<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/paulsen-schopenhauer-hamlet-mefistofeles/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Paulsen, Friedrich</dc:creator>
<dc:title xml:lang="ger" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Schopenhauer, Hamlet, Mefistofeles</dc:title>
<dc:contributor.translator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kasprowicz, Jan</dc:contributor.translator>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Modernizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Rozprawa</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana z egzemplarza pochodzacego ze strony: http://rcin.org.pl. Wydano z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Eine Publikation im Rahmen des Projektes Wolne Lektury. Herausgegeben mit finanzieller Unterstützung der Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/schopenhauer-hamlet-mefistofeles</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://rcin.org.pl/dlibra/docmetadata?id=31591&amp;from=&amp;dirids=1&amp;ver_id=&amp;lp=4&amp;QI=</dc:source.URL>
<dc:source xml:lang="ger" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fryderyk Paulsen, Schopenhauer, Hamlet, Mefistofeles, tłum. Jan Kasprowicz, nakł. Księgarni H. Altenberga, Księgarnia pod firmą E. Wende i Spółka, Lwów-Warszawa 1905.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Jan Kasprowicz zm. 1926</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1997</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2015-01-20</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/image/4733445650_ef94050949_o.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">typewriter, nicoleleec, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/4242</dc:relation.coverImage.source>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/schopenhauer-hamlet-mefistofeles.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0681-8</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/schopenhauer-hamlet-mefistofeles.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1667-1</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/schopenhauer-hamlet-mefistofeles.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2622-9</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/schopenhauer-hamlet-mefistofeles.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3677-8</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/schopenhauer-hamlet-mefistofeles.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4763-7</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<category.thema.main>FS.WL-ROZ</category.thema.main>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><powiesc>
<abstrakt>
<akap>Podtytuł książki brzmi T<tytul_dziela>rzy rozprawy z historii naturalnej pesymizmu</tytul_dziela>. Autor mówi w niej o trzech postaciach - filozofie Schopenhauerze, tytułowym bohaterze Hamleta oraz Mefistofelesie z Fausta J.W. Goethego.</akap>





<akap>W filozofii Schopenhauera autor dopatruje się odbicia jego trudnego charakteru. W postaci Hamleta dopatruje się niezwykłej zdolności dostrzegania, identyfikowania i krytykowania zła, połączonej z absolutnym brakiem woli pozwalającej na walkę z dostrzeżonym złem. Postać Mefistofelesa interpretuje zgodnie z doktryną, wedle której „zło jest brakiem dobra”. Widzi w niej również reprezentację tych cech charakteru J. W. Goethego, których autor Fausta nie pochwalał.</akap>





<akap>Porównanie tych trzech postaci Paulsen uzasadnia stwierdzeniem, iż ,,Wspólnym jest wreszcie tym wszystkim trzem brak miłości, tej oszczędzającej, opiekuńczej, litościwej miłości, będącej duszą chrześcijaństwa, owej miłości, która ma świadomość zła, ale spogląda na dobro, która nawet w upadku ludzką widzi duszę i jej szuka”.</akap>


</abstrakt>

<nota_red>

<akap>Wprowadzone zmiany:</akap>



<akap>niem -> nim,
niema -> nie ma,
nienawidzą je -> nienawidzą go (mowa o złu);</akap>
<akap>pisownia joty: ideje -> idee; chrześcian -> chrześcijan; yi -> ii/ji;</akap>
<akap>fleksja: tem, czem, swem -> tym, czym, swym;</akap>
<akap>pisownia łączna i rozdzielna: zapomocą -> za pomocą, wogóle -> w ogóle, przyczym -> przy czym.</akap>
</nota_red>



<autor_utworu>Friedrich Paulsen</autor_utworu>



<nazwa_utworu>Schopenhauer, Hamlet, Mefistofeles</nazwa_utworu>


<podtytul>Trzy rozprawy
z historii naturalnej pesymizmu</podtytul>



<motto><akap><slowo_obce>Der denkende Mensch fuehlt einen Kummer, der wohl
gar <wyroznienie>Sittenverderbnis</wyroznienie> werden kann, von welchem der Gedankenlose nichts weiss: naemlich
<wyroznienie>Unzufriedenheit</wyroznienie> mit der Vorsehung, dłe den
Weltlauf im ganzen regiert, wenn er die Uebel
ueberschlaegt, die das menschliche Geschlecht so
sehr und, wie es scheint, ohne Hoffnung eines
Besseren druecken. Es ist aber von der groessten
Wichtigkeit, <wyroznienie>mit der Vorsehung zufrieden
zu sein</wyroznienie>, ob sie uns gleich auf unserer Erdenwelt
eine so muehsame, Bahn vorgezeichnet hat: teils
um unter den Muehseligkeiten immer noch Mut zu
fassen, teils um, indem wir die Schuld davon aufs
Schicksal schieben, nicht unsere eigene, die vielleicht die einzige Ursache aller dieser Uebel sein
mag, darueber aus dem Auge zu setzen und in
der Selbstbesserung die Huelfe dagegen zu versaeumen.</slowo_obce><pt><slowo_obce>Der denkende Mensch...</slowo_obce> --- Człowiek myślący odczuwa troskę, która może się zmienić w zepsucie obyczajów, a o której człowiek bezmyślny
nic nie wie: jest to niezadowolenie z Opatrzności, rządzącej
u
światym, które człowiek czuje, zastanawiając się nad dolegliwościami, tak bardzo i snać beznadziejnie przygniatającemi ród ludzki. Jest to atoli sprawa największej wagi, ażeby
<wyroznienie>być zadowolonym z Opatrzności</wyroznienie>, jakkolwiek tak
uciążliwą zakreśliła nam drogę na tym padole: częścią dla
tego, ażeby śród tych uciążliwości nie pozbywać się otuchy,
częścią zaś dlatego, aby składaniem winy na przeznaczenie
nie tracić z oczu własnej winy, będącej może wyłączną przyczyną złego, i w ten sposób nie pozbywać się pomocy, wypływającej z poprawy siebie samego.</pt></akap></motto><motto_podpis>J. Kant.</motto_podpis>















<akap>(,,Przypuszczalny początek dziejów ludzkich").</akap>





<naglowek_rozdzial>Przedmowa</naglowek_rozdzial>




<akap>Trzy rozprawy, złączone w tym tomiku, zostały
napisane i ogłoszone w rozmaitych czasach; <tytul_dziela>Schopenhauer</tytul_dziela> pojawił się drukiem po raz pierwszy
w roku 1882, <tytul_dziela>Hamlet</tytul_dziela> w r. 1889, <tytul_dziela>Mefistofeles</tytul_dziela>
w r. 1899, wszystkie trzy w ,,Deutsche Rundschau".
Atoli pomyślane i dokonane zostały w wzajemnym
do siebie stosunku. Zdaje mi się, że trzy te postaci wzajemne na siebie rzucają światło zarówno
przez swe podobieństwo, jak i odmienność.</akap>


<akap>Wspólny mają dar jasnowidzenia; przede wszystkim mają przenikliwie bystre oko na ujemną stronę
spraw ludzkich, ukrywającą się pod zasłoną pięknego pozoru. Wspólną mają też rozkosz w ściąganiu tej zasłony i w obnażaniu rzeczywistości.
Talent i dowcip, z jakim, każdy w swoim rodzaju,
wykonywają dar ten, doprowadzony do artyzmu,
zamienia ich w wirtuozów filozoficznej <slowo_obce>médisance</slowo_obce>.
Wspólnym jest wreszcie tym wszystkim trzem brak
miłości, tej oszczędzającej, opiekuńczej, litościwej
miłości, będącej duszą chrześcijaństwa, owej miłości, która ma świadomość zła, ale spogląda na
dobro, która nawet w upadku ludzką widzi duszę
i jej szuka; a ten brak miłości idzie w parze z brakiem wiary: ludzie z przyrodzenia nic nie są warci;
i dlatego też nie warto poświęcać dla nich trudu!</akap>


<akap>Z drugiej strony trzy te postaci rozjaśniające
rzucają światło na siebie przez swą odmienność.
Schopenhauer i Hamlet są ludźmi, Mefistofeles jest
szatanem. Kocha to, co jest podłe i złe dlatego, że
jest podłe i złe; żywioł to całkiem mu odpowiedni.
Tamci w gruncie swojej istoty żywią nienawiść
i wstręt do tego, co złe i co podłe. Obaj jednakże
cieszą się z zła i nikczemności, o ile one potwierdzają ich teorię o ludziach i o ile dają im sposobność wykonywania swego artyzmu.</akap>


<akap>Jak lekarz nie raduje się z choroby jako takiej,
ale uważa ją za zło, które zwalczać trzeba, z drugiej jednak strony, zwłaszcza jeśli jest specjalistą,
wielce się nią interesuje, a nawet jako wypadek
zaciekawiający z pewnym traktuje ją zamiłowaniem, zwłaszcza jeżeli nadarza mu sposobność uwidocznienia na niej swej bystrości i swej sztuki, tak
samo Schopenhauer i Hamlet znajdują przyjemność w wykazywaniu i analizowaniu złego. Nienawidzą go, ale wyrzec go się nie mogą; szukają tego
zła i ciągle nim się zajmują, nie dlatego, aby je
zwalczać i świat uwolnić od niego, lecz aby je badać, aby się nim wzruszać i wylewać na nie
gorzki swój humor lub złośliwy swój dowcip.</akap>


<akap>Pierwsze dwie rozprawy zostały przerobione
i rozszerzone, przy czym uwzględniono także literaturę, jaka się w tym czasie pojawiła. Trzecia
otrzymała tylko kilka drobnych dodatków. Z rozprawy o Schopenhauerze przeszło kilka zdań do
mojej <tytul_dziela>Etyki</tytul_dziela>; powracają tu znowu, ponieważ
w związku tym musiały być umieszczone.</akap>


<akap>Zjawienie się tego zbioru przypada na zmianę
stulecia. Nie wiem, czy była kiedykolwiek epoka,
która by ducha, ucieleśnionego w owych trzech postaciach, z tak sympatycznym powitała zrozumieniem, jak koniec wieku ubiegłego. W każdym razie
procederu obnażania i ściągania masek nie wykonywano chyba nigdy z takim zamiłowaniem i z takim artyzmem, jak w literaturze ostatnich lat dziesiątków. Jeżeli literaturę tę wywołały miłość prawdy
i chęć dotarcia do jądra rzeczywistości, to przynoszą one zaszczyt współczesnym. Może i one brały
udział w twórczości, może literatura i sztuka zbyt
długo ulegały fałszywemu, słodkawemu idealizmowi,
skłonności do upiększania i samołudzenia się, tak
iż chęć widzenia i pokazywania rzeczy w całej ich
nagości, a nawet ich poziomości i brzydocie, wybuchnąć musiała z gwałtownością ruchu reakcyjnego. Atoli rzeczy ostatecznych i najwyższych nie
szukać w tym kierunku; właściwe zadanie sztuki
i poezji zawsze polegać będzie na tym, ażeby
w uchwytnych i wrażenia pełnych ujawniać kształtach to, co jest dobre i wielkie, i stawiać je przed
oczy woli jako cel jej najistotniejszej, najgłębszej
tęsknoty. Rozprawy te, mam nadzieję, uwidocznią
równocześnie, że wielcy poeci, że Goethe i Shakespeare, twórcy Hamleta i Mefistofelesa, w tym
właśnie widzieli zadanie poezji.</akap>


<akap>Rozprawy te całkowicie osiągną swój zamiar,
jeśli wleją w czytelnika przekonanie, że słowo Tomasza à Kempis<pe><slowo_obce>Tomasz à Kempis</slowo_obce> (1380--1471) --- niem. zakonnik i mistyk, autor traktatu <tytul_dziela>O naśladowaniu Chrystusa</tytul_dziela>.</pe> zawiera prawdę w sobie i na
czasy dzisiejsze: <slowo_obce>Melior est humilis rusticus, qui
Deo servit, quam superbus philosophus, qui se neglecto cursum caeli considerat</slowo_obce>: Biedny wieśniak,
służący Bogu, więcej jest wart, aniżeli dumny filozof, śledzący obieg niebiosów, a nie zważający na
swe wnętrze --- a cóż dopiero filozof, który, własne
przeoczając słabości, czyni sobie zawód z tropienia
i obnażania nikczemności i niegodziwości ludzi.
Zdanie, którym się i Goethe kierował, powierzając
zawód ten Mefistofelesowi, podczas gdy Fausta,
wielkiego badacza tajemnic nieba i ziemi, ostatecznie zbawionego przez biedną Małgosię, ku wyższym za pomocą jej wiary i miłości podniósł sferom.</akap>


<nota><akap>Stoglitz p. Berlinem. W dzień Nowego Roku 1900.</akap></nota>





<naglowek_rozdzial>Przedmowa do drugiego wydania</naglowek_rozdzial>





<akap>Pominąwszy kilka małych dodatków i kilka drobnych zmian formalnych, drugie to wydanie jest przedrukiem pierwszego.</akap>




<nota><akap>Fryderyk Paulsen.</akap></nota>




<naglowek_czesc>Artur Schopenhauer. Jego osobistość i jego filozofia.</naglowek_czesc>



 



<motto><akap><slowo_obce>Die philosophischen Systeme, die von ihren Verfassern fuer andere erfunden und ais Feigenblaetter,
oder des Zanks oder der Schau wegen aufgestellt
werden, gehen vernuenftige Leute eigentlich gar
nichts an. Die Philosophen aber, die nach Licht
und Wahrheit forschten fuer eigenes Beduerfniss
und um sich den Stein der Unwahrheit, der sie
drueckte, vom Herzen zu schaffen, gehen andere
Menschen eigentlich und sehr nahe an</slowo_obce>.<pt><slowo_obce>Die philosophischen Systeme...</slowo_obce> --- Systemy filozoficzne, wymyślone przez autorów swoich
dla innych i wystawione na widok publiczny jako listki figowe
bądź to w chęci spierania się lub uczynienia z nich widowiska, właściwie ludzi rozsądnych nie obchodzą. Natomiast
obchodzą ludzi innych, i to bardzo, ci filozofowie, którzy poszukiwali światła i prawdy dla własnej potrzeby i dla pozbycia się gniotącego ich kamienia nieprawdy.</pt></akap></motto><motto_podpis>Matthias Claudius.</motto_podpis>











<naglowek_rozdzial>Osobistość Schopenhauera</naglowek_rozdzial>




<akap>Trzy dni przed śmiercią widział Schopenhauer
po raz ostatni jednego z swoich przyjaciół, późniejszego biografa swego, Gwinnera. Rozmawiali
o śmierci: żegnając się, powiedział mu te słowa:
bądź jak bądź, mam przynajmniej sumienie intelektualne czyste<pa>Gwinner: <tytul_dziela>Życie Schopenhauera</tytul_dziela>. Wydanie drugie 1878
str 615. Dla charakterystyki Schopenhauera dzieło to najgłówniejszym pozostanie źródłem. Książka L. Frauenstaedta
i E. O. Lindnera, <tytul_dziela>A. Sch. Od niego. O nim</tytul_dziela> (1863) jest
dziełem apologetycznym, zwróconym przede wszystkim przeciwko pierwszej publikacji Gwinnera z r. 1862. Ważnymi
są następnie listy Schopenhauera w zbiorach L. Schemanna
(1895) i E. Griesebacha (u Reclama). Pióra Grisebacha, zasłużonego wydawcy dzieł Schopenhauera, mamy także opis
jego życia (1897, w zbiorze <tytul_dziela>Bohaterowie ducha</tytul_dziela>, u Bettelheima); opis ten, wiarygodny co do faktów, jest przecież jednostronnym co do oświetlenia; usiłując charakter Schopenhauera w jak najkorzystniejszym przedstawić świetle, maluje
obraz matki w barwach jak najciemniejszych. Wyborną, zmysłem lekarskim kierowaną i w sądzie sprawiedliwą charakterystykę ogłosił niedawno temu P. I. Moebius <tytul_dziela>O Schopenhauerze</tytul_dziela>
(1899). Dodanie dwunastu rycin podnosi wartość książki; interesujące są przede wszystkim oryginalne fotografie, jest ich
pięć, pierwsza z r. 1845. --- Z publikacji, zajmujących się
całokształtem działalności filozofa, najbardziej znanym jest
dzieło K. Fischera: <tytul_dziela>Schopenhauer, jego życie, działalność i nauka</tytul_dziela> (2 Wyd. 1898). Na wyróżnienie zasługuje wydane niedawno dzieło I. Volkelta: <tytul_dziela>A. Schopenhauer, jego osobistość, nauka i wiara</tytul_dziela> (1900); z subtelnym zrozumieniem rzeczy przedstawia autor silne strony myśliciela, niemniej jednak wykazuje z przenikliwą krytyką jego jednostronności, przesady
i sprzeczności w budowie systemu. Dobrym przedstawieniem
stosunku jego filozofii z jednej strony do jego osobistości,
z drugiej strony do jego epoki i do filozofii jego współczesnych jest dzieło A. Lehmana: <tytul_dziela>Schopenhauer, przyczynek
do psychologii metafizyki</tytul_dziela> (1894). Wymieniam jeszcze dwa
dzieła w języku angielskim: W. Wallace, <tytul_dziela>Life of S.</tytul_dziela> (1890)
i Caldwell <tytul_dziela>Sch. 's System in its philosophical significance</tytul_dziela>
(1896).</pa>.</akap>


<akap>Jest to jedna, pozytywna połowa sądu Schopenchauera o sobie samym. Negatywna, którą sam
już zwrot ów dodać nakazuje, da się uzupełnić wyrazami, skierowanymi do Frauenstaedta (str. 280):
że, o ile mu się podoba fizjonomia<pe><slowo_obce>fizjonomia</slowo_obce> (daw.) --- twarz.</pe> intelektualna,
tak jak się ujawnia w czole i oku, o tyle nie zadowala go fizjonomia moralna, uwydatniająca się
w dolnej połowie twarzy, zwłaszcza w ustach.
Schopenhauer przywiązywał wagę do fizjonomii,
wiedział, co pragnął tym wyrazić, że mianowicie
umysł swój ceni więcej niźli charakter. Odróżnia
on w jednym miejscu dwa rodzaje przyjaźni: opartą
na woli i ugruntowaną na umyśle; ze sobą samym
utrzymywał przyjaźń pierwszego rodzaju. Podziwiał
swój umysł i chętniej obcował z sobą, aniżeli z kim
innym. Natomiast o woli swej niezbyt korzystne
posiadał mniemanie, omal że jej się nie wstydził,
jakkolwiek, zrzucając z siebie niemiły ciężar, skłonny
był dopatrywać się w tym cechy ogólnoludzkiej,
właściwej także i geniuszowi.</akap>


<akap>Schopenhauera sąd o swej osobie jest w obu
kierunkach wielce uzasadniony. O ile posiadał dostateczną ilość powodów, ażeby intelektualne uzdolnienie swe uważać za wybitne i niezwykłe, o tyle
nie miał przyczyny, aby być zadowolonym z swej
woli. Było to dzikie i nieokiełzane stworzenie, które
mu przez całe życie gorzkie sprawiało kłopoty.
Jako filozof pogardzał Schopenhauer celami, do
których dąży ogół, ponieważ widział w nich pozory dobra, a nie dobro samo; jako człowiek nie
mógł się od nich oderwać; wola jego nie przestawała lgnąć do nich z obawą i pożądaniem.</akap>


<akap>W wstępie do traktatu o naprawie umysłu wymienia Spinoza<pe><slowo_obce>Spinoza, Baruch</slowo_obce> (1632--1677) --- holenderski filozof pochodzący z żydowskiej rodziny z Portugalii. Przedstawiciel racjonalizmu, twórca systemu filozoficznego mającego u podstaw jedną, wieczną i wszechogarniającą substancję, nazwaną naturą lub Bogiem.</pe> trzy przedmioty, ku którym z przyrodzenia już zwraca się wola człowieka: bogactwo, honor, rozkosz cielesna. I on ich pożądał. Ale
gdy z pomocą doświadczenia zaczął nad nimi rozmyślać, nabrał w końcu pewności, że trzy te przedmioty nie tylko że nie są dobrami trwałymi, ale
raczej czymś złym, ponieważ odciągają ducha od
siebie samego, przeszkadzając w ten sposób jego
zachowaniu i rozwojowi. Dlatego też zaniechać
postanowił tych rzeczy pustych i bezwartościowych,
a dążyć tylko ku dobru wieczystemu i niezmiennemu,
albowiem, posiadłszy je, stajemy się uczestnikami
wieczystej i niezmiennej radości. W kontemplacyjnym poznawaniu Wszechistoty bożej znalazł Spinoza dobro najwyższe; a ze skąpych wiadomości
o jego życiu tyle da się przynajmniej wywnioskować, że w życiu tym nie sprzeniewierzył się zasadzie, którą w pismach ostateczną nazywa mądrością. Ta sama była to mądrość, którą w języku
swoim wyraził mnich średniowieczny, że tylko zaprzeczenie woli przyrodzonej, że tylko wyrzeczenie się
pozornych dóbr świata za pomocą potrójnego ślubu
ubóstwa, czystości i posłuszeństwa otwiera nam
drogę do uzyskania dobra najwyższego, wiecznej
szczęśliwości i oglądania Boga. Z najgłębszym przekonaniem Schopenhauer do tej samej przyznaje
się mądrości; atoli ujarzmić wolę przez rozwagę ---
to mu się nigdy nie udało; żądze gwałtownie parły
ku temu, co razem z mędrcem i świętym, jako filozof, lekce sobie ważył. Wykaże to kilka rysów,
zapożyczonych z wiarygodnego materiału, który
nam podają jego żywotopisarze.</akap>


<akap>Najgłówniejszy rys w moralnej fizjognomii Schopenhauera to silna bardzo świadomość siebie, objawiająca się jako uczucie bezwzględnej przewagi nad
innymi: widział w sobie geniusz w otoczeniu ludzi tuzinkowych, których lekceważyć i lekceważąco traktować nie tylko ma prawo, ale i obowiązek względem siebie samego, ażeby zawsze baczyć na przepaść, która
go od nich dzieli, i nie pospolitować się z nimi. Świadomość ta była niewątpliwie uprawnioną; co więcej,
nie można by sobie życzyć, aby charakterowi jego
na niej zbywało: w śliskiej literacko-akademickiej
karierze chroniła go od kroków męża takiego
niegodnych. W ogóle pragnąć, ażeby Schopenhauer
co do istoty swego charakteru był innym, aniżeli
był w rzeczywistości, znaczyłoby to samo co pragnąć, iżby literatura niemiecka Schopenhauera nie
posiadała: dzieła te mógł tylko taki pisać człowiek. Nie mniej przecież jest pewnym, że z tego
rysu charakteru wyrasta, zarówno dla niego, jak
i dla innych, niejedna przykrość, że zachowanie się
jego nie zawsze było chwalebne i że bynajmniej
nie zasługuje na to, aby je naśladować.</akap>


<akap>Świadomość ta występuje w jego latach młodzieńczych jako niepohamowana pycha. W Gotha,
gdzie, zrzuciwszy z siebie narzucone mu wolą ojca
jarzmo zawodu kupieckiego, w swobodnym stanął
do gimnazjum stosunku, uniemożliwił się niebawem,
wyszydziwszy wierszami jednego z nauczycieli (1807).
Zdarzenie samo nie jest zapewne tak niezwykłe, niezwykłym natomiast trzeba nazwać to, że wiele lat
później, w życiorysie swym, doręczonym wszechnicy berlińskiej z powodu habilitacji, zdarzenie powyższe z wymienieniem nazwiska wyborową opisał łaciną. Rzadko kiedy podobne dokumenty nadają się do tego rodzaju przypomnień, jak w ogóle
ta jego <tytul_dziela>Vita</tytul_dziela> jest dzięki swej długości i szczególnemu tonowi unikatem. Każdy wyraz daje do poznania, że idzie tutaj nie o bieg życia pierwszego
lepszego docenta, ale o zjawisko szczególne i nieporównane, ze wszech miar zasługujące na to, ażeby
na wszechstronne opisanie go nie żałować trudu<pa><slowo_obce>Vita</slowo_obce> i podanie habilitacyjne ogłosił pierwszy Gwinner
str. 232--244. Wymianę listów z dziekanem Boeckhem i równoczesną korespondencję o tej sprawie z Osannem wydrukował Schemann (str. 111 i n.). Uważam jednak za przypomnienia godne, że w fakultacie berlińskim ton tych dokumentów nie przebrzmiał niepostrzeżenie. W aktach registratury
uniwersyteckiej znajduje się pismo dziekana, za pomocą
którego puścił w fakultecie podanie habilitacyjne w obieg;
do wezwania, aby profesorowie oświadczyli się w sprawie docentury, dodał uwagę: ,,Mimo bijącej w oczy w tym załączniku niemałej zarozumiałości i nadzwyczajnej próżności
p. Sch., mniemam, iż ze względu na kwalifikacje petenta habilitacji jego sprzeciwiać się nie można". Poleca także umieszczenie
podania jego w katalogu wykładów przed wygłoszeniem prelekcji w fakultecie i prelekcji publicznej. Hegel na to się zgodził, v. Raumer natomiast i Erman wyrazili co do tego swe
wątpliwości, a Weiss dodał: ,,wyznaję, że niesłychana pyszałkowatość pana Sch. nie dodaje mi chęci do oświadczenia
się za okazaniem mu szczególnych względów ze strony fakultetu. Nie wątpię jednak, że prestacje jego będą wystarczające". Siedmioma głosami (pomiędzy tymi i głosem Hegla) przeciw trzem uwzględniono podanie. Dnia 23 marca 1820
wygłosił Schopenhauer w fakultecie próbny wykład o czterech różnych rodzajach przyczyn; podczas colloquium nadarzyła mu się sposobność, jak sam to później wyznaje, pokazania wobec całego fakultetu nieuctwa Hegla w fizjologii.</pa>.</akap>


<akap>To samo wrażenie wywiera i korespodencja,
którą krótko przedtem (1818) miał o swym głównym dziele z nakładcą Brockhausem: w korespondencji tej spotykamy się już z wzmianką o ,,ordynarnych profesorach", usiłujących tłumić prawdę
(t.z. Schopenhauera naukę o barwach). A w innym liście naciera na swego wydawcę: ,,Żebyś pan
przypadkiem nie ważył się patrzeć na mnie i obchodzić się ze mną jak z autorami pańskiej encyklopedii i tym podobnymi, kiepskimi pismakami,
z którymi tyle mam wspólnego, że, jak oni, używam
od czasu do czasu atramentu i pióra". (Griesebach,
Listy Schop. str. 29 i nast).</akap>


<akap>Nie omylimy się, jeżeli ten pyszałkowaty ton
złożymy po części na karb świadomości, dzięki której
odczuwał przepaść, dzielącą społeczne jego stanowisko od ówczesnego świata uczonych. Pochodząc
z poważanego i bogatego domu kupieckiego, spoglądał na ówczesnych uczonych niemieckich, na
profesorów, nauczycieli i literatów, jak na nędznych głodomorów, zmuszonych dla miłego grosza
pisać od wiersza albo udzielać lekcji w szkole czy
na wszechnicy; nie omieszkał też zawsze, ilekroć
zalecał swoją osobę, spoglądać z dumą na niezależne swe stanowisko. Równocześnie odczuwał też
z dumą swoją przewagę światowego, w podróżach
i w towarzystwie nabytego wykształcenia nad zwykłą pokojową i książkową uczonością; wolał też
utrzymywać stosunki, o ile ich w ogóle szukał,
z światowcami, aniżeli z właściwymi uczonymi.
Wchodzi tu także w grę różnica pomiędzy jego
nowożytnymi, przeważnie na naukach przyrodniczych opartymi studiami a staroświecką, w szkołach klasztornych nabytą uczonością teologiczną.</akap>


<akap>Atoli ten sam przymiot jego usposobienia zwraca
się także przeciwko rodzinie. Pycha i nieznośne
zachowanie syna przyczyniło się w głównej mierze
nasamprzód do zakłócenia, a ostatecznie do zupełnego zburzenia stosunku z matką. Na jego uniewinnienie można, co prawda, powiedzieć, że okazywanie czci dziecięcej tej matce niełatwym było
zadaniem. Kochała syna, ale bardziej jeszcze kochała siebie. Była to kobieta niewątpliwie uzdolniona i nie złego serca, odznaczała się jednak
naiwnym samolubstwem wykształconej damy. Męża
właściwie nigdy nie kochała; pojąwszy ją w małżeństwo jako dziewczynę o niemal dwadzieścia lat
młodszą i w skromnych wyrosłą stosunkach, otoczył
ją wielkim zewnętrznym przepychem i wygodami
bogatego kupieckiego domu. Gdy po dwudziestoletnim pożyciu, uległszy nagłej śmierci (1805), zwrócił jej swobodę urządzenia się według własnych
upodobań, zamieszkała w Weimarze jako bogata
i interesująca wdowa; punktem środkowym jej życia stały się odtąd wieczory towarzyskie, na których dwa razy tygodniowo gromadziła naokoło
siebie najprzedniejsze umysły tego miasta z Goethem
na czele. Wieczory te niepospolitą odgrywają też
rolę w wyznaczeniu stosunku do syna. Po owym
wypadku w Gotha pozwala mu wbrew swej woli
przybyć do Weimaru; nie zabiera go jednak do
domu, wolno mu tylko przychodzić na obiad i na
wspomniane dwa wieczory, co do których obawia
się, że ,,nie będą dlań tak przyjemne, jak dla biorących czynny w nich udział ludzi starszych i dotąd od niego znaczniejszych". W jednym z późniejszych listów określiła warunki uczestnictwa
w zebraniach: ,,Na moich wieczorach towarzyskich
możesz u mnie jadać, jeżeli powstrzymasz się od
pustych dysput i wszelkich narzekań na głupotę
świata i nędzę ludzką, ponieważ sprowadza mi to
złe noce i sny daje niespokojne, a ja lubię dobrze
sypiać". Innym razem nazywa go ,,nader przykrym i nieznośnym": ,,wszelkie twe dobre przymioty
przyćmiewa twoja przemądrzałość i czyni cię bezpożytecznym dla świata, jedynie dlatego, ponieważ
nie umiesz powściągnąć w sobie zaciekłego przekonania, że wszystko wiesz lepiej od innych, ponieważ wszędzie widzisz błędy, prócz w sobie samym, i wszystko chciałbyś ulepszać i naprawiać".
(Gwinner str. 67 i nast.).</akap>


<akap>Jak widzimy, niezbyt miły kreśli matka obraz
swego prawie dwudziestoletniego syna; zdaje się
jednak, że obraz ten jest wynikiem dobrej obserwacji, a radom jej, zmierzającym do unormowania stosunku, nie można odmówić słuszności. Zresztą w listach tych odzwierciedla się i jej własny
obraz: próżność matki z powodu mądrości syna
walczy tutaj z ukochaniem spokoju i wygód światowej, wykształconej damy. Prawdopodobnie nie
zbywało w odpowiedziach syna na sarkastycznych
uwagach, gdyż wnikliwość jego w ludzkie słabości
nie mniejszą była od wnikliwości matki. Później,
po skończeniu wszechnicy, zupełne pomiędzy nimi
nastąpiło zerwanie; wstrętny dla niego stosunek
matki z pewnym przyjacielem domu, a także wielki,
może i nadmierny zbytek dolały oliwy do ognia; po raz
ostatni widział matkę w roku 1814; od tego czasu,
jakkolwiek żyła jeszcze lat 24, ustało pomiędzy
nimi wszelkie osobiste obcowanie. Może tak było
i najlepiej: oboje zbyt dużo mieli rysów wspólnych,
znali się nawzajem zbyt dobrze, aby mogli żyć ze
sobą razem; każde zetknięcie się bolesne sprowadzało starcia<pa>Z listów Schopenhauera do matki i siostry nie zachował się ani jeden; prawdopodobnie nie bez jego woli
zniszczono je po śmierci siostry. Zbywa nam wskutek tego
na maleriale bardzo ważnym; listy z czasu, gdy się urabiał
jego charakter, miałyby dla zrozumienia jego natury doniosłe
znaczenie. Nie ma co prawda powodu do przypuszczenia,
aby nam obraz jego w jaśniejszym ukazały świetle. Subtelny
i sprawiedliwy sąd o matce znajduje się u Moebiusa (str. 20
i następne).</pa>.</akap>


<akap>Opuściwszy na zawsze dom matki, żył następne
cztery lata w Dreźnie; były to lata koncepcji
i wypracowania systemu. Jeden z uczestników kółka
literackiego, w którym Schopenhauer bywał, pozostawił nam wizerunek młodzieńca: ,,Niekrępowanej
niczym uczciwości, szorstki i surowy, twardy i stanowczy we wszystkich kwestiach naukowych i literackich, zawsze wobec przyjaciół jak i wrogów
nazywający każdą rzecz po imieniu, zamiłowany
w dowcipie, często grubiański, prawdziwego pełen humoru, przy czym niejednokrotnie blondyn ten o szaroniebieskich płonących oczach, z dwiema długimi
bruzdami po obu stronach nosa, z głosem nieco piskliwym i urywanymi, gwałtownymi gestykulacjami
rąk nader groźnego nabierał wyglądu". Żyjąc samotnie i nieskłonny do ubiegania się o przyjaciół,
uchodził za dziwaka; zjawiwszy się w towarzystwie, dawał zwykle powód do walki: ,,nie owijając
niczego w bawełnę, grał rolę nieprzyjemnego, zjadliwym sarkazmem zaprawiał kawy<pe><slowo_obce>kawy</slowo_obce> (daw.) --- żale, pretensje.</pe>, bez żenady
dawał wodze swemu nieokiełzanemu humorowi,
rzucał w twarz najprzykrzejszymi okruchami Szekspira i Goethego; uchodził też zawsze za stracha,
którego się wszyscy bali, a nikt nie miał odwagi
płacić pięknym za nadobne". (Griesebach str. 113
i nast.) Z tego samego czasu (1818) pochodzi też
list niejakiego Quandta, człowieka, należącego do
najbliższych przyjaciół Schopenhauera i oddanego
mu do późnej starości, list, wystosowany do siostry
Adeli (u Schemanna, str. 489 i nast.). Z głęboką
przyjaźnią dla obojga rodzeństwa, wypowiada przed
siostrą swoje obawy i ból z powodu wzrastającego
osamotnienia, w które brat jej z umysłu popada,
z powodu zasklepienia się w twardym, straszliwym
samolubstwie, nieuniknionym skutku takiego trybu
życia. Prosi ją gorąco, aby siostrzaną spowodowała go miłością do naprawienia także stosunków
z matką.</akap>


<akap>Skończywszy rękopis głównego dzieła, udał się
Schopenhauer do Włoch. W Rzymie zawiązał przelotne znajomości z kolonią artystów niemieckich;
zachowywał się tutaj tak samo, jak w Dreźnie; największe rozgoryczenie wywołał jawnym lekceważeniem panującego wówczas kierunku romantycznego,
zwracającego się ku motywom narodowym i religijnym. ,,Naród niemiecki --- powiedział pewnego
razu w Cafe Greco --- jest ze wszystkich najgłupszym, duchową przewagę swą uzyskał jednak przez
to, iż żadnej nie posiada religii". Trzeba przyznać,
że, jak mawiała matka, umiał być nader przykrym
i nieznośnym.</akap>


<akap>Ujawniająca się tutaj rozkosz sprzeciwiania się
rzeczom powszechnie uznanym jest znamiennym
rysem w wizerunku myśliciela i pisarza: całe życie
było to potrzebą jego serca, aby okazywać pogardę
wszystkiemu, co jakiekolwiek miało uznanie, czy
to była filozofia Hegla, czy Newtona nauka o barwach, prawowierność kościelna, czy nowomodny materializm, romantyka czy marzenia o średniowieczyźnie, liberalizm filosemicki czy kulturą zachwycający się optymizm; opozycja i przekorność oto
żywioł, w którym się czuje najlepiej; inni mogą
szukać pewności w uznawaniu rzeczy powszechnie
przyjętych, on pewność tę znajduje w przekorze;
wzgardziłby sobą, gdyby się kiedykolwiek przyłapał
na gorącym uczynku myślenia o czymśkolwiek, sądzenia i odczuwania czegośkolwiek w sposób, jak
świat odczuwa i sądzi.</akap>


<akap>Jest to nastrój, będący podkładem pierwszej przedmowy do głównego dzieła: daje ono właśnie to,
czego pod nazwą filozofii tak długo szukano, daje
rozwiązanie zagadki świata i życia. Co prawda,
książka ta czytelnikowi do gustu chyba nie przypadnie, przeciwnie, będzie książką <slowo_obce>paucorum hominum<pe><slowo_obce> paucorum hominum</slowo_obce> (łac.) --- dla niewielu osób.</pe></slowo_obce>,
bo ,,któż z oświeconych tej doby, której wiedza dotarła szczęśliwie do tego punktu, gdzie wyrazy paradoks i fałsz jednakie mają znaczenie, mógłby pogodzić się z tym, że na każdej niemal stronicy
znajduje myśli, będące najzupełniejszym przeciwieństwem tego, co za skończoną na zawsze uważał
prawdę?". Zresztą jest Schopenhauer w ustępie
tym niewątpliwie dzieckiem swego czasu; przynajmniej w tym jest on bardziej pokrewny Fichtemu,
Schellingowi i Heglowi, aniżeli sławionym przez siebie w przeciwieństwie do tamtych filozofom doby
Oświecenia. Zgoda z powszechną opinią świata,
zgoda z pojęciami zdrowego rozsądku uważana
bywa w tej grupie za złe największe, jakie spotkać może filozofa: pod nazwiskiem płytkości czyni
się z niej zarzut przeciwnikowi. Odpowiada temu
przezazdrosne podkreślanie odrębności i samodzielności także wobec myślicieli pokrewnych; jeden
drugiego znieść nie może, każdy do bezwarunkowego dąży jedynowładztwa. Wszystko to wspólnym
jest u Schopenhauera z mężami, których traktuje
jako swoich antypodów. Bezwzględna, nieograniczona
samodzielność, świadoma siebie, sprzeciwianie się
otoczeniu, oto <slowo_obce>habitus</slowo_obce><pe><slowo_obce>habitus</slowo_obce> --- właściwości danej osoby.</pe> jego ducha. Niczego tak
nienawidzi, jak być jednym ze stada; nic nie jest
mu bardziej obcym od wspólnoty pod jakąkolwiek
bądź postacią; nie znajduje w sobie ani śladu zdolności, aby być członkiem czy to rodziny czy stanu,
narodu czy wreszcie ludzkości. Śmieje się, gdy mu
zwracają uwagę na podobny, ale niezbyt pochlebny
portret matki w <tytul_dziela>Wspomnieniach</tytul_dziela> A. Feuerbacha;
gardzi i wyszydza towarzyszy stanu, profesorów
uniwersyteckich; gardzi i wyszydza Niemców, gardzi i wyszydza ludzi, dla których ma wyraz: <slowo_obce>bipedes<pe><slowo_obce>bipedes</slowo_obce> (łac.) --- dwunogi.</pe></slowo_obce>. Nie chce niczym być więcej, jak tylko sobą,
pragnie uchodzić za człowieka odosobnionego, odosobnienie jest dlań koroną bytu.</akap>


<akap>Na krzywdy, rzeczywiste czy urojone, reagowała ta dumna świadomość siebie z niepohamowanym gniewem. W dwóch wydarzeniach w pierwszym
czasie docentury berlińskiej ujawnia się cała nieokiełzana gwałtowność jego natury. Jedno z nich
to powaśnienie się z jednym z kolegów. Krótko
po nim habilitował się na wszechnicy berlińskiej
do filozofii F. E. Beneke. Ocenę <tytul_dziela>Świata jako woli
i przedstawienia</tytul_dziela>, którą tenże pomieścił w jenajskim
czasopiśmie literackim, odczuł Schopenhauer jako
krzywdę literacką, a jednocześnie jako próbę podkopania jego stanowiska akademickiego. W artykule, przesłanym czasopismu: ,,Niezbędne skarcenie kłamliwych cytatów", wyparł się potrzeby wszelkiej rozprawy z anonimowym krytykiem jako niegodnej siebie, napiętnował go jednak bardzo surowo za zbrodnicze czepianie się jego tekstu
za pomocą niedokładnych przytoczników. Kilkakrotne prośby Bogu ducha winnego Benekego,
ażeby osobistym rozmówieniem się położyć tamę
zgorszeniu, odrzucił z największą bezwzględnością.
Uwagi godną jest także groźba, zawarta w liście,
towarzyszącym ,,skarceniu", a przesłanym wydawcy
czasopisma literackiego, prof. Eichstaedtowi w Jenie (6. stycznia 1821, u Schemanna str. 142): Na
wypadek, gdyby się wzbraniał wydrukować jego
artykuł, ogłosi go natychmiast w sześciu innych
literackich i politycznych pismach wraz z uwagami
zarówno co do tego wzbraniania się, ,,jako też
co do tego, że o dziele, którego wartość i doniosłość uzna społeczeństwo, kazałeś pan wyrokować takiemu, ledwie z karceru wyszłemu chłystkowi".</akap>


<akap>Jeżeli w tej sprawie zwyciężył, to kilka miesięcy
później (w lecie 1821) gwałtownością swoją wielkiej nabawił się przykrości; naraził się naprzód
na długoletni proces, a potem na dłużej jeszcze
trwające odszkodowanie. Pewnego dnia spotkał
w sieni mieszkania swego podstarzałą już szwaczkę,
która u tej samej mieszkała gospodyni, i wzbraniającą się odejść dwukrotnie własnoręcznie przemocą wyrzucił. Osoba ta, podawszy, że odniosła
szwank na zdrowiu, umiała w pięcioletnim procesie wyprawować orzeczenie alimentacyjne: przez
lat dwadzieścia musiał jej płacić 15 talarów kwartalnie, aż nareszcie mógł śmierć jej gorzkim powitać dowcipem: <slowo_obce>obit anus, abit onus</slowo_obce>. Czy naprawdę
stała mu się krzywda --- w przytoczonych u Gwinnera (str. 304 i następ.) pismach obronnych słychać zgrzytanie zębów bezprawiem dotkniętego człowieka, zmuszonego ulec prawu --- nie będziemy
się nad tym zastanawiać. W każdym razie doświadczenie to gorzką było dla niego nauką. Naraziło
go ono zapewne na bolesną skruchę. W obfitującym w trafne uwagi rozdziale o prymacie woli w samowiedzy (<tytul_dziela>Świat jako wola i przedstawienie</tytul_dziela> II, 19)
mówi on o tym, ,,jak wola bierze nałożone jej
przez intelekt wędzidło w zęby i pędzi, ażeby potem bezmyślny ten pośpiech odpokutować skruchą".
Z tych samych doświadczeń wyrosły i refleksje,
zajmujące się techniką zemsty; milczeć i czekać,
ażeby potem z jasną głową i pewną ręką wymierzyć w sedno: Zimnokrwiste zwierzęta są jadowite. Schopenhauer techniki tej nie posiadał;
dlatego właśnie odczuwał jej wartość.</akap>


<akap>Powoli, zamiast niej, zyskiwał mądrość, każącą omijać krzywdy przez odsunięcie się od ludzi; w ten sposób ominął także gniew i ból z powodu niemożności jawnego ich zadowolenia. Unikał
nawet starć literackich w postaci zetknięć osobistych.
Zajście z Benekiem, ujawniające zresztą całą jego
gwałtowność i nieprzejednaność, było może jedynym tego rodzaju wypadkiem. Z czasem uzyskał
Schopenhauer to, co sam nabytym zowie charakterem i co objaśnia jako metodyczne przeprowadzenie osobistym warunkom odpowiadającego trybu
życia na podstawie znawstwa swej własnej indywidualności, zwłaszcza zaś własnych sił i słabizn, powolnym zdobytego doświadczeniem. Uzyskawszy to, staje
się człowiek uczestnikiem rozkoszy w odczuwaniu
swej siły, a rzadko kiedy dozna bólu, polegającego
na przypomnieniu słabości, upokorzeniu, ,,które może
największy sprawia ból duchowy". (<tytul_dziela>Świat jako wola
i przedstawienie</tytul_dziela> I, § 55, ku końcowi). Widział, że
z ludźmi żyć nie może, ani w dobrym, na to miał
zbyt dużo drażliwości w sobie, ani też w złym,
do tego zbywało mu na zimnym zastanowieniu; postanowił więc żyć bez ludzi. Było to życie, odpowiadające warunkom jego osoby, prowadził je zaś
do końca z konsekwencją i doskonałością, która
estetyczną wzbudza sympatię. Około połowy roku
dwudziestego poczynił jeszcze kilka ostatnich prób
celem uzyskania w świecie akademickim odpowiedniejszego stanowiska; czynił zabiegi, aby znienawidzony porzucić Berlin, w którym tylko jedno wykładał półrocze, i przenieść się na jedną z wszechnic południowo-niemieckich; miał na oku Heidelberg
i Wurzburg. Ale starania te spełzły na niczym.
I od tej chwili zanurza się w osamotnieniu frankfurckim, w dwudziestoletnim osamotnieniu tak
głębokim, że niemal zupełnie znika z oczu. Kilka
drobnych pism świadczy, że jeszcze żyje; ale
o stosunkach z ludźmi, o jego bycie osobistym
przez dwa dziesiątki lat prawie że nic nie wiemy.
Dopiero u progu starości wynurza się na nowo.
Zjawili się pierwsi jego uczniowie, ich to odwiedzinom i relacjom zawdzięczamy pierwsze bliższe
wieści o sposobie życia pustelnika.</akap>


<akap>Niejedni potępiali go za to umyślne odosobnienie. Przede wszystkim czynią mu wyrzut, że porzucił karierę uniwersytecką, zaledwie ją zacząwszy. Stanowisko na wszechnicy, powiada Haym,
nadarzające mu się tutaj współzawodnictwo byłoby
skutecznym dla niego środkiem celem złamania
samolubstwa i zatwardziałej jednostronności. Skuteczny wpływ atmosfery uniwersyteckiej na jego
filozofię uwydatnił się też w krótkim czasie jego
docentury. Zdaje mi się, że Schopenhauer znał
lepiej swą naturę. Zajmowanie posady nauczycielskiej, połączona z tym konieczność walki i zgody
z kolegami, trudy wykładowe i egzaminowe byłyby
naturę jego wyczerpały. Wobec kolegów i studentów nie byłby nigdy przezwyciężył lub chociażby
zataił uczucia, że właściwie całe to towarzystwo
uwłacza jego godności, że akademicka czynność
nauczycielska odpowiada w sam raz przeciętnemu
profesorowi, lecz dla geniusza uciążliwym staje się
rzemiosłem. To samo tyczy się także jego wstrętu
do życia rodzinnego. Wszystkie małostkowe zatargi,
nieuniknione w wspólnym pożyciu, tysiączna zależność od towarzystwa, w które dostaje się człowiek żonaty, byłyby, przy jego temperamencie, niewysychającym źródłem dolegliwości, gotowych zniszczyć mu duszę. Żyjąc bez urzędu i rodziny, niezależny, o ile nim w ogóle człowiek być może,
wymógł na swojej naturze życie względnie najlepsze.
Jeżeli Arystoteles słusznie powiada, że najlepszym
szewcem jest ten, co z posiadanej właśnie skóry
najlepsze umie wykonać obuwie, to Schopenhauer
może sobie rościć prawo do chwały, że był dobrym mistrzem życia.</akap>


<akap>Silnemu poczuciu swej wartości towarzyszyła
u Schopenhauera żądza uznania. Nie była to pierwotnie pospolita ambicja, uganiająca się za odznaczeniem i stanowiskiem czy koleżeńską pochwałą: wszystko to mógł był uzyskać, gdyby był
odpowiednie poczynił kroki; było to raczej płomienne pragnienie, ażeby w myślach jego prawdziwą uznano filozofię, a w nim filozofii tej twórcę.
Mało ceniąc współczesnych literatów, nie był przecież obojętnym na ich sądy. Jest to może zachowanie pełne sprzeczności. Ale nie było chyba
człowieka, który by w pogardzie dla wyroków świata
taką okazywał konsekwencję, ażeby mówiąc jego
słowami, nie zwracał na to uwagi, że na niego
uwagi nie zwracają.</akap>


<akap>Już w roku 1822, wybierając się po raz drugi
do Włoch, usilnie polecił przyjacielowi swemu,
Osannowi, aby bacznie śledził wzmianki o jego
dziele, nie tylko w pismach literackich, ale także
w książkach, podręcznikach, gazetach, programach
i dysertacjach. Równocześnie daje wyraz lekceważeniu kolegów po fachu i mówi: --- ,,Nienawidzą
mnie wszyscy jak najserdeczniej, na tym punkcie
godzą się z sobą ludzie najmniej zgodliwi; ponieważ żadnemu z nich nie uczyniłem nic złego, przeto
nienawiść ta bardzo jest dla mnie pochlebna".
(Scheinann str. 126). Naturalnie, zawiść i nienawiść
jest formą, w której objawia się uznanie dla genialności ze strony miernoty. Widać, że teoria Schopenhauera jest pod każdym względem starszą od
jego doświadczenia. Ale obok tej formy uznania
domagał się także podziwu. Że tego nie było, że
go nie podziwiano ani nie uwielbiano, co więcej,
że go nawet nie zwalczano ani nie ścigano, przynajmniej na papierze, jak Spinozę lub Hume'a, że,
poza wieloma recenzjami głównego jego dzieła,
przeszli nad nim ludzie do porządku dziennego,
jak gdyby się nic nie wydarzyło, sprawiło mu to
w jego życiu, obfitującym w gorycze, najbardziej
gorzkie godziny. Świadczy o tym gorycz pamfletów, którymi później mścił się za niezwracanie
nań uwagi zarówno na tych, których stawiano ponad nim, jak i na tych, którzy, według jego mniemania, powinni byli głosić jego sławę. Wylew
gniewu, tak obficie ujawniający się w jego pismach
od połowy trzeciego dziesiątka lat, działał, zdaje
się, na ból jego uśmierzająco. Równocześnie wzrok
jego odwraca się od teraźniejszości ku przyszłości;
w tonie wyniosłym i dumnym apeluje on ponad
głowami żyjącego pokolenia do sprawiedliwszej
potomności. Wyrzekłszy się w ten sposób powodzeń zewnętrznych i stanowiska, uzyskał snać<pe><slowo_obce>snać</slowo_obce> a. <slowo_obce>snadź</slowo_obce> (daw.) --- widocznie.</pe>
i w tym względzie równowagę umysłu, której nie
zbywało na spokoju i godności.</akap>


<akap>Niestety, starzejąc się, nie umiał wobec chwalby
pierwszych, zbyt późno zjawiających się wielbicieli, tego dumnego zachować spokoju. Doznajemy
uczucia śmieszności, urazy i zarazem smutku, patrząc, jak ten sam człowiek, który w najsilniejszych
wyrazach rezygnował z poklasku współczesnych,
który tak często zaznaczał swą pewność trwałego
wpływu i wiecznej chwały u potomności, w ostatnim lat dziesiątku zwraca uwagę na najdrobniejsze oznaki uwielbienia ze strony najmarniejszego
współcześnika. Listy do tak zwanych apostołów,
Frauenstaedta, Lindnera, zwłaszcza zaś Dawida
Ashera są naprawdę zawstydzającymi świadectwami ludzkiej słabości. Żaden znaczny człowiek
nie zostawił tak mało znacznych, tak drobnostkowych listów. Treść wielu z nich składa się wyłącznie z wiadomości, dotyczących rozmaitych pochwalnych wzmianek o jego filozofii w dziennikach,
książkach, listach, o różnych odwiedzinach, oraz
z usilnych próśb, ażeby o wszystkich tym podobnych oznakach nadchodzącej sławy, które uszły
jego uwadze, a które spostrzegą zamieszkali w Berlinie i Lipsku, donoszono mu w listach --- ,,nie frankowanych<pe><slowo_obce>nie frankowany</slowo_obce> --- bez znaczka a. opłaty, prawdop.: opłacany przez adresata.</pe>, gdyż moja to sprawa"! Przy tym powtarzają się nieustanne podzięki za wyświadczone
,,apostolskie" usługi i zachęty do usług nowych.
Zaprawdę, próżność nigdy większych nie święciła
triumfów, aniżeli tutaj, wziąwszy pod jarzmo
swoje tego dumnego człowieka.</akap>


<akap>Oczywiście wchodzi tu w grę wiek i próżność,
właściwa starości. Niektórych z tych listów byłby
sobie młodzieńczy Schopenhauer nigdy nie wybaczył. Musiał doświadczyć na samym sobie, co
pewnego razu powiedział o Kancie, że słabość
starcza ,,poraża nie tylko głowę, ale i sercu nieraz
hart odbiera, potrzebny do zasłużonej pogardy dla
współczesnych wraz z ich sądami i zamiarami:
hart, bez którego nikt wielkim nie zostanie człowiekiem" (Schemann str. 187).</akap>


<akap>Drugi, główny rys w naturze Schopenhauera
stanowi wielka podatność dla <wyroznienie>przyjemności
zmysłowych</wyroznienie>, i na odwrót, <wyroznienie>wielka wrażliwość</wyroznienie> na cierpienia umysłowe, stąd silny popęd,
aby tych unikać, a szukać tamtych. U Schopenhauera nie ma całkowicie tego, co w oczach stoików czyniło z Sokratesa prawdziwego filozofa,
pewnej mianowicie surowości i obojętności dla
wszelkich uczuć zmysłowych. Z rozkoszy i wygody
czynił sobie studium. Gdy po rzuceniu kariery
akademickiej rozglądał się za miejscem pobytu,
wpadły mu w oczy przede wszystkim Frankfurt
i Mannheim. U Gwinnera znajduje się ustęp (str.
341), w którym rozważa i porównywa ze sobą
przyjemność obu tych miast: powietrze, okolica,
woda, kąpiele, dentyści i inni lekarze, kawiarnie, kościoły, teatr, obiady i wieczerze, bezpieczeństwo wobec złodziei i ciekawskich --- oto, obok
kwestii książek i zbiorów, najgłówniejsze szczegóły,
którymi się zajmuje.</akap>


<akap>Buridanowski<pe><slowo_obce>buridanowski</slowo_obce> --- historia o ośle Buridana odpowiada polskiemu przysłowiu ,,osiołkowi w żłoby dano".</pe> wybór padł, po odbytej próbie,
na Frankfurt. Sztuka życia, którą tam wykonywał
przez lat niemal trzydzieści, znana jest dostatecznie z rozmaitych szczegółowych opisów. Trzeba
przyznać, że troskliwość w roztrząsaniu najdrobniejszych spraw, obliczonych na dogodzenie ciału,
zadziwia nieco u człowieka, dowodzącego z naciskiem, iż spadło nań takie doniosłe zadanie życia,
jak stworzenie filozofii ostatecznej.</akap>


<akap>Również i bezżenność jego złączona jest z obawą
przed dolegliwościami, utratą swobody i wygód.
Nie wstręt do kobiet odwiódł go od założenia
rodziny, ale wstręt do wzięcia na siebie obowiązków i ciężarów, które nakłada małżeństwo.
W latach młodszych silna, żywa zmysłowość niemałą w jego życiu odegrała rolę; wiemy to nie tylko od biografów; jego pisma, tak często poruszające problem życia płciowego, dostatecznym są
tego dowodem. Schopenhauer filozofuje wyłącznie
na temat rzeczy, których sam doświadczył. I to
również z tego samego wiemy źródła, że doznał
w tej mierze niemało trwogi i troski, niemało rozczarowania i skruchy; popęd płciowy przedstawia
się refleksji jego jako demon, zmuszający jednostkę, aby celowi obcemu, to znaczy rodzajowi, własne poświęciła szczęście; wyswobodzenie się odeń
jest największym przymiotem starości. Zresztą we
wszystkich tych sprawach zamknął doświadczenie
swoje w teorematy: wysoka zdolność intelektualna
i silne popędy zmysłowe idą zawsze w parze, wigor fizyczny to grunt przyrodzony, z którego jedynie wyrasta geniusz. Tak samo jednak stworzył
teorię z swojej bezżenności: mąż, obdarzony wysokim uzdolnieniem umysłowym, geniusz, wyższe
ma obowiązki względem ludzkości, które go zwalniają od poziomego<pe><slowo_obce>poziomy</slowo_obce> (daw.) --- przyziemny.</pe> obowiązku pojęcia żony i wychowywania dzieci. Uniewinnienia zaś czy usprawiedliwienia jego korsarstwa w tym względzie szukać trzeba w nauce o niższości kobiety.</akap>


