Zofia Nałkowska Dom kobiet Sztuka w trzech aktach Osoby: * Celina Bełska, babka, lat 82 * Julia Czerwińska, wdowa, lat 60, jej córka * Maria Łanowska, wdowa, lat 59, jej córka * Tekla Bełska, wdowa, lat 54, ich bratowa * Joanna Nielewiczowa, wdowa, lat 40, córka Marii * Róża Byleńska, rozwódka, lat 35, córka Marii * Ewa Łasztówna, panna, lat 18 * Zofia Sworzeniowa, służąca, lat 50 Akcja odbywa się w małym domu na wsi u Celiny Bełskiej. Objaśnienia do osób: Celina poważna i spokojna, głos pewny, mocna mimo starości — tylko pomagają jej przy chodzeniu. Julia wesoła, życzliwa ludziom, skłonna do entuzjazmu, trochę naiwna, cierpi na artretyzm w nogach (laska). Maria czynna, dobra. Tekla oschła, krytyczna, chorowita. Joanna wymizerowana żałobą, powściągliwa, oszczędna w gestach, nie od razu bierze wysoki ton. Z początku jest zgaszona, tępa. Wybucha dopiero w połowie drugiego aktu. Róża estetyczna, sentymentalna, leniwa, może być ładna. Ewa żywa, szczera, namiętna. Zofia stanowcza, zaradna. Ubiory zwyczajne, domowe, niespecjalnie ubogie. Róża jest bardziej elegancka, może przebrać się do trzeciego aktu. Ewa jest cały czas w płaszczu i kapeluszu, ubrana na podróż, z pewną starannością urzędniczki. Zofia nie ma białego fartuszka, wygląda raczej na kucharkę. AKT I / Pokój bawialny w wiejskim, małym domu. Na wprost drzwi oszklone na taras, za którym widać kwitnące drzewa. Na lewo dwa okna, bliżej drzwi, prowadzące do przedpokoju. Na prawo drzwi do wnętrza mieszkania. / / Meble z prawej rozłożyste, stare, kanapa i fotele wygodne. W pokoju są kwiaty, w dwóch wazonach tkwią kwitnące białe gałęzie. Parę ładnych przedmiotów, wszystko jednak skromne. / / Na lewo, pod bliższym oknem, fotel babki i jej stolik, pled, podnóżek, poduszka na ziemi. / SCENA 1 / Babka, Zofia, później Tekla / ZOFIA / wprowadza Babkę przez drzwi z prawej / Już tu wszystko wysprzątane, wyczyszczone, przygotowane dla paniusi. O pled, o poduszeczka, tutaj, tutaj, chustka do nosa i jeszcze różaniec. Okulary ma paniusia w kieszeni, o. A zaraz będzie śniadanie. Kawa gotowa, tylko pani przyjdzie z ogrodu. BABKA Dziękuję, dziękuję, Zofio, ja sama. Daj mi tylko trochę bliżej stołeczek. ZOFIA / przesuwa podnóżek / Tak będzić dobrze? Już? BABKA Teraz dobrze, dziękuję. Ale idź już do swojej roboty. ZOFIA Nie, paniusiu, wszystko się zdąży, wszystko będzie na czas. Z robotą to trzeba tylko umieć. Trzeba sobie tak wszystko ułożyć jedno po drugim, żeby się zmieściło. O, i pani Bełska wstała. Już tu idzie. BABKA A pani Łanowa? ZOFIA E, nasza pani już z godzinę, jak siedzi w ogrodzie, wciąż na grządkach, bo wszystko teraz przy tym słońcu schodzi pięknie. Chłopak przyniósł rano rozsadę pomidorów, to się zaraz sadzi. A pani Czerwieńska już też dobrą chwilę spaceruje po dróżce tam i na powrót, tam i na powrót, jak to ona. Dla zdrowia. TEKLA / wchodzi, całuje świekrę w rękę / Dzień dobry, mamie. Czy mama dobrze spała? BABKA Dzień dobry, dziecko. Ja mało śpię, nie bardzo już potrzebuję snu. Ale tyle rzeczy mam do rozpamiętywania, że mi sie noc nie dłuży. TEKLA / siada naprzeciw Babki na krześle, ręce bezczynne / A ja źle spałam. U mnie wszystko słychać, co się dzieje u Joanny. BABKA Jakże Joasia? Jeszcze nie wstała? TEKLA / wzdycha / Znowu w nocy chodziła po pokoju — chyba ze dwie godziny. Stara się cicho, ale ja usłyszę każdy szelest, a cóż dopiero chodzenie. Jednak ma wciąż te swoje sny i o jednej porze zawsze krzyczy. ZOFIA / która otwierała okna i ściągała zasłony / Pani Nielewiczowa, jak wnosiłam rano buciki, to spała. Do śniadania pewno nie wstanie. Oczy miała zamknięte, ale jak wygląda! Niepodobna do siebie. BABKA / do Tekli / Pojutrze będzie cztery miesiące od śmierci Krzysztofa. A w poniedziałek cztery miesiące od jego pogrzebu. TEKLA Tak, prawda. To bardzo niedawno — cztery miesiące. ZOFIA Ale pani Nielewiczowa, biedactwo, tak desperuje, jakby to było wczoraj, jakby go wczoraj pochowała. / wynosi krzesło na taras / BABKA A we wtorek wypada rocznica urodzin Włodzimierza. TEKLA Prawda, prawda! To mama zawsze tak pamięta o sprawach tych, co umarli — jakby jeszcze trochę żyli. Bo każdy ma przynajmniej rocznicę śmierci, rocznicę urodzin, imieniny, pogrzeb. I tylu jest tych zmarłych w tym domu. BABKA Bo to prawda, że oni jeszcze jakoś żyją — i nawet się trochę zmieniają — ci, co dawniej umarli. ZOFIA / wraca z tarasu, bierze drugie krzesło i wsparta na nim przez chwilę stoi / TEKLA / pochmurnie, twardo / Nie! To tylko od nas zależy. Nie zmieniają się nigdy — choćby umarli najdawniej. ZOFIA Pani Nielewiczowa taka słaba, taka jeszcze zdenerwowana, a wciąż są do niej jakieś interesy. Dziś z samego rana już ktoś przychodził. Jakaś taka panienka, prosto z podróży, z pociągu przyjechała i powiada, że się chce koniecznie widzieć z panią Nielewiczową. Ja mówię, że pani Nielewiczowa, odkąd nieboszczyk pan umarł, nikogo nie przyjmuje, że chora. Ale ona umyślnie, powiada, przyjechała z ważną sprawą. Więc jej powiedziałam, niech przyjdzie po śniadaniu, to się może rozmówi ze starszą panią. Żeby też o takiej godzinie! / wynosi krzesła na taras / TEKLA / powtarza z naciskiem / To tylko od nas zależy, od tych, co zostają. BABKA / patrząc na nią, powoli, miękko / Tak, może, może Andrzej się już nie zmienia. ZOFIA / przechodzi przez pokój / Pani Czerwieńska już idzie ze swojego spaceru. Czas do śniadania. / wychodzą na prawo / SCENA 2 / Babka, Tekla, Julia / JULIA / wchodzi żywo przez drzwi z tarasu, z kijem w ręku, śmieje się, mówi już od drzwi / No, dziś to się obudziłam fatalnie, ręce ani rusz, nogi ani rusz! A język biały jak obrus. A wiesz dlaczego? To ta filiżanka mleka wieczorem. Mnie nic nie wolno po piątej godzinie, żebym nawet była, nie wiem, jaka głodna. Proszę zawsze, nigdy mnie nie namawiajcie. Już ja sama najlepiej wiem, co mi można. Myślałam, że kroku nie stąpnę, że nogą nie ruszę. Ale nie! Wstałam z samego rana, wypiłam szklankę ziółek i zaraz do ogrodu. To dziurawiec. Zofia mi zaparzyła jeszcze wczoraj. Dziurawiec jest bardzo zdrowy. I od godziny nic, tylko chodzę po alejce — tam i z powrotem, tam i z powrotem — aż mi się nogi całkiem rozeszły. Ach, cóż za powietrze dzisiaj, co za pogoda! Ogród cały do panny młodej podobny, wszystko kwitnie. I ptaszeczki tak śpiewają, tak się do siebie wdzięczą, aż hałas w gałęziach od tego śpiewu. Powietrze zupełnie balsamiczne. O, już mi dobrze, już mi się całkiem poprawiło. Ale was proszę, nigdy mnie nie namawiajcie do jedzenia. TEKLA / poważnie / Kiedy nikt cię nie namawiał. Sama jesteś łakoma. JULIA / bez urazy / To prawda, że wczoraj się sama na to mleko złakomiłam. Ale Maria często mnie tym i owym częstuje — i zaraz z tego kłopot. TEKLA Cóż to ważnego: zjeść czy nie zjeść? To jest tylko twoja sprawa, Julio. Nie ma o co robić zamieszania. JULIA / z przejęciem / Kiedy ja nie mogę, ja muszę na siebie bardzo uważać! Inaczej nie wiem, co by to było! BABKA Weź sobie tutaj krzesło, Julciu, i siadaj. JULIA Dziękuję mamie, później mi trudno wstać. Taka już ze mnie niedołęga. Wolę tak chwilę postać, zaraz Maria zawoła na śniadanie. Ja już nie będę nic jadła, lepiej się trochę przegłodzę do obiadu. To bardzo zdrowo stać — nogi nie leniwieją. Ale co za pogoda, mama powinna koniecznie posiedzieć dzisiaj na tarasie. Gałęzie czereśni takie białe, takie puszyste, wchodzą wysoko na niebo zupełnie niebieskie. Jeszcze nie było takiego pięknego dnia w tym roku. Pszczoły brzęczą jak w lecie, a słoneczko od samego ranka ciepłe — tak przygrzewa, tak przygrzewa! To dobrze na moje kości. TEKLA Już blisko ósma, a jeszcze ani słychać o śniadaniu. Maria biega po ogrodzie, ma nowy kłopot z pomidorami. Wszystko musi zrobić sama, wszystkiego sama dopilnować. Ona nie umie się urządzić, a wtrącić się nikomu nie da. Od służby trzeba umieć wymagać, inaczej każdy się rozpuści. BABKA Maria jest bardzo dobra. TEKLA Moja mamo, to nie jest dobroć, tylko głupota. JULIA / śmieje się / Oj, Teklo, Teklo, jaka ty jesteś doprawdy. Śniadanie zaraz będzie, bo już mi Zofia mówiła, że gotowe. TEKLA / milczy / JULIA Takam dziś kontenta, a sama nie wiem z czego. Może będę miała jaką dobrą nowinę, albo może będę miała list od dzieci. A może też dlatego, że widziałam taką ładną, młodą parę na drodze. Sama nie wiem. TEKLA Cóż to za para? JULIA To nie tutejsi… Szli wzdłuż ogrodu do szosy i strasznie się kłócili, ale to z miłości, bo on ją cały czas trzymał w pół. Szli drogą i wcale nie wiedzieli, że ich widzę z ogrodu. Ale to nic, bo ja się patrzyłam życzliwie. Czubili się, że aż strach. Ona mu za coś okropnie głowę zmywała. Taka wiosenna burza — nic dziwnego: młodość. A on był miły, pokorny, bardzo ją przepraszał. Widać od razu, że zakochany. Kłótnia miła i zgoda będzie jeszcze przyjemniejsza. / śmieje się figlarnie / BABKA / wyrozumiale / Ty, Julciu, zawsze byłaś romantyczna — nawet jako dziewczynka. JULIA Tak, to na pewno nietutejsi, z miasteczka. Wyglądali na to, że przyjechali z daleka. On miał samochodową czapkę i płaszcz. TEKLA To pewno szofer. JULIA / urażona / A, gdzież