Spis treści

    I
  1. II
  2. III
  3. IV

    Informacja o dokonanych zmianach

    I. Poprawiono błędy źródła: czernaścioro -> czternaścioro; siasnym -> ciasnym, głąb’ > głąb, — Ja tego nie umiem, — dodawała lekceważącym tonem, a tyś to całe życie robiła… możesz tym bardziej robić i teraz > — Ja tego nie umiem, — dodawała lekceważącym tonem, — a tyś to całe życie robiła… Możesz tym bardziej robić i teraz, (…) „dawne, dawne czasy!” > (…) „dawne, dawne czasy!”., (…) zostałabym.. > (…) zostałabym…, bynamniej > bynajmniej, (…) pytałam siebie: „co ze mną kiedyś będzie” A płakałam ja > (…) pytałam siebie: „co ze mną kiedyś będzie”. A płakałam ja (…),

    II. Wprowadzono uwspółcześnienia w następującym zakresie:

    Zmiany leksykalne, w tym ortograficzne: spójrzenia > spojrzenia, udziele > udziale, spójrzenia > spojrzenia, siupryzę > siurpryzę, radzca > radca, spójrzawszy > spojrzawszy, Dardanelle > Dardanele, assumpt > asumpt, giestem > gestem, jękło > jęknęło, śpichrza > spichrza, drótach > drutach, nadpruchniałym > nadpróchniałym, tycze > tyczy, giest > gest,

    Pisownia małą/wielką literą, np.: Mniejsza o to! dla mężczyzny wszystkie drogi otworem > Mniejsza o to! Dla mężczyzny wszystkie drogi otworem, (…) zamknięte? co ze mną kiedyś będzie? > (…) zamknięte? Co ze mną kiedyś będzie?, (…) no, jestem! albo co? > (…) no, jestem! Albo co?, (…) wystrojona! czy to na nasz stan? ale Klemens (…) > wystrojona! Czy to na nasz stan? Ale Klemens (…),

    Pisownia łączna/rozdzielna, np: miał-by > miałby, wgłąb > w głąb, cóż-by > cóż by, niąmają > nią mają, gdzie-żeś > gdzieżeś, Nie prawda > Nieprawda, nieotrzymując > nie otrzymując, toć-to > toć to, wpół-starej, a wpół-dziecinnej (…) > wpół starej, a wpół dziecinnej (…), Niech-no > Niech no, nie zakrytej > niezakrytej,

    Pisownia joty, np.: spekulacyach > spekulacjach, owacyi > owacji, waryatka > wariatka, spekulacyami > spekulacjami, pensyą > pensją, pretensyonalny > pretensjonalny, prywacye > prywacje, gimnazyalne > gimnazjalne, tryumfu > triumfu, tryumfujący > triumfujący, facyata > facjata,

    Udźwięcznienia/ubezdźwięcznienia, np.: nizkiej > niskiej, ztąd > stąd, mnóztwo > mnóstwo, męzki > męski, wązkim > wąskim, dopomódz > dopomóc, zkąd > skąd, zwycięzko > zwycięsko, zkądże > skądże, blizki > bliski, bozką > boską, zczochranych > sczochranych, niedołęztwie > niedołęstwie, zciemniało > ściemniało,

    Fleksja, np.: tem > tym, wszystkiem > wszystkim, niem > nim, czem > czym, umieszczonemi > umieszczonymi, moję > moją, samę > samą, mię > mnie, niemi > nimi, jednę > jedną, patrzała > patrzyła, lekcją > lekcję, racją > rację, edukacją > edukację, patrzały > patrzyły, familią > familię,

    Składnia: ośm > osiem, szarą i pospolitą (była ta drobna rzesza) > szara i pospolita, garstki okruch, czy ziarn > garstki okruchów, czy ziaren, (białą perkalową) suknią > suknię, (przy chorym siedzę, i do apteki po lekarstwa) latami > latam,(furtka) otwartą > otwarta, (kto miał) racją > rację, (na) edukacja > edukację, (poprawiała sobie to włosy, to) suknia > suknię, fizjognomią (jej) > fizjognomię, (ja dla niej lepszą) partią (znalazłam) > partię,

    Inne zmiany: i t. d. > itd., na-pół (wiejskie) > na wpół (wiejskie), sześćdziesięcio-letniej > sześćdziesięcioletniej, brudno-szara > brudnoszara, sześcio-okienny > sześciookienny,

    Interpunkcja została uwspółcześniona zgodnie z obowiązującymi zasadami: (…) siedzącego przy błyszczącym, jak złoto, samowarze, i trzymającego na kolanach syna, lub córkę > (…) siedzącego przy błyszczącym jak złoto samowarze, i trzymającego na kolanach syna lub córkę,(…), (…) z piersią, pełną buntu i westchnień > (…) z piersią pełną buntu i westchnień (…), (…) aby połknęła kilka kropel, uspokajających nerwy > (…) aby połknęła kilka kropel uspokajających nerwy, (…) starać się, — bo to, pani, urzędnika syn i sam urzędnikiem był, — ale (…) > (…) starać się — bo to, pani, urzędnika syn i sam urzędnikiem był — ale (…), „zdrajczyni!” że ze wstydu (…) > „zdrajczyni!”, że ze wstydu (…)

    Eliza OrzeszkowaCzternasta częśćobrazek miejski

    I

    1

    Ulica Kwietna była przed kilkunastu laty jedną z ulic miasta Ongrodu najcichszych i najbardziej wiejski pozór mających. Niebrukowana, piaszczysta w lecie, a błotnista w jesieni, z dwoma szerokimi szlakami trawy w miejscu chodników, jednym końcem dotykała ona obszernej, zielonej łąki, drugim łączyła się z wąskim zaułkiem, którego wysokie kamienice, niby murem granicznym, oddzielały ją od gwarnego i turkocącego środka miasta. Z obu stron ulicy tej stały, w znacznych od siebie odległościach, drewniane jednopiętrowe domy, błękitnawe lub różowe, sztachetami na zielono pomalowanymi, albo białawymi płotami, od siebie odgrodzone. Zza sztachet, czy płotów, wychylały się rozłożyste gałęzie drzew owocowych i przeświecały zagony, usiewane warzywem. Przez otwarte bramy lub furtki, widać było dziedzińce nieobszerne, na wpół wiejskie, bo niebrukowane najczęściej i trawą zarosłe, szarymi budowlami ostawione.

    2

    Na dziedzińcach tych uwijały się i na przechodniów poszczekiwały psy i pieski różnych wielkości i gatunków; nie rzadko, około wschodu i zachodu słońca, krowy przeciągle i rozgłośnie ryczały, po dachach przechadzały się poważne, wypasione koty, a we wszystkich prawie oknach zieleniły się i kwitły rośliny, hodowane w wazonach, bujne i pachnące geranie, laki, balsaminy, hortensje, rozłożyste, gwiazdowate aurykle.

    3

    Przechodząc ulicą tą, w letniej porze i około zachodu słońca szczególniej, dostrzegać można było po drodze drobne, lecz rozmaite rodzajowe obrazki. Tu i owdzie zza niskich białawych płotów wychylały się wśród zieleni szeregi małych głów dziecięcych, z roztarganym włosem, grubymi rysami, rumianą cerą, z oczyma roziskrzonymi swawolą, z bujnym owocem, albo sporą krajanką sera, przy pulchnych śmiejących się wargach. Tam, u dalekiego końca ulicy, podnosiła się przezroczysta i promieniami słonecznymi przenikniona chmura kurzawy, a śród niej, jak w różowo złocistym obłoku, sunęła z wolna liczna trzoda krów, wracających z pola, chóralnym ryczeniem napełniając powietrze. Tu hoża gosposia, z donicą w ręku, żwawo przebiegała dziedziniec; tam podstarzały gospodarz, z uśmiechem zadowolenia, podpierał w ogródku swym krzewy i oczyszczał drzewa; ówdzie jeszcze widać było w altanie, utworzonej z prętów owiniętych kwitnącą fasolą, stół zastawiony do rodzinnej wieczerzy; gdzie indziej dziecię małe, w koszulce i bosonogie, na schodkach gankowych siedząc, z miłością cisnęło do piersi potulne kocię młode, albo inne, doroślejsze już, wyprawiało po piasku dziedzińca harce i gonitwy, z gorliwym, lecz łagodnym, stróżem domowym, pstrokatym, ogromnym kundlem. W niektórych domkach dźwięczały za oknami struny fortepianików, starych widocznie, bo ochrypłych lub zbyt krzykliwych; w jednym zaś z domów, w największym ze wszystkich, długimi niekiedy godzinami, z zawziętością szczególną rzępoliły skrzypce, wygrywające najrozmaitsze z kolei tańce. Na zewnętrznej ścianie domu tego wisiała tablica z napisem: „Edward Robek, metr tańców. Lanciery, imperiale, oraz kaczucze, pas de deux i wszystkie inne tańce salonowe, zgrabność figury i grację damską najlepiej wyrabiające”.

    4

    Bezpośrednio za przybytkiem tym muzy tańca i gracji, bo niewielkim tylko warzywnym ogrodem z nim rozdzielony, stał bardzo porządnie wyglądający dom o sześciu oknach, drewniany i jednopiętrowy, tak, jak inne, lecz na wysokim podmurowaniu wzniesiony, biały i z błękitnymi okiennicami. Na strychu domu tego urządzony był pokój, zwany salką, którego małe okienko, bokiem zwrócone do bramy, wychodziło na dziedziniec i tak już wysoko umieszczonym było, że górując nad otaczającymi budynkami, pozwalało swobodnie toczyć wzrokiem po łące obszernej, ścielącej się u końca ulicy, po długim pasie ciemnego lasu, zamykającym widnokrąg, po szerokiej, drzewami osadzonej drodze, przerzynającej łąkę, i po wznoszącej się nad tym wszystkim, niczym niezakrytej, kopule niebios.

    5

    Okienko to codziennie o zachodzie słońca otwartym bywało na oścież, a w oprawie grubych ram jego, nad szeroko wystającym daszkiem gontowym, widać było głowę i ramiona siedzącej u okienka kobiety. Ramiona te były szczupłe i kształtne, czarną wełnianą suknią po szyję okryte, twarz drobna, zmięta, lecz okrągła i różowa. Wśród tej różowej, wpół starej, a wpół dziecinnej twarzy, wielkie, piękne oczy z dala już świeciły głębokim i świeżym szafirem bławatków.

    6

    Siadywała czasem w otwartym okienku celki owej z igłą lub drutami w ręku, a wtedy pracowała tak pilnie i pochylała głowę tak nisko, że utopiona w zajęciu swym, zdawała się nic nie widzieć i nie słyszeć, a żywe rumieńce, okrywające zwykle okrągłe jej policzki, podnosiły się aż ku figlarnym i młodziutko wyglądającym kędziorkom, osypującym pomarszczone jej czoło.

    7

    Wtedy, z głębi salki wylatywały ptaki z gorąco pąsowym pierzem, siadywały na jej ramionach, czepiały się ram okienka, a szczebiot ich, złożony z donośnych, gwiżdżących tonów, rozlegał się daleko po dziedzińcu i ulicy. Były to same gile oswojone, wypieszczone snadź i szczęśliwe w niewoli dobrowolnej, bo, jakkolwiek zajęta robotą swą kobieta całymi godzinami nieraz nie zwracała na nie najmniejszej uwagi, żaden z nich nie odleciał nigdy dalej, jak na rosnącą u samej ściany brzozę rozłożystą, która giętkie gałęzie swe zarzucała aż na wystający u dołu okienka daszek gontowy, a w gęstwinie swej chroniła roje małych świegotliwych wróbli, szeroko i pospolicie wyglądających przy hodowanych w salce ptakach, z papuzimi główkami i szkarłatną piersią.

    8

    Jakkolwiek jednak szara i pospolita była ta drobna rzesza, żyjąca w gałęziach brzozy płaczącej, szczupłe ramię kobiety, czarnym rękawem okryte, wyciągało się ku niej często, rzucając na daszek lub pomiędzy gałęzie, garstki okruchów czy ziaren. Lubiła snadź ptaki, a gdy po kilkogodzinnej pilnej pracy, podnosiła głowę i spoglądała na szare wróble, które, obecnością jej spłoszone, przechadzały się w podskokach po gontach daszku, i na gile, które podlatywały, pogwizdywały, lub, kołysząc się na gałęziach brzozy, jak płomyki migotały w świetle zachodu, uśmiech wesoły twarz jej oblewał i w szczególny sposób odmładzał.

    9

    Lecz więcej jeszcze, niż ptaki, lubiła ona snadź dzieci, bo często bardzo w okienku salki ukazywał się czteroletni pyzaty chłopak, ten sam, co po dziedzińcu wyprawiał głośne harce z pstrokatym kundlem, Filonem, i ukazywała się też mniejsza znacznie od niego, zupełnie malutka dziewczynka, ta sama, która na schodkach gankowych siedząc, w miłośnym uścisku tuliła często do piersi białe, żałośnie miauczące kocię.

    10

    Dzieci te, przepędzające całe dnie letnie na dziedzińcu domu, zostawały widocznie z mieszkanką salki w stosunkach ścisłej i czułej przyjaźni. Chłopak wdrapywał się na jej okienko, opowiadał rozgłośnie liczne i nigdy niekończące się dziecięce historie; dziewczynka siadywała na jej kolanach, i z rozkoszą widoczną przyglądała się gilom i wróblom.

    11

    Wtedy, śród gwizdu i szczebiotu ptaków, rozlegały się głośne, liczne pocałunki. W rękach kobiety ukazywały się przysmaki przerozmaite, które podawała dzieciom; we włosy dziewczynki wplatała ona barwne wstążeczki, a raz, postawiwszy ją na swych kolanach, ubrała ją w ładną błękitną sukienkę, którą przez dni parę gorliwie szyła i haftowała, a która wywołała z piersi dziecka hałaśliwe krzyki radości. Radość ta cieszyła kobietę widocznie i niezmiernie, twarz jej cała śmiała się i jaśniała wyrazem i świeżością pierwszej młodości.

    12

    Nie zawsze jednak w okienku tak wesoło było i gwarnie. Po zachodzie słońca nie ukazywały się tam ani ptaki, ani dzieci; jedne i drugie spały już we wnętrzu domostwa. Kobieta siedziała sama jedna, wśród ram okienka swego zawieszona, jakby pomiędzy rozłożystym wierzchołkiem brzozy a niebem, po którym nad samą, zda się, głową jej, płynęły ostatnie światłości dzienne, puszyste, jaskrawe, szkarłatno-złote obłoki. Wtedy ciekawy wzrok zapuszczała ona w głąb ulicy, widzialnej zza płotu i niskiej bramy, i z zajęciem wyraźnym przyglądała się najliczniejszym w tej porze przechodniom; często jednak zapominała o ulicy i patrzyła daleko, daleko, poprzez dachy domostw, szare i nierówne, na widniejącą za nimi łąkę, na rozległą drogę. Wtedy ogarniała ją snadź zaduma głęboka ze wspomnień może, albo trwóg, bo drobna twarz jej, różowa zwykle, bladła pod spadającym na nią mrokiem wieczora; a gdy tak siedziała nieruchoma, z grubą chmurą zmarszczek nad oczyma, w dal wpatrzonymi, wyglądała na istotę starą już, samotną i smutną.

    13

    Raz, w tej przedwieczornej, mrocznej i cichej chwili, trzymała w ręku wielki liść akacji i, obrywając zeń drobne, składające go listki, szeptała z wolna i głośno:

    14

    — Wróci? — nie wróci?

    15

    Ostatni listek wypadł z jej ręki z wyrazem: „nie wróci”. Pochyliła głowę nisko, westchnęła głęboko i szepnęła:

    16

    — Chyba, że już nie wróci!

    17

    Innym razem, w jesieni, gdy od zamiejskiej pożółkłej łąki chłodne powiewy niosły aż ku otwartemu okienku szmaty mgły wilgotnej, a pod niebem, zamiast świetlistych, ruchliwych obłoków letnich, wisiały chmury nieruchome i deszczem nabrzmiałe, obrywała ona zwarzone zimnem listki białej astry, szepcząc:

    18

    — W głowie, w mowie, w myśli, w sercu, na kobiercu, nigdzie!

    19

    Kiedy ostatni listek wypadł z jej ręki, wraz z wyrazem „nigdzie”, obu dłońmi twarz zakryła i płakała długo, tak długo, aż na dziedzińcu ozwał się głos męski, gniewnie wołający:

    20

    — Teosiu! Teosiu! A czemu to okna swego nie zamykasz? Czy chcesz, aby ci wiatr szyby potłukł? Niech tłucze! Ja szklarzowi płacić nie będę! Zapłacisz sama!

    21

    Słowom tym zawtórował z ganku małej oficyny głosik kobiecy, dźwięczny i pieszczony, lecz który teraz, bez cienia pieszczotliwego uczucia, wołał:

    22

    — Ona, Klemensie, zaziębić się chce i żebyśmy potem, jak dwa lata temu, doktora i aptekę z jej łaski płacili, sobie skąpiąc, a ją od suchot ratując!

    23

    Płacząca kobieta porwała się z miejsca i wyprostowała w okienku szczupłą swą kibić. Rozpościerając ramiona dla zamknięcia okienka, zawołała z gniewem:

    24

    — Co macie mi wiecznie wymawiać doktora tego i tę aptekę! Albom wam jeszcze za pieniądze te nie odpracowała? Cóż to? Okna nawet w pokoju moim otworzyć nie mam prawa? Ja tu nie przybłęda jestem żadna, ale takie samo dziecko swego ojca, jak i Klemens!

    25

    Wszystko to wykrzykiwała donośnie, zaostrzającym się wciąż, swarliwym głosem, a ze stukiem zamykając okienko, dodała jeszcze, ale już dla siebie tylko, i ze śmiechem rozjątrzonego szyderstwa:

    26

    — Aha! Takie samo dziecko! To prawda…! czternasta część!

    II

    27

    Po raz pierwszy poznałam Teodorę Końcównę w parę dni po zamieszkaniu w domu jej brata, w domu tym z sześcioma oknami wychodzącymi na ulicę Kwietną, i małym okienkiem, wyrzniętym od strony dziedzińca, w salce urządzonej na strychu.

    28

    W czarnej, wełnianej, lecz bardzo porządnie wyglądającej sukni, mała, szczupła, lecz zgrabna, zatrzymała się chwilę w progu i ogarnęła mnie naprzód spójrzeniem swych szafirowych oczu, trochę nieśmiałym, lecz bardziej ciekawym. Potem, zbliżając się ku mnie, rzekła, że przyszła w celu zabrania znajomości z lokatorką swego brata.

    29

    — Dawniej — dodała — za życia nieboszczyka ojca mego, powiedziałabym, że pani jesteś lokatorką naszą… Ale teraz… dom ten należy do mego brata… a ja…? Cóż ja…? Zwyczajnie czternasta część!

