<utwor>
<rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/prus-sukienka-balowa/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Prus, Bolesław</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Sukienka balowa</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Agnieszka</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Rawska, Aneta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pozytywizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Nowela</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów Doroty Kowalskiej.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/prus-sukienka-balowa</dc:identifier.url>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Bolesław Prus, Nowele Warszawskie, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Londyn 1946</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Bolesław Prus zm. 1912</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1983</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2013-01-10</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/dynamic/cover/image/2109.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Untitled, Kuba Bożanowski@Flickr, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/2109</dc:relation.coverImage.source>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/prus-sukienka-balowa.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0756-3</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/prus-sukienka-balowa.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1735-7</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/prus-sukienka-balowa.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2690-8</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/prus-sukienka-balowa.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3752-2</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/prus-sukienka-balowa.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4838-2</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<category.thema.main>FS</category.thema.main>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MN</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>

<opowiadanie>
<abstrakt>
<akap>Państwo Kukalscy organizują wieczorek taneczny. Zapraszają na niego między innymi Artura, sympatycznego młodzieńca, oraz Helenę, piękną córkę pana Gwizdalskiego.</akap>


 
<akap>Artur ma nadzieję, że uda się nawiązać bliższą znajomość z dziewczyną. Helena natomiast usilnie próbuje przekonać swojego ojca, aby pozwolił jej wybrać się na przyjęcie.</akap>


 

<akap><tytul_dziela>Sukienka balowa</tytul_dziela> to nowela Bolesława Prusa opublikowana po raz pierwszy w ,,Kurierze Warszawskim" w 1876 roku. Autor ukazuje w niej nie tylko obyczajowość dziewiętnastowieczną, związaną z relacjami damsko-męskimi oraz życiem towarzyskim, lecz także porusza problem traktowania służby, przedstawicieli niższych warstw społecznych. W ten sposób zwraca uwagę na to, jak ważne jest dostrzeganie ludzkich problemów --- zwłaszcza tych, którzy potrzebują pomocy.</akap>


</abstrakt>
<nota_red>



<akap>Uwspółcześniono:</akap>



<akap>* pisownię rozdzielną, np.: to też -> toteż, poczem -> po czym;</akap>


<akap>* fleksję, np.: poczem -> po czym;</akap>


<akap>* pisownię z/s, np.: z pod -> spod;</akap>


<akap>* pisownię wielką/małą literą w zdaniu, np.: --- On tam jest!... słyszę go!... -> --- On tam jest!... Słyszę go!... ; Kto mi to zrobił! kto mi to zrobił!?.. -> Kto mi to zrobił! Kto mi to zrobił!?.. ;</akap>



<akap>Inne zmiany: wiarogodne -> wiarygodne.</akap>


<akap>Usunięto przecinki przed pauzami.</akap>






</nota_red>




<autor_utworu>Bolesław Prus</autor_utworu>






<nazwa_utworu>Sukienka balowa</nazwa_utworu>


<naglowek_rozdzial>Rozdział I, w którym Artur pomyślał o damie swego serca.</naglowek_rozdzial>


<akap>Pewnego wtorku, około 2-ej w południe, zwykli śmiertelnicy,
przechodząc ulicą Wierzbową, mieli nieporównaną rozkosz 
oglądać i podziwiać ozdobioną małpami algierkę<pe><slowo_obce>algierka</slowo_obce> (daw.) --- płaszcz męski.</pe> dobrze
wychowanego Artura, razem z jej właścicielem, wypełniającym
wnętrze pięknej szaty na zasadzie poręczenia, złożonego w
składzie futer przez dwie wiarygodne i odpowiedzialne osoby.</akap>
<akap>Z boleścią zaznaczyć musimy, że ogół mieszkańców miasta
Warszawy, prawdopodobnie skutkiem roztrzepania, nie zwracał
dostatecznej uwagi na naszego bohatera, a tym mniej zapytywał
o rodzaj jego zajęć i nazwisko. Raz tylko (lecz działo się to
nie na Wierzbowej), jakiś zgryźliwy staruszek, potrącony przez
Artura, rzucił niebacznie słówko: ,,Cóż to za błazen...?"
Szczęściem niedelikatne to pytanie nie dosięgło uszu młodzieńca;
ten bowiem zamiast odpowiedzi, podwoił kroku i począł nucić
ulubioną arię z <tytul_dziela>Traviaty</tytul_dziela><pe><slowo_obce>La Traviata</slowo_obce> --- opera Giuseppe Verdiego z 1853 r.</pe>.</akap>




<akap>Nie podzielając nagannej obojętności współobywateli, choć
w kilku wyrazach postaramy się skreślić biografię miłego chłopca.
Nie dlatego bynajmniej, aby miał odegrać jakąś wydatniejszą
rolę w naszej powiastce (tacy bowiem, jak on, nigdzie żadnej
nie odgrywają roli), lecz dlatego, aby przekazać potomności
ukochany przez nas typ, który od wieków już istnieje i wieki
jeszcze istnieć będzie.</akap>



<akap>Główną finansową podporę Artura stanowiła jego ciotka:
dama sędziwa, sparaliżowana i ubóstwiająca swego wychowanka.
Ona to co dzień o pierwszej częstowała go skromnym obiadkiem
i dawała mu co miesiąc rubli sześć na drobne wydatki.
Wywzajemniając się, Arturek w ciągu obiadu bawił ją bardzo
groźnymi pogłoskami wojennymi, po obiedzie zaś kładł swej
karmicielce miękką poduszkę pod głowę, życzył smacznej drzemki
i wychodził ,,do biura".</akap>




<akap>Biuro jego mieściło się w pewnej sali bilardowej, gdzie
najsystematyczniej pracował od 10 do 12 z rana i od 2 do 7 po południu. Bilard lepiej znał, niż Jan Śniadecki trygonometrię
sferyczną; grał na nim stojąc, siadając i kładąc się, w tużurku<pe><slowo_obce>tużurek</slowo_obce> (z fr.) --- ciemne okrycie męskie przypominające surdut.</pe>
i bez tużurka, słowem: jak prawdziwy artysta. Ponieważ
zaś na przeciwników wybierał zawsze młodzież niewprawną,
lecz zasobną, i ponieważ, dzięki słabej pamięci, sobie niekiedy
doliczał punkty, a swym partnerom ujmował --- praca więc
,,biurowa" przynosiła mu 2 do 3 rb. na dobę.</akap>





<akap>Bez względu na tak przyzwoity dochód, Artur, hołdując
wymaganiom wieku, miał długi. Załatwiał się też z nimi w
sposób ogólnie przyjęty --- zaciągając dla spłacenia dawnej, nową
pożyczkę ,,z ogonem". Skutkiem tych operacji długi rosły;
bohater nasz jednak był pewny ostatecznego uregulowania ich
przy pomocy kapitaliku, który po najdłuższym życiu
sparaliżowanej ciotki miał odziedziczyć.</akap>





<akap>Pewien rodzaj ludzi nigdy nie pyta: skąd masz? --- lecz: ile
masz? --- a ponieważ Artur był młodzieńcem nader miłej
powierzchowności, i ponieważ łatwiej można mu było wykazać:
oszustwo w grze, plotkarstwo i skłonność do blagi<pe><slowo_obce>blaga</slowo_obce> --- kłamstwo.</pe>, aniżeli
najmniejsze zaniedbanie form towarzyskich --- dobry ten
więc chłopak w najuczciwszych domach bywał przyjmowany
z otwartymi rękoma, a nawet... konkurował o pewną posażną
jedynaczkę z widokami wygranej!...</akap>





