<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/prus-powiastki-cmentarne/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Prus, Bolesław</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Powiastki cmentarne</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Agnieszka</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Rawska, Aneta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pozytywizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Nowela</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów Doroty Kowalskiej.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/prus-powiastki-cmentarne</dc:identifier.url>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Bolesław Prus, Nowele Warszawskie, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Londyn 1946</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Bolesław Prus zm. 1912</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1983</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2013-01-10</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/dynamic/cover/image/2106.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Wheeee!, Kuba Bożanowski@Flickr, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/2106</dc:relation.coverImage.source>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/prus-powiastki-cmentarne.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0752-5</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/prus-powiastki-cmentarne.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1731-9</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/prus-powiastki-cmentarne.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2686-1</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/prus-powiastki-cmentarne.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3748-5</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/prus-powiastki-cmentarne.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4834-4</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<category.thema.main>FS.WL-N</category.thema.main>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MN</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>




<opowiadanie>

<abstrakt>
<akap>Trzech prawników spotkało się w ogrodzie pewnej cukierni, by porozmawiać o różnych sprawach niezwiązanych z codzienną pracą.</akap>


 
<akap>Okazało się, że mają w zanadrzu bardzo ciekawe opowieści o uczuciach, a także wspomnienia z młodości i... straszne historie. Wygłoszeniu tych ostatnich sprzyjały zwłaszcza kolejne szklaneczki ponczu wypijane przez mężczyzn. Wynurzywszy się z kodeksów i uciekłszy od sądów, panowie opowiadają sobie historie o młodzieńczych popisach na cmentarzu, tajemniczych kobietach w szpitalu oraz samobójcach nękanych przez demony przeszłości.</akap>


 
<akap>Nowela Bolesława Prusa <tytul_dziela>Powiastki cmentarne</tytul_dziela> to interesujące dzieło w klimacie strasznych historii opowiadanych nocą w blasku dogasającego ogniska. <tytul_dziela>Powiastki cmentarne</tytul_dziela> zostały po raz pierwszy opublikowane w 1875 roku w ,,Kurierze Warszawskim". Przytaczne historie pokazują jednak problemy, z którymi mierzyli się ludzie XIX wieku --- ale czy rzeczywiście byli tak bardzo inni niż my?</akap>


</abstrakt>

<nota_red><akap>Wprowadzono:</akap>
<akap>- pisownię łączną i rozdzielną, np.: to też -> toteż; dziśbym -> dziś bym; </akap>
<akap>Inne zmiany:</akap>
<akap>- usunięto przecinki przed pauzami w partiach dialogowych</akap>
<akap> ex-lokaj -> eks-lokaj</akap>
<akap>pisownia małą litera: siostra, szarytka</akap>
</nota_red>



<autor_utworu>Bolesław Prus</autor_utworu>





<nazwa_utworu>Powiastki cmentarne</nazwa_utworu>





<naglowek_rozdzial>I. Opowiadanie autora</naglowek_rozdzial>







<akap>Rzecz dzieje się pod werendą<pe><slowo_obce>werenda</slowo_obce> --- dziś popr.: weranda.</pe> pewnej cukierni w ogrodzie...</akap>


<akap>...Wieczór letni, słońce idzie już spać i mówi dobranoc
gwiazdom, które tu i owdzie wyglądają z przepaści błękitu, niby
kąpiące się dziewice z gęstwin tataraku, dokąd zapędziły je
zuchwałe spojrzenia nieskromnego, lecz ognistego chłopca.</akap>


<akap>Balsamiczna woń ogrodu miesza się z dymem tytoniu,
wyziewami kawy i herbaty i pyłem, wznieconym przez damskie
suknie. Szmer liści przedwcześnie zgrzybiałych drzewek i kaskada
słowiczego śpiewu walczą o lepsze z szelestem wykrochmalonych
ogonów<pe><slowo_obce>ogon</slowo_obce> --- tren, pas materiału ciągnący się za suknią po ziemi.</pe>, brzękiem łyżeczek, basowymi głosami gości i dyszkantem<pe><slowo_obce>dyszkant</slowo_obce> --- wysoki głos chłopięcy.</pe>
krótko ostrzyżonych, lecz nie dość krótko utrzymywanych
chłopców.</akap>


<akap>Od kilku godzin, przed zmieniającymi się dość często szklankami
ponczu<pe><slowo_obce>poncz</slowo_obce> --- gorący napój alkoholowy z herbatą.</pe>, siedzą trzy indywidua z linii obrończej. Jedno z nich
jest patronem<pe><slowo_obce>patron</slowo_obce> --- prawnik nadzorujący pracę aplikanta.</pe>, drugie adwokatem, trzecie mecenasem.</akap>


<akap>Panowie ci o godzinie piątej mówili o tym, że dni są gorące,
o szóstej przeszli do reform sądowych, o siódmej do polityki,
o ósmej do piękności natury, przy czym jednomyślnie zgodzili
się, że widok księżyca w pełni pozostanie na zawsze piękny.</akap>


<akap><begin id="b1361437477587-64139147"/><motyw id="m1361437477587-64139147">Noc</motyw>Gdy słońce zaszło, na ulicach zapłonął gaz, a każdy z obecnych
powitał szóstą z kolei szklankę ponczu, gdy w dodatku księżyc
ukazał się na firmamencie<pe><slowo_obce>firmament</slowo_obce> (z łac.) --- sklepienie niebieskie.</pe> --- wówczas lodowata skorupa
wzajemnej nieufności poczęła topnieć. Trzej juryści<pe><slowo_obce>jurysta</slowo_obce> (daw.) --- prawnik.</pe> dostrzegli,
że w piersiach ich, obok kodeksu cywilnego i kryminalnego,
istnieją jeszcze serca, poczęli rozmawiać o miłości i o dawno
ubiegłych młodzieńczej swobody latach...</akap>


<akap>Potem nastało milczenie...</akap>


<akap>Potem niebo okryło się gwiazdami, niby złotym makiem, a
słowiki w różnych stronach ogrodu śpiewały tak, jak śpiewać
umieją tylko zakochane słowiki...<end id="e1361437477587-64139147"/></akap>


<akap>Potem dusze prawników wypełniły się wspomnieniami, jakąś
nieokreśloną melancholią, jakimś uczuciem potrzeby wylania się..</akap>


<akap>Potem wniesiono nowe szklanki ponczu i zaczęły się opowieści.</akap>




<naglowek_rozdzial>II. Opowiadanie patrona</naglowek_rozdzial>







<akap_dialog>--- Mówię wam, panie dobrodzieju, że w naturze jest coś!...
--- rzekł patron.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może być! --- dorzucił krótko mecenas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O jest i nie jedno!... Woda, arak, cukier na przykład...
--- zakończył adwokat.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1361438462935-656230864"/><motyw id="m1361438462935-656230864">Tajemnica</motyw>--- Kolego! --- upomniał go patron --- kolego... Znałem
ja takich, którzy wyśmiewali wszystko, byli zdecydowani na
wszystko i w końcu, panie dobrodzieju, zbankrutowali na czysto! W naturze jest coś i w duszy ludzkiej także coś. Nie drwijcie
z tej struny tajemniczej, bo jak wam, panie dobrodzieju,
pęknie!...<end id="e1361438462935-656230864"/></akap_dialog>





<akap>Patron zabębnił w stół palcami, skosztował odrobinę ponczu
i zamyślił się. Młody adwokat z lekkim uśmiechem spojrzał
na mecenasa, lecz dostrzegłszy w twarzy jego chłód
dyplomatyczny, spuścił oczy i słuchał.</akap>


<akap_dialog>--- W szkołach jeszcze --- prawił podtatusiały obrońca ---
kolegowałem z niejakim Stefanem... Kochaliśmy się bardzo. Kiedy profesor wykładał lekcję, a nasi towarzysze sensaci<pe><slowo_obce>sensat</slowo_obce> (daw.) --- człowiek przesadnie poważny.</pe>
czytywali romanse, my obaj rżnęliśmy w diabełka, albo pod
ławką spaliśmy na jednym płaszczu.</akap_dialog>





