<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#"><rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/orkan-planety-wilija/">
    <dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Orkan, Władysław</dc:creator>
    <dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2015-10-23</dc:date>
    <dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1930</dc:date.pd>
    <dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl) na podstawie tekstu dostępnego w serwisie Wikiźródła (http://pl.wikisource.org). Redakcję techniczną wykonał Wojciech Kotwica, a korektę ze źródłem wikiskrybowie. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.</dc:description>
    <dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
    <dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/planety-wilija/</dc:identifier.url>
    <dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
    <dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
    <dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Władysław Orkan zm. 1930</dc:rights>
    <dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Władysław Orkan, Płanety, Bibljoteka Domu Polskiego, Warszawa 1927.</dc:source>
    <dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://pl.wikisource.org/wiki/P%C5%82anety/Wilija</dc:source.URL>
    <dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Nowela</dc:subject.genre>
    <dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Modernizm</dc:subject.period>
    <dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
    <dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Wilija</dc:title>
    <dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<developmentStage>0.3</developmentStage>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/image/4926.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Drops on a spider web, Vincent@Flickr, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/4926</dc:relation.coverImage.source>

</rdf:Description></rdf:RDF><opowiadanie>

<autor_utworu>Władysław Orkan</autor_utworu>

<dzielo_nadrzedne>Płanety</dzielo_nadrzedne>


<nazwa_utworu>Wilija</nazwa_utworu>

<akap>W chałupie Błażeja Szczypty panuje jakiś świąteczny nastrój. Wprawdzie nic się tu nie zmieniło od wczoraj; te same czarne, odymione ściany, te same sprzęty w izbie, nawet może więcej śmiecia leży na glinianej podłodze, ale widać z powszechnej ,,uwijacki", z radosnego oczekiwania, malującego się na wynędzniałych twarzach dzieci, że ma nastąpić jakaś ważna chwila, jakieś wielkie święto... I te widoczne, zapowiednie znaki robią ten dzień niepowszednim, różnym od szarych dni całego roku. To dzień wilji Bożego Narodzenia...</akap>

<akap>Wiedzą już o tem i dzieci, bo im wczoraj matka zapowiedziała wyraźnie:</akap>

<akap_dialog>--- Pamiętajcież se dobrze, żeby mi jutro żadne na karę nie zasłużyło!... Bo jak na wilię dostanie bicie, to je bez caluteńki rok to samo czeka...</akap_dialog>

<akap>A ojciec przybaczył im jeszcze dziś rano napomnienie matki, gdy wychodząc z ciupagą uciąć podłaźniczkę, popatrzał na nie z napół surowym uśmiechem i rzekł od progu:</akap>

<akap_dialog>--- Nie dokazujcie, ino słuchajcie mamy, bo ,,na wiliją --- dzieci biją"...</akap_dialog>

<akap>Tereska nie potrzebowała napomnienia; miała już piętnaście lat i właśnie pomagała matusi w zarabianiu ciasta z jęczmiennej mąki, ale średni Wojtuś, a zwłaszcza najmłodszy Józuś, który w izbie robił hałas za dziesięciu --- ci dwaj zbereźnicy, gdyby nie zapowiedź całorocznej kary, nie siedzieliby tak spokojnie w kącie...</akap>

<akap_dialog>--- Tereś! --- zwróciła się matka do dziewczyny, która z zagiętymi po łokcie rękawami lnianej koszuli mięszała ciasto na nieckach --- umyj se ręce i zabier się do innej roboty. Ja to już sama skończę. Przynieś karpiele z piwnicy, obier je, a potem przygotuj grzyby i kapustę...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dyć jeszcze czas... --- zauważyła Terenia, nie chcąc przerywać miłej roboty. Lubiła patrzeć, jak się jej ciasto wymykało z pod drobnych paluszków.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie czas, nie, bo wieczór na ramieniu. Kież się uwarzy?... A groch trza długo gotować, coby uwrzał...</akap_dialog>

<akap>Tereska, rada nie rada, musiała słuchać. Wyjęła leniwie ręce, opłukała w ciepłej wodzie, odwinęła rękawy i przeszła z koszykiem do piwnicy.</akap>

<akap>Matka tymczasem wymiesiła do reszty ciasto, zarobiła drożdże i ustawiła niecki na piecu.</akap>

<akap_dialog>--- W cieple może się prędzej ruszy... --- szepnęła do siebie i zabrała się do gniecenia bryndzy na szerokiej misce, lejąc mleko słodkie i bijąc pół kopy jaj.</akap_dialog>

<akap>Dwaj chłopcy przybliżyli się ku niej.</akap>

<akap_dialog>--- Mamusiu, co to będzie? --- zapytał nieśmiało młodszy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Kołacze będą...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dziś?... --- spytał starszy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dziś póst... nie wiesz o tem? Wilija...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To nic nie będziemy jeść, bo mama powiedziała Teresie, że dopiero na wieczór ugotuje...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Na wiliją... --- oświadczyła matka.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To dopiero wieczór wilija?... --- pytał żałośnie młodszy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Cały dzień wilija, ale się dopiero na wieczór je...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Na wieczór!... --- szepnęli smutno obydwa i spojrzeli ku garnkom, stojącym rzędem na nalepie.</akap_dialog>

<akap>Niezadługo wróciła Tereska i jęła się łupienia kartofli. Matka pokończyła swoje, zapaliła w piecu i szła robota po robocie, raźno, wartko... W dymnej izbie wisiało oczekiwanie rok niewidzianej wilji...</akap>

<akap>Niebawem i Błażej wrócił z podłaźnicką. Zmarzł jak sęk, bił kerpcami o ziemię i pchał się ku piecowi...</akap>

<akap_dialog>--- Mróz, jak sto djabł...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Cit!... --- pogroziła mu żona --- wilija dzień święty... Nie obrażaj Boga i ku piecowi się nie pchaj, boś nie piecuch!... Jeszcze mi do ciasta naprószysz. W izbie nie umarzniesz...</akap_dialog>

<akap>Błażej, zbity z tropu, łypnął oczami, jeszcze raz kerpcem jęknął o ziemię i pognał do stajni, wrzucić wołom garść siana. O woły dbał, jak każdy chłop, który im ma co dawać...</akap>

<akap_dialog>--- Tereska! --- zbaczyła se matka --- leć no za ojcem, niech zruci drobnego siana...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Na stół! Prawda! --- klasnęło w dłonie dziewczę i pobiegło za ojcem na boisko.</akap_dialog>

<akap>Matka przykładała drew do pieca. Dym walił się na izbę i sięgał prawie do samej ziemi. Dusiła się kobiecina, raz po raz wycierała oczy fartuchem i uparcie nie odstępowała nalepy...</akap>

<akap_dialog>--- Dyć się przecie musi przewalić... --- powtarzała głośno.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mamo! szczypie! dym!... --- wołoł Józuś.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To idź do izdebki... czemu tu siedzisz?...</akap_dialog>

<akap>Wojtuś pociągnął braciszka, rzucili się strzałą przez sień, drzwi tylko do izdebki zaskrzypiały... Dym pchał się otwartemi na oścież drzwiami, ale z izby nie ustępował. Wszędzie go było pełno.</akap>

<akap_dialog>--- Niech będzie pochwalony!... --- rozległo się w sieni.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Na wieki wieków!... --- wypadło od nalepy. Błażejowa przetarła lepiej oczy, nachylając się, by dojrzeć, kto tam taki...</akap_dialog>

<akap>Na progu zarysowała się ciemno, jak we mgle, chuda postać.</akap>

<akap_dialog>--- A, to ty, Jagnieś!... Pójdź-że dalej, ale tu dym...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A tam mróz, sto razy gorszy od dymu... --- odpowiedziała zgrzytliwie i przypadła do nóg gospodyni. --- O, moja gosposiczko!...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie schylaj się, nie... Skądże idziesz?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Pytajcie się, kaj idę... bo sama nie wiem. U ludzi wilija, a u mnie zawdy póst...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No, siądźno, siądź, nie narzekaj --- mówiła łagodnie gospodyni. --- Zostaniesz na wiliję u nas. Nie dużo nas, to się zmieścisz...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O, moja gosposiczko!... --- drugi raz przypadła do nóg Błażejowej. Nie miała słów podzięki. Ona, biedna komornica, raz będzie na ,,porządnej wilji", w cieple, przy pełnych miskach... Zdumiona nieoczekiwanem szczęściem, siadła nieśmiało na ławie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Cóż ta u ludzi słychać? --- spytała po małej chwili gospodyni.</akap_dialog>

<akap>Jagnieszka nie odpowiadała, rozbierając w myśli zaprosiny, nie dowierzając jeszcze... Gospodyni powtórzyła zapytanie.</akap>

<akap_dialog>--- U ludzi? u ludzi, pytacie?... Jak zwyczajnie na wilję --- każdy ciągnie do chałupy i znosi, co może... Jasiek z Brzegu kupił worek mąki od żyda...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czy mu już brakło ziarna?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Co mieli, to zjedli na jadwencie. Ho! nie każdy to ma swoje, nie każdy...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No i pomyślijcie, kaj ta do przednowku, a już kupują...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- La biednych cały rok przednowek.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dyć tak, nie inaczej... --- zadumała się gospodyni, patrząc z założonemi rękami w trzaskający ogień. Myślała o przyszłości, o dzieciach swoich... ,,Dziś jeszcze mają... ale potem, za jakiś czas... czy się obejdą na wiliję o swojem? Czy ich bieda nie zmusi kupować --- i za co?..."</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Rusza się... rusza!... --- wołał wesoło mały Józuś, który już wpadł z izdebki i wskazywał rozwartemi palcami na niecki. Jagnieszka podniosła się z ławy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Bez uroku! piekne ciasto. Będą się kołacze darzyć...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Oh, już czas! a ja się zagadała... --- karciła się gospodyni. Zdjęła z pieca niecki i przyklepywała dłonią ciasto, które wypychały na boki żywe drożdże.</akap_dialog>

<akap>Błażej wszedł do izby, a za nim wbiegła Teresa, niosąc na narączku drobne siano.</akap>

<akap_dialog>--- Cóż tak siedzicie? --- zburczała ich gospodyni. --- Tereś! Bój się Boga, to już dawno z połednia, a jeszcze ci nic nie wre... Kładź-że drewna na ogień i gotuj co tchu! Siano podścielisz na dość czasu...</akap_dialog>

<akap>Komornica schyliła się z bojaźnią do kolan gazdy, pytając nieśmiało, czy nie będzie markotno, że ją gaździna zatrzymała na wiliją... Chłop się rozśmiał dobrodusznie. Więc, bardzo rada, pozwijała się w kłębek i siedziała odtąd cicho w kącie, pragnąc jak najmniej miejsca zajmować...</akap>

<akap>Tereska zwinęła się koło nalepy, podnieciła ogień. Z garnków buchała para na izbę, z której już dym ustąpił drzwiami i okiennicą na górę... Matka rozklaskiwała placki, kładła na nie bryndzę i sadzała do pieca, żegnając je krzyżem, by się lepiej darzyły... Kołacze rumieniły się w piecowym warze, rosły, a dzieci miały z tego okrutną uciechę, tylko, że o mało się im bicia nie dostało, bo podłaziły matce pod łopatę, na której wsadzała placki.</akap>

<akap>Błażej zaś ,,śwarniał się" po izbie tu i tam. Bydłu polanie przyniósł, podłaźniczkę obcinał, ale i głód mu ściskał wnętrzności, bo często zazierał do garnków, rychło się uwarzy...</akap>

<akap>Mroczyło się powoli... Nadchodził wilijny wieczór. Czuć go już było w podnieconej gorączce oczekiwania, malującego się na zgłodniałych twarzach. Nie dziwota --- od rana nic nie jedli, żeby na wiliję módz więcej przełknąć i bardziej się ucieszyć...</akap>

<akap>Matka już powsadzała placki, zatkała piec i zajęła się przystrojeniem wieczerzy...</akap>

<akap>Cztery duże miski stały na skrzyni. Rozmaite ,,warzywo" z garnków wypełniło je po brzegi.</akap>

<akap>Podczas, gdy się jedzenie chłódziło, zaścielono w izdebce stół drobnem sianem i przykryto lnianą paruchą.</akap>

<akap>Wszyscy przeszli do izdebki i poklękli na ziemi...</akap>

<akap_dialog>--- ,,Pobłogosław, Panie, te dary..." --- mówił z przejęciem Błażej, a inni powtarzali za nim...</akap_dialog>

<akap>Tylko mały Józuś nie uczuwał tego nastroju religijnego, pierwszy wygramolił się za stół na ławę i wybrał swoją łyżkę, a w czasie modlitwy zjadł dwa opłatki, rozważnie pominąwszy leżący przed sobą, bo wiedział, że ten mu i tak nie ucieknie...</akap>

<akap>Z przejęciem tej ważnej chwili obsiedli stół, a gdy gospodyni pownosiła miski i zajęła swe miejsce, poczęli się łamać opłatkiem... Łamali się naprzemian wszyscy, po dwa, po trzy razy. Dzieci chichotały głośno, komornica łzy miała w oczach; powaga chwili rysowała się w twarzy Błażeja i żony jego... Ręka mu drżała, gdy jej podawał opłatek...</akap>

<akap_dialog>--- Niech Pan Bóg dobry pozwoli dożyć... doczekać drugiej wiliji w szczęściu... zgodzie --- pocałował krucze włosy żony. Komornica się nażyczyć nie mogła obojgu, że ją tak przygarnęli...</akap_dialog>

<akap>Wesołość powróciła, gdy matka podała pierwszą miskę. Rzucili się zgłodniali i wyławiali drewnianemi łyżkam okrągły groch w brunatnej wodzie... Potem szła kapusta z grochem i suszonemi grzybami, polewka śliwowa z ziemniakami, na ostatku karpiele ze słodkiem mlekiem...</akap>

<akap>Dwie miski wypróżnili z kretesem, na trzeciej zostało na dnie mało co, na ostatniej najwięcej...</akap>

<akap>Najedli się do syta, jak w żadnym dniu całego roku --- i to była ich ,,wilija"...</akap>

<akap>Matka pozlewała resztę jadła bydłu na polanie.</akap>

<akap_dialog>--- Przecie i ono czuje, że dziś o północy zjawi się Zbawiciel światu --- mówił Błażej. --- Niech zje, niech i ono ma wiliję, jak się patrzy...</akap_dialog>

<akap>Po wieczerzy, ojciec wniósł podłaźniczkę do izdebki, siadł przy stole i począł wycinać nożyczkami kółka z opłatków kolorowych. Dzieci przysunęły się ku niemu, zapatrzone, szczęśliwe, jak nigdy...</akap>

<akap>Gdy gospodyni wyjęła upieczone kołacze i wyniosła na chłód, a Tereska skończyła odbywać się z bydłem --- wszyscy znaleźli się razem w ciepłej izbie, gwarząc wesoło i ubierając podłaźniczkę...</akap>

<akap>I wieczór prędko zleciał. Przed północkiem wpadł Wojtek z Doliny, zmarznięty, jak kołek, nie mogąc nawet palców rozprościć, w których dzierżył zadymioną latarkę...</akap>

<akap_dialog>--- Idziecie na jutrznię?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Idziemy...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To się zbierzcie.</akap_dialog>

<akap>Tańczył po izbie, by się jako rozgrzać, a tymczasem Błażejowa z Tereską wdziewały łachy. Błażej się obuwał i pchał ociepki słomy do kerpców, bo mróz nie śpasuje...</akap>

<akap>Wnetki się zebrali i poszli razem na jutrznię. W chaupie została komornica z dwojgiem dzieci, uszczęśliwiona, że posiedzi w cieple po takiej uczcie; miała jednak niemało kłopotu z Józusiem, który nie mógł usnąć i wrzeszczał co chwila, że mu ,,wilija siedzi w brzusku i gniecie"...</akap>

</opowiadanie></utwor>