<akap>Możność wygodnego życia zawisła<pe><slowo_obce>zawisły</slowo_obce> (daw.) --- zależny.</pe> jest od majątku. Schopenhauer wie to nie tylko wskutek zastanowienia ale i dzięki instynktowi, że <wyroznienie>popęd</wyroznienie>
posiadania głębokie w naturze jego zapuścił korzenie. Popęd ten nie tyle ma charakter zarobkowy ---
zawodu kupieckiego nie znosił, na to zbyt wielką
była w nim miłość życia duchowego; żądza to raczej utrzymania i ukrycia dobytku. I w uciążliwych warunkach umiał z niezwykłą odpornością
ojcowskie utrzymać dziedzictwo i mądrze je pomnożyć. Bardzo charakterystycznie postąpił sobie
podczas pewnego przesilenia. Część jego majątku
złożoną była wraz z majątkiem matki i siostry
w jednym z domów handlowych w Gdańsku. Gdy
dom ten w roku 1819 zawiesił wypłaty, stracili wierzyciele 70%; sam tylko Schopenhauer umiał cały
uratować kapitał wraz z odsetkami. Szczególną
korespondencję, w której walczy o swą własność,
podał nam Gwinner. Sprytem, jakiego by się najlepszy nie powstydził adwokat, odłączył się od
reszty wierzycieli, którzy zgodzili się na układy,
a potem, żadnych nie zachowując względów, przyparł firmę do muru i zmusił ją do zapłacenia mu
trzech jego weksli. Przy tej sposobności w listach
jego mamy coś w rodzaju uciechy szajlokowskiej<pe><slowo_obce>szajlokowski</slowo_obce> --- epitet utworzony od imienia podstępnego lichwiarza Shylocka z <tytul_dziela>Kupca weneckiego</tytul_dziela> Williama Shakespeare'a.</pe>:
,,Gdybyś pan miał zamiar zasłaniać się niewypłacalnością, to ja panu udowodnię, że rzecz ma się
wręcz przeciwnie, i to za pomocą konkluzji, którą
wielki Kant wprowadził do filozofii, ażeby nią udowodnić moralną wolność człowieka, mianowicie
konkluzji, z powinności wywodzącej możność. To
znaczy: jeżeli pan nie zapłacisz, weksel pójdzie do
sądu. Widzisz pan, że można być filozofem, niekoniecznie będąc przez to głupcem".</akap>


<akap>Czy ten sposób wymuszenia swego prawa leży
jeszcze w obrębie przyzwoitości kupieckiej, sądzić
o tym nie mogę; uważałbym jednak za zjawisko
całkiem naturalne, gdyby ów dom kupiecki przy
nazwisku jego następującą położył uwagę: że jest
to człowiek, którego trzeba się strzec, warowania
korzyści swej nie zaniecha. Sam zaś Schopenhauer
,,forsowne" swoje postępowanie usprawiedliwiał
wobec siebie uwagą, że niezbędnym dla spełnienia jego zadania warunkiem jest dlań wyzwolenie
się od przymusowej pracy, nie mówiąc o pisaniu
dla zarobku, a tym samym uniezależnienie się od
łaski i uznania świata; warunkiem zaś wyzwolenia jest utrzymanie dziedzictwa ojcowskiego, które
mu z łaski losu przypadło w udziale. Dlatego też
winien on to sobie i swojej filozofii, ażeby wszystkimi, jakie tylko mieć może, środkami prawnymi
prowadzić walkę o własność.</akap>


<akap>Daleki jestem od tego, ażeby mu z tej troski
oswoją własność czynić zarzuty. Mądrość jest
dobra, gdy idzie w parze z majątkiem --- oto
zdanie z księgi Koheleth, które lubi przytaczać
Schopenhauer; niewątpliwie, ubóstwo złym jest towarzyszem zwłaszcza w karierze akademickiej,
albowiem łatwo stawia nas wobec niebezpieczeństwa <slowo_obce>propter vitam vitae perdere causas</slowo_obce><pe><slowo_obce>propter vitam vitae perdere causas</slowo_obce> (łac.) --- ze względu na życie utracić powody, by żyć.</pe>, że mianowicie dla życia poświęcamy to, co tego życia istotną jest wartością. Dobytek jest ochroną dla nas
przed tym niebezpieczeństwem, co prawda, ochroną
nie zawsze pewną i nie jedyną; istnieje jeszcze
inna podstawa wyzwolenia, to jest brak potrzeb;
Spinoza, Sokrates opierali na niej swą niezależność.
Podobne bohaterstwo Schopenhauer podziwiał, ale
go nie posiadał.</akap>


<akap>Trzeba też powiedzieć, że przy jego naturze i nawyknieniach dostatni byt zewnętrzny był dlań niezbędnym warunkiem żywota; ubóstwo byłoby go
złamało i zniszczyło w nim zdolność twórczą. Nierozsądkiem byłoby czynić mu z tego zarzuty, nie mniejszym jednak nierozsądkiem chcieć przeczyć
jego zatwardziałości. Był zatwardziały, wiedział o tym
i chciał być takim. Ten sam wypadek spowodował
także zerwanie stosunków z siostrą. Pod pierwszym wrażeniem na wiadomość o grożącej stracie,
przy czym zaangażowaną była tylko trzecia część
jego majątku (9000 talarów), gdy tymczasem matka i siostra umieściły tam cały swój dobytek, pisał jej te słowa: że zawsze będzie gotów podzielić
się z nimi; później nie ma o tym już mowy; natomiast, zdaje się, dał im do poznania, że przy
regulacji tej sprawy uważały więcej na swoje,
niźli na jego korzyści. Nieufność rozdzieliła rodzeństwo, a choć w późniejszych latach odbywała się
wymiana listów, chłód nie ustąpił --- zawsze coś
z niego zostało. Jak się zdaje, brat i siostra nigdy
się już więcej nie widzieli, jakkolwiek Adela żyła
do roku 1849, w niedalekiej odległości od brata;
jeszcze w roku 1830 przeniosła się razem z matką nad Ren, ponieważ zbyt okrojone dochody nie
pozwalały na zbytki, którymi z początku szafowano
w Weimarze. Zresztą siostra, sądząc z wszystkiego,
co o niej wiemy, przyjemną była istotą; nie odznaczała się pięknością, ale za to niepospolite miała
uzdolnienie umysłowe i serce szlachetne; Goethe
niewiele ją sobie cenił. Gorzkie doświadczenia,
zwłaszcza zaś zmiana życia i wszystkich stosunków życiowych wskutek wielkiego przesilenia majątkowego, nadały później naturze jej, o ile się zdaje,
coś surowego (Cf. Moebius str. 27 i nast.).</akap>


<akap>Poruszyliśmy tym samym jedną z stron charakteru, która na nastrój życiowy i położenie życiowe Schopenhauera wywarła wpływ najbardziej
stanowczy: <wyroznienie>nieufność</wyroznienie>. Nie dowierzał ludziom,
nie ufał ich uczciwości nawet w najzwyklejszych
sprawach pieniężnych. ,,Zapinać się na wszystkie
guziki" --- oto maksyma, którą stosował z ludźmi,
zarówno w znaczeniu najściślejszym, jak i w najodleglejszym: przede wszystkim nie otwierać kiesy,
a potem ust i serca!</akap>


<akap><slowo_obce>Pax vobiscum, nihil amplius<pe><slowo_obce>pax vobiscum, nihil amplius</slowo_obce> (łac.) --- pokój z wami, nic więcej.</pe></slowo_obce> --- oto czym wita
dwunożnych; przetłumaczyć to możemy w ten sposób: nie czyń mi nic złego, a i ja ci czynić nie
będę. Bal się, aby go nie okpiły matka i siostra;
tę samą obawę żywił i względem znajomych. Jednego z przyjaciół młodości, Francuza, który całe
życie zachował mu przyjaźń, prosił o radę w sprawie umieszczenia kapitałów w pewnej asekuracji
francuskiej (1833). Przyjaciel odradził, ofiarowując
się równocześnie część pieniędzy w swym własnym
ulokować handlu. Schopenhauer żadnej na to nie
dał odpowiedzi, ale na liście dopisał: ,,przypuszczasz co?" (Gwinner str. 443).</akap>


<akap>Na przykrą odprawę przy podobnej sposobności naraził się u wydawcy swego Brockhausa. Oddawszy mu rękopis pierwszego wydania <tytul_dziela>Świat
jako wola i przedstawienie</tytul_dziela>, nie mógł pozbyć się
podejrzenia, czy nakładca nie sprzeniewierzy mu
honorarium. Napisał w tym sensie list dość grubiański i dodał, jakoby słyszał, że na Brockhausie
w ogóle w sprawie honorariów polegać nie można.</akap>


<akap>Nakładca odpowiedział, aby mu wskazał jednego autora, wobec którego nie spełnił swego
zobowiązania, w przeciwnym razie przestanie go
uważać za człowieka honoru. Schopenhauer musiał pogodzić się z zarzutem i połknąć pigułkę, że
Brockhaus przestał się z nim komunikować listownie i ustnie. ,,Muszę się z tym człowiekiem bardzo mieć na baczności, to prawdziwy brytan", miał
się Brockhaus wyrazić już przedtem (Gwinner str.
128). Podobną trwogę przechodził Schopenhauer
także podczas druku <tytul_dziela>Parergów</tytul_dziela>, tym razem nie
z powodu honorarium, lecz z powodu przypuszczenia, że nakładca mógłby rękopis pokazać innym, którzy ,,ukradną moje myśli" (Frauenstaedt
str. 509).</akap>


<akap>Dziwne wrażenie sprawiają środki, które stosował celem ochrony swej własności przed złodziejami. Gwinner (str. 401) tak to przedstawia: ,,klejnoty swoje w takim chował ukryciu, że mimo
napisanych po łacinie wskazówek, zawartych w testamencie, niektóre z nich z trudem można było
odszukać. Od czasu drugiej podróży włoskiej rachunki prowadził po angielsku, a ważniejsze notując interesy, posługiwał się łaciną lub greką. Aby
się ubezpieczyć przed złodziejami, chował wartościowe papiery jako <slowo_obce>Arcana medica</slowo_obce>, kupony wkładał pomiędzy listy i zeszyty, a dukaty trzymał
pod kałamarzem w biurku". Mamy tutaj do czynienia raczej z objawami dziwnego instynktu ukrywania, aniżeli z rozumnie umotywowanymi środkami bezpieczeństwa.</akap>


<akap>Z tymi uczuciami i tymi instynktami łączą się także
jego wyobrażenia polityczne. Państwu jedno tylko
zakreśla zadanie: powinno dbać o bezpieczeństwo
osoby i własności. Jest ono według wyrażenia Lassalle'a niczym więcej, jak tylko stróżem nocnym,
który ma go chronić przed złodziejami i rabusiami.
Chcieć mówić o moralnych zadaniach państwa, to
dla niego ,,bardzo dziwna jest omyłka" (<tytul_dziela>Świat
jako wola i przedstawienie</tytul_dziela> § 62). Z listów do
Frauenstaedta widać, jak wstrętnymi były dla niego
ruchy w roku 1848. Niewielu chyba ludzi witało
restytucję dawnych porządków w Niemczech z takim zadowoleniem, jak Schopenhauer. Nie będąc
zbytnim przyjacielem Prus, uczynił mimo to w spisanym w 1852 r. testamencie spadkobiercą swoim
,,istniejący w Berlinie fundusz zapomogowy dla
tych żołnierzy pruskich, którzy w rewolucyjnych
walkach r. 1848 i 1849 bili się o utrzymanie i przywrócenie legalnego porządku w Niemczech i w walce
tej postradali zdrowie, oraz dla pozostałej po nich
rodziny" (Schemann str. 547). Radość z powodu
,,bemaków w niebieskich pantalonach", którzy w r.
1848 wtargnęli do jego mieszkania, ażeby z okien
strzelać na ,,suzerenów", odpowiedni do tego stanowi komentarz.</akap>


<akap>Obawa przed rabunkiem i kradzieżą była u niego
specjalną tylko formą ogólnych, nieokreślonych, ciągłych stanów trwogi. ,,W młodości dręczyły go wyimaginowane choroby i zatargi. Podczas wybuchu
wojny (1813) zdawało mu się, że go gwałtem wezmą
do służby. Z Neapolu wypędził go strach przed ospą,
z Berlina uciekł przed cholerą. W Dreźnie miał
<slowo_obce>idée fixe</slowo_obce>, że zatrutej zażył tabaki. Kiedy w roku
1833 miał opuszczać Mannheim, doznał bez najmniejszej przyczyny uczucia niesłychanej trwogi.
Latanii prześladowała go obawa przed sądem kryminalnym. Gdy w nocy wszczął się jaki hałas, zrywał się z łóżka i chwytał szpadę i pistolet, który
miał zawsze nabity. Nigdy nie dozwolił się dotknąć brzytwie golarza; miał też zawsze skórzany
kubek przy sobie, ażeby się nie zarazić przy piciu wody w lokalach publicznych" (Gwinner, str.
400). Frauenstaeat (str. 332) opowiada według
jego własnego wyrażenia: przerażał się, ilekroć
listonosz przynosił mu listy; ,,jeżeli nie mam niczego, co by mnie trwożyło, trwoży mnie właśnie
to, albowiem czuję, że coś być musi, a co tylko
ukrywają przede mną". Nie dziwota, że zwłaszcza
w młodszych latach mówi wciąż o głębokiej melancholii i nieustającej posępności.</akap>


<akap>Nie ulega wątpliwości, że w tych stanach trwogi
mamy do czynienia z objawami patologicznymi, jak
to Moebius w przekonywający wykazał sposób.
Ojciec Schopenhauera w ponure zapadał usposobienie, w ostatnich też latach życia miewał umysł od
czasu do czasu zmącony. Gwinner przypuszcza
nie bez powodu, że nagłą śmierć (spadł ze spichlerza) sam sobie sprowadził w przystępie obłędu.
I dwaj bracia ojca patologiczne miewali objawy.
Oprócz dumy i umiłowania niezależności, odziedziczył syn także ojcowski temperament, gwałtowność woli oraz skłonność do ponurego patrzenia na życie, dyskolię, jak sam ją nazywa. Zdaje
się że w spadku po ojcu otrzymał także ból uszu,
który u niego już w młodzieńczych wystąpił latach.</akap>


<akap>Po tym wszystkim trzeba będzie powiedzieć:
Schopenhauer nie miał natury ani przyjemnej ani
szczęśliwej, nie był stworzony, aby być szczęśliwym,
ani aby uszczęśliwiać. Silny, instynktami utrwalony
popęd samozachowawczy bronił go zarówno przed
atakami innych, jako też coraz to więcej przed
własnymi namiętnościami. Atoli obce mu było uczucie bezpieczeństwa i radości bytu w latach młodszych
i średnich. Wobec spraw i ludzi zawsze wielką
okazywał podejrzliwość; żywa jego wyobraźnia
malowała mu zawsze majaki prześladowań i nieszczęść; towarzyszyły mu one w bezludnym osamotnieniu, w którym żył zwłaszcza w latach dojrzałych, zerwawszy z uciechami młodości i zanim starość jego odpowiednie w wielbicielach
i uczniach znalazła otoczenie. Sytuacja przykra, nie
tracąca bynajmniej cech przygnębiających przez
to, że uczynił sobie z niej zasadę filozoficzną i że
zarówno dla siebie jak i dla innych podnosił ją do
wyżyn mądrości życiowej: ,,Bijących w oczy przykładów niegodziwości, złości, zdrady, podłości, których doznaliśmy, nie należy bynajmniej puszczać
z wiatrem, trzeba je raczej uważać jako alimenta
<slowo_obce>misanirophiae</slowo_obce>, trzeba je sobie nieustannie uprzytomniać, ażeby dzięki nim mieć zawsze przed oczami
rzeczywistą wartość ludzi, i nie kompromitować
się nimi" (Gwinner str. 424).</akap>


<akap>Dodaję tutaj uwagę o jego zachowaniu się wobec
gatunku ludzi, których nienawidził przed wszystkimi
innymi, mianowicie wobec <wyroznienie>profesorów filozofii</wyroznienie>.
Nienawiść ta da się sprowadzić do przyczyn następujących. Stosunek ten opierał się przede wszystkim na apriorystycznym lekceważeniu, na z góry
powziętej niechęci. Uczucia te, które zaczynały niejednokrotnie ujawniać się w latach studiów uniwersyteckich, znalazły z biegiem czasu empiryczne
swe stwierdzenie czy usprawiedliwienie częścią w tym,
że nie zwracano nań uwagi, częścią w skrytym, rzeczywistym czy domniemanym okradaniu jego duchowego dorobku. Z podejrzliwości uczynił sobie
teorię, którą przytacza niezliczoną ilość razy; brak
powodzenia, brak sławy literackiej jest dziełem
profesorów filozofii, którzy się sprzysięgli przeciw
niemu. Rzecz to smutna czy --- jeśli chcemy --- komiczna patrzeć na to, z jakim on to widmo sprzysiężenia maluje artyzmem, z jakim w siebie i innych
wmawia wyrafinowaniem, godnym komisarza policji z czasów ścigania demagogów, ażeby potem
z powagą piekielnego sędziego rzucić na pastwę wieczystej pogardy tych wszystkich, co się według
jego mniemania sprzysiężyli przeciw prawdzie. Jak
Luter w jednym wyznaje miejscu, że nie może
się modlić, aby równocześnie nie złorzeczyć papieżowi, tak Schopenhauer w późniejszych swych latach nie umie filozofować, nie złorzecząc profesorom filozofii, a późniejsza jego sława, której zapach z taką wchłaniał lubością, miała dla niego ---
tak przypuszczać można z jego listów --- specjalną przyprawę w tym, że wyobrażał sobie, jak to
się teraz gryźć będą profesorowie filozofii. Wniwecz obrócił cały plan, tak długo przez nich trzymany w odosobnieniu Kaspar Hauser<pe><slowo_obce>Hauser, Kaspar</slowo_obce> (1812?--1833) --- tajemniczy znajda o nieznanej tożsamości, odnaleziony w wieku ok. 16 lat w Norymberdze.</pe> filozofii opuszcza naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> (daw.) --- nagle.</pe> swą kaźń, a nawet widzą w nim królewicza!</akap>


<akap>Dla ludzi, przywykłych rozważać i sądzić bez
uprzedzenia, niewątpliwym będzie, że sprzysiężenie to jest majakiem jego wyobraźni. W podejrzliwym jego umyśle nabiera ono jednak podstaw najistotniejszej rzeczywistości i w przekonaniu
niejednego z jego uczniów jest nią do dzisiaj.
Cofnijmy się tylko w owe czasy i zapatrujmy się
na rzecz poważnie: Hegel i Fries, Herbart i Schelling, Baader i Reinhold i jacy tam byli jeszcze
w drugim i trzecim lal dziesiątku profesorowie filozofii na wszechnicach niemieckich, zmawiają
i sprzysięgają się przeciwko sławie --- nie sławnego Artura Schopenhauera, ale nieznanego młodzieńca, który się habilitował w Berlinie, lecz
niewielkie miał powodzenie i niebawem znikł
i zgasł na widowni. Można tych ludzi o rozmaite posądzać niegodziwości, można im zarzucić,
że nie zauważyli <tytul_dziela>Świata jako woli i przedstawienie</tytul_dziela>, albo że nie zrozumieli jego znaczenia, ale
przypuszczać złą wolę i postępowanie z planem
z góry powziętym, na to trzeba być podejrzliwym,
jak Schopenhauer, i, tak jak on, skłonnym do lekkomyślnych posądzeń. Jak gdyby każdy z tych ludzi nie życzył wszelakiej klęski drugiemu! I jak
gdyby każdy z nich nie miał daleko ważniejszych
spraw na oku, aniżeli studiowanie dzieła jakiegoś
nieznanego człowieka nazwiskiem Schopenhauer.
Gdyby miał był jeszcze poważanie, gdyby jego
dzieła licznych doczekały się wydań, a wykłady jego
pełno ściągały słuchaczy, wówczas to byłaby się
zajmowała nim przynajmniej zawiść koleżeńska,
lżąc go i zohydzając, tak zaś najmniejszy nie istniał powód, aby się troszczyć o niego; przeważnej
ich części nie zwrócono na książkę uwagi. A jeżeli kto wziął ją do ręki, przekonał się niebawem,
że człowiek ten zupełnie innymi kroczy drogami,
niż inni, że więc jego filozofia jest naturalnie z gruntu
fałszywą. A także spostrzegł od razu --- wystarczyło mu przeczytać przedmowę --- że Schopenhauerowi ani się nie śniło w jednym stawać z nimi
szeregu i że bynajmniej nie ma zamiaru pismom
współczesnym jakąkolwiek poświęcać uwagę: czyż
tak postępując, nie rezygnował już z góry z uznania tych, którymi gardził?</akap>


<akap>Jest to dowodem niesłychanej siły, w jaką Schopenhauer uzbraja swoje obelgi, jeżeli teoria jego o sprzysiężeniu do dziś dnia licznych znajduje wyznawców.
Nawet sprawiedliwie zresztą myślący Moebius wierzy
,,w milczącą przynajmniej zgodę, aby go zabić milczeniem"! I on wytacza skargę: ,,a gdyby byli powołani przez państwo nauczyciele filozofii spełnili
swój obowiązek, gdyby byli bez uprzedzenia zasięgnęli
wiadomości i potem nauczali bezstronnie, jakie
faktycznie istniały formy filozofii, zamiast w charakterze ludzi stronnych <slowo_obce>iurare in verba magistri<pe><slowo_obce>iurare in verba magistri</slowo_obce> (łac.) --- przysięgać na słowa nauczyciela.</pe></slowo_obce>,
byłby się Schopenhauer przebił wcześniej. Nie jestem tak dalece czuły, jeżeli ktoś przygania profesorom filozofii, i nie wiem, czy jest nim kto w ogóle;
zdaje mi się, że przeceniamy poczucie solidarności
wśród tych ludzi. Ale w danym wypadku nie mogę
uważać ich za winnych. Obwinieni mogli byli powiedzieć, że jeśli zaznajomienie z filozofią Schopenhauera tak niezbędną było sprawą, to chyba
autor był do tego najbardziej powołanym. Gdyby
był nauczycielską swą działalność na uniwersytecie energicznie prowadził dalej, w czym nikt mu
nie przeszkadzał, gdyby był uczestniczył w publicznym roztrząsaniu zagadnień filozoficznych w czasopismach lub księgach, w czym tak samo nikt
mu żadnej nie stawiał przeszkody, wówczas mógł
był zebrać najprzód małe, a potem z wolna coraz
to szersze koło uczniów i zwolenników. Zamiast
tego uciekł, wydrukowawszy swoje główne dzieło,
i milczał lat 18, czyhając tylko na to, czy nareszcie inni mówić o nim nie zaczną. Nie myślę mu
robić z tego zarzutu, postępował tak, jak mu wskazywało jego usposobienie, ale mimo to wydaje mi
się dziwnym złorzeczyć obcym za to, że się porzuconym nie zajęli dzieckiem. Prawda, że sam on im
złorzeczy, zgadza się to znowu z jego naturą, ale
że dziś jeszcze znajdują się ludzie, oskarżający nie
matkę porzuconego dziecka, lecz tych, którzy się
niem nie zajęli, jest to w istocie nader ciekawym.</akap>


<akap>I cóż mieli oni robić, chcąc uniknąć jego nagany? Wspominać o <tytul_dziela>Świecie jako woli i przedstawieniu</tytul_dziela>, omawiać go, zbijać, albo też polecać uwadze jako system pełen głębokich myśli, lecz nieprawdziwy --- po części to uczynili --- jak gdyby
Schopenhauer tym się zadowolił! Admiratorów
pożądał, czcicieli, apostołów, ewangelistów nauki.
Cóż więc mogli zrobić dla niego mężowie, roszczący sobie prawo do samoistnego myślenia? Chyba
iżby się byli zdecydowali porzucić własne myśli,
a przyswoić sobie jego zasady. Ale któż byłby do
tego zdolny, nie zrzekając się równocześnie swej
własnej istoty? Własne myśli własnej odpowiadają
istocie, z której wyrosły, i dlatego też każdy uważa
je za prawdziwe, a zasady, na innym wyrosłe
gruncie, z konieczności uważa za fałszywe.</akap>


<akap>Rzecz szczególna, Schopenhauer wie o tym dobrze,
że prawda dopiero w drugim przebija się pokoleniu,
gdy umrze pokolenie, wyrosłe w błędzie. Prawda, tak
uczy już w przedmowie do pierwszego wydania głównego dzieła, obchodzi tylko krótką uroczystość zwycięstwa: pomiędzy czasem, w którym uchodzi za
paradoks, i następnym, gdy staje się trywialną. Jeżeli jednak przypadkiem spełni się to, co przepowiedział, jeżeli myśli jego odrzucą jako niesłychane paradoksy, wówczas zapomina o wygłoszonej powyżej zasadzie i fakt ten odczuwa jako coś
niesłychanego, nikczemnemu przypisując go sprzysiężeniu. Potrzeba było nie mniej nie więcej tylko
cudu, aby tych profesorów, którzy lata cale wykładali swą mądrość, przekonać, że ich filozofia
żadnej nie posiada wartości, i nawrócić do nauk
Schopenhauera. On wie o tym, i powiada sobie:
naturalnie, myśli geniusza nie wnikną w tego rodzaju mózg trzyfuntowy, zwłaszcza jeżeli mózg ten
dawne obciążają błędy. Ale potem wybucha znowu
gniewem, że nie zwracają na niego uwagi, i w jednej
chwili ludzie ci zmieniają się w sprzysiężonych,
którzy bardzo dobrze rozumieją znaczenie i prawdę
tych myśli, ale jednocześnie czują, że z tym nie
można pozostać profesorem filozofii, i którzy dla
tego zdecydowani są od razu niebezpieczny ten system za wszelką cenę połączonymi ubić siłami, ku
czemu w potajemnych zmowach najpewniejszy widzą środek.</akap>


<akap>Nie sądzę, aby istniał wypadek, gdzie wpływ
afektu na sposób myślenia lepiej by można studiować, aniżeli u Schopenhauera. Jako psycholog wie
on sam o tym zjawisku, znakomicie je obserwował
i opisał; ale tak samo tutaj, jak i przy złudzie
zmysłowej, wniknięcie w powstawanie tego zjawiska żadnym nie jest hamulcem. Można się ustrzec
omyłek w swym sądzie, co prawda, tylko posługując się odpowiednimi środkami kontroli. Schopenhauer zrzekł się środka najważniejszego, porównania własnego spostrzeżenia z spostrzeżeniami innych. Odosobniony, sam z swymi rękopisami, nie
spotyka się nigdy z sprzeciwem, papier cierpliwie
przyjmuje, co mu się powierza. W ten sposób samotnik zatraca kontrolę swych przedstawień, traci
zdolność usprawiedliwiania się wobec innych; słucha tylko siebie i powoli zasnuwa się w swe myśli niby w świat majaków, w którym przestajemy
już rozróżniać żywioły podmiotowe od przedmiotowych.</akap>


<akap>To jedna strona życia Schopenhauera. Zająłem
się nią szczegółowiej nie z chęci poszukiwania
plam, ani celem wystawiania prywatnego jego życia, wbrew jego zakazowi, na zimną a zbyt skwapliwą ciekawość publiki, ale ażeby zawartymi w osobistości filozofa premisami<pe><slowo_obce>premisa</slowo_obce> (daw.) --- przesłanka.</pe> ułatwić zrozumienie jego
myśli; nie ma filozofa bardziej osobistego niż on.
Jeżeli narysowany tu obraz nie zbyt jest pochlebny,
winy tego nie szukać w rysowniku.</akap>


<akap>Schopenhauer nie ma zresztą prawa uskarżać
się na wciąganie momentu osobistego. Można się
tutaj powołać niejako na sposób jego postępowania (nie było człowieka, który by w krytyce obfitszy
czynił użytek z wygrzebywania motywów osobistych), ale także na jego zasadniczą pod tym względem zgodę. W wzmiankowanym już liście do Rosenkranza, w którym przyczyny zmian, wprowadzonych przez Kanta w drugim wydaniu <tytul_dziela>Krytyki
zdrowego rozumu</tytul_dziela>, doszukuje się w obawie i w chęci
zastosowania się do gustów ludzkich, dodaje: ,,Gdyby
żył, należałoby go oszczędzać, ale <slowo_obce>de mortuis nihil nisi verum<pe><slowo_obce>de mortuis nihil nisi verum</slowo_obce> (łac.) --- o zmarłych nic, tylko prawdę.</pe></slowo_obce>". (Schemann str. 97.). Nie mógłby
sprzeciwiać się użyciu tej maksymy względem siebie
samego. Zresztą zapewne by i nie chciał; nie był świętym, wiedział o tym, ale szczerym był człowiekiem
i wobec siebie. Zdawał on sobie sprawę z istoty
swojej w sposób dla miłości własnej wcale nie
pochlebny (w piśmie do siebie samego, które Gwinner zużytkował, ale niestety zniszczył).</akap>


<akap>Atoli ,,człowiek, obdarzony wyższym uzdolnieniem duchowym, żyje obok życia osobistego drugim życiem, mianowicie intelektualnym, które powoli właściwym staje się dlań celem". (<tytul_dziela>Parerga</tytul_dziela> I
337). Słowo, które zastosować trzeba do niego.
Od życia indywiduum, które czas swój doczesny
tylu wypełnia uroszczeniami i trudami i troskami,
odłącza się powoli osobista jego inteligencja i w odrębny, samodzielny przemienia się żywot. I żywot
ten, żywot według ducha, jest dla Schopenhauera
właściwym i prawdziwym żywotem; na tym polega znaczenie jego dla ludzkości. W życiu praktycznym doznał rozbicia, ocalenie znalazł w życiu spekulatywnym, ku któremu od wczesnych lat
młodzieńczych pchały go uzdolnienie i skłonność.
W każdym razie do życia praktycznego mało był
zdatnym; przede wszystkim nie miał kwalifikacji
do postępowania stanowczego. W najdawniejszych
już listach do matki znajduje się wzmianka o przyrodzonym braku stanowczości, o jego znanej, szlachetnej chwiejności (Gwinner str. 65. ). I on sam
ją zna; w przedłożonej fakultetowi autobiografii
znajduje się znamienna uwaga: że zresztą ciężkim
jest w wyborze i postanowieniu, atoli na jedną decyzję zdobył się od razu, na decyzję przerzucenia
się z stanu kupieckiego na studia, skoro tylko daną
mu była możność po temu. Był to skok z <slowo_obce>vita
activa<pe><slowo_obce>vita
activa</slowo_obce> (łac.) --- życie aktywne.</pe></slowo_obce> w <slowo_obce>vita contemplativa</slowo_obce><pe><slowo_obce>vita contemplativa</slowo_obce> (łac.) --- życie kontemplacyjne.</pe>. Po próbie postawienia
stopy na pograniczu życia jednego i drugiego, zajęcia się profesurą uniwersytecką, wycofał się zupełnie z świata interesów praktycznych. Rad byłby
świat ten zupełnie oddzielić od siebie i być tylko
obserwatorem: ,,Ludzie potrzebują działalności na
zewnątrz, ponieważ nie mają działalności wewnętrznej. Gdzie jednak ona istnieje, tam działalność zewnętrzna staje się niepożądaną, a nawet niejednokrotnie przeklętą przeszkodą i zaporą". (<tytul_dziela>Parerga</tytul_dziela>
tom II, str. 645).</akap>


<akap>I temu Schopenhauerowi, myślicielowi, nie zbywa
na wielkości i szczęściu. Trzy on posiada przymioty, które wybitnie dzielnego czynią zeń filozofa:
jest szczery, waleczny i dumny. Szczery, to znaczy,
że myśli swoje doprowadza do końca; waleczny,
to znaczy wypowiada je, nie troszcząc się, jakie
wywrą wrażenie: a zaś dumny jest przez to, że
bierze na barki samotność i obojętność świata i ---
prawda, zgrzytając nieraz zębami --- dźwiga je
jako los z góry mu przeznaczony. ,,Szczęśliwe życie jest niemożliwe; szczytem, który człowiek osiągnąć zdoła, jest żywot heroiczny". I te słowa stosują się do niego.</akap>


<akap>A jednak życie to nie było ubogie w uciechy.
O ile zbywało mu na zawodach, wyrastających na
gruncie interesów prywatnych i przeprowadzania
woli, o tyle rekompensatę znalazł w rozkoszach,
kwitnących na polu kontemplacji.</akap>


<akap>Czytelnik pamięta wspaniały rysunek Dürera:
Święty Hieronim siedzi samotnie w słońca pełnej
komnacie. Naokoło cisza głęboka. Towarzysze jego,
lew i pies, śpią, słychać spokojny ich oddech. Święty
siedział zamyślony. Wtem wpadła mu jakaś myśl
do głowy, i oto nachyla się naprzód i kilkoma rysami utrwala ją na kartce papieru, leżącego przed
nim na małym pulcie. Potem znowu przegina się
w tył i przygląda się grze swoich myśli.</akap>


<akap>W obrazie tym można dopatrzeć się Schopenhauera. Chwila przedpołudniowa. Promień słoneczny wpada przez okno do jego pokoju. Jest sam ze
sobą i swymi myślami. Zwierzęta, dzikie i nieczyste pożądania, zapalczywości i inne, śpią. Od czasu
do czasu zapisuje jakąś myśl do leżącego przed
nim zeszytu. Myśli przychodzą same. Nie szuka ich,
nie wymusza ich, jest całkiem bez woli i nic ma
zamiaru. Milczy wobec rzeczy, one mówią do
niego, objawiają mu swoją istotę. Aforyzmy szeregują się bez systematycznego związku. Nie pracuje według przemyślanego planu, nie układa systemu, system ten staje się, konkreskuje<pe><slowo_obce>konkreskować</slowo_obce> (z łac.) --- przybierać kształt.</pe> w nim, według
jego własnego wyrażenia, jak dziecię w łonie matki.
Niezamierzona samorzutność, nie tylko w sensie praktycznym, ale i teoretycznym, oto charakter jego
myślenia. Jak zwierciadlana powierzchnia wody
przejmuje obrazy przedmiotów, stojących na brzegu,
tak samo ma się intelekt Schopenhauera do przedmiotów, wkraczających w jego widnokrąg.</akap>


<akap>Jego sposób myślenia odzwierciedla się w jego
stylu. Właściwość jego stylu określono słusznie jako
plastyczną jasność obok przejrzystej głębi. Jego
operowanie obrazami nie ma w prozie niemieckiej
równoznacznika; w uchwytnych kształtach stają
jego obrazy przed oczami czytelnika, nawet wówczas, gdy je zaledwie kilkoma rzucił rysami. ,,Dzieła
moje --- powiada w jednym miejscu, wielce charakterystycznym dla jego sposobu myślenia ---
składają się z samych ustępów, w których wypełniającą mnie myśl pragnąłem utrwalić dla niej
samej: --- z togo się składają, mało w nich wapna
i cementu". W dwóch ostatnich wyrazach zamyka
się dla czytelnika całkowity obraz. Filozofia Schopenhauera to budowa, z samoistnych wzniesiona
ciosów, jak owe mury cyklopów, gdzie każdy kamień łączy się bez sztucznych spoideł z drugim
i własnym ciężarem spoczywa w całości i całość
tę podtrzymuje.</akap>


<akap>Tak więc, cały zatopion w kontemplacji, błogie przeżywał godziny. Rzadko który człowiek
wieku dziewiętnastego odczuwał czyściej i głębiej
spokój i błogość takiej ciszy myśli. Nieopisana pogoda i wdzięk niezwykły, spotykane niejednokrotnie w jego dziełach, zawisły nad tymi myślami.
Samotność i milczenie nie miały nigdy wymowniejszego, bardziej przekonywującego, bardziej do serca
przemawiającego piewcy, chyba może pośród malarzy. Potem, co prawda, inne przychodziły godziny. Zwierzęca namiętność i żądze budziły się
i wstrętnym, zajadłym wrzaskiem cichą napełniały
komnatę. Próbował je uśmierzyć i miał nadzieję,
że mu się to uda. Daremnie; nie dały się ani wyrzucić ani okiełzać. ,,Zadziwiające zjawisko, że każdy uważa się <slowo_obce>a priori</slowo_obce> za zupełnie wolnego, nawet w szczególnych swych czynach, i mniema, że
każdej chwili może zacząć inny prowadzić żywot,
to znaczy stać się innym. Atoli <slowo_obce>a posteriori</slowo_obce>, na
skutek doświadczenia, spostrzega ku swemu zdumieniu, że nie jest wolnym, lecz że podlega konieczności, że, wbrew wszelkim zamiarom i refleksjom, postępowania swego nie zmieni i że od początku życia aż do końca musi w potępianym przez
siebie charakterze wytrwać i tę niejako przejętą rolę odegrać do końca" (<tytul_dziela>Świat jako wola
i przedstawienie</tytul_dziela> I, 155). Może nauczyć się obchodzenia z swoją naturą, i Schopenhauer tego się
nauczył i dlatego też lata jego starości spokojniejsze były i pogodniejsze, aniżeli lata młodzieńcze,
ale natury tej ani się pozbyć, ani jej zmienić nie
zdoła. I to jest ten rozdźwięk głęboki, przenikający
istotę Schopenhauera, rozdźwięk pomiędzy zamiarem a czynem, między filozofem a człowiekiem,
rozdźwięk między ,,wolą a przedstawieniem".</akap>





<naglowek_rozdzial>Filozofia Schopenhauera</naglowek_rozdzial>




<akap>Spróbuję teraz pokazać, jak ta dwoistość jego
własnej istoty podstawowym jest tematem całej jego
filozofii. Nie ma też może drugiego myśliciela, w którym związek pomiędzy filozofią a osobistością takie równocześnie zasadnicze miałby znaczenie i tak
się wyraźnie unaoczniał. I tak samo nie ma chyba
drugiego myśliciela, który by w swą własną istotę
z takim wnikał jasnowidztwem. Notatki <tytul_dziela>Do siebie samego</tytul_dziela>, którymi Gwinner (zwłaszcza str. 405
do 427) przeplatał jego charakterystykę, świadczą
o zadziwiającej zdolności autoanalizy i o niemniej
podziwu godnej swobodzie iluzji co do samego
siebie.</akap>


<akap>I to właśnie w dziełach Schopenhauera taki
stanowi urok. Nie zastanawia się nigdy nad tematami odległymi, nad rozmaitymi wątpliwościami
i zagadnieniami, wyrastającymi z uczonego szkolarstwa, nad spornymi punktami systematyki albo
nad porządkowaniem czy łączeniem pojęć. Nie
sprzeczności w myślach innych ludzi pobudzają go
do zastanowień, lecz odczuwana sprzeczność jego
własnej istoty. Jak Sokrates mówi o sobie w Platońskim <tytul_dziela>Fedrusie</tytul_dziela>, że o jedno mu tylko idzie, o zbadanie siebie, jakiego jest rodzaju, czy jest zwierzęciem, bardziej złożonym i wulkaniczniejszym od
Tyfona, czy też stworzeniem łagodniejszym i prostszym, formacji boskiej, a nie wulkanicznej, tak
samo można powiedzieć o Schopenhauerze: on sam
i jego własna natura oto zagadka, która zaprząta
jego umysł. Stąd płynie ta głęboka powaga jego usposobienia, ukazująca się nam w wszystkich jego dziełach, filozofowanie nie jest dla niego sprawą, której mógłby zaniechać, jest ono dla niego poważnym, ze wszystkich zadań najniezbędniejszym, właściwym zadaniem życia. Zastanawia się nie w tym
celu, aby ułożyć książkę lub system, nie dlatego,
aby u innych wywołać wrażenie, ale ażeby dla
siebie jasny wyrobić sąd o sobie. Bez obchodzeń,
bez zamiarów i względów zabiera się do rozwiązania swego problemu, zupełnie rzeczowo i zupełnie szczerze. Literacka jego prawdomówność i szczerość, od której odróżnić trzeba osobistą, w filozofii nowożytnej nie ma sobie równej. W tej mierze
czuje się pokrewnym starożytnym filozofom greckim, dla których nie istniały ani uczone zawodowe
szkolarstwo, ani opłacane katedry, ani przez publiczne powagi aprobowany system, a wskutek tego
ani dobra, ani zła filozofia, lecz tylko prawdziwa
lub fałszywa.</akap>


<akap>Ta szczerość, la absolutna uczciwość myśliciela jest dumą Schopenhauera, jest cnotą, którą
opłacił brak innych cnót. Uwagi godny ustęp z listu jego przyjaciela v. Lotzowa (Gwinner str. 405)
zaczeerpnięty jest z samowiedzy filozofa: ,,w słowie i piśmie gardziłeś pan wszystkimi cnotami,
prócz szczerości, i co do pana trzeba się już zadowolić tym, że w porównaniu z siłą poznania
tak mało przywiązujesz pan wagi do swego charakteru --- jak przyboczny lekarz Napoleona nie
chciał go z zastarzałego leczyć świerzbu, aby nie
zaszkodzić energii jego charakteru". Snać pamiętać
będziemy o tych słowach, czytając jeden ustęp
w <tytul_dziela>Parergach</tytul_dziela> (II 354): ,,Ludzie wielkich i wspaniałych przymiotów niewiele sobie robią z przyznania się do swoich błędów i słabości i z pokazywania ich ludziom. Traktują je jako coś, za co
zapłacili, albo nawet myślą, że nie tyle słabości
te ich hańbią, ile raczej oni czynią im zaszczyt.
Zwłaszcza wówczas, jeżeli błędy te zespolone są
z wielkimi ich przymiotami jako <slowo_obce>conditiones sine
quibus non<pe><slowo_obce>conditiones sine
quibus non</slowo_obce> (łac.) --- warunki konieczne.</pe></slowo_obce>".</akap>


<akap>Ta wyraźnie widziana i silnie odczuwana dwoistość jego własnej istoty, ta sprzeczność pomiędzy
charakterem myśliciela a prywatnym charakterem
człowieka jest więc osią w Schopenhauerowskim
tworzywie myślowym. Jest ona widoczną w samym
tytule jego dzieła <tytul_dziela>Świat jako wola i przedstawienie</tytul_dziela>. Jak sam filozof dwoistą jest naturą, tak też
i na świat patrzeć będzie z punktu widzenia dwoistości jako na wolę i na przedstawienie. Znajdzie
on we wszystkim to wielkie przeciwieństwo i we
wszystkim będzie na nie wskazywał: W filozofii
teoretycznej jest to przeciwieństwo rzeczy samej
w sobie do zjawiska, w metafizyce sprzeczność
pomiędzy ciałem a wolą, w estetyce pomiędzy
ideą a indywiduum, w filozofii praktycznej pomiędzy egoistycznym przyznaniem woli a nadindywidualistycznym jej zaprzeczeniem.</akap>


<akap>Rozpoczynam od <wyroznienie>filozofii praktycznej</wyroznienie>,
ponieważ związek pomiędzy myśleniem a tym,
co przeżywamy, jest w niej, z natury rzeczy, najściślejszy. Tutaj unaocznia się przede wszystkim
to, że Schopenhauera pogląd na życie, jego <wyroznienie>pesymizm</wyroznienie>, będący premisą jego filozofii moralnej i jego
nauki o wyzwoleniu, tworzy ogólną teorię dla
jego osobistych doświadczeń życiowych i jego usposobień i nastrojów.</akap>


<akap>Sąd człowieka o wartości świata i życia zależnym zawsze będzie od jego sądu o wartości ludzi; człowiek jest dla człowieka jedyną istotą, posiadającą wartość absolutną, wszystko inne ma
tylko wartość jako środek dla celów ludzkich. Schopenhauera sąd o wartości człowieka polega na
uczuciu nieograniczonego lekceważenia, którym
przeciętny napełnia go człowiek: fabryczny towar
przyrody, produkowany hurtem i hurtem rzucany
na rynek według zamiaru: tani lecz lichy. Własnemu zaś życiu nadaje wartość w jego oczach
duchowa treść tego życia, poznanie, filozofia. Życie
masy tego nie posiada; człowiek przeciętny potrzebuje krztyny swego rozumu jedynie dla uskutecznienia swych drobnych osobistych zamiarów.
Człowiek, posiadający poważny interes teoretyczny,
jest wybrańcem z pośród tysięcy; a już geniusz,
żyjący wyłącznie dla poznania, jest rzadkim dziwolągiem, który w ciągu wieków zjawia się zaledwie po kilka razy. Tłum żyje tylko według woli,
pożywienie i rozmnażanie się, oto jedyne sprawy życia, które go zajmują na serio. Inteligencja jest tylko
narzędziem woli, służy ludziom tylko po to, ażeby
szukać rzeczy, dla ciała i życia niezbędnych, i w walce
o byt bronić się przeciwko współstworzeniom.</akap>


<akap>Z niższością intelektualną łączy się niższość
moralna. Inteligencja starczy właśnie na to, ażeby
naturalnemu popędowi samozachowawczemu w człowieku przeciętnym nadać charakter właściwego
egoizmu. Każdy pragnie świadomie zachować
się kosztem drugiego; co więcej, sama depresja
drugiego wywołuje w nim uczucie rozkoszy.
W ten sposób człowiek staje się <slowo_obce>animal mechant<pe><slowo_obce>animal mechant</slowo_obce> (fr.) --- złe zwierzę.</pe></slowo_obce>,
zwierzęciem, odznaczającym się przed wszystkimi
innymi zwierzętami zawiścią i złością. Srogość, napawająca się cierpieniami innych, objawiająca się
już w dręczeniu dzieci, to przymiot specyficznie
ludzki. Nienawiść i złość zwraca się przede wszystkim przeciw ludziom wybranym, zwłaszcza przeciw
obdarzonym przewagą duchową, przeciw geniuszom,
stąd pochodzi ich osamotnienie i niezrozumienie
ich, nieunikniony skutek niegodziwości tłumu.</akap>


<akap>I dlatego też geniusz może żywić wobec tłumu
jedynie tylko uczucie pogardy. Pogardę tę uzurpuje
sobie Schopenheuer jako prawo dla siebie. I prawo
to zmieniając niejako w obowiązek, mówi, że pogarda ludzi jest mu jedyną ochroną przed ludzką
nienawiścią (Gwinner str. 406).</akap>


<akap>Obiektywny sąd o niegodziwości ludzi znajduje
według Schopenhauera potwierdzenie w uczuciach
subiektywnych, które przeżywamy w życiu w rozmaitego rodzaju uczuciach przykrości: ból, trwoga,
strach, przesyt, rozczarowanie stanowią trwałą treść
uczuciową świadomości; chwilową ulgę lub wyzwolenie odczuwamy jako rozkosz. Zadowolenie
jako stan ciągły jest niemożliwe, wola, zadowalniająca definitywnie, wewnętrzną jest sprzecznością: chcenie, które niczego nie chce. W rzeczywistości dwa tylko istnieją stany uczucia, pomiędzy którymi czyni wola nieustanny ruch wahadłowy: bolesne pożądanie oraz posępne rozczarowanie i nuda. Gdy żądza dojdzie do celu, zjawia
się na chwilę zadowolenie, ażeby w tym samym
momencie ustąpić miejsca rozczarowaniu, przesytowi, nudzie. Jeżeli celu swego nie osiągnie, wówczas potrzeba, odczuwana w żądzy, stanie się uczuciem niedostatku i biedy. To prawo bytu nie wyklucza i geniusza. Korzyść, jakiej doznaje, w godzinach bytu intelektualnego, znajdzie wyrównanie w większym naprężeniu uczuć bolesnych, odpowiadającym spotęgowanej wrażliwości i silniejszym popędom natury.</akap>


<akap>Stąd wynika, iż nie żyć jest lepiej, aniżeli żyć.
Wieczne odpoczywanie, oto jest cel, do którego
jak najgoręcej dążyć należy. W jaki sposób dojść
do tej mety? Jedna jest tylko droga: zaprzeczenie
woli, idące z wewnątrz. Odrzucenie życia, samobójstwo, byłoby daremnym; ucieczka przed życiem to
potwierdzenie woli, a dopóki istnieje wola, ażeby żyć,
dopóty życie jest pewnym. Tylko z wygaśnięciem
woli wygasa i życie. Budda, świetlisty Budda, wypowiedział ostatnie słowo mądrości.</akap>


<akap>To jest Schopenhauera pogląd na życie, jego pesymizm. Polega on niewątpliwie na jego własnych,
najosobistszych uczuciach. Uczucie bezwartościowości człowieka, bezwartościowości życia, bezwartościowości cierpienia z powodu życia, oto zasadniczy ton
jego życiowego nastroju. Naturalnie nie do tyla, ażeby
i innych nie znał nastrojów, innych odczuwań:
tamte jednakże stanowią trwałe tło jego świadomości.</akap>


<akap>W rozdziale swego dzieła o Schopenhauerze,
noszącym tytuł: ,,Bezbolesny pesymizm i szczęśliwy żywot" (str. 132) powiada K. Fischer, że
przekonanie pesymistyczne było u niego całkiem
bezbolesnym, wskutek swej jasności i żywości rozkoszy pełnym przedstawieniem. Nie dlatego, ażeby
miało u niego cechę pustego pozoru, ,,nie, był to
poważny i tragiczny pogląd na świat, będący równocześnie <wyroznienie>spostrzeżeniem, wyobrażeniem,
obrazem</wyroznienie>. Tragedia nędzy świata rozgrywała się
w teatrze, on siedział pośród widzów w wygodnym fotelu z lornetką w ręku; wielu widzów zapomina o nędzy tej przy bufecie; żaden z nich nie
śledzi rozwoju tragedii z uwagą tak napiętą, tak
głęboką, z wzrokiem tak przenikliwym; po skończeniu wracał głęboko wzruszony, z uczuciem
błogości w duszy i przedstawił to, co widział".</akap>


<akap>Nie sądzę, ażeby trafiono tu w sedno. Niewątpliwie, pesymizm jako taki jest pojęciem, a nie
uczuciem, poznanie też i przestawienie rzeczy i pod
tym względem poznanej sprawiało mu zapewne
rozkosz, rozkosz artysty, widzącego, że twór jego
wyobraźni nabiera kształtów; trzeba wreszcie także
przypuścić, że wniknięcie w konieczność życia, jako
cierpienia, działało na ból jego uśmierzająco. Pozostaje jednak przy tym, że to, co Schopenhauer
w pesymistycznym swym sądzie wypowiedział o życiu, było w gruncie rzeczy jego najosobistszym, najgłębszym doświadczeniem życiowym, a nie tylko
estetycznie wyczutym ,,weltszmercem". Ciężar życia
dolegał naprawdę jego duszy, zwłaszcza w latach
młodzieńczych, w których kształtowały się jego
myśli; a że przy tym nie zaniedbywał rozkoszy, widząc, jak ich używali jego towarzysze, to zaostrzyło jeszcze w nim gorycz odczucia, rozkosze
te obniżały go w jego własnych oczach.</akap>


<akap>Nie ma też powodu do powątpiewania, że, jak
opowiadają, cudze cierpienia do tego przejmowały
go stopnia, iż niszczyły mu jego własną uciechę.
Niezmiernie żywa wyobraźnia pomagała jego naturalnemu popędowi zagłębiania się w przykrości.
Zapewne, nastrój życiowy Schopenhauera nie był
znowu tak nieszczęśliwy, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy znalazł odpowiadającą mu formę życia,
a przede wszystkim w latach późniejszych, kiedy
począł zażywać tak dawno upragnionej sławy;
mimo to jednak nie mogę absolutnie powiedzieć
z Fischerem: ,,uczył pesymizmu i przedstawiał go,
ale go nie przeżywał; nie przecierpiał". Nie, przeżywał on wewnętrznie i odczuwał nie pesymizm,
lecz ból i nicość żywota, i to, co przeżywał, zamieniał następnie w teorię.</akap>


<akap>Jakżeż teoria ta wygląda? Posiadaż ona coś
więcej niż znaczenie indywidualne, jest ona czymś
więcej niż wyrosłym na gruncie tego temperamentu przypadkowym poglądem? Jest-li ona tym,
do czego rości sobie prawo, mianowicie przedmiotową, powszechnie obowiązującą prawdą?</akap>


<akap>Nie sądzę, ażeby można jej przyznać to, co
powiedziałem na ostatku. Zawiera ona prawdę podmiotową, prawdę dla każdego, który ją odczuwa;
u kogo zaś osobisty nastrój życiowy jest odmienny,
ten całkowicie ma prawo oprzeć się narzucaniu
mu owego sądu o życiu i ludziach jako prawdy
powszechnie obowiązującej. Optymistyczny nastrój
życiowy może się tym samym prawem w ogólną
zmienić teorię, jak i pesymistyczny, albo raczej
z psychologiczną uczyni to koniecznością. W tej
mierze inteligencja odzwierciedli wolę i stany uczuciowe w formie sądów ogólnych. Oba więc poglądy na życie mają w sobie jednakowe znaczenie
i jednakowe prawo; przede wszystkim nie są niczym
więcej jak tylko wyrazem doświadczeń osobistych,
które jednakowoż z koniecznością psychologiczną
przybierają formę doświadczenia ogólnego. I dlatego
też daremną jest wszelka dyskusja pomiędzy ich
zwolennikami, jeden drugiego nie przekona. Fakta,
które tutaj trzeba ująć w pojęcie, są dla jednego
i drugiego odmienne. Rozstrzyga tutaj nie rozum, lecz
uczucie, które z natury swojej jest indywidualne,
które się jednak samo uogólnia.</akap>


<akap>Mimo to, pojęciowe przeprowadzenie tego rodzaju poglądów nie jest pozbawione wartości. Nie ma
życia, w którem nie zdarzałyby się obydwa rodzaje odczuwań i nastrojów. Obie przeciwne sobie teorie optymizmu i pesymizmu można uważać
za eksperyment pojęciowy: gdyby w naturze ludzkiej istniał i działał jeden tylko rodzaj uczuć i usiłowań, jakżeżby się wtedy ukszształtowało życie?
I jaki byłby sąd o ludziach i życiu? Eksperyment,
podobny temu, który urządza ekonomia społeczna,
wychodząc z założenia, że gospodarczymi czynnościami człowieka kieruje wyłącznie interes osobisty.
Wie ona, że tak nie jest, wchodzą tu w grę i nieskończenie wikłają zjawiska także inne motywy,
dobrotliwość, wygodnictwo, próżność; to przecież nie odbiera wartości formułom, z tamtego
wyprowadzonym założenia. Nie trzeba ich tylko
uważać za bezpośrednie przedstawienie faktów rzeczywistych, tak samo, jak formuły prawa ciążenia
nie można uważać za wyraz rzeczywistych ruchów
ciał spadających, wyraża ona jednostronnie pewną
tylko ciał tych tendencję.</akap>


<akap>To samo dotyczy także formuł Schopenhauerowskiego pesymizmu; są one wyrazem działalności pewnych tendencji, biorących udział w kształtowaniu się życia i poglądu na życie. Pokazują, jakim byłoby życie, gdyby ludzie byli takimi, jakimi są według przypuszczenia Schopenhauera,
jakim byłby nastrój życiowy, gdyby jego doświadczenia życiowe i jego nauka o woli powszechnie
obowiązywały. Otrzymujemy w ten sposób formuły warunkowe, ułatwiające analizującą obserwację rzeczy; zdaje mi się, że na tej drodze okażą
się i formuły pesymizmu pożytecznymi dla pojmowania spraw ludzkich.</akap>


