<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/nietzsche-ryszard-wagner-w-bayreuth/">
<dc:creator xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Nietzsche, Friedrich</dc:creator>
<dc:title xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Ryszard Wagner w Bayreuth</dc:title>
<dc:contributor.translator xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Cumft-Pieńkowska, Maria</dc:contributor.translator>
<dc:contributor.editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Modernizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Esej</dc:subject.genre>
<dc:description xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana z egzemplarza pochodzacego ze strony: http://http://rcin.org.pl. Wydano z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Eine Publikation im Rahmen des Projektes Wolne Lektury. Herausgegeben mit finanzieller Unterstützung der Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit.</dc:description>
<dc:identifier.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/ryszard-wagner-w-bayreuth</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">http://rcin.org.pl/dlibra/docmetadata?id=20088&amp;from=&amp;dirids=1&amp;ver_id=&amp;lp=1&amp;QI=</dc:source.URL>
<dc:source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Friedrich Nietzsche, Ryszard Wagner w Bayreuth, tłum. Maria Cumft-Pieńkowska, Wyd. Władysława Okręta, Warszawa 1901.</dc:source>
<dc:rights xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Domena publiczna - Freidrich Nietzsche zm. 1900</dc:rights>
<dc:date.pd xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">1971</dc:date.pd>
<dc:format xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">xml</dc:format>
<dc:type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">text</dc:type>
<dc:type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="en">text</dc:type>
<dc:date xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">2014-11-21</dc:date>
<dc:language xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">pol</dc:language>
<dc:relation.hasFormat xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" id="pdf">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/ryszard-wagner-w-bayreuth.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0575-0</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" id="html">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/ryszard-wagner-w-bayreuth.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1569-8</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" id="txt">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/ryszard-wagner-w-bayreuth.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2524-6</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" id="epub">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/ryszard-wagner-w-bayreuth.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3571-9</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" id="mobi">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/ryszard-wagner-w-bayreuth.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4657-9</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<category.thema.main>QD</category.thema.main>
    <category.thema>ABA</category.thema>
    <dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/7547.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Wagner, Ryszard, Trojanowski, Wincenty (1859-1928), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/7547/</dc:relation.coverImage.source>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><powiesc>
<abstrakt>
<akap>Ryszard Wagner w Bayeruth to stosunkowo wczesny (1876) esej Fryderyka Nietzschego.</akap>


 
<akap>Jest to napisana poetyckim, pełnym patosu językiem opowieść o rozwoju twórczej osobowości Ryszarda Wagnera. Jest to nie tylko pochwała muzyki samej w sobie, ale także jej wpływu na społeczeństwo. Kulminację tekstu stanowi stwierdzenie, że Wagner to sztuka dla przyszłego ludu, wybiegająca w proroczym rozumieniu świata poza teraźniejszość.</akap>


</abstrakt>
<autor_utworu>Fryderyk Nietzsche</autor_utworu>



<nazwa_utworu>Ryszard Wagner
w Bayreuth<pe><slowo_obce>Ryszard Wagner
w Bayreuth</slowo_obce> --- tekst, powstały w r. 1876, a więc we wczesnym okresie twórczości Nietzschego, pochodzi ze zbioru <tytul_dziela>Rozmyślania nie na czasie</tytul_dziela>.</pe></nazwa_utworu>

<nota_red>
<akap>Pisownia joty: historyi -&gt; historii
fleksja : tem, czem, swem, którem -&gt; tym, czym, swym, którym;
(podobnie z końcówkami przymiotników)
zagłębijmy się -&gt; zagłębmy się.
Udźwięcznienia i ubezdźwięcznienia: męzki -&gt; męski, blizko-&gt; blisko, ztąd-&gt;stąd.
Pisownia łączna i rozdzielna: nietylko -&gt; nie tylko
Inne: heleński -&gt; helleński.</akap>
</nota_red>



<naglowek_rozdzial>1</naglowek_rozdzial>




<akap>Dwóch potrzeba warunków, żeby zdarzenie
było wielkie: wielkiego umysłu tych, którzy
go dokonywają, i wielkiego umysłu tych, którzy je przeżywają. Wydarzenie samo przez
się nie posiada wielkości; choćby znikały całe
gwiazdozbiory, ludy ginęły, chociażby państwa
rozległe zakładano i prowadzono wojny z olbrzymimi siłami i stratami --- tchnienie historii
rozwiewa sprawy tego rodzaju, jak płatki śniegu. I zdarza się, że człowiek potężny uderza,
a ciosy bezskutecznie odskakują od twardej
skały; krótki, ostry odgłos --- i wszystko mija.
Historia i o takich, jakby stępiałych wydarzeniach prawie nic nie mówi. Więc troska napada na tego, kto widzi nadchodzące wydarzenie, troska, czy ci, którzy je przeżywają,
będą go godni. <begin id="b1415454220556-2978449481"/><motyw id="m1415454220556-2978449481">Dar</motyw>Na tę wzajemną odpowiedniość
czynu i zdolności przyjęcia go liczymy i do
niej na każdym kroku zmierzamy; kto chce
dawać, niech zważa, by znalazł odbiorców, którzy by odpowiadali treści jego daru.<end id="e1415454220556-2978449481"/> Dlatego
też czyn pojedynczy wielkiego nawet człowieka nie jest wielki, gdy jest krótki, tępy i niepłodny, gdyż człowiekowi temu w chwili, gdy
czyn spełniał, brakło głębokiego rozumienia, że
czyn ów teraz właśnie jest konieczny: nie dość
celnie mierzył, nie dość dokładnie poznał i wybrał czas: przypadek stał się jego panem; podczas gdy być wielkim i mieć poczucie konieczności --- to rzeczy ściśle ze sobą związane.</akap>


<akap>Wątpliwość, czy to, co się obecnie dzieje
w Bayreuth, dzieje się we właściwej chwili
i czy jest konieczne, słusznie pozostawiamy
tym, którzy wątpią nawet o poczuciu konieczności u Wagnera. Nam, którzy mamy więcej
ufności, zdaje się, że on wierzy w wielkość
czynu swego, jak i w wielki umysł tych, którzy czyn ten przeżywają. Niech będą z tego
dumni ci, do których wiara ta się odnosi, ci
mnodzy, czy nieliczni --- gdyż, że nie są to wszyscy, że wiara ta nie stosuje się do całego czasu, nawet nie do całego narodu niemieckiego
w jego obecnym przejawie, to powiedział nam
Wagner w mowie swej przy poświęceniu 22.
maja 1872 r., a nie ma wśród nas nikogo, kto by,
pocieszając go, mógł mu zaprzeczyć. ,,Do was
tylko --- powiedział wówczas --- przyjaciele mojej
odrębnej sztuki, mojej działalności i twórczości, do was tylko, jak do współdziałaczy zwrócić się mogłem z moim pomysłem: was tylko
mogłem prosić o współudział w dziele moim,
ażeby móc dzieło to czyste i niezeszpecone
przedstawić tym, którzy okazywali sztuce mojej prawdziwą przychylność, mimo że była im
dotąd przedstawiana pod nieczystą i zeszpeconą postacią".</akap>


<akap>W Bayreuth i widz godny jest widzenia;
nie ma w tym wątpliwości. Mądry i badawczy
umysł, przechodzący z jednego stulecia w drugie dla porównania godnych uwagi poruszeń
kulturalnych, zobaczyłby tam dużo; uczułby, że
dostał się tu nagle do ciepłej wody, jak pływak w jeziorze, gdy zbliża się do prądu źródła gorącego: źródło to bije z innych, głębszych
pokładów, powiada --- woda otaczająca nie tłumaczy go i jest w każdym razie płytszego pochodzenia. Tak też i ci, którzy obchodzą
święto w Bayreuth, będą uważani za ludzi
przedwczesnych: ojczyzna ich gdzie indziej leży ---
nie w czasie, gdzie indziej znajdą swoje wytłumaczenie i usprawiedliwienie. Coraz jaśniej rozumiem, że człowiek ,,wykształcony", o ile cały jest płodem tej teraźniejszości, przez parodię jedynie przystępuje do tego, co Wagner
czyni i myśli --- wszystko już sparodiowano ---
i że wydarzenie w Bayreuth oświetla sobie jedynie nader niemagiczną latarnią dowcipkujących naszych dziennikarzy. I szczęście to, że
kończy się na parodii! Wyładowuje się w niej
duch odstręczenia i wrogości, który mógłby
wynaleźć sobie inne środki i drogi --- i wynajdywał je przy sposobności. I na to nadzwyczajne napięcie i ostrość przeciwieństwa zwróciłby uwagę badacz kultury. <begin id="b1415457137395-642661572"/><motyw id="m1415457137395-642661572">Postęp</motyw>To, że jednostka
w ciągu zwyczajnego życia ludzkiego może postawić coś zupełnie nowego, niechaj sobie oburza tych, którzy przysięgają na powolność rozwoju, jak na coś w rodzaju prawa zwyczajowego: sami są powolni i żądają powolności ---
a tu widzą kogoś bardzo prędkiego, nie wiedzą jak to robi, i oburzają się na niego. Takiego przedsięwzięcia jak Bayreuth nie poprzedziła żadna przepowiednia, żadne zjawisko
przejściowe, pośrednie; nikt prócz Wagnera
nie znał długiej drogi do celu, ani samego celu.<end id="e1415457137395-642661572"/> Jest to pierwsza podróż naokoło świata
w królestwie sztuki: przy czym odkryto, jak się
zdaje, nie tylko sztukę nową, lecz samą sztukę.
Sztuka współczesna straciła pół swojej wartości, gdyż stała się sztuką pustelniczo-wynędzniałą lub sztuką zbytku; nawet niepewne, bezładne wspomnienia sztuki prawdziwej, jakie mamy z czasów greckich, mogą teraz spoczywać,
o ile same nie zdołają świecić w nowym pojęciu. Czas, aby wiele rzeczy obumarło; ta nowa sztuka jest wieszczką, która widzi nadchodzący zgon sztuki i nie tylko sztuki. Grożąca
jej ręka wydaje się wykształceniu teraźniejszemu niemiłą od chwili, gdy ustaje śmiech
z jego parodii: niech się jeszcze pobawi i pośmieje czas krótki!</akap>


<akap>Lecz my, wyznawcy sztuki wskrzeszonej,
chcemy powagi --- głębokiej, świętej powagi! Gadanina dzisiejszego wykształcenia i wrzawa
o sztuce razi nas jako bezwstydne natręctwo;
wszystko zniewala nas do milczenia, do pięcioletniego milczenia Pitagorasa<pe><slowo_obce>Pitagoras z Samos</slowo_obce> (ok. 572--500 p.n.e.) --- gr. matematyk i filozof.; według popularnej w starożytności legendy uczniowie jego szkoły zaczynali edukację od długiego okresu obowiązkowego milczenia.</pe>. Kto z nas
nie powalałby rąk i duszy przy wstrętnym bałwochwalstwie współczesnego wykształcenia! Kto
nie pożądał wody oczyszczającej, kto nie słyszał głosu napomnienia: milczeć i być czystym!
Milczeć i być czystym! I na zdarzenie w Bayreuth patrzymy spojrzeniem wielkim jako ci,
co głos ten słyszą: i w takim jedynie wzroku
leży <wyroznienie>wielka przyszłość</wyroznienie> owego wydarzenia.</akap>


<akap>Gdy w maju roku 1872 położono kamień
węgielny na wzgórzu w Bayreuth wśród deszczu ulewnego i mroków niepogody, Wagner
wracał z nami do miasta, milczał i patrzył
długo w siebie spojrzeniem, którego niepodobna<pe><slowo_obce>niepodobna</slowo_obce> (daw.) --- niemożliwe.</pe> jednym określić wyrazem. Dnia tego rozpoczął sześćdziesiąty rok życia: życie poprzednie było przygotowaniem do tej chwili. Wiadomo, iż ludzie w chwili nadzwyczajnego niebezpieczeństwa, lub w ogóle ważnego postanowienia skupiają wszystko, co przeżyli, mocą
ogromnie przyspieszonej myśli i odróżniają
z rzadką bystrością wydarzenia najbliższe, jak i najdalsze. Czegóż nie widział Aleksander
Wielki w chwili, gdy Azji i Europie dawał
pić z jednego dzbana? A to, co widział Wagner wewnętrznie w owym dniu --- jak stał się
tym, czym jest, czym będzie --- to my, jako najbliżsi możemy do pewnego stopnia określić:
i możemy z punktu tego spojrzenia wagnerowskiego zrozumieć wielkie jego dzieło --- <wyroznienie>ażeby zrozumieniem takim zaręczyć za jego płodność</wyroznienie>.</akap>





<naglowek_rozdzial>2</naglowek_rozdzial>




<akap><begin id="b1415457323611-883981696"/><motyw id="m1415457323611-883981696">Artysta, Kondycja ludzka</motyw>Dziwnym byłoby, gdyby to, co człowiek
umie najlepiej i czyni najchętniej, nie stało się
widocznym w całokształcie jego życia: u ludzi o wybitnych zdolnościach życie powinno
się stać nie tylko odzwierciedleniem charakteru
jak u każdego, lecz przede wszystkim odzwierciedleniem umysłu i własnych zdolności. Życie
poety epicznego będzie miało w sobie coś
z epopei --- jak, mówiąc nawiasem, u Goethego, którego Niemcy niesłusznie chcą uważać głównie za liryka; życie zaś dramaturga będzie dramatyczne.<end id="e1415457323611-883981696"/></akap>


<akap>Nie można przeoczyć dramatyczności w rozwoju Wagnera od chwili, gdy panująca w nim
namiętność staje się świadomą siebie i ogarnia całą jego naturę: odtąd ustępują na bok ---
szukanie omackiem, włóczenie się, krzewienie
się dziczek, a w najzawilszych jego drogach
i postępkach, w rzucie często awanturniczym,
z łuku planów jego --- panuje jedyne prawo wewnętrzne, jedna wola. którą można plany te wytłumaczyć, chociażby wytłumaczenie brzmiało
dziwacznie. <begin id="b1415460868457-2398760460"/><motyw id="m1415460868457-2398760460">Artysta, Dzieciństwo</motyw>Była jednak i część przeddramatyczna w życiu Wagnera: dzieciństwo jego i młodość, przez które nie można przejść, nie potykając się o zagadki. Tu nie ma jeszcze zapowiedzi <wyroznienie>jego</wyroznienie>; a to, co można uważać za zapowiedź, ukazuje się jako luźny związek przymiotów, które budzą raczej obawę niż nadzieję: duch niepokoju, drażliwości, nerwowy pośpiech w ujęciu stu rzeczy, namiętne upodobanie w nastrojach niemal chorobliwie napiętych,
przejścia bezpośrednie od chwil spokoju pełnego duszy do gwałtowności i wrzawy. Nie
krępował go żaden hamulec w postaci np. dziedzicznego w rodzie uprawiania sztuki: malarstwo, poezja, sztuka dramatyczna, muzyka były mu równie bliskie, jak wychowanie naukowe i przyszłość; kto patrzy powierzchownie,
może sądzić, że Wagner urodził się na dyletanta. Mały świat, w jarzmie którego wyrósł,
nie był takim, żeby go można było artyście
powinszować. Dotykał się z bliska niebezpiecznej żądzy znawstwa duchowego i zarozumiałości, połączonej z wiedzą wielostronną, jakie
spotykamy w miastach uczonych; wrażliwość
była obudzona, lecz nie zadowolona; o ile oko
chłopca sięgało, widział się w otoczeniu istot przemądrzałych, ale ruchliwych, z którymi różnobarwny teatr stanowił śmieszne, a jarzmiący
duszę dźwięk muzyki --- niepojęte przeciwieństwo.
Badacz-porównawca łatwo zauważy, jak rzadko
człowiek współczesny, jeżeli otrzymał wiano
wysokich zdolności, posiada w latach młodych
i w dzieciństwie naiwność i skromną samoistność --- jak trudno mu ją posiadać; ludzie rzadcy,
jak Goethe i Wagner, którzy doszli w ogóle do
naiwności, mają ją raczej w wieku męskim, niż
w dziecinnym i młodzieńczym. Artystę, który
w szczególnej mierze posiada wrodzoną siłę
naśladowczą, wielostronność życia współczesnego nawiedza jak silna choroba dziecinna; jako
chłopiec i młodzieniec jest on podobniejszy do
 starca niż do samego siebie.<end id="e1415460868457-2398760460"/> Zadziwiający, surowy pierwowzór młodzieńca Zygfryda w <tytul_dziela>Pierścieniu Nibelungów</tytul_dziela> mógł stworzyć tylko ten,
kto sam późno odnalazł swoją młodość. Późno, jak młodość Wagnera, nadszedł i jego wiek
męski; tak więc przynajmniej w tym jest on
przeciwieństwem natury wyprzedzającej.</akap>


<akap>Z nadejściem męstwa umysłowego i moralnego zaczyna się też dramat jego życia. I oto ---
jakże inny mamy widok! Natura jego ukazuje
się uproszczoną w okropny sposób, rozerwaną
na dwa pędy, czy dwie sfery. Naprzód ryje
wola gwałtowna w porywczym potoku i po
wszystkich drogach, jaskiniach i czeluściach
szuka wyjścia na światło i żąda władzy. Tylko
czysta i wolna siła mogła tej woli wskazać drogę do dobra i skarbnic pomocy: połączona
z duchem ciasnym --- wola taka przy swoich samowładczych i niepohamowanych pragnieniach
mogłaby się stać losem złowrogim; w każdym
razie musiała się wkrótce znaleźć droga do
swobody i jasne powietrze i światło słoneczne.
Silne dążenie, gdy poznaje swoją bezskuteczność, budzi złość; niedosiężność może leżeć
w warunkach zewnętrznych, w niezmienności
losu, a nie w braku sił, a kto nie może zatrzymać się w dążeniu, staje się pomimo tej niedosiężności jakby rozjątrzonym, a stąd drażliwym
i niesprawiedliwym. Być może, iż właśnie w innych szuka on przyczyn chybienia swego --- może nawet świat cały uważać za winny w uniesieniu namiętnej swej nienawiści; być może,
iż chodzi on krnąbrnie po manowcach, albo
używa przemocy: zdarza się więc, że dobre natury dziczeją na drodze do najlepszego. Nawet wśród tych, którzy dążyli jedynie do własnego oczyszczenia moralnego, pośród mnichów
i pustelników, znajdują się ludzie zdziczali,
zbyt schorzali, wydrążeni i zjedzeni z powodu
swego chybienia. Duch pełen miłości, dobroci i słodyczy, przemawiający łagodnie, nienawidzący przemocy i samozniszczenia, duch,
który nie chce widzieć nikogo w kajdanach ---
przemówił do Wagnera. Zamieszkał w nim,
pocieszał go, otoczył skrzydłami swymi, wskazał mu drogę. Rzucamy spojrzenie w drugą
sferę istoty Wagnera: lecz jak mamy ją opisać?</akap>


<akap>Postacie, stworzone przez artystę, nie są
nim samym, ale następstwo kolejne postaci,
z którymi jest on widocznie najszczerszą miłością związany, mówi istotnie coś o artyście.
Przedstawmy sobie Rienziego, Holendra Latającego i Sentę, Tannhausera i Elżbietę, Lohengrina i Elzę, Tristana i Markego, Hansa Sachsa,
Wotana i Brunhildę: wszystkie postacie przenika łączący je podziemny potok uszlachetnienia moralnego i wzrostu, potok płynący coraz czystszymi, jaśniejszymi falami; stoimy tu,
chociaż ze wstydliwą nieśmiałością, przed
wewnętrznym rozwojem własnej duszy Wagnera. W jakim artyście można coś podobnego
w podobnej spostrzec mierze? Postacie Schillera<pe><slowo_obce>Schiller, Friedrich von</slowo_obce> (1759--1805) --- poeta, teoretyk sztuki, wraz z Goethem największy klasyk niemiecki; początkowo przedstawiciel preromantycznego nurtu burzy i naporu, później tworzył w stylu klasycznym; znany z dramatu historycznego (np. <tytul_dziela>Dziewica Orleańska</tytul_dziela> z 1801) i romantycznych ballad (np. <tytul_dziela>Rękawiczka</tytul_dziela>), a także z <tytul_dziela>Ody do radości</tytul_dziela> (1785).</pe>, zacząwszy od <tytul_dziela>Zbójców</tytul_dziela> aż do Wallensteina i Tella przechodzą drogę uszlachetnienia
i mówią również o rozwoju twórcy swego, ale
skala Wagnera jest jeszcze większa, droga ---
dłuższa. Wszystko bierze udział w tym rozjaśnieniu; wyraża to nie tylko legenda, lecz
i muzyka; w <tytul_dziela>Pierścieniu Nibelungów</tytul_dziela> muzykę
uważam za najmoralniejszą, jaką znam, tam
na przykład, gdzie Brunhildę budzi Zygfryd; dochodzi ona tu do takiej wyżyny i świętości nastroju, że przypomina iskrzenie się lodowych, śnieżnych szczytów alpejskich: przyroda wznosi się
tu czysta, samotna, niedostępna, beznamiętna,
oblana jasnością miłości; chmury i burze, nawet wzniosłość są pod nią. Spoglądając stąd
na Tannhausera i Holendra, czujemy, jak człowiek stał się Wagnerem: jak ciemno i niespokojnie rozpoczął, jak burzliwie szukał zadowolenia, jak dążył do władzy i upajającej rozkoszy, jak odwracał się często z obrzydzeniem, jak chciał zrzucić z siebie brzemię, jak
pragnął zapomnieć, zaprzeczyć, zrzec się --- potok cały rzucał się to w tę, to w tamtą dolinę i wiercił w najciemniejszych czeluściach; ---
aż wśród nocy tego na pół podziemnego rycia ukazała się wysoko nad nim gwiazda o smutnym blasku, i nazwał ją, poznawszy: <wyroznienie>wierność,
wierność niesamolubna</wyroznienie>! Dlaczego ona zaświeciła mu jaśniej i czyściej niż wszystko? Jaką
tajemnicę zawiera słowo ,,wierność" dla całej
jego istoty? Na wszystkim, o czym myślał
i marzył, wyciskał obraz i zagadnienie wierności; dzieła jego zawierają niemal całkowity
szereg wszelkich możliwych rodzajów wierności, wśród nich --- najwspanialsze i rzadko przeczuwane: wierność brata dla siostry, przyjaciela dla przyjaciela, służącego dla pana, Elżbiety dla Tannhausera, Senty dla Holendra, Elzy dla Lohengrina, Izoldy, Kurwenala i Markego dla Tristana, Brunhildy dla najskrytszego
życzenia Wotana --- oto kilka z całego mnóstwa przykładów. Jest to własne pradoświadczenie, które Wagner czuł w sobie i uwielbiał,
jak religijną tajemnicę: wyraża ją wyrazem
,,wierność", nie nuży się przedstawianiem jej
w tysiącznych postaciach i pełen wdzięczności
obdarza ją wszystkim, co ma najwspanialszego; jest to owo cudowne doświadczenie i poznanie tego, że jedna sfera jego istoty została
wierną drugiej, że zachowała wierność dzięki
wolnej, niesamolubnej miłości, że sfera twórcza, niewinna, jaśniejsza zachowała wierność
ciemnej, niepohamowanej i samowładczej.</akap>