tam, dlaczego. Taki młody, elegancki, przystojny. A zresztą może i szofer. Tylko, że tak ślicznie wyglądali w słońcu, przez kwitnące gałęzie. I tacy zakochani. TEKLA Zakochani dlaczego, że się kłócili? JULIA A pewnie, że dlatego. Młodzi, co się nie kłócą, to się i nie kochają, to im już widać wszystko jedno. Myśmy się nieraz z Włodziem czubili. Ale ja wiedziałam, że się ze mną przeprosi i że zgoda będzie miła. / śmieje się / TEKLA / surowo / Czy pamiętasz, że we wtorek są urodziny Włodzimierza? JULIA Tak, już zakupiłam mszę. Włodzio tam w górze wie, że o nim pamiętam. Kiedy w taki cudowny dzień, jak dziś, patrzę na obłoki, to mi się zawsze zdaje, że on stamtąd mnie widzi. I że się raduje. TEKLA / karcąco / Jak ty możesz mówić takie rzeczy? JULIA Cóż zrobić, ja jestem tego pewna. To nie jest grzech. BABKA Naturalnie, to nie jest grzech. JULIA / zamyślona / Nie, to nie szofer, na pewno nie, Teklo. Był doprawdy nawet wykwintnie ubrany w tę angielską skórę. Ja się na tym jeszcze trochę rozumiem, kiedyś przecież i ja miałam za co się ubierać, nie chodziłam w takich strzępach jak dziś. Ale to trudno, co robić, nie narzekam, bo i co mi z tego przyjdzie, gdybym narzekała. Czy przez to się coś poprawi? Jeszcze Bogu dziękuję, że mam kąt rodzinny na starość, że dzieci moje zdrowe, że mi tu z wami dobrze… Tak, on był nawet bardzo elegancki, ale ona nie. Ona wyglądała nie tak elegancko, chociaż przyzwoicie. TEKLA / po raz pierwszy się uśmiecha / Moja Julio, co też nas może obchodzić, jak ci państwo byli ubrani. Przecież ich nawet nie znamy. JULIA / śmieje się / Ach, jaka ty jesteś doprawdy! Ciebie tak nic nie obchodzi. Cóż w tym złego, że się nimi interesuję. Każdy się raduje, jak widzi czyje szczęście. TEKLA Skądże zaraz wiesz, że są szczęśliwi? JULIA O, skąd, skąd! Serce mi mówi. Byłam sama młoda i szczęśliwa, trochę się i na tym rozumiem. W taki dzień jak dzisiejszy młodzi, żeby nie byli szczęśliwi! Pomyśl tylko! Kiedy przechodzili tu zaraz koło naszych bzów, usłyszałam, jak mówił, że gdziekolwiek ona pójdzie, to on ją wszędzie odnajdzie. „Nigdzie mi nie uciekniesz!” — tak powiedział. — „Pamiętaj!” No, czy tak mówi ktoś, co nie kocha? I śmiał się, i chciał ją pocałować. Naprawdę! TEKLA Ludzie się dowiedzieli, że tu są ładne okolice. I nieraz ktoś teraz przyjeżdża na wycieczkę. JULIA / wesoło / No, dalej, moje nogi, do roboty, do roboty! / tupie nogami, wyprostowywa je z trudem i, opierając się na lasce, wychodzi przez drzwi w głębi na taras / SCENA 3 / Babka, Tekla, później Maria i Julia / TEKLA Cała jej robota, że chodzi po alejce tam i z powrotem, przygląda się ptaszkom, pszczółkom i zakochanym i myśli o swym delikatnym organizmie. BABKA Włodzimierz trochę ją rozpieścił. Był imaginacyjny, wciąż ją wodził do doktorów, karmił lekarstwami, wysyłał do wód. Nauczył ją myśleć tylko o zdrowiu i zanadto ją wydelikacił. Przedtem nie miała wcale tego usposobienia. TEKLA Tak, on ją psuł bardzo, wyrobił w niej dużo egoizmu. Zawsze nadmiernie się odżywiała, jadła rzeczy zbyt posilne, zbyt wymyślne — i dlatego tak teraz cierpi na artretyzm. BABKA My nie jadłyśmy tak wymyślnie, jak Julia, a też obie jesteśmy artretyczki. Ona to zresztą nieźle znosi, takie ma pogodne usposobienie. TEKLA Nic dziwnego. Tak jej się wiodło, jej życie ułożyło się świetnie. Ona była szczęśliwa! BABKA / milczy / TEKLA / uśmiecha się po raz drugi / Muszę mamie wyznać, że obraz Włodzimierza, patrzącego na Julcię sponad wiosennych obłoków i przy tym się radującego wydaje mi się groteskowy… / chwila milczenia / BABKA Ty, Tekluniu, ty byłaś taka nieszczęśliwa i taka stwardniała w cierpieniu, że nie możesz — to nic dziwnego — że nie możesz zrozumieć usposobienia Julii. TEKLA Tak, istotnie nie mogę. Nie rozumiem też jej zachwytu dla tej podejrzanej parki, która musi się kłócić i całować tuż pod naszym ogrodem właśnie, z dala od miasta i od dworca kolei — nie wiadomo, czemu. Kto wie, czy ta jakaś dziewczyna, to nie ta sama, którą dziś rano ledwie odprawiła Zofia. BABKA / niespokojnie / Tak myślisz? TEKLA No, dlaczegoż. To jest zupełnie możliwe. MARIA / wchodzi przez drzwi z lewej, żywo / No, Tekluniu, Julio, Julio, śniadanie, chodźcie na śniadanie! TEKLA / wstaje / MARIA A Julia, gdzież jest Julia? Na śniadanie, na śniadanie, bo już późno. Zatrzymali mnie aż dotąd w ogrodzie. JULIA / powraca przez drzwi od tarasu / Nie, Mario, dziękuję ci, ja nic nie mogę, mnie wczoraj to mleko wieczorem zaszkodziło. Już u siebie rano piłam ziółka, to mi wystarczy. Chyba że herbaty pół szklanki i do tego pół bułeczki. MARIA / do Babki / Mama woli tu zostać? To się mamie zaraz przyniesie. Chodź, Julciu, zjesz jajko na miękko, to ci nie zaszkodzi. / wychodzą wszyscy prócz Babki / SCENA 4 / Babka i Maria / BABKA / siedzi nieruchomo, patrząc nigdzie, poważna, czarno ubrana, z ciemną twarzą, czeka bez niecierpiwości / MARIA Już, już jest śniadanie. Tu bułka, tu miód. Masło już rozsmarowane. BABKA Dobrze, dziecko. Ja widzę, widzę. Idź już, jedz. MARIA / siada / Trochę mamie pomogę. Zastąpię Teklę, która zawsze jest przy mamie i którą mama woli od własnych córek. BABKA / je / To prawda, że jest mi bliska, jak własne dziecko. MARIA / przekrawa bułkę na kawałki, podaje, podtrzymuje szklankę / Tak, ona najwcześniej owdowiała, najdawniej jest przy mamie. To nic dziwnego. BABKA Miała przecież dwadzieścia jeden lat, kiedy tu wróciła bez męża i bez syna. MARIA Dla niej los był najgorszy. Aż ciężko pomyśleć. BABKA Ona mi jest taka bliska przez pamięć Andrzeja, przez swoją wierność, która trwa tyle lat. Nikt, tak jak ona, nie opłakiwał ze mną mego dziecka. MARIA Naturalnie. Nasi mężowie, mój i Julii, to byli dla mamy pomimo wszystko obcy ludzie. Nie, nieobojętni! Ale jednak obcy, ludzie z zewnątrz. A Andrzej był dla mamy takim samym jak dla Tekli ukochaniem, takim samym nigdy niezblakłym wspomnieniem. No, i myśmy były starsze. / ruch rąk / BABKA / je / Tekla jest naturalnie trochę zgorzkniała, trochę surowa, ale ja nie wątpię, że jest dla was siostrą tak samo, jak wy dla niej. MARIA Tak, mamo. / odkłada łyżeczkę, ustawia niepotrzebne talerzyki / BABKA / zamyślona / Tak, o ile to da się wiedzieć, o ile w ogóle to jest możliwe wiedzieć. Człowiek żyje jeden obok drugiego lata całe i nie wie o nim nic. Żyje między najbliższymi jak w ciemności. Zaledwie siebie zna — i to źle, źle siebie sądzi. Jakże może sądzić innych? Co można naprawdę wiedzieć o ludziach z ich czynów, z ich słów — kiedy niewiadome są myśli? MARIA / niespokojnie / Ach, czemu mama to mówi? BABKA Siedzisz tu, ty, dziecko moje, naprzeciwko mnie i tak się patrzymy na siebie. Gdybym sądziła po czynach, Mario, po twojej dobroci — mogłabym myśleć, że mnie kochasz, prawda? Że nie pamiętasz mi nic… MARIA / nachyla się, bierze ręce matki i jedną po drugiej całuje w milczeniu / BABKA / po chwili / A Joanna? Czy Joanna już wstała? MARIA Nie. Joasia leży. Ona tak źle sypia. Zaraz jej zaniosę kawę na górę. BABKA Dotąd było nas tu cztery wdowy: ja, Tekla, Julia i ty. Joanna jest piąta. Róży nie liczę, bo to nie wdowa, ale i ona samotna na świecie. MARIA A tak, tak, jest nas tu coraz więcej. Z latami Joanna się jakoś uspokoi, ale teraz jednak męczy się nad miarę. To jest jakby coś więcej niż żałoba. BABKA Przypomnij sobie, czym dla niej był Krzysztof, człowiek tej miary. Ona nim tylko żyła, z nim dzieliła jego pracę, jego idee, jego ambicje. Ona cała istniała przez niego, nie sama. I dla niego. To jest zrozumiałe, że ona jakby się uczy od początku żyć. MARIA To jest zrozumiałe. Krzysztof był niezwykłym człowiekiem, to prawda, miał szlachetny charakter. Ale i ona była najlepszą żoną. A teraz robi sobie jakieś wyrzuty, że nie była dobra, że nie umiała go ocenić ani zrozumieć. BABKA Tak mówiła? MARIA Nie mówiła, ale można to widzieć z różnych rzeczy. Ona się męczy. Ona w nocy przez sen coś mówi, zawsze coś jej się ciężko śni. To nie jest wołanie, chociaż słyszałam dwa razy, jak wymawiała jego imię. To nie jest wołanie, chociaż ona mówi: „Krzysztofie”. To jest jakby rozmowa. Śpię zawsze teraz w tym pokoju obok niej, żeby ją zaraz obudzić, gdy krzyczy. Ale ona nic nie mówi, co jej się śniło. Ja nie pytam. Czasami mi się wydaje, że ona go wzywa, żeby żył, że go przeprasza. Że go namawia do życia. BABKA Jak gdyby czas nie przynosił jej żadnej pociechy. MARIA Tak. BABKA Ty jeszcze nie piłaś kawy, Mario? MARIA Nie, ja teraz wypiję. Przecierpi jakoś, musi to wszystko przecierpieć — i wtedy wróci do równowagi. Jedyne, co poradził ten doktor jeszcze tam w mieście, to, żeby miała spokój, żeby się niczym nie przejmowała, nie drażniła. Nic więcej nie mogę zrobić, prawda? Nie mogę jej inaczej ratować, tylko pilnuję, żeby miała ten spokój. / zabiera tackę i wychodzi na prawo / SCENA 5 / Babka, Julia, później Tekla i Zofia / JULIA / wchodzi żywo z prawej, wesoła / Czy mamie jeszcze czego nie przynieść? A może mamie co zrobić? Niepotrzebnie się dałam namówić na jajko. Wiedziałam od razu, że to odpokutuję. Ale cóż robić, kiedy Maria już taka jest, już zawsze