<akap>Wiedząc o tym, nie zdziwią się zapewne czytelnicy, skoro im
powiemy, że w chwili, gdy przyjaciela naszego spotkaliśmy na
ulicy Wierzbowej, jakiś bardzo przyzwoity mężczyzna zastąpił
mu drogę i z najniższym ukłonem rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Jakież to szczęście, że spotykam szanownego pana Artura!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Witam. Czymże mogę służyć? --- zapytał uprzejmie
młodzieniec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiem krótko: we czwartek żona moja i ja wydajemy wieczorek... Znam mało przyzwoitej młodzieży, i dlatego
ośmielam się prosić pana o pomoc...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumiem i chętnie służę! --- odparł młodzian, któremu
przemknęły w tej chwili przez myśl: polędwica z sałatą, szczupak
z białym sosem i kilka gatunków win różnej narodowości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzież szanowny pan mieszka? --- zawołał rozpromieniony
gospodarz balu. --- Już od tak dawna pragnąłem mu złożyć
wizytę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W tej chwili... To jest... --- bełkotał Artur.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Domyślam się! Masz pan zapewne nieuporządkowany
apartament. Więc tymczasem do widzenia, a przy pierwszej
sposobności...</akap_dialog>











<akap>Mówiąc to, człowiek przyzwoity czule ściskał rękę Artura,
który wyglądał tak, jakby mu frazes ,,o uporządkowaniu
apartamentów" nasunął jakąś myśl znakomitą. Nim więc
znajomy zdołał dostatecznie określić potęgę swej wdzięczności,
Artur rzekł:</akap>



<akap_dialog>--- Przepraszam za ciekawość...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Owszem, panie, bardzo proszę!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy państwo Gwizdalscy są także inwitowani<pe><slowo_obce>inwitowany</slowo_obce> --- (daw.) zaproszony.</pe>?</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Panna Helena i jej ojciec?... Na śmierć zapomniałem!... Ale zaproszę ich niezawodnie, mam nawet przy sobie bilety i
natychmiast poślę.
</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Będę dziś u tych państwa i z całą przyjemnością podejmę
się pośrednictwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan taki łaskaw... tyle grzeczności!... Musimy jednak
wstąpić gdzieś dla napisania adresu.</akap_dialog>



<akap>Po króciutkiej naradzie, przyzwoity człowiek i elegancki
młodzieniec weszli do najbliższej cukierni. Tu przyzwoity
człowiek, nachyliwszy się do subiekta, szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Czy mogę prosić o atrament i pióro?</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Dwie erbeti!... huknął subiekt.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Nie herbaty, panie! Ośmielam się prosić o atrament i pióro.</akap_dialog>


<akap>Podano żądane rekwizyta, i za chwilę miły Artur schował
do kieszeni bilet, na którym stało:</akap>

<akap>,,M-me Kukalska, née<pe><slowo_obce>née</slowo_obce> --- (z fr.) urodzona; tu: z domu.</pe> Hebesowicz, z małżonkiem, ma honor
prosić M-elle Helenę Gwizdalską, wraz z ojcem, na wieczór
tańcujący o godzinie 11-tej we czwartek."</akap>





<akap>Dobrze wychowany Artur czuł, że w sprawie zaprosin tkwi
wiele nieformalności, pocieszył się jednak widokami przyszłego
szczęścia, i śpiewając, poszedł ku domowi.</akap>







<naglowek_rozdzial>Rozdział II, w którym do granitowego serca pana Horacjusza przypuszczono
pierwszy atak.</naglowek_rozdzial>



<akap>W obszernym lokalu Horacjusza Gwizdalskiego, właściciela
kilku pierwszorzędnych nieruchomości przy jednej z
drugorzędnych ulic, bawiło się w tej chwili półtorej osoby:
ładna Helunia, 20-letnia córka pana Horacego i Jaś, sześcioletni
synek tegoż.</akap>



<akap>Zabawa ich była bardzo prosta. Panna Helena zwijała
włóczkę, a Jaś, siedząc na krześle, trzymał motek. W każdej
chwili jednak urozmaicała się ta niesłychanie prosta sytuacja
z powodów następujących:</akap>


<akap_dialog>--- Proszę Helci! --- mówił Jaś.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Czego chcesz, malcze?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Co to tak w kłębku grzechocze?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Mówiłam ci już tyle razy, że groch.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- A prawda!... Groch...</akap_dialog>





<akap>Następowała przerwa, w ciągu której kłębek, jak fryga<pe><slowo_obce>fryga</slowo_obce> --- (daw.) bąk.</pe>, kręcił
się i grzechotał w ręku Heluni, a Jaś znowu na krzesełku kręcił
się, jak dwa kłębki.</akap>





<akap>Ponieważ jednak milczenie nie zgadzało się, ani z wiekiem,
ani z temperamentem Jasia, dziecię więc zaczynało na nowo:</akap>





<akap_dialog>--- Proszę Helci!</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Cóż tam dał Pan Bóg nowego?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Dlaczego ja mam takie nóżki krótkie, a Helcia takie długie?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Cicho bądź, ty mała papugo! --- zgromiła go siostra.</akap_dialog>





<akap>Nowa przerwa i nowa interpelacja<pe><slowo_obce>interpelacja</slowo_obce> --- zapytanie.</pe>, zaczynająca się od
sakramentalnych słów:</akap>





<akap_dialog>--- Proszę Helci!</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Co powiesz?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Tak mi się nudzi! --- szepnął Jaś nieśmiało.</akap_dialog>





<akap>Dobra siostra, nie pytając o nic więcej, ucałowała chłopca,
zdjęła go z krzesełka na ziemię i zwijanie włóczki odłożyła do
czasów lepszych.</akap>





<akap>W tej samej chwili szczęknął pęknięty dzwonek w przedpokoju,
i niebawem ukazał się elegancki Artur z szapoklakiem<pe><slowo_obce> szapoklak</slowo_obce> (z fr.) --- składany cylinder.</pe> w ręku.</akap>
<akap>Helunia zaczerwieniła się.</akap>



<akap_dialog>--- Wpadam tylko na chwilę, złożyć państwu uszanowanie i
załatwić nader ważny interes --- zaczął dandy<pe><slowo_obce>dandy</slowo_obce> (ang.) --- dandys, mężczyzna z przesadą dbający o strój i kurtuazyjny w zachowaniu.</pe>, niespokojnie
oglądając się dokoła, po czym zbliżył się do panny Heleny i
pocałował ją w rączkę.</akap_dialog>




<akap>Helunia stała się purpurowa.</akap>


<akap_dialog>--- Niechże pan siada, papa zaraz wróci.</akap_dialog> 
<akap>Niewinna wzmianka o powrocie papy zachęciła eleganta do
powtórzenia pocałunku. Oczy panienki zrobiły się szkliste.</akap>








<akap_dialog>--- Niech pani wyobrazi sobie, jaki mam kłopot. Bankier X.
zaprosił mnie na bal we czwartek... --- pytlował Arturek.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Pan zna bankiera X.?</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Jesteśmy przyjaciółmi, a nawet więcej... on mi bowiem
zawdzięcza swoją karierę. Poradziłem mu, aby napisał dzieło o
kolejach, powiem nawet, żem mu sam udzielił kilku rad, no!
I dzieło to zrobiło mu niesłychany rozgłos.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Musi być panu bardzo wdzięczny.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- O niewątpliwie! W roku zeszłym wydał dla mnie kolację.
Było nas tylko trzydziestu, sama śmietanka towarzystwa.
Każdy miał za krzesłem lokaja. Piliśmy dwanaście gatunków
win, po kieliszku z butelki, samych zaś kwiatów w sali było za
dwanaście tysięcy rubli.</akap_dialog>