    30

    Zapytałam ją o znaczenie ostatnich wyrazów jej, niezrozumiałych mi z razu. Zapytanie to nie tylko nie wydało się jej niedyskretnym, ale owszem, pochwyciła je w locie i z przyjemnością widoczną, jako punkt wyjścia dla długiego opowiadania i zwierzania się. Rozgadała się od razu. Znać było, że posiadała usposobienie gadatliwe, a zarazem otwarte, dobroduszne, ufne, i że mieszkańców domu brata swego uważała za naturalnych powierników swych, a może też i usiłowała zyskać w nich dla siebie obrońców i sprzymierzeńców.

    31

    Osóbka to była skromna i nic wcale w świecie nieznacząca, lecz, jakkolwiek dziwnym wydać się to komu może, osóbki takie, skromne i nic wcale nieznaczące, bywają często bardzo zajmującymi dla tych, którzy z zamiłowania i obowiązku badają ludzkie dusze i dole. Rzec by można, iż są to w świecie ludzkim owe drobniutkie żyjątka, których nagim okiem nie dostrzega ogół, lecz które przed wzrokiem spostrzegacza, uzbrojonym w pomocnicze narzędzia widzenia, migocą, wirują, pracują, cierpią, po swojemu marzą i budują, słowem, żyją w sposób ciekawy i ze wszechżyciem tysiącznymi węzłami złączony.

    32

    — Na imię mi Teodora, ale czternasta część, to, pani droga, drugie moje imię… Pierwsze dał mi ksiądz na chrzcie świętym, drugie, nie wiem kto… Pytałam się nieraz i siebie samej, i rozumnych ludzi, dlaczego byłam zawsze i jestem czternastą częścią; ale sama nie odgadłam i nikt mi tego nie wytłumaczył… Jedni mówią, że taki już obyczaj; drudzy, że takie prawo; a ja tylko myślę sobie zawsze, że to wielka niedola i że nie daj Boże człowiekowi, w naszym stanie szczególniej, urodzić się kobietą… Ojciec mój… Nie znała pani ojca mego? Pewno nie…! Ogrodnikiem on był bardzo doskonałym i pracowitym, a i człowiekiem poczciwym, nie ma co mówić, bardzo poczciwym, ale srogim i… jakby to powiedzieć? Serca twardego, a i ręki nie miękkiej, o! Nie miękkiej wcale… Z matką nieboszczką żyli podobno w zgodzie, ale ja tego już dobrze nie pamiętam, bo miałam lat osiem, kiedy urodził się brat mój, Klemens, a wnet potem matka tak zachorowała, że z łóżka nie wstała już nigdy, aż dopiero podnieśli ją z niego ludzie, aby znowu do trumny na wieczny spoczynek włożyć. Chorowała jednak lat z dziesięć, a ja, od ośmiu lat życia swego, i gospodynią domu, i niańką małego brata byłam. Często bywało po całych nocach przy chorej matce siedzę, a jak świt, do miasta lecieć muszę, żeby wszystkiego, czego trzeba do gospodarstwa, kupić… W deszcz ulewny, czy w mróz trzaskający… lecę, a tego tylko boję się, żeby nie zabawić długo i nie spóźnić się ze śniadaniem dla ojca, bo on co dzień z rana wychodził do wielkich ogrodów, które za miastem dzierżawił i z których taki miał dochód, że plac ten kupił i dom ten zbudował wtedy, kiedy ja jeszcze w kołysce byłam. Wracam do domu, a tu matka w łóżku jęczy i narzeka, że jej wczas lekarstwa albo śniadania nie podałam; brat do szkółki, a potem i do szkoły wychodzi, przyodziać go i nakarmić trzeba; ojciec, jak w dobrym humorze, to w dobrym, ale jak w złym, to swarzy się, łaje, a czasem, ot, pani droga, zwyczajnie, jak człowiek prosty i chorowaniem żony, albo nieurodzajem w ogrodach zgryziony, i uderzy. Było mi tam wszystkiego… pracy, kłopotów, szturchańców i poniewierki różnej… Ręce sobie przy kuchni parzyłam… Prania doglądając, od pary i żelazek czadziałam… Na wiosnę i w jesieni, robotników, w tym oto własnym ogródku, dopilnowywać musiałam; a nierzadko ojciec kazał i samej zagonik jaki skopać lub opleć… Pieszczoty nie znałam, ani odpoczynku, ani też… pani droga… nauki! Czytać na książce do nabożeństwa nauczyła mnie matka, w łóżku leżąc… Pisania i rachowania uczył trochę guwerner, co do brata przychodził; ale takie tam było uczucie! Ojciec, bywało, mówi: chłopca mi pan pilnuj, a dziewczyna, czy tam mądra, albo nie, to jej wszystko jedno. Byle gospodynią dobrą była! To też i niczego mnie nie nauczyli, tyle tylko, że z książki do nabożeństwa pomodlić się w kościele trochę potrafię, i oczka, albo ściegi, w robocie policzyć. Robót różnych i szycia nauczyłam się nie wiedzieć jak, tak jakoś, to stąd, to zowąd, bo miałam do tego ochotę wielką i zdolność, a zawsze chciało mi się modniarką zostać. Ale ojciec nieboszczyk mówił: po co dziewczynie rzemiosło? Za mąż pójdzie i dzieci hodować będzie! Ot, pani droga, za mąż nie poszłam jeszcze, dzieci swoich nie hoduję i rzemiosła w ręku nie mam, aby nim sobie na swój własny kawałek chleba zarobić.

    33

    Tu umilkła.

    34

    Mała, ruchliwa zwykle, jej osóbka, zesztywniała i znieruchomiała na chwilę, jakby zjęta wielkim nad własną dolą zdumieniem. Uderzyły mnie w mowie jej wyrazy: „Nie wyszłam jeszcze za mąż”. Więc nie utraciła dotąd nadziei, iż stać się to mogło! Po chwili zaczęła znowu:

    35

    — Z bratem, pani droga, co innego było, o! zupełnie co innego. Nie pieścił go ojciec wprawdzie, bo nie do pieszczot to był człowiek, ale dbał o niego, jak o źrenicę w oku i, jeżeli karcił, to chyba za zbytnią swawolę. Swawolnik bo był chłopiec straszny…! Kiedy ja, bywało, pracuję, haruję, i dobrego słowa od nikogo nie usłyszę; on po dniach całych, ledwie lekcję odbywszy, bąki po ulicach zbija, z kolegami psoty różne wyprawia, a gdy przyjdzie do domu, to po to tylko, aby zjeść, wyspać się i mnie jeszcze zburczeć, jeżeli mu w czym nie dogodzę… Uczył się bo, to prawda, że się uczył. Naprzód guwerner do niego chodził, potem i sam do gimnazjum chodzić zaczął. Ojciec okrutnie chciał, żeby gimnazjum skończył i urzędnikiem był; ale Klemens, jak doszedł do czwartej klasy, tak ani rusz! W czwartej klasie dwa lata siedział i do piątej nie puścili, a dłużej już w jednej klasie siedzieć nie pozwolili. Cóż pani droga myśli, że ojciec na to powiedział? Zgryzł się z początku, ale potem ręką machnął: „Mniejsza o to! Dla mężczyzny wszystkie drogi otworem. Urzędnikiem zostać nie może, rzemieślnikiem będzie”. Ja wtedy już dwadzieścia cztery lata miałam i, słysząc, jak ojciec to mówił, rzewnie, choć po cichu, zapłakałam sobie. „Mój ty Boże! — myślałam — a dlaczegóż przede mną wszystkie drogi zamknięte? Co ze mną kiedyś będzie?” Prawda, że był to czas, w którym ja często i gorzko płakałam, i po całych nocach, bywało, pytałam siebie: „co ze mną kiedyś będzie”. A płakałam ja i pytałam się tak dlatego, że wtedy to zgasła jedyna moja przez całe życie gwiazdeczka szczęścia. Zaświeciła i… zgasła… No, może nie na zawsze, i da Bóg, że zaświeci znowu, ale długo czekać i… ciężko!

    36

    Tu spuściła oczy i żywsze jeszcze, niż zwykle, rumieńce, twarz jej oblały; potem podnosząc na mnie spojrzenie zawstydzone, naiwne, a jednak w głębi źrenicy gorącą iskrą rozpalone, ciszej niż wprzódy, wahającym się głosem ciągnęła:

    37

    — Muszę już pani wszystko opowiedzieć… Tak jakoś, od pierwszego spojrzenia, zaraz przylgnęłam do pani. Nie słyszała pani nigdy o panu Laurentym Tyrkiewiczu? Pewnie nie! Otóż… kiedy miałam dwadzieścia lat, poznaliśmy się z sobą i… i… w cztery lata potem… w tej tam altance, widzi pani? W ogródku? W tej altance z chmielu… raz wieczorem… nie bardzo wieczorem, o szarej godzinie… oświadczył mi się. Byliśmy po przyrzeczeniu… Pani droga! jaka ja byłam wtedy szczęśliwa! Raz tylko w życiu…! Po dwóch tygodniach pan Laurenty wyjechał, żeby sobie lepszego miejsca starać się — bo to, pani, urzędnika syn i sam urzędnikiem był — ale prędko miał wrócić i ze mną ślub wziąć… Pojechał, miejsce otrzymał doskonałe, ale jeszcze nie wrócił…

    38

    Znowu: jeszcze! Spodziewała się więc powrotu narzeczonego.

    39

    — Jakże dawno pan Tyrkiewicz opuścił Ongród? — zapytałam.

    40

    Wahała się chwilę z odpowiedzią. Widocznym było, że nienawiść do chronologii wszelkiej walczyła w niej z napadem bezgranicznej szczerości. Szczerość zwyciężyła.

    41

    — Pani droga! — szepnęła — na świętą Annę skończy się już od wyjazdu tego lat osiemnaście…

    42

    I wnet, zapominając o tym, że wygadała się już przed chwilą z ilością wiosen, które w szczęśliwej porze onej liczyła sobie, dodała:

    43

    — Ja byłam wtedy taka młodziutka.

    44

    — Sądzisz więc pani, że pan Tyrkiewicz wróci jeszcze?

    45

    Spuściła znowu oczy na wpół z zawstydzeniem, na wpół ze smutkiem:

    46

    — Pewną tego nie jestem — szepnęła — ale mam nadzieję… Kiedyś — dodała — kiedyś, gdy pani opowiem wszystko, pani sama osądzi, że to tak przejść nie mogło w żaden sposób, i że on wrócić musi…

    47

    — Czy pisuje?

    48

    — Pisał do mnie z początku kilka razy, ale teraz tylko do ciotki swojej, pani Antoniowej, pisuje czasem…

    49

    I z odcieniem radosnej figlarności w spójrzeniu, szepnęła:

    50

    — Nie ożenił się…!

    51

    — Widzi pani — mówiła po chwili dalej — ja wtedy nie byłam taka, jak teraz jestem. Choć dzieciństwo w męce mi przeszło, w młodości rozkwitłam, jak róża, a dnia tego… była to niedziela… Miałam na sobie białą perkalową suknię, którą sobie własnymi rękoma uszyłam i wyhaftowałam czerwoną bawełną, a włosy ubrałam w bez koralowy, którego w ogrodzie naszym moc jest wielka… Suknię tę i listki od tego bzu mam dotychczas w komodzie schowane i… jeżeli on nie wróci… poproszę, aby mi je do trumny włożyli…

    52

    Głos jej zadrżał, w oczach mignęła łza.

    53

    — Potem, pani droga, po tej jedynej szczęśliwej godzinie, powlokło się znowu trybem swoim ciężkie moje życie… Matka umarła… ojciec zachorował… Klemens był już wtedy zecerem i w drukarni rządowej pracował tak, jak i teraz pracuje, a grosz swój już mając, po dniach i po nocach całych nieraz w domu nie bywał. Pracował on, to prawda, ale i odpoczynek, i zabawę miał. Bywało w cukierniach przesiaduje, w bilard grywa, na wieczorki chodzi i do panienek umizga się… A ja z ojcem chorym jedna… Ojciec swarliwy zawsze, w chorobie zrobił się, jak ogień… A przez oszczędność sługi porządnej nigdy nie pozwolił mi wziąć, ale podlotków jakichś trzymaliśmy zawsze, tyle tylko, co do samych najgrubszych robót… Zresztą… wszystko ja… I gotuję, i piorę, i krowy i ogrodu doglądam, i nocami przy chorym siedzę, i do apteki po lekarstwa latam, a w wieczory zimowe, długie takie…

    54

    Boże-ż mój, Boże…! Dom jak grób… Ojciec nikogo, prócz mnie, przy sobie nie znosi, leży i stęka, albo swarzy się i wyrzeka, a ja przy lampce osłoniętej siedzę i szyję… Szyję… aż mi kark od nachylania, a palce od trzymania igły zdrętwieją, i po godzin kilka ust nie otworzę… Takie było życie moje, dopóki żył ojciec; ale sześć lat temu umarł on, i oto po śmierci jego właśnie dowiedziałam się, że mi na drugie imię czternasta część!

    55

    — Jakże to było?

    56

    — Oto tak: na kilka miesięcy przed śmiercią swoją, ojciec zaczął mi często swoją szczególną łaskę okazywać. Patrzy się, bywało, na mnie długo, długo, a ja widzę, że oczy jego robią się smutne i inne jakieś, niż zwykle bywały. Raz, kiedy Klemens z wieczorynki jakiejś do domu przyszedł, ojciec swarzyć się zaczął, że nigdy w domu nie siedzi. „Ty tam hulasz sobie, a tu przy gospodarstwie i przy mnie chorym siostra zawsze jedna! Dziewczyna zamęczy się!” Tak mnie, pani droga, rozczuliły te słowa ojcowskie, żem z płaczem do łóżka jego przypadła, i ręce jego całować zaczęła, i mówić, że nie jest to mi męką żadną, kiedy ojca rodzonego doglądam. Wtedy, pani moja, ojciec mnie, pierwszy raz w życiu, za szyję objął, głowę moją do piersi swojej przycisnął, a Klemensowi powiedział: „Tylko ty mi, po śmierci mojej, siostry nie skrzywdź”. Kiedy sobie teraz tę chwilę przypominam, do oczu mi łzy idą, i z żałości, i z radości. Żal mi ojca, który, choć twardy był i srogi człowiek, wykrzyczał i wyszturchał nieraz, aleć zawsze ojcem rodzonym i kochanym mi był; ale też i raduję się, gdy pomyślę, żem przecie mu dogodzić snadź potrafiła, kiedy w ostatnich dniach życia swego okazywał mi on takie ojcowskie serce, a przed samą śmiercią, i nic już mówić nie mogąc, rękę swą na głowie mojej z błogosławieństwem położył i, patrząc na twarz moją wynędzniałą od smutku, pracy i niespania, zapłakał. Klemens żałował też ojca, nie ma co powiedzieć, żałował bardzo! Kiedy do trumny go kładli, jak bóbr płakał, i na grobie mu śliczny krzyż z blaszaną tablicą i pięknym napisem postawić kazał. Prędzej przecież łzy jego oschły, niż moje, i nic dziwnego! Całe Boże dnie i wieczory na mieście przepędzając, to w pracy, to w towarzystwach, rozrywki miał i nadzieje różne, których dla mnie… nie było. Jakoż w rok potem, zaledwie żałobę zdjął, już i ożenić się zamyślił. Cieszyłam się z zamysłu tego. Brata na ręku moim wyhodowałam, on mi jeden rodzonym krewnym na świecie pozostał, szczęścia jego pragnęłam. Ale, kiedy Klemens powiedział mi, z kim chce się żenić, pani droga! Ledwie nie zemdlałam! Córka modniarki! Rozhukana, rozbawiona, do pracy niezwykła, a kokietka! Z początku perswadować mu zaczęłam, a potem i gniewać się na niego za ten głupi wybór, który on zrobił. I miałam rację! O, zobaczy pani, jak tu dłużej pomieszka, kogo to on wziął sobie, i jaką to lalę wprowadził do rodzicielskiego naszego domu… Dość powiedzieć, że zaczęliśmy kłócić się z bratem. Raz w kłótni powiedział mi on: — „Jeżeli ci kobieta, którą ja za żonę biorę, nie w guście, możesz manatki swoje zabrać i iść sobie w świat!”

    57

    We mnie, na słowa te, zawrzało wszystko. „Dobrze — mówię — pójdę, ale oddaj mi to, co mi się po rodzicach należy… Połowę tego, co warte domostwo to i całe w nim gospodarstwo”. Klemens aż zaśmiał się ze złości i krzyknął: Połowę! figa ci nie połowa ojcowskiego majątku! Kobietą jesteś, siostrą, nie bratem… Czternasta część należy ci się, nie zaś połowa!” „Kłamiesz — mówię — czy to nas czternaścioro było u rodziców? Dwoje nas tylko było, i ja takie samo dziecko matki i ojca naszego jak i ty!” Klemens wciąż śmiał się. „No — rzekł — idź do ludzi i pytaj się ich, kiedy mnie nie wierzysz!” Byłam na brata gniewna i rozżalona, poszłam do ludzi. Naraili mi ludzie adwokata pewnego, bardzo uczonego i uczciwego człowieka. Opowiedziałam mu rzecz całą. Wysłuchał mnie i pyta: — „Czy ojciec pani zostawił rozporządzenie jakie?” Powiedziałam, jak było. Ojciec nie myślał nigdy o robieniu testamentu. Pan adwokat uśmiechał się, kiedy mu to mówiłam. „Ojciec pani — powiedział — nie znał widać prawa spadkowego, panującego u nas, albo też, jak najczęściej bywa, mniej dbał o córkę, niż o syna. Brat pani ma słuszność. Jeżeli ojciec rozporządzenia żadnego nie zostawił, należy się pani czternasta część spadku po nim… i nie ma co o tym mówić!” Ale! nie ma co mówić! Ja uszom moim wierzyć nie chciałam. — „Panie drogi! — zawołałam — dlaczegoż to tak?” „Prawo jest takie” — odpowiedział. — „Panie drogi! — mówię — brat edukację otrzymał, w szkołach był, rzemiosła korzystnego wyuczył się… a ja nic!” Pan adwokat odpowiedział mi: — „Taki to już obyczaj”. Ja znowu na to: — „Lata moje młode terałam nad chorymi rodzicami i gospodarskim zachodem, dobra i dostatku w domu przysporzyłam, kiedy on bawił się sobie, hulał, a co zapracował, to na swoje własne przyjemności używał… Czemuż to zawsze i wiecznie taka pomiędzy nami różnica?” Pan adwokat odpowiedział: — „Tak to już, proszę pani, świat ustanowił”. Wróciwszy do domu, cała w łzach tonęłam. Nie za tą już połową spadku łzy mi płynęły, ale niesprawiedliwość, której doznałam, sztyletem zanurzyła mi się w sercu. Srogi żal uczułam i do ojca, i do prawa, i do obyczaju, i do całego świata. Dlaczego ojciec dbał więcej o brata, niż o mnie? Dlaczego też i prawo, i obyczaj, i serce ojcowskie, i świat cały, wyznaczyli mi czternastą część we wszystkim, ale to we wszystkim, i w familii, i w edukacji, i w swobodzie, i w szczęściu, i w majątku? No, czternasta część, to czternasta część! Nie ma co o tym i mówić! jak powiedział pan adwokat. Poszłam do brata i zapytałam się go, ile tam wynosi ta moja czternasta część. Powiedział, że wedle ocenienia majętności całej, zrobionego zaraz po śmierci ojca, należy mi się trzysta rubli. A kiedy mu na to śmiechem w oczy parsknęłam, i razem też wielkim płaczem się zaniosłam, zawstydził się, czy też rozczulił i, wziąwszy mnie za rękę, rzekł: — „Jeżeli zostaniesz przy mnie, nigdy nędzy nie zaznasz. Będziesz sobie na salce mieszkać i z nami razem jadać. Od twoich zaś trzystu rubli procent ci płacić będę… siostrą mi jesteś. Żonie przykażę, żeby dobra dla ciebie była”. Zostałam. I cóż miałam uczynić? Drogie mi ściany rodzicielskiego domu i ogródek ten, mymi rękoma skopany i zasadzony, i ta altanka z chmielu, i wszystko, na co oczy moje od dzieciństwa patrzyły, i do czego serce przyrosło… Zostałam i mieszkam na salce, do stołu braterstwa siadam, w gospodarstwie im i w hodowaniu dziatek pomagam… Zdaje się, że nie źle mi być powinno… a jednak… Ot, jak pani pomieszka tu dłużej, to zobaczy, co się tu u nas dzieje… Powiem pani szczerze, dwie rzeczy tylko przy życiu mnie utrzymują: dzieciaki te braterskie, które tak samo, jak kiedyś brata, na ręku moich hoduję i — nadzieja, że jeszcze zaświeci dla mnie ta gwiazdeczka szczęścia, która kiedyś zaświeciła była, i — zgasła. Ot, taką jakąś czasem pewność mam, że jeszcze zaświeci, i czekam!