<akap>Chłopak ten miał wielki spryt. Toteż kiedy jedni utrzymywali
się z lekcji, drudzy z przepisywania, inni nawet z czyszczenia
butów profesorom, on opłacał mundur i stancję swoim dowcipem<pe><slowo_obce>dowcip</slowo_obce> (daw.) --- rozum.</pe>,
bo ojciec, co prawda, oprócz starych, panie dobrodzieju, szopów
i wolteriańskich zasad nic mu nie zostawił.</akap>


<akap>Nawiasem wspomnę, że Stefanek, nie kto inny, wynalazł
loterię na rubla. Rozpisywał sto biletów po pięć groszy, losował,
i --- wygrywającemu oddawał rubla, a sam chował półtora. Chcieli go tam inni naśladować w tej sztuce, ale chłopak miał
pięść, panie dobrodzieju, twardą i przy monopolu utrzymał się.</akap>





<akap>Mnie osobiście najwięcej imponował odwagą. W naszych
czasach człowiek w dwudziestym roku życia nie bawił się w filozofię,
ale jak i jego ojcowie w karty grał, czasem wypił, jeżeli co było,
za dziewczętami, panie dobrodzieju, latał jak kot z pęcherzem,
a dla strachów poszanowanie miał wielkie. Stefan zaś, o ile w
hulatyce trzymał prym<pe><slowo_obce>prym</slowo_obce> (daw.) --- pierwszeństwo.</pe>, o tyle kpił sobie z żywych i umarłych,
tak jak na przykład nasz kochany adwokat, co zresztą kryminału
jeszcze nie stanowi.</akap>


<akap>Jednego dnia, jakoś w czasie egzaminów, zeszło się nas kilku
na mojej stancji, gdzieśmy mieli pokoik pod strychem do nauki. W dzień jeszcześmy tam miętosili trochę książczyny, ale jak
nadszedł wieczór ciepły, widny, taki, panie dobrodzieju,
pociągający do złego... Odleciały, powiadam wam, książki w
kąt! Każdy czuł, że trzeba dziś zrobić jakieś głupstwo, ponieważ
jednak na to, co by nam się podobało, pieniędzy nie mieliśmy,
ktoś zatem szepnął, aby iść na cmentarz...</akap>





<akap>W tym punkcie opowiadania mecenas zauważył, że wieczór
robi się chłodny, uwagę tę potwierdzili dwaj inni, skutkiem czego
na stole ukazały się nowe szklanki ponczu.</akap>


<akap_dialog>--- No, ale może was nudzi to opowiadanie? --- spytał nagle
patron.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bynajmniej! Gdzież znowu!... --- zaprzeczyli słuchacze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha! Jeżeli tak, panie dobrodzieju, to słuchajcie dalszego
ciągu.</akap_dialog>


<akap>W stancyjce było nas ośmiu, lecz wyszło nas tylko siedmiu,
potem na mieście zrobiło się sześciu, a na rogatce zostało tylko
pięciu. Ile pamiętam, kpinkowaliśmy<pe><slowo_obce>kpinkować</slowo_obce> (daw.) --- żartować, pokpiwać.</pe> sobie całą drogę, stopniowo
jednak gardła nam jakoś chrypły, dowcip zakulał na powagę, a
u wrót cmentarnych skończyło się na tym, że wszyscy, z
wyjątkiem pogwizdującego Stefana, zdjęliśmy, panie dobrodzieju,
czapeczki, i przeżegnali się z większą, niż kiedykolwiek,
pobożnością.</akap>


<akap><begin id="b1361438999762-170941421"/><motyw id="m1361438999762-170941421">Alkohol</motyw>Szanowny mówca, zapewne dla nadania dźwięczności swemu
głosowi, coraz częściej podnosił szklankę do ust, choć, jako
człowiek wstrzemięźliwy, niewiele połykał od razu.<end id="e1361438999762-170941421"/></akap>


<akap_dialog>--- Kiedyśmy się znaleźli za cmentarnym murem, rzetelnie
powiadam wam, że nam w pierwszym momencie tchu, panie
dobrodzieju, zabrakło. Cmentarz zupełnie inaczej wygląda w
dzień, a inaczej w nocy...</akap_dialog>


<akap>Księżyc jakoś wtedy nie świecił, wiatr wiał... Kiedyśmy
jeszcze szli prędko naprzód i każdy o własnym strachu myślał,
było jako tako; ale kiedyśmy się już znaleźli na środku...</akap>


<akap>Patron znowu łyknął ogrzewającego likworu<pe><slowo_obce>likwor</slowo_obce> (daw.) --- napój alkoholowy.</pe>.</akap>


<akap_dialog>--- Cmentarz w porze nocnej, powiadam wam, to nie chychy!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1361439049856-440842459"/><motyw id="m1361439049856-440842459">Cmentarz</motyw>Przed tobą groby, za tobą groby, na prawo i na lewo także
groby, pod tobą resztki, panie dobrodzieju, ludzkie, a nad tobą
być może rój duchów... Ten krzyż pokazuje ci, że pod nim
leży, panie dobrodzieju, umarły, ten kamień, zdaje ci się, że
przyciska nieboszczyka, który inaczej wychyliłby, panie
dobrodzieju, na świat głowę; te drzewa i krzaki, wykarmione
krwią i ciałem, pochylają się tak, jakby ci w oczy, panie
dobrodzieju, spojrzeć, lub do ucha szepnąć coś chciały...<end id="e1361439049856-440842459"/></akap>


<akap>Patrząc na garbate mogiły, przypomniałem sobie kretowiska
na łąkach. Co będzie, pomyślałem, jeżeli się kopce te poruszą,
panie dobrodzieju, rozpadną i jeżeli uwolnieni z grobów, panie
dobrodzieju, nieboszczykowie tłumem pędzić poczną około nas,
uciekając z tych, panie dobrodzieju, miejsc strasznych, do
których my, dzieciaki głupie, przyszliśmy samochcący?...</akap>


<akap>Mówiąc to, szanowny patron był widocznie nie tylko głębiej
wzruszony od obu swoich towarzyszów, ale nawet od wszystkich
razem spacerujących w Saskim Ogrodzie.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1361439084767-1787758630"/><motyw id="m1361439084767-1787758630">Śmierć</motyw>--- W tej chwili --- ciągnął obrońca --- dzika myśl przemknęła
mi przez głowę. Przypomniałem sobie, że ja mam szkielet i moi
koledzy mają także szkielety, że cały ten piękny świat jest
niczym więcej, tylko pokrywką, z poza której wyszczerza, panie
dobrodzieju, zęby śmierć obrzydliwa.<end id="e1361439084767-1787758630"/></akap_dialog>


<akap>Powiadam wam, myśli te tak mi zamąciły w głowie, że pod
słowem, zwariowałbym niechybnie, gdybym w tej chwili jakiś
oryginalny szelest usłyszał. Na szczęście oprócz jednostajnego
szumu liści i krakowiaków, wygwizdywanych przez Stefana,
nie było słychać nic...</akap>


<akap>Gdyśmy nieco z wrażenia ochłonęli, odezwał się jeden, już
nie pamiętam który:</akap>


<akap_dialog>---,,Więc ty, Stefek, naprawdę się nie boisz, czy tylko tak
miną, panie dobrodzieju, nadrabiasz?"</akap_dialog>


<akap_dialog>---,,Cha! Cha! Cha! Jak się masz głupi! --- krzyknął Stefan. --- Ja się boję?... Jeżeli chcecie, to wam zaraz trupią, panie
dobrodzieju, głowę wykopię..."</akap_dialog>





<akap_dialog>---,,I ja bym to potrafił!" --- szepnął któryś.</akap_dialog>


<akap>Stefan zakipiał z rozdrażnienia.</akap>


<akap_dialog>---,,No, słuchajcie! Ja zrobię to, czego żaden z was nie
potrafi... Oto przyniosę wam ten krzyż spróchniały, około
którego przechodziliśmy."</akap_dialog>