mnie na coś namówi. Czuję kamień w żołądku. Muszę znowu wypić dziurawca, to mi zaraz przejdzie. Ja znam swój organizm, wiem, co mu trzeba. Gdybym na siebie nie uważała, to nie wiem, co by było. BABKA Czy ty nie pieścisz się zanadto, Julio, popatrz na Marię, jaka ona jest czynna, jak się krząta. A jest prawie w tym wieku, co ty. JULIA Moja mamo, Maria jest mocna. Ona już ma taki szczęśliwy organizm, że nic jej nie szkodzi. Zawsze jest w ruchu, robota jej służy. Wciąż biega. Miała teraz zanieść Joasi śniadanie na górę. A tymczasem Joanna zeszła sama do stołu. Jakoś dziś wcześniej wstała, to lepiej. Ale taka smutna biedaczka, taka mizerna, że żal patrzeć. Nic to dziwnego, że ona boleje: oni tyle lat ze sobą przeżyli w takiej harmonii! On się trochę nie umiał obliczać, to prawda, nie bardzo był praktyczny. Jego stanowisko obowiązywało go trochę. Za to Joasia miała wymagania skromne, potrafiła tak zaradzić, że ani im, ani dziecku niczego nie brakło. Ano trudno. Kobieta musi umieć się zastosować, musi się starać, żeby jakoś wybrnąć. Mój Włodzio był przecież dla mnie najlepszy, ale miał też wadę, że lubił za dużo wydać. I trzeba było dobrze łatać, żeby jakoś związać koniec z końcem. BABKA A gdzie jest Joanna? JULIA Joanna i Róża są razem w jadalni i zaraz tu do babci przyjdą. Zofio! Zofio! Zaparz mi, duszko, ziółek! TEKLA / wchodzi z prawej i od razu siada na krześle obok Babki / Przecież żyła z tym swoim mężem szczęśliwie całe dwadzieścia lat. Jej córka żyje. Joanna wzięła od życia, co się jej należało. Cóż to, czy myślała, że będzie zawsze żył? BABKA / upominająco / Co też ty mówisz, Teklo! TEKLA Mówię o Joannie. Każda z nich tutaj uważa siebie za najnieszczęśliwszą. A nie pomyśli, o ile gorszy los mógł ją spotkać. Nie widzi cierpienia innych. Nie wie, że może być głębsze cierpienie — cierpienie bez łez, bez ataków nerwowych, bez niespokojnych snów… BABKA Twój los był ciężki, to prawda, Teklo droga, ale przecież tak nie mów. I ty nie wiesz, co dzieje się w cudzej duszy. Nie masz na to żadnej miary. TEKLA / milczy / ZOFIA / wchodzi z prawej ze szklanką gorących ziółek i stawia je przed Julią, która usiadła po prawej stronie sceny / Proszę pani. JULIA Dziękuję ci, Zofio, dziękuję. / pije z wolna, ostrożnie dmuchając / ZOFIA / rozgląda się / Patrzę, gdzie to się podziała nasza pani. W domu jej nie widać. Może już znowu w ogrodzie. / Zofia wychodzi w głębi na taras, ale zaraz wraca. Wychodzi przez drzwi na prawo / / Z tarasu drzwiami w głębi wchodzą Joanna i Róża / SCENA 6 / Babka, Julia, Tekla, Joanna, Róża, później Zofia / JOANNA / w sukni czarnej, ale bez krepy — blada, spokojna, chłodna / Dzień dobry, babciu. BABKA Ładne dzień dobry! Już słońce wysoko, niedługo wybije dziesiąta. / pocałunek / RÓŻA / ubrana jasno. Serdeczny pocałunek z Babką. Siada na poręczy jej fotela i przytulona do niej mówi z uśmiechem / Teraz masz, babciu, u siebie obie swoje wnuczki. JULIA / przestając pić / O, ja mam dziś z Różą na pieńku. Powiedziała na ciotkę, że jest gadatliwa. Nic to dla mnie nowego, moja duszko, nic nowego. Sama najlepiej o tym wiem, że do gadania jestem jedyna. RÓŻA / śmieje się / Och, wcale tak nie było! Tylko przy śniadaniu powiadam tak do cioci: „Ciociu Julciu droga i miła, mów, mów naturalnie, jeżeli już tak musisz. Ale rób przecież przerwy, daj złapać tchu…” JULIA / śmieje się bez urazy / No właśnie. Teraz będziesz mnie musiała dobrze prosić, żebym się chciała odezwać. / pije / JOANNA / siada obok Julii / Co ciocia pije? JULIA / naiwnie / To jest dziurawiec. JOANNA Dziurawiec? JULIA Tak, to jest najzdrowsze na żołądek, na nerki, na wszystko. Matka, widzisz, niepotrzebnie namówiła mnie dziś rano na jajko. Zawsze jak zjem jajko… / mówi dalej półgłosem na ten temat / RÓŻA / do Babki / Widzi babcia, tu do babci wszystkie się ze świata zbiegamy, jak już nie możemy dłużej. Jak nam jest źle, jak jesteśmy same i niepotrzebne. TEKLA Tak, to prawda. Strach pomyśleć, ile to jest po świecie tych niepotrzebnych kobiet — jak my. JULIA No, zaraz niepotrzebnych! Komuś przecież jesteśmy potrzebne. Dzieciom, wnukom. TEKLA To się tak tylko wydaje. Nikomu nie jesteśmy potrzebne. Dzieci, wnuki — wszyscy są gdzieś daleko, wszyscy wystarczają sobie. Wciąż się o tych dzieciach mówi, wciąż się za nimi tęskni, ale one tu nie przyjeżdżają, ich tu nie ma. Tu są tylko same stare kobiety. Kobiety niepotrzebne. RÓŻA / śmieje się / No, ja nie jestem stara, wujenko! Wcale nie uważam, żebym była stara. TEKLA Ale jesteś niepotrzebna. RÓŻA / zmarkotniała / Chociaż nowa żona Piotra jest ode mnie o całe dziesięć lat młodsza. BABKA / do Tekli / Dlaczego niepotrzebna? I Róża i Joanna mają matkę, która je kocha, która dla nich żyje. TEKLA Maria wolałaby nie mieć ich tutaj, wolałaby nie widzieć ich wcale. Gdyby tylko wiedziała, że one — tam — daleko są szczęśliwe. JOANNA / patrzy na Teklę, słucha tego obojętnie / RÓŻA / wzdycha / Ja jestem jakby najszczęśliwsza między wami, ja nie mogę się skarżyć, bo mnie nikt nie umarł. Tak się wydaje. Ale jest mi przecież tak, jakby umarł, skoro żyje nie dla mnie, żyje beze mnie. „Trwa szczęście twoje beze mnie, w górach zamknięte zielonych…” / wstaje z poręczy, przechadza się po pokoju / / w pobliżu drzwi z prawej spotyka się z Zofią, która wchodzi / JOANNA / powoli, ściągając brwi / Bo śmierć nie jest najważniejsza. TEKLA Co? RÓŻA / odwraca się niespokojnie / Co? Co ty mówisz, Joanno? JOANNA Mówię tylko, że to nie jest najważniejsze — śmierć. ZOFIA / rozgląda się / Szukam wciąż pani Łanowej. Gdzie pani może być? RÓŻA Mama jest na górze, dostała listy. A o co chodzi? ZOFIA / szepce do Róży parę słów, pociąga ją za sobą / JULIA / do Joanny pogodnie / Jeżeli się kocha, Joasiu, to śmierć jest bezsilna. Śmierć wcale nie jest rozstaniem. Są chwile, że czuję obecność twego wuja tak, jakbym go widziała, jakbym słyszała jego głos, jego słowa. Wiem, że się jeszcze spotkamy, że się spotkamy już na zawsze, więc jestem spokojna. / kładzie rękę na ręce Joanny / RÓŻA / do Zofii / Dobrze. To ja sama zaraz idę na górę. / Róża i Zofia wychodzą / JOANNA / całuje z roztargnieniem, krótko, rękę Julii, wstaje, idzie ku drzwiom w głębi / Różo! Ach, Róża wyszła. Chodźmy stąd na powietrze. Czy i babcia nie przeszłaby na taras? BABKA / porusza się, ogląda za kijem / Dobrze, Joasiu, zaraz. / wstaje z pomocą Tekli i Joanny / BABKA / wyprostowana, mocna, przechodzi na taras, czarna na tle kwitnących gałęzi. Znika. Za sceną / Dziękuję, dziękuję, ja sama. SCENA 7 TEKLA / wraca ode drzwi, zatrzymuje się przy Julii, która wypija resztę ziółek / Julio! JULIA / wstaje / No, już wypiłam, teraz muszę się trochę przejść. Mały spacer jest konieczny, jak się napije dziurawca. A przed obiadem akurat sobie zdążę poukładać guziczki i pozwijać tasiemki. Jak tylko mam porządek w szufladach, zaraz się czuję lepiej na nerwy. TEKLA Poczekaj, Julio. Zapewne nie zwróciłaś uwagi, że Maria ma jakieś troski szczególne z powodu Joanny, że tam się u nich po prostu coś dzieje. Ona drży o tę córkę, jakby jej coś groziło, jakby ją mogło spotkać jeszcze coś po tym, co już ją spotkało. Faktem jest, że nikogo do niej nie dopuszcza. Że nie oddaje jej poczty, tylko sama naprzód przegląda listy i niektóre zatrzymuje. To wiem z pewnością, że dwa listy zatrzymała. JULIA / bez niepokoju / Tak? Nie wiedziałam. Widocznie uważa, że tak trzeba, ponieważ lekarz radził największy spokój dla Joanny. Pobyt tu na wsi jest dla niej jedynym lekarstwem. Musi się wzmocnić, żeby teraz, po śmierci męża, samej zająć się interesami. Ma obowiązki. Pobyt Oleńki w Szwajcarii dość jest kosztowny, a środki skromne. Krzysztof nie był praktyczny, myślę, że po prostu nie zostawił jej nic. A co gorsza, że z posagu Joanny też zdaje się niewiele zostało. Cóż dziwnego, że Maria się troska. Trudno, matka. On miał doprawdy zabawne usposobienie, Krzysztof. Wydawał nie wiadomo na co, pożyczał, pomagał każdemu, kto chciał, wprost sam nie potrafił powiedzieć, sam nie wiedział, gdzie mu się te pieniądze podziewały. Ale miał tę ambicję, że tylko on umie rządzić — nigdy nie powierzył Joannie żadnej sumy, musiała mu się z każdego wydatku tłumaczyć. Nie, nie miała i ona tak lekkiego życia, jak się zdaje. Ale szczęście nie od takich rzeczy zależy. TEKLA / pochmurnie / Tak, szczęście nie od takich rzeczy zależy, łatwo ci to mówić. A jednak gdybym ja wówczas, gdyby były na to środki, żeby ratować Andrzeja… Od tych błahych, poziomych spraw pieniężnych zależało jego życie. JULIA / prędko / Moja droga, już widocznie tak miało być, tak było przeznaczone. On był dość wątły od dziecka. Mama robiła wszystko, co mogła, to przecież było najukochańsze dziecko. TEKLA Tak, mama robiła wszystko, co mogła, ale już wtedy później mogła bardzo niewiele. JULIA / zatroskana / Tak mówisz, Teklo, jak gdybyśmy wtedy, ja i Włodzimierz… Doprawdy, ty się uprzedzasz. Przecież, gdy Andrzej był chory i twój malutki jednocześnie chorował, gdy ty byłaś młoda i miałaś tyle troski, to cała rodzina i my, i Włodzio… TEKLA / poważnie / Tak, Julio, niewątpliwie. Ja to pamiętam. Nie myśl, że ja o czymkolwiek zapomniałam. JULIA / serdecznie / Ja wiem, że czasami mówi przez ciebie nie żal, nie uraza, tylko takie rozgoryczenie. Cóż dziwnego? Życie cię przecież nie oszczędziło. TEKLA Nie uraza, nie żal. To prawda. Tylko wspomnienia. Myśl o tym, że gdyby nie był tak pracował, że gdyby nie to biuro i warunki… To wszystko przyśpieszyło jego śmierć. JULIA / ociera łzy, prędko się krzepi / Taka była wola boska, tak musiało być, na to już nie było rady. TEKLA / milczy / JULIA Jego strata była ciężka dla całej rodziny, to był nasz i najmłodszy w domu, ukochany brat. Ja mam, Teklo, czyste sumienie. TEKLA Tego jestem pewna, o tym wcale nie wątpię, że sumienie masz czyste. To się rzuca w oczy. JULIA / bierze torebkę, szal z włóczki lila, laskę i wychodzi na taras / TEKLA / chwilę stoi z gorzką twarzą / GŁOS BABKI / za sceną / Tekluniu! TEKLA Idę, mamo! / wychodzi drzwiami na taras / SCENA 8 / Maria i Róża, później Zofia / RÓŻA / wchodzi żywo pierwsza / Tu niech ją Zofia wprowadzi, tu można. Joanna jest w ogrodzie. Ja będę pilnowała drzwi. MARIA / wchodzi za nią zaaferowana / Dobrze, Różo, dobrze. RÓŻA Jak mama myśli, czy to ta sama, co pisała? MARIA Pewnie ta. Ta, co pisze, nazywa się Ewa Łasztówna. Ale pisze tak niejasno, że nie wiadomo, czego chce. Jednak uważa, że Joanna z jakichś przyczyn powinna jej pomóc, że to jest jakby jej obowiązek. Te pogróżki wyglądają na to, jakby Joanna zrobiła jej kiedyś coś złego. Nie ma żadnej wątpliwości, że Joanna wie, kto to jest. RÓŻA Ach, po co ona tu przyjechała! Jeżeli chce pieniędzy, to trzeba jej dać — byle tylko Joanna jej nie zobaczyła. MARIA Tak, Joanna nie może jej zobaczyć. / stukanie do drzwi z lewej / RÓŻA To ona. / wybiega na taras i zamyka za sobą drzwi / MARIA Proszę! ZOFIA / otwiera drzwi i wpuszcza Ewę Łasztównę / Scena 9 / Maria, Ewa, później Zofia / MARIA Z moją córką nie może się pani widzieć. Córka nie przyjmuje nikogo, jest cierpiąca. Ale może ja mogę pani coś pomóc. EWA / szczupła, bardzo młoda, ubrana do drogi, śmiała. Nie przedstawia się i nie wita / Tylko pani Nielewiczowa może mi pomóc w tej sprawie, która jest nie tylko moją sprawą. Nikt inny, tylko ona! MARIA Ale właśnie jest cierpiąca i nie może pani przyjąć. EWA / twardo / Tylko ona, ponieważ jest wdową po Krzysztofie Nielewiczu! MARIA / zaskoczona / Co takiego? EWA Ponieważ jest wdową po Krzysztofie Nielewiczu. MARIA A może pani była jego urzędniczką, może pani u niego pracowała? EWA / śmieje się / Nie, na szczęście nie. Ale pracowałam u kogoś innego — niestety! I już nie pracuję. Czy pani stanowczo nie chce mnie dopuścić do swojej córki? MARIA Tak, pani jej nie zobaczy, to właśnie jest niemożliwe. EWA To bardzo przewidująco, to bardzo ostrożnie z pani strony. A czy wiadomo pani, że ja umyślnie po to tylko przyjechałam z daleka? MARIA Bardzo żałuję. / siada. Po pewnym wahaniu wskazuje krzesło Ewie / EWA Dziękuję. I oświadczam pani, że jednak ja panią Nielewiczową muszę zobaczyć i zobaczę! Ona, tylko ona jest obowiązana mnie ratować. MARIA Czy ona panią zna? EWA Tego nie wiem tak z pewnością, ale myślę, że tak. Że powinna mnie znać. MARIA Może jednak pani powie mi swe nazwisko i o co pani chodzi. Jest zupełnie możliwe, że będę mogła zrobić to samo, czego pani oczekuje od mojej córki. EWA Swoje nazwisko powiem tylko osobiście wdowie po Krzysztofie Nielewiczu. Pani nie. Pani może mego nazwiska nawet nie zna. MARIA / nagle wstaje, grzecznie / Jeżeli pani nie może inaczej postąpić, to oczywiście dalsza rozmowa jest zbyteczna i do niczego nie doprowadzi. EWA / stoi chwilę w milczeniu, patrzy na Marię z gniewem i wyrzutem, nie może jeszcze odejść / MARIA / waha się / Może pani szuka posady, może pani potrzeba pieniędzy. Niech pani po prostu powie, o co chodzi, EWA Posady! Nie, nie szukam posady, chociaż utraciłam swoją posadę przed tygodniem. Chociaż ją po prostu rzuciłam! Tak, wyszłam z biura i nie wróciłam więcej. MARIA Widać miała pani jakieś powody, aby tak zrobić. EWA Naturalnie, miałam powody. Po prostu szukałam sposobów ratunku. Nie mogłam przecież, nie chciałam iść na to samo — iść na zgubę! MARIA / zniechęcona / No cóż, sama pani widzi, że nic z tego nie wyniknie, skoro… EWA Tak, to wszystko nie może pani obchodzić, naturalnie. Toteż ja nie do pani tu przecież przyszłam, nie z panią chcę mówić. / idzie ku drzwiom na lewo / MARIA Proszę, niech pani się zatrzyma na chwilę. EWA / odwraca się / Słucham panią? MARIA / niepewnie / Czy pani nazywa się Ewa Łasztówna? EWA / jak uderzona biczem / Ach, więc to tak? Więc pani wie, kto jestem, pani wie wszystko — i mimo to! I nawet… To jest przecież potworne! MARIA / cofa się zdumiona / Co to znaczy? EWA / idzie do drzwi / ZOFIA / staje w otwartych drzwiach / Proszę panią. EWA / odwraca się jeszcze, tonem pogróżki / A jednak ja stąd nie odjadę, uprzedzam panią. Ja muszę ją zobaczyć — i zobaczę! / wychodzi bez ukłonu / SCENA 10 / Róża, Maria, później Joanna / RÓŻA / wchodzi prędko drzwiami od tarasu / No co, już poszła? Chwała Bogu! I czegoż od Joanny chciała? MARIA / ciężko / Nie wiem, nic właśnie nie wiem. Nie chciała powiedzieć. Ja nie rozumiem, ale to jest coś niedobrego dla Joanny. To nie jest zwykła sprawa. Myślę, że ona może się mścić, jest jakaś taka zuchwała i zarazem… Nie, sama nie wiem. RÓŻA Kto ona jest? MARIA To jest ona, ta sama, co pisała. RÓŻA Łasztówna? MARIA Tak. RÓŻA / wzdycha / Ojej, co to może być. A może to, mamusiu, nic nie jest. Może my to sobie tylko wyobrażamy, tylko niepotrzebnie się denerwujemy. MARTA Może, czy ja wiem. RÓŻA Bo przecież w tych listach nie było nic konkretnego, same tylko jakieś aluzje wcale niezrozumiałe. Co Joanna mogła jej zrobić złego? Oddaliła ją ze służby czy nie wzięła do szycia? MARIA Nie, to nie jest taka zwykła sprawa. I to nie jest przecież prosta dziewczyna. RÓŻA Więc tym bardziej, cóż Joanna mogła zrobić złego takiej dziewczynie? Sama widzisz, że to jest niemożliwe. Ja nie tak często u nich bywałam, zawsze żyłam gdzieś daleko, ale przecież to wiem, że oni oboje, ona i Krzysztof, robili dużo dobrego. Ona to musi wiedzieć, ona to właśnie widocznie chce wyzyskać. MARIA Może być, może być. RÓŻA / wstaje / O, idzie Joasia. JOANNA / wchodzi drzwiami z tarasu / Tu jesteście? Czy to stąd z domu ktoś teraz wychodził? MARIA Widziałaś kogo? JOANNA Tak. Jakaś młoda dziewczyna biegła po drodze i płakała. MARIA / nieopanowana / Tyś ją zobaczyła?! JOANNA Tak, byłam z ciocią Julcią w alejce. Tam na końcu widać drogę. MARIA / spokojniej / I ona ciebie widziała? JOANNA Nie. / milczenie / MARIA / ostrożnie / Czy ty może wiesz, Joasiu, kto to jest? Czy ty ją znasz? JOANNA / niepodejrzliwie / Nie, nie, to ktoś obcy. Tylko że tak płakała w biały dzień na drodze. RÓŻA Tak, że jej nie znasz wcale, nigdy jej nie widziałaś? JOANNA Nie. RÓŻA / do Marii, nieznacznie, uspokajająco / No, widzisz, mamo, widzisz. / KONIEC AKTU PIERWSZEGO / AKT II / Ten sam pokój. Wczesne popołudnie. / SCENA 1 / Babka, Tekla, Róża, później Julia / BABKA / kończąc obiad, który — jak to widać — na większej tacce przyniosła Róża / I co? Czego chciała? TEKLA / siedzi, trzymając w obu rękach małą tackę z czarną kawą, i czeka swojej kolei / Niepotrzebnie tu wszyscy robią z tego, nie wiem co. Przyszła, poszła i dobrze. Maria nie ma co przesadzać takiego głupstwa. Tylko, aby nie mówić o tym Julii, bo zaraz przed Joanną wypaple. RÓŻA / stojąc, przytrzymuje Babce serwetkę, przestawia na stoliku naczynia. Do Babki / Bo ja wiem, czego chciała? Ja sama jej nie widziałam. Ona rozmawiała tylko z mamą. TEKLA Maria mówi, że ona wcale nie chciała powiedzieć, po co przyszła. BABKA / spokojnie / Więc dlaczego przychodziła, kiedy nie chciała powiedzieć? RÓŻA Owszem, chciała powiedzieć, ale tylko Joannie. BABKA Tak, to rzeczywiście dziwne. / obciera usta, oddaje serwetkę / TEKLA / podsuwa swoją tackę / Trochę czarnej kawy, mamo. Słuchaj, Różo, matka cię tam woła. Wracaj, kończ obiad, bo zaraz sprzątają ze stołu. RÓŻA Już idę. Tym bardziej dziwne, że Joanna wcale jej nie zna. Ale nie, ja nic takiego nie przypuszczam. Tylko, że mama jest bardzo zdenerwowana tą rozmową. Ona była zuchwała, ta dziewczyna, mówiła jakieś niegrzeczności. TEKLA Właśnie. Do tego trzeba tylko Marii, żeby na coś podobnego pozwolić. Już osłodzona, mamo. Niech mama da, to mamie zamieszam. BABKA / do Róży / Dlaczego, Różo, nie ty z nią mówiłaś, tylko matka? RÓŻA Mama już zawsze bierze na siebie wszystkie trudne rzeczy Jak tylko jest coś przykrego, to już to mama załatwia. BABKA / z wyrzutem / Widzisz! Tyś powinna była to zrobić. RÓŻA / wzdycha / Ja babci powiem, ja się trochę bałam. Ja nie mogłam, mama pomimo wszystko ma lepsze nerwy. Ja się bałam, wie babcia, czy to nie jest czasem kochanka Krzysztofa. BABKA / powoli / Co też ty mówisz! TEKLA / jednocześnie / Co ty masz za pomysły, zastanów się, Różo! RÓŻA / zmieszana / Nie, ja nie mówię, ale dlaczegóż by to miało być takie niemożliwe? TEKLA Bo to jest niemożliwe i już! RÓŻA Och, Boże, co to znaczy: niemożliwe. Tyle się dzieje rzeczy niemożliwych, ojej! TEKLA Ale to się nigdy nie da pomyśleć o Krzysztofie. RÓŻA / z łagodnym uporem / To się o każdym da pomyśleć. TEKLA / niecierpliwie / Już, proszę cię, takich rzeczy mi nie opowiadaj! RÓŻA / do Babki / Teraz, babciu, wszędzie tak jest, że przecież miłość mija. Nikt teraz nie jest wierny, nikt! To może dawniej tak było, ale nie teraz. Wszyscy się zdradzają, wszyscy się rozstają. I mnie się zdaje, że tylko o to chodzi, żeby właśnie jakoś z tego powodu nie cierpieć, żeby się z tym umieć pogodzić. Żeby był jakiś taki proszek, który by można zażyć i tego nie czuć. Bo to cierpienie jest przecież nikomu do niczego nie potrzebne. Więc żeby tylko tego jakoś uniknąć. Wujenka mówi, że to się nie da pomyśleć o Krzysztofie. Naturalnie! A czy byłby kto kiedy pomyślał o Piotrze, zanim, zanim… TEKLA / wzgardliwie / O Piotrze! RÓŻA Nikt nigdy nie byłby pomyślał. I może nawet naprawdę nie byłoby do niczego doszło, gdyby nie nasz wyjazd z kraju, gdyby Piotr nie był mianowany na to stanowisko tam! Tam była ciągła jakaś zabawa, ciągłe wizyty, przyjęcia, obiady. Tyle kobiet pięknych. I śliczne wycieczki, wszędzie naokoło takie góry zupełnie zielone, zielone, zielone — nad jeziorami, nad wodą… I tam Piotr zrobił się jakby innym człowiekiem, jakby kimś nieznajomym. A może i przedtem był już taki, tylko ja tego nie widziałam. A nawet jeżeli widziałam, to wtedy myślałam, że mi się wydaje. BABKA Tak, trudno jest wiedzieć coś o drugim człowieku. TEKLA Piotr! Moja Różo, tu nie ma żadnego zestawienia. Jak ty możesz porównywać go z Krzysztofem! Moja droga, są przecież mężczyźni, którzy żyją przyzwoicie, którzy pracują ciężko i tej pracy oddają całe swe siły, którzy nie mają po prostu czasu myśleć o głupstwach. Powiedz mi, jak ty sobie to wyobrażasz, bo ja nie rozumiem! Jakże Krzysztof, który tyle działał, który musiał trzymać w karbach tylu ludzi, na którego głowie we dnie i w nocy spoczywała taka odpowiedzialność!!! Pomyśl! To był człowiek żelaznej woli, surowy zarówno dla siebie, jak dla innych. To był charakter ! A Piotr!… / macha ręką / RÓŻA / przygnębiona / Może, może… TEKLA I sama mówisz, że to jest niepotrzebne, a wciąż się jeszcze martwisz, wciąż tu między nami starymi siedzisz i tylko się kwasisz. Piotr nie jest wart, żeby o nim rozpamiętywać przez całe życie… RÓŻA / do Babki / Tak, tak, wujenka mówi, że ja stąd nie wyjeżdżam przez czyste lenistwo, że przyjechałam na miesiąc, a siedzę już rok, bo mi się nie chce sukien zapakować do kufra. Mówi, że naprzód spaceruję cały dzień, żeby schudnąć, a potem leżę z książką na kanapie i tyję. Ale doprawdy, co tutaj można więcej robić? TEKLA Patrzysz na matkę, jak od rana do nocy ujada się ze wszystkimi w ogrodzie i w domu, a w niczym jej nigdy nie pomożesz. Ona jak wchodzi do pokoju, to przede wszystkim się rozgląda, gdzie kanapa, żeby na nią wejść z nogami. RÓŻA Albo to prawda? / śmieje się / TEKLA A i teraz niech mama patrzy, kiedy nawet stoi, to na jednej nodze, jak czapla, żeby sobie druga odpoczęła. RÓŻA Och, wujenko, wujenko! BABKA Wujenka żartuje. TEKLA Jakie tam żarty! RÓŻA Ja wiem, że wujenka mnie lubi, tylko tak zawsze musi coś powiedzieć. Ale ja nie przez lenistwo tu jestem. Tu mi jest dobrze. Tam było ślicznie w tych górach, ale ja wolę tutaj. Mnie dobrze jest między wami. Wczoraj byłam daleko, poszłam tą drogą do lasu. Już tam obeschło, już tak zielono. I przechodziłam, naturalnie, koło mostku, gdzie Piotr mi się oświadczył. Nie, nie, ja sama unikam wspomnień, nie pozwalam sobie na tę słabość. Chociaż tu przecież na każdym kroku są wspomnienia. / milknie i zaciska wargi z grymasem / TEKLA Więc widzisz! BABKA Ty, dziecko, łatwo upatrujesz wszędzie zdradę, boś sama jej doświadczyła. Tak, to rzeczywiście trudno jest przypuścić o Krzysztofie, który zawsze wobec Joanny był bez zarzutu. Ale, nawet, nawet, gdyby taka możliwość była, to, Różo, pomyśl, jakże taka dziewczyna mogłaby przychodzić właśnie do Joanny, czego mogłaby od niej chcieć — dzisiaj, kiedy Krzysztof już nie żyje od czterech miesięcy. TEKLA / wzrusza ramionami. Potwierdzająco / A—a—le! Naturalnie! RÓŻA Tak, ja to też sama sobie myślałam, że po cóż miałaby do Joanny przychodzić, że to jest nieprawdopodobne. Ale jednakże ta jej śmiałość, żeby się tu do domu prawie wedrzeć, to zuchwalstwo — jakże to sobie inaczej wytłumaczyć? BABKA To nie wiadomo. To może być coś zupełnie innego, niż my myślimy, coś zupełnie nowego. TEKLA / niecierpliwie / No, niechże mama pije, bo zupełnie wystygnie. Dajcież już sobie spokój z tą dziewczyną. Już ją na pewno ten jej szofer stąd zabrał! BABKA / pije / Tak, to byłoby najlepiej, Teklo, gdyby jej tu już nie było. TEKLA Ho, ho, widzę, że i mama już się tym także zaczyna tak przejmować jak Maria. RÓŻA Cóż dziwnego, wujenko, cóż dziwnego. Jak się patrzy na to, co się i tak dzieje z Joanną… / z prawej wchodzi Julia z wykałaczką przy ustach / JULIA / ode drzwi / Maria może sobie mówić, co chce, ale obiad był dziś trochę za ciężki. Przynajmniej na mój organizm. TEKLA My nie wątpimy, że organizm masz delikatny. JULIA O, Tekla zaraz! Ale kontentam, żem się przeszła przed obiadem. To zdrowo. Zrobiłam sobie ładny spacer w stronę lasu. Tam, gdzieś ty wczoraj chodziła. RÓŻA / z niepokojem / Ciocia wychodziła za bramę? JULIA Nie, nie bój się, tylko nieduży kawałek. To bardzo zdrowo! Chodzenie mi nigdy nie szkodzi. Spacer był śliczny! Ale wyobraźcie sobie, nie obeszło się bez zmartwienia. RÓŻA / żartobliwie / Jakież ciocia miała zmartwienie? JULIA A pewnie, że zmartwienie! Słyszę na drodze samochód, nie na szosie, tylko tu, na naszej drodze, obracam się, patrzę — a w samochodzie wiecie, kto siedzi? TEKLA Pewno szofer. JULIA No, widzisz, zgadłaś. Właśnie ten młody człowiek, który tu rano spacerował ze swoją panną. Siedzi sam przy kierownicy, pędzi po dołach i po błocie, skacze, jak wariat — sam jeden, bez niej! Więc gdzie się podziała? TEKLA Aha, tak się cieszyłaś, kiedy jej rano mówił, że mu nigdzie nie ucieknie. A tymczasem mu uciekła, widzisz! / śmieje się / JULIA Moja Teklo, ja się nigdy długo nie martwię, a jeszcze w taką piękną pogodę! Więc zaraz sobie pomyślałam, że jeżeli jej dobrze poszuka, to ją na pewno znajdzie! Przecież jej tu nie zostawi. I zaraz się pocieszyłam. RÓŻA Czy Zofia wie, że ciocia otworzyła bramę? JULIA Nie bój się, sama sobie doskonale poradziłam bez Zofii. Ale co za dzień, co za dzień! Na tym twoim mostku, Różo, czy widziałaś te wierzby przy wodzie? Wszystkie listki mają rozwinięte, gałęzie wiszą aż do wody, jakby były wydmuchane ze złota… BABKA / przerywa z trwogą / Gdzie jest Joanna? TEKLA Imaginacja, imaginacja! JULIA Joasia? Joasia jest w jadalni, jeszcze obie z matką piją kawę. Joasia jest jakby spokojniejsza. To natura działa na nią tak kojąco. Ale mnie kawa szkodzi, mnie nie wolno. Mogę najwyżej jedną filiżankę. Więc myślę sobie, przyjdę tu zobaczyć, dowiem się, czy mamie czego nie potrzeba. / siada / RÓŻA To ja zaraz tam już idę, babciu. / Róża stawia małą tackę na większej, zabiera nakrycie i wychodzi na prawo / BABKA Dziękuję, Julio, nie, nic mi już nie potrzeba. SCENA 2 / Babka, Julia, Tekla, później Maria / TEKLA / patrzy za odchodzącą Różą / Dziwna rzecz, jakie ta Róża ma przesadne usposobienie. I to we wszystkim! Bogu powinna dziękować, że się wreszcie uwolniła od tego człowieka, który ją wyzyskiwał i wreszcie porzucił dla jakiejś cudzoziemki. A ona wzdycha! Jeszcze do dziś jest w nim zaślepiona. Żeby tego Piotra Byleńskiego zestawiać z Krzysztofem, to już trzeba doprawdy… / wzrusza ramionami / BABKA Ona właściwie go nie zestawia, tylko mówi… TEKLA Kim był Krzysztof, a kim był ten Byleński! To prawda — Krzysztof nie był taki słodki i układny, nie umiał sobie tak zaraz każdego zjednać, nic nie udawał, czego nie czuł. Ale on budził w każdym szacunek, budził przede wszystkim zaufanie. Nawet w tym jego trochę szorstkim obejściu widać było prawość. JULIA To prawda, prawda! TEKLA A właśnie do niego, do tego Byleńskiego, ja od samego początku nie miałam zaufania, kiedy tu jeszcze przyjeżdżał w konkury. Był zawsze słodki i zawsze fałszywy! A wam się wszystkim podobał, że taki zakochany. A cóż to dziwnego, że zakochany! Róża była przecież wtedy śliczną dziewczyną, a przy tym nie bez grosza. A Byleński był niczym, ledwie wrócił z uniwersytetu. Dopiero później zrobił się takim panem. I zaraz wtedy pokazał, co potrafi! MARIA / poważnie, z przymusem / No, jakże mamo, czy mama nie głodna? Rosół mamie smakował? BABKA Gdzież tam głodna, Mario. Wszystkiego miałam dosyć. Dziękuję. JULIA / do Tekli / Moja Tekluniu, a dlaczego mamy myśleć, że Piotr nie był szczery, kiedy się w Róży kochał? TEKLA Och, już dla ciebie, jak się tylko kto w kim zakocha! Wystarczy! Zaraz jesteś zachwycona! JULIA To właśnie ładnie, że Róża o nim nic złego nigdy nie mówi. Nie dobrali się charakterami, rozstali się — no to trudno! Ale przynajmniej to ma, że póki ją kochał, to była szczęśliwa. Dla prawdziwego szczęścia warto później trochę