    58

    Skończyła mówić i, splótłszy na kolanach drobne, spracowane ręce, patrzyła w przestrzeń nieruchomym wzrokiem. W naiwnych, bławatkowych oczach jej kręciły się łzy, ale na zwiędłych, choć kształtnych jeszcze wargach, zawisł uśmiech — objaw wytrwałej, żyjącej jeszcze w sercu nadziei; czoło jej sfałdowało się w mnóstwo zmarszczek i szczególną utworzyło sprzeczność z spadającymi na nie figlarnymi kędziorkami włosów i żywymi rumieńcami, które okrywały policzki. Twarz ta posiadała tę szczególność, że wyglądała zarazem staro i młodo. Steranie objawiało się w niej obok świeżości, gorycz i żałość — obok niezanikłych złudzeń i nadziei, zmęczenie życiem — obok przechowanej dotąd, dziecięcej niemal, naiwności.

    59

    Po chwili, zaczęła opowiadać mi o zajęciach swych, gustach, codziennych zwyczajach, i zapraszała mnie, abym przyszła na salkę zobaczyć ptaki jej i roboty. Chętnie przyrzekłam, że odwiedzać ją będę, i wzajem prosiłam, aby zaglądała do mnie czasem; a gdyśmy tak rozmawiały, na dziedzińcu zabrzmiał głos kobiecy, dźwięczny i donośny:

    60

    — Teosiu! Teosiu!

    61

    W tejże chwili, za otwartym oknem stanęła młoda i piękna kobieta, brunetka, z ognistym, złotawym okiem, wysoka, silnie zbudowana, strojna w kapelusik z białym piórem, kosztowny, lecz trochę śmieszny, bo pióro, dla lepszego wykazania całej jego długości, postawionym było niemal pionowo, co kapeluszowi nadawało pozór rycerskiego szyszaka.

    62

    Znałam już trochę panią Jadwigę Końcową, to też podeszła ona do okna mego i bardzo uprzejmie rzekła:

    63

    — Przepraszam panią za śmiałość moją, ale… chciałam dowiedzieć się, czy nie ma tu Teosi?

    64

    Zauważyłam, że, na głos i widok bratowej twarz panny Teodory drgnęła nerwowo i okryła się wyrazem złośliwego rozjątrzenia, którego wprzódy w niej nie spostrzegłam.

    65

    — Jestem tu — odkrzyknęła — no, jestem! Albo co?

    66

    — Idź popilnuj obiadu w kuchni, bo ja do miasta wychodzę!

    67

    — Ani myślę! — zawołała panna Teodora, rumieniąc się gorąco — mam inną robotę! Klemensowi koszulę szyć muszę. Pilnuj obiadu sama. Teraz nie pora na spacery!

    68

    Złotawe oczy Końcowej zaiskrzyły się. Zdaje się, że gdyby nie obecność moja, powiedziałaby coś ostrego. Wstydziła się jednak kłótni jawnej i, wzrokiem przebijając siostrę męża, jak sztyletem, drżącym od hamowanego gniewu głosem rzekła:

    69

    — To może choć dzieci popilnujesz… Jeszcze tam na nie kipiątek w kuchni wyleją…

    70

    Teodora zerwała się z krzesła, jak sprężyną ruszona.

    71

    — Dla Boga! — krzyknęła — toś ty dzieci w kuchni zostawiła! Ani chybi, Janka mi oparzą, a Maniusię ze stołu zrzucą, jak roku zeszłego… O! Boże mój! dzieci w kuchni same…

    72

    I zapominając nawet o pożegnaniu mnie, rozrumieniona cała i piorunujące spójrzenia na bratową rzucając, wybiegła.

    73

    Pani Klemensowa pozostała jeszcze chwilę pod moim oknem. Do mieszkania mego wejść nie chciała.

    74

    — Jeżeli pani pozwoli, odwiedzimy ją później, razem z mężem. Teraz nie mam czasu. Iść muszę po sprawunki różne z siostrą, która na mnie czeka; nie dla siebie kupować będę. O, nie! Ja nigdy dla siebie nic nie kupuję! Alboż my możemy, w stanie naszym, wydatki jakie robić? Ale matka moja zajmuje się szyciem sukien i strojów damskich, a my z siostrą kupujemy jej zawsze fasony wszystkie i dodatki: pióra, kwiaty, wstążki. Trzeba-ż matce dopomóc! Czy pani tu, w Ongrodzie, suknię tę kupowała? Śliczna materia…

    75

    Suknie wszelkie zajmowały ją widocznie, ale zajmowało ją też i co innego jeszcze. W bramie dziedzińca znajdująca się furtka otwarta była na oścież, za nią rozległy się parę razy męskie kroki przechodniów. Za każdym razem Końcowa oglądała się żywo, machinalnie poprawiała na sobie jedwabną zarzutkę, a oczy jej nabierały gorętszego połysku. Zalotność uderzała w kobiecie tej od pierwszego na nią spojrzenia. Znać też w niej było pewien przebiegły i chytry sprycik, a także ostrość usposobień, osłoniętą słodyczą, na którą się siliła. Piękne, pąsowe, wydatne jej wargi, drgały od chwili do chwili nerwowymi uśmieszkami, to znowu układały się w zarys pełen goryczy. Rzucało to na fizjognomię jej wyraz męczącego i chorobliwego niepokoju.

    76

    Jakoż, w pierwszej już tej dłuższej rozmowie ze mną, skarżyła się, że pracy w domu ma bardzo wiele, i że dotąd jeszcze przyzwyczaić się do niej nie może. U matki swej pracy nie miała żadnej prawie i przed zamążpójściem bawiła się doskonale. Teraz mąż… dzieci… gospodarstwo… Niepodobna już myśleć o własnych przyjemnościach i jakkolwiek ciężko to trochę tak żyć po mieszczańsku, cóż jednak robić? Kto już raz z kamieniem u szyi w wodę rzucił się, ten tonąć musi!

    77

    Ręce jej jednak, dość białe i delikatne, nie nosiły na sobie zbyt widocznych śladów pracy, o której mówiła, a strój kosztowny i pretensjonalny, zdradzał owszem bardzo pilną myśl o przyjemnościach własnych.

    78

    Z rozmowy tej wyniosłam przekonanie, iż Jadwiga Końcowa uważała się za ofiarę niestosownego ze wszech miar zamążpójścia, i że, wszechwzględnie czując się niezadowoloną, siostry męża szczególniej nienawidziła głęboko i namiętnie. Widać to było z ostrych blasków, które przy wzmiankach o niej rzucały jej oczy, i z kilku słów, które wymówiła.

    79

    — Czy uwierzy pani temu, iż Teosia myśli jeszcze, iż jest młodą i ładną… Miała kiedyś narzeczonego jakiegoś… Różnie ludzie mówili o tym… Porzucił ją, a ona wciąż myśli, że wróci jeszcze do niej… Chyba by rozum postradał…!

    80

    Zaledwie pani Klemensowa wyszła za bramę, pod okno moje przybiegła panna Teodora.

    81

    — A co? — szeptała — widziała pani, jaka wystrojona! Czy to na nasz stan? Ale Klemens przepada za nią i oddaje jej na stroje połowę swego zarobku i dochodu z domu. Ale nie dość tego! I siostrzyczkę swoją jeszcze za jego pieniądze stroi, a mnie szklanki herbaty i kawałka bułki żałuje… Poszła dla matki sprawunki robić? O! już co za matką i siostrą swoją, to prawda, że przepada, i wszystko by im z domu mężowskiego oddała. Będą z siostrunią za sprawunkami latać i ludziom na oczy nawijać się. Ręczę, że tam gdzieś oczekuje na nie Ernest Robek, ten metr tańców, co tu obok mieszka, i że razem spacerować będą… Ten Ernest Robek, młokos, frant, niby to do siostry jej, Helki, umizga się, ale to parawanik tylko, a w samej rzeczy…

    82

    Tu śpiesznie bardzo odbiegła od okna, i malutką dziewczynkę w błękitnej sukience zniósłszy ze wschodów gankowych, poniosła ją do ogródka. W ogródku usiadła wśród zagonów, usianych warzywem, i poczęła rwać sałatę; pomiędzy gęstymi makami siedziała mała Maniusia, z drugiej, strony starszy o parę lat, Janek, budował na ścieżce domek z piasku i kamyczków; wkrótce przywlókł się do ogrodu wielki kundel pstrokaty, małe białe kocię wysunęło się spośród zieleni, i para gilów, siedzących dotąd na gałęzi brzozy, pod ścianą domu rosnącej, wleciało do ogródka i usiadło na szerokim krzewie koralowego bzu.

    83

    Długo potem, w cieniu krzewu tego, słychać było dźwięczny głosik panny Teodory, wciąż o czymś prawiącej dzieciom, szczebiot dwojga dzieci, głośne pocałunki, miauczenie kotka, wesołe poszczekiwanie psa, i zawzięte gwizdanie gilów, kąpiących w słońcu szkarłatne swe pierze…

    84

    Ładnie i wesoło było wtedy w ogródku, ale całkiem inne sceny rozegrały się w rodzinie Końców za raz następnego wieczora.

    85

    Widziałam przez okno, jak o zmroku panna Teodora, znalazłszy brata samego na dziedzińcu, długo mu o czymś szeptała, a on słuchał jej nieruchomy, stroskany, w ziemię posępnie wpatrzony, i grubą, ciemną ręką, targał bujnego rudego wąsa. Potem, gdy wszystko uciszyło się na dworze, w oficynce, w której mieszkali Końcowie, wybuchła wrzawa dwóch głosów. Męski głos był basowy, gruby, porywczy; kobiecy zanosił się przeraźliwie i wpadał w piskliwe tony.

    86

    Była to zawzięta kłótnia małżeńska, w której jednak ostatnie słowo otrzymała kobieta, bo głos męski miękł stopniowo, łagodniał, odzywał się coraz rzadziej, aż z łajania i wyrzutów przeszedł wyraźnie w prośby, czy przeprosiny. Potem w oficynie uciszyło się wszystko, a pan Klemens biegł śpiesznie na salkę, w której mieszkała siostra jego; zabawił tam krótko, lecz, gdy wyszedł, nad sufitem pokoju, w którym siedziałam, rozległ się głośny płacz panny Teodory.

    87

    Nazajutrz, gdy wychodząc z domu, spotkałam ją na dziedzińcu, oczy miała zabrzękłe od płaczu i z cicha skarżyć mi się zaczęła:

    88

    — Widzi pani! Tak to zawsze! Czyj grzech, a moja pokuta. Ostrzegłam go wczoraj, co do tych spacerów jej, i co do tego Robka. Z razu rozgniewał się na nią, a mnie dziękował, bo strasznie jest zazdrosny; ale potem, gdy z nią porozmawiał, tak mu się wykłamała, tak go sobie ujęła, że przyleciał do mnie, jak szalony, i złajał za to, że to niby plotki na żonę jego robię i potwarze rzucam… I tak bywa zawsze…

    89

    Uczyniłam jej uwagę, że lepiej by może było, żeby przestała całkiem wdawać się w sprawy małżeńskie i zwracać uwagę brata na postępowanie żony. Zarumieniła się gorąco i zawołała:

    90

    — Niedoczekanie jej, żebym ja na grzechy jej patrzyła i milczała. Obchodzi mnie przecież honor i spokój brata rodzonego; ale, gdyby i nie to, czy ona mnie mało zawsze nakrzywdzi? Wyśmiewa mnie przed kim może, ogaduje: to, żem z panem Laurentym romans miała, to, że on mnie porzucił, to, żem stara i brzydka… A skąpi mi wszystkiego, zamyka przede mną w domu wszystko, jak przed złodziejem… Nieraz to i umyślnie wleje mi wody do rosołu, albo herbatę czym brudnym zmąci i, kiedy jeść, albo pić nie mogę, w żywe oczy mi mówi, żebym darowanemu koniowi w zęby nie patrzyła, że na łasce u nich siedzę, to wszystko mi dobrem być powinno… Bratu krzywdę moją przebaczyłam, ale jej… przebaczyć i pobłażać! nigdy! Cudza mi jest! Do naszego domu przybłęda! Wyszła za Klemensa dlatego, żeby dostatek mieć, a teraz obdziera go i oszukuje…!

    91

    Chcieć pogodzić dwie te kobiety, zmuszone jednak wciąż żyć razem, było by tym samym, co chcieć pogodzić wodę z ogniem. Nienawidziły się. Skąd pochodziła nienawiść ta? Ze sprzeczności może dwóch natur, całkiem odmiennych, a koniecznością do jednego miejsca przykutych, z drobiazgów codziennego życia, z niczego i ze wszystkiego.

    92

    Wynikały stąd nędze moralne, drobniutkie, ale nieustanne, i których ciężar główny spadał na tę, co w sercu gospodarza i pana domu, zajmowała miejsce mniejsze.

    93

    Pani Klemensowa, młoda, piękna, ze swą wspaniałą kibicią i ognistym, zalotnym okiem, znosiła niekiedy grubiańskie napady zazdrości lub skąpstwa męża; ale w gruncie panowała nad nim wszechwładnie i ze wszystkich starć i zajść rodzinnych wychodziła zawsze zwycięsko. Wyrzuty, łajania, upokorzenia i prywacje wszech rodzajów, dostawały się w udziale małej tej istotce, o różowej twarzy i gęsto zbrużdżonym czole, która, samotnie na salce swej siedząc i cierpiąc srodze, z wytrwałością niezmordowaną marzyła o lepszej przyszłości.

    III

    94

    Codziennie z rana, przez okna mieszkania mego, widywałam Klemensa Końca, krzątającego się około zagrody swej czynnie i gorliwie. Wysoki, barczysty, z rudawym włosem i twarzą, jak u siostry, okrągłą i rumianą, o świcie już wychodził na dziedziniec, dopatrywał sam pięknej i tłustej krowy, stojącej w obórce, kopał w ogrodzie zagony lub przesadzał krzewy, nierzadko drzewo rąbał, albo z siekierą i motyką w ręku coś około płotów i zabudowań poprawiał. Wszystko to czynił z powagą i przyjemnością widoczną; a gdy, wnet po wschodzie słońca, z ganku lub otwartego okna oficynki, rozlegał się głos pani Jadwigi, wołającej go na śniadanie, podnosił znad roboty swej twarz, oblaną często potem zmęczenia, lecz i zadowoleniem rozjaśnioną, i starannie złożywszy w małym składziku narzędzia gospodarskie, śpiesznym, szerokim krokiem, szedł ku mieszkaniu swemu.

    95

    Wtedy, we wnętrzu oficynki rozlegał się brzęk naczyń stołowych, odzywać się zaczynały głosiki obudzonych dzieci, ranny czepeczek pani Jadwigi, śnieżnie biały zawsze, migotał za otwartymi oknami, i widać było Klemensa Końca, siedzącego przy błyszczącym jak złoto samowarze, i trzymającego na kolanach syna lub córkę. Ramionami, ubranymi w rękawy białej koszuli, czule ogarniał on dziecko, pochylał wielką rumianą twarz swą ku małej jego twarzyczce, i zaglądał mu figlarnie w oczy; czasem też z dużego fajansowego spodka wlewał herbatę lub mleko, w otwarte po ptaszęcemu dziecięce usta.

    96

    W rannej tej porze dnia, znać w nim było poważnego gospodarza domu i szczęśliwego ojca rodziny; ale, gdy po skończeniu śniadania wychodził na miasto, do drukarni rządowej, w której od lat już wielu, jako pierwszy zecer, pracował, wyglądał znowu wcale inaczej. W czarnym i czystym zawsze odzieniu, w staroświeckim, ale starannie oczyszczonym, cylindrze na głowie, gdy ranek chłodny był, w dostatnim paltocie, miał on pozór zamożnego obywatela miasta, dbającego wielce o porządne pozory, i do mody już trochę zastosować się umiejącego, i osobistą godność swą ceniącego wysoce. Krok jego, poważny zwykle, na ulicy stawał się jeszcze poważniejszym, a szafirowe, tak jak u siostry, oczy, patrzyły spod niskiego czoła z wyrazem roztropności pewnej i doskonałego spokoju. Gruby w obejściu się i grubość tę zmieniający na łagodne uśmiechy i czułe spojrzenia wtedy tylko, gdy pieścił dzieci swe i do nich przemawiał, Klemens Koniec nie zupełnie obcym był wszystkiemu, co nazwać można światłem umysłowym. Ukończone cztery klasy gimnazjalne pozostawiły mu w głowie ślady wiadomości pewnych, na wpół zatarte wprawdzie późniejszym odłogowaniem umysłu, ale niedopuszczające już obskurantyzmu zupełnego. Książek nie czytywał nigdy i otwarcie przyznawał się do tego.