<akap>Piękny Artur urwał nagle, dostrzegłszy, że mimo widocznej
pobłażliwości, panna słucha go z niedowierzaniem. Niezbity
jednak z tropu zaczął znowu:</akap>




<akap_dialog>--- Otóż bankier X. prosi mnie na czwartek, i jednocześnie
państwo Kukalscy zaklinają mnie, abym w ten sam czwartek był
u nich w charakterze wice-gospodarza...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan naturalnie nie waha się w wyborze? --- szepnęła Helunia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jest, nie waham się, i idę do państwa Kukalskich,
ponieważ pani tam będziesz...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Ja?...</akap_dialog>





<akap>Wykwintny młodzian, zamiast odpowiedzi, podał zmieszanej
pannie bilet z zaproszeniem.</akap>






<akap_dialog>--- Nie wiem, czy będę mogła...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Domyślam się! --- rzekł piękny Artur z odcieniem
melancholii. --- Ojciec pani pragnie, abyś unikała zebrań...
Zabawy nie mają dla niego powabu, i z tego też powodu ja, który
mam nieszczęście być rozrywany w towarzystwach, nie posiadam
jego względów! Lecz trudno!... Muszę ulec, choć czuję, że
w tej grze stawiam na kartę szczęście całego życia...</akap_dialog>




<akap>Mówił to jednym tchem, z oczyma spuszczonymi ku podłodze.
Tym razem nie znająca ludzi Helunia wierzyła mu tak, jak
redaktorowie niektórych pism swojej własnej nieomylności.</akap>


<akap_dialog>--- Mówmy o czym innym, panie! --- szepnęła przygnębiona
Helenka.</akap_dialog>






<akap>Młodzian gwałtownie poprawił kołnierzyk, jakby pragnął
odegnać rozpacz, która go za kark chwytała, i głosem zmienionym
zaczął:</akap>



<akap_dialog>--- Masz pani słuszność! Myślmy raczej o zabawie i triumfach.
Istotnie powinienem bym być zadowolony... Panna Klementyna
zaangażowała mnie do pierwszego kontredansa, panna Łucja do
dwu mazurów...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, łotry! --- huknął gruby głos w przedpokoju. --- Wylewają pomyje przed samymi drzwiami, rujnują mi
dom!... Jak Pana Boga kocham, tak zaskarżę ich do policji...
Jak się masz, Helusiu!</akap_dialog>


<akap_dialog>Z tymi słowy wtoczył się do pokoju otyły człowiek, z
apoplektyczną szyją i siwymi faworytami<pe><slowo_obce>faworyty</slowo_obce> --- dziś: baczki, bokobrody.</pe>. Na jego widok
wykwintny Artur osłabł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha! Widzę i pana Artura?... Moje uszanowanie!... Jak
się pan tam zobaczysz z tym cukiernikiem z dołu, to mu powiedz,
że go sprocesuję, z domu wyrzucę, do kryminału oddam!...
Dałem mu dwie piwnice, a on mi trzecią jeszcze, moją własną
zabiera, sypie tam piasek a potem deski wyrywa!... Miły
lokator, jak Pana Boga kocham!</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Teraz posiadanie kamienicy --- wtrącił skromnie Arturek
--- jest prawdziwym poświęceniem...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Rozumie się! --- mruknął okrutny starzec, patrząc na
eleganta z pod oka. --- Wydatki masz ciągłe, a twoi lokatorowie
udają tymczasem wielkich panów i komornego po trzy miesiące
nie płacą...</akap_dialog>




<akap>To powiedziawszy pan Horacy (on to był bowiem) wszedł
do następnego pokoju i począł krzyczeć na Jasia.</akap>
<akap>Wystraszony Artur wymownie spojrzał na Helenkę i przeze
drzwi pożegnał jej gwałtownego papę.</akap>





<akap_dialog>--- Dobranoc! Dobranoc! --- odpowiedział mu niechętnie stary.</akap_dialog>

<akap>Gdy młodzian znikł, pan Horacy wrócił do pokoju córki.</akap>








<akap_dialog>--- Nie pojmuję, moja Helciu, jak możesz rozmawiać nawet z
takim cymbałem? --- rzekł ojciec.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ja, proszę papy, nie... Wszyscy zresztą mówią, że on jest
bardzo dobrze wychowany...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Co mi tam diabli po jego wychowaniu, kiedy się niczym nie
zajmuje i komornego nie płaci...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- On żyje przecież z hrabiami i bankierami...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Niech sobie żyje z diabłem, byle płacił! Ja nie kradnę, ani
pieniędzy nie fałszuję, a rodzinę swoją utrzymać muszę. Co
on sobie myśli?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Wszyscy go szanują... On ma takie zdanie trafne...</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Co mnie po jego zdaniu, kiedy ja chcę pieniędzy! Dwa dni
jeszcze daję mu folgi, a potem wysyłam komornika, ażeby
wziął go za łeb, drzwi i okna powystawiał i z ciupy<pe><slowo_obce>ciupa</slowo_obce> --- (pot.) małe pomieszczenie.</pe> na ulicę
wyrzucił... Skaranie boskie z tym elegantem!</akap_dialog>





<akap>Straszliwe groźby ojca nie przeraziły Helenki, która od
dzieciństwa nasłuchała się mnóstwa pogróżek, nie widząc mimo
to, aby wykonano z nich którąkolwiek. Ponieważ zaś zaprosiny
z Hebesowiczów Kukalskiej drażniły ją do wysokiego stopnia,
nie tracąc więc czasu, rzekła:</akap>





<akap_dialog>--- Proszę papy, państwo Kukalscy zaprosili nas na wieczór..</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co? Na wieczór?...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Przecież tatko nie odmówi, bo by to było nieprzyzwoicie
--- mówiła Helenka, całując w rękę srogiego ojca.</akap_dialog>



<akap>Wobec tego aktu pokory, starzec zmiękł.</akap>





<akap_dialog>--- Kiedyż to? --- spytał.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- We czwartek, o jedenastej wieczorem.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Co?... O jedenastej wieczorem... I może jeszcze tańcować
będziecie do siódmej rano?... Nigdy! Niech diabli porwą
wszystkie tańce... Pamiętam, panna Róża Hładyszewska
tańcowała raz od 2 do 7, wyszła potem na dwór, dostała tyfusu
i przejechała się na Powązki...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Ale ja, papo, nie umrę.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Nie umrzesz, bo nie będziesz tańcowała!</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Więc papo chce, żebym się cały karnawał nudziła? Już i
tak nigdzie nie bywam!... --- mówiła Helenka ze smutkiem.
Ugodzony w serce starzec siadł na fotelu i pobożnie złożył
ręce na brzuchu. Chwilę myślał a potem rzekł:</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Dobrze! Będziesz na nim, ale tylko do pierwszej.</akap_dialog>


