akap>


<akap>Było jeszcze smutniej i posępniej.</akap>


<akap>Wielkie pawilony fabryczne stały w dziwnej ciszy
obumierania, bo zaledwie czwarta część ludzi pracowała.</akap>


<akap>Po pustym dziedzińcu zarastającym trawą łaziły
kury i stare psy, których nikt już na dzień nie wiązał
i monotonny, słaby stukot warsztatów lał się sennym
szmerem od zasnutych pajęczyną i kurzem okien, poza
którymi nie trzęsły się warsztaty, nie migotały sylwetki
robotników, nie wrzał ruch, a leżała jakaś grobowa cisza i obumieranie.</akap>


<akap>Nawet ogród, otaczający dom, miał wygląd pustki;
wiele drzew poschniętych wyciągało nagie konary ku
niebu, a reszta stała zaniedbana, wśród bujnych chwastów, jakie pokryły nieuprawione i nieobsiane zagoniki.</akap>


<akap>Dom mieszkalny również robił smutne wrażenie, bo
z jednej strony poodpadały tynki, schody prowadzące na
werendę<pe><slowo_obce>werenda</slowo_obce> --- dziś popr.: weranda.</pe> pokrzywiły się i weszły w ziemię, a wino pnące
się po werendzie uschło nie wiadomo dlaczego zaraz po
ozielenieniu<pe><slowo_obce>ozielenienie</slowo_obce> --- dziś popr.: zazielenienie.</pe> i wisiało niby żółte, zabrudzone łachmany.</akap>


<akap>Kwatery kwiatowe przed oknami zarastały bujną
trawą i chwastami, z których tylko gdzieniegdzie patrzyły białe oczy narcyzów i żółciły się ostromlecze.</akap>


<akap>Żwirowane uliczki zarastały trawą i pokrywały się
kretowiskami i śmieciem, jakie wiatr nanosił.
W domu było również niewesoło; pokoje stały
w ciszy, pełne stęchlizny i opuszczenia.</akap>


<akap>Kantor był prawie pusty, bo Baum poodprawiał
pracujących, zostawiając tylko Józia Jaskólskiego i kilka
kobiet w podręcznym składzie towarów.</akap>


<akap>Fabryka pachniała bankructwem, a cały dom przesiąknięty był zapachem lekarstw, bo Baumowa chorowała od kilku miesięcy.</akap>


<akap>Berta z dziećmi odjechała do męża, pozostała tylko
<slowo_obce>frau</slowo_obce><pe><slowo_obce>frau</slowo_obce> (niem.  <slowo_obce>die Frau</slowo_obce>) --- pani.</pe> Augusta ze swoimi kotami chodzącymi za nią i z wieczną fluksją w twarzy obwiązanej i stary Baum, który
całe dnie przesiadywał samotnie w swoim kantorku na
pierwszym piętrze fabryki, i Józio jeszcze bardziej onieśmielony niż dawniej.</akap>


<akap>Borowiecki poszedł prosto do pokoju, w którym
leżała Baumowa, aby z nią zamienić słów kilka.</akap>


<akap>Siedziała na łóżku otoczona stosem poduszek, bezmyślnie wpatrzona martwymi, wypłowiałymi oczami
w okno, za którym chwiały się drzewa.</akap>


<akap>Pończochę trzymała w ręku, chociaż jej nie robiła
i uśmiechała się jakimś smutnym, rozdzierającym uśmiechem.</akap>


<akap_dialog>--- Dzień dobry --- odpowiedziała cicho na przywitanie. --- Maks przyszedł? --- dodała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze nie, ale przyjdzie zaraz.</akap_dialog>


<akap>Zaczął się wypytywać o zdrowie, jak spała tej
nocy, jak się czuje itd., bo jej stan przejmował go jakąś
dziwną czułością i rozrzewnieniem.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze! --- odpowiadała po niemiecku
i jakby się budząc z długiego uśpienia, wlokła oczami po
pokoju, patrzyła długo na fotografie wnuków i dzieci,
wiszące na ścianach, goniła wyrokiem wahadło zegara,
potem próbowała robić pończochę, która się wysunęła
zaraz z jej rąk wychudłych i bezwładnych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze! --- powtórzyła bezmyślnie i znowu
zapatrzyła się w długie liście akacji, chwiejące się za
oknem.</akap_dialog>


<akap>Nie zwróciła nawet uwagi na frau Augustę, która
kilkakrotnie przechodziła przez pokój, poprawiała poduszki i szła dalej, ani na męża, który stanął przy łóżku
i długo patrzył przekrwionymi oczami na jej twarz wychudłą, szarożółtą.</akap>


<akap_dialog>--- Maks! --- szepnęła i jej trupia twarz ożywiła
się na chwilę na odgłos zbliżających się kroków syna.</akap_dialog>


<akap>Maks wszedł i pocałował ją w rękę.</akap>


<akap>Przycisnęła mu głowę do piersi i pogłaskała, ale
gdy poszedł na obiad, patrzyła znowu w okno.</akap>


<akap>Obiady bywały krótkie i milczące, bo wszystkim
ciężyła ta atmosfera smutku.</akap>


<akap><begin id="b1309645216883-1657018882"/><motyw id="m1309645216883-1657018882">Maszyna, Przemiana, Klęska</motyw>Stary Baum zmienił się nie do poznania, wychudł
jeszcze bardziej i zgarbił się, twarz mu sczerniała i pocięła się w długie fałdy koło nosa i ust, które wyglądały jakby wycięte w drzewie.</akap>


<akap>Usiłował rozmawiać, zaczynał pytać, jak im idą
roboty przy fabryce, ale zwykle nie kończył, urywał
i wpadał w stan zamyślenia, przestawał jeść i patrzył
przez okno, na mury Müllera, albo się ślizgał oczami po
szklanych, błyszczących w słońcu dachach przędzalni
Trawińskiego.</akap>


<akap>I zaraz po obiedzie wychodził do fabryki i obchodził puste sale, przypatrywał się nieczynnym warsztatom, a potem zamknięty w kantorze patrzył na miasto
na tysiące domów, fabryk, kominów i nasłuchiwał z goryczą niedopowiedzianą ech potężnie wrzącego życia.</akap>


<akap>Nie bywał już teraz nigdzie, zamknął się w obrębie fabryki i razem z nią umierał.</akap>


<akap>Bo fabryka była na skonaniu, jak określał Maks.</akap>


<akap>Pomimo największych wysiłków nic jej nie mogło
uratować.</akap>


<akap>Musiała paść w walce z parowymi olbrzymami,
ale Baum jeszcze tego nie widział, a raczej widzieć nie
chciał i walczył dalej i postanowił walczyć do końca.</akap>


<akap>Nie pomogły perswazje Maksa ani zięciów, ani
tej reszty znajomych starych, którzy mu radzili przerobić fabrykę ręczną na parową, a nawet, jak niektórzy,
chcieli mu pomóc kredytem lub gotówką.</akap>


<akap>Nie chciał słuchać o tym.</akap>


<akap>Prawie nic nie sprzedawał, bo sezon wiosenny był
straszny dla całej Łodzi, odprawiał robotników, ograniczał produkcję, ograniczał własne potrzeby, a w uporze
trwał nieugięcie.</akap>


<akap><end id="e1309645216883-1657018882"/>Robiła się też dookoła niego pustka głucha, a po
Łodzi mówiono głośno, że stary Baum ma bzika i drwiono
z niego i zapominano z wolna.</akap>


<akap>Borowiecki zaraz po obiedzie wyszedł i po wrażeniach tego grobowo nastrojonego domu odetchnął dopiero na Piotrkowskiej.</akap>


<akap>Do spotkania z Lucy miał czas jeszcze, więc wstąpił do Wysockiego.</akap>


<akap>Wysocki był bardzo zajęty, bo w poczekalni siedziało kilku chorych; przywitał się z roztargnieniem.</akap>


<akap_dialog>--- Przepraszam pana na chwilę, skończę z pacjentem i pójdziemy razem do mamy.
</akap_dialog><akap_dialog>
Borowiecki usiadł pod oknem i rozglądał się po
małym gabinecie, zapchanym sprzętami i przepełnionym
zapachem karbolu i jodoformu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdźmy! --- zawołał wreszcie Wysocki, wyprawiwszy starego Żyda, któremu długo tłumaczył, co ma
robić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie doktorze, panie doktorze! --- zawołał błagalnie Żyd, wracając od drzwi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham, czego pan jeszcze chcesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie doktorze, czy ja się mam bać? --- pytał
cichym, roztrzęsionym głosem i głowa trzęsła mu się ze
wzruszenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedziałem panu, że nie ma nic groźnego, potrzeba tylko wszystko robić, co poleciłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję bardzo, wszystko będę robić, ja chcę
być zdrowy, bo ja mam interes i żonę mam, i dzieci
mam, i wnuki mam. Ale ja się boję i dlatego bardzo
proszę, pana doktora, czy ja się mam bać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedziałem już raz panu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja pamiętam, ale mnie się coś przypomniało.
Ja mam córkę, ona też chorowała, ja nie wiem, co jej
było, nie wiedzieli tego i doktorzy w Łodzi. Ona była
bardzo delikatna, bardzo blada jak te ściane, co to ściane,
jak czyste wapno; ją bolało w kościach i w skórze, i w ręcach też. Zawiozłem ją do Warszawy. Doktór powiada:
,,Ciechocinek!" Dobrze, co będzie kosztować ten Ciechocinek? ,,Dwieście rubli". Skąd ja mogę wziąć tyli majątek! Poszedłem do drugiego doktora. On powiedział, że
jej trzeba robić takie wygniatanie. Kazał mi wyjść z pokoju. Wyszedłem i trochę sobie słucham, a mojo Rojze
krzyczy. Nu, ja ojciec jestem, to mnie to przestraszyło,
to ja grzecznie mówię przez drzwi: ,,Panie konsyliarzu,
tak nie można!" On mi powiedział, że jestem głupi! Sza,
dobrze! Ale jak una znowu zaczęła wykrzykiwać na cały
głos, to ja się trochę rozgniewałem i powiadam głośno:
,,Panie doktorze, tak nie można, ja zawołam policji, to
jest porządna dziewczyna!". To un mnie kazał bardzo
grzecznie wyjść za drzwi, co ja przeszkadzam tej gniecionej medycynie. Zaczekałem na schodach, a jak Rojze
wyszła, to była czerwona jak barchan i mówiła, co ma
wielką przyjemnoszcz w kościach. Przez miesiąc to una
była zdrowa jak gęś, jej tak dobrze robiła ta gnieciona
medycyna, jak się to nazywa, ja nie wiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masaż, kończ pan prędzej, bo nie mam czasu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie doktorze, może i mnie potrzeba takiej
gniecionej medycyny! Ja zapłacę, ja panu doktorowi zaraz dam rubla, niech pan powie. Do widzenia, ja przepraszam, już idę, już mnie nie ma --- wołał, spiesznie
wychodząc, bo Wysocki szedł ku niemu tak groźnie,
jakby go miał zamiar wyrzucić za drzwi.</akap_dialog>


<akap>Ale zaraz wsunęła się otyła Żydówka i już od
drzwi jęczała przeciągle:</akap>


<akap_dialog>--- Panie konsyliarzu, ja mam zatkanie, ja mam
wielkie zatkanie w piersiach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz! Może pan przejdzie do mamy, do saloniku, jak tylko załatwię się z chorymi, przyjdę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ to ciekawa kolekcja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo ciekawa, ten co wyszedł, mordował
mnie przez godzinę, a w końcu, korzystając z pańskiego
wejścia, zapomniał mi zapłacić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to niewesołe, ale przypuszczam, że takie
wypadki zapomnień bywają nieczęste.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żydzi zawsze są gotowi zapomnieć, trzeba im
przypominać, co nie jest przyjemnym --- mówił dosyć
smutnie Wysocki, przeprowadzając go do matki.</akap_dialog>


<akap>Wysocką znał Borowiecki od czasu przyjazdu ze
wsi, bo miał do niej list od Anki i przychodził kilka razy
w interesie narzeczonej.</akap>


<akap>Zastał ją teraz siedzącą w fotelu pod oknem,
w jaskrawej smudze światła, jakie spływało do zaciemnionego pokoju, bo pozostałe okna były przysłonięte
roletami i portierami.</akap>


<akap_dialog>--- Bardzo czekałam, bardzo --- powiedziała, wyciągając do niego długą, wykwintną rękę o cienkich
stożkowych palcach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spóźniłem się i pani mi daruje to opóźnienie,
bo istotnie wczoraj przyjść nie mogłem. Przywieźli maszyny i musiałem być przy ich wypakowywaniu całe
popołudnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, trudno, ale pan mi daruje prośbę o odwiedziny i zabieranie sobie czasu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem na pani rozkazy.</akap_dialog>


<akap>Usiadł przy niej na niskim taborecie, ale cofnął
się w cień, bo słońce zalewało żarem ten pas świetlisty
i jej wysmukłą postać i kładło rudawe tony na jej
czarne włosy i twarz w oliwkowym odcieniu, jeszcze
bardzo piękną, i skrzyło się złotym pyłem w jej wielkich orzechowych oczach.</akap>


<akap_dialog>--- Pani się nie obawia słońca --- zauważył mimo woli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocham słońce i lubię się w nim pławić. Czy
u Miecia dużo chorych?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widziałem kilka osób oczekujących w przedpokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żydzi i robotnicy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdaje mi się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niestety, on innych pacjentów nie ma i co
gorsza, że mieć nie chce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przekłada widocznie ilość nad jakość. Pracy
więcej, ale rezultat materialny podobny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie o to mi idzie, zupełnie mi nie chodzi, czy
Miecio zarabia wiele, bo w rezultacie, czy jest tak lub
owak --- żyjemy z resztek osobistego majątku. Idzie mi
tylko o to, żeby się tak wiele nie zajmował, może nieszczęśliwym, ale straszliwie brudnym tłumem tych Żydów
i rozmaitych nędzarzy, jacy się cisną do niego. Juści, że
powinno się coś robić dla ulżenia cierpień i niedoli nieszczęśliwych, ale czemuż tego nie robią inni doktorzy,
z odpowiedniej sfery, z mniejszą wrażliwością, przyzwyczajeni od dzieciństwa do tych łachmanów i brudów.</akap_dialog>


<akap>Wstrząsnęła się nerwowo i po jej pięknej twarzy
przeleciał błysk wstrętu i obrzydzenia; podniosła koronkową chusteczkę do nosa, jakby w obronie przed jakim
wstrętnym zapachem, który się jej przypomniał.</akap>


<akap_dialog>--- Na to nie ma rady, tym bardziej, że pan Mieczysław kocha swoich pacjentów, to jego utopia --- odpowiedział z lekką ironią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na utopię zgoda. Przypuszczam nawet, że każdy
wyższy umysł powinien mieć jakąś utopię, jakąś piękną
chimerę, która by mu czyniła znośniejszym to dzisiejsze
obrzydliwe życie --- rozumiem nawet, że dla takiej chimery można poświęcić życie, ale nie rozumiem, jak można kochać chimerę chodzącą w łachmanach i brudzie!</akap_dialog>


<akap>Zamilkła na chwilę, rozsunęła seledynowy ekran
jedwabny, malowany w złote ptaki i krzewy, bo słońce,
odbite od cynkowych dachów, rzucać poczynało zbyt
jaskrawe i ostre promienie.</akap>


<akap>Siedziała jeszcze chwilę w milczeniu i pochylając
głowę ku niemu, cała teraz w dziwnych refleksach zielonawego złota, jakie się przesączało przez ekran, zapytała cicho.</akap>


<akap_dialog>--- Zna pan Melanię Grünspan?</akap_dialog>


<akap>Nazwisko wymówiła z subtelnym obrzydzeniem.</akap>


<akap_dialog>--- Znam, ale tylko z widzenia, z towarzystw,
a osobiście bardzo niewiele.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda! --- szepnęła, wstając.</akap_dialog>


<akap>Przeszła kilka razy z majestatyczną powagą pokój.</akap>


<akap>Posłuchała chwilę u drzwi gabinetu synowskiego,
skąd dochodził przytłumiony gwar rozmowy.</akap>


<akap>Patrzyła chwilę na ulicę huczącą olbrzymim ruchem i zalaną upalną pożogą.</akap>


<akap>Karol z ciekawością śledził jej królewskie ruchy
i choć w mroku, jaki zalegał pokój, nie mógł dobrze
dojrzeć wyrazu jej twarzy, czuł, że jest wzruszoną.</akap>


<akap_dialog>--- Pan wie, że ta panna Mela kocha się w Mieciu? --- zapytała prosto.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pogłoski podobne słyszałem na mieście, ale nie
zwracałem na to uwagi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To już o tym mówią! Ależ to kompromitujące! --- dodała silniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przepraszam, wyjaśnię. Mówią na mieście, że
kochają się oboje. Przewidują małżeństwo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy! Daję panu słowo, że dopóki ja żyję, to
się nie stanie! --- zawołała przyciszonym, namiętnym
głosem. --- Mój syn miałby się ożenić z Grünspanówną!</akap_dialog>


<akap>Orzechowe oczy nabrały połysku miedzi, a dumna,
piękna twarz zapaliła się oburzeniem.</akap>


<akap_dialog>--- Panna Mela cieszy się w Łodzi opinią bardzo
zacnej i rozumnej, a że przy tym jest bardzo bogata
i zupełnie przystojna, więc...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc nic z tego, bo to tylko Żydówka! --- szepnęła z mocną, prawie nienawistną pogardą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, to tylko Żydówka, ale jeśliby ta Żydówka kochała i była nawzajem kochaną przez syna
pani, to kwestia jasna i przeciwieństwa wyrównane --- mówił dosyć twardo, bo go irytował ten protest i wydawał mu się śmiesznym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój syn może się kochać nawet i w Żydówce,
ale nie może myśleć o połączeniu naszej krwi z krwią
obcą, z rasą wstrętną i wrogą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozwolę sobie widzieć wielką przesadę w tym,
co pani mówi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dlaczegóż pan się żeni z Anką? Czemu pan
sobie nie wybrał żony spośród łódzkich Żydówek lub
Niemek, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo mi się żadna z Żydówek i Niemek nie podobała aż do stopnia małżeństwa, ale gdyby się tak stało,
nie wahałbym się ani chwili. Nie mam żadnych kastowych ani rasowych przesądów i uważam je za przeżytki --- powiedział zupełnie serio.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jacy wy ślepi jesteście, jak wy tylko patrzycie
oczami zmysłów, jak wy nie dbacie o jutro, o własne
przyszłe dzieci, o przyszłe całe pokolenia --- zawołała,
załamując ręce w grozie, oburzeniu i politowaniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? --- zapytał krótko, patrząc na zegarek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlatego, że możecie wybierać Żydówki na matki
waszych dzieci, dlatego, że nie czujecie wstrętu do nich,
że nie widzicie, iż te kobiety są nam obce zupełnie, że
nie mają religii, nie mają etyki, nie mają tradycji obywatelskiego życia, nie mają zwykłej kobiecości, są puste,
pyszne, bezduszne handlarki własnych wdzięków, lalki
poruszane sprężynami najpierwotniejszych potrzeb, kobiety bez przeszłości i bez ideału.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki podniósł się do wyjścia, bo go śmieszyła i oburzała zarazem ta rozmowa.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Karolu, chciałam się z panem widzieć,
aby go prosić o pomoc, o wytłumaczenie Mieciowi tego
małżeństwa. Wiem, że pana poważa, a jako naszego
kuzyna prędzej może posłucha, pan mnie rozumie i odczuje, że ja nie mogę pomyśleć nawet o tym bez bólu,
że jakaś pachciarka, córka nędznego aferzysty mogłaby
panować tutaj, wśród pamiątek i wspomnień żywych
czterowiekowej przeszłości rodu naszego. Cóż by oni na
to powiedzieli! --- wykrzyknęła boleśnie, szerokim ruchem wskazując szereg portretów, szereg głów rycerskich i senatorskich, majaczących żółtymi plamami
w zmroku.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki uśmiechnął się zjadliwie i trącając palcem w starą zbroję zardzewiałą, stojącą pomiędzy oknami,
rzekł prędko i dobitnie:</akap>


<akap_dialog>--- Trupy. Archeologia ma swoje miejsce w muzeach; w życiu dzisiejszym nie ma czasu na zajmowanie
się upiorami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan się śmieje! Wy wszyscy się śmiejecie
z przeszłości, zaprzedaliście duszę złotemu cielcowi.
Tradycje nazywacie trupami, szlachectwo przesądem,
a cnotę zabobonem śmiesznym i godnym politowania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, tylko rzecz zbyteczna, jak na dzisiaj. Cóż
mi pomoże cześć tradycji do zbytu perkalików! Cóż mi
pomogą moi kasztelańscy przodkowie, gdy stawiam fabrykę i muszę szukać kredytu! Dają mi go Żydzi, a nie
wojewodowie. A cały ten balast rupieci, jak tradycja,
jest jak cierń w nodze, przeszkadza do szybkiego chodzenia. Człowiek dnia dzisiejszego, który nie chce zostać
cudzym parobkiem, musi być wolnym od więzów, przeszłości, szlachectwa i tym podobnych przesądów, to krępuje wolę i obezsila w walce z przeciwnikiem bez skrupułów --- bo bez tradycji; z przeciwnikiem dlatego
strasznym, że jest sam sobie przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, środkiem i celem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie! Ale dajmy temu spokój. Może pan ma
rację, ale ja swojej nie ustąpię nigdy. Pokażę panu
list panny Grünspan do Miecia, pisany z Włoch. Nie
jest to niedyskrecją, bo jest tam kilka wierszy do mnie.</akap_dialog>


<akap>List był bardzo długi, pisany równym, kupieckim
charakterem i pełen nieco przesadnych zachwytów nad
Włochami.</akap>


<akap>Ale miejscami, gdy mówiła o sobie, o domu i o przyszłym widzeniu się z Wysockim, pełen był tkliwości, tłumionego uczucia i tęsknoty.</akap>


<akap_dialog>--- Bardzo ładny list.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Śmieszny przez przesadę i banalny. Zachwyty
brane są z Beadeckera, to jest tylko poza, aby się wydać bardziej interesującą.</akap_dialog>


<akap>Wpadł Wysocki zmęczony, blady, z przekręconym
krawatem i z włosami w nieładzie.</akap>


<akap>Usprawiedliwiał się, że przyjść nie mógł, ale zaraz pobiegł, bo go wzywano telefonem do fabryki do
robotnika, któremu maszyna zgniotła rękę.</akap>


<akap>Borowiecki korzystając z tego, również chciał wyjść.</akap>


<akap_dialog>--- Zrobi pan to, o co prosiłam --- zaczęła, ściskając mu silnie rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę się pierwej rozpatrzyć w sytuacji, bo
może nie ma takiego niebezpieczeństwa, jakie pani przewiduje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dałby Bóg, żeby to były tylko przywidzenia.
Kiedy pana zobaczę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Anka przyjeżdża za dwa tygodnie, to natychmiast ją przyprowadzę pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale może w niedzielę będzie pan u Trawińskich?
To jej imieniny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będę z pewnością.</akap_dialog>


<akap>Szła przed nim, aby go wyprowadzić, ale otworzywszy drzwi do poczekalni syna, cofnęła się spiesznie
i zadzwoniła gwałtownie na służącą.</akap>


<akap_dialog>--- Marysiu, pootwieraj okna, niech trochę wywietrzeje. Wyprowadzę pana innym wyjściem.</akap_dialog>


<akap>I przeprowadziła go przez kilka pokoi przyciemnionych opuszczonymi storami, zapełnionych meblami
o staroświeckich kształtach, obwieszonych portretami
i obrazami historycznej treści, pełnych wypłowiałych
i podartych makat na ścianach, melancholii i klasztornego prawie nastroju.</akap>


<akap_dialog>--- Wariatka! --- pomyślał, znalazłszy się na Piotrkowskiej, ale pomimo to współczuł z nią i zaczynał
przyznawać rację w wielu punktach.</akap_dialog>


<akap>Upał jeszcze się potęgował, nad Łodzią wisiały
dymy na kształt szarych baldachimów, przez które słońce
przesączało war i zalewało miasto ukropem nie do wytrzymania.</akap>


<akap>Ludzie wlekli się ociężale trotuarami, konie stały
z pospuszczanymi łbami, wozy toczyły się wolniej, w sklepach ruch był mniejszy, tylko fabryki huczały z nieustanną potęgą, dysząc setkami kominów i rozlewając
po rynsztokach strugi kolorowych odpływów, niby strugi
potu ściekającego z przepracowanych organizmów.</akap>


<akap>Borowieckiemu tak dokuczyło gorąco, że wstąpił
na mazagran<pe><slowo_obce>mazagran</slowo_obce> --- zimny napój kawowy z dodatkiem koniaku lub rumu, osłodzony, podawany z lodem w wysokich szklankach; nazwa pochodzi od miasta w Algierii.</pe>, aby się nieco ochłodzić.</akap>


<akap>W cukierni było chłodno i pusto, tylko pod werendą płócienną siedział Myszkowski i zaspane, ociężałe
spojrzenie podniósł na Borowieckiego.</akap>


<akap_dialog>--- Gorąco, co? --- rzekł, wysuwając do przywitania spoconą rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba! czekaliśmy, zdaje się, tego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może byś pan pojechał ze mną na piwo gdzie
za miasto. Samemu się nie chce, a tak we dwóch byłoby raźniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam czasu, chyba w niedzielę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam pech. Siedzę tutaj od sześciu godzin i nikogo namówić nie mogę. Był Moryc, wykręcił się interesami, był ten fioł Kozłowski, nie chciała kanalia. Co
ja pocznę sam i w taki upał? --- jęczał tak komicznie,
że Karol się roześmiał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan się śmiej, a ja się już roztapiam z gorąca
i umieram z nudy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemuż nie pójdziesz pan spać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba! Spałem całe trzydzieści godzin i w końcu
znudziło mnie to. Nie mam się nawet z kim kłócić!
Idziesz pan już? Poszlij<pe><slowo_obce>poszlij</slowo_obce> --- dziś popr.: poślij.</pe> mi pan kogo, dzisiaj nawet na
Leona Cohna się zgodzę, a nawet czym większy parch,
tym lepiej, bo może mnie prędzej zirytować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do fabryki pan nie idziesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po co? Pieniędzy mi jeszcze nie potrzeba ani
kredyt jeszcze niewyczerpany zupełnie, mogę poczekać! Chłopiec, daj no te szóste lody! --- zawołał i gdy Karol
wyszedł, opadł w krzesło i sennym wzrokiem przyglądał
się przez bluszczowe ścianki werendy koniom dorożkarskim, oganiającym się energicznie przed muchami.</akap_dialog>



<akap>Borowiecki poszedł spiesznie do Helenowa.</akap>


<akap>W parku było bardzo cicho i chłodno.</akap>


<akap>Młode drzewka piły wszystkimi liściami<pe><slowo_obce>liściami</slowo_obce> --- dziś popr. N. lm: liśćmi.</pe> słońce
i okrywały ruchomymi cieniami białe stoły przy pawilonie restauracyjnym.</akap>


<akap>Trawniki lśniły się młodą zielenią, jak dywanem
poplamionym klombami czerwonych i żółtych tulipanów
i obramowanym żółtym szlakiem ścieżek i uliczek wyżwirowanych, nad którymi przelatywały jaskółki.</akap>


<akap>Wzdłuż klatek menażerii, w których drzemały
zmęczone upałem zwierzęta, biegała gromada dzieci
i z wybuchami wielkiego zadowolenia drażniła małpy
w narożnej klatce, które wrzeszczały i rzucały się po
klatkach jak szalone.</akap>


<akap>Wąskie alejki, oplecione dzikim winem, tryskały
młodą, jasną zielenią i odbijały się w długiej sadzawce,
której gładką, atłasową toń perłową darły w ciemne
pręgi grzbiety ryb i kaleczyły ostre skrzydła jaskółek.</akap>


<akap>A w głębi wody, pod perłową powierzchnią,snuły
się niby złote plamy karpie całymi gromadami.</akap>


<akap>Karol wszedł w alejkę, aby obejść wodę i cieniem
przejść do górnego parku i zobaczył Horna z Kamą,
siedzących nad brzegiem wody i osłoniętych winem.</akap>


<akap>Karmili karpie.</akap>


<akap>Kama była bez kapelusza, z rozsypanymi po twarzy włosami, zarumieniona i wesoła jak szczygieł, rzucała
kawałki bułek i śmiała się głośno, radosnym, dziecinnym
śmiechem, krzyczała na ryby wysuwające z żarłocznością
na powierzchnię okrągławe pyszczki, straszyła je długą
wierzbową rózgą i co chwila zwracała rozradowaną
twarzyczkę do Horna, który siedział trochę w głębi,
oparty plecami o kraty podtrzymujące wino i również
wesoło i serdecznie bawił się rybami.</akap>


<akap_dialog>--- Cacy dziateczki, cacy! --- zawołał Karol, przystając za nimi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciociu, no! --- zakrzyczała bezwiednie i zamilkła, chowając w dłonie zarumienioną twarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż, karpie jedzą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo! Za całe dziesięć kopiejek zjadły bułek! --- zawołała żywo i jeszcze żywiej zaczęła opowiadać różne sceny z nimi.</akap_dialog>


<akap>Opowiadała bezładnie, bo nie mogła ukryć i stłumić pomieszania, jakim ją przejął.</akap>


<akap_dialog>--- Opowie mi to wszystko Kama przy cioci, dobrze? Bawcie się dalej, bo ja muszę iść --- powiedział
złośliwie, widząc jak Kama na wspomnienie cioci pobladła i nagłym ruchem głowy odrzuciła włosy z twarzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, pan myśli, że nie opowiem, otóż opowiem przy cioci wszystko, wszystko...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Horn, idź pan chociażby jutro do Szai,
bo przyjechał i miejsce pan dostanie u niego. Mówił mi
już o tym Müller.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję panu serdecznie, bardzo się cieszę...</akap_dialog>


<akap>Ale się nie ucieszył, bo był zakłopotany, że Borowiecki złapał go na takim dzieciństwie jak karmienie ryb.</akap>


<akap_dialog>--- Snujcie dalej tę sielankę, nie przeszkadzam.</akap_dialog>


<akap>Poszedł, ale dopędziła go Kama, zastąpiła mu drogę
i zdyszanym, niespokojnym głosem zaczęła prosić, poprawiając równocześnie pomiętą sukienkę.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Karolu... mój złoty panie Karolu... niech
pan nic cioci nie mówi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A cóż miałbym powiedzieć, przecież ciocia pozwoliła iść Kamie na spacer.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak, bo widzi pan, Horn taki nieszczęśliwy...
taki biedny... pogniewał się z ojcem, nie ma pieniędzy...
więc ja chciałam, żeby się rozerwał trochę... Ciocia mi
pozwoliła, ale... ale...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, czego Kama chce? --- udawał złośliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo ja nie chcę, żeby się ze mnie później śmiali,
a jak pan powie, to wszystkie będą mnie prześladować
i ja będę bardzo, ogromnie... strasznie.. nieszczęśliwa,
tak jak Horn... bo on nie ma miejsca, nie ma pieniędzy
i pogniewał się z ojcem.</akap_dialog>


<akap>Mówiła prędko, bezładnie i już łzy nabiegały jej do
oczów, a usteczka coraz boleśniej się krzywiły i drgały.
Karol czuł, że jeszcze chwilę, a Kama wybuchnie
płaczem.</akap>


<akap_dialog>--- A jak powiem, to co? --- zapytał żartobliwie,
odgarniając jej czarną czuprynę za uszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To i ja powiem, że pan był w Helenowie na
schadzce, aha! --- zawołała radośnie i łzy obeschły natychmiast, a czupryna spadła na czoło.</akap_dialog>


<akap>Zaczęła poruszać różowymi chrapkami jak źrebiec,
gdy ma wierzgnąć, oczy rozbłysły, a cała twarz zajaśniała figlarną przekornością.</akap>


<akap_dialog>--- Z kimże to ja byłem na schadzce? --- zapytał
z uśmiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem. Ale jeśli pan o takiej godzinie jest
w Helenowie, to przecież nie dla świeżego powietrza.</akap_dialog>


<akap>Zaśmiała się wesoło.</akap>


<akap_dialog>--- Kama jest dzieciak wesoły, to już nic cioci nie
powiem, że przychodzi do Helenowa pocieszać bardzo
nieszczęśliwego Horna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję. Ja pana kocham, ja pana bardzo kocham! --- wykrzyknęła rozradowana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więcej niż Horna, co?</akap_dialog>


<akap>Ale już nic nie odpowiedziała i pobiegła do ryb.</akap>


<akap>Z drugiej strony stawu, z górnego parku widział
jeszcze ich głowy pochylone nad wodą, a czasami
dźwięczny śmiech wydzierał się z zielonej ściany wina
i drżał nad jasną powierzchnią wód.</akap>


<akap>Lucy jeszcze nie było.</akap>


<akap>Zaczął spacerować po wąskich alejach, osłoniętych
gąszczem drzew i krzewów, cienistych i pustych zupełnie.</akap>


<akap>Ptaki sennie ćwierkały w gęstwinach, sennie szemrały liście i senne głosy leciały od miasta.</akap>


<akap>Płaty czystego nieba widział nad sobą wiszące lub
patrzył na wody błyskające pomiędzy drzewami, albo na
czerwone sukienki dziewczynek migające wśród drzew,
albo na chrabąszcze łażące z opuszczonymi skrzydłami
po liściach.</akap>


<akap>Usiadł w głównej alei przy zejściu do stawów
i przypatrywał się dzieciom, które dziwnie cicho bawiły
się pod okiem bon drzemiących na ławkach.</akap>


<akap>Drzewa chwiały się nad nim sennie i rozsypywały
krople światła migotliwego i barwiły w coraz inne desenie trawniki.</akap>


<akap>Głuche echa miasta dopływały czasami i nikły, rozlewając się w ciszy parku, czasem ryk zwierząt z menażerii rozdarł powietrze na chwilę, czasem jakieś głosy
rozbitą gammą wpadały w zalane upałem aleje.</akap>


<akap>Ale rychło ucichało wszystko.</akap>


<akap>Tylko jaskółki niestrwożone przelatywały nad parkiem, przecinały aleje wężowymi skrętami, obiegały
dzieci, wymijały ludzi i drzewa i wciąż przewijały się
w kółko.</akap>


<akap>Karol ocknął się nagle z sennego rozmarzenia, bo
suchy i ostry szelest sukni obudził jego uwagę, podniósł
oczy i bezwiednie postąpił naprzód kilka kroków.</akap>


<akap>Na wprost niego szła Likiertowa.</akap>


<akap>Biało-fioletowa parasolka chwiała się nad nią i obrzucała ciepłym refleksem jej twarz smutną i szeroko
otworzone oczy.</akap>


<akap>Spostrzegli się prawie równocześnie i bezwiednie
wyciągnęli ku sobie ręce.</akap>


<akap>Jej blada twarz buchnęła radością, oczy strzeliły
płomieniem szczęścia, usta zaszły krwią, rzuciła się naprzód, jakby chcąc mu paść w ramiona, ale nagle jakaś chmura przysłoniła słońce i jej cień rzucił na park
szarość i pokrył ich dusze jakby brudnym łachmanem;
drgnęła nerwowo, wyciągnięta do uścisku ręka opadła
martwo, twarz jej zagasła, usta pobladły i zacięły się
w bólu, oczy cofnęły się w głąb i rzuciły ponury ton,
spojrzała na niego zimno i przeszła szybko, schodząc
powoli ze schodów ku stawom.</akap>


<akap>Postąpił za nią automatycznie kilka kroków z jakimś uczuciem, które go przenikało dziwnym wzruszeniem.</akap>


<akap>Odwróciła się na mgnienie i obrzuciła go surowym jeszcze, a pełnym już łzawych blasków spojrzeniem
i poszła dalej.</akap>


<akap>Usiadł i bezmyślnie patrzył w to miejsce, skąd
przed chwilą świeciły jej oczy, przesunął palcami po powiekach ociężałych nagle i piekących, wstrząsnął się cały,
bo te oczy przejęły go strasznym zimnem i nie wiedząc
dlaczego, stanął znowu przy schodach i długo patrzył na
jej wysmukłą figurę, opłyniętą powietrzem, od której
długi cień wlókł się po szybie stawu.</akap>


<akap>Usiadł znowu i siedział bez ruchu i bez myśli, patrzył w głąb własnego serca i coraz boleśniejszy blask
wydobywał mu się spod przymkniętych powiek.</akap>


<akap>Cień zsunął się ze słońca niby płaszcz nieprzytrzymywany i światło znowu zalało park, w gęstwinach
ptaki zawrzały kipiącym gwarem, dzieci zaczęły z krzykiem gonić się po alejach, a drzewa szemrały sennie
i jakby dla igraszki rzucały liście, które falistą, miękką
linią leciały na trawniki i kładły się cicho na puszystych trawach, a czasem potężne echa miasta wpadały
niby kanonada daleka.</akap>


<akap>Karol patrzył w smugę słońca drżącą na żółtym
żwirze, pełną drgań i skrzeń.</akap>


<akap_dialog>--- To się nazywa --- pogarda! --- myślał, widząc
jeszcze oczy Emmy i przypominając sobie jej opadnięcie
ręki i ten gwałtowny ruch oprzytomnienia.</akap_dialog>


<akap>Chciał się roześmiać, ale ten uśmiech nie wydobył
się na zewnątrz i rozlał się w nim goryczą i jakimś
nagłym, ciężkim znużeniem.</akap>


<akap>Podniósł się i ociężale poszedł do groty.</akap>


<akap>Lucy już tam czekała i zobaczywszy go przy sobie,
rzuciła mu się na szyję, na nic nie zważając.</akap>


<akap_dialog>--- Ostrożnie! Pełno ludzi! Może kto zobaczyć! --- syknął ze złością, oglądając się na wszystkie strony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przepraszam! Bardzo przepraszam. Czy dawno
czekasz? --- zapytała bardzo pokornie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od godziny i miałem już iść, bo nie mam
czasu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodźmy za oranżerie, pod jabłonie, tam nigdy nie ma nikogo! --- prosiła bardzo cicho.</akap_dialog>


<akap>Dał się prowadzić.</akap>


<akap>Ujęli się głęboko pod ramiona i szli tak przyciśnięci do siebie, że obcierali się biodrami.</akap>


<akap>Lucy co chwila zaglądała mu w oczy, przyciskała
się jeszcze mocniej i uśmiechała się słodko, nasiąkłymi
pragnieniem pocałunków ustami, dyszała żarem południowego słońca i namiętnością spragnionej rozkoszy.</akap>


<akap>Była dzisiaj kusząco piękną; jakiś lekki denerwujący
miękkością fałdów i chrzęstem jedwab bordo obciągał
figurę i uwydatniał wspaniałe ramiona, mocno rozwinięte
piersi i biodra cudowne.</akap>


<akap>Z wielkiego kołnierza à la Medicis, obrzeżonego
koronkami, wychylała się twarz o gorącym tonie oliwkowym, jaśniejąca pięknością, zdrowiem i młodością, a fiołkowe, cudowne oczy z tła czarnych rzęs i brwi paliły
się takim blaskiem i siłą, że Karol czuł ślady tych spojrzeń namiętnych na twarzy, przejmowały go żarem
i zmiękczały te silne postanowienia zerwania; żal mu
było stracić nabrzmiałe rozkoszą usta, które tak paliły
pocałunkami, żal mu było spojrzeń i oddechów gorących,
które mu paliły twarz i tych szeptów namiętnych i uścisków, tej rozkoszy niewyczerpanej jeszcze do dna.</akap>


<akap><begin id="b1309691376224-3334269379"/><motyw id="m1309691376224-3334269379">Pocałunek, Łzy, Kobieta, Mężczyzna</motyw>W nagłym porywie namiętności, pod wpływem jeszcze tej goryczy, jaką mu wlało w duszę spotkanie
z Likiertową, zaczął ją całować z uniesieniem.</akap>


<akap>Oddawała mu pocałunki tak długo, mocno i namiętnie, że zbladła śmiertelnie i na pół omdlała obsunęła
mu się w ramiona.</akap>


<akap_dialog>--- Karl, umieram, umieram! --- wyszeptała posiniałymi wargami, na których jeszcze jaśniał cały ogrom
uniesienia miłosnego.
</akap_dialog>


<akap>Oplotła go sobą i po dłuższej chwili odpoczynku
szepnęła, rozchylając oczy i oddychając chciwie:</akap>



<akap_dialog>--- Kocham cię! Nie całuj mnie, jest mi tak niedobrze, tak niedobrze! --- skarżyła się cicho.</akap_dialog>


<akap>I gdy się znaleźli za oranżerią, osłonięci od oczów
ciekawych nisko zwieszającymi się gałęziami drzew, usiadła na taczkach, stojących pod murem, oparła głowę
o jego ramię, bo siadł przy niej i długo milczała.</akap>


<akap>Trzymał ją wpół i gładził jej twarz pobladłą, i kładł
lekkie pocałunki na ciężkie, przymknięte powieki spod
których zaczęły się wydobywać łzy.</akap>


<akap_dialog>--- Co ci jest? Dlaczego płaczesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, nie wiem --- odpowiedziała i te łzy
coraz obficiej sypały się po twarzy i coraz głębsze łkanie wstrząsało jej piersiami.</akap_dialog>


<akap>Obcierał jej oczy, całował, uspokajał, ale nic nie
pomagało, płakała jak dziecko rozżalone i nie mogła się
uspokoić.</akap>


<akap>Chwilami już się uśmiechała, ale nowa fala łez
przyciemniała jej fiołkowe oczy i zalewała uśmiech.</akap>


<akap>Karol zaczął się niepokoić, a później niecierpliwić.</akap>


<akap>Jego namiętne wzruszenie zginęło bez śladu pod
tymi łzami, siedział już zimny i zakłopotany do najwyższego stopnia tym atakiem histerii czy zdenerwowania zwykłego.</akap>


<akap>Na próżno się wypytywał, co jej jest.</akap>


<akap>Nic nie odpowiadała, tylko ukryła twarz na jego
piersiach, objęła go ramionami i płakała spazmatycznie.<end id="e1309691376224-3334269379"/></akap>


<akap>Wiatr prześlizgiwał się pomiędzy jabłoniami i otrząsał z nich resztę powiędłych, sczerniałych kwiatów, które
rdzawymi płatkami leciały na głowy siedzących i na
trawniki, chwiał gałęziami nad ich głowami, szemrał coś
tajemniczo w gęstwinie i poleciał dalej, zostawiając za
sobą wielką ciszę i pustkę wśród drzew, których czuby
kołysały się ostatnimi ruchami w słońcu.</akap>


<akap>Wróble zaczęły krzyczeć na dachu oranżerii, a od
miasta zerwał się chór ostrych i wrzaskliwych świstów
fabrycznych, głoszących podwieczorek i zalał park dziką
kanonadą.</akap>


<akap>Lucy przestała płakać, obtarła twarz z łez, przejrzała się w maleńkim kieszonkowym zwierciadełku,
poprawiła kapelusz i ozwała się cicho, patrząc na jego
twarz schmurzoną:</akap>


<akap_dialog>--- Gniewasz się na mnie, Karl?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, cóż znowu, tylko mnie zaniepokoił twój
płacz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daruj mi, widzisz, nie mogłam wytrzymać, nie
mogłam... Tyle dni czekałam na ciebie, tyle dni myślałam o tej chwili spotkania się z tobą, tak się cieszyłam...
bo mnie jest źle, Karl, mnie jest bardzo źle w domu... Zabierz mnie stamtąd, zabij mnie, jeśli chcesz, a nie pozwól mi wracać do nich! --- wykrzyknęła silnie, chwytając go za ręce ruchem rozpaczy i wpiła się oczami
w jego oczy, żebrząc zmiłowania i ratunku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uspokój się, Lucy, jesteś rozdrażniona, zdenerwowana i nawet nie wiesz, czego żądasz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem, Karl, wiem, ja chcę ciebie. Ja tam z nimi
nie wytrzymam dłużej, nie wytrzymam! --- zawołała namiętnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż ja na to poradzę? --- rzekł dosyć niecierpliwie i twardy cień gniewu zamigotał w jego szarych
oczach.</akap_dialog>


<akap>Porwała się na te słowa z miejsca i jakby przepaść
ujrzała przed sobą, patrzyła długo na niego jakimś wzrokiem osłupienia i trwogi.</akap>


<akap_dialog>--- Karl, ty mnie nie kochasz! Tyś mnie nigdy nie
kochał! --- wykrztusiła cicho, trzęsącymi się ustami i czekała z zamarłym sercem jego słów.</akap_dialog>


<akap>Ale on, pomimo, że już miał na ustach straszną
dla niej odpowiedź, powstrzymał się jakby pod wpływem litości i uśmiechając się objął ją wpół i zaczął całować te przerażone, pełne łez oczy, które biły powiekami niby skrzydła motyla konającego i usta drgające
w strachu.</akap>


<akap_dialog>--- Jesteś dzisiaj bardzo zdenerwowana, bardzo
rozdrażniona. Trzeba się uspokoić, Lucy, i nie trzeba
takich rzeczy mówić ani myśleć o nich, bo mnie one
bardzo bolą, dobrze Lucy? --- szeptał, siląc się na pieszczotliwość głosu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, Karl, dobrze! Przebacz mi! Ja cię tak
strasznie kocham i tak się boję o ciebie, że nie mogłam
wytrzymać, chciałam się przekonać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A teraz wierzysz mi już i jesteś spokojną, nieprawdaż?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierzę ci, Karl, bo komuż ja będę wierzyć,
jeśli nie tobie! --- zawołała szczerze i głęboko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy w domu spotkała cię jaka przykrość?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy jedna! Mam ich tysiąc codziennie, ale dzisiaj przyjechała ciotka z Częstochowy i cały czas tylko
wyrzekała, że nie mamy dzieci! Słyszysz, Karl? Cała rodzina się tym martwi i ciągle mi wymawiają, ciągle...
On powiedział, że się ze mną rozwiedzie, bo mu wstyd
przed swoimi za mnie. Dzisiaj uradzili, że ciotka ma
mnie zawieść do Brodów, do jakiegoś cadyka, który ma
na to poradzić...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zgodziłaś się?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oni mogą mnie zmusić!... Nie mogę się przecież opierać, bo się nikt za mną nie ujmie... Muszę... --- szeptała cicho, zaciskając zęby w odczuwanej silnie bezbronności i patrzyła w niego błagalnymi oczami, jakby
żądając ratunku, ale Karol poruszył się niespokojnie
i oglądał zegarek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz, zagrozili mi, że jeśli się nie zgodzę, to
dadzą mi rozwód i wywiozą do małego miasteczka!
Słyszysz, wywiozą daleko od ciebie i już bym cię nigdy...
nigdy nie zobaczyła...</akap_dialog>


<akap>I jakby w strachu nagłym, oślepiającym, że może
go stracić na zawsze, rzuciła mu się w ramiona, oplątywała go sobą, przyciskała go silnie i pełna jakiegoś
lęku i miłości pochwyciła jego ręce i okrywała pocałunkami.</akap>


<akap_dialog>--- Musimy już iść, bo muzyka w parku grać zaczyna, ludzi będzie więcej i mogliby nas zobaczyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech zobaczą, ja cię kocham Karl i przed całym światem mogę śmiało wołać, że kocham. Co mi tam
ludzie, gdy ty jesteś przy mnie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musimy jednak zachowywać pozory.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co byś zrobił, gdybym tak pewnego dnia
przyszła do ciebie i została na zawsze? --- zapytała żywo,
przyciskając się do niego miłośnie i twarz jej rozjaśnił
potężny płomień szczęścia. --- I bylibyśmy razem zawsze,
zawsze... zawsze... --- powtarzała pieszczotliwie, przeplatając słowa gorącymi pocałunkami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzieciak jesteś, nie zdajesz sobie sprawy z tego,
co mówisz... a to są szalone myśli...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czy miłość nie jest także szaleństwem, Karl?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest, jest, ale musimy się już rozejść --- mówił
prędko, nasłuchując dalekich odgłosów muzyki, przesączającej się przez gęstwinę i mrok opadający.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty mnie nie kochasz Karl? --- zagadnęła żartobliwie, a równocześnie wysunęła usta, aby zaprzeczył
pocałunkami.</akap_dialog>


<akap>Ale on spojrzał na nią zimno i ostro i takim
ostrym głosem odpowiedział, że zadrżała, puściła jego
ramię i szła obok zmieszana, zaniepokojona i smutnym
wzrokiem wodziła po gąszczach, w których czaiły się
smugi mroku, podarte przez ostre, miedziane połyski
zachodzącego słońca.</akap>


<akap>I chociaż zapewniał ją o swojej miłości głosem,
jak mógł najłagodniejszym, chociaż całował na pożegnanie bardzo serdecznie, odeszła strwożona i smutne spojrzenia rzucała z oddali na stojącego pod drzewami.</akap>


<akap>Muzyka grała jakiegoś melancholijnego walca, który
po wielkim obszarze parku rozlewał się słodkim szmerem
i poruszał obwisłe w przedzachodniej chwili drzewa
i zamykające się kielichy kwiatów.</akap>


<akap>Alejami snuły się tłumy ludzi, gwar rozmów, śmiechy, chrzęst żwiru pod nogami, jasne stroje kobiet.
Sznury drzew, stojących w wielkiej ciszy, owiewały opalone mroki pełne drgań melodyjnych i smug krwawo
zachodzącego słońca, które zsuwało się za lasy i pryskało strumieniami miedzianego światła na Łódź pełną
dymów i czarnych sylwetek kominów, na puste pola,
roztaczające się za parkiem, pełne drzew samotnych,
cegielń, domków niskich, dróżek piaszczystych i zielonych
zbóż, co jak fale kołysały się i biły w miasto z bezsilnym uporem.</akap>


<akap>Karol poszedł górną aleją poza menażerię, aby się
nie spotkać ze znajomymi, ale zwolnił kroku, bo zobaczył przed sobą Horna z Kamą; szli, trzymając się za
ręce i cicho nucili jakąś piosenkę, kołysząc w takt głowami, Kama kapelusz trzymała w ręku, włosy wichrzyły
się jej na głowie i przeświecały promieniami słońca niby
złotymi szpilkami, bo szli pod zachód i stanąwszy na
szczycie wzgórza, przypatrywali się miastu.</akap>


<akap>Karol wyminął ich boczną uliczką i spiesznie pojechał do miasta.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>IV</naglowek_rozdzial>





<akap_dialog>--- Niech pan wstąpi na herbatę, bo ciocia będzie
się gniewać, że puściłam pana --- prosiła Kama, gdy ją
odprowadził na Spacerową.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Nie mam czasu, muszę teraz iść szukać Malinowskiego, trzy dni już nie był w domu, jestem o niego
bardzo niespokojny.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- No, dobrze, a jak go pan znajdzie, to przyjdźcie obaj na herbatę.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dobrze!</akap_dialog>





<akap>Uścisnęli sobie ręce po przyjacielsku i rozeszli się.</akap>





<akap_dialog>--- Panie Horn! --- zawołała za nim Kama z bramy.</akap_dialog>





<akap>Odwrócił się i czekał, co powie.</akap>





<akap_dialog>--- Ale się pan teraz lepiej czuje, co? Nie jest
pan już nieszczęśliwy, co?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Lepiej, znacznie lepiej i dziękuję za ten spacer
całym sercem.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Trzeba być zdrowym, trzeba nie być nieszczęśliwym i trzeba iść jutro do Szai, dobrze? --- mówiła
cicho i jakimś matczynym ruchem pogłaskała go po
twarzy.</akap_dialog>





<akap>Pocałował ją w końce palców i poszedł do domu,
ale szedł wolno i apatycznie, pomimo że szczerze niepokoiła go długa nieobecność Malinowskiego, z którym
mieszkał i z którym zżył się mocno przez te kilka miesięcy oczekiwania na posadę.</akap>


<akap>Malinowskiego w domu nie było, mieszkanie wionęło  pustką i znać było na każdym kroku, że tędy przeszła bieda, a przeszła ni mała, bo Horn pogniewał
się z ojcem, który mu wstrzymał pensję, chcąc tym



sposobem zmusić upartego do powrotu.</akap>





<akap>Ale nie zmusił, bo Horn się zaciął i postanowił
iść dalej o własnych siłach, a tymczasem żył pożyczkami, kredytem i sprzedażą stopniowo mebli i sprzętów,
oraz miłością, jaką czuł do Kamy, miłością, która owiewała całą jego przyrodę słodkim tumanem, jak ten wieczór czerwcowy, zapadający na miasto, pełny ciszy głębokiej i gwiazd skrzących się w głębiach strasznych,
niby marzeń-błysków, drżących na fali powietrznej jak
ona wiecznej i jak ona nigdy nieuchwytnej.</akap>





<akap>Przestał myśleć o sobie, bo postanowił iść na
miasto i odszukać przyjaciela.</akap>





<akap>Malinowski urządzał nieraz takie tajemnicze zniknięcia, po których wracał blady i zdenerwowany, nie
mówiąc gdzie był, ale nigdy nie bawił tak długo jak
obecnie.</akap>





<akap>Horn obszedł znajomych, gdzie spodziewał się czegoś dowiedzieć, ale nikt Malinowskiego nie widział od
dni kilku; u jego rodziców się nie dowiadywał, bo nie
chciał ich niepokoić, a zresztą pozostawiał to na ostatek.</akap>





<akap>Przyszło mu na myśl dowiedzieć się u Jaskólskich,
do których Malinowski bardzo często zaglądał. Jaskólscy mieszkali teraz na jednej z nowo powstających uliczek, pomiędzy linią drogi żelaznej, lasem i fabrykami
Scheiblera.</akap>





<akap>Uliczka była jeszcze na wpół polem, pół śmietnikiem, a pół miastem, bo ciągnęła się porwaną linią
wśród zbóż zielonych, wzgórz usypanych z wywożonych
z miasta rumowisk i olbrzymich dołów, z których czerpano piasek.</akap>





<akap>Czteropiętrowe domy z nietynkowanej cegły, ordynarne, ledwie sklejone, czerwieniły się obok małych domków drewnianych i prostych bud skleconych z desek
na składy.</akap>





<akap><begin id="b1309695260111-120474923"/><motyw id="m1309695260111-120474923">Miasto, Rzeka</motyw>U stóp lekkiego wzniesienia, na którym ciągnęła
się uliczka, wlókł się kolorowy strumień, zanieczyszczony
odpływami z fabryk i zarażający dookoła powietrze strasznymi wyziewami. Stanowił on granicę pomiędzy właściwym miastem a polami i obmywał krętymi liniami
długie parkany i kupy wywożonych z miasta śmieci.<end id="e1309695260111-120474923"/></akap>





<akap>Jaskólscy mieszkali pod samym lasem, w drewnianej ruderze o kilkunastu oknach frontu i pełnej przystawek i facjat na skrzywionym piętrze. Teraz mieli się
znacznie lepiej, bo on zarabiał pięć rubli tygodniowo
przy budowie fabryki Borowieckiego, ona zaś prowadziła sklepik z wiktuałami na rachunek piekarza, za co
miała mieszkanie i dziesięć rubli miesięcznie.</akap>





<akap>Przed sklepikiem Jaskólskich siedział poobwijany
w kołdry Antoś i rozmarzonym, tęsknym wzrokiem przypatrywał się sierpowi księżyca, który wyłaniał się zza
chmur i osrebrzał blaszane, wilgotne od rosy dachy
i kominy miasta.</akap>





<akap_dialog>--- Józio jest w domu? --- zapytał Horn, ściskając
mu wyschniętą, suchotniczą rękę.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Jest... jest... --- szeptał z trudem chory, nie
puszczając jego ręki.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Lepiej ci teraz niż zimą?</akap_dialog>





<akap_dialog><begin id="b1309695625471-1376058473"/><motyw id="m1309695625471-1376058473">Księżyc, Choroba, Śmierć, Tęsknota</motyw>--- Czy tam się nikt nie dostanie? --- zapytał, wskazując rozszerzonymi oczami księżyc.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Chyba po śmierci... --- rzucił Horn, prędko
wchodząc do sklepiku.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ja czuję... jak tam jest strasznie cicho... --- szeptał chory, wzdrygając się całym ciałem i uśmiech
okrutnej, nieprzepartej, bolesnej tęsknoty rozjaśnił jego
twarz wychudłą.</akap_dialog>





<akap>Zamilkł, opuścił ręce bezwładnie jak łachmany,
oparł głowę o drzwi, przy których siedział i utonął całą
duszą w tych przerażających głębiach, po których ślizgał
się srebrny sierp księżyca.<end id="e1309695625471-1376058473"/></akap>





<akap>Józio siedział za sklepem, w małej, ciasnej izdebce,
pełnej łóżek i gratów i tak dusznej, że otworzone drzwi
i okna niewiele odświeżały rozpalone powietrze.</akap>





<akap_dialog>--- Dawno widziałeś Malinowskiego?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ze dwa tygodnie nie był u nas, a nie widziałem go od niedzieli.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- A Zośka dawno była u was?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Zośka już do nas nie przychodzi. Mama się na
nią pogniewała... Maryśka, bo wybijesz szyby! --- krzyknął przez okno do małego ogródka, w którym majaczyła się jakaś postać kobieca.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Co ona tam robi? --- zapytał, patrząc na ciemną
ścianę lasu stojącego o kilkadziesiąt kroków od domu,
tak, że blask lampy, padający przez okno długim złotym
pasem, połyskiwał na pniach sosen.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Kopie ziemię, to Maryśka, weberka<pe><slowo_obce>weberka</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Weber</slowo_obce>: tkacz) --- tkaczka.</pe>, pochodzi
z naszych stron. Mama odstąpiła jej nasz ogródek i ona
zawsze po fabryce przychodzi tutaj gospodarować. Taka
głupia, zdaje się jej przez to, że jest na wsi.</akap_dialog>





<akap>Horn nie słuchał, myślał gdzie znaleźć Adama, obleciał bezwiednie oczami pokój i sklepik pełen błyszczących blaszanek od mleka, odetchnął kilka razy dusznym,
przesyconym kurzem, dymem i zapachem chleba powietrzem i żegnając się zapytał żartobliwie:</akap>





<akap_dialog>--- Cóż, nie dostałeś znowu jakiego miłosnego listu?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dostałem... tak...</akap_dialog>





<akap>Zaczerwienił się gwałtownie.</akap>





<akap_dialog>--- Bądź zdrów...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- To i ja pójdę.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Może na schadzkę, co? --- zapytał żartobliwie.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Tak, tak... Ale niech pan tak głośno nie mówi,
jeszcze mama usłyszy.</akap_dialog>





<akap>Ubrał się spiesznie i wyszedł na ciemną ulicę.</akap>





<akap><begin id="b1309696073917-3486384175"/><motyw id="m1309696073917-3486384175">Miasto, Światło, Dźwięk</motyw>Ciepły wieczór czerwcowy wyciągnął ludzi z domów
i z nor mieszkalnych, siedzieli w czarnych sieniach, na
progach, przed domami, w piasku drogi lub w otwartych
oknach, przez które widać było niskie, ciasne izby pełne
tapczanów i łóżek, huczące rojem ludzkim jak ule.</akap>





<akap>Uliczka nie miała latarń, oświetlał ją księżyc i smugi
świateł bijących od okien i od pootwieranych szynków
i sklepików.</akap>





<akap>Na środku drogi tarzały się z krzykiem gromady
dzieci, a od jednego z dalszych szynków buchał chór
pijackiej piosenki i łączył się z dźwiękami harmonijki,
rozlewającej z jakiegoś poddasza skoczne tony krakowiaka i z hukiem pociągów, przelatujących niedaleko.<end id="e1309696073917-3486384175"/></akap>





<akap_dialog>--- Gdzież masz to <slowo_obce>rendez-vous</slowo_obce>? --- zapytał Horn,
gdy wyszli na uliczkę i szli ścieżką biegnącą w poprzek
szerokiego pola kartofli do miasta.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Niedaleko, przy kościele.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Życzę ci powodzenia!</akap_dialog>





<akap>Horn poszedł do rodziców Adama, żeby się dowiedzieć o niego i trafił na wielką burzę.</akap>





<akap>Matka stała na środku pokoju i krzyczała na cały
głos, Zośka płakała spazmatycznie pod piecem, a Adam
siedział przy stole z twarzą ukrytą w dłoniach; stojąca
na komodzie lampa oświetlała całą scenę.</akap>





<akap>Horn wszedł, ale natychmiast się cofnął zmieszany.</akap>





<akap>Adam wybiegł za nim.</akap>





<akap_dialog>--- Mój drogi, poczekaj na mnie kilka minut w bramie, proszę cię o to bardzo --- szepnął gorączkowo i wrócił do mieszkania.<begin id="b1309696567210-2158433686"/><motyw id="m1309696567210-2158433686">Matka, Córka, Seks, Hańba, Wygnanie, Strój</motyw></akap_dialog>





<akap>Matka krzyczała ostrym, podniesionym głosem:</akap>





<akap_dialog>--- Ja raz jeszcze pytam, gdzieś była przez te
trzy dni?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Mówiłam już mamie, byłam na wsi pod Piotrkowem u znajomej.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Zośka, nie kłam! --- rzucił krótko Adam i jego
zielone, słodkie oczy zapaliły się gniewem. --- Ja wiem,
gdzieś była! --- dodał ciszej.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- No, gdzie? --- zawołała dziewczyna z niepokojem, podnosząc nań zapłakane oczy.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- U Kesslera! --- szepnął cicho, ale z taką mocą
bólu, że matka rozkrzyżowała ręce, a Zośka zerwała się
z krzesła, stała czas jakiś na środku pokoju, wodząc
hardym, buntowniczym wzrokiem do koła.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- A więc tak, byłam u Kesslera! Jestem jego kochanką, a więc tak! --- zawołała ostro i z taką determinacją w głosie, że matka cofnęła się pod okno, a Adam
zerwał się z krzesła, a ona stała chwilę w milczeniu,
patrząc na nich hardym wzrokiem, ale po chwili fala
zdenerwowania zatrzęsła nią tak silnie, że nogi się pod
nią ugięły, upadła na dawne miejsce i wybuchnęła
wstrząsającym płaczem.</akap_dialog>





<akap>Matka oprzytomniała, skoczyła do niej, pochwyciła
za ręce i przyciągając do lampy, zaczęła prędko, gorączkowo mówić:</akap>





<akap_dialog>--- Ty jesteś kochanką Kesslera? Ty, moja córka?</akap_dialog>





<akap>Chwyciła się za głowę i zaczęła biegać po pokoju
z rykiem strasznego bólu.</akap>





<akap_dialog>--- Jezus, Maria! --- wołała, załamując ręce w rozpaczy.</akap_dialog>





<akap>Przypadła znowu i trzęsąc nią z całych sił, szeptała
ochrypłym, zduszonym przez wzruszenie głosem:</akap>





<akap_dialog>--- Więc te wyjazdy do ciotki, te spacery, te chodzenia z przyjaciółkami do teatru, te stroje --- to wszystko.
A, rozumiem teraz, rozumiem! I ja na wszystko pozwalałam, byłam tak ślepa! Jezus, Maria! A nie karz mnie,
Boże przedwieczny za ślepotę, a nie karz mnie, Panie
miłosierny za dzieci moich winy, bom ich niewinna! --- błagała nieprzytomnym głosem, padając w wielkiej skrusze przed obrazem Matki Boskiej oświeconym oliwną
lampką.</akap_dialog>





<akap>Cisza zapadła na chwilę.</akap>





<akap>Adam ponuro patrzył w lampę, a Zośka stała pod
ścianą skulona, złamana, nieszczęśliwa, łzy wielkimi perłami sypały się z jej oczów i zalewały twarz całą, drgała
ustawicznie, wstrząsana łkaniem, włosy się jej rozsypały
na ramiona i na czoło, odgarniała je automatycznym
ruchem i nie widziała nic już, co się działo dokoła.</akap>





<akap>Matka podniosła się z kolan, twarz jej blada i obrzękła pełna była surowości nieubłaganej i grozy.</akap>





<akap_dialog>--- Zdejm zaraz te aksamity! --- zawołała.</akap_dialog>






<akap>A gdy Zośka zawahała się, nie rozumiejąc, matka
zaczęła zrywać z niej aksamitny stanik i darła go
w kawały.</akap>




<akap_dialog>--- To twoja hańba, ty ulicznico! --- krzyczała
i wpadła w szał niszczycielki, zerwała z niej całą garderobę i porwała ją w strzępy, podeptała z nienawiścią
i rzuciła się do komody i wyrzuciła z niej i darła wszystko,
co należało do Zośki, która ogłupiałym wzrokiem przypatrywała się zniszczeniu i szeptała urywanymi słowami:</akap_dialog>





<akap_dialog>--- On mnie kocha... On obiecał się ze mną ożenić...
ja nie mogłam już wytrzymać w fabryce... ja nie chcę
umierać w przędzalni... ja nie chcę być weberką całe
życie... Mamusiu droga, matuchno moja jedyna, przebacz
mi, mamusiu miej litość nade mną! --- krzyknęła gwałtownie, rzucając się do nóg matki. Zerwała się w niej
resztka świadomości i mocy panowania nad sobą.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Możesz iść sobie teraz do Kesslera, ja już córki
nie mam --- szepnęła matka sucho, otwierając drzwi
szeroko i wyrywając się z jej objęć.</akap_dialog>





<akap>Zośka zalana nagłym, oślepiającym strachem, jaki
wionął ze słów matczynych i tej czarnej gardzieli korytarza, jaki ujrzała przed sobą, cofnęła się w tył i runęła
do nóg matki z nieludzkim okrzykiem trwogi strasznej;
czepiała się jej rąk, jej sukni, jej kolan, czołgała się za
nią na kolanach i żebrała nieprzytomnym, przełzawionym
głosem litości i przebaczenia.</akap>





<akap_dialog>--- Zabij mnie, a nie wypędzaj! Zabijcie mnie ludzie, bo już nie wytrzymam! Adam, bracie mój. Ojcze
mój, miejcie litość nade mną.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Wynoś się natychmiast i nie pokazuj się nigdy
tutaj, bo cię jak psa wypędzę i oddam policji! --- syczała
matka nieubłaganie, skamieniała w gniewie, bo wszystko
w niej nagle z wielkiego bólu zamarło, nawet litość.</akap_dialog>





<akap>Adam również nieporuszony słuchał i patrzał,
tylko jego zielone oczy straciły ostry połysk gniewu
i mroczyły się łzami.</akap>





<akap_dialog>--- Precz mi! --- krzyknęła ostro raz jeszcze matka.</akap_dialog>





<akap>Wtedy Zośka przystanęła na mgnienie na środku
pokoju i rzuciła się z obłąkanym krzykiem w korytarz,
aż sąsiedzi zaczęli drzwi otwierać i wychylać głowy,
przebiegła cały dom familijny, zbiegła na dół, na podwórze i wcisnęła się w ciemny kąt pod akacje kwitnące i zemdlała z dzikiego, zwierzęcego strachu.</akap>





<akap>Adam wybiegł za nią, a przywróciwszy do przytomności, szepnął miękkim, braterskim głosem.</akap>





<akap_dialog>--- Zośka, chodź do mnie! Ja cię nie opuszczę.</akap_dialog>





<akap>Nic nie odpowiedziała, tylko chciała mu się wyrwać
z rąk i uciekać w świat.</akap>





<akap>Z trudem ją uspokoił, okręcił w jakąś chustkę, którą
przyniósł z domu, bo dziewczyna cała była w strzępach,
ujął mocno pod rękę i poprowadził do dorożki.<end id="e1309696567210-2158433686"/></akap>





<akap>Horn, który czekał w bramie, przyłączył się do nich.</akap>





<akap_dialog>--- Tak się stało, że Zośka chwilowo będzie mieszkać u mnie, nie moglibyście sobie poszukać mieszkania na kilka dni?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dobrze. Pójdę do Wilczka, on ma duże mieszkanie.</akap_dialog>





<akap>Jechali w milczeniu, tylko przejeżdżając obok pałacu
Kesslera, Zośka przycisnęła się silniej do brata i zaczęła
cicho płakać.</akap>





<akap_dialog>--- Nie płacz, to się wszystko da załagodzić! Nie
płacz, matka da się przeprosić, z ojcem sam się rozmówię! --- pocieszał ją i całował po zapłakanych oczach,
i gładził jej włosy roztargane.</akap_dialog>





<akap>Tak odczuła te pocieszania i jego miłość, że objęła
go ramionami, ukryła mu twarz na piersiach i jak dziecko
skarżyła się cichym, urywanym szeptem na swoją dolę
nieszczęśliwą, nie zważając na obecność Horna.</akap>





<akap>Urządzili jej zaraz mieszkanie z pokoju brata,
który się przeniósł do pokoju Horna, zamknęła się
w nim i nie chciała wyjść na herbatę, jaką zagotował
Horn.</akap>





<akap>Adam sam jej zaniósł.</akap>





<akap>Wypiła trochę; rzuciła się na łóżko i zasnęła natychmiast.</akap>





<akap>Adam zaglądał do niej co chwila, pookrywał ją,
czym mógł, wytarł chusteczką jej twarz, bo łzy pomimo
snu płynęły spod zamkniętych powiek, potem powrócił
i szepnął cichym głosem:</akap>





<akap_dialog>--- Domyślacie się, co się stało?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Nie, nie i proszę was bardzo, nie mówcie mi,
bo widzę, jak was to boli. Ja zaraz wychodzę.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Zostańcie jeszcze chwilę. Słyszeliście, musieliście słyszeć, co mówili o Zośce?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Na plotki nigdy nie zwracam uwagi, nigdy ich
słuchać nie chcę --- rzekł Horn wymijająco.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- To nie plotki, to prawda! --- rzekł ostro, wstając z miejsca.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Więc cóż poczniecie? --- zapytał z wielkim
współczuciem.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Idę w tej chwili do Kesslerów! --- szepnął twardo
i zielone oczy błysnęły mu takim tonem jak szmelcowana<pe><slowo_obce>szmelcowany</slowo_obce> --- natarty kilkakrotnie tłuszczem (olejem, smalcem itp.); w ten sposób tradycyjnie zabezpieczano metal: zbroje, broń i in.</pe>
lufa rewolweru, który schował do kieszeni.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- To na nic się nie przyda, z bydlęciem nie można spraw ludzkich załatwiać.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Spróbuję, a jak mi się nie uda, to...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- To co? --- podchwycił spiesznie Horn, przestraszony akcentem groźby, jaki brzmiał w jego głosie.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- To pomówimy inaczej... to się pokaże...</akap_dialog>





<akap>Horn chciał mu tłumaczyć, ale Adam nie chciał
słuchać, tylko gdy się rozstawali przed bramą, uścisnął
mu silnie rękę i pobiegł do pałacu Kesslera.</akap>





<akap>Nie zastał i nikt nie umiał go objaśnić, gdzie w tej
chwili może być młody Kessler.</akap>





<akap>Popatrzył z całą nienawiścią na wspaniałe mury
pałacu, na błyszczące przy księżycu jego wieżyczki i złocone balkony, na zasłonięte białymi storami okna i poszedł do fabryki do ojca.</akap>





<akap>Stary Malinowski, jak zwykle, niby żuraw niestrudzony obchodził to olbrzymie koło rozpędowe, które jak
ptak potworny rzucało się w mrocznej, roztrzęsionej ruchem wieży, zapadało się w ziemię, wybiegało z cieniów,
połyskiwało roziskrzonym, zimnym tumanem stali i okręcało się dookoła z taką szaloną szybkością, że żadnego
konturu nie można było pochwycić.</akap>





<akap>Taki szalony krzyk maszyny huczał w wieży, że
stary szeptem zapytał syna:</akap>





<akap_dialog>--- Znalazłeś Zośkę?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Przywiozłem ją dzisiaj wieczorem.</akap_dialog>





<akap>Stary popatrzył nań długo i poszedł znowu obejść
maszynę, naoliwił niektóre części, przyglądał się manometrowi, wytarł tłoki, które z sykiem pracowały ociekając
oliwą, krzyknął przez tubę do maszynistów pracujących
niżej i powróciwszy do syna powiedział zaciśniętym
gardłem:</akap>





<akap_dialog>--- Kessler!</akap_dialog>





<akap>Zęby mu się wyszczerzyły jakby do kąsania.</akap>





<akap_dialog>--- Tak, ale on mój! Niech mu ojciec da spokój --- zaczął gorąco Adam.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Głupiś! Mam z nim ważne sprawy, ani mi się
waż go tknąć, słyszysz?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Słyszę, ale swojego nie odstąpię.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ani mi się waż! --- zawarczał stary, podnosząc czarne, olbrzymie pięście jakby do uderzenia. --- Gdzie ona teraz?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Matka ją wypędziła z domu.</akap_dialog>





<akap>Syknął przez zaciśnięte zęby i bure oczy zapadły
mu głęboko pod brwi krzaczaste i rzucały tylko cień
groźny na twarz szarą i suchą.</akap>





<akap>Zgarbił się i obchodził powoli to koło, które śpiewało rykiem szalony hymn siły uwięzionej, targającej
się z wściekłością pomiędzy trzęsącymi się murami.</akap>





<akap>Przez małe zakurzone okienka budynku lał się
srebrny księżycowy kurz, w którym niby sine widmo,
tańczyło z krzykiem bydlę olbrzymie.</akap>





<akap>Adam nie mogąc się doczekać więcej słów od ojca,
powstał i zmierzał do wyjścia.</akap>





<akap>Stary wysunął się za nim i już za progiem szepnął:</akap>





<akap_dialog>--- Zajmij się tą... przecież to nasza krew...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Wziąłem ją do siebie.</akap_dialog>





<akap>Pochwycił go i żelaznymi ramionami przycisnął
do serca.</akap>





<akap>Zielone, słodkie oczy syna wpiły się z wielką miłością w bure, rozłzawione oczy ojca, patrzyli w siebie
do głębi, na wskroś i rozeszli się bez słowa.</akap>




<akap>Stary spiesznie obchodził maszynę i zaoliwionymi
palcami wycierał oczy.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>V</naglowek_rozdzial>