<akap_dialog>---,,Zgoda!"</akap_dialog>


<akap>Krzyż ów, porosły mchem i opleciony, panie dobrodzieju,
bluszczem, stał o kilkaset kroków, pośród gąszczu, do którego
żaden z nas pojedyńczo nie poszedłby za neapolitańskie sumy<pe><slowo_obce>neapolitańskie sumy</slowo_obce> --- 430 tys. dukatów pożyczonych królowi hiszpańskiemu Filipowi II przez polską królową Bonę; po śmierci królowej pieniędzy nie udało się odzyskać.</pe>. Stefan jednak ani się zawahał; pobiegł śmiało naprzód, a my
tymczasem usiedliśmy na mogiłce.</akap>





<akap>Dziś jeszcze słyszę szelest jego kroków i klątwy, jakie rzucał,
potykając się o groby. Drżałem jak listek, zdawało mi się, że Stefanowi ktoś drogę zastępuje, albo znowu, że nieboszczyk,
którego przysiedliśmy, chce kościstymi i z mięsa obranymi
palcami uszczypnąć mnie, panie dobrodzieju, w łydkę...</akap>





<akap>Brru...</akap>


<akap>Nagle ucichły kroki Stefana, a w mojej piersi dech... Słucham, coś puka: łup! łup! łup!... --- to tak pulsa biją
mi w głowie. Wreszcie i pulsa bić przestały, a wtedy rozległ
się na cmentarzu suchy, przeciągły trzask, którego nawet przy
śmierci nie zapomnę...</akap>





<akap>To Stefan złamał krzyżyk nadpróchniały i ciągnął ge z wielkim
hałasem po zagonach grobów.</akap>


<akap>Pobiegliśmy naprzeciw. Tamci winszowali Stefanowi odwagi,
a ja tymczasem obejrzałem złamaną figurę. Drzewo było
sczerniałe i miękkie, a na nim blacha zardzewiała, na której z
trudnością przeczytałem:</akap>


<dlugi_cytat><akap>Maryja...</akap>


<akap>... t 17...</akap>


<akap>... stchnie...</akap>


<akap>... Boga.</akap></dlugi_cytat>


<akap>W kwadrans potem byliśmy już przy rogatce...</akap>


<akap>Patron umilkł, a mecenas odezwał się:</akap>


<akap_dialog>--- W opowiadaniu tym uważam jakiś brak. Spodziewałem
się, że będzie ono cudowne, tymczasem zaś nie widzę tego...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przypominam koledze --- odparł patron --- żem ja co innego
miał na myśli. Chciałem po prostu naszemu koledze adwokatowi
dowieść, że ludzie zdecydowani na wszystko stają się niekiedy
moralnymi bankrutami...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc ma być dokończenie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumie się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A zatem słuchamy. Chłopcze! Daj-no jeszcze trzy szklanki
ponczu...</akap_dialog>

<sekcja_asterysk/>


<akap_dialog>--- Od owej nocy --- ciągnął patron --- Stefan zmienił się, jakby
nie... ten sam. Nie powiem, broń Boże, aby mniej pił, albo
mniej w karty grał; owszem, robił to częściej i w porcjach
większych. Zmiana jednak była gorsza: z odważnego bowiem
zrobił się (jakby siekierą ciął) tchórzliwy, sam spać w jednym
pokoju nie mógł i często zrywał się przez sen, wrzeszcząc:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- ,,Maniu! Maniu!..."</akap_dialog>


<akap>W parę miesięcy później dowiedzieliśmy się, że owa Mania
była jedną z pierwszych ofiar jego, że się tak wyrażę,
niepowściągliwości, i że przed trzema laty zmarła.</akap>


<akap_dialog>--- W tym miejscu --- przerwał adwokat --- pozwolę zrobić
sobie uwagę, żeś kolega miał porządnych przyjaciół!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niczego, panie dobrodzieju, niczego! --- odparł patron i
mówił dalej.</akap_dialog>


<akap>Upłynęło lat kilka.</akap>


<akap>Byłem już wtedy tym, czym jestem do dziś dnia, czyli patronem,
i konkurowałem o moją pierwszą nieodżałowanej pamięci
małżonkę; lecz choć stołowałem się u jej rodziców, kiedy niekiedy
jednak zaglądałem do starych znajomych.</akap>


<akap>Pewnego wieczoru zaszedłem do jednej lichej kawiarenki, w
której nie byłem już od półtora roku. Wchodzę, patrzę, dziewczęta
te same, choć podstarzały się, ściany te same, choć poczerniały
bardziej, i kanarek ten sam, choć mu ogon, panie dobrodzieju,
kot urwał...</akap>


<akap>Wchodzę, witam się, i one się witają; mówię: --- ,,Dajcie
kawy!" --- dają kawy; siadam na krześle i gapię się po ludziach.</akap>


<akap>Eh! Panie dobrodzieju, jakże ten świat zmienia się powoli! Goście ci sami, a choć przybyło kilku nowych, za to trzech
starych umarło, a jeden się ożenił. Ubiory te same, rozmowy
te same, a nawet i te same fajki, bo wówczas papierosów nie
używano.</akap>





<akap>Już chciałem knajpinę opuścić, kiedy nagle weszło do niej
dwu grajków: jeden mały i pękaty z fletrowersem<pe><slowo_obce>fletrowers</slowo_obce> --- rodzaj fletu poprzecznego.</pe>, drugi wysoki,
czerwony i zarosły ze skrzypcami...</akap>


<akap>Siadają... Grają... Tfy! Do kaduka, a toż ten skrzypek
wykapany Stefan!</akap>


<akap>Podchodzę, on sam! --- ,,Jak się masz... --- Jak się
masz..." ---,,Co robisz?" --- ,,Jestem grajkiem. A ty
co?... ---,,Jestem patronem." Od słowa, panie dobrodzieju,
do słowa, kupiłem kawy, wódki, którą pasjami lubił, i dla
oporządzenia, jako dawnego przyjaciela, wziąłem do siebie na noc.</akap>


<akap>Posłałem mu na kanapie, dałem koszulę i parę innych rzeczy... Gadaliśmy może do pierwszej, a potem dalejże spać, panie
dobrodzieju, aż do śniadania...</akap>


<akap>Ledwiem się zdrzemnął, słyszę krzyk:</akap>


<akap_dialog>---,,Maniu!... Panie dobrodzieju... Maniu! Twój
krzyż!... Nie wiedziałem! Nie wiedziałem!"</akap_dialog>


<akap>Zrywam się na równe nogi, zapalam światło... Patrzę, Stefan siedzi na łóżku, z oczyma w słup, z pięściami zaciśniętymi,
i ciągle jedno w kółko powtarza...</akap>





<akap>Nimem go dotrzeźwił, ranek nadszedł, a gdy na drugi dzień
odprowadziłem go na Powiśle do domu, w którym mieszkał
razem z pękatym fletrowersistą, ten na moje pytania krótko
mi odpowiedział:</akap>


<akap_dialog>---,,Co pan chcesz, to człowiek, panie dobrodzieju,
nieprzytomny! W dzień dlatego, że pije, w nocy dlatego, że
go prześladuje jakaś Mania, którą nie tylko, że o śmierć
przyprawił, ale jeszcze krzyż jej z grobu ukradł!..."</akap_dialog>


<akap>Powiedziawszy to, patron wychylił szklankę do dna i umilkł.</akap>


<akap>Dwaj jego słuchacze byli głęboko wzruszeni: adwokatowi
melancholijnie błyszczały oczy, a zimny mecenas miał na obu
policzkach ciemnoamarantowe plamy.</akap>


<akap_dialog>--- Dziwna rzecz! --- zaczął mecenas. --- Świat ten niby jest
budowany po prostu. Rządzą nim niezłomne prawa natury. A jednak... są tu zagadkowe powikłania interesów. Któżby
się na przykład spodziewał, że ja panom dokończę historię Stefana? Przypomniałem ją sobie w tej chwili dopiero.</akap_dialog>








<akap_dialog>--- Czy być, panie dobrodzieju, może! --- wykrzyknął bardziej,
niżby wypadało zdumiony patron.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szanowni panowie! --- wtrącił adwokat. --- Prosiłbym o
słówko <slowo_obce>ad hoc<pe><slowo_obce>ad hoc</slowo_obce> (łac.) --- bez przygotowania.</pe></slowo_obce>. Przypuszczam, a nawet jestem prawie pewny,
że będę mógł szanownym panom udzielić niejakich informacji
co do interesującej Marii...</akap_dialog>


<akap>Zaniepokojony patron szeroko otworzył usta. Patrząc na jego
fizjognomię<pe><slowo_obce>fizjognomia</slowo_obce> (daw.) --- wygląd twarzy, ciała.</pe>, można było mniemać, że człowiek ten wszystkiego
spodziewał się w życiu, wyjąwszy uzupełnień do swej zajmującej
historii.</akap>


<akap_dialog>--- Ustępuję adwokatowi głosu --- rzekł mecenas --- ponieważ
chciałbym mieć ostatnie słowo.</akap_dialog>


<akap>Przyniesiono znowu poncz, i adwokat tak rzecz rozpoczął:</akap>


<naglowek_rozdzial>III. Opowiadanie adwokata</naglowek_rozdzial>






<akap_dialog>--- Miło mi jest --- prawił adwokat --- oświadczyć panom, że
życie moje rozwijało się, jeżeli nie powiem: nadzwyczaj, to
przynajmniej bardzo wszechstronnie...</akap_dialog>


<akap>Dziś, jako adwokat, jestem do pewnego stopnia organem
władzy i czynnikiem porządku. W wieku chłopięcym byłem
nauczycielem elementarnym<pe><slowo_obce>nauczyciel elementarny</slowo_obce> --- nauczyciel w pierwszych klasach szkoły podstawowej.</pe> i pochlebiam sobie, że zarówno
książką, jak i dyscypliną przyczyniałem się do rozszerzenia w
masach oświaty i dobrych obyczajów. Później zostałem
nauczycielem tańców, a więc jednym z kapłanów sztuki.</akap>


<akap>Nawiasowo dodam: że honorowano mnie wówczas nędznie,
choć tańczyłem bardziej z natchnienia, aniżeli skutkiem
odpowiednich studiów. Przy pomocy wiotkiej postawy i
interesującej fizjognomii zebrałem sobie jedenastu uczniów,
którzy płacili mi po dziesiątce za lekcję, a którym ja,
sprzedawszy nadpsutą pozytywkę, zamiast grać, śpiewałem
popularniejsze tańce.</akap>


<akap>Nareszcie, widząc, że lada baletmistrz, który ,,ze względów
intelektualnych" nie wart mi butów czyścić, lepiej się ma ode
mnie, rzuciłem swój zawód choreografa i zostałem kancelistą<pe><slowo_obce>kancelista
</slowo_obce> (daw.) --- urzędnik kancelaryjny.</pe> przy szpitalu.</akap>


<akap>Tu nauczyłem się sprawować władzę z godnością.</akap>


<akap>Jeżeli przywieziono nowego chorego, miałem zwyczaj, wpisując
go do ksiąg, udawać kandydata na lekarza, egzaminowałem
pacjenta i kiwałem przy tym głową, tudzież gryzłem wargi tak,
jak najprawdziwszy doktór medycyny i chirurgii. Kiedy do
chorego przychodzili krewni, pocieszałem ich frazesami:</akap>


<akap_dialog>---,,Będzie lepiej!... Silna kompleksja<pe><slowo_obce>kompleksja</slowo_obce> (daw.) --- budowa ciała.</pe>..." --- pozwalałem
marniejszym z pomiędzy nich całować się w rękę, i, z miną
głównego opiekuna, polecałem szwajcarowi<pe><slowo_obce>szwajcar</slowo_obce> --- tu: portier.</pe>, aby ich puścił
(jeżeli notabene był dzień po temu.)</akap_dialog>


<akap>Zakonnice lubiły mnie, ponieważ modliłem się klęczący i
namówiłem do spowiedzi dwu chorych ateuszów<pe><slowo_obce>ateusz</slowo_obce> --- ateista.</pe>. Lubili mnie
i posługacze, ponieważ nie przeszkadzałem im brać łapówek,
lub upijać się nawet, jeżeli był odpowiedni. Przypuszczam, że
i z chorymi trafiłbym do ładu, gdybym im mógł dawać większe
,,porcje". Na nieszczęście, nie ode mnie to zależało...</akap>


<akap_dialog>--- Przepraszam, panie dobrodzieju, szanownego kolegę, ale
chcielibyśmy się czegoś o Marii dowiedzieć --- przerwał obrońca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie myśl, szanowny kolego, abym ci chciał opisywać
powody, dla których rzuciłem szpital, wziąłem się do nauki i
wszedłem następnie do uniwersytetu. Ponieważ jednak Marię
poznałem w szpitalu, nie mogłem więc o nim przynajmniej
krótko nie wspomnieć...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchamy! Słuchamy! --- wtrącił mecenas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewnego zimowego wieczoru, około drugiej, siedziałem w
kancelarii szpitalnej. Tego dnia mieliśmy kilka pogrzebów,
kilku konających i w ogóle dosyć zajęcia, niedobrze wpływającego
na nerwy.</akap_dialog>


<akap>Na dworze szumiała burza. Śnieg bił w szyby, wiatr z jękiem
wpadał do komina i trząsł blachą, co nader przykry wywoływało
efekt.</akap>


<akap>Dodajcie do tego niezbyt jasne światło łojówki<pe><slowo_obce>łojówka</slowo_obce> --- świeca łojowa.</pe>, olbrzymi
krucyfiks wiszący na ścianie, a wreszcie to, że posługacz, śpiący
w kancelarii, chrapał, jak gdyby go zarzynano, a zrozumiecie
łatwo stan, w jakim znajdowałem się podówczas.</akap>


<akap>Nagle, u furty, targnięto parę razy za dzwonek. Ze sposobu
targnięcia poznałem, że interesant sam jest chory, sznur bowiem
poruszył się parę razy, a dzwonek uderzył tylko raz. Przez
skórę czułem, że jakaś bardzo osłabiona ręka wykonywa tę
czynność.</akap>


<akap>Nie wiem dlaczego, przeraziłem się i nie ruszyłem z miejsca...</akap>


<akap>Tymczasem za sznur pociągnięto znowu, choć jeszcze
niedołężniej, niż poprzednio.</akap>


<akap>Pobiegłem do sieni, lecz w tej chwili usłyszałem cichy jęk
i upadek za drzwiami, w które wiatr gwałtownie uderzał.</akap>


<akap>Teraz już nie miałem odwagi wyjść sam, ale zbudziłem
szwajcara i posługacza. Mruczeli obaj wprawdzie, jak wilki,
ogarnęli się względnie dość prędko, i wyszliśmy razem.</akap>


<akap>W progu, przysypana śniegiem, leżała jakaś kobieta.</akap>


<akap>Wnieśliśmy ją do kancelarii, i tu przekonałem się, że kobieta
owa, mimo dostatecznie rozwiniętych kształtów, miała rysy
dziecinne. Liczyła co najwyżej lat 17.</akap>


<akap>Wkrótce znalazł się felczer<pe><slowo_obce>felczer</slowo_obce> --- osoba wykonująca proste zabiegi medyczne.</pe> i zakonnica. Otrzeźwiliśmy chorą,
daliśmy jej parę łyżeczek wina i trochę ciepłego kleiku, otworzyła
biedactwo, mówiąc nawiasem, bardzo piękne oczy, ale podnieść
się nie mogła.</akap>


<akap>--- ,,Co ci jest, moje dziecko?" --- spytała poczciwa zakonnica.</akap>


<akap>--- ,,Córeczka mi umarła!" --- jęknęła.</akap>


<akap>Spojrzeliśmy po sobie.</akap>


<akap_dialog>---,,Gdzie pani mieszka?" --- spytałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>---,,Nigdzie! Trzy dni tułam się po ulicach, a dzisiejszej
nocy..."</akap_dialog>


<akap_dialog>---,,Nie masz więc pani nikogo w Warszawie?"
</akap_dialog>


<akap>--- ,,Mam opiekuna, ale on już prawie od roku wygnał
mnie..."</akap>


<akap>Zapytana o bliższe informacje, powiedziała, że ma na imię Maria. Nazwiska jej jednak w tej chwili nie pamiętam.</akap>


<akap>Ponieważ szpital był przepełniony, chorą więc umieszczono
w pokoiku przy kancelarii. Zainteresowany jej nieszczęściami
i pięknością, odwiedzałem ją częściej może, niż by wypadało,
i powoli wydobyłem z niej historię, którą mi z naiwną prostotą
opowiedziała.</akap>


<akap>Rodziców nie pamiętała, wychowali ją zaś pewien lokaj,
którego nazywała tatkiem, z żoną swoją praczką, która jej
istotnie zastępowała matkę.</akap>


<akap>Póki żyła przybrana matka, uczyła ją czytać i pisać, czesała
jej z rana włosy, a męża wieczorem dla rozmaitości nazywała
pijakiem. Wówczas tatko irytował się niesłychanie, matkę
klął, a dziewczynę poszturgiwał<pe><slowo_obce>poszturgiwał</slowo_obce> --- dziś popr.: poszturchiwał.</pe>...</akap>


<akap>Mniejsza jeszcze o sierotę, ale pijaczyna miał obmierzły zwyczaj
rzucać za żoną rozmaitymi naczyniami i sprzętami. Toteż
wszystkie stołki były połamane, szklanki i garnki potłuczone, a
poczciwa kobieta nosiła sińce na całym ciele. Raz nawet jak
ją uderzył nogą w piersi, rozchorowała się nieboga, leżała miesiąc
w łóżku i wreszcie zmarła.</akap>


<akap>Po śmierci żony tatko sprzedał połowę rzeczy, pił coraz mocniej
i stracił służbę. Od tego czasu poczęli dom odwiedzać różni
panowie, a także jakieś panie młode i stare...</akap>


<akap>O czym konferowali z dymisjonowanym lokajem, Maria nie
wiedziała, dostrzegła jednak to, że w owych czasach miał więcej
grosza, niż dawniej, a pijał tylko arak<pe><slowo_obce>arak</slowo_obce> --- aromatyczny napój alkoholowy.</pe>.</akap>


<akap>Najczęściej odwiedzał ich pewien stary bogacz, o którym
opiekun mówił, że ma fałszywe zęby, cudze włosy i przyprawioną rękę. Nazywał go też wielkim nicponiem, ale kłaniał mu się
do samej ziemi, bo mu stary najwięcej dawał zarabiać.</akap>





<akap>Pewnego dnia stary przyniósł dziewczynie kolczyki i broszkę. Bała się go bardzo, lecz gościniec<pe><slowo_obce>gościniec</slowo_obce> --- podarunek.</pe> wzięła, ponieważ był ładny.</akap>





<akap>Tego samego wieczora eks-lokaj powiedział jej, że pójdzie do
starego na służbę...</akap>


<akap>Jakie tam przy okazji wystąpiły propozycje, łatwo domyślicie
się, szanowni koledzy. Uczciwa, choć niedoświadczona
dziewczyna, pamiętając o przestrogach opiekunki, odparła
je ze wstrętem. Łotr jednak tatko, dla którego skrupuły podobne
nie istniały, wpadł we wściekłość i wygnał z domu sierotę.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1360678751855-834023522"/><motyw id="m1360678751855-834023522"></motyw>-<begin id="b1360678777839-683377498"/><motyw id="m1360678777839-683377498">Rozpacz</motyw>--,,Ha! Wtedy --- mówiła biedna Maria --- porwała mnie
złość. Klękłam na bruku i przysięgłam Bogu Najwyższemu,
że już do tego domu, gdzie chcą duszę moją zgubić, skąd mnie
gorzej, niż psa wypędzają, nigdy nie wrócę. I powiadam, że
i dziś bym nie wróciła, chyba, żeby Bóg za taką dobroć moją
oddał mi córeczkę.</akap_dialog>


<akap>Potem z naszej ulicy uciekłam jak wariatka, sama nie wiedząc
gdzie. Chciałam iść do jednej stróżki znajomej, ale mi wstyd
było i nie poszłam. Potem pomyślałam, że najlepiej zrobię,
jeżeli się w Wiśle utopię, i pobiegłam na most.</akap>


<akap>Póki ludzie czuwali i światła paliły się w domach, chodziłam
po moście i mówiłam sobie tak: --- ,,Jeszcze się popatrzę na Warszawę, to znowu na Pragę, to na Saską Kępę, a potem
skoczę w wodę." Takem się zamyśliła, aż naraz zrobiło się
strasznie pusto na ulicach. Wtedy, mówię panu, taki lęk mnie
ogarnął!... Zdawało mi się, że się most załamuje, albo woda
podnosi, to znowu... Albo ja już wiem, co mi się nie zdawało!<end id="e1360678777839-683377498"/></akap>





<akap>Ach! Od jednego razu jak nie zacznę uciekać, jak nie zacznę... Jeszcze trzeba było nieszczęścia, że za mną leciał ktoś na
ulicy... Małom nie padła!<end id="e1360678751855-834023522"/></akap>


<akap>Stanęłam pod murem i słucham, i słucham: idzie ktoś, ale
nie z tej strony, co mnie gonili, tylko z drugiej. Idzie sobie i
gwiżdże...</akap>


<akap>To tak szedł i wygwizdywał sobie pan Stefan. Wtedy narazzaczęłam płakać, sama nie wiem nawet czego...</akap>


<akap>Pan Stefan zobaczył mnie i stanął.</akap>


<akap_dialog>---,,Coś ty za jedna? Czego płaczesz?..."</akap_dialog>


<akap_dialog>---,,Sierota jestem, panie, a płaczę, bo mnie ojciec z domu
wygnał."</akap_dialog>


<akap>Potem opowiedziałam mu wszystko, co się stało.</akap>


<akap_dialog>---,,Ha! --- mówi pan --- tyś sierota i ja sierota, więc chodź
ze mną."</akap_dialog>


<akap>I poszedł naprzód do jednego drewnianego domu, gdzie
mieszkał na facjatce<pe><slowo_obce>facjatka</slowo_obce> --- mieszkanie na poddaszu.</pe>.</akap>


<akap_dialog>--- Biedne dziecko! --- mruknął mecenas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Istotnie, że biedne! --- potwierdził adwokat. --- Uciekając
przed starym rozpustnikiem, trafiła na młodego filantropa,
który przez litość wziął naprzód do siebie, a potem rozumie
się, porzucił!</akap_dialog>


<akap>Wówczas poszła na służbę, ale i tam jej się nie wiodło, ponieważ
w kilka miesięcy państwo odprawili ją, zobaczywszy, co się
święci.</akap>


<akap>Wtedy dostała miejsce w szynku, gdzie robota była ciężka, ale
strawa niedobra. Toteż chorowała tam prawie co dzień. Szukała
także i Stefana, ale on zginął gdzieś, jak kamień w wodzie.</akap>


<akap_dialog>---,,Wreszcie --- mówiła dalej Maria --- nie mogąc już
wytrzymać w szynku, podziękowałam za służbę i z kilku zebranymi
rublami poszłam na komorne do jednej starej kobiety.</akap_dialog>


<akap>Staruszka była bardzo poczciwa, choć biedna. Zdaje mi się,
że chodziła po proszonym; toteż jeść, choć licho, mieliśmy,
ale palić nie było czym w izbie.</akap>


<akap>W tych czasach dał mi Bóg córeczkę; ale biedactwo umarło,
trochę może z zimna, a trochę i z głodu. Niezadługo potem
staruszkę sankarz rozjechał na ulicy, a mnie gospodarz z domu
wypędził...</akap>


<akap>Teraz już zostałam sama na świecie i w takiej jeszcze nędzy!</akap>


<akap>Państwa wstydziłam się prosić o co, ale prosiłam babek
żebrzących, i te mnie przez kilka dni karmiły. Dawały mi wódki,
chleba, zimnych kartofli, a nawet i po parę groszy.</akap>


<akap>Jednej nocy spałam w takiej pace, co w niej fortepiany
rozwożą, a drugiej w kościele, gdzie mnie dziadek jakoś nie
dopatrzył po nabożeństwie. Na trzecią noc poszłam do psiej
budy i tam mi było najcieplej ale, że się ludzie jakoś po podwórzu
kręcili, musiałam więc uciekać, i wtedy Pan Bóg do szpitala
mnie doprowadził."</akap>


<sekcja_asterysk/>


<akap>Adwokat przerwał opowiadanie i duszkiem wychylił pozostałą
resztkę ponczu.</akap>


<akap_dialog>--- Ciekawa, panie dobrodzieju, historia --- mruknął patron.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdaje się, że jeszcze nieskończona --- zauważył mecenas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do końca już niedaleko, szanowni koledzy --- rzekł adwokat.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojciec mój w tym czasie wezwał mnie do domu w interesie
familijnym, którego wymieniać nie widzę potrzeby. Jako dobry
urzędnik, wziąłem urlop na osiem dni, siedziałem dwa tygodnie,
gdym zaś powrócił do obowiązków szpitalnego kancelisty (a
działo się to wieczorem), pobiegłem najpierw do pokoju Marii.
Łóżko jej znalazłem posłane, tablicę startą, miskę umytą, lecz
lokatorki nie było.</akap_dialog>


<akap>W tej chwili, panowie, uczułem to, co czuć musi korek, gdy w
istotę jego wszrubowują<pe><slowo_obce>wszrubowywać</slowo_obce> --- wśrubowywać, wkręcać.</pe> trybuszon<pe><slowo_obce>trybuszon</slowo_obce> (z fr. <slowo_obce>tire-bouchon</slowo_obce>) --- korkociąg.</pe>... --- ,,Czy choć aby nie
wyzdrowiała?..." --- pomyślałem.</akap>


<akap>Na korytarzu spotkałem szwajcara, który miał, jak zwykle,
minę Aleksandra Macedońskiego; przeszedłem obok szarytki<pe><slowo_obce>szarytki</slowo_obce> --- katolickie zgromadzenie zakonne.</pe>,
która ze spuszczonymi, jak zwykle, oczyma, niosła komuś kubek
z lekarstwem, lecz o Marię pytać nie śmiałem. Zdawało mi się,
że gdy wymówię to imię, wstyd ściśnie mi gardło tak, że nie
będę mógł więcej słów przemówić.</akap>


<akap>Należało jeszcze zajrzeć na sale ogólne.</akap>


<akap>Wszedłem do największej, którą od kilku dni zajmowali
mężczyźni.</akap>


<akap>Paliło się w niej kilka łojowych świeczek. Jeden chory wciskał
w łapę posługaczowi<pe><slowo_obce>posługacz</slowo_obce> (daw.) --- pracownik wykonujący cięższe, dodatkowe prace.</pe> dyskę i bilecik, prawdopodobnie miłosny. Dwaj inni kłócili się o porcję, którą jeden zjadł drugiemu w
chwili, gdy tamten spoczywał na łonie Morfeusza<pe><slowo_obce>Morfeusz</slowo_obce> (mit. gr.) --- bóg snu.</pe>. Jeszcze dwaj
inni, ubrani w sukienne szlafroki, pantofle z drewnianymi
podeszwami i szlafmyce podobne do głów cukru, grali w warcaby
zrobione z ośrodków chleba i bułki. Na drugim wreszcie końcu
sali felczer stawiał bańki jakiemuś otyłemu mężczyźnie, który
wzdychał jak wół, a klął jak potępieniec.</akap>


<akap>Łatwo odgadnąć, że Marii w tym towarzystwie nie było.</akap>


<akap>Poszedłem do oddziału kobiecego, lecz stąd musiałem się
cofnąć już ode drzwi. Na łóżku jakiejś chorej staruszki siedział
ksiądz w komży<pe><slowo_obce>komża</slowo_obce> --- biała szata liturgiczna noszona przez katolickich duchownych.</pe>, obok zaś klęczała siostra z gromnicą w ręku.
Żółta jak wosk kandydatka do wiekuistej podróży widocznie
była już na wsiadaniu.</akap>


<akap>Pojmujecie, szanowni koledzy, że widok ten nie mógł mnie
natchnąć dobrymi przeczuciami. Grajcarek boleści wświdrowywał
mi się coraz głębiej w serce, puls bił prędzej, niż zwykle, słowem,
czułem się bardzo nieszczęśliwy.</akap>


<akap>Nie pytałem już nikogo o Marię, lecz machinalnie skierowałem
się do trupiarni.</akap>


<akap>Budynek, do którego zmierzałem, dzielił się na dwie części:
jedna była składem zmarłych, druga mieszkaniem żyjących. Oba te lokale miały sień wspólną, odgradzała zaś je tylko ściana.</akap>





<akap>Będąc już o kilkanaście kroków od budowli, usłyszałem jakiś
hałas. To stróż wyprawiał chrzciny, na które zeszło się kilka
przychylnych mu osób.</akap>


<akap_dialog>---,,Pij-no, Kasperek! --- mówił ktoś grubym ochrypłym
głosem. --- Tak się delikatnie bierzesz do szkła, jakbyś był z
<wyroznienie>rysztokracji</wyroznienie>.</akap_dialog>


<akap_dialog>---,,Ignaś! Ignasiu! Nie przymuszaj nikogo, bo to niepięknie."</akap_dialog>


<akap>,,Inny nie ma takiej głowy, jak ty, a po drugie wódka przecież
nie twoja..." --- odezwał się głos kobiecy.</akap>


<akap_dialog>---,,Wszystko moje, co w brzuchu!..." --- wykrzyknął
pierwszy, a potem zaśpiewał:</akap_dialog>

<dlugi_cytat><akap>"Jakże ja se gorzaliny w gębę naleje, To aże mi, panie tego, oczko zbieleje!"</akap></dlugi_cytat>


<akap>Huczny śmiech stał się nagrodą mniej trzeźwego, niż wesołego
śpiewaka.</akap>


<akap>Pchnąłem drzwi boczne i wszedłem do trupiarni.</akap>


<akap>Przybita do ściany, kopciła się tutaj lampka nafciana, której
zapomniano zagasić. Przy jej niepewnym światełku dostrzegłem
kilka tapczanów, na których owinięci w białe prześcieradła
spoczywali umarli.</akap>


<akap>Choć drzwi i okna okryte były szronem, z sufitu jednak spływały
duże krople wilgoci. Zdawało się, że to są łzy, które nad ludzką
nędzą wylewa ten dom okrutny.</akap>


<akap><begin id="b1361445073050-3934394141"/><motyw id="m1361445073050-3934394141">Trup</motyw>Trupy leżały, jak los zdarzył. Na ramieniu jakiegoś silnego
mężczyzny z wyszczerzonymi zębami opierała się głowa dziecka,
niby pogrążonego we śnie głębokim. Za nimi, na prawym boku,
spoczywał jakiś młody blondyn, z rękami skurczonymi tak,
jakby chciał okręcić się całunem i w ten sposób zabezpieczyć od
przejmującego zimna...</akap>


<akap>W samym rogu leżała Maria...</akap>


<akap>Na ten widok dziwne opanowało mnie uczucie. Pierzchnął
strach, wzburzenie i odraza, a miejsce ich zajęła głęboka
obojętność. Siadłem u jej nóg, spokojnie patrzałem na wpółotwarte usta i bez dreszczu ucałowałem wyprężoną i chłodną
jej rękę... Gdyby wtedy młody blondyn uniósł się ze swej
twardej pościeli, aby mi zrobić miejsce, wówczas bez
obawy i wstrętu ległbym między nimi na tym ohydnym
tapczanie...<end id="e1361445073050-3934394141"/></akap>



<akap>W tej chwili ze szpitalnego kancelisty stałem się bohaterem
jakiejś tragedii bez tytułu i aktów, której za scenę służyła dusza
moja. Wtedy to po raz pierwszy w życiu najciemniejsze zakątki
mego wnętrza rozświetliła jakaś złowroga błyskawica, przy
której dostrzegłem, że nawet kamienie umieją płakać, a trupy
śmiać się, że ten świat w gruncie rzeczy jest inny zupełnie, niż
mi się dotychczas wydawał, i że całe życie nasze jest bardzo
ciężkim, ale i bardzo głupim brzemieniem.</akap>


<akap>Ach! Szanowni koledzy, czuję, że mówiąc to, muszę się wam
bardzo zabawnym wydawać, lecz taki to już mój temperament. Przy gorącym ponczu, a zresztą i bez niego, spada na mnie
niekiedy jakiś duch z tej izby ponurej, który mnie unosi
--- dokąd?... Nie wiem, ale w każdym razie gdzieś bardzo
wysoko.</akap>


<akap>Smutne te dumania przerwał mi nagle głos mówiący:</akap>


<akap_dialog>---,,A poświeć-no Michał, bo się coś tam tłucze po sieni..."</akap_dialog>


<dlugi_cytat><akap><uwaga>trzeba z tego zrobić strofę</uwaga>,,Zaświeć, matlu, zaświeć,</akap>


<akap>Bo w komorze niedźwiedź..."</akap></dlugi_cytat>


<akap>--- zaśpiewał wesoły biesiadnik,
nazywany Ignasiem.</akap>


<akap>Jednocześnie otworzyły się drzwi i ujrzałem stróża z gośćmi.</akap>


<akap>Biesiadnicy na mój widok chcieli uciekać, myśląc zapewne, że
jestem nieboszczykiem; na szczęście pohamował ich stróż.</akap>
<akap>
--- ,,To pan!... A pan tu co robi?..." --- zapytał dozorca
zmarłych.</akap>


<akap_dialog>---,,Przyszedłem zobaczyć tę biedną dziewczynę" --- odparłem
wskazując Marię.</akap_dialog>


<akap>Goście, oglądając się na wszystkie strony, weszli do trupiarni.</akap>


<akap>Nagle jeden z nich zawołał:</akap>


<akap_dialog>---,,O! ...A toż to moja wychowanka!... Widzieliście
wy?..."</akap_dialog>


<akap_dialog>---,,Ta o?..." --- spytał stróż.</akap_dialog>


<akap_dialog>---,,Ona sama, ona! Bez mała już rok, jak ode mnie uciekła... Naszukałem się jej co niemiara i nie znalazłem, a teraz nie
szukałem i znalazłem. Słyszane to rzeczy?"</akap_dialog>





<akap_dialog>---,,Iii... nic jej ta nie będzie!" --- mruknął gospodarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>---,,Chodźcie, marudy, chodźcie do izby, bo zimno!" ---
zawołała stróżowa.</akap_dialog>


<akap>W parę minut później pan Ignacy pił za zdrowie znalezionej
przez siebie wychowanki.</akap>


<akap>W takich okolicznościach widziałem po raz ostatni Marię i
miałem honor zrobić znajomość z jej szanownym opiekunem.</akap>




<naglowek_rozdzial>VI. Opowiadanie mecenasa</naglowek_rozdzial>






<akap_dialog>--- O czym to ja chciałem panom powiedzieć?... --- z kolei
brał głos mecenas.</akap_dialog>


<akap>Po tych słowach zamyślił się, utarł nos i znowu się zamyślił.</akap>


<akap_dialog>--- Aha!... Nie... i to nie!... Czy uważacie, panowie,
bo ja sprawdziłem na sobie, że powietrze wieczorne oddziaływa
na pamięć w sposób bardzo szkodliwy?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To prędzej poncz! --- mruknął adwokat, patrząc w ziemię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale cóż znowu, panie dobrodzieju! --- oburzył się patron. --- Przecież nie wypiliśmy go zbyt... zbyt... Jakby tu,
panie dobrodzieju, powiedzieć!</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Rozumie się! --- poparł go mecenas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sądzę, że najlepiej będzie sprawdzić --- rzekł adwokat. --- Chłopcze! Ile się od nas należy?...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Za trzydzieści trzy szklanki ponczu i dwa syfony wody...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Co?... --- wykrzyknęli patron z mecenasem. --- Po
ileż to wypada na jednego?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po jedenaście.</akap_dialog>


<akap>Nastała chwila milczenia.</akap>


<akap_dialog>--- Ja, panie dobrodzieju, nie mogłem wypić jedenastu szklanek
--- rzekł patron --- lecz swoje zapłacę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja także nie, jednak zapłacę --- powtórzył mecenas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, mniejsza o to! --- odezwał się adwokat. --- Widocznie
jeden z nas wypił za siebie i dwu pozostałych, co zresztą nie
przeszkadza nam wysłuchać opowiadania szanownego kolegi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy bo... takeście mi głowę zamącili, że doprawdy
nie pamiętam...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miałeś mecenas, panie dobrodzieju, mówić o Stefanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No tak! Ale oprócz tego miałem na myśli jeszcze jedną
kwestię bardzo ważną, powiem nawet palącą, o której literalnie
zapomniałem!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znajdzie się później --- przerwał adwokat --- a teraz
słuchamy zakończenia o Stefanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha! Powiem o nim, choć ta przeklęta kwestia nie da mi
spokojności! Hum! Hum!</akap_dialog>


<akap>Otóż tedy pewnego dnia umarł mój szkolny kolega, a
następnie radca Chapandrowicz, ten sam, co to niegdyś
konkurował o pannę Wierciszewską z Kurzychstopek, a potem,
z powodu nagniotków, przez całe życie nosił sukienne kamasze.</akap>


<akap>Otóż tedy, kiedy umarł, jego brat wyprawił mu świetny
pogrzeb, a potem odezwał się bardzo rozsądnie: --- ,,Moi
panowie! Ponieważ w domu ś.p. nieboszczyka nie znajdziemy
nawet szklanki wody, ja zaś sam stoję w hotelu, proszę więc was,
najszczerszych przyjaciół zmarłego, dziś wieczorem do Stępka,
a jutro na nabożeństwo do kaplicy cmentarnej...</akap>


<akap>Ach!... Co też ja miałem panom powiedzieć?...
Szczególniejsza rzecz na honor! Mam taką pamięć lokalną... No, ale mniejsza!..."</akap>





<akap>Poszliśmy sobie tedy wieczorem do poczciwego Antka, na
drugi dzień na cmentarz, wysłuchaliśmy nabożeństwa, no a
ponieważ Chapandrowicz młodszy nie znał Powązek, więc
odprowadziliśmy go i naturalnie pocieszali po tak dotkliwej
stracie.</akap>


<akap><begin id="b1361445568025-1974219709"/><motyw id="m1361445568025-1974219709">Dziecko, Grób</motyw>Szlachcic rozruszał się bardzo prędko. Tu podziwiał armatę
na grobie, tam znowyu katakumby, ale najwięcej zaciekawiły
go studnie i baranki. ---,,Co to za baranki?... Po co te
baranki?..." --- pytał nas, a my naturalnie wytłumaczyliśmy
mu, że matki na grobach dzieci składają zabawki, na jaką którą
z nich stać.</akap>


<akap>Piękny ten zwyczaj mnie samego rozrzewnił. Wyznam panom,
że i ja mam duszę poetyczną, powiem nawet, że ten dowód
przywiązania rozczulił mnie niezwykle...<end id="e1361445568025-1974219709"/></akap>


<akap>Na honor!... Ta sama myśl, którą wam miałem
zakomunikować, w tej chwili przemknęła mi przez głowę. Gdybym
choć parę minut... Ale mniejsza o to!</akap>


<akap>Byłem więc, jak powiadam, rozrzewniony. Cmentarz ma
swoje powaby. Te na przykład drzewa i kwiaty, te ławki, na
których żywi siadają, aby rozmyślać o umarłych, są bardzo
przemawiające do duszy. A weźmyż teraz dzieci bawiące się,
lub strudzonych robotników, spoczywających między grobami;
wszystko to jest bardzo poetyczne!</akap>


<akap>Idziemy w ten sposób z alei do alei, od grobu do grobu, gdy
wtem pod krzyżem między drzewami spotykamy klęczącego
człowieka...</akap>


<akap>Człowiek... klęczący... pod krzyżem... między
drzewami?... Zastanowiło mnie to! ... Zbliżamy się, klęczy. Wołamy --- klęczy... Młodszy Chapandrowicz, jako najbardziej
zdeterminowany, podchodzi bliżej, dotyka się człowieka,
klęczącego pod krzyżem, i... cofa się w tył z okrzykiem.</akap>


<akap>Człowiek był powieszony!</akap>


<akap>Nogi jego były zgięte, a kolana znajdowały się w odległości
pół cala od ziemi. Ręce zwieszały się po obu stronach ciała:
lewa w odległości dwóch cali od krzyża, prawa w odległości
arszyna<pe><slowo_obce>arszyn</slowo_obce> --- jednostka długości, ok. 3/4 m.</pe> do akacji. Na twarzy denata znajdowały się sine plamy,
na szyi zaś mocno zaciśnięty pasek, którego górny koniec był
przywiązany do ramienia krzyża.</akap>


<akap>Pierwszym naszym zadaniem wobec podobnego wypadku
było uwiadomić właściwe władze. Jakoż pobiegliśmy ku rogatce. W bramce jednak cmentarza młody Chapandrowicz zauważył, że
należało by dopomóc nieszczęśliwemu. Uderzeni trafnością
jego zdania, wróciliśmy na powrót i przekonaliśmy się, że denat
był jeszcze ciepły. Zdjąwszy go zatem, przy pomocy robotników,
ułożyliśmy go na sąsiednim grobie, lecz ponieważ żaden z nas
nie wiedział, jakim sposobem należy ratować wisielców,
pobiegliśmy więc po lekarza.</akap>





<akap>Gdy lekarz przyszedł, znaleźliśmy już na miejscu właściwy
sąd... Od niego dowiedzieliśmy się, że denat już nie żyje, że
śmierć nastąpiła przez powieszenie na pasku, że prawdopodobnie
nieboszczyk był samobójcą, i że się nazywał Stefan...</akap>


<akap_dialog>--- Co? Stefan? --- wykrzyknął do najwyższego stopnia
zdziwiony patron.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stefan! Pański kolega... To samo nazwisko --- rzekł
mecenas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ja, panie dobrodzieju, nazwiska nie mówiłem, mówić
nie mogłem! --- wołał prawie zrozpaczony patron.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Upewniam pana, że to on sam! --- twierdził mecenas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nieszczęście, panie dobrodzieju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sąd Boży! --- wtrącił adwokat. --- Prawie przysiągłbym, że
się powiesił na krzyżu Marii.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jest! Na krzyżu Marii! --- potwierdził mecenas. --- Pijaków i bezbożników zawsze spotyka los podobny.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Pijaków! --- jęknął patron. --- Wybaczcie, panie dobrodzieju,
ale muszę już iść do domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proponowałbym, abyś kolega do końca wysłuchał historii
--- zawołał adwokat.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Historia już skończona --- rzekł mecenas --- ale ta druga
kwestia, o której zapomniałem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy istotnie jest tak ważna?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dałbym na honor piętnaście rubli na ubogich, gdybym
ją mógł sobie przypomnieć; no, ale kiedy panowie śpieszycie
się...</akap_dialog>


<akap>Nastąpiły bardzo czułe pożegnania, w ciągu których mecenas
na próżno chciał sobie przypomnieć swoją ważną kwestię, a patron
ciężko wzdychał. Potem mecenas poszedł w jedną stronę, jego
zaś koledzy w drugą.</akap>


<akap>Upłynęło kilkanaście sekund, gdy nagle od strony Saskiego Placu rozległ się okrzyk:</akap>


<akap_dialog>--- Panie adwokacie! Panie patronie!... Zaczekajcie!
Zaczekajcie!...</akap_dialog>


<akap>Zmęczony mecenas przebiegł jak jeleń obok cukierni, doganiając
kolegów, którzy zatrzymali się zdumieni.</akap>


<akap_dialog>--- Co za pamięć! Co za pamięć!... Teraz dopiero
przypomniałem sobie, com miał wam zakomunikować --- mówił
mecenas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No cóż takiego?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy adwokat skończył opowiadanie o Marii,
przypomniałem sobie, że mam bardziej ważną sprawę i że z
powodu braku czasu nie będę wam mógł dokończyć historii o Stefanie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tylko to?... --- zapytał adwokat.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To tylko... Dobranoc!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, a jakże będzie z piętnastu rublami, które miałeś kolega
dać na ubogich w razie przypomnienia sobie kwestii?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ehe! To tylko była ozdoba stylowa! --- odparł z
najpiękniejszym uśmiechem mecenas. --- Do zobaczenia!</akap_dialog>


<naglowek_rozdzial>V. Jeszcze opowiadanie autora</naglowek_rozdzial>






<akap>Los, który interesuje się widocznie piśmiennictwem, zdarzył,
że siedząc przy drugim stoliku w cukierni, wysłuchałem opowiadań
jurystów. Zainteresowały mnie one w wysokim stopniu; a
ponieważ ze szczegółów tych chciałem zrobić przynajmniej
trzytomową powieść, postanowiłem więc od osób poinformowanych
zasięgnąć dokładniejszych objaśnień. W tym celu, wystarawszy
się o stosowne rekomendacje, poszedłem naprzód do mecenasa.</akap>


<akap_dialog>--- Czy pan mecenas dobrodziej nie raczyłbyś mi dać objaśnień
o samobójcy Stefanie, który się powiesił na cmentarzu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O Stefanie?... Ja wiem tylko o samobójcy, który się
powiesił po pogrzebie Chapandrowicza starszego. No, ale ten
nazywał się Franciszek...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha! Bardzo dziękuję panu mecenasowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiesił się na własnym pasku, w przystępie melancholii,
dnia...</akap_dialog>


<akap>Udałem się z kolei do adwokata, myśląc, że dzięki przemianie Stefana we Franciszka, powieść moja zredukuje się do dwu
tomów.</akap>


<akap_dialog>--- Czy nie mógłbyś mi pan mecenas dobrodziej --- rzekłem
z kolei do adwokata --- udzielić bliższych informacji o Marii,
która zmarła w szpitalu?...</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1361445964395-931082133"/><motyw id="m1361445964395-931082133">Kłamstwo</motyw>--- Mówiono mi już o tym --- odparł adwokat --- żeś pan
słyszał moje opowiadanie. Otóż resztę szczegółów zostawiam
pańskiej twórczości, ja bowiem, przy moich zajęciach...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc postać Marii?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest płodem mojej własnej fantazji. Prawda, że piękna
postać?... Odstąpię ją panu, z prośbą, abyś wymienił w
książce i moje także nazwisko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, panie mecenasie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oprócz tego, racz pan podać mój adres z dodatkiem, że
interesantów przyjmuję od 10 do 12, i że głównie powodzi mi się
w regulowaniu działów, tudzież w sprawach rozwodowych.</akap_dialog>


<akap>Wyszedłem zgryziony, powieść moja bowiem zmniejszyła
się o całe dwa tomy. Pozostał mi tylko patron, udałem się
więc do niego.</akap>


<akap_dialog>--- Czy pan mecenas dobrodziej nie raczyłbyś mi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem już, wiem! --- krzyknął przerażony. --- Na rany Boskie, nie dotykaj pan tej głupiej sprawy!... Stefan nigdy
w szynku nie grywał, nigdy pijakiem nie był, nigdy się nie wieszał,
nigdy rubli na loterię nie puszczał!... To kompletnie bogaty
chłopak i mój osobisty przyjaciel!... Panie literacie!
--- ciągnął dalej obrońca. --- Ja was wszystkich, panie dobrodzieju,
bardzo szanuję, ale... nie opisujcie tej historii, bo przez nią
mogę stracić najprzyzwoitszego klienta, który mi dostarcza
mnóstwa spraw i po książęcemu płaci...</akap_dialog>


<akap>Wybiegłem znękany.</akap>






</opowiadanie>
</utwor>