    97

    — Książki — mówił nieraz — rzecz to dla mnie za mądra i za długa. Ile tylko razy brałem je do ręki, tyle razy, po przeczytaniu dwóch stronic, albo zasnąłem, albo zacząłem myśleć o czym innym. Gazety, to co innego; prędko człowiek je może przeczytać, łatwo zrozumieć i dowiedzieć się z nich o wszystkim, co się dzieje na świecie. — Parę też razy na tydzień, wracając z drukarni, zachodził do cukierni i czytywał gazetę. Obchodziły go też żywo sprawy miejskie, lubił rozprawiać o niedołężności burmistrza, o niewłaściwości przyjętego w Ongrodzie systematu opodatkowania, o różnych niezaspokojonych potrzebach miasta; a najgorętszym marzeniem jego i szczytem ambicji było: zostać urzędnikiem magistratu, radcą, zasiadającym obok burmistrza i wotującym za, lub przeciw wybrukowaniu Kwietnej ulicy, za, lub przeciw zapaleniu na tejże ulicy jednej latarni więcej. W domu, pomimo zamiłowania do polityki i różnych bieżących wiadomości, które bawiły go niezmiernie, dziennika żadnego nie miał. W mieszkaniu Końców, oprócz dwóch książek do nabożeństwa, leżących w bawialnym pokoju na komodzie, pomiędzy dwoma posrebrzanymi lichtarzami i szkatułką, zdobną w konchy, ani jednej litery drukowanej znaleźć nie było można.

    98

    Prostota i staroświecki, mieszczański obyczaj, cechowały mieszkanie Końców. Składało się ono z niewielkiej bawialni, jasno oświetlonej dwoma weneckimi oknami, na zielony ogródek wychodzącymi, z obszernej sypialni i czystej, widnej kuchni. Główną ozdobą bawialni była owa komoda, opatrzona w szkatułkę, wyklejoną konchami, i srebrzyste lichtarze, a także u okien firanki siatkowe, misterne i pracowite dzieło rąk panny Teodory. Zresztą, proste jesionowe sprzęty żółciały tam śród ścian, umalowanych w szafirowe wieńce i esy, i jedynymi przedmiotami, zakrawającymi na zbytek, a przez panią Jadwigę tu wprowadzonymi, były: lusterko w złoconych ramach, nad komodą wiszące, i spora lampa, stojąca na stole przed żółtą kanapą. Kiedy do pokoju tego weszłam po raz pierwszy z panną Teodorą, wskazywać mi ona zaczęła firanki, serwetę stół okrywającą, patarafki pod lichtarzami, i mnóstwo innych drobnostek, z włóczki i bawełny wyrobionych.

    99

    — Wszystko to mojej roboty — szeptała — z duszy i serca chciałabym zrobić przyjemność jaką bratu, mieszkanie jego przyozdobić, zasłużyć się mu i serce jego dla siebie ująć… Nocami całymi pracuję czasem, sukienki sobie nie kupię, aby mu tylko siurpryzę jakąś zrobić…

    100

    W sypialni znać było także pracowitą i usłużną jej rękę. Tam także znajdowało się mnóstwo drobnostek, bądź do gospodarskiego użytku, bądź do ozdoby przeznaczonych, a przez nią starannie i dość ładnie wykonanych. Łóżeczka dziecinne okryte były bielizną, przez nią wyhaftowaną, a przy nich stało po kilka par malutkich różnobarwnych bucików. Tu szerokie okno wychodziło już nie na ogródek Końców, ale na spory ogród warzywny, za którym znajdowało się mieszkanie metra tańców. Pod tym oknem, z robotą w ręku, lub i bez roboty, lubiła najlepiej przesiadywać pani Jadwiga.

    101

    Za ogrodem warzywnym widać było okna Ernesta Robka, które w ciche letnie wieczory otwierały się na oścież, i dając niby sygnały jakieś, powiewały białymi sztorami.

    102

    W jesieni i zimie mieszkanie metra tańców jaśniało od zapalonych w nim świateł, nad pustymi zagonami unosiły się dźwięki skrzypiec i fortepianu a u weneckiego okna sypialni piękna żona pana Klemensa, stała z czołem przyciśniętym do szyby, z twarzą rozpaloną, oczyma wpatrzonymi w okna, błyskające zza mgły deszczowej lub śnieżnej, z piersią pełną buntu i westchnień. Cała istota jej wyrywała się z cichych tych, ciasnych pokoików, do owej sali tańców, dusznej, gorącej, pełnej kurzu, lecz pełnej też i ludzi, muzyki, śmiechów i szeptów. Czasem, w chwilach owych, przez dziedziniec przebiegła szybko i do sypialni wsuwała się wysmukła, zgrabna postać kobieca, klękała przed zamyśloną i łzy swe połykającą kobietą, a obejmując kibić jej i palcem wskazując oświetlone za ogrodem okna, z gorącą prośbą szeptała:

    103

    — Jadziu! pójdźmy tam! pójdźmy tam!

    104

    Końcowa załamywała ręce.

    105

    — Lękam się… Klemens nadejść może…

    106

    — Nie nadejdzie z pewnością i nie dowie się.

    107

    — A! Nie dowie się, prawda? A taż… donosicielka przebrzydła, co tam na górze siedzi…!

    108

    — Nie powie może?

    109

    — Ona by powiedzieć nie miała!

    110

    — Poprosić ją trzeba!

    111

    — Ja! prosić ją! za nic!

    112

    Zgrabna, wysmukła dziewczyna całowała ją po rękach.

    113

    — Jadziu! zlituj się! Kiedy dziś tam ze mną nie pójdziesz, ja zachoruję! umrę!

    114

    Na te słowa pani Jadwiga zrywała się, zapalała świece i obie stroić się zaczynały, a raczej żona pana Klemensa stroiła siostrę, a zapominając prawie o sobie, wciąż przyglądała się pięknej, złotookiej i czarnowłosej, jak ona, dziewczynie, obejmowała kibić jej, całowała w czoło i oczy, śmiała się i wyglądała na kobietę zupełnie szczęśliwą.

    115

    — Moja ty Helenko najmilsza— mówiła, upinając starannie na kształtnych ramionach dziewczyny wydobytą z szuflady pelerynkę— moja ty siostruniu! Żebym ja cię przy sobie ciągle mieć mogła, tobym już niczego więcej nie chciała… Aha! — dodała — żeby nie ta! mieszkałybyście z matką obie u nas na salce… Wspominałam już o tym Klemensowi, ale on odpowiedział: „siostry nie wypędzę z domu! Pierwsza tu moja siostra, niż twoja”. O! ta gadzina! Przez nią wy musicie w tym okropnym zaułku i tak daleko ode mnie mieszkać! A żebyśmy się tu wszystkie trzy razem zebrały, i Klemens musiałby zaraz śpiewać inaczej…!

    116

    — Jadziu! — figlarnie szepnęła dziewczyna — a żeby ona sobie za mąż poszła! Trzeba by ją chyba komu wyswatać…!

    117

    — Ona za mąż! Ją wyswatać! Chyba dziadowi spod kościoła, temu, co to z tym czerwonym nosem pod Farą zawsze siedzi i o Samsonie śpiewa…

    118

    Wybuchnęły obie głośnym, serdecznym śmiechem.

    119

    — Nie — wołała Helka — ja dla niej lepszą partię znalazłam. Wyswatam ją naszemu kulawemu stróżowi… owdowiał niedawno… Mówią, że po pijanemu żonkę zatłukł…

    120

    — Jej by i kulawy stróż już nie chciał, stara taka i straszna… Czy uważałaś, jakie u niej czoło zmarszczone, jak u sześćdziesięcioletniej baby, a loczki sobie zawija młodziuteńkie… Przy tym i te jej rumieńce nieznośne, pewno różuje się…

    121

    — Burakiem! — śmiejąc się, dodała Helka.

    122

    A gdy tak, dumne młodością i pięknością swą, przed małym lusterkiem włosy sobie trefiąc i kokardki do sukien przypinając, żartowały z kobiety podstarzałej i samotnej, ona, przybyła przed chwilą dla uśpienia dzieci i uporządkowania naczyń kuchennych, w kątku ciemnej kuchni siedząc, rozmowy ich słuchała. Siedziała i słuchała, dopóki nie zgasiły świec i nie wymknęły się z domu cichuteńko i ostrożnie. Wtedy wchodziła do sypialni, z gorętszymi niż zwykle rumieńcami na twarzy, z ustami drżącymi, zapalała lampę, rozbierała i kładła do kołyski na pół już uśpioną dziewczynkę, a chłopcu rozkazywała przy sobie odmawiać pacierze. Potem szła do kuchni, z pomocą służącej czyściła i porządkowała wszystko, nastawiała samowar, aby gotów był w razie wcześniejszego, niż zwykle, powrotu brata, i resztę wieczoru spędzała nad szyciem bielizny lub sukien. Siedząc pomiędzy kołyską a małym dziecinnym łóżeczkiem i pilnie pracując, często spojrzenia rzucała na dzieci, i czujna na każde ich poruszenie, obudzone usypiała znowu kilku pieszczotliwymi słowy, albo piosnką, wynuconą głosem przyciszonym i smutnym.

    123

    Najczęściej pani Jadwiga i siostra jej wracały z sali tańca przed powrotem gospodarza domu, a najmniejszej z pozoru nie zwracając uwagi na pracującą i czuwającą przy dzieciach kobietę, zdejmowały pośpiesznie stroje swe, i głośno, wesoło rozmawiały z sobą o doznanych przyjemnościach i widzianych osobach.

    124

    Głównym celem tych rozmów i tej wesołości było rozbudzenie zazdrości i żalu w sercu tej, o której myślały, że zadowoleń podobnych doświadczać już nie może. Ona rozumiała złośliwe intencje te i mściła się na swój sposób, opowiadając bratu zaraz nazajutrz o wczorajszej wycieczce jego żony. Niestety! po krótkiej utarczce z mężem, pani Jadwiga zażegnywała burzę czułym słówkiem jakimś, pokorną minką lub zalotną pieszczotką, a grad wyrzutów i łajań spadał z ust pana Klemensa na głowę jego siostry. Pani Jadwiga nie łajała jej głośno nigdy, lecz, widząc ją w chwilach owych zupełnie już bezbronną, z cicha, ale nielitościwie z niej szydziła.

    125

    — A co? Teosiu — zapytywała z nerwowym uśmieszkiem swym — czy nie miałaś czasem listu od pana Laurentego?

    126

    Albo też, przymrużając swoje śliczne, błyszczące oczy, i przypatrując się jej pilnie, mówiła:

    127

    — Ach! moja Teosiu! jakże ty siwiejesz! Pan Laurenty, jak wróci, nie pozna cię z pewnością!

    128

    Innym razem dawała jej herbatę bez cukru i kluczyk od cukierniczki chowała do kieszeni, albo rozkazującym tonem mówiła jej, aby szła do kuchni i potrawę jaką sporządzała lub rozniecała ogień.

    129

    — Ja tego nie umiem — dodawała lekceważącym tonem — a tyś to całe życie robiła… Możesz tym bardziej robić i teraz.

    130

    Potem szeptała mężowi:

    131

    — Mój drogi! żeby to mamę i Helcię na salkę do nas sprowadzić… Jaka bym ja była szczęśliwa…!

    132

    Białą i wypieszczoną, choć dużą i niezbyt zgrabną ręką, głaskała go po niskim czole i z figlarnym śmiechem wołała:

    133

    — A jakbym cię kochała! strach!

    134

    Salka, ów przedmiot pożądania pani Jadwigi i namiętnie przez nią kochanej jej siostry, była pokoikiem niewielkim, lecz widnym, ciepłym i wesołym.

    135

    Panna Teodora zrobiła z niej prawdziwą altanę, zieloną i pełną świergotu ptaków. Zarody dobrego smaku i skryta poetyczność samotnego i sponiewieranego serca objawiały się w gęstych zwojach bluszczu, oplatających ze wszech stron ściany śnieżnie białe, w kwitnących gdzieniegdzie roślinach, skromnych, lecz starannie pielęgnowanych, w skrupulatnej czystości i doskonałym ładzie ubogich sprzęcików.

    136

    Kiedy ją pierwszy raz odwiedziłam, otwierała przede mną z kolei kuferek swój i szuflady sporej komody, z cechującą ją zwykle otwartością i wielomównością ukazując mi, jak mówiła: „całe dobro swoje”. Majętność to była szczególnej natury: składały ją przeróżnego rodzaju łachmanki, znoszone stare suknie, okrawki płócien i materii różnych, szmatki wstążek, spłowiałych i podartych haftów.

    137

    Było też tam mnóstwo robót ręcznych, pokończonych i pozaczynanych. Szyła czasem suknie dla dawnych znajomych swych, haftowała też ładnie, wyrabiała różne szydełkowe koroneczki i podstawki, a za otrzymany stąd skromny wielce zarobek czyniła przysługi różne bratu i stroiła jego dzieci. Dla siebie potrzebowała niezmiernie mało. Czarna jej codzienna suknia trwała długie lata.

    138

    — Co mi tam! — mawiała — dla kogo ja stroić się będę? Ten, któremu pragnęłabym wydać się piękną, daleko… daleko… A oprócz niego, nie obchodzi mnie świat cały!

    139

    Pan Klemens ze skargą i podziwem rzekł raz do mnie:

    140

    — Czy pani myśli, że Teosia nie mogłaby dziesięć razy wyjść za mąż, gdyby tylko chciała? Przystojną była dziewczyną, pracowitą i z poczciwego rodu, to też niejedna jej partia zdarzała się wcale niezła. Chciał się z nią żenić organista farny, człek przystojny i utalentowany, a niedawniej jeszcze, jak pięć lat temu, kolega mój jeden, zecer, zamożny, stateczny i zdolny, bywał u mnie, bywał, aż rzekł: „panie Klemensie, daj mi siostrę swoją za żonę! co się ma tak poniewierać! podoba mi się! żal mi jej!” Cóż pani myśli? Nie chciała. Uparła się jak kozieł, nie i nie! Com się nad nią namordował. Za nic! Odkąd się w Tyrkiewiczu zakochała, na nikogo ani spojrzała nigdy. Czy to nie głupota, proszę pani, i nie ostateczne dziwactwo!

    141

    Ona sama potwierdziła to opowiadanie brata.

    142

    — Zdarzali się ludzie różni — mówiła — i porządni, ale… nie mogłam! Z początku myślałam sobie zawsze: dobrze! pójdę już, pójdę! kącik własny przynajmniej będę miała, bratu ciężarem przestanę być, bratowej z oczu zejdę, a może… może też mnie Pan Bóg i własnym dzieckiem, aniołkiem jakim, obdarzy… Ale gdy tylko przychodziło do stanowczego słowa, wnet, jakby na zaklęcie, pan Laurenty przed oczyma mi stawał… Widzę go, bywało… twarz jego, oczy, uśmiech, jakby żywy stoi przede mną, i taki mnie żal, i taka mnie tęsknota za nim zdejmuje, że zdaje się, ot już zaraz serce rozedrze się na dwoje… We snach wtedy widywałam go każdej nocy… a raz, gdy już, już miałam przyrzec temu tam organiście, przyśnił się mi w strasznym niby gniewie i w desperacji, wyciągnął rękę i takim strasznym głosem krzyknął: „zdrajczyni!”, że ze wstydu i żałości aż obudziłam się! Wie pani, że choć nie po różach ja tu chodzę i nie same karmelki zjadam, wcale a wcale nie żałuję, żem wszystkim im dawała harbuza… Gdybym była wyszła za mąż, a Laurenty powrócił, utopiłabym się z pewnością… Co to jest, pani droga, kiedy człowiek cztery całe lata kocha kogoś duszą i sercem, a potem oczy za nim wypłacze i serce wytęskni… czy może już zapomnieć i wszelką nadzieję utracić… Ależ i on mnie kochał prawdziwie i ogniście… Czy to ja nie pamiętam? wszystko pamiętam… Tam, w altance, klęczał przede mną, w ręce mnie całował i szeptał: „ja ciebie, Teosiu, kocham nad życie i szczęście, i niech mnie Bóg skarze, jeżeli kiedy kochać cię przestanę!” Przyznam się pani, jak na spowiedzi…

    143

    Tu urwała i zarumieniła się gorąco. Ze spuszczonymi oczyma, i głosem drżącym od wstydu i łez powstrzymywanych, dokończyła:

    144

    — Pocałował mnie wtedy…

    145

    Podniosła głowę i, z osłupiałym wzrokiem w naiwnych oczach, wymówiła:

    146

    — I to wszystko miałoby się tak skończyć? I on miałby mnie, jak ludzie mówią, na zawsze porzucić? Nigdy w to nie wierzę! Pojechał, bo musiał; nie wraca dotąd, bo nie może; ale jak będzie mógł… wróci. Wtedy to, pani droga, ja przed Bogiem na twarz padnę i całe serce moje w dziękowaniu mu roztopię, a ludziom w oczy śmiechem parsknę i powiem: a co? kto miał rację? Czy ten, kto wierzył i czekał, czy ten, kto nie wierzył i cudzą wiarę wyśmiewał?

    147

    Wszystko to mówiła mi, siedząc na ziemi, obok wysuniętej szuflady, pełnej starych jakichś sukien, okrywek i robótek. Ostrożnie, z obawą nadwerężenia lub zgniecenia szmatek tych, zapuściła ręce w głąb szuflady i wydobyła z niej białą, perkalową suknię, zdobną w hafty z pąsowej bawełny. Rozłożyła ją przede mną. Perkal był zżółkły i pąsowe szlaki spłowiałe, ale ona wpatrywała się w tę pamiątkę jedynej szczęśliwej chwili swego życia gorąco rozbłysłym okiem.

    148

    — I to wszystko tak by przejść i na zawsze już skończyć się mogło? — szeptała.

    149

    Bywały jednak chwile, w których opuszczała pannę Teodorę nad podziw wytrwała wiara jej i nadzieja. Zdarzało się to wtedy, gdy ciotka pana Laurentego, stara, przygarbiona kobietka, z kapitaliku żyjąca i w sąsiednim zaułku mieszkająca, przez kilka miesięcy lub dłużej listu od siostrzeńca nie otrzymywała. Wtedy panna Teodora codziennie, zarzuciwszy na głowę dużą chustkę, biegała na zaułek po wiadomości zapewne, a wracała stamtąd krokiem powolnym, z oczyma utkwionymi w ziemię. W porach owych, świeże zwykle rumieńce jej bladły i przygasały oczy, a w zmartwiałej i zestarzałej twarzy tej znać było mękę wewnętrzną, znoszoną cicho czasem, a czasem burzliwie..