pocierpieć. Tak, tak, za wszystko dobre w życiu trzeba drogo zapłacić! A Joanna! Czyż cierpiałaby tak dzisiaj, gdyby nie przeżyła życia w szczęściu? MARIA Ach, Julio, czyż to od tego zależy? JULIA / do Marii / Moja droga, już ja wiem, co mówię. Są kobiety, które wcale szczęścia nie zaznały i nawet nie mają czego wspominać. Są takie, są biedaczki. I cóż robić? BABKA / do Marii / Tak niedobrze dziś wyglądasz. Byłaś ciągle w ogrodzie. Jesteś zmęczona? MARIA Nie, nic mi nie jest, mamo. Słucham, co Julia mówi o tych kobietach, które nawet nie mają czego wspominać. / siada blisko Babki / BABKA Joanna jest z Różą? MARIA Tak. BABKA Więc idź, połóż się po obiedzie, połóż. To wypoczniesz. MARIA Dobrze. Zaraz wszystkie pójdziemy się położyć, prawda? / patrzy z roztargnieniem na Julię i na Teklę / JULIA / do Tekli / Nie, Tekluniu, nie można tak widzieć w każdej rzeczy tylko najgorsze strony! TEKLA Dla ciebie to jest jakaś wyższa cnota, że na wszystko zamykasz oczy. Nic dziwnego. Zawsze ci się dobrze działo, nie wiedziałaś, co to brak, co to troska, co to trwoga śmiertelna o kochanego człowieka. Więc też cały świat wydaje ci się świetnie urządzony. JULIA To nie dlatego, Teklo. Cóż ja zrobię, ja już mam takie usposobienie, że mnie wszystko dobre cieszy. TEKLA No więc właśnie! Włodzimierz dobrze zarabiał i dbał o ciebie. Czegóż ci trzeba było więcej? Wolałaś na inne rzeczy patrzeć przez palce. Nie byłaś podejrzliwa. Nie dbałaś o to, co robił poza domem, byle w domu trwała harmonia. BABKA / upomina / Teklo, Teklo, po co takie rzeczy mówisz? Czy Joanna tu nie przyjdzie? JULIA / do Tekli / Moja droga, nie jesteś na pewno taka zła, jaką chcesz się przedstawić. Nigdy w to nie uwierzę. Ale nie będziemy więcej mówiły o Włodzimierzu, to jest dla mnie zbyt bolesne. Jedno ci powiem. Nie mam żadnej pewności, czy mnie zdradzał. Ale to, że byłam mu droga, wiem na pewno. MARIA / do Babki / Może mama chce, ja ją zawołam. TEKLA Doskonale! Lepiej nie mówmy i ja to wolę! Mamo, idziemy teraz każda do siebie wypocząć. Czy mamie nic nie trzeba? Tu jest dzwonek na Zofię. BABKA Nie, dzieci, wszystko mam. Idźcie, idźcie! / Tekla, za nią Julia wychodzą na prawo / SCENA 3 / Babka, Maria, później Joanna / BABKA Nie, nie wołaj Joanny. Ona czasami sama do mnie przychodzi. Ja się tylko tak pytam. Ty jesteś niespokojna, Mario. MARIA Nie. Ale od rana siedzi mi w głowie ta dziewczyna. I nie wiem doprawdy, co robić. BABKA Przecież Zofia już jej nie puści, gdyby nawet wróciła. MARIA / z roztargnieniem / Tak, Zofia jej nie puści. BABKA Róża mówiła, że jej Joanna wcale nie zna. MARIA / powoli / Nie zna jej, ale cóż z tego, że jej nie zna? Całe rano byłam w ogrodzie, chodziłam wszędzie. Wciąż mi się zdaje, że ona tu musi gdzieś być. BABKA Czy to możliwe? MARIA / po chwili / Naturalnie, że to niemożliwe. Tylko, że im dłużej myślę, tym się to wszystko robi dziwniejsze. Ona się tak zdumiała, że ja znam jej nazwisko. Dlaczego? BABKA Skąd wie, że znasz jej nazwisko? MARIA Bo ja się niepotrzebnie spytałam, czy się nazywa Ewa Łasztówna? Ja już wtedy może miałam to podejrzenie, nie wiem. I ona była taka oburzona, jakby to z mojej strony była zbrodnia. To, że ja znam jej nazwisko!! BABKA Może się przelękła, żeś czytała te listy? MARIA Nie. Chociażby się nawet domyśliła, że te jej listy ja czytałam, to przecież tam nic nie ma, nic, co by pozwoliło przypuszczać… BABKA / milczy / MARIA / po chwili, ciężko / I powiedziała, że wróci, że ona musi zobaczyć Joannę! Jak to upilnować, jak do tego nie dopuścić — jeżeli Joanna będzie w ogrodzie, jeżeli zechce wyjść na drogę. Cóż z tego, że Zofia trzyma bramę przez cały dzień zamkniętą. / milczenie / BABKA Powiedz mi, Mario — czy ty może myślisz to, co Róża? MARIA / otrząsa się / Co? Ja nie wiem, co myśli Róża. Czy ona coś mamie mówiła? BABKA / z wahaniem / Ona przypuszcza, że to jest kochanka Krzysztofa. MARIA / przeczy obiema rękami / O, nie! BABKA / po chwili / Na pewno nie? MARIA Na pewno nie. / milczenie / BABKA / z wahaniem / Więc ty wiesz, kto to jest. MARIA / ciężko / Wiem. BABKA Ty myślisz? MARIA / tępo / Tak mamo, tak mamo… To jest jego córka. BABKA Córka! / milczenie / BABKA / po chwili / Czy ona ci to powiedziała, Mario? Przecież ci tego nie powiedziała. MARIA / powoli / Nie powiedziała. Ale, mamo, ja wciąż o tym myślę, ja od samego rana o tym myślę. To jest tylko to. To nie może być nic innego. Całe jej zachowanie, jej oburzenie, to jakieś poczucie słuszności… I to, że biegła stąd po drodze i płakała… Cały jej wygląd… BABKA Jak to płakała? MARIA Joanna widziała ją z daleka na drodze płaczącą. BABKA Ach, Joanna? MARIA / po chwili / Moja mamo, Joanna tu czasem z mamą rozmawia. Czy Joanna nie powiedziała mamie nigdy nic takiego, co dałoby się domyślać, co by pozwoliło przypuścić? Czy nie wyglądało na to, że może miała kiedy jakie podejrzenie, jakąś wątpliwość? BABKA / przeczy głową, z namysłem / Nie, nigdy. MARIA / przygnębiona / Bo ze mną o tym nie mówi, co ją męczy. Wszystko, co mówi, jest niejasne… Ja tego nie rozumiem… BABKA Upewniam cię, że nigdy z jej słów nie mogłabym nic takiego przypuszczać. MARIA / z trwogą / I pomyśleć, żeby to teraz do niej doszło, taka jakaś wiadomość! Ten wstrząs! Mogłoby wrócić znów to, co tam z nią było zaraz po jego śmierci i drugi raz po pogrzebie. Nieprzytomność trwała przecież tak długo, żeśmy już myśleli… Że i sam doktór… Wyglądała jak umarła. Ledwie ją zastrzykami przywrócili do życia. BABKA / rozważa / BABKA Najdłużej u nich była Tekla, i to pamiętasz, w różnych przecie czasach. Raz, jak jeszcze Ola była mała, i później kilka razy. Ona najlepiej zna ich życie. I co ona mówi. Ona nie ma dla Krzysztofa słów. Ona nawet mówiła, że gdyby Andrzej był żył dłużej, to byłby na pewno takim człowiekiem, jak Krzysztof. MARIA No więc widzi mama, widzi mama. Mamo, Emil tak ciężko, tak długo chorował, zanim umarł. Róża od razu źle trafiła, wychodząc za Byleńskiego. A Joanna… Przecież Joanna była jedynym moim dzieckiem szczęśliwym! / krótki płacz / BABKA / nieśmiało gładzi ją po ramieniu / Mario, Mario. / milczenie / BABKA Bo gdyby Joanna miała inne usposobienie… Gdyby ta rzecz nie ujawniała się teraz właśnie, kiedy on umarł… Mario, ile ona ma lat, ta dziewczyna? MARIA Właśnie! I ja to myślałam, i ja sobie tłumaczę, że to jest stara sprawa, że to jest jakaś dawna, głupia historia sprzed ich ślubu. Ale… Ona, mamo, jest zupełnie młoda. BABKA Taka młoda? MARIA / cicho / Ona może nie ma nawet całych dwudziestu lat. Jest młodsza od Oli. / milczenie / / szelest u drzwi z prawej / BABKA / wyciąga szyję niespokojnie / BABKA Kto to? MARIA / wstaje / / z prawej wchodzi Joanna / JOANNA / idzie powoli, poważna, roztargniona. Po chwili / To ja. / chwila ciszy / JOANNA / tępo / Róża prosi, żeby mama poszła się położyć. Ja tu u babci posiedzę. MARIA / trwożnie / Róża tam została? JOANNA Róża jest z Zofią. MARIA To ja idę. Pobądź tu, Joasiu, z babcią. JOANNA Tak, tak. / Maria wychodzi na prawo / SCENA 4 / Babka, Joanna, później Zofia / JOANNA A babcia nie chce spać? BABKA Nie, dziecko, ty wiesz, ja bym nigdy w dzień nie zasnęła. JOANNA I Róża także miała się położyć. Wszyscy śpią. BABKA Ja i w nocy śpię bardzo mało. Całe godziny leżę, tyle, że oczy mam zamknięte. JOANNA Tak? BABKA Ale się nie nudzę. Do siebie się sama śmieję, do siebie płaczę. Tyle mam wspomnień, co żyją. JOANNA / po chwili / Ja też myślę, że wspomnieniami można żyć. Och, można by! Jeżeli życie minione było głębokie i czyste, takie, jak mogło być. Ale ja nie mogę wspominać. BABKA Joanno! Dlaczego? JOANNA Dla mnie wspomnienia są czymś rozdzierającym. To, co mogło być piękne — rozumiesz? — piękne już na zawsze, to, co na zawsze mogło trwać, to jest zniszczone, to jest zabite! Tego już wcale nie ma. BABKA Więc ty wiesz? JOANNA / nie rozumie / Jak to? Czy ja wiem? BABKA / opanowuje się / Ty mówisz o jego śmierci? JOANNA Tak, o śmierci Krzysztofa — i o czymś jeszcze, o czymś więcej. BABKA O czymś więcej? JOANNA Śmierć nie jest najważniejsza. Bo to mogło być zawsze, to mogło trwać poza śmierć. I mogłabym jeszcze tak żyć, gdybym tylko myślała o nim, gdybym tylko mogła wspominać. Wtedy mogłabym tym żyć. Ale ja myślę nie tylko o nim i od tego umieram. BABKA / z wahaniem / O kim myślisz? JOANNA Myślę także o sobie. BABKA / z ulgą / O sobie… JOANNA O sobie, o swoim losie, który zamieniłam w ohydę! BABKA Jak to — ty? JOANNA Ja! Ja! Babko, dlaczego się pytasz? / siada ciężko na krześle dalszym od Babki / / milczenie / BABKA / łagodnie / To prawda, Joanno, wspomnieniami żyć nie można. To one żyją nami. One nie zostają nigdy takie same — one się zmieniają nawet bez naszego udziału. Ja, gdy czasami powracam po latach do jakiegoś znajomego wspomnienia, zastaję je zupełnie inne. JOANNA / powoli podnosi głowę / Wspomnienia mają się zmieniać? BABKA Tak. JOANNA Och, nie. To właśnie nie zmieni się nigdy, to się już niczym nie da odwrócić! BABKA / łagodnie / Wszystko się zmieni. Sama teraz tego nie wiesz. Wszystko się w jakiś sposób stanie inne. JOANNA / gorzko / Jak to, jego śmierć stanie się inna, niż jest? BABKA / niepewnie / Jego śmierć. I może nawet — on… JOANNA / milczy / BABKA / po chwili / Ty się nie krępuj, Joanno. Może ty wolisz samotność teraz, może też chcesz wypocząć. Prawda? Ja jestem przyzwyczajona, ja mogę być sama. JOANNA Nie, nie, babciu. Dlaczego tak mówisz? Ja nawet wolę zostać. Pozwól, ja zostanę. Ja — tak we dwie z tobą, ty, babka, i ja, wnuczka, obie stare kobiety. BABKA Ty stara? Nie wiesz nawet, co mówisz, moje dziecko. Starość to nie jest łatwa rzecz. Wiesz, ja zawsze aż do dzisiejszego dnia, dziwię się, że jestem stara. Nie mogę w to uwierzyć. Za każdym razem, gdy to pomyślę — zawsze to jest dla mnie nowe. Jak gdyby się starość odbywała tylko naokoło, nie w nas. A my zostajemy tacy sami: my i nasze zdziwienie. Właśnie — my zostajemy tacy sami. JOANNA / nagle / Babciu, gdy coś raz się stało, to przecież już jest, czy się o tym wie, czy się o tym nie wie, czy się o tym myśli, czy nie, czy się o tym pamięta, czy się o tym zapomni — to już na zawsze jest. BABKA Nic nie jest na zawsze. JOANNA Och! BABKA Wszystko jest inne, wszystko jest inne — pamiętaj. JOANNA / milczy / / Chwila / BABKA / lżejszym głosem / Wiesz, Joanno, byłam jeszcze zupełnie młoda, kiedy to tak jasno zrozumiałam. Że każda rzecz, każdy fakt robi się wciąż inny, niż jest, wciąż inny, niż jest — rozumiesz? I naprzód robi się inny na drodze od człowieka do człowieka. A później robi się inny już w nas samych. JOANNA Nie, ja nie wiem, nie wiem. Moja miłość i Krzysztofa, to, co nas łączyło, było tak niezwykłe, tak odmienne od wszystkiego, co jest między ludźmi. I to było zawsze tylko jego zasługą. Nie wiem — może stawało się inne na drodze od niego do mnie, może ja to jakoś psułam od razu… BABKA Ty nie byłaś szczęśliwa? JOANNA Babko, nie było kobiety tak szczęśliwej, jak ja, jak ja! Ale dlaczego wiem o tym dopiero dziś! BABKA Dopiero dziś… Na Boga, co ty wiesz, Joanno? JOANNA Ty się dziwisz? Któż zna swoje szczęście? Kto wie, czym jest ten skarb, jeżeli go jeszcze trzyma w rękach. Gdybyż on *tylko* umarł, babko, gdyby on *tylko* umarł! BABKA / bezradnie / Wiedziałaś przecież od początku, kim był Krzysztof, wiedziałaś, jakiej miary to jest człowiek. Dlaczego robisz sobie wyrzuty? JOANNA / ponura, milczy / BABKA / łagodnie / Nie chcesz odpowiedzieć? JOANNA / nie podnosząc oczu, przeczy głową / / nagle rozpaczliwie / Jezus Maria! Nigdy mnie jeszcze o nic nie pytałaś. Dlaczego teraz się pytasz? BABKA / niepewnie / Tak, myślałam, że może zechcesz. Że mi powiesz i będzie ci lżej. JOANNA Nic nie ma do mówienia. Co tu można mówić? Jest za późno. / Joanna wstaje, podchodzi do Babki, siada przy niej nisko na poduszce z łokciem na jej kolanach / BABKA / ze spokojem / Mówić — gdyby można było zrozumieć, gdyby człowiek nie był taki samotny. Już to jedno, już to, że jeden człowiek mówi: *ja* — i wtedy uczuwa coś, co dla drugiego człowieka jest niepojęte. Mówi swoje imię i nazwisko i uczuwa coś, co tylko on może uczuć, co przecież jest jedyne. Tak? JOANNA / tępo / Tak. BABKA Drugi, inny człowiek też mówi: *ja* — i wtedy uczuwa coś całkiem innego, coś, co także jest jedyne. Bo każdy inny człowiek nie jest nim. JOANNA / wznosi ku Babce oczy / Każdy uczuwa — siebie. BABKA / po chwili / Na to nie ma słów, ani żadnych cyfr, ani znaków. Tego nie może nigdy powiedzieć człowiek człowiekowi, co to jest. Nie ma żadnego na to na świecie sposobu, żeby to komuś zwierzyć, jak on doznaje życia. JOANNA / lekkie zainteresowanie, podnosi głowę, drugim łokciem opiera się o kolana Babki / Myślisz, że na to nie ma sposobu. BABKA / ciągnąc swoje / Bo kiedy mówi: *ja*, to w tym już trochę jest i to, że on żyje. Ale to wyłącznie jego dotyczy. I nie ma, nie ma sposobu, aby to nawet z najdroższym, najbliższym drugim człowiekiem podzielić. JOANNA / siedzi wciąż trochę ciężko i niezręcznie — w taki sposób, że jej twarz, wzniesiona ku Babce, jest zarazem zwrócona prawie wprost ku widzowi / Babko, on podciągnął tę naszą miłość na takie wyżyny, na taką wysokość, której nie zna zwyczajna ludzka miłość. Nie, nie słowami! Na to nie było słów! Jakże mało on mówił. Jakże straszliwie milczał — całe dni, całe tygodnie! Wracał do domu milczący, nie mówił dobry wieczór, witał się w milczeniu ze mną i z dziećmi. Nie chciał jeść, choć wiedziałam, że nie jadł na mieście, choć wszystko czekało gorące. Chwilę czytał gazetę w jadalni, potem zaraz szedł do siebie, kładł się zmęczony na sofie. Nie chciałam tam wchodzić, żeby wypoczął. Czasami myślałam, że powinnam wejść. Nie wiedziałam, co jest lepiej. Czasami było coś do powiedzenia w sprawach domowych, coś o Oli. Ale nie mówiłam, bo tego nie lubił. Miałam jeszcze zawsze trochę pieniędzy na rachunku bieżącym. Krzysztof się do moich pieniędzy nie wtrącał, mówił, że go to nie obchodzi, co z tym robię, więc brałam to na dom… Ja się starałam wszystko zrozumieć, być taką, jaką powinnam była być w jego życiu — w życiu takiego człowieka. Ale tym dla niego nie byłam. Widocznie nie umiałam, choć tak chciałam, choć byłabym wszystkie siły duszy i serca temu oddała. Nie byłam nawet dobrą matką, babciu, kochałam tylko Krzysztofa. On strasznie pracował — i ja to nie dość rozumiałam, że taka praca pożera człowieka, że taki człowiek ma prawo do czegoś więcej niż każdy inny. Wracał znużony, wracał zmęczony śmiertelnie. Nie wiem, może trzeba było obmyślać jakieś rozrywki, namawiać go do zabawy, odciągać jakoś od tej pracy, która tak wyczerpała mu serce, która go w rezultacie zabiła… To mi nie przyszło na myśl. Zdawało mi się, że tak trzeba — i jeszcze sama poskramiałam w sobie wesołość, każdą chęć jakiejś radości… Kto mógł wiedzieć, co było lepiej, co trzeba było robić! BABKA Byłaś dla niego dobra, Joanno, przecież sama wiesz, że byłaś dla niego dobra. Dlaczego tak się męczysz? JOANNA Nie, nie! Cóż, że byłam dobra, że go nad życie kochałam! Ty nie wiesz, czego on żądał od miłości, jak on te rzeczy rozumiał. / Za szybą drzwi oszklonych, na tle kwitnących gałęzi ogrodu ukazuje się Ewa, patrzy wewnątrz, jakby chciała wejść, ale się waha). / JOANNA On był taki surowy, taki nieubłagany, miał w sobie taką pogardę dla zła… W jego uczuciu była ta męka, która jedna jest miarą jego głębi. Tak, brał ją, tę moją miłość, brał w milczeniu, bez szeptu, bez słowa, szorstko i krótko… Byłam dla niego nie źródłem szczęścia i spokoju, byłam dla niego źródłem męki. Milczał, a kiedy już nie mógł milczeć, mówił te słowa — jak gdyby to było ponad jego siły… Mówił te słowa: „Tylko ty, tylko ty”. Dlaczego to mówił, kiedy ja nie wątpiłam… Dlaczego mówił — czy coś przeczuwał? Że tego krzyczącego szczęścia, że tego krzyczącego szczęścia nie było we mnie… / urywa, rozgląda się, wstaje / BABKA / z decyzją / Joanno, ty się mylisz… / z prawej wchodzi Zofia / ZOFIA / podchodzi do okien z lewej — twarz Ewy za szybą znika / Wezmę, zasłonię okna, bo słońce już na tę stronę przeszło. Żeby panią starszą w oczy nie raziło. / zaciąga zasłony / BABKA / odwrócona patrzy, jak ona to robi / Dobrze, dobrze. ZOFIA Panie poszły spać. Ale co tam za spanie przy takiej pięknej pogodzie. Same ptaki i te już nie dadzą spać. Więc pani Łanowa już znowuż poleciała do ogrodu. No, tak będzie dobrze. A i pani Byleńska też już nie śpi, to tu, to tam przy kwiatach się kręci, wciąż aby koło domu, wciąż koło domu. E, każdego do tej wiosny to ciągnie. A dla mnie wszystko jedno, czy tam lato czy tam zima. W kuchni zawsze jednakowo, nie odejdę, póki nie pozmywam, nie poustawiam, nie pouprzątam. Każdy myśli, żeby uwalać i porozrzucać, a ja, żeby umyć i poustawiać. A jak poustawiam i pouprzątam, to i czas rozpalać na podwieczorek. Gdybym miała przyjść, to paniusia zadzwoni — ja usłyszę. / wychodzi na prawo / SCENA 5 / Babka i Joanna / / chwila ciszy / BABKA / opanowana / Moje dziecko, spotkało cię nieszczęście — to prawda. Jest zrozumiałe, że cierpisz. Ale nie wolno ci stwarzać do tego jeszcze jakichś sztucznych, imaginowanych powodów. Mówisz, żeś go nie dorastała. Nic nie wiadomo. Żeś mu nie dawała szczęścia… Och, moje dziecko, nie rób sobie wyrzutów. Czyż nie dosyć w tym smutku, że umarł. JOANNA / stoi pośrodku pokoju / / robi rękami gest lekceważący, że Babka nic nie rozumie / Ty co innego myślisz. BABKA Ja nie chcę cię pocieszać, nie myśl tego. Joanno, tylko czas cię uleczy. Nie czas pusty, który przemija, idzie obok nas i nic nie zmienia. Ale czas przecierpiany, cały napełniony cierpieniem. Więc ja cię nie pocieszam. Joanno, nie chcę ci przeszkadzać w tym, co przechodzisz. Musisz to sama wszystko docierpieć do końca. Tylko nie szukaj nowej udręki. JOANNA / spokojnie / Tak, muszę — i nigdy nie zdołam. Bo jego śmierć, to nie jest coś, co by chociaż na chwilę przestało być. Jego śmierć jest ciągle. To jest nie tak, że on umarł. Jest tak, jakby ciągle umierał od dawna. BABKA Och, znowu mówisz, nie wiedząc, nie mogąc nic wiedzieć. Słuchaj, pomiędzy człowiekiem i człowiekiem jest ciemność. JOANNA Tak, to jest straszne. / siada znowu na poduszce obok Babki / BABKA Słuchaj, gdy życie jest dla nas dobrem, gdy jest nieustającym szczęściem — a znowu później cierpimy tak, że chcemy z tego umrzeć — to przecież tym samym doznajemy życia, jakby według pewnej skali. I ta skala ma na pewno też swoje zero, które omijamy, nie wiedząc, i ma swoje niezliczone stopnie ku szczęściu i stopnie ku cierpieniu. Ale gdy nam drugi człowiek mówi, że się raduje, albo że się męcz, to my nic nie wiemy, co to jest. JOANNA / traci spokój / Mówisz, że nie mamy na to żadnej miary z tym drugim człowiekiem wspólnej? BABKA Tak mi się wydaje. Bo przecież ta skala i jej stopnie są najgłębszą każdego z nas i zupełnie nieumyślną tajemnicą. To jest to własne, to jedyne, co każdy człowiek uczuwa, kiedy mówi: *ja*. JOANNA / wciąż niespokojniej / Więc to miejsce cierpienia, w którym człowiek popełnia samobójstwo, może być na innej skali tym samym miejscem, w którym drugi człowiek żyje całe lata. Może to miejsce jest dla drugiego człowieka jedynym doznawaniem życia. Może, mówiąc *ja*, może, wymawiając swoje imię — on uczuwa właśnie to, od czego inny umiera! BABKA / niepewnie / Przecież ja całe takie długie moje życie szłam sama w ciemności, choć żyłam tutaj, między wami. Natura cierpienia, natura miłości — wszystko, co jest od człowieka do człowieka, to jest już tylko ciemność. JOANNA / wstaje / Teraz, gdybym najbardziej chciała, jego już nie ma. I nie ma już ratunku. BABKA / z powątpiewaniem / Więc myślisz, że był ratunek, póki żył? JOANNA / gest obu rąk, oznaczający, że nie wie. Odchodzi i wraca / Ty nie to myślisz, ty tego wcale nie oczekujesz. Ty nie to myślisz! Może byłam za głupia, za zwyczajna dla niego — tak. Ale go kochałam. Byłam taka, jak chciał, aby była jego kobieta. Byłam po prostu uczciwa. Tak było. I tak mogło być do końca! Ale ja zrobiłam inaczej. Ja go zdradziłam. BABKA / zdumiona / Ty go zdradziłaś… JOANNA Nie wierzysz. Widzisz. Nie wierzysz, a to jest prawda. BABKA Ty to mówisz! JOANNA Ja, ja zamieniłam nasze życie w ohydę, ja zmarnowałam na zawsze wszystko, co było później, a także wszystko, co było przedtem. Tak! Skoro przecież to mogło się stać! BABKA / składa ręce / Joanno! JOANNA Nie, posłuchaj! Nastały przecież takie dni, że żyłam przy nim — ja najbliższa — jak wróg. Chodziłam koło niego, patrzyłam w jego oczy, uśmiechałam się jak dawniej, by — jak dawniej — przebłagać jego mały gniew — o nic. Chodziłam koło niego, a on mi ufał, brał jedzenie z moich rąk, przyjmował moje usługi, przyjmował moje pocałunki i od mojego uśmiechu wreszcie się, przejednany, uśmiechał. Czy to nie straszne, pomyśl: patrzyłam w jego oczy bezpieczna! Bo *jest* ta ciemność między człowiekiem a człowiekiem, babko. Bo myśli są bezkarne, nie mają w twarzy człowieka żadnego kształtu, żadnego znaku. Myśl kończy się na mnie, myśl zaczyna się i kończy na mnie. Patrzyłam w jego oczy, mówiłam do niego jakieś słowa miłości. A moje myśli trwały. Mogłam ich nie mówić, mogłam je przytrzymać zębami, to mogłam. Ale nie mogłam ich nie myśleć. Patrzyłam w jego oczy i wiesz, co myślałam? BABKA / gest obrony przed tym, co ma usłyszeć / JOANNA / klęka przed Babką wprost na ziemi / Patrzyłam w jego oczy i myślałam tak: „Krzysztofie, jesteś szlachetny, jesteś dobry, wiem, że mnie kochasz, wiem, że mi ufasz. A oto całe moje szczęście cudowne, całe moje straszliwe upojenie — jest tam, jest tam! Włóczy się tamtymi nocami, nad czarną wodą morza, pod księżycem. Włóczy się u nóg obcego, nieznanego człowieka, o którym wcale nie masz pojęcia, że istnieje…”. Tak właśnie myślałam… BABKA Joanno, kto to był? JOANNA Kiedy Krzysztof wyjeżdżał na kurację, ja zawsze na te sześć tygodni przyjeżdżałam tutaj z Olą. Ale trzy lata temu Ola przyjechała sama. BABKA Pamiętam, pamiętam. Byłaś nad morzem. JOANNA Nie wiedziałam o nim nic. I on wiedział tylko, jak mam na imię. I nawet tego imienia nie umiał wymówić po polsku. BABKA / cicho / I ty go kochałaś? JOANNA / z odrazą / Nie! BABKA I mogłaś… JOANNA Nie było ani jednej takiej chwili, żebym go kochała. Tylko — nie wiem — tylko myślałam, że jeżeli się to nie stanie, to ja umrę! BABKA Joanno, tego właśnie nie byłabym nigdy pomyślała, że ty, że ty… JOANNA Wróciłam. Wróciłam wcześniej, niż miałam wrócić, uciekłam! Wróciłam — zaczęła się ta męka. Byłam szalona, szalona, że mogłam wtedy żyć! Że odważyłam się wrócić stamtąd i obok Krzysztofa żyć. Ale kochałam go tak straszliwie, kochałam go wśród takiej męczarni. Jak to zrozumieć, jak taka rzecz jest możliwa. Babko, patrzyłam w jego oczy pokornie, całowałam jego ręce i myślałam o tamtego uśmiechu! Wyobrażałam sobie ten uśmiech i nie mogłam inaczej. Natężałam wolę, by ten uśmiech z pamięci wydźwignąć i doznać od samego tego widzenia spazmu rozkoszy, przeszywającego wnętrzności jak nóż. BABKA Ach, Joanno, Joanno! JOANNA Wydawałam się na tamtą cudzą rozkosz, ja, jego najbliższa. A on zasypiał ufnie na moim ramieniu, jak każdej nocy przez tyle lat! Cóż to znaczy? Więc czym jest pieszczota w ciemności, w zamknięciu od świata, w zjednaniu najdalszym, aż po ostatnie odetchnienie rozkoszy, jeżeli za powiekami mogą być schowane te myśli. Za powiekami domkniętymi z upojenia, schowane za ustami, które mówią: „miły…”. Och, gdybym go mniej kochała, może mogłabym zrozumieć! / wstaje z klęczek, zaciśnięte pięści przykłada na do oczów. Jęk / BABKA / powtarza / Joanno, Joanno! JOANNA Teraz jest za późno. A przecież mogłam była do niego przyjść i powiedzieć, mogłam była jak przed tobą uklęknąć i wyznać. I tego nie zrobiłam! BABKA Co mówisz! Więc byłoby lepiej, gdyby wiedział? JOANNA / gest niewiedzy / BABKA Skoro wzięłaś na siebie całą męczarnię. JOANNA Nie, nie dowiedział się nigdy. I może nic nie przeczuwał, że tego krzyczącego szczęścia nie było we mnie dla niego. Bo jedno już tamtego spojrzenie nalewało mnie po brzegi rozkoszą, bo za tamtego sprawą świat cały zmieniał się dla mnie w szaleństwo… Nie wiedział, nie wiedział. Odszedł i zabrał ze sobą to moje kłamstwo. Nie żył ze mną taką, jaką mnie myślał — miał przy sobie inną, nieznajomą kobietę I tego już nic nie naprawi, na to już nie ma sposobu. BABKA Joanno, nie myśl o tym. O tym musisz zapomnieć! JOANNA / chodzi / Gdy ja myślę, że on przez ten czas oddychał jakby nie powietrzem, tylko jakąś trucizną, to się duszę, duszę się, jak we śnie! Może byłby mi przebaczył, może byłby uwierzył, że jego jednego przez całe życie kochałam! BABKA On w to wierzył, w to, co przecież było prawdą. JOANNA / podchodzi do Babki, pochyla się, mówi z bliska / On jeszcze ciągle umiera. Widzę go każdej nocy. Jest żywy — i ja mu mówię. O mojej zdradzie i o mojej miłości. Klęczę u jego nóg, jest sztywny, jest nieprawdziwy! Tarzam się i płaczę, błagam go, żeby żył — a on się rozwiewa, robi się jasny, on znowu umiera! Czy umiera z tego? Słucha długo i rozwiewa się, niknie. Umiera trochę inaczej, nie tak samo, jak w życiu: jest jeszcze, tylko robi się nierzeczywisty. Umiera jeszcze raz, umiera każdej nocy… Umiera ciągle na nowo! SCENA 6 / Babka, Joanna, później Róża, Maria, Tekla, Zofia i Julia / / Hałas wzrastający z lewej strony za sceną. Gwałtowne okrzyki. Słychać tylko pojedyncze słowa / MARIA / za sceną / Różo, Różo! BABKA / obraca się, chce powstać / Na Boga, co to takiego? ZOFIA / za sceną / To znowuż, co za śmiałość! Dokąd tu miała być? / hałas / MARIA Różo! / za sceną / / Głos mężczyzny za sceną. Mówi gwałtownie, słów nie słychać. Mniej więcej: „Ona tu musi być! To nieprawda! Proszę otworzyć!” / JOANNA / patrzy w tę stronę obojętnie, nie porusza się z miejsca / ZOFIA / za sceną / A co by tu robiła! Czy to nie dosyć mamy swoich pań w domu? RÓŻA / przebiega przez scenę z tarasu do drzwi na lewo / Nic, nic babciu! Joanno, tylko się nie denerwuj! Czy tam jest mama? / wybiega na lewo / TEKLA / za sceną / TEKLA To jest niesłychane! Ja zawezwę z miasta policji! / hałas / ZOFIA / za sceną / A mało to miejsc, gdzie się taka panna może schować? Może poszła sobie na tę pogodę do lasu, a może sobie poszła do miasta, bo to daleko? / Głos mężczyzny za sceną — nie słychać słów. Mniej więcej: „Przyjechała do pani Nielewiczowej. Musi tu być. Proszę ją zawołać!” / RÓŻA / za sceną / Nie ma, nie ma! TEKLA / za sceną / Nie ma i już! / hałas słabnie / MARIA / wpada z lewej, obejmuje gwałtownie Joannę, obojętną i zdziwioną / Och, moje dziecko! / płacze / RÓŻA / wpada za nią / Ależ mamo, mamo, daj pokój! Nic nie ma. To pomyłka. Dowiedział się, że tu nikogo nie ma i poszedł! TEKLA / zagniewana, wchodzi z lewej za Różą / Niesłychane! / podchodzi do pierwszego okna, odchyla ręką zasłonę, patrzy / ZOFIA / przechodzi spokojnie przez scenę od drzwi lewych do prawych, wzrusza ramionami / Także! Prawdziwie ludzkie pojęcie przechodzi! Mało że cały dzień wciąż się tu ktoś koło bramy kręci po proszonym, że się trudno opędzić! TEKLA / puszcza zasłonę / No, pojechał. ZOFIA Jeszcze takie eleganty będą zajeżdżały przed samą bramę za jakimisi swoimi pannami! I jaki to śmiały, ojej! Z początku się tylko aby o panią Nielewiczową dopytywał. Czy w tym domu mieszka pani Nielewiczowa. / wzrusza ramