<utwor>
<rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/prus-pan-wesolowski-i-jego-kij/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Prus, Bolesław</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pan Wesołowski i jego kij</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Agnieszka</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Rawska, Aneta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pozytywizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Nowela</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów Doroty Kowalskiej.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/prus-pan-wesolowski-i-jego-kij</dc:identifier.url>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Bolesław Prus, Nowele Warszawskie, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Londyn 1946</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Bolesław Prus zm. 1912</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1983</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2013-01-10</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/dynamic/cover/image/2112.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Nowy szyb windy..., Kuba Bożanowski@Flickr, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/2112</dc:relation.coverImage.source>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/prus-pan-wesolowski-i-jego-kij.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0748-8</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/prus-pan-wesolowski-i-jego-kij.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1727-2</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/prus-pan-wesolowski-i-jego-kij.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2682-3</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/prus-pan-wesolowski-i-jego-kij.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3744-7</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/prus-pan-wesolowski-i-jego-kij.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4830-6</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<category.thema.main>FS.WL-N</category.thema.main>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MN</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>


<opowiadanie>
<abstrakt>
<akap>Redaktor codziennej gazety otrzymuje list od Ludwika Wesołowskiego, majętnego mężczyzny, który zapowiada, że ma do niego bardzo ważną sprawę.</akap>


 
<akap>Stwierdza, że będzie treściwy, ale musi opowiedzieć całą historię --- list napisany jest na kilkunastu arkuszach, a odbiorca spodziewa się poczatkowo, że to raczej krótka forma literacka... Ludwik Wesołowski snuje opowieść, która rozpoczyna się zakupieniem charakterystycznej laski z gałką w kształcie murzyńskiej głowy.</akap>


 
<akap>Nowela Bolesława Prusa <tytul_dziela>Pan Wesołowski i jego kij</tytul_dziela> to doskonała satyra na przedstawicieli wyższych warstw społecznych, prowadzących uporządkowane, pełne wygód życie, niekiedy --- jak pan Wesołowski --- nie trudniąc się jednocześnie pracą ani piastowaniem żadnego stanowiska. Prus, opisując obyczajowość, przedstawia naiwny, uproszczony sposób myślenia wynikający z przyzwyczajenia do luksusu, jednak pokazuje również, że wszystkich dotyczą podobne pokusy i błędy. Nowela została opublikowana po raz pierwszy na łamach ,,Kuriera Warszawskiego" w 1887 roku.</akap>


 </abstrakt>

<nota_red>
<akap>Wprowadzono:</akap>
<akap>- zmiany w interpunkcji, np.: z dużą gładką gałką -> z dużą, gładką gałką</akap>
<akap>- usunięto interpunkcję przed pauzami w partiach dialogowych</akap>
<akap>- pisownia łączna i rozdzielna, np.: Jakto -> Jak to nie podobna -> niepodobna.</akap>
<akap>- pisownia wielką literą: konsekwentnie Murzyn, Murzynek.</akap>

</nota_red>



<autor_utworu>Bolesław Prus</autor_utworu>




<nazwa_utworu>Pan Wesołowski i jego kij</nazwa_utworu>





<akap>Pewnego dnia otrzymałem duży pakiet w szarej kopercie,
zaadresowany: ,,Do rąk własnych..., od L. Wesołowskiego".
Z rozpaczą pomyślałem, że znajdę rękopis noweli albo komedyjki;
okazało się jednak, że jest to tylko list na kilkunastu arkusikach.</akap>


<akap>Oto co pisał jego autor:</akap>


<akap>,,Mam do pana wielką prośbę; a że w zeszły piątek zwichnąłem
sobie nogę, muszę więc skomunikować się z panem listownie.
Nudzę się, bodaj czy nie pierwszy raz w życiu, ale strach! Jak
się nudzę; mógłbym więc napisać list długi jak bandaż, którym
mnie obezwładniono. Szanując jednak pański czas, postaram
się być treściwym.</akap>


<akap>Przeczytawszy zdanie, że: ja mam do pana wielką prośbę --- z
pewnością zapytasz się: kimże jest ów petent? na czym
polega jego prośba? I z jakiej racji nazywa ją wielką? Mam
więc obowiązek odpowiedzieć na każdy taki punkt, a zarazem
przytoczyć kilka szczegółów z mego życia, które objaśnią:
dlaczego w wypadku na pozór drobnym muszę odwoływać się
aż do pomocy dzienników?</akap>





<naglowek_rozdzial>I</naglowek_rozdzial>




<akap_dialog>--- Kto więc jestem? --- Powszechnie mówią, że jestem dobrym
człowiekiem, i co prawda, ja sam nigdy nie doświadczam wyrzutów
sumienia. Zresztą, jeżeli nawet budzi się kiedy w moim sercu
jakiś łagodny niepokój, to nie dotyczy on, broń Boże, występków,
ale... raczej... może --- nie dość subtelnego pojmowania
zobowiązań małżeńskich.</akap_dialog>


<akap>Pośpieszam dodać, że skrupuły te nie są owocem mojej własnej
natury: według mnie bowiem człowiek nawet powinien trochę
grzeszyć, ażeby łaskawe niebo miało mu co przebaczyć. Na
niesz... to jest na szczęście, jestem mężem kobiety doskonałej,
pełnej taktu i surowości zasad; nie dziw więc, że
musiałem trochę zarazić się rozmaitymi skrupułami, <slowo_obce>nota
bene<pe><slowo_obce>nota
bene</slowo_obce> (łac.) --- zauważ dobrze (zwrot wprowadzający ważną wtrąconą informację).</pe></slowo_obce> --- po trzydziestopięcioletnim pożyciu.</akap>


<akap>Czy jestem szczęśliwy? Nie i tak. Nadludzkich rozkoszy, o jakich pisują poeci, nie doświadczyłem w życiu; bo nawet miłość,
jedyna rzecz, którą znam fachowo, piękniej mi dziś wygląda w
pragnieniach, aniżeli w urzeczywistnieniu.</akap>


<akap>Ale też i nie znałem ciężkich zmartwień. Nigdy nie
bankrutowałem, nigdy nie straciłem wielkiego stanowiska, a
jeżeli na przykład umarł kto z bliskich, to zwykle zostawiał mi
taki zapis w testamencie, że smutek z mojej strony byłby
hipokryzją.</akap>


<akap>Żyję więc bez trosk i zbyt wielkich wymagań. Lubię zjeść
nie dużo, ale smacznie, wypić jeden kieliszek wina --- ale dobrego;
w dodatku zaś nie robi mi przykrości przechodzenie od cygar do
papierosów i odwrotnie. Lubię też w dobranym towarzystwie
pogadać o polityce, albo zagrać preferansa<pe><slowo_obce>preferans</slowo_obce> --- rosyjska gra karciana.</pe>; z rana czytam
,,Figaro", do poduszki jaki świeży romans --- i w trakcie tego
zasypiam.</akap>


<akap>Zwykle nie śni mi się nic, a czasem --- że mam lat dwadzieścia
pięć. Niekiedy jednak (zwykle po rautach<pe><slowo_obce>raut</slowo_obce> --- przyjęcie.</pe>, gdzie późno dają
kolację) marzę --- iż spadam z niezmiernej wysokości. Sny te
zaliczam do największych przykrości w życiu i rzucam się
wtedy, wołam i naturalnie budzę żonę, która, obawiając się
zdenerwowania mnie, zapytuje słodko:</akap>


<akap_dialog>--- Czy chciałeś czego, Ludwiku?</akap_dialog>


<akap>Przecieram oczy, skupiam uwagę i powiadam:</akap>


<akap_dialog>--- Nie, duszko... Niczego...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boś tak krzyczał...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krzyczałem?... To pewnie przez sen. Śpij, duszko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, mam spać, kiedyś mnie wybił ze snu... Pewnie nie
zamknę oczu do rana... Ach! Te późne kolacje. Zawsze je
musisz jeść. Nic nie dbasz o zdrowie...</akap_dialog>


<akap>I przez cały następny dzień słyszę wymówki (ale spokojne
wymówki), że nie dbam o swoje zdrowie...</akap>


<akap>Tak na przemian śpiąc i czuwając, myślę nieraz, że naprawdę:
,,życie jest snem". Bo i czymże jest moje dzieciństwo, kiedym
od bony<pe><slowo_obce>bona</slowo_obce> --- opiekunka do dzieci.</pe> dostawał klapsy w Saskim Ogrodzie? Czym pierwsza
miłość, którą powziąłem właśnie dla tej samej bony, ale już
wówczas, kiedym był w szkołach, a ona została guwernantką?
Czym wreszcie wiek młodzieńczy, gdym był najlepszym tancerzem
i --- na cześć mojej sąsiadki, córki intendenta<pe><slowo_obce>intendent</slowo_obce> --- pracownik zajmujący się zaopatrzeniem.</pe> wojskowego,
uczyłem się grać na flecie?</akap>


<akap>Ta ostatnia umiejętność nawet dziś uprzyjemnia mi życie, a
niegdyś omal że nie stała się dla mnie źródłem sławy. Wyobraź
pan sobie, że miałem grać na flecie w koncercie amatorskim na cel
dobroczynny. Zaangażowano mnie, zapowiedziano występ,
nauczyłem się kilku arii. Ale --- kiedym wszedł na estradę i
spojrzałem na natłoczoną salę, opanował mnie taki strach, że
zgrabiały mi palce i żadną miarą nie mogłem dmuchnąć we flet.
Przyniesiono mi szklankę wina (zamiast wody), kilka życzliwych
osób uderzyło brawo --- wszystko na nic... Wino wypiłem,
ukłoniłem się za oklaski, ale zadąć we flet nie mogłem.
Schowałem nawet na pamiątkę ówczesny ,,Kurier", opisujący ten
wypadek.</akap>


<akap>Pomimo melancholijnej zasady, że ,,życie jest snem," nie
mogę powiedzieć, ażebym nie posiadał wyższego celu. Jest
nim --- jakiekolwiek, bodaj honorowe, stanowisko, co znowu
łączy się z wymaganiami mojej żony.</akap>


<akap>Trzeba wiedzieć, że żona moja jest ściśle spokrewnioną z
książętami X, i pochodzi z ambitnej rodziny, której członkowie
zawsze piastowali jakieś urzędy kościelne, cywilne, albo wojskowe.
Gdym się więc o nią oświadczył, zarzucono mi, że wprawdzie
mam dobre ułożenie, talenta i ładny majątek, ale --- nie posiadam
stanowiska.</akap>


<akap>Naturalnie, że po takim <slowo_obce>dictum</slowo_obce><pe><slowo_obce>dictum</slowo_obce> (łac.) --- dobitna wypowiedź.</pe>, natychmiast podałem się na
aplikanta w komisji spraw wewnętrznych i w następstwie
połączyłem się z najdroższą Ewcią. Gdy jednak wkrótce po
weselu trafiła mi się owa przygoda z koncertem, byłem tak
złamany na duchu, że rodzina moja i Ewci (ażeby ochronić mnie
od możliwego samobójstwa) namówiły nas do wyjazdu zagranicę.</akap>


<akap>Bawiliśmy<pe><slowo_obce>bawić</slowo_obce> (daw.) --- przebywać.</pe> tam parę lat, wróciliśmy, wyjechaliśmy znowu;
potem spadły na mnie troski ojcostwa, potem edukacja syna,
wydanie za mąż starszej córki, i --- tak jakoś czas zeszedł.</akap>


<akap>Dopiero po upływie trzydziestu lat żona moja przypomniała
sobie, że ja koniecznie powinienem zajmować jakieś stanowisko.</akap>


<akap>Rozmowa nasza o tym przedmiocie odbyła się w szczególnych
warunkach. Słońce zachodziło i w gabinecie mojej żony był już
pomrok<pe><slowo_obce>pomrok</slowo_obce> (daw.) --- półmrok.</pe>. Ewcia siedziała na amarantowym fotelu, w czarnej
sukni, mając z jednej strony palmę, z drugiej tamburek<pe><slowo_obce>tamburek</slowo_obce> --- okrągły przedmiot, na którym rozpina się tkaninę przeznaczoną do haftowania.</pe>, na
którym haftowała mi pantofle. Zazwyczaj posągowo piękna,
twarz żony wyglądała w tej chwili prawie surowo.</akap>


<akap>Spostrzegłszy ten wyraz, szybko przypomniałem sobie historię
kilku dni ostatnich. Ponieważ jednak nie znalazłem nic w tych
czasach, co bym sobie mógł wyrzucać, więc ogarnął mnie taki
niepokój, że, usiadłszy na taburecie<pe><slowo_obce>taburet</slowo_obce> --- dziś popr.: taboret.</pe>, nie śmiałem ust otworzyć.</akap>


<akap>,,Czy nie narobił kto jakich plotek?..." --- myślałem,
czując chłód na plecach, gdy tymczasem żona utopiła we mnie
spokojne, lecz przenikliwe spojrzenie. Prawie nie mogłem
oddychać.</akap>


<akap_dialog>--- Mój Ludwiku --- zaczęła Ewcia --- mamy około 12, 000 rubli
rocznie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeżeli nie więcej... --- wtrąciłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trochę nawet mniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z pewnością więcej --- dodałem, czując, że budzi się we
mnie duch sprzeczki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierz mi, że mniej --- przerwała, gromiąc mnie oczyma. --- Ja
lepiej wiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może być.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Otóż --- ciągnęła Ewcia --- mamy trochę mniej niż 12, 000
rubli rocznie, jedną córkę zamężną, drugą na wydaniu, a nade
wszystko --- syna, który już ukończył trzydzieści i trzy lata.
Na pozór niczego nam nie brak, lecz mimo to nie jesteśmy ani
szczęśliwi, ani spokojni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ duszko...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zapieraj się --- mówiła żona --- bo nieraz widzę, jak
ziewasz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty, i ziewasz z nudów, z braku zajęcia --- dodała, akcentując
ostatnie wyrazy. --- I kiedy ty ziewasz, ja wzdycham, myśląc,
że przez tyle lat nie postarałeś się o jakie stanowisko, i że nasz
syn, Mieczysław, całkowicie wstępuje w twoje ślady. Proszę
cię, Ludwiku, zachęć Mieczysława własnym przykładem i o
cokolwiek się postaraj. Tylu przecie znamy prezesów, a choćby
wiceprezesów, dyrektorów i członków rozmaitych zarządów,
iż doprawdy jest mi wstyd, że nie należysz do ich grona. Proszę
cię, postaraj się o coś, a w takim razie troskę o Mieczysława
sama wezmę na siebie.</akap_dialog>


<akap>W gabinecie zrobiło się jeszcze ciemniej. A kiedy podniosłem
oczy na Ewcię i na amarantowym tle aksamitu spostrzegłem,
że ma siwe włosy, nagle przypomniałem sobie moją matkę --- i
pierwszy raz w życiu pomyślałem, że Ewcia robi na mnie
wrażenie ś.p. matki.</akap>


<akap_dialog>--- Spełnię, co każesz, Ewciu --- odpowiedziałem, całując ją w rękę.</akap_dialog>

<akap>Znalazłszy się w swoim pokoju, rzuciłem się na szezlong, aby
podumać.</akap>





<akap>,,Naturalnie, że Ewcia ma rację --- mówiłem sobie. --- Choćby
dla dania przykładu Mieczysławowi (który w ostatnich czasach
zaczął coraz częściej pożyczać ode mnie pieniędzy), muszę zająć
jakieś stanowisko i pozyskać tytuł. Tym bardziej, że od wielu
lat jakiekolwiek stanowisko jest moim marzeniem..."</akap>


<akap>Tu przerwał się potok myśli. Zasnąłem. A gdym się obudził,
byłem już tak zdecydowany na zajęcie stanowiska, że
postanowiłem --- kazać zrobić swój portret.</akap>


<akap>Niepodobna<pe><slowo_obce>niepodobna</slowo_obce> (daw.) --- nieprawdopodobne, niemożliwe.</pe>, ażebyś pan przed pięciu laty nie zauważył na
wystawie sztuk pięknych portretu mężczyzny w sile wieku,
z białą, krótko ostrzyżoną brodą, a cerą dwudziestolatka. Tłumy,
szczególnie kobiet, zatrzymywały się przed nim, i nieraz
słyszałem uwagi:</akap>


<akap_dialog>--- Patrz, jaka to czerstwa<pe><slowo_obce>czerstwy</slowo_obce> --- tu: zdrowy.</pe> cera...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakie żywe oko...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prześliczny starzec!</akap_dialog>


<akap>To, panie, był mój portret, ukończony w miesiąc po stanowczej
rozmowie z Ewcią. Muszę jednak dodać, że --- starcem nazywają
mnie kobiety tylko dla przekomarzania się. Czują bowiem i one
we mnie, i ja sam w sobie --- młodość od stóp do głowy;
przedwczesna siwizna niczego nie dowodzi, ponieważ jest w
naszej rodzinie dziedziczną. Mój ojciec już w pięćdziesiątym siódmym roku życia
był siwy, syn (młokos!) znalazł kilka białych włosów, a nawet
Ewcia, jak to nadmieniłem, osiwiała również przedwcześnie.</akap>




<naglowek_rozdzial>II</naglowek_rozdzial>




<akap>Może za wiele piszę o sobie; wybacz pan, ale to tak miło
rozpamiętywać swoje, choćby skromne zasługi, szczególnie
wówczas, gdy człowiek ma obandażowaną nogę.</akap>


<akap>Nim zakomunikuję panu właściwą prośbę, muszę choć pokrótce
wspomnieć o tym, jak pracowałem nad zdobyciem stanowiska
w społeczeństwie, a także o tajemniczych wypadkach, które
wplątały się do moich usiłowań.</akap>


<akap>Ostrzegam, że nie jestem przesądny i w cuda nie wierzę;
owszem --- jestem raczej sceptykiem. Mimo to historia mego
kija, którą zaraz opowiem, przekonała mnie, a może przekona
i pana, że --- są rzeczy na ziemi, o jakich nie śniło się filozofom.</akap>


<akap>Przede wszystkim zobacz pan, jak zrobiłem znajomość ze
swoim kijem.</akap>


<akap>Chodząc ulicami, mam zwyczaj spoglądać w okna sklepów.
W ten sposób można zapoznać się z jakąś przystojną sklepową,
upatrzyć tani prezent dla jakiejś cnotliwej i niewymagającej
dziewczyny, a w najgorszym razie --- można przejrzeć się w
szybie, jak w lustrze. Nie jestem pyszałkiem, wyznam jednak,
że lubię swoją fizjognomię<pe><slowo_obce>fizjognomia</slowo_obce> --- wygląd twarzy, ciała.</pe>, a nie znoszę nieporządku w ubraniu.
Podwinięty kołnierz, źle zapięty krawat, albo, broń Boże!
plamka na klapie surduta, na cały dzień mogą mi zepsuć humor.</akap>


<akap>Podczas jednej wędrówki zauważyłem w oknie sklepu tokarza
--- bardzo ładną twarzyczkę. Zatrzymałem się, zacząłem udawać,
że przypatruję się laskom, fajkom, szachom i dominom, rzucając
jednak słodkie spojrzenie na piękną sklepową.</akap>


<akap>Nieznajoma dostrzegła oznaki mojej życzliwości, a nawet
uśmiechnęła się znacząco. I właśnie, gdy podnosiłem rękę do
kapelusza, aby złożyć jej ukłon, osłupiałem...</akap>


<akap>Między laskami w oknie była jedna czarna, posiadająca
zamiast gałki --- rzeźbioną główkę Murzyna. Prawdziwego
Murzyna z czarną cerą, białymi zębami, ciemno-wiśniowymi
wargami, a nade wszystko --- ze szklanymi oczyma, które, lubo<pe><slowo_obce>lubo</slowo_obce> (daw.) --- chociaż.</pe>
trochę rozbiegłe, zdawały się mieć pozór życia i myśli.</akap>


<akap>Otóż w chwili, gdy podniosłem rękę do kapelusza, aby ukłonić
się pięknej sklepowej, spostrzegłem ze zdumieniem, iż rzeźbiony
na lasce Murzyn patrzy mi w oczy i --- śmieje się na całe gardło.
Przechylił się w tył, jakby miał upaść, szeroko otworzył grube
usta i śmiał się ze mnie, no, ale tak, że gdyby był żywym
człowiekiem, choćby Murzynem, musiałbym zażądać od niego
wyjaśnień.</akap>


<akap>Nim otrząsnąłem się z przykrego wrażenia i przypomniałem
sobie, że bądź co bądź jest to tylko rzeźbiona laska, sklepowa
znikła.</akap>


<akap>Od tej pory często przechodziłem obok sklepu. Nieznajomej
już w nim nie było, ale za to kij z gałką w formie Murzyna
nabierał coraz więcej życia i wyrazu. Niekiedy zdawało się, że
pochylony na prawo, rozmawia z laską, mającą na wierzchołku
głowę starca. Innym razem, pochylony na lewo, zdawał się
drwić z kija zakończonego końskim kopytkiem. Czasami
zwracał grube wargi do zawieszonej obok cygarnicy, jakby
chciał zaciągnąć się dymem papierosa. A innym razem znowu
zdawało się, że --- mnie poznaje.</akap>


<akap>Wówczas albo pochylał się do mnie, jakby kłaniając się, albo
przykładał usta do szyby (może chciał mnie pocałować?), albo
obrażony moją dla niego obojętnością, stał sztywnie<pe><slowo_obce>sztywnie</slowo_obce> --- dziś popr.: sztywno.</pe> i patrzał
gdzieś, na drugą stronę ulicy.</akap>