<akap_dialog>Helenka rzuciła się ojcu na szyję, i obsypawszy go pocałunkami,
nieśmiało dodała:</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Ale wie papo, że ja nie mam sukienki...</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1358429410111-3278472509"/><motyw id="m1358429410111-3278472509">Kłótnia</motyw>--- Przecież dzięki Bogu nago nie chodzisz! --- oburzył się
ojciec, lekko odsuwając ją od siebie.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Tak, ale widzi papa, nie mam sukienki balowej...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- A ile by taka kosztowała? --- spytał pan Horacy stłumionym
głosem.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Najwyżej piętnaście, a może tylko dziesięć rubli --- odparło
niebacznie dziewczę, nie dostrzegając na twarzy ojca symptomatów
nadzwyczajnego wzburzenia.<end id="e1358429410111-3278472509"/></akap_dialog>



<akap>Starzec skoczył z fotelu, jak okręt wysadzony w powietrze
dynamitem, i patrząc na córkę wzrokiem, którego mógł był
mu pozazdrościć Abraham w chwili, gdy podnosił nóż na syna
swego Izaaka, począł mówić głosem uroczystym:</akap>



<akap_dialog>--- Za wywiezienie lodu z podwórza zapłaciłem 12 rubli, za piece
18, za śmietnik 4 ruble, razem 34 ruble. Teraz znowu zacieka
mi dach nad stajniami, zepsuła się rynna u frontu, szwaczka i
twój pan Artur nie płacą już kwartał za lokal... słyszałaś?...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Słyszałam, papo --- odpowiedziała przelękniona Helenka.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- A zatem... nie pójdziesz na bal! Nie pójdziesz na bal! Nie
pójdziesz na bal! Ja na jednodniowe fatałaszki pieniędzy nie mam.</akap_dialog>





<akap>Potem pan Horacy wyszedł, strzelając wszystkimi drzwiami
po kolei. Helenka miała ochotę rozpłakać się; uspokoiła się
jednak trochę, usłyszawszy, że choleryczny starzec z odległości
trzeciego pokoju miota złorzeczenia na Kukalskich, którzy
wyprawiają bale, i na cukiernika, który zabrał piwnicę na piasek.</akap>






<naglowek_rozdzial>Rozdział III, w którym niespodzianie nadeszłe posiłki szturmem zdobywają
kieszeń ojca Gwizdalskiego.</naglowek_rozdzial>






<akap>Mrok już zapadał, kiedy do mieszkania owdowiałego
Gwizdalskiego weszła bardzo miła panienka, imieniem Klimcia,
posiadająca czarne, figlarne oczy i wielkie łaski u popędliwego
starca, który, mówiąc nawiasem, nigdy nie czuł wstrętu do
płci nadobnej.</akap>




<akap>Pan Horacy, usłyszawszy w przedpokoju śmiech panien i
echa pocałunków, trzaskających jak pocztyliońskie baty,
wybiegł z rozpromienioną twarzą i zdążył jeszcze zdjąć z
gadatliwej brunetki popielicową salopkę. Pomyślne to zdarzenie
napełniło serce starego lwa bardzo sprawiedliwą dumą i uczuciem
zadowolenia na cały wieczór.</akap>





<akap>Nastąpiły powitania, ukłony, szepty. Panny, ucałowawszy
się w przedpokoju, powtórzyły całusy w pokoju jadalnym, a
następnie w bawialnym. Potem wziąwszy się pod ręce, poczęły
obiegać całe mieszkanie, a gwałtowny, lecz systematyczny
starzec zapalił tymczasem własnoręcznie dużą lampę i rzucił
parę klątw na bezczelnego cukiernika.</akap>







<akap>Gdy zajaśniało światło, rozmowa stała się ogólną.</akap>



<akap_dialog>--- Moja ty, czy będziesz we czwartek na wieczorze u państwa
Kukalskich? --- zapytała Klimcia Helenki.</akap_dialog>






<akap_dialog>--- Jesteśmy zaproszeni, ale papa nie chce! --- odparła smutnie
Helenka.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Czy to prawda, panie Gwizdalski?</akap_dialog>



<akap>Stary zmieszał się.</akap>



<akap>--- Ależ moja pani!... Ja Kukalskich bardzo szanuję, Helenkę
bardzo kocham, lecz każdy bal pociąga za sobą niesłychane
wydatki, a czasy są ciężkie.</akap>



<akap_dialog>--- Cóż to za wydatek kilkanaście rubli na sukienkę, raz na rok!
Mój ojciec jest także oszczędny, a mimo to nie odmawia mi
takich małych przyjemności --- mówiła Klimcia.</akap_dialog>



<akap>Czy to skutkiem wpływu gorąca, czy też argumentacji miłej
brunetki, której czarne oczy posiadały blask szczególny, pan
Horacy zaczął silnie potnieć. Transpiracja ta pomyślnie
oddziałała na straszliwego starca, który tym sposobem pozbył
się całego zapasu gniewu i głosem jagnięcia rzekł:</akap>



<akap_dialog>--- Ja przecież Helci nie żałuję... Ileż to wszystko może kosztować?</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Tak to rozumiem! --- zawołała z triumfem panna
Klementyna. --- Helciu, ucałuj ojca!</akap_dialog>





<akap>Nie widzimy potrzeby opisywać entuzjazmu, z jakim Helenka
dziękowała papie za jego dowody przywiązania. Pan Horacy
rozczulił się i na wniosek Klementyny obiecał dać córce na
strój balowy aż dwadzieścia pięć rubli!</akap>



<akap>Po tym heroicznym czynie starzec prosił damy, aby mu
pozwoliły zapalić fajkę. Na propozycję tę panny przystały z rozkoszą i poczęły naradzać się nad suknią.</akap>




<akap_dialog>--- Powiadam ci, moja najdroższa --- mówiła Helenka --- że
nie wiem nawet, kto mi uszyje tę suknię.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Dasz do magazynu --- radziła Klimcia.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Po co? --- wtrącił pan Horacy. --- Mamy przecież w domu
bardzo zdolną szwaczkę.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Doskonale! --- zawołała Helenka. --- Ona winna papie za
lokal i tym sposobem najłatwiej spłaci.</akap_dialog>




<akap>Ojciec oburzył się i trzymając fajkę, jak król treflowy berło,
rzekł:</akap>



<akap_dialog>--- Nie lubię tego rodzaju rachunków. Szwaczka jest biedna i
musi żyć; pieniądze więc, które zarobi, oddasz jej do ręki, a
moją należność wyciśnie z niej sąd i komornik!...</akap_dialog>



<akap>Obie panny wybuchnęły śmiechem, co niesłychanie obraziło
Gwizdalskiego, który począł rzucać się i przysięgać, że za kilka
dni wtrąci szwaczkę do więzienia na całe życie. Uspokojono go
jednak, i narady posunęły się dalej.</akap>





<akap_dialog>--- Jakążbyś mi radziła suknię? --- zaczęła Helenka.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Jak to jaką? --- przerwał ojciec. --- Suknia powinna być
biała z przyzwoitym wcięciem.</akap_dialog>







<akap><begin id="b1358436213674-3101827490"/><motyw id="m1358436213674-3101827490">Moda</motyw>Panny znowu w śmiech, po czym zabrała głos Klimcia i poczęła
mówić obecnym o falbanach i wodach, bertach<pe><slowo_obce>berta</slowo_obce> (z fr. <slowo_obce>berthe</slowo_obce>) --- szeroka, koronkowa falbana otaczająca dekolt sukni wieczorowych.</pe> i baskinach<pe><slowo_obce>baskinia</slowo_obce> --- (z fr. <slowo_obce>basque</slowo_obce>) --- rodzaj gorsetu rozszerzonego wzdłuż wcięcia talii, nad udami.</pe>.
Tłumaczyła dalej znaczenie fartuszka i szarfy i bardzo stanowczo
domagała się, aby Helenka miała przy staniku bukiecik, a na
głowie niebieskie kwiaty.<end id="e1358436213674-3101827490"/></akap>