<akap_dialog>--- Interes prosty, czyste złoto, powiadam wam.
Kupiłem plac, który musi, uważacie, musi odkupić ode mnie Grünspan za taką cenę, jaką wziąć zechcę --- tłumaczył nazajutrz rano Stach Wilczek Hornowi, który
spał u niego.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dlaczego musi? --- zapytał zaspanym głosem
Horn.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Bo mój plac otacza fabrykę jego z dwóch stron;
z boku i z tyłu, z drugiego boku leżą place Szai Mendelsohna, a od frontu ulica. Grünspan chce powiększyć
fabrykę, a nie ma u siebie miejsca. Ma być dzisiaj u mnie,
zobaczycie, jaką ma minę. On ten plac targował przez
trzy lata i przez trzy lata postępował dotychczasowemu
właścicielowi po sto rubli na rok, chciał kupić tanio,
czekał, nie spieszyło mu się. Cudem się dowiedziałem,
dostąpiłem chłopu grubo i po cichutku kupiłem, teraz ja
będę czekał, teraz mnie się nie spieszy... ha, ha, ha! --- śmiał się wesoło, zacierając ręce, oblizywał wywinięte
wargi i mrugał oczami.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ileż macie tego placu?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Całe cztery morgi! Pięćdziesiąt tysięcy rubli
jakbym już miał w kieszeni.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Jeśli się łudzić, to już mocno! --- zaśmiał się
Horn, nieco dotknięty tą cyfrą.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ja się nigdy w interesach nie mylę. Grünspan
ma stawiać dwa pawilony, razem około dwóch tysięcy
ludzi i pomyśleć, że gdyby je musiał stawiać w innym
miejscu, choćby o kilkaset kroków dalej, to koszta budowy, urządzeń i administracji podniosą mu się w dwójnasób. Pijecie jeszcze herbatę?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- A proszę, jeśli jest gorąca, ale jak na przyszłego milionera, macie diablo wygryzione filiżanki! --- zwrócił uwagę, dzwoniąc łyżeczką w wyszczerbione fajansowe filiżanki.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- To głupstwo, będzie się jeszcze pijało na sewrskich<pe><slowo_obce>sewrski</slowo_obce> --- pochodzący z Sèvres, słynnej manufaktury porcelany, w XVIII w. produkującej wyroby dla francuskiego dworu królewskiego.</pe> --- odpowiedział lekceważąco --- Zostawię was samych na parę minut --- rzekł, patrząc przez okno i wyszedł do sieni, bo kilka kobiet starych, wynędzniałych,
z koszykami na ręku, okazało się pomiędzy wiśniami
na pół uschłymi, jakie stały przed domem.</akap_dialog>





<akap>Horn tymczasem obejrzał się po pokoju, stanowiącym mieszkanie przyszłego milionera.</akap>





<akap>Była to prosta chłopska izba o wykrzywionych
ścianach, wybielonych wapnem; gliniany ubity tok, stanowiący podłogę, pokrywały kawały dywanu barchanowego w jaskrawe czerwone kwiaty; krzywe, małe okienko,
przysłonięte brudną firanką, wpuszczało tak mało światła, że cała izba i nędzne, zbierane jakby ze śmietników graty, tonęły w mroku, w którym tylko błyszczał
jaskrawo wielki samowar, stojący na zwykłym chłopskim
kominie, pod wielkim okapem.</akap>





<akap>Kilkanaście książek leżało na stole wśród kawałków starego żelastwa, rzemieni i cewek z próbkami różnokolorowej przędzy bawełnianej.</akap>




<akap>Horn zaczął przeglądać książki, ale że doszedł go
przez szyby rozpłakany głos kobiecy, odłożył i słuchał:</akap>





<akap_dialog><begin id="b1309699569311-763227795"/><motyw id="m1309699569311-763227795">Interes, Pieniądz, Bieda, Pozycja społeczna, Pogarda</motyw>--- Pan mi pożyczy dziesięć rubli! Pan wie, że
Ruchla Wassermanowa jest uczciwa, jest biedna kobieta.
Jak ja dzisiaj nie będę miała pieniędzy, to nie zrobię
interesu i nie będę miała z czego żyć cały tydzień.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Pieniędzy bez fantu<pe><slowo_obce>fant</slowo_obce> --- tu: zastaw; wartościowy przedmiot stanowiący poręczenie pożyczki.</pe> nie dam.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Panie Wilczek, ja oddam, ja panu przysięgnę
na wszystkie świętości, że oddam... My jeść nie mamy;
moje małe dzieci, mój mąż, moja matka... uny czekają,
żeby ja im przyniosła kawałek chleba! A jak pan mi
nie pożyczy, to skąd ja im wezmę...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Niech zdechną, co mnie to szkodzi!</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Takie słowo, takie niedobre słowo pan powiedział --- jęczała Żydówka.</akap_dialog>





<akap>Wilczek usiadł na ławce pod oknem i zaczął przeliczać pieniądze, jakie mu drugie kobiety oddawały.</akap>





<akap>Po rublu, po dwa, najwyżej po pięć, kładły przed
nim miedziakami, po dziesiątce, wyciąganej z węzłów
i skrytek.</akap>





<akap>Liczył uważnie i co chwila wyrzucał jakąś sztukę.</akap>





<akap_dialog>--- Gitla, ta dziesiątka na nic, dawać inną!</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Na moje suminie, to dobry piniądz. Ja ją mam
od jednej obywatelki, co una zawsze kupuje ode mnie
pomarańcz! Nu, dlaczego ma być niedobry! Un się
świeci! --- wołała, śliniąc dziesiątkę i wycierając ją fartuchem.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dawać prędko inną, bo nie mam czasu!</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Panie Wilczek, pan jest szlachetna osoba, pan
mi pożyczy... --- prosiła Wassermanowa.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Pani Stein brakuje 15 kopiejek! --- zawołał, zwracając się do małej, starej Żydówki z trzęsącą się głową,
ubraną w zatłuszczony czepek.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Brakuje! To nie może być! Tam jest całe pięć
rubli, ja dobrze liczyłam.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dołożyć i basta! Szteinowa zawsze tak mówi
i zawsze brakuje, znamy się dobrze.</akap_dialog>




<akap>Szteinowa zaczęła dowodzić, że nie brakuje, co tak
zirytowało Wilczka, że zgarnął pieniądze i rzucił je w piasek pod jej nogi.</akap>




<akap>Szteinowa z wielkim lamentem zbierała je z piasku
i układała z powrotem na ławce.</akap>




<akap>Wassermanowa przysunęła się znowu do Wilczka
i dotykając jego łokcia końcami palców, prosiła cichym,
rozpłakanym głosem:</akap>





<akap_dialog>--- Ja czekam!... Ja wiem, co pańska osoba będzie
litościwa...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Bez zastawu nie dam ani rubla --- rzekł. --- Niech Wassermanowa pożyczy sobie od zięcia!...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Co pan wspomina tego łajdaka! Pan wie, ja
jemu dałam za córką, na stół, żywych pieniędzy całe
czterdzieści rubli, to ten gałgan w niecałe pół roku
wszystko wydał! Pan słyszy, wszystko wydał! Na co un
wydał taki kapitał!</akap_dialog>





<akap>Wilczek nie słuchał narzekań, odbierał należności
z procentami za tydzień ubiegły i pożyczał na następny,
wpisując nazwiska i cyfry z wielką dokładnością w notes.</akap>





<akap>Obojętnie słuchał narzekań i z nieukrywaną wcale
pogardą traktował ten tłum kobiet wynędzniałych.</akap>





<akap>Nie wzruszały go ich oczy zaczerwienione, wypalone przez słońce i mrozy; te postacie w łachmanach;
te twarze o wyrazie wiecznej troski i głodu, wychylające się spod peruk i brudnych chustek, ani ten cały
chór nędzy, który lamentował w ostrym słońcu, wpośród
drzew schnących, zmurszałych, gdzieniegdzie tylko zieleniejących, na trawnikach porosłych chwastem, z którego
dziewanny wysmukłe i wielkie łopiany wysuwały bladozielone liście.</akap>





<akap>Zaraz za drogą miasto rozlewało się morzem czerwonych domów, kominów i dachów, po których grało
słońce blaskami; huki, turkoty, świsty napełniały ogródek ciągłą wrzawą i trzęsły drewnianymi, pokrzywionymi ścianami domu Wilczkowego.</akap>





<akap>Horn, ze zdumieniem pełnym żywego współczucia
przypatrując się szeregom tej nędzy, stojącej przed domem i ze wzrastającym oburzeniem słuchał i wtajemniczał się w interesy Wilczka.</akap>





<akap>Nie mógł już dalej wytrzymać i gdy Wilczek, załatwiwszy ostatnią sprawę, powrócił do izby, Horn w milczeniu wziął kapelusz i skierował się do wyjścia.</akap>





<akap_dialog>--- Nie chodźcie jeszcze.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Muszę iść do Szai, a przy tym powiem prawdę,
że to, co słyszałem i widziałem tutaj przed chwilą, przejęło mnie głęboką odrazą do pana, panie Wilczek... Zechce mnie pan uważać, a ze mną i całe nasze towarzystwo za zupełnie sobie obce i nieznajome --- powiedział
ostrym głosem i obrzucając go pogardliwym spojrzeniem,
chciał wyjść.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Nie wypuszczę pana, musi pan wysłuchać tego,
co powiem! --- zawołał Wilczek, spiesznie zagradzając
mu sobą drzwi, spąsowiał od gniewu, ale mówił spokojnie.</akap_dialog>





<akap>Horn popatrzył mu prosto w oczy i nie zdejmując kapelusza, usiadł i rzekł sucho:</akap>





<akap_dialog>--- Słucham pana.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Chcę pana tylko objaśnić. Nie jestem lichwiarzem, o co mnie pan prawdopodobnie posądził, a nie
jestem dlatego, że ja pracuję u Grosglicka i operuję na
jego korzyść i na jego odpowiedzialność. Mówię to panu
pierwszemu, bo nigdy przedtem nie potrzebowałem się
usprawiedliwiać ani tłumaczyć z moich czynności.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Czemuż to pan robi teraz? --- nic pana przecież nie zmusza! --- nie jestem sędzią śledczym!</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dlatego to robię, aby nie być sądzonym fałszywie. Możecie mnie liczyć do swoich znajomych lub
nie liczyć --- to kwestia uboczna, ale nie chciałbym, aby
mnie miano za lichwiarza.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Możesz pan być pewnym, że się nim zajmować
nie będziemy.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Jak ja w tej chwili pogardą pana, którą słyszę w głosie.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Więc po cóż mnie pan zatrzymuje?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Zatrzymywałem! --- rzekł z naciskiem. --- Powiedziałem na usprawiedliwienie, że jestem tylko człowiekiem Grosglicka i operuję jego pieniędzmi i na jego
korzyść! Juści, że nie robię tego za darmo.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Żaden za największą pensję nie przyjąłby funkcji obdzierania nędzarzy.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- To się tak powiada w salonikach i przy pannach, bo taki frazes brzmi ładnie i do niczego nie obowiązuje.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- To jest zwykła ludzka uczciwość, a nie frazes,
panie Wilczek.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Można to i tak nazywać, nie będę się sprzeczał o dźwięki. Pan uważa mnie za łajdaka, że pomagam Grosglickowi do obdzierania nędzarzów, tak? Otóż
ja pana przekonam, że ten łajdak robi więcej dla tej
nędzy sam niż wy wszyscy razem inteligenci i różne
resztki szlacheckie. Proszę, spojrzyj pan w tę książkę,
jest to całoroczny rachunek sum wypożyczanych i procentów, jakie przyniosły za rok ubiegły. Książkę prowadził mój poprzednik, a tutaj jest moja książka, prowadzona od nowego roku. Porównaj pan cyfry pożyczek
i dochodów.</akap_dialog>





<akap>Horn bezwiednie prawie rzucił okiem i zobaczył,
że suma dochodów w drugiej książce była o połowę
mniejsza niż w pierwszej.</akap>





<akap_dialog>--- Cóż to znaczy, dlaczego?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Znaczy to, że o sto pięćdziesiąt procent biorę
mniej niż mój poprzednik. Znaczy to, że jak rachunki
mówią, daję z własnej kieszeni nędzarzom od stu do
dwustu rubli miesięcznie, bo właśnie te sto pięćdziesiąt
procent stanowiły moje wynagrodzenie dodatkowe. Zrzekłem się go i nie szukam w tym chluby.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Darowuje pan im ich pieniądze, wielka łaska,
istotnie!</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Mówisz pan jak człowiek nie mający pojęcia
o interesach.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Nie, tylko jak człowiek, który nie uważa za
bohaterstwo branie zamiast trzystu procent, sto pięćdziesiąt.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dobrze, nie mówmy o tym! --- zawołał Wilczek i zniechęconym ruchem rzucił książki w głąb kasy
ogniotrwałej, stojącej w kącie i zaczął bębnić w stół
i patrzał na wiśnie kołyszące się za oknem.</akap_dialog>





<akap>Był bardzo ponury, bo się obawiał, że przez niego
ta wieść o operacjach lichwiarskich rozleje się po Łodzi i zamknie mu drzwi w ,,kolonii" i w kilku innych znajomych domach.</akap>





<akap>Horn przypatrywał się uważnie i zapomniał o odejściu, oburzenie ustąpiło miejsca ciekawości, z jaką słuchał Wilczka, przedstawił mu się teraz zupełnie inaczej,
biła od niego jakaś siła potężna, której dotychczas nie
zauważył, gdyż, co prawda, nigdy na niego nie zwracał
szczególniejszej uwagi.</akap>





<akap_dialog>--- Ach, ogląda mnie pan jak człowieka pierwszy
raz widzianego.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Przyznaję się, że pierwszy raz przyglądam się
panu uważnie.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Zadziwiający okaz, co? Cham o brudnych instynktach, zwykły parobek żydowski do wszystkiego;
brzydki, marny i niegodziwy! Cóż robić, panie, nie urodziłem się w pałacu, a tylko w zwykłej chałupie; nie
jestem piękny, nie jestem przyjemny, nie jestem wasz
i dlatego nawet moje cnoty, jeśli je mam, są występkami, no ale i dlatego pożyczacie pieniędzy ode mnie --- dodał ze śmiechem i jego małe oczki zamigotały ironią.<end id="e1309699569311-763227795"/></akap_dialog>





<akap_dialog>--- Panie, a to Wassermanowa przyszła! --- zawołał chłopak przez drzwi.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Wojtek, niech już wyjeżdżają na kolej, daj ten
fracht<pe><slowo_obce>fracht</slowo_obce> (z niem.) --- tu: przewożony towar; niekiedy określenie czynności przewozu towaru lub opłaty dla przewoźnika towaru.</pe> Antkowi, za pół godziny będę na stacji. Każ
Wassermanowej przyjść.</akap_dialog>





<akap><begin id="b1309699947665-918190400"/><motyw id="m1309699947665-918190400">Pieniądz, Interes, Bieda</motyw>Wassermanowa przyniosła świeczniki szabasowe
i wielki bursztynowy garnitur<pe><slowo_obce>bursztynowy garnitur</slowo_obce> --- komplet biżuterii z bursztynu.</pe> na zastaw dziesięciu rubli, jakie jej natychmiast wypłacił Wilczek, obliczając
z góry rubla procentu za tydzień.</akap>





<akap_dialog>--- Pan powie, że to lichwa, co? A gdybym nie
dał jej tych pieniędzy, umarłaby z głodu. A takich kobiet, żyjących z wypożyczonych od nas pieniędzy, jest
kilkadziesiąt w Łodzi, każda z nich ma dzieci, matki
mężów, którzy się modlą lub są niedołęgami.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Czyli, że społeczeństwo powinno wam być
wdzięczne za tak niestrudzoną dobroczynność.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Mogłoby dać nam spokój, kiedy je uszczęśliwiamy bezinteresownie.</akap_dialog>





<akap>Roześmiał się serdecznie i bardzo cynicznie.<end id="e1309699947665-918190400"/></akap>





<akap_dialog>--- Panie, ten Żyd Grünspan idą! --- zawołał chłopak przez drzwi.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Może pan zostanie jeszcze na chwilę, aby być
świadkiem bardzo wesołej sceny.</akap_dialog>





<akap>Horn nie miał czasu protestować, bo w tej chwili
wszedł Grünspan.</akap>





<akap_dialog>--- Dzień dobry, panie Wilczek, pan ma gości, ja
może przeszkadzam! --- wołał już od progu, nie wyjmując cygara z ust i wyciągając rękę do powitania.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Bardzo proszę, mój przyjaciel, pan Horn --- przedstawiał.</akap_dialog>




<akap>Grünspan szybko wyjął cygaro z ust i przenikliwym spojrzeniem obrzucił Horna.</akap>





<akap_dialog>--- Pan pracował u Bucholca? --- zapytał dosyć
wyniośle. --- Pan syn Horn et Weber w Warszawie? --- zapytał po raz drugi, nie otrzymawszy odpowiedzi na
pierwsze.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Tak.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Bardzo mi przyjemnie. My z ojcem pańskim
robimy interesy.</akap_dialog>





<akap>Wyciągnął rękę i bardzo łaskawie dotknął się końcami palców ręki Horna.</akap>





<akap_dialog>--- A ja do pana, panie Wilczek, przyszedłem na
spacer, po sąsiedzku.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Bardzo przyjemne powietrze dzisiaj. Niechże
pan siada --- zapraszał gorąco Wilczek, nie mogąc ukryć
radości, jaką mu sprawiła wizyta Grünspana.</akap_dialog>





<akap>Grünspan odgarnął delikatnie poły długiego chałata
i usiadł, wyciągnął na izbę nogi obute w długie do kolan buty i podniósł chytrą, wypasioną twarz, świecącą
tłuszczem.</akap>





<akap>Maleńkie czarne oczki biegały mu ustawicznie po
izbie i wybiegały za okno w ogródek, czepiały się czerwonych murów fabryki, stojących tuż z boku i powracały, badając twarze Horna pobieżnie i Wilczka bardzo
niespokojnie.</akap>





<akap>Okrywał się gęstymi kłębami dymu, chrząkał, poprawiał się na krześle i nie wiedział, od czego zacząć.</akap>





<akap>Wilczek również milczał, spacerował po izbie,
uśmiechnął się, oblizywał łakomie wywinięte wargi i rzucał porozumiewające spojrzenia na Horna, który siedział nachmurzony i rozważał słowa i postępowanie
Wilczka.</akap>





<akap_dialog>--- Przyjemny chłód jest w pańskim domu --- zaczął fabrykant, wycierając kraciastą chustką spoconą
twarz.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Okna przysłonięte przez ogród nie puszczają
słońca. Pan widział mój ogród, panie Grünspan?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Nie miałem czasu. Kiedy ja miałem oglądać?
Człowiek przy tylu interesach jest uwiązany jak ten kuń
do wozu.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- A jeśli panowie zechcą, to może byśmy wyszli
na powietrze. Pokazałbym panom swoje pole i ogród,
dobrze?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dobrze, bardzo dobrze! --- zawołał żywo Grünspan i poszedł przodem.</akap_dialog>





<akap>Obeszli ciasne podwórze, pełne dołów zapełnionych gnojówką, kup nawozu, starych bali i desek i stosów starego żelastwa, blach i starych garnków, które
dwóch ludzi ładowało na wielkie wozy.</akap>





<akap>Z jednej strony podwórza były nędzne szopy kryte
słomą i zbite ze zmurszałych desek, w których stały
beczki z cementem, a z drugiej również nędzne stajnie
ciągnęły się pod murem fabryki Grünspana.</akap>





<akap_dialog>--- Nie wyścigowe! --- zawołał ze śmiechem Wilczek, widząc, że Horn z przykrością patrzy do stajni na
nędzne, okaleczałe wywłoki końskie, stojące ze zwieszonymi łbami przy żłobach.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Tu nie jest przyjemny zapach --- zauważył fabrykant, pociągając delikatnym nosem powietrze.</akap_dialog>





<akap><begin id="b1309700544732-3913354036"/><motyw id="m1309700544732-3913354036">Interes</motyw>Oglądali następnie kawał pustego pola, szczerego
piasku, z którego wiatry wywiały wszystką roślinną ziemię, że żółcił się jak posypany ochrą.</akap>





<akap>Wielkie sterty śmieci wywożonych z miasta, po
których grzebały wynędzniałe psy, rozwalały się wzdłuż
fabrycznego muru, jaki się ciągnął do połowy długości pola.</akap>





<akap_dialog>--- Złoto, nie ziemia! Cebula rośnie tutaj jak łzy
kocie! --- zauważył Wilczek, ironicznie się uśmiechając.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- No i bardzo ładny krajobraz stąd widać --- powiedział Horn, wskazując na linię lasów miejskich,
całą w niebieskawo-opalowych mgłach słońca i na płowe
fale przeganiające się po żytach, spośród których wychylały się czerwone szyje kominów fabrycznych.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Co pan mówi, jaki krajobraz! To są place do
sprzedania! --- zawołał Grünspan żywo, zirytowany ironią Wilczka.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ma pan rację, ale mój plac jest jeszcze fajniejszy, bo leży tuż przy pańskiej fabryce i prawie
w mieście można by założyć na nim śliczny park...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Załóż pan, to moi robotnicy będą mieli gdzie
odpoczywać w święto...</akap_dialog>





<akap>Powrócili przed dom i usiedli na ławce.</akap>





<akap>Horn pożegnał ich i poszedł, a oni siedzieli jakiś
czas w milczeniu i udawali przed sobą, że się rozkoszują powietrzem przesyconym zapachem dymów i wyziewami głębokich rowów, pełnych gryzących odpływów
fabrycznych.</akap>





<akap>Drogą ciągnęły nieprzerwanym łańcuchem wozy
z cegłą i podnosiły duszący czerwonawy kurz, który
osiadał na liściach wiśni i na trawach, a od fabryki
Grünspana biły ustawicznie kłęby czarnych dymów i tłukły się pomiędzy drzewami ogródka i rozpościerały nad
nim brudny, szary baldachim, przez który z trudem przesączało się słońce.</akap>





<akap_dialog>--- Miałem do pana mały interes --- zaczął pierwszy
Grünspan.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Wiem nawet jaki, wspominał mi o tym mój
przyjaciel, Moryc Welt.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Kiedy pan wiesz, to mówmy krótko i prędko --- zawołał fabrykant z lekceważeniem.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dobrze. Ile pan dajesz za ten plac, który jest
panu tak bardzo potrzebny.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- On mi nie jest potrzeby! Ja bym go kupił tylko
dlatego, żeby tę brzydką chałupę zwalić i te drzewa wyciąć, mnie to przeszkadza, bo ja przez nie z mojego
mieszkania nie widzę lasu. Ja bardzo lubię las.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ha, ha, ha!</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Pan się bardzo przyjemnie śmieje, dobry śmiech
to ładny kawałek zdrowia --- zauważył Grünspan, hamując niecierpliwość. --- Ale ja nie mam czasu, panie
Wilczek --- dodał, powstając z ławki.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- I ja również czasu nie mam, bo muszę iść
na kolej.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Więc nasz interes?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- No --- ileż pan dajesz?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ja lubię prędko załatwiać sprawy, dam panu
dwa razy tyle za ten śmietnik, coś pan chłopu zapłacił --- zawołał prędko, wyciągając rękę do zgody.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ja nie mam czasu, panie Grünspan, a pan
żartuje sobie ze mnie.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dam panu pięć tysięcy rubli, no, gotowe?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Bardzo panu dziękuję za sąsiedzkie odwiedziny,
ale na prawdę jest mi pilno, bo moje wozy pojechały
już dosyć dawno na stację i czekają na mnie.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ja panu powiem ostatnie słowo: dziesięć tysięcy rubli, zaraz, na stół, no jakże, będzie zgoda.</akap_dialog>





<akap>Pochwycił jego rękę i uderzył w nią na zgodę.</akap>





<akap_dialog>--- Nie będzie zgody, bo nie mam czasu na zabawę.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Panie Wilczek, to jest złodziejstwo! --- wykrzyknął namiętnie, odskakując parę kroków.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Panie Grünspan, pan nie jesteś zupełnie zdrowy!</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Bądź pan zdrów.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Do widzenia! --- rzucił Wilczek i z uśmiechem
zadowolenia patrzył na fabrykanta, który rozwścieklony rzucił cygaro o ziemię i spiesznie szedł przez
ogród, aż mu poły chałata fruwały jak skrzydła i biły
o drzewa, i zaczepiały się o krzewy agrestu, rosnące
przy ścieżce.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Wrócisz ty jeszcze! --- szepnął za nim ironicznie i zatarł z radości ręce.<end id="e1309700544732-3913354036"/></akap_dialog>





<akap>Wypił herbatę, pochował stosy drobnej monety
do kasy, przebrał się w elegancki garnitur, uperfumował,
wycisnął sobie przed odrapanym lusterkiem kilka wągrów z twarzy i elegancki, jaśniejący radością poszedł
na kolej.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>VI</naglowek_rozdzial>




<akap>Wysoki, ujęty w kamienne słupy parkan żelazny
naśladujący gęstwę roślinną, pełną poplątanych łodyg,
liści i kwiatów o złoconych płatkach, oddzielał fabrykę
Szai Mendelsohna od ulicy. Poza tą doskonale stylizowaną roślinnością ciągnął się pas trawników, o czerniawej zieleni, na której pstrzyło się jaskrawo kilka klombów rozkwitłych, amarantowych peonii.</akap>


<akap>Główny korpus fabryki wznosił się w głębi nieco,
olbrzymią masą czteropiętrowego budynku z nietynkowanej cegły, zakończonego w rogach rodzajem średniowiecznych bastionów, gęsto ublankowanych.</akap>


<akap>Wielka brama wjazdowa, prawie arcydzieło ślusarszczyzny, umieszczona w parkanie z boku głównego
korpusu, prowadziła na wielkie wewnętrzne dziedzińce,
pocięte czteropiętrowymi pawilonami w olbrzymią kratę
czworokątów, z których środka, niby smukłe topole,
wznosiły się czerwone gardziele kominów, rozwłóczących nad tą potężną twierdzą fabryczną szarą oponę
dymów.</akap>


<akap>Przy bramie, z frontem od ulicy, stał główny kantor fabryki.</akap>


<akap>Horn z pewną nieśmiałością wszedł do poczekalni
i zapisawszy nazwisko i rodzaj interesu, jaki miał do
Szai, na specjalnym szemacie<pe><slowo_obce>szemat</slowo_obce> --- tu: schemat, formularz.</pe>, podanym przez woźnego,
usiadł, oczekując kolei, bo poczekalnia zapchana była
interesantami.</akap>


<akap>Półmrok panował w pokoju pomimo bardzo słonecznego dnia, bo jedyne okno wychodziło na park
i było przysłonięte krzewami akacji, zaglądającej w szyby
różowymi oczami kwiatów za każdym poruszeniem
wiatru.</akap>


<akap>Przez otwarte drzwi prowadzące do kantoru, w mętnym, żółtawym świetle gazu, widać było kilkadziesiąt
głów pochylonych, a za nimi szereg wąskich okien,
wychodzących na posępne czerwone mury fabryki.</akap>


<akap>Na tle ścian ciemnych, obciągniętych drzewem,
stały szeregi czarnych szaf podobnych do sarkofagów</akap>


<akap>Ostry zapach surowej przędzy i chloru przesycał
duszne, rozpalone powietrze.</akap>


<akap>Cisza panowała głucha.</akap>


<akap>Wszyscy poruszali się automatycznie, chodzili na
palcach, szeptali półgłosem, tylko potężny, oddalony
szum fabryk pracujących wstrząsał murami i chwiał
światłami gazu.</akap>


<akap>Grupa obywateli stała na środku poczekalni, szwargocąc po cichu i nie zwracając uwagi na tłum szary,
siedzący na ławach, kryjący się w cieniu szaf, w głębokiej framudze okna, na cały tłum ludzi ze sfer najrozmaitszych, szukający roboty, którzy ilekroć razy otworzyły się drzwi, prowadzące do gabinetu Szai, zrywali
się z siedzeń bezwiednie i rozpalonymi gorączką oczekiwania oczami rzucali w głąb gabinetu, gdzie królowały miliony.</akap>


<akap>Drzwi zamykały się szybko i bez szelestu, a oni
znowu opadali na dawne miejsca, bezmyślnie patrząc
w okno, na różowe kwiaty akacji, przez które widać
było kontury pałacu Mendelsohna, błyszczące w czerwcowym słońcu złoceniami balustrad, balkonów i weneckimi oknami.</akap>


<akap>Co chwila woźny otwierał z gabinetu drzwi i wywoływał jakieś nazwisko, które zrywało się i biegło na
wezwanie z gorączką nadziei lub odrywało się z grupy
stojących i szło wolno, nie spiesząc się.</akap>


<akap>I co chwila z gabinetu wychodził jakiś interesant
poważny, jakiś kupiec wielki, których odprowadzano do
drzwi z całym uszanowaniem, należnym pieniądzom i co chwila także wysuwali się z gabinetu nędzarze,
którzy nie patrząc na nikogo, bladzi, chwiejnym krokiem uciekali pośpiesznie.</akap>


<akap>Co chwila również przesuwali się przez poczekalnię różni urzędnicy i oficjaliści fabryczni i niknęli
w kantorze.</akap>


<akap>Przez drzwi gabinetu słychać było niewyraźnie
szmery rozmów, czasem dzwonki telefonu, a czasem tuż
za drzwiami rozległ się chrapliwy głos samego Szai i wszystko wtedy w kantorze i w poczekalni tak milkło
i kamieniało, że słychać było syczenie gazowych świateł
i turkot wozów, wjeżdżających w obręb fabryki.</akap>


<akap>Drzwi gabinetu otworzyły się nagle i wybiegł stamtąd wysoki, o wielkim brzuchu, małej głowie i cienkich,
pałąkowatych nogach, Stanisław Mendelsohn, najstarszy
syn Szai i główny dyrektor fabryki; pobiegł do kantoru
i napadł jakiegoś chudego oficjalistę.</akap>


<akap_dialog>--- Ja pana się pytam, co to ma znaczyć! --- krzyczał na cały głos, podsuwając pod zalęknioną, jakby
zamszem obciągniętą twarz urzędnika, książeczkę paszportową.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taki paszport wydał mi urząd dla pana dyrektora i taki przywiozłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan nie masz rozumu! Pan nie masz delikatności! Pan mi umyślnie robisz szykany, przywożąc podobne niedorzeczności! Co! Nie czytałeś pan?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czytałem; ale jeżeli napisali: Szmul Szajewicz
Mendelsohn, z żoną Ruchlą, ona że Regina, to przecież
nie w mojej mocy zabronić im tego...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan jesteś skończone bydlę, ja panu to mówię!
Jedź pan natychmiast do Piotrkowa i przywieź mi pan
paszport napisany po ludzku. Ja się nie pytam, co to
będzie kosztować, mówię tylko, żebym go miał jutro
w południe, bo jutro kurierem wyjeżdżam. Ruszaj pan
natychmiast! No, moi panowie, czy nie uważacie tego
faktu za oburzający, za śmieszny, wprost za nikczemny:
abym ja, doktor filozofii i chemii, ja Stanisław Mendelsohn --- był przemianowany na Szmula, a moja żona
Regina na Ruchlę! --- wołał wzburzony do urzędników. --- Szmul Szajewicz Mendelsohn z żoną Ruchlą, ona że
Regina! --- powtórzył bezwiednie i wielkimi krokami,
kołysząc się jak słoń na cienkich nogach, przebiegał
kantor i skarżył się namiętnie przed wszystkimi i każdym z osobna.</akap_dialog>


<akap>Najstarsi potakiwali mu półsłówkami, młodsi tępym, bezmyślnym wzrokiem wpatrywali się w niego.</akap>


<akap>Byłby dłużej rozwodził żale na niesprawiedliwość
i krzywdę sobie wyrządzoną, ale zadźwięczał ostro dzwonek elektryczny i z gabinetu rozległ się głos Szai, przygłuszony nieco krzykiem czyimś:</akap>


<akap_dialog>--- Woźni!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech mnie ruszą tylko palcem, to im tak łby
porozbijam, jak i tobie, stary złodzieju! Nie ruszę się
stąd, dopóki mi nie zapłacicie wszystkiego! --- krzyczał
pełnym głosem jakiś niski, kwadratowy człowiek, wywijając metalową linią, schwyconą z biurka.</akap_dialog>


<akap>Drzwi sobą zasłonił i nie dał ani ich zamknąć, ani
się wyrzucić woźnym, którzy w pewnym oddaleniu stanęli, nie wiedząc, co począć.</akap>


<akap_dialog>--- Zawołać policji! --- rozkazał chłodno Szaja, cofając się, bo przez otwarte drzwi kilkanaście par oczów
przyglądało się tej scenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Piotrowski --- mówił prędko Stanisław,
wpadając do gabinetu. --- Pan nie krzycz, bo my się
tego nie zlękniemy. Dostałeś pan, co się należy, za
fuszerki więcej nie płacimy, a jak pan będziesz krzyczał,
to mamy środki uspakajające.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oddaj mi pan moje piętnaście rubli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak ci się nie podoba, to zabierz z powrotem
rynny i ruszaj pókiś cały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż ty mnie będziesz tykał, parchu jeden, ja
z tobą ludzi nie okradam, ja jestem uczciwy rzemieślnik. Zgodziliście się czterdzieści rubli, a płacicie dwadzieścia pięć, a jak nie, to mi każecie zabrać robotę.
Złodzieje, pijawki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za drzwi z nim i do cyrkułu --- krzyknął Stanisław.</akap_dialog>


<akap>Woźni rzucili się nagle na niego i obezwładnili.</akap>


<akap>Rzucał się i szamotał jak zwierzę oplątane, ale
uległ przeważającej sile i już przez poczekalnię szedł
spokojnie, tylko na cały głos wymyślał bardzo dobitnie
i barwnie.</akap>


<akap>W gabinecie zapanowało milczenie.</akap>


<akap>Szaja patrzył przez okno na park zalany słońcem
i na trawniki skrzące się jak krwawnikami, kwiatami
tulipanów.</akap>


<akap>Stanisław z rękami w kieszeniach chodził i pogwizdywał.</akap>


<akap_dialog>--- To było wszystko do ciebie, Stanisław --- rzekł
stary, siadając przy biurku, stojącym na środku pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Być może; ale to go kosztuje piętnaście rubli
i ze dwa miesiące kozy.</akap_dialog>


<akap>Uśmiechnął się ironicznie i włożył binokle, bo woźny meldował Horna, na którego nareszcie przyszła kolej.</akap>


<akap>Horn ukłonił się i w milczeniu wytrzymał przenikliwe spojrzenie Szai.</akap>


<akap_dialog>--- Od dzisiaj będziesz pan u nas. Müller dawał
mi dobre referencje, dajemy panu miejsce. Pan umie
po angielsku?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prowadziłem w tym języku korespondencję
w firmie Bucholc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będziesz pan to samo robił z początku u nas,
później użyjemy pana do czego innego. Pierwszy miesiąc na próbę... co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale i owszem, zgadzam się --- powiedział szybko,
dotknięty tą zapowiedzią całomiesięcznej pracy za darmo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozostań pan, porozmawiamy trochę, ja znam
firmę pańskiego ojca.</akap_dialog>


<akap>Ale rozmowę przerwał im Wysocki, który od kilku
miesięcy był u Szai fabrycznym doktorem, wpadł jak
zwykle pospiesznie i od razu przystąpił do interesu.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309709005748-3020175143"/><motyw id="m1309709005748-3020175143">Lekarz, Pieniądz, Interes, Robotnik</motyw>--- Niech doktor siada, bardzo proszę --- zaczął stary.</akap_dialog>


<akap>Ale Stanisław uprzedził go i usiadł sam, a więcej
krzeseł nie było w gabinecie.</akap>


<akap_dialog>--- Ja wezwałem doktora w małej sprawie, ale,
co prawda, bardzo poważnej --- mówił Stanisław, kładąc głęboko ręce w kieszenie spodni i wyciągając z nich
pęk pomiętych recept i długi rachunek. --- Przysłali mi
dzisiaj rachunek i recepty za ostatni kwartał. A że ja
lubię przeglądać wszystko, więc po przejrzeniu rachunków doszedłem do pewnych wniosków, stanowiących
właśnie sprawę, dla której pana wezwałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo jestem ciekawy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rachunek jest pokaźny. Cały tysiąc rubli za
kwartał! To mi się wydaje mocno za wiele.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to mam rozumieć? --- zawołał żywo Wysocki, podkręcając wąsów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech się pan uspokoi, niech pan moje słowa
bierze tak, jak powiedziane były, to jest, że rachunek
jest za wielki, że wydano za wiele...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż ja na to poradzę! Robotnicy chorują, wypadki są częste, więc trzeba ich leczyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na to zgoda; ale kwestia w tym, jak leczyć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No jak, to kwestia moja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bezsprzecznie, że to pańska rzecz, dlatego pana
trzymamy, ale mnie idzie o sposoby leczenia, o metodę,
jakiej się pan trzyma --- mówił podniesionym nieco
głosem Stanisław, nie patrząc na Wysockiego, tylko obwijał na palcu sznurek od binokli. --- Wreszcie idzie
o to, jakimi środkami pan ich leczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Takimi, jakie są w rozporządzeniu medycyny --- odpowiedział dosyć ostro Wysocki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na przykład recepta pierwsza z brzegu, zobaczmy,
kosztuje rubel dwadzieścia kopiejek, to bardzo drogo, to
stanowczo za drogo na robotnika, który zarabia pięć rubli
tygodniowo, my tyle za niego płacić nie możemy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdybym miał środki również skuteczne a tańsze, to bym użył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc skoro za drogie, nie trzeba ich używać
wcale.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To lepiej zupełnie nie leczyć!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spokojnie, panie Wysocki, proszę, może pan
usiądzie. Porozmawiajmy jako ludzie dobrze wychowani
po dżentelmeńsku. Tu znowu zapisał pan oryginalną
wodę emską. Robotnik wypił jej dwadzieścia butelek,
to znaczy dziesięć rubli. Czy uważa pan, że mu pomogła ta woda? --- zapytał ironicznie nieco, spacerując po
pokoju i bawiąc się binoklami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyzdrowiał i od miesiąca już chodzi do
fabryki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo pocieszające, bardzo, ale czy pan nie
przypuszcza, że wyzdrowiałby tak samo bez opijania się
wodą emską, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyzdrowiałby, ale na to potrzebowałby dwa
razy tyle czasu i wyjazdu na wieś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzeba mu było gorąco polecić wyjazd na wieś,
nie kosztowałby nas dziesięć rubli więcej i również byłby
zdrowym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc o co panu chodzi? --- zapytał żywo Wysocki, otrzepując klapy i podkręcając wąsików.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przede wszystkim o to, że sam osobiście nie
wierzę w te rozmaite środki apteczne, nie wierzę w medykamenty, nie wierzę w to pchanie w organizmy ludzkie obcych ciał, bo to nas kosztuje za drogo, to ważna
rzecz, ale że nikomu nie pomaga, to ważniejsza! Chorego zostawiać naturze, bo natura to mistrzyni, taką
zasadą radziłbym się panu kierować w przyszłości przy
leczeniu naszych ludzi. Mam na myśli więcej ich dobro
niż nasze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To wszystko mógł pan powiedzieć bez omówień aż tak dalekich! --- szepnął zirytowany doktór.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc panu powtórzę, że my nie możemy się
bawić w filantropię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja zaś, że nie mogę chorych pozostawić tylko
zbawczej naturze, że uważam za konieczne pomagać tej
naturze, chociażby środkami kosztownymi, że sumienie
nie pozwala mi pędzić do roboty niewyleczonych jeszcze zupełnie, to mogę od tej chwili opuścić miejsce
u panów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ doktorze! No, jaki z pana jest człowiek
niewyrozumiały. Przecież można o wszystkim pomówić
otwarcie i po przyjacielsku. Pan masz takie zdanie, ja
mam drugie. Niechże pan siada, proszę, zapal pan papierosa --- mówił Stanisław i odebrał mu kapelusz, posadził
prawie na krześle, wetknął w rękę papierosa i podawał
zapałki.<end id="e1309709005748-3020175143"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Wysocki, moja córka z panną Grünszpan wracają dzisiaj. Przed chwilą otrzymałem depeszę z Aleksandrowa, chcą, żebyś pan na nich czekał na
stacji --- mówił radosnym głosem Szaja, czytając depeszę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pośpieszyły się panie, bo o ile wiem miały
powrócić w niedzielę dopiero.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wariatki. --- szepnął Stanisław.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest niespodzianka, bo Mela chce być na
imieninach u pani Trawińskiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, będziesz pan na stacji?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z całą przyjemnością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To może pan razem ze mną pojedzie na pociąg o piątej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Teraz pójdę do ambulatorium i powrócę zaraz.</akap_dialog>


<akap>Stanisław odprowadził go do drzwi i ścisnął mu
bardzo mocno rękę na pożegnanie.</akap>


<akap_dialog>--- Ty mu daj spokój Stanisław, to jest protegowany Róży, ona ma do niego słabość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech ona ma do niego słabość, niech go przyjmuje, niech z nim jeździ na spacer, jeśli to ją bawi,
ale po co my mamy jeszcze dokładać gotówkę do tego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, sza! sza! Zatelefonuj do domu, niech mi
przywiozą dzieci, wezmę je na kolej, przejadą się trochę i dam im zabawki.</akap_dialog>


<akap>Woźny zameldował uroczyście jakiegoś pana Starżę
Starzewskiego, który wszedł bardzo cicho i przyciskając
kapelusz do piersi, kłaniał się bardzo wykwintnie.</akap>


<akap>Przyjemny uśmiech wił się po jego długiej i suchej twarzy, pozbawionej wąsów, a ozdobionej płowymi
faworytami à la książę Józef, płowe jakby wygotowane
oczy podnosił z wyrazem głębokiego zdumienia, płowe
i przerzedzone mocno włosy oblepiały mu suchą, szpiczastą głowę, mchem ledwie widocznym; nawet głos
miał płowy, bo tak rozlazły i bezdźwięczny, że z trudem
można go było słyszeć.</akap>


<akap_dialog>--- Jestem Starża Starzewski! Hrabia Henryk pisał już panu prezesowi o mnie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechże pan siada. A prawda! Nie ma na czym,
no to i stojąco załatwimy interes. Mój sąsiad hrabia
Henryk pisał i mówił o panu... Co pan rozkaże?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309711328814-304042099"/><motyw id="m1309711328814-304042099">Szlachcic, Praca</motyw>--- Pan prezes wie, że Henryk jest moim bliskim
kuzynem, jest bowiem ciotecznym bratem mojej matki... --- Zawiesił głos, przycisnął odruchowo kapelusz do piersi
obu rękami i spojrzał płowymi oczami na Szaję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo mnie cieszy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój Starżów leży obok majątków kuzyna; jest
to złote jabłko, ale... że przyszedł cały szereg lat ciężkich bardzo dla rolnictwa... Pan wie, jaką konkurencję
robi nam Ameryka?... Muszę wtrącić, że Starżów był
w posiadaniu naszym lat czterysta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Długi zastaw! --- mruknął Szaja, ogryzając paznokcie, bo go niecierpliwiło to powolne gadanie, klejone z trudem.</akap_dialog>


<akap>Starża opowiadał dalej o nieszczęściach, o konieczności przebywania na południu przez lat kilka, wtrącał
mimo woli szczegóły o domowym życiu i o zdrowiu swoim, przestępował z nogi na nogę, przyciskał kapelusz,
mrugał powiekami pozbawionymi rzęs, przytakując sam
sobie.</akap>


<akap_dialog>--- Więc... jaką pan ma specjalność i jakiego miejsca pan szuka --- przerwał mu Stanisław.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie przeszkadzaj panu! Mój syn --- przedstawił Szaja Starży, który na ten ostry sposób mówienia
podniósł zdumione oczy i wodził nimi po twarzach
Stanisława i Horna, stojących pod oknem, ale po przedstawieniu uśmiechnął się anemicznie i z uznaniem skłonił głowę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kształciłem się w Chyrowie w Galicji...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U jezuitów! --- szepnął Stanisław ojcu, pochylając się nad biurkiem, aby wziąć papierosa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I aczkolwiek program tych szkół jest obszerny,
ale tylko ogólny... Potem uczęszczałem na kilka fakultetów, ale że jakoś nie mogłem dobrać sobie specjalności,
która by mnie mogła porwać, więc tak jakoś mi zeszło... --- tłumaczył, uśmiechając się dobrodusznie i znowu przeszedł do opowiadań o gospodarstwie, o konieczności, dla
której majątek sprzedał, o poszukiwaniu odpowiedniego
zajęcia, o hodowli królików itd.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo żałuję, że nie mogę nic zrobić mojemu
kochanemu sąsiadowi hrabiemu Henrykowi, bo nie mamy
żadnych odpowiednich do pańskich zdolności, urodzenia
miejsc w naszej firmie. Wakuje wprawdzie posada buchaltera, jest miejsce technika, ale to wszystko nie dla
pana: pensje małe i specjalności, które trzeba znać.
A może by się pan zgłosił za rok, bo będziemy na przyszłą wiosnę powiększali fabrykę, to może by się jakie
miejsce znalazło...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Doprawdy, żal mi... że... że... A może by to miejsce buchaltera... Widzi szanowny prezes, ja bardzo potrzebuję... obznajmienia się z buchalterią...</akap_dialog>


<akap>Rozczerwienił się i umilkł.</akap>


<akap_dialog>--- Sześćset rubli rocznie i dwanaście godzin dziennie zajęcia. Nie, nigdy bym nie pozwolił na takie zapracowywanie się kuzyna mego kochanego sąsiada, hrabiego
Henryka! --- mówił prędko Szaja i aby się pozbyć prędzej szlachcica, który przyciskał kurczowo kapelusz do
piersi, bełkotał bez związku i ugotowanymi, przerażonymi oczami wodził po twarzach obecnych, wstał i odprowadził go bardzo uprzejmie do drzwi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może by pan próbował szczęścia u pana Borowieckiego; on buduje fabrykę i musi potrzebować ludzi... --- radził mu życzliwie na pożegnanie, kłaniał się
za nim ironicznie i wybuchnął drwiącym śmiechem, siadając na dawnym miejscu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemu on nie pójdzie do swoich wychowawców?... Mogliby mu dać jakie miejsce w dyplomacji --- drwił Stanisław.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan wiesz, panie Horn, dlaczego my nie dajemy
miejsc panom Starżom Starzewskim, a dajemy je panu,
bo my jesteśmy demokraci. Taki hrabski kuzyn, to jest
wielki arystokratyczny kapcan, to jest ładny kawałek
człowieka do obwożenia w powozie, do parady! A w fabryce trzeba robić i jest różnie, a jakby takiemu panu
się co stało, niech by on sobie złamał paznokieć z własnej winy, ale przy naszej robocie, to zaraz za nim
gotowe reklamować wszystkie dwory europejskie. Po co
nam taka dyplomatyczna afera! My lubimy ludzi skromnych, ludzi, którzy nie mają hrabiów kuzynów...<end id="e1309711328814-304042099"/></akap_dialog>


<akap>Weszły znowu damy, naprzeciw którym postąpił
kilka kroków Stanisław, a Szaja podniósł się z krzesła.</akap>


<akap>Była to Endelmanowa z Trawińską, przychodziły
z prośbą o wsparcie na kolonie letnie dla dzieci robotników.</akap>


<akap>Endelmanowa była szczytna w obrazowaniu nędzy
tych tysięcy dzieci, gnijących w suterynach, bez słońca
i bez powietrza.</akap>


<akap>Wachlowała mocno upudrowaną twarz, poprawiała
złote bransoletki i włosy misternie nastroszone, a jej
usta sine, podobne do stopni wydeptanych, nie zamykały
się ani na chwilę nawet.</akap>


<akap>Trawińska, nadzwyczajnie dzisiaj piękna, wysmukła,
jasna, w milczeniu przypatrywała się czerwonym, jastrzębim oczom Szai i jego pałkowatym palcom, przebierającym z niecierpliwością po biurku, albo rzucała spojrzenia
na Horna.</akap>


<akap_dialog>--- Rojza, a twój Berek dużo daje na biednych? --- przerwał Szaja, nie mogąc się doczekać końca.</akap_dialog>


<akap>Imiona wymówił ze złośliwym naciskiem.</akap>


<akap_dialog>--- Daje dużo, daje ciągle, tylko on się nie lubi
chwalić! --- wykrzyknęła zirytowana jego brutalnością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja znowu lubię, żeby ludzie wiedzieli, co ja
daję. Dobrze, ja dam na te kolonie sto rubli. Za sto
rubli to dużo świeżego powietrza mogą mieć te dzieci!
Panie Horn, może pan przyniesie z kasy, ma pan notę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdyby pan zechciał dać jakie niepotrzebne
resztki bawełniane na bieliznę dla dzieci, byłybyśmy
bardzo wdzięczne --- zaczęła Trawińska niskim, niesłychanie melodyjnym głosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po co im na wieś bielizna? Ja widziałem
w moich dobrach chłopskie dzieci, to one chodziły prawie bez ubrania i było im bardzo zdrowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Knoll dał nam pięć sztuk kolorowego
towaru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Knoll może dać pięćdziesiąt, jak mu się tak
spodoba! A ja nie mogę dać więcej nad... sześć... no
nad pięć sztuk białego! Stanisław, napisz notę do magazyniera, żeby wydał cztery sztuki... --- zawołał prędko
i ze złością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękujemy panu serdecznie w imię tych biednych dzieci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ma co gadać! Daję sto rubli i cztery sztuki
białego towaru, ale proszę pań, niech wyraźnie stoi
w pismach, że Szaja Mendelsohn dał na kolonie letnie
sto rubli i cztery sztuki towaru. Ja się nie chwalę, ale
niech ludzie wiedzą, że ja mam dobre serce...</akap_dialog>


<akap>Endelmanowa znowu zaczęła deklamować patetyczne podziękowanie, a Nina zwróciła się do Horna,
który zjawił się z pieniędzmi.</akap>


<akap_dialog>--- Posłałam dzisiaj do pana zaproszenie, ale raz
jeszcze proszę na jutrzejsze popołudnie do nas. Nie zapomni pan?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, i stawię się z całą przyjemnością.</akap_dialog>


<akap>Damy wyszły, a po chwili Stanisław powiedział
do Horna:</akap>


<akap_dialog>--- Pan ma śliczne znajomości! Ta pani Trawińska to całe pudełko cukierków.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ta Rojza to wygląda jak krowa upudrowana; żeby on miał tyle rozumu, co ona gadania, to by
mieli dwa razy tyle w majątku --- zadecydował Szaja,
zwracając się do jakiegoś grubego kupca, w marszczonej dokoła stanu kapocie i o przebiegłych skośnych
oczkach Tatara.</akap_dialog>


<akap>Szaja tak był uprzedzająco grzecznym dla niego,
że odstąpił mu swój fotel, a Stanisław podsunął mu
cygaro i sam podawał ogień.</akap>


<akap>Po kupcu przesunęła się cała galeria figur.</akap>


<akap>Horn ledwie doczekał się końca i zaraz po wejściu ostatniego interesanta, otrzymawszy pozwolenie od
Szai na wejście w obręb fabryki, poszedł zobaczyć się
z Malinowskim, aby dowiedzieć się o Zośce.
Znalazł go w olbrzymiej przędzalni, przy maszynie
naprawianej pośpiesznie, podczas gdy cała sala trzęsła
się od pracy.</akap>


<akap>Delikatny kurz przysłaniał kontury maszyn i zapełniał sale szarawym obłokiem, w którym widmowo
majaczyły ludzie i rzeczy.</akap>


<akap>Słońce zalewało salę przez szklane dachy takim
ukropem, że pot strugami spływał z twarzy robotników,
gorąco było duszące i przesycone zapachem rozgrzanych
smarów i oliwy.</akap>


<akap_dialog>--- Od dzisiaj jestem w waszej fabryce --- powiedział Horn.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, a to dobrze! --- odpowiedział cicho Adam
pochylając się nad jakąś częścią maszyny, którą przykręcał śrubami ślusarz i już się nie odezwał, bo maszynę szybko zaczęli zestawiać, naoliwiać i próbować,
a po chwili, złączona z główną transmisją, zaczęła pracować razem z innymi.</akap_dialog>


<akap>Malinowski jakiś czas przypatrywał się jej ruchom,
wstrzymywał na chwilę, oglądał przędzę, jaka się na
niej wyciągała i dopiero po takim sprawdzeniu odszedł
długą ulicą pomiędzy maszynami, pociągając za sobą
Horna.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż siostra? Widzieliście ją w południe? --- zapytał po chwili Horn do ucha, bo syk przędzalni, drgania, świsty transmisji i ciężki łomot kół zalewał sale
strasznym wrzaskiem, w którym nie słychać było oddzielnych głosów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie... nie... --- szepnął boleśnie.</akap_dialog>


<akap>Weszli do małego pokoiku oszklonego, z którego
widać było całą salę poprzecinaną u góry zwojami
transmisji, a u dołu ruchomymi konturami maszyn,
przysłoniętych kurzem bawełnianym.</akap>


<akap_dialog>--- Co wam jest? --- zapytał, zobaczywszy, że Adam
zaciął usta i ponuro patrzy na salę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic... cóż mi ma być?</akap_dialog>


<akap>Pochylił głowę, oparł twarz na szybie i bezmyślnie patrzył na jakieś koło, rozszalałe w ruchu i migocące w słońcu niby tarczą rozpylonego srebra.</akap>


<akap_dialog>--- Do widzenia. Czy prosto idziecie do domu
z fabryki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiecie, jej już nie ma! --- szepnął, podnosząc
twarz na niego.</akap_dialog>


<akap>Był spokojny, ale usta mu drgały w powstrzymywanym łkaniu i zielone słodkie oczy pociemniały.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma? --- zawołał odruchowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak. Przychodzę z obiadu, stróżka oddaje mi
klucz i mówi, że ta panienka, co była u mnie, kazała
mi powiedzieć, żeby mnie nie szukał, bo nie znajdzie,
słyszycie! Uciekła do Kesslera, uciekła do kochanka!
Niech idzie, niech sobie robi, co się jej podoba, nic mnie
już nie obchodzi, tylko mi trochę żal... tylko mi trochę
żal... --- przerwał nagle i wyszedł, bo znowu jakaś maszyna stanęła.</akap_dialog>


<akap>Pobiegł spiesznie do niej, aby ukryć nie tę trochę
żalu, ale niepokonany ból, co mu gryzł duszę i wił się
po niej jak ostrze.</akap>


<akap>Horn wyszedł za nim, ale musiał się cofnąć pod
ścianę, bo wolną drogą pchano szereg wózków, napchanych rozpakowanymi z żelaznych obręczy belami bawełny, które jak góry śniegu brudnego zwalali przed
drapaczami.</akap>


<akap>Malinowski nie przychodził, a że upał był straszny
i ten denerwujący świst transmisji rozlegał mu się ze
wszystkich stron nad uszami, więc już nie czekał, tylko
wyszedł.</akap>


<akap>Dogonił go przy wyjściu Adam i szepnął prosząco,
ze łzami w głosie.</akap>


<akap_dialog>--- Nie mówcie o tym nikomu.</akap_dialog>


<akap>Uścisnął mu dłoń rozpalonymi rękami i odszedł
w gąszcz maszyn, transmisji i pasów, aby pomiędzy
nimi kryć ból wstydu i żałości.</akap>


<akap>Horn chciał mu powiedzieć jakie słowo pociechy,
ale nie znalazł nic w mózgu, poczuł, że na takie rany
czas i milczenie jest najlepszym lekarstwem, że podobne
bóle własną boleścią i łzami się żywią i przez nie umierają jedynie.</akap>


<akap>Na dziedzińcu spotkał Wysockiego, wychodzącego
z ambulatorium fabrycznego.</akap>


<akap_dialog>--- Będzie doktor w niedzielę u Trawińskich?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Obowiązkowo będę. Jedyne miejsce w Łodzi,
gdzie nie tylko plotki się uprawiają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No i jedyny salon, gdzie prócz fabrykantów
przychodzą i ludzie.</akap_dialog>


<akap>Rozstali się pospiesznie, bo już powóz Szai stał
na ulicy przed kantorem.</akap>


<akap>Szaja siedział jeszcze w kantorze i bawił się z wnuczkami, córkami Stanisława, który coś pisał pilnie i tylko
od czasu do czasu podnosił głowę i uśmiechał się do
dziewczynek, których rudawe główki i różowe twarzyczki
tuliły się do szerokiej piersi dziadka.</akap>


<akap>Szaja bawił się znakomicie, podnosił dzieci do
góry, całował je i wybuchał co chwila wesołym śmiechem. Jego czerwone, jastrzębie oczy pełne były czułości i wesela.</akap>


<akap_dialog>--- No widzi doktor, co to za umęczenie być dziadkiem! --- zawołał wesoło do Wysockiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Śliczne dzieci!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda? Ja to zawsze mówię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Podobne są nieco do panny Róży!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z włosów tylko, bo zresztą są znacznie piękniejsze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jedźmy zaraz, pociąg przychodzi za osiem
minut.</akap_dialog>


<akap>Bona, dyskretnie stojąca pod oknem, zabrała dziewczynki i zaraz pojechali.</akap>


<akap>Przyjechali jeszcze na czas, bo amerykańskie kłusaki Szai rwały jak wiatr, ale pociąg równocześnie wchodził na stację zapchaną ludźmi.</akap>


<akap>Przed Szają jednak rozstępowali się wszyscy,
czapki i kapelusze zrywały się z głów, głosy milkły,
a wszystkich spojrzenia obejmowały z ciekawością wyniosłą postać, opiętą w długi, szary surdut. Gładził
brodę, kiwał głową znajomym i szedł pomiędzy szpalerem, jaki się utworzył, z miną króla, który raczył łaskawie patrzeć na gęstwę biedną, rozstępującą się przed
nim z pośpiechem.</akap>


<akap>Dziewczynki szły przed nim, podobne ze strojów
do różowych motylów.</akap>


<akap>Z okien wagonów pierwszej klasy Wysocki już
z daleka zobaczył wychylające się głowy Róży i Meli
i natychmiast rzucił się do drzwiczek wagonu.</akap>


<akap>Pierwsza wysiadła Róża, ciągnąc na łańcuszku
popielatą, maleńką małpkę, która niezgrabnie podrygiwała i siadała co chwila na peronie.</akap>


<akap_dialog>--- Jak się masz Róża! Jak się masz! --- wołał
Szaja i gdy go Róża ucałowała, ujął ją pod brodę dwoma
palcami, pogładził drugą ręką po twarzy i szepnął wzruszonym głosem:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze wyglądasz!... Dobrze, żeś już przyjechała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Koko do pani! Koko! --- wołała Róża na małpkę,
która przestraszona tłumem i hałasem zaczęła się gwałtownie rzucać i wyrywać, aż ją musiała wziąć na ręce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekał pan na nas?... --- pytała cicho Mela,
gdy już szli wolno przez zatłoczone wejście, do powozu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekałem na panią... --- nie śmiał jej mówić po
imieniu. --- Czekałem na panią całe długie dwa miesiące... --- szeptał niezmiernie poruszony jej przyjazdem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja czekałam dwa miesiące, długie... długie..</akap_dialog>


<akap>Szli obok siebie, więc ręce ich łatwo się spotkały
w tłoku, nie mówili już więcej, bo trzeba było wsiadać
do powozu.</akap>


<akap>Wysocki chciał ich pożegnać i uciec, bo widok
Meli przyprowadzał<pe><slowo_obce>przyprowadzał</slowo_obce> --- dziś: przyprawiał.</pe> go o dziwne, zawrotne drżenie.</akap>


<akap>Poczuł się bardzo szczęśliwym, patrzył na nią
przymglonymi radością oczami, serce mu drżało ze wzruszenia, chciał uciec, aby się nie zdradzić, ale panny go
nie puściły.</akap>


<akap>Usiadł na przednim siedzeniu, wprost Meli, i patrzył na jej popielate włosy, wymykające się skrętami
spod wielkiego jasnego kapelusza i na twarz nieco
opaloną na kolor złotawego wina, patrzył tak uporczywie i płomiennie, że Mela się mieszała, odwracała głowę,
poprawiała kapelusz i tak bardzo czuła się szczęśliwą
przez to pomieszanie radosne, że wybuchała wesołym
śmiechem z grymasów małpy, przyczepionej do ramion
Róży i niepozwalającej się stamtąd sprowadzić; czasami tylko jej szare wielkie oczy prześlizgiwały się bardzo szybko po twarzy Wysockiego i uciekały zalęknione
a rozradowane.</akap>


<akap>Róża na przemian całowała dziewczynki, pieściła
się z małpką i opowiadała różne przygody z podróży,
nie spostrzegając Meli i jej promieniejącej twarzy.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma ciotki! Zgubiłyśmy ciotkę! --- wykrzyknęła Róża, zatrzymując powóz, bo w tej chwili dopiero
spostrzegła brak ciotki Meli, która im towarzyszyła
w podróży.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzeba wrócić na stację. Zawracaj! --- zawołał
Szaja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ja wysiądę i pójdę odszukać ciotkę pani --- podchwycił żywo Wysocki i rad z tej okazji pozostania,
wyskoczył natychmiast z powozu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, ale musi nam pan ciocię przywieźć
do domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdę w niedzielę, panie potrzebują odpoczynku... mógłbym przeszkadzać... --- tłumaczył się spoglądając na Melę prosząco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc dobrze, kiedy się pan tak gorąco broni,
ale w niedzielę o zwykłej godzinie czekamy pana w czarnym gabinecie. Zawiadom pan Bernarda i przyjdźcie
razem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bernard wyjechał do Paryża.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, mniejsza z nim; w ostatnich czasach był
już mniej zabawnym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedyż pani podobny wyrok wyda na mnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co do pana, to Mela decyduje...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tym gorzej dla mnie...</akap_dialog>


<akap>Nie usłyszał już odpowiedzi, bo konie poderwały
z miejsca, ale schwycił takie spojrzenie Meli, które mówiło co innego i przepełniło mu duszę dziwnie przejmującym niepokojem.</akap>


<akap>Odnalazł ciotkę oczekującą wpośród stosów waliz
i pudełek na służbę, odbierającą grubsze bagaże; pomógł jej, w czym mógł, a nawet wsadzając do dorożki,
pocałował ją w rękę przez roztargnienie, potem długo
stał na schodach przed stacją, zatrzymany głębokim
wrzeniem duszy olśnionej widzeniem Meli, uściskiem jej
rąk ciepłych i przenikliwym spojrzeniem.</akap>


<akap>A potem, nie zdoławszy jeszcze przerobić w sobie
żadnego z uczuć na myśl jasną, pchany bezwiednym
pragnieniem samotności poszedł za miasto, jakąś ulicą
świeżo wytkniętą w poprzek niezniwelowanych jeszcze zagonów zbóż, wpośród których budowano domy
i fabryki.</akap>


<akap_dialog>--- Kocham ją! Tak, kocham ją! --- myślał, stając
i wpatrując się w szeregi wiatraków stojących na wzgórkach i w to powolne okręcanie się śmig, które jak spracowane ramiona wznosiły się i opadały ciężko na tle
nieba jasnego.</akap_dialog>


<akap>Skręcił w pole zasiane owsem, po którym przeganiały się czarniawo-połyskliwe fale i biły w płową ścianę
żyta, które z chrzęstem kłaniało mu się do nóg i sypało
rdzawe igiełki kwiatów pachnących chlebem, a za żytem leżały wielkie tafle zieleni, na których wznosiły się
szare domki o błyszczących w słońcu oknach; skowronki
zrywały się spod nóg i dzwoniły ku bezchmurnemu
niebu.</akap>


<akap>Patrzył na ich trzepocące skrzydła, aż zginęły mu
w przestrzeni i szedł pełen ogromnej radości życia, oddychania, ruchu; z piersią pełną tej samej nieśmiertelnej
potęgi, jaka biła z młodych traw, jaka promieniowała
w modrych oczach chabrów patrzących z puszcz żytnich,
w szeleście zbóż, w sykaniu koników, w pieszczącym
powiewie wiatru.</akap>


<akap>Rozrzewnienie nim owładnęło tak silne, że czuł
w oczach łzy czułości nieokreślonej, rwał pełne garście
kłosów, chłodził nimi usta spieczone i <begin id="b1309713421495-2416742665"/><motyw id="m1309713421495-2416742665">Kaleka, Miłosierdzie, Lekarz, Miasto, Chłop, Robotnik, Śmierć</motyw>szedł, nie wiedząc, gdzie idzie, aż mu zastąpiła drogę niska, na pół
rozwalona chałupa, przed którą w cieniu wielkiej brzozy
leżał jakiś człowiek na garści słomy; głowę miał nisko
na kraciastej poduszce, oczy utkwił w delikatne obwisłe
gałązki, podobne do strug lejącej się zieleni i śpiewał
słabym głosem podobnym do brzęczenia komarów:</akap>






<poezja_cyt><strofa>Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę świętą,/
Zacznijcie opowiadać cześć Jej niepojętą.</strofa></poezja_cyt>




<akap>Wysocki stanął.</akap>


<akap>Głos śpiewaka rozchodził się jak szmer wody po
kamieniach, rwał się co chwila, wznosił silniej przez
mgnienie i znowu zniżał się do szeptu i ginął w ciężkim,
rzężącym westchnieniu, po którym człowiek przesuwał
w palcach ziarna ogromnego różańca, całował metalowy
krzyżyk i patrzył w ścianę żyta, co z szmerem pochylała się ku niemu kłosami, trzęsła się przez chwilę
i uciekała w tył, a za nią pochylały się wysokie dziewanny, rosnące przed domem i patrzyły bladożółtymi
oczami za płową falą, owianą mgłą pyłów kwiatowych.</akap>


<akap_dialog>--- Co wam jest? --- zapytał Wysocki, siadając
obok leżącego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic mi nie jest, panie nic... ino sobie umieram po ździebku --- odpowiadał chory wolno, niezdziwiony jego obecnością, i podniósł na niego szare smutne oczy, podobne do nieba wiszącego nad nim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na co chorujecie? --- zagadnął, poruszony abnegacją odpowiedzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A na śmierć, panie, i na to --- odgarnął przykrywający go łachman i ukazał obie nogi obcięte poza
kolanami, okręcone w brudne szmaty. --- Ugryzła mi
nogi fabryka do kostek, potem doktorzy ucięli do kolan,
ale śmierć i tak szła, to mi ucięli do pasa, ale śmierć
i tak idzie, panie... i przyńdzie, o co miłosiernego Pana
Jezusa proszę i tej Matki Najświętszej...</akap_dialog>


<akap>Podniósł do ust krzyżyk od różańca.</akap>


<akap_dialog>--- I nic was już nie boli?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nic, panie, a co ma me boleć? Nogów ni mam, mięsa ni mam, ręców tyż zabraknie, o? --- i pokazał dwie kości obleczone popielatą skórą i zakończone
tak wychudzonymi dłońmi, że były podobne do pokrzywionych, suchych gałęzi śliw, stojących pod domem --- trochę dechu się tu tłucze po mnie, ale jak tego, da
Pan Jezus, zabraknie, to se człowiek odpocznie po chrześcijańsku.</akap_dialog>


<akap>Szeptał ciężko z odpoczynkami, a uśmiech, podobny do błysków dnia konającego, przewijał się po jego
chudej twarzy, tak szarej jak ziemia, na której spoczywał.</akap>


<akap_dialog>--- Któż was tu pilnuje, kto dogląda... --- pytał
coraz bardziej zdumiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Jezus me pilnuje, a żona dogląda... Nie ma
jej bez cały dzień, bo chodzi na fabrykę, do mularzów...
Przyndzie wieczorem, to me zwlecze do chałupy, ugotuje jeść.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzieci nie macie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Były... --- szepnął ciszej i oczy mu pokryła
mgła wilgotna. --- Czworo... juści, że czworo. Antkowi
maszyna urwała głowę... Marysia, Jagna i Wojtek pomarły na zimnice.</akap_dialog>


<akap>Milczał długo, szklanymi oczami patrzał na rozkołysane zboże, co zewsząd otaczało jego chałupę, a w twarzy szarej, kamiennej chłopską obojętnością zadrgał ból,
co jak gwoździem żgnął go w serce.</akap>


<akap_dialog>--- Ścierwa... --- szepnął mocno i podniósł pięść
ku miastu, majaczącemu szczytami kominów i dachów
nad zbożami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczę te wasze nogi --- powiedział prędko
Wysocki i zaczął mu odwijać z nóg łachmany, pomimo
protestacji energicznej, bo chłop się przestraszył, ale
widząc, że to nic nie pomoże, zamilkł i patrzył dziwnym
wzrokiem na niego.</akap_dialog>


<akap>Gangrena była w rozkwicie, ale z powodu strasznego wycieńczenia organizmu, szła bardzo wolno.
Wysocki porwany litością, przyniósł wody z małej
studzienki, obmył rany, przepłukał roztworem karbolu,
jaki nosił zawsze przy sobie i chciał je okręcać z powrotem, ale szmaty były brudne, przejęte zapiekłą krwią
i ropą.</akap>


<akap_dialog>--- Nie macie jakich czystych szmat?</akap_dialog>


<akap>Chłop poruszył głową przecząco, nie mógł mówić
ze wzruszenia.</akap>


<akap>Wtedy Wysocki nie namyślając się, zdjął z siebie
wszystką bieliznę, podarł ją na pasy i obandażował
nimi nogi chorego.</akap>


<akap>Chłop milczał wciąż, tylko piersi podnosiły mu się
coraz wyżej, tylko wielkie łkanie zapychało mu gardło
i trzęsło całym kadłubem.</akap>


<akap>Wysocki skończył opatrunek, ubrał się spiesznie,
postawił kołnierz od palta i wsuwając pieniądze, jakie
miał przy sobie w rękę chorego, pochylił się nad nim
i szepnął</akap>


<akap_dialog>--- Bądźcie zdrowi, przyjdę do was jutro.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jezus mój kochany, Jezus, Jezus! --- wybuchnął
chłop i rzucił się całym kadłubem z posłania do nóg
jego, objął je sobą i przywarł do nich całą wdzięczną,
chłopską duszą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O mój panie dobry, o mój janiele przenajświętszy... --- szeptał przez łzy, przez całą wdzięczność
niedoli.</akap_dialog>


<akap>Wysocki ułożył go na posłaniu, zabronił się poruszać, obtarł mu twarz z łez, pogładził ręką jego spocone, rozwichrzone włosy i odszedł spiesznie, jakby zawstydzony.</akap>


<akap>Chłop patrzył za nim dotąd, aż mu zniknął wśród
zbóż, obejrzał się potem na wszystkie strony, przeżegnał
się, nie mogąc zdać sobie sprawy z tego, co się stało
i długo ogłupiałym wzrokiem patrzał na rozkołysane
żyta, na trzęsące się nad nim gałązki brzeziny, na wróble lecące w całej bandzie, na słońce, które już nisko
wisiało nad polami; uniósł nieco głowę i rozpłakanym
głosem zaśpiewał:</akap>


<akap_dialog>--- ,,Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę świętą..."</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już ja teraz jęczał nie będę... jużeś się zmiłował nade mną, Jezu... już ja teraz zamrę... zamrę... --- powtarzał cicho, ciszej i jak przez mgłę widział fale
zbóż, co się nad nim pochylały z chrzęstem, szarobłękitne niebo, co się zdawało obtulać go i to złote, dobre,
kochane słońce, co go całowało ostatnimi promieniami.<end id="e1309713421495-2416742665"/></akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>VII</naglowek_rozdzial>




<akap>Borowiecki, Horn i Maks Baum wchodzili do Trawińskich, którzy po raz pierwszy urządzali uroczyste
imieninowe przyjęcie.</akap>


<akap>Nina wyszła naprzeciw, cała w bieli lekkich jedwabiów, przy których jej przeźroczysta, delikatna cera wydawała się jakby uformowaną z bladoróżowych płatków
kamelii; zielonawe, pocętkowane złotymi punktami oczy
skrzyły się jak brylanty wiszące w jej maleńkich różowych uszach, a wielkie kasztanowate włosy, zaczesane
w grecki węzeł, tworzyły niby kask złotawy na tej cudnej głowie, która z profilu przypominała subtelną kameę,
rżniętą na bladym sycylijskim koralu.</akap>


<akap_dialog>--- Mam dla pana bardzo przyjemną niespodziankę --- ozwała się do Karola.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tym dla mnie ciekawsza, że pani mówi przyjemna --- odpowiedział z ironią, starając się zajrzeć
przez jej ramię za portierę, oddzielającą salon.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proszę odgadnąć, a nie patrzeć.</akap_dialog>


<akap>Zasłoniła mu sobą drzwi.</akap>


<akap>Ale w tej chwili znad jej ramienia, z wiśniowej
kotary wychyliła się uśmiechnięta twarz Anki, a potem
i ona cała.</akap>


<akap_dialog>--- A teraz, skoro mi się nie udało, pozostawiam
państwa samych. Zabieram tylko panów --- zwróciła się
do Horna i Maksa i odeszła z nimi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedyż pani przyjechała?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzisiaj rano, przyszłam do Niny z panią Wysocką.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż tam słychać w domu, u ojca? --- pytał
dosyć obojętnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojciec nie bardzo zdrów, stracił humor. A wie
pan, ksiądz Liberat umarł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czas mu było już od dawna. Stary wariat! --- powiedział z niechęcią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pan mówi, jak można?! --- zawołała porywczo.</akap_dialog>


<akap>Ale on, żeby załagodzić ostrość słów poprzednich,
ujął ją za rękę i podprowadził do okna.</akap>


<akap_dialog>--- Widzi pani tamte mury, to moja... to nasza fabryka! --- rzekł, wskazując na szklane dachy przędzalni
Trawińskiego, zza których wznosiły się mury obstawione wysokimi rusztowaniami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widziałam już, bo jak tylko przyszłam, Nina
zaprowadziła mnie w koniec podwórza i pokazała przez
parkan fabrykę pańską i mówiła, że pan tak strasznie
pracuje dnie całe.. Nie trzeba się przecież zapracowywać... nie trzeba...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niestety, ale trzeba, bo choćby dzisiaj, we trzech
mieliśmy robotę od świtu z wypłatą robotników.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojciec przysyła panu dwa tysiące rubli, zaraz
je panu dam.</akap_dialog>