    150

    Chwilami opanowywały ją wtedy rozjątrzenie, całkiem jej niezwykłe, i gorączkowa nerwowa ruchliwość. Czynna niby ustawicznie, biegała po domu i dziedzińcu, nic nie czyniąc. Wszystko jej z rąk wypadało. Zuchwale i porywczo odzywała się do brata, na dokuczania bratowej odpowiadała krzykiem i ostrymi słowy, chwytała się czasem za głowę, jakby uczuwając w niej ból nagły, a wróciwszy do salki swej, zalana łzami, upadała na łóżko, o nakarmieniu gilów swych zapominając nawet. Potem stawała się znowu cichą, łagodną, obojętną dla wszystkiego i wszystkich. Szyła pilnie, w kuchni nad praniem i gotowaniem pracowała, a docinki i żarciki pani Jadwigi puszczała mimo uszu, jakby nie słyszała ich wcale.

    151

    — Cóż robić? — mówiła mi, kiedym raz przyszła do niej na salkę — cóż robić? Nie wróci, to nie wróci! Niech Bóg mu przebaczy i da mu wszystko dobre. Ja tak już do końca mego życia przeżyję w salce tej, z ptakami mymi i… z robotą. Umrę przynajmniej w tym kochanym domu rodzicielskim, dobrej doli nie zaznawszy, ale i tułaczki po świecie nie doświadczywszy, a brata, choć skrzywdził on mnie i krzywdzi ciągle, błogosławiąc. Boć to brat mój rodzony i jedyny, a dzieci jego rączętami swymi kiedyś mi powieki do snu wiekuistego zawrą.

    152

    I pieściła, i stroiła, na rękach huśtała dzieci te, i czuwała nad nimi, w dwójnasób zda się kochając je w porach tych zwątpienia i cichej rozpaczy.

    153

    Byle co przecież rozwiewało zwątpienia te i rozpacz przemieniało w odrodzoną na nowo nadzieję. Wpadała do mnie w wielkiej chustce na głowie, prosto z zaułka wracając, i z namiętną radością szeptała:

    154

    — Jest list! jest! Wczoraj go pani Antoniowa otrzymała i do przeczytania dała. Na własne oczy czytałam: „pannie Teodorze Końcównie rączki całuję i proszę, żeby o dawnym przyjacielu nie zapominała”. A co? widzi pani? prosi, żebym nie zapominała o nim; a po cóż by mu pamięć moja, gdyby o niczym już nie myślał.

    155

    Innym razem, wróciwszy z tajemniczej jakiejś wycieczki na miasto, zwierzała mi się poufnie:

    156

    — U kabalarki byłam; ona tam na ulicy Nadniemeńskiej mieszka, i wszyscy mówią, że doskonale zgaduje i przepowiada… Kładła mi kabałę… i powiedziała, że ktoś wybiera się do mnie w podróż, że ludzie zazdrościć mi będą, taka będę szczęśliwa!

    157

    Oczy jej błyszczały, jak dwa szafiry pod promieniami słońca; śmiała się i wołała:

    158

    — Spodziewam się, że nie jeden pozazdrości mi szczęścia i takiego wiernego kochania…

    159

    Ze wszystkiego, co istniało w naturze, ciągnęła sobie dobre lub złe wróżby. Pająk, ujrzany z rana, martwił ją, a wieczorem cieszył. W gronach bzowego kwiecia szukała pilnie pięciolistnych kwiatków; o znaczenie snów swoich zapytywała sennika, podartej i wytartej książczyny, leżącej na komódce obok „Złotego Ołtarzyka”. Jakkolwiek wszystkie wróżby otrzymane i doświadczone stąd uczucia w tajemnicy zachowywała, nie ukrywały się one przed nienawistnie śledzącą panią Jadwigą i żywą, figlarną Helką, która całym sercem dzieliła uczucia siostry. Był to dla rodziny całej nieprzebrany przedmiot do żartów i śmiechów, w których pan Klemens, uradowany wesołością żony, rozweselony figlarnymi minkami Helki, a przy tym czujący całą swą umysłową wyższość nad siostrą, żywy brał udział.

    160

    Przy stole zapytywano ją, o której dziś godzinie zobaczyła pająka, albo czy śniły się jej ryby na wędkę ułowione, niechybna przepowiednia ułowienia pięknego kawalera. W oficynie rozlegał się gruby śmiech pana Klemensa i podniesione cienkie głosiki dwóch młodych kobiet. Panna Teodora zrywała się od stołu zarumieniona, ze łzami w oczach, uciekała do salki swej i bez obiadu już zostawała. W kilka godzin potem pan Klemens, ze zwykłą sobie powagą i grubością obejścia się, mówił:

    161

    — Głupia jesteś i gniewasz się jeszcze, kiedy ci to ludzie mówią. Nie wierz w głupstwa, to i nikt z ciebie śmiać się nie będzie!

    162

    Co prawda, panu Klemensowi zdarzało się też wierzyć w głupstwa… tylko w inne. Druk był u niego rzeczą świętą i niezaprzeczalną, a że czytywał gazety, wszystkie kaczki i bąki dziennikarskie budziły w nim wiarę nieograniczoną. Przy tym, mnóstwa rzeczy wyczytanych albo zasłyszanych nie rozumiał, przeinaczał je na swój sposób, a wróciwszy do domu, opowiadał nieraz o wężach, czarujących oczyma każdego, na kogo spojrzą; o roślinach, porywających człowieka i zjadających go żywcem; o miastach podmorskich, przez wieloryby zamieszkiwanych. Prawił też czasem o polityce, łącząc narody i państwa w najdziwaczniejsze koalicje różnego kalibru, oświadczając się z sympatią swą dla Hiszpanów, a antypatią dla Szwedów albo Niemców, przepowiadając wojnę lub pokój, rzeczy straszne lub szczęśliwe. I gdy przesądne wróżby panny Teodory czyniły z niej przedmiot ogólnych żartów i złośliwych docinków, rozprawy i opowiadania pana Klemensa uważanymi były w rodzinie całej za wielce pożądany wszystkim objaw dobrego humoru, i u wszystkich przytomnych, nie wyłączając samej Teodory, budziły wiarę bezwzględną i wysoką admiracją dla rozumu i ukształcenia jego.

    163

    Pani Jadwiga nawet stawała się dlań wtedy czulszą i mniej często spoglądała przez okno swej sypialni na okna Ernesta Robka. Helka, słuchając go, otwierała szeroko piękne swe oczy, i oświadczała głośno, że chciałaby mieć takiego rozumnego męża; co się zaś tyczy panny Teodory, ta powtarzała mi co do słowa wszystko, co usłyszała od brata, mówiąc przy tym:

    164

    — Już to nie darmo ojciec nieboszczyk na edukację jego pieniądze tracił….. Człowiekiem jest, co się zowie…

    165

    Drugi rok upłynął, odkąd poznałam rodzinę Końców, gdy raz, około południa, do pokoju mego wbiegła panna Teodora. Na pierwszy rzut oka poznałam, że coś nadzwyczajnego stać się musiało. Blada była jak papier, ręce jej trzęsły się, z oczu strumieniem płynęły łzy, ale twarz całą okrywał wyraz namiętnego, niewymownego uszczęśliwienia.

    166

    — Pani moja! pani droga! — zawołała, padając przede mną na klęczki i obejmując mnie trzęsącymi się ramionami — wie pani…? O mój Boże… jaka ja szczęśliwa…

    167

    Mówić nie mogła. Łkała i zarazem zachodziła się od śmiechu. Starałam się uspokoić ją; prosiłam, aby połknęła kilka kropel uspokajających nerwy. Usłuchała mnie, podniosła się z ziemi i, z wybuchem głosu nadzwyczajnym, zawołała:

    168

    — Przyjechał!

    169

    — Przyjechał — mówiła po chwili szeptem śpiesznym i przerywanym — nie oznajmił nikomu, nic do nikogo nie napisał i… wczoraj wieczorem… późno… do ciotki przyszedł… Klemens tylko co wpadł do domu i powiedział żonie, żeby śniadanie przygotowała, bo z drukarni wcześnie wyjdzie, zajdzie do niego i tu go przyprowadzi… Poczciwy brat… dobry… przyprowadzi! Pani droga! ja chyba zwariuję! A co? Czy nie mówiłam zawsze, że on najlepszy ze wszystkich ludzi… że szczerze mnie kochał… nie zapomniał i powróci…! Ot i wrócił! Matko Najświętsza! jak ja się mu tak z zapłakanymi oczyma pokażę? Moja złota, jedyna pani! proszę powiedzieć prawdę! Czy ja bardzo staro i brzydko wyglądam?

    170

    Kiedy pomogłam jej uporządkować nad czołem rozrzucone w nieładzie loczki, a czarną suknię przyozdobiłam kolorową kokardą, spojrzała w lustro i z wahaniem rzekła:

    171

    — Może ja się i nie bardzo jeszcze zmieniłam!

    172

    Potem usiadła i uspokojona już trochę, twarz na obie dłonie pochylając, szepnęła:

    173

    — Niech się już co chce stanie… zobaczę go!

    IV

    174

    W mieszkaniu Końców panował ruch i zamieszanie wielkie. Pani Jadwiga, nie wiedząc sama, czy cieszyć się ma z zapowiedzianych odwiedzin gościa, bogatego podobno i znacznym urzędnikiem będącego, czy też martwić się z powodu radości i triumfu nienawidzonej siostry męża, krzątała się po domu, dzieci stroiła, wódkę i przekąski na stole ustawiała, a co chwila, zatrzymując się przed lustrem, poprawiała sobie to włosy, to suknię, to czepeczek. Wybiegła w końcu na dziedziniec. Tu stała chwilę, zamyślona głęboko, z palcem do ust przytkniętym, potem podniosła głowę, tajemniczy, triumfujący uśmieszek przewinął się po jej ustach. Zawołała służącej i kazała jej jak najśpieszniej iść po panienkę. Panienką tą, śpiesznie przyzywaną, była siostra jej, Helka.

    175

    — Powiedz panience — dodała — żeby zaraz, natychmiast, przyszła… że gości mamy…

    176

    Dziewczyna pobiegła pędem za bramę, pani Klemensowa weszła do mieszkania mego i zaczęła bardzo uprzejmie prosić, abym do nich na śniadanie przyszła.

    177

    — Proszę panią, bardzo proszę, i mąż kazał też prosić…

    178

    Obchodziła mnie żywo panna Teodora, chciałam zobaczyć ukochanego jej i przekonać się, czy nadzieje jej są uzasadnione — poszłam. Wnet po przyjściu moim przybył i pan Klemens, prowadząc z sobą gościa. Pani Jadwiga siedziała ze mną na kanapie, za przygotowaną już śniadaniową zastawą. Teodora zaś ukazywała się kilka razy we drzwiach, i znowu cofała się do sypialni, usiłując snadź, ale nie mogąc, stłumić silnego wzruszenia. Helki jeszcze nie było.

    179

    Laurenty Tyrkiewicz, średniego wzrostu i trochę otyły, z gęstą i czarną jak smoła, choć siwiejącą już czupryną, z pulchną, czerstwą, starannie ogoloną twarzą, przystojnym był jeszcze mężczyzną i pomimo posiadanych lat pięćdziesięciu z górą, silnie i zdrowo wyglądającym. Ubranie jego objawiało dostatek, znajomość mody, a ukłon też i uśmiech, którymi powitał panią Jadwigę, łączyły w sobie uprzejmość światową z głębokim poczuciem dostojeństwa własnego. Powitawszy gospodynię domu, przymrużył nieco oczy i, rozglądając się po pokoju, zaczął:

    180

    — A gdzież jest…

    181

    Nie skończył, bo osoba, o którą zapytywać chciał, ukazała się we drzwiach. Blada jak płótno, z widocznie drżącymi rękoma, panna Teodora stanęła w progu, jak wryta, i podniosła na przybyłego wzrok nieśmiały i przepaścisto smutny. Snadź teraz, gdy go znowu ujrzała, wszystkie, różnorodne cierpienia, od chwili rozstania z nim doznane, zbiegły się do jej serca i przez oczy jej zdawały się mówić mu: byłam bardzo, bardzo nieszczęśliwa! Ale po twarzy pana Laurentego, na widok jej, przebiegły uśmiechy uradowania szczerego i trochę jakby żartobliwego. Na wzór światowców, dandinując się nieco, to jest przechylając z boku na bok otyłą trochę swą postać, zbliżył się on do niej, wziął obie małe i ciemne od spracowania ręce jej w białe swe i pulchne dłonie, a patrząc w jej twarz, z tym samym wciąż wyrazem żartobliwej wesołości, zapytał:

    182

    — Czy panna Teodora poznaje dawnego znajomego swego?

    183

    Teraz dopiero radość niewymowna i uczucie niewymownego też, głębokiego przywiązania, napełniły jej oczy, i głosem cichutkim, lecz w którym dźwięczał bezmiar zdumienia, odpowiedziała:

    184

    — Ja… ja bym pana miała nie poznać?

    185

    Pan Laurenty pocałował ją w rękę i szepnął jeszcze słów kilka, z których dosłyszeć można było wyrazy: „dawne, dawne czasy!”.

    186

    Na scenę tę pani Jadwiga patrzyła z drwiącym nieco uśmieszkiem, a pan Klemens, ze zdziwieniem na wpół, a na wpół z zadowoleniem, pociągał rudego wąsa. Pan Laurenty zwrócił się ku gospodarstwu i, ukazując w uśmiechu zdrowe, białe zęby, zaczął mówić o tym, jak to miło jest przybyć po długiej niebytności w rodzinne swe strony, jak przyjemne wrażenie sprawia na nim dom ten, w którym niegdyś tyle miłych chwil przepędził itd. Panna Teodora, teraz, gdy on nie patrzył na nią, patrzyła w niego, jak w tęczę, i z lekka pociągała mnie za suknię. Każdy snadź wyraz, wychodzący z ust przybyłego, uszczęśliwiał ją, bo potwierdzał wszystkie jej nadzieje.

    187

    Pan Klemens wziął w rękę butelkę z wiśniową nalewką i przepił do gościa, pani Jadwiga uprzejmie go zapraszała na ser, wędlinę i potrawkę z kury. Gdy wszyscy już dokoła stołu przed kanapą usiedli i jeść zaczęli, gospodarz wytoczył rozmowę o świeżo wykluwającej się w głowie jego koalicji państw europejskich, dodając, że pan radca, przybywający z dalekiego świata, lepiej zapewne, dokładniej rzeczy te znać musi.

    188

    Pan radca z uśmiechem pełnym galanterii oświadczył, że wobec dam o polityce mówić nie wypada, i że stosowniej uczyni, jeżeli powinszuje panu Klemensowi tak szczęśliwych związków rodzinnych, które w nieobecności jego zawarł (tu zdobywcze i trochę czułe spojrzenie rzucił na rumieniącą się z radości panią Jadwigę) i tak ślicznych dziatek, które widać ciocię swą bardzo kochają, bo ciągle coś z nią mają do czynienia (tu wskazującym palcem dotknął policzka małej Maniusi, siedzącej na kolanach panny Teodory, a do samej panny Teodory uśmiechnął się wesoło i przyjacielsko).

    189

    — A dlaczego to pan radca w ślady moje nie wstąpił? — zapytał pan Klemens, dobrodusznie niby, lecz z badawczym na gościa spojrzeniem.

    190

    Na te słowa panna Teodora poruszyła się żywo i w talerz oczy utkwiła, Tyrkiewicz zaś, w pulchnych dłoniach zwijając i rozwijając serwetę, odpowiedział:

    191

    — Na obczyźnie siedząc, a przy tym pracując na kawałek grosza i jaką taką pozycję w świecie, i myśleć o tym nie mogłem. Teraz, kiedy w kieszeni dymisja już jest, a przy dymisji i coś jeszcze… pomyśli się o tym… pomyśli!

    192

    — I należy, należy! — potwierdził pan Klemens.

    193

    A pani Jadwiga dodała:

    194

    — Już my pana stąd nie puścimy. Na co to cudzych bogów szukać, kiedy…

    195

    — Kiedy swoje boginie są! — podchwycił gość i z rozkosznym uśmiechem doskonałego zadowolenia z siebie i wszystkiego, przyglądał się różowym plasterkom szynki, obficie choć nieśmiało kładzionym mu na talerz przez pannę Teodorę.

    196

    W tej chwili otworzyły się szeroko drzwi od sieni i wbiegła przez nie Helka, zrumieniona od szybkiego biegu, z pałającymi oczyma i włosami rozrzuconymi trochę pod narzuconą naprędce chusteczką. Pani Jadwiga zerwała się z kanapy i pobiegła do niej.

    197

    — Czemuś tak nieprędko przyszła? — szepnęła, zdejmując z jej głowy chusteczkę i szybkim rzutem oka ogarniając całe jej ubranie.

    198

    Dziewczynie ładnej i zgrabnej ślicznie było w sukni codziennej, lecz modnie zrobionej. W ręku trzymała sporą wiązkę pierwiosnków, których też kilka tkwiło niedbale w kruczym jej warkoczu. Nie mniej od kwiatów tych wydawała się uosobieniem wiosny. Spojrzawszy na gościa, zapłoniła się żywiej jeszcze, znieruchomiała i z dziecinnym jakby przelęknieniem otworzyła szeroko oczy.

    199

    — Pan Laurenty Tyrkiewicz, siostra moja — wymówiła pani Jadwiga, prowadząc siostrę ku stołowi, i promieniejąc cała triumfem i radością. Wzrok jej zdawał się mimo woli zapytywać gościa:

    200

    — A co, czy nie ładna?

    201

    Ukłon Tyrkiewicza, uśmiech jego i wyraz oczu, z jakim wpatrzył się w piękną dziewczynę, odpowiadały wyraźnie: — Prześliczna!

    202

    Helka trochę rubasznie rzuciła wiązkę kwiatów na szwagra, wołając ze śmiechem:

    203

    — Masz, Klemensie! przyniosłam te pierwiosnki dla ciebie!

    204

    — Kwiatek do kożucha! — mruknął wesoło pan Klemens — ot, oddaj to lepiej kawalerowi jakiemu… ucieszy się!

    205

    — Kawalerowi? — z rezolutną minką zaszczebiotała Helka — oho! długo poczekają kawalerowie, zanim ja kwiaty rozdawać im będę!

    206

    Śmiała się głośno, błyskała złotawą źrenicą i białymi ząbkami zawzięcie gryzła porcyjkę chleba z masłem. Tyrkiewicz oka z niej nie spuszczał. Teodory nie było w pokoju; poszła do kuchni kawę przyrządzać.

    207

    Wizyta skończyła się wkrótce potem, bo pan Klemens wracać musiał do drukarni, a Tyrkiewicz wybierał się w odwiedziny do kilku innych dawniej znajomych sobie domów. Na pożegnanie pocałował w rękę wszystkie trzy kobiety, pana Klemensa uścisnął i wyszedł, w progu jeszcze upewniając, że godzina, którą tu spędził, uleciała mu, jak w raju, i prosząc, aby mu pozwolonym było do raju tego zaglądać jak najczęściej.