<akap>Niewątpliwie, Schopenhauer nie życzył sobie,
aby tak na to patrzono; mniemał on, że formuły
jego zawierają bezpośrednie przedstawienie całej
rzeczywistości. Można przecież powiedzieć, że uzupełnienie jednostronności znajduje się niejednokrotnie w obrębie jego własnych myśli. Tak np. gdy
idzie o twierdzenie, że tłum ludzi z tępą zmierza
żądzą wyłącznie ku zadowoleniu potrzeb zmysłowych, a stroni od udziału w rzeczach teoretycznych. Sam Schopenhauer pokazał w pięknym
i głębokim rozdziale 17. drugiego tomu, że teoria
nie jest wyłącznie kwestią duchów wybranych, ale
że w postaci potrzeby metafizycznej stanowi ważny
czynnik całego rodu ludzkiego. Można by powiedzieć w jego sensie, że w porównaniu z zwierzętami
wszyscy ludzie są geniuszami. Jak poważnie traktują sprawy teoretyczne, wykazują to dzieje na
każdej stronicy; można by ośmielić się twierdzić,
że największe ruchy dziejowe wypłynęły z światła
religii, a więc z metafizyki. A jak religia i metafizyka, tak samo i sztuka, jeżeli patrzeć na nią
będziemy z stanowiska dziejów powszechnych, nie
jest sprawą kilku, ale tworem i dziedzictwem całego ludu. Zdarzyć się mogą czasy, w których życiu ogółu staje się obcą, w których spada do płonnej zabawki klas uprzywilejowanych. Atoli każda
szczera i prawdziwa sztuka należy do ogółu. Czyni
zadość pragnieniu ogółu, uzewnętrzniając to, co
porusza jego wnętrzem. I gdyby w narodzie żądza
ta nie istniała, nie mielibyśmy geniuszów artystycznych, poetycznych, filozoficznych i religijnych:
wszystkie wielkie twory ducha powstają tylko
wówczas, gdy lud umie się nimi przejmować.
I Schopenhauer liczył na to; a kiedy dożyć musiał, że nim wzgardzono, nie zrezygnował bynajmniej z swoich oczekiwań; jest pewnym, że
przyjdzie czas dla jego filozofii, że kiedyś stanie
się ona sprawą wszystkich myślących, a nawet
całej ludzkości. I nie pomylił się; wszakże pisma
jego, obok pism Kanta, pojawiają się obecnie we
wszystkich tanich wydawnictwach.</akap>


<akap>I ta sama przesadna jednostronność znajduje
się także w jego nauce o absolutnym egoizmie
człowieka natury. W pewnych dziedzinach życiowej działalności ludzkiej może ona w przybliżeniu
być słuszną; na targowisku stara się każdy jak największe osiągnąć zyski, nie troszcząc się o drugiego; i w stosunkach towarzyskich usiłuje każdy
błyszczeć, nie kłopocząc się oto, że przyćmiewaniem
otoczenia sprawia temu otoczeniu przykrość. Natomiast w głębszych stosunkach życiowych, w rodzinie,
wśród domowników, zachowaniem ludzkim kierują
nie tylko same motywy egoistyczne, przynajmniej
w warunkach normalnych. <slowo_obce>Principium individuationis<pe><slowo_obce>principium individuationis</slowo_obce> (łac.) --- czynnik decydujący o byciu jednostką.</pe></slowo_obce> nie ma tu w ogóle zastosowania. Tak samo w stosunku jednostki do narodu. Człowiek przychodzi na
świat nie jako odosobnione indywiduum, ale wyrasta
jako ogniwo całości, w rodzinie, w kole domowników,
w narodzie; i stosunek ten ujawnia się też w jego
uczuciu i woli; uczucia sympatyczne i wola ku zatrzymaniu całości są tak samo wrodzone, jak
uczucia idiopatyczne<pe><slowo_obce>idiopatyczny</slowo_obce> (łac.) --- o nieznanym pochodzeniu.</pe> i popęd samozachowawczy.</akap>


<akap>Na te sprawy Schopenhauer jest ślepy --- a można by powiedzieć, że nie rozróżnia barwy. Wie on
zapewne <slowo_obce>in abstracto</slowo_obce>, że istnieją, sam on przecież wiązał popędy sympatyczne z jednością woli
w gatunku, a w końcu z metafizyczną jednością
woli we wszystkich istotach. Ale na jego odczuwanie sprawy te żadnego nie wywierają wrażenia.
I tutaj znowu łączy się to z jego stanowiskiem osobistym. Był bez narodu dzięki pochodzeniu i wychowaniu; jak opowiada matka, imię Artura otrzymał dlatego, aby we wszystkich językach europejskich brzmiało jednakowo; tak chciał kupiecko-kosmopolityczny zmysł ojca, który opuścił Gdańsk,
aby nie być Prusakiem, a żonę swą, będącą w stanie
odmiennym, wysłał do Anglii, aby spodziewany
Artur przyszedł na świat jako Anglik, co jednak
w ostatniej chwili zmieniono. Chłopiec właściwie
nie posiadał żadnej ziemi rodzinnej; krótszy lub
dłuższy czas żył to tu, to tam --- w Gdańsku,
w Hamburgu, we Francji, w Anglii; wszystkie te
trwałe więzy, które na duszę zarzuca ziemia rodzinna, sąsiedztwo, szkoła, miejsce zabaw, były mu
obce. Wszędzie jest tylko gościem. Oderwał się też
wcześnie od rodziny; zdaje się, że matki nigdy nie
kochał, a czy szacunku i uwielbienia, które tak często i w sposób tak przesadny okazywał zmarłemu
ojcu, nie należy położyć na karb wstrętu do żyjącej matki? Według mego mniemania nie jest wykluczonym, że właśnie kontrast przyczynił się do
idealizowania obrazu ojca. Gdyby był ojciec żył,
to konflikt byłby chyba nieunikniony. O wesołej
młodości nigdzie nic nie słyszymy. Niewesoły, zdaje
się, panował duch w domu rodzicielskim; matka
mówi raz o swej straconej młodości, a Schopenhauer o surowości ojca, wskutek której w latach
młodocianych wiele miał się nacierpieć (Frauenstaedt,
str. 306).</akap>


<akap>Z tym wszystkim stoi w związku fakt, że Schopenhauerowi zbywało, zdaje się, właśnie na tym,
co nierzadko, np. u Rousseau, a także i u Kanta,
stanowi foliał<pe><slowo_obce>foliał</slowo_obce> --- gruba księga (pierwotnie określenie formatu).</pe> pesymistycznych uwag o społeczeństwie: na sentymentalnie wyidealizowanym wspomnieniu młodości, prostych stosunków rodzicielskiego domu z jego skromnymi wymaganiami i szczerością. U Schopenhauera nie ma ani odrobiny tego
rodzaju uczucia. Albo czyż ujawniło się ono w stosunku do zwierząt? Czyż pudel jego przedstawia
mu niewinność i szczerość, której u ludzi znaleźć
niepodobna? W refleksjach jego o prostocie i zadowoleniu, wyrażającym się w fizjognomiach zwierzęcych, da się odszukać jak gdyby echo sentymentalności Rousseau. Oblicze ludzkie natomiast wywołuje w nim od razu uczucie nieprzyjazne: ludzie to
bestie złośliwe, które od napaści na niego powstrzymuje tylko kaganiec obawy przed policją. Nawet
stosunek do dzieci nie był, zdaje się, u niego inny:
przeszkadzają mu i sprawiają przykrość swym
krzykiem. Przyjacielowi swemu von Dossowi gratuluje ojcostwa, życząc mu kilkakrotnie, aby go
niebiosa od wielu uchroniły dzieci.</akap>


<akap>Ta zupełna jednostronność osobistego odczuwania sprawia, że Schoppenhauer może w sposób wyjątkowy i jedyny odgrywać wobec rodzaju
ludzkiego rolę <slowo_obce>advocati diaboli<pe><slowo_obce>advocatus diaboli</slowo_obce> (łac.) --- adwokat diabła.</pe></slowo_obce>. Spełnił on ją
z taką zdolnością i zręcznością, z takim upodobaniem i wytrwaniem, jak nikt inny przed nim i po
nim; wogólności i w szczególności umie on słabizny
i ułomności ludzi, mężczyzn i kobiet, uczonych i nieuków, wielkich i małych, rządzących i rządzonych,
z taką wybadać bystrością i z takim przedstawić
talentem i dowcipem, że Mefistofeles mógłby się
w jego szkole niejednego jeszcze nauczyć. Wielu
chce jeszcze dzisiaj widzieć w jego malowidle
wierny obraz tego gatunku stworzeń. Zda mi się,
że niesłusznie. Tymczasem, wobec tego, że prawne
uroszczenia diabła istnieją i chyba nie bez powodu --- bo jakżeby inaczej mogła utrzymać się
wiara w diabła? --- zda mi się, że leży to w interesie bezstronnego załatwienia sporu, ażeby się nim
zajął energiczny i rozumny obrońca. Przynajmniej
sędzia musi tego pragnąć. A w każdym razie
wzmaga się w ten sposób zainteresowanie się procesem. Jak nudnym i pustym bywa ten proces, jeżeli obrońca nie ma poważnego przeciwnika, wykazuje to literatura oświecenia.</akap>


<akap>W ten sam sposób, jak w sądzie o życiu i ludziach, występuje ścisły związek pomiędzy filozofią
a osobistością Schopenhauera także w jego <wyroznienie>filozofii moralnej</wyroznienie>. Co prawda, związek ten innego
jest tutaj rodzaju. Jego antropologia pesymistyczno-mizantropijna jest bezpośrednim wyrazem jego
uczucia i zachowania się względem ludzi; natomiast
jego filozofia moralna nie jest bynajmniej formułą
dla jego własnego życia i zachowania się; można by
niemal powiedzieć, że jest czymś wprost przeciwnym. Według jego teorii źródłem wszelkiej dobroci
moralnej jest miłosierdzie; czyny mają o tyle wartość moralną, o ile, nie uwzględniając własnego
dobra, mają na oku wyłącznie dobro innych, usunięcie cierpień cudzych. Czynności, spełniane jedynie dla dobra własnego, nie mają żadnej wartości
moralnej, stają się złymi, o ile dobra własnego
szukamy ze szkodą innych. A więc pełna zaparcia
siebie dobroć serca --- oto jedyny czynnik, nadający
człowiekowi wartość moralną czy absolutną. Wobec
tej dobroci niknie wartość wszystkich innych czynności; nawet funkcje geniusza są natury wyłącznie
intelektualnej i wraz z inteligencją, tym fenomenem
mózgowym, należą tylko do świata zjawiskowego,
natomiast dobroć woli sięga aż do metafizycznej
istoty rzeczy. Schopenhauer jest tutaj w zupełnej
zgodzie z wielkimi religiami odkupienia. Tak samo
jest też dla niego dobrowolna rezygnacja i dobrowolne cierpienie drogą ku doskonałości. Święci chodzili tą drogą, zarówno uczniowie Buddy, jak
i uczniowie Jezusa. Uśmierzeniem popędów człowieka natury osiągnęli doskonałość; z zaprzeczenia
woli wyrosły im spokój i błogość. Wolni od samolubnej żądzy i trwogi, otworzyli swe serce współczuciu z braćmi, toczącymi jedynie bezpłodną walkę
o pozorne dobra tego świata.</akap>


<akap>Różnica, istniejąca pomiędzy rzeczywistym życiem Schopenhauera a tym obrazem życia doskonałego, leży jak na dłoni. Zarzucano mu ją niejednokrotnie: chwali, mówiono, ascezę, a szuka życia
wygodnego, cierpienie najbliższych zowie drogą do
doskonałości, a unika jej z trwożliwą przezornością;
widzi w miłosierdziu jądro wszelkiej prawdziwej
wartości moralnej, a sam pogardą opancerzył serce
swoje przeciw miłosierdziu; jednym słowem: nauka
jego głosi zaprzeczenie egoistycznej woli życia,
a życie jego jest potwierdzeniem tej woli. Czyż
więc nauka ta nie jest w jego uściech<pe><slowo_obce>uściech</slowo_obce> --- dziś popr. forma N.lm: ustach.</pe> kłamstwem,
w które sam nie wierzy?</akap>


<akap>Gwinner opowiada, że widział raz u niego wizerunek opata Rancé, odnowiciela zakonu trapistów.
Z bolesnym odwracając się ruchem, zawołał: ,,To jest
łaska"! Nie zna on także natury ludzkiej w ogóle. Nie
zna ten Schopenhauera, kto to uważa za kłamstwo.
Schopenhauera przenika głębokie uczucie doskonałości podobnego życia; że nie stał się uczestnikiem
tego życia i stać się nie mógł, że woli swojej do wyrzeczenia się nagiąć nie zdołał, że doprowadził tylko
do pogardy świata i ludzi, a nie do spokoju, uczucie
to stawało się przez to jeszcze żywszym; wyrosło
w bolesną tęsknotę ku owemu, lepszej jego naturze
bardziej odpowiadającemu żywotowi. Moralność jego
jest wyrazem tej tęsknoty; można by ją traktować
jako jego ,,<slowo_obce>catalogus desideratorum<pe><slowo_obce>catalogus desideratorum</slowo_obce> (łac.) --- katalog pragnień.</pe></slowo_obce>".</akap>


<akap>Nie sądzę, ażeby tego rodzaju stosunek był tak
bardzo rzadkim. Ideał odzwierciedla rzeczywistość,
ale z odwróceniem stosunków: w ideale występuje
na jaw to, czego nie ma rzeczywistość; zbywa mu
zaś na tym, co ta posiada. Wszelkie utopie są odbiciem rzeczywistości, ale tak jak pieczęć jest odbiciem pieczątki: wgłębienia jej stają się tam wypukłościami i odwrotnie. Nikt zdrowia nie odczuwa
głębiej od chorego; nikł bogactwa nie ceni wyżej
od biednego. Nikt też szczerzej nie podziwia cnoty,
jak ten, który jej nie posiada. Waleczność jest dla
walecznego rzeczą zrozumiałą; nie mówi o niej:
tchórz atoli milczeć o niej nie może, podziwia ją
tak szczerze i głęboko, że przynajmniej w myślach
nieustannie w bohaterskie drapuje się czyny; przypomnijmy sobie tylko sir Johna Falstaffa albo zacnego
cywilistę Józefa Sedleya w <tytul_dziela>Vanity fair</tytul_dziela> Thackeraya.
Rousseau, naturalne dzieci swoje oddający do domu
podrzutków, pisze o wychowaniu, odpowiadającym
naturze i o odpowiadającym naturze ukształtowaniu
stosunków społecznych; bez wątpienia nie daje się
on tutaj porywać namiętności udanej; zakosztował
on nędzy nienaturalnych stosunków wszelkiego rodzaju daleko głębiej i dlatego też odczuł ją głębiej,
aniżeli ktokolwiek inny z jego współczesnych.</akap>


<akap>A dlaczego Kant z pomiędzy wszystkich cnót
wyróżnia i najbardziej chwali prawdomówność,
a w superlatywach karci kłamstwo, co Schopenhauer nazywa u niego afektacją? Dumna i przekorna natura Schopenhauera doprowadziła szczerość aż do bezwzględności, podczas kiedy Kant
musi ją sobie na swoim nieco trwożliwym usposobieniu wywalczać. Czyż nie wszędzie tak się
dzieje? Wyżej przecież cenimy owoc, wyhodowany
na gruncie mniej wydatnym, aniżeli obfity plon,
wyrosły na glebie urodzajnej. Tak też ma się sprawa
u Schopenhauera z zaparciem się samego siebie,
z zaprzeczeniem woli życia. Byli ludzie, którzy naprawdę czynu tego dokonali; w pismach buddystów i chrześcijan mamy wiarogodne relacje, jak
święci stłumili w sobie radość i żądzę, trwogę i ból,
i jak już w tym życiu do zupełnego doszli spokoju.
Schopenhauer słucha tego z podziwem i zdumieniem; pragnąłby, ażeby i on, wyswobodzony z woli,
bez żądzy i trwogi, mógł przejść przez świat wyłącznie tylko jako obserwator. Ale cud ten na nim
się nie spełnił.</akap>


<akap>Zmuszony jest więc zgodzić się na to, aby żyć
ze sobą takim, jakim jest. W aforyzmach o mądrości życia (w pierwszym tomie <tytul_dziela>Parergów</tytul_dziela>) wyłożył reguły, według których postępował. Wie to
i mówi o tym, że reguły te nie odpowiadają jego
etyce; są one surogatem, którym się posługiwał,
ponieważ do prawdziwej doskonałości dojść nie
zdołał. Na tej drodze osiągnął on życie dla wielu
możliwie najlepsze: życie w samotności, poświęcone
obserwacji, i życie, od którego niewiele się spodziewał, i stąd jako tako wolne od bólów i rozczarowań. Przy tym bolesną posiadał świadomość
oddalenia się od ideału. Jako uczucie potrzeby wyzwolenia się od samego siebie, świadomość ta przenika jego etykę.</akap>


<akap>Karol Baehr opowiada o następującym spotkaniu swego ojca z Schopenhauerem: w ciągu rozmowy wyraził się mój ojciec, że filozofia Schop. jest
właściwie bardzo skromna. Gdy Schopenhauer zapytał: ,,Dlaczego?", a on mu odpowiedział: ,,Ponieważ pan dobroć serca wyżej stawiasz od geniusza, który przecież pan sam posiadasz", odrzekł
mu tamten: ,,Masz pan słuszność, zgnije to, dzięki
czemu wyrastam ponad tysiące, natomiast dobroć
serca jest niezniszczalną". (Schemann, <tytul_dziela>Rozmowy
i korespondencje z Schopenhauerem</tytul_dziela>, wydane z papierów pośmiertnych K. Baehra, 1894). Tak więc
Schopenhauerowi, który dumą i pogardą odgrodził
się od ludzi, nie zbywa całkowicie na tym, co
w języku religii zwie się pokorą przed Bogiem.</akap>


<akap>Ten wielki wynik własnego życia stał się dla
naszego filozofa kluczem do zrozumienia jednego
z największych wyników dziejowych rodzaju ludzkiego: Schopenhauer wskrzesił na nowo zrozumienie <wyroznienie>religij odkupienia</wyroznienie>.</akap>


<akap>Wiek XVIII zatracił je niemal zupełnie; w epoce
oświecenia widziano w buddyzmie tylko zbłąkanie,
a chrześcijaństwo tylko je przeinaczyło w sensie
optymistycznym, czyniąc z niego wskazówkę, jak
uzyskać szczęśliwość nasamprzód, tutaj, doczesną,
a później, tam, wieczną. Cała epoka nowożytna
skłaniała się ku temu, ażeby dzieje widzieć w świetle idei ciągłego postępu ku coraz to wyższej kulturze i coraz to większej szczęśliwości. Widziała
tylko drogę potwierdzenia życia, droga zaprzeczenia życia leżała już poza obrębem jej widnokręgu;
przynajmniej widziała w niej przypadkowy jedynie
manowiec, który tu i owdzie obierali sobie tylko
tępi pustelnicy i nieoświeceni mnisi ponurych wieków średnich. Schopenhauer uczynił odkrycie, że
jest ona drugim wielkim traktem, którym kroczy
ludzkość, według jego pojęcia prosto do zbawienia. W ten sposób umożliwił on znowu wiekowi
dziewiętnastemu zrozumienie chrześcijaństwa, a przynajmniej jednej, istotnej jego strony. Renesans i reformacja, wiedza nowożytna i nowożytny rozwój
kultury wstrząsnęły starym chrześcijaństwem. Intelektualizm, racjonalizm i optymizm zawładnęły mózgami: ludzie widzieli tylko te myśli i uczucia, które
były w nich samych. Osobiste usposobienie życiowe
sprawiło, że Schopenhauer wniknął w istotę chrześcijaństwa i że jasno i dobitnie zrozumiał równoznaczność jego, w punktach zasadniczych, z buddyzmem Indów.</akap>


<akap>W ten sposób niewątpliwe położył zasługi około
nauki, którą z pomiędzy wszystkich innych najmniej cenił, około historii i historiozofii. W pojęciach potwierdzenia życia i jego zaprzeczenia, jako
dwóch możliwych rodzajów, służących do rozprawienia się z życiem, stworzył on niezbędne narzędzia
do ogarnięcia różnorodnych zjawisk życia dziejowego: najgłębszą przedstawił on w tym różnicę, dzielącą historyczne szeregi rozwojowe na dwie wielkie
formy zasadnicze. Dwoma drogami usiłowała dotychczas ludzkość osiągnąć swój cel życiowy: Pierwsza, to droga <wyroznienie>kultury</wyroznienie>; kroczą nią ci, którzy wydoskonaleniem wszelkich zdolności i sił i poddaniem natury pod władzę człowieka pragną zadowolić wszystkie naturalne popędy i żądze i w ten
sposób spodziewają się zdobyć szczęśliwość. Druga ---
to droga <wyroznienie>odkupienia</wyroznienie>; kroczą po niej ci, którzy
starają się wykorzenieniem żądz, zaprzeczeniem
woli przyrodzonej dojść do ciszy i spokoju. Różnica ta występuje w dwóch wielkich szeregach
rozwojowych w formie zwrotu w dziejach odnogi
indyjskiej i greko-italskiej wielkiego szczepu aryjskiego. Zdobywszy w młodości swojej, jako naród
wojowniczy, ziemię hinduską i kraj nad Gangesem,
stworzyli sobie Indowie braminizm i buddyzm
jako religie odkupienia, prowadzące przez odwrócenie się od świata do wyswobodzenia się z woli
do życia i przez to z życia samego i jego cierpień.
Tak samo widzimy Greków i Rzymian w ich młodości na drodze kultury. Wojny, zdobycze, polityka,
żegluga, handel, sztuka, wiedza --- oto czym się trudnią w młodości i w wieku męskim. I tutaj nastąpił zwrot; nawrócenie się na chrześcijaństwo
oznacza zwrócenie się starożytności klasycznej
z drogi kultury, co do której wątpiono, ażeby na
niej można osiągnąć szczęśliwość doczesną; chrześcijaństwo, tak samo jak buddyzm, wskazywało
na życie pozagrobowe.</akap>


<akap>I żyjące dzisiaj ludy europejskie widzimy w ich
młodości na drodze potwierdzenia życia, wojna
i łowy to najgłówniejsze ich czynności życiowe.
Później wprowadził je kościół w pogląd i nastrój
życiowy zanikającej starożytności i na torach tych
pozostały one przez całe średniowiecze, przynajmniej sądząc zewnętrznie. Atoli z renesansem następuje zwrot; świat nowożytny zwrócił się z całą
świadomością z drogi odkupienia na drogę kultury, ażeby na ziemi szukać szczęśliwości czy nieba,
zamiast nieba poza grobem. Będzież on szczęśliwszy od Indów i Greków? Czy szczęście to znajdzie? Schopenhauer jest pewny, że to się nie stanie; niebo na ziemi jest w ogóle iluzją, którą wola
życia sama się tumani. Nadejdzie więc i dla narodów zachodu ta chwila, w której przekonają się
o swej pomyłce i na opuszczoną wrócą drogę;
Schopenhauer chce im do tego dopomóc.</akap>


<akap>Czyż wchodzą już na nią?</akap>


<akap>Nie da się zaprzeczyć, że zarówno w literaturze, jak i w życiu teraźniejszości występuje silnie
nastrój pesymistyczny, i to nie tylko w Niemczech,
ale i w całym świecie zachodnim. Ma więc Schopenhauer słuszność? Stoimyż wobec wielkiej radykalnej przemiany, którą przebyła starożytność
w swym nawróceniu się na chrześcijaństwo?</akap>


<akap>Nie wiem; i nikt tego nie wie; przyszłość skrzętnie chowa tajemnicę przed oczami śmiertelników.
W jedno tylko nie wierzę: aby wielki ten zwrot
miał już nastąpić niebawem. Zapewne kiedyś do
tego przyjdzie; każde życie kończy się, po każdym
rozwojowym wzlocie w górę następuje zniżanie się
w rozwoju ku dołowi. A rozwój w zniżaniu się ku
dołowi ma inny nastrój życiowy, a tym samym
i inną życiową teorię. Nie zdaje mi się przecież,
aby przewrót stał już u progu. Siła życiowa narodów europejskich, przynajmniej germańskich i słowiańskich, wydaje mi się dotychczas niewyczerpaną;
wzrost ludności i pęd rozszerzania się w dal najpewniejszą jest tego miarą, jaka w ogóle istnieć
może. Niechaj więc o dekadencji i <slowo_obce>fin de siécle</slowo_obce>’u
gadają ludzie, czujący się u schyłku swych sił żywotnych; naród, który chce żyć, będzie żył, swym
pesymistycznym filozofom i poetom na przekór.</akap>


<akap>Tyle o praktycznej filozofii Schopenhauera.</akap>


<akap>Jedno chciałbym jeszcze dodać słowo w kwestii, jak filozofia ta działa na życie i charakter poszczególnej jednostki. Sama wprawdzie
zapiera się tego, jakoby była filozofią praktyczną
w tym sensie; pragnie wypowiedzieć to, co jest i co
się dzieje, nie myśli zaś przepisywać, co ma być
lub co się ma stać. Przekształcenie charakteru przez
poznanie, także przez poznanie moralno-filozoficzne,
uważa Schopenhauer za zupełnie niemożliwe. Nauka
o niemożności zmiany charakteru przez poznanie
należy do dogmatów jego filozofii, silnie zakorzenionych w własnym jego doświadczeniu życiowym.
Faktycznie jednak Schopenhauer nie wypowiada
tylko tego, co jest; mówi on także, co to jest warte;
wyrokuje o życiu i jego wartości i stara się przekonać czytelnika o prawdzie tego wyroku. Co więcej, nie ma chyba drugiego filozofa, który by go
przewyższał w zdolności bądź spokojnego przekonywania czytelników, że sąd jego o wartości lub
nicości jakiejś rzeczy jedynie jest słuszny, bądź też
namiętnego narzucania im tego sądu.</akap>


<akap>Jakiż więc skutek wywierają jego pisma na pogląd na życie i postępowanie innych? Zdaje mi
się, że będzie on rozmaity, stosownie do rodzaju
umysłu czytelnika. Będą umysły, na które filozofia
jego podziała jako sedatyw<pe><slowo_obce>sedatyw</slowo_obce> --- środek uspokajający.</pe> na namiętności i rozstroje,
które budzi w nich życie. Zdaje się, że tak działała na
niego, uśmierzająco i wyzwalająco: uniknąć cierpienia jest niepodobieństwem<pe><slowo_obce>niepodobieństwo</slowo_obce> (daw.) --- coś nieprawdopodobnego a. niemożliwego.</pe>, łączy się ono z naturą woli,
a zmiana woli nie jest w naszej mocy; trzeba się
więc poddać konieczności. A równocześnie dopomogła mu do znalezienia drogi do życia umiarkowanego, ucząc go poddawać się losowi i należyty
wytykać sobie stosunek do świata. W ten sposób podziałała także na człowieka, który pomiędzy pierwszymi jego zwolennikami najsympatyczniejszą był
postacią, a którego sam Schopenhauer wyszczególnia jako swego ucznia, na von Dossa. Z listów jego
do Schopenhauera (ogłoszonych przez Schemanna),
najbardziej pociągających z całej korespondencji,
widać, jak duch szlachetny i czuły, uginający się
pod ciężarem własnych boleści i cierpień powszechnych, znalazł u Schopenhauera w nauce o woli pociechę i uzdrowienie od cierpień i zaprzeczenia
woli: wzniesienie się do uogólnienia własnych cierpień sprowadziło, jak pojęcie tragicznego bólu w poezji, kojące wyzwolenie. Z gorzkiego nastroju, będącego u Schopenhauera tonem zasadniczym, nic
na niego, zdaje się, nie przeszło; mimo Schopenhauera, zawarł on też szczęśliwe małżeństwo, które
decydujący wpływ wywarło na jego życie.</akap>


<akap>Na inne natury uleganie zapatrywaniom Schopenhauera działa zupełnie inaczej, jak to sam Doss
w jednym miejscu zaznacza (Schemann, 251). Jeżeli
ktoś posiada w duszy skłonność do goryczy, pogardy i nienawiści ludzi, to zapewne intensywne
zajmowanie się ujemną stroną natury ludzkiej, spowodowane Schopenhauerem, tyle dostarczy mu strawy, że odwrotne strony natury tej zupełnie przemoże<pe><slowo_obce>przemóc</slowo_obce> (daw.) --- pokonać, przezwyciężyć.</pe>. Wrodzona też skłonność do zgryźliwego odosabniania się i posępnego kwietyzmu<pe><slowo_obce>kwietyzm</slowo_obce> --- postawa beznamiętności i braku zaangażowania wobec świata i spraw życiowych; z łac. <slowo_obce>quietus</slowo_obce>: spokojny.</pe> wzmagać się
będzie u ludzi, oddających się refleksjom pesymistycznym, i stanie się nieuleczalną, gdy tymczasem
energiczne odwrócenie się od kontemplacji ponurych mogłoby ją uzdrowić. Najmniej wydaje mi
się, aby Schopenhauer zawsze pożądanym był doradcą wieku młodzieńczego; w krytycznym okresie
życia przyjmowany bezkrytycznie, łatwo wymoże
lub też wywoła chorobliwe stany tego rodzaju, jak:
pogarda dla wszystkiego, co ogólnie uważamy za
słuszne, pyszałkowata zarozumiałość, łatwość odmawiania racji innym, wstręt do rozważnego badania rzeczy i do samokrytyki, skłonność do odosabniania się i przekorności, drażliwe rozgoryczenie,
melancholijne zamroczenie duszy. A jeśli się z czasem chorobliwe stany te przewalczy, to łatwo przecież pozostanie odrobina zblazowania; mówi się
o rzeczach z miną rozczarowanego: zajrzano za
kulisy życia. Czyż to też w literaturze dzisiejszej
nie spotyka się częściej niż dawniej? I czyż nie
ma w tym udziału Schopenhauer razem z swymi
uczniami?</akap>


<akap>Na zakończenie kilkoma tylko jeszcze rysami
zaznaczę, jak i <wyroznienie>teoretyczna</wyroznienie> filozofia Schopenhauera tkwi korzeniami swymi w jego osobistości.
Charakterystycznymi są tutaj lwa szczegóły: idealizm w teorii poznania i <wyroznienie>woluntaryzm</wyroznienie> w metafizyce.</akap>


<akap><wyroznienie>Idealizm</wyroznienie>, związany z jego teorią poznania,
to pierwszy silny punkt w Schopenhauerowskim
tworzywie myślowym; odróżnianie świata zjawisk
od świata rzeczywiście rzeczywistego jest dla niego
trwałym punktem wyjścia wszelkiej filozofii. Plato
i Kant zgodni są ze sobą na tym punkcie, w ogóle
wszyscy właściwi twórcy filozofii. Świadomość powszechna uważa byt empiryczny, rzeczy w przestrzeni i czasie, za prawdziwą rzeczywistość; poznaniem, iż są to tylko zjawiska, wskazujące równocześnie na ,,rzeczy same w sobie", filozoficzne
myślenie od świadomości tej się odrywa.</akap>


<akap><wyroznienie>Idealizm</wyroznienie>, wysnuty z teorii poznania, czyli
tzw. <wyroznienie>fenomenalizm</wyroznienie>, gdzieś na samym wstępie jego głównego dzieła wydający się być podstawą
wszelkiej filozofii, zależy u Schopenhauera w rzeczywistości od --- ,,idealizmu" natury praktycznej, od
negatywnej oceny waloru rzeczywistości empirycznej. <wyroznienie>Bezwartościowość</wyroznienie> świata empirycznego
czyni go <wyroznienie>nierzeczywistym</wyroznienie> w sensie metafizycznym: świat, który tak mało sprawiedliwej posiada treści, jak świat, rozgrywający się w przestrzeni i czasie, nie może być światem rzeczywiście
rzeczywistym, jest on tylko zjawiskiem. Tak argumentował Plato, a z nim Kant i Fichte. A myśli
tych nauczycieli swoich przepajał Schopenhauer
swym osobistym nastrojem życiowym. W ten sposób byt w przestrzeni i czasie nikłym stanie się
dla niego snem; prawda, która pełny swój wyraz
znalazła w mądrości <tytul_dziela>Upaniszadów</tytul_dziela>: świat widzialny
sennym jest tylko mamidłem, dziełem Mai. Volkelt
znakomicie wyłożył ten nastrojowy charakter idealizmu Schopenhauera. Jak decydującą rolę odegrał
ten pierwiastek nastrojowy w tworzeniu się jego
zasadniczych wyobrażeń, dotyczących metafizyki poznania, pokazują nam dzieje ich rozwoju, podane
przez T. Lorenza w jego rozprawie --- <tytul_dziela>Przyczynek
do historii rozwoju metafizyki Schopenhauera</tytul_dziela>
(1897), napisanej na podstawie pozostałych po filozofie materiałów rękopiśmiennych. W najwcześniejszych zapiskach różnica ,,lepszej świadomości"
przodującą wobec ,,świadomości empirycznej" odgrywa rolę: ,,świadomość empiryczna" odnosi się
teoretycznie do świata, przystępnego zmysłom, i przyczynowych jego związków w przestrzeni i czasie,
praktycznie zaś dotyczy zadowolenia żądz zmysłowych; natomiast ,,lepsza świadomość" zwraca się
teoretycznie ku ideom wieczystym, praktycznie zaś
ku ascezie i świętobliwości. Są to myśli filozofii
platońskiej, wyrażone przez pryzmat osobistego poczucia życia.</akap>


<akap>To osobiste tło w rozwoju myśli zjawia się jeszcze bezpośredniej w drugim głównym rozdziale
jego filozofii teoretycznej, mianowicie w <wyroznienie>woluntaryzmie</wyroznienie> w metafizyce. Twierdzenie, że wola
jest istotą rzeczy, jest najosobistszą myślą Schopenhauera. Przygotowana wprawdzie kilkoma rysami
u Kanta i Fichtego, myśl ta dopiero u niego nabiera kształtu i ciała. Z nią staje Schopenhauer
w szeregu tych, którzy o jedną wielką, nową myśl
wzbogacili ludzkość. Pierwotnym źródłem tego poznania jest dlań samoświadomość: patrząc w swe
wnętrze, znajdziemy w sobie istotę sobowtórną,
mającą zdolność przedstawienia i wolę; wola będzie
tutaj czynnikiem pierwiastkowym, inteligencja zaś
funkcją z wolą tą zrosła. Odkrycie to jest znowu wynikiem osobistej samoświadomości Schopenhauera.
Istniejące u niego silne napięcie pomiędzy wolą
a inteligencją sprawia, że różnicę ich uważa za
różnicę fundamentalną. Dokonaną przez siebie wyraźną i ogólną segregację porównywa pewnego razu
z rozłożeniem wody na dwa jej pierwiastki przez
Prieslleya. Z drugiej strony wynikiem jego własnych doświadczeń życiowych jest także niezdolność określenia woli przez poznanie, niezdolność,
którą w nauce o poznaniu woli wypowiada w sposób ogólnikowy: wola jest czynnikiem pierwiastkowym, inteligencja pochodnym, wola to substancja
panująca, inteligencja to narzędzie pomocnicze.</akap>


<akap>I z poglądem, który uzyskał, badając swą własną
istotę, wchodzi w świat i oto co się dzieje: klucz
wielkiej tajemnicy bytu ma w swoich ręku i pisze:
<tytul_dziela>Świat jako wola i przedstawienie</tytul_dziela>. W przedstawieniu wszystkie rzeczy zjawiają się jako ciała, tak
jak ja sam uważam siebie w przedstawieniu jako
ciało; rzeczy same w sobie są wszystkie wolą, tak
samo jak ja nią jestem, bądź to wolą z inteligencją, jak istoty animalne, albo też li nagą wolą, jak
w świecie podzwierzęcym. Atoli wolą jest to, co się
we wszystkich objawia procesach, nawet w procesach upadania i uderzania: każdy ruch jest wskazaniem na jakiś proces, pokrewny naszemu najwewnętrzniejszemu procesowi dążenia i pożądania.</akap>


<akap>Czyż twierdząc o pesymizmie, że jest to tylko
jego pojęcie indywidualne, możemy to samo powiedzieć o jego metafizyce? Nie sądzę; skłaniam
się raczej do tego, ażeby trwałą widzieć prawdę
w jego myśli zasadniczej: świat cielesny jest tylko
zjawiskiem życia wewnętrznego, które w świadomości naszej przedstawia się nam nasamprzód i przede wszystkim jako wola. On sam połączył z metafizyką pesymistyczne pojmowanie życia jako nieunikniony jej skutek, albo w owej metafizyce odkrył dla istniejącego z góry pesymizmu uzasadniającą go premisę<pe><slowo_obce>premisa</slowo_obce> (daw.) --- przesłanka.</pe>. W rzeczywistości stosunek ten
nie jest tak ścisły: istnieje możliwość połączenia
pesymizmu z woluntaryzmem, odrzucenia tamtego,
a przyjęcia tego.</akap>


<akap>Co prawda, to i metafizykę woluntarystyczną
trzeba będzie od wszelkiej oczyścić naleciałości,
zwłaszcza od rozmaitych spekulacji, wynikających
u Schopenhauera z jego formułki poznawalno-teoretycznej: świat jako rzecz sama w sobie, z formułki, urodzonej z opierania się na Kancie. Schopenhauer nie chce, aby ją w właściwym przyjmowano znaczeniu; rzecz sama w sobie ma pozostać
transcendentną. Mimo to jednak nie przestaje mu
ona służyć za podstawę do rozmaitych twierdzeń
w sprawie tego, co-może zdziałać wola jako rzecz
sama w sobie. Jako rzecz sama w sobie nie może
ona być w przestrzeni i czasie, a więc. nie może
też podlegać <slowo_obce>principio individuationis<pe><slowo_obce>principium individuationis</slowo_obce> (łac.) --- czynnik decydujący o byciu jednostką.</pe></slowo_obce>; tak samo
nie może też podlegać prawu przyczynowości, które
jako takie ma wyłącznie znaczenie dla świata zjawisk. Negatywne określenia te zmieniając się w nieznacznym przejściu w postanowienia pozytywne,
w jedność, w wszechobecność w przestrzeni i czasie, w wolność, torują woli drogę do rozmaitych
sztuczek czarodziejskich. Znaną jest rzeczą, jaką
skłonność posiadał Schopenhauer do zjawisk okultystycznych i jaką poświęcał im uwagę; widział
w nich potwierdzenie swej metafizyki, ponieważ
ona jedna posiada zdolność tłumaczenia owych zjawisk za pomocą swej podstawy, jedynej i bezwarunkowej woli. W ten sposób unicestwia on, co prawda, swoje tak dobitnie wypowiedziane ostrzeżenie,
aby zjawisk fizycznych nie pojmować metafizycznie.
Wszelka zdrowa filozofia polegać będzie na tym,
że czynnik metafizyczny znajduje się wszędzie, że
jednak w świecie zjawisk dzieje się wszystko w sposób fizyczny; jeżeli posuwają się stoły, to wola
ostatnim jest czynnikiem, który je posuwa, albo się
raczej w poruszeniach tych manifestuje; nie ma jednak woli bez ujawniania się fizycznego, mniejsza
o to, czy możemy ją w danym wypadku udowodnić lub nie. <slowo_obce>Nexus physicus</slowo_obce><pe><slowo_obce>nexus physicus</slowo_obce> (łac.) --- więź fizyczna.</pe> i <slowo_obce>nexus metaphysicus</slowo_obce> tworzą każdy dla siebie zamknięty w sobie
związek.</akap>


<akap>Gdy odrzucimy to, przyjmiemy zdanie o woli jako
istocie rzeczy w rozumieniu czysto empirycznym,
będzie ono przede wszystkim należycie uzasadnioną generalizacją psychologii: wola jest podstawową i pierwotną funkcją życia duchowego, mającego w organicznym procesie życiowym swoje ujawnienie fizyczne. Jestem przekonany, że życie duchowe zrozumiemy tylko wówczas, jeżeli staniemy
na stanowisku, iż wola jest czynnikiem pierwotnym,
a inteligencja pochodnym; wszelka próba tłumaczenia woli w drodze przedstawienia okaże się
bezowocną. Na tym polega właściwa --- i wielka zasługa Schopenhauera. Przyjdą, zdaje mi się, czasy,
że historia psychologii nową z Schopenhauerem
rozpocznie epokę. Nie ma też dla mnie wątpliwości,
że jesteśmy tej chwili znacznie bliżsi, od kiedy,
przed laty szesnastu, wypowiedziałem zdanie, że:
woluntarystyczne pojmowanie życia duchowego zaczyna się w pospiesznym tempie, że coraz to bardziej zanika dawne pojęcie intelektualistyczne, którego w Niemczech przez długi czas broniła powaga
Herbarta. Biologia Darwinowska, o której Schopenhauer posłyszał, a wobec której zachowywał się
tak nieprzyjaźnie, stała się dla niego silnym sprzymierzeńcem: Stawiając człowieka w drodze rozwojowej w szeregu bytów, dąży do tego, ażeby i najwyżej rozwinięte życie duchowe wyprowadzać genetycznie z pośledniejszych, poniżej człowieka znajdujących się początków; i wówczas nie może być
wątpliwości, że im głębiej schodzić będziemy w tym
szeregu, z tym mniejszą spotkamy się inteligencją,
że miejsce jej zajmuje wola, głuchym dążeniem
i odpowiednimi uczuciami ogólnymi wypełniająca
całe życie duchowe.</akap>


<akap>Wobec metafizyki zachowują się nasze czasy
daleko sceptyczniej, aniżeli doba, w której Schopenhauer tworzył swe myśli. Niełatwo znajdzie
się dzisiaj człowiek, który by miał odwagę twierdzić, że stara zagadka Sfinksa została nareszcie
rozwiązaną, jak to Schopenhauer przypisuje swojej
nauce o woli. Nie wziąłbym na siebie obrony tego
uroszczenia w całym jego zakresie. Atoli jedno da
się utrzymać. Związek świata zwierzęcego z światem roślinnym i dalej z światem nieorganicznym
tak jest ścisły i przenikliwy, że uzasadnionym wyda
się nam następujące przypuszczenie: w gruncie rzeczy to, co w skomplikowanych tworach zwierząt
i ich czynnościach objawia się pod względem fizycznym, odpowiada zupełnie fizycznym czynnościom
i ruchom innych ciał jako ich stronie wewnętrznej.
Albo: Jeżeli wolą jest to, co występuje na jaw
u zwierząt, to wolą jest również to, co się manifestuje w tworach i ruchach, znajdujących się na
poziomie poniżej zwierzęcia. Przyznać trzeba, że
w ten sposób pojęcie woli rozszerzamy do granic
nieokreślonych, a i sam Schopenhauer temu nie
przeczył. Temu, co odnośnie do pewnej rośliny nazywamy wolą, objawiającą się w jej organizacji
i jej czynnościach życiowych, trudno nam będzie
nadać kształty konkretne. Dodać jednakże trzeba
i to: nie inaczej ma się sprawa i wówczas, jeżeli
o zwierzęciu, o mrówce albo rybie lub też psie powiemy, że we wszystkich ich manifestacjach życiowych objawia się pewna wola. W rzeczywistości
wypowiadamy tylko zdanie, że coś podobnego, co
dzieje się w naszym wnętrzu, jeżeli ciało nasze spełnia
te lub owe czynności organiczne i animalne, znajdziemy i u tamtych, że nasze uczucie głodu i nasycenia, nasza żądza czynu i nasze znużenie ma swój
odpowiednik i u tamtych. Zupełnie i z gruntu rozumieć możemy tylko to, co sami w sobie przeżywamy. Jakżeż niedokładnym, nierównomiernym jest
już wyobrażenie tego, co w wnętrzu swoim przeżywa człowiek, należący do innej rasy, innego narodu, ba, nawet innej warstwy społecznej albo innej
płci. Z tym samym zastrzeżeniem, z którym dopuszczamy określenia gatunkowe dla doświadczeń
wewnętrznych, jak miłość, nienawiść, wstyd, ambicja, trwoga, skrucha, wiedząc bardzo dobrze, że
u różnych ludzi określone w ten sposób procesy
wewnętrzne są różne, z tym samym zastrzeżeniem
możemy też imieniem woli nazwać istotę, objawiającą się we wszystkich tworach. Wyraz ten będzie
wówczas oznaczał nie tyle dającą się wyobrazić
konkretnie treść, ile raczej kierunek, w którym treści tej szukać należy.</akap>


<akap>W ten sposób dalecy będziemy zarówno od
mniemania, jakobyśmy w owym pojęciu znaleźli
wyczerpujące zrozumienie istoty wszechrzeczy, jak
i od agnostycyzmu, absolutną kopiącego przepaść
pomiędzy naszym zrozumieniem a istotą wszechrzeczy. Powiemy wraz z Schopenhauerem: w naszym własnym życiu wewnętrznym spoczywa klucz
do zrozumienia rzeczy w ogóle; jeżeli istota nasza
jest wolą, to istota rzeczy w ogóle jest wolą. Powiemy również i to: jeżeli istota nasza spoczywa
z istotą rzeczy w Jednym, to istotę Wszechjednego
pojmować należy jako wolę.</akap>


<akap>Co prawda, będzie nam trzeba dodać: tak samo
istoty rzeczy, jak i istoty Wszechjednego ludzkie
pojęcia nie wyczerpią ani pod względem jej formy,
ani treści. Ujmuje i przedstawia ją w obrazach
nie wiedza, lecz wiara. Jest to jej prawo, prawo
woli, która wiarę tę stwarza i każe jej istotę tę
ujmować raczej w obrazy dobra i mądrości, świętości i szczęśliwości, aniżeli w obrazy zła i ślepoty,
srogości i niedoli. Być może, że i ta odwrotna
strona da się do woli zastosować, ale właściwej jej
istoty nie tworzy.</akap>


<akap>I Schopenhauer mógłby myślom swoim takie
nadać zakończenie; premisę tego mógłby w swych
własnych znaleźć pojęciach, zarówno w pojęciach
swej filozofii teoretycznej, jak i praktycznej. I u niego
przecież wola nie jest absolutnie ślepą, jest raczej
jasnowidzącą, jak to pokazuje filozofia przyrody.
,,Ślepy popęd" nie prowadzi do chaotycznego bezładu, lecz do kształtowania kosmicznego, wola nadaje sobie sama formy, które następnie inteligencja
ludzka przejmuje jako idee, jako myśli plastyczne
i z estetycznym rozwija je upodobaniem. Co prawda, Schopenhauer unika tego, ażeby upodobania
estetyczne odnosić do treści przedmiotów spostrzeganych; według niego rozkosz, polegająca na ustąpieniu dążeń bolesnych, płynie z samego li<pe><slowo_obce>li</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> rozważania. Tymczasem niedostateczność teorii, jakoby
rozkosz była tylko ustąpieniem bólu, występuje
najwidoczniej w tym właśnie punkcie, przyjemność
estetyczna jest absolutnie natury pozytywnej, i nie
moglibyśmy jej chyba doznawać, gdyby natura przedmiotu rozważanego była lichą, nędzną i nikczemną,
jak to usiłuje w nas wmówić pesymizm Schopenhauera. Jego estetyka świadczy przeciwko pesymizmowi.</akap>


<akap>A w inny sposób świadczy przeciwko pesymizmowi jego filozofia praktyczna, jego nauka o wyzwoleniu. Można powiedzieć, że i według Schopenhauera wola osiąga cel zamierzony, nasamprzód
życie, a potem, w zaprzeczeniu woli do życia, uwolnienie się od wszystkich cierpień, uzdrowienie się
z bolesnego parcia ku życiu. Gdyby, zamiast zagasnąć w zaprzeczeniu, wola ta zmuszoną była
żyć wiecznie, ażeby wieczne znosić katusze, wówczas dopiero byłby pesymizm całkowicie uprawniony. Jeżeli Nirwana<pe><slowo_obce>Nirwana</slowo_obce> --- w buddyzmie stan wyzwolenia się z cyklu narodzin i śmierci (reinkarnacji), wyzwalający duszę od cierpienia; tu: niebyt.</pe> stoi dla niej otworem, to
po cóż to gorzkie oskarżenie?</akap>


<akap>W rzeczywistości wola ma w swojej mocy
wszystko, czego tylko chce: ma w mocy swojej,
aby żyć i nie żyć. Nasamprzód osiąga to, czego
chce, życie. Wprawdzie treścią życia nie jest wygodne używanie, ale twarda praca i ciężka walka,
krwawy nawet bój --- zjawiska te przynajmniej
wiele zajmują w życiu miejsca. Ale zdaje się, że
wola sama tego chce, bardzo prędko przynajmniej
odpycha leniwe używanie jako coś płytkiego i nudnego. Pragnie wzruszeń i wielkich, doniosłych
uzewnętrznień: jest ona raczej wolą-bohaterem, aniżeli hedonistycznym łowcą rozkoszy. Potem może
wola, przesycona życiem, osiągnąć i drugi cel: koniec życia; znużona walką i przebojem, może dojść
do spokoju, zgasnąć. Co więcej, jak to zdaje się
wynikać z eschatologii<pe><slowo_obce>eschatologia</slowo_obce> (z gr.) --- nauka o rzeczach ostatecznych: pośmiertnych losach człowieka i losach świata po jego końcu.</pe> Schopenhauera, może powszechnie do tego dojść celu.</akap>


<akap>Według tego miałaby wola wszelki powód u kresu
życia spojrzeć na nie z zadowoleniem; sama sobie
zagrała wielką tragedię życia ludzkiego, z namiętnym grając ją współczuciem, z estetyczną przyglądając się jej sympatią: czegóż więc pragnie
jeszcze więcej? Po co łajać życie i mówić, że było
niedorzecznym błądzeniem, fałszywym krokiem?
Czemu lepiej nie powiedzieć, że była to podróż odkrywcza w nieznany kraj bytu, pełna interesujących widowisk, pełna zaciekawiających przypadków,
pełna gorących na ogół walk i znojów, a od czasu
do czasu spokojne schronienie z chwilami czystego
zadowolenia, ogółem jazda nadzwyczaj interesująca
i doniosła?</akap>


<akap>Jeżeli Schopenhauer u kresu spojrzał na swe
życie, musiało mu się ono w tym zapewne ukazać
świetle: przyniosło mu dużo znoju i walki, zgotowało mu dużo troski i wstrętu, a mimo to, warte
było zachodu i cierpień: takie widzieć widowiska,
takie myśleć myśli, wychodzić zwycięsko z takich
walk ze stępiałym światem --- jest to zaprawdę dla
tych niewielu lat życia ludzkiego treścią niemałą i nie
do pogardzenia. Słusznie mogłyby losy zarzucić
Schopenhauerowi niewdzięczność, że on, który widział, jak w pełni życia ludzkiego rozwinął wśród
najkorzystniejszych warunków całe bogactwo swych
zdolności i jakie zdolności te przyniosły owoce,
odpłacił tym losom lżeniem życia.</akap>


<akap>Ale Schopenhauer nie mógł i nie chciał uczynić
inaczej: pesymizm jego młodości musiał ostatnie
mieć słowo. I przede wszystkim pogarda ludzi była
cząstką jego samego, była najgłębszym, najwewnętrzniejszym jego doświadczeniem, a równocześnie usprawiedliwieniem życia. Jakżeż mógłby się
jej wyrzec?</akap>





<naglowek_rozdzial>Schopenhauer jako wychowawca</naglowek_rozdzial>




<akap>W jednym z swoich pism dawniejszych<pa><tytul_dziela>Unzeitgemaesze Betrachtungen</tytul_dziela> III. 1870.</pa> sławił
Schopenhauera <wyroznienie>Fr. Nietzsche</wyroznienie> jako wychowawcę
myślicieli i filozofów. Czy on się do tego nadaje?</akap>


<akap>Niewątpliwie Schopenhauer posiada rysy, kierujące go na wychowawcę uczniów wiedzy. Silny zmysł
rzeczywistości, popęd do docierania do jądra rzeczy, pogarda pozoru, nieustraszona miłość prawdy,
bezwzględność wobec sądów cudzych, ukochanie
samotności, odwrócenie się od spraw dziennych,
kierowanie umysłu ku rzeczom trwałym i wieczystym --- wszystko to są przymioty w pierwszym
rzędzie niezbędne dla badacza i służebnika prawdy,
we wszystkim tym Schopenhauer może być wzorem. I w dziełach jego siła mieści się wielka, hartująca sumienie, dająca mu odporność przeciw
przystosowywaniu się, obłudzie, pochlebstwu i karierowiczostwu. A i w rzeczach bardziej zewnętrznych dobrym jest wychowawcą: wychowuje nas,
abyśmy byli jaśni w myśli i mowie, czyści w słowie i piśmie, dokładni w najdrobniejszych nawet
sprawach ortografii i druku.</akap>


<akap>Nie zbywa mu atoli na przywarach, nie dających się może oddzielić od jego osobowości i przez
to u niego swoistych --- <slowo_obce>chacun a les défauts de
ses vertus<pe><slowo_obce>chacun a les défauts de
ses vertus</slowo_obce> (fr.) --- każdy ma wady [odpowiednie do] swoich zalet.</pe></slowo_obce>, Schopenhauer sam chętnie zdanie to
przytacza --- które jednakże u naśladowców i mniejszych duchów będą odpychające i nieznośne: do
nich zaliczyć trzeba wiarę w własną nieomylność,
zarozumiałość i samochwalstwo, popęd do gardzenia innymi i ujawnianie tej wzgardy, brak szacunku dla innych, brak pokory serca. Ale i te błędy
niebezpieczną posiadają zdolność rozkrzewiania się
właśnie dzięki przykładowi wielkiego człowieka.
Brak skromności w tonie i ujawnianie zarozumiałej
nieomylności są może nie najgłębszymi, ale najwidoczniejszymi skutkami wpływu Schopenhauera
w piśmiennictwie dzisiejszym.</akap>


<akap>Dodać trzeba jeszcze jedno: Miłość prawdy i szczerość, którymi Schopenhauer słusznie się szczyci, nie
jest równoznaczną z przezornością w twierdzeniu
i z sumiennością w badaniu i dowodzeniach. Przeciwnie, zdolność krytycznego zachowania się wobec
własnych myśli i pomysłów rozwinęła się u niego
w małym tylko stopniu. Pochwyciwszy jakąś rzecz,
wypowiada żywo i plastycznie to, co mu ona mówi
i stara się to w przystępną zamknąć formułę. Gdy
mu się to udało, gdy formuła trafia w sedno rzeczy
w sposób dla niego przekonywający, uważa zadanie swoje za skończone, dalsze badanie wydaje mu
się już zbytecznym. Prawdą jest dla niego to, co
mu się narzuca z pewnym rodzajem estetycznej
konieczności. Zdania jego to dogmaty (<slowo_obce>placita</slowo_obce>); dowód ich prawdy polega na tym, że mu się podobają, że odpowiadają jego sposobowi myślenia, całej jego istocie. Sam je traktuje z pewną czcią jako
natchnienia ducha; nie wyrzeka się żadnej myśli,
którą raz już wypowiedział, a czytelnikowi nakłada obowiązek nie przeoczenia niczego, co napisał,
wszystko to należy do jego świętej nauki. Zaprzeczeniom ustępuje z drogi, a spotkawszy się z nimi
odrzuca je i powtarza swą naukę. Nienawidzi krytyki, zakłóca ona intuicję.</akap>


<akap>Schopenhauer ma intelekt zdolny do uzmysłowień, posiada zadziwiającą siłę ujmowania istoty
rzeczy za pomocą intuicji. Zdolność jego do analizy,
roztrząsania, dowodzenia pozostaje daleko poza tamtym. I tutaj, jak i wszędzie, własna jego istota pozostaje dlań miarą rzeczy; lekceważy sobie obowiązek
dowodzenia; czytelnik pierwszej księgi głównego jego
dzieła wie, że nie tylko w metafizyce, ale w fizyce
i matematyce uważa on dowodzenie za rzecz dosyć
zbędną: wszystko polega na <wyroznienie>poznaniu uzmysławiającym</wyroznienie>, na bezpośrednim ujęciu istoty
i związków rzeczy w <wyroznienie>zdaniu zasadniczym</wyroznienie>.
Metoda jego odpowiada jego naturze i stąd też będzie dlań owocną. Dla naśladowców i uczniów, nie
posiadających jego przymiotów, stanie się ona niebezpieczną; zdaje mi się, że niemałą część fałszywych geniuszów, w których tak obfitują nasze
czasy, trzeba będzie zaliczyć na karb Schopenhauera jako wychowawcy.</akap>


<akap>Ale i ta jednostronność jego uzdolnienia, którą
sobie poczytuje za cnotę, stała się niebezpieczną
i dla niego. Widocznym jest to przede wszystkim
tam, gdzie afekt zaciemnia jasność uzmysłowienia.
<slowo_obce>Intellectus luminis sicci non est<pe><slowo_obce>Intellectus luminis sicci non est</slowo_obce> (łac.) --- poznanie nie jest [wyłącznie] suchym światłem.</pe></slowo_obce>, wyrazy te Bacona Schopenhauer często przytacza, wie o tym
z własnego doświadczenia. Gdzie afekty, podejrzliwość, niechęć, zazdrość, gniew, nienawiść zaciemniają zwierciadło duszy, tam spotkać się musimy
z karykaturami. A Schopenhauer na wiele rzeczy
patrzał z gniewem i nienawiścią i w gniewie i nienawiści je przedstawiał.</akap>


<akap>Schopenhauer charakteryzuje w pewnym miejscu
trzech wielkich ,,sofistów", Fichtego<pe><slowo_obce>Fichte, Johann Gottlieb</slowo_obce> (1762--1814) --- niemiecki filozof idealistyczny, krytyczny następca myśli Kanta, twórca teorii wiedzy oraz nowego typu idealizmu subiektywnego, tzw. filozofii czynu.</pe>, Schellinga<pe><slowo_obce>Schelling, Friedrich Wilhelm</slowo_obce> (1775--1854) --- niemiecki filozof, inicjator romantyzmu. Był (podobnie jak Fichte i Hegel) jednym z najważniejszych przedstawicieli idealizmu niemieckiego, nurtu filozoficznego, według którego myśl (duch) jest pierwotna wobec materii i nadaje jej kształt. Czynnik empiryczny był przez idealistów lekceważony, co spowodowało w tym okresie gruntowny rozłam między niemiecką filozofią a nauką.</pe> i Hegla<pe><slowo_obce>Hegel, Georg Wilhelm Friedrich</slowo_obce> (1770--1831) --- niemiecki filozof, przedstawiciel klasycznego idealizmu; twórca całościowego systemu filozoficznego, składającego się z logiki, filozofii przyrody i filozofii ducha, odległy inspirator marksizmu. Napisał m.in. <tytul_dziela>Fenomenologię ducha</tytul_dziela> (1807) i <tytul_dziela>Naukę logiki w trzech tomach</tytul_dziela> (1812--1816).</pe>, w przeciwstawieniu do filozofów 17. i 18. stulecia: ,,tutaj, powiada on, spotykamy się wszędzie
z sumiennym badaniem i z sumiennym usiłowaniem
w podawaniu i uprzystępnianiu wyników tych badań; u owych sofistów natomiast wszystko jest niesumiennością. Ton spokojnego badania zamieniono
na ton niewzruszonej pewności, właściwy szarlatanerii wszelkiego gatunku i wszystkich czasów, pewności, która tutaj polegać ma na wrzekomo bezpośrednim, intelektualnym spostrzeganiu, albo toż
na absolutnym, to znaczy od podmiotu, a więc
i jego omylności niezawisłym myśleniu. Z każdej
stronicy przemawia usiłowanie, aby otumanić czytelnika, oszukać go, zaimponować mu i w ten sposób
go oszołomić, ogłuszyć niezrozumiałymi frazesami,
ba, czystym ich nonsensem, oślepić go bezczelnością w twierdzeniu". A przyczyny szukać należy
w tym, że mężowie ci nie oglądali się za prawdą,
ale zerkali ku zamiarom i wskazówkom wysokiej
zwierzchności, spodziewając się od niej posady
i chleba, a więc pragnąc z żoną i dziećmi żyć
z filozofii. (<tytul_dziela>Parerga</tytul_dziela> I. 22. i nast.).</akap>


<akap>W wyrazach tych narysował Schopenhauer także
i własny swój portret; i to w dwojaki sposób. Nasamprzód: niemała część jego sądu o sposobie myślenia tamtych stosuje się do niego samego: na twierdzeniach dogmatycznych, na imponowaniu i oszałamianiu, na ogłuszaniu pewnością siebie --- na tym
wszystkim i on znał się niezgorzej. w ogóle jako
myśliciel i pisarz stał on daleko bliżej Schellinga
i Fichtego, aniżeli Kanta<pe><slowo_obce>Kant, Immanuel</slowo_obce> (1724--1804) --- niemiecki filozof, profesor logiki i metafizyki na Uniwersytecie Królewieckim. Twórca filozofii krytycznej, która miała na celu wszechstronne rozważenie z perspektywy rozumu władzy poznania, w tym sfer takich jak religia, prawo i polityka, wcześniej nie poddawanych podobnej refleksji, oraz sam rozum. Projekt zrealizowany głównie w trzech krytykach Kanta: <tytul_dziela>Krytyce czystego rozumu</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Krytyce praktycznego rozumu</tytul_dziela> i <tytul_dziela>Krytyce władzy sądzenia</tytul_dziela>. Kant zniósł rozziew między racjonalizmem i empiryzmem: wg niego do pełnego poznania potrzebny jest zarówno rozum, jak i doświadczenie, a jedno bez drugiego jest niemożliwe.</pe> i Wolffa, Hume'a<pe><slowo_obce>Hume, David</slowo_obce> (1711--1776) --- szkocki filozof, historyk i pisarz. Jako filozof praktykował sceptycyzm poznawczy, co doprowadziło go do postulatu ograniczenia opisywania świata do idei, które jawią się w umyśle (matematyka) i czystych faktów, czyli zjawisk takich, jak jawią się umysłowi, bez rozróżnienia na to, czy są prawdziwe, czy nie, ponieważ ta kwestia nie jest rozstrzygalna. Przeprowadził również słynną krytykę związku przyczynowo skutkowego, twierdząc, że jeśli zjawiska są przedstawiane w ten sposób, to wcale nie znaczy, że faktycznie łączy je relacja wynikania, ale że do tej pory zawsze występowały koło siebie.</pe> i Locke'a<pe><slowo_obce>Locke, John</slowo_obce> (1632--1704) --- ang. filozof, polityk i ekonomista; rozwinął empirystyczną teorię poznania, stworzył nowożytną teorię tolerancji i państwa konstytucyjnego.</pe>; niewiele znajdziemy u niego z ich cierpliwości w poszukiwaniu, z ich skrupulatnej dokładności w przedstawianiu rzeczy. Mimo Fichtego
i Schellinga znał się i on na inwektywie, i literackim ubijaniu.</akap>


<akap>A potem nader charakteryzuje go sposób, w jaki
tutaj i na tylu innych miejscach występuje z twierdzeniami, obrażającymi cześć innych, i nie waha
się ich działaniu przypisywać --- bez rekursu ---
pobudek nieszlachetnych. Nie posiada on zupełnie
tego poczucia, że wypowiadanie tych brzydkich
oskarżeń, zawartych w ostatnich jego słowach, nakłada obowiązek udowodnienia ich; oskarżenia te
są dla niego przekonywającymi, zgadzają się z obrazem, który mu nakreśliła nienawiść do tych mężów,
a więc są dla niego pewnymi. Każde oprzytomnienie, każda próba dostarczenia dowodów na to zniszczyłaby mu ten obraz. Dlatego też wola do tego
nie dopuszcza: zamiast zbadania rzeczy, mamy nieustanne powtarzanie oskarżenia. Któż to był ten
Fichte, którego w innym miejscu (<tytul_dziela>Świat jako wola
i przedstawienie</tytul_dziela> str. 7.) nazywa ,,filozofem, stosującym się do okoliczności", a któremu zbywać miało
na wszelkiej prawdziwej powadze, nieprzystępnej
dla wpływów zewnętrznych, mającej za cel jedynie
prawdę? Człowiek się chwyta za głowę: Cóż takiego ten Fichte uczynił, coby usprawiedliwiało
te słowa? Prawda, że w r. 1779, kiedy go posądzono o ateizm, pisał do Weimaru: ,,Szanowny Panie Tajny Radco! Rozporządzaj Pan moją osobą
bez zastrzeżeń, udziel mi Pan nagany za przeszłość
i daj mi wskazówki na przyszłość, tylko jedno pozostaw w spokoju: moją profesurę!" A w r. 1806
przyjmował na czele deputacji wkraczającego w bramę brandenburską zwycięskiego Napoleona przemową; że czuje się szczęśliwy, mogąc do stóp jego
cesarskiej mości złożyć hołd filozofii niemieckiej.
Tak mniej więcej postępowałby człowiek ,,stosujący się do okoliczności". --- Potrzeba niesłychanie
być lekkomyślnym, trzeba bezgraniczną, ślepą, Schopenhauerowską posiadać uległość wobec sugestii
swych własnych afektów, ażeby podobne wypisać
oskarżenia. Ale nawet cześć, którą Schopenhauer
komuś okazuje, nie chroni go od podobnych obelg.
Zauważyliśmy już poprzednio, w jaki sposób napadł
na Kanta z powodu zmian w drugim wydaniu
<tytul_dziela>Krytyki</tytul_dziela>; przyczyny tych zmian szuka on w obłudzie i obawie przed ludźmi, mianowicie w obawie
przed nowym władcą (Fryderykiem Wilhelmem II),
i nazywa je wprost nieuczciwością i sprzeniewierzeniem się zasadom (w liście do Rosenkranza
z r. 1837. u Schemanna str. 186. i nast.).</akap>


<akap>Samo wspomnienie napisanej w pięć lat później
<tytul_dziela>Religii w obrębie granic czystego rozsądku</tytul_dziela> ---
za czasów rozkwitu systemu Woellnerowskiego ---
i równoczesnych rozpraw, w których tak stanowczo,
niemal wyzywająco wystąpił Kant przeciw temu
systemowi, powinno Schopenhauera było przekonać,
że niesłuszne czynił zarzuty. Kant nie był bohaterem, milczał, gdy mu król milczeć kazał, ale nie
był też charakterem słabym i tchórzliwym, który by
myśli swoje fałszował z chęci przystosowywania się.</akap>


<akap>Co więcej jeszcze! Kiedy w <tytul_dziela>Krytyce</tytul_dziela> swej owe
czynił zmiany, nowy rząd jeszcze się z tej nie objawił
strony; zdaje się nawet, że pisane były jeszcze za
życia Fryderyka Wielkiego: stoją one widocznie
w związku z recenzją, która zaraz po ukazaniu
się pierwszego wydania sprawiła Kantowi przykrość wskazaniem na podobieństwo tych myśli z Berkeleyem<pe><slowo_obce>Berkeley, George</slowo_obce> (1685--1753) --- filozof irlandzki, zwolennik empiryzmu, autor maksymy <slowo_obce>esse est percipi</slowo_obce> (łac.: być znaczy być postrzeganym).</pe>. Gdy Rosenkranz nadmienił o tym Schopenhauerowi, nie napiętnowawszy zresztą w sposób
należyty tych insynuacji, filozof nasz bynajmniej
zarzutu swego nie cofnął, a tylko motyw obawy
przed ludźmi uzupełnił motywem żądzy oryginalności. Według niego Kant się obawiał, że przez zestawienie go z Berkeleyem sława oryginalności jego
dozna uszczerbku. Przypuszczenie niemające podstawy, tym bardziej dla tych, którzy wiedzą, że Kant
poczytywał sobie za zasługę nie uzasadnienie fenomenalizmu, ale użycie go za podstawę do racjonalizmu.</akap>


<akap>Tak lekkomyślnie postępował Schopenhauer z dobrym imieniem innych. Nie powinni o tym zapominać i ci, którzy tak są czuli na mniej korzystną
charakterystykę ,,mistrza". Nie powinni nad tym
tak lekko przechodzić do porządku i ci, którzy
Schopenhauera polecają jako wychowawcę.</akap>


<akap>Po tym wszystkim powiemy: Schopenhauer ma
w sobie strony godne naśladowania, ale ma także
i niegodne służenia za wzór, i dlatego też będzie
on dla małych duchów niebezpiecznym. Jeżeli ludzie, nie mający siły w sobie do działalności znamienitszej, naśladować będą jego metodę i jego ton,
jeżeli w jego stylu, gdy mówi o filozofii na uniwersytetach i o zajmowaniu się nauką, o kierunku smaku
i dążeniach umysłowych, zechcą dopatrywać się bicza
na postępki teraźniejszości, to z tego wszystkiego
czcza tylko wyniknie gadanina. Co w wielkim i silnym duchu posiada jako odwrotna strona jego
wnętrza pewną wielkość, to u naśladowców wywoływać będzie wrażenie śmieszności. Pogarda rzeczy
uznanych będzie krakaniem zarozumiałego młodzieniaszka, wielkie natchnienia zejdą do usiłujących
wstrząsać światem frazesów. Daleko łatwiej naśladować widoczne zewnętrzności, aniżeli wielkie przymioty wrodzone; w tym właśnie leży niebezpieczeństwo uważania wielkich ludzi za wychowawców.
Pod tym względem nasuwa też niejedną uwagę polityczne życie ludu niemieckiego w okresie pobismarckowskim.</akap>


<akap>Zdaje mi się, że i Nietzschemu nie wyszło na
korzyść wybranie sobie Schopenhauera na wychowawcę. Przynajmniej byłoby mu lepiej wybrać sobie
jeszcze innego wychowawcę, który byłby mu był
pomógł do zwalczenia wrodzonego mu popędu do
przeceniania siebie i gardzenia innymi. Wielkim
jest niebezpieczeństwem gruntowanie życia swego
na pogardzie otoczenia i poczytywanie sobie tej
pogardy za sprawiedliwość, nie znam też nikogo,
którego dusza wyszłaby z tego bez szwanku. I dusza Nietzschego bez szwanku nie wyszła. I dla niego
przekleństwem stało się wybrane przezeń powołanie,
ażeby współczesności podawać do ócz zwierciadło,
ażeby, mówiąc z Hamletem, ,,przemawiać do niej
sztyletami". Niewątpliwie prawda wymaga siły zniesienia samotności, skutkiem oporu jest zaś to, że
unikanie świata nie jest towarzyszem prawdy. A i to
można powiedzieć, że naród niemiecki nie posiadał
okresu w swym życiu, który by dawał większy powód do oburzenia i pogardy, aniżeli lata, w których
Nietzsche pisał swe <tytul_dziela>Uwagi nie na czasie</tytul_dziela>, aniżeli
lała, w których Lagarde pisał swoje ten sam posiadające nastrój, ale daleko poważniejsze i głębsze
<tytul_dziela>Pisma niemieckie</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Deutsche Schriften</tytul_dziela>): nigdy
fałszywe pozłacanki, zwłaszcza w dziedzinie literatury i sztuki, nie miały większego znaczenia
i powodzenia, aniżeli w dobie po zwycięskich
wojnach. A jednak byłoby dla Nietzschego lepiej, gdyby był sobie w tych latach innego wyszukał wychowawcę, aniżeli Schopenhauera, gdyby
był sobie poszukał człowieka, który, zamiast dumę
osobistą i pychę filologa posuwać do powszechnej
i bezwzględnej pogardy, przejawiającej się w <tytul_dziela>Uwagach nie na czasie</tytul_dziela>(<tytul_dziela>Unzeitgemaesche Betrachtungen</tytul_dziela>), byłby mu był inne, pozytywne wskazał cele
i nauczył go znosić resztę.</akap>


<akap>W testamencie, napisanym dla swego syna Jana,
stary Maciej Claudius pomieścił, obok wielu innych,
prawdziwą mądrością tchnących rad i wskazówek,
i to napomnienie: ,,Łatwo jest gardzić, mój synu,
a rozumieć daleko jest lepiej". Nietzsche powinien
był sobie raczej to wpisać do albumu, aniżeli radę
Schopenhauera, ażeby przeciw nienawiści ludzkiej
uzbroić się w ogólną pogardę ludzi. Może wśród
jego młodocianych wielbicieli znajdzie się ktoś, co
sobie to weźmie do serca, ktoś, komu rozprawa
niniejsza do rąk wpadnie.</akap>


<akap>Dla niego też dodam jeszcze słowo, wzięte z Kanta
<tytul_dziela>Kritik der Urteilskraft</tytul_dziela> (447): ,,Jest to zupełnie
śmiesznym, jeżeli ktoś nawet w sprawach najtroskliwszych badań rozumowych mówi i rozstrzyga jak
geniusz; nie wiadomo, z kogo się bardziej śmiać, czy
z komedianta, który naokoło siebie tyle rozsiewa
tumanów, że o niczym nie można wyraźnego wydać sądu, za to tym więcej można sobie imaginować, czy też z publiczności, która w prostocie
ducha wyobraża sobie, że niezdolność jej dokładnego zrozumienia i pojęcia tego arcytworu rozumu
wynika stąd, iż nowe prawdy rzucono jej masami,
gdy tymczasem szczegóły (dzięki dokładnie wyuczonym objaśnieniom i metodycznemu badaniu podstaw) wydają się tylko niedołężnym ułomkie"*.
Gdyby jednak ktoś, zwątpiwszy o powołaniu Schopenhauera i Nietzschego jako wychowawców, zechciał
sobie innego i lepszego wyszukać nauczyciela, to
potrafię mu go wymienić. Nie jest to, co prawda,
żaden nowoodkryty, żaden wychowawca nowomodny --- mam na myśli starego, a przecież wiecznie młodego Proroka z Nazaretu.</akap>


<akap>W jednym zgadza się on z Schopenhauerem:
i on naucza pogardy świata, jego dóbr i jego potęg.
<slowo_obce>Contemptus mundi</slowo_obce><pe><slowo_obce>contemptus mundi</slowo_obce> (łac.) --- pogarda dla świata.</pe> oto pierwszy rozdział jego
kazania. Uczy lekceważyć sobie dobra tego świata.
I nie tylko, jak Schopenhauer, ustami, ale daleko
skuteczniejszym przykładem swego życia. Gdy stał
na Górze Pokusy i zbliżył się do niego władca tego
świata, mówiąc: ,,Dam ci tę wszystką moc i sławę
ich, bo mi jest dana, a komu chcę, dawam ją;
a tak, jeśli się ukłonisz przede mną, będzie wszystko
twoje", odepchnął go od siebie i wybrał ubóstwo,
poniżenie, prześladowanie, hańbę, katusze i śmierć.</akap>


<akap>I w innym jeszcze sensie uczy pogardy świata.
Wyraz ,,świat" oznacza w języku dawnego chrześcijaństwa organizację świeckich interesów i władz
w państwie i społeczeństwie. I wobec nich naucza
Jezus uczniów swoich zachowywać samodzielność
i niezawisłość, zarówno wewnętrzną, jak i zewnętrzną. Daje on im tajemniczy środek ku temu,
zawarty w słowie: ciało mogą zabić, lecz duszy
zabić nie mogą. Uczy on zachowania samodzielności życia osobistego wobec trzeciej jeszcze formy
organizacji świata: wobec kościoła i władz, usiłujących panować i ciemiężyć w życiu duchowym, wobec
arcykapłanów i uczonych w piśmie. Wobec autorytetów i tradycji polega on na samym sobie i na pewności osobistej: Syn człowieczy panem jest szabatu
i wiary. I tutaj naukę zadokumentował życiem: walka
z potęgami duchowymi i autorytetami jest losem
jego życia i dolą jego śmierci. Nietzsche nie bardzo
zdaje się, chrześcijaństwo rozumiał, jeżeli je uważa
za religię stada i moralność niewolników. Nigdy
ludzkość nie była powołaną do pełniejszej i dumniejszej swobody, aniżeli przez ewangelię.</akap>


<akap>Kto więc szuka tego i za godniejszy cel sobie
stawia, kto pożąda niezawisłości swego ,,ja" od
świata i jego potęg, ten znajduje tutaj naukę i wzór.
Jezus nie należał do ludzi spokojnych, do egzystencji
nasyconych, żyjących z światem w spokoju i istniejące porządki uważających za doskonałe. Był on
raczej największym budzicielem niezadowolenia,
jaki kiedykolwiek żył na świecie. Niezadowolony
jest ze świata, co prawda, nie dlatego, że za mało
daje mu dóbr i uciech, za mało syci jego próżność
i żądzę władzy: miałby on niewątpliwie powód
uskarżać się na brak uznania i sukcesów, ostatecznie daleko bardziej niż Schopenhauer. Ale nie
w tym kierunku szło jego niezadowolenie, dotyczyło
ono czego innego: z piekącą odczuwa on boleścią,
że życie ludzi, jego braci, tak jest ubogie i bez treści,
tak marne i nędzne, że ludzie żyją jako niewolnicy pożądliwości i jako pachołki zakonu, że wżyciu
ich lak mało jest ducha i wolności, tak mało prawdy
i sprawiedliwości, miłości i duchowej rozkoszy.</akap>


<akap>I tutaj przechodzimy do drugiego rozdziału nauki
Jezusa, i pod tym względem filozof frankfurcki nie
ma już z nim nic wspólnego --- pod względem <wyroznienie>miłości</wyroznienie> Boga i ludzi. U Schopenhauera pogarda
świata istnieje sama przez się, przynajmniej w jego
życiu; u Jezusa jest ona odwrotną stroną miłości
Boga. <slowo_obce>Contemptus mundi</slowo_obce> i <slowo_obce>amor Dei</slowo_obce><pe><slowo_obce>amor Dei</slowo_obce> (łac.) --- miłość Boga.</pe> oto dwa
spojone ze sobą bieguny jego istoty. Żyje w miłości
bożej, w miłości do Boga i w miłości, którą czuje
się ukochanym przez Boga. I ta właśnie miłość boża
przenosi go ponad wszystkie przepaście, a także
ponad przepaść pogardy świata i odrzucania jego
autorytetów. On się nie rzuca, nie hałasuje, nie
wrzeszczy, nie słychać krzyku jego na ulicach, idzie
cicho swą drogą, pewien swego posłannictwa i, mimo
oporu świata, ostatecznego pewien zwycięstwa. W miłości Boga tkwią także korzenie jego miłości ludzi:
przecież to dzieci jego ojca. Prawda, zmarniałe
dzieci boże, ale w nich wszystkich żyje dalekie,
ciemne wspomnienie ojcowskiego domu, z którego
pochodzą. I mówiąc im o tym, wzbudza w nich
tęsknicę, wzbudza odwagę do powrotu: dlaczego
chcecie być licho płatnymi najemnikami świata, jeżeli powołani jesteście na wolnych synów Boga, na
obywateli jego królestwa? Nie zaprząta on się rozkawałkowywaniem nędzy i nikczemności ludzi, takich, jakimi są, ale trzyma się idei, zajmuje się tym,
czym człowiek być powinien, czym jest właściwie.
I tak żyjąc w idei, znajduje siłę, ażeby życie swoje
oddać za królestwo boże i przyjście jego na ziemię.</akap>


<akap>I tak więc pozostanie przy tym: nie Schopenhauer, nie Nietzsche wychowawcą, nie żadne inne
modne bożyszcze, które sobie postawić może świat,
za błędnymi idący ognikami, lecz wychowawcą będzie Nazareńczyk.</akap>





<naglowek_czesc>Hamlet.
Tragedia pesymizmu</naglowek_czesc>






<motto><strofa><slowo_obce>Feiger Gedanken</slowo_obce>/
<slowo_obce>Baengliches Schwanken</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Weibisches Zagen</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Aengstliches Klagen</slowo_obce>/
<slowo_obce>Wendot kein Elend</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Macht dich nicht frei</slowo_obce>./
<slowo_obce>Allen Gewalten</slowo_obce>/
<slowo_obce>Zum Trotz sich erhalten</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Nimmer sich beugen</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Kraeftig sich zeigen</slowo_obce>/
<slowo_obce>Rufet die Arme</slowo_obce>/
<slowo_obce>Dor Goetter horbei.</slowo_obce></strofa></motto><motto_podpis>Goethe<pt><slowo_obce>Feiger Gedanken...</slowo_obce> --- Tchórzliwe, lękiem przejęte, niezdecydowane myśli,
niewieścia chwiejność i trwożne skargi nie odwrócą nieszczęścia, nic wyzwolą ciebie. Trzymaj się, na przekór wszelkim
potęgom, nie uginaj się, bądź silny, a bogowie z pomocną
przyjdą ci ręką.</pt></motto_podpis>












<motto><motto><akap><slowo_obce>The gods are just, and of our pleasant vices Make instruments to plague us</slowo_obce>.</akap></motto></motto><motto_podpis><tytul_dziela>King Lear</tytul_dziela><pt><slowo_obce>The gods are just...</slowo_obce> --- Bogowie są sprawiedliwi i rozkoszne nasze grzechy
zmieniają w narzędzia męki dla nas.</pt></motto_podpis>





 




<naglowek_rozdzial>1.</naglowek_rozdzial>




<akap>Poniższa próba zrozumienia tajemniczej postaci
królewicza duńskiego, ogłoszona po raz pierwszy
przed laty dziesięciu, spotkawszy się z żywym uznaniem, wywołała także, w uwagach drukowanych
i listownych, stanowczy, aż do głośnego oburzenia
posunięty opór. Pojęcie moje charakteru Hamleta
postawiono pod pręgierz jako mylne, bezduszne,
bezsensowne. Nie narzekam na to, jest to w literackiej krytyce niemieckiej dawno praktykowany
obyczaj. Co prawda nie wpłynęło to absolutnie na
poniechanie mego pojęcia. Wzmiankę powyższą uczyniłem dlatego, ażeby temu pojęciu ułatwić drogę.</akap>


<akap>Pierwsza premisa<pe><slowo_obce>premisa</slowo_obce> (daw.) --- przesłanka.</pe>, na której sąd mój się opiera,
polega na tym, że bezpośrednie wrażenie, jakie odbiera nieuprzedzony czytelnik lub widz, w błąd go
nie wprowadza. Zachowanie się Hamleta jest dziwaczne, niesamowite. Z tymi, którzy zachowanie
się jego uważają za rozsądne, czynności jego za
niewykraczające przeciw zdrowemu rozumowi ---
z tymi do ładu przyjść się nie spodziewam. Wychodzę z założenia, że poeta chciał nam przedstawić charakter nienormalny i nienormalne postępki.
Owa słynna chwiejność polega nie na rozumnym
rozważaniu tego, co czynić należy, aby należyty
osiągnąć skutek, nie opiera się ona też na nadmiarze wątpliwości pod względem moralnym, ale
wynika ze stanu duszy, graniczącego z chorobliwością.</akap>


<akap>Istnieje jad roślinny, używany przez Indian amerykańskich do zatruwania strzał, ubezwładniający
nerwy ruchu i znoszący zdolność poruszania się,
nie usuwający jednakże zdolności odczuwania. 
W czymś podobnym kochał się Hamlet. Przykre
wrażenia, jakich doznał, wróciwszy do domu, z powodu śmierci ojca, zatruły go niejako moralnie
i to w ten sposób, że znikła zdolność moralnego
chcenia i działania, pozostała natomiast zdolność
odczuwania i cierpienia. Stan jego, objawiający się
zaraz na wstępie, w pierwszym monologu, można by
nazwać zatruciem, wstrętem. To nie smętek, wywołany w melancholijnym umyśle przez śmierć ojca;
naturalnie, w wnętrzu Hamleta jest ból i troska,
przewagę ma jednak pierwiastek wstrętu, pogardy,
obrzydzenia z powodu niewymownej ohydy i marności człowieka. Jak wrzód, pękający wewnątrz,
sprawia spustoszenia, tak oburzenie jego na to, co
widzi, z czym się spotyka, nie wyładowuje się na
zewnątrz w silnym gniewie i nienawiści, będących
bodźcami do czynu, lecz na wewnątrz w uczuciach
i wyobrażeniach, przesyconych wstrętem. W tym
usposobieniu znajduje go nakaz ducha. I oto dziwny
wewnętrzny stan chorobowy w dziwnym ujawnia
się zachowaniu.</akap>


<akap>W jaki sposób postępowałby na miejscu Hamleta człowiek zdrowy, u którego wola i rozum
działają normalnie? Zachowanie mogłoby być rozmaite. Jak w podobnej sytuacji reaguje młodzieniec choleryczny, widzimy to w zachowaniu się
Laertesa, który na samo przypuszczenie, że król
umaczał rękę w nagłej, tajemniczej śmierci jego
ojca, zbiera kupę niezadowoleńców i z szpadą
w ręku żąda od niego krwi ojca. Człowiek z większym zastanowieniem byłby powstanie przygotował, zorganizował, ażeby działać tym pewniej.
Inny, charakter bardziej prawniczy lub policyjny,
byłby może uważał za konieczne zbierać po cichu
świadectwa i dowody, ażeby mieć je w pogotowiu
i przeprowadzić dowód publiczny. Natura podstępna
ukryłaby w sobie nienawiść i podejrzliwość i czekałaby chwili, ażeby napaść na króla i urządzić
sprzysiężenie. Inny znowu, natura bardziej szczera
i doświadczona, stanąłby jako oskarżyciel publiczny,
zarzuciłby królowi zbrodnię w oczy i wyzwałby go
przed sąd boży. I jemu może by się zemsta udała:
samo przedstawienie mordu według relacji ducha
wystarczyłoby na to, ażeby król pobladł i zamilkł
i stanął w oczach ludu jako morderca. A gdyby
chciał zabić oskarżyciela, przypieczętowałby tylko
swą zbrodnię. Hamlet postępuje zupełnie inaczej:
wdziewa maskę obłąkańca, czego dla zdemaskowania i ukarania króla wcale nie potrzeba; byłoby
może daleko racjonalniej udaną wesołością zmylić
podejrzliwość króla. Na jedno atoli przydaje mu
się symulowany obłęd: dzięki niemu może on króla
i królową straszyć przytykami i, zrzuciwszy wszelką
dostojność, może towarzystwo dworskie ukazywać
w całej jego nagości. Dzięki spotkanej przypadkowo
trupie aktorskiej wykombinował sobie nagle plan,
ażeby za pomocą dyrygowanego przez siebie przedstawienia doprowadzić króla do okazania się mordercą w oczach dworu; zamiar ten usprawiedliwia
on przed samym sobą: wina jeszcze jest wątpliwa,
zjawisko ducha może być piekielnym mamidłem.
Plan się udaje, król opuszcza dwór jak oskarżony,
który sam się przyznał i osądził. A Hamlet co
teraz czyni? Zamiast skorzystać z sukcesu, zamiast
powiedzieć królowi: ,,ty jesleś zabójcą!", przywołuje muzykantów, chcąc uczcić tryumf swego talentu reżyserskiego!</akap>


<akap>Werder postanowił w wykładach swoich o Hamlecie pokazać, że postępowanie królewicza z racjonalnych wypływa motywów. Wychodzi on z założenia, że nie idzie tutaj o zabicie króla, lecz o zmuszenie go do przyznania się do winy, i w tym
celu owo widowisko teatralne znakomitym było
środkiem; zresztą dla Hamleta wina aż do przyznania się jest wątpliwą. Przyjąwszy to, jakkolwiek
środek ów pozostanie dziwnym, a przy tym nasuwa
się czysto przypadkowo, to przecież wszelka sztuka
racjonalnego wytłumaczenia rzeczy rozbije się o postępowanie Hamleta od chwili, gdy się ten zamiar
udał. Werder mniema, że przyznanie się króla jest
tylko pantomimiczne, wystarczyć by tu mogło jedynie wyraźne słowo. I owszem, w chwili, gdy
król stanął w jego oczach jako morderca, a on
w oczach króla jako wiedzący o zbrodni, powinien był Hamlet wszelkimi środkami wymusić na
nim zeznanie; jeżeli zaś tego nie umiał, albo nie
było wolno mu tego uczynić, wówczas środek ów
okazał się niedostatecznym. Bo ażeby król miał
wstać sam i wobec zgromadzonego ludu przyznać
się do mordu, tego tak bez powodu spodziewać się
nie było można.</akap>


<akap>Zresztą nie przypuszczam, ażeby istniał kiedykolwiek widz nieuprzedzony, który, będąc na przedstawieniu Hamleta, nie miałby od samego początku,
to jest od chwili zjawienia się ducha, gdzie twórca
spożytkował wszystkie środki swego niedoścignionego kunsztu, ażeby dać nam wrażenie jego obiektywności --- a więc nie przypuszczam, ażeby widz
ten nie miał pewności, że Hamlet bynajmniej
o prawdzie świadectwa tego nie wątpi i że w ogóle
najmniejszego nie ma tutaj wątpienia. Niemniej też
sam poeta usiłuje wpoić wiarę w widza, że dla
syna nie było trudnym zadaniem przekonać naród
duński nasamprzód o zjawieniu się ojca --- zjawiał się kilkakrotnie wobec świadków --- a następnie o prawdziwości zeznań ducha w sprawie
jego nagłej śmierci. A z tym wszystkim narzuca
się nam przekonanie, że cały ten szczegółowy proces dowodowy za pomocą widowiska teatralnego,
był z punktu widzenia działalności rozsądnej zupełnie zbyteczny i że wprowadziła go wyłącznie
dziwna istota Hamleta.</akap>


<akap>Czyż więc Hamlet chory jest umysłowo? Można
odpowiedzieć na to: tak i nie. Tak, niewątpliwie,
nie jest to człowiek normalny, znajduje się w stanie rozterki dusznej, widocznej na każdym punkcie
jego dusznej działalności. Przede wszystkim ograniczoną jest u niego wolność normalnej decyzji
i przeprowadzania powziętego zamiaru. Zresztą
i nagłe wahania nastroju są oznakami rozterki wewnętrznej; od najgłębszego przygnębienia przechodzi on bezpośrednio do nieokiełznanej wesołości.
Mowa jego odzwierciedla te nagłe przemiany duszy. Słyszymy u niego wyrazy spokojnego rozmysłu,
tak np. w obcowaniu z aktorami, a bezpośrednio
potem mamy wybuch najwścieklejszego lżenia samego siebie; kiedy indziej znowu zmieniają się słowa
współczucia dla przyjaciół w zimne trzymanie się
zdaleka; humor, zaprawiony weltszmercem, ustępuje nagle gwałtownemu patosowi (scena cmentarna). Albo przypomnijmy sobie stosunek jego do
Ofelii. Trzeba nam przypuścić, że właśnie w kilku
tych tygodniach, leżących pomiędzy śmiercią ojca
a początkiem sztuki, nagłą rozpłomieniał namiętnością; w tym samym czasie, w którym dusza
jego pełna jest bolu i smutku z powodu śmierci
ojca, a wstrętu i obrzydzenia z powodu ponownego zamążpójścia matki, pisywał owe dziwne listy
miłosne, ich królewskim mościom czytywane następnie przez Poloniusza. A bezpośrednio polem
(namiętność miłosna zmienia się nagle w wstręt
i pogardę, niemogące się nasycić najbrutalniejszymi przytykami, a które przy końcu ustępują znowu
miejsca deklamowanej patetycznie namiętności miłosnej. Tak więc nie ma wątpliwości, że stan Hamleta jest nienormalny, chorobliwy. Ale naturalnie ---
i to jest druga strona sprawy --- nie w tym sensie, w jakim go w czasach najnowszych usiłowali
przedstawić lekarze i psychiatrzy. Poeta nie chciał
nam pokazać pewnej, określonej formy patologii
psychicznej; nie ma on zamiaru używania sceny
jako kliniki, ażeby zademonstrować nam jakiegoś
neurastenika czy melancholika lub też wypadek patologicznej abulii<pe><slowo_obce>abulia</slowo_obce> --- brak woli.</pe>. Zachowanie się Hamleta może
w tym lub owym przypominać tego rodzaju stany
choroby, w ogólności jednak trzyma się ono w granicach tego, co w oczach sądu moralnopraktycznego uchodzi za czynność swobodną, rozumną. Posiada on nie tylko bystry rozum, szybką, dywinatorską<pe><slowo_obce>dywinatorski</slowo_obce> (z łac.) --- zdolny do przewidywania przyszłości.</pe> kombinację, ale także dokładną obliczalność
i konieczne panowanie nad sobą. Pomieszanie jego
nie znosi poczytalności. Wychodzi ono z sfery moralnej, co więcej, jest ono w pierwszym rzędzie
fenomenem moralnym: jest to brak należytego
oznaczenia woli, z tego braku wypływa właśnie
cała rozterka jego istoty. Goethe powiada w jednym
miejscu:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Pytasz się o sztukę życia?/
Ucz się wyżyć z złym i głupim".</strofa></poezja_cyt>



<akap>Tego kawałka sztuki życia, niewątpliwie kawałka ważnego, Hamlet nie posiada i z braku tego
ginie. Nie może znaleźć odpowiedniego stosunku
do złego; zamiast je odważnie pochwycić i zwalczać, cała jego energia duszy zwraca się ku wyśledzeniu tego zła, ku zdemaskowaniu go i obsypaniu obelgami. Zadanie, wobec którego postawiły
go losy, polega na zmożeniu<pe><slowo_obce>zmóc</slowo_obce> (daw.) --- pokonać.</pe> złoczyńcy, który
uwiódł jego matkę, zamordował mu ojca i usadowił się na królewskim tronie Danii. Niewątpliwie,
zadanie straszne, albowiem złoczyńcą tym jest brat
ojca. Zadanie atoli ściśle jest określone, idzie o to,
ażeby pomścić ojca, łotra pozbawić korony, uwolnić lud od zatrutego tchnienia mordu i kłamstwa,
którym zieje naokoło zadżumiony dwór królewski.
Zadanie to samo przez się nie jest nierozwiązalne;
Laertes, Fortynbras wykazują, w jaki sposób rozwiązać je można; ale Hamlet jest do tego zupełnie
niezdolny. Pojmuje ich należycie w drodze rozsądku, nakaz ducha tłumaczy w sensie potrzeby
czynu, z którym zwlekać nie można, a nie, jak
tego chce Werder, w wygórowanym sensie wykrycia zbrodniarza i udowodnienia mu zbrodni. Ale
dokonać tego nie może, wola odmawia mu posłuszeństwa: zamiast zwrócić się do czynu, do zmożenia zła, oddaje się jego badaniu, analizowaniu,
lżeniu. Chodzi naokoło niego, wpatruje się w nie,
pobudza się do gwałtownej wymowy i zużywa
energię swą na nagromadzenie wyzwisk i przekleństw dla mordercy i jego towarzyszki. Zamierzył się, ażeby za pomocą przedstawienia teatralnego podstępem wpędzić łotra w zastawione
sidła; skoro go jednak pochwycił, nie zamyka sideł,
ale tryumfalny podnosi głos z powodu swej sztuki
i wypuszcza zdobycz. Raz jeszcze losy mu oddają
króla w ręce, ale znowu idzie za popędem malowania i lżenia zła i podłości: zamiast przekonanego ukarać mordercę, lubuje się w fantastycznym
odmalowywaniu przyszłych okropności i przyszłej
zemsty. A potem zwraca się do matki, aby ,,przemawiać do niej sztyletami". Koniec zaś tego, że
trwałym poddawaniem się wstrętnym i deprymującym wyobrażeniom i uczuciom pozbawiony siły,
podlega złemu bez oporu, zamiast nad nim zapanować. Bez woli kazał się wysłać do Anglii, bez
woli też wyrzucony przypadkiem na wybrzeże duńskie, staje przed zatrutą szpadą Laertesa. Właśnie
powracając znad grobu kochanki, gdzie ponownie
ulega napadowi wielomówności, daje się przez króla,
o którego pięknej zasadzce na swe życie opowiedział Horacjuszowi, nakłonić do przyjęcia pojedynku, w którym ginie.</akap>


<akap>W jaki sposób doszedł do tego chorobliwego
zwyrodnienia? Poeta pozostawił nam wolne pole
do przypuszczeń co do poprzedniego życia Hamleta; jak zwykle, tak i tutaj wprowadza go przed
nasze oczy jako charakter gotowy, zajmujący względem stosunków i otaczających go osób stanowisko
wyrobione. Rozwój księcia moglibyśmy mniej więcej w ten skonstruować sposób: Od małości już
okazywał młody Hamlet niezwykłe uzdolnienie; posiadał szybką pojętność, bystry umysł, żywą wyobraźnię, wielką wrażliwość estetyczną, przy tym
łatwość języka i dosadny, trafny dowcip. Dlatego
właśnie był on przedmiotem dumy i podziwu ojca,
u którego strona woli posiadała przewagę. Żywy
popęd do poznawania rzeczy był w jego czasach
chłopięcych rysem predominującym, w młodzieńcu
zmienił się w wrażliwe umiłowanie prawdy, w skłonność do gorzkiego i bezwzględnego krytykowania 
wszelkiego gatunku nieprawdy, oszukaństwa i obłudy;
Wytworzyło to w nim owo bystre, charakterystyczne oko na słabości ludzi, połączone z silnym
i drażliwym samopoczuciem. Od wczesnych lat
przyzwyczajony do odczuwania swej duchowej
przewagi i do dawania jej odczuwać innym, nie
był zbyt dogodnym dla swego otoczenia; wrodzoną
zdolność do satyry, a także i do przedstawień mimicznych rozwinął do wirtuozostwa w patrzeniu
na rzeczy i w pokazywaniu ich z odwrotnej strony;
jako syn swego ojca, jako prawdopodobny przyszły władca, mógł on tę skłonność swoją wykonywać bez obawiania się zemsty ze strony dotkniętych pociskami jego szyderstwa. Nie uważam natomiast za wiarygodne, ażeby, jak to przypuszczają
inni, był kiedykolwiek sentymentalnym, marzycielskim idealistą, mającym o świecie i ludziach przesadnie korzystne pojęcie, zburzone potem przez
straszne doświadczenia. Królewicz miał ideały, niepodobna mi jednak zgodzić się z tym, ażeby kiedykolwiek hołdował wierze, iż ludzie jego otoczenia zbliżali się do tych ideałów i że dopiero w kilka
miesięcy po śmierci ojca, zbudziwszy się strasznie
z tego wymarzonego świata, przedzierzgnął się z przyjemnego i ufnego optymisty w gorzkiego szydercę,
tak, jak go widzimy w sztuce. Nie dostraja się to
do przenikliwej bystrości jego umysłu. Zdaje się,
że już od dawna ideałów swych używał raczej do
mierzenia nimi otoczenia i do wyszukiwania w nim
stron mało wartych, aniżeli do idealizowania go.
Wtem nastąpiła straszna zmiana w jego losach.
Folgując popędowi do kontemplacji, udał się wbrew
zwyczajowi królewskiego domu, ale za pozwoleniem ojca, w wieku nie całkiem już młodzieńczym
za granicę, ażeby poświęcić się studiom uniwersyteckim. Wtem odwołuje go do domu niespodziewana wiadomość o nagłej śmierci ojca. Zastaje
stryja przy władzy; w ślad za pogrzebem idzie
wesele; na dworze wszystko się zmieniło; widzi
też że jego samego traktują z nieufnością i lękiem. Nawiedzają go rozmaite podejrzenia; musi
język trzymać na wodzy; tym bardziej gorzknieją
jego myśli. Idzie w ślad za nimi i daje im wyraz
w monologach; cały dwór, cały świat przedstawia
się jego oczom jako ,,zachwaszczony ogród"; znienawidził życie, pożąda śmierci.</akap>


<akap>Śród takiego usposobienia zjawia się duch.
Wstrząsa nim do głębi. Ale równocześnie wyjaśnia
mu błyskawicznie całe położenie, ba, cały dramat
życia ludzkiego. Wyciąga tabliczkę z kieszeni
i z przenikliwym śmiechem zapisuje na niej, co
widział: wielką, jedyną prawdę: że człowiek może
się uśmiechać i uśmiechać, a mimo to niewymownym być łotrem. Przynajmniej, dodaje w sarkastycznym nawiasie, jestem tego pewny, że zdarza
się to w Danii. A potem, raz jeszcze przesuwając
notes przed oczami, nie bez pewnego zadowolenia
przygląda się udałemu rysunkowi: ,,I oto mam
was, stryjaszku, w całej waszej postawie: jesteście
łotrem, mordercą, jakiego nie było dotychczas ---
a niewinny, przyjazny uśmiech macie na obliczu!"</akap>


<akap>Doznaje czegoś w rodzaju satysfakcji. Od dawna
już w proroczej przeczuwał duszy, od dawna myślał, że coś się psuje w państwie duńskim; teraz
potwierdzenie tego ma w ręku. Tak, może mieć
poczucie siebie; dobry posiada węch, jest znawcą
ludzi, przenika błyskotliwą powierzchnię, jest filozofem, docierającym do jądra rzeczy. Jest w nim
jak gdyby przypomnienie owego poczucia duszy,
stanowiącego główny ton w schopenhauerowskim
nastroju życiowym, przypomnienie pewności, że
umie patrzeć głębiej niż ludzie przeciętni. Przybyłych właśnie oddanych mu przyjaciół, powiernika
Horacja, którego wierności i przywiązania innym
razem nachwalić się nie może, odprawia na pytanie, co mu duch wyjawił, odpowiedzią, jaką się
daje natrętom. Odkrycie więc pragnie zachować
dla siebie, zarówno szczegółowe, jak i ogólne; tabliczka ma być jego powiernikiem, jak dla Schopenhauera książka rękopiśmienna.</akap>


<akap>Gwinner wspomina, że Schopenhauer chciał
pewnego razu kazać sobie namalować na wieczku
od tabakierki parę błyszczących dzikich kasztanów,
ażeby mieć zawsze przed oczami odkrytą przez
siebie wielką prawdę: ludzie są jak te dzikie kasztany, piękni z zewnątrz, a wewnątrz gorzcy i nie
do użycia. Hamlet mógłby sobie ten sam symbol
kazać namalować na okładce swego notesu.</akap>


<akap>I w tej samej chwili strzela Hamletowi myśl
do głowy, w tej samej chwili uświadamia sobie
rolę, którą ma zagrać: będzie udawał obłąkańca,
błazna; wówczas może drwić sobie z całego świata,
może każdemu gadać złośliwości i winnego rozmaitymi przytykami smagać aż do krwi. I w przeczuciu tych bolesnych rozkoszy staje się wielomównym, dowcipnym, przyjaciołom swoim odsłania
też od razu próbkę swego talentu mimicznego: nie
powinni --- wmawia w nich --- tak a tak wykręcać ramion, tak a tak potrząsać głową, albo mrucząc pod nosem, dawać do poznania, że znają
jakąś tajemnicę. --- I raz jeszcze nawiedza go myśl
podobna, w chwili, gdy stają przed nim aktorowie:
spożytkuje ich, ażeby pantomimicznie i dramatycznie przedstawić dworowi jego wielką tajemnicę.
Zainscenizowawszy to wszystko, zagrawszy dla
swej satysfakcji i błazna, i dyrektora dramatu,
a w owej breughelowskiej piekielnej uczcie nocnej
z matką, także i moralistę, skończył swoje zadanie.
Do czynów siły nie posiada, ani nawet woli. To,
co dzieje się dalej, nie jest już widowiskiem Hamleta, lecz króla, który prowadzi akcję w ostatnich
dwóch aktach. Że wskutek zamiany rapierów znajduje śmierć i król Klaudiusz razem z Laertesem
i królową, to zemsta losów, nie dzieło Hamleta.</akap>


<akap>Gdyby poeta zostawił był króla przy życiu, jak to
przy prowadzeniu akcji było zewnętrznie zupełnie
możliwe, byłoby się jeszcze bardziej uwidoczniło niepowodzenie Hamleta. Szekspir liczył się widocznie
z swymi widzami: pozostawienie obłudnego króla
przy życiu dałoby zbyt uczuwać luki moralnego
ustroju świata. Wielu z pomiędzy widzów odczuło
jako treść, jako ideę sztuki właśnie owo doprowadzenie do zwycięstwa moralnego ustroju świata, który
za pomocą potęgi sumienia wydobywa na jaw i karze ukrytą winę. I ci zapewne mieli także słuszność.</akap>


<akap>Takie jest moje pojęcie istoty Hamleta i jego
charakteru. Zarzucano mi niejednokrotnie, że przedstawiam królewicza jako złoczyńcę, jako kreaturę
złośliwą i nikczemną. Do tego mylnego mniemania
dałem, być może, powód w pierwszej publikacji
niniejszego szkicu przez pomieszczenie kilku zdań
początkowych; wstęp ten obecnie opuściłem. Nie
uważam Hamleta za złoczyńcę i nigdy go nie uważałem, tak samo jak i Schopenhauer nie jest w mych
oczach złoczyńcą. Z drugiej strony nie mam powodu dopatrywać się w nim ,,czystego, szlachetnego i pod względem moralnym wydoskonalonego
charakteru". Może w nim był zadatek na wybitnego, a nawet wielkiego człowieka, na podstawie
jego uzdolnienia porównywałem go z królewiczem
Fryderykiem, późniejszym wielkim monarchą. Ale,
co prawda, nie rozumiem, jak może ktoś pasować
go na człowieka szlachetnego i dobrego właśnie na
podstawie tego, co widzimy i słyszymy w dramacie. Że boleje nad śmiercią ojca, że nienawidzi
mordercy, a większy jeszcze odczuwa wstręt z powodu nowego stosunku matki i że stosunek ten
obrzuca obelgami, w tym nie ma chyba żadnej szczególniejszej szlachetności; nie jest także wielkim
czynem etycznym, jeśli Poloniusza i towarzyszy
niszczy naprzód moralnie, a potem pozbawia ich
życia. Niewątpliwie uzdolnienie posiada wielkie,
losy obdarzyły go dowcipem i siłą genialnej intuicji. Nie mogę jednak poniechać myśli, że bystry
królewicz posiadał w sobie od początku żyłkę mefistofelesowską, nieobcą także naturze Fryderyka II.
Okrutne stosunki, w które los go wciągnął, sprawiły, że inne strony tej bogatej natury zostały
coraz to bardziej przytłumione, gdy tymczasem owa
żyłka znalazła w nich korzystne źródło rozwoju.
Skutkiem tego mamy, co prawda, przed sobą charakter, wywołujący nie szacunek i cześć etyczną,
ale tragiczne współczucie, że skojarzenie się winy
i losów sprowadziło upadek wspaniałego ducha.
Byłoby może nie bez racji, gdyby zamiast owego
zarzutu, że z Hamleta czynię złoczyńcę, chciano
inny podnieść zarzut, że może zbyt jednostronnie
roztrząsam go ze strony moralnej. Odpowiedziałbym
na to, że dotychczas stronę tę zaniedbywano zbyt
często, a dalej, że dla pojmowania i sądzenia spraw
ludzkich pierwiastek moralny nie jest również bez
znaczenia, a według wiarygodnych przypuszczeń,
znaczenie posiada istotne, czemu, zdaje mi się,
i sam Szekspir zaprzeczyć by nie mógł.</akap>



<!--TRIM:4-->


<naglowek_rozdzial>2.</naglowek_rozdzial>




<akap>Spróbuję teraz pojęcie to charakteru Hamleta
szczegółowo uzasadnić.</akap>


<akap>W środku sztuki znajduje się zewnętrznie i we wnętrznie scena widowiskowa, w niej leży perypetia: pierwsza połowa prowadzi do niej, druga
połowa z niej wychodzi. Jest ona również tą częścią akcji, której w źródle swoim Szekspir nie
znalazł, jest ona własnym dodatkiem poety, wynalazł ją dlatego, aby w niej bohater w najjaśniejszym stanął świetle. Jakżeż on tam wygląda? Jako
człowiek, który jest wirtuozem w sztuce wydobywania na światło rzeczy ukrytych, zupełnie jednak
niezdolny do spełnienia czynu.</akap>


<akap>Przedstawienie zaczyna się pantomimą, wynalezioną przez Hamleta. Podaję tekst w całości:</akap>


<akap>Wchodzi król i królowa, czuląc się wzajemnie;
królowa ściska króla, a ten ją; królowa klęka przed
nim, czyniąc ruch, jak gdyby przysięgała. Król ją
podnosi i głowę swą kładzie jej na piersi, siada
na darni i zasypia. Ona go puszcza, widząc, że
usnął. Wkrótce potem zjawia się jakiś łotr, zdejmuje mu koronę z głowy, całuje królową, nalewa
trucizny do uszu króla i odchodzi. Królowa wraca,
a przekonawszy się, że król nie żyje, namiętnie
gestykuluje. Truciciel zjawia się, z dwoma lub
trzema niemymi i udaje, jak gdyby z nią narzekał.
Wynoszą trupa. Truciciel stara się za pomocą podarunków o rękę królowej; królowa udaje z początku
niechętną, później jednak miłość jego przyjmuje.</akap>


<akap>To jest widowisko, wynalezione przez Hamleta,
widowisko małe, służące mu do wytłumaczenia widowiska wielkiego, które przedstawiają właśnie
w Danii, a które przedstawiane będzie po wszystkie
czasy. Treścią jego: skrytobójstwo, kradzież, cudzołóstwo, kłamstwo i obłuda. Bodźcami, poruszającymi
figury na tej scenie, są: ambicja, żądza władzy,
chciwość, rozpusta u mężczyzn i rozpusta, chciwość, żądza władzy u kobiet.</akap>


<akap>Po skończeniu pantomimy pyta się Ofelia:</akap>


<dlugi_cytat><naglowek_osoba>OFELIA</naglowek_osoba>





<kwestia><akap> Cóż to ma znaczyć, mój książę?</akap></kwestia>



<naglowek_osoba>HAMLET</naglowek_osoba>





<kwestia><akap>Bigos hultajski; oznacza nieszczęście.</akap></kwestia>



<naglowek_osoba>OFELIA</naglowek_osoba>





<kwestia><akap>Zapewne widowisko to zawiera w sobie treść sztuki? </akap></kwestia>



<didaskalia>Wchodzi <osoba>Prologos</osoba>.</didaskalia>


<naglowek_osoba>HAMLET</naglowek_osoba>





<kwestia><akap>Dowiesz się od tego hultaja. Aktorzy
nie umieją niczego utrzymać w tajemnicy, wypaplą wszystko.</akap></kwestia>



<naglowek_osoba>OFELIA</naglowek_osoba>





<kwestia><akap> Czyż on nam odkryje, co widowisko to
oznacza?</akap></kwestia>



<naglowek_osoba>HAMLET</naglowek_osoba>





<kwestia><akap>A juści! Lub też widowisko, które
wy byście mogli mu odkryć. <wyroznienie>Nie wstydźcie się tylko
odkryć mu widowiska, to i on nie będzie się wstydził
odkryć wam, co ono oznacza.</wyroznienie></akap></kwestia></dlugi_cytat>



<akap>A więc życie jest tą niemą grą; widowisko Hamleta tłumaczy to naprzód pantomimicznie, a potem
i słowami. Celem rzeczy --- powiada na początku
swej wkładki --- ,,jak dawniej, tak i teraz było
i jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej oblicze, złości żywy jej obraz,
a ciału i duchowi wieku postać ich i piętno".</akap>


<akap>A jaki miał zamiar twórca Hamleta, przedstawiając nam go w roli poety i reżysera? Chyba ten,
aby Hamleta pokazać nam w zwierciedle. Jak człowiek taki, jak Hamlet, widzi ludzi i życie, jakie
zajmuje stanowisko wobec zadań życiowych, jak
to wpływa na jego postępki i jego losy, wszystko
to pokazuje nam poeta w swej tragedii hamletowskiej. Nie zapominajmy o jednym: Szekspir nie
jest Hamletem, tylko twórcą Hamleta.</akap>


<akap>Zanim się tym zajmiemy bliżej, przyjrzyjmy się
nasamprzód publiczności, dla której Hamlet stworzył swoje widowisko i przed którą grać je każe.
Niewątpliwie nigdy nie było towarzystwa podatniejszego dla tego rodzaju widowiska, nie było towarzystwa, które by dla sztuki odkrywania zła i łotrostwa wdzięczniejsze przedstawiało pole.</akap>


<akap>Znajdujemy się na dworze królewskim, na królewskim dworze Danii. Zgromadziło się tutaj najlepsze towarzystwo kraju, nadzwyczaj godne, nadzwyczaj moralne, nadzwyczaj patriotyczne. Król
i królowa to wzór zgodnej i czułej pary małżeńskiej. Czułą też otaczają opieką swego syna i pasierba; przemówienia ojczyma i matki pełne są
miłości i troski o jego dobro. Niemniej i stosunek
ich do otoczenia jest jak najlepszy i najgodniejszy;
jeżeli dworacy służą królowi z przyjaznym szacunkiem, to król ma dla nich, jak dla przyjaciół, pełno
serdeczności. Jest jeszcze ktoś inny, z którym bliższe wiążą ich stosunki: zmarły małżonek i brat.
Wspominają go z wierną miłością w sercu; o tyle
tylko poszli za głosem rozsądku, że myśląc o nim
z ,,rozumną żałobą", nie całkiem zapominają o teraźniejszości i jej wymaganiach.</akap>