<akap>Odwróciła się nieco, aby wyciągnąć zza gorsu
paczkę banknotów i oddała je Karolowi.</akap>


<akap_dialog>--- Skądże ojciec wziął pieniądze? --- pytał, chowając banknoty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miał, tylko nic nie mówił, ale skoro pan napisał o swoich kłopotach i o tym, że już musicie używać kredytu, dał mi pieniądze i kazał je panu przywieźć. Daję panu słowo, że tylko dlatego przyjechałam --- mówiła cicho, pomieszana bardzo i zarumieniona, bo
pieniądze wydobyła na zastaw wszystkich swoich kosztowności i z różnych sprzedaży, o czym wiedział tylko
ojciec Karola, ale jego była pewna, że nie zdradzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, jak mam ci Anka dziękować, bo
nigdy bardziej w porze nie przyszły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, jak to dobrze, jak to dobrze... --- szeptała
radośnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale jakaś ty dobra, że chciałaś sama przyjechać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo pocztą szłyby dłużej... --- powiedziała otwarcie. --- A ja nie mogłam znieść tej myśli, że pan się
tutaj męczy i kłopocze, przecież to takie proste.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proste! Być może dla ciebie, bo nikt inny by
tego nie zrobił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo nikt inny pana tak bardzo nie kocha jak
ojciec... i ja... --- dokończyła śmiało, patrząc na niego
spod swoich czarnych sobolowych brwi takim jasnym
prostym i pełnym miłości wzrokiem, że porwał jej ręce
i bardzo gorąco i szczerze całował, usiłując ją przyciągnąć do siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Karol... nie można... wejdzie kto... --- broniła
się, odchylając twarz zarumienioną i stulając usta drżące
ze wzruszenia.</akap_dialog>


<akap>I gdy wchodzili do salonu, pełnego gwaru i ludzi,
Nina uśmiechnęła się do nich życzliwie, widząc szarobłękitne oczy Anki rozpromienione szczęściem i jej twarz
pełną radości.</akap>


<akap>Anka dzisiaj była porywającą; ten fakt, że mogła
pomóc ukochanemu i że ten jej ,,chłopak kochany" był dzisiaj dla niej taki dobry i serdeczny, czynił ją
szczęśliwą, pełną radości i tak piękną, że zwracała na
siebie uwagę</akap>


<akap>A ona nie mogła wytrzymać na jednym miejscu,
chciało się jej iść do ogrodu lub w pole, aby tam śpiewać pełnym głosem pieśń szczęścia i pod wpływem tego
pragnienia i przyzwyczajeń wyszła przed dom i dopiero
ujrzawszy brukowany dziedziniec, obstawiony czerwonymi gmachami i morze domów, stojące ze wszystkich
stron, powróciła do salonu, odszukała Ninę i przyciśnięta
do niej ramieniem, spacerowała po salonie.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309714445621-266980466"/><motyw id="m1309714445621-266980466">Wzrok, Tajemnica, Skarb, Miłość</motyw>--- Dzieciak z ciebie, Anka, ogromny dzieciak!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bom szczęśliwa dzisiaj... kocham --- odpowiedziała porywczo, szukając oczami Karola, rozmawiającego z Madą Müllerówną i z Melą Grünszpan, przy których stał Wysocki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciszej dzieciaku... usłyszeć mogą... Któż się tak
przyznaje głośno do miłości...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie lubię i nie umiem nic ukrywać. Miłości nie
potrzeba się wstydzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wstydzić --- nie, ale należy ją przed ludzkimi
oczami chować na samo dno duszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlatego, żeby jej nie dotknęły spojrzenia obojętne, złe lub zazdrosne. Ja nie pokazuję ludziom obcym
nawet swoich brązów i obrazów najlepszych, bo się
obawiam, że nie odczują całego ich piękna i że mi coś
z tego piękna mogą zbrudzić i zabrać ich spojrzenia.
A tym bardziej nie pozwoliłabym im zajrzeć do duszy
własnej.<end id="e1309714445621-266980466"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? --- zapytała Anka, nie rozumiejąc
tej mimozowej iście wrażliwości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo przecież to nie są ludzie, choćby ta znaczna
część moich gości dzisiejszych; to są fabrykanci, kapitaliści, specjaliści różnych działów fabrycznych; ludzie od
robienia interesów i pieniędzy --- tylko interesów... tylko
pieniędzy. Dla nich pojęcia: miłość, dusza... piękno... dobro... i tam dalej, to żaden papier, to weksel bez żyranta, wystawiony przez mieszkańca Marsa, jak powiedział dzisiaj pan Kurowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Karol?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O nim nic ci nie powiem, bo znasz go lepiej.
A, mecenasowa sztuk pięknych a tanich ze swoim dworem, muszę iść do niej...</akap_dialog>


<akap>Nina podeszła do Endelmanowej, wkraczającej do
salonu z takim uroczystym majestatem, że wszystkich
oczy zwróciła na siebie.</akap>


<akap>Za nią w pewnym oddaleniu szły dwie młode,
przystojne panienki, ubrane jednakowo, stanowiące jej
dwór przyboczny.</akap>


<akap>Jedna z nich trzymała chustkę, a druga wachlarz,
obie zaś kłaniały się zebranym sztywno-automatycznym
ruchem, bacząc pilnie na każdy gest pani, która nawet
nie raczyła ich przedstawić gospodyni domu, tylko upadła na fotelik i głośno, wrzaskliwie przykładając do
oczów <slowo_obce>pince-nez</slowo_obce><pe><slowo_obce>pince-nez</slowo_obce> (fr.) --- okulary, których oba szkła złączone są razem elastycznym drucikiem, działającym jak sprężyna, dzięki czemu mogą również utrzymać się na nosie.</pe> na długiej szylkretowej rączce, zachwycała się pięknością Niny, tłumem osób i salonem,
od czasu do czasu zwracając się ruchem monarchini do
siedzącego nieco w głębi dworu po wachlarz lub chusteczkę.</akap>


<akap_dialog>--- Ona wygląda jak królowa, jak sama Maria...
Maria Magdalena.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maria Teresa, chciał pan powiedzieć --- szepnął
Kurowski cicho Grosglickowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To wszystko jedno. Jak się masz Endelmann, co
cię kosztuje ta parada? --- pytał bankier Endelmana,
który cicho wsunął się za żoną do salonu i również
cicho i skromnie witał się ze znajomymi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdrów jestem, dziękuję ci, Grosglick, co? --- odpowiedział, przykładając do ucha zwiniętą w trąbkę dłoń.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki, pan nie wie, kiedy przyjedzie
Moryc Welt?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani mówił mi o tym, ani pisał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja jestem trochę niespokojny, czy się jemu co
złego nie stało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zginie... --- mówił obojętnie Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja wiem, ale ja jemu posłałem przekaz na trzydzieści tysięcy marek, już tydzień minął, a jego nie ma.
Co pan chce, tyle teraz łajdactwa na świecie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do czego to pan zmierza? --- zapytał Karol,
dotknięty jego tonem.
</akap_dialog>



<akap_dialog>---Do czego? Że mogli go gdzie okraść, zabić.
Trudniej jest o rubla niż o nieszczęście --- zakończył
sentencjonalnie, westchnąwszy boleśnie, bo go niepokój
o te trzydzieści tysięcy pozbawiał równowagi, a znał za
dobrze Moryca, aby się miał niepokoić bez przyczyny.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Mery, ty się nie daj prosić pani Trawińskiej;
ty zagraj ładnie, przecież możesz zagrać ładnie --- tłumaczył bankier córce, którą Nina prosiła o zagranie.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1309715497115-1329768400"/><motyw id="m1309715497115-1329768400">Kobieta, Mężczyzna, Własność, Polska, Żyd, Pieniądz</motyw>Mery, chuda dziewczyna, o kościstych biodrach,
garbatym nosie i niewidocznych prawie ustach, siadła
do fortepianu i apatycznie uderzyła w klawisze; z tą
sinawą cerą, popstrzoną krostami, z zaczerwienionym
nosem i chudymi, długimi rękami, robiła wrażenie oskubanej, zamrożonej gęsi, okręconej w jasne jedwabie.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzież tu są te słynne złote jałówki łódzkie? --- pytał cicho Horn Karola.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz je pan, tam siedzi Mada Müller, Mela
Grünspan i Mery Grosglick.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A z Polek nie ma ani jednej? --- zapytał ciszej,
aby nie mącić brzdąkania Mery.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niestety, panie Horn, my zaczynamy już produkować sukna i perkaliki, ale na milionowe córki musimy poczekać z lat dwadzieścia. Zachwycaj się pan tymczasem pięknością Polek --- odpowiedział Karol drwiąco
i odszedł, przywoływany przez Ankę, siedzącą obok Wysockiej.<end id="e1309715497115-1329768400"/></akap_dialog>


<akap>Mery grała jakąś sonatę, nieskończenie nudną i długą,
która tak podziałała, że po chwilowej ciszy <begin id="b1309715887402-3916430281"/><motyw id="m1309715887402-3916430281">Religia, Obrzędy</motyw>wszyscy
w salonie naraz mówić zaczęli, a najgłośniej sam Grosglick, który dowiedziawszy się od starego Endelmana
o przejściu Bernarda na protestantyzm, wybuchnął oburzeniem.</akap>


<akap_dialog>--- Ja mówiłem, że on źle skończy. On symulował
filozofa i człowieka z fin de sieclu<pe><slowo_obce>z fin de sieclu</slowo_obce> (fr. <slowo_obce>fin de siècle</slowo_obce>) --- z końca wieku.</pe>, a skończył jak prosty szajgec<pe><slowo_obce>szajgec</slowo_obce> (jidisz) --- łobuz, hultaj; nieżydowski chłopiec; młody, niepraktykujący Żyd.</pe>. Czemu na protestantyzm? Ja myślałem, że
on jest subtelniejszy. Mnie nie o to idzie, że przeszedł
na inną wiarę, bo czy on będzie katolik, protestant, czy
mahometanin, to i tak Żydem nie przestanie być i dla
nas nie jest stracony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan nie lubi protestantyzmu? --- zapytał Kurowski, goniąc orzechowymi oczami za Anką, chodzącą
po salonie z Niną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie lubię i nigdy bym na to wyznanie nie przeszedł. Ja jestem człowiek, który kocha i potrzebuje
pięknych rzeczy. Jak ja się narobię cały tydzień, to potem w szabas czy w niedzielę potrzebuję odpocząć, potrzebuję iść do ładnej sali, gdzie bym miał ładne obrazy,
ładne rzeźby, ładną architekturę, ładne ceremonie i ładny
kawałek koncertu. Ja bardzo lubię te ceremonie wasze,
w nich jest i piękny kolor, i ładny zapach, i dzwonienie,
i światła, i śpiewy. A przy tym jak ja już muszę słuchać
kazania, to niech ono będzie nienudne, niech ja słucham delikatnego mówienia o wyższych rzeczach, to jest
bardzo <slowo_obce>nobl</slowo_obce> i to dodaje człowiekowi humoru i ochoty
do życia! A w <slowo_obce>kirche</slowo_obce><pe><slowo_obce>kirche</slowo_obce> (z niem.) --- kościół; tu: zbór protestancki.</pe> co ja mam?... Cztery gołe ściany
i tak pusto, jakby cały interes miał się trochę zlikwidować. A do tego przychodzi pastor i mówi. Co pan
myślisz, o czym on gada?... Gada o piekle i innych nieprzyjemnych rzeczach. Bądź pan zdrów. Czy ja po to
idę do kościoła, żeby się zdenerwować? Ja mam nerwy,
ja nie jestem cham, ja nie lubię się gnębić nudnym gadaniem. A przy tym, ja lubię wiedzieć z kim mam do
czynienia --- cóż to za firma protestantyzm?!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Papież to firma.<end id="e1309715887402-3916430281"/></akap_dialog>


<akap>Kurowski nic mu nie odpowiedział, bo odszedł
i przysiadłszy przy grupie pań, patrzył jakimś dziwnym
wzrokiem na Ninę i Ankę, które wziąwszy się pod ręce,
szły wolno przez szereg salonów, zatrzymując się przed
każdym bukietem konwalii i fiołków, jakie stały wzdłuż
sal przed oknami, pochylały się nad kwiatami, wdychając ich woń cudną i szły dalej, same podobne do jasnych, wiośnianych kwiatów.</akap>


<akap>Czasem tylko Nina dotykała ustami chłodnych liści
konwalii i ocierała przymkniętymi powiekami o śnieżne
dzwonki lub przesuwała palcami po wygiętych ciałach
nimf brązowych, zaglądających do wnętrza amfor, w których stały kwiaty i znowu szły zatopione w cichej rozmowie, nie zważając, że Endelmanowa z dworem swoim
szła za nimi i z pewną zawiścią przyglądała się tym
prostym, a bardzo wykwintnym salonom i zobaczywszy
na ścianie w wielkich ramach mozaikę, którą Nina sprowadziła jeszcze zimą, stanęła olśniona.</akap>


<akap_dialog>--- To jest śliczne! Jaki to ma kolor! jaki to ma
glanc! --- wykrzykiwała zachwycona, mrużąc oczy, bo
słońce oświecało mozaikę i odbijało jaskrawe promienie.</akap_dialog>


<akap>I nagadawszy jeszcze wiele podobnych rzeczy, wyszła krokiem bohaterki prowincjonalnej w otoczeniu
swojego dworu,</akap>


<akap_dialog>--- Śmieszna, bo śmieszna, ale w gruncie to dobra
kobieta. Jest prezeską kilku zakładów dobroczynnych
i robi wiele dobrego biednym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo lubi, żeby ją podziwiali --- powiedział Maks
Baum, usłyszawszy ostatnie słowa, podchodząc z Kurowskim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo się panowie nudzicie? --- zapytała Nina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My nie, bo mamy na co patrzeć --- szepnął
Kurowski, ogarniając obie wzrokiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To znaczy, że są inni, którzy się nudzą, bo nie
mają na co patrzeć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Są tacy! Niech pani spojrzy prosto przed siebie: tam siedzi panna Müller i panna Grünspan, dwie
złote jałówki łódzkie. Mada Müller dusi się w swoich
zbyt sztywnych jedwabiach, a że przy tym z trwogą myśli,
że służąca może przegotować knedle, więc ciągle się
poci ze strachu; przez pięć minut, liczyłem uważnie, wypiła cztery szklanki lemoniady! Panna Mela Grünspan
wygląda na nadzianą entuzjazmem; umyślnie, trzy razy,
pytałem ją o Neapol --- i trzy razy, z jednakim westchnieniem, z jednakim wywróceniem oczów i jednakowymi superlatywami, wybuchała zachwytem... Jest jak
fonograf, w który wstawiono nowy walec, więc za każdym dotknięciem opowiada to samo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale przy tym jest jakaś smutna dzisiaj, chodźmy
do nich --- powiedziała Nina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo pani Wysocka uwzięła się dzisiaj na Żydówki i co którego z młodzieży złapie, natychmiast zaczyna przestrzegać przed nimi, a mówi tak głośno, żeby
panna Mela usłyszeć musiała... --- tłumaczył Maks, który
szedł przy Ance i niespokojnie wybiegał naprzód oczami,
szukając Karola.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dużo osób już wyszło! --- zauważyła Nina, nie
spostrzegając w głównym salonie Grosglicka z córką
i kilku innych rodzin żydowskich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mężczyźni nudzili się, a kobietom było pilno
iść zdawać relacje z przyjęcia państwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyżby się naprawdę nudzili? --- zapytała z przykrością Nina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ma się rozumieć, cóż to dla nich za zabawa!
Surdutów zdjąć nie można, szampańskiego nie podali,
a przy tym naspraszała pani tej polskiej roboczej hołoty,
tych różnych inżynierów, doktorów, adwokatów i innych
specjalistów --- i chce pani, aby miliony czuły się dobrze tutaj. Ubliżało im takie towarzystwo, więc się wynieśli i stawiam głowę, że więcej już nie pokażą się
u pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie miałam zamiaru prosić ich więcej, bo dziś
dopiero spostrzegłam, że nawet taka salonowa asymilacja jest niemożliwą, przynajmniej w Łodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na całym świecie, na całym świecie. Pan Robert Kessler! który chciał być pani, panno Anko, przedstawionym od godziny..! --- powiedział ironicznie Kurowski, przedstawiając niskiego, krępego człowieka, z głową
wciśniętą w ramiona i ozdobioną wielkimi uszami, co
przy spiczastej, omszonej żółtym włosem czaszce, robiło
ją podobną do głowy wielkiego nietoperza; twarz miał
jakby ze skóry końskiej, źle wyprawionej i źle naciągniętej; usta podobne do szpary podłużnej i mocno wystające szczęki obrośnięte były czerwonym, krótko przyciętym włosem.</akap_dialog>


<akap>Przywitał się z wielką swobodą i gdy usiedli w salonie, usiadł przy Ance, położył na kolanach swoje ręce
węzłowate, obrośnięte czerwonym włosem i wpił się żółtymi, bystrymi oczami w twarz Anki z taką natarczywością, że ta nie mogąc znieść tego spojrzenia, które
ją denerwowało i przenikało dziwnym strachem, odeszła
spiesznie, nie zamieniwszy z nim ani jednego słowa.</akap>


<akap_dialog>--- Ona jest piękna, ona jest zadziwiająco piękna! --- szepnął po dłuższym milczeniu do Horna, który siedział
obok niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan się znasz przecież na pięknościach. W Łodzi coś wiedzą o tym! --- odpowiedział z naciskiem Horn,
przyszła mu bowiem na myśl Zośka Malinowska i te
całe szeregi ofiar spośród robotnic, które zmuszał do
powolności tyranią i groźbą wydalenia z fabryki.</akap_dialog>


<akap>Kessler nie odpowiedział, spojrzał zimno i odwrócił
się pogardliwie od niego do Maksa Bauma, który zdenerwowany, niespokojny, już od godziny chciał uciec
z tego salonu --- i nie mógł, trzymany na uwięzi obecnością Anki.</akap>


<akap>W salonie tymczasem zrobiło się bardzo luźno,
całe fale przepłynęły, złożyły powinszowania, obejrzały
salony i odpłynęły. Zostało tylko kilkanaście osób, samo
polskie towarzystwo, czoło miejscowej inteligencji, które
w miarę odpływu milionów --- wysuwało się na środek
salonu i zajmowało opustoszałe miejsce.</akap>


<akap>Müllerowie tylko pozostali z obcych, bo żyli dość
blisko z Trawińskimi, Mela Grünspan i ciotka, która na próżno kilkakrotnie głośno wołała:</akap>


<akap_dialog>--- Mela! Czy ty nie potrzebujesz już wyjść?</akap_dialog>


<akap>Ale Mela wyjść nie mogła, chociaż podobnie jak
Maks, dawno stąd uciec pragnęła, smagana nielitościwymi docinkami Wysockiej. Siedziała cały czas na jednym miejscu tak zdenerwowana, że rozmawiała z Madą,
czasem się śmiała, opowiadała o swojej podróży, ale
zupełnie nie wiedziała, co się z nią dzieje.</akap>


<akap>Trawiła ją gorączka dziwnie bolesna jakiegoś rezygnowania z dotychczasowych marzeń i nadziei.</akap>


<akap>Wysocki rozmawiał z nią kilkakrotnie, widziała
ciągle jego oczy pełne miłości, słyszała jego głos, który
jej cicho opowiadał takie rzeczy, które wczoraj jeszcze
przepełniłyby jej duszę szczęściem, ale słyszane dzisiaj,
teraz, budziły w niej tym głębszy smutek i ból; bo dzisiaj dopiero, w tym jasnym salonie przeczuła głębokim
instynktem kochania, że ona nigdy nie wyjdzie za mąż
za Wysockiego, że wyjść nie powinna...</akap>


<akap>I w chwilach uświadamiań, w chwilach tego bolesnego jasnowidzenia różnic, jakie ich dzieliły, martwiała
z przerażenia i szklanym wzrokiem wodziła bezprzytomnie po twarzach ludzkich, szukała uśmiechniętych,
rozpromienionych spojrzeń Wysockiego, jakby chcąc
w nich dopatrzeć zaprzeczenia tych wszystkich myśli,
jakie ją przenikały rojem palących włókien, ale Wysocki
za bardzo był w niej rozkochany, za bardzo w dobrym
humorze i w dobrym, swoim towarzystwie, aby mógł
dzisiaj odczuć jej stan wewnętrzny.</akap>


<akap>Rozprawiał właśnie z Trawińskim i Kurowskim,
i kilku młodymi ludźmi, rozsnuwając przed nimi gorąco
szerokie, altruistyczne poglądy na społeczeństwo i jego
potrzeby; otrzepywał odruchowo klapy, pokręcał wąsiki,
wyciągał czasami mankiety i rad, że ma inteligentnych
słuchaczów, że mógł się na chwilę oderwać od spraw
fabrycznych i codziennych, bujał z rozkoszą po niebie
hipotez i wniosków.</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego? --- myślała ciężko Mela i nie wiedziała
jeszcze wyraźnie, dlaczego te straszne myśli ją obsiadły
i zalewają jej serce goryczą nieopowiedzianą. Czuła
tylko jedno wyraźnie, że ten świat jej ukochanego, ci
wszyscy Kurowscy, Trawińscy, Borowieccy, te wszystkie
nawet sprawy, o których mówili, idee, jakie ich porywały --- ten cały polski świat tak ukochany --- jest zupełnie inny, obcy zupełnie jej światu; obcy przez jakąś
szerokość uczuciową, nie zamkniętą tylko w kole egoistycznych spraw, w ciasnym obrębie robienia pieniędzy
i używania ordynarnego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie takimi są nasi, moi! --- myślała patrząc na
delikatną, uduchowioną twarz Trawińskiego, który taki
energiczny protest zakładał przeciw wywodom Wysockiego, że twarz mu pobladła i sieć delikatnych, niebieskich żyłek wystąpiła na skronie, a potem patrzyła na
Wysocką, na Ninę i Ankę siedzące w kole kobiet bardzo wykwintnych, pełnych dziwnego wdzięku, rozmawiających półgłosem i równocześnie widziała oczami duszy
swój własny dom, ojca, siostry, szwagra i odczuwała
teraz dopiero, przez mimowolne zestawienie, cały obmierzły ton, całą płaskość życia własnej sfery.</akap_dialog>


<akap>I teraz dopiero poczuła, że pomiędzy nimi czułaby
się obcą zawsze, intruzem z innego świata, zaledwie
znoszonym i może tylko dla posagu, jaki by wniosła
mężowi.</akap>


<akap_dialog>--- Nigdy, nigdy! --- powtarzała sobie dumnie
i chciała się podnieść, aby wyjść, bo ciotka znowu przysunęła się do niej i swoim przeciągłym, chrapliwym
akcentem pytała:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mela, ty nie potrzebujesz już iść do domu?</akap_dialog>


<akap>Podniosła się nawet z krzesła, zbierając w sobie
całą moc duszy, aby wyjść stąd, z tego świata i nie
powrócić do niego nigdy już więcej.</akap>


<akap>Czuła to dobrze, że to wyjście będzie równocześnie
pożegnaniem marzeń, snutych przez lata całe, będzie pożegnaniem rojeń wiosennych i miłości, ale wyjść postanowiła.</akap>


<akap>Kochała całą duszą Wysockiego, ale przeczuwała
już, że musi wyrzec się go i nie widzieć więcej.</akap>


<akap_dialog>--- Nigdy, nigdy! --- powtarzała zaciśniętymi ustami.
Za dobrze pamiętała dolę tych ze swoich znajomych,
które wyszły za Polaków, ich upokorzenie nawet wobec
własnych dzieci, wyrzucających matkom ich pochodzenie,
to koło pogardy wykwintnej lub lekceważenia, jakie ich
zawsze otaczało, tę ich obcość we własnych domach,
wobec najbliższej rodziny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pani już wychodzi, czemu tak prędko? --- pytał
Wysocki, zastępując jej drogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czuję się niedobrze, jestem zmęczona jeszcze
po podróży --- tłumaczyła się, nie patrząc na niego
i całą siłą tłumiąc łkanie, jakie wzbierało w jej sercu
i chęć pozostania, jaka ją owładnęła po jego słowach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myślałem, że pani pozostanie do wieczora i potem razem pójdziemy do Róży, że pani mi poświęci
cały dzisiejszy wieczór. Ja pani nie widziałem przecież
całe dwa miesiące --- szeptał cicho, zduszonym przez
uczucie głosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętam... pamiętam... dwa miesiące... --- odpowiadała i nagle taki żar rozlał się po jej sercu, żar
miłości i cierpienia, że łzy błysnęły w jej szarych oczach
i serce zaczęło bić mocno, mocno...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będzie nam teraz lepiej, bo pozostali sami
swoi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tym bardziej iść muszę, abym nie tworzyła sobą
dysonansu --- szepnęła z goryczą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mela! --- powiedział z wyrzutem i tak miękko,
tak serdecznie, że opadły ją siły, że wszystkie postanowienia poprzednie rozwiały się bez śladu, a natomiast
serce napełniło się uczuciem szczęścia wielkiego, wielką
ciszą miłości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zostaniesz, prawda? --- prosił ją gorąco, błagalnie, a gdy mu nie odpowiadała, oglądając się bezradnie w stronę Wysockiej, której ostry wzrok poczuła
na sobie, odezwał się do Niny z prośbą:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może pani zdoła namówić do pozostania pannę
Melanię.</akap_dialog>


<akap>Nina wiedziała wszystko od starej i dosyć wrogo
była usposobioną dla Meli, ale teraz, spojrzawszy na jej
twarz smutną, odczuła jej cierpienia i wielkie współczucie zadrgało w jej sercu, zaczęła ją gorąco prosić.</akap>


<akap>Opierała się chwilę, walcząc z własnym sercem
i wolą, ale pozostała.</akap>


<akap_dialog>--- Po raz ostatni! --- przypominała sobie w duszy, ale ogarnięta miłością, rozkołysana słowami Wysockiego, który na złość matce nie odstępował jej ani na
chwilę, oczarowana dobrocią Anki i Niny, które wzięły
ją pomiędzy siebie i z wielką serdecznością traktowały,
zapominała, że to raz ostatni, przeciwnie, zaczynała myśleć, że to raz pierwszy i że tak będzie zawsze... zawsze...</akap_dialog>


<akap>Przyjęcie dla tego kółka wybranych przeciągnęło
się dosyć długo, bo o zmroku podano obiad w wielkiej
jadalni, wyłożonej jasnym dębem, która za jedyną ozdobę
miała szeroki pas inkrustacji, biegnący dookoła, w połowie wysokości ścian, po których rozpinały się pędy
wina, obciążone purpurowymi gronami, uwieszone
u uszów larw komicznych, wyciętych ze złoconego bukszpanu.</akap>


<akap>Wielki stół lśnił kryształami zastawy, srebrami, żywymi kwiatami, które tworzyły przez całą długość jeden
wielki kwietnik pełen woni barw: wielkie świeczniki
w formie wieloramiennych kaktusów rozlewały łagodne
światło świec na twarze siedzących.</akap>


<akap>Nastrój panował serdeczny, wznoszone liczne toasty,
przyjmowane oklaskami, bawiono się tak wyśmienicie,
że nawet Müller wzniósł zdrowie Trawińskich i chciał
coś mówić, ale że był nieco pijanym, a Mada, siedząca
obok Maksa Bauma, nie mogła mu podpowiadać, więc
wybełkotał słów kilka i usiadł, obcierając rękawem czerwoną, zatłuszczoną twarz.</akap>


<akap_dialog>--- Ja bym go wziął do swojej menażerii, to ciekawy okaz --- mruknął Kessler, pochylając się do Meli,
przy której siedział.</akap_dialog>


<akap>Ale Mela nie słyszała, zajęta rozmową z Wysockim, a zresztą czuła nieprzezwyciężony wstręt do tej
nietoperzej głowy i tych żółtych oczów, które ustawicznie wierciły Ankę, siedzącą pomiędzy nim a Borowieckim.</akap>


<akap>Mada Müller, może jedyna w całym towarzystwie,
nie miała dzisiaj humoru.</akap>


<akap>Nie zwracała uwagi na Maksa, usiłującego ją bawić, tylko śledziła Karola i Ankę i widząc, jak im jest
dobrze ze sobą, zapytała cicho Maksa:</akap>


<akap_dialog>--- Czy ta panna, co siedzi przy panu Borowieckim, to jego siostra? Bo tak są bardzo podobni do
siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kuzynka dosyć daleka, ale i narzeczona zarazem --- odparł z naciskiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Narzeczona! Nie wiedziałam, że pan Karol ma
narzeczoną... nie wiedziałam...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już od roku i bardzo się kochają --- mówił
umyślnie, bo go zirytowała jej niedomyślność i ten zachwyt nieukrywany, z jakim patrzyła i mówiła o Karolu.</akap_dialog>


<akap>Złote rzęsy dziewczyny zatrzepały nagle jak skrzydła i opadły ciężko na błękitne oczy, a bardzo rozrumieniona twarz pokryła się bladością i blade usta zaczęły
dziwnie drgać.</akap>


<akap>Maks ze zdumieniem przypatrywał się tej nagłej
zmianie, ale nie miał już czasu obserwować, bo lokaj
szepnął mu do ucha po cichu, że ktoś czeka na niego.</akap>


<akap_dialog>--- Matka umiera! --- powiedział mu prosto Józio Jaskólski, gdy się znalazł w przedpokoju.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Co? co? co? --- powtórzył Maks, nie wierząc
sobie, okręcił się dookoła kilka razy bezprzytomnie, zrobił kilkanaście ruchów bezcelowych i znowu spojrzał na
Józia, który zapłakany, onieśmielony, drżący, powtórzył
mu raz jeszcze wiadomość i pobiegł spiesznie z powrotem.</akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>VIII</naglowek_rozdzial>




<akap>W jadalni nikt prócz Niny nie zauważył wyjścia
Maksa.</akap>


<akap_dialog>--- Co się stało z panem Baumem? --- zapytała
Mada Müller.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Azaliż jestem stróżem swego spólnika, jeśli ten
kasjerem nie jest! --- odpowiedział żartobliwie Borowiecki, ale był rad, że oczy tego spólnika nie śledziły
za Anką i nie kontrolowały jego rozmowy z Madą,
która straciła humor, dowiedziawszy się o narzeczeństwie, i bardzo namawiała ojca do wyjścia, ale Müller
był dzisiaj w doskonałym humorze, ujął wpół Borowieckiego, posadził przy córce i zawołał rubasznie:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupia Mada, masz kawalera i niech ci się nie
śpieszy do domu.</akap_dialog>


<akap>I pozostawił ich przy sobie; siedzieli zakłopotani.</akap>


<akap>Mada spuściła głowę na piersi i z wielkim zajęciem wciągała rękawiczki, słuchając brzmienia jego niskiego głosu, który zawsze przejmował ją rozkosznym
drżeniem, a dzisiaj rozbrzmiewał w jej duszy tak smutnie, tak smutnie, że bała się, iż nie wytrzyma i wybuchnie płaczem.</akap>


<akap>Müller przysiadł się do Niny i co chwila klepał
ją po plecach z ukontentowania; nie widząc dookoła
rozśmieszonych twarzy ani zakłopotania Trawińskiej,
gadał głośno.</akap>


<akap_dialog>--- Bardzo mi dobrze u państwa! Ja mam ładny
pałac, ale mnie tam siedzieć niedobrze. Chciałbym mieć
taką córkę jak pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A cóż pan ma do zarzucenia pannie Madzie?
Ślicznie dzisiaj wygląda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ja</slowo_obce>, Mada śliczna, ale Mada jest głupia. Ja ją
chcę wydać za Polaka, żeby oni mieli takie salony jak
państwo i tak samo przyjmowali gości, to bym u nich
zawsze siedział. Mnie się to bardzo podoba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będzie to panu trudno w Łodzi, bo tutaj nie ma
takich bogatych, za których zgodziłbyś się pan wydać
córkę --- szepnął Kurowski siedzący obok Niny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, pan Kurowski? Ja bym za pana dał Madę,
albo i za Borowieckiego, wy jesteście porządne fabrykanty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję, dziękuję! --- szepnął drwiąco Kurowski, ściskając mu rękę. --- Ale są lepsi od nas, a nawet
już coś słyszałem o zamiarach Kesslera.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kessler! Niech on się żeni ze swoją małpą
w menażerii, a nie z moją córką. Pan wie, on jest cham
i łajdak! --- wybuchnął, ale potem zaczął się śmiać bardzo serdecznie, chciał pocałować w szyję Ninę... Był
zupełnie pijanym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pani tak humor popsuło? --- zapytał Karol cicho.</akap_dialog>


<akap>Mada nic nie odpowiedziała, tylko przysłaniając
chustką drgające od wstrzymywanego płaczu usta i twarz
zgorączkowaną, podniosła na niego oczy i długo patrzyła,
aż się poruszył niecierpliwie i ponowił zapytanie.</akap>


<akap_dialog>--- O, pańska narzeczona szuka pana --- szepnęła,
wskazując oczami Ankę, rozglądającą się po pokoju.</akap_dialog>


<akap>Podszedł do niej niechętnie.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Karolu, pani Wysocka już chce iść, może
nas pan odprowadzi.</akap_dialog>


<akap>Żegnała się z Madą bardzo ceremonialnie, która
ich przeprowadziła oczami przez szereg pokoi.</akap>


<akap_dialog>--- Panno Melo, to i my pójdziemy --- ozwał się
Wysocki i poszedł szukać ciotki, drzemiącej w ciszy salonu, a powracając spotkał się z matką.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wychodzimy, idziesz z nami?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, muszę odprowadzić pannę Grünszpan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy panny Grünszpan nie może kto inny odprowadzić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, panny Grünszpan nie może kto inny odprowadzić --- odpowiedział z naciskiem.</akap_dialog>


<akap>Spojrzeli na siebie dosyć niechętnie.</akap>


<akap>Matki oczy zaświeciły ostro, a w oczach doktora
jaśniał wielki spokój i stanowczość.</akap>


<akap_dialog>--- Prędko wrócisz? Anka jest u nas, będzie i Borowiecki, może zaczekać z herbatą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zdążę, bo muszę jeszcze być u Mendelsohnów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak chcesz... jak chcesz... --- odpowiedziała,
z trudem panując nad sobą, ale nie podała mu ręki
do pocałowania i wyszła.</akap_dialog>




<akap>Nie zwrócił na to uwagi, tylko pomagał się Meli
ubierać.</akap>


<akap>Zaraz pojechali, bo powóz Meli czekał przed domem.</akap>


<akap_dialog>--- Jedziemy do Róży?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jedziemy do Róży, jedziemy, gdzie tylko pani
zechce, jedziemy choćby na koniec świata --- zawołał
gorąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słowa lecą dalej niż chęci, a chęci niż możliwość --- szepnęła cicho, bo ją ogarnął spokój niedzielnego wieczoru, powrócił do rzeczywistości i przypomniał
niedawne postanowienia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O nie, nie cofam swoich słów, niech mnie pani
weźmie i poprowadzi aż do krańców możliwości.</akap_dialog>


<akap>Ujął jej rękę ze drżeniem.</akap>


<akap_dialog>--- Więc tymczasem zawiozę pana tylko do Róży --- odpowiedziała i oddała uścisk ręki, nie puszczając jej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A później? --- zapytał cicho, zaglądając jej
w oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jutro dam odpowiedź --- szepnęła, patrząc na
konie biegnące kłusem.</akap_dialog>


<akap>Ciotka drzemała na przednim siedzeniu, kiwając
się zawzięcie.</akap>


<akap>Siedzieli w milczeniu, z przyjemnością nadstawiając rozgrzane twarze na mocny powiew powietrza, bo
powóz toczył się szybko i skakał po wybojach bruków
gumowymi kołami jak piłka.</akap>


<akap>Czuli oboje, że jakaś stanowcza, przełomowa chwila
już idzie ku nim, że za mgnienie zaraz padnie im na
duszę jedno słowo, tak dawno w sercach dźwięczące, tak
dawno tłumione i oczekiwane.</akap>


<akap>Spoglądali na siebie jasnym wzrokiem, przenikali
się do głębi uczuć i po każdym spojrzeniu byli sobie
bliżsi, byli sobie bardziej oddani.</akap>


<akap>Mela nie zapomniała postanowień, czuła je w całej grozie konieczności i w całej grozie goryczy i żalu,
ale równocześnie oddawała się z rozkoszą temu czarownemu prądowi, jaki przepływał przez serca ich i rozlewał w mózgach, w krwi, obezwładniające, rozkoszne
ciepło.</akap>


<akap>Ze drżeniem szczęścia czekała jego wyznania i wiedziała również, że wypowie mu wszystko, całą miłość
swoją.</akap>


<akap>Czuła niezmożoną niczym potrzebę wypicia tej
szczęśliwości do dna, do samego dna.</akap>


<akap>Chciała być porwana szaleństwem, bez względu,
co jutro będzie, a może dlatego właśnie, że wiedziała,
jakim będzie to jutro.</akap>


<akap>I chociaż to widmo krążyło dookoła niej, majaczyło w pamięci i ostrym konturem rzeczywistości jutrzejszej przysłaniało obecne szczęście, uciekała od niego,
chciała zapomnieć na jeden wieczór, na chwilę.</akap>


<akap>Trzymała jego dłoń i co chwila przyciskała ją do
mocno bijącego serca, to gładziła nią swoją rozpaloną
twarz, przyciskała się do niego ramieniem i patrzyła
w dal rozpromienionymi oczami.</akap>


<akap>Nachylił się i szepnął cicho i tak blisko, że poczuła jego usta na twarzy.</akap>


<akap_dialog>--- Mela...</akap_dialog>


<akap>Ten cichy, przejmujący dźwięk przeleciał po niej
jak ostrze rozpalone.</akap>


<akap>Przymknęła oczy, serce zerwało się w niej jak
ptak oszalały i zaczęło tłuc się w piersiach mocno i gwałtownie, taka ogromna fala rozkoszy zalała jej duszę, że
słowa przemówić nie mogła, uśmiechnęła się tylko kątami ust.</akap>


<akap_dialog>--- Mela!... Mela!... --- powtórzył ciszej, bardzo
zmienionym głosem; wsunął rękę pod pelerynę i objął
ją wpół i przygarnął do siebie bardzo silnie.</akap_dialog>


<akap>Poddała się temu uściskowi tak biernie, że uderzyła piersiami o jego piersi, ale cofnęła się zaraz całym
korpusem, oparła się o poduszki powozu i głosem bez
sił, bez dźwięku prawie szepnęła:</akap>


<akap_dialog>--- Cicho!... cicho!...</akap_dialog>


<akap>Twarz jej pobladła śmiertelnie, z trudem oddychała.</akap>


<akap_dialog>--- Mela, ty prosto do domu potrzebujesz jechać? --- zapytała nagle rozbudzona ciotka i po kilka razy powtarzała to pytanie, nim Mela zrozumiała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, niech ciocia jedzie. Wstąpię do Róży.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Walenty po ciebie potrzebuje przyjechać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli nie będę spała u Róży, to każe mnie odesłać swoimi końmi.
</akap_dialog>


<akap>Wysiedli przed pałacem Mendelsohna.</akap>



<akap>Róża wyszła naprzeciwko nim do przedpokoju,
bardzo ciekawie patrzyła i bardzo ironicznie przyjmowała grad pocałunków, jakimi ją zasypywała przyjaciółka.</akap>


<akap_dialog>--- Jesteś sama? --- zapytał Wysocki, na próżno
usiłując drżącymi rękami zapiąć surdut i powiesić kapelusz na gładkiej ścianie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie sama, jest Koko, herbata i nuda! --- odpowiedziała i utykając nieco, i kołysząc szerokimi biodrami, prowadziła ich do czarnego gabinetu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skąd ten śpiew się rozchodzi? --- zapytał nasłuchując, bo z góry od mieszkania Szai płynął szmer
dźwięków monotonnych i rozpryskiwał się po dolnym
mieszkaniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od ojca. Tak codziennie już teraz bywa. Boję
się o to, bo już od paru miesięcy, zaraz po śmierci
Bucholca, papa ciągle się modli, codziennie przychodzą
śpiewacy z synagogi i śpiewają pobożne pieśni. To coś
nienaturalnego, a przy tym powiedział któregoś dnia do
Stanisława, że chciałby przed śmiercią założyć wielki
przytułek dla starych kalek i robotników z naszych fabryk. To jest tak zły symptomat, że Stanisław zatelegrafował do Wiednia po specjalistę doktora.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, to ciekawe --- szepnął, ale nic nie słyszał,
o czym mówiła, drżał ze wzruszenia i leciał oczami za
Melą, wychodzącą do przyległego buduaru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż tak pomieszani oboje jesteście? Czyście
sobie wyznali miłość?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawie, że tak, prawie. Ale pani mi pomoże,
nieprawdaż?</akap_dialog>


<akap>Zaczął całować jej ręce.</akap>


<akap_dialog>--- Pani nie pomoże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale Róża, nasza droga, dobra, kochana Róża,
pomoże, nieprawdaż?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bardzo ją kochasz, powiedz? --- pytała, obcierając mu spocone czoło chustką.</akap_dialog>


<akap>Zaczął wybuchać przed nią tak gwałtownie, tak
namiętnie obrazował swoją miłość, że ze zdumieniem
patrzyła. Nie podejrzewała go o takie płomienne uczucia, ale słuchała z ciekawością, ze współczuciem, a w końcu
żal jakiś nieokreślony zaczął budzić się w jej sercu i gdy Mela przyszła i siadła obok niego, Róża podniosła się,
zabrała małpkę i wyszła.</akap>



<akap_dialog>--- Słyszałam coś opowiadał Róży --- szepnęła,
patrząc na niego słodko i nie pozwalając mu przemówić, objęła go ramionami i rozpalonymi, spragnionymi
ustami wpiła się w jego usta w długim, mocnym, namiętnym pocałunku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocham cię! --- szeptała, odrywając się na
chwilę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocham cię! kocham! --- odpowiadał cicho.</akap_dialog>


<akap>Głosy im się zerwały i zmilkły, a ramiona się zwarły,
splątały, objęły w szalonym, namiętnym uścisku, usta
utonęły w ustach, serca przestały bić, a oczy widzieć.</akap>


<akap>A potem, całując jej oczy, włosy, szyję, usta, opowiadał niskim, urywanym, nabrzmiałym wzruszeniem
głosem dzieje swego uczucia.</akap>


<akap>Oparła się plecami o kanapkę, położyła nogi na
taburecie<pe><slowo_obce>taburet</slowo_obce> --- dziś: taboret.</pe>, na wpół leżąc słuchała jego głosu, z rozkoszą
przymykała oczy pod jego pocałunkami, wysuwała do
nich chciwie usta, prężyła się cała, gdy palił ustami jej
szyję, pozwalała się kołysać fali szczęścia, jaka płynęła
z jego słów, z jego wyznań miłości, z jego pieszczot.</akap>


<akap>A gdy powiedział, że zaraz jutro pójdzie do ojca
prosić o jej rękę, gdy wreszcie wyczerpany nieco z sił
usiadł na poduszkach u nóg jej i położywszy głowę na
jej kolanach, wpatrzył się w jej przysłonięte mgłą oczy
i zaczął snuć długą, cudną przędzę przyszłości, nie przerywała mu, piła pełną piersią upojenie, patrzyła w niego
oczami pełnymi łez szczęścia bezmiernego, pierś się jej
podnosiła nadmiarem uczucia, a usta kwitły jakimś dziwnym, smętnym uśmiechem, ale mu nie przeczyła, tylko
chwilami brała jego głowę w ręce, całowała jego oczy
i cicho szeptała:</akap>


<akap_dialog>--- Kocham cię! Mów najdroższy, niech się upiję
dzisiaj, niech oszaleję!</akap_dialog>


<akap>Więc on mówił znowu i wyśpiewywał całą symfonię
miłości, nie spostrzegłszy przyjścia Róży, która cichutko
usiadła na kanapce, objęła Melę ramieniem, położyła
swoją czerwoną głowę na jej piersiach i pełnymi zielonawych skrzeń oczami wpatrzyła się w niego i słuchała.</akap>


<akap>A oni snuli dalej przędzę szczęścia i miłości.</akap>


<akap>Nie istniał już dla nich świat, ludzie, rzeczywistość,
wszystko zapadło w głąb niepamięci, przysłonięte tumanem czaru, jaki ich otoczył i przenikał.</akap>


<akap>Słowa, spojrzenia, myśli krzyżowały się pomiędzy
nimi jak błyskawice, drżały rozsadzane nadmiarem uczucia i padały na duszę słodyczą niewypowiedzianą.</akap>


<akap>Mówili coraz mniej i coraz ciszej, jakby bojąc się
głośniejszym dźwiękiem spłoszyć czar tej chwili cudownej.</akap>


<akap>Cisza dookoła panowała, z ulicy nie dochodził
szmer najmniejszy, pokój, słabo rozświetlony elektrycznością, tonął w mrokach czarnych ścian, senność rozwłóczyła się słodka, pełna denerwujących zapachów róż
pąsowych, których cały snop palił się barwami pod
jedną ze ścian, w brązowym wazonie.</akap>


<akap>Oni już prawie nie mówili, tylko Róża, siedząca
bez ruchu, zaczęła drżeć gwałtownie, powstrzymywać,
łkanie, dusić w sobie łzy, ale nie mogła wytrzymać,
rzuciła się na dywan i wybuchnęła ostrym płaczem.</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego mnie nikt nie kocha? Dlaczego mnie
nikt nie kocha? Przecież i mnie należy się szczęście, i ja
potrafię kochać, i ja pragnę miłości! --- wołała żałosnym
głosem i taki mocny spazm żalu skręcał jej serce, że
Mela nie mogła jej uspokoić niczym, a przy tym i nie
umiała, bo ten płacz zadrgał w niej ostrym, przykrym
dysonansem, przypomniał okropną rzeczywistość.</akap_dialog>


<akap>Wysocki już się podniósł, chciał wyjść i raz jeszcze
przypominał, że jutro będzie u ojca.</akap>


<akap_dialog>--- Muszę ci jedno przypomnieć, ja jestem Żydówka! --- powiedziała cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętałem o tym, ale to dla mnie nie stanowi
żadnej przeszkody, jeśli mnie kochasz i zechcesz przyjąć chrześcijaństwo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gotowam nawet męczeństwo przyjąć dla ciebie! --- zawołała mocno. --- Nie, nie mówmy o tym. Jutro rano powiem ojcu i zaraz ci napiszę. Czekaj na
mój list, nie przychodź przedtem!</akap_dialog>


<akap>Szeptała prędko, chwyciła się tego środka, bo nie
miała sił i odwagi powiedzieć mu teraz, że jego żoną
być nie może.</akap>


<akap>Nie, za nic w świecie nie powiedziałaby teraz...</akap>


<akap>To jutro, jutro, a teraz jeszcze pocałunków, jeszcze
pieszczot... jeszcze zaklęć... jeszcze tej miłości tak silnej,
tak słodkiej, tak upajającej, jeszcze... jeszcze...</akap>


<akap_dialog>--- Jeszcze chwilę, mój najdroższy, jeszcze chwilę! --- błagała, idąc z nim przez szereg mrocznych pokojów ku wyjściu. --- Czy nie czujesz, jak mi ciężko oderwać
się od ciebie?</akap_dialog>


<akap>Strach ją ogarniał, strach tak silny, że on wyjdzie
i już go nigdy może nie zobaczy, iż przyciskała się do
niego z rozpaczą, rzucała mu się w ramiona i zwarci
uściskiem z ustami zawieszonymi na ustach, przystawali
na chwilę, nie mogąc się oderwać od siebie.</akap>


<akap>Ale pomimo tego przedłużania byli coraz bliżej
wyjścia, Mela zaczęła się trząść w strasznym zdenerwowaniu, przyciskała się do jego ramienia coraz silniej
i coraz boleśniej i ciszej szeptała.</akap>


<akap_dialog>--- Jeszcze chwilę, jeszcze chwilę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jutro się zobaczymy Mela i będziemy się widywać codziennie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak... codziennie... codziennie... --- powtarzała
jak echo, gryzła wargi do krwi, żeby nie krzyknąć, nie
wybuchnąć rozpaczą, nie rzucić mu się do nóg i żebrać, aby nie odchodził, aby pozostał lub zabrał ją natychmiast i wywiózł daleko, daleko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocham cię! --- powiedział jej na dobranoc
i ucałował jej ręce i usta.</akap_dialog>


<akap>Nie oddała pocałunku, nie poruszyła się, oparta
o ścianę, patrzyła tępym wzrokiem, jak się ubierał, jak
otwierał drzwi, jak znikał za szybami, nie miała sił,
łkanie zapchało jej gardło, serce jej pękało.</akap>


<akap_dialog>--- Mieciu! --- szepnęła za nim.</akap_dialog>


<akap>Nie usłyszał i nie powrócił.</akap>


<akap>Wolno powracała przez puste, mroczne pokoje,
podobne do wielkich wspaniałych grobów, zamieszkałych przez nudę, przepych i pustkę, szła coraz ciężej,
przystawała na tych samych miejscach, gdzie przed
chwilą jeszcze czuła jego pocałunki, oglądając się nieprzytomnie, czasem jakiś dźwięk wydarł się z ust sinych i szła dalej, do Róży, płaczącej z żalu, że ją nikt
nie kochał.</akap>


<akap_dialog>--- Wszystko skończone --- myślała Mela, łzy zerwały tamy woli i panowania nad sobą i jak potok
rzuciły się z jej oczów.</akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>IX</naglowek_rozdzial>




<akap>Wysocki leciał na skrzydłach szczęścia do domu.</akap>


<akap>Zastał jeszcze wszystkich przy herbacie, była i Trawińska, która przyszła na minutkę, bo się jej w domu
nudziło samej, gdyż mąż pojechał z Kurowskim.</akap>


<akap>Siedzieli dookoła okrągłego stołu oświetlonego wiszącą lampą, zajęci robieniem uwag o dzisiejszych gościach Niny.</akap>


<akap>Wysocki trafił na gorącą mowę Anki, broniącej
Meli przed zjadliwymi uwagami matki, która podrażniona
obecnością syna, podniosła jeszcze ton głosu i zionęła
całą rasową pogardą dla Żydów.</akap>


<akap>Wysocki słuchał w milczeniu, pił herbatę i rozmyślał o Meli. Był jeszcze pod wpływem pocałunków,
czuł je jeszcze na twarzy palącymi piętnami, usta go
piekły, wstrząsał się w dreszczu przypomnień jej uścisków, czuł ją przy sobie, oddychał z rozkoszą wonią
jej perfum, jaka pozostała w jego ubraniu, na dłoniach,
we włosach.</akap>


<akap>Był tak szczęśliwy, że na niesprawiedliwe, fanatyczne słowa matki uśmiechnął się pobłażliwie i spoglądał porozumiewająco na Borowieckiego, który oparty
łokciami o stół, okrywał się dymem papierosa i spoza
niego patrzył na Ninę i Ankę siedzące przy sobie,
z głową opartą o głowę.</akap>


<akap>Włosy Niny w świetle lampy skrzyły się złotem,
a jasna, przeźroczysta cera podobna była do zróżowionej
porcelany, oświetlonej z wewnątrz; zielonawymi oczami,
poplamionymi rdzawymi piętnami patrzyła na Wysocką,
a Anka, w koronie ciemnych włosów zwichrzonych, puszystych, mieniła się coraz innym wyrazem, nie mogąc
powstrzymać niecierpliwości; zbijała zdania Wysockiej
z namiętnością, czasem rzucała się głową naprzód, ściągała wielkie czarne brwi, że tworzyły jakby łuk napięty.
Jej ruchliwa twarz odbijała jak zwierciadło wszystkie
wrażenia przesuwające się przez duszę, ale broniła Żydów sercem, dobrocią i tym zbijała logiczne wywody
Wysockiej, która zagłębiona w fotelu po drugiej stronie
stołu, mówiła dobitnym głosem, a w chwilach mocniejszych pochylała się nad stół, ukazując piękną jeszcze
twarz w kole światła, jakie lampa rozkrążała.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Mieczysławie, niechże mi pan pomoże
bronić Żydów, a panny Grünspan w szczególności, bo
pan Karol nie chce, powiedział, że ona nie potrzebuje
tego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic więcej nad to samo nie powiem. Mela...
panna Grünspan nie potrzebuje obrony. Byłoby to samo,
gdybym chciał bronić słońca od zarzutów, że zbytnio
świeci i grzeje.</akap_dialog>


<akap>Zaczęli potem wszyscy żywiej rozmawiać, ale im
przerwał Józio Jaskólski.</akap>


<akap>Chłopak zapłakany, zaczął jąkać, że Baumowa bardzo chora, że Maks go wysłał do Wysockiego i że on
go szukał po całym mieście.</akap>


<akap_dialog>--- Idę w tej chwili! Dobranoc państwu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I na mnie czas --- powiedziała Nina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest tak pięknie na świecie, że panią odprowadzę. Pan Karol z nami pójdzie?</akap_dialog>


<akap>Karol skłonił się na zgodę, ale nie był zadowolony
z projektu Anki, bo mu się spać chciało.</akap>


<akap_dialog>--- A propos panny Grünspan --- zawołał doktor
ze swego gabinetu, bo już był w palcie. --- Miejcie
państwo dla niej nieco wyrozumienia, choćby dlatego,
że to moja przyszła żona.</akap_dialog>


<akap>Matka zerwała się gwałtownie, ale doktor nie czekał, wybiegł spiesznie do Baumów.</akap>




<sekcja_asterysk/>


<akap><begin id="b1309732775088-3842857715"/><motyw id="m1309732775088-3842857715">Śmierć</motyw>Kiedy Maks na wezwanie Józia wybiegł od Trawińskich i przyleciał do domu, matka już co chwila
traciła przytomność.</akap>


<akap>Wielki pokój napełniał brzask zórz zachodnich
i obtulał wszystko w mrok czerwonawy, w którym twarz
konającej, wpatrzonej w dalekie pustynie nieba, stygła
i pokrywała się sinością.</akap>


<akap>Jedna tylko gromnica, ściskana kurczowo, chwiała
mętne, złotawe błyski po jej spokojnej, operlonej rosą
konania twarzy.</akap>


<akap>Frau Augusta klęczała u wezgłowia i rozpłakana
modliła się półgłosem.</akap>


<akap>Stary Baum siedział w nogach łóżka z kamienną,
zimną twarzą i rozpalonymi od łez wewnętrznych oczami
patrzył w żonę; ani jeden muskuł mu nie drgał, ani
jedna łza nie stoczyła się spod czerwonych powiek.</akap>


<akap>Siedział na pozór spokojny, opierał się o poręcz krzesła
i tak silnie ściskał je, że w twardym drzewie pozostawił
głębokie ślady paznokci, a gdy spostrzegł wchodzącego Maksa, podniósł oczy i szedł nimi za jego ruchem, jakim tamten rzucił się do matki, klękając przy łóżku.</akap>


<akap_dialog>--- Mamo! Mamo! --- zawołał trwożnie Maks, dotykając się jej ręki zaciśniętej przy gromnicy.</akap_dialog>


<akap>Baumowa oddychała wolno, długo, bardzo długo.
Szklane, wypukłe oczy barwiły się refleksami zórz jak
toń wodna, prawą ręką odruchowo suwała po kołdrze,
jakby za pończochą, która stoczyła się do ściany i nadzianymi drutami, niby jeż stalowy, połyskiwała.</akap>


<akap>Kucharki i służba klęcząca w mroku pokoju wybuchnęli głośnym płaczem.</akap>


<akap_dialog>--- Mamo! --- jęknął raz jeszcze Maks i duszę tak
mu skręciła żałość, że wybuchnął płaczem.</akap_dialog>


<akap>Chora jakby oprzytomniała, odwróciła głowę i utkwiła
szklany wzrok w jego twarzy, gromnica wypadła jej
z ręki, a ona stygnącą dłonią ujęła rękę syna i trzymała,
uśmiech jakby radości ostatniej przewinął się po sinych
wargach, poruszyła nimi, ale żaden dźwięk się nie wydobył prócz chrapliwego, rzężącego oddechu.</akap>


<akap>Uśmiech stygnął jej na ustach, odwróciła twarz
do okna i została tak zapatrzoną martwiejącymi oczami
w mroki wieczoru, w ostatnie odpryski zórz, co jak kawały miedzi pływały po szarości nieba i gasły z wolna.
Wiatr powiał po ogrodzie i naginał niskie krzewy
bzów do okien; uderzały kiściami kwiatów i niby fioletowymi oczami patrzyły na stężałą, nieruchomą twarz
konającej, której dolna szczęka opadała coraz niżej.</akap>


<akap>Maks chociaż wiedział, że to już koniec, posłał zaraz z początku po Wysockiego i czekał go z najwyższą
niecierpliwością i co chwila wsłuchiwał z trwogą, czy
żyje jeszcze; żyła, ale już życiem odruchów tylko, czasem cichy jęk wydarł się z jej piersi, poruszyła ustami,
zrobiła jakiś bezcelowy ruch sztywnymi palcami i leżała znowu godziny całe nieruchoma, martwa, z szeroko
otwartymi oczami, zatopionymi w nocy śmierci i w nocy
panującej nad ziemią.</akap>


<akap>Wreszcie przyszedł Wysocki, a za nim wkrótce
i Borowiecki, ale po to, aby stwierdzić, że Baumowa
skonała przed chwilą.</akap>


<akap>Maks ukrył twarz w kołdrze i płakał jak dziecko,
a stary Baum wstał sztywno, pochylił się nad umarłą,
dotknął skroni i rąk zimnych, zajrzał głęboko po raz
ostatni w jej oczy otwarte, jakby ze zdumieniem zapatrzone w głąb wieczności, przymknął drżącymi palcami
powieki i wyszedł bardzo wolno, oglądając się co krok
i przystając.<end id="e1309732775088-3842857715"/></akap>


<akap>Dopiero w kantorze pustym i ciemnym usiadł na
stosie chustek i długo siedział bez ruchu i bez myśli.</akap>


<akap>Noc już była głęboka, gdy się ocknął, gwiazdy
drgały w przestrzeniach rosą świetlistą, miasto spało
w wielkiej ciszy, tylko gdzieś od domów stojących za
miastem brzmiał głos harmonijki.</akap>


<akap>Podniósł się i wolno przeszedł całe mieszkanie pogrążone w ciszy i ciemności.</akap>


<akap>W składzie rozświeconym płomieniem gazu zobaczył Józia śpiącego na towarze. Nie budził go i poszedł
przez szereg pokojów pustych, cichych tą cichością śmierci,
jaka się rozpostarła nad domem; w stołowym zobaczył
znowu Maksa śpiącego na sofie, tak jak przyszedł od
Trawińskich, we fraku i w białym krawacie.</akap>


<akap>Zawahał się chwilę przed pokojem żony, ale wszedł.</akap>


<akap>Łóżko było wysunięte na środek pokoju, zmarła
leżała przykryta prześcieradłem, przez które słabo rysowały się linie twarzy.</akap>


<akap>Kilka świec woskowych paliło się na stole i kilka
robotnic modliło się i śpiewało pieśni za umarłych.</akap>


<akap>Frau Augusta, z kotami na kolanach, opuchnięta
od płaczu, drzemała na kanapce.</akap>


<akap>W otwartych oknach opuszczone rolety wypinał
wiatr i kołysał firankami.</akap>


<akap>Baum patrzył długo na ten obraz, jakby go chciał
zapamiętać na zawsze albo jakby go nie mógł zrozumieć, bo cofnął się do swojego pokoju, wziął zapaloną
benzynową lampkę i jak to robił często w ostatnich
czasach, gdy spać nie mógł, poszedł do fabryki.</akap>


<akap>Pawilony stały olbrzymimi czworobokami kamieni
ciche i czarne, księżyc już zaszedł, tylko gwiazdy świeciły blado przysłaniane mgławicami przedświtu, jakby
zmącone walką nocy z dniem, który się już zaczął
w głębokich przestrzeniach wschodu.</akap>


<akap>Dziedziniec podobny do studni czarnej rozlegał się
echem wycia i skowytu psów, których zapomniano spuścić<pe><slowo_obce>psów, których zapomniano spuścić</slowo_obce> --- dziś popr.: psów, które zapomniano spuścić.</pe> z łańcuchów.</akap>


<akap>Nic nie słyszał i wszedł w czarne długie korytarze, podobne do tunelów, zionące ostrym, przegniłym
powietrzem; echa jego kroków rozbrzmiewały głucho
w pustce i ciszy.</akap>


<akap>Przechodził wolno salę po sali krokiem automatu.</akap>


<akap>Sale zalegała ciężka, grobowa cisza, rzędy warsztatów z obu stron przejścia stały niby szkielety pogięte
w bezsilności; niby wyprute włókna i żyły wisiały pasy
poopadane z kół, pokryte długimi włosami pajęczyn,
a wstęgi deseni zwieszały się luźno jak martwa, obwiśnięta<pe><slowo_obce>obwiśnięty</slowo_obce> --- dziś popr.: obwisły.</pe> skóra.</akap>


<akap_dialog>--- Umarła! --- szepnął, patrząc na długi szereg
sal, nasłuchując w tej śmiertelnej ciszy. --- Umarła! --- powtarzał od czasu do czasu, ale nie wiadomo, co miał
na myśli, żonę czy fabrykę i wlókł się coraz wolniej
z sali do sali, z piętra na piętro, z pawilonu do pawilonu.</akap_dialog>




<sekcja_asterysk/>
<akap>Wysocki z Borowieckim wyszli od Baumów w bardzo smutnym nastroju.</akap>


<akap_dialog>--- Szkoda mi Maksa, ta śmierć matki, którą kochał szalenie, wytrąci go z równowagi na dłuższy czas. I to w takim czasie, kiedy jest przy montowaniu maszyn prawie niezbędnym. Mam pech! Wszystko mi tak
idzie! --- szepnął Karol ze złością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prędko panna Anna sprowadza się do Łodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za tydzień.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ślub?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Akurat to mi w głowie! Muszę wpierw to
swoje bydlę ożywić i puścić w ruch. Jak fabryka zacznie iść, co nie może się stać przed październikiem,
dopiero pomyślę.</akap_dialog>


<akap>Szli dalej w milczeniu, ale na Piotrkowskiej najniespodziewaniej<pe><slowo_obce>najniespodziewaniej</slowo_obce> --- dziś popr.: najbardziej niespodziewanie.</pe> spotkali Welta.</akap>


<akap_dialog>--- Kiedyś przyjechał Moryc? Pójdziemy gdzie na
kawę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjechałem w tej chwili i szedłem do domu,
ale jeśli idziecie na kawę, pójdę z wami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maksowi umarła matka przed chwilą, idziemy
stamtąd.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Umarła! Nie lubię takich rzeczy.</akap_dialog>


<akap>Wstrząsnął się.</akap>


<akap_dialog>--- Co nowego w mieście?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawie nic, a zresztą nie wiem, siedzę całe
dnie przy fabryce. Grosglick się ucieszy, jak cię zobaczy. Pytał mnie dzisiaj o ciebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bardzo się ucieszy! --- szepnął Moryc, wciskając binokle na nos nieco drżącymi rękami i bystro
obejrzał twarz Karola.</akap_dialog>


<akap>W hotelu, dokąd poszli na kawę, z powodu późnej godziny były zupełne pustki, w ogrodzie tylko
urządzonym w środku podwórza, siedział Myszkowski
z Murray'em.</akap>


<akap>Przysiedli się do nich.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309733469389-2099760412"/><motyw id="m1309733469389-2099760412">Praca, Filozof, Maszyna</motyw>--- Od godziny czekam na jaką żywą duszę, bo
mi się już sprzykrzyło pić samemu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie masz pan Anglika?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On tylko po czwartej narzeczonej czuje się dobrze, ale po czwartym kuflu jest do niczego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dawno panowie tutaj jesteście?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Murray przed pół godziną przyszedł z tokowania, a ja trochę dawniej siedzę. Przyszedłem na śniadanie, ale tak jakoś zeszło do obiadu, a po obiedzie przyszło trochę znajomych i nie warto było wychodzić, poczekałem na kolację, a po kolacji cóż bym robił na mieście? Teatru nie lubię, znajomych nie mam, gdzież się
biedna sierota podzieję, jeśli nie w knajpie. A potem
bardzo ciekawe rzeczy opowiadał o swoich narzeczonych.
Jakże fabryka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rośnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj jej Boże zdrowie, dobry żołądek i trawienie. Zmizerniałeś pan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, robię za dziesięciu i jeszcze nie wystarcza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bądźcie zdrowi! Co który przyjdzie, opowiada
zaraz co robił wczoraj, co dzisiaj i co robić będzie jutro, że się spracował i tam dalej. Cóż u diabła? Gdzież
ja jestem? Pomiędzy ludźmi czy wśród maszyn? Tfu
psiakrew, takie ogłupienie, takie sprowadzenie się do
mechanicznych funkcyj! Ja chciałbym wiedzieć, co myślą,
co czują, jak widzą, a oni mi gadają, że pracują. Daj no
piwa dla wszystkich! --- zawołał na garsona<pe><slowo_obce>garson</slowo_obce> (z fr.) --- kelner.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My kawę będziemy pili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pijcie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto ma czas myśleć o niebieskich migdałach,
kogo stać na to? --- szepnął drwiąco Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wołu tylko nie stać na to, bo go pędzą do
roboty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo to grunt, panie Myszkowski, a reszta dodatek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie powiadaj pan tego, bo że pan jesteś dodatkiem do własnego pugilaresu, to mnie nie dziwi, tłumaczy pana wasza łajdacka i głupia rasa, ale że tak
samo twierdzi Borowiecki i doktor, to mnie irytuje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja niczemu nie przeczę i nic nie potwierdzam,
stawiam teraz fabrykę, a jak ją skończę, zacznę dopiero
bawić się w filozofowanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja idę do domu, jestem szalenie zmordowany --- powiedział Wysocki i zaraz wyszedł.</akap_dialog>


<akap>Karol spiesznie wypił herbatę i wyszedł z Morycem.</akap>


<akap_dialog>--- Zostańcie ze mną --- prosił Myszkowski Murray'a. --- Pomówimy o miłości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę, jutro poniedziałek, muszę wstać
o piątej do fabryki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy macie już miejsce po Borowieckim?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robotę po nim wziąłem całą, ale pensji tylko
połowę --- rzekł wychodząc.</akap_dialog>


<akap>Myszkowski pozostał sam i zadumał się smutnie,
że trzeba będzie wracać do domu i tak go ta myśl zgnębiła, że zaczął się kiwać nad stołem.<end id="e1309733469389-2099760412"/></akap>


<akap_dialog>--- Jaśnie panie, zamykamy! --- meldował uprzejmie
kelner.</akap_dialog>


<akap>Spojrzał sennie dookoła, było pusto, mroczno, ciemno, służba sprzątała nakrycia i zestawiała na kupę stoły.</akap>


<akap>Myszkowski włożył kapelusz, zapłacił i doszedł
tylko do drzwi, bo taka niechęć go przejęła do wracania do domu, tak się bał samotności, że powrócił do
stolika i zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Kelner, butelkę piwa i dwie szklanki, musisz
się ze mną napić. Powiedz numerowemu, żeby mi naszykował jakie spanie. Psiakrew z takim życiem.</akap_dialog>


<akap>Splunął ze złości.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>X</naglowek_rozdzial>




<akap_dialog>--- Dwa dni jesteśmy, a jeszcze nie mogę uwierzyć, że naprawdę mieszkamy w Łodzi --- ozwała się
Anka z werendy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jednak to już Łódź naprawdę! --- odpowiedział pan Adam, siedzący na swoim wózku w ogrodzie
pod werendą i przysłonił dłonią oczy od blasków słońca
i rozglądał się dookoła po czerwonych murach fabryk
i kominów, stojących gęstą ciżbą, zatrzymał wzrok dłużej na rusztowaniach fabryki Karola, wznoszącej się
w końcu ogrodu i westchnął cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, to Łódź! --- szepnęła Anka ciszej i wróciła do mieszkania pomiędzy paki pootwierane, meble
w nieładzie, sprzęty okręcone w słomę, pomiędzy chaos
rzeczy pospiesznie rozpakowywanych i ustawianych przez
kilku robotników z Mateuszem na czele.</akap_dialog>


<akap>Pomagała porządkować, sama zawieszała firanki,
czasem żywo rozmawiała z Mateuszem, ale najczęściej
siadała na jakiej pace lub na parapecie okna i smutnym
wzrokiem wodziła po mieszkaniu.</akap>


<akap><begin id="b1309733632481-702408070"/><motyw id="m1309733632481-702408070">Miasto, Wzrok</motyw>Było jej smutno i takim dziwnym smutkiem ogarniał ją ten dom obcy, te szeregi pokojów świeżo odnowionych, pachnących jeszcze farbami zaciąganych podłóg,
że uciekała na wielką werendę, ciągnącą się przez pół
domu i osłoniętą zielonymi festonami wina dzikiego, ale
i tak się nie uspakajała, bo oczy przywykłe do bezmiaru
pól zielonych, do lasów siniejących na krańcach, do rozkoszy olbrzymiej nieba nie zasłanianego niczym, uderzały się o domy, o fabryki, o lśniące w słońcu dachy,
o tę Łódź właśnie, która ją niby kamiennym pierścieniem
ściskała ze stron wszystkich, o tę Łódź, o której marzyła,
która miała dać jej ziszczenie wszystkich pragnień, a która
ją teraz przejmowała głębokim, nieuzasadnionym smutkiem przeczuć lękliwych i ciemnych.<end id="e1309733632481-702408070"/></akap>


<akap>Wracała do mieszkania, jakby wstydząc się własnej słabości i z trudem tłumiąc te dziwne łzy nieokreślonej tęsknoty, napełniające jej oczy.</akap>


<akap_dialog>--- Może ojcu czego potrzeba? --- pytała od czasu
do czasu, wychylając się przez okno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niczego Anka, niczego, przecież już jesteśmy
w Łodzi, a za godzinę Karol przyjdzie na obiad --- odpowiadał głośno, krzykliwie nawet, bo nie chciał, aby
dziewczyna wiedziała, że i on się mazgaił wewnętrznie,
więc dla pokrycia smutku zaczął podśpiewywać:</akap_dialog>





<poezja_cyt><strofa>
Miała babuleńka kozła rogatego/
<wers_wciety typ="5">Tych bych, tych bych.</wers_wciety>
</strofa></poezja_cyt>




<akap_dialog>--- A pchnij no, Waluś!</akap_dialog>


<akap>Ale Walusia nie było, pozostał w Kurowie, a zastępował go Mateusz tymczasowo.</akap>


<akap>Westchnął pan Adam i zamilkł; zapatrzył się
w brudne kłęby dymów, bijące z kominów fabryk Müllerowskich.</akap>


<akap>Odetchnął głęboko i zakaszlał się gwałtownie, bo
powietrze było przesycone zapachem wapna rozrabianego i gotującego się asfaltu, którym wylewano sale
w fabryce Karola.</akap>


<akap>Przysłonił usta chusteczką i zapatrzył się w długą
uliczkę ogródka, biegnącą do fabryki, osadzoną przepyszną ramą krzewów centyfolii, obsypanych kwiatami
białych i różowych róż.</akap>


<akap>Czas był bardzo piękny, cichy i ciepły; ogród chwiał
się lekko i połyskiwał czerniawymi liściami<pe><slowo_obce>liściami</slowo_obce> --- dziś popr.: liśćmi.</pe> czereśni,
przysypanymi pyłem węglowym i sadzami.</akap>


<akap>Kilkadziesiąt drzew owocowych wznosiło korony
o przyżółkłej już nieco zieleni i patrzyło łakomie w słońce
i ku czystym przestrzeniom pól, zaczynających się niedaleko.</akap>


<akap>Ocknął się wreszcie i zagwizdał na kosa, wiszącego
na werendzie, ale kos nie odezwał się na znane hasło,
siedział na spodzie klatki osowiały, z opuszczonymi skrzydłami, senny, podniósł głowę, popatrzył tępo na swego
pana i znowu drzemał.</akap>


<akap_dialog>--- Nie idzie Karol? --- zapytała Anka z mieszkania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, dopiero za pół godziny będą gwizdać na
obiad. Anka! Chodź no, dziewczyno.</akap_dialog>


<akap>Przyszła i usiadła na poręczy wózka i patrzyła
w starego.</akap>


<akap_dialog>--- Co ci to, Anka, co? Odważnie dziewczyno, tylko
się nie daj, tylko się nie mazgaj. Widzisz ją, to mi zuch
dopiero!... Ho, ho! Jeszcze zapomnisz, że jakiś Kurów
istnieje na świecie. Co tam, głowa do góry i marsz! --- mówił prędko, pocałował ją, pogłaskał po głowie i zaczął gwizdać zapamiętale i wybijać takt nogą.</akap_dialog>


<akap>Potem kazał się Mateuszowi zawieźć do mieszkania i tam krzyczał, dyrygował robotnikami i podśpiewywał, zważając pilnie, by ten śpiew słyszała Anka.</akap>


<akap><begin id="b1309768059767-343265099"/><motyw id="m1309768059767-343265099">Pies, Kot, Zabawa</motyw>Później zaś przekomarzał się z Kamą, która przyszła z Wysocką w odwiedziny i trochę do pomocy przy
urządzaniu mieszkania, ale tymczasem robiła więcej zamieszania niż wszyscy razem, bo stare podwórzowe
i myśliwskie psy, przywiezione z Kurowa i włóczące się
po mieszkaniu i ogrodzie z poopuszczanymi łbami, związała w sforę i harcowała z nimi po werendzie.</akap>


<akap_dialog>--- Kama, co ty wyrabiasz? Cioci powiem, no i pan
Horn będzie wiedział, że bawisz się w psiarczyka! --- strofowała ją Wysocka, zatykając uszy od wycia i szczucia psów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co mi tam! Ja się nikogo nie boję. Panna
Anna mnie obroni --- wołała rozgrzana ruchem i zabawą, rzucała się na Ankę, wycałowała ją ogniście
i uciekała, bo psy ją ciągnęły do ogrodu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zagraj! Łapa! Kruczek! Kot!... kot!... kot!... --- wołała z całych sił, puszczając psy na białego kota i razem z nimi goniła go zajadle po ogrodzie.</akap_dialog>


<akap>Przewróciła się parę razy, ale nie zważała na to,
podnosiła się i goniła z krzykiem, psy odpowiadały jej
krótkim szczekaniem wśród daremnej pogoni, bo kot
skoczył na drzewo i parskał groźnie.</akap>


<akap>Kama wlazła za nim i już, już go miała uchwycić
za grzbiet, ale kot się naprężył i skoczył na sąsiednie
drzewo, a stamtąd na parkan, gdzie się przyczaił i najspokojniej patrzył zielonymi oczami na psy, drapiące się
po murze i skomlące z wściekłości i na Kamę tak zmęczoną, że ledwie oddychała.</akap>


<akap_dialog>--- Zuch dziewczyna, zuch Kama. A chodź no ty
smyku, niech cię ucałuję --- wołał pan Adam, śmiejąc
się z radości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zmachałam się na nic. Jezus! Ledwie mogę
zipać. Psy do niczego... już w kącie ogrodu pod agrestem miały go w zębach, tylko futro mu się zasypało,
ale się wyrwał i chlusnął na drzewo, my za nim, strzęsłam go, zleciał, psy do niego, a on im parsknął w oczy
i znowu chlust na tę dużą wiśnię. Wlazłam za nim...
a on prawie przeze mnie skoczył dalej. U... zmachałam
się... --- wołała rozpromieniona, trąc kolano o kolano,
bo przy włażeniu na drzewo poobcierała sobie nogi i paliły ją teraz nieco.<end id="e1309768059767-343265099"/></akap_dialog>


<akap>Pan Adam ucałował ją w głowę i odgarnął z twarzy rozsypaną, spoconą czuprynę.</akap>


<akap_dialog>--- Chciałabym, żeby pan był moim wujaszkiem! --- zawołała, obejmując go za szyję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho! pan Karol idzie z Morycem. Wie pan, ja
panu będę mówiła wuju, dobrze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze, bo ja nawet przez twoją ciotkę
jestem jakimś twoim krewnym.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309768217719-1335362119"/><motyw id="m1309768217719-1335362119">Pies, Gość, Żyd</motyw>--- Panno! Anno! Pan Karol z czarnym Morycem
idą na obiad! --- krzyknęła z werendy i poszła naprzeciw idących, bo bardzo lubiła Karola; psy poszły zgodnie za nią i zaczęły wedle starego kurowskiego obyczaju naszczekiwać na gości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho Kurta, cicho pieski, to wasz pan, a tamtego Żyda nie można gryźć, bo nie pachciarz! --- uspakajała, głaszcząc po łbach.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1309768217719-1335362119"/>--- Ja się z panami nie witam, pan Karol nie był
u nas dwa tygodnie, a pan Moryc z tysiąc lat.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za to ja pannie Kamie przywiozłem coś z Berlina, tylko nie mam przy sobie, ale przyniosę do domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My takie obietnice dobrze znamy na Spacerowej, tak samo i pani Stefania nie wierzy panu Karolowi, bo obiecuje przychodzić, a nie był dwa tygodnie --- wołała Kama, wprowadzając ich na werendę, gdzie podano obiad.</akap_dialog>


<akap>Moryc był bardzo blady dzisiaj, dziwnie nerwowy
i dziwnie niespokojny.</akap>


<akap><begin id="b1309768458866-3054558636"/><motyw id="m1309768458866-3054558636">Kobieta, Obyczaje</motyw>Usiłował być rozmownym i zabawnym, bo ustawicznie żartował z Kamy, która się zniecierpliwiła w końcu
i ze zwykłą porywczością chlusnęła mu szklankę wody
w oczy, za co usłyszała taką burę od Wysockiej, że ze
łzami przepraszała.</akap>


<akap_dialog>--- Moryc! Niech się pan nie gniewa, bo jak się
pan będzie gniewać i powie pan cioci, to ja tyle nagadam w domu na pana, tyle nagadam, że i ciocia, i panna
Stefa, i Wanda, i pan Sierpiński, i wszyscy, wszyscy pogniewają się na pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Horn cię wyzwie i zastrzeli z nowej armaty! --- dodał w jej tonie Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A zastrzeli! Co? Nie? Pan myśli, że Horn nie
umie strzelać? W niedzielę w strzelnicy trafiał z pistoletu w asa piętnaście razy na dwadzieścia, sama widziałam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to Kama chodzi do strzelnicy? Dobrze wiedzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie mówiłam... ja...</akap_dialog>


<akap>Rozczerwieniła się<pe><slowo_obce>rozczerwienić się</slowo_obce> --- dziś popr. zaczerwienić się.</pe> gwałtownie, zagwizdała na psy
i uciekła do ogrodu.</akap>


<akap_dialog>--- Cudna dziewczyna! Szkoda, że się tak marnuje
w Łodzi --- szepnął pan Adam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewnie, że byłoby jej lepiej na pastwisku z pastuchami, ale cóż, jej mama tak wiele tego używała
dla siebie, że już dla córki nie starczyło --- ironizował
Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najlepsze dziecko pod słońcem --- powiedziała
Wysocka, patrząc za nią w ogród.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mogłaby być trochę mądrzejszą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zmądrzeje jeszcze, ma czas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie tak wiele, ma przecież z piętnaście lat,
a zupełnie surowa dziczka.<end id="e1309768458866-3054558636"/></akap_dialog>


<akap>Obiad skończył się szybko, szybko również wypili
kawę i powrócili do fabryki, bo gardziele gwizdawek
ryczały ze wszystkich stron swoją zwykłą pobudkę poobiednią.</akap>


<akap>Gdy wyszli, a pan Adam kazał się zawieźć w cień
ogrodu na drzemkę, <begin id="b1309768889227-3531935306"/><motyw id="m1309768889227-3531935306">Miłość tragiczna, Żyd, Małżeństwo, Cierpienie</motyw>Wysocka przysunęła się do Anki
i bardzo radosnym głosem mówiła:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309768975922-1818095031"/><motyw id="m1309768975922-1818095031">Antysemityzm</motyw>--- Muszę ci powiedzieć, że już jestem spokojna
o Miecia. Nie było go dwa dni w domu, wyjeżdżał do Warszawy, przyjechał wczoraj i przy obiedzie powiada
mi, żebym była spokojną, bo się z tą... Grünspanówną
nie ożeni, że ona nie chciała wyjść za niego... Słyszysz, Anka, Grünspanówna nie chciała wyjść za mąż za Wysockiego, za mojego syna! To przechodzi pojęcie, taka
bezczelność żydowska!</akap_dialog>





<akap>--- Pachciarka jakaś... nie chciała wyjść za mojego
syna!... Dobrze się stało, dałam na mszę świętą z radości, ale swoją drogą nie mogę jej darować... Jak ona
śmiała odmówić mojemu synowi... i to kto, prosta Żydówka!... Pokazał mi list jej, w którym ona najbezwstydniej powiada, że go kocha, ale za niego wyjść nie
może, bo na zmianę religii jej rodzina się nigdy nie
zgodzi. Pożegnała go tak czule, że doprawdy, gdybym
nie była wiedziała, że to pisała Żydówka, i gdyby to nie
chodziło o mojego syna, to płakałabym z żalu nad nią. Chcesz, to przeczytaj ten list, tylko nikomu, Anka, ani słowa.
<end id="e1309768975922-1818095031"/></akap>


<akap/>


<akap>Anka czytała długo, bo list był na czterech stronach, drobnym pismem i taki przepełniony łzami, miłością, żalem, zaparciem się siebie, że nie mogła doczytać
do końca i rozpłakała się nad jej cierpieniem.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ ona umiera z bólu... Pan Mieczysław jeśli
ją kocha, nie powinien na nic zważać...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Bóg jej wynagrodzi te cierpienia. Nie bój
się, nie umrze z miłości, wyjdzie za mąż za jakiego
milionera i pocieszy się prędko. Nie znasz Żydówek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cierpienie w każdym sercu jest cierpieniem --- odpowiedziała Anka smutnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się tak mówi, a w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie... nie...<end id="e1309768889227-3531935306"/></akap_dialog>


<akap>Zerwała się gwałtownie, bo od fabryki rozległ się
trzask, potem huk i jakiś nieludzki ryk z kilkunastu
piersi rozległ się po ogrodzie.</akap>


<akap>Po chwili na ścieżce od fabryki ukazała się Kama,
biegnąc co tchu.</akap>


<akap_dialog>--- Rusztowanie!... Jezus... wszyscy zabici... O Jezus, o Jezus!... --- wołała nieprzytomnie, trzęsąc się ze
strachu i przerażenia.</akap_dialog>


<akap>Anka w najwyższej trwodze pobiegła, ale przy
furtce wiodącej z ogrodu na dziedziniec fabryczny stał
człowiek i nie chciał puścić, tłumacząc, że nic strasznego się nie stało, że to tylko rusztowanie szczytowe
się zwaliło i przygniotło kilku ludzi, że właśnie pobiegł tam pan Borowiecki, a jemu kazali nikogo nie
wpuszczać.</akap>


<akap>Anka wróciła do mieszkania, ale gdy Wysocka
z Kamą odeszły, nie mogła wytrzymać dłużej, zdawało
się jej, że słyszy jęki rannych...</akap>


<akap>Posłała Mateusza, żeby się dowiedział szczegółów,
a nie mogąc się go doczekać, zabrała swoją podręczną
aptekę, wypróbowaną tylokrotnie w Kurowie i poszła.</akap>


<akap>Ze zdumieniem zobaczyła, że w fabryce idzie robota w dalszym ciągu.</akap>


<akap>Mularze pogwizdując stali na rusztowaniach przy
głównym korpusie, blacharze rozwijali na dachach wielkie arkusze blachy cynkowej, podwórze było zapchane
wozami, cegłą i wapnem, a w przyszłej przędzalni najspokojniej ustawiano maszyny.</akap>


<akap>Karola nigdzie nie zobaczyła, wyszedł na miasto,
jak ją objaśniono, wskazując jednocześnie salę, w której pracował Maks Baum.</akap>


<akap>Wyszedł do niej spiesznie, był w niebieskiej bluzie,
z twarzą poczernioną, z pozlepianymi od potu włosami,
z fajką w zębach i z rękami w kieszeniach.</akap>


<akap_dialog>--- Co się stało? --- zapytała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I... nic. Zwaliło się rusztowanie, które i tak rozbierać miano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie było żadnego wypadku z ludźmi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Karol nie zginął, wyszedł z Morycem przed
chwilą --- odpowiedział sucho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem o tym, ale czy robotnicy nie ucierpieli,
bo słyszałam krzyk...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Podobno jest ktoś potłuczony, bo również słyszałem ryczenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie oni są? --- zapytała trochę rozkazująco, bo
już ją niecierpliwiła niedbałość jego odpowiedzi i jakby
wyzywający nieco wyraz twarzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za trzecią salą w korytarzu. Po co pani ten
widok?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Doktor jest?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Posyłano, ale nie było go w domu. Jaskólski
opatruje ich tymczasem, a on się zna na medycynie, bo
przecież kiedyś na swoim folwarku puszczał krew bydłu. Nie, ja pani tam nie puszczę, po co się denerwować, to widok nie dla pani, nic im wreszcie pani nie
pomoże --- powiedział stanowczo, zastępując jej drogę.</akap_dialog>


<akap>Obraziła się i spojrzała na niego tak z góry i dumnie, że cofnął się bezwiednie, odsłaniając drzwi i wskazując ruchem drogę.</akap>


<akap>Powrócił do przerwanej roboty, ale od czasu do
czasu zaglądał ukradkiem na korytarz, gdzie leżeli ranni.
Szeroki, oświetlony od podwórza szklaną ścianą
korytarz, służył za tymczasowe schronienie.</akap>


<akap>Leżało ich pięciu w jednym rzędzie pod ścianą,
na świeżych heblowinach i słomie.</akap>


<akap>Jaskólski przy pomocy robotnika opatrywał im rany.</akap>


<akap>Jęki przepełniały korytarz, a od porozbijanych i leżących niby kłody ludzi, sączyły się po białej podłodze
strugi krwi i krzepły w dyszącym cieple, jakie biło od
sal sąsiednich i przez ścianę wystawioną na prażące
upałem słońce.</akap>


<akap>Anka aż krzyknęła, zobaczywszy te okrwawione
postacie, i bez namysłu zaczęła pomagać Jaskólskiemu
w opatrunkach.</akap>


<akap>Trzęsła się na widok połamanych, obrzmiałych już
nóg, strachem ją przejmowały te sine, uwalane w ziemi
i krwi twarze, a ich jęki przejmowały ją takim bólem,
że miała pełne łez oczy i po kilka razy robiło jej się
tak niedobrze, że musiała wychodzić na powietrze, ale
powracała, przemogła zgrozę, przemogła obrzydzenie
i pełna współczucia i litości obmywała im rany i, jak
mogła, tamowała szarpiami<pe><slowo_obce>szarpie</slowo_obce> (daw.) --- bandaże z porwanych materiałów.</pe> krew płynącą.</akap>


<akap>Ujęła wszystko w swoje ręce, bo Jaskólski więcej
wzdychał niż robił, posłała Mateusza, aby natychmiast
sprowadził pierwszego lepszego doktora i felczera.</akap>


<akap>Po fabryce pomiędzy robotnikami rozniosła się zaraz wieść, że sama panienka opatruje chorych, bo coraz
ktoś zaglądał przez szyby i znikał z potwierdzeniem jej
dobroci.</akap>


<akap>Przyjechał w jakie pół godziny Wysocki, który był
urzędowym doktorem przy budowie fabryki i ze zdumieniem przypatrywał się jej promieniejącej i przełzawionej twarzy, jej sukni i rękom pokrwawionym i tym
na pół trupom, którzy stygnącymi rękami chwytali kraj
jej szaty do ucałowania.</akap>


<akap>Zabrał się żywo do roboty i zaraz stwierdził, że
dwóch ma połamane nogi, jeden zgruchotane ramię
i obojczyk, czwarty rozbitą głowę, a piąty, kilkunastoletni chłopak, który mdlał ciągle, jakieś wewnętrzne
obrażenie.</akap>


<akap>Trzech ciężej rannych odstawiono na noszach do
szpitala, po czwartego zgłosiła się żona i wśród krzyków i płaczów zabrała go do domu, pozostał tylko chłopak, którego wreszcie otrzeźwił doktór i kazał kłaść na
nosze, ale chłopak ryknął płaczem i uchwycił się sukni
Anki.</akap>


<akap_dialog>--- Nie dajta mnie pani do szpitala, nie dajta me
pani... laboga nie dajta! --- krzyczał.</akap_dialog>


<akap>Zaczęła mu tłumaczyć i uspakajać, ale nic nie
pomogło.</akap>


<akap>Chłopak drżał ze strachu i obłąkanym wzrokiem
śledzili ruchy ludzi, stojących przy noszach.</akap>


<akap_dialog>--- No dobrze, ale powiedz, gdzie masz matkę, to
cię tam odniosą, a ja będę pamiętać o tobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam matki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdzie, u kogo mieszkasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja tu nikaj<pe><slowo_obce>nikaj</slowo_obce> (gwar.) --- nigdzie.</pe> nie mieszkam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musisz przecież gdzie sypiać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A sypiam... w cegielni Karczmarkowej i zawżdy
rano przyjeżdżam z ceglarzami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż z nim zrobić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do szpitala pójdzie --- zawyrokował doktór, co
chłopaka tak przestraszyło, że uczepił się znowu Anki
i zemdlał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Jaskólski, niech go zaniosą do nas, do
tego pustego pokoju na górze --- zawołała żywo Anka. --- Nie bój się, będziesz się leczył w domu, u nas! --- powiedziała do niego, gdy oprzytomniał.</akap_dialog>


<akap>Chłopak nic nie odpowiedział, tylko gdy go położyli na nosze i nieśli, patrzał w nią z uwielbieniem pełnym zdumienia.</akap>


<akap>Umieścili go na górze, Wysocki go opatrzył, odkrywając, że chłopak ma trzy żebra złamane.</akap>


<akap>Dzień potoczył się dalej zwykłą koleją.</akap>


<akap>Wieczorem, przy kolacji, na której był i Moryc,
Anka wyszła odwiedzić chorego, bo dostał gorączki
i majaczył nieco, dosyć długo tam siedziała i powróciła
bardzo wzruszona, tak, że ręce się jej trzęsły przy nalewaniu herbaty. Miała właśnie powiedzieć o chłopaku Karolowi, gdy on odbierając herbatę, powiedział cicho
z naciskiem:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309770054890-2340350119"/><motyw id="m1309770054890-2340350119">Mężczyzna, Kobieta, Miłosierdzie, Obowiązek</motyw>--- Masz szczególne zachcianki, żeby chorych sprowadzać do domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szpitala bał się, rodziny żadnej nie ma, sypiał
po cegielniach, cóż miałam zrobić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W każdym razie nie zamieniać naszego domu
na szpital dla włóczęgów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież... przecież spotkało go nieszczęście przy
twojej fabryce... więc...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie robił za darmo --- powiedział Karol gniewnie.</akap_dialog>


<akap>Anka spojrzała na niego ze zdumieniem.</akap>


<akap_dialog>--- Pan to serio mówi? Więc miałam go zostawić
na ulicy lub oddać do szpitala, żeby umarł ze strachu,
bo już mdlał, dowiedziawszy się, że go tam odwiozą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lubi pani sentymentalizować bardzo zwykłe
rzeczy. Ładne to, ale zupełnie niepotrzebne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To zależy, jak kto odczuwa ludzkie cierpienia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech mi pani wierzy, że i ja odczuwam, ale
nie może pani ode mnie wymagać, abym się roztkliwiał
nad każdym niedołęgą, nad każdym psem kulawym,
kwiatkiem zwiędniętym lub motylkiem zdeptanym.</akap_dialog>


<akap>Ostra, złośliwa ironia zamigotała mu w oczach.</akap>


<akap_dialog>--- On ma trzy żebra złamane, rozbitą głowę
i krwotok płucny, więc nie jest z kategorii kwiatków
zwiędniętych ani motylków zdeptanych. Cierpi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A niech sobie zdycha z Bogiem --- rzucił ostro,
dotknięty jej wyniosłością tonu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan nie ma litości... --- szepnęła ciszej, z wyrzutem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam litość, tylko mnie nie stać na filantropię. Szkoda, że pani wszystkich nie kazała znieść do mieszkania naszego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie było potrzeba, ale gdyby było, pewnie, że
nie namyślałabym się...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda, że się tak nie stało, byłby ładny widok. Mieszkanie zamienione w szpital, a pani w siostrę miłosierdzia.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Byłby widok piękniejszy, bo pan z pewnością
kazałbyś ich wyrzucić na ulicę --- powiedziała z gniewem i już się nie odzywała, nozdrza się jej poruszały, a oczy rzucały ostre, mocne błyskawice; zagryzała usta, aby pokryć drżenie zdenerwowania.</akap_dialog>


<akap>Nie tyle była gniewna na niego, ile rozżalona na
jego niespodziewane okrucieństwo, nie mogła uwierzyć,
żeby to on miał duszę tak twardą i zamkniętą na niedolę ludzką.</akap>


<akap>To ją głęboko zabolało, spoglądała na niego z niedowierzaniem i obawą, ale Karol unikał jej spojrzeń,
rozmawiał z Morycem i z ojcem i wreszcie podniósł się
do wyjścia.</akap>


<akap>Gdy ją całował w rękę na pożegnanie, szepnęła
cicho:</akap>


<akap_dialog>--- Pan się gniewa na mnie? --- i patrzyła mu
prosząco w oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobranoc pani. Chodźże Moryc. Czy Mateusz
poszedł?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz z wieczora wysłałem go do twojego mieszkania --- powiedział pan Adam, bo Anka rozgniewana
wyszła z jadalni na werendę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Walcz i zwyciężaj w Łodzi, jeśli ci w domu
podstawia nogę mazgajowaty sentymentalizm --- odezwał
się na ulicy Karol.</akap_dialog>


<akap>Moryc szedł w milczeniu i bez humoru.</akap>


<akap_dialog>--- To jest logika kobiet, że dzisiaj porwie ją dola
wrony zdychającej, a jutro bez wahania poświęci rodzinę dla kaprysu chwilowego --- mówił po chwili, mocno
rozdrażniony.</akap_dialog>


<akap>Moryc znowu się nie odezwał.</akap>


<akap_dialog>--- Kobiety lubią uszczęśliwiać ludzkość kosztem
swoich obowiązków najbliższych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic mnie to nie obchodzi, czy one są takie
czy inne, niech tylko będą ładne, jeśli są kochankami,
a bogate --- jeśli mają być żonami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadasz głupstwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty... ty nie masz pieniędzy, czuję to po twoim
humorze.</akap_dialog>


<akap>Karol uśmiechnął się melancholijnie i nie zaprzeczył.<end id="e1309770054890-2340350119"/></akap>


<akap>Mieszkanie było oświetlone i Mateusz czekał z szumiącym samowarem.</akap>


<akap>Karol po przyjeździe Anki sprowadził się z powrotem do dawnego mieszkania, chociaż mu było bardzo
niewygodnie z powodu oddalenia.</akap>


<akap_dialog>--- Był z wieczora zaraz pan Horn i zostawił na
biurku kartkę do pana dyrektora --- meldował Mateusz.</akap_dialog>


<akap>Horn donosił, że po południu aresztowano Grosmana, zięcia Grünzpana, silnie podejrzanego o podpalenie.</akap>


<akap>Horn dlatego donosił o tym, bo wiedział, że Grosman jest w interesach z Morycem.</akap>


<akap_dialog>--- Moryc, masz tutaj wiadomość dla siebie --- zawołał Karol, idąc do jego pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic wielkiego, można spać przy takim kłopocie, kto mu dowiedzie? --- szepnął Moryc, przeczytawszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty jak myślisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja wiem, że on jest czysty jak sztuka perkalu
prosto z blichu<pe><slowo_obce>blich</slowo_obce> --- a. <slowo_obce>blech</slowo_obce>: miejsce, w którym bieli się płótno.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z apretury<pe><slowo_obce>apretura</slowo_obce> (z fr. <slowo_obce>appreter</slowo_obce>: wykańczać) --- wykańczanie, uszlachetnianie tkanin, m. in. przez nasycanie substancjami zmiękczającymi; tu: miejsce, gdzie te czynności się wykonuje.</pe> --- poprawił go Karoł i wrócił do
swego pokoju.</akap_dialog>


<akap>Cisza zapanowała w mieszkaniu.</akap>


<akap>Karol pisał i obliczał u siebie, Moryc również pisał i obliczał w swoim pokoju, a Maks, który od śmierci
matki nie wychodził na miasto wieczorami, tylko prosto
z kolacji od ojca powracał do domu, kładł się do łóżka
i czytywał Biblię albo sprowadzał swego kuzyna, słuchacza teologii i wiódł z nim zacięte rozprawy teologiczne,
kłócił się godzinami z najbłahszego powodu.</akap>


<akap>Mateusz co czas jakiś roznosił herbatę po pokojach i wracał pod piec w jadalnym, drzemiąc i czekając
rozkazów.</akap>


<akap_dialog>--- Psiakrew! --- zaklął Karol, rzucił pióro i zaczął
chodzić po pokoju.</akap_dialog>


<akap>Jadły go już od kilku dni nieustanne kłopoty pieniężne, zawody dostawców, opóźniających jakby umyślnie
terminy różnych dostaw. Maszynę popsuli mu robotnicy,
narażając na wielkie straty.</akap>


<akap>Na domiar złego w fundamentach zakładanych pod
skład pokazała się woda tak obficie, że musiano zaprzestać robót, a tu znowu ten wypadek dzisiejszy i kłótnia
z Anką rozstroiły go zupełnie; rozstrajało go to ostatnie
tym silniej, że czuł się wobec niej winnym i że miał
coraz większy żal do niej.</akap>


<akap>Przeszkadzała mu.</akap>


<akap_dialog>--- Moryc! --- zawołał przez pokój. --- Sprzedaj
resztę bawełny, bo już nie wytrzymam, a od lichwiarzy
nie chcę pożyczać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz wielkie wypłaty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż u diabła, pokazywałem ci dzisiaj rachunki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rachunki widziałem, sądząc, że masz na ich
pokrycie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic prawie nie mam i w dodatku zawodzi mnie
wszystko... Sprzysięgli się na nas, czy co? Gdzie utknę
o kredyt --- odmowa. Nawet Karczmarek chciał weksli
z trzymiesięcznym terminem. Coś w tym jest. Kto nam
może szkodzić? Bo że to jakaś konkurencyjna sprawa,
to zaczynam widzieć... Jak to! Czterdzieści tysięcy rubli
gotówki włożyć i nie móc dokończyć fabryki? Nie znaleźć na drugie tyle kredytu, i to w Łodzi, gdzie taki łajdak, plajciarz jak Szmerling buduje ogromną fabrykę,
nie mając ani grosza, gdzie byle parch robi wielkie interesy kredytem, ja muszę się udawać do prywatnych
pożyczek!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Weź spólnika z gotówką albo z kredytem dużym, znajdziesz łatwo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję ci za radę, sam zacząłem, to i sam
skończę albo padnę. Wziąć wspólnika z pieniądzmi, to
znaczy iść do służby, iść znowu w zależność dlatego,
żeby się męczyć dalej i stworzyć jeszcze jedną tandeciarnię. Chcę fabryki i chcę pieniędzy, ale tandety wyrabiać nie będę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Źle obliczasz, tandeta daje największe zyski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty liczysz jak kramarz, jak Zuker, Grünspan i wszyscy wasi fabrykanci. Chcesz zarobić rubla
na rublu i to zarobić zaraz, dzisiaj, nie licząc się z tym,
że odbiorca może się tylko raz złapać, a na drugi raz
pójdzie kupić do kogo innego, a ty będziesz czekał na
sucho nowego głupca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy ich nie braknie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W handlu braknie ich prędzej, niż przypuszczasz,
bo z podniesieniem ogólnego dobrobytu wzmagają się
wymagania. Chłop na wsi kupi chustkę Zukera dla kobiety, ale ten sam chłop przeniesiony do miasta weźmie
na drugi raz już Grünspanowską, a jego dzieci, chociażby były wyrobnikami, sięgną po Meyerowskie. Już
ogół kupujących zaczyna rozumieć, że taniość towaru
leży w jego dobroci, a nie w niskiej cenie. Bucholc, Meyer i Kessler dobrze to rozumieją i robią interesy na
towarach solidnych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robią, prawda, ale znacznie prędzej robi miliony Szaja, Grünspan i stu innych, i dla dwustu nowych jest jeszcze wielkie miejsce i czas do zrobienia
majątku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Otóż wątpię, czy starczy czasu tym stu nowym
tandeciarzom do zrobienia pieniędzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, więc tylko dlatego chcesz uszlachetniać
łódzką produkcję?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę się przecież liczyć z zapotrzebowaniami
rynków z przyszłością... Dobry, wysoki gatunek może
iść lepiej, więc go robić będę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumiem cię dobrze, ale wielkiego zaufania
nie mam do tego jutra, wolałbym dzisiaj robić interesy. To, coś powiedział o wyrabianiu się wyższych zapotrzebowań u kupujących, o ich zwiększaniu, to może być
prawdą, o tym można by nawet obszerniej pomówić i napisać piękny ekonomiczny artykuł, ale na tym trudno
opierać fabrykę, z tego nie wyciągniesz milionów.</akap_dialog>



<akap>Zamilkli obaj na długo i rozmyślali.</akap>


<akap_dialog>--- Ile ci potrzeba?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę w sobotę mieć dziesięć tysięcy rubli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hm... zapomniałeś o Müllerze! Przecież sam ci
się ofiarował z pożyczką...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętam, wiem, że na jedno słowo otworzyłby
mi kasę na rozcież... ale... tego słowa powiedzieć nie
mogę... niestety nie mogę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli idzie o fabrykę, o całą przyszłość, to ja bym się długo nie namyślał... ja bym wszystko puścił...
a powiedział to słowo... --- szepnął znacząco Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę... choćbym chciał... nie mogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jeśli będziesz musiał?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tymczasem tego musu jeszcze nie ma. Nie
mówmy o tym!</akap_dialog>


<akap>Wstrząsnął się.</akap>


<akap_dialog>--- Ty Karol jesteś przesądny, a to nie pomaga
w interesach. Ty o wielu rzeczach już myśleć umiesz,
ale boisz się jeszcze je wprowadzać w życie. To cię
może drogo kosztować, bo na przesądy trzeba mieć duży
grosz...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myślisz, że to, co nazywasz przesądami, to garderoba, którą w każdej chwili zmienić można? To
wgryzło się w krew i dlatego taka ciężka z nim walka,
a ciężka i dlatego, że jeszcze nie zupełnie jestem przekonany o bezużyteczności tych przesądów, a czasami
myślę... ale mniejsza z tym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To źle. Z takimi głupstwami można być najlepszym kolorystą w świecie, ale trudno być średnim
nawet fabrykantem w Łodzi. Może się wahasz? Może
masz ochotę powrócić do Knolla, przyjmie cię... --- drwił
Moryc, skubiąc brodę nerwowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj pokój. Nie powraca się do dzieciństwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ale można z niego nigdy nie wyrastać.</akap_dialog>


<akap>Karol się nie odezwał, tylko uważniej spojrzał
w jego oczy.</akap>


<akap_dialog>--- Mogę ci dostarczyć pieniędzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pożyczysz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, powiększę swój wkład spółkowy. Nie opłaci
mi się pożyczać, a i tobie będzie wygodniej, nie będzie
ci ciężył termin spłaty, a przy tym w stosunku do wysokości wkładu mogę się zająć częścią interesów fabryki,
po cóż się masz zapracowywać! --- mówił wolno, niedbale prawie, z uwagą oglądając sobie paznokcie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mógłbym ci wystawić weksle z sześciomiesięcznym terminem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stanowczo pożyczka mi się nie opłaci, bo wolałbym te pieniądze puścić w ruch, obróciłbym w tym
samym czasie kilka razy. Przyjmujesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, jutro pomówimy obszerniej. Dobranoc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobranoc! --- szepnął Moryc, nie odrywając
oczów od paznokci, aby się nie zdradzić z radością, jaką
mu sprawił ten interes, a gdy Karol wyszedł, zamknął
za nim drzwi na klucz, zasłonił okno, otworzył małą,
wmurowaną w ścianę kasę ogniotrwałą, z której wyjął
ceratową kopertę, pełną notat i rachunków i owiniętą
w papier dużą paczkę banknotów.</akap_dialog>


<akap>Pieniądze przeliczył i schował je zaraz z powrotem.</akap>


<akap_dialog>--- Gruba operacja! A jeśli się nie uda? --- skrzywił się nerwowo z obrzydzeniem i spojrzał na drzwi.</akap_dialog>


<akap>Wydało mu się, że usłyszał kroki wielu osób i szczęk
broni.</akap>


<akap>Uśmiechnął się z przywidzenia i z zapałem zabrał
się do studiowania bilansu fabryki Borowieckiego.</akap>


<akap>Cały stan czynny i bierny jego interesów miał
w notach i rachunkach, które mu skopiował jego człowiek, pracujący w kantorze budowy.</akap>


<akap>Karol zaś, chociaż przystał pozornie na powiększenie jego udziału w spółce, obiecywał sobie solennie, że
musi się z tego wykręcić, że znajdzie jaki sposób wyeliminowania go zupełnie ze spółki.</akap>


<akap>Zbyt dobrze znał Moryca, aby mógł mu ufać.</akap>


<akap>A zresztą ta bezinteresowność dziwna u człowieka,
dla którego rubel był Bogiem jedynym, a z jaką Moryc
narzucał mu się od pewnego czasu, zastanawiała i czyniła go jeszcze ostrożniejszym.</akap>


<akap>Maksa się nie obawiał, bo znał jego uczciwość
i wiedział, że Maksowi potrzeba tylko do szczęścia wielkiej pracy i pozorów pewnej samodzielności.</akap>


<akap>Maks pragnął robić u siebie, ale było mu to dotychczas obojętnym, czy jego dziesięć tysięcy rubli wkładu
da mu dziesięć tysięcy procentu, czy też będzie żył tylko
z pensji, jaką miał pobierać za prowadzenie przędzalni
i tkalni.</akap>


<akap>Moryca zaś się obawiał.</akap>


<akap>W tej walce podjętej w imię: ,,Kto kogo prędzej
okpi", musiał być nadzwyczaj ostrożnym.</akap>


<akap>Wzmianka o Müllerze wzburzyła nieco Borowieckiego.</akap>


<akap><begin id="b1309772694439-1758545305"/><motyw id="m1309772694439-1758545305">Kobieta, Mężczyzna, Małżeństwo, Interes, Grzeczność</motyw>Anka mieszkała już w Łodzi, w mieście wiedziano
o jego narzeczeństwie, ożenić się z nią musiał...</akap>


<akap>Przypominał to sobie dobrze i dosyć często, bo
przecież jej pieniędzmi w połowie prowadził budowę.</akap>


<akap>Ale w głębi nie wierzył, że się z nią ożeni i dlatego
nie zrywał zupełnie z Madą, nie zaniedbywał krótkich,
przypadkowych niby odwiedzin sąsiadów i mówienia
dziewczynie wielu znaczących grzeczności.</akap>


<akap>Prowadził podwójną grę zupełnie świadomie, ale
jeszcze nie wiedział, na czym się ona skończy, dokąd ją
doprowadzić, bo chciał przede wszystkim skończyć fabrykę.</akap>


<akap>Przesądy, o których Morycowi wspominał, walki,
jakie z nimi niby staczał, były to tylko pewne myślowe
pozostałości, przeżytki, rozpryski dawno leżącej w gruzach etyki, sumaryczne zestawienia z automatycznych
wyrazów, nic więcej, bo te przesądy, ich treść, zupełnie
nie kierowały jego wolą, jego postępowaniem i nie wpływały na postanowienia.</akap>


<akap>Nie przesądy mu przeszkadzały do ujawnienia swoich dążeń, do otwartego robienia tego, co po cichu uważał za konieczne, a tylko pewna wstydliwość, wzgląd na
ojca i gruba warstwa towarzyskiego savoir-vivre'u, zabraniająca czynienia źle w formach jaskrawych i brutalnych.<end id="e1309772694439-1758545305"/></akap>


<akap>Był za dobrze wychowanym na to, aby robić łajdactwa, no i nie był organicznie zdolnym do czynów,
jakie by z zimną krwią i spokojnie popełnił Moryc.</akap>


<akap>Nie umiałby przecież podpalić własnej fabryki wysoko zaasekurowanej ani zarwać czyjego zaufania, ani
wyzyskiwać robotników. To byłoby dla niego zbyt ordynarnym, takimi środkami brzydził się i czuł do nich
pogardę człowieka kultury.</akap>


<akap>Tyle innych sposobów jest do zrobienia pieniędzy...</akap>


<akap><begin id="b1309772795713-1161365731"/><motyw id="m1309772795713-1161365731">Zło, Cnota, Interes</motyw>Zło miało dla niego wartość wtedy, jeśli było koniecznym i opłaciło się, cnotę kochał, bo była piękniejszą, a uwielbiał, jeśli dawała zyski większe.</akap>


<akap><end id="e1309772795713-1161365731"/>Myślał właśnie o tych i tym podobnych rzeczach,
uśmiechał się nieco cynicznie i czuł dużo goryczy
i smutku, rozmyślając nad sobą.</akap>


<akap_dialog>--- A w końcu wszystkiego --- śmierć! --- szepnął
i zabrał się do czytania listów.</akap_dialog>


<akap>Przeczytał tylko list od Lucy, w którym go błagała, aby jutro się z nią zobaczył koniecznie, resztę zostawił na później i poszedł do pokoju Maksa, bo nie
mówił z nim prawie od pogrzebu matki.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż u ojca słychać? Nie miałem jeszcze czasu
go odwiedzić. Trawiński weksle wykupił?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wykupił; ale to wszystko nie pomoże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stary już na nic. Dwadzieścia warsztatów jest
czynnych z pięciuset! Trzy miesiące, pół roku najwyżej,
a fabryka zdechnie z nim razem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy się co nowego stało?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, tylko z większym rozpędem idzie do końca. Szwagierkowie go dogryzą, bo wystąpili urzędownie
o uregulowanie działów po matce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo naturalne żądanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I jemu też wszystko jedno, kazał im robić, co
chcą tylko, kazał im sprzedać place, byle mu pozostawili fabrykę samą. Całe dnie siedzi w kantorze z Józiem, chodzi na cmentarz, a w nocy łazi po fabryce. Początki melancholii. No, ale mniejsza, chciałem ci powiedzieć, żebyś zwrócił uwagę na Moryca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? Wiesz co? --- zapytał żywo Karol</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze nic nie wiem, ale już z jego pyska widzę, że przeżuwa jakieś łajdactwo. Za dużo plajciarzy
przychodzi do niego.</akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XI</naglowek_rozdzial>




<akap_dialog>--- Cóż tak żujesz? --- zapytał Karol rano przy
herbacie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Interesy, grube interesy --- odparł Moryc, odrywając oczy od szklanki z herbatą, którą trzymał w obu
rękach, ale nie pił, głęboko zamyślony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To znaczy pieniądze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Duże pieniądze. Idę właśnie zrobić dwie operacje, które, jeśli się udadzą, postawią mnie na nogi. Ale pieniądze możesz mieć przed wieczorem. A co z bawełną zrobić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie sprzedawaj jeszcze, mam pewną ideę.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309773314438-1488359884"/><motyw id="m1309773314438-1488359884">Uroda</motyw>--- Dlaczego Maks spojrzał na mnie jak zbój, nie
przywitał się i poszedł?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, wczoraj mi tylko wspominał, że nosisz w twarzy jakieś nowe łajdactwo, że coś zamierzasz...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On jest głupi, co ja za łajdactwo mogę nosić
w twarzy, przecież ja mam twarz zwykłą, porządnego
człowieka twarz, nieprawdaż Karol?</akap_dialog>


<akap>Oglądał się w lustrze starannie i swoim ostrym,
jakby przyczajonym do skoku rysom, nadawał dobroduszny wyraz.<end id="e1309773314438-1488359884"/></akap>


<akap_dialog><begin id="b1309773433318-51545245"/><motyw id="m1309773433318-51545245">Ojciec, Interes, Szaleniec</motyw>--- Nie dziw mu się, jest zgnębiony sprawami ojca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Radziłem mu dobrze; wziąć starego pod kuratelę, obezwłasnowolnić<pe><slowo_obce>obezwłasnowolnić</slowo_obce> --- dziś: ubezwłasnowolnić.</pe>; w fabryce zaprowadzić swoją
administrację. Nie zgodził się, chociaż córki i szwagrowie chcieli. W ten tylko sposób mogli coś uratować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maks powiada, że majątek ojca, więc stary może
go nawet zmarnować, jeśli mu się tak podoba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On jest za mądry, żeby tak myślał szczerze,
tam coś innego być musi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może i nie być, bo, bądź co bądź, to dosyć nieprzyjemne ogłaszać wariatem własnego ojca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja też nie mówię, że przyjemna taka afera.
Ojciec... duża rzecz, ale fabryka, interesy, także są warte,
aby dla nich coś poświęcić... Ty jak byś zrobił?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie potrzebuję o tym myśleć, bo mój ojciec nie
ma prawie nic...<end id="e1309773433318-51545245"/></akap_dialog>


<akap>Moryc się roześmiał wesoło i zamilkł, ubierał się
do wyjścia, ale zwlekał, wymyślał Mateuszowi, przebierał się kilka razy, przymierzał cale stosy krawatów.</akap>


<akap_dialog>--- Ubierasz się jakby do oświadczyn...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może będą i oświadczyny... może... --- odpowiedział, uśmiechając się blado.</akap_dialog>


<akap>Ubrał się wreszcie i wyszedł razem z Karolem, ale
był tak roztargnionym, że dwa razy powracał do domu
po zapomniane przedmioty, a gdy wciskał binokle na
nos, ręce mu drżały, a upał jaki się już podnosił, zdenerwował go jeszcze bardziej.</akap>


<akap>Drżał cały w sobie i nie mógł utrzymać laski, wylatywała mu kilka razy z rąk.</akap>


<akap_dialog>--- Wyglądasz, jakbyś się czego bał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdenerwowany jestem, musiałem się przepracować --- szepnął cicho.</akap_dialog>


<akap>Wstąpili razem bo kwiaciarni, gdzie Karol kupił
ogromny pęk róż i goździków i kazał go natychmiast
zanieść Ance. Chciał kwiatami załagodzić wczorajszą
swoją brutalność.</akap>


<akap>Moryc poszedł do swojego kantoru na Piotrkowską,
ale nic robić nie mógł; zajrzał do składów bawełny,
wydał polecenie Rubinrothowi, wypalił kilka papierosów,
nie przestając ani na chwilę myśleć o Grosglicku i o interesie, z jakim miał iść do niego.</akap>


<akap>Wstrząsał się od czasu do czasu febrycznie i wtedy
bezwiednie dotykał ceratowej koperty z pieniędzmi, jaką
miał w kieszeni i uspakajał się, na chwilę wracał mu
swobodny wyraz twarzy i odwaga, przenikała go energia i chęć natychmiastowego działania.</akap>


<akap>W jednej z takich chwil odważnie poszedł do Grosglicka, ale cofnął się już z przed kantoru, spacerował
czas jakiś po Piotrkowskiej i słuchając myśli, jaka mu
przyszła w tej chwili, kupił bukiet najpiękniejszych i najdroższych, jakie były kwiatów, kazał je związać bardzo
kosztowną wstążką i wypisawszy na swoim bilecie adres
Meli Grünspan, wysłał, polecając zostawić bilet razem
z kwiatami.</akap>


<akap>Wpisał wydatek w notes pod tytuł: ,,nieprzewidzianych --- osobistych", ale ,,osobistych" wykreślił i napisał ,,firmowych" i chociaż było dosyć wcześnie poszedł
do ,,kolonii" na obiad.</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba jeszcze obmyślić --- usprawiedliwiał się
przed sobą.</akap_dialog>


<akap>W jadalnym sprzątano porozkładane roboty i nakrywano do obiadu, w drugim pokoju turkotały maszyny i słychać było głosy rozmów.</akap>


<akap>Stołownicy schodzili się z wolna.</akap>


<akap>Najpierw przyszedł Malinowski i cicho usiadł pod
ścianą, był taki zbiedzony i smutny, że pani Stefania
przysiadła się do niego.</akap>


<akap_dialog>--- Co panu jest?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chory jestem... chory!</akap_dialog>


<akap>Przesuwał palcami po czole, westchnął i wpatrzył
się w nią zielonymi oczami tak boleśnie, że nie wiedząc
co mówić --- odeszła.</akap>


<akap>Nic się nie odzywał, gdy już zebrali się wszyscy
i jeść zaczęli, dopiero gdy przyszedł Horn i usiadł przy
nim, powiedział mu cicho:</akap>


<akap_dialog>--- Wiem, gdzie ona mieszka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zośka, w Stokach, w pałacu Kesslera...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zajmujesz się nią jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie... ale byłem ciekawy, gdzie mieszka.</akap_dialog>


<akap>Zamilkł.</akap>


<akap_dialog>--- Wiecie państwo, że Grosman, zięć Grünspana
aresztowany? --- zapytał Horn.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiemy, wiemy. Odpocznie sobie ptaszek, ochłodzi się od fajerów<pe><slowo_obce>fajer</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Feuer</slowo_obce>) --- ogień, pożar.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Grosman, to szwagier pięknej panny Meli? --- zagadnęła pani Stefania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, niedawno stało mu się nieszczęście, spaliła mu się fabryka, biedny człowiek, byłby się pocieszył
asekuracją, a tu go cap za kołnierz i do kozy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomyłka. Grosman jeszcze dzisiaj będzie wolny! --- odezwał się Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oni są zawsze niewinni, oni się zawsze mylą,
biedny naród ci Żydzi... --- drwił Sierpiński i zaczął
wymyślać i dowodzić Morycowi, że jego rasa jest najpodlejszą na świecie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadaj pan zdrów, to panu dobrze zrobi na
trawienie, ale czemu to pan tego nie powie swojemu
pryncypałowi Baruchowi, pan myślisz może, że on szlachcic? --- odpowiadał pobłażliwie Moryc, bawiąc się zacietrzewieniem Sierpińskiego, którego zaczęli popierać
inni tak gorąco, że aż się zawiązała kłótnia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Horn, niech pan tutaj siądzie przy nas --- wołała Kama, robiąc mu miejsce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja chcę się pana o coś spytać --- dopowiedziała, gdy usiadł przy niej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham z uwagą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy pan ma metresę<pe><slowo_obce>metresa</slowo_obce> (z fr. <slowo_obce>maîtresse</slowo_obce>: pani, mistrzyni) --- kochanka, utrzymanka; początkowo: faworyta królewska.</pe>? --- zawołała głośno.</akap_dialog>


<akap>Umilkli wszyscy ze zdumienia, a potem wielki wybuch śmiechu rozległ się w całym pokoju.</akap>


<akap_dialog>--- Co ty wygadujesz, dziewczyno! --- krzyknęła
rozczerwieniona ciotka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No cóż w tym złego! Przecież w każdym francuskim romansie młodzi ludzie mają swoje przyjaciółki --- tłumaczyła się niezmieszana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Papuga jesteś, powtarzasz słowa, których znaczenia nie rozumiesz po polsku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jezus! Nic nie rozumiem, za co ciocia krzyczy
na mnie!</akap_dialog>


<akap>Wzruszyła ramionami i poszła do saloniku, ale
gdy przyszedł za nią Horn, zawołała porywczo:</akap>


<akap_dialog>--- Ja jestem papuga i z panem wcale nie mówię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciocia tak Kamę nazwała, a nie ja. Chciałem
się dowiedzieć, dlaczego się Kama ze mną nie przywitała? Dlaczego Kama mnie tyranizuje? Dlaczego Kama
robi miny? Co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kama min nie robi, Kama nie tyranizuje, ale
niech Horn idzie sobie do szansonistek<pe><slowo_obce>szansonistka</slowo_obce> --- aktorka występująca w rewii, kabarecie itp.</pe>, na łobuzerkę...
Ja wiem wszystko, wszystko...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to Kama wie? --- zapytał poważnie, tłumiąc wesołość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko, wszystko, że pan niegodziwy, niedobry, obrzydliwy, łobuz... Pan Fiszbin powiedział mi,
dlaczego to pan w niedzielę u nas nie był... Był pan
w Arkadii!... Upił się pan, śpiewał pan... i... i... całował
pan te... Ja pana nienawidzę, ja się panem brzydzę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja Kamę kocham jeszcze więcej.</akap_dialog>


<akap>Chciał ją ująć za ręce, ale się wyrwała i uciekła
za stół.</akap>


<akap_dialog>--- To tak, jak pan był nieszczęśliwy, to pan do
nas przychodził, żebyśmy pana pocieszały, żebyśmy kompresy przykładały panu na głowę, żebyśmy płakały nad
panem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedyż ja to byłem taki nieszczęśliwy? --- zapytał Horn.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy? A zanim pan dostał miejsce u Szai.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy nie czułem się nieszczęśliwym, a wtedy
właśnie bawiłem się najlepiej, bo miałem czas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to! Nie był pan nieszczęśliwym? --- zawołała,
przyskakując do niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I nie jest pan nieszczęśliwym? --- pytała gorączkowo, głosem pełnym łez, żalu i oburzenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani mi się śniło. Kama, co tobie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan nie był nieszczęśliwym!... A ja się modliłam za pana, a ja dałam na mszę na pańską intencję,
nie kupiłam kapelusza, bo nie śmiałam stroić się; płakałam, myślałam ciągle o panu, nie sypiałam, byłam
taka nieszczęśliwa, a pan nie był nieszczęśliwy! O mój
Boże... mój Boże, jaka ja jestem nieszczęśliwa! --- szeptała urywanym, gorączkowym, pełnym głębokiego żalu
głosem i łzy jak groch zaczęły się toczyć coraz gęściej
po jej twarzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kama moja! Dziecko drogie, Kama! Dzieciaku
cudny! --- szeptał porwany i rozrzewniony, całując ją
po rękach.</akap_dialog>


<akap>Kama wyrwała je, zasłoniła sobie twarz i przez
łkanie wołała:</akap>


<akap_dialog>--- Ja pana już nie kocham! Żeby pan był nieszczęśliwym... to bym... to bym... za panem poszła w ogień...
na śmierć... ale... ale pan jest obrzydliwy... zły człowiek.
Pan nie jest nieszczęśliwy... pan mnie oszukiwał...</akap_dialog>


<akap>Płakała spazmatycznie, Horn już nie wiedział, co
robić, próbował się tłumaczyć, ale Kama nie chciała
słuchać, a jemu pomimo rozrzewnienia śmiać się chciało
z jej dzieciństwa, więc usiadł przy niej. Odsunęła się
gwałtownie, pochwyciła pieska z kanapy i zastawiając
się nim, wołała:</akap>


<akap_dialog>--- Gryź go Picolo, gryź, bo to niedobry człowiek,
oszukał Kamę, bo go już nie kocham.</akap_dialog>


<akap>Uśmiechnął i zwrócił się ku wyjściu, bo i fabryki
zaczęły już ryczeć swoją pieśń poobiednią.</akap>


<akap_dialog>--- Pan się nawet ze mną nie żegna? To pan
mnie nawet nie przeprasza? --- zawołała prędko, ocierając łzy. --- Dobrze. Od dzisiaj się nie znamy. Dobrze. Od dzisiaj będę chodziła na spacer z Malinowskim albo
z Krzeczkowskim, albo z Blumenfeldem, albo z tymi,
z którymi będzie mi się podobało. Tak, tak, zrobię to,
jak ciocię kocham, żeby pan nie myślał, że idzie mi
o pańskie towarzystwo...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I mnie wszystko jedno, bo się będę lepiej i weselej bawił w Arkadii niż z Kamą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko mi jedno, niech je pan całuje, niech
się pan upija jak Bum-Bum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc żegnam Kamę na zawsze --- zawołał
patetycznie i wyszedł.</akap_dialog>


<akap>Patrzyła srogo za nim, z kamienną obojętnością
słuchała zamykania drzwi, ale gdy usłyszała, że już
schodzi po schodach, zrobiło się jej strasznie żal, że
może już naprawdę nie przyjdzie.</akap>


<akap>Wyjrzała oknem, widziała jak przechodził na drugą
stronę Spacerowej i znikał w bocznej uliczce, wtedy
ciężko upadła na kanapkę, przycisnęła Picola do piersi
i wybuchnęła.</akap>


<akap_dialog>--- Picolo mój jedyny, jaka ja jestem nieszczęśliwa!</akap_dialog>


<akap>Ale nie mogła płakać, przejrzała się w lustrze,
poprawiła rozwichrzoną czuprynę, krokiem poważnym
poszła do ciotki, wzięła ją za rękę i z tajemniczą twarzą przyprowadziła do saloniku, a rzucając się jej na
szyję, zawołała tragicznie:</akap>


<akap_dialog>--- Już się stało! Już się nigdy nie zobaczymy
z Hornem! Ciociu, jaka ja strasznie jestem nieszczęśliwa!</akap_dialog>


<akap>Ale zobaczywszy, że ciotka nie okazuje zbytniego
zainteresowania, odsunęła się i zapytała boleśnie, z wyrzutem:</akap>


<akap_dialog>--- I ciocia nawet nie płacze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to znowu za bziki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panno Kamo, czy dzisiaj dostanę buzi na do
widzenia --- wołał Moryc, uchylając drzwi z przedpokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Picolo pana pocałuje! --- zawołała, rzucając
się z psem do niego, ale Moryc nie czekał i wyszedł.</akap_dialog>


<akap>Na ulicy znowu zaczął się ociągać i zwlekać z pójściem do Grosglicka; zaczął przypominać sobie, czy
nie ma gdzie indziej pilniejszego interesu do załatwienia,
potem, że musi się w pewnej sprawie widzieć z Kesslerem, że powinien zajrzeć do domu.</akap>


<akap>Przemógł się wreszcie i wszedł do kantoru bankiera.</akap>


<akap_dialog>--- Szef u siebie? --- zapytał, witając się ze Stachem Wilczkiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest, od paru dni ciągle posyła po pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skończyłeś pan z Grünspanem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dopierośmy zaczęli, jesteśmy w piętnastym tysiącu...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I jeszcze nie koniec? --- zapytał ze zdumieniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie jesteśmy nawet w połowie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie przerachuj się Wilczek? Ja panu dobrze
życzę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Radziłeś mi pan sam przecież trzymać się mocno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Radziłem? Ja radziłem? Być może, ale wszystko
ma swoje maksimum --- mówił niezadowolony, bo radził mu przyciskać Grünspana wtedy, gdy nie miał
zdecydowanych zamiarów na Melę, ale teraz gniewało
go to serdecznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale przyjdź pan do kantoru Borowieckiego
podpisać kontrakt na dostawę węgla.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję panu bardzo... bardzo --- szeptał uradowany Wilczek, ściskając mu ręce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tylko mam z panem coś do pogadania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedz pan otwarcie, co mam dać za to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Określimy później. Mam na pana większe zamiary. Za pół godziny wyjdę, odprowadź mnie pan,
wtedy to pomówimy.</akap_dialog>


<akap>Moryc wolno ściągnął palto, zatarł ręce i raz jeszcze
spojrzał na zaciemnioną gwałtownie ulicę, bo deszcz
zaczął padać i brzęczeć po szybach.</akap>


<akap_dialog>--- Co będzie to będzie, dobrze będzie --- myślał
i wszedł do gabinetu bankiera, który na jego widok
zerwał się z krzesła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak się pan ma, jak się kochany pan ma! --- wołał, całując go. --- Ja byłem tak niespokojny o pańskie zdrowie! To bardzo niepoczciwie zostawiać swoich
przyjaciół w takiej długiej niepewności. Myśmy się wszyscy kłopotali o pana! Nawet Borowiecki bardzo się pytał o pana.</akap_dialog>


<akap>Moryc się uśmiechnął nieznacznie z tej troskliwości.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż wełna? A jednak ja się grubo stęskniłem
za panem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję. Pan jesteś bardzo dobry człowiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto może mówić inaczej o mnie! Ja wczoraj
dałem dwadzieścia pięć rubli na kolonie letnie. Patrz
pan, tu stoi to wydrukowane.</akap_dialog>


<akap>Podsunął mu gazetę.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż nasza wełna? --- zapytał dość niecierpliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan wiesz, jak place idą w górę, jak cegła
podskoczyła, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem, bo my trochę robimy w placach. Zacznie się w Łodzi duży ruch. Słyszałeś, pan, co na mieście o Grosmanie? --- zapytał nieco ciszej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Policja... tak...</akap_dialog>


<akap>Uśmiechnął się.</akap>


<akap_dialog>--- Sza... sza... --- syknął, obejrzał się na wszystkie strony, zajrzał do kantoru, czy kto nie podsłuchuje
i mówił mu do ucha: --- Jego wczoraj prawie aresztowali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już wczoraj wieczorem o tym słyszałem, zaraz
po przyjeździe, że go zupełnie aresztowali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Łódź to jest bardzo plotkarskie miasto. Oni
się zaraz potrzebują interesować wszystkim. Co to
komu do tego, co drugi robi! Grosmana denuncjowali,
ale jemu nic nie zrobią, bo on jest czysty jak ja.</akap_dialog>


<akap>Moryc znowu się uśmiechnął dwuznacznie.</akap>


<akap_dialog>--- Ale czy to potrzebne, żeby się policja mieszała
do prywatnych interesów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan wysoko angażowany w tym interesie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na całe trzydzieści tysięcy! On byłby się wylizał trochę! No cóż, nieszczęścia chodzą i po fabrykach,
i po ludziach, i po towarach, a asekuracja droga i płacić potrzeba za darmo! Jak kto ma pech, to mu i ogień
zdechł...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic mu się nie stanie, Grosman uczciwy człowiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówię to samo, ja bym nawet za niego zaręczył, ale cóż pan poradzisz, jest tyle łajdaków w Łodzi,
co gotowi przysięgać, że widzieli, jak on... bo ja już
wiem, czego oni nie powiedzą. <begin id="b1309776046585-120604972"/><motyw id="m1309776046585-120604972">Interes, Szantaż</motyw>Cóż z naszą wełną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kupiłem i zaraz sprzedałem za gotówkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To dobrze, bo mnie dzisiaj dużo potrzeba gotówki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Komu nie potrzeba dużo gotówki! --- powiedział
melancholijnie Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan ją będziesz miał, bo pan masz głowę.
Masz pan przy sobie pieniądze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam --- odparł wolno i spokojnie, chociaż
serce uderzyło mu mocniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyślij mi pan przed czwartą koniecznie, mam
wekslowe wypłaty. Dużo zarabiamy? --- zapytał, częstując go cygarem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja zarabiam dosyć, ale pan...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, przecież do spółki, mój kapitał... --- zaczął
prędko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kapitał mój, bo jest u mnie --- rzucił Moryc,
zapalając cygaro.</akap_dialog>


<akap>Bankier nie słyszał dobrze, czy nie mógł uwierzyć
lub zrozumieć, bo odbierając od niego zapałkę, zapalał
swoje cygaro i mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Umówiliśmy się na dziesięć procent po odtrąceniu kosztów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapłacę panu dziesięć procent rocznie, ale kapitału nie zwrócę --- ciągnął spokojnie Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Co pan gadasz? Pan masz małe rybki
w głowie<pe><slowo_obce>małe rybki w głowie</slowo_obce> --- kiełbie we łbie; synonim głupoty, wariactwa.</pe>! --- krzyknął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówię panu otwarcie, że pieniądze ulokowałem
w swój interes.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moje pieniądze!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pańskie pieniądze. Pożyczyłem od pana na długi
termin...</akap_dialog>


<akap>Bankier odskoczył, stał chwilę zdumiony, nie wierząc uszom własnym.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Moryc Welt, wypłać mi pan natychmiast
moje trzydzieści tysięcy marek!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Grosglick, pieniędzy panu nie oddam,
wziąłem je dla siebie, potrzebne mi są do poprowadzenia większego interesu, zapłacę od nich dziesięć procent
rocznie, a oddam, jak się dorobię --- mówił zimno Moryc
i już odzyskał zupełny spokój i równowagę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan zwariowałeś! Pan jesteś chory, zmęczony
drogą i interesami, odpocznij pan trochę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Antoni! Przynieś wody szklankę! Antoni! Przynieś wody sodowej! Antoni, przynieś butelkę szampańskiego --- zmieniał gorączkowo rozkazy, podbiegając za
każdym razem do służącego, stojącego w progu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To te upały uderzają do głowy, ja wiem, mnie
samego o mało już którego dnia szlag nie trafił... Kochany pan Moryc, prawda, pan jesteś bardzo blady,
pana pewnie serce boli, może zawołać doktora?</akap_dialog>


<akap>Moryc uśmiechnął się drwiąco z jego wystraszonej
miny.</akap>


<akap_dialog>--- Uspokój się pan trochę. Zaraz, ja tu mam kolońską wodę, wytrę panu głowę.</akap_dialog>


<akap>Zmaczał chustkę i chciał ją położyć na skroniach
Moryca.</akap>


<akap_dialog>--- Daj pan pokój, jestem zupełnie zdrów i przytomny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To mnie bardzo cieszy. Aj, aj! Jak mnie pan
przestraszył, to się na moim zdrowiu odbije. Ale pan
jesteś dowcipny, ha, ha, ha! Żeby mi takiego figla urządzić, a ja się szczerze przyznam, że uwierzyłem, ha, ha,
ha! To mi się podoba. No, daj no pan pieniądze, bo
w kasie czekają na nie. Bardzo dowcipne, bardzo...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam. Powiedziałem już panu, że pożyczyłem je sobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to jest? To gwałt, to złodziejstwo! To rozbój w biały dzień! --- krzyczał, rzucając się ku niemu.</akap_dialog>


<akap>Ale Moryc ściskał silniej kij w ręku i spojrzał zimno.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Blumenfeld, każ pan telefon połączyć
z policją! --- krzyknął do kantoru. --- Ja z panem pogadam
inaczej! Ty złodzieju. Ja cię każę zgnoić w kryminale,
wyszlę<pe><slowo_obce>wyszlę</slowo_obce> --- dziś popr.: wyślę.</pe> na Sybir, okuję w kajdany!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho pan bądź, bo pana wsadzę do kozy za
obelgi, a policją pan nie strasz... Gdzież są dowody, że
te pieniądze, któreś mi pan dał w czeku na Lipsk, są
pańskie a nie moje, co? --- zapytał zimno.</akap_dialog>


<akap>Bankier oprzytomniał, usiadł i długo patrzał na
niego, patrzał z nieopowiedzianym uczuciem bezsilnej
wściekłości i żalu, aż mu łzy zaszkliły się w oczach.<end id="e1309776046585-120604972"/></akap>


<akap_dialog>--- Idź Antoni, już niczego nie potrzeba. On się
ocuci w więzieniu! --- dodał ciszej, złamanym głosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie gadaj pan głupich słów na próżno, bo mi
się to przestaje podobać. Mówmy ze sobą jak ludzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja panu tak wierzyłem, ja pana tak uważałem jak syna, co to jak syna, jak syna i córkę razem,
a pan zrobił takie łajdactwo, takie łajdactwo, co pana Pan Bóg może skarać za to, bo tego się nie robi przyjacielowi, który zaufał na całe trzydzieści tysięcy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zawracaj pan głowy. Pożyczyłem od pana
trzydzieści tysięcy marek na termin nieograniczony, bo
muszę zacząć duży interes. Wystawię panu zobowiązanie,
nawet kiedyś je spłacę, a tymczasem pieniądze już poszły w ruch.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W Berlinie, ja wiem gdzie... w Amor Saale...
ja wiem... --- szeptał zgnębiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomówmy nareszcie po przyjacielsku --- zawołał zniecierpliwiony Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan jesteś złodziej, nie przyjaciel! Oddaj pan
pieniądze! --- krzyknął, porwany znowu żalem i rzucił
się do rewolweru, leżącego w półotwartej szufladce
biurka, ale szufladkę zatrzasnął, zamknął, klucz schował
do kieszeni i zaczął się rzucać po pokoju, klął, wymyślał, przyskakiwał z pięściami do Moryca, ale ten siedział z kijem w ręku, uśmiechał się drwiąco, a gdy
bankier uspokoił się nieco, zaczął opowiadać mu swoje
plany:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja mam trzydzieści lat... czas mi zacząć... Mam
dobry plan, a nie miałem pieniędzy. Cóż pan chcesz,
z agentury można żyć, ale kapitałów nie będzie, a i tak
żyło się kredytem; gdyby zlikwidować przyszło, miałbym
parę tysięcy długów na czysto... Teraz dam sobie radę.
Pan mi pożyczyłeś pieniędzy, to muszę panu opowiedzieć, na co były mi potrzebne. Borowiecki jest osaczony, gotówki już nie ma, ciągnie lichwiarskim kredytem, ja mu dam pieniądze... a przy sposobności wejdę
do zupełnej spółki i już tak dalej pokieruję, że on będzie tylko dyrektorem w swojej fabryce... Mam dobry
plan. On ma w fabryce swojej gotówki czterdzieści tysięcy, to można od niego zainkasować, w rok... dwa,
wyjdzie na czysto. Wszystko obmyślałem i ręczę panu,
że się powiedzie! --- mówił spokojnie Moryc, popierając
swoje wywody szeregiem cyfr i rozmaitych podstępów,
łajdactw, oszustw, którymi chciał zabić Borowieckiego.</akap_dialog>


<akap>Mówił długo, wyczerpująco, otwarcie.</akap>


<akap>Bankier się uspokajał, gładził już palcem bokobrody,
pociągał nosem, jakby wyczuwając padlinę, przy której
i on mógłby się pożywić, błyskał oczami, uśmiechał się,
bo zaczynał go porywać ten projekt łajdacki, zapomniał
nawet, że to jego pieniędzmi będzie prowadzona ta kampania, przytakiwał całym sercem, czasem rzucił jakie
słowo, jakiś plan uboczny, który zaraz Moryc chwytał
w lot i uzupełniał, wcielał do swojego projektu i budował dalej, mówiąc coraz ciszej i poufniej.</akap>


<akap><begin id="b1309776476989-3143756484"/><motyw id="m1309776476989-3143756484">Podstęp, Handel</motyw>Grosglick napił się wody, otworzył lufcik i krzyknął do ludzi, wywożących ze składów platformy naładowane wańtuchami wełny.</akap>


<akap_dialog>--- Zaczekać na podwórzu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Deszcz, wełna zamoknie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaczekać, mówię ci, chamie!</akap_dialog>


<akap>Zatrzasnął lufcik, spoglądał czasami w zadeszczone
niebo i szybko coś pisać zaczął.</akap>


<akap>Moryc umilkł i zapatrzył się na szereg wozów moknących na coraz gęstszym deszczu, a w końcu rzekł spokojnie:</akap>


<akap_dialog>--- Wełnie niewiele przybędzie wagi, bo widzę,
że wańtuchy nowe.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan jesteś za... sprytny! --- odezwał się bankier
i kazał pokryć wełnę oponami<pe><slowo_obce>opona</slowo_obce> (daw.) --- tkanina ochronna a. ozdobna (w tym drugim znaczeniu też: <slowo_obce>tapiseria</slowo_obce>).</pe>.<end id="e1309776476989-3143756484"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja znałem dobrze pańskiego ojca --- zaczął
znowu, uprzejmie podając mu cygaro.</akap_dialog>


<akap>---  Mądry człowiek, tylko głupią plajtę zrobił.</akap>


<akap_dialog>--- Jak się komu nie szczęści, to i z pięści zachrzęści! --- rzekł sentencjonalnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż pan powiesz na mój plan?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A pańska matka była moją kuzynką, pan wiesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprzedawała resztki na Piotrkowskiej i trochę
na fanty<pe><slowo_obce>na fanty</slowo_obce> --- pod zastaw.</pe> dawała...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan jesteś do niej podobny, ona była śliczna
kobieta, obszerna, duża kobieta. Ja panu coś powiem.
Pan masz głowę, pan mi się podobasz... A że ja lubię,
jak młodzi mają rozum, że ja lubię mądrym pomagać,
to ja panu pomogę. Mnie się podoba pański projekt.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja wiedziałem, że pan jesteś mądry człowiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zrobimy spółkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dasz pan pieniędzy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dam panu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dużego kredytu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyrobię panu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, to możemy się pocałować na początek
spółki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ślicznie! Lepiej się sto razy pocałować, jak raz
stracić trzydzieści tysięcy.<begin id="b1309776952303-1051446461"/><motyw id="m1309776952303-1051446461">Interes, Małżeństwo, Kobieta, Mężczyzna, Córka</motyw></akap_dialog>


<akap>Obszernie przedyskutowali punkty przyszłej spółki
i ułożyli program działania.</akap>


<akap_dialog>--- To jeden interes, idę zrobić drugi, oświadczyć się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaki posag?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mela Grünspan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poczekaj pan, niech oni tę sprawę z Grosmanem wpierw skończą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie teraz zgodzą się prędzej, bo może im
co pomogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo mi się podobasz, Moryc, tak mi się podobasz, że gdyby moja Mery była dorosła, dałbym ją
panu, a ona ma sto tysięcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za mało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dałbym sto dwadzieścia, poczekaj pan rok.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę. Za rok dwieście, nie opłaci mi się
taniej czekać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mniejsza z tym, a przyjdź pan do mnie w niedzielę na obiad, będzie trochę gości z Warszawy, a potem ja panu powiem jeden mały plan, od którego pachnie milionem.<end id="e1309776952303-1051446461"/></akap_dialog>


<akap>Ucałowali się raz jeszcze najbardziej po przyjacielsku, co nie przeszkadzało, że bankier mu przypomniał, aby napisał rewers na te trzydzieści tysięcy.</akap>


<akap_dialog>--- Pan mi się tak podobasz, że ja się już w panu
zakochałem --- wołał bankier rozpromieniony, chowając
rewers do kasy.</akap_dialog>


<akap>Moryc zabrał z kantoru Wilczka i wyszedł, ale
w bramie domu stał jakiś człowiek z miną złodzieja
i zastąpił Stachowi drogę.</akap>


<akap_dialog>--- Przepraszam, przyjdę do pana jutro, bo muszę
z tym obywatelem się rozmówić --- tłumaczył się Stach,
skinął mu głową, rzucił jakiś znak człowiekowi i poszedł
przez Dzielną ku kolei.</akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XII</naglowek_rozdzial>




<akap_dialog>--- Chcieć, a wszystko się stanie! --- myślał Moryc, idąc ulicą.</akap_dialog>


<akap>Chciał i ma teraz w kieszeni trzydzieści tysięcy
marek.</akap>


<akap>Dotykał ręką ceratowej koperty z przyjemnością.</akap>


<akap>Chce zjeść Borowieckiego, ma apetyt na jego pieniądze i na pracę jego --- i zje.</akap>


<akap>Chce ożenić się z Melą: ożeni się, z pewnością się ożeni.</akap>


<akap>Nie rozumiał w tej chwili niepodobieństw<pe><slowo_obce>niepodobieństwo</slowo_obce> --- tu: coś nieprawdopodobnego.</pe>.</akap>


<akap>Pierwsza wielka wygrana rozpierała go dumą i szaloną pewnością sił własnych.</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba mieć tylko odwagę chcieć --- myślał
i uśmiechał się do słońca, które wychyliło się nad miasto i wesoło rozbłyskiwało w lśniących od deszczu trotuarach i dachach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę sobie co zafundować za to --- szepnął,
przyglądając się wystawie jubilerskiej.</akap_dialog>


<akap>Wszedł do sklepu; podobał mu się bardzo pierścionek z wielkim brylantem, ale usłyszawszy cenę, ochłonął
i wyszedł, nie kupiwszy.</akap>


<akap>Poszedł natomiast do sklepu galanteryjnego i kupił
rękawiczki, i krawat.</akap>


<akap_dialog>--- Pierścionek i tak muszą mi kupić na zaręczyny --- myślał i szedł już, aby zaraz z miejsca załatwić ten drugi interes, z Melą.</akap_dialog>


<akap>Od swatki, która po cichu obrabiała jego sprawę
w rodzinie Grünspanów, wiedział o zerwaniu z Wysockim i o tym, że Bernard Endelman oświadczył się listownie i dostał kosza i dlatego podobno przeszedł na
protestantyzm i miał się żenić z jakąś małpą francuską.</akap>


<akap>Wiedział również, że kilku synów dobrych firm reflektowało na Melę, ale na próżno.</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego ona może mnie nie zechcieć?</akap_dialog>


<akap>Bezwiednie przejrzał się w jakiejś wystawowej szybie i uśmiechnął się do własnego odbicia. Był bardzo
przystojnym. Pogładził kruczą brodę, nasadził głębiej binokle i szedł dalej, rozważając swoje szanse.</akap>


<akap>Pieniędzy miał trochę, kredyt przez Grosglicka
wielki, skrupułów żadnych, więc najświetniejszą przyszłość widział przed sobą.</akap>


<akap><begin id="b1309777349362-2552410086"/><motyw id="m1309777349362-2552410086">Idealista, Interes</motyw>Mela była bardzo piękną partią i od dawna czuł
do niej wielką sympatię. Ma ona wprawdzie swoje polskie fanaberie, lubi szlachetność, wspomaganie i rozmowy o wzniosłych rzeczach, ale to kosztuje niewiele
i dobrze robi w salonie. On sam kiedyś za studenckich
czasów w Rydze ileż razy podnosił podobne tematy, ileż
pięknych rzeczy mówił, jak piorunował na współczesny
ustrój, był nawet socjalistą przez dwa semestry, a przecież dzisiaj to mu nic nie przeszkadza w robieniu interesów, dobrych interesów.</akap>


<akap><end id="e1309777349362-2552410086"/>Rozmyślał, uśmiechając się, bo mu się przypomniała przestraszona twarz Grosglicka.</akap>


<akap_dialog>--- Moryc, zaczekaj.</akap_dialog>


<akap>Odwrócił się szybko.</akap>


<akap_dialog>--- Szukam cię po całym mieście --- mówił Kessler, ściskając mu rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Interes?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałem cię prosić do siebie na dzisiejszy wieczór, będzie parę osób.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mała domowa knajpa? Jak w przeszłym roku, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, przyjacielska herbata, pogawędka i kilka
niespodzianek...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niespodzianki tutejsze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Import, ale będą i miejscowe dla amatorów. Przyjedziesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Kurowskiego prosiłeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam już dosyć polskiego bydła w fabryce,
niechże będę wolny od niego chociaż w domu. On mnie
drażni miną wielkiego pana, któremu się zdaje, że łaskę
robi, podając komu rękę. <slowo_obce>Verfluchter</slowo_obce><pe><slowo_obce>verfluchter</slowo_obce> (z niem.) --- przeklęty.</pe>! --- zaklął cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie idziesz? Mogę cię podwieźć, bo powóz na
mnie czeka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aż na Drewnowską.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widziałem w tej chwili Grosmara, puścili go
za kaucją.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, to nowina, bo ja właśnie idę do Grünspana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Podwiozę cię, muszę tylko wstąpić do fabryki na chwilę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy te niespodzianki... będą i z twojej fabryki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie chcę wybrać coś z przędzalni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I tak od razu na apel będą gotowe?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wytresowane są, a zresztą jest sposób --- nie --- to precz z fabryki.</akap_dialog>


<akap>Moryc się zaśmiał, wsiedli do powozu i w kilka
minut stanęli przed gmachami fabryki Endelman et
Kessler.</akap>


<akap_dialog>--- Zaczekaj chwilę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz, pójdę z tobą, mogę ci być pomocnym
w ocenie...</akap_dialog>


<akap>Przeszli wielkie podwórze i weszli do niskich budynków, oświetlonych z góry, mieszczących w sobie pralnię wełny, sortownię, gręplarnię i przędzalnię.</akap>


<akap>Przy długich pralnicach, chlapiących dookoła wodą,
pracowali tylko mężczyźni, ale przy gręplach rozlegały
się kobiece głosy, które umilkły natychmiast po wejściu
Kesslera.</akap>


<akap><begin id="b1309777898142-1936396918"/><motyw id="m1309777898142-1936396918">Kobieta, Mężczyzna, Władza, Polowanie, Robotnik</motyw>Robotnice oniemiały, z wlepionymi oczami w maszyny, stały jak szeregi automatów, otoczone wałami
wełny, niby brudną pianą tego szumiącego morza maszyn, zwojami pasów i kół warczących dziko bezustannie.</akap>


<akap><begin id="b1309777803760-3506035296"/><motyw id="m1309777803760-3506035296">Zwierzę</motyw>Kessler szedł naprzód, głowę wcisnął w ramiona,
przygarbił się i szedł wolno, ruszając szczękami obrośniętymi czerwonym włosem; ze spiczastej głowy i z długich, ostro zakończonych uszów podobny był do nietoperza czatującego na zdobycz.<end id="e1309777803760-3506035296"/></akap>


<akap>Małymi oczkami uważnie oglądał najmłodsze i najprzystojniejsze robotnice, które z wolna pod tym taksującym spojrzeniem czerwieniły się, ale nie podnosiły oczów.</akap>


<akap>Przy niektórych przystawał, pytał się o robotę,
oglądał wełnę i zapytywał Moryca po niemiecku:</akap>


<akap_dialog>--- Cóż na to powiesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Resztka dla parobków --- odpowiadał z pogardą, ale przy jednej rzekł:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ta ma pyszny fason, szkoda, że piegowata...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ładna, musi mieć białą skórę! Milner! --- krzyknął na majstra, prowadzącego salę.</akap_dialog>


<akap>Gdy tamten stanął przed nim, cicho pytał się o nazwisko dziewczyny i zapisał je w notesie.</akap>


<akap>Poszli dalej, przechodząc dwa razy salę w różnych
kierunkach, nie mogąc nic więcej wybrać odpowiedniego,
bo robotnice były przeważnie brzydkie, wynędzniałe i zniszczone przez pracę.</akap>


<akap_dialog>--- Chodźmy do przędzalni, tutaj się już nic nie
wyłowi, same resztki.</akap_dialog>


<akap><end id="e1309777898142-1936396918"/>W przędzalni białej, jakby zasypanej śniegiem
wełny, zalanej światłem padającym z góry przez szklane
dachy, panowała dziwna, ogłuszająca cisza.</akap>


<akap><begin id="b1309778353112-220106166"/><motyw id="m1309778353112-220106166">Maszyna, Potwór, Robotnik</motyw>Wszystkie maszyny były w szalonym ruchu, pracowały jakby w skupieniu wielkim, z zapartym oddechem, bez hałasu, czasami tylko rozległ się ostry, krótki
skowyt kół rozpędowych i milknął zalany oliwą, porwany przez miliardy drgań, co jak ledwie wyczute pomruki burzy szalały nad maszynami.</akap>


<akap>Czarne, roztrzęsione pasy i transmisje podobne
do zwojów wężów z sykiem goniły się wciąż, rzucały
się do sufitu, opadały na błyszczące koła, które obracały, przewijały się wzdłuż ścian, leciały wskroś sufitów,
powracały i otaczały z obu stron długie przejścia przez
sale, jakby pasmami czarnej, szalejącej w ruchu przędzy, przez którą niewyraźnie się rysowały ruchy selfaktorów<pe><slowo_obce>selfaktor</slowo_obce> --- rodzaj przędzarki (tzw. wózkowej) używanej do wytwarzania przędzy gł. z wełny.</pe>, podobnych do szkieletów potwornych ryb przedhistorycznych, które skośnym ruchem biegły naprzód,
chwytały białymi zębami szpulkę wełny i cofały się ze
zdobyczą, snując za sobą setki białych nici.</akap>


<akap>Robotnicy, jakby przykuci do maszyny, zapatrzeni
w przędzę, poruszali się automatycznie, biegli za selfaktorami, cofali się przed nimi, błyskawicznie sczepiali
pęknięte nici i głusi, i ślepi na wszystko, co było za
nimi, pilnowali ruchów bestii.<end id="e1309778353112-220106166"/></akap>


<akap_dialog>--- Tamta czarna, przy przędzy zwijanej, co? --- szepnął Kessler, wskazując w drugą połowę sali, gdzie
zwijano i motano przędzę, na silną brunetkę o pysznie
rozwiniętych kształtach, dobrze się rysujących przez lekką
sukienkę i koszulę z rękawami, zapiętą pod szyję, bo
z powodu strasznego gorąca wszystkie pracowały rozebrane do możliwości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wspaniała, wspaniała. Nie znacie się jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dopiero miesiąc robi u nas. Chodził już koło
niej Hausner, wiesz, nasz chemik, ale mu szczerze odradziłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wejdźmy tam --- szepnął Moryc z iskrzącymi
oczami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pilnuj się, żeby cię jaka maszyna na przywitanie nie wzięła w tryby.</akap_dialog>


<akap>Przechodzili ostrożnie wąskimi przejściami, z obu
stron których pracowały maszyny, zwijające przędzę na
wielkie wrzeciona i kręcące ją w podwójne nici.</akap>


<akap>Rozpylacze wody działały nieustannie; drżący pył
wodny, podobny do rozprysków tęczy, siał się i opadał
na maszyny, ludzi, stosy przędzy śnieżnej, na te dziesiątki tysięcy wrzecion okręcających się dookoła siebie
z przejmującym szmerem, podobnych w jaskrawym świetle słońca, padającym z góry, do tysiąców białych wirów, szalejących w różowawych świetlistych nimbach<pe><slowo_obce>nimb</slowo_obce> (daw.) --- obłok, chmura, aura.</pe>.</akap>


<akap>Kessler wynotował jeszcze dwie dziewczyny i wyszli przeprowadzeni nienawistnymi spojrzeniami.</akap>


<akap>Przechodzili obok maszyn głównych; na progu
wieży, w której szalało bezustannie to potworne, rozpędowe koło, stał stary Malinowski, z fajką w zębach
i z rękami w kieszeniach, nie zdjął czapki przed Kesslerem ani mu nawet głową nie kiwnął, stał w wyzywającej postawie i patrzył ponurym, żarłocznym wzrokiem.</akap>


<akap>Kessler drgnął nieco, spotkawszy się z jego oczami,
zrobił ruch, jakby się chciał cofnąć, ale zmiął w sobie
obawę i umyślnie wszedł do wieży, obejrzał łoża, w których jak dwie ręce poruszały się tłoki i obracały to
koło-potwór, świszczące dziko w swoim szalonym, bezustannym locie.</akap>


<akap_dialog>--- Nic nowego? --- zapytał półgłosem Malinowskiego, przyglądając się skrzeniom i błyskom powietrza,
otaczającego rozbiegane koło świetlistym nimbem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miałem mały interes do pana... --- powiedział
jakoś cicho stary, posuwając się ku niemu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W kantorze prośby, nie mam czasu --- rzucił
nerwowo i spiesznie wyszedł, bo bardzo mu się nie podobał głos Malinowskiego i jego ruch.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ten smolipysk nie jest przyjemnym --- zauważył Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak... tak... trochę kły szczerzy, muszę mu dać
nogą w zęby! --- szepnął Kessler.</akap_dialog>


<akap>W kantorze dał zaufanemu notatkę, tyczącą się
wybranych dziewczyn, który wiedział, jak dalej postąpić,
i natychmiast odwiózł Moryca na Drewnowską.</akap>


<akap_dialog>--- Po szóstej konie będą czekały pod twoim kantorem --- powiedział Kessler na rozstanie i odjechał, znikając zaraz w kurzawie drogi, jaka się podniosła za powozem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gruby łajdak! --- pomyślał o nim Moryc, wchodząc do Grünspanów.</akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XIII</naglowek_rozdzial>




<akap>U Grünspanów trafił na familijną naradę.</akap>


<akap>Grünspan biegał po pokoju, krzyczał i bił pięścią
w stół, Regina siedziała pod oknem i również krzyczała,
płacząc ze złości na przemian, stary Landau siedział przy
stole w wielkiej jedwabnej czapce zsuniętej na tył głowy
i odwinąwszy ceratę pisał kredą długie kolumny cyfr,
Grosman jakiś blady i zmęczony leżał na kanapce i puszczał melancholijnie kłęby dymu, a czasami z ironią spoglądał na żonę.</akap>


<akap_dialog>--- To jest złodziej, to jest największy łódzki złodziej! Mnie przez niego szlag trafi... on mnie zabija! --- krzyczał stary.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedyś wyszedł stamtąd? --- zapytał Moryc
Grosmana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przed godziną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż, bardzo tam przyjemnie? --- szeptał drwiąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przekonasz się sam, nie minie cię to przecież,
z tą tylko odmianą, że będziesz siedział za własne grzechy, a nie za grzechy teścia i żony, jak ja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty Albert nie bądź głupi i nie gadaj takich
rzeczy. Moryc jest nasz, Moryc wie, jak sprawy stoją,
ale jak mówisz, to on może uwierzyć, że co w Łodzi
mówią o nas, jest prawdą --- zawołał z gniewem stary,
przystając przed nim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ja wiem o tej sprawie, to druga rzecz,
w każdym razie przyszedłem do was jak do swoich,
jak do porządnych ludzi --- powiedział z naciskiem.</akap_dialog>


<akap>Grünspan spojrzał na niego niespokojnie, popatrzyli sobie w oczy długą chwilę, mierząc się i sondując,
pierwszy stary odwrócił głowę i zaczął znowu kląć.</akap>


<akap_dialog>--- Ja do niego przychodzę jak do człowieka, jak
do kupca mówię: ,,Sprzedaj mi swój plac". A ten pastuch... ten... tfu! Żeby jemu się tak wiodło, jak ja mu
życzę z całego serca, śmieje się i każe mi oglądać swój
śmietnik i powiada, że to jest złota ziemia, że to jest
rajska ziemia, której nie sprzeda taniej niż za czterdzieści tysięcy rubli... Żeby ciebie... żeby ciebie prędka choroba wzięła za taki paskudny pysk! Mela! Daj, dziecko,
jakich kropli, bo mnie jest bardzo niedobrze, bo ja się
boję, żeby mnie nie było jeszcze gorzej! --- mówił do
drugiego pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z kim i o co sprawa? --- pytał Moryc cicho,
nie rozumiejąc dobrze, o co idzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z Wilczkiem. Mądry chłopak. Chce za cztery
morgi czterdzieści tysięcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A warte.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Warte są dzisiaj pięćdziesiąt.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Place podskoczyły o trzydzieści procent.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie, i nie wiadomo, na czym się to skończy, a stary musi kupić, bo musi fabrykę rozszerzyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No więc czemu zwleka i robi piekło? Za parę
miesięcy może zapłacić podwójnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo ojciec jest kramarz, on nie może zapomnieć
swojego sklepiku na Starym Mieście i targowania się
o kopiejki --- szepnął pogardliwie Grosman.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzień dobry, Mela! --- zerwał się do niej i podszedł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzień dobry, Moryc. Dziękuję ci bardzo za kwiaty,
sprawiły mi wielką przyjemność.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie było już piękniejszych u ogrodnika, bo byłbym ci je przysłał.</akap_dialog>


<akap>Mela uśmiechnęła się nieco. Była dzisiaj bardzo
blada; smutek wiał od jej uśmiechu i od jej oczów pociemniałych, rozszerzonych nieco przez lekkie wpadnięcie,
podkrążonych sinawymi piętnami. Poruszała się dziwnie
miękko i ociężale, jak ludzie wyczerpani cierpieniem.
Podała ojcu cukier nasycony kroplami, spojrzała zimno
na siostrę i nie zauważywszy umyślnie wyciągniętej do
siebie ręki Grosmana, wyszła do drugiego pokoju.</akap>


<akap>Przez otwarte drzwi Moryc widział jej twarz pochyloną nad babką, wiecznie siedzącą w fotelu pod
oknem. Gonił oczami jej powolne ruchy i szlachetną linię głowy i czuł, że mu serce bije szybciej, że jakieś
dobre wzruszenie ogarniać go poczyna. Więc już niewiele słyszał skarg starego ani płaczliwych żalów Reginy,
narzekającej, iż Grosman źle się tłumaczył przed sędzią
śledczym, że przez swoją głupotę gotów ich zgubić.</akap>


<akap_dialog>--- Sza... sza... dzieci, dosyć! Wszystko będzie dobrze... Trochę się straci, ale zawsze cały geszeft<pe><slowo_obce>geszeft</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Geschäft</slowo_obce>) --- interes, sprawa.</pe> da siedemdziesiąt pięć procent. Ja zaraz podaję do Grosglicka,
niech załatwi się z denuncjantami przez swojego człowieka, my nie możemy się w to mieszać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On musi się tym zająć szczerze, jeśli za swoje
trzydzieści tysięcy nie chce wziąć --- pięciu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, bo jak dobrze pójdzie, dostanie piętnaście,
dwadzieścia najwyżej! --- szepnął cynicznie Grosman, patrząc na teścia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mądre słowo powiedziałeś, Albert! Damy mu
całe dwadzieścia! No, dosyć z tą sprawą. Musimy mówić o odbudowaniu. Ty już Albert nie wrócisz do tej
budy. Ja zrobiłem wielki plan. Kupi się plac od Wilczka
i w połączeniu z moją fabryką wybudujemy sobie wielki
akcyjny interes pod firmą Grünspan, Grosman i S-ka.
Mój adwokat już się zajmuje stroną prawną, a mój budowniczy ma za tydzień złożyć szczegółowe plany. Ja
długo myślałem o tym interesie, teraz jest dobra pora.
Kilkunastu kapcanów diabli wzięli, to jest miejsce po
nich. Po co mamy posyłać do apretury<pe><slowo_obce>apretura</slowo_obce> (z fr. <slowo_obce>appreter</slowo_obce>: wykańczać) --- wykańczalnia, gdzie się wykańcza i uszlachetnia materiały, m. in. zmiękczając je przez nasycanie substancjami zw. apretami.</pe>? Żeby inni zarabiali na nas! My będziemy mieli swoją apreturę. Po co
mamy kupować przędzę? Wybudujemy przędzalnię, będzie na tym dwadzieścia pięć procent. Zrobimy sobie
fabrykę kompletną, ze wszystkimi wykończalniami. Spróbujemy się trochę z Meyerem. Ja myślałem o tym jeszcze
przed twoim nieszczęściem, Albert, ale kiedy się ono
stało, to nam pomoże trochę.</akap_dialog>


<akap>Opowiadał szczegółowo plany przyszłego akcyjnego
towarzystwa.</akap>


<akap>Regina wzruszona i porwana rzuciła się ojcu na
szyję.</akap>


<akap>Moryc również był olśniony projektem i w myśli
prawie już dodawał do dwóch nazwisk firmy swoje,
trzecie.</akap>



<akap_dialog>--- Ale o tym jeszcze ani słowa. Niech się sprawa
Alberta wpierw skończy. Moryc, ty nie powiesz przecież,
boś ty nasz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałbym być bliższym jeszcze --- odpowiedział
poważnie.</akap_dialog>


<akap>Grünspan patrzył na niego długo obliczająco, Regina również, tylko Grosman uśmiechnął się z powątpiewaniem.</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego nie, interes jest do zrobienia --- powiedział stary zimno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyszedłem właśnie w tym celu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Możesz iść do Meli i rozmówić się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potrzebuję wpierw z panem pomówić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie już coś Bernsztajnowa o tym mówiła.
Wiesz, co ci Mela powie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze nie wiem, ale chcę wpierw słyszeć, co
pan mi powie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz... zaraz...</akap_dialog>


<akap>Pożegnał Reginę, uścisnął rękę Grosmanowi, odprowadził ich do sieni i powrócił.</akap>


<akap_dialog>--- Landau może słyszeć...</akap_dialog>


<akap>Usiadł na krześle, założył nogę na nogę i bawił
się długim, złotym łańcuszkiem od zegarka.</akap>


<akap><begin id="b1309780716477-464920188"/><motyw id="m1309780716477-464920188">Córka, Ojciec, Kobieta, Mężczyzna, Małżeństwo, Handel</motyw>Moryc skupiał myśli, gryzł gałkę laski, gładził brodę,
wciskał binokle i namyślał się, w jaki sposób kwestię
posagu postawić, ale w końcu rzekł otwarcie i prosto:</akap>


<akap_dialog>--- Co pan dajesz Meli?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pan masz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mogę panu jutro przedstawić pasywa i aktywa
swojego interesu i akt spółki, jaką zawarliśmy dzisiaj
z Grosglickiem. Ja nie potrzebuję pana oszukiwać. Moje
interesy są murowane, moja gotówka nie jest z asekuracji trochę zakwestionowanej przez sędziego śledczego --- powiedział umyślnie z silnym naciskiem. --- Niech pan
powie swoje słowo...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pan masz? Powiedz pan cyfrę, jutro możemy sprawdzić...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzydzieści tysięcy rubli gotówki! Do tego mój
kredyt dwa razy tyle, ja jestem skromny. Moje wykształcenie, moje przyjazne stosunki ze wszystkimi milionerami
łódzkimi, moja uczciwość, ani razu nie zbankrutowałem,
to ważne...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo się to panu nie opłaciło pewnie... --- wtrącił spokojnie Landau.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc tak licząc sumarycznie, plus minus, jestem
wart najmniej dwieście tysięcy rubli, ja jestem skromny
człowiek, ja się nie chwalę. A co pan dajesz Meli?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ona całe dziesięć lat uczyła się na bardzo
drogiej pensji. Jeździła za granicę, miała specjalnych
metrów<pe><slowo_obce>metr</slowo_obce> (daw., z fr. <slowo_obce>matîre</slowo_obce>) --- nauczyciel.</pe> od różnych języków. Ona mnie dużo gotówki
kosztuje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jej osobisty, nieruchomy majątek, z którego
ja nie będę miał ani jednego procentu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan z niej nie będziesz miał ani jednego procentu? A jej wykształcenie? Ona w salonie wygląda jak
królowa! A jak ona gra na fortepianie, a jakie ona ma
maniery! To jest śliczna dziewczyna, to jest moje najdroższe dziecko, to jest czysty brylant --- wykrzykiwał
z zapałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc w jaką sumę pan go oprawisz?... --- zapytał Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Landau et Companie decydowali się na pięćdziesiąt tysięcy --- rzekł wymijająco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mało! Panna Mela jest brylant, jest śliczna kobieta, jest mądra jak anioł, cały anioł, ale pięćdziesiąt
tysięcy za mało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mało! Pięćdziesiąt tysięcy to gruby grosz. Pan
mnie w rękę za nią pocałować powinieneś. Albo ona
brzydka, kulawa, ślepa, żebym ja miał dawać więcej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zupełnie zdrowa nie jest, często choruje, ale
ja z tego kwestii nie robię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pan gadasz, Mela nie jest zdrowa? Pan
zwariował. Mela jest samo zdrowie, pan zobaczysz, jaka
ona zdrowa, ona będzie miała co rok dziecko. Pan mi
pokaż w Łodzi drugą taką pannę. Z nią się chciał żenić
włoski książę, pan wiesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda, że za niego nie wyszła, byłbyś pan
temu księciu sprawiał spodnie i buty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A pan co za firma? Co to za firma interes
komisowy Moryc Welt? Co to za papier?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan zapominasz o mojej spółce z Borowieckim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jesteś tam pan na dziesięć tysięcy rubli; oj, oj,
gruby kapitalista!</akap_dialog>


<akap>Zaśmiał się.</akap>


<akap_dialog>--- Dzisiaj jestem na dwadzieścia tysięcy, a za rok
fabryka będzie moją, ja panu ręczę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To może wtedy pogadamy --- rzekł obojętnie
Grünspan, ale w rzeczywistości kontent był z oferty Moryca, bo go uważał za dobrego gründera<pe><slowo_obce>gründer</slowo_obce> (niem. <slowo_obce>der Gründer</slowo_obce>) --- założyciel (firmy itp.).</pe>.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Wtedy pogadasz pan z kim innym. Mnie dzisiaj Grosglick dawał sto tysięcy i Mery swoją.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ona jest taka, że Grosglick jak da dwieście,
to jeszcze będzie zięcia szukał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ona nie ma ojca i szwagra zaplątanych
w ogniowe sprawy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciszej pan mów! --- zawołał stary, zaglądając
do sąsiedniego pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan myślisz, że to przyjemnie, że to dodaje
kredytu być zięciem firmy Grünspan et Landsberger,
to się pan grubo mylisz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W Łodzi wiedzą, co jestem wart --- odparł spokojnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie wiedzą? Kto wie? Policja? --- szepnął
zjadliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie powtarzaj pan plotek --- rzucił ze złością.</akap_dialog>


<akap>Zamilkli na długo.</akap>


<akap>Stary chodził po pokoju, wyglądał przez okno na
ogród, Landau skulony siedział przy stole, a Moryc zdenerwowany już nieco, z niecierpliwością czekał końca
targu. W duszy już się godził na pięćdziesiąt tysięcy,
ale chciał jeszcze próbować, czy mu się nie uda co więcej wycisnąć.</akap>


<akap_dialog>--- Czy Mela chce wyjść za pana?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz będę wiedział, ale ja chcę naprzód wiedzieć, co pan jej dajesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedziałem, moje słowo nie wiatr.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę. Potrzebuję do interesu więcej. Mnie
się nie opłaci sprzedawać za pięćdziesiąt tysięcy. Moje
wykształcenie, moje stosunki, moja uczciwość, moja firma
jest znacznie więcej warta. Pan się namyśl, panie Grünspan. Ja nie jestem Landau ani Fiszbin, ani żaden kantorowicz. Ja jestem Moryc Welt-firma! Pan ulokujesz
swoją córkę na sto procent. Mnie potrzeba pieniędzy nie
na hulanki. Dasz pan pięćdziesiąt tysięcy gotówką, a drugie tyle w terminie dwuletnim? --- zapytał stanowczo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W zasadzie zgoda, ale po odtrąceniu kosztów
wesela, wyprawy i co wydałem na jej wykształcenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest świństwo, panie Grünspan, tak krzywdzić własną córkę! --- wykrzyknął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, pomówimy jeszcze o tym, niech się sprawa
Alberta wpierw skończy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan dla tej sprawy powinieneś dołożyć z dziesięć procent córce, bo ona jest zniesławiona. My musimy
bronić was przed ludźmi. No, ostatnie słowo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedziałem, masz pan moje słowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słowo można zlikwidować bez zysku. Ja potrzebuję gwarancji.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak mi Mela powie, że wyjdzie za pana, to
wszystko się zrobi porządnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zgoda. Idę zaraz do niej.<end id="e1309780716477-464920188"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja panu życzę, żeby się ona zgodziła, bo pan
mi się podobasz, Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Grünspan, ty jesteś stary macher, ale ja ciebie szanuję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będziemy żyli w zgodzie.</akap_dialog>


<akap>Podali sobie ręce.</akap>


<akap>Moryc znalazł Melę w małym buduarku, leżała na
otomance z książką w ręku, której nie czytała, trzymając oczy utkwione w oknie.</akap>


<akap_dialog>--- Przepraszam cię, że się nie podniosę, trochę
niezdrowa jestem. Siadaj! Masz taką uroczystą minę?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozmawiałem właśnie z ojcem o tobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A! --- szepnęła przeciągle, przypatrując mu się
uważnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właściwie ja rozmawiałem, ja zacząłem...</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309781334159-11873175"/><motyw id="m1309781334159-11873175">Kobieta, Mężczyzna, Miłość, Małżeństwo, Interes</motyw>--- Aha! Kwiaty... rozmowa z ojcem... rozumiem...
Więc?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stary mi powiedział, że to od ciebie zależy,
tylko od ciebie, Mela --- powtórzył ciszej i tak miękko
i tak serdecznie, że spojrzała znowu na niego.</akap_dialog>


<akap>Zaczął opowiadać jej o sobie i o tym, jak ona mu
się bardzo i dawno podoba.</akap>


<akap>Podparła głowę na ręku i znękaną, smutną twarz
zwróciła na niego. Smutek dziwnie bolesny, smutek łez
niewypłakanych, smutek niepocieszonych nigdy, jaki ogarnia ludzi po stracie najdroższych, ścisnął jej sercem.
Zrozumiała od pierwszego słowa, że przyszedł się oświadczyć. Patrzyła na niego bez gniewu i oburzenia, patrzyła
i słuchała z początku obojętnie, ale w miarę, jak on mówił coraz dłużej i coraz obszerniej, niepokój nią owładnął i żal zaczął przejmować jej sercem<pe><slowo_obce>żal zaczął przejmować jej sercem</slowo_obce> --- dziś popr.: przejmować jej serce.</pe>.</akap>


<akap_dialog>--- Czemu to on przyszedł i mówił jej o małżeństwie?... Czemu to on, Moryc, a nie tamten, ukochany
nad wszystko, nie Wysocki?...</akap_dialog>


<akap>Ukryła twarz w poduszce, aby ukryć łzy, aby nie
widzieć mówiącego i słuchała jego wywodów z zapartym oddechem, ze zmąconą świadomością, kto mówi do
niej! Nie chciała wiedzieć o tym, całą mocą nie chciała.</akap>


<akap>Łzy zalewały jej duszę, Całą mocą serca kochającego,
wszystkimi siłami wyobraźni, tęsknot, pożądań i miłości
wołała do tamtego, aby przyszedł i wyrwał ją z męki
i siadł tak, w miejsce Moryca i przemienił się w niego
i mówił do niej... Tak silnie tego pragnęła, że chwilami
miała złudzenie, iż się to już stało, że to Wysocki siedzi teraz przy niej i mówi o swojej miłości.</akap>


<akap>Wstrząsała się przenikana jego słodkim głosem,
nie słyszała Moryca, a słuchała tych dźwięków, które
w tamten wieczór u Róży zapadły jej na dno mózgu
i teraz niby z kliszy fonografu dźwięczały i owiewały ją
czarem, rozkoszą, szczęściem...</akap>


<akap>Słuchała długo, niektóre słowa powtarzała bezwiednie z lubością i już miała ochotę powiedzieć: ,,kocham" --- i przeniknęło ją szalone pragnienie rzucenia mu się na
szyję, całowania. Otworzyła oczy i długo patrzyła z przerażeniem.</akap>


<akap>To Moryc siedział z kapeluszem w ręku... piękny
Moryc... Moryc...</akap>


<akap>I nie o miłości mówi, nie o szczęściu życia we
dwoje, nie o uniesieniach serca spragnionego kochania,
nie o wzruszeniach miłości.</akap>


<akap>Moryc mówi spokojnie, że będzie im razem dobrze,
że założy fabrykę; mówi o kapitałach, o posagu, o interesach, jakie robić zamierza; mówi, że jej nigdy niczego
nie będzie brakowało, że może będą mogli trzymać konie i powóz.</akap>


<akap>To Moryc, Moryc, przypomina sobie usilnie i na
pół przytomnie pyta:</akap>


<akap_dialog>--- Kochasz mnie Miec... Moryc?</akap_dialog>


<akap>Poprawia się szybko i chciałaby cofnąć to zapytanie, ale Moryc odpowiada ze wzruszeniem:</akap>


<akap_dialog>--- Nie umiem ci tego powiedzieć, Mela! Ty wiesz,
że ja jestem kupiec, ja nie potrafię określić ładnie tego,
co czuję, ale jak cię widzę Mela, to mi tak dobrze, że
już niczego nie pragnę, że nawet zapominam o interesach. A przy tym, ty jesteś taka piękna i taka niepodobna do naszych kobiet, że ja ciągle myślałem o tobie. Więc powiedz, chcesz wyjść za mnie?</akap_dialog>



<akap>Patrzyła znowu na niego, ale znowu widziała inną
twarz, inne oczy; słyszała gorący, namiętny, przyciszony
szept wyznania miłosnego. Przymknęła powieki, bo ją
zapiekły tamtego pocałunki. Wstrząsnęła się w rozkosznym dreszczu przypomnień, wyprężyła się, przyciskając
plecami do otomany, bo się jej zdawało, że ją tamten
obejmuje ramionami i przytula do siebie.</akap>


<akap_dialog>--- Mela, czy chcesz zostać moją żoną? --- powtórzył znowu, zmieszany jej milczeniem.</akap_dialog>


<akap>Oprzytomniała zupełnie, stanęła i powiedziała szybko,
bez namysłu.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze. Pójdę za ciebie. Umów się z ojcem
o wszystko. Dobrze Moryc, zostanę twoją żoną...</akap_dialog>


<akap>Chciał pocałować ją w rękę, ale cofnęła się łagodnie.</akap>


<akap_dialog>--- Idź już, jestem taka niezdrowa, idź... przyjdź
jutro, popołudniu...</akap_dialog>


<akap>Nie chciała więcej mówić, a on tak był uradowany
zrobieniem interesu, że nie zauważył nawet jej dziwnego
zachowania się i pobiegł do papy Grünspana, aby jak
najprędzej ustalić cyfrę posagową.<end id="e1309781334159-11873175"/></akap>


<akap>Grünszpana nie było, bo go wezwano do kantoru.</akap>


<akap>Moryc powrócił, aby prosić Meli o powiedzenie
ojcu wszystkiego.</akap>


<akap>Zastał ją stojącą na tym samym miejscu, gdzie pozostawił, patrzyła w okno wzrokiem, który nigdzie nie
patrzył i nic nie widział, była blada jak płótno, poruszała ustami, jakby coś mówiła z duszą własną lub ze
wspomnieniami.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze, Moryc, powiem ojcu, będę twoją żoną,
dobrze! --- powtarzała monotonnie.</akap_dialog>


<akap>Nie wyrwała mu ręki, gdy ją całował, nie słyszała
nawet, że już wyszedł; położyła się na otomanie, wzięła
książkę do ręki i leżała bezmyślnie, zapatrzona w róże,
kołyszące się za oknem i w złotą szklaną kulę, błyszczącą
nad klombami...</akap>


<akap>Moryc był tak uradowany, że Franciszkowi, który
palto podawał, dał całe dziesięć kopiejek i dorożką pojechał do Borowieckiego fabryki.</akap>


<akap_dialog>--- Powinszuj mi, żenię się z Melą Grünspan --- zawołał, wpadając do kantoru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I to pieniądz niezły --- rzekł Karol, podnosząc
głowę znad papierów,</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To pieniądz gruby --- poprawił Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, jeśli towarzystwo asekuracyjne wszystko
wypłacić zechce --- powiedział Karol z naciskiem, bo
go zirytowała ta wiadomość, że Moryc za jednym zamachem zdobywał piękną pannę i duży posag, a on,
on musi się wiecznie męczyć...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyniosłem ci pieniądze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie się obliczałem, że może nie będę potrzebował brać od ciebie. Znalazłem kogoś, który chce
mi dać na weksel z terminem półrocznym i na osiem
procent tylko --- powiedział umyślnie, bo pieniędzy nie
miał, ale chciał mu zrobić przykrość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bierz! Ja umyślnie dla ciebie pieniądze wydobyłem i zapłaciłem procent z góry.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zatrzymaj pieniądze dni kilka, gdybym nie
wziął, wrócę ci koszta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie lubię takich warunkowych interesów --- mówił niezadowolony.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309781683833-719818638"/><motyw id="m1309781683833-719818638">Małżeństwo, Kobieta, Mężczyzna, Miłość, Wspomnienia</motyw>--- Więc panna Mela cię przejęła? Dziwi mnie to
trochę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? Cóż mi masz do zarzucenia? --- pytał prędko, gniewnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyglądasz na kantorowicza, ale to nie przeszkadza, tylko że...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedz, proszę cię...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak się podobno kochała w Wysockim --- powiedział tonem zdziwienia, pełnego złośliwości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest taka prawda, jakby kto mówił o bankructwie Szai.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczegóż nie miałaby się w nim kochać? Ona
piękna, on przystojny. Oboje mają pewne wspólne społeczne bziki, oboje namiętni, widziałem u Trawińskich,
jak się zjadali oczami. Mówili tam o ich małżeństwie... --- ciągnął nieubłaganie, bawiąc się cierpieniem, jakie znać
było na twarzy przyjaciela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może i tak było, nic mię to nie obchodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie by obchodziła przeszłość narzeczonej. Nie
ożeniłbym się z kobietą ze wspomnieniami.<end id="e1309781683833-719818638"/></akap_dialog>


<akap>Uśmiechnął się tak złośliwie, że Moryc zerwał się
gwałtownie.</akap>


<akap_dialog>--- Po co mi to mówisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ubliża to ani tobie, ani pannie Meli, mówię,
co mi na myśl przyszło. Bardzo się cieszę nawet, że się
żenisz tak świetnie.</akap_dialog>


<akap>Uśmiechnął się znowu zjadliwie.</akap>


<akap>Moryc trzasnął drzwiami i wybiegł wzburzony
i wściekły na Karola.</akap>


<akap>Taki był zaperzony, że zaczął krzyczeć na robotników, którzy pompowali wodę z fundamentów.</akap>


<akap_dialog>--- Ruszać się chamy! Robicie jak z łaski, od
wczoraj nic wody nie ubyło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to czego? --- zapytał jeden z robotników
dosyć głośno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ty pyskujesz, do kogo ty tak pyskujesz? Ja
cię zaraz łajdaku wyrzucę z roboty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wynoś się, parchu, pókiś cały, bo ci mordę
przekręcę, żebyś widział, gdzie uciekać --- szepnął jakiś
mularz<pe><slowo_obce>mularz</slowo_obce> (daw.) --- murarz.</pe>, przykładając mu pięść do nosa.</akap_dialog>


<akap>Moryc cofnął się spiesznie i podniósł taki wrzask,
że Karol ukazał się przy robotnikach i Maks wybiegł
z przędzalni.</akap>


<akap>Moryc wrzeszczał, żeby robotnika oddalić natychmiast, bo mu ubliżył.</akap>


<akap_dialog>--- Daj pokój Moryc, nie wtrącaj się do nieswoich
rzeczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to nie do swoich rzeczy! Mam takie same
prawo jak i ty --- krzyczał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na chwilę przypuśćmy, że takie samo prawo,
ale ci to jeszcze nie daje prawa wymyślania robotnikom,
wymyślania wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> --- tu: zupełnie.</pe> niesłusznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to jest, przypuśćmy! Moje dziesięć tysięcy
rubli tyleż warte co i twoje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie krzycz tak, chcesz się przed robotnikami
pochwalić, że masz dziesięć tysięcy rubli?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty nie potrzebujesz mnie uczyć, co ja mam
mówić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty nie potrzebujesz tego krzyczeć, mogąc po
ludzku powiedzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja to robię, co mnie się podoba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krzyczże sobie, kiedy ci się to podoba --- zawołał Karol pogardliwie i wrócił do kantoru.
</akap_dialog>


<akap>Moryc wykrzyczał się jeszcze przed Maksem i wybiegł, odgrażając się głośno, że musi zaprowadzić tutaj
inne porządki, że tak dalej iść nie może, że Karol buduje pałac, nie fabrykę.</akap>



<akap_dialog>--- Pewny posagu Grünspanówny i dlatego taki
głośny --- powiedział Karol Maksowi, ale żałował swego
uniesienia, bo liczył na jego pieniądze, potrzebne mu
były koniecznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile razy dam się porwać pierwszemu popędowi --- robię głupstwa.</akap_dialog>


<akap>Moryc pomimo przykrości, jaką mu Karol zrobił,
wspominając o miłości Meli, myślał i czuł tak samo,
a nawet więcej jeszcze żałował swego uniesienia, bo
czuł swoją śmieszność.</akap>


<akap>Byłby wrócił do Borowieckiego, ale nie śmiał na
razie, zostawił to do wieczora, bo tymczasem było już
po szóstej.</akap>


<akap>Konie Kesslera już czekały przed kantorem, pojechał do siebie, przebrał się i natychmiast kazał ruszać
wyciągniętym kłusem przez miasto.</akap>


<akap>Z przyjemnością wyciągał się na miękkich siedzeniach powozu i niedbale kiwał głową spotykanym znajomym.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XIV</naglowek_rozdzial>




<akap>Kessler mieszkał o kilka wiorst za miastem przy
wielkiej farbiarni, której był właścicielem, będąc zarazem
głównym akcjonariuszem i dyrektorem firmy: Kessler
et Endelman.</akap>


<akap>Pałac, a raczej zameczek w stylu gotycko-łódzkim,
wznosił się na szczycie wzgórza, na tle wysokiego sosnowego lasu, a przed nim, na stokach dosyć stromych,
zielenił się wielki angielski park, zbiegający do bystrej,
ujętej w drewniane cembrowiny rzeczki, płynącej w głębokim jarze, obrośniętym wierzbiną i olszynami.</akap>


<akap>Z prawej strony parku spoza drzew wychylały
się czerwone kominy i mury farbiarni, a z lewej, daleko szarzały słomiane dachy wsi rozrzuconej po obu
stokach rzeczki, na dnie jaru, wśród kęp sadów i zarośli.</akap>


<akap_dialog>--- Mieszkasz jak prawdziwy książę łódzki --- zawołał Moryc na przywitanie, wyskakując z powozu przed
pałacem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robiłem, co mogłem, żeby się jako tako urządzić w tym barbarzyńskim kraju --- mówił Kessler, prowadząc go w głąb domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trafiłem na uroczystość? --- zawołał, bo Kessler był we fraku i w białym krawacie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzież tam, nie zdążyłem się jeszcze przebrać,
jeździłem z urzędową wizytą...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już jest kto?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest Wilhelm Müller, przyjechał umyślnie z Berlina po cichu przed ojcem. Jest Oskar baron Meyer,
jest Martin, znasz go? Wesołe francuskie bydlę. Jest kilku
jeszcze naszych z Łodzi i Berlina. No i jest część niespodzianek...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciekawym. Masz kogo, co by robił honory domu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczysz...</akap_dialog>


<akap>Na wielkiej tarasie<pe><slowo_obce>tarasa</slowo_obce> --- dziś r.ż.: taras.</pe>, od strony rzeki, zamienionej
w letni salon, siedziało całe towarzystwo.</akap>


<akap>Indyjskie, przepyszne maty z traw kolorowych zaścielały podłogę, meble były ze złoconego bambusu, pokryte jedwabnymi poduszkami.</akap>


<akap>Ściany werendy<pe><slowo_obce>werenda</slowo_obce> --- dziś: weranda.</pe> tworzyły chińskie maty ze słomy,
nanizanej różnokolorowymi paciorkami, niewiązanej,
a tylko jednym końcem, u góry ujętej w szeroki złoty
fryz, spod którego spływała ku podłodze niby falami
włosów skrzących się różnokolorowym szkłem i cicho
dźwięczących za najlżejszym dotknięciem powietrza.</akap>


<akap>Moryc przywitał się z wszystkimi i usiadł w milczeniu.</akap>


<akap_dialog>--- Co pijesz? My chłodzimy się szampańskim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, zgoda na szampańskie.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1309783353530-704022336"/><motyw id="m1309783353530-704022336">Gospodyni, Kochanka, Kobieta, Mężczyzna</motyw>Za chwilę wniósł służący wino, a za nim weszła
Zośka Malinowska, która robiła honory domu, własnoręcznie nalała i usiadła przy nim na biegunowym krześle.</akap>


<akap>Milczenie zaległo werendę, bo wszystkich oczy
wpiły się z chciwością w jej twarz piękną, w odsłonięte
ramiona i w całą postać doskonale rozwiniętą.</akap>


<akap>Zmieszały ją nieco te spojrzenia ciekawe, ale to
dodało jeszcze żywości jej bardzo ruchliwej twarzy i powlekło ją lekkim, delikatnym karminem.</akap>


<akap_dialog>--- Kołysz mnie pan --- powiedziała nakazująco do
Moryca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy pani myśli, że to będzie dla mnie kara? --- szepnął, wciskając binokle, bo mu się bardzo podobała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie myślę, czym to dla pana będzie, bo
chcę się tylko bujać --- odpowiedziała dosyć twardo i zapatrzyła się przez nieosłonięty kawałek werendy w park
staczający się po równi pochyłej aż do błyszczącego srebrem i błękitem strumienia, za którym leżały płaty łąk
ciemnozielonych, a potem pola podnosiły się w górę;
pola pocięte w pasy długie rozmaitymi odcieniami zieleni zbóż.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może się przejdziemy, pokażę wam park i menażerię --- powiedział Kessler.</akap_dialog>


<akap>Poszli wszyscy prócz Müllera.</akap>


<akap_dialog>--- Nie chce mi się chodzić... zmęczony jestem drogą... --- powiedział na usprawiedliwienie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierz mi pan, że to na próżno --- szepnął Kessler, rzucając okiem na Zośkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co takiego? Ani myślałem... --- rzucił prędko,
zły, że odgadnięto jego intencję, ale nie zmienił zamiaru,
a gdy Kessler wyszedł, przysunął się do Zośki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ten Müller jest jeszcze zupełnie <slowo_obce>jugend</slowo_obce><pe><slowo_obce>jugend</slowo_obce> (niem. <slowo_obce>die Jugend</slowo_obce>) --- młodość, młodzież.</pe> --- odezwał się Kessler do Moryca, idąc za całym towarzystwem,
na przełaj wspaniałych trawników.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Warum</slowo_obce><pe><slowo_obce>warum</slowo_obce> (niem.) --- dlaczego.</pe>?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Umyślnie został dla mojej dziewczyny, myśli,
że ona pomienia<pe><slowo_obce>pomieniać</slowo_obce> (daw.) --- zamienić.</pe> mnie na niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kobiety mają nieraz niespodziewane gusta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale stale lubią tych, co mają dużo pieniędzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zawsze, nie zawsze --- rzucił ciszej, bo mu
przyszła na myśl Mela i Wysocki. --- Skąd wydobyłeś
taką dziewczynę? Wspaniała samica.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Podoba ci się?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przystojna i czuć, że ma temperament, że...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za dużo go ma i strasznie przy tym głupia, mam
jej już dosyć.</akap_dialog>


<akap>Skrzywił się i zaczął laską ścinać czubki krzewów,
a po chwili odezwał się ciszej:</akap>


<akap_dialog>--- Mogę ci ją odstąpić, chcesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oferta wspaniała, ale do tej licytacji nie stanę,
za mało mam pieniędzy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty się mylisz zupełnie. To jest Polka, ona chce,
żeby ją kochać rano, w południe i wieczorem, żeby być
jej wiernym i w końcu, żeby się z nią ożenić. Mówię
ci, że to głupia dziewczyna. Płacze mi po całych dniach
i ciągle wyrzeka, a na odmianę robi mi awantury, że
muszę ją nieraz uspokajać po swojemu.</akap_dialog>


<akap>Błysnął oczami i silniej świsnął laską po krzewach.</akap>


<akap_dialog>--- Chcesz ją, to ci ułatwię... Muszę się jej i tak
pozbyć w jaki sposób, bo się pewnie ożenię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszałem coś o tym na mieście... z Müllerówną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Interes dopiero w robocie, nic jeszcze pewnego. W każdym razie byłbym bardzo wdzięczny temu, kto by
mnie oswobodził od tej dziewczyny. Może chcesz?...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- O, dziękuję ci, ma brata i ojca, którzy podobno
nie są zbyt dobrze wychowani... mogliby nie uszanować
mojej skóry... A przy tym i ja się żenię.</akap_dialog>


<akap>Przyłączyli się do towarzystwa.<end id="e1309783353530-704022336"/></akap>


<akap><begin id="b1309783522167-2284891677"/><motyw id="m1309783522167-2284891677">Zwierzęta, Okrucieństwo</motyw>Kessler zaprowadził wszystkich do wielkich żelaznych klatek, w których żyła gromada małp. Długim
kijem, przez kraty, zaczął je drażnić; małpy na sam
jego widok zaczęły się cofać w głąb, a przestraszone
kijem rzucały się na sufit, czepiały się bocznych krat
i przeraźliwymi głosami wściekłości i rozpaczy pobudziły Kesslera do wesołego śmiechu i zaciętszego ich
podrażniania.</akap>


<akap>Zwierząt było dosyć w innych klatkach, ale prawie
wszystkie na widok swego pana głupiały ze strachu lub
szczerzyły kły.</akap>


<akap>Para tonkińskich niedźwiedzi, zupełnie czarnych,
ze wspaniałymi żółtymi napierśnikami, rozwścieklona
biciem, rzuciła się na kraty z takim rykiem, że wszyscy
odskoczyli z przerażenia, tylko Kessler się nie poruszył,
przysunął bliżej twarz do wyszczerzonych kłów, bił prętem po rozwartych potężnych szczękach i rozkoszował
się ich bezsilną wściekłością.</akap>


<akap_dialog>--- To pod moim adresem tak mruczą słodko --- zauważył z uśmiechem.</akap_dialog>


<akap>Prowadził dalej, do jeleni spacerujących w ogrodzeniu, z którymi żył przyjaźnie, do klatek psów, tak
zdziczałych, że rzucały się drapieżnie ku patrzącym;
z psami był w dobrych stosunkach, bo wszedł do środka
i pozwalał się im lizać po rękach i twarzy.</akap>


<akap>Na zakończenie pokazał gościom swoim stado białych pawi o cudownych tęczowych ogonach.</akap>


<akap>Kessler zakrzyczał i pawie, roztoczywszy wachlarze
ogonów, biegły całą gromadą po zielonych trawnikach,
ale zatrzymały się z dala od patrzących i zaczęły krzyczeć blaszanymi, rozdzierającymi głosami.<end id="e1309783522167-2284891677"/></akap>


<akap>Wracali wolno do pałacu.</akap>


<akap>Wieczór się już rozlewał nad ziemią, wzgórza jeszcze świeciły złotawymi blaskami zachodu, ale nad całą
doliną wznosiły się lekkie mgły, które się poruszały i rozsnuwały jak zwoje przędzy sinej, rozdzieranej co chwila
przez czuby drzew i grzbiety ostre dachów.</akap>


<akap>Od rzeki, od drzew i traw podnosił się cichy monotonny szmer, pokrywany co chwila rojnym huczeniem chrabąszczów, które z brzękiem przelatywały nad
głowami.</akap>


<akap>Żaby od chłopskich rowów i sadzawek rechotały
chóralnie.</akap>


<akap>Wilgotny a ciepły wiatr powiewał z zamglonej
dali i niósł głos dzwonów bijących długo a żałośnie,
jakby na śmierć czyjąś; przyduszone ciężkie echa drgały
w powietrzu jak płaty stygnącego metalu i konały pod
konarami lasu, w gąszczu czerwonych pni, stojących
gęstą ścianą tuż za pałacem.</akap>


<akap>Na werendzie Zośki już nie było, tylko Wilhelm
Müller kołysał się na fotelu.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż, ładna, prawda? --- zapytał go Kessler
drwiąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie tyle ładna, ile... ordynarna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogłeś się pan porozumieć z nią?... --- zapytał Kessler.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie próbowałem nawet --- odpowiedział ze złością i wykręcał wąsiki, aby ukryć pomieszanie i twarz
z prawej strony zarumienioną nieco.</akap_dialog>


<akap>Kessler uśmiechnął się i zapraszał na kolację, bo
właśnie lokaje otwierali drzwi na oścież, ukazując
w amfiladzie szereg salonów umeblowanych z przepychem nadzwyczajnym.</akap>


<akap><begin id="b1309784083065-3832240726"/><motyw id="m1309784083065-3832240726">Jedzenie, Kobieta, Uczta</motyw>Kolację podali w wielkiej okrągłej jadalni, zamienionej na ogród podzwrotnikowy, pełen palm i kwiatów; w środku ustawiono okrągły stół, tak zapełniony
srebrami i kryształami, że robił wrażenie wystawy jubilerskiej, wśród której niby drogie kamienie barwiły się
kwiaty róż i storczyków ubierających obrus i zastawę.</akap>


<akap>Przy jednym z okien siedziały dwie z wynotowanych w fabryce robotnic, bo drugie dwie nie przyszły;
siedziały bogato wystrojone, sztywne, onieśmielone
i z trwogą patrzyły na wchodzących mężczyzn.</akap>


<akap>Po jadalni chodziły wolno i swobodnie się śmiały
tancerki.</akap>


<akap>Była to właśnie ta niespodzianka importowana,
jaką Kessler zapowiadał Morycowi, a którą Müller przywiózł z Berlina na dzisiejszy wieczór. Było ich trzy
tylko, ale hałasowały za dziesięć i ordynarną, tingeltanglową<pe><slowo_obce>tingeltanglowy</slowo_obce> (z niem.) --- od: <slowo_obce>tingel-tangel</slowo_obce>, wyrazu dźwiękonaśladowczego dla brzęku talerzy blaszanych w orkiestrze; określenie taniej restauracji z kabaretem.</pe> wrzawą zapełniały pokój.</akap>


<akap>Postrojone były krzykliwie, obwieszone sztucznymi
kamieniami, wydekoltowane do pół piersi, wymalowane,
ale pomimo to zupełnie przystojne, o wysmukłych i doskonałych w rysunku figurach.</akap>


<akap>Kolacja wlekła się dosyć długo i nudnie.</akap>


<akap>Nikt nie miał humoru, byli zbyt przytomni, tylko
tancerki rzucały cyniczne uwagi i okrzyki, i kpiły z robotnic, które pomieszane, zdenerwowane, nieprzytomne
prawie, nie wiedziały, jak jeść, co robić ze sobą, gdzie
patrzeć.</akap>


<akap>Zajęła się nimi Zośka, a za nią i Moryc, obok niej
siedzący, zaczął się do nich odzywać po polsku, aby je
ośmielić.</akap>


<akap><begin id="b1309784110813-529305790"/><motyw id="m1309784110813-529305790">Zazdrość</motyw>Kessler nic prawie nie mówił, z namarszczoną
brwią, z głową w ramiona wciśniętą, siedział chmurny
i nienawistnie spoglądał na Zośkę, żywo rozmawiającą
z Morycem, to na lokajów, którzy czując jego wzrok na
sobie, uwijali się z pośpiechem pełnym trwogi.<end id="e1309784083065-3832240726"/></akap>


<akap>Zazdrość nim szarpała. Chciał ją odstąpić, a teraz
widząc jej twarz wesołą, uśmiechniętą, dziwnie jasną
a piękną, pochyloną do tamtego; widząc, jak chciwie
słuchała jego słów, jak często rumieniła się i z kokieterią bardzo wdzięczną nalewała mu wino --- zazdrość
nim owładnęła.</akap>


<akap>Byłby kazał jej przyjść i siedzieć przy sobie, ale
wstydził się okazywać zazdrość przy wszystkich, więc
siedział ponury, zdenerwowany tym gwałtownym uczuciem i koniecznością panowania nad sobą.<end id="e1309784110813-529305790"/></akap>


<akap>Po kolacji przeszli do salonu, umeblowanego na
sposób wschodni; wielkie sofy jedwabne zarzucone poduszkami stały pod ścianami, ściany były obciągnięte
zieloną jedwabną materią w żółte płomienie, jakiś również zielono-żółty dywan zaścielał całą podłogę.</akap>


<akap>Lokaje poustawiali przed sofami niskie, kwadratowe
stoliki, zapełnili je całą baterią butelek i odsłonili coś
w rodzaju estrady, na której znalazł się zaraz skrzypcowy kwartet i grać zaczął.</akap>


<akap>Porozwalali się na sofach, gdzie komu było wygodniej i zaczęli pić; zaraz z miejsca poszły dosyć gęsto
likiery i koniaki do kawy, którą lokaje obnosili co
chwila, a po kawie poszły wina w takiej ilości, w tylu
gatunkach, że wkrótce się popili.</akap>


<akap>Muzyka wciąż grała, tancerki zniknęły, aby się
przebrać odpowiednio, a tymczasem na środku salonu
rozciągnięto gruby dywan z linoleum, odpowiednio wykredowany.</akap>


<akap>Gwar się zaczął zrywać, śmiechy, dowcipy, żarty
obiegały salę, razem z robotnicami, które popychane od
jednego do drugiego, podawane z rąk do rąk, całowane,
szczypane, obejmowane, pojone winem, traciły przytomność do reszty i zaczęły szaleć, podbudzone jeszcze
dźwiękami muzyki, która żar wlewała do żył i szaleństwo.</akap>


<akap_dialog>--- Tańczyć --- krzyknął Kessler, trzymając wpół Zośkę pijaną zupełnie i tak rozbawioną, że co chwila
tarzała się po sofie i krzyczała.</akap_dialog>



<akap><begin id="b1309784486431-3702253487"/><motyw id="m1309784486431-3702253487">Taniec, Uczta</motyw>Tancerki ukazały się z małymi tamburynami w rękach, wzniesionymi do góry, prawie nagie, bo prócz
zwojów gazy nic nieosłaniających, więcej nie miały na
sobie.</akap>


<akap>Stanęły na środku i zgodnie uderzyły w tamburyny, wtedy muzyka przeszła w najdelikatniejsze pianissima, ledwie dosłyszalne, a melodię tańca poprowadził flet namiętnym głosem, podobnym do miłosnego
śpiewu ptaków.</akap>


<akap>Tancerki zaczęły <slowo_obce>danse du ventre</slowo_obce><pe><slowo_obce>danse du ventre</slowo_obce> (fr.) --- taniec brzucha.</pe> dosyć wolno
i ospale, pod wpływem win, jakie w przerwach tańca
literalnie w nie lano, i pod wpływem fletu rozogniły się
i tańczyły namiętnie ten dziwny, ohydny taniec wschodu,
pełen epileptycznych drgawek, kurczów, wyrzucań całym
ciałem, lubieżnych pragnień, taniec rozszalałych rozpustą.</akap>


<akap>Flet lał niestrudzenie swój słodki, namiętny śpiew
i przenikał coraz bardziej wszystkich niepowstrzymaną
żądzą zatopienia się w szaleństwie.</akap>


<akap>Oczy płonęły, piersi podnosiły się szybko, krótkie
okrzyki zrywały się z piersi, ramiona wyciągały się do
tańczących, odgłosy mocnych pocałunków tonęły w tej
dzikiej wrzawie rozpasania, jaka zapanowała w salonie.</akap>


<akap>Śmiechy, słowa, szczęk kieliszków, okrzyki zlewały
się w wielki, odurzający gwar, nad którym tylko głos
fletu panował, a one tańczyły coraz lubieżniej, coraz jaskrawiej, coraz namiętniej; na zielonym tle ścian, w obłoku gaz przejrzystych szalone ruchy ich ciał nagich tworzyły obraz bachanckiej wizji.<end id="e1309784486431-3702253487"/></akap>


<akap>Ryk śmiechu i zadowolenia rozlegał się wciąż po
sali, tylko Zośka podniosła głowę i pijanymi oczami patrzyła długo na tanecznice.</akap>


<akap_dialog>--- To świństwo, to ostatnie świństwo! --- zawołała
z jakąś bezwiedną grozą oburzenia i wybuchnęła strasznym, pijackim płaczem, aż ją Kessler kazał lokajowi
zanieść do jej pokoju.</akap_dialog>


<akap>Ale wesoła zabawa łódzkich królewiąt trwała dalej, do końca...</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XV</naglowek_rozdzial>




<akap_dialog>--- Może jeszcze herbaty pan pozwoli, panie Józefie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję pani --- odparł Józio, wstał, ukłonił
się i rozczerwieniony<pe><slowo_obce>rozczerwieniony</slowo_obce> --- dziś: zaczerwieniony.</pe> czytał dalej gazetę panu Adamowi.</akap_dialog>


<akap>Anka siadła w głębokim fotelu na biegunach, kołysała się, słuchała czytania, ale częściej spoglądała na
drzwi od werendy i nasłuchiwała, czy nie usłyszy kroków Karola.</akap>


<akap_dialog>--- Mateusz, niech samowar nie zgaśnie, bo pan
pewnie zaraz przyjdzie! --- zawołała do kuchni, obeszła
pokój, wyjrzała na świat ciemny przez wszystkie okna,
chwilę stała z czołem opartym o szybę i znowu powróciła na fotel i z wzrastającą niecierpliwością oczekiwała.</akap_dialog>


<akap>Nie było to po raz pierwszy od czasu, jak w Łodzi
mieszkała, to jest od dwóch miesięcy.</akap>


<akap>Dla Borowieckiego czas ten płynął bardzo szybko,
ale dla niej i dla ojca wlókł się ze straszną powolnością.
Zamknięci w domu i w tym chorym kawałku
ogródka, który im musiał zastępować Kurów, cierpieli
straszną nostalgię za wsią, za wielkimi przestrzeniami
i z trudem zmuszali się do nowego życia i otoczenia.</akap>


<akap>Anka zmizerniała nie tyle z nudów, ile ze zmartwień różnych, jakie wciąż na nią spadały i ze zgryzot
tajonych, a których źródłem był Karol.</akap>


<akap>Urządziła sobie życie, jak tylko mogła najczynniejsze, najbardziej wyczerpujące, ale pomimo to jakiś nieokreślony smutek przegryzał z wolna duszę.</akap>


<akap>Nie wiedziała, co myśleć o Karolu.</akap>


<akap>Wierzyła, była przekonana, że ją kochał, ale od
czasu przyjazdu do Łodzi zaczynała wątpić w to chwilami.</akap>


<akap>Jeszcze nie miała żadnej pewności, jeszcze nawet
podejrzeń swoich się wstydziła, a pomimo to sercem
odgadywała tę bolesną dla siebie prawdę.</akap>


<akap>A przy tym, codziennie, ze zdumieniem pełnym boleści przekonywała się, że on, ten, który był dla niej
ideałem człowieka, którego sobie ubrała we wszystkie
blaski własnej szlachetnej duszy, o którym myślała
z dumą i radością, którego kochała pierwszym czuciem,
który miał być jej mężem --- ten jej chłopak kochany,
jak go nazywała w duszy, jest taki inny i niepodobny
w rzeczywistości do tamtego, którego ubóstwiała.</akap>


<akap>Przekonywała się o tym codziennie i cierpiała coraz boleśniej.</akap>


<akap>Bywał czasem dla niej dobry, kochający, serdeczny,
uprzedzający jej życzenia wszystkie, ale bywał i zimny,
szorstki, nieubłagany w ironizowaniu jej wiejskich zwyczajów, a wtedy wyśmiewał z ostrością bolesną jej dobre serce, jej opiekowanie się biednymi, jej pojęcia nawet, jak nazywał, parafiańskie, wtedy jego stalowe oczy
paliły ją niesłychanym bólem, a surowa twarz pełna była
wyrazu zimnej obojętności.</akap>


<akap>Tłumaczyła jego postępowanie, jak i on to robił
w chwilach lepszych, zdenerwowaniem i kłopotami, jakich
miał wiele przy budowie fabryki.</akap>


<akap>Wierzyła temu z początku i znosiła cierpliwie
zmienność jego humoru, a nawet robiła sobie wyrzuty,
że nie umiała mu być uspokojeniem, że nie umiała tak
go przywiązać do siebie, aby przy niej zapominał o wszystkich kłopotach i zmartwieniach.</akap>


<akap>Próbowała to robić nawet, ale przestawała, spostrzegłszy raz jego drwiąco dziękczynne spojrzenie, jakie
jej rzucił.</akap>


<akap><begin id="b1309784925767-95885931"/><motyw id="m1309784925767-95885931">Miłość, Pozory, Kobieta, Mężczyzna</motyw>A potem<pe><slowo_obce>potem</slowo_obce> --- tu: poza tym.</pe> ona tego nie umiała, ona go kochała
prosto i szczerze, umiałaby dla niego poświęcić wszystko,
ale nie umiała pokazywać swojej miłości, nie umiała
zadzierzgać tych tysiącznych nici spojrzeń, frazesów, dotknięć, niedomówień; tego sztucznego czaru, który tak
lubią mężczyźni i biorą zwykle za miłość najgłębszą,
a który jest tylko flirtem i wstrętną minoderią<pe><slowo_obce>minoderia</slowo_obce> --- wdzięczenie się, mizdrzenie się.</pe> panien
chcących się dobrze sprzedać.</akap>


<akap>Brzydziła się tym jej prosta i szlachetna dusza,
oburzała się do głębi na myśl takiego podniecania mężczyzn i tym trzymania ich przy sobie.</akap>


<akap><end id="e1309784925767-95885931"/>Miała silnie rozwinięte poczucie własnej godności,
była dumną, czuła się człowiekiem.</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego nie przychodzi? --- myślała z głęboką
przykrością.</akap_dialog>


<akap>Józio czytał cichym, monotonnym głosem i od
czasu do czasu podnosił spoconą twarz, spoglądał lękliwie na Ankę, wtedy pan Adam stukał kijem i wołał:</akap>


<akap_dialog>--- Czytaj, czytaj! A to dobrodzieju mój kochany
ciekawe, ciekawe! Ten Bismarck to sztuka, oho! Szkoda,
że nie ma księdza tutaj, szkoda... Słuchasz Anka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham --- szepnęła, nasłuchując szumu drzew
w ogrodzie i głuchego łoskotu Müllerowskieh fabryk,
czynnych i w nocy.</akap_dialog>


<akap>Czas się wlókł strasznie wolno.</akap>


<akap>Zegar bił godziny za godzinami, cisza potem rozlewała się tym głuchsza, w której tylko głos Józia coraz
senniejszy rozlegał się słabo, aż i on skończył gazety
i zabierał się do wyjścia.</akap>


<akap_dialog>--- A ty Józiu, gdzie sypiasz? --- zagadnął pan
Adam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W kantorze starego pana Bauma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż, nie lepiej mu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Baum powiada, że nic mu nie jest, że
jest zupełnie zdrowy. Pan Wysocki był dzisiaj, chciał
go obejrzeć, to się tak rozgniewał, że go prawie za drzwi
wyrzucił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Fabryka idzie jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziesięć tylko warsztatów czynnych. Dobranoc
państwu.</akap_dialog>


<akap>Ukłonił się i wyszedł.</akap>


<akap_dialog>--- Pan Maks opowiadał wczoraj, że od października zamykają zupełnie fabrykę. Stary Baum podobno
zupełnie obłąkany, całe noce przesiaduje w fabryce
i porusza warsztaty. Onegdaj znalazł go Maks w głównej sali, jak chodził od warsztatu do warsztatu i robił
na nich. O, Karol idzie! --- zawołała radośnie, podnosząc
się z fotelu.</akap_dialog>


<akap>Karol wszedł, przywitał się w milczeniu i rzucił
się na krzesło.</akap>


<akap_dialog>--- Z miasta idziesz? --- zapytał stary.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak zwykle --- odpowiedział opryskliwie, zirytowany, że musi się tłumaczyć, ale spostrzegłszy niespokojny wzrok Anki, rozjaśnił twarz i miękkim głosem
zapytał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż tu nowego słychać? Nie mogłem być na
obiedzie, bo jeździłem do Piotrkowa, przepraszam, że
nie zawiadomiłem, nie było już czasu, bo jechałem niespodziewanie. Była tu pani Trawińska?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Była, ale popołudniu odwiedziła nas pani Müllerowa z Madą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Müllerowa z Madą? --- zapytał ze zdumieniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyszły po sąsiedzku. Bardzo przyjemne kobiety i tak obie zgodnie wychwalały pana. Narzekały,
że pan o nich zapomina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Także pretensje, byłem u nich parę razy zaledwie.</akap_dialog>


<akap>Wzruszył ramionami.</akap>


<akap>Anka spojrzała zdziwiona, bo Mada mówiła wyraźnie, że Karol na wiosnę bywał u nich prawie codziennie na herbacie.</akap>


<akap_dialog>--- Prawda, jaka z tej panny Mady typowa gęś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie wydała się bardzo rozsądną i bardzo prostą, i szczerą, nawet za szczerą... Dziwię się, czemu pan
Maks odzywa się o niej zawsze z taką niechęcią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maks łatwo się uprzedza.</akap_dialog>


<akap>Wiedział, dlaczego Maks jej nie lubi.</akap>


<akap>Pił herbatę spiesznie, zmuszając się do tego, aby Ance odmową nie robić przykrości i rozmyślał nad tą
dziwną wizytą.</akap>


<akap>Po co one przyszły?</akap>


<akap>A może Anka umyślnie szukała zbliżenia.</akap>


<akap>Wypytywał się o szczegóły wizyty, Anka opisywała
mu wszystko z drobiazgowością i szczerze wyrażała swoje
zdumienie z ich przyjścia.</akap>


<akap_dialog>--- To Mady robota, sprytna dziewczyna! --- myślał, ale nie był zadowolony.</akap_dialog>


<akap>Jeszcze się przecież nie wyrzekł zupełnie myśli zostania zięciem Müllera, więc wolałby, żeby żyły z daleka
od siebie, mniej trudną miałby pozycję wobec obu panien.</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba będzie ich rewizytować --- zauważył
niedbale.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bardzo chciałabym zabierać nowe znajomości<pe><slowo_obce>zabierać (...) znajomości</slowo_obce> --- dziś popr.: zawierać znajomości.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierzę, a tym bardziej znajomości mocno nieodpowiednie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdę do nich którego dnia z ojcem i na tym
się skończy.</akap_dialog>


<akap>Zaczął z pewnym politowaniem opowiadać o ich
grubych obyczajach i dorobkiewiczowskich fantazjach
Mady i starego Müllera, ośmieszał ich z przesadą umyślną,
żeby Ance odebrać chęć zabierania z nimi bliższej znajomości, jeśli ją miała, a w końcu zeszedł na własne
sprawy i kłopoty.</akap>


<akap>Anka słuchała z uwagą i ze współczuciem przypatrywała się jego podkrążonym oczom i zmęczonej
twarzy, a gdy Karol skończył, zapytała:</akap>


<akap_dialog>--- Daleko jeszcze do końca?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za dwa miesiące muszę w ruch puścić fabrykę,
a choćby tylko jeden oddział, ale tyle jest jeszcze roboty, że boję się myśleć o tym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powinien pan później odpocząć czas dłuższy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odpocząć! Ależ później będzie jeszcze więcej
roboty, całych lat potrzeba pracy wytężonej, zabiegów,
szczęśliwych warunków, dobrych odbiorców, kapitałów,
żeby stanąć jako tako, wtedy dopiero będzie można
myśleć o odpoczynku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I to gorączkowe, wyczerpujące życie ciągle,
ciągle?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciągle i w dodatku z troską, żeby się to wszystko
zdało na co.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W Kurowie nie potrzebowałby się pan tak
męczyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Serio pani to mówi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja to samo powtarzam --- odezwał się pan
Adam, układający sobie pasjansa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myślałam o tym długo --- szepnęła, przysunęła
się do niego bliżej i oparta o jego ramię, zaczęła z zapałem i tęsknotą malować spokojne, dobre życie na wsi.</akap_dialog>


<akap>Uśmiechał się pobłażliwie... Niech fantazjuje, kiedy
jej to sprawia przyjemność.<begin id="b1309785865982-539083249"/><motyw id="m1309785865982-539083249">Miłość, Zdrada, Zapach, Kobieta, Mężczyzna</motyw></akap>


<akap>Wziął w rękę koniec jej ogromnego warkocza i oddychał przedziwnym zapachem jej włosów.</akap>


<akap_dialog>--- Byłoby tam zupełnie dobrze, nie psuliby nam
ludzie spokojnego i trwałego szczęścia --- ciągnęła Anka,
zapalając się.</akap_dialog>


<akap>Karol porównywał jej słowa z zupełnie podobnymi
słowami tylu kobiet, które tak samo, poruszone miłością,
marzyły o szczęściu z nim; to samo mówiła mu Lucy
przed godziną, bo od niej wracał.</akap>


<akap>Uśmiechnął się i dotykał końcami palców chłodnych
rąk narzeczonej i stwierdził, że nie elektryzują tak silnie, jak tamtej, że nawet są znacznie brzydsze.</akap>


<akap>Anka mówiła dalej, snując barwną nić swoich marzeń i tęsknot z wielką szczerością.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie ja to samo słyszałem, kto mi to przedtem mówił? Aha! --- myślał i przypomniał sobie długie
wieczory spędzane z Likiertową, przypominał sobie tyle
innych kobiet jeszcze, tyle twarzy, ramion, uścisków,
pocałunków, przysiąg miłości.</akap_dialog>


<akap>Był bardzo znużony po dzisiejszej schadzce i tak
jeszcze pełnym tamtej, że wstrząsał się nerwowo i zapadał w jakąś głęboką ciszę z wyczerpania nerwowego,
słuchał głosu Anki, a zdawało mu się, że to mówi kto
inny, że to te wszystkie dawne jego miłości, zmartwychwstałe we wspomnieniu tylko, są obok, mówią, snują
się, dotykają go, słyszał prawie szelesty ich sukien, zdawało mu się, że widzi białe profile, że uśmiechy i słowa
pełne dziwnego czaru otaczają go dookoła, że je spostrzega...</akap>


<akap>Wzdrygnął się i ogarnął Ankę ramieniem i przycisnął rozpalone jeszcze tamtej pocałunkami usta do jej
skroni... Podniosła twarz ku niemu, zdziwiona tym nieoczekiwanym pocałunkiem, a on zobaczył wtedy po raz
pierwszy przez bezwiedne prawie skojarzenie, że ona
nie jest piękna, jest niesłychanie miła, wdzięczna, szlachetna, dobra, ale piękna nie jest...</akap>


<akap>Ankę ten wzrok badawczy i zimny dziwnie dotknął
i zarumienił, wyciągnęła mu z kieszeni na piersiach jedwabną chusteczkę i zaczęła się nią chłodzić.</akap>


<akap_dialog>--- Co to za perfumy? --- zapytała, aby coś powiedzieć, bo to spojrzenie zmroziło jej zapał dawny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Fiołki, o ile pamiętam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Te fiołki są heliotropem, pomieszanym z różami! --- odezwała się z uśmiechem i bezwiednie obejrzała
chusteczkę.</akap_dialog>


<akap>Była to wykwintna chusteczka jedwabna, obszyta
koronkami, z monogramem na środku, zabrał ją Lucy
i zapomniał schować głębiej.</akap>


<akap_dialog>--- Prawda, to heliotrop! --- zawołał, żywo odbierając chusteczkę i chowając ją zbyt spiesznie --- Mateusz, pomimo zakazu, perfumuje mnie ciągle zamiast
pilnować, aby w pralni nie zamieniali drobiazgów mówił niedbale, ale czuł, że Anka nie uwierzyła w to
niezręczne tłumaczenie.</akap_dialog>


<akap>Posiedział jeszcze chwilkę, próbował nawet szerokiej,
serdecznej rozmowy, ale spotykał się ciągle z niedowierzającym wzrokiem dziewczyny, więc wstał do wyjścia.</akap>


<akap>Anka wyprowadziła go jak zwykle na werendę,
gdzie już Mateusz czekał z latarnią.</akap>


<akap_dialog>--- Mateusz, nie perfumujcie panu chusteczek tak
silnie --- powiedziała cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja ta nie perfumuje, u nas ta nijakich perfumów nie ma --- odparł zaspanym głosem.<end id="e1309785865982-539083249"/></akap_dialog>


<akap>Anka drgnęła nieco, patrząc na zakłopotaną twarz
Karola.</akap>


<akap_dialog>--- Może pan z nami jutro pojedzie do kościoła?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli będę mógł, to dam znać rano.</akap_dialog>


<akap>Z tym się rozstali.</akap>


<akap>Anka wolno powróciła do mieszkania, kazała pogasić światła, wydała polecenia na jutro, powiedziała
ojcu dobranoc i znalazłszy się w swoim pokoju, stanęła
przy oknie i długo patrzyła w ciemne przepaście nieba,
długo rozczuwała wszystko.</akap>


<akap_dialog>--- A wreszcie, to mnie już nic nie obchodzi --- szepnęła do siebie.</akap_dialog>


<akap>Ale to była nieprawda, obchodziło ją to więcej
nawet niż pragnęła, tylko nie chciała poddać się tym
bolesnym, upokarzającym jej dumę spostrzeżeniom, tym
brutalnym faktom, jakie przed nią stawały.</akap>


<akap_dialog>--- Nie stanę mu pewnie na drodze do szczęścia --- powiedziała sobie rano, po nieprzespanej nocy, zacięła
się w sobie i w takiej dumie, która nie pozwalała się
skarżyć i płakać.</akap_dialog>


<akap>Zamknęła wszystko w sobie.</akap>


<akap>Przy śniadaniu była jak zwykle spokojna. Służąca
dała znać, że gromada robotników przyszła i koniecznie
ją chce widzieć.</akap>


<akap>Anka wyszła na werendę, nie wiedząc, o co im
chodzi.</akap>


<akap>Pana Adama też za nią wtoczyli.</akap>


<akap><begin id="b1309786151054-264365990"/><motyw id="m1309786151054-264365990">Chłop, Pan, Opieka</motyw>Na werendzie było kilku mężczyzn i kobiet, ubranych świątecznie, z bardzo uroczystymi twarzami.</akap>


<akap>Na jej wejście wysunął się zaraz Socha, który teraz był furmanem u Borowieckiego, pocałował ją w rękę,
schylił się do nóg wedle odwiecznego zwyczaju, cofnął
się nieco, chrząknął, obtarł nos rękawem surduta, obejrzał się na żonę stojącą z boku i rzekł mocno.</akap>


<akap_dialog>--- A to myśwa się zmówili i przyszli podziękować
naszej dziedziczce kochanej za tego chłopaka, co go to
połamało, a u panienki się likował, za te kobitę, co to
una wdową ostała, po tym Michale, co go te rusztowanie zabiło i za te dziecioki co ostały, niby po tym Michale, co go to rusztowanie zabiło i za te dobrość, jaką
im panienka robi --- wypowiedział jednym tchem i obejrzał się na żonę i na kolegów, którzy potakiwali głowami i poruszali ustami, jakby mówiąc z nim razem.</akap_dialog>


<akap>Odetchnął i mówił dalej.</akap>


<akap_dialog>--- My jesteśwa biedne sieroty, a panienka chociaż
ani nam warzona, ani pieczona, a dobra kiej matka rodzona. Naród się zmówił, co by za to wszystko podziękować z serca. Przez podaronków myśwa przyszli, ale
podaronki... ale... podaronki... całujta ścierwy panienkę
po rączkach, obłapta za nóżki! --- zawołał, nie mogąc
dokończyć mowy.</akap_dialog>


<akap>Jakoż po tym energicznym przemówieniu otoczyli
Ankę kołem i całowali ją po rękach, a mniej śmieli po
łokciach.</akap>


<akap>Ankę zalała ogromna radość i rozrzewnienie, mówić nie mogła ze wzruszenia, więc pan Adam przemówił słów kilka od siebie i kazał im dać wódki.</akap>


<akap>Na sam koniec sceny nadszedł Karol i, dowiedziawszy się, o co im chodzi, kazał dać po raz drugi
wódki i coś w rodzaju śniadania, i uścisnął bardzo serdecznie ręce robotników, ale uśmiechał się ironicznie
i gdy ludzie odeszli, powiedział drwiąco:</akap>


<akap_dialog>--- Wzruszająca scena. Myślałem, że to dożynki,
brakowało tylko pieśni i wieńca ze zbóż, był natomiast
spleciony z wdzięczności i dobrych uczynków.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1309786151054-264365990"/>--- Widzę, że to jest łatwa zabawa, ironizowanie
wszystkiego, bo zbyt często pan się w to bawi --- powiedziała spokojnie na pozór, ale w głębi drżała gniewem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie moja zasługa, a... sposobności tak częstych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję panu za szczerość. Wiem teraz już
dobrze, że wszystko, co robię, jest śmieszne, małostkowe, parafialne i niemądre, że to wszystko godne jest
ironii, tylko ironii, a pan ją swobodnie wypowiada, bo
to mnie tylko boleć może, a pana cieszy nieprawdaż? --- mówiła rozdrażniona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co słowo to oskarżenie, i to bardzo ciężkie --- rzekł Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I prawda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, zupełna nieprawda, przywidzenie dla mnie
bardzo bolesne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bolesne! --- zawołała ironicznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panno Anno, Anka! Dlaczego się pani gniewa
na mnie? Po co mamy sobie zatruwać życie takimi
drobiazgami, czyż pani na serio znajduje w moim ironizowaniu niewinnym obrazę i krytykę siebie? Ależ daję
pani słowo, że nigdy, nigdy tego nie pragnąłem i pragnąć nie mogłem --- tłumaczył się gorąco, szczerze zmartwiony i dotknięty jej słowami.</akap_dialog>


<akap>Anka nie słuchała, wyszła z pokoju, nie spojrzawszy na niego.</akap>


<akap>Karol poszedł do ojca na werendę i skarżył się
przed nim.</akap>


<akap_dialog>--- Ja jestem trup, ja już nie żyję, ale ci powiem
szczerze, krzywdzisz Ankę i zniechęcasz, obyś tego nie
żałował później --- powiedział stary ze smutkiem i zaczął mu robić delikatne wymówki za zaniedbywanie narzeczonej i za te tysiące drobiazgów w codziennym życiu, którymi Ankę ranił i obrażał jej miłość własną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Antonina niech się spyta panienki, czy prędko
pojedziemy do kościoła, bo konie już czekają --- powiedział Karol do służącej i wzburzony wymówkami ojca,
chodził po werendzie, oczekując odpowiedzi.</akap_dialog>


<akap>Służąca przyszła zaraz.</akap>


<akap_dialog>--- Panienka poszła do pani Trawińskiej i powiedziała, że dzisiaj nie pojedzie do kościoła.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki rozczerwienił się ze złości i wybiegł.</akap>


<akap_dialog>--- Pijże sobie piwo, jakieś nawarzył... --- mruczał
za nim pan Adam.</akap_dialog>


<akap>Anka rozgniewana poszła do Niny.</akap>


<akap>Nina była sama, siedziała w narożnym pokoju
przed małymi stalugami i malowała pastelami bukiet
złotawych róż, rozsypanych przed nią na pysznej zielonawej materii.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze, żeś przyszła, miałam pisać po ciebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sama jesteś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kazio pojechał do Warszawy, wróci dopiero
wieczorem, malowanie mi się już sprzykrzyło, czytać
mi się nie chce, więc chciałam ci zaproponować wycieczkę za miasto, na świeże powietrze. Będziesz miała czas?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile tylko zechcesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Karol?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież jestem dorosła i wolno mi już rozporządzać sobą i czasem swoim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A! --- wyrwało się Ninie mimo woli, ale nie pytała więcej, bo służący zameldował Kurowskiego, który
dowiedziawszy się, że nie ma Trawińskiego, chciał wyjść.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309786562848-1072111540"/><motyw id="m1309786562848-1072111540">Łzy, Kobieta, Mężczyzna, Cierpienie, Szczęście, Kondycja ludzka</motyw>--- Zostań pan, zjemy razem obiad, a potem we
trójkę urządzimy wycieczkę za miasto, będziesz pan naszym opiekunem i pocieszycielem, dobrze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na opiekuna zgoda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, kiedy nam koniecznie potrzebny jest pocieszyciel.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, niechaj panie cierpią, a zacznę pocieszać, tylko uprzedzam, że łzom nie uwierzę i pozwolę
im płynąć swobodnie, choćby strumieniami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Łzom pan nie wierzy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przepraszam, kobiecym łzom.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawiodły pana jedne, a teraz zemsta na wszystkie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, zawiodły, a teraz zemsta! --- powiedział
wesoło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie będzie pan miał do niej sposobności, bo
my należymy do kobiet, które nie płaczą, nieprawdaż Anka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A przynajmniej nikt łez ani cierpień naszych
nigdy nie zobaczy --- odpowiedziała cicho Anka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uwielbiam taką dumę, a gdybym był prawodawcą, nakazałbym ją wszystkim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nikt by nie słuchał, bo ludzie są szczęśliwsi
przez to samo, że mogą uchodzić przed drugimi za nieszczęśliwych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Duży paradoks, ale i duża prawda; człowiek
to przede wszystkim zwierzę liryczne, jeśli nie sentymentalne. Nowy Linneusz powinien je zaklasyfikować
pod rubrykę: ,,Gatunek mazgajowatych".<end id="e1309786562848-1072111540"/> Pomijając to,
czy Karol tutaj będzie dzisiaj?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, nie wiem, czy pana Borowieckiego
dzisiaj widzieć będę.</akap_dialog>


<akap>Kurowski bystro popatrzał na Ankę, ale twarz jej
nic nie zdradzała, prócz spokojnej obojętności.</akap>


<akap>Przy skończeniu obiadu, który przeszedł nadzwyczaj wesoło, bo Anka rozchmurzyła się nieco po usilnych staraniach Kurowskiego, przyszła na stół kwestia,
gdzie jechać?</akap>


<akap_dialog>--- Byle nie do Helenowa, tam za wiele ludzi dzisiaj.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309786811546-99540740"/><motyw id="m1309786811546-99540740">Miasto, Wieś, Praca</motyw>--- Pojedziemy za miasto. Szkoda, że nie ma Trawińskiego, bo zaproponowałbym państwu podwieczorek
u siebie. Mam przy chałupie trochę wody i ogrodu, byłoby nam chłodno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daleko od Łodzi? --- spytała Anka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boczną drogą będzie z pięć wiorst.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prowadzi pan podobno gospodarstwo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem wielki pan, bo mam czterdzieści morgów ornego gruntu, ale... ale gospodarstwo prowadzę
tylko w fabryce, bo rolnego nie znam i nie cierpię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Karol opowiadał mi na wiosnę, że pana
zastał przy własnoręcznej siejbie jęczmienia, a nie w laboratorium, więc?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc... Karol żartował tylko, upewniam panią,
że żartował --- powiedział prędko, bo się ukrywał ze
swoimi zamiłowaniami gospodarczymi, które pogardliwie wobec ludzi nazywał parobczymi.<end id="e1309786811546-99540740"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pokażę paniom, jak się w Łodzi bawią w niedzielę szerokie masy --- mówił, wsadzając je do powozu
i kazał jechać do lasku Milscha.</akap_dialog>


<akap>Miasto było jak wymarłe, sklepy pozamykane, okna
poprzysłaniane, szynki ciche, ulice puste, zalane rozdrganym powietrzem i oślepiającymi blaskami słońca, które
prażyło niemiłosiernie.</akap>


<akap>Drzewa na trotuarach stały bez ruchu, z omdlałymi liściami, bezsilne wobec potęgi ognia lejącego
z białawego nieba, które niby ciężka wełniana opona,
obtulała miasto tak szczelnie, że ani jeden przewiew
wiatru nie przedarł się z pól i nie ochładzał rozprażonych bruków, trotuarów i murów.</akap>


<akap_dialog>--- Lubi pani ciepło --- zauważył, bo Anka przysłaniała parasolką twarz tylko, odsłaniając ramiona i plecy
na słońce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale tylko słoneczne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tamci się smażą jak na patelni --- wskazał
ruchem brody na niskie domy, przed którymi w wąskim
jeszcze pasku cieniów rozkładały się całe rodziny, zupełnie roznegliżowane.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziwne, ale ja zupełnie nie czuję tego upału,
jaki widzę --- odezwała się Nina.</akap_dialog>


<akap>Nikt jej nie odpowiedział, bo Kurowski bardzo
pilnie obserwował Ankę. Jego orzechowe wielkie oczy,
podobne do rysów tygrysa, ślizgały się po jej twarzy
badawczo.</akap>





<akap>Anka nie zauważyła tego, rozmyślała o Karolu
i tłumiła w sobie cichy żal, który ją począł nurtować;
żal, że może źle zrobiła, sprawiając mu przykrość.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309787278454-870599757"/><motyw id="m1309787278454-870599757">Lud, Zabawa</motyw>--- Czy tutaj zostaniemy? --- zapytała Nina, gdy
powóz zatrzymał się przed restauracyjnym ogródkiem,
z którego płynęła ogromna wrzawa głosów i muzyki
wojskowej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przejdziemy tylko do lasu.</akap_dialog>


<akap>Przepychali się przez zatłoczony ogródek, pełen
wrzawy i hałasów.</akap>


<akap>Kilkaset drzew i drzewek o liściach pożółkłych
i spieczonych, rzucało mizerny cień na wydeptane trawniki i na piaszczyste dróżki i alejki, dymiące tumanami kurzu, który rozwłóczył się po ogródku i opadał
na drzewa i na setki białych stołów i na tłumy przy
nich rozsiadłe, rozkoszujące się piwem, jakie zabrudzeni
garsoni<pe><slowo_obce>garson</slowo_obce> (z fr.) --- kelner.</pe> roznosili ustawicznie.</akap>


<akap>Wojskowa orkiestra na estradzie grała sentymentalnego walca, a w głównym budynku restauracyjnym,
otoczonym werendami, tańczono z zapałem pomimo tropikalnego gorąca; tancerze byli bez surdutów, a niektórzy i bez kamizelek, ale tym siarczyściej bili obcasami
w podłogę i mocno pokrzykiwali.</akap>


<akap>Pomagali im z zapałem liczni widzowie, cisnący
się do drzwi i okien pootwieranych, przez które podawano zmęczonym piwo, a wielu niecierpliwszych tańczyło na werendzie i na trawnikach, w obłokach kurzawy i przy akompaniamencie strzałów w strzelnicy
i głuchym, warczącym turkocie wyrzucanych w kręgielni kul i głosów trąbek dziecinnych, brzęczących po
całym ogrodzie.</akap>


<akap>Na małej sadzawce, o martwej, zaropiałej wodzie
kołysało się kilka łódek; kilka tkliwych par smażyło
się na słońcu i pracując wiosłami, śpiewało bardzo czułymi głosami niemiecką piosenkę o gaju, piwie i miłości.</akap>


<akap_dialog>--- Wyjdźmy, już nie mogę wytrzymać --- szepnęła Nina, wstając od stolika, przy którym siedli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ma pani już dosyć ludowej zabawy i demokratycznego otoczenia? --- pytał ironicznie Kurowski,
płacąc za piwo, którego nie dotknęli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam tylko dosyć kurzu i brzydoty. Chodźmy
do lasu, może tam będzie świeższe powietrze --- szeptała, przysłaniając usta, bo kurz podnosił się coraz
gęstszy.<end id="e1309787278454-870599757"/></akap_dialog>


<akap><begin id="b1309787525760-3546012742"/><motyw id="m1309787525760-3546012742">Las, Miasto</motyw>Ale i w lesie nie było świeżego powietrza.</akap>


<akap_dialog>--- Więc to jest las? --- zawołała Anka, przystając
ze zdumienia pod drzewami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak się to w Łodzi nazywa.</akap_dialog>


<akap>Zapuścili się w głąb.</akap>


<akap>Las stał się cichy i jakby obumarły, tysiące czarnych,
smutnych pni rozbiegało się we wszystkie strony, pożółkłe, suchotnicze gałęzie obwisały z bezwładnością konania i tak przysłaniały światło, że było mroczno i smutnie; drzewa stały bez ruchu, a jeśli chwilami powiał
po nich wiatr, to trzęsły się jak w febrze i głucho, żałośnie szumiały, a potem znowu stały martwe, czarne
smutne, jakby głęboko zamyślone i pochylały się nad
strugą odpływów fabrycznych, która kolorową wstążką
wiła się wskroś czarnych pni i mroków, rozsiewała duszące straszne wyziewy i tworzyła w wielu miejscach
grząskie, zaropiałe bagienka, rozsączała się w organizmy potężne drzew, które niby palcami olbrzymów
chwyciły się korzeniami ziemi i ssały z niej z wolna
śmierć i zatratę.<end id="e1309787525760-3546012742"/></akap>


<akap><begin id="b1309787558199-1031888936"/><motyw id="m1309787558199-1031888936">Robotnik, Zabawa</motyw>Ale wśród tych drzew konających rozkładały się
gwarne obozowiska ludzi.</akap>


<akap>Katarynki i setki harmonijek grały w różnych
miejscach lasu, samowary dymiły, dzieci jak kolorowe
motyle biegały w mroku posępnym, tańczono w wielu
miejscach, wrzawa skłębionych głosów ludzkich i muzyki huczała głucho.</akap>


<akap_dialog>--- Smutna zabawa --- zauważyła Anka. --- Czemu
z nich tak mało się bawi istotnie, czemu wszyscy nie
krzyczą, nie śpiewają, nie piją pełną piersią swobody,
wypoczynku, życia?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemu? Bo nie umieją i nie mają sił. Odpoczywają po wczoraj; nie zapomnieli go jeszcze, a już
smutek jutra mroczy im dusze --- mówiła Nina, wskazując całe rodziny rozłożone pod drzewami, które siedziały apatyczne, zmęczone i jakby ze zdumieniem rozglądając się po lesie i po tych, którzy tańczyli i śmiali się.<end id="e1309787558199-1031888936"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodźmy za las, chcę zobaczyć chociaż kawałek pola --- zawołała Anka.</akap_dialog>


<akap>Poszli, ale i tam długo nie byli, bo Anka nie znalazła pola, jakiego szukała, zobaczyła natomiast wielkie,
puste już ziemie, na których wznosiły się cegielnie i czerwone kominy jakichś fabryk, piętrowe domy i kilku cyklistów, ciągnących swoje maszyny po wysypanej miałem węglowym drodze.</akap>


<akap>Wrócili rychło do miasta, Anka spiesznie poszła
do domu, sądząc, że zastanie Karola; nie był nawet na
obiedzie.</akap>


<akap><begin id="b1309787872323-2832737111"/><motyw id="m1309787872323-2832737111">Modlitwa, Obyczaje, Wieczór</motyw>Pan Adam spał w swoim wózku w ogrodzie pod
drzewami, cisza pełna dziwnej nudy owiewała dom
cały, na pustej werendzie ćwierkały i goniły się wróble,
wcale niezestraszone wejściem Anki, która obszedłszy
ogród, zajrzawszy do wszystkich pokoi, nie wiedziała, co
robić ze sobą.</akap>


<akap>Wzięła jakąś książkę i siadła na werendzie, ale
czytać nie mogła; patrzyła bezmyślnie w białe chmury,
jakie od wschodu zaczęły nadciągać, i słuchała godzinek, które w kuchni pełnym głosem śpiewała służąca.</akap>


<akap>To jej tak żywo przypomniało wieś i takim roztęsknieniem głuchym i bolesnym przepełniło serce, że rozpłakała się, sama nie wiedząc dlaczego.</akap>


<akap>Czuła się dziwnie samotną, opuszczoną i jakby
gdzieś z dala poza całym światem...</akap>


<akap>Pan Adam zaczął nawoływać, więc poszła i przywiozła go na werendę.</akap>


<akap_dialog>--- Karola nie było?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, przyszłam niedawno.</akap_dialog>


<akap>Milczeli długo, unikając spotkania się oczami, aż
w końcu pan Adam rzekł nieśmiało:</akap>


<akap_dialog>--- A może byśmy razem odmówili nieszpory, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, o dobrze! --- zawołała radośnie i zaraz przyniosła książkę do nabożeństwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo... widzisz... przypomni to nam Kurów... --- szepnął, zdjął kapelusz, przeżegnał się i zaczął powtarzać za nią, głosem pełnym wiary i uczucia, łacińskie
słowa hymnów.</akap_dialog>


<akap>Cisza przedwieczorna zrobiła się jakaś głębsza
i rozpościerała się razem ze zmrokiem, który już rozsnuwał swoje pajęcze posnowy na niskie domy i ogrody,
tylko cynkowe dachy i szyby paliły się jaskrawymi blaskami zachodu, a dymy idących i w niedzielę fabryk
podobne były do różowych pierścieni, które nieskończonym, spiralnym łańcuchem biły prosto w niebo.</akap>


<akap>Anka czytała do samego zmroku, jej czysty głos
o głębokich akcentach lirycznych, rozlewał się koliskami
po werendzie, poruszał lekko obwisłe liście wina i chwiał
delikatnymi kwiatami powojów i groszków pnących się
po balustradzie, a potem, gdy skończyła, uklękła przy
starym i dawnym kurowskim obyczajem zaśpiewała
stłumionym nieco głosem:</akap>





<poezja_cyt><strofa>
Wszystkie nasze dzienne sprawy...
</strofa></poezja_cyt>




<akap>Pan Adam wtórował swoim basem, a służąca
z kuchni dyszkantem.<end id="e1309787872323-2832737111"/></akap>


<akap>Daleko, jakby o tysiące mil, miasto zaczęło huczeć
powracającą falą spacerowiczów, turkotami dorożek, głuchym łoskotem fabryk i płaczliwymi głosami katarynek
po szynkach.</akap>


<akap>Podano wkrótce herbatę, ale Karol nie przyszedł.</akap>


<akap>Anka czekała na niego coraz niecierpliwiej, bo po
tej modlitwie uspokoiła się bardzo i postanowiła opowiedzieć mu wszystkie swoje udręczenia i wątpliwości.</akap>


<akap>Miała nawet postanowienie przeprosić go za swoje
wyjście dzisiejsze, byle się już raz skończyły te ciągłe nieporozumienia.</akap>


<akap>Karol jednak nie nadchodził, przyszła natomiast
Wysocka, jakaś bardzo tajemnicza i surowa, długo opowiadała o synu i mężczyznach w ogólności, długo
dzierżgała jakieś tło, na którym chciała uwypuklić tym
lepiej sprawę, z jaką przyszła.</akap>


<akap>Anka słuchała jej ze wzrastającym niepokojem, aż
w końcu powiedziała.</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego ciocia nie powie otwarcie, po co te
półsłówka i kołowania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, wolę nawet otwarcie, bo mi niezręcznie i nie umiem inaczej. Chodźmy do twojego pokoju.
Zamknij dobrze drzwi! --- zawołała, gdy się już tam
znalazły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham cioci --- szepnęła, siadając w niskim
foteliku przy stole, na którym paliła się lampa w złotawej osłonie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oto, moje dziecko, przyszłam cię zapytać, jako
twoja krewna, czy wiesz, co mówią w Łodzi o tobie
i o Karolu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie myślałam nawet, że mówić mogą --- odpowiedziała cicho, podnosząc oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I nie domyślasz się?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zupełnie, nie mam pojęcia nawet, co by mogli
mówić --- odpowiedziała tak spokojnie, że Wysocka zatrzymała w sobie jakieś słowa, przeszła się kilka razy
po pokoju, popatrzyła na nią i zawołała przyciszonym
głosem:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówią, że... że Karol chętnie ożeniłby się z Madą
Müllerówną, gdyby... gdyby...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdybym ja mu nie stała na przeszkodzie --- podchwyciła mocno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc wiesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ciocia mi to powiedziała przecież w tej
chwili --- szepnęła ciszej i zamilkła.</akap_dialog>


<akap>Przechyliła głowę w tył, na wysoką poręcz fotelu
i patrzyła przed siebie tępym, przygaszonym wzrokiem;
wiadomość nie wstrząsnęła nią do głębi i od razu, a rozlewała się po jej sercu gorącymi koliskami; przeżuwała
ją jeszcze spokojnie, tylko jakieś bolesne drżenie przebiegało po niej, ale go tłumiła całą siłą woli.</akap>


<akap_dialog>--- Moja Anko, nie gniewaj się na mnie za złą
wieść, która najprawdopodobniej jest tylko złośliwą
plotką. Musiałam ci ją powiedzieć... Rozmów się z Karolem otwarcie, bo takie plotki potrafią najmocniejszą
miłość zabić i... i... Pobierzcie się jak najprędzej, to tym
najlepiej zamknie się usta niechętnym, przestaną się
wami zajmować. I nie gniewaj się na mnie, moim obowiązkiem było cię uprzedzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem cioci bardzo wdzięczna, bardzo...</akap_dialog>


<akap>Ujęła jej rękę i przycisnęła do ust.</akap>


<akap_dialog>--- I nie martw się, to nic, tylko plotki. Karol ma
wielu nieprzyjaciół, dużo kobiet liczyło na niego, dużo
się w nim kochało, więc nic dziwnego, że się mszczą
teraz, a zresztą ludzie nigdy znosić nie mogą spokojnie
cudzego szczęścia. Dobranoc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobranoc cioci.</akap_dialog>


<akap>Anka odprowadziła Wysocką do drzwi.</akap>


<akap_dialog>--- A jeśli chcesz, to ja sama powiem o tym Karolowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, dziękuję, ja muszę mu powiedzieć o tym. Może ciocia się zatrzyma, wezmę tylko okrycie i pójdę
z ciocią do Trawińskiej.</akap_dialog>


<akap>Wyszły w milczeniu, bo chociaż Wysocka usiłowała zawiązać rozmowę, Anka prawie nie słyszała jej
słów i nie odpowiadała, zatopiona w coraz żywszym
odczuwaniu tej wieści niespodziewanej.
Żeby dostać się do domu Trawińskich, było najkrócej przejść przez ogród i fabrykę Borowieckiego, ale
że fabryka z powodu niedzieli była zamknięta, więc
trzeba było iść ulicą, obok pałacu i domu Müllerów.</akap>


<akap>Okna domu Müllerów były otwarte i oświetlone,
a że były słabo przysłonięte i tuż nad trotuarem, więc
z ulicy doskonale było widać wnętrze.</akap>


<akap>Anka przechodziła koło nich, nie patrząc, ale Wysocka spojrzała i zatrzymała się chwilę, pociągając za
rękę dziewczynę.</akap>


<akap>W saloniku siedziała cała rodzina Müllerów z Karolem w pośrodku.
Mada przechylona do niego, opowiadała coś ze
śmiechem i radością, a czego Karol słuchał z wielkim
skupieniem.</akap>


<akap>Anka spostrzegłszy tę scenę, cofnęła się i nie powiedziawszy ani słowa Wysockiej, powróciła do domu.</akap>


<akap>Nie rozpaczała ani płakała, bo czuła się tylko
obrażoną śmiertelnie, dotkniętą w swej miłości własnej.</akap>


<akap>Na drugi dzień po obiedzie Karol zaczął się usprawiedliwiać przed nią, dlaczego nie był wieczorem, ale
mu przerwała zimno i dosyć wyniośle:</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczegóż pan się usiłuje usprawiedliwiać, robi
pan to, co jest przyjemniejszym, było panu milej u Müllerów, więc tam pan przepędził wieczór.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaczynam pani nie rozumieć --- zawołał dotknięty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, czy się pan starał o to kiedykolwiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego pani mówi w taki sposób do mnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy pragnie pan, abym nie mówiła zupełnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To raczej pani zmusza mnie do tego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O tak, zmuszam pana, oczekując całe dnie nieraz na jedno słowo, oczekując na próżno... --- powiedziała Anka z goryczą, ale pożałowała zaraz tych słów,
które się jej bezwiednie wydarły, bo Karol siedział nieporuszony i zły.</akap_dialog>


<akap>Zniechęcenie i nuda wyzierały z jego oczów i słów,
nie potrafił się już maskować nawet, podniósł się i, biorąc kapelusz, powiedział zimno:</akap>


<akap_dialog>--- Jadę do Kurowa, może pani ma jaki interes?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam kilka nawet.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mogę je załatwić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję, załatwię sama, bo i tak z ojcem za
dni kilka tam pojedziemy.</akap_dialog>


<akap>Ukłonił się i wyszedł, ale powrócił już z ogrodu,
tknięty mocno potrzebą zgody i jakby w poczuciu win
swoich względem niej popełnionych, zastał ją tak, jak
opuścił.</akap>


<akap>Anka siedziała wpatrzona w okno, podniosła na
niego pytające spojrzenie.</akap>


<akap_dialog>--- Panno Anko, dlaczego się pani gniewa na mnie?
Czemu nie jesteś pani szczerą ze mną, jak dawniej, jak
w Kurowie? Co się z panią dzieje? Jeśli panią zmartwiłem, jeśli zrobiłem jakąkolwiek przykrość, to przepraszam całym sercem...</akap_dialog>


<akap>Mówił cichym, pełnym uczucia głosem, a porwany
własnymi akcentami szczerości, szeptał dalej z serdecznością:</akap>


<akap_dialog>--- Ja mam tyle kłopotów, tyle zmartwień ciągłych,
że być może nieraz uraziłem panią swoją szorstkością,
ale powinna pani wiedzieć przecież, że to mogło się stać
tylko mimo woli, nie posądzisz mnie przecież, że mógłbym
świadomie cię udręczać, Anka, proszę cię, przemów i przebacz mi. Czy już tak mało cię obchodzę, co?</akap_dialog>


<akap>Pochylił się nad nią i zajrzał w jej oczy, które
spiesznie przymknęła, były pełne łez. Ten głos serdeczny, cichy, przenikał ją ciepłem, otwierał wszystkie rany,
budził wszystkie przemilkłe skargi i wszystkie pragnienia kochania, przepełniał jej oczy łzami, a duszę taką
dziwną, taką wielką żałością, --- a nie mogła się odezwać, nie mogła, bo czuła, że razem z tym słowem
rzuci mu się w ramiona, że wybuchnie płaczem, więc
nic nie powiedziała, siedziała sztywno, mocując się
z dumą własną, zabraniającą pokazywania, co czuła w tej
chwili i z szalonym pragnieniem miłości i wiary w niego.</akap>


<akap>Borowiecki nie doczekawszy się odpowiedzi i głęboko tym zmartwiony, wyszedł.</akap>


<akap>Anka długo żałowała tej chwili straconej dla odzyskania szczęścia i długo płakała po niej.</akap>


<akap>Płynęły potem dnie i tygodnie w zgodzie i pozornym spokoju.</akap>


<akap>Witali się, żegnali z jednaką uprzejmością, rozmawiali nieraz nawet poufnie, ale bez dawnej serdeczności, bez dawnej wiary w siebie i bez dawnej troski o siebie.</akap>


<akap>Anka usiłowała być inną, dawną, dobrą i kochającą narzeczoną, ale z przerażeniem spostrzegła, że już
taką być nie mogła i że miłość do Karola jakby umierała w niej.</akap>


<akap>Ostrzeżenie Wysockiej miała ciągle w pamięci i potwierdzały go różnymi czasy wyrzeczone słowa Karola,
które teraz dopiero nizała na nić uświadomienia i rozpatrywała uważnie.</akap>


<akap>A przy tym i inni ludzie nie żałowali jej półsłówkowych ostrzeżeń. Czasem się z tym wyrywał Maks,
a najczęściej Moryc, który z wielką przyjemnością i bardzo delikatnie przysłonięte opowiadał szczegóły o Karolu
i jego zamysłach, i potrzebach.</akap>


<akap>Dawniej zupełnie nie zwracała uwagi na to, ale
teraz nauczyła się wyławiać prawdę z tych półsłówek,
prawdę tak gorzką dla siebie, tak raniącą jej dumę, że
gdyby nie wzgląd na pana Adama, byłaby natychmiast
wyjechała z Łodzi.</akap>


<akap>A czasami znowu wzbierał w jej sercu wielki,
stłumiony krzyk tej miłości umierającej, krzyk serca,
które jeszcze pomimo wszystko kochało i z losem swoim
zgodzić się nie mogło.</akap>


<akap>Na zewnątrz pomiędzy nimi nic jeszcze nie zaszło,
ale oddalali się od siebie coraz bardziej.</akap>


<akap>Borowiecki zajęty wykończaniem fabryki, mało mógł
poświęcać i czasu, i uwagi narzeczonej, czuł tylko bezwiednie, że Anka jest coraz smutniejsza i że porusza się
jakby w obłoku chłodu i obojętności.</akap>


<akap>Postanowił tę sprawę ostatecznie rozstrzygnąć po
skończeniu fabryki, a tymczasem, ponieważ było mu źle
w domu, bywał bardzo często u Müllerów i częściej niż
dawniej widywał się z Lucy.</akap>








<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XVI</naglowek_rozdzial>






<dlugi_cytat><akap>Z dniem 1 października puszczona została w ruch
manufaktura wyrobów bawełnianych pod firmą K. Borowiecki i S-ka. Zobowiązania podpisywać będzie K. Borowiecki lub p. p. M. Welt.</akap></dlugi_cytat>



<akap>Borowiecki odczytał półgłosem okólnik handlowy
i zwrócił się z nim do Jaskólskiego.</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba zaraz wysłać go do pism, a jutro do
różnych firm, pan Moryc dostarczy adresów.</akap_dialog>


<akap>Wyszedł na wielki dziedziniec fabryczny jeszcze
zastawiony rumowiskami i rozmaitymi częściami maszyn,
bo chociaż urzędownie fabryka była już skończona, ale
faktycznie szła tylko przędzalnia, a resztę oddziałów wykończano gwałtownie.</akap>


<akap>Karol nie chciał i nie mógł już z różnych powodów czekać zupełnego wykończenia, więc puścił tylko
przędzalnię i na dzisiaj właśnie naznaczył dzień poświęcenia fabryki i puszczenia w ruch maszyn.</akap>


<akap>Chodził dziwnie zgorączkowany i niespokojny, w przędzalni długo przyglądał się próbnej robocie, prowadzonej przez Maksa, który spocony z wysiłku, ochrypły od
krzyku, zmęczony i brudny, biegał po sali, sam zatrzymywał maszyny, poprawiał je i puszczał znowu, troskliwym okiem przyglądając się warczącym wrzecionom i wyciągniętym na próbę niciom.</akap>


<akap_dialog>--- Maks, zostaw wszystko, bo się już zbierają w domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ksiądz Szymon przyjechał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjechał z Zajączkowskim i już się dopytywał
o ciebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za godzinę tam przyjdę.</akap_dialog>


<akap>Karol z pewną przyjemnością przypatrywał się zielonym girlandom z jedliny, jakimi robotnicy pod wodzą
starego Jaskólskiego ubierali głównie drzwi i okna.</akap>


<akap>Druga partia robotników uprzątała przejścia w dziedzińcu i ustawiała długie stoły obite perkalem, w magazynie, który nie był jeszcze zupełnie skończonym; stoły
były dla robotników i pracujących przy budowie, którym
miano wyprawić coś w rodzaju śniadania.</akap>


<akap>W domu zaś z pośpiechem szykowano wystawne
przyjęcie dla kolegów, przyjaciół i znajomych fabrykantów, zaproszonych na dzisiejszą uroczystość.</akap>


<akap>Karol włóczył się po salach i dziedzińcu z dziwnym
uczuciem niemocy i jakby żalu, że to już skończone, że
to już trzeba zaczynać nową, jeszcze cięższą pracę; przyglądał się murom i maszynom z uczuciem wielkiej życzliwości i jakby głębokiego powinowactwa.</akap>


<akap>Tyle miesięcy czasu, tyle wysiłków mózgu i nerwów, niedospanych nocy im poświęcił, tak rosły i rozwijały się w jego oczach, siłą jego woli, mocą jego własnych sił i krwi, że dobrze to czuł teraz, iż wielka część
jego istoty zamknięta jest w tych czerwonych murach,
uwięziona w tych dziwacznych, poskręcanych jak potwory maszynach, które na podłogach leżały jeszcze nieruchome, ciche, ale gotowe do ruchu na jego skinienie,
martwe niby, a pełne utajonego, skupionego życia.</akap>


<akap>Nie zwracał uwagi na Dawida Halperna, który chociaż chory i nieproszony, przywlókł się, życzył mu szczęścia i radosnym widokiem obejmował nową fabrykę,
oglądał sale, interesował się wszystkim i powtarzał Maksowi.</akap>


<akap_dialog>--- Ja się cieszę, ja się bardzo cieszę panie Baum, bo jak postawiliście fabrykę --- to Łodzi znowu przyrosło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zawracaj pan głowy! --- mruknął Maks.</akap_dialog>


<akap>Dawid Halpern się nie obraził, poszedł dalej oglądać, a później,
podczas ceremonii poświęcenia, stał z boku z odkrytą
głową i z zachwytem przyglądał się fabrykantom i ciżbie
ludzkiej i nowemu warsztatowi pieniędzy.</akap>


<akap_dialog>--- Czego szukasz? --- zapytał Moryc Karola, wchodząc za nim do pustej sali</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niczego, patrzę tylko --- odparł melancholijnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy to przyjęcie dla robotników nie mogłoby
się odbyć skromniej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To znaczy nie dać im nic, bo i tak jest dosyć
skromne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A kosztuje czterysta rubli, już mi podali rachunki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odbijemy to jakoś na nich. Nie sprzeczaj się
chociaż dzisiaj. Patrz, to jednak nasze dawne marzenie
stało się --- szepnął, wskazując fabrykę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale czy długo trwać będzie? --- odpowiedział
Moryc, uśmiechając się jakoś dziwnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ręczę ci, że dopóki ja żyję, trwać będzie --- zawołał z mocą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówisz jak poeta, a nie jak fabrykant. Kto
może zaręczyć, że za tydzień nie będzie to tylko kupa
gruzów! Kto wie, czy za rok sam nie będziesz chciał
się jej pozbyć. Fabryka, taki dobry towar jak i perkal
i tak samo się sprzedaje, jeśli na niej dobrze zarobić
można.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mógłbyś odświeżyć swoje teorie, bo mi już
bardzo spowszedniały --- odpowiedział mu Karol i poszli razem do domu, gdzie już kilkanaście osób zebranych na uroczystość siedziało na werendzie.</akap_dialog>


<akap>Jakoż wkrótce ukazał się ksiądz Szymon w komży
i wszyscy ruszyli za nim.</akap>


<akap>Chwila była bardzo uroczysta, tłumy robotników
z odkrytymi głowami, świątecznie ubranych zapełniały
dziedziniec i sale fabryczne.</akap>


<akap>Ksiądz szedł z oddziału do oddziału, odmawiał modlitwy i pokrapiał mury, maszyny i ludzi wodą święconą.</akap>


<akap>W przędzalni, gdzie przy każdej maszynie stali ludzie i wszystkie transmisje, koła i pasy były napięte
siłą, po poświęceniu Borowiecki dał znak i wszystkie
maszyny ruszyły zgodnym rytmem, a po kilkuset obrotach stanęły, bo robotnicy poszli na śniadanie do magazynu.</akap>


<akap>Fabryka była puszczona w ruch.</akap>


<akap>Całe towarzystwo powróciło do domu i zasiadło
do śniadania.</akap>


<akap>Pierwszy toast za pomyślność i rozwój fabryki
wniósł Knoll, który w długiej mowie bardzo życzliwie
wspominał prace Borowieckiego w firmie Bucholc i S-ka;
drugi toast za to samo, z dodatkiem zdrowia dla dzielnych spólników i przyjaciół, podniósł Grosglick i w końcu
ucałował Karola, a jeszcze serdeczniej Moryca.</akap>


<akap><begin id="b1309813872085-3841750836"/><motyw id="m1309813872085-3841750836">Alkohol, Obyczaje, Miłość, Interes</motyw>A gdy Zajączkowski wniósł toast ,,Kochajmy się",
przyjęty dosyć chłodno, powstał Karczmarek, który z początku siedział cicho, onieśmielony obecnością milionerów i tym niezwyczajnym dla siebie zebraniem, ale teraz, po tylu toastach uczciwie spełnionych, nabrał animuszu i swady
--- nalał pełną szklankę koniaku, trącił
się z Myszkowskim i Polakami i mocnym, ale ochrypniętym głosem zawołał:</akap>




<akap_dialog>--- Rzeknę swoje! Żeby się ludzie kochały, w to
nie uwierzę --- bo wszyscy bierzemy z jednej miski a każden chce dla siebie najwięcej. Pies z wilkiem się kochają, ale ino wtedy, kiedy do spółki cielaka sporządzają
abo i barana. Jak komu potrza abo i na rękę, to niech
se ta wszystkich kocha, ale nam nie potrza, żebyśmy się
kochali, ino żebyśmy się nie dali... Czy rozumem... czy
kalkulacją... czy pięścią na ten przykład, a nie dajmy się...
moc mamy i rozum tyż... to chciałem rzec i tym przepijam do pana Borowieckiego!...</akap_dialog>


<akap>Przepił i chciał mówić dalej, ale zagłuszyły go brawa
bite umyślnie, bo Niemcy i Żydzi poczęli się krzywić,
więc przestał i pił dalej z Myszkowskim.<end id="e1309813872085-3841750836"/></akap>


<akap>Potem już szły toasty bez końca i gwar się podniósł ogromny, bo wszyscy naraz mówić zaczęli.</akap>


<akap>Karol tylko był milczący i co chwila wychodził do
robotników ucztujących w magazynie, bo tam gospodarzyła Anka, otoczona rojem całujących ją po rękach robotników, a że i tam wznoszono zdrowie Karola, więc
musiał przyjść i wypić z nimi i podziękować, ale wychodząc zabrał ze sobą Ankę, tak był nadzwyczajnie
wesół i zadowolony, że wziął ją za rękę i wskazując
fabrykę, zawołał radośnie:</akap>


<akap_dialog>--- To moja fabryka! Mam ją i nie wypuszczę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I mnie to raduje niewymownie --- odpowiedziała
cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie tyle jednak co mnie, nie tyle --- mówił
z wyrzutem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże, pańskie szczęście jest moim szczęściem --- powiedziała i odeszła, bo Nina Trawińską wołała ją do
altany w ogrodzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gniewa się jeszcze, muszę się nią trochę zająć
na nowo --- myślał, wchodząc na werandę, gdzie wystawiono stoły z jadalni, bo tam było zbyt ciasno i duszno.</akap_dialog>


<akap>Gospodarzył bardzo uroczyście Moryc i zajmował
się wszystkim, odchodząc co chwilę z Grosglickiem na
jakieś tajemnicze szepty.</akap>


<akap><begin id="b1309814022875-1592851462"/><motyw id="m1309814022875-1592851462">Starość</motyw>Maks Baum tylko nie brał prawie udziału w ogólnej wesołości, siedział przy swoim ojcu, który zaproszenie przyjął i przyszedł, ale straszył wszystkich swoją
ponurą, wyschniętą twarzą, jakby pokrytą pleśnią grobu,
nie rozmawiał z nikim, czasem pił, przyglądał się zebranym, a zapytany odpowiadał zupełnie przytomnie i patrzył na nowe, czerwone kominy fabryki.<end id="e1309814022875-1592851462"/></akap>


<akap>W małym pokoiku od ulicy siedział ksiądz Szymon, Zajączkowski, pan Adam, a na czwartego Kurowski: grali w preferansa i kłócili się wszyscy z dawną
przyjemnością; wszyscy prócz Kurowskiego, który zawsze po rozdaniu kart, znikał dyskretnie, odszukiwał
Ankę, zamieniał z nią kilka słów i powracał, kpiąc po
drodze z pijanego Kesslera, ale grał źle, ciągle się mylił,
psuł grę innym, za co słuchać musiał wymówek pana
Adama i krzyków Zajączkowskiego, tylko ksiądz Szymon śmiał się z zadowolenia, bił cybuchem po sutannie
i wołał:</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze moje dzieciąteczko kochane.
A toś jegomość, dobrodzieju mój kochany, zadał takiego
bobu Zajączkowi, że popamięta. Ha, ha, ha! położyć się
bez trzech, to na to już trzeba się nazywać Barankowskim, a nie Zajączkowskim, ha, ha, ha!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To moja wina? --- krzyknął szlachcic, waląc
w stół pięścią --- jak mi, panie dobrodzieju, każą grać
z fuszerami, którzy kart nie umieją trzymać w ręku!
Siedem trefli, ręka!</akap_dialog>


<akap>Przelicytowali się i grali już cicho, tylko pan Adam
dawnym zwyczajem, ponieważ mu karta szła dobrze, bił
nogą w stopień fotelu i przyśpiewywał półgłosem:</akap>





<poezja_cyt><strofa>
Poszły panny na rydze, na rydze, na rydze, tam!
</strofa></poezja_cyt>




<akap>Ksiądz Szymon od czasu do czasu pociągał wygasły cybuch i wołał:</akap>


<akap_dialog>--- Jasiek, a daj no, smyku, ogieńka.</akap_dialog>


<akap>Jaśka nie było, tylko Mateusz stał gotowy na skinienie, bo go specjalnie do usług księdza zarezerwowała
Anka.</akap>


<akap>Kurowski w milczeniu i z uśmiechem przyjmował
wymyślania Zajączkowskiego, bo mu bardzo zabawnym
wydawał się ten szlachecki przeżytek.</akap>


<akap_dialog>--- Może panom potrzeba wina albo piwa? --- odezwała się Anka, wchodząc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niczego moje dzieciątko kochane, niczego. Ale,
wiesz Anula, Zajączek położył się bez trzech --- wołał
ksiądz Szymon, zaczynając się śmiać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak Pana Boga kocham, ale to nawet nie przystoi księdzu cieszyć się z nieszczęścia bliźnich, to się może
skończyć tak, jak się skończyło w Sandomierskiem u Kiniorskich, było to...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrodzieju mój kochany, nic nam do tego,
gdzie było, a ty pilnuj gry i dawaj do koloru, atucika,
atucika ostatniego, a nie mydlij nam oczu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Komu to ja mydlę oczy! --- wrzasnął strasznie
Zajączkowski.</akap_dialog>


<akap>Zawiązała się znowu kłótnia, aż cały dom i ogród
zapełnił się potężnym głosem Zajączkowskiego, że zebrani
na werendzie z niepokojem zwrócili oczy na Borowieckiego.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Wysocki, może mnie doktor zastąpi! --- zawołał Kurowski do przechodzącego przez sąsiedni pokój, oddał mu karty i wyszedł za Anką, która spacerowała po ogrodzie z Niną, przyłączył się do nich i poszli do małej altanki, opiętej winem o czerwonych już
liściach i obsadzonej rzędami dokwitających astrów i lewkonii.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cudowny dzień --- zauważył, siadając wprost
Anki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba dlatego taki piękny, że już ostatni dzień
jesieni.</akap_dialog>


<akap>Milczeli długo, oddychając tym dziwnie słodkim,
pieszczotliwym powietrzem przesyconym ostatnimi zapachami umierających kwiatów i liści więdnących.</akap>


<akap>Słońce bladawe rozsypywało na ogród złocisty pył,
który przysłaniał lekko kontury wszystkiego i oprawiał
barwy gasnącego ogrodu w przecudny i przesubtelny ton
wyblakłego złota.</akap>


<akap>Po trawnikach skrzyły się pajęcze siatki i migotały
opalami, a w powietrzu cichym i ciepłym leciały niby
pasma szklane, długie nici pajęczyn, czepiały się żółtych
liści akacji, stojących pod murem, przedzierały się o pół
nagie już, trzepoczące resztkami czerwonych liści czereśnie albo uczepione pni chwiały się długo, aż je cichy
wiatr uniósł i leciały wysoko, ku dachom miasta i ku
tej zbitej masie kominów, które zdawały się kołysać nad
morzem domów.</akap>


<akap_dialog>--- Na wsi taki dzień jest tysiąc razy piękniejszy --- szepnęła Anka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, z pewnością. Ale pomijając to, przepraszam
z góry za uwagę, jaką zrobię, dzisiejsza uroczystość, niezbyt raduje panią, panno Anno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przeciwnie, raduje mnie bardzo, jak mnie raduje zawsze niewymownie każde ludzkie pragnienie spełnione.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stawia pani sprawę zbyt ogólnie, w to zresztą
wierzę, tylko nie widzę, aby dzisiejszy dzień był dla pani
radosnym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż zrobię, że pan tego nie widzi, a jednak
cieszę się nim naprawdę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dźwięk pani głosu mówi co innego!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyż jest możebnym, aby był w niezgodzie
z tym, co ja czuję?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jednak jest w tej chwili, bo każe się domyślać pani obojętności --- powiedział śmiało Kurowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Źle pan słucha i jeszcze gorsze wnioski pan
wyciąga.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Być może, jeśli pani chce tego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech no pan Ance nie sugestionuje<pe><slowo_obce>sugestionować</slowo_obce> --- dziś: sugerować.</pe> rzeczy,
o których nie myślała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Możemy o czymś nie myśleć, ale pomimo to,
to coś w nas być może, choćby jeszcze pod linią świadomości. Widzę, że miałem słuszność.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najmniejszej. Potwierdza pan tylko samego siebie --- zawołała Nina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, że my miewamy słuszność tylko wtedy,
jeśli panie raczą nam ją przyznać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawsze przyznajecie ją sobie sami, nie pytając
nas o zdanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czasami pytamy...</akap_dialog>


<akap>Uśmiechnął się.</akap>


<akap_dialog>--- Żeby stwierdzić tylko lepiej jeszcze własną rację.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, żeby się okazać uprzejmiejszymi niż jesteśmy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kessler do nas idzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ja odchodzę, bo mam ochotę tego Niemca
pożreć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I zostawia nas pan bez opieki przed jego nudzeniem --- zawołała Anka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On jest dziwnie piękny, tą jakąś jesienną pięknością, ostatnią --- zauważyła Nina, patrząc za odchodzącym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kurowski, chodź do nas, napijemy się --- wołał
z werendy Myszkowski, siedzący za stołem, w otoczeniu
całej baterii butelek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, napijmy się raz jeszcze za rozwój i pomyślność przemysłu --- zawołał Kurowski, biorąc kieliszek i zwracając się do Maksa, siedzącego przy balustradzie i rozmawiającego z Karczmarkiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie piję za taką pomyślność. Niech przemysł
zdechnie, a z nim wszyscy jego pachołkowie --- zawołał Myszkowski już dobrze pijany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bredź, dzisiaj święto prawdziwej pracy, pracy
wytrwałej i celowej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho Kurowski, święto, prawdziwa praca, praca
wytrwała i celowa! Sześć słów, a sto głupstw. Cicho Kurowski, boś i ty sparszywiał pomiędzy tymi parobkami,
żyjesz i pracujesz jak bydlę i zbierasz grosze. Piję na
twoje upamiętanie<pe><slowo_obce>upamiętanie</slowo_obce> --- dziś: opamiętanie.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bądź zdrów Myszkowski, przyjdź do mnie w sobotę, to pogadamy. Wychodzę już.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, tylko się napij ze mną. Karol pić nie
chce. Maks pić nie może, Kessler woli szczerzyć zęby do
kobiet, Trawiński ma już dosyć, szlachcice grają w karty
i cóż ja biedna sierota pocznę, przecież z Morycem ani
z fabrykantami pić nie będę.</akap_dialog>


<akap>Kurowski zatrzymał się jeszcze i pił z nim, a przyglądał się Kesslerowi, który chodził z paniami, bełkotał
coś niewyraźnie, poruszał szczękami i w świetle słońca
podobnym był jeszcze bardziej do rudego nietoperza.</akap>


<akap>Towarzystwo szybko się zmniejszało, pozostawali
tylko najbliżsi i Müller, który wciąż trzymał Borowieckiego przy sobie i rozmawiał z nim bardzo serdecznie,
a Murray, który zjawił się już na końcu przyjęcia, przysiadł do Maksa i grupy kolegów i zdumionym, oczarowanym wzrokiem patrzał na kobiety, które z powodu
przedwieczornego chłodu powróciły z ogrodu i siedziały
otoczone mężczyznami na werendzie.</akap>


<akap_dialog>--- Jakże wasze sprawy, żenicie się? --- zapytał go
po cichu Maks.</akap_dialog>


<akap>Anglik nic nie odpowiedział, aż dopiero nasyciwszy
swoją duszę wiecznie głodną widokiem kobiet, rzekł
cicho:</akap>


<akap_dialog>--- Ja bym się zaraz ożenił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z którą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko jedno, jeśli nie można z dwiema.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za późno wybraliście się, bo jedna jest żoną,
a druga nią będzie wkrótce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawsze za późno, zawsze za późno! --- szepnął
z goryczą i drżącymi rękami obciągał surdut z garbu,
a potem przysunął się do Myszkowskiego i pił z nim,
jakby z rozpaczy.</akap_dialog>


<akap>Wszedł stary Jaskólski i odnalazłszy Karola, szepnął
mu do ucha, że ktoś czeka na niego w kantorze i chce
się koniecznie z nim widzieć jak najprędzej.</akap>


<akap_dialog>--- Kto? Nie znasz pan?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie znam go, ale zdaje mi się, że to pan Zuker... --- jąkał szlachcic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zuker, Zuker! --- powtórzył jakoś trwożnie i dziwnym uczuciem zabiło mu serce. --- Zaraz przyjdę, niech
zaczeka chwilę.</akap_dialog>


<akap>Poszedł do pokoju ojca i wziął rewolwer do kieszeni.</akap>


<akap_dialog>--- Zuker! Chce się widzieć ze mną? Czego on
chce? A może?...</akap_dialog>


<akap>Bał się dokończyć myśli...</akap>


<akap>Powlókł niespokojnie oczami po zebranych i wymknął się cicho.
Zuker siedział w kantorze, pod oknem, oparł się
na lasce i patrzył w ziemię, a gdy Borowiecki wszedł,
nie przyjął podanej mu ręki, nie rzekł zwykłych słów
przywitania, tylko patrzył długo rozpalonymi oczami
w jego twarz.</akap>


<akap>Karola owładnął niepokój, czuł się jakby złapanym
w potrzask, ten wzrok palił, mieszał i budził w nim
strach. Miał szaloną ochotę uciec, ale zapanował nad
sobą, zapanował nawet nad drżeniem serca, zamknął
okno, bo wrzawa pijących robotników była zbyt bliska,
podsunął mu krzesło i rzekł wolno:</akap>


<akap_dialog>--- Bardzo mi przyjemnie widzieć pana u siebie...
żałuję tylko, że nie będę mógł poświęcić mu tyle czasu
ile bym chciał, bo jak pan wie, dzisiaj u mnie święto
otwarcia fabryki.</akap_dialog>


<akap>Usiadł ciężko, czując, że w tej chwili nie potrafiłby powiedzieć już ani jednego słowa więcej, te frazesy
wypłynęły same.</akap>


<akap>Zuker wyjął z kieszeni pomięty list i rzucił na
biurko.</akap>


<akap_dialog>--- Niech pan przeczyta --- powiedział głucho i patrzył w niego z uporem.</akap_dialog>


<akap>Była to szorstka i ordynarna w formie denuncjacja stosunku Borowieckiego do Lucy.</akap>


<akap>Borowiecki długo czytał, chciał zyskać na czasie, bo czytając musiał zużywać całą siłę woli, aby się nie
zdradzić; aby zachować obojętną, zimną twarz, przed ognistym śledczym spojrzeniem Zukera, które mu przewiercało wnętrzności.</akap>


<akap>List przeczytał i zwrócił, nie wiedząc, co mówić.</akap>


<akap>Zapanowała znowu długa chwila męczącej ciszy.</akap>


<akap>Zuker patrzył, ześrodkowywał wszystkie władze
w tym drapieżnym, chciwym spojrzeniu, pragnął wyrwać
tajemnicę z szarych źrenic Karola, który co chwila przysłaniał powiekami oczy i bezwiednie poruszał różne przedmioty na biurku, ale czuł, że jeszcze chwil kilka takiej
nieopowiedzianej męki, niepewności, a zdradzi się.</akap>


<akap>Ale Zuker podniósł się z krzesła i cicho zapytał:</akap>


<akap_dialog>--- Co ja mam myśleć o tym, panie Borowiecki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To pańska sprawa --- rzekł niepewnie, bo przyszło mu na myśl, że może Lucy wyznała wszystko.</akap_dialog>


<akap>Nogi zaczęły drżeć pod nim, poczuł miliony drobnych ukłuć po głowie i skroniach.</akap>


<akap_dialog>--- Ja to mam mieć za odpowiedź pańską?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No cóż pan chcesz, abym odpowiadał na taką
podłą potwarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ja mam z tym robić, co ja mam o tym
myśleć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poszukać autora listu, wsadzić go do więzienia
za fałsz i nikomu o tym nie mówić ani słowa. Mogę
panu pomóc w poszukiwaniach, bo przecież i mnie ta
sprawa zahacza.</akap_dialog>


<akap>Odzyskiwał spokój i równowagę, był pewnym już,
że Lucy nic nie powiedziała, więc podnosił głowę wyżej
i śmiało, bezczelnie patrzył na Zukera, który zrobił kilka
bezcelowych kroków, usiadł, oparł głowę o ścianę i oddychał długo, aż zaczął mówić z trudem...</akap>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki, ja jestem taki sam człowiek,
ja tak samo czuję i tak samo mam swój kawałek honoru. Ja teraz przychodzę do pana i na wszystko, na
wielkiego Pana Boga zaklinam pana, pytam: czy prawdę mówi ten list? Czy to wszystko jest prawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nieprawda! --- odparł mocno i stanowczo Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja jestem Żyd, prosty Żyd, przecież ja pana nie
zastrzelę, nie wyzwę na pojedynek, co ja panu mogę
zrobić? Nic nie mogę zrobić! Ja jestem prosty człowiek,
ja moją żonę kocham bardzo, pracuję, jak mogę, żeby
jej nic nie brakowało, ja ją trzymam jak królowę. Pan
wie, ja ją za własne pieniądze kazałem wykształcić, ona
jest dla mnie wszystkim, a tu mnie list przysyłają, że
ona jest pańską kochanką! Ja myślałem, że się cały świat
zawalił na moją głowę... Ona ma mieć za parę miesięcy
dziecko, pan wie, co to jest dziecko? Ja cztery lata czekam na to, cztery lata! A tu teraz takie wiadomości!
Co ja teraz wiem? Czyje to dziecko? Pan mi powiesz
prawdę, pan mi musisz powiedzieć prawdę! --- krzyknął
nagle, zrywając się z miejsca i rzucił się ku Borowieckiemu jak obłąkany, z zaciśniętymi pięściami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedziałem panu, że list jest podłym fałszem --- odparł spokojnie Karol.</akap_dialog>


<akap>Zuker stał chwilę z wyciągniętymi rękami i opadł
ciężko na krzesło.</akap>


<akap_dialog>--- Wy lubicie się bawić z cudzymi żonami, was
nic nie obchodzi, co się stanie z tą kobietą, nic was nie
obchodzi ani wstyd, ani hańba całej rodziny, wy jesteście... was Pan Bóg ciężko pokarze... --- szeptał z trudem, urywanie, głos mu się trząsł, łamał, rwał, przepajał łzami, aż w końcu i łzy zaczęły z wolna wyciekać
z zaczerwienionych oczów i padać na twarz siną, na
brodę, jak pełne ziarna goryczy nieopowiedzianej.</akap_dialog>


<akap>Mówił jeszcze długo i coraz spokojniej, bo zachowanie się Borowieckiego, jego twarz, jego szczere spojrzenia i wielkie współczucie, jakie w nim dojrzał, wlewało w niego wiarę, że to wszystko istotnie jest kłamstwem.</akap>


<akap>Borowiecki podparł ręką głowę i słuchał, i trzymał
jego oczy w swoim spojrzeniu, a jednocześnie nieznacznymi ruchami kreślił ołówkiem na kartce papieru, leżącej w wysuniętej nieco szufladzie biurka, słowa:</akap>


<akap>,,Nie zdradź się, zaprzecz wszystkiemu, on jest
u mnie, podejrzewa, kartkę spal. Wieczorem tam, gdzie
ostatni raz".</akap>


<akap>Zdążył papier wsunąć w kopertę i wtedy podszedł
do telefonu, który łączył fabrykę z mieszkaniem.</akap>


<akap_dialog>--- Niech Mateusz przyniesie wina i wody sodowej
do kantoru! Kazałem przynieść wina, bo widzę, że pan
bardzo zmęczony i zdenerwowany. Proszę mi wierzyć,
że bardzo współczuję z panem. No, ale skoro to nieprawda, to nie ma się pan czym martwić więcej.</akap_dialog>


<akap>Zuker drgnął, bo w jego głosie i twarzy coś było
w tej chwili fałszywego, ale nie mógł patrzeć dłużej, bo
wszedł Mateusz z winem, które zaraz Karol nalał w szklankę
i podał Zukerowi.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309815881608-3313061579"/><motyw id="m1309815881608-3313061579">List, Przysięga</motyw>--- Niech się pan napije, wzmocni pana trochę. Mateusz! --- zawołał przez okno i wybiegł za nim, a spotkawszy, wsunął mu list w rękę i zapowiedział, żeby natychmiast z nim biegł, nie zdradził się od kogo, osobiście
oddał i również natychmiast powrócił, jeśli można z odpowiedzią.</akap_dialog>


<akap>Stało to się tak szybko, że Zuker niczego nie podejrzewał, pił wino, a Karol spacerował po kantorze
i szeroko zaczął mówić o fabryce swojej; chciał go przetrzymać do powrotu Mateusza.</akap>


<akap>Ale Zuker słuchał, nie słysząc nic, bo po dłuższym
milczeniu znowu zapytał:</akap>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki, ja pana zaklinam na wszystkie świętości pańskie, czy to jest prawda czy nie, co tu
napisane w tym liście?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ panie, mówiłem, że nieprawda, daję panu
słowo, że ani cienia prawdy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przysięgnij pan. Jak pan przysięgnie, to będzie
prawda. Przysięga wielka rzecz, ale tu chodzi o życie
moje, mojej żony, dziecka i życie pana. Ja panu mówię
prawdę --- i o życie pana. Pan przysięgnie na ten obrazek, to jest obrazek Matki Boskiej, ja wiem, co to jest
wielka świętość u Polaków. Pan mi przysięgnij, że to
jest nieprawda! --- zawołał mocno, wyciągając ręce do
obrazka, który Anka kazała zawiesić nad drzwiami
kantoru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daję panu przecież słowo. Ja pańską żonę widziałem zaledwie kilka razy w życiu, a nawet nie wiem,
czy ona mnie zna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przysięgnij pan! --- powtórzył tak mocno, z takim naciskiem, że Karol zadrżał.</akap_dialog>


<akap>Zuker był siny, trząsł się cały i schrypniętym, dzikim głosem wciąż powtarzał to wezwanie.</akap>


<akap_dialog>--- A więc dobrze, przysięgam panu na ten obrazek święty, że nie mam i nie miałem żadnych stosunków z żoną pańską, że list jest oszczerstwem od początku do końca --- powiedział uroczyście, podnosząc
rękę do góry.</akap_dialog>


<akap>Głos mu zadrżał takim akcentem prawdy, bo chciał
bądź co bądź ocalić Lucy, że Zuker list rzucił na ziemię i podeptał.</akap>


<akap_dialog>--- Wierzę panu. Pan mi ocalił życie... Ja panu wierzę teraz jak samemu sobie, jak Lucy... Niech pan liczy
na mnie, ja się mogę przydać na co... Ja panu tego nigdy nie zapomnę --- wołał uradowany, upojony szczęściem.</akap_dialog>


<akap>Mateusz wszedł zziajany i oddał list, w którym
były tylko te słowa:</akap>





<dlugi_cytat><akap>,,Będę. Kocham cię... kocham cię..."<end id="e1309815881608-3313061579"/></akap></dlugi_cytat>




<akap_dialog>--- Ja muszę już iść, muszę prędko iść do żony,
ona nic nie wie, ale zrobiłem jej wielką przykrość. Jestem teraz bardzo zdrów, bardzo mi dobrze, taki jestem
dobry, że ja panu coś powiem na ucho, pod sekretem,
niech się pan pilnuje Moryca i Grosglicka, oni chcą
pana zjeść. Do widzenia, kochany panie Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję panu za wiadomość, ale niewiele jej
rozumiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę więcej powiedzieć. Bądź pan zdrów,
niech będzie zdrów pański ojciec, pańska narzeczona,
pańskie dzieci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję, dziękuję. A jeśli jeszcze kto napisze
do pana podobnie, to mnie pan zawiadom. Zostaw pan
list, muszę zacząć poszukiwania autora.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja tego łajdaka wsadzę do kryminału, on pójdzie na sto lat na Sybir. Kochany pan Borowiecki, ja
będę pańskim przyjacielem do śmierci!
</akap_dialog>



<akap>Rzucił mu się na szyję, wycałował go serdecznie
i wybiegł zupełnie szczęśliwy.</akap>




<akap_dialog>--- Moryc i Grosglick! Chcą mnie zjeść! Ważna
wiadomość! --- myślał i długo o tym rozmyślał później
tak silnie, że zapomniał o liście anonimowym, o przysiędze i całej scenie z Zukerem, która go jednak ogromnie zdenerwowała.</akap_dialog>


<akap>W domu prócz czwórki grającej i Trawińskich nie
zastał nikogo, a że już zmrok zapadał, wsiadł w dorożkę,
kazał podnieść budę i pojechał na umówione miejsce
oczekiwać Lucy.</akap>


<akap>Po przeszło godzinnym oczekiwaniu, które go zdenerwowało do reszty, Lucy ukazała się na trotuarze,
wychylił się nieco, zobaczyła go i wsiadła, rzucając mu
się na szyję i zasypując pocałunkami.</akap>


<akap_dialog>--- Co to było, Karl?</akap_dialog>


<akap>Opowiedział jej wszystko.</akap>


<akap_dialog>--- Nie wiedziałam, dlaczego przyszedł taki uradowany, przyniósł mi ten garnitur szafirów, w który musiałam się zaraz ubrać. Jedziemy dzisiaj do teatru, on
chce koniecznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzisz z tego, że musimy na pewien czas
przestać się widywać, dla uśpienia wszelkich podejrzeń --- mówił, przygarniając ją do siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On mi powiedział, że zawiezie mnie do krewnych, do Berlina, na cały ten czas... wiesz...</akap_dialog>


<akap>Przytuliła się do niego jak dziecko.</akap>


<akap_dialog>--- To bardzo dobrze, nie będzie nawet pozorów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ty będziesz przyjeżdżał do mnie? Karl, ja bym umarła, na pewno bym umarła, gdybyś nie przyjechał. Przyjedziesz? --- prosiła gorąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjadę, Lucy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kochasz mnie jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy tego nie czujesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie gniewaj się, ale... tyś teraz taki inny, taki
jakiś nie mój, taki... zimny...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy myślisz, że takie wielkie uczucie trwać może
całe życie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, bo ja kocham cię coraz silniej --- odpowiedziała szczerze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To dobrze Lucy, dobrze, ale widzisz, trzeba się
zastanowić nad naszym położeniem, nie może ono trwać
ciągle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Karl, Karl! --- wykrzyknęła, odsuwając się od
niego, jakby pchnięta nożem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciszej mów, po co dorożkarz ma słyszeć! I nie
przerażaj się tym, co powiem. Ja cię kocham, ale my
się nie możemy widywać tak często, sama to rozumiesz,
nie mogę narażać twojego spokoju, nie mogę cię narażać na zemstę męża, musimy być rozsądni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Karl, ja rzucę wszystko i pójdę za tobą, nie
wrócę do domu, już nie mogę dłużej się tak męczyć
strasznie, nie mogę, zabierz mnie Karl! --- szeptała namiętnie, okręcając go sobą, pokrywając mu twarz pocałunkami.<begin id="b1309816557423-1482618542"/><motyw id="m1309816557423-1482618542">Miłość, Kobieta, Mężczyzna, Rozstanie, Pocałunek</motyw></akap_dialog>


<akap>Tak bardzo go kochała, że istotnie, gdyby zechciał, zdeptałaby wszystko i poszła za nim.</akap>


<akap>Trwożyła go ta wielka, dzika miłość, miał ochotę
od razu i stanowczo powiedzieć, że ma już tego dosyć,
ale żal mu się jej zrobiło, bo doskonale odczuwał, że
dla niej poza tą miłością już nic nie istnieje, a przy tym
obawiał się jakiegoś jej wybuchu, który mógłby go skompromitować.</akap>


<akap>Uspakajał ją, ale nie mógł zatrzeć łatwo wrażenia,
jakie zrobiły pierwsze jego słowa.</akap>


<akap_dialog>--- Kiedy odjeżdżasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pojutrze, on mnie odwozi. Przyjedź Karl, przyjedź... Musisz być i potem... aby zobaczyć to nasze dziecko.. --- szeptała mu do ucha. --- Karl --- zawołała nagle --- pocałuj mnie jak dawniej. Mocno... mocniej!...</akap_dialog>


<akap>Gdy ją pocałował, odsunęła się w kąt dorożki i płakać zaczęła spazmatycznie i narzekać, że jej nie kocha.</akap>


<akap>Uspakajał i zapewniał, ale nic nie pomogło, dostała
histerycznego ataku, aż musiał zatrzymać dorożkę i biec
do apteki po lekarstwo.</akap>


<akap>Z trudem się uspokoiła.</akap>


<akap_dialog>--- Nie gniewaj się na mnie, ale mi tak żal, tak
żal... bo zdaje mi się, że ja cię już nigdy nie zobaczę,
Karl --- mówiła przez łzy i nim zdołał przeszkodzić, zsunęła się z siedzenia, uklękła przed nim, objęła jego kolana i najżywszymi, wyrywanymi z serca wyrazami, pełnymi miłości i rozpaczy żebrała, aby ją kochał, żeby ją
nie skazywał na samotność i na cierpienia.</akap_dialog>


<akap>Tak się czuła nieszczęśliwą tym odjazdem i myślą, że może go nigdy już nie zobaczy, iż traciła przytomność.</akap>


<akap>Rzuciła mu się na piersi, obejmowała sobą, całowała, oblewała łzami i pomimo, że on, poruszony jej
cierpieniem, mówił namiętnymi słowami miłości, ten srogi
strach, strach konających przytomnie trząsł i rozrywał
jej serce bolesnym spazmem.<end id="e1309816557423-1482618542"/></akap>


<akap>A potem zmęczona, wyczerpana płaczem i boleścią, położyła mu głowę na piersiach i trzymając go za
ręce, milczała długo, tylko łzy sznurami pereł cicho spływały po jej twarzy, a łkanie od czasu do czasu rozrywało jej piersi.</akap>


<akap>Rozstali się wreszcie, musiał przyrzec tylko, że
choćby z daleka, będzie przy jej odjeździe do Berlina
i że co tydzień napisze.</akap>


<akap>Borowiecki czuł się winnym, ale i zupełnie bezradnym wobec jej położenia.</akap>


<akap>Jechał do domu zmęczony śmiertelnie, smutny, przesycony jej boleścią, pełną łez, rozdrgany akcentami jej
słów, rozbolały<pe><slowo_obce>rozbolały</slowo_obce> --- dziś popr.: zbolały.</pe> również.</akap>


<akap_dialog>--- Niech pioruny zatrzasną romanse z cudzymi żonami! --- zaklął, wchodząc do domu.</akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XVII</naglowek_rozdzial>




<akap>Fabryka szła, a raczej tylko jeden oddział, przędzalnia, którą zajmował się Maks tak gorliwie, że po
całych dniach nie wychodził z niej, bo jak zwykle na
początku często się psuły maszyny, więc się zamienił
w ślusarza, mechanika, robotnika i dyrektora, który wszędzie był i wszystko sam prawie robił, ale pierwsze partie przędzy, już gotowej do sprzedaży, upakowane, opatrzone ich firmą, sprawiły mu taką radość, że czuł się
zupełnie zapłaconym za swoje trudy.</akap>


<akap>Borowiecki zajmował się wykończaniem pozostałych
oddziałów, również gorliwie i gorączkowo, bo chciał je
puścić w ruch jeszcze przed zimą.</akap>


<akap>Moryc zaś zajmował się całą stroną handlową fabryki i częścią administracji.</akap>


<akap>Pracował również z zapałem, bo myślał, że pracuje dla siebie i coraz mocniejszymi nogami stawał na
własności fabryki, która wciąż potrzebowała pieniędzy,
a Karol nie miał gotówki, więc Moryc i osobiście, i przez
podstawionych ludzi, a najczęściej przez Stacha Wilczka,
dostarczał pieniędzy na wypłaty i wydatki bieżące po
cichu i również przez drugich, wykupywał weksle i zobowiązania Borowieckiego.</akap>


<akap>I spostrzegł teraz, że istotnie Grosglick miał rację,
przewidując, iż po otwarciu fabryki Borowieckiego, Polacy podniosą głowę.</akap>


<akap>Jakoż już mówiono w Łodzi o kilku planach na
fabryki przez Polaków zamierzone, a co gorsza, że prasa
trąbiła o tym głośno, a przez nią budził się pewien opozycyjny ruch wśród pewnych warstw odbiorców, którym
dały się już we znaki tandetne fabrykaty żydowskie.</akap>


<akap>Wielu agentów, mających do czynienia z domami
pierwszorzędnymi, o klienteli bogatej i wykwintnej, zaczęło się informować o rodzaju wyrobów fabryki Borowiecki i S-ka.</akap>


<akap>Ale to były obawy nieuzasadnione, zdradził się
z nimi mimo woli Moryc przed Karolem, który roześmiał
się wesoło i powiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Przesada i raz jeszcze przesada. Pomyśl tylko,
czy nasza fabryka może zrobić komu konkurencję? Tam
gdzie Bucholc robi rocznie sto milionów metrów, gdzie
Szaja Mendelsohn prawie tyleż puszcza na rynek, cóż
moich kilkanaście może zauważyć? Komu może popsuć
interesy? A tym bardziej jeszcze, że chcę robić gatunki
niewyrabiane u nas, a sprowadzane z zagranicy. Gdyby
szło dobrze, gdyby były pieniądze i można by prędko
rozszerzyć fabrykę, a wtedy, to być może, zrobiłoby się
konkurencję tandeciarzom, o czym zresztą marzę bardzo
często i do czego dojść muszę.</akap_dialog>


<akap>Moryc odszedł, nic nie mówiąc.</akap>


<akap>Karol już i tak zwracał na niego baczniejszą uwagę
po ostrzeżeniu Zukera i widział z obawą, że Moryc za
bardzo stara się o pieniądze i za wiele ich włożył do
interesu i przez to stawał się coraz pewniejszym, coraz
częściej przeciwstawiał swoją wolę i swoje zapatrywania
na prowadzenie interesu woli Borowieckiego.</akap>


<akap>Stawał się często nieznośnym, aroganckim, brutalnym, ale Borowiecki musiał zaciskać zęby i milczeć, bo
czuł się bezsilnym wobec zależności od niego.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309817159287-3439877526"/><motyw id="m1309817159287-3439877526">Pieniądz, Ambicja, Praca</motyw>--- Pieniędzy! Pieniędzy! --- wołał wtedy w duszy,
a patrząc na swoją fabryczkę, porównywał ją z kolosami obok stojących Müllera i wtedy chwytała go ostra,
dokuczliwa zazdrość i złość na samego siebie.</akap_dialog>


<akap>Nie pamiętał, że Müllerowskie gmachy rosły przez
lat trzydzieści, że pawilon wznosił się po pawilonie, że
lata całe składały się na te potężne, huczące pracą mury;
nie, on pragnął mieć od razu podobną fabrykę.</akap>


<akap>Przy tym obliczył, że gdyby mu nawet szło najlepiej, to jeszcze nie będzie miał czystego dochodu tyle,
ile brał pensji u Bucholca.</akap>


<akap>To go wstydziło wobec samego siebie.</akap>


<akap>Chciał stanąć prędko i mocno, chciał obracać milionami, czuć się otoczonym setkami maszyn, tysiącami
robotników, szalonym ruchem, powodzią milionów, hukiem i siłą wielkiego przemysłu, do którego się przyzwyczaił u Bucholca, a tu, u siebie, miał fabryczkę, gdzie
wszystkie oddziały miały 300 ludzi!</akap>


<akap>Zamiast bujać --- musiał pełzać!</akap>


<akap>Upokarzała go ta własna małość, jego szeroka natura dusiła się w atmosferze drobnych produkcji, targów o kopiejki, wstrętnych, bo groszowych oszczędności.</akap>


<akap>Bolała go wprost ta konieczność szukania tańszych
smarów, tańszych farb, tańszych węgli i tańszych robotników i ta ciągła, nieustanna troska o pieniądze.<end id="e1309817159287-3439877526"/></akap>


<akap_dialog>--- Zajdziemy do tandety, jak tak pójdzie dalej --- powiedział raz do Moryca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale i do większych zarobków.</akap_dialog>


<akap>Upłynęło znowu kilka tygodni pracowitych i gorączkowych dla niego.</akap>


<akap>Fabryka szła, ale dopóki była tylko sama przędza,
tę sprzedawali, bo po zimowym krachu bawełnianym
i przy wzmożonym ruchu jesiennym, bawełna była bardzo droga i poszukiwana, sprzedawali więc prawie natychmiast po wyprodukowaniu, ale teraz, gdy i inne
oddziały były w ruchu, trzeba było robić, składać i czekać z towarem sezonu sprzedażnego, który zaczynał się
dopiero w połowie zimy, a tymczasem wciąż było potrzeba nakładów nowych i nieustannych, a kredyt się
nie rozszerzał, przeciwnie, zniknął prawie zupełnie.</akap>


<akap>Zmowa, jaką zainicjował Grosglick, działała solidarnie i ciasną obręczą dusiła fabrykę, podrywaniem
zaufania, odmową kredytów i szkodliwymi plotkami o bliskim bankructwie firmy.</akap>


<akap>Borowiecki niecierpliwił się tym coraz bardziej
i coraz częściej spoglądał na starego Müllera i rozmyślał, czyby nie zażądać tyle razy ofiarowywanej pomocy.</akap>


<akap>Ale się powstrzymywał jeszcze, nie tyle ze względu
na Ankę, bo wiedział już dobrze, pod jakimi warunkami Müller dałby pieniędzy, ale przez dumę, przez zaciętość, która w nim rosła w miarę napotykanych przeszkód.</akap>


<akap>W chwilach bardzo szczerych rozmyślań nad sobą
i położeniem swoim drwił ze swoich głupich przesądów, przeklinał prawie romantyczność, jak nazywał skrupuły, które go powstrzymywały jeszcze od zerwania
z Anką i ożenienia się z Madą, ale im ulegał.</akap>


<akap>Może nawet dlatego, że Ankę widywał codziennie,
że zaczynał rozumieć jej stan, że to nie była ta dawna,
wesoła, szczera, ufająca dziewczyna, ale jakaś już zupełnie inna kobieta, pełna smutku i cichej rezygnacji.</akap>


<akap>Żal mu jej było.</akap>


<akap>A Anka?</akap>


<akap>Anka była cieniem samej siebie. Pomizerniała,
uśmiech zniknął z jej twarzy i ustąpił miejsca głębokiemu, jak się jej wydawało, nieuleczalnemu smutkowi.</akap>


<akap>Przesiadywała całe dnie przy panu Adamie, który
jakoś w pierwszych dniach listopada dostał ataku paralitycznego; ledwie go uratowano, ale leżał bezwładny,
zaledwie mogąc poruszać rękami i mówić coś niecoś.</akap>


<akap>Musiała się nim zajmować i znosić wszystkie jego
dziecinne nieraz kaprysy. Czytywała mu książki i musiała wymyślać różne rozrywki, bo nudził się, przyzwyczajony pomimo kalectwa do życia ruchliwego.</akap>


<akap>Robiła to wszystko jeśli nie z przyjemnością, to
przez wielkie przywiązanie.</akap>


<akap>Ale przez tę chorobę dom jeszcze bardziej opustoszał i stawał się dla niej czymś w rodzaju grobu, w którym żyć musiała.</akap>


<akap>Dnie przesuwały się ze straszliwą jednostajnością,
nic nie zmieniając ani w chorobie pana Adama, ani
w stosunku jej do Karola, który teraz, z powodu ojca,
częściej przesiadywał wieczorami w domu, opowiadał
o swoich sprawach i częściej zwracał się do niej.</akap>


<akap>Nie cieszyło jej to, a było coraz obojętniejszym.
Nie chciała się przyznać przed sobą, że czuła się
swobodniejszą wtedy, gdy Karola nie było w domu.</akap>


<akap>Bo jego twarz zmęczona pracą, skłopotana, jego
smutne spojrzenia, jakimi czasami ogarniał jej głowę,
rozdrażniały ją i bolały.</akap>


<akap>Wyrzucała sobie wtedy, że on cierpi przez nią, że
to ona winna jest wszystkiemu.</akap>


<akap>Niedługo jednak trwały wyrzuty podobne, ustępowały miejsca obrażonej dumie i coraz głębszemu rozpoznawaniu jego zimnej, egoistycznej duszy.</akap>


<akap>Ale wtedy znowu serce się jej rwało z żalu nad nim.</akap>


<akap>A bywały chwile, w których jak echo odbite powracała --- nie jej miłość dawna, lecz pragnienie miłości, pragnienie zatopienia się w uczuciu, powierzenia całego życia takiej mocnej fali, byle tylko poniosła, byle
skończyła się męka pustki, wyczekiwania, bezcelowych
szamotań, tego stania o własnej sile.</akap>


<akap>Raz, wśród długiej i poufnej pogawędki, Nina wydarła jej tę tajemnicę serca, strzeżoną zazdrośnie i zawołała ze zdumieniem:</akap>


<akap_dialog>--- Po cóż się męczysz? Czemuż się nie rozejdziecie
natychmiast?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę. Jakże się rozstanę z ojcem, a przy tym sama wiadomość o naszym rozejściu się mogłaby
go zabić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież za mąż nie wyjdziesz, nie kochając.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mówmy o tym. Nie mogę wyjść za niego,
bo popsuję mu jego karierę, on musi się ożenić bogato, aby móc przeprowadzić swoje plany, aby mógł
tam, dokąd pragnie --- dojść. A przecież nie mogę mu
być zawadą i... nie będę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty go kochasz jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem. Wiem, że czasem go kocham, czasem nienawidzę, a zawsze jest mi go strasznie żal, bo
on nie jest szczęśliwym. Ja przeczuwam, że on nigdy
szczęśliwym nie będzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jednak trwać nie może.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciężkie jest życie, ciężkie! A przed rokiem jeszcze, nawet na wiosnę byłam tak szczęśliwa. Gdzież jest
to szczęście, gdzie? --- skarżyła się boleśnie i nie słysząc pocieszeń Niny, zapatrzyła się w okno, w świat zaśnieżony i brudny od dymów fabrycznych.</akap_dialog>


<akap>Nagie szkielety drzew, kołysane wiatrem, wyginały
się i ze smutnym, żałobnym jękiem, zaglądały do okien,
jakby wyjąc ratunku i zmiłowania.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309818706614-3745541149"/><motyw id="m1309818706614-3745541149">Miłość, Przemijanie</motyw>--- Cóż to jest miłość? Ta miłość, co trwać ma
wiecznie, co łączyć ma dwie dusze na zawsze, co je
topi w sobie? Złudzeniem, mgłami, które rozprasza lada
jaki wiatr... Przecież ja kochałam! Zdawało mi się, że
kochałam naprawdę, całą głębią serca, że całą duszę
oddałam uczuciu --- gdzie jest to moje wielkie uczucie
teraz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest jeszcze w tej skardze --- szepnęła Nina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż się stało z tą miłością? Zabija ją pewność,
że nie jestem kochaną. A przecież miłość wielka żywi
się i rośnie podobno zdradą, krwią zawodów, cierpieniami. Nie, to, co brałam za miłość, nie mogło nią być,
muszę nie być zdolną do wielkiego uczucia, do miłości
prawdziwej --- skarżyła się na siebie i w sobie tylko
szukała źródła i zła, i siebie tylko obwiniała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, są miłości cieplarniane, które w zwykłej
atmosferze zamierają. Są miłości ameby, które muszą
obwinąć się dookoła ukochania i trwają dotąd, dopóki
stamtąd czerpią życie. Są miłości --- dźwięki, trzeba je
wywoływać, aby były, bo same w sobie nie istnieją.
Ale ty się nie obwiniaj, bo nie jesteś winną.<end id="e1309818706614-3745541149"/></akap_dialog>


<akap>Nie skończyła, bo wszedł Trawiński i stanął, nie
chcąc im przerywać.</akap>


<akap_dialog>--- Będziesz w domu wieczorem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyszedłem ci powiedzieć, że wkrótce wychodzę. Dzisiaj sobota, zebranie u Kurowskiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszałam wielkie legendy o tych wieczorach.
Co wy tam robicie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pije się i rozmawia, a rozmawia się o wszystkim. Są to wieczory poświęcone mówieniu sobie prawdy bezwzględnej. Batutę trzyma Kurowski.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Dziwne, że chcecie ją słyszeć o sobie, bo mówić to bardzo łatwo; człowiek sam sobie, gdyby się nawet najbezwzględniej sądził, krzywdy nie zrobi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rzeczywiście jest dziwne, że i mówią sobie
prawdę, i słuchają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dowodzi to tylko, że jako tako ukulturowanemu<pe><slowo_obce>ukulturowany</slowo_obce> --- dziś popr.: ukulturalniony a. kulturalny.</pe> człowiekowi nie wystarczają fabryki, interes i pieniądze, musi od czasu do czasu wziąć zimną kąpiel
uświadomienia, a choćby tylko marzenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz rację, bo nawet Kessler tam przychodzi,
aby móc pokazać swoją złą duszę i aby nam wymyślać bezkarnie. Jedyna sposobność, więc jej nie traci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Człowiek z równą przyjemnością popisuje się
złem jak i dobrem --- byle miał uznanie.</akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XVIII</naglowek_rozdzial>




<akap>U Kurowskiego w hotelu byli już zebrani prawie
wszyscy, którzy stanowili to ścisłe kółko; siedzieli dookoła wielkiego okrągłego stołu, zastawionego butelkami
i oświetlonego srebrnymi kandelabrami o kilkunastu
świecach.</akap>


<akap>Trawiński przyszedł z Borowieckim, którego zabrał
po drodze.</akap>


<akap><begin id="b1309819989940-3787832447"/><motyw id="m1309819989940-3787832447">Polak, Niemiec, Nienawiść, Pogarda</motyw>Przyszli właśnie na zajadłą filipikę<pe><slowo_obce>filipika</slowo_obce> --- ostra mowa oskarżycielska; nazwa od mów Demostenesa (384--322 p.n.e.) skierowanych przeciw Filipowi Macedońskiemu; jako termin nazwa występowała już w czasach rzymskich: w ten sposób nazwał swoje mowy przeciw Markowi Antoniuszowi Cyceron; tu: użycie terminu ironiczne.</pe> Kesslera, który
schrypniętym, syczącym nienawiścią głosem, mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Ani jedna, ani dziesięć waszych fabryk nie
stworzy przemysłu waszym. Musicie się pierwej ucywilizować, musicie stworzyć sobie pewną kulturę przemysłową, zanim wasze usiłowania przestaną budzić śmiech. Ja was znam dobrze! Wy jesteście bardzo zdolni, bo przecież połowa różnych głośnych grajków i śpiewaków
w Europie --- to Polacy. Wy jesteście zdolni, śliczni, wielcy panowie, czemu nie jedziecie do Monaco? Czemu zaniedbujecie sezony w Nizzy, w Paryżu, we Włoszech? Tam budzilibyście podziw, a wy tak lubicie, żeby was podziwiano! Przecież wy wszystko robicie dla podziwu, dla pokazania się przed światem, dla pięknego frazesu! Wasza praca, szlachetność, sztuka, literatura, życie jest tylko frazesem, mniej więcej dobrze deklamowanym dla galerii, a jeśli tej brak --- dla samego siebie. Wy
jesteście bankruci przedtem, zanim zaczęliście cośkolwiek
mieć. Wy jesteście królami flirtu ze wszystkim. Mówię bez uprzedzeń, mówię to, co zauważyłem, szereg spostrzeżeń czysto anatomicznych, zasadniczych. Jesteście dziećmi udającymi dorosłych.</akap_dialog>



<akap>Zamilkł i pił wino, które mu Kurowski nalewał
skwapliwie.</akap>


<akap_dialog>--- Masz pan rację i nie masz pan racji. Świnia,
gdyby rozumowała o orle, dajmy na to, rozumowałaby
podobnie; gdyby porównała swoje niechlujstwo, swój
brudny chlew, swoją ordynarność barbarzyńską, swoją
siłę głupią i brutalną, swój wstrętny, rechoczący głos,
swój rozum sprowadzony tylko do najobfitszego nażerania się, gdyby to wszystko porównała z pięknościami
orła, z jego żądzą swobody, z jego chęcią do podsłonecznych wzlotów, z jego dumą, miłością obszarów, znienawidziłaby go i pogardzała nim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To coś pan mówił nie jest syntezą, a tylko
gniewnym warczeniem osobnika niższego gatunku --- odpowiedział Kurowski, znowu dolewając mu wina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko mi jedno, czym jest, bo nienawidzę
i pogardzam wami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za drzwi z nim! --- krzyknął Myszkowski, zrywając się z krzesła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj pokój! Jego nienawiść jest sprawdzaniem
naszej siły.</akap_dialog>


<akap>Kessler już nic nie odpowiedział, wyciągnął się
w fotelu i odczytywał jakiś list brudny i pomięty i uśmiechał się złowrogo.</akap>


<akap_dialog>--- Prędko wyczerpaliście temat --- zauważył Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kessler pluje --- pozwalamy, bo odsłania przy tym swoje dziecinne ząbki. A przy tym ośmiesza się zupełnie tym przekonaniem, że skoro nam nawymyśla,
obrzuci rasową pogardą i nienawiścią, to my z rozpaczy
przepadniemy lub ze strachu ustąpimy miejsca tym mądrym, pracowitym, cywilizowanym, szlachetnym Niemcom. Głupi! Nie wie, że naród, aby mógł żyć, rozwijać się
i zwyciężać, musi być smagany batami nienawiści, musi
być otoczony kołem szakalów gotowych go rozszarpać,
a nie aniołami, nucącymi hymny pokoju i miłości.<end id="e1309819989940-3787832447"/></akap_dialog>



<akap_dialog>--- Świat jest liczbą, powiedział Pitagoras, ale ty Kessler jesteś tylko zerem, przeraźliwym zerem, odosobnionym zerem --- zawołał ze złością Myszkowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Napijmy się --- zaproponował Moryc, który zwykle słuchał tylko.</akap_dialog>


<akap>Napili się raz i drugi, zapalili cygara i milczeli
czas jakiś.</akap>


<akap>Trawiński, który lubił rzucać luźne myśli i spostrzeżenia, niezwiązane z tokiem rozmowy, przerwał
ciszę i zaczął mówić jasnym, bardzo melodyjnym głosem:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309820240712-1012800480"/><motyw id="m1309820240712-1012800480">Obraz świata, Państwo, Naród</motyw>--- Człowiek żyjący wyrachowaniem, człowiek --- dobrze funkcjonujące kółko wielkiej maszyny ogólnej,
tworzy tylko szare tło społeczne, to zero w postępie,
a wielkość w utrzymaniu status quo, to w najlepszym
razie konserwator cywilizacji, ale nie jej twórca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czego pan chcesz, do czego zmierzasz, do kultu
jednostek --- rzucił żywo Wysocki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stwierdzam tylko, że jednostki wybitne prowadzą świat naprzód, że bez nich byłaby noc, panowanie
chaosu i ślepych żywiołów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A skądże się biorą te jednostki? Spadają z księżyca z gotowymi już tablicami praw, postępu, odkryć,
wynalazków, co? Czy też są produktem tej szarej masy
konserwatorów, tego tła społecznego. Tak? A jeśli
tak, to skończyłem --- zawołał zaciekle, podkręcił wąsy,
otrzepał klapy, wyciągnął mankiety i gotów już był do
zajadłej dysputy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skończ pan ostatecznym wnioskiem --- powiedział wolno Trawiński.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jednostki wybitne, które, jak pan mówi, prowadzą świat, te geniusze sztuki, wiedzy, czynu, uczucia
itd., to tylko bezwiedne instrumenty, przez które wypowiada się ich rasa, naród czy państwo, które ich
z siebie wyłoniło. Ich wielkość jest w zupełnej proporcji
do wielkości środowiska. Oni są wklęsłym zwierciadłem
po to, żeby w nim odbijać i ogniskować wszystkie marzenia, pragnienia i potrzeby swego narodu. Dlatego
trudno przypuszczać, żeby wśród Papuasów urodził się Kopernik lub Hoene-Wroński<pe><slowo_obce>Hoene-Wroński, Józef</slowo_obce> (1776--1853) --- właśc. Josef Hoene, filozof, matematyk, fizyk i wynalazca pochodzenia niemieckiego, piszący wyłącznie po francusku; twórca pojęcia mesjanizmu, przeciwnik ideowy Mickiewicza, z obsesyjną wrogością odnosił się do masonerii i ruchów socjalistycznych oraz komunistycznych; popularny szczególnie wśród emigracji polskiej w XIX wieku.</pe>.<end id="e1309820240712-1012800480"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Podobnymi faktami przekonam pana, że jest
inaczej, że geniusze nie są wytworem swoich ras, a czymś
zupełnie innym, ale pierwej opowiem starą legendę o genezie geniuszów: Kiedyś, dawno, było źle pomiędzy
ludźmi, źle pomiędzy zwierzętami, źle wśród całej przyrody, źle wśród jaskiń, źle wśród puszcz, źle w głębiach
wód i źle w nieskończonościach. Panował zły bóg Chaos
i jego dzieci: Zazdrość, Nienawiść, Przemoc, Głód i Mord. Wszyscy walczyli przeciw wszystkim, więc jękami i płaczem rozbrzmiewały długo przestrzenie, aż zbudziły z zadumy Indrę spoczywającego w głębiach wszechświata. Słuchał długo, spojrzał na ziemię i patrzył, aż serce
wezbrało mu współczuciem i zdrój boskich łez, jak
deszcz pereł, popłynął w przestrzenie i kilka z nich rozpryśniętych padło na ziemię; z nich powstali i powstają geniusze prowadzący zbłąkaną, biedną ludzkość do światła, na powrót w łono Indry. Zrodzeni z litości boskiej, są litością, światłem, miłością i zbawieniem dla ludzkości.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Bajka jak bajki, gdyby nie była cudowną, nie
miałaby sensu --- zawołał Wysocki i zaczęli gwałtownie
przekonywać się nawzajem, nie przerywając nawet przy
kolacji, którą podano wkrótce, ale mówili ciszej, bo Kurowski się ożywił i wplątał do rozmowy, która z wolna
stała się ogólną.</akap_dialog>



<akap>Borowiecki tylko nie mógł się rozruszać, mówił
mało i nie słuchał, pił natomiast wiele i spoglądał niecierpliwie na towarzystwo, bo pragnął pozostać sam
z Kurowskim, ale nikt nie myślał o odejściu, zwłaszcza
teraz, przy czarnej kawie, gdy Kurowski, podniecony nieco,
gładził swoją posrebrzoną już kruczą brodę i błyszcząc
orzechowymi oczami, które w miarę ekscytacji stawały
się podobne do tygrysich, rzucał w rozmowie snopami
paradoksalnych aforyzmów.</akap>


<akap>Oto niektóre z nich:</akap>


<dlugi_cytat><akap>,,Uczciwość miewa chwile nudy, a wtedy się jej
strzeżcie".</akap>


<akap>,,Można być nawet i cnotliwym, ale pod warunkiem, aby od czasu do czasu występek zaprosić na
obiad".</akap>


<akap>,,Kto pragnie sprawiedliwości, może ją mieć --- kupiwszy".</akap>


<akap>,,Czym się różni deista od ateusza? Tylko odwrotnym biegunem głupoty".</akap>


<akap>,,Nie ma takiego łajdaka, który by chwilami nie macał się po bokach, czy mu nie wyrastają skrzydła anioła".</akap>


<akap>,,Łódź wyznaje wszystkie przykazania prócz jednego --- nie kradnij".</akap>


<akap>,,Prawda najdrożej kosztuje społeczeństwa cywilizowane, więc nie obawiajmy się, nie zapanuje nigdy".</akap>


<akap>,,Słuchamy praw i cenimy je --- jeśli są poparte
bagnetami".</akap>


<akap>,,Nasza cywilizacja jest za duża dla naszych dusz
jeszcze barbarzyńskich, dla naszych instynktów jeszcze
dzikich. Ubieramy się w nią niby karły w strój olbrzymów".</akap>


<akap>,,To, co wiemy, można porównać do zapałki płonącej w mrokach wieczności".</akap>


<akap>,,Kto się mógł cały oddać jednej idei --- niech się
tym nie chwali, bo musiał mieć niewiele do oddania".</akap>


<akap>,,Nie ma ludzi złych i dobrych --- są tylko głupi
i mądrzy".</akap></dlugi_cytat>




<akap>Kessler nie mógł już dłużej słuchać spokojnie, wzruszył pogardliwie ramionami i zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Bawicie się jak dzieci pustymi bańkami słów,
a ja pójdę do domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem tego samego zdania --- powiedział dwuznacznie Kurowski.</akap_dialog>


<akap>Kessler pozostał.</akap>


<akap>Rozmowa przeszła na literaturę, którą prowadził
Myszkowski, bo powiedział Borowieckiemu, drwiącemu
z entuzjastów literackich:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1309821425087-2036301400"/><motyw id="m1309821425087-2036301400">Poezja</motyw>--- Na początku była pieśń i na końcu będzie
pieśń, a nie podręcznik do przędzenia wełny czesankowej.<end id="e1309821425087-2036301400"/> Ale z tym mniejsza!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1309821721210-1135928422"/><motyw id="m1309821721210-1135928422">Emigrant, Wolność</motyw>Podniósł się, popatrzył jakoś dziwnie, jakby z pewnym żalem na zebranych i powiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Napijcie się ze mną na pożegnanie, jutro wyjeżdżam do Australii.</akap_dialog>


<akap>Zaczęli się śmiać i pili, ale on powtórzył poważnie:</akap>


<akap_dialog>--- Nie śmiejcie się, daję wam słowo honoru, że
jutro w nocy opuszczam Łódź na zawsze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie? Po co? Dlaczego? --- posypały się pytania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W świat, prosto przed siebie, a po co? Aby
być z daleka od Europy i cywilizacji fabrycznej, mam
tego bagna już dosyć, duszę się w nim, tonę, umieram.
Jeszcze parę lat, a zgniłbym tutaj ze szczętem, a chcę
żyć i dlatego wyjeżdżam. Zaczynam życie na nowo,
po ludzku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale dlaczego? --- wołali zdumieni i poruszeni
tym niezwykłym postanowieniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? Bo się nudzę, bo mi zbrzydła tyrania praw, obyczajów, stosunków, instytucji, bo mi
zbrzydła ta stara łajdaczka Europa, obmierzły fałsze,
obmierzły wszelkie przepisy, które mną rządziły i nie
pozwalały nigdy być sobą --- wszystko mi obmierzło
i wszystko mnie za mocno boli, abym dalej mógł
znosić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czyż gdzie indziej będzie wam lepiej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przekonam się dopiero. Bywajcie mi zdrowi.</akap_dialog>


<akap>Żegnali się z nim, ale wszyscy namawiali do pozostania, bo go lubili i pomimo dziwactw cenili bardzo.</akap>


<akap>Kurowski tylko nic nie mówił, śledził go oczami,
a potem całując na pożegnanie, szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze robicie. Gdybym nie czuł obowiązku
warowania tutaj do końca, do ostatniego tchu, poszedłbym z wami. Jeśli wam będzie potrzeba pieniędzy, napiszcie.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309821689738-2016991238"/><motyw id="m1309821689738-2016991238">Praca</motyw>--- Cóż u diabła, przecież zabieram ze sobą największe kapitały, bo zdrowe ręce i głowę. Nie jadę przecież, aby uwodzić kobiety lub bawić się, jadę żyć wolno
i swobodnie. Wspomnijcie mnie czasem, jeśli chcecie,
i pamiętajcie, nie marnujcie życia na robienie pieniędzy, nie róbcie z siebie bydląt pociągowych, nie stawajcie się maszynami, nie znikczemniajcie się pracą nadmierną.<end id="e1309821721210-1135928422"/><end id="e1309821689738-2016991238"/></akap_dialog>


<akap>Ucałował wszystkich, a najmocniej Kurowskiego
i podrwiwając, aby ukryć wzruszenie, wyszedł.</akap>


<akap_dialog>--- Wariat! --- mruknął pogardliwie Kessler i również zaraz wyszedł z Morycem i Wysockim.</akap_dialog>


<akap>Pozostał tylko Kurowski i Borowiecki.</akap>


<akap>Kurowski zamglonymi oczami patrzył w jakąś dal
i nie mógł stłumić żalu, jaki go przepełnił za odjeżdżającym.</akap>


<akap_dialog>--- Chwilę ci tylko zajmę --- zaczął Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siadaj, mamy dosyć jeszcze czasu do rana --- powiedział, wskazując na okno, na świt, przeciekający
przez zapocone szyby.</akap_dialog>


<akap>Karol długo opowiadał o swojej fabryce i stanie
interesów, o potrzebie pozbycia się spólników, przytaczał zmowę, jaką zrobiono na niego, a w końcu zaproponował wejście do spółki.</akap>


<akap>Kurowski długo myślał, wypytywał o szczegóły,
aż rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Zgoda, ale pod jednym warunkiem. Z góry uprzedzam, że warunek ważny i... może trochę dziwny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Postaw go.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może ci się nie podobać, ale... ale przyjmij spokojnie, po kupiecku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekam z ciekawością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ożenisz się z Anką!</akap_dialog>


<akap>Borowiecki porwał się z krzesła, rumieniec oblał
mu twarz, ale rumieniec nagłej, oślepiającej radości. Miał ochotę rzucić mu się na szyję, ale rychło się
powstrzymał, oblókł twarz w surowość i szukał kapelusza.</akap>


<akap_dialog>--- Mówiłem, przyjmij spokojnie, po kupiecku. A zresztą, mówmy szczerze, nie oszukujmy samych siebie, bo znamy się obaj zbyt dobrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, mówmy szczerze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wejdę do cichej spółki z tobą, żebyś mógł pozbywać się długów i wyrzucić dotychczasowych spólników, ale za to ty zwrócisz słowo pannie Annie
i ożenisz się z kim zechcesz, choćby z Madą Müllerówną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty z Anką?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To moja rzecz, co potem będzie, zwróć jej
tylko słowo i nie męcz dłużej. Dziewczynę zabija to położenie, sama nie powie przecież.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zrobiłbym to dawno sam, myślałem i myślę
o tym często, ale się boję, bo przy jej uczuciowości,
a przy tym, przy tym...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przy tym, o ile mnie się zdaje, ona was nie kocha, więc zrobicie jej łaskę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coś wiem o tym --- powiedział dotknięty najboleśniej jego słowami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No i wy jej nie kochacie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tu powiem, że to znowu moja rzecz. Tyle wam
powiem, że dokąd ona nie zerwie ze mną, będę jej narzeczonym i ożenię się wkrótce. Dziwię się, że mogliście
mi zaproponować podobną aferę --- zakończył najniespodziewaniej bardzo wzburzony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Macie rację, byłem widać nie dość trzeźwym
i niedobrze argumentowałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobranoc.</akap_dialog>


<akap>Kurowski podał mu rękę i patrzył za nim z głębokim żalem, a potem zadzwonił i kazał natychmiast
zaprzęgać do wyjazdu.</akap>


<akap_dialog>--- Biedna Anka! --- szepnął.</akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XIX</naglowek_rozdzial>




<akap_dialog>--- Wstąpię na chwilę do fabryki, a potem pójdę
z wami, nie chce mi się wracać do domu --- mówił
Kessler do Moryca, gdy rozstali się z Wysockim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może do mnie na herbatę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Coś mi jest i nie wiem co! --- szepnął,
wstrząsnąwszy się nerwowo.</akap_dialog>


<akap>Szli wolno pustymi, jakby wymarłymi ulicami. Śnieg
pobielił dachy i leżał na ulicach i trotuarach cienką,
przymarzniętą warstwą. Szarość mdła, przesycona mętnym, zimowym świtem, powlekała miasto ponurym
nastrojem. Gaszono już latarnie i wszystko zlewało się
ze sobą i zacierało, gdzieniegdzie tylko błysło jakieś
światełko i zgasło natychmiast.</akap>


<akap_dialog>--- Musicie być w fabryce?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę, nocna robota we wszystkich oddziałach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Darujcie mi uwagę, ale gdybym był wami, nie
zaglądałbym do Malinowskiego, on ma minę wściekłego
psa na łańcuchu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupi, jego córka kosztuje mnie z pięć tysięcy
rubli rocznie, a on na mnie warczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On już był na Syberii --- szepnął Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To cichy człowiek. Muszę do niego wstąpić,
napisał list do mnie, więc chcę mu dać odpowiedź osobiście.</akap_dialog>


<akap>Uśmiechnął się złowrogo.</akap>


<akap_dialog>--- O Zośkę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Macie przynajmniej rewolwer?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam nogę na tego polskiego psa, jeśli warknie,
to go rozgniotę. Daję wam słowo, że nie warknie, on
chce tylko dobrego odszkodowania za córkę. Nie pierwszy raz załatwiam podobne sprawy --- mówił drwiąco,
ale w głębi czuł jakieś dziwne drżenie, nie strachu, bo
to uczucie nie istniało dla niego, ale drżenie nieokreślonej tęsknoty i znużenia.</akap_dialog>


<akap>Patrzył na szare niebo, na te ponure okopy domów jakby umarłych i wsłuchiwał się w tę dziwną, denerwującą ciszę miasta uśpionego.</akap>


<akap>Ale już w dziedzińcu fabryki, która huczała wszystkimi maszynami, w dziedzińcu zalanym falami elektrycznego światła i pełnym ruchu, czuł się znowu dobrze.</akap>


<akap_dialog>--- Zaczekajcie chwilę, rozmówię się i zaraz wyjdę.</akap_dialog>


<akap>Wszedł do wieży prawie ciemnej, bo tylko jedna
lampka przyczepiona do ściany okopconej, rozpryskiwała
nieco mętnego światła na pracujące tłoki i na dolną
część koła, które jak zwykle obracało się szalonymi rzutami, wyjąc dziką pieśń siły i połyskując groźnie olbrzymimi stalowymi szprychami.</akap>


<akap_dialog>--- Malinowski! --- krzyknął od drzwi, ale głos porwały żelazne szczęki maszyny.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1309822297701-3519859988"/><motyw id="m1309822297701-3519859988">Robotnik, Maszyna, Potwór</motyw>Malinowski zgarbiony, w długiej bluzie, z oliwiarką
w ręku i wycierem łaził dookoła maszyny i czuwał nad
tym potwornym bydlęciem; zatopiony zupełnie w chaosie
krzyków i szumów, jakby w głębi rozszalałego morza,
śledził tylko oczami ruchy potworu<pe><slowo_obce>potworu</slowo_obce> --- dziś popr. D. lp: potwora.</pe>, który jakby szaleństwem pijany taczał się z rykiem wściekłości, trząsł murami i napełniał wieżę grozą.<end id="e1309822297701-3519859988"/></akap>


<akap_dialog>--- Malinowski! --- zakrzyczał mu już nad uchem
Kessler.</akap_dialog>


<akap>Malinowski usłyszał, podszedł bliżej, oliwiarkę
i lampkę postawił i patrząc na niego spokojnie, wycierał ręce o bluzę.</akap>


<akap_dialog>--- Pisałeś list do mnie? --- zapytał groźnie Kessler.</akap_dialog>


<akap>Skinął głową potakująco.</akap>


<akap_dialog>--- Czego chcesz? --- rzucił brutalnie, bo spokój Malinowskiego rozdrażniał go.</akap_dialog>



<akap_dialog><begin id="b1309822922855-2204784164"/><motyw id="m1309822922855-2204784164">Bijatyka, Śmierć, Maszyna</motyw>--- Coś zrobił z Zośką? --- szepnął, nachylając się
do niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha! Więc co chcesz? --- zapytał po raz drugi
i bezwiednie chciał się cofnąć do drzwi.</akap_dialog>


<akap>Malinowski zastąpił mu drogę i szepnął cicho, bardzo spokojnie:</akap>


<akap_dialog>--- Nic... Zapłacę ci tylko za nią...</akap_dialog>


<akap>Oczy mu strzeliły mocnym stalowym błyskiem,
a potężne ręce, podobne do tłoków, wysunęły się groźnie zaciśnięte.</akap>


<akap_dialog>--- Z drogi, bo ci łeb rozbiję!</akap_dialog>


<akap>Strach nim zatrząsł, zobaczył w oczach Malinowskiego wyrok śmierci.</akap>


<akap_dialog>--- Sprobój, sprobój!... --- mruknął ponuro Malinowski.</akap_dialog>


<akap>Posunęli się ku sobie, patrzyli przez chwilę jak
dwa tygrysy napinające się do strasznego skoku.</akap>


<akap>Oczy zaczęły im połyskiwać jak te stalowe szprychy koła, które niby kły migotały z cieniów.</akap>


<akap>Potwór jak gad splątany w sieć zmroków, skrzeń,
błysków, z wyciem rzucał się zapamiętale, jakby szukając ucieczki z tych roztrzęsionych, potężnych murów.</akap>


<akap_dialog>--- Z drogi! --- ryknął Kessler i równocześnie uzbrojoną w kastet ręką wymierzył taki straszny cios, że Malinowski zatoczył się na ścianę, ale nie upadł, jak błyskawica rozwinął się w całej długości i runął na Kesslera, chwytając go stalowymi rękami za gardło i rzucając ze straszną siłą na przeciwległą ścianę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty... ścierwo... --- warczał i coraz silniej go
dusił, aż Kessler rzygnął krwią i ledwie wycharczał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Puść... puść...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już cię teraz dokończę, tyś mój, mój... mój... --- szeptał wolno i bezwiednie jakoś zwolnił ucisk palców.</akap_dialog>


<akap>Wtedy Kessler oprzytomniał i szalonym ruchem rozpaczy rzucił się naprzód z taką siłą, że obaj upadli.
</akap>

<akap>Malinowski go nie puścił, sczepili się wpół jak dwa
niedźwiedzie i tarzali się z głuchym krzykiem, bili głowami o asfalt, rozbijali się o ściany i obmurowania, i maszyny, gnietli się kolanami, kąsali sobie twarze i ramiona,
ryczeli z bólu i wściekłości.</akap>




<akap>Nienawiść i pragnienie mordu odebrały im przytomność, przewracali się potwornym kłębem, który co
chwila się przewalał, unosił, padał znowu, zwijał, prężył,
ryczał dziko i ociekający krwią, rozszalały, toczył dalej
ten bój śmiertelny obok maszyny huczącej głucho, pod
tym kołem, które co chwila już chwytało ich stalowymi
kłami.</akap>


<akap>Szamotali się krótko, Malinowski brał górę i tak
ściskał potężnie, że łamał tamtemu żebra i klatkę piersiową, wtedy Kessler ostatnim ruchem uchwycił go zębami za gardło.</akap>


<akap>Zerwali się równocześnie z ziemi, okręcili się dookoła siebie i runęli ze strasznym krzykiem na tłoki
i pomiędzy przebiegające błyskawicznie szprychy koła,
które ich poderwało, wchłonęło, podniosło pod sufit
i w mgnieniu oka rozmiażdżyło na strzępy.</akap>


<akap>Jeszcze ostatni ich krzyk brzmiał wśród rozdrganych murów, a oni już nie żyli, tylko łachmany podarte
ciał wirowały w orbicie koła-potworu, leciały po ścianach, zsuwały się po tłokach okrwawionych i wiewały
poczepiane na kole, które okrwawione, potworne swoją
wielkością biegało wciąż w szalonym ruchu, z wściekłym
rykiem siły spętanej.<end id="e1309822922855-2204784164"/></akap>
<sekcja_asterysk/>

<akap><begin id="b1309823234784-1639172102"/><motyw id="m1309823234784-1639172102">Pogrzeb, Zima, Robotnik, Samobójstwo, Morderstwo</motyw>Za pogrzebem Malinowskiego poszła tylko garstka
znajomych i przyjaciół Adama, bo dzień był straszny,
co chwila padał deszcz ze śniegiem i wiatr przenikliwy,
lodowaty powiewał od szarych, ciężkich chmur, nisko
wiszących nad ziemią.</akap>




<akap>Adam prowadził matkę opuchłą od płaczu i na pół
przytomną, a za nimi szli Jaskólscy z gromadą starszych
dzieci i kilku sąsiadów z domów familijnych.</akap>


<akap>Szli środkiem ulicy, za jednokonnym karawanem,
który skakał na wybojach i rozbijał kołami rzadkie czarne
błoto, chlustając dookoła strumieniami.</akap>


<akap>Orszak posuwał się wolno Piotrkowską ulicą, zapchaną wozami pełnymi towarów i prywatnymi ekwipażami; tłumy czarne, obłocone, snuły się trotuarami,
z dachów spływała woda strumieniami i rozpryskiwała
się o chodniki i o chwiejące się na wietrze parasole,
a śnieg mokrymi płatami bielił coraz bardziej bok karawanu i trumny.</akap>


<akap>Trotuarem szedł Blumenfeld, Szulc i cała ich muzyczna banda, w końcu której Stach Wilczek z jakimś
młodym człowiekiem, któremu wciąż opowiadał o swoich interesach.</akap>


<akap>Horn szedł również za orszakiem i smutnym wzrokiem przeglądał wszystkich idących; szukał Zośki, ale
jej nie było i nikt nie wiedział, co się z nią stało od
śmierci Kesslera.</akap>


<akap>Zaraz za miastem przyłączyło się do orszaku kilkanaście robotnic i te zaintonowały jakąś przesmutną
pieśń i śpiewały ją same, bo księdza nie było. Chowali
Malinowskiego jako samobójcę i mordercę, we wzgardzie, więc też może i dlatego twarze wszystkich napiętnowała głęboka gorycz i smutek.</akap>


<akap>Ale w miarę odsuwania się od miasta przybywało
coraz więcej ludzi z różnych przejść i zaułków; ludzi
zdyszanych jeszcze pracą, zabrudzonych, sinych z zimna,
którzy zwartym zastępem otoczyli zmarłego towarzysza
i szli niby groźny zastęp.</akap>


<akap>Pieśń brzmiała smutnie, targał ją wiatr, chłostał
śnieg i deszcz, mroziło przejmujące zimno.</akap>


<akap>W alei prowadzącej do cmentarza nagie drzewa
jęczały pod parciem wichru, a pieśń rozlegała się jak
łkanie pełne skargi i bezbrzeżnego żalu.</akap>


<akap>Przez cmentarz, pełen rozgniłych liści, błota zmieszanego ze śniegiem, wspaniałych grobowców i dzikiego
szumu nagich drzew, przesunęli się spiesznie i skręcili
w kąt zapomnianych, gdzie kilkanaście mogił wznosiło
się wśród uschłych ostów i dziewanny.</akap>


<akap>Dół był gotowy, więc rychło zadudniła żółta przemarzła ziemia, sypana na trumnę, płacze i krzyki zerwały się jak burza i wtórowały głośnym modlitwom
robotników, klęczących dookoła grobu.</akap>


<akap>Wiatr ustał nagle, drzewa stanęły w ciszy, sciemniło
się jeszcze bardziej i śnieg miliardami białych, ciężkich
motyli zaczął spływać z posępnych chmur, pobielił groby
i ludzi, pokrył wszystko zimną, jednostajną powłoką.<end id="e1309823234784-1639172102"/></akap>


<akap>Od Łodzi, wskroś śniegów, dolatywały przytłumione gwizdawki fabryczne, świszczące na podwieczorek.</akap>


<akap_dialog>--- Co się dzieje z Zośką? --- pytał Blumenfeld
Wilczka, gdy już wracali do miasta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdzie na ulicę. Kiedy się dowiedziała o śmierci
Kesslera, wpadła w złość i zaczęła wymyślać na ojca,
że przez niego będzie musiała szukać nowego kochanka. Ale podobno już Wilhelm Müller zajął się nią.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Cóż wy teraz Wilczek robicie? --- zapytał Horn,
przystępując do nich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szukam jakiego interesu. Puściłem Grosglicka,
a węgle już mnie nudzą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Podobno sprzedaliście plac Grünspanowi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprzedałem --- mruknął i zaciął zęby, jakby go
dotknięto w bardzo bolesną ranę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co, okpił was?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Okpił, okpił! --- powtórzył przez zęby z jakąś
bolesną lubością. --- Sprzedałem za czterdzieści tysięcy,
zarobiłem na tym trzydzieści osiem i pół, ale mnie okpił!
Nie daruję mu tego do śmierci! --- postawił kołnierz od
futra, żeby ukryć rozgorzałą wzburzeniem twarz i osłonić się nieco od śniegu, który zacinał im w oczy i padał coraz gęstszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozumiem, zarobiliście aż tyle, więc gdzież
tu miejsce na okpienie?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tak. Wiecie, kiedyśmy już umowę podpisali,
kiedy pieniądze miałem w kieszeni, ten parch psiakrew
wyciąga do mnie rękę, dziękuje mi za dobre serce i powiada, że jestem bardzo mądry, ale tylko do wysokości
czterdziestu tysięcy rubli!... Zaczął się śmiać i powiada,
że on był już zdecydowany dać pięćdziesiąt tysięcy, bo
plac jest mu koniecznie potrzebny! Pomyślcie tylko,
jak się dałem głupio złapać, a teraz śmieją się ze mnie!</akap_dialog>


<akap>Zamilkł i pozostał trochę w tyle, aby przyciszyć tę
szaloną, bezsilną wściekłość, jaka go dławiła.</akap>


<akap>Już mu nie chodziło o pieniądze, ale nie mógł
strawić tego, że został oszukany, że taki Grünspan kpił
sobie z niego, że on, Wilczek, dał się złapać. Cierpiała
jego ambicja męki niewysłowione.</akap>


<akap>Pożegnał towarzyszów zimno, bo nie mógł w tej
chwili patrzyć na nikogo, siadł w dorożkę i pojechał do
domu. Mieszkał jeszcze w swojej dawnej chałupie, bo
sobie wymówił lokal do wiosny.</akap>


<akap>W izbie było zimno, wilgotno i bardzo pusto, że
ledwie wysiedział do wieczora, a potem powlókł się do
,,kolonii", gdzie teraz stołował się stale, bo potrzebował
zawiązywać bliższe stosunki z tak zwanym towarzystwem.</akap>


<akap>Ale w ,,kolonii" tak zawsze wesołej, dzisiaj panował smutek na wszystkich twarzach, a Kama płakała co
chwila i uciekała do saloniku, bo ją wzruszał do głębi
widok Adama Malinowskiego, który odprowadził matkę
do domu, pozostawiając ją wśród bliskiej rodziny, a sam
uciekł i błądził kilka godzin po Łodzi, wreszcie zmordowany przyszedł do ,,kolonii" na zwykłą, codzienną herbatę; myślał, że wpośród życzliwych będzie mu lepiej.</akap>


<akap>Siedział właśnie przy stole i patrzył gdzieś daleko.</akap>


<akap>Jego zielone oczy pociemniały i jakby odbijały tę wewnętrzną, zamkniętą pod czaszką wizję ostatnich chwil
ojca, jaka ciągle przed nim stawała.</akap>


<akap>Nic nie mówił, ale czując tyle serc mocno współczujących, tyle spojrzeń serdecznych, te przyciszone szepty dookoła i ten dziwny nastrój zebranych i ciągłe wybuchy płaczu Kamy, nie mógł wytrzymać. Nie żegnając
się z nikim, wybiegł i w sieni wybuchnął spazmatycznym
płaczem.</akap>


<akap>Wybiegł Horn i Wilczek, zaopiekowali się nim i odwieźli do domu, gdzie też wkrótce zebrali się wszyscy
przyjaciele.</akap>


<akap>Siedzieli wszyscy w milczeniu czas długi, aż Blumenfeld zaczął pianissimo grać na skrzypcach szopenowskie nokturny i grał długo, grał tak całym sercem, aż Adam wsłuchany w muzykę uspokoił się nieco.
Potem przyszedł do nich Dawid Halpern i zaczął
go pocieszać najtroskliwiej i opowiadać z głęboką wiarą
o Bogu sprawiedliwym i dobrym.
Wszyscy słuchali dość chętnie, prócz Wilczka, który
się wyniósł, bo tego nic i nikt zająć nie potrafił, gdyż
od dwóch tygodni żarła go ta szalona nienawiść do
Grünspana.</akap>


<akap>Włóczył się po Łodzi dniami całymi, zatopiony
tylko w kombinacjach, zmierzających do szkodzenia fabrykantowi.</akap>


<akap>Przysiągł mu zemstę i szukał sposobności. Nie pomyślał nawet o zemście osobistej, o zbiciu go lub zabiciu; nie, to było głupstwem, on chciał go zranić w kieszeń.</akap>


<akap>Więc całe tygodnie trawił teraz na wertowaniu
i przepatrywaniu szczegółów pożaru fabryki Grosmana,
bo poczuł, że z tej strony zdoła ugryźć Grünspana w samo
serce.</akap>


<akap>Był już na dobrej drodze odkryć, ale tymczasem,
dla nasycenia chwilowego, postanowił odkryć przed Borowieckim zmowę Grosglicka i machinacje Moryca, dążące do zawładnięcia fabryką.</akap>


<akap>Ubrał się pewnego dnia bardzo starannie i poszedł
odwiedzić pana Adama i Ankę, przypuszczając, że tam
spotka Karola.</akap>


<akap>Anka przyjęła go bardzo serdecznie, bo jej przypomniał Kurów i zaraz zaprowadziła do pana Adama.</akap>


<akap_dialog>--- Stachu! Jak się masz, co? Dobrze, żeś przyszedł,
dobrze... --- szeptał pan Adam, wyciągając do niego rękę,
którą Wilczek jakoś bezwiednie, dawnym zwyczajem ucałował, a że zaczął opowiadać o Kurowie, gdzie był niedawno, więc i Anka przysunęła się bliżej i słuchała
z uwagą.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1309824105034-3500711728"/><motyw id="m1309824105034-3500711728">Chłop, Szlachcic, Pozycja społeczna, Pieniądz, Bóg, Diabeł</motyw>--- No, ale tobie jakże idzie, co? --- pytał w końcu
pan Adam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dosyć dobrze, dosyć, jak na początek --- odparł niedbale i z lekceważeniem opowiadał o swoich
czterdziestu tysiącach rubli, bo chciał im zaimponować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, no! Szczęść ci Boże, mój Stachu, zostań
sobie i milionerem, byle bez krzywdy ludzkiej.</akap_dialog>


<akap>Wilczek uśmiechnął się pobłażliwie i zaczął szeroko opisywać swoje plany i zamiary, rzucał tysiącami
na lewo i na prawo, opowiadał od niechcenia o swoich
stosunkach z milionerami, szkicował swoją przyszłość
wielkimi sztychami, ale przy tym był śmiesznym bardzo,
bo zbytnio się wszystkim popisywał.</akap>


<akap>Anka uśmiechnęła się ironicznie, a pan Adam zawołał ze szczerym podziwem.</akap>


<akap_dialog>--- Jak się to dziwnie układa na tym świecie! A pamiętasz to jeszcze mój Stachu, jak pasałeś nasze cielęta,
co? A te cybuchy księdza Szymona, he?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trudno zapomnieć... --- mruknął, czerwieniąc,
bo Anka tak dziwnie patrzyła na niego.</akap_dialog>


<akap>Popsuło mu humor to przypomnienie, więc powstał
zaraz i pytał o Karola.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma pana Borowieckiego, wczoraj wyjechał
do Berlina i powróci dopiero za kilka dni --- mówiła
Anka, nalewając mu herbaty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A powiedz no mi, jak to tam było z tą starą
Żydówką, zjadłeś jej strucle czy nie? --- ciągnął nieubłaganie pan Adam, wpadłszy na przypomnienia.</akap_dialog>


<akap>Ale Wilczek tak był temu nierad, że nic nie odpowiedział, wypił szybko herbatę i wyniósł się wściekły
na starego i na świat cały.</akap>


<akap_dialog>--- To moje dzieciństwo będzie mi kulą u nóg! --- mruczał.</akap_dialog>


<akap>Pan Adam długo rozmawiał o nim z Anką, długo
nie mógł dobrze pojąć, jak się to teraz dzieje na świecie, że taki Wilczek na przykład, który u nich pasał bydło, którego nieraz dobrze obijał, jest teraz już zamożnym człowiekiem i może najspokojniej przychodzić do
nich i być jak z równymi.</akap>


<akap>Pan Adam był demokratą, ale tego nie mógł pojąć, a raczej na taką równość nie mógł się zgodzić, więc
zakończył:</akap>


<akap_dialog>--- Oni za prędko rosną! Ze szlachty to miał pociechę i pan Bóg, ale tymi, to zdaje mi się, że tylko
diabeł będzie się cieszył, co, jak ci się zdaje, Anka?...<end id="e1309824105034-3500711728"/></akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XX</naglowek_rozdzial>




<akap>Borowiecki był w Berlinie.</akap>


<akap>Przyjechał do Lucy, bo go zasypywała depeszami
i groziła samobójstwem, jeśli nie przyjedzie chociażby
na kilka godzin.</akap>


<akap>Pojechał nawet dosyć chętnie, bo myślał, że dni
kilka odpocznie z dala od fabryki, która już pracowała
wszystkimi oddziałami.</akap>


<akap>Czuł się nadzwyczaj zmęczonym i wyczerpanym
pracą i ciągłymi kłopotami.</akap>


<akap><begin id="b1309824352155-2970158391"/><motyw id="m1309824352155-2970158391">Kobieta, Uroda, Matka, Mężczyzna, Żyd</motyw>Z Lucy widywał się po dwa razy dziennie. Spotkania te były dla niego męczarnią, tym większą, że Lucy
bardzo zbrzydła; nie mógł patrzeć bez głębokiej odrazy
na jej zdeformowaną figurę, a prawie ze wstrętem całował jej twarz obrzękłą, pokrytą żółtymi plamami.</akap>


<akap>Ona szybko odczuła wrażenie, jakie wywierała,
więc każda schadzka kończyła się gorzkimi wyrzutami
i płaczem.</akap>


<akap>Męczyli się oboje strasznie.</akap>


<akap>Ona kochała z dawną siłą, tylko zniknęła w niej
dawna, wytworna, namiętna kochanka; ta pełna nieświadomej dyskrecji, szczerej naiwności i wzruszającej nieśmiałości Lucy, ta piękna Lucy, podziw Łodzi, a budziła
się w niej prosta, ordynarna, bez wychowania i kultury
Żydówka z małego miasteczka. Robiła się krzykliwą,
arogancką i głupią.</akap>


<akap>To przyszłe macierzyństwo tak ją przeistaczało
zupełnie i budziło wszystkie właściwości rasy, do jakiej
należała.</akap>


<akap>Karol z przerażeniem pewnym spostrzegał te zmiany,
ale że czuł się winnym wobec niej, więc przyciszał, jak
mógł wstręt i nienawiść, jaka się w nim rozrastała i dosyć spokojnie znosił wybryki jej i kaprysy.</akap>


<akap>Wymawiała mu przy każdym spotkaniu, że uczynił
ją nieszczęśliwą, przypominała ciągle z przyjemnością
udręczenia jego i siebie, że to dziecko, które miało się
narodzić --- to jego dziecko, torturowała go ciągłą obawą
śmierci, a kończyła rzucaniem się mu w ramiona i namiętnymi wybuchami zmysłowości.</akap>


<akap>Po kilku dniach pożegnał ją, chociaż jeszcze nie
wyjeżdżał, bo mu już brakować zaczynało sił i cierpliwości.<end id="e1309824352155-2970158391"/></akap>


<akap>Pozostał w Berlinie i odpoczywał dopiero naprawdę, przepędzając dnie całe i noce na pustej, bezmyślnej zabawie.</akap>


<akap>Pewnego dnia wrócił rano i było już dobrze po
południu, a on spał jeszcze, gdy zbudził go woźny z telegrafu z depeszą.</akap>


<akap>Sennymi, nieprzytomnymi oczyma przeczytał:</akap>





<dlugi_cytat><akap>,,Przyjeżdżaj! Fabryka się pali. Moryc".</akap></dlugi_cytat>




<akap>Wyskoczył z łóżka, ubrał się spiesznie i zaczął pić
wolno wystygłą dawno herbatę i patrzył przez okno na
drugą stronę ulicy, po chwili długiej dopiero spostrzegł,
że trzyma w zaciśniętej dłoni jakiś papier, rozwinął
i znowu przeczytał.</akap>


<akap_dialog>--- Fabryka się pali! --- wykrzyknął zdumionym
i przestraszonym głosem i rzucił się na korytarz, jakby
biegnąc na ratunek, dopiero przy windzie oprzytomniał
i zapanował nad sobą.</akap_dialog>


<akap>Zamówił specjalny pociąg i pełen nieopisanej
trwogi czekał w jakiejś małej restauracji, przy banhofie<pe><slowo_obce>banhof</slowo_obce> (z niem.) --- dworzec kolejowy.</pe>.</akap>


<akap>Co pił, co robił, co mówił, nic o tym nie wiedział,
bo był całą swoją istotą tam, przy palącej się fabryce.</akap>


<akap>Gdy go zawiadomili, że pociąg czeka, zrozumiał
dobrze, bo wsiadł, gdy się go o coś pytali, również rozumiał, tylko odpowiedzieć nie umiał, bo ciągle, bezwiednie dźwięczało mu w mózgu:</akap>


<akap_dialog>--- Fabryka się pali!</akap_dialog>


<akap>Zaraz na stacji pociąg, składający się tylko z wagonu osobowego, brankardu<pe><slowo_obce>brankard</slowo_obce> --- wagon a. przedział służbowy.</pe> i maszyny, rzucił się jak
rumak spięty ostrogami i pognał całą siłą pary w przestrzeń zaśnieżoną.</akap>


<akap>Z jakiejś stacji, gdzie się zatrzymano na chwilę,
telegrafował do Moryca i prosił, aby go depeszami zawiadomiono o postępie pożaru.</akap>


<akap>Polecieli dalej.</akap>


<akap>Stacje, miasta, wielkie wzgórza, rzeki, lasy, migotały tylko jak w kalejdoskopie, przesuwały się jak cienie,
jak wizje i ginęły w ciemnościach nocy.</akap>


<akap>Nie zatrzymywali się prawie nigdzie, pociąg jak
zwierzę oszalałe rzucał się z krwawymi ślepiami naprzód, pożerał przestrzenie, dyszał obłokami iskier złotych i przy potężnym śpiewie tłoków i huku kół bijących z wściekłością o szyny, pruł ciemności i biegł coraz dalej i dalej...</akap>


<akap>Borowiecki z twarzą rozpłaszczoną na szybie wagonu stał wciąż i patrzył w noc ciemną, w drgające
majaki rzeczy przesuwających się, w zaśnieżone płaszczyzny uciekające w tył.</akap>


<akap>Nic nie widział, spoglądał tylko ciągle na zegarek.</akap>


<akap><begin id="b1309824897755-3785421692"/><motyw id="m1309824897755-3785421692">Pożar</motyw>W Aleksandrowie czekała już depesza.</akap>





<dlugi_cytat><akap>,,Pali się!"</akap></dlugi_cytat>




<akap>Przesiadł się do oczekującego już ekstra-pociągu
i jechał dalej.</akap>


<akap>Noc już była późna.</akap>


<akap>Pozasłaniał światła i położył się, ale zasnąć nie
mógł, bo pod czaszką, w nim całym przewalały się tumany trwogi, pełne rozpryśniętych obrazów, tym boleśniejszych, że nie potrafił schwytać ich konturów i zapamiętać, rozlewały się niepochwytne i przepełniały go
dręczącym, nieustannym drżeniem.</akap>


<akap>Zerwał się na nogi, światło odsłonił i zbierając
wszystkie siły woli, zaczął w notesie obliczać swoje aktywa i pasywa. Ale nie skończył, cofnął się z trwogą
przed uświadomieniem dokładnym stanu swoich interesów.</akap>


<akap>Asekuracja mogła tylko pokryć długi, wspólników
i pieniądze Anki. Ani jego własnych kapitałów, ani pracy
osobistej, ani warsztatu do pracy przyszłej --- nie zobaczył w cyfrach.</akap>


<akap>Nie chciał myśleć o tym, ale czym usilniej pragnął
zapomnieć, tym żywiej te złowrogie cyfry wyłaziły mu
z głębin mózgu i migotały na rozpalonych gorączką
siatkówkach.</akap>


<akap_dialog>--- Co tu robić --- myślał chwilami tylko, bo nie
mógł już myśleć, nie mógł splątać jednej całej myśli,
wszystko się w nim zapadało, zalewane straszną niecierpliwością.</akap_dialog>


<akap>Patrzył znowu w noc i przeklinał powolność, z jaką
pociąg leciał, bo on rozgorączkowaną wyobraźnią już
tysiąc razy biegł naprzód, już był w Łodzi, już widział
łuny, widział płomienie żrące mu jego pracę, słyszał
wrzaski i huki zapadających się budynków, duszę miał
pełną pożaru, który go tak palił.<end id="e1309824897755-3785421692"/></akap>


<akap>Zrywał się z miejsca, chodził po wagonie, rozbijał
się o ściany, czuł się jakby pijanym, to leżał długo
i wpatrzony w światło tak się jednoczył wewnętrznie
z pociągiem, tak z nim biegł i pracował razem, że czuł
w sobie obroty kół, dyszenie maszyny, cały wysiłek
pracy, wielką, dziką rozkosz lecenia bez pamięci wskroś
pustych, zimowych pól i nocy.</akap>


<akap>Godziny płynęły wolno, strasznie wolno.</akap>


<akap>Otworzył okno i wysunął głowę na mroźny chłód nocy.</akap>


<akap>Zimny, przejmujący wiatr, lecący od pól śnieżnych,
bił go po twarzy rozpalonej, a ciemne, połyskujące śniegiem przestrzenie okręcały mu duszę szarością i smutkiem.</akap>


<akap><begin id="b1309825271784-1983004688"/><motyw id="m1309825271784-1983004688">Maszyna, Potwór</motyw>Pociąg biegł wciąż jak błyskawica pełna grzmotów.</akap>


<akap>Uśpione stacyjki, zasypane śniegiem wioski, gnące się
pod okiścią śnieżną lasy i długi łańcuch latarń strażniczych, podobnych do świetlistych baniek pływających po
morzu ciemności, uciekały z szalonym pośpiechem w tył,
jakby z trwogą przed potworem.<end id="e1309825271784-1983004688"/></akap>


<dlugi_cytat><akap>,,Jeszcze się pali!"</akap></dlugi_cytat>




<akap>Mówiła trzecia depesza, jaką zastał w Skierniewicach.</akap>


<akap>Podarł ją i rzucił na ziemię.</akap>


<akap>Wypił całą butelkę koniaku, ale nie uspokoił się ani zapomniał.</akap>


<akap>Jechał znowu dalej i modlił się prawie do maszyny, byle prędzej leciała.</akap>


<akap>Czuł się chorym i tak zdenerwowanym, że nie
mógł się utrzymać na nogach, bolało go serce, bolały
go wszystkie mięśnie, a każda myśl przenikała mózg
jakby ostrzem rozpalonym; chodził niezmordowanie od
okna do okna, siadał po wszystkich miejscach i zrywał
się natychmiast, i znowu biegł patrzeć w mroźną, zimową noc, w ponure przestrzenie, które na próżno chciał
przeniknąć wzrokiem.</akap>


<akap>Z bijącym sercem przyglądał się stacjom mijanym
w szalonym pędzie, aby zobaczyć ich nazwy, które przeczuciem prawie wyrywał z ciemności.</akap>


<akap>Ale męka niepokoju trwała wciąż, bez przerwy,
zapuszczała swoje cienkie pazury we wszystkie nerwy,
we wszystkie centra i rwała coraz boleśniej.</akap>


<akap>Zapadał ze znużenia jakby w drzemkę, z której się
budził oblany potem strachu i jeszcze silniejszym poczuciem własnej bezsilności.</akap>


<akap>Zmęczenie zaczynało brać górę, coraz niewyraźniej
wiedział, gdzie jest i co się z nim dzieje, jak przez sen
spostrzegał blady, zimowy świt, który zaglądał do okien
zielonawą twarzą i wlókł się senny po śniegach i zgarniał mroki z pól, odsłaniał zarysy lasów, błyskał już
światłami budzących się wiosek i obwijał się w masy
brudnych chmur, napływających z pośpiechem ze wschodu,
a potem okrył się płachtą olbrzymią szarości i zaczął
z niej wytrząsać śnieg, który padał gęstymi płatami
i przysłonił wszystko.</akap>


<akap>W Koluszkach już depeszy nie było.</akap>


<akap>Ale już zmógł zmęczenie, umył się i zaczął przyprowadzać do równowagi rozstrojone nerwy.</akap>


<akap>Opanował się niejako fizycznie, zmusił do zewnętrznego spokoju i do logicznego myślenia, ale nie mógł
stłumić niecierpliwości i niepokoju, który w miarę zbliżania się do Łodzi wzrastał niepomiernie.</akap>


<akap>Bolesne refleksje rozgoryczały go coraz więcej.</akap>


<akap>Tyle lat pracy, wszystkie nadzieje, tyle wysiłków,
tyle pragnień, cała przyszłość --- wszystko to widział
ulatujące z dymem.</akap>


<akap>Ból go targał tym sroższy, im bardziej czuł się
bezsilnym, im bardziej protestował przeciwko złym, nienawistnym losom.</akap>


<akap>Śnieg padał coraz gęstszy, tak, że pomimo dobrego już dnia nic nie było widać.</akap>


<akap>Pociąg biegł z szaloną szybkością i jakby przedzierał się przez te białe strzępy zasypujące świat, a Borowiecki wychylony przez okno chwytał spieczonymi ustami
ostre powietrze i wskroś śnieżnych zasłon wypatrywał
konturów fabryk i drżał taką niecierpliwością, że gryzł
sobie palce, aby nie krzyczeć z bólu.</akap>


<akap><begin id="b1309825242179-1765854461"/><motyw id="m1309825242179-1765854461">Maszyna</motyw>Maszyna jakby podzielała jego niepokój, bo gnała
jakby pędzona szaleństwem; biegła, zadyszana, rzucała
się jak w konwulsjach, charczała z wysiłku, zgrzytała
tłokami, oddychała obłokami dymu i podobna do olbrzymiego żuka huczącego wskroś śnieżnych płaszczyzn leciała zapamiętale, naprzód, bez tchu, jakby w nieskończoność.<end id="e1309825242179-1765854461"/></akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XXI</naglowek_rozdzial>




<akap>Poprzedniego popołudnia Anka jak zwykle o tej
godzinie siedziała przy panu Adamie, który dzisiaj był
więcej rozdrażnionym i niespokojnym. Ciągle pytał się o Karola i co chwila narzekał na duszność i ostry ból serca.</akap>


<akap>Dzień był posępny, śnieg po kilkakroć polatywał,
ale przed wieczorem ustał, tylko wiatr się wzmógł i bił
w okna śniegiem, i targał drzewami ogródka, i przewalał
się z poświstem po werendzie, na którą wychodziły okna
chorego.</akap>


<akap>O zmroku i wiatr umilkł, zrobiła się głęboka cisza,
w której tylko huczały głośniej fabryki.</akap>


<akap_dialog>--- Kiedy Karol przyjedzie? --- zapytał znowu słabym szeptem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem --- odpowiedziała, chodząc po pokoju
i spoglądając przez okna.</akap_dialog>


<akap>Czuła się dziwnie zmęczoną, a do tego przyłączyła
się jakaś nuda niewypowiedziana i smutek płynący jakby
razem z tą szarą, brudną nocą, co Łódź pokrywała<pe><slowo_obce>nocą, co Łódź pokrywała</slowo_obce> --- popr.: nocą, która (...).</pe>.</akap>


<akap>Całe tygodnie nie wychodziła z domu, przesiadując
przy panu Adamie i niecierpliwiąc się coraz boleśniej
wyczekiwaniem jakiegoś końca.</akap>


<akap>Teraz chodząc po tym w połowie ciemnym pokoju, przesyconym zapachami lekarstw, wydało się jej<pe><slowo_obce>chodząc (...) wydało się jej</slowo_obce> --- błąd składniowy.</pe>,
że jest skazana na zawsze, że ta męka oczekiwania nigdy
się już nie skończy.</akap>


<akap>Nawet się już nie buntowała przeciwko konieczności, poddawała się biernie losom i opadała w siebie,
w najgłębszy ze smutków, smutek rezygnacji.</akap>


<akap>Pan Adam zaczął półgłosem mówić swoje wieczorne pacierze; nie odmawiała z nim dzisiaj, bo nawet
nie słyszała, zatopiona w odrętwieniu, z jakim patrzyła
w okno, na zasypany śniegiem ogródek i na mury fabryki.</akap>


<akap>Jakiś człowiek wybiegł z furtki fabrycznej i biegł
z największym pośpiechem do werendy, krzycząc coś
głośno.</akap>


<akap>Anka porwała się i wybiegła na przeciw.</akap>


<akap_dialog>--- Pali się! --- bełkotał Socha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie?</akap_dialog>


<akap>Zamknęła drzwi do przedpokoju, aby chory nie
usłyszał.</akap>


<akap_dialog>--- W fabryce. Zapaliło się w suszarni na trzecim
piętrze!...</akap_dialog>


<akap>Nie pytała więcej, pchnięta pierwszym odruchem
pobiegła do fabryki i zaraz za furtką zobaczyła płomienie wychylające czerwone łby z okien trzeciego piętra. Na dziedzińcu był zamęt nie do opisania, ludzie
z krzykiem obłąkanych wybiegali z pawilonów, szyby
pękały w oknach i czarne gryzące dymy, pełne ognistych języków, lizały okienne ramy i sięgały dachów</akap>


<akap_dialog>--- Ojciec! --- krzyknęła przestraszona nagłym przypomnieniem i wróciła do domu.</akap_dialog>


<akap>Ale teraz i na werendzie słychać już było krzyki,
a płomienie zaczęły ukazywać się na dachach, wprost
okien domu.</akap>


<akap_dialog>--- Co się tam dzieje, Anka? --- zapytał stary niespokojnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic... nic... podobno u Trawińskiego stał się
jakiś wypadek --- odpowiedziała prędko, sama zapaliła
lampę i drżącymi rękami zapuściła rolety.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panienko... laboga... adyć... --- wrzasnęła służąca, wbiegając.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho... --- krzyknęła gwałtownie. --- Zapal lampę,
bo tu za ciemno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Adyć się już pali...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda... dobrze... idź... zawołam cię...
</akap_dialog>



<akap>Głucha, splątana wrzawa pożaru podnosiła się coraz bardziej, potężniała i zaczęła się już wdzierać przez
okna i drzwi.</akap>



<akap_dialog>--- Boże! Boże!... --- szeptała bezradnie, nie wiedząc, co robić, jak przytłumić te szumy, aby ich nie
usłyszał pan Adam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Anka, poproś pana Maksa na herbatę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dobrze. Zaraz napiszę do niego.</akap_dialog>


<akap>Rzuciła się do biurka, odsuwała krzesła, trzaskała
szufladami, rzuciła na ziemię jakiś wazon, potem ciężką
tekę z papierami, przy podnoszeniu której przewróciła
kilka krzeseł, to szukała atramentu, stąpała głośno, hałaśliwie uderzała drzwiami.</akap>


<akap_dialog>--- Co ty wyrabiasz dzisiaj! --- mruknął chory,
który jakoś niespokojnie nastawiał uszów i chwytał pomimo pewnej głuchoty, te dziwne drgania krzyków napełniających coraz więcej pokój.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niezgrabna jestem... bardzo niezgrabna... to nawet już Karol zauważył!... --- tłumaczyła się i wybuchnęła, długim, bezprzyczynowym śmiechem.</akap_dialog>


<akap>Zajrzała do drugiego pokoju, aby spojrzeć na fabrykę.</akap>


<akap>Krzyk wydarł się jej z piersi, krzyk bezwiedny,
bo ujrzała falę ognia piętrzącą się nad fabryką coraz
wyżej, coraz szerzej, coraz straszniej.</akap>


<akap_dialog>--- Co ci się stało? --- zapytał chory, usłyszał
bowiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic... nic... uderzyłam się o drzwi... --- szeptała,
chwytając się za głowę, aby ukryć pomieszanie, aby się
choćby na chwilę opanować.</akap_dialog>


<akap>Trzęsła się jak w febrze, wszystko w niej tak dygotało, że stać nie mogła.
</akap>


<akap>Straż ogniowa, poprzedzana chrapliwymi głosami
trąbek, w największym galopie przeleciała ulicą.</akap>



<akap_dialog>--- Anka, co to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wozy jakieś przejechały tak prędko... --- odpowiedziała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdaje mi się, że jakąś muzykę było słychać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To dzwonki od sanek!... dzwonki!... Może ojcu
przeczytać co, dobrze?</akap_dialog>


<akap>Skinął głową potakująco.</akap>


<akap>Przyciszyła w sobie burzę, nadludzkim wysiłkiem
zapanowała nad sobą i zaczęła czytać.</akap>


<akap>Czytała bardzo głośno.</akap>


<akap_dialog>--- Słyszę... słyszę... --- szepnął niecierpliwie pan Adam.</akap_dialog>


<akap>Nie zważała na to, czytała dalej. Nie wiedziała, co
czyta, nie rozumiała ani jednego słowa, nie widziała ani
jednej litery, rozgorączkowany mózg snuł jakąś improwizację, a całą duszą, resztkami świadomości chwiała
się na fali krzyków, trzasków i odgłosów, jakie się rwały
od płonącej fabryki.</akap>


<akap>Krwawe odblaski pożaru, pomimo światła wewnątrz
pokoju, zaczęły już zabarwiać rolety.</akap>


<akap>Czytała jednak dalej. Serce przestawało bić, trwoga
niewypowiedziana rozsadzała jej mózg, pot wysiłku okrył
twarz pobladłą, jakby nagle zastygłą w masce strachu,
ściągnięte brwi pokrywały rozgorączkowane oczy, głos
się rwał co chwila, zmieniał brzmienia i taki ostry, taki
okropny ból gryzł jej serce, tak ją łamał, tak dusił, że
była bliską szaleństwa.</akap>


<akap>Jeszcze panowała nad sobą.</akap>


<akap>Krzyki już bardzo wyraźne dolatywały do pokoju,
a łoskot padających murów i walących się sufitów co
chwila wstrząsał całym domem...</akap>


<akap_dialog>--- Ciszej... ciszej... ciszej... Jezus! Litości!... --- myślała błagalnie i padała przed tym Imieniem, i wszystkimi potęgami żebrała zmiłowania.</akap_dialog>


<akap>Pan Adam przerywał czytanie i słuchał coraz niespokojniej.</akap>


<akap_dialog>--- Krzyczą! Jakby w fabryce Karola... Zobacz, Anka.</akap_dialog>


<akap>Zobaczyła...</akap>


<akap>Zobaczyła z drugiego pokoju, że już cała fabryka
w ogniu, że pożar jak burza srożył się nad wszystkimi
pawilonami i rzygał ognistymi falami ku niebu...</akap>


<akap_dialog>--- Nic... nic... ojcze... Wiatr tak szumi... ogromny
wiatr... --- wyszeptała z największym wysiłkiem.</akap_dialog>


<akap>Brakowało jej powietrza... dusiła ją rozpacz... bezradność... obawa... Czuła dobrze, że ten pożar zabiłby
ojca...</akap>


<akap_dialog>--- Co robić?... Czemu nie ma Karola?... A jeśli i dom
zacznie się palić?...</akap_dialog>


<akap>Jak błyskawice palące przebiegały te myśli, hipnotyzowały ją strachem bezbrzeżnym i obezsilały do reszty.</akap>


<akap>Nie, nie mogła więcej czytać.</akap>


<akap>Chodziła po pokoju, zataczała się prawie, ustawiała hałaśliwie stolik do herbaty.</akap>


<akap_dialog>--- To wiatr... Pamięta ojciec ten wiatr w Kurowie?... A ta nasza aleja topolowa, którą wicher wtedy
wyrwał i połamał?... Boże!... Tak się bałam wtedy... Jeszcze... dzisiaj... teraz... słyszę ten straszny szum... ten
trzask... te jęki drzew łamanych... to okropne wycie...
Boże... Boże... jakie to jest straszne...</akap_dialog>


<akap>Nic już mówić nie mogła, głos się jej zerwał, stała
przez mgnienie nieruchoma, zasłuchana w potężniejący
krzyk pożaru, zmartwiała grozą.</akap>


<akap_dialog>--- Tam się coś dzieje --- zauważył chory, usiłując
się podnieść.</akap_dialog>


<akap>Zbudziła się, zapewniała go, że nie, poszła do saloniku i siłą nadzwyczajną przysunęła fortepian pod drzwi
otwarte i zaczęła grać jakąś szaloną, dziką galopadę.</akap>


<akap>Dźwięki pełne szału i wesołości zalały mieszkanie,
drgały takim potężnym rytmem, tak się skrzyły i chichotały w szalonym wirze, że istotnie przytłumiły odgłosy ognia i powróciły na twarz pana Adama spokój,
a nawet pewną wesołość.</akap>


<akap>Anka grała coraz gwałtowniej, struny pękały co
chwila z bolesnym brzękiem, nic nie słyszała; łzy płynęły strumieniami po jej twarzy, nie wiedziała, że płacze, nie widziała nic, nie rozumiała nic, grała bezprzytomnie<pe><slowo_obce>bezprzytomnie</slowo_obce> --- dziś: nieprzytomnie.</pe>, trzymana jedynie myślą uratowania ojca.</akap>


<akap>Naraz dom zadrżał, obrazy pozlatywały ze ścian,
rozległ się taki huk, jakby pół świata runęło.</akap>


<akap>Pan Adam rzucił się do okna, zerwał rolety i łuna
pożaru niby krwawa rzeka uderzyła w niego i zalała
cały pokój.</akap>


<akap_dialog>--- Fabryka! Karol! Karol!... --- wyszeptał i upadł
na wznak, chwytając się za gardło, drgał konwulsyjnie,
wyrzucał nogami, szarpał kołdrę sztywniejącymi palcami
i charczał jakby duszony.</akap_dialog>


<akap>Anka rzuciła się do niego, wołała na służbę, dzwoniła, ale nikogo nie było, próbowała go cucić, ratować, wszystko było na próżno, nie dawał znaku życia,
a ona, oszalała, wybiegła przed dom i zaczęła krzyczeć
o pomoc.</akap>


<akap>Wkrótce zjawili się ludzie z Wysockim, który zajęty był ratowaniem poparzonych robotników, ale było
już za późno, pan Adam nie żył, a Anka leżała przy
nim na podłodze bezprzytomna.</akap>


<akap><begin id="b1309859343931-1615555160"/><motyw id="m1309859343931-1615555160">Pożar, Ogień, Śmierć</motyw>Fabryka paliła się dalej.</akap>


<akap>Huk, który odkrył panu Adamowi pożar i zabił
go, był to wybuch kotła, który wyleciał w powietrze,
wyrwał ze sobą pół pawilonu i niby meteor ognisty zatoczył wielką elipsę i spadł na frontowy pawilon fabryki starego Bauma, przebił dach, rozbił sufit, zdruzgotał drugie i pierwsze piętro i zarył się w dolnej sali
zasypany gruzami budynku, który również zaczął się
palić.</akap>


<akap>Po wybuchu pożar fabryki Borowieckiego rozszerzał się coraz gwałtowniej.</akap>