    208

    Zaledwie drzwi zamknęły się za gościem, pani Jadwiga zawołała:

    209

    — Ach! jaki miły człowiek! Jak to znać zaraz, że na wielkim świecie bywał, i że coś między ludźmi znaczy! Jak ubrany! Jaki dumny sobie a i grzeczny razem! A kiedy mówi, to zdaje się, że z książki czyta!

    210

    Helka, okręcając się przed lustrem i przyglądając się zgrabnej figurze swej z przodu, z tyłu i z boków, od niechcenia zawołała:

    211

    — A i przystojny sobie dosyć… choć już odrobinę si… wa… wy…!

    212

    A pan Klemens, stojący pośrodku pokoju i w zamyśleniu pociągający wąsa, podjął:

    213

    — Siwawy czy tam niesiwawy, przystojny czy nieprzystojny, ale, że znaczy coś na świecie, to pewno. Oto, jak ludzie umieją czasem dochodzić do wszystkiego. Kiedy wyjeżdżał stąd, maluczkim kancelarzystą był i gołym, jak święty turecki, a teraz, panie, rangę „sowietnika” ma, i biletów bankowych w kieszeni kupę… ot taką…

    214

    — Nie może być? — krzyknęła pani Jadwiga.

    215

    — Na własne oczy widziałem. Kiedym dziś przyszedł od niego, od niechcenia niby, rozmawiając ze mną, wyjął pugilares ogromny i dostawał z niego pieniądze na drobne wydatki… Ja także niby od niechcenia zaszedłem go z tyłu i spojrzałem w pugilares… pieniędzy gmach! Dwadzieścia tysięcy rubli srebrem najmniej… ale zdaje się, że chyba więcej jeszcze…!

    216

    — Mój ty Boże! skądże on tyle pieniędzy nabrał? — dziwiła się pani Jadwiga.

    217

    — Słyszę, spekulacje tam różne urządzał i tak zarabiał…

    218

    — No, no! chociaż raz ktoś porządny do domu się nam trafił!

    219

    Mówiąc to, z zamyśleniem patrzyła na siostrę. Helka zamyśliła się także i tajemniczy, choć wcale niesmutny, uśmieszek wił się po świeżych, jak wiosna, jej ustach.

    220

    Jedna tylko panna Teodora żadnego w rozmowie tej udziału nie brała. Sprzątała ze stołu, przymiatała podłogę i nie podnosiła oczu na nikogo. Bledsza niż zwykle i ze spuszczonymi powiekami, twarz jej miała wyraz zmęczenia i smutku.

    221

    W parę godzin potem przybiegła do mnie.

    222

    — Pani moja — zaczęła, siadając i opierając czoło na ręku — jak to dziwnie! jak to dziwnie! Myślałam zawsze dawniej, że gdyby on wrócił, byłabym taka szczęśliwa… I prawda, kiedy dowiedziałam się, że wrócił, o mało nie umarłam z radości; ale zaraz potem tak mi się serce czegoś ścisnęło, a teraz znowu cieszyć się nie mogę… Rada jestem, że zobaczyłam go, zupełną już teraz pewność mam co do serca i zamiarów jego, a cieszyć się jak nie mogę, tak nie mogę… Czuję coś takiego, jak gdyby mi serce osłabło bardzo i cieszyć się siły nie miało…

    223

    Po chwili mówiła dalej:

    224

    — Mój ty Boże! dlaczego to tak? Oto na przykład nas dwoje… on i ja! Te same lata płynęły dla niego i dla mnie… ja pracowałam i on pracował… Dziesięć lat blisko młodszą jestem od niego, a proszę-ż spojrzeć na nas! Co za porównanie! On zdrów, silny, przystojny, wesoły i bogaty też, i ze znaczeniem u ludzi… a ja? Co to mówić? czy ja siebie nie znam? Ot, ciało sterane, z taką jakąś zmęczoną i smutną duszą… Potem wstrząsając głową i patrząc w ziemię, dodała:

    225

    — Co to dziwnego! czternasta część! zawsze i wszędzie czternasta część!

    226

    Nazajutrz pan Klemens, spotkawszy mnie na dziedzińcu, proszącym tonem zaczął:

    227

    — Niech pani będzie łaskawa powie… pani to zna świat i ludzi… Czy to być może, aby ten Tyrkiewicz wrócił tu dla Teosi i o niej naprawdę myślał? Chciałbym ja tego bardzo, bo to i dla niej byłoby szczęście wielkie, i dla mnie honor niemały takiego szwagra mieć… Kochali się oni z sobą kiedyś, to prawda, i wczoraj czule z nią się przywitał, a z nami po przyjacielsku się obchodził… Ale czy to być może? Czy to, bogatym będąc i w znaczeniu, młodej i bogatej żony on sobie nie znajdzie?

    228

    Pani Jadwiga zaś, przybiegłszy do mnie na chwilę, szeptała:

    229

    — Moja złota pani! czy to ona może jeszcze myśleć o człowieku takim! Czy to on właśnie dla niej tu powrócił? Ot, ciotka jego, pani Antoniowa, która domek swój ma i kapitalik niezły, napisała do niego, że czuje już koniec swój bliski… to i przyjechał, żeby sukcesji dopilnować… a ta głupia, jakby na sto koni wsiadła, taka kontenta…!

    230

    Istotnie, bywały dnie, w których serce panny Teodory odzyskiwało całą młodzieńczą siłę kochania i radości. Ze wszystkich szczęśliwych chwil swych i rozkosznych myśli zwierzała się zawsze przede mną. Opowiadała, jak pan Laurenty silnie ją zawsze przy powitaniu ściska za rękę, jak przypomina jej dobre dawne czasy, i mówi, że tak dobrej osoby, jak ona, nigdy w życiu całym nie spotkał. Parę razy jaśniejąca radością oznajmiła mi, że chodziła z nim na spacer „pod rękę;” innego znowu dnia szepnęła, płoniąc się, że słyszała, jak pan Laurenty mówił jej bratu:

    231

    — Trzeba mi żenić się, panie Klemensie! Pora już gniazdko własne założyć i ptaszka miłego w nim posadzić!

    232

    — Poczciwy Klemens! Przekonałam się teraz, że zawsze jednak brat bratem jest i siostrze dobrze życzyć musi… Ciągnie go do domu, jak może, i wydatków nawet na przyjęcie nie żałuje… A i ta, nie wiem, co się jej stało, przyjmuje go jak najlepiej i ząbki do niego szczerzy. Dumna pewno z tego, że człowiek taki bywa u niej… i komplement jakiś powie czasem jej, albo jej siostruni. U matki ich był nawet z wizytą… Nie wie on naturalnie o tym, jakie to są stosunki nasze… Widocznie familię bratowej mojej uszanować chciał… Oj, pani droga! kiedy mówiłam, że najlepszy to jest człowiek na całym świecie, prawdę mówiłam. Co to! wierność taka i taki szacunek w kochaniu! rzadka to rzecz na świecie! Nacierpiałam się, to nacierpiałam w życiu, ależ za to i szczęścia równego memu na świecie nie będzie!

    233

    I teraz czuła się już szczęśliwa, tak szczęśliwa czasem, że, gdy mówiła, oddech zamierał w jej piersi, bladła i ręce splecione przyciskała do czoła. Dziwna rzecz jednak, szczęście to, uczuwane głęboko i namiętnie, nie odmładzało jej, ale przeciwnie, męczyło i ku starości jakby popychało. Rumieńce jej, świeże wprzódy, przybierały czasem barwę sinawą, piękne oczy zapadły i otoczyły się drobniutkimi zmarszczkami, ręce drżeć zaczęły. Widocznie organizm ten, spracowany i zwątlały, nie posiadał już dosyć siły do przenoszenia doznawanych wrażeń; szczęście, przybyłe późno, rozstrajało zmęczone jej nerwy. Przy tym od dnia przybycia Tyrkiewicza stała się zalotną i strojnisią. Z szuflad komody wywlekała stare suknie, szaliki, wstążki przeróżnych kolorów, i sporządzała z nich sobie stroje, niekoniecznie dobrze ją zdobiące. Włosy też, z których dumna była i które istotnie były niepospolicie piękne, trefić zaczęła w sposoby rozliczne, piętrzyć nad czołem niezmiernie wysoko, lub też jak młodziutkie dziewczę, opuszczać na plecy i ramiona w splotach i lokach. Raz Tyrkiewicz, ujrzawszy ją w stroju takim, rzekł z uśmiechem:

    234

    — Jak panna Teodora młodziutko wygląda!

    235

    Pani Jadwiga i Helka parsknęły śmiechem, ale ona nie zwróciła na to najmniejszej uwagi i nie posiadała się z radości, a nazajutrz włożyła na siebie więcej jeszcze kolorowych szmatek i uczesała włosy w drobniejsze jeszcze, zupełnie już dziecinne, loczki.

    236

    Co pewna, to że Końcowie ciągnęli do siebie Tyrkiewicza usilnie i widocznie. Pan Klemens cały czas wolny od zajęć w drukarni z nim przepędzał, a pani Jadwiga zapraszała go wciąż na śniadania i herbaty. Widocznie też Tyrkiewicz rad był wielce okazywanej mu uprzejmości; u Końców bywał codziennie, a dość często przynosił z sobą cukierki, ciastka i bakalie, które pani Jadwidze, jako gospodyni domu, oddawał.

    237

    W oficynce wesołość panowała teraz większa, niż kiedykolwiek, bo, zamiast kłótni i narzekania, słychać tam było ciągle wesołe śmiechy, ożywione rozmowy, brząkanie naczyń stołowych, a czasem też tajemnicze, poufne szepty pani Jadwigi z mężem, szepty, śród których żona, prosząc jakby o coś męża, lub namawiając go do czegoś, przymilała się do niego, głaskała ręką po czole, okazywała się słowem żoną tak kochającą i czułą, jak nigdy. To też i pan Klemens czuł się tak szczęśliwym i dumnym, jak nigdy, a Helka przylatywała do siostry po kilkanaście razy dziennie. Nieustannie widywałam ładną twarzyczkę jej, przesuwającą się szybko za oknami mego mieszkania. Gdy wiosna rozkwitła zielenią i kwiatami, piękna dziewczyna wplatać zaczęła w krucze warkocze pachnące gałęzie czeremchy lub jaśminu i, strojna zawsze, lekka, śmiała, wpadała do bawialni, nucąc i w śmiechu szczerząc białe ząbki. Daremnie teraz Ernest Robek, wysmukły i blady metr tańców, melancholijnie przechadzał się godzinami całymi około domostwa Końców; daremnie wystawiał na promienie słońca lakierowane buciki swe i błyszczący kapelusz, a o szarej godzinie otwierał okna ze sztorami, powiewającymi nad zieleniejącą gęstwiną buraków i włoszczyzny; dwie kobiety zdawały się zapominać o jego istnieniu. Co innego zupełnie zapełniało teraz myśl ich i czas.

    238

    Dnia pewnego panna Teodora powiedziała mi wiadomość, niezmiernie dla niej miłą. Pan Laurenty kupił w pierwszym magazynie śliczny garnitur mebli, gotowalnię damską i tuzin krzeseł wiedeńskich do jadalnego pokoju, a usłyszawszy od pana Klemensa, że dom od ulicy za miesiąc będzie do najęcia, bom ja oznajmiła mu, że z miasta wyjeżdżam, oświadczył chęć wynajęcia go dla siebie.

    239

    — Widzi pani, jak on to wszystko dobrze obmyślił. Kupił meble, wynajął mieszkanie, a teraz już i słowo ostateczne wymówi. Jutro Klemens daje dla niego obiad. Wszak zaprosił już panią? prawda? A i matkę jego żony; ta modniarka, będzie także. Po obiedzie wyjdę sobie, niby nic, z mieszkania i usiądę w chmielowej altance. On tam przyjdzie niezawodnie i rozmówi się ze mną ostatecznie. Nie darmo powiedział mi dziś: niech panna Teodora po dawnej przyjaźni paciorek na moją intencją zmówi, bo jutro dla mnie dzień ważny będzie… O, prawda to, prawda! Ważny to dzień jest, w którym dwa serca długo rozłączone, połączą się z sobą na wieki…

    240

    Z załamanymi dłońmi i wilgotnym okiem, stłumionym głosem szepnęła:

    241

    — Ot i nadchodzi już moment ten uroczysty i szczęśliwy… Boże mój! czym ja u Ciebie na tak wielką łaskę zasłużyć mogłam!

    242

    Widziałam ją dnia tego, jak o zachodzie słońca nosiła po dziedzińcu maleńką Maniusię. Najulubieńszy z gilów jej zleciał z gałęzi brzozy i usiadł na jej ramieniu. Kundel Filon chodził też ślad w ślad za nią, a z kundlem mocował się i za suknię ciotki co chwila chwytał pyzaty Janek. Całowała Maniusię, śmiała się do ptaka, schylając się, głaskała po grzbiecie Filona, i żartobliwie targała złote włosy Janka; na twarzy jej malowała się szczęśliwość łagodna i zupełna; można by rzec, że świat cały w tej chwili kochała serdecznie, i że dla świata całego czuła głęboką i nieograniczoną wdzięczność.

    243

    Nazajutrz była niedziela. Pan Klemens o wschodzie słońca wyprawił się na rynek po gospodarskie sprawunki, a w godzinę potem wrócił z kwiczącym przeraźliwie prosięciem w jednej ręce, a w drugiej z koszem pełnym mięsiwa, jaj i białego chleba. Z oficynki dochodziły aż do mieszkania mego stukania, siekania, trzask ognia i zapachy kuchenne. Panna Teodora, w białym kaftaniku i fartuchu, z zawiniętymi po łokieć rękawami, krzątała się po kuchni i dziedzińcu wesoło i żwawo. Pan Klemens poszedł do kościoła, pani Jadwiga w zamkniętej sypialni stroiła siebie i dzieci. Około południa przybiegła Helka w błękitnej sukience, świeżej i szeleszczącej, a gdy na dziedzińcu już zdjęła ozdobny pasterski kapelusik, główka jej zajaśniała w słońcu, jak prześliczny obrazek ustrojony w kwiaty. Potem przyszła matka dwóch młodych kobiet, chuda, blada kobiecina, z cierpiącą, łagodną twarzą, w wytartej wełnianej sukienczynie i z małym warkoczykiem z tyłu głowy, przypiętym wielkim, staroświeckim grzebieniem; a gdy o drugiej weszłam do oficynki, znalazłam w bawialni stół, nakryty grubą, lecz czystą bielizną i tanim, lecz połyskującym od czystości, fajansem. Prędko po przyjściu moim zjawili się pan Klemens i Tyrkiewicz. Jak zwykle bywało, przyszli razem. Pani Jadwiga, strojna w żabot z kokardami i zalotny mały czapeczek, podała rękę gościowi i ze słodkim uśmiechem zaczęła od wymówki:

    244

    — Czemu tak późno?

    245

    — Że było mi pilno, nikt wątpić nie może — z ukośnym na Helkę spojrzeniem odrzekł gość — jeżeli zaś późno przyszedłem, winien temu szanowny małżonek pani…

    246

    — A! Klemensie! czy to pięknie…?

    247

    Pan Klemens tłumaczył się, że z kościoła wraz z panem „sowietnikiem” zaszli do cukierni, aby gazetę przeczytać i w bilard zagrać. Tyrkiewicz tymczasem witał się z matką gospodyni domu, całował ją w rękę i żartobliwie wymawiał, jak może pozwolić na to, aby panna Helena tak ładnie stroiła się w kwiaty i ludziom do reszty głowy zawracała. Blada, mizerna kobiecina rosła z dumy i radości, a promiennym okiem ogarniając to jedną córkę, to drugą mówiła:

    248

    — A cóż? młodość to, panie dobrodzieju, młodość! Ja zawsze tak myślałam: niech ja już sobie pracuję i zapracuję się, byle one młodości użyły i ludziom pokazać się mogły.

    249

    Z rąk jej chudych i igłą nakłutych, z oczu nabrzmiałych i zmęczonej, cierpiącej twarzy, znać było istotnie, że pracowała i zapracowywała się, tak jak znowu powierzchowność cała i stroje córek jej objawiały, iż, dzięki pracy tej, przywykły one do używania młodości i ukazywania się oczom ludzkim w pełni wdzięków.

    250

    Służąca, ustrojona świątecznie, wnosiła już do pokoju półmisek z kołdunami, a panny Teodory nie było jeszcze. Cały ranek zajęta przyrządzaniem obiadu, przygotowywaniem naczyń i nakrywaniem do stołu, niedawno dopiero pobiegła na salkę, aby uczesać się i ubrać. Już towarzystwo całe usiadło do stołu, a pani Jadwiga własną rączką nakładała kołduny na talerz gościa, gdy Teosia ukazała się we drzwiach. Nieba! co ta kobieta zrobiła z siebie dnia tego! Daremnie wczoraj w wieczór perswadowałam jej, aby nie kładła sukni tej z zielonego bareżu, która, długie lata przeleżawszy w szufladzie komody, przekrojona i przerobiona, obejmowała i tak zbyt szczupłą jej kibić stanikiem ciasnym i niezmiernie długim, a u dołu rozpościerała się szeroko kilku spłowiałymi falbanami. Włożyła ją! W dodatku, włosy ogromne, wijące się loki, opadały jej na plecy, ramiona i czoło, skosmaconą i szeroko rozpostartą gęstwiną, a w nich tkwiło parę gałązek śnieżnego jaśminu, przy którym twarz jej i szyja wyglądały strasznie żółto. Kolące uśmieszki przewinęły się w oczach i po ustach obu kobiet. Pan Klemens zaś, spojrzawszy na siostrę, usta od zdziwienia otworzył, a potem na wpół z gniewem, na wpół ze śmiechem, zawołał:

    251

    — A, w imię Ojca i Syna! cóż to za czupiradło zrobiłaś dziś z siebie, Teosiu!

    252

    — Mój Klemensie… — cichutko i ze zmieszaniem najwyższym zaczęła Teodora, ale nie dał jej dokończyć pan Laurenty.

    253

    — A! — zawołał — przepraszam cię bardzo, panie Klemensie, ale tak mówić do damy nie wypada! Pannie Teodorze zresztą we wszystkim do twarzy!

    254

    Ujął się za nią! Powiedział, że jej we wszystkim do twarzy! Jakież niewymowne szczęście rozlało się po całej tej drobnej, zmiętej, okrągłej twarzyczce, zanurzonej, jak w otchłani, w gęstwinie wijących się, sczochranych, we wsze strony sterczących, loków. Jakaż bezgraniczna miłość i wdzięczność napełniła te piękne, jak bławatki szafirowe, oczy, gdy z wolna podniosły się one na twarz wspaniałego obrońcy i czułego, wiernego kochanka! Ale co było dziwnym, to, że pani Jadwiga, ani Helka, nie uczuły się bynajmniej zmartwionymi, ani obrażonymi, tym głośnym ujęciem się gościa za kobietą, której nienawidziły, i wypowiedzianym jej przez niego komplementem. Owszem, młoda kobieta pochyliła się, jakby czegoś pod stołem szukała, a w istocie dlatego, aby ukryć śmiech ją ogarniający, a piękna dziewczyna, zasłaniając sobie usta serwetą, rzuciła przez stół sporą gałkę z chleba, która trafiła prosto w cel, więc w pulchny policzek pana Laurentego. Ugodzony w ten sposób gość, krzywiąc się i jęcząc, niby z bólu, chwycił się za policzek, a blada, chuda kobiecina, z rękoma nakłutymi igłą, pożerając oczyma swawolną i rezolutną córkę, zaniosła się takim serdecznym śmiechem, że aż grzebień, przytrzymujący z tyłu malutki jej warkoczyk, o mało nie spadł z jej głowy, ale podchwyciła go pani Jadwiga, i z wielką starannością wpięła go we włosy matki, po czym pocałowała ją w żółte, pomarszczone czoło.

    255

    Kiedy pan Laurenty wypowiedział już kilka skarg, na srogie rany i bóle, które panna Helena ludziom zadaje, pan Klemens zapytał go, czy zauważył, iż w dzisiejszej gazecie zanosi się na srogą w Europie wojnę. Zagadniony w ten sposób gość, odłożył tym razem na stronę salonowy skrupuł, niedozwalający mu o polityce mówić przy damach, i dowodzić zaczął, że wielka wojna w Europie zupełnie w czasach tych niemożliwa była. Dowodzenia swe popierał argumentami, świadczącymi o szerokim oczytaniu i bogactwie posiadanych wiadomości; wymawiał nazwiska głównych mężów stanu europejskich, rysował palcem na obrusie Ren, Dunaj, Elbę i Dardanele, i zapędził się tak daleko, że dla poparcia nie wiem już jakiej tezy, wyrysował nawet Amazonkę, największą, jak zauważył, rzekę na świecie, i granice Laponii, kraju, w którym, jak nadmienił także, ludzie jeżdżą reniferami, ubierają się w futra reniferowe i żyją mięsem i mlekiem reniferów.

    256

    Nie tylko kołduny, ale rosół i potrawa z prosięcia znikły już ze stołu, a pan Laurenty nie skończył jeszcze mówić o różnych spornych w Europie kwestiach i punktach, układać przymierza i kreślić horoskop europejskiej przyszłości. Pan Klemens słuchał go z natężeniem takim, że aż powieki mrugać, a wąsy ruszać się mu zaczęły, a Helka wpatrzyła się w niego, jak w tęczę, i szeroko otworzyła oczy, co nadawało twarzy jej wyraz dziecięcego zdziwienia.

    257

    Nie na tym jednak był koniec. Tyrkiewicz chciał widocznie ukazać się dnia tego towarzystwu w pełni blasku swego i roztoczyć przed nim cały szeroki krąg wiadomości. Biorąc asumpt z kilku wypowiedzianych przez pana Klemensa słów o złych finansach austriackich, mówić zaczął o bankach różnych i ich manipulacjach, o „podradach” i spekulacjach, z których ludzie „sprytni” ogromne zyski ciągnąć mogą. Pan Klemens, niechcący też okazać się zbyt zacofanym w wiadomościach o publicznym życiu, pochwycił z kolei pierwszą sposobność mówienia o burmistrzu ongrodzkim i jego niedołęstwie, o podatkach, brukowaniu ulic i latarniach, a zapuszczając się głębiej jeszcze w przedmiot swój, wspomniał nawet o potrzebie zaprowadzenia w Ongrodzie wodociągów i urządzenia drewnianych chodników. Potem, w coraz większy wpadając zapał, zawołał:

    258

    — Oho! żebym ja tam był w magistracie! Napędziłbym ja ich wszystkich i zaraz inaczej działoby się u nas w mieście!

    259

    Tyrkiewicz, dopijając szklanki bawarskiego piwa, odpowiedział:

    260

    — A dlaczego nie mógłbyś zostać radcą w magistracie? Masz przecie dom własny i jesteś nie gorszym od innych obywatelem miasta. Niech no tylko osiedlę się tu na dobre i gniazdko sobie urządzę, pomyślimy o tym we dwóch!

    261

    Pan Klemens spąsowiał cały z radości, a Helka klasnęła w ręce.

    262

    — Szwagierek więc — zawołała — będzie tak samo radcą, jak pan. Jak to pięknie nazywać się: pani radczyni? Jadziu! nie mówię już teraz inaczej do ciebie, jak: pani radczyni dobrodziejko!

    263

    Pani Jadwiga wyciągnęła rękę do gościa.

    264

    — Prawdziwie — rzekła — nie wiem, jak mamy podziękować panu za tę życzliwość, którą pan nam okazujesz!

    265

    Matka-modniarka, wyciągając też chudą rękę swą, z wilgotnymi oczyma powtarzać zaczęła:

    266

    — Prawdziwie, nie wiem, jak mam podziękować panu za tę życzliwość, którą pan dzieciom moim…

    267

    — O! pani dobrodziejko! ach, pani dobrodziejko! — mówił, obracając się na wszystkie strony Tyrkiewicz — szczęśliwy jestem, doprawdy! Cieszę się bardzo! Będę także chciał korzystać… z łaski państwa…

    268

    W tym panna Teodora, która przed chwilą wysunęła się z pokoju, wróciła, niosąc na półmisku prześliczną babę, arcydzieło rąk własnych, a za nią, z odkorkowaną butelką wina i kieliszkami na tacy, weszła służąca. Pan Klemens zerwał się z krzesła, porwał butelkę i, śpiesznie napełniwszy kieliszki, a jeden z nich w ręku trzymając, zawołał:

    269

    — Zdrowie naszego kochanego gościa, pana radcy Laurentego Tyrkiewicza! Daj Boże, abyśmy z sobą w zgodzie i przyjaźni długie lata przeżyli!

    270

    — Daj Boże! daj Boże! — powtórzył chór kobiecych głosów.

    271

    Tyrkiewicz kłaniał się na wsze strony, uśmiechał się do wszystkich, dłoń do serca przykładał.

    272

    — Wiwat! — z całego już gardła krzyknął pan Klemens, jednym haustem wychylając do dna spory kieliszek.

    273

    — Wiwat! wiwat! — klaskając w dłonie, zaczęły krzyczeć kobiety, i wśród ich głosów najdonośniej i najsrebrzyściej wzbijał się głosik Helki, która też, jakby na zakończenie owacji, wyjęła z włosów przywiędłe jaśminy i sypnęła nimi przez stół na gościa. Tyrkiewicz ciężko nieco, lecz szybko, obiegł dokoła stół, i obie ręce dziewczyny pochwyciwszy, ogniście je wycałował. Pan Klemens zaś wcisnął mu w dłonie drugi kieliszek, mówiąc:

    274

    — Do pary, braciszku! do pary!

    275

    A gdy ten drugi wypitym został za zdrowie panny Heleny, nalał trzeci wołając: Bóg trójcę lubi!

    276

    Z trzecim kieliszkiem Tyrkiewicz, stając już na środku pokoju, w bohaterskiej pozie i z uroczystością wygłosił:

    277

    — Zdrowie gospodarstwa! Szanownych i drogich przyjaciół moich!

    278

    Nowe dziękczynienia i nowy chóralny okrzyk: — wiwat! — Pan Klemens ściskał gościa w obu ramionach, a Helka skakała dokoła dwóch mężczyzn, klaszcząc w dłonie i krzycząc:

    279

    — Nie uduście się tylko panowie! nie uduście się!

    280

    Przez całą tę scenę, chuda, blada kobiecina, śmiała się aż do łez i wśród śmiechu wciąż powtarzała:

    281

    — Chwała Bogu! chwała Bogu! Oto wesoło u nich! oto u nich wesoło!

    282

    A panna Teodora, z niedopitym w kieliszku winem, pochyliła się nade mną i do ucha mi szepnęła:

    283

    — Oto wesołe zaręczyny moje! A czy pani uważała, jak on przy obiedzie wciąż patrzył na mnie! Do kogo mówił, a na mnie patrzył! Drogi mój! ptaszek mój! orzeł mój!

    284

    Oczy jej błyszczały ogniem tak namiętnym, jakiego nigdy u niej nie widziałam jeszcze, i zdawało się, że tuż, tuż, rzuci się na szyję człowiekowi, którego wzrokiem pożerała.

    285

    Na koniec skończyły się wiwaty, śmiechy, całowania i klaskania; do pokoju weszła służąca i, z pomocą najętego na ten dzień chłopaka, wyniosła stół wraz z nakryciem; pan Klemens, rozgrzany wrażeniami, trunkiem i sutym obiadem, opadł na krzesło, w kącie pokoju stojące, i sapał ciężko; matka gospodyni domu wysunęła się do sypialni i legła na łóżku córki, a Helenka usiadła przy niej na ziemi i coś jej, to z cichym chichotem, to z zasmuconymi minkami, do ucha szeptała.

    286

    W bawialni, na staroświeckiej żółtej kanapie, pani Jadwiga i pan Laurenty zasiedli we dwoje. Ona, różowa cała, ożywiona niezmiernie, przymilona, mówiła mu coś z cicha, zapytywała go o coś, groziła paluszkiem, to znów zachęcała spojrzeniem przyjaznym i poufałym gestem; on, rozparty i w mocno zaniedbanej pozie, rozrumieniony trunkiem, a może i przedmiotem rozmowy, wciąż ją w rękę całował, a w oczy jej zaglądał, bił się w piersi, oczy ku sufitowi wznosił i wzdychał…

    287

    Panny Teodory nie było, ani w bawialni, ani w sypialni, ani w kuchni. Pierwszy zapewne raz w życiu swoim nie najrzała ona sprzątania naczyń stołowych, nie schowała resztek z obiadu pozostałych, nie utraktowała dzieci przysmakami, dla nich umyślnie przechowanymi. Nie; nie uczyniła dziś tego wszystkiego przez zapomnienie, a może i umyślnie. Myślała zapewne, że dzień ten był świętem jej, uroczystym świętem, i że ma prawo poświęcić go tylko samej sobie. Kiedy, wracając do domu, przechodziłam przez dziedziniec, zobaczyłam ją siedzącą w ogródku, w altance z chmielu. Spełniała więc programat, z którym mi się wczoraj zwierzyła. Siedziała samotnie, w miejscu, które przypominało jej pierwsze otrzymane wyznanie miłości i oczekiwała drugiego.

    288

    Godzina minęła; przerwawszy sobie zajęcie jakieś, spojrzałam przez okno. W altance, pomiędzy gęsto już bujającą jasną zielonością chmielu, migotała brudna zieleń bareżowej sukni i z lekka kołysała się w zadumie głowa, niepomiernie zolbrzymiona starganymi i spiętrzonymi lokami.

    289

    W godzinę jeszcze potem, szeroki promień zachodzącego słońca oblał altankę i rozświecił jej głębią, a w różowym świetle tym ukazała się wyraźnie siedząca na ławce kobieta w zielonej sukni, z twarzą rozpaloną i z nieruchomym wytężeniem wpatrzona w błyszczące, jak rubiny, okna oficynki…

    290

    Słońce zaszło; przezroczysty zmrok majowego wieczora ogarniać zaczął ogródek; w altance jednak, śród młodych łodyg, owijających wysmukłe pręty, mętnym zarysem szarzała postać kobieca. Była ona samotna i tylko u nóg jej leżał, w wielki kłąb zwinięty, pstrokaty kundel Filon.

    291

    Wtem otworzyły się drzwi oficynki. Laurenty Tyrkiewicz, rozpromieniony, białą chustką pot sobie z czoła ocierając, w cylindrze, niezupełnie prawidłowo na głowę włożonym, zbiegł z ganku i w żywych poskokach wybiegł za bramę.

    292

    Wtedy kobieta, siedząca w altance, zerwała się z ławki na równe nogi, stanęła nieruchomo i, z wyciągniętą na przód szyją, za odchodzącym patrzyła. Gdy znikł za bramą, długo stała jeszcze, jakby zdumiona i zawiedziona, a potem z wolna przebyła ogródek i do oficynki weszła.

    293

    Wiem dokładnie, co się stało później.

    294

    Gdy Teodora stanęła na progu małej bawialni, oboje Końcowie, matka ich i Helka, siedzieli dokoła stołu przed kanapą, rozmawiając z sobą z cicha, lecz z ożywieniem wielkim. Helka była bardzo różowa i ze śladami łez na twarzy; pan Klemens całował rękę żony, która czule obejmowała jego szyję, a ujrzawszy wchodzącą, z błyskającymi oczyma zawołała:

    295

    — Ach, Teosiu, gdzieżeś była tak długo! O niczym nie wiesz! Powinszujże Helce! Wychodzi za mąż, oświadczył się jej dziś pan Tyrkiewicz i już są po słowie!

    296

    Panna Teodora przyskoczyła do stołu i krzyknęła:

    297

    — Nieprawda! Kłamiesz!

    298

    — Spytaj się brata — odparła spokojnie pani Jadwiga.

    299

    — Naprzód, moja Teosiu — zaczął z powagą pan Klemens — proszę mi do żony mojej tak niegrzecznie nie przemawiać…

    300

    — Co mi tam grzeczność twoja! — wołała kobieta — jeżeli tak dbasz o żonę, dlaczego tak już wcale nie dbasz o siostrę i pozwalasz żonie, aby mi takie kłamstwa w żywe oczy rzucała?

    301

    — Jakie kłamstwa? — zaczął pan Klemens — to czysta prawda jest, i trzeba tylko być głupią, jak ty jesteś, aby temu nie wierzyć!

    302

    — Helciu, pokaż jej pierścionek zaręczynowy! — zawołała do siostry pana Jadwiga.

    303

    Helka podniosła do góry białą rękę, na której błyszczał pierścionek z turkusem. Był to ten sam pierścionek, który pan Laurenty nosił na małym palcu ręki.

    304

    Teodora skamieniała na chwilę, lecz wnet zawołała znowu.

    305

    — Nieprawda! nieprawda! Kłamiesz! kłamiecie wszyscy, dlatego tylko, żeby mnie udręczyć! To nie zaręczynowy pierścionek! ona go tak sobie wzięła! Ukradła może! czy ja wiem?

    306

    — Proszę mi zaraz milczeć! — krzyknął pan Klemens. — Jak śmiesz mówić coś podobnego o siostrze mojej żony!

    307

    — Daj pokój, Klemensie! to wariatka! — wołała pani Jadwiga.

    308

    Helka śmiała się do rozpuku, wołając:

    309

    — Nie pierścionek, nie pierścionek ukradłam ja, ale samego jej narzeczonego!

    310

    A modniarka łagodnym i współczującym głosem wtrąciła w chór ogólny:

    311

    — Może pani wody trochę napije się… tam na komodzie stoi karafka z wodą…

    312

    Kobieta szalała. Ochrypła od krzyku, jakby samą siebie ogłuszyć chciała, wciąż chwytając się za głowę, krzyczała:

    313

    — Kłamiesz, jędzo! Kłamiesz, ty żmijo! Kłamiesz, ty bracie wyrodny! Kłamiecie wszyscy!

    314

    W tej chwili rozległy się na wschodach gankowych śpieszne kroki męskie.

    315

    — Ot i pan Tyrkiewicz wraca! — zawołała pani Jadwiga i dodała:

    316

    — Wiesz co, Teosiu, przestań krzyczeć i zapytaj się samego pana Tyrkiewicza, czy mówimy prawdę, albo nie…

    317

    Tyrkiewicz stanął w progu. Teodora rzuciła się w kąt najciemniejszy. W całym pokoju zresztą zupełnie już prawie ściemniało. Gość, zasapany od szybkiego biegu, niósł w ręku spore i ozdobne pudełko z cukierkami. Przeszedł szybko pokój i, pomimo grubego zmroku, rozpoznawszy śród obecnych Helkę, postawił przed nią pudełko, a sam nachylił się nad rączkami jej, które mu podała:

    318

    — Państwo kochani! — zawołał, prostując się — na miłość Boską, dajcie światła! Niech napatrzę się na moją przyszłą żoneczkę!

    319

    Pani Jadwiga, przepraszając, że zaniedbała obowiązki gospodyni domu, rzuciła się do zapalenia lampy, a Teodora wysunęła się z ciemnego kątka i z oficynki wyszła.

    320

    Widziałam ją, jak w zmroku, pędem błyskawicy przebiegła dziedziniec, a po chwili, nad sufitem moim usłyszałam krzyk połączony ze łkaniem:

    321

    — Boże miłosierny! zlituj się nade mną!

    322

    I nic potem. Przez całą noc panowała na salce cisza zupełna; nie słychać tam było ani jęków, ani płaczu; a gdy nazajutrz wychodziłam około południa na miasto, małe okno, zawieszone nad rozłożystą płaczącą brzozą, szczelnie było zamknięte i za szybami jego migotało tylko pąsowe pierze gilów.

    323

    Pan Klemens, wróciwszy z drukarni, posłał siostrze przez służącą obiad i nawet herbatę, którą umyślnie dla niej urządzić kazał, a potem sam poszedł na salkę i zabawił tam długo. Wyszedł na dziedziniec z miną jakby zmieszaną i zafrasowaną, ale na ganku spotkały go dwie młode kobiety, ujęły po ramiona i, do ogródka zaprowadziwszy, długo przechadzały się tam z nim, szepcąc mu i chichocąc ze stron obu. Około wieczora, Tyrkiewicz przyjechał z dwiema miejskimi dorożkami, i całe towarzystwo zabrał z sobą na zamiejską przejażdżkę. Dzieci nawet pojechały i Filon za dorożkami pobiegł.

    324

    Późno już było, a Końcowie nie wrócili jeszcze, bo z przejażdżki zajechać mieli do ciotki narzeczonego. W zagrodzie całej panowała cisza zupełna, przerywana tylko nuceniem młodej służącej, szyjącej przy małej lampce w kuchni oficynki, i żałosnym miauczeniem białego kotka, siedzącego na poręczy ganku, gdy do pokoju mego weszła panna Teodora. Miała na sobie znowu dawną swą czarną sukienkę, a włosy jej, niedbale w jeden warkocz splecione, nie kręciły się już nawet w dawne nad czołem loczki. Przez upłynioną dobę postarzała o lat dziesięć. Policzki jej obwisły i pomarszczyły się, źrenice przygasły, ręce drżały widocznie.

    325

    — Przyszłam pożegnać się z panią — rzekła cichym bardzo, bezsilnym głosem — jutro wynoszę się z salki…

    326

    Zdziwiła mnie wiadomość ta. Myślałam z razu, że w żalu i urazie dobrowolnie opuszcza dom brata, i chciałam perswadować jej, aby tego nie uczyniła.

    327

    Uśmiechnęła się gorzko.

    328

    — Zapewne — przerwała mi — gdybym mogła, zostałabym… Choć życie byłoby mi tu dwa razy jeszcze cięższe, niż wprzódy; ale… tułaczka po świecie… straszna, głód… jeszcze straszniejszy, i tak przywykłam do ścian tych rodzicielskich… Zostałabym już do końca, daj Boże, prędkiego… ale nie mogę! Wyprawiają mnie stąd… Matka panny młodej na salce mieszkać będzie…

    329

    Coś, jakby spazm płaczu, jęknęło w jej piersi; lecz zaraz potem, tym samym, co wprzódy, bezdźwięcznym szeptem, mówić zaczęła:

    330

    — Brat powiedział, że mogę jeszcze miesiąc tu pomieszkać… aż do ich ślubu, a należność moją, te trzysta rubli, wypłaci mi, kiedy zażądam, choćby zaraz… Otóż ja jutro pieniądze wezmę i wyniosę się. Nie chcę już więcej im na drodze stać, niech już sobie zaraz zabierają ten kątek… Miesiąc pierwej, czy później, wszystko jedno… a może i lepiej, że z nim się już nie spotkam; bo choć mu z całego serca przebaczyłam, ciężko by mi było teraz na niego patrzeć…!

    331

    Było to jedyne jej o Tyrkiewiczu wspomnienie. Zdaje się, iż wstydziła się długich swych złudzeń i lękała się przy tym wspominać go, aby czegoś złego o nim nie powiedzieć. Jedną tylko jeszcze uczyniła o przeszłości ukośną wzmiankę:

    332

    — Taka byłam ślepa! — szepnęła — nie widziałam wcale, co się koło mnie działo… sądziłam według siebie… Wszystko teraz skończone… i tylko o kącie jakim i kawałku chleba myśleć muszę…

    333

    Zapytałam ją, co z sobą uczynić zamierza… Powiedziała mi, że zamieszka u dawnej znajomej swojej, starej kobiety, utrzymującej się z robót ręcznych.

    334

    — Może pani uważała w zaułku ten domek maleńki, z dwoma okienkami nad samą ziemią, za okienkami wiszą zawsze na pokaz roboty różne… podstawki włóczkowe, paciorkowe profitki i buciki dziecinne… Będę tam mieszkać, bieliznę brać do szycia i, we dwie żyjąc, będziemy łatać się jakkolwiek, byle do końca.

    335

    Gorącą, jak ogień, dłonią uścisnęła mi silnie rękę i wyszła. W twarzy jej zestarzałej i martwej, w zgasłym wzroku i ruchach powolnych, panowała grobowa cisza. Gdyby nie ustawiczne drżenie rąk i krótkie, rozpaczne błyski, przebiegające od chwili do chwili po jej źrenicach, można byłoby myśleć, że była zupełnie spokojna.

    336

    Nazajutrz, pan Klemens tłumaczył się przede mną z postępku swego względem siostry.

    337

    — Widzi pani — mówił — jej przecież wszystko jedno, gdzie mieszkać będzie, a nawet gdzie indziej spokojniej i lepiej jej być może, niż u nas, bo z żoną moją zżyć się jakoś nie mogły… mnie zaś salka ta koniecznie jest potrzebna. Tyrkiewicz przepada za narzeczoną, a stąd i matkę jej chce do siebie przytulić… Nie mogęż [1]ja odmawiać człowiekowi takiemu, który wielki honor robi nam wszystkim, żeniąc się z siostrą żony mojej… A i żona przecież coś znaczy… i od dawna chce matkę mieć bliżej siebie… Nie mogęż ja wszystkim na przekór robić, tym bardziej, jeżeli przez to żadnej krzywdy nikomu się nie wyrządzi… A jakaż Teosi krzywda? Należność jej wypłacę natychmiast całkowitą, i zapominać o niej nie będę… biedy nie zazna nigdy.

    338

    Ostatnie wyrazy wymówił tonem silnego i szczerego postanowienia. Pomimo wszystkiego, trochę mu żal było siostry, i uspokajał sumienie swe obietnicami czuwania nad bytem jej, choć z daleka.

    339

    Teodora do samego południa opróżniała komodę swą, i wyjęte z niej łachmanki układała do kufra i tłomoka. Potem przez najętego posłańca odesłała tłomok i kufer na zaułek, do domu z małymi okienkami, umieszczonymi nad samą ziemią i, upatrzywszy chwilę, w której ani Tyrkiewicz, ani Helka, nie znajdowali się w oficynce, poszła pożegnać się z braterstwem, a głównie z ich dziećmi. Poniosła też tam dwie klatki z gilami.

    340

    Pożegnanie długo nie trwało. Pani Jadwiga, na szczycie powodzeń, chciała być wspaniałomyślną i darować odchodzącej jedną ze swych sukien. Ale ona nie przyjęła podarunku, tylko prosiła, żeby gile jej miały dobre obejście się i wygodę. Dzieci zanosiły się od płaczu, gdy powiedziała im, że odchodzi na zawsze, i chciały biec za nią, ale zamknięto je w sypialnym pokoju, Teodora zaś wyszła z oficynki sama, z koszykiem w ręku i w chusteczce na głowie. Chciała widocznie, nie oglądając się, wyjść z dziedzińca; w furtce jednak stanęła, przez chwilę na ogródek, dom, oficynę i stajenkę patrzyła i, jakby ani ustać dłużej, ani odejść jeszcze nie mogła, usiadła na progu furtki, i z chustką przyłożoną do twarzy, przez kilka minut cichuteńko płakała. Odjęła potem chustkę od twarzy, podniosła się z ciężkością i — poszła.

    341

    Wiele lat upłynęło od czasu tego do chwili, w której znalazłam się znowu na ulicy Kwietnej. Mijając porządny sześciookienny dom z błękitnymi okienicami, przypomniałam sobie rodzinę Końców, i pomyślałam o odwiedzeniu dawnych mych znajomych.

    342

    Weszłam na dziedziniec i nie wiedziałam prawie, dokąd udać się mam, tak oficynka, w której mieszkali Końcowie, zmienioną miała postać. Podwyższono ją i powiększono znacznie. Ogródek też rozszerzonym był podwójnie, dokupionym snadź placem, a budynki, sztachety, i w ogóle otoczenie całe, objawiało zwiększający się dostatek, i pilne o zwiększenie jego staranie.

    343

    W oficynie, w bawialni, której okna świeżo ładnie były pomalowane, a obok dawnych, żółtych sprzętów, znajdowały się nowsze już i wykwintniejsze, znalazłam zgromadzoną około obiadu rodzinę całą. Poznano mnie od razu i powitano uprzejmie.

    344

    Pani Jadwiga nie tylko, że była jeszcze piękna, ale piękność jej stała się milszą oku przez nabranie powagi pewnej i spokoju. Upłynione lata, przebywanie ciągłe z ukochaną matką i siostrą, a może też i wzrastająca liczba dzieci, uspokoiły snadź burzliwy jej temperament. W twarzy jej odbijało się zupełne zadowolenie z losu, a gdy patrzyła na męża, widać było we wzroku jej szacunek i przywiązanie.

    345

    Pan Klemens też poważniejszym jeszcze wyglądał, jak dawniej; utył znacznie, staranniej daleko ubierał się, a każde poruszenie i słowo jego znamionowało, że czuł się nie tylko szczęśliwym, ale też użytecznym i coś w świecie znaczącym. Zecerską pracę rzucił od lat kilku, został radcą w magistracie, znaczny wpływ wywierał na sprawy miejskie i… zbierał powoli pieniądze, aby zakupić plac i dom sąsiedni. Nie mogłam sama zaprzeczyć, że poczucie godności i użyteczności własnej w człowieku tym posiadało słuszne podstawy. Spełniał on wszystko, co na stanowisku swym spełniać był powinien; przedstawiał sobą dodatni typ pracowitego i uczciwie, porządnie żyjącego mieszczanina.

    346

    Obok ojca i matki, dokoła stołu, zastawionego prostym, lecz obfitym pożywieniem, siedziało dzieci pięcioro; najstarszy, Janek, w szkolnym mundurze, Maniusia, podlotek, wystrojona, ładniutka i roztropna, i troje młodszych, zdrowych, wesołych i nieźle przez rodziców prowadzonych.

    347

    Gwarno tam było i wesoło, w małej tej bawialni, za której weneckimi oknami stały grusze rozłożyste, osypane żółtawym już liściem i niezebranym dotąd obfitym owocem, a gwar i wesołość wzmogły się jeszcze, gdy wbiegła tam pani Tyrkiewiczowa, piękna zawsze, żywa i rezolutna kobieta, oznajmiając, iż mąż jej wyjechał z miasta na dzień cały, i że ona braterstwo z całą kompanią na herbatę do siebie zaprasza.

    348

    — Mama niezdrowa i przyjść do was nie może, a chce dzieci widzieć… — dodała.

    349

    Po wyjściu pani Heleny, dowiedziałam się, że Tyrkiewiczowie dzieci swoich nie mieli, i bratanków kochali, jakby dzieci własne; że Tyrkiewicz zajmował się wciąż spekulacjami różnymi, stawał się coraz bogatszym, i szwagra do spółki w interesach przyjmował. Wszyscy razem żyli tu w zgodzie, wesoło, z najlepszymi na przyszłość nadziejami.

    350

    Zapytałam o pannę Teodorę; pan Klemens opowiedział mi, że kobieta, do której się była przeniosła z razu, dawno już umarła, i że siostra jego mieszka w zaułku, na salce, w domu, którego numer wskazał mi dokładnie.

    351

    — Nie zapominam o niej — dodał — płacę jej regularnie miesięczną pensją, bo pieniądze swoje dawno przeżyła… stratną jest bardzo i wydawała za wiele…

    352

    W godzinę potem, znalazłszy z łatwością dom wskazany mi przez pana Klemensa, weszłam po chwiejących się drabiniastych schodach na strych tak ciemny, że, potykając się na każdym kroku, omackiem prawie znalazłam jakieś, pakułą obite, drzwiczki. Przez wąziuchne, w górze wyrznięte, okienka i szczeliny w ścianach, wpadał zimny wiatr jesienny, i z jękliwymi gwizdami przelatywał po strychu. Zastukałam do drzwiczek, a nie otrzymując odpowiedzi żadnej, uchyliłam je z wolna. Widok, który przedstawił mi się od progu, był takim, że nie mogłam z razu zdać sobie sprawy z tego, gdzie się znajduję.

    353

    Był to niby pokoik, ale bardzo dziwny. Malutki, więcej długi niż szeroki, posiadał on u góry niezmiernie wąski szlaczek sufitu, poniżej zaś ściany opadały ku podłodze, w linii zupełnie ukośnej, tak, że tworzyły doskonały, u góry rozwarty, trójkąt.

    354

    Szczególna ta struktura tak zwanej salki, spowodowana oszczędzaniem miejsca i ogólną architekturą domostwa, czyniła ją uderzająco podobną do trumny. Wąski szlaczek sufitu wraz z ukośnie spadzistymi ścianami odtwarzał wieko trumny z dokładnością zupełną. Pokoik ten przejść było można w wyprostowanej postawie po jednej tylko linii, wykreślonej w samym jego środku; o krok jeden zboczywszy z linii tej, najmierniejszego wzrostu człowiek musiałby się już pochylać. Przy samych drzwiczkach znajdował się piecyk gliniany i kruszący się; pod jedną ze ścian stały wieszadła, pełne starej, wypłowiałej odzieży; w głębi zaś mętnie świeciło malutkie okienko, a przy nim był stół i parę stołków. Na jednym ze stołków siedziała malutka, wyschła kobiecina, w watowanym, podartym trochę, tołubku, bez czepka, ale z głową, bogato okrytą warkoczami zupełnie prawie białych włosów. Siedziała, bokiem zwrócona do okna i drutową robotą zajęta; na tle mętnych szybek rysował się profil jej suchy, zaostrzony wklęśnięciem ust i policzków, z gęsto pomarszczonym czołem.

    355

    Nie zaraz mnie poznała, ale gdy powiedziałam jej moje nazwisko, uśmiechnęła się uprzejmie i prosiła, abym usiadła. W izdebce, do zrujnowanego strychu przytykającej, czuć było wilgotny, przejmujący chłód; ciemnawo też tam być musiało ciągle, bo o parę łokci zaledwie od okienka wznosiła się szeroka, brudnoszara facjata stajni jakiejś, przy spichrza. Z powodu facjaty tej, z okienka nic a nic widać nie było, ani nieba, ani ludzi, ani domostw, ani nawet bruku dziedzińca, ciasnego i dusznego.

    356

    Zapytałam ją o zdrowie.

    357

    — Nieszczególnie, nieszczególnie — odpowiedziała — nocami nie sypiam, niedowidzieć zaczynam i nogi mi puchną… Widocznie koniec mój już się zbliża, i dziękowałabym za to Panu Bogu, gdyby nie to, że strach mi trochę zamrzeć tak kiedy śród nocy, samej jednej, bez ludzkiej ręki, która by mi kroplę wody podała i na daleką drogę dobrem słowem mnie obdarzyła…

    358

    Gdy mówiła to, wklęsłe wargi jej zadrżały. Zaczęłam mówić, że przecież krewni jej, braterstwo i ich dzieci…

    359

    Uczyniła trzęsącą się ręką gest łagodny, lecz zniechęcony, i przerwała:

    360

    — E! proszę pani! Już ja się tego nie spodziewam, aby ktokolwiek z nich stanął mi w ostatniej godzinie pomocą i pociechą! Brat bratem jest mi zawsze… nie ma co mówić… Daje mi regularnie kilka rubli na miesiąc, abym z głodu nie marła i pod kościół żebrać nie szła… Bo te pieniądze, co wzięłam od niego, rozeszły się dawno. Trzysta rubli… toć to nie skarby żadne… Chorowałam… i nieboszczkę tę, u której zamieszkałam była, własnym kosztem pochowałam… to i rozeszły się. Dawno już tedy z jałmużny braterskiej żyję, bo zarobić już nic nie mogę, i dość by mi było tego, co on mi daje, zupełnie dość, gdyby tylko nie ten strach i smutek, że ot tak sama jedna jestem!

    361

    Mówiła mi potem, że brat odwiedza ją parę razy na rok, na chwilę wpada, bo podobno zajęty bardzo i czasu nie ma! U braterstwa raz tylko była króciuteńko z odwiedzinami, i wtedy tylko bratową widziała…

    362

    — Co mi tam w oczy jej leźć! Nie lubi mnie! Bóg z nią…!

    363

    — A dzieci brata czy odwiedzają panią czasem?

    364

    Na pytanie to wstrząsnęła głową i długo nią wstrząsała. Do źrenic jej spłowiałych, ale zawsze jeszcze świecących na dnie czystym szafirem, nadbiegły łzy…

    365

    — Janka i Maniusię przysyłali mi czasem z początku, ale potem, kiedy Janek do szkół zaczął chodzić, a Maniusia podrosła, przysyłać przestali. Młodszych nie widziałam nigdy…

    366

    Kiedy wymawiała imiona dawnych ulubieńców swych, które tak długo i czule na rękach swych piastowała, łzy napełniające jej oczy, wydobyły się spod zżółkłej powieki i spłynęły z wolna po obwisłych, zmarszczonych policzkach. Zresztą nie skarżyła się wcale, nie wyrzekała na nikogo, spokojnie i po dawnemu pokazywać mi zaczęła swoje roboty. Były to pończoszki, buciki i kaftaniczki dziecinne, na drutach robione, różnych rozmiarów.

    367

    — Kiedy mi grosz jaki zostanie od kupienia garstki krup i bułki chleba i od zapłaty za kwaterę, kupuję sobie włóczki, bawełny, i dłubię te maleństwo, a potem przez żonę stróża dla tych kochanych robaczków posyłam. Niech tym sposobem przynajmniej wiedzą, że mają ciotkę.

    368

    Pokazywała mi nogi swoje, obrzękłe od stóp aż do kolan i, jak mówiła, bardzo bolące. Potem z ciężkością podnosząc się ze stołka, rzekła:

    369

    — Jeszczem dziś nic nie jadła. Przepraszam panią, ale muszę w piecyku zapalić i obiad sobie zgotować…

    370

    Przywlokła się do glinianego piecyka, zapaliła w nim parę drewienek, i przystawiła do ognia wodę w małym garnuszku. Z całej siły szczupłej swej piersi dmuchała na ogień, aby się żywiej palił, a gdy rozpalił się już i woda w garnuszku zawrzała, wsypała do niej garstkę krup i szczyptę soli, a siedząc wciąż na ziemi, zwróciła się ku mnie i zapytała:

    371

    — Czy pani była u mego brata?

    372

    Odpowiedziałam twierdząco. Milczała chwilę; potem, opierając brodę na ręku i mrużącymi się oczyma patrząc w ogień, mówić zaczęła:

    373

    — Słyszałam, że u nich teraz ładnie bardzo i wesoło. Co dziwnego? Dobrze się mają i w zgodzie podobno żyją… Mieszkanie sobie ustroili jak cacko, znacznych ludzi przyjmują i… pięcioro aniołków wciąż koło siebie mają…

    374

    Po chwili milczenia dodała znowu:

    375

    — U Tyrkiewiczów to już pewno pani nie była; ale słyszała pani może, że pan Laurenty coraz więcej pieniędzy zbiera, a wszyscy w całym mieście bardzo go poważają i szanują… Żonka go, słyszę, za nos wodzi, ale wierna mu podobno, nie ma co mówić, wierna, i zaszczyt mu przed ludźmi robi ładną twarzyczką… a on przepada za nią. Ot i jemu także dobrze na świecie!

    376

    Umilkła. Blask ognia migotał po siwych jej włosach i złocił twarz żółtą, uwydatniając chudość jej i wszystkie zmarszczki. Wymówiwszy ostatnie wyrazy, powolne spojrzenie powiodła po opadających nad nią, do wieka trumny podobnych, ścianach; po wieszadłach, z których melancholijnie opuszczały się stare łachmany, po nadpróchniałym łóżku, okrytym podartą kołderką; spojrzała potem na wielką facjatę stajni, więziennie przysłaniającą jej okno, na podarty tołubek swój i obrzękłe nogi, a patrząc znowu w ogień i trzęsąc głową, kilka razy szepnęła:

    377

    — Czternasta część! czternasta część!

    Przypisy

    [1]

    mogęż — partykuła wzmacniająca o funkcji pytajnej -że, skrócona do -ż; inaczej: czy mogę, czyż mogę. [przypis edytorski]