<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/reymont__ziemia_obiecana__tom_i/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Reymont, Władysław Stanisław</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Ziemia obiecana, tom pierwszy</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Sekuła, Aleksandra</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Modernizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Powieść</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
Publikacja  zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Śląską z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów BŚ.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/ziemia-obiecana-tom-pierwszy</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Władysław St. Reymont, Ziemia obiecana, Tom I, nakładem Gebethnera i Wolffa, Warszawa [ok 1920]</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Władysław St. Reymont zm. 1925</dc:rights>
 <dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1996</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2011-02-24</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/image/Miasto_fabryczne.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Miasto fabryczne, Leon Chwistek (1884-1944, domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6406</dc:relation.coverImage.source>

<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/ziemia-obiecana-tom-pierwszy.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0807-2</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/ziemia-obiecana-tom-pierwszy.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1782-1</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/ziemia-obiecana-tom-pierwszy.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2737-0</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/ziemia-obiecana-tom-pierwszy.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3803-1</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/ziemia-obiecana-tom-pierwszy.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4889-4</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kalamon, Ilona</dc:contributor.editor>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>



<powiesc>



<autor_utworu>Władysław St. Reymont</autor_utworu>






<nazwa_utworu>Ziemia obiecana, tom I</nazwa_utworu>









<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>I</naglowek_rozdzial>




<akap>Łódź się budziła.</akap>


<akap><begin id="b1308031648114-80809002"/><motyw id="m1308031648114-80809002">Świt, Miasto</motyw>Pierwszy wrzaskliwy świst fabryczny rozdarł ciszę
wczesnego poranku, a za nim we wszystkich stronach
miasta zaczęły się zrywać coraz zgiełkliwiej inne i darły
się chrapliwymi, niesfornymi głosami, niby chór potwornych kogutów piejących metalowymi gardzielami hasło
do pracy.</akap>


<akap><begin id="b1308297457017-2778626966"/><motyw id="m1308297457017-2778626966">Maszyna, Potwór</motyw>Olbrzymie fabryki, których długie, czarne cielska
i wysmukłe szyje --- kominy, majaczyły w nocy, w mgle
i w deszczu --- budziły się z wolna, buchały płomieniami
ognisk, oddychały kłębami dymów, zaczynały żyć i poruszać się w ciemnościach, jakie jeszcze zalegały ziemię.<end id="e1308297457017-2778626966"/><end id="e1308031648114-80809002"/></akap>


<akap><begin id="b1308297580468-2002215052"/><motyw id="m1308297580468-2002215052">Deszcz, Wiatr</motyw>Deszcz drobny, marcowy deszcz pomieszany ze
śniegiem padał wciąż i rozwłóczył nad Łodzią ciężki,
lepki tuman<pe><slowo_obce>tuman</slowo_obce> --- mgła.</pe>; bębnił w blaszane dachy i spływał z nich
prosto na trotuary, na ulice czarne i pełne grząskiego
błota, na nagie drzewa przytulone do długich murów,
drżące ze zimna, targane wiatrem, co zrywał się gdzieś
z pól przemiękłych i przewalał się ciężko błotnistymi
ulicami miasta, wstrząsał parkanami, próbował dachów
i opadał w błoto, i szumiał między gałęziami drzew, i bił
nimi w szyby niskiego, parterowego domu, w którym
nagle zabłysło światło.<end id="e1308297580468-2002215052"/></akap>


<akap><begin id="b1308297637154-2294907094"/><motyw id="m1308297637154-2294907094">Sługa</motyw>Borowiecki się obudził, zapalił świecę i równocześnie budzik zaczął dzwonić gwałtownie, wskazując piątą.</akap>


<akap_dialog>--- Mateusz, herbata! --- krzyknął do wchodzącego
lokaja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko gotowe.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panowie śpią jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz będę budził, jeśli pan dyrektor każe, bo
pan Moryc mówił wieczorem, że chce dzisiaj spać dłużej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź obudź.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Klucze już brali?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sam Schwarc wstępował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Telefonował kto w nocy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kunke był na dyżurze, ale odchodząc, nic mi
nie mówił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co słychać na mieście? --- pytał prędko, prędzej jeszcze się ubierając.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nic, ino zaś na Gajerowskim Rynku zaźgali
robotnika.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dosyć, ruszaj.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308297637154-2294907094"/>--- Ale, spaliła się też fabryka Goldberga, na Cegielnianej. Nasza straż jeździła, ale wszystko dobrze poszło, ostały tylko mury. Z suszarni poszedł ogień.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż więcej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nic, wszystko poszło <slowo_obce>fein</slowo_obce><pe><slowo_obce>fein</slowo_obce> (niem.) --- dobrze, świetnie.</pe>, na glanc<pe><slowo_obce>na glanc</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Glanz</slowo_obce>: połysk; świetność) --- na wysoki połysk, doskonale.</pe> --- zaśmiał
się rechocząco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nalewaj herbatę, ja sam obudzę pana Moryca.</akap_dialog>


<akap>Ubrał się i poszedł do sąsiednich pokojów, przechodząc przez stołowy, w którym wisząca u sufitu lampa
rozrzucała ostre, białe światło na stół okrągły, nakryty
obrusem i zastawiony filiżankami i na samowar błyszczący.</akap>


<akap_dialog>--- Maks, piąta godzina, wstawaj! --- zawołał, otwierając drzwi do ciemnego pokoju, z którego buchnęło
duszne, przesycone zapachem fiołków powietrze.</akap_dialog>


<akap>Maks się nie odezwał, tylko łóżko zaczęło trzeszczeć
i skrzypieć.</akap>


<akap_dialog>--- Moryc! --- zawołał do drugiego pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie śpię. Nie spałem całą noc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myślałem o tym naszym interesie, trochę sobie
obliczałem i tak zeszło.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308298027127-3832625671"/><motyw id="m1308298027127-3832625671">Interes, Korzyść, Podstęp</motyw>--- Wiesz, Goldberg się spalił dzisiaj w nocy i to
zupełnie na glanc, jak Mateusz mówi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dla mnie to nie nowina --- odpowiedział, ziewając.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skąd wiedziałeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja miesiąc temu wiedziałem, że on się potrzebuje spalić. Dziwiłem się nawet, że tak długo zwleka,
przecież procentów mu nie dadzą od asekuracji<pe><slowo_obce>asekuracja</slowo_obce> --- tu: ubezpieczenie.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miał dużo towaru?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miał dużo zaasekurowane...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bilans sobie wyrównał.<end id="e1308298027127-3832625671"/></akap_dialog>


<akap>Roześmiali się obaj szczerze.</akap>


<akap>Borowiecki wrócił do stołowego i pił herbatę,
a Moryc, jak zwykle, szukał po całym pokoju różnych
części garderoby i wymyślał Mateuszowi.</akap>


<akap_dialog>--- Ja tobie zbiję ładny kawałek pyska, ja ci z niego
czerwony barchan<pe><slowo_obce>barchan</slowo_obce> (z arab.) --- rodzaj tkaniny bawełniano-lnianej, barwionej jednostronnie, używanej głównie do wyrobu ciepłej bielizny.</pe> zrobię, jak mi nie będziesz składał
wszystkiego porządnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Morgen</slowo_obce><pe><slowo_obce>Morgen</slowo_obce> (z niem.: ranek) --- skrót od <slowo_obce>guten Morgen</slowo_obce>: dzień dobry.</pe>! --- krzyknął przebudzony wreszcie Maks.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wstajesz? Już po piątej.</akap_dialog>


<akap>Odpowiedź zagłuszyły świstawki, które się rozległy
jakby tuż nad domem i ryczały przez kilkanaście sekund
z taką siłą, aż szyby brzęczały w oknach.</akap>


<akap>Moryc, w bieliźnie tylko, z paltem na ramionach,
usiadł przed piecem, w którym wesoło trzaskały szczapy
smolne.</akap>


<akap_dialog>--- Nie wychodzisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie. Miałem jechać do Tomaszowa, bo Weis
pisał do mnie, aby mu sprowadzić nowe gręple<pe><slowo_obce>grępla</slowo_obce> (a. <slowo_obce>grępel</slowo_obce>, <slowo_obce>gręplarka</slowo_obce>) --- urządzenie stosowane do rozczesywania surowych, zmierzwionych włókien bawełnianych, wełnianych, lnianych itp.</pe>, ale
teraz nie pojadę. Zimno mi i nie chce mi się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maks, także zostajesz w domu?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308300049403-359603235"/><motyw id="m1308300049403-359603235">Konflikt, Interes, Grzeczność, Fałsz</motyw>--- Gdzie się będę spieszył? Do tej parszywej budy? A zresztą wczoraj się z fatrem<pe><slowo_obce>fater</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Vater</slowo_obce>) --- ojciec.</pe> pożarłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maks, ty źle skończysz przez to żarcie się ciągłe
ze wszystkimi! --- mruknął niechętnie i surowo Moryc,
rozgrzebując pogrzebaczem ogień.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co cię to obchodzi! --- krzyknął głos z drugiego
pokoju.</akap_dialog>


<akap>Łóżko zatrzeszczało gwałtownie i w drzwiach ukazała się wielka figura Maksa, w bieliźnie tylko i w pantoflach.</akap>


<akap_dialog>--- A właśnie, że mnie to bardzo obchodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj mi spokój, nie irytuj mnie. Karol mnie
obudził diabli wiedzą po co, a ten znowu pyskować
zaczyna.</akap_dialog>


<akap>Gadał głośno, niskim, silnie brzmiącym głosem.</akap>


<akap>Cofnął się do swojego pokoju i po chwili wyniósł
całą garderobę, rzucił ją na dywan i z wolna się ubierał.</akap>


<akap_dialog>--- Ty nam psujesz interes tym swoim żarciem --- zaczął znowu Moryc, <begin id="b1308299455307-73823113"/><motyw id="m1308299455307-73823113">Antysemityzm</motyw>wciskając złote binokle na swój
suchy, semicki nos<end id="e1308299455307-73823113"/>, bo mu się ciągle zsuwały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie? Co? Jak?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszędzie. Wczoraj u Blumentalów powiedziałeś
głośno, że większość naszych fabrykantów to prości złodzieje i oszuści.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedziałem, a jakże i zawsze to będę mówił.</akap_dialog>


<akap>Jakiś niechętny, pogardliwy uśmiech przeleciał mu
po twarzy, gdy patrzył na Moryca.</akap>


<akap_dialog>--- Ty, Maks Baum, mówić tego nie będziesz, mówić ci tego nie wolno, to ja ci powiadam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? --- zapytał cicho i oparł się o stół.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja ci powiem, jeśli tego nie rozumiesz. Przede wszystkim, co ci do tego? Co cię to obchodzi, czy oni
są złodzieje, czy porządni ludzie? My wszyscy razem
jesteśmy tu po to w Łodzi, żeby zrobić geszeft<pe><slowo_obce>geszeft</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Geschäft</slowo_obce>) --- interes.</pe>, żeby
zarobić dobrze. Nikt z nas tutaj wiekować nie będzie.
A każdy robi pieniądze, jak może i jak umie. Ty jesteś
czerwony, ty jesteś radykał pąs nr 4<pe><slowo_obce>pąs nr 4</slowo_obce> --- zapewne: określenie odcienia czerwieni stosowane w przemyśle tekstylnym.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja jestem uczciwy człowiek --- burknął tamten,
nalewając sobie herbatę.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki, oparty o stół łokciami, utopił twarz
w dłoniach i słuchał.</akap>


<akap>Moryc na odpowiedź usłyszaną odwrócił się gwałtownie, aż binokle mu spadły i uderzyły w poręcz krzesła, popatrzył się na Maksa z uśmiechem gryzącej ironii
na wąskich ustach, pogładził cienkimi palcami, na których skrzyły się brylantowe pierścionki, rzadką, czarną
jak smoła brodę i szepnął drwiąco:</akap>


<akap_dialog>--- Nie gadaj Maks głupstw. Tu chodzi o pieniądze. Tu chodzi, żebyś nie wyjeżdżał z tymi oskarżeniami
publicznie, bo to naszemu kredytowi może zaszkodzić.
My mamy założyć fabrykę we trzech, my nic nie mamy,
to my potrzebujemy mieć kredyt i zaufanie u tych, co
go nam dadzą. My teraz potrzebujemy być porządni
ludzie, gładcy, mili, dobrzy. Jak ci Borman powie: ,,Podła Łódź", to mu powiedz, że jest cztery razy podłą --- jemu trzeba przytakiwać, bo to gruba fisz<pe><slowo_obce>fisz</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Fisch</slowo_obce>) --- ryba.</pe>. A coś ty
o nim powiedział do Knolla? Że jest głupi cham. Człowieku, on nie jest głupi, bo on ze swojej mózgownicy
wyciągnął miliony, on te miliony ma, a my je także
chcemy mieć. Będziemy mówić o nich wtedy, jak będziemy mieli pieniądze, a teraz trzeba siedzieć cicho,
oni są nam potrzebni; no, niech Karol powie, czy ja nie
mam racji --- mnie idzie przecież o przyszłość nas trzech.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moryc ma zupełną prawie słuszność --- powiedział twardo Borowiecki, podnosząc zimne, szare oczy
na wzburzonego Maksa.<end id="e1308300049403-359603235"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja wiem, że wy macie rację, łódzką rację, ale
nie zapominajcie, że jestem uczciwy człowiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Frazes, stary, wytarty frazes!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moryc, ty jesteś podły żydziak! --- wykrzyknął
gwałtownie Baum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty jesteś głupi, syntymentalny<pe><slowo_obce>syntymentalny</slowo_obce> --- dziś popr.: sentymentalny.</pe> Niemiec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kłócicie się o wyrazy --- ozwał się chłodno
Borowiecki i zaczął wdziewać palto. --- Żałuję, że nie
mogę zostać z wami, ale puszczam w ruch nową drukarnię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nasza wczorajsza rozmowa na czym stanęła? --- zapytał spokojnie już Baum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zakładamy fabrykę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie
ma nic --- zaśmiał się głośno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle,
żeby założyć wielką fabrykę. Cóż stracimy? Zarobić
zawsze można --- dorzucił po chwili. --- Zresztą, albo
robimy interes, albo interesu nie robimy. Powiedzcie
raz jeszcze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robimy, robimy! --- powtórzyli obaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to, Goldberg się spalił? --- zapytał Baum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, zrobił sobie bilans. Mądry chłop, zrobi
miliony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo skończy w kryminale.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupie słowo! --- żachnął się niecierpliwie Moryc. --- Ty sobie takie rzeczy gadaj w Berlinie, w Paryżu, w Warszawie, ale w Łodzi nie gadaj. To nieprzyjemne słowa, nam oszczędź ich.
</akap_dialog>


<akap>Maks się nie odezwał.</akap>



<akap>Świstawki znowu zaczęły podnosić swoje przenikliwe, denerwujące głosy i śpiewały coraz potężniej
hejnał poranny.</akap>


<akap_dialog>--- No, muszę już iść. Do widzenia, spólnicy, nie
kłóćcie się, idźcie spać i śnijcie o tych milionach, jakie
zrobimy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zrobimy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zrobimy! --- powiedzieli razem.</akap_dialog>


<akap>Uścisnęli sobie mocno, po przyjacielsku dłonie.</akap>


<akap_dialog>--- Zapisać trzeba dzisiejszą datę; będzie ona dla
nas bardzo pamiętną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dodaj tam, Maksie, taki nawias, kto z nas najpierw zechce okpić drugich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty, Borowiecki, jesteś szlachcic, masz na biletach wizytowych herb, kładłeś nawet na prokurze<pe><slowo_obce>prokura</slowo_obce> --- pełnomocnictwo.</pe> swoje
<slowo_obce>von</slowo_obce>, a jesteś największym z nas wszystkich <slowo_obce>Lodzermenschem</slowo_obce> --- szepnął Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty nim nie jesteś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja przede wszystkim mówić o tym nie potrzebuję, bo ja potrzebuję zrobić pieniądze. Wy i Niemcy to dobre narody, ale do gadania.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki podniósł kołnierz, pozapinał się starannie i wyszedł.</akap>


<akap>Deszcz mżył bezustannie i zacinał skośnie, aż do
pół okien małych domków, co w tym końcu Piotrkowskiej ulicy stały gęsto przy sobie, gdzieniegdzie tylko
jakby rozepchnięte olbrzymem fabrycznym lub wspaniałym pałacem fabrykanta.</akap>


<akap>Szeregi niskich lip na trotuarze gięły się automatycznie pod uderzeniem wiatru, który hulał po błotnistej,
prawie czarnej ulicy, bo rzadkie latarnie rozsiewały tylko
koła niewielkie żółtego światła, w którym błyszczało
czarne, lepkie błoto na ulicy i migały setki ludzi, w ciszy wielkiej a z pośpiechem szalonym biegnących na
głos tych świstawek, co teraz coraz rzadziej odzywały
się dokoła.</akap>


<akap_dialog>--- Zrobimy? --- powtórzył Borowiecki, przystając
i topiąc spojrzenie w tym chaosie kominów, majaczących w ciemności; w tej masie czarnej, nieruchomej,
dzikiej jakimś kamiennym spokojem fabryk, co stały
wszędzie i ze wszystkich stron zdały się wyrastać przed
nim czerwonymi, potężnymi murami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Morgen</slowo_obce>! --- rzucił ktoś stojącemu, biegnąc dalej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Morgen</slowo_obce>... --- szepnął i poszedł wolniej.</akap_dialog>


<akap>Gryzły go wątpliwości, tysiące myśli, cyfr, przypuszczeń i kombinacji przewijało mu się pod czaszką,
zapominał prawie, gdzie jest i dokąd idzie.</akap>


<akap><begin id="b1308301595983-2252583712"/><motyw id="m1308301595983-2252583712">Robotnik, Tłum</motyw>Tysiące robotników, niby ciche, czarne roje, wypełzło nagle z bocznych uliczek, które wyglądały jak
kanały pełne błota, z tych domów, co stały na krańcach
miasta niby wielkie śmietniska --- napełniło Piotrkowską
szmerem kroków, brzękiem blaszanek błyszczących
w świetle latarń, stukiem suchym drewnianych podeszew
trepów i gwarem jakimś sennym oraz chlupotem błota
pod nogami.</akap>


<akap>Zalewali całą ulicę, szli ze wszystkich stron, zapełniali trotuary, człapali się środkiem ulicy, pełnej czarnych kałuż wody i błota. Jedni ustawiali się bezładnymi
kupami przed bramami fabryk, drudzy, uszeregowani
w długiego węża, znikali w bramach, jakby połykani
z wolna przez buchające światłem wnętrza.<end id="e1308301595983-2252583712"/></akap>


<akap><begin id="b1308301717654-3705008901"/><motyw id="m1308301717654-3705008901">Światło, Miasto</motyw>W ciemnych głębiach zaczęły buchać światła. Czarne,
milczące czworoboki fabryk błyskały nagle setkami płomiennych okien i niby ognistymi ślepiami świeciły. Elektryczne słońca nagle zawisały w cieniach i skrzyły się
w próżni.</akap>


<akap><end id="e1308301717654-3705008901"/>Białe dymy zaczęły bić z kominów i rozwłóczyć
się pomiędzy tym potężnym kamiennym lasem, co tysiącami kolumn zdawał się podpierać i jakby chwiał się
w drganiach światła elektrycznego.</akap>


<akap>Ulice opustoszały, gaszono latarnie, ostatnie świstawki przebrzmiały, cisza pełna chlupotu deszczu, coraz
cichszych poświstywań wiatru, rozwłóczyła się po ulicy.</akap>


<akap>Otwierano szynki i piekarnie, a gdzieniegdzie, w jakimś okienku na poddaszu lub w suterynach, do których sączyło się uliczne błoto, błyskały światła.</akap>


<akap>Tylko w setkach fabryk wrzało życie wysilone,
gorączkowe; głuchy łoskot maszyn drżał w powietrzu
mglistym i obijał się o uszy Borowieckiego, który wciąż
spacerował po ulicy i patrzył w okna fabryk, za którymi
rysowały się czarne sylwetki robotników lub olbrzymie
kontury maszyn.</akap>


<akap><begin id="b1308301961188-528137720"/><motyw id="m1308301961188-528137720">Praca, Marzenie, Bogactwo</motyw>Nie chciało mu się iść do roboty. Było mu dobrze
tak chodzić i myśleć o tej przyszłej fabryce, urządzać
ją, puszczać w ruch, pilnować. Tak się zatapiał w tym
rozmarzeniu, że chwilami najwyraźniej słyszał około
siebie i czuł tę przyszłą fabrykę. Widział stosy materiałów, widział kantor, kupujących, szalony ruch, jaki
panował. Czuł jakąś wielką falę bogactw płynącą mu
pod stopy.</akap>


<akap>Uśmiechał się bezwiednie, oczy mu wilgotnymi
blaskami świeciły, na bladą, piękną twarz występowały
rumieńce głębokiej radości. Pogładził nerwowo brodę
mokrą od deszczu i oprzytomniał.</akap>


<akap_dialog>--- Co za głupstwo --- szepnął niechętnie i obejrzał się dokoła, jakby z obawy, czy kto nie widział tej
chwilowej słabości.<end id="e1308301961188-528137720"/></akap_dialog>


<akap>Nie było nikogo, ale już szarzało, ze słabego, przemglonego świtu zaczynały powoli wychylać się kontury
drzew, fabryk i domów.</akap>


<akap>Piotrkowską zaczynały ciągnąć od rogatek sznury
chłopskich wozów, od miasta turkotały po wybojach
olbrzymie wozy towarowe ładowane węglem i platformy
naładowane przędzą, bawełną w belach, surowym towarem lub beczkami, a pomiędzy nimi przemykały pospiesznie małe bryczki lub powoziki fabrykantów spieszących do zajęć, lub tłukła się z hałasem dorożka wioząca zapóźnionego oficjalistę<pe><slowo_obce>oficjalista</slowo_obce> (z łac. <slowo_obce>officium</slowo_obce>: służba, urząd) --- urzędnik.</pe>.</akap>


<akap>Borowiecki przy końcu Piotrkowskiej skręcił na
lewo, w małą, niebrukowaną uliczkę, oświetloną kilkoma
latarniami na sznurach i olbrzymią fabryką, która już
szła<pe><slowo_obce>szła</slowo_obce> --- tu: pracowała, funkcjonowała.</pe>. Długi czteropiętrowy budynek świecił wszystkimi
oknami.</akap>


<akap>Przebrał się szybko w zafarbowaną, brudną bluzę
i pobiegł do swojego oddziału.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>II</naglowek_rozdzial>




<akap_dialog>--- Murray dzień dobry! --- krzyknął Borowiecki.</akap_dialog>


<akap>Murray okręcony w długi, niebieski fartuch, wysunął się spoza rzędów ruchomych kotłów, w których
się gotowały i robiły farby. W mdłym świetle elektrycznym, przesyconym kolorowymi parami, jego długa, koścista twarz starannie wygolona i świecąca blado-niebieskimi, jakby wypełzłymi<pe><slowo_obce>wypełzły</slowo_obce> --- wyblakły.</pe> oczami, robiła wrażenie karykatury z Puncha<pe><slowo_obce>Punch</slowo_obce> (ang. cios) --- tygodnik satyryczny ukazujący się w Wielkiej Brytanii latach 1841--1992 i 1996--2002; czasopismo publikowało serie rysunków satyrycznych z rymowanym komentarzem (prototyp komiksu), współpracowali z nim sławni pisarze, m.in. autor <tytul_dziela>Pierścienia i Róży</tytul_dziela> William Makepeace Thackeray czy twórca <tytul_dziela>Kubusia Puchatka</tytul_dziela>, Alan Alexander Milne.</pe>.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308303308833-3118220935"/><motyw id="m1308303308833-3118220935">Antysemityzm</motyw>--- A, Borowiecki! Chciałem widzieć pana, byłem
u was wieczorem, zastałem Moryca, ale że ja go nie
cierpię, nie czekałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobry chłopak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co mi do jego dobroci! Nie cierpię jego rasy.<end id="e1308303308833-3118220935"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Drukują już pięćdziesiąty siódmy numer?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Drukują. Wydałem farbę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzyma się?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pierwsze metry nieco lakowała. Przysłali z centrali zamówienie na pięćset sztuk tej pańskiej lamy<pe><slowo_obce>lama</slowo_obce> --- tkanina o osnowie jedwabnej; szyto z niej daw. wytworne stroje, szaty liturgiczne oraz używano do dekoracji wnętrz; złotogłów.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, dwudziesty czwarty numer, seledynowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I z filii Bech telefonował o to samo. Czy będziemy robić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzisiaj już nie. Mamy bojki pilne, mamy jeszcze
pilniejsze do drukowania te letnie korty<pe><slowo_obce>kort</slowo_obce> --- tkanina wełniana o skośnym splocie używana głównie na ubrania męskie.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Telefonowali o barchan numer siódmy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W apreturze<pe><slowo_obce>apretura</slowo_obce> --- wykańczanie, uszlachetnianie tkanin.</pe>. Muszę tam zaraz iść.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałem panu coś powiedzieć...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham, słucham! --- szepnął grzecznie, ale
z pewną niechęcią.</akap_dialog>


<akap>Murray ujął go pod rękę i odprowadził w kąt za
wielkie beczki, z których co chwila czerpano farby.</akap>


<akap>Kuchnia, bo tak nazywano tę salę, tonęła
w zmroku. Pod okapami wiszącymi nisko, niby pod
stalowymi parasolami kręciły się wolno, automatycznie,
szerokie miedziane mieszadła, przegarniające farby w wielkich kotłach, błyszczących miedzią polerowaną.</akap>


<akap>Budynek cały drżał od ruchu maszyn.</akap>


<akap>Długie transmisje, niby węże blado-żółte, nieskończonej długości, goniły się z szaloną szybkością pod sufitem, przewijały się nad podwójnym szeregiem kotłów,
pełzały wzdłuż ścian, krzyżowały się wysoko, ledwie
dojrzane w obłoku gryzących kolorowych par, co buchały ustawicznie z kotłów i przyciemniały światło i uciekały wśród murów, przez wszystkie otwory do innych sal.</akap>


<akap>Sylwetki robotników w koszulach umazanych farbami przemykały cicho i jak cienie ginęły w zmroku,
wózki z łoskotem wjeżdżały i wyjeżdżały obładowane
farbami gotowymi, które wiozły do drukarni i farbiarni.</akap>


<akap>Ostry straszliwie zapach siarki rozchodził się
wszędzie.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308305104438-953066986"/><motyw id="m1308305104438-953066986">Zaręczyny, Kaleka, Kobieta, Mężczyzna, Dom</motyw>--- Kupiłem wczoraj meble --- szeptał cicho do
ucha Borowieckiemu. --- Uważasz pan, do saloniku kupiłem żółte jedwabne w stylu empire. Do jadalnego
obstalowałem dębowe w stylu Henryka IV, a do buduaru...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A kiedyż się pan żeni? --- przerwał mu dosyć
niecierpliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, nie wiem jeszcze. Chociaż ja chciałbym
jak najprędzej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To już po oświadczynach? --- spojrzał dosyć
ironicznie na zgarbionego i dosyć śmiesznie wyglądającego Anglika; jego garb wydał mu się teraz potwornym,
a on sam przypominał małpę tą długą, wystającą szczęką
i szerokimi ustami, niezmiernie ruchliwymi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jakby już. W niedzielę właśnie powiedziała
mi, jak by chciała mieć urządzone mieszkanie. Wypytałem
się szczegółowo, odpowiadała tak, jak odpowiadają kobiety, gdy idzie o ich przyszłe gospodarstwo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ostatnim razem myślałeś pan tak samo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, ale nie miałem takiej pewności ani w połowie! --- zaręczał gorąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, kiedy tak, to winszuję panu szczerze, kiedyż
poznam narzeczoną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na wszystko przyjdzie czas, na wszystko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlatego też wierzę, iż się pan w końcu ożeni --- szepnął drwiąco.<end id="e1308305104438-953066986"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może byś pan przyszedł jutro do mnie, dobrze?
Chciałem koniecznie usłyszeć pańskie zdanie o tych
meblach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale kiedy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po obiedzie.</akap_dialog>


<akap>Murray wrócił do farb i laboratorium, a Borowiecki pobiegł dalej do farbiarni przez korytarze i przejścia zapchane wózkami naładowanymi towarem ociekającym wodą, ludźmi i stosami towaru leżącego na ziemi
w wielkich kupach, oczekującego swojej kolei.</akap>


<akap>Co chwila zastępowano mu drogę z najrozmaitszymi
interesami.</akap>


<akap>Wydawał krótkie rozkazy, szybko decydował, pospiesznie informował, czasem obejrzał próbkę z farby,
jaką mu przynosił robotnik, rzucał stanowczo:</akap>


<akap_dialog>--- Dobre lub jeszcze --- <begin id="b1308305208708-2308442241"/><motyw id="m1308305208708-2308442241">Piekło, Maszyna, Potwór</motyw>i leciał dalej wśród spojrzeń setek robotniczych i szumu fabryki, co niby piekło
wrzała chaosem.</akap_dialog>


<akap>Wszystko się trzęsło; ściany, sufity, maszyny, podłogi, huczały motory, świszczały przenikliwie pasy
i transmisje, turkotały po asfaltowej podłodze wózki,
szczękały czasem koła rozpędowe, zgrzytały tryby, leciały
wskroś tego morza rozbitych drgań jakieś krzyki lub
rozlegał się potężny, huczący oddech maszyny głównej.<end id="e1308305208708-2308442241"/></akap>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki!</akap_dialog>


<akap>Wytężył oczy, bo wśród par, jakie zalegały całą
farbiarnię, nie było nic prawie widać, prócz słabych zarysów maszyn. Nie wiedział, kto woła.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki!</akap_dialog>


<akap>Drgnął, bo go ujęto pod ramię.</akap>


<akap_dialog>--- A, pan prezes --- szepnął, poznawszy właściciela fabryki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja pana gonię, ale pan dobrze uciekasz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robota, panie dyrektorze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak, ja to rozumiem. Zmęczyłem się na
śmierć --- trzymał go silnie za ramię, zamilkł i dyszał
ciężko ze zmęczenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idzie, co? --- zapytał po chwili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robi się --- rzucił krótko i szedł naprzód.</akap_dialog>


<akap>Fabrykant uczepiony u jego ramienia wlókł się
ciężko, podpierał się grubą laską i zgarbiony prawie we
dwoje, podnosił okrągłe czerwone oczy jastrzębie i twarz
dużą, świecącą, okrągłą, ozdobioną małymi baczkami i wąsami przyciętymi równo.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż, te watsony<pe><slowo_obce>watson</slowo_obce> --- typ maszyny farbiarskiej. </pe> dobrze działają?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po piętnaście tysięcy metrów dziennie drukują.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mało --- mruknął cicho, puścił jego ramię
i przysiadł na wózku pełnym surowego perkalu, obciągnął gruby kaftan, w jaki był ubrany, podparł się laską
i siedział.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki pobiegł do wielkich kadzi farbiarskich,
nad którymi, na wielkich wałach rozwinięte zwoje materiałów kręciły się w kółko i kąpały w farbie, rozpryskując ją na twarze i koszule robotników, którzy
stali nieruchomie, co chwila czerpiąc z kadzi wodę dłonią i patrząc, czy jest w niej jeszcze farba, którą wyciągał materiał.</akap>


<akap>Kilkadziesiąt tych wałów ustawionych rzędem toczyło się wciąż w kółko, z męczącą jednostajnością,
długie, poskręcane zwoje materiałów pławiły się w farbach i błyskały w mgle matowymi plamami czerwieni,
błękitu i ochry.</akap>


<akap>Z drugiej strony za podwójnym rzędem żelaznych
słupów, podtrzymujących wyższe piętra fabryki i rozrośniętych gęsto po olbrzymiej sali, stały płuczkarnie;
długie skrzynie, pełne wrzącej wody pieniącej się sodą,
praczek mechanicznych, wyżymaczek, mydła, przez które
przesuwał się surowy materiał; bryzgi rozbitej trzepaczkami wody rozsypywały się na salę i tworzyły nad
praczkarniami tak gęsty tuman, że światła paliły się zaledwie jakby odbite w lustrze.</akap>


<akap>Mechaniczne odbieracze szczękały, odbierając wyprany już towar, na siebie, niby na rozkrzyżowane ręce
i oddawały go robotnikom, którzy prętami układali go
w wielkie fałdy na wózki, podsuwane co chwila.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki! --- zawołał fabrykant do jakiegoś cienia, co się wychylił z mgieł, ale to nie był
Borowiecki.</akap_dialog>


<akap>Podniósł się i wlókł swoje chore zreumatyzmowane
nogi po sali, kąpał się z rozkoszą w tej rozpalonej atmosferze. Zatapiał swoje schorowane ciało w sali pełnej
oparów, ostrych zapachów farb, wody pryskającej z płuczkarek i z kadzi, ściekającej z wózków, chlupiącej pod
nogami, lejącej się ze sufitów, z których skroplona para
opadała prawie strumieniami.</akap>


<akap>Szalony, podobny do drgającego jęku, szczęk centryfugi<pe><slowo_obce>centryfuga</slowo_obce> --- wirówka do rozdzielania mieszanin złożonych ze składników różnej gęstości.</pe>, wyciągającej wodę z materiałów, przenikał całe
sale, wświdrowywał się w nerwy robotników pilnujących,
wpatrzonych w robotę i pochłoniętych zupełnie czuwaniem nad maszynami i rozbijał się o kolorowe, powiewające niby sztandary, materiały na odbieraczach.</akap>


<akap>Borowiecki teraz był w sąsiedniej sali, gdzie na
niskich angielskich maszynach starego systemu farbowano ordynarny<pe><slowo_obce>ordynarny</slowo_obce> (daw.) --- zwykły.</pe> czarny towar na męskie ubrania.</akap>


<akap><begin id="b1308306195263-1574641503"/><motyw id="m1308306195263-1574641503">Robotnik, Maszyna</motyw>Dzień wlewał się setkami okien i kładł zielonawy
ton na czarne opary i na robotników, co niby kolumny
z bazaltu stali nieruchomi, z założonymi rękami, wpatrzeni w maszyny, przez które przesuwały się dziesiątki
tysięcy metrów gryzione przez spienione, bryzgające,
czarne farby.</akap>


<akap>Mury drżały ciągle. Fabryka pracowała wszystkimi
mięśniami.<end id="e1308306195263-1574641503"/></akap>


<akap>Windy, osadzone w murach, łączyły dół fabryki
z jej czterema piętrami wierzchu. Co chwila rozlegał się
głuchy szczęk w innej stronie sali, to winda brała lub
wyrzucała z siebie wózki, towary, ludzi...</akap>


<akap>Dzień i do wielkiej sali zaczął zaglądać, brudne
światło wciskało się przez małe zapocone szybki, zasnute
brudem i parą, wyłaniając z nich zarysy pełniejsze maszyn i ludzi, ale w tym szaro-zielonawym świetle, po
którym pływały długie smugi czerwonych oparów i gdzie
pyliły się nimby gazowych świateł --- i ludzie, i maszyny
wyglądali jak nieprzytomni, jak widziadła porwane straszną
siłą ruchu; jak jakieś strzępy, pyły, drzazgi skłębione,
splątane, rzucone w wir, który z hukiem się przewalał.</akap>


<akap>Herman Bucholc, właściciel fabryki, gdy obejrzał
farbiarnię, powlókł się dalej.</akap>


<akap>Przechodził pawilony, podnosił się w górę windami,
schodził schodami, sunął się długimi korytarzami, przyglądał się maszynom, oglądał towar, rzucał czasem posępnym okiem na ludzi, czasem rzekł jakieś krótkie
słowo, które jak błyskawica oblatywało całą fabrykę,
odpoczywał na stosach sztuk, czasem na progach; niknął,
aby za chwilę pokazać się w innej stronie fabryki, przy
składach węgla, pomiędzy wagonami, których rzędy stały
z jednej strony olbrzymiego czworoboku dziedzińca, ogrodzonego niby parkanem, murami fabryki.</akap>


<akap>Był wszędzie, a chodził jak noc jesienna ponury
i milczący; gdzie się tylko zjawił, gdzie przeszedł, rozmowy milkły, twarze się pochylały, oczy przestawały
widzieć, postacie się zginały i kurczyły, jakby chcąc ujść
spod promienia jego oczów.</akap>


<akap>Spotykał się kilkakrotnie z Borowieckim, biegającym ustawicznie po oddziale.</akap>


<akap>Spoglądali na siebie przyjaźnie.</akap>


<akap><begin id="b1308306403389-3749770322"/><motyw id="m1308306403389-3749770322">Praca, Pieniądz</motyw>Herman Bucholc lubił swojego dyrektora drukarni,
więcej, on go szacował na całe te 10 000 rubli, jakie
mu płacił rocznie.</akap>


<akap_dialog>--- To jest najlepsza moja maszyna w tym oddziale --- myślał, patrząc na niego.</akap_dialog>


<akap><end id="e1308306403389-3749770322"/>Sam już się nie zajmował niczym, zięć prowadził
fabrykę, a on wskutek przyzwyczajenia całego życia co
rano przychodził do niej razem z robotnikami.</akap>


<akap>W fabryce jadał śniadanie i przesiadywał do południa, a po obiedzie, jeśli nie jeździł do miasta, to łaził
po kantorach, składach, magazynach bawełny.</akap>


<akap>Nie mógł żyć z dala od tego potężnego królestwa,
które stworzył pracą własną całego życia i mocą swojego geniuszu przemysłowego, musiał czuć pod nogami,
w sobie, te roztargane, trzęsące się mury; czuł się dopiero dobrze, przedzierając się przez przędzę transmisji
i pasów, rozwleczoną po całej fabryce, wśród ostrych
zapachów farb, blichowni<pe><slowo_obce>blichownia</slowo_obce> --- maszyna do odtłuszczania i bielenia materiału.</pe>, surowego materiału i smarów rozgrzanych w tym upale strasznym.</akap>


<akap>Siedział teraz w drukarni i przysłoniętymi oczyma
patrzył na salę, jasno oświetloną wielkimi oknami, na
maszyny drukarskie w ruchu, na te piramidy żelazne
pracujące pospiesznie i w jakiejś groźnej ciszy.</akap>


<akap>Przy każdej drukarce osobna maszyna parowa
świstała swym kołem pociągowym, które niby srebrne,
wypolerowane tarcze, migotały z taką szaloną szybkością,
że nie można było pochwycić konturów, a tylko jakiś
nimb<pe><slowo_obce>nimb</slowo_obce> (z łac. <slowo_obce>nimbus</slowo_obce>: chmura) --- świetlista aura, poświata, aureola.</pe> srebrny wirował dokoła swojej osi i rozpylał świetlany, roziskrzony tuman.</akap>


<akap>Maszyny działały z nieustającym ani na chwilę pośpiechem; długie nieskończenie pasy materiałów, co się
przewijały pomiędzy walcami miedzianymi, odciskającymi
na nich barwy deseni, ginęły w górze, na wyższym piętrze, w suszarni.</akap>


<akap>Ludzie z tyłu maszyn podkładający towar do drukowania, poruszali się sennie, a majstrowie stali przed
maszynami, co chwila któryś się pochylał, przypatrywał
walcom, dolewał farby z wielkich kadzi, patrzył na materiał, i znowu stał zapatrzony w te tysiące metrów,
biegnących z szalonym pośpiechem.</akap>


<akap>Borowiecki wpadał do drukarni, aby śledzić działanie świeżo umontowanych<pe><slowo_obce>umontowany</slowo_obce> --- dziś: zamontowany.</pe> maszyn, porównywał próbki
ze świeżo drukowanymi materiałami, wydawał polecenia,
czasem na jego skinienie zatrzymano działający kolos,
oglądał szczegółowo i szedł dalej znowu, bo ten potężny
rytm fabryki, te setki maszyn, tysiące ludzi śledzących
z najwyższą, prawie pobożną uwagą za ich działaniem,
te góry towarów leżących, przewożonych wózkami, snujących się przez sale z pralni do farbiarni, z farbiarni
do suszarni, stamtąd do apretury i w dziesięć jeszcze
innych miejsc nim wyszły gotowe --- porywał go.</akap>


<akap>Chwilami tylko siadał w swoim gabinecie, położonym przy ,,kuchni" i tam, w przerwie pomiędzy kombinowaniem nowych deseni, oglądaniem przysłanych
z zagranicy próbek, których olbrzymie, naklejone w albumy, stosy leżały po stołach --- zamyślał się, a raczej
próbował myśleć o sobie, o tym projekcie fabryki planowanej łącznie z przyjaciółmi --- ale nie mógł zebrać
myśli, nie mógł ani na chwilę zamknąć się w sobie, bo
ta fabryka, której szum huczał w jego gabinecie, której
ruch i pulsowanie czuł we własnych nerwach, w tętnie
krwi nieomal, nie pozwalała się odosobnić, ciągnęła nieprzeparcie, zmuszała do służby i warowania każdego,
który krążył w jej orbicie.</akap>


<akap>Zrywał się i biegł znowu, ale dzień mu się strasznie
dłużył, tak, że około czwartej poszedł do kantoru, który
był w innym oddziale, aby wypić herbaty i zatelefonować
do Moryca, aby był dzisiaj w teatrze, gdzie dawano
przedstawienie amatorskie na jakiś cel dobroczynny.</akap>


<akap_dialog>--- Pan Welt dopiero z pół godziny jak od nas
wyszedł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tutaj był?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Brał pięćdziesiąt sztuk białego towaru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dla siebie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, na zlecenie Amfiłowa, do Charkowa. Cygarem można służyć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Owszem, zapalę, bo jestem diablo zmęczony.</akap_dialog>


<akap>Zapalił i siadł na wysokim taburecie<pe><slowo_obce>taburet</slowo_obce> --- dziś: taboret.</pe>przed pustym
biurkiem.</akap>


<akap>Główny buchalter kantoru, który go z uniżonością
traktował cygarem, stał przed nim, napychając sobie
fajkę tytoniem, kilku młodych chłopaków, usadowionych
na wysokich kobyłkach, pisało w wielkich, czerwono
poliniowanych książkach.</akap>


<akap>Cisza, jaka tutaj panowała, drażniący skrzyp piór,
monotonne cykanie zegaru<pe><slowo_obce>zegaru</slowo_obce> --- dziś popr. forma D. lp: zegara.</pe>, denerwująco działały na Borowieckiego.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż słychać, panie Szwarc? --- zapytał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rosenberg się załamał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zupełnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiadomo jeszcze, ale ja myślę, że się będzie układał, no, bo co za interes robić zwykłą klapę? --- zaśmiał się cicho i przybijał palcem wilgotny tytoń
w fajce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Firma traci?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To zależy od tego, ile będzie płacił za sto.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bucholc wie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie był jeszcze dzisiaj u nas, ale jak się dowie,
zabolą go odciski; jest czuły na straty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jego szlag może trafić --- szepnął któryś z pochylonych przy robocie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Byłaby szkoda!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo wielka, niech Bóg broni!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech żyje sto lat, niech ma sto pałaców, sto
milionów, sto fabryk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I niech go razem sto choler ciśnie! --- szepnął
cicho któryś.</akap_dialog>


<akap>Cisza się zrobiła.</akap>


<akap>Szwarc patrzył groźnie na piszących, to na Borowieckiego, jakby chciał się usprawiedliwiać, że on nic
nie winien, ale Borowiecki znudzonym wzrokiem patrzył
w okno.</akap>


<akap>W kantorze panowała atmosfera przytłaczającej
nudy.</akap>


<akap>Ściany aż po sufit wyłożone drzewem malowanym
na dąb, pełne półek i ksiąg, rozstawionych systematycznie, żółciły się smutnie.</akap>


<akap>Naprost<pe><slowo_obce>naprost</slowo_obce> --- dziś: na wprost; naprzeciwko. </pe> okien stał wielki, czteropiętrowy budynek,
z nagiej, czerwonej cegły i rzucał szaro-rdzawy, przygnębiający refleks do kantoru.</akap>


<akap>Przez podwórko wylane asfaltem, po którym turkotały od czasu do czasu wózki i przechodzili ludzie,
w kilku kierunkach biegły na wysokości pierwszego
piętra grube, jak ramiona atlety, transmisje, warcząc
głucho, od czego szyby w kantorze ustawicznie drżały.</akap>


<akap>Wysoko nad fabryką wisiało niebo ciężką, brudną
płachtą, z której ściekał drobny deszcz i spływał po zabrudzonych murach smugami jeszcze brudniejszymi i sączył się po oknach kantoru, zakurzonych pyłem węglowym i bawełnianym, niby wstrętne plwociny.</akap>


<akap>W kącie kantoru, nad gazem, zaczął szumieć samowar.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308309031547-1955762533"/><motyw id="m1308309031547-1955762533">Antysemityzm, Pozycja społeczna</motyw>--- Panie Horn, może pan dać mi herbaty?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może pan dyrektor zechce butersznicik<pe><slowo_obce>butersznicik</slowo_obce> (z niem.) --- kromka chleba z masłem, kanapka; tu: zdrobn.</pe>! --- ofiarowywał uprzejmie Szwarc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tylko trochę koszerny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To znaczy, że lepszy niźli pan jadasz, panie
von Horn!</akap_dialog>


<akap>Horn przyniósł herbatę i zatrzymał się na chwilę.</akap>


<akap_dialog>--- Co panu jest? --- zapytał go Borowiecki, który
z nim znał się bliżej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic --- odparł krótko i powlókł nienawistnym
spojrzeniem po Szwarcu, który rozwijał butersznity z gazety i układał je przed Borowieckim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyglądasz pan bardzo źle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panu Horn nie służy fabryka. Po salonach
trudno mu się przyzwyczaić do kantoru i do roboty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bydlę albo inny parszywiec może się łatwo
przyzwyczaić do jarzma, ale człowiekowi trudniej --- syknął ze złością, ale tak cicho, że Szwarc nie zrozumiał
słów<end id="e1308309031547-1955762533"/>, spojrzał uważnie, uśmiechnął się tępo i szepnął:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie von Horn! Panie von Horn! Może pan
dyrektor spróbuje, jest tu kombinacja szynki z pulardą,
bardzo dobra, moja żona jest sławna z tego.</akap_dialog>


<akap>Horn odszedł, usiadł przy biurku i błądził spojrzeniem po murach czerwonych, po oknach, za którymi
bieliły się stosy szarpanej do przędzenia bawełny.</akap>


<akap_dialog>--- Daj mi pan jeszcze herbaty.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki chciał go wybadać.</akap>


<akap>Horn herbatę przyniósł i nie podnosząc oczów, zawrócił się do odejścia.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Horn, może pan za jakie pół godziny
przyjdzie do mnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, panie dyrektorze. Ja nawet miałem
interes i w tym celu jutro się wybierałem do pana.
A może pan teraz zechcesz wysłuchać?</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308310973110-1360580500"/><motyw id="m1308310973110-1360580500">Wdowa, Matka, Robotnik</motyw>Chciał coś poufnie szepnąć, ale do kantoru weszła
kobieta, czworo dzieci wpychając przed sobą.</akap>


<akap_dialog>--- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! --- szepnęła cicho, ogarnęła wzrokiem te wszystkie głowy,
co się podniosły znad pulpitów, schyliła się pokornie
do nóg Borowieckiego, bo stał najbliżej i miał najbardziej pokaźną twarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wielmożny panie dziedzicu, a to z prośbą przyszłam, wedle tego, co mojemu mężowi głowę urwało
w maszynie, co ja teraz sierota biedna z dzieciami, co
my jesteśmy biedne. Tom przyszła dopraszać się sprawiedliwości, aby mi pan dziedzic dał wspomożenie jako
mojemu mężowi urwało głowę w maszynie. Wielmożny
panie dziedzicu --- i schyliła się znowu do kolan Borowieckiego, wybuchając płaczem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za drzwi, wynosić się, tutaj takich spraw nie
załatwia się! --- krzyknął Szwarc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho pan bądź! --- zawołał na niego Borowiecki po niemiecku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proszę pana, ona już od pół roku nachodzi
wszystkie oddziały i kantory nasze, nie można się jej
pozbyć niczym..</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dlaczego niezałatwione?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan się pyta? Ten cham umyślnie podłożył łeb
pod koło, jemu się nie chciało pracować, a jemu się
chciało okraść fabrykę! My teraz mamy płacić na jego
babę i bękarty!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty parchu jeden, to moje dzieci bękarty! --- wykrzyknęła kobieta, w pasji przyskakując do Szwarca,
który cofnął się za stół.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho kobieto! Niech pani uspokoi się i coby
te małe panowie nie płakali --- zawołał przestraszony,
wskazując na dzieci, które uczepiły się matki i krzyczały
wniebogłosy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wielmożny dziedzicu, jużci że prawda co od
samych kopań chodzę i cięgiem mi obiecują, że zapłacą,
cięgiem chodzę i proszę, to mnie cyganią ino i wyciepują<pe><slowo_obce>wyciepywać</slowo_obce> (gwar.) --- wyrzucać.</pe> kiej<pe><slowo_obce>kiej</slowo_obce> (gwar.) --- niby, niczym.</pe> sukę za drzwi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uspokójcie się, pomówię dzisiaj z właścicielem,
przyjdźcie tutaj za tydzień, to wam zapłacą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ażeby ci Pan Jezus i ta Częstochowska szczęściła na zdrowiu, na majątku, na honorze, o mój dziedzicu kochany!
--- wykrzykiwała, przypadając mu do
nóg, całując go po rękach.<end id="e1308310973110-1360580500"/></akap_dialog>


<akap>Wydarł się jej i wyszedł, ale przystanął w wielkiej
sieni i gdy wychodziła, zapytał:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308311509708-505481162"/><motyw id="m1308311509708-505481162">Miasto, Wieś, Praca, Bieda</motyw>--- Z których wy stron?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Adyć panie, jaże<pe><slowo_obce>jaże</slowo_obce> (gwar.) --- aż.</pe> z pod Skierniewiec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dawno w Łodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A będzie ze dwa roki jak my się tutaj przenieśli na swoje zatracenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodzicie gdzie do roboty?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bo mnie to chcą gdzie przyjąć te poganiny,
te heretyki zapowietrzone, a po drugie kaj<pe><slowo_obce>kaj</slowo_obce> (gwar.) --- gdzie.</pe> ja ostawię
swoje sieroty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z czegóż żyjecie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bidujem, wielmożny panie, bidujem. Mieszkam
na Bałutach z jednymi weberami i jaże całe trzy ruble
płacę za pomieszkanie miesięcznie. Póki mój nieboszczyk
żył, to choćby często gęsto było ze solą albo i z głodem, ale się ta żyło, a teraz kiej<pe><slowo_obce>kiej</slowo_obce> (gwar.) --- kiedy, gdy.</pe> jego nie stało, to chodzę na Stare Miasto do posługi, czasem kto zawoła do
prania i tak jest --- gadała prędko, okręcając dzieci
w jakieś ohydnie brudne strzępy chustek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemu nie wrócicie na wieś do domu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wrócę panie, kiej mi tylko zapłacą za chłopa,
to juści, że wrócę, a niech tam to miasteczko Łódź mór<pe><slowo_obce>mór</slowo_obce> (daw.) --- epidemia śmiercionośnej choroby.</pe>
nie minie, niech ją ta ogień spali, niech ich tam Pan
Jezus niczego nie żałuje, coby wszystkie wyzdychały,
co do jednego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho bądźcie, nie macie za co przeklinać --- szepnął nieco podrażniony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ni mam za co? --- wykrzyknęła zdumiona, podnosząc na niego bladą, brzydką, przegryzioną przez nędzę twarz i zapłakane, wybladłe niebieskie oczy. --- A to,
wielmożny panie, my na wsi byli ino komorniki, bo
mój miał trzy morgi gruntu, co mu przyszły w schedzie
po ojcu, to że nie było za co postawić chałupy, tośwa
mieszkali u stryjecznych swoich. Myśwa żyli z wyrobku
ino, ale zawżdy człowiek mieszkał po ludzku i kartofli
gdzie przysądził na odrobek, i gąskę się uchowało albo
i świniaka, i jajko miał swoje, i krowę mieliśwa, a tutaj
co? Harował nieborak od świtu do nocy i jeść nie było
co, żyliśmy kiej te dziady ostatnie, a nie kiej krześcianie, kiej psy, a nie kiej gospodarze poczciwi<pe><slowo_obce>poczciwy</slowo_obce> (daw.) --- godny czci, szacunku.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pocóżeście tutaj przyjechali, trzeba było siedzieć na wsi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po co? --- zawołała boleśnie. --- A bo ja wiem!
Szły wszystkie, to i myśwa poszły. Na wiosnę poszedł
Jadam, ostawił kobitę i poszedł. Przyjechał po żniwach
taki wystrojony, co go nikt nie mógł poznać, cały w kortach i zygarek miał śrybrny i piestrzonek i tyla piniędzy,
coby na wsi i bez trzy roki nie zarobił. Ludzie się dziwowali, a ten zapowietrzony cyganił, bo mu za to zapłacili, żeby ludzi wiejskich sprowadził, obiecywał Bóg
wie nie co. Tak zaraz poszło z nim dwóch parobków,
Janków syn i Grzegorza spod lasu, a potem to już kto
ino mógł, to leciał do tego miasteczka Łodzi. Kużdymu
się chciało kortów, zygarka i rozpusty! Ja mojego strzymywałam, bo po co nam było tutaj iść, do obcych w tyli
świat, to me sprał kiej bydlaka i poszedł, a potym przyjechał i zabrał ze sobą. Mój Jezu kochany, mój Jezu! --- szeptała, chlipiąc boleśnie i rozcierając sobie nos i łzy
brudnymi rękami i tak się zaczęła trząść w tym rozpaczliwym płaczu, że dzieci przytuliły się do niej i także
zaczęły płakać cicho.<end id="e1308311509708-505481162"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Macie tutaj pięć rubli i zróbcie tak, jak wam
mówiłem.</akap_dialog>


<akap>Miał tego już dosyć, odwrócił się spiesznie i wyszedł, nie czekając podziękowań.</akap>


<akap>Nie cierpiał roztkliwień i czułości, a ta kobieta
poruszyła w nim zamierającą z wolna, duszoną świadomie --- uczuciowość.</akap>


<akap>Stał czas jakiś przy kotle ,,oksydacyjnym" Mather-Platta, przez który przechodził towar suchy i już drukowany i z pewnym roztargnieniem przyglądał się barwom świeżo wytworzonym, a raczej rozwiniętym w przesunięciu się towaru przez kocioł. Żółte, nałożone bejcem kwiatki, zmieniły się na pąsowe pod wpływem
wysokiej temperatury i skomplikowanych roztworów soli
anilinowej.</akap>


<akap>Fabryka po chwilowym odpoczynku podwieczorkowym, pracowała znowu z jednaką energią.</akap>


<akap>Borowiecki wyjrzał na świat z okien swojego gabinetu, bo poszarzało nagle i zaczął padać śnieg nadzwyczaj gęstymi płatami i pobielił ściany fabryk i dziedziniec. Spostrzegł Horna stojącego za domkiem szwajcara, przez który było jedyne wyjście z fabryki. Horn
rozmawiał z tą samą kobietą, która mu za coś dziękowała z uniesieniem i chowała jakiś papier za stanik.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Horn! --- krzyknął, wychylając przez
lufcik głowę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miałem przyjść właśnie do pana --- ozwał się
Horn, zjawiając się po chwili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coś pan radził tej babie? --- zapytał surowym
dosyć głosem, patrząc w okno.</akap_dialog>


<akap>Horn zawahał się przez mgnienie, rumieniec powlókł jego dziewczęco piękną twarz, a w niebieskich,
dobrych oczach zamigotał płomień.</akap>


<akap_dialog>--- Kazałem jej iść do adwokata, niechaj wytoczy proces fabryce o odszkodowanie, bo wtedy prawo zmusi ich do zapłacenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to pana obchodzi? --- zaczął lekko bębnić
po szybie i przygryzać usta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co mnie obchodzi? --- zamilkł na chwilę. --- Bardzo mnie obchodzi wszelka nędza i wszelka niesprawiedliwość, bardzo...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czym pan tutaj jesteś? --- przerwał mu ostro
i usiadł przed długim stołem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No jestem praktykantem kantorowym, pan dyrektor przecież wie najlepiej --- odpowiedział zdumiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to panie Horn, pan nie skończysz tej praktyki, jak mi się zdaje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wreszcie, to mi jest już wszystko --- jedno szepnął dosyć twardo.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308311911021-1545995508"/><motyw id="m1308311911021-1545995508">Praca, Maszyna</motyw>--- Ale nam nie jest wszystko jedno, nam --- fabryce, w której pan jesteś jednym z miliona kółek!
Przyjęliśmy pana nie na to, żebyś tutaj produkował się
ze swoją filantropią, a tylko, abyś robił. Pan wprowadzasz zamęt tutaj, gdzie wszystko polega na najdoskonalszym funkcjonowaniu, na prawidłości<pe><slowo_obce>prawidłość</slowo_obce> --- dziś: prawidłowość.</pe> i zgodności.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie jestem maszyną, jestem człowiekiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W domu. W fabryce od pana nie wymaga się
egzaminów na człowieczeństwo ani egzaminów na humanitarność, w fabryce potrzebne są pańskie mięśnie
i mózg pański i tylko za to płacimy panu --- rozdrażniał
się coraz bardziej. --- Jesteś pan tutaj maszyną taką
samą jak my wszyscy, więc pan rób tylko to, co do
pana należy. Tutaj nie miejsce do rozanieleń, tutaj...</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308311911021-1545995508"/>--- Panie Borowiecki! --- przerwał mu szybko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie von Horn! Słuchaj pan, kiedy mówię
do pana --- zawołał groźnie, zrzucając gniewnie wielkie
album<pe><slowo_obce>wielkie album</slowo_obce> --- dziś r.m.: wielki album.</pe> próbek na ziemię. --- Bucholc przyjął pana na moje
zaręczenie, znam pańską rodzinę, pragnę dla pana najlepiej, ale pan jesteś jak widzę chory na dziecinną demagogię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeżeli pan tak nazywasz współczucie zwykłe
u ludzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan mnie kompromitujesz takimi radami, dawanymi wszystkim mającym jakie bądź pretensje do
fabryki. Trzeba było zostać panu adwokatem, byłbyś się
wtedy mógł opiekować nieszczęśliwymi i pokrzywdzonymi, ma się rozumieć za dobrą zapłatą --- dorzucił
drwiąco, bo jego gniewny nastrój przepadł gdzieś, pod
wpływem tych dobrych oczów Horna, wpatrzonych
w niego. --- Zresztą dajmy tej sprawie spokój. Będziesz
pan dłużej w Łodzi, rozpatrzysz się w stosunkach, przyjrzysz się lepiej tym uciśnionym, to pan zrozumiesz, jak
trzeba postępować. A weźmiesz pan interes po ojcu, to
wtedy przyznasz mi zupełną rację.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, panie, ja w Łodzi dłużej nie wytrzymam,
ani interesu po ojcu nie obejmę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż pan chcesz robić? --- wykrzyknął zdumiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze nie wiem. Przyznaję się panu szczerze,
chociaż tak ostro, za ostro pan mówi do mnie, ale
mniejsza z tym, bo wiem, że pan, jako dyrektor takiej
wielkiej drukarni, mówić inaczej nie może.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc pan odchodzisz od nas? Tyle zrozumiałem,
ale nie wiem dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlatego, że już wytrzymać nie mogę w tym
podłym chamstwie łódzkim. Pan jako człowiek pewnej
sfery, rozumie mnie chyba. Dlatego, że ja całą duszą
nienawidzę zarówno fabryk, jak i wszystkich Bucholców,
Rozensztejnów, Entów, całej tej ohydnej, przemysłowej
bandy --- wybuchnął gwałtownie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, ha, ha, pan jesteś wspaniały fioł, nieporównany! --- śmiał się Borowiecki serdecznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To już nic więcej nie powiem --- rzekł mocno
dotknięty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak pan chce, a zawsze lepiej głupstw mówić
mniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do widzenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żegnam pana. Ha, ha, ha, pan masz zdolności
aktorskie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki --- zaczął prawie ze łzami
w oczach Horn, zatrzymując się i chciał coś mówić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co?</akap_dialog>


<akap>Horn skłonił głowę i wyszedł.</akap>


<akap_dialog>--- Kapitalny mazgaj --- szepnął za nim Borowiecki
i także poszedł do suszarni.</akap_dialog>


<akap>Owionęło go suche, rozpalone powietrze.</akap>


<akap>Olbrzymie czworoboki z blachy, wypełnione straszliwie rozpalonym i suchym powietrzem brzęczały niby
oddalone grzmoty, wymiotując niekończący się pas materiałów kolorowych, suchych i sztywnych.</akap>


<akap><begin id="b1308312266150-1808190530"/><motyw id="m1308312266150-1808190530">Robotnik, Maszyna</motyw>Na niskich stołach, na ziemi, na wózkach, które
suwały się cicho, leżały całe sterty materiałów i w tym
suchym, jasnym powietrzu sali, której ściany były prawie ze szkła, paliły się przyćmionymi barwami złota
przykopconego, purpury o fioletowym odcieniu, błękitu
marynarskiego, starego szmaragdu --- niby stosy blach
metalowych o matowym, martwym blasku.</akap>


<akap>Robotnicy w koszulach tylko i boso, z szarymi
twarzami, z oczami zagasłymi i jakby wypalonymi tą
orgią barw, jaka się tutaj tłoczyła, poruszali się cicho
i automatycznie, tworzyli tylko dopełnienie maszyn.<end id="e1308312266150-1808190530"/></akap>


<akap>Czasem który patrzył przez szyby w świat, na
Łódź, która z tej wysokości czwartego piętra majaczyła
w mgłach i dymach poprzecinanych tysiącami kominów,
dachów, domów, drzew ogołoconych z liści; to znów na
drugą stronę, na pola, co szły w głąb horyzontu --- na
szarobiałe, brudne, zalane wiosennymi roztopami przestrzenie, majaczące gdzieniegdzie czerwonymi gmachami
fabryk, które z oddalenia czerwieniły się wskroś mgieł
bolesnym tonem mięsa odartego ze skóry; na odległe
linie wiosek małych, przywartych cicho do ziemi, na
drogi, co się wywijały wskroś pól, czarną cieknącą błotem wstęgą, migającą pomiędzy rzędami nagich topoli.</akap>


<akap><begin id="b1308312724993-81499446"/><motyw id="m1308312724993-81499446">Maszyna, Bóg</motyw>Maszyny huczały bezustannie i bezustannie świstały
transmisje uczepione pod sufitem i niosące siłę do innych
sal, wszystko się poruszało w rytm tych olbrzymich pudeł metalowych suszarń, które odbierały towar mokry
z drukarni i wypluwały go suchym, i stały w tej olbrzymiej, czworokątnej sali pełnej smutnych barw i smutnego
światła dnia marcowego, smutnych ludzi, niby kapliczki
boga-siły, rządzącego wszechwładnie.<end id="e1308312724993-81499446"/></akap>


<akap>Borowiecki czuł się rozstrojonym i z roztargnieniem oglądał towar, czy nie jest zbytnio przesuszony
lub spalony.</akap>


<akap_dialog>--- Głupi chłopak --- myślał o Hornie i chwilami
stawała mu w pamięci ta młoda, szlachetna twarz i te
oczy niebieskie, patrzące na niego z jakimś niemym żalem zawodu i wyrzutu. Czuł w sobie jakieś ciemne zaniepokojenie. Niektóre słowa Horna przychodziły mu na
myśl, gdy patrzył na te tłumy ludzi w milczeniu pracujących.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Byłem takim --- poleciał myślą do tamtych,
dawnych czasów, ale nie dał się ująć wspomnieniom
w swoje szarpiące szpony, drwiący uśmiech wił mu się
po ustach, a oczy świeciły zimno i rozważnie.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308312948349-978234479"/><motyw id="m1308312948349-978234479">Robotnik, Maszyna, Praca, Władza</motyw>--- To przeszło! Przeszło! --- myślał z jakimś
dziwnym uczuciem pustki, jakby mu żal było tamtych
czasów, żal tych złudzeń niepowrotnych, porywów szlachetnych, zszarganych przez życie --- ale to krótko trwało
i znowu siebie odzyskiwał; był tym, czym był, dyrektorem drukarni Hermana Bucholca, chemikiem, człowiekiem zimnym, mądrym, obojętnym, gotowym do wszystkiego, prawdziwym Lodzermenschem, jak go nazwał
Moryc.</akap_dialog>


<akap>W takim był właśnie nastroju, przechodząc przez
apreturę, gdy mu jeden z robotników zastąpił drogę.</akap>


<akap_dialog>--- Czego? --- zapytał krótko, nie zatrzymując się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to nasz majster pan Pufke powiedział, że od
pierwszego kwietnia będzie nas piętnastu ludzi mniej robiło</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak. Ustawi się nowe maszyny, które tylu
ludzi nie potrzebują do obsługi, co stare.</akap_dialog>


<akap>Robotnik miął czapkę w ręku, nie wiedząc, co powiedzieć i nie śmiejąc, ale zachęcony spojrzeniami, które
błyskały zza maszyn, zza sągów materiałów, zapytał
idąc za nim.</akap>


<akap_dialog>--- A cóż my będziemy robili?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poszukacie sobie roboty gdzie indziej. Pozostaną
tylko ci, którzy dawniej u nas pracują.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A i my robimy już po trzy roki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż ja wam poradzę, kiedy maszyna was nie
potrzebuje, bo zrobi sama. Zresztą, do pierwszego może
się jeszcze co zmieni, jeśli będziemy powiększali blich<pe><slowo_obce>blich</slowo_obce> (a. <slowo_obce>blech</slowo_obce>) --- miejsce, w którym bielono tkaniny.</pe> --- odpowiedział spokojnie i wszedł na windę, która zaraz
z nim zapadła się w głębi ściany.</akap_dialog>


<akap>Robotnicy spoglądali na siebie w milczeniu, niepokój świecił im w oczach, niepokój przed jutrem, bez
roboty, przed nędzą.</akap>


<akap_dialog>--- Ścierwy nie maszyny. Psy, psiakrew --- szepnął
robotnik i kopnął z całą nienawiścią w bok jakiejś
maszyny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Towar idzie na ziemię! --- krzyknął majster.</akap_dialog>


<akap>Chłop prędko nadział czapkę, przygiął się nieco
i ze spokojem automatu odbierał barchan czerwony
z maszyny.<end id="e1308312948349-978234479"/></akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>III</naglowek_rozdzial>




<akap>W restauracji hotelu Victoria było pełno.</akap>


<akap>Wielkie, niskie pokoje o ciemnych ścianach i żółtych, stiukowych sufitach, udających drzewo, napełniał
hałaśliwy gwar.</akap>


<akap>Wejściowe drzwi z bramy co chwila brzęczały mosiężnymi prętami zabezpieczającymi szkło, co chwila
ktoś wchodził i ginął w mgle dymów i w tłumie ludzi
zapełniających restaurację; elektryczne światła w sali
bufetowej wciąż drgały spazmatycznie i przygasały, a gazowe bąki płonące równocześnie, rzucały mętne światło
na zbitą około licznych stolików masę ludzi i na białe
obrusy.</akap>


<akap_dialog>--- Kelner, <slowo_obce>bitte, zahlen</slowo_obce><pe><slowo_obce>kelner, bitte, zahlen</slowo_obce> (niem.) --- dosł. kelner, proszę, (chcę) płacić; kelner, rachunek proszę.</pe>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Piwa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kelner, <slowo_obce>Bier</slowo_obce><pe><slowo_obce>Bier</slowo_obce> (niem.) --- piwo.</pe>!</akap_dialog>


<akap>Krzyżowały się wołania razem z głuchym stukiem kufli.</akap>


<akap>Garsoni<pe><slowo_obce>garson</slowo_obce> (z fr.) --- kelner.</pe> w zatłuszczonych frakach, z serwetami podobnymi do ścierek, przesuwali się we wszystkich kierunkach, błyskając brudnymi torsami nad głowami
pijących.</akap>


<akap>Wrzawa podnosiła się bezustannie napływającymi
ludźmi i wykrzykiwaniem:</akap>


<akap_dialog>--- ,,Lodzer Zeitung<pe><slowo_obce>Lodzer Zeitung</slowo_obce> (niem.) --- ,,Dziennik Łódzki".</pe>"! ,,Kurier Codzienny"! --- jakie
rzucali chłopcy kręcący się pomiędzy stołami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szczygieł, daj no Lodzerkę --- zawołał Moryc,
siedzący w pokoju bufetowym, pod oknem, w otoczeniu
kilku aktorów, wiecznie przesiadających<pe><slowo_obce>wiecznie przesiadających</slowo_obce> --- dziś popr.: wiecznie przesiadujących.</pe> w knajpie --- uważacie, co zrobił wczoraj nasz ,,fioł" vel dyrektor.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mów arcyfioł --- wtrącił szeptem jakiś zgarbiony, stary aktor.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308313808021-3105076995"/><motyw id="m1308313808021-3105076995">Skąpiec</motyw>--- Głupiś --- odpowiedział mu pierwszy tajemniczym szeptem do ucha. --- Otóż nasz arcyfioł wczoraj
w antrakcie drugim przyszedł za kulisy i skoro tylko
Niusia zeszła ze sceny, powiada jej: ,,Tak pani grała
wspaniale, że jak tylko kwiaty będą trochę tańsze, to
kupię pani bukiet, chociażby za całe pięć rubli!"</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308313808021-3105076995"/>--- Co powiedział? --- zapytał stary aktor, nachylając się do ucha sąsiada.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żebyś pan pocałował psa w nos.</akap_dialog>


<akap>Wybuchnęli śmiechem.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Welt, panie Maurycy, czy pan nie jesteś
za cwaj-koniak<pe><slowo_obce>cwaj-koniak</slowo_obce> --- cwaj (z niem.): dwa.</pe> systemem, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Bum-Bum, ja jestem za systemem wyrzucenia pana za drzwi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałem kazać dać...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan lepiej każ blagować za siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż, kiedy pan mnie wyręczasz. Panno Ani,
koniaczek --- zawołał, poprawiwszy binokle i uderzając
w zaciśniętą pięść otwartą dłonią prawej ręki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pański przodek, panie Maurycy, miał więcej wychowania --- zaczął znowu Bum-bum, stojąc na
środku pokoju z kawałkiem kiełbasy na widelcu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja o pańskim tego nie mogę powiedzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Warum</slowo_obce><pe><slowo_obce>warum</slowo_obce> (niem.) --- dlaczego.</pe>? --- rzucił ktoś od sąsiedniego stolika.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo go wcale nie miał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie dlatego, tylko że nie bywał grzecznym
względem swoich pachciarzy<pe><slowo_obce>pachciarz</slowo_obce> (daw.) --- osoba dzierżawiąca coś od kogoś (np. karczmę); w daw. Polsce funkcję taką sprawowali zazwyczaj Żydzi.</pe>. Welt to zna z tradycji
domowych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wysortowany dawno dowcip, pięćdziesiąt procent niżej kosztu. Bum-buma, panowie, sprzedaje się
przez publiczną licytację. Kto da co? --- wykrzyknął
złośliwie Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co on mówi? --- zapytał znowu stary aktor
szeptem, kiwając równocześnie na garsona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żeś głupi! --- odpowiedział mu tym samym
tonem sąsiad.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto co da za Bum-Buma? Panowie, Bum-Bum
się sprzedaje. Stary jest, brzydki jest, głupi jest, zdezelowany jest, ale tanio się sprzedaje! --- wykrzykiwał
i zamilkł, bo Bum-Bum stanął i patrzył na niego, a po
chwili rzekł krótko:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Parch! Panno Ani, koniaczek!</akap_dialog>


<akap>Moryc hałaśliwie stukał kuflem i śmiał się głośno
ale nikt mu nie wtórował.</akap>


<akap>Bum-Bum wypił i z pochyloną kwadratową twarzą koloru szmalcu przekrwionego, z oczami wypukłymi,
bladoniebieskimi, przykrytymi binoklami na bardzo
szerokiej wstążce, z grzywką rzadkich włosów oblepiających mu wysokie kwadratowe czoło, o pomarszczonej,
wymiętej, chropowatej skórze, z pochyloną naprzód
figurą starego rozpustnika, chodził po całej knajpie, powłócząc drgającymi tabetycznie nogami, przyczepiał się
do rozmaitych grup, gadał dowcipy, z których sam śmiał
się najgłośniej, albo usłyszane kawały roznosił i powtarzał z lubością, poprawiał obu rękami binokle, witał się
prawie ze wszystkimi wchodzącymi, a przynajmniej połową, podchodził do bufetu, słychać było bardzo często
jego chrapliwy, rozłażący się głos.</akap>


<akap_dialog>--- Panno Ani, koniaczek --- i trzaśnięcie dłonią
w pięść zaciśniętą.</akap_dialog>


<akap>Moryc przebiegł oczami ,,Zeitung", niecierpliwie spoglądał na drzwi. Czekał na Borowieckiego. Wstał wreszcie,
bo zobaczył w drugim pokoju znajomą twarz.</akap>


<akap_dialog>--- Leon, kiedyś przyjechał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzisiaj rano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże ci poszedł sezon? --- pytał, siadając obok
niego na zielonej kanapce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Świeeeetnie! --- wyciągnął nogi na krzesełku
i rozpiął kamizelkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myślałem dzisiaj o tobie, a nawet wczoraj z Borowieckim mówiliśmy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Borowiecki! Ten od Bucholca?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On wciąż drukuje swoje bojki? Słyszałem, że
ma założyć na siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlatego właśnie mówiliśmy o tobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I co, wełna?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bawełna!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sama?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to można dzisiaj wiedzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pieniądze jest?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będą, a tymczasem jest coś więcej, kredyt...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do spółki z tobą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I z Baumem, znasz Maksa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojej! W tym wekslu jest feler, jeden żyrant
niepewny! Borowiecki --- dodał po chwili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Polaczok! --- rzucił dosyć pogardliwie i wyciągnął się prawie na kanapce i na krześle.</akap_dialog>


<akap>Moryc roześmiał się wesoło.</akap>


<akap_dialog>--- To ty go wcale nie znasz. O nim dużo się
w Łodzi będzie mówić. Ja w niego, że zrobi gruby interes, tak wierzę jak w siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Baum, cóż to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Baum jest wół, jemu trzeba dać się wyspać i wygadać, a potem dać robotę, będzie robił jak wół, a zresztą
on wcale nie jest głupi. Ty mógłbyś nam dużo pomóc
i sam dużo byś zarobił. Nam już dawał oferty Krongold.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idźcie do Krongolda, to wielka osoba, on się
zna ze wszystkimi bałaganami, które kupują długiego
towaru za sto rubli rocznie; to jest wielki <slowo_obce>reisender</slowo_obce><pe><slowo_obce>reisender</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Reisende</slowo_obce>) --- podróżujący, pasażer; tu: komiwojażer.</pe> na
Kutno, na Skierniwice. Zróbcie z nim interes, ja się
nie narzucam! Ja mam co sprzedawać, ja mam list
przy sobie Bucholca, on mi chce powierzyć agenturę
swoich towarów na cały Wschód, a jakie warunki mi
daje! --- i zaczął gorączkowo rozpinać się i szukać po
wszystkich kieszeniach tego listu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem o tym, nie szukaj. Borowiecki mi wczoraj mówił, bo to on poradził ciebie Bucholcowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Borowiecki! Naprawdę? Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo on jest mądry i myśli o przyszłości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I tak sobie, przecież za taki interes mógłby
grubo zarobić. Ja sam dałbym dwadzieścia tysięcy <slowo_obce>bares
geld</slowo_obce><pe><slowo_obce>bares geld</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>bares Geld</slowo_obce>) --- gotówka.</pe>, jak tu siedzę. Co on w tym ma? I do tego my
się prawie nie znamy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co on w tym ma, to on ci sam powie, ale
tylko tyle ci powiem, że gotówki nie weźmie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szlachcic! --- szepnął z pewnym drwiącym politowaniem Leon i splunął na środek pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, on tylko mądrzejszy od najmądrzejszych
reisenderów i agentów na cały Wschód --- odpowiedział
Moryc, dzwoniąc nożem w kufel. --- Dużoś sprzedał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za kilkadziesiąt tysięcy, kilkanaście tysięcy gotówki, a reszta najlepsze weksle, bo na cztery miesiące
z żyrem Safonowa! Jedwabny interes --- uderzył Moryca w kolano z zadowolenia. --- Mam i dla ciebie
obstalunek. Widzisz, co to przyjaźń.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na ile?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Razem ze trzy tysiące rubli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Długi czy krótki towar?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krótki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Weksel czy <slowo_obce>nachname</slowo_obce><pe><slowo_obce>nachname</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Nachnahme</slowo_obce>) --- pobranie (pocztowe).</pe>?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nachname? Zaraz ci dam zamówienie --- zaczął
przewracać w olbrzymim, zamykanym na klucz pugilaresie<pe><slowo_obce>pugilares</slowo_obce> (daw.) --- portfel.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ci mam dać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeżeli gotówka, to wystarczy jeden procent, po
przyjacielsku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gotówki teraz potrzebuję na gwałt, mam wypłaty, ale w ciągu tygodnia zapłacę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Masz zamówienie. Wiesz, w Białymstoku spotkałem Łuszczewskiego, przyjechaliśmy razem
do Łodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzież ten hrabia jedzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjechał do Łodzi robić interes.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On! Ma widać za dużo; trzeba się z nim zobaczyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie ma, przyjechał się dorobić czego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to nic nie ma, przecież jeździliśmy całą
bandą z Rygi jeszcze do jego majątków. Był pan na
gruby sposób! I nic mu już nie zostało?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zostało! Trochę gumy z powozów na kalosze!
Ha, ha, ha, kapitalny <slowo_obce>witz</slowo_obce><pe><slowo_obce>witz</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Witz</slowo_obce>) --- żart, dowcip.</pe> --- uderzył go w kolano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż zrobił z majątkiem? Liczyli go lekko na
dwieście tysięcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A on teraz liczy sam, że ma ze sto tysięcy
długów, a to skromny człowiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mniejsza z nim. Napijesz się?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Warto by przed teatrem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kelner, koniak, kawior, befsztyk po tatarsku,
porter oryginalny, gallopp!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bum-Bum, chodź no pan do nas! --- krzyknął
Leon.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak się pan ma, jakże zdróweczko, jakże interesiki! --- wykrzykiwał, ściskając mu rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308316142033-3609535374"/><motyw id="m1308316142033-3609535374">Mężczyzna, Pożądanie</motyw>--- Dziękuję, bardzo dobrze. Przywiozłem dla pana
umyślnie z Odessy coś --- wyjął z pugilaresu rysunek
pornograficzny i podał.</akap_dialog>


<akap>Bum-Bum poprawił obu rękami binokle, wziął rysunek i zanurzył się w nim cały z lubością. Twarz mu
poczerwieniała, mlaskał językiem, oblizywał swoje sine,
opadnięte wargi, trząsł się cały z zadowolenia.</akap>


<akap_dialog>--- Cudowne, cudowne. Niebywałe! --- wykrzykiwał
i powlókł się pokazywać wszystkim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Świnia --- mruknął Moryc niechętnie.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308316142033-3609535374"/>--- Lubi dobre rzeczy, a że jest znawcą...</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308316273329-2212324709"/><motyw id="m1308316273329-2212324709">Kobieta, Mężczyzna</motyw>--- Nie poznałeś znowu kogo? --- zapytał nieco
ironicznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekaj!... --- trzaskał w palce, potem w kolano
Moryca, uśmiechnął się i z pugilaresu, z pomiędzy rachunków i not wydobył fotografię kobiety.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Ładna maszyna? --- mówił z najwyższym
zadowoleniem, przymrużając oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda! Ja zaraz pomyślał, że będzie ci się
podobać. To Francuzeczka, a!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wygląda na Holenderkę, ale krowę,</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Keine</slowo_obce><pe><slowo_obce>keine</slowo_obce> (z niem.) --- zaprzeczenie: żadne.</pe> gadanie. To droga sztuka, stówka za nic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dałbym pięć za wyrzucenie jej za drzwi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty zawsze jesteś... no, już nie powiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty masz reisenderowskie gusta, skąd takie
bydlę, gdzieś poznał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W Niżnim ja sobie ,,pokutił niemnożeczko<pe><slowo_obce>pokutił niemnożeczko</slowo_obce> (z ros. <slowo_obce>кутить</slowo_obce>: hulać, lumpować) --- pohulałem troszeczkę.</pe>"
z kupcami, to oni mówią w końcu: ,,Chodź pan Lew
w cafée concert!" Poszli. Nu, wódka, koniak, szampańskie
pili prawie z beczki, a potem słuchali śpiewu, ona śpiewaczka --- że...<end id="e1308316273329-2212324709"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaczekaj, w tej chwili przyjdę! --- przerwał
Moryc, zerwał się i podszedł do tęgiego Niemca, który
wszedł do restauracji i rozglądał się po sali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Gut Morgen<pe><slowo_obce>Gut Morgen</slowo_obce> (niem.) --- popr. guten Morgen.</pe></slowo_obce>, panie Müller!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Morgen</slowo_obce>! Jak się pan ma, panie... --- odpowiedział niedbale i rozglądał się dalej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan szuka kogo? Może ja będę mógł pana
objaśnić --- nastręczał się natarczywie Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szukam pana Borowiecki, tylko po to wszedłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będzie zaraz, bo ja właśnie czekam na niego.
Może pan pozwoli do stolika. To mój kolega, Leon
Kohn! --- rekomendował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Müller! --- rzucił z pewną dumą i przysiadł się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto by nie wiedział o tym! Każde dziecko w Łodzi wie takie nazwisko --- mówił prędko Leon, śpiesznie
się zapinając i robiąc miejsce na kanapie.</akap_dialog>


<akap>Müller uśmiechnął się pobłażliwie i patrzał ku
drzwiom, bo wszedł Borowiecki w towarzystwie, ale
zobaczywszy go, towarzyszy zostawił przy drzwiach
i z kapeluszem w ręku szedł do tego królika bawełnianego, po którego wejściu przyciszyło się w knajpie
i wszyscy śledzili go z nienawiścią, zazdrością i dumą.</akap>


<akap_dialog>--- Prawie czekałem na pana --- zaczął Müller. Mam do pana interes. ---
Skinął głową Morycowi i Leonowi, uśmiechnął się
do pozostałych, objął ręką w pas Borowieckiego i wyprowadził z knajpy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Telefonowałem do fabryki, ale mi odpowiedziano, że pan dzisiaj wyszedł wcześniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żałuję teraz bardzo --- rzekł uprzejmie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pisałem nawet do pana, sam pisałem --- dodał
mocniej, z wielką pewnością, chociaż na pewno wiedziano w mieście, że umiał zaledwie się podpisać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie odebrałem listu, bo zupełnie nie wstępowałem do mieszkania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pisałem o tym, com już kiedyś wspominał. Ja
jestem prosty człowiek, panie von Borowiecki, to ja powiem raz jeszcze i prosto: dam panu tysiąc rubli więcej,
wstąp pan do mojego interesu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bucholc dałby mi dwa tysiące więcej, abym
tylko został --- szepnął zimno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dam panu trzy, no, dam panu cztery! Słyszysz
pan, cztery tysiące rubli więcej, to jest całe czternaście
tysięcy rocznie, ładny grosz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo panu dziękuję, ale nie mogę przyjąć
tak wspaniałej propozycji.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zostajesz pan u Bucholca? --- zapytał prędko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie. Powiem otwarcie, dlaczego nie przyjmuję
pańskiej oferty ani nie zostaję w firmie --- zakładam
sam fabrykę.</akap_dialog>


<akap>Müller przystanął, odsunął się nieco, popatrzył
i ciszej, z pewnym jakby szacunkiem zapytał:</akap>


<akap_dialog>--- Bawełna?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie powiem nic prócz tego, że żadnej konkurencji panu nie zrobię.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308317674660-2520843084"/><motyw id="m1308317674660-2520843084">Pieniądz, Bogactwo</motyw>--- Mnie jest <slowo_obce>ganz-pommad</slowo_obce>e<pe><slowo_obce>ganz-pommade</slowo_obce> (z niem.) --- wszystko jedno.</pe>, wszystkie konkurencje --- wykrzyknął, uderzając się po kieszeni. --- Co mi
pan może zrobić, co mi kto może zrobić? Kto co zrobi
milionom?<end id="e1308317674660-2520843084"/></akap_dialog>


<akap>Borowiecki nic się nie odezwał, tylko uśmiechał
się, zapatrzony przed siebie.</akap>


<akap_dialog>--- Co to będzie za towar? --- zaczął Müller, znowu
ujmując go niemieckim obyczajem wpół.
Spacerowali tak po asfaltowym, powybijanym
chodniku, prowadzącym przez podwórze hotelowe do
gmachu teatralnego, stojącego w głębi, oświetlonego
wielką latarnią elektryczną.</akap_dialog>


<akap>Tłumy ludzi szły do teatru.</akap>


<akap>Powóz za powozem zajeżdżał przed hotelową bramę
i wyrzucał ciężkich i przeważnie opasłych mężczyzn
i bardzo wystrojone kobiety, które pootulane szły pod
parasolami tym chodnikiem, oślizgłym od wilgoci, bo
chociaż deszcz ustał już, ale gęsta lepka mgła opadała
na ziemię.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308318390508-3063992323"/><motyw id="m1308318390508-3063992323">Interes</motyw>--- Pan mi się podoba, panie von Borowiecki --- mówił Müller, nie doczekawszy się odpowiedzi --- tak
mi się pan podoba, że jak tylko pan zrobi klapę, to
zawsze znajdzie pan u mnie miejsce na jakie parę tysięcy rubli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Teraz dałby mi pan więcej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, bo teraz pan jesteś dla mnie więcej wart.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję za szczerość --- uśmiechnął się ironicznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ja pana nie chciałem obrazić, ja mówię
tak, jak myślę --- usprawiedliwiał się gorąco, dojrzawszy
ten uśmiech.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierzę. Skoro zrobię klapę raz, to tylko dlatego, żeby drugi raz jej nie zrobić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan jesteś głowa, panie Borowiecki, pan mi
się ogromnie podoba. My razem moglibyśmy robić dobre
interesy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż, kiedy musimy je robić osobno --- zaśmiał
się, kłaniając nisko jakimś damom przechodzącym.<end id="e1308318390508-3063992323"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ładne kobiety te Polki, ale moja Mada też ładna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo ładna --- powiedział poważnie, podnosząc
na niego oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308318349652-1255197771"/><motyw id="m1308318349652-1255197771">Teatr, Obyczaje, Interes</motyw>--- Ja mam myśl! Ja ją panu kiedy indziej powiem --- zawołał tajemniczo. --- Masz pan miejsce w teatrze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam krzesło, przysłali mi dwa tygodnie temu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nas tylko troje będzie w loży.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Są i panie?</akap_dialog>


<akap>--- One już w teatrze, a ja umyślnie zostałem,
aby się widzieć z panem, no i na nic moje plany. Do
widzenia, pan zajrzy do loży?</akap>


<akap_dialog>--- Z pewnością, będzie to dla mnie bardzo przyjemnym obowiązkiem.</akap_dialog>


<akap>Müller zniknął w drzwiach teatru, a on powrócił
do restauracji. Nie zastał już Moryca, który przez garsona kazał powiedzieć, że czeka w teatrze.</akap>


<akap>W bufecie, gdzie poszedł napić się wódki, bo czuł
się dziwnie zdenerwowanym, nie było prawie nikogo, prócz
Bum-Buma, który przysłonięty gazetą drzemał w kącie.</akap>


<akap_dialog>--- Bum, nie idziesz pan do teatru?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Te, po co mi to. Bawełnę oglądać, przecież
ich znam. Pan idzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A zaraz.</akap_dialog>


<akap>Jakoż i wyszedł, odnalazł swoje miejsce w pierwszym
rzędzie obok Moryca i Leona, który zawzięcie kłaniał się
i lornetował jakieś blondynki, siedzące na pierwszym
piętrze.</akap>


<akap_dialog>--- Krasawica pierwszy sort, ta moja blondynka,
patrz Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znasz ją bliżej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy ja ją znam bliżej? Ha, ha, ha, ja ją znam
bardzo bliżej! Poznaj mnie z Borowieckim.</akap_dialog>


<akap>Moryc ich poznajomił zaraz.</akap>


<akap>Leon chciał coś mówić, już nawet klepnął w kolano
Moryca, ale Borowiecki wstał i odwrócony twarzą do
sali zapełnionej od góry do dołu najlepszą, na jaką tylko
było stać Łódź publicznością, przyglądał się uważnie, co
chwila kłaniając się to lożom, to krzesłom, niesłychanie
dystyngowanym ruchem głowy.</akap>


<akap>Stał spokojnie pod ogniem lornetek i spojrzeń,
jakie w niego uderzały ze wszystkich stron teatru, który
wrzał niby ul świeżo obsadzonym rojem.<end id="e1308318349652-1255197771"/></akap>


<akap>Jego wysoka, rozrośnięta, bardzo zgrabna postać
rysowała się wykwintną sylwetką.</akap>


<akap>Piękna twarz, o bardzo typowym, wydelikaconym
rysunku, ozdobiona prześlicznymi wąsami starannie utrzymywanymi i usta o spodniej wardze silnie wysuniętej
i pewna niedbałość w ruchach i spojrzeniach, czyniły go
typem dżentelmena.</akap>


<akap>Nikt nie mógłby był z jego powierzchowności wykwintnej poznać, że ma przed sobą człowieka, który
jako chemik fabryczny, jako kolorysta, był niezrównanym
w swojej specjalności; człowieka, o którego toczyły się
wojny pomiędzy fabrykami bawełnianymi, by go zdobyć dla siebie; był takim, który w tym dziale fabrykacji
robił przewroty.</akap>


<akap>Szare, z niebieskawym odcieniem oczy, twarz sucha, brwi prawie ciemne, czoło twardo modelowane nadawały mu coś drapieżnego.</akap>


<akap>Czuć było w nim silną wolę i nieugiętość.</akap>


<akap>Patrzył dosyć wyniośle na teatr zalany światłem
i na tę barwną, błyszczącą brylantami publiczność.</akap>


<akap><begin id="b1308318703573-934328358"/><motyw id="m1308318703573-934328358">Kobieta, Kwiaty</motyw>Loże podobne były do żardinierek<pe><slowo_obce>żardinierka</slowo_obce> (z fr.) --- półka lub stolik z wgłębieniem na rośliny doniczkowe.</pe> wybitych wiśniowym aksamitem, na którego tle niby kwiaty siedziały
strojne kobiety, skrzące się drogimi kamieniami.<end id="e1308318703573-934328358"/></akap>


<akap_dialog>--- Karol, ile może być dzisiaj milionów w teatrze? --- zapytał cicho Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będzie ze dwieście --- odpowiedział tak samo,
z wolna ogarniając znane twarze milionerów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tu rzeczywiście pachnie milionami --- wtrącił
Leon, wciągając w siebie powietrze przesycone zapachem
perfum, kwiatów świeżych i błota przyniesionego z ulicy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cebulą i kartoflami przede wszystkim --- szepnął
pogardliwie Borowiecki i kłaniał się z bardzo słodkim
uśmiechem do jednej z lóż parterowych, przy samej
scenie, wspaniale pięknej Żydówce w czarnej jedwabnej
sukni <slowo_obce>decolté</slowo_obce>, z której wychylały się olśniewające białością, przepysznie uformowane ramiona i szyja okręcona w sznur brylantów. Brylanty połyskiwały nad skroniami, w grzebykach upinających czarne puszyste włosy,
zaczesane modą cesarstwa --- na uszy, w których również
skrzyły się brylanty zadziwiającej wielkości, brylanty
lśniły się u gorsu, w agrafie spinającej stanik i połyskiwały w bransoletkach okręcających ręce obciągnięte
w czarne rękawiczki. Wielkie, podłużne oczy fiołkowe
niby najwspanialsze szafiry paliły się ostro. Twarz miała
o gorącym tonie lekko oliwkowym, przesyconym nieco
karminem krwi, czoło niskie, brwi silnie zarysowane,
nos prosty i cienki i dosyć duże, pełne usta.</akap_dialog>


<akap>Spoglądała z pewnym uporem na Borowieckiego,
nie zważając, że ją lornetowano ze wszystkich lóż, czasami rzucała nieznaczne spojrzenia na siedzącego trochę
w głębi loży męża, starca o wybitnie semickim typie,
który z opuszczoną głową na piersi, siedział zatopiony
w rozmyślaniach, chwilami budził się, rzucał przenikliwe
spojrzenia spod złotych okularów na salę, obciągał na
wydatnym brzuchu kamizelkę i szeptał żonie:</akap>


<akap_dialog>--- Lucy, czemu się ty tak wystawiasz?</akap_dialog>


<akap>Udawała, że nie słyszy i przeglądała dalej loże
krzesła, zapchane publicznością o typach przeważnie
semickich i germańskich, albo patrzyła w Borowieckiego,
który chwilami odczuwał te spojrzenia, bo się odwracał
do niej twarzą, ale stał zimny na pozór i obojętny.</akap>


<akap_dialog>--- Ładny kawałek kobiety z tej Zukerowej --- szepnął Leon do Borowieckiego, bo chciał zacząć rozmowę, aby się dowiedzieć bliższych szczegółów o swojej
agenturze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uważasz pan?... --- odpowiedział chłodno tamten.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja bo widzę. Patrz pan, jej biust, ja to najlepiej lubię w kobiecie, a ona ma biust frontowy, jak
aksamit, ha, ha, ha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z czego się śmiejesz? --- pytał ciekawie Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zrobiłem pyszny witz --- i powtarzał go Morycowi ze śmiechem.
</akap_dialog>


<akap>Umilkli, bo kurtyna się podniosła, wszystkie oczy
utonęły w scenie, tylko Zukerowa zza wachlarza patrzyła w Karola, który zdawał się tego nie spostrzegać,
co ją tak widocznie irytowało, że po kilka razy składała wachlarz i uderzała nim w parapet jakby od niechcenia.</akap>



<akap>Uśmiechał się nieznacznie, rzucał na nią krótkie
spojrzenia i patrzył dalej z uwagą wielką na scenę,
gdzie amatorzy i amatorki parodiowali prawdziwych
aktorów i sztukę.</akap>


<akap>Było to bowiem przedstawienie na cel dobroczynny,
złożone z dwóch komedyjek, śpiewu solowego, gry na
skrzypcach i fortepianie i żywych obrazów na zakończenie.</akap>


<akap>W antrakcie<pe><slowo_obce>antrakt</slowo_obce> --- przerwa.</pe> Borowiecki wstał, aby iść do loży
Müllerów, zatrzymał go Kohn.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki, ja chciałem z panem pomówić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może po teatrze, bo, jak pan widzi, teraz nie
mam czasu --- szepnął i poszedł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On jest wielki pan, teraz nie ma czasu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ma rację, tutaj wcale nie miejsce do interesów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moryc, tyś zgłupiał do reszty, co ty wygadujesz, dla interesów jest wszędzie miejsce, tylko ten von
Borowiecki to wielki książę od Bucholca i Spółki, wielka
osoba!</akap_dialog>


<akap>Borowiecki tymczasem wszedł do loży Müllerów,
stary wyszedł, aby mu zrobić miejsce, bo już tam na
czwartego siedział jakiś niski, gruby Niemiec.</akap>


<akap>Przywitał się z matką, drzemiącą w głębi loży
i z córką, która podniosła się niemal na jego wejście.</akap>


<akap_dialog>--- Störch.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Borowiecki.</akap_dialog>


<akap>Skrzyżowały się nazwiska i dłonie.</akap>


<akap>Karol usiadł.</akap>


<akap_dialog>--- Jak się pani bawi? --- zapytał, aby coś powiedzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Doskonale, wybornie! --- wykrzyknęła i jej
okrągła, różowa twarz, podobna do młodej rzodkiewki
świeżo obmytej, rozbłysła silniejszymi rumieńcami, co
tym mocniej odbijały przy jasnozielonej sukni.</akap_dialog>


<akap>Podniosła chusteczkę do twarzy, aby przysłonić
rumieńce, bo się ich wstydziła.</akap>


<akap>Matka zarzuciła jej na ramiona wspaniały, koronkowy szal, bo przeciąg od drzwi otwartych przewiewał
po teatrze i drzemała dalej.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308383792592-3012179863"/><motyw id="m1308383792592-3012179863">Kobieta, Jedzenie</motyw>--- A pan? --- zapytała po chwili, podnosząc na
niego niebieskie, zupełnie porcelanowe oczy, o jasnych
złotawych obrzeżach rzęs i w tej chwili, z rozchylonymi
nieco, bladymi ustami dziecka, z twarzyczką podniesioną,
podobną była do świeżo upieczonej bułki.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308383792592-3012179863"/>--- Powiem to samo: wybornie, doskonale albo: doskonale, wybornie.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Dobrze grają, prawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, po amatorsku. Myślałem, że pani weźmie
udział w przedstawieniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja bardzo pragnęłam, ale kiedy mnie nikt nie
zaprosił --- mówiła szczerze, z wielką przykrością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Projekt ten istniał, ale nie miano odwagi, bano
się odmowy, zresztą do domu państwa wstęp tak trudny,
jakby na dwór królewski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja, ja to samo mówił pannie Mada --- wtrącił
Störch.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To pan winien, przecież pan bywa u nas,
trzeba było mi powiedzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie miałem czasu i zapomniałem --- tłumaczył
się prosto.</akap_dialog>


<akap>Zapanowało milczenie.</akap>


<akap>Störch odkasływał, nachylał się już, aby zacząć
rozmowę, ale cofał się, widząc, że Borowiecki znudzonym wzrokiem włóczy po teatrze, a Mada była jakaś
pomieszana, bo chciała dużo mówić, a teraz, gdy ten
Borowiecki siedzi obok niej, gdy loże ze specjalnym zainteresowaniem lornetują ich, nie wie, co mówić, wreszcie
zaczęła.</akap>


<akap_dialog>--- Pan będzie w naszej firmie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niestety, musiałem ojcu pani odmówić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A papa tak liczył na pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja sam bardzo żałuję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myślałam, że we czwartek pan u nas będzie,
bo mam pewną prośbę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mogęż ją zaraz wysłuchać?</akap_dialog>


<akap>Pochylił głowę ku niej i spoglądał do loży Zukerów.</akap>


<akap>Lucy wachlowała się gwałtownie i widocznie poza wachlarzem kłóciła się z mężem, który raz po raz
obciągał kamizelkę na brzuchu i wyprostowywał się na
krześle.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308384985187-794026077"/><motyw id="m1308384985187-794026077">Książka, Mieszczanin, Szlachcic, Pozycja społeczna</motyw>--- Chciałam prosić, aby mi pan wskazał niektóre
polskie książki do czytania. Mówiłam to już papie, ale
powiedział mi, że jestem głupia i powinnam się zająć
domem i gospodarstwem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ja, ja</slowo_obce><pe><slowo_obce>Ja, ja</slowo_obce> (niem.) --- tak, tak.</pe>. Fater tak powiedziała --- szepnął znowu
Störch, cofając się nieco w tył z krzesłem, bo go Borowiecki uderzył oczami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego pani chce tego, po co to pani? --- zapytał dosyć twardo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bo chcę --- odparła rezolutnie --- chcę i proszę o informację.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Brat musi mieć przecież w tym nowym pałacyku i bibliotekę.</akap_dialog>


<akap>Zaśmiała się bardzo serdecznie i bardzo cichutko.</akap>


<akap_dialog>--- Co pani widzi śmiesznego w moim przypuszczeniu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale, bo Wilhelm tak nie lubi książek, że kiedyś pogniewał się na mnie i gdy byłam z mamą w mieście, spalił mi wszystkie moje książki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ja, ja</slowo_obce> Wilhelm nie lubi książek, on jest dobry
bursz<pe><slowo_obce>bursz</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Bursche</slowo_obce>) --- chłopak, terminator w jakimś zawodzie.</pe>.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki popatrzył zimno na Störcha i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze, przyślę pani jutro spis tytułów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jeślibym ja pragnęła mieć ten spis zaraz,
natychmiast.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To natychmiast mogę kilka tytułów napisać,
a resztę jutro.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan jest dobry chłopak --- powiedziała wesoło,
ale ujrzawszy, że usta mu drgnęły uśmiechem ironii,
rozczerwieniła się jak piwonia.</akap_dialog>


<akap>Napisał na bilecie wizytowym, opatrzonym w herby,
pożegnał się i wyszedł.<end id="e1308384985187-794026077"/></akap>


<akap>W korytarzu spotkał się ze starym Szają Mendelsohnem, prawdziwym królem bawełnianym, którego nazywano krótko --- Szaja.</akap>


<akap>Był to wysoki, chudy Żyd, o wielkiej białej, iście
patriarchalnej brodzie, ubrany w długi, zwykły chałat,
który mu się tłukł po piętach.</akap>


<akap>Szaja zawsze bywał tam, gdzie przypuszczał, iż
będzie Bucholc, jego największy współzawodnik w królestwie bawełnianym, największy fabrykant łódzki i do
tego osobisty nieprzyjaciel.</akap>


<akap>Zagrodził drogę Borowieckiemu, który uchylając
kapelusza, chciał przejść dalej.</akap>


<akap_dialog>--- Witam pana. Nie ma dzisiaj Hermana, dlaczego? --- zapytał ohydną polszczyzną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem --- odparł krótko, bo nie cierpiał
Szai, jak go nie cierpiała cała nieżydowska Łódź.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żegnam pana --- rzucił sucho i pogardliwie Szaja.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki nic nie odpowiedział i poszedł na
pierwsze piętro, do jednej z lóż, w której był cały bukiet kobiet, pomiędzy nimi zastał Moryca i Horna.</akap>


<akap>W loży było nadzwyczaj wesoło i bardzo ciasno.</akap>


<akap_dialog>--- Nasza mała ślicznie gra, prawda panie Borowiecki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak i bardzo żałuję, że nie zaopatrzyłem się
w bukiet.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My go mamy, podadzą jej po drugiej sztuce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że jest ciasno beze mnie i wesoło beze mnie, że
panie mają już asystę --- wychodzę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zostań pan z nami, będzie jeszcze weselej --- prosiła go jedna z kobiet, w liliowej sukni, z liliową
twarzą i z liliowymi oczami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Weselej to pewnie nie, ale że ciaśniej, to z pewnością --- zawołał Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To wyjdź, będzie zaraz więcej miejsca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żebym mógł iść do loży Müllerów, to bym
wyszedł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mogę ci to ułatwić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja wychodzę i zaraz zrobi się więcej miejsca --- zawołał Horn, ale pochwyciwszy proszące spojrzenie
młodej dziewczyny, siedzącej na froncie loży, pozostał.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308386368860-3415727770"/><motyw id="m1308386368860-3415727770">Kobieta, Interes, Małżeństwo</motyw>--- Wie pani, panno Mario, ile się taksuje panna
Müller? Pięćdziesiąt tysięcy rubli rocznie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mocna panna! Ja bym się puścił na ten interes --- szepnął Moryc.<end id="e1308386368860-3415727770"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przysuń się pan bliżej, to coś opowiem --- szepnęła liliowa i pochyliła nisko głowę, tak, że jej ciemne, puszyste włosy, dotykały skroni nachylonego do niej Borowieckiego. Zasłoniła się wachlarzem i szeptała mu długo do ucha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie spiskujcie! --- zawołała najstarsza w loży,
zupełnie w stylu <slowo_obce>barocco</slowo_obce>, piękna, czterdziestokilkuletnia
kobieta, o cerze olśniewającej, siwych zupełnie włosach,
nadzwyczaj obfitych, czarnych oczach i brwiach i o majestatycznej, imponującej postaci, która przewodniczyła
całej loży.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pani Stefania opowiadała mi ciekawe szczegóły
o tej nowej baronowej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, nie powtórzyłaby tego przy wszystkich --- szepnęła barokowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panna Mada Müller raczy nas lornetować, o!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wygląda dzisiaj jak młoda, tłuściutka, oskubana z piórek gęś, okręcona w nać z pietruszki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pani Stefania udaje dzisiaj złośliwą --- szepnął
Horn.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308386746703-3982559035"/><motyw id="m1308386746703-3982559035">Kobieta, Interes</motyw>--- Albo tamta, Szajówna, cały magazyn jubilerski
ma na sobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież stać ją nawet na dwa sklepy jubilerskie --- wtrącił Moryc, wpakował binokle na nos i patrzył na dół, w lożę Mendelsohnów, gdzie siedziała z ojcem jego najmłodsza córka ubrana z niesłychanym przepychem z jakąś drugą panną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któraż kulawa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Róża, ta po lewej stronie, ruda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wczoraj była u mnie w sklepie, przerzuciła
wszystko, nic nie kupiła i poszła, ale miałam czas się
jej przyjrzeć, jest zupełnie brzydka --- mówiła pani
Stefania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ona jest prześliczną, ona jest anioł, co to anioł,
ona jest cztery albo piętnaście aniołów --- wykrzykiwał
Moryc, przedrzeźniając starego Szaję.<end id="e1308386746703-3982559035"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do widzenia paniom, chodź Moryc, pan Horn
zostanie przy paniach.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308386929826-2921375589"/><motyw id="m1308386929826-2921375589">Teatr, Interes</motyw>--- Może panowie przyjdą do nas na herbatę po
teatrze? --- prosiła wszystkich liliowa, patrząc na Borowieckiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję bardzo, ale przyjdę jutro, dzisiaj nie
mogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy jesteś pan zamówiony do Müllerów? --- szepnęła trochę cierpko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do Grand Hotelu. Dzisiaj sobota, przyjeżdża
Kurowski, jak zwykle, a ja mam z nim do obgadania
niesłychanie ważne rzeczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To załatw się z nim pan w teatrze, musi przecież być.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On przecież nie bywa w teatrze, nie zna go
pani?</akap_dialog>