<naglowek_rozdzial>3</naglowek_rozdzial>




<akap>W zachowaniu się wzajemnym obu najgłębszych sił, w uległości jednej względem
drugiej tkwiła owa wielka konieczność, z powodu której jedynie Wagner mógł zostać całkowitym i sobą: była to zarazem jedyna rzecz,
nad którą nie posiadał władzy, którą musiał
wziąć pod uwagę w chwili, gdy widział zbliżające się, straszne dla siebie niebezpieczeństwo: pokusę niewierności. Tu bije przebogate źródło cierpień jego --- niepewność. Każda
skłonność dążyła do niezmierzoności, uzdolnienia, rozradowana życiem chciały się pojedynczo oderwać i zadawalniać<pe><slowo_obce>zadawalniać</slowo_obce> --- dziś popr.: zadowalać.</pe> się same; im większa ich obfitość, tym większy był zgiełk, tym
bardziej wrogie było ich krzyżowanie się. Przypadek i życie podbudzały, żeby osiągnąć władzę, blask, radość ognistą; częściej jeszcze męczyła bezlitośna niedola konieczności życia;
wszędzie były pęta i zasadzki. Jakże pozostać
wiernym i całym? Zwątpienie takie owładało 
nim często, a jako artysta, wyrażał je w postaciach artystycznych: Elżbieta może tylko cierpieć, modlić się i umrzeć dla Tannhausera:
wiernością swoją zbawia włóczęgę, nieznającego umiarkowania, lecz zbawia nie dla tego
życia. Niebezpieczne i rozpaczliwe są drogi
życia każdego prawdziwego artysty, rzuconego w czasy obecne. Różnymi sposobami może dojść do czci i władzy; spokój i zadowolenie nasuwają mu się wielokrotnie, ale zawsze
w postaci, którą zna człowiek współczesny,
a która dla artysty uczciwego musi się stać
wyziewem duszącym. W pokusach tych i w odrzucaniu tych pokus leży jego niebezpieczeństwo, w obrzydzaniu sobie sposobów współczesnych zdobycia rozkoszy i świetności, w złości ku samolubnemu zadowoleniu ludzi teraźniejszych. Wyobraźmy sobie Wagnera w zawodzie kapelmistrza przy teatrach miejskich
i dworskich; zrozumiemy, jak to artysta najpoważniejszy przemocą usiłuje odnaleźć powagę tam, gdzie urządzenia współczesne z zasady niemal są lekkomyślne i wymagają lekkomyślności; --- zrozumiemy, że udaje się to po części
tylko, a w gruncie rzeczy chybia wciąż, że następuje obrzydzenie, że artysta uciec chce, a nie
ma dokąd i że powraca wciąż do cyganerii,
do wygnańców naszej kultury, jako jeden z nich.
Wyrwawszy się z jednego położenia, rzadko
dopomaga sobie lepszym; czasami wpada w najsroższą nędzę. Tak zmieniał Wagner miasta,
towarzyszów, kraje; trudno pojąć, jak mógł
wytrzymać przez pewien czas wśród takich wymagań i otoczenia. Pod ciężarem dusznej tej
atmosfery upływa większa część jego życia;
zdawało się, że już nie miał nadziei życia ogólnego, lecz tylko życie z dnia na dzień; nie
rozpaczał, a jednak nie wierzył. I czuł się
często jak wędrowiec, który idzie nocą znużony do głębi ciężkim brzemieniem, a jednak
wzruszony ponadnocnie; śmierć nagła nie była
mu wówczas grozą, lecz marą ułudną i wabiącą. Brzemię, droga i noc --- wszystko zniknie
od razu! --- brzmiało to zwodniczo. Stokrotnie
rzucał się w życie z nadzieją dyszącą i zostawiał za sobą widma. Ale we wzięciu się jego
było nieumiarkowanie; znak to, że nie wierzył
mocno w nadzieję, upajał się nią tylko. Przeciwieństwo pożądań do zwykłej połowiczności
i niemożności zadowolenia męczyło go jak
kolce; pobudzana ciągłą biedą wyobraźnia zatracała się w wyuzdaniu; gdy nagle bieda ustała. Życie było coraz zawikłańsze, a coraz śmielsze i bardziej wynalazcze były środki i wybiegi, jakie odkrywał on, dramaturg, chociaż
były to tylko ostateczne środki dramatyczne,
motywy podsunięte, łudzące na chwilę i wynalezione tylko dla chwili. Używa ich z szybkością piorunu --- i wnet są zużyte. Życie Wagnera oglądane z bardzo bliska i bez miłości ---
przypominam tu myśl Schopenhauera<pe><slowo_obce>Schopenhauer, Arthur</slowo_obce> (1788--1860) --- filozof niem., przedstawiciel pesymizmu; twierdził, że cierpienie jest siłą napędową świata: zmusza do określenia potrzeby, która leży u jego podstaw, oraz uruchomienia woli pozwalającej zaspokoić potrzebę i ukoić cierpienie; aby w pełni uwolnić się od władzy własnego cierpienia należy wyzbyć się własnej woli i poddać się woli zbiorowej, działając na rzecz społeczności i oddając się ascezie; pod wpływem myśli Kanta oraz filozofii indyjskiej sformułował swoje podstawowe twierdzenie, że ,,świat jest moim wyobrażeniem": uważał, że wszelkie rzeczy same w sobie (poza własnym ciałem) są niepoznawalne dla jednostki ludzkiej, która poznaje jedynie swoje wyobrażenia; jego koncepcja fenomenu (tj. ustrukturowanej formy poznania ,,udostępnianej" nam przez umysł po przefiltrowaniu doznań zmysłowych, do których właściwie nie mamy dostępu bezpośredniego) stała się podstawą nurtu fenomenologii w filoz. europejskiej.</pe> --- ma w sobie bardzo dużo komedii, i to dziwacznie przesądnej. Myślącemu daje to do myślenia, jak
uczucie przyznania się do dziwacznego i długotrwałego braku powagi musiało działać na
artystę, który bardziej, niż ktokolwiek, jedynie we wzniosłości i nadwzniosłości oddychać
jest w stanie.</akap>


<akap>Wśród takiego życia, które jedynie w bardzo dokładnym opisie wzbudzić może należyty stopień współczucia, przestrachu i podziwu,
wśród takiego życia rozwija się <wyroznienie>zdolność uczenia się</wyroznienie>, nadzwyczajna nawet u Niemców, tego
prawdziwego narodu uczenia się; z tej zdolności wyrosło nowe niebezpieczeństwo, większe nawet, niż niebezpieczeństwo życia na pozór niestałego i wyrwanego z korzeniami, życia pełnego szału niespokojnego. Wagner z próbującego nowicjusza stał się wielostronnym
mistrzem muzyki i sceny, a w technicznych
podstawach wynalazcą i mnożycielem. Nikt mu
nie zaprzeczy sławy, że dał najwyższy wzór
sztuki wielkiego wyrazu. A stał się czymś jeszcze więcej: a żeby stać się i tym i owym ---
ucząc się, przywłaszczał sobie najwyższą kulturę. A jak to czynił! Rozkosz na to patrzeć:
wrasta ze wszystkich stron dokoła siebie
i w siebie, a im większą i cięższą staje się budowa, tym mocniej napina się łuk porządkującego i owładającego umysłu. Rzadko kto jednak miał tyle trudu w odnajdywaniu dostępów
do nauk i biegłości; a on niejednokrotnie musiał sam wynajdywać sobie takie dostępy. Odnowiciel prostego dramatu, odkrywca stanowiska sztuk w prawdziwym społeczeństwie
ludzkim, poetyzujący tłumacz przeszłych dumań życiowych, filozof, historyk, estetyk, krytyk --- Wagner, mistrz języka, znawca mitologii
i poeta legend, który po raz pierwszy otoczył
pierścieniem utwór wspaniały, prastary, olbrzymi i zarył w nim znaki runiczne swojego ducha --- jakąż on pełnię wiedzy musiał zebrać i objąć, ażeby stać się tym wszystkim! Wszystko
to jednak nie zgnębiło jego woli czynu; rzeczy
pojedyncze i najbardziej pociągające nie odciągały go na bok. Aby zmierzyć niezwykłość
takiego postępowania, weźmiemy jako przeciwstawienie Goethego; jako człowiek nauki
i wiedzy, jest on niby szeroko rozgałęziona rzeka, która jednak nie zanosi całkowitej siły do
morza, ale przynajmniej drugie tyle z tego,
co ma u źródeł, zatraca i rozrzuca po drogach swoich i zakrętach. Istota Goethego
posiada istotnie więcej uroku; dokoła niego
jest coś łagodnego i szlachetnie rozrzutnego,
podczas gdy gwałtowność Wagnera może przerazić i odstraszyć. Niech się boi, kto chce:
lecz my tym odważniejsi będziemy, iż wolno
nam oglądać bohatera, który nie nauczył się
obawy nawet względem współczesnego wykształcenia.</akap>


<akap>Nie nauczył się również uspokajania się historią i filozofią i nie przejmował od nich ich
czarująco-łagodnego i hamującego wpływu.
Uczenie się i wykształcenie nie odciągnęło ani
twórczego, ani walczącego artysty od jego
drogi życia. Gdy wstępuje weń siła twórcza,
historia staje się gliną podatną w jego ręku:
staje on nagle w innym stosunku do niej, niż
uczony, podobnie jak Grek stawał do swego 
mitu, jako do czegoś, co artysta urabia i tworzy --- z ukochaniem i pewną trwożliwą nabożnością, a jednak z prawem wyższości twórcy.
A ponieważ historia jest dla niego giętsza i podatniejsza niż sen, więc do pojedynczego wydarzenia może wlać typowość epoki i może
tym dosięgnąć takiej prawdy w przedstawieniu, do jakiej historyk nigdy dojść nie zdoła.
Gdzież rycerskie wieki średnie weszły tak krwią
i duchem w utwór, jak w <tytul_dziela>Lohengrinie</tytul_dziela>? Czy
<tytul_dziela>Śpiewacy z Norymbergi</tytul_dziela> nie będą przemawiać do najpóźniejszych czasów o istocie niemieckiej? więcej nawet --- czy nie będą najdojrzalszym owocem tej istoty, która chce wciąż
naprawiać, a nie burzyć, która na szerokiej
podstawie swego zadowolenia pamięta o najszlachetniejszym niezadowoleniu ożywczego
czynu.</akap>


<akap>Do tego niezadowolenia pchały Wagnera
historia i filozofia: znajdywał w nich nie tylko
oręż i zbroję, ale przede wszystkim czuł tu
owo tchnienie ożywcze, wiejące z grobowców
wielkich szermierzy, wielkich męczenników
i myślicieli. <begin id="b1415470139532-3970884812"/><motyw id="m1415470139532-3970884812">Historia</motyw>Nic bardziej nie odsuwa od teraźniejszości, niż użytek, jaki się robi z historii i filozofii. Zdaje się, że historia w zwykłym pojęciu ma za zadanie dawać wytchnienie człowiekowi współczesnemu, który biegnie
dysząc i z trudem do swoich celów; tak więc
może się czuć na chwilę jakby wyprzężonym.
Czym w ruchliwości ducha reformacji jest pojedynczo Montaigne<pe><slowo_obce>Montaigne, Michel de</slowo_obce> (1533--1592) --- francuski filozof i pisarz, prekursor eseju (<tytul_dziela>Próby</tytul_dziela>).</pe> to jest dojściem do spokoju
w sobie, spokojem dla siebie i wytchnieniem ---
tak odczuł go najlepszy jego czytelnik, Shakespeare --- tym jest teraz historia dla ducha
współczesnego. To, że Niemcy w ostatnim
stuleciu oddawali się studiom historycznym,
dowodzi, że w ruchu świata nowszego są siłą
wstrzymującą, opóźniającą, uspakajającą, co może niektórzy podadzą na ich pochwałę. Zresztą jest to oznaką niebezpieczną, gdy walka
umysłowa narodu zwraca się przeważnie do
przeszłości, jest to oznaką odrętwienia, cofania
się i niedołęstwa: naród taki wystawiony jest
przeto na każdą szerzącą się gorączkę, na przykład polityczną.<end id="e1415470139532-3970884812"/> Taki stan słabości w przeciwstawieniu do ruchów reformacyjnych i rewolucyjnych przedstawiają uczeni nasi w historii ducha współczesnego; nie postawili sobie najdumniejszego zadania, lecz zapewnili
sobie własny sposób szczęścia spokojnego.
Każdy śmielszy i mężniejszy krok omija ich,
ale nie historię! Ta posiada w sobie inne
zupełnie siły; przeczuwają je natury takie, jak
Wagner: historia powinna być pisana w pojęciu o wiele poważniejszym, surowszym, przez
duszę potężniejszą, w ogóle --- nie optymistycznie,
inaczej zatem, niż dotąd czynili uczeni niemieccy. W pracach ich jest coś upiększającego, poddańczego i zadowolonego --- bieg rzeczy jest dla nich zadawalniający. Dosyć, jeżeli kto jest zadowolony, gdyż mogło być gorzej: większość z nich wierzy pomimo woli, że
dobrze jest właśnie tak, jak jest. Gdyby historię pisano z większą sprawiedliwością i żarliwością współczucia, służyłaby zaprawdę najmniej do tego, do czego dziś służy: jako dawka opium przeciwko temu, co burzy i odnawia. Podobnie dzieje się z filozofią, od której większość niczego innego nie chce się nauczyć nad zrozumienie rzeczy mniej więcej ---
tylko mniej więcej, ażeby następnie z nimi
się pogodzić. Nawet najszlachetniejsi rzecznicy wynoszą z naciskiem jej potęgę uspokajania i pociechy; tak więc i żądni spokoju, i leniwi sądzą, że szukali tego, czego szuka filozofia. Mnie się zdaje, że najpoważniejszym
pytaniem filozofii jest, jak dalece rzeczy posiadają system i postać niezmienną, a to, ażeby następnie po rozwiązaniu tego pytania z bezwzględną walecznością <wyroznienie>poprawiać tę stronę
świata, którą uznano za zmienną</wyroznienie>. Prawdziwi
filozofowie nauczają tego czynem, pracując nad
poprawą zmiennych bardzo pojęć ludzkich, nie
zatrzymując mądrości swej dla siebie. Nauczają tego i prawdziwi uczniowie prawdziwej filozofii, którzy umieją tak jak Wagner ssać
z niej wzmagającą się stanowczość i nieugiętość woli, a nie soki usypiające. Wagner jest
największym filozofem tam, gdzie jest najdzielniejszym i najbardziej bohaterskim. Jako filozof przechodził bez obawy nie tylko przez ogień
różnych systemów filozoficznych, ale i przez
opary wiedzy i uczoności i dotrzymał wierności wyższemu swemu Samo<pt><slowo_obce>Das Selbst</slowo_obce> --- najwewnętrzniejsza istota człowieka,
głębsza i potężniejsza od jaźni (<slowo_obce>das Ich</slowo_obce>). Nietzsche w <tytul_dziela>Zaratustrze</tytul_dziela> utożsamia <slowo_obce>das Selbst</slowo_obce> z ciałem. Br. Trentowski
dał na to pojęcie wyraz <slowo_obce>Sób, sobu</slowo_obce>, ale wyraz ten się nie
przyjął.</pt>, które żądało od
niego <wyroznienie>wszystkich czynów złożonej jego istoty</wyroznienie>
i kazało inu cierpieć i uczyć się, ażeby czynów
tych dokonać.</akap>





<naglowek_rozdzial>4</naglowek_rozdzial>




<akap><begin id="b1415472304001-1437264811"/><motyw id="m1415472304001-1437264811">Czas</motyw>Historia cywilizacji, począwszy od Greków, jest dość krótka, gdy weźmiemy pod uwagę drogę właściwą, istotnie przebytą, a wyłączymy zastoje, cofania się, wahania i czołgania. Ostatnim wielkim wydarzeniem jest wciąż
jeszcze owo podwójne zadanie Aleksandra
Wielkiego --- shellenizowania świata i zorientalizowania w tym celu hellenizmu --- owo stare
pytanie, czy obca kultura daje się w ogóle zaszczepiać, zadanie nad którym silą się współcześni. Rytmiczna i wzajem sobie sprzeczna
gra obu tych czynników stanowiła dotychczasowy bieg historii. Chrześcijaństwo na przykład
ukazuje się jako cząstka starożytności wschodniej, przemyślanej i zużytej do końca z nadmierną gruntownością. W miarę zaniku wpływu chrześcijaństwa rosła potęga kultury helleńskiej; napotykamy zjawiska zadziwiające,
które wisiałyby niewytłumaczone w powietrzu,
gdyby ich nie można było poprzez potężny
przedział czasu powiązać z analogiami greckimi. Widzimy jak bliscy i jak spokrewnieni są --- Kant<pe><slowo_obce>Kant, Immanuel</slowo_obce> (1724--1804) --- niemiecki filozof, profesor logiki i metafizyki na Uniwersytecie Królewieckim. </pe> z Eleatami<pe><slowo_obce>eleaci</slowo_obce> --- staroż. szkoła filozoficzna, funkcjonująca w gr. kolonii w Elei.</pe>, Schopenhauer z Empedoklesem<pe><slowo_obce>Empedokles</slowo_obce> (494--434 p.n.e.) --- filozof gr., twórca koncepcji czterech żywiołów, także poeta i lekarz.</pe>, Eschylos<pe><slowo_obce>Eschylos</slowo_obce> --- Ajschylos (525--456 p.n.e.), gr. tragediopisarz; twórca i reformator tragedii: wprowadził drugiego aktora, akcję rozgrywającą się poza sceną, ograniczył rolę chóru, a rozbudował dialog i akcję; z jego dziewięćdziesięciu sztuk pozostało do dziś siedem, m.in. <tytul_dziela>Siedmiu przeciw Tebom</tytul_dziela>.</pe> z Ryszardem Wagnerem.
Dowodzi to prawie namacalnie, jak bardzo
względną jest istota pojęcia czasu: wydaje się
niemal, iż rzeczy należą do siebie, że czas jest
chmurą, która zasłania nam tę przynależność.<end id="e1415472304001-1437264811"/>
Zwłaszcza historia nauk ścisłych wywołuje
wrażenie, jakbyśmy teraz byli bardzo blisko
świata aleksandryjsko-greckiego, jakby wahadło historii szło wstecz do miejsca, skąd zaczęło się poruszać i zatracało się w zagadkowej oddali. Obraz świata współczesnego nie
jest nowy: kto zna historię, rozpoznaje w nim
stare, znane rysy twarzy. Duch kultury helleńskiej nieskończenie rozproszony rozpościera się nad teraźniejszością: podczas gdy tłoczą
się dokoła potęgi różnorodne, podczas gdy podajemy sobie owoce nauk współczesnych gotowe jako środki wymiany --- z dala, jak upiór
o bladych rysach, zmierzcha jeszcze obraz hellenizmu. Ziemia, znużona kulturą wschodnią,
tęskni do helleńskiej: potrzeba szybkości i nogi uskrzydlonej, żeby móc zebrać punkty wiedzy najbardziej oddalone i różnorodne, dalekie światy uzdolnienia, żeby przebiec ogromny ten obszar i żeby nim zawładnąć. Nadszedł obecnie czas <wyroznienie>przeciwników Aleksandra</wyroznienie>,
o sile potężnej, by mogli zbierać, wiązać i wydobywać nici oddalone i uchronić tkaninę od
rozwiania. Zadaniem teraźniejszości nie jest
rozwiązanie węzła gordyjskiego kultury greckiej tak, jak to uczynił Aleksander, że aż końce węzła rozwiały się na wszystkie strony
świata, ale <wyroznienie>związanie go</wyroznienie>. W Wagnerze poznaję takiego przeciwnika Aleksandra: obejmuje
i ujarzmia to, co było odosobnione, słabe i gnuśne; ma siłę <wyroznienie>ściągającą</wyroznienie>, mówiąc po lekarsku:
przez to właśnie należy on do największych
potęg kultury. Włada sztuką i religią, historią rozmaitych ludów, jest jednak przeciwieństwem polihistoryka, ducha zbierającego jedynie i porządkującego: gdyż jest on kształcicielem i tchnieniem ożywczym tego, co zebrał,
jest <wyroznienie>uprościcielem świata</wyroznienie>. Nie należy wpadać
w błąd przy porównaniu tego najogólniejszego
zadania, które geniusz jego sobie postawił,
z zadaniem o wiele ciaśniejszym i bliższym,
które zwykle się ma na myśli, mówiąc o Wagnerze. Oczekują od niego reformy teatru: gdyby mu się to udało, cóż by przez to uczynił
dla zadania wyższego i dalszego?</akap>


<akap>Dokonałby przez to reformy człowieka
współczesnego: w nowszym naszym świecie tak
ściśle związane jest jedno z drugiem, że gmach
cały rozrzuca, kto wyciąga tylko gwóźdź jeden. Od każdej reformy istotnej oczekujemy
tego samego, cośmy z pozorną przesadą powiedzieli o reformie Wagnera. Nie można odnowić najwyższego i najczystszego działania
--- sztuki teatralnej, nie odnawiając wszędzie obyczajów i państwa, wychowania i obcowania.
Miłość i sprawiedliwość, spotęgowane w dziedzinie sztuki, muszą rozpowszechniać się według praw potrzeby wewnętrznej; nie mogą
wrócić do dawniejszej nieruchomości poczwarki. Aby zrozumieć, jak stanowisko sztuki do
życia jest dziś obrazem wynaturzenia życia,
jaką teatry nasze są hańbą dla tych, którzy je
budują i odwiedzają --- należy przekształcić się
i móc uważać to, co zwykłe i codzienne, za
coś bardzo niezwykłego i zawikłanego. Dziwaczne zmącenie sądu, źle ukryta żądza zabawy, rozrywki za jakąkolwiek cenę, względy uczone, chełpienie się i błaznowanie powagą sztuki
ze strony wykonawców, brutalna chciwość pieniędzy ze strony przedsiębiorców, płytkość
i bezmyślność społeczeństwa, które myśli o ludzie o ile tylko ten jest dlań pożyteczny albo
niebezpieczny, które chodzi do teatrów i na
koncerty, a nie pamięta o obowiązkach --- wszystko to razem stanowi stęchłą i zgubną atmosferę dzisiejszych warunków sztuki. Ci, którzy
do atmosfery tej przywykli tak, jak np. nasi
wykształceni, mniemają, iż jest im potrzebna
dla zdrowia i czują się źle, gdy muszą przez
pewien czas obywać się bez niej. Istnieje jeden tylko środek, który łatwo przekonać może, jak nikczemne, jak zawikłanie nikczemne
są nasze urządzenia teatralne: przeciwstawmy
im dawne teatry greckie. Gdybyśmy nic nie
wiedzieli o Grekach, nie można byłoby nawet
przystąpić do naszego stanu rzeczy, a zarzuty,
jakie Wagner pierwszy poczynił w wielkim
stylu, uważano by za mrzonki ludzi, których ojczyzna jest w krainie ,,Nigdzie". Jacy ludzie ---
mówiono by może --- taka im też sztuka się należy i wystarcza --- a ludzie nie byli nigdy inni! ---
Z pewnością --- byli inni, nawet teraz istnieją ludzie, którym nie wystarczają urządzenia dotychczasowe: dowodzi tego fakt w Bayreuth.
Znajdziecie tu widzów przygotowanych i poświęconych, zapał ludzi znajdujących się na
szczycie szczęścia swego i skupiających w nim
całą swoją istotę, ażeby się wzmocnić do dalszej
i wyższej woli; znajdziecie tu wezbrane poświęcenie artystów i dramat dramatów, zwycięskiego twórcę dzieła, które samo jest wyrazem pełni zwycięskich dzieł sztuki. Czy nie
wydaje się niemal czarami --- takie zjawisko
w chwili obecnej? Czy nie są już przeobrażeni i odnowieni ci, którzy mogą tu współdziałać i to oglądać, ażeby nadal w innych dziedzinach życia przeobrażać i odnawiać? Czy nie
odkryto przystani na pustą oddal morza, czy
nie leży tu cisza rozpostarta nad wodami? ---
Ten, kto z tej głębi i samotności nastroju
powraca do zupełnie odrębnej równiny i niziny życia, czy nie zapyta się, jak Izolda:
,,Jakże to zniosłam? Jak mogę znosić to jeszcze?" A jeżeli nie zdoła samolubnie zachować
szczęścia swego i nieszczęścia, każdą sposobność pochwyci, żeby świadczyć o tym czynami. I zapyta się: gdzie są ci, którzy cierpią na urządzenia współczesne? <begin id="b1415472881803-3311965584"/><motyw id="m1415472881803-3311965584">Walka, Nauka</motyw>Gdzie nasi
sprzymierzeńcy naturalni, z którymi możemy
walczyć przeciw zbytnio krzewiącej się i gnębiącej potędze dzisiejszego wykształcenia? Gdyż
mamy jednego tylko wroga --- dotychczas! ---
owych ,,wykształconych", dla których wyraz
,,Bayreuth" oznacza jedną z najgłębszych porażek. Oni nie współdziałali; wściekali się,
albo okazywali o wiele skuteczniejszą tępość
słuchu, która stała się zwykłą bronią przeciwnika rozważnego. Wiemy jednak, że nie zburzą istoty Wagnera wrogim swoim usposobieniem i podstępem i nie przeszkodzą dziełu jego. Jedno jeszcze: zdradzili się, że są słabi
i że opór dzierżących dotąd władzę niewiele
już wytrzyma napaści. Nadeszła chwila dla
tych, którzy chcą potężnie zawojować i zwyciężyć. Otworem stoją największe królestwa.
Postawiono znak zapytania przy imionach
właścicieli, o ile własność istnieje. Uznano
np. gmach wychowawczy za spróchniały; wszędzie spotykamy jednostki, które opuściły już
w cichości ten gmach. Gdyby można było do
jawnego rokoszu zapędzić tych, którzy już teraz z gmachu tego istotnie są niezadowoleni!
Gdyby można było pozbawić ich niezadowolenia zwątpiałego! Wiem: oddzielanie cichej daniny tych ludzi od plonu dzisiejszego wykształcenia byłoby ciosem najdotkliwszym, który by
je osłabił. Spośród uczonych na przykład pod
starym porządkiem pozostaliby tylko zarażeni
obłędem politycznym i różnorodni pismacy.
Wstrętny twór ten czerpie siły w oparciu się
na sferach przemocy i niesprawiedliwości, na
państwie i społeczeństwie i ciągnie korzyści
z tego, że czyni społeczeństwo coraz gorszym
i bezwzględniejszym; bez oparcia zaś tego jest
bezsilny i znużony. Trzeba nim pogardzać,
a runie sam. Kto walczy o sprawiedliwość
i miłość wśród ludzi, nie powinien się go obawiać: gdyż właściwi wrogowie jego nadejdą,
gdy skończy walkę z przednią ich strażą, z dzisiejszą kulturą.<end id="e1415472881803-3311965584"/></akap>


<akap>Bayreuth jest dla nas poświęceniem porannym w dzień walki. Nie można wyrządzić
nam większej krzywdy, posądzając, że chodzi
nam tylko o sztukę: jak gdyby sztuka była środkiem leczniczym i upajającym, którym leczyć
można wszelką nędzę! W obrazie tego tragicznego dzieła sztuki w Bayreuth widzimy
walkę jednostki z tym, co spotyka ją z niepokonaną na pozór koniecznością, z władzą, z prawem, z pochodzeniem, z ugodą i porządkiem
rzeczy. Jednostka nie może piękniej żyć, jak
tylko dojrzewając i poświęcając się w walce
o sprawiedliwość i miłość. <begin id="b1415473084176-3008205692"/><motyw id="m1415473084176-3008205692">Sztuka, Walka</motyw>Tajemnicze oko
tragedii nie jest czarem, który osłabia i pęta.
Tragedia --- dopóki na nas spogląda --- wymaga spokoju; albowiem sztuka nie dla walki
istnieje, lecz dla chwil wytchnienia przed walką
i wśród walki, dla owych chwil, gdy, patrząc
wstecz i przeczuwając przyszłość, rozumiemy
symbole, dla chwil, w których zbliża się do
nas sen orzeźwiający z uczuciem cichego znużenia. Dzień i walka zaczną się wnet, pierzchają święte cienie i sztuka znów stoi z dala
od nas; ale pociecha jej leży nad człowiekiem
od godziny porannej. Poza tym jednostka wszędzie znajduje niezadowolenie osobiste, połowiczność swą i niedołężność: z jakąż odwagą
musiałaby walczyć, gdyby przedtem nie poświęciła się dla sprawy nadosobistej! Największe istniejące cierpienia jednostki --- niewspólność wiedzy u ludzi, niepewność pojęć ostatecznych i nierówność sił --- wszystko to budzi
w niej żądzę sztuki. Nie możemy być szczęśliwi, dopóki wszyscy dokoła nas cierpią i tworzą sobie cierpienie; nie możemy być moralni,
dopóki przemoc, kłamstwo i niesprawiedliwość
rządzą obrotem wszystkich rzeczy; nie możemy nawet być mądrzy, dopóki cała ludzkość
nie będzie walczyła o mądrość i nie wprowadzi jednostki sposobem najmędrszym do życia i wiedzy. Jak moglibyśmy wytrzymać przy
tym trzykrotnym uczuciu niezadowolenia, gdybyśmy nie poznali wzniosłości i powagi już
w walkach naszych, dążeniach i upadkach,
gdyby tragedia nie uczyła nas upodobania
w rytmie wielkich namiętności i w ich ofiarach? Sztuka nie jest wprawdzie nauczycielką
ani wychowawczynią w postępowaniu bezpośrednim; w pojęciu tym artysta nigdy nie jest
wychowawcą ani doradcą; przedmiot, którego
dosięga bohater tragedii, nie jest sam przez
się bezwzględnie godnym osiągnięcia. Wartość
rzeczy zmienia się jak we śnie, dopóki czujemy się w dziedzinie sztuki: co wówczas uważamy za godne osiągnięcia, w czym potakujemy bohaterowi tragedii, gdy woli wybrać śmierć
niż celu zaniechać --- to dla życia rzeczywistego
rzadko posiada taką samą wartość i siłę: dlatego sztuka jest czynem odpoczynku. Walki,
jakie przedstawia, są uproszczeniem rzeczywistych walk życiowych; zadania jej są skróceniem nieskończenie zawikłanych spraw woli
i uczynków ludzkich. W tym właśnie tkwi
wielkość i niezbędność sztuki, że wywołuje
pozór świata prostszego, pozór krótszego rozwiązania zagadek życiowych. Cierpiący na życie nie może obyć się bez tego pozoru tak,
jak nikt nie może obyć się bez snu. Im trudniejsze jest poznanie praw życiowych, tym gorliwiej pożądamy pozoru uproszczenia --- choćby
tylko na chwilę --- tym większe jest napięcie
pomiędzy ogólnym poznaniem wszechrzeczy
a możnością umysłowo-moralną jednostki. Sztuka istnieje po to, <wyroznienie>żeby łuk się nie złamał</wyroznienie>.<end id="e1415473084176-3008205692"/></akap>


<akap>Tragedia poświęca jednostkę dla sprawy
nadosobistej. Jednostka powinna oduczyć się
strasznych spazmów, jakie w niej powoduje
śmierć i czas: gdyż w najkrótszej chwili, w najmniejszym atomie biegu życia może spotkać
coś świętego, co przeważa nadmiernie walkę
i niedolę: --- nazywa się to <wyroznienie>tragizmem</wyroznienie>. Ponieważ ludzkość umrzeć musi --- któż by o tym wątpił! --- więc postawiono jej jako najwyższe zadanie dla czasów przyszłych zrośnięcie się we
wspólną jedność, ażeby jako całość kroczyła
do nadchodzącej zagłady <wyroznienie>tragicznie</wyroznienie>. W najwyższym tym zadaniu tkwi uszlachetnienie ludzi; gdybyśmy zadanie to odrzucili, to smutny
obraz powstałby dla przyjaciela ludzkości. Tak
ja to odczuwam! Istnieje jedna tylko nadzieja
i jedna broń dla przyszłości ludzkiej: polega
ona na tym, <wyroznienie>żeby nie zamarł tragizm</wyroznienie>. Niesłychany okrzyk boleści rozległby się nad ziemią,
gdyby go ludzie kiedy zatracili. Nie ma większej rozkoszy nad tę świadomość, że myśl tragiczna odrodziła się w świecie. Gdyż rozkosz
ta jest rozkoszą nadosobistą i ogólną, jest radością ludzkości ze związku poręczonego, jest
w ogóle radością z postępu ludzkiego.</akap>





<naglowek_rozdzial>5</naglowek_rozdzial>




<akap>Wagner podsunął życie współczesne i przeszłość pod świetlny promień poznania, który
był dosyć silny, by można było przezeń spojrzeć na oddal niezwykłą; dlatego jest on uprościcielem świata: gdyż uproszczenie świata polega na tym, że wzrok poznającego opanowuje wciąż niezmierną pełnię i pustkę pozornego chaosu, że skupia to, co leżało przedtem
niezgodnie z dala od siebie. Wagner dokonał
tego, znalazłszy stosunek pomiędzy dwiema
rzeczami, które wydawały się obce sobie i zimne, które żyły jakby w sferach odosobnionych: pomiędzy <wyroznienie>muzyką a życiem</wyroznienie> i pomiędzy
<wyroznienie>muzyką a dramatem</wyroznienie>. Nie wynalazł, ani stworzył tych stosunków, one istnieją, leżą właściwie u nóg każdego: wielkie zagadnienie jest
zawsze podobne do kamienia szlachetnego, koło którego przechodzą tysiące, dopóki w końcu jeden go nie podniesie. <begin id="b1415485763348-2982960588"/><motyw id="m1415485763348-2982960588">Muzyka</motyw>Co to znaczy, pytał siebie Wagner, że właśnie w życiu nowszych ludzi powstała sztuka taka, jak muzyka,
z siłą tak nieporównaną? Nie dojrzy tu zagadnienia ten, kto życie współczesne lekceważy. Zważmy wielkie właściwe życiu temu potęgi i postawmy przed duszą obraz bytu, który walczy potężnie o <wyroznienie>wolność świadomą</wyroznienie> i o <wyroznienie>niepodległość myśli</wyroznienie> --- wówczas dopiero ukaże się
muzyka w świecie tym jako zagadka. Czy nie
należy mówić: w tym czasie muzyka powstać
nie mogła! Ale czym w takim razie jest jej
istnienie? Przypadkiem? Jeden wielki artysta
mógłby być wprawdzie przypadkiem, ale zjawienie się takiego szeregu wielkich artystów,
jaki przedstawia nowsza historia muzyki --- podobne zjawisko zdarzyło się tylko raz w czasach greckich --- daje do myślenia, że nie przypadek tu, lecz konieczność panuje. Konieczność ta jest owym zagadnieniem, na które
Wagner daje odpowiedź.<end id="e1415485763348-2982960588"/></akap>


<akap>On pierwszy poznał niedolę sięgającą wszędzie, gdzie tylko cywilizacja jednoczy narody:
wszędzie tu zaniemogła mowa, nad całym rozwojem ludzkim ciąży ucisk strasznej tej choroby. Ponieważ mowa wyrażała tylko ostatnie
szczeble dosięgalności swej, więc siła jej wyczerpała się nadmiernym rozszerzaniem się
w ciągu krótkiego okresu cywilizacji nowszej. Daleka od silnych wzruszeń, którym dawniej
odpowiadała skromnością swoją, usiłowała objąć królestwo myśli, to przeciwieństwo uczucia:
nie zdołała uskutecznić tego, dla czego jedynie istnieje, mianowicie żeby cierpiącym dawać możność porozumienia się w najprostszych
niedolach życiowych. Człowiek nie może wyrazić niedoli swojej za pomocą języka, nie może zatem udzielić siebie istotnie: w tym stanie
rzeczy --- ciemno odczuwanym --- mowa stała się
potęgą samą w sobie, obejmującą ludzi jakby
ramionami widm i posuwającą ich tam, dokąd
iść nie chcą. Gdy starają się porozumieć i skupić się dokoła dzieła, owłada nimi szał pojęć
ogólnych, czystych nawet dźwięków słownych;
a skutkiem tej nieudolności w udzielaniu siebie utwory ich ducha obywatelskiego noszą
piętno nierozumienia się, o ile odpowiadają
nie rzeczywistym potrzebom, lecz pustce owych
słów gwałtownych i pojęć: ludzkość dorzuca
zatem do cierpień swych jeszcze cierpienie
<wyroznienie>ugody</wyroznienie>, to znaczy zgodności w słowach i czynach bez zgodności uczuć. We wstecznym biegu sztuki dochodzimy do kresu, w którym jej
chorobliwie rozkrzewiające się środki i formy
mają samowładczą przewagę nad młodymi duszami artystów i czynią z nich swoich niewolników: tak samo przez upadek mowy staliśmy
się niewolnikami słów. Pod tym przymusem
nikt już nie może ukazać siebie, ani mówić
naiwnie; niewielu w ogóle umie zachować swą
indywidualność w walce z wykształceniem,
które nie na tym polega, że kształcąc zadość czyni wyraźnym uczuciom i potrzebom, lecz na
tym, że wprzęga jednostkę w sieć ,,pojęć wyraźnych" i uczy myśleć prawidłowo. Nie osiąga się żadnej korzyści, gdy uczy się kogo dobrze myśleć i wyprowadzać wnioski, nie nauczywszy go pierw dobrze odczuwać. Gdy
w tak dalece zranionej ludzkości rozbrzmiewa
muzyka mistrzów niemieckich, co brzmi tam
właściwie? <wyroznienie>Uczucie prawdziwe</wyroznienie>, wróg ugody,
sztucznego odstręczenia i niezrozumienia człowieka przez człowieka: muzyka taka jest powrotem do natury, a zarazem oczyszczeniem
i przeobrażeniem natury: albowiem w duszach
ludzi najbardziej miłujących powstała konieczność owego powrotu, a <wyroznienie>w sztuce ich dźwięczy przeobrażona w miłość przyroda</wyroznienie>.</akap>


<akap>Przyjmujemy to jako odpowiedź Wagnera
na pytanie, co oznacza muzyka w naszych czasach; ma on i drugą odpowiedź. Stosunek muzyki do życia nie jest jedynie stosunkiem jednego rodzaju mowy do drugiego rodzaju mowy; jest on też stosunkiem świata słyszalnego
do całkowitego świata widzialnego. Jako zjawisko wzrokowe w porównaniu z dawniejszemu zjawiskami życia, istnienie ludzi nowszych
ukazuje niewymowną nędzę i wyczerpanie, pomimo niewymownej różnobarwności, która zadawalnia jedynie wzrok powierzchowny. Spójrzmy tylko nieco głębiej i rozłóżmy wrażenie
tej ruchliwej gry barw: czy całość nie jest niby lśnienie i blask niezliczonych kamyków
i kawałków, pożyczonych od kultur poprzednich? Czy nie jest tu wszystko przepychem
nieprzynależnym, ruchem zmałpowanym, powierzchownością przywłaszczoną? Odzieżą w
pstrych łachmanach dla nagich i marznących?
Pozornym tańcem radości, jaki przypisuje się
cierpiącym? Pozorem dumy wielkiej, którą popisuje się głęboko zraniony? A gdzieniegdzie
zasłoniętą i schowaną przez szybkość ruchu
i wiru niemocą szarą, niepokojem gryzącym,
nudą najpracowitszą, nędzą nieuczciwą! Człowiek współczesny stał się całkowicie pozorem;
sam niewidzialny jest w tym, co przedstawia,
ukrywa się raczej; resztka sztuki wynalazczej,
która się utrzymała u Francuzów i Włochów ---
to sztuka tej gry w chowanego. Gdzie tylko
wymaga się teraz ,,formy" --- w towarzystwie, czy
w rozmowie, w wyrażeniach pisarzy, czy we
wzajemnym stosunku państw --- wszędzie pomimo woli rozumie się przez to miły pozór, to
przeciwieństwo prawdziwego pojęcia formy,
jako ukształtowania koniecznego, które nie ma
nic wspólnego z tym, co ,,miłe", lub ,,niemiłe",
gdyż jest konieczne, a nie dowolne. Ale i tam
gdzie teraz, wśród narodów cywilizowanych,
nie żądamy wyraźnie formy --- posiadamy również mało ukształtowania koniecznego; i tam
jednak jesteśmy niemniej żarliwi w dążeniu do
miłego pozoru, chociaż już nie tak szczęśliwi.
Każdy, o ile jest człowiekiem współczesnym,
czuje <wyroznienie>jak miłym</wyroznienie> jest tu i owdzie pozór i dlaczego to każdemu podoba się, że człowiek
współczesny stara się przynajmniej o pozór. ,,Galernicy tylko znają się --- powiada Tasso<pe><slowo_obce>Tasso, Torquato</slowo_obce> (1544--1595) --- poeta włoski, autor poematu <tytul_dziela>Jeruzalem wyzwolona</tytul_dziela>, poświęconego pierwszej krucjacie.</pe> ---
lecz my uprzejmie <wyroznienie>nie poznajemy</wyroznienie> innych, aby
i oni nas nie poznawali".</akap>


<akap>I oto w świecie form i pożądanego niepoznawania ukazują się dusze przejęte muzyką --- w jakim celu? Poruszają się ruchem wielkiego rytmu swobodnego, z wytworną uczciwością, z nadosobistą namiętnością, pałają spokojnym, potęgi pełnym ogniem muzyki, wytryskającym w nich ku światłu z głębi niewyczerpanej --- w jakimż celu?</akap>


<akap>Przez dusze te muzyka pożąda równoważnej swej siostry, <wyroznienie>gimnastyki</wyroznienie>, jako koniecznego ukształtowania w dziedzinie widzialnej: przez
szukanie jej i pożądanie muzyka staje się sędzią kłamliwego, widzialnego i pozornego świata teraźniejszości. Oto druga odpowiedź Wagnera na pytanie, jakie znaczenie ma muzyka
w tych czasach. Pomóżcie mi, woła do wszystkich, co słyszą, pomóżcie mi odkryć kulturę,
o której muzyka moja wróży, jako o znalezionej mowie uczuć prawdziwych; zastanówcie
się, że dusza muzyki chce sobie ukształtować
ciało --- przez was szuka drogi do widzialności w ruchach, czynach, w urządzeniach i obyczajach! Istnieją ludzie, którzy rozumieją to
nawoływanie, a będzie ich coraz więcej; ci rozumieją, co to znaczy oprzeć państwo na muzyce --- Grecy starożytni nie tylko rozumieli, ale
wymagali tego od siebie --- ci zerwą stanowczo
z państwem teraźniejszym, jak większość zerwała już z kościołem. Droga do tak nowego
a nie zawsze niesłychanego celu prowadzi do
przyznania się, gdzie w wychowaniu naszym
leży brak zawstydzający i właściwa przyczyna
niezdolności wyrwania się z barbarzyństwa:
brak mu duszy muzyki poruszającej i kształtującej, a wymagania jego i urządzenia są wytworem czasów, kiedy muzyka ta, na której
polegamy z wielką ufnością, jeszcze się nie
narodziła. Wychowanie nasze jest tworem dziś
najbardziej zacofanym, zacofanym pod względem jedynej świeżo nabytej potęgi wychowawczej, która stanowi, lub mogłaby stanowić
przewagę ludzi współczesnych nad przeszłymi
wiekami, gdyby przestali dalej żyć tak bezmyślnie pod chłostą chwili! Nie zdołali wchłonąć w siebie duszy muzyki, dlatego nie odczuli gimnastyki w greckim i wagnerowskim
rozumieniu; skutkiem tego ich artyści plastyczni skazani są beznadziejnie, dopóki nie zechcą uznać muzyki za przewodniczkę do nowego świata widzialnego. Zdolności wzrastają
w każdej dziedzinie, przychodzą za późno, lub
za wcześnie, w każdym razie nie w porę, są
zbyteczne i bezskuteczne; nawet to, co było
doskonałe i najwyższe w czasach dawniejszych,
ów wzór dzisiejszych kształcicieli, jest zbyteczne, niemal bezskuteczne i zaledwie może
kłaść kamień na kamieniu. Ponieważ w rozpatrywaniu wewnętrznym nie widzą przed sobą nowych postaci, lecz ciągle stare za sobą,
więc służą historii, nie życiu i martwi są przed
śmiercią. Ale czy ten, kto teraz czuje w sobie prawdziwe, płodne życie, to jest obecnie
jedynie muzykę, czy ten dla dalszych nadziei
może choćby na chwilę dać się skusić kształtom, formom i stylom? Wznosi się ponad próżności takie, nie myśli daleko poza idealnym
światem słyszalnym szukać cudów plastycznych,
a od naszych przeżytych i zblakłych języków
nie oczekuje wielkich pisarzy. Woli już głęboko niezadowolony wzrok swój skierować na
naszą istotę współczesną, niż słuchać byle jakich próżnych pocieszeń: niech przesiąknie cały żółcią i nienawiścią, jeżeli serce jego nie
dość ma ciepła na litość! Lepszą nawet jest
złość i szyderstwo, niż, jak u naszego ,,miłośnika sztuki", oddanie się ułudnemu zadowoleniu i cichej żądzy upojenia. Nawet gdy może
więcej niż zaprzeczać i szydzić, gdy kochać,
współczuć i budować może, <wyroznienie>musi</wyroznienie> przede wszystkim zaprzeczać, ażeby sobie wpierw utorować drogę dla duszy swojej, gotowej do pomocy. Jeżeli muzyka ma nastrajać ludzi do
nabożeństwa i czynić ich powiernikami najwyższych swych celów, to należy zaniechać
obcowania pożądliwego ze sztuką tak świętą:
należy klątwę rzucić na grunt, na którym spoczywają nasze rozrywki artystyczne, na teatr,
muzea, towarzystwa koncertowe, na ,,miłośnika sztuki"; łaskę państwową, przychylną życzeniom ,,miłośnika sztuki" należy zmienić na
niełaskę; sąd publiczny, który szczególny kładzie nacisk na tresowanie w miłośnictwie sztuki, należy zastąpić lepszym sądem. Tymczasem nawet <wyroznienie>jawnego wroga</wyroznienie> sztuki uważamy za
prawdziwego i pożytecznego sprzymierzeńca,
gdyż jest on wrogiem sztuki według pojęć ,,miłośnika": wszak nie zna innej! Niech zarzuca
miłośnikom sztuki bezsensowne marnotrawstwo
pieniędzy na budowę ich teatrów i pomników
publicznych, na posady ,,znakomitych" aktorów i śpiewaków, na utrzymywanie zupełnie
bezpłodnych szkół artystycznych i galerii obrazów; nie wspominając już ile sił, czasu i pieniędzy marnotrawi się w każdym domu na wychowanie dla rzekomych ,,spraw artystycznych".
Nie ma tam ani głodu, ani sytości, tylko wciąż
mdła gra pozoru obojga, wymyślona dla najprężniejszej wystawy, ażeby zmylić o sobie sąd
innych. Albo gorzej jeszcze: jeżeli bierzemy
sztukę stosunkowo poważnie, wymagamy od
niej wytworzenia czegoś w rodzaju głodu i pożądania i zadanie jej umieszczamy w sztucznie
wywołanym wzruszeniu. Jakbyśmy bali się zginąć z własnego obrzydzenia i tępości, tak wzywamy demonów złych, żeby jak zwierzynę gonili nas ci myśliwi: łakniemy cierpienia, gniewu, nienawiści, rozognienia, nagłego przestrachu, napięcia bez tchu; przywołujemy artystę
jako zaklinacza tej gonitwy duchów. Dziś
w duszach naszych wykształconych sztuka jest
pożądaniem kłamanym, obelżywym, znieważającym, albo niczym, albo czymś złym. Artysta
lepszy i rzadszy, by tego nie widzieć, chodzi
jakby ujęty snem odurzającym i wahająco, niepewnym głosem powtarza upiornie piękne słowa, sądząc, że słyszy je z dalekich stron, lecz
nie dość wyraźnie je rozumie. Artysta współczesnego pokroju przeciwnie --- z pogardą patrzy
na marzycielskie szukanie omackiem i mowę
szlachetniejszego swego towarzysza; prowadzi
on na sznurku szczekającą sforę namiętności
sprzężonych i obrzydliwości, żeby je na żądanie puszczać na ludzi współczesnych: ci wolą, że się ich goni, rani i drze, niż by mieli
w cichości mieszkać z samymi sobą. Sam na
sam z sobą! --- myśl ta wstrząsa dusze współczesne, jest ona <wyroznienie>ich</wyroznienie> trwogą i strachem upiornym.</akap>


<akap>Gdy w miastach ludnych przyglądam się tysiącom, jak przechodzą z wyrazem pustki głuchej, lub z pośpiechem, powtarzam sobie: źle
im w duszy. Dla nich sztuka istnieje po to,
aby im w duszy było jeszcze gorzej i bardziej
głucho i bez treści, albo też jeszcze spieszniej
i pożądliwiej. Gdyż <wyroznienie>niewłaściwe odczuwanie</wyroznienie> jedzie na nich, pustoszy ich bezustannie i nie
pozwala im przyznać się do swojej nędzy; gdy
chcą mówić, ugoda szepce im coś do ucha
i zapominają przy tym, co właściwie chcieli powiedzieć; gdy chcą się wzajem porozumieć, rozum ich sztywnieje od przypowieści czarodziejskich --- i nazywają szczęściem swoje nieszczęście: łączą się jeszcze umyślnie ku własnej swej
niedoli. Są zupełnie przeobrażeni i poniżeni
do bezwolnych niewolników niewłaściwego odczuwania.</akap>





<naglowek_rozdzial>6</naglowek_rozdzial>




<akap>Chcę na dwóch tylko przykładach pokazać,
jak przekręcone jest odczuwanie w naszych
czasach i jak czasy te nie są świadome swego przekręcenia. <begin id="b1415641693290-567149503"/><motyw id="m1415641693290-567149503">Pieniądz</motyw>Dawniej patrzano pogardliwie, z uczciwą wytwornością, na ludzi handlujących pieniędzmi, chociaż byli także potrzebni;
uznawano, że każde społeczeństwo musi mieć
trzewia. Teraz oni są potęgą panującą w duszy ludzkości współczesnej, jako część jej najpożądańsza.<end id="e1415641693290-567149503"/> Przed niczym dawniej nie przestrzegano tak, jak przed dniem, w którym
zbyt poważnie bierze się chwilę i zalecano
<wyroznienie>nil admirari<pe><slowo_obce>nil admirari</slowo_obce> (łac.) --- nie dziwić się niczemu.</pe></wyroznienie> oraz troskę o sprawy wieczne;
teraz został tylko jeden rodzaj powagi w duszach współczesnych, a mianowicie w stosunku do wiadomości, jakie przynosi dziennik
i telegraf. Używać chwili, żeby mieć z niej
użytek i jak najprędzej ją oceniać! --- można by
sądzić, że ludziom współczesnym pozostała jedynie cnota przytomności umysłu. W istocie
zaś jest to wszędobytność brudnej, nienasyconej pożądliwości i wszystkiego dociekającej ciekawości. Czy teraz w ogóle <wyroznienie>duch</wyroznienie> istnieje ---
o tym sąd zostawmy przyszłym sędziom, którzy przesieją ludzi współczesnych przez swoje
sito. <begin id="b1415649408631-3799512117"/><motyw id="m1415649408631-3799512117">Strój</motyw>Gminny<pe><slowo_obce>gminny</slowo_obce> --- pospolity, nie arystokratyczny.</pe> jest ten wiek, widzimy to już
teraz, ponieważ czci to, czym dawniejsze wieki wytworne pogardzały: jeżeli przyswoił sobie całą cenność przeszłej mądrości i sztuki
i kroczy w najbogatszej z szat, to ukazuje niemiłą świadomość gminności swej, używając
płaszcza nie dla ciepła, lecz dla miłego pozoru. Potrzeba udawania i ukrywania się wydaje mu się naglejszą niż potrzeba ciepła.<end id="e1415649408631-3799512117"/> Teraźniejsi uczeni i filozofowie nie dla wewnętrznej mądrości i spokoju używają mądrości Indusów i Greków: praca ich ma jedynie dostarczać czasom obecnym zwodniczej opinii mądrości. Badacze zwierząt chcą we wzajemnym
stosunku państw i ludzi postawić zwierzęce
wybuchy gwałtowności, chytrości i zemsty, jako niezmienne prawa natury. Historycy z bojaźliwą starannością dowodzą tezy, że każda
epoka ma swoje własne prawo, właściwe sobie warunki --- dowodzą tego, ażeby przygotować przewodnią myśl obrony w nadchodzącym
postępowaniu sądowym, które nawiedza naszą
epokę. Nauka o państwie, narodzie, gospodarstwie, handlu i prawie --- ma obecnie charakter <wyroznienie>przygotowawczo-obrończy</wyroznienie>; zdaje się, iż
jedyne zadanie ducha czynnego, niezużytkowanego w obrocie wielkiego mechanizmu zarobku i władzy, polega na obronie i wytłumaczeniu teraźniejszości.</akap>


<akap>Przed jakim oskarżycielem? --- pytamy się zdziwieni. Przed własnym złym sumieniem.</akap>


<akap>Tu zadanie sztuki współczesnej staje się
wyraźnym: tępość albo odurzenie! Usypiać albo odurzać! Tym lub owym sposobem doprowadzać sumienie do niewiedzy! Pomagać duszy współczesnej do wzniesienia się nad poczucie winy, nie dopomagać jej w powrocie
do niewinności! Przynajmniej na chwilę tylko!
Obronić człowieka przed nim samym, doprowadzając go do tego, że musi milczeć, a słyszeć nie może! --- Kto z nielicznych raz tylko
istotnie odczuł zawstydzające to zadanie, straszną tą zniewagę sztuki, tego dusza po brzegi
przepełni się żalem i litością, ale też i nową
nadpotężną tęsknotą. Kto chce sztukę oswobodzić i odnowić jej świętość niesplugawioną,
naprzód sam oswobodzić się musi od duszy
współczesnej; jako niewinny jedynie może odnaleść niewinność sztuki; ma on dokonać dwóch
ogromnych oczyszczeń i poświęceń. Jako zwycięzca z oswobodzonej duszy przemawiałby
sztuką oswobodzoną, wpadłby więc w największe niebezpieczeństwo, w walkę najokropniejszą; ludzie woleliby rozszarpać go i sztukę jego, niż przyznać się, jak ginąć muszą ze
wstydu przed ludźmi. Może zbawienie sztuki,
jedyny ów spodziewany, świetlany punkt w czasach nowszych, pozostanie zdarzeniem dla kilku dusz samotnych, podczas gdy większość
patrzeć będzie na migotliwy i kopcący ogień
swojej sztuki: oni nie chcą światła, lecz oślepienia, oni <wyroznienie>nienawidzą</wyroznienie> światła --- nad sobą.</akap>


<akap>Tak więc schodzą z drogi nowemu zwiastunowi światła; ale on idzie za nimi, zniewolony miłością, z której powstał i chce ich zniewolić. ,,<wyroznienie>Macie</wyroznienie> przejść poprzez moje misterie<pe><slowo_obce>misterie</slowo_obce> --- dziś popr.: misteria.</pe>,
woła do nich, potrzeba wam oczyszczeń ich
i wstrząśnięć. Odważcie się na własne dobro
i porzućcie raz tę ponuro oświetloną przyrodę
i życie, które, jak się zdaje, wy jedynie znacie; prowadzę was do rzeczywistego królestwa:
sami też, gdy z jaskini mojej do waszego dnia
powrócicie, sami powinniście rozstrzygnąć, które życie jest rzeczywistsze, gdzie właściwie
jest dzień, a gdzie jaskinia. Przyroda jest w sobie daleko bogatsza, potężniejsza, szczęśliwsza, straszniejsza; nie znacie jej, żyjąc zwyczajnie:
uczcie się powrotu do natury i dajcie się prze obrazić z nią i w niej moim czarem miłości
i ognia".</akap>


<akap>Jest to głos <wyroznienie>sztuki wagnerowskiej</wyroznienie>, tak on
przemawia do ludzi. To, że my --- dzieci tak lichej epoki --- pierwsi usłyszeliśmy jej dźwięk,
dowodzi, jak godną politowania jest nasza epoka, i w ogóle, że muzyka prawdziwa jest przeznaczeniem i prawem przedwiecznym; nie można obecnego brzmienia jej wyprowadzać z próżnego przypadku bez treści; Wagner przypadkowy byłby zduszony nadprzemocą drugiego
żywiołu, do którego był wrzucony. Lecz nad
rozwojem istotnego Wagnera leży rozjaśniająca i usprawiedliwiająca konieczność. Sztuka
jego w rozwoju swym jest najwspanialszym widowiskiem, chociażby rozwój był bolesny, gdyż
wszędzie ukazuje się rozum, prawo, cel. Widz
szczęśliwy z widowiska wychwalać będzie ten
rozwój bolesny i rozważać będzie z radością,
jak dla natury praprzeznaczonej i obdarzonej
wszystko musi obracać się na dobro i korzyść,
mimo że przez ciężkie przechodzi szkoły; rozważać będzie, jak żywi się trucizną i nieszczęściem i staje się przy tym zdrową i silną. Szyderstwo i opór otaczającego świata jest dla
niej powabem i ościeniem; jeżeli błądzi, z najdziwniejszą zdobyczą wraca z zabłądzeń i zatraceń; gdy śpi, ,,przysypia sobie nowe siły".
Hartuje nawet ciało i czyni je tęższym<pe><slowo_obce>tęższy</slowo_obce> --- tu: silniejszy.</pe>; im więcej żyje, tym mniej życia zużywa; rządzi człowiekiem jak namiętność uskrzydlona i każe mu
latać wówczas właśnie, gdy noga jego znużyła
się w piaskach i poraniła o kamienie. Natura
taka może jedynie udzielać; każdy powinien
działać w jej dziele, ona nie skąpi swoich darów. Odrzucona --- darzy jeszcze obficiej, nadużywana przez obdarzonego --- dodaje najcenniejszy klejnot, jaki posiada i nigdy jeszcze
obdarzeni nie byli godni daru --- tak brzmi najstarsze i najmłodsze doświadczenie. Praprzeznaczona natura, przez którą muzyka przemawia do świata zjawisk, jest rzeczą najbardziej
zagadkową pod słońcem, otchłanią, w której
kojarzy się siła i dobroć, mostem pomiędzy Samo a Niesamo. Kto zdoła nazwać wyraźnie
cel, dla którego w ogóle istnieje, gdyby nawet
można było odgadnąć celowość w sposobie,
w jaki powstała? Wolno zapytać z głębi najszczęśliwszego przeczucia: czyżby istotnie większe istniało gwoli mniejszego, największa zdolność dla najmniejszej, najwyższa cnota i świętość gwoli ułomnym? Czy muzyka prawdziwa
musiała rozbrzmieć dlatego, że <wyroznienie>ludzie najmniej
na nią zasłużyli, lecz najwięcej jej potrzebowali</wyroznienie>?
Zagłębmy się tylko na chwilę w wezbrany
cud tej możliwości: gdy stamtąd spojrzymy na
życie, to ono świeci, choćby się wydawało
przedtem ponure i zamglone.</akap>





<naglowek_rozdzial>7</naglowek_rozdzial>





<akap>Nie może być inaczej: spostrzegacz, przed
którym staje taka postać, jak Wagner, musi
być czasem pomimo woli odrzucony w kierunku małości swej i ułomności i zapytuje siebie:
do czego ona ci służy? Dlaczego ty właściwie
istniejesz? Wówczas nie ma zapewne odpowiedzi i stoi przed własną istotą zdziwiony i zmieszany. Niech mu wystarczy, że przeżył tę
chwilę; niech odpowiedzią będzie mu to, że
czuje się <wyroznienie>obcym we własnej swej istocie</wyroznienie>. Tym
jedynie uczuciem współdziała on w najpotężniejszym przejawie życia Wagnera, w ośrodku
siły jego, w owej demonicznej <wyroznienie>przenośności</wyroznienie>
i samozrzeczeniu się jego natury, która równie
siebie innym, jak innych sobie udzielać może,
a wielkość jej tkwi w dawaniu i przyjmowaniu.
Ulegając pozornie naturze Wagnera --- tak wylewnej i przelewnej, spostrzegacz bierze udział
w jej sile i staje się potężnym <wyroznienie>przez niego przeciwko niemu</wyroznienie>; kto ściśle bada siebie, ten wie,
że do badania potrzebna jest tajemnicza nieprzyjaźń, nieprzyjaźń postrzegania. Jeżeli sztuka jego pozwala nam przeżywać to, czego dusza wędrowna doznaje w duszach innych, jeżeli bierze udział w ich losie i uczy się patrzeć
na świat wieloma oczami, to zdołamy i z oddalenia i odstręczenia widzieć go, skorośmy go
wprzód przeżyli. Wówczas czujemy z zupełną pewnością, że widzialność świata chce się
w Wagnerze zagłębić i uwewnętrznić w słyszalnym i szuka zagubionej swej duszy: słyszalne świata również chce w nim jako zjawisko wzrokowe dostać się na światło i w oddal. chce jakoby zdobyć sobie ciało. Sztuka
jego prowadzi go wciąż drogą podwójną z jednego świata jako gra słyszalna do zagadkowego świata pokrewnego jako gra widzialna
i na odwrót; tłumaczy wciąż --- a widz wraz z nim ---
ruchliwość widzialną w duszy i prażyciu, patrzy w najskrytsze życie wnętrza, jak na zjawisko i odziewa je w ciało pozorne. Wszystko
to jest istotą <wyroznienie>dramaturga dytyrambicznego</wyroznienie>;
pojęcie to w całej pełni obejmuje zarazem
aktora, poetę, muzyka: pojęcie to z konieczności wzięte jest z jedynie doskonałego zjawiska <wyroznienie>dramaturga dytyrambicznego</wyroznienie> przed Wagnerem --- z Eschylosa i greckich jego towarzyszy sztuki. Starano się najwspanialsze rozwoje
wyprowadzać z wewnętrznych tam lub braków;
poezja dla Goethego na przykład była sposobem porozumiewania się chybionego powołania malarskiego; o dramatach Schillera możemy
mówić, jako o przedstawianym krasomówstwie
ludowym; popieranie muzyki przez Niemców
sam Wagner chce wytłumaczyć między innymi
tym, że pozbawieni zwodniczego bodźca, to jest
wrodzonego głosu melodyjnego, zmuszeni byli
pojmować muzykę z taką samą głęboką powagą, jak reformatorzy ich pojmowali chrześcijaństwo: gdybyśmy w podobny sposób chcieli
połączyć rozwój Wagnera z taką tamą wewnętrzną, moglibyśmy przyjąć w nim prazdolność aktorską; musiała ona zaniechać zadowolenia się na najbliższej drodze trywialnej,
więc wraz z innymi sztukami znalazła wyraz
swój i zbawienie w wielkim objawieniu aktorskim. Tak samo należałoby powiedzieć, że
najpotężniejsza w nim natura muzyka przebojem wdarła się do innych sztuk z rozpaczy,
że musi przemawiać do dusz na pół muzykalnych
lub niemuzykalnych --- a to, żeby udzielać się
ze stokroć większą jasnością i przemocą zdobyć sobie zrozumienie, zrozumienie najbardziej
ludowe. Jakkolwiek wyobrażać sobie będziemy rozwój pradramaturga, jest on w dojrzałości swej i dokonaniu wytworem bez tamy
i braku: artysta istotnie wolny nie może myśleć inaczej, jak tylko we wszystkich sztukach
razem; jest on pojednawcą i pośrednikiem pomiędzy sferami pozornie oddzielonymi, odnowicielem jedności i całości artyzmu, którego
nie można ani odgadnąć, ani wywnioskować,
tylko dowieść czynem. Niby najstraszniejszymi, najbardziej pociągającymi czarami zawładnie on tym, przed kim czynu tego dokona.
Stajemy nagle przed potęgą, która niweczy
opór rozumu; wszystko, w czym się żyło dotąd,
wydaje się nierozsądne i niepojęte: wyrzuceni
z siebie pływamy w żywiole zagadkowo-ognistym; nie rozumiemy już siebie, nie poznajemy
już rzeczy najbardziej znanych; nie mamy już
miary w ręku; prawo i odrętwiałość zaczynają
się chwiać, wszystko lśni w nowych barwach,
przemawia do nas nowymi znakami: trzeba być
Platonem, żeby w gmatwaninie tej gwałtownej
słodyczy i bojaźni postanowić jak on i tak
powiedzieć do dramaturga: ,,gdy w społeczeństwo nasze wstępuje człowiek, który z powodu
mądrości swojej mógłby się stać wszystkim
i naśladować wszechrzeczy, będziemy go czcili
jak świętego i cudownego, namaścimy głowę
jego i uwieńczymy ją wełną, lecz postaramy
się namówić go, żeby poszedł sobie do innego
społeczeństwa". Może ten, co żyje w społeczeństwie platońskim, powinien i zdoła się na
tyle przezwyciężyć: my jednak, którzy w innym zupełnie żyjemy społeczeństwie, pożądamy
czarodzieja, chociaż boimy się go, i tęsknimy
doń, żeby społeczeństwu i rozumowi złemu,
i potędze, których wcieleniem jest społeczeństwo, choć raz zaprzeczyć. Stan ludzkości i jej
społeczność, obyczaj, sposób i całokształt życia, który może się obyć bez artysty naśladowcy nie jest może niemożliwością, ale to <wyroznienie>może</wyroznienie> należy do najzuchwalszych i równoważy
rzeczy bardzo ciężkie; o tym wolno mówić tylko temu, kto mógłby, wyprzedzając czas, wywołać i odczuć najwyższą chwilę przyszłości ---
i musiałby jak Faust oślepnąć natychmiast: ---
gdyż my nie mamy nawet prawa do tej ślepoty, podczas gdy Plato np. mógł być słusznie
ślepym na rzeczywisty hellenizm, rzuciwszy jedno spojrzenie na hellenizm idealny. My zaś
potrzebujemy sztuki dlatego, żeśmy się nauczyli
<wyroznienie>patrzeć w obliczu rzeczywistości</wyroznienie>; potrzeba nam
wszechdramaturga, żeby wybawił nas na godzinę przynajmniej ze strasznego napięcia, jakiego człowiek widzący doznaje pomiędzy sobą a naładowanymi obowiązkami. Wznosimy
się z nim na najwyższe stopnie uczucia i tam
dopiero mniemamy, że jesteśmy w swobodnej
przyrodzie i w królestwie swobody; stamtąd widzimy jakby w ogromnych odbiciach powietrznych siebie i równych sobie w zapasach,
zwycięstwach i upadkach, jako coś wzniosłego
i znacznego; lubujemy się rytmem namiętności
i ofiarą jej; przy każdym gwałtownym kroku
bohatera słyszymy głuchy odgłos śmierci i doznajemy w pobliżu niej najwyższego czaru życia: przeobrażeni tak na ludzi tragicznych wracamy do życia w usposobieniu dziwnie pocieszonym, z nowym uczuciem pewności, jak gdybyśmy z największego niebezpieczeństwa, z wykroczeń i zachwyceń znaleźli drogę powrotną
do ograniczoności i swojskości, tam, gdzie możemy obcować z dobrocią wyższą i wytworniej niż dotąd; gdyż wszystko, co się ukazuje
tu jako powaga i potrzeba, jako bieg do celu
jest w porównaniu z drogą przez nas choćby
tylko we śnie przebytą --- podobne do dziwnie
odosobnionych strzępów wszechzdarzeń, których jesteśmy z przerażeniem świadomi; jesteśmy bliscy niebezpieczeństwa i pokusy, żeby
brać życie zbyt lekko dlatego, żeśmy je w sztuce z tak niezmierną pojęli powagą: wskazuję
tu na słowa Wagnera o losach życia jego. Nam,
którzy sztukę taką przeżywamy tylko jako dramatyczność dytyrambiczną, lecz nie tworzymy
jej, sen wydaje się prawdziwszym niż rzeczywistość: jakże dopiero twórca ocenia tę sprzeczność! Jako kto stoi on pośród wrzaskliwych
nawoływań i natarczywości dnia, wobec potrzeb życiowych, towarzystwa, państwa? Może
jako jedyny, który czuwa, jedyny myślący dobrze, istotnie wśród rozproszonych i dręczonych śpiochów, wśród majaczących przez sen
i cierpiących. Ochwytuje go czasem bezsenność długa, jak gdyby całe życie swoje nadnocnie jasne i świadome zmuszony był przepędzać z włóczęgami nocnymi i z upiornie poważnymi istotami: więc wszystko, co dla innych jest codzienne, dla niego jest straszne;
i oto zjawia się pokusa: żeby zjawisko to swawolnym witać szyderstwem. Dziwnie pokrzyżowane bywa to uczucie, gdy do jasności przerażającej tej swawoli przyłącza się inna skłonność: tęsknota z wyżyn w głąb, miłujące pożądanie ziemi, szczęścia wspólności; --- dziwnie
pokrzyżowane bywa to uczucie, gdy, pamiętając, bez czego obywał się jako samotnik-twórca, teraz --- jak bóg schodzący na ziemię ---
wszystko, co słabe, ludzkie, zgubione chce
wznieść ,,ognistymi ramionami do nieba", żeby
odnaleźć w końcu nie uwielbienie, lecz miłość
i w miłości zrzec się samego siebie! Krzyżowanie się to jest istotnym cudem w duszy dytyrambicznego dramaturga: tu tylko pojęciem
można ująć jego istotę. A gdy wprzęga się
w to krzyżowanie się uczuć, gdy owo swawolne zdziwienie wobec świata kojarzy z tęsknym,
miłosnym pożądaniem świata --- to są to chwile
twórcze jego sztuki. Jakiekolwiek spojrzenia
rzuca na ziemię i życie, są to zawsze promienie słoneczne, które ,,podnoszą wodę", mgły
skłębiają i skupiają koło siebie opary burzowe. <wyroznienie>Jasnowidząco-rozważnie i z miłością niesamolubną</wyroznienie> spogląda jego wzrok; wszystko co
oświeca sobie podwójną świetlaną siłą wzroku i
zniewala ze straszną szybkością przyrodę do
wyładowania sił, do objawienia najskrytszych
tajników: zniewala wstydliwością. Jest to więcej niż obraz, gdy mówimy, że wzrokiem tym
niespodzianie zobaczył przyrodę, że ją ujrzał
nagą: więc przyroda chce uciec zawstydzona
do swoich sprzeczności. To, co było dotąd
niewidzialne, wewnętrzne, ucieka w sferę widzialną, staje się zjawiskiem; to co było dotąd widzialne, ucieka w ciemne morze dźwięków: <wyroznienie>przyroda, chcąc się ukryć, odsłania istotę swoich sprzeczności</wyroznienie>. W tańcu burzliwie
rytmicznym, a jednak falistym, gestami zachwytu mówi pradramaturg o tym, co się
obecnie dzieje w nim i w przyrodzie. Dytyramb ruchów jego jest równie bardzo groźnym
rozumieniem, swawolną przenikliwością, jak i miłosnym zbliżeniem się i samozrzeczeniem pełnym radości! Słowo następuje upojone po
rytmie; połączona ze słowem rozbrzmiewa melodia; melodia znów rzuca iskry swoje dalej
w dziedzinę obrazów i pojęć. Zjawia się marzenie senne, podobne-niepodobne do obrazu
przyrody i jej zalotnika, skupia się do postaci
ludzkich, rozszerza się do bohatersko-swawolnej woli, do upadku pełnego słodyczy i jużniechcenia; tak powstaje tragedia, tak otrzymuje życie najwspanialszą mądrość swą, mądrość myśli tragicznej, tak w końcu wyrasta
największy czarodziej i darzący wśród śmiertelnych --- dramaturg dytyrambiczny.</akap>





<naglowek_rozdzial>8</naglowek_rozdzial>




<akap>Właściwe życie Wagnera, to jest powolne objawianie się dramaturga dytyrambicznego, było
zarazem nieustanną walką ze sobą, o ile nie
był wyłącznie tym dytyrambicznym dramaturgiem: walka z opornym światem była dlań nienawistna i przerażająca, ponieważ słyszał jak
,,świat" ten, ów wróg zwodniczy, przemawiał z głębi siebie, a on --- Wagner ukrywał w sobie
potężnego demona oporu. Gdy powstała <wyroznienie>myśl
panująca</wyroznienie> jego życia, myśl, że z teatru można
wywierać wpływ niezrównany, największy wpływ
sztuki, wówczas wzburzenie olbrzymie rozdarło
jego istotę. Nie powziął jednak natychmiast
jasnego, świetlanego postanowienia co do dalszych żądań i postępowań: myśl ta zjawiła się
naprzód w kuszącej postaci, jako wyraz ponurej woli osobistej, nienasycenie pożądającej <wyroznienie>potęgi i blasku</wyroznienie>. <begin id="b1415734569392-1252586588"/><motyw id="m1415734569392-1252586588">Sztuka, Władza</motyw>Wpływ, wpływ niezrównany ---
przez co? na kogo? --- to było odtąd nieustanne
pytanie i szukanie głowy jego i serca. Chciał
zwyciężać i zdobywać, jak żaden jeszcze artysta, i jednym zamachem doszedł do tyrańskiej
wszechmocy, do której gnało go coś w sposób
tak ciemny. Głęboko --- wzrokiem zazdrosnym
i badawczym mierzył wszystko, co miało powodzenie, a jeszcze więcej przypatrywał się temu, na którego wpływać należało. Czarodziejskim okiem dramaturga, który czyta w duszach tak biegle, jak w piśmie, przenikał widza i słuchacza, a chociaż często niepokoił
się w tym przenikaniu, to jednak chwytał natychmiast środki, żeby słuchacza pokonać.
Środki te miał pod ręką; chciał i mógł dokonać tego, co nań silnie działało; we wzorach
swoich pojmował zawsze tyle tylko, ile sam
mógł stworzyć; nigdy nie wątpił, czy będzie
w stanie dokonać tego, co mu się podobało.
Może jest on pod tym względem naturą zarozumialszą niż Goethe, który powiedział o sobie: ,,myślałem zawsze, żem to już miał; można mi koronę włożyć na głowę, a ja pomyślę, że się to samo przez się rozumie". <end id="e1415734569392-1252586588"/>Możność Wagnera, jego ,,gust" i jego zamiar ---
po wszystkie czasy pasowały do siebie tak
ściśle, jak klucz do zamka: jednocześnie <wyroznienie>stawały się</wyroznienie> wielkie i wolne; ale wówczas jeszcze
nimi nie były. Co go obchodziło odczuwanie
słabsze, chociaż szlachetniejsze, a jednak samolubnie-samotne, jakiego z dala od tłumu doznawał ten czy ów miłośnik sztuki, wychowany
literacko lub estetycznie! Ale owe gwałtowne
burze dusz wywoływane w wielkim tłumie przy
pojedynczych stopniowaniach śpiewu dramatycznego, owo nagle rozszerzające się upojenie dusz, na wskroś uczciwe i niesamolubne ---
wszystko to było odgłosem własnego jego doświadczenia i czucia; przenikała go przy tym
pałająca nadzieja najwyższej potęgi i wpływu!
Za środek swój, z pomocą którego mógłby
wyrazić swoją myśl panującą, uważał <wyroznienie>wielką
operę</wyroznienie>, do niej pchała go żądza, ku jej ojczyźnie zwrócił się jego wzrok. Dłuższy okres życia jego wraz z najzuchwalszymi zmianami planów, studiów, pobytów, znajomości --- tłumaczy
się jedynie przez tę żądzę i opór zewnętrzny,
na jaki napotykać musiał artysta biedny, niespokojny, namiętnie-naiwny. Jak stać się panem w tej dziedzinie, o tym inny artysta wiedział lepiej; teraz, gdy wiadomo, przez jaką
nader sztucznie utkaną sieć różnego rodzaju
wpływów umiał Meyerbeer przygotować i osiągnąć każde wielkie zwycięstwo i jak bojaźliwie brano pod uwagę popyt na ,,efekty" nawet w operze, teraz można też zrozumieć stopień zawstydzonej goryczy, jakiej doznał Wagner, gdy otworzono mu oczy na te niemal konieczne ,,środki artystyczne" zapewniające zwycięstwo nad publicznością. Wątpię, czy istniał
na świecie wielki artysta, który rozpoczął z tak
ogromnym błędem i wdawał się tak bez wahania i dobrodusznie w najbardziej oburzające
stosunki w sztuce: a jednak sposób, w jaki to
czynił, miał w sobie wielkość i dlatego też ---
zadziwiającą płodność; gdyż w rozpaczy poznanego błędu pojął powodzenie współczesne,
publiczność współczesną i całą współczesną
kłamliwą istotę artyzmu. Gdy stał się krytykiem ,,efektu", przejęły go dreszczem przeczucia własnego udoskonalenia. Odtąd duch muzyki przemawiał do niego nowym czarem duszy. Powracał jakby z długiej choroby do światła, nie dowierzał już rękom i oczom, czołgał
się po drodze swojej; więc jako cudowne odkrycie odczuł, że jest jeszcze muzykiem, jeszcze
artystą, że stał się nim dopiero teraz.</akap>


<akap>Każdy dalszy stopień w rozwoju Wagnera
zaznacza się ściślejszym spojeniem obu podstawowych sił istoty jego: ustaje obawa jednej
przed drugą; wyższe Samo nie z łaski już obdarza usługami potężnego brata ziemskiego, ale
<wyroznienie>kocha</wyroznienie> go i musi mu służyć. Najwytworniejsze
i najczystsze jest wreszcie, u celu rozwoju, zawarte nawet w najpotężniejszym; burzliwy pęd
własnym, jak przedtem, biegiem, ale innymi już
drogami dochodzi tam, gdzie zamieszkuje wyższe Samo; a Samo schodzi na ziemię i poznaje
podobieństwo swoje w ziemskości. Gdyby możliwą rzeczą było mówić w ten sposób o ostatecznym celu i wyniku rozwoju i być zrozumiałym, należałoby odnaleźć zwrot obrazowy,
który mógłby wyrazić długi międzystopień
owego rozwoju; ja wątpię i dlatego też nie
próbuję. Międzystopień historycznie odgranicza się dwoma słowami od poprzedniego i następnego stopnia. Wagner staje się <wyroznienie>rewolucjonistą społeczeństwa</wyroznienie>, Wagner uznaje jedynego
dotychczas artystę --- <wyroznienie>poetyzujący lud</wyroznienie>. I do tego, i do tamtego zaprowadziła go myśl panująca, która po wielkiej owej rozpaczy i pokucie
ukazała mu się w nowej postaci potężniejsza
niż kiedykolwiek. Wpływ, wpływ niezrównany z teatru! --- lecz na kogo? Przejmował go
dreszcz, gdy wspomniał, na kogo chciał oddziaływać. Z własnego doświadczenia rozumiał
całe hańbiące stanowisko, jakie zajmują --- sztuka i artysta: rozumiał, że społeczeństwo bezduszne, lub twardoduszne, które zowie się dobrym, a jest właściwie złe, wtłacza sztukę i
artystę do swego orszaku niewolników dla zadowolenia <wyroznienie>pragnień pozornych</wyroznienie>. Sztuka współczesna jest zbytkiem --- rozumiał to, a także i
to, że sztuka ta trwa i ginie razem z prawem
zbytkowego społeczeństwa. Społeczeństwo za
pomocą najmądrzejszego i najtwardszego użycia władzy umiało bezsilnych, to jest lud, coraz
bardziej naginać do służalstwa, coraz bardziej
poniżać go i wynaradawiać i umiało stworzyć
z niego ,,robotnika" współczesnego; odebrało
też ludowi jego największe, najczystsze, to, co
wytwarzał z najgłębszego przymusu, w czym,
jako artysta jedyny, rozdawał miłosiernie duszę swoją, odebrało mu jego podanie, jego pieśń i taniec, jego mowę, ażeby
odświeżyć sztuki współczesne, ten lubieżny środek przeciw wyczerpaniu i nudom swego istnienia. Jak społeczeństwo to powstało; jak ze
sprzecznych pozornie dziedzin potęgi umiało
wsysać w siebie nowe siły; jak, na przykład,
upadłe w obłudzie i połowiczności chrześcijaństwo pozwoliło się użyć na obronę przeciw ludowi i stało się warownią tego społeczeństwa
i jego własności; jak nauka i uczeni poddawali się zbyt giętko tej pańszczyźnie --- wszystko
to ścigał Wagner poprzez czasy, a przy końcu spostrzeżeń swych skoczył z obrzydzenia
i wściekłości: stał się rewolucjonistą przez litość dla ludu. Odtąd kochał lud i tęsknił do
niego tak, jak tęsknił do swojej sztuki, gdyż
ach! tylko w nim, w zaniknionym, niemal nieprzeczuwalnym, sztucznie usuniętym ludzie widział jedynego widza i słuchacza, który by dorósł i godnym był potęgi jego sztuki tak, jak
to sobie wymarzył. Więc myśl jego skupiła
się koło pytania: Jak powstaje lud? Jak on
zmartwychpowstaje?</akap>


<akap>Znajdywał wciąż jedną tylko odpowiedź: ---
gdyby jednostka zbiorowa cierpiała, jak on
cierpi, byłby to lud; --- tak mówił sobie. Gdzie
ta sama niedola prowadziłaby do tego samego
parcia i do tych samych żądań, tam szukano by tego samego zadowolenia i znaleziono by
w nim to samo szczęście. Oglądał się, co go
najgłębiej pocieszało i podnosiło w niedoli, co
zapobiegało niedoli jego całkowicie: a miał radosną pewność, że były to jedynie: podanie,
które znał jako wytwór i mowę niedoli ludu
i muzyka, która jest podobnego, chociaż bardziej zagadkowego pochodzenia. W dwóch
tych żywiołach kąpie i uzdrawia duszę swoją,
pożąda ich najgoręcej: stąd wolno mu wnioskować, że niedola jego bliska jest niedoli ludu
w chwili, gdy powstawał i że lud musi zmartwychwstać, jeżeli będzie <wyroznienie>wielu Wagnerów</wyroznienie>.
Jak więc żyły podanie i muzyka w społeczeństwie współczesnym, o ile nie padły jego ofiarą? Podobne losy były ich udziałem, jako świadectwo tajemniczego ich związku: podanie było głęboko poniżone i zeszpecone, przeobrażone w ,,baśń", w igraszkę dzieci i kobiet zaniedbanego ludu, zupełnie obnażone z szat cudownej, poważnie świętej natury męskiej; muzyka utrzymała się pośród biednych i skromnych, pośród samotnych; muzyk niemiecki
nie zdołał na szczęście stanąć w szeregu sztuk
zbytkowych, stał się sam baśnią potworną,
zamkniętą, pełen był najrzewniejszych dźwięków i oznak i pytał niedołężnie i był czymś
zaczarowanym, potrzebującym zbawienia. Tu
artysta wyraźnie usłyszał rozkaz jedynie dla
siebie, rozkaz zwrócenia podaniom męskości
i odczarowania muzyki, doprowadzenia jej do
mowy: uczuł od razu siłę swoją rozpętaną do
<wyroznienie>dramatu</wyroznienie>, panowanie swoje ugruntowane na
nieodkrytym jeszcze, pośrednim królestwie pomiędzy podaniem a muzyką. Nowe swoje dzieło sztuki, w którym zawarł wszystko, co potężne, pełne działania, uszczęśliwiające, postawił teraz przed ludźmi w swoim wielkim, bolesnym <wyroznienie>pytaniu</wyroznienie>: ,,Gdzie wy, którzy tak jak ja
cierpicie i pożądacie? Gdzie jednostka zbiorowa, w której pragnę widzieć naród? Poznam
was po tym, że macie wspólne ze mną szczęście, tę samą pociechę: niechaj w radości waszej objawią mi się wasze cierpienia! Pyta! tak
przez Tannhausera i Lohengrina, oglądał się
--- za równymi sobie; samotny pragnął mnogości.</akap>


<akap>A co się działo w jego duszy? Nikt nie dał
odpowiedzi, nikt nie zrozumiał jego pytania.
Nie zbywano go wcale milczeniem; owszem ---
odpowiadano na tysiączne pytania, których
wcale nie stawiał, świergotano o nowych dziejach sztuki, jakby stworzone były tylko do
mielenia językiem. Estetyczna żądza pisania
i gadatliwość wybuchła jak febra wśród Niemców; mierzono, przebierano palcami po dziełach sztuki, po osobie artysty --- z brakiem wstydliwości właściwym niemieckim uczonym równie jak i niemieckim dziennikarzom. Wagner
starał się pismami dopomóc im do zrozumienia pytania swego: nowe zagmatwanie, nowe
brzęczenie. Muzyk piszący i myślący był wówczas dla całego świata potworem; krzyczano
więc, że to teoretyk, chcący wymyślnymi pojęciami przekształcić sztukę; --- kamienujcie go!
Wagner był ogłuszony; nie rozumiano pytania
jego, nie odczuwano jego niedoli, jego dzieło
sztuki podobne było do opowieści wygłoszonej dla ślepych i głuchych, lud jego --- do urojenia; zatoczył się i zaczął się chwiać. Przed
wzrokiem jego powstaje możliwość upadku
wszystkiego; nie przeraża się już tą możliwością: może da się podjąć nową nadzieję po
tamtej stronie upadku i spustoszenia, może i nie,
w każdym razie nic lepsze jest, niż wstrętne
coś. Wkrótce znalazł się jako polityczny zbieg
i w nędzy.</akap>


<akap>Teraz dopiero, z tą straszną zmianą zewnętrznego i wewnętrznego losu zaczyna się
w życiu wielkiego człowieka okres, na którym
leży blask najwyższego mistrzostwa, blask złota płynnego! Teraz dopiero geniusz dytyrambicznego dramaturga zrzuca z siebie ostatnią
powłokę! Jest osamotniony, czas wydaje mu
się błahym, nie ma już nadziei: wejrzenie świata jego schodzi w głąb, jeszcze raz, a tym razem aż do dna; tam spostrzega cierpienie tkwiące w istocie wszechrzeczy i odtąd znosi cierpienie swe spokojniej, jakby się stał mniej osobistym. Żądza potęgi najwyższej --- spuścizna
dawniejszych warunków --- przekształca się zupełnie w twórczość artystyczną; sztuką swoją
mówi tylko ze sobą, już nie z publicznością
ani z ludem, i pragnie usilnie dać jej największą
wyrazistość i zdolność do najpotężniejszego
dialogu. Inaczej było w dziełach sztuki za
okresu poprzedniego: miał on wzgląd, choć
wytworny i uszlachetniony, na oddziaływanie
natychmiastowe: dzieło sztuki miało być pytaniem, miało natychmiast wywoływać odpowiedź;
jakże często chciał Wagner ułatwić zrozumienie tym, których pytał! --- uprzedzał ich niewprawność w odpowiedziach i tulił się do starszych form i środków wyrażania w sztuce: gdzie
obawiał się, że nie przekona językiem sobie najwłaściwszym i nie będzie zrozumiany, tam próbował namawiać i obwieszczać pytanie swoje
na pół dla słuchaczy obcym, ale znanym językiem. Teraz nic nie mogło skłonić go do takiego względu; teraz chciał tylko jednego: porozumieć się ze sobą, myśleć zdarzeniami
o istocie świata, filozofować dźwiękami. Kto
godzien wiedzieć, co wówczas działo się w nim,
o czym mówił ze sobą w świętym mroku duszy --- a godnych jest niewielu --- ten niechaj słucha, patrzy i przeżywa <tytul_dziela>Tristana i Izoldę</tytul_dziela>, właściwe <slowo_obce>opus metaphysicum<pe><slowo_obce>opus metaphysicum</slowo_obce> (łac.) --- dzieło metafizyczne.</pe></slowo_obce> sztuki, dzieło, na
którym leży szklanny wzrok konającego ze
swą nienasyconą, najsłodszą tęsknotą do tajemnic nocy i śmierci, z dala od życia, które świeci jako zło, ułuda i rozłam w zgrozie upiorowego świtu: jest to dramat o cierpkiej surowości form, pokonywający w prostej swej wielkości i w ten tylko sposób odpowiada on tajemnicy, o której mówi: martwości w żywym
ciele, jednolitości w dwoistości. Jest jednak
coś dziwniejszego niż to dzieło: sam artysta,
który w krótkim przeciągu czasu mógł stworzyć obraz świata o najzupełniej innym zabarwieniu --- <tytul_dziela>Śpiewaków Norymberskich</tytul_dziela>; artysta
jakby odpoczywał w obu tych utworach i pokrzepiał się, żeby wznieść zamierzoną i zaczętą olbrzymią budowę w czterech częściach,
dumanie i marzenie lat dwudziestu, dzieło sztuki w Bayreuth, <tytul_dziela>Pierścień Nibelungów</tytul_dziela>! <begin id="b1415744024663-2546411209"/><motyw id="m1415744024663-2546411209">Niemiec</motyw>Kogo
zdziwi sąsiedztwo <tytul_dziela>Tristana</tytul_dziela> i <tytul_dziela>Śpiewaków Norymberskich</tytul_dziela>, ten nie zrozumiał ważnej strony życia i istoty prawdziwie wielkich Niemców, ten
nie wie, na jakim jedynie gruncie wzrosnąć
może właściwa i jedynie <wyroznienie>niemiecka wesołość</wyroznienie>
Lutra, Beethovena i Wagnera, nierozumiana
przez inne narody, zatracona już przez Niemców dzisiejszych --- owa złocisto-jasna, sfermentowana mieszanina naiwności, serca, umysłu
kontemplacyjnego i filuterności, jaką podał Wagner niby najcudowniejszy napój tym, którzy
głęboko cierpieli nad życiem i zwracają się
doń z uśmiechem zdrowieńców. <end id="e1415744024663-2546411209"/>Gdy na świat
spoglądał pojednany, rzadziej przejęty złością
i obrzydzeniem, zrzekając się potęgi smutnie
raczej i miłośnie, a nie ze zgrozą przerażenia,
gdy w cichości pracował nad największym
utworem swoim i kładł partyturę przy partyturze, zdarzyło się coś, w co się wsłuchał:
<wyroznienie>przyjaciele</wyroznienie> przyszli obwieścić inu podziemne
poruszenie wielu umysłów; nie był to jeszcze
,,lud", który się tu poruszał i objawiał, ale może kieł<pe><slowo_obce>kieł</slowo_obce> --- kiełek.</pe> i pierwsze źródło życia w dalekiej
przyszłości dokonanego, istotnie ludzkiego społeczeństwa; było to tymczasem rękojmią, że
wielkie dzieło jego można oddać w ręce i pod
opiekę ludzi wiernych, którzy strzec będą godnie tej najwspanialszej spuścizny dla potomnych; miłość przyjaciół za dnia jego życia
miała barwy świetniejsze i cieplejsze; nie on
jeden uniósł najszlachetniejszą troskę --- troskę
osiągnięcia dziełem swym celu jeszcze przed
wieczorem i znalezienia dlań gospody. <begin id="b1415744115293-1738191704"/><motyw id="m1415744115293-1738191704">Niemiec</motyw>Wydarzenie, które tylko symbolicznie mógł pojąć,
było dlań pociechą nową i szczęśliwą przepowiednią. Wielka wojna Niemców kazała mu
spojrzeć w górę --- Niemców, których miał za
tak zwyrodniałych, tak dalekich od wysokiego
umysłu niemieckiego, który Wagner zbadał
i poznał w sobie i innych wielkich ludziach
swego narodu; widział, że Niemcy ci w szalonym położeniu okazywali dwie prawdziwe cnoty: proste męstwo i rozwagę i uwierzył w wewnętrznym uszczęśliwieniu, że nie jest może
ostatnim Niemcem i że dziełu jego pomoże potęga mocniejsza niż poświęcająca się, lecz mała siła nielicznych przyjaciół --- a pomoże na
długi przeciąg czasu, w którym potęga ta ma
czekać go w przeznaczonej mu przyszłości,
w przyszłości, do której i sztuka jego należy.
<end id="e1415744115293-1738191704"/>Wiara ta, być może, nie na długo mogła się
ustrzec zwątpienia --- tym więcej, im więcej się
podniecał do nadziei natychmiastowych: odczuwał więc silny bodziec, gdy wspominał o niespełnionym jeszcze wysokim <wyroznienie>obowiązku</wyroznienie>.</akap>


<akap>Dzieło jego nie byłoby dokończone, gdyby
je jako milczącą partyturę powierzył potomności: musiał pokazać publicznie i nauczyć tego,
co było najbardziej nieodgadnione i jeszcze
ukryte --- musiał nauczyć stylu nowego w wykonaniu i przedstawieniu, żeby dać przykład, którego nikt więcej dać nie mógł i założyć <wyroznienie>tradycję stylu</wyroznienie>, zapisaną nie znakami na papierze,
ale dziełami w duszach ludzkich. Stało się to
dlań najpoważniejszym obowiązkiem jeszcze
dlatego, że inne dzieła jego spotkał pod względem stylu wykonania najnieznośniejszy i najgłupszy los: były sławione, podziwiane --- a jednak deptane, a nikt się nie oburzał. Dziwnie
brzmi fakt: wówczas właśnie, gdy coraz bardziej wyrzekał się powodzenia i myśli o potędze wśród ludzi współczesnych, oceniając ich
oględnie, wówczas właśnie przychodziły do niego i ,,powodzenie" i ,,potęga"; przynajmniej
świat cały mu to opowiadał. Nic to nie pomogło, że usilnie wystawiał na światło niezrozumiane, a dla niego stanowczo zawstydzające
strony ,,powodzenia" swego; ludzie nie byli
przyzwyczajeni do ścisłego rozróżniania artystów w sposobie ich działań tak, że nie ufano najuroczystszym nawet środkom zachowawczym. Odkąd poznał związek istoty dzisiejszego teatru i powodzenia teatralnego z charakterem człowieka dzisiejszego, dusza jego
nie miała nic z tym teatrem wspólnego; nie
szło mu już o marzenia estetyczne i radość
podnieconego tłumu; z oburzeniem patrzył, jak
sztuka weszła w ziejącą paszczę nudy nienasyconej i żądzy rozrywek. O tym, jak płytkie
i bezmyślne było tu każde działanie i jak tu
istotnie chodziło więcej o napchanie żarłoka,
niż o pożywienie głodnego, o tym wnioskował z tego zwłaszcza prawidłowego zjawiska:
wszędzie, równie ze strony wystawców jak
i wykonawców, rozumiano sztukę jego, jak
wszelką muzykę sceniczną, według wstrętnej
księgi receptowej stylu operowego: krajano
nawet i ćwiartowano dzieła jego dzięki wykształconym kapelmistrzom, ćwiartowano wprost
na opery tak samo, jak śpiewak przystępował
do nich po starannym pozbawieniu się ducha;
gdy chciano zrobić dobrze, wówczas niezręcznie i ze wstydliwą gotowością do ustępstw zgadzano się na przepisy Wagnera --- mniej więcej
tak, jakby np. nocne zbiegowisko na ulicach
Norymbergi w drugim akcie <tytul_dziela>Śpiewaków</tytul_dziela> przedstawiano za pomocą nienaturalnie pozujących
baletników: postępowano w dobrej wierze, bez
złych zamiarów pobocznych. Próby, z poświęceniem dokonywane przez Wagnera, ażeby czynem i przykładem wskazywać przynajmniej na
prostą ścisłość i dokładność w przedstawieniu
i aby pojedynczych śpiewaków wprowadzić
w nowy zupełnie styl wykonania, próby te spłukało błoto panującej bezmyślności i przyzwyczajenia; próby te zmuszały go nadto zająć się
teatrem, którego istota stała mu się wstrętną.
Goethe nawet stracił ochotę być na przedstawieniu swojej <tytul_dziela>Ifigenii</tytul_dziela>; ,,Cierpię straszliwie --- powiedział --- tłumacząc się, gdy muszę bić się z tymi widmami, które zjawiają się nie tak, jak
powinny". A ,,powodzenie" w zohydzonym dla
Wagnera teatrze było coraz większe; doszło
w końcu do tego, że wielkie teatry żyły głównie z tłustych dochodów, jakie dawała im
sztuka wagnerowska w karykaturze, jako sztuka operowa. Wzrastająca wciąż namiętność
porwała nawet kilku przyjaciół Wagnera: musiał znosić cierpliwie ciosy --- wielki ten męczennik! --- i widzieć przyjaciół swoich upojonych
,,powodzeniem" i ,,zwycięstwami", w których
właśnie najwyższą myśl jego połamano, w których się jej wyparto. Zdawało się niemal, że
poważny i ciężki w wielu razach naród nie
chciał zaniechać zasadniczej lekkomyślności
względem najpoważniejszego swego artysty, że
względem niego właśnie musiała rozpętać się
wszelka pospolitość, bezmyślność, niezręczność
i złośliwość istoty niemieckiej. Gdy podczas
wojny owładnął umysły prąd szerszy i swobodniejszy, przypomniał sobie Wagner obowiązek wierności, który mu kazał przynajmniej
największe dzieło swoje uratować przed źle
zrozumianym powodzeniem i znieważeniem i postawić je w najwłaściwszym rytmie, jako przykład po wszystkie czasy: wpadł na <wyroznienie>myśl o Bayreuth</wyroznienie>. Sądził, że w orszaku owładniętych tym
prądem umysłów coraz podnioślejsze uczucie
obowiązku widzi po stronie tych, którym chciał
powierzyć najcenniejsze mienie swoje: z dwoistości obowiązku wyrosło zdarzenie, leżące
jak dziwny blask słoneczny na ostatnim, najbliższym szeregu lat: zdarzenie wymyślone na
chwalę dalekiej, możliwej, lecz nie dowiedzionej przyszłości. Zdarzenie to dla teraźniejszości i ludzi współczesnych jest zagadką lub.
ohydą; dla niewielu, którym wolno było pomagać --- przedsmakiem i przedżyciem najwyższego
rzędu, którym sądzą się być ponad swój czas
uszczęśliwieni, uszczęśliwiający i płodni; a dla
Wagnera samego --- zaćmieniem z powodu trudności, trosk, dumań, smutków, i odnowionej wściekłości wrogich żywiołów, ale wszystko to
oświetlone gwiazdą <wyroznienie>niesamolubnej wierności</wyroznienie>
i w świetle tym przeobrażone na szczęście
niewymowne!</akap>


<akap>Rzecz prosta, że na życiu tym leży tchnienie tragizmu: kto może to choć w części własną przeczuć duszą, dla kogo nie jest rzeczą
obcą przymus tragicznego rozczarowania o celu życia, ani krzywienie się i łamanie zamiarów, zrzeczenie się i oczyszczenie miłością, ten
w dziełach Wagnera musi odczuć pełne marzeń wspomnienie o bohaterskim życiu wielkiego człowieka. I będzie się nam zdawało,,
że Zygfryd opowiada o swoich czynach: w najrzewniejszym szczęściu wspomnienia snuje się
głęboki smutek lata późnego, a przyroda leży
cicho w żółtym świetle wieczornym.</akap>





<naglowek_rozdzial>9</naglowek_rozdzial>





<akap>Kto myślał i cierpiał nad tym, jak <wyroznienie>stawał
się Wagner-człowiek</wyroznienie>, ten dla uzdrowienia swego i odpoczynku zapragnie rozmyślać, <wyroznienie>czym
jest Wagner-artysta</wyroznienie> i zapragnie przyjrzeć
się uważnie widokowi istotnie oswobodzonej
możności. Jeżeli sztuka w ogóle jest tylko możnością udzielania innym tego, cośmy przeżyli, jeżeli dzieło sztuki przeczy sobie, gdy nie
może być zrozumiane, to wielkość Wagnera
jako artysty leży w demonicznym udzielaniu
się jego natury, która jakoby we wszystkich
językach mówi o sobie i z najwyższą wyrazistością przedstawia, co przeżył wewnętrznie;
wystąpienie jego w historii sztuk podobne jest
do wulkanicznego wybuchu całkowitej, niepodzielnej możności sztuki w samej przyrodzie;
a ludzkość jak do prawidła przywykła do wyodrębnienia sztuk. Można się wahać, jakie dać
mu imię, czy nazwać go poetą, czy plastykiem,
czy muzykiem, czy wziąć każdy wyraz w pojęciu nadzwyczaj rozszerzonym, czy nowy stworzyć dlań wyraz.</akap>


<akap><wyroznienie>Poezja</wyroznienie> Wagnera ujawnia się w tym, że myśli
on nie pojęciami, lecz wydarzeniami widzialnymi i odczuwalnymi, to jest że myśli podaniami, jak lud myślał zawsze. Nie myśl jest podstawą podania, jak sądzą dzieci sztucznej kultury, ale podanie samo jest myśleniem; daje
wyobrażenie świata, przedstawiając dzieje, czyny i cierpienia. <tytul_dziela>Pierścień Nibelungów</tytul_dziela> jest
ogromną siecią myśli bez pojęciowych form
myśli. Może filozof mógłby obok tego postawić coś odpowiedniego, pozbawionego obrazu i czynu, co by przemówiło do nas pojęciami jedynie: przedstawiono by wówczas jedno
i to samo w dwóch odrębnych dziedzinach ---
raz dla ludu, a drugi raz dla przeciwieństwa
ludu, dla człowieka teoretycznego. Do tego
ostatniego nie zwraca się Wagner, gdyż człowiek teoretyczny zna się na właściwej poezji,
na podaniu tyle, co głuchy na muzyce, to znaczy, że obaj widzą ruch, który wydaje się im
beztreściowym. Z jednej z tych odrębnych
dziedzin nie można zajrzeć do drugiej: dopóki kto znajduje się pod sztandarem poety, myśli z nim, jakby był istotą tylko czującą, widzącą i słyszącą; wnioski, do jakich dochodzi,
są powiązaniem dziejów, które widzi, są to zatem przyczynowości istotne, a nie logiczne.</akap>


<akap><begin id="b1415751505815-2992082919"/><motyw id="m1415751505815-2992082919">Język</motyw>Gdy bohaterowie i bogowie dramatów podaniowych, jakie tworzył Wagner, uwydatniają się słowami, nie ma większego niebezpieczeństwa nad to, że <wyroznienie>mowa słowna</wyroznienie> obudzić w nas
może człowieka teoretycznego i wprowadzić
nas przez to do innej dziedziny, niepodaniowej, że więc zamiast zrozumieć wyraźniej za pomocą słowa, nic --- zrozumiemy nic. Wagner
zmusił mowę, żeby wróciła do stanu pierwotnego, gdzie niemal nie myśli ona jeszcze pojęciami, gdzie sama jeszcze jest poezją, obrazem i uczuciem. Nieustraszoność, z jaką Wagner rozpoczął to przerażające zadanie, dowodzi z jaką potęgą prowadził go duch poetycki i że musiał iść wszędzie za widmem-przewodnikiem. Każde słowo dramatów tych należy śpiewać ustami bogów i bohaterów: oto
nadzwyczajne wymaganie, jakie Wagner postawił swej wyobraźni mowy. Każdy zwątpiłby; gdyż mowa nasza zdaje się być zbyt starą
i spustoszoną, żeby można było od niej żądać,
czego żądał Wagner: a jednak uderzył w skałę
i wywołał źródło obfite. Ponieważ Wagner
kochał język bardziej niż każdy inny Niemiec
i więcej od języka wymagał, więc też i cierpiał więcej nad zwyrodnieniem i osłabieniem
języka, nad wielokrotną zatratą i kaleczeniem
form, nad ciężkimi częściami składni niemieckiej, nad słowami posiłkowymi, których śpiewać nie można: --- wszystko to weszło do języka jako grzech i niedbalstwo. Z głęboką dumą odczuwał teraz jeszcze istniejącą pierwotność i niewyczerpalność języka, dźwięczną siłę rdzenia, przeczuwał w tym dziwną skłonność i przygotowanie do muzyki, do muzyki
prawdziwej --- w przeciwstawieniu do wysoce pochodnych, sztucznie retorycznych języków romańskich.<end id="e1415751505815-2992082919"/> W poezji, w twórczości Wagnera
jest radość germanizmu, serdeczność i szczerość w obcowaniu, czego, prócz u Goethego,
nie doznaje się u innych Niemców. Cielesność
wyrażenia, zuchwała zwięzłość, potęga, rytmiczna różnorodność, dziwne bogactwo silnych
i ważnych słów, uproszczenie szyku wyrazów,
jedyna niemal w mowie wynalazczość burzliwego uczucia i przeczucia, czasami czysto tryskająca ludowość i przysłowiowość --- takie przymioty można by wyliczyć, nie mówiąc o najcudowniejszym i najpotężniejszym. Kto czyta
z kolei dwa te poematy --- <tytul_dziela>Tristana</tytul_dziela> i <tytul_dziela>Śpiewaków Norymberskich</tytul_dziela> tego ogarnia zdziwienie
i wątpliwość równie z powodu języka, jak i muzyki, mianowicie: jak twórca mógł zawładnąć
dwoma światami, tak różniącymi się formą, barwą, spójnią i duszą! Największą potęgą w uzdolnieniu Wagnera jest to, czemu jedynie wielki
mistrz podołać może: napiętnowanie każdego
dzieła nowym językiem i nadanie nowemu
wnętrzu nowego ciała, nowego dźwięku. Gdzie
objawia się tak rzadka potęga, tam nagana będzie drobnostkowa tylko i niepłodna i odnosić się będzie do pojedynczej swawoli i odrębności, do częstych ciemności wyrażenia i myśli. Nadto ci, którzy najgłośniej ganili, w gruncie rzeczy gorszyli się nie językiem, ale duszą,
sposobem odczuwania i cierpienia. Czekajmy,
aż będą mieli inną duszę, aż więc mówić będą innym językiem: wówczas, jak sądzę, język
niemiecki w lepszych będzie warunkach niż
obecnie.</akap>


<akap>Kto rozważa Wagnera jako poetę i twórcę
języka, niech nie zapomina przede wszystkim,
że dramaty wagnerowskie nie są przeznaczone
do czytania, że nie wolno ich oświetlać żądaniem, jakie się stawia dramatom słownym. Dramat słowny ma oddziaływać na uczucie za pomocą pojęć i słów; z tym zamiarem wchodzi
pod zwierzchnictwo retoryki. Ale namiętność
w życiu rzadko jest wymowna: w dramacie
słownym musi nią być, ażeby się jakkolwiek
wyrazić. Ale gdy język narodu znajduje się
w stanie upadku i zużycia, dramaturg wystawiony jest na pokusę zbyt wielkiego zabarwiania i przekształcania języka i myśli; chce
podnieść język, żeby znowu wyrażał uczucia
podniosłe i wpada w to niebezpieczeństwo, że
nie będzie zrozumiany. Wzniosłymi sentencjami i pomysłami nadaje namiętnościom coś z
wyżyn i wpada w drugie niebezpieczeństwo:
jest nieprawdziwy i sztuczny. Gdyż namiętność
rzeczywista nie mówi w sentencjach, a namiętność poetycka łatwo budzi nieufność co do
uczciwości swej, zwłaszcza gdy różni się istotnie od rzeczywistości. Wagner pierwszy poznał braki wewnętrzne dramatu słownego,
i każde zdarzenie dramatyczne podaje w potrójnym wyjaśnieniu, słowem, gestem i muzyką; muzyka przenosi podstawowe, wewnętrzne
poruszenia osób dramatu bezpośrednio w dusze słuchaczy, którzy w gestach osób tych widzą owe dzieje wewnętrzne, a w mowie słownej
mają drugie zjawisko bledsze, tłumaczące wolę świadomą. Wszystkie te działania występują jednocześnie, nie przeszkadzając sobie,
i zmuszają widza do zupełnie nowego zrozumienia i przeżycia dramatu, jak gdyby zmysły
jego się uduchowiły, a duch się uzmysłowił,
jak gdyby wszystko, co chce wyrazić się w człowieku i pragnie poznania, było wolne i w radości poznania szczęśliwe. Ponieważ każde zdarzenie dramatu wagnerowskiego przedstawia się
widzowi ogromnie zrozumiale, a wewnętrznie
jest oświetlone i rozognione muzyką, więc twórca mógł uniknąć środków, których potrzebuje
poeta słowa, ażeby dziejom swoim nadać ciepło i siłę świetlaną. Budowa dramatu mogła
być prostszą, zmysł rytmiczny budowniczego
mógł się odważyć na ukazanie się w wielkim
całokształcie budowy; gdyż brak tu powodu
do umyślnego wikłania i zagmatwanej różnorodności stylu budowlanego, którymi właśnie
poeta słowa chce osiągnąć uczucie podziwu
i zajęcia, żeby uczucie to podnieść następnie
do potęgi podziwu uszczęśliwionego. Wrażenia idealizującej oddali i wyżyny nie można
było wywołać zręcznością. Język z obszarów
retorycznych doszedł do zwartości i siły mowy uczuciowej: pomimo że aktor mniej, niż
przedtem, mówił o tym, co robił i czego doznawał w dramacie, to jednak wypadki wewnętrzne, których dramaturg słowny z obawy przed
rzekomą niedramatycznością dotąd nie dopuszczał na scenę, zmuszały słuchacza do namiętnego współprzeżywania, towarzysząca zaś mowa gestów uzewnętrzniała się jedynie w najwytworniejszej modulacji.. Namiętność śpiewana jest co do trwania trochę dłuższa niż mówiona; muzyka rozciąga odczuwanie: z tego
wynika, że aktor, który jest i śpiewakiem jednocześnie, musi przezwyciężyć zbyt wielki nieplastyczny ruch, z powodu którego cierpiałby
dramat słowny. Budzi się w nim chęć uszlachetnienia gestu, tym bardziej, że muzyka zanurzyła uczucie jego w kąpiel czystszego eteru
i niechcący przybliżyła go do piękna.</akap>


<akap>Nadzwyczajne zadania, jakie Wagner postawił
aktorom i śpiewakom, rozpalą w nich na całe
pokolenia żądzę współubiegania się, żeby przedstawić w końcu obraz bohatera wagnerowskiego w cielesnej widzialności i wykończeniu tak,
jak cielesność wykończona ma już swój wzór
w muzyce dramatu. Idąc za tym przewodnikiem, oko artysty plastycznego ujrzy wreszcie
cuda nowego świata widzialnego, które przed
nim po raz pierwszy widział jedynie twórca
takich dzieł, jak <tytul_dziela>Pierścień Nibelungów</tytul_dziela> --- ów <wyroznienie>kształciciel</wyroznienie> najwyższego rodu, wskazujący, jak Eschylos, drogę sztuce przyszłej. Czy nie obudzą się
już przez zazdrość wielkie zdolności, gdy sztuka plastyczna porównywać zacznie działanie
swoje z działaniem takiej muzyki jak wagnerowska, która najczystsze daje szczęście słoneczne? Temu, kto jej słucha, wydaje się, jakby muzyka dawniejsza mówiła językiem zewnętrznym, bojaźliwym, nieswobodnym, jakby
chciano dotąd igrać nią przed niegodnymi powagi, albo nauczać i demonstrować przed niegodnymi nawet igraszki. Przez muzykę dawniejszą na krótkie tylko chwile wnika szczęście, którego doznajemy zawsze od muzyki
wagnerowskiej: rzadko świecą tu chwile zapomnienia, które ją napadają, w których mówi tylko ze sobą i wznosi spojrzenia w górę
jak Cecylia Rafaela --- z dala od słuchaczy, którzy żądają od niej rozrywki, wesołości, albo
uczoności.</akap>


<akap><begin id="b1415752689834-2627509076"/><motyw id="m1415752689834-2627509076">Muzyka</motyw>O Wagnerze, jako o <wyroznienie>muzyku</wyroznienie> można by ogólnie powiedzieć, że dał mowę w przyrodzie temu, co dotąd nie chciało przemówić: nie wierzył, że może istnieć coś niemego. Zanurza
się więc w zorzę poranną, w las, we mgłę,
w przepaści, w wyżyny górskie, w zgrozę nocy, w blask księżyca i dostrzega w nich żądze tajemne: i one chcą dźwięczeć. Filozof
mówi, że jest jedna wola, która w przyrodzie
żywej i martwej łaknie istnienia, a muzyk dodaje: wola ta na wszystkich stopniach chce
bytu dźwiękowego.<end id="e1415752689834-2627509076"/></akap>


<akap>Muzyka przed Wagnerem ciasne miała w ogólności granice: odnosiła się do stosunków
stałych człowieka, do tego, co Grecy nazywali <wyroznienie>Etos</wyroznienie>; od Beethovena dopiero zaczęła szukać języka <wyroznienie>Patosu</wyroznienie>, namiętnego chcenia, dziejów dramatycznych we wnętrzu człowieka. Dawniej w dźwiękach objawiał się nastrój, stan
duszy spokojny, wesoły, nabożny albo pokutniczy; uderzającą jednostajnością formy i dłuższym trwaniem jednostajności tej chciano zmusić słuchacza do zrozumienia tej muzyki i do
tego samego nastroju. Do obrazów takich nastrojowych i stanów duchowych formy pojedyncze były konieczne; inne wprowadzono przez
ugodę. O długości stanowiła ostrożność muzyka, który chciał przenieść słuchacza w nastrój, lecz nie chciał go nudzić zbyt długim
trwaniem nastroju. Posunięto się o krok dalej, kreśląc po kolei obrazy nastrojów przeciwnych i odkryto urok przeciwieństwa; był to
jeszcze krok dalszy, gdy ten sam utwór muzyczny obejmował przeciwieństwo etosu, np.
przeciwdziałanie tematu męskiego i żeńskiego.
Są to surowe jeszcze, pierwotne stopnie muzyki. Obawa namiętności daje jedne przykazania, obawa nudów --- inne; wszelkie zagłębienia i wykroczenia uczucia odczuwano jako
,,nieetyczne". Ale skoro sztuka etosu powtarzała stokrotnie jedne i te same zwyczajne
stany i nastroje, więc wyczerpała się wreszcie
pomimo najcudowniejszej wynalazczości mistrzów swoich. Beethoven pierwszy kazał muzyce swej mówić nowym językiem, zabronionym dotąd językiem namiętności; a ponieważ
sztuka jego musiała wyrosnąć z praw i ugody
sztuki etosu, ażeby się przed nią jakby usprawiedliwić, więc jego rozwój artystyczny miał
cechę dziwnej trudności i niewyraźności. Wydarzenie wewnętrzne, dramatyczne --- gdyż każda namiętność ma przebieg dramatyczny --- chciało przebojem zdobyć nową formę, lecz przekazany szemat muzyki nastrojowej sprzeciwiał
się temu i ganił niemal z miną moralności powstawanie niemoralności. Beethoven postawił
sobie między innymi zadanie pełne sprzeczności --- wypowiadać patos środkami etosu. Ale
wyobrażenie to nie wystarcza dla największych
i najpóźniejszych dzieł Beethovena. Żeby więc
przedstawić wielki, podniosły łuk namiętności,
wynalazł istotnie nowy środek: wyjął pojedyncze punkty z drogi lotnej i zaznaczył je z największą pewnością, żeby pozwolić słuchaczowi <wyroznienie>odgadnąć</wyroznienie> całą linię. Zewnętrznie nowa forma wydawała się jakoby zestawieniem kilku
utworów muzycznych, z których każdy utwór pojedynczy przedstawiał pozornie stan trwały,
w istocie zaś chwilę namiętności w przebiegu dramatycznym. Słuchacz mógł sądzić,
że słyszy starą muzykę nastroju, tylko stosunek wzajemny pojedynczych części stał się dlań
niezrozumiałym i nie mógł sobie ich wytłumaczyć według kanonu przeciwieństwa. Nawet
wśród mniejszych muzyków powstało lekceważenie żądań całokształtu artystycznego; następstwo części w ich dziełach stało się dowolne.
Wynalazek wielkiej formy namiętności wprowadził przez nieporozumienie motyw z treścią
dowolną i wzajemne napięcie części ustało. Dlatego symfonia po Beethovenie jest wytworem dziwnie niewyraźnym, zwłaszcza gdy w pojedynczych częściach bełkoce język beethovenowskiego patosu. Środki nie są dostosowane
do zamiaru, zamiar nie jest jasny dla słuchacza, bo nie był nigdy jasny w głowie twórcy.
Żądanie, żeby tylko coś pewnego mieć do powiedzenia i żeby mówić to jaknajwyrażniej,
staje się tym nieodzowniejsze, im rodzaj jest
wyższy, trudniejszy i im więcej ma wymagań.</akap>
<akap>Dlatego to Wagner przebojem szedł, żeby
wynaleźć środki dla <wyroznienie>wyraźności</wyroznienie>: potrzebował
ich, żeby uwolnić się od uprzedzeń i wymagań
starszej muzyki stanów duszy i żeby muzyce
swej, dźwiękowemu przebiegowi uczucia i namiętności nadać mowę wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe> niedwuznaczną.
Spójrzmy na to, co osiągnął: sądzimy, że
w obrębie muzyki uczynił to samo, co w obrębie plastyki zrobił wynalazca grupy wolnej.
Muzyka dawniejsza w porównaniu z wagnerowską wydaje się sztywną i bojaźliwą, jakby nie
wolno było oglądać jej wszystkich stron, jakby się wstydziła. Wagner z największą pewnością i stanowczością chwyta każdy stopień
i barwę uczucia; bez obawy utraty bierze do
ręki wzruszenie najwytworniejsze, najdalsze
i najłagodniejsze i trzyma je, jak coś twardego i stałego, choćby każdy w nim widział
motyla nietykalnego. Muzyka jego nigdy nie
jest niepewną, nastrojową; wszystko, co przez
nią przemawia, człowiek czy przyroda, ma silnie zindywidualizowaną namiętność; wicher
i ogień nabierają u niego zniewalającej siły
woli osobistej. Nad jednostkami dźwiękowymi
i walką ich namiętności, nad wirem przeciwności, unosi się z najwyższą rozwagą rozum
wszechpotężny, symfoniczny, rodzący wciąż
z wojny zgodę: muzyka Wagnera jako całość
jest odbiciem świata tak, jak go rozumiał filozof z Efezu<pe><slowo_obce>filozof z Efezu</slowo_obce> --- Heraklit z Efezu (ok. 540--480 p.n.e.), filozof gr., zaliczany do jońskiej szkoły filozofii przyrody; za zasadę pierwotną (<slowo_obce>arché</slowo_obce>) wszechświata uważał ogień, za cechę bytu zaś zmienność, nieustanne zanikanie i stawanie się (co wyraził w sławnym zdaniu ,,wszystko płynie").</pe>, harmonią zrodzoną z wojny, jednotą sprawiedliwości i nieprzyjaźni. Podziwiam możność wyliczenia z wielu wychodzących w różnych kierunkach namiętności jednej
wielkiej linii wszechnamiętności: potęgi tej dowodzi każdy pojedynczy akt dramatu wagnerowskiego, który opowiada po kolei historię
poszczególną różnych jednostek i ogólną historię wszystkich. Czujemy już na początku, że mamy przed sobą pojedyncze prądy przeciwdziałające, ale też i potężny nad
wszystkimi jeden prąd o jednym kierunku:
prąd ten porusza się początkowo niespokojnie ponad ukryte skały zębate; przypływ rozrywa go i dąży w rozmaitych kierunkach. Zauważamy powoli, że ruch wewnętrzny wzrasta,
staje się gwałtowniejszy, coraz bardziej porywczy; niepokój drgający przeszedł w spokój
szerokiego, strasznego ruchu do nieznanego
jeszcze celu; aż w końcu nagle rzeka w całej
swej szerokości rzuca się z demoniczną radością w przepaść i wir. Nigdy Wagner nie jest
bardziej Wagnerem, niż wówczas, gdy trudności powiększają się dziesięćkrotnie i gdy może
w wielkich warunkach panować z radością zakonodawcy<pe><slowo_obce>zakonodawca</slowo_obce> --- prawodawca.</pe>. Poskramiać niepohamowane, oporne masy i zniewalać je do prostych rytmów,
przeprowadzać jedną wolę poprzez zagmatwaną różnorodność wymagań i żądań --- oto zadania, do których on się urodził, w których czuje się swobodnym. Nie traci przy tym nigdy
oddechu, nigdy nie przychodzi do celu zadyszany. Bezustannie dąży do obciążania siebie
najtrudniejszymi prawami tak, jak inni starają
się ulżyć sobie brzemienia; życie i sztuka gniotą go, gdy nie może igrać z najtrudniejszymi
ich zadaniami. Zważmy choć raz stosunek melodii śpiewanej do melodii mowy nieśpiewanej --- wysokość, siłę i miarę czasu człowieka mówiącego namiętnie Wagner traktuje zawsze jako
wzór przyrody, który ma zamienić w sztukę; ---
i zważmy znów podporządkowanie tak śpiewanej namiętności symfonicznemu związkowi
muzyki: poznamy wówczas cudo przezwyciężonych trudności; wynalazczość jego w rzeczach małych i wielkich, wszechobecność ducha jego i pilność ma to do siebie, że widząc partyturę
wagnerowską, sądzić można, iż nie miał przy tym ani pracy prawdziwej, ani wysiłku. W sprawie trudności sztuki mógł powiedzieć, że właściwa cnota dramaturga polega na samozaparciu się; ale on odrzekłby prawdopodobnie: istnieje tylko jedna trudność, trudność jeszcze
niewyzwolonego: cnota i dobro są łatwe.</akap>


<akap>Jako artysta, w porównaniu z typem znanym, Wagner ma w sobie coś z Demostenesa<pe><slowo_obce>Demostenes</slowo_obce> (384--322 p.n.e.) --- polityk i mówca grecki.</pe>;
straszną powagę około treści rzeczy i potęgę
uchwycenia --- tak, że zawsze obejmuje treść,
obejmuje ręką; w okamgnieniu trzyma mocno,
jakby ręka była ze spiżu. Ukrywa, jak Demostenes, sztukę swoją, albo każe o niej zapomnieć, zmuszając myśleć o treści; jest jednak, jak Demostenes, ostatnim i najwyższym
zjawiskiem w szeregu potężnych umysłów artystycznych, ma więc do ukrywania więcej, niż
pierwsi w szeregu; sztuka jego działa jak natura uzdrowiona, odnaleziona. Nie ma w sobie nic napuszonego, co mają muzycy dawniejsi, którzy bawią się przy sposobności sztuką
swoją i wystawiają mistrzostwo swoje na pokaz. W wagnerowskim dziele sztuki nie myśli się ani o tym, co interesujące, ani o tym,
co zabawne, ani o Wagnerze, ani o sztuce w ogólności: czuje się jedynie <wyroznienie>konieczność</wyroznienie>. Nikt
mu nie wynagrodzi ani tej woli surowej i miarowej, ani samoprzezwyciężenia, jakiego potrzebował artysta podczas rozwoju swego, ażeby w końcu w chwili tworzenia z radosną swobodą dokonać konieczności: dosyć już, że w pojedynczych wypadkach odczuwamy, jak muzyka jego z okrucieństwem postanowienia poddaje się biegowi dramatu, nieubłaganemu, jak
los, podczas gdy dusza ognista sztuki tej łaknie bujania bez wędzidła, swobodnie, w puszczy dzikiej.</akap>





<naglowek_rozdzial>10</naglowek_rozdzial>




<akap>Artysta, mający taką władzę nad sobą, mimo woli nawet pokonywa innych artystów. Dla
niego pokonani przyjaciele jego i zwolennicy
nie stają się niebezpieczeństwem, ani hamulcem: podczas gdy lichsze charaktery zatracają
swobodę swoją, opierając się na przyjaciołach,
Wagner przez całe swoje życie zadziwiająco
wymijał wszelkie stronnictwa, gdy zaś w każdym okresie sztuki jego tworzyło się koło
zwolenników, to zdawało się zawsze, że chciano go przez to w okresie tym zatrzymać.
A on przechodził wśród nich i nie dał się
związać; droga jego był zbyt długa, żeby ktokolwiek mógł tak łatwo iść z nim od początku:
a była tak niezwykła i stroma, że i najwierniejszy tracił oddech. We wszystkich niemal
okresach życia Wagnera przyjaciele jego chcieli go ująć w dogmat; nieprzyjaciele również ---
chociaż z innych względów. Gdyby czystość
jego charakteru artystycznego była tylko o jeden stopień mniej stanowcza, mógłby daleko wcześniej stać się panem współczesnych
stosunków artystycznych i muzycznych: --- stał
się też nim w końcu w daleko wyższym pojęciu --- a mianowicie, że to, co zdarza się w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki, staje niechcący
przed sądem jego sztuki i jego charakteru artystycznego. Podbił sobie najniechętniejszych:
nie ma zdolnego muzyka, który by go nie słuchał wewnętrznie i który by go nie uważał za
godniejszego słuchania, niż siebie i muzyki pozostałej. Ci, co koniecznie chcą coś znaczyć,
pasują się wprost z tym urokiem wewnętrznym,
owładającym nimi, zamykają się z bojaźliwą
usilnością w kole starszych mistrzów, woleliby
oprzeć swoją ,,samodzielność" o Schuberta<pe><slowo_obce>Schubert, Franz</slowo_obce> (1797--1828) --- kompozytor austriacki, uważany za prekursora romantyzmu.</pe>
i Haendla<pe><slowo_obce>Haendel</slowo_obce> (1685--1759) --- niemiecki kompozytor, od 1727 tworzący w Anglii.</pe>, niż o Wagnera. Na próżno! W walce
z lepszym sumieniem stają się, jako artyści,
mniejsi i bardziej drobiazgowi; psują sobie charakter, znosząc złych sprzymierzeńców i przyjaciół: po tych poświęceniach zdarza się może,
iż we śnie ucho ich nasłuchuje Wagnera.
Tacy przeciwnicy godni są pożałowania: sądzą,
że tracą dużo, zatracając siebie, ale mylą się.</akap>


<akap>Mniejsza o to, czy muzycy będą odtąd tworzyć po wagnerowsku, i czy w ogóle tworzyć
będą; on czyni, co może, ażeby obalić nieszczęsną wiarę, że koło niego skupia się szkoła
kompozytorów. Jeżeli ma on wpływ bezpośredni na muzyków, to chce ich nauczać sztuki wielkiego wykonania; sądzi, że w rozwoju
sztuki nadchodzi chwila, w której chęć dojścia
do mistrzostwa w przedstawieniu i wykonaniu
jest cenniejsza niż chęć ,,tworzenia" koniecznie samoistnie. Gdyż twórczość ta na obecnym stopniu sztuki ma skutek złowrogi, ponieważ istotną wielkość czyni płytką w jej
wpływie, mnożąc i przez codzienne używanie
zużywając środki i artyzm geniusza. Nawet
dobro w sztuce jest zbyteczne i szkodliwe,
gdy powstaje z naśladownictwa rzeczy najlepszej. Zamiary i środki wagnerowskie są
nierozdzielne: dosyć jest mieć uczciwość artystyczną, żeby to odczuć; a nieuczciwością
jest podpatrywać mu środki i używać ich do
innych zupełnie, mniejszych celów.</akap>


<akap>Jeżeli Wagner nie chciał żyć w gromadzie
muzyków tworzących po wagnerowsku, to przez
to tym dobitniej stawia talentom nowe zadanie odnalezienia wspólnie z nim prawa stylu
dla wykonania dramatycznego. Pcha go najgłębsza potrzeba założenia dla sztuki swojej
<wyroznienie>tradycji stylu</wyroznienie>, którą dzieło jego mogłoby żyć
w postaci czystej z jednej epoki w drugą,
póki nie dosięgnie owej <wyroznienie>przyszłości</wyroznienie>, dla której
było przez twórcę swego z góry przeznaczone.</akap>


<akap>Wagner ma popęd nienasycony do udzielania wszystkiego, co dotyczy założenia stylu,
a tym samym trwania sztuki jego. Uczynić
dzieło swoje, mówiąc z Schopenhauerem, przekazem świętym, a istotny owoc istnienia swego ---
własnością ludzkości, zostawić je lepiej osądzającej potomności --- oto cel jego, <wyroznienie>cel najprzedniejszy</wyroznienie>; dla tego celu nosi on koronę
cierniową, która rozkwitnie kiedyś w wieniec
laurowy: dążność jego skupiła się stanowczo
w zabezpieczeniu dzieła swego; --- tak owad
w ostatniej przemianie stara się o zabezpieczenie swych jaj i troszczy się o wyląg, którego ożycia nigdy się nie doczeka: kładzie jaja tam, gdzie wie na pewno, że znajdą kiedyś
życie i pożywienie, i umiera spokojnie.</akap>


<akap>Cel ten, który wyprzedza inne cele, pcha
go do nowych wynalazków; czerpie je ze
studni demonicznej swej przelewności tym więcej, im wyraźniej czuje się w zapasach z epoką nieprzychylną, która nie chce go słuchać.
Ale powoli i epoka ta ustępuje wobec nieustannych prób jego i giętkich nalegań i nastawia uszy. Gdziekolwiek ukazywała się z dala mała czy wielka sposobność wyjawienia
myśli swoich --- Wagner był gotów: dostosowywał myśli swoje do okoliczności każdorazowych i kazał im przemawiać w najbiedniejszym
nawet ucieleśnieniu. Gdziekolwiek otwierała
mu się dusza na pół wrażliwa --- rzucał swe ziarno. Nawiązuje nadzieje tam, gdzie zimny spostrzegacz wzrusza ramionami; myli się stokrotnie, żeby raz tylko mieć słuszność wbrew spostrzegaczom. Jak mędrzec obcuje z ludźmi
swego czasu w gruncie rzeczy o tyle tylko,
o ile mnoży przez nich skarbnicę swego poznania --- tak artysta nie może obcować z ludźmi swego czasu, nie przyczyniając się przez
to do uwiecznienia sztuki swojej: kochamy go
wówczas tylko, gdy kochamy to uwiecznienie;
podobnież doznaje on jednego tylko rodzaju
nienawiści, tej mianowicie, która chce mu połamać mosty do przyszłości sztuki jego. Uczniowie, których Wagner wychował sobie, muzycy i aktorzy, którym rzekł słowo, pokazał
gest --- małe i wielkie orkiestry, którymi dyrygował, miasta, które widziały go w powadze
jego czynności, książęta i kobiety, które na pół
z obawą, na pół z miłością brały udział w planach jego, rozmaite kraje europejskie, do których należał czasowo, jako sędzia i złe sumienie ich sztuki: wszystko stawało się z wolna
echem myśli jego, nienasyconego dążenia do
przyszłej płodności; a chociaż echo to wracało
doń często zeszpecone i zaburzone, to jednak
w końcu przewadze dźwięku potężnego, którym wołał stokrotnie w świat, musiał odpowiedzieć odgłos wszechpotężny; i wkrótce
niemożliwym będzie nie słyszeć go i źle go
rozumieć. Odgłos ten już teraz wstrząsa świątynie sztuki współczesnej; ilekroć tchnienie ducha jego zawiewa do tych ogrodów, porusza się
wszystko, cokolwiek wiatr obalić może i co
suche już ma wierzchołki; a wymowniejszym
jeszcze, niż ten dreszcz, sposobem mówi wszędzie wyrastające zwątpienie: nikt nie wie,
gdzie znienacka wybuchnie działalność Wagnera. Nie jest on wstanie rozważać zbawienia sztuki z osobna; wiąże je zawsze ściśle
z innym zbawieniem lub zgubą: gdziekolwiek
duch współczesny ukrywa w sobie niebezpieczeństwo, tam Wagner okiem badawczej nieufności węszy niebezpieczeństwo dla sztuki.
W wyobraźni swej rozbiera gmach cywilizacji
naszej; nic wyśliźnie mu się nic spróchniałego, nic
lekkomyślnie zlepionego: gdy napotyka na mury
wytrzymałe i trwałe fundamenty, wynajduje natychmiast środek zdobycia baszt i dachów ochronnych dla swojej sztuki. Żyje jak zbieg, który nie
siebie chce uchronić, lecz tajemnicę; jak nieszczęśliwa kobieta, która nie własne życie chce
ratować, lecz życie dziecka, które nosi w łonie;
żyje jak Ziglinda ,,gwoli miłości".</akap>


<akap>Gdyż jest to istotnie życie pełne męki różnorodnej i wstydu --- być na świecie tułaczem
bezdomnym, a jednak mówić i żądać od świata, gardzić nim, a nie móc obyć się bez
wzgardzonego świata; --- oto właściwa niedola
artysty przyszłości; nie może on, jak filozof,
uganiać się w ciemnym kącie za poznaniem:
gdyż potrzeba mu dusz ludzkich jako pośredników przyszłości, urządzeń publicznych jako
poręki przyszłości tej, jako mostów pomiędzy
Teraz i Kiedyś. Sztuka jego nie wsiada w łódź
znaków pisarskich, jak to czyni filozof: sztuka
chce <wyroznienie>ludzi posiadających możność</wyroznienie> przekazania,
nie zaś liter ani nut. Nad całymi okresami
życia Wagnera dźwięczy ton obawy, że się
nie zbliży do tych ludzi, że będzie zmuszony
ograniczyć się wskazaniem piśmiennym zamiast
dać przykład, i że zamiast czynu dokonać pokaże blady jego odblask tym, którzy czytają
książki, to znaczy --- którzy nie są artystami.</akap>


<akap>W Wagnerze jako <wyroznienie>pisarzu</wyroznienie> widać przymus
człowieka mężnego, który stracił prawą rękę
i walczy lewą: cierpi zawsze, gdy pisze, ponieważ czasowo nieprzezwyciężalna konieczność pozbawiła go prawdziwej jego wylewności --- w postaci jasnego, zwycięskiego przykładu. Pisma jego nie mają nic kanonicznego,
surowego: kanon leży w dziełach. Są to próby zrozumienia instynktu, który go parł do
tych dzieł, i jakby spojrzenia sobie w oczy:
dopiero gdy mu się udało zamienić instynkt
swój w poznanie, spodziewa się, że w duszach
czytelników rozpocznie się proces odwrotny:
w tej nadziei pisze. Gdybyśmy się przekonali, że próby te są niemożliwe, Wagner podzieliłby los z tymi, którzy rozmyślali o sztuce;
ale przewaga jego nad większością z nich jest
ta, że w nim zamieszkał najpotężniejszy wszechinstynkt sztuki. Nie znam pism estetycznych,
które by tyle światła rzucały, co pisma Wagnera; z nich jedynie można dowiedzieć się
czegoś o narodzinach dzieła sztuki. Jako świadek występuje tu jeden z zupełnie Wielkich,
poprawia świadectwo swoje przez długi szereg
lat, oswobadza je, wyświetla i wyciąga z niepewności; chociaż potyka się --- jako poznający,
wywołuje ogień. Pewne dzieła, jak <tytul_dziela>Beethoven</tytul_dziela>, <tytul_dziela>O dyrygowaniu</tytul_dziela>, <tytul_dziela>O aktorach i śpiewakach</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Państwo i religia</tytul_dziela> --- oniemiają żądzę oporu i zniewalają do przypatrywania się
cichego, wewnętrznego, nabożnego, jak przy
otwieraniu szaf drogocennych. Inne, zwłaszcza
z czasów dawniejszych, jak <tytul_dziela>Opera i dramat</tytul_dziela>
poruszają, niepokoją: nie ma w nich jednostajności rytmu, czym --- jako proza --- budzą zamieszanie. Dialektyka jest tu wielokrotnie połamana, pochód --- bardziej hamowany, niż przyspieszany skokami uczucia; leży na nich,
niby cień, niechęć autora, jak gdyby artysta wstydził się demonstrować pojęciami.
Największą może trudność dla niewtajemniczonego stanowi wyraz właściwej mu powagi autorskiej, której opisać niepodobna: zdaje mi
się, że Wagner mówił często jakoby <wyroznienie>wobec
wrogów</wyroznienie> --- gdyż pisma te pisane są w stylu rozmowy, a nie pisarskim, więc zrozumiemy je
lepiej, gdy usłyszymy je czytane wobec wrogów, z którymi nie chce być poufałym; dlatego
jest powściągliwy. Poprzez umyślnie ułożone
fałdy przełamuje się często porywająca namiętność; znika okres sztuczny, ciężki, obficie
nabrzmiały przymiotnikami i wyślizgują mu się
zdania i całe stronice, należące do najpiękniejszej prozy niemieckiej. Przyjąwszy nawet,
że mówi do przyjaciół i że widmo przeciwnika nie stoi już obok jego krzesła: przyjaciele
i wrogowie, z którymi Wagner wdaje się jako
pisarz w pismach swoich, mają coś wspólnego,
co dzieli ich od ludu, dla którego on tworzy
jako artysta. Są całkiem <wyroznienie>nienarodowi</wyroznienie> w wytworności i niepłodności wykształcenia swego;
kto chce być przez nich zrozumiany, musi przemawiać sposobem nieludowym, jak to robili najlepsi prozaicy, jak czynił też i Wagner. Łatwo
odgadnąć, z jakim to czynił przymusem. Ale przemoc opiekuńczego, matczynego jakby pędu, któremu poświęca on wszystko, wciąga go w mglistą atmosferę uczonych i wykształconych, z którymi jako twórca pożegnał się na zawsze.
Ulega językowi wykształcenia i jego prawom
udzielania się, chociaż on pierwszy odczuł głębokie w nich braki.</akap>


<akap>Istotnie, jeżeli co wyróżnia sztukę jego od
innej sztuki czasów nowszych, to to, że nie
mówi językiem wykształcenia, kasty, że nie zna
przeciwstawienia wykształconych do niewykształconych. Jest przeto przeciwieństwem kultury Odrodzenia, która osłaniała ludzi światłem
swym lub cieniem. Sztuka Wagnera wyprowadziła nas na chwilę z tej kultury, możemy
więc przyjrzeć się jej jednostajnemu charakterowi: Goethe i Leopardi<pe><slowo_obce>Leopardi, Giaccomo</slowo_obce> (1798--1837) --- włoski poeta i filozof okresu romantyzmu.</pe> ukazują się nam jako
ostatni wielcy maruderzy włoskich poetów filologów, <tytul_dziela>Faust</tytul_dziela> --- jako przedstawienie nieludowej
zagadki, którą zadały sobie czasy nowsze
w postaci człowieka teoretycznego, pragnącego życia: nawet pieśń Goethego śpiewana
według pieśni ludowej nie jest śpiewana dla
ludu; poeta pieśni tej wiedział, dlaczego pewnego zwolennika przekonywał z zupełną powagą: ,,dzieła moje nie mogą być popularne:
kto o tym myśli i do tego dąży, jest w błędzie".</akap>


<akap>Że może w ogóle istnieć sztuka słonecznie
jasna i ciepła, oświetlająca promieniami swymi
niskich i ubogich w duchu i rozpraszająca dumę wiedzących --- tego nie można było odgadnąć, lecz trzeba było o tym się przekonać.
Przekonanie się to obali w duszy każdego pojęcie jego o wychowaniu i kulturze; podniesie
się przed nim zasłona przyszłości, w której
nie ma już dóbr najwyższych i uszczęśliwień,
które by nie były wspólnymi dla wszystkich serc.
Zniewaga, jaka dotąd łączyła się z wyrazem
,,pospolity", będzie mu odjęta.</akap>


<akap>Gdy przeczucie zapuszcza się w tej mierze
w dal, rozum świadomy będzie miał wzgląd
na straszną niepewność społeczną teraźniejszości
i nie ukryje przed sobą niebezpieczeństwa sztuki, której korzenie tkwią jedynie w tej dali
i przyszłości. Sztuka ta daje nam raczej kwitnące swe gałęzie, niż grunt, z którego wyrasta. Jak wyprowadzić zdołamy sztukę tę bezdomną w przyszłość ową, jak zatrzymamy fale
wszędzie nieuniknionej rewolucji, żeby ona
wraz z tymi, którzy skazani są na zagładę i na
to tylko zasługują, nie spłukała i uszczęśliwiającego wyprzedzenia, tej rękojmi lepszej przyszłości, swobodnej ludzkości?</akap>


<akap>Kto tak się pyta i tak troska, bierze udział
w trosce Wagnera; będzie się czuł zmuszony
wraz z nim do szukania potęg istniejących,
które podczas trzęsienia ziemi i przewrotów
zechcą być duchami opiekuńczymi najszlachetniejszego mienia ludzkości. W tym jedynie
znaczeniu pismami swymi zapytuje Wagner
wykształconych, czy chcą w skarbnicach swoich przechować spuściznę jego --- drogocenny
pierścień jego sztuki; tu bierze początek swój
wspaniałe zaufanie, jakie Wagner i w swoich
celach politycznych miał do ducha niemieckiego, przypisując narodowi reformacji ową siłę,
łagodność i męstwo --- potrzebne do ,,ułożenia
morza rewolucji w łożysko cicho płynącej rzeki ludzkości": sądziłbym niemal, że chciał to wyrazić symboliką swego marsza królewskiego.</akap>


<akap>Dążność artysty twórczego jest w ogóle zbyt
wielka, widnokrąg miłości jego do ludzi zbyt
obszerny, żeby wzrok jego mógł zatrzymać się
na oparkanieniu istoty narodowej. Myśli jego
są <wyroznienie>nadniemieckie</wyroznienie>, mowa jego sztuki nie do narodów mówi, lecz do ludzi.</akap>


<akap>Ale --- <wyroznienie>do ludzi przyszłości</wyroznienie>.</akap>


<akap>Oto wiara jego, męka i odznaczenie. Żaden artysta przeszłości nie otrzymał od geniuszu swego wiana tak dziwnego, nikt, prócz
niego, nie spijał kropel cierpkiej goryczy
w każdym nektarze natchnienia. Nie jest
to, jak można by sądzić, ów artysta zapoznany,
poniewierany, jakby zbieg swego czasu, który
zdobył sobie wiarę tę jako obronę konieczną:
powodzenie czy niepowodzenie u współczesnych nie mogły go ani wznieść, ani umocnić.
On nie należy do tego pokolenia, choćby go uwielbiało lub odrzucało: --- jest to sąd jego
instynktu; --- temu, kto w to uwierzyć nie chce,
nie można udowodnić, czy kiedy pokolenie jakie będzie do niego należało. Ale i ten niedowiarek może zapytać, jakiego rodzaju ma być pokolenie, w którym Wagner pozna swój
,,lud", jako pojęcie ogólne tych wszystkich,
którzy odczuwają wspólną niedolę i chcą się
wspólną sztuką z niej wybawić. Schiller miał
istotnie więcej wiary i nadziei: nie pytał się,
jak będzie wyglądała przyszłość, jeżeli słuszny
jest instynkt wróżącego o niej artysty; <wyroznienie>żądał</wyroznienie>
raczej od artystów:</akap>





<poezja_cyt><strofa>
Wysoko wznieście lot zuchwały/
ponad waszego czasu bieg!/
Niechaj w zwierciadle waszym z dala/
już nadchodzący świta wiek!
</strofa></poezja_cyt>




<naglowek_rozdzial>11</naglowek_rozdzial>




<akap>Niechaj rozum ochrania nas od wiary, że
ludzkość znajdzie kiedy ostateczne, idealne porządki i że tak ukształtowanych ludzi szczęście,
niby słońce krajów podzwrotnikowych, jednakowym palić będzie żarem: Wagner nie ma nic
wspólnego z taką wiarą, nie jest utopistą. Jeżeli nie może obyć się bez wiary w przyszłość,
dowodzi to tylko, że w człowieku teraźniejszym widzi on przymioty, nienależące do charakteru niezmiennego, do budowy kostnej istoty ludzkiej; owszem, widzi że są zmienne,
nawet znikome, i że właśnie <wyroznienie>z powodu tych
przymiotów</wyroznienie>, sztuka wśród ludzi tych nie może
mieć ojczyzny, a on sam wysłańcem jest innego czasu. Nie wiek złoty, ani niebo bez
chmur przeznaczone są pokoleniom przyszłym,
na które wskazuje instynkt jego; rysy ich można z tajnego pisma sztuki wagnerowskiej odgadnąć o tyle, o ile z rodzaju zadowolenia
można wnioskować o rodzaju niedoli. Ani dobroć nadludzka, ani sprawiedliwość nie będą
rozpięte jak tęcza nieruchoma nad niwą przyszłości. Pokolenie to może nawet wydawać
się gorszym niż dzisiejsze --- gdyż będzie szczersze w złym i w dobrym; może dusza jego,
wywnętrzając się pełnym, swobodnym dźwiękiem, wstrząsnęłaby i przestraszyła dusze nasze, podobnie jak przeraziłby nas i wstrząsnął
głos ukrytego dotąd złego ducha przyrody.
<begin id="b1415792653889-2851644539"/><motyw id="m1415792653889-2851644539">Wolność, Niewola</motyw>Dziwnie brzmią w uszach naszych takie zdania:
że namiętność jest lepsza od stoicyzmu i obłudy, że uczciwość nawet w złym jest lepsza,
niż zatracenie się w moralności pochodzenia,
że człowiek wolny może sobie być dobrym
lub złym, ale niewolnik jest wstydem natury
i nie ma udziału w pociechach niebiańskich
ani ziemskich; i w końcu, że każdy, kto chce
być wolnym, musi stać się nim sam, że wolność nie spada nikomu na łono, niby dar cudowny.<end id="e1415792653889-2851644539"/> Jakkolwiek brzmi to strasznie i przeraźliwie --- są to dźwięki świata przyszłości, który <wyroznienie>istotnie pożąda sztuki</wyroznienie> i istotnego oczekuje
od niej zadowolenia; jest-to mowa odnowionej
w ludzkości przyrody, jest-to właśnie to, co
nazwałem przedtem odczuwaniem właściwym
w przeciwstawieniu do panującego teraz odczuwania niewłaściwego.</akap>


<akap>Dla natury jedynie istnieją prawdziwe zadowolenia i zbawienia, nie zaś dla wynaturzenia. Dla wynaturzenia, o ile się kiedy uświadomi, pozostaje tęsknota do nicości, natura
zaś pragnie przeobrażenia się przez miłość:
tamto <wyroznienie>nie chce</wyroznienie> być, ta chce być <wyroznienie>inną</wyroznienie>. Kto to
zrozumiał, niech przedstawi duszy swej skromne
motywy sztuki wagnerowskiej, ażeby zapytać
siebie, czy natura, czy też wynaturzenie dąży
przez nie do celów wyżej wymienionych.</akap>


<akap>Włóczęga zrozpaczony znajduje wybawienie
od męki w miłosiernej miłości kobiety, która
woli umrzeć, niż być mu niewierną: motyw
<tytul_dziela>Holendra latającego</tytul_dziela> --- Kochanka, zrzekająca się
własnego szczęścia, przez <slowo_obce>amor in caritas<pe><slowo_obce>amor in caritas</slowo_obce> (łac.) --- miłość w trosce, miłość przez troskę.</pe></slowo_obce>
staje się w niebiańskiej przemianie świętą
zbawia duszę ukochanego: motyw <tytul_dziela>Tannhausera</tytul_dziela>. --- Najwspanialsze, najwyższe schodzi w pożądaniu do ludzi i nie chce być pytane --- ,,skąd?";
a gdy stawia mu się nieszczęsne to pytanie,
wówczas z bolesnym przymusem powraca do
życia wyższego: motyw <tytul_dziela>Lohengrina</tytul_dziela>. --- Kochająca dusza kobiety, a także lud przyjmują
chętnie nowego uszczęśliwiającego geniusza,
chociaż piastuni tradycji i zwyczaju odpychają go i bluźnią: motyw <tytul_dziela>Śpiewaków norymberskich</tytul_dziela>. --- Dwoje kochanków, nie wiedząc, że się
kochają, sądząc, że są głęboko zranieni i wzgardzeni, pragną razem wypić napój śmiertelny,
pozornie dla przebłagania obrazy, w rzeczywistości zaś z popędu nieświadomego: chcą przez
to uwolnić się od rozstania i udawania. Rzekoma bliskość śmierci zbawia ich i wprowadza w szczęście krótkie, pełne grozy, jakby
uciekli istotnie od dnia, od złudzenia, od życia
nawet: motyw <tytul_dziela>Tristana i Izoldy</tytul_dziela>.</akap>


<akap>W <tytul_dziela>Pierścieniu Nibelungów</tytul_dziela> bohater tragiczny jest bogiem, którego umysł pragnie władzy,
który, by zdobyć ją, wiąże się umową i nie
przebiera w środkach, zatraca wolność i wikła
się w przekleństwo, które ciąży na potędze. Dowiaduje się, że niewolą jego jest to, iż nie posiada już środka do zawładnięcia złotym pierścieniem, który jest pojęciem potęgi ziemskiej
i zarazem --- dopóki jest w posiadaniu wrogów ---
pojęciem najwyższych dla niego niebezpieczeństw: nawiedza go trwoga przed końcem
i zmierzchem bogów, i rozpacz, że widzi koniec, a nie może mu przeciwdziałać. Potrzeba
mu człowieka wolnego, nieustraszonego, który by bez jego rady i pomocy, sam z siebie dokonał czynu w walce z porządkiem boskim,
czego nie zdołał on --- bóg: nie widzi takiego
człowieka, a gdy świta nowa nadzieja, musi
być posłuszny przymusowi, który go wiąże:
najdroższe jego musi być zniszczone własną
jego ręką, litość najczystsza musi być ukarana
niedolą jego. Zohydza sobie w końcu potęgę
swą, która w łonie nosi zło i niewolę, wola
jego łamie się, sam już pragnie końca, który
grozi mu z dala. I oto teraz dopiero znajduje
to, do czego tęsknił najbardziej: zjawia się
człowiek wolny, nieustraszony --- powstał w sposób sprzeczny wszelkiemu powstawaniu; ci, co
go wydali na świat, pokutują, że łączył ich
związek wbrew porządkom natury i obyczaju:
giną --- ale Zygfryd żyje. Na widok tak wspaniałego rozwoju i rozkwitu znika ohyda z duszy Wotana, idzie za losem bohatera z okiem
miłości ojcowskiej i obawy. Ten kuje sobie
miecz, zabija smoka, zdobywa pierścień, ucieka
od najchytrzejszej ułudy, budzi Brunhildę;
przekleństwo, które ciąży na pierścieniu i jego
nie oszczędza i z wolna się doń przybliża; on ---
wierny w niewierności swej --- z miłości rani
najukochańszą, i otacza go mrok i mgła winy,
ale wynurza się w końcu czystszy niż słońce
i ginie, rozpalając niebo całe łuną ognistą i oczyszczając świat z przekleństwa; --- na to wszystko
patrzy bóg, któremu w walce z wolnością złamała się włócznia rządów --- bóg, który stracił
władzę wraz z nią, patrzy pełen słodyczy wobec własnej porażki, pełen radości i współczucia dla pokonawcy swego: oko jego z blaskiem bolesnej szczęśliwości spoczywa na wydarzeniach ostatnich; stał się wolnym w miłości, wolnym od siebie samego.</akap>


<akap>Pytajcie się siebie, wy --- pokolenia ludzi teraz
żyjących! Czy to <wyroznienie>dla was</wyroznienie> stworzone? Czy
macie odwagę wskazać na gwiazdy tego nieba
piękności i dobroci i powiedzieć: to nasze życie Wagner podniósł do gwiazd?</akap>


<akap>Gdzie pośród was są ludzie, którzy według
swojego życia zdołają wytłumaczyć boski obraz
Wotana i którzy stają się sami tym więksi,
im więcej cofają się, jak on? Kto z was zechce wyrzec się potęgi, gdy spostrzega, że potęga jest zła? Gdzie są ci, którzy jak Brunhilda z miłości oddają wiedzę, a w końcu od
życia otrzymują wiedzę najwyższą: ,,smutnej
miłości najgłębszy żal otworzył mi źrenice".
Gdzie są wolni, nieustraszeni, wzrastający i rozkwitający w niewinnej samoistności --- gdzie są
Zygfrydzi pośród was?</akap>


<akap>Kto się tak pyta i pyta na próżno, musi spoglądać w przyszłość; i gdy wzrok jego odkrył w oddali ów ,,lud", któremu wolno będzie
ze znaków sztuki Wagnerowskiej odczytać
własną historię --- zrozumiałby wreszcie, <wyroznienie>czym
będzie Wagner dla tego ludu</wyroznienie>: --- czymś, czym
nie może być dla nas wszystkich, mianowicie ---
nie wieszczem przyszłości, jakby może chciał
nam się ukazać, ale tłumaczem i opromienieniem przeszłości.</akap>

</powiesc></utwor>