<akap>Nigdy nie używałem laski; idąc, trzymałem zwykle w prawej
ręce rękawiczkę, i to mi wystarczało. Jednakże około sześćdziesiątego
roku życia przyszła mi chęć sprawienia sobie kija. Nie dlatego
bynajmniej, ażeby się podpierać, bo tego nawet dziś nie potrzebuję,
ale --- uważałem, że z kijem w ręku będę wyglądał poważniej.
Doszedłem nawet do wniosku, że trzymanie złożonej rękawiczki
stosowne jest dla mężczyzny tylko między dwudziestym a trzydziestym rokiem.</akap>


<akap>Pomimo tych uwag, nie wiem jak długo jeszcze decydowałbym
się na kupno laski, gdyby nie okoliczność, że --- zostałem
członkiem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.</akap>


<akap>,,Jużci --- pomyślałem --- zwierząt nie można protegować bez
kija."</akap>


<akap>I postanowiłem kupić sobie ów kij z główką Murzyna.</akap>


<akap>Nie wiem dlaczego, wchodząc do sklepu tokarza, uczułem nieco
przyśpieszoną pulsację. Spoglądam za kontuar --- nie ma pięknej
sklepowej; miejsce jej zajmuje jakiś zatabaczony jegomość
w okrągłych okularach. Patrzę na okno... Nie ma mego
Murzynka!...</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie pan ma tę laskę z głową Murzyna? --- spytałem
tokarza. --- Chcę ją kupić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Murzyna? --- spytał. --- A to dziwny traf! Nie ma
kwadransa, jak kupił go jakiś pan. Ale znajdę dla pana
dobrodzieja coś stosowniejszego: kij z dużą, gładką gałką...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję panu --- odparłem i opuściłem sklep prawie z żalem.</akap_dialog>


<akap>Już mi nawet laski zaczynają porywać z przed nosa!</akap>


<akap>Co pan jednak powiesz?... Przechodzę obok sklepu na
drugi dzień i --- w oknie widzę znowu mego Murzynka. Pochylił
się tak, że o mało nie rozbił szyby głową, i zdawał się szeptać
do mnie z najwyższym niepokojem:</akap>


<akap_dialog>--- Chodźże tu prędko, bo mnie jeszcze kto złapie...</akap_dialog>


<akap>Naturalnie wpadłem do sklepu, wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Jest Murzyn!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jest --- odparł tokarz --- i co za dziwny traf! Wczoraj,
w pół godziny po pańskim wyjściu ze sklepu, ten pan, który
kupił Murzyna, odniósł go na powrót i wymienił na kij z dziobem
żurawia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co kto lubi --- odparłem. --- Ileż pan chce za tego diabła?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech będzie dwa ruble --- rzekł tokarz.</akap_dialog>


<akap>Zapłaciłem dwa ruble, i od tej pory nie rozdzielamy się z moim
Murzynkiem. Jeżelim się zaś kiedy rozdzielił z nim, to on zawsze
sam do mnie wracał, nabawiając mnie przy tym mnóstwa
kłopotów.</akap>


<akap>Jak już powiedziałem, nie jestem przesądny; myślę jednak,
że w moim kiju pokutuje jakiś zaklęty diabeł, który nabrał do
mnie osobliwej sympatii.</akap>


<akap>Posłuchaj pan bowiem, co mi spłatał zaraz w kilka dni po
przejściu na moją własność.</akap>


<akap>Zapomniałem dodać z początku, że jestem dość żywego
usposobienia, ale łagodny. Pokłóciłem się z ludźmi parę razy,
ale nie pamiętam, ażebym kogo uderzył, rozumie się --- do chwili
kupienia sobie fatalnego kija z murzyńską głową.</akap>


<akap>Tymczasem od dnia, w którym zamiast złożonej rękawiczki
począłem nosić laskę, opanowała mnie jakaś dzika werwa. Idąc
przez ulicę, nieświadomie ściskałem kij, a ściskając, z grzeszną
satysfakcją myślałem... żeby nim kogo obłożyć!... Jak
przystało na członka Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.</akap>


<akap>Otóż we trzy czy cztery dni po zrobieniu sobie nieszczęsnego
sprawunku, idę Nowym Światem. Idę wyprostowany, silnym
krokiem, i nagle uważam, że około mnie poczyna kręcić się
jakieś dwuznaczne indywiduum, które w dodatku bezczelnie
zagląda mi w oczy.</akap>


<akap>,,Złodziej --- myślę. --- Ależ dam ci, jeżeli mnie zaczepisz..."
W tej chwili, jakby na komendę, szarpie mnie ktoś za kieszeń.
Odwracam się i widzę tego samego faceta z najniewinniejszą
w świecie miną, jakby nigdy nic.</akap>


<akap>,,Ach! Hultaju! --- myślę sobie. Krew uderzyła mi do
głowy, i machnąłem kijem na oślep.</akap>


<akap_dialog>--- Jezus Maria! --- wrzasnęło podejrzane indywiduum. --- A za
cóż mnie wielmożny pan tak uczcił?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto jesteś, łotrze jakiś? --- zawołałem, chwytając go za rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to?... Wielmożny pan nie poznaje mnie?...
Przecież jestem Paweł, lokaj od pana Biedrzyńskiego... A
pan mnie tak uszlachcił, że mi ledwo łeb nie pęknie.</akap_dialog>


<akap>Przypatrzyłem mu się uważniej... Prawda: to jest Paweł,
lokaj od Biedrzyńskiego!</akap>


<akap_dialog>--- Czegożeś się tak skradał, gamoniu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo mam list do wielmożnego pana od mego pana...
O święty Józefie!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc czemużeś mi od razu nie powiedział?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Com miał gadać, kiedy wielmożny pan zyrkał<pe><slowo_obce>zyrkać</slowo_obce> (gw.) --- zerkać.</pe> na mnie
spod oka, jakby na złodzieja.</akap_dialog>


<akap>Naturalnie dałem biedakowi trzy ruble i wnet uspokoił się.
Swoją drogą otoczył nas tłum gapiów, i na ich żądanie musieliśmy
pójść obaj do cyrkułu<pe><slowo_obce>cyrkuł</slowo_obce> --- posterunek policji w zaborze rosyjskim.</pe>. Tam spisano ze mnie protokół, a na
drugi dzień ,,Kurier Poranny" ogłosił całe to zdarzenie i jeszcze
zrobił ze mnie wariata!</akap>


<akap>Ile z tego powodu wysłuchałem od Ewci!... Nie mam
nawet odwagi powtarzać. Już wówczas zacząłem podejrzewać
świeżo kupioną laskę o fatalny wpływ na moje losy; ale gdym
spojrzał na głowę Murzynka i zobaczył jego minę zafrasowaną,
a nawet przestraszoną, wzruszyłem ramionami.</akap>


<akap>,,Co za nierozsądek przypisywać czarodziejskie wpływy
kawałkowi drewna? --- rzekłem do siebie. --- Wprawdzie głupstwo się stało, no, ależ kij temu nie winien. Owszem, okazał
on dużo hartu w tym brzydkim zajściu."</akap>


<akap>Nie potrzebuję dodawać, że po takiej awanturze stanowczo
zniechęciłem się do obowiązków członka Towarzystwa Opieki
nad Zwierzętami. Żadne stanowisko, żaden tytuł, ale za to
ciągłe włóczenie się po cyrkułach z furmanami, którzy dręczą
konie. Mam już dosyć cyrkułów.</akap>


<akap>Zapytasz pan: jaki u licha związek może mieć rola opiekuna
zwierząt z pobiciem lokaja od Biedrzyńskiego? Czy ja wiem,
panie?... Ten związek, żem się zniechęcił do opieki. W
podobnych zaś wypadkach nie mam zwyczaju rozumować, ale
idę za głosem przeczucia.</akap>


<akap>Ale, ale!... Zapomniałem opowiedzieć, kto jest Biedrzyński
i jaka była treść listu, który w tak przykrych warunkach doręczył
mi jego Paweł.</akap>


<akap>Będę zwięzły. Człowiek może mieć i nawet miewa dużo
kochanek, ale przyjaciela --- tylko jednego. Biedrzyński (ale
Teofil Biedrzyński, bo znam ich kilku) jest takim moim
przyjacielem.</akap>


<akap>Na stosunku naszym potwierdza się przysłowie, że przyjaźń
możliwa jest tylko między ludźmi wprost przeciwnego charakteru.
Istotnie, on i ja jesteśmy dwoma kontrastami.</akap>


<akap>On --- stary kawaler, ja żonaty; on wiecznie słaby i kwękający,
ja mam aż za dużo sił; on brzydki jak Mefistofeles, ja...
Jaki ja jestem, najlepiej ocenił to sam Teofil, który ciągle mnie
namawia, ażebym jechał do Krakowa i pozował Matejce do
jakiego historycznego obrazu na senatora, hetmana, albo na
króla!...</akap>


<akap>Muszę też dodać, że kiedy Teofil tak nie lubi kobiet, iż więcej
widzi w nich złego, niż na to zasługują, ja tak je lubię, że zamykam
oczy nawet na istotne wady. Dla dopełnienia zaś istniejących
między nami sprzeczności, ja wciąż tęsknię do jakiegoś stanowiska
i tytułu, jemu zaś najdoskonalej wypełnia życie jego kamienica,
pobieranie czynszu od lokatorów albo wytaczanie im procesów.</akap>


<akap>Nie uchybię memu przyjacielowi, gdy jeszcze raz powtórzę,
iż nie należy on do pięknych mężczyzn. Mały, chudy, ma
żółtawe oczy i rysy drapieżnego ptaka. Ludzie nie znający go
widzą w nim typ lichwiarza; w istocie zaś Biedrzyński większą
część swego dochodu obraca na spłacanie poręczeń za długi,
które zaciągnęli inni.</akap>


<akap>A jaka to prosta i uczciwa natura!...</akap>


<akap_dialog>--- Proszę cię, dlaczego ten Fitulski nie kłania mi się na ulicy
i jeszcze rzuca na mnie oszczerstwa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż on mówi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówi: ,,Ja go znam!..." albo: ,,To jest ziółko!..."</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewnie dlatego, żeś za nim poręczył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ ja to, com poręczył, najpunktualniej spłacam. Więc
czego on chce?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie to mu robi przykrość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozumiem --- mówi Teofil.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach! Ty niczego nie rozumiesz! Przypomnij sobie
przysłowie: ,,Chcesz mieć wroga, pożycz mu pieniędzy".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozumiem... Ja przecież nie pożyczyłem mu, tylkom
za nim poręczył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, daj mi już spokój --- przerwałem.</akap_dialog>


<akap>Mój kochany Teofil nigdy tego nie zrozumie.</akap>


<akap>Na domiar jest on dziwnie łatwowierny, co stawia go nieraz
w fałszywej pozycji. Była przecie nawet w naszych stosunkach
taka epoka, że mi Bóg wie jakie o nim myśli przechodziły przez
głowę.</akap>


<akap>Zajmuje się on gorliwie polityką, czyta wszystkie możliwe
i niemożliwe gazety (odcyfrowuje nawet szpalty zamazane
tuszem!) i z całego świata zbiera pogłoski. Nie ma chyba w
Warszawie człowieka, który by tyle co on wytworzył kombinacji
politycznych i co rok nie spodziewał się wojny.</akap>


<akap_dialog>--- Zobaczysz --- mówił każdej zimy --- będzie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na wiosnę? --- przerywam, śmiejąc się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na wiosnę?... Nie wiadomo; a może w czerwcu, albo
w początkach lipca... Zobaczysz.</akap_dialog>


<akap>Otóż przed kilku laty był taki miesiąc, że mój przyjaciel,
oprócz własnych politycznych kombinacji, począł mi znosić
takie wiadomości, że mi od nich stawały włosy na głowie.
Opowiadał mi, z miną tajemniczą i uroczystą, o jakichś nowych
przymierzach i wojnach, cytując zawsze bardzo poważne źródła.
Powieści swoje zaczynał zwykle w taki sposób:</akap>


<akap_dialog>--- Dowiedziałem się dziś, przez trzecie osoby, od konsula
niemieckiego...</akap_dialog>


<akap>Albo: --- Słyszałem dziś, wprawdzie pośrednio, ale z ambasady
francuskiej...</akap>


<akap>Niekiedy aż cierpłem. Gdym go zapytał: przez kogo odbiera
podobne wiadomości, które w dodatku nigdy się nie sprawdzają?
--- podnosił w górę brwi i ramiona i odpowiadał:</akap>


<akap_dialog>--- Nie mogę nawet ciebie objaśnić, dałem słowo...</akap_dialog>


<akap>Byłem pewny, że marnie zginie wśród nowych swoich stosunków,
i dopiero wypadek przekonał mnie o źródle informacji Teofila.</akap>


<akap>Pewnego dnia zaprosił mnie Biedrzyński do restauracji, gdzie
jadał od lat kilku. Wszedłszy do salonu, siedliśmy przy
wspólnym stole, zajętym już przez grono młodych mężczyzn,
ilem zauważył, bardzo wesołych, ale trochę złośliwych.</akap>


<akap>Ledwie nam podano kartę i nakrycia, młodzi zaczęli między
sobą szeptać w sposób, który wydał mi się demonstracyjny.</akap>


<akap_dialog>--- Może panom przeszkadzamy!... --- zapytałem nieco
zirytowany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O nie!... Bardzo prosimy!... Miło nam widzieć
panów między sobą...</akap_dialog>


<akap>I znowu szepty, z których, pomimo, że usiłowałem nie słyszeć,
wpadły mi w ucho wyrazy: ,,Alfons... Bismarck<pe><slowo_obce>Otto von Bismarck</slowo_obce> (1815--1898) --- niemiecki polityk, premier Prus, kanclerz Rzeszy Niemieckiej.</pe>...
detronizacja..."</akap>


<akap>Mnie, wyznaję, cicha ta rozmowa wydała się nieprzyzwoita.
Ze zdziwieniem jednak spostrzegłem, że Teofil jest nią
zaciekawiony w wysokim stopniu. Słuchał, patrzał im w oczy,
kręcił się i co chwila pytał:</akap>


<akap_dialog>--- Co? Co?... Bo dobrze nie słyszę... A o mojego kolegę
możecie być spokojni... To zacny człowiek, pan Ludwik
Wesołowski.</akap_dialog>


<akap>Ognie uderzyły mi na twarz, kiedym usłyszał podobną
rekomendację. Zmieszałem się --- jak sztubak<pe><slowo_obce>sztubak</slowo_obce> (daw.) --- uczniak.</pe>, jakbym stał
wobec Ewci; to też bez najmniejszego protestu ściskałem
wyciągnięte do mnie ręce młokosów, których nawet nazwisk
nie pamiętam.</akap>


<akap>Przysiągłem sobie, że już noga moja nie postanie w tym
towarzystwie; Teofil zaś, jakby nic nie zaszło, wciąż pytał:</akap>


<akap_dialog>--- Więc co?... Więc co Bismarck?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic... Głupstwo! --- mówił jakiś blondyn, z fizjonomią,
która nie zdradzała wielkiego szacunku ani dla mnie, ani dla
Teofila. --- Prawie nic... Mówiono tylko w konsulacie, że
Bismarck chce detronizować Alfonsa hiszpańskiego<pe><slowo_obce>Alfons XII Burbon</slowo_obce> (1857--1885)--- król Hiszpanii w latach 1874--1885.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozumiem. Na co mu to?... --- pytał natarczywie
Teofil.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, jakże na co? W Hiszpanii rewolucja... Potem
republika... Unia z Francją, potem z Włochami... Związek
rzeczypospolitych romańskich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozumiem... Co Bismarckowi po unii romańskiej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co?... Chce wywołać powszechną wojnę i zabrać
10-miliardową kontrybucję. To takie jasne, panie, takie jasne...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Teofilu --- szepnąłem --- pieczeń ci wystygnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lubię zimną --- odparł mój przyjaciel. --- A więcej...
Więcej już nic nie słychać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będzie dobrze! --- odparł blondyn, podnosząc w górę
widelec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żartuje pan --- westchnął Biedrzyński.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszałem to wczoraj z ust konsula hiszpańskiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Konsula?... --- powtórzył Teofil, kierując czerwone ze
wzruszenia ucho w stronę mówcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak. Leczę jego sekretarza na kamień. Wczoraj był u
niego, przy mnie, konsul i spytał się: czy kamień już wyszedł?
Odpowiadam, że jeszcze nie, ale za tydzień, to z pewnością
--- także nie wyjdzie. Wtedy konsul ścisnął za rękę sekretarza
i powiedział: ,,Będzie dobrze". Słyszałem to na własne uszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Figlarz z doktora! --- rzekł z uśmiechem mój przyjaciel. --- Ale tak naprawdę co słychać?</akap_dialog>


<akap>Podniosłem się z krzesła.</akap>


<akap_dialog>--- Przepraszam cię, Teofilu --- odezwałem się --- ale...
wyjdźmy stąd.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chory jesteś? --- krzyknął Teofil. --- Mamy doktora...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję ci, leczę się homeopatią... Tylko wyjdźmy...</akap_dialog>


<akap>Zerwał się i, nawet nie płacąc rachunku, wybiegł za mną na
ulicę. --- Mój drogi --- rzekłem mu --- ci panowie kpili sobie z nas.</akap>


<akap_dialog>--- Ale gdzieżby znowu!... Przecież to moi przyjaciele...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Twoi, ale nie moi --- odparłem.</akap_dialog>


<akap>Szliśmy dalej w milczeniu.</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz co --- nagle odezwał się Teofil --- ja sam nieraz
myślę, że oni z tą polityką trochę blagują<pe><slowo_obce>blagować</slowo_obce> --- kłamać, zmyślać.</pe>. Ale swoją drogą
doskonale chłopaki! Nigdy nie mam takiego apetytu, jak w
ich towarzystwie. Pomartwią człowieka, nastraszą, rozweselą,
obudzą nadzieję --- i... i jakoś lepiej trawi się obiad. Nie
mam do nich pretensji.</akap_dialog>


<akap>Taki jest Biedrzyński, człowiek anielskiego serca, pomimo
krogulczej fizjognomii.</akap>


<akap>Otóż list, za który jego biedny lokaj dostał kijem (dziś jeszcze
wstyd mi!), pochodził od Biedrzyńskiego. Teofil radził mi,
w sposób naglący, ażebym zapisał się na członka Towarzystwa
Wzajemnego Kredytu, że niezadługo odbędą się wybory, i że
przy pomocy jego (Teofila) i jego przyjaciół, mogę zostać
członkiem zarządu, lub choćby komisji rewizyjnej. Donosił
też, że sam leży w łóżku, gdyż ma katar.</akap>


<akap>Projekt ten podobał mi się. Jużci lepiej tytułować się:
członkiem zarządu, aniżeli opiekunem zwierząt. Naturalnie zaraz
pojechałem do cierpiącego Teofila i ułożyliśmy plan kampanii.</akap>


<akap>Odbyła się ona akurat w tydzień później, w Resursie
Obywatelskiej, na zgromadzeniu ogólnym.</akap>


<akap>Gdyśmy weszli do dużej sali, było w niej już kilkuset mężczyzn,
siedzących na ławach i krzesłach, jak w parlamencie. Niektórzy
z tych panów rozmawiali o teatrze, albo o cenach zboża, jeden
drzemał, jeden piłował sobie paznogcie<pe><slowo_obce>paznogcie</slowo_obce> --- dziś popr.: paznokcie.</pe>, a jeden (ile mogłem
wyrozumieć) dowodził płaczliwym głosem, że skutkiem
niedołęstwa czy złej woli zarządu, Towarzystwo musi
zbankrutować, ponieważ w sprawozdaniu budżetowym znajduje
się omyłka, wynosząca 2 ruble i 17 kopiejek.</akap>


<akap_dialog>--- Któż zaś nam zaręczy, panowie! --- biadał dalej mówca
--- czy na rok przyszły cyfra ta nie posunie się o kilka miejsc
wyżej i nie spowoduje omyłki o dwieście tysięcy, lub nawet o
dwa miliony rubli?...</akap_dialog>


<akap>Po tych słowach obecni zaczęli bardzo hałasować, a najbardziej
--- siedzący przed nami otyły olbrzym. Był to człowiek w moim
wieku z najeżonymi wąsami i fizjonomią tygrysa. Odpowiadając
poprzednikowi, boleśnie udeptał swego sąsiada w nagniotek,
Biedrzyńskiego trącił w piersi krzesełkiem, i niepytany ani
upoważniony, krzyczał ogromnym głosem, że w tym zgromadzeniu
nikomu ufać nie można, ani oponentom, ani zarządowi.</akap>


<akap>Wiele czasu upłynęło, nim dzwonek uspokoił zamieszki.
Niektórzy, ziewając, zaczęli już wychodzić. Wtedy Biedrzyński
pobiegł do prezydialnego stołu i coś poszeptał z siedzącymi za
nim dygnitarzami. Mimowolnie westchnąłem, pomyślawszy, jak
poważnie wyglądałbym za takim stołem...</akap>


<akap>Niebawem wrócił do mnie zadyszany Teofil, wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Mów, mów!... Masz głos. Podałem cię na kandydata.</akap_dialog>


<akap>Jednocześnie prezydujący wezwał mnie do zabrania głosu.</akap>


<akap>Gdym powstał, jegomość z najeżonymi wąsami odwrócił się
do mnie z krzesłem, i patrząc mi w oczy, zapytał Teofila:</akap>


<akap_dialog>--- Cóż to za nowy Demostenes<pe><slowo_obce>Demostenes</slowo_obce> (384--322) --- polityk i mówca grecki.</pe>?</akap_dialog>


<akap>Odgadłem, że będzie to przeciwnik mojej kandydatury do
zarządu, lub przynajmniej do komisji rewizyjnej. Gniew zakipiał
we mnie, ale jednocześnie uległem natchnieniu i postanowiłem
zaimponować moim oponentom --- wymową.</akap>


<akap_dialog>--- Panowie! --- rzekłem. --- Wprawdzie w tym szanownym
zgromadzeniu jestem człowiekiem nowym i nieznanym
i, że tak powiem, jedną nogą jeszcze stoję wśród tej szerokiej
publiczności, która stanowi ogół. Mam więc, zda mi się prawo,
w imieniu tej publiczności, w imieniu narodu, podziękować
zarządowi za jego uczciwą pracę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciekawym, kto go upoważnił do przemawiania w imieniu
narodu? --- zawołał jegomość z tygrysią twarzą.</akap_dialog>


<akap>Potem ziewnął mi w sam nos i hałaśliwie wyszedł z sali.</akap>


<akap>Nieprzyzwoity ten postępek obecni skarcili wybuchem śmiechu.
Byłem jednakże tak zirytowany, że --- nie mogąc mówić dłużej
--- usiadłem.</akap>


<akap_dialog>--- Pysznie zacząłeś! --- szepnął Teofil. --- Mów śmiało dalej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani myślę --- odparłem. --- Kto jest ten grubianin, który
mi przerwał!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Steinberg, pułkownik pruskich dragonów --- objaśnił Teofil.
--- Trochę zawadiaka, ale w gruncie rzeczy dobry człowiek.</akap_dialog>


<akap>Chciałem biec za pułkownikiem pruskich dragonów i wyzwać
go na pojedynek. Ale zatrzymał mnie Teofil, do głosowania.
Rzuciliśmy obaj kartki z nazwiskami naszych kandydatów, a
gdy obliczono rezultat, okazało się, że --- Teofil dostał jeden
głos do komisji rewizyjnej, a ja także jeden do zarządu.</akap>


<akap>Usłyszawszy to, obecni znowu wybuchnęli śmiechem, co
skłoniło mnie i Biedrzyńskiego do opuszczenia sali. Byłem
wściekły i przysiągłem natychmiast wykreślić się z Towarzystwa.</akap>


<akap>Długo czekaliśmy w kontramarkarni<pe><slowo_obce>kontramarkarnia</slowo_obce> (daw.) --- szatnia.</pe>, nim po wielu krzykach
i omyłkach wydano nam rzeczy. Któż jednak opisze złość,
w jaką wpadłem, przekonawszy się, że mi wzięto nowe kalosze,
a zostawiono stare, i... że zamiast mego Murzynka oddano
mi jakąś laskę hebanową z psim łbem...</akap>


<akap>Murzynek mój zginął! Wróciłem późno do domu i całą noc
nie mogłem zmrużyć oka, w części z powodu awantur na
wczorajszym zebraniu, w części z żalu po kiju, do któregom się
przywiązał.</akap>


<akap>Wtem, około południa, służący oddaje mi kopertę, w której
znalazłem bilecik z nazwiskiem: ,,Pułkownik Jan Steinberg"
i z następnymi słowami:</akap>


<dlugi_cytat><akap>,,Odsyłam pańską laskę, prosząc o zwrot mojej, hebanowej."</akap></dlugi_cytat>

<akap>Istotnie zgubiony Murzynek wrócił do mnie, ale w takich
warunkach, że nawet nie mogłem się z niego ucieszyć. Jak to,
więc ten awanturnik, Steinberg, naprzód sam zamienił mi laskę,
a następnie przysyła mi impertynencki bilet?... Poczekaj!</akap>

<akap>Siadłem i na swoim bilecie odpisałem:</akap>

<dlugi_cytat><akap>,,Odsyłam hebanową laskę, a zarazem stare kalosze, prosząc o zwrot moich, nowych."</akap></dlugi_cytat>

<akap>Szczerze byłem kontent<pe><slowo_obce>kontent</slowo_obce> (daw.) --- zadowolony.</pe> z tej zwięzłej i energicznej odpowiedzi.
Uczucia moje jednak szybko się zmieniły, gdy w godzinę później
zgłosili się do mnie jacyś dwaj panowie, a razem z nimi lokaj
z pakietem.</akap>


<akap>Panowie przedstawili mi się, a jeden rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Pułkownik Steinberg twierdzi, że pan posądził go
o <wyroznienie>rozmyślną</wyroznienie> zamianę kaloszów. Stanisławie --- zwrócił
się do służącego z pakietem --- pokaż kalosze pułkownika.</akap_dialog>


<akap>Wydobyto kalosze. Były one tak ogromne, że słoń mógłby
w nich chodzić. Były z cholewami, a wewnątrz z cyframi
Steinberga.</akap>


<akap_dialog>--- Tak --- rzekłem --- to nie są moje kalosze.</akap_dialog>


<akap>Przeszliśmy do gabinetu, a jeden z dwu panów znowu zabrał
głos:</akap>


<akap_dialog>--- Więc przyznaje pan, że nadesłane kalosze nie są pańską
własnością?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To przecie jest widoczne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I gotów pan przeprosić pułkownika za wyrządzoną mu
obelgę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani myślę! --- zawołałem z gniewem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W takim razie da mu pan satysfakcję z bronią w ręku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I owszem --- odparłem. --- Pan Steinbok...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Steinberg --- poprawił jeden z przybyłych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko jedno --- rzekłem cały drżący. --- Pan Steinberg
tyle razy obraził mnie, że, bez względu na mój poważny wiek,
będę się z nim strzelał. Muszę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekamy więc pańskich sekundantów --- odpowiedzieli ci
panowie (a może tylko jeden z nich) i ukłoniwszy się uroczyście,
wyszli.</akap_dialog>


<akap>Zaraz pojechałem do Teofila, z nim do starego majora
Wilczyńskiego, który miał być drugim moim sekundantem, i
posłałem ich pod wskazany adres.</akap>


<akap>Późno wieczorem wpadł do mnie Biedrzyński. Nigdy nie
widziałem go w stanie tak podnieconym. Zbudził się w nim nie
tylko duch rycerski, ale nawet okrucieństwo.</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz? --- mówił, machając pięściami --- przyjęliśmy
wszystkie warunki! Niech diabli porwą!... Może
przynajmniej ty nauczysz rozumu tego drągala. Będziecie się
strzelali pojutrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To... To już nieodwołalny termin? --- spytałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już podpisaliśmy protokół. Marsz do bariery, każdy
strzela po dwa razy. Jeżeli ci dobrze pójdzie, z pewnością na
przyszłych wyborach zostaniesz członkiem zarządu, bo tego
Steinberga nikt nie lubi. No, dobranoc ci, mój złoty!...</akap_dialog>


<akap>Pożegnał mnie rozpromieniony. Późno ległem spać, i przez
całą noc śniło mi się, że spadam z wysokości. Nigdym się tak
nie zmęczył we śnie.</akap>


<akap>Nazajutrz znowu odwiedził mnie Teofil. Doniósł mi, że już są
dobre pistolety i chirurg, ale zauważyłem, że trochę stracił werwę.</akap>


<akap_dialog>--- Głupi interes --- mówił. --- No, ale trudno... Musimy się
strzelać...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może... --- odezwałem się --- może sądzicie, że powinienem
zrobić jakiś krok?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy! --- zawołał Teofil. --- Właśnie mówiliśmy o tym z
majorem. Jeżeli zgoda jest możliwa, to tylko na placu, gdy
przejdziesz do mety, nie strzelając za pierwszym razem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... A jeżeli on...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przeprosi cię? Nie, on tego nie zrobi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Domyślam się. Ale... jeżeli on wystrzeli, nim
dojdziemy do mety?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O to bądź spokojny --- rzekł Teofil. --- On z pewnością
będzie cię przetrzymywał... To wściekłe zwierzę, nie człowiek.</akap_dialog>


<akap>Uczułem taki dreszcz w wargach, żem musiał ścisnąć zęby.</akap>


<akap_dialog>--- Więc --- odezwałem się po chwili --- może by zrobić jakiś
krok pojednawczy?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Teraz nigdy, skompromitowałbyś się. Na pojednanie jest
zawsze czas, więc najlepiej zrobić to na placu, po przyjściu do
bariery bez wystrzału. Tak robią wszyscy dżentelmeni.</akap_dialog>


<akap>Uściskał mnie i wybiegł zamówić dwie karety. Drugą --- ,,na
wszelki wypadek..."</akap>


<akap_dialog>--- Bodaj was pioruny zatrzasły! --- mruknąłem, gdy już był
za drzwiami. --- Czego u diabła ten Biedrzyński jest taki nieugięty
na punkcie honoru, gdy chodzi o mnie? Ja powinienem być
nieugięty, a do niego należy mitygować<pe><slowo_obce>mitygować</slowo_obce> --- powstrzymywać od zbyt gwałtownego działania.</pe>.</akap_dialog>


<akap>Nie powiem, żebym się bał, albo żeby rady mojego przyjaciela
nie były słuszne. Ale jego zaciętość gniewała mnie; bo im
więcej zachęcał do zgody, tym mocniej oburzyłby mnie na
Steinberga i podniecił do walki.</akap>


<akap>W dzień pojedynku byłem spokojny, jak nigdy. Nie mogłem
wyobrazić sobie, ażeby sprawa między dwoma ludźmi poważnymi,
w towarzystwie czterech innych ludzi poważnych, miała
zakończyć się tragicznie. Irytowałem się tylko zapasową karetą,
którą mój przyjaciel ciągnął za nami na plac.</akap>


<akap>Bądź co bądź, około południa znaleźliśmy się wszyscy na polu
walki, w pewnym zamiejskim parku.</akap>


<akap>Ukłoniliśmy się naszym przeciwnikom, oni nam, i spojrzałem
po fizjognomiach. Steinberg sapał jak byk, Biedrzyński był
blady i co chwila biegał między drzewa; ja zaś (mówię bez
przechwałek) czułem się zupełnie spokojny. Spokój ten przeszedł
nawet w dziwną apatię, gdym usłyszał stukanie nabijanych
pistoletów.</akap>


<akap>Świadkowie wybrali plac na łączce, otoczonej gęstymi drzewami.
Wymierzyli odległość i na barierze z mojej strony wbili w ziemię
Murzynka. Był on zwrócony twarzą do mnie, i teraz dopiero
spostrzegłem, że mu wypadło jedno oko...</akap>


<akap>,,Gdzie mogło podziać się to oko?" --- myślałem.</akap>


<akap>Postawiono nas na metach, dano w ręce pistolety i stary
major zaczął coś mruczeć pod nosem. Ale co? --- nie zrozumiałem.</akap>


<akap>,,Gdzie mój Murzynek podział oko?" --- snuło mi się po
głowie.</akap>


<akap>W tej chwili przybiegł do mnie Teofil.</akap>


<akap_dialog>--- Nie strzelaj za pierwszym razem. Na barierze
zaproponujemy zgodę --- szepnął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko mi jedno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Baczność! --- odezwał się sekundant Steinberga
zakatarzonym głosem, a po chwili dodał --- Drugi strzał w
dziesięć sekund po pierwszym... Panowie <wyroznienie>awansują</wyroznienie>...
Marsz! ...</akap_dialog>


<akap>Machinalnie ruszyłem z miejsca, lecz spojrzawszy na mego
Murzynka, nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu. Hultaj
miał taką minę, jakby, przymrużywszy jedno oko, celował do
mnie z błazeńskimi grymasami. W tej chwili usłyszałem przykry
świst koło ucha. Podniosłem oczy. O kilkanaście kroków przede
mną stał gruby Steinberg, otoczony obłokiem niebieskawego
dymu.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1361370704088-3824716585"/><motyw id="m1361370704088-3824716585">Pojedynek</motyw>--- Jedna sekunda!... Dwie sekundy!... Trzy sekundy!... --- wrzeszczał zakatarzony tenor.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Strzelaj, Ludwiku! --- wołał Biedrzyński.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ognia!... Pal! --- komenderował major.</akap_dialog>


<akap>Zacisnąłem pięść, w której tkwił pistolet. Szarpnęło, huknęło,
poczułem zapach siarki...</akap>


<akap_dialog>--- Zuch dziad! Jeszcze mógłbyś służyć w dragonach!
--- krzyknął wielkim basem Steinberg, ująwszy się pod boki.</akap_dialog>


<akap>Przypadli do nas świadkowie i doktorowie, a Teofil z płaczem
rzucił mi się na szyję:</akap>


<akap_dialog>--- Nie wiedziałem, że jesteś taki bohater!... --- szlochał.</akap_dialog>


<akap>Milcząc, uścisnąłem go: zdawało mi się, że w tym uścisku
obejmuję całą ludzkość.</akap>


<akap>W tej chwili zbliżył się Steinberg; zgniótł mi rękę swoją
ogromną łapą i z grubiańskim śmiechem zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- No, stary, daj pyska!... Mowami swoimi możesz sobie
--- zapalać fajkę, aleś zuch... Kiedyś mi się roześmiał przy
barierze, chciałem ci w łeb palnąć. Nieszczęściem, za dużo piję
i grywam w bilard, więc mi drgnęła ręka... Daj pyska z
drugiej strony!<end id="e1361370704088-3824716585"/></akap_dialog>


<akap>Ucałowałem go grzecznie, ale bez zapału. Nie jestem
faryzeuszem, aby twierdzić, że robią mi przyjemność karesy<pe><slowo_obce>karesy</slowo_obce> --- pieszczoty.</pe>
człowieka, który przed minutą godził na moje życie.</akap>


<akap>Przy tym: jaki niesmaczny koncept nazywać mnie
dziadem!...</akap>


<akap>Świadkowie zapakowali pistolety, chirurgowie swoje narzędzia
(jeden z nich, wysoki i kędzierzawy blondyn, ostentacyjnie
wkładał w futerał kleszcze położnicze) i --- zabraliśmy się z
powrotem do naszych karet. Już widać było za zielonymi
krzakami czarne pudła powozów i lakierowane kapelusze
woźniców, kiedy nagle --- stanąłem.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie mój kij?... Znowu zgubiłem Murzynka!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewno został na mecie --- odezwał się sekundant Steinberga.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pal go diabli! --- zawołał Steinberg. --- Idźmy, panowie do
Stępka, bom okrutnie głodny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Natychmiast was dogonimy --- odparłem, zawracając ku
łączce.</akap_dialog>


<akap>Teofil przyłączył się do mnie.</akap>


<akap_dialog>--- Daj spokój --- mówił --- nie warto tracić czasu dla tak
brzydkiego kija. Dam ci w prezencie lepszy.</akap_dialog>


<akap>Nie odpowiedziałem mu, lecz przyśpieszyłem kroku. Jak to?
Miałbym się wyrzec Murzynka, który wywołał ten sławny
pojedynek i tak dzielnie sekundował mi przy barierze?...
Nigdy!</akap>


<akap>Nie doszedłszy do łączki, zetknęliśmy się z kilku chłopami
i małym pastuszkiem. Chłopiec trzymał w ręku Murzynka.</akap>


<akap_dialog>--- Moja laska! --- zawołałem.</akap_dialog>


<akap>Chłopi stanęli, a jeden odezwał się:</akap>


<akap_dialog>--- To panowie strzylali w parku?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Śni ci się, człowieku! --- zawołał Teofil i nieco pobladł.</akap_dialog>


<akap>Wystąpiłem naprzód.</akap>


<akap_dialog>--- Ten pan nie strzelał --- rzekłem do chłopów, wskazując
Biedrzyńskiego --- tylko ja. Miałem pojedynek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to pan zapłaci za krowę --- odparł chłop.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za jaką krowę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A za tę, co ją pan ubił. Piankne było bydlę, warte ze sto
rubli.</akap_dialog>


<akap>Naturalnie poszliśmy do krowy, która nie była zabita, tylko
raniona w łopatkę. Znalazła się nawet kula, którą przy nas
najstarszy chłop wyjął spoza skóry zwierzęcia tępym kozikiem.</akap>


<akap>Targ w targ, daliśmy chłopom sześć rubli za krowę, pastuszkowi
dwadzieścia groszy za znalezienie mojej laski, a w godzinę później
u Stępka piliśmy ze Steinbergiem bruderszaft<pe><slowo_obce>bruderszaft</slowo_obce> --- ceremonialny toast towarzyszący przejściu na ,,ty".</pe>.</akap>


<akap>Przy tej okazji Teofil zrobił awanturę, i dopóty wyzywał na
pojedynek najmłodszego subiekta<pe><slowo_obce>subiekt</slowo_obce> (daw.) --- sprzedawca w sklepie.</pe>, dopóki nie spadł z krzesła
i nie zasnął na podłodze. Chciałem go przenieść na kanapkę,
ale sił mi zabrakło; zresztą całą uwagę zaprzątał mi Murzynek
i rozstrzygnięcie pytania: czy mój kij jest dla mnie pożyteczny,
czy szkodliwy? Że bowiem wpływał na moje losy, było aż
nadto widoczne.</akap>


<akap>Gdy wróciwszy do domu, opowiedziałem Ewci o pojedynku,
żona zrobiła mi scenę krótką, ale nadzwyczajną.</akap>


<akap_dialog>--- Pojedynkowałeś się?... Tak, musiałeś; to było twoim
obowiązkiem...</akap_dialog>


<akap>W następnej jednak chwili dostała serdecznego płaczu, a
zawoławszy Mieczysława i młodszą córkę Ludkę, naprzód nakazała
obojgu, aby mnie w sprawach honorowych naśladowali, a potem
uklękła przed Mieciem i zaklęła go, ażeby nigdy nie pojedynkował
się, jeżeli nie chce wpędzić jej do grobu.</akap>


<akap>I do dziś dnia nie wiem, drogi panie, czy, według opinii mojej
żony, zrobiłem dobrze, czy źle z tym pojedynkiem... Raz
bowiem mówi mi Ewusia, że strzelać się miałem obowiązek
(szczególne obowiązki, notabene w małżeństwie!), a innym razem
nadmienia, że do śmierci nie zapomni mi pojedynku...</akap>


<akap>Mądry, kto z kobietami dojdzie do ładu!</akap>


<akap>Mylisz się pan jednak, sądząc, że na tym kończą się piekielne
figle mego kija i niepokoje domowe. Mój Murzynek zrobił mi
jeszcze parę takich szpasów<pe><slowo_obce>szpas</slowo_obce> (pot.) --- zabawna sytuacja.</pe>, że szczerze byłbym kontent, gdyby
mi go kto ukradł, porąbał i rzucił w ogień. Sam boję się zrobić
mu coś podobnego.</akap>


<akap>Nim opowiem, co mi znowu zmalował, i nim przejdę do
właściwej prośby, jaką mam do pana, muszę wspomnieć o
wypadku, skutkiem którego Ewcia zabroniła przestępować
naszego progu --- Biedrzyńskiemu!... Tak, panie: Teofilowi
Biedrzyńskiemu, jedynemu przyjacielowi, jakiego posiadam
na ziemi!</akap>


<akap>Pewnego razu przyszedł on do nas wieczorem. Czekając
na herbatę, usiedliśmy w moim gabinecie, przy drzwiach,
prowadzących do salonu. On, jako mały, siedział na krześle,
ja --- na fotelu.</akap>


<akap>Tymczasem, robiąc przygotowania do kolacji, kręciła się po
całym mieszkaniu nowo przyjęta panna do towarzystwa Ludki,
osoba młoda i zapewne przystojna, bo nawet nie miałem czasu
jej się przypatrzyć.</akap>


<akap>Otóż, było prawie ciemno, kiedy koza<pe><slowo_obce>koza</slowo_obce> (daw., pot.) --- młoda i głupia dziewczyna.</pe> ta biegła przez mój
gabinet do salonu. Obaj z Teofilem, gdy wpadła między nas,
unieśliśmy się trochę z siedzeń, na znak uszanowania; a ten,
panie, smarkacz, jak wrzaśnie... Wielki Boże! ze trzydzieści
lat nie słyszałem takiego krzyku...</akap>


<akap_dialog>--- Co to? --- zawołał przestraszony Teofil, zrywając się z
krzesła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewnie zasłabła --- odparłem.</akap_dialog>


<akap>Ale byłem tak zmieszany, że machinalnie posadziłem Teofila
na fotelu, a sam zająłem jego krzesło.</akap>


<akap_dialog>--- Czy ona nie cierpi epilepsji<pe><slowo_obce>epilepsja</slowo_obce> --- padaczka.</pe>? --- pytał troskliwy Biedrzyński. --- Biedne dziecko...</akap_dialog>


<akap>W tej chwili weszła do nas Ewcia ze świecą. Była blada,
oczy jej płonęły. Bystro spojrzała na fotel, gdzie siedział Teofil
i --- rzekła do mnie drżącym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Przeproś, Ludwiku, pana Biedrzyńskiego, że herbaty dziś
u nas nie będzie. Mademoiselle<pe><slowo_obce>Mademoiselle</slowo_obce> (fr.) --- panna.</pe> zachorowała, oboje musimy
jej pilnować, a że i Ludka nie siądzie do stołu, więc przeproś...</akap_dialog>


<akap>Ukłoniła się piecowi, który stał na przeciw drzwi, i odeszła,
pełna groźnego majestatu. Nigdy nie wydał mi się tak piękny
jej imponujący wzrost i wdzięczne ruchy.</akap>


<akap_dialog>--- Nie rozumiem! --- wyszeptał odurzony tym ciosem Teofil.
--- Zdaje się, że pani Ewa wypędziła mnie z domu?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To przejdzie --- rzekłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale nawet nie wiem za co? --- dodał, chwytając pudełko
cygar, zamiast swego kapelusza. --- Czyżby Fitulski oczernił
mnie przed panią Ewą...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To przejdzie, to przejdzie... --- upewniałem, żegnając go czule.</akap_dialog>


<akap>On, biedak, wyszedł od nas na palcach, i zerwawszy z kołka
swój paltot, wymknął się na schody, przez drzwi tak wąsko
otwarte, jakby był nie większy od szczura.</akap>


<akap>Po jego odejściu, a raczej haniebnej ucieczce, ukazała się
Ewcia po raz drugi.</akap>


<akap_dialog>--- Czy wiesz --- rzekła --- co zrobił ten nędznik?... Zaczepił
mademoiselle... U mnie, w moim domu...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może to nie on, cóż znowu? --- wtrąciłem i ugryzłem się
w język.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc chyba ty? Nie przypuszczam jednak, ażebyś był
tak nikczemny; zresztą nie siedziałeś na fotelu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może... Może sama się potrąciła o fotel.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dosyć! --- przerwała Ewcia. --- Nie zmuszaj matki swoich
dzieci do szczegółowych wyjaśnień tego wstrętnego czynu. Od
dziś dnia noga Biedrzyńskiego nie postanie w naszym domu, a
ty daj mi słowo, że zerwiesz z tym bezwstydnikiem, który
zbezcześcił moją powagę, a i ciebie może wciągnąć we własne brudy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, widzisz... --- zacząłem.</akap_dialog>


<akap>Ale spostrzegłszy, że Ewcia znowu blednie, dałem słowo, że
będę unikał Teofila.</akap>


<akap>Łatwiej jednak obiecać, niż dotrzymać. Już na drugi dzień
odwiedziłem biednego przyjaciela, który rozchorował się z żalu,
a następnie odwiedzałem go co parę dni.</akap>


<akap>Teofil miał dom na Lesznie. Zwykle więc siadałem w tramwaj
i dojeżdżałem prawie do drzwi jego mieszkania. Trwało to
z miesiąc.</akap>


<akap>Pewnego dnia dużo biegałem po mieście. Byłem u Teofila,
w banku, u Stępka, w Ogrodzie Saskim i, w jednym z tych
miejsc, znowu zgubiłem... Swój kij!...</akap>


<akap_dialog>--- Teraz zjadł śledzia na dobre! --- pomyślałem. --- Trzeba
albo chodzić bez laski, albo sprawić sobie nową.</akap_dialog>


<akap>Któż jednak opisze moją radość, a potem przestrach, gdy
nazajutrz, w czasie obiadu, jeden z urzędników tramwajowych
odesłał mi... mego Murzynka z kartką:</akap>





<dlugi_cytat><akap>,,Znaleziony w tramwaju na Lesznie."</akap></dlugi_cytat>




<akap>Kartka ta dostała się przede wszystkim w ręce Ewci.
Przeczytawszy ją, zwróciła na mnie lodowate spojrzenie i, niby
niechcący, spytała:</akap>


<akap_dialog>--- Co, Ludwiku, robiłeś wczoraj na Lesznie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja? Na Lesznie?... Ja?... Już z miesiąc...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już wiem, Ludwiku --- przerwała Ewcia, podając mi
kartkę, i na tym skończyło się przy obiedzie.</akap_dialog>


<akap>Po obiedzie zaś --- nie gadała do mnie przez cały tydzień, nie
zaniedbując jednak tłumaczyć dzieciom, że uczciwy człowiek
zawsze dotrzymuje słowa, i że ludzie, którzy nie dotrzymują
słowa, są ludźmi godnymi politowania.</akap>


<akap>Myślałem, że zwariuję przez ten tydzień. Zacna kobieta,
spokojna, taktowna, wzór żon i matek, ale jak zacznie moralizować
--- żywcem wkopałbym się pod ziemię.</akap>


<akap>To też nikt się chyba nie zdziwi, gdy powiem, że nieraz brałem
swoją laskę do gabinetu i --- wymyślałem jej na czym świat stoi.
Tym razem przecie i ślepy dojrzy, że tylko diabelski Murzyn
narobił mi kłopotu.</akap>


<akap>Myślisz pan, że to już koniec jego intrygom?... Panie,
śmiertelny wróg nie spłatałby mi podobnego figla, jak ta bestia!</akap>


<akap>Przede wszystkim muszę dodać, że bez względu na jego
podłości, poszedłem do tokarza, gdziem go kupił i kazałem
wprawić murzynowi nowe oko. Majstra w sklepie nie było;
natomiast znalazłem ową miłą dziewczynkę, której niegdyś
przypatrywałem się przez okno.</akap>


<akap>Posiedziałem w sklepie z pół godziny, wyściskałem sklepowej
rączki, dowiedziałem się, gdzie mieszka. I oto między mną a
nią zawiązały się serdeczne, choć czysto idealne stosunki, właśnie
--- dzięki mojemu Murzynkowi.</akap>


<akap>Byłem tak zadowolony, żem nawet puścił w niepamięć jego
dawniejsze sprawki.</akap>


<akap>Znajomość nasza ze sklepową trwała do połowy zimy.
Widziałem, jak dziecko to przywiązuje się do mnie, jak korzysta
z moich rad, z jaką wdzięcznością przyjmuje drobne podarunki.
Dziewczątko czyste i niewinne, jak łza.</akap>


<akap>Jednego dnia spotkałem Józię na ulicy i spędziłem z nią parę
godzin ,,Pod Kometą", ostrzegając o sidłach, zastawianych na
niewinność przez lekkomyślną młodzież albo zepsutych starców.
Rozmarzony, wróciłem do domu około północy i dopiero na
schodach spostrzegłem, że... znowu zgubiłem Murzynka!</akap>


<akap>Ewcia jeszcze nie spała.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie byłeś, Ludwiku?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na operze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż grali?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <tytul_dziela>Fausta</tytul_dziela>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znasz go przecie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale zawsze lubię go posłuchać. Dobranoc, głowa mnie
trochę boli.</akap_dialog>


<akap>Serdecznie ucałowałem Ewcię, ale duszę nurtował mi niepokój.</akap>


<akap>,,Zobaczycie --- myślałem --- że ten przeklęty murzyn znowu
narobi mi zmartwienia!"</akap>


<akap>Zasnąłem późno i późno obudziłem się na drugi dzień. Gdy
zaś o jedenastej usiedliśmy z dziećmi do śniadania, Ewcia
odezwała się niby tak sobie:</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz?... Odnieśli ci twoją faworytalną<pe><slowo_obce>faworytalny</slowo_obce> (daw.) --- ulubiony.</pe> laskę.</akap_dialog>


<akap>Myślałem, że zemdleję; w oczach mi pociemniało. Nareszcie,
zdobywszy się na ostatni wysiłek, zapytałem dosyć ostro:</akap>


<akap_dialog>--- I któż odniósł moją laskę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Woźny z Teatru Wielkiego --- odparła Ewcia.</akap_dialog>


<akap>Tego już było za wiele. Przez cały czas śniadania nie śmiałem
ust otworzyć.</akap>


<akap>Gdy Ludwika i Mieczysław wstali od stołu, Ewcia odezwała
się nieco przyciszonym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Twoją laskę przyniósł kelner z restauracji ,,Pod Kometą".
Z osobnego gabinetu.</akap_dialog>


<akap>Gwałtownie odsunęła krzesło i wyszła.</akap>


<akap>Schwyciłem kij, i wsiadłszy w dorożkę, pojechałem ,,Pod
Kometę" z zamiarem połamania Murzynka na grzecznym
kelnerze. Ale człowiek ten rozbroił mnie jednym słówkiem.</akap>


<akap_dialog>--- Tyś odniósł mój kij do domu? --- zapytałem go.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja, jaśnie panie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... A kto ci powiedział, gdzie mieszkam i kim jestem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O! --- uśmiechnął się --- jaśnie pana zna całe miasto.
Wszyscy wiedzą, że pan zabił pułkownika.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pułkownik Steinberg żyje...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ten może i żyje, ale tamten, co go jaśnie pan golnął w
brzuch, wcale nie żyje. Sam przecie byłem na pogrzebie.</akap_dialog>


<akap>,,Przeklęta popularność! --- pomyślałem. --- Nawet gniewać
się nie mogę na tego osła".</akap>


<akap_dialog>--- A na drugi raz --- rzekłem, dając kelnerowi rubla --- nie
bądź taki usłużny i niczego nie odnoś mi do domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie odniosę choćbym znalazł pulares <pe><slowo_obce>pulares</slowo_obce> (daw.) --- portfel.</pe>jaśnie pana
--- odpowiedział bezczelnie patrząc mi w oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No --- rzekłem do siebie, zakończywszy z kelnerem --- wobec
Ewci jestem bez ratunku zgubiony; ale za to przekonałem
się dziś, że już mówi o mnie cała Warszawa. O wyższym
stanowisku nawet marzyć nie można.</akap_dialog>


<akap>Było to akurat w karnawale. Stosunki nasze z Ewcią przez
cały tydzień wlokły się w sposób nieokreślony. Nie robiła mi
wymówek, odzywała się rzadko i obojętnie; słowem, czuć
było nadchodzącą katastrofę. Może zażąda separacji?...</akap>


<akap>Raz, kiedy siedząc na szezlongu, trzymałem w ręku ,,Figaro",
a myślałem o czym innym, usłyszałem w salonie jakiś szmer,
a potem głos Ewci:</akap>


<akap_dialog>--- Proszę cię na chwilę, Ludwiku.</akap_dialog>


<akap>Wchodzę... Osłupiałem... Boże miłosierny! Ależ w
moim salonie, obok mojej żony, widzę Józię tokarkę, a za nią
jakiegoś dryblasa...</akap>


<akap_dialog>--- Ludwiku --- rzekła Ewcia --- młodzi narzeczeni przyszli
podziękować ci za posag...</akap_dialog>


<akap>I gdy ja stałem bez ruchu, jak Niobe, rozpaczająca po dzieciach,
Józia cmoknęła mnie w jedną rękę, a dryblas w drugą. Potem
oboje upadli do nóg Ewci, która wręczyła Józi pięć sturublowych
papierków i sznur korali.</akap>


<akap>Po chwili narzeczeni wyszli, błogosławiąc nas, a Ewcia zwróciła
się do mnie:</akap>


<akap_dialog>--- Oj ty dziadzie, ty stary dziadzie!... I komu to tu świat
gubić!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A teraz, duszko --- odezwałem się skromnie --- chyba
wierzysz w moją niewinność?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O niewinności tej dziewczyny nigdy nie wątpiłam --- odparła
Ewcia.</akap_dialog>


<akap>I co pan powiesz: na tym skończyła się cała awantura!...
Tak przecie byłem wzruszony szlachetnością Ewci, tak zgnębiony
jej pobłażaniem, że rozchorowałem się na gastryczną gorączkę,
która na tydzień przykuła mnie do łóżka.</akap>


<akap>Serce kobiety, panie, a mianowicie serce Ewci, na wieki
pozostanie dla mnie zagadką.</akap>


<akap>A swoją drogą mój kij --- jest ostatniego rzędu gałgan, i nawet
powiem panu, że straciłem dla niego wszelką sympatię.</akap>




<naglowek_rozdzial>III</naglowek_rozdzial>




<akap>Teraz, poznawszy kim jestem i jakich dziwnych przygód
doświadczyłem w życiu, z całą łatwością odgadniesz pan: na
czym polega moja prośba?</akap>


<akap>Ale... jeszcze jedno drobniuteńkie zboczenie<pe><slowo_obce>zboczenie</slowo_obce> --- tu: dygresja.</pe>.</akap>


<akap>Dziwnym zbiegiem wypadków, urodziny moje przypadają
15 kwietnia, w dzień św. Ludwiki. Okoliczność ta w oczach
wyrozumiałego człowieka usprawiedliwiałaby wiele moich
wykroczeń; a że Ewcia jest bardzo wyrozumiałą, w tym więc
dniu uroczystym wybaczyła mi wszystkie błędy.</akap>


<akap>Przekonałem się o tym, zobaczywszy w południe, w naszym
domu, nieszczęśliwego Teofila, do którego Ewcia napisała list
własnoręczny. Biedak uściskał mnie tak gorąco, jak wówczas
na polu walki; następnie zaś począł przepraszać moją żonę
(za to chyba, że go niegdyś wygnała), tłumacząc sobie, że pewno
Fitulski narobił na niego plotek. Już to obawa jakowychś
intryg Fitulskiego była chorobą Teofila.</akap>


<akap>Nie koniec na tym. Ewcia bowiem w dniu urodzin spełniła
moje najpiękniejsze marzenia, ofiarując mi: autentyczny
londyński parasol, arcydzieło parasolniczego kunsztu.</akap>


<akap>Cudo to kosztowało ze 40 rubli. Miało srebrne okucia, a
rękojeść w formie dwóch ściskających się rąk, także srebrnych
--- <slowo_obce>massiv</slowo_obce>. Na jednej ręce był wyryty mój monogram w laurowym
wieńcu, na drugiej data pojedynku.</akap>


<akap>Niepodobna było w delikatniejszy sposób okazać mi, że
nieporozumienie z ,,Pod Komety" było zapomniane, a także
--- złożyć hołdu mojej odwadze. To też upewniam pana, że
gdyby mi kiedy cały naród na Placu Teatralnym ozdobił głowę
dębowym wieńcem, chyba nie oceniłbym go tak wysoko, jak
--- ten parasol, darowany mi przez Ewcię.</akap>


<akap>Stał się on dla mnie najdroższą pamiątką, symbolem moich
drobnych zasług i małżeńskiego szczęścia.</akap>


<akap>Zwykle, na co dzień, chodziłem po mieście z moim Murzynkiem,
życząc mu, aby prędzej kark skręcił.</akap>


<akap>Lecz pamiątkowego parasola używałem tylko na uroczyste
wizyty, albo na jakieś wyjątkowo ważne zebrania.</akap>


<akap>Najważniejszy w owej epoce wypadek stanowiła sprawa
honorowa między dwoma młodzieńcami, którzy mieli stoczyć
śmiertelny pojedynek. Położenie zaś było takie, że --- naprzód
jeden nie miał ochoty walczyć, potem drugi, a potem obaj;
należało więc obmyślić inną satysfakcję.</akap>


<akap>W tym celu, w mieszkaniu pułkownika Steinberga (obecnie
mego najlepszego przyjaciela) zebrał się sąd honorowy z pięciu
osób. Prezesem zaś tego sądu, prawie jednomyślnie, byłem
wybrany --- ja --- panie...</akap>


<akap>Jest to rzecz niemałej wagi. Od tego bowiem wypadku
wszyscy tytułują mnie prezesem, a kochana Ewcia czuje się
zupełnie zadowolona i nawet dumna z mojej popularności i
stanowiska.</akap>


<akap>Nie potrzebuję wspominać, że nad ciężką tą sprawą męczyliśmy
się trzy dni, i dopiero w czwartym, około wieczoru, przyjęto
mój wniosek, ażeby: obaj przeciwnicy podali sobie ręce. Co
się też stało, a młodzieńcy jednozgodnie oświadczyli, że tylko
wielka cześć dla moich zasług i powagi zmusza ich do schylenia
 głowy przed podobnym wyrokiem. Ciekawym jednak: co by
zrobili, nie przyjąwszy go?</akap>


<akap>Rozumie się, że na każde z tych posiedzeń brałem swój
pamiątkowy parasol.</akap>


<akap>Czwartego dnia, natychmiast po wyroku, Steinberg
zaproponował nam, sędziom i rozsądzanym, małą wycieczkę do
Marcelina. Ponieważ był to środek maja, a żona moja wyjechała
do starszej córki, przyjęliśmy więc propozycję z należnym
uznaniem. Trzy powozy ruszyły naprzód, a ja z jednym z
młodzieńców skręciłem na chwilę do domu, ażeby przebrać
się, wziąć mój codzienny kij, a zostawić pamiątkowy parasol,
który bynajmniej nie kwalifikował się do majówek.</akap>


<akap>Towarzyszący mi wbiegł za mną na górę, pomagał przebrać
się i tak często nazywał mnie prezesem, że wychodząc z
przedpokoju, niedobrze wiedziałem, jak jestem ubrany i co
biorę z sobą.</akap>


<akap>W Marcelinie bawiliśmy się do północy, a bawiliśmy się tak,
że przez telefon musiano zamawiać świeżego szampana z
Warszawy. Dosyć gdy powiem, że moje zdrowie pito ze dwanaście
razy, nie uchybiając innym współbiesiadnikom.</akap>


<akap>Wracałem do miasta lekkim powozikiem ze Steinbergiem.
On przez całą drogę śpiewał albo komenderował szwadronem,
a ja, przytrzymując kolanami swoją fatalną laskę, zarzuciłem
ręce za tył głowy i marzyłem.</akap>


<akap>Marzyłem to o domu, który na lato opuściła Ewcia, udając
się na wieś, to o córce, która miała mnie pocieszyć wnukiem,
to znowu o przygodach mego życia... Najczęściej jednak
przychodził mi na myśl mój przeklęty kij --- i jego psoty.</akap>


<akap_dialog>--- Pobiłem nim niewinnego człowieka... Naraziłem się
na pojedynek... Zdradził mnie gałgan tyle razy, a nie wiadomo
jeszcze, co mi zrobi w przyszłości... Trzeba z nim raz skończyć.</akap_dialog>


<akap>I marząc tak o moim kiju, z wolna odchyliłem kolana.
Kij zaczął skakać, jakby zawiadamiając o grożącym mu
niebezpieczeństwie, uderzył mnie parę razy w nogę, i nareszcie... wysunął się z powoziku.</akap>


<akap_dialog>--- No, już teraz nie wrócisz do mnie, zdrajco! --- szepnąłem,
czując taką ulgę, jakby mi z serca spadł ciężar.</akap_dialog>


<akap>W kwadrans stanęliśmy przed moim domem. Steinberg spał.
Nie chcąc budzić go, zręcznie wyskoczyłem z powoziku i...
zwichnąłem sobie nogę w kostce!...</akap>


<akap_dialog>--- Jedź! --- zawołałem na stangreta.</akap_dialog>


<akap>Ledwiem się dodzwonił, zgrzytając z bólu. Zaspany stróż
wywindował mnie na schody i obudził lokaja. Gdy zapalono
światło, posłałem służącego po doktora, a sam usiadłem w
przedpokoju na krześle, jęcząc.</akap>


<akap>Wtem... włosy stanęły mi na głowie, a ból na chwilę
ustąpił... W kącie, obok lustra ujrzałem... mój przeklęty
kij, ten sam kij, z główką murzyna, który mi niedawno wyleciał
z powoziku!</akap>


<akap>Zacząłem wołać i pukać. Przybiegła pokojówka i kucharka.</akap>


<akap_dialog>--- Co to jest? --- spytałem, wskazując murzynka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ten kij? To laska jaśnie pana --- odparła kucharka,
myśląc, że jestem nietrzeźwy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skąd się tu wziął?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stał tu ciągle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to stał? Przecież wziąłem go z sobą do Marcelina!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie. Jaśnie pan do Marcelina wziął parasol, a kij wciąż
tu stoi --- objaśniała kucharka</akap_dialog>


<akap>Sprawiedliwe nieba!... A zatem zgubiłem, i to zgubiłem
rozmyślnie, mój pamiątkowy parasol, a ten gałgan Murzynek
został! Co powie Ewusia?</akap>


<akap>Zapukano do drzwi; lokaj przyprowadził doktora i felczera<pe><slowo_obce>felczer</slowo_obce> --- osoba wykonująca proste zabiegi medyczne.</pe>.
Nastawili mi nogę, obandażowali, obłożyli lodem. Alem nawet
nie czuł bólu, wyłącznie zajęty straszną myślą, że zgubiłem
parasol, i... co o tym powie Ewusia?...</akap>


<akap>A teraz --- chyba zupełnie odgadłeś pan moją prośbę? Więc
zaklinam cię na wszystko, co wielkie i święte: zrób o moim
parasolu ogłoszenie. Napisz, że parasol ten stanowi drogą
pamiątkę i że gotów jestem zapłacić znalazcy choćby 50 rubli.
Ale ogłoś swój adres, a mego nazwiska nie wymieniaj, bo inaczej
Ewcia dowie się o wszystkim.</akap>


<akap>Parasol!... Pamiętaj pan --- parasol!...</akap>


<akap><slowo_obce>Post scriptum</slowo_obce>. Właśnie kiedy skończyłem list niniejszy,
odwiedził mnie Steinberg. Nie mogłem powstrzymać się od
przeczytania mu tego interesującego utworu.</akap>


<akap>Kochany pułkownik śmiał się, aż mu oczy zachodziły łzami,
szczególnie słuchając ustępów, poświęconych jego osobie.</akap>


<akap>Skończywszy czkanie, zapytałem: co o tym sądzi?</akap>


<akap_dialog>--- Pyszny jesteś, prezesie! --- zawołał. --- Więc ty, przy
pojedynku, śmiałeś się ze swego kija, nie ze mnie, a ja...
chciałem cię zastrzelić. Doskonała pomyłka!...</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1361370726193-78256028"/><motyw id="m1361370726193-78256028">Starość</motyw>--- Ale --- rzekł po chwili --- widzę, że diabelnie starzejesz
się, kochany prezesie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skądże znowu ten szczególny wniosek?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nieszczególny, ale bardzo prosty. Zamiast napisać w dwu
wierszach ,,Zgubiłem angielski parasol, ze srebrną rączką taką
i taką --- a znalazcy dam 50 rubli nagrody" --- ty, prezesie,
pleciesz, jak stara baba, o całej dywizji wypadków, nie mających
żadnego związku z parasolem. Co prawda, jesteś, prezesie,
skończony filister<pe><slowo_obce>filister</slowo_obce> (pogardl.) --- mieszczuch.</pe>, a do tego... chory na gorączkę --- dodał,
uderzając mnie z całej siły w kolano.<end id="e1361370726193-78256028"/></akap_dialog>


<akap>Osądźże pan teraz bezstronnie: czy Steinberg nie jest
grubianinem? Ale nade wszystko --- nie zapominaj o moim
pamiątkowym parasolu".</akap>


<akap>Na tym kończą się przygody p. Wesołowskiego, tudzież jego
kija.</akap>






</opowiadanie>



</utwor>