<akap>Stary z początku słuchał uważnie, w połowie jednak dyskursu
począł niespokojnie spoglądać na okno, a w chwili, gdy panna
Klementyna dotknęła kwestii bucików, zerwał się z fotelu i
ryknął:</akap>


<akap_dialog>--- On tam jest!... Słyszę go!...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Kto? Co?... --- spytały panny.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Cukiernik na podwórzu!... Damże ja mu teraz za moją
piwnicę!...</akap_dialog>



<akap>I z tymi słowy pobiegł na dół.</akap>



<akap>Dziewczęta, znając Gwizdalskiego, były zupełnie spokojne o
życie, zdrowie i droższy od obojga honor --- cukiernika. Nic więc
dziwnego, że Helenka głosem całkiem spokojnym spytała Klimci:</akap>



<akap_dialog>--- Cóż to, podobno zaangażowałaś pana Artura do pierwszego
kontredansa?</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Ja? --- odparła zdumiona Klimcia. --- Któż ci to
powiedział?...</akap_dialog>







<akap>Z fizjonomii<pe><slowo_obce>fizjonomia</slowo_obce> --- wyraz twarzy.</pe> przyjaciółki odgadła Helenka, że piękny Artur
skłamał. Odkrycie to zrobiło jej przykrość, pocieszyła się
jednak wkrótce, pomyślawszy, że zakochany młodzieniec użył
tej niewinnej mistyfikacji dla obudzenia w niej zazdrości.</akap>




<akap>Niebawem wrócił i pan Horacy. Przeprosił damy za
pozbawienie ich swego towarzystwa, doniósł im, że cukiernika
już na podwórzu nie zastał i poprzysiągł, że za kilka dni
rozpocznie przeciw niemu proces kryminalny za zajęcie, a
następnie włamanie się do piwnicy. Nadmienił także, że musi
naprawić rynnę od frontu, i że przy pierwszej sposobności wypędzi
stróża, zbiwszy go na kwaśne jabłko, do którego to aktu
przysposabiał już od lat dziesięciu swoją rodzinę i znajomych.</akap>






<naglowek_rozdzial>Rozdział IV, z którego okazuje się, na czym mianowicie polega szczęście człowieka.</naglowek_rozdzial>



<akap>Na facjatce<pe><slowo_obce>facjatka</slowo_obce> --- pomieszczenie na poddaszu z oknem na dachu.</pe> jednopiętrowej oficynki, należącej do srogiego
pana Horacjusza i stojącej naprzeciw jego okien, mieszkała
uboga szwaczka Zosia ze swym kanarkiem.</akap>



<akap>W kwadratowej izdebce, której sufitu dotykała głowa szwaczki,
stał żelazny piecyk do węgli, małe łóżeczko z Pociejowa, takiż
stolik, krzesło, kufer i trochę drobnych rupieci. Przy oknie,
ozdobionym pocerowaną, lecz czystą muślinową firanką, wisiał
kanarek w drewnianej klatce.</akap>




<akap>Zosia w 24-ym roku życia była już sierotą, choć przed sześciu
laty miała jeszcze matkę i czworo rodzeństwa. Cała ta rodzina,
na pozór przynajmniej, odznaczała się czerstwym zdrowiem,
ciążyło przecież na niej jakieś nieszczęście.</akap>




<akap>Jednego roku najstarszy brat przeziębił się, wpadł w galopujące
suchoty i umarł w ciągu kilku miesięcy. Za nim poszła matka,
kobieta w sile wieku. Później średniego brata rozszarpały koła
machiny w fabryce, wreszcie młodsza siostra umarła na
cholerę.</akap>




<akap>Pozostało ich tylko dwoje: Zosia i jej brat najmłodszy
--- Karol. Dziewczyna zastępowała mu matkę, oddała go do
terminu<pe><slowo_obce>termin</slowo_obce> (daw.) --- nauka u rzemieślnika.</pe>, opierała, karmiła, zachęcała do pracy, a wreszcie
wyzwoliła na czeladnika. Chłopak był dobry i kochał siostrę; toteż po wyzwolinach lepiej już nieco dziać im się poczęło na
świecie, gdy wtem --- Karol dostał tyfusu i we dwa tygodnie na
ręku siostry życie skończył.</akap>






<akap>Kobiety wielkiego świata, gdy im ktoś bliski sercu umrze, wylewają dużo łez, mdleją, a wreszcie stroją się żałobnie na
cześć nieboszczyka i przez czas oznaczony zachowują minę
bardzo uroczystą. Biedne te i tkliwe istoty zapatrują się na
śmierć z tak tragicznego stanowiska, że niechybnie same by
pomarły, lub przynajmniej powariowały, gdyby nie pocieszała
ich ta jedna myśl, iż im w czarnej sukni będzie do twarzy.</akap>




<akap>Biedna Zosia tylu pielęgnowała chorych, tyle sprawiła
pogrzebów, a wszystko ze swojej ciężkiej pracy, że już jej w
końcu łez i czarnych sukien zabrakło. Chodziła też, jak Bóg
dał, pracowała dni i noce, i dzięki tej metodzie odpędziła od
siebie zmorę rozpaczy.</akap>






<akap>Toteż kiedy promienie słońca, stopiwszy lód z okienka,
rozpierzchły się po kątach izby, kiedy ręczna maszyna Zosi
poczęła warczeć, a najedzony i napojony kanarek świstać,
dziewczyna zapominała o smutkach, nawet o świecie całym,
i zadowolona z życia, z głębi piersi śpiewała:</akap>



<dlugi_cytat><akap>,,W lasku Ida trzy boginie...!"</akap></dlugi_cytat>







<akap><begin id="b1358431743224-3330446963"/><motyw id="m1358431743224-3330446963">Bieda</motyw>O jakże płakać musiały cienie braci, siostry i matki, pilnujące
prawdopodobnie pokoiku Zosi, że duch wieku nie podsunął
osieroconej dziewczynie innych jakich piosenek! O jakże to
przykro pomyśleć, że ludzie, którzy dla żołądka mają tylko
chleb czarny, dla umysłu nie dostają nic, albo prawie nic, a dla
serca --- plewy z Offenbachowskiego<pe><slowo_obce>Offenbach, Jacques</slowo_obce> (1819--1880) --- kompozytor francuski, specjalizujący się w operetkach.</pe> wiatraka!</akap>




<akap>Wytężona praca pozwalała Zosi zarabiać rubla, a niekiedy i
dwa na dobę; mogła więc jeść dziewczyna co dzień gorące
kartofle, pić ciepłe mleko i... spłacać długi, przed rokiem i
dawniej zaciągnięte u Żydów.</akap>



<akap>Krótko mówiąc, życie Zosi było pasmem cierpień i poświęceń,
przenoszonych i dokonywanych z pogodną twarzą i niepospolitą
energią ducha. Uboga ta szwaczka mogłaby się nazywać niewiedzącym o godności swojej aniołem, gdyby... gdyby obok
tego nie była opuszczoną, ładną, a więc i grzeszną dziewczyną.
Nie myślimy się tu rozszerzać nad jej występkiem; powiemy
tylko, że kusiciel i wspólnik jej był młodzieńcem tyle wykwintnym,
ile nikczemnym, że równie jak ona, mieszkał w domu pana
Horacego i często składał mu wizyty.<end id="e1358431743224-3330446963"/></akap>



<akap>Zosia z okienka swego widziała niekiedy, jak elegant wbiegał
na schody gospodarza; wiedziała, że ten ma pieniądze i ładną
córkę. Wówczas zamyślała się, odkładała na bok robotę i
gorzko płakała.</akap>




<akap>We środę, około 11-ej z rana, Zosia, siedząc przy swej maszynie,
usłyszała jakieś ciężkie stąpania na schodach. Za chwilę w
wąskich i niskich drzwiach izby ukazał się stróż.</akap>




<akap>Zosia ścierpła, pomyślawszy o niezapłaconym komornem.</akap>


<akap_dialog>--- Panno! A jest tam panna? --- zaczął stróż.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Czego to chcecie, mój Józefie?</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Chcę, żeby panna poszła do roboty do naszej panienki.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Cóż to za robota?</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Jakaś tam suknia do balu! --- mruknął stróż.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Mój drogi Józefie! --- rzekła po namyśle szwaczka. --- Powiedzcie wy lepiej, że mnie nie ma!... Ja się waszego pana
bardzo boję...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O!... A to czego? On ino taki pyskaty, ale dobry człowiek
i jego bać się nie ma co.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Ale ja mam teraz pilną robotę, za którą mi zapłacą, a on jak
strąci za komorne, to i nic nie dostanę, choć mi na gwałt potrzeba
pieniędzy.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Ii... Bo to prawda! Tu rozmaici mieszkiwali, to zduny, to
stolarze; każdy był staremu cości winien, a on nikomu nie
strącał. To dobry chłop, ino z wierzchu jeżem odziany!</akap_dialog>





<akap>Dziewczyna objaśnień tych wysłuchała z radosnym zdziwieniem.
--- "Mój Boże! --- myślała --- jak to ludzi posądzać nie trzeba.
Stary niby to zły, jak pies, a tu stróż go chwali, który zna się
przecież na rzeczy!"</akap>










<akap>Po tym monologu ogarnęła się nieco i poszła do gospodarza.</akap>
<akap>Tam czekały ją same niespodzianki. Gniewliwy starzec
wyszedł z domu; zamiast niego zastała dwie ładne i wesołe
panny, tudzież miłego, sześcioletniego chłopczyka, przy drugim
śniadaniu. Panna Helena poczęstowała ją herbatą, panna
Klementyna pożartowała z nią, a mały Jaś dał jej buzi i krzesełko.</akap>



<akap>Po śniadaniu wzięto się do mierzenia i krajania. Zapytana
o cenę sukni, Zosia powiedziała 5 rubli, na co obie panny zgodziły
się bez wahania. Po czym proszono Zosię, aby uszyła suknię
na jutro przed wieczorem, a przyniosła do miary z rana. Potem
obie panny pożegnały ją bardzo uprzejmie, a grzeczny Jaś
pokazał jej gutaperczanego mężczyznę, który posiadał tę godną
uwagi własność, że ściśnięty za którąkolwiek część ciała wydawał
głos nieludzki.</akap>


<akap>Nad wyraz zachwycona szwaczka opuściła mieszkanie. Na
schodach jednak spotkała się z pewnym grubym, sapiącym
jegomością, który patrząc na nią krwawymi oczyma ryknął:</akap>
<akap>--- Ho! Ho!... To widzę moja lokatorka, która komornego nie
płaci? Za dwa dni wytoczę pannie proces, zniszczę, zrujnuję,
jak Pana Boga kocham!</akap>




<akap><begin id="b1358430095607-3946235241"/><motyw id="m1358430095607-3946235241">Nadzieja</motyw>Wypowiedziawszy tę straszną groźbę, tłuścioch poszedł na
górę, a Zosia pomyślała: --- ,,Krzycz ty sobie, staruchu, krzycz,
już ja cię teraz znam!... Poproszę panny Heleny, to mi będzie
dawać robotę i komorne mi sprolonguje<pe><slowo_obce>sprolongować</slowo_obce> --- odroczyć czas zobowiązania.</pe>, z pięciu rubli za sukienkę
oddam Żydom cztery, bo mnie strasznie szarpią, a za rubla
przez jakieś kilka dni będę żyła, jak wielka pani! Oj! potrzebnyś
mi, potrzebny, mój ty rubelku, bo dziś akurat ostatnie
dwadzieścia groszy wydam i jeść bym już co nie miała!"</akap>




<akap>Tak medytując, wróciła szwaczka, do swojej izdebki i z zapałem
wzięła się do roboty. Świeciło słońce przez lodem okryte szyby,
warczała maszyna, śpiewał kanarek --- i biedna dziewczyna czuła
się szczęśliwa. Zdawało się, że po ciasnym pokoiku chodzi
uśmiechnięta nadzieja, i wołając: ,,A kysz! A kysz!..."
--- nędzę, zmęczenie i troski zapędza do mysich jamek.</akap>

<akap>
Bądź błogosławiony, o Boże, któryś nam na plac wiekuistego
boju zesłał takie widziadło.</akap>






<naglowek_rozdzial>Rozdział V, w którym jest mowa o tym, co się śniło, i o tym, co
się nie śniło, pannie Helenie.</naglowek_rozdzial>





<akap>Całą środę Helenka miała leciutką gorączkę. Jeszcze póki
chodziła za sprawunkami, póki rozmawiała z Klimcią o balu,
było pół biedy; ale gdy nadszedł wieczór, przyjaciółka nasza
rozchorowała się na dobre.</akap>




<akap>Była to jednak tylko choroba imaginacji, a źródłem jej
--- oczekiwanie. Helence zatem nie groziło nawet najmniejsze
niebezpieczeństwo z wyjątkiem niewyspania się.</akap>



<akap>Z tym wszystkim Helenka około północy znalazła się w swym
łóżeczku i przymknęła oczy. Ale nie można było nawet myśleć
o spaniu. Niebieskie kwiaty, falbany, wody, berty i modestki
jej sukni mieszały się w głowie naszej przyjaciółki z dźwiękami
muzyki, z westchnieniami interesującego Artura i złorzeczeniami
popędliwego ojca.</akap>



<akap>Zmęczona Helenka wstała ostrożnie z łóżka i zbliżyła się do
okna. Po drugiej stronie podwórza zobaczyła na facjatce inne
okno, a na zamarzłych jego szybach jakiś cień, poruszający się
gwałtownie.</akap>



<akap>To biedna szwaczka szyła jej suknię balową. </akap>

<akap>
Była już trzecia nad ranem.</akap>

<akap>
Helenka po raz drugi próbowała zasnąć, tym razem dość
szczęśliwie. Śniło się jej, że w salonie z Hebesowiczów
Kukalskiej, wsparta na męskim ramieniu pięknego Artura,
tańczy walca. W sercu jej budzą się jakieś nieokreślone uczucia,
pod których wpływem ona i jej tancerz dokazują cudów
zręczności. Wobec tego zachwycającego widoku, najmłodsze i
najładniejsze panny siadają na kanapach, jak stare matrony,
młodzież bije brawo, muzyka gra, pan Horacy wylewa łzy i na
środku salonu błogosławi szczęśliwą parę.</akap>



<akap>Wybiła szósta. </akap>
<akap>Helenka ocknęła się, znowu pobiegła do okna i na szybach
facjatki znowu dostrzegła cień Zosi. Tym razem jednak cień
nie ruszał się; strudzona szwaczka spała i marzyła o tym, że
ją przyciska jakiś kamień straszliwie ciężki, spod którego
wydobyć się nie może!...</akap>



<akap>Około dziesiątej z rana suknia już tyle była wykończona,
że ją Zosia przyniosła do miary. Bez względu na pośpiech,
szwaczka zrobiła ją tak dobrze, że prócz kilku nic nie znaczących
poprawek, suknia była prawie gotowa.</akap>
<akap>Obsypana podziękowaniami, szwaczka wróciła do swej izdebki
kończyć robotę, Helenka zaś zajęła się ostatecznymi
przygotowaniami.</akap>



<akap>Czekało ją jednak straszne zmartwienie; tarlatan<pe><slowo_obce>tarlatan</slowo_obce> (z fr.) --- cienki, sztywno nakrochmalony muślin.</pe> bowiem,
szarfa, kwiaty i buciki pochłonęły całe 25 rubli, ofiarowane
przez ojca; na robotę zaś sukni, na rękawiczki i wachlarz,
trzeba było jeszcze co najmniej z dziesięć rubli.</akap>




<akap>Trudno się jednak było namyślać. Helenka więc poszła z
wielkim strachem do papy i prosiła go o powyższą kwotę.</akap>


<akap_dialog>--- A co? --- krzyknął starzec --- czy nie mówiłem, że ten głupi
bal zrujnuje mnie na wieki?... Rób, co chcesz, ale ja dziesięciu
rubli nie dam!</akap_dialog>






<akap>Helenka zrobiła to, czego nie chciała, a mianowicie poczęła
płakać. Zobaczywszy to, starzec wpadł we wściekłość i dał
jej pięć rubli, przysięgając na wszystkie świętości, że już ani
grosza nie dołoży.</akap>



<akap>Uszczęśliwiona zwycięstwem panienka, nie myśląc o tym, co
będzie później, pobiegła do miasta, i całe pięć rubli wydała na
wachlarz, rękawiczki i koronkę do berty.</akap>



<akap>Gdy wróciła ze sprawunkami, ojca w domu nie było, w godzinę
zaś potem szwaczka przyniosła gotową, idealnie piękną suknię.</akap>

<akap>
Helenka mierzy ją --- suknia jak ulana. Mimo to w sercu
panienki budzi się wielki niepokój. Skąd tu wziąć pieniędzy,
kiedy ojciec ani grosza już nie dołoży?...</akap>




<akap>A Zosia myśli sobie tymczasem: --- ,,Jak to dobrze, żem całą
noc siedziała! Dostanę za to pięć rubli, uspokoję trochę Żydów
i sama kupię sobie co zjeść, bom głodna, jak nieboskie
stworzenie!"</akap>



<akap>Helenka suknię przymierzyła, zdjęła, powiesiła, ale o zapłacie
mówić nic nie śmie. Na domiar niedoli słychać na schodach
kroki ojca i dzwonek w przedpokoju.</akap>



<akap>Okoliczność ta nasunęła Helence myśl fatalną, nie wahając
się więc, rzekła prędko:</akap>
<akap>--- Należność pani za robotę strącimy z komornego!...</akap>
<akap>Usłyszawszy te słowa, szwaczka stanęła jak piorunem rażona;
jeżeli nie pobladła, to dlatego tylko, że skutkiem bezsenności
i głodu była już blada, jak śmierć.</akap>





<akap>Tymczasem do przedpokoju wszedł pan Horacy w najgorszym humorze i krzyknął:</akap>
<akap>--- Ten łotr znowu piasek wali do mojej piwnicy!... Sprocesuję,
zrujnuję, zniszczę, jak Pana Boga kocham. Raz już muszę im
pokazać, kto tu rządzi... raz już muszę się załatwić z tymi
lokatorami, co mi życie zatruwają i komornego nie płacą!</akap>
<akap>Z tymi słowy starzec przebiegł przez pokój, nie patrząc ani na
córkę, ani na szwaczkę, ani na suknię...</akap>





<akap>Przerażona i rozżalona Zosia szybko pobiegła do siebie, nie
pożegnawszy się nawet z Helenką.</akap>
<akap>Stanąwszy w swej izdebce, odwróciła się do okna, i grożąc
pięścią, wyszeptała:</akap>
<akap>--- O wy!... Oszukaliście mnie I... Póki suknia nie była
gotowa, częstowaliście herbatą, a dziś ta lalka nawet gadać z
człowiekiem nie chce, a stary rzuca się, jak wściekły...</akap>
<akap>Mówiła to bez płaczu, głosem drżącym z gniewu. Potem
stanęła jak posąg, a wreszcie ożywiona straszną myślą, z
gorączkowym pośpiechem przystąpiła do jakichś tajemniczych
przygotowań.</akap>







<akap>Naprzód tedy, na arkuszu papieru napisała dużymi literami
list i zostawiła go na stole.</akap>
<akap>Potem zamknęła drzwi na klucz i nakładła pełen piecyk węgli
kamiennych.</akap>





<akap>Potem podpaliła węgle, zasunęła luft, zupełnie jak w starych
romansach francuskich, a w końcu uklękła przy swym łóżeczku.</akap>
<akap>Niebawem ciężki, duszny, przesiąkły odorem siarki, dym
począł zapełniać izbę.</akap>
<akap>Na dworze zapadał już mrok.</akap>









<naglowek_rozdzial>Rozdział VI, z którego okazuje się, jak na dłoni, że chłop strzela, a Pan
Bóg kule nosi.</naglowek_rozdzial>



<akap>Po odejściu szwaczki Helenka uczuła się bardzo niezadowolona;
nad przyczynami jednak tego moralnego niesmaku nie
zastanawiała się, bo i, co prawda, nie miała czasu.</akap>



<akap>Trzeba było z szafy i komody powydobywać masę szczegółów,
należących do toalety damskiej i uczesać włosy, na co przecież
kilka godzin nie jest za dużo.</akap>



<akap>Czytelnicy mogliby mieć do nas słuszną pretensję, gdybyśmy
nie dodali w tym miejscu, że Helence przy czesaniu pomagała
pewna bardzo dojrzała panienka, i że z jej porady przyjaciółka
nasza w przeddzień zwinęła sobie papiloty. Wszystkim wiadomo,
że rozkręcanie i układanie loków należy do najprzyjemniejszych
zajęć młodej osoby; lecz i ta rozkosz nie zdołała stłumić w sercu
Helenki jakiegoś niewyraźnego a złowrogiego głosu, który
przypominał jej ciągle, że wbrew słuszności i woli ojca, nie
zapłaciła biednej szwaczce.</akap>



<akap>Około ósmej, Helenka była już w połowie ubrana. Ponieważ
zaś ojciec chodził po pokoju z miną bardzo zasępioną i na pytania
nie odpowiadał, nasza więc przyjaciółka udała się do garderoby,
celem obejrzenia po raz setny pięknej swojej sukienki.</akap>




<akap>Wtem:</akap>




<akap_dialog>--- O Boże! --- krzyknęła biedna panienka i o mało nie rzuciła
świecy na ziemię.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kto mi to zrobił! Kto mi to zrobił!?..</akap_dialog>