<akap>A teraz przyjrzyjmy się tym samym osobom
z wewnątrz! Nieżyjącego króla oni zabili; wspomnienie tej chwili budzi grozę w ich sercu. Jakkolwiek królowa nie brała bezpośredniego udziału
w mordzie, to przecież dodawała otuchy złym chuciom mordercy. Na syna zmarłego, na jej syna
patrzą oboje z lękliwą podejrzliwością: co on zamierza? Co oznacza jego dziwne, tajemnicze zachowanie? Niechby sobie poszedł, gdzie słońce i miesiąc nie świecą --- oto najgorętsze życzenie przynajmniej króla. Ale równocześnie potrzebują go;
dopóki żyje, musi przebywać na ich dworze; nie
może wracać do Witembergi; jego nieobecność
tłumaczono by sobie jako nieme oskarżenie, jako
cichy protest przeciw nowemu związkowi. Tak i tak
rozmaite chodzą szepty; prosty lud nie dowierza,
jak to się okazuje potem przy powstaniu Laertesa;
Hamlet musi pozostać; jeżeli syn żyje na dworze
świeżej pary, to któż rzuciłby kamieniem na wczesne
wesele? Któż by następcę powoływał do odpowiedzialności, jeżeli prawowite dziecko rachunku nie
żąda?</akap>


<akap>Tak samo i stosunek pomiędzy parą królewską
a dworakami, który dla patrzących nań z zewnątrz
wydaje się tak przyjaznym i serdecznym, jest w rzeczywistości tylko stosunkiem wzajemnego wyzysku.
Dworacy służą dla zdobycia łaski i pieniędzy; pochlebiają każdemu, kto płaci. Ci sami ludzie, którzy przedrzeźniali księcia Klaudiusza, prawdopodobnie nie będącego w łaskach u starego króla,
kupują teraz jego miniatury po 20, 40, 50, a nawet 100 dukatów (II. 2). Co myślą o nim w duszy, z tym się wprawdzie nie zdradzają; naturalnie
jeden drugiemu nie dowierza, to też ulżyć sercu nie
można. Stary Poloniusz wykłada synowi tajemnicę
zachowywania się na dworze:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Każdemu ucho podawaj, nie język!/
Porady przyjmuj od wszystkich, lecz skąpym/
Bądź w swoich sądach..."</strofa></poezja_cyt>



<akap>Jak się zaś przedstawia stosunek króla do dworzan wewnętrznie, widzimy to z zachowania się
jego na wieść o zabójstwie Poloniusza, najstarszego
z doradców, z którym korona Danii tak blisko była
spojona, jak głowa z sercem (I. 2; IV. 5). Pierwsza
jego myśl jest ta: tak by się stało z nami, gdybyśmy w swej wysokiej osobie stali poza tapetami. A druga: Sprawa to arcynieprzyjemna; złe wywoła wrażenie, mogą ją nam przypisywać. A trzecia
i ostatnia: Hamlet musi wyjechać, do Anglii, na
śmierć, wymaga tego nasze bezpieczeństwo. Ani
słowa skargi czy bólu; na ustach jego nie zjawiło
się nawet marne słówko pożałowania; myśli tylko
osobie i o przykrościach, które mogą dla niego
stąd wyniknąć.</akap>


<akap>Z właściwą sobie wyrazistością mowy tłumaczy
Hamlet w następnej scenie Rosenkranzowi, jakby
tego jeszcze nie wiedział, co znaczy dworzanin
w oczach króla: jest ,,gąbką, która wciąga w siebie królewskie względy, nagrody i wpływy. Atoli
tacy urzędnicy wyświadczają królowi najlepsze
usługi w świecie. On ich trzyma tak w kąciku swej
szczęki, jak małpa; bierze ich do gęby, aby ostatecznie ich połknąć. Jeżeli potrzeba mu tego, czym
wyście nasiąknęli, potrzebuje was tylko pocisnąć,
wtedy jesteście gąbką, ale już suchą" (IV. 2).</akap>


<akap>A więc istotą króla jest samolubstwo, pokryte
udaną godnością i humanitarnością, która jednak,
gdy tego zajdzie potrzeba, przed żadną nie cofnie
się zbrodnią. Zresztą nie jest to bynajmniej człowiek mały, nic nieznaczący. Ody Hamlet nazywa
go biednym łotrem, królikiem w łachmanach, to
jest to karykatura, będąca wynikiem jego zgorzkniałej wyobraźni; obraz, namalowany przez poetę,
jest inny. Król Klaudiusz nie jest człowiekiem bez
siły i powagi. Nie jest to wprawdzie żaden bohater i król z urodzenia; ale jest to władca zręczny,
mądry, umiejący się posługiwać wszelkimi środkami dyplomata, jest to król, na dziesięciu królów
przewyższający dziewięciu rozumem, pewnością woli
i bezwzględnością w spełnianiu tej woli. Tak samo
nie należy też malować obrazu królowej jedynie
według tego, co mówi o niej Hamlet. I ona nie
jest kobietą pozbawioną królewskości, zewnętrznie
postać pewna siebie i okazała; posiadała miłość
starego Hamleta, nie pozbawiona jest też miłości
dla syna. Prawda, nie przeszkodziło to jej bynajmniej dać posłuch uwodzicielowi i po śmierci męża
stać się jego małżonką.</akap>


<akap>To pierwsza rodzina kraju; przyjrzyjmy się tedy
drugiej, rodzinie Poloniusza. Patrząc na nią z daleka i z zewnątrz, zobaczymy i tutaj samo szczęście
i świetność. Poloniusz jest po królu pierwszym
w państwie człowiekiem, najdoświadczeńszy i najszczęśliwszy to mąż stanu, najgodniejszy i najszanowniejszy ojciec rodziny. Syn jego Laertes, dobrze wychowany, wykształcony młodzieniec, który
co dopiero w Paryżu dokończył edukacji, odziedziczy jego stanowisko; węszą to już dworacy, Ozryk
nie może znaleźć miary w pochwałach: ,,jest to
wizytówka albo chodzący przepis dobrego tonu,
albowiem znajdziecie w nim wszystko to, na co
prawdziwy kawaler patrzy z przyjemnością" (V. 2).</akap>


<akap>Tak samo i siostra jego Ofelia jest synonimem
i wykwitem szlachetnej kobiecości: piękna i czysta
jak róża majowa, szlachetnego i miłego usposobienia, czule oddana rodzinie, jednym słowem przymioty jej ,,wyzywające w swej doskonałości, jaśniały zawsze na szczycie widowni naszego wieku!"</akap>


<akap>Dzięki niej przygotowuje się snadź<pe><slowo_obce>snadź</slowo_obce> (daw.) --- widocznie.</pe> nowe wywyższenie rodziny: kocha ją Hamlet, królewicz
i dziedzic korony duńskiej; otwierają się widoki
spokrewnienia domu z rodziną królewską. Ale nie tylko szczęście, w domu tym panuje obok szczęścia i dobry obyczaj. Co więcej, w domu tym aż
się przelewa od moralności. Od samego początku,
wszedłszy do niego, słyszymy dwa piękne kazania
moralne; jedno brat powiada siostrze, drugie ojciec
wygłasza synowi; widocznie nauczył się ich na pamięć przed dawnymi laty; może ochmistrz jego
wpisał mu te sentencje do albumu, kiedy on, Poloniusz, jako młodzieniec udawał się do Paryża.</akap>


<akap>A teraz odwrotna strona medalu. W pierwszej
zaraz scenie aktu drugiego dowiadujemy się, czym
jest ta moralność starca i jak wygląda zaufanie
syna do ojca. Poloniusz wysyła w ślad za synem
zaufanego sługę, dając mu wskazówki, aby szpiegował jego życie. Widzimy, jak stary ten dworak,
przygarbiony na drodze kłamstwa, z zadowoleniem
wpaja mu swą sztukę ,,chwytania karpia prawdy
na wędę kłamstwa". Umie tylko dyplomatyzować;
kłamstwo stało się jego drugą naturą, a gdzie sam
we własnej osobie nie może kłamać, podsłuchiwać,
szpiegować, tam z lubością rajfurzy<pe><slowo_obce>rajfurzyć</slowo_obce> (daw.) --- stręczyć.</pe> kłamstwu. Dowiadujemy się także, na czym polegać winna moralność światowa: gra, picie, zwady, przekleństwa
i t. d., byle tylko zachować w nich miarę, bynajmniej honorowi młodego człowieka w oczach ojca
ujmy nie czynią. Sługę, liczącego się bardziej z skrupułami, poucza on wyraźnie i dobitnie, że są to
małe plamki swobody i młodości; sam też w innym miejscu z zadowoleniem przypomina sobie
swoje własne szaleństwa miłosne (II. 2). Nie mamy
powodu przypuszczać, że syn pod tym względem
nie odpowie oczekiwaniom ojca.</akap>


<akap>A jak się ma sprawa z rycerskością naszego
dżentelmena, tego ,,wzoru wszelkiej szlachetności",
przekonywamy się z chwilą, gdy się dowiaduje, że
ojca jego zamordowano na pokojach króla. Sądzi ---
a naprowadza go na to utajenie zajścia i zaniechanie pogrzebu na koszt państwa --- że ojciec
wraz z rodziną popadł w niełaskę; plan od razu
gotowy: ja lub ty. Zbiera gromadę niezadowoleńców i wpada do zamku. Królowi udaje się rozwiać
jego podejrzliwość; Poloniusza zabił Hamlet nie
z wolą króla, lecz wbrew jego woli; Hamlet jest
wrogiem, zagrażającym jednemu i drugiemu. I od razu z zrozumieniem rzeczy i zapałem godzi się
Laertes na plan królewski, aby Hamleta usunąć
skrytobójczo. Ba, szlachetny rycerz uprzedza króla;
nie wystarczy mu użyć w pojedynku niestępionego
rapiera, smaruje go jeszcze maścią trującą, którą
kiedyś sobie kupił i którą ma pod ręką --- zdaje
się, że i ta sztuka nie jest dla niego pierwszyzną.
Tak wygląda kwiat rycerstwa duńskiego, skrytobójca i truciciel, tak jak i król. A dla uzupełnienia
obrazu przypomnijmy sobie jeszcze ten wstrętny,
samochwalczy patos jego obłudnego bólu z powodu siostry i ojca!</akap>


<akap>A jaką jest Ofelia? I jakiego rodzaju jest stosunek jej do Hamleta?</akap>


<akap>Słyszymy przede wszystkim, co o ,,stosunku"
tym myśli ojciec i brat (I. 3); mówią o tym długo
i szeroko. Bądź mądrą, powiada brat, Hamlet kocha się w tobie, ale niepohamowanej namiętności
jego folgi nie dawaj, bo niepewną jest rzeczą, czy
weźmie cię za małżonkę i czy wziąć cię może.
Bądź mądrą, mówi i ojciec; powiedziano mi, że
królewicz Hamlet od niedawnego czasu zbyt często
widuje cię sam na sam, a i ty zbyt pochopną jesteś w ułatwianiu mu przystępu; jeżeli tak jest, to
muszę ci powiedzieć, że sama nie masz o sobie
tak jasnego pojęcia, jakby to na córkę moją przystało i jakby to się godziło z twą czcią:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Raczcie być odtąd nieco oszczędniejszą/
Ze swą dziewiczą obecnością; wyższą/
Do swej rozmowy przykładajcie miarę,/
Niżby na rozkaz śpieszyć zaraz z słowem" (I. 3).</strofa></poezja_cyt>




<akap>Widzimy, że z tej strony nie zbywa Ofelii na
pouczeniu, zarówno pod względem tego, co ma
czynić, jak i czego ma zaniechać, dla zdobycia
Hamleta. Wychodzi to mniej więcej na jedno: im
więcej będziesz powściągliwą, tym bardziej będziesz
pożądaną; a przede wszystkim:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Tylko cię złodziej/
Niech nie uwodzi,/
Chyba na palec/
Ślubny ci włoży pierścionek".</strofa></poezja_cyt>



<akap>I oboje, zda się, radę tę uważają za potrzebną;
ona jest jedynie niedowarzoną, powiada ojciec,
i nie ma w tych niebezpiecznych rzeczach należytego doświadczenia; a brat napomina: najostrożniejsza dziewczyna staje się rozrzutną, jeżeli wdzięki
swe odsłoni mężczyznie.</akap>


<akap>Czyż rada była tu potrzebną? Zdaje się, że aż
nadto; gdyż Ofelii snać<pe><slowo_obce>snać</slowo_obce> a. <slowo_obce>snadź</slowo_obce> (daw.) --- widocznie.</pe> nie inaczej wiedzie się
z Hamletem, jak Małgosi z Faustem. Jak ta, tak
i tamta doznała pomieszania zmysłów, gdy Hamlet zabił ojca i gdy znikła nadzieja prawowitego związku, pomieszania, które doprowadziło do
śmierci. Czy do samobójstwa? Tak myślą grabarze
i księża; w relacji swej o wypadku nadaje królowa sprawie tej kierunek właściwy. Czy mamy
tutaj do czynienia z relacją autentyczną, jak to
przyjmują komentatorowie, lub czy też z zwykłymi
spotykamy się osłonkami, wchodzić w to nie potrzeba. Godzi się nam przypuścić, że królowa rozumie się na osłanianiu i fałszywym przedstawianiu rzeczy, tak że nie każde jej słowo co do Ofelii
należy brać za dobrą monetę; przypomnijmy sobie
tylko, jak ona, wbrew prawdzie, mówi o Hamlecie,
po zabójstwie Poloniusza, że nad czynem swoim
łzy wylewa (IV. 1).</akap>


<akap>Tak samo, jak co do rodzaju śmierci Ofelii, pozostawił nas poeta w niepewności także i co do
jej stosunku do królewicza. Zdaje mi się jednak,
że jest kilka rysunków, rzucających światło na ten
stosunek. Wystarczający motyw mieliśmy nie tylko
w jej pomieszaniu zmysłów, ale także w rozmaitych napomknieniach obojga osób, które jedynie
mogą o tym wiedzieć. Przypominam wiersze, które
Ofelia śpiewa w obłąkaniu, wiersze o dziewczynie,
co to w dniu świętego Walentego stanęła pod
oknem kochanka: żądała aby ją wpuszczono i żądaniu temu uczyniono zadość. Albo przyjrzyjmy
się przytykom i brzydkim przymiotom, którymi
Hamlet w akcie III obsypuje Ofelię i jej ojca; dopiero w przypuszczeniu powyżej zaznaczonym zrozumiałą będzie dla nas cała jadowitość ich sensu.</akap>


<akap>Ale Ofelia czyż nie jest uosobieniem niewinności i skromności? Vischer mówi o ,,przysłonionej
piękności duszy". Że nie jest to jedynie możliwe
pojęcie, widzimy to z charakterystyki Goethego:
cała jej istota obraca się w dojrzałej, słodkiej zmysłowości. Postać tę poeta tylko naszkicował, tak
że aktorka ma tutaj rozległe pole do popisu. Ja bym
powiedział, że i z pojęciem Vischera dałby się pogodzić wynik jej stosunku miłosnego; raz jeszcze
przypominam Małgosię: czyż, mimo wszystko, nie
jest ona duszą najczystszą i najmilszą? Zresztą,
czyż Ofelia, córka takiego Poloniusza, siostra takiego Laertesa, dama dworu takiej królowej, jest
naprawdę dziewczyną tak głupiuchną, jak mniema
ów starzec? Przypominam wreszcie, jak później,
w obłąkaniu, podaje rutę sobie i królowej (angielskie ,,rue" oznacza także skruchę): Zdaje się, że
tak samo jak króla, któremu podaje koper i orliki
(symbole pochlebstwa i wiarołomstwa), zna także
i królowę; widowisko Hamleta śledziła widocznie
nie bez zrozumienia. Jeżeli więc za pomocą języka
kwiatów stawia się wyraźnie obok królowej, co
prawda w pewnym oddaleniu, to widocznie albo
ona, albo też poeta, chcący pozostać przy napomknieniach, wyraźniej przemawiać nie mogli<pa>Zaznaczam, że pod względem takiego pojęcia stosunku
Hamleta do Ofelii nie jestem odosobniony; tak samo zapatruje się Tieck (Dramaturg. Blaetter II. 58 i n.), a po nim
kilku innych; przypuszczenie to, mniemam, musi się nasuwać każdemu uważniejszemu czytelnikowi, nie dającemu się powodować zwykłemu, zbyt sentymentalnemu przedstawieniu
Ofelii na scenie. Oczywiście, stanowczego dowodu przeprowadzić niemożna; poeta nie dopowiedział wszystkiego, a uczynić tak musiał, aby scenom pomiędzy Hamletem a Ofelią
oraz Hamletem a Poloniuszem nadać charakter, jaki w sztuce
posiadają. Zresztą uwagi godnym jest i to, że w substracie
dramatu, w dziejach Amletha w <tytul_dziela>Historia Danica</tytul_dziela> Saxona Gramatyka w opracowaniu Francuza Itelleforest w <tytul_dziela>Histoires
tragiques</tytul_dziela>, jest również mowa o tajemnym porozumieniu
królewicza z pewną piękną, oddaną mu damą dworu. Król
Fengo, bratobójca i zaborca tronu, nie dowierza szaleństwu
pasierba; dla zdemaskowania go jako symulanta radzą mu
dworzanie sprowadzić go sam na sam z piękną, młodą
dziewczyną: jeśli szaleństwo jest udane, to się wobec takiej
pokusy nie ostoi. Spotkanie urządzono niby przypadkiem
w samotnym ustroniu leśnym. Atoli zakochana w nim dziewczyna zawiadamia go, że zastawiono nań sidła. Po czym wprowadza dworzan w błąd co do swego stosunku; on potwierdza, że był jej bliski, ona temu stanowczo zaprzecza. Widzimy więc, że tutaj już znajduje się zarys Ofelii, jakkolwiek bardzo lekki; dotyczący rys znajduje się jednak i w tym
wizerunku.
Zresztą, jaką namiętną, osobistą sympatię wywołują
wciąż jeszcze losy Ofelii --- Tieck o mało nie został przez
jakiegoś angielskiego szlachcica wyzwany na pistolety --- wynika z pisma, które otrzymałem od pewnej bezimiennej damy
angielskiej, czyniącej mi najgwałtowniejsze wyrzuty z powodu zelżenia kochanki Hamleta. I Loening (<tytul_dziela>Tragedia Hamleta</tytul_dziela> 1893) oburza się na wątpiących o cnotliwości Ofelii: takie ciągle zajmowanie się tą dyskretną sprawą, to --- powiada on --- nieuzasadniona ciekawość, jeżeli nie coś gorszego --- mianowicie dowodzi to, jak mówi zaraz potem,
zdeprawowania wyobraźni; dla sztuki kwestia ta jest dość
obojętną, obraz Ofelii przez to samo wcale się jeszcze nie
zmienia. --- A więc po co wówczas te gniewy? Mnie się jednak zdaje, że sprawa ta dla sztuki nie jest przecież tak
bez znaczenia: jeżeli nie obraz Ofelii, to wizerunek Hamleta
otrzymuje dzięki temu rys dosyć ważny. A potem: zdeprawowanie wyobraźni ma być źródłem tego przypuszczenia?
Na zdeprawowanie wyobraźni chorują ludzie, nie wierzący
w cnotę Ofelii? W takim razie niedaleko bylibyśmy od ---
pistoletów. I Kuno Fischer mówi o ludziach, którzy z Ofelii
pragną zrobić jakoby ladacznicę!
Ależ, gwałtowni panowie,/
Po co wam zaraz tak przesadzać w słowie!?/
Tak samo i Vischer (w ogłoszonych co dopiero <tytul_dziela>Odczytach
o Szekspirze)</tytul_dziela> ledwie zdoła się umitygować, gdy punkt ten
porusza; co prawda, musi on wówczas obrzydliwe przytyki
Hamleta kłaść na karb ,,surowości wieku" i przyganiać poecie z powodu wierszy Ofelii o owej dziewczynie w dzień
św. Walentego. No, Szekspir chyba wiedział, co, odpowiednio do ich charakteru, kładł osobom swym w usta. Zresztą
co się tyczy wierszy, które Ofelia śpiewa w obłąkaniu, to
oczywiście nie dowodzą ono niczego, mogą to być również
mamidła obłędnej wyobraźni. Atoli razem z innymi momentami trzeba je będzie przecież uważać za coś w rodzaju napomknienia poety.</pa>.</akap>


<akap>A Hamlet, człowiek, karmiący się troską, niemal ginący z bólu z powodu śmierci ojca i hańby,
jaka go spotkała ze strony matki? --- No, jeżeli
troska i żal nie powstrzymały go od zakochania
się i pisywania miłosnych listów, to z pewnością
i owego zajścia nie będzie potrzeba uważać za wypadek, znajdujący się poza obrębem możliwości
psychologicznej. Wróciwszy, po kilkuletniej może
nieobecności, z Witembergi, ujrzał młodą dziewczynę, którą znał od małości, w pełni dziewiczego
rozkwitu. Piękność ta podziałała na niego; Ofelia
pełna była podziwu dla wykształconego, dowcipnego księcia; stosunek stawał się coraz to bliższy,
tym bardziej, że królewicz czuł się na dworze zupełnie osamotnionym.</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Tak się wszystko stało,/
Jak się stać musiało" ---</strofa></poezja_cyt>



<akap>jak mówi Hamlet do ucha Poloniuszowi, staremu
Jefcie --- Jefta miał również córkę, która tak samo
padła ofiarą ojcowskiej ambicji. Potem zjawił się
duch. I oto wzrastająca u Hamleta gorycz i nienawiść ludzi zwróciła się także przeciw Ofelii; podejrzewa ją o wyrachowanie w miłości. Jest przecież damą dworu królowej i córką Poloniusza!
Chciano go chwycić w pułapkę! Podobało się to
staremu: teść przyszłego króla! A ichmości królewskie przytakiwały głową: niech się ożeni, a pewnie się uśmierzy!</akap>


<akap>Z takiego nastroju wywnioskować by można ową
scenę, o której Ofelia wspomina ojcu: jak w zaniedbanym przychodzi do niej ubraniu, jak ją chwyta
za przegubie i długo patrzy jej w oczy, jak bada
jej twarz, jakby chciał ją odrysować, i potem niemy
odchodzi, jak przyszedł. Spojrzenie w twarz Ofelii
powiedziałoby to samo, co powiedziało spojrzenie
w twarz króla: tak piękna, tak miła dla oka, a wewnątrz tak brzydka i podła! I z tym głębokim, litość
wzbudzającym, pożegnalnym westchnieniem, które
snać<pe><slowo_obce>snać</slowo_obce> a. <slowo_obce>snadź</slowo_obce> (daw.) --- widocznie.</pe> wstrząsnęło całą jego budową, wyrzuciłby
wówczas z serca ostatnie resztki wiary i ufności.
Od tej chwili spotyka się z Ofelią tylko pod formą
cynicznych przytyków i mieszaniny pogardy i zgrozy.
Przeczytajmy w akcie III sceny z Poloniuszem i Ofelią i zapytajmy się, czy bez tego przypuszczenia są
zrozumiałe, inaczej musielibyśmy je traktować jako
odegranie scen obłąkania. Ale i w pozornym obłąkaniu Hamlet nie mówi nic takiego, czego by nie
było można i w właściwym wypowiedzieć sensie. Że zresztą w ogóle natura Hamleta nie jest pozbawiona pomysłowości, wskazuje na to poeta, zda
się, rozmaitymi drobnymi rysami: ojciec i brat
przestrzegają Ofelię przed jego natarczywością;
a i listy jego, których próbkę z zadowoleniem cytuje Poloniusz, nie były snać również pisane tonem sentymentalnego kochanka. Wiersze brzmią,
co prawda, tak, jak gdyby chciał sobie zażartować
z jakiejś gąski<pa>Muszę się przyznać tutaj do pewnej pomyłki: w słowach Hamleta, wystosowanych do aktorki trupy wędrownej,
doszukałem się zwrócenia pewnej uwagi na jej wdzięki. Późniejsi interpretatorzy Hamleta, z uprzejmą troskliwością miejsca to podkreśliwszy, ogłosili je jako próbkę mojej zupełnej
nieświadomości: nie wie nawet tego, że na scenach szekspirowskich role kobiece grywane były przez mężczyzn! Nawet
gdyby pouczenie to podano mi w formie nieco uprzejmiejszej i z zamiarem odpowiedniejszym, mógłbym być za dobre chęci tylko wdzięczny. Że wówczas kobiety nie występowały, o tym coś kiedyś czytałem; przypominam sobie
również, że pisząc ową uwagę, sam miałem wątpliwości,
alem zaznaczyć ich zaniechał; dla sceny młody ów człowiek będzie naturalnie tak samo aktorką, jak ów grający
Ofelię. Przeoczyłem przy tym, że wędrowni aktorowie nie są
w kostiumach i dlatego pomyliłem się co do owego ustępu.</pa>.</akap>


  <akap>To są oba naczelne rody kraju: zewnątrz świetne
i szczęśliwe, pełne cnoty i zasługi, miłe i piękne,
a wewnątrz: strupieszałe i brudne! ,,A nie ma w tym
nic nieobyczajnego?" pyta się król Klaudiusz przed
przedstawieniem widowiska. Cały dwór taki przecież cnotliwy, tak wysoce moralny, tak skrupulatnie
przyzwoity, czyta tylko kroniki rodzinne i nawet
w teatrze nie chce się spotkać z czymś, coby mogło
wywołać zgorszenie. Z gniewnym sarkazmem odpowiada Hamlet: ,,Nie, nie! żartują tylko, trują
na żart, żadnego w niczym zgorszenia". Trują ---
i uśmiechają się przy tym, cudzołożą --- i uśmiechają się, kradną korony i uśmiechają się ---
wszystko to dla nich żart: nic więcej! Nie, nie! Na
dworze tym żadnego nie ma zgorszenia!</akap>




<naglowek_rozdzial>3.</naglowek_rozdzial>





<akap>Zwracamy się do <wyroznienie>Hamleta</wyroznienie>: co zacz on i jakie w tym towarzystwie zajmuje stanowisko?</akap>





<akap>Powiedziałem już na wstępie: odkrywcą jest
tego świata, pełnego złości i kłamstwa; zdemaskowanie tych obłudnych morderców i cudzołożników, tej zgrai dworskich pochlebców oto jego
rola, rola, którą sobie sam przeznaczył. W istocie, zgodnie z tym, co mówi Ofelia do objaśniającego dramat w dramacie, jest on interpretatorem zarówno wkładki, jak i sztuki, granej przez
osoby, z którymi w tej chwili siedzi jako widz
przed sceną, sztuki, granej w życiu: powiada im,
kim i czym oni są właściwie. W toku sztuki ujawnia to, co mu objawił duch na początku sztuki,
co jego własny duch już był poprzednio przeczuł.
Ujawnia króla jako zaborcę tronu i bratobójcę,
królową jako rozpustną cudzołożnicę. Wielkiego
i godnego dworaka i męża stanu ujawnia jako
cierpiącego na uwiąd starczy błazna; czyni zeń
błazna jego własnej dotychczasowej sztuki szpiegowania, podsłuchiwania, rajfurstwa i kłamstwa:
czyż ten stary dureń naprawdę nie wyobraża sobie, że podszedł Hamleta, że upoluje w nim zięcia?
Nie sądzi on później, że dzięki swej doświadczonej znajomości świata i ludzi na wskroś przeniknął
Hamleta i jego cale usposobienie: oszalał z miłości! Hamlet, ten mąż nienawiści i pogardy, oszalał --- z miłości! Z całym przeświadczeniem nieomylności opowiada Ich Królewskim Mościom o przyczynie i skutku, o efekcie i defekcie, i na nowo
wmawia w nich, że jest im niezbędny. Niemniej
też pokazuje w całej nagości niewinność nadobnej
Ofelii i rycerskość ,,skończonego szlachcica"; nie
mówiąc już o pośledniejszych dworakach, którzy,
ile razy z nim się zetkną, są od razu tym, czym
są: lalkami na drutach, które porusza dwór za pomocą sprężyn korzyści i próżności.</akap>





<akap>Wszystko to robi, właściwie nie działając wcale.
On to wprawia w ruch wszystkie te osoby aż do
zaparcia oddechu, ale nie przez jakąś działalność
celową, lecz właściwie przez samą swoją obecność.
Nie bierze udziału w akcji, nie uderza w ton ogólnie przyjęty: oto z powodu czego od początku napełnia troską Ich Królewskie Moście. Na dworze
zabawy i uciechy; nowy król, używający z królową
miodowych miesięcy, lubi uczty i biesiady; Hamlet
trzyma się z daleka, chce wyjechać. Zatrzymują go,
starają się go przyciągnąć, zaprzątnąć czymś jego
umysł. Obaj dworzanie dostali równocześnie polecenie wybadania go: cóż mu się stało, że tak zagadkowo i zatrważająco trzyma się na uboczu?
Sprowadzają aktorów, aby go zabawić. W tej samej chwili, gdy mu zameldowano aktorów, strzeliła mu świetna myśl do głowy: aktorzy mają
wobec dworu odegrać widowisko, które dwór popamięta. W ten sposób następuje wielka scena
zdemaskowania w akcie trzecim. Bezpośrednio za
tym idzie scena nocna z matką, przy czym ginie
Poloniusz. Śmierć jego prowadzi znowu do planu
króla, aby Hamleta pozbawić życia, przy czym Hamlet umie skierować topór na głowy obu swych
towarzyszy, z drugiej zaś strony do rokoszu Laertesa, a przez to wreszcie do dnia walnej bitwy
w akcie ostatnim. Laertes i król przygotowali dla
tego niebezpiecznego człowieka rapiery z podwójną
trucizną. Zamach się udaje, obaj jednak w własne
popadają sieci, a i królowej dostaje się przy tej
sposobności cząstka trucizny. Równocześnie z tym
rozegrała się historia Ofelii: i ona zetknąwszy się
z tym strasznym człowiekiem stała się pastwą
zguby. Zaprawdę, ma on słuszność, gdy przy grobie Ofelii mówi do Laertesa:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Bo choć nie jestem gwałtowny i prędki,/
Mam jednak w sobie coś niebezpiecznego".</strofa></poezja_cyt>




<akap>Na czym polega ten pierwiastek niebezpieczeństwa? Na tym, <wyroznienie>że widzi i mówi rzeczy,
które są. Jasnowidzącym jest i prorokiem.</wyroznienie> Dzięki temu staje się dla otoczenia kamieniem obrazy, skałą zgorszenia, o którą otoczenie
to rozbija sobie głowę. Nie kłamie i nie udaje
z nim razem, a tego ono znieść nie może. Jest
on złym sumieniem całego tego koła, sumieniem,
które na światło wyprowadza prawdę. Prawda zaś
działa tutaj jak w ciele otrutego króla działa kwiat
szaleju,</akap>




<poezja_cyt><strofa>........... ,,który w swych skutkach/
W takiej z krwią ludzką stoi nieprzyjaźni,/
Że wszystkie ciała ludzkiego przewody/
I naturalne kanały przebiega/
Z szybkością srebra żywego, i naraz/
Niby to mleko zesiadłe i kwaśne,/
Tak krew on naszą przeczystą i płynną/
Ścina i warzy z niespodzianą siłą".</strofa></poezja_cyt>



<akap>Tak więc Hamlet przedstawia się nam w sztuce
jako człowiek zdzierający maskę z wszelakiej przewrotności.</akap>


<akap>Poeta obdarzył jego istotę jednym jeszcze rysem: wykonywa sztukę demaskowania z rozkoszą.
Według słów apostoła miłość znajduje radość
w prawdzie, lecz nie w niesprawiedliwości. Miłości
tej nie ma w Hamlecie; znajduje on radość w prawdzie, ale równocześnie i w niesprawiedliwości, nie
w ten sposób, ażeby niesprawiedliwość sama przez
się sprawiała mu rozkosz, byłoby to po diabelsku;
ale w ten sposób, że czuje radość, jeżeli mu się
uda ją odkryć i obnażyć. Daje on tutaj dowody
pewnej srogości; pokrewna jest ona srogości
fanatycznego doktrynera. Wytworzył sobie z człowieka teorię i to nie dopiero od wczoraj: nikczemne i obłudne to plemię, zarówno mężczyźni
jak i kobiety; i oto cieszy się, znalazłszy przykłady,
potwierdzające jego teorię; wykazuje on ją z pewnym tryumfem. Bez wątpienia, nienawidzi zła i złych;
ale równocześnie zagłębia się w przedmiot, jak wiwisektor; a jak wiwisektor do rzemiosła swego nabiera upodobania, przytępiającego w nim wszelkie
inne uczucia, tak samo ma się sprawa z Hamletem. Schopenhauer sam sobie pewnego razu daje
radę: nie zapominać i nie lekceważyć sobie dowodów złośliwości i nikczemności ludzkiej, ale
skwapliwie je zbierać i chować jako <slowo_obce>alimenta misanthropiae<pe><slowo_obce>alimenta misanthropiae</slowo_obce> (łac.) --- pożywki dla mizantropii.</pe></slowo_obce>. Hamlet postępuje sobie zupełnie według tej rady: wygrzebuje zło, aby je chować, analizować i wystawiać na widok.</akap>


<akap>Rys ten pokazują nam obie sceny w środku
sztuki, obie wielkie sceny z demaskowaniem. Nasamprzód scena widowiska. Kiedy zdemaskowany
i ugodzony w samo serce król wstaje z miejsca
i chwiejnym odchodzi krokiem, Hamlet udanie się
zamiaru wita głośnym okrzykiem radości; nie korzysta on ze sposobności tej, aby zniszczyć króla
za pomocą jawnego oskarżenia, albo niezwłoczną
napaścią na złamanego, nie stanie też, jak wryty,
wobec odkrycia takiej bezdennej otchłani zła, lecz
niepohamowaną wybuchnie radością; czuje rozkosz
łowca, który w sidła pochwycił zdobycz, wybucha
śpiewem. Wśród tego tryumfalne rzuca pytanie Horacjuszowi: ,,Nieprawda, panie, arcydzieło sztuki
aktorskiej? Czyżby mnie to, mój panie, wraz z lasem piór --- jeżeli mi resztek szczęścia Turek nie
zabierze --- z parą róż prowansalskich na dziurawych moich trzewikach nie pomogło do zajęcia
miejsca w trupie aktorów, mój panie?"</akap>


<akap>A potem z cynicznym rozpasaniem woła muzyki, ażeby godnie to wyjątkowe obchodzić zwycięstwo. A podniecony nastrój jego trwa i w chwili,
gdy przychodzą Rosenkranz i Gildenstern: jest wielomówny, pomysłowy, dowcipny, naturalnie kosztem
obu. Prawda, radość, z którą obchodzi swe zwycięstwo, to radość nerwowa, wzburzona, złowroga.
Mimo to jednak jest to usposobienie wesołe: udał
mu się wielki rzut, na który założył stawkę; nie
uratował życia ojca, nie pomścił jego śmierci,
matki na lepszą drogę nie sprowadził, nie, ostatnią
tylko uczynił próbę dla udowodnienia swego zadania, i próba ta się udała --- rzeczywiście i niewątpliwie: stryj jest mordercą mego ojca, a pomimo
to aż do tej chwili taki na twarzy ma uśmiech!
No, teraz mu się uśmiechu tego chyba odechce!</akap>


<akap>Coś z tej złowrogiej radości było zresztą i w jego
przemowach po pierwszym zjawieniu się ducha,
przy czym nabrał pewności co do wielu przeczutych
dotychczas występków. Zupełnie według rady Schopenhauera wyciąga notes, aby co tchu naszkicować sobie wizerunek stryja: ,,łotr, a uśmiecha się".
A kiedy Horacjo woła nań poza sceną, odpowiada
mu Hamlet z radością myśliwego: jesteśmy na
tropie zwierza:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Hej! Hejże, chłopcze! Chodź, mój ptaku, chodź!"</strofa></poezja_cyt>



<akap>Ptakiem tym, naturalnie, jest sokół; a i później,
z aktorami pragnie, jako ,,sprawny sokolnik uderzać na wszystko, co tylko ujrzymy".</akap>


<akap>A coś z tego samego złowrogiego humoru pobrzmiewa także i w scenie z przysięgą.</akap>


<akap>Złowrogiej radości, z jaką wykonywa rzemiosło
tropienia zła, odpowiada srogość, z jaką zdemaskowanym pokazuje ich przewrotność. Takim jest
w drugiej scenie głównej, w straszliwej scenie
z matką (111. 4). Już w drodze do niej przedsięwziął ,,pokazać jej zwierciadło", ,,przemawiać do
niej sztyletami, ale ich nie używać", można by niemal powiedzieć, dlatego, że sztylet zabija od razu,
natomiast językiem zabijać można godzinami i latami. Zgadzałoby się to przynajmniej z tym, co po
drodze mówi do matki. Zastaje króla na klęczkach;
przykłada już rękę do szpady, teraz mógłbym to
uczynić, wygodnie; teraz to uczynię. Wtem strzela
mu myśl do głowy: teraz jeszcze nie. Za tanim
wyszedłby sposobem. Nie byłaby to zemsta, gdyby
króla zabił podczas modlitwy i wysłał go do nieba.
Nie, do piekła z nim, i dlatego na inną poczekam
sposobność; gdy będzie podchmielony, gdy będzie
na ohydnej drodze rozpusty, wówczas go zakłuję,
tak, że aż nogi zadrze ku niebiosom, by jego dusza była tak przeklętą, a i tak czarną, jak przepaście piekła, w których utonie.</akap>


<akap>I odwróciwszy się do sypialni matki, cedzi przez
zęby: ,,Medycyna ta chorobę tylko ci przedłuży".
Nie zamierza on leczyć, ani karać, grzebie on, przynajmniej w wyobraźni, w katuszach swej ofiary,
tak jak innym razem grzebie w jej przewrotności.</akap>


<akap>A teraz scena w sypialni matki. Poprzedza ją
przegrywka: zabija Poloniusza, przez nieuwagę.
Nie wzruszając się tym zbytecznie --- nie ma co
żałować tego natrętnego błazna --- zwraca się do
matki i w obecności skrwawionego trupa zaczyna
,,przemawiać sztyletami". Nigdy sztuki tej z większą nie wykonano srogością, jak ją tutaj wykonał
syn wobec matki. Nurza, zatapia się w wstrętnych
obrazach, którymi maluje jej hańbę. Przy tym zdaje
się nie tyle oburzać na wiarołomstwo jej wobec
pierwszego małżonka, ile raczej na absolutną nikczemność, brzydotę i marność uwodziciela, któremu
się oddała; nie ma dość słów na odmalowanie
ohydy tego nadętego łotra w koronie. Błąd moralny mniejszą ma u niego wagę, aniżeli zboczenie
estetyczne.</akap>


<akap>Zjawienie się ducha, który tym razem, widziany
tylko przez niego, przychodzi w sukni<pe><slowo_obce>sukna</slowo_obce> --- tu: strój.</pe> domowej
i napomina go, ażeby oszczędzał matkę, a myślał
o wykonaniu zemsty na królu, sprawia, że Hamlet
przestaje go szarpać w swej wyobraźni. Poniechał
przede wszystkim ,,przemawiania sztyletami"; znajduje on teraz naprawdę porywające słowa o skrusze i poprawie, o przyszłym zbawieniu. Niebawem
jednak wpada na powrót w ton poprzedni; kończy
zaś tym, że głosem na pół stłumionym jadowitością
i obrzydzeniem wzywa matkę, ażeby prowadziła
dalsze życie w hańbie i grzechu, aby je uwieńczyła zdradą wobec niego samego i potem złamała
kark. --- Odchodząc, opowiada jeszcze, że musi
jechać do Anglii i napawa się odmalowywaniem
sytuacji, mającej nastąpić w chwili, gdy on wraz
z towarzyszami będzie w drodze: myśli, że go podminują, ale on wykopie kontrminę na sążeń głębiej i cieszy się już w oczekiwaniu widowiska,
kiedy zakładający minę wylecą razem z nią w powietrze: ,,O, jak to pięknie, gdy przy jednym dziele
z stron się przeciwnych zetkną dwa fortele!"
Z kilku wzgardliwymi słowy zwraca się w końcu
do trupa Poloniusza i zawłóczy go do przyległego
pokoju. Scena z matką ważna jest dla pojęcia charakteru Hamleta. Jakże ją sobie tłumaczyć? Czy
Hamlet naprawdę jest głosicielem pokuty, pragnącym wstrząsnąć sercem, aby je potem poprawić
udręką pokuty? Uczucie palącej skruchy pragnie
on naturalnie wzbudzić i w matce, pragnie wpoić
i w nią swój wstręt do wzgardzonego króla. Ale
czyż myśli on o możliwości poprawy, czy wierzy
w nią? Zdaje mi się, że poeta uczyni! wszystko,
by w oczach naszych uczynić to nieprawdopodobnym. Przede wszystkim to: partię środkową,
w której brzmią tony cieplejsze, miększe, naprawdę
wnikające do serca, wywołuje widmo ojca. Jak gdyby poeta chciał nam powiedzieć: tak przemawiałby człowiek szlachetny, kochający grzesznicę
mimo jej grzechu. Skoro widmo wraz ze skutkiem
swego zjawienia się znika, skoro Hamlet znowu
jest sobą, popada na powrót w ostry ton oskarżyciela, tym razem w postaci żądania, ażeby przecież wszelką popełniła ohydę. I jak gdyby poeta
pragnął uniemożliwić wszelką omyłkę w należytym
pojęciu sprawy, zamknął ową scenę w ramy prologu i epilogu z Poloniuszem; albo czy też wszystko,
co Hamlet tutaj czyni i mówi, należy do działalności głosiciela pokuty? Zdaje mi się, że nigdy nie
przedstawiono dobitniej nastroju zaciętej pogardy
ludzi, jak w tym nieopatrznym, przypadkowym usunięciu starca i w tych wzgardliwych dowcipach, towarzyszących tej czynności i którymi się posługuje przy
oglądaniu i usuwaniu trupa. A kogo to nie przekona, ten niechaj zwróci uwagę na różnicę pomiędzy wydaniem z r. 1603 a przeróbką z r. 1604:
w wydaniu pierwszym scena kończy się tym, że
matka --- jak to widzimy także w podaniu --- przyrzeka synowi być mu pomocną w dziele zemsty,
a i Horacjo donosi jej później o powrocie Hamleta z Anglii. Zmiana w drugim wydaniu ma nam
widocznie pokazać beznadziejność sprawy.</akap>


<akap>Z tym samym rysem, występującym w scenach
głównych, spotykamy się także w licznych scenach pobocznych: jest to sroga rozkosz w obnażeniu tych, z którymi się styka. Jak w scenie w sypialni matki uporczywie wywleka jej hańbę, najwyszukańszymi malując ją wyzwiskami, tak samo
nie przestaje prostytuować wszystkie osoby dworu.
Cynicznymi przytykami dręczy biedną Ofelię, dawniejszą swą kochankę; ile razy spotka starego
Poloniusza, prześladuje go szyderczymi pytaniami
i przymówkami; w wielokrotnych scenach ośmiesza Gildensterna i Rosenkranza, a kiedy ci dwaj
tracą biedne głowy dzięki jego głębiej wykopanej
minie (jakież zdumienie musiało ich ogarnąć na
przywitanie w Anglii!), ma poeta natychmiast kompensatę w zanadrzu, robiąc z Ozryka tarczę dla
jego szyderczych pocisków. Czyniono zarzut Szekspirowi, że powtarza motyw przedrzeźniania dworaków jako uległych pochlebców. Zdaje mi się, że
poeta wiedział, co robi; chciał pokazać, że Hamlet
nie umie żyć bez wykonywania swej sztuki, sztuki
szyderczego obnażania swego otoczenia, doprowadzonej do wirtuozostwa; ona jedyna sprawia mu
drobną ulgę od niesłychanego jarzma gniewu, wstrętu
i pogardy, przygniatających jego duszę.</akap>


<akap>Co prawda --- i to jest odwrotna strona rzeczy,
na którą poeta silny kładzie nacisk, ulga ta jest
tylko chwilową. Rozkosz, z jaką Hamlet wykonywa
swą sztukę, szczęścia mu nie daje; poczucie najgłębszej nieszczęśliwości --- oto główny nastrój jego
duszy. Według Schopenhauera złośliwości dopuszczamy się tylko dla ulżenia nieznośnej katuszy
wewnętrznej. Tak samo i tutaj: choroba Hamleta
to pogarda ludzi i wstręt do życia, najstraszniejsza i najboleśniejsza ze wszystkich chorób. ,,Nie
znajduję przyjemności w mężczyźnie, a i w kobiecie także nie", powiada do Rosenkranza; a raczej ---
tak by powinien mówić dalej --- mam wstręt do
kobiety, do jej nieustannej, zmiennej, wstrętnej lubieżności --- czyż matka moja nie jest kobietą? ---
do jej ohydnej, wyrachowanej kokieterii, uciekającej się do przeróżnych podłych sztuczek --- czyż
moja dawniejsza kochanka nie jest kobietą? ,,Wiem
także coś o waszych malowidłach --- mówi do
Ofelii. Bóg wam dał jedno oblicze, a wy sobie robicie drugie. Patroszycie się, krygujecie się, cedzicie słówka, przedrzeźniacie boże stworzenia i lekkomyślność swoją pokrywacie nieświadomością" (III. 1).
Nie mniejszy czuje wstręt do mężczyzn: do ich
kłamstw, oszustw, chytrości, żebractwa, pełzania,
kradzieży, skrytobójczych mordów; wszyscy są jednakowi. ,,Być uczciwym, to znaczy być wybranym
z pośród dziesięciu tysięcy". Dania jest więzieniem,
cały świat jest więzieniem i to wielkim, gdzie jest
niejeden loch i niejedna turmą, a wszystkie pełne
takich rzezimieszków i łotrów (II. 2).</akap>


<akap>Gdyby to mógł ich nienawidzić, gdyby mógł
te wstrętne kreatury nienawidzić silnie, należycie,
jak zdolny nienawidzić mężczyzna, którego nienawiść pcha do czynu, ale on tylko doprowadza do
<wyroznienie>uczucia</wyroznienie> nienawiści i pogardy. Przy sposobności
zabija jedną z tych kreatur, Poloniusza, zabija tak,
jak kopnięciem nogi odrzuca się na bok albo depce
jakiś niemiły, zawadzający nam przedmiot --- ot,
dajmy na to, jakiegoś szczura! Tak samo wysyła
na śmierć Rosenkranza i Gildensterna, bez namiętności, bez nienawiści, ale krwawy ten żart daje mu chwilę przemijającego wzruszenia. Nienawidzi
króla, ale daleko większy ma wstręt do brzydala;
w całej też sztuce więcej materiału do inwektyw
dostarcza mu małżeństwo matki z tym nędznikiem, aniżeli mord, spełniony na ojcu.</akap>


<akap>Wstręt do ludzi rozciąga się też na <wyroznienie>niego
samego</wyroznienie>; obok matki i stryja jest on sam dla
siebie najgłówniejszym przedmiotem najwzgardliwszych obwinień. Słowa, które mówi o sobie w scenie z swą byłą kochanką (III. 1), są niewątpliwie
zupełnie szczerym wyrazem jego uczuć: ,,Byłoby
lepiej, gdyby mnie matka była nigdy nie porodziła;
po co mają takie łotry jak ja pełzać pomiędzy niebem a ziemią? jesteśmy skończonymi zbrodniarzami! My wszyscy! Nie wierz żadnemu z nas".
(III. 1).</akap>


<akap>Zamarły w nim naturalne, zdrowe instynkty:
nie umie się już gniewać, nienawidzić, boleć, a tym
mniej zdrową odczuwać rozkosz i miłość. Słysząc
aktora, ze łzami w oczach deklamującego o losach
Hekuby<pe><slowo_obce>Hekuba</slowo_obce> (mit. gr.) --- żona Priama, króla Troi, matka Hektora.</pe>, nazywa się ,,podlcem i nędzarzem".</akap>


<akap>Zamiast co tchu pójść na mordercę, w wyzwiskach, jak dziewka uliczna, szuka ulgi dla serca
(III. 2). A powód do podobnego wyładowania uczucia wstrętu daje mu pochód Fortynbrasa (IV. 4).
Straszliwy dar jasnowidzenia zwraca się także przeciw niemu samemu. Widzi wewnętrzny rozkład
swej istoty, postępujący paraliż woli, zdrowego odczuwania i działania; z uczuciem srogiej i bolesnej zarazem rozkoszy grzebie w swym wnętrzu.
Mógłby o sobie powiedzieć z Mefistofelesem:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Mąż to nie lada! strach przed sobą czuje,/
A przejrzy siebie, wówczas tryumfuje".</strofa></poezja_cyt>



<akap>Z tymi samymi uczuciami grzebie w <wyroznienie>obrazach śmierci</wyroznienie>. Ciągną się one przez całą sztukę,
od pierwszego monologu (I. 2) aż do sceny cmentarnej w akcie ostatnim; przypomnijmy sobie tylko
straszne malowidło wieczerzy, na której Poloniusz
nic nie je, ale na której go zjedzono; albo też
uprzytomnijmy sobie ową straszliwą wesołość w pogawędce z trupimi czaszkami albo też przykry
udział jego wyobraźni w pogrzebowym pochodzie
Cezara, lub Aleksandra Wielkiego. Nic, nic, wszystko
jest niczym, zarówno rzeczy wzniosłe, jak i śmieszne,
dobro i zło; albo, mówiąc z Leopardim, świat to
błoto! Świat ten może nas tylko jednym napełniać
życzeniem: oddalić się z niego i to jak najprędzej.
Od samego początku zajmuje się Hamlet myślami
samobójczymi; ale jest to tylko gra myśli. Nie ma
siły woli, potrzebnej do ich urzeczywistnienia; doprowadza tylko do bezpłodnej żądzy:  umrzeć ---
zasnąć --- oto cel ze wszystkich najbardziej upragniony. Dopiero zatruty rapier Laertesa daje wyzwolenie. Do jakiego stopnia doszła tymczasem
rozterka wewnętrzna, dowodzi tego zajście z Laertesem przy grobie Ofelii, gdzie go pobiją kontrastem miłosnych zapewnień: jest to bezmyślna reakcja refleksu, słyszy, że ktoś wrzeszczy i hałasuje,
więc chce go pobić wrzaskiem i hałasem; dowodzi
tego również i pojedynek z Laertesem, na który
się godzi. Hamlet przeczuwa, że poza tym kryje
się podstęp, zastanawia się nad tym razem z Horacjem i dochodzi do wniosku: wszystko jedno,
raz to nastąpić musi; ponieważ żaden człowiek nie
wie, co opuszcza, więc cóż z tego, że rychło zejdzie ze świata? Niech się dzieje co chce. Podstępu
nie zwalcza już nawet podstępem: jakby za pomocą
jakiejś sugestii oddziaływa wola króla na wolę
Hamleta i prowadzi go do jatki. Dopiero kiedy śmierć
czuje w kościach, zdobywa się na ostatek sił i zadaje cios królowi. Rana śmiertelna wywołuje, zda
się, chwilowy proces uzdrowienia; myśli o swojej
sławie i poleca ją przyjacielowi; myśli o kraju i oddaje go Fortynbrasowi, jako powołanemu władcy.
Zdjęto zeń ciężar strasznego przeznaczenia życia;
król nie żyje, on sam stoi wobec chwili ostatecznej;
odetchnąwszy, jak gdyby z strasznego przebudzony
snu, widzi obecnie naturalny stosunek rzeczy.</akap>


<akap>Tyle o charakterze Hamleta. Przyznaję się, że
nie znajduję w nim niczego, co by mogło rościć
sobie prawo do nazwy szlachetnego i dobrego człowieka. Jest to, niewątpliwie, człowiek znakomity,
wielkie posiadający zdolności duchowe; nie zbywa
mu także na żywości uczucia moralnego; cierpi
pod wrażeniem, które na umysł jego wywiera podłość i złośliwość innych. Ale zachowanie i czyny
jego nie świadczą, jakoby to był człowiek szlachetny i dobry. Czy mógłby się nim stać? Czy
miał w sobie zarodki po temu? Czy tylko zawistne
losy skrzywiły naturę jego? To jest możliwe. Ale
działalność jego w dramacie nie dowodzi szlachetnego charakteru. Tak, czyny jego, wzięte same
w sobie, bez względu na jego losy, na jego cierpienia, jego zamącenie umysłu, są nieomal zbrodniami i to nie tylko w znaczeniu ustawy karnej.
Dziwnym mi się zawsze wydawało, że jego komentatorowie tak lekko przechodzili nad jego mordami, spełnianymi, co prawda, tak tylko mimochodem. Ostatecznie ma on na sumieniu trzy życia
ludzkie, a jeżeli doliczymy Ofelię, to będzie ich
cztery. Poloniusza zakłuwa wprawdzie jedynie przez
pomyłkę, ale sposób zachowania się jego wobec
śmierci starego człowieka, zmienia zabójstwo niemal w coś gorszego od mordu; prawie tak mówi
o tym, jak gdyby przykre usunął robactwo. A Rosenkranza i Gildensterna pozbawia życia za pomocą
podstępnie obmyślonego planu. O konieczności
obrony nie może być mowy, i jeden i drugi nie
wie nic o treści pisma, które mu przynoszą; nie
uczynili Hamletowi w ogóle nic złego. Są to dworacy, służą królowi, i owszem, ale to jeszcze bynajmniej nie jest zbrodnią, godną śmierci. Łatwo
było poecie udzielić Hamletowi jakiegoś prawa do
nich; potrzebował ich tylko uczynić wspólnikami
króla --- dało się to zrobić jednym jego słowem.
Nie chciał tego uczynić, i w ten sposób zmienia
czyn Hamleta w mord zupełnie bezpodstawny i podstępny. Ocalenie jego nie wymaga bynajmniej ich
śmierci: mógł był w liście cokolwiek bądź napisać,
np. że oddawców listu, których wysyła z oznajmieniem zajęcia tronu, powinna Anglia z królewskimi przyjąć honorami. Niewątpliwie, gdyby nam
się zdarzyło coś podobnego w rzeczywistym życiu,
mielibyśmy jeden tylko o tym sąd: że jest to mianowicie ohydny mord, spełniony dla rozrywki na
dwóch całkiem obojętnych osobistościach. Czyż
Hamletowi wolno czynić, co mu się podoba, dlatego tylko, że jest umysłem wybitniejszym od owych
dwóch biednych baronów duńskich? Czyż jest nadczłowiekiem, dla którego inni są tylko przedmiotem krotochwilnej<pe><slowo_obce>krotochwilny</slowo_obce> (daw.) --- żartobliwy.</pe> zabawki? Kto Hamleta uważa
za normalnego, całkiem rozsądnego człowieka, ten
na pytanie to będzie musiał odpowiedzieć. A może
wtedy zastanowi się raz jeszcze nad jego stosunkiem do Ofelii: jeżeli naprawdę ją kochał, czyż
mógł potem tak się o niej wyrażać, tak występować przeciw niej? Mógłżeż tak przejść do porządku
nad skonem jej ojca z jego ręki i nad jej własną
śmiercią, którą sam sprowadził?</akap>


<akap>Jakżeż więc ma się sprawa z <wyroznienie>winą</wyroznienie> Hamleta?
Czyż Hamlet jest tylko ofiarą złośliwości innych,
albo czy też sam ponosi współwinę w swoim
upadku? Bez wątpienia śmierć swoją w sensie zewnętrznym, można by powiedzieć politycznym, sam
spowodował, upadek jego to skutek ,,sposobności
niezużytkowanych", jakby się wyraził Bismarck.
Ale mnie się zdaje, że nie brak tutaj winy wewnętrznej. Nie chcę raz jeszcze poszczególnych wyliczać czynów, wynikają one z jego charakteru. Ale
właśnie charakter jego stanowi także pod pewnym
względem jego winę. Do niego samego da się
zastosować to, o czym w swym wielkim mówi
kazaniu moralnym do matki, mianowicie, że przyzwyczajenie to szatan, który jednakże równocześnie
jest aniołem, albowiem dostarcza nam sukni i do
czynów dobrych, sukni, dającej łatwo się nosić.
Naturalny swój popęd widzenia rzeczy z ich odwrotnej strony i w fantastycznie rozszerzonym ich
malowidle mógłby nieco hamować i powinien był
to uczynić:</akap>





<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="4">,,wprawa może bowiem</wers_wciety>/
przemienić piętno natury; szatana/
zdoła okiełzać i precz go wygania/
mocą przedziwną".</strofa></poezja_cyt>