<akap>Przez rozerwane wybuchem mury, niby przez
straszną ranę, buchnęły potoki ognia i dymów i z dziką wrzawą szału ogarnęły wszystko krwawymi objęciami.</akap>


<akap>Pomimo wysilonej pracy straży ogniowej pawilony
zapalały się od pawilonów, ogień jak żywa istota pełzał
po murach, darł się po dachach, przesuwał się krwawymi
pręgami nad dziedzińcem, aż się połączył i zwichrzonymi
falami przewalał się po fabryce.</akap>


<akap>Grozę potęgowała noc bardzo ciemna i wiatr silny
który podsycał płomienie i targał je jak włosy ogniste
na wszystkie strony.</akap>


<akap>Dachy się zapadały, a wtedy słupy krwawej kurzawy, oślepiający deszcz ognia wytryskiwał w górę i leciał na domy sąsiednie, na miasto, w noc czarną.</akap>


<akap>Kłęby gryzącego dymu napełniały dziedziniec i okrywały mury jakby mgłą czarną, wskroś której wiły się
z rykiem ogniste węże, goniły się potwory krwawe, wychylały rozwichrzone łby płomienie.</akap>


<akap>Piętra się waliły, wypalone wnętrza z hukiem
wstrząsającym padały w morze ognia, mury pękały i sypały się w gruzy.</akap>


<akap>Ogień tryumfował, ludzie już odstępowali, bo musieli bronić sąsiedniej fabryki Trawińskiego i gasić pożar
w fabryce Bauma.</akap>


<akap>Moryc ochrypnięty, spocony, rozgorączkowany jeszcze biegał i krzyczał, ale nikt go nie słyszał w tym
chaosie dzikich krzyków, a przy tym w podwórzu pełnym jeszcze rumowisk niedawnego budowania, gorąco
było nie do wytrzymania, ogień był ze wszystkich stron
i niby morze wzburzone huczał, opadał na chwilę, podnosił znowu straszną głowę, potrząsał nią z wyciem radosnym, a wtedy żagwie ogniste, płonące kłęby przędzy, przepalone szmaty materiałów wylatywały z głębin i jak złowrogie ptactwo ogniste leciało z szumem
w powietrze.</akap>


<akap>Taka była moc pożaru, że ludzie milkli i stali
w osłupieniu, bezradni, ogłupiali i z trwogą niewytłumaczoną cofali się i coraz to zrywał się ze wszystkich
piersi okrzyk zgrozy, ale ginął w chaosie szumów i trzasków, w bolesnym jęku maszyn zapadających się razem
z salami, w huku murów pękających i w tej dzikiej,
rozszalałej, syczącej muzyce ognia.</akap>


<akap>Pożar wył tryumfalny hymn zwycięstwa, powiewał czerwonymi płachtami w ciemności nocy i tarzał
się oszalały po budynkach, ryczał, świstał, huczał i gryzł
krwawymi kłami mury, rozrywał maszyny, lizał żelaza,
przepalał, targał, deptał jeszcze szczątki.</akap>


<akap>Nad ranem, gdy śnieg zaczął padać, ogień wyczerpał się z sił, stały już tylko gołe mury, bez dachów,
bez pięter, bez okien, nagie szkielety o czarnych, rozsypujących się ścianach, wielkie kwadraty podobne do
skrzyń podziurawionych, dymiących wszystkimi otworami, na dnie których czołgały się jeszcze resztki ognia
i niby polipy ssały krwawymi językami ostatki sił z trupa
fabryki.<end id="e1309859343931-1615555160"/></akap>


<akap>O szarym, smutnym poranku, zasypywanym coraz
gęstszym śniegiem, przyjechał Borowiecki.</akap>


<akap>Wyskoczył z dorożki i pobiegł prosto na dziedziniec.
Stanął na środku wśród rumowisk i dymiących się
głowni, które zalewano wodą, ogarnął wolno oczami te
mury podarte, podobne do łachmanów przepalonych,
prawdziwe cmentarzysko pracy jego i marzeń, kupy
zgliszcz rozpalonych i patrzył długo i spokojnie.</akap>


<akap>Ani jeden nerw nie drgnął mu żalem; zdenerwowanie, wszystkie obawy i niepokoje, którymi szalał w pociągu, pierzchły wobec rzeczywistości, na którą patrzył
teraz oko w oko, patrzył coraz zimniej, twarz mu się
powlekała surowością, a serce napełniać zaczęło uczucie
złości, nienawiści i uporu.</akap>


<akap>Moryc przyszedł do niego z gromadą różnych ludzi,
witał ich obojętnie i spokojnie, słuchał opowiadań o początku i przebiegu pożaru.</akap>


<akap>Nie pytał się o nic i poszedł do kantoru, który ocalał razem ze składami gotowego towaru, prawie pustymi.</akap>


<akap>Dach był tylko zerwany na tych niskich parterowych budynkach.</akap>


<akap>W kantorze jęczał stary Jaskólski, poparzony przy
ogniu, opatrywał go Wysocki.</akap>


<akap>Borowiecki przez wybite okno patrzył jeszcze na
dymiące gruzy, a potem powiedział przyciszonym, ale
mocnym głosem do Moryca:</akap>


<akap_dialog>--- No i cóż! Trzeba zacząć na nowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak! Ażebyś ty wiedział, co ja przeszedłem! Jestem zupełnie chory, boję się o siebie... Co za
nieszczęście, co za nieszczęście... Byłem w mieście, patrzę, jedzie straż, no, niech jedzie zdrowo, niech się
spóźni, a tu ktoś mówi: ,,Borowiecki się pali..." Przyjechałem, już cała przędzalnia była w ogniu! Co ja przeżyłem, co ja przeżyłem!</akap_dialog>


<akap>Narzekał dalej płaczliwym głosem, symulował rozpacz i wielką boleść, a bystrymi oczami nieznacznie
obserwował twarz Karola.</akap>


<akap>Borowiecki słuchał długo, aż w końcu znudzony
tym opowiadaniem w kółko, nachylił się i szepnął mu
bardzo cicho do ucha:</akap>


<akap_dialog>--- Nie blaguj, to twoja robota!</akap_dialog>


<akap>Moryc odskoczył gwałtownie i zaczął krzyczeć:</akap>


<akap_dialog>--- Ty jesteś wariat! Ty masz bzika, ty!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedziałem.</akap_dialog>


<akap>Odwrócił się do Mateusza, który zapłakany, ubrudzony, całował go po rękach i bełkotał coś niewyraźnie.</akap>


<akap>Karol tyle zrozumiał, że ktoś umarł.</akap>


<akap_dialog>--- Kto umarł, gadaj po ludzku --- krzyknął zniecierpliwiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Starszy pan! O mój Boże, przylatujemy, a tu
pan nieżywy, a panienka na ziemi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchaj błaźnie, nie bredź, bo ci łeb rozbiję
o drzwi! --- zawołał Karol, przyskakując do niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Adam umarł na anewryzm serca, spowodowany prawdopodobnie nagłym przestrachem, byłem
tam... Idź pan do panny Anki, bo i ona na pół żywa! --- powiedział mu Wysocki.
</akap_dialog>


<akap>Borowiecki, który ojca kochał bardzo, był przerażony tą wiadomością i jakby nie wierząc zapewnieniom
doktora, pobiegł do domu.</akap>



<akap>W progu już spotkał Ankę, którą przenoszono do
Trawińskich.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Karolu! Panie Karolu! --- wyszeptała
dziewczyna, chwyciła jego rękę i strumień łez popłynął
po jej mizernej twarzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho! Nie płacz... Fabrykę odbuduję na nowo...
Wszystko będzie dobrze...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojciec... ojciec...</akap_dialog>


<akap>Nie mogła mówić więcej, tylko płakała spazmatycznie.</akap>


<akap_dialog>--- Przyjdę po południu do pani! --- powiedział
prędko i skinął na robotników, żeby ją ponieśli, bo przypomnienie ojca ścisnęło mu serce jakby obręczą.</akap_dialog>


<akap>Poszedł do niego i długo patrzył w dobrą, szlachetną twarz starca, tak zmienioną strasznie przez śmierć
i tak zastygłą w jakimś niedokończonym krzyku, w jakiejś męce, która pokrzywiła mu rysy, że zadrżał z przerażenia.</akap>


<akap>Przy zwłokach ojca przeżył najboleśniejsze chwile
życia.</akap>


<akap>Długie godziny siedział w największym skupieniu
i rozsnuwał wszystkie pasma swojego życia, obnażał się
przed samym sobą, przyglądał się nagiej duszy swojej. To go uspokoiło zupełnie, ale i przeniknęło mu serce
dziwnym smutkiem, który już w nim pozostał.</akap>


<akap>Poszedł spać i spał bardzo długo; obudził się zupełnie trzeźwy i zdecydowany do schwytania się za bary
z losem, do walki, ale zaraz na wstępie uderzył się
o pierwszą zaporę.</akap>


<akap>Moryc oświadczył wśród najczulszych zapewnień
przyjaźni, że cofa swój wkład i kapitały, że już zrobił
zastrzeżenie w towarzystwie asekuracyjnym.</akap>


<akap_dialog>--- Rozumiem cię, urządziłeś się sprytnie, aby mnie
zgubić, ale czy myślisz, że ci się uda, że ja nie powstanę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty jesteś rozżalony, nie wiesz co mówisz, krzywdzisz mnie posądzeniami. Ja się cofam, bo nie mogę
trzymać pieniędzy w martwym interesie, ty dasz sobie
radę i beze mnie, a ja muszę żyć, robię interes z teściem, mnie zaraz potrzeba gotówki!</akap_dialog>


<akap>Zaczął mu z wielką skwapliwością opowiadać swoje
interesy, które go zmuszają do tego wycofania się ze
spółki, tłumaczył się gorąco, rzucił mu się w końcu na
szyję. </akap>


<akap>--- Karol, ty nie patrz tak na mnie, ja cię kocham
jak brata, mnie aż serce boli, kiedy myślę nad twoimi
stratami, mnie cię tak żal, tak chciałbym pomóc ci
czymkolwiek, że chociaż mi to na nic, kupiłbym od ciebie te place po fabryce i te resztki, jakie zostały. Ty
wiesz, jakie ja mam serce dla przyjaciół. Zapłaciłbym
gotówką, pożyczyłbym, a zapłacił zaraz, miałbyś z czym
zaczynać.</akap>



<akap>Karol oburzony tym projektem, otworzył mu drzwi.</akap>


<akap_dialog>--- Masz moją odpowiedź! Interesy załatwiam
w kantorze...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co! Co! Mnie?... Za moją przyjaźń, za moją
życzliwość --- wrzeszczał Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wynoś się, bo cię wyrzucić każę --- zawołał
porywczo i zadzwonił na Mateusza.</akap_dialog>


<akap>Moryc wyniósł się, a on usiadł do obliczań, które
długo trwały.</akap>


<akap>Wstał od nich blady i zdenerwowany, bo asekuracja pokrywała tylko długi największe, a miał jeszcze
do pokrycia masę drobnych, które mogły zjeść wartość
placów, jakie miał, tak że w rezultacie nie pozostawało
mu nic.</akap>


<akap>Pójdzie znowu do służby, znowu będzie musiał
słuchać, znowu zostanie maszyną w jakim wielkim organizmie, znowu będzie się wić długie lata w męce bezsilności, w marzeniach bezpłodnych o swobodzie, będzie
się targać na łańcuchu zależności i przez kraty, z nizin,
będzie znowu patrzyć na tych, którzy budują fabryki,
tworzą ruch, zgarniają miliony i żyją całą pełnią władz
swoich, pragnień, namiętności!...</akap>


<akap_dialog>--- Nie... nie... nie... --- syczał przez zaciśnięte zęby
i odpychał te obrazy przeszłości z pogardą i z nienawiścią.</akap_dialog>


<akap>Dosyć się już najadł dotychczasowego życia i, żeby
nie wiem co, nie powróci do niego.</akap>


<akap><begin id="b1309860639027-3190880543"/><motyw id="m1309860639027-3190880543">Interes, Przyjaźń, Mężczyzna, Łzy</motyw>Mózg zaczął gorączkowo pracować nad sposobami
wydobycia się z tej matni, ani na mgnienie nie myślał o poddaniu się.</akap>


<akap>Na drugi dzień przyszedł Maks, był bardzo blady
i miał zapuchnięte od płaczu oczy, ledwie się trzymał
na nogach, ale zaraz, prosto mu oświadczył, że i on
wycofuje swój wkład, że również kazał zrobić zastrzeżenie.</akap>


<akap>Wtedy Borowiecki nie mógł już wytrzymać.</akap>


<akap_dialog>--- I ty mnie opuszczasz, Maks? --- szepnął z goryczą i łzy, pierwsze łzy w życiu, zapełniły jego oczy
i zalały mu duszę straszną goryczą.</akap_dialog>


<akap><end id="e1309860639027-3190880543"/>Ale zapanował nad sobą i zaczął przed nim rozwijać nowy plan fabryki, rozgrzewał się powoli, zwyciężał trudności, nie widział już niepodobieństw, tylko do
tej nowej, zaciętej walki z losem potrzebował nie jego
kapitałów, a jego samego, jego uczciwości i zdolności,
zaklinał go na wszystko, aby z nim został.</akap>


<akap_dialog>--- Nie mogę. Nie gniewaj się na mnie, nie miej
do mnie żalu, ale nie mogę. Widzisz, ja w tę fabrykę
włożyłem całą swoją duszę, ja się nią cieszyłem jak
dzieckiem, żyłem jej życiem, wszystko poszło z dymem. Już bym nie miał ani sił ani wiary do drugiej takiej
roboty. Zrozum mój stan, a przebaczysz mi. Bądź zdrów,
Karol, będę zawsze twoim przyjacielem, zawsze licz na
mnie, ale interesy muszę prowadzić osobno. Sam jeszcze
nie wiem, co będę robić. Bądź zdrów, Karol.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Bądź zdrów, Maks!</akap_dialog>


<akap>Ucałowali się serdecznie na rozstanie.</akap>


<akap>Borowiecki nie miał do niego żalu, bo odczuwał
jego stan, już mu zresztą opowiedzieli robotnicy, że gdy
już fabryce żadna pomoc nie mogła poradzić, Maks
zamknął się w kantorze i płakał jak dziecko nad ruinami pracy swojej.</akap>


<akap_dialog>--- Jestem zupełnie na czysto! Dobrze, dobrze! --- odpowiedział, jakby wyzywając świat cały do walki.</akap_dialog>


<akap>Kazał zająć się pogrzebem ojca, a sam poszedł
do fabryki, bo już tam prowadzili roboty urzędnicy towarzystwa asekuracyjnego.</akap>


<akap>Ale wkrótce przyleciał Mateusz z wiadomością, że
stary Müller czeka na niego.</akap>


<akap>Jakoż już od progu fabrykant zaczął go ściskać
i mówił pośpiesznie:</akap>


<akap_dialog>--- Byłem w Sosnowcu, dali mi depeszą znać dzisiaj dopiero, dlatego się spóźniłem. Bardzo się zmartwiłem, mnie żal, bo widziałem, jak pan pracował, ale co
pan będzie robić dalej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze nie wiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko pan stracił? --- zapytał żywo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko --- odpowiedział szczerze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupstwo, ja panu pomogę, pan mi zapłaci
procent zwykły, a wybuduje fabrykę jeszcze większą, ja
pana kocham, pan mi się bardzo podoba, no co?</akap_dialog>


<akap>Karol zaczął przedstawiać z dziwnym uporem, że
nie będzie miał zabezpieczenia jego kapitał; rysował
mu swoje położenie materialne w nadzwyczaj ponurych
barwach, ale fabrykant roześmiał się na te dowodzenia.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Keine</slowo_obce><pe><slowo_obce>keine</slowo_obce> (niem.) --- żadne.</pe> gadanie! Masz pan rozum, to jest największy kapitał. Stracił pan dzisiaj, za parę lat wszystko
się odbije. Ja byłem majstrem tkackim, ja nie umiem
dobrze czytać, a mam fabrykę, mam miliony. Pan się
ożeń z moją Madą i bierz sobie wszystko, dawno już
chciałem panu o tym powiedzieć. To jest dobra dziewczyna! A nie chce pan się z nią żenić, to i tak pożyczę panu pieniędzy. Mój Will nie na fabrykanta,
jemu muszę kupić na wsi majątek, bo on ma w głowie wielkie państwo, a mnie potrzeba zięcia takiego,
jak pan. No, cóż? --- mówił prędko, obcierał rękawem spoconą, zatłuszczoną twarz i śledził z niepokojem
Karola.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedz prędko, bo ja się śpieszę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze! --- odpowiedział Karol zimno --- dawno przecież myślał, że na tym się skończy.</akap_dialog>


<akap>Müller uradowany, uściskał go, wyklepał po łopatkach i pobiegł do domu.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XXII</naglowek_rozdzial>




<akap>Upłynęło kilka tygodni od pożaru i pogrzebu pana
Adama, na którym Anka nie była; leżała chora w domu
Trawińskich, dokąd się przeprowadziła.</akap>


<akap>Teraz czuła się już znacznie lepiej, ale na ulicę
jeszcze nie wychodziła, bo nadeszły straszne dni marcowe, pełne deszczów, błota i zimna.</akap>


<akap>Czuła się prawie zdrową, ale do równowagi nerwowej przychodziła bardzo wolno.</akap>


<akap>Ta straszna noc, zakończona nagłą śmiercią pana
Adama, pozostawiła w niej głębokie ślady.</akap>


<akap>Całe dnie nieraz siedziała zapatrzona w jakąś głąb,
z której nadlatywały do niej głucho szumy pełne krwawych łun, pełne krzyków nieludzkich i pełne strachu tak
mocnego, że mdlała z przerażenia lub jak obłąkana rzucała się do ucieczki.</akap>


<akap>Musiał zawsze ktoś czuwać przy niej, rozrywać jej
uwagę i nie pozwolić zapadać w przypomnienia.</akap>


<akap>Najczęściej robiła to Nina, która z poświęceniem
matki czuwała nad nią, codziennie także przychodziła Wysocka, a całe wieczory przesiadywała Kama.</akap>


<akap>Przesiadywała całymi dniami w wielkim narożnym
pokoju, zamienionym na rodzaj oranżerii, w której było
pełno ptasiego świergotu, szmerów małej fontanny i kwiatów, bo kilkanaście wielkich drzew kameliowych pokrywało się już białymi i czerwonymi kwiatami.</akap>


<akap>Anka siedziała w niskim, głębokim fotelu i mówiła
z rozrzewnieniem:</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz, że mną nikt się tak nie zajmował serdecznie jak wy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boś nie potrzebowała. A że ja się zajmuję tobą,
leży to w moim interesie, muszę dbać o swój model --- odpowiedziała wesoło Nina.</akap_dialog>


<akap>Malowała jej portret, właśnie w tej pozie wyczerpania, na pół leżącej w fotelu pokrytym skórą tygrysią,
na tle rozkwitłych drzew kameliowych.</akap>


<akap>Cicho było tutaj i ciepło, fontanna szemrała sennie
i tryskała niby strumień brylantowych opiłków, który
opadał pyłem na marmurowy biały basen, pełen wygrzewających się małych zielonych jaszczurek.</akap>


<akap_dialog>--- Był dzisiaj Karol? --- zapytała znowu Nina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Był...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy już?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie jeszcze, nie miałam odwagi, ale w tych
dniach zwrócę mu pierścionek i słowo. To tak ciężko,
tak ciężko...</akap_dialog>


<akap>Zamilkła i wilgotne blaski rozpromieniły jej oczy.</akap>


<akap>Nie mówiły już o tym. Dni znowu powlekły się
jednostajnie, tę tylko przynosząc zmianę, że raz przed
wieczorem przyszedł ją odwiedzić Stach Wilczek.</akap>


<akap>Przyjęła go w oranżerii i nic nie mówiąc, patrzyła
na niego długo.</akap>


<akap>Wilczek wyświeżony, pachnący, pewny siebie, opowiadał, że zawarł spółkę z Maksem Baumem i na wiosnę, na placach starego Bauma, zaczną stawiać wielką
fabrykę chustek półwełnianych, że zrobią konkurencję
Grünspanowi.</akap>


<akap_dialog>--- A cóż się dzieje z ojcem pana Maksa? --- zapytała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trudno to określić inaczej, jak tylko, że zupełnie zwariował. Jak pani wie, kocioł i później pożar
zrujnował mu zupełnie pustą już wprawdzie fabrykę;
otóż stary odstąpił wszystkie place Maksowi, oddał
wszystek gotowy towar, jaki był jeszcze na składzie,
sprzedał nawet warsztaty, które ocalały, rozdzielił wszystko
pomiędzy dzieci, zastrzegając sobie tylko, że do jego
śmierci nikt nie ruszy murów fabryki, że pozostaną jego
wyłączną własnością. Zamknął się w nich i tam żyje. Zupełny wariat. Radziłem Maksowi, aby starego chociażby
siłą przewieźć do jakiego zakładu leczniczego, bo te mury
bardzo by się nam przydały, ale nie chce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ma rację. Może pan powie panu Maksowi, żeby
mnie odwiedził, dobrze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z przyjemnością, wiem nawet, że się wybierał
dawno i czekał tylko zupełnego wyzdrowienia pani.</akap_dialog>


<akap>Posiedział jeszcze chwilę, popisywał się, jak mógł
i wyszedł bardzo chłodno pożegnany, bo Anka nabierała
do niego wstrętu; wytarła spiesznie ręce, bo jego wielkie
dłonie zimne były i wilgotne.</akap>


<akap_dialog>--- On robi na mnie wrażenie płazu<pe><slowo_obce>płazu</slowo_obce> --- dziś popr. D. lp: płaza.</pe> --- powiedziała do Niny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest to kombinacja płazu i dzikiego zwierzęcia. Tacy w życiu dochodzą do wszystkiego, o ile zbyt prędko
nie skończą w więzieniu --- dorzucił Trawiński i zaczął
Ance opowiadać o jego interesie z Grünspanem i jego
sposobach robienia majątku.</akap_dialog>



<akap_dialog><begin id="b1309861778138-241178316"/><motyw id="m1309861778138-241178316">Obraz świata, Dobro, Zło, Marzenie</motyw>--- I wy, pomimo wszystkiego, przyjmujecie go u siebie? --- zawołała oburzona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyszedł do pani, a potem, ja się z nim znać
muszę, bo tutaj nie wolno ludzi rozdzielać na uczciwych
lub złodziei, może być każdy potrzebnym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ ja go nie chcę nigdy już widzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, zapowiem służącemu. A moimi słowami niechaj się pani nie gorszy, idziemy zawsze w kierunku musu, a nie w kierunku chęci i woli --- uśmiechnął się smutnie i spojrzał na Ninę, która odstawiła
stalugi i aby nie słyszeć tych słów, które ją zawsze bolały niewymownie, stała pod kameliami, rozdmuchując
delikatnie różowe pączki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Straszne jest życie! --- szepnęła Anka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, straszne są tylko nasze wymagania od
niego, straszne są tylko nasze marzenia o pięknie, straszne są tylko nasze pożądania dobra i sprawiedliwości,
bo nigdy się nie urzeczywistniają i nie pozwalają brać
życia takim, jakim ono jest. W tym leży źródło wszelkich cierpień.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I nadziei! --- dorzuciła Nina, postawiła na stoliczku obok Anki wazon z krzakiem chińskiej róży, pokrytej żółtymi, cudownymi kwiatami o bardzo subtelnym
zapachu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Patrz Kaziu i nie mów przykrych rzeczy.<end id="e1309861778138-241178316"/></akap_dialog>


<akap>Wieczorem przyszedł Józio Jaskólski, który od czasu
pewnego przychodził stale czytywać Ance książki. Od
niego dowiadywała się różnych szczegółów o Karolu
i jego sprawach, bo chociaż Borowiecki bywał codziennie, nigdy nie wspominał o interesach.</akap>


<akap_dialog>--- Ojciec już zdrowy? --- zapytała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już od tygodnia dozoruje ludzi, którzy uprzątają rumowiska.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty co robisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja jestem też u pana Borowieckiego w kantorze, bo już starszy pan Baum zlikwidował swoje interesy --- odpowiedział bardziej jeszcze nieśmiały i rozczerwieniony, bo biedak zakochał się na śmierć w Ance
i całe noce pisywał do niej sążniste listy miłosne, których jej nie przysyłał wprawdzie, ale na które sam sobie odpowiadał również płomiennie i w wielkiej tajemnicy, a nie wyjawiając imienia ideału, odczytywał je przed
kolegami lub na zebraniach muzycznych u Malinowskiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Maks prosi przeze mnie, czy może jutro
odwiedzić panią?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, czekam popołudniu --- powiedziała dosyć żywo.</akap_dialog>


<akap>Czekała tej wizyty bardzo niecierpliwie, a gdy go
nazajutrz zameldował służący, serce jej zabiło radośnie
i bardzo poruszona wyciągnęła do niego rękę.</akap>


<akap>Maks bardzo zmieszany i onieśmielony usiadł na
przeciwnej stronie i cicho, trochę niepewnym głosem
zaczął pytać o zdrowie.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ zdrowa jestem, czekam tylko pogody, żeby
wyjść na powietrze, a raczej żeby wyjechać z Łodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na długo pani wyjeżdża? --- zapytał prędko Maks.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może zupełnie, nic jeszcze nie wiem, co zrobię
ze sobą...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niedobrze pani w Łodzi?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, bardzo niedobrze, ojciec umarł i...</akap_dialog>


<akap>Nie dokończyła.</akap>


<akap>Maks przerywać nie śmiał.</akap>


<akap>Milczeli, spoglądając na siebie bardzo życzliwie.</akap>


<akap>Anka uśmiechała się do niego takim szczerym, radosnym uśmiechem, że Maks topniał jak wosk i dawno
ukrywana miłość przejmowała mu serce taką radością
i rozczuleniem, że byłby z radością całował jej krzesło,
ale pomimo to siedział sztywno, powiedział jeszcze kilka
zdawkowych grzeczności i wstał do wyjścia.</akap>


<akap_dialog>--- Już pan idzie? --- zawołała z przykrością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę, bo stąd prosto jadę na ślub Moryca
z panną Melą Grünspan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panna Mela wychodzi za Moryca?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo dobrana para. Ona ma wielki posag
i jest bardzo piękną, i ma ojca, który już kilka plajt
zrobił z powodzeniem, a Morycowi sprytu wystarczy nawet do zjedzenia własnego teścia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale mnie pan jeszcze odwiedzi? --- prosiła Anka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy tylko pani pozwoli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc choćby codziennie, jeśli pan będzie
mieć czas.</akap_dialog>


<akap>Maks ucałował jej rękę i wyszedł bardzo uradowany.</akap>


<akap>Potem, o zmroku, gdy przez okna zaczęły błyskać
światła fabryk, przyszedł Borowiecki, usiadł cicho, bo
w drugim pokoju grała na fortepianie Nina i dźwięki
dziwnie słodkie rozlewały się jak szemranie strumienia.</akap>


<akap>Długo milczeli oboje, czasami tylko w półmroku
krzyżowały się ich spojrzenia i cofały natychmiast lękliwie, dopiero gdy zapalono światła, zaczęli rozmawiać
przyciszonym głosem, aby nie głuszyć muzyki.</akap>


<akap><begin id="b1309862209113-2793905574"/><motyw id="m1309862209113-2793905574">Zaręczyny</motyw>Anka machinalnie okręcała na palcu zaręczynowy
pierścionek.</akap>


<akap>Oboje mieli na ustach jakieś słowo, ale obojgu
brakowało odwagi.</akap>


<akap>Nina wciąż grała.</akap>


<akap>Muzyka jakimś szeptem miłosnym, namiętnym, pełnym niespodziewanych wybuchów płynęła od fortepianu
i budziła w nich dawne, zapomniane echa.</akap>


<akap>Ance oczy napełniły się łzami, niewysłowiony żal
ścisnął jej serce, zdjęła machinalnie pierścionek i podała
go w milczeniu.</akap>


<akap>Odebrał i również bez słowa zwrócił swój.</akap>


<akap>Spojrzeli sobie w oczy głęboko.</akap>


<akap>Karol nie mógł znieść jej łzawego spojrzenia, które
go przeniknęło na wskroś i jakby palące zarzewie pozostawiło w duszy, pochylił głowę nisko i szepnął cicho,
ledwie dosłyszalnie:</akap>


<akap_dialog>--- To moja wina, moja wina...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, to moja wina, że nie umiem kochać aż
do przebaczenia, aż do zapomnienia o sobie --- odpowiedziała wolno.</akap_dialog>


<akap>Wstał pomieszany, tak bardzo go zabolały jej słowa,
tak się poczuł winnym wobec tej bladej, chorej dziewczyny.</akap>


<akap>Głęboki, upokarzający wstyd palił mu serce.</akap>


<akap>Nie mógł znieść jej szlachetnego spojrzenia.<end id="e1309862209113-2793905574"/></akap>


<akap>Ukłonił się z daleka i szedł.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Karolu! --- zawołała spiesznie.</akap_dialog>


<akap>Odwrócił się i przystanął.</akap>


<akap_dialog>--- Niech mi pan poda rękę, nie na pożegnanie,
ale na do widzenia --- mówiła prędko, wyciągając do
niego rękę.</akap_dialog>


<akap>Porwał ją i ucałował bardzo mocno.</akap>


<akap_dialog>--- Życzę panu z całej duszy szczęścia, zupełnego
szczęścia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję, dziękuję... --- wyszeptał z trudem,
chciał również życzyć jej szczęścia --- nie miał już sił,
zląkł się szalonego pragnienia, jakie w nim pozostało,
aby się rzucić przed nią na kolana i całować te usta
blade, aby ją przycisnąć do serca, więc raz jeszcze ucałował jej ręce i wybiegł.</akap_dialog>


<akap>Anka opadła w fotel bez sił, wszystkie rany jej
duszy się otwarły i ta umierająca miłość, zmartwychwstała na chwilę, przepełniła jej serce i oczy gorzkimi
łzami żalu.</akap>


<akap>Płakała długo i bardzo boleśnie, jakby w odpowiedzi coraz cichszym, coraz smętniejszym, przełzawionym tonom muzyki, która w pasażach podobnych do
krzyków przyduszonych, sączyła się w ciszę pokoju.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XXIII</naglowek_rozdzial>




<akap>Późną jesienią tegoż roku odbył się ślub Borowieckiego z Madą Müllerówną.</akap>


<akap>Wracali właśnie od ołtarza szeroką ulicą, wysłaną
dywanami i obsadzoną rzędami palm i świateł, poza którymi tłoczył się tłum.</akap>


<akap>Kościół literalnie był zapchany ludźmi.</akap>


<akap>Borowiecki spokojnie z podniesioną głową szedł,
wlekąc spojrzeniem po znajomych twarzach, uśmiechających się do niego, ale nie spostrzegł nikogo, bo był
głęboko znudzony długością ceremonii i tą wystawną,
dorobkiewiczowską pompą ślubu.</akap>


<akap>Przed kościołem nikt nie przystąpił z życzeniami
z tych znajomych, którzy nie byli zaproszeni na ślub,
nikt nie śmiał przerywać tego sznura milionów, jakie go
otaczały, tej jasnej, wystrojonej, obsypanej brylantami
girlandy kobiet, którym już w kruchcie służba ugalonowana podawała okrycia.</akap>


<akap>Wsiadł z Madą do karety i pierwszy ruszył sprzed
kościoła.</akap>


<akap>Mada była zapłakana z radości i szczęścia i nieśmiała, płonąca, zdenerwowana, tuliła się do jego boku.</akap>


<akap>Nie zwracał i na to uwagi, spoglądał oknem karety po głowach rojących się tłumów, biegł po dachach,
ślizgał się po kominach buchających dymami i po fabrykach z hukiem pracujących i powracał myślą w głąb
samego siebie i myślał, że oto jedzie od ślubu, że nareszcie jest już panem miliona --- że jest u progu tego
wymarzonego szczęścia --- bogactwa.</akap>


<akap>Przeżuwał wolno te błyskawice myśli i obrazów
i ze zdumieniem czuł, iż nie ma w nim żadnej radości,
że jest zupełnie spokojny, zimny, obojętny, znudzony
tylko porządnie.</akap>


<akap_dialog>--- Karol! --- szepnęła Mada cichutko, podnosząc
zarumienioną twarz i porcelanowe, bardziej jeszcze niebieskie oczy.</akap_dialog>


<akap>Spojrzał na nią pytająco.</akap>


<akap_dialog>--- Taka szczęśliwa jestem! Taka szczęśliwa! --- szeptała i nieśmiało, jak dziecko przysunęła głowę do jego
ramienia i wyciągnęła usta chciwe jego pocałunków, ale
odsunęła się szybko, bo spostrzegła, że z ulicy wszystko
widać.</akap_dialog>


<akap>Ścisnął mocno jej rękę i jechał dalej w milczeniu.</akap>


<akap>Cała ulica, prowadząca do fabryki Müllera, zapchana była robotnikami, którzy ustawieni w szpaler,
ubrani odświętnie, wznosili gromkie okrzyki na cześć zaślubionych, a w końcu szpaleru, przed wjazdem do dziedzińca fabrycznego wznosiła się olbrzymia brama tryumfalna, obciągnięta kolorowymi draperiami, przetykana
godłami pracy, a na szczycie, na wielkim transparencie
jaśniał wypisany elektrycznymi lampkami napis:
<slowo_obce>Willkommen</slowo_obce><pe><slowo_obce>willkommen</slowo_obce> (niem.) --- witamy.</pe>.</akap>


<akap>Za bramą ciągnął się znowu sznur ludzi, przez
wszystkie dziedzińce, przez wielki ogród, aż do podjazdu
pałacowego.</akap>


<akap>Przejazd ten trwał tak długo, że gdy weszli do pałacu, wszyscy goście już tam byli zebrani.</akap>


<akap>Towarzystwo było przeważnie niemieckie, mała garstka Polaków tonęła niepostrzeżenie.</akap>


<akap>Müller wystąpił jak przystało na łódzkiego milionera. Taki był przepych dywanów, mebli, sreber, kwiatów i dekoracji, bo berlińscy tapicerzy dekorowali cały
pałac, że zdumiewał wszystkich.</akap>


<akap>Müller miał dzisiaj święto rzetelne, wydawał jedynaczkę i zdobywał pomocnika w zięciu, więc tak był zadowolony, że jaśniała radością jego okrągła, czerwona,
zatłuszczona twarz.</akap>


<akap>Częstował wszystkich najlepszymi cygarami, klepał
Karola po łopatkach, brał go wpół, poklepywał po kolanach, sypał rubasznymi dowcipami i zapraszał najusilniej do przekąsek, zastawionych w sali bufetowej.</akap>


<akap>Gdy miał czas, brał którego z gości pod ramię
i pokazywał mu z dumą salony.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Kurowski, patrz pan, to jest pałac moich dzieci, oni będą sobie tutaj mieszkali, co, ładnie?</akap_dialog>


<akap>Kurowski potakiwał i uśmiechał się pobłażliwie na
objaśnienia pełne cyfr kosztu, a potem przysunął się do
Meli Grünspan, obecnie Morycowej Welt, która otoczona
młodzieżą królowała w jednym z salonów.</akap>


<akap>Dosyć długo słuchał jej rozmowy błyskotliwej, jej
śmiechów sztucznych i niesmacznego szastania się po
salonie. Odszedł zdumiony, bo nie poznawał dawnej
Meli, o której sam kiedyś powiedział, że jest jedyną kobietą wśród Żydówek łódzkich.</akap>


<akap_dialog>--- Moryc, coś pan zrobił ze swojej żony? --- zagadnął Welta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znajdujesz pan zmianę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wprost nie poznaję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To moje dzieło, ale prawda, że piękna kobieta? --- pytał, wciskając binokle.</akap_dialog>


<akap>Kurowski nic nie odrzekł, śledził Karola, któremu
ta rola zięcia nie bardzo smakowała, bo chodził znudzony, apatyczny i pogardliwie traktował rodzinę żony
i fabrykantów, a jak tylko mógł, uciekał do Maksa Bauma, nawet do Welta, z którym się pogodził, byle nie
być z tamtymi.</akap>


<akap_dialog>--- No cóż, zdobyliśmy już wszyscy tę ,,ziemię obiecaną" --- zagadnął Kurowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli tę ziemię stanowią miliony, to tak. Wy
idziecie do nich, Moryc będzie je miał z pewnością,
a Maks je sobie zrobi, jeśli mu ich Wilczek nie wydrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O mnie mowa! --- zawołał podchodząc Stach
Wilczek, który jako spólnik Maksa miał już wstęp do
towarzystwa, więc porzucił dotychczasowe stosunki i pchał
się siłą pieniędzy i bezczelności ciągle naprzód.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówimy właśnie, że Maks może zrobi majątek,
jeśli mu pan nie zabierze go sprzed nosa --- powiedział
żartobliwie Kurowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli tylko będzie można! --- szepnął, oblizał
się jak pies przed pełną miską i poszedł emablować
brzydką, ordynarną pannę Knaabe, która mogła mieć ze
dwieście tysięcy posagu.</akap_dialog>


<akap>Siedział przy niej Murray i tak się komicznie wdzięczył, i takie zabawne prawił komplementy, że panna śmiała
się na cały głos.</akap>


<akap>Muzyka usadowiona w głównym salonie, na estradzie wspaniale udekorowanej czerwonym barchanem naśladującym aksamit, zaczęła grać walca.</akap>


<akap>Wtedy nikłe sylwetki urzędników fabrycznych, zaproszonych jedynie do ożywienia zabawy, zaczęły się wysuwać z bufetu, z bocznych pokojów, z przysłoniętych
draperiami nisz i rozpoczęły tańce.</akap>


<akap><begin id="b1309864733078-3085485115"/><motyw id="m1309864733078-3085485115">Bogactwo, Nuda</motyw>Karol samotnie przechodził salony zalane światłem,
zapchane bogactwem. Kilkadziesiąt zebranych osób ginęło zupełnie w ogromie mieszkania, z którego kątów,
spod kwiatowych festonów i barchanowych draperii,
szczerzyła żółte zęby nuda i pustka.<end id="e1309864733078-3085485115"/></akap>


<akap>Miał wielką ochotę uciec, zamknąć się w mieszkaniu lub jak dawniej iść z Maksem, z Morycem, z Kurowskim do knajpy jakiej i przy piwie, pogawędce zapomnieć o wszystkim.</akap>


<akap>Było to ciche pragnienie, a tymczasem musiał robić honory domu i pilnować, żeby kochany teść, o ile
można, najmniej się ośmieszał, musiał rozmawiać, uśmiechać się, prawić komplementy damom, rozmawiać czasem z Madą, czuwać nawet nad służbą, bo nikt się tym
zająć nie umiał.</akap>


<akap>Matka kryła się po kątach, nie śmiejąc chodzić
w swojej wspaniałej jedwabnej sukni, nie wiedząc, co
mówić, onieśmielona tym przepychem i masą pierwszy
raz widzianych ludzi, przesuwała się jak cień przez salony, niezauważona przez nikogo.</akap>


<akap>Wilhelm siedział tylko w bufecie, pił z przyjaciółmi
i całował się co chwila z Karolem, w którym od pewnego czasu był rozkochany.</akap>


<akap>A Mada?</akap>


<akap>Mada była tak szczęśliwa i zatopiona w radości,
że nic nie widziała dookoła siebie prócz męża, którego
ciągle szukała, a odnalazłszy, nudziła czułostkami.</akap>


<akap>O północy Borowiecki tak się już czuł zmęczonym,
że zwrócił się do Jaskólskiego, który odświętnie wystrojony był czymś w rodzaju marszałka domu na dzień
dzisiejszy.</akap>


<akap_dialog>--- Może pan poleci, aby przyśpieszyli podanie kolacji, wszyscy się nudzą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie może być wcześniej, niż naznaczono. --- odparł poważnie szlachcic, który był już mocno pijany,
ale trzymał się sztywno, pokręcał wąsów i z góry traktował milionerów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pludraki! --- mruczał, usługując równocześnie
ze skwapliwością.</akap_dialog>


<akap>Wreszcie podano kolację w wielkiej wspaniałej
jadalni.</akap>


<akap>Stoły uginały się pod srebrem, kryształami i kwiatami.</akap>


<akap>Karol siedział przy żonie rozczerwienionej jak piwonia, cierpliwie słuchał toastów, przemówień i tłustych
dowcipów wysyłanych pod swoim adresem.</akap>


<akap>Przy końcu wieczerzy, gdy ochota wzrosła i humory
były szampańskie, musiał się całować i ściskać z tymi
grubasami, kapiącymi tłuszczem, którzy jedli jak wilki
i pili jak smoki, a potem, gdy pannę młodą czepili,
wzięły go pomiędzy siebie różne kuzynki, ciotki i temu podobny
inwentarz familijny.</akap>


<akap>Męki prawdziwe cierpiał, bolała go głowa, więc
skoro tylko mógł, wyrwał się z czułych, kochających
szpon i uciekł do oranżerii, aby trochę ochłodnąć i wytrzeć twarz oślinioną słodkimi pocałunkami rodziny.</akap>


<akap>Ale trafił nieszczęśliwie, bo zaledwie usiadł na jakiejś kanapce osłoniętej zielonymi krzewami, zaczęli się
wsuwać cichaczem różni ludzie i fabrykanci i rozpraszali się bardzo dyskretnie po gąszczach.</akap>


<akap>W końcu przybiegł pospiesznie stary Müller i melancholijnie zwracał zbyt obfitą libację na cudny kłąb
rozkwitłych cynerarii, świecących barwami drogich kamieni.</akap>


<akap>Borowiecki spiesznie wyszedł.</akap>


<akap><begin id="b1309865233815-3751284059"/><motyw id="m1309865233815-3751284059">Sługa, Wesele</motyw>Ale w jadalni zapełnionej już tylko służbą, wpadł
na inną scenę; Mateusz zupełnie pijany kłócił się z Müllerową, która dosyć nieśmiało, wobec jego groźnej miny,
polecała resztki kolacji i niedopite butelki pochować do
kredensów.</akap>


<akap_dialog>--- Takie gadanie psze... pani... to je... insza para
mankietów... Nasze wesele dzisiaj... to nasza uciecha...
Ożeniliśmy się, to dojadać ani dopijać resztek po Szwabach nie będziemy psze... pani!</akap_dialog>


<akap>Huknął pięścią w stół i pokazał jej drzwi.</akap>


<akap_dialog>--- Niech... psze... pani... spać idzie... my tu sobie
radę z winem damy... i ja się napiję... i chłopcy się napiją... bo nasze wesele... to nasza frajda... Służba nalać
wina... słuchać pana Mateusza, bo jak nie, to pięścią w pysk
i będzie <slowo_obce>fertig</slowo_obce><pe><slowo_obce>fertig</slowo_obce> (niem.) --- gotowe, skończone, załatwione.</pe>, na glanc<pe><slowo_obce>na glanc</slowo_obce> (z niem.) --- na wysoki połysk.</pe>... cholera z buraczkami... za zdrowie mojego pana, a resztę o piec i za drzwi...</akap_dialog>


<akap>Müllerowa uciekła ze strachem szukać Karola, a Mateusz rozsiadł się w fotelu i nieprzytomnym głosem gadał, bijąc w stół pięścią.</akap>


<akap_dialog>--- Ożeniliśmy się psze... pana dyrektora... mamy
fabryki... mamy żony... mamy pałace... a Szwaby won...
a jak nie, to pięścią w pysk... nogi do okapu... i fora
ze dwora.. i wszystko będzie fertig, na glanc... cholera
z buraczkami.<end id="e1309865233815-3751284059"/></akap_dialog>



<sekcja_asterysk/>

<akap>A potem?</akap>


<akap><begin id="b1309865485548-298431574"/><motyw id="m1309865485548-298431574">Czas</motyw>Potem szły tygodnie, miesiące, lata i kładły się
w grobie zapomnienia --- odchodziły tak cicho, jak cicho
a nieubłaganie szły nowe wiosny, nowe śmierci i nowe
istnienia, jak cicho snuje się przędza życia splątana z włókien wczoraj, dziś i jutro.</akap>


<akap><end id="e1309865485548-298431574"/>W Łodzi i wpośród naszych znajomych, te kilka
lat, jakie upłynęły od ślubu Borowieckiego, zmieniły
wiele.</akap>


<akap><begin id="b1309865577730-2778105663"/><motyw id="m1309865577730-2778105663">Miasto</motyw>Łódź żyła teraz szalonym życiem, tętniała<pe><slowo_obce>tętniała</slowo_obce> --- dziś popr.: tętniła.</pe> gorączką
rozrostu, budowała się z pośpiechem, zdumiewała nieustającą potęgą, nagromadzeniem sił, wylewających się
niepowstrzymanym potokiem, aż w pola, bo tam, gdzie
przed kilku laty jeszcze rosły zboża i pasły się krowy, zaczynały wyrastać całe ulice nowych domów, fabryk,
interesów, nowych szachrajstw i wyzysków.</akap>


<akap>Miasto było podobne do potężnego wiru, w którym kotłowali ludzie, fabryki, materiały i namiętności,
miliony i nędza, rozpusta i głód wieczny, a wszystko to
wirowało z szalonym pośpiechem, z rykiem maszyn, pożądań, głodu, nienawiści; z rykiem walki wszystkich przeciwko wszystkim i wszystkiemu.</akap>


<akap>Wszystko pchało się z siłą rozpętanego żywiołu,
naprzód, po trupach fabryk i ludzi --- byle zdążyć prędzej do milionów, których źródła zdawały się wytryskiwać z każdego cala tej ,,ziemi obiecanej".<end id="e1309865577730-2778105663"/></akap>


<akap>Kurowski szedł pełną parą do majątku; Maks Baum
et Stach Wilczek byli już firmą mocną i jeszcze mocniej
podrywającą swoimi tandetnymi chustkami firmę Grünspan, Welt et Grosman.</akap>


<akap><begin id="b1309865685817-3776708348"/><motyw id="m1309865685817-3776708348">Bogactwo, Obyczaje</motyw>Moryc Welt, jeden z firmowych, jeździł tylko powozem i już nie poznawał na ulicy ludzi, mających mniej
niż pół miliona.<end id="e1309865685817-3776708348"/></akap>


<akap>Firma Bucholc, prowadzona ongi przez Karola,
szła wciąż na czele wszystkich.</akap>


<akap>Nie prześcignął jej Szaja Mendelsohn, który znowu
się spalił i po pożarze powiększył fabrykę o dwa tysiące
robotników, ale równocześnie stawał się coraz filantropijniejszym<pe><slowo_obce>filantropijniejszy</slowo_obce> --- dziś popr. bardziej filantropijny.</pe>, bo wyciskał do ostatnich granic pracujących
i za to budował dla nich wspaniały szpital i przytułek
dla okaleczonych i niezdatnych już do pracy.</akap>


<akap>Grosglick szachrował w dalszym ciągu, a nawet
ze zdwojoną energią, bo wydał swoją Mery za jakieś
nagryzione mocno rozpustą hrabiątko, które musiał
wciąż leczyć i utrzymywać.</akap>


<akap>Trawiński, który zmógł wytrwaniem i cierpliwością
dawne niepowodzenia, od dwóch lat już stał znakomicie,
był firmą bardzo poważaną.</akap>


<akap>Müller usunął się zupełnie z Łodzi, oddał fabrykę
Borowieckiemu, a sam z żoną wypoczywał przy synu,
któremu kupił wielki majątek na Kujawach. Wilhelm
chorował na szlachcica, miał się żenić z jakąś hrabianką,
pisał się de Meller, do Łodzi przyjeżdżał ze służbą uliberionowaną, na karetach używał połączonych herbów
przyszłej żony i Borowieckiego; do fabryki nie wtrącał
się zupełnie, dzieląc się tylko sumiennie jej ogromnymi
dochodami.</akap>


<akap>Borowiecki był zupełnym panem olbrzymiej fabryki.</akap>


<akap>Przez te cztery lata rozwinął ją olbrzymio; zreformował fabrykacje barchanów, podniósł swoje wyroby
do stopnia doskonałości, dobudował nowe oddziały, rozszerzył rynki zbytu i wciąż szedł naprzód.</akap>


<akap>Te cztery lata, jakie upłynęły od jego ślubu z Madą
Müllerówną i od objęcia fabryki, to cztery lata pracy
wprost nadludzkiej.</akap>


<akap>Wstawał o szóstej rano, kładł się o północy, nie
wyjeżdżał nigdzie, nie bawił się, nie używał życia ani
milionów, nie żył prawie --- pracował tylko, pochłonięty
wirem interesów i tą rzeką pieniędzy, jaka przepływała
przez jego ręce --- fabryka oplotła go jak polip tysiącami ramion i ssała bezustannie --- wszystkie myśli, wszystek czas --- wszystkie siły.</akap>


<akap>Miał już te upragnione miliony, dotykał się ich codziennie i oddychał nimi, żył z nimi, widział je dokoła
siebie.</akap>


<akap>Ale ta praca nad siły, trwająca już lata całe, wyczerpywała go fizycznie, a miliony nie radowały zupełnie --- przeciwnie, czuł się coraz głębiej znużonym, obojętnym i smutnym.</akap>


<akap>Coraz częściej nuda zaglądała do jego duszy, coraz częściej zaczynał uczuwać, że jest mu źle i że jest
bardzo, bardzo osamotnionym.</akap>


<akap>Mada była dobrą żoną, jeszcze lepszą mamką i piastunką jego syna, doskonale go obsługiwała --- ale niczym więcej być nie mogła i nie umiała. Łączyło ich
tylko dziecko i wspólne mieszkanie, nic więcej; --- ona
czciła go jak fetysza<pe><slowo_obce>czciła go jak fetysza</slowo_obce> --- dziś popr. z B.: jak fetysz.</pe>, nie śmiejąc zbliżyć się, jeśli jej do
tego nie zachęcił, nie śmiejąc mówić, jeśli on nie był
dobrze usposobiony --- a on pozwalał się czcić i uwielbiać, rzucając jej czasem w nagrodę jakieś słowo dobre
lub uśmiech życzliwy, a rzadziej już czułość jaką lub
jakiś okruch serca.</akap>


<akap>Przyjaciół nie miał nigdy, ale zawsze miał wielu
znajomych i życzliwych wpośród kolegów dawnych, ale teraz, w miarę wzrostu jego potęgi, wszyscy się odsuwali i ginęli w szarym tle ludzkim, odgrodzeni nieprzebytym wałem milionów, jakie go otaczały; --- z milionerami również nie żył, brakło mu przede wszystkim
czasu, a potem zbyt nimi pogardzał i zbyt wiele było
pomiędzy nimi konkurencyjnych antagonizmów.</akap>


<akap>Pozostało mu tylko kilku najbliższych.</akap>


<akap>Ale Kurowskiego unikał, bo tamten nie mógł mu
darować Anki i przy każdej sposobności ranił go bardzo boleśnie.</akap>


<akap>Z Morycem Weltem żyć nie mógł, bo mu obrzydł
zupełnie.</akap>


<akap>Z Maksem Baumem żyć nie umiał; spotykali się
bardzo często, Maks był nawet chrzestnym ojcem jego
syna, ale pomimo to byli ze sobą na chłodno, na stopie
dawnego koleżeństwa, a nie przyjaźni... Maks miał do
niego stary żal, również jak i Kurowski, za Ankę i nie
mógł mu tego zapomnieć.</akap>


<akap><begin id="b1309866506256-1148289911"/><motyw id="m1309866506256-1148289911">Bogactwo, Marzenie, Nuda</motyw>Ale Borowiecki coraz częściej czuł swoją samotność
i tę przeraźliwą pustkę, jaką był otoczony --- pustkę,
której nie mogły zapełnić miliony ani zabijająca praca.</akap>


<akap>A teraz w ostatnich czasach zaczynał uczuwać coraz częściej szalony, nieopowiedziany głód duszy.</akap>


<akap>I nie wiedział jeszcze dobrze, co mu jest!</akap>


<akap>Wiedział tylko, że nudzi go fabryka, interesy, ludzie, pieniądze --- że nudzi go wszystko.</akap>


<akap>Rozmyślał właśnie o tym, wchodząc do fabryki.</akap>


<akap>Olbrzymie czworoboki murów trzęsły się i huczały
pracą.</akap>


<akap>Borowiecki przechodził mroczny przez sale, nie witał się z nikim, nie rozmawiał, nie oglądał nic, nie patrzył nawet na nikogo --- szedł jak automat i błądził
zgaszonym wzrokiem po maszynach w ruchu, po robotnikach pracujących w skupieniu, po oknach, przez które
wlewało się wiosenne słońce; podniósł się windą do suszarni gotowego towaru, gdzie na długich stołach, na
ziemi, na wózkach leżały miliony metrów, przechodził
po nich, deptał je z jakąś bezwiedną a zimną wzgardą
i stanął przy oknie, z którego widać było smugę pól
zakończonych lasami, zapatrzył się w jasny, słoneczny
dzień kwietniowy, pełen wielkiej radości, słońca, ciepła,
młodej zieleni traw --- na przeczyste stada chmur leżących w głębiach seledynowego nieba...</akap>


<akap>Ale odszedł rychło, targnięty jakąś głuchą, nieokreśloną tęsknotą.</akap>


<akap>I znowu szedł z pawilonu do pawilonu i z sali
do sali --- przez to piekło turkotów, huków, warczeń,
pracy, zapachów straszliwych i gorąca piekielnego, ale
szedł wolniej i uświadamiał sobie, że to wszystko, co go
otacza --- to jego własność, jego królestwo wymarzone.</akap>


<akap>Przypomniał sobie dawne marzenia --- o takiej
potędze, jaką władał.</akap>


<akap>Miał to wszystko i uśmiechnął się gorzko na wspomnienie przeszłości, na wspomnienie złudzeń dawnych złudzeń, bo wierzył kiedyś, nic nie mając, że miliony
dadzą mu nadzwyczajne, ekstatyczne jakieś szczęście.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż mi dały? --- myślał teraz.</akap_dialog>


<akap>Tak, cóż mu dało to królestwo?</akap>


<akap>Znużenie i nudę.<end id="e1309866506256-1148289911"/></akap>


<akap>I ten dziwny głód duszy, i tę nieokreśloną a tak
mocną, a tak szarpiącą, a tak bezcelową tęsknotę, która
coraz silniej ściskała mu duszę.</akap>


<akap>Ach! A tam, za oknami farbiarni, w której teraz
siedział, taka wiosna szła nad polami, tak się lśniło
wszystko, takie radosne krzyki dzieci leciały, tak wesoło
krzyczały wróble, tak lekko biły w górę kłęby różowych
dymów; tak tam było jasno, rzeźwo, młodo --- taka
potężna radość zmartwychwstającej przyrody drgała
w przestrzeniach, przenikała wszystko; --- że chciało się
iść, śpiewać, krzyczeć, tarzać po murawach, płynąć
z chmurami, lecieć z wiatrem, chwiać z drzewami
w rozsłonecznionym powietrzu i żyć całą piersią, wszystkimi władzami, wszystkimi uniesieniami, żyć! żyć!...</akap>


<akap_dialog>--- A cóż dalej? --- myślał posępnie, wsłuchując się
w szum fabryki.</akap_dialog>


<akap>Nie znalazł w sobie odpowiedzi.</akap>


<akap_dialog>--- Chciałem tego, pożądałem i mam, mam! --- pomyślał z nienawiścią niezgłębioną niewolnika, spoglądając na czerwone mury fabryk swoich, na tego potwornego tyrana, który radośnie spoglądał tysiącami okien
i pracował tak zawzięcie, aż się wszystko w nim trzęsło,
i śpiewał tysiącami maszyn głęboki hymn nasycania się.</akap_dialog>


<akap>Poszedł do kantoru, miał już dosyć fabryki.</akap>


<akap>Interesanci, kupcy, komisjonerzy, urzędnicy, robotnicy szukający pracy, tysiące spraw czekało w jego
przedpokoju i wrzało niecierpliwością, ale on bocznymi
drzwiami wyszedł i powlókł się wolno do miasta.</akap>


<akap>Nie widział nikogo, bo niósł w sobie straszną, pożerającą nudę i ten niezaspokojony głód duszy.</akap>


<akap>Miasto zalane było potokami słońca i wrzawą szalonego ruchu. Tysiące fabryk, podobnych do twierdz
warownych, huczało pracą. Ze wszystkich ulic, ze wszystkich domów, ze wszystkich zaułków, z pól nawet uderzały w niego twarde echa pracy, krzyki maszyn, gwar
tej walki toczonej z całą namiętnością; --- dyszenia wysiłków, tryumfujące wykrzyki<pe><slowo_obce>wykrzyk</slowo_obce> --- dziś popr.: okrzyk.</pe> zwycięzców.</akap>


<akap>Jak jego strasznie nudziło to wszystko.</akap>


<akap><begin id="b1309866800961-2127543889"/><motyw id="m1309866800961-2127543889">Bogactwo, Nuda</motyw>Z nieopowiedzianą ironią przyglądał się baronowi
Meyerowi, który w pysznym powozie rozparty, dumny,
jaśniejący potęgą, przejeżdżał ulicą i był podobny do
czerwonego spasionego wieprza nadzianego bogactwem.</akap>


<akap_dialog>--- Bydlę, dla którego jest szczęściem najwyższym
legowisko z tytułów własności. Czemuż ja nie mogę
w ten sam sposób używać bogactwa? Oni są jednak
tak szczęśliwi! --- myślał.</akap_dialog>


<akap>Niestety, nie umiał używać życia na sposób łódzkich milionerów.</akap>


<akap>Bo i cóż go miało bawić?</akap>


<akap>Kobiety! Ach, kochał ich tyle i był tak kochanym,
i tak miał już tego dosyć!</akap>


<akap>Zabawy! Jakież? Gdzież są takie, aby były warte
wysiłku, aby po nich nuda nie była tym przykrzejszą?</akap>


<akap>Wino! Od dwóch lat z powodu przepracowania
był na surowej diecie i żył prawie samym mlekiem.</akap>


<akap>I otaczania się przepychem nie lubił, a popisywać
się przed drugimi nie chciał ani czuł potrzeby.</akap>


<akap>Robienie milionów! Po co? Nie wydawał nawet
dochodów. Po co?</akap>


<akap>Nie dośćże już był ich niewolnikiem, nie dośćże
już zabrały mu sił, życia; nie dośćże mu już ciężą te
złote kajdany!</akap>


<akap_dialog>--- A jednak Myszkowski miał wiele racji! --- pomyślał, przypominając sobie jego przeklinania nadmiernej pracy i gromadzenia bezmyślnego pieniędzy.<end id="e1309866800961-2127543889"/></akap_dialog>


<akap>I myślał coraz smutniej o swoim położeniu, o tych
długich, długich latach nudy i męki, jakie stały jeszcze
przed nim.</akap>


<akap>Szedł tak długo, aż znalazł się w helenowskim
parku, nie wiedząc prawie o tym.</akap>


<akap>Chodził po rozmiękłych jeszcze alejach i z ciekawością patrzył na młode trawy, na bladozielone listki
trzepoczące cicho w dosyć ostrym, przesłonecznionym
powietrzu.</akap>


<akap>Cisza głęboka leżała w alejach pustych, po których
tylko wrony spacerowały lub wróble świergotały.</akap>


<akap>Chodził do zmęczenia, chodził uparcie i bezwiednie
prawie wciąż wracał do miejsc, w których spotykał się
kiedyś z Lucy...</akap>


<akap_dialog>--- Lucy... Emma!... --- powiedział półgłosem i jakby
z żalem powlókł oczami po parku --- po pustym parku.</akap_dialog>


<akap>Z wielką goryczą myślał, że przecież nie czeka na nikogo, że nikt nie przyjdzie, że jest sam...</akap>


<akap_dialog>--- Jak to niedawno, a jak to daleko!</akap_dialog>


<akap>Tak, kiedyś żył naprawdę, kochał, umiał szaleć.</akap>


<akap>A teraz?...</akap>


<akap>A teraz, za młodość całą ze wszystkimi jej burzami miał miliony i --- nudę --- nudę.</akap>


<akap>Skrzywił usta do pogardliwego uśmiechu nad sobą,
nad własnym stanem duszy i poszedł dalej.</akap>


<akap>Obszedł park, a wracając, spotkał przy bramie
długi szereg dziewczynek, za którymi szły jakieś dwie
panie, usunął się na bok i spojrzał.</akap>


<akap_dialog>--- Anka! --- wyrwało mu się z piersi i bezwiednie zdjął kapelusz.</akap_dialog>


<akap>Tak, to była Anka.</akap>


<akap>Przystąpiła natychmiast do niego z wyciągniętą ręką.</akap>


<akap_dialog>--- Dawno pana nie widziałam, dawno! --- powiedziała z radością.</akap_dialog>


<akap>Pocałował ją w rękę i nie mógł się na nią napatrzeć.</akap>


<akap_dialog>Tak, to była Anka, ta jego dawna Anka z Kurowa, młoda, piękna, pełna sił i pełna czarującego
wdzięku, prostoty i szlachetności.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdźmy za dziećmi, jeśli ma pan chwilę czasu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to za gromada? --- odezwał się cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z mojej ochrony<pe><slowo_obce>ochrona</slowo_obce> (daw.) --- a. ochronka: zakład opiekuńczy dla dzieci, sierociniec a. przedszkole.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pani ochrony?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musiałam coś robić, a przy tym ta praca daje
mi tak wiele zadowolenia, że staram się o pozwolenie
na otwarcie drugiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zajmowanie się tymi dziećmi daje pani zadowolenie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nawet zupełne szczęście, szczęście spełnianego obowiązku i czynienia dobrze, chociaż w tak małym zakresie. A pan... zadowolony? --- spytała ciszej.</akap_dialog>


<akap>Głos jej zadrgał i oczy szybko się przesunęły po
jego zżółkłej, bardzo mizernej twarzy.</akap>


<akap_dialog>--- Tak... tak... bardzo... --- odpowiedział prędko
i szorstko; tak mu serce biło gwałtownie, że nie mógł
oddychać.</akap_dialog>


<akap>Szli przy sobie w milczeniu, dziewczynki skręcały
nad stawy i zaczęły pisklęcymi głosami śpiewać jakąś
dziecinną piosenkę, która dźwięczała złotem i jakby
szmerem młodych listków i traw.</akap>


<akap_dialog>--- Pan taki bardzo mizerny... taki... --- szepnęła,
przymykając oczy, aby ukryć łzy głębokiego współczucia,
i z wielką, jakby siostrzaną miłością i bólem spostrzegła jego wpadnięte oczy, wystające kości policzkowe,
głębokie zmarszczki i siwiznę na skroniach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech mnie pani nie żałuje... Mam to, czego
chciałem... Chciałem milionów --- mam, a że mi do życia nie wystarczają --- to moja wina. Tak, to moja
wina, że zdobyłem w tej ,,ziemi obiecanej" wszystko prócz szczęścia. To moja wina, że cierpię głód.</akap_dialog>


<akap>Powstrzymał nagle gwałtowny potok goryczy, jaki
mu się wyrwał z serca, bo spostrzegł, że po jej twarzy
sączą się łzy, a usta drgają z trudem powstrzymywaną
boleścią.</akap>


<akap>I nie mógł mówić, widząc te łzy --- bo taki żal, --- taki
dziki żal uwiesił mu się ostrymi kłami u serca, że uścisnął
jej rękę i odszedł śpiesznie, aby się nie zdradzić z tym, co
się w nim działo.</akap>


<akap_dialog>--- Za miasto, prędko! --- krzyknął szorstko, siadając w dorożkę.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1309867339328-535491703"/><motyw id="m1309867339328-535491703">Wspomnienia</motyw>Drżał ze wzruszenia, duszę mu obsiadły mary przypomnień wypełzłe gdzieś z ciemni mózgu, z najbujniejszych głębin serca i przesunęły mu się przez mózg
w obrazach tak pięknych, tak opromienionych radością,
uniesieniem, że całą siłą potężnej woli chciał je powstrzymać, chciał nasycić zgłodniałą duszę, chciał w nich
utopić pamięć dnia dzisiejszego, pamięć swojej obecnej
nędzy --- ale nie powstrzymał, bo na ekranie świadomości, z błyskawiczną szybkością rysowały się już i inne
obrazy, inne przypomnienia --- przypomnienia wszystkich krzywd, jakie zrobił Ance, wszystkie swoje winy
wobec niej popełnione. Siedział odurzony z przymkniętymi oczyma, martwy prawie i wytężał wszystkie siły,
aby zdusić w sobie jakiś głośny krzyk, którym miał
zapchane serce, aby zmóc i to serce przebudzone jej
widokiem; te wszystkie pragnienia szczęścia, jakie się
w nim nagle ocknęły z siłą niepowstrzymaną.</akap>


<akap_dialog><end id="e1309867339328-535491703"/>--- Dobrze mi tak, dobrze! Dobrze! --- myślał chwilami z jakąś dziką rozkoszą, tarzając się we własnym
bólu, w poznaniu własnego stanu i win własnych. Zmógł
się wreszcie, pokonał sam siebie, ale to zwycięstwo gorzkie kosztowało go tyle sił, że nie poszedł nawet do
żony i syna, tylko zamknął się w swoim gabinecie, odprawił czekającego Mateusza i pozostał sam.</akap_dialog>


<akap>Długo leżał bez ruchu i bez myśli, bo tylko jakaś
mgławica, jakieś zaczyny myśli wirowały mu pod czaszką i zatapiały go w stan półświadomości.</akap>


<akap_dialog>--- Zmarnowałem życie. --- powiedział naraz, bezwiednie zrywając się z otomany, ta myśl wyłoniła mu się
z ciemnej pracy mózgu i szarpnęła go jak hakiem i olśniła strasznie bolesnym światłem.</akap_dialog>


<akap>Rozglądał się po ciemnym pokoju, jakby nagle
oprzytomniał i wszystko ujrzał w nowym świetle.</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego? --- rzucił zapytanie własnej duszy. Otworzył okno i zaczął rozmyślać.</akap_dialog>


<akap>Gwar coraz cichszy dobiegał słabymi echami, miasto milkło pogrążone w odpocznieniu i w tej słodkiej,
kwietniowej nocy wiosennej.</akap>


<akap>Zielonawa ciemność, rozdzierana rozdrganymi błyskami gwiazd, otuliła miasto jakby w całun.</akap>


<akap>Z okien gabinetu widać było ogromny, ciemny
rozlew miasta usypiającego, gdzieniegdzie tylko wznosiły
się świetliste wyspy fabryk pracujących, których głuchy
huk, podobny do dalekiego szumu lasów, przynosił wiatr.</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego? --- myślał znowu, skupiając się cały
jakby do walki, zwłaszcza z duszą, która mu zaczynała
odpowiadać przypomnieniami całego życia, rozsnuwaniem wszystkich zwojów dawno zapadłych w niepamięć --- a zmartwychwstających teraz, w tej chwili. Nie chciał, uciekał, rwał się, ale w końcu musiał ulec,
musiał patrzeć, musiał słuchać tych wszystkich głosów,
jakie się w nim podnosiły, więc pochylił się i z bolesną,
okropną ciekawością --- przyglądał się samemu sobie. Przeglądał całe istnienie swoje, całe czterdzieści lat, które niby przędza nawinięta na wrzeciono czasu, odbijała się przed nim, że mógł rozpatrywać szczegółowo
i rozpatrywał. </akap_dialog>



<akap><begin id="b1309868006176-1674384142"/><motyw id="m1309868006176-1674384142">Miasto, Potwór</motyw>Miasto już spało, przyczaiło się w cieniach i przywarło do ziemi jak polip wszystkimi mackami fabryk,
a dalekie, porozrzucane elektryczne słońca błękitnawymi
źrenicami patrzyły w noc, stróżowały śpiącego molocha
jak stado żurawi o głowach ognistych.<end id="e1309868006176-1674384142"/></akap>


<akap_dialog>--- No i cóż, jestem, jaki jestem, jaki być musiałem? --- szepnął hardo i wyzywająco, ale nie pozbył się tym
rozbudzonego sumienia, nie stłumił tym głosów podeptanych wierzeń, zdradzonych ideałów, splugawionego
egoizmem życia, które krzyczały w nim, że żył tylko
dla siebie, że wszystko deptał, aby zadowolić próżność,
aby napaść własną pychę, aby dojść do milionów.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Tak, jestem egoistą, tak, poświęcałem wszystko
dla kariery... --- powtarzał te słowa tak dobitnie, jakby się
nimi sam policzkował i fala okropnej goryczy, wstydu,
poniżenia zalała mu serce.</akap_dialog>


<akap>Poświęcił wszystko i cóż ma teraz? Garść pieniędzy bezużytecznych i ani przyjaciół, ani spokoju, ani
zadowolenia, ani szczęścia, ani chęci do życia --- nic... nic...</akap>


<akap_dialog>--- Człowiek nie może żyć tylko dla siebie --- nie
wolno mu tego pod grozą własnego nieszczęścia. On
o tej prawdzie wiedział, ale teraz dopiero ją odczuł i pojął w całej głębokości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlatego ja przegrałem własne szczęście. --- myślał, wspominając Ankę i pod wpływem tego przypomnienia, napisał do niej długi list, prosząc o wskazówki,
potrzebne mu do założenia ochrony dla dzieci swoich
robotników.</akap_dialog>


<akap>Począł znowu rozmyślać, ale już szukał dróg wyjścia z dzisiejszego stanu, do celu jakiegoś na to długie
jutro --- o którego nudzie myślał z przerażeniem. <begin id="b1309868837004-3574893712"/><motyw id="m1309868837004-3574893712">Miasto, Potwór</motyw>Godziny płynęły wolno, miasto spało, ale spało niespokojnie, gorączkowo --- bo przez pohaftowany światłami
nocny tuman, jaki je oblał, przebiegał czasem dreszcz
jakiś --- to znowu rozlegał się jęk głęboki, przeciągły,
bolesny --- jakby jęk maszyn spracowanych, ludzi mordowanych lub drzew skazanych na zagładę; to jakiś
krzyk zrywał się z głębi pustych ulic, drgał chwilę i roztapiał się w milczeniu --- to jakieś nieodgadnione drganie, pełne błysków tajemniczych, głosów, płaczów, szlochań, śmiechów --- cała gama przeszłego czy jutrzejszego życia, rozlewała się po mieście i była niby marzeniem sennym tych murów, drzew spowitych w mroki,
ziemi zmordowanej...</akap>


<akap>To chwilami panowała tak głęboka, przerażająca
cisza, że można było wyczuć pulsację tego uśpionego
olbrzyma, który przymarł do ziemi i spał tak ufnie jak
dziecię na piersiach matki.</akap>


<akap>Tylko daleko, poza murami, hen w polach, dookoła
tej ,,ziemi obiecanej" w głębiach nieodgadnionych nocy,
wrzał ruch jakiś, rozlegały się szmery głosów, turkoty,
szumy, echa śmiechów, łkań, przekleństw.</akap>


<akap>Wszystkimi drogami, połyskującymi kałużami wód
wiosennych, które biegły ze wszystkich krańców świata
do tej ,,ziemi obiecanej", wszystkimi ścieżkami, co się
wiły wskroś pól zieleniejących i sadów kwitnących,
wskroś lasów pełnych zapachów brzóz młodych i wiosny, wskroś wiosek zapadłych, moczarów nieprzebytych ciągnęły tłumy ludzi, setki wozów skrzypiało, tysiące
wagonów leciało jak błyskawice, tysiące westchnień
wznosiło się i tysiące rozpalonych spojrzeń rzucało się
w ciemność z upragnieniem i gorączką, szukając konturów tej ,,ziemi obiecanej".</akap>


<akap><begin id="b1309868778636-3327641906"/><motyw id="m1309868778636-3327641906">Krew, Ziemia</motyw>Z równin odległych, z gór, z zapadłych wiosek, ze
stolic i z miasteczek, spod strzech i z pałaców, z wyżyn i z rynsztoków ciągnęli ludzie nieskończoną procesją do tej ,,ziemi obiecanej". Przychodzili użyźniać ją
krwią swoją, przynosili jej siły, młodość, zdrowie, wolność swoją, nadzieje i nędze, mózgi i pracę, wiarę i marzenia.</akap>


<akap><end id="e1309868778636-3327641906"/>Dla tej ,,ziemi obiecanej", dla tego polipa pustoszały wsie, ginęły lasy, wycieńczała się ziemia ze swoich
skarbów, wysychały rzeki, rodzili się ludzie, a on wszystko
ssał w siebie i w swoich potężnych szczękach miażdżył
i przeżuwał ludzi i rzeczy, niebo i ziemię i dawał w zamian nielicznej garstce miliony bezużyteczne, a całej
rzeszy głód i wysiłek.<end id="e1309868837004-3574893712"/></akap>


<akap>Karol rozmyślając chodził i często, i długo patrzył
na miasto i w noc, która już na wschodzie poczynała
blednąć. Zorze rozsączały się z wolna w zielonawym
zmroku, jaskółki zaczęły świergotać pod dachem oranżerii, a chłodny, świeży powiew poranku poruszał z wolna
drzewami. Stawało się coraz jaśniej, już najbliższe dachy
połyskiwały zamatowaną blachą spod zwojów mgieł,
a ruiny fabryki Bauma starego stawały się coraz widoczniejsze, porwane ściany, wybite okna, zrujnowane kominy wyłaniały się jakby z ziemi i czerniały smutno
połamanym szkieletem.</akap>


<akap>Borowiecki się uspokoił, już znalazł drogę na jutro, już widział jasno cel dalszego życia --- zerwał z samym sobą, podeptał całą swoją przeszłość, czuł się teraz jakby nowym człowiekiem, smutnym, ale silnym
i gotowym do walki.</akap>


<akap>Był bardzo blady, postarzał się znacznie przez tę
noc jedną, głęboka zmarszczka ryła mu się przez czoło,
a na twarzy osiadł i jakby zastygł wyraz determinacji,
wykutej dłutem bolesnego poznania.</akap>


<akap_dialog>--- Przegrałem własne szczęście!... Trzeba je stwarzać dla drugich --- szepnął wolno i mocnym, męskim
spojrzeniem, jakby ramionami niezłomnych postanowień
ogarnął miasto uśpione i te obszary nieobjęte, wyłaniające się z mroków nocy.</akap_dialog>


<nota><akap>Ouarville --- Paryż 1897/8.</akap></nota>


</powiesc></utwor>