<akap_dialog>--- To ja, Helciu! To ja!... --- szepnął w tej chwili zapłakany
Jaś, wychodząc z pod kanapy, a potem dodał łkając: --- Już mnie teraz Helcia pewnie nigdy kochać nie będzie!</akap_dialog>






<akap>W głosie i twarzy chłopczyka było tyle głębokiego smutku,
tyle żalu, tyle łez, że dobra siostra, na pół śmiejąc się, a na pół
płacząc, schwyciła go na ręce, okryła pocałunkami i najserdeczniej
starała się uspokoić.</akap>



<akap>Był to bardzo piękny widok miłości rodzinnej! Szkoda tylko,
że jedynym jego świadkiem była biała balowa suknia Helenki,
obficie oblana atramentem!</akap>



<akap>Tak jest, nie mylę się, niestety!... Mały Jaś, którego siostra
uczyła stawiać kreski, znudzony tym, że dziś nikt się nim nie
zajmuje, uciekł do garderoby z zamiarem pisania, i mimochodem
splamił suknię swej ukochanej nauczycielki.</akap>





<akap>Tymczasem pan Horacy Gwizdalski, zirytowany do wysokiego
stopnia tym, że go na bal wyciągają, chodził sobie po swym
gabinecie i palił fajkę, błagając niebios, aby ktoś z szanownej
rodziny Kukalskich nagle zachorował, i tym sposobem, jego,
Gwizdalskiego, od nieznośnej frakowej pańszczyzny uwolnił.</akap>



<akap>Od tych ponurych rozmyślań odwrócił jego uwagę jakiś hałas
na podwórzu. Już starzec miał ochotę zbadać osobiście powód
zgiełku, gdy wtem skrzypnęły drzwi gabinetu i ukazał się w
nich... zgadnijcie kto? Oto cukiernik!...</akap>



<akap>Pan Horacy stał się fioletowy, lecz milczał.</akap>


<akap_dialog>--- Panie! --- rzekł cukiernik z miną człowieka, który nigdy
do cudzych piwnic piasku nie sypał --- Panie, szwaczka Zosia
udusiła się czadem!...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Co? Co? --- krzyknął pan Horacy.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Tak, panie! --- powtórzył cukiernik --- a co gorsza, zostawiła
ten oto list, który, gdyby wpadł w ręce niewłaściwe, mógłby
pana skompromitować...</akap_dialog>





<akap>To mówiąc, oddał drżącemu Gwizdalskiemu arkusz papieru,
zapisany ołówkiem, i wychodząc, dorzucił:</akap>





<akap_dialog>--- Idę do tej biednej dziewczyny, może uda się ją uratować!...</akap_dialog>





<akap>Lecz starzec nie słyszał już tego, zajęty odczytywaniem listu,
który obok błędów ortograficznych, zawierał co następuje:</akap>






<dlugi_cytat><akap>,,Bardzo mi źle jest między ludźmi, i muszę iść do swoich kochanych
umarłych...</akap>
<akap>Niech Pan Bóg przebaczy córce gospodarza, która mi kochanka
odebrała i jeszcze nie zapłaciła za moją krwawą pracę, tak że żyjąc dłużej,
włożyćbym co w gębę nie miała.</akap>
<akap>Mego kochanka Artura zaklinam na miłość naszą, aby mi powiesił
na szyi ten złoty krzyżyk, co to wziął do naprawy. Niech sobie też schowa
na pamiątkę ten złoty pierścionek, co go wziął przez żart.</akap>
<akap>Ty, matko moja, i ty siostro, i wy bracia, proście Boga, aby mi dał
lekkie skonanie i na tamtym świecie razem z wami pomieścił...
Zofia..."</akap></dlugi_cytat>



<akap>Przeczytawszy to, pan Horacy upadł na fotel i parę minut
siedział nieruchomy. Potem słabym głosem zawołał do siebie
Helenkę.</akap>



<akap>Gdy weszła, podał jej list i kazał przeczytać.</akap>
<akap>
Zrozumiawszy o co chodzi, Helenka z jękiem upadła do nóg
ojcu. Potem poczęli się całować, i przez kilka chwil słychać
było tylko stłumione szlochanie obojga.</akap>


<akap>Uspokoiwszy się nieco, starzec rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Straszny to cios dla mnie, ale przyjmuję go z pokorą. Oboje
ciężko zawiniliśmy wobec Boga i ludzi, i kara nas nie minie...</akap_dialog>





<akap>W tej chwili w dalszych pokojach usłyszano jakiś hałas. Pan
Horacy poznał głos cukiernika, który wołał:</akap>





<akap_dialog>--- Ocucili ją! Ocucili!... Żyje!... Żyje!...</akap_dialog>





<akap>Starzec zerwał się na równe nogi i wybiegł, wołając:</akap>





<akap_dialog>--- Przynieście ją do mnie!... Tu... Ona tu już zostanie,
wynagrodzę jej wszystko! ...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- A panu Bóg wynagrodzi! --- odpowiedział cukiernik.</akap_dialog>





<akap>W kwadrans potem kilku dobrze zbudowanych ludzi przyniosło
osłabioną, lecz żywą jeszcze Zosię. Na rozkaz starca położono
ją w pokoju Helenki i wezwano aż trzech lekarzy.</akap> <akap>Lekarze obejrzeli chorą i zapewnili, że już żadne niebezpieczeństwo jej nie grozi. Starania dokazały tego, że dziewczyna
otworzyła oczy i szepnęła:</akap>





<akap_dialog>--- Gdzie mój kanarek?</akap_dialog>





<akap>Na pytanie to, stróż przyniósł klatkę, w której mały ptaszek
leżał nieżywy, z otwartym dziobem i skurczonymi łapkami.
Biedna Zosia gorzko zapłakała...</akap>






<akap>Około 10-ej, kiedy Zosia usnęła, starzec począł się z córką
naradzać o jej przyszłości. Postanowiono, że sierota zamieszka
u nich.</akap>


<akap>Rozmowę tę przerwał turkot karety na podwórzu, po czym
niebawem ukazał się w pokoju wyfrakowany, wyperfumowany
i uczesany jak nigdy --- Artur.</akap>



<akap>Helenka uciekła, a elegant odezwał się wesoło:</akap>


<akap_dialog>--- Cóż to za lekceważenie dobrego tonu! Już po dziesiątej,
a pan jeszcze w szlafroku?... Przyjechałem po państwa moją
karetą...</akap_dialog>






<akap>Pan Horacy tymczasem wstał z fotelu, wziął pięknego
młodzieńca za kołnierz i wyprowadził...</akap>


<akap_dialog>--- Pan mi ubliżasz! --- wołał młodzian.</akap_dialog>



<akap>W tej chwili Helenka usłyszała jakiś potężny łoskot na schodach.</akap>








<naglowek_rozdzial>Rozdział VII,
w którym pan Horacy wypowiada sens moralny.</naglowek_rozdzial>




<akap>Gdy zmęczony nieco ojciec wrócił, córka uściskała go i rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Dziękuję ci papo!</akap_dialog>



<akap>A pan Horacy odparł:</akap>



<akap_dialog>--- Pamiętaj, moje dziecko, zawsze unikać mężczyzn młodych,
nie mających określonego zajęcia. Nie zapominaj też, że lepiej
sto balów opuścić, aniżeli skrzywdzić jednego ubogiego.</akap_dialog>





</opowiadanie>
</utwor>