- Anioł: 1
- Burza: 1
- Cisza: 1
- Diabeł: 1 2 3
- Gość: 1 2 3
- Książka: 1
- Miłość silniejsza niż śmierć: 1
- Noc: 1 2 3
- Piekło: 1 2
- Ptak: 1 2 3 4 5 6
- Sen: 1
- Strach: 1 2 3
- Zapach: 1
- Śmiech: 1
- Światło: 1
- Żałoba: 1
Modernizacja zapisu: Plutonowy > plutonowy; Edeńskie > edeńskie.
Edgar Allan PoeKruktłum. Barbara Beaupré
1
Rozważałem w ciszy nocnej
Mądrość dawnych ksiąg przesławnych
Zapomnianych dzisiaj już.
5Wtem znużoną chyląc głowę
Na pożółkłe karty owe,
Słyszę oto w nocną ciszę
Kołatanie do drzwi, tuż.
Gość to, myślę, u podwoi
[1]
10Zapóźniony u drzwi stoi.
Pragnie wejść, choć późno już.
Gość, lecz jaki? Któżby? Któż…?
Lampy mojej blask niepewny
15Kładł u stóp mych cienie drżące
Jak gasnących płatki róż.
Chciałem, nim dnia wróci białość
W starych księgach uśpić żałość,
Za promienną, rzadką dziewą
20Gdzieś zniknioną w blaskach zórz.
Za straconą, opłakaną
Dziś Lenorą w Niebie zwaną
Co w dal senną, bezimienną
Poszła i nie wróci już.
25
Purpurowej szum kotary.
Fantastycznym zdjęty lękiem
Nie wiem, co mam myśleć już.
Tłumiąc trwożne serca bicie,
30Chciałem lęk ów uśpić skrycie
Powtarzając: «U podwoi
Gość spóźniony jakiś stoi,
Pragnie wejść, choć późno już
Cóż innego? Cóżby? Cóż?»
35
Wreszcie, płonnej zbywszy trwogi,
Bez wahania szedłem w progi,
Gdzie u wnijścia
[2] mego przyjścia
Czeka gość wśród nocnych burz.
— Panie! — rzekłem. — Czy też Pani!
40Wasze lekkie kołatanie
Tak ostrożne, ciche, trwożne,
Ledwie do mnie doszło już.
Byłem senny, śniłem może,
Raczcie wejść, wnet drzwi otworzę.
45Otworzyłem, lecz na dworze
Nic, prócz nocnych wichrów, burz.
Nie śmiąc wejść w te pustki ciemne,
Stałem długo… Sny tajemne…
Marząc, jakich nikt śmiertelny…
50W taką noc nie wyśni już.
A przede mną ciemność głucha,
Wicher tylko z jękiem dmucha,
Niosąc jedno imię smętne,
Tej, co zgasła w blaskach zórz.
55Imię to Lenora! śpiewne,
Wyrzekł ktoś… To ja zapewne
Sam je rzekłem w tę noc burz,
Bo któż inny? Któżby, Któż?
Więc na miejsce wracam dawne,
60By znów badać księgi sławne,
Lecz znów słyszę w nocną ciszę
Kołatanie, bliżej, tuż!
Czując żar płonący w łonie,
Myślę… «chyba w nocnej toni
65Wicher w szyby okien dzwoni,
Wichr, co jęczy w tę noc burz.
Okno w ciemną noc otworzę,
Wicher w szyby dzwoni może,
Cóż innego! Cóżby? Cóż?
70
PtakOtworzyłem. I wnet potem
Szumnym, pewnym, równym lotem
Czarnopióry kruk wspaniały
Prosto ku mnie leciał już.
Ni się wstrzymał, ani zbaczał,
75Ku drzwiom moim lot zataczał,
Gdzie u góry
biust[3] Pallady [4]
Jak domowy świeci stróż.
Na Pallady posąg biały
Wzleciał czarny kruk wspaniały
80Czarnopióry demon burz.
GośćNie chcąc, by gość hebanowy
Przejrzał z marzeń mych osnowy,
Nawał mętnych myśli smętnych,
Co mój duch obległy
[5] już,
85Rzekłem, siląc się na żarty:
— Choć czub nosisz mocno zdarty,
Wiem, żeś nie jest zwykłym kurem,
Co przy ziemi gdacze tuż.
Tyś wędrowny kruk prastary,
90Co piekielne rzucił mary
Z plutonowych
[6] spiesząc wzgórz.
Powiedz, jak cię tam nazwano?
Jakie nosisz wśród nich miano?
A kruk rzecze:
95— Nigdy już!
Na ten dziw tak bezprzykładny,
Że się do mnie ten twór ptasi
Tak od razu ozwał już.
100Bo pomyślcie tylko sami!
Jak to dziwnie!? Gdzieś nad drzwiami,
Kędy
[7] biały biust Pallady
Jak domowy świeci stróż
Widzieć taki twór ponury,
105Wyschły, straszny, czarnopióry
Co się zowie:
— Nigdy już!
PtakNa popiersiu cicho tkwiący
Siedział czarny kruk milczący,
110Jakby w słowie, które wyrzekł,
Całą duszę zawarł już.
Więc ja w smętnej rzekłem mowie:
— Jak odbiegli mnie druhowie
Jak nadziei jasne gońce,
115W zmierzch wieczornych zgasły zórz,
Tak nim ranny brzask zaświeci
Gość skrzydlaty mnie odleci!
A kruk rzecze:
— Nigdy już!
120
NocSłysząc znów tak trafną mowę,
Rzekłem, wznosząc trwożnie głowę,
Gdzie nad cichą biel posągu
Wzleciał czarny demon wróż
[8].
— Bez wątpienia, w słów twych treści
125Echo się dalekie mieści,
Myśli smętnych, mar natrętnych,
Co obległy w tę noc burz,
Pewien duch, którego śladem,
Idzie troska z czołem bladem,
130Wiecznie za nim kroczy tuż
By w niezmiennej mu kolei
Nucić zgasłych pieśń nadziei
Jedną zwrotkę:
— Nigdy już!
135
Lęk i smutek. Więc z pospiechem
Odwróciłem krzesło w stronę,
Gdzie posępny zasiadł wróż.
Potem twarzą w twarz patrzący,
140Jąłem
[9] sam rozważać drżący,
Co chciał rzec ten cicho tkwiący
Czarnopióry poseł burz?
Jakie mógł złowróżbne mary
Snuć upiorny kruk prastary,
145Kracząc swoje:
— Nigdy już!
PtakNa poręczy wsparłem głowę,
Wciąż domysły snując nowe,
Już nie rzekłszy nic do ptaka,
150Co nad biustem siedząc tuż,
Oczy we mnie wpił błyszczące,
Jako żagwie
[10] dwie płonące,
Paląc serce mego łona
Jak pożarnych ogniem zórz.
155I tak w dziwnych mar osnowie
Czoło wsparłem o wezgłowie,
Gdzie się kładły mętne blaski
Jak opadłych płatki róż.
Na wezgłowiu głowę kładę,
160Gdzie Lenory czoło blade
Już nie spocznie, nigdy już!
Słodkie się rozeszły wonie,
Jakby miękko, cicho ręką
165Ktoś wonności rozlał kruż
[11],
Chłonąc wonnych dym kadzideł,
Usłyszałem jakby skrzydeł,
Jakby lekkich stóp anielskich
Cichy szelest blisko, tuż!
170— Panie! — rzekłem. — Ty łask zdroje
Przez anioły szlesz
[12] mi swoje,
Balsamicznych lek nektarów
Gdzieś z niebiańskich zsyłasz zórz.
Przychyl ustom wonnej czary,
175Bym przepomniał
[13] smętnej mary,
A ból we mnie zmilknie stary.
A kruk rzecze:
Nigdy już!
180Czarnych potęg zły najmito!
Powiedz, czyś ty twór śmiertelny,
Czy piekielnych mocy wróż?
Z jakich burz niezlękłych gromem
Nad tym smętnym zwisłeś domem
185Jakby nocnych wichrów złomem,
Z plutonowych zwiany wzgórz?
Powiedz, błagam, wróżu stary!
Czy te rajskich wód nektary,
Czy ta Serafinów dłonią
190Kołysana wonna kruż
Zniszczy we mnie żalu piętno
Za Lenory marą smętną?
A kruk rzecze:
Nigdy już!
195
Czarnych potęg zły najmito!
Nie wiem, czyś ty twór śmiertelny?
Czy piekielnych poseł burz?
Lecz na święte Niebios godło,
200Co z nicości nas wywiodło
Powiedz, błagam, dziwny ptaku!
Z plutonowych zwiany wzgórz
Mów! Czy ból mój i tęsknota
Za edeńskie
spłyną wrota,
205Gdzie Lenory duch promienny
Wśród niebiańskich gości zórz,
Czy w edeński kraj daleki
Wnijdę złączon z nią na wieki?
A kruk rzecze:
210
Nigdy już!
I krzyknąłem: ptaku nocny!
Niech cię znów na zrąb piekielny
Grom niezlękłych niesie burz.
215Zwiń te skrzydła, co się ścielą
Nad posągu cichą bielą.
Zdejm mi z serca dziób twój ptasi,
Co jak ostry razi nóż.
Niechaj kłamny byt twój zgaśnie
220Jak przebrzmiałych echo baśni,
Snem śmiertelnym cicho zaśnij
W bezpamiętnych toni mórz!
Precz ode mnie! W kraj daleki
Odejdź stąd lub zgiń na wieki.
225A kruk rzecze:
— Nigdy już!
Czarnopióry kruk milczący
Kędy blady biust Pallady
230Jak domowy świeci stróż.
A wzrok jego w snów pomroce
Błyskiem dziwnych skier migoce
Jak sennego wzrok demona,
Co z piekielnych spłynął wzgórz.
235Lampy mojej światłość blada
Na twór ptasi cicho pada,
Czarnopióre cienie drżące
U stóp moich kładąc tuż.
A z tych cieni, co się włóczą
240U stóp moich marą kruczą
Już mnie żadne moce władne
Nie wyzwolą
Nigdy już!