<akap>Ukłonił się i wyszedł, przeprowadzony dziwnym
spojrzeniem pani Stefanii.</akap>


<akap>Akt dosyć dawno się już ciągnął, więc przesuwał
się do swojego miejsca i siadł, ale nie słuchał, bo naokoło szeptano coś nader tajemniczo.</akap>


<akap>Zdziwił wszystkich fakt, że w czasie sztuki wywołano z loży Knolla, zięcia Bucholca, który siedział samotnie w loży, na wprost Zukerów, a potem, że wyniósł się z teatru cichaczem Grosglik, największy bankier łódzki.</akap>


<akap>Przynieśli mu depeszę, z którą poleciał do Szai.</akap>


<akap>Szczegóły te, podawane sobie szeptem, obleciały
niby błyskawica teatr i wzbudziły jakiś ciemny, niewytłumaczony niepokój w przedstawicielach różnych firm.<end id="e1308386929826-2921375589"/></akap>


<akap_dialog>--- Co się stało? --- zapytywano, nie znajdując odpowiedzi na razie.</akap_dialog>


<akap>Kobiety słuchały sztuki, ale większość mężczyzn
z parteru i z lóż przypatrywała się z niepokojem królom i królikom łódzkim.</akap>


<akap>Mendelsohn siedział zgarbiony, z okularami na
czole, gładził chwilami brodę wspaniałym ruchem i szczerze zdawał się być pochłonięty przedstawieniem.</akap>


<akap>Knoll, wszechpotężny Knoll, zięć i następca Bucholca także słuchał z uwagą.</akap>


<akap><begin id="b1308387087208-850255609"/><motyw id="m1308387087208-850255609">Teatr, Śmiech, Pieniądz</motyw>Müller istotnie musiał nie wiedzieć o niczym, bo
śmiał się na całe gardło z dowcipów mówionych na scenie,
śmiał się tak szczerze, że chwilami Mada szeptała cicho:</akap>


<akap_dialog>--- Papo, tak nie można.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapłaciłem, to się bawię --- rzucał jej w odpowiedzi i istotnie bawił się zupełnie.</akap_dialog>


<akap><end id="e1308387087208-850255609"/>Zuker zniknął, w loży siedziała samotnie Lucy
i znowu patrzyła na Borowieckiego.</akap>


<akap>Mniejsi potentaci i przedstawiciele takich firm jak:
Ende-Griszpan, Wolkman, Bauvecel Fitze, Biberstein,
Pinczowski, Prusak, Stojowsky, kręcili się na swoich
miejscach coraz niespokojniej, szepty przelatywały z końca
w koniec teatru, co chwila ktoś się wysuwał i nie powracał.</akap>


<akap>Oczy badały naokoło, na ustach tkwiły zapytania,
niepokój wszystkimi owładał coraz silniejszy.</akap>


<akap>A nikt nie umiał sobie wytłumaczyć, dlaczego, chociaż wszyscy byli pewni, że się coś stało ważnego.</akap>


<akap>Z wolna to zdenerwowanie udzielało się tym nawet, którzy nie obawiali się żadnych złych wieści.</akap>


<akap>Wszyscy poczuli to drżenie łódzkiego gruntu, tak
często w ostatnich czasach nawiedzanego kataklizmem.</akap>


<akap><begin id="b1308387393497-3949894816"/><motyw id="m1308387393497-3949894816">Teatr, Bogactwo, Bieda, Śmiech</motyw>Tylko góra, tanie miejsca, nic nie odczuwała, bawiła się wciąż wybornie, wybuchała śmiechem, biła
oklaski, wołała brawo.</akap>


<akap>Śmiech jakby falą buchał z drugiego piętra i rozpryskiwał się kaskadą dźwięków na parter i loże, na te
wszystkie głowy i dusze tak nagle zaniepokojone, na te
miliony, rozpostarte na aksamicie, ubrylantowane, pyszne
swą władzą i wielkością.</akap>


<akap><end id="e1308387393497-3949894816"/>Ze wszystkich lóż tylko loża znajomych Borowieckiego pań brała udział w zabawie i bawiła się
doskonale.</akap>


<akap>Potworzyły się pewne rafy na tym ruchomym morzu, które siedziały spokojnie, wpatrzone w scenę; były
to rodziny przeważnie polskie, których nic nie mogło
zaniepokoić, bo nic nie miały do stracenia.</akap>


<akap_dialog>--- To bawełna --- szepnął Leon do Borowieckiego. --- Patrz pan, wełna i inni siedzą prawie spokojnie,
są tylko ciekawi. Ja się na tym znam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Frumkin w Białymstoku, Lichaczew w Rostowie, Ałpasow w Odessie --- klapa! --- szepnął Moryc,
który skądciś dowiedział się tego.</akap_dialog>


<akap>Wszyscy trzej byli to kupcy <slowo_obce>en gros<pe><slowo_obce>en gros</slowo_obce> (fr.) --- tu: na wielką skalę.</pe></slowo_obce>, jedni z największych odbiorców łódzkich.</akap>


<akap_dialog>--- Na ile Łódź zaangażowana? --- pytał Borowiecki.
</akap_dialog>


<akap>Moryc znowu wyszedł i powrócił po kilku minutach, był znacznie bledszy, usta miał skrzywione, oczy
świeciły dziwnie; nie mógł ze wzruszenia trafić z binoklami na nos.</akap>



<akap_dialog>--- Jest jeszcze jeden. Rogopuło w Odessie. Murowane firmy, same murowane!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wysoko leżą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Łódź traci ze dwa miliony! --- szepnął bardzo
poważnie i usiłował włożyć binokle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie może być --- wykrzyknął prawie głośno
Borowiecki, zrywając się z miejsca, aż publiczność siedząca za nim, zaczęła stukać i sykać, żeby nie zasłaniał
sceny sobą. --- Kto ci powiedział?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Landau, a jak Landau mówi, to Landau wie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto traci?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszyscy po trochu, a Kessler, Bucholc, Müller najwięcej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale żeby ich nie podeprzeć, pozwolić na taką
klapę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rogopuło uciekł, Lichaczew umarł, zapił się
z rozpaczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Frumkin i Ałpasów?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie wiem, mówiłem tyle, co było w depeszy.</akap_dialog>


<akap>Już teraz te wszystkie wieści rozlały się po teatrze,
wszyscy wiedzieli o klęsce.</akap>


<akap>Co chwila widać było, jak ta wiadomość niby
bomba wybucha w innej stronie teatru.</akap>


<akap>Twarze podnosiły się w górę, oczy błyskały, słowa
jakieś ostre dźwięczały w powietrzu, krzesła się podnosiły z trzaskiem, wybiegali z pośpiechem do telegrafu
i telefonów.</akap>


<akap>Teatr bardzo opustoszał.</akap>


<akap>Borowiecki czuł się także zdenerwowanym tą
wieścią, sam nic nie tracił, ale tracili wszyscy naokoło
niego.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308392412239-701146817"/><motyw id="m1308392412239-701146817">Interes</motyw>--- Wy nic nie tracicie? --- zapytał się Maksa
Bauma, który znalazłszy miejsce wolne, przysiadł się
bliżej niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My nie mamy nic do stracenia prócz honoru,
a przecież tym towarem w Łodzi się nie operuje --- odpowiedział drwiąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ładnie Łódź trzeszczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nastanie ciepły sezon.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak. Straż ogniowa będzie mieć robotę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zrobi się cieplej, to prędzej wiosna będzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Warto by, węgle takie drogie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan się śmiej zdrów, bo to pana nic nie kosztuje, taka zabawa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bywało tak, bywało. Połowa skręci kark, a druga
połowa zarobi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto najlepiej leży?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bucholc, Kessler, Müller.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tym się nigdy nic nie stanie, co im kto zrobi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech ich wszystkich diabli wezmą, co mi to
szkodzi, co ja na tym zarobię, że oni mają albo nie
mają.</akap_dialog>


<akap>Tak się krzyżowały uwagi, zapytania, cyfry, spojrzenia prawie wesołe i zadowolone z ruiny innych, przypuszczenia i drwiny.</akap>


<akap_dialog>--- Mayer podobno na całe sto tysięcy rubli zaangażowany?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To mu dobrze zrobi na brzuch, sprzeda konie,
będzie chodził pieszo i zaraz schudnie, nie będzie potrzebował już jeździć do Marienbadu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będą tanio do sprzedania różne familijne brylanty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wolkmana może to dobić, on już szedł na pół
pary.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Możesz Robert teraz prosić o rękę jego córki,
już cię nie wyrzucą za drzwi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech jeszcze poczeka.</akap_dialog>


<akap><end id="e1308392412239-701146817"/>Tak wrzał parter, tłum.</akap>


<akap>Królowie siedzieli spokojnie.</akap>


<akap>Szaja nie spuszczał oczów ze śpiewaczki i jak skończyła, pierwszy zaczął bić brawo, a potem szeptał po
cichu z Różą i nieznacznie, gładząc brodę, wskazywał
na Knolla, który oparty łokciami o parapet loży, skinął
głową na Borowieckiego.</akap>


<akap>Karol zaraz w pierwszym antrakcie zjawił się
u niego.</akap>


<akap_dialog>--- Słyszałeś pan?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszałem --- i zaczął wyliczać firmy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupstwo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupstwo, dwa miliony rubli na samą Łódź?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie my tracimy; przed chwilą był Bauer i mówił, że jakieś kilkanaście tysięcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W teatrze mówią, że z pół miliona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To Szaja tak rozpuszcza pogłoskę, bo on tyle
traci. Głupi Żyd.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W każdym razie odbije się to na Łodzi porządnie, firmy będą lecieć jak muchy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech zdechną wszyscy, co to nam szkodzi --- szeptał zimno i przyglądał się swoim rękom starannie
utrzymanym i gonił bezwiednie przymrużonymi oczyma
za połyskiem brylantów osadzonych w pierścionku lewej
ręki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja do pana mówię nie jak do naszego człowieka, a jak do przyjaciela. Pan wie, kto musi paść
z powodu tego krachu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na pewno nie wymieniają nikogo prawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mniejsza z tym, zawsze padnie dosyć, a ilu, to
zobaczymy jutro, będzie wesoła niedziela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawdziwe nieszczęście.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dla naszej firmy nie, bo pomyśl pan, kto pada --- bawełna. Kto pozostaje --- my, Szaja i paru innych. Ta
parszywa, żydowska, tandetna konkurencja zdechła w połowie albo zaraz zdechnie, struli się sami. Na jakiś czas
będzie nam luźniej. Będziemy robili parę nowych gatunków, które oni robili, no, i będziemy o tyle więcej
sprzedawali. Ale to jest bagatelka, kręcą karki, niech
kręcą; palą się, niech się palą; oszukują, niech oszukują;
my zawsze zostaniemy. To zresztą mało ważne rzeczy,
są znacznie ważniejsze, zobaczysz pan niedługo, że połowa fabryk bawełnianych stanie, niedługo, niedługo.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki patrzył się na niego i słuchał z pewną niecierpliwością, nie lubił Knolla i jego dumy szalonej, płynącej z poczucia swoich milionów.</akap>


<akap>Był największym po teściu dorobkiewiczem, w tym
świecie dorobkiewiczów najwykształceńszym<pe><slowo_obce>najwykształceńszym</slowo_obce> --- dziś popr.: najbardziej wykształconym.</pe>, dobrze wychowanym, przyjemnym w obcowaniu, ale i najbardziej
nieubłaganym i najbardziej wyzyskującym pracę, ludzi
i wpływy, jakie miał wszędzie.</akap>


<akap_dialog>--- Przyjdź pan jutro do nas na obiad, proszę
pana w ojca imieniu. A teraz będzie pan łaskaw zobaczyć, która godzina, ja tego nie mogę zrobić, aby nie
myślano, że mi się gdzie spieszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za kilka minut jedenasta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O której odchodzi kurierski do Warszawy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wpół do pierwszej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam jeszcze czas. Muszę panu powiedzieć, dlaczego dla mnie te wiadomości o bankructwach, o tym,
że Łódź traci dwa miliony, są mało ważne; przyszły bowiem wiadomości znacznie ważniejsze... --- urwał nagle. --- Ja mówię do szlachcica?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdaje mi się, ale nie rozumiem związku...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz pan zrozumiesz. Pan jest naszym przyjacielem, my panu nigdy nie zapomnimy tego, że pan
podniósł naszą drukarnię. --- Widzi pan, przed godziną donieśli depeszą z Petersburga o bardzo ważnej sprawie, o tym, że... że ja muszę tam jechać zaraz, ale w zupełnej tajemnicy.
</akap_dialog>


<akap>Dokończył spiesznie i nie powiedział tego, co chciał
powiedzieć, powstrzymał go wzrok Borowieckiego zimny
i podejrzliwy, który go przewiercał tak na wskroś, że
Knoll poruszył się niespokojnie, poprawił szpilkę w krawacie i popatrzył na lożę naprzeciwko.</akap>



<akap_dialog>--- Ta Zukerowa to śliczna kobieta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ma ładne brylanty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc pan jutro przyjdzie do starego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ z pewnością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ma on tam jakiś specjalny interes. Pan już
wychodzi, to poproszę o jedno, może pan zechce powiedzieć mojemu stangretowi, żeby czekał na mnie na Przejazd. No, do widzenia, za kilka dni będę. Więc tajemnica, panie Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najzupełniejsza.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki wyszedł z uczuciem zawodu. Czuł, że
Knoll nie powiedział mu wszystkiego.</akap>


<akap_dialog>--- Co to za wiadomość? Po co on jedzie? Dlaczego mi nie powiedział? --- myślał, ale na próżno, gubił
się w domysłach i przypuszczeniach.</akap_dialog>


<akap>Nie czekał zapadnięcia kurtyny i wyszedł, ale już
z ulicy powrócił do teatru i poszedł do loży Zukerowej.</akap>


<akap_dialog>--- Myślałam, że pan o mnie zapomniał --- powiedziała z wyrzutem, utkwiwszy w nim swoje ogromne,
cudne oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy to możebne?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dla pana jest wszystko możebnym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potępia mnie pani, na wiarę przyjaciół i nieprzyjaciół.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co mnie to obchodzi, widziałam tylko, że pan
wyszedł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale powróciłem, musiałem powrócić --- szepnął
ciszej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do teatru, zapomniał pan czego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak?! --- szepnęła długo i oczy jej zamigotały
blaskiem radości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan tak do mnie nigdy nie mówił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale dawno tego pragnąłem.</akap_dialog>


<akap>Ogarnęła spojrzeniem całującym jego twarz, aż poczuł coś jakby powiew ciepły na ustach.</akap>


<akap_dialog>--- Pan mówił o mnie tam w krzesłach z panem Weltem, czułam to.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówiliśmy o pani brylantach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, że tak pięknych żadna nie ma w Łodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prócz Knollowej i Baronowej --- powiedział
złośliwie, uśmiechając się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I o czym jeszcze mówiliście?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O pani piękności!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan ze mnie żartuje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę żartować z tego, co kocham --- powiedział przytłumionym głosem, ujmując zwieszoną rękę,
wyrwała mu ją szybko i patrzyła rozszerzonymi oczami,
oglądając się dokoła, jakby te słowa powiedziano na
sali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żegnam panią --- mówił powstając, był zły na
siebie, czuł, że popełnił głupstwo, że jej to tak prosto
bez przygotowań wielkich powiedział, ale działała na
niego narkotycznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyjdziemy razem, zaraz --- powiedziała prędko,
pozbierała szal, cukierki z pudełkiem, wachlarz i wyszła.</akap_dialog>


<akap>Ubierała się w milczeniu.</akap>


<akap>Borowiecki nie wiedział, co mówić, patrzył tylko
na nią, na jej oczy zmieniające co chwila wyraz, na
cudnie zarysowane ramiona, na usta, które ustawicznie
oblizywała, na wspaniałą, doskonale rozwiniętą figurę.</akap>


<akap>Gdy włożyła kapelusz, podał jej rotundę<pe><slowo_obce>rotunda</slowo_obce> --- obszerny płaszcz damski, skrojony w kształt koła.</pe>. Pochyliła się nieco w tył, aby ją wziąć na ramiona i w tym
ruchu dotknęła włosami jego ust, odsunął się nieco w tył,
jakby sparzony, a ona nie znajdując oparcia, upadła mu
plecami na piersi.</akap>


<akap>Pochwycił ją szybko w ramiona i wpił się ustami
w jej kark, który się naprężył i skurczył pod pożerającym pocałunkiem.</akap>


<akap>Krzyknęła cicho i wparła się w niego całą siłą na
mgnienie, aż się zachwiał pod jej ciężarem.</akap>


<akap>Wyrwała mu się szybko z objęć.</akap>


<akap>Była bladą jak marmur, dyszała ciężko, a spod
przymkniętych powiek buchały płomienie.</akap>


<akap_dialog>--- Odprowadzi mnie pan do powozu --- powiedziała, nie patrząc na niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chociażby na koniec świata.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapnij mi pan rękawiczki.</akap_dialog>


<akap>Zapinał, ale nie mógł znaleźć ani dziurek, ani guziczków, tak jak nie mógł znaleźć jej spojrzenia, bo nie
patrzyła na niego; oparła się jednym ramieniem o ścianę,
odwróciła nieco głowę i tak stała z ręką w jego ręku,
z dziwnym uśmiechem na ustach, które promieniowały
karminem; czasem wstrząsnął nią dreszcz, wtedy silniej
przycisnęła się do ściany i jakiś cień jakby przerażenia
migotał po jej twarzy i taił się w kątach ust.</akap>


<akap_dialog>--- Chodźmy --- szepnął, skończywszy zapinanie.
</akap_dialog>


<akap>Doprowadził ją do powozu, wsadził, a ujmując jej rękę i całując gorąco, szepnął:</akap>




<akap_dialog>--- Niech mi pani przebaczy, błagam na wszystko.</akap_dialog>


<akap>Nic nie odpowiedziała, tylko tak silnie pociągnęła
go do wnętrza, że wskoczył bez namysłu, zatrzaskując
drzwi za sobą.</akap>


<akap>Konie ruszyły z kopyta.</akap>


<akap>Borowiecki czuł się zdenerwowanym do najwyższego stopnia tym, co się stało. Nie miał jeszcze czasu
zdać sobie sprawy dokładnie, nie umiał zresztą teraz w tej
chwili myśleć, wiedział tylko, że ona jest przy nim, siedziała wciśnięta w kąt powozu, daleko od niego. Słyszał
jej nierówny, szybki oddech, a chwilami w świetle latarni ulicznych, błyskała mu jej twarz i oczy ogromne,
wpatrzone w jakąś próżnię.</akap>


<akap>Chciał zapanować nad sobą, chciał już zastukać
na stangreta, szukał już bezwiednie antaby<pe><slowo_obce>antaba</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Handhabe</slowo_obce>: rękojeść) --- dzierżak; metalowy uchwyt na kufrze, drzwiach, bramie, złożony z dwóch części, jednej stanowiącej umocowanie i drugiej (często ruchomej) służącej do chwytania; antaby na drzwiach stanowiły zarazem kołatkę.
</pe>, aby drzwi
otworzyć i wprost uciec, ale nie miał sił już ani woli.</akap>


<akap_dialog>--- Pani mi przebaczy, to co się stało? --- zaczął
wolno i szukał jej rąk, schowała je głęboko pod rotundę.</akap_dialog>


<akap>Nie odpowiedziała nic, obcisnęła się szczelnie w rotundę, jakby chcąc zamknąć w sobie, przytrzymać tę
szaloną chęć rzucenia mu się w ramiona.</akap>


<akap_dialog>--- Pani mi przebaczy --- powtórzył ciszej, przysuwając się do niej.</akap_dialog>


<akap>Drżał cały, nie mógł więcej mówić i nie otrzymując odpowiedzi, szepnął bardzo cicho i bardzo głęboko.</akap>


<akap_dialog>--- Lucy! Lucy!</akap_dialog>


<akap>Wstrząsnęła się, puściła rotundę, która zsuwała
się z jej ramion i z jakimś głębokim, przejmującym
okrzykiem rzuciła mu się na piersi.</akap>


<akap_dialog>--- Kocham cię, kocham! --- szeptała, obejmując
go namiętnie.</akap_dialog>


<akap>Usta się ich zbiegły w długim, śmiertelnie mocnym
pocałunku.</akap>


<akap_dialog>--- Kocham cię, kocham! --- powtarzała z lubością
ten dźwięk słodki, całując jego twarz z porywającą siłą.
</akap_dialog>


<akap>Czuła głód pocałunków, pieszczot i miłości tak dawno, więc teraz, kiedy się już tak stało, nie myślała
o niczym, nie pamiętała na nic, tylko całowała.</akap>




<akap_dialog>--- Nie, nie mów teraz nic, nie mów. Chcę mówić
sama, chcę wołać wciąż. Kocham cię! Mogę to powtarzać wobec całego świata, wszystko mi już jedno. Ja
wiem, że cię inne kochają, wiem, że masz narzeczoną, ale co
mnie to obchodzi! Kocham cię! Kocham nie dlatego, żebyś i ty mnie kochał, żebym chciała przez to szczęścia,
nie dlatego --- ja cię kocham, kocham i nic więcej.
Potrzebowałam kochać, jak każdy człowiek potrzebuje
miłości. Pan jesteś dla mnie wszystkim. Chcesz, uklęknę
przed tobą i będę ci to mówić tak długo, tak szczerze,
aż uwierzysz i sam kochać mnie zaczniesz. Już nie mogę
udawać, już nie mogę żyć bez ciebie i bez miłości. Kocham cię, mój jedyny, mój panie.</akap_dialog>


<akap>Mówiła bezładnie, prędko, nieprzytomnie. Okryła
się w rotundę, to znowu ją opuszczała, odsuwała się od
niego, to bez słów, promieniejąca, obejmowała go, cisnęła
się do niego, całowała.</akap>


<akap>Borowiecki porwany tym szalonym wybuchem namiętności, oczarowany miłością tak wielką i tak ognistą,
głosem, co przenikał ogniem i pocałunkami, które go
--- bo onieprzytomniały prawie, dał się unieść temperamentowi
swojemu i szalał jak i ona.</akap>


<akap>Oddawał jej tak pocałunki, że mu chwilami zwisła na rękach jak martwa.</akap>


<akap_dialog>--- Kocham cię, Lucy, kocham! --- powtarzał, nie
wiedząc sam, co mówi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mów nic, całuj mnie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mów nic, całuj mnie --- wołała w najwyższym uniesieniu.</akap_dialog>


<akap>Głos jej rwał się i wybuchał burzą, to znowu łkał,
jakby całą miłością wschodu, jakby całą ognistą pieśń
nad pieśniami wyśpiewywał.</akap>


<akap_dialog>--- Ja tak marzyłam o tej chwili, tyle miesięcy
pragnęłam cię, tyle lat czekałam na to, tyle cierpiałam
przez to. Całuj mnie! Mocniej... mocniej... mocniej...
A! Teraz umarłabym chętnie --- wykrzyknęła dziko.</akap_dialog>


<akap>Powóz toczył się wolno po jednej ze strasznie
błotnistych i niebrukowanych ulic, gdzie nie było nawet latarń, tylko powozowe światła rozkrążały złoty
blask na ruchomą, płynną a głęboką warstwę błota,
rozpryskującą się aż na szyby.</akap>


<akap>Nikt nie przechodził ani nie przejeżdżał tą ulicą,
obwiedzioną z obu stron wysokimi parkanami, spoza
których wznosiły się sterty drzewa budulcowego ułożone
w wielkie czworoboki albo wystrzelał komin fabryczki
jakiejś, których w tej stronie miasta było dosyć.</akap>


<akap>Wielkie psy, pilnujące składów, szczekały ponuro
na powóz i słychać było, jak się rzucały na bramy
i drapały pazurami deski z wściekłości, nie mogąc się
wydobyć na ulicę.</akap>


<akap>Nie wiedzieli nic i nic nie słyszeli, zatopieni w fali
tej miłości nagłej i oślepiającej, jaka ich porwała.</akap>


<akap_dialog>--- Lucy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pocałuj mnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kochasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pocałuj mnie.</akap_dialog>


<akap>Rwały się im tylko takie słowa z piersi przepełnionych przerażającym ogniem.</akap>


<akap_dialog>--- Weź mnie Karol, weź mnie całą i na zawsze.</akap_dialog>


<akap>Nie wiedzieli nawet, kiedy stanęli na miejscu.</akap>


<akap>Zajechali przed pałacyk Zukerów, stojący w okolicy miejskiego lasku.</akap>


<akap_dialog>--- Chodź do mnie --- szepnęła, trzymając go silnie
za rękę.</akap_dialog>


<akap>Bezwiednie, z przyzwyczajenia wsunął drugą rękę
do kieszeni, gdzie miał rewolwer.</akap>


<akap_dialog>--- Niech August zaczeka na pana --- zawołała
grzmiąco do stangreta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodź, nie ma nikogo, on --- mówiła z naciskiem --- pojechał. Nikogo prócz służby nie ma w domu.</akap_dialog>


<akap>Puściła jego rękę, bo służba otwierała drzwi.</akap>


<akap_dialog>--- Zapalić światło w saloniku wschodnim. Podawać zaraz herbatę.</akap_dialog>


<akap>Rzuciła mu się na szyję, skoro lokaj oddalił się,
ucałowała go namiętnie i popchnęła w jakiś korytarzyk
wysłany dywanem i wybity czerwono.</akap>


<akap_dialog>--- Zaraz przyjdę, kocham cię! --- zawołała za nim
i zniknęła.</akap_dialog>


<akap>Rozebrał się wolno, rewolwer przełożył do kieszeni surduta i wszedł w jakieś drzwi, które się przed
nim otworzyły do słabo oświetlonego saloniku.</akap>


<akap>Biały dywan ze skór baranów, nadzwyczaj puszysty, tłumił zupełnie kroki.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ to zupełnie romantyczna awantura! --- szepnął, padając na jakiś zydel perski bez poręczy, inkrustowany w hebanie złotem i srebrem, bo czuł się
strasznie znużonym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciekawa kobieta, ciekawa scena --- myślał i zaczął się rozglądać po pokoju.</akap_dialog>


<akap>Buduar był urządzony z takim przepychem, że
nawet w mieście pełnym najwspanialszych mieszkań,
takim jak Łódź, mógł jeszcze wyrwać okrzyk zdziwienia.</akap>


<akap>Ściany były obciągnięte w żółty, o gorącym tonie
jedwab, po którym rozrzucone bardzo artystycznie gałęzie bzów czerwono-fioletowych, nakładanych grubym
haftem.</akap>


<akap>Przez całą długość jednej ściany stała wielka i szeroka sofa, pod baldachimem żółtym w zielone pasy,
udrapowanym w formie namiotu i podtrzymywanym
przez złote halabardy.</akap>


<akap>U szczytu, pod namiotem, lampa ze szkieł żółtych,
rubinowych i zielonych rozrzucała dziwnie omdlewające
światło.</akap>


<akap_dialog>--- Handełesy --- szepnął z jakąś zawistną nieomal
pogardą, zirytowany tym przepychem, ale pomimo to
rozglądał się ciekawie; dziwaczne, kosztowne sprzęty
o formach wschodnio-japońskich były bezładnie nagromadzone i stosunkowo do wielkości pokoju w nadmiernej ilości.</akap_dialog>


<akap>Stosy poduszek jedwabnych o jaskrawych barwach
chińskich leżały porozrzucane po sofie i białym dywanie i
odcinały się ostrymi plamami jakby farb porozlewanych.</akap>


<akap>Zapach ambry i <slowo_obce>violettes de Perse</slowo_obce>, pomieszany z różami, rozwłóczył się po pokoju.</akap>


<akap>Na jednej ze ścian błyszczała masa broni wschodnich, bardzo kosztownych, ułożona dookoła wielkiej,
okrągłej tarczy saraceńskiej, stalowej, nabijanej złotem
i tak wypolerowanej, że w tym świetle przyćmionym
skrzyła się i promieniowała złotymi ozdobami i rzędami
rubinów, i bladych ametystów, jakimi obrzeże jej było
wysadzone.</akap>


<akap>W jednym rogu, na tle olbrzymiego wachlarza
z pawich piór, stał cały wyzłocony posążek Buddy,
z podwiniętymi nogami, w postawie kontemplacyjnej.</akap>


<akap>W drugim roku stała wielka żardinierka japońska
z brązu, podtrzymywana przez złote smoki, pełna kwitnących, białych jak śnieg azalii.</akap>


<akap_dialog>--- Pociejów milionerski --- myślał znowu Borowiecki, który posiadał nadzwyczaj wyrobiony smak artystyczny i poczucie piękna, rozwinięte jeszcze do stopnia doskonałości specjalnymi studiami nad harmonią
barw.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308395416007-1697970129"/><motyw id="m1308395416007-1697970129">Sługa</motyw>--- Jaśnie pani prosi pana dyrektora --- szepnął
z ukłonem stary, wygolony lokaj, odsłaniając ciężką
portierę z żółtego aksamitu, pokrytą malowanymi chryzantemami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Józef jest tutaj? --- zapytał Borowiecki idąc,
bo znał go z innego domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Puściłem w licytację tamtych Żydów --- szepnął
cicho, zginając się przed nim.</akap_dialog>


<akap>Karol uśmiechnął się tylko i poszedł do jadalnego.</akap>


<akap>Lucy nie było jeszcze.</akap>


<akap>Usłyszał tylko przytłumiony murami krzykliwy jakiś głos z dalszych pokojów.</akap>


<akap_dialog>--- Co to? --- zapytał bezwiednie Borowiecki, nasłuchując.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaśnie pani rozmawia z pokojówką --- objaśniał Józef, ale z takim zimno-pogardliwym wyrazem
twarzy, że Borowiecki zwrócił na to uwagę i nic już
nie pytał więcej.<end id="e1308395416007-1697970129"/></akap_dialog>


<akap>Lokaj wyszedł, a on rzucił po jadalni oczami: była
umeblowana z banalnym łódzkim przepychem; boazerie
z dębu do połowy ścian, kredensy w bretońskim stylu
z ciemnego orzecha, z masą sreber i porcelany na półkach, staroniemieckie dębowe i wspaniale rzeźbione
zydle dokoła olbrzymiego stołu, oświetlonego żyrandolem w formie bukietu tulipanów, w którym jaśniała
elektryczność.</akap>


<akap>Część jedna stołu była przygotowaną do herbaty.</akap>


<akap>Usiadł, bo go zaczęło niecierpliwić oczekiwanie
i zobaczył, że przy stole na ziemi leży jakiś papier,
podniósł go, aby położyć i prawie machinalnie rzucił
na niego okiem.</akap>


<akap><begin id="b1308395699203-3676230343"/><motyw id="m1308395699203-3676230343">Wiadomość, Interes, Pieniądz</motyw>Był to telegram, pisany kluczem firmy Bucholca,
który się używał w razach nadzwyczajnej ważności.</akap>


<akap>Borowiecki znał ten klucz i zdziwił się niepomiernie.</akap>


<akap_dialog>--- Co tu robi ten telegram?</akap_dialog>


<akap>Odwrócił blankiet, adres był: ,,Bucholc --- Łódź".</akap>


<akap>Więc się już dalej nie krępował, tylko czytał:</akap>





<dlugi_cytat><akap>Dzisiaj zapadło postanowienie na radzie.
Cło od bawełny amerykańskiej sprowadzanej
na Hamburg i Triest --- podniesiono do 25 kopiejek w złocie od puda. Wprowadzenie za
dwa tygodnie. Taryfy kolejowe przewóz bawełny od granic zachodnich do 20 kop. od puda
i wiorsty. Wykonanie za miesiąc. Za tydzień
będzie ogłoszone.</akap></dlugi_cytat>




<akap>Borowiecki depeszę schował do kieszeni i zerwał
się z krzesła poruszony nadzwyczaj.</akap>


<akap_dialog>--- Straszna wiadomość. Pół Łodzi padnie --- szeptał, teraz zrozumiał, że o tej wiadomości nic mu nie
powiedział Knoll, bał się mu zaufać. --- Pojechał do
Hamburga kupować zapasy bawełny. Wykupi, co będzie
mógł zdążyć i weźmie mniejszych fabrykantów za łeb.
Co za interes, co za interes! Teraz mieć pieniądze
i jechać kupować. Aaa! --- myślał i wszystko w nim
zaczęło kipieć jakąś szaloną niecierpliwością, żądzą niepowstrzymaną zrobienia na tej wypadkiem otrzymanej
wieści, majątku --- Pieniędzy! Pieniędzy! --- wołał w myśli, zrywając się z krzesła.<end id="e1308395699203-3676230343"/></akap_dialog>


<akap>Oczy mu gorączkowo świeciły, wszystko się w nim
trzęsło ze wzruszenia nadmiernego, pierwszym jego ruchem było uciekać stąd, do miasta, znaleźć Moryca
i obgadać ten interes i byłby może dał się porwać
uniesieniu, ale weszła, a raczej wpadła do jadalni Lucy
i rzuciła mu się prosto na szyję.</akap>


<akap_dialog>--- Czekałeś, daruj mi, musiałam się przebrać zupełnie.</akap_dialog>


<akap>Ucałowała go i usiadła, wskazując mu miejsce
obok siebie, bardzo spokojnym ruchem, bo wszedł lokaj
i nalewał herbatę.</akap>


<akap>Nie mogła jednak usiedzieć spokojnie, co chwila
wstawała do kredensów i przynosiła całe masy najrozmaitszych przysmaków i stawiała przed nim.</akap>


<akap>Miała na sobie bladożółty jedwabny szlafrok
z bardzo szerokimi rękawami, obszytymi kremowymi
koronkami, naszytymi rzędem turkusów, ściągnięty w pasie złotym sznurem.</akap>


<akap>Olbrzymie włosy zwinięte były na tyle głowy
w wielki grecki węzeł, przepięty brylantowymi grzebykami.</akap>


<akap>Ten sam naszyjnik brylantowy, jaki miała w teatrze, skrzył się i teraz na odsłoniętej szyi, wszystkimi
barwami tęczy. Wspaniałe ręce wysuwały się co chwila
z rękawów aż po ramiona.</akap>


<akap>Była szalenie pociągającą, ale Borowiecki nie odczuwał tego już ani w połowie; odpowiadał prawie monosylabami, pił śpiesznie herbatę, chciał wynieść się
jak najprędzej.</akap>


<akap>Wiadomość ta paliła go jak ogień.</akap>


<akap>Lucy drżała z niecierpliwości, goniła wzrokiem nienawiści lokaja, który łaził jak senny i nie mogąc rzucić
się na szyję Karola, przycisnęła mu z taką siłą rękę, że
omal nie krzyknął z bólu.</akap>


<akap_dialog>--- Co panu jest? --- spytała, spostrzegłszy jego
pomieszanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem szczęśliwy! --- szepnął jej po francusku.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308401479904-1374536592"/><motyw id="m1308401479904-1374536592">Pożądanie, Interes, Seks, Pieniądz</motyw>Zaczęli rozmawiać, ale rozmowa nie szła, rwała
się co chwila jak stare strzępy, gdy je kto chce silniej
przytrzymać.</akap>


<akap>Jej przeszkadzał lokaj, a jemu niecierpliwość i przymus, jaki sobie zadawał, żeby tutaj siedzieć teraz, kiedy
był panem takiej wielkiej tajemnicy, w takiej chwili,
gdy cło podnosiło się z 8 kopiejek do 25.</akap>


<akap_dialog>--- Może przejdziemy do buduaru --- szepnęła cicho, gdy się herbata skończyła.</akap_dialog>


<akap>I tak patrzyła na niego rozbłysłymi cudownie
oczami, takim dziwnym blaskiem płonęły jej purpurowe
usta, że Borowiecki, który wstał na to, aby się z nią
pożegnać, skłonił głowę i poszedł za nią.</akap>


<akap>Nie mógł się oprzeć jej urokowi.</akap>


<akap>Skoro się tylko znaleźli sami, porwała go znowu
swoim ogniem i gwałtownością, ale na chwilę tylko, bo
gdy ona całowała go z uniesieniem nieopowiedzianym,
padała przed nim na kolana, obejmowała go, krzyczała
słowa bez związku, którymi wybuchała jej namiętność
i szalała porwana własną siłą --- on myślał o bawełnie,
myślał, gdzie może być Moryc, skąd wziąć pieniędzy na
zakupy bawełny.<end id="e1308401479904-1374536592"/></akap>


<akap>Oddawał pocałunki i pieszczoty, rzucał jej chwilami słowa gorące miłości, ale robił to prawie odruchowo, więcej siłą nawyknienia do podobnych sytuacji
niźli sercem, które było w tej chwili zajęte zupełnie
czym innym.</akap>


<akap><begin id="b1308401592013-1346084434"/><motyw id="m1308401592013-1346084434">Kobieta, Miłość, Kochanek</motyw>A ona pomimo rozszalenia odczuwała intuicją
zmysłów ludzi bardzo namiętnych, że coś stoi pomiędzy
nimi --- więc potęgowała w sobie uczucie, jakby za siebie i za niego, roztaczała całą potęgę czaru kobiety zakochanej, kobiety niewolnicy, która nawet kopnięcie
swego pana i władcy przyjmuje z okrzykiem szczęścia
i kobiety, dla której szczęściem jest najwyższym zdobycie sobie kochanka przez siłę, gwałtem, mocą swego
temperamentu.</akap>


<akap>Wreszcie zwyciężyła.</akap>


<akap><end id="e1308401592013-1346084434"/>Borowiecki zapomniał o fabryce, o bawełnie,
o cłach, o świecie całym, oddawał się tej miłości z całą
zapamiętałością ludzi na pozór zimnych i umiejących
w drobnych okolicznościach życia panować nad sobą
zupełnie.</akap>


<akap>Poddawał się huraganowi i z rozkoszą pełną denerwującej ciekawości, pozwolił mu się nieść.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308401708174-2597712007"/><motyw id="m1308401708174-2597712007">Miłość, Słowo</motyw>--- Kocham cię --- wołała co chwila.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocham cię --- odpowiadał i czuł, że w tej chwili
mówi pierwszy raz w życiu szczerze zupełnie to słowo,
najwięcej może ze słownika ludzkiego kłamliwe i kłamane.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Napisz mi to, mój najdroższy, napisz --- prosiła z dziecinnym uporem.</akap_dialog>


<akap>Wyjął bilet wizytowy i całując co chwila jej cudne
fiołkowe oczy i te usta palące, napisał:</akap>


<akap_dialog>,,Kocham cię, Lucy".</akap_dialog>


<akap>Wyrwała mu bilet z rąk, przeczytała, ucałowała
kilkakrotnie i schowała za gors, ale wyjęła po chwili,
aby znowu czytać i całować na przemian bilet i jego.<end id="e1308401708174-2597712007"/></akap>


<akap>Wreszcie przypatrując się herbowi, zapytała:</akap>


<akap_dialog>--- Co to jest?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój herb.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to znaczy?</akap_dialog>


<akap>Wytłumaczył jej jak mógł, ale nic nie zrozumiała.</akap>


<akap_dialog>--- Nic nie rozumiem, zresztą nic mnie to nie
obchodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co cię obchodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocham cię.</akap_dialog>


<akap>Zamknęła mu usta pocałunkiem.</akap>


<akap_dialog>--- Widzisz, ja nic nie wiem, ja cię kocham, to
mój rozum, po co mi więcej?</akap_dialog>


<akap>Siedzieli tak długo w tej wielkiej ciszy nocy i buduaru, przez którego mury i obicia nie przedzierał się
najmniejszy szmer ze świata, zatopieni w sobie, w miłości, otoczeni jakby obłokiem zachwytu nad sobą; w tej
obezwładniającej atmosferze, przesyconej zapachami, odgłosem pocałunków, szeptem rozdrganych<pe><slowo_obce>rozdrganych</slowo_obce> --- dziś: rozedrganych.</pe>, palących słów,
szelestem jedwabiu, rubino-szmaragdowym światłem, co
się mżyło coraz słabiej, barwami przyćmionymi, które
z obić na ścianie, z mebli połyskiwały tajemniczo, drgały
w żywszym na chwilę świetle i jakby pełzały wskroś
pokoju, a potem rozlewały się i martwiały w zmroku
coraz gęstszym, w którym tylko świecił się jakoś dziwnie Budda, a nad nim patrzyły z pawich piór oczy
coraz smętniej i coraz tajemniczej.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>IV</naglowek_rozdzial>





<akap>Czwarta dochodziła, gdy Borowiecki znalazł się
na ulicy.</akap>


<akap>Stangret nie doczekawszy się, odjechał do stajni.</akap>


<akap>Wiatr huczał głęboko i zamiatał kałuże z taką
siłą, że błoto bryzgało na parkany i na wąską ścieżkę
służącą za chodnik.</akap>


<akap>Borowiecki wzdrygnął się, przejęty tym zimnym,
wilgotnym wiatrem.</akap>


<akap>Stał chwilę przed domem, nic nie widząc przed
sobą, prócz połyskującego błota i czarnych, spiętrzonych
gmachów w oddali, i kominów fabrycznych, słabo rysujących się na szarym, zmąconym tle nieba, po którym
chmury, niby porozrywane bele zabrudzonej bawełny,
biegały z szalonym pośpiechem.</akap>


<akap>Był jeszcze oszołomiony, przystawał i oparty o parkan zbierał rozbitą świadomość. Wstrząsał się cały co
chwila, bo czuł jeszcze uściski jej, usta paliły go, przymykał oczy i musiał parasolem wyszukiwać przed sobą
twardszego gruntu i czuł się pijanym zupełnie, dopiero
szczekania gwałtowne psów za parkanami, orzeźwiły go
zupełnie i wyrwały z tej dziwnej ciszy, jaka ogarnia po
przejściu bardzo silnych wzruszeń.</akap>


<akap_dialog>--- Kurowski musi już spać --- szepnął kwaśno, przypominając sobie, że miał iść do niego do Grand-Hotelu zaraz po teatrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żebym czasem za tę zabawę nie zapłacił fabryką --- szepnął i zaczął biec prędko, już nie zważając na błoto i na wyboje.</akap_dialog>


<akap>Dopiero na Piotrkowskiej złapał dorożkę i kazał
się wieźć co koń wyskoczy do hotelu.</akap>


<akap_dialog>--- A telegram --- wykrzyknął, przypominając sobie
nagle i przy świetle latarni przeczytał go raz jeszcze. --- Zawracaj i jedź prosto Piotrkowską. Może już jest
w domu --- myślał o Morycu i gorączka znowu zaczęła
go brać.</akap_dialog>


<akap>Kazał dorożkarzowi zaczekać na wszelki wypadek
przed domem i z pośpiechem dzwonił do mieszkania.</akap>


<akap><begin id="b1308402251258-2931480026"/><motyw id="m1308402251258-2931480026">Sługa</motyw>Nikt nie otwierał, co go tak zirytowało, że oberwał dzwonek i trząsł całą siłą drzwiami, wreszcie, po
długim oczekiwaniu Mateusz otworzył.</akap>


<akap_dialog>--- Pan Moryc w domu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak poszedł na siabas<pe><slowo_obce>siabas</slowo_obce> --- szabas, święto żydowskie. </pe>, to go pewnie Żydy nie
puściły, a tak, pan Moryc, niby?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Moryc w domu, odpowiadaj? --- krzyknął
rozwścieczony, bo Mateusz był zupełnie pijany, szedł za
nim ze świecą w ręku, rozebrany, z oczami zamkniętymi i z twarzą pełną poprzysychanej krwi i sińców.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Moryc, niby ja rozumiem, pan Moryc, aha!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bydle! --- krzyknął i uderzył go w twarz z całej siły.<end id="e1308402251258-2931480026"/></akap_dialog>


<akap>Chłop się potoczył i utkwił twarzą w drzwi, którymi wszedł do mieszkania Borowiecki.</akap>


<akap>Moryca nie było, Baum tylko spał nierozebrany,
z papierosem w zaciśniętych zębach, na wielkiej otomanie w jadalnym pokoju.</akap>


<akap>Na stole, na ziemi, na kredensie stało mnóstwo
pustych butelek i talerzy, a kominek samowara obwinięty był w zieloną, długą woalkę.</akap>


<akap_dialog>--- Oho, Antka była, bawił się wesoło. Maks!
Maks! --- zawołał mocno, potrząsając śpiącym.</akap_dialog>


<akap>Maks ani drgnął, spał najspokojniej i chrapał
potężnie.</akap>


<akap>Wreszcie Borowiecki zniecierpliwiony daremnymi
usiłowaniami obudzenia go, bo chciał od niego dowiedzieć się, gdzie jest Moryc, porwał go za ramiona i postawił na podłodze.</akap>


<akap>Maks zirytowany, że go budzą, potoczył się na
krzesło, schwycił je i z całej siły rzucił przed siebie,
na stół.</akap>


<akap_dialog>--- Masz ty, małpa zielona, nie budź --- i położył
się najspokojniej na otomanie, ściągnął surdut, okręcił
nim głowę i spał dalej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mateusz! --- krzyknął z rozpaczy prawie Karol,
widząc, że Maksa nic nie obudzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mateusz! --- krzyknął po raz drugi, podchodząc
do przedpokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz idę, lecę panie dyrektorze, świeca mi się
gdzieś podziała i szukam, i szukam, idę --- wołał przez
sen, roztrzęsionym pijanym głosem, na próżno starając
się podnieść z podłogi, gdzie upadłszy po ciosie Borowieckiego, zasnął.</akap_dialog>


<akap>Podniósł się na kolana i padł z powrotem twarzą
na ziemię, machając dokoła rękami, jakby pływał.</akap>


<akap>Borowiecki podniósł go, przyprowadził do jadalni,
postawił pod piecem i pytał:</akap>


<akap_dialog>--- Gdzieś się upił? Tyle razy ci zapowiadałem,
że jak się upijesz, wyrzucę cię do diabła, słyszysz, co
mówię?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszę, panie dyrektorze, słyszę, aha, niby pan
Moryc --- bełkotał, na próżno starając się znaleźć równowagę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto ci zbił pysk? Wyglądasz jak świnia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie kto zbił pysk? Mnie, prze... pana dyrektora, nikt zbił pysk, mnie nikt nie może zbić pysk, bo
ja bym prze... pana dyrektora gnaty połamał, mordę
zbiuł i byłoby <slowo_obce>fertig</slowo_obce><pe><slowo_obce>fertig</slowo_obce> (niem.) --- gotowe, gotowy.</pe>, na glanc... cholera.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki widząc, że z pijanym się nie dogada,
przyniósł karafkę z wodą, przytrzymał go jedną ręką
i wszystką wodę wylał mu na głowę.</akap>


<akap>Mateusz się kręcił i wyrywał, ale otrzeźwiał nieco
i obcierając rękami twarz posinioną, zalaną krwią,
patrzył ogłupiałymi oczyma.</akap>


<akap_dialog>--- Był pan Moryc? --- pytał cierpliwie dalej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Był.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie pojechał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odwiózł niby tę małą, czarną i miał być
w Grandzie.</akap_dialog>


<akap>To znaczyło w Grand Hotelu.</akap>


<akap_dialog>--- Kto tutaj był?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Różne państwo było, był pan Bein, pan Hertz
i inne jeszcze Żydy. Ja z Agatą od pana inżyniera gotowaliśmy kolację.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I upiłeś się jak świnia ostatnia; któż cię tak
pobił?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nikt mnie nie bił.</akap_dialog>


<akap>Pomacał się bezwiednie po twarzy i głowie i syknął z bólu.</akap>


<akap_dialog>--- A skądże masz te dziury we łbie, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to, abo... był i pan Moryc, i ta czarna małpa,
i ten garbaty, i te Żydy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadaj natychmiast, gdzieś się upił i kto cię
pobił? --- krzyknął z wściekłością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie pijany ani mnie kto pobił. Poszedłem
po piwo dla panów, a w szynku były kolegi od Francuzów i postawiły <slowo_obce>bier</slowo_obce>. --- Dobra nasza! Postawiłem i ja.
Jak ony postawiły raz, to i ja raz. Potem przyszły ludzie z blichu naszego, dobre Polaki, z moich stron, postawiły i one <slowo_obce>bier</slowo_obce> --- dobra nasza; postawiłem i ja.
Ony dobre Polaki, to i ja dobry Polak, ony stawiały dobra nasza, to i ja stawiał. Alem nie pijany prze...
pana dyrektora, jak Pana Boga kocham, takim trzeźwy,
co jak pan dyrektor chce --- to chuchnę, niech pan dyrektor sprawdzi.</akap_dialog>


<akap>Nachylił się i z zamkniętymi oczami, przylegając
mocno grzbietem do pieca, chuchał na pokój.</akap>


<akap>Borowiecki przebierał się w swoim pokoju i nie
słuchał, ale Mateusz gadał wciąż.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308403009027-1803348601"/><motyw id="m1308403009027-1803348601">Bijatyka, Niemiec</motyw>--- Potem przyszły webery od starego pana Bauma
i foluszniki. Piły z nami --- myśma stawiali, a że zaś
Niemcy podły naród, to stawiać nie chciały. To ja jednego ino tak ździebko palcem tknąłem, to un na ziemię, a drugi me kuflem w łeb. To ja i tego tak
ździebko palcem tknąłem, to on tyż na ziemię, a Niemcy
me zaś za orzydle. Ja się nie biłem, bo wiem, że pan
dyrektor tego nie lubi. A że ja słucham swojego pana,
to ja się nie biłem, ale kiej mie jeden ucapił za włosy,
a inne za orzydle, a jeszcze któryś lunął me bez pysk,
to myślę, szkoda mi tego tużurka, co go mam od pana
dyrektora i mówię po dobremu: puść me, a un me nożem pod żebro. To ja go łbem o ścianę, to un został.
Kolegi pomogły i było fertig, na glanc. Ja się nie
biłem, tknąłem ino ździebełko palcem, toby i kurczę
ustało, a taka świnia już leży. Miętki w nogach naród,
panie dyrektorze, bardzo miętki te Niemcy. Ja ino tak
ździebko palcem tknąłem, to już forbeit, na ziemi!<end id="e1308403009027-1803348601"/></akap_dialog>


<akap>Mruczał coraz senniej i z wyciągniętą ręką przed
siebie, wskazującym palcem pokazywał, jak on ździebko
tylko tykał.</akap>


<akap_dialog>--- Idź spać --- zawołał Borowiecki, pogasił światła, zaprowadził go do kuchni i pojechał szukać Moryca.</akap_dialog>


<akap>W Victorii było zamknięte, w Grand Hotelu także.</akap>


<akap_dialog>--- Pan Kurowski już śpi? --- zapytał numerowego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wcale nie był dzisiaj, był przygotowany salon
i nie przyjechał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Welt był u was wieczorem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Był z paniami i z panem Cohnem, pojechali
do Arkadii.</akap_dialog>


<akap>Pojechał do Arkadii na Konstantynowską i tam
już nie było nikogo.</akap>


<akap>Objechał kilka jeszcze knajp, gdzie zwykłe młodzież łódzka się bawiła, ale nigdzie go nie znalazł.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie ta małpa się schowała --- myślał zirytowany i raptownie krzyknął dorożkarzowi: --- Jedź na
miód, wiesz, gdzie? Jeśli tam nie będzie, to go już nigdzie nie znajdę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz tam będziemy, panie!</akap_dialog>


<akap>I podciął konia ze wszystkich sił, bo wlókł się
strasznie powoli, utykając po dziurach i dołach; dorożka
skakała i kołysała się po bruku pełnym najstraszliwszych wybojów, niby łódka po falach morskich.</akap>


<akap>Borowiecki klął i zacinał zęby i żeby zapanować
nad rozdenerwowaniem, które tak nim trzęsło, że nie
mógł zapalić papierosa, bo mu się łamał w rękach, zaczął usilnie myśleć nad tą sprawą bawełnianą.</akap>


<akap_dialog>--- Bauer sprzedał dobrze ten telegram Zukerowi.
Co za dziwna kobieta --- przerzucił się do wspomnień
Lucy i utonął w nich.</akap_dialog>


<akap>Znał ją od lat dwóch, ale nie zwrócił szczególniejszej uwagi, ponieważ był zajęty Likertową, a potem<pe><slowo_obce>potem</slowo_obce> --- tu w znaczeniu: poza tym.</pe>
opowiadali o niej, że jest niepomiernie głupia, tak prawie, jak piękną była.</akap>


<akap_dialog>--- Co za temperament --- szeptał, wstrząsając się
na przypomnienie.</akap_dialog>


<akap>Od dosyć dawna wiedział, że zwrócił jej uwagę,
dawała mu poznać spojrzeniami, zapraszaniem usilnym
do siebie, z którego jakoś nigdy nie korzystał. Bywała
tam wszędzie, gdzie wiedziała, że i jego spotka.</akap>


<akap><begin id="b1308403589535-3263223860"/><motyw id="m1308403589535-3263223860">Plotka</motyw>Plotka łódzka, którą tam z całą pasją i z wielką
maestrią uprawiają przeważnie mężczyźni, którą są
przepełnione kantory i fabryki, zaczynała już coś kombinować i przebąkiwać, ale szybko ustała, ponieważ
Borowiecki trzymał się z daleka, pochłonięty w ostatnich
miesiącach planami założenia fabryki.<end id="e1308403589535-3263223860"/></akap>


<akap>Znał osobiście Zukera, starego chałaciarza, przedzierżgniętego w ostatnich dziesięciu latach w milionera-fabrykanta, który zaczynał swoją karierę w Łodzi od
skupowania zużytych, do niczego fabrykom już nie
służących szmat bawełnianych, strzępów papieru, pyłu
bawełnianego, jakiego zawsze bywało dosyć po tkalniach
i postrzygalniach.</akap>


<akap>Nie cierpiał go za tandetne wyroby, naśladujące
powierzchownie w deseniach i kolorach wyroby firmy
Bucholca, a w istocie materiały w najgorszym gatunku,
sprzedawane tanio, które uniemożliwiały wszelką konkurencję.</akap>


<akap><begin id="b1308403731028-1994032016"/><motyw id="m1308403731028-1994032016">Kobieta, Kochanek, Praca</motyw>Wiedział, że Zukerowa nie ma kochanka, bo raz, że
była Żydówką, a po drugie, w mieście, gdzie wszyscy, poczynając od milionerów, a skończywszy na ostatnim
gwoździu, w tej olbrzymiej maszynie wytwórczej, muszą
robić, muszą się cali oddawać tej pracy, jest niezmiernie mało zawodowych donżuanów, niesłychanie mało
sposobności do zdobywania i obałamucania kobiet.<end id="e1308403731028-1994032016"/></akap>


<akap>A zresztą, gdyby tak było, już by o tym ktoś wiedział i mówił z pewnością.</akap>


<akap_dialog>--- Czy ona ma i duszę jaką? --- myślał teraz,
rozpatrując jej dziką, niepohamowaną namiętność. Ale po co ja tam wlazłem, jeszcze teraz! Do diabła
z miłością, mieć teraz taką kulę u nogi, kiedy się zakłada fabrykę na kredyt. A jednak...</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308403821658-2517603172"/><motyw id="m1308403821658-2517603172">Miłość, Seks</motyw>I zastanowił się, szukał w sobie miłości do niej,
wmawiał w siebie zupełnie szczerze, że ją kocha, że to
miłość go porwała, a nie zwykła, zmysłowa burza zdrowego i niewyczerpanego organizmu.</akap>


<akap_dialog><end id="e1308403821658-2517603172"/>--- Bądź co bądź, gra warta świeczki --- pomyślał.</akap_dialog>


<akap>Dorożkarz zakręcił i stanął zaraz przy rogu Spacerowej, przed synagogą.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>V</naglowek_rozdzial>




<akap>Restauracja, do której przyjechał Borowiecki, poszukując Moryca, znajdowała się zaraz za synagogą,
w głębi podwórza, obstawionego niby kamiennymi pudłami, czteropiętrowymi oficynami z trzech stron, bo
czwartą zakończał mały ogródek, odgrodzony zielonymi
sztachetkami i przyparty do tyłów olbrzymich, nagich
czerwonych murów jakiejś fabryki.</akap>


<akap>Mała oficynka parterowa stała w głębi, pod samym murem i buchała oświetlonymi oknami i wrzaskliwą, podobną do ryczenia osłów wrzawą.</akap>


<akap_dialog>--- Oho, jest cała banda --- pomyślał, wchodząc
do długiej, niskiej sali, tak zaciemnionej dymami cygar,
że w pierwszej chwili, w tym sinawym obłoku, popstrzonym złotymi kulami gazowych świateł, nie odróżnił nikogo.</akap_dialog>


<akap>Kilkadziesiąt osób tłoczyło się dookoła długiego
stołu, krzyczało, gadało głośno, śmiało się i śpiewało,
co połączone z brzękiem talerzy i przenikliwym szczękiem tłuczonego szkła, tworzyło taką splątaną, zgiełkliwą wrzawę, że ściany się trzęsły i nic usłyszeć nie
było można.</akap>


<akap>Naraz przycichło nieco i jakiś ochrypnięty, pijany
głos zaintonował z końca stołu:</akap>





<strofa>Agato! Ty interes fajny masz --- Agato!/
Agato! Ja całuję ciebie w twarz --- Agato!/
Agato! To mi za to piwa dasz --- Agato!</strofa>




<akap>,,Agato!" ryczał tłum wszystkimi możliwymi i niemożliwymi głosami, które tak pokryły głos Bum-Buma, który był tej piosnki przedziwnie głupiej kompozytorem i solistą, że na próżno krzyczał dalsze zwrotki, nikt go nie słuchał, bo wszyscy wyli:</akap>


<akap_dialog>--- Agato! Agato!</akap_dialog>


<akap>Bum-Bum la la la! Agato! Tra la la la! Agato!
Cip, cip, cip Agato!</akap>


<akap>Tak ten śpiew podniecał, że zaczęli do taktu bić
laskami w stół, kufle leciały na ściany lub rozpryskiwały się o piec, niektórym i to nie wystarczało, bo
krzesłami bili o ziemię i jak zapamiętali, oślepli, z zamkniętymi oczami śpiewali:</akap>


<akap_dialog>--- Agato! Agato!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panowie, na miłość boską, bo mi sprowadzicie
tymi krzykami policję --- zaczął błagać wystraszony gospodarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan potrzebujesz być cicho, my płacim! Panienko, proszę jedno piwo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hej Bum-Bum, zaśpiewaj no pan --- krzyczano
do Buma, który poprawiał binokle obu rękami i stał
w drugim pokoju, przed bufetem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kwicz Bum-Bum, ja i tak nie słyszę --- szeptał jeden półsennie, leżąc na stole, który cały był
pokryty butelkami wina i koniaków, maszynkami od
kawy, kamionkami od porteru, kuflami i szkłem potłuczonym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Agato! Agato! --- wrzeszczał półgłosem jakiś
kantorowicz, senny, z przymkniętymi oczami, pijany, bił
laską w stół.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, bawią się <slowo_obce>echt</slowo_obce><pe><slowo_obce>echt</slowo_obce> (niem.) --- prawdziwy; prawdziwie.</pe> po łódzku --- szepnął Karol,
szukając oczami Moryca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dyrektor! Panowie, jest i firma Bucholc Herman i Spółka! Jesteśmy zatem w komplecie. Panienko,
kółko koniaków! --- krzyczał jakiś wysoki i gruby Niemiec łamaną polszczyzną.
</akap_dialog>


<akap>Zatoczył się szerokim gestem dokoła, chciał jeszcze
coś mówić, ale nogi mu się zwinęły i upadł na kanapę
stojącą za nim.</akap>



<akap_dialog>--- Ależ to widzę cała banda wesoła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cały nasz komplet burszów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My tak zawsze, jak pić to solidarnie, jak co
robić --- zdechł pies.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O tak, solidarnie, jak mówi ten, no, jakże się
nazywa, no ten, co to mówił: ,,Hej ramię do ramienia,
wspólnymi łańcuchy!<pe><slowo_obce>Hej ramię do ramienia (...) opaszmy</slowo_obce> --- fragment <tytul_dziela>Ody do młodości</tytul_dziela> Adama Mickiewicza: ,,Hej! ramię do ramienia! spólnymi łańcuchy / Opaszmy ziemskie kolisko! / Zestrzelmy myśli w jedno ognisko, /
I w jedno ognisko duchy! / Dalej, bryło, z posad świata! / Nowymi cię pchniemy tory".</pe>".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Opaszmy brzuchy albo inną galanterię --- wtrącił ktoś z boku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho pan. Włóczęgom, psom i ludziom od
Szai --- wstęp wzbroniony! Zapisz pan to, panie redaktorze --- wołał któryś, zwracając się do wysokiego
chudego blondyna, melancholijnie siedzącego na środku
pokoju, który błądził dużymi, jakby pożyczonymi oczami,
po ścianach pokrytych oleodrukami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moryc, mam do ciebie bardzo pilny interes --- szepnął Karol, przysiadając się do Welta i do Leona
Cohna, bo obaj pili tylko ze sobą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pieniędzy chcesz, masz pugilares --- szepnął,
nadstawiając kieszeń spodnią surduta --- albo zaczekaj,
chodźmy do bufetu. U diabła, jestem pijany --- mruknął, na próżno usiłując się trzymać prosto.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może dyrektor usiądzie. Napijem się, a! Wódeczka jest, koniaczek jest, a!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Każcie mi dać jeść, bo głodnym jak wilk.</akap_dialog>


<akap>Kelnerka przyniosła gorących serdelków, bo już
nic więcej nie było w bufecie.</akap>


<akap>Borowiecki zaczął jeść, nie zważając na towarzystwo całe, które porozdzielane na grupy, piło i gadało.</akap>


<akap>Była to sama prawie młodzież łódzka, typowa
młodzież z kantorów i składów, z małą domieszką techników fabrycznych i specjalistów innych zajęć.</akap>


<akap>Bum-Bum, pomimo że był zupełnie pijanym, chodził po sali, w pięść się trzaskał, binokle poprawiał, pił
ze wszystkimi, a chwilami podchodził do młodego chłopaka, który wciśnięty w głęboki fotel, obwiązany serwetką spał i krzyczał mu do ucha:</akap>


<akap_dialog>--- Kuzyn, nie śpij!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Zeit ist Geld</slowo_obce><pe><slowo_obce>Zeit ist Geld</slowo_obce> (niem.) --- czas to pieniądz.</pe>! Czyje <slowo_obce>conto</slowo_obce>? --- odpowiadał, nie
otwierając oczów, stukał automatycznie kuflem w stół
i spał dalej.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308406668342-3811379894"/><motyw id="m1308406668342-3811379894">Kobieta</motyw>--- Kobieta! Daj pan pokój, to <slowo_obce>kein geszeft</slowo_obce><pe><slowo_obce>kein geszeft</slowo_obce> (z niem.) --- to nie jest interes; żaden interes.</pe> być
kobietą, to szkoda czasu --- wołał ze śmiechem znany
powszechnie w Łodzi Feluś Fiszbin.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308406668342-3811379894"/>--- Ja jestem człowiek, panie, najautentyczniejszy
człowiek --- krzyczano przy drugim rogu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan się nie chwal! Pan jesteś gruba symulacja człowieka --- drwił Feluś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Fiszbin, pan może jesteś Fiszbin, ale
pański interes nie jest nawet słoma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Weinberg, pan jesteś... no już pan wiesz
i my wiemy, co pan jesteś, ha, ha, ha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bum-Bum, zaśpiewaj majufes, bo się Żydy
kłócą.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308406786056-623200875"/><motyw id="m1308406786056-623200875">Głupota, Ciało</motyw>--- König, ty jesteś mój przyjaciel, ale ja ze smutkiem widzę, żeś ty coraz głupszy. Tobie już w brzuch
głowa wlazła. Ja się o ciebie bardzo boję. Panowie
on się tak pasie, że jemu niedługo własna skóra nie
wystarczy, on się w nią nie zmieści, ho, ho.</akap_dialog>


<akap><end id="e1308406786056-623200875"/>Śmiech gruchnął ogólny, ale König nie odezwał
się, popijał piwo i wpatrywał się w światła nieprzytomnymi oczami, siedział bez surduta, z rozpiętym kołnierzykiem u koszuli.</akap>


<akap_dialog>--- Wróćmy doktorze do kobiet --- zaczął Feluś
do sąsiada, który z opuszczoną na piersi brodą siedział
i wykręcał ustawicznie i niezmordowanie wąsiki blond
i co chwila nerwowym ruchem otrzepywał klapy surduta i wpychał w rękawy dosyć brudne mankiety.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, to jest ważna kwestia, choćby z punktu socjalno-psychologicznego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest żadna kwestia. Znasz pan chociażby
jedną porządną kobietę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Feliksie, pan jesteś pijany, co pan wygadujesz! Ja panu tutaj w Łodzi pokażę setki najlepszych, najzacniejszych, najrozumniejszych kobiet --- krzyczał wyrwany z apatii, podskakując na krześle
i z błyskawiczną szybkością otrzepując sobie klapy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To pewno pańskie pacjentki, pan je powinieneś chwalić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z punktu socjalno-psychologicznego biorąc, to,
co pan mówisz, jest...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z każdego boku jest to prawda, jest to cztery
razy prawda. Pan mi dowiedź, że jest inaczej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówię przecież panu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest gadanie, tylko gadanie, mnie potrzeba
faktów! Ja jestem człowiek realny, panie Wysocki, ja
jestem pozytywista. Panienko, maszynka kawy, chartrezy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze! Zaraz panu dam fakty: Borowska, Amzelowa, Bibrychowa, bo co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, ha, ha, wyliczaj pan więcej, to dla mnie
śliczny kawałek zabawy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan się nie śmiej, to są porządne kobiety --- krzyczał zaperzony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skąd pan to wiesz, miałeś je pan w komis? --- rzucił cynicznie Feluś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wymieniłem jeszcze najpierwszych, takich
jak Zukerowa i Wolkmanowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się nie liczy. Jedną mąż trzyma w zamknięciu, a druga nie ma czasu wyjrzeć na świat, bo
ma na trzy lata czworo dzieci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Keszterowa to co, to perkal? A Grosglikowa,
to wata? Cóż pan na to powie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie powiem nic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A widzisz pan --- wołał doktor rozpromieniony,
podkręcając wąsiki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja jestem człowiek realny i dlatego nie powiem nic, bo co tu brać w rachubę kobiety brzydkie?
To jest taki brzydki towar, żeby go w komis nie wziął
nawet Leon Cohn, a on wszystko bierze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja je biorę w rachubę i stawiam w pierwszym
rzędzie. One mają prócz zwykłej, organicznej uczciwości, jeszcze etykę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Etykę, co to jest za towar? Kto w tym robi? --- wołał, zanosząc się od śmiechu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Feluś, powiedziałeś witz na sto procent --- krzyknął przez stół Leon Cohn, klaszcząc w dłonie.</akap_dialog>


<akap>Doktor nie odezwał się, pił gorącą kawę, którą
mu Feluś nalał, podkręcał wąsiki, strzepywał klapy,
wpychał mankiety i zwrócił się do sąsiada obok, który
wciąż pił, milczał i co chwila przecierał czerwonym
fularem okulary.</akap>


<akap_dialog>--- Mecenas, masz to samo zdanie o kobietach, co
i pan Feliks?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Phi, to jest... uważ pan dobrodziej... jakby
to wyłuszczyć... hm --- machnął ręką, napił się piwa,
zapalił ciągle gasnącego papierosa i przypatrywał się
płonącej zapałce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pytam się, co mecenas myślisz o kobietach? --- szturmował doktor i nastawiać zaczynał twarz do nowej walki o cześć kobiet.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uważa pan dobrodziej, ja nic nie myślę, ja
piję piwo --- machnął pogardliwie ręką i umoczył całą
twarz w kuflu świeżym, jaki postawiła przed nim
kelnerka.</akap_dialog>


<akap>Pił długo, a potem palcami wyciskał białą pianę
z wąsów rzadkich, które mu niby rudawą strzechą wisiały nad ustami.</akap>


<akap_dialog>--- Pan mi pokaż uczciwą kobietę, ja jej poślę
jedwab od Szmidt i Fitze, kapelusz od Madame Gustawe
i mały papierek na który z banków z podpisem Grosglika, to panu później opowiem o niej ciekawe rzeczy --- zaczął się znowu śmiać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan to gadaj na Bałutach, tam może panu
uwierzą i będą cenili pańskie zdanie, ale my trochę
pana znamy, panie Feliksie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to redaktor swoją szpulkę wstawia?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo pan blagujesz, aż się krochmal sypie --- odpowiedział ktoś za nazwanego redaktora, który zirytowany wyniósł się do bufetu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kuzyn, nie śpij --- krzyknął Bum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Zeit ist Geld</slowo_obce>! Czyje conto? --- szepnął, stukając kuflem w stół i chciał go podnieść do ust, ale
nie doniósł, ręka mu opadła, piwo z kuflem poleciało
na ziemię, nie wiedział o tym, tylko się bokiem przekręcił w fotelu, serwetą przysłonił twarz i spał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co osoba chce? Niech ładna osoba powie? --- szeptał Leon Cohn, usiłując pocałować wydzierającą mu
się kelnerkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech mi pan da spokój, niech mnie pan puści --- i szarpnęła się energicznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co osoba się rzuca, ja płacę, to ja się rzucę,
ja jestem Cohn, Leon Cohn!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co mi tam pańskie nazwisko, niech mnie pan
puści --- zawołała gwałtownie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech osoba idzie do diabła! Szmelc! --- rzucił
pogardliwie za odchodzącą i zaczął ściągać porozpinany
surdut i kamizelkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moryc! Masz już dosyć pijaństwa, chodźmy
do domu, jest ważny interes --- szeptał Karol w najwyższym zniecierpliwieniu, bo Moryc pijany, z twarzą
w dłoniach, siedział nieprzytomny i na wszystko, co
słyszał, odpowiadał w kółko:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja jestem Moryc Welt, Piotrkowska 75, pierwsze
piętro. Idź pan do diabła!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Cohn, ja miałem do pana mały interes --- szepnął Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile pan potrzebuje?</akap_dialog>


<akap>Mlasnął językiem, trzasnął w palce i już wyciągnął pugilares.</akap>


<akap_dialog>--- Pan się prędko orientuje --- uśmiechnął się
Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja jestem Leon Cohn! Ile?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jutro powie panu Moryc, ja chciałem się tylko
zapewnić. Dziękuję panu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cała moja kasa, cały mój kredyt na pańskie
rozporządzenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo dziękuję. Termin nie dłuższy jak trzymiesięczny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto mówi o terminie? Pomiędzy przyjaciółmi
taka bagatelka, co stoi?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj mi sodowej --- mruknął Moryc.</akap_dialog>


<akap>Gdy mu przyniósł, pił wprost z syfonu.</akap>


<akap_dialog>--- Schube, powiedz prawdę, ile cię kosztuje ta
twoja Józia? --- szeptano za Karolem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Drogi towar, jeśli chcesz kupić teraz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poczekam do licytacji, poczekam. Ale powiedz,
co cię to kosztuje, bo w Łodzi mówią, że z tysiąc rubli
miesięcznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może tysiąc, może pięć, nie wiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie płacisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Płacę, grubo płacę --- wekslami. Mieszkanie zapłaciłem wekslem, meble wekslem, modniarkę wekslem,
wszystko wekslem. Skąd ja mogę wiedzieć, co mnie
to razem kosztuje, będę wiedział dopiero, jak się położę, ile zechcą wziąć za sto. Teraz nic nie wiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz, to jest genialne!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszysz pan, panie Cohn, co mówią za nami?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszę, słyszę. To jest grube łajdactwo, ale
mądre, a, a, jakie mądre!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chcesz, żebym jechał do domu? --- pytał Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I to natychmiast, bardzo pilny interes.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nasz interes?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nasz, niesłychanie ważna rzecz, niesłychanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak interes, to ja jestem prawie trzeźwy. Chodźmy.</akap_dialog>



<akap>Karol wyszedł, prowadząc pod ramię Moryca, który
się chwiał na nogach i nie mógł utrzymać równowagi;
a za nimi przez otwarte drzwi buchnął potok śpiewów
i krzyków i rozlał się po cichym, ciemnym podwórzu
i zginął w przestrzeniach, w nocy.</akap>


<akap><begin id="b1308407816427-1367380735"/><motyw id="m1308407816427-1367380735">Świt</motyw>Świt się już rodził nad Łodzią, bo czarne kominy
zaczęły majaczyć coraz jaśniejszymi barwami, dachy
błyszczały w świetle tych bladych zórz, co niby róż
najdelikatniejszy, zmieszany z perłami, roztrząsały swą
światłość nad ziemią.<end id="e1308407816427-1367380735"/></akap>


<akap>Mróz pościnał błoto, pokrył miejscami kałuże warstwą lodu, pobielił mostki nad rynsztokami i okrył
bujną osędzieliną drzewa.</akap>


<akap>Dzień zapowiadał się pogodny.</akap>


<akap>Moryc wdychał całą piersią to chłodne, zimne powietrze i przychodził coraz bardziej do siebie.</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz, nie pamiętam nigdy, abym się tak upił.
Nie mogę sobie darować, szumi mi w głowie jak
w samowarze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zrobię ci herbaty z cytryną, wytrzeźwiejesz,
przygotowywam<pe><slowo_obce>przygotowywam</slowo_obce> --- dziś: przygotowuję.</pe> ci taką niespodziankę, że zechcesz się
upić z radości po raz drugi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, ciekaw jestem, co to może być.</akap_dialog>


<akap>I zaraz po przyjeździe, nie budząc już Mateusza, który spał, klęcząc przed kominem z głową na
blasze, Karol nalał wody do samowara i zapalił pod
nim gaz.</akap>


<akap>Moryc się trzeźwił bardzo radykalnie, bo zlał głowę
zimną wodą, umył się i wypiwszy kilka szklanek herbaty, poczuł się zupełnie przytomnym.</akap>


<akap_dialog>--- No, jestem już fertig. Do diabła, zimno mi
obrzydliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maks! --- wołał tymczasem Karol, trzęsąc z całej
siły Bauma, ale Maks nie odezwał się i obciskał silniej surdut na głowę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na nic wszystko, śpi jak zabity. Tak mi zresztą pilno, że nie będę czekał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przeczytaj Moryc uważnie depeszę, tylko nie
oglądaj adresu --- zastrzegł, podając telegram.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, kiedy nic nie rozumiem --- cyfrowana!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda. Zaraz ci przeczytam.</akap_dialog>


<akap>I czytał mu wolno, bardzo dobitnie, podkreślając
cyfry i daty.</akap>


<akap>Moryc wytrzeźwiał zupełnie, na pierwsze słowa
zerwał się on z krzesła i pochłaniał oczami, całym
sobą, treść tego telegramu. Gdy Karol skończył i podniósł tryumfujący wzrok na niego, Moryc stał nieruchomy, zapatrzony w ten interes, po kilka razy wciskał
binokle na nos, które mu zupełnie nie chciały się utrzymać, uśmiechał się tak słodko, jak do ukochanej, szarpał
nerwowo swoją piękną brodę, wreszcie rzekł uroczyście:</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz Karol, my mamy już przyszłość, my
mamy grube pieniądze. Ten telegram wart jest sto
tysięcy rubli, no, pięćdziesiąt, co najmniej. My się możemy na tej uroczystości pocałować! Co to za interes,
co to za interes! --- I posuwał się do Borowieckiego,
chcąc go istotnie w tym radosnym podnieceniu ucałować serdecznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj spokój Moryc. Nam potrzeba teraz gotówki, nie pocałunków.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, masz rację, trzeba teraz pieniędzy
i pieniędzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czym więcej kupimy, tym więcej zarobimy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co się to w Łodzi będzie dziać. Aj! aj! Jeśli o tym wie Szaja albo Bucholc, jeśli zdąży wykupić, to
wszyscy dopiero będą śpiewać. Skądżeś to wyrwał!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moryc to moja tajemnica, to moja nagroda. --- Uśmiechnął się do siebie, bo przyszła mu na myśl Lucy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Twoja tajemnica, to twój kapitał. Mnie jednak
dziwi jedno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308408394695-114566935"/><motyw id="m1308408394695-114566935">Interes, Korzyść</motyw>--- Ja się tego, Karol, nie spodziewałem po tobie
Mówię zupełnie szczerze. Nie spodziewałem się, żebyś
był zdolny mieć taki interes w ręku i chciał się dzielić, z nami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toś mnie nie znał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz, że po tym fakcie jeszcze cię mniej znam.
</akap_dialog>



<akap>I patrzył na niego tak, jakby podejrzywał jaką zasadzkę,
bo nie mógł pojąć, jak można chcieć się dobrowolnie
dzielić zyskami.</akap>




<akap_dialog>--- Jestem aryjczyk, a ty jesteś semita, w tym
leży wytłumaczenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja go nie widzę, nie rozumiem, co chcesz powiedzieć przez to.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tylko to, że ja chcę zrobić pieniądze, ale dla
mnie świat się nie kończy na milionach nawet, a ty
widzisz cały swój cel życia w zrobieniu pieniędzy. Kochasz pieniądze dla pieniędzy i zdobywasz je bezwzględnością, nie oglądając się na środki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo każdy jest dobry, który pomaga.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To właśnie jest semicką filozofią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z czymże ja się potrzebuję liczyć. Właśnie
taka filozofia nie jest ani aryjska ani semicka, jest
filozofia kupiecka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No mniejsza. Pomówimy o tym kiedy indziej
obszerniej. Dlatego dzielę się z wami, że jesteście moimi
wspólnikami i dawnymi przyjaciółmi. Zresztą, tak mi
każe ambicja nawet, zrobić przysługę przyjaciołom.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Droga ambicja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Liczysz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo wszystko się oblicza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ileż liczysz naszą dawną zażyłość?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Karol, ty się nie śmiej, ale ja ci powiem, iż
twoją przyjaźń mógłbym obliczyć na ruble, bo ja przez
nią, przez to, że razem mieszkamy, mam więcej kredytu o jakie dwadzieścia tysięcy rubli. Mówię ci szczerze.</akap_dialog>


<akap><end id="e1308408394695-114566935"/>Borowiecki śmiał się serdecznie, zadowolony głęboko ze słów Moryca.</akap>


<akap_dialog>--- To, co ja robię, zrobiłbyś i ty, zrobiłby i Baum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja się boję, Karol, ja się bardzo boję, że Maks
jest mądry człowiek, że on jest kupiec... Ale co ja, to
zrobiłbym z całą przyjemnością.</akap_dialog>


<akap>Zaczął gładzić brodę i nasadzać binokle, żeby pokryć wyraz ócz i ust, które mówiły zupełnie co innego.</akap>


<akap_dialog>--- Ty jesteś szlachcic, ty jesteś naprawdę von
Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maks! Wstawaj, śpiochu! --- krzyczał do ucha
Baumowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie budź mnie! --- ryczał wściekły, wymachując nogami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wierzgaj, tylko wstawaj, bo jest pilny
interes.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Karol, po co go budzisz --- szepnął cicho Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- We trzech przecież musimy się naradzić...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego nie mamy zrobić tego interesu we
dwóch?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo zrobimy go we trzech --- powiedział zimno
Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy ja mówię inaczej! Moglibyśmy tylko ułożyć bez niego, a jak wstanie, jak się wyśpi, to mu się
powie! My w Łodzi stanowimy brylantową spółkę.</akap_dialog>


<akap>I biegał po pokoju coraz prędzej. Opowiadał
o przyszłych zarobkach, rzucał cyfry, siadał na chwilę
przy stole, brał w obie ręce szklankę z herbatą i pił;
był tak zdenerwowanym, że binokle wciąż mu wpadały
do szklanki; klął, wycierał je o poły surduta i znowu
biegał, albo pochylał się nad stołem i na ceracie kreślił
kolumny cyfr, które zmazywał natychmiast poślinionym
palcem.</akap>


<akap>Tymczasem Baum wstał, wysapał się, wyklął w kilku
językach, wypił olbrzymią ilość herbaty, zjadł wszystkie
resztki z kolacji, jakie jeszcze były na talerzach, zapalił
krótką angielską fajeczkę i przygładzając swoją małą
łysinkę, jaką miał nad czołem, mruknął:</akap>


<akap_dialog>--- Czego chcecie? Gadać prędko, bo mi się
chce spać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie pójdziesz spać, jeno się dowiesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie pyskuj.</akap_dialog>


<akap>Karol przeczytał mu telegram.</akap>


<akap>Moryc wyłożył plan, który był bardzo prosty:
mieć pieniądze, dużo pieniędzy, jechać natychmiast do
Hamburga, kupić, co się da, surowej bawełny i sprowadzić ją do Łodzi, zanim prawo o podwyższonym cle
i taryfie zacznie obowiązywać. A potem sprzedawać,
ma się rozumieć, z jak największym zyskiem.</akap>


<akap>Baum myślał długo, zapisywał coś w notesie, fajkę
wypalił, wytrząsnął popiół na spodek, przeciągnął swoje
olbrzymie kości i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Zapiszcie mnie na dziesięć tysięcy rubli, więcej
nie mogę. Dobranoc!</akap_dialog>


<akap>Podniósł się z krzesła, aby iść z powrotem spać.</akap>


<akap_dialog>--- Zaczekajże! Musimy się przecież porozumieć. Wyśpisz się jeszcze.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Niech was diabli wezmą z tymi porozumiewaniami się. Ach te Polaki! W Rydze przez całe trzy lata
mało co spałem, bo wszyscy się całe noce u mnie porozumiewali... i w Łodzi to samo.
</akap_dialog>



<akap>Usiadł niechętnie i zaczął nabijać fajkę.</akap>


<akap_dialog>--- Moryc, ile dajesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak samo dziesięć tysięcy. Nie wydobędę na
razie więcej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc i ja tak samo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zyski i straty będą równe.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale który z nas pojedzie? --- zapytał Baum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może jechać Moryc tylko, bo on się zna dobrze
i to jego specjalność.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, pojadę. Co dacie gotówki zaraz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja mam piętnaście rubli, mogę dołożyć mój
pierścień brylantowy, zastawisz go u ciotki, da ci więcej
niż mnie --- mówił ironicznie Maks.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam wszystkiego przy sobie, zaraz... 400 rubli,
mogę dać 300 zaraz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto twoje weksle będzie żyrował, Baum?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dam gotówkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja, jeśli na czas nie wyrwę gotówki, to dam
weksle z dobrym żyrem.</akap_dialog>


<akap>Zaległa cisza. Maks położył głowę na stole i patrzył na Moryca, który szybko coś pisał i obliczał. Karol
chodził wolno po pokoju i wąchał dla orzeźwienia jakieś perfumy w kosztownym flakoniku.</akap>


<akap>Dzień był już wielki i przez okna pozasłaniane
gipiurowymi zasłonami wlewał białe, ostre światło poranku i mącił blask lampy i świec płonących w wielkich brązowych kandelabrach.</akap>


<akap><begin id="b1308442485011-2553794650"/><motyw id="m1308442485011-2553794650">Cisza, Niedziela</motyw>Cisza ogromna, cisza Łodzi w niedzielę, rozlewała
się po mieście i przenikała do wnętrza mieszkania. Jakiś
daleki turkot dorożki huczał niby grzmot po stwardniałym błocie i w pustej, jakby wymarłej ulicy.<end id="e1308442485011-2553794650"/></akap>


<akap>Karol otworzył lufcik, aby wpuścić trochę świeżego
powietrza i wyjrzał na ulicę.</akap>


<akap>Szron pokrywał bruk i dachy i skrzył się jak brylanty w słońcu, co wstało gdzieś daleko za Łodzią, za
fabrykami, których kominy, niby las gęsty i ponury,
rozciągały się wprost okien i odcinały swoje potężne,
surowe profile na tle złoto-błękitnego nieba.</akap>


<akap_dialog>--- A jak się ten interes nie uda --- szepnął, cofając się z okna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A no to stracimy, psiakrew, i nic więcej --- mruknął Maks obojętnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Możemy stracić trzy razy, bo kapitał, zarobek,
a może i fabrykę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie może tak być --- wykrzyknął Maks, bijąc
ze złością w stół. --- Fabrykę musimy mieć. Ja już
z ojcem nie wytrzymam dłużej, a zresztą, czy mój fater
długo pociągnie? Jeszcze rok, jeszcze dwa, a zjedzą go
zięciowie, dogryzie go Zuker, on przecież zaczął już nas
jeść, bo naśladuje nasze kapy na łóżka i nasze kołdry
kolorowe i sprzedaje o 50% taniej; on nas żywcem
zjada. A ja nie urodziłem się na parobka w cudzym
interesie. Mam już trzydzieści lat, potrzebuję zacząć na
siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja mówię, nie może być. Fabrykę, tak czy
owak, mieć musimy. Ja także dłużej nie wytrzymam
u Bucholca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boicie się? --- szepnął Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To naturalna obawa, gdy się może stracić
wszystko.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308442792383-2396687425"/><motyw id="m1308442792383-2396687425">Kobieta, Mężczyzna, Zaręczyny, Małżeństwo, Pieniądz</motyw>--- Ty, Karol, nie możesz zginąć w żadnym razie;
ty ze swoją uznaną specjalnością, ze swoim nazwiskiem,
ze swoim von, ze swoją twarzą, zawsze możesz dostać
milion, chociażby z Müllerówną w dodatku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie gadaj, mam narzeczoną, którą kocham.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to przeszkadza, można mieć dwie naraz
narzeczone i w obu się kochać, a ożenić z trzecią, która
będzie miała pieniądze.<end id="e1308442792383-2396687425"/></akap_dialog>


<akap>Karol się nie odezwał, bo mu się przypomniała
panna Mada i jej naiwny szczebiot; chodził po pokoju,
a Maks usiadł na stole, ćmił fajkę i bujał długimi nogami, i nadstawiał twarz na pocałunek słońca, co się
przedarło wskroś okien domu naprzeciwko i kładło
długą złotą smugę, pełną drgającego pyłu na jego twarz
rozespaną i na czarną głowę Moryca, siedzącego z drugiej strony stołu.</akap>


<akap_dialog>--- Jeśli się boicie ryzyka, to ja wam dam radę,
a raczej powiem, że istotnie to jest ryzyko. A jeżeli
o tym interesie wie cała bawełna łódzka? Jeżeli ja ich
w Hamburgu zastanę wszystkich? A jeżeli przez wielkie
i gwałtowne zapotrzebowanie bawełna pójdzie w górę
za bardzo. A w Łodzi nie będziemy mieli komu jej
sprzedać, to co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przerobimy ją w swojej fabryce i zarobimy
jeszcze więcej --- szepnął Maks, nadstawiając pod działanie słońca ucho jedno i część głowy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale jest wyjście. Zarobicie również i bez ryzyka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W jaki sposób? --- zapytał Karol, przystając.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odstąpcie mi cały ten interes. Ja wam dam po
pięć, no po dziesięć tysięcy odstępnego, niech stracę i to
gotówką, baresgeld<pe><slowo_obce>baresgeld</slowo_obce> (z niem.) --- gotówką.</pe>, za parę godzin.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Świnia --- mruknął Maks.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj pokój Maks, on to robi z przyjaźni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A właśnie, że z przyjaźni, bo jak ja stracę, wy
i tak możecie mieć fabrykę, a gdy zarobicie, również
wam to nie przeszkodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie traćmy czasu na próżne gadaniny, trzeba
iść spać. Kupujemy razem na wspólne ryzyko, a ty Moryc jedziesz dzisiaj do Hamburga.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech da pokrycie. Kupi za nasze pieniądze,
a potem powie, że kupił dla siebie, jego stać na to!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nasza przyjaźń i moje słowo jest pies, co
ty gadasz Maks --- wykrzyknął oburzony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Twoje słowo złote, twoja przyjaźń to dobry
weksel, ale ewikcję daj, to handel.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Załatwimy to w ten sposób, że Moryc będzie
kupować i wysyłać zaraz pospiesznymi frachtami, na
nachname. My wykupimy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdzie moja pewność, że mnie nie wyeliminujecie ze spółki, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Świnia --- zawołał głęboko dotknięty Maks, uderzając pięścią w stół.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho Maks, on ma rację. Zrobimy zaraz piśmienną umowę, którą się później dla upoważnienia
urzędowego przeciągnie przez regenta.</akap_dialog>


<akap>Napisali zaraz upunktowaną wielokrotnie umowę,
rodzaj aktu spółki, zawierającej się pomiędzy nimi trzema,
na prowadzenie handlu surową bawełną.</akap>


<akap>Było w niej wszystko przewidziane.</akap>


<akap_dialog>--- No, teraz stoimy na gruncie realnym. Ile mi
wyznaczacie za zajęcie się tym interesem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Teraz zwykłe komisowe za kupno, a później
porozumiemy się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaliczcie mi z góry, co możecie. Ja wam rachunek dokładny przedstawię strat, jakie poniosę przez
czas pobytu w Hamburgu, strat na agenturze swojej,
której przez ten czas nie będę mógł prowadzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Świnia --- powiedział po raz trzeci Maks i wykręcił drugą stronę twarzy na słońce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maks, tyś mi powiedział trzy razy świnia, ja
ci tylko raz odpowiem: głupi! Ty pamiętaj, że my mamy
prowadzić nie romans, nie małżeństwo, tylko interes. Sam okpiłbyś Pana Boga, żeby się tylko udało, a mnie
mówisz świnia, kiedy ja chcę tylko tego, co mi się należy prawnie. No niech Karol powie.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Idź do diabła, stergnij.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, zgoda, nie kłóćcie się ciągle. Jedziesz kurierem w nocy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tylko moi drodzy, pamiętajcie, ani dziś ani
później nikt nie ma wiedzieć, skąd wzięliśmy tę wiadomość o bawełnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Alboż my wiemy, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taka tajemnica w trzech nie jest już tajemnicą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idźcie spać. Karol, tylko mnie już nie budź.
Moryc, choć pocałuję cię na drogę, bo cię nie zobaczę
przed wyjazdem, wstanę dopiero jutro. No, bądź zdrów,
chłopie, a nie okpij nas --- mówił żartobliwie, całując
się z Morycem serdecznie, bo, pomimo ciągłych kłótni
i wymyślań, lubili się bardzo ze sobą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciebie kto by oszukał! --- mruczał Moryc jakby
z żalem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty jesteś dobry chłop, Moryc, ale czuć cię na
milę szachrajem.</akap_dialog>



<sekcja_asterysk/>

<akap>Było już po dwunastej, gdy Karol się obudził.</akap>


<akap>Słońce świeciło prosto w okna i zalewało blaskami cały pokój, umeblowany z najwyszukańszym wykwintem.</akap>


<akap>Mateusz umyty, wystrojony po niedzielnemu, wsunął się na palcach.</akap>


<akap_dialog>--- Jest co? --- zapytał Karol, bo często w nocy Bucholc przysyłał różne rozporządzenia.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Z fabryki nie ma nic, są tylko ludzie z Kurowa,
z listem. Czekają od rana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech zaczekają, przynieś list, a im daj herbaty. Wytrzeźwiałeś już?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem już na glanc, proszę pana dyrektora.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Opatrzyłeś sobie już twarz, jak widzę.
</akap_dialog>


<akap>Mateusz spuścił oczy i zaczął przestępywać<pe><slowo_obce>przestępywać</slowo_obce> --- dziś: przestępować.</pe> z nogi
na nogę.</akap>



<akap_dialog><begin id="b1308445827163-2979056653"/><motyw id="m1308445827163-2979056653">Polak, Niemiec, Religia, Nacjonalizm, Zemsta, Sługa, Pan</motyw>--- Raz jeszcze się upijesz, to możesz więcej nie
pokazywać się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już tak nie będzie.</akap_dialog>


<akap>Uderzył się w piersi, aż się rozległo.</akap>


<akap_dialog>--- Nie boli cię głowa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ale mnie krzywda moja boli. Poproszę
bardzo pana, a pan mi, mój pan najdroższy pozwoli,
a to już jak pies służyć będę za to.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na cóż mam ci pozwolić? --- pytał ciekawie,
ubierając się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żebym ja mógł trochę porachować żebra tym
Szwabom, co mnie tak uszlachciły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Takiś to mściwy?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie mściwym, ale sponiewierania, ale swojej utoczonej krwi katolickiej --- nie daruję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A rób co ci się podoba, byleby ci tylko lepiej
jeszcze nie przefasonowali twarzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już ja im dam taki bejcz, co go im nikt nie
spierze --- szepnął mściwie i aż zaciął zęby od nagłej
złości, jaka mu zalała serce.<end id="e1308445827163-2979056653"/></akap_dialog>


<akap>Sine plamy i siniaki zrobiły mu się pąsowe od
wzruszenia.</akap>


<akap>Karol ubrał się i poszedł budzić przyjaciół.</akap>


<akap>Nie było już nikogo.</akap>


<akap_dialog>--- Mateusz, panowie dawno wyszli?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Baum wstał o dziewiątej, telefonował
o konie do domu i jak przyszły, zaraz pojechał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, no, cuda się dzieją.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A pan Moryc wyszedł o jedenastej. Kazał mi
walizkę podróżną naszykować i zanieść na kurier nocny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawołaj tych ludzi. Coś mi jest, ale co? --- myślał, rozcierając sobie skronie, bo głowa mu ciężyła,
czuł się niezdrów.</akap_dialog>


<akap>Wstrząsał nim jakiś dreszcz zdenerwowania. Nie
chciało mu się siedzieć, a czuł wstręt do poruszenia się
z miejsca.</akap>


<akap>Wypadki dzisiejszej nocy: teatr, loże, Lucy, knajpa,
telegram, Moryc i Baum: przewijały mu się przez mózg
w poszarpanych mgławicach i przechodziły, pozostawiając po sobie nudę i znużenie.</akap>


<akap>Zapatrzył się na wysmukły, kryształowy wazonik,
pokryty bardzo pięknym rysunkiem złotym; złote lilie
francuskie na tle mocnej purpury kryształu, którym
przeświecało słońce i kładło krwawo-pomarańczowy cień
na jedwabne, kremowe okrycie stołu.</akap>


<akap_dialog>--- Ładna kombinacja --- myślał, ale nie chciało
mu się dalej patrzeć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech będzie pochwalony.</akap_dialog>


<akap>Odwrócił się do wchodzących.</akap>


<akap_dialog>--- A, to wy z Kurowa. Macie list od panienki?</akap_dialog>


<akap>Wyciągnął rękę i zauważył, że mu pożółkła.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308446037575-1392936486"/><motyw id="m1308446037575-1392936486">Chłop, Strój</motyw>--- Jest pismo. Daj matka wielmożnemu panu --- powiedział poważnie chłop w białej kapocie, wyszywanej
na szwach czarnymi tasiemkami, w portkach w poprzeczne
czerwone, białe i zielone pasy, w kamizelce granatowej
z mosiężnymi guziczkami, koszulę miał zawiązaną na
czerwoną wstążeczkę; stanął przy drzwiach wyprostowany, baranicę zawiesił na własnych pięściach przyciśniętych do piersi i patrzał niebieskimi, surowymi oczami
w Borowieckiego, od czasu do czasu odrzucając ruchem
głowy grzywę płowych, niby konopie wymiędlone, włosów, co mu wciąż opadały na twarz starannie wygoloną.</akap_dialog>


<akap><end id="e1308446037575-1392936486"/>Kobieta list wydobyła z dziesięciu co najmniej
obwiązań i podejmując Karola za nogi, podała.</akap>


<akap>Przeleciał szybko oczami list i pytał:</akap>


<akap_dialog>--- Wy się nazywacie Socha?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, rychtyk Socha, rzeknij no matka --- szepnął,
szturchnąwszy łokciem żonę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści prawda, Socha on jest, a ja jego żona
i przyśliwa prosić wielmożnego pana niziniera o robotę
 na fabryce, o... --- zatrzymała się chwilę, spoglądając
na męża.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juścić o robotę, rzeknij no matka od początku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie pisze mi tu ojciec i panienka o waszym nieszczęściu. Spaliliście się, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juścić, że spalili, opowiedzże, jak było, matka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to było tak, wielmożny panie, powiem rzetelnie, jak na spowiedzi. Mieliśwa chałupę zaraz za dworem, pierwszą ode wsi. Grontu to mój kupił ino dwie
morgi i prętów dwadzieścia i pięć, co nam starszy pan,
niby ociec wielmożnego pana niziniera, sprzedał, a za
cośmy zapłacili całe trzysta złotych. Używićby się z tego
nie używił. Kartofle były swoje, krowę się uchowało,
świniak zawżdy galantny kwicał w chlewie, kuń był, bo
stary mój jeździł na furmanki do miasteczka i woził
różnych ludzi do kolei albo i Żydów na ten przykład,
za rubla, jak się dało. A mnie ta paninka cięgiem wołała do dworu na posługi, a to do prania, a to do robienia płótna, a to kiej się krowa ocielić miała. Święta
panienka, a to naszego Walka to tak wyuczyła, co chłopak zna i drukowane, i pisane, a na złotym untarzyku
to cytać poredzi z kużdej strony; mistranturę tyż zna
galancie, bo do mszy świętej księdzu Szymonowi sługuje. A chłopak ma dopiro na dziesiąty rok --- zatrzymała się, aby wytrzeć nos w fartuch i obetrzeć załzawione rozczuleniem oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, mój syn Walek ma na dziesiąty rok,
mów matka dokumentnie --- szepnął poważnie chłop.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści na dziesiąty albo od Zielnej, albo na
samą Siewną.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308446297233-1147602454"/><motyw id="m1308446297233-1147602454">Chłop, Pan, Słowo</motyw>--- Mówcie prędzej, bo widzicie, ja nie mam czasu --- prosił Borowiecki, który chociaż się nudził podczas tego
bezładnego opowiadania i mało słyszał, siedział cierpliwie, bo wiedział, że chłopi lubią się przede wszystkim
wygadać i wyżalić po ludzku, a robił to głównie dlatego, że pochodzili z Kurowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rzeknij, matka, co ostało, bo wielmożnemu
panu spieszno.<end id="e1308446297233-1147602454"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- To z łaski Boski i z łaski panienki i bez to, co
stary miał kunia i zarabiał, i bez to, co się czasem przedało, a to kuraków, a to prosiaka jakiego, a to gąskę,
a to czasem jaką kapkę mleka albo i półkwaterek masła
i jajków, tośwa się miały niezgorzy. Cała wieś nam zazdrościła, że to my pierwsze były przy dworze, że to
nas panienka uważała, że to w izbie i obrazy święte
były pikne, we złotych ramach, że to i odzienie zawżdy
było jak się patrzy, żeśwa się to nie bijały, bo panienka
cięgiem mówiła, że to grzych i obraza boska największa;
że to mój u księdza Szymona często był i woził go do
kolei, to bez to pomstowały na nas. A już najgorsza to
była ta Pietrkowa, co to siedzi ino bez miedzę. Kłótnica
taka, że ją i ksiądz Szymon już nieraz z ambony napominał. Nic nie pomogło, cięgiem tylko bij, zabij na
mnie. A taka niepoczciwa, co szczekała po cały wsi, że
to ze dworu wynoszę kaszę, że mój kradnie siano
z dworskich stogów. Widzieliście wy ludzie! Ażeby nam
tak kulasy poupadały, jak jej ozór ten przeklęty odleci
za szczekanie, jeśliśwa co wzięły. Ale żeby to ino to!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż ona więcej zrobiła, mówcie --- szepnął
prawie z rozpaczą, bo kobieta gadała coraz szczegółowiej, ośmielona jego życzliwym wzrokiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to bez nią myśwa się spaliły. Bo było tak,
że zawżdy, jak to po somsiedzku się przytrafia, gąsiaki
moje, już takie w knotach, co bym nijak nie mogła sprzedać po pięćdziesiąt kopiejek, przeszły na jej pole, ale
nie było i pacierza, ino co dziopami chwyciły chila tyla
trawkę, a ta suka zapowietrzona poszczuła je. Ażebyś
Boga przy skonaniu nie oglądała, ażebyś! Zaraz mi
zdechnęło pięcioro tych gąsków, bo je tak pies pogryz.
Com się wypłakała, to jaże trudno wypowiedzieć. Stary
przyjechał, ja mu mówię, a on mi rzekł: ,,Inszej rady
ni ma na taką, ino sprać tak, coby gnaty poczuła".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, rzekłem tak, mów dalej matka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprałam ją rzetelnie, zdarłam za te kudły, co
ma kiej czarownica, utytłałam w gnojówce, skopałam
kiej sukę. A to mi potem wieprzaka przetrąciła. Poszliśwa na sądy. Niech ta sprawiedliwość sądzi kto winowaty --- wykrzyknęła, rozkrzyżowując ręce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A kiedyż was spaliła?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie mówię, co ona, ino że bez nią, bo jakieśmy siedzieli w sądzie, przylata woźny i pedo: ,,Chałupa się wam, Sochowa, pali!" Jezus Maria, jakby mi kto
łysty poprzetrącał, ruszyć się z miejsca nie mogłam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, dosyć, rozumiem. A teraz chcecie znaleźć
robotę w fabryce?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści tak, wielmożny panie. Bośwa zeszły na
dziady, bo się spaliło wszyćko i chałupa, i obora, i całki
lewentarz, nic, ino teraz iść po proszonym.</akap_dialog>


<akap>Zaczęła płakać spazmatycznie, a chłop stał wciąż
poważnie, zapatrzony w Borowieckiego, odgarniając jednakim ruchem głowy grzywę, co mu co chwila spadała
na oczy i twarz.</akap>


<akap_dialog>--- Znacie tu kogo w Łodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Są tutak ludzie z naszych stron, jest Antek
Michałów, jest, powiedz dokumentnie matka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści, że są, ino niewiada, kaj ich szukać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdźcie do mnie, Socha, we wtorek o pierwszej godzinie. Robotę wam znajdę. Mateusz --- krzyknął
na lokaja --- poszukaj im mieszkania i zaopiekuj się nimi.
Mateusz krzywił się niechętnie i pogardliwie patrzył na nich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, idźcie z Bogiem, a we wtorek przyjdźcie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdziewa, mów no matka.</akap_dialog>


<akap>Ale kobieta schyliła się do nóg Karolowi i obejmując je, prosiła:</akap>


<akap_dialog>--- A tom po tej ostatniej kurze, co się nie spaliła, uzbierała mendel jajków, to niech to wielmożnemu
panu będą na zdrowie, bo ze szczyrego serca dajem --- i położyła mu u nóg węzełek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, niechta będą na zdrowie --- i pochylił
się także do nóg.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, dobrze, dziękuję wam, przyjdźcie we wtorek.</akap_dialog>


<akap>Zostawił ich i poszedł do drugiego pokoju.</akap>


<akap_dialog>--- Co za kopalniani ludzie! Przeżytki --- mruczał,
chodząc poruszony nieco, <begin id="b1308447083088-2570120072"/><motyw id="m1308447083088-2570120072">Kobieta, Mężczyzna, List, Poświęcenie, Miłość, Fałsz</motyw>siadł i czytał list od narzeczonej.</akap_dialog>


<dlugi_cytat><akap>,,Mój drogi panie Karolu!</akap>


<akap>Dziękuję serdecznie za list ostatni, sprawił on
dziadkowi wielką przyjemność, a mnie wprost
rozrzewnił i porwał. Jaki pan dobry! Przez
umyślnego aż przysyłać kwiaty."</akap></dlugi_cytat>


<akap>Uśmiechnął się drwiąco, bo kwiaty owe dostał od
kochanki, w takiej ilości, że nie wiedział, co z nimi
zrobić, więc posłał je narzeczonej.</akap>


<dlugi_cytat><akap>,,Jakie to śliczne te róże! Chyba nie łódzkie!
A może mój drogi pan sprowadzał umyślnie
z Nizzy<pe><slowo_obce>Nizza</slowo_obce> --- Nicea.</pe>, jak to kiedyś? To by mnie bardzo ciesząc, bardzo smuciło jednak, bo nie mam czym
również pięknym się odwdzięczyć. Wie pan, te
kwiaty są dzisiaj jeszcze, po dwóch tygodniach,
prawie niezmienione --- to zadziwiające. Wprawdzie pielęgnuję je bardzo, bo nie ma listeczka,
któremu bym nie powiedziała, dotykając każdego
ustami: kocham. Ale... dziadek się ze mnie śmieje
i powiedział, że napisze o tym do pana, więc
ja się już sama przyznaję, a pan się o to przecież nie pogniewa, prawda?..."</akap></dlugi_cytat>


<akap_dialog>--- Anka moja droga --- szepnął porwany uczuciem i rozjaśnionymi oczami czytał dalej:</akap_dialog>


<dlugi_cytat><akap>,,Z pieniędzmi już załatwione, są w Banku
Handlowym do pańskiego rozporządzenia, bo
kazałam je zapisać na pana nazwisko, na nasze
nazwisko..."</akap></dlugi_cytat>


<akap_dialog>--- Złota dziewczyna!</akap_dialog>


<dlugi_cytat><akap>,,Kiedyż będzie ta fabryka? Ja tak niecierpliwie czekam, bo takam ciekawa zobaczyć ją
i mojego drogiego pana jako fabrykanta! A dziadek zrobił sobie nawet świstawkę i nią budzi
nas i zwołuje na śniadania i obiady.</akap>


<akap>Wczoraj był u nas pan Adam Stawski, pamięta go pan? Bo podobno byliście panowie
razem w gimnazjum? Opowiadał bardzo ciekawe i wesołe szczegóły z waszego życia. Od
niego dopiero dowiedziałam się, że mój kochany
pan Karol, to był taki łobuz i takie miał powodzenie u kobiet jeszcze w gimnazjum. Ale
dziadek przeczy temu stanowczo i mówi, że
pan Adam łgarz zawołany. Komu pan każe
wierzyć?</akap>


<akap>Pan Adam stracił wszystko, bo majątek
sprzedało mu Towarzystwo, ma wkrótce jechać
do Łodzi, będzie i u pana."</akap></dlugi_cytat>


<akap_dialog>--- Jeszcze jeden niedołęga! --- szepnął niechętnie.</akap_dialog>


<dlugi_cytat><akap>,,Ma jakiś projekt wielkiego wynalazku i obiecuje sobie, że na nim w Łodzi zrobi majątek."</akap></dlugi_cytat>


<akap_dialog>--- Idiota! Nie pierwszy i nie ostatni.</akap_dialog>


<dlugi_cytat><akap>,,Trzeba mi kończyć, bo mi się tak oczy
kleją i dziadek ciągle woła, żebym poszła spać.
Dobranoc, mój królu złoty, dobranoc! Napiszę
jutro obszerniej. Dobranoc.</akap>


<akap>Anka."</akap></dlugi_cytat>




<akap>W przypisku było jeszcze gorące polecenie oddawców listu.</akap>


<akap_dialog>--- Pieniądze są, to dobrze, to bardzo dobrze,
dwadzieścia tysięcy rubli. Złota dziewczyna. Bez namysłu
oddaje swój posag.</akap_dialog>


<akap>Przeczytał raz jeszcze list i schował go do biurka.</akap>


<akap_dialog>--- Złota, dobra, poświęcająca się dziewczyna, ale...
Dlaczego jest to ale! U diabła! --- uderzył nogą w dywan i zaczął bezmyślnie przerzucać stosy papierów na stole.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, dobra, może najlepsza z tych, jakie znam,
ale, ale, co ona mnie obchodzi?... Czy ja ją kocham?
Czy ja ją kiedy kochałem? Postawmy kwestię szczerze --- myślał, przypominając sobie dokładnie.<end id="e1308447083088-2570120072"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Konie pana Bucholca po pana dyrektora --- meldował Mateusz.
Wsiadł do powozu i pojechał do Bucholca.</akap_dialog>


<akap>Bucholc mieszkał na samym końcu miasta, za fabrykami swoimi. W dużym parku, graniczącym jedną
stroną z murami fabryk, które nad nim panowały, stał
jednopiętrowy dom, nazywany pałacem, zbudowany
w tym łódzko-berlińsko-renesansowym stylu, z wieżami
baniastymi po rogach, z szeregiem facjat ozdobnych,
z tarasem na dachu, obwiedzionym żelazną balustradą.</akap>


<akap>Grupa wielkich, smutnych brzóz bieliła się w gazonie głównym przed podjazdem pałacowym. Ścieżki
były wysypane miałem węglowym i biegły niby pasy
czarnej croisy, wpośród poobwiązywanych słomą róż
i drzewek południowych, co niby szyldwachy, wyciągniętą
i załamującą się pod prostym kątem linią obiegały
wielki czworoboczny trawnik, na którego rogach stały
cztery posągi, okręcone na zimę w kawały barchanowych podkładek, zrudziałych na deszczach i mrozach.</akap>


<akap>W jednym końcu parku, pod czerwonymi murami
fabryki, przez niskie krzewy i drzewa błyszczały w słońcu
okna oranżerii.</akap>


<akap>Park był smutny i niedbale utrzymywany.</akap>


<akap>Lokaj w czarnej liberii otworzył przed Borowieckim wielkie drzwi do przedpokoju, wyłożonego dywanem i obwieszonego fotografiami fabryk, grupami
robotników i mapami majątków ziemskich, jakie posiadał Bucholc.</akap>


<akap>Czworo drzwi prowadziło w głąb domu, a wąskie
żelazne schody na piętro.</akap>


<akap>Wielka, żelazna latarnia w stylu gotyckim, wisząca
u sufitu, rozrzucała łagodne światło, co kolorowymi
jakby wypłowiałymi plamami mżyło na ciemnym dywanie i drzewem wyłożonych ścianach.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie pan prezes?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na górze w swoim gabinecie.</akap_dialog>


<akap>Lokaj szedł naprzód i uchylał portier, otwierał
drzwi, a Borowiecki szedł wolno przez wspaniałe pokoje, bardzo poważnie i ciężko umeblowane, zaciemnione
prawie zupełnie storami opuszczonymi. Cisza go otaczała zupełnie, bo odgłos kroków tłumiły dywany.
Uroczysta, zimna powaga panowała w mieszkaniu; meble stały w pokrowcach ciemnych, zwierciadła,
wielkie żyrandole, kandelabry, obrazy nawet na ścianach pokryte były zasłonami i tonęły w zmroku, w którym tylko błyszczały brązowe ozdoby majolikowych
pieców i złocenia stiukowych sufitów.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Herr von Borowiecki!</slowo_obce> --- meldował poważnie
lokaj w jednym z pokojów, gdzie pod oknem, w głębokim fotelu, z pończochą w ręku, siedziała Bucholcowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Gut morgen Herr Borowiecki!</slowo_obce> --- odezwała się
pierwsza, wyjęła drut i wyciągnęła do niego rękę jakimś
automatycznym ruchem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Gut morgen Madam</slowo_obce> --- pocałował ją w rękę
i poszedł dalej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kundell! Kundell! --- zakrzyczała za nim papuga, uczepiona nogami u parapetu.
Bucholcowa pogłaskała ją, uśmiechęła się przyjaźnie do bandy wróbli, co pod oknami na drzewach się
biły, popatrzyła w świat pełen słońca i znowu robiła
pończochę.</akap_dialog>


<akap>Bucholca znalazł Borowiecki w narożnym gabinecie.</akap>


<akap>Siedział przed wielkim piecem, z zielonych gdańskich kafli, cudownie ornamentowanych, w którym palił
się ogień, grzebał w nim ustawicznie swoim nieodstępnym kijem.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308473464146-367157066"/><motyw id="m1308473464146-367157066">Sługa</motyw>--- Dzień dobry! Kundel, krzesło dla pana --- zawołał silnym głosem na lokaja, który stał przy drzwiach
gotowy na najmniejsze skinienie.</akap_dialog>


<akap>Karol usiadł tuż obok niego, plecami do ściany.</akap>


<akap>Bucholc podniósł swoje jastrzębie, czerwone oczy
i dosyć długo świdrował twarz jego.</akap>


<akap_dialog>--- Chory jestem --- szepnął, wskazując na nogi
pookręcane w białą flanelę i leżące na taburecie, wprost
ognia, niby dwa wały materiału surowego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciągle to samo? Reumatyzm?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak --- szeptał i jakiś bolesny skurcz skrzywił mu szaro-żółtawą, okrągłą twarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda, że pan prezes nie wyjechał na zimę
do San Remo lub gdziekolwiek na południe.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to pomoże, a ucieszyłbym tylko Szaję i tych
wszystkich, co by chcieli, abym zdechł jak najprędzej.
Kundel, popraw --- krzyknął na lokaja, wskazując na
nogę swoją, zsuwającą się z taburetu. --- Ostrożnie!
Ostrożnie! --- krzyknął.<end id="e1308473464146-367157066"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myślę, że tych, co by chcieli pańskiej śmierci
jest bardzo mało, a może i nie ma ich zupełnie w Łodzi,
jestem nawet pewny, że ich nie ma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co mi pan gadasz, wszyscy chcą, abym umarł,
wszyscy --- i dlatego właśnie na złość będę jeszcze żył
długo, pan myślisz, że nie mam zazdrosnych, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto by ich nie miał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile by dał Szaja za moją śmierć, jak pan
myślisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przypuszczam tylko, że za ruinę pańską, gdyby
ta była możebną, to dałby bardzo wiele, bardzo wiele,
pomimo swojego skąpstwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan myślisz? --- szepnął i oczy mu strzeliły
płomieniem nienawiści.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cała Łódź wie o tym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze i wtedy kogo by oszukał, bo zapłaciłby
fałszywymi pieniędzmi albo wekslami bez wartości.
Kundel... --- opuścił głowę na piersi, na stary watowany
szlafrok z łatami na łokciach i zapatrzył się w ogień.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki, zaprawiony już dobrze w tej serwilistycznej subordynacji wobec milionerów, nie śmiał nic
mówić, czekał cierpliwie, aż on pierwszy zacznie.</akap>


<akap>Rozglądał się po ścianach wybitych bardzo ciemnym wiśniowym adamaszkiem jedwabnym, obwiedzionych szeroką złotą lamperią. Kilka ordynarnych oleodruków niemieckich wisiało na ścianach. Olbrzymie mahoniowe biurko stało w rogu pomiędzy dwoma oknami,
przysłoniętymi ekranami z kolorowych szkieł. Linoleum,
naśladujące posadzkę, pokrywało podłogę gabinetu i było
nader mocno powydeptywane.</akap>


<akap_dialog>--- Słucham pana --- mruknął szorstko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówiliśmy o Szai.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajmy spokój temu. Kundel! Niech tutaj przyjdzie Hamer. Co to, za pięć minut mam brać pigułki,
a tego błazna nie ma jeszcze. Pan znasz wczorajsze
nowiny?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszałem, pan Knoll mówił mi w teatrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan bywasz w teatrze?</akap_dialog>


<akap>Oczy mu zaświeciły urągliwą złośliwością.</akap>


<akap_dialog>--- Nie rozumiem nawet pytania prezesa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, że pan Polak, prawda, że pan von --- zaczął się krzywić jakby do śmiechu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież i pan prezes bywa w teatrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja jestem Bucholc, panie von Borowiecki. Ja
mogę bywać wszędzie, gdzie mi się podoba --- podniósł
głowę i dumnie, miażdżąco patrzył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Winne są teatry, że zamiast być dla niektórych
ludzi tylko, stoją otworem dla wszystkich mających za
co kupić sobie miejsce --- szepnął Borowiecki i nie mógł
powstrzymać złośliwego uśmiechu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie słucham pańskie gadanie --- stuknął ze
złością kijem w głownie, że aż się iskry posypały na
pokój.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daruje pan prezes, że go pożegnam --- mówił
Borowiecki, podnosząc się z krzesła, zirytowany ostatnimi słowami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siedź pan, zaraz będzie obiad. Tu się nie ma
o co obrażać, zresztą pan wiesz, jak pana cenię,
pan jesteś wyjątkowym Polakiem. Knoll mówił panu
o wszystkim?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O bankructwach ostatnich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak... Wyjechał za pilnym interesem i właśnie proszę pana o zastąpienie go na cały czas nieobecności. Morrys zastąpi pana w drukarni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, a co do Morrysa, to bardzo zdolny
człowiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I głupi. Siadajże pan. Ja lubię Polaków, ale
z wami wcale gadać nie można, zaraz się byle słówkiem obrazi i bądź zdrów. <slowo_obce>Langsam</slowo_obce><pe><slowo_obce>langsam</slowo_obce> (niem.) --- powoli, pomału.</pe> panie Borowiecki,
<slowo_obce>langsam</slowo_obce>, pan nie zapominaj, że jesteś moim człowiekiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan prezes za często mi przypomina, abym
o tym chociaż na chwilę zapomnieć mógł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uważasz pan to za niepotrzebne? --- pytał, patrząc na niego z uśmiechem dobrotliwym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak komu i jak gdzie.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308474662970-3194741624"/><motyw id="m1308474662970-3194741624">Władza, Robotnik, Pycha, Pogarda</motyw>--- Ja bym panu dał konie, tylko niech pan nimi
powozi bez bata i bez cugli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Porównanie jako porównanie nie jest złe, tylko
nie bardzo można je zastosować do nas wszystkich,
pracujących u pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja go nie stosuję do pana ani do pańskich
niektórych, uważasz pan, mówię, niektórych kolegów,
tylko do tej czarnej, roboczej masy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ta robocza masa to ludzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bydło, bydło --- wykrzyknął, bijąc kijem w taburet z całych sił. --- Pan się tak nie patrz na mnie,
ja tak mówić mogę, bo ja ich wszystkich żywię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, ale oni pracują dosyć dobrze na to żywienie, zarabiają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U mnie zarabiają, ja im daję zarobek, oni mnie
powinni całować po nogach, bo jakbym im nie dał roboty, to co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toby sobie znaleźli gdzie indziej --- szepnął, bo
złość nim miotać poczynała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdechliby z głodu, panie Borowiecki, jak psy.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki nic już się nie odzywał, był zirytowany
tą pychą głupią Bucholca, który przecież pomiędzy
łódzkimi fabrykantami był unikatem z wielkiego rozumu i wykształcenia, a tak prostej kwestii nie rozumiał.</akap>


<akap_dialog><end id="e1308474662970-3194741624"/><begin id="b1308474933543-3583552406"/><motyw id="m1308474933543-3583552406">Lekarz, Władza, Pieniądz</motyw>--- Panie prezesie, szedłem właśnie z pigułkami,
kiedy przyszedł August.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho! Jeszcze całe dwie minuty. Zaczekaj! --- rzucił ostro do swego nadwornego doktora, który się
nieco zmieszał takim przyjęciem, ale stanął pokornie
o kilka kroków przy drzwiach i czekał, biegając zalęknionym, niespokojnym wzrokiem po twarzy Bucholca,
który wpatrzony w stary srebrny zegarek, nachmurzony
siedział w milczeniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty się, Hamer, pilnuj, ja ci płacę za to, dobrze
płacę --- rzekł po chwili, nie odrywając wzroku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie prezesie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bucholc mówi, cicho! --- rzekł z naciskiem
i uderzył go oczami. --- Ja jestem punktualny, jak mi
raz powiedzieli, że brać pigułki co godzina, to biorę co
godzina. --- Pan musisz być bardzo zdrowym, panie Borowiecki, widać to po panu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak bardzo jestem zdrowy, że jakbym posiedział w fabryce, w drukarni, jeszcze dwa lata, to mam
pewne suchoty. Już mnie doktorzy ostrzegali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dwa lata! Można jeszcze dużo wydrukować
towaru przez dwa lata. Hamer dawaj!</akap_dialog>


<akap>Hamer z namaszczeniem odliczał piętnaście pigułek
homeopatycznych na wyciągniętą rękę Bucholca.</akap>


<akap_dialog>--- Prędzej! Ty kosztujesz tyle, co dobra maszyna,
a ruszasz się tak powoli --- syknął i połknął pigułki.</akap_dialog>


<akap>Lokaj podał mu na srebrnej tacy szklankę z wodą
do picia po lekarstwie.</akap>


<akap_dialog>--- On mi każe połykać arszenik, to jakaś nowa
metoda leczenia, zobaczymy, zobaczymy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja już widzę duże polepszenie w zdrowiu pana
prezesa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho, Hamer, nikt cię o to wcale nie pyta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dawno pan prezes prowadzi tę arszenikową
kurację? --- zapytał Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzeci miesiąc mnie już zatruwa. Możesz iść
Hamer! --- rzucił wyniośle.</akap_dialog>


<akap>Doktor ukłonił się i wyszedł.</akap>


<akap_dialog>--- Łagodny człowiek z tego doktora, ma obwatowane nerwy! --- zaśmiał się Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja jemu je watuję pieniędzmi. Ja mu dobrze
płacę.<end id="e1308474933543-3583552406"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Telefon się pyta, czy jest pan Borowiecki? Co
mam powiedzieć? --- meldował w drzwiach dyżurny,
przyboczny urzędnik Bucholca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozwoli pan prezes?</akap_dialog>


<akap>Bucholc kiwnął niedbale głową.</akap>


<akap><begin id="b1308475114581-1942252181"/><motyw id="m1308475114581-1942252181">Pocałunek, Słowo</motyw>Karol zeszedł na dół, do przybocznego kantoru
Bucholca, gdzie był telefon.</akap>


<akap_dialog>--- Borowiecki, kto woła? --- pytał, przykładając
ucho do muszli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lucy. Kocham cię! --- drgały mu roztrzęsione
odległością wyrazy w uchu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wariatka! --- szepnął, uśmiechając się ironicznie na stronie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzień dobry.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdź wieczorem o ósmej. Nikogo nie będzie. Przyjdź. Czekam. Kocham cię! Słuchaj, całuję cię,
do widzenia.</akap_dialog>


<akap>Istotnie, odczuł rozpryśnięte mlaśnięcie jakby odgłos pocałunku.</akap>


<akap>Telefon zamilkł.<end id="e1308475114581-1942252181"/></akap>


<akap_dialog><begin id="b1308475202674-3625009804"/><motyw id="m1308475202674-3625009804">Miłość, Kobieta, Mężczyzna, Szaleństwo</motyw>--- Wariatka! Będzie z nią ciężko, nie zadowolni
się byle czym --- myślał, powracając na górę i był więcej
zniecierpliwionym niż uradowanym tym oryginalnym
dowodem miłości.</akap_dialog>


<akap><end id="e1308475202674-3625009804"/>Bucholc, wciśnięty w fotel, położył kij na kolanach
i przerzucał jakąś grubą, przepełnioną cyframi broszurę,
która tak go pochłonęła, że co chwila łapał spodnią
wargą przycięte krótko wąsy, co się nazywało w języku
fabrycznym: ,,ssie nos", a co było oznaką głębokiego
zaabsorbowania.</akap>


<akap>Stos cały listów i rozmaitych papierów leżał przy
nim na niskim stoliku, cała świeżo nadeszła poczta dzisiejsza, którą zwykle sam odbierał.</akap>


<akap_dialog>--- Pomoże mi pan rozsegregować listy, panie Borowiecki, zastąpi pan Knolla od razu, zresztą, chcę pana
nieco zabawić.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki spojrzał pytająco.</akap>


<akap_dialog>--- Listami. Zobaczy pan, jakie i o co listy pisują
do mnie.</akap_dialog>


<akap>Odłożył za siebie broszurę.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308475539784-1487203260"/><motyw id="m1308475539784-1487203260">List, Sługa</motyw>--- Kundel, dawaj!</akap_dialog>


<akap>Lokaj wszystkie papiery ze stolika zsypał mu na
kolana.</akap>


<akap>Bucholc z szybkością nieporównaną przeglądał koperty i rzucał za siebie razem z objaśnieniem:</akap>


<akap_dialog>--- Kantor!</akap_dialog>


<akap>Lokaj w powietrzu chwytał wielkie koperty, opatrzone firmami.</akap>


<akap_dialog>--- Knoll! --- Listy z adresem zięcia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Fabryka!</akap_dialog>


<akap>Na tych był adres firmy dla doręczenia pracującym w fabrykach.</akap>


<akap_dialog>--- Centrala! --- Faktury kolejowe, zapotrzebowania,
rachunki, trasy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Drukarnia! --- Cenniki farb, próbki kolorów na
cienkich kartonach i malowane wzory deseni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szpital! --- Listy do szpitala fabrycznego i do
doktorów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Merienhof! --- Do zarządu majątków ziemskich,
który był przy głównym zarządzie fabryki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Osobno!</akap_dialog>


<akap>Te były niezdecydowane i szły na biurko Bucholca albo zabierał je Knoll.</akap>


<akap_dialog>--- Uważaj, Kundlu! --- krzyknął, uderzając kijem
za siebie, bo usłyszał list, padający na ziemię i znowu
rzucał i komenderował ostro i krótko.</akap_dialog>


<akap>Lokaj zaledwie zdążył chwytać i wrzucać w otwory
szafki z odpowiednimi napisami, którymi wpadały przez
rury na dół, do przybocznego kantoru, skąd je rozwożono natychmiast i roznoszono.<end id="e1308475539784-1487203260"/></akap>


<akap_dialog>--- A teraz będziemy się bawić! --- szepnął, skończywszy rzucać, zostało mu na kolanach tylko z dziesięć listów różnych formatów i kolorów. --- Bierz pan
i czytaj!</akap_dialog>


<akap>Karol rozdarł kopertę pierwszego listu, równą,
opatrzoną monogramem i wyjął list, pachnący fiołkami,
pisany wykwintnym kobiecym charakterem.</akap>


<akap_dialog>--- Czytaj pan, czytaj --- szepnął, widząc, że Borowiecki przez dyskrecję się ociąga.</akap_dialog>


<dlugi_cytat><akap>,,Jaśnie wielmożny panie prezesie!</akap>


<akap>Ośmielona rozgłosem i czcią, z jaką wszystko,
co nieszczęśliwe, wymawia imię pana prezesa,
udaję się do niego z błagalną prośbą o pomoc,
udaję się tym śmielej, iż wiem, że czcigodny
pan nie zostawi prośby mojej bez odpowiedzi,
jak nigdy nie zostawia niedoli ludzkiej, łez
sierocych, cierpień i nieszczęść bez wsparcia
i opieki. Znane jest twoje dobre serce w całym
kraju, znane!</akap>


<akap>Bóg wie, komu dawać miliony!"</akap></dlugi_cytat>


<akap_dialog>--- Ha, ha, ha! --- śmiał się cicho i tak serdecznie,
iż mu oczy na wierzch wychodziły.</akap_dialog>





<dlugi_cytat><akap>,,Nieszczęścia nas prześladowały, grady, pomór, susze, ogień i doprowadziły do ostatecznej
ruiny i takiej, że dzisiaj mąż mój sparaliżowany dogorywa."</akap></dlugi_cytat>





<akap_dialog>--- Niech zdechnie! --- rzucił twardo.</akap_dialog>





<dlugi_cytat><akap>,,A ja z czworgiem dzieci umieram z głodu.
Zrozumie pan prezes okropność mego położenia,
okropność tego kroku, jaki robię ja, wychowana
w innej sferze jako kobieta z towarzystwa,
muszę się poniżać i nie dla siebie, bo raczej
umarłabym z głodu, ale to czworo niewinnych
dziatek!"</akap></dlugi_cytat>




<akap_dialog>--- Daj pan spokój, to nudne. W końcu, czego
ona chce?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pożyczki na założenie sklepu, w ilości tysiąca
rubli --- rzekł Karol, przeczytawszy spiesznie resztę listu
pisanego wciąż w tym płaczliwie sztucznym stylu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W ogień! --- zakomenderował krótko. --- Czytaj
pan dalej.</akap_dialog>


<akap>Teraz był list mozolnie wykaligrafowany jakiejś
wdowy po urzędniku, która miała sześcioro dzieci i sto
pięćdziesiąt rubli emerytury i prosiła o danie jej w komis sprzedaży resztek fabrycznych, aby mogła wychować
dzieci na dobrych obywateli kraju.</akap>


<akap_dialog>--- W ogień! Ja na tym dużo stracę, jak z nich
będą złodzieje.</akap_dialog>


<akap>Potem następował list jakiegoś szlachcica, pisany
nie bardzo ortograficznie, na papierze pachnącym śledziami i piwem, widocznie pisany w jakiejś restauracji
małomiasteczkowej, w którym ten przypomniał, że przed
laty miał przyjemność znać Bucholca i jako mu wtedy
sprzedawał parę koni.</akap>


<akap_dialog>--- Ślepych!... Znam go, on pisuje co rok, jak się
rata kwietniowa zbliża, nie czytaj go pan dalej, ja wiem,
co tam jest, prośba o pieniądze i zaklinanie, że szlachcic
szlachcica bronić powinien! Głupiec! W ogień.</akap_dialog>


<akap>I tak dalej szły listy: od wdów z dziećmi, bez
dzieci, z mężami chorymi lub matkami, od sierot, od
okaleczonych w fabryce, od ludzi poszukujących posad,
od techników, inżynierów, od rozmaitych wynalazców,
którzy obiecywali zrobić przewrót w przemyśle bawełnianym, a tymczasem żądali pożyczki na dokończenie
studiów i modeli; był nawet jeden list miłosny, wyznanie
jakiejś znanej dawniej, która nigdy zapomnieć nie mogła
w obecnej niedoli szczęścia dawnego.</akap>


<akap_dialog>--- W ogień! W ogień! --- zakrzyczał, trzęsąc się
ze śmiechu i nie chciał słuchać szumnych, patetycznych
tyrad, zaklęć, błagań, zakończonych prośbą o pożyczkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uważasz pan, jak ludzie mnie cenią! Jak kochają moje ruble!
</akap_dialog>


<akap>Były listy i wymyślające najohydniej.
Karol się powstrzymał, nie wiedząc, czy czytać.</akap>




<akap_dialog>--- Czytaj pan, wymyślają mi, ja to lubię, to
przynajmniej szczere, a często zabawniejsze niż tamte.
</akap_dialog>



<akap>Karol czytał list, zaczynający się od słów: ,,Herszcie złodziejów łódzkich" --- przechodził całą skalę klątw
i wymyślań, z których najłagodniejsze brzmiały: ,,Świnio
niemiecka, łotrze, zbrodniarzu, pijawko, psie podły, kartoflarzu" --- a kończył się takim frazesem: ,,Jeśli cię
pomsta boska minie, to cię kara ludzka nie minie, ty
podły psie i dręczycielu". List był bez podpisu.</akap>




<akap_dialog>--- On ma humor. Ha, ha, ha, wesołe bydlę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wie pan prezes, że ja już mam dosyć, już mi
obrzydło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czytaj pan, napij się pan szaflikiem całym tych
zgrzęz ludzkich, to dobrze robi na otrzeźwienie. To należy do psychologii Łodzi i waszego niedołęstwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wszystkie listy są od Polaków, są i po
niemiecku, nawet większa część jest w tym języku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To właśnie dowodzi, że są wszystkie od Polaków. Wy macie zdolność do języków i do żebraniny,
wy to dobrze robicie --- mówił z naciskiem.</akap_dialog>


<akap>Karol popatrzył na niego oczami, w których zaczęły błyskać zielone skry gniewu i nienawiści, ale czytał
dalej jakąś denuncjację na głównego magazyniera, że
kradnie towary.</akap>


<akap_dialog>--- Daj pan, o tym trzeba się przekonać.</akap_dialog>


<akap>Schował list do kieszeni.</akap>


<akap>Były jeszcze skargi na majstrów, były pogróżki
odprawionych z roboty, były i takie denuncjacje, że
któryś powiedział na Bucholca: ,,Świnia z wypalonymi
oczami", ,,Stary złodziej", pisane ołówkiem na kawałkach papieru opakunkowego.</akap>


<akap_dialog>--- Daj pan ten list, to ważny, drogi dokument,
co o mnie mówią moi ludzie --- i uśmiechał się pogardliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan myślisz, że ja codziennie czytam takie listy?
Ha, ha, ha. August nimi podpala w piecu, cała korzyść
z tego naciągania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A swoją drogą pan prezes rocznie daje kilka
tysięcy rubli na różne cele publiczne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daję, daję, bo mi je z gardła wydzierają, bo
muszę dla świętego spokoju rzucić jaką kość dla hołoty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dawniejsza zasada: szlachectwo obowiązuje,
zmieniła się dzisiaj na: miliony obowiązują.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupia, nihilistyczna zasada. Co mnie obchodzi,
że zdychają z głodu, niech zdychają. Zawsze jakaś część
ludzi musi nic nie mieć. Mnie nikt nie dał ani grosza,
wszystko musiałem sobie wyrwać, wyrobić, więc dlaczego ja mam dawać drugim, za co? Niech mi kto udowodni, że powinienem. Komu ja mam dawać? Panom,
którzy przehulali majątki, niech ich diabeł weźmie. Tu
u was wszyscy chcą brać, a nikt robić nie chce. Mógł
który z was tak, jak ja, przyjść do Łodzi, zabrać się do
roboty, zrobiłby tak samo, jak ja, majątek. A dlaczego
tak nie było? Bo wyście w tym czasie robili u nas rewolucję... Ho! ho! Donkiszoci! --- splunął z pogardą na
własne nogi i śmiał się długo, rozbawiony niesłychanie.</akap_dialog>


<akap>Karol chodził po pokoju, nie chcąc nic mówić i chociaż zaczynało się w nim wszystko trząść z gniewu, milczał i udawał obojętnego, wiedział, że Bucholca nie przekona, a nie chciał mu się narażać.</akap>


<akap>Bucholc zauważył to pewne udręczenie, jakie sprawiał Borowieckiemu i dlatego właśnie gadał coraz boleśniejsze dla niego rzeczy, torturował go z rozmysłem;
lubił, sprawiało mu to niezwykłą przyjemność, jeśli mógł
męczyć kogoś i pluć w ludzkie dusze.</akap>


<akap>Leżał nieomal w fotelu, z nogami, które się prawie
przypiekały przy ogniu, ustawicznie podsycanym, a w którym co chwila grzebał kijem: z twarzą szaro-żółtą, niby
trupa rozkładającego się, w której świeciły krwawo oczy
złością i urąganiem. Okrągła czaszka, pokryta resztkami
siwych włosów, odrzynała się jaśniej od ciemnego tła
fotelu.</akap>


<akap>Nie zamykał prawie ust, tylko z coraz większą pasją pluł na wszystko i kopał wszystko. Wyglądał niby
bożek pookręcany w łachmany i szmaty, który w głębi
swej świątyni złotej leży na milionach i nimi potężny,
urąga wszystkiemu, drwi ze słabości, szydzi z uczuć
i samo człowieczeństwo, nie podniesione milionami, ma
w pogardzie.</akap>


<akap>Przerwał mu wreszcie lokaj, meldujący obiad.</akap>


<akap>Dwóch ludzi wzięło z nim fotel i niosło do jadalni,
położonej na drugim końcu domu.</akap>


<akap_dialog>--- Pan umiesz słuchać, pan jesteś mądry człowiek! --- szepnął do Karola, idącego tuż obok.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To było wszystko bardzo ciekawe, co pan mówił, zajmowało mnie to bardzo, jako materiały do patologii milionerów
--- rzekł poważnie, patrząc mu się
w oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie!... Nie przechylaj! --- ryknął na lokaja,
niosącego z lewej strony, uderzając go kijem w głowę. --- Panie Borowiecki, ja pana szanuję bardzo, daj pan rękę. My się rozumiemy, my możemy dobrze żyć ze sobą, licz
pan zawsze na mnie.</akap_dialog>




<akap>W jadalni była już Bucholcowa i gdy męża ustawili przy stole, pocałowała go w głowę, podając w zamian swoją rękę do ucałowania, usiadła naprzeciwko.</akap>


<akap>Doktor był także, przystąpił pierwszy do Borowieckiego i przedstawił się.</akap>


<akap_dialog>--- Hamerstein, dr Juliusz Gustaw Hamerstein --- powtórzył z naciskiem, gładząc wielką konopiastą brodę,
spływającą mu aż do pół piersi.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308477825617-1584603850"/><motyw id="m1308477825617-1584603850">Jedzenie</motyw>--- Doktor homeopatii i wegetarianizmu. Kundel,
kosztuje mnie cztery tysiące rubli rocznie, wypala moje
drogie cygara i obiecuje, że albo mnie wyleczy, albo
umrę...</akap_dialog>


<akap>Doktor chciał coś oponować, ale stara bardzo cichutkim głosikiem zapraszała do obiadu, który zaraz
lokaje zaczęli roznosić.</akap>


<akap>Rozmowa toczyła się po niemiecku.</akap>


<akap_dialog>--- Pan nie wegetarianin? --- pytał Hamerstein,
wyciągając brodę spod serwety, w jaką był obwiązany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, panie. Jestem zupełnym panem wszystkich
swoich władz --- odparł dość cierpko, bo mu się niesmaczną wydała ta figura, jakby rozlana, z wielkim
brzuchem, z wielką twarzą, z olbrzymią łysą czaszką,
świecącą jak rondel świeżo wyczyszczony.</akap_dialog>


<akap>Hamerstein poruszył się niecierpliwie, rzucił pogardliwe spojrzenie spod wypukłych, niebieskich okularów i rzekł sucho.</akap>


<akap_dialog>--- Każda prawda bywa zawsze z początku wyśmiewaną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan ma dużo zwolenników w Łodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siebie i moje psy, chore na parchy, bo im weterynarz nie kazał dawać mięsa --- drwił Bucholc, który
siedział przy stole, ale nie jadł nic, prócz kaszy owsianej z mlekiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co Łódź, co cała Polska, barbarzyństwo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlatego pan przyjechał. Dobre pole do apostolstwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja napisałem książkę o wegetarianizmie pod
tytułem: <tytul_dziela>Naturalne pożywienie</tytul_dziela>, mogę ją panu przysłać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję, przeczytam z ciekawością, ale wątpię,
czy pan zyska we mnie adepta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan prezes to samo mówił z początku, a teraz...</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308476959581-2704631826"/><motyw id="m1308476959581-2704631826">Choroba, Lekarz</motyw>--- A teraz jesteś głupi, mój Hamer, bo tego nie
rozumiesz, że jak się jest chorym, a cała głupia medycyna
nie pomaga, to człowiek gotów jeździć do owczarzy, do
księdza Kneippa, wreszcie nawet do twojej elektryczno-homeopatyczno-wegetariańsko-arszenikowej metody.<end id="e1308476959581-2704631826"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo ona jedynie pomaga, bo zasada homeopatii:
<slowo_obce>similia similibus curantur<pe><slowo_obce>similia similibus curantur</slowo_obce> (łac.) ---  podobne leczy się podobnym. </pe></slowo_obce>, jest zasadą naturze ludzkiej
najbardziej odpowiednią, jest jedynie prawdziwa. Pan
prezes stwierdza ją na sobie najlepiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dotychczas tak, ale jak się zmieni na gorsze,
to możesz być doktor pewnym, że cię obiję kijem i każę
razem z całą twoją blagą zrzucić ze schodów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto daje nowe prawdy, bierze w nagrodę męczeństwo --- szepnął sentencjonalnie, dmuchając w mleko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj spokój z męczeństwem, ty bierzesz w nagrodę cztery tysiące rubli i twarz ci się świeci sadłem
jak latarnia.</akap_dialog>


<akap>Doktor podniósł w górę okulary, jakby powoływał
sufit na świadka, ile cierpi, i jadł dalej kaszę z mlekiem.</akap>


<akap>Półmisek sałaty z oliwą i drugi z kartoflami stał
przed nim.</akap>


<akap>Umilkli.</akap>


<akap><begin id="b1308477048540-2245239433"/><motyw id="m1308477048540-2245239433">Sługa, Cień</motyw>Lokaje, niby cienie, przemykali się bez szelestu, śledząc, co mógł kto potrzebować.
Jeden stał za Bucholcem i podawał natychmiast
to, na czym wzrok jego zatrzymywał się.<end id="e1308477048540-2245239433"/></akap>


<akap_dialog>--- Kundel! --- mruczał czasami Bucholc, gdy się
opóźnił lub źle podał.</akap_dialog>


<akap>Bucholcowa z drugiej strony stołu siedziała, nie
biorąc zupełnie udziału w rozmowie.</akap>


<akap>Jadła bardzo wolno, żując przednimi zębami, uśmiechała się niby maska woskowa bladymi ustami, spoglądała martwym wzrokiem na Borowieckiego, poprawiała
chwilami koronkowy czepeczek, który stroił jej siwe
włosy, gładko przyczesane nad czołem żółtym i suchym,
o pozapadanych skroniach, głaskała papugę, wiszącą
na poręczy krzesła niby pęk barw najjaskrawszych, małą,
pomarszczoną, żółtą ręką.</akap>


<akap>Gdy jej było czego potrzeba, kiwała na lokaja
i mówiła mu szeptem prawie niedosłyszalnym albo pokazywała palcem. Siedziała niby mumia, żyjąca tylko
w pozostałych, automatycznych, najdłużej trwających
ruchach.</akap>


<akap>Obiad był najzwyklejszy, na sposób niemiecki. Mało
mięsa, a wiele jarzyn.</akap>


<akap>Zastawa bardzo zwykła: platery dobrze już zużyte,
porcelana powyszczerbiana, malowana w gołąbki na
brzegach talerzy.</akap>


<akap>Dla Borowieckiego tylko podano koniak i kilka gatunków win, które mu sam Bucholc nalewał, zachęcając:</akap>


<akap_dialog>--- Pij pan, panie Borowiecki, to jest dobre wino.</akap_dialog>


<akap>Koniec obiadu szedł milcząco i nudnie.</akap>


<akap>Cisza panowała przytłaczająca, czasem tylko papuga, nic nie mogąc ściągnąć ze stołu, krzyczała: ,,Kundel"! Ale to samo rzucał szeptem Bucholc pod adresem
lokaja. A każde słowo czy dźwięk rozlegało się echem,
prawie huczało w tej wielkiej jadalni, w której mogło
się pomieścić dwieście osób, obstawionej ciemnymi, dębowymi kredensami, rzeźbionymi w stylu staroniemieckim i zydlami w tymże samym stylu.</akap>


<akap>Wielkie okno weneckie, wychodzące na mury fabryk, dawało niewiele światła, rozświetlało tylko ten
koniec stołu, przy którym siedzieli, reszta tonęła w jakimś rdzawym zmroku, z którego wynurzali się co
chwila, jak czarne cienie, lokaje.<end id="e1308477825617-1584603850"/></akap>


<akap><begin id="b1308477723453-2598172022"/><motyw id="m1308477723453-2598172022">Słońce</motyw>Słońce przedarło się z boku okna i rozlało smugę
czerwonawego, przedzachodniego słońca na pół stołu.</akap>


<akap_dialog>--- Zasłoń! --- krzyknął Bucholc, bo nie lubił słonecznego światła i patrzył z lubością w żyrandol, który
rozbłysnął elektrycznością<end id="e1308477723453-2598172022"/>.</akap_dialog>


<akap>Obiad się wreszcie skończył na pociechę Karola,
któremu się już spać zachciało w tej ciszy i nudzie.</akap>


<akap>Stara tak samo pocałowała męża w głowę, nadstawiając w zamian rękę i wyciągnęła ją następnie automatycznym ruchem do Borowieckiego, który już nie siedział długo, zamienił kilka słów po cichu z doktorem,
bo Bucholc drzemał w fotelu i nie żegnając się z nim,
wyszedł.</akap>


<akap><begin id="b1308477897109-3228911568"/><motyw id="m1308477897109-3228911568">Sługa</motyw>Jadalnia zupełnie opustoszała, został tylko śpiący
Bucholc w fotelu i lokaj, stojący o parę kroków, nieruchomy, wpatrzony, gotowy na każde skinienie.<end id="e1308477897109-3228911568"/></akap>


<akap>Borowiecki, wydostawszy się na ulicę, na świeże
powietrze i na jasny, słoneczny dzień, odetchnął z uczuciem ulgi ogromnej.</akap>


<akap><begin id="b1308478158437-3837187258"/><motyw id="m1308478158437-3837187258">Robotnik, Dom, Miasto</motyw>Odesłał konie Bucholca, czekające na niego i poszedł pieszo, minął park i obok fabryk skręcił z Piotrkowskiej w małą, niebrukowaną uliczkę, biegnącą w pola
i z jednej strony obstawioną długimi, posępnymi koszarami dla robotników.</akap>


<akap>Smutnie tam było i brzydko.</akap>


<akap>Wielkie, dwupiętrowe szopy kamienne bez najmniejszych ozdób, nagie, czerwieniące się boleśnie nędzną
cegłą ścian wykruszanych przez wiatry, przeglądały się
w ulicy, pełnej cuchnącego błota; setki małych poprzeplatanych okienek z rzadka bielejących się firankami lub
ozdobionych doniczkami kwiatów, patrzyło w potężne
korpusy fabryki, rozkładającej się po drugiej stronie drogi,
za wysokim parkanem i szeregiem olbrzymich topoli
z uschniętymi czubkami, co stały niby szkielety groźne,
rozgraniczając te smutne katakumby ludzkie, do jakich
miały podobieństwo domy robotnicze, od fabryk, które
w ciszy niedzielnego odpoczynku, oniemiałe, milczące,
a potężne ogromem, wygrzewały w wiosennym słońcu
swoje potworne cielska i błyskały ponuro tysiącami okien.</akap>


<akap>Borowiecki przesuwał się pod domami, po wąskich
kładkach i kamieniach, miejscami zupełnie zalanymi przez
błoto, które niby wodą falowało i rozpryskiwało się aż
na parterowe okna i na drzwi, prowadzące do sień i kurytarzów<pe><slowo_obce>kurytarzów</slowo_obce> --- dziś popr.: korytarzy.</pe>, w których huczały krzyki dzieci.<end id="e1308478158437-3837187258"/></akap>


<akap>Za domami wszedł do długiego ogródka, graniczącego przez drogę z polami rozległymi, na których w oddaleniu czerwieniły się mury fabryk i porozrzucane samotnie domy. Wiatr stamtąd zawiewał zimny i wilgotny
i szeleścił liśćmi żywopłotów grabowych, co uschnięte,
żółte, trzęsły się za każdym powiewem i opadały na
czarne, rozmiękłe uliczki ogródka.<begin id="b1308478474100-3626320514"/><motyw id="m1308478474100-3626320514">Przestrzeń, Miasto</motyw></akap>


<akap>W ogrodzie stał wysoki, jednopiętrowy dom, w którym mieszkał jego pomocnik Murray, było w tym domu
i jego mieszkanie, jakie mu fabryka wyznaczyła, całe
piętro lub parter do wyboru, ale Borowiecki miał nieprzezwyciężony wstręt do tego mieszkania smutnego.</akap>


<akap>Z jednej strony okien widać było podwórza domów robotniczych; od frontu szedł ogródek i widok na
fabrykę, a z lewej szła tak samo, jak od frontu, ostatnia
zamiejska ulica, niebrukowana, otoczona rowami o kilkułokciowej głębokości, nad którymi rosły stare, umierające drzewa, chylące się coraz bardziej, podmywane
ściekami, spływającymi z sąsiednich fabryk, a za nimi
oczy leciały po wielkim kawale ziemi, pełnej dołów,
kałuż, gnijącej wody, zafarbowanej odpływami z blichów
i apretur, stosów rumowisk i śmieci, jakie tutaj wywożono z miasta, rozwalonych pieców cegielnianych, grup
drzew poschniętych, śladów zagonów, kup gliny pozostawionej od jesieni, domków skleconych z desek i małych fabryczek pod samym lasem szajblerowskim, co
swoją zdrową czerwonością i martwymi, twardymi konturami, raziły wprost oczy.</akap>


<akap>Nie cierpiał tego łódzkiego krajobrazu, wolał mieszkać w wynajętym mieszkaniu i niezbyt wygodnym, ale
mieszkał w mieście i z przyjaciółmi<end id="e1308478474100-3626320514"/>, z którymi łączyła
go nie tyle przyjaźń, co dawna zażyłość i przyzwyczajenie wieloletnie. Razem mieszkali przez cały czas studiów w Rydze, razem jeździli za granicę i razem przed
kilku laty znaleźli się w Łodzi.</akap>


<akap>Borowiecki był chemikiem-kolorystą, Baum tkaczem i przędzalnikiem, a Welt skończył kursa handlowe.</akap>


<akap>W Łodzi mieli swoje nazwy złośliwe: Welt i dwa
duże B., albo: Baum i Ska, czyli trzech braci łódzkich.</akap>


<akap>Murray wybiegł aż do ogródka na spotkanie i już
z daleka wycierał ręce, które mu się wciąż pociły, wielką
jak prześcieradło, żółtą chustką.</akap>


<akap_dialog>--- Myślałem, że pan już wcale nie przyjdzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież obiecałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest u mnie jeden młody warszawiak, który
niedawno przyjechał do Łodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któż taki? --- pytał obojętnie, zdejmując palto
w przedpokoju obwieszonym aż po sufit sztychami przeważnie nagich kobiet.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Handlowiec, zakłada jakąś agenturę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U diabła, na dziesięciu spotkanych na ulicy,
sześciu jest świeżo przybyłych i zakładających agentury,
a dziewięciu chcących zrobić miliony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To też się w Łodzi robi gęsto.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, żeby ci nowi byli <slowo_obce>kolor</slowo_obce>, ale to <slowo_obce>bejc</slowo_obce> najpodlejszy.</akap_dialog>


<akap>Kozłowski, ów warszawiak, podniósł się niedbale
z kanapki na przywitanie i opadł z powrotem ciężko,
pił ustawicznie herbatę, którą mu z samowara nalewał
Murray.</akap>


<akap>Rozmowa zawiązała się żywo, bo Murray był rano
w mieście i opowiadał o skutkach bankructw.</akap>


<akap_dialog>--- Ze dwadzieścia firm diabli wezmą zaraz, a z ilu
takie plajty wypuszczą krew, to się pokaże. W każdym
razie Wolkman się chwieje; Grosman, zięć Grünspana
oblicza się; Fryszman, mówią, że on tylko czekał takiej
okazji i zaraz dzisiaj z wielkim pośpiechem <wyroznienie>położył się</wyroznienie>,
bał się, żeby mu czasem nie przeszkodzili, potrzebuje
zarobić, ma wypłacać posag zięciowi. Mówią, że i Trawiński latał dzisiaj po bankierach, coś z nim źle, pan
go zna, panie Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nasz kolega z Rygi.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308488210310-3645743002"/><motyw id="m1308488210310-3645743002">Warszawa, Zabawa</motyw>--- Widzę, że tutaj cała Sodoma i Gomora --- wykrzyknął Kozłowski, mieszając herbatę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A cóż w Warszawie słychać, wciąż <tytul_dziela>Mikado</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Mikado</slowo_obce> --- tytuł opery komicznej (również: <tytul_dziela>Mikado albo miasto Titipu</tytul_dziela>) sławnego wówczas duetu autorskiego Sullivan-Gilbert, która miała premierę w 1885 r. w Londynie i jeszcze w tym samym roku grano ją w 150 teatrach Europy i Ameryki; akcja osadzona jest niby w Japonii, w rzeczywistości stanowi satyrę na politykę i instytucje państwa brytyjskiego.</pe>? --- zapytał Karol drwiąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówi pan o dawnej przeszłości, o bardzo dawnej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie jestem <slowo_obce>au courant</slowo_obce> spraw warszawskich,
przyznaję się szczerze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzę to, otóż u nas panuje teraz <tytul_dziela>Ptasznik
z Tyrolu<pe><slowo_obce>Ptasznik
z Tyrolu</slowo_obce> --- tytuł operetki Karla Zellera z 1891 roku.</pe></tytul_dziela>, wspaniała heca.</akap_dialog>





<poezja_cyt><strofa>
Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz ptaszku mój.
</strofa></poezja_cyt>




<akap>Zaczął nucić bezwiednie i z lubością.</akap>


<akap_dialog>--- Powiadam panu, że Czosnowska jest boska
po prostu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to za dama?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan nie wie? Naprawdę pan nie wie? ha, ha,
ha, --- zaczął się śmiać na całe gardło.<end id="e1308488210310-3645743002"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Robercie, pokażcie mi to nowe urządzenie --- prosił Karol.</akap_dialog>


<akap>I wyszli zaraz na drugą stronę domu.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308488158468-2591330905"/><motyw id="m1308488158468-2591330905">Miłość, Dom, Kobieta, Mężczyzna</motyw>--- Ale to cały magazyn pięknych mebli! --- wykrzyknął zdziwiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co, ładne, prawda? --- szeptał z dumą i zadowoleniem i jego wybladłe oczy promieniowały, szerokie
usta śmiały mu się, gdy pokazywał całe urządzenie domu.</akap_dialog>


<akap>Był salonik maleńki, elegancki, zapchany meblami
o żółtych obiciach, stojących na bladofiołkowym dywanie, obwieszony portierami także żółtymi.</akap>


<akap_dialog>--- To jest ładna kombinacja! --- zawołał Karol,
z przyjemnością patrząc na harmonię, w jaką zlewały
się barwy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co, ładne, prawda? --- wołał uszczęśliwiony,
wycierając wciąż ręce, żeby dotknąć jedwabnych sznelowych firanek.
Garb mu drgał i unosił co chwila surdut na plecach, który obciągał ustawicznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To będzie jej pokój, jej buduar --- szepnął cicho,
z namaszczeniem wprowadzając do maleńkiego pokoiku,
zastawionego miniaturowymi sprzętami i masami cacek
porcelanowych.</akap_dialog>


<akap>Pod oknem wielka żardinierka złocona dźwigała
cały bukiet kwitnących różnokolorowych hiacyntów.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ pan o niczym, jak widzę, nie zapomniałeś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak myślę o tym przecie --- rzekł mocno, wytarł ręce, obciągnął surdut i kościsty długi nos wsadził
w kwiaty, głęboko oddychając ich zapachem.
</akap_dialog>



<akap>Pokazał mu jeszcze sypialnię i mały pokoik od tyłu.
Wszystkie były również elegancko i z komfortem
umeblowane, wszędzie znać było rękę człowieka znawcy
i kochającego bardzo przyszłą swoją żonę.</akap>






<akap>Wrócili do saloniku, Karol usiadł i patrzył z uczuciem podziwu na niego.</akap>


<akap_dialog>--- Znać, że pan kochasz głęboko --- szepnął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocham, kocham bardzo! Żebyś pan wiedział,
jak wciąż myślę o niej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ona?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho!... nie mówmy o tym --- przerwał prędko,
zmieszany jego zapytaniem.</akap_dialog>


<akap>Zaczął strzepywać z krzesła jakiś pył nieistniejący,
aby pokryć wzruszenie.<end id="e1308488158468-2591330905"/></akap>


<akap>Karol zamilkł, palił papierosa i czuł, że go obejmuje senność; usadowił się wygodniej w fotelu, palił,
przymykał oczy lub patrzył przez okno w sine niebo,
na którym w dali rysowały się czarne sylwetki kominów
fabrycznych.</akap>


<akap>Cisza ich ogarnęła senna.</akap>


<akap>Murray wycierał ręce, obciągał surdut, gładził całą
dłonią swoje potężne, czysto wygolone szczęki i zapatrzył się w dywan, w te blade kwiatki margerytek, jakie
zajmowały środkowe pole.</akap>





<poezja_cyt><strofa>
Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz ptaszku mój.
</strofa></poezja_cyt>




<akap>Drgał przyduszonymi dźwiękami śpiew Kozłowskiego i cichy głos fortepianu przeciskał się do saloniku
i niby słodką rosą dźwięków opadał na ich głowy.</akap>


<akap>Borowiecki walczył ze snem, pociągał papierosa,
ale ręka mu ciężyła i opadała na poręcz fotelu.</akap>


<akap>Murray się rozmarzał przyszłym szczęściem, żył tą
nadzieją ożenienia się.</akap>


<akap>Jego miękka, prawie kobieca dusza, rozpływała się
w tysiącznych drobiazgach, którymi napełnił mieszkanie
i z góry cieszył się wrażeniem, jakie to musi zrobić
na żonie.</akap>


<akap>Chciał mówić, ale spostrzegł, że Borowiecki śpi
w najlepsze, zrobiło mu się trochę przykro, więc nie
budząc go, przysłonił okno storą, wyjął mu z ręki palącego się papierosa i wyszedł na palcach.</akap>


<akap>Kozłowski wciąż śpiewał i brzdąkał na fortepianie.</akap>


<akap_dialog>--- Może pan zaśpiewa jakąś miłosną, tylko bardzo
taką, no, gorącą piosnkę! Ja panu tymczasem naleję
herbaty --- prosił Anglik Murray.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z jakiej operetki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie wiem z jakiej. Ja tylko bardzo lubię
śpiewy miłosne.</akap_dialog>


<akap>Kozłowski bardzo chętnie zaczął mu wyśpiewywać
rozmaite popularne w Warszawie piosnki.</akap>


<akap_dialog>--- Widzi pan, to nie to, ja nie umiem nazwać,
bo za mało znam wasz język, ale chciałbym coś słodkiego i ładnego, te, co pan śpiewał, są ordynarne
bardzo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proszę pana, ja je we wszystkich warszawskich
salonach śpiewałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja panu wierzę, źle powiedziałem, bo one są
ładne, tylko zaśpiewaj pan jeszcze.
</akap_dialog>


<akap>Kozłowski zaczął nucić półgłosem ze swego niewyczerpanego repertuaru piosnki Tosti'ego; śpiewał
niestrudzenie i wszystkie, jakie umiał; jego tenorowy,
mały, ale metaliczny głosik, umyślnie przytłumiony,
dźwięczał prześlicznie.</akap>




<akap>Murray zasłuchał się cały, zapomniał nalewać
herbaty, nie wycierał rąk, nie obciągał surduta, tylko
całą duszą pił tę słodką, namiętną, palącą, to znowu
melancholijną muzykę, słuchał całą istotą, aż mu oczy
pływały we łzach zachwytu, a małpia długa twarz
drgała ze wzruszenia.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>VI</naglowek_rozdzial>




<akap>Moryc Welt wyszedł koło jedenastej z domu, jak
mówił Mateusz Borowieckiemu i wlókł się raczej niż
szedł trotuarem wystawionym na słońce, zatopiony
w jakiejś kombinacji finansowej, bo nie widział znajomych, jacy mu się kłaniali. Patrzył na ludzi i na miasto
tępym wzrokiem zamyślenia.</akap>


<akap_dialog>--- Jak to urządzić? Jak to urządzić? --- myślał
w kółko.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308488746872-488744903"/><motyw id="m1308488746872-488744903">Miasto</motyw>Słońce świeciło jaskrawo nad Łodzią, nad tysiącami kominów, co stały w ciszy niedzielnego odpoczynku i w czystym, przejrzystym powietrzu, nie zaciemnionym dymami, rdzawiły się niby potężne pnie sosen,
opłynięte błękitnawym, wiosennym powietrzem.</akap>


<akap><begin id="b1308488762920-2527453445"/><motyw id="m1308488762920-2527453445">Robotnik, Strój, Tłum, Niedziela</motyw>Masy robotników, poubieranych świątecznie w letnie jasne ubrania, w krzyczące kolorowe krawaty,
w czapki o mocno błyszczących daszkach lub w wysokie, dawno wyszłe z mody kapelusze, z parasolami
w rękach, zalewały Piotrkowską, ciągnęli sznurami
z bocznych ulic i tłoczyli się na trotuarach tym ciężkim
ruchem masy, która z biernością poddaje się wszelkiemu parciu; robotnice w cudacznych jaskrawych kapeluszach, w sukniach do figury, w jasnych pelerynkach,
to znowu w chustkach kraciastych na ramionach,
z włosami gładko przyczesanymi i świecącymi pomadą
i szpilkami złotymi, czasem wetkniętym sztucznym
kwiatkiem, dreptały wolno, rozpierając się łokciami
w tłumie, ochraniając często w ten sposób sztywne,
mocno wykrochmalone suknie albo rozpięte nad głowami parasolki, które jak wielkie motyle o tysiącach
barw chwiały się nad tą szarą, wciąż płynącą rzeką
ludzką, wzbierającą po drodze nowymi przypływami
z bocznych, poprzecznych ulic.</akap>


<akap>Podnosili oczy ku słońcu, oddychali wiosną, jaką
czuć było w powietrzu i szli naprzód ociężale, krępowani świątecznym ubraniem, tą względną ciszą ulicy,
swobodą, niedzielnym wypoczynkiem, z którego nie
umieli korzystać, z utkwionymi w jeden punkt oczami,
oślepieni blaskami, w których te masy twarzy kredowo
białych, żółtych, szarych, ziemistych, pozapadanych, bez
krwi, którą powypijały z nich fabryki, wyglądały jeszcze
nędzniej. Przystawali przed wystawami sklepów zapełnionych tandetą albo odpływali drobnymi strumykami
do szynków.<end id="e1308488762920-2527453445"/></akap>


<akap><begin id="b1308488882153-1781039832"/><motyw id="m1308488882153-1781039832">Błoto</motyw>Z dachów, z popsutych rynien, z balkonów lała się
woda strumieniami na głowy przechodzących i na zabłocone trotuary; wczorajszy śnieg topniał i ściekał po
frontach pałaców i domów, żłobiąc długie, czarne smugi
po ścianach pokrytych pyłem węglowym i sadzami.</akap>


<akap>Bruk uliczny, pełen dziur i wybojów, był pokryty
masą lepkiego błota, które rozbijane przejeżdżającymi
dorożkami i powozami, opryskiwało trotuary i spacerujących.<end id="e1308488882153-1781039832"/></akap>


<akap><begin id="b1308488899249-2495212460"/><motyw id="m1308488899249-2495212460">Bogactwo, Bieda</motyw>A nad tym, po obu stronach ulicy, ciągnącej się
olbrzymią linią aż do Bałut, stały zbitą masą domy,
pałace podobne do zamków włoskich, w których były
składy bawełny; zwykle pudła murowane o trzech piętrach, poobdzierane z tynków; domy zupełnie stylowe
o złoconych balkonach żelaznych barocco, powyginane,
wdzięczące się, pełne amorków we fryzach i nad oknami,
przez które widać było szeregi warsztatów tkackich;
malutkie, drewniane, pogięte domki o zielonych omszonych dachach, za którymi wznosiły się w dziedzińcach
potężne kominy i korpusy fabryk, tuliły się do boku
pałacu, o ciężkim renesansowo-berlińskim stylu, z czerwonej modelowej cegły i wszystkich odrzwiach i futrynach z kamienia, z wielką płaskorzeźbą na frontonie,
przedstawiającą przemysł, o dwóch bocznych pawilonach
zakończonych wieżami, a rozdzielonych od głównego korpusu prześliczną żelazną kratą, za którą w głębi wznosiły
się kolosalne mury fabryki; domy ogromem i wspaniałością podobne do muzeów, a które były składami gotowego towaru; domy przeładowane ozdobami w różnych
stylach, bo na parterze renesansowe kariatydy podtrzymywały murowany ganek w staroniemieckim stylu, nad
którym drugie piętro à la Louis XV wdzięczyło się falistymi liniami w obramowaniu okien, a zakończały
facjatki pękate, podobne do pełnych szpulek; domy,
które z powagą świątyń wznosiły mury ogromne, ozdobione surowo, pełne majestatu, na których złociły się
litery ryte w tablicach marmurowych: Szaja Mendelsohn, Herman Bucholc itd.</akap>


<akap>Była to zbieranina, śmietnik wszystkich stylów,
stosowanych przez murarzy, najeżona wieżyczkami, oblepiona sztukateriami, które wciąż oblatywały, pocięta tysiącami okien, pełna kamiennych balkonów, kariatyd,
facjatek niby ozdobnych, balustrad na dachach, wspaniałych bram, gdzie szwajcarowie w liberii drzemali
w aksamitnych fotelach i zwykłych otworów, którymi
błoto uliczne wlewało się na straszne, podobne do gnojowisk podwórza; sklepów, kantorów, składów, sklepików nędznych, przepełnionych brudem i tandetą, pierwszorzędnych hoteli i restauracji, najohydniejszych szynków, przed którymi wygrzewali się na słońcu nędzarze, milionów, które przelatywały ulicą w przepięknych powozach, zaprzężonych w amerykańskie rysaki po dziesięć tysięcy rubli sztuka --- nędzy, która się przewalała
ulicami, z sinymi ustami rozpaczy i ostrym wzrokiem
wiecznego głodu.<end id="e1308488899249-2495212460"/></akap>


<akap_dialog><begin id="b1308488941838-2837748399"/><motyw id="m1308488941838-2837748399">Kawiarnia</motyw>--- Cudne miasto --- szepnął Moryc, stojąc na rogu
pasażu Meyera i przymrużonymi oczyma, patrząc po tych
nieskończenie długich groblach domów, co ściskały ulice. --- Cudne miasto, ale co ja na tym zarobię --- myślał drwiąco i wszedł do cukierni narożnej, już zapchanej prawie po wierzch.<end id="e1308488746872-488744903"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Melanż! --- zawołał na chłopaków, biegających
we wszystkie strony, wcisnął się na jakieś miejsce wolne,
przerzucił machinalnie ostatni ,,Berliner Börsen Courier"
i znowu zapadł w rozmyślania; <begin id="b1308489015705-3495901958"/><motyw id="m1308489015705-3495901958">Interes, Pieniądz, Przyjaźń, Podstęp</motyw>myślał, skąd wydostać
pieniędzy, a potem, jak urządzić, aby na tym bawełnianym interesie, o który zrobił z przyjaciółmi układ kilka
godzin temu, zarobić jak najwięcej.<end id="e1308488941838-2837748399"/></akap_dialog>


<akap>Maurycy Welt za bardzo był łódzkim <slowo_obce>Gründerem</slowo_obce><pe><slowo_obce>Gründer</slowo_obce> (niem.) --- założyciel.</pe>,
żeby mógł mieć jakie wahania sumienia, przeszkadzające
mu zrobić dobry interes chociażby na skórze przyjaciół,
jeśli ten interes sam mu szedł w ręce.</akap>


<akap>Żył w świecie, w którym oszustwa, podstępne
bankructwa, plajty, wszelkiego rodzaju szwindle, wyzysk --- były chlebem codziennym, wszyscy się tym łakomie karmili, zazdroszczono głośno sprytnie ułożonych
łajdactw, opowiadano sobie po cukierniach, knajpach
i kantorach coraz lepsze kawały, admirowano tych publicznych oszustów, wielbiono i czczono miliony, nie
bacząc, skąd pochodzą; co to kogo obchodziło, zarobił
czy ukradł, byle te miliony miał.</akap>


<akap>Niezręcznych lub niemających szczęścia spotykały
drwiny i ostre sądy, brak kredytu, odmowa zaufania --- szczęśliwy miał wszystko; mógł dzisiaj zrobić plajtę
i płacić dwadzieścia pięć za sto, jutro ci sami, których
okradł, dadzą mu jeszcze większy kredyt, bo swoje
straty odbiją na innych, robiąc plajtę na piętnaście procent za sto.</akap>


<akap>Moryc myślał właśnie, jak by zarobić na spółce
i jak by zarobić bez spółki.<end id="e1308489015705-3495901958"/></akap>


<akap_dialog>--- Kupić na wspólne <slowo_obce>conto</slowo_obce> co bądź tylko dla zamydlenia oczów, a kupować co się da na swoje własne
<slowo_obce>conto</slowo_obce> --- to była idea, jaka mu od rana przewiercała
mózg --- rzucał kolumny cyfr na marmurowy blat stolika, sumował, przekreślał, ścierał i pisał na nowo niestrudzenie, niewiele zważając, co się około niego dzieje.</akap_dialog>


<akap>Wyciągano do niego przez głowy obok siedzących
ręce, ściskał je, nie wiedząc komu.</akap>


<akap_dialog>--- Morgen! --- rzucał na odpowiedź i na przywitanie tym, których spostrzegł i zagłębiał się w najniemożliwsze<pe><slowo_obce>najniemożliwsze</slowo_obce> --- dziś: najbardziej niemożliwe.</pe> kombinacje.</akap_dialog>


<akap>Nie mógł znaleźć ani sposobu, ani pieniędzy. Kredyt miał wyczerpany i zaangażowany w agenturze.
Weksli nie mógł już więcej wystawiać, jeśli nie podeprze dobrym, solidnym żyrem.</akap>


<akap_dialog>--- Kogo wziąć na żyro? --- to mu się teraz tłukło po mózgu.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308489307365-2641835183"/><motyw id="m1308489307365-2641835183">Kawiarnia, Niedziela</motyw>--- Melanż! --- rzucił znowu kelnerom, którzy w gwarze i tłoku, jaki napełnił cukiernię, kręcili się pomiędzy
stolikami, z tacami kaw i herbat nad głowami.</akap_dialog>


<akap>Zegar z kukułką wykukał pierwszą.</akap>


<akap>Z cukierni zaczął się wolny odpływ na ulicę, na
spacer.<end id="e1308489307365-2641835183"/></akap>


<akap>Moryc wciąż siedział, naraz oczy mu rozbłysły,
rozczesał palcami swoją wspaniałą, aksamitną brodę,
wcisnął mocno binokle na nos i zaczął prędko mrugać
oczami.</akap>


<akap>Przyszedł mu na myśl stary Grünspan, właściciel
wielkiej fabryki chustek wełnianych pod firmą: ,,Grünspan et Lansberg", jego bliski kuzyn, bo brat matki.
</akap>


<akap>Postanowił iść do niego i, jeśli się da, wziąć go
na żyro, a jeśli nie, to wciągnąć go do interesu na
spółkę.</akap>




<akap>Rozpromienienie i radość z odkrycia trwała krótką
chwilę, bo przypomniał sobie, że Grünspan zrujnował
własnego brata i układał się już parę razy. Z takim
nie bardzo bezpiecznie robić interesy.</akap>


<akap_dialog>--- Plajciarz, oszust! --- mruczał zirytowany, czując, że go nie weźmie na żadne żyro, ale pomimo to
iść postanowił.</akap_dialog>


<akap>Zaczął się rozglądać po cukierni, po wąskim, ciemnym i długim pokoju, prawie już pustym, bo tylko
pod oknami siedziało kilkunastu młodych ludzi, zatopionych w wielkich płatach gazet.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Rubinroth! --- zawołał na młodego chłopaka, siedzącego pod lustrem, który ze szklanką w jednej ręce, z ciastkiem w drugiej, siedział pochylony nad
rozłożoną na stoliku gazetą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham pana? --- wykrzyknął, zrywając się
na nogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie ma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powinienem był to wiedzieć rano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie było i dlatego nie zawiadamiałem, bo
myślałem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan słuchaj, a nie myśl, to do ciebie nie należy. Ja panu powiedziałem raz na zawsze, żeby mi
rano do mieszkania dawać znać codziennie, czy było lub
nie było, to nie pańska rzecz, pańska rzecz jest mi donosić, ja za to panu płacę. Na ciastko i gazetę jeszcze
byś pan zdążył.</akap_dialog>


<akap>Rubinroth zaczął się usprawiedliwiać dosyć gorąco.</akap>


<akap_dialog>--- Nie krzycz pan, tu nie bożnica! --- rzucił cierpko
swojemu urzędnikowi z kantoru i odwrócił się od niego
plecami.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308489786437-3170753301"/><motyw id="m1308489786437-3170753301">Kawiarnia</motyw>--- Kelner! <slowo_obce>Zal</slowo_obce><pe><slowo_obce>Zal</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>zahlen</slowo_obce>: płacić) --- rachunek, płacić (w formie rozkaźnika).</pe>! --- wołał, wyjmując portmonetkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pan płaci?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Melanż!... Prawda, wyście mi nie przynieśli, ja
nic nie płacę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W tej chwili będzie. Melaanż! --- krzyknął na
całe gardło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wlej sobie w nos ten melanż, ja całe dwie
godziny czekałem i muszę iść bez śniadania. Bałwan
jeden! --- krzyknął zirytowany i wybiegł z pośpiechem
na ulicę.<end id="e1308489786437-3170753301"/></akap_dialog>



<akap>Słońce przygrzewało coraz lepiej.</akap>


<akap><begin id="b1308509401147-316861747"/><motyw id="m1308509401147-316861747">Strój, Błoto</motyw>Tłumy robotników rozpłynęły się, zaczęły natomiast zapychać trotuary inne tłumy; tłumy ubrane elegancko, damy w modnych kapeluszach, w bogatych
okrywkach, mężczyźni w długich, czarnych paltach,
w hawelokach<pe><slowo_obce>hawelok</slowo_obce> --- płaszcz męski bez rękawów, z otworami na ręce pod peleryną.</pe> z pelerynami, Żydzi w długich surdutach
zabłoconych, Żydówki, przeważnie piękne, w aksamitach,
którymi zamiatały błoto na trotuarach.<end id="e1308509401147-316861747"/></akap>


<akap>Wrzawa napełniała ulice, przepychano się ze śmiechem, tłoczono, spacerowano w górę ulicy aż do Przejazd lub Nawrot i z powrotem.</akap>


<akap>Przed cukiernią na rogu Dzielnej grupa młodzieży
kantorowej przeglądała przepływające tłumy kobiet i robiła głośne uwagi i porównania, nie tyle uprzejme, ile
głupie, wybuchając co chwila szalonym śmiechem, bo
Leon Cohn stał z boku i robił swoje zwykłe witze,
z których się sam śmiał najgłośniej.</akap>


<akap><begin id="b1308509595805-829667212"/><motyw id="m1308509595805-829667212">Mężczyzna, Kobieta, Strój, Ciało, Obyczaje</motyw>Bum-Bum stał na froncie grupy pochylony i wciąż
trzymał binokle obu rękami, i przypatrywał się kobietom, które, przechodząc przez ulicę przecinającą trotuar,
musiały unosić sukien.</akap>


<akap_dialog>--- Patrzcie, patrzcie, jakie nóżki! --- wołał, cmokając ustami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ta ma dwa patyki w pończochach!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aj! Jak się Salcia dzisiaj wypchała!<end id="e1308509595805-829667212"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uwaga! Szaja jedzie --- zawołał Leon Cohn,
kłaniając się uniżenie Szai, który, rozparty niedbale
w powozie, przejeżdżał obok nich.</akap_dialog>


<akap>Kiwnął im głową.</akap>


<akap_dialog>--- On wygląda jak stara ,,resztka".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panienko, bo suknia się błoci! --- wołał za jakąś dziewczyną Bum-Bum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech osoba pokaże, co osoba ma! --- gadał
Leon.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O co idzie, o tę troszkę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moryc, chodź do nas! --- zawołał Leon, zobaczywszy nadchodzącego Welta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj spokój, nie lubię błaznów na ulicy --- mruknął i przeszedł, i utonął zaraz w tłumie, jaki płynął
ku Nowemu Rynkowi.</akap_dialog>


<akap>Liczne rusztowania, stojące przed nowo wznoszonymi lub nadbudowywanymi domami, spychały wszystkich w błoto ulicy.</akap>


<akap><begin id="b1308521567170-704524924"/><motyw id="m1308521567170-704524924">Błoto, Żyd, Miasto</motyw>Niżej, za Nowym Rynkiem, pełno było Żydów
i robotników, dążących na Stare Miasto. Piotrkowska
ulica w tym miejscu zmieniała po raz trzeci swój wygląd i charakter, bo od Gajerowskiego Rynku aż do
Nawrot jest fabryczną; od Nawrot do Nowego Rynku handlową, a od Nowego, w dół, do Starego Miasta tandeciarsko-żydowską.</akap>


<akap>Błoto było czarniejsze i płynniejsze, trotuary zmieniały się przed każdym prawie domem, raz były szerokie z kamienia, to biegły wązkim wydeptanym paskiem
betonu, albo szło się wprost po drobniutkim, zabłoconym
bruku, który kłuł przez podeszwy.</akap>


<akap>Rynsztokami płynęły ścieki z fabryk i ciągnęły się
niby wstęgi brudnożółte, czerwone i niebieskie; z niektórych domów i fabryk, położonych za nimi, przypływ
był tak obfity, że, nie mogąc się pomieścić w płytkich
rynsztokach, występował z brzegów, zalewając chodniki
kolorowymi falami, aż pod wydeptane progi niezliczonych sklepików, ziejących z czarnych, zabłoconych wnętrzy<pe><slowo_obce>wnętrzy</slowo_obce> --- dziś popr.: wnętrz.</pe> brudem i zgnilizną, zapachem śledzi, jarzyn gnijących lub alkoholu.</akap>


<akap>Domy stare, odarte, brudne, poobtłukane<pe><slowo_obce>poobtłukane</slowo_obce> --- dziś popr.: poobtłukiwane.</pe> z tynków,
świecące niby ranami nagą cegłą, miejscami drewniane
albo ze zwykłego pruskiego muru, który pękał i rozsypywał się przy drzwiach i oknach, o krzywych obsadach
futryn, pokrzywione, wyssane, zabłocone, stały ohydnym
rzędem domów-trupów<end id="e1308521567170-704524924"/>, pomiędzy którymi wciskały się
nowe, trzypiętrowe kolosy o niezliczonych oknach, jeszcze
nie tynkowane, bez balkonów, z tymczasowymi oknami,
a pełne już ludzkiego mrowia i stuku tkackich warsztatów, jakie pracowały bez względu na niedzielę, turkotu
huczącego maszyn, szyjących tandetę na wywóz i przenikliwego zgrzytu kołowrotków, na których zwijano przędzę na szpulki do użytku ręcznych warsztatów.</akap>


<akap>Przed owymi nieskończonymi domami, które wznosiły się czerwonymi, posępnymi murami, nad tym morzem umierających ruder i kramarskiego życia, leżały
całe sterty cegieł i drzewa, ścieśniając i tak wąską uliczkę,
zapchaną wozami, końmi, przewożonym towarem, zgiełkiem, nawoływaniem handlarzy i tysiącznymi głosami
robotników, płynących w gromadach na Stare Miasto;
szli środkiem ulicy lub obok trotuarów; ich różnokolorowe szaliki, jakimi mieli poobwiązywane szyje, rozjaśniały nieco ten ogólny, szarobłotnisty ton ulicy.</akap>


<akap><begin id="b1308522730560-2990922908"/><motyw id="m1308522730560-2990922908">Miasto, Niedziela, Bieda, Handel</motyw>Stare Miasto i wszystkie przylegające uliczki trzęsły się zwykłym niedzielnym ruchem.
Na kwadratowym placu, obstawionym starymi, piętrowymi domami, nigdy nie odnawianymi, pełnym sklepów, szynków i tak zwanych Bier-Hall, zastawionym setkami
szkaradnych bud i kramów, tłoczyło się kilkanaście tysięcy ludzi, setki wozów i koni, wszystko to krzyczało,
mówiło, klęło, biło się czasami.</akap>


<akap>Wrzaskliwy chaos przewalał się jak falą z jednej
strony rynku na drugi. Nad tym rojowiskiem głów, włosów rozwianych, rąk wzniesionych, łbów końskich, toporów rzeźnickich, połyskujących nagle w słońcu, podnoszonych nad rozrąbywanym mięsem, olbrzymich bochenków chleba, niesionych, z powodu tłoku, nad głowami,
żółtych, zielonych, czerwonych, fioletowych chustek, powiewających niby sztandary na kramach garderoby; czapek i kapeluszy, wiszących na kołkach, butów, szalików bawełnianych, co jak węże kolorowe trzepotały się
na wietrze i uderzały w twarze przeciskających się; blaszanych naczyń, błyskających w słońcu; stosów
słoniny, kup pomarańcz, poukładanych na straganach
w pryzmy, kul, świecących jaskrawo na tle czerni ludzkiej i błota, które, gniecione, rozrabiane, tratowane, mieszane, rzygało strumieniami spod nóg na stragany i na
twarze, i wylewało się z Rynku do rynsztoków i na
ulice, z czterech stron okalające targ, którymi toczyły
się wolno olbrzymie wozy piwowarskie, pełne antałków.
Wozy z mięsem, pookrywane brudnymi szmatami, albo
z dala świecące czerwono-żółtymi żebrami wołów obdartych ze skóry, wozy naładowane worami mąki, wozy
pełne drobiu, krzyczącego wrzaskliwymi głosami, pełne
kwakania kaczek i gęgotu gęsi, które przez szczeble drabin wysuwały białe głowy i syczały na przechodniów.</akap>


<akap>Czasem, bokiem tych nierozwartych sznurów wozów, idących jeden za drugim, przebiegał z pośpiechem
jaki elegancki powozik, ochlapując błotem ludzi, wozy,
trotuary, na których w kuczki siedziały stare, wynędzniałe Żydówki z koszykami pełnymi gotowanego grochu,
cukierków, zmarzniętych jabłek, zabawek dziecinnych.</akap>


<akap>Przed sklepami, które były pootwierane i pełne
ludzi, powystawiano stoły, krzesła, ławki, na których leżały góry galanterii, pończoch, skarpetek, kwiatów sztucznych, perkalików sztywnych jak blachy, kołder o jaskrawych poszyciach, koronek bawełnianych. W jednym końcu
Rynku stały żółte, malowane łóżka, komody, które się
nie domykały i brązowym bejcem udawały mahoń;
lustra, w których by się nikt nie zobaczył, połyskiwały
w słońcu; kołyski, stosy sprzętów kuchennych, za którymi na ziemi, na garstkach słomy siedziały kobiety
wiejskie z masłem i mlekiem, ubrane w czerwone wełniaki i zapaski. A pomiędzy wozami i straganami, przepychały się przez tłumy kobiety z koszami czepków białych, wykrochmalonych, które przymierzano wprost na
ulicy.</akap>


<akap>Na Poprzecznej, zaraz przy Rynku, stały stoły
z kapeluszami, których nędzne kwiaty, zardzewiałe spięcia, kolorowe farbowane pióra, chwiały się smutnie na
tle ścian domów.</akap>


<akap>Garderobę męską sprzedawano, kupowano i przymierzano na ulicy, w sieniach, wreszcie pod ścianą, za
zasłoną, która zwykle nic nie zasłaniała.
Tak samo robotnice przymierzały kaftany, fartuchy
i spódnice.</akap>


<akap>Wrzawa rosła bezustannie, bo wciąż z góry miasta napływały nowe fale kupujących i podnosiły się nowe
krzyki, nawoływania zachrypniętymi gardłami, głosy trąbek dziecinnych brzękały ze wszystkich stron, turkoty
wozów, kwiki prosiąt, krzyki gęsi, cała szalona kakofonia zbiorowiska ludzkiego wrzała i biła w to czyste,
rozsłonecznione niebo, co wisiało nad miastem niby
bladoseledynowy baldachim.</akap>


<akap><begin id="b1308522559278-140532379"/><motyw id="m1308522559278-140532379">Karczma, Bijatyka, Błoto</motyw>W jednym z szynków grano i tańczono, bo czasami
przez ten zgiełk i wrzawę piekielną przedzierał się głos
harmonii i skrzypiec, wycinających oberka i mocny siarczysty pokrzyk tańczących, ale rychło te głosy tonęły
w chaosie bójki, jaka powstała w środku rynku, przy
straganach z wędlinami. Kilkanaście ciał splątanych,
szczepionych, szamotało się z rykiem i chwiało w różne
strony, aż w końcu runęło pod stragany, w błoto i gryzło się, i tarzało, jak kłąb olbrzymi, pełen rąk, nóg, twarzy okrwawionych, ust wyjących, oczów zaszłych bielmem wściekłości.<end id="e1308522559278-140532379"/></akap>


<akap>Wysoko świeciło słońce i zalewało potokami wiosennego ciepła rynek cały. Podnosiło barwy, złociło nędzne,
wycieńczone twarze, obnażało rudery, zapalało złote
ogniska w szybach okien i w błocie przepojonym wodą,
w oczach ludzi, którzy stali pod domami i grzali się
i pokrywało, jakby złotawą glazurą brzydotę, jaka tutaj
królowała, wszystkie te rzeczy i ludzi, i wszystkie te głosy,
co się zrywały spośród bud, wozów, straganów, błota
i olbrzymim wirem krążyły nad Rynkiem, odbijały się
o czworokąt domów i płynęły w boczne ulice, w świat,
w pola, ku fabrykom, które niedaleko stały, panując kominami i jakąś cichą, milczącą grozą, w jakiej były zatopione i patrząc błyszczącymi w słońcu, wytrzeszczonymi oczami okien na te roje robocze.<end id="e1308522730560-2990922908"/></akap>


<akap>Moryc przepchał się przez Rynek z obrzydzeniem i
zapuścił się w ulicę Drewnoską, jedną z najstarszych
w Łodzi i bardzo cichą, obstawioną małymi, konającymi
domkami pierwszych w Łodzi tkaczów, pomiędzy którymi tuliły się jeszcze proste chłopskie domy, o mocno
wypuszczanych węgłach, na pół zapadłe w ziemię, wykrzywione, otoczone ogródkami, gdzie dogorywały stare
wiśnie i grusze przysadziste, które kiedyś kwitły i rodziły, a teraz, od lat całych, ściśnięte pomiędzy murami
fabryk i odgrodzone coraz gęstszymi zaporami od słońca,
od pól, od wiatrów, spróchniałe, gryzione przez odpływy,
jakie się sączyły z farbiarni, gęsto rozrzuconych w tej
stronie, obłamywane, zapomniane, konały z wolna w tragicznej melancholii opuszczenia i smutku.</akap>


<akap><begin id="b1308522957605-1531176826"/><motyw id="m1308522957605-1531176826">Błoto, Miasto</motyw>Błoto i w tej ulicy było wyżej kostek. A dalej,
przy końcu ulicy, która wychodziła w pola, świnie łaziły przed domami i próbowały ryć stwardniałą ziemię
po placach, na które wywożono gruz i śmiecie.</akap>


<akap><end id="e1308522957605-1531176826"/>Domy stały porozrzucane bezładnie, kupiły się
w grupy, to stały samotnie w polach, otoczone rozmiękłym, przepojonym wodą gruntem.
Na samym końcu miasta stała fabryka Grünspana
et Landsbergera, oddzielona od ulicy potężnym parkanem.</akap>


<akap>Z boku fabryki był wielki parterowy dom z facjatami, otoczony ogródkiem.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308523178774-265210589"/><motyw id="m1308523178774-265210589">Sługa, Żyd, Polak, Antysemityzm, Pogarda, Fałsz</motyw>--- Pan w domu? --- pytał Moryc starego robotnika, który mu otwierał drzwi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jest.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któż tam jest jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Są wszystkie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co za wszystkie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A no, te Żydy familianty --- mruknął pogardliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ma Franciszek szczęście, że ja mam dzisiaj dobry humor, bo inaczej, to ja bym Franciszkowi zbił ładny
kawałek pyska. Rozumie Franciszek? Zdjąć kalosze!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumiem, dostałbym niby po mordzie, ale że
jaśnie pan ma humor, to już nie dostanę --- szeptał dobrodusznie, ściągając mu kalosze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to niech Franciszek napije się wódki i niech
pamięta --- powiedział zadowolony, dając mu dziesiątkę
i wszedł do pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Parszywiec ścierwo! Biłby polski naród --- splunął za nim.<end id="e1308523178774-265210589"/></akap_dialog>


<akap>Moryc wszedł do wielkiego pokoju, w którym już
było z dziesięć osób, siedzących dokoła wielkiego stołu,
pokrytego talerzami, po skończonym dopiero obiedzie.</akap>


<akap>Przywitał się ze wszystkimi w milczeniu i usiadł
w rogu, na czerwonej kanapce, nad którą roztaczała
cień wielka wachlarzowata palma.</akap>


<akap_dialog>--- Po co się sprzeczać, można wszystko spokojnie
obgadać --- mówił powoli sam Grünspan, chodząc po pokoju w aksamitnej jarmułce na szpakowatych włosach.</akap_dialog>


<akap>Długa broda bramowała mu twarz białą, wypasioną, o małych oczkach, które wciąż z błyskawiczną
szybkością przeskakiwały z przedmiotu na przedmiot.</akap>


<akap>Cygaro trzymał w ozdobionej sygnetem ręce, pociągał rzadko, wydymał wydatne, czerwone usta, powąchał z uwagą.</akap>


<akap_dialog>--- Franciszek --- zawołał do przedpokoju. --- Niech
mi Franciszek przyniesie z mojego gabinetu pudełko z cygarami, to jest zupełnie wilgotne. Ja to kładę na piecu,
niech Franciszek uważa, niech ono nie zginie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak ma nie zginąć, to nie zginie --- mruknął
Franciszek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to za fest<pe><slowo_obce>fest</slowo_obce> (niem. <slowo_obce>Fest</slowo_obce>) --- święto, uroczystość.</pe>? --- zapytał Moryc Feliksa Fiszbina, który także należał do rodziny, a siedział teraz na
biegunowym fotelu, puszczał kłęby dymu i kołysał się
zawzięcie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Gross-familien-Pleiten-fest<pe><slowo_obce>Gross-familien-Pleiten-fest</slowo_obce> (niem.) --- święto bankructwa wielkich rodzin. </pe></slowo_obce> --- rzucił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja przyszłam do ojca, żeby ojciec poradził, prosiłam wszystkich, żeby także przyszli, niech zobaczą, niech
mojemu mężowi powiedzą, kiedy mnie słuchać nie chce,
że jak tak dalej będzie prowadzić interes, to my wyjdziem bez niczego --- zaczęła energicznie młoda, przystojna, elegancka brunetka, w czarnym kapeluszu na
głowie, najstarsza córka Grünspana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile macie na Lichaczewa? --- rzucił krótko
młody student uniwersytetu, o wydatnym semickim nosie i prawie czerwonych włosach i zaroście --- zaczął
gryźć ołówek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Piętnaście tysięcy rubli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie są weksle? --- zapytał stary, bawiąc się
złotym łańcuchem, który mu spadał na wielkim brzuchu,
obciągniętym w aksamitną kamizelkę, spod której powiewały dwa białe sznurki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie są weksle! Wszędzie są! Płaciłem nimi
u Grosglika, płaciłem za towar, płaciłem nimi Kolińskiemu za ostatnią oficynę. Co tu dużo gadać, tamten
zrobił klapę, wrócą do mnie i zapłacić musimy. Ja je
żyrowałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech ojciec słucha! On tak ciągle mówi. Co to
jest? Do czego to podobne? To jest handel! To jest kupiec! To jest fabrykant porządny, co mówi: ,,Winienem,
to zapłacę". Tak może mówić głupi chłop, co nie rozumie żadnych interesów! --- krzyczała i łzy żalu, gniewu
i oburzenia błyszczały w jej wielkich, czarno-oliwkowych
oczach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja się dziwię, Regino, ja się bardzo dziwię, że
jesteś tak mądrą, a tych prostych rzeczy, na których się
opiera nie tylko handel, ale i całe życie, nie rozumiesz...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja rozumiem, ja dwa razy dobrze rozumiem,
tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego ty, Albert, chcesz
płacić te piętnaście tysięcy rubli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bom winien --- szepnął, pochylając na piersi
bladą, zmęczoną twarz i jakiś ironiczno-smutny uśmiech
przewinął mu się przez wąskie usta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On ciągle swoje! Tyś brał towar surowy na
kredyt, to winien, dobrze; ale tyś dawał towar także
na kredyt i tobie są winni, a jak oni ci nie płacą, jak
oni robią plajtę, to co ty masz robić? To ty powinieneś
płacić, co? To ty masz stracić dlatego, że Frumkin chce
zarobić, co? --- krzyczała rozczerwieniona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niedołęga!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wielki kupiec, aj! aj!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty powinieneś się ułożyć, ty powinieneś zarobić na tym pięćdziesiąt procent.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Regina ma rację!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty się nie baw w głupie uczciwości, bo tu
o gruby grosz idzie.</akap_dialog>


<akap>Krzyczeli wszyscy, wyciągając ku niemu ręce i twarze rozognione.</akap>


<akap_dialog>--- Cicho Żydy! --- rzucił niedbale Feluś Fiszbin,
kołysząc się na fotelu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Płacić! Płacić! To i głupi potrafi, każdy Polak
to samo umie, to wielka sztuka!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ porozumiejmy się, państwo! --- krzyczał,
aby wszystkich zagłuszyć, Zygmunt Grünspan, syn, student uniwersytetu, dzwonił nożem w szklankę, rozpiął
mundur na piersiach i koniecznie chciał głos zabrać, ale
nikt go nie słuchał, bo wszyscy gadali razem i krzyczeli, tylko stary Grünspan chodził w milczeniu i pogardliwie spoglądał na zięcia, który podparł się łokciami
rzucał porozumiewające spojrzenia na Moryca, ten zaś
czekał dosyć niecierpliwie końca rozpraw, przyglądał się
staremu i rozmyślał, czy mu zaproponować interes, czy nie.</akap_dialog>


<akap>Miał ogromną chęć, ale w miarę oczekiwania chłodnął, reflektował się i coś, jakby pewien wstyd niewytłumaczony przejmował go, gdy sobie przypominał Karola i Bauma. A zresztą, nie miał odwagi zaufać Grünspanowi, śledził jego okrągłą, chytrą twarz i małe oczki,
biegające ustawicznie; z jakimś wyrazem taksacyjnym
oczy jego krążyły po obecnych, zatrzymały się na jasnych spodniach wyciągniętego w fotelu Fiszbina, zdawały się ważyć ciężar złotej dewizki Alberta Grosmana,
który siedział teraz z głową pochyloną, wpatrzony w sufit, jakby nie słysząc wrzawy groźnej, jaką podnosiła
żona z pomocą najbliższej familii, zebranej po to, aby
mu nie pozwolić płacić weksli, a zmusić niejako do zrobienia plajty, obmacywały gruby pugilares, w którym
czegoś szukał gorączkowo Landau, stary Żyd z dużą
rudawą brodą, w jedwabnej czapce na głowie.</akap>


<akap>Nie, Moryc miał coraz mniej zaufania do niego.</akap>


<akap_dialog>--- Sza, sza, państwo. Napijemy się teraz herbaty --- zawołał Grünspan, gdy służąca wniosła samowar szumiący.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poprosić jaśnie panienkę Melę! --- rzucił wyniośle do Franciszka.</akap_dialog>


<akap>Przyciszyło się trochę.</akap>


<akap>Weszła Mela, kiwnęła wszystkim głową na przywitanie i zajęła się rozlewaniem herbaty.</akap>


<akap_dialog>--- Ja się z tego wszystkiego rozchoruję jeszcze,
mnie już serce boli, a tu ani chwili spokoju --- szeptała
Regina, wycierając sobie zapłakane oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I tak co rok jeździsz do Ostendy, będziesz teraz miała przynajmniej po co jeździć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Grosman, ty tak nie gadaj, to moje dziecko! --- zawołał energicznie Grünspan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tyś się ze mną nie witała, Mela --- szepnął
Moryc, siadając obok najmłodszej córki firmy Grünspan
et Landsberger.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kłaniałam się wszystkim, nie widziałeś? --- szepnęła, posuwając herbatę Zygmuntowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wolałbym, żebyś się ze mną osobno przywitała --- mówił cicho, mieszając herbatę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na cóż ci to? --- podniosła na niego szaroniebieskie, smutne oczy i twarz bardzo ładną o niesłychanie regularnych rysach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na co? Bo ja bym bardzo chciał, żebyś zwracała na mnie uwagę; mnie zresztą robi wielką przyjemność patrzeć na ciebie i mówić z tobą, Mela.</akap_dialog>


<akap>Uśmiech przebiegł po jej wypukłych, bardzo ładnych ustach, podobnych w kolorze do bladych, sycylijskich korali, nie odezwała się jednak, rozlewając herbatę na spodek, który wziął ojciec i pił z niego, nie
przestając chodzić po pokoju.</akap>


<akap_dialog>--- Czy ja co śmiesznego powiedziałem? --- pytał
podchwyciwszy ten uśmiech.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, przypomniało mi się tylko, co mówiła pani
Stefania dzisiaj rano, podobno wczoraj w teatrze mówiłeś jej, że nie umiesz flirtować z Żydówkami, że to
rodzaj kobiet, który na ciebie nie działa. Mówiłeś tak? --- utkwiła w nim oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówiłem, ale raz, że ja z tobą nie flirtuję, a po
drugie, że ty właśnie nie masz w sobie nic a nic żydowskiego. Słowo honoru daję! --- dorzucił prędko, bo
znowu taki sam uśmiech przebiegł jej po ustach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyli, że jestem w twoim rodzaju. Dziękuję ci
Moryc za szczerość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy cię to gniewa, Mela?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, jest mi to zupełnie wszystko jedno --- surowo zabrzmiał jej głos, aż zajrzał jej w oczy ze zdziwienia, ale nie zobaczył w nich wytłumaczenia, bo trzymała utkwione w spodku, do którego znowu dolewała
herbaty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pogadajmy spokojnie, zawsze się można porozumieć --- zaczął znowu Zygmunt, przyczesując maleńkim grzebykiem czerwoną jak miedź brodę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co tu gadać, niech ojciec sam powie Albertowi, że jak w taki sposób poprowadzi interesy, to my
za rok naprawdę zbankrutować możemy. On mnie nie
chce słuchać, bo on ma swoją filozofię, jak powiada,
niech mu ojciec powie, co on jest głupi, chociaż on jest
doktor filozofii i chemii, bo rzuca pieniądze w błoto.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może jej ojciec powie, żeby się nie wtrącała
do interesów, bo ich nie rozumie i żeby mnie swoim
krzykiem nie nudziła, bo może mi się to w końcu sprzykrzyć. </akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na moją dobroć, na moje dobre serce, to on
tak gada, co!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho, Regina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie będę cicho, bo tutaj idzie o pieniądze,
o moje pieniądze; ja go nudzę, ja mu się mogę sprzykrzyć, jaki mi hrabia łódzki, o jej! o jej! --- wykrzykiwała ze złością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech się ułoży na pięćdziesiąt procent --- rzucił poważnie Landau.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na co się układać? Nic nie dać, my za swoje
pieniądze nie dostaniemy od Frumkina ani grosza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozumiesz, Regina. Pokażcie, Grosman, aktywa i pasywa --- rzekł Zygmunt, rozpinając mundur.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dać dwadzieścia pięć procent najwyżej --- szepnął stary, dmuchając w spodek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest lepszy sposób --- mówił półgłosem Fiszbin,
rozdmuchując ogień w cygarze.</akap_dialog>


<akap>Nikt mu nie odpowiedział, bo się wszyscy dość
pośpiesznie pochylili nad stołem, nad kartami, pokrytymi
cyframi, które pośpiesznie sumował Zygmunt.</akap>


<akap_dialog>--- Pięćdziesiąt tysięcy rubli winien! --- zawołał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile ma? --- zapytał ciekawie Moryc, wstając, bo
Mela wyszła z pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się pokaże później, na ile procentów się
ułoży.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest interes do zrobienia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pieniądze jakby były w kieszeni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Regina, nie potrzebujesz się martwić?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308524348895-413266314"/><motyw id="m1308524348895-413266314">Interes, Małżeństwo</motyw>--- Więc chcecie, abym plajtę zrobił? Nie myślę
oszukiwać ludzi! --- powiedział Grosman stanowczo,
wstając od stołu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty musisz się ułożyć, bo inaczej ja wycofuję
swój posag z interesu i biorę rozwód; co ja mam żyć
z takim hrabią, co ja mam się martwić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho, Regina, Grosman się ułoży na dwadzieścia pięć procent, bądź spokojną, ja w tym jestem, sam
przeprowadzę ten interes --- pocieszał ją stary Grünspan.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308524348895-413266314"/>--- Albert ma małe robaczki w głowie, jak się to
nazywa, Moryc? --- zapytał Fiszbin.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiełbie we łbie --- rzucił prędko i zniecierpliwiony miał ochotę iść do Meli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chcesz posag --- weź; chcesz rozwodu --- dam
ci go; chcesz te pieniądze, które ja mam jeszcze --- zabierz; mnie już życie zbrzydło w tym piekle łajdackim.
Ja z tobą, Regina, nigdy do ładu nie dojdę; nie było
dzieci, to mi wciąż gadała, że jej wstyd się pokazać na
ulicę, ma ich teraz czworo, to znowu niezadowolona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albert, nie gadaj!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sza! sza! to są wasze interesy! --- zakrzyknął
Griinspan, prędko stawiając spodek na stole.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ona nigdy i z niczego nie była zadowoloną,
ona się ciągle kłóci ze mną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja się nie mam kłócić! Ja się nie mam o co
kłócić, jak mi każe jeździć tymi zdechłymi końmi, z których się wszyscy śmieją.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobre są i takie, bogatsze od ciebie chodzą
pieszo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ja chcę jeździć, mnie stać na porządne
konie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To sobie kup, mnie nie stać na inne konie!
</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Cicho Żydy! --- zawołał Feluś, znowu kołysząc
się w fotelu.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- On zgłupiał do reszty, to potrzeba mieć pieniądze, żeby kupować! To potrzeba mieć za co, żeby
kupić, co potrzeba? To Wulff pewnie co ma, kiedy stawia fabrykę, to Bernstein dużo ma, kiedy za całe sto tysięcy mebluje sobie dom? --- wykrzykiwała, wodząc zdumionym wzrokiem po rodzinie.</akap_dialog>


<akap>Albert odwrócił się do nich plecami i patrzył
w okno.</akap>


<akap>Kłótnia zawrzała na nowo i podnosiła się do maksimum, krzyczeli wszyscy razem, pochylali się nad stołem,
bili w niego pięściami, wydzierali sobie z rąk papiery,
kreśląc na ceracie coraz nowe cyfry, rzucali coraz
ohydniejsze projekty i sposoby plajty, wymyślali sobie
nawzajem, zrywali się od stołu, siadali znowu i krzyczeli; a wszystkim brody, twarze, usta i wąsy trzęsły się
i drgały, porwane tymi cyframi, jakie można było zarobić, rozwścieczeni na tego głupca, który stał odwrócony
plecami i ani chciał słuchać o plajcie.</akap>


<akap>Nawet stary wyszedł ze swego pokoju i głośno dowodził; Regina, zmęczona wzruszeniem, siadła w fotelu
i płakała spazmatycznie; Landau odrzucił ceratę i kawałkiem kredy pisał cyfry na stole, rzucając od czasu
do czasu jakie słowo poważne, a Zygmunt Grünspan,
rozczerwieniony, spocony, darł się najgłośniej, wołał, żeby
się porozumieli i sprawdzał kolumny cyfr w wielkiej
książce fabrycznej, jaką mu przyniosła Regina.</akap>


<akap>Tylko Moryc nie brał udziału w krzykach, siedział
pod palmą obok Fiszbina, który, wyciągnięty na fotelu,
bujał się, palił cygaro i od czasu do czasu wołał:</akap>


<akap_dialog>--- Cicho, Żydy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nie jest wcale wesoła operetka --- powiedział znużony Moryc i zaniechawszy już zupełnie interesu z Grünspanem, poszedł w głąb mieszkania szukać Meli.</akap_dialog>


<akap>Zastał ją u babki, którą cała rodzina otaczała nadzwyczajną czcią i opieką.</akap>


<akap>Babka siedziała w fotelu na kółkach, przy oknie.
Była to blisko stuletnia staruszka, sparaliżowana i zupełnie zdziecinniała; twarz miała tak zeschniętą i pościąganą w fałdy, że wszelki wyraz znikł zupełnie --- wisiał tylko kawał żółto-szarej skóry pofałdowanej, z której świeciły czarne, bez połysku, niby szklane paciorki,
oczy. Na głowie miała czarną perukę, ubraną w rodzaj
czepka z aksamitów kolorowych i koronek, jakie noszą
Żydówki po małych miasteczkach.</akap>


<akap>Mela łyżeczką dziecinną wlewała w zapadłe usta
bulion; babka niby ryba otwierała i składała usta...
</akap>


<akap>Ukłonił się jej --- przestała jeść, popatrzyła na
niego martwo i zapytała głosem głuchym, jakby pochodził spod ziemi:</akap>



<akap_dialog>--- Kto to, Mela?</akap_dialog>


<akap>Nie poznawała już nikogo, prócz najbliższych.</akap>


<akap_dialog>--- Moryc Welt, brat mojej matki, Welt --- powtórzyła z naciskiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Welt, Welt! --- mełła w bezzębnych szczękach
i otworzyła szeroko usta do bulionu, który znowu podawała Mela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kłócą się jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sądny dzień się zrobił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biedny ten Albert.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żałujesz go?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże, nie pozwala mu być człowiekiem własna
nawet żona i rodzina. Regina mnie wprost przeraża swoim handlarstwem --- westchnęła smutnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powinien być dobrym fabrykantem. On trochę
chory na idealizm, ale po pierwszej plajcie, niech tylko
na niej dobrze zarobi, to się wyleczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie rozumiem ani ojca, ani wujów, ani ciebie, ani Łodzi. We mnie się wszystko burzy, patrząc na
to, co się tutaj dzieje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż się dzieje? Dobrze się dzieje, robią się pieniądze i basta.</akap_dialog>


<akap>--- Ale jak, jakimi sposobami!</akap>


<akap_dialog>--- To wszystko jedno; sposób dostania rubla nie
zmniejsza jego wartości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jesteś cynik --- szepnęła jakby z wyrzutem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem tylko człowiek, który nie wstydzi się
nazywać rzeczy po imieniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajmy pokój, jestem tak zdenerwowaną, że brak
mi sił nawet do kłótni.</akap_dialog>


<akap>Skończyła karmienie babki, poprawiła poduszki,
jakimi była obłożona i pocałowała ją w rękę.</akap>


<akap>Stara przytrzymała ją lekko, pogłaskała wyschniętymi niby u szkieletu palcami po twarzy i zapytała znowu
tak samo, patrząc na Moryca.</akap>


<akap_dialog>--- Kto to? Mela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Welt, Welt! Chodź Moryc na chwilę do mnie,
jeśli masz czas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mela, ja przecież dla ciebie miałbym zawsze
czas, jeślibyś tylko zechciała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Welt, Welt! --- powtarzała stara głucho, otworzyła usta i zapatrzyła się martwym wzrokiem w okno,
za którym widniały mury fabryki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moryc, ja cię już prosiłam, nie komplementuj
mnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty mi wierz, Mela, mówię szczerze, słowo uczciwego człowieka, że jak jestem z tobą, jak cię słyszę,
jak patrzę na ciebie, to muszę nie tylko mówić inaczej
niż do innych kobiet, ale zaczynam czuć i myśleć inaczej. Ty masz w sobie taką dziwną miękkość, ty jesteś
naprawdę kobietą. Mela, tu takich mało w Łodzi --- mówił poważnie, przechodząc za nią do jej pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odprowadzisz mnie do Róży? --- zapytała, nic
mu nie odpowiedziawszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeślibyś nie chciała, prosiłbym cię o to.
</akap_dialog>


<akap>Oparła czoło na szybie i patrzała na wróble, które
rozszalałe tym pierwszym prawie wiosennym dniem marcowym, goniły się i biły po ogrodzie.</akap>



<akap_dialog>--- O czym myślisz? --- zapytał po chwili cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O Albercie, czy zrobi tak, jak postanowił, czy
też tak, jak oni chcą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, z pewnością ogłosi upadłość i ułoży się
z wierzycielami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ja go znam i jestem tego pewna, że zapłaci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Założę się z tobą, że będzie się układał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja bym nie wiem, co dała, że nie zrobi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mela, Grosman ma swoje filozoficzne bziki, ma,
ale poza tym on jest mądry człowiek, mogę postawić
cały swój majątek, że więcej nie zapłaci, jak dwadzieścia pięć procent.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja bym bardzo, bardzo pragnęła, żeby było
inaczej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyszło mi na myśl, żeś ty powinna była
wyjść za niego. Mela, dobralibyście się, nie mielibyście,
co jeść, ale bylibyście tak uczciwi, że pokazywaliby was
w panoptikum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lubię go, ale za niego nie wyszłabym, to nie
mój typ.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któż jest w twoim typie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szukaj i zgaduj! --- uśmiechnęła się znowu tym
bladym, subtelnym uśmiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Borowiecki, tak, z pewnością, w nim się wszystkie kobiety łódzkie kochają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie; wydał mi się oschłym, dumnym i karierowiczem, nie, za bardzo zresztą podobny do was
wszystkich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oskar Meyer, baron, milioner i piękny, wprawdzie taki baron z meklemburskiej rasy, ale za to milioner najprawowitszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widziałam go raz i wydał mi się parobkiem
przebranym. To musi być okropny człowiek, słyszałam
o nim dużo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest dziki i wściekły człowiek, to jest prawdziwe pruskie bydlę! --- mówił z nienawiścią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aż tak? Zaczyna być interesującym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj spokój o tym chamie. A może Bernard
Endelman podoba ci się?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żydziak! --- szepnęła pogardliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, jakiż ze mnie niedomyślny. Przecież tyś się
wychowywała w Warszawie, żyłaś tam w polskich sferach i przeszłaś przez wszystkie warszawskie kółka
i saloniki, to jakże mogą podobać ci się Żydzi lub łódzcy
ludzie! --- wołał ironicznie. --- Przywykłaś do studentów
rozczochranych, do tej deklamującej radykalii, oczekującej na spadek i na synekury biurowe, do tej wykwintnej
atmosfery blagi i wspólnego obełgiwania się na wzniosły,
szlachetny sposób. Ha, ha, ha, ja to przechodziłem i ile
razy sobie wspomnę tamte czasy i tamtych ludzi, umieram ze śmiechu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj spokój, Moryc. Mówisz z goryczą, więc nie
bez stronności, nie chcę słuchać --- wołała prędko, dotknięta bardzo, bo istotnie całym sercem jeszcze żyła
w tamtej sferze, pomimo że od dwóch lat już mieszkała
przy ojcu w Łodzi.</akap_dialog>


<akap>Wyszła i ukazała się po chwili już ubrana do
wyjścia.</akap>


<akap>Zaraz też wyszli.</akap>


<akap>Otwarty powozik, bardzo elegancki, czekał przed
bramą.</akap>


<akap_dialog>--- Dojedź tylko do Nowego Rynku, tam nie ma
takiego błota, to pójdę pieszo.</akap_dialog>


<akap>Konie ruszyły ostro.</akap>


<akap_dialog>--- A swoją drogą, ty mnie dziwisz, Mela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czym?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tym właśnie, że jesteś taką --- nie Żydówką.
Ja znam nasze kobiety dobrze, ja je umiem cenić i cenię, ale je znam, one nie biorą takich różnych książkowych rzeczy na serio, jak ty je bierzesz. Znasz Adę
Wasereng? Ona tak samo żyła w Warszawie i w tych
samych sferach, co ty, tak samo się zapalała do wszystkiego, tak samo była czynną we wszystkim, tak samo
ze mną kłóciła się o równość, o wolność, o cnotę,
o ideały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja się z tobą nie kłócę o to wszystko --- przerwała mu prędko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, ale pozwól mi skończyć; otóż była najidealniejszą idealistką, ale jak wyszła za swojego Rosenblatta, to o wszystkich głupstwach zapomniała, idealizm to nie była jej specjalność.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tobie się to podoba?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie się to właśnie podoba, bo jak miała czas,
to się bawiła w poezje, dlaczego nie miała się bawić,
to dobrze jest widziane w polskich domach, nadaje pewien modny ton, no i nie jest tak nudne, jak chodzenie
po teatrach i balach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc jesteś przekonany, że to tylko dla zabawy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do Polek ani do ciebie tego nie stosuję, to
inny gatunek, ale do Żydówek --- tak, wiem z pewnością. Pomyśl tylko, co je to wszystko może obchodzić?
Mela, ja jestem Żyd, ja się tego nigdy i nigdzie nie
wstydziłem ani nie wypierałem, co za interes się wypierać! Mnie tak samo nic nie obchodzi poza moim własnym interesem, jak naszych wszystkich, bo ja tego nie
mam wprost we krwi. Masz, taki Borowiecki, to jest
dziwny człowiek, to jest mój kolega z gimnazjum w Warszawie, mój kolega z Rygi, mój przyjaciel, my razem
mieszkamy tyle lat, mnie się zdawało, że go znam, że
to nasz człowiek. On ma ostre pazury, on jest zupełnie
człowiek łódzki, on lepszy macher niż ja, a on czasem
zrobi coś takiego, czego ja nie rozumiem, czego żaden
z naszych nie zrobi; on jest Lodzermensch, a on pomimo to ma różne takie bziki ideowe, utopijne marzenia, dla których gotów jest dać rubla, jak ma dwa przy
sobie, a dla których ja bym dał dziesiątkę, jakby się już
nie można wykręcić, ja...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do czego prowadzisz? --- przerwała mu znowu,
dotykając parasolką stangreta, żeby przystanął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że ty masz właśnie w sobie coś takiego, co
mają oni, Polacy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy to czasem nie nazywa się duszą --- powiedziała wesoło, wyskakując na trotuar.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To za duży szemat<pe><slowo_obce>szemat</slowo_obce> --- dawniej: schemat. </pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdziemy Średnią, chcę się przejść trochę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najbliżej będzie dojść do Widzewskiej, a stamtąd do Cegielnianej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wybierasz krótsze, żeby prędko odbyć pańszczyznę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz przecie, Mela, że ja z wielką przyjemnością ci towarzyszę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy dlatego, że tak cierpliwie słucham?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, a i dlatego, że jesteś bardzo ładna z tą
ironią na ustach, bardzo ładna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Komplement twój jest mniej piękny, bo tak <slowo_obce>en gros<pe><slowo_obce>en gros</slowo_obce> (z fr.) --- prosto, ordynarnie, z grubsza, hurtowo.</pe></slowo_obce> podany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lubisz warszawskie <slowo_obce>en detaile<pe><slowo_obce>en detaile</slowo_obce> (fr.) --- szczegółowo, detalicznie.</pe></slowo_obce>, a na krótkie terminy i z dobrem żyrem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wystarczy dobre wychowanie i uczciwość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale pomimo to nie zaszkodzi się obwarować
intercyzą --- rzucił ironicznie, wciskając binokle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, tuś doprowadził! --- szepnęła niezadowolona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałaś!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałam, żebyś mnie poprowadził do Róży
przede wszystkim --- podkreśliła zdanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja bym cię wszędzie doprowadził, gdybyś zechciała! --- zawołał, pokrywając pewne dziwne wzruszenie, jakie nim owładnęło, ostrym śmiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję ci, Moryc, ale tam to mnie już kto
inny doprowadzi --- odpowiedziała dosyć ostro, zamilkła
i patrzyła smutnie w ulicę strasznie błotnistą, po brudnych domach i twarzach licznych przechodniów.</akap_dialog>


<akap>Moryc także milczał, bo był zły na siebie, a więcej jeszcze na nią. Potrącał z gniewu przechodniów, zaciskał binokle i rzucał niechętne spojrzenia na jej bladą
twarz, z ironią chwytał spojrzenia współczujące, jakimi
obrzucała gromady oberwanych, wynędzniałych dzieci,
bawiących się po bramach i trotuarach. Rozumiał ją
nieco i dlatego wydała mu się bardzo naiwną, bardzo.</akap>


<akap>Irytowała go swoim głupim, polskim idealizmem,
jak w myśli określał jej charakter, a równocześnie pociągała jego twardą, suchą duszę tą odrobiną uczucia
i tą jakąś dziwną poezją wdzięku i dobroci, jaka wydzierała się z jej bladej twarzy, ze spojrzeń zadumanych, z całej postaci wysmukłej i bardzo harmonijnie
rozwiniętej.</akap>


<akap_dialog>--- Znudziłam cię, żeś zamilkł? --- szepnęła po pewnym czasie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bałem się przerywać milczenie, mogłaś myśleć
wtedy o nader wielkich rzeczach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bądź pewnym, że o daleko większych niźli
twoja ironia może dosięgnąć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Równocześnie zrobiłaś, Mela, dwa interesy, mnie dałaś szczutka<pe><slowo_obce>szczutek</slowo_obce> --- prztyczek.</pe> i sama się pochwaliłaś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A chciałam tylko jedno --- powiedziała z uśmiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie uderzyć, prawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak i zrobiłam to z przyjemnością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty mnie bardzo nie lubisz, Mela? --- pytał trochę dotknięty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, Moryc --- kręciła głową i uśmiechała się
złośliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale mnie i nie kochasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My robimy ładny kawałek flirtu --- powiedział,
zirytowany tonem jej odpowiedzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomiędzy kuzynami powinno to uchodzić, bo
do niczego nie obowiązuje.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308559727698-3936110879"/><motyw id="m1308559727698-3936110879">Bieda, Miłosierdzie, Pieniądz</motyw>Przystanęła, aby dać kilka groszy jakiejś kobiecie
okręconej w łachmany, stojącej pod parkanem z dzieckiem na ręku i głośno żebrzącej.</akap>


<akap>Moryc spojrzał drwiąco, ale sam prędko wydobył
jakiś pieniądz i dał.</akap>


<akap_dialog>--- I ty dajesz biednym? --- zdziwiła się</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozwoliłem sobie na taką miłosierną operację,
bo miałem akurat fałszywą złotówkę --- zaczął się śmiać
serdecznie z jej oburzenia.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308559727698-3936110879"/>--- Ty się z cynizmu już nie wyleczysz! --- szepnęła, przyśpieszając nieco kroku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam jeszcze czas i żebym miał jeszcze sposobność i takiego, jak ty, doktora...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do widzenia, Moryc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda, że już.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie żałuję zupełnie. Będziesz dzisiaj w kolonii?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, ponieważ w nocy wyjeżdżam z Łodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wstąp, kłaniaj się paniom ode mnie i powiedz
pani Stefanii, że będę u niej w sklepie jutro przed południem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dobrze, ale za to ty kłaniaj się ode mnie pannie Rózi i powiedz Müllerowi także ode mnie, że jest
błazen.</akap_dialog>


<akap>Uścisnęli sobie ręce i rozeszli się.</akap>


<akap>Moryc obejrzał się za nią, gdy już wchodziła do
bramy pałacu Mendelsohnów i szedł do miasta.</akap>


<akap>Słońce już przygasało i zsuwało się za miasto, rozkrwawiając tysiące szyb łunami zachodu. Miasto cichło
i przypłaszczało się w mrokach wieczoru; tysiące domów
i dachów zlewało się coraz bardziej w jedną szarą, olbrzymią, zagmatwaną masę, pociętą kanałami ulic, w których zaczynały się palić nieskończone linie świateł gazowych, tylko kominy fabryk, co niby las potężnych pni
czerwonych, wznosiły się nad miastem i zdawały się
drgać i kołysać na jasnym tle nieba, płonęły jeszcze
zorzami zachodu.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308559995468-2360988439"/><motyw id="m1308559995468-2360988439">Kobieta, Mężczyzna, Małżeństwo, Interes</motyw>--- Wariatka! Ja bym się z nią ożenił! ,,Grünspan,
Landsberger i Welt" byłaby solidna spółka; trzeba o tym
pomyśleć --- szepnął Moryc, uśmiechając się do tego
interesu.</akap_dialog>








<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial><end id="e1308559995468-2360988439"/>VII</naglowek_rozdzial>




<akap_dialog>--- Co się stało Morycowi dzisiaj? --- myślała Mela,
wchodząc do wielkiego, dwupiętrowego domu narożnego,
nazwanego pospolicie pałacem Szai. --- Prawda, przecież ja mam pięćdziesiąt tysięcy rubli posagu, musi być
w złych interesach i stąd ta gwałtowna czułość.</akap_dialog>


<akap>Nie mogła już myśleć więcej, bo wybiegła naprzeciw niej do przedpokoju jej najserdeczniejsza przyjaciółka, Róża Mendelsohn, nieznacznie utykając na prawą
nogę.</akap>


<akap_dialog>--- Miałam już posłać po ciebie powóz, bo nie mogłam się doczekać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odprowadził mnie Moryc Welt, szliśmy wolno,
prawił mi komplementa, no i tam dalej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żydziak --- rzuciła pogardliwie Róża, rozbierając ją i ciskając lokajowi kapelusz, rękawiczki, woalkę,
okrycie, w miarę, jak zdejmowała to z Meli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przesyła ci ukłony bardzo uniżone.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupi! Myśli, że go poznam na ulicy, jak mi
się będzie kłaniał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie lubisz go? --- pytała, przygładzając powichrzone włosy przed wielkim zwierciadłem, stojącym
pomiędzy dwiema olbrzymimi sztucznymi palmami,
w jakie cały przedpokój był ozdobiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie cierpię, bo ojciec chwalił go któregoś dnia
przed Fabciem, a zresztą i Will go nie cierpi. Piękna lala!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wilhelm jest?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Są wszyscy i wszyscy się nudzą, oczekując na
ciebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Wysocki? --- zapytała ciszej i trochę niepewnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest i przysięga, że mył się cały przed samą
wizytą. Słyszysz, cały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież nie będziemy sprawdzać...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musimy wierzyć na słowo --- przygryzła usta.</akap_dialog>


<akap>Ujęły się pod ręce i szły przez szereg pokojów, zalanych mrokiem nadchodzącego wieczoru, umeblowanych
z nadzwyczajnym przepychem.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308560484150-995430514"/><motyw id="m1308560484150-995430514">Nuda, Miłość</motyw>--- Co robisz, Róża?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nudzę się i udaję przed gośćmi, że mnie bawią, a ty?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie udaję przed nikim i także się nudzę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Okropne życie! --- szepnęła Róża z westchnieniem. --- I dokąd się to ma ciągnąć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty wiesz najlepiej dokąd, do śmierci chyba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, co ja bym dała, żebym się mogła zakochać,
co ja bym dała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siebie i miliony w dodatku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałaś powiedzieć: miliony i siebie w dodatku --- powiedziała cierpko a drwiąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Róża! --- szepnęła Mela z wyrzutem.<end id="e1308560484150-995430514"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, cicho, cicho! --- ucałowała ją serdecznie.
Weszły do niewielkiego pokoju, zupełnie czarnego,
bo meble, obicia ścian, portiery, wszystko było pokryte
czarnym pluszem lub czarną, matową farbą.</akap_dialog>


<akap>Pokój robił wrażenie kaplicy przedpogrzebowej.</akap>


<akap>Dwóch, zupełnie nagich, przegiętych w tył olbrzymów, z ciemnego brązu, unosiło w herkulesowych rękach, nad głową wielkie gałęzie dziwacznie poskręcanych
storczyków, o kryształowych białych kwiatkach, z których
mżyło na pokój elektryczne światło.</akap>


<akap>Na czarnych kanapkach i fotelikach niskich siedziało kilka osób w milczeniu i w najswobodniejszych
pozach, a nawet jeden z mężczyzn leżał na dywanie,
pokrywającym całą posadzkę; dywan był także czarny,
miał tylko w środku wyhaftowany olbrzymi bukiet czerwonych storczyków, które, niby potworne, dziwaczne, powyginane robaki, zdawały się pełzać po pokoju.</akap>


<akap_dialog>--- Will, na przywitanie Meli mógłbyś wywrócić
koziołka --- zawołała Róża.</akap_dialog>


<akap>Wilhelm Müller, olbrzymi jasnowłosy drab, w obcisłym kostiumie cyklisty, podniósł się z fotelu, rzucił na
dywan, przekręcił się trzy razy w powietrzu z wprawą
gimnastyka zawodowego i stanął na środku pokoju, kłaniając się po cyrkowemu.</akap>


<akap_dialog>--- Brawo, Müller! --- zawołał leżący na dywanie
pod oknem, zapalając papierosa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mela, chodź mnie pocałować --- mówiła rozrośnięta panna, leżąca na niskim, biegunowym krześle,
leniwie nadstawiając policzek. Mela ją pocałowała i usiadła na kanapce obok Wysockiego, który, pochylony nad
małą, szczupłą, różową blondynką, trzymającą nogi na
taburecie, szeptał po cichu i co chwila otrzepywał klapy,
chował w głąb rękawów dość brudne mankiety, wykręcał energicznie wąsiki blond i dowodził:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z punktu właśnie feministycznego nie powinno
być żadnych różnic prawnych pomiędzy kobietą a mężczyzną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No tak, ale ty Mieciek jesteś nudny! --- skarżyła się żałośnie blondynka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie witasz się ze mną, Mieciek! --- szepnęła
Mela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przepraszam panią, panna Fela właśnie nie da
się przekonać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wysocki płaci podwójną karę: Meli powiedział
pani, a Feli panna, płać Mieciek! --- wołała Róża, przyskakując do niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapłacę, Róża, zaraz zapłacę --- zaczął się rozpinać i szukać po wszystkich kieszeniach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mieciek, nie rozpinaj no się zupełnie, to nie jest
zabawne --- szczebiotała Fela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja za ciebie zapłacę, jeśli nie masz pieniędzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję ci Mela, pieniądze mam, byłem dzisiaj
w nocy wzywany do chorego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Róża, dlaczego ja się potrzebuję nudzić? --- jęknęła Toni z fotelu biegunowego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Will, zabaw Toni, słyszysz, próżniaku!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie chcę, muszę się przeciągnąć, bo mnie
krzyż boli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego ciebie boli krzyż?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toni, jego z tych samych powodów boli krzyż,
co ciebie --- śmiała się Fela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzeba go wymasażować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja bym chciała mieć twoją fotografię, Will, ty
dzisiaj mocno wyglądasz --- szepnęła Róża, w jej szarych wielkich oczach zaczęły skrzyć się zielonawe błyski, przygryzła usta bardzo szerokie i wąskie, co niby
kresa czerwona przecinały jej twarz długą, biało-przeźroczystą, okoloną nimbem najczystszej miedzi, włosami
rozdzielonymi na środku głowy i zaczesanymi na skronie i na uszy, że tylko ich różowe końce migotały olbrzymimi szafirami, oprawnymi w brylanty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Fotografujcie mnie w takiej pozie --- wołał,
kładąc się w znak na dywanie i z rękami podwiniętymi
pod głowę leżał w całej swojej długości, śmiejąc się
dźwięcznym, wesołym śmiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siądźcie dziewczynki obok mnie! Chodźcie
sikorki!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On jest zupełnie dzisiaj ładny --- szepnęła Toni,
pochylając się nad jego jasną, młodą, typowo niemiecką
twarzą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On jest młody --- wołała Fela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wolisz Wysockiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy Wysocki ma takie cienkie nogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho, Fela, nie gadaj głupstw.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, wprost dlatego, że nie wypada.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moja Róża, dlaczego nie wypada? Ja wiem, co
mężczyźni opowiadają o nas, mnie wszystko Bernard
mówi, on mi opowiadał taki jeden zabawny kawał, że
umierałam ze śmiechu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedz go Fela --- szepnęła Toni, ziewając
z nudów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mała, jak opowiesz przy mnie, to ci już nigdy
nic nie opowiem --- zaoponował Bernard, leżący na dywanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On się wstydzi! ha, ha, ha! --- zerwała się z kanapki, zaczęła biegać po pokoju jak wariatka, przewracała sprzęty, zataczała się na Tonię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Fela, co ty wyrabiasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja się nudzę. Róża, ja się wściekam z nudów.</akap_dialog>


<akap>Usiadła na stosie pluszowych, czarnych poduszek,
jakie jej podsunął lokaj.</akap>


<akap_dialog>--- Skąd ty, Wilu, masz tę szramę? --- pytała,
wodząc palcem długim i cienkim po czerwonej prędze
przecinającej mu twarz od ucha do małych rozstrzępionych wąsików.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od szabli --- odpowiedział, usiłując złapać jej
palec zębami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O kobietę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak. Niech Bernard opowie, on mi sekundował
tak głośno, że wszystkie bumsy berlińskie wiedziały o tej
sprawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedz Bernard.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajcie mi spokój, nie mam czasu --- mruknął
Bernard, przewrócił się z boku na wznak i patrzył
w sufit, po którym leciały za złotym wozem Aurory gromady nagich, skrzydlatych nimf; palił papierosa za papierosem, które mu podawał i zapalał stojący w drzwiach
lokaj, ubrany w czerwoną francuską liberię --- zresztą
to sprawa za bardzo skandaliczna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Will, umawialiśmy się przecie, zawiązując nasze
zebranie, że mamy mówić sobie wszystko, wszystko --- mówiła Toni, przysuwając się bliżej z fotelem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mów, Wilhelm, wyjdę za ciebie za mąż w nagrodę --- rozśmiała się dziwnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja bym cię wziął, Róża, ty masz w sobie
grubego diabła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I jeszcze grubszy posag --- rzuciła drwiąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy to takie nudne! Will, zrób świnię, mój
drogi, zrób świnię! --- jęczała Toni, przeciągając się
w fotelu z taką siłą, aż wielki guzik, imitujący kameę,
oderwał się jej od stanika.</akap_dialog>


<akap>Czuła się tak znudzoną bezbrzeżnie, że żałosnym
głosem prosiła wciąż uparcie, jak dziecko:</akap>


<akap_dialog>--- Zrób świnię, Will, zrób świnię!</akap_dialog>


<akap>Wilhelm stanął na czworakach, wygiął grzbiet i zaczął w krótkich, sztywnych podskokach, doskonale imitujących ruchy starej świni, oblatywać pokój, pokwikując od czasu do czasu.</akap>


<akap>Tonia zanosiła się szalonym śmiechem. Róża klaskała w dłonie z całych sił, a Fela biła piętami o dywan i trzęsła się z radości. Krótkie jej włosy rozplatały
się i niby jasną wiechą zakryły jej twarz różową, rozbawioną niesłychanie.</akap>


<akap>Mela rzucała poduszkami w Müllera, również porwana ogólną wesołością, a Müller po każdym uderzeniu
podskakiwał, wyrzucał zabawnie tylnymi nogami i kwiczał przeciągle, wreszcie zmęczony zaczął się wypałączonym grzbietem czochrać o nogi Róży, wreszcie położył
się na środku dywanu, wyciągnął nogi i zupełnie niby
świnia zmęczona chrząkał, mruczał i pokwikiwał jak
przez sen.</akap>


<akap_dialog>--- Nieporównany! Wyborny! --- wołały z uniesieniem rozbawione panny.</akap_dialog>


<akap>Wysocki wytrzeszczonymi oczami, zdumiony przypatrywał się po raz pierwszy tej cyrkowej zabawie znudzonych milionerek; zapomniał strzepywać klapy, nie
wciskał mankietów w rękawy, nie kręcił wąsików, tylko
wodził oczami po twarzach kobiet i mruknął z obrzydzeniem:</akap>


<akap_dialog>--- Błazen.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z jakiego punktu? --- zapytała Mela, która najpierw się uspokoiła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ze wszystkich ludzkich punktów --- odpowiedział twardo i podniósł się, oglądając za kapeluszem,
w który Fela próbowała wsadzić obydwie nogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uciekasz, Mieciek? --- pytała zdumiona jego surowym spojrzeniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę iść, bo muszę się wstydzić tego, że jestem człowiekiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- François, otworzyć wszystkie drzwi, bo obrażone człowieczeństwo wychodzi --- wołał drwiąco Bernard, który przez cały czas popisów Müllera leżał najspokojniej i palił papierosy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Róża, Mieciek się obraził i chce wyjść, nie pozwól mu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mieciek, zostań! Co ci się stało? Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlatego, że ja nie mam czasu, przyrzekłem
komuś, że przyjdę --- tłumaczył się miękko, usiłując
ściągnąć swój biedny cylinder z nóg Feli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mieciek, zostań, proszę cię bardzo, przecież obiecałeś mnie odprowadzić do domu --- szeptała gorąco
Mela i bladą jej twarz pokrył rumieniec wzruszenia.</akap_dialog>


<akap>Pozostał, ale siedział chmurny i nawet nie odpowiadał na drwiące uwagi Bernarda ani na burszowskie
dowcipy Müllera, który znowu się położył u nóg Róży.</akap>


<akap>Zapanowała zupełna cisza.</akap>


<akap>Elektryczność drgała w kryształowych kwiatach
i mżyła błękitnawym pyłem światła na pokój, na matowe czarne ściany, z których, niby błękitne oczy, patrzyły cztery włoskie akwarele, oprawne w aksamitne
czarne ramy, zawieszone na jedwabnych sznurach, na te
znudzone próżniactwem głowy, co żółtawymi plamami
odcinały się od czarnego tła ścian i mebli, skrzyły się
na ozdobach pianina z zielonawego brązu, stojącego
w jednym rogu, które z odkrytą klawiaturą było podobne
do jakiegoś potworu<pe><slowo_obce>potworu</slowo_obce> --- dziś popr.: potwora.</pe>, połyskującego długimi, żółtawymi kłami.</akap>


<akap>Przez zamknięte okiennice wewnętrzne i zapuszczone
ciężkie czarne portiery, nie dochodziły z miasta żadne
głosy, prócz huczącego, słabego szmeru i drgań bezdźwięcznych, co niby ledwo wyczute bicie pulsu rozlewały się po pokoju.</akap>


<akap>Dym, jaki ustawicznie puszczał kłębami Bernard,
snuł się sinawym, rzadkim obłokiem, przysłaniał złoty
wóz Aurory i nimfy nagie, niby najcieńszą bengaliną,
opadał, czepiał się ścian i darł się w długie włókna
o plusze i wypływał do dalszych pokojów drzwiami,
w których, niby ostry krzyk w tej czarnej symfonii, czerwieniła się jaskrawo liberia lokaja, gotowego na każde
skinienie.</akap>


<akap_dialog>--- Róża, ja się nudzę, ja się śmiertelnie nudzę --- zajęczała Toni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja się bawię wesoło --- zaczęła wołać Fela,
podrzucając nogą cylinder Miecia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja się bawię najlepiej, bo wcale nie potrzebuję
zabawy --- powiedział ironicznie Bernard.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- François, każ dawać herbatę! --- rzuciła Róża.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Róża, nie chodź, ja ci dokończę kawał.</akap_dialog>


<akap>Uniósł się na łokciu i szeptał, całując raz po raz
różowy koniec ucha.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ugryź mi kolczyka! Za mocno! Masz takie
gorące usta! --- szeptała, przechylając głowę ku niemu,
zagryzła usta, a spod przymkniętych, ciężkich, sinawych
powiek zaczęły się skrzyć zielonawe błyski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ze strachu zaczął się żegnać --- szeptał głośniej Will.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to --- on katolik?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ale co to szkodzi się zabezpieczyć.</akap_dialog>


<akap>Wysłuchała reszty kawału i nie roześmiała się znudzona.</akap>


<akap_dialog>--- Wilhelm, ty jesteś dobry, kochany --- mówiła,
głaszcząc go po twarzy --- ale twoje anegdoty są za
bardzo berlińskie, nudne i głupie. Ja zaraz przyjdę,
a tymczasem może Bernard co zagrasz.</akap_dialog>


<akap>Bernard powstał, pchnął nogą taburet do pianina
i zaczął ze wściekłą brawurą grać trzecią figurę kadryla.</akap>


<akap>Ocknęli wszyscy z milczenia i nudy.</akap>


<akap>Wilhelm podniósł się i zaczął tańczyć trzecią figurę
z Felą, tańczyli kontredansa z zacięciem kankana, włosy
Feli trzęsły się jak pęk słomy na wichurze, zasłaniały
jej oczy, opadały aż na brodę, fruwały za nią, odgarniała je ręką i tańczyła do upadłego.</akap>


<akap>Toni leżała w fotelu i znudzonym wzrokiem goniła za ruchami Willa.</akap>


<akap>Lokaj ustawiał z boku małe, hebanowe stoliczki,
inkrustowane wytwornie perłową masą i kładł zastawę
do herbaty.</akap>


<akap>Róża przeciągnęła się leniwie i utykając, i kołysząc
szerokimi biodrami, szła ku drzwiom i zatrzymała się
chwilę przy Wysockim, który półgłosem mówił:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308565059247-2708412454"/><motyw id="m1308565059247-2708412454">Nuda, Bogactwo, Zabawa</motyw>--- Słowo pani daję, że to nie dekadencja, to jest
zupełnie co innego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to jest zatem? --- pytała Mela, przytrzymując Wysockiemu ręce, żeby nie mógł otrzepywać się
i wpychać mankietów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja bym chciała być dekadentką. Mieciek, czy ja
mogę być dekadentką? Mieciek, ja chcę być dekadentką,
bo ja się nudzę --- wołała Toni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest tylko próżniactwo, pochodzące ze zbytku
czasu i zbytku pieniędzy! Nuda jest chorobą bogaczów.
Ty, Mela, nudzisz się, Róża się nudzi, Toni się nudzi,
Fela się nudzi, no i z wami nudzą się te dwa bałwany,
a poza wami połowa córek i żon milionerów nudzi się.
Wszystko was nudzi, bo wszystko mieć możecie, co kupić można. Was nic nie obchodzi, chcecie się tylko bawić, a najszaleńsza zabawa kończy się również nudą.<end id="e1308565059247-2708412454"/>
Z punktu socjalnego...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mieciek, ale ty o mnie źle nie myślisz? --- przerwała, gładząc mu ręce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie robię wyjątków, zresztą tak samo należysz
do rasy zdegenerowanej, ze wszystkich ras najbardziej
odbiegłej<pe><slowo_obce>odbiegłej</slowo_obce> --- dziś popr. tylko forma: odbiegającej.</pe> od natury, a to się mści na was samych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchaj go, Mela, a on ci uczenie będzie dowodził ze wszystkich znanych sobie punktów, że największą
zbrodnią na świecie jest posiadać majątek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Usiądź, Róża, przy nas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz przyjdę, zajrzę do ojca.</akap_dialog>


<akap>Wyszła i z przedpokoju już oświetlonego elektrycznymi żyrandolami poszła na górę do gabinetu ojca,
w którym było prawie ciemno.</akap>


<akap><begin id="b1308565349729-3832623010"/><motyw id="m1308565349729-3832623010">Modlitwa, Śpiew, Żyd, Pobożność</motyw>Szaja Mendelsohn, okryty w rytualne szaty do modlitwy, z obnażoną lewą ręką, okręconą paskami, siedział na środku pokoju, modlił się półgłosem i pochylał
poważnie.</akap>


<akap>W dwóch oknach stało dwóch starych, z siwymi
brodami śpiewaków bóżniczych, okrytych w takie same
rytualne zasłony, w białe i czarne pasy i wpatrzeni
w ostatnie różowe brzaski dnia, jakie się barwiły na
szarym tle nieba, kiwali się ustawicznie, śpiewając jakąś
dziwnie namiętną i dziwnie smętną psalmodię.</akap>


<akap>Głosy były nabrzmiałe skargą i bólem i niby głosy
trąb miedzianych, brzmiały wrzaskliwą żałością, to huczały głuchą rozpaczą, wybuchały jękiem beznadziejnym,
wznosiły się krzykiem ostrym, przejmującym, który długo
drgał w ciszy mieszkania; to znowu zniżali głosy do
szeptu i płynęła długa, słodka, melodia, jakby fletów
śpiewających w wielkiej ciszy ogrodów kwitnących, wśród
cieniów, dyszących aromatami ambry, w półśnie pełnym
ekstatycznych marzeń miłości, przez które wiły się akcenty
wyraźne tęsknot i westchnień, jakby do palmowych ogrodów Jeruzalem, do pustyni smutnych i nieobjętych, do
palących żarów słońca, do ojczyzny straconej, a tak
kochanej.</akap>


<akap>Pochylali się coraz rytmiczniej, oczy im gorzały
ekstazą i długie, siwe brody trzęsły się ze wzruszenia.
Porywały ich własne głosy i te rytmy śpiewów, co się
rozlewały z ich piersi na pusty, cichy, omroczony pokój
i łkały, prosiły, błagały, drgały skargą przepojoną niedolą i sławiły dobroć i moc Pana nad Pany.<end id="e1308565349729-3832623010"/></akap>


<akap>Poza oknami panowała cisza.</akap>


<akap>Wielkie koszary robotnicze po drugiej stronie ulicy,
wprost okien gabinetu, zaczęły błyskać światłami na
wszystkich piętrach, a z drugiej strony okien, bo gabinet był w narożniku, czernił się park zbitą gęstwą
świerków, które przedzielały pałac od fabryk i bieliły się
w zmroku, pomiędzy niskimi krzewami gazonów płaty
nieroztopionego jeszcze śniegu.</akap>


<akap>Na wprost Szai, siedzącego w pośrodku, było
wielkie narożne okno, którym leciały jego spojrzenia
i zaczepiały się o olbrzymie kontury fabryk, najeżone
kominami i narożnikami, podobnymi do baszt średniowiecznych.</akap>


<akap><begin id="b1308565453850-811044996"/><motyw id="m1308565453850-811044996">Noc</motyw>Szaja modlił się gorąco, ale nie mógł ani na chwilę
oderwać wzroku od tych murów potężnych, zlewających
się coraz bardziej z nocą nadchodzącą; widać było
w dali jej ciemny płaszcz, otulający miasto i jej pogodną, cichą twarz, patrzącą milionami gwiazd.<end id="e1308565453850-811044996"/></akap>


<akap>Śpiew ciągnął się do zupełnej nocy.</akap>


<akap>Śpiewacy zapakowali modlitewne szaty w aksamitne worki, na których lśniły się wyszyte złotem jakieś
hebrajskie zgłoski.</akap>


<akap_dialog>--- Masz, Mendel, rubla!</akap_dialog>


<akap>Dał mu srebrny pieniądz, który śpiewak oglądać
zaczął troskliwie pod oknem.</akap>


<akap_dialog>--- Zobacz, to jest prawdziwy rubel! A tobie,
Abraam, to ja zapłacę dzisiaj tylko siedemdziesiąt pięć
kopiejek, tobie się dzisiaj nie chciało, tyś symulował śpiewanie. Chciałeś oszukać mnie i Pana Boga?
</akap_dialog>


<akap>Śpiewak popatrzył pełnymi łez i ekstazy oczami
na Szaję, wziął rulon miedziaków, rzekł cicho pozdrowienie i wyszedł bez szelestu.</akap>




<akap>Róża cały czas stała przy drzwiach i słuchała tych
śpiewów z takim uczuciem, że co chwila powstrzymywała się, aby nie parsknąć śmiechem.</akap>


<akap>Skoro tylko wyszli śpiewacy, nacisnęła guzik i światło elektryczne zalało pokój.</akap>


<akap_dialog>--- Róża!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potrzeba ci czego? --- pytała, siadając na poręczy fotelu, przy ojcu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie. Twoje goście przyszły.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308566250443-305705322"/><motyw id="m1308566250443-305705322">Gość, Zabawa, Pieniądz</motyw>--- Są wszyscy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bawią cię dobrze?</akap_dialog>


<akap>Zaczął głaskać ją po włosach.</akap>


<akap_dialog>--- Nie bardzo. Nawet Müller nudny dzisiaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemu ich trzymasz, przecież my możemy mieć
gości wesołych. Chcesz, to ja Stanisławowi dam notę,
żeby poszukał; w Łodzi nie brak ludzi wesołych. Po co
się masz nudzić za własne pieniądze. A Wysocki, co to
za człowiek?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308566286837-3892765033"/><motyw id="m1308566286837-3892765033">Szlachcic</motyw>--- Doktor, to taki inny, zupełnie nie łódzki człowiek, on ma arystokratyczną rodzinę, jego matka jest
z hrabiów, on ma herby.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tylko nie ma ich na czym nosić. Podoba
ci się?<end id="e1308566286837-3892765033"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dosyć, bo jest niepodobny do naszych i bardzo
uczony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uczony?</akap_dialog>


<akap>Pogładził wspaniałym ruchem brodę i słuchał
uważniej.</akap>


<akap_dialog>--- On napisał książkę, za którą mu jakiś uniwersytet w Niemczech dał złoty medal.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Duży medal?</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308566250443-305705322"/>--- Nie wiem.</akap_dialog>


<akap>Zżymnęła pogardliwie ramionami.</akap>


<akap_dialog>--- My do szpitala będziemy potrzebować doktora,
ja bym go wziął, jak on taki uczony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dużo płacisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Płacę. Ale tu nie o to chodzi, miałby dużą
praktykę i służyłby w mojej firmie, to samo warte pieniądze. Powiedz mu, niech jutro przyjdzie do kantoru.
Ja lubię pomagać ludziom uczonym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kazałeś Stanisławowi zaprosić do nas Borowieckiego?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308566444642-2304066695"/><motyw id="m1308566444642-2304066695">Niemiec, Polak, Żyd, Handel</motyw>--- Róża, ja ci mówiłem, że Borowiecki jest człowiek Bucholca, a ja Bucholcowi i wszystkiemu, co jest
jego, życzę wszystkich nieszczęść. Niech on zbankrutuje
i pójdzie służyć. Ja przez tego złodzieja, przez tego
Szwaba, co on do Polski psami przyjechał i na nas zrobił pieniądze, niech on zmarnieje do dziesiątego pokolenia, ja przez niego chory jestem ciągle, mnie serce boli,
on mnie ciągle okrada. A ten Borowiecki, to jego jest
najgorszy Szwab! --- wykrzyknął z nienawiścią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale przecież to Polak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Polak, ładny Polak, co jak zaczął drukować
swoje bojki, to mi połowę towaru zwrócili z Rosji, powiedzieli, że paskudztwo, że Bucholca lepszy. To Polak
tak robi! On psuje handel, on tym głupim chamom daje
takie desenie i kolory, co by je wzięła każda hrabina,
po co to? Na co? Co ja straciłem przez niego! Co straciłem, co stracili nasi. Przez niego co stracili te biedne
tkacze! On zjadł starego Fiszbina, on zjadł trzydzieści
innych firm. Ty mi nie mów o nim, bo mnie wszystko
w środku boli, jak sobie ich przypomnę. On jest gorszy
od najgorszego Niemca, bo jeszcze z Niemcem można
pohandlować, a on jest pan, on jest wielki dziedzic! --- plunął z pogardą i nienawiścią.<end id="e1308566444642-2304066695"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przysłać ci herbatę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pojadę do Stanisława na herbatę, zawiozę Julci
zabawki, które mi dzisiaj przysłali z Paryża.</akap_dialog>


<akap>Róża pocałowała ojca w policzek i wyszła.</akap>


<akap>Szaja się podniósł, zakręcił światło, bo lubił
oszczędzać na wszystkim i chodził po ciemnym zupełnie pokoju.</akap>


<akap>Chodził i myślał o wiecznej swojej zmorze --- o Bucholcu.</akap>


<akap>On go nienawidził całą potęgą żydowskiego fanatyzmu; nienawidził, jako fabrykanta-współzawodnika, którego nie mógł przewyższyć niczym.</akap>


<akap><begin id="b1308566589822-1851175564"/><motyw id="m1308566589822-1851175564">Bogactwo, Bieda, Pieniądz</motyw>Bucholc zawsze i wszędzie był pierwszym i tego
mu właśnie nie mógł darować Szaja, on, który się czuł
pierwszą firmą łódzką, który był przewodnikiem tej masy
żydowskiej, jaka go otaczała bałwochwalczym uwielbieniem, miłością i czcią nędzarzy, zahipnotyzowanych milionami, jakie rosły w jego rękach z szybkością lawiny
śnieżnej.<end id="e1308566589822-1851175564"/></akap>


<akap>Przed czterdziestu laty, pamiętał dobrze te czasy,
gdy Bucholc szedł już do milionów, on zaczynał karierę
jako subiekt jakiegoś nędznego kramu na Starym Mieście ze specjalnością nawoływania i ciągnięcia kupujących, odnoszenia paczek do domów, uprzątania czasami
sklepu i trotuaru przed nim. Wystawał całe miesiące na
trotuarze, żarty przez mrozy, moczony przez deszcze,
palony przez skwary, popychany przez przechodniów,
zawsze prawie głodny i obdarty, zawsze ochrypnięty od
nawoływań, bez pieniędzy, sypiający za rubla miesięcznie
w jakiejś strasznej norze nędzy żydowskiej, jakich pełno
po miastach.</akap>


<akap>Potem zniknął nagle z trotuaru, na którym żył.</akap>


<akap>Zjawił się po paru latach nieobecności na bruku
łódzkim i nikt go nie poznał.</akap>


<akap>Przyjechał z trochą pieniędzy i zaczął prowadzić
interes na własną rękę.</akap>


<akap>Uśmiechnął się w tej chwili z politowaniem do
tamtych czasów, przypomniał sobie ten nędzny wóz,
którym rozwoził towar po wsiach okolicznych, tego konia, którego pasał nad drogami albo w zbożach chłopskich, tę stałą, okropną, nędzę, jaka go wciąż żarła, bo
z pięćdziesięciu rubli kapitału, wliczając w to wóz i konia, musiał żywić siebie, konia, żonę i dzieci.</akap>


<akap>Potem te pierwsze warsztaty tkackie, jakie założył,
te tysiące drobnych oszustw na wadze surowego materiału, jaki wydawał tkaczom, biorącym robotę do domu,
na miarze, na własnym i swej rodziny żołądkach, na
wszystkim --- nim zaryzykował wydzierżawić jakąś
opuszczoną fabryczkę.</akap>


<akap>On pierwszy, gdy mu iść zaczęło, pozaprowadzał
agentów po miasteczkach, sam nie spał, nie jadł, nie
żył, robił tylko i oszczędzał.</akap>


<akap>On pierwszy dawał na kredyt każdemu kto tylko
chciał i sam zaczął obracać kredytem, bo Bucholc i niemieccy fabrykanci łódzcy posługiwali się na stary sposób --- gotówką.</akap>


<akap>On pierwszy rozpoczął robić tandetę, obniżać jakość produkcji łódzkiej, która do jego czasów cieszyła
się dobrą opinią.</akap>


<akap>On prawie pierwszy wprowadził, rozwinął i udoskonalił cały system wyzysku wszystkich i wszystkiego.</akap>


<akap>Po pożarze, jaki go dotknął, postawił własną fabrykę na tysiąc ludzi.
Stanął na fundamentach.</akap>


<akap>A szczęście szło za nim nieodstępnie; dziesiątki tysięcy, setki, miliony zaczęły płynąć ze wszystkich stron
do jego kas; szły z pańskich dworów, z chałup chłopskich, z przeżartych brudem miasteczek, ze stolic, ze stepów, z gór odległych, płynęły coraz szerszymi strumieniami i Szaja rósł i potężniał.</akap>


<akap>Tracili inni, umierali, padali przez nieszczęścia
i klęski ogólne, Szaja stał twardo, ciągle stare pawilony
paliły się, a nowe i potężniejsze powstawały i ssały coraz potężniej ziemię, materiały, ludzi, mózgi, konkurentów
i przerabiały to wszystko na miliony dla Szai.</akap>


<akap>Bucholc zawsze był większym, nie mógł go prześcignąć.</akap>


<akap>Szaja rósł i wstawała w nim coraz silniejsza żądza pokonania Bucholca, on każdego rubla, jakiego zarobił tamten, liczył za ukradziony i wydarty sobie, żył
tą chimeryczną nadzieją, że go przerośnie, że przerośnie
wszystkich, że ujrzy się tak wielkim nad Łodzią, jak ten
komin potężny od maszyn głównych, który potworną
sylwetką majaczył teraz w nocy, że zostanie królem tej
Łodzi.</akap>


<akap>Bucholc wciąż był pierwszym, z nim się liczyła
opinia kraju, jego słowo równało się monecie brzęczącej, u niego szukano rady i inicjatywy w wielu kwestiach ogólniejszych, jego towary miały najlepszą markę,
jego otaczał pewien szacunek, gdy tymczasem Szaję, nawet równi mu szwindlami, obrzucali pogardą i nienawiścią.</akap>


<akap>Szaja nie mógł tego zrozumieć, zdawało mu się,
że Bucholc obdziera go nie tylko z pieniędzy, ze wszystkiego, czego pragnął dla siebie, obdziera go z zaszczytu
panowania nad tym morzem kominów.</akap>


<akap>Nienawidził go za to jeszcze więcej.</akap>


<akap>Chodził wciąż po ciemnym pokoju, spoglądał przez
szyby na fabryki, to na domy robotników, oświetlone jak latarnie, i przystanął. Założył okulary i zaczął patrzeć na trzecie piętro domu, stojącego wprost pałacu,
w trzy mocno oświetlone okna, poza którymi migotały
czarne sylwetki ludzi.</akap>


<akap>Otworzył lufcik i słuchał.</akap>


<akap><begin id="b1308567099912-1864215436"/><motyw id="m1308567099912-1864215436">Zabawa, Pieniądz, Władza, Skąpiec</motyw>Drżący głos skrzypiec śpiewał jakiegoś sentymentalnego walca, wtórowała mu jękliwie wiolonczela, to
muzyka cichła, a natomiast wybuchał gwar kilkunastu
głosów i śmiech rozlewał się kaskadą bujną na cichą
ulicę razem z brzękiem szklanek i talerzy.</akap>


<akap>Bawiono się wesoło.</akap>


<akap>Szaja nacisnął guzik elektryczny na lokaja.</akap>


<akap_dialog>--- Kto tam mieszka? --- zapytał ostro, wskazując
na okna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz się dowiem, jaśnie panie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja jestem chory, a oni się bawią! Za co oni
się bawią? Skąd oni mają na zabawę? --- myślał zirytowany, nie mogąc oderwać wzroku od tych okien.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dom E, trzecie piętro, pięćdziesiąty szósty numer, mieszka tam Ernest Ramisz, majster z piątej sali
tkackiej --- recytował prędko lokaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Pójdziesz i powiesz, żeby przestali grać,
bo ja spać nie mogę, że ja sobie nie życzę, coby oni
się bawili. Każ konie założyć. Ernest Ramisz musi za
dużo brać, kiedy go stać na zabawy --- powtarzał, wrażając sobie w pamięć to nazwisko.<end id="e1308567099912-1864215436"/></akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>VIII</naglowek_rozdzial>




<akap_dialog>--- Przyjadę w tej chwili. Do widzenia --- odpowiadał ze złością Borowiecki do telefonu, bo Lucy go
prosiła, aby natychmiast przyjechał do lasku Milscha, gdyż
ma niesłychanie ważny interes.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na taki czas jechać do lasku! Wariatka, jak
Boga kocham --- szeptał ze złością.</akap_dialog>


<akap>Od szóstej bowiem siedział w kantorze, nie miał
ani chwili wolnego czasu, chodził do fabryki pilnować
drukowania nowych deseni, jeździł do centralnego biura
w kwestii nadużyć, jakie Bucholc odkrył w głównym
magazynie, latał, pisał, wydawał tysiące poleceń, tysiące
spraw kotłowało mu się w mózgu, tysiące ludzi czekało
na jego dyspozycje, setki maszyn oczekiwały rozkazów,
kłócił się z Bucholcem, był zdenerwowany do tego kilkudniowym oczekiwaniem na telegram od Moryca, jak stoi
bawełna, był zmęczony pracą, tym strasznym, codziennym
jarzmem, jakie, wyręczając Knolla, wziął na swój kark,
ogłuszony rozmiarami i ilością interesów, jakie musiał
prowadzić, a tu jeszcze ta wariatka woła go gdzieś za
miasto, na schadzkę.</akap>


<akap>Irytował się coraz bardziej.</akap>


<akap>Nie miał nawet dzisiaj czasu wypić herbaty, bo
Bucholc, chociaż chory, kazał się zanieść do kantoru
z fotelem, do wszystkiego się wtrącał, krzyczał na wszystkich i rozsiewał tylko strach i zamieszanie pomiędzy
urzędnikami.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki --- zawołał, siedząc z obwiniętymi nogami, w wytartej, futrzanej czapce na głowie
i z kijem na kolanach. --- Zatelefonuj pan do Marksa,
żeby nie dawać ani za rubla towaru Milnerowi w Warszawie. On miał u nas kredyt i za dużo już jest winien,
a mam właśnie notę o nim, że bardzo prędko idzie
do plajty.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki zatelefonował i przeglądał jakieś potężne kolumny cyfr.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Horn! Sprawdź pan ten fracht, tam jest
omyłka, kolej pobrała za dużo, musieli z innego numeru taryfy policzyć --- zawołał do Horna, który już od
kilku dni, to jest od niedzieli, został przeniesiony na żądanie Bucholca z podręcznego kantoru drukarni i blichu
do jego osobistego.
Horn, bardzo blady, z oczami zaczerwienionymi
zmęczeniem i bezsennością, rachował sinymi ustami machinalnie, mylił się, nie mógł skupić uwagi, kolumny
cyfr tańczyły mu przed oczami niby kłęb sadzy.</akap_dialog>


<akap>Ziewał ciągle i znudzonym wzrokiem spoglądał na
zegar; czekał z utęsknieniem południa.</akap>




<akap_dialog>--- Tej babie, którą pan protegujesz, niech dadzą
dwieście rubli i niech idzie się zapić. Ona cała ze swoimi
szczeniakami nie warta pięćdziesięciu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To wydział prawny załatwił tę sprawę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, ona musi nas pokwitować urzędownie.
Bauer, dopilnuj tej sprawy, niech się to skończy nareszcie, bo babę jeszcze kto namówi, żeby nas zaskarżyła
do sądu.</akap_dialog>


<akap>Horn pochylił niżej głowę, aby ukryć złośliwy,
tryumfujący uśmiech.</akap>


<akap_dialog>--- Pan prezes ma konie w domu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potrzebne panu, to pan bierz, bierz pan, ile
razy potrzeba. Zaraz zatelefonuję do stajni. Kundel, popchnij --- krzyknął na lokaja, który popchnął fotel pod
telefon, funkcjonujący w obrębie fabryk jego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stajnia! --- krzyknął, dzwoniąc gwałtownie. --- Powóz natychmiast do pałacu. Ile razy zażąda koni pan
Borowiecki --- przyjeżdżać! Bucholc mówi, kundlu! --- krzyknął w odpowiedzi telefonistce, zapytującej się, kto
mówi.</akap_dialog>


<akap>Lokaj z powrotem przysunął go do biurka i stanął z boku.</akap>


<akap_dialog>--- Horn, siądź pan przy mnie, podyktuję. Pan się
prędzej ruszaj, kiedy ja mówię do pana --- krzyknął
ze złością.</akap_dialog>


<akap>Horn zagryzł tylko usta, usiadł i pisał po dyktandzie, które mu szybko rzucał Bucholc, nie przestając
załatwiać równocześnie innych interesów i krzycząc
chwilami:</akap>


<akap_dialog>--- Pan nie śpij! Ja panu nie za spanie płacę --- i mocno stukał kijem w podłogę.</akap_dialog>


<akap>Horna tak to irytowało, taki był zresztą dzisiaj zniecierpliwiony, że z trudem hamował wybuch,
wrzał cały.</akap>


<akap>Telefon zaczął dzwonić.</akap>


<akap_dialog>--- Baron Oskar Meyer pyta się, czy zastanie za
pół godziny pana prezesa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki, powiedz mu pan, że nie przyjmuję nikogo, leżę w łóżku.
</akap_dialog>


<akap>Karol odtelefonował natychmiast i słuchał znowu.</akap>




<akap_dialog>--- Czego on jeszcze chce?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówi, że ma ważny, osobisty interes.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308580553516-3901679806"/><motyw id="m1308580553516-3901679806">Szlachcic, Pieniądz</motyw>--- Nie przyjmuję! --- zakrzyczał. --- Baron Oskar
Meyer może mieć ważny interes do mojego psa, a nie
do mnie. Kundel! Cham! --- mruczał w przestankach
dyktanda.</akap_dialog>


<akap>Nie cierpiał bowiem Meyera i kpił najgłośniej
w Łodzi z baroństwa, jakie sobie kupił w Niemczech
Meyer, dawny jego tkacki robotnik, a dzisiaj fabrykant
wyrobów wełnianych, rozporządzający milionami.<end id="e1308580553516-3901679806"/></akap>


<akap_dialog>--- Spiesz się pan! --- zawołał ze złością na Horna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Obu rękami pisać nie umiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to znaczy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę prędzej pisać, niż piszę.</akap_dialog>


<akap>Bucholc dyktował dalej i wolniej nieco, bo Horn,
jakby na złość, pisał niesłychanie wolno i coraz mocniej
ściągał brwi z gniewu.</akap>


<akap>W kantorze zrobiło się cicho.</akap>


<akap>Borowiecki już w palcie stał pod oknem i niecierpliwie czekał na konie.</akap>


<akap>Urzędnicy, z przykutymi do pulpitów twarzami, pracowali gorączkowo, bojąc się głośniej oddychać lub
słowo zamienić ze sobą, ze względu na obecność Bucholca, który wszystkich przejmował strachem, prócz
jednego Bauera, starego przyjaciela i powiernika prezesa,
tego samego, który musiał zakomunikować tajemnie ową
depeszę Zukerowi, jak kombinował Karol.</akap>


<akap>Konie wreszcie przyszły i za wychodzącym spiesznie Borowieckim zawołał Bucholc:</akap>


<akap_dialog>--- Zajrzyj pan jeszcze po przyjeździe.</akap_dialog>


<akap>Nie odpowiedział nic, tylko zaklął po cichu, bo
był tak zmordowany robotą i tym wyczekiwaniem denerwującym na depeszę od Moryca, że upadał wprost
ze zmęczenia.</akap>


<akap>Kazał stangretowi jechać do lasku Milscha.</akap>


<akap>Przed starym browarem, olbrzymim budynkiem, na
pół zrujnowanym, który niby trup leżał już za miastem,
kazał zatrzymać konie i zaczekać na siebie.</akap>


<akap><begin id="b1308580789241-2497304981"/><motyw id="m1308580789241-2497304981">Kochanek, Spotkanie, Ruiny, Kochanek romantyczny</motyw>Obszedł te opuszczone mury z powybijanymi oknami,
bez drzwi, bez bram, z dachami pozapadanymi, ze ścianami porozwalanymi, co się rudą cegłą rozsypywały
w grząskie błoto, obszedł jakieś parkany, osłaniające
składy i po rozmiękłym zagonie, zapadając po kostki
w błoto, wszedł do tak zwanego lasku Milscha.</akap>


<akap_dialog>--- Niech diabli wezmą histeryczki! --- klął coraz
energiczniej, bo gliniasta, rozmiękła ziemia tak oblepiała
mu obuwie, że z trudem wyciągał nogi --- romantyczka
jerozolimska! --- dodawał ze złością, bo czuł się śmiesznym w tej roli kochanka, zmuszonego po błocie lecieć
na schadzkę gdzieś aż na drugi koniec miasta, do lasu,
w marcu!<end id="e1308580789241-2497304981"/></akap_dialog>


<akap>Dzień był posępny, chmury płynęły nisko nad ziemią i rozsączały się z wolna w drobny, przenikliwy deszcz.
Łódź tonęła w brudnych, prawie czarnych oparach i dymach, które leżały niby opona nad miastem, jakby się
wspierając na tysiącach kominów.</akap>


<akap>Borowiecki przystanął chwilę pod ścianami restauracji letniej, przypierającej do lasu, która teraz była
zamknięta, okna miały kagańce okiennic, wielkie werendy były zapchane stołami i krzesłami i drzwi pozabijane deskami, tylko pomiędzy nagimi drzewami, nad
żółcącymi się żwirem uliczkami, bieliły się nieposprzątane ławki, zarzucone gnijącymi liśćmi.</akap>


<akap>Ciszej było za tą zasłoną, ale że stąd nic nie mógł
dojrzeć, zapuścił się w lasek.</akap>


<akap><begin id="b1308580985457-3488697878"/><motyw id="m1308580985457-3488697878">Las, Miasto</motyw>Lasek był nędzny, świerkowy i konał powoli, zabijało go sąsiedztwo fabryk, te niezliczone studnie, wiercone coraz głębiej, które osuszały okoliczne grunta i zabierały drzewom wszelką wilgoć i ta rzeczka odpływów
ścieków fabrycznych, co, niby różnokolorowa wstęga
przewijała się pomiędzy pożółkłymi drzewami, wsączała
rozkład w te potężne organizmy i roztaczała dokoła zabójcze miazmaty.<end id="e1308580985457-3488697878"/></akap>


<akap>Pod osłoną drzew, na dróżkach leżał jeszcze śnieg,
a drogą, którą zimą nikt nie jeździł, a chodzili tylko
robotnicy z pobliskich wsi, ciągnęły się głębokie ślady
stóp, wyciśnięte w zielonawym, przemiękłym śniegu.</akap>


<akap>Borowiecki ślizgał się po błocie i po śniegu, potykał się o korzenie drzew i szedł w głąb, nie mogąc
nigdzie dojrzeć Lucy.</akap>


<akap>Zirytowany bezowocnym poszukiwaniem i zimnem,
i tą wilgocią przejmującą, miał już zawrócić do powozu, gdy zza grubszego drzewa, gdzie stała zaczajona,
rzuciła mu się na szyję Lucy z taką gwałtownością,
że mu zrzuciła kapelusz na ziemię.</akap>


<akap_dialog>--- Kocham cię, Karl! --- szeptała, całując go namiętnie.</akap_dialog>


<akap>Odpowiedział na pocałunek, ale nie rzekł nic, bo
mu się chciało kląć ze złości.</akap>


<akap>Ujęła go pod ramię i spacerowali tak pomiędzy
drzewami, po rozkwaszonym, oślizgłym gruncie.</akap>


<akap>Las szumiał jakoś smutnie i głucho i trząsł na
nich razem z igłami schnących świerków deszcz, co
z szelestem coraz głośniejszym trzepał w gałęzie.</akap>


<akap>Lucy rozmawiała niestrudzenie, przeplatając rozmowę pocałunkami i pieszczotliwym, kocim przytulaniem się do niego. Paplała, jak dzieciak, o wszystkim,
przeskakiwała z przedmiotu na przedmiot, nie kończąc
jednego zdania, zaczynała drugie pocałunkiem. Wybuchała wesołym, szczerym śmiechem za najlżejszym powodem.</akap>


<akap>Wyglądała przy tym prześlicznie, w jakimś półwiosennym angielskim kostiumie, w wielkiej futrzanej pelerynie czarnej, z kołnierzem à la Medicis z piór strusich,
w ogromnym czarnym kapeluszu, spod którego jej
cudowne oczy świeciły się jak dwa szafiry.</akap>


<akap>Porywało ją to romantyczne spotkanie z kochankiem.</akap>


<akap>Nie chciała się z nim spotkać w mieście, bo pragnęła nadzwyczajności jakiej bądź, pragnęła niepokoju,
dreszczu emocji. Wymyśliła więc to spotkanie w lesie
i teraz się nim rozkoszowała całą swoją duszą znudzoną, nie zwracając nawet uwagi na milczenie Karola,
który odpowiadał zaledwie monosylabami i często spoglądał na zegarek.</akap>


<akap>Co ją to obchodziło, był przy niej, czasem oddawał pocałunek tak namiętnie, że aż białawą mgłą zachodziły jej oczy, mogła mu mówić o swojej miłości,
mogła mu się rzucać co chwila w ramiona i mogła
uczuwać to słodkie zdenerwowanie, przesycone obawą,
aby ich kto nie spostrzegł.</akap>


<akap>Oglądała się co chwila z przestrachem na wszystkie strony, a gdy drzewa zaszumiały głośniej lub wrony
z krzykiem zrywały się z drzew i leciały ku miastu,
przytulała się do niego z krzykiem przerażenia i trzęsła
się cała, że musiał rozwiewać jej obawy pocałunkami
i zapewnieniami, że są zupełnie bezpieczni.</akap>


<akap_dialog>--- Karl, masz rewolwer? --- zapytała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyjmij, mój złoty, mój jedyny. Widzisz będę
się czuć bezpieczniejszą. Nie dałbyś mnie, prawda? --- szeptała, przyciśnięta do niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, możesz być pewną. Ale czego się boisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie wiem czego, ale się bardzo boję, bardzo --- i oczy jej biegały szybko po lesie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tutaj nie ma zbójców, daję ci słowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzież tam, czytałam niedawno, że w tym lesie
zabili powracającego z roboty robotnika, wiem z pewnością, że tutaj zabijają --- wstrząsnęła się nerwowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bądź spokojną, przy mnie nic ci się złego nie
stanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem, ty musisz być bardzo odważny. Kocham
cię, Karl, pocałuj mnie, tylko mocno, mocno.</akap_dialog>


<akap>Zaczął ją całować.</akap>


<akap_dialog>--- Cicho! --- zawołała, odrywając usta od jego
ust. --- Ktoś woła!</akap_dialog>


<akap>Nikt nie wołał; las szumiał i pochylał się wolno
i automatycznie, wysokie drzewa zdawały się koronami
rozmiatać kłęby mgieł, co płynęły z pól coraz chyżej i coraz niklejsze, bo deszcz poczynał padać rzęsisty i sypał
się na las niby grube ziarno, i bębnił z łoskotem w blaszane dachy restauracji.</akap>


<akap>Karol rozłożył parasol i stanęli pod drzewem, które
ich nieco ochraniało.</akap>


<akap_dialog>--- Zamoczysz się, bardzo mi żal, że na taką pogodę jesteś wystawiona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Karl, ja to bardzo lubię.</akap_dialog>


<akap>Zdjęła rękawiczkę i wystawiła długą, białą rękę na
deszcz.</akap>


<akap_dialog>--- Jeszcze się przeziębisz i rozchorujesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To byłoby dobrze, leżałabym w łóżku i mogłabym ciągle, ciągle myśleć o tobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, ale ja nie mógłbym cię wtedy widzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308581557873-2326671992"/><motyw id="m1308581557873-2326671992">Miłość, Błoto, Praca, Spotkanie, Kochanek</motyw>--- O, to nie chcę. Już całe trzy dni cię nie widziałam i nie mogłam wytrzymać, musiałam koniecznie
z tobą się spotkać. A ty, czy myślałeś o mnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musiałem, bo nie potrafiłem myśleć o czym
innym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to dobrze. Czy ty mnie jeszcze kochasz,
Karl?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocham, wątpisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierzę ci, że będziesz mnie kochał zawsze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawsze.</akap_dialog>


<akap>Usiłował zmiękczyć głos i twarzy nadać ton szczęśliwości, ale nie bardzo mu się to udawało, bo kamaszki
mu przemiękły, miał pełne kalosze wody i błota, a zresztą
tyle jeszcze dzisiaj roboty.<end id="e1308581557873-2326671992"/></akap>


<akap>Byli ze sobą z godzinę i zdecydowała się dopiero
do powrotu, gdy jej twarz i ręce tak zziębły, że musiał
je rozgrzewać pocałunkami, a przy rozstaniu, kiedy zapytał, czy istotnie miała tak ważny interes, o którym
telefonowała, rzuciła mu się na szyję.</akap>


<akap_dialog>--- Kocham cię, chciałam ci to powiedzieć, chciałam cię widzieć!</akap_dialog>


<akap>Odeszła wreszcie i powracała po kilka razy, żeby
się raz jeszcze pożegnać i raz jeszcze zapewnić go o swojej miłości i prosić, żeby się nie wychylał z lasu, póki
nie wsiądzie do powozu, czekającego w uliczce, obstawionej parkanami.</akap>


<akap>Świstawki obiadowe zaczynały przecinać powietrze
ze wszystkich stron, gdy się wydostał do powozu i prawie galopem pojechał do kantoru.</akap>


<akap>Zastał tylko Bucholca i Horna, bo reszta już się
rozproszyła na obiad.</akap>


<akap_dialog>--- Pan za mocno akcentujesz swoje słowa --- szeptał Bucholc, wyciągając się w fotelu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie umiem inaczej mówić --- warczał Horn.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potrzeba, żebyś się pan nauczył, bo ja tego
nie znoszę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To mi jest <slowo_obce>Schwam-drüber</slowo_obce><pe><slowo_obce>Schwam-drüber</slowo_obce> (niem. <slowo_obce>Schwamm drüber</slowo_obce>) --- zapomnijmy o tym; nieważne.</pe>, panie prezesie --- mówił prawie spokojnie, tylko usta mu drgały nerwowo, a niebieskie oczy pociemniały nagle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do kogo to pan mówisz? --- podniósł nieco głos.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do pana prezesa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Horn, ja pana ostrzegam, bo ja za wiele
cierpliwości nie mam, ja panu...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie potrzebuję wiedzieć, czy pan jest cierpliwy czy nie, to mnie nie obchodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie przerywaj pan, kiedy ja mówię, kiedy Bucholc mówi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie widzę przyczyny, dlaczego nie może być
cicho Bucholc, kiedy Horn mówi.</akap_dialog>


<akap>Bucholc zerwał się, ale tylko syknął z bólu, gładził przez chwilę okręcone nogi i oddychał ciężko, przykrył powiekami oczy, złość nim trzęsła, ale milczał, bo
chciał panować nad sobą.</akap>


<akap>Horn, który z całą świadomością i nawet z pewną
metodą rozdrażniał go coraz bardziej, złożył księgi, najspokojniej zabrał swoje ołówki, gumy i obsadki, owinął
je w papier i schował do kieszeni.</akap>


<akap>Robił to wszystko bardzo wolno i spoglądał na
Borowieckiego, który zdumiony jego zachowaniem i tą
niesłychaną kłótnią, nie wiedział, co zrobić ze sobą. Nie
mógł wziąć strony Horna, bo nie wiedział, o co im poszło, a zresztą nie ująłby się i tak za nim, bo więcej
go obchodził Bucholc. Patrzał więc zgorszony na Horna,
który spokojnie kładł kalosze i uśmiechał się sinymi
z irytacji ustami.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308582279842-3755567192"/><motyw id="m1308582279842-3755567192">Sługa, Władza, Przemoc, Kłótnia</motyw>--- Pan u mnie miejsca nie masz, ja pana wyrzucam --- szepnął Bucholc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja sobie robię grubą nieprzyzwoitość z pana
i z pańskiego miejsca.</akap_dialog>


<akap>Wsadził drugi kalosz.</akap>


<akap_dialog>--- Prócz tego każę cię wyrzucić za drzwi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spróbuj chamie! --- krzyknął, ubierając się
spiesznie w palto.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kundel, za drzwi z nim! --- szepnął jeszcze ciszej Bucholc, ściskając nerwowo kij.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj spokój, August, nie próbuj, bo tobie razem
z twoim panem nadłamię żeber.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Verflucht</slowo_obce><pe><slowo_obce>verflucht</slowo_obce> (niem.) --- przeklęty.</pe>! Za drzwi z nim! --- zakrzyczał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Milczeć, złodzieju! --- ryknął Horn, chwytając za
jakiś ciężki stołek i gotów był bić, gdyby go był ktokolwiek dotknął. --- Milczeć, ty szwabska mordo! Ty szakalu!
--- rzucił stołkiem pod biurko i wyszedł, trzasnąwszy tak silnie drzwiami, aż wszystkie szyby z nich wyleciały.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki wysunął się już przedtem.</akap>


<akap>Bucholc opadł z jękiem, nieprzytomny prawie
z gniewu, miał tyle tylko sił, że nacisnął guzik elektryczny i przyduszonym, ochrypłym głosem szepnął:
</akap>


<akap_dialog>--- Policja.</akap_dialog>




<akap>Długa cisza zapanowała w pustym kantorze. Lokaj
stał bez ruchu, przestraszony i nie wiedział, co robić,
patrzył na twarz siną Bucholca i na wykrzywione z bólu
usta, który oprzytomniał wreszcie, otworzył oczy, popatrzył na pusty kantor, poprawił się w fotelu i po długiej chwili zawołał łagodnie:</akap>


<akap_dialog>--- August!</akap_dialog>


<akap>Lokaj podszedł ze strachem, bo jak tylko wołał
po imieniu i udawał łagodnego, wtedy był najstraszniejszym.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie pan Horn?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaśnie pan go wyrzucił, to i poszedł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. A gdzie pan Borowiecki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zajrzał tylko i zaraz wyszedł, musiał iść na
obiad, bo już po dwunastej, fabryki dosyć dawno gwizdały na południe --- przeciągał umyślnie odpowiedzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Stań z boku.</akap_dialog>


<akap>Lokaj drgnął, ale wypełnił rozkaz.</akap>


<akap_dialog>--- Słucham! --- rzekł bardzo pokornym głosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kazałem ci wyrzucić tego psa, dlaczego nie
słuchałeś, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaśnie panie, on sam wyszedł! --- zaczął się tłumaczyć ze łzami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Milczeć! --- krzyknął i uderzył go z całej siły
kijem przez twarz.</akap_dialog>


<akap>August bezwiednie cofnął się w tył.</akap>


<akap_dialog>--- Stój, chodź bliżej!</akap_dialog>


<akap>I gdy lokaj pod wpływem strachu znowu się
przysunął, przytrzymał go za rękę i potężnie obłożył
kijami.</akap>


<akap>August nie próbował się nawet wydzierać, odwrócił tylko twarz, żeby ukryć łzy, które mu się strumieniem lały po wygolonych policzkach, a gdy Bucholc
przestał go bić, śmiertelnie zmęczony, i leżał w fotelu,
jęcząc, zaczął obwijać mu nogi we flanele, które się pozsuwały podczas gwałtownych poruszeń.<end id="e1308582279842-3755567192"/></akap>


<akap>Karol tymczasem, nie chcąc być świadkiem awantury, wyniósł się i pojechał na obiad.</akap>


<akap>Jadał w tak zwanej ,,kolonii" na Spacerowej.</akap>


<akap>,,Kolonię" składało kilkanaście kobiet, Polek, wyrzuconych przez los z różnych części Kraju na bruk
łódzki.</akap>


<akap>Były to przeważnie rozbitki życiowe: wdowy, eks-obywatelki ziemskie, eks-kapitalistki, eks-panie, stare
panny i młode dziewczyny, które przyszły tutaj szukać
pracy. Bieda je połączyła i bieda wyrównała pomiędzy
nimi różne towarzysko-kastowe nierówności.</akap>


<akap>Zajmowały na ulicy Spacerowej całe piętro, urządzone na sposób hotelowy. Korytarz biegł wzdłuż całego
mieszkania i kończył się przy wielkim, narożnym pokoju,
służącym za wspólną dla wszystkich jadalnię.</akap>


<akap>Karol i Moryc jadali tam obiady razem z kilkoma
kolegami.</akap>


<akap>Przyszedł spóźniony nieco, bo wielki okrągły stół
był już obsadzony stołownikami.</akap>


<akap>Jedzono pośpiesznie w milczeniu, nikt nie miał
czasu na pogawędkę, a wszyscy co chwila podnosili
głowy i nadsłuchiwali, czy nie odzywają się już świstawki.</akap>


<akap>Karol usiadł obok tej baronowej, która w sobotę
przewodniczyła w loży, uścisnął kilka rąk w milczeniu,
kiwnął kilka razy głową dalej siedzącym i zabrał się do
jedzenia.</akap>


<akap_dialog>--- Horna nie było jeszcze? --- zapytał ktoś przez
stół pani Łapińskiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spóźnia się jakoś dzisiaj --- szepnęła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdzie dopiero wieczorem --- poinformowała
młoda dziewczyna, z obciętymi krótko włosami, które co
chwila odgarniała z czoła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego, Kama?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308582981367-3987335038"/><motyw id="m1308582981367-3987335038">Praca, Władza, Kłótnia, Odwaga, Głupota</motyw>--- Miał dzisiaj zrobić awanturę Bucholcowi i wymówić mu miejsce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówił Kamie o tym? --- zapytał żywo Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taki plan miał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On nigdy, jak widzę, nie robi nic bez planu --- chodząca metoda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawzięty Niemczyk!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, pan Sierpiński nazywa Horna Niemczykiem,
ciociu! --- zaprotestowała Kama.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie tylko zawzięty, on ma nawet w gniewie
metodę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, widziałem go raz, jak u nas w kantorze
kłócił się z Müllerem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja przed chwilą zostawiłem go w podobnej
sytuacji z Bucholcem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co się stało, panie Karolu? --- zawołała żywo
Kama i przybiegła do Borowieckiego, zanurzyła mu we
włosy swoją drobną, dziecinną jeszcze rączkę i pociągając go za głowę, wołała rozpieszczonym głosikiem: --- Ciociu, niech pan Karol powie!</akap_dialog>


<akap>Kilka głów podniosło się znad talerzy.</akap>


<akap_dialog>--- Przy mnie nic się nie stało jeszcze, a co po
moim wyjściu --- nie wiem. Szło na ostro. Horn z całą
serdecznością przekonywał Bucholca, że jest złodziejem
i szwabską mordą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, ha, brawo Horn, dzielny chłopak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szlachecka krew, panie dobrodzieju, tak czy
owak, a zawsze się pokaże --- mruczał Sierpiński ukontentowany, obcierając potężne, wyczernione wąsy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja pana kocham, bo pan jest porządny szlachcic, prawda ciociu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja Kamę, panie dobrodziejski, także...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocham tak czy owak --- dokończyła Kama ze
śmiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie tyle ma Horn dzielności, ile zwykłego, bezmyślnego zawadiactwa --- powiedział Karol niechętnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zabraniamy tak mówić o Hornie --- wołały kobiety, spoglądając na Kamę, która puściła głowę Karola,
odsunęła się gwałtownie i rozczerwieniona, a pałającymi
oczami mierzyła go gniewnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie odwołam, com powiedział i nie przestanę
tego dalej dowodzić. Chciał rzucić miejsce --- mógł;
miał jakie pretensje do Bucholca, mógł je wyłuszczyć;
z Bucholcem łatwiej się porozumieć niż z innymi, bo
Bucholc ma rozum. Ale po co było robić podobną
awanturę, chyba tylko dla popisu, żeby o nim w Łodzi
mówiono. Tak, chłopaczki będą podziwiać jego śmiałość
i odwagę. Wielkie bohaterstwo --- nawymyślać choremu
człowiekowi. Bucholc mu tego nigdy nie daruje, będzie
się na nim mścił do śmierci, on ma dobrą pamięć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, to nie długo, dzięki Bogu, bo on podobno
bardzo chory --- zawołała z uniesieniem Kama.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kama, co ty wygadujesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A zresztą, figę mu zrobi. Horn pojedzie do
Warszawy, do domu i będzie sobie kpił z Bucholca.
Prawda, ciociu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co nawymyślał Szwabowi, to mu nikt tego
nie odbierze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bucholc ma długie ręce, dostaną i do Warszawy. Znajdzie sposób zwrócenia na niego uwagi, zrobi
tak, jak zrobił Müller z Obrębskim i Horn może się dobrze przechłodzić, będzie miał czas.<end id="e1308582981367-3987335038"/></akap_dialog>


<akap>Świstawka gdzieś niedaleko rozległa się przeraźliwie.</akap>


<akap_dialog>--- Krzeczkowski, to twój słowik cię wabi --- zaśmiał się któryś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechaj straci głos --- szepnął wysoki, chudy
blondyn w okularach, podniósł się i wyszedł z pośpiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy istotnie szło tak ostro, panie Karolu --- pytała pani Stefania, przysiadając się do niego, również
dzisiaj liliowa, jak i w sobotę była w teatrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więcej jak ostro, bo Horn gotów był się rzucić na Bucholca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zuch chłopak, panie dobrodziejski, trzeba było
Szwaba przytrzymać za czuprynę i potem tak, i owak,
z jednej i drugiej strony nafasonować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Sierpiński, to nie sprawa z ratajem<pe><slowo_obce>rataj</slowo_obce> --- robotnik sezonowy na wsi; wyrobnik.</pe>.<begin id="b1308583331611-512443854"/><motyw id="m1308583331611-512443854">Praca, Jedzenie, Czas, Dźwięk, Robotnik</motyw></akap_dialog>


<akap_dialog>--- A cóż to, wiadomo, panie dobrodziejski, że Bucholc traktuje wszystkich jak psów. Psiakrew --- zatkał
gwałtownie usta. --- Przepraszam, panie dobrodziejki,
zapomniałem się, ale moje bydlę już na mnie ryczy --- mówił spiesznie, całował wszystkie kobiety w ręce z pośpiechem, bo gruby, huczący świst przedzierał się przez
szyby i wołał go do roboty. </akap_dialog>


<akap>I tak prędko po kolei odrywali się od stołu, rzucali niedokończony obiad, kiwali głowami, nie mając
czasu na inne pożegnania i wybiegali, ubierając się już
w palta na schodach i lecieli do fabryk, porywani tymi
świstami, co jak kanonada rozlegały się nad miastem
i zwoływały do pracy. Każdy znał głos swojej świstawki
i każdy, usłyszawszy ten nienawistny głos, rzucał wszystko
i biegł, aby się tylko nie spóźnić.<end id="e1308583331611-512443854"/></akap>


<akap>Borowiecki tylko nie zważał na to i Malinowski,
młody technik z biura Szai, który wciąż milczał, jadł
i w przerwach pisał coś szybko w notesie, leżącym obok
talerza, czasem powłóczył zielonymi oczami po twarzy
pani Stefanii, wzdychał cicho, przegarniał włosy i kręcił
gałki z chleba, którym się następnie długo przypatrywał.</akap>


<akap>Twarz miał bladą jak surowy perkal, zupełnie popielate włosy i wąsy, no i te dziwne oczy zielone, które
ciągle zmieniały kolor. Zwracał zawsze ogólną uwagę,
bo był bardzo piękny i bardzo nieśmiały, i bardzo zamknięty w sobie.</akap>


<akap_dialog>--- Ciociu, czy pan Malinowski mówił co dzisiaj? --- zapytała Kama, która ze szczególną sympatią torturowała go codziennie.</akap_dialog>


<akap>Łapińska nic nie odpowiedziała, zajęta rozmową
z Borowieckim, a Malinowski opuścił oczy i uśmiechnął
się dziwnie słodko i znowu coś pisał w notesie.</akap>


<akap>I kobiety, siedzące przy stole, zaczęły z wolna podnosić się i wychodzić, każda z nich bowiem pracowała
w jakimś interesie.</akap>


<akap>Dzwonek zadźwięczał w przedpokoju z gwałtownością.</akap>


<akap_dialog>--- To mój Mateusz, telegram! --- zawołał Karol,
znający dobrze sposób dzwonienia famulusa, który istotnie wszedł zaraz, niosąc telegram od Moryca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To przyszło dopiro i zaraz jezdem --- meldował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A <wyroznienie>to</wyroznienie> niech zawsze wyciera nogi w przedpokoju, jeśli <wyroznienie>to</wyroznienie> ma zabłocone buty! --- komenderowała
energicznie Kama.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki, nie zważając na ciekawe spojrzenia,
usunął się pod okno i czytał:</akap>


<dlugi_cytat><akap>,,Dobrze. Knoll, Zuker, J. Mendelsohn --- kupują. Pierwszą partię wysłałem rano. Zwoź do
mnie. Piętnaście procent drożej. Zapasy małe.</akap>


<akap>Za tydzień powrócę".</akap></dlugi_cytat>




<akap>Karol chciwie przeczytał ten telegram i nie mógł
ukryć zadowolenia.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308583588847-576756756"/><motyw id="m1308583588847-576756756">Kobieta, Mężczyzna, Małżeństwo</motyw>--- Dobre wiadomości, panie Karolu? --- zapytała
pani Stefania, patrząc się liliowymi oczami w jego rozjaśnioną twarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo dobre!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od narzeczonej! --- wykrzyknęła Kama.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tylko od Moryca z Hamburga. Ładna narzeczona. Niech Kama będzie grzeczna, to wyswatam za
Moryca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żydziak, nie chcę, nie chcę --- wołała, tupiąc
nogami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to za Bauma.</akap_dialog>


<akap>Kamy już nie było w pokoju.<end id="e1308583588847-576756756"/></akap>


<akap>Zaczął się żegnać z pozostałymi</akap>


<akap_dialog>--- Już przecież pana gwizdawki nie wołają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomimo to dzisiaj mi pilniej niż kiedykolwiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, pan dla nas nigdy nie ma czasu, już
trzy niedziele z rzędu nie było pana wieczorem --- lekki
wyrzut brzmiał w jej głosie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pani Stefanio, nie śmiem wierzyć nawet, że
brak mój zauważono, nie jestem tak zarozumiałym, ale
jestem pewny, że opuszczając te wieczory, straciłem daleko więcej niż pani, daleko więcej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto to wie? --- szepnęła cicho, podając mu
rękę na pożegnanie, którą on ucałował bardzo mocno
i wyszedł.</akap_dialog>


<akap>W przedpokoju zastąpiła mu drogę Kama.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Karolu, ja mam do pana bardzo wielką
prośbę, bardzo wielką, bardzo...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham i z góry obiecuję wszystko spełnić. Niech dziecko prosi.</akap_dialog>





<akap>Kama nie patrzyła na niego; te krótkie, czarne
włosy, poskręcane w pierścionki, zasłoniły jej całe czoło;
nie odgarniała ich wcale; oparta plecami o drzwi, z piąstkami zaciśniętymi, zbierała długo całą swoją odwagę.</akap>


<akap_dialog>--- Niech pan nie prześladuje Horna, niech mu
pan pomoże. On wart tego, on taki dobry, taki szlachetny, a jemu tak źle w Łodzi, tak źle, jego nikt nie
lubi i wszyscy się z niego śmieją, a ja tego nie chcę,
mnie to tak bardzo boli, ja bym tak pragnęła, Jezus
Maria... Ja tego nie chcę! --- wykrzyknęła, wybuchając
płaczem i uciekła do saloniku, gubiąc jeden pantofel z nogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziecko się kocha --- pomyślał, postał chwilę,
podniósł pantofelek i poszedł z nim do saloniku, otworzył drzwi i stanął zdumiony.</akap_dialog>


<akap>Kama, w pończochach tylko, goniła naokoło stołu
małego białego bonończyka, który z pantoflem w zębach
biegał dookoła.</akap>


<akap>Śmiała się do rozpuku i koniecznie usiłowała go
złapać, ale mądry pies umiał się jej zawsze wykręcić
w ostatniej chwili i uciec, a gdy zwalniała pogoń, kładł
pantofelek i szczekał wesoło.</akap>


<akap_dialog>--- Picolo, daj Kamie, słuchaj Kamy Picolo --- wołała do niego, zdradziecko się podsuwając, ale pies przeczuwał manewr, chwytał w zęby pantofel i uciekał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za to ja Kamie oddaję zgubę, chociaż mógłbym
śmiało zatrzymać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciociu! --- zawołała przestraszona, przykucając
na środku pokoju, aby ukryć nogi.</akap_dialog>


<akap>Postawił pantofelek na podłodze i wyszedł szczerze
rozbawiony.</akap>


<akap>Pobiegł do kantoru Moryca obejrzeć składy, gdzie
miała być ładowana bawełna.</akap>


<akap>Powracając, natknął się na Kozłowskiego, tego
operetkowego warszawiaka, poznanego u Murray'a.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Bon jour</slowo_obce>, dyrektorze --- zawołał, wyciągając
rękę w eleganckiej, czerwonej rękawiczce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Morgen</slowo_obce>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdę z panem kawałek.</akap_dialog>


<akap>Zsunął gałką laski cylinder nieco w tył.</akap>


<akap_dialog>--- A i owszem, będzie mi przyjemniej. Jakże interesa?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308584939879-696779937"/><motyw id="m1308584939879-696779937">Kobieta, Mężczyzna, Strój</motyw>--- Świetnie, ma się wie. Pomysł doskonały, już
mam, szukam tylko pieniędzy. Rzepa, nie facetka, o! --- zawołał, wykręcając się za jakąś kobietą i z ukontentowaniem nasunął sobie laską cylinder mocno na czoło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to, w tej branży chcesz pan pracować?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zrobiłbym na tym w Łodzi żadnego interesu. Wczoraj dopiero spotkałem pierwszą ładną kobietę
w Łodzi, ma się wie, że musi być nietutejsza do tego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Są i w Łodzi ładne kobiety.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słowo honoru, że tego nie powiem. A przecież
ciągle jestem na mieście, ciągle szukam, no, bo ma się
wie, bez kobiet i do tego pięknych, nie rozumiem życia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, a ta wczorajsza? --- wywabiał go Karol,
bo go facet zaczął interesować i bawić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, zaraz. Idę Piotrkowską, powracałem
z Grandu. Patrzę, wali wprost na mnie jakaś niewiasta.
Kostium --- szyk, buzia --- caca, figura zacna, włosy smoła, oczy --- szafir przykopcony, biodra --- wal czwórką,
wzrost --- grzeczny, a jakże. No, smok, nie kobieta!
A usta, no, mówię dyrektorowi, dwa najwspanialsze
zraziki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musiał pan jeszcze nie jeść obiadu? --- przerwał mu Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? --- zapytał ostro, zsuwając cylinder
w tył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że panu przyszło takie kulinarne porównanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z dyrektora wesoły pasażer! --- zawołał i po
przyjacielsku klepnął go w brzuch. --- Ma się wie, wykręciłem z miejsca i walę za nią. Ona furt idzie, a ja
za nią. Za Nowym Rynkiem, tam na dole, błoto było
na trotuarze, więc moja facetka parasolik pod pachę,
sukieneczkę w obie rączki i jazda dalej! U! Frajdę miałem zacną, nóżki wprost boskie, można by bucik całować. Obejrzałem ją ze wszystkich boków, a ta wciąż
udaje, że mnie nie widzi. Wyprzedziłem i stanąłem przed
jakąś wystawą, a kiedy nadchodziła, patrzę się jej w oczy.
Uśmiechnęła się cudownie, buchnęło na mnie jak z pieca,
spaliła mnie oczami. Idziemy dalej, ona naprzód, a ja
krok w krok za nią. Kto to może być? Za bardzo ostentacyjnie nie zwraca na mnie uwagi, to coś podejrzanego. A że ja mam pewną metodę, podług której oceniam kobiety, więc zaczynam ją oglądać na fest. Pozory
miała wielkiej wytworności, ale zobaczyłem, że uczesana
była niedbale, to pierwszy minus; kapelusz miała z pewnością paryski, to znowu plus; kostium drogi, wełna
w najlepszym gatunku, solidnie zrobiony i dobrze przystosowany do obecnej pory, to plus drugi; ale patrzę
lepiej i nad bucikami rudzieją zwykłe, ordynarne fil de
cosy; to mnie zmieszało, powinna była mieć jedwab to minus podwójny!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan pracował w damskim interesie? --- przerwał mu ironicznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ale ja się znam na tych rzeczach, badałem je metodycznie, ja, panie, po sposobie ubrania, po
szczegółach garderoby poznaję: kto? skąd? ile?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc któż była owa piękność?</akap_dialog>


<akap>Nie powiedział mu, że z opisu poznał Zukerową.</akap>


<akap_dialog>--- Otóż nie wiem, pierwszy raz zawiodła mnie
metoda. Kapelusz i twarz miała kobiety z towarzystwa --- milionerki; suknia osoby zamożnej --- powozowa; fil de
cosy --- to znowu coś: nauczycielki, żony urzędnika, małego kupca; spódniczka spodnia, bo to zobaczyłem, z żółtej glasy jedwabnej, w tanim gatunku --- uszłaby, ale
cóż, kiedy była ozdobiona bawełnianymi koronkami.
Uważa dyrektor --- bawełnianymi! --- akcentował prawie
ze zgrozą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to oznacza?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tandetę, panie, trotuarową facetkę, a w najlepszym razie wystrojonego parzygnata. To mnie dobiło. Nie przedstawia już dla mnie żadnego interesu.
<begin id="b1308585005379-3192953146"/><motyw id="m1308585005379-3192953146">Błoto</motyw>Obejrzałem ją po raz ostatni, musiała się obrazić, bo
opuściła suknię w błoto i przeszła na drugą stronę
ulicy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No i pan za nią znowu poszedłeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, panie, nie warto było. Gdybym się mylił
w poprzedniej ocenie, to to spuszczenie sukni i zamiatanie nią błota, samo już wystarczyło, aby mnie przekonać, że to zwykła łódzka flądra. Żadna warszawska
szwaczka nawet tego nie zrobi, raz, że mają ładne nogi
i lubią je pokazywać, a po drugie --- błocić suknie... fe?...<end id="e1308585005379-3192953146"/><end id="e1308584939879-696779937"/></akap_dialog>


<akap>Skrzywił się pogardliwie i przystanął.</akap>


<akap_dialog>--- Do widzenia. Muszę tutaj wstąpić --- rzucił mu
Karol i, aby się go pozbyć, wstąpił na rogu pasażu
Meyera do cukierni.</akap_dialog>


<akap>Przyszło mu zaraz na myśl, żeby ,,kolonii" sprawić uciechę.</akap>


<akap>Kupił wielką tacę ciastek, pudełko cukierków i dołączył następujący bilet pod adresem Kamy:</akap>





<dlugi_cytat><akap>,,Niechaj dziecko nie płacze i cukierkami podzieli się z Picolem, może drugi raz nie będzie
kradł pantofelka, i będzie pewne, że ten niegodziwy Karol zrobi wszystko, co tylko będzie
można dla H".</akap></dlugi_cytat>




<akap>Wszystko to kazał posłać na Spacerową.</akap>


<akap_dialog>--- Niechaj i one zarobią coś na moim interesie --- szepnął, wychodząc na ulicę.</akap_dialog>


<akap>Był tak zadowolony z siebie i ze świata, że kłaniał się na lewo i na prawo licznym znajomym, śpieszącym z obiadów do fabryk i kantorów i z pewną
pobłażliwością spoglądał na Kozłowskiego, który po drugiej stronie ulicy szedł za jakimiś kobietami i co chwila
zaglądał im w oczy.</akap>


<akap>Wydał mu się śmiesznym, w palcie na kształt najzwyklejszego worka, z majtkami jasnymi, ostentacyjnie
zawiniętymi z ćwierć łokcia nad lakierkami i cylindrem
na tyle głowy, i z tą ruchliwą niesłychanie twarzą, podobną do mopsika.</akap>


<akap><begin id="b1308585241067-3990701621"/><motyw id="m1308585241067-3990701621">Robotnik</motyw>Trotuary były literalnie zapchane robotnikami, biegnącymi z pośpiechem do fabryk na głos tych niezliczonych świstawek, które przedzierały powietrze; niektórzy biegnąc, dojadali jeszcze obiadu. Stukot drewnianych podeszew zapełnił całą ulicę klekotem, który się
rozpraszał razem z tą falą zakopconych, czarnych, wynędzniałych i obdartych robotników, po bramach i bocznych uliczkach.<end id="e1308585241067-3990701621"/></akap>


<akap><begin id="b1308585316766-1490521516"/><motyw id="m1308585316766-1490521516">Pogrzeb, Błoto</motyw>Bokiem ulicy szedł jakiś ubogi pogrzeb. Białą trumienkę z niebieskim krzyżem po środku, niosło czterech czarno ubranych wyrostków, za kościelnym, który
w niebieskiej pelerynce, zgarbiony, z przekrzywioną łysą
głową, niósł krzyż, człapiąc się sennie po olbrzymim
błocie; za trumienką kilkoro dzieci pod parasolami szło
przy samym trotuarze, bo ich co chwila dorożki, powozy
i olbrzymie platformy, naładowane towarem, spędzały ze
środka ulicy i obryzgiwały czarnym, lepkim błotem trumienkę, którą co chwila obcierała fartuchem jakaś stara
kobieta.</akap>


<akap>Nikt nie miał czasu zwracać uwagi na pogrzeb,
czasem tylko jaki robotnik uchylił czapki albo robotnica
przeżegnała się pobożnie, westchnęła --- i biegli dalej<end id="e1308585316766-1490521516"/>, porywani tymi świstami, co jak ostrza zimne pruły powietrze ciężkie, szare, przesycone dymami, które strugami
brudnymi buchały z niezliczonych kominów, darły się
o dachy i napełniały ulice trudnym do zniesienia zapachem.</akap>


<akap>Borowiecki przystanął, oglądając się za dorożką,
aby prędzej znaleźć się w kantorze, gdy zobaczył, że mu
się kłaniają z przejeżdżającego powozu. To Mada Müller z bratem, który w czerwonej, burszowskiej czapeczce,
z zielono-czerwoną wstęgą korporacji przez piersi i z wielkim czarnym pudlem na kolanach, siedział rozwalony
w powozie.</akap>


<akap>O kilkanaście kroków dalej powóz przystanął przy
trotuarze.</akap>


<akap>Mada z uśmiechem zwróciła się do Borowieckiego.</akap>


<akap_dialog>--- Panie, a obiecane tytuły książek! To pan taki
słowny? --- zaczęła zaraz po przywitaniu się.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki patrzył w jej złotawe oczy.</akap>


<akap_dialog>--- Przyznaję się szczerze do zapomnienia, ale że
się poprawię i dzisiaj jeszcze pani przyszlę<pe><slowo_obce>przyszlę</slowo_obce> --- dziś popr.: przyślę.</pe>, przyrzekam uroczyście.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wierzę, żądam solidniejszego zapewnienia --- szczebiotała wesoło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gotów się jestem na to podpisać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mało! Podpis niewiele kosztuje --- śmiała się
rozbawiona humorem, z jakim kładł rękę na piersiach
i obiecywał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc opatrzę swój podpis żyrem jakiej firmy
wielkiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba pani Likiertowej --- zawołała prędko
i schowała szybko twarz w jedwabną mufkę, przestraszona własnymi słowami, które się jej niechcący
wyrwały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówię jej tyle razy, że głupia, to mi nie chce
wierzyć --- zamruczał Wilhelm.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie pan idzie? --- zaczęła znowu, chcąc naprawić złe, jakie zrobiła, i podniosła twarz zaczerwienioną jak burak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do roboty --- odpowiedział swobodnie, chociaż
ta wzmianka o Likiertowej zabolała go mocno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Podwieziemy pana, dobrze Mada?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, z przyjemnością. Pan się przecież zgodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siadam w miejsce odpowiedzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wilhelm, siądź razem z psem, a panu ustąp
miejsca --- zawołała energicznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję, usiądę sobie nisko, będę mógł wygodniej patrzyć; śliczny pies.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzy tysiące marek kosztuje. Był medalowany
na wystawie i przedstawiony Capriviemu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc psia znakomitość!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zły pies, szczeka na mnie i podarł mi zupełnie
nowy fartuszek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I pani go nie ukarała za taką zbrodnię?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dałby mi Wilhelm go bić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A państwo gdzie jedziecie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mada coś oglądała w Salonie Artystycznym,
pewnie znowu kupuje jaki głupi malunek. A ja chciałem
swojego Cezara przewieźć trochę, bo się nudzi w domu,
zupełnie jak i ja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedyż pan wraca do Berlina?</akap_dialog>


<akap>Mada zaczęła się śmiać bardzo głośno i szczerze.</akap>


<akap_dialog>--- Od miesiąca już wyjeżdża i co dzień o to kłóci
się z papą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho Mada, kiedy głupia jesteś, to nie podnoś
kwestii, których nie rozumiesz --- zaczął mówić zirytowany, aż mu owa kresa na twarzy poczerwieniała.
</akap_dialog>


<akap>Wyprostował swój olbrzymi korpus i siedział
chmurny.</akap>




<akap_dialog>--- Proszę pana, czy ja panu także się wydaję
głupią? Tak mi o tym wszyscy w domu mówią i tak
ciągle, że w końcu ja sama będę musiała uwierzyć.
A pomimo to, wiem na przykład, że Wilhelm narobił
długów w Berlinie, papa ich płacić nie chce i dlatego
siedzi w Łodzi --- mówiła złośliwie, patrząc na brata. --- Ha, ha, ha, jaką on ma zabawną minę.
</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mada, bo zejdę i pójdę prosto powiedzieć fatrowi, co ty wygadujesz.</akap_dialog>







<akap_dialog>--- A zejdź, będzie nam wygodniej z panem Borowieckim. Ale pan mi nie odpowiedział.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo takie pytanie musi pozostać bez odpowiedzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie chce pan powiedzieć mi prawdy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo, jak w tym wypadku, tej prawdy nie znam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedyż mieć będę tytuły?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyślę pani jeszcze dzisiaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wierzę. Wolę, abyś je pan przyniósł sam
za karę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli to kara, to cóż dopiero będzie za wspaniała nagroda!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dostanie pan dobrej kawy! --- powiedziała
naiwnie.</akap_dialog>


<akap>Wilhelm parsknął głośnym śmiechem, aż Cezar
zaczął szczekać.</akap>


<akap_dialog>--- Czy ja powiedziałam jakie głupstwo? --- pytała,
czerwieniąc się z niepokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Wilhelm śmieje się z psa, o widzi pani,
jaki zabawny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan dobry chłopak, to papa nawet mówi
i wszyscy u nas w domu, prócz Wilhelma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mada!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze mi tak z państwem i bardzo mi żal,
że to już moja fabryka. Dziękuję i mówię: do widzenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekamy na pana w niedzielę po południu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętam i żałuję, że ta niedziela nie jest jutro, we czwartek.</akap_dialog>


<akap>Mada roześmiała się wesoło i rzuciła na niego bardzo serdeczne spojrzenie.</akap>


<akap>Stał chwilę na trotuarze i widział, że kilka razy
odwracała się za nim.</akap>


<akap_dialog>--- Czemu to Anka nie ma miliona! Szkoda... --- pomyślał, biegnąc do fabryki, która już po obiadowym
odpoczynku była w całym, zwykłym szalonym ruchu.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308587174192-2778126137"/><motyw id="m1308587174192-2778126137">Pożar, Interes</motyw>Z bocznych zabudowań wyjechał oddział straży
ogniowej ochotniczej. <begin id="b1308587215453-3676524627"/><motyw id="m1308587215453-3676524627">Błoto</motyw>Wozy, sikawki, beczki wyjeżdżały
w wielkim porządku i z pośpiechem ogromnym leciały,
aż błoto otwierało się do dna pod uderzeniem kół i kopyt końskich; na platformach robotnicy zamienieni w strażaków mundurowali się pośpiesznie.<end id="e1308587215453-3676524627"/></akap>


<akap_dialog>--- Gdzie się pali, panie Rychter? --- zapytał Karol
naczelnika straży, jednego z dyrektorów przędzalni, którego szwajcar fabryczny w swojej izbie ściągał pasem
i upinał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pali się Albert Grosman! Ściągajże pan lepiej --- krzyczał na szwajcara, który nie mógł zmieścić
jego potężnego brzucha w mundur strażacki, nieco za ciasny, bo aż przy dopinaniu odlatywały guziki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dawno?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od pół godziny, ale już pono wszystko się pali.
Mocniej, panie Szmit.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I dlatego ten pośpiech?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Grosglück telefonował do starego, prosząc na
wszystko, aby, na złość Grünspanowi, nie pozwolić się
spalić zięciowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? Aha, chcą go zrujnować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To już trzeci ogień dzisiaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Fabryki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odbijają straty na bankructwach ostatnich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech ich pioruny spalą kajdaniarzy, psiakrew,
oni zarabiają, a my jak psy z wywieszonymi ozorami
ze zmęczenia latamy od pożaru do pożaru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pan chcesz, to im potrzebne do zamknięcia
bilansu<end id="e1308587174192-2778126137"/>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do widzenia! Uf, pęknę, jak Boga kocham! --- wykrzyknął, siadając do oczekującej przed bramą dorożki i zaraz z miejsca ruszył galopem za wozami straży,
które, pokryte błyszczącymi kaskami strażaków niby samowarami, widne już były w górze ulicy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ho, ho! Sezon się zaczyna gorący --- szepnął
i pobiegł do telefonu, aby powiedzieć Maksowi Baumowi
o telegramie Moryca.</akap_dialog>


<akap>Jeszcze nie odszedł, kiedy go znowu przywołał
dzwonek.</akap>


<akap>Mówił Trawiński, że zaraz przyjedzie z bardzo
pilnym interesem.</akap>


<akap_dialog>--- Czekam cię w drukarni --- odpowiedział i pobiegł w głąb fabryki.</akap_dialog>


<akap>Wpadł pomiędzy nieustannie krążące wózki, maszyny w ruchu, stosy materiałów, które się snuły we
wszystkie kierunki sal jak wstęgi różnokolorowe, nigdy
się nie kończące, w ten las transmisji, pasów, kół, ludzi, turkotu piekielnego, par, co jak obłoki podnosiły się
znad pralni; chaosu splątanych szumów, drgań, krzyków, chrzęstów, energii rozdrganej<pe><slowo_obce>rozdrganej</slowo_obce> --- dziś: rozedrganej.</pe> i szalejącej, która
porywała wszystko i wszystkich i zdawała się rozsadzać
potężne mury fabryki szalonym natężeniem; zatopił się
zupełnie w tym dzikim, porywającym życiu fabryki.</akap>


<akap>Przebiegał sale, oglądał towary, wydawał rozkazy
i leciał dalej, do innych sal, zapomniawszy zupełnie
o wszystkim, co nie było w związku z fabryką.</akap>


<akap>Po tym ogromnym wyczerpaniu nerwowym dni
ostatnich czuł ulgę i z rozkoszą dał się porywać tej
strasznej masie siły nagromadzonej dookoła.</akap>


<akap>Wyczerpanie ustępowało, a natomiast czuł się coraz bardziej spokojnym i zrównoważonym wśród tego
piekła fabryki, jakby wchłaniał w siebie te niezliczone
prądy energii ludzi i maszyn, co biły w niego ze wszystkich stron.</akap>


<akap>Obszedł wszystkie sale i powrócił do ,,kuchni".</akap>


<akap>Murray w małym gabinecie, oddzielonym od ,,kuchni" oszklonym przeforsztowaniem, robił jakieś próby
na małej maszynie drukarskiej. Próba się nie udawała,
bo farba rozlewała się na materiale i zalewała deseń.
Anglik był wściekły, uśmiechał się słodko, ale twarz
miał szarą ze wzburzenia i wyszczerzał niby buldog
długie, żółte zęby. Wycierał ręce o fartuch, jakim był
opasany, i klął coraz ciszej.</akap>


<akap_dialog>--- Od południa się morduję i nie mogę wydobyć
barwnika!</akap_dialog>


<akap>Borowiecki zajął się pracą energicznie, ale mu
przerwał Trawiński, który był tak zakłopotany, że się
zapomniał przywitać, prosząc zaraz od proga o chwilę
odosobnionej rozmowy.</akap>


<akap_dialog>--- Chodźmy do magazynu walców, tam nie ma
nikogo.</akap_dialog>


<akap>I poprowadził go, idąc przodem.</akap>


<akap>Trawiński szedł jak nieprzytomny. Niebieskimi
oczami błądził po fabryce, nic nie widząc; wychudła,
piękna twarz napiętnowana była troską i jakby zastygłą w wyrazie goryczy, jaka wyzierała mu z wpadniętych oczu i z kąta ust, nieprzykrytych małymi blond
wąsikami. Był dawnym kolegą i przyjacielem Karola, a obecnie właścicielem dosyć dużej przędzalni bawełny.</akap>


<akap_dialog>--- Mówże co? --- szepnął Karol, wprowadzając
go do wielkiej, wysokiej sali, zastawionej rzędami wysokich półek żelaznych, błyszczących szeregami miedzianych walców drukarskich, podobnych do potężnych zwojów papirusów, okrytych niby hieroglifami wypukłymi
deseniami, którymi drukowano materiały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz ci będę mówił --- szepnął, siadając na
jakiejś pace.</akap_dialog>


<akap>Zdjął kapelusz, oparł głowę o ścianę i chwilę tak
siedział w milczeniu, zbierając siły do mówienia.</akap>


<akap_dialog>--- Chory jesteś? Wyglądasz bardzo mizernie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże bankrut może wyglądać inaczej! --- mówił z goryczą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż się stało, znowu cię kto zarwał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gorzej, bo znowu leżę i teraz pewnie bez powstania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ty mówisz! --- wykrzyknął, udając zdumienie, bo już wiedział o zachwianiu się Trawińskiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ten krach, co wziął mocniejszych, co w tej
chwili pali Grosmana, nie oszczędził i mnie. Mam weksle
płatne w sobotę, a na to mam weksle wystawione przez
tych zbankrutowanych, czyli nie mam nic. W sobotę są
płatne. Nie zapłacę --- to i po wszystkim. Niech diabli wezmą takie szczęście. Trzeci już raz stoję na
brzegu ruiny, ale jak się teraz już stoczę, to bez powstania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile masz płacić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Piętnaście tysięcy rubli!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I dla takiej marnej sumy padać!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Suma nędzna, ale ja tej sumy nie mam. Chciałem pożyczyć --- nie mogę; nikt teraz w Łodzi gotówki
nie ma, zrobił się taki popłoch, że wczoraj Grosglick
odmówił dwudziestu tysięcy Rozenbergowi. To najlepiej
mówi. Nikt, żaden prawie bank nie chce najsolidniejszych weksli dyskontować, wszyscy się boją, bo Łódź
się trzęsie i co trochę, ktoś zwala się w dół. Na czym
się to skończy! A do tego sezon okropny! Ja mam
przędzy gotowej w składzie za dziesięć tysięcy i pies
się o nią nie pyta, stali odbiorcy zmniejszyli do połowy
produkcję, a ja robić dalej muszę, płacić ludziom muszę, żyć muszę i pchać tę maszynę, bo jak stanie na
chwilę --- to już po mnie. Jest źle, a tu przychodzą te
bankructwa i dorzynają mnie do reszty. Co za czasy!
Na całą fabrykę, na tyle maszyn, na moją osobistą
uczciwość do tego, nie można pożyczyć piętnastu tysięcy
rubli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Próbowałeś u Bucholca, on wczoraj podparł
Wolkmana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo zrobił to na złość Szai, a zresztą nie mogę
za nic iść i prosić tego Szwaba o pomoc. Brzydzę się
nim, to by mi wprost ubliżało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż z tego, kiedy by cię to niewątpliwie uratowało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie, on wie, co ja o nim myślę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mógłbym ci u niego pomóc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję ci, nie mogę, to byłoby nie tylko
wbrew moim zasadom, ale to byłoby wprost świństwem
i poniżeniem iść o pomoc do człowieka, którego się
nienawidzi i któremu się wprost tego nie żenuje wyrażać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szlachecka logika --- rzekł niecierpliwie Karol,
zapalając papierosa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam tylko jedną, nie jest to logika szlachecka,
ale logika zwykłej etyki uczciwego człowieka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zapominaj, że jesteś w Łodzi. A widzę, że
wciąż zapominasz, że zdaje ci się, iż prowadzisz interes
wpośród cywilizowanych ludzi środkowej Europy. Łódź
to las, to puszcza --- masz mocne pazury, to idź śmiało
i bezwzględnie duś bliźnich, bo inaczej oni cię zduszą,
wyssają<pe><slowo_obce>wyssają</slowo_obce> --- dziś: wyssą.</pe> i wyplują z siebie.</akap_dialog>


<akap>I długo jeszcze mówił, bo był poruszony jego niedolą, znał go dobrze, oceniał jako człowieka, ale równocześnie czuł do niego jakąś złość pogardliwą za to polskie mazgajstwo, z jakim chciał prowadzić interesy
w Łodzi, za tę uczciwość, jaką uznawał, jakiej czuł
potrzebę w stosunkach z ludźmi --- ale poza obrębem
tego miasta, gdzie na nią nie było miejsca prawie
i gdzie --- co ważniejsza --- mało kogo stać było na
to. W tym wirze szalbierstw i złodziejstw, kto nie chciał
być po trochu tym samym, czym byli wszyscy --- ten
nie mógł marzyć o istnieniu i choćby się zapracował
i włożył w interes wielkie kapitały, musiał w końcu
być wyrzuconym, bo nie potrafił wytrzymać konkurencji.</akap>


<akap>Trawiński milczał długo, przechylił głowę w tył na
jakiś długi walec i gonił oczami za Karolem, który
wzburzony chodził prędko po wąskim przejściu, jakie
było pomiędzy półkami.</akap>


<akap><begin id="b1308588071625-3835724626"/><motyw id="m1308588071625-3835724626">Morze, Maszyna</motyw>Fabryka ze wszystkich stron szumiała głucho, niby
morze wiecznie pracujące, ściany się trzęsły, a biegnące
u sufitu przez salę pasy, przenoszące siłę do sal sąsiednich, świstały ostro, a jeszcze ostrzejszy zgrzyt tokarni
żelaznych przedzierał się z modelowni obok leżącej i przenikał jego roztargane nerwy bólem głuchym.<end id="e1308588071625-3835724626"/></akap>


<akap_dialog>--- Co poczniesz? --- przerwał milczenie Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyszedłem cię prosić o pożyczkę, wiem, że
masz pieniądze. Wierz mi, że gdyby nie taka ostateczność, nie śmiałbym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę, absolutnie nie mogę. Pieniądze mam,
ale, o ileś słyszał, sam zakładam fabrykę, a poza tym
w tej chwili jestem grubo zaangażowany gdzie indziej.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308588305996-2770915600"/><motyw id="m1308588305996-2770915600">Pieniądz, Interes, Miłosierdzie</motyw>--- Pożycz mi z terminem miesięcznym, ubezpieczę
ci tę sumę na fabryce, na wszystkim, co mam. Wystarczy z pewnością na pokrycie w najgorszym razie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierzę ci, ale nie pożyczę. Ty jesteś człowiek,
który nie ma szczęścia; ja bym się wprost bał wchodzić
z tobą w interes. Może się utrzymasz, może padniesz, kto to wie! a ja potrzebuję żyć i mieć fabrykę. Tobie bym przedłużył egzystencję na rok, a sam bym zginął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przynajmniej szczerym jesteś --- szepnął gorzko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój drogi, po cóż mam cię obełgiwać! Nie
cierpię bezmyślnego kłamstwa, jak nie cierpię sentymentalnych roztkliwiań się nad każdą niedolą, której to tyle
pomaga, że może sobie zdychać swobodnie, oblana łzami
współczucia. Pomógłbym, gdybym mógł, a że nie mogę, nie pomagam. Nie mogę przecież oddać własnego surduta nawet nagiemu wtedy, kiedy sam zmarzłbym bez
niego.<end id="e1308588305996-2770915600"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz słuszność. Nie ma co mówić więcej. Przepraszam, że cię nudziłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty masz do mnie żal? --- zawołał, tknięty akcentem jego głosu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie. Postawiłeś kwestię tak jasno, że rozumiem
twoją odmowę, która może mnie boleć, to inna rzecz,
ale którą dobrze rozumiem.</akap_dialog>


<akap>Podniósł się do wyjścia.</akap>


<akap_dialog>--- Nie myślisz się układać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, plajty nie zrobię, mogę tylko uczciwie
zbankrutować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znalazłyby się jeszcze inne sposoby ratunku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj je, przyjmę z rozkoszą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mocno asekurowany jesteś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dosyć, bo się przeasekurowałem jesienią, po
tym nieudanym podpaleniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda jednak, żeś się wtedy nie spalił. Ten
robotnik, mszcząc się, zrobiłby ci naprawdę wielką
usługę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówisz serio?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zupełnie serio, jak zupełnie serio zwracam ci
uwagę, że w tej chwili pali się Grosman, w nocy spalił
się Goldsztand, jutro spali się na pewno Feluś Fiszbin,
A. Rychter, B. Fuchs i inni. Co na to mówisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że nie jestem i nie będę podpalaczem i złodziejem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie namawiam cię przecież do tego, pokazuję
ci tylko współzawodników, ich sposoby trzymania się na
powierzchni; z takimi nie wytrwasz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, to zginę. Jak mi już braknie sił do walki,
to palnę sobie w łeb.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A żona! --- rzucił prędko, bo ujrzał w jego
oczach jakiś stalowy błysk rezygnacji.</akap_dialog>


<akap>Trawiński drgnął.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308588819679-2101292084"/><motyw id="m1308588819679-2101292084">Interes, Cnota</motyw>--- Ale, przyszła mi myśl. Znasz starego Bauma?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jesteśmy sąsiadami, żyjemy nawet bliżej ze
sobą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź do niego, powiedz mu otwarcie. To jest
taki dziwny fabrykant, że z pewnością ci pomoże. Dałbym głowę, że jeżeli cię tylko zna, to ci pomoże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Istotnie, myśl szczęśliwa, a zresztą, cóż stracę,
jeśli mi odmówi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic rzeczywiście, a warto popróbować. To jest
unikat łódzkich fabrykantów. Człowiek, który mógł mieć
miliony i nie chciał się schylić po nie, człowiek, który
setki tysięcy rubli zapłacił za drugich, nieprzyjaciel wielkiego przemysłu, rutynista, snob, albo arcyfioł, jak go
nazywają, a w istocie nic innego, tylko wariat, stara
resztka czasów ręcznej fabrykacji.<end id="e1308588819679-2101292084"/></akap_dialog>


<akap>Pożegnali się w milczeniu.</akap>


<akap>Karol odczuł w nim przy rozstaniu jakiś chłód.
Patrzał za nim oknem z dziwnym uczuciem politowania.</akap>


<akap_dialog>--- Mazgaj, szlachecka resztka --- myślał prawie
głośno, aby zagłuszyć w sobie jakiś cichy jeszcze wyrzut,
który się podnosił w nim i rozrastał szybko.
Nie chciał mu pomóc i usprawiedliwił się przed
samym sobą z tego w zupełności, a pomimo to nie był
z siebie zadowolony. Ciągle stała mu przed oczami ta
jasna, piękna głowa, napiętnowana niby stygmatem
wieczną troską i niepokojem. Czuł, że powinien mu był
pożyczyć, że nic by na tym nie stracił, a zrobiłby wielką
usługę. Gryzło go to coraz mocniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż mnie obchodzi, że jednego więcej diabli
wezmą --- myślał, przebiegając postrzygalnię, zapchaną
pod sufit stosami białego towaru, który szedł na maszyny pomiędzy dwa ostrza, jedno obiegające cylinder
spiralną linią, a drugie proste i równe, które z obu stron
materiałów, przesuwających się pomiędzy nimi, ścinały
z matematyczną dokładnością przy samym włóknie mech
bawełniany, powstający przy tkaniu.</akap_dialog>


<akap>Kilkanaście kobiet pracowało w tej białej, chłodnej
i prawie cichej sali, napełnionej niedostrzegalnym prawie obłokiem pyłu bawełnianego, który powstawał z tego
strzyżenia materiałów, wisiał nad postrzygalniami, oblepiał białą powłoką ludzi i maszyny i trząsł się szarawym, gęstym mchem na transmisjach obracających maszyny i ginących w suficie.</akap>


<akap><begin id="b1308589085927-1361402473"/><motyw id="m1308589085927-1361402473">Robotnik, Maszyna, Krew, Ciało, Śmierć, Trup</motyw>Borowiecki obejrzał się tylko po sali i szedł do
windy, aby zjechać na dół, gdy rozległ się krótki, straszny ryk ludzki.</akap>


<akap>Jedno z kół, wprawiających w ruch maszyny, schwyciło nieostrożnie przysuniętego robotnika za kaftan,
wciągnęło go w swój ruch, rzuciło na maszynę, obróciło,
zgniotło, połamało o maszynę, zmiażdżyło i wyrzuciło
miazgę, nie przestając iść ani na chwilę.</akap>


<akap>Krew bluznęła aż pod sufit i czerwonym strumieniem oblała maszynę i część towaru leżącego przy niej
i najbliżej stojące robotnice.</akap>


<akap>Krzyk się rozległ ogromny, maszynę zatrzymano,
ale było już za późno; krwawa masa zwieszała się z osi
koła i z różnych części maszyny, opadając na ziemię,
ciężka, drgająca jeszcze odruchami życia.</akap>


<akap>Ratunku nie było żadnego, bo robotnik był literalnie zmiażdżony, leżał niby kupa mięsa krwawą plamą
na białym tle perkalów surowych.</akap>


<akap>Podniosły się ciche płacze kobiet, a nawet kilka
starszych poklękało przy trupie i zaczęły głośno odmawiać litanię za konających, robotnicy pozdejmowali
czapki, niektórzy żegnali się nabożnie i wszyscy kołem
skupili się przy zabitym. W oczach nie błyskał żal,
a tylko świeciła jakaś dzika surowa apatia.</akap>


<akap>Sala ogłuchła, tylko w tej ciszy rozlegały się płacze kobiet i szum i łoskot sal sąsiednich, robiących bez ustanku.<end id="e1308589085927-1361402473"/></akap>


<akap>Skoro zjawił się felczer stale dyżurujący w fabryce,
Borowiecki się wyniósł.</akap>


<akap><begin id="b1308589258121-770485163"/><motyw id="m1308589258121-770485163">Robotnik, Maszyna, Śmierć, Korzyść</motyw>Przyleciał i główny majster oddziału i widząc salę
bezczynną i ludzi zbitych około trupa, krzyknął już od
drzwi:</akap>


<akap_dialog>--- Do maszyn!</akap_dialog>


<akap>Rozlecieli się wszyscy jak ptaki spłoszone przez
jastrzębia i po chwili sala znowu szła, wszystkie maszyny były w ruchu, prócz tej jednej, okrwawionej zbrodnią, ale którą natychmiast zaczynano oczyszczać.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Verflucht</slowo_obce><pe><slowo_obce>verflucht</slowo_obce> (niem.) --- przeklęty.</pe>! Tyle materiału na nic! --- klął majster, oglądając poplamiony krwią perkal i zaczął wymyślać robotnikom za nieostrożność i groził, że całej sali
każe wytrącić za ten materiał.</akap_dialog>


<akap><end id="e1308589258121-770485163"/>Borowiecki już nie słyszał tego, bo winda piorunowo zapadła się z nim i wyrzuciła go do farbiarni.</akap>


<akap>Nie zrobił ten wypadek na nim żadnego wrażenia,
był przyzwyczajonym do tego.</akap>


<akap_dialog>--- Socha! --- zawołał na protegowanego swojej
narzeczonej, który dzisiaj pierwszy dzień robił w fabryce, wożąc wózkami materiały.
</akap_dialog>


<akap>Chłop puścił wózek i stanął przed nim wyprostowany.</akap>



<akap_dialog>--- Jakże wam idzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dyć robię, wielmożny dziedzicu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to róbcie, tylko pilnujcie się maszyn.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A te ścierwy! --- zaczął i chciał kazać żonie,
aby resztę dopowiedziała, jako mu już te ścierwy oberwały dzisiaj kawał kapoty, ale żony nie było, a Borowiecki odszedł, bo dano mu znać, że go Bucholc wzywa
do kantoru, więc Socha popatrzył markotno na swój
spencerek, jaki mu z kapoty zrobiła maszyna, podrapał
się w głowę, plunął w garście i pchał wózek do windy,
bo ze wszystkich stron zaczęto wymyślać, że zatamowywa<pe><slowo_obce>zatamowywa</slowo_obce> --- dziś popr.: tamuje.</pe> drogę.</akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>IX</naglowek_rozdzial>




<akap>Trawiński wyszedł zgnębiony.</akap>


<akap>Idąc do Borowieckiego, był prawie pewnym dobrego rezultatu prośby, bo, jak każdy człowiek w położeniu bez wyjścia, pragnienia brał za rzeczywistość, za
fakt, który powinien się był stać.</akap>


<akap><begin id="b1308594047046-3219437103"/><motyw id="m1308594047046-3219437103">Miasto, Potwór</motyw>Siadł w dorożkę i kazał jechać prosto w Piotrkowską. Nie mógł nic myśleć, czuł się rozbitym i niezdolnym już do żadnej akcji, do żadnego ruchu. Poddawał się z biernością wyczerpania tej ostrej, przenikliwej
fali goryczy, jaka mu zalewała serce. Patrzył na miasto
brudne, zadeszczone, na trotuary błotniste, zapchane
ludźmi, na niezliczone kominy, co niby topole wznosiły
się nad płaszczyznami dachów i ginęły w zapadającym
zmroku, znacząc tylko swoje istnienie kłębami białych
dymów, tłukących się po dachach, na setki wozów
z węglem, które olbrzymim łańcuchem ciągnęły do fabryk
na platformy wyładowane towarami, na dorożki i powozy
z pośpiechem mijające się w różnych kierunkach, na te
niezliczone kantory i składy zapchane towarami, ludźmi,
na ten szalony ruch, jaki był na ulicach, na to wysilone
życie, wrzące dookoła.</akap>


<akap>Patrzył z rozpaczą prawie, bo czuł swoją niemoc,
czuł, że chwila jeszcze, a z tego olbrzymiego wiru, z tej
maszyny, nazywanej Łodzią, wyleci za chwilę, jak odpadek, jak miazga wyssana i zużyta na nic, niepotrzebna
temu potworowi --- miastu. Patrzył z jakąś bezsilną nienawiścią na fabryki błyskające w mroku tysiącami okien,
na tę olbrzymią ulicę, która niby kanał nakryty dymami
i brudnym niebem huczała energią, rozlewała potoki
świateł i tętniła ogromną siłą życia. Ślizgał się oczami
po ostrych konturach fabryk, raziły go boleśnie elektryczne słońca zapalone nad dziedzińcami, bolał go ten
szum głuchy, a potężny swoją bezustannością, co się rozlewał po ulicach z fabryk i warsztatów, bolało go to
życie tak silnie tętniące, bolała go ta straszna świadomość konania, które spostrzega ostatnim błyskiem oczów,
że tyle pozostaje jeszcze żywych! I ta świadomość przegryzała mu duszę nieopowiedzianą zawiścią.<end id="e1308594047046-3219437103"/></akap>


<akap>Nie umiał żyć w tym świecie.</akap>


<akap>Nie umiał się przystosować do otoczenia.</akap>


<akap>Tyle sił zużył, tyle mózgu, tyle zachodów, tyle kapitałów swoich i cudzych, tyle lat pełnych udręczeń
przeżył i po co?... żeby znowu zaczynać to samo od początku! znowu stawiać gmach, który w końcu spadnie
mu na głowę.</akap>


<akap>Męczył się ogromnie, nie mógł usiedzieć w dorożce,
więc poszedł pieszo Piotrkowską. Miał iść do starego
Bauma, według rady Borowieckiego, ale wolał tę chwilę
ostatniego zawodu oddalić jeszcze, a zresztą nie mógł
się oderwać od tej ulicy.</akap>


<akap><begin id="b1308595629835-2746255266"/><motyw id="m1308595629835-2746255266">Tłum</motyw>Utopił się w tłumie, co płynął trotuarem i pozwalał mu się pchać i nieść. Przyglądał się bezmyślnie wystawom sklepów, kupił nawet cukierki dla żony w jakiejś cukierni, gdzie zawsze kupował, przywitał się tam
z kilku znajomymi i znowu szedł zapatrzony w fabryki, w okna oświetlone, poza którymi migotały sylwetki maszyn i ludzi; ogłuszał się powoli wrzawą i obojętniał.<end id="e1308595629835-2746255266"/></akap>


<akap>Nie zważał na deszcz, mżący bezustannie, zapomniał nawet otworzyć parasola. Nie widział nic, prócz
kantorów pełnych ludzi i towarów i fabryk pracujących
z pośpiechem.</akap>


<akap_dialog>--- Dobry wieczór, panie Trawiński!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobry wieczór, panie Halpern!</akap_dialog>


<akap>Uścisnął wyciągniętą dłoń wysokiego, dość zaniedbanie ubranego Halperna.</akap>


<akap_dialog>--- Pan wyszedł spacerować po mieście?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, trochę chciałem się przejść.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308595766360-3247224081"/><motyw id="m1308595766360-3247224081">Miasto, Interes, Niebo</motyw>--- Łódź o zmroku bardzo ładna. Ja co dzień wychodzę z kantoru, aby się przejść i aby się przypatrzyć
miastu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan jesteś amator, panie Halpern.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pan chcesz, jak się pięćdziesiąt sześć lat
przeżyje w mieście, jak się widzi je ciągle, jak się zna
wszystkich, to można zostać amatorem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co słychać w mieście nowego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co słychać? Słychać źle, zrobił się ładny deszcz
z protestowanych weksli, można je będzie kupować na
funty. Ale to wcale nic nie szkodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gałganów diabli wezmą, a Łódź i tak zostanie. Panie Trawiński, ja już w Łodzi widziałem gorsze
czasy. A że po złych nastają lepsze, to i teraz tak będzie, po co to z tego robić gwałt. Dla mądrych jest
zawsze dobry czas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A kiedyż będzie dla uczciwych? --- zapytał ironicznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sza, panie Trawiński, oni mają niebo, po co
im dobre czasy.<end id="e1308595766360-3247224081"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Grosman się podobno spalił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo porządnie, bardzo porządnie; dwieście
pięćdziesiąt tysięcy asekuracji, jakby miał w kasie. Ale
Goldstand, co się spalił w nocy, ma małe nieporozumienie z policją. Dobrze mu tak, jak kto nie umie robić
dobrze interesów, to niechaj się do nich wcale nie
bierze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któż teraz na brzegu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z grubszych A. Rychter i F. Fiszbin.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówił mi to samo Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Borowiecki, ho, ho, ho! On zna Łódź, on
wie, kto czego potrzebuje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, ale i pan także zna Łódź dobrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja? Ja ją mam całą w głowie. Ja od pięćdziesięciu lat patrzę na każdą firmę, co się zakładała. Ja
mogę dzisiaj prawie na pewno powiedzieć o wszystkich
co otwierają interesy, czy one będą żyć. Niech mi pan
wierzy, panie Trawiński, moje słowo to nie jest ten
wiatr, moje słowo to dokument, to weksel z najlepszym
żyrem.</akap_dialog>


<akap>Trawiński nic nie odrzekł, szli obok siebie w milczeniu.</akap>


<akap>Halpern zastawiał się parasolem od deszczu i patrzał z miłością na domy i fabryki; jego wielkie czarne
oczy świeciły fosforycznym blaskiem, w bladej, chudej
twarzy, okolonej siwą brodą. Miał głowę i twarz patriarchy, osadzoną na chudym, skrzywionym szkielecie
obleczonym w długie, zaszargane palto, które wisiało na
nim jak na kiju.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308596904008-377978755"/><motyw id="m1308596904008-377978755">Miasto, Handel</motyw>--- Ja tu znam każdy dom, każdą firmę --- zaczął
mówić gorąco. --- Pamiętam Łódź, jak miała dwadzieścia
tysięcy, a dzisiaj ma trzysta! A ja się doczekam, jak ona
mieć będzie pół miliona, ja nie umrę prędzej! Ja to muszę widzieć na własne oczy, muszę się ucieszyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeżeli jej przedtem licho nie weźmie --- szepnął
nienawistnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, ha, ha, panie Trawiński, pan nie mów takich śmiesznych rzeczy! Łódź jest, Łódź będzie! Pan jej
nie znasz! Pan wiesz, ile ona w przeszłym roku zrobiła
obrotu? Dwieście trzydzieści milionów rubli --- wołał
z entuzjazmem, przystając aż na chodniku. --- To jest
ładny grosz. Pan mi pokaż takie drugie miasto!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ma się znowu tak czym chwalić, a zresztą,
masz pan rację, że takiego złodziejskiego miasta nie ma
drugiego w Europie --- mówił ze złością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Złodziejskie czy nie złodziejskie, to dla mnie
jest papier. Mnie chodzi o co innego, ja chcę, żeby stawiali domy, żeby budowali fabryki, robili ulice, urządzali komunikacje, przeprowadzali drogi! Ja chcę, żeby
moja Łódź rosła, żeby miała pałace wspaniałe, ogrody
piękne, żeby był wielki ruch, wielki handel i wielki
pieniądz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na początek już są wielkie szwindle i wielka
tandeta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nie żaden feler, bo z tego urośnie wielka
Łódź.<end id="e1308596904008-377978755"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tymczasem niech ją piorun spali. Dobranoc
panie Dawidzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobranoc, panie Trawiński. To nie jest dla Łodzi ostatnie pańskie słowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ostatnie i zupełnie szczere. Dorożka --- krzyknął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kapcan! --- szepnął za nim pogardliwie Halpern i zawrócił, wlokąc się wolno z powrotem i znowu
przypatrywał się domom, fabrykom, sklepom, składom,
ludziom, oczami oczarowanymi potęgą tego miasta.</akap_dialog>


<akap>Nie zważał na deszcz, który go moczył pomimo
parasola, na tłok ludzki, jaki go rzucał na domy lub do
rynsztoków, na dorożki i wozy, które go błotem ochlapywały na przejściach poprzecznych ulic, szedł jak zahipnotyzowany.</akap>


<akap>Trawiński pojechał do domu.</akap>


<akap>Mieszkał dosyć daleko, bo przed końcem Konstantynowskiej ulicy kazał skręcić w jakąś ciemną i tak
błotnistą uliczkę, że dorożkarz nie chciał się tam zapuszczać.</akap>


<akap>Podszedł w nią pieszo, jakimś śladem trotuaru,
który się nieco wznosił nad poziom niebrukowanej ulicy,
tworzącej czarną, błotnistą rzekę, popręgowaną złotymi
smugami świateł, bijących z okien niskich domków, co
ciągnęły się sznurem z obu stron ulicy.</akap>


<akap>Domy były zamieszkane przez tkaczów ręcznych,
w każdym oknie trzęsły się sylwetki warsztatów i ludzi,
a ulicę całą zapełniał monotonny klekot i stuk. Nawet
niskie, krzywe pięterka, jakie się gdzieniegdzie wznosiły
i szeregi facjatek rozbrzmiewały i trzęsły się odgłosami
roboty.</akap>


<akap>Poprzeczne uliczki, jakie wybiegały z jednej strony,
ciągnęły się do pól samych i były również czarne i błotniste, pełne stuku warsztatów, domów pozapadanych,
krzywych facjatek, porozwalanych parkanów, nędzy
i opuszczenia i owionęły Trawińskiego zimnym, przejmującym wilgocią wiatrem, jaki się z pól wdzierał do
miasta.</akap>


<akap>Nad całą dzielnicą pływającą w błocie i opuszczeniu, zupełnie niepodobną do reszty Łodzi, panowała fabryka Müllera swoimi czteropiętrowymi gmachami, które
wyrastały nad morzem niskich domków i ogrodów
i świeciły tryumfalnie tysiącami okien i słońcami elektrycznymi.</akap>


<akap>Fabryka wznosiła się jak potężny zbiornik siły,
której tchnienie zdawało się przypłaszczać do ziemi te
szeregi nędznych, pokrzywionych domów. Czuć było, że
te wielkie gmachy huczące setkami maszyn, z wolna wysysają całą żywotność tej starej dzielnicy, zamieszkałej
przez rój tkaczów ręcznych, że zjadły i dogryzają do
reszty ten drobny ręczny przemysł, który tutaj kwitnął
kiedyś, a który się jeszcze bronił rozpaczliwie, bo bez
nadziei zwycięstwa.</akap>


<akap>Fabryka Trawińskiego stała skromnie obok Müllerowskiej, przedzielona tylko wąskim ogrodem.</akap>


<akap>Trawiński wszedł w bramę, której pilnował jakiś
stary weteran bez nogi i z pocerowaną niby stara
szmata twarzą, który po wojskowemu się wyciągnął na
jego widok i czekał rozkazów, ale Trawiński blado się
uśmiechnął tylko do tej archeologicznej spuścizny po
swoich ojcach i poszedł do kantoru, gdzie kilku ludzi
drzemało nad księgami, popatrzył chwilę do przędzalni
poprzez las transmisji i pasów trzepocących się w szalonym pędzie, na ciężkie skośne ruchy salfaktorów, co
niby potwory czaiły się, wyginały białe od bawełny
grzbiety, odbiegały od pilnujących je robotników i cofały się również ciężko i bezustannie, wlokąc za sobą
niby pasma śliny, setki bawełnianych włókien, nawijających się na warczące w ruchu szpulki papierowe.</akap>


<akap>Cofnął się i poszedł przez długie podwórze rozświetlone szeregiem żółtych gazowych płomieni, co przy
elektrycznych blaskach Müllerowskiej fabryki wyglądały
na gromniczne światła.</akap>


<akap>Dom stał w głębi ogródka, frontem do dziedzińca
fabrycznego, a bokiem wychodził na jakąś pustą uliczkę;
dom miał jedno piętro, a wyglądał na trzy z powodu
gotyckiego stylu, w jakim był postawiony.</akap>


<akap>W kilku oknach parterowych, przysłoniętych storami, świeciło się jasno.</akap>


<akap>Trawiński przeszedł kilka pokojów prześlicznie
umeblowanych, ciepłych i bardzo zacisznych, pełnych
delikatnego zapachu kwitnących w żardinierkach hiacyntów i wszedł do małego buduaru.</akap>


<akap>Dywany tak szczelnie okrywały posadzki i szedł
tak cicho, że Nina go nie usłyszała, siedziała przy lampie, czytając.</akap>


<akap>Cofnął się i zawołał przed portierą:</akap>


<akap_dialog>--- Nina!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sama tak siedzisz? --- pytał, siadając obok niej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A któż by mógł być u mnie? --- szepnęła
smutnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Płakałaś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie --- zaprzeczała, odwracając głowę od
światła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widziałem łzy.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308597694871-2174286107"/><motyw id="m1308597694871-2174286107">Mąż, Żona, Tajemnica</motyw>--- Było mi tak smutno samej! --- szepnęła, przysuwając się do niego i miękkim cudownym ruchem położyła mu głowę na piersi i łzy znowu zapełniły jej
oczy. --- Czekałam na ciebie, a ten deszcz tak padał,
tak dzwonił w szyby, tak bębnił w dachy, tak dziwnie
bełkotał w rynnach, że bałam się; bałam o ciebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczegóż o mnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem przecież dlaczego, ale mnie jakieś
złe przeczucia przepełniły. Ale tobie nic nie jest, prawda? Jesteś zdrowy i spokojny, prawda? --- szeptała,
oplatając mu ramionami szyję.
</akap_dialog>

<akap>Gładziła go ręką po włosach, całowała jego delikatne, pocięte siatką niebieskich żyłek czoło; zielonawe,
pocętkowane złotymi skrami źrenice biegały niespokojnie po jego chudej, zmęczonej twarzy.</akap>




<akap_dialog>--- Czemuś smutny?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taka straszna pogoda, to i skąd wziąć humoru.</akap_dialog>


<akap>Wysunął się z jej objęć i zaczął chodzić po buduarze. Burza zaczęła kotłować strasznie jego sercem. Czuł,
że gdyby mógł powiedzieć jej wszystko, że gdyby mógł
wtajemniczyć ją w swoje położenie, to sprawiłaby mu
wielką ulgę ta spowiedź, ale równocześnie czuł, spoglądając na jej twarz przepiękną, pochyloną pod lampą,
która łagodne światło rozpylała na jej pyszne kasztanowate włosy, skrzące się na skroniach złotem, że za nic
w świecie nie powie.<end id="e1308597694871-2174286107"/></akap>


<akap>Chodził coraz wolniej, oddychał tą czystą, wykwintną atmosferą mieszkania z jakąś gryzącą ulgą;
przyglądał się dziwnym wzrokiem meblom wytwornym
i tym niezliczonym gracikom, będącym istotnymi dziełami sztuki wielkiej wartości, które przez lat parę zwozili ze wszystkich stron świata, nie bacząc na koszta,
bo Nina ze swoją naturą arystokratyczną, z wrażliwością
artysty na wszystko co piękne, z duszą mimozy, czuła
się dopiero dobrze w otoczeniu piękna.</akap>


<akap>Nie sprzeciwiał się temu, tym bardziej, że sam lubił sztukę i czuł potrzebę otaczania się jej dziełami. Ale
teraz, wobec ruiny, jaka go czekała, szarpał go straszny
ból, ból strachu przed jutrem, które miało przyjść i zabrać mu i te wszystkie skarby, i ten spokój, i szczęście,
jakim oddychał.</akap>


<akap_dialog>--- Co począć? --- myślał ciężko i na odpowiedź
przychodziła mu jedna tylko myśl, udać się znowu do
ojca o pomoc i tak go ta myśl porywała na mgnienie,
że radośnie i tryumfująco spoglądał, ale spojrzenie gasło szybko i już mrocznymi, pełnymi trwogi oczyma patrzył się w Ninę, która powstała i szła amfiladą pokojów.</akap_dialog>


<akap>Gonił oczami jej wysmukłą, bardzo piękną postać,
odwróciła się, posyłając jakiś tajemniczy uśmiech.
</akap>


<akap>Wróciła natychmiast przynosząc dość długie, płaskie, drewniane pudło, bardzo ciężkie.</akap>


<akap>Odebrał jej i położył na stole z pytającym spojrzeniem.</akap>






<akap_dialog>--- Zgadnij co? Chciałam ci zrobić niespodziankę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie będę nawet próbować --- szepnął blednąc, czuł bowiem, zobaczywszy na pudełku pieczątki
pocztowe, że to znowu jakiś kosztowny zakup.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bandini nasz florencki przysyła ten mozaikowy
blat, który latem oglądaliśmy, pamiętasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żądałaś tego? --- zapytał dosyć ostro.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, chciałam mojemu panu zrobić niespodziankę, bo przecież się nie gniewasz, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, Nina, nie, dziękuję ci z całej duszy, dziękuję... --- szeptał, całując ją w rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Otwórz, to zobaczymy zaraz. Kazałam przysłać ten mały, tańszy, a taki jest tani, że nie do uwierzenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przysłał rachunek?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz. Dwa tysiące dwieście lirów, to za bezcen,</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak... istotnie... za bezcen... --- odpowiadał, drżącymi rękami odpakowując pudło.</akap_dialog>


<akap>Mozaika była prześliczna.</akap>


<akap>Na płycie kwadratowej czarnego marmuru o bardzo rzadkim błękitnawym odcieniu, rzucono wiązankę
fiołków, róż jasnożółtych i liliowych, obsypanych złotordzawym pyłem storczyków; jeden motyl o rubinowo-zielonych skrzydłach chwiał się razem ze storczykiem,
na który opadł, a dwa inne unosiły się w powietrzu.
I tak to było cudownie wykończone i do złudzenia prawdziwie, że chciało się podnieść te kwiaty lub uchwycić
za skrzydełka motyle.</akap>


<akap>Nina, pomimo, że to już widziała, krzyknęła z podziwu i przypatrywała się długo w niemym zachwycie.</akap>


<akap_dialog>--- Nie patrzysz, Kaziu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widziałem, istotnie jest piękne, w swoim rodzaju arcydzieło --- odpowiedział cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz, ten blat trzeba będzie oprawić w szeroką ramę z brązu matowego i powiesi się na ścianie,
szkoda wprawiać w stolik --- mówiła wolno i długim,
cienkim palcem bardzo delikatnie wodziła po konturach
listków i kwiatków, wysnuwając subtelną rozkosz dotykania się barw.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę iść, Nina! --- szepnął, przypominając sobie starego Bauma.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308598220739-3312707484"/><motyw id="m1308598220739-3312707484">Pocałunek, Mąż, Żona</motyw>--- Na długo? Przyjdź prędko, mój złoty, mój jedyny! --- prosiła, przytulając się do niego i przytrzymawszy mu wąsy rękami, całowała go w usta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najdalej za godzinę. Pójdę naprzeciwko, do
Bauma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekam na ciebie z herbatą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze.</akap_dialog>


<akap>Pocałował ją i szedł, ale już przy progu się zatrzymał i szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Nina, pocałuj mnie i życz mi szczęścia.</akap_dialog>


<akap>Pocałowała go serdecznie i oczami pytała, nie rozumiejąc tego, co powiedział.<end id="e1308598220739-3312707484"/></akap>


<akap_dialog>--- Przy herbacie ci powiem.</akap_dialog>


<akap>Odprowadziła go aż do przedpokoju i patrzała
jeszcze za nim oszklonymi drzwiami, aż jej zniknął w nocy
i w oddaleniu.</akap>


<akap>Powróciła do buduarku, oglądała mozaikę.</akap>


<akap>Drzwi wchodowe zadźwięczały silnie.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308598460550-2341220709"/><motyw id="m1308598460550-2341220709">Zbrodnia, Interes</motyw>--- Zapomniałem ci powiedzieć, że ten mój dawny
kolega uniwersytecki, którego w przeszłym roku poznałaś w Szwajcarii, Grosman, spalił się dzisiaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, spaliła mu się fabryka zupełnie, nic nie
uratowano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biedny człowiek! --- zawołała ze współczuciem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ma go co żałować, bo ten pożar go właśnie
postawi na nogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie rozumiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stał źle w interesach, był zachwiany, jak się
u nas mówi, więc żeby się poprawić, urządził pożar fabryki i składów, które były wysoko zaasekurowane
w kilku Towarzystwach. Odbierze asekurację, która mu
w czwórnasób pokryje straty i będzie kpił sobie ze
wszystkiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Umyślnie podpalił?! Ależ to zbrodnia! --- wykrzyknęła z oburzeniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kodeks tak to nazywa i odpowiednio karze,
ale w języku zwyczajnym nazywa się to dobrym interesem --- mówił prędko, nie patrzył jej w oczy i w twarzy miał jakiś niespokojny, gorączkowy wyraz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I to zrobił on, który mi się wydał człowiekiem
tak nadzwyczajnie szlachetnym, nie mogę wprost w to
uwierzyć. Przypominam sobie, jego rozmowy tchnęły
najwyższą etyką i sprawiedliwością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż chcesz, jak mu ruina zajrzała w oczy, to
dał spokój etyce, zostawił ją na później. Bez etyki żyć
można, a bez pieniędzy nie --- mówił twardo.<end id="e1308598460550-2341220709"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie, nigdy, raczej umrzeć --- wykrzyknęła
namiętne i cała jej natura wzdrygnęła się na myśl popełnienia występku. --- Jak to dobrze, że ty tak nie
myślisz, że ty nigdy, nigdy nie popełniłeś nic złego!
Wiesz, gdybym cię nie kochała nawet, to i tak musiałabym cię uwielbiać za dobroć i za tę szlachetność twoją.</akap_dialog>


<akap>Kazimierz nic nie odrzekł, ucałował tylko jej oczy
rozgorzałe oburzeniem i te purpurowe pełne usta, co
teraz wyklinały i rzucały potępienia na ludzi niemoralnych, ludzi bez etyki, na złość i brzydotę życia, ucałował ją tak namiętnie, jakby tymi pocałunkami chciał
pokryć własne, głębokie upokorzenie, jakie poczuł po
jej słowach, jakby chciał zagłuszyć nimi jakąś myśl,
która zaświeciła mu w mózgu i olśniła.</akap>


<akap>Wyszedł zaraz i poszedł wprost do fabryki Bauma,
która stała naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, w głębi
rozległych ogrodów.</akap>


<akap>W kantorze zastał tylko Maksa, który bez surduta
siedział przy pulpicie.</akap>


<akap_dialog>--- Ojciec w fabryce, mogę go zawołać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdę tam. Nigdy nie widziałem waszej fabryki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ma co oglądać, nędza --- szepnął lekceważąco, siadając z powrotem do roboty.</akap_dialog>


<akap>Oszklony korytarz prowadził z kantoru do pierwszego fabrycznego pawilonu.</akap>


<akap>Mrok i cisza zalewały wielki dziedziniec obstawiony
z trzech stron trzema dwupiętrowymi pawilonami fabryki, przez rzędy okien mżyło słabe światło, a niektóre piętra zupełnie były ciemne, nie oświetlone, tylko
z dołu u drzwi wchodowych kopciły się smutnie naftowe latarnie i oświetlały czerwone, oślizgłe wilgocią
mury.</akap>


<akap>Suchy trzask warsztatów ręcznych rozlegający się
monotonnie rozlewał po korytarzach mrocznych, zaśmieconych odpadkami bawełny i resztkami starych warsztatów, usypiający nastrój nudy i smutku.</akap>


<akap>Na schodach i korytarzach było pusto, czasem
tylko rozległ się klekot drewnianych podeszew, zamajaczył w mroku jaki robotnik i cicho ginął w wielkich salach na końcu korytarzy rozłożonych; tylko suchy trzask
warsztatów i echa kroków mąciły tę senną ciszę.</akap>


<akap>W salach fabrycznych również było pusto, mroczno i sennie.</akap>


<akap>Były to wielkie prostokąty, podparte w środku
szeregiem żelaznych słupów, zapchane ręcznymi tkackimi warsztatami Jacquarda, które stały w dwa rzędy,
pod gęsto rozłożonymi oknami. Połowa warsztatów stała
nieczynna, obrośnięta niby mchem siwym, pyłem bawełnianym.</akap>


<akap><begin id="b1308612220249-1913919954"/><motyw id="m1308612220249-1913919954">Robotnik</motyw>Kilka lampek przyczepionych do słupów oświetlało
środkowe przejście i robotnice nawijające na ręcznych
kołowrotkach przędze na szpulki. Kołowrotki warczały
sennie i sennie pochylały się nad nimi robotnice, i sennie trzaskało kilkanaście czynnych warsztatów, które
w żółtawym, słabym świetle lampek palących się nad
nimi, podobne były do olbrzymich kokonów fantastycznie oplatanych w tysiączne włókna różnokolorowe, w nieprzeliczone warstwy przędzy rozpiętej w różnych kierunkach; w środku tych kokonów niby jedwabniki poruszali
się robotnicy, tkając wzorzyste materiały, pochylali się
automatycznie, jedną ręką przybijając płochę, a drugą,
ruchem horyzontalnym, pociągając od góry sznur i przebierając równocześnie nogami po pedałach; czółenka ze
świstem przelatywały wskroś pasem przędzy, niby żółte,
długie żuki i powracały tą samą drogą z nużącą jednostajnością.</akap>


<akap>Robotnicy byli starzy, spoglądali zagasłymi oczami
apatycznie na przechodzącego i tkali dalej również sennie i automatycznie.</akap>


<akap>Trawiński z przykrością przechodził przez te na
pół żywe sale, z przykrością patrzył na agonię ręcznego
przemysłu, który z uporem szaleńców chciał walczyć
z tymi potworami, których olbrzymie cielska rozdrgane
energią, huczące siłą niepokonaną, widać było z okien
tych sal.<end id="e1308612220249-1913919954"/></akap>


<akap>Pytał o Bauma; pokazywali mu ruchem ręki lub
głowy, nie odrywając się od roboty, nie podnosząc nawet głosu, jeśli mówili; wszyscy poruszali się jak senni,
pół martwi, obojętni i smutni --- smutkiem tych sal
oślepłych, cichych, umierających, przez które przechodził, potykając się w ciemności o filary, o nieczynne
warsztaty, o ludzi.</akap>


<akap>Przeszedł przez całe piętro dwóch pawilonów i wszędzie była ta sama pustka, nuda i senność.</akap>


<akap>Trawińskiego ze względu i na własne położenie
ogarniał coraz większy smutek, tracił zupełnie wiarę
w pomoc Bauma i szedł z tym uczuciem, z jakim się
idzie do konających --- bo fabryka, która kiedyś pracowała w 500 ludzi, poruszała się teraz tylko stoma i wydawała mu się chorym, konającym organizmem, któremu
nawet olbrzymie drzewa szumiące za oknami zdawały
się śpiewać hymn śmierci.</akap>


<akap>Starego Bauma znalazł w trzecim pawilonie, wychodzącym na ulicę.</akap>


<akap>Baum siedział w małym pokoiku przed biurkiem,
zarzuconym stosem próbek towarów, pociętych w długie pasy.</akap>


<akap>Przywitali się w milczeniu.</akap>


<akap>Stary ścisnął mu mocno rękę i podsunął krzesło.</akap>


<akap_dialog>--- Dawno pana nie widziałem --- zaczął Baum.</akap_dialog>


<akap>Usprawiedliwiał się kłopotami i zajęciami, mówił
długo, a nie śmiał przystąpić do celu swoich odwiedzin,
powstrzymywał go smutek fabryki i taki sam smutek
wyryty na twarzy fabrykanta, który blade oczy zwracał
bezwiednie na okno, przez które doskonale widać było
fabrykę Müllera błyszczącą wszystkimi oknami.</akap>


<akap>Odpowiadał krótko i czekał na wyjaśnienie wizyty.</akap>


<akap>Trawiński to odczuł, bo przerywając jakąś opowieść, rzekł krótko:</akap>


<akap_dialog>--- Przyszedłem do pana z prośbą --- zawołał i odetchnął nieco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proszę pana bardzo... słucham...</akap_dialog>


<akap>Trawiński szybko opowiedział mu całe swoje
położenie, ale o pomoc zawahał się prosić, ujrzawszy surowe ściągnięcie brwi i jakiś niechętny wyraz
oczów.</akap>


<akap_dialog>--- My wszyscy jeździmy na tym wózku, oni nas
jedzą!... --- mówił wolno, wskazując na wielkie fabryki
przez okno. --- Czym panu mogę pomóc? --- dodał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pożyczką albo żyrem na wekslach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ostatecznie bez dziesięciu tysięcy rubli paść
muszę --- rzekł cicho i wymijająco, jakby obawiając się
głośniejszym dźwiękiem spłoszyć życzliwość, jaką spostrzegł w oczach Bauma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja gotówki nie mam, ale co będę mógł zrobić,
zrobię panu. Daj mi pan weksle na tę sumę, a ja pokryję do tej samej wysokości pańskie zobowiązanie.</akap_dialog>


<akap>Trawiński zerwał się z krzesła i zaczął mu z uniesieniem dziękować.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma za co, panie Trawiński, ja nic nie ryzykuję nawet, bo znam pana i pański interes dobrze.
Masz pan blankiety i wypełnij pan zaraz.</akap_dialog>


<akap>Trawiński był oszołomiony, ten prawie nieprzewidziany ratunek wywrócił go z równowagi, wypełniał
blankiety wekslowe gorączkowo, ale co chwila podnosił
głowę znad papieru i patrzył na Bauma, który chodził
po kantorze, przystawał przy oknie i spoglądał na Łódź
jakimś tępym, srogim spojrzeniem.</akap>


<akap>Miał przed oczami całą część miasta; domy, fabryki, magazyny, dziesiątkami tysięcy okien patrzyły
w noc, a poza nimi poruszały się cienie robotników
i maszyn, elektryczne światła wisiały w ciemnym, mglistym powietrzu, setki kominów majaczyło w nocy i wyrzucało nieustannie smugi białych dymów, które jak
obłok przysłaniały światła i kontury fabryk.</akap>


<akap>Baum przyglądał się miastu i spacerował na przemian z pochyloną naprzód suchą, kościstą twarzą. Był
również wysoki jak syn, tylko znacznie chudszy i żywszy
w ruchach. Nie lubił wiele mówić i zwykle najważniejsze interesy załatwiał w kilku słowach. Był spokojny,
cichy nawet, uległy żonie i dzieciom aż do słabości nieraz, ale pomimo to miał swoje punkty, na których był
nieugiętym; jego uczynność była w Łodzi przysłowiowa
i niewyczerpana, a równocześnie był skąpym w domu
do dziwactwa.</akap>


<akap_dialog>--- Jaki termin pan chce?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaki jest dla pana najwygodniejszy --- powiedział, uchylając drzwi do sali sąsiedniej, w której wszystkie warsztaty były czynne.</akap_dialog>


<akap>Zamknął drzwi, wsadził ręce w kieszenie szarego,
podbitego kutnerem kaftana i znowu przyglądał się
miastu.</akap>


<akap>Telefon zadzwonił, było to jedyne współczesne urządzenie w jego fabryce.</akap>


<akap_dialog>--- To do pana. Woła pan Borowiecki --- rzekł
Baum.</akap_dialog>


<akap>Trawiński ze zdziwieniem słuchał.</akap>


<akap_dialog>--- Mój drogi, od żony dowiedziałem się, gdzie jesteś. Oto, rozliczyłem się, mogę ci pożyczyć pięć tysięcy
rubli, ale tylko z dwumiesięcznym terminem. Więc jeśli
chcesz? --- mówił Borowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjmuję z radością! --- wykrzyknął gorąco. --- Skąd telefonujesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z twego gabinetu pod strażą żony --- brzmiała
odpowiedź.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaczekaj na mnie, zaraz przyjdę</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekam.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308645432634-1019285080"/><motyw id="m1308645432634-1019285080">Interes</motyw>--- To Borowiecki chce się ze mną widzieć, pan
go zna?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z widzenia tylko, bo przecież ja nie bywam
w tym wielkim świecie łódzkim, u tych rozmaitych Bucholców, Mendelsohnów, Salcmanów, Meyerów i innego
robactwa. Znam ich wszystkich z widzenia tych młodych, a starszych od Michla, gdzie się czasami schodzimy; znaliśmy się wszyscy co prawda lepiej, ale to
było dawno, kiedy w Łodzi panowała jeszcze uczciwość
i nie było milionerów. To były takie czasy, o których
wy młodzi nie macie pojęcia. Ja wtedy byłem z Geyerem starym największą łódzką firmą. Pary, maszyn,
elektryczności, weksli, tandety, plajt, podstępnych pożarów, nikt nie znał nawet ze słyszenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jednak to, co jest obecnie, przyjść musiało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja wiem, że musiało, że stary porządek zawsze
musi ustąpić nowemu miejsca, zresztą, po co to mówić
o tym --- machnął ręką i zaczął przeglądać weksle.</akap_dialog>


<akap><end id="e1308645432634-1019285080"/>Złość bezsilna zatrzęsła jego sercem tak gwałtownie, że brakło mu głosu, milczał dosyć długo, podpisawszy weksle.</akap>


<akap_dialog>--- Panu się śpieszy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Istotnie, pozostaje mi tylko raz jeszcze z całej
duszy podziękować panu za pomoc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda czasu! Mnie tylko żal jednego, żeś pan
nie był przed pięćdziesięciu laty w Łodzi, pan wtedy powinien był mieć fabrykę. Pan także nie pasuje do
dzisiejszej Łodzi, tutaj uczciwi fabrykanci nie mają co
robić, panie Trawiński.</akap_dialog>


<akap>Nie odpowiedział mu na to pytanie, bo się śpieszył do domu, obgadali tylko niektóre kwestie dotyczące
terminów weksli i rozeszli się.</akap>


<akap>Zaraz też zaczęły rozdzierać powietrze gwizdawki
na skończenie roboty i fabryki gasły jedna po drugiej
i ginęły w nocy.</akap>


<akap>Baum po wyjściu robotników poszedł do domu,
który stał w ogrodzie, przed pawilonami fabrycznymi
z frontem od ulicy.</akap>


<akap>Przebrał się w swoim pokoju w jakąś lekką marynarkę, włożył haftowane pantofle na nogi, przykrył
swoje bujne jeszcze siwe włosy małą czapeczką, wyszywaną białymi pacioreczkami, i poszedł do stołowego pokoju, w którym już nakrywano do kolacji.</akap>


<akap>Maks siedział przy stole i pomagał siostrzenicom,
które mu wisiały u szyi, układać domki z drewnianych
kwadratów.</akap>


<akap>Dziewczynki śmiały się ustawicznie i jak ptaki
świergotały wesoło.</akap>


<akap>Matka siedziała w głębokim fotelu i robiła pończochę, miała lat ze sześćdziesiąt, twarz bardzo miłą
i schorowaną, okulary srebrne na długim nosie, siwe,
gładko przyczesane włosy nad niskim, wypukłym czołem, maślankowate oczy, blade usta, kłębek bawełny
w kieszeni niebieskiego fartucha, z którego robiła pończochy, i wielką słodycz w głosie i w uśmiechu; liczyła
ciągle oczka, błyskała drutami i uśmiechała się do syna
i wnuczek, córki, która zajęta była czytaniem, do frau<pe><slowo_obce>Frau</slowo_obce> (niem.) --- pani.</pe>
Augusty, kuzynki od niepamiętnych lat zajmującej się
całym ich gospodarstwem, do dwóch kredensów stojących obok siebie, do pieca, do starej serwantki, wypełnionej porcelanowymi pieskami, figurkami i talerzykami,
do dwóch kotów burych frau Augusty, które chodziły
za nią i, mrucząc, obcierały się ciągle grzbietami o suknie --- uśmiechała się zawsze i do wszystkiego, takim
przyklejonym do ust, oślizgłym uśmiechem trupów.</akap>


<akap>Ciepły spokój starego mieszczańskiego domu panował w mieszkaniu. Tak wszyscy byli zżyci ze sobą
i dopasowani, że porozumiewali się spojrzeniami, przenikali się nawzajem.</akap>


<akap>Stary troski swoje zostawiał w kantorze, a do
mieszkania zawsze przynosił spokojną, uśmiechniętą
twarz, opowiadał żonie o sprawach niektórych, czasem
się kłócił z Maksem, pokpiwał regularnie co wieczór od
lat dwudziestu z frau Augusty, bawił się z wnuczkami,
których zawsze miał pod dostatkiem, bo wszystkie cztery
córki dawno już były zamężne, czytał stale ,,Kölnische
Zeitung" i jedną z gazet polskich. Słuchał również stale
co wieczór jakiego sentymentalnego romansu z rozmaitych ,,Familienblatów", którymi żyła żona i córki, i tak
spędzał wieczór.</akap>


<akap><begin id="b1308646692304-308408027"/><motyw id="m1308646692304-308408027">Dziecko, Zabawa</motyw>Dzisiaj zaczynało się tak samo; usiadł przy stole
i zaczął kiwać na wnuka, który na wielkim biegunowym
koniu bujał się pod piecem.</akap>


<akap_dialog>--- Jasiu, chodź do dziadzi, chodź!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz przyjadę --- wołał chłopak, poganiał konia szpicrutą, okładał mu boki piętami, ale że i tak koń
nie pośpieszał, schodził z niego, głaskał go po głowie,
oklepywał mu piersi i wołał --- cieśka, cieśka słucha Jasia, Jasio jedzie do dziadzi, dziadzio da nam cukierków.</akap_dialog>


<akap>Obiecywał mu słodko, popychał go gwałtownie naprzód i bohatersko wskakiwał na siodło.</akap>


<akap>W ten sposób objechał cały pokój i przyjechał do
dziadka.</akap>


<akap_dialog>--- Prrr! Herman, konia do stajni --- wołał, ale
dziadek zdjął go z konia i posadził sobie na kolana.</akap_dialog>


<akap>Chłopak zaczął krzyczeć i wydzierać się do konia,
którego zdradliwie zaraz uprowadziły dziewczynki, ciągnąc za rudy ogon na drugą stronę stołu, do wuja
Maksa, przy którym się czuły więcej zabezpieczone od
batożenia brata.</akap>


<akap_dialog>--- Jasiu, co to jest? --- wołał Baum, wyjmując
z kieszeni dziecinną trąbkę i ukazując mu nad głową.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trlombka! Dziadziu, dać Jasiowi trlombkę --- prosił, wyciągając rączki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie chcesz siedzieć u dziadzi, nie kochasz dziadzi, to nie dam, dam Wandzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj Jasiowi trlombkę, dziadziu, Jasio dziadzia
kocha, Wandzia jest głupia, nie kocha dziadzi. Dziadziu,
daj Jasiowi trlombkę! --- prosił ze łzami, uklęknął na
kolanach dziadka, a nie mogąc i tak dostać, zaczął mu
wchodzić na ramiona, obejmował go za szyję, całował
po twarzy, błagał coraz goręcej, a nie spuszczał niebieskich rozpłomienionych oczek z trąbki.</akap_dialog>


<akap>Dziadek dał mu wreszcie.</akap>


<akap>Chłopak nie miał już czasu dziękować, zeskoczył
na ziemię, poleciał odebrać konia, przy czym pobił dziewczynki, zaprowadził go pod piec, okrył ściągniętą z matki
żółtą jedwabną chustką i biegał po pokoju, trąbiąc, co
miał tylko sił.</akap>


<akap>Dziewczynki z płaczem przybiegły do kolan dziadka.</akap>


<akap_dialog>--- Wandzia ce dziadziu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Janusi dać!</akap_dialog>


<akap>Prosiły rozpłakanymi głosikami i zaczęły się wdrapywać na dziadkowe nogi.</akap>


<akap>Oswobodził się od nich prędko i zaczął uciekać
przed nimi.</akap>


<akap>Dziewczynki już wiedziały, co to znaczy, więc zaczęły gonić ze wszystkich sił i krzyczeć na dziadka,
który zastawiał się krzesłami, chował za kredensy i wciąż
wymykał się im z rąk, aż wreszcie pozwolił się im złapać w jakimś kącie, wziął je pod obie pachy i przyniósł z powrotem do stołu, a potem pozwolił się zrewidować i powyciągać z kieszeni lalki, jakie przyniósł
dla nich.</akap>


<akap>Radość zapanowała niezmierna w gromadce, która
skupiła się przy małym stoliczku pod oknem i oglądała
szczegółowo lalki, wydzierając je sobie z rąk.<end id="e1308646692304-308408027"/></akap>


<akap>Dziadkowie bawili się wybornie, tylko Berta zatkała
uszy i utonęła w książce, a Maks głośno gwizdał, żeby
nie słyszeć tych dzikich wrzasków, był zresztą zły na
ojca, czuł bowiem po jego rozmowie, że musiał znowu
pożyczyć komu pieniędzy lub zaręczyć za kim, bo ilekroć to się stało, stary zawsze przynosił dzieciom lub
wnuczkom jak teraz zabawki, unikał Maksa i był bardzo słodkim i serdecznym w obejściu ze wszystkimi,
biorąc gorący udział w rozmowie każdej; tym sposobem
unikał interpelacji synowskiej.</akap>


<akap>Dzisiaj było tak samo.</akap>


<akap>Przy kolacji rozmawiał bezustannie, pousadzał sam
dzieci i najtroskliwiej ich pilnował, wciąż żartując z frau
Augusty, która zawsze jednakowo odpowiadała:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ja, ja, Herr Baum</slowo_obce> --- uśmiechając się bezmyślnie długimi, żółtymi i krzywymi zębami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzież pan Józef? Schowała go sobie pani do
ogryzania na później?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Józefa zaraz przyjdzie --- i nim swoje
dwa nieodstępne koty zdążyła utulić na obszernym łonie, pan Józef Jaskólski wszedł.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308646878601-1873183316"/><motyw id="m1308646878601-1873183316">Ciało</motyw>Był to rodzaj praktykanta kantorowego, chłopak
zupełnie biedny, którym się Baum od lat paru opiekował. Miał lat osiemnaście, wzrost ogromny, za duże
nogi, za długie ręce, głowę wielką i ciągle rozczochraną,
twarz okrągłą, wiecznie spoconą i w dodatku był bardzo nieśmiałym i niezgrabnym, wciąż zawadzał sobą
o wszystkie drzwi i sprzęty.</akap>


<akap>Wszedł teraz dosyć odważnie, ale poczuwszy wszystkich oczy na sobie, zaplątał się zaraz przy ukłonie
w chodnik, uderzył biodrem o róg kredensu, potrącił
krzesło Maksa i czerwony jak burak, przerażony swymi
nieszczęściami usiadł do kolacji.<end id="e1308646878601-1873183316"/></akap>


<akap>Pomimo lat osiemnastu i skończenia szkoły rzemieślniczej był naiwnym jak dziecko. Był tak pokornym, ulegającym, dobrym, że zdawał się nieraz oczami
przepraszać wszystkich, że ośmiela się żyć pośród nich.
Maksa się lękał bardzo, bo Maks kpił z niego ustawicznie, a teraz widząc, że Józiowi przy jedzeniu wszystko
z rąk wylatuje, zaczął się śmiać i powiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Muszę ja pana odebrać pani Auguście i wziąć
pod swoją opiekę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj pokój Maks, już on lepiej wyjdzie na naszej opiece.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robicie z niego mazgaja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty co byś z niego chciał zrobić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Człowieka, mężczyznę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prowadziłbyś go do knajp, na hulanki, no i tak
dalej. Fryc mi nieraz z obrzydzeniem opowiadał o waszym kawalerskim życiu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, ha, ha, wiesz Berta, że to jest pyszny witz.
Fryc i obrzydzenie wesołego życia! Ty jesteś znakomita,
to ty niewiele znasz swojego męża</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maks, po co masz psuć jej złudzenia --- szepnął stary.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ma ojciec rację, ale to mnie irytuje, że byle
bałwan nablaguje przed nią, to ona tak zaraz wierzy,
że gotowa dać się zabić za tę prawdę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maks nie zapominaj, że mówisz o moim mężu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niestety, my to z ojcem za bardzo często musimy brać pod uwagę, że Fryc jest twoim mężem, że
należy do naszej rodziny, bo inaczej...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To co? --- zawołała ze łzami w oczach, gotowa rzucić się w obronie męża.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To byśmy go wyrzucili za drzwi --- mruknął
gniewnie. --- Chciałaś, to ci powiedziałem, możesz teraz płakać do woli, tylko pamiętaj, że zawsze po płaczu
bardzo brzydko wyglądasz, oczy ci puchną i nos się
czerwieni.</akap_dialog>


<akap>Berta istotnie rozpłakała się głośno i wyszła z pokoju.</akap>


<akap>Matka zaczęła mu wyrzucać delikatnie jego brutalność.</akap>


<akap_dialog>--- Niech mama da pokój, wiem, co robię. Fryc
jest zwykłym bydlęciem, które nie pilnuje fabryki, tylko
ciągle knajpuje, a przed Bertą gra rolę nieszczęśliwego,
któremu się nic nie wiedzie, który się zapracowywa<pe><slowo_obce>zapracowywa</slowo_obce> --- dziś popr.: zapracowuje.</pe> dla
żony i dzieci, jakby całego ich domu od pierwszego dnia
ślubu nie utrzymywał ojciec swoim kosztem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho Maks, po co to wywłóczyć!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po to, że temu trzeba raz koniec położyć, że
to jest zwykłe kryminalne łajdactwo, to wieczne naciąganie ojca. My wszyscy robimy na to, żeby nasi szwagrowie mogli się bawić.</akap_dialog>


<akap>Przerwała, bo dzwonek zadźwięczał w przedpokoju,
poszedł otworzyć i zaraz wprowadził Borowieckiego.</akap>


<akap>Baum był nieco zakłopotany i sztywny, ale stara
przyjęła go z całą serdecznością i zaraz przedstawiła
Bercie, która przyszła na odgłos dzwonka i ciekawie
się przyglądała temu jedynemu okazowi łódzkiego donżuana, o którym tak wiele mówiono w mieście.</akap>


<akap>Zapraszano go serdecznie do herbaty, ale odmówił.</akap>


<akap_dialog>--- Byłem u państwa Trawińskich na kolacji, po
drodze wpadłem do Maksa na chwilę tylko z jakimś
interesem i muszę znowu iść --- tłumaczył się, ale usiąść
przy stole musiał, bo frau Augusta z najpiękniejszym
uśmiechem podawała mu herbatę, Berta rozłzawionym
jeszcze głosem prosiła, aby pił, stara z uśmiechem podsuwała jakieś ciastka.</akap_dialog>


<akap>Przyjął to wszystko, a że był w doskonałym humorze, więc wkrótce zapanował nad wszystkimi; rozmawiał z matką o wnuczkach, unosił się przed Bertą
nad pięknością jej dzieci, które mu przedstawiono, wysławiał przez pięć minut ostatnią nowelę Haysego, jaką
ujrzał leżącą na stole, frau Augusty porwał serce, bawiąc się jej faworytami, które, mrucząc, łaziły mu po
ramionach i obcierały się o twarz, co go tak rozdrażniało, że miał ochotę uchwycić którego za ogon i rozbić o piec, o Józiu nawet nie zapomniał. Był tak miłym, uprzejmym, eleganckim, że w dwadzieścia minut
już wszyscy nim byli oczarowani, nawet stary, który go
dobrze znał i nie bardzo lubił, zaczął brać udział w rozmowie.</akap>


<akap>Frau Augusta była tak nim zachwycona, że wciąż
przynosiła świeże szklanki herbaty i coraz nowe wyjmowała z kredensu przysmaki i coraz inny ząb pokazywała w uśmiechu. Maks tylko milczał, ze złośliwym
uśmiechem przypatrując się tej scenie. Wreszcie znudzony i widząc, że i Karol ma również dosyć, powstał
i zabrał go w głąb mieszkania.</akap>


<akap>Przy stole zapanowała cisza.</akap>


<akap>Dzieci siedziały przy dziadku i zaczynały studiować zabawki. Józio zaczął czytać głośno, zwykłym codziennym zwyczajem. Matka robiła pończochę. Berta
słuchała i wybiegała co chwila wzrokiem do tego pokoju, w którym był Maks z Karolem, bo przez pootwierane drzwi widać ich było. <begin id="b1308650553434-403679965"/><motyw id="m1308650553434-403679965">Ciało, Oko</motyw>Frau Augusta sprzątała cicho ze stołu, gładziła swoje kotki, czasem przystawała
i podnosząc do góry małe czarne oczy, które pływały
w jej twarzy jak ziarnka pieprzu w patelni przyrumienionego masła, wzdychała głęboko.<end id="e1308650553434-403679965"/></akap>


<akap_dialog><begin id="b1308650639117-1096880587"/><motyw id="m1308650639117-1096880587">Dziecko, Zabawa</motyw>--- Dziadziu, lalkę noga nie boli? --- pytały dziewczynki, rozrywając przy tych studiach lalki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie boli --- odpowiadał, głaszcząc jasne, kędzierzawe główki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziadziu, co trlombi w tej trlombie --- pytał
chłopak od czasu do czasu, a nie dostawszy odpowiedzi, wiercił z wielką wprawą i zamiłowaniem patykiem
w trąbce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziadziu, główka lalkę nie boli? --- pytały, rozbijając o podłogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lalka nieżywa. Wanda głupia<end id="e1308650639117-1096880587"/>.</akap_dialog>


<akap>Dzieci umilkły, tylko głos Józia rozlegał się po
pokoju, przerywany westchnieniami frau Augusty i wykrzyknikami Berty, która rozczulona powieścią, zaczęła
cicho płakać i wzdychać przeciągle.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308650698727-3753006676"/><motyw id="m1308650698727-3753006676">Dom, Małżeństwo</motyw>--- Dziwnie miła atmosfera panuje, dobrze tu u was --- szepnął Karol.</akap_dialog>


<akap>Wyciągnął się w fotelu i patrzył z przyjemnością
na całą rodzinę, siedzącą w stołowym pokoju.</akap>


<akap_dialog>--- Raz na rok to smakuje, ale nie częściej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I to wiele, mieć jeden dzień w roku, w którym
można zapomnieć o interesach całego świata, o wszystkich kłopotach życia i czuć się otoczonym przez rodzinne szczęście.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żenisz się przecież, to tego szczęścia będziesz
mógł używać aż do obrzydzenia.<end id="e1308650698727-3753006676"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz, pojadę na kilka dni na wieś, do domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do narzeczonej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To wszystko jedno, bo Anka mieszka u mojego ojca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałbym ją poznać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawiozę cię tam kiedy na parę godzin choćby.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego na parę godzin?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo tam dłużej nie wytrzymałbyś, umarłbyś
z nudów. Ach, jak tam nudnie, szaro, pusto, to nie masz
pojęcia. Gdyby nie Anka, to dwóch godzin nie wytrzymałbym pod tym dachem ojców moich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A sam ojciec.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308650782376-2835707123"/><motyw id="m1308650782376-2835707123">Ojciec, Szlachcic</motyw>--- Ojciec mój, to zmumifikowana szlachetczyzna
z czasów demokracji, to nawet demokrata zajadły, ale
demokrata szlachecki, jak zresztą cała nasza demokracja. Bardzo ciekawy typ --- zamilkł i uśmiechał się
drwiąco, ale w oczach miał wilgotne blaski rozrzewnienia, kochał bowiem ojca całą duszą.<end id="e1308650782376-2835707123"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedyż pojedziesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak tylko Moryc przyjedzie, a nawet jak tylko
Knoll powróci, bo dzisiaj telegrafowano po niego. Bucholc bardzo chory, dawna choroba serca odezwała się,
miał przy mnie tak straszny atak, że ledwie go uratowano, co mu zresztą nie przeszkodziło, powróciwszy do
przytomności, nawymyślać mi w taki miły sposób, że
musiałem wymówić miejsce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak spokojnie mówisz o tym? --- wykrzyknął
Maks, widząc, że Karol podniósł się i oglądał włóczkowe, czerwono-żółte patarafki<pe><slowo_obce>patarafka</slowo_obce> --- ozdobna miseczka pod świecę a. lichtarz, na którą kapie wosk.</pe>, na jakich stały lichtarze
i lampy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prędzej czy później musiałbym to zrobić. Skorzystałem tylko z doskonałej okazji, bo mój kontrakt
kończy się dopiero w październiku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyli miałeś sposobność na brutalstwa odpowiedzieć oburzeniem z dodatkiem swojej dymisji.
</akap_dialog>

<akap>Karol zaczął się śmiać, chodził po pokoju i oglądał szeregi kredkowych portretów wiszących na ścianach.</akap>




<akap_dialog><begin id="b1308651147413-2947328474"/><motyw id="m1308651147413-2947328474">Mądrość</motyw>--- Cała mądrość życia polega właśnie na tym,
aby w porę się oburzać, śmiać bawić, gniewać, pracować, ba! Aby nawet w porę wycofać się z interesów!
Czyje to portrety?<end id="e1308651147413-2947328474"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nasza menażeria familijna. Rozumiem wartość tego, co mówisz, ale nigdy nie potrafiłem się uchwycić takiej chwili, nigdy nie mogłem się przystosować,
zawsze mnie ponosi.<begin id="b1308651524486-757388355"/><motyw id="m1308651524486-757388355">Miłosierdzie, Pieniądz, Interes, Ojciec, Syn, Polak, Niemiec, Starość, Młodość</motyw></akap_dialog>


<akap>--- ,,Sąd bez miłosierdzia czyńcie temu, kto nie czynił miłosierdzia".
</akap>


<akap>Czytał Karol głośno biblijny werset, wyszyty czerwonym jedwabiem na kanwie, oprawnej w dębowe ramy
i powieszonej pomiędzy oknami.</akap>



<akap_dialog>--- Ach, czytasz święte protestanckie maksymy. To starym niemieckim obyczajem wyszyto i powieszono.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- A wiesz, to mi się podoba, te biblijne wersety
nadają oryginalny ton domowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz rację. Był u nas Trawiński.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem, bo właśnie od niego idę, stary twój mu
pomógł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Domyśliłem się tego, bo nic ze mną nie mówił i unikał mojego wzroku. Nie wiesz jak wysoko?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziesięć tysięcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siakrew! Te niemieckie sentymentalizmy --- zaklął cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pieniądz pewny --- uspokajał go Karol, oglądając
aksamitne meble, pokryte gipiurowymi pokrowcami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja wiem, bo ten idiota Trawiński nie umiałby
zarobić dziesięciu groszy nieuczciwie, ale idzie mi o to,
że stary pomaga wszystkim, w których tylko wierzy
i wszyscy, ma się rozumieć, go naciągają. Fabryka ledwie dyszy, towarem gotowym tak zawalone wszystkie
składy, że nie ma gdzie kłaść, sezon nie wiadomo jak
pójdzie, a ten bawi się w przyjacielską filantropię, ratuje innych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, bo Trawińskiego uratował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale siebie gubi, mnie gubi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pociesz się, że masz za ojca najuczciwszego
w Łodzi człowieka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie drwij, już ja bym wolał, żeby on był trochę mądrzejszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaczynasz mówić na sposób Welta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty myślisz lepiej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Inaczej tylko; lepiej --- gorzej, uczciwiej --- nieuczciwiej, dialektyka i nic więcej.<end id="e1308651524486-757388355"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże ci się wydała ta legendowa Trawińska?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krótko, po sienkiewiczowsku ją określę: bajeczna!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przesadzasz chyba, skąd by Trawiński wziął taką!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie przesadzam, jeśli dodam jeszcze, że
piękna i dystyngowana; a skąd Trawińskiego stać na
taką żonę, to nie zapominaj Maks, że Trawiński jest
zupełnie przystojny i bardzo wykształcony człowiek. <begin id="b1308652063853-405085684"/><motyw id="m1308652063853-405085684">Szlachcic, Polak, Interes</motyw>Nie
patrz na niego jako na fabrykanta, któremu się nic nie
wiedzie, ale jako na człowieka. Otóż on jako człowiek
jest wyjątkowym okazem, wysubtelnionym przez dawną
w rodzinie kulturę. Opowiadał mi, że ojciec jego, bardzo bogaty obywatel z Wołynia, zmusił go niejako do
założenia fabryki. Staremu przewrócił w głowie wielki
przemysł i wydaje mu się to obowiązkiem narodowym,
aby szlachta szła współzawodniczyć z podlejszą nacją
w pracy około podźwignięcia tego przemysłu. Widzi nawet odrodzenie tej kasty w przemyśle. Trawiński zaś
tak się do tego nadaje, jak ty na przykład do zatańczenia mazura, ale ojca usłuchał, no i powoli stapia w swojej przędzalni ojcowskie kapitały, wyprzędza mu lasy
i ziemię. Widzi sam i czuje to doskonale, że ta nasza
łódzka ,,ziemia obiecana" musi się stać dla niego ziemią przeklętą, ale pomimo to walczy uparcie z niepowodzeniem i brakiem szczęścia. Uparł się i chce
przemóc.<end id="e1308652063853-405085684"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czasem tacy wychodzą dobrze na swoim uporze. Ona wie o jego położeniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba nie, bo on z tego gatunku ludzi, co to
gotowi umrzeć w ofierze, byle się do ich najdroższych
nie przedarła żadna wieść przykra, żadna troska.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znaczy, że kocha tę swoją bajeczną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tam jest coś więcej niż miłość, bo cześć prawie i wspólne uwielbienie, dosyć wyraźnie czytałem to
z ich spojrzeń.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczegóż ona nigdzie się nie pokazuje?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem. Nie masz pojęcia, co ta kobieta ma
wdzięku w rozmowie, w ruchach, jak cudownie miękko
podnosi głowę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gorąco mówisz o niej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Domyślnie głupio się uśmiechasz i na nic, bo
ja się w niej nie kocham ani nawet mógłbym kochać. Podoba mi się tylko jako typ pięknej kobiety o bardzo
uduchowionym wyrazie, ale to nie mój typ, chociaż
przy niej wszystkie nasze łódzkie piękności to zwykły
perkal przy czystym jedwabiu.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Ufarbuj go na swój kolor.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj spokój z farbiarskimi dowcipami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już idziesz? To razem pójdziemy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, mam jeszcze interes na mieście.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyli mam cię nie krępować sobą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cudownieś pojął. Kłania ci się Kurowski, w sobotę będzie i zaprasza na zwykłą kolację, a tymczasem
zapytuje listownie, czy gruby Szwab, to niby ty, nie
schudł, a cienki Żyd nie utył --- to do Moryca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On zawsze bawi się w dowcipy. Bucholc wziął
jego chemikalia?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już od miesiąca używamy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To on dobrze stanie, bo słyszałem, że Kessler
et Endelman zawarli z nim również umowę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, pisał mi o tym. On już jest na najlepszej
drodze do majątku, już go robi nawet.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechaj robi i my go mieć będziemy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierzysz w to Maks?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po co ja mam wierzyć, ja wiem, że mieć go
będziemy, przecież jest do zrobienia, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O jest, masz rację i zrobimy go. Ale, jeśli
w domu zastaniesz Horna, bo miał przyjść do mnie, to
mu powiedz, żeby zaczekał koniecznie, bo najdalej za
dwie godziny będę.</akap_dialog>


<akap>Obgadali jeszcze depesze Moryca i Karol, pożegnawszy wszystkich, wyszedł razem z Józiem, który
ukłoniwszy mu się zaraz przed domem, zniknął w ciemnych uliczkach.</akap>








<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>X</naglowek_rozdzial>




<akap>Józio szedł odwiedzić rodziców, bo stale mieszkał
u Baumów.</akap>


<akap><begin id="b1308652604150-3191775550"/><motyw id="m1308652604150-3191775550">Miasto, Rzeka</motyw>Jaskólscy mieszkali daleko, za starym kościołem,
w jakiejś uliczce bez nazwy, która tyłami dotykała tej
słynnej miejscowej rzeczki, służącej za rynsztok, odprowadzający wszelkie odpływy fabryk.</akap>


<akap>Uliczka podobna była do śmietnika, pełnego odpadków wielkiego miasta.<end id="e1308652604150-3191775550"/></akap>


<akap><begin id="b1308652918519-3183217173"/><motyw id="m1308652918519-3183217173">Dom, Matka, Syn, Bieda</motyw>Józio przesunął się śpiesznie i wszedł do nietynkowanego domu, który świecił wszystkimi oknami od
suteryn aż po strychy niby latarnia i wrzał cały ludzkim rojem, jaki się w nim zagnieździł.</akap>


<akap>W ciemnej sieni, przepełnionej strasznymi zapachami i zaniesionej błotem, namacał brudne aż do lepkości poręcze i zbiegł szybko do suteryn; długi korytarz
bez podłogi, zarzucony śmieciami i sprzętami gospodarskimi, pełen również błota i wrzawy ludzkiej i smrodów,
oświetlał mały kaganek kopcący się pod sufitem.</akap>


<akap>Przedarł się przez porozstawiane na drodze zawady
i dotarł do końca korytarza.</akap>


<akap>Buchnęło na niego gorące, piwniczne powietrze
przesycone zgnilizną i wilgocią ściekającą rudymi pasami po wybielonych ścianach.</akap>


<akap>Gromada dzieci rzuciła się na jego przywitanie.</akap>


<akap_dialog>--- Myślałam, że dzisiaj już nie przyjdziesz? --- szepnęła wysoka, chuda, przygarbiona kobieta, o zielonkowatej<pe><slowo_obce>zielonkowatej</slowo_obce> --- dziś: zielonkawej.</pe> zapadłej twarzy i wielkich czarnych oczach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spóźniłem się mamusiu, bo był u nas pan Borowiecki, dyrektor od Bucholca i przez to nie śmiałem
wyjść prędzej. Ojciec nie był jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie --- odpowiedziała głucho i poszła nalewać
herbatę do kominka, odgrodzonego od izby kawałem
materiału zawieszonego na drutach.</akap_dialog>


<akap>Józio poszedł za nią za zasłonę i położył przyniesione ze sobą prowianty.</akap>


<akap_dialog>--- Wziąłem dzisiaj od starego pieniądze za tydzień, może mama schowa.</akap_dialog>


<akap>Położył cztery ruble z kopiejkami; brał pięć tygodniowo.</akap>


<akap_dialog>--- Nic sobie nie zostawiasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mamusiu, mnie nie potrzeba na nic. Żal mi
tylko, że nie mogę jeszcze zarobić tyle, ile mamie potrzeba --- mówił z prostotą; jego nieśmiałość gdzieś
zniknęła zupełnie.</akap_dialog>


<akap>Pokrajał chleb na kawałki i chciał wrócić do izby.</akap>


<akap_dialog>--- Józiu, mój synu drogi, moje dziecko kochane --- szepnęła matka łzawym głosem i łzy jak groch posypały
się po jej wynędzniałych policzkach i spadały na głowę
syna, którą przyciskała do piersi.</akap_dialog>


<akap>Chłopak ucałował jej ręce i z rozweseloną twarzą
<begin id="b1308653041888-2559242193"/><motyw id="m1308653041888-2559242193">Choroba, Bieda</motyw>powrócił do reszty rodzeństwa, które siedziało na ziemi,
pod małym okratowanym okienkiem, wychodzącym na
trotuar; było tego czworo, w wieku od lat dwóch do
dziesięciu, bawiły się bardzo cicho, bo starszy od nich
trzynastoletni chłopiec leżał na łóżku, chory na suchoty;
łóżko było nieco odsunięte od ściany z powodu wilgoci,
jaka się zsączała na pościel.<end id="e1308652918519-3183217173"/></akap>


<akap_dialog>--- Antoś! --- pochylił się nad poduszką ku bladej,
zielonawej twarzy, która z głębi kolorowej pościeli patrzyła szklistymi nieruchomymi oczami z jakimś tragicznym spokojem zamierania.</akap_dialog>


<akap>Chory nie odezwał się, poruszał tylko ustami i utkwił
w nim szare, błyszczące oczy, a potem dotknął się wychudłymi palcami jego twarzy, z pieszczotliwością dziecinną i uśmiech blady, podobny do uśmiechu kwiatów
więdnących, prześlizgnął mu się po sinawych ustach
i ożywił martwe spojrzenia.</akap>


<akap>Józio usiadł przy nim, popoprawiał mu poduszki,
uczesał swoim grzebykiem rozrzucone, pozlepiane i miękkie jak jedwab jasne włosy i znowu zapytał:</akap>


<akap_dialog>--- Antoś, dobrze ci dzisiaj?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze --- wyszeptał cicho i zaczął mrużyć
oczy potakująco i uśmiechać się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niedługo wyzdrowiejesz!</akap_dialog>


<akap>Trzasnął z zadowoleniem w palce. On swoim zdrowym, silnym organizmem nie odczuwał zupełnie grozy
tej choroby brata.</akap>


<akap>Antoś bowiem umierał powoli na suchoty, jakie
się wywiązały z silnej influenzy<pe><slowo_obce>influenza</slowo_obce> --- grypa.</pe>, a chorobie dopomagała nędza, jaka żarła całą rodzinę od lat dwóch, to
jest od czasu sprowadzenia się na bruk łódzki ze wsi;
dobijała go twarz matki, która codziennie była smutniejsza, dobijało go młodsze rodzeństwo, które było coraz
cichsze i te wieczne klekotania warsztatów, co prawie
bez ustanku, dzień i noc wstrząsały nad jego głowami
sufitem, ta wilgoć, jaka ściekała po ścianach, te wrzaski
sąsiadów i bijatyki, jakie się często zrywały w sąsiednich suterynach i na górze; a najwięcej ta świadomość, powiększająca się z dniem każdym, nędzy ich
wszystkich.</akap>


<akap>Chłopiec był bardzo rozwiniętym, nieszczęścia, jakie ich spotkały i ta choroba przewlekła rozwinęły go
jeszcze więcej. A przy tem była to natura cicha i marząca.<end id="e1308653041888-2559242193"/></akap>


<akap_dialog>--- Józiu, jeszcze nie zielono na polach? --- zapytał cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, dopiero piętnasty marzec dzisiaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda --- i oczy mu pociemniały żalem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za miesiąc będzie zielono i ty już będziesz
zdrowy wtedy, to zbierzemy sobie kolegów i pójdziemy
na majówkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wy pójdziecie tylko sami i mama pójdzie, i ojciec, i Zośka pójdzie, i Adaś pójdzie, wszyscy pójdą,
wszyscy, a ja nie pójdę, nie --- zaczął trząść głową.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak wszyscy, to przecież i ty z nami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, Józiu, bo mnie już nie będzie z wami --- mówił wolno i zaczęły mu piersi wznosić się łzami, jakie chciał powstrzymać, ale nie mógł, bo się polały jak
wielkie perły, a on patrzał poprzez te łzy w jakąś głąb
przerażającą, usta zaczęły mu drgać i wielki strach śmierci
tak nim zatrząsł, że zerwał się jakby do ucieczki. --- Józiu, ja nie chcę umierać, nie chcę, Józiu! --- szeptał
i jakiś straszny żal rozdzierał mu serce.</akap_dialog>


<akap>Józio go ogarnął rękami i zasłonił sobą, bojąc się,
żeby matka tego nie spostrzegła i zaczął go pocieszać.</akap>


<akap_dialog>--- Nie umrzesz, doktor wczoraj mówił mamie, że
najdalej w maju będziesz zdrowy zupełnie. Nie płacz,
bo mama usłyszy --- szepnął mu ciszej.
</akap_dialog>


<akap>Antoś uspokoił się nieco, otarł szybko łzy i długo
patrzał na zasłonę, poza którą była matka.</akap>



<akap_dialog>--- Jak wyzdrowieję, to pojadę do wuja Kazia na
całe lato, prawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mama już o tym nawet pisała do wuja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W czerwcu, to akurat będą młode dzikie kaczki
już w knotach. Wiesz, mnie się wczoraj śniło, że jechałem czółnem po naszym stawie, a ty i pan Walicki
strzelaliście do kaczek wodnych. Tak było ładnie na wodzie! Potem byłem tylko sam i słyszałem najwyraźniej,
jak na łąkach klepali kosy. Chciałbym widzieć nasze
łąki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczysz je jeszcze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale kiedy one już nie nasze. Wiesz, dlaczego
ja z tego bułanka zleciałem, co to mnie ojciec tak wybił za to? Nie chciałem wtenczas mówić, bo Maciek
byłby dostał po łbie, ale to on winien, tak popręgi spiął
luźno, że siodło się ze mną przekręciło i dlatego musiałem zlecieć. <begin id="b1308653876072-158587408"/><motyw id="m1308653876072-158587408">Podróż, Marzenie</motyw>A na tatusiowym ogierku to już bym się
nie bał jeździć. Uważasz, założyłbym mu kantar ze ściągaczami, wziąłbym go krótko, żeby nie mógł się zedrzeć
do góry i nie stanął dębem i dopiero go lekko szpicrutą
pod brzuch, poszedłby, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, poszedłby, ale go nie ściągniesz, on twardy
w pysku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ściągnę, Józiu! O, wziąłbym go tak --- zaczął
pokazywać rękami, jak on to weźmie za lejce; ściągnął
brwi w tym wysiłku, cmokał ustami i pochylał głowę,
jakby poddając się ruchowi konia.</akap_dialog>


<akap>Czerwone plamy zabarwiły mu policzki.</akap>


<akap_dialog>--- Józiu, i my pojedziemy! --- wołały dzieci, skupiając się koło łóżka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pojedziecie, ale powozem --- odpowiadał serio.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powozem w ćtely kaśtany --- szczebiotała dziewczynka, przyciskając do kolan Józia jasną jak len główkę
i niebieskimi oczkami pełnymi radości wodziła po
braciach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Heta! wio! --- wykrzykiwał gruby chłopak, pchając przed sobą krzesełko i okładając je jakimś batem,
zrobionym z troków fartucha matki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pojedziesz Hela, wszyscy pojadą i Ignaś, i Boleś, i Kazio.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308653790874-3672109993"/><motyw id="m1308653790874-3672109993">Dziecko, Zabawa</motyw>--- Mama nas ubierze i pojedziemy do kościoła,
prawda Józiu?<end id="e1308653876072-158587408"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Józiu, a ja wiem, co to kościół! To ten dom,
cośmy jechali do niego tak długo za młynem i tam
grlają organy buuum... buuum... a ludzie noszą takie
chustki z obrazkami na kijach i tak śpiewają: A! a! a!
a! --- zaczął śpiewać, naśladując te słyszane kościelne
śpiewy; wziął miotłę z kąta, powiesił na nią Antosiową,
zaplamioną krwią chustkę i chodził dookoła stołu z wielką
powagą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaczekaj Bolciu, zrobimy kościół --- wołała starsza dziewczynka i zaraz wszystkie pookrywały sobie
głowy, czym kto miał, pobrały z komody książki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja będę księdzem --- wykrzyknął najstarszy
z nich dziewięcioletni Ignaś.</akap_dialog>


<akap>Okrył się fartuchem, włożył na nos okulary matki,
rozłożył książkę i zaczął śpiewać cienkim głosikiem.</akap>


<akap_dialog>--- In saecula saeculorum<pe><slowo_obce>in saecula saeculorum</slowo_obce> (łac.) --- na wieki wieków.</pe>... um...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Amen!... --- odpowiadały dzieci chórem i śpiewały wciąż, obchodząc z wielką powagą stół dookoła.</akap_dialog>


<akap>Zatrzymywali się na każdym rogu, bo ksiądz przyklękał, żegnał ich; śpiewał kilka dźwięków i szli dalej,
wydobywając z duszy te dźwięki pieśni, jakimi na wsi
karmili się od dzieciństwa.</akap>


<akap>Jaskólska patrzyła na nich w milczeniu.</akap>


<akap>I Antoś nucił półgłosem, Józio spoglądał na matkę,
która ukradkiem obcierała oczy, wsparła się na stoliku
i utonęła na chwilę w tej niedawnej przeszłości, która
tak bardzo żyła w ich sercach.<end id="e1308653790874-3672109993"/></akap>


<akap><begin id="b1308653763285-3311194787"/><motyw id="m1308653763285-3311194787">Miasto, Wieś</motyw>A Antoś kładł całą duszę w te przypomnienia.</akap>


<akap>Przestał śpiewać, bo stracił poczucie rzeczywistości, przeniósł się duszą do tej wsi ukochanej, za którą
umierał z tęsknoty, jak roślina przesadzona na zły grunt.</akap>


<akap_dialog>--- Dzieci, do herbaty! --- zawołała po chwili
matka.</akap_dialog>


<akap>Antoś się obudził natychmiast i nie wiedział, gdzie
jest, oglądał się prawie ze zdumieniem po izbie, po
tych ścianach zielonych od wilgoci, na których gniły razem z całą rodziną portrety przodków w poczerniałych
ramach, uratowane z rozbicia po tej strasznej rzeczywistości, i łzy zaświeciły mu w oczach, leżał niemy i patrzył martwo na szaro-rudawe krople wilgoci błyszczące
na ścianie.<end id="e1308653763285-3311194787"/></akap>


<akap>Józio wysunął stół na środek i wkrótce cała rodzina go obsiadła, dzieci rzuciły się chciwie na chleb
i herbatę, tylko Józio nie jadł, spoglądał poważnym ojcowskim wzrokiem na te jasne głowy i na oczy, z niespokojnością śledząc znikanie chleba i na matkę, która
z twarzą męczennicy, pochylona, wynędzniała, przesuwała się po izbie niby cień delikatny i obejmowała
wszystkich mocnym spojrzeniem miłości bezgranicznej.
Jej arystokratyczna twarz o rysach bardzo delikatnych
i wytwornych, napiętnowana jakby stygmatem bólu zakrzepłego, najczęściej zwracała się do chorego.</akap>


<akap>Nikt nic nie mówił przy herbacie.</akap>


<akap>Nad głowami bezustannie trzaskały warsztaty tkackie i warczały głucho kołowrotki, od czego cały dom
drżał ustawicznie, a chwilami wrzawa głucha przedzierała się z ulicy okienkiem i zalewała izbę albo odgłosy
człapiących po błocie kroków, lub chlapanie przejeżdżających wozów i szczęk uprzęży.</akap>


<akap>Lampa, otoczona zieloną umbrelką<pe><slowo_obce>umbrelka</slowo_obce> --- osłona dająca cień: parasolka, tu: abażur.</pe>, przyćmione
światło rozlewała na izbę i oświetlała tylko głowy
dzieci.</akap>


<akap>Drzwi się gwałtownie otworzyły i wbiegła młoda
dziewczyna, z hałasem otupując nogi z błota o próg.</akap>


<akap>Jaskólską ucałowała zamaszyście, wyściskała się
z dziećmi, które się do niej rzuciły z okrzykiem, podała
rękę Józiowi i pochyliła się nad chorym.</akap>


<akap_dialog>--- Dobry wieczór Antoś, masz fiołki! --- zawołała
i odpiąwszy od wydatnego gorsu bukiecik, rzuciła mu
na piersi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję. Dobrze żeś przyszła, Zośka, dziękuję!</akap_dialog>


<akap>Chciwie wciągał w siebie delikatny zapach kwiatów.</akap>


<akap_dialog>--- Prosto idziesz z domu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, byłam u Szulcowej, grał na harmonii Felek, posłuchałam trochę i poleciałam do Mani, a od niej
wstąpiłam do państwa po drodze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mama zdrowa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję pani, bardzo zdrowa, bo się wykłóciła
tak z nami, że ojciec poszedł na piwo, a ja uciekłam
na cały wieczór. Wiesz Józiu, ten twój młody Baum, to
bardzo przystojny facet.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poznałaś go?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pokazywała mi go dzisiaj w południe jedna
gręplarka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo dobry człowiek --- odpowiedział gorąco
i patrzył za Zośką, która nie mogła usiedzieć na miejscu, wyręczyła Jaskólską w nalewaniu herbaty, pooglądała książki leżące na starej komodzie, podkręciła lampy,
obejrzała szydełkową serwetę, jaką była nakryta maszyna do szycia, przygładziła dzieciom włosy i kręciła
się po izbie jak fryga.</akap_dialog>


<akap>Smutne i ponure jak grób mieszkanie napełniła
weselem młodości bujnej i zdrowia, jakie tryskało z jej
śniadej, bardzo ładnej twarzyczki i czarnych bystrych
oczów.</akap>


<akap>Miała w ruchach i w stanowczości, z jaką mówiła,
wiele męskiego, był to wynik pracy w fabryce i przebywania stałego z mężczyznami.</akap>


<akap_dialog>--- Nie powinna pani nosić tej chustki na głowie,
to panią szpeci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zabawna jesteś, Zosiu, z tą uwagą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale, o! --- trzasnęła się w biodro, pociągnęła
za nos bardzo zgrabny o maleńkich prześlicznie wykrojonych nozdrzach i zaczęła przepinać włosy przed małym zwierciadełkiem wiszącym na ścianie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ty jesteś coraz ładniejsza, moja Zosiu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba! Powiedział mi to samo wczoraj młody
Kessler, ten, co jest u nas w przędzalni dyrektorem.</akap_dialog>


<akap>Roześmiała się swobodnie.</akap>


<akap_dialog>--- Ciebie to cieszy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie to wszystko jedno. Wszystkie facety mi
to mówią, ale ja się z tego śmieję --- wydęła pogardliwie mocno czerwone usta, ale znać było po jaśniejącej
zadowoleniem twarzy, że te uznania ją radują.</akap_dialog>


<akap>Gadała bezustannie, opowiadając różne szczegóły
O robotnicach z ich fabryki, o majstrach, o dyrektorach;
pomagała później Jaskólskiej porozbierać do snu dzieci,
które się mocno temu opierały, bo wszystkie przepadały
za nią, tak je umiała zająć i zabawić.</akap>


<akap_dialog>--- Wie pani, sprzedałam i te kapy szydełkowe, i
dwa kaftaniki. Pieniądze będą w sobotę, po wypłacie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bóg ci zapłać, Zosiu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co tam! Niech pani takich kaftanów zrobi więcej, tylko trochę ozdobniejszych, to już ja je wtrynię
naszym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któż kupił kapy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Młody Kessler. Zobaczył, że w podwieczorek
pokazywałam w kantorze, zabrał je do domu i powiedział, że matka kupiła; nawet się nie targował, to feiny<pe><slowo_obce>feiny</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>fein</slowo_obce>: elegancki, dobry, świetny) --- dziś: fajny; dobry, świetny.</pe>
facet! Antoś, a pamiętasz jakżeśmy w przeszłym roku
tańcowali na Mani?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętam --- odpowiedział żywo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W tym roku ma fabryka wyprawić wszystkim
majówkę, pojedziemy do Rudy. Ja tam, żeby mama nawet na głowie stawała, to muszę z ojcem pojechać. Józiu, graliście w niedzielę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Graliśmy, ale Adasia nie było, w domu był?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co tam Adaś, on już nie był w domu z miesiąc, podobno ciągle przesiaduje u tych pań na Spacerowej, a to podobno są jakieś lafiryndy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mów tak, Zosiu, ja znam dobrze panią Łapińską i panią Stecką, to bardzo porządne kobiety, straciły jak i my majątek, a teraz ciężko pracują jak
wszyscy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja tam nie wiem, mama mówiła, ale mama
tak łże czasami, aż się kurzy, a na te panie wciąż wygaduje, może dlatego, że Adam tam wciąż przesiaduje.</akap_dialog>


<akap>Adam, był to Malinowski, ten popielaty blondyn,
z zielonymi oczami, a Zośki brat rodzony.</akap>



<akap_dialog>--- Ojciec chodzi na nocną robotę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże, dyma od dziesiątej do szóstej rano.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308655949419-205107288"/><motyw id="m1308655949419-205107288">Miasto, Wieś, Pozycja społeczna, </motyw>--- Wie mama --- przerwał milczenie Józio. --- Spotkałem dzisiaj w południe na Piotrkowskiej Stacha
Wilczka, tego, co mi dawał korepetycje w szóstej klasie, syna organisty z Kurowa. Pamięta go mama? Był
u nas raz na wakacjach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż on w Łodzi robi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, mówił, że robi wszystko, służy w ekspedycji kolejowej, ale prowadzi przy tym różne przedsiębiorstwa: trzyma konie, którymi wozi węgle ze stacji
do fabryk, ma skład drzewa na Mikołajewskiej i podobno otwiera w Warszawie sklep z resztkami z fabryk
zgierskich. Namawiał mnie, żebym przyjął miejsce w jego
składzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóżeś mu powiedział?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odmówiłem stanowczo, bo chociaż płaciłby więcej, ale kto wie, jak on długo może potrwać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrześ zrobił, a przy tym być w zależności od
jakiegoś organiściaka. Pamiętam go dobrze jeszcze z tych
czasów, kiedy do nas przynosił opłatki na Boże Narodzenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przystojny facet? --- zapytała Zosia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O przystojny i tak się elegancko ubiera, jakby
był co najmniej właścicielem fabryki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kłaniał się mamie i powiedział, że przyjdzie
nas odwiedzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój Józiu, niechaj nie przychodzi lepiej, po co
ma widzieć jak i gdzie mieszkamy, nie, nie, nie, sprawiłaby mi przykrość wielką ta wizyta. Niech mu tam
Pan Bóg dopomaga w interesach, ale po co ma znać
nasze położenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale, bo widzi pani, taki to może się czasem
przydać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moja Zosiu, już my od takich nie będziemy
żądać pomocy --- przerwała jej dosyć cierpko, bo cała
jej duma się oburzyła, aby brać cośkolwiek od jakiegoś
chłopaka, któremu w lepszych czasach sama pomagała
dostać się do gimnazjum, od syna jakiegoś organisty,
którego się przyjmowało w przedpokoju i obdarowywało różnymi produktami.</akap_dialog>


<akap>Ta możliwość wydała się potworną dla jej dumy
rodowej.<end id="e1308655949419-205107288"/></akap>


<akap_dialog><begin id="b1308655889371-566621716"/><motyw id="m1308655889371-566621716">Lekarz</motyw>--- Ojciec idzie z doktorem --- szepnął Antoś, usłyszawszy głosy w korytarzu.</akap_dialog>


<akap>Wszedł istotnie Jaskólski, poprzedzany przez Wysockiego, o którym mówiono, że ma klientelę najliczniejszą w Łodzi, ale za to jest na utrzymaniu u własnej
matki, bo leczył tylko samą nędzę.<end id="e1308655889371-566621716"/></akap>


<akap>Pozdrowił wszystkich przyjaźnie, zatrzymując dłużej oczy na Zośce, która wysunęła się naprzód, aby być
lepiej widzianą, a potem wziął się do egzaminowania<pe><slowo_obce>egzaminowanie</slowo_obce> --- tu: badanie.</pe>
chorego.</akap>


<akap>Zośka pomagała mu tak gorliwie unosić Antosia,
tak się wciąż kręciła koło łóżka, że zniecierpliwiony powiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Proszę nas samych zostawić.</akap_dialog>


<akap>Zirytowana poszła za zasłonę, gdzie <begin id="b1308656268766-65090621"/><motyw id="m1308656268766-65090621">Mąż, Żona, Praca, Alkohol</motyw>Jaskólski siedział na pace od węgli i prawie z płaczem usprawiedliwiał się przed żoną.</akap>


<akap_dialog>--- Jak honor kocham, pijany nie jestem. Spotkałem się ze Stawskim, pamiętasz go? Przyjechał do
Łodzi sierota, bo i jego tak samo jak nas Szwaby wyłuskały z majątku. Poszliśmy do Polskiego Hotelu, spłakaliśmy się nad naszą dolą, wypiliśmy po kieliszku i masz
całą bibę naszą, a później nastręczyłem jednemu Żydowi konie do kupna i znowuśmy pili litkup<pe><slowo_obce>litkup</slowo_obce> ---  zwyczaj zapijania dobitego targu (dla jego uprawomocnienia) przy świadkach, na koszt nabywcy.</pe> i więcej
już nic. Byłem u Szwarca, miejsce już zajęte, ale podobno otwiera się jakieś miejsce w magazynach kolejowych, jutro pójdę do dyrektora, może mi się uda dostać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak zawsze ci się udaje --- szepnęła cicho
i z goryczą i patrzyła z niepokojem na Antosia i doktora.
Jaskólski utkwił zaczerwienione oczy w lampce
i milczał. W jego obrzękłej twarzy o sumiastych wąsach
jasnych tkwiła rozpaczliwa bezradność i jakieś tragiczne
prawie niedołęstwo.<end id="e1308656268766-65090621"/></akap_dialog>


<akap><begin id="b1308656661204-17330224"/><motyw id="m1308656661204-17330224">Mąż, Szlachcic, Żona, Praca</motyw>Był istotnie typem niedołęgi.</akap>


<akap>Przez niedołęstwo stracił swój i żony majątek,
przez niedołęstwo nie mógł od dwóch lat znaleźć miejsca, bo jeśli dostał jakie za staraniem przyjaciół, tracił
również przez niedołęstwo.</akap>


<akap>Miał wielką rozmiękczoną czułość, słabą nadzwyczaj głowę, wytrwałości ani za grosz, płakał z najmniejszego powodu, żył nadzieją spadków i zmiany na lepsze,
a tymczasem szukał miejsca, stręczył konie i rozpijał się
powoli także z niedołęstwa, nie mając siły oprzeć się
sposobnościom i pozwalał rodzinie ginąć z nędzy, bo
sam nie potrafił temu zaradzić, a zresztą nic nie umiał
i do niczego nie był zdolnym.</akap>


<akap>Ona, Jaskólska, zaczęła szyć kaftaniki, fartuchy,
czepki i chodziła w niedzielę sprzedawać na Stare Miasto; zaczęła przyjmować pranie od robotników, mieszkających w tym domu, ale zbrakło jej sił; zaczęła stołować
tychże robotników, ale i to nie wystarczało; więc choć
wiedząc, że nic nie umie, zaczęła dawać lekcje dziewczynkom różnych majstrów i oficjalistów fabrycznych,
lekcje języków polskiego i francuskiego i gry na fortepianie.</akap>


<akap>Te wszystkie sposoby zarobkowania, ta praca wytężona, po osiemnaście godzin dziennie, dawała jej razem
rubli dziesięć miesięcznie.
Broniła jednak wszystkich od głodowej śmierci
i obroniła.</akap>


<akap>Zaczęło się ich położenie poprawiać od pewnego
czasu, gdy Józio zarabiać począł po dwadzieścia rubli
miesięcznie i oddawał matce co do grosza.<end id="e1308656661204-17330224"/></akap>


<akap_dialog><begin id="b1308656628080-1531582748"/><motyw id="m1308656628080-1531582748">Lekarz, Bieda, Dziecko</motyw>--- Cóż, panie doktorze? --- zapytała, podchodząc
do niego, gdy skończył konsultację.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bez zmiany. Lekarstwa dawać te same, a do
mleka można dolewać koniaku.</akap_dialog>


<akap>Wyjął z palta butelkę i pudełko z proszkami.</akap>


<akap_dialog>--- Więc jakże? --- zapytała tak cicho, że raczej
się domyślił niż usłyszał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie wiadomo. Tylko potrzeba go wysłać
na wieś, jak tylko zrobi się ciepło. Myślałem o koloniach
letnich, ale to nie dla niego. W każdym razie dwoje
starszych, mogę się postarać, aby wysłano z innymi,
kilka tygodni na wsi zrobi im doskonale.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję panu --- szeptała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, zuchu, pojedziemy w lecie na trawę, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, panie doktorze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A lubisz czytać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo, tylko, że już wszystkie książki, nawet
stare kalendarze przeczytałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyślę ci jutro nowe książki, ale co przeczytasz, musisz mi opowiedzieć.</akap_dialog>


<akap>Antoś ściskał mu mocno rękę, nie mogąc słowa
przemówić z radości.</akap>


<akap_dialog>--- No, bądź zdrów, za parę dni znowu zajrzę do
ciebie.</akap_dialog>


<akap>Pogłaskał go dobrotliwie po spoconym i zimnym
czole i zaczął kłaść palto.</akap>


<akap_dialog>--- Panie doktorze --- szepnął nieśmiało. --- One
tak pachną, te fiołki. Mój złoty doktorze, niech je pan
weźmie. Pan taki dobry dla mnie jak mama, jak Józio,
niech pan weźmie, mnie dała Zośka, niech pan weźmie --- prosił cichutko i tak serdecznie, że Wysocki z uśmiechem rozrzewnienia fiołki przypiął do klapy palta.</akap_dialog>


<akap>Kiedy się żegnał, Jaskólska chciała mu wsunąć
w rękę rubla.</akap>


<akap>Odskoczył jak oparzony.</akap>


<akap_dialog>--- Bez głupstw, proszę pani --- wykrzyknął zirytowany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ nie mogę wymagać, aby doktór poświęcał
tyle czasu i trudów... nie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zresztą już mi mały zapłacił. Dobranoc pani.<end id="e1308656628080-1531582748"/></akap_dialog>


<akap>Zniknął w korytarzu z Jaskólskim, który go odprowadzał przez zaułki do Piotrkowskiej.</akap>


<akap_dialog>--- Głupie fanaberie szlacheckie --- mruczał Wysocki, biegnąc tak szybko, że Jaskólski nie mógł nadążyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ma doktor nic dla mnie? --- zapytał nieśmiało, równając się z nim wreszcie.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308657037002-2916833300"/><motyw id="m1308657037002-2916833300">Praca, Honor, Pieniądz</motyw>--- Miejsca są, tylko tam potrzeba robić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc ja pracować nie chcę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może pan i chcesz, tylko to nie wystarcza w Łodzi, tu trzeba umieć pracować. Dlaczegoś pan nie siedział u
Weisblata? Miejsce było niezłe.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słowo honoru, nie winienem nic. Dyrektor mnie
prześladował tak, że nie mogłem wytrzymać, obrażano
mnie ciągle...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tych, co obrażają, bije się po zębach, a przede wszystkim nie daje się powodów ani do żartów ani
do obraz. Musiałem się wstydzić za pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego, przecież pracowałem uczciwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem, ale musiałem wstydzić się pańskiego
niedołęstwa.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308656934319-1410442909"/><motyw id="m1308656934319-1410442909">Łzy, Słowo</motyw>--- Tak robiłem, jak umiałem i mogłem --- szepnął
ze łzami w głosie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie płacz no pan u diabła, nie facjenduje mi
pan ślepego konia, więc wierzę na zwykłe słowo.<end id="e1308656934319-1410442909"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słowo honoru daję, ale pan mnie obraża...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc wracaj pan z Bogiem do domu, sam trafię
na Piotrkowską.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żegnam --- rzucił krótko Jaskólski i zawrócił
do powrotu.</akap_dialog>


<akap>Wysockiemu wstyd było własnej brutalności względem tego niedołęgi, ale bo go tak irytował, że nie mógł
się powstrzymać.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Jaskólski --- zawołał za odchodzącym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może panu potrzeba pieniędzy, kilka rubli mogę
pożyczyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie, słowo honoru daję, że dziękuję --- bronił się słabo i już miękł i zapomniał o obrazie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Weź pan, oddasz mi pan razem, jak ten spadek po ciotce odbierzesz.</akap_dialog>


<akap>Wsadził mu w rękę trzy ruble i poszedł.<end id="e1308657037002-2916833300"/></akap>


<akap>Jaskólski ze łzami oglądał pieniądze pod latarnią,
wzdychał i powlókł się do domu.</akap>


<akap>Wysocki przedostał się na Piotrkowską i szedł
wolno w górę, pełen głębokiego znękania tą nędzą, jaką
codziennie widywał.</akap>


<akap><begin id="b1308684668881-3089513208"/><motyw id="m1308684668881-3089513208">Smutek, Strach</motyw>Wlókł zmęczonym, smutnym wzrokiem po mieście
przycichłym, po fabrykach, które majaczyły w głębi dziedzińców, jak czarne, śpiące potwory, po nielicznych
oświetlonych oknach, jakie patrzyły w czarną wilgotną
noc. Czuł się dziwnie zdenerwowanym i niespokojnym,
miał duszę pełną lęku niewytłumaczonego i tych niepokojów dziwnych, które bez przyczyn zewnętrznych przylatują, obsiadają duszę i tak ją straszą, że wtedy człowiek zdenerwowany patrzy z obawą na domy, czy się
nie walą na niego, czeka i spodziewa się jakich strasznych wieści, myśli o wszystkich nieszczęściach, jakie
ludzi spotykają.</akap>


<akap><end id="e1308684668881-3089513208"/>Wysocki był w podobnym nastroju.</akap>


<akap>Nie chciało mu się iść do domu, nie chciało mu
się nawet wstąpić na gazety do cukierni, obok której
przechodził, obojętnym mu było w tej chwili wszystko,
bo zaczęła mu się w duszę wżerać coraz silniej zmora
niepokoju.</akap>


<akap_dialog>--- Głupie życie prowadzę --- myślał. --- Zupełnie
głupie!</akap_dialog>


<akap>Przed teatrem spotkał się oko w oko z Melą, szła
z Różą z przedstawienia, powóz jechał za nimi.</akap>


<akap>Przywitali się dosyć obojętnie i chciał żegnać zarazem.</akap>


<akap_dialog>--- Nie odprowadzisz nas?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie chciałem wam przeszkadzać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodź na herbatę, w domu musi już czekać
Bernard.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308746589880-724287296"/><motyw id="m1308746589880-724287296">Przeczucie</motyw>Poszedł w milczeniu, nie odzywał się, bo nie chciało
mu się mówić nawet.</akap>


<akap_dialog>--- Co tobie, Wysocki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic, prócz zwykłego zdenerwowania i jakiejś
ostrej apatii.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spotkało cię co złego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ale oczekuję na złą wieść, a nigdy mnie
jeszcze przeczucie nie zawiodło.<end id="e1308746589880-724287296"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie tak samo, ale wstydziłam się przyznawać --- szepnęła Mela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A przy tym byłem u nędzarzy dzisiaj, nałykałem
się tyle widoków niedoli ludzkiej, że się upiłem.</akap_dialog>


<akap>Wstrząsnął się nerwowo.</akap>


<akap_dialog>--- Jesteś chory na litość, jak mówi o tobie Bernard.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308746644581-3077457728"/><motyw id="m1308746644581-3077457728">Wzrok, Obraz świata</motyw>--- Bernard! --- zawołał mocniej --- on ma stałe
<slowo_obce>delirium tremens </slowo_obce>opluwania wszystkiego, on jest jak
ślepy, który chce wmawiać we wszystkich, że nic nie ma,
ponieważ sam nie widzi.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308746644581-3077457728"/>--- Co to za nędzarze? Może by im pomóc? --- zapytała Mela.
</akap_dialog>


<akap>Opowiedział im położenie Jaskólskich i kilku innych rodzin robotniczych.
Słuchała ze współczuciem, notując w pamięci
adresy.</akap>




<akap_dialog>--- Dlaczego ludzie muszą się tak męczyć? Za co? --- szepnęła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Teraz ja się pytam, co tobie Mela? Masz łzy
w głosie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie pytaj, nie chciej wiedzieć nawet.</akap_dialog>


<akap>Pochyliła głowę na piersi.</akap>


<akap>Nie pytał się, popatrzył się na jej twarz i zapadł
znowu w zadumę.</akap>


<akap><begin id="b1308746792957-3836813017"/><motyw id="m1308746792957-3836813017">Miasto, Potwór</motyw>Patrzył w puste, umilkłe ulice, upunktowane szeregami latarń, na szeregi domów podobnych do skamieniałych głów potworów, leżących obok siebie, które zdawały drgać szybami okien w świetle żółtawym ulicy,
jakby przez ciężki i niespokojny sen.<end id="e1308746792957-3836813017"/></akap>


<akap_dialog>--- Co jej jest? --- myślał, ogarniając rozpalonym
spojrzeniem jej głowę i czuł, że ten jej smutek zaczyna
go boleć i nękać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bardzo musiałyście się bawić w teatrze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przeciwnie! Ale straszna jest potęga miłości! --- mówiła Róża, jakby wypowiadając dalszy ciąg myśli. --- Jak ta Safo cierpiała. Wszystkie jej krzyki, błagania,
wszystkie jej boleści pamiętam, mam je w sobie jeszcze.
Przeraziła mnie taka miłość, nie rozumiem jej, wątpię
nawet, czy można tak bardzo czuć, tak zupełnie oddać
się miłości, tak przepaść w niej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Można... można... --- szeptała cicho Mela, podnosząc oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przejdź na moją stronę, Wysocki! Daj mi rękę.</akap_dialog>


<akap>I gdy to zrobił, wzięła jego chudą rękę i przyłożyła do czoła i twarzy rozpalonej.</akap>


<akap_dialog>--- Czujesz, jak jestem zgorączkowana?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308746951334-253584617"/><motyw id="m1308746951334-253584617">Nuda, Teatr</motyw>--- Strasznie. Po cóż chodzić na takie denerwujące
sztuki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc cóż ja w końcu robić będę! --- wykrzyknęła boleśnie i rozszerzonymi oczami zawisła na jego
twarzy. --- Ty mi nie dasz rady żadnej na nudę, a mnie
się już znudziły wszystkie fiksy<pe><slowo_obce>fiks</slowo_obce> --- umówione spotkanie.</pe>, nudzą mnie przejażdżki
po mieście, nudzą mnie wyjazdy za granicę, bo nie cierpię hotelowego życia, a teatr jeszcze mnie zajmuje czasem, bo zatarga nerwami, zdenerwuje, a lubię, gdy mną
coś zatarga do głębi.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308746951334-253584617"/>--- Co jest Meli? --- przerwał, nie słysząc, co
mówiła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz się dowiesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie, nie --- zaprzeczyła Mela, dosłyszawszy
zapytanie i odpowiedź.</akap_dialog>


<akap>Weszli do oświetlonego przedpokoju pałacu Mendelsohna.</akap>


<akap_dialog>--- Pan Endelman jest? --- rzuciła Róża zapytanie
lokajowi, razem z kapeluszem i długą peleryną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W myśliwskim pokoju i prosi, żeby tam jaśnie
państwo przyszli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodźmy do myśliwskiego, tam będzie cieplej
niż w moim buduarze, cieplej niż tutaj --- mówiła, prowadząc ich przez szereg pokojów, słabo rozświetlanych
przez kandelabr sześcioramienny, jakim oświetlał drogę
lokaj.</akap_dialog>


<akap>Pokój był Stanisława Mendelsohna, młodszego syna
Szai, a nazwa jego pochodziła od dywanu ze skór tygrysich i takichże portier u drzwi, i od mebli z rogów
bawolich, obitych skórą o długim, popielatym włosiu;
masy broni wisiały na ścianie dokoła olbrzymiego łba
łosia z potężnymi łopatkowatymi rogami.</akap>


<akap_dialog>--- Czekam całą godzinę --- odezwał się Bernard,
nie wstając nawet na powitanie; siedział pod łosiem
i pił herbatę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego nie przyszedłeś po nas do teatru?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo nigdy nie chodzę na szopki teatralne, przecież o tym wiesz, to dobre dla was!</akap_dialog>


<akap>Skrzywił się pogardliwie.</akap>


<akap_dialog>--- Pozer! --- szepnęła Róża lekceważąco.</akap_dialog>


<akap>Skupili się przy stoliku, ale nikt nie miał ochoty
mówić.</akap>


<akap>Lokaj porozstawiał herbatę.</akap>


<akap>Cisza ciężka i nudna rozlała się po gabinecie,
trzeszczały tylko zapałki, bo Bernard co chwila zapalał
papierosa, lub dochodził głuchy stuk bil bilardowych
uderzających o siebie.</akap>


<akap_dialog>--- Kto gra?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stanisław z Kesslerem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widziałeś się z nimi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znudzili mnie prędko, a jeszcze prędzej ograli. Może nareszcie zaczniecie mówić!</akap_dialog>




<akap>Nikt jednak nie zaczynał.</akap>


<akap>Melę nurtowały jakieś przykre myśli, patrzyła smutnie na Różę i obcierała co chwila załzawione oczy.</akap>


<akap_dialog>--- Mela, jesteś brzydka dzisiaj! Kobiety płaksiwe
są podobne do zmoczonych parasoli, zamknąć je czy
rozpiąć --- zawsze kapią. Nie cierpię łez babskich, bo są
albo fałszywe, albo głupie. Tumanią lub płyną z powodów najbłahszych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj spokój, Bernard, bo dzisiaj nawet twoje porównania przechodzą bez żadnego wrażenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechaj mówi, to jego specjalność.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No i ty Róża nie wyglądasz świetnie. Masz
taką minę, jakby cię kto w przedpokoju mocno wyściskał i wycałował, jakby ten słodki akt przerwano gwałtownie w najlepszym miejscu...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wcale nie jesteś wytworny dzisiaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie idzie mi o to zupełnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc po cóż mówisz głupstwa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po to mówię, że usypiacie wszyscy, że ty
Wysocki wyglądasz jak łojówka, która kopci na szabasowym stole i okapuje smętkiem na urocze Sulamity.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie czuję się tak dobrze na świecie jak ty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz rację, mnie jest bardzo dobrze --- zaczął
się śmiać nerwowo i zapalał papierosa równocześnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znowu poza! --- zawołała, bo ją niecierpliwił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Róża! --- wykrzyknął, podrywając się jakby
podcięty biczem. --- Albo przyjmuj wszystko, co mówię,
albo mnie więcej nie zobaczysz u siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Irytujesz się, a ja nie chciałam cię obrażać.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308747701549-3650142413"/><motyw id="m1308747701549-3650142413">Mężczyzna, Kobieta, Pozory, Gra, Zabawa, Nuda, Głupota, Dziecko</motyw>--- Irytują mnie twoje definicje. Nazywasz mnie
pozerem, a nie znasz mnie zupełnie. Co możesz o mnie
wiedzieć, o moim życiu; cóż mogą wiedzieć panny,
które jeszcze nie wyszły z zakresu gałganów i nudy
panieńskiej --- o mężczyźnie! Nic, absolutnie nic prócz
tego: jak ubrany, jakie ma włosy i oczy, w kim się
kocha, czy dobrze tańczy itp. Znasz moją zewnętrzną
garderobę, a chcesz definiować mnie całego. Wołasz na
mnie: pozer! Dlaczego? Że rzucam czasem paradoks
o marności życia, pracy i pieniędzy. Gdyby to mówił
Wysocki, uwierzyłabyś, bo on nic nie ma i musi ciężko
pracować; ja zaś pozuję, gdy na to wszystko pluję, bo
jakżeby panna mogła zrozumieć, że mówię to na serio, ja człowiek bogaty, akcjonariusz fabryki Kessler
et Endelman! Zupełnie tak samo na Müllera mówisz:
błazen! Bo widzisz go tylko, jak u ciebie wywraca koziołki, opowiada kawały i przygody miłosne, jest zabawnym, ale poza tym Müllerem błaznującym, jest jeszcze
inny Müller, Müller, który myśli, uczy się, spostrzega,
rozumuje --- juści ani on, ani ja nie przychodzimy do
ciebie z naszymi rozumowaniami, z naszym wewnętrznym
ja, nie mówimy ci, co nas gnębi, gryzie lub zachwyca,
bo ty tego nie potrzebujesz; nudzisz się i potrzebujesz
się nami bawić, więc istotnie stajemy się błaznami dla
was, bo się nam podoba być czas jakiś błaznami i koziołkować w różny sposób przed znudzonymi gąskami
łódzkimi! Oglądacie nas jak towar na kontuarze, taksujecie podług tego, o ile wam będzie w nim do twarzy. A zresztą mówić do kobiet rozumnie, to lać wodę
w sito.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może jesteśmy głupie, ale ty jesteś zarozumiały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jeśli nie spostrzegamy tego, o co mnie obwiniasz, to twoja wina, to wasza wina, że nas traktujecie
jak dzieci --- zaczęła Mela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo jesteście i zostaniecie dziećmi --- rzucił ostro
i powstał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc czemu masz pretensje, że nie postępują
jak dorośli.<end id="e1308747701549-3650142413"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeżeli się gniewacie na mnie, to wychodzę, dobranoc! --- Szedł ku drzwiom.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zostań Bernard, proszę cię! --- zawołała Róża,
zagradzając mu sobą wyjście.</akap_dialog>


<akap>Pozostał, ale poszedł do jednego z pokojów i siadł
przy fortepianie.</akap>


<akap>Róża chodziła po pokoju wzburzona jego słowami,
Wysocki milczał, słowa Bernarda obijały mu się jak
brzęczenie, którego nie starał się rozeznać, <begin id="b1308747949624-793908683"/><motyw id="m1308747949624-793908683">Łzy, Miłość, Przyjaźń, Współczucie</motyw>patrzył na
Melę, która położyła głowę na stole i zapatrzyła się
tępo przed siebie.</akap>


<akap_dialog>--- Usiądź przy mnie --- szepnęła, czując jego gorące spojrzenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ci jest? --- zapytał, pochylony nad jej
twarzą.</akap_dialog>


<akap>Głos przytłumiony zadrgał takim miękkim akcentem, że zapalił w jej duszy jakąś dziwnie słodką radość
i oblał jej twarz i dłonie płomieniem.</akap>


<akap>Nie odezwała się jednak, bo zabrakło jej głosu,
a po tym chwilowym, rozkosznym wzruszeniu taka wielka
żałość nią zatrzęsła, że łzy błyskały w jej szarych
oczach, położyła twarz na jego dłoni, trzymanej na
stole, i łzy długo powstrzymywane posypały się jak
grube ziarna i spływały na jego rękę rozpalonym potokiem.</akap>


<akap>Tak go te łzy rozrzewniły, że zaczął bezwiednym
prawie ruchem gładzić jej włosy puszyste i szeptał cichym, przejętym tkliwością i wzruszonym głosem, jakieś słowa prawie bez związku.</akap>


<akap>Podsuwała głowę coraz bliżej, bo każde dotknięcie jego ręki elektryzowało i przesycało dziwną, nieopowiedzianie słodką rozkoszą. Miała szaloną ochotę położyć głowę na jego piersiach, zarzucić mu ręce na
szyję, przycisnąć się do niego i powiedzieć wszystko,
wszystko, co ją dręczyło.</akap>


<akap>Jej pełna tkliwości dusza łaknęła takiej pieszczoty,
jak łaknęła miłości, z którą się bała zdradzać przed nim
w tej chwili, powstrzymywana jedynie jakimś odruchem kobiecej wstydliwej bierności. Płakała tak cicho,
że tylko płynące łzy i drżenie nerwowe bladych ust
mówiło o jej stanie.</akap>


<akap>Patrzyła na niego przez te łzy, które mu rozmiękczały duszę, a takim dziwnym przejmowały go wzruszeniem, że bał się ulec pokusie ucałowania jej ust
rozpalonych płaczem. Nie kochał jej bowiem, to, co czuł
nawet w tej chwili, było tylko wielkim współczuciem
dla cierpienia. Nie spostrzegał nawet jej miłości do siebie, widział przyjaźń, bo pragnął przyjaźni.<end id="e1308747949624-793908683"/></akap>


<akap>Bernard grał z coraz większą pasją, tłukł fortepian, rozbite, hałaśliwe dźwięki jakiegoś szalonego scherza huczały w pustych pokojach i drgały szalonym,
drwiącym śmiechem, który zdawał się tarzać po dywanach.</akap>


<akap>Róża chodziła po amfiladzie pokojów, nie zwracając na nic uwagi, co chwila wynurzała się z cieniów,
przechodziła myśliwski pokój i ginęła w dalszych, powracając wkrótce tym swoim ciężkim, kołyszącym ruchem bioder.</akap>


<akap>Udawała zamyślenie, a w istocie chciała dać czas
do porozumienia się Meli z Wysockim i niecierpliwiło
ją to, że siedzieli przy sobie nieruchomie i w milczeniu.
Chciała zobaczyć, jak będą sobie padać w ramiona
z bełkotem miłości na ustach, jak się będą zjadać pocałunkami; tak sobie wszystko dobrze naprzód wyobrażała i tak chciwie pragnęła widzieć podobną scenę, że
co chwila odwracała się spacerując, aby ich złapać na
tym całowaniu.</akap>


<akap_dialog>--- Niedołęga! --- myślała ze złością i przystanąwszy przed drzwiami, z ciemności przypatrywała się jego
głowie i twarzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ostryga! --- mruknęła niechętnie i zwróciła się
do Bernarda, który skończył grać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pierwsza! Dobranoc, Róża, idę do domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idziemy razem --- zawołała Mela. --- Jeśli chcesz,
to cię podwiozę, moje konie czekają przed bramą.</akap_dialog>


<akap>Zwróciła się do Wysockiego, który jak senny zapinał wciąż rozpinające się guziki surduta.</akap>


<akap_dialog>--- A dobrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mela nie zapomnij, że w sobotę urodziny Endelmanowej --- zaczęła Róża na pożegnanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bratowa mnie dzisiaj prosiła, aby wam przypomnieć, że jesteście z upragnieniem oczekiwane.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wczoraj dostałam zaproszenie, ale czy będę, nie wiem!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdźcie koniecznie, zobaczycie masę osobliwości, będziemy wspólnie kpić z bratowej. Szykuje się
niespodzianka dla łaskawych gości: koncert, nowy obraz
i ta tajemnicza Trawińska.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będziemy, warto ją obejrzeć.</akap_dialog>


<akap>Wysocki sprowadził Melę do powozu.</akap>


<akap_dialog>--- Nie wsiądziesz? --- zapytała zdumiona, bo podawał rękę na pożegnanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, daruje mi pani... Potrzebuję się przejść...
Jestem tak zdenerwowany --- tłumaczył się dosyć niewprawnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... to dobranoc panu! --- powiedziała z naciskiem, dotknięta jego odmową, ale nie zważając na to,
pocałował ją w rękę. Żałowała bardzo swej ostrości
i jeszcze z powozu odwróciła się do niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdźmy gdzie do knajpy --- rzekł Bernard.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, dziękuję, nie jestem dzisiaj usposobiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdziemy do Chateau.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308748325556-2371973016"/><motyw id="m1308748325556-2371973016">Mężczyzna, Kobieta, Miłość, Naród, Małżeństwo</motyw>--- Muszę zaraz iść do domu, matka na mnie czeka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie podoba mi się takie gadanie, ty cały jesteś dziwny od pewnego czasu, wyglądasz, jakbyś połknął
bakcyla miłości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, daję ci słowo honoru, że się nie kocham.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kochasz się, tylko nie zdajesz sobie jeszcze
z tego sprawy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To wiesz więcej niż ja sam, a w kimże, jeśliś
łaskaw?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W Meli.</akap_dialog>


<akap>Wysocki począł się śmiać dosyć nieszczerze.</akap>


<akap_dialog>--- Spudłowałeś rzetelnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ja się w tych sprawach nie mylę nigdy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przypuśćmy, ale po co mi to mówisz? --- zagadnął dosyć niechętnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo mi cię żal, że się kochasz w Żydówce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? --- zapytał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo Żydówki są dobre do flirtu, Polki do kochania, a Niemki do zakładania obory zarodowej. Ale Żydówka na żonę dla ciebie --- nigdy, lepiej się utop.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może ja ci przeszkadzam? Bądźmy szczerzy
ze sobą --- zawołał porywczo Wysocki, przystając.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, słowo honoru, że nie. Co za myśl? --- roześmiał się sucho. --- Ostrzegłem cię tylko z przyjaźni,
bo pomiędzy wami są za wielkie różnice rasowe, aby
je mogła wyrównać nawet najszaleńsza miłość. Nie psuj
sobie rasy, nie żeń się z Żydówką i bądź zdrów.</akap_dialog>


<akap>Wsiadł w dorożkę i pojechał do domu, a Wysocki
szedł znowu jak przed dwoma godzinami Piotrkowską,
ale szedł szybko i w zupełnie innym usposobieniu.</akap>


<akap>Słowa Bernarda dały mu wiele do myślenia, zaczął się sam egzaminować z uczuć, jakie w nim budziła Mela.<end id="e1308748325556-2371973016"/></akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XI</naglowek_rozdzial>




<akap><begin id="b1308748433385-3682075803"/><motyw id="m1308748433385-3682075803">Małżeństwo, Interes</motyw>Mela zamknęła się w swoim pokoju i rozmyślała
nad sobą.</akap>


<akap>Leżała z otwartymi oczami i wsłuchiwała się w ciszę nocy i w te głosy, jakie się w niej odzywać zaczynały, głosy stanowczego protestu przeciw zamiarom ojca,
bo wczoraj rano przedstawił jej dosyć stanowczo propozycję małżeńską, zwykłą handlową ofertę od wielkiej
sosnowickiej firmy Wolfisz et Landau, która miała syna
i pragnęła go ożenić z córką firmy Grünspan et Landsberger.</akap>


<akap>Afera dla obu stron przedstawiała się korzystnie.</akap>


<akap><begin id="b1308749100308-871287954"/><motyw id="m1308749100308-871287954">Kobieta, Mężczyzna, Małżeństwo, Pozycja społeczna, Miłość</motyw>Młody Leopold Landau zgadzał się, jemu było
wszystko jedno, z kim się ożeni, byle żona miała posag
w gotówce i w pożądanej wysokości, pieniądze były mu
potrzebne do założenia interesu na własną rękę, a że
Mela miała taki posag i że mu się do tego bardzo podobała z fotografii, jaką mu w tajemnicy dostarczyli
swatowie, to gotów był się żenić.</akap>


<akap>Czy go kochała, czy była mądra, czy głupia, zdrowa
lub chora, dobra albo złośnica --- to mu było <slowo_obce>ganz fiksatuar</slowo_obce>! Jak powiedział pośrednikom.</akap>


<akap><end id="e1308748433385-3682075803"/>Wczoraj przyjechał do Łodzi, żeby się przyjrzeć
tej swojej przyszłej.</akap>


<akap><begin id="b1308748877215-880916469"/><motyw id="m1308748877215-880916469">Interes</motyw>Papa podobał mu się bardzo, Mela go olśniła,
a fabryka zrobiła na nim wrażenie świetnego interesu,
ale z tym ostatnim się nie wygadywał przed starym,
ale przeciwnie, oglądając, robił bardzo obojętną twarz
i dosyć pogardliwie przyglądał się gotowym już chustkom.</akap>


<akap_dialog>--- Łódzkie! --- szeptał, przymrużając oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bądź pan głupi, to kurantny<pe><slowo_obce>kurantny</slowo_obce> (z fr. <slowo_obce>courant</slowo_obce>: bieżący, płynny; bieg, prąd) --- dobrze prosperujący.</pe> interes! --- powiedział porywczo Grünspan.</akap_dialog>


<akap>Leopold się nie obrażał o zbytnią szczerość, w interesie nie ma gniewu, klepał papę po łopatce i w największej zgodzie powrócili na obiad.<end id="e1308748877215-880916469"/></akap>


<akap>Mela przemęczyła się przy stole i z nienawiścią
w sercu słuchała sosnowickich komplementów Landaua
i zaraz, jak tylko mogła, uciekła do Róży.</akap>


<akap_dialog>--- Pół dnia zyskałam, a co jutro, co później? --- myślała teraz, leżąc w ciemności i patrząc na storę,
przez którą księżyc siał na pokój zielonawe światło, jakie drżącym pyłem lśniło na jasnym dywanie i na ciemnym, majolikowym piecu. --- Nie zmuszą mnie przecież,
nie --- dodawała mocniej i ze wstrętem myślała o Leopoldzie, o jego wiewiórczej twarzy: przejmował ją wprost
fizycznym obrzydzeniem jego głos chrapliwy i wywinięte
zaślinione murzyńskie usta.</akap_dialog>


<akap>Przymykała oczy, ukrywając głowę w poduszkach,
aby się pozbyć tego przypomnienia. Wzdrygała się nerwowo, jakby pod obrzydliwym dotknięciem jego rąk
zimnych i spoconych, które czuła jeszcze; wytarła odruchowo ręce o kołdrę i przyglądała im się długo pod
ten księżycowy brzask jakby z obawą, czy te dotknięcia
nie pozostawiły plugawego śladu.</akap>


<akap>Czuła, że kocha Wysockiego całą mocą duszy, że
w nim kocha cały ten świat, w jakim się wychowywała
w Warszawie, świat tak zupełnie odmienny od otaczającego.</akap>


<akap>Wiedziała, że nie pójdzie za Leopolda, że potrafi
się oprzeć wszelkim naleganiom ojca i rodziny i na tym
postanowieniu wyczerpywała się cała jej energia, a później już myślała tylko o Wysockim, nie pytała się nawet,
czy on ją kocha, za bardzo go sama kochała, żeby to
spostrzec lub przekonać się o jego obojętności.</akap>


<akap>Nie powiedziała mu dzisiaj o swoich cierpieniach,
bo był taki zdenerwowany i smutny, a zresztą czuła
się dziwnie onieśmieloną wobec niego, jak dziecko,
które obawia się skarżyć przed starszymi. Dotknęło ją
boleśnie, że nie chciał z nią jechać, ale ten jego mocny
uścisk i pocałowanie ręki przejmowały ją rozkosznym
dreszczem.</akap>


<akap>Leżała długie godziny nieruchomo i rozpamiętywała
cały okres ich znajomości i wieczór dzisiejszy, wyprężała
się i wciskała silniej głowę w poduszkę, bo przypomnienie dotknięcia jego rąk, to pogłaskanie po włosach przejmowały ją denerwującym, słodkim dreszczem.</akap>


<akap>A później, gdy już szary świt rozbielał coraz silniej wnętrze pokoju, wydobywając na jawę dnia kontury mebli i sprzętów, myślała o znajomych doktorach,
o ich powodzeniu.</akap>


<akap>Miała dwie koleżanki, które wyszły za doktorów,
prowadziły dom otwarty wcale nie na niższą stopę
niż niektóre z żon fabrykantów. To ją uspokoiło zupełnie i przepełniona myślami, jakby to ona prowadziła
taki dom, w którym zbierałaby się cała inteligencja
łódzka --- zasnęła.<end id="e1308749100308-871287954"/></akap>


<akap>Obudziła się dość późno i z wielkim bólem głowy.</akap>


<akap>Rodzina cała była zebrana przy drugim śniadaniu,
gdy weszła do jadalnego.</akap>


<akap>Nakarmiła najpierw babkę i nie zwracając uwagi
na podniesiony głos Zygmunta, który coś wykrzykiwał,
siadła do stołu.</akap>


<akap>Grünspan, jak zwykle, chodził po pokoju ze spodkiem pełnym herbaty, który podnosił do ust obu rękami; był wystrojony w aksamitny wiśniowy szlafrok,
haftowany złotem na kołnierzu i rękawach, wyszywana
również aksamitna czapeczka tkwiła mu na czubku
głowy, twarz miał bardzo rozjaśnioną, herbatę chlipał
głośno i w przerwach prędko odpowiadał Zygmuntowi,
który się śpieszył z jedzeniem, bo odjeżdżał do Warszawy.</akap>


<akap>Stara ciotka, prowadząca gospodarstwo domowe,
pakowała mu walizkę.</akap>


<akap_dialog>--- Zygmunt, ja ci kładę czystą bieliznę, ty potrzebujesz czystą bieliznę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Mówię ojcu --- rzekł Zygmunt --- że
nie ma co czekać, niech Grosmann zaraz wyjedzie, on
jest chory naprawdę. Ojciec się z Reginą zajmie interesami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co jest Albertowi? --- zapytała Mela, która od
pożaru fabryki straciła doń dawną życzliwość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ma feler w sercu, on się bardzo zmartwił tym
ogniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To był duży fajer, ja się sam bałem --- wyciągnął spodek, aby Mela nalała mu herbaty i dopiero
zobaczył jej podkrążone oczy i szarą, jakby obrzękłą
twarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coś taka blada dzisiaj, możeś chora? Nasz doktór zaraz będzie w domu familijnym u jednego robotnika, to mógłby cię obejrzeć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdrowa jestem, nie mogłam tylko wcale spać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kochana Mela, ja wiem, dlaczegoś nie mogła
spać --- wykrzyknął uradowany i pogładził ją po twarzy pieszczotliwie. --- Potrzebowałaś trochę myśleć o nim,
ja to rozumiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O kim? --- zapytała ostro.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O swoim przyszłym. Ale przysyła przeze mnie
ukłony, będzie tutaj po południu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam żadnego przyszłego, a jak przyjdzie,
to możesz go sobie Zygmunt przyjąć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszy ojciec, co ta głupia mówi? --- wykrzyknął ze złością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sza, Zygmunt, przed ślubem wszystkie panny
tak mówią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak się nazywa ten... pan? --- zapytała pod
wpływem jakiejś nowej myśli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ona nie pamięta! Co to za nowy kawał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zygmunt, ja do ciebie się nie odzywam, to możesz dać mi zupełny spokój.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ja do ciebie mówię, to mnie słuchać powinnaś! --- wykrzyknął, rozpinając szybko mundur, co
robił zawsze w irytacji lub wzruszeniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sza... sza... dzieci. Ja ci powiem Mela, on się
nazywa Leopold Landau, on jest z Częstochowy, to jak
chcesz, żeby się nazywał? W Sosnowicach mają fabrykę. Wolfisz et Landau, to solidna firma, samo nazwisko ma wagę!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale nie dla mnie! --- odpowiedziała dobitnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zygmuś! Ja tobie kładę letni mundur, ty potrzebujesz letni mundur, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech ciotka włoży! --- zawołał prędko i sam
zaczął pomagać jej w pakowaniu i wkrótce, pożegnawszy się z ojcem, już od drzwi zawołał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mela, przyjadę dopiero na twoje wesele. --- Uśmiechnął się złośliwie i wyszedł.</akap_dialog>


<akap>Grünspan bez ceremonii zaczął się przy pomocy
Franciszka ubierać, bo chociaż miał swój pokój wspaniale urządzony, ale nie mógł się do niego przyzwyczaić,
wolał zawsze pokój brudniejszy i chociażby tłok niźli
samotność. Mela milczała, a ciotka, żółta, chuda, zgarbiona Żydówka w rudej peruce, rozdzielonej na środku
głowy białym sznurkiem, z twarzą zapadłą i jakby zakurzoną o ciężkich, bezwiednie opadających powiekach,
spod których tliły się zaropiałe oczy, chodziła po pokoju, ustawiając w kredensie szklanki i talerze od śniadania, które zaraz myła w wielkiej miednicy.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308749494208-1817542889"/><motyw id="m1308749494208-1817542889">Jedzenie, Skąpiec</motyw>--- Niech to sobie Franciszek weźmie dla dzieci! --- mruczała, zgarniając z talerzy na ceratę kawałki chleba
i ogryzione kości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dla psów jedzenie takie, a nie dla moich dzieci! --- odpowiedział hardo, nie krępując się zupełnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty głupi cham jesteś, jeszcze można z tego
ugotować zupę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A niech pani da kucharce, to ugotuje.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308749494208-1817542889"/>--- Cicho, nie piskuj Franek! Daj mi wody do
umycia.</akap_dialog>


<akap>I już prawie ubrany zaczął się myć, z wielką delikatnością oblewając swoje oblicze wodą, ale natomiast
parskając bardzo donośnie.</akap>


<akap_dialog>--- Co ty masz Melu przeciwko Leopoldowi Landau?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic, bo go nie znam zupełnie, przecież widziałam go po raz pierwszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po co więcej? Jak się interes zrobi, to będziecie mieli czas poznać się lepiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiem jeszcze raz ojcu stanowczo, że nie
pójdę za niego!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ty patrzysz jak mucha w mliku! --- krzyknął
na Franciszka, który się zaraz wyniósł razem z ciotką.
Wytarł się starannie, uczesał, przypiął wykładany kołnierzyk do dosyć brudnej koszuli, założył krawat, który
mu ją przykrył w zupełności, powkładał do kieszeni zegarek i szczoteczkę z grzebieniem, wygłaskał przed lustrem brodę, schował pod kamizelkę długie białe sznurki,
włożył kapelusz, nadział palto, wziął parasol pod pachę
i wciągając ciepłe rękawiczki, zapytał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego nie chcesz iść za niego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie kocham go i jest mi wstrętnym, a po
drugie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha! ha! Kochana moja Mela ma małe rybki
w głowie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Być może, ale pomimo to, nie pójdę za niego --- zawołała z wielką stanowczością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mela! Ja nic nie powiem, bo ja jestem bardzo
liberalny ojciec. Ja mógłbym ci kazać, ja mógłbym
wszystko załatwić bez ciebie, a ja tego nie robie, dlaczego? Bo ja cię kocham Melu i daje ci czas do namysłu. Ty się namyślisz, ty jesteś mądrą dziewczyną i nie
popsujesz takiego kurantnego interesu, ty będziesz Mela
pierwszą osobą na całe Sosnowice. Ja ci krótko wytłumacze.</akap_dialog>


<akap>Ale Mela nie chciała słuchać, odsunęła gwałtownie
krzesło i wyszła z pokoju.</akap>


<akap_dialog>--- Te kobiety to zawsze mają swoją fanaberię! -- mruknął niezrażony jej odmową ani wyjściem, dopił
zimną herbatę i wyszedł na miasto.</akap_dialog>


<akap>Przez kilka dni nie było zupełnie mowy o małżeństwie. Landau wyjechał, a Mela całe prawie dnie
przesiadywała u Róży, aby jak najrzadziej widywać się
z ojcem, który spotkawszy ją wyjątkowo, uśmiechał się
pobłażliwie, głaskał po twarzy i pytał.</akap>


<akap_dialog>--- Mela nie chcesz jeszcze Leopolda Landau?</akap_dialog>


<akap>Zwykle nie odpowiadała, ale była zrozpaczona
i zdenerwowana tym stanem. Nie wiedziała, co robić,
na czym się to wszystko skończy. Zaczęło ją do tego
trapić niepokojące pytanie, czy Wysocki ją kocha? Pytanie to tkwiło w jej mózgu jak igła i coraz bardziej
kłuło ciemnymi, bolesnymi wątpliwościami. Były chwile,
w których pomimo dosyć rozwiniętej dumy, byłaby mu
otwarcie wyznała swoją miłość, aby tylko usłyszeć to
upragnione słowo: kocham! Ale Wysocki nie pokazywał się u Róży, spotkała go raz tylko na ulicy, prowadzącego pod ramię matkę, ukłonił się jej i musiał
objaśniać matce, komu się kłania, bo Mela poczuła na
sobie jej wzrok badawczy. Wybrała się z Różą do
Endelmanów tylko dlatego, że miała nadzieję spotkać
tam Wysockiego. Tylko nadzieję, bo nie wiedziała, czy
tam bywa.</akap>


<akap>Jechały przez miasto wolno, bo dzień był piękny,
ulice nieco obeschły i roiły się tłumem spacerujących,
wyświątecznionych robotników, bo wypadało w sobotę
jakieś uroczyście obchodzone święto. Szaja jechał z nimi
na przednim siedzeniu i bardzo troskliwie okrywał im
nogi pledem.</akap>





<akap_dialog>--- Róża, ja mam ochotę się przejechać, zgadnij
gdzie? A jak zgadniesz to cię zabiorę.</akap_dialog>


<akap>Spojrzała bezwiednie w błękitne niebo wiszące nad
miastem i zawołała bez namysłu.</akap>


<akap_dialog>--- Do Włoch!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zgadłaś, możemy za parę dni jechać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pojadę z tobą, ale pod warunkiem, że Mela
z nami pojedzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech jedzie, będzie nam wesoło w drodze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję ci Róża, ale sama wiesz, że nie mogę,
ojciec na to się nie zgodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to się nie zgodzi? Jak ja chcę, to Grünspan
się nie zgodzi? Jutro będę u niego w tym interesie i na
drugą sobotę będziemy sobie już wąchali kwiat pomarańczowy.</akap_dialog>


<akap>Róża już znała Włochy, była tam z bratem i z bratową, ale teraz chciała jechać, aby je pokazać przyjaciółce. Stary Mendelsohn znał je również, ale bardzo
pobieżnie, bo miał manię, że gdy mrozy ścisnęły ziemię
i śniegi zasypały cały kraj, budziła się w nim głucha
niezmożona tęsknota za słońcem i ciepłem i dotąd go
nurtowała, aż kazał pakować walizy, brał któregoś z synów i jechał pośpiesznie, bez odpoczynku do Włoch, do
Nizzy albo do Hiszpanii. Ale najdalej po dwóch tygodniach był już z powrotem. Nie mógł i nie umiał żyć
bez tego miasta; brakowało mu tych godzin sześciu,
jakie musiał przesiedzieć w kantorze codziennie, brakowało mu turkotu maszyn, szalonego ruchu, wytężonego
życia fabryki, brakowało mu Łodzi, więc zaledwie stracił
ją z oczów, powracał stęskniony. Przyciągała go, jak
wielki magnes przyciąga opiłki żelazne.</akap>


<akap_dialog>--- Papo! Ale ja zaraz nie wrócę z tobą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, ja także chce dłużej tam posiedzieć,
mnie już Łódź męczy.</akap_dialog>


<akap>Zajechali przed dwupiętrowy dom, dosyć szczęśliwie udający ciężki pałac w stylu florenckim, stojący
w ogrodzie przy jednej z bocznych ulic i odgrodzony
od niej żelazną kratą pokrytą bluszczem, z którego świeciły złocone ostrza sztachet i niebieskie majolikowe wazony ustawione na słupach, różowiąc się krzewami azalii
kwitnących, poustawianych tam specjalnie na dzisiejszą
uroczystość u Endelmanów.</akap>


<akap>Fabryki Towarzystwa akcyjnego Kessler et Endelman
zamykały ogród czerwoną olbrzymią ścianą, błyszczącą
w słońcu niezliczonymi oknami.</akap>


<akap>Stangret objechał klomb ułożony z oranżeryjnych
kwiatów i krzewów i wjechał pod kolumnowy podjazd,
którego słupy objęte bluszczem dźwigały na sobie terasę, obwiedzioną drewnianą balustradą, malowaną na
marmur.</akap>


<akap>Z długiego przedsionka, wyłożonego czerwonym
dywanem, na środku którego stał wielki klomb kwitnących rododendronów, prowadziły na pierwsze piętro szerokie schody, wyłożone również czerwonym dywanem
i ubrane podwójnym rzędem obsypanych kwiatami azalii,
które jak smugi śniegu odcinały się od ścian obitych
adamaszkiem ciemnoczerwonym.</akap>


<akap>Elektryczność zalewała przedpokój i schody, skrząc
się w ogromnych zwierciadłach przedpokoju.</akap>


<akap>Kilku lokajów, czarno ubranych ze złotymi galonami na kołnierzach kurtek, rozdziewało wchodzących.</akap>


<akap_dialog>--- Ale tu bardzo ładnie! --- szepnęła Mela, idąc
po schodach z Różą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ładnie --- odpowiedział pogardliwie Szaja i skubał niedbale kwiaty i rzucał je na dywan, depcząc skrzypiącymi butami.</akap_dialog>


<akap>Endelman wyszedł aż przed drzwi, witał ich z uniesieniem i ostentacyjnie wprowadził do salonu.</akap>


<akap_dialog>--- Pan prezes jest bardzo łaskaw, pan prezes,
co? --- kończył zapytaniem, nadstawiając ucha, bo był
głuchym nieco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałem cię zobaczyć Endelman, no, jak się
masz?</akap_dialog>


<akap>Poklepał go przyjacielsko po łopatkach.</akap>


<akap_dialog>--- Bardzo dziękuję, ja się mam dobrze i moja
żona też, co?</akap_dialog>


<akap>Gwar, jaki wrzał w salonie, przycichł z ich
wejściem, kilkadziesiąt osób powstało na przywitanie
bawełnianego króla, który w długiej czarnej kapocie,
w długich lakierowanych butach, odrzynał się mocno od
frakowych kostiumów zebranych.</akap>


<akap>Szedł przez salon z bardzo łaskawym uśmiechem,
niektórym podawał rękę, niektórych klepał po ramionach, kobietom kiwał głową i przymrużonymi oczami
wodził po salonie.</akap>


<akap>Młody Kessler podsunął mu fotel; opadł na niego
ciężko i zaraz otoczyła go ciżba ludzi.</akap>


<akap_dialog>--- Pan prezes zmęczony? Może kieliszek szampańskiego, wybornej marki, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Napiję się --- wyrzekł uroczyście, przecierając
kolorową chustką okulary i gdy je założył, zaczął dopiero odpowiadać na liczne zapytania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże zdrowie pana prezesa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wrócił pan prezes do dawnego apetytu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy prezes wyjeżdża do wód?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Doskonale pan prezes wygląda!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego miałbym źle wyglądać --- odpowiedział z uśmiechem i z pewnym lekceważącym znużeniem
słuchał dalej chóru głosów, a gonił oczami za Różą,
którą otoczyło kilka młodych kobiet jasno ubranych.</akap_dialog>


<akap>Zgiełk trochę za hałaśliwy zaczął się zrywać z buduarów sąsiadujących z salonem i z sali bufetowej,
i z wielkiej grupy pań i panien siedzących w środku
salonu.</akap>


<akap>Panowały dwa języki: francuskim mówiły prawie
wszystkie Żydówki młode i stare z nieliczną garścią Polek; niemieckim posługiwali się Żydzi, Niemcy i Polacy.</akap>


<akap>Gdzieniegdzie tylko i po cichu brzmiała polska
mowa, którą się komunikowała grupa inżynierów, doktorów i innych specjalistów, dość wybitnych na to,
aby być zaproszonymi do Endelmanów i dość niewielką
grających rolę wobec milionerów, aby zajmować naczelne
miejsce w salonie.</akap>


<akap><begin id="b1308751806784-1664690486"/><motyw id="m1308751806784-1664690486">Alkohol, Pieniądz, Obyczaje</motyw>Endelman powrócił wkrótce, przed nim szedł lokaj
i na srebrnej tacy niósł kieliszek, srebrną wanienkę
i zamrożoną butelkę szampańskiego.</akap>


<akap>Endelman podcinał druty kapsla i gdy korek wyskoczył, sam nalewał perlący napój i podawał.</akap>


<akap>Mendelsohn pił wolno i smakował ze znawstwem.</akap>


<akap_dialog>--- Niezłe, dziękuję ci, Endelman.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myślę, jedenaście rubli butelka.<end id="e1308751806784-1664690486"/></akap_dialog>


<akap><begin id="b1308757561369-1285744061"/><motyw id="m1308757561369-1285744061">Pieniądz, Pozycja społeczna</motyw>Kilkanaście krzeseł, taburetów i niskich fotelików
utworzyło półkole, w środku którego siedział Szaja, jak
król wśród dworzan i wasalów; surdut rozpiął, że poły
opadły na ziemię i odsłoniły jedwabną atłasową kamizelkę, spod której zwieszały się dwa białe sznurki, nogę
założył na nogę tak wysoko, że szpic jego buta był na
wysokości głów siedzących, które za każdym jego słowem pochylały się pokornie, usta milkły w pół wyrazu,
gdy on mówił, a wszyscy śledzili każdy błysk jego czarnych wielkich źrenic obwiedzionych zaczerwienionymi
powiekami, każde poruszenie chudej, żółtej ręki o poobgryzanych paznokciach i pałkowatych palcach; gładził
długą siwą brodę i krótko ostrzyżone siwe włosy, przez
które różowiła się skóra głowy.</akap>


<akap>Twarz miał koloru szafranu, bardzo chudą i niesłychanie ruchliwą, nos garbaty i tak wydłużony z powodu braku przednich zębów, że wisiał mu nad ustami.</akap>


<akap>Mówił wolno, akcentując każdy wyraz i marszcząc
białe czoło, zapadnięte na skroniach, bardzo wypukłe
i bardzo pomarszczone w grube zastygnięte fałdy.</akap>


<akap>Jego dwudziestu milionom składały hołd i czołobitność nędzne pojedyncze miliony i nikczemne setki tysięcy rubli; otaczali go zgodnym harmonijnym kołem
Żydzi, Niemcy i Polacy; wobec jego potęgi, ciążącej na
wszystkich i hipnotyzującej najtrzeźwiejszych, znikały
rasowe antagonizmy, konkurencyjne nienawiści, osobiste
nieprzyjaźnie --- bo wobec tego szczupaka wszyscy czuli
się kiełbiami i czekali z niepokojem, rychło zechce ich
połknąć, jak określał Dawid Halpern stosunek małych
fabrykantów do Szai, ale Szaja był dzisiaj w dobrym
humorze, nie chciał rozmawiać o interesach, a zaczął
żartować z niektórych.<end id="e1308757561369-1285744061"/></akap>


<akap_dialog>--- Kipman, ty masz brzuch, jakbyś tam schował
sztukę perkalu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego ja miałbym schować sztukę perkalu
w brzuch, ja jestem chory, ja zaraz muszę jechać do
Karlsbadu.</akap_dialog>


<akap>I tak sobie rozmawiali dalej milionerzy łódzcy,
a salon wrzał coraz silniejszym życiem, bo co chwila
ktoś przybywał.</akap>


<akap>Endelmanowa robiła honory domu z wielką wprawą
i godnością, mąż jej pomagał energicznie, bo co chwila
słychać było jego przenikliwe: co?</akap>


<akap>Szum jedwabnych sukien, szept rozmów i zapachy
perfum i kwiatów zapełniały z wolna ten olbrzymi salon,
jeden z najwspanialszych w Łodzi.</akap>


<akap>Towarzystwo dzieliło się wciąż na grupy, które
niknęły prawie w ogromie salonu, w masie mebli porozstawianych i w kilku bocznych buduarach.</akap>


<akap>Salon był narożnikowy z oknami na ogrody, poza
którymi niby kije sterczały kominy fabryk.</akap>


<akap>Żółte jedwabne story nie przepuszczały słońca do
wnętrza, rozsiewały złotawy półmrok, w którym niewyraźnymi zarysami błyszczały ze ścian ramy obrazów,
brązowe ozdoby mebli i lśniąca jedwabna materia,
obciągająca ściany, pohaftowana w bladozielone gałązki
i kwiatki, o bardzo delikatnym rysunku; bladozielone
lamperie zarzucone złotymi haftami kwiatów trzymały
niby w ramie ściany i stanowiły otoczkę dla sufitu, na
którym był rozpięty rodzaj plafonu, prześliczne malowidło, przedstawiające scenę à la Watteau: łąka, strzępiaste
drzewa, strumyk wijący się srebrną wstęgą przez murawy pełne kwiatów, wśród których pasły się baranki
z niebieskimi wstążeczkami na białych runach karków,
a gromada pasterzy i pasterek w perukach, w krótkich
kostiumach tańczyła kadryla przy dźwiękach formingi,
na której wygrywał ryży faun.</akap>


<akap>W narożniku salonu wznosiła swoje brązowe
kształty wdzięczna Diana z Fontainebleau, wśród róż
białych i purpurowych, które delikatnymi pędami pięły
się na marmurowy postument i plamiły barwami popielato zielonawy ton brązu. Na tym tle siedział Mendelsohn i gromada fabrykantów.</akap>


<akap>Kilka garniturów w najczystszym stylu Ludwika
XIV, białych ze złotem, z pokryciami malowanymi lub
haftowanymi w bladozielone barwy stało pod ścianami,
pod szeregiem obrazów przeważnie bardzo cennych, bo
Endelmanowie mieli całą galerię zbieraną nie tyle ze
znawstwem, ile z namiętnością; prócz tych mebli stało
jeszcze dosyć w innych stylach, było pełno stolików inkrustowanych, obijanych materiami, chińskich fotelików
ze złoconego bambusu z wybiciami z jaskrawych jedwabiów, żardinierek złoconych, pełnych kwiatów; na marmurowym stylowym kominku płonął wielki ogień i rzucał
krwawo złoty blask na kilka młodych panien, pomiędzy
którymi siedziały Róża i Mela.</akap>


<akap>Endelmanowa wspaniała w swej toalecie z ciemnowiśniowego aksamitu, ubranej podług panującej mody
imitacjami drogich kamieni przy gorsie bardzo wydatnym, zbliżyła się do Róży.</akap>


<akap_dialog>--- Jeśli się nie bawicie, to wam przyślę Bernarda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może ma pani kogo zabawniejszego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znudził już panią?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na co dzień dobry, ale przy dzisiejszej uroczystości wolałabym jaką zmianę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyprowadzę wam Kesslera albo Borowieckiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest i pan Borowiecki? --- zagadnęła ciekawie,
bo widziała przed chwilą Likiertową.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cała Łódź jest u nas! --- powiedziała z zadowoleniem i na jej odwiniętych ustach, podobnych do
wydeptanych mocno stopni, wykwitł uśmiech, z którym
odeszła wspaniałym, majestatycznym krokiem, w aureoli
ufryzowanych szpakowatych włosów, spiętych brylantowymi szpilkami; duża rozlana twarz o cienkim zgrabnym nosie i małych czarnych oczkach mocno podkreślonych, jaśniała dumą.</akap_dialog>


<akap>Rozmawiała ze wszystkimi, była wszędzie, ale co
pewien czas spoglądała na wielkie sztalugi pokryte zasłoną i otoczone wieńcem laurowym, które stały pod
jednym z okien i na wszystkie zapytania, co się tam
kryje, odpowiadała tajemniczo.</akap>


<akap_dialog>--- Niespodzianka! Cud! Panie Endelman --- wołała
podniesionym głosem na męża, który spiesznie przybiegał na to wezwanie i z ręką przy uchu słuchał rozkazów żony i śpieszył je natychmiast wykonywać.</akap_dialog>


<akap>W bufecie urządzonym w jednym z bocznych pokojów było kilkunastu wyfraczonych mężczyzn, pomiędzy którymi stał Borowiecki z Trawińskim i ze starym
Müllerem, który więcej czerwony niż zwykle gadał głośno i pogardliwie pluł na posadzkę, wymyślał na Żydów,
bo go podrażnił przepych mieszkania Endelmanów i ich
wielkopańskie maniery. Borowiecki kręcił wąsy i uśmiechał się tępo, a Trawiński patrzył na żonę, która pierwszy raz dzisiaj występowała w Łodzi na tak wielkim
zebraniu, siedziała wpośród gromady kobiet i gasiła
wszystkie swoją arystokratyczną urodą i wykwintną prostotą stroju.</akap>


<akap>Musiała się nudzić wśród tego banalnego szczebiotu kobiet, bo odpowiadała krótko i wodziła oczami
po obrazach i dziełach sztuki rozrzuconych po salonie;
wał jedwabiów, koronek, aksamitów, obrzucony masą
drogich kamieni, błyszczący wszystkimi kolorami tęczy,
ponad którymi wznosiły się jakby nasadzone główki
kobiet, tworzył dla niej wspaniałą ramę, z której jej
biała suknia, zapięta pod szyję i ściśnięta w stanie złotym paskiem, mocno występowała.</akap>


<akap_dialog>--- Kto to ta śliczna kobieta? --- zapytał Grosglick.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moja żona, panie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, to panu winszuję, to anioł, to cztery razy
anioł, nie kobieta! --- wykrzyknął bankier i zmusił Trawińskiego, że musiał iść go przedstawić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki, pan wielu pań nie zna? --- pytał Bernard.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dosyć, może pan mnie przedstawi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To moja dzisiejsza funkcja.</akap_dialog>


<akap>Wziął Borowieckiego pod ramię i weszli do salonu,
gdzie już jakiś długowłosy mistrz próbował fortepianu,
przed chwilą wtoczonego z jednego z buduarów.</akap>


<akap_dialog>--- Będzie i muzyka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spytaj się pan, czego nie będzie, na to łatwiej
odpowiem. Pan po raz pierwszy na przyjęciu bratowej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, jakoś nigdy przedtem nie mogłem się
wybrać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, to pana żałuję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego, że wcześniej nie byłem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, bo miałbyś pan te nudy już za sobą --- drwił lekko Bernard.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, przeciwnie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uwaga, zaczynamy! Milion okrągły! --- szepnął,
przedstawiając go Müllerównie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, my się znamy dobrze! --- zawołała Mada
z radością, wyciągając rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedzcie sobie państwo co przyjemnego, a ja
wrócę za chwilę do pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja już usłyszałem przed chwilą --- szepnął Borowiecki, stając przed nią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się liczy --- zawołała naiwnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I liczy, i dobrze pamięta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, jaki pan dobry! --- wykrzyknęła i szybko
urwała, przysłaniając twarz wachlarzem.</akap_dialog>


<akap>Obrzucił ją spojrzeniem, pod którym rozczerwieniła
się cała. Wyglądała dzisiaj bardzo ładnie w różowej
jedwabnej sukni, upiętej białymi konwaliami; żółte jak
marchew włosy, spięte w grecki węzeł, odsłaniały biały
kark, pokryty niby puszkiem złotawym cętkami piegów,
które, gdy się rumieniła, zabiegały krwią; złote obrączki
rzęs otaczające jej błękitne porcelanowe oczy opadły na
źrenice i nie śmiały się podnieść na niego.</akap>


<akap_dialog>--- Bawi się pani dobrze? --- zapytał poważnie, aby
ją wyprowadzić z zakłopotania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie... tak... proszę, niech pan usiądzie przy
mnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mama jest tutaj?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, nie; mama nie lubi takich zebrań, bo, widzi
pan, mama się musi krępować, a głównie to mama nie
chce z Żydówkami razem bywać --- skończyła cicho,
uśmiechając się za wachlarzem ze strusich piór.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A pani?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie wszystko jedno, tylko że się ogromnie
nudziłam z początku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A teraz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A teraz już nie. Jak tylko pana zobaczyłam,
poczułam się swobodniejszą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję pani.</akap_dialog>


<akap>Uśmiechnął się.</akap>


<akap_dialog>--- Czy powiedziałam co niewłaściwego? To już
nic nie będę mówić ani ust nie otworzę.
</akap_dialog>


<akap>--- Przeciwko temu protestuję bardzo gorąco i energicznie.</akap>




<akap_dialog>--- A nie, nie będę mówić, bo co powiem, to albo
głupstwo, albo śmieszność.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani jedno, ani drugie, słucham panią nie tylko
uważnie, ale i z przyjemnością prawdziwą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodźmy dokończyć pańszczyznę! --- zawołał
Bernard, powracając.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308759324685-2659257504"/><motyw id="m1308759324685-2659257504">Kobieta, Pieniądz, Handel, Małżeństwo</motyw>Borowiecki skłonił się i odeszli, przeprowadzani
wzrokiem Mady, która nie śmiała go prosić, aby powrócił do niej.</akap>


<akap_dialog>--- Dwieście tysięcy w wysortowanych<pe><slowo_obce>wysortowany</slowo_obce> --- przebrany, przesortowany.</pe> towarach
albo w niepewnych wekslach --- szeptał znowu Bernard,
przedstawiając go brzydkiej, czarnej prawie od piegów
pannie, której głowa, twarz i chudy biust zasypane były
pudrem i brylantami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy ma zęby własne --- nie ręczę, ale za brylanty odpowiadam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan jesteś nieporównanym ciceronem<pe><slowo_obce>ciceron</slowo_obce> (z wł. <slowo_obce>cicerone</slowo_obce>: żart. mały Cyceron) --- przewodnik oprowadzający turystów.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znana rzecz w Łodzi. Zaraz pana do ruin doprowadzę. Pięćdziesiąt tysięcy <slowo_obce>bares geld</slowo_obce><pe><slowo_obce>bares geld</slowo_obce> (z niem.) --- gotówka; a. w wyrażeniu z podawaną sumą: gotówką.</pe> na stół --- ale
papa może się jeszcze raz spalić, to posag się skwadratuje<pe><slowo_obce>skwadratować</slowo_obce> --- podnieść do kwadratu (o liczbie).</pe>!
</akap_dialog>


<akap>Niemłoda, blada panna, o anemicznym spojrzeniu,
zielonawej twarzy i sukni, uśmiechnęła się jakimś bolesnawym uśmiechem, odsłaniając długie, rzadkie zęby
i sine dziąsła.</akap>



<akap>Borowiecki się skłonił i śpiesznie odszedł, bo niemiłe, wprost przykre wrażenie zrobiła na nim ta zgaszona twarz, podobna do zatrzymanego zegaru<pe><slowo_obce>zegaru</slowo_obce> --- dziś popr. D. lp: zegara.</pe> ze starej,
zakurzonej i otłuczonej porcelany saskiej.</akap>


<akap_dialog>--- Sto tysięcy, kaprysów za dwieście, a rozumu
za trzy grosze --- szeptał, przedstawiając go Feli, przyjaciółce Róży, która cała była w ruchu, bo włosy się
jej trzęsły, oczy biegały, poruszała nogami, ramionami,
ustami, brwiami i wybuchała co chwila wesołym dziecinnym śmiechem i była taka wdzięczna, uśmiechnięta,
rozbawiona, tak prześlicznie składała rączki, takim naiwnym głosikiem szczebiotała, tak się słodko wdzięczyła,
że Borowiecki szepnął:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Śliczne dziecko!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tylko w tym ślicznym dziewczątku siedzi
przyszła Messalina!</akap_dialog>


<akap>Borowiecki nie mógł protestować, bo się zbliżali
do Róży.</akap>


<akap_dialog>--- Róża Mendelsohn! Nazwisko samo mówi: ile!
Ta druga, popielata, to Mela Grünspan, posagu nie wymienię w cyfrach, ale mogę pana objaśnić, że to najlepsza i najrozumniejsza panna w Łodzi --- szepnął
i przedstawił go przyjaciółkom, które ciekawie mu się
przyglądały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za chudy! --- szepnęła Róża z taką miną, że
Mela nie mogła się powstrzymać od śmiechu.</akap_dialog>


<akap>A Bernard przedstawił go jeszcze kilkunastu kobietom starym i młodym i wszędzie go odpowiednio
informował, a skończywszy pracę, puścił wolno na środku
salonu.<end id="e1308759324685-2659257504"/></akap>


<akap>Borowiecki stanął przy ścianie i ciekawie się przyglądał zebranym. Na wprost niego były drzwi osłonięte
zielono-złotymi portierami, prowadzące do buduaru,
w którym siedziała samotnie Likiertowa i patrzyła na
niego, nie zauważył na razie tego wzroku, bo go zajmowały kolorowe grupy kobiet, wśród mebli, kwiatów
i zieloności, skrzące się drogimi kamieniami jak wystawy sklepowe złotników i grupy czarnych fraków porozrzucane na tle ścian i na tle tego przepychu barw
strojów kobiecych, jak czarne brzydkie kraby na tle gobelinu. Kilka starszych pań, uginających się prawie pod
masą koronek, złota i brylantów, siedziało obok niego
i rozmawiało tak głośno, że się odsunął nieco.</akap>


<akap_dialog>--- Prawda, że to wspaniałe, możnaby z tego obraz
namalować --- zagadnęła przechodząca Endelmanowa,
pociągając go za sobą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nieporównane!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zabieram pana, bo ktoś chce pana poznać,
tylko uprzedzam, że ten ktoś bardzo piękny i bardzo
niebezpieczny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tym gorzej dla mnie --- szepnął tak skromnie,
że Endelmanowa roześmiała się i uderzając go wachlarzem po ręku, szepnęła słodko:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z pana jest człowiek niebezpieczny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dla samego siebie najbardziej --- odpowiedział
zupełnie serio i wszedł za nią do maleńkiego, po chińsku urządzonego buduaru.</akap_dialog>


<akap>Przedstawiła go słynnej piękności łódzkiej, siedzącej niedbale na żółtej chińskiej sofie, z filiżanką herbaty
w ręku.</akap>


<akap_dialog>--- Musi mi pan wybaczyć śmiałość chociażby dla
odwagi przyznania się, że dawno pragnęłam poznać
pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Doprawdy, ale nie godzien jestem tego zaszczytu --- mówił znużony i znudzony, oglądając się na salon, czy
nie nadchodzi jaki wybawca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam jednak do pana pewien żal!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy nie do zapomnienia? --- zapytał z uśmiechem, śledząc jej żywe ruchy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z pewnością zapomnę, jeśli pan okaże skruchę
odpowiednią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chociaż nie wiem za co, żałuję jednak szczerze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żal mój pochodzi stąd, że mi pan męża oczarował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy narzekał, że bawił się wtedy źle z nami?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przeciwnie, dowodził bowiem, że pierwszy raz
w życiu bawił się tak dobrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc zamiast żalu powinna pani zapłacić mi
wdzięcznością i to podwójną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego podwójną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że się bawił dobrze i swoją obecnością nie popsuł pani przejażdżki do Pabianic --- dodał z naciskiem i bystro patrzył jej w oczy i brwi napięte niepokojem.</akap_dialog>


<akap>Roześmiała się sucho i zaczęła poprawiać wspaniały naszyjnik z pereł, osadzonych w brylanty, który
otaczał jej marmurową, prześlicznie uformowaną szyję.
W tym ruchu rękawiczki, dochodzące aż do ramion, zsunęły się nieco i odsłoniły klasycznie piękne ręce; oddychała tak szybko, że do połowy tylko przysłonięte piersi
wznosiły się i opadały.</akap>


<akap>Była istotnie bardzo piękną, ale tą suchą, klasyczną, zimną pięknością; szaro-stalowe bez połysku
oczy patrzyły jak zamarznięta szyba pod przyczernionymi mocno brwiami, patrzyła długo na Karola i w końcu
szepnęła:</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego Lucy nie przyszła?</akap_dialog>


<akap>I lekka ironia zamigotała w jej oczach.</akap>


<akap_dialog>--- Nie wiem, bo nie wiem, kogo pani ma na myśli --- rzekł spokojnie na pozór.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pani Zukierowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiedziałem, że pani Zukier ma takie imię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dawno się pan z nią widział?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę rozumieć pytanie, abym mógł na nie
odpowiedzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, pan nie rozumie! --- powiedziała przeciągle z uśmiechem i błysnęła rzędem wspaniałych zębów spoza małych bardzo i wyciętych w łuk amora ust.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308761298513-2505688792"/><motyw id="m1308761298513-2505688792">Flirt</motyw>--- Pani mnie indaguje<pe><slowo_obce>indagować</slowo_obce> --- badać, przepytywać, prowadzić śledztwo.</pe>? --- zapytał dość porywczo, bo go irytowało jej spojrzenie i ta chętka udręczania, jaka się przewijała w jej twarzy. Ściągnęła brwi
lekko i patrzyła się w niego spojrzeniem Junony, do
której była bardzo podobną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, panie, ja pytam tylko o Lucy, o naszą
serdeczną przyjaciółkę, bo i ja ją kocham nie mniej,
może tylko trochę inaczej --- dodała łagodnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę pani wierzyć, że pani Z. jest godną kochania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I jest godną niezapierania się tej miłości, panie
Borowiecki. Żyjemy ze sobą jak dwie siostry i nie ukrywamy przed sobą nic --- powiedziała z naciskiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc? --- zapytał stłumionym przez gniew głosem, bo zalała go złość, że Lucy wypaplała przed tą
klasyczną lalką ich tajemnice.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc trzeba mi ufać i starać się zasłużyć na
moją przyjaźń, która nieraz może być bardzo pomocna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Zaczynam od tej chwili.</akap_dialog>


<akap>Przesiadł się na sofę i pocałował ją w obnażone
ramię, bo była wygorsowaną pod pachy i tylko paski
naszywane drogimi kamieniami trzymały suknię na ramionach.</akap>


<akap_dialog>--- Tą drogą nie idzie się do wiernej, siostrzanej
przyjaźni! --- szepnęła, odsuwając się nieco, z uśmiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale przyjaźń nie powinna mieć tak cudownych
ramion ani być tak piękną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani nie powinna zdradzać takich gwałtownych,
ludożerczych instynktów --- powiedziała, wstając i rozprostowując swoje rozwinięte doskonale kształty, poprawiła troskliwie kunsztownie ufryzowane w wałki na
skroniach blond włosy i rzekła, widząc, że i on podniósł się:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan zostanie na chwilę, byliśmy ze sobą akurat tak długo, że mogą pana posądzić o miłość do
mnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyżby się pani gniewała na taką miłość?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Lucy, panie Karolu! Dobrzem powiedziała,
że pan jest ludożercą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A raczej pięknożercą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjmuję w czwartki, proszę przyjść trochę
wcześniej!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczymy się jeszcze dzisiaj?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, bo ja zaraz wychodzę, opuściłam chore
dziecko dla pana...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda, że nie mogę wyrazić swojej wdzięczności tak, jak chciałbym! --- zawołał z uśmiechem, ogarniając spojrzeniem jej gors wspaniały i szyję.</akap_dialog>


<akap>Zakryła się wachlarzem, skinęła mu głową i poszła,
pokrywając uśmiechem pewne zakłopotanie.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki, pani Trawińska o pana się
dopomina! --- zawołał Bernard. </akap_dialog><akap_dialog>
--- Gdzież piękna dyrektorowa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poszła siać oczami śmierć i zniszczenie --- odrzekł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nudna baba!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy pan bywa na jej czwartkach?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż bym tam robił! Bywają tylko jej wielbiciele i kochankowie: przeszli, obecni i przyszli..<end id="e1308761298513-2505688792"/>. Czekamy
na pana!</akap_dialog>


<akap>Borowiecki czuł się tak znudzonym, że zamiast
iść do Trawińskiej, chciał bokiem nieznacznie, przesunąć
się do drzwi głównych i wyjść, ale przechodząc obok
portier sąsiedniego buduaru, spotkał się oko w oko
z Likiertową, swoją dawną miłością.</akap>


<akap>Cofnęła się z powrotem, a on, ciągnięty nieprzeparcie jej spojrzeniem, poszedł w ślad za nią.</akap>


<akap>Nie mówili ze sobą już od roku, rozeszli się nagle, bez jednego słowa wyjaśnień; spotykali się czasami
na ulicy, w teatrze, witali się z daleka, jak obcy sobie
zupełnie, a jednak często stawała przed nim jej twarz
dumna i smutna, jak wyrzut cichy i bolesny.</akap>


<akap>Kilkakrotnie chciał mówić z nią, ale zawsze brakło
mu odwagi, bo go trapiło, że nie miał jej co powiedzieć, nie kochał jej. A teraz to niespodziewane spotkanie
oszołomiło i przeniknęło bolesną męką.</akap>


<akap_dialog>--- Dawno pana nie widziałam --- powiedziała spokojnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Emma! Emma! --- wyszeptał bezwiednie, wpatrując się w jej bladą twarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proszę państwa, w tej chwili rozpoczyna się
koncert! --- zawołała Endelmanowa, obrzucając ich spojrzeniem.</akap_dialog>


<akap>Jakoż zaraz rozległ się akompaniament fortepianu
i czysty, dźwięczny sopran zalał melodią piosenki salon.</akap>


<akap>Wrzawa umilkła i wszystkich oczy utonęły w śpiewaczce.</akap>


<akap>Ale oni nic nie słyszeli prócz niespokojnego, trwożliwego bicia serc własnych.
<begin id="b1308760780490-804374779"/><motyw id="m1308760780490-804374779">Kobieta, Uroda, Przemijanie</motyw>Emma usiadła na niskim, wspartym na smokach
foteliku, osłoniętym od kominka ekranem, przez który
złoty brzask ognia przeciekał i zabarwiał różem jej bladą,
o liliowym tonie twarz, bardzo smutną twarz starzejącej
się piękności.</akap>


<akap>Borowiecki stanął z boku i patrzył się spod spuszczonych nieco powiek na jej twarz jeszcze bardzo
piękną, ale już poznaczoną pazurami czasu; na skroniach
zapadniętych rozwijała się cała sieć drobnych zmarszczek
zbiegała pod oczami, pod królewskimi oczami, których czarne źrenice, otoczone błękitnawymi białkami,
jak u dziecka, świeciły ostrym blaskiem spod ciężkich,
długich powiek, porysowanych siatką sinych i cienkich
jak włosy żyłek.</akap>


<akap>Oczy były podkreślone również sinymi plamami,
które przebijały się spod delikatnej warstwy bielidła.</akap>


<akap>Czoło wysokie i bardzo piękne było odsłonięte, bo
miała czarne włosy, przeświecające srebrnymi nitkami,
zaczesane na uszy, w których wisiały ogromne dwa
brylanty.</akap>


<akap>Mocno purpurowe usta, bardzo wydatne, miały
wyraz cierpienia, opuszczały się kątami ku silnie zarysowanym szczękom. A w całej twarzy i głowie lekko
pochylonej czuć było znękanie, jakie bywa po długiej
i bolesnej chorobie, bo nawet te jedynie młode usta
wyglądały jak więdnący kwiat granatu --- i miała w swej
twarzy jakąś cierpką, melancholijną słodycz kobiet wyczerpanych miłością.</akap>


<akap>Jej delikatne rysy, odbijające natychmiast każde
uczucie, jakie przewijało się przez serce i mózg, ściągały się nerwowo i drgały samymi odruchami wrażeń.</akap>


<akap>Była ubrana w ciemnofioletową suknię, przybraną
przy odsłoniętym biuście mocno żółtymi koronkami, naszywanymi rubinami i ametystami; figurę miała tak
zgrabną i wysmukłą, że można ją było wziąć za młodą
dziewczynę, gdyby nie pewna sztywność pleców i opadnięcie ramion.<end id="e1308760780490-804374779"/></akap>


<akap><begin id="b1308760835251-3534094153"/><motyw id="m1308760835251-3534094153">Serce, Wzrok</motyw>Siedziała, wachlując się lekko, nie patrzyła na
niego, nie patrzyła na nikogo, chociaż jej promienne
spojrzenia obejmowały cały salon, bo czuła jego oczy
na swej twarzy i to spojrzenie, które paliło, przenikało
jej rozgoryczone i smutne serce zarzewiem dziwnie palącego bólu.<end id="e1308760835251-3534094153"/></akap>


<akap>Stał przy niej tak blisko, że słyszała jego oddech
i skrzyp gorsu, gdy się pochylał, widziała jego rękę,
którą się podpierał o żardinierkę, mogła podnieść oczy
i nasycić się tym tak bardzo kochanym, tak bardzo
wyczekiwanym, ale nie zrobiła tego, siedziała nieporuszenie.</akap>


<akap><begin id="b1308760885236-1077393375"/><motyw id="m1308760885236-1077393375">Miłość, Duma, Kobieta</motyw>Wiedział, że ona jest z tych kobiet, które raz tylko
kochają, że to jedna z tych marzycielskich bluszczowych
dusz, spragnionych idealnego życia, głuchych i ślepych
na zwykłą codzienność, a pełnych namiętnych żądz kochania i oddawania się na wieczność całą ukochanemu,
a równocześnie pełnych dumy i poczucia własnej godności.<end id="e1308760885236-1077393375"/></akap>


<akap><begin id="b1308760960741-1246400214"/><motyw id="m1308760960741-1246400214">Kobieta, Mężczyzna, Kochanek</motyw>To go właśnie irytowało najwięcej, bo wolał stosunek z kobietami pospolitymi, którym pod wykwintną
zewnętrznością biją zwykłe serca samic lub sprzętów
gospodarskich. Takie nie robią tragedii z miłostki przelotnej, kończą ją na łzach, na bezsenności, na drugim
wreszcie kochanku, albo powracają do przerwanych
chwilowo funkcji gospodarskich i zostają znowu tym,
czym były przedtem, tj. <wyroznienie>niczym</wyroznienie>.<end id="e1308760960741-1246400214"/></akap>


<akap_dialog>--- Co ja jej powiem? --- myślał znowu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo ładnie śpiewa, prawda?</akap_dialog>


<akap>Przerwała milczenie, nie patrząc na niego.</akap>


<akap_dialog>--- Tak, tak! --- odpowiedział prędko, goniąc wzrokiem śpiewaczkę, którą po skończeniu piosnki, otoczył
tłum mężczyzn i odprowadzał do bufetu.</akap_dialog>


<akap>Fortepian zamilkł i gwar z większą siłą niż przedtem wionął po salonie.</akap>


<akap>Lokaje roznosili lody, konfitury, ciastka, cukierki
i szampańskie, które co chwila hukało korkami.</akap>


<akap_dialog>--- Czy pan już puścił w ruch swoją fabrykę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie jeszcze, dopiero koło jesieni to zrobię --- odpowiedział zdumiony, bo był przygotowany na inne
zupełnie zapytanie.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308761047774-3426974439"/><motyw id="m1308761047774-3426974439">Oko, Dusza</motyw>Spojrzeli sobie w oczy, zajrzeli aż do głębi dusz.<end id="e1308761047774-3426974439"/></akap>


<akap>Emma opuściła pierwsza, bo źrenice jej zaszkliły
się łzami i rzekła cicho:</akap>


<akap_dialog>--- Z całej duszy życzę panu szczęścia we... wszystkim... a chyba... pan... wierzy... że mu szczerze... życzę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak nikomu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I zawsze jednakowo... bez zmiany...</akap_dialog>


<akap>Głęboki żal zadrgał w jej głosie.</akap>


<akap_dialog>--- Dziękuję...</akap_dialog>


<akap>Pochylił głowę.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308761183837-2718972091"/><motyw id="m1308761183837-2718972091">Przemijanie, Zemsta, Miłość</motyw>--- Żegnam pana --- powiedziała, powstając, ale
takim tonem, że zadrgał i pod wpływem jakiejś nagłej
obawy czy strachu zaczął szeptać gorączkowo:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Emma, nie odchodź tak! Muszę się z tobą widzieć, jeśli nie zapomniałaś o mnie zupełnie, jeśli mnie
nie masz za ostatniego nędznika, to pozwól mi przyjść
do siebie, muszę z tobą mówić, chcę ci powiedzieć...
odpowiedz mi chociaż słówko, błagam cię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Patrzą na nas! Żegnam pana. Nie mam panu
nic do powiedzenia, przeszłość tak zamarła w moim
sercu, że jej już nie pamiętam, a jeśli chwilami wspominam, to ze wstydem.</akap_dialog>


<akap>Powlekła przyćmionym łzami spojrzeniem po jego
pobladłej twarzy i odeszła.</akap>


<akap>Te ostatnie słowa były nieprawdą, ale włożyła
w nie całą swoją zemstę, której teraz, idąc wolno przez
salon, tak bardzo żałowała, że miała nieprzepartą chęć
powrotu do niego i rzucenia mu się do nóg, błagania
o przebaczenie --- ale nie powróciła, szła wolno, uśmiechając się do znajomych i zamieniając słowa i spojrzenia z nimi, a nie widząc prawie nikogo.<end id="e1308761183837-2718972091"/></akap>


<akap><begin id="b1308761344461-362449222"/><motyw id="m1308761344461-362449222">Miłość, Grób</motyw>Przyjechała do Endelmanów umyślnie dla Karola,
zdecydowała się na ten krok po długich miesiącach cierpień, po strasznych szamotaniach z tęsknotą i z miłością, które ją całą przepalały.</akap>


<akap>Chciała go widzieć i mówić z nim, bo na dnie jej
dumnego serca, pod rumowiskami cierpień i zawodów,
tlił się ostatni płomyk nadziei, że on ją kocha jeszcze,
że tylko jakieś niewytłumaczone przyczyny rozdzieliły
ich chwilowo, po których wyjaśnieniu i usunięciu...</akap>


<akap>A teraz wracała jak grób, w którym ostatnie ślady
życia zgniły i rozpadły się w strzępy pokryte wielką,
martwą cichością nocy wiecznej.<end id="e1308761344461-362449222"/></akap>


<akap><begin id="b1308761417049-3289579056"/><motyw id="m1308761417049-3289579056">Pogarda</motyw>Borowiecki poszedł pomiędzy ludzi do bufetu, aby
się orzeźwić, bo połknął jej słowa ostatnie, jak wilk połykając zamrożoną w tłuszczu sprężynę, która teraz
rozprężała się z wolna i darła mu wnętrzności ostrym,
przenikliwym bólem.</akap>


<akap>Byłby wszystko zniósł i łzy, i rozpacz, i wyrzuty,
ale tej pogardy, jaką go spoliczkowała, znieść nie mógł,
a znieść musiał, bo Endelmanowa go zabrała, aby mu
pokazywać obrazy i zbiory dzieł sztuki<end id="e1308761417049-3289579056"/>, nagromadzone
w kilku pokojach dosyć bezładnie, ale musiała go zaraz
odstąpić Grosglikowi, który miał do niego jakiś interes.</akap>


<akap>Po śpiewach towarzystwo znowu się rozsypało.</akap>


<akap>Szaja otoczony swoim dworem, przeniósł się do
bufetu, a w salonie panowała teraz Trawińska, otoczona
gronem młodych kobiet, pomiędzy którymi były Mela
i Róża.</akap>


<akap>Endelmanowa co chwila podchodziła do kogoś
i szeptała tryumfująco.</akap>


<akap_dialog>--- Cała Łódź jest u nas dzisiaj! Prawda, że się
dobrze bawią?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cudownie! --- odpowiadano, ziewając ukradkiem, bo się istotnie nikt dobrze nie bawił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Endelman! --- wołała na męża, śpiesznie
podbiegając krokiem baletowym, co przy jego cienkich nóżkach i dużym brzuchu, robiło śmieszne wrażenie. --- Panie Endelman, do buduaru chińskiego każ pan
zanieść lodów!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz każę zanieść lodów, co? --- odpowiadał,
osłaniając dłonią ucho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I szampańskiego dla panów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz i szampańskiego dla panów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, że się dobrze bawią? --- zapytała go
po cichu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Ślicznie, bardzo ślicznie, wypili prawie
wszystko szampańskie.</akap_dialog>


<akap>Rozeszli się, bo <begin id="b1308761748343-3716910200"/><motyw id="m1308761748343-3716910200">Alkohol, Wino, Obyczaje</motyw>Endelman zaglądał co chwila do
bufetu, aby tam gospodarzyć i z pewną wyniosłą przykrością stwierdzać, że goście pomijali inne wina, a pili
tylko szampańskie.</akap>


<akap_dialog>--- Te chamy piją szampańskie, jakby to było
Münchenbier<pe><slowo_obce>Münchenbier</slowo_obce> (niem.) --- monachijskie piwo.</pe>, co? --- szepnął do Bernarda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz przecież jeszcze dosyć zapasów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam wino, ale oni nie mają wychowania, żeby
tak pić, pić, jakby to nic nie kosztowało.<end id="e1308761748343-3716910200"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Paradny jesteś, muszę to w Łodzi opowiedzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? No, nie bądź tak głupi Bernard.</akap_dialog>


<akap>Ale Bernard nie słuchał i ze śmiechem opowiadał
Róży, przy której usiadł.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308761982042-612638097"/><motyw id="m1308761982042-612638097">Zabawa, Nuda, Obyczaje</motyw>--- Panowie, damy się nudzą same! --- wołał Endelman do młodzieży, zgromadzonej w bufecie, aby ją
odciągnąć od picia, nikt się jednak nie ruszył.</akap_dialog>


<akap>Bernard sam jeden bawił panie, siedział na wprost
Trawińskiej i rozmawiał z nią, wyrzucając co chwila
takie zabawne paradoksy, że czerwona głowa Róży pochylała się aż ku kolanom, żeby stłumić śmiech, a Trawińska śmiała się swobodnie i z subtelnie pobłażliwym
śmiechem z jego błazeństw, a szukała oczami męża,
który teraz rozmawiał z Borowieckim pod Dianą, tak
żywo, że głosy ich chwilami słyszała.</akap>


<akap>Reszta towarzystwa nudziła się jak mogła.</akap>


<akap>Mada chodziła nieco senna i udawała, że się przygląda obrazom, a przysuwała się coraz bliżej do Borowieckiego.</akap>


<akap>Starsze panie drzemały w fotelikach lub skupione
po buduarach opowiadały sobie nowiny, młodsze słuchały rozmowy Trawińskiej z Bernardem i spoglądały
ciężkim żałosnym wzrokiem w stronę bufetu, skąd huczały podniecane szampanem głosy mężów i ojców.</akap>


<akap>Z wolna nuda rozlewała się po salonie.</akap>


<akap>Patrzano na siebie obojętnie i jakby wrogo, jakby
jedni drugim przypisując winę tego wspólnego nudzenia się.</akap>


<akap>Obejrzano stroje, otaksowano klejnoty, jakimi panie i panny były literalnie obładowane, obgadano i salon, i gospodarzy, i przyjęcie, i samych siebie, a teraz nie
było już co robić więcej.</akap>


<akap>Nic tutaj zebranych nie łączyło, nie mieli nic wspólnego, zebrali się razem, bo pewien ton łódzkiego życia
nakazywał bywać u Endelmanów, jak nakazywał zachwycać się ich galerią obrazów i ich zbiorami dzieł
sztuki, jak nakazywał czasem bywać w teatrze, jak również nakazywał od czasu do czasu dać coś na biednych,
narzekać na brak życia towarzyskiego w Łodzi, wyjeżdżać za granicę itd.</akap>


<akap>Naginali się z trudem do pewnych form przyjętych
w świecie, a które były im obce i obojętne.<end id="e1308761982042-612638097"/></akap>


<akap>Właśnie prawie o tym samym rozmawiał Bernard.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308762150649-204751033"/><motyw id="m1308762150649-204751033">Plotka, Zabawa, Miasto</motyw>--- Pan Łodzi nie kocha? --- przerwała mu Trawińska, aby skrócić zbyt długą tyradę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ale żyć bez niej nie mógłbym, bo nigdzie
bardziej się nie nudziłem i nigdzie więcej nie spostrzegłem śmieszności.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, pan się zajmuje zbieraniem pewnych śmieszności.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potępiła pani uśmiechem moją zabawę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niezupełnie, rada bym usłyszeć o celu tego
zbierania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myślałem, że pani będzie rada co usłyszeć
z mego zbioru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Omylił się pan w przypuszczeniu, nie jestem
ciekawa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niczego? --- zapytał trochę drwiąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przynajmniej bliźnich swoich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli ci są nudni, ach jak bardzo nudni! --- szepnęła Toni żałośnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nawet kobiety pani nie obchodzą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Obchodzą mnie tyle tylko, ile wszyscy ludzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdybym chciał opowiedzieć coś bardzo ciekawego, na przykład o pani dyrektorowej Smolińskiej,
która w tej chwili wychodzi? --- zapytał cicho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O nieobecnych, tak samo jak o umarłych, nie
mówię nigdy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może pani ma rację, bo i jedni i drudzy bywają nudni.<end id="e1308762150649-204751033"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- A najbardziej ci pozujący na znudzonych --- zawołała z naciskiem Róża, patrząc na niego ironicznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Mówmy o obrazach, czy to nie właściwy temat dla pani? --- zawołał podrażniony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To już lepiej o literaturze --- podjęła Toni gorąco, która była słynną zjadaczką romansów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan czytał Bourgeta<pe><slowo_obce>Bourget, Paul</slowo_obce> (1852--1935) --- cieszący się uznaniem współczesnych pisarz fr., członek Akademii Francuskiej, twórca powieści psychologicznych i obyczajowych, m. in. <tytul_dziela>La Terre promise</tytul_dziela>.</pe> <tytul_dziela>La Terre Promise<pe><slowo_obce>La Terre Promise</slowo_obce> (fr.) --- ziemia obiecana.</pe></tytul_dziela>? --- zapytała nieśmiało, milcząca cały czas, ta zakurzona,
z twarzą podobną do zatrzymanego zegara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie czytuję literatury jarmarcznej; w dzieciństwie czytałem <tytul_dziela>Historię o Magielonie</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Różę z Tannenbergu</tytul_dziela> i podobne arcydzieła, to mi wystarcza na resztę
żywota.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za ostro pan sądzi Bourgeta --- odezwała się
Mela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Być może, że ostro, ale sprawiedliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję pani za poparcie --- skłonił głowę
przed Trawińską. --- Czytałem jakąś książkę tego niby
wielkiego pisarza, niby psychologa, niby moralisty, czytałem dosyć pilnie, bo zmusił mnie do tego rozgłos, jakim się on cieszy u nas, no i wydał mi się starcem lubieżnym, opowiadającym w tonie podniosłym, a z cynicznym uśmieszkiem, szkaradne historyjki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może zaczniemy teraz mówić o kobietach, czy
to nie właściwy temat dla panów? --- zaczęła Trawińska
złośliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, to mówmy o tak nazywanej płci pięknej,
kiedy już nie mamy zabawniejszego tematu.</akap_dialog>


<akap>Rozkrzyżował komicznie ręce, ale był zły na Ninę.</akap>


<akap_dialog>--- Ostrożnie, bo pan nas obrażać zaczyna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Anioły ziemskie obrażać się nie powinny, że
jednak ja mało mogę mówić o aniołach, bo ten rodzaj
niewiele jest znany w Łodzi, odejdę i przyprowadzę
kogoś, który w tej specjalności jest <slowo_obce>au courant<pe><slowo_obce>au courant</slowo_obce> (fr.) --- na bieżąco.</pe></slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap>Powiedział dosyć twardo, podniósł się i zaraz przyprowadził Kesslera, młodego, chudego Niemca, o żółtych
włosach, niebieskich wyłupiastych oczach i wielkich
mocno wysuniętych szczękach, obrośniętych również żółtym zarostem.</akap>


<akap_dialog>--- Robert Kessler! --- zarekomendował, posadził
na swoim miejscu i odszedł do grupy mężczyzn, którzy
pod przewodnictwem Endelmana oglądali obrazy w długim, stanowiącym właściwą galerię pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Grosglick, patrz pan na tę Madonnę, to
jest z Drezna Madonna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Śliczny obraz! --- mówił przeciągle stary Liberman i włożywszy ręce w kieszenie, wypiął brzuch,
pochylił głowę na piersi i przypatrywał się ramom
obrazu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest obraz medalowany, patrz pan, tu stoi:
,,Medaile d'or<pe><slowo_obce>medaile d'or</slowo_obce> (fr.) --- złoty medal.</pe>", to jest obraz masiw i kosztuje grube
pieniądze, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile? --- rzucił cicho Grosglick, gładząc wskazującym palcem lewej ręki, na którym błyszczał krwawnik
oprawny w złoto, twarde czarne bokobrody, które mu
oblepiały okrągłą twarz niby kotlety z kostką; wąsy
i brodę miał wygolone starannie.</akap_dialog>


<akap>Podnosił brodę tak wysoko, że dwie fałdy skóry
na grubym czerwonym karku zakrywały mu kołnierzyk
i czyniły go podobnym do krótkiej wypasionej świni,
usiłującej daremnie ściągnąć z płota wiszącą bieliznę;
prawą rękę trzymał w kieszeni białej kamizelki.</akap>


<akap_dialog>--- Ile? --- powtórzył cicho, bo zawsze mówił cicho i z wielką powagą podniósł brwi, które ostrymi półkolami rysowały się na jego wypukłym czole i stanowiły mocny kontrast swoją czarnością z siwymi włosami
i różową cerą twarzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie pamiętam, bo tym się zajmuje mój sekretarz --- odpowiedział niedbale Endelman.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308763145359-1140728660"/><motyw id="m1308763145359-1140728660">Sztuka</motyw>--- Patrz pan na ten obraz rodzajowy, to żywe
prawie, to się rusza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo ładne farby! --- mruknął któryś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I jeszcze ładniejszy kapitał, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ja, ja</slowo_obce><pe><slowo_obce>ja, ja</slowo_obce> (niem.) --- tak, tak.</pe>! Same ramy do taki landszaft kosztuje
drogo --- mówił z powagą gruby Knaabe, ze znawstwem
stukając cygarniczką w brązowe ramy.<end id="e1308763145359-1140728660"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież pana stać nawet i na złote, panie
Knaabe; bo kogo stać na kapelusz, tego musi być stać
i na głowę --- zaśmiał się Grosglick, który zawsze prawie popierał swoje wywody porównaniami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest genialne powiedzenie, panie Grosglick --- zawołał Bernard, tłumiąc śmiech.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie stać i na to --- szepnął skromnie bankier --- Proszę panów, jeszcze jedna Madonna, to jest
kopia z Cimabuego, ale lepsza od oryginału, ja panu
daję słowo, że lepsza, bo ona kosztuje całe tysiąc rubli,
co? --- zawołał, zobaczywszy wątpiący uśmiech na ustach
bankiera.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczmy, ja bardzo lubię Madonny. Ja swojej
Mery kupiłem Murrilowską Madonnę, jej to sprawia
przyjemność mieć w swoim pokoju taki obraz, to czemu
ja nie miałem kupić?</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308763291383-868894879"/><motyw id="m1308763291383-868894879">Sztuka, Pogrzeb</motyw>Obejrzeli w ten sposób kilkadziesiąt obrazów i stanęli pod wielkim mitologicznym malowidłem, zajmującym pół ściany i przedstawiającym wejście do Hadesu.</akap>


<akap_dialog>--- To duża sztuka --- wykrzyknął z podziwem
Knaabe.</akap_dialog>


<akap>Endelman zaczął objaśniać treść obrazów, ale mu
żywo przerwał Grosglick.</akap>


<akap_dialog>--- To jest zwykły grabarz, a to jest głupi obraz,
po co malować takie smutne rzeczy! Jak zobaczę pogrzeb, to ja się później muszę leczyć, bo mnie przez
parę dni boli w sercu. Kto ma umrzeć, to się nie utopi!</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308763291383-868894879"/>--- Drugi numer koncertu, proszę panów do salonu! --- zapraszała Endelmanowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powinszować państwu takiej galerii, powinszować --- wołał bankier.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co oni będą wiprawiać w salonie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Służę panu programem, tam jest wydrukowane.</akap_dialog>


<akap>Bernard podał mu długi pasek surowego jedwabiu, ozdobiony ręcznymi malowidłami, na którym był
po francusku wypisany program.</akap>


<akap>Wrócili do salonu, gdy się już przyciszyło, bo
wynajęta para popisywała się jakimś dialogiem francuskim.</akap>


<akap>Mężczyźni, skupieni przy drzwiach od bufetu, słuchali ze znudzonymi twarzami i powoli cofali się do porzuconych szklanek i kieliszków; kobiety natomiast słuchały z chciwością i pożerały oczami parę deklamatorów, udających młodych naiwnych kochanków, którym
się zdarzył wypadek, że na przejeżdżających napadli
w górach zbójcy, zabrali i rozdzielili.</akap>


<akap>Spotkali się właśnie i opowiadali swoje przygody
z takim naiwnym cynizmem, z takim eleganckim wyuzdaniem, że panie trzęsły się ze śmiechu i co chwila
biły entuzjastyczne brawa.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308763454803-2131110020"/><motyw id="m1308763454803-2131110020">Ciało, Strój</motyw>--- Ach, <slowo_obce>mon Dieu</slowo_obce><pe><slowo_obce>mon Dieu</slowo_obce> (fr.) --- mój Boże.</pe>, <slowo_obce>mon Dieu! Très joli, très joli</slowo_obce><pe><slowo_obce>très joli</slowo_obce> --- bardzo ładnie.</pe>! --- wykrzykiwała głośno z zachwytu uklejnotowana jak sklep
jubilerski pani Cohn, żona jednego z fabrykantów i jej
małe, zarosłe tłuszczem oczka tryskały łzami zadowolenia i tak się bawiła doskonale, że trzęsły się jej tłusto
nalane policzki i ramiona podobne do wałów obwiniętych w czarny jedwab.<end id="e1308763454803-2131110020"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co oni cię kosztują, Endelman? --- zapytał cicho Grosglick.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sto rubli i kolację, ale to warto tysiąc, bo się
goście dobrze bawią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest dobry pomysł, na imieniny żony muszę ich zamówić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zamów pan zaraz, to ustąpią dobry rabat --- szepnął mu Bernard przez ramię i przesunął się do
Meli, siedzącej poza wszystkimi samotnie, bo Róża
siadła w pierwszym rzędzie, aby nie stracić i słowa
z dialogu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Budzę cię, Mela! O czym marzysz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W tej chwili myślałam o tobie --- szepnęła
cicho, podnosząc na niego swoje szare oczy</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, myślałaś o Wysockim! --- syknął i gniewnie obrywał hiacynty rozkwitłe, stojące na stoliczku,
obok którego usiadł.</akap_dialog>


<akap>Patrzyła na niego zdumionymi i jakby wylękłymi
oczami.</akap>


<akap_dialog>--- Mogłam tak samo myśleć o L. Landau, o którym ze znajomych, jakich nazwiska mogłeś wymienić
z równą domyślnością, jeśli nie uwierzyłeś moim słowom</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przepraszam cię, Mela, zrobiłem ci przykrość?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, bo wiesz, że nigdy nie mówię tego, czego
nie myślę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj mi rękę.</akap_dialog>


<akap>Wysunęła mu dłoń obciśniętą w białą rękawiczkę
z szarym wyszyciem.</akap>


<akap>Odpiął guziczki i pocałował ją w dłoń dosyć
mocno.</akap>


<akap_dialog>--- Skoro Wysockiemu wolno, wolno i mnie! --- tłumaczył, gdy mu dosyć ostro wyrwała rękę. --- Ale,
a propos Landaua. Mówili mi na mieście, że wychodzisz
za niego, czy to prawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A coś odpowiedział tym, którzy ci mówili o moim małżeństwie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że to pogłoska, która się nigdy nie sprawdzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję, bo się istotnie nie sprawdzi. Daję ci
słowo, że za niego nie wyjdę --- dodała silniej, widząc
niedowierzanie w jego oczach.</akap_dialog>


<akap>Po jego chudej nerwowej twarzy przeleciał błysk
zadowolenia.</akap>


<akap_dialog>--- Wierzę ci, ja ani chwili nie przypuszczałem,
żebyś mogła iść za niego. Ty i taki kantorowicz ordynarny, przecież to zwykły macher<pe><slowo_obce>macher</slowo_obce> --- kombinator, naciągacz, cwaniak, hochsztapler.</pe> bez wychowania, brudny Żydziak. Wolałbym już w ostatnim razie Wysockiego
dla ciebie.</akap_dialog>


<akap>Błysnęła oczami, lekki rumieniec mgłą różu powlókł jej twarz, spuściła powieki pod jego badawczym
wzrokiem i poprawiając bransoletę, szepnęła:</akap>


<akap_dialog>--- Nie bardzo lubisz Wysockiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cenię go jako człowieka, bo jest prawym
i dosyć rozumnym, ale nie cierpię go jako twojego
wielbiciela.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308764136475-1627810667"/><motyw id="m1308764136475-1627810667">Miłość, Religia</motyw>--- Mówisz, aby mówić, bo dobrze wiesz, że nikt
nie jest mniej moim wielbicielem od niego --- powiedziała niby szczerze, bo chciała wyciągnąć z Bernarda,
jeśli wiedział, jakie szczegóły o Wysockim.</akap_dialog>


<akap>Przypuszczała bowiem, że jeśli się przyjaźnią, to
i zwierzać się muszą przed sobą.</akap>


<akap_dialog>--- Wiem, co mówię. On jeszcze z tej miłości nie
zdaje sobie sprawy, ale już cię kocha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż z tego, kiedy on katolik! --- zawołała bezwiednie, zdradzając się ze swojej tajemnicy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, tak rzeczy stoją! Winszuję ci, winszuję! --- szeptał wolno i zjadliwy żrący uśmiech okolił mu cienkie usta.</akap_dialog>


<akap>Rozgarnął niedbałym ruchem czarne kędzierzawe
włosy, pokręcił małe wąsiki i powstał; na jego delikatną
wybitnie semicką twarz padł jakiś cień rozdrażnienia
czy też gniewu.</akap>


<akap>Nozdrza mu drżały ze wzruszenia tłumionego,
a czarne o oliwkowym odcieniu oczy biegały niespokojnie po jej twarzy.<end id="e1308764136475-1627810667"/></akap>


<akap>Wykręcił się i odchodził bez słowa.</akap>


<akap_dialog>--- Bernard! --- zawołała za nim prędko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz powrócę --- powiedział, odwracając do
niej twarz już spokojną, przez którą wił się tylko zwykły pogardliwy uśmiech.</akap_dialog>


<akap>Mela nie zwracała uwagi na jego rozdrażnienie, bo
to co powiedział, zatopiło jej serce w dziwnie rozkosznym cieple.
Siedziała z przymkniętymi oczami i wciągając silną
woń hiacyntów, szeptała, upojona wielką radością
i szczęściem:</akap>


<akap_dialog>--- Więc to jest prawda?</akap_dialog>


<akap>Ale jej radość przerwały grzmiące brawa, jakimi
ogólnie zasypywano dialogistów, gdy skończyli.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Très joli, mon cher</slowo_obce><pe><slowo_obce>mon cher</slowo_obce> (fr.) --- mój drogi.</pe> Bernard! --- wykrzykiwała
jeszcze Cohnowa, wycierając załzawione oczy i mokrą
od tłuszczów twarz, do Bernarda, który przechodził
obok niej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ona mówi francuszczyzną krowy hiszpańskiej --- szepnął do Trawińskiej, która szukała oczami męża.</akap_dialog>


<akap>Uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi.</akap>


<akap_dialog>--- Może państwo zechcą nie opuszczać swoich
miejsc, co? --- mówił podniesionym głosem Endelman.
</akap_dialog>


<akap>Jakoż i zaraz lokaje wynieśli pod okno sztalugi
i ustawili je w świetle, a na znak Endelmanowej odkryli zasłonę.</akap>




<akap_dialog>--- Proszę państwa do obrazu! Do nowego arcydzieła! Proszę oglądać! Panie Endelman, każ pan podnieść story.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308764735545-3361166199"/><motyw id="m1308764735545-3361166199">Sztuka, Ciało, Strój</motyw>Skupili się wprost płótna uwieńczonego wieńcem
laurowym, z którego wychylała się scena morska Kray'a;
kilka nimf odpoczywało na skale, wynurzającej się spod
błękitnych cichych wód jakiejś południowej zatoki.</akap>


<akap>Magnoliowe drzewa pokryte kwiatem, podobne do
stożkowych bukietów, kładły różowy ton na szafiry wód,
które z jakąś pieszczotą marszczyły się i biły w zielone
skaliste brzegi.</akap>


<akap>Kilka mew zataczało kręgi nad nimfami, a z boku,
z lasu laurów o błyszczącej zieleni jasnej, z drzew migdałowych i magnolii, wychylały się wielkie ciała centaurów, pokryte rudym włosem, z twarzami błyszczącymi żądzą.</akap>


<akap>Nad całym krajobrazem leżała wielka słodka cisza
upalnego dnia, przesycona zapachami kwiatów, szmerem
morza i barwami turkusowego nieba, które się rozlewało w wielką roztocz i w głębi obrazu łączyło się
w jeden ton z morzem.</akap>


<akap_dialog>--- Czemu one bez ubrania?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo im gorąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak pan chcesz, panie Grosglick, żeby się one
kąpały!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To scena mitologiczna, panie Grosglick.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest przede wszystkim goła scena.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cudowny obraz, zachwycający! --- wołały panie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu, a gdzie tu leży ich ubranie, dlaczego tu
ubranie nienamalowane, ten malarz to musi być fuszer.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To są przecież nimfy, panie Cohn.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cohn, ty się tak znasz na nimfach jak... nimfy
na tobie --- zawołał Grosglick.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Cohn, żeby Kray był fuszer, to jego obraz
nie byłby u mnie, pan wie --- rzekła wyniośle z politowaniem Endelmanowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój mąż się nie zna na tym, on się zna na
barchanie --- tłumaczyła Cohnowa tak gorąco, że kilka
osób wybuchnęło śmiechem.<end id="e1308764735545-3361166199"/></akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308764804366-329258251"/><motyw id="m1308764804366-329258251">Morze</motyw>--- Jakie to śliczne! Jakie to morze prawdziwe,
zupełnie takie same jakie było przy naszej willi w Genui. Myśmy byli w przeszłym roku w Genui.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W Biarritz też jest dużo wody, ale ja nie lubię
patrzeć, bo mnie się zaraz niedobrze robi.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308764804366-329258251"/><begin id="b1308764836432-1539207949"/><motyw id="m1308764836432-1539207949">Sztuka</motyw>--- Ale niechaj państwo uważają, że to morze
prawie słychać, o! A te kwiaty są tak ładne, jakby były
robione i pachną prawdziwie --- szeptała Endelmanowa,
usilne zwracając uwagę zebranych na obraz, bo zaczynali już odchodzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Farbę czuć --- zawołał Knaabe, pochylając się
do obrazu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale, bo widzicie państwo, kazałam obraz powerniskować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przez to barwy straciły na świeżości i poczerniały, a potem<pe><slowo_obce>potem</slowo_obce> --- tu: poza tym.</pe> warstwa werniksu błyszczy się tak,
że trudno przez to co zobaczyć --- tłumaczyła jej Trawińska po cichu, bo sama dosyć odczuwała malarstwo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja lubię, żeby był glanc<pe><slowo_obce>glanc</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Glanz</slowo_obce>) --- połysk, blask.</pe>! Mnie jest wszystko
jedno; landschaft<pe><slowo_obce>landschaft</slowo_obce> (niem.) --- krajobraz, pejzaż.</pe>, scena rodzajowa, mitologiczna czy historyczna, ja wszystko kupuję, bo my możemy sobie na
to pozwolić, ale ja lubię, żeby moje obrazy miały glanc!
To porządniej wygląda --- tłumaczyła się głośno i tak
szczerze, że Nina musiała przysłonić twarz wachlarzem,
żeby nie parsknąć śmiechem.<end id="e1308764836432-1539207949"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bernard, czy ja nie mam racji?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zupełną, bo się nadaje większą wartość obrazowi.
Któż trzyma rondle w kuchni, niewyczyszczone i bez glancu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Mon cheri</slowo_obce>, ty się śmiejesz ze mnie, a ja się
i tak przyznaję, że lubię, aby wszystko wyglądało porządnie, nowo...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem, bo dlatego kazałeś poczyścić pomadką
stare zbroje i chińskie brązowe figurki.</akap_dialog>


<akap>Róża roześmiała się z tych objaśnień i żeby zatrzeć ten śmiech, zawołała:</akap>


<akap_dialog>--- Idę ojca przyprowadzić do obrazu.</akap_dialog>


<akap>I poszła zaraz do bufetu, gdzie Szaja siedział
z Müllerem i prosiła go, żeby szedł.</akap>


<akap_dialog>--- Po co mi taka ekspozycja! Mnie tu jest dobrze
z panem Müllerem. Ja morze znam, co to jest za wielkie widowisko? Trochę większa sadzawka od mojej, jaką
kazałem wykopać w moich dobrach. Kipman, ja cię kiedy
zaproszę do moich majątków ziemskich! --- zwrócił się
do starego przyjaciela, który siedział przy bufecie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże się panu wydała moja bratowa? --- pytał Bernard Borowieckiego.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308765360967-2403920144"/><motyw id="m1308765360967-2403920144">Sztuka, Interes, Ambicja</motyw>--- Bądź co bądź wyjątkowa kobieta. Kupuje obrazy,
zbiera galerię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aby się nią chwalić. Ta galeria wynosi ją we
własnym mniemaniu ponad tę ordynarną, ciemną masę
milionów. To kwestia nie potrzeby, zamiłowania, sztuki,
a wprost ambicji.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mniejsza o powody, bo czy są takie lub inne,
zgromadziły zawsze dosyć pokaźną liczbę dzieł istotnie
wartościowych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, bratowa ma swój system. Jeśli się jej
jaki obraz podoba, to długo chodzi koło niego, wypytuje
się znawców o jego wartość, targuje go wytrwale dopiero wtedy, gdy już wie, że kupiwszy go, nic na nim
stracić nie może.<end id="e1308765360967-2403920144"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdzie pan do hotelu? Kurowski ma być
dzisiaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdę, bo nie widziałem go ze dwa miesiące.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może mnie pan usprawiedliwi przed braterstwem, ale wyjść zaraz muszę.</akap_dialog>


<akap>Uścisnął mu rękę i wyszedł niepostrzeżony.</akap>


<akap>Mrok już zalewał miasto, zapalone latarnie i wystawy sklepów, gdy się znalazł na Piotrowskiej.</akap>


<akap>Odetchnął z pewną ulgą na powietrzu.</akap>


<akap>Nie opuścił salonu Endelmanów zaraz po wyjściu
Likiertowej, żeby nie zwrócono na to uwagi i nie zrobiono nowych plotek, które i tak dosyć szarpały imię
Emmy.</akap>


<akap>Nudził się piekielnie, bo ani go nie obchodziło towarzystwo ani produkcje koncertantów, ani obraz nowy.
Był jeszcze ogłuszony tą dziwną rozmową z Emmą
i jej ostatnimi słowami.</akap>


<akap>Nie mógł zrozumieć własnego stanu, bo nigdy
przedtem nie czuł się tak bardzo zdenerwowanym i dotkniętym.</akap>


<akap_dialog>--- Pogardza i nienawidzi! --- myślał i bolała go
ta pogarda i nienawiść coraz silniej.</akap_dialog>








<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XII</naglowek_rozdzial>




<akap>Pod drzwiami mieszkania, na trotuarze, czekała na
niego kobieta z czworgiem dzieci, ta sama, która wciąż
się starała o wynagrodzenie za śmierć męża.</akap>


<akap_dialog>--- Wielmożny panie! A to z pokorną prośbą przyszłam --- błagała, rzucając mu się do nóg.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czego chcecie? --- zapytał ostro.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to wedle tego, co wielmożny pan mi obiecali, że fabryka zapłaci mi za to, co maszyna mojego
rozerwała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, to Michalakowa? --- zapytał łagodniej, patrząc na jej czerwone oczy i twarz wynędzniałą i siną,
przejedzoną przez nędzę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Michalakowa, jużci ta sama, co już ode żniw...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mają wam zapłacić dwieście rubli. Trzeba wam
iść do pana Bauera, bo on wam zapłaci i tam u niego
jest cała sprawa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Byłam jako i dzisia u tego Niemca, ale ten
zapowietrzony kazał me ze schodów ściepnąć i pedział
przez lokaja, że me wsadzi do kryminału, kiej go będę
nachodziła, jak un ma swoje święto. Ażebyś zmarniał
psubracie za moje siroctwo i poniewierkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W poniedziałek przyjdźcie do kantoru pana Bucholca, to wam wypłacą. Zaczekajcie jeszcze ten dzień.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Adyć ja czekam, wielmożny panie: lato zeszło,
kopania zeszły, twarda zima zeszła i wiosna nadchodzi,
a ja czekam wielmożny panie. Bieda me z dzieciamy
źre kiej ten zły zwirz, a z nikąd poratowania nima, jaże
mi już mocy i pomyślunku brakuje do ścierpienia. A jak
me wielmożny pan, nasz dziedzic i ociec kochany nie
poratuje, to już pewnikiem zmarniejemy.</akap_dialog>


<akap>Zaczęła płakać cicho i z rozpaczliwą bezradnością
patrzyła mu w oczy.</akap>


<akap_dialog>--- Przyjdźcie w poniedziałek, jak wam powiedziałem --- szepnął i wszedł do mieszkania, polecając Mateuszowi zanieść tej kobiecie rubla.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ona jeszcze jest? Wyrzuciłem ją z sieni już
trzy razy, a ta jak suka wraca pode drzwi i skomle ze
swojemi szczeniętami. Nima co, ino jej trzeba sprać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dasz jej pieniądze i ani ją tkniesz palcem, słyszysz --- krzyknął podrażniony, wchodząc do pokoju.</akap_dialog>


<akap>Maks z fajką w zębach leżał na otomanie, a Murray, ubrany czarno z bardzo wzruszoną twarzą siedział
przy nim i słodko patrzył w dno kapelusza, który trzymał w ręku.</akap>


<akap>Szczęka latała mu szybciej niż zwykle, bo przeżuwał ustawicznie i podrzucał garbem tak często, że pół
surduta wjechało mu aż na kark.</akap>


<akap>Karol kiwnął im tylko głową i poszedł do swojego pokoju.</akap>


<akap>Uporządkował papiery na biurku, poprawiał kwiaty
w wazonach, przyglądał się długo fotografii Anki, otworzył list czekający na niego, ale nie czytał, odłożył i zaczął chodzić, przysiadać na wszystkich krzesłach, wyglądać przez okno.</akap>


<akap>Był jak człowiek ugodzony w samo serce, który
nie może zdać sobie sprawy z własnego stanu i chwieje
się na wszystkie strony, bezwiednie poszukując równowagi i zaczepienia się myślą o co bądź.
Nie mógł się pozbyć tej gryzącej pamięci słów
Emmy.</akap>


<akap>Usiadł wreszcie pod oknem i zapatrzył się bezmyślnie w resztki dnia, jakie gasły z ostatnimi zorzami
nad miastem.</akap>


<akap>Mętna, brudna szarość zalewała pokój i przynosiła ze sobą nudę i zniechęcenie, jakie zaczynał teraz
uczuwać.</akap>


<akap>Nie dał zapalać lamp, siedział w ciemności i słuchał gwarów usypiających ulicy.</akap>


<akap>Głos Maksa rzadko się rozlegał, a natomiast coraz
wyraźniej słyszał przyduszony, głuchy szept Anglika,
który mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Co pan chce! Pies się przyzwyczaja do własnej
budy. Wie pan, jak idę do Smolińskich, to mnie ogarnia takie dziwne ciepło, taki spokój, tak mi tam dobrze,
jasno, wesoło, że potem ze strachem myślę, że przecież
muszę powrócić do siebie, do pustych ścian, do ciemnego,
zimnego mieszkania. Już mi tak zbrzydło kawalerstwo,
że dzisiaj właśnie postanowiłem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oświadczyć się... a który to raz z rzędu --- mruknął Maks.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308774237379-288370760"/><motyw id="m1308774237379-288370760">Żona, Religia</motyw>--- Tak oświadczę się, zaraz po Wielkiej Nocy
ślub. W czerwcu wezmę urlop i zawiozę żonę do Anglii, do rodziny. Ach, jaka ona była dzisiaj śliczna w kościele! --- zawołał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któż to, ta ona, wybrana?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dowiesz się pan jutro.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niemka, Żydówka, Polka? --- badał Maks zaciekawiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Polka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli katoliczka, to nie pójdzie za pana, bo one
się swojej religii trzymają z uporem pijanych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie szkodzi, bo ja się panu przyznam po
cichu, że zaraz skoro tylko zostanę narzeczonym, przejdę
na katolicyzm. Mnie jest wszystko jedno, bo i tak moją
religią jest miłość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak teraz to tylko żona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tylko żonę można kochać i szanować, tylko
żony godne są uwielbienia.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308774237379-288370760"/>--- <slowo_obce>Immer langsam voran</slowo_obce><pe><slowo_obce>immer langsam voran</slowo_obce> (niem.) --- przede wszystkim zawsze powoli.</pe>, <slowo_obce>langsam</slowo_obce>! Jeszcześ pan
nie był żonatym, spróbuj pan pierwej.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki przerwał im rozmowę.</akap>


<akap_dialog>--- Maks, przyjdziesz do Kurowskiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdę? A ty już wychodzisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, do widzenia Murray!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdę razem z panem.</akap_dialog>


<akap>Obciągnął szybko surdut, pożegnał się i zaraz
wyszli.</akap>


<akap>W tej stronie Piotrkowskiej, pomiędzy rynkiem
Geyera a Ewangelicką, dosyć pusto było na trotuarach
i cicho.</akap>


<akap>Niskie, parterowe domy patrzyły na ulicę oświetlonymi oknami, przez które widać było doskonale wnętrze
mieszkań.</akap>


<akap>Borowiecki milczał, a Murray ciekawie zaglądał
przez okna i co chwila przystawał.</akap>


<akap_dialog>--- Spojrzyj pan, jak to ładnie wygląda! --- zawołał, przystając przy jednym, przez które lekko przysłonięte, widać było duży pokój; stół na środku oświetlony
wiszącą lampą, obsiadła rodzina.</akap_dialog>


<akap>Czerwony papa, obwiązany serwetką, nalewał z dymiącej wazy zupę na talerze dzieci, które łakomymi
oczami mierzyły ruchy ojca.</akap>


<akap>Matka, tęga Niemka o jasnej, uśmiechniętej twarzy, obwiązana niebieskim fartuchem, rozstawiała talerze przed starą siwą kobietą i starym mężczyzną, który
wytrząsał fajkę do popielniczki i opowiadał coś głośno.</akap>


<akap_dialog>--- Im musi być bardzo dobrze --- szepnął Murray,
zazdrośnie obejmując oczami tą zwykłą scenę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, jest im ciepło, mają apetyt i obiad na
stole --- szepnął niechętnie Karol i przyśpieszył tak kroku,
że Anglik pozostał w tyle i wlókł się wolno, przyglądając się wszystkim oświetlonym oknom.</akap_dialog>


<akap>Był chory na silną nostalgię rodziny i miłości.</akap>


<akap>Borowiecki zmieszał się z tłumem robotników, wylewających się z bocznych ulic i napełniających trotuary
Piotrowskiej i płynął z nimi bezmyślnie.</akap>


<akap>Do Kurowskiego było jeszcze za wcześnie, do knajpy
żadnej ochoty nie czuł, z domu wypędziła go nuda,
więc się wlókł ulicą, nie wiedząc co zrobić ze sobą
i z kilku godzinami czasu.</akap>


<akap>Skręcił w ulicę Benedykta i wszedł na Spacerową
jako cichszą i bardziej ciemną. Chodził z jednego końca
alei w drugi i zawracał.</akap>


<akap><begin id="b1308776332265-696402122"/><motyw id="m1308776332265-696402122">Miłość, Sumienie, Krzywda</motyw>Chodził wprost po to, aby się zmęczyć, aby fizycznym wysiłkiem przyciszyć te dziwne głosy jakby sumienia, które się budziły w nim i rozdrażniały go coraz
boleśniej i przechodziły następnie w głuchy jeszcze, nieuświadomiony żal Emmy.</akap>


<akap>Zaczynał na nowo rozmyślać nad tym stosunkiem,
zerwanym tak brutalnie i nieludzko i który ona dzisiaj
przekreśliła pogardą pełną nienawiści.</akap>


<akap>Nie był młodzieńcem niedoświadczonym ani niesentymentalnym, nie był zbyt skorym do odczuwania
niedoli ludzkiej, a pomimo to gryzła go świadomość, że
wyrządził wielką krzywdę.</akap>


<akap>A poza tym, kiedy sobie przypomniał jej dawne
pocałunki, jej miłość i szlachetność, to wszystko, czego
pamięć wobec niej, tam u Endelmanów nie potrafiła
przyspieszyć krążenia krwi --- teraz, w takim zdenerwowaniu przepalało go jakimś upartym, mocnym pragnieniem.</akap>


<akap>Zapragnął znowu jej miłości.</akap>


<akap>Nie mógł znieść spokojnie tej myśli, że się rozstali na zawsze, że nigdy już nie ucałuje jej ust, nie
zobaczy tej dumnej głowy w swoich ramionach.</akap>


<akap>Tak go oszałamiała ta myśl, że kilkakrotnie szedł
już ku jej domowi i z denerwującym biciem serca myślał
o okrzyku, z jakim go przywita. Pamiętał dawne czasy.</akap>


<akap>Ale nie poszedł, wracał znowu na ulicę.</akap>


<akap>Byłby się musiał usprawiedliwiać, a usprawiedliwiać się nie miał czym.</akap>


<akap>A potem gryzł go jakiś wstyd, bo dobrze pamiętał przysięgi i te zapewnienia wiecznej miłości, jakie jej
składał tak niedawno jeszcze...</akap>


<akap>Wstyd było mu również tego rozmazgajenia, jakie
czuł w tej chwili.</akap>


<akap>Wziął się przecież w garść rozumu i zimnego handlowego rozsądku, popełniał wiele rzeczy złych umyślnie,
zasklepiał się w sobie umyślnie i opancerzał serce egoistycznymi sofizmatami.</akap>


<akap>Wyrzucał stale z budżetu swojego życia wszystko,
co tylko nosiło ślad jakikolwiek uczucia, porywu bezwiednego, interesu ogólniejszej natury --- wszystko, co
mogło przeszkodzić mu do zrobienia majątku i do spokojnego nasycania się życiem.</akap>


<akap>Spekulował na zimno, uwodził kobiety na zimno,
bo wypadały mu taniej niż płatne kochanki, żenił się
prawie na zimno, wszystko obliczał i tak się trenował
dobrze, że chwilami czuł, że jest nowym, innym człowiekiem, że wyniesione z domu, ze szkół, ze społeczeństwa popędy, aspiracje i wierzenia --- zagasły w nim
zupełnie.</akap>


<akap>Zdawało mu się tylko, bo przyszło coś, taka choćby
pogarda kobiety kiedyś kochanej, takie jedno nic, które
swoją potęgą niewytłumaczoną skojarzeń zbudziło w nim
na nowo tak starannie pogrzebane światy.<end id="e1308776332265-696402122"/></akap>


<akap>Patrzał teraz z trwogą, że jednak nie zdołał utopić całej duszy w interesach, w fabryce, w takiej ściśle
egoistycznej egzystencji, że duszę ma pełną tych mar,
które się zbudziły i potężniejsze niż dawniej dopominały
się o swoje prawa.</akap>


<akap>Jakby pierwsza młodość się w nim zbudziła spod
popiołów tego mechanicznego łódzkiego życia, młodość
ze wszystkimi wierzeniami i złudzeniami. Poczuł jakiś
mocny głód wrażeń.</akap>


<akap>Samotność mu zaciężyła.</akap>


<akap>Poszedł spiesznie do kolonii, ale tam prócz służącej nie zastał nikogo.</akap>


<akap>Służąca go zapewniała, że panie zaraz przyjdą, ponieważ niedługo zaczną się schodzić zwykli niedzielni
goście.</akap>


<akap_dialog>--- A gdzie panna Kama?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W salonie. Niedawno słyszałam Picolo, to tam
być musi i panna Kama.</akap_dialog>


<akap>Jakoż znalazł Kamę, śpiącą na kozetce. Picolo zawarczał cicho na intruza, ale poznawszy go, schował
biały kudłaty łeb w jej włosy i zamilkł.</akap>


<akap>Kama spała na wznak, z rękami pod głową. Przez
otwarte drzwi z przedpokoju oblewało ją światło i złociło jej dziecinną, zarumienioną twarzyczkę, otoczoną
pierścionkami czarnych włosów pozakręcanych w białe
szpilki.</akap>


<akap>Wyszedł po cichu, aby jej nie zbudzić.</akap>


<akap_dialog>--- Nie mam nawet gdzie pójść --- myślał, bo chociaż pamiętał, że obiecał być dzisiaj o zmroku u Lucy,
nie poszedł.</akap_dialog>


<akap>Teraz, gdy miał tak rozmiękczoną duszę melancholijnymi przypomnieniami Emmy i tak pełną przeróżnych
drgań, Lucy była mu wyrzutem sumienia.</akap>


<akap>Gniewała go swoją ordynarnością i głupotą. Nie
mógł się w niej teraz dopatrzeć ani jednej z tych zalet,
jakie jeszcze wczoraj widział.</akap>


<akap>I na pewno, gdyby mógł mówić o niej w tej chwili,
to by ją odsądził od wszystkiego, aby tym sposobem
usprawiedliwić się przed sobą i uspokoić nieco roztrzęsione nerwy.</akap>


<akap>Nie namyślając się już poszedł do hotelu, do Kurowskiego, z którym się kilka tygodni nie widział.</akap>


<akap_dialog>--- Pan Kurowski? --- zapytał na pierwszym piętrze posługacza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz się dowiem, czy wstał.</akap_dialog>


<akap>Powrócił za chwilę, prosząc za sobą.</akap>


<akap_dialog>--- Karol? --- zapytał silny, dźwięczny głos z drugiego pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, śpisz jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niezupełnie. Bądź łaskaw przejść do saloniku, za dwie minuty przyjdę.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki czekał dosyć niecierpliwie, spacerując
po niewielkim, bardzo wykwintnie umeblowanym saloniku</akap>


<akap>Kurowski, prócz mieszkania przy swojej fabryce,
w jednej z podmiejskich wsi, miał w tym hotelu drugie, łódzkie mieszkanie, do dyskretnych funkcji, jak
mówił.</akap>


<akap>Przyjeżdżał co sobotę i zwykle wieczorem przyjmował grono dobrych znajomych, pił z nimi, gadał i grywał
w karty; przez niedzielę całą spał i wieczorem jechał
do domu, znikając na cały tydzień.</akap>


<akap>Życie podobne prowadził od lat kilku.</akap>


<akap>Nie miał zupełnie przyjaciół, chociaż z bliskimi,
których przyjmował, był na ty.</akap>


<akap>Był to dziwny egzemplarz wykolejonego, który przywarł do powierzchni tej ,,ziemi obiecanej", zaaklimatyzował się o tyle, że robił pieniądze i zerwał ze światem,
z którego wyszedł.</akap>


<akap>Niewiele wiedziano o nim.</akap>


<akap>Przed dziesięciu laty zjawił się na bruku łódzkim
z resztkami wielkiej fortuny, którą stracił podobno z dobrym humorem. Założył fabrykę z jakimś aferzystą ciemnego gatunku i po roku wyszedł z niej bez grosza. Potem usiłował sam coś robić, również bez powodzenia.
A potem uczył się pracować, jak określał swój kilkoletni ciężki żywot, spędzony na podrzędnym stanowisku
w fabryce Bucholca.</akap>



<akap>Założył w końcu znowu do spółki jakąś fabryczkę
przetworów chemicznych, bo kończył kiedyś podobny
wydział w Niemczech i już nie zbankrutował, przeciwnie,
pozostał sam, a spólnik, jakiś eks-obywatel wyjechał do
Warszawy starać się o miejsce przy tramwajach.</akap>


<akap>Fabryka rozwijała się z tym szalonym, amerykańskim pośpiechem, jaki tylko w Łodzi widzieć można,
popychana jego energią i niesłychanie wytrwałą, rozumną administracją i gruntowną fachowością.</akap>


<akap>Nie zbankrutował, nie spalił się ani razu, nie oszukiwał, a szedł prędko do majątku. Postanowił go zdobyć i zdobywał szaloną pracą i wytrwałością.</akap>


<akap>Poza tym był to dziwny człowiek.</akap>


<akap>Arystokrata do głębi, nienawidzący arystokracji;
konserwatysta, fanatycznie wierzący w postępy wiedzy;
wolnomyślny, a zajadły wielbiciel absolutyzmu; katolik
szczery, szczerzej jeszcze drwiący z wszelkich religii,
wykwintny sybaryta niecierpiący wszelkiego trudu, a równocześnie pracownik namiętny.</akap>


<akap>Drwił z wszystkich i ze wszystkiego, a miał współczujące serce dla każdej niedoli i wielki pobłażający rozum.</akap>


<akap>Była to paradoksalna sprzeczność, pokrywająca
bardzo jednolitą, oryginalną jednostkę.</akap>


<akap_dialog>--- Kurowski to jest <slowo_obce>polnische Misch-Masch</slowo_obce><pe><slowo_obce>polnische Misch-Masch</slowo_obce> (niem.) --- dziś: polnische Mischmasch: polska mieszanina.</pe>! --- określił kiedyś Bucholc, który go bardzo poważał.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki przystanął, bo zdawało mu się, że słyszy jakby głos kobiecy i szelest sukien w pokoju Kurowskiego, ale przycichło zaraz i on sam wszedł.</akap>


<akap>Był jakiś niespokojny, przywitał, się i usiadł przy
stole z pewną niecierpliwością.</akap>


<akap_dialog>--- Przyjdzie kto dzisiaj? --- zapytał, podnosząc na
Karola orzechowe wielkie oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O ile wiem, to będą wszyscy. Nie widzieliśmy
się całe trzy tygodnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I tęskniliście, co? --- rzucił niedbale.</akap_dialog>


<akap>Uśmiech przeleciał po jego twarzy.</akap>


<akap_dialog>--- Chociażby dlatego, abyś mógł wątpić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wątpię, bo musiałbym i wam to królewskie
dostojeństwo myśli czasem przeznaczać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie chcesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę jakoś. Pomińmy to, jesteś jakiś niewyraźny, masz wyraz twarzy zdradzonego po raz pierwszy męża.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemuż nie wyraz chorego na niestrawność? --- wykrzyknął Karol, dotknięty pewną prawdą, zamkniętą
w tym określeniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak chcesz! Czy oni na pewno przyjdą? --- zapytał, spoglądając na zegarek i ironiczne złośliwe spojrzenie rzucił na kotarę, przysłaniającą drzwi sypialni,
poza którą rozległ się bardzo delikatny szmer.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maks, Endelman i Kessler będą z pewnością,
bo Maks się wyspał, a tamci dwaj wynudzili się porządnie na dzisiejszym przyjęciu Endelmanów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dostałem zaproszenie! No i cóż, dużo było złotych cieląt?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Doskonałe określenie, Bernard informował mnie
szczegółowo o ich posagach, no i oglądaliśmy je po kolei, ale to wcale niezajmujące widowisko, nie.</akap_dialog>


<akap>Trząsł głową melancholijnie, bo twarz Emmy stanęła przed nim i przypomniały mu się jej słowa.</akap>


<akap_dialog>--- Trawińscy być mieli, bo on wczoraj był u mnie
i mówił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A byli. On się nudził w tym żydowsko-niemieckim morzu, a ona robiła sensację swoją urodą
i wykwintem. Była także i Smolińska.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Była? To wypadek dnia. Jakże znajdujesz tę
antyczną piękność?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że jest bardziej antyczną niż piękną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz rację, jej uroda ma więcej sławy niż
piękności. Obmówili ją za odległej młodości, że jest
piękną i ta plotka kursuje z jednaką siłą przez szereg
pokoleń.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki skrzywił się tylko do uśmiechu i zamilkli.</akap>


<akap_dialog>--- A jednak tobie coś jest?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego przez całe trzy tygodnie nie byłeś
w Łodzi? --- zapytał, nie odpowiadając na pytanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, dlaczego? --- zaczął podrzucać nóż i chwytać
ze zręcznością żonglera. --- Dlaczego? Oto dlatego --- obrócił się do niego ramieniem i pokazał lewą rękę na
temblaku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wypadek?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, dwa cale stali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy? --- zapytał prędko jakby z niedowierzaniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dwa tygodnie temu --- odpowiedział ciszej i jego
brwi czarne napięły się niby łuki nad oczami, świecącymi twardo i surowo.</akap_dialog>


<akap>Teraz dopiero Borowiecki spostrzegł jakąś chorobliwą zielonawą bladość jego twarzy i wpadnięte oczy.<begin id="b1308778797705-1691193899"/><motyw id="m1308778797705-1691193899">Kobieta, Mężczyzna, Mizoginia</motyw></akap>


<akap_dialog>--- Kobieta? --- rzucił więcej do siebie niż do niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie znam ani jednej takiej, za którą bym poświęcił paznokieć! --- powiedział prędko i zaczął niespokojnie gładzić czarne, mocno przerzedzone włosy i brodę
również kruczo czarną, która mu zakrywała kołnierzyk
i pół gorsu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo takich nie ma! Zupełnie nie ma! --- zaczął
gorąco Karol. --- Są albo samice głupie, albo płaczliwe
sentymentalne gęsi; człowieka, zupełnego człowieka pomiędzy nimi nie znalazłem.</akap_dialog>


<akap>Chciał za obecny swój nastrój mścić się na ogóle
kobiet, ale Kurowski mu przerwał.</akap>


<akap_dialog>--- Bo nie człowieczeństwa szukałeś w swoich kochankach --- tylko miłości. Nie masz głosu w tej sprawie dotąd, dopóki nie przestaniesz pleść o nieczłowieczeństwie kobiet, dopóki nie przestaniesz traktować je
jako zabawki, jako żer; dopóki patrzysz na kobiety
przez pryzmat apetytu --- tylko apetytu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciekawym, kto patrzy z nas na młode, piękne
kobiety inaczej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie wiem, bo ja to nie --- odpowiedział
niedbale.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A mnie z takiego samego powodu odbierasz
prawo sądzenia? --- pytał podrażniony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty mi zabraniasz mówienia chociażby pozornych sprzeczności?</akap_dialog>


<akap>Zaczął się śmiać.</akap>


<akap_dialog>--- W takim razie po cóż się bawimy pustymi
słowami!<end id="e1308778797705-1691193899"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- O tym właśnie myślę od początku, a ty dopiero
po czterdziestu minutach przyszedłeś do tego samego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bądź zdrów! --- rzekł zirytowany Karol i szedł
ku drzwiom, ale mu Kurowski zastąpił drogę bardzo
żywo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie dziwacz, jesteś zirytowany na ludzi, a chcesz
się odbijać na mnie. Zostań. Chciałbym, żeby nikt więcej dzisiaj nie przyszedł --- dokończył.</akap_dialog>


<akap>Karol został; usiadł w fotelu i tępym wzrokiem
zapatrzył się w światło kilkunastu świec, pozapalanych
w wielkich srebrnych kandelabrach, bo Kurowski nie
cierpiał w mieszkaniu gazu, nafty i elektryczności.</akap>


<akap_dialog>--- Odwołaj, że dzisiaj nie przyjmujesz nikogo, ja
zaraz wyjdę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, odwołać muszę, ale chce mi się jednocześnie widzieć i tego łódzkiego Hamlecika, Bernarda, który
nie tylko karykaturuje naśladownictwem moje słowa i definicje, ale i kolor moich skarpetek. Chciałbym również
zobaczyć to mięso --- Maksa i tego wilka niemieckiego Kesslera, nie mówię już o reszcie. Brakowało mi was
przez ten czas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie miał cię kto bawić w chorobie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Istotnie, przyznam ci szczerze, że wy bywacie
nieraz wysoce zabawni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze wiedzieć o tym, muszę ci w imieniu
wszystkich podziękować za szczerość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, trudno nie być szczerym --- zawołał takim
akcentem żartobliwym, że obaj spojrzawszy sobie w oczy
uśmiechnęli się i zamilkli.
</akap_dialog>

<akap>Kurowski poszedł do drugiego pokoju i powrócił
za chwilę.</akap>




<akap>Karol spoglądał na niego, i czuł jakąś niezwykłą
potrzebę mówienia, wypowiedzenia się nawet choćby
półsłówkami, a milczał, bo wobec jego zimnej twarzy
i gryzącego ironią spojrzenia, zamykał się w sobie i cofał pospiesznie w głąb i siłą powstrzymywał wyrazy cisnące się na usta.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż twoja fabryka? --- zapytał po pewnym czasie Kurowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprawy stoją tak, jak ci objaśniłem w ostatnim
liście. Za tydzień Moryc przyjedzie, to się zabierzemy
do roboty.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308779170227-385264396"/><motyw id="m1308779170227-385264396">Kobieta, Mężczyzna, Zaręczyny</motyw>--- Zapomniałem ci powiedzieć, że widziałem pannę
Ankę w Warszawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiedziałem nawet, że miała tam być.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po cóż się opowiadać miała! Chcesz, żeby się
dla panien świat kończył na narzeczonych?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdawało mi się, że powinien się kończyć na
narzeczonych właśnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli nie mają kochanków. A dlaczegóż to ty
na tym nie poprzestajesz?<end id="e1308779170227-385264396"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zabawne pytanie? Jesteś wyznawcą idei Björnsterna-Biörnsona. Wątpię, czy się to podoba twojej kochance.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aaa! --- zaczął ziewać --- mówimy o rzeczach,
które mnie nic a nic nie obchodzą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzisiaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może i przez jutro jeszcze --- zakończył niedbale,
dzwoniąc na garsona, któremu polecił nie puszczać dzisiaj nikogo do siebie i przynieść kolacyjną kartę.</akap_dialog>


<akap>Karol przeciągał się ociężale i położył głowę na
grzbiecie fotelu.</akap>


<akap_dialog>--- Może kazać wnieść łóżko, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję ci, pójdę zaraz do domu. Jestem strasznie znużony i taka wstrętna apatia obwinęła mnie, że
się czuję coraz bezsilniejszym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Każ się własnemu lokajowi wypoliczkować, to
cię orzeźwi; jest to środek radykalny, bo apatia jest
najstraszniejszym wrogiem życia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie odpisałeś mi, czy dajesz kredyt lub nie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daję. Proszę cię, czemuś nie zameldował lokajowi, że przychodzisz z interesem, byłbym ci powiedział,
że interesy załatwiam w kantorze, a tutaj przyjmuję
tylko przyjaciół.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przepraszam cię, zapytałem się prawie bezwiednie. <begin id="b1308779305483-979464266"/><motyw id="m1308779305483-979464266">Pieniądz, Wolność, Niewola, Bieda</motyw>Nie dziw się temu, że jestem pochłonięty tą swoją
fabryką. Chciałbym ją widzieć jak najprędzej w ruchu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak mocno pragniesz pieniędzy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie tyle co niezależności.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niezależność mają tylko nędzarze, bo już nawet i miliarderzy są jej pozbawieni. Człowiek posiadający rubla jest już niewolnikiem tegoż rubla.<end id="e1308779305483-979464266"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Paradoks!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozważ, a przekonasz się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Być może, ale w każdym razie wolę być zależnym na sposób Bucholca, od własnych milionów niż
od pierwszego lepszego zbogaconego parobka.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308779431408-1909075593"/><motyw id="m1308779431408-1909075593">Maszyna, Kondycja ludzka, Niewola</motyw>--- To inna kwestia, bardziej praktyczna, ale patrząc szerzej, to zobaczymy, że ta niezależność jest złudzeniem absolutnym w ogólności, a niezależność poszczególna, niezależność ludzi bogatych jest niewolą.
Przecież taki Knoll, Bucholc, Szaja, Müller i stu innych,
to najbardziej nędzni niewolnicy własnych fabryk, najmniej samodzielne mechanizmy, nic więcej! Znasz przecie życie fabrykantów i życie fabryk, to wiesz tak dobrze o tym jak i ja. Pomyśl, co za dziwna kombinacja
rozwija się dzisiaj w świecie: człowiek ujarzmił potęgi
przyrody, odkrył masę sił --- i poszedł w pęta właśnie
tych samych potęg. Człowiek stworzył maszynę, a maszyna człowieka zrobiła swoim niewolnikiem; maszyna
będzie się rozrastać i potężnieć do nieskończoności, i również wzrastać, i potężnieć będzie niewola ludzka. Voila!<pe><slowo_obce>voila!</slowo_obce> (fr.) --- oto, i proszę (przy wskazywaniu na coś).</pe>
Zwycięstwo kosztuje zawsze więcej niż przegrana! Rozważ.<end id="e1308779431408-1909075593"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, bo musiałbym dojść do innych zupełnie
wniosków.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja mam gotowe, mogę ci je rozsnuć natychmiast, również będą logiczne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziwi mnie tylko, że sam tak ochotnie poszedłeś w niewolę swojej fabryki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skąd wiesz, że ochotnie? Czemu nie przypuszczasz
konieczności, żelaznej konieczności, musu ohydnego!</akap_dialog>


<akap>Mówił prędko i ze złością, którą mu przyniosły te
bolesne jakieś przypomnienia.</akap>


<akap_dialog>--- Jesteś niekonsekwentny. Gdybym tak myślał
i miał podobny do twojego kąt patrzenia na świat, to
nie zrobiłbym nic, bo i po co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żeby mieć pieniądze, dużo pieniędzy, tyle ile
mi potrzeba mieć, to pierwsza przyczyna, a druga jest
ta, żeby rozmaite chamy niemieckie nie mogły powiedzieć: ,,Jedźcie do Monaco". A potem<pe><slowo_obce>potem</slowo_obce> --- tu: poza tym.</pe> chcę na tym
gruncie szachrajstw zaszczepić nieco cnoty --- zakończył
szyderczo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aby ją tym lepiej sprzedawać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż warta jest cnota, której dobrze sprzedać
nie można?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tyś się ze swoją nie bardzo drożył --- rzucił
Karol, przypomniawszy sobie ostatniego jego wspólnika,
który ze spółki nie wyniósł ani grosza, pomimo, że włożył w nią wiele.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To podłe oszczerstwo! --- krzyknął Kurowski,
gwałtownie uderzając krzesłem o podłogę.</akap_dialog>


<akap>Oczy mu rozbłysły potężnym płomieniem, a twarz
zadrgała gwałtownie ze wzruszenia, ale się wnet opanował, usiadł z powrotem, zapalił papierosa, pociągnął
kilka razy, rzucił go i wyciągając rękę rzekł cicho:</akap>


<akap_dialog>--- Przepraszam cię bardzo, jeślim cię dotknął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierzyłem trochę plotkom, bo sądziłem cię po
łódzku, ale teraz wierzę tobie i nie gniewam się zupełnie, rozumiem, że mogło cię moje przypuszczenie
zaboleć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie okpiłem, bo sposobność nie była po temu
i nie miałem kogo --- powiedział, ale pod tym cynizmem
czuć było jeszcze wzburzenie wielkie.</akap_dialog>


<akap>Kazał sobie przynieść butelkę wina i pił szklanka
po szklance.<begin id="b1308779862088-2145880127"/><motyw id="m1308779862088-2145880127">Rewolucja</motyw></akap>


<akap_dialog>--- Szkoda, że nie żyłem sto lat temu --- zaczął
niezwykłym tonem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Byłbym się lepiej bawił na świecie. Sto lat
temu było jeszcze dobrze. Istniały jeszcze potężne instynkty i potężne namiętności, jeśli byli zbrodniarze, to
takiej miary jak Danton, Robespierre i Napoleon, jeśli
byli zdrajcy, to tacy, którzy sprzedawali całe ludy, jeśli
złodzieje, to tacy, którzy kradli państwa. A dzisiaj co?
Kieszonkowe złodziejstwo i żgnięcie scyzorykiem w brzuch!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I nie potrzebowałbyś w tamtej epoce fabrykować swoich chemikaliów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miałbym robotę inną, pomagałbym Robespierrom ścinać łby Żyrondzie i Dantonom, a Barrasom ścinać Robespierrów, żeby pozostałych kazać zatłuc kijami
i wyrzucić psom.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A w końcu? --- zapytał Karol, niespokojnie patrząc na niego, bo mówił z zamkniętymi oczami i wyglądał na niezupełnie przytomnego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A w końcu pani Liberté, Fraternité, Egalité<pe><slowo_obce>Liberté, Fraternité, Egalité</slowo_obce> (fr.) --- Wolność, Braterstwo, Równość, hasło Rewolucji Francuskiej.</pe>,
plunąłbym w oczy, bo jest nonsensem i śmierdzi, a poszedłbym pomagać Wielkiemu oczyszczać świat z hołoty.<end id="e1308779862088-2145880127"/></akap_dialog>


<akap>Karol zaczął się śmiać, biorąc jednocześnie kapelusz.</akap>


<akap_dialog>--- Dobranoc ci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już idziesz? Dopiero siedzisz godzinę i pół.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Liczyłeś tak ściśle?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ze strachem, żeby nie było więcej. No, dość
tych głupstw. W przyszłą sobotę czekam cię, czekam
was wszystkich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam zamiar być wtedy u narzeczonej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poślij zastępcę, a sam pojedziesz w niedzielę.
Liczę na ciebie z pewnością.</akap_dialog>


<akap>Karol szedł Piotrkowską, ale czuł się jeszcze więcej zdenerwowanym i znużonym niż przedtem.</akap>


<akap>Zyskał tylko to, że pozbył się tych jakichś ciemnych
niepokojów i wyrzutów sumienia.</akap>


<akap>Jakieś resztki niedawnego nastroju miał jeszcze
w duszy, ale co chwila zapominał o sobie, bo mu
w mózgu dźwięczały paradoksalne wywody Kurowskiego,
które również prędko przeżuł.</akap>


<akap>Wracał do równowagi, bo zachciało mu się gwałtownie jeść. Więc wstąpił po drodze do Victorii.
</akap>


<akap>W restauracji było prawie pusto z powodu przedstawienia w teatrze, które się niedawno zaczęło.</akap>



<akap>Garsoni<pe><slowo_obce>garson</slowo_obce> (z fr. <slowo_obce>garçon</slowo_obce>) --- kelner.</pe> drzemali w ciemnej sali od ulicy, a po
dwóch pierwszych, oświetlonych, łaził Bum-Bum, poprawiał binokle obu rękami, trzaskał w palce i przystawał
co chwila, wpatrując się w światła wysadzonymi, martwymi oczami.</akap>


<akap>Przy bufecie stał wysoki, tęgi mężczyzna z bardzo
małą spiczastą głową, pokrytą czarnym mchem włosów,
maleńkie czarne punkciki, które stanowiły głęboko obsadzone oczy, świeciły mu z czerwonej twarzy, przeciętej
tak szerokimi ustami o wywiniętych wargach, że były
podobne do nalepionych sinych wałków waty.</akap>


<akap>Pochylił się nad bufetem, oblizywał świecące usta,
wysysał co chwila wąsy, wycierał serwetką spiczastą
czarną bródkę i szeptał do stojącego przy nim niskiego
grubasa, który połykał prawie jakiś butersznit<pe><slowo_obce>butersznit</slowo_obce> (z niem.) --- kanapka.</pe>, ruszając
przy tym wąsami, nosem, brwiami i wytrzeszczając zapłynięte tłuszczem oczy.</akap>


<akap_dialog>--- Mój paneczku kochany, a może by tak koniaczek
jeszcze raz, co? Niech no pani strzyknie, a potem tak
kawiorku, befsztyczek po tatarsku, co? Oby nam się dobrze działo!</akap_dialog>


<akap>Stuknęli się i wypili.</akap>


<akap_dialog>--- Mój paneczku kochany, a tak przepowiedzieć
sobie jeszcze do trzeciego razu, co?</akap_dialog>


<akap>Karol przeszedł do pokoju od podwórza i nim mu
podali jeść, przeglądać zaczął ostatnie gazety.</akap>


<akap><begin id="b1308780882537-248063079"/><motyw id="m1308780882537-248063079">Alkohol, Choroba, Wizja</motyw>Przyszedł zaraz za nim Bum-Bum, szedł zygzakowato, nogi mu ostro wyskakiwały i drgały tabetycznie<pe><slowo_obce>tabetycznie</slowo_obce> --- w sposób właściwy objawom <slowo_obce>tabesu</slowo_obce>: porażenia rdzenia kręgowego, będącego jednym z objawów zaawansowanej kiły.</pe>,
a binokle co chwila opadały na piersi.</akap>


<akap_dialog>--- Dobry wieczór! Z dyrektora rzadki gość! --- bełkotał jakoś niewyraźnie i rybie martwe oczy nastawiał na niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mieszkam daleko --- odpowiedział krótko, przysłaniając się gazetą, aby się go prędzej pozbyć. --- Co
to? --- zapytał prędko, odsuwając się mimowolnie, bo
Bum-Bum nachylił się nad nim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, niebieskie nitki ma dyrektor na ramionach
i plecach, o!</akap_dialog>


<akap>Zaczął ściągać z niego ruchem takim, jakby te
nici były nieskończonej długości.</akap>


<akap>Borowiecki przejrzał się w lustrze, ale nie zobaczył nic.</akap>


<akap_dialog>--- Wszyscy dzisiaj tak jakoś oplątani... --- bełkotał Bum-Bum. --- Ma pan jeszcze na plecach!</akap_dialog>


<akap>I znowu snuł z niego te urojone jakieś nici, motał je w rękach, rzucał na podłogę i snuł dalej, poruszając się automatycznie, zapatrzony wzrokiem, który
nic nie widział, w te zwoje błękitnych włókien, jakimi
był osnuty Borowiecki, który zniecierpliwiony zadzwonił
na garsona, wskazując głową Bum-Buma.</akap>


<akap>Garson ujął go pod ramię i odprowadził.</akap>


<akap>Bum-Bum nie stawiał oporu, szedł jak senny, tylko
zaczął z niego zdejmować nici całymi garściami i rzucać
na ziemię.</akap>


<akap>Na Borowieckim zrobiła ta scena tak przykre wrażenie, że z pośpiechem zjadł i wyniósł się; <begin id="b1308780746769-2417725228"/><motyw id="m1308780746769-2417725228">Jedzenie</motyw>w bufecie
Bum-Buma już nie zastał, był tylko ten wysoki, siedział
przy stole, głośno mlaskał językiem i z kawałkiem befsztyku w zębach gadał.</akap>


<akap_dialog>--- Ręka rękę... tego, uważa paneczek kochany!
O ile się da... o tyle się zrobi.</akap_dialog>


<akap>Gruby nie odpowiadał, bo miał usta zapchane mięsem, tylko jeszcze szybciej poruszał twarzą.<end id="e1308780746769-2417725228"/></akap>


<akap>Na rogu pasażu Meyera pod latarnią Borowiecki
znowu spostrzegł Bum-Buma, szedł wolno i snuł dalej
tę urojoną przędzę, snuł z latarń, z przechodniów,
z domów; z powietrza łapał nad głową, bo mu się
zdawało, że cała ulica jest zasnuta niby pajęczyną, więc
ją rwał, ściągał i jakby się przedzierał przez nią.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Delirium tremens</slowo_obce> --- szepnął Karol z politowaniem i pojechał do domu<end id="e1308780882537-248063079"/>; obiecywał sobie, że zaraz
pójdzie spać i wyśpi się za wszystkie czasy.</akap_dialog>


<akap>Mateusz grał na harmonijce, a w ciemnej, długiej
sieni kilka sług z domów sąsiednich walcowało<pe><slowo_obce>walcować</slowo_obce> --- tu: tańczyć walca.</pe> z zapałem.</akap>


<akap>Przerwał im tę zabawę, zabierając Mateusza do
mieszkania.</akap>


<akap>Maksa Bauma już nie było, pozostał tylko po nim
szumiący jeszcze samowar.</akap>


<akap>Kazał posłać łóżko, zapowiadając, żeby w sieni
było cicho, bo zaraz po herbacie pójdzie spać.</akap>


<akap>Nie poszedł jednak, bo gdy go owionęła cisza
mieszkania, wtedy go schwycił taki ostry spazm nudy,
że nie wiedział, co ma z sobą zrobić.</akap>


<akap>Rozebrał się, ale spać nie poszedł, zaczął przeglądać jakieś papiery i rzucił je z niechęcią na stół, zajrzał
do Maksa pokoju, ciemny był i wionął pustką.</akap>


<akap>Popatrzył na ulicę cichą i usypiającą już po świątecznym ruchu.</akap>


<akap>W całym domu panowała cisza przygnębiająca,
a z każdego kąta mieszkania wyłaziła nuda i pustka.</akap>


<akap>Nie mógł już dłużej wytrzymać w tej samotności,
pośpiesznie się ubrał i nie pamiętając już ani o niedawnych zgryzotach z powodu Emmy i postanowieniach
życia inaczej, pojechał do Lucy.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XIII</naglowek_rozdzial>




<akap>Po południu na drugi dzień Borowiecki rzeźwy,
wyświeżony, spokojny zupełnie po wczorajszej burzy,
która przeszła, nie zostawiając w nim innego śladu nad
drwiący uśmiech z samego siebie, podobny jasnością
i humorem do tego dnia niedzielnego, jaki zatopił Łódź
w słonecznych blaskach, cieple i radości nadchodzącej
wiosny, wybierał się z wizytą do Müllerów.</akap>


<akap>Szykował się do niej tak starannie, że Maks mruknął niechętnie.</akap>


<akap_dialog>--- Komediowy amant!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308781172505-205689638"/><motyw id="m1308781172505-205689638">Sługa, Strój</motyw>Ale Maks nie był dzisiaj w dobrym humorze.</akap>


<akap>Przyszedł do domu późno, wstał jeszcze później,
bo o drugiej po południu i łaził po mieszkaniu w pantoflach, zaglądał we wszystkie kąty, próbował się ubierać, ale wszystko mu było niedogodnym, więc zarzucił
cały pokój bielizną i garderobą, kopiąc je ze złości
i wymyślając co chwila na Mateusza, to na praczkę,
że mu przypaliła kołnierzyki, to znowu zaczął irytować
się na szewca, który mu reperował kamaszki i pozostawiał w środku ostre końce szpilek; tak zapewniał o tym
Mateusza, który się zaklinał na wszystkie świętości mu
znane, że to nieprawda, że kamaszki w środku są
gładkie jak aksamit.</akap>


<akap_dialog>--- Ani kruszyny nie ma, ani tylego ździebdzia!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Małpa zielona jesteś, mnie najwyraźniej kole,
a ten gada, że nic nie ma!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wsadziłem palec, nic nie czuję, potem całą
rękę i tyż nie ma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ozorem pomacaj, to odczujesz, tak samo
jak ja nogą! --- krzyczał, wyrywając mu but.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hale, ja ta ni mam ozora w tym samem miejscu co pan --- rzekł z gniewem famulus i wyniósł się,
trzaskając drzwiami.<end id="e1308781172505-205689638"/></akap_dialog>


<akap>Maks poszedł do okna i tam pod światło skrobał
w bucie pogrzebaczem.</akap>


<akap_dialog>--- Po czym ty masz taki <slowo_obce>katzenjamer<pe><slowo_obce>katzenjamer</slowo_obce> (niem.) ---  kac. </pe></slowo_obce> złości? --- zagadnął go Borowiecki, wciągając rękawiczki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po czym? Już mnie diabli biorą ze wszystkiego. Wczoraj zmarnowałem sobie wieczór przez Kurowskiego. Był, a nie przyjmował u siebie, bo przyjmował jakąś... małpę! Poszedłem do domu już zły, a tam
przy kolacji uraczyłem się na dobre! Niech jasne pioruny spalą wszystkie buty i wszystkich szewców!</akap_dialog>


<akap>Trzasnął kamaszkiem o podłogę, pogrzebacz rzucił
pod piec i zaczął się szybko rozbierać.</akap>


<akap_dialog>--- Co robisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idę spać --- powiedział ponuro. --- Niech diabli
wszystko wezmą, tu buta włożyć nie mogę, bo kłuje,
ta klempa popaliła mi kołnierzyki, w domu piekło, tego
już za wiele. Mateusz! --- ryknął pełną piersią. --- Jakby
kto do mnie przychodził, to mnie dzisiaj nie było i nie
ma, słyszysz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się wie, a jak by ta... jak się nazywa, panna
Antka przyszła?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ją wyrzuć, a jak mnie obudzisz, to ci łeb
przekręcę na drugą stronę i taką watę ci z pyska zrobię, że cię rodzona kochanka nie pozna. Telefon zaknebluj, przynieś samowar i wszystkie dzienniki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż się u was stało? --- zapytał Karol, zupełnie
nie zdziwiony jego sposobem przepędzania świąt i niedziel, bo się to zdarzało zbyt często.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Od jutra zmniejszamy dzień roboczy
o dwadzieścia pięć procent. Sezon zupełnie martwy, nic
się nie sprzedaje, magazyn zawalony, weksli nie płacą,
a w dodatku ojciec zamiast dawno zmniejszyć ilość godzin roboczych lub oddalić z połowę robotników, płacze, że ci biedacy nie będą mieli co jeść i żyruje rozmaitym łajdakom weksle. Za rok sam nie będzie miał
co jeść. Niech sobie zdycha, jeśli mu się tak podoba, ale
po co ja mam na tym cierpieć!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Połowa fabryk zmniejsza płacę, oddala robotników i ogranicza produkcję. Słyszałem wczoraj u Endelmanów, rozprawiano dosyć szeroko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech ich diabli wezmą wszystkich razem, co
mnie to obchodzi, jak tylko nie chcę, żeby mnie wzięli,
żebym spokojnie mógł spać!
</akap_dialog>


<akap>Wsunął się pod kołdrę, wykręcił twarzą do ściany
i sapał głośno z irytacji.</akap>



<akap_dialog>--- Ojciec musi być bardzo zmartwiony, żal mi go
bardzo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie gadaj mi o nim, bom taki zły, że oddałbym go każdemu za darmo! --- zawołał, siadając gwałtownie na łóżku. --- Stary niedołęga! Robi sam jak ostatni
robotnik, zamęcza się, odmawia sobie nawet tego, że
w tym roku nie pojedzie do Ems, chociaż doktór radził
mu jechać i nawet nakazywał; robi bokami tak, że mu
już wszystkie warsztaty staną niedługo, a tu wczoraj
przyjeżdża mąż Berty, ten miły Fryc Wehr i jak zaczął
go podchodzić, tak stary wyciągnął prawie ostatnie pieniądze i dał łajdakowi, a potem matce mówi, że się
czuje tak dobrze, iż już nie pojedzie do wód. Już nie
wiem, co się stanie z nami, bo straciłem nadzieję uratowania firmy. Dorobił się tyle na swojej uczciwości, że
po czterdziestu latach roboty, jak teraz umrze, to będę
go musiał pochować za swoje pieniądze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za wcześnie o tym mówisz, będzie się jeszcze
trzymał długo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Fabryka nie wytrzyma roku, musi zdechnąć,
bo paszy zbraknie, a jak fabryka kłapnie, to stary jej
nie przeżyje! Zdechnie z nią razem, ja go znam dobrze.
A kto się uparł ręczną fabryką wytrzymać konkurencję
z parą, tego można od razu posłać do domu wariatów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rzeczywiście, jest to maniactwo tak dziwne,
że aż śmieszne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest śmieszne dla obcych, ale dla nas to
maniactwo jest tragiczne, a szczególniej teraz, kiedy cała
Łódź się trzęsie, kiedy mocne nawet firmy kładą się jak
zboże, kiedy bankructwami całe miasto śmierdzi, kiedy
już nie wiadomo komu dać kredyt, a komu nie dać,
bo wszyscy zarywają. Jak ty myślisz, czym my od paru
lat żyjemy? Już nie kołdrami ani kapami, bo te już
naśladuje Zukier i sprzedaje o pięćdziesiąt procent taniej, żyjemy tymi czerwonymi płócienkami, żyjemy czerwonym kolorem, którego jeszcze dzisiaj nikt nie potrafi
naśladować. Tylko ten towar idzie jako tako, ale on jest
tak drogi, że gdyby szedł najdalej, żeby się sprzedawało wszystko, co tylko zrobić można, to się zarobi na
tym dziesięć procent. Ja mam już tak dosyć tego kramarstwa, że jak ty prędko nie zajmiesz się fabryką, to
sam, chociaż nic nie mam, założę i plunę na wszystko.
Zbankrutuję, to zbankrutuję, ale będę przynajmniej coś
robił!</akap_dialog>


<akap>Położył się znowu, okręcił kołdrą po uszy i milczał.</akap>


<akap_dialog>--- Sezon jest zły, bankructwa są na porządku
dziennym, ogólnie zmniejszają produkcję wszyscy, z wyjątkiem trzech, może czterech wielkich fabryk, które
mają za co przebyć kryzys; jest nawet źle, ale już są
widoki poprawienia się interesów. Ostatnie urzędowe
zawiadomienia głoszą, że w całej Rosji oziminy jesienią
doskonałe, zimę przetrzymały świetnie i zapowiadają się
doskonale. Jeśli wiosna nie zawiedzie, jeśli urodzaje będą
dobre przez dwa lub trzy lata, ceny na zboże nie
spadną w tym czasie, czego się nawet nie przewiduje
z powodu wyczerpania zapasów u nas i za granicą
i z powodu nieurodzajów indyjsko-amerykańskich, to
nasz rynek koło jesieni zacznie się ożywiać. Jest jeszcze
jedna przyczyna, dlaczego musi być lepiej w przemyśle
tkackim, oto rozpoczęcie olbrzymich państwowych robót,
które pochłoną setki milionów i zajmą dziesiątki tysięcy
rąk obecnie bezczynnych! Słyszysz, Maks!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszę, ale powiem waszym przysłowiem: Patyczki stróżą, a ptaszki jeszcze w lesie.</akap_dialog>


<akap>Karol nic się na to nie odezwał, tylko włożył palto
i pojechał do Müllerów.</akap>


<akap>Na Piotrkowskiej spostrzegł Kozłowskiego, który po
całych dniach włóczył się po mieście.</akap>


<akap>Stał jak zwykle w baletowem pas<pe><slowo_obce>pas</slowo_obce> (fr.) --- krok.</pe>, z cylindrem na
tyle głowy, który co chwila zsuwał na czoło gałką laski
i odsuwał, rozmawiał z dyrektorem teatru, który w baraniej siwej czapce, z jasnym zawiesistym wąsem i orlim
nosem, miał minę atamana koszowego<pe><slowo_obce>ataman koszowy</slowo_obce> --- wybierany przez specjalną radę kozaków naczelnik <slowo_obce>kosza</slowo_obce>, czyli obozu kozackiego.</pe>.</akap>


<akap>Odkłonił im się spiesznie i nie zważając na znaki
Kozłowskiego, chcącego zatrzymać dorożkę, pojechał
dalej.</akap>


<akap>Müllerowie mieszkali za gmachami swojej fabryki,
oddzielonej ogrodami od mieszkania, wychodzącego na
inną ulicę.</akap>


<akap><begin id="b1308782089929-1490950710"/><motyw id="m1308782089929-1490950710">Miasto</motyw>Ulica była mało zabudowana i zaraz prawie za
ich domem wychodziła w pole, ale pomimo to była już
uregulowana, miała bruk, trotuary i gazowe oświetlenie
z tego powodu, że kilku fabrykantów miało tutaj swoje
mieszkania.</akap>


<akap><end id="e1308782089929-1490950710"/>W oknie niskiego parterowego domu, przyciśniętego bokiem do piętrowego pałacyku, zażółciła się na
chwilę pomiędzy masą kwiatów twarz Mady i zniknęła.</akap>


<akap>W przedpokoju zastał Müllerową, która mu otwierała drzwi i nieomal chciała pomagać przy zdejmowaniu palta.</akap>


<akap>Była tak zakłopotana i onieśmielona, że tylko ruchem ręki zaprosiła go do pokoju.</akap>


<akap_dialog>--- Mąż w kantorze, a Mada zaraz przyjdzie, niech
pan siada! --- zaczęła, przysuwając mu fotel, na który
położyła jedwabną czerwoną poduszkę.</akap_dialog>


<akap>Zaczął rozmawiać, ale pomimo że mówił o najbanalniejszych rzeczach, o pogodzie, wiośnie, a nawet
o drożyźnie na targach, Müllerowa nie dała się wywieść
z cierpliwego milczenia.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ja, ja!</slowo_obce> --- odpowiadała, wygładzając niebieski
fartuch, jakim była okręconą, i podnosiła na niego blade,
wypełzłe przy ognisku kuchennym oczy, poruszające się
ciężko w pomarszczonej, martwej twarzy.</akap_dialog>


<akap>Miała na sobie jakiś barchanowy w kratkę kaftan
i chustkę wełnianą na głowie, zawiązaną pod brodę.
Wyglądała jak stara kucharka, bo nawet jakiś
zapach rosołów i frytur<pe><slowo_obce>frytur</slowo_obce> --- mieszanina tłuszczów jadalnych odpornych na działanie wysokich temperatur.</pe> otaczał ją i rozlewał się po
pokoju.</akap>


<akap>Najlepiej się przeto czuła w kuchni z pończochą
w ręku, która teraz wyglądała z kieszeni fartucha.</akap>


<akap_dialog>--- Jakże pani zdrowie? --- zapytał w końcu z rozpaczą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, bardzo dobrze --- odpowiadała złą
polszczyzną i spoglądała niecierpliwie na drzwi, którymi
miała wejść Mada.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A pana żona i dziecka? --- zapytała po długim
namyśle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem jeszcze kawalerem, łaskawa pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ja, ja!</slowo_obce> I mój Wilhelm jeszcze kawaler. Pan zna
moja Wilhelma?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam przyjemność go znać. Czy już wyjechał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ja</slowo_obce>, do Berlina<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q64"></ref> --- odpowiedziała z westchnieniem i byłaby się powoli może rozgadała, ale Mada
weszła i tak promieniejąca zadowoleniem, że stara popatrzyła na nią, obciągnęła jej stanik i wyszła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzi pani, że czasami umiem dotrzymać
słowa.</akap_dialog>


<akap>Podał jej długi spis książek, jaki mu zrobił Horn,
który z literaturą był w bliższych stosunkach.</akap>


<akap_dialog>--- A było panu bardzo trudno? --- zagadnęła, akcentując słowa na ostatnich literach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Było mi bardzo łatwo, ponieważ pani sobie
tego życzyła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan nie kłamie? --- zapytała naiwnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie! --- odpowiedział z uśmiechem. --- Pani
myśli, że mężczyźni zawsze kłamią!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nie wiem, tylko Wilhelm to zawsze kłamie.
Ja mu nic a nic nie wierzę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale mnie pani wierzyć będzie.</akap_dialog>


<akap>Zaczynał się bawić tą rozmową.</akap>


<akap_dialog>--- A, jak pan nigdy nie skłamie, to będę wierzyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Obiecuję pani to solennie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Wie pan, a tamte książki ciocia mi
przywiozła i już czytam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo panią zajmują?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Takie są tam ładne, wzruszające kawałki, że
płakałyśmy razem z mamą. Ojciec się z nas śmiał, ale
musiałam mu wczoraj czytać cały wieczór.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Późno pani powróciła od państwa Endelmanów?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już było ciemno. Widziałam, jak pan wychodził
z salonu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musiałem wcześniej wyjść i bardzo żałowałem tego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo ładnie jest u Endelmanów i tak wspaniale przyjmowali.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308782483568-407383214"/><motyw id="m1308782483568-407383214">Plotka, Mężczyzna, Kobieta</motyw>--- Żałowałem, że nie mogłem porozmawiać dłużej
z panią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ja za to mówiłam o panu z panią Trawińską.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I bardzo mnie panie obmawiały?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O nie, nie! To tylko panowie nas obmawiają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przekonała się pani o tym?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawsze, jak Wilhelm powraca z wizyt i wieczorów, to przychodzi do mnie opowiadać i wykpiwać
ze wszystkich kobiet.<end id="e1308782483568-407383214"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- I myśli pani, że wszyscy mężczyźni tak robią?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak pan powie, że nie wszyscy, to ja panu
będę wierzyć! --- zawołała prędko, rumieniąc się gwałtownie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapewniam panią, że nie wszyscy.</akap_dialog>


<akap>I tak dalej toczyła się rozmowa w tonie naiwnego
szczebiotu o niczym, aż go znudziła i <begin id="b1308782590851-3642676764"/><motyw id="m1308782590851-3642676764">Kwiaty</motyw>zaczął oglądać
kwiaty, bardzo starannie hodowane i przysłaniające szyby
okien.</akap>


<akap>Chwalił je gorąco.</akap>


<akap_dialog>--- Powiem Gotliebowi, to jemu będzie przyjemnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któż to taki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nasz ogrodnik. Pan Störch nie lubi kwiatów
i powiada, że jakby w tych doniczkach posadził kartofle, to byłoby więcej pożytku, ale pan Störch jest głupi
prawda?<end id="e1308782590851-3642676764"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewnie, że tak jest, skoro pani mówi.</akap_dialog>


<akap>Bawił się coraz lepiej, a później gdy się ośmieliła
więcej i rumieńce coraz mniej ją kłopotały swoją czerwonością, rozmawiała tak rezolutnie, że spoglądał na
nią z pewnym zdziwieniem.</akap>


<akap>Brakowało jej znajomości wielu form towarzyskich,
bo ojciec był za świeżym milionerem i wychowywała się
pomiędzy kuchnią a fabryką, w prostym otoczeniu webrów, robotników i takich samych dorobkiewiczowskich
rodzin jak oni, ale zdradzała dużą żywość umysłu i wiele
rozsądku życiowego.</akap>


<akap>Obłuda życia towarzyskiego nie starła z niej szczerości, która nieraz wydawała się śmiesznie dziecinna,
ale porywała swoją prostotą.</akap>


<akap>Skończyła nawet jakąś pensję w Saksonii, skąd
Müller przybył przed laty jako zwykły tkacz do tej
ziemi, która istotnie stała się dlań ,,ziemią obiecaną".</akap>


<akap>Miała nawet pewne pojęcie o wartości pieniędzy,
bo w rozmowie powiedziała o wspólnej ich znajomej.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308782849663-1307436684"/><motyw id="m1308782849663-1307436684">Kobieta, Małżeństwo</motyw>--- Pan wie, że Mania Godfryd zerwała z narzeczonym?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, czy panią to oburza?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziwi mnie tylko, bo ani nie jest piękną, ani
nie ma posagu i już z drugim zrywa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może woli czekać na bogatego, młodego fabrykanta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież i ten jej narzeczony mógł się dorobić.
Mój ojciec, jak się żenił, nie miał ani talara, a teraz
przecież jest bogaty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może panna Godfryd chce zostać starą
panną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A któraż by chciała zostać starą panną dobrowolnie! --- wykrzyknęła gorąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest pani tego pewną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja bym nigdy nie została. Mnie zawsze bardzo
żal starych panien, one są tak samotne i takie biedne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo pani dobra.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A potem ludzie się z nich śmieją. Gdybym mogła, to by wszystkie kobiety na świecie miały mężów
i dzieci i...<end id="e1308782849663-1307436684"/></akap_dialog>


<akap>Zatrzymała się patrząc, czy Borowiecki się nie
śmieje, ale on stłumił uśmiech i spoglądając na jej
złote rzęsy i twarz mocno zaczerwienioną, powiedział
poważnie.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze by pani zrobiła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I pan nie śmieje się ze mnie? --- pytała podejrzliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Podziwiam pani dobre serce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Papa idzie --- zawołała, odsuwając się nieco
od niego.</akap_dialog>


<akap>Müller istotnie wyszedł z drzwi prowadzących do
pałacu, był w pantoflach klapiących drewnianymi podeszwami i w barchanowym, podwatowanym i mocno
zatłuszczonym kaftanie.</akap>


<akap>Wyglądał jak karczmarz z wypasioną czerwoną
twarzą, pozbawioną zupełnie zarostu i świecącą się tłuszczem, tylko zamiast porcelanowej fajki miał w ustach
cygaro, które przerzucał językiem z jednego kąta ust
w drugi.</akap>


<akap_dialog>--- A czemu, Mada, ja nie wiedziałem, że jest pan
Borowiecki --- zawołał po przywitaniu się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mama nie chciała przerywać ojcu roboty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzi pan, ja mam duży kłopot.</akap_dialog>


<akap>Wyjął cygaro i poszedł splunąć pod piec do kroszuarki<pe><slowo_obce>kroszuarka</slowo_obce> --- spluwaczka.</pe>.</akap>


<akap_dialog>--- Pan nie zmniejsza produkcji?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę mniej robić, bo tyle gotowego towaru,
a mało co się sprzedaje. Sezon przepadł zupełnie. Kupcy
są, ale ci wszyscy tylko bankrutują i zarywają. W tym
roku dosyć straciłem na nich. Co robić, trzeba czekać
na lepsze czasy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, pan się sezonu nawet najgorszego nie obawia --- zauważył z uśmiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ja</slowo_obce>! Ale co się straci dzisiaj, tego już i najlepszy sezon nie powróci. U Bucholca nie zmniejszają dnia?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przeciwnie, bo w oddziale białym będą robić
wieczorem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On ma zawsze <slowo_obce>Glück</slowo_obce><pe><slowo_obce>Glück</slowo_obce> (niem.) --- szczęście.</pe>. On ciągle chory?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niby zdrowszy, bo już próbuje wychodzić.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308783395667-3116501027"/><motyw id="m1308783395667-3116501027">Dom, Gość</motyw>--- Ale po co ty, Mada, trzymasz tutaj pana, przecież mamy pałac dla gości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może pan pozwoli dalej? --- szepnęła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdźmy, pokażę panu moją chałupę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O której cuda opowiadają w Łodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczysz pan; kosztuje mnie całe sto sześćdziesiąt tysięcy rubli, ale wszystko nowe. Ja nie kupuję
starych gratów, jak Endelmanowie, mnie stać na nowe.</akap_dialog>


<akap>Obciągnął na dość wydatnym brzuchu kaftan i wydął pogardliwie usta na wspomnienie starych, bardzo
cennych mebli Endelmanów.</akap>


<akap>Szli wąskimi schodami, jakie prowadziły ze starego domu na pierwsze piętro pałacu, bo cały jego
parter zajmował kantor główny fabryki.</akap>


<akap>Mada biegła naprzód i otworzyła wielkie drzwi,
u których klamki schowane były w barchanowe futerały.<end id="e1308783395667-3116501027"/></akap>


<akap_dialog>--- Dobrze, żeś pan przyszedł --- gadał Müller, sapiąc i przerzucając ustawicznie cygaro w ustach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dawno pragnąłem, ale nigdy mi czas nie pozwalał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja wiem, ja wiem! --- zawołał, klepiąc go
w łopatkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U nas nudno, to się pan bał przyjść --- szczebiotała Mada, wprowadzając ich do pałacu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech pan siądzie na tej ładnej kanapie --- zapraszał Müller.</akap_dialog>


<akap>Mieszkanie tonęło w półmroku, ale Mada popodnosiła story do góry i jaskrawe światło dnia zalało szereg pokojów umeblowanych z przepychem.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308783620371-3491288303"/><motyw id="m1308783620371-3491288303">Obyczaje, Gospodarz, Gość</motyw>--- A może pan zapali dobre cygaro?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy nie odmawiam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spróbuj pan tych, mocne, po siedemdziesiąt pięć
kopiejek sztuka!</akap_dialog>


<akap>Wyciągnął z kieszeni spodni mocno zatłuszczonych
i powypychanych garść zmiętych i pokrzywionych cygar.</akap>


<akap_dialog>--- A te słabsze, po rublu, spróbuj pan! --- dodał,
wyciągając z drugiej kieszeni jeszcze silnej zmiętoszone,
rzucił je na stolik, wałkował brudnymi rękami, żeby się
poprostowały, ugryzał końce i podawał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spróbuję mocniejszych.</akap_dialog>


<akap>Zapalił nie bez obrzydzenia.<end id="e1308783620371-3491288303"/></akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Fein</slowo_obce><pe><slowo_obce>fein</slowo_obce> --- dobry, świetny; dobre, świetne.</pe>, co? --- pytał, rozkraczając się na środku
pokoju z rękami w kieszeniach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Doskonałe, ale to, które pan pali, ma inny jakiś zapach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moje kosztują po pięć fenigów, ja bardzo dużo
palę i przyzwyczaiłem się do nich --- usprawiedliwiał
się. --- Chce pan obejrzeć mieszkanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z całą przyjemnością. Maks Baum dużo mi
o nim opowiadał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Maks jest pana wielkim przyjacielem --- wtrąciła Mada.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To mądry chłopak, ale jego ojciec to ma coś...
w głowie. Zobacz pan dobrze, oglądaj pan wszystko, to
nie żadna tandeta używana, to wszystko na obstalunek
robione w Berlinie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko pan sprowadzał zza granicy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko, bo Hüberman powiedział, że tutaj
u was nic nie dostanie porządnego.</akap_dialog>


<akap>Karol zamilkł i oglądał dość pobieżnie garnitury
mebli, ciężkie portiery z jedwabiów i aksamitów, dywany, obrazy, a raczej wspaniałe ramy, bo na to zwracał uwagę Müller, kandelabry kosztowne a niesmaczne,
piece pękate z niemieckiej majoliki, specjalne do jednego z damskich pokoików sprowadzone zwierciadła
w ramach z saskiej porcelany.</akap>


<akap>Mada go objaśniła szczegółowo o każdym sprzęcie, była bardzo zadowolona z jego obecności i co chwila
podnosiła swoje jasne porcelanowe oczy i przykrywała
je spiesznie złotawą strzechą rzęs, bo Karol częste spojrzenia zatrzymywał na jej białej twarzy, pokrytej drobniutkimi punkcikami piegów, które ją obsypywały niby
puchem brzoskwiniowym, ale nie zaniedbywał przy tym
wykrzykiwać głośno:</akap>


<akap_dialog>--- Wspaniałe, wspaniałe!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308784041126-974262155"/><motyw id="m1308784041126-974262155">Dom, Pieniądz, Ambicja, Pozycja społeczna</motyw>Mieszkanie było istotnie urządzone z dorobkiewiczowską wspaniałością.</akap>


<akap>Było w nim wszystko, co można kupić za pieniądze, ale nie było w nim życia ani gustu.</akap>


<akap>Był gabinet do pracy bardzo paradnie urządzony,
w którym nikt nie pracował; była łazienka wyłożona
majoliką białą w niebieski deseń z wanną marmurową,
do których się schodziło po kilku stopniach pokrytych
szkarłatem, sufit był ozdobiony malowidłami w stylu
pompejańskim, ale czuć było, że tutaj się nikt jeszcze
nie kąpał.</akap>


<akap>Pod wieżyczką, która wyskakiwała nad dach pałacyku, niby gruby wańtuch wełny, był pokój urządzony
po mauretańsku; okna, ściany i odrzwia pstrzyły się
w jaskrawe ordynarne figlasy rysunkowe, udające styl
mauretański, długie a niskie sofy pokrywały meblowe
barchany w tymże stylu; pokój był karykaturalny i ordynarny krzykliwością barw, w jakie upstrzono ściany
i okna, a w którym również nikt i nigdy nie siadał
pod mauretańską kopułą, świecącą jak stary przepalony
rondel ceglasto-miedzianymi malowaniami.</akap>


<akap_dialog>--- To jest po hiszpańsku --- objaśniał Müller.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po mauretańsku, ojciec się omylił --- poprawiała Mada.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan sam urządzał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja sam płaciłem, a Hüberman urządzał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panu się podoba ten pokój? --- pytała Mada.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo jest śliczny i oryginalny.</akap_dialog>


<akap>Kłamał z uśmiechem.</akap>


<akap_dialog>--- On jest bardzo drogi! Hüberman doliczył mi
za niego całe dwa tysiące rubli. Ja nie lubię głupstw,
lubię tylko solidne rzeczy, ale jak mi zaczął gadać, że
w każdym porządnym pałacu musi być pokój urządzony
po chińsku lub po japońsku, a że i Mada chciała, to
on zrobił po mauretańsku dla oryginalności. Mnie to
nic nie szkodzi, niech sobie będzie, po jakiemu chce, ja
i tak w tym nie będę mieszkał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To państwo nie mieszkają w pałacu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Borowiecki, żebym ja mieszkał w pałacu, to by się ze mnie tak śmieli, jak się śmieją z Meyera
i z Endelmana. Po co mi to, kiedy mi wygodniej w starej chałupie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale szkoda trzymać pustką.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech stoi. Wszyscy stawiają pałace i ja kazałem postawić, mają salony i ja mam salony, mają
powozy i konie i ja mam powozy i konie. Kosztuje
drogo, niech kosztuje i niech sobie stoi, niech ludzie
wiedzą, że Müller może mieć pałace, a woli mieszkać
w starym domu.<end id="e1308784041126-974262155"/></akap_dialog>


<akap>Poszli dalej oglądać.</akap>


<akap>W środku mieszkania, z oknem na alejkę prowadzącą do fabryki, był długi wąski pokój obity ciemną
materią.</akap>


<akap>Pod ścianami stały niskie sofy pokryte czerwoną
w złote kwiaty skórą, z tyłami sięgającymi do pół wysokości ścian i poprzegradzanymi na pojedyncze siedzenia jak coupé<pe><slowo_obce>coupé</slowo_obce> (fr.) --- przedział kolejowy.</pe> drugiej klasy.</akap>


<akap>Wąskie zwierciadła, wpuszczone w mur, patrzyły
mrocznie znad sof i marmurowych konsol obwiedzionych brązowymi galeryjkami.</akap>


<akap>Był to pokój do palenia, jak objaśniała Mada, ale
znać było po niepokalanej nowości sof i stolików niskich
symetrycznie przed nimi rozstawionych, że tutaj nikt
jeszcze nie palił.</akap>


<akap>Potem oglądali ogromny salon oświetlony czterema
oknami, zupełnie biały, ze stiukowym sufitem gęsto złoconym, zapchany meblami, przeładowany masą obrazów,
kandelabrów, kolumn, kanapek i krzeseł, które w wyciągniętych szeregach, owinięte w białe pokrowce, stały pod
ścianami, znać było, że nikt tutaj się jeszcze nie bawił
i nikt nie siadał na tych meblach.</akap>


<akap>Były jeszcze maleńkie gabineciki, wyzłocone i ozdobione jak bombonierki, pełne gracików, pustych żardinierek, paradnych marmurowych kominków, na których
się wdzięczyły porcelanowe statuetki.</akap>


<akap>Był i pokój jadalny połączony windą z kuchnią, cały
wyłożony mahoniowymi kwadratami, ujętymi w cienkie
jak ostrza brązowe listwy, ze stołem ciężkim w pośrodku,
z kredensami w stylu empire, które Müller kolejno otwierał
i pokazywał ich wnętrza zapchane porcelaną i zastawami
stołowymi, których nikt nie używał.</akap>


<akap>Była i biblioteka, bo budowniczy i tapicer o niczym nie zapomnieli; mały pokoik obstawiony szafkami
z białego dębu, w stylu staroniemieckim, w którym się
złociły przez szyby szaf grzbiety dzieł wszystkich wielkich pisarzów świata, a których tutaj nikt nie czytał,
ale i nikt nie znał ich imion.</akap>


<akap>A na zakończenie poszli do sypialni; na środku
stały dwa olbrzymie łoża, zasłane jedwabną niebieską
pościelą i przysłonięte takimiż kotarami, niebieski również dywan zaścielał całą posadzkę i niebieskie obicie
miały ściany.</akap>


<akap>W rogu stała wielka marmurowa umywalnia dwuosobowa, tak wielka, że można by w niej pławić konie,
połączona rurami z fabryką, która dostarczała wody
ciepłej.</akap>


<akap>Nikt nie sypiał w tej sypialni.</akap>


<akap_dialog>--- Wspaniały pokój do spania! --- szepnął Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To Mady, jak pójdzie za mąż. Chodźmy do pokoju Mady.</akap_dialog>


<akap>Ale Mada zaczęła protestować, że jeszcze w nim
nie sprzątnięto.</akap>


<akap_dialog>--- Głupia jesteś --- mruknął i wprowadził Karola do
bardzo jasnego pokoju, wybitego biało-różową materią.</akap_dialog>


<akap>Maleńkie mebelki stały w wielkim nieładzie na
jasnym dywanie.</akap>


<akap_dialog>--- Doskonałe miejsce do pisywania liścików --- powiedział Karol, przypatrując się maleńkiemu biurku,
na którym w wielkim porządku ułożone leżały pudełka
z papierem i przybory do pisania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż z tego, kiedy zupełnie nie mam do kogo
pisywać. A tyle razy chciałam bardzo pisać list --- mówiła ze szczerą przykrością i zaczęła cmokać na dwa
kanarki rozbijające się w mosiężnej klatce, stojącej na
parapecie okna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchają pani?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, słuchają. Wilhelm przychodził, gwizdał im
ciągle i ponauczał śpiewać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ma pani pokój jak Göthowska Gretchen.</akap_dialog>


<akap>Nie wiedziała co na to odpowiedzieć, ale zarumieniła się po włosy.
Powracając na dół, Karol raz jeszcze przyglądał
się tym licznym pokojom, które stały w ciszy pustki
i sztywności.</akap>


<akap>Były tak wspaniałe, tak czyste, świeże, nowe, że
robiły wrażenie wystawy tapicerskiej, urządzonej bardzo
bogato, ale zupełnie bez gustu.</akap>


<akap>Prócz Mady nikt nie mieszkał w pałacu, stał na
pokaz gościom i dlatego, żeby Müller mógł powiedzieć:
mam pałac.</akap>


<akap>Na dole w małym pokoiku, przylegającym do
kuchni i który służył za jadalnię całej rodzinie, Müllerowa podała kawę.
</akap>


<akap>Karol wymawiał się brakiem czasu, ale Müller odebrał mu kapelusz, wziął go wpół i posadził na krześle.</akap>



<akap>Pozostał, bo Mada tak wymownie prosiła go oczami,
że nie chciał jej robić przykrości, tylko się spieszył, gdyż
miał jeszcze być dzisiaj u Bucholca.</akap>


<akap>Prosił też Müllera o protekcję do Szai dla Horna.</akap>


<akap>Fabrykant, przyrzekł uroczyście, że jutro osobiście
się tam uda i ręczył nawet za skutek, bo żył z Szają
w bliskich stosunkach.</akap>


<akap>Müllerowa w milczeniu podsuwała różne ciastka
swojej roboty i kilka razy poprawiała Madzie włosy,
które się wysuwały złotymi kosmykami na czoło, bo
dziewczyna tak była uradowana i podniecona, że ciągle
się śmiała i na nic nie zważała.</akap>


<akap>Nie umiała nawet ukryć tego, że się jej Karol bardzo
podobał, mówiła mu to kilkakrotnie w różny sposób.</akap>


<akap>Müller był również rad, brał go wpół, klepał po
kolanie i szeroko opowiadał o swojej fabryce.</akap>


<akap>Karol jak mógł udawał zajęcie tym, co mu mówiono, słuchał cierpliwie, odpowiadał, ale w głębi nudził
się i męczył tym przymusem i banalnością tematów,
jakie Müller podnosił.</akap>


<akap>Dom cały miał wybitne cechy małego mieszczaństwa w obyczajach i poglądach, pachniał porządkiem
i tą czysto niemiecką wołową pracowitością.</akap>


<akap>Wyjątkowi byli tylko na tym punkcie, że nie popsuły ich miliony i mieli wymagania i instynkty robotników.</akap>


<akap_dialog>--- Jak pan będzie naszym sąsiadem, to musi pan
bywać częściej u nas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A pan będzie blisko mieszkał? --- zawołała Mada
rozpromieniona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak. Widzi pani ten długi rząd okien za fabryką Trawińskiego? --- pokazywał oknem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To stara fabryka Meisnera!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja ją kupiłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To pan będzie blisko! --- zawołała radośnie
i umilkła nagle zachmurzona, siedziała już cicho do
samego odejścia Karola, tylko prosiła go, aby przyszedł
znowu.</akap_dialog>


<akap>Obiecał to solennie i tak ścisnął jej rękę na pożegnanie, że oblała się rumieńcem i długo oknem wyglądała za nim.</akap>


<akap>Borowiecki szedł już prosto do Bucholca, ale szedł
wolno, bo go obciążyła ta serdeczność Müllera i jeszcze
większa Mady.</akap>


<akap>Uśmiechnął się do jakiegoś obrazu, który w coraz
pełniejszych formach wyłaniał mu się z mózgu.</akap>


<akap>Czuł, że Müller dałby mu córkę bez żadnego wahania.</akap>


<akap>Roześmiał się prawie głośno, bo przypomniał sobie tego grubego czerwonego Niemca, w barchanowym
kaftanie, w zatłuszczonych spodniach i w starych pantoflach, na tle salonów.</akap>


<akap>Był śmiesznym, ale co go to obchodziło.</akap>


<akap_dialog>--- Mada ma dużo naturalnego wdzięku i okrągły milion w dodatku! Do licha --- mruknął. --- A jednak --- myślał i zaczął stawiać pewne przypuszczenia
i kombinacje, ale rychło się ich pozbył, bo przypomniał
sobie Ankę i list jej, jaki rano odebrał i którego jeszcze
nie przeczytał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawsze coś staje w poprzek, zawsze człowiek
jest niewolnikiem! --- szepnął, wchodząc do kantoru
Bucholca.</akap_dialog>


<akap>Bucholc po ostatnim ataku prędko uczuł polepszenie i już nie tylko przesiadywał w kantorze jak dawniej,
ale zaczynał wychodzić do fabryki i łaził po niej z pomocą kija lub którego z robotników.
Z Borowieckim był na dobrej stopie, pomimo, że
ten wymówił mu miejsce i że kłócili się po kilka razy
dziennie.</akap>


<akap>Ufał mu we wszystkim i potrzebował go teraz,
nim Knoll powróci, bo zięć na wezwanie do powrotu
z powodu choroby teścia, odpowiedział telegraficznie,
że gdyby stary umarł, to przyjedzie, a inaczej nie myśli
sobie psuć interesów.</akap>


<akap>Bucholc przeglądał wielką księgę, którą mu August
podtrzymywał i tylko spojrzał na wchodzącego, kiwnął
mu głową i dalej sprawdzał pozycje budżetu.</akap>


<akap>Karol w milczeniu zabrał się do klasyfikowania
korespondencji, a później rozpatrywał plany i kosztorysy
nowych urządzeń w farbiarni, jakie sam zaprojektował;
robota była pilna, bo na nowych maszynach miał się
drukować towar już na następny sezon zimowy.</akap>


<akap>Wieczór robił się prędko i przez okna kantoru park
czerniał coraz bardziej i zaczynał szumieć nagimi drzewami, które kołysane wiatrem zaglądały do okien, trzęsły się chwilę w świetle i cofały.</akap>


<akap>Robota szła mu niesporo, bo co chwila przypominał się Müller, odkładał wtedy sztywne karty pełne
rysunków, cyfr i notat i zapadał w zadumę.</akap>


<akap>Cisza zupełna panowała w kantorze, wiatr tylko się
wzmagał na dworze, harcował po drzewach, tłukł nimi
o ściany i okna i dudnił głucho po blaszanych dachach.</akap>


<akap>Elektryczne światło drgało i ślizgało się po czarnych szafach, w których stały uszeregowane olbrzymie
księgi, mające na grzbietach białe cyfry lat, z jakich
pochodziły.</akap>


<akap>Bucholc oderwał oczy od księgi i zasłuchał się
w dalekich tonach harmonijki, jakie płynęły z wiatrem
gdzieś od domów familijnych.</akap>


<akap>Usta mu drgały nerwowo, okrągłe jastrzębie oczy,
bardziej czerwone niż zwykle, powlekły się jakby smętkiem, słuchał długo, a w końcu rzekł cicho:</akap>


<akap_dialog>--- Nudno tutaj, prawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak w kantorze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam dziwną chęć usłyszenia muzyki tylko głośnej bardzo, gwaru wielkiego: a nawet chciałbym widzieć dużo ludzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdążyłby pan prezes jeszcze do teatru. Dopiero
dziewiąta.</akap_dialog>


<akap>Bucholc nic nie odpowiedział, położył głowę na
grzbiecie fotelu i zapatrzył się przed siebie i z wolna zaczęło mu twarz powlekać jakieś ostre zniechęcenie i nuda.</akap>


<akap_dialog>--- Jak się pan prezes czuje dzisiaj? --- spytał Karol po chwili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dobrze, dobrze! --- odpowiedział stłumionym
głosem i ostry gorzki uśmiech okolił mu sine usta.</akap_dialog>


<akap>Nie, nie było mu dobrze; serce wprawdzie biło spokojnie i normalnie, bóle nóg przeszły, mógł się dosyć
swobodnie poruszać, ale czuł, że nie jest mu dobrze.</akap>


<akap>Czuł dziwną ociężałość w sobie, nie mógł myśleć,
bo co chwila rwała mu się przędza świadomości i zapadał w głuchy stan apatii; nudziła go robota, cyfry,
zyski i straty, wszystko stawało mu się zupełnie obojętnym dzisiaj.</akap>


<akap>A głęboko pod linią świadomości, poprzez tę
szarą ciężką mgłę nudy wyrywały się błyski pragnień
nieokreślonych, zachcenia tak mgnieniowe, że w drodze
do uświadomienia przepadały i zalewały mu mózg mrokiem, a serce smutkiem zniechęcenia.</akap>


<akap_dialog>--- Strasznie pusto w całym domu --- powiedział
cicho i rozglądał się po kantorze, po tych szafach, po
oknach, patrzył na Augusta, który oparty grzbietem
o framugę drzwi wyprostował się nagle i czekał rozkazu.</akap_dialog>


<akap>Przypatrywał się wszystkiemu dziwnie badawczym
wzrokiem, jakby oglądał po raz pierwszy i opadł w fotel bezwładnie, zwiesił głowę na piersi i dyszał ciężko,
bo mu duszę ścisnął jakiś mocny, bardzo bolesny spazm
strachu niewytłumaczonego, czepiał się jeszcze oczami
czarnych punktów cyfr na białej karcie książki, błyszczenia światła na brązowym wielkim kałamarzu, to wieszał się jakby na tym coraz słabiej dźwięczącym odgłosie harmonijki, na szumie parku i na dalekim, głuchym
odgłosie turkotów ulicznych, ale dusza ześlizgiwała się
bezwładnie z tych krawędzi i zapadała w ciemnię pełną
strasznej ciszy.</akap>


<akap>Przed dziesiątą Karol skończył robotę i podał papiery, tłumacząc obszernie każdą pozycję.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze --- mówił od czasu do czasu Bucholc, nic prawie nie słysząc.</akap_dialog>



<akap>Nic go to nie obchodziło, bo coraz głębiej czuł tę
pustkę i osamotnienie, w jakim żył, coraz mocniejszym
kołem zaciskało mu duszę zniechęcenie i niemoc.</akap>


<akap_dialog>--- Po co ja się tym zajmuję. Kosztuje tyle czy
tyle, to kwestia kasjera --- powiedział niechętnie.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki zabierał się do wyjścia.</akap>


<akap_dialog>--- Idziesz pan już?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skończyłem robotę na dzisiaj. Dobranoc panu.</akap_dialog>


<akap>Uścisnął mu rękę i wyszedł, a Bucholc nie mógł
się zdobyć na prośbę, aby pozostał, bo w ostatniej
chwili wstyd mu się zrobiło tej dziecinnej słabości.</akap>


<akap>Słuchał słabnących w oddali jego kroków i byłby
bardzo wiele dał, gdyby Borowiecki powrócił.</akap>


<akap_dialog>--- August, pójdźmy na górę --- szepnął, podnosząc
się z miejsca i poszedł bez pomocy lokaja, który gasił
światła i zamykał drzwi.</akap_dialog>


<akap>Drugi lokaj czuwający w przedpokoju szedł przed
nim ze świecą, a Bucholc wolno wlókł się przez olbrzymie, ciche i puste mieszkanie.</akap>


<akap>Tak mu się dziwnie pustym wydawało dzisiaj, tak
mu ciężyła ta samotność, że poszedł zajrzeć do żony,
ale żona spała zakopana w betach, że tylko kawałek
jej żółtej woskowej twarzy widać było na poduszce, nie
obudziła się na odgłos jego wejścia, tylko papuga przebudzona blaskiem światła, zeskoczyła z klatki i uwieszona pazurami na firance, zakrzyczała żałośnie:</akap>


<akap_dialog>--- Kundel, Kundel!</akap_dialog>


<akap>Cofnął się zawiedziony i poszedł prosto do siebie.</akap>


<akap_dialog>--- August! --- zawołał półgłosem.</akap_dialog>


<akap>Lokaj stanął w oczekującej postawie, ale mu Bucholc nic nie powiedział, siedział w fotelu przed piecem,
poruszał nieodstępnym kijem dogasający ogień i z dziwną, po raz pierwszy odczuwaną obawą myślał, że musi
zostać sam.</akap>


<akap_dialog>--- Pozamykaj okiennice --- rzekł w końcu i sam
sprawdzał, czy dobrze zamknięte są żelazne wewnętrzne
okiennice, rozebrał się, położył i próbował czytać, ale
oczy miały ciężar ołowiu, nie mógł nimi poruszać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy mogę już iść? --- zapytał szeptem lokaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź, idź! --- odpowiedział gniewnie, a gdy August już dochodził do drzwi, zawołał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- August!</akap_dialog>


<akap>Lokaj zawrócił i stał, czekając, wtedy Bucholc zaczął się go pytać powoli o żonę i o dzieci, a pytał tak
łaskawie, że August odsunął się na bezpieczną odległość
od jego kija i odpowiadał nieśmiało, zaniepokojony tą
niesłychaną dobrocią.</akap>


<akap>Bucholcowi szło o to, aby go zatrzymać jak najdłużej w pokoju, a nie mógł powiedzieć mu prosto
w oczy, aby został.</akap>


<akap>Ta dziwna rozmowa prędko go zmęczyła i w końcu
skinął, żeby sobie szedł spać.</akap>


<akap>Pozostał sam i te obawy samotności, te jakieś
dziwne, ciemne trwogi zaczęły mu przenikać duszę coraz ostrzejszymi włóknami.</akap>


<akap>Nasłuchiwał pilnie odgłosów z ulicy, ale ulica spała,
a słabsze echa nie były w stanie przedrzeć się przez
żelazne obite wojłokiem okiennice.</akap>


<akap>Uniósł się na łokciu i z zapartym oddechem, kurczowo ściskając rewolwer, słuchał długo, bo mu się
wydało, że słyszy coraz bliższy i wyraźniejszy odgłos
kroków przez puste pokoje.</akap>


<akap>Nikt jednak nie szedł, tylko odgłos bijącego zegaru<pe><slowo_obce>zegaru</slowo_obce> --- dziś popr. D. lp: zegara.</pe>
doszedł go jękliwym dźwiękiem z któregoś z pokojów.</akap>


<akap>To mu się wydawać znowu poczynało, że ciężka
aksamitna portiera, zasłaniająca drzwi, wydyma się tak
dziwnie, jakby się za nią krył człowiek.</akap>


<akap>Uśmiechnął się z własnego złudzenia i znowu leżał
spokojnie, przytłumiwszy światło.</akap>


<akap>Nie mógł jednak zasnąć.</akap>


<akap>Godziny płynęły tak strasznie wolno, że wydawały
mu się nieskończonością.</akap>


<akap>I nie uspakajał się zupełnie, a nawet to zdenerwowanie i te wszystkie obawy wzrastały stopniowo i z wolna
zamieniały się w jedną obawę śmierci.</akap>


<akap>Zdawało mu się, że zaraz umrze i tak jasno to
zobaczył, tak nim ta straszna myśl zatrzęsła, tak go
oszołomiła, że zerwał się z łóżka, jakby chciał uciekać,
trząsł się cały z trwogi, i zaczął gwałtownie dzwonić na
dyżurnego lokaja, śpiącego na dole.</akap>


<akap_dialog>--- Idź prędko, niech tutaj zaraz przyjdzie doktor --- wołał sinymi ustami.</akap_dialog>


<akap>A gdy po pewnym czasie przyszedł Hamerstein,
rzekł mu:</akap>


<akap_dialog>--- Mnie coś jest! Obejrzyj no mnie i zaradź.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie widzę --- odpowiedział zaspany doktor,
obejrzawszy go dosyć starannie.</akap_dialog>


<akap>Bucholc zaczął mu opowiadać swój stan.</akap>


<akap_dialog>--- Jak się pan prezes wyśpi, to i wszystko przejdzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupiś! --- odparł mu porywczo Bucholc, ale
wielką dozę chloralu zażył i wkrótce zaraz zasnął.</akap_dialog>


<akap>Borowiecki zmęczony nadprogramową pracą, pojechał do miasta na herbatę.</akap>


<akap>U Boszkowskiego pusto było już w tej godzinie,
tylko w ostatnim pokoju cukierni za lustrem siedziało
trzech mężczyzn: Wysocki, Dawid Halpern i Myszkowski,
inżynier z fabryki barona Meyera.</akap>


<akap>Przysiadł się do nich, bo znał dwóch ostatnich,
a z Wysockim zaraz go poznajomili.
Dawid Halpern, pochylony nad stolikiem, bił w niego
chudymi rękami i prawie krzyczał:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308786654631-66550220"/><motyw id="m1308786654631-66550220">Miasto, Praca</motyw>--- Pan, Panie Myszkowski, nie wie, co daje ta
praca w Łodzi, bo pan wiedzieć nie chce, ale ja pana
zaraz przekonam, ja panu pokażę rezultaty!</akap_dialog>


<akap>Wyjął z pugilaresu kilka wycinków z ,,Kuriera"
i podsuwając mu pod oczy, czytał:</akap>


<akap_dialog>--- Słuchaj pan: ,,Od dnia 22 do 28 wywieziono
z Łodzi: wyrobów żelaznych 1 791 pudów, przędzy 11 614
pudów, wyrobów bawełnianych 22 852 pudów, wyrobów
wełnianych 10 309 pudów". To panu nic nie mówi, to
się samo zrobiło! A ja panu pokażę, co przez ten tydzień robiono w Łodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie nudź pan swoją statystyką. Chłopiec kawy
trzy! Pan Borowiecki napije się z nami?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja tylko parę cyfr panu przeczytam, słuchajcie
panowie, bo to tyle warto, co <tytul_dziela>Biblia</tytul_dziela>, a może i trochę
więcej: ,,Przywóz następujący: wełny 11 719 pudów,
przędzy 12 333, żelaza 7 303, maszyn 4 618, smarów
8 771, mąki 36 117, zboża 8 794, owsa 18 685, drzewa
razem 36 850, bawełny surowej 120 682, węgla kamiennego 1 032 360 pudów". Takie cyfry głośno dzwonią, to
jest ładny papier taki wykaz; Łódź musi mieć dobry
brzuch, żeby to wszystko przetrawić, to trzeba trochę
pracować, a pan mówi, że tylko głupi pracują.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I bydło pędzone batem --- mówił spokojnie
Myszkowski, popijając kawę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aj, aj, co pan wygaduje! Jakim batem, gdzie
bat! Ludzie muszą robić, no powiedz pan, co by robił
taki prosty cham, żeby on nie musiał robić! On zgniłby
z próżniactwa i zdechłby z głodu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj pan pokój! Pan się zachwycaj pracowitością Łodzi, wysławiaj pan dalej swoje cudowne miasteczko, całuj pan po rękach każdego, który tylko zechce
zostać milionerem i gadaj pan, że ci milionerzy mają
dlatego miliony, że najwięcej pracowali.<end id="e1308786654631-66550220"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo oni dlatego właśnie mają, skąd by inaczej
je wzięli! --- krzyczał zaperzony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo są głupsi od swoich robotników i dlatego
mają pieniądze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja już nic pana nie rozumiem. Jak pana szanuję, panie Myszkowski, ja nic nie rozumiem, co pan
mówi. Ja dotychczas wiedziałem, że jak kto pracuje, to
ma, a jak kto pracuje i jest mądry, to ma jeszcze więcej, a jak kto jest bardzo mądrym i bardzo pracuje, to
robi miliony! --- krzyczał głośno Halpern.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O co panom idzie? --- zapytał Borowiecki, nie
mogąc się połapać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja twierdzę, że wszyscy milionerzy, wszyscy
pracujący całym wysiłkiem swoich i cudzych mięśni
i władz --- są głupcami, są kretynami. Pan Dawid Halpern dowodzi przeciwnie. Wygaduje bajeczne brednie na
cześć pracy i stawia na ołtarzu bydlęta gnijące na podściółce z pieniędzy i każe mi ich podziwiać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A prawda musi być w pośrodku! --- wtrącił
milczący dotychczas Wysocki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź pan do nieba z tą swoją średnią prawdą. Jest
się bydlęciem zupełnym albo człowiekiem; przejść nie ma
w naturze, chyba we łbach zidiociałych ideologów.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308786829396-218780402"/><motyw id="m1308786829396-218780402">Robotnik, Pieniądz, Praca</motyw>--- Panie Myszkowski, ja muszę pana przekonać, że
fabrykant, że człowiek, który chce zrobić miliony, robi
więcej sto razy niż robotnik i że jego trzeba szanować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj mi pan spokój z głupcami, którzy się zapracowują na to, aby zrobić pieniądze, mów mi pan
lepiej o wszelkich boskich stworzeniach, które pracują
tyle tylko, żeby wyżyć, one mają rozum.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308786829396-218780402"/>--- Panie Myszkowski, żebyś pan miał miliony,
to byś pan inaczej mówił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szanuję pana, ale mogę panu powiedzieć głupstwo, jak pan będziesz gadał rzeczy, których pan nie
rozumie. Miałem dosyć pieniędzy i puściłem je, ot tak! --- dmuchnął dymem w oczy Halpernowi.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308787020920-1696017882"/><motyw id="m1308787020920-1696017882">Pieniądz, Praca, Kondycja ludzka, Własność, Bogactwo, Pozycja społeczna</motyw>--- Spytaj się pan Kurowskiego, myśmy razem je
puszczali. Ja dbam o pieniądze tyle, co o deszcz wczorajszy. Pan mnie masz, panie Halpern, za głupca! Nie,
panie Dawidzie, ja dlatego, żeby zarobić rubla więcej
niż potrzeba, nie wstanę pięć minut wcześniej niż mi
się chce, a dlatego, żeby zrobić nawet miliardy --- nie
poświęcę przyjemności pełnego człowieczego życia, nie
wyrzeknę się patrzenia na słońce, spacerów po powietrzu, swobodnego oddychania, myślenia nad trochę większymi rzeczami niż miliardy, kochania itd. itd.</akap_dialog>


<akap>Ja nie będę robił, robił, robił! Bo ja chcę żyć, żyć,
żyć! Nie jestem bydlęciem pociągowym ani maszyną,
jestem człowiekiem. Tylko głupiec chce pieniędzy i dla
zrobienia milionów poświęca wszystko, życie i miłość,
i prawdę, i filozofię, i wszystkie skarby człowieczeństwa,
a gdy się już tak nasyci, że może pluć milionami, cóż
wtedy?</akap>


<akap>Zdycha na materacu wypchanym tytułami własności. Wielka pociecha, zupełnie tej samej wartości, jak
gdyby zdychał na gołej ziemi. A gdyby go później spytano, jak żył? Powiedziałby: ,,Robiłem. Po co? Zrobiłem
miliony! Na co? No, żeby mieć miliony, żeby ludzie podziwiali, żeby jeździć powozem i imponować głupcom,
i żeby zdechnąć w połowie życia, zdechnąć z wycieńczenia pracą, ale na milionach!"  Tfu, z taką głupotą.<end id="e1308787020920-1696017882"/></akap>


<akap_dialog>--- Porusza pan ważną kwestię, o której można by
wiele mówić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To sobie mówcie, ja idę do domu, ale podejmuję się kiedy indziej w stosownej chwili, przekonać
pana, panie Borowiecki, że wam wszystkim zaszczepili
strasznego baccilusa pracy, który toczy cały organizm
ludzkości i myślę, że jeśli się nie opamiętają, to ludzkość
prędzej zginie, niż to przewidują geologowie.</akap_dialog>


<akap>Szli pustym trotuarem w górę ulicy.</akap>


<akap>Wysocki po długim milczeniu zabrał głos i zaczął
namiętnie dowodzić, że złe nie tkwi w tym, że wszyscy
pracują za wiele, a w tym, że nie wszyscy pracują.</akap>


<akap>Myszkowski nic nie odpowiedział, bo zaraz się
z nimi pożegnał i poszedł do domu.</akap>


<akap><begin id="b1308787364523-373699760"/><motyw id="m1308787364523-373699760">Miasto, Praca, Żyd, Szlachcic, Wieś</motyw>Borowiecki sennym wzrokiem patrzał w uśpioną
cichą ulicę.</akap>


<akap>Halpern pochwycił to spojrzenie i zaczął:</akap>


<akap_dialog>--- Pan się przypatruje miastu! Pan sprawdza, że
Myszkowski racji nie ma, bo jakby robili, jak on chce,
to by tutaj nie stały te domy, te pałace, te fabryki, te
składy, tu nie byłoby Łodzi! Byłby ładny kawałek lasu,
gdzie by sobie mogli obywatele wyprawiać polowania na
dzikie świnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nam nic nie szkodziłoby to, panie Dawidzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panu może nie, panu Wysockiemu to nie wiem,
ale dla mnie potrzebną jest Łódź, mnie potrzeba fabryk,
wielkiego miasta i wielkiego handlu! Co ja robiłbym na
wsi? Co ja robiłbym z chłopami! --- wykrzyknął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Byłbyś pan pachciarzem<pe><slowo_obce>pachciarz</slowo_obce> --- dzierżawca (np. karczmy).</pe> --- rzekł zimno Borowiecki, oglądając się za dorożką.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I pomiędzy nimi jest taka konkurencja, że
z głodu umierają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tylko ci, co nie umieją oszukiwać chłopów
i obywateli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest gadanie? To jest tylko antysemickie gadanie, w które pan nie wierzy, bo pan dobrze wie, że
płotkę zjada duży kiełbik, kiełbika zjada okoń, a okonia
zjada szczupak, a szczupaka? Szczupaka zjada człowiek!
A człowieka zjadają drudzy ludzie, jedzą go bankructwa,
jedzą choroby, jedzą zmartwienia, aż go w końcu zjada
śmierć. To wszystko jest w porządku i jest bardzo ładnie
na świecie, bo z tego robi się ruch.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan masz talmudyczną filozofię, panie Dawidzie.<end id="e1308787364523-373699760"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest filozofia patrzenia, a ja na świat patrzę
bardzo dawno, panie Wysocki. Panie dyrektorze, co pan
myśli o Myszkowskim? --- zapytał, przytrzymując go za
rękę, bo Karol zaczął się z nim żegnać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo dobry człowiek, bardzo! --- szepnął wymijająco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On jest genialny człowiek! On ma w głowie
miliony i nie chce ich stamtąd wyciągnąć. Pan wie, że
on zrobił nowe odkrycie u Meyera? Nowy sposób blichowania białego towaru. Meyer zarabia na tym pięćdziesiąt procent, a co pan myśli ma z tego Myszkowski?
On nic nie ma! Jemu za ten wynalazek, który wart milion, dali dwa tysiące rubli pensji rocznej, on wziął
i jeszcze chodzi do fabryki i pracuje w laboratorium!
Ja go bardzo szanuję, ale żeby nie chcieć majątku, żeby
się śmiać z tego, że drudzy robią pieniądze, tego nic nie
rozumiem, to jest trochę ciemne.</akap_dialog>


<akap>Stuknął się w czoło.</akap>


<akap_dialog>--- Dobranoc panom --- rzekł Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miałem do pana interes i załatwię go w kilku
słowach --- zaczął Wysocki. --- Nie znając pana, miałem
jednak być u niego z prośbą za jednym człowiekiem.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308787502895-2351627708"/><motyw id="m1308787502895-2351627708">Szlachcic, Praca, Miasto</motyw>--- Szuka pan zajęcia dla kogo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, znam jednego biedaka, który od dwóch
lat na próżno poszukuje pracy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Specjalista?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eks-obywatel ziemski, ale człowiek uczciwości
nieposzlakowanej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To razem tyle kwalifikacji, że może szukać miejsca jeszcze drugie dwa lata z takim samym skutkiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo biedny i bardzo obarczony rodziną,
umierają wprost z głodu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wyjątkowy wcale, bo takich nie brakuje
w Łodzi.<end id="e1308787502895-2351627708"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może by pan pomógł. Jakiekolwiek miejsce, jakkolwiek płatne, najprostsze, byłoby dla niego prawdziwym dobrodziejstwem. Niechaj mi pan daruje, że prawie
nieznajomy i zaraz z prośbą się udaję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie w tym środek kwestii, tylko że nie wiem,
co panu odpowiedzieć. Miejsc lepiej płatnych nie ma nigdy wolnych, ponieważ na każdą opróżnioną posadę
zgłasza się dwudziestu kandydatów i to przeważnie samych specjalistów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie idzie o najzwyklejszą pracę, więc jeśli
pan może...
</akap_dialog>


<akap>Borowiecki dał mu swój bilet wizytowy.</akap>



<akap_dialog>--- Niechaj ten protegowany pański przyjdzie do
mnie z tym biletem jutro po południu do fabryki. Miejscami nie rozporządzam, ale będę się starał coś zrobić
dla niego, tylko że panu nie ręczę za skutek.</akap_dialog>


<akap>Rozeszli się zaraz w różne strony.</akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XIV</naglowek_rozdzial>




<akap><begin id="b1308788013810-1850904319"/><motyw id="m1308788013810-1850904319">Miasto</motyw>Dawid Halpern szedł wolno Piotrkowską, rozmyślał
o Myszkowskim i przypatrywał się miastu, które kochał
całą swoją entuzjastyczną duszą.</akap>


<akap>Nie chciał pamiętać, że to miasto zabrało mu
wszystko, co kiedyś posiadał po ojcu, że od lat wielu
żyje z dnia na dzień, że wciąż zmieniać musi sposoby
zarobkowania, że wciąż jest tylko na drodze do majątku, który mu się wiecznie wyślizgiwał z rąk, co sobie
tłumaczył brakiem szczęścia, ale pomimo tego wytrwale
zakładał kantory, to sklepy, to zostawał agentem i zawsze
kończył bankructwem, ale nie tracił nadziei, szedł jednako przez życie, zapatrzony w Łódź i w jej potęgę,
oszołomiony jej wielkością, zahipnotyzowany milionami,
jakie się przewalały dookoła niego.</akap>


<akap>Nie miał dzieci, miał tylko żonę, na którą pracował, aby mogła corocznie jeździć do Franzensbadu leczyć się, sam zaś od wielu lat nie wychylał się za Łódź,
nie dbał, co jada, jak mieszka, w czym chodzi, sam nic
nie miał, ale był szczęśliwym, że miasto posiada coraz
więcej, że mógł widzieć ten ruch szalony, przewalanie
się towarów, huk maszyn pracujących, zgiełk na ulicach, zapchane składy, nowe ulice, milionerów, fabryki,
wszystko, co składało się na ten kolos, który spał teraz pod cichym ciemnym niebem, przez które płynął
księżyc.</akap>


<akap>Kochał Łódź, jak kochał fabrykantów i robotników
i jak kochał nawet prostych chłopów, tłumnie ściągających na każdą wiosnę, bo większa ich liczba na ulicach
mówiła, że znowu przybędzie miastu fabryk i domów,
i ruchu.</akap>


<akap>Kochał Łódź.</akap>


<akap>A co go obchodziło, że ta Łódź była brudna, źle
oświetlona, źle zabrukowana, źle zabudowana, że domy
waliły się corocznie na głowy mieszkańców, że w bocznych
ulicach w biały dzień zarzynali się ludzie scyzorykami!</akap>


<akap>O takich głupstwach nie myślał, jak i nie myślał
o tym, że tutaj tysiące ludzi marło z głodu, że tysiące
ludzi gniło w nędzy, że tysiące ludzi walczyło całym
wysiłkiem o nędzny byt i że ta walka cicha i straszna
przez swoją ustawiczność, walka prowadzona nawet bez
nadziei zwycięstwa, zżerała więcej ludzi rocznie niźli
najgroźniejsze epidemie.</akap>


<akap_dialog>--- Z tego robi się ruch --- tłumaczył, ciesząc się,
że miasto wzrastało z szalonym pośpiechem, że mógł podziwiać olbrzymie cyfry wywozu i przywozu, a ogólna
cyfra obrotów wzrastała corocznie o całe dziesiątki milionów.<end id="e1308788013810-1850904319"/></akap_dialog>


<akap>Jego sucha semicka dusza tonęła w tych cyfrach,
lubowała się ich zwiększeniem.</akap>


<akap>Z dumą spoglądał na nowych milionerów i czcił
ich całą duszą; z zachwytem niekłamanym podziwiał
z trotuarów przepych zaprzęgów i mieszkań; z entuzjazmem rozgłaszał po mieście cyfry sum, jakie różni królikowie bawełniani i półwełniani wyrzucali na przyozdobienie swoich pałaców i legowisk.</akap>


<akap>Takim był Dawid Halpern, który teraz szedł na
ulicę Średnią do mieszkania i rozmyślał o Myszkowskim.</akap>


<akap>Dla niego, czciciela pieniędzy, Myszkowski był zupełnie niezrozumiałym.</akap>


<akap>Nie mógł pojąć, jak można nie brać milionów,
skoro same włażą do kieszeni.</akap>


<akap>Z podobnymi myślami otworzył cicho drzwi na
trzecim piętrze jakiegoś wielkiego domu, ale nim wszedł,
usłyszał przyciszone tony muzyki, płynące z głębi ciemnego
korytarza. Wszedł do mieszkania.</akap>


<akap>Żona już spała, a że mu się zachciało jeść, przeszukał szafkę i z kawałkiem cukru, bo nic więcej nie
znalazł, poszedł cicho do kuchenki zrobić sobie herbaty.</akap>


<akap>Samowar był już zimny, nalał jednak herbaty w filiżankę i przegryzając cukrem pił, spacerując w malutkim
przedpokoju, żeby nie budzić żony i słyszeć trochę tej
muzyki sączącej się przez drzwi.</akap>


<akap>Znudziło mu się dość prędko to spacerowanie, bo
z filiżanką w ręku przeszedł korytarz i zapukał bardzo
delikatnie do drzwi, za którymi grano.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Herein</slowo_obce><pe><slowo_obce>herein</slowo_obce> (niem.)--- proszę wejść.</pe>! --- odezwał się głos ze środka.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308788308799-519407117"/><motyw id="m1308788308799-519407117">Muzyka, Praca</motyw>Wszedł śmiało, kiwnął życzliwie głową grającym
i usiadł pod piecem, popijał herbatę małymi łykami i słuchał muzyki z nabożnym skupieniem.</akap>


<akap>Horn grał na flecie, Malinowski na wiolonczeli,
Szulc na klarnecie, a na skrzypcach Blumenfeld, który
prowadził całą drużynę. Drugie skrzypce prowadził Stach
Wilczek.</akap>


<akap>Józio Jaskólski siedział w drugim pokoju przy stoliku i list jakiś przepisywał.</akap>


<akap>Prócz Horna wszyscy byli kolegami ze szkoły
i zbierali się po dwa razy na tydzień, aby wspólnie
grywać.</akap>


<akap>Muzyką bronili się bezwiednie przed stępieniem,
jakie dawała codzienna, ciężka praca, bo pracowali jako
technicy, majstrowie lub praktykanci po fabrykach lub
kantorach.<end id="e1308788308799-519407117"/></akap>


<akap>Horn jako najzamożniejszy, bo był tylko w Łodzi
na praktyce i miał bogatego ojca, gromadził ich w swoim mieszkaniu i pokupował instrumenta<pe><slowo_obce>instrumenta</slowo_obce> --- dziś popr. B. lm: instrumenty.</pe>, ale duszą tych
biesiad muzycznych był Blumenfeld, muzyk z powołania
i wykształcenia, bo skończył konserwatorium, ale że
muzyka nie dawała mu w Łodzi utrzymania, więc tymczasem pracował w kantorze Grosglicka jako buchalter.</akap>


<akap><begin id="b1308788355185-397444541"/><motyw id="m1308788355185-397444541">Miłość, Młodość</motyw>Józio Jaskólski był pomiędzy nimi najmłodszym,
grać nie umiał, ale żył z nimi blisko i często przychodził, bo namiętnie lubił słuchać ich opowiadań o różnych
awanturach miłosnych. Marzył bowiem o miłości z całą
pasją osiemnastoletniego chłopaka, surowo wychowanego.<end id="e1308788355185-397444541"/></akap>


<akap>Tamci grali, a on przepisywał sobie list miłosny,
jaki mu dał do przeczytania Malinowski, który z powodu
swojej urody dosyć ich otrzymywał.</akap>


<akap>List był pisany nieortograficznie, ale tak namiętnie,
że Józio czerwienił się co chwila i zamglonymi oczyma
wpatrywał się w te szeregi koszlawych<pe><slowo_obce>koszlawy</slowo_obce> --- dziś popr.: koślawy.</pe> i niezgrabnych
liter.</akap>


<akap>Upajał się tymi wybuchami dzikiej czułości i równocześnie gryzło go straszne pragnienie, żeby go kto
tak kochał, a raczej żeby otrzymywał podobne listy.</akap>


<akap>Muzyka skończyła się wreszcie, bo posługaczka wniosła samowar. Horn pomagał nakrywać stół i sam rozstawiał szklanki.</akap>


<akap_dialog>--- Wilczek, trzy razy pan sfałszowałeś. Wziąłeś
pan C zamiast D, potem jechałeś pan o jedną oktawę
niżej --- zaczął Blumenfeld.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie szkodzi, bo was dogoniłem prędko --- śmiał
się Wilczek, chodząc po pokoju, zacierał ręce, a potem
bardzo uperfumowaną chustką obcierał sobie tłustą,
okrągłą twarz, pokrytą rzadkim, niezdecydowanego koloru zarostem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pachniecie jak cały skład perfum! --- szepnął
Horn.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam perfumy w komis! --- usprawiedliwiał się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czym wy już nie handlujecie? --- śmiał się Szulc,
który pomimo swojej baryłkowatości, raźno się uwijał,
nalewając herbatę dla wszystkich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Choćby waszym mięsem, Szulc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nie dowcip! --- szepnął Blumenfeld, siadając przy stole i rozgarniał chudą, nerwową ręką jasnozłociste włosy, które jakby aureolą otaczały jego wysokie, bardzo ładne czoło i długą, cierpiącą twarz o gorzkim uśmiechu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Halpern, może pan z nami siądzie --- zapraszał Horn.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dobrze, napiję się gorącej herbaty. Panowie
gracie coraz lepiej ten kawałek, co to podobny do tego,
jakby kto bardzo płakał, to mi zrobił takie wrażenie, że
siedzieć nie mogłem. Śliczny koncert.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Józefie, herbata czeka na pana! --- wołał
Horn.</akap_dialog>


<akap>Józio rozczerwieniony jeszcze przyszedł, siadając na
końcu, ażeby ukryć wzburzenie i pomieszanie, jakie w nim
sprawił ten list.</akap>


<akap>Pił herbatę prędko, patrzył się ciągle i milczał,
powtarzając w myśli ogniste frazesy, a chwilami spoglądał z podziwem na Malinowskiego, że siedzi tak spokojnie i pije herbatę.</akap>


<akap_dialog>--- Pijcie wódkę, a nie oglądajcie zegarka, gdzież
wam się tak spieszy, Wilczek?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idziecie na dyżur?</akap_dialog>


<akap>Bo Wilczek pracował w magazynach kolejowych.</akap>


<akap_dialog>--- A nie, z biurem już dzisiaj pożegnałem się na
zawsze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co, co? Wygraliście na loterii?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żenicie się może z Mendelsohnówną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajecie może drapaka z kasą kolejową do
Ameryki?</akap_dialog>


<akap>Wołali chórem.<begin id="b1308788830891-2216386735"/><motyw id="m1308788830891-2216386735">Interes, Szaleniec, Głupiec</motyw></akap>


<akap_dialog>--- Nic z tego, bo mam coś lepszego, interes cudowny, który mnie musi postawić, zobaczycie, że stanę
od razu na czterech nogach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty zawsze byłeś czworonogiem! --- odezwał się
Malinowski i spojrzał na niego zielonymi oczami, w których była pogarda i niechęć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale nigdy nie byłem wariatem, nie zajmowałem się wynalazkami, niemożliwymi do urzeczywistnienia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ty wiesz, co ty możesz wiedzieć prócz tego,
żeby okpiwać na kupnie i na sprzedaży, ty jesteś prosty,
ordynarny handeles. Wiedzże o tym, że wariactwa ludzi
genialnych więcej przyniosły dobrego światu niźli praktyczna głupota, podobnych tobie, umiąca<pe><slowo_obce>umiąca</slowo_obce> --- dziś popr.: umiejąca.</pe> tanio kupić
i drogo sprzedać. Słyszysz, Wilczek?<end id="e1308788830891-2216386735"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszę i będę o tym pamiętał, gdy zażądasz
nowych kredytów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A propos, sprowadź mi dwadzieścia funtów
drutu miedzianego, takiego, jaki był ostatnio --- rzucił
spokojnie Malinowski.</akap_dialog>


<akap>Wilczek pomimo gniewu zanotował obstalunek
w notesie.</akap>


<akap_dialog>--- Dajcież spokój z kłótniami i interesami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jedno drugiemu nie przeszkadza --- szepnął
Wilczek i chodził po pokoju, zacierał ręce nerwowo, oblizywał duże, wywinięte usta i często poprawiał włosy,
rozczesane przez całą głowę i tworzące mu grzywkę nad
niskim brzydko pomarszczonym czołem.</akap_dialog>


<akap>Malinowski powlókł za nim oczami i szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Wyglądasz jak stara pokojówka!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co wam to przeszkadza!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Irytuje mnie widok takiego mebla, przeszkadza
patrzeć swobodnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To patrzcie się w samowar albo w koniec własnego nosa, macie przecież na co.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy kufa mi właśnie przeszkadza patrzeć na
samowar.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Malinowski! --- syknął Wilczek z uśmiechem
i jego małe niebieskie oczki głęboko schowane zamigotały gniewem, zaczął szarpać wielki złoty łańcuszek
od zegarka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wilczek! --- uśmiechnął się słodko i słodko patrzył na Stacha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wam niedługo trzeba włożyć kagańce, bo się
kiedy jeszcze pogryziecie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiem wam wspaniałą rzecz, tylko nie przeszkadzajcie --- zawołał Szulc, znowu nalewając wszystkim
herbatę. --- Mówił mi dzisiaj Reck, który przyjechał z Sosnowca do Dülmana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciekaw jestem, co można jeszcze nowego powiedzieć o tym bydlęciu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz się dowiesz. <begin id="b1308790696913-3874612379"/><motyw id="m1308790696913-3874612379">Pozycja społeczna, Śmiech</motyw>Miesiąc temu bawił w Sosnowcu przejazdem jakiś hrabia. Dülman, dawny handlarz świń, dawny oberkelner<pe><slowo_obce>oberkelner</slowo_obce> (niem. <slowo_obce>oberkellner</slowo_obce>)--- starszy kelner.</pe> z Katowic i dawna kanalia,
zaprosił hrabiego do siebie, ale mało, że go zaprosił,
kazał na jego przyjęcie wystawić bramę tryumfalną,
wyprawiał wspaniałe obiady specjalnymi pociągami sprowadzone z Berlina, sam mu buty ściągał, bo chciał przez
pośrednictwo tego hrabiego dostać jaki pruski order.
Hrabia spał w jego pałacu przez całe trzy dni i odjechał do Vaterlandu<pe><slowo_obce>Vaterland</slowo_obce> (niem.) --- ojczyzna.</pe>. Po jego wyjeździe w parę dni, Dülman przysyła po Recka, który jest technikiem w jego
fabryce, w oddziale stolarskim. A gdy Reck przyszedł, Dülman każe mu zrobić rysunek wspaniałej skrzyni, jak
można najozdobniejszej. Reck zrobił coś w rodzaju olbrzymiej trumny i podług jego rysunku wykonano tę
skrzynię w Berlinie i przywieziono do Dülmana. Otóż
ten idiota, wobec całej rodziny i dyrektorów swoich
ustawił skrzynię na honorowym miejscu w salonie, a do
skrzyni wstawił łóżko z całą pościelą i ze wszystkim,
czego używał ów hrabia, skrzynię zamknął na klucz, a na
niej przybito brązową blachę z takim napisem niemieckim: ,,W tej skrzyni stoi łóżko, a na łóżku leży pościel,
a w tej pościeli, na tym łóżku dnia X roku 18... raczył
spać trzy razy jaśnie wielmożny graf Wilhelm Johann
Somerst-Somerstein".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ to farsa, to niemożliwe!</akap_dialog>


<akap>Zaczęli oponować.</akap>


<akap_dialog>--- Ja Reckowi wierzę, on nigdy nie kłamie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ to byłaby głupota potworna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co chcecie, takiego eks-świniarza olśniła łaskawość grafa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest możebne, a bo to w Łodzi mało jest
podobnych śmieszności pomiędzy milionerami! Przecież
wszyscy znają szczegóły pojedynku Stanisława Mendelsohna z tym inżynierem Myszkowskim.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308790173309-2950518640"/><motyw id="m1308790173309-2950518640">Książka, Pozycja społeczna</motyw>--- A Knaabe to nie śmieszny? A stary Lehr, który
jak siedzi w restauracji, a kto zawoła głośno: ,,Kelner!",
to się bezwiednie zrywa z krzesła, bo był przecież kiedyś kelnerem, a Zuker jeszcze mojej matce przynosił do
domu resztki do sprzedania. Lehr na przykład umie się
tylko podpisywać, a przyjmuje interesantów w swoim
gabinecie z książką w ręku, a którą mu zawsze lokaj
daje otworzoną, bo były wypadki, że Lehr trzymał ją
przy gościu do góry nogami.</akap_dialog>


<akap_dialog><end id="e1308790173309-2950518640"/>--- Każdemu wolno robić, co mu się podoba, nie
widzę potrzeby wyśmiewania się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale i każdemu wolno się z tego śmiać, co jest
głupie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty Wilczek, bronisz swojej sprawy, bo i z ciebie się śmieją, z twojej grzywki, z perfumowania i z twoich łańcuszków, i pierścionków, z twojego szyku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupcy śmieją się ze wszystkiego. Ten się śmieje
najlepiej, kto się ostatni śmieje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyli jak zrobisz miliony, obiecujesz śmiać się
z nas wszystkich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo jesteście godni śmiechu.</akap_dialog>


<akap>Halpern, uścisnął im ręce i wyszedł, nie lubił bowiem, żeby młodzież ośmielała się przekpiwać z fabrykantów.</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego? Powiedzcie no wyraźnie Wilczek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo wy się nie śmiejecie szczerze, wy drwicie
ze złości, że nic nie macie, a oni mają miliony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nowe rzeczy gada! Myślałem, że powiecie co
nowego, a jeśli chcecie mówić tak dalej, to już lepiej
przestańcie.<end id="e1308790696913-3874612379"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bądźcie no cicho na chwilę, jest ważna sprawa --- podniósł głos Malinowski. --- Józio Jaskólski potrzebuje stu rubli na jutro wieczór i prosi nas wszystkich o pożyczenie tej sumy, będzie oddawał po dziesięć rubli
miesięcznie. Pieniądze te są dla niego kwestią życia
i śmierci, więc ja jeszcze od siebie proszę was wszystkich
o koleżeńską pomoc. Za całą sumę ręczę.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Dasz ewikcję<pe><slowo_obce>ewikcja</slowo_obce> --- ubezpieczenie, poręczenie.</pe> na swoim wynalazku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wilczek! --- krzyknął rozdrażniony, uderzając
pięścią w stół. --- Zróbmy składkę pożyczkową, panowie --- dodał łagodniej, kładąc na stole jedyne pięć
rubli, jakie miał. Szulc położył drugie pięć, Blumenfeld
dziesięć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co będzie brakować dołożę, bo chociaż dzisiaj
nie mam, ale mogę pożyczyć jutro --- mówił Horn. --- No,
Wilczek, dajcie no ze dwadzieścia rubli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słowo honoru, że nie mam trzech rubli nawet
przy sobie, załóżcie za mnie pięć rubli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dowcipnie kombinujecie --- szepnął Horn.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na niego nie liczcie. Musicie Horn pożyczyć
osiemdziesiąt rubli, bo jest dwadzieścia, ale koniecznie
przed szóstą wieczorem jutro.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z pewnością, niech pan przyjdzie do mnie, panie Józefie.
</akap_dialog>


<akap>Józio ze łzami rozrzewnienia dziękował wszystkim,
prócz Wilczkowi<pe><slowo_obce>prócz Wilczkowi</slowo_obce> --- dziś popr.: prócz Wilczka.</pe>, który pogardliwie się uśmiechał i chodził coraz prędzej po pokoju. Miał pieniądze, ale nigdy
nikomu nie pożyczał.</akap>



<akap_dialog>--- Na co ci potrzeba aż stu rubli? --- zapytał
Józia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy nic nie dajesz, to niepotrzebnie się wypytujesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozdrów mamę ode mnie.</akap_dialog>


<akap>Józio nic się na to nie odezwał, miał do niego
wielki żal, bo dobrze pamiętał, ile ten sam Wilczek
zawdzięczał im, a potem spieszno mu było lecieć z radosną nowiną do domu, bo tych pieniędzy potrzebował
dla matki, której jakiś piekarz oddawał w zarząd sklepik, ale pod warunkiem złożenia storublowej<pe><slowo_obce>storublowej</slowo_obce> --- dziś popr.: sturublowej.</pe> kaucji. Było
to niejako zabezpieczenie od głodowej śmierci całej rodziny, bo mieszkanie mieli mieć darmo i pewien procent
określony od sprzedaży. Józio wyszedł pośpiesznie, ale
ze schodów wrócił i szepnął do Malinowskiego.</akap>


<akap_dialog>--- Adaś, pożycz mi na parę dni tego listu, ja ci
go nie zniszczę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Możesz go sobie wziąć na własność, nic mi
po nim.</akap_dialog>


<akap>Józio go ucałował i pobiegł.</akap>


<akap>Zamilkli na chwilę.</akap>


<akap>Blumenfeld nastrajał skrzypce, Horn pił herbatę,
Szulc patrzył na Malinowskiego, który z tym swoim wiecznym uśmiechem wpatrywał się w formuły algebraiczne,
jakie skreślił ołówkiem na serwecie, a Wilczek wciąż
spacerował i rozmyślał o jutrzejszym interesie, jaki miał
go postawić na cztery nogi, a w przerwach wodził po
towarzyszach ironicznym, niedbałym wzrokiem, w którym było wiele politowania, a jeszcze więcej lekceważenia, a czasami przysiadał z sykiem i zdejmował kamasz na chwilę, bo był obuty w lakierki bardzo eleganckie, ale tak ciasne, że czuł je coraz mocniej.</akap>


<akap>Był ubrany z wielką a przesadną elegancją kantorowicza.</akap>


<akap_dialog>--- Szulc, odkryłem bezwiednie tajemnicę waszego
młodego Kesslera! --- zaczął, nakładając znowu but i spacerując po pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wy macie specjalną zdolność śledczą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo dobrze patrzę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czasem się opłaca taki dobry wzrok!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Malinowski! --- zawołał, siadając, bo kamasz
palił go jeszcze więcej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie przerywajcie sobie popisów własnego sprytu
i przenikliwości, będziemy słuchać cierpliwie i może buciki trochę zmiękną --- szydził Adam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spotkałem wczoraj rano na Wschodniej bardzo
ładną dziewczynę, poszedłem za nią, żeby się jej przyjrzeć lepiej, bo znałem skądsiś jej twarz. Weszła do jednego z domów na Dzielnej i zniknęła mi w podwórzu. Trochę strapiony szukam stróża, aby się od niego dowiedzieć, gdy natykam się na młodego Kesslera, wchodzącego do bramy. Wydało mi się to podejrzanym, bo
przecież wiadomo, że Kessler wciąż się włóczy za dziewczynami. Zaczekałem przed domem i po kilkunastu
minutach doczekałem się, że wyszedł, ale nie sam, wyszedł z tą dziewczyną, tylko tak ubraną wspaniale, że
z trudem ją poznałem. Wsiedli do powozu czekającego
o kilka domów dalej i pojechali w kierunku kolei. Tę
dziewczynę Malinowski musisz znać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skądże takie przypuszczenie? --- zapytał spokojnie na pozór.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widziałem cię z nią przeszłej niedzieli, wyszedłeś z domów familijnych Kesslera i prowadziłeś ją nawet pod rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nieprawda! To nie mogła być... --- zawołał
gwałtownie, połykając jakieś imię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem najpewniejszy, że to ona. Brunetka, bardzo żywa i bardzo ładna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajmy pokój, co mnie to obchodzi --- szepnął
niedbale i czuł, że mu jakaś ręka wsunęła się do wnętrzności i szarpie je strasznie.</akap_dialog>


<akap>Z tego jednego szczegółu poznał, że to była Zośka,
jego siostra.</akap>


<akap>Nie, nie mógł w to uwierzyć, siedział w milczeniu
i chciał iść, lecieć do domu, ale się nie ruszył, nie podniósł nawet oczu na towarzyszów, bo się bał spotkać
z ich wzrokiem, żeby mu nie wyczytali tajemnicy.</akap>


<akap>Ochłonąwszy nieco, najspokojniej ubrał się i wyszedł nie czekając na kolegów.</akap>


<akap>Pobiegł do rodziców, mieszkających w domach familijnych Kesslera.</akap>


<akap>Wielkie trzypiętrowe czworoboki, podobne do koszar, w których się gnieździło kilkaset osób, stały ciemne,
ciche, tylko w jednym oknie błyskało światło. Dom
spał zupełnie, bo nawet na korytarzach, którymi biegł
Malinowski, było ciemno i pusto, a tylko jego kroki huczały po całym domu.</akap>


<akap>W mieszkaniu zastał matkę i młodszego brata,
który siedział w kuchence i okręcony w chustkę, zatykając uszy rękami, kiwał się i monotonnym głosem wbijał sobie w pamięć jutrzejszą lekcję.</akap>


<akap_dialog>--- Dawno ojciec poszedł do fabryki? --- zapytał,
szukając oczami Zośki w drugim pokoju.</akap_dialog>


<akap>Matka nie odezwała się, klęczała przed złocistym
obrazem Częstochowskiej, który stał na komodzie w oświetleniu purpurowej lampki, modliła się półgłosem, szybko
przesuwając ziarna wielkiego różańca.</akap>


<akap_dialog>--- A gdzie Zośka? --- zapytał, znowu drżąc z niecierpliwości.</akap_dialog>


<akap>--- ,,i błogosławiony owoc żywota Twojego Jezus.
Amen!"</akap>


<akap_dialog>--- Ojciec poszedł już dawno. Zośka jeszcze wczoraj pojechała do ciotki Olesi.</akap_dialog>


<akap>Ciągnęła dalej przerwany pacierz.</akap>


<akap>Adam nie wiedział, co robić; chciał matce powiedzieć o swoich podejrzeniach, ale zobaczywszy ją w takim nabożnym skupieniu, tak rozmodloną, nie śmiał.</akap>


<akap>Żal mu było zamącać tego spokoju, jaki panował
w mrocznym cichym mieszkaniu.</akap>


<akap>Siedział czas jakiś, patrząc na starą, zmęczoną twarz
matki, na jej siwe włosy pokryte krwawym refleksem
lampki, to na dwie doniczki kwitnących hiacyntów, postawionych z boku obrazu, które roztaczały po pokoju
duszący zapach.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Rivus</slowo_obce> --- strumień, <slowo_obce>terra</slowo_obce> --- ziemia, <slowo_obce>mensa</slowo_obce> --- stół,
<slowo_obce>nautilus</slowo_obce> --- marynarz --- powtarzał z monotonnym uporem
brat, kołysząc zawzięcie nogami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Naprawdę Zośka pojechała do ciotki? --- zapytał ciszej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówiłam ci. Herbata jeszcze będzie gorąca,
Józek niedawno wodę przyniósł z fabryki, jeśli chcesz,
to ci zrobię herbaty, co?</akap_dialog>


<akap>Nic nie odpowiedział, wyszedł spiesznie, nie zwracając uwagi na wołania matki, aby powrócił, poszedł
do fabryki Kesslera, gdzie ojciec pracował jako mechanik przy głównym motorze.</akap>


<akap>Szwajcar przepuścił go bez trudności na wielki,
ciemny dziedziniec, obstawiony z trzech stron olbrzymimi gmachami, które połyskiwały setkami okien i wrzały
nieustannym głuchym hukiem maszyn pracujących, bo
oddziały tkackie i przędzalniane z powodu nawału roboty szły już od miesiąca dniem i nocą.</akap>


<akap>Z czwartej strony, zamykającej ten długi czworobok przed olbrzymim kominem, stał wysoki trzypiętrowy budynek, podobny do wieży, przez którego słabo
oświetlone okna majaczyło w szalonym ruchu olbrzymie
koło rozpędowe.</akap>


<akap>Przeszedł obok niskich, bezczynnych teraz pawilonów, gdzie były farbiarnie włóczki i mydlarnia, bo z olejów otrzymywanych przy odtłuszczeniu wełny prócz potażu<pe><slowo_obce>potaż</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Potasche</slowo_obce>) --- węglan potasu, substancja otrzymywana z węgla drzewnego używana do produkcji mydła; a. wodorotlenek potasu, żrąca substancja, w przemyśle chemicznym stosowana zwykle w postaci roztworu, ługu potasowego.
</pe> robiono i szare mydło; szedł obok pieców z daleka
już czerwieniejących się wielkimi ogniskami, które rzucały krwawe smugi światła na kupy węgla leżące niedaleko i wszedł do wieży.</akap>


<akap>Kilku półnagich, czarnych od pyłu ludzi zwoziło
nieustannie węgiel wózkami, a kilku innych wrzucało go
do palenisk.</akap>


<akap><begin id="b1308792073463-1707161145"/><motyw id="m1308792073463-1707161145">Maszyna, Potwór</motyw>Na razie nie spostrzegł nic w półmroku, w którym
główne koło, niby jakiś gad potworny, skręcony w kłębek, z szybkością szaloną rozpryskując stalowymi błyskami, wypryskiwało z ziemi, gdzie było do połowy zanurzone, rzucało się w górę z szaleństwem, jakby chcąc
rozbić te więżące je mury i uciec, zapadało z wściekłym
świstem, wyrywało się znowu, i biegło bezustannie i z taką
szybkością, że nie można było uchwycić jego kształtu,
widać było tylko drżącą mgłę błysków, odpryśniętych
od stalowej polerowanej powierzchni, która srebrnawą
aureolą pędziła za kołem i przepełniała ciemną wieżę
miliardami ostrych iskier.<end id="e1308792073463-1707161145"/></akap>


<akap>Kilka olejnych lampek przyczepionych do ścian,
drżącymi płomykami oświetlało tłoki, które niby stalowe, grube jak drzewa ręce pracowały również nieustannie, z jednostajnym, przeszywającym świstem, jakby usiłowały z nadaremną wściekłością pochwycić to koło już
oburącz trzymane i wiecznie się wymykające.</akap>


<akap>Stary Malinowski chodził z oliwiarką w ręku dokoła mosiężnej barierki, otaczającej maszynę i co pewien
czas sprawdzał na manometrze ilość produkowanej siły.</akap>


<akap>Spostrzegł syna, ale obszedł maszynę, powycierał
jej pewne części, zbadał wzrokiem funkcjonowanie i dopiero przyszedł; nabił fajkę tytuniem<pe><slowo_obce>tytuniem</slowo_obce> --- dziś: tytoń.</pe>, zapalił i spojrzał
pytająco na syna.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308792333041-2928389825"/><motyw id="m1308792333041-2928389825">Ojciec, Brat, Córka, Siostra, Seks, Robotnik, Władza</motyw>--- Przyszedłem ojcu powiedzieć, że Zośka prawdopodobnie jest kochanką Kesslera.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupiś! Widziałeś?</akap_dialog>


<akap>Malinowski zaczął mu opowiadać, co słyszał od
Wilhelma, ale mówił szeptem, gdyż w tym roztrzęsionym, piekielnym szumie i głos armaty zginąłby bez
echa.</akap>


<akap>Stary słuchał uważnie, jego bure oczy podobne do
stalowych błysków koła, które wznosiło się i zapadało
bezustannie, poczynały świecić i drgać.</akap>


<akap_dialog>--- Dowiedz się wszystkiego, wszystkiego --- szeptał,
nachylając ku niemu suchą, szarawą twarz o ostrych
jakby z kamienia ciosanych rysach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja się dowiem, ale jeśli tak jest, to już mu
się na zawsze odechce uwodzić swoje robotnice, na zawsze --- dodał z naciskiem i jego zielone słodkie oczy
strzeliły ogniem zawziętości, a słodkie karminowe usta
posiniały, odsłaniając długie i ostre jak u wilka zęby.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Suka! --- rzucił stary przez zęby zaciśnięte,
przypychając palcem tytuń.<end id="e1308792333041-2928389825"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ojciec o tym myśli? --- mamie nie mówiłem jeszcze nic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sam jej powiem. Dowiedz się tylko dobrze, to
już się z Kesslerem załatwię.</akap_dialog>


<akap>Poszedł do maszyny i powrócił po chwili.</akap>


<akap_dialog>--- Czemu nie byłeś u mnie cały tydzień? --- zapytał miękko, z wielką miłością w głosie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robiłem koło swojej maszyny.</akap_dialog>


<akap>Stary spojrzał na niego spod oka, ale się nic nie
odezwał, chociaż nienawidził całą duszą tę maszynę,
którą od roku już stwarzał Adam, nie żałując czasu ani
pieniędzy.</akap>


<akap_dialog>--- Późno, idź spać Adaś. Dobrze, żeś powiedział. Przekonaj się zupełnie i powiedz mi, w domu nie mów
nic. Jeśli jest, jak przypuszczasz, to ja sam się z nimi
załatwię. Kessler ma miliony, ale radę mu dam.</akap_dialog>



<akap>Mówił z chłodnym, prawie okrutnym spokojem,
tak samo, jak kiedyś w Zabałkajskim kraju, gdy chodziło o zakład na szarego niedźwiedzia z toporem
w ręku.</akap>


<akap>Ścisnęli sobie mocno ręce i popatrzyli w oczy.</akap>


<akap>Stary znowu zaczął chodzić dookoła maszyny, naoliwiać, czyścić, patrzeć na monometr, a chwilami opierał się grzbietem o trzęsącą się ścianę i zapatrzony
w ten wir błysków, drgań, cieniów i świstów, pokrywający szalony ruch koła, szeptał jakby z żałością:</akap>


<akap_dialog>--- Zośka!</akap_dialog>


<akap>Adam powrócił do mieszkania z pewną ulgą w duszy.</akap>


<akap>Horn już spał, więc przymknął drzwi od jego pokoju i zabrał się do rozbierania tej maszyny, która mu
wypijała życie, bo robił ją od roku i nigdy skończyć
nie mógł.</akap>


<akap>Miała to być maszyna dynamo-elektryczna o tak
prostej konstrukcji i tak tanim motorze, że zrobiłaby
przewrót w świecie, gdyby się tylko udała, gdyby go
tylko nie zawodziły ciągle obliczenia, gdyby mu ciągle
coś nie stawało na przeszkodzie.</akap>


<akap>Był ciągle bliskim zwycięstwa, codziennie sobie
obiecywał, że to już jutro zwycięży, a te jutra tworzyły
długie miesiące i zwycięstwa nie było.</akap>


<akap>Siedział tak długo, że nad ranem Horn się obudził i zobaczywszy światło, zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Adam, idźcie spać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz --- mruknął i rzeczywiście zgasił światło
i położył się do łóżka.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308792637669-2188857206"/><motyw id="m1308792637669-2188857206">Świt</motyw>Świt szary zaczął zaglądać oknem i napełniać pokój tym dziwnym światłem, w którym ludzie i rzeczy
mają wygląd trupów, a świat wygląda jak pustka.<end id="e1308792637669-2188857206"/></akap>


<akap>Adam patrzył w okno, w gwiazdy, które bladły
coraz bardziej i kolejno zapadały w jasności zalewającej świat. Spać nie mógł, po kilka razy wstawał i sprawdzał obliczenia lub głowę wychylał przez lufcik na surowy powiew poranku i ślizgał się po tysiącach czarnych,
lśniących dachów, zaledwie słabo wyłaniających się
z mroku.</akap>


<akap>Miasto spało w zupełnej, absolutnej ciszy, niezmąconej najmniejszym dźwiękiem.</akap>


<akap>Setki kominów, niby las kolumn czarnych chwaliło
się w tych ruchomych mgłach, co wstawały z pól rozmiękłych i z wolna niby białawym obłokiem zwłóczyły
się na miasto i darły się o ostre szczyty.</akap>


<akap>Położył się raz jeszcze, ale teraz znowu przeszkodziły mu spać myśli o Zośce i ten chór gwizdań, jaki
wkrótce zaczął się rozlegać nad cichym miastem.</akap>


<akap>Gwizdawki piały przenikliwie i ze wszystkich stron,
z południa i z północy, ze wschodu i zachodu miasta
zrywały się ryki metalowych gardzieli, łączyły w jeden
chór, rozdzielały na pojedyncze tony, a darły zgrzytem
powietrze.</akap>


<akap>Horn, który od czasu zerwania z Bucholcem nic
nie robił i czekał na rezultat starań, jakie czynił Borowiecki, aby go umieścić u Szai, wstał dzisiaj tak późno,
że nim wypił herbatę, czas było już iść na obiad, a nim
zaszedł do ,,kolonii", gdzie się stołował, już tam byli wszyscy
po obiedzie i nie zastał Borowieckiego, z którym się
chciał zobaczyć.</akap>


<akap>Kama zajęta była fryzowaniem piór, a kilka pań
i panien szyło w stołowym pokoju, przemienionym na
pracownię.</akap>


<akap_dialog>--- Pan z pewnością jest chory, ja to widzę --- wykrzyknęła Kama, bo miał ze znużenia i bezczynności
bardzo nieszczęśliwą minę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze Kama widzi, bo jestem chory rzeczywiście.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja wiem, wczoraj pan u nas nie był, bo poleciał pan na łobuzerkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Graliśmy cały wieczór w domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nieprawda, był pan na bibce, bo ma pan
oczy podsiniałe, o! --- zaczęła paluszkiem wodzić mu
pod oczami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewnie umrę, Kama, pewnie umrę --- mówił,
robiąc tragiczną minę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak nie trzeba mówić, ciociu, no, ja nie chcę! --- zawołała, bo zamknął oczy, głowę przechylił na poręcz
krzesła i udawał trupa.</akap_dialog>


<akap>Kama uderzyła go piórem po twarzy i udawała
mocno rozgniewaną, bo połowa jej wichrowatych włosów opadła na czoło i zasłoniła oczy.</akap>


<akap>Horn po obiedzie siedział w milczeniu i umyślnie
nie zwracał uwagi na jej minki, jakie stroiła do niego,
udawał obojętnego, a w istocie był znudzonym i leniwie<begin id="b1308792985481-753780430"/><motyw id="m1308792985481-753780430">Szlachcic, Portret, Miasto</motyw>
przypatrywał się szeregowi portretów familijnych, tym
wielkim głowom szlachciców z XVIII wieku, które spod
wygolonych czupryn zdawały się patrzeć surowo, groźnie
prawie na setki dachów i kominów fabrycznych, roztaczających się za oknem, to na te znękane, blade, wycieńczone nadmierną pracą bezbarwne twarze prawnuczek, zajętych pracą ciężką na chleb powszedni.<end id="e1308792985481-753780430"/></akap>


<akap_dialog>--- Czy mam prosić, aby pan raczył przemówić
do nas słówko?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy mi się nie chce mówić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale pan nie chory, prawda? --- zapytała cichutko, z niepokojem patrząc mu w oczy. --- A może
pan nie ma pieniędzy? --- dodała prędko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam i jestem bardzo biedna sierota --- żartował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja panu pożyczę, naprawdę panu pożyczę! Oho,
mam czterdzieści rubli.</akap_dialog>


<akap>Ujęła go za rękę i wyprowadziła do saloniku, gdzie
biały Picolo zaczął zaraz szczekać na nią i ciągnąć za
sukienkę.</akap>


<akap_dialog>--- Naprawdę panu pożyczę --- zaczęła nieśmiało. --- Mój złoty panie, mój drogi, mój kochany --- szczebiotała, wspinając się przed nim na palce i gładząc go
po twarzy --- niech pan pożyczy ode mnie. To są moje
własne pieniądze, ja sobie uskładałam na kostium letni,
ale to mi pan jeszcze na czas odda, no! --- błagała go
prawie z wielką serdecznością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję, Kama, bardzo dziękuję, ale pieniędzy
mi nie potrzeba, mam!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nieprawda. Proszę pokazać pugilares.</akap_dialog>


<akap>A gdy się wzbraniał, wyciągnęła mu szybko pugilares z kieszeni i zaczęła w nim przewracać, ale jeszcze
szybciej spostrzegła w nim swoją fotografię.</akap>


<akap>Patrzyła na niego długo i słodko, rumieniec z wolna
powlókł jej szyję i twarz, oddała mu pugilares i szepnęła
bardzo cicho:</akap>


<akap_dialog>--- Ja pana kocham za to, kocham! Ale fotografię
wziął pan z cioci albumu, aha!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kupiłem u fotografa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nieprawda!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy pani nie wierzy, to wychodzę.</akap_dialog>


<akap>Dopędziła go przy drzwiach i zastąpiła mu drogę.</akap>


<akap_dialog>--- Ale pan nikomu nie pokazuje tej fotografii?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nikomu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I zawsze ją pan nosi przy sobie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawsze, ale nigdy na nią nie patrzę, nigdy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nieprawda! --- wykrzyknęła energicznie. --- Weźmie pan pieniądze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czasem tylko patrzę, ot tyle, o!</akap_dialog>


<akap>Ujął jej obie rączki i obie gorąco obcałowywał.</akap>


<akap>Wyrwała się zaraz, uciekła do drzwi saloniku, rozczerwieniona i zadyszana wołała:</akap>


<akap_dialog>--- Pan jest tak mocny jak niedźwiedź! Nie cierpię
pana, nienawidzę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja Kamy nie cierpię i nienawidzę --- wołał,
wychodząc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha!</akap_dialog>


<akap>Usłyszał wątpiący głos za sobą i chociaż go nienawidziła, pobiegła do salonu i lufcikiem patrzyła, jak wyszedł z bramy i szedł środkiem Spacerowej, posłała mu
kilka pocałunków na palcach i na wyścigi z Picolem
pobiegła do przerwanej roboty.</akap>


<akap>Horn kilka godzin chodził po znajomych, zanim
zdołał pożyczyć potrzebnych mu pieniędzy dla Józia Jaskólskiego, a potem poszedł do Borowieckiego:</akap>


<akap>Prawie już przed samą fabryką dopędził go Sierpiński, znajomy z ,,kolonii".</akap>


<akap><begin id="b1308793497885-924653280"/><motyw id="m1308793497885-924653280">Szlachcic, Miasto, Wieś, Wiosna</motyw>Szlachcic był ubrany w długie do kolan buty,
w brązową czamarę, suto ozdobioną czarnymi potrzebami i z fantazją trzymał na siwej głowie granatową
maciejówkę, zamaszyście wywijając okutym kijem.</akap>


<akap_dialog>--- O tej godzinie na ulicy, a fabryka? --- zawołał
zdumiony Horn.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Fabryka nie ucieknie, panie dobrodzieju, nie
zając.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzież pan się wybrałeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bo uważasz pan słońce tak przygrzewa od
rana, tak wiosną pachnie, że mnie rozebrało na amen,
nie mogłem już wytrzymać w fabryce, jakoś się tam
wykpiłem od południa i macham sobie panie dobrodziejski, trochę za miasteczko, w polu zobaczyć, jak
tam tego i owego oziminki wyszły spod śniegu. Uważa
pan dobrodziejski jakie to już diabelskie, ciepłe słońce,
to by człowiek łykał z radości tego i owego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A cóż pana obchodzą wszystkie oziminy razem!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to nie obchodzą! No tak, tak, ja już nie
sieję, nie orzę, tak, juści jestem fabrycznym parobkiem,
służę u Żyda, ale widzi pan --- obejrzał się i po cichu
szepnął mu do ucha --- mnie już ta Łódź gardłem wyłazi, to wszystko razem, tego i owego, świństwo i psiakrew panie dobrodziejski! --- Zaklął raz jeszcze bardzo
energicznie, podał mu rękę i spiesznie poszedł stukając
łaską po trotuarze.<end id="e1308793497885-924653280"/></akap_dialog>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XV</naglowek_rozdzial>




<akap>Horn prędko się rozmówił z Borowieckim, bo ten
nie miał żadnych nowych wieści i wychodząc spotkał
się z Jaskólskim, który szedł do Borowieckiego na skutek wczorajszej rozmowy z Wysockim.</akap>


<akap>Jaskólski był dzisiaj bardziej jeszcze zalękniony
i niedołężny.</akap>


<akap>Wyprostowywał się chwilami, gładził wąsy, chrząkał, ale mimo to odwagi mu nie przybywało, czekał
w małej poczekalni przy farbiarni i miał już kilka razy
szczerą chęć umknięcia, ale na wspomnienie żony i dzieci,
na wspomnienie tylokrotnych, nadaremnych wyczekiwań
po rozmaitych kantorach i przedpokojach fabrykantów,
siadał z powrotem i czekał z rezygnacją.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308793996678-775572821"/><motyw id="m1308793996678-775572821">Szlachcic, Praca, Duma, Łzy</motyw>--- Pan jest Jaskólski? --- zapytał Karol wchodząc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, mam zaszczyt się przedstawić panu dyrektorowi, jestem Jaskólski.</akap_dialog>


<akap>Mówił wolno tę sakramentalną formułę, powtarzaną już wielokrotnie.</akap>


<akap_dialog>--- Nie o taki zaszczyt chodzi. Pan Wysocki mówił, że pan potrzebuje miejsca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak --- odrzekł krótko, mnąc wytarty kapelusz
w ręku i ze strachem czekając, że znowu usłyszy, że
miejsca nie ma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pan umie, gdzie pan pracował?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miałeś pan interes jaki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miałem majątek ziemski, straciło się i teraz
z powodu chwilowej potrzeby, tylko chwilowej --- upewniał z rumieńcem wstydu --- bo właśnie jesteśmy w procesie, który musi wypaść na naszą korzyść. Sprawa
bardzo prosta, bo po moim stryjecznym bracie zmarłym bezpotomnie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam, panie, czasu na genealogię. Byłeś
pan obywatelem ziemskim, to znaczy, że pan nic nie
umiesz. Chciałbym panu pomóc, a że na pańskie szczęście od kilku dni jest w magazynach miejsce, więc jeśli
pan chce przyjąć...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z wdzięcznością, z podziękowaniem, bo istotnie
jesteśmy trochę w kłopotach, nie potrafię nigdy się odwdzięczyć panu dyrektorowi. Wolno wiedzieć, jakie to
miejsce?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stróża magazynowego! Dwadzieścia rubli pensji, zajęcie w godzinach fabrycznych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żegnam pana! --- rzekł twardo Jaskólski i odwrócił się do wyjścia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co się panu stało? --- zawołał zdumiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja jestem szlachcic panie, a pańska propozycja
jest niegodna. Zdechnąć z głodu Jaskulski może, ale
stróżem u Szwabów być mu nie wolno --- szepnął wyniośle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A zdychajże pan ze swoim szlachectwem jak
najprędzej, nie będziesz pan przynajmniej miejsca zajmować drugim --- krzyknął zirytowany Borowiecki wychodząc.</akap_dialog>


<akap>Jaskólski w wielkim rozdrażnieniu wyszedł na ulicę,
czas jakiś szedł wyprostowany, dumny, z nabiegłymi,
krwią policzkami, pełen obrażonej godności, ale gdy go
owionęło powietrze, gdy znowu się zobaczył na ulicy,
pod gołym niebem, potrącany przez szybko pędzących
przechodniów, pod kołami tych nieskończonych platform,
naładowanych towarem, opadł z westchnieniem, opuścił
ramiona bezwiednie, stanął nad trotuarem i zaczął szukać w dziurawych kieszeniach chustki...</akap>


<akap><end id="e1308793996678-775572821"/>Oparł się o jakiś parkan i bezsilnym, ogłupiałym
wzrokiem patrzył na morze domów, na setki kominów
bijących brudnymi kłębami dymów, na fabryki huczące
pospieszną pracą, na ruch, jaki wrzał dookoła, na tę
wiecznie czynną, twórczą i potężną, energię ludzką,
uprzedmiotowaną<pe><slowo_obce>uprzedmiotowaną</slowo_obce> --- dziś popr.: uprzedmiotowioną.</pe> w tym mieście, a potem na te spokojne obszary błękitu, przez które szło słońce.</akap>


<akap>Szukał znowu chustki, nie mogąc już trafić do
kieszeni, bo go schwycił za serce kurcz najstraszniejszego
z bólów --- bezsilności.</akap>


<akap>Miał szaloną ochotę przykucnąć przy tym parkanie, oprzeć głowę na kamieniu i umrzeć, niechby się już
raz skończyło to straszne mocowanie z życiem, niechby
już raz nie wracać do tej zdychającej z głodu rodziny,
niechby już raz nie czuć własnej bezsilności.</akap>


<akap>Nie, już nie szukał chustki, zakrył podartym rękawem twarz i zapłakał.</akap>


<akap>Borowiecki powrócił do swego laboratorium przy
,,kuchni" i zastawszy Murraya, siedzącego na rogu stołu,
opowiedział mu o Jaskólskim.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308794234191-1336615564"/><motyw id="m1308794234191-1336615564">Szlachcic, Praca, Żebrak</motyw>--- Pierwszy raz spotkałem podobnego człowieka!
Daję mu pracę, a przez nią możność wegetowania, a ten
z oburzeniem powiada: ,,Szlachcic jestem i stróżem
u Szwaba nie będę; raczej zdechnę z głodu!". Dalibóg,
że byłoby lepiej, aby tego rodzaju szlachetczyzna wyzdychała jak najprędzej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już kończą drukować bambus --- meldował
robotnik.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz przyjdę! Wstydzą się roboty, a nie wstydzą się zwykłej żebraniny, tego już zaczynam nie rozumieć<end id="e1308794234191-1336615564"/>. Co wam jest? --- zapytał prędko, bo Murray nie
słuchał, tylko jakimś wyblakłym, przepłakanym wzrokiem patrzył w okno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic, jestem jak zwykle --- odpowiedział niechętnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Macie taką smutną twarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam znowu specjalnego powodu do radości! Ale, może kupicie meble ode mnie? --- wyrzucił
prędko, unikając jego wzroku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Meble sprzedajecie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak... Chcę się pozbyć tych gratów, tanio
sprzedam, weźmiecie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomówimy o tym później, ale jeśli do tego
kroku zmusza was jaka gwałtowna potrzeba, to może bym wam co poradził, bądźcie szczerzy ze mną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, pieniędzy mi nie potrzeba, ale i meble mi
na nic.</akap_dialog>


<akap>Karol popatrzył na niego i po dłuższym przestanku
rzekł ze współczuciem:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308794768624-3706817336"/><motyw id="m1308794768624-3706817336">Małżeństwo, Kobieta, Mężczyzna, Kaleka, Pieniądz</motyw>--- Znowu nic z waszego małżeństwa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nic, a nic! --- zaczął szybko chodzić, aby
pokryć wzburzenie, jakie nim trzęsło.</akap_dialog>


<akap>Szczęka mu drgała spazmatycznie, przystawał chwilami, oddychał głębiej, wodził martwym wzrokiem po
obojętnej twarzy Karola, obciągał kurtkę z garbu, wycierał spocone ręce i znowu biegał, zakreślając wielkie
koło dokoła stołu.</akap>


<akap>Karol się nie odzywał, zatopiony w robocie, tylko
gdy Murray pobiegł do ,,kuchni", rzucił za nim pogardliwym spojrzeniem i mruknął:</akap>


<akap_dialog>--- Małpa sentymentalna!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja dopiero wczoraj zobaczyłem, że małżeństwo
to gorzka satyra na miłość i godność ludzką --- zaczął Murray, powróciwszy do przerwanej przechadzki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak dla kogo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja dopiero wczoraj zobaczyłem, że to jest najbardziej niemoralna instytucja! O tak, małżeństwo to
stek kłamstw brudnych, podłości, obłudy najnikczemniejszej, fałszu! Nie zaprzeczycie mi tego, co? --- zaczął się
rozpalać nienawiścią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie będę przeczył ani twierdził, bo mnie to
nie obchodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ja wam mówię, że tak jest! Wczoraj byłem w jednym domu na herbacie, byli tam także ci
idealni małżonkowie Kaczyńscy. Ciągle siedzieli przy sobie i trzymali się za ręce. Wstrętny zwyczaj, żeby się
ciągle o siebie ocierać. Wciąż tylko szeptali ze sobą
i tak się patrzyli na siebie łakomie, że aż to było głupie i nieprzyzwoite. Irytowali mnie cały wieczór, bo nie
wierzyłem w ich szczerość, podejrzewałem nędzną blagę,
jakoż się zaraz przekonałem, bo po herbacie wyszedłem
do sąsiedniego pokoju i usiadłem pod oknem ochłodzić
się nieco. Kaczyńscy przyszli wkrótce, nie spostrzegli
mnie i zaczęli najordynarniej się kłócić. Nie wiem, o co
szło, ale słyszałem, jak ta idealna, boska, podobna do
świętej Kaczyńska wymyślała mu z ekspresją ostatniej
ulicznicy, a na dokończenie uderzyła go w twarz, wtedy
on, ten wzór małżonków, chwycił jej ręce w jedną, trzasnął ją kilka razy w twarz i uderzył całą siłą o piec,
że aż upadła na ziemię. Nie zemdlała, ale dostała spazmów, zbiegł się cały dom na ratunek, a wtedy on klęczał przed nią, całował ją po rękach i najsłodszymi
imionami nazywał i niemal płakał z rozpaczy, że ona
cierpi! Wstrętna i podła farsa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Opowiadacie fakt wyjątkowy. Ale to zdumiewające bądź co bądź!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, to nie wyjątkowy fakt, tak żyje dziewięć
dziesiątych małżeństw i inaczej być nie może, dopóki
ludzi będzie łączył dobór handlowy, dopóki prawo skuwać będzie ludzi nierozerwalnymi pętami i dopóki panny
będą z małżeństwa robić przedsiębiorstwo zyskownego
utrzymania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ta cała nienawiść wasza powstała tylko
z osobistego zawodu, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawszem tak czuł, bo dawnom już przejrzał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczegóż się nie żenicie? --- zapytał Borowiecki.</akap_dialog>


<akap>Murray się zmieszał, milczał chwilę, przykładając
rozpalone czoło do zimnych blach podręcznej maszyny
drukarskiej, stojącej przy stole.</akap>


<akap_dialog>--- Mam za wielki garb, a za mało pieniędzy. Gdybym był ślepy, głupi, rakowaty, a był choćby Bucholcem, to każda z waszych Polek na kolanach przysięgałaby mi miłość do śmierci! --- szepnął nienawistnie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ach, więc to Polka wam dała kosza? --- mruknął złośliwie.<end id="e1308794768624-3706817336"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tak, Polka, to uosobienie głupoty, fałszu,
kaprysów, złych instynktów, to...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Macie bogaty słownik synonimów --- przerwał
mu ironicznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja pana nie proszę o uwagi --- syknął, wyszczerzając swoje kły rzadkie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja znowu nie błagam o zwierzenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan prezes prosi pana! --- zawołał robotnik,
wsadzając głowę do laboratorium.</akap_dialog>


<akap>Karol poszedł do Bucholca.</akap>


<akap>Murray'owi zrobiło się nieco przykro, wstydził się
własnej porywczości, ale pomimo to gorycz zawodu
przesycała go głuchą nienawiścią do całego świata,
a w szczególności do kobiet, bo w oddziale farb suchych,
których tarciem zajętych było kilka kobiet, usłyszawszy
głośne rozmowy i śmiechy, wywarł na nich złość swoją;
wybił jedną, a pozostałe wypędził natychmiast z roboty,
a potem łaził po fabryce i szukał tylko okazji, aby
krzyczeć, zapisywać na kary i wyrzucać.</akap>


<akap>Bucholc siedział w drukarni i witając się, rzekł do
Karola:</akap>


<akap_dialog>--- Knoll przyjeżdża w sobotę. Niech pan przyjdzie do mnie wieczorem, na górę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze; ale po co pan prezes wychodzi z domu,
takie spacery mogą być szkodliwe.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę już wysiedzieć w domu. Nudzi mnie
wszystko, potrzebuję ruchu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to czemuż pan prezes nie pójdzie gdzie na
spacer?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeździłem dzisiaj, nudzi mnie to więcej jeszcze.
Cóż słychać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robi się jak zwykle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dobrze. Dlaczegóż tak dzisiaj cicho idzie fabryka? --- szepnął nadsłuchując ze zdziwieniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ idzie jak zwykle! --- odpowiedział i poszedł do dalszych sal.</akap_dialog>


<akap>Bucholc chwilę łowił uchem ogłuszający, monotonny
łoskot maszyn, rozlegający się potężnym szumem, ale
słyszał niewiele, bo nie mógł zupełnie skupić uwagi,
a że przy tym zaczynało mu być i duszno, i gorąco
w drukarni, wyszedł przed fabrykę i usiadł na wystającej cembrowinie sadzawki, do której spływała woda
skroplona z pary zużytej.</akap>


<akap>Przymykał oczy i wodził nimi po konturach swoich fabryk, rozrzuconych dookoła olbrzymiego dziedzińca,
po brązowych sznurach wagonów, ładownych węglem
i materiałami, które wchodziły w dziedziniec, pod magazyny; po lśniących w słońcu dachach, po kominach
wyrzucających kłęby zaróżowionych przez słońce dymów,
po nikłych sylwetkach robotników, snujących się pod
magazynami i pchających wagony.</akap>


<akap>Oddychał z trudnością tym przesłonecznionym,
a pełnym dymów i miału węglowego powietrzem.</akap>


<akap>Zakaszlał się silnie, ale nie poszedł do domu, bo
go opanowywała jakaś przyjemna bezwładność.</akap>


<akap>Słońce świeciło całą wiośnianą potęgą, a wiatr
miękki zawiewał od przeszklonych wodą pól; na nagich
jeszcze topolach, stojących przy parkanie, zamykającym
z jednej strony dziedziniec fabryczny, biły się z krzykiem stada wróbli i ćwierkały radośnie jakby do wiosny
nadchodzącej, która ukazywała już słoneczną twarz spoza wielkich białych chmur, które niby kłęby wełny najbielszej leżały cicho na olbrzymiej tafli błękitu, rozpiętej
nad miastem zadymionym, pełnym łoskotu fabryk, a ciszy na pustych ulicach.</akap>


<akap><begin id="b1308795186943-2779241173"/><motyw id="m1308795186943-2779241173">Dźwięk, Maszyna, Praca</motyw>Fabryki grały nieustannym rytmem pracy.<end id="e1308795186943-2779241173"/></akap>


<akap>Bucholc podniósł się wreszcie i poszedł do domu,
ale z takim uczuciem bezsilności wobec tych olbrzymich gmachów, wobec tych maszyn potężnych, wobec
sił tego kolosalnego życia fabryki, że wlókł się ledwie
i jeszcze z parku spoglądał z zawiścią bezwiedną na
czerwone, olbrzymie gmachy błyskające oknami.</akap>


<akap><begin id="b1308795667115-3945288958"/><motyw id="m1308795667115-3945288958">Śmierć, Strach</motyw>Nie wracało mu jednak zdrowie, pomimo cudownych środków Hamersteina codziennie czuł się gorzej,
mało sypiał i noce przepędzał nieraz na fotelu, obawiając się iść do łóżka, bo coraz częściej myślał, że skoro
się położy, umrzeć musi, coraz częściej obawa śmierci
ściskała go strasznym spazmem głuchej męki, coraz częściej bał się nocy i samotności, ale nie chciał się jeszcze
przyznać do tego nawet przed samym sobą i walczył
całą potężną swoją wolą z niemocą.</akap>


<akap>Apatia bezmyślna i ciężka przenikała go coraz
silniej.</akap>


<akap>Nie chciał się już niczym zajmować, nudziło go
wszystko i wszystko nawet przestało interesować.</akap>


<akap>Siedział godzinami bez ruchu w kantorze, gdzie
Borowiecki załatwiał wszystkie sprawy i bezmyślnym
wzrokiem tonął w drganiach drzew chwiejących się za
oknem i zapominał, gdzie jest, na co patrzy; to znowu
budził się, odzyskiwał świadomość i wtedy wlókł się do
fabryki, zbliżał się do ludzi, pragnął ruchu dookoła, ludzi, życia, którego się czepiał bezwiednie, z rozpaczą topielca, czepiającego się oślizgłych a stromych brzegów.<end id="e1308795667115-3945288958"/></akap>


<akap>W sobotę, w dzień zapowiedzianego przyjazdu
Knolla, czuł się jeszcze gorzej, ale pomimo to po południu poszedł do fabryki.</akap>


<akap>Trawiła go gorączka i taka niecierpliwość, że nie
mógł minuty wytrzymać w jednym miejscu, szedł z pawilonu do pawilonu, z sali do sali, z piętra na piętro
i chciał iść, i iść naprzód, wszystko widzieć, a jednocześnie od wszystkiego uciekać, bo denerwowały go maszyny, a te niezliczone włókna transmisji i pasów, co
się przewijały dookoła z jękliwym świstem, przejmowały
go bólem.</akap>


<akap>Poszedł do tkalni i przechodził pomiędzy warsztatami, które drgały spazmatycznie jak zwierzęta usiłujące
się zerwać z łańcuchów.</akap>


<akap>Olbrzymie sale przepełniał taki krzyk warsztatów,
szczęki, warczenia, huki, że przechodził spiesznie i przywartymi, czerwonymi oczami ślizgał się po robotnikach
pochylonych, przykutych oczami do warsztatów, ogłuchłych i oślepłych na wszystko, co się obok nich działo.</akap>


<akap>Kurz bawełniany powlekał drgającą szarawą mgłą
czarne, roztrzęsione kontury maszyn i nieruchome prawie sylwetki ludzi i skrzył się w smugach słońca pod
długim szeregiem okien.</akap>


<akap><begin id="b1308795810451-1666677870"/><motyw id="m1308795810451-1666677870">Maszyna, Praca, Dźwięk</motyw>Nie, nie czuł się tutaj dobrze; ten monotonny ciągły krzyk żelaza, zmuszonego do pracy, ten nadmiar sił,
poruszających warsztaty, trzęsących ścianami, wyjących,
jakby w męce gwałtu i oporu, rozdrażniał go.</akap>


<akap><end id="e1308795810451-1666677870"/>Przechodził przez niskie pawilony, apretury, ale
tam znowu wyziewy sody, krochmalu, potażu, szarego
mydła, wygryzały mu oczy, a te maszyny, podobne do
krokodylów, wymiotujących nieustannie nieskończonymi
wstęgami różnokolorowych materiałów --- przejmowały
go obrzydzeniem.</akap>


<akap>Szedł dalej i w jakimś korytarzu wyjrzał na dziedziniec, wagony pełne bel bawełny podsuwano pod magazyny, przed drugimi magazynami ładowano gotowy
towar, a na wprost okna dyszała maszyna ciągnąca
węglarki puste.</akap>


<akap>Gonił wzrokiem, aż mu zniknęła gdzieś za fabryką,
pod lasem, a potem z uwagą przypatrywał się obłokowi czarnego pyłu, w którym migotały sylwetki robotników zrzucających węgiel z wagonów na sterty czworokątne.</akap>


<akap_dialog>--- Co mnie to obchodzi? --- myślał z niesmakiem
i oparł się o parapet, aby nieco odpocząć, bo czuł się
tak ociężałym, iż ruszać się nie mógł i brakowało mu
coraz częściej oddechu, chwilami chwiało się z nim
wszystko dookoła i z takim dziwnym szumem, że oderwał się, znalazł siły i poszedł spiesznie gnany trwogą.</akap_dialog>


<akap>Dopiero widok ludzi przy pakowaniu towarów
uspokoił go znacznie.</akap>


<akap>Kilkadziesiąt kobiet pracowało w tej wielkiej sali,
która cały środek aż pod sufit miała zawalony towarem
niby zwojami blach różnokolorowych.</akap>


<akap>Gwarne rozmowy, śmiechy i żarty brzmiały wesoło
w powietrzu, ale gdy Bucholc wszedł, sala ogłuchła prawie. Głosy wszystkie zamilkły, uśmiechy zamarły, spojrzenia sposępniały, a twarze powlokły się surowością
i niepokojem.</akap>


<akap>Słychać było tylko monotonne trzaskanie maszyn,
odmierzających towar i nawijających go na deski, głuchy stek rzucanych sztuk na wózki, które je z dudnieniem przewoziły do sąsiedniego składu i ostry szelest
załamywanych przy opakowywaniu papierów.</akap>


<akap>Bucholc wolno przesuwał się obok stołów, przyglądając się z uporem rzędom głów brzydkich, bladych,
anemicznych, zbezkształconych ciężką codzienną pracą,
ale żadna nie podniosła się do niego, łapał tylko spojrzenia, rzucane spod czoła, spojrzenia niechętne lub
pełne obawy.</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego one się mnie boją? --- myślał, usłyszawszy za sobą, gdy wyszedł, że sala buchnęła dawną
wrzawą głosów.</akap_dialog>


<akap>Szedł coraz wolniej i z taką trudnością, że postanowił już powrócić do pałacu, pominął blichy i przez
magazyny gotowego towaru skracał sobie drogę do
wyjścia.</akap>


<akap>Składy były w specjalnym budynku jednopiętrowym z kamienia i żelaza, z oknami małymi i tak zakratowanymi, że półzmrok panował w olbrzymiej sali,
zajmującej całe piętro i zapakowanej pod sufit stertami
sztuk opakowanych, pomiędzy którymi wiły się głębokie
uliczki niby kanały, biegnące wskroś olbrzymiej masy
towarów.</akap>


<akap>Półzmrok i głęboka cisza panująca w składach
rozlewały jakiś uroczysty nastrój powagi, czasami tylko
na głównej uliczce przesunął się wózek wiozący nową
partię i niknął w bocznych przejściach bez śladu i bez
echaalbo jakiś głośniejszy huk fabryki uderzał w zasnute pajęczyną i pyłem bawełnianym szyby i konał
rychło w głębokich, sinych uliczkach.</akap>


<akap><begin id="b1308796273691-3858228396"/><motyw id="m1308796273691-3858228396">Śmierć, Strach, Trup</motyw>Bucholcowi brakło już sił iść, usiadł bliżej okna
na rozrzuconych sztukach perkalu i myślał, że odpocząwszy, pójdzie zaraz dalej, ale gdy chciał się podnieść,
nogi pod nim ugięły się i opadł ciężko z powrotem.</akap>


<akap>Poczuł się strasznie niedobrze.</akap>


<akap>Chciał krzyknąć, aby zawołać kogo na pomoc, ale
nie miał sił, nie mógł wydobyć głosu, z trudem jeszcze
podnosił powieki i czerwonymi, pełnymi przerażenia
oczami wodził błędnie po tych milczących, olbrzymich
czworobokach, stojących dookoła w jakiejś groźnej powadze zadumy kamiennej.</akap>


<akap>I chwycił go wtedy za gardło okropny, dziki strach,
że oszalały, rzucił się do najbliższego okienka, uwiesił
się, chciał wołać pomocy, ale tylko drgał spazmatycznie
i bełkotał, wodząc błagalnym, rozpaczliwym wzrokiem
po robotnikach, ładujących wagony na dziedzińcu.</akap>


<akap>Nikt nie przychodził na ratunek; fabryka szumiała
głucho jak morze wiecznie burzliwe, a jemu brakło
sił, ręce się ześlizgnęły z krat, upadł na materiały, ale
raz jeszcze się zerwał strasznym wysiłkiem i potykając
się o te sterty towarów, które ze wszystkich stron
zdawały mu się zastępować drogę, upadł powtórnie
i już nie mógł się podnieść, czołgał się tylko, chwytał
powietrze, czepiał się sztywniejącymi już palcami czworoboków, darł żelazną podłogę, aż jakby żgnięty nożem
w samo serce, porwał się na nogi, zachwycił powietrza, buchnął krótkim, okropnym rykiem i zwalił się
bezwładnie na ziemię.</akap>


<akap>Usłyszano ten krzyk i wkrótce robotnicy zbiegli się
i otoczyli go bezradni, wystraszeni, nie ośmielając się
nawet dotknąć drgającego jeszcze trupa.</akap>


<akap>A on leżał wyprężony, z czerwonymi, wysadzonymi z orbit oczami w sinej i pokrzywionej twarzy
i z szeroko otworzonymi szczękami, z tym ostatnim,
śmiertelnym krzykiem --- posępny jak te czworoboki
towarów, bezwładny, jak te miliony, wśród których
skonał, tylko ten wstrząsający, skamieniały na ustach
krzyk istności zdławionej zdawał się huczeć w mrocznej sali, pod żelaznym sufitem, w wąskich uliczkach,
wskroś gór towaru, wskroś murów przenikał i łączył
się z potężną falą życia, jakim wrzało miasto i huczały fabryki.<end id="e1308796273691-3858228396"/></akap>







<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XVI</naglowek_rozdzial>




<akap>Dwa wypadki zaalarmowały Łódź, śmierć Bucholca
i podskoczenie cen bawełny do niebywałej przedtem ceny.</akap>


<akap>Bucholc umarł! Ta wiadomość rozlała się lotem
błyskawicy po Łodzi, wywołując głębokie wrażenie.</akap>


<akap>Nie chciano wierzyć w tę śmierć, potrząsano głowami z niedowierzaniem.</akap>


<akap>Nie, to nie może być.</akap>


<akap>Nieprawda, zaprzeczali niektórzy stanowczo.</akap>


<akap><begin id="b1308796513059-3737900116"/><motyw id="m1308796513059-3737900116">Robotnik, Bogactwo, Bieda, Śmierć</motyw>Bucholc umarł?</akap>


<akap>Ten Bucholc, który zawsze był, o którym od lat
pięćdziesięciu mówiono, którego każdym krokiem się
zajmowano, który niepodzielnie panował nad Łodzią;
ten Bucholc, którego bogactwa olśniewały wszystkich,
ten mocarz, ta dusza Łodzi i jej duma! Ten przeklinany
i podziwiany umarł!</akap>


<akap>Jakieś zdumienie opanowywało masy, które nie
mogły się pogodzić z tym prostym faktem śmierci.</akap>


<akap><begin id="b1308796646716-592184671"/><motyw id="m1308796646716-592184671">Pieniądz, Diabeł</motyw>Po kantorach, warsztatach i fabrykach zaczęło się
zaraz wysnuwać tysiące legend o jego życiu, o jego
milionach i o jego szczęściu; ciemne masy robotnicze
nie rozumiały jego woli żelaznej i bezwzględnej, którą
naginał dowolnie wszystko i wszystkich, jego genialności
w swoim rodzaju; masy widziały tylko skutek --- olbrzymie bogactwa, które wzrosły w ich oczach, przy nich,
gdy oni jak dawniej nie posiadali nic.<end id="e1308796513059-3737900116"/></akap>


<akap>Niestworzone rzeczy wygadywano na niego.</akap>


<akap>Jedni twierdzili, że miał fabrykę fałszywych pieniędzy, jeszcze ciemniejsi, niedawno przedzierzgnięci
z bezrolnych chłopów na robotników, przysięgali, że
diabeł mu pomagał, byli i tacy, którzy gotowi byli
przysięgać, że widziano rogi na jego głowie, iż sam był
diabłem, ale wszyscy jednozgodnie<pe><slowo_obce>jednozgodnie</slowo_obce> --- dziś: jednogłośnie.</pe> nie mogli uwierzyć
w śmierć zwykłą, taką, jaka brała każdego z nich.<end id="e1308796646716-592184671"/></akap>


<akap>Wieść jednak była prawdziwą.</akap>


<akap><begin id="b1308796843681-592336160"/><motyw id="m1308796843681-592336160">Kondycja ludzka, Trup, Śmierć, Natura, Maszyna</motyw>Kto chciał, mógł iść się przekonać do pałacu Bucholca, do wielkiego przedsionka, zamienionego na pogrzebową kaplicę, obitą czarnym suknem, skropionym
srebrnymi łzami, gdzie Bucholc leżał na niskim katafalku wśród palm, kwiatów, wielkich świec woskowych,
których światła chwiały się od brzmień ponurych psalmodii, ustawicznie śpiewanych przez liczny kler.</akap>


<akap>Oczekiwał na dzień pogrzebu, a tymczasem był
pastwą ciekawych, płynących tłumami, aby zobaczyć
jak wygląda ten legendowy Bucholc, ten pan życia
dziesiątek tysięcy ludzi, ten milioner.</akap>


<akap>Ludzie z trwogą i w cichości smutku dziwnego
stawali wobec martwego mocarza, który leżał spokojnie,
ze skamieniałą, siną twarzą w srebrzystej trumnie, zaciskając w rękach czarny krzyżyk.</akap>


<akap>Leżał twarzą wprost drzwi otwartych na rozcież
i zdawał się patrzeć zapadniętymi oczami, przez poczerniałe powieki na park, na mury fabryk, na kominy buchające kłębami dymów, na swoje królestwo dawne, na
cały ten świat, wyciągnięty własną wolą z nicości, który
teraz żył pełnią sił wszystkich, bo słychać było łoskot
maszyn, świsty i sapania pociągów zwożących i wywożących, całą gamę olbrzymiej produkcji, splatanej z wysiłków myśli i materii ujarzmionej, jaka huczała w ogromnych gmachach fabrycznych.</akap>


<akap>Dwie potęgi stały wobec siebie --- człowiek umarły
i żywa fabryka.</akap>


<akap>Twórca i ujarzmiciel potęg przyrody został ich niewolnikiem, a z niewolnika łachmanem wyżętym do
ostatniej kropli krwi przez te same potęgi.<end id="e1308796843681-592336160"/></akap>


<akap>Knoll przyjechawszy w sobotę, jak zapowiadał Bucholc, zastał już trupa.</akap>


<akap>Kazał zająć się pogrzebem jednemu ze swoich ludzi, a sam zanurzył się w pozostawionych interesach.</akap>


<akap>W pałacu zapanowała atmosfera smutku.</akap>


<akap>Całe piętro zajmowane przez nieboszczyka opustoszało zupełnie.</akap>


<akap>Bucholcowa siedziała jak zwykle po dniach całych
z pończochą w ręku, tylko częściej niż zwykle myliła
się, gubiła oczka i pruła robotę i częściej zapadała
w tępą zadumę i częściej patrzyła przez okno, a nawet
chwilami jej wybladłe, zagasłe oczy napełniały się blaskiem łez i wtedy cicho przesuwała się przez puste pokoje, schodziła na dół i z trwogą, i ze zdumieniem przyglądała się martwej twarzy męża --- powracała jeszcze
cichsza, jeszcze silniej onieprzytomniona samotnością
i szukała pociechy i zapomnienia w modlitwach, powtarzanych za pokojówką, która jej czytywać musiała.</akap>


<akap>W godzinach śniadań i obiadów, przez siłę długoletnich nawyknień, poprawiała tualetę i oczekiwała na
męża --- nie przychodził jednak; wracała do modlitw
i pończochy, z trwogą nasłuchując ponurych lamentacji,
płynących z dołu albo głosu papugi, która chodziła po
mieszkaniu niespokojna, zdenerwowana i ochrypniętym
głosem, czepiając się portier i mebli --- wołała:</akap>


<akap_dialog>--- Kundell, Kundell!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308797246500-1821391312"/><motyw id="m1308797246500-1821391312">Pogrzeb, Bogactwo</motyw>W tydzień dopiero odbył się pogrzeb; pogrzeb, jakiego Łódź nigdy przedtem nie widziała.</akap>


<akap>Wszystkie wielkie fabryki stanęły dnia tego i cały
ich personal miał polecone pójść za trumną Bucholca.</akap>


<akap>Piotrkowska ulica na przestrzeni wiorst kilku literalnie była zapchana ludźmi; cała ta ludzka, czarna
fala niosła na grzbiecie swoim, w obramowaniu złotych
sznurów, świec zapalonych, wielki pogrzebowy rydwan,
pod którego baldachimem, osnutym wieńcami palm, leżała srebrna trumna zarzucona kwiatami.</akap>


<akap>Przed karawanem, na tle szarych ścian ulicy i błękitnego nieba, trzepotały się niby ptactwo różnokolorowe,
spowite mgłami krepy, chorągwie bractw kościelnych,
stowarzyszeń wszystkich.</akap>


<akap>Długi szereg księży, chóry śpiewaków i zjednoczone
orkiestry fabryczne śpiewały posępny hymn śmierci,
płynący przejmującymi rytmami smutku nad rozkołysanym morzem głów, ku balkonom i oknom zapchanym
widzami, ku słońcu wiszącemu w bezdniach błękitu.</akap>


<akap>Orszak posuwał się noga za nogą z powodu nadzwyczajnej ciżby, zwiększanej ustawicznie przypływami
z ulic bocznych.</akap>


<akap>Zaraz za trumną postępowała rodzina, a za nią
główna administracja i zarządy licznych majątków ziemskich, a potem szły głębokie falangi robotników, ustawione oddziałami fabrycznymi i płciami, bo mężczyźni
i kobiety szli osobno, szły tkalnie, przędzalnie, apretury,
farbiarnie, drukarnie, wykończalnie, magazyny itd. ze
swoimi dyrektorami, technikami i majstrami na czele.</akap>


<akap>A resztę, tłum kilkudziesięciotysięczny, stanowili
robotnicy innych fabryk i cały prawie komplet łódzkich
fabrykantów.<end id="e1308797246500-1821391312"/></akap>


<akap_dialog><begin id="b1308797215776-1512021612"/><motyw id="m1308797215776-1512021612">Wróg, Nienawiść, Śmierć</motyw>--- To się nigdy nie skończy! --- szeptał często
Szaja Menhelsohn do syna i towarzyszy, z którymi jechał w karecie za pogrzebem i spod ściągniętych brwi
patrzył niespokojnie na baldachim, chwiejący się nad
głowami tłumów, opuszczał na chwilę głowę, skubał
nerwowo brodę i znowu wpijał rozgorączkowane oczy
w trumnę, gdzie leżał jego nieprzyjaciel i konkurent.</akap_dialog>


<akap>Nie cieszył się tą śmiercią, chociaż tyle razy mu
jej życzył całą swoją fanatyczną nienawiścią, nie radował się tym, że nareszcie został sam w Łodzi panować
niepodzielnie, bo Bucholc umarł, ale zostały jego fabryki,
a przy tym jakiś żal, współczucie prawie poplątane z delikatnymi włóknami obaw wiło mu się w duszy.</akap>


<akap>Poczuł jakąś dziwną pustkę dookoła, bo razem
z Bucholcem umarły i w nim wszelkie dawne zawiści,
budowane tak długo i podsycane ciągłą walką konkurencyjną.</akap>


<akap>Nie miał kogo nienawidzić!<end id="e1308797215776-1512021612"/></akap>


<akap>Patrzył z pewnym zdumieniem w głąb siebie i nie
rozumiał tego stanu, nie mógł zdać sobie sprawy z niego.</akap>


<akap_dialog>--- To Bucholc! --- myślał, patrząc na trumnę
z przykrością głęboką i niepokojem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mendelsohn, ty wiesz, co się dzieje z bawełną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co mnie to obchodzi, mów Kipman o tym do
Stanisława.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale warto przeczytać urzędową gazetę --- nalegał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja jestem trochę niezdrowy dzisiaj, trochę
smutny, a ty mi gadasz o bawełnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to jest smutny! Bucholc był starszy od ciebie, to i umarł, a ty żyć będziesz jeszcze długo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj spokój, Kipman, mówisz o przykrych rzeczach --- szepnął niechętnie i utonął oczami w ruchomej
masie głów zalewających całą ulicę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stanisław, gdzie jest Róża?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jedzie z Grünspanami, zaraz za naszą karetą.</akap_dialog>


<akap>Szaja wychylił się oknem, aby zobaczyć córkę,
uśmiechnął się do niej i cofnął spiesznie, zapadając
w długie milczenie, którego nie śmieli przerywać towarzysze.</akap>


<akap>Róża jechała z Melą, Wysockim i starym Grünspanem w otwartym landzie, zaprzężonym w dwa kare
wspaniałe konie.</akap>


<akap>Panny robiły po cichu uwagi nad tłumem, a Grünspan rozmawiał o rynku bawełnianym z Wysockim,
który odpowiadał monosylabami, bo był zajęty bardziej
patrzeniem na Melę, bardzo dobrze dzisiaj wyglądającą
i rozpromienioną.</akap>


<akap_dialog>--- To jest za wiele na raz jeden: cło wyższe, taryfy wyższe od surowej bawełny i taryfy jeszcze wyższe
od gotowego towaru wywożonego do Cesarstwa. Ja panu
mówię, że to jest razem taki bal dla nas wszystkich,
że może się po nim pół Łodzi położyć na fest. Tfy,
żebym ja w złą godzinę nie wymówił --- splunął ze
złością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Podobno bawełna poszła już w górę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to poszła! Ona skacze jak lokomotywa, ona
idzie jak balon, bo jej to nic nie szkodzi, ale Łódź może
sobie nadkręcić karku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozumiem przyczyny tego wszystkiego --- mówił Wysocki, starając się jednocześnie słyszeć rozmowę panien.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan nie rozumie?... To jest proste, to jest takie proste, jakby zwyczajny rabuśnik wziął pana za kołnierz i powiedział: ,,Dawaj pieniądze, bo mnie się robić
nie chce i nie mam". To jest ordynarny geszeft! Jak się
pan ma, panie Cohn --- zawołał do Leona Cohna, wyciągając do niego z powozu rękę.</akap_dialog>


<akap>Cohn oddał uścisk i przeszedł dalej z całą grupą
młodzieży.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Halpern, słuchaj pan, co powiem. Bucholc
zrobił pierwszą plajtę i ta mu się nie udała!... Ale on
się jeszcze wprawi! ha, ha, ha! --- śmiał się z własnego
dowcipu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Cohn, śmierć to nie jest wesoła operacja! --- odpowiedział melancholijnie Halpern, bo nie był
dzisiaj dobrze usposobiony, szedł ze wszystkimi i milczał uparcie, wzdychając i tak się pochylał, że przydeptywał sobie przód surduta, drżał z wielkiego zdenerwowania i gubił często swój parasol nieodstępny, podnosił
go machinalnie, obcierał poły i w zamyśleniu przyglądał się twarzom milionerów, zebranych na pogrzebie.</akap_dialog>


<akap>Dopiero kiedy orszak rozlewał się w Nowym Rynku
i skręcał w Konstantynowską, szepnął do Myszkowskiego
idącego obok.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1308822793429-577938122"/><motyw id="m1308822793429-577938122">Śmierć, Własność, Pieniądz, Radość</motyw>--- Bucholc nie żyje! Pan wie?... Miał fabryki, miał
miliony, był całym hrabią i nie żyje! A ja nie mam
nic i jeszcze na jutro mam protestowane weksle, ale ja
żyję! Pan Bóg jest dobry, Pan Bóg jest bardzo dobry!</akap_dialog>


<akap>Wielka, bezgraniczna wdzięczność zadrgała mu
w głosie i smutna dotychczas twarz zajaśniała głębokim rozradowaniem, całą rozkoszą świadomą istnienia
własnego.<end id="e1308822793429-577938122"/></akap>


<akap_dialog>--- O jednego błazna mniej i o jednego za dużo! --- odpowiedział Myszkowski, pozostając w tyle, aby się
złączyć z Kozłowskim, który jak zwykle w cylindrze na
czubku głowy, z gałką laski przy ustach, w majtkach<pe><slowo_obce>majtki</slowo_obce> --- tu: spodnie.</pe>
zawiniętych po kostki, maszerował wzdłuż wolno ciągnących się powozów i robił staranny przegląd wszystkich
kobiet.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308822970825-3821886410"/><motyw id="m1308822970825-3821886410">Oko, Wzrok, Kobieta, Mężczyzna</motyw>--- Wiesz Myszkowski, że ta ruda Mendelsohnówna
ma sznyt, ma jakiegoś diabła w ślepiach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co mnie to obchodzi, chodź, pójdziemy na
piwo, bo mi już w gardle zaschło od tej parady milionerskiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdę na cmentarz, bo widzisz, zobaczyłem tu
w jednej karecie coś cacanego. Spojrzałem raz --- ona
patrzy; spojrzałem drugi --- patrzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No i spojrzałeś trzeci raz, a ona także patrzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, ale jak patrzała, ma oczy tak smolne, żem
się do nich przylepił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bądź zdrów i niech cię od nich nie odlepią
kijem czasami, bo widzisz, tutaj w Łodzi nie znają się
na oczkowaniu.<end id="e1308822970825-3821886410"/></akap_dialog>


<akap>Opuścił go i znowu przysunął się do znajomych,
upatrując ponurym wzrokiem, kto by tu chciał z nim
iść na piwo.</akap>


<akap_dialog>--- Pan słyszałeś o bawełnie, panie Cohn?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja na tym potrzebuję trochę zarobić, panie
Horn.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy to prawda, że Bucholc zostawił wielkie
zapisy na cele publiczne?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Śmiej się pan z tego, Bucholc nie był głupi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Welt, jak się masz? --- wołał Kurowski, spostrzegłszy Moryca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak się mam, jak dzisiaj bawełna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To znaczy, że dobrze!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Brylantowo --- akcentował dobitnie Moryc Welt,
witając się ze znajomymi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedyś przyjechał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wczoraj w nocy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czytałeś ogłoszenie o taryfach?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od trzech tygodni umiem je na pamięć, od
trzech tygodni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie blaguj, bo przed dwoma dniami dopiero
ogłoszono.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zostaję przy swoim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho! --- zawołał ktoś z boku, bo Moryc podnosił głos zbyt mocno.</akap_dialog>


<akap>Umilkli na chwilę, śpiew księży wzniósł się jakby
zapytaniem, na które odpowiadał chór śpiewaków i orkiestry, których potężne głosy ściśnięte wysokimi murami huczały głęboko.</akap>


<akap_dialog>--- Jak to, wiedziałeś i nie skorzystałeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie skorzystałem? Za kogóż mnie masz? Spytaj się, ile mamy z Borowieckim bawełny w składach,
ile już na stacji, a ile jeszcze przyjdzie z Hamburga
w tych dniach, to ci odpowiem grubą sumą pudów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jesteś za sprytny Moryc, możesz się nie dochować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dochowam się, bo potrzebuję zarobić na taki
pogrzeb jak Bucholc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale gdzież się podział Borowiecki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, był przy nas jak wchodziliśmy
w Rynek.</akap_dialog>


<akap>Moryc Welt obejrzał się dookoła, ale nie spostrzegł
nigdzie, bo Borowiecki pozostał przy karecie Lucy, zatrzymanej wraz z innymi na Rynku, bo w wąskiej
uliczce tłum nie mógł się pomieścić od razu.</akap>


<akap_dialog>--- Karl, nachyl się lepiej, bliżej! --- szeptała Lucy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak dobrze? --- pytał również szeptem Karol,
wsadzając pół głowy w okno karety.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czy tak dobrze? --- szeptała, całując go silnie w ucho!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo!...</akap_dialog>


<akap>Cofnął głowę i stał oparty ramieniem o drzwiczki
karety.</akap>


<akap_dialog>--- Czemu oni nie ruszają? --- jęczała z głębi karety ciotka towarzysząca Lucy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę już panią pożegnać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze chwilę, proszę o rękę.</akap_dialog>


<akap>Rzucił oczami na sznur powozów stojących w jednej linii i podał ją nieznacznie, zasłaniając sobą ten ruch.</akap>


<akap>Podniosła ją szybko do ust, ucałowała mocno i pogłaskała sobie brodę i szyję jego palcami.</akap>


<akap_dialog>--- Wariatka! --- szepnął, odsuwając się od okna
na dozwoloną względami towarzyskimi odległość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocham cię, Karl! Przyjdź dzisiaj koniecznie,
chcę ci coś powiedzieć bardzo ważnego! --- szeptała cicho i purpurowe usta płonęły jej i wysuwały się do
pocałunków, a oczy błyszczały promiennie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do widzenia paniom! --- wyrzekł głośno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mąż mój przyjeżdża jutro, może pan o nas
nie zapomni! Przyjdź!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdę! --- rzucił szeptem, kłaniając się z powagą.</akap_dialog>


<akap>Odnalazł przyjaciół i zwrócił się zaraz do Moryca:</akap>


<akap_dialog>--- Może byśmy pojechali zaraz z cmentarza na
kolej, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bawełna przyszła rano! Masz pieniądze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam, chcę zaraz wykupić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedyż uwalniasz się od Knolla?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem już wolny zupełnie. Jutro pójdziemy
szczegółowo obejrzeć budynki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, bo na jutro zamówiłem majstra, za
kilka dni będzie można już wziąć się do murowania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie Maks?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Matka mu bardzo chora, obawiam się, że znowu
będziemy mieli pogrzeb.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1308823508420-3899970376"/><motyw id="m1308823508420-3899970376">Śmierć, Robotnik, Pogrzeb, Pieniądz</motyw>--- Śmierć ma jednak swoje dobre strony --- zauważył Kurowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba tylko bezmyślność, z jaką zamiata mechanicznie potrzebnych i niepotrzebnych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to dzisiaj ludzi odpoczywa za darmo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mylisz się, Knoll zapowiedział, aby z list płacy
wykreślono im połowę dnia. Uznał, że mogą wypoczywać z wdzięczności dla zmarłego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odbiją sobie część kosztów pogrzebowych. Muszę to samo polecić testamentowo swoim spadkobiercom. Cóż Myszkowski tak dumacie?<end id="e1308823508420-3899970376"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że jest głupio.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie martwcie się, bo i bez was było tak samo.
Umarł, cóż robić! Ząb śmierci dotknął go palcem swoim, jak mówi Eklezjasta. Śmierć to jest <slowo_obce>passives
Genie<pe><slowo_obce>passives
Genie</slowo_obce> (niem.) --- bierny geniusz.</pe></slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie o to mi chodzi, Bucholc jest już <slowo_obce>ausgespilt</slowo_obce><pe><slowo_obce>ausgespilt (sein) </slowo_obce> (niem.) --- być zgranym; skończyć grę.</pe>! --- pociągnął ręką po gardle --- a mnie się chce
iść na piwo i nie mam z kim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie pójdziecie i ze mną, bo ja zaraz jadę do
domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może jeszcze kogo znajdę.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1308825059395-3475160914"/><motyw id="m1308825059395-3475160914">Błoto</motyw>Rozeszli się w różne strony, a i orszak wchodził
w długą uliczkę, wysadzoną topolami, wiodącą do cmentarza.</akap>


<akap>Uliczka była niebrukowana i pokryta grubą warstwą czarnego błota, które rozbijane tysiącami nóg,
ochlapywało wszystkich i wszystko i powstrzymało z połowę ludzi, zawracających przed nim do miasta.</akap>


<akap><end id="e1308825059395-3475160914"/><begin id="b1308825556151-166675660"/><motyw id="m1308825556151-166675660">Pogrzeb, Władza, Robotnik</motyw>Rzędy nagich jeszcze topoli, obłamanych przez
wiatry, poodzieranych z kory, półżywych od trujących
ścieków, jakie płynęły głębokim rowem od fabryk, stały
wyciągnięte linią kalek ohydnych, trzęsących smutnie
resztkami gałęzi i resztkami życia, jakby wygrażały za
swoją nędzę temu wspaniałemu orszakowi, który od
czasu do czasu wybuchał ogromnym chórem głosów,
rozlewających się w szerokiej przestrzeni pól czarnych,
przeszklonych wodą, naznaczonych grupami nagich drzew,
małymi domkami, kominami cegielni i konturami kilku
wiatraków, które niby potworne motyle, nadziane na
szpilkę, migotały się czarnymi skrzydłami na błękitnym
tle przestrzeni.</akap>


<akap>Orszak z wolna wypływał z miasta, rozwłóczył się
po błotnistej drodze, wzdłuż pokrzywionych, nędznych
domostw i z wolna tonął ciężką falą głów w bramach
cmentarza i rozlewał się wśród grobów i ulic, tylko w głębi, poza murami, pomiędzy gąszczem drzew
bezlistnych i krzyżów czarnych, zaczęły błyskać barwy
chorągwi, światła świec i długie szeregi ludzi ponad
którymi chwiała się srebrna trumna Bucholca, niesiona
na ramionach.</akap>


<akap>Zapanowała cisza, śpiewy pomilkły, głosy przycichły, dźwięki muzyk przygłuchły, tylko było słychać ciężki
tupot nóg i suchy chrzęst drzew rozkołysanych. Dzwony
biły głucho --- mocno --- żałobnie.</akap>


<akap>Przy trumnie zaczęła się ostatnia komedia śmierci --- jakiś mówca stanąwszy na podwyższeniu, patetycznie
przypominał cnoty i zasługi zmarłego; drugi mówca
rozbolałym, przełzawionym głosem żegnał zmarłego i płakał nad ludzkością osieroconą; trzeci mówca zwracał
się do trumny w imieniu rodziny, w imieniu przyjaciół
niepocieszonych; czwarty mówił w imieniu tych rzesz
wynędzniałych stojących dookoła --- w imieniu tych
pracowników spędzonych tutaj groźbą --- dla których
zmarły miał być ojcem, przyjacielem, dobroczyńcą.</akap>


<akap>Głuchy pomruk przeleciał nad tłumami, tysiące
westchnień się zerwało, tysiące spojrzeń zamigotało krwawych, morze głów zakołysało się jak fala.</akap>


<akap>Wreszcie skończyła się ceremonia, trumna spoczęła
we wspaniałym grobowcu, na podwyższeniu podobnym
do tronu, z którego przez złocone kraty drzwi widać
było miasto spowinięte w mgły i dymy, huczące tysiącami fabryk potężny hymn życia.</akap>


<akap>Robotnicze falangi podchodziły kolejno do tego
tronu i na marmurowych stopniach składały wieńce --- ostatni hołd poddańczy, i rozpraszały się z wolna, aż
w końcu pozostał sam jeden w srebrnej trumnie i pod
stosami wieńców zmarły król łódzki.<end id="e1308825556151-166675660"/></akap>


<akap>Tylko Stach Wilczek nie czekał końca i gdy usłyszał dzwony szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Wesoła parada --- mieć tyle milionów i zdychać! --- Splunął ze złości i wyszedł z Józiem Jaskólskim, który szedł w milczeniu i wzdychał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czegóż się mazgaisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Smutno mi! --- szepnął Józio, wzdrygnął się
i obtulił szczelniej w mizerny paltocik przerobiony
z uczniowskiego szynelu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Józiu, puść kantor Bauma, a ja potrzebuję człowieka zaufanego, wziąłbym cię, wyrobiłbyś się przy
mnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę, muszę pozostać u Bauma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ on lada dzień się położy, nie bądź
głupi, dam ci pięć rubli więcej miesięcznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę, nie wypada mi opuszczać teraz
Bauma, kiedy tak źle stoi i kiedy zostałem prawie sam
jeden w kantorze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupiś! Żebym był tak sentymentalnym, to
chodziłbym jak i ty bez butów i całe życie parobkowałbym wszystkim! --- Obrzucił go pogardliwym spojrzeniem i pożegnał na Piotrkowskiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hołota! Pogniją wszyscy po fabrykach! --- pomyślał o towarzyszach z politowaniem.</akap_dialog>


<akap>On dzisiaj już wiedział, że nie zgnije na marnej
posadzie, że nie będzie tylko parobkiem cudzym, kółkiem w mechanizmie.</akap>


<akap>Szedł wolno i rozkoszował się poczuciem własnej
siły, wyższości i rozumu, tym co już zrobił i tym, co
zrobić jeszcze zamierzał.</akap>


<akap>Dzisiejszy dzień zaliczał do najlepszych w swoim
życiu i przełomowych --- bo dzisiaj zrobił pierwszy wielki
interes, który musiał go postawić na nogi.</akap>


<akap>Kupił kilka morgów gruntu, z dwóch stron otaczającego fabrykę Grünspana, kupił cichaczem i był
pewnym wielkiego zarobku, gdyż z pewnością wiedział,
że Grünspan ma rozszerzać swoje fabryki i musi od
niego kupić place po cenie, jaką tylko naznaczyć zechce.</akap>


<akap>Uśmiechnął się z głębokiego zadowolenia!</akap>


<akap>Istotnie interes przedstawiał się świetnie, obliczenia zawieść nie mogły.</akap>


<akap>Grunta były dawno do sprzedania i Grünspan przez
całe lata je targował, dorzucając corocznie po kilkadziesiąt rubli, nie spiesząc się i będąc pewnym, że go nikt
podkupić nie może.</akap>


<akap>Wilczek zwęszył interes, oplątał dotychczasowego
posiadacza całą siecią podstępów, uprzejmości, pożyczek
gwałtem wciskanych --- aż w końcu stał się właścicielem.</akap>


<akap>Dzisiaj rano został już prawym posiadaczem ziemi.
Wyobrażał sobie wściekłość Grünspana i bawił się
tym doskonale.</akap>


<akap><begin id="b1308827398776-2392516230"/><motyw id="m1308827398776-2392516230">Pieniądz, Władza</motyw>Podnosił głowę coraz wyżej i coraz dumniej,
a coraz drapieżniej spoglądał na miasto, na wypakowane towarami składy, na fabryki --- jego nienasycona
chłopska chciwość budziła się coraz potężniej na widok
bogactw.</akap>


<akap>Postanowił je zdobyć i był już pewnym, że zdobędzie.</akap>


<akap>Mniejsza o sposoby i środki --- wszystkie były dobre, jeśli prowadziły do celu, do pieniędzy.</akap>


<akap>Stach Wilczek liczył się tylko z kodeksem, z policją.</akap>


<akap>Na resztę uśmiechał się wzgardliwie i z politowaniem.</akap>


<akap>Opinia, etyka, uczciwość! Kto się z tym w Łodzi
liczył! Komu tutaj podobne głupstwa mogły przychodzić
do głowy! Co to wreszcie jest ta uczciwość!</akap>


<akap>Czy był uczciwym Bucholc? Któż się o to pytał!</akap>


<akap>Pytano się tylko, ile zostawił milionów!</akap>


<akap><begin id="b1308827529013-2241815918"/><motyw id="m1308827529013-2241815918">Pieniądz, Pozycja społeczna, Chciwość</motyw>Mieć miliony, czuć je w swoim ręku, otoczyć się
nimi, panować nad nimi.</akap>


<akap>Rozmyślał, skręcając ku stacji, i duszę mu przepełniło szalone, dochodzące do bólu pragnienie pieniędzy, użycia, panowania.<end id="e1308827398776-2392516230"/></akap>


<akap>Jak pies zgłodniały patrzy na mięso --- tak on łakomie patrzył na fabryki, domy, zbytek bogaczów, piękne
kobiety, pałace.</akap>


<akap>Miał szalony apetyt użycia, który obiecywał sobie
zaspokoić.</akap>


<akap>Był głodnym od wieków i przez tyle pokoleń poniewieranym, tratowanym przez mocniejszych, odpychanym od stołu życia, przepracowanym, łaknącym --- teraz przyszła kolej na niego, podnosił głowę, wyciągał
chciwie ręce, chwytał zdobycz i nasycał głód odwieczny.</akap>


<akap_dialog>--- Odbiję sobie wszystko i za wszystko! --- myślał
i z nienawiścią przypominał sobie lata dzieciństwa, pasanie krów, posługi, jakie czynił w klasztorze, kije, jakie
odbierał, nędzę całej rodziny, upokorzenia, jakie znosił
w gimnazjum, upokorzenia, jakie odbierał razem z pomocą od swoich dobroczyńców, upokorzenia, jakie znosiła cała rodzina.<end id="e1308827529013-2241815918"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odbiję sobie wszystko! --- mruczał z szaloną
zawziętością w sercu.</akap_dialog>


<akap>Ale tymczasem dopiero zdobywał środki, handlował, czym mógł, zarabiał na czym się tylko dało.</akap>


<akap>Zarządzał składami Grosglücka, a oprócz tego handlował węglem na własną rękę, handlował drzewem,
handlował resztkami bawełnianymi, handlował jajami,
które sprowadzał za pośrednictwem rodziny, brał w końcu
różne artykuły --- próbował wszystkiego.</akap>


<akap>Mówiono, że kupuje czerwony towar tj. wyniesiony z podpalonych fabryk, mówiono, że trudni się
lichwą, że z Grosglückiem do spółki robi jakieś bardzo
ciemne interesa<pe><slowo_obce>interesa</slowo_obce> --- dziś: interesy.</pe> --- tak mówiono.</akap>


<akap>Wiedział, co o nim mówią i uśmiechał się pogardliwie.</akap>


<akap_dialog>--- Mocno mnie to obchodzi! --- szepnął, myśląc
o tym, <begin id="b1308827930767-758312147"/><motyw id="m1308827930767-758312147">Błoto, Miasto</motyw>skręcił na boczną uliczkę ciągnącą się wśród
parkanów, poza którymi wznosiły się szeregi składów
drzewa budulcowego, cementu, żelastwa, wapna i węgli. Ulica była niebrukowana, bez trotuarów i stanowiła jedno głębokie morze błota, przez które przekopywało się
setki wozów ciężko naładowanych.<end id="e1308827930767-758312147"/></akap_dialog>



<akap>Składy węgla rozciągały się po lewej stronie ulicy,
u podnóża wysokiego nasypu kolejowego, na którym
tłoczyło się tysiące towarowych wagonów nakrytych
chmurą czarnego pyłu, jaki się wznosił z wyładowywanego węgla.</akap>


<akap>Wilczek mieszkał przy składzie, w ohydnej budzie
zbitej z desek i obryzganej po płaski dach czarnym błotem, która służyła za kantor.</akap>


<akap>Przebrał się spiesznie, wciągnął długie buty i zabrał się do roboty...</akap>


<akap>Ale nie mógł robić spokojnie, czuł się zdenerwowanym, rozstrzęsła mu nerwy radość dzisiejszego kupna,
to znowu przypomnienia pogrzebu lub huk głuchy sztosujących<pe><slowo_obce>sztosować</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>stoßen</slowo_obce>: uderzać, trącać, graniczyć) --- tu: łączyć się poprzez mocne uderzenie, wepchnięcie na siebie (np. dwóch wagonów składu pociągu towarowego).</pe> na nasypie wagonów tak go drażnił, że odrzucił pióro i zaczął spacerować po kantorze, wyglądając
raz po raz okienkiem na zapchane pryzmami węgla
i wozami składy.</akap>


<akap>Wozy co chwila wjeżdżały na wagę z takim turkotem, aż cała buda się trzęsła, ogromny zgiełk splątanych głosów ludzkich, turkotów, kwików końskich,
gruchotu wyrzucanych z wagonów węgli, świstów maszyn, bił przez otwarte drzwi i rozlewał się po brudnej
odrapanej izbie, po której Wilczek spacerował w zadumie.</akap>


<akap_dialog>--- Tam jakieś panowie czekają przy wagonach! --- zameldował robotnik.</akap_dialog>


<akap>Na nasypie kolejowym czekał Borowiecki i Moryc.</akap>


<akap><begin id="b1308828847236-385659666"/><motyw id="m1308828847236-385659666">Szlachcic, Pozycja społeczna, Obyczaje</motyw>Wilczek wyczekująco wyciągnął rękę do przywitania. Moryc mu uścisnął dłoń, a Borowiecki udał, że
nie widzi.</akap>


<akap_dialog>--- Potrzebujemy natychmiast platform przewozowych!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile? Pod co? Skąd? --- zapytał krótko, podrażniony zachowaniem Karola.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak najwięcej, bawełna, kolej do mnie --- odpowiedział Moryc.</akap_dialog>


<akap>Szybko załatwili interes i rozstali się.</akap>


<akap_dialog>--- Szlachcic! --- mruknął Wilczek ze złością, bo
na pożegnanie, Borowiecki wsadził ręce w kieszenie i kiwnął mu głową bardzo łaskawie.</akap_dialog>


<akap>Nie mógł zapomnieć tej obrazy, jego mściwe serce
zanotowało sobie jeszcze to jedno upokorzenie, tym boleśniejsze, że niezasłużone.<end id="e1308828847236-385659666"/></akap>


<akap>Ale nie było czasu na rozczuwanie krzywdy, bo
z powodu kończącego się dnia ruch w składach zapanował szalony.</akap>


<akap>Co chwila maszyny parowe podciągały sznury ładowanych wagonów, krzyżowały się, wyciągały puste,
buchały kłębami dymów i ze świstem, hukiem, szczękiem
sztosowań przebijały się wskroś dymów i pyłów lub
odczepione od pociągów leciały z dzikim krzykiem do
remiz.</akap>


<akap>A niżej, ze składów nakrytych czarną kurzawą
biło tysiące splątanych gorączkowych głosów, konie kwiczały dziko, świsty batów, krzyki woźniców, turkoty
ulic i głuchy, potężny szum miasta stojącego dokoła,
nakrytego dymami.</akap>


<akap>Wilczek uwijał się gorączkowo, biegał do kantoru,
do kup węgla, na nasyp, do ludzi wywożących na stację; przemykał się pomiędzy wozami, człapał po błocie,
zmęczył się w końcu śmiertelnie i aby odpocząć, usiadł
na brzegu jednego z pustych wagonów.</akap>


<akap>Mrok się już robił --- pozachodnie zorze rozlały
się po niebie strugami purpury i okrwawiały cynkowe,
błyszczące dachy, po których staczały się kłęby rudych
dymów; noc gęstniała, szarość ponura, zmącona zalewała
ulice, pełzała po murach, czaiła się po zaułkach, zacierała kontury, gasiła barwy, wypijała resztki dnia, okręcała miasto brudnymi łachmanami zmroku, z którego
zaczęły z wolna wybłyskiwać światła.</akap>


<akap><begin id="b1308829871366-3653429891"/><motyw id="m1308829871366-3653429891">Noc, Miasto, Dźwięk, Praca</motyw>Noc zapadła, miasto pokryło się łunami, szumy się
podniosły, łoskoty stały się wyraźniejsze, turkoty się
wzmogły, krzyki spotężniały --- aż w końcu wszystkie
dźwięki zlały się w przeogromny, dziki chór, śpiewany
głosami maszyn i ludzi, od którego drżało powietrze
i trzęsła się ziemia!</akap>


<akap>Łódź pracowała nocną, gorączkową pracą.<end id="e1308829871366-3653429891"/></akap>


<akap_dialog>--- Resztki szlacheckie! Wezmą was diabli niedługo! --- mruknął Wilczek, który jeszcze nie mógł zapomnieć Borowieckiego, splunął pogardliwie, podparł
brodę rękami i zapatrzył się w niebo.</akap_dialog>


<akap>Zbudził go dopiero głos lecący z opustoszałej ulicy.</akap>




<poezja_cyt><strofa>
A na rynku Gajera/
Znalezła se frajera/
<wers_wciety typ="6">ta ra ra bumdera!</wers_wciety>
</strofa></poezja_cyt>




<akap>Śpiewał jakiś głos i zginął w oddaleniu i nocy.</akap>


<akap>Wilczek zeszedł do kantoru, pozałatwiał resztę
spraw, wyprawił ostatnie wozy.</akap>


<akap>Kazał pozamykać wszystko, zjadł kolację, jaką mu
przygotował robotnik i poszedł na miasto.</akap>


<akap><begin id="b1308830060689-3524268729"/><motyw id="m1308830060689-3524268729">Miasto, Chciwość</motyw>Lubił włóczyć się bez celu, przyglądać się ludziom,
fabrykom, węszyć po mieście, lubił oddychać tym rozdrganym<pe><slowo_obce>rozdrganym</slowo_obce> --- dziś: rozedrganym.</pe>, przesyconym węglem i zapachami farb powietrzem.
Olśniewała go potęga miasta, olbrzymie bogactwa nagromadzone w składach i fabrykach zapalały
mu w oczach płomienie chciwości, rozpalały duszę marzeniami strasznymi, przepełniały coraz potężniejszą żądzą panowania i użycia; ten szalony wir życia, ta
struga złota, jaka przepływała przez miasto, upajały go
swoją potęgą, hipnotyzowały, przejmowały drżeniem żądzy nieopowiedzianej, dawały siły do walki, do zwyciężania, do grabieży.</akap>


<akap>Kochał tę ,,ziemię obiecaną" jak kocha zwierzę
drapieżne głuche puszcze pełne łupów. Uwielbiał tę ,,ziemię obiecaną" płynącą złotem i krwią, pożądał jej,
pragnął, wyciągał do niej ramiona chciwe i krzyczał
głosem zwycięstwa --- głosem --- głodu --- Moja! Moja!
I już chwilami czuł, że ją posiadł na zawsze i że nie
puści zdobyczy, póki nie wyssie złota wszystkiego.<end id="e1308830060689-3524268729"/></akap>


</powiesc></utwor>