<akap>Nie uczynił tego; przeciwnie, naturalną tę skłonność doprowadził ćwiczeniem do wirtuozostwa.
 I oto czyny jego z wewnętrzną wynikają koniecznością z charakteru nabytego. W tym względzie różnię się od Volkelta, który zresztą o charakterze
Hamleta podał szereg trafnych uwag (w znakomitej książce: <tytul_dziela>Aesthetik des Tragischen</tytul_dziela>, 1897, str. 140,
176, 275, 295). Twierdzi on, że nie należy czynić
Hamleta moralnie odpowiedzialnym za chorobę jego
woli, będącą w związku ,,z nadmiarem drażliwej,
w pesymistycznych malowidłach zamiłowanej wyobraźni, z nadmiarem ducha skłonnego do samokatuszy i melancholijnych zaciekań", choroba ta jest
wynikiem jego nieszczęsnego wrodzonego usposobienia. To prawda; ale tak samo i sprawy, z których czyni zarzut matce, trzeba wywodzić z przymiotów wrodzonych; zmysłowość i lekkomyślność
są cechą każdej natury, w jednej występują słabiej, w drugiej silniej; to samo jednak odpowiedzialności nie znosi. Zadanie człowieka polega właśnie na tym, ażeby za pomocą rozumnej i moralnej
woli wziąć naturę w karby. A kto tego nie umie,
kto nad niebezpiecznymi stronami swojej natury
zapanować nie zdolen, ten musi ponosić tego skutki.
A jeżeli zginie, będzie to skutkiem braku siły moralnej, braku odporności przeciw niebezpiecznym
popędom natury. Popęd do obmowy, do kierowania oczu na złe trzeba będzie w tym sensie tak
samo oceniać, jak zmysłowość lub żądzę zaszczytów, albo jakikolwiek inny popęd natury.</akap>


<akap>I oto doszliśmy do kwestii, jakie <wyroznienie>przymioty
przyrodzone</wyroznienie> warunkują charakter Hamleta?
Dodam jeszcze kilka słów do tego. Poeta lekkimi
narysował je kreskami, ale ręką tak pewną, że widzimy je dostatecznie wyraźnie. Hamlet jest z przyrodzenia naturą bardziej sensualną, aniżeli czynną.
System motoryczny nie jest u niego silny. On sam
nazywa się przeciwieństwem Herkulesa; matka
mówi o nim jednego razu, że jest tłusty; trzeba
będzie uważać to w ten sposób, że masa miękkiego ciała na cienkich, delikatnych kościach nadaje jego niewielkiej postaci kształty okrągłe. Łatwo
go męczy natężenie fizyczne, rozgrzewa go, zapiera
mu oddech. Natomiast strona sensualna bardzo jest
u niego rozwinięta; odczuwa subtelnie każdy rodzaj rozkoszy. Wielce oddany jest sztukom, posiada
zwłaszcza pasję do teatru i muzyki; sądy jego dowodzą najgłębszego znawstwa. Niemniej zajmuje
go literatura, wiedza i filozofia. Natomiast zbywa
mu na ambicji wojownika i władcy: ,,Mógłbym
siedzieć zamknięty w łupinie orzecha i uważać się
za władcę niezmierzonych obszarów --- gdybym
tylko złych snów nie miewał" (II. 2). Natomiast
nie jest mu obce naiwne samolubstwo, właściwe
tego rodzaju naturom; nie obcą także skłonność
posługiwania się duchową przewagą w wydrwiwaniu otoczenia; nieobcą jest mu wreszcie skłonność do podstępnego podkopywania, a w związku
z tym do odkrywania konwencjonalnej obłudy
i kłamstwa. Nienawidzi intryg dworskich, doznaje
atoli pewnego zadowolenia w wzięciu udziału jako
zwycięski partner w tej grze.</akap>


<akap>Być może, podczas studiów uniwersyteckich
księcia, żywa jego wyobraźnia namalowała mu ponętną wizję przyszłości: spokojne życie epikurejskie<pe><slowo_obce>epikurejski</slowo_obce> --- oparty o filozofię Epikura, atomisty który utożsamiał szczęście z przyjemnością.</pe> --- coś w rodzaju życia na dworze Rheinberskim --- dzielące się między studia a przyjemności
towarzyskie, na które może sobie pozwolić użyty
z smakiem majątek książęcy. I gdyby losy spełniły
nadzieję, można by przypuszczać, że prowadziłby
życie bogate i niepozbawione szczęścia; nie zbywałoby mu tak samo na wykształconych przyjaciołach i nadobnych przyjaciółkach, którzy by ożywiony brali udział w tych rozkoszach, jak jemu
nie zbywałoby na zdolności wynajdywania rozmaitych uciech i zabaw. Prawdopodobnie zjawiłyby
się także godziny przesytu; skorzystałby z nich,
ażeby filozofować na temat próżności świata i pisać traktat <slowo_obce>de contempto mundi<pe><slowo_obce>de contempto mundi</slowo_obce> (łac.) --- o pogardzie świata.</pe></slowo_obce>. Lub też może
wmieszałby się, jako anonimowy autor, pomiędzy
pisarzy scenicznych: pokazałby ,,światu jego zwierciadło", albo też świat odzwierciedliłby w jakim
romansie <slowo_obce>in impuris naturalibus<pe><slowo_obce>in impuris naturalibus</slowo_obce> (łac.) --- w nieczystych sprawach natury.</pe></slowo_obce>, zapożyczywszy
ten wyraz od Nietzschego; albo też, za przykładem
tegoż autora, pisałby aforyzmy i ,,filozofowałby
młotkiem", wszystkie przez świat uwielbiane opukując wielkości i ,,z rozkoszą" dosłuchując się
w nich tonu, właściwego pustym przestrzeniom.
I można przypuścić, że jako autor zdziałałby niemało. Hamlet ma bez wątpienia wybitne zdolności
pisarskie, przede wszystkim nader żywą, bogatą
wyobraźnię, idącą w parze z przenikliwym rozumem. Vischer w wydanych niedawno pośmiertnych prelekcjach o Szekspirze, w których ostatnie o Hamlecie wypowiedział słowo, charakteryzuje go jako <wyroznienie>geniusza wyobraźni</wyroznienie>. Określił
on tym w trafny sposób ważną stronę w charakterze królewicza. Dziwnie twórcza siła wyobraźni
jest jego siłą, w niej spoczywa całe to duchowe
bogactwo, czyniące z Hamleta osobę tak ponętną;
z drugiej strony jest ona także jego klątwą: poddając się falowaniu nastroju, malując od razu
klęskę i skutek w sposób przesadny, hamuje rozsądne zastanowienie i celową uniemożliwia działalność. I o tym wspomina Vischer, mówiąc, że
w kierowanym wyobraźnią odmalowywaniu złego
i zemsty czerpie Hamlet zadowolenie, które człowiek normalny znajduje w usilnym i skutecznym
ich zwalczaniu.</akap>


<akap>W wzmiance o książce tej (,,Preussische Jahrbuecher", wrzesień 1900) nazwał Maksymilian Lorenz rys ten w naturze Hamleta charakterystycznym mianem <wyroznienie>estetycyzmu</wyroznienie>. Dopatruje się on
w tym również wytłumaczenia komedianckich
skłonności Hamleta: czyny jego właściwie nie są
czynami, ale tylko pociągnięciami przeciwnika na
szachownicy, jak gdyby życie było tylko grą. Uwaga
to niewątpliwie słuszna, a w związku z estetycyzmem stoi także skłonność do zniewieściałego ulegania swoim własnym zachciankom, niezdolność
opierania się chwilowym pomysłom i nastrojom,
lubowanie się w planowaniu i odmalowywaniu przyszłych sytuacji działania, złączone z trwogą wobec
stanowczych postanowień i czynów: wszystko to
przymioty, idące nieraz w parze z wybitną organizacją twórczą i wytwarzające niebezpieczny ów
temperament, który w życiu tak łatwo prowadzi do rozbicia.</akap>


<akap>Te same cechy występują także wyraźnie w naturze Schopenhauera. Że jednak nie są one niezbędną odwrotną stroną w genialności intelektualnej, dowodem tego Goethe, człowiek zupełnie zdrowy
także w woli i czynie. Natomiast nierozstrzygniętą
i z natury rzeczy nie dająca się rozstrzygnąć wydaje mi się kwestia, czy Hamletowi można właściwą przypisywać genialność, jak tego pragnie
i Lorenz, dopatrujący się właśnie problematu hamletowskiego w przeciwieństwie pomiędzy geniuszem
Hamleta a jego indywiduum. Niewątpliwie Hamlet
ma ducha w sobie, ale ducha można posiadać
bez owej najwyższej formy produktywności, stanowiącej znamię geniusza.</akap>


<akap><wyroznienie>Turgieniew</wyroznienie> zestawił w prześlicznej paraleli
Hamleta z <wyroznienie>Don Kichotem</wyroznienie><pa><tytul_dziela>Wybór pism</tytul_dziela>. Hamburg 1884, tom XII. Turgieniew
zwraca uwagę na to, że Hamleta i Don Kichota wydrukowano po raz pierwszy w jednym i tym samym roku (1603);
Shakespeare i Cervantes w jednym też roku umarli (1616).</pa>. Don Kichot, to
chudy, kościsty, żylasty człowiek, pełen woli, żyjący całkowicie dla wzniosłego ideału, pozbawiony
zmysłowości, nie uznający uciech, jakie daje stół
biesiadny i miłość, nieczuły na rany i ciosy, na
wszelkiego rodzaju trudy i znoje, oddany jedynie
i wyłącznie podniosłej chwale wysokiej rycerskości,
silny, wierzący idealista. Hamlet to zupełna jego
antyteza: tak samo jak na jędrności ciała, zbywa
mu także na potędze woli i wiary; jest to sceptyczno-realistyczny samolub. A ponieważ nie ma
wiary, więc zbywa mu także na zdolności czczenia
czegokolwiek. Wątpi o wszystkim i drwi z wszystkiego. Rycerz jest przedmiotem pośmiewiska; sam
nie śmieje się i nie dziwi; żyje w kontemplacji
dobra i wielkości. Hamlet to uosobienie refleksji,
analizuje się, nie bez ukrytej próżności badając
siebie samego i obrzucając się obelgami. Rycerz
o siebie wcale się nie troszczy; cały pogrąża się
w obiektywności; obraz jego skierowany jest wyłącznie ku wielkim celom życia. Królewicz analizuje nie tylko siebie, ale i otoczenie: gardzi i --- prawdziwy wirtuoz w tego rodzaju wymowie --- lży
próżność, występki, kłamstwa towarzystwa dworskiego; sam jednak nie idzie śladami świętego na
puszczę; nie udaje się w góry, aby wzorem rycerzy szukać awantur z olbrzymami i smokami; pozostaje na dworze, należy do towarzystwa; swobodnie obraca się na parkietach, zna się na toaletowych tajemnicach eleganckich dam i panów;
język jego odczuwa smak kawioru, nos jego przyzwyczajony jest do pachnideł. Mistrzowski to rys
w rysunku poety: w scenie cmentarnej podnosi
Hamlet czaszkę Yorika; pofilozofowawszy trochę
na temat jej wyglądu, przytyka ją do nosa
i mówi:</akap>


<dlugi_cytat><naglowek_osoba>HAMLET</naglowek_osoba>





<kwestia><akap> Proszę cię, Horacjo, jedno mi tylko
powiedz.</akap></kwestia>



<naglowek_osoba>HORACJO</naglowek_osoba>





<kwestia><akap>A cóż takiego, mój książę?</akap></kwestia>



<naglowek_osoba>HAMLET</naglowek_osoba>





<kwestia><akap>Czy sądzisz, że Aleksander tak samo
wyglądał w ziemi?</akap></kwestia>



<naglowek_osoba>HORACJO</naglowek_osoba>





<kwestia><akap>Zapewne tak samo.</akap></kwestia>



<naglowek_osoba>HAMLET</naglowek_osoba>





<kwestia><akap>I <wyroznienie>czuć go tak było?</wyroznienie> Fe!</akap></kwestia>




<didaskalia>Rzuca czaszkę.</didaskalia></dlugi_cytat>




<akap>W wybitny sposób występuje także różnica obu
natur w stosunku ich do płci żeńskiej. Rycerz,
powiada Turgeniew, kocha Dulcyneę, kobietę nieistniejącą, i każdej chwili gotów jest umrzeć dla
niej; gdyby mu się zjawiła w rzeczywistości, tak
jak istniała w jego wyobraźni, doznałby lęku przed
nią i nie miałby odwagi z nią się połączyć. Królewicz lekce sobie waży kobiety, lubi filozofować
na temat ich słabości; jest przecież zmysłowy i od
romansu z piękną dziewczyną nie stroni. Takie
samo przeciwieństwo istnieje także i w stosunku
ich do śmierci: królewicz wzdycha do śmierci, ale
z chwilą, kiedy się z nią spotkać może, uchodzi
z drogi: ma wstręt do życia, ale rozłączyć z nim
się nie może; rycerz nie posiada żadnej sentymentalnej tęsknoty do śmierci, ale bez trwogi zagląda
jej co chwila w oczy, gdzie tego wymaga rycerskość.</akap>


<akap>Nasuwa się nam tutaj łatwo zrozumienie stosunku królewicza do towarzysza, którego mu przy dał poeta. Horacjo to człowiek rycerski, pokrewny
Don Kichotowi, tylko że nie opuszcza go zdrowy
rozum. Słowa, którymi charakteryzuje go Hamlet,
dadzą się zupełnie zastosować do szlachetnego rycerza z Manszy:</akap>





<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="4">,,bo ty, wiele cierpiąc,</wers_wciety>/
Zawsześ był takim, jakbyś nic nic cierpiał;/
Boś ty z jednaką przyjmował podzięką/
Zarówno ciosy, jak dary Fortuny".</strofa></poezja_cyt>



<akap>I to właśnie ciągnie królewicza ku Horacemu;
jest to prosty, szczery człowiek, który nie chce być
czym innym, niż jest, który nie chce niczego udawać, który również nie przemyśliwa nad sobą,
człowiek, który jest. Człowiek to jakby stworzony
na powiernika królewicza; nie prowadzi dowcipnej
konwersacji; o ile nie zdaje sprawy z faktów,
wszystko to, co mówi, jest tylko formalnym akompaniamentem słów Hamleta, posiada atoli duszę,
pełną ufności i wiary. Z bezwzględnym przywiązaniem stowarzysza się z inteligentniejszym od niego
królewiczem. I dla tego stosunku można by znaleźć
analogię na dworze Rheinberskim i w otoczeniu
filozofa z Sanssouci. --- Zresztą może i głęboki
stosunek Hamleta do ojca polegał na podobnej
różnicy ich natur. Ojciec, rycerski bohater, zwycięski wojownik, władca silnej ręki, miał swą radość i dumę w mądrej, bystrej naturze syna;
wszakże i Goetz z Berlichingen nie bez pewnego
zadowolenia przysłuchuje się swemu małemu uczonemu, i on lubi Weislingena. Można także przypuszczać, że z bystrych oczu syna przezierało ku
niemu oblicze ukochanej kobiety; według spostrzeżenia Schopenhauera, inteligencję dziedziczymy
wszakże po matce. Na odwrót znowu syn podziwia
w ojcu właśnie to, na czym jego własnej zbywa
naturze, prostą, nieskomplikowaną siłę i stanowczość woli: był mężem i w tym mieści się wszystko.
Natomiast stosunek Hamleta do stryja chyba nigdy
nie był dobry; umysłowa przewaga synowca, jego
wymowa, jego talent do maskowania się i sztuki
aktorskiej był tamtemu zapewne wstrętny od dawna. Obaj znali się zbyt dobrze, aby się mogli
kochać.</akap>


<akap>Mamy więc w Hamlecie królewicza o niezwykłej, wybitnej, ale równocześnie niebezpiecznej naturze. Obdarzony świetnym uzdolnieniem intelektualnym i estetycznym obok przenikliwego i bezwzględnego zmysłu prawdy, pełen pogardy dla
obłudy i kłamstwa, posiada w przyrodzonym wstręcie subtelnej organizacji ochronę przeciwko pierwiastkom brutalnym i podłym. Jest to atoli równocześnie natura niebezpieczna, nie wzbudzająca
miłości, ,,organ czci" dla czegokolwiek słabo w nim
rozwinięty, tym mniej dobrotliwość. Węch ma przenikliwy dla ludzkich błędów i przywar i skłonności wydobywania ich na jaw rad popuszcza cugle.
Wielce zależeć będzie od okoliczności, jak się jego
ukształtuje życie, czy wyrośnie zeń coś dzielnego
i prawego. Horacjo, stary Hamlet to natury pewne
w każdym przypadku; młody Hamlet nie posiada
w sobie stanowczości, uniezależniającej życie od
losu, stanowczości, którą widzi i wielbi w Horacju.
Fortynbras wypowiada przy końcu sztuki przekonanie: gdyby Hamlet został królem, zachowałby się
jak król prawdziwy. Być może, ale tylko wówczas,
gdyby się był od wczesnej młodości chował w bardzo poważnej szkole życia. Przypominam tu raz
jeszcze królewicza Fryderyka, który widocznie posiadał rysy pokrewne Hamletowi. Straszna surowość, z jaką ręka ojcowska wyrwała młodzieńca
z obranej przezeń drogi, była dla niego ocaleniem,
jak to sam później przyznał i uznał. Cóż by byłoby
się stało z niego, gdyby dziewiętnastoletniemu młodzieńcowi udała się była ucieczka do Anglii, gdyby,
odepchnięty przez ojca, zmuszony był żyć na dworze londyńskim lub paryskim, jako zbieg i pretendent, otoczony literatami i katylinarnymi osobnikami?<pa>Przytaczam tutaj wiersze, w których Wolter, co prawda w gniewie, narysował wizerunek króla; dają się one
może bardziej zastosować do Hamleta, niż do Fryderyka,
ale i w nim znajdowały się zapewne rysy podobne. Wiersze te wziąłem z wydanych co dopiero dziejów akademii
A. Harnacka.
<slowo_obce>Assemblage éclatant de qualités contraires</slowo_obce>, /
<slowo_obce>Ecrasant les mortels et les nommant ses fréres</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Misanthrope et farouche avec un air humain</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Souvent impétueux et quelque fois trop fin</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Modeste avec orgueil, colére avec faiblesse</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Pétri de passions et cherchaut la sagesse</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Dangereux politique et dangei'cux auteur</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Mon patron, mon disciple et mon persécuteur</slowo_obce>.
Porównaj Kosera wizerunek króla z czasów pomiędzy
2. a 3. wojną śląską: ,,Człowiek, ulegający usposobieniu
chwilowemu, to wybuchający gniewem, to znowu jak roztargniony uczony zapadający w marzenia; a przy calem panowaniu nad sobą, które według swego mniemania stosował
w życiu, zdarzało mu się niejednokrotnie, że dawał folgę
zarówno dowcipowi i językowi, jak i uczuciom i łzom: niechętni mu twierdzili, że z sobą w wiecznej był sprzeczności". (M. Koser, <tytul_dziela>Król Fryderyk Wielki</tytul_dziela> 11. s. 4). Z dzieła
Harnacka przytaczam próbkę Fryderykowskiego dowcipu,
który i Hamletowi wstydu by nie uczynił. Kiedy prezydent
akademii Maupertuis polecił królowi jednego z książąt Radziwiłłów, odpowiedział tenże: ,,Możecie z swoją akademią,
mój kochany Maupertuis, robić, co wam się podoba, co do
mnie, to, wiem, że gdybym ja posiadał akademię, nie wpuściłbym do niej żadnego księcia, żadnego ministra. My,
książęta, jesteśmy z reguły powierzchownymi stworzeniami,
w stowarzyszenia, w które wstępujemy, wnosimy tylko długą
litanię tytułów, nic więcej; ale książę polski, który się wam
prezentuje, przerasta nasz gatunek sporą dozą właściwego
mu błazeństwa. Nie powiadam tym samym, że czynię wyjątek z siebie i z moich współbraci, ale jego błazeństwo
przecież jest większe od naszego". A kiedy Maupertuis mimo
to nalegał, odparł mu król: ,,Przyjmijcie swego księcia! Widzę, że świat we wszystkich krajach jednakowy i że błazny
wciskają się wszędzie; tworzą oni coś w rodzaju plastra
piękności dla ludzi, którzy są nieco mniejszymi błaznami
od nich. Przypominam sobie, że na dworze królowej Polski
widziałem murzynkę, monstrum afrykańskie, i nie zaprzeczam, że przy niej królowa wyglądała mniej odstraszająco.
Wasz książę nada się zupełnie waszym panom Grischowom
i Sackom".</pa></akap>


<akap>Jeżeli niebezpieczną naturę Fryderyka okiełzała
bezwzględna, ale i zbawcza surowość króla i ostatecznie zwróciła ją na tory poważnej woli i skutecznej siły, to i Hamleta można było wychować
przedstawieniem mu jasnych i niezbędnych zadań.
Gdyby był na przykład ojciec poległ zwyciężony
w bitwie z Norwegami, gdyby syna powołano do
odbudowania pokonanego państwa, byłaby się wówczas rozwinęła w nim energia, na której naturze
jego nie zbywało --- przecież i Fryderyk Wilhelm I
nazywał swego syna ,,zniewieściałym chłystkiem" ---
i w związku z jego wielkim uzdolnieniem umysłowym mogła była dokonać rzeczy znakomitych.
Zamiast tego, stało się co innego. Ojciec jego umiera
 nagłą śmiercią; królewicz, odwołany z Wittembergi,
zastaje stryja w posiadaniu korony. Dopomógł do
tego dwór z Poloniuszem na czele; stary król
zapewne nigdy nie był po jego myśli, tak jak on
nie podobał się królowi; zawsze z księciem Klaudiuszem porozumienie było łatwiejsze. Młody
Hamlet dostał się przez to w przykre położenie.
Otwierające mu się widoki życiowe nie bardzo
były ponętne. Jako syn swego ojca, jako ulubieniec narodu, ściągnął na siebie nienawiść i podejrzliwość nowego króla. Będzie przy tym musiał
grać publiczną rolę ukochanego syna i spadkobiercy tronu i to, być może, przez cały ciąg życia;
nic bowiem nie przeszkadza przypuszczeniu, że król
Klaudiusz znacznie jest młodszy od starego Hamleta, a zapewne niewiele co starszy od młodego,
który, oczywiście, jest człowiekiem dojrzałym, a nie,
jak twierdzi jeden z nowszych komentatorów Hamleta, dziewiętnastoletnim młodzianem, mającym zaledwie chłopięcy wiek poza sobą; przypisywanie
Hamletowi lat prymanerskich (ucznia ostatniej klasy
gimnazjalnej --- przyp. tłum.) uczyniłoby moim zdaniem postać tę zupełnie niemożliwą; grałby on
wówczas wobec króla i Poloniusza rolę przemądrzałego wścibskiego. A więc takie są widoki Hamleta; dodać do tego trzeba całą ohydę nowego dworu,
jego wyuzdanie, karierowiczostwo rozmaitych
wstrętnych egzystencji; a wreszcie do tego wszystkiego ożenek nowego króla z matką. Tak więc całe
tygodnie po powrocie do kraju wchłaniał w siebie
wstręt, pogardę, obrzydzenie; każde zetknięcie się
z dworem wywołuje w nim równocześnie wylewy
gniewu i oburzenia w postaci gorzkich przytyków
i jadowitych szyderstw. Wtem ukazuje mu się
duch i odsłonięciem tajemnicy dodaje grzebiącej
się w rzeczach wstrętnych wyobraźni Hamleta nowej strawy. Cóż więc czyni Hamlet? To, czego
spodziewać się można po tego rodzaju człowieku.
Gdyby Don Kichot w podobnym znalazł się położeniu, byłby królowi i zgromadzeniu dworskiemu
rzucił w oczy mord i wyzwał go do walki na życie i śmierć, przed sądy boże. Myśli Hamleta od razu inny obierają kierunek: on sobie to zapisuje
na tabliczce --- jak gdyby niespodziewanie nasunął
mu się temat do ballady lub tragedii: cudzołóstwo
i bratobójstwo! Potem dziko i zapalczywie się zaśmieje: naprawdę! wypadek to przedziwny! zabija
brata, zabiera mu tron, uwodzi mu żonę, a przy tym się uśmiecha; zawsze i wszędzie ten sam
słodkawy, niewinny uśmiech na wargach! I skarb
swój chowając przed przyjaciółmi, jak gdyby się
bał, że go utraci, mówiąc o nim, usuwa się na
bok. Wkrótce potem wzywa go przypadek do naszkicowania i wystawienia swej tragedii: zjawiają
się aktorowie. W jednej chwili tworzy z znalezionego materiału zarys sztuki i wprowadza ją na
scenę przed oczy dworu. I rzeczywiście, nigdy tragedia większego nie odniosła skutku: ma przed
sobą króla, położonego jak gdyby na stole sekcyjnym, widzi, jak pod jego słowami wije się i kurczy. A potem w najwyższym wzburzeniu, nie pozbawionym pewnej przymieszki zadowolenia ze
skutku, udaje się do sypialni matki i z tym samym
skutkiem wygłasza wobec niej epilog swego poematu. I na tym poprzestaje; spełnił, co do niego
należało, odegrał swą rolę. A teraz zarządza król
swego rodzaju środki, i one odnoszą skutek: po
pierwszej próbie, której Hamletowi udało się zapobiec, i on inscenizuje sztukę, na którą zaprasza
królewicza --- aktora: w obliczu dworu odbędzie się
widowisko pojedynkowe z trucicielstwem i skrytobójstwem. Ale tym razom nie jest to tylko obraz
sceniczny; śmierć tutaj naprawdę zawitała w gości.
Pierwszą jej ofiarą będzie królewicz; ale jak gdyby
podsyciła w sobie żądzę krwi, zabiera ta ,,straszna
oprawczyni" od razu: Laertesa, króla i królową.</akap>


<akap>Że rysunek ten zgadzał się z zamiarem poety,
dowodzi tego zmiana, przeprowadzona przezeń
w figurze Hamleta, zaczerpniętej z legendy. Amleth
z legendy duńskiej, którą Shakespeare znał niewątpliwie wcześniej, obojętną jest rzeczą, skąd ---
być może poznał ją w owych czasach, skłonnych
do opowieści, z tradycji ustnej --- jest zupełnie
innym, niżeli Hamlet dramatu, to znaczy dramatu
szekspirowskiego; gdyż Hamlet z tragedii <tytul_dziela>Zemsta
Hamleta</tytul_dziela>, grywanej już w dziewiątym dziesiątku
lat na scenach londyńskich (tak zwany Hamlet
pierwotny, który się nie zachował), był, jak to należy przypuścić, ,,piorunującą sztuką zemsty",
w myśl legendy zemsta odniosła w nim należyty
skutek. A zatem Hamlet z legendy jest nieugiętym,
surowym wojownikiem. Ma on tylko jeden rys
wspólny z Hamletem Szekspira: po smaku słoniny
poznaje, co żarły wieprze, a po miodzie, że pszczoły,
które go zniosły, siedziały na trupie. Tak samo
poznaje od razu po królu i królowej angielskiej, że
(po cudzołóstwie) pochodzą z parobków. Przy tym
dzieli on z naszym Hamletem zdolność udawania
obłąkanego i wypowiadania w symulacji tej prawdy
za pomocą dwuznaczników. Zresztą różni się całkiem od bohatera naszego dramatu: umie w wysokim stopniu panować nad sobą i posiada energię do celowego działania. I sytuacja jest tylko
zewnętrznie podobna, wewnętrznie jest ona zupełnie
inna. W podaniu duńskim zamordowanie starego
króla (Horwendilla) przez brata i następcę (Fenga)
jest faktem, znanym od początku. Zmiana tronu nastąpiła za zgodą wielmożów. Aby się ratować
i równocześnie przygotować zemstę, Amleth zmuszony jest udawać obłąkańca; rolę tę przeprowadza z ostateczną konsekwencją, tak, że mimo
kilkakrotnych prób (pierwsza to wspomniane już
spotkanie z piękną dziewczyną; druga to rozmowa
w cztery oczy z matką, przy czym Amleth zabija
indywiduum podsłuchujące) nie udaje się królowi
przeczuwanej wykryć symulacji. Nareszcie Amleth
dochodzi do celu: powróciwszy z Anglii, dokąd go
był wysłał wuj z listem Uriaszowym, który, tak
samo, jak w dramacie, sfałszował na niekorzyść
swych towarzyszy, zastaje dwór, ucztujący właśnie
na jego stypie; chytrze podchodzi to towarzystwo,
podkłada ostatecznie ogień pod zamek i z nim razem pali całe, w głębokim, pijackim śnie pogrążone, poprzednio jeszcze w sieci jego zawikłane
zgromadzenie. Królowi zaś odcina głowę i za zgodą
ludu sam się ogłasza królem.</akap>


<akap>Widać, że Szekspir z gruntu przeinaczył charakter i rolę bohatera: energię zmienił na bezczynność, powodzenie na klęskę, zgodę z samym sobą
i zadowolenie na rozterkę wewnętrzną. Jedno tylko
nowemu pozostawił Hamletowi: subtelną zdolność
tropienia. A teraz zwróćmy uwagę na zmienioną
odpowiednio sytuację: w legendzie Hamlet symulowane obłąkanie swe osłania tajemnicą; król nie
ma nic do ukrywania. W dramacie zaś musi król
strzec straszliwej swej tajemnicy. W ten sposób
rola wytropienia jej przypada królewiczowi; proces
tropienia tego wypełnia treść tych pierwszych
aktów, sprowadza widowisko w widowisku. Dalszy
rozwój w dramacie będzie następnie polegał na
tym, że Hamlet, którego w podaniu powstrzymują
na razie od działania zewnętrzne tylko motywy,
znajduje tutaj hamulec w czynnikach wewnętrznych i że ostatecznie, dzięki kierunkowi swej duszy, zwróconemu ku tropieniu i demaskowaniu,
stanie się wewnętrznie w ogóle do niczego nie zdolny.
Z tego wypływa też różnica zakończenia: Amleth
dokonywa zemsty i wraz z nią zdobywa koronę,
Hamlet zaś ginie dzięki zaciętemu, gniewnemu zastanawianiu się i deklamowaniu na temat nędzy
świata i niegodziwości ludzi, a przede wszystkim
na temat samego siebie.</akap>


<akap>W dramacie dodany został jeden jeszcze godny
uwagi pierwiastek, którego nie ma w podaniu: stosunek do Norwegczyków. Choremu królewiczowi
duńskiemu przeciwstawił poeta Norwegczyka Fortynbrasa, widocznie --- jak na to niejednokrotnie
zwracano uwagę --- dlatego, ażeby za pomocą przeciwieństwa tego rzucić światło na charakter Hamleta. Przy końcu dramatu zajmuje Fortynbras
miejsce, na które z urodzenia powołany był Hamlet: zjawia się on jako człowiek, który dzięki naturze swojej godny jest objąć koronę; i umierający
Hamlet głosuje na niego. Któż jest ten Norwegczyk?
Widać to na pierwszy rzut oka: młody człowiek
z silnymi popędami i rześką odwagą, który żyje,
nie grzebiąc się w majaczeniach o wartości życia,
który działa, gdy honor na szwank wystawiony,
a nie wygłasza monologów na temat być czy nie
być; urodzony władca, który wierzy w siebie
i dzięki temu i w innych wiarę tę wpaja. Idą przecież za nim jego wojownicy, ,,jak gdyby szli na łoże,
a nie do grobu"; i oni nie troszczą się o wielki
problemat bilansu rozkoszy czy wartości: nie wiedzą nawet, czy ten kawał ziemi, który zdobywać
przychodzą, wystarczy dla nich wszystkich na mogiłę (IV. 5). Tak charakteryzuje go Hamlet, nie
bez pewnego siebie uśmiechu, ale co prawda i nie
bez wybuchu gniewnych obelg, rzucanych samemu
sobie. Tym samym charakteryzuje on równocześnie siebie jako świetny umysł, docierający do dna
nicości i niegodziwości wszechrzeczy, zwłaszcza zaś
człowieka --- najniewdzięczniejsze i najniebezpieczniejsze zadanie, którego mężczyzna podjąć się może.</akap>





<naglowek_rozdzial>4.</naglowek_rozdzial>




<akap>Spróbujmy teraz naukę, zawartą w dramacie ---
zawartą, oczywiście, w formie, w jakiej zawiera
ją samo życie --- ująć w formułę. Można ją wypowiedzieć słowami 13. rozdziału pierwszego listu
do Koryntian, z którego już powyżej jeden zacytowaliśmy ustęp: ,,Choćbym mówił językami
ludzkimi i anielskimi, choćbym miał proroctwo
i wiedziałbym wszystkie tajemnice i wszelką umiejętność, a miłości bym nie miał, niczym nie jest".
Hamlet zna wszystkie tajemnice, posiada dar jasnowidzenia i proroctwa; posiadał przemawiania językami, a choć to nie są języki anielskie, to
umie on przecież językami ludzkimi, patosem, dowcipem i rozumem mówić w sposób przedziwnie
porywający o wszystkim. Ale to wszystko na nic
się nie przyda ani jemu, ani jego otoczeniu. Posiada on dar wyśledzenia i obnażania zła i wszelkiej podłości, umie bystrym godzić w nie słowem:
i w subtelnie wymyślonej tragedii wprowadzać je
na scenę; ale dar ten okazuje się do uchronienia
świata od zła zupełnie niezdatny. Przeciwnie, dla
tego, który go posiada, niebezpieczną jest sztuką, ostatecznie gotuje ona mu ten sam upadek, co i złemu,
które miał karać, a które umiał tylko podniecić i podrażnić. Aby uchronić się od zła, na to innych;
potrzeba sił, trzeba na to męskiego gniewu, silnej
woli, szybkiej decyzji. Nie dojdzie z nim do ładu
człowiek, umiejący je tylko dowcipnie wyszydzać,
patetycznie oskarżać, filozoficznie rozbierać; a kto
z pesymistyczną zagłębia się w niem wyobraźnią,
tego ono zniszczy wewnętrznie.</akap>


<akap>Obok Hamleta istnieją jeszcze dwa dramaty
Szekspira, zajmujące się problematem zła, mianowicie ,,Tymon Ateńczyk" i ,,Król Lir". Pokazują
one, że jak zimny, przewidujący zmysł śledczy zła
opanować nie umie, tak samo nie poradzi sobie
z nim ślepa dobroduszność, przeciwnie wychowuje śród otoczenia niewdzięczność i niegodziwość.
Dobrodziejstwo, nie kierowane mądrością, złe za
sobą pociąga skutki. Z srogą pewnością nakreślona
w ,,Tymonie" niegodziwość pochlebczego pasożytnictwa, gromadzącego się około człowieka z otwartą
ręką, jest nieuniknionym skutkiem ślepoty tego człowieka, któremu się zdaje, że dawanie podarunków
i hojność wobec każdego jest szlachetnym i niezbędnym spożytkowaniem bogactwa, a co najmniej
jedną z najniewinniejszych i najpiękniejszych rozkoszy, na jaką pozwolić sobie może człowiek bogaty. Jak gdyby Tymon mógł w ogóle czynić coś
niebezpiecznego lub dla ludzi szkodliwego! Stawszy
się wskutek ,,niewdzięczności" wrogiem ludzi, napomina on złodziei i ladacznice z otoczenia Alcybiadesa, ażeby wytrwali w procederze swoim na
szkodę ludzkiego rodu. Miał on daleko bliższy środek pod ręką, aby się pomścić na ludziach: potrzebował tylko z znalezionym co dopiero skarbem
powrócić do miasta, dawniejsze rozpocząć życie,
znowu gromadzić dwór naokoło siebie i z ,,przyjaciół" --- swoich zrobić pasożytów. Co prawda, Tymon nie wyleczył się jeszcze z złudy, jakoby był
dobroczyńcą a nie niszczycielem ludzkości i jakoby
miał prawo domagania się od niej podzięki; jest
to złuda, tak samo rozpowszechniona w dobie dzisiejszej, jak za czasów Tymona Ateńczyka Szekspira. I dzisiaj jeszcze robienie zbytków, ,,puszczanie pieniędzy pomiędzy ludzi", dawanie napiwków
i wyświadczanie łask za chwalebną uchodzi zasługę i to nie tylko śród tych, którzy z otwartymi
rękami gromadzą się naokoło hojnego łaskodawcy.
A prawdopodobnie i na przyszłość daremnie będzie Tymon Szekspirowski uczył, że świadczenie
dobrodziejstw, w małym czy wielkim stylu, będzie
zawsze sprzyjało rozwojowi psich właściwości w naturze ludzkiej i że wreszcie ,,przyjaciela ludzi",
przerażonego ostatecznie widokiem wychowanych
przez siebie stworzeń, przemieni w ,,nieprzyjaciela".
Prawdopodobnie, dopóki istnieją ludzie, będą istniały
także i dwory, bądź, że stwarzać je będą naokoło
siebie władza i wielmożność, zaszczyty czy bogactwa, wpływ na potentata czy jakieś ciało ustawodawcze i łaskodawcze, albo jakiś organ opinii publicznej; a dopóki dwory będą istniały, działać
będą według naturalnego prawa swej istoty; dzielne
i szlachetne przymioty natury ludzkiej mniej tu się
rozwijają, aniżeli właściwości brzydkie i nikczemne:
chciwość, zawiść, kłamstwo, pochlebstwo, służalstwo, złośliwość.</akap>


<akap>W sposób tak bezwzględny nikt zresztą przedtem ani potem ,,nie pokazał dworowi jego zwierciadła", jak to uczynił Szekspir z królewskim dworem londyńskim. Czy też Francis Bacon, najsłynniejszy i najzręczniejszy z wszystkich pochlebców
i karierowiczów, widział kiedy Hamleta czy Leara,
których autorstwo pragnie mu przypisać nowomodne nieuctwo?</akap>


<akap>Za <wyroznienie>pozytywne</wyroznienie> uzupełnienie utworów tych
można uważać <tytul_dziela>Burzę</tytul_dziela>, ową dziwną sztukę fantastyczno-alegoryczną, którą Szekspir według wiarygodnej tradycji pożegnał się z sceną na zawsze.
W osobie Prospera zlały się w jedno pierwotna
<wyroznienie>dobroć serca</wyroznienie> i w drodze ciężkich prób zdobyta <wyroznienie>mądrość</wyroznienie>: posiada on w nich ową laskę
czarodziejską, za pomocą której kieruje sercami jak
potokami; udaje mu się wychowanie szlachetnych,
nawrócenie złych, poskromienie podłych; służą mu
nawet siły przyrody, posłuszne czarodziejskiej jego
lasce.</akap>


<akap>Na koniec słówko jeszcze w kwestii: jaki istnieje
związek wewnętrzny pomiędzy Szekspirem a Hamletem? Czyż w poetyczną tę postać wcielił on sam
siebie? Czyż ustami Hamleta wypowiada swój własny pogląd na świat i życie? Przypuszczano to
niejednokrotnie. Szereg tragedii, w których przeważa ponura strona życia, <tytul_dziela>Hamleta</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Otella</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Leara</tytul_dziela>,
<tytul_dziela>Koriolana</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Tymona</tytul_dziela>, stojących i pod względem czasu
w bliskim związku z sobą, uważano za świadectwo
ponurego albo przynajmniej chwilowo zasępionego
nastroju i poglądu życiowego Szekspira i źródła
tego szukano w osobistych doświadczeniach poety.
Tak np. w studiach o Szekspirze mówi Ruemelin
o pesymistycznym kierunku angielskiego poety
i przeciwstawia go pogodnym, optymistycznym poglądom Goethego. W wielkim i bogatym dziele
o Szekspirze, usiłującym na każdym kroku pokazać poetę w jego utworach, wysnuwa Jerzy
Brandes charakter tragedii z czasów <tytul_dziela>Hamleta</tytul_dziela>
z chwilowego zasępienia duszy ich twórcy. Przytacza on pełno szczegółów z publicznego i prywatnego życia poety, objaśniających przewrót, jaki
nastąpił w czasie pomiędzy Hamletem a poprzedzającymi go komediami <tytul_dziela>Jak wam się podoba</tytul_dziela>,
<tytul_dziela>Co chcecie</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Noc trzech króli</tytul_dziela>); przede wszystkim przytacza sonety i tłumaczy je bolesnymi
doświadczeniami poety na polu miłości kobiecej
i przyjaźni w świecie pańskim, z którym zawarł
stosunki, ale do którego, jako wzgardzony aktor,
należeć nie mógł. Po chorobie nastąpiła według
niego w ostatnich latach życia rekonwalescencja;
z ostatnich utworów przemawia do nas dusza pojednana ze światem, łagodne mająca znowu współczucie dla wszystkiego, co ludzkie.</akap>


<akap>Jest to oczywiście zapatrywanie słuszne, że takie utwory, jak wielkie tragedie Szekspira, są rezonansem osobistych nastrojów życiowych poety;
wytwory samej wyobraźni, przenoszącej się w stosunki wymyślone, nie wydobędą takiej potęgi przekonywającej rzeczywistości. Z faktu, że pierwiastki
okropności, straszliwości, niegodziwości i zła tyle
zajmują w nich miejsca, usprawiedliwiony trzeba
będzie wyciągnąć wniosek, że zjawiska te nasuwały się poecie i wdrażały się w jego duszę z całą
mocą, bądź to wkraczając w jego własne życie,
bądź też, że je widział w życiu innych i przeżywał
je razem z nimi z potęgą wczuwania się w nie,
która stanowi poetę. U Goethego daremnie szukać
będziemy postaci, czynów i losów, które Szekspir
przedstawia w Hamlecie, Learze, Otellu; u twórcy
niemieckiego nie ma zupełnie wirtuozów zła, ani
też owych ludzi niezłomnych z niesłychanymi namiętnościami i brutalnym sumieniem, a tym samym
nie ma też i niesłychanych cierpień.</akap>


<akap>Poezja Goethego odzwierciedla jego życie, które
nie zaznało ani wielkiej, namiętnej walki, ani też
gwałtownych, srogich cierpień --- nie zaznało ich
w tym stopniu, w jakim nie mogły one w otoczeniu życiowym Szekspira oszczędzać człowieka,
w świecie tym żyjącego: zestawmy tylko świat polityczny na dworze królowej Elżbiety, obracającej
się wśród ciągłych walk i katastrof, w których
zawsze szło o głowę, z spokojnym, sielankowym
życiem na dworze weimarskim.</akap>


<akap>Trzeba więc będzie z całą przypuścić słusznością, że pierwiastek zła i okropności wywierał na
duszę Szekspira wrażenie daleko głębsze, aniżeli
na Goethego. Natomiast nie mogę się przekonać,
ażeby wrażenie to w jakimkolwiek bądź czasie złamało go wewnętrznie. Nie mogę uwierzyć, ażeby
tragedie owe były wyrazem duszy zgorzkniałej,
która zwątpiła o świecie i ludziach; nie wierzę też,
że monologi Hamleta, pełne rozpaczliwego nastroju,
były sądem poety o życiu. Odczuwał on niewątpliwie niezmierny ciężar życia, ale nigdy się pod nim
nie złamał. Utworami, na które pod tym względem
lubimy się powoływać, są <tytul_dziela>Hamlet</tytul_dziela> i <tytul_dziela>Tymon
Ateńczyk</tytul_dziela>. Dwie te postaci ucieleśniają w sobie
nienawiść ludzi, pogardę i wstręt do życia. Ale
w obu tych utworach uczucia te nie są normalnym zalecaniem lekceważenia życia i ludzi. Dzieje
się to u Schopenhauera i Leopardiego<pe><slowo_obce>Leopardi, Giaccomo</slowo_obce> (1798--1837) --- włoski poeta i filozof okresu romantyzmu.</pe>, lecz nie
u Szekspira, przedstawiającego je jako chorobę
duchowo-moralną, która śród pewnych okoliczności u pewnych zjawia się natur. Wierny aż do
srogości w kreśleniu tej choroby, nie nadaje on
jej absolutnie pozoru wyższej mądrości życiowej.
Prawda, królewicz ten jest umysłem wyższym
i wielce interesującym; daje on też folgę skłonności swojej do refleksji ,,weltschmerzowych<pe><slowo_obce>weltschmerzowy</slowo_obce> --- charakteryzujący się smutkiem wynikłym z przekonania o niedoskonałości świata.</pe>", pesymistycznego lżenia i osobistego obnażania poszczególnych natur z taką dozą sprytu i dowcipu, że
słowa z ust jego z wielkim łowimy zaciekawieniem; według zdania Goethego jesteśmy w ogóle
skłonni do zbyt pochopnego słuchania lżeń i obmów:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Chętnie rozumne przyjmujemy słowa,/
Lecz bardziej jeszcze nęci nas obmowa".</strofa></poezja_cyt>



<akap>Przeważna część ludzi posiada żyłę mefistofelesowską. Być może nie bez słuszności twierdzi
Turgeniew, że wszyscy podziwiamy Hamleta i za
przyjemne uważamy pochlebstwo, jeżeli nas z nim
porównają, podczas kiedy nazwanie nas Don Kichotem bynajmniej nam nie schlebia; wszakże dotychczas jeszcze większą czujemy przyjemność, jeżeli w nas widzą rozumnych aniżeli dobrych. Ale
niemniej ma on słuszność, dodając, że nikt Hamleta nie może kochać, ponieważ on sam nikogo
kochać nie może. Nikogo też dramat Szekspira nie
skłoni do logo, ażeby życie bez miłości, choćby
najświetniejszego pełne ducha i dowcipu i najsubtelniejszym obdarzone węchem na słabości ludzkie,
uważać za szczęśliwe i godne pożądania. W sposób
wyraźny, zbliżający się do zamierzonego planu,
a tym samym do granicy tego, co ze stanowiska
artyzmu jest dozwolone, przeciwstawia on Hamletowi postać Fortynbrasa, jakkolwiek dla biegu
akcji nie ma ona żadnego znaczenia i jakkolwiek
poeta jej nie rozwinął, a stworzył ją tylko jako
przyczynek, służący do przedstawienia pierwiastku
zdrowia pierwiastkowi choroby; sam przecież umierający Hamlet musi przy końcu, niemal znowu wypadając z roli, wskazać nań, jako na człowieka,
mającego podjąć i wykonać zadanie, którego on
wypełnić nie zdołał. A i na to trzeba zwrócić
uwagę: Szekspir przedstawia nam w ten sposób
panowanie Klaudiusza wyraźnie jako epizod w dziejach Duńczyków; panowanie to poprzedziły rządy
starego Hamleta, a teraz ustępuje ono miejsca Fortynbrasowi. Z tego punktu widzenia dramat nasz
przedstawia nam fakt, że królestwo zła jest niemożliwe i że niszczy ono samo siebie.</akap>


<akap>Czy Szekspir miał w sobie skłonność do pesymistyczno-mefistofelesowskiego pojmowania spraw
ludzkich? Można by dać temu wiarę; przy przenikliwej bystrości i pewności wzroku dla spraw ludzkich pojmowanie takie rodzi się bez trudu. Uprzytomnijmy sobie tylko długi szereg owych ról błazeńskich, które stworzył; każdy z tych błaznów to
wirtuoz w odkrywaniu ludzkich słabości i przywar.
Może być, że przede wszystkim to właśnie pociągnęło go ku postaci Hamleta; była mu ona zapewne
znaną dawno przed napisaniem dramatu, nadał
przecież synowi swemu imię Hamleta: królewicz,
na bujnym, zbrodniczym, obłudnym dworze grający rolę obłąkańca i nadający sobie przywilej
błazna mówienia prawdy --- jakież z tego wynikają sytuacje, co za rzeczy można mu wówczas
wkładać w usta!</akap>


<akap>A teraz rozważmy, jaki zwrot nadał poeta tej
sprawie. Skłonności Hamleta do odsłaniania obłudy
i do mówienia złośliwości nieograniczoną daje folgę;
ale równocześnie wskutek tego właśnie gotuje mu
wewnętrzny i zewnętrzny upadek. Możemy więc
teraz powiedzieć, że jeśli Szekspir miał w sobie
tego rodzaju skłonność, to byłby ją w poemacie
umieścił niejako poza sobą i w ten sposób byłby
się od niej wyzwolił. Tak jak Goethe niektóre
strony swej duszy w poezji swej obiektywizował
i wewnętrzną wobec nich zyskiwał wolność, tak
samo byłby i Szekspir w <tytul_dziela>Hamlecie</tytul_dziela> ową stronę swej
duszy zobiektywizował i własną duszę od niej wyzwolił. Wiara w sprawiedliwy i boski porządek
rzeczy jest i tutaj ostateczną konsekwencją. Hamlet, człowiek bez siły, wiary i miłości, śledzący i wykrywający zbrodnię nie na to, aby ją karać i przez
karę uzdrowić i powalić tych, którzy ją spełniają,
ale aby moralizować na jej temat, aby lżyć i ćwiczyć na niej patetyczną swą wymowę i satyryczny
dowcip, ginie razem z pokoleniem, któremu zdziera
maskę z twarzy.</akap>


<akap>Zdanie, które Goethe wpisał do pamiętnika młodego Schopenhauera:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Ku czemu dążyć mają nasze lata?/
Aby świat poznać i nie deptać świata ---"</strofa></poezja_cyt>




<akap>mogłoby także służyć jako hasło dla dzieł Szekspira, a przede wszystkim dla Hamleta.</akap>




<naglowek_rozdzial>5.</naglowek_rozdzial>




<akap>Takie jest moje zdanie o charakterze Hamleta
i o znaczeniu dramatu. Przedstawiłem je, zda mi
się, tak wyraźnie, że zrozumie je każdy, kto mu
trochę poświęci uwagi.</akap>


<akap>Natomiast nie żywię bynajmniej nadziei, że zdanie to się upowszechni. Dopóki <tytul_dziela>Hamleta</tytul_dziela> czytać będą
i wyjaśniać, dopóty będą go sobie także rozmaicie
pojmowali. A czyż komentatorowie Hamleta będą
wzajemnie uważali siebie za głupców? Sądzę, że
jest prawdopodobne, zwłaszcza w Niemczech, jakkolwiek nie jest to wcale koniecznym, ażeby ludzie,
mający o pewnej rzeczy odmienne przekonanie,
uważali się wzajemnie za głupców i wypowiadali
to publicznie.</akap>


<akap>Wynika to jednak z natury rzeczy, że taka postać, jak Hamlet, rozmaite wywołuje tłumaczenia.
Jeżeli nie było znakomitszej osobistości historycznej,
co do której sąd byłby jednolity (przypomnijmy
sobie tylko Lutra lub Fryderyka Wielkiego), tak
samo i każda wielka postać poetycka, rzeczywistym obdarzona życiem, rozmaicie będzie pojmowana. Wszystko, co żyje, ma w sobie pierwiastek
nieskończoności. Każdy badacz otrzymuje od niej
specjalne wrażenia, na które składają się także
stanowisko, własne myśli i uczucia. Każdy też wiek
napełnia postać wielkiego utworu swoimi własnymi
nastrojami i myślami, tak że w ten sposób postaci
te żyją również jego życiem. Zagadki Hamleta nie
rozwiążemy nigdy w tym sensie, ażeby o Hamlecie nie można już było powiedzieć nic nowego ---
powiedziałbym prawie, że mam nadzieję, iż to
nigdy nie nastąpi. ,,Gdyby kiedykolwiek przestano
się zajmować wyjaśnianiem <tytul_dziela>Hamleta</tytul_dziela>, wówczas
Szekspir dla nas by umarł"; tymi słowami poprzedził A. Brandl ogłoszenie wspomnianych powyżej
odczytów Vischera.</akap>


<akap>I dlatego też właśnie najmniejszej nie czuję potrzeby zbijania obcych sądów albo nawet pomnażania niezmiernego balastu nieomylnych przywidzeń i złego humoru, nagromadzonego w literaturze hamletowskiej. Usiłowałem tylko pokazać Hamleta w świetle, w jakim on mi się przedstawia;
przy czym naturalnie położyłem główny nacisk na
to, co według mego zdania zbyt dotychczas lekceważono, mam na myśli skłonność Hamleta do śledzenia za pomocą bystrej wyobraźni pierwiastków
brzydoty, podłości, nikczemności, zła i okropności,
do wyciągania tych pierwiastków spod powłoki
pięknych pozorów i do ostrzenia na nich patetycznej wymowy i gorzkiego dowcipu. Nie mam
zamiaru sprzeczać się z ludźmi, którzy rysu tego
nie widzą, dla których Hamlet jest człowiekiem
szlachetnym, subtelnie czującym i bardzo sumiennym, albo rozważnym i rozsądnie myślącym, albo
do marzycielskich skłonny zaciekań, albo leniwym
i flegmatycznym, albo melancholijnym neurastenikiem<pe><slowo_obce>neurastenik</slowo_obce> (daw.) --- człowiek znerwicowany.</pe>, albo genialnym idealistą: ludzie ci znajdą
i w mojej rozprawie niejeden punkt wyjścia dla
siebie: w każdym przecie człowieku istnieją wszystkie cztery temperamenty i do tego kilka innych.
Usiłowałem tylko zwrócić uwagę czytelnika na punkt,
który wydaje mi się jądrem charakteru, przynajmniej tak, jak się ujawnia w dramacie, bez względu
na to, jakim był przedtem. Nie mogę zmusić nikogo, aby go widział lub słyszał. Sądzę jednak, że
kto nie ma ucha dla tego przeraźliwego, gorzkiego,
szyderczego, gniewnego śmiechu, rozbrzmiewającego w całym ciągu dramatu, od zanotowania
stryja na tabliczce aż do rozmowy z grabarzami
i czaszkami byłych radców i adwokatów, temu do
zrozumienia Hamleta bardzo ważnego brakuje przyczynka.</akap>


<akap>Będzie to może dla mojego Hamleta z korzyścią, że staje on teraz przed oczami czytelnika
w towarzystwie Schopenhauera. Zdaje mi się, że
podobieństwu obu tych osobistości zaprzeczyć nie
można. Obok jednakowego uzdolnienia intelektualnego, obok bystrego, intuitywnego rozumu, żywej,
ruchliwej wyobraźni, posiadają także jednakowe
braki i niedobory na punkcie woli, posępność, podejrzliwość, skłonność do widzenia rzeczy na czarno,
niezdecydowanie. Gdyby losy postawiły były młodego Schopenhauera w podobnych stosunkach, jak
Hamleta, postępowanie jego nie różniłoby się od
postępowania Hamleta: zamiast z całą działać stanowczością, byłby był tak samo śledził i obnażał
zło; i on byłby był rzucał obelgi, drwił i prawił złośliwości i prawdopodobnie od czasu do czasu dawałby się w przystępie chwilowych wzburzeń porywać do czynów gwałtownych, dopóki by nie padł
ofiarą przewagi rozważnej niegodziwości. Schopenhauer na tak twardą próbę nie był wystawiony;
losy były mu życzliwsze; pozwoliły mu z wiru świata
usunąć się do frankfurckiej celi filozofa i żyć tutaj
wyłącznie w kole swych myśli. Gdyby lak łatwo
było poszło Hamletowi, gdyby się był nie urodził
królewiczem, gdyby się był schronił do pustelni
i tutaj mógł się oddawać swym myślom i fantazjom, życie jego byłoby się mogło ukształtować
całkiem znośnie. Po jednej lub drugiej daremnej
próbie ułożenia się ze światem, byłby się był i on,
podobnie jak Schopenhauer, zdecydował, aby życie
poświęcić kontemplacyjnemu badaniu życia. Możemy dodać, że wyniki tych badań nie byłyby zbyt
miłe i przyjemne; i on byłby był wszystkie swoje
rozczarowania i oburzenia ujął w system i według
tego systemu badałby znowu i tłumaczył życie.
I on byłby może literackiej pragnął sławy, a nie
zaznawszy jej, mściłby się na szczęśliwszych współzawodnikach z nie mniejszą zapalczywością i nie
mniejszym zadowoleniem, niż to Schopenhauer czynił z Heglem i profesorami filozofii.</akap>


<akap>Losy biednego Hamleta mniej były szczęśliwe;
syn królewski, rzucony w świat mordów i okropności, musiał przyjąć wezwanie do straszliwej walki.
Stoczył ją środkami, danymi mu przez naturę,
udawaniem i aktorskimi sztuczkami w demaskowaniu, inwektywami dowcipnymi i patetycznymi.
Ale w tym twardym świecie realnym środki te nie
wystarczyły. Słowa ranią wprawdzie, lecz nie zabijają. Pada więc Hamlet jako tragiczna ofiara losów, które narzuciły mu rolę, do jakiej nie był
stworzony.</akap>





<naglowek_czesc>Mefistofeles</naglowek_czesc>






<motto><akap><slowo_obce>Die boesen giftigen Zungen moegen recht heissen
Teufelskinder, wie auch er, dor Teufel (diabolus), nichts
anderes heisst, denn ein bitter, giftig und boes Maul</slowo_obce>.</akap></motto><motto_podpis>Luther.<pt><slowo_obce>Die boesen giftigen Zungen...</slowo_obce> --- Złe, jadowite języki można słusznie nazywać dziećmi
diabła, tak jak i on, diabeł (<slowo_obce>diabolus</slowo_obce>), nie oznacza niczego
więcej, jak tylko zły i jadowity pysk.</pt></motto_podpis>











<naglowek_rozdzial>1.</naglowek_rozdzial>




<akap>Charakter Mefistofelesa chcąc wyrazić formułą,
można by powiedzieć: rdzeniem jego najwewnętrzniejszym jest rozkosz w tym, co podłe, albo, w pojęciu negatywnym, zupełna odporność na wszystko,
co czyste, wzniosłe i szlachetne. Dobrze mu jest
z tym, co podłe, wszystko też spycha do poziomu
podłości; za pomocą zjadliwego dowcipu lub szyderczego grymasu nadaje wszelkim sprawom znaczenie czegoś podłego, za pomocą rozmaitych mamideł i kłamstw sprowadza ludzi na drogę podłości.
Jest podły, <wyroznienie>widzi</wyroznienie> podle, <wyroznienie>czyni</wyroznienie> podle. Wykażę
trzy te szczegóły jeden po drugim.</akap>


<akap>Nasamprzód jest podły i dobrze mu jest z tym,
co podle. Trzy sceny pierwszej części pokazują go
nam w tym żywiole: piwnica Auerbacha, kuchnia
czarownic, noc walpurgowa.</akap>


<akap>Pierwszą swą wycieczkę z pozyskanym świeżo
towarzyszem kieruje do knajpy. Panuje tutaj podłość w postaci najpowszedniejszej, podłość życia
opilców, upływającego w zmysłowej rozkoszy. Bez
pracy, bez celów, bez myśli uchodzi studentom
dzień boży, którzy w pustej monotonii stępiałego
życia knajpiarskiego opłacają nikłe koszta zabawy
tymi samymi ubogimi lub świńskimi dowcipami,
odkorkowywaniem beczek i śpiewem okrężnym. Nie
przyczynia to bynajmniej sławy uniwersytetom niemieckim, że życie ich studentów posłużyło za wzór
dla namalowanego z przeraźliwą wiernością obrazu.
Gdy Faust trzyma się z dala (w poemacie skończonym; w opracowaniu pierwszym, w tak zwanym
,,Fauście pierwotnym" czynniejszą odgrywa rolę,
zwłaszcza tam, gdzie według wskazówek podania
o Fauście rozpoczyna działać czar wina), Mefistofeles od razu miesza się do towarzystwa. Czuje się
tutaj zupełnie jak u siebie, władnie tutaj duch jego
ducha, jakkolwiek duchowi Mefistofelesa ustępuje
w szyderstwie i złośliwości. Piosnka, którą śpiewa
na żądanie, piosnka ,,o wielkiej pchle», którą król
chowa w spodnie i robi z niej ministra, tak utrafia
w ton towarzystwa, że przyjęto ją rozpasanym rykiem aplauzu. Kiedy podochocenie doszło pod wpływem ognistego trunku do zenitu:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Tak nam kanibalicznie błogo,/
jakby pięciuset świniom",</strofa></poezja_cyt>



<akap>wówczas Faust odwraca się z obrzydzeniem od tej
zabawy: ,,Miałbym ochotę odjechać". Mefistofel zatrzymuje go jednak na nowe krotochwilne widowisko: ,,Teraz dopiero pokaże się nader wspaniale
cała bestialność". Z głębokim zadowoleniem przygląda się ostatnim skutkom opilstwa, przechodzącego w stan maniacki.</akap>


<akap>W następującej bezpośrednio potem <wyroznienie>kuchni
czarownic</wyroznienie> podłość w nowej przejawia się nam
postaci: w postaci brzydoty, maszkary, zabobonu,
absurdu, będących w najściślejszym z nieczystością
związku. W życiu i języku rzezimieszków i łotrów,
jak je nam przedstawił Avé-Lallemant, dwa te żywioły, ściśle z sobą złączone, pierwszorzędną odgrywają rolę; zabobon i rozpusta w każdej postaci są tu
jak u siebie w domu. I tutaj trzyma się Faust z daleka: ,,Te czarnoksięskie sztuki wstręt mi sprawiają". Mefistofel natomiast oddycha znowu tym
powietrzem z całą rozkoszą; pokazuje przyjacielowi
koty morskie, ,,delikatne te zwierzęta"; z starą czarownicą czuły utrzymuje stosunek, żegna ją zapowiedzią schadzki w noc walpurgową. Za to Helena
niezupełnie mu się podoba; ,,ładna jest, to prawda",
wyznaje, gdy się zjawiła, ,,ale nie odpowiada memu
gustowi" (6480). Nie przypada mu do smaku naga
piękność starożytnego świata --- ,,lubię co nieco
rozbierać" --- tak samo nie do smaku mu czysta
piękność aniołów. Zbywa im na jednym i tym samym, na pierwiastku lubieżnej rozpusty, wypełniającej atmosferę kuchni czarownic i Łysej góry. Ale
tak samo jak brzydota i rozwiązłość, jest mu też
sympatycznym wszelki absurd; dużo strawił czasu
nad książką, w której czarownica dziwaczne czyta
abecadło: ,,taki właśnie dyskurs" --- powiada do
niechętnie słuchającego przyjaciela --- ,,lubię najbardziej".</akap>


<akap>Wreszcie w <wyroznienie>nocy walpurgowej</wyroznienie>, na Łysej górze, kawaler Voland w swoim jest żywiole;
znajdujemy się w samym środku królestwa piekieł,
które tutaj na przyjęciu dworskim w całej przedstawia się gali. Pierwiastek podłości zjawia się
tutaj w postaci rozpustnej brzydoty. Kulminacyjny
punkt wszystkiego tworzy tutaj scena, co do której
mamy tylko w <tytul_dziela>Paralipomenach</tytul_dziela> kilka szczegółów.
Jego piekielna mość (Mefistofel jest diabłem podrzędnym) raczy siedzieć na tronie i przyjmować
objawy hołdu, mające odpowiednik tylko w pantoflu papieża, objawy z odwrotną stroną ich przyjemności. Jest to orgia podłoty, na jaką nie zdobyła się żadna literatura; i Goethe nie miał odwagi ją drukować. Zresztą scena ta została widocznie pomyślaną jako pendent do początkowej
i końcowej sceny <tytul_dziela>Fausta</tytul_dziela>: tutaj królestwo niebieskie --- sama czystość, jasność, harmonia, spokój, miłość, bogobojność; tam, w przeciwległym
władztwie szatana, chaos, wrzask, ciemność, brud,
smród, kłótnia, kłamstwo, obłuda, bezczelność, rozwiązłość, krwawym oblana światłem piekielnego
ognia.</akap>


<akap>W scenach tych przeciwstawił poeta to, co dla
umysłu ludzkiego najwyższym jest i najniższym.</akap>


<akap>W ten sposób, za pomocą przeciwstawienia, określoną została cała <wyroznienie>moralna</wyroznienie> istota Mefistofelesa.
Rozkosz mu sprawia wszystko, co brzydkie, bezwstydne, ohydne; natomiast doznaje bólu na widok
wszystkiego, co piękne jest i czyste, jasne i dobroczynne, wszystko, co z niebieskiego pochodzi
królestwa, a więc jasna światłość niebieska,</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Ta dumna światłość, co berłem swej mocy/
Odbiera władzę daną matce nocy;"</strofa></poezja_cyt>




<akap>a więc śpiew zastępów niebieskich przy końcu drugiej części:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Zgrzyty ja słyszę, ohydne pobrzęki,/
Z góry płynące w dzień niepożądany".</strofa></poezja_cyt>



<akap>A więc nareszcie światło duchowe, rozsądek, gdy
tymczasem całkowicie odpowiada jego naturze
kłamstwo, pozór i mamidło. Największą dla niego
rozkoszą, gdy może człowieka spowodować do posługiwania się rozsądkiem w tym jedynie celu, aby
,,stał się większym zwierzęciem, niż wszelkie zwierzę". A jak chaos w przyrodzie, góra Brocken podczas naporu burzy, tak samo raduje go chaotyczny
bezład w świecie ludzkim: ujadania i kłótnie, drapanie i gryzienie, które słyszymy w kuchni czarownic, to muzyka dla jego uszu.</akap>


<akap>Ta wola, ta żądza podłości, idzie w parze z bystrym, przenikliwym rozumem. Zwraca on przeszywający wzrok przede wszystkim na ludzi i na
sprawy ludzkie, podczas gdy całkiem obojętny jest
dla przyrody, w której Faust tak rad się zatapia.
Z żywym zawsze węchem szuka on w istocie ludzkiej pokrewnej sobie strony, szuka samolubstwa
i rozpusty, kłamstwa i pozoru. Z złośliwą rozkoszą
wydobywa on spod ukrycia pięknego pozoru to,
co w jego oczach prawdziwą jest ludzką naturą.
Tak zwane idee, prawda, dobro i piękno, nie są
niczym więcej, jak tylko liśćmi figowymi, którymi
mężczyźni i kobiety okrywają się wzajemnie, przed
drugimi i sobą.</akap>


<akap>Posiada niewątpliwie bystrość umysłu i dowcip,
z ust jego nie wyjdzie słowo nie zaprawione dowcipem. Ale to umysł negatywny, niszczycielski, nie pozytywny i produktywny; nikt nie uprawiał z większą
siłą i sztuką intelektualnego unicestwiania rzeczy,
jak Mefistofeles. A ponieważ w świecie ludzkim
tyle jest nicości, lubiącej przybierać pozory czegoś
wielkiego i rzeczywistego, przeto wykonywanie tej
sztuki obszerne znalazło tu pole. Trzeba przy tym
jeszcze zauważyć, że wszystko to jest właściwie
czynnością samoniszczycielską: chcąc budować swe
królestwo, powinien by Szatan pozór ten i kłamstwo
wszędzie utrzymywać, a nie dowcipnym burzyć je
odkryciem. Ale jak już zauważył Arystoteles, natura złego ma tę właściwość, że nigdy nie jest z sobą
w zgodzie: dobro i prawda wewnętrzną posiada
harmonię, natomiast fałsz i zło zawsze jest z sobą
w sprzeczności. I dlatego to diabeł, nie mogąc zaniechać odkrywania pozoru, musi służyć prawdzie.</akap>


<akap>To byłaby duchowa istota, osobistość Mefistofelesa. Dokładniejsze zajmowanie się kosmiczno-metafizyczną stroną jego bytu nie odpowiada chyba
naszemu celowi. Zauważę tylko to: podstawę ogólnego pojęcia tworzy fantastyczne wyobrażenie
świata, jakie sobie schyłek średniowiecza z biblijnych i greckich wytworzył źródeł: Wszechświat to
w granice zamknięta kula, ziemia to środek, około
którego w sferach koncentrycznych obracają się
gwiazdy, a nad wszystkim świat niebieski. Każda
gwiazda ma swojego ducha-wodza; tak samo
i ziemia: duch ziemi to jedność wszystkich tworzących i poruszających ją sił, jedność w postaci
jakiejś uduchowionej istoty. Tak samo też każda
poszczególna istota ziemska posiada swą tworzącą
i poruszającą duszę, dusza ludzka jest specjalnym
przypadkiem ogólnego uduchowienia wszystkich
istot w przyrodzie. Oprócz tych duchów przyrody
istnieje także inny gatunek duchów, to jest czyste
duchy bezcielesne. I to w dwojakiej postaci: duchy
niebieskie (aniołowie) i duchy piekielne (diabły).
I ci byli pierwotnie duchami dobrymi; odpadli jednakże od Boga i strąceni zostali w sfery ziemskie,
gdzie czynni są jako demoniczne potęgi pokusy
i zatraty, starając się przede wszystkim o to, by
dusze ludzkie odwodzić od Boga.</akap>


<akap>Do tych duchów należy także Mefistofeles. W hierarchii ich, stworzonej na wzór hierarchii duchów
niebieskich, pośrednie zajmuje stanowisko; uznaje
nad sobą wyższego władcę, szatana, tak jak się
nam w całej swej piekielnej wspaniałości przedstawia w środku swego państwa w nocy walpurgowej. Z drugiej strony ma pod sobą złe duchy
i rozmaite duchy przyrody, posłuszne jego skinieniu. Wraz z całym zastępem diabelskim istota jego
tkwi w atmosferycznym kole mgieł, otaczającym
ziemię; obok tego zaś właściwym miejscem tych
duchów jest ogniste wnętrze ziemi (piekło). W kosmogonicznej rozmowie z Faustem (część II, akt IV)
powiada Mefistofeles: ,,Po upadku strącił Pan złe
duchy z świata jasnego do płomienistego wnętrza
ziemi; w ścisku jednak i ciasnocie tyle diabli wydali ze siebie siarczanego smrodu i kwasu", że
pękła cienka skorupa ziemi i w ten sposób zastępy ich ,,z służalczo-gorącej mogiły w nadmiar
swobody powietrznej się wzbiły", jak o tym czytamy także w Biblii (Eph. 6. 12). Że zwykłym pobytem złych duchów jest atmosfera, wnioskujemy
to przy pierwszym zaraz pojawieniu się Mefistofelesa; wracając do domu w wieczór owej niedzieli
wielkanocnej przywołuje Faust ,,duchy z powietrza, żyjące i władnące pomiędzy niebem a ziemią";
toteż Waagner ostrzega:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Nie wyzywajcie nazbyt znanej zgrai,/
Przelewającej się we mglistym kole".</strofa></poezja_cyt>



<akap>Odtąd jest też jasnym dla nas, że Faust może
później niejednokrotnie nazywać Mefistofelesa duchem podległym duchowi ziemi, że, co więcej, powiada, iż właśnie duch ziemi dał mu go za towarzysza. Duchowi ziemi podlegają wszystkie duchy
przyrody, a wraz z nimi także strącone w jego
sferę złe duchy; w nim znajdują się zarazem potęgi twórcze, jak i siły niszczące.</akap>


<akap>Zły ten duch w kosmicznym ustroju podrzędne
zajmujący stanowisko, niedający się porównać
z duchem ziemi lub duchami sfer niebieskich, a już
tym mniej z wielkim twórczym duchem świata,
duch ten, stojący nawet poniżej ducha ludzkiego,
ponieważ nie posiada jego sił produktywnych, moralno-duchowych, ma jednak pod każdym względem przewagę nad człowiekiem. Przede wszystkim
wyłącznie będąc duchem, nie przywiązany jest do
granic cielesności; nie więzi go czas ani przestrzeń,
ma też władzę nad pośledniejszymi siłami przyrody, zwłaszcza nad upiorami i wstrętnymi istotami wszelkiego gatunku, nad szczurami, myszami,
robactwem, nad duchami elementarnymi<pe><slowo_obce>elementarny</slowo_obce> --- tu: powiązany z żywiołem.</pe>. Tak więc
jest on dla człowieka pożytecznym sługą niskich
jego pożądań. W tym celu posiada cenny też przymiot: umie do woli wywoływać złudy i mamidła,
siłą, którą okazuje przede wszystkim w dworskim
świecie części drugiej. Na dworze czuje się on
w ogóle <slowo_obce>à son aise</slowo_obce><pe><slowo_obce>à son aise</slowo_obce> (fr.) --- dobrze, wygodnie.</pe>, prawdopodobnie dlatego, ponieważ wdzięczne znajduje tu pole dla przeróżnych
swoich sztuk, zwłaszcza dla sztuki tumanienia
i oślepiania ludzi. Na uwagę zasługuje i to, że,
według własnego wyznania, umie sobie bardzo
dobrze radzić z policją; a więc i tutaj, zdaje się,
nie znajdziemy królestwa prawdy i sprawiedliwości.<pa>K. Fischer (<tytul_dziela>Goethes Faust</tytul_dziela> II. 3., 190, 236) twierdzi, że należy dwóch wyróżniać Mefistofelesów; Mefistofel
w pierwotnym <tytul_dziela>Fauście</tytul_dziela> nie jest jeszcze ,,szatanem, nie jest
duchem piekielnym, lecz elementarnym duchem ziemskim,
który może wprawdzie grać, zastępować, parodiować rolę
diabła, ale diabłem w właściwym znaczeniu jeszcze nie
jest, nie jest szatanem, jakim się nowy posługuje poemat
i jakim wprowadza go do prologu". Przez ducha ziemi wysłany w charakterze posłańca, ma on posiadać właściwości
owych przekornych, podstępnych koboldów, tak jak nam ich
przedstawia baśń o duchach elementarnych. --- Do rozdwajania tego nie widzę powodu; istota i charakter Mefistofelesa
są, według mnie, w całym poemacie jednolite; szczególnie
wydaje mi się już w pierwotnym poemacie z siódmego dziesięciolecia dostatecznym diabłem, ażeby rościć sobie prawo
do pochodzenia piekielnego. Największe jego diabelstwa należą chyba do tragedii Małgosi, daleko niewinniej występuje
ten wielki czarodziej w części drugiej. Że w mowie tu i owdzie wypada z roli, zaprzeczyć się to nie da. Zresztą i szatan biblijny ma dar przemieniania się od czasu do czasu
w anioła światłości, i dar ten posiadać musi; gdyby do
kłamstwa nie mieszał prawdy, to jakżeż znalazłby wiarę? ---
Inaczej ma się sprawa z Faustem: Faust z siódmego dziesięciolecia jest niewątpliwie innym, niż Faust z dziewiątego
albo z r. 1830; a przecież jest on znowu jeden i ten sam,
mianowicie tak, jak młodzieniec, mąż i starzec jedną i tą
samą są osobą.</pa></akap>


<akap>Po przedstawieniu istoty Mefistofelesa przedstawię udział jego w poemacie. Polega on na tym,
że w rzeczach widzi swą własną istotę i że istotę
swą w rzeczy te wprowadza.</akap>


<akap>Nasamprzód widzi w świecie swoją własną podłość, przede wszystkim w świecie ludzkim. Nie
wierzy w dobro; wszystko co dobre i szlachetne,
wszelka wielkość i wzniosłość jest dla niego błyskotliwym tylko pozorem, rzeczywistością jest podłość, ukrywająca się pod tym blichtrem. Samolubstwo i chęć użycia to panujące popędy człowieka,
chciwość i lubieżność to najgłówniejsze ich formy.
Wypowiada to sam szatan w mowie tronowej, stanowiącej kulminacyjny punkt wzmiankowanej już
sceny na Blocksbergu; w wierszach zaledwie zaznaczonych i paralipomenach czytamy: złoto i lubieżność to dwa najpożądańsze dobra, pan tego
królestwa rozdziela je pomiędzy swoich. To objawienie szatana, ta niejako ewangelia królestwa piekielnego, to <slowo_obce>misterium magnum iniquitatis<pe><slowo_obce>misterium magnum iniquitatis</slowo_obce> (łac.) --- tajemnica wielkiej niegodziwości.</pe></slowo_obce>, stanowi
także tekst wszystkich uwag Mefistofelesa nad życiem człowieka. Z niewyczerpaną, nieznużoną bystrością umie on owe rzeczy przedstawić jako właściwe, rzeczywiste cele wszelkich dążeń ludzkich.
Z szyderczym chichotem zdziera on zasłonę, którą
człowiek zakrywa istotę swoją przed sobą i przed
innymi; zdziera wstydliwość, poświęcenie, miłość;
złośliwym dowcipem rozświetlać mgły wysokich
imaginacji, którymi człowiek osłania swą zwierzęcość, to największa dlań rozkosz.</akap>


<akap>W <wyroznienie>miłości</wyroznienie> przenikają się najgłębiej duchowe
i zmyslowo-zwierzęce strony natury ludzkiej, tu
właśnie stykają się pierwiastki najwznioślejsze i najniższe. Mefistofeles jedną tylko uznaje stronę, myśli
i mówi o miłości jako krańcowy ,,realista": Miłość
jest to samo, co i u psów. Samo ,,bzdurstwo imaginacji" zmierza ku temu, służy po to, ażeby,
z najrozmaitszego gatunku maskaradami, ulepić
i oporządzić lalkę, w czym Włosi od dawna byli
mistrzami. Gdy dla niemieckiego doktora zaczyna
miłość przybierać cechy nazbyt spirytualistyczno-metafizyczne, potrafi Mefistofeles swoimi kuglarstwami rozbudzać w nim zmysłowość i cieszy się
myślą o końcu, w co się wysokie te intuicje ostatecznie obrócą.</akap>


<akap>W związku z poglądem na miłość stoi także
jego sąd o kobietach. Nastrojony on jest na ton
Schopenhauera: piękne czy brzydkie, młode czy
stare --- cała ich istota do jednego zwraca się
punktu. Pani Marta to typ skończony, dalszych rysów dostarczają czarownice w nocy walpurgowej.
Pokrewne jego istocie są zwłaszcza dzięki rozlicznym sztukom, za pomocą których ,, umieją oddzielać
pozór od rzeczywistości" (10715). Wiersze z spotkania z Lamiami przypominają wyrazy, które rozczarowany Hamlet mówi do Ofelii:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Wiemy, że licha z gruntu jest ta zgraja;/
Jak się kryguje! jak się w róż przystraja!/
Zdrowego słowa powie ci niewiele,/
Gdzie się jej dotkniesz, same-li piszczele:/
Wiemy to dobrze, widzimy na oczy,/
A niech no zagra, człek się w tan potoczy!..."</strofa></poezja_cyt>



<akap>Przeciwieństwo z tym Mefistofelesowskim poniżeniem kobiety stanowi hymn ,,o wiecznej kobiecie", którym się kończy poemat: kobieta boskie
narzędzie Odkupienia. Dziewica-matka, podniesiona
do godności królowej niebios, ciągnie Fausta ku
sferom wyższym; miłość do Małgosi okazuje się
ostatecznie tą spójnią mistyczną, łączącą go z światem wyższym.</akap>


<akap>Cynizmom Mefistofelesa na temat miłości towarzyszą sarkastyczne uwagi o <wyroznienie>religii</wyroznienie>. Religia
to wynalazek klechów, ażeby uzyskać władzę nad
sumieniem i kieszenią wiernych. Umieją ich też cenić i korzystać z nich kobiety, i dlatego też, łącząc
się z klechami, tak się wszędzie trzymają religii;
myślą, jak Mefisto, objaśniający troskę Małgosi
o wiarę swego Henryka: korzy się, to juścić idzie
w nasze ślady. --- Przed Panem Bogiem korzy się
i Mefistofel, ale poza jego plecami drwi sobie z staruszka, jak, dajmy na to, pokpiwa sobie błazen
z króla, któremu służyć musi, a ponad którego
czuje się wyższym. Przede wszystkim z gruntu zna
ludzi, podczas kiedy ,,staruszek" w swojej dobrotliwości pozwala się im tumanić i, Bóg wie, czego
jeszcze po nich się spodziewa.</akap>


<akap>Niemniej umie on także zbywać drwinkami <wyroznienie>popęd poznania</wyroznienie> i dążenie do prawdy: uwielbiana
wiedza jest wynikiem próżności; treścią jej pozór
i pusta gadanina. W owej scenie z uczniem, gdzie,
ubrawszy się w odzienie Fausta, udaje docenta,
umie on o każdym fakultecie niejedno silne
wypowiedzieć słowo, zupełnie zresztą w myśl Fausta, znajdującego się w rozterce z wiedzą szkolarską, a pod pewnym względem i po myśli młodego
Goethego, który życiem akademickim bynajmniej
się nie zachwycał. Wyszydza bezowocność logiki,
pustość metafizyki, która na wszystko, co nie da
się pomieścić w mózgu ludzkim, wyborne znajduje
słowo; urąga nędzy nauki o prawie, gdzie ustawy
i prawa czasów przeszłych ciągną się na kształt
przewlekłej choroby; wydrwiwa teologię, gdzie ludzie się uczą przysięgać na słowa mistyka, aby
w ten sposób wejść do świątyni pewności; a wreszcie kpi sobie z medycyny: cała jej sztuka polega
właściwie na tym, że, zbyt wiele nie chodząc w kółko
pod względem naukowym, wkradamy się z jako
tako pokaźną powierzchownością i z sprytem złodziejskim w łaski kobiet; wówczas skończonym
jest się człowiekiem. Co Schopenhauer o filozofii
na uniwersytetach, to Mefistofeles o wszelkiej mówi
nauce: szarlataneria i hokus-pokus, celem nie
prawda, lecz nasycenie głodu i próżności. Uwagi
godnym jest zresztą i to, że sam w duchu swoim
myśli co do tego punktu nieco inaczej, obawia się
tego, co przedrwiwa; właśnie przed tą sceną, zaraz po wyjściu Fausta, mówi za jego plecami:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Gardź tylko, bracie, wiedzą i rozsądkiem,/
Tym siły ludzkiej najwspanialszym wątkiem,/
A ja od razu chwycę cię w swe sidła!"</strofa></poezja_cyt>




<akap>Zna on swojego wroga, prawdę; dlatego właśnie
przedstawia ją młodemu człowiekowi jako niemożliwość, wszelkie dążenie ku niej jako płonność.
Ale patrząc na rzeczy, jak patrzą inni, możemy
z wiedzy swojej mieć korzyści i nazwisko.</akap>




<akap>Ogółem --- tak brzmi jego filozofia --- życie jest
nikłe i nędzne. Mamidłem i tumanieniem siebie samego są wszystkie te wzniosłe uczucia i myśli
górne, którymi filozofowie i poeci przyozdabiają to
życie. Nie ma nic wielkiego i trwałego; <slowo_obce>vanitas, vanitatum vanitas</slowo_obce><pe><slowo_obce>vanitas, vanitatum vanitas</slowo_obce> (łac.) --- marność, marność nad marnościami.</pe> oto stosowny napis dla rozdziału
historii przyrody: człowiek, dla rozdziału, który
próżność człowieka nazwała dziejami świata. Albo
czy wreszcie liczysz na <wyroznienie>sławę pośmiertną</wyroznienie>?
Stojący nad grobem Faust pochlebia sobie, że
wieczny będzie wywierał wpływ i że wieczna pozostanie po nim pamięć:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Ślad dni moich ziemskich/
Nie może zaginąć w eonach".</strofa></poezja_cyt>




<akap>Mefistofeles wie to lepiej: Twoje tamy, twoje
nasypy, które ci tyle sprawiają zadowolenia, gotują tylko ucztę diabłu morskiemu, Neptunowi;</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Żywioły sprzęgły się z nami,/
A ostatecznym końcem jest zniszczenie".</strofa></poezja_cyt>




<akap>A sława pośmiertna? Paralipomenon do drugiej części powiada, czym właściwie jest ta sława:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Po krótkim wrzasku Fama się ucisza;/
Los bohatera jeden i hołysza<pe><slowo_obce>hołysz</slowo_obce> (daw.) --- biedak.</pe>./
Największy władca gdy umrze, w tę chwilę/
Lada pies idzie sz... ać mu na mogile".</strofa></poezja_cyt>




<akap>A więc: wszystko przemija! --- głupie to słowo
i ostatnie; --- oto jak Mefistofeles peroruje przy
zwłokach Fausta:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Wszystko przemija i wszystko jest niczym!/
Po co się trudzić? po co działać? tworzyć?/
Na to, by twór się mógł do grobu złożyć!/
Wszystko przemija! cóż stąd za morały?/
Byty, tak dobrze jakby nie istniały./
Przecież, by żywe, wciąż się kręcą w kole./
Ja-ć w zamian tego wieczną pustkę wolę".</strofa></poezja_cyt>




<akap>Albo czy wierzy w <wyroznienie>nieśmiertelność</wyroznienie>? Tak,
nieśmiertelność! W ,,wstrętnego robaka" przemienia się duszyczka z chwilą, gdy diabły przy
śmierci oskubały jej skrzydła (idee, wszelkie imaginacje); widmem, błędnym ognikiem może sobie
wówczas w ciemnej uganiać pustce. ---</akap>





<akap>Tak więc gryzącym jadem szyderczego dowcipu
oblewa Mefisto wszystko, co jest. Posiada niewątpliwie ducha, ale duch to negatywny, niszczycielski,
nie pozytywny, twórczy, budujący, To, co w języku
francuskim nazywa się <slowo_obce>esprit</slowo_obce>, w najwyższym można
do niego zastosować stopniu; ale brak mu tego, co
więcej jest niż <slowo_obce>esprit</slowo_obce>, brak mu duszy, zbywa mu
na sile tworzenia, wiary, czci, miłości<pa>W rozmowie z Eckermannem (21 marca 1831) rozróżnia Goethe: francuski <slowo_obce>esprit</slowo_obce> zbliża się do tego, co my
nazywamy dowcipem. Nasz wyraz ,,duch" oznaczaliby Francuzi może przez <slowo_obce>esprit</slowo_obce> i <slowo_obce>âme</slowo_obce>; leży w tym równocześnie pojęcie produktywności, której francuskie <slowo_obce>esprit</slowo_obce> nie posiada"</pa>. Zimny
i czelny, bez najmniejsze] zdolności do zapału, przechodzi nad wszystkim do porządku, umie za pomocą gotowego dowcipu ściągać w błoto wszystko,
co piękne i dobre; ,,parodia płodu, ulepiona z kału
i ognia", jak go w jednym miejscu nazywa Faust,
oburzony na bluźniercze jego wyrazy, rzucone Małgosi i jej wierze. A w owej scenie w lesie i jaskini wznosi krzyk do górnego ducha, który mu
się zjawia jako duch ziemi, krzyk, przepojony bólem z powodu towarzysza, który dla niego stał się
już niezbędnym,</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,przede mną samym mnie poniża, słowa/
jednego tchnieniem niwecząc Twe dary".</strofa></poezja_cyt>



<akap>Filozofia to sceptycznego nihilizmu, kwitnąca
w sferze świata dworskiego, mająca powodzenie
przede wszystkim w towarzystwie światowców, zbankrutowanych fizycznie i moralnie: znają wszystko,
wiedzą wszystko, mieli wszystko, użyli wszystkiego,
spoglądali poza kulisy życia i cóż znaleźli? Mądrość starego, znużonego Salomona, króla światowców: wszystko jest próżność! Próżność szczęście
i blask ziemski, próżność wszystko, co z taką pompą
podaje się za najważniejszą i najgodniejszą treść
życia ludzkiego: po cóż się więc rozpalać i wzruszać? Zadowolnij się tym, co ci daje chwila i śmiej
się z ludzi, patrzących na świat poważnie. ,,<slowo_obce>Je ne
crois rien, je ne crains rien, je n'aime rien</slowo_obce><pe><slowo_obce>Je ne
crois rien, je ne crains rien, je n'aime rien</slowo_obce> (fr.) --- w nic nie wierzę, niczego się nie boję, niczego nie kocham.</pe>", oto
hasło zbankrutowanego światowca, jest to także
hasłem Mefistofelesa, którego poeta nie na darmo
przybrał w maskę i strój światowca.<pa>Słusznie zauważył Schroer w swoim komentowanym
wydaniu <tytul_dziela>Fausta</tytul_dziela> (wyd. 4., 1898. str. 129): ,,Mefistofelesa trzeba
przedstawiać w charakterze przeżytych światowców w wieku
nieokreślonym, który przekroczył jednak lata młodości, gdzie
przeważają jeszcze popędy zmysłowe. Człowiek to zimny,
bez serca, nieustanny jego uśmiech dowodzi tylko szyderczego upodobania w słabościach ludzkich".</pa></akap>


<akap>Słowom Mefistofelesa odpowiadają wreszcie jego
czyny: <wyroznienie>czyni</wyroznienie> podle. Dzieło jego na ziemi polega
na tym, aby ludzi zniżyć do podłości jego własnego
charakteru i sposobu myślenia. Pod tym względem
wykonywa on swą sztukę na dwóch osobach, na
Fauście, przedstawicielu męskiego pierwiastka natury ludzkiej, rozumu i woli; właśnie za pomocą
jego wysokiego popędu do poznania i działania
usiłuje zaplątać go w swe sieci; i na Małgosi, przedstawicielce kobiecości, serca, duszy: Małgosię stara
się on zniszczyć przez miłość.</akap>


<akap>Udaje mu się oboje doprowadzić do upadku.
Fausta wtrąca we wszystkie grzechy śmiertelne.
Dzięki przemożnemu, spekulatywnemu popędowi
swej natury dał się Faust nakłonić nasamprzód do
związku z potęgami nadziemskimi, demonicznymi.
Po daremnych próbach, ażeby za pomocą magicznych sztuczek wznieść się do świata duchów wyższych i wniknąć w tajemnicę bytu i życia, następuje gwałtowna depresja:</akap>






<poezja_cyt><strofa>,,Me wzloty zbyt były harde,/
Do twego-li rzędu należę./
Duch wielki ma dla mnie pogardę,/
Natura zamknęła mi dźwierze./
Porwana myśli mej przędza,/
Wstręt mnie od wiedzy odpędza".</strofa></poezja_cyt>



<akap>Podczas tego nastroju rozczarowania, niechęć
z powodu spełznięcia na niczym najwznioślejszych
jego dążeń, wstrętu do tego, co posiadł, podczas
nastroju, że jest opuszczony przez Boga, i rozpaczy nad sobą samym --- ,,a w głębinach zmysłowości płomienne nasyćmy żądze" --- podczas tego
nastroju Fausta zjawia się Mefistofel w samą porę.
I tutaj ma on radę gotową. Oszołomiwszy wprzódy
Fausta potężnym łykiem atmosfery rozpusty w kuchni czarownic, sprowadza go razem z Małgosią.
Jako dobrze poinformowany ochmistrz, towarzysząc Faustowi, przebranemu już na światowca, dyryguje uwodzeniem; wbrew lepszej naturze Fausta,
występującej na jaw przy zetknięciu się z niewinnością, umie on tak długo podszeptami swoimi rozbudzać w nim zmysłowość, aż nie dojdzie do czynu.
On też kieruje szpadą swego ucznia przy pojedynku z bratem kochanki, on też wpraktykuje mu
do ręki usypiający trunek dla matki. Ostatnim
jego dziełem, które spełnił (przy końcu drugiej
części) jako majordomus Fausta, wielkiego już
pana, to gwałt, zadany Filemonowi i Baucydzie.
Popęd działania zbudził w Fauście żądzę władzy
i posiadania, a żądza ta nie ma granic. Powróciwszy właśnie z zbójeckiej wyprawy na morze ---
,,wojna, handel i rozbój to trójjednia, której rozdzielić nie można" --- usuwa Mefistofeles z polecenia Fausta spokojną parę starców, których mała
posiadłość przeszkadza właścicielowi ogromnego
wybrzeża, przy czym znakomity ten <slowo_obce>politicus</slowo_obce> tak się
urządza, że nie obejdzie się bez pożaru i mordu.
Tak obarczony winą, schodzi Faust do otwartego
grobu --- jako zdobycz diabła, według jego przekonania, potrzebuje on tylko jeszcze i zewnętrznie
opanować duszę, która mu się już dawno oddała.</akap>


<akap>I biedna Małgosia popada w jego sidła. Umie
on niewinną próżność młodego, lubego stworzenia
uwieść klejnotami; kasetka, której nie ma odwagi
pokazać matce, prowadzi ją do sąsiadki; towarzystwo zacnej pani Marty Schwerdtlein dokonywa
reszty: dom jej tym jest dla Małgosi, czym kuchnia
czarownic dla Fausta. I tak doprowadza ostatecznie
do tego, że niewinna ta istota, nad którą właściwie żadnej nie posiada władzy --- nie ma w niej
ani odrobiny jego istoty, jest ona czymś zupełnie
odmiennym od niego, sama dusza, sama miłość,
bogobojność, ufność, oddanie się --- doprowadza
więc do tego, że Małgosia kończy, jako dziecięciobójczyni, pod toporem kata.</akap>


<akap>Takim jest Mefistofeles: odkrywca wszelkiej podłości i sprawca wszelkiej hańby i ohydy, albo,
mówiąc słowami apostoła: ,,wynalazca złego"
<slowo_obce>εφενρετης χαχων</slowo_obce>, do Rzymian I. 30).</akap>





<naglowek_rozdzial>2.</naglowek_rozdzial>




<akap>We wszystkim, cośmy dotychczas powiedzieli,
nie ma pomiędzy Mefistofelesem poematu a diabłem z legendy Faustowskiej i wiary kościelnej
żadnej różnicy --- jest to istota jedna i ta sama.
Teraz atoli znaczną znajdujemy odmianę: leży ona
w ostatecznym skutku albo raczej w nieudaniu się
jego zabiegów. I od tej chwili otrzymuje charakter
jego rys nieco inny: traci cokolwiek na swej straszliwości, nabiera konturu groteskowo-komicznego.
W legendzie diabeł cel swój osiąga. Księgi Faustowskie, przedstawiając okropny koniec Fausta,
mają w założeniu swoim chęć odstraszenia ludzi
od zadawania się z diabłem i jego sztukami. Odpowiada to także pojęciu kościelnemu: wskutek raz
zawartego przymierza z diabłem i wskutek grzesznego życia, z drogi którego schodzi bez skruchy,
musi Faust zginąć na wieki. Natomiast w poemacie
Goethego diabeł celu swego nie osiąga; zamiary
jego udają się tylko tymczasowo, koniec jest ten,
że zdobycz wypada mu z sieci. Jak pierwsza, tak
i druga część kończy się jednym: ,,ocalony".</akap>


<akap>W pierwszej części sieć tę rozrywa Małgosia.
Raz uwiedziona, popadła, winna czy niewinna, we
wszystkie grzechy śmiertelne; a jednak wewnętrznie
nie jest zepsuta, upodlenie nie uzyskało właściwie
ani na jedną chwilę mocy nad nią; nawet w grzechu jest ona miłującą, ufającą, poświęcającą się
kobietą. A zbudziwszy się i poznawszy, co się stało,
odtrąca skruchą grzech od siebie, poddaje się pokucie i oczyszcza się z winy. Odtrącając kochanka,
chcącego uwolnić ją z kaźni, rozłącza się na zawsze ze wszystkim, co go jeszcze z piekielnym
wiąże towarzyszem, który ją zawsze napełniał grozą.</akap>


<akap>I sam Mefistofeles w tym jej pomaga. Jakkolwiek przechytry, jest to przecież diabeł głupi; jako
,,zły duch", w scenie w katedrze, potęguje podszeptami swoimi lęk w jej sumieniu, zamiast ją
uspokajająco przekonywać, że to samo stało się
już innym, że właściwie nic złego nie zrobiła, że
to, co ją do tego popchnęło, było przecież tak lubym i pięknym. W ten sposób byłoby mu się udało
ją oszołomić, przytępić jej sumienie i powoli sprowadzić na drogę, na której już ją widzi brat umierający, na drogę do rzeczywistego upodlenia. Przyczyna nieudania się jego zamysłów leży w jego
własnej istocie, jest to chęć rozkoszowania się
szkodą, napawania się zgubą swej ofiary; nie może
się przemóc, musi on towarzyszyć jej niedoli
i z szyderczym przedstawiać jej zadowoleniem, co
uczyniła. Ale właśnie przez to wpędza ją coraz to
głębiej w pokutę i w ten sposób traci duszę, nad
którą, co prawda, nigdy nie panował, jak to w przeczuciu zaraz po pierwszym wyznaje spotkaniu.<pa>Przyjęliśmy poprzednio, że poza ,,złym duchem" tkwi
Mefistofeles. Tłumaczenie to jest sporne. Inni mówią, że to
złe sumienie Małgosi. Nie --- jest to, oczywiście, niesłusznie,
tak samo jest Mefistofeles złą żądzą Fausta; czym byłby diabeł, gdyby godził tylko na zewnątrz? Nie powie on człowiekowi niczego, czego by sobie człowiek sam nie powiedział. Ale poeta, idąc za wielką, obiektywną poezją ludzkości, stawia złego ducha poza człowiekiem, jako kusiciela
obok Fausta, a tutaj, jako oskarżyciela obok Małgosi, albo
raczej poza nią, i każe mu podszeptywać jej słowa, które
sam słyszy w swym wnętrzu. Nic można jednak pominąć
wskazówek scenicznych: nasza scena skomponowaną została
jako dialog, a nie jako monolog, jakkolwiek Małgosia sama
do złego ducha nie przemawia i jakkolwiek nie pojmuje jego
słów jako przychodzących z zewnątrz; jest w niej coś w rodzaju wizji sądu ostatecznego, na którym, według pojęć
Kościoła, staje szatan w charakterze oskarżyciela duszy. Czy
ten zły duch to Mefistofel? Niekoniecznie; szatan w wielu
występuje postaciach. Nic nam jednak nie przeszkadza,
abyśmy to pojmowali w ten sposób; zgadza się to z jego
rolą: przedstawiając jej winy, chce ją doprowadzić do rozpaczy, co mu się też udaje, ale co równocześnie taki odnosi skutek, że, odczuwając zgrozę przed swoim czynem,
rozłącza się ze złem na wieki. --- Ale dlaczego Goethe nie
nazywa go wtedy po imieniu? --- Ponieważ przedstawia go
zamaskowanego; do kościoła przychodzi Mefistofel <slowo_obce>incognito</slowo_obce>;
w kuchni czarownic występuje jawnie jako imć pan szatan.
A mowa jego dopasowuje się naturalnie do celu: straszy on
Małgosię właśnie przypominaniem jej dawnej czystości i niewinności. Zresztą nie chcę się z nikim sprzeczać o utożsamianie ,,złego ducha".</pa></akap>


<akap>Faust daleko głębiej zarażony jest mefistofelesowską istotą, dlatego leż ocalenie jego daleko jest
trudniejsze i, być może, trzeba nam powiedzieć, że
poecie w drugiej części uprawdopodobnienie tego
ratunku nie udało się tak, jak zbawienie Małgosi
w części pierwszej. Na początku poematu Faust
jest w usposobieniu całkiem negatywnym; niezadowolenie, zobojętnienie, pogarda świata i siebie samego --- oto zasadniczy nastrój jego ducha, nastrój,
od czasu do czasu przerywany wahaniami w pozytywnym kierunku skali uczuciowej. Niezadowolony jest z swego zawodu; umiejętność, której się
naprzód uczył, a którą teraz, ucząc innych, przeżuwa, jest dla niego niczym więcej, jak tylko
marną, pustą, bezmyślną szermierką słów, napełniającą go wstrętem. Za pomocą czarnoksięskich
sztuczek usiłuje on wznieść się ponad formę ludzkiego poznania; daremnie; widzi się odrzuconym
w towarzystwo duchów pośledniejszych, reprezentowanych przez jego famulusa. Wstręt do tego najbliższego otoczenia, do głów tych pustych, z podziwem podążających jego śladem, w dzień i w noc
trapiących go swymi płochościami, rozszerza się
do ogólnego obrzydzenia sobie ludzi i życia. W noc
wielkanocną był już bliskim opuszczenia tego planety, ale powstrzymały go dzwony i śpiewy na
cześć Zmartwychwstałego, zbożne, dziecięce budząc
w nim uczucia. Ale na spacerze w niedzielę wielkanocną, wytrzymawszy aż do znużenia pochwały
chłopów i podziw Wagnera, uczuł, że przemógł
w nim znowu nastrój negatywny. W chwili tego
nastroju zbliżył się ku niemu diabeł w postaci
pudla. Faust, poznawszy natychmiast pierwiastek
demoniczny, zaprasza go do towarzystwa i niebawem zgubne zawiera z nim przymierze: na tym
święcie ma on rozporządzać diabłem, na tamtym
diabeł nim rozporządzać będzie.</akap>


<akap>Diabeł wypełnia pakt zawarty. Mimo to wymyka mu się z rąk dusza Fausta; i on ocaleje.</akap>


<akap>W Fauście trzy są rzeczy, umożliwiające mu
ratunek. Nasamprzód wstręt do tego, co podłe. Jak
już zauważono powyżej, w uciechach przyjaciela
nie znajduje smaku. Proch ma żreć i to z rozkoszą, tak Mefistofeles zapowiedział panu w swojej
pierwotnej pewności zwycięstwa. Faust pożera
proch, ale nie z rozkoszą. Nie umie on także kłamać i być obłudnym; znamienną jest bezradna
niespodzianka, w którą wprawia go żądanie Mefistofelesa, aby zaświadczył o śmierci pana Schwerdtleina. Drugi moment, to szlachetne niezadowolenie;
sam on wie o tym, że w doczesności zadowolenia
nie znajdzie, że nigdy siebie samego nie zadowoli:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Pochlebstwem ty mnie nie okłamiesz,/
Bym w sobie miał upodobanie,/
Życia mojego dzień przełamiesz,/
Nim mnie rozkoszą zwiedziesz, panie ---/
Tak, trzymam zakład..."</strofa></poezja_cyt>



<akap>A wreszcie moment trzeci: zmysł dla rzeczy
wzniosłych, dla czystości, piękna, prawdy i dobra.
Zmysł ten objawia się w szczerej miłości dla Małgosi, do tego czystego, prostego, pokornego dziecka
natury; występuje on w rozkoszowaniu się pięknem, w przyjemności w badaniu przyrody i dziejów, wreszcie w żądzy czynu i działania i w od wrotnej jej stronie, w wstręcie do biernego, stępiałego używania --- ,,używanie zamienia nas w ludzi
podłych". Jako wiecznie dążący w górę, jako nigdy
nie zadowolony używaniem, wyrywa się Faust spod
władzy diabla, mimo jego słusznych tytułów prawnych. Popęd ku wyży silniejszy jest od popędu ku
nizinom.</akap>


<akap>Niezadowolenie Fausta to druga komplementarna zmiana, dokonana przez poetę w tradycyjnym materiale. W księgach faustowskićh z zadowoleniem trawi Faust życie na zgotowanych mu
przez diabła ucztach i w towarzystwie dziewek
i dopiero wówczas popada w rozpacz, kiedy się
zbliżył jego koniec. Faust Goethego gardzi tą strawą,
pozbawił go też poeta owych sztuczek czarnoksięskich, wykonywanych przez legendowego Fausta z całym aparatem rozmaitego komedianctwa
i sowizdrzalstwa; we wszystko to ubiera poeta Mefistofelesa. Pozostał mu tylko potężny popęd poznania i dodana do tego żądza wielkiego czynu. ---
Są to te same dwie zmiany, które i Lessing wprowadził do swego dramatu o Fauście; wiek ośmnasty nie mógł już ani sobie pomyśleć diabła,
który by opanował pełnego górnych pragnień ducha ludzkiego, ani go znieść. Tak więc poeta podniósł człowieka, a poniżył diabła, tak że ten musiał przegrać stawkę.</akap>


<akap>Mimo to, jakeśmy już zaznaczyli, ocalenie Fausta jest dla nas pewną niespodzianką. Nie można
się opędzić uczuciu, że Mefistofeles niezupełnie pozbawion jest słuszności, skarżąc się przy końcu, iż
mu zabrano rzetelnie zdobyte prawo. Faust powinien się był wewnętrznie oczyścić, jak Małgosia,
albo przez wielkie, w dobrowolnej skrusze poczęte
cierpienie, albo za pomocą wielkiego ofiarnego czynu.
Na tym wszystkim mu zbywa, gdyż i ostatnia jego
działalność, budowanie tam i grobli, jakkolwiek
chwalebne, nie posiada właściwie oczyszczającej
siły; do ostatniej chwili pomaga mu w tym diabeł, jako jego sługa. Faust więc został ocalony nie
dzięki własnej zasłudze i godności, lecz zupełnie
według zapatrywań Kościoła: zbawia go Łaska.
I tak też przedstawia to poeta, tylko że odkupienie przez krew Chrystusa i sprawiedliwość zastępuje pociągającym nas pierwiastkiem wiecznej kobiecości, zbliżając się w ten sposób do pojęć
katolickich, które dzięki poetycznym przymiotom
zalecały się poecie pod każdym względem.<pa>Z paralipomenów do aktu V (Loeper, wydanie Hompla, XII. 232; Strehlke, <tytul_dziela>Paralipomena do ,,Fausta" Goethego</tytul_dziela> str. 133 i n.) wynika, że Goethe miał zamiar rzecz
tak przedstawić, ażeby diabeł na tamtym jeszcze świecie
procesował się o prawo do duszy Fausta, że jednak proces
ten przegrał wskutek interwencji Chrystusa, namiestnika
państwa. --- Sam on zresztą mówi bardzo wyraźnie, że w całym pojęciu końca powodował się wyobrażeniami kościelnymi o Odkupieniu. (<tytul_dziela>Rozmowy z Eckermannem</tytul_dziela>, 6 czerwca
1831). Wiersze:
,,Od zła ocalon już na wieki/ Cnych duchów świata członek szczery;/ Zbawcze my zawsze mamy leki/
Dla tych, co w górne dążą sfery./
A jeśli jeszcze miłość święta/
Zabierze udział w zbożnym dziele,/
Anielskie przyjmą ich panięta,/
Radosne sprawią im wesele. ---"
Otóż wiersze te nazywa poeta kluczem do ocalenia Fausta, zupełnie zgodnie z naszymi wyobrażeniami religijnymi,
według których ,,dostąpić możemy zbawienia nie tylko dzięki
naszej własnej sile, ale za pośrednictwem łaski bożej». Wynikałoby z tego, że własnego sądu Fausta o tym, co życiu
nadaje wartość, nie mamy prawa tak bez niczego uważać
za sąd poety: tylko usilna praca nadaje wartość życiu.
Wielki badacz Goethe nie mógł zapewne tak przemawiać.
W całym życiu i we wszystkich jego czynnościach, w wesołym używaniu i w skrzętnym tworzeniu, w kontemplacji
i twórczym czynie spoczywa wartość bytowania ziemskiego.
I w życiu Fausta nie można skreślić ani jednego z tych
czynników, żadnemu z nich nie można wyłącznej przypisywać wartości, jakkolwiek on sam w każdym momencie życia dopatruje się wartości absolutnej w czynniku, w danej
chwili predominującym --- jest to przymiotem uczucia w przeciwieństwie do refleksji.</pa></akap>


<akap>Z drugiej strony ocalenie Fausta niezupełnie
odpowiada wymaganiom wiary kościelnej; umiera
bez skruchy i pokuty. Byłoby dla poety niewątpliwie łatwo liczyć się nieco więcej z wyobrażeniami
Kościoła. Mógłby mu był kazać umierać przynajmniej w miękkim usposobieniu skruchy. Najbliższy w tym celu motyw znalazłby w gwałtownej
śmierci owych dwojga starców. Ale Faust przechodzi nad tym do porządku z samym tylko wyrazem niezadowolenia; pomiędzy czterema szarymi
kobietami znajduje się nie skrucha, lecz wina, ale
ta nie ma przystępu. W wyraźnych, surowych słowach rezygnuje Faust już w bramie śmierci z bytu
pozaziemskiego:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Nad kulę ziemską nic mi już nie trzeba,/
Dla nas zamknięty jest widok do nieba;/
Kiep, kto tam szuka drogi dla swych oczu,/
Chcąc równych sobie znaleźć w nadobłoczu./
Stać mu na miejscu i patrzeć po ziemi!/
Świat wita dzielnych słowy przyjaznymi".</strofa></poezja_cyt>




<akap>Widzimy, że prometejski to nastrój, lecz nie
w nastroju Prometeusza pojednanego żegna się
Faust ze światem. Nastrój przy końcu faustowskiego poematu nie był własnym nastrojem życiowym Goethego; nastrój ten był daleko uleglejszy ---
i to nie tylko w dniach starości --- daleko mniej
negatywny wobec wiary zarówno w Boga i władzę potęg niebieskich nad nami, jak i w dalsze
życie i dalszą działalność po śmierci<pa>Zwracam uwagę na znakomitą książkę E. Filtscha,
<tytul_dziela>Religijny rozwój Goethego</tytul_dziela> (1894). W subtelny sposób wykazuje tutaj autor zasadniczy, mimo rozmaitych wahań,
trwały nastrój religijny poety. Porównaj także K. Sell,
<tytul_dziela>Stanowisko Goethego wobec religii i chrzościaństwa</tytul_dziela> (1893).</pa>. Niewątpliwie zatem miał on z góry powzięty zamiar
kazania Faustowi umierać bez pokuty i bez
wiary, ażeby dopiero tam ostateczne znalazł oczyszczenie. Chciałbyż się on sprzeciwić oficjalnemu,
kościelnemu pojęciu o potrzebie zbawczej siły skruchy na łożu śmierci? Lekceważył sobie wartość
samej skruchy; czyn poprawia, nie skrucha. Jak
w pierwszej części kazał Fausta z przeżytej grozy
uleczyć elfom, bez jego przyczynku (,,święty, czy
zły, żal im tego nieszczęśliwca"), tak teraz każe
aniołom niebieskim, z pominięciem skruchy i pokuty, uświęcić jego duszę i do wiecznej powieść
ją chwały. Pragnął snać<pe><slowo_obce>snać</slowo_obce> a. <slowo_obce>snadź</slowo_obce> (daw.) --- widocznie.</pe> powiedzieć, że człowieka
o dążeniach poważnych i tęgiego w czynach (miał
on tutaj zapewne takich mężów na myśli, jak Fryderyk Wielki lub Karol August) Pan Bóg odepchnąć
nie może i nie odepchnie, choćby człowiek ten nie
starał się, według szematu kościelnego, o zmazanie swych win za pomocą skruchy i wiary. Łaska
boża swobodniejsza jest i większa, niż łaska ludzka,
którą wyżebrać można przez skruchę i uległość;
Bóg udziela swej łaski i nie proszony. Dopiero
tam otwierają się oczy Faustowi; mówi on też,
modląc się w obliczu nieba:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Zwróćcie oczy w miękkiej skrusze/
Ku zbawczej źrenicy,/
Aby wdzięczne wasze dusze/
Siadły po prawicy./
Każdy czyn wasz, każde słowo/
Cną niech służbę czyni;/
Łaski, Panno i Królowo,/
Matko i Bogini!"</strofa></poezja_cyt>




<akap>Wracając do Mefistofelesa, widzimy, że dramat
kończy się dla niego wielką klęską. Jest on też
wielce przygnębiony, ostatnie jego słowa, to wyrazy niepohamowanego gniewu.</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Skarb mi skradziono jedyny, wspaniały ---/
Podstępne ręce duszę mi zabrały,/
Sprzed nosa wzięły nabytą zastawem.../
Do kogóż pójdę żalić się z swym prawem?/
Kto mi je zwróci? Ej! Na stare lata/
Srodze skarcono imci pana-brata!/
Alem zasłużył! Ostatni kiep ze mnie!/
Tyle zachodu i wszystko daremnie! ---"</strofa></poezja_cyt>




<akap>Z tego punktu widzenia otrzymuje poemat charakter komedii, której bohaterem Mefistofeles:
przedsięwzięcie jego pozyskania Fausta, jakkolwiek
chytrze zamierzone i wielkie z początku, ostatecznie całkiem chybia celu; przegrywa zakład, proponowany Panu z taką pewnością, i odchodzi ,,w przeszywającym poczuciu swojej nicości". Figura jego
otrzymuje w ten sposób przymieszkę krotochwilnej<pe><slowo_obce>krotochwilny</slowo_obce> (daw.) --- żartobliwy.</pe>
komiki, która ją łagodzi i czyni z niej motyw pod
względem dramatycznym pożyteczniejszy. Jest to
wprawdzie chłystek bezdennie podły i zły, ale zarazem dowcipny i kuty na cztery nogi, ostatecznie
jednak widzimy w nim ,,głupiego diabła", tak jak
go lubią przedstawiać średniowieczne historie diabelskie, koniec końcem wywiedzionego w pole. I on
sam świadom jest tego, w ciągu całego poematu
ma on napady humorystyczno-ironicznej pogardy
dla samego siebie. Tak przede wszystkim przy
końcu:</akap>




<strofa>,,Niedobrze ze mną! Hiobowa męka!/
Od stóp do głowy wrzody! Człek się lęka/
Samego siebie, lecz wraz najgorętsze/
Czuje tryumfy, przejrzawszy swe wnętrze!"</strofa>




<akap>Ale na pytanie, co zacz on, przedstawia się
Faustowi, zaraz na początku, jako część owej
mocy, co pragnie, ,,by było najgorzej, a zawsze
tylko samo dobro tworzy". A do tej zagadki dodaje zaraz objaśnienie, coprawda nazbyt otwarcie,
że wszystkie jego z amiary, aby dokuczyć światu
wylewami, burzami, trzęsieniem ziemi i pożogą,
spełzły na niczym:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Z podłą hołotą tych zwierząt i ludzi/
Juścić ja, widać, nie poradzę sobie!/
Tylum uśmiercił, tylum złożył w grobie,/
A w nowych żyłach nowa krew się budzi!/
Tak bez ustanku! Oszaleć by można!..."</strofa></poezja_cyt>




<akap>Tak więc spektator<pe><slowo_obce>spektator</slowo_obce> (z łac.) --- widz.</pe> tej wielkiej komedii ma od
samego początku tę jedną pewność: cokolwiek się
stanie, ostatecznie źle być nie może. Pod wpływem piekielnego towarzysza może Faust niejedną
fałszywą kroczyć drogą --- ,,człowiek błądzi, dopóki
dąży" --- w końcu jednak opamięta się, a diabeł
będzie musiał przyznać ze wstydem:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Szlachetny człowiek w swym dziwnym popędzie/
Zawsze szlachetnej drogi świadom będzie".</strofa></poezja_cyt>




<akap>Tak, szatan sam należy ostatecznie do sług
Pana, i on, służąc wbrew swojej woli, boskie popierać musi cele; w prologu zjawia się też na uroczystości Niebieskiego Dworu i miesza się w tłum
,,czeladzi". Bóg może oto rozmaitych potrzebować
służebników; jako kusiciel do złego, daje szatan
człowiekowi sposobność, ażeby swobodnie, całą
swą istotą i wolą decydował się na służbę Pańską. Jak ongi Hiob, tak teraz Faust oddala się
dzięki szatanowi od Boga, w końcu jednak oddaje
Mu się zupełnie. Dobro może tylko w walce ze
złem wydoskonalić się wewnętrznie.</akap>





<akap>Poemat byłby zatem wielkim hymnem na cześć
Boga. Potęga i majestat Boga, w prologu wielbione przez aniołów w dziełach przyrody w jej
wiecznym pochodzie, występują teraz na nowo
i przedziwnie w prowadzeniu człowieka i rodu
ludzkiego. Mimo labiryntowo-błędnego biegu życia,
albo właśnie przez niego wybija się boski rdzeń
istoty ku wewnętrznej doskonałości; połączenie
z pierwiastkiem bożym, powrót do pierwotnego
źródła, oto cel ducha mimo wszystkie błądzenia
i zamącenia: <slowo_obce>inquietum est cor nostrum, donec requiescat in te<pe><slowo_obce>inquietum est cor nostrum, donec requiescat in te</slowo_obce> (łac.) --- niespokojne jest nasze serce, póki nie spocznie w tobie.</pe></slowo_obce>. Poemat kończy się tym hymnem
na odkupienie przez miłość, idącą z góry, na odzyskanie tego, cośmy pozornie stracili, na odzyskanie królestwa piękna, dobra i wieczystej szczęśliwości. Używając formuły wiary religijnej, tematem utworu byłaby potęga grzechu i większa potęga
miłości bożej. Stara legenda faustowska, powstała
w wieku 16. w czasie największego opanowania
ziemi przez wiarę w diabła, każąca diabłowi wygrywać partię, została tutaj przetworzona w kierunku powszechnego Odkupienia, wyrosłego na gruncie ewangelii, na gruncie wesołej nowiny o przezwyciężeniu królestwa szatana przez królestwo boże,
jakkolwiek w tej formie nie zaliczono jej pomiędzy
artykuły wiary.</akap>






<naglowek_rozdzial>3.</naglowek_rozdzial>





<akap>Spróbujmy myśli te przenieść z języka poezji
i religii w język prozy filozoficznej; naturalnie nie
w mniemaniu, jakoby w ten dopiero sposób można
było wypowiedzieć to, co stanowi istotę poematu;
prawdziwa poezja, tak samo jak życie, nie może
być pochodną ilustracją myśli filozoficznych. Ale
jak życie daje nam powód do zastanawiania się
nad nim, tak samo i poezja. W tym sensie możemy więc powiedzieć: przedmiot poematu faustowskiego stanowi sprzeczność i walka dwóch
przyrodzonych stron natury ludzkiej: duchowo-moralnej i zmysłowo-pożądliwej. Ta druga pcha
nas w kierunku zmysłowej rozkoszy i zmysłowego
nasytu, stara się ona unikać trudu, walki i cierpienia. Tamtą zaś nęcą wzniosłe pojęcia o godności ludzkiej i ludzkim przeznaczeniu; wiodą one
do pracy, do walki, do poświęcenia się za idee
i ideały. Dwom tym stronom natury ludzkiej odpowiadają dwie formy poglądu na życie i filozofii
moralnej: idealizm etyczny i etyczny materializm.
Tamten widzi zadanie życia w rozwijaniu i używaniu sił naszej istoty duchowej; życie uzyskuje
prawdziwą wartość dopiero w wyswobadzaniu
i umartwianiu ducha, w oddawaniu zmysłowej
strony naszej istoty i natury w służbę rozsądku
i w przygotowywaniu jej do tej służby. Etyczny
ten idealizm zmienia się w idealizm metafizyczny;
wydaje on z siebie wiarę w absolutne znaczenie
dobra w świecie, wiarę w Boga i pierwiastki boże;
materializm etyczny widzi natomiast największe
dobro w zadowoleniu naszej istoty zmysłowej, w sytej błogości popędów; inteligencja czy rozum jest
dla niego środkiem czy narzędziem do tego celu:
a i obyczaj i obyczajność sprowadza on do użyteczności dla utrzymania i zadowolenia naszego
zmysłowego, pożądliwego ,,ja"; zlewa się on z materializmem metafizycznym, z mniemaniem, iż rzeczywistość jest bezmyślną igraszką bezmyślnych
potęg, z ateizmem.</akap>





<akap>Mefistofeles to ucieleśnienie tego materializmu
etycznego. Przedstawia on nie tylko zmysłowo-zwierzęcą stronę natury, ale także zasadę; jest on inkarnacją właśnie owej przewrotnej zasady poniżania ducha do służby zmysłowych popędów. Zmysłowość jako taka jest naturalną; jak w ogóle natura
jest czymś rzeczywistym i jako taka ani złą, ani
dobrą, tak samo natura w człowieku: zmysłowość
i jej popędy nie są zdrożnością. Dopiero wywrócenie rzeczy, zasadniczo podporządkowujące niższemu to, co jest wyższe, poddające ducha w służbę
zmysłowości, stanowi istotę złej woli. Wcieleniem
tej przewrotności jest Mefistofeles. Pierwiastek duchowy, inteligencja, to znaczy jego filozofia do
podwójnego służy mu celu: nasamprzód do potęgowania popędów zmysłowych za pomocą wyrafinowania, przede wszystkim chuci cielesnej. W tym
kierunku poucza Fausta; on sam nie posiada właściwie żadnej zmysłowości, jest tylko duchem, używanie dla siebie widzi w rozkoszy uwodzenia ludzi do
przewrotności; właściwie używa on tylko na spirytualnym pierwiastku grzechu. Z drugiej strony
rozum służy mu tylko do tego, aby za pomocą sofisterii przechodzić do porządku nad wszystkim,
co wyższe i wznioślejsze; bystrością swą, dowcipem i doświadczeniem światowca posługuje się on
jedynie w tym celu, ażeby sprawy ludzkie z odwrotnej pokazywać strony; w gruncie rzeczy
wszystko kończy się tylko na tym, <slowo_obce>ut ventri bene
sit et iis, quae sub ventre sunt<pe><slowo_obce>ut ventri bene
sit et iis, quae sub ventre sunt</slowo_obce> (łac.) --- aby dobrze było brzuchowi oraz temu, co znajduje się poniżej brzucha.</pe></slowo_obce>. Napis grobowy
Sardanapala, skomponowany przez jakiegoś Greka
na cześć króla żarłoków i lubieżników, mógłby
mieć Mefistofelesa za autora:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Moimli to jest, com wypił com zjadł, com użył w miłości ---/
To, co poza tym, niech wielkim dla innych będzie, nie dla mnie".</strofa></poezja_cyt>




<akap>Faust natomiast rzeczywistym jest człowiekiem;
są w nim obie strony natury ludzkiej. Dwie dusze,
jak mówi, mieszczą się w jego piersi:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Jedna się trzyma padolnego świata,/
Lepiąc się k'niemu z surową miłością,/
Draga przemocą z jego mgieł ulata/
Ku wielkich przodków ponadziemskim włościom".</strofa></poezja_cyt>



<akap>Przeżywa on w sobie to, co w sprawie poglądu
na świat skonstruowała filozofia średniowieczna,
trzymając się myśli platońskich i chrześcijańskich:
człowiek, półzwierzę, półanioł, stoi pomiędzy dwoma
światami, górnym i niższym, pomiędzy <slowo_obce>mundus
coelestis<pe><slowo_obce>mundus
coelestis</slowo_obce> 
(łac.) --- świat niebiański.</pe></slowo_obce> i <slowo_obce>mundus infernus</slowo_obce><pe><slowo_obce>mundus infernus</slowo_obce> (łac.) --- świat piekielny.</pe>. Oba roszczą sobie do
niego prawo, ku obum go ciągnie. Ziemskie jego
życie to walka tych dwóch znajdujących się w nim
tendencji, walka, będąca zarazem walką, którą
poza nim toczą o jego duszę potęgi wyższe i niższe. Potęgi niebieskie i piekielne, duchy wyży i demony przepaści, z nieustanną uwagą i czynnym
współudziałem towarzyszą walce tych ku górze
lub ku nizinom zwróconych tendencji jego natury.
Pojęć tych użył Goethe dla swego poematu jako
scenerii. Spór pomiędzy niebem a piekłem o duszę Fausta, toczący się w piersi Fausta, wahający
się naprzód to w tę, to w ową stronę, ostatecznie
jednak zakończony zwycięstwem pierwiastku bożego.</akap>


<akap>I teraz możemy zasadniczą myśl poematu w następującej wypowiedzieć formule: dobro silniejsze
jest od złego; duchowo-moralna strona natury
ludzkiej silniejszą jest aniżeli strona zmysłowo-pożądliwa i jej sofistyka. To jest przynajmniej
wynik normalny; antropologia mefistofeliczna, dowodząca inaczej, nie ma słuszności.</akap>


<akap>Widzimy to na dwóch typowych przypadkach.
Małgosia posiada moralność obiektywną, posiada
przyrodzony, nie wyrozumowany, ale przez obyczajność i wiarę wytworzony zmysł dla piękna
i dobra; zmysł ten z pewnym wiedzie ją instynktem do poznania zła i do pogardy dla niego.
Jeżeli mimo to zakaziła się nieczystością, rychło
nieczystość tę z gorzkim odczuwa bólem i wyrzuca ją ze siebie.</akap>


<akap>W przedziwnej postaci Małgosi ucieleśniły się
poglądy Goethego na istotę kobiecości, cześć jego
dla nieskazitelności pierwiastku kobiecego. Małgosia z instynktowną nienawiścią gardzi Mefistofelesem; sam jego widok zadaje cios jej sercu. Istota
kobiety to przeciwieństwo wszelkich srogich, niszczących wpływów, to ideał chroniący od buntu,
zniszczenia i negacji, które w życiu mężczyzny tak
znaczną odgrywają rolę. Życie kobiety to nie pycha, walka, niewiara, pogarda, ale pokora, miłość,
wiara, cześć. I dzięki temu staje się kobieta moralną substancją mężczyzny, wieczystym źródłem
żywota.</akap>


<akap>Co innego Faust, mężczyzna. Odrywa się on
od substancji powszechności i przeciwstawia się
jej jako indywiduum. Obok wzniosłych sił duchowych, ma on w sobie namiętne, gwałtowne żądze,
bezmierne pragnienie rzeczy najwyższych i najgłębszych, a do tego wszystkiego posiada jeszcze
bystry, chłodny rozsądek, z sceptyczną refleksją
witający życie i jego sprawy. I tym właśnie rozsądkiem jest Mefisto, którego poeta daje za nieodstępnego towarzysza Faustowi.</akap>


<akap>Wszystkie szydercze przymówki Mefistofelesa
to refleksje, za pomocą których usiłuje mieszkający
w własnej piersi duch nihilizmu, karmiony nastrojem negatywnym, stłumić, zwalczyć jego dążenia
podnioślejsze: poznanie, prawda, dobra duchowe
to nic; użycie, posiadanie, moc i władza, przeparcie swojego ja, któremu te pierwiastki przeszkadzają, to dopiero właściwa jest rzeczywistość. Obyczajność, wiara, niewinność to historie nianiek,
przez księży i filozofów podniesione do znaczenia
dogmatu i metafizycznych kanonów. Natura nic
o tym nie wie; przemawia językiem popędów i te
są prawdą i rzeczywistością; jeżeli więc Bóg stworzył naturę, no, to dość wyraźnie wskazał nam
drogę:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Bóg, co stworzył chłopca i dziewczynę,/
Poznał od razu zadanie jedyne,/
Że trzeba ludziom i sposobność stworzyć..."</strofa></poezja_cyt>



<akap>A cóż dopiero skrucha i wyrzuty sumienia ---
to istna głupota: ale nie pierwsza! Taki to bieg
świata. Cóż sobie będzie z tego robił silny mąż,
nadczłowiek, że mu tam przypadkiem zaszło drogę
jakieś stworzonko i nie uszło bez szwanku!</akap>


<akap>Atoli sataniczny nastrój wnętrza jego nie zdoła
w nim przytłumić lepszej istoty. Nie umie wpoić
w niego ani zamiłowania w pośledniejszych rozkoszach zmysłowych, ani też nic zapobiec nie
zdoła, ażeby stosunek do Małgosi, tak lekkomyślnie
nawiązany z początku, nie przerodził się w prawdziwą i głęboką miłość. A potem z siłą budzi się
w nim żądza badania, tęsknota do piękna, miary
i ładu, pęd ku twórczej, owocnej, trwałej, powszechnemu pożytkowi poświęconej działalności.
Tak więc utrzymuje się i zwycięsko się wznosi
w górę pierwiastek w istocie Fausta, zwrócony ku
Bogu i boskości. Na mefistofelesowskie ,,nie" jego
właściwe i prawdziwe ja odpowiada ostatecznie
silnym ,,tak": świat i dusza ludzka nie wyszły z rąk
diabła i nie są dla diabła, niszczyciela i kłamcy,
ale stworzone zostały przez Boga dla Boga.</akap>


<akap><wyroznienie>Tomasz Carlyle</wyroznienie><pe><slowo_obce>Carlyle, Thomas</slowo_obce> (1795--1881) --- szkocki satyryk i eseista, a przede wszystkim historyk i filozof historii, popularyzator i jeden z twórców swoistej historiozofii zwanej heroizmem. Wzbudzał kontrowersje jako społeczny komentator i miał duży wpływ na myśl prawicową w epoce wiktoriańskiej. Dzieła: <tytul_dziela>Bohaterowie. Cześć dla bohaterów i pierwiastek bohaterstwa w historii</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Sartor Resartus</tytul_dziela>.</pe>, wielbiciel i interpretator
Goethego, opowiada w swoim <tytul_dziela>Sartor Resartus</tytul_dziela>
o pewnym wewnętrznym doświadczeniu, od którego
datuje się w nim początek nowego życia. Czując
się nieszczęśliwym, biednym i wyklętym, szedł on
pewnego razu, jako młody człowiek, w jeden z dni
upalnych, brudną i gorącą drogą z Edynburga do
Leith. ,,Wtem naraz błysnęła mi idea, i zapytałem
się: czego ty się właściwie obawiasz? Czyż wiecznie będziesz jęczał i skomlał, ty wstrętny dwunożniku? Jakaż może być ostateczna suma tego, co
cię czeka? śmierć? I owszem, dodaj do tego jeszcze
wszystkie katusze Topheta (ołtarza Molocha w dolinie Hinnom) i wszystko, co człowiek albo szatan na twoją zgubę wymyślić lub uczynić może!
Nie masz serca? Nie umiesz-li znieść wszystkiego,
cokolwiek spotkać cię może i, dziecię wolności,
jakkolwiek wyklęte, samego Topheta rzucić sobie
pod nogi, i deptać go, podczas tego, gdy cię pożera?
Tak we wszystkie zakątki mojego wnętrza wnikał
chcący mną zawładnąć piorunny głos wieczystego
,,nie", i oto wszystka moja istota wyprężyła się
w swym całym przez Boga stworzonym majestacie i z naciskiem założyła przeciw temu protest.
Wieczyste ,,nie" mówiło: Patrzaj, jesteś bez ojca,
bez domu, a i wszechświat jest moim (szatana);
a na to odrzekło wszystko me wnętrze: Nie należę do ciebie, jestem wolny i nienawidzę cię na
wieki<pa><tytul_dziela>Sartor Resartus</tytul_dziela>, na język niemiecki przełożył i życiorysem opatrzył Tomasz A. Finter. 1882. T. II. Str. 145
i nast.</pa>. To wrażenie, skupione w jedną bohaterską chwilę, stanowi sumę życia Fausta.</akap>


<akap>I teraz, filozofując dalej w myśl poematu o istocie złego, możemy powiedzieć: Zło, przedstawione
nam tutaj jako coś bezsilnego i ostatecznie odepchniętego, wzgardzonego, jest w istocie swojej
w ogóle czymś negatywnym, nieistniejącym, ale nie
czymś, co istnieje pozytywnie. Zło nie jest rzeczywistością samą w sobie, ale tkwiącym w rzeczywistości przeciwieństwem tej rzeczywistości. Nawiązując do myśli platońsko-arystotelicznych, odżyłych
znowu u Augustyna, a inaczej u Spinozy i Leibnitza, możemy też powiedzieć tak: Rzeczywistością
jest dobro, rzeczywistość i doskonałość (<slowo_obce>realitas</slowo_obce>
i <slowo_obce>perfectio</slowo_obce>) zlewają się w jedno. Zło występuje
tylko jako forma braku czegoś, co nie istnieje,
(<slowo_obce>privatio</slowo_obce>, <slowo_obce>στερησις</slowo_obce>), ale nie jako coś istniejącego.</akap>


<akap>Poeta wskazuje niejednokrotnie na takie pojęcie rzeczy. Tak na samym zaraz początku wkłada
w usta Mefistofelesa następujące słowa co do jego
własnej istoty: ,,Jać jestem duchem, który zawsze
przeczy"; albo zaraz dalej: ,,Nic, któremu przedstawia się ,,coś" ". A w rozmowie z Eckermannem<pe><slowo_obce>Eckermann, Johann Peter</slowo_obce> (1792--1854) --- poeta niemiecki, znany jako autor <tytul_dziela>Rozmów z Goethem</tytul_dziela>.</pe>
o istocie demoniczności (2 marca 1831) odpowiedział Goethe na pytanie Eckermanna, czy i Mefistofel nie posiada rysów demonicznych?: ,,Nie, Mefistofel jest istotą zbyt negatywną, pierwiastek demoniczny zaś objawia się w czynności absolutnie
pozytywnej". I rzeczywiście, na tym całkowicie mu
zbywa; nie posiada żadnej siły twórczej, nie umie
dokonać nic rzeczywistego, nie umie nawet przyrządzić trunku w kuchni czarownic:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Wprawdzie ich tego czart nauczył,/
Ale przyrządzić sam nie umie".</strofa></poezja_cyt>



<akap>Tylko pasożytniczo zagnieździwszy się w człowieku, zyskuje zły duch, także według wiary ludowej, zdolność czynienia czegoś rzeczywistego,
za pomocą czarodziejstwa i czarownic. Z siebie samego wysnuwa Mefistofeles zawsze tylko mamidła.
Bóg płodzi rzeczywistość, szatan, małpi jego naśladowca, stwarza li<pe><slowo_obce>li</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> pozór. Od piwnicy Auerbacha aż do bitwy, którą wygrywa dla cesarza
(II. akt IV) olśniewa wirtuozostwem w sztuce oślepiania i tumanienia, jako czarodziej pozoru. A jak
rzeczywistości stworzyć nie może, tak też i zniszczyć jej nie zdoła. Sprawia zamieszanie, uwodzi,
niszczy wzgardliwymi przemowami, w rzeczywistości jednak tego, jak mówi opryskliwie, ,,niezdarnego świata" zniweczyć nie może. Próbuje to nieustannie, ale zawsze doznaje rozczarowania. Tak
więc złe jest niczym, jest czymś nieistniejącym.</akap>


<akap>Ale w jakiż sposób złe na świat przychodzi, jeżeli w rzeczywistości jest niczym? Dałoby się może
w myśl poety odpowiedzieć na to: dzięki świadomości ludzkiej, która z natury lubi się obracać
w sprzecznościach. Myślenie boże leży poza sprzecznościami, ale dla myślenia ludzkiego, dla ludzkiego
czucia i sądu forma sprzeczności stanowi granicę,
od której uwolnić się nie zdołasz. Nie możemy sobie pomyśleć bytu bez niebytu, ,,tak" bez ,,nie",
czynników pozytywnych bez negatywnych, zestroju
bez rozstroju, życia bez śmierci, rozkoszy bez bólu,
piękna bez brzydoty, a więc i dobra bez zła. Pierwiastek pozytywny, pierwiastek tego, co jest, rzeczywistość, dobro subsystuje samo w sobie, jak
cień nie odstępuje go jednak pierwiastek negatywny,
to, czego nie ma, zło.</akap>


<akap_dialog>,,Natura może sobie być, jaką chce, diabeł był
przy jej stworzeniu, to jego punkt honoru" --- powiada Mefistofeles w roztrząsaniach kosmogonicznych w akcie czwartym części drugiej; bez gwałtu
i zniszczenia nowej budowy nie stworzymy --- oto
jak zaznacza on logiczno-metafizyczną konieczność zła.</akap_dialog>


<akap>Pod pewnym względem możemy tę logiczno metafizyczną konieczność przemienić także w konieczność teologiczną. Przeciwieństwo jest dla rze zywistości niezbędne, jest ono twórczą zasadą
postępu. Wypowiada to Pan w prologu w niebie
odnośnie do świata ludzkiego:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Działalność człeka łatwo się ucisza,/
Bezwzględny spokój wnet, jak sen, go zmorzy./
Przeto mu chętnie dałem towarzysza,/
Co go podnieca, jako diabeł, tworzy".</strofa></poezja_cyt>



<akap>W przeciwieństwie uświadamia rzeczywistość
swą istotę; przeciwieństwo sprawia, że jest ona
sobą. Najwidoczniej dzieje się to w świecie moralnym: w złym nabiera dobro świadomości i pewności siebie. Tak jest z Małgosią; dzięki upadkowi
dochodzi ona do świadomości swej istoty i dopiero
przez pokutę i skruchę wznosi się na wyższy stopień czystości moralnej i doskonałości; w tej chwili
znalazła ochronę przed pokusami nieczystymi na
zawsze. A równocześnie dzięki upadkowi swemu
nauczyła się tego, czego przedtem nie znała, miłosiernej, przebaczającej miłości: ,,Jakżeż ja mogłam
lak uporczywie krzywdzić!" Tę twardą sprawiedliwość wobec nas samych, sprawiedliwość moralnego człowieka według utartych wyobrażeń ujawnia brat, w konturach najwyraźniejszych, w owych
surowych obelgach, którymi, umierając, dręczy siostrę. A wreszcie, jak to widać z jej modlitwy
w końcowej scenie części drugiej, znalazła ona
sama w uzyskanym przebaczeniu miłosierdzia bożego wyższy stopień szczęśliwości, aniżeli błogie
poczucie naturalnego zdrowia moralnego. I oto
pojmujemy słowo ewangelii, że w niebie większa
panuje radość z powodu jednego pokutującego
grzesznika, aniżeli z dziewięćdziesięciu dziewięciu
sprawiedliwych, którzy pokuty nie potrzebują. Przez
grzech prowadzi droga do zbawienia, do zupełnej
swobody, pewności siebie i szczęśliwości. Tak samo
i Faust zyskuje świadomość swej istoty i swej drogi
w orientowaniu się w przeciwieństwie. Przy podłości poznaje dopiero czystość, dzięki brzydocie
i karykaturze rozumie piękno, przez absurd i bezsens dochodzi do pojęcia prawdy i rozsądku; na
rozleniwiałym używaniu uczy się dążenia do czynu,
na bezmyślnym niszczeniu poznaje dopiero prawdziwą istotę i wartość działalności twórczej. Potrzebuje on dużo czasu do tego, więcej, aniżeli
Małgosia, ponieważ istota jego tak nieskończenie
jest bogatszą, wszechstronniejszą, bardziej skomplikowaną; w osobie swojej musi przebywać to
wszystko, co przebywa cała ludzkość. Dlatego też
przy końcu mówi się o nim: ,,Lecz ten się uczył,
dziś nas uczyć będzie". Przeszedł wszystkie nieskończone drogi życia, proste i błędne, i w ten
sposób wniknął lepiej w ich treść, aniżeli człowiek,
który w życiu na prawym pozostał torze.</akap>


<akap>To samo, co widzimy w życiu pojedynczym, ta
potrzeba pierwiastków przeciwnych, zjawia się także
w wielkich dziejach świata; przeciwieństwo jest niezbędnym czynnikiem rozwoju. W przeciwieństwie
orientuje się co do swej istoty każdy kierunek duchowy. Przeciwieństwo prowadzi go w drodze re akcji do zupełnego rozwoju jego istoty. Naród
żydowski uzyskał świadomość siebie przez pogaństwo, pogaństwo w nim i poza nim, naród helleński
przez barbarzyństwo. A czyż możemy wyobrazić
sobie nasz świat bez podobnych przeciwieństw
i sprzeczności? Cóż by nam pozostało, gdyby znikły
wszelkie różnice społeczne, polityczne, religijne, filozoficzne? Nienawidzą i zwalczają się wzajem; ale
bez walki nie ma życia. Bez walki z przeciwieństwem wszelka treść duchowa słabnie i gnuśnieje.
Prawdy ogólnie uznane są nudne; ogólnie uznana
forma w sztuce i poezji zmienia się w konwencjonalny szablon. Przeciwieństwo oddziałuje pobudzająco, wyzywająco, nowe wywołuje siły. Przypomnijmy sobie czasy młodości Goethego: zasady
oświecenia odniosły zwycięstwo i zaczęły już zasypiać na zdobytych laurach; świat stał się tak
rozsądny, tak jasny, tak utylitarny, że dla oświeconego umysłu nie było w nim żadnych tajemnic.
I oto geniusz narodu niemieckiego spłodził ową
młodość, która naporem i burzą przełamała granice spokojnego filisterskiego życia Nicolaiów i Gottschedów. A czyż w dzisiejszej chwili nie doczekaliśmy się tego samego? Zgnuśniał zadowolony
z siebie klasycyzm, mniemający, że sam posiadł
idealizm i piękno; i oto zjawił się tak zwany naturalizm, wypowiadając wojnę konwencjonalizmowi,
wyobrażeniom ogólnie uznanym, istniejącemu pięknu przeciwstawiając to, co się dotychczas wydawało niesłychanym i niemożliwym, pierwiastek brzydoty i okropności. I mamy znowu ruch i życie.
Da się i tutaj zastosować słowo, przez Goethego
włożone w usta Mefistofelesa, dotyczące pijanego
najświeższą nowością, romantyczną filozofią i poezją oszołomionego bakałarza, reprezentującego burzliwą młodość, nowym prądom oddaną młodość:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Z moszczu, choć dziwnie pieni się i burzy,/
Będziemy przecież mieli w końcu wino".</strofa></poezja_cyt>



<akap>I świat niemniej potrzebuje wielkich historycznych form życia, państwo i Kościół potrzebują
walki, przeciwieństwa, rewolucji. Gdy kościół rzymski całkowicie zapanował nad światem, gdy wiarę
jego uznano za bezwarunkową, gdy kler zaczął
używać swej władzy i potęgi, wówczas skostniał
wewnętrznie, stał się twardym, chciwym władzy,
sytym i leniwym. Wielka burza, wszczęta przez
Lutra, wyswobodziła siły i nowe spowodowała ---
po obu stronach --- życie religijne. Podobnym był
także skutek wielkiego przewrotu politycznego, który
na schyłku wieku ośmnastego zburzył dawny dynastyczny ustrój państwowy nasamprzód we Francji, a potem w całej Europie: na ruinach świeże
zakwitło życie. W ten sposób to, co się nazywa
zniszczeniem --- Goethe dopatruje się tego i w rewolucji francuskiej, która mu zresztą była wstrętną ---
staje się warunkiem nowego, płodnego życia. Jak
w życiu przyrody śmierć, według wyrażenia Goethego, jest środkiem, użytym przez przyrodę do
uzyskania pełni życia, tak przewrót, rewolucja,
służą jej za środek do podniesienia żywotnego, różnorodnego życia dziejowego.</akap>


<akap>Wynika stąd, że pierwiastek wrogi, niszczycielski, zło, należy do rzeczywistości, nie mogła ona
istnieć bez ,,tamtego"; mówiąc z Arystotelesem,
jest to ,,niezbędny wynik założenia"; ten świat, to
życie, ten ludzki byt dziejowy jeżeli w ogóle miał
istnieć, to musi wchłaniać w siebie pierwiastek
,,tamtego". Bez przeciwieństwa, bez zła ziemskie
dzieje ludzkie byłyby niemożliwe. Niebiosa tego nie
posiadają; dlatego też w niebiosach nie ma dziejów.
Zycie niebieskie zaczyna się od ,,Sądu Ostatecznego", który dzieje zamyka.</akap>


<akap>Cały więc poemat moglibyśmy też nazwać poetycką teodyceą<pe><slowo_obce>teodycea</slowo_obce> --- próba uzgodnienia przekonania o dobroci i wszechmocy Bożej z obecnością zła na świecie.</pe>, usprawiedliwieniem Boga z powodu
zła na świecie. Zło i zniszczenie, grzech i niedola
są niezbędne: bez nich świata sobie nie wyobrazisz, bez nich też, będąc takim, jakim jesteś, świata
byś nie wytrzymał. Pogódź się więc z tym i tocz
walkę życia jak mężczyzna; być człowiekiem znaczy być bojownikiem. Istnieje stanowisko poza
walką, poza niepokojem powstawania i zanikania,
a i poza dobrem i złem; jest to stanowisko wieczystości i wszechjedni; dla Boga wszystkie dysharmonie w jedną wielką zlewają się harmonię. Ty
atoli żyjesz na tym świecie, uważaj więc, ażebyś
stanął po stronie właściwej, po stronie dobra i rzeczywistości, a nie po stronie nieistniejącego zła.</akap>


<akap>W jednej z chwil jaśniejszych, w chwili wyższego natchnienia, które i on posiada, wypowiedział Mefistofeles następującą prawdę:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Zechciej mi wierzyć: li dla Boga/
Ta niepodzielna wzeszła całość;/
On blasków wiecznych ma wspaniałość,/
Gdy nas otacza ciemność wroga,/
Wam zasię dzień i noc jest dany..."</strofa></poezja_cyt>




<naglowek_rozdzial>4.</naglowek_rozdzial>




<akap>Na końcu chciałbym jeszcze zaznaczyć, jak te
myśli z poematu o Fauście wyrosły z poglądu
Goethego na świat, a nawet z jego własnej istoty.
Zasadniczym rysem w Goethowskim nastroju życiowym jest <wyroznienie>wiara w naturę ludzką</wyroznienie>. Powiedział on kiedyś odnośnie do swej młodości do
Eckermanna: ,,wierzę w Boga, w naturę, w zwycięstwo pierwiastka szlachetnego nad złem" (4 stycznia 1824) --- słowa te przenikają jako suma jego
wiary wszystkie jego zdania o sprawach boskich
i ludzkich. Jak powiada dalej, koła religijne, z którymi stykał się w młodości, uważały wiarę tę po prostu za niewystarczającą; oprócz braku wielu
innych artykułów dogmatycznych raził jego przyjaciół przede wszystkim brak wiary w absolutne
zepsucie natury ludzkiej; zapatrywanie poety nazywali pelagianizmem<pe><slowo_obce>pelagianizm</slowo_obce> --- heretycka doktryna, wg której dusza ludzka jest zdolna sama z siebie przezwyciężyć grzech, potępiona na soborze efeskim (431).</pe>. Ale Goethe nie dał się wprowadzić w błąd. Jeżeli chrześcijaństwem ma być
wiara w absolutne zepsucie w ogóle, a w szczególności w zepsucie natury ludzkiej, to nie może on
go uważać za swoją religię, woli on pozostać ,,zdecydowanym niechrześcijaninem". Jest to rozstrzygający punkt w jego stanowisku wobec chrześcijaństwa. Chrześcijaństwa negatywnego, lękliwego,
bojącego się natury, chrześcijaństwa purytanów,
patrzącego podejrzliwie na wiedzę, chrześcijaństwa,
które rozkosz, jaką nam daje piękno, zalicza do
uciech świeckich, a które tak samo wierzy w Boga,
jak w diabła, co więcej, dla którego potęga diabła ostatecznie większą jest, aniżeli moc boża ---
bo jakżeż w przeciwnym razie mogłaby większa
część ludzi pójść na wieczyste zatracenie wbrew
woli Boga, a za wolą szatana? --- takiego chrześcijaństwa nie znosi i nienawidzi.</akap>


<akap>A może to też nie jest chrześcijaństwo rzeczywiste, prawdziwe, może to nie jest chrześcijaństwo
Jezusa. W jednym z listów do Goethego (17 sierpnia
1795) potrąca Schiller o swoje wyobrażenie o chrześcijaństwie: ,,Szczególny charakter religii tej polega
nie na czym innym, jak tylko na zniesieniu zakonu, kantowskiego imperatywu, na miejscu jego
pragnie chrześcijaństwo widzieć swobodną skłonność. Jest ono więc, w swojej formie swobodnej,
przedstawieniem pięknej moralności albo uczłowieczeniem pierwiastka świętości, i w tym sensie jedyną religią estetyczną; tym też tłumaczę sobie,
dlaczego religia ta znalazła tyle szczęścia u kobiet
i że tylko u nich znaleźć ją można w formie znośnej". Goethe żywo temu przytakuje; chrześcijaństwo bez przymusowej wiary w wszechmoc szatana, bez wymagania, aby poniechać wiarę w objawienie boże w przyrodzie i dziejach, chrześcijaństwo ufności i miłości Boga i ludzi --- takie chrześcijaństwo mu się podoba i takie też chrześcijaństwo ---
jak to pokazują przede wszystkim jego <tytul_dziela>Lata wędrówek</tytul_dziela> --- umiał on sobie na swój sposób przyswoić. Nie chcemy się przy tym zastanawiać, czy
w chrześcijaństwie dawnym nie było więcej sprzeczności z światem i naturą, aniżeli to widział Schiller; każda epoka przyswaja sobie chrześcijaństwo
na swój sposób. I będzie to nie tylko prawem każdej epoki, ale także i wolą tego, który ,,koniec
świata" odsunął tak daleko poza oczekiwanie pierwszych chrześcijan.</akap>


<akap>Na gruncie tego zasadniczego poglądu wyrosło
także pojęcie Goethego o istocie zła. Nie ma absolutnego zła, zło nie jest właściwie czymś istniejącym,
ale przypadkowym, ograniczonym wyobrażeniem
czegoś istniejącego. Już w jednej z recenzji w czasopiśmie ,,Frankfurter Anzeiger" z r. 1772 znajduje się charakterystyczna pod tym względem zapiska o zapowiedzianym dziele (<tytul_dziela>Briefe ueber die
wichtigsten Wahrheiten der Offenbarung</tytul_dziela> --- <tytul_dziela>Listy
o najgłówniejszych prawdach objawienia</tytul_dziela> --- wyszłym spod pióra Hallera, a zwracającym się, według słów Goethego, ,,przeciw dumnym mędrcom
naszego wieku, którzy w Bogu widzą coś więcej
niźli samego tylko kata haniebnego rodu ludzkiego,
który wierzą, że twór jego ręki nie jest potworem,
którzy nawet mają odwagę spodziewać się, że
On wieczystych kar wymierzać nie będzie") ---
otóż w jednej z tych recenzji powiada Goethe:
--- Niechże się fanatycy namyślą, czy się to zgadza
z pojęciem najwyższej istocie twierdzić w duchu
prześladowczym, że to, co my według woli Boga
mamy uważać za złe czy dobre, jest także złem
czy dobrem w Jego obliczu, lub czy to, co dla naszych oczu łamie się w dwa kolory, dla źrenicy
bożej nie zlewa się w jeden promień".</akap>


<akap>Z wypowiedzianą tutaj myślą, że różnica pomiędzy złem a dobrem nie jest absolutną, że ponad
stanowiskiem człowieka może istnieć stanowisko
wyższe, z którego różnica ta spada do pojęcia
względnego, spotkał się potem Goethe jako z jedną
z zasadniczych myśli w <tytul_dziela>Etyce</tytul_dziela> Spinozy<pe><slowo_obce>Spinoza, Baruch</slowo_obce> (1632--1677) --- holenderski filozof pochodzący z żydowskiej rodziny z Portugalii. Przedstawiciel racjonalizmu, twórca systemu filozoficznego mającego u podstaw jedną, wieczną i wszechogarniającą substancję, nazwaną naturą lub Bogiem.</pe>.</akap>


<akap><slowo_obce>Bonum et malum</slowo_obce>, dobro i zło --- mówi Spinoza w dodatku do czwartej księgi <tytul_dziela>Etyki</tytul_dziela> --- to
tylko <slowo_obce>modi imaginandi<pe><slowo_obce>modi imaginandi</slowo_obce> (łac.) --- sposoby wyobrażania sobie.</pe></slowo_obce>, pojęcia należące do dziedziny nieodpowiadających przedmiotowi przedstawień, a nie do dziedziny odpowiadających przedmiotowi myśli. Dla filozofii, uważającej wszystkie
istnienia za wieczyste skutki wieczystej istoty bożej, istnieją tylko byty rzeczywiste o różnej zawartości moralnej i o różnych stopniach wydoskonalenia. Pojęcie zła powstaje przez porównanie
jednego z drugiem. Ale ujemność jednego, wynikła
z porównania z drugim, nie jest właściwością
tamtego, lecz tylko przypadkowym jego stosunkiem
do drugiego. Dla Boga, widzącego rzeczy tak, jakimi są same w sobie, wszystko jest doskonałym,
w ogóle nie ma nic złego i gdyby duch ludzki posiadał tylko odpowiadające przedmiotom przedstawienia, to i on zapewne nie wytworzyłby sobie
pojęcia zła. --- Jest to ten sam pogląd, któremu
Spinoza podsumowuje także pojęcie nieprawdy
i fałszu; błąd niczym nie jest pozytywnym, fałszywe wyobrażenie nie jest fałszywym przez swą
treść pozytywną, ale dzięki właśnie brakowi tej
treści; połowa poglądu, uważanego za całość ---
oto czym jest fałsz. I tutaj zgadza się Goethe z Spinozą: błąd jest połową prawdy, leży on na drodze
do prawdy --- mówi też Goethe ustami Mefistofelesa: ,,Jeżeli błądzić nie będziesz, do rozumu nie
przyjdziesz". A w innym miejscu tak to wyraża:
,,Ci są tylko prawdziwi mędrcowie, którzy do prawdy
dążą drogą błędu".</akap>


<akap>U obu, zarówno u Spinozy jak i u Goethego,
pozytywny, optymistyczny ten pogląd na świat wyrósł na gruncie ich osobistej istoty. Dwa to duchy pozytywne, oddane poznawaniu, tworzeniu i działaniu,
i radujące się ze swego działania. <slowo_obce>Bene agere et
laetari</slowo_obce> --- dobrze czynić i radować się z tego ---
oto formuła <tytul_dziela>Etyki</tytul_dziela> Spinozy, wyrażająca nie tylko
maksymę, ale także osobisty habitus obu. Negatywne afekty i postanowienia woli, gniew, nienawiść, zazdrość, pycha, pogarda, szyderstwo, a także
litość, skrucha, którym Spinoza z takim zapałem
odmawiał wartości, nie miały nic wspólnego także
i z jego życiem. Jego etyka wyraża takie jego najgłębsze doświadczenie życiowe: nie żywi nienawiści,
nie pogardza, ale usiłuje poznawać rzeczy ze stanowiska ich konieczności; na ludzi i na afekty
ludzkie patrzy z beznamiętnym spokojem badacza
przyrody i lekarza, albo, mówiąc jego własnymi
wyrazami, spogląda na nie tak, jak matematyk na
linie i trójkąty. Może tak postępować, ponieważ
wierzy w dobro, w rozsądek; wierzy, iż prawdziwe
poznanie rosnąć będzie, że zwalczy siłę afektów
i poprowadzi ludzkość do coraz to wyższej jasności, wolności i potęgi.</akap>


<akap>Tak samo też istota Goethego zajmuje się pierwiastkami pozytywnymi, zmierza ku poznaniu i ku
uznaniu świata rzeczywistego. Radością jego badanie i tworzenie. Namiętność sądzenia i potępiania była mu nieznaną i stawała się coraz to bardziej obcą. Wyrzucił on zupełnie z istoty swojej
afekty negatywne, nieprzyjaźń, nienawiść, pogardę,
zazdrość, pychę i skruchę. W następujących wierszach wyraża on wewnętrzną formę swego własnego życia:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Chcesz sobie nowe zbudować życie,/
Musisz zapomnieć o przeszłym bycie,/
A jeśliś nawet coś tam utracił,/
Czyń, jakbyś znowu czymś się zbogacił./
Czego dzień żąda, o to się pytaj,/
Dzień ci odpowie, ty w lot to chwytaj./
Niech cię twych czynów cieszy spełnienie,/
A czyny drugich miej zawsze w cenie;/
Przedsię<pe><slowo_obce>przedsię</slowo_obce> (daw.) --- jednak.</pe> człowieka nie miej za wroga,/
A wszystko inne zdajże na Boga".</strofa></poezja_cyt>



<akap>Nie dziwota, że, taki mając sposób myślenia,
musiał Goethe uchodzić za zimnego i człowieka
bez uczucia w oczach wszystkich, żyjących gniewem, nienawiścią i pogardą. Ludzie stronnictwa
mówili: nie zna nienawiści ani pogardy, nie może
więc znać miłości; patrioci zaś dowodzili: powinien był przynajmniej nienawidzić Napoleona
i Francuzów. Ale on nie mógł i nie chciał nienawidzić; ten wyjątkowy, potężny mąż był dla niego
raczej przedmiotem podziwu, że człowiekowi może
być dana taka demoniczna siła woli i czynu.</akap>


<akap>A nie znając nienawiści, nie zna także pogardy.
I rzecz najdrobniejsza i najlichsza ma jako ogniwo
wielkiego łańcucha rzeczywistości wielką dla badacza doniosłość i znaczenie. Od młodości był Goethe ogarniającym wszystko badaczem świata realnego i skłonność ta wzmagała się w nim z latami.
Nie ma niczego, zarówno w świecie przyrodniczym,
jak i dziejowym, czego by nie wciągał w zakres
swoich badań, pragnąc w powszechności odnaleźć
swoje stanowisko i swą duszę. Jak to wykazuje
kuchnia czarownic i obie nocy walpurgowe, poświęca on nawet płodom fantastycznej, karykaturalnej wyobraźni subtelną, miłości pełną uwagę.
Tak samo i w sprawach czartowskich umie on
pewnego dopatrzeć się znaczenia i wciągnąć je
w służbę swojego wielkiego, świat cały ogarniającego poematu.</akap>


<akap><wyroznienie>Herman Grimm</wyroznienie> mówi w jednym miejscu
o Goethem (przy sposobności uwag o jego korespondencji, ,,Deutsche Rundschau", styczeń 1897):
,,Przymiot Goethego, że i z najmniejszymi ludźmi
obchodził się z przyjazną troskliwością, z szczególniejszego wypływał źródła. Nie istniała w ogóle
nic dla niego, co by nie miało prawa, ażeby je
traktowano albo przynajmniej patrzano na nie stosownie do jego wartości przyrodzonej. Wszędzie
odkrywał on fakta, będące w związku z wszechświatem. Wszystko, co jest, napełniało go czcią...
Dlatego też był dobrotliwy i przyjazny. W tym
należy szukać przyczyny, dlaczego nie słyszeliśmy
nigdy, ażeby Goethe powiedział cośkolwiek złego
o ludziach. Jeżeli to się kiedykolwiek zdarzy, wymaga tego jakaś konieczność, ale i wówczas podkreśla on natychmiast to, co w ludziach jest dobrego, a przywary ich usiłuje tłumaczyć... Nie
miał Goethe przyjemności w wygadywaniu na ludzi, niepowodzenia przeciwników zadowolenia mu
nie dawały, natomiast w rozkoszy z powodu faktów pozytywnych, choćby nawet drobnych, idzie
tak daleko, że częstokroć nie skąpi uznania usiłowaniom, nie przekraczającym nawet średniej
miary". Jest to określenie znakomite i całkowicie
odpowiadające najwewnętrzniejszemu usposobieniu
Goethego. Rozkoszowanie się rzeczywistością, obserwowanie planowej konieczności rzeczy choćby
nawet drobnych, a nawet wstrętnych i głupich ---
oto cały Goethe. Na wszystko patrzy <slowo_obce>sub specie
boni</slowo_obce><pe><slowo_obce>sub specie boni</slowo_obce> (łac.) --- z perspektywy dobra.</pe>, jako na manifestacje absolutu, jako na <slowo_obce>modi</slowo_obce>
substancji, powiada też w scenie z Heleną: ,,tworzyć, przetwarzać --- oto wiecznego ducha wieczyste zajęcie, otoczone obrazami wszelkiego stworzenia".</akap>


<akap>To jego świat, to jego pogląd na świat: pogląd
optymistyczny, zupełnie w duchu Spinozy, Leibnitza<pe><slowo_obce>Leibnitz, Gottfried Wilhelm</slowo_obce> (1646--1716) --- niem. filozof, a także matematyk (wynalazca rachunku różniczkowego i całkowego, niezależnie od Newtona), fizyk i konstruktor. Monadologia stanowi koncepcję opisującą świat jako złożony z monad, czyli osobnych bytów, z których każdy zawiera całą prawdę o sobie, stanowiąc niejako świat sam dla siebie. Człowiek postrzegany jest jako jedna z nieskończenie wielu niepowtarzalnych monad. Według Leibniza monady nie oddziałują na siebie nawzajem, są niezmienne (czas i przestrzeń stanowią rodzaj złudzenia poznawczego), a ich wzajemne relacje zostały raz na zawsze z góry ustalone na zasadzie harmonii przedustawnej przez Boga jako naczelną monadę stanowiącą dla pozostałych monad przyczynę i cel istnienia. Świat uregulowany na kształt zegara (czy też zbioru wielu mechanizmów tego typu) miał być zdaniem Leibniza najlepszym z możliwych do pomyślenia światów.</pe>, Shaftesbury'ego: wszystko w odpowiednim
miejscu do wydoskonalenia całości niezbędne.</akap>


<akap>Ten swój pogląd na świat znalazł Goethe jeszcze gdzie indziej, mianowicie w starożytności: i to
właśnie sprawiło, że świat starożytny był mu tak
drogi: odpowiadał mu duch jego jasny, radosny,
czynny, mający oczy otwarte na świat i jego sprawy,
duch, objawiający się w myśleniu i tworzeniu, w wiedzy i działaniu. Wobec starożytności wieki średnie
wydają mu się ponure, negatywne, stroniące od
świata, transcedentalne. I dlatego też wita epokę
renesansu jako uzdrawianie ducha nowożytnego
z choroby negatywnego supernaturalizmu, jako
oczyszczenie świadomości ogólnoludzkiej z grozy
piekieł i czarownic, która w czasach przyciemnienia myśli naukowej i filozoficznej napełniała chorobliwie podnieconą wyobraźnię człowieka. Scena
z Heleną, tworząca punkt środkowy drugiej części
<tytul_dziela>Fausta</tytul_dziela>, a symbolizująca zaślubiny ducha germańskiego z starożytnością, przedstawia nam w poetycznym upiększeniu historyozofię Goethego, zwłaszcza zaś tłumaczenie jego czasów nowożytnych.
Ufa on duchowi nowożytnemu, wierzy, iż mimo
swoich dumnych, a może i tytanicznie pysznych
usiłowań, znajduje się przecież na dobrej drodze,
na drodze do najwyższego: do zupełnego rozwoju
ducha w kierunku zupełnej <slowo_obce>humanitatis</slowo_obce>.</akap>


<akap>Diametralnym przeciwieństwem tego poglądu na
świat jest nihilistyczny pesymizm, wyobrażony w Mefistofelesie. Ten na wszystko patrzy <slowo_obce>sub specie mali<pe><slowo_obce>sub specie mali</slowo_obce> (łac.) --- z perspektywy zła.</pe></slowo_obce>;
uosobieniem jest pogardy i nienawiści; unicestwia
wszystko przynajmniej w myśli i mowie; i chełpi
się tym:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,I wielce słusznie, albowiem, prawdziwie,/
Godne jest skonu wszystko to, co żywie<pe><slowo_obce>żywie</slowo_obce> --- dziś popr.: żyje.</pe> ---/
Byłoby lepiej, gdyby nie powstało..."</strofa></poezja_cyt>



<akap>Tak patrzy na sprawy <wyroznienie>Schopenhauer</wyroznienie>. Jego
to sztuka i radość, ażeby na każdym kroku wykazywać, w słowach co chwila nowych, zaprawionych dowcipem i gniewem, całą nicość, marność,
niegodziwość stworzeń, a przede wszystkim stworzenia dwunożnego, które w dziejach przyrody zapisało się dumnym tytułem <slowo_obce>homo sapiens<pe><slowo_obce>homo sapiens</slowo_obce> (łac.) --- człowiek rozumny (nazwa człowieka jako gatunku).</pe></slowo_obce>. Dzięki
duchowi, przejawiającemu się w tym jego rzemiośle, stał się Schopenhauer wielkim i podziwianym
pisarzem, jednym z duchowych przywódców dzisiejszego pokolenia.</akap>


<akap>I Goethemu duch ten nie był obcy, znał go,
i to nie tylko poza sobą, może u Mercka, albo też
Herdera<pe><slowo_obce>Herder</slowo_obce> (1744--1803) --- niem. filozof i pisarz, zaliczany do klasyków weimarskich, podkreślający rolę i znaczenie ludu i ludowości.</pe>, odnajdywał go on i w sobie. I jemu nie
zbywało na bystrości w spostrzeganiu błędów
i słabostek ludzkich; posiadał też dar przedstawiania ich z sarkastyczno-szyderczym dowcipem, przypomnijmy sobie satyry literackie z lat młodzieńczych lub <tytul_dziela>Xenie</tytul_dziela> w wieku dojrzałym; jakżeby zresztą
mógł stworzyć postać Mefistofelesa? Duch to przecież nie jego; postawił go poza sobą i uwolnił się
od niego, obiektywując go właśnie w Mefistofelesie. Widział on przy tym konieczność i tego ducha;
duch przeczenia ma także swoje pole w tym świecie, zwłaszcza zaś w świecie literackim i naukowym; potrzebną jest krytyka, ten niszczący wyrok
dla rzeczy miernych, małostkowych, filisterskich,
pyszałkowatych, niezbędnym jest nawet duch bluźnierstwa. Mimo to duch przeczenia podrzędną jest
siłą; wyższym jest duch twórczo-produktywny,
duch z ducha bożego. Po <tytul_dziela>Xeniach</tytul_dziela> uczuwał Goethe
coś w rodzaju wstydu, jak gdyby miał coś do naprawienia; pisze do Schillera: ,,Po tym szalonym zuchwalstwie musimy dążyć do stworzenia
wielkiego i godnego dzieła, musimy, ku zawstydzeniu wszystkich przeciwników, proteuszową naturę naszą przemienić w kształty dobre i szlachetne".</akap>


<akap>Eckermann przekazał nam kilka uwagi godnych
spostrzeżeń Goethego co do negatywnego kierunku
w poezji. Mówiąc o <wyroznienie>Byronie</wyroznienie>, zauważył Goethe,
ile on, dzięki swojej negatywnej istocie i swej tak
często negatywnej działalności, traci w porównaniu
z pogodną produktywnością Szekspira, i dodaje:
,,Gdyby był miał sposobność pozbycia się swych
pierwiastków opozycyjnych za pomocą silnego, szorstkiego wypowiadania się w parlamencie, byłby jako
poeta daleko czystszym. Tak zaś zachował w sobie
wszystko, cokolwiek dolegało mu w stosunku do
swego narodu, i aby się od tego uwolnić, nie miał
innego środka, jak to w poetyckim wypowiedzieć
wypracowaniu". Potem zaczęto mówić o Platonie,
z którego kierunkiem negatywnym również się nie
zgodzono. ,,Nie da się zaprzeczyć --- powiedział Goethe --- posiada on wiele wspaniałych przymiotów,
brak mu atoli <wyroznienie>miłości</wyroznienie>. Tak samo nie kocha
swoich czytelników, kolegów po piórze, jak i siebie; dzięki temu trzeba też i do niego zastosować
zdanie apostoła: ,,A choćbym przemawiał językami
ludzkimi i anielskimi, a nie miał w sobie miłości,
byłbym jako kruszec dźwięczący, lub jako dzwonek dzwoniący". Ludzie będą się go bać, i on
zostanie Bogiem dla tych, którzy chętnie byliby
negatywnymi, jak on, ale nie mają do tego talentu".</akap>


<akap>Postać Mefistofelesa, to ucieleśnienie ducha negatywnego, można by więc uważać za poetycką <slowo_obce>katharsis</slowo_obce>, za uwolnienie się Goethego od pierwiastka
bezpłodnego przeczenia, które było i w nim, i zapewne kiedyś w młodości groziło mu niebezpieczeństwem.</akap>


<akap>Przytoczę tu raz jeszcze wiersze Goethego,
którymi zamknąłem uwagi moje nad Hamletem;
zawierają one ostatnie słowo jego łagodnej mądrości:</akap>





<poezja_cyt><strofa>,,Dokąd dążyć zatem? ---/
Świat trzeba poznać i nie gardzić światem".</strofa></poezja_cyt>





<akap>Wpisał on wyrazy te Schopenhauerowi do pamiętnika przy końcu dłuższych z nim stosunków.
Czy on zastanawiał się częściej nad nimi? Przedziwnie wyraża się w nich różnica istoty obu tych
mężów. I Schopenhauer dąży do poznania świata,
ale po to, ażeby ostatecznie sam nim pogardził
izohydzał go innym. Nie idzie za radą Goethego,
lecz za sentencją, którą mądry i doświadczony
Mefistofeles wpisał do albumu scholara: <slowo_obce>Eritis sicut Deus, scientes bonum et malum<pe><slowo_obce>Eritis sicut Deus, scientes bonum et malum</slowo_obce> (łac.) --- bądźcie jak Bóg, znający dobro i zło (kwestia diabła wypowiadana w biblijnej <tytul_dziela>Księdze Rodzaju</tytul_dziela>).</pe></slowo_obce>, to znaczy
wiedzący, że dobro to pozór, a zło to rzeczywistość. Mądrość Goethego zaś prowadzi go, wraz
z Spinozą, do <slowo_obce>amor intellectualis Dei<pe><slowo_obce>amor intellectualis Dei</slowo_obce> (łac.) --- intelektualne umiłowanie Boga.</pe></slowo_obce>, do radości
i umiłowania Boga i Jego stworzenia. Do nich obu
zastosować należy słowa Pana, zamykające prolog
w niebie:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,Lecz wy się cieszcie, wy, synowie boży,/
Pięknym, co życia skarb bogaty tworzy;/
Płód powstający, w wiecznym żyw rozczynie./
Niech was miłości ramieniem owinie,/
A co was chwiejnym li zjawiskiem mami,/
Kształtującymi utrwalcie myślami".</strofa></poezja_cyt>




<akap>Brzmi to jak gdyby odpowiedź poety, gdy patrząc na swoje długie i bogate życie, z wdzięcznym
mówi sercem:</akap>




<poezja_cyt><strofa>,,W czynne życie, w świat szeroki/
Nieustannie zwracać kroki,/
Badać, tworzyć, doskonalić,/
Przeszłość w sobie z czcią utrwalić,/
A przyjmować wciąż radośnie/
Co z przyszłości dla nas rośnie,/
Mieć dla czystych celów pieczę,/
Oto w czym jest szczęście człecze.<pt>Cytaty wierszowane są moim przekładem. J.K.</pt>"</strofa></poezja_cyt>


</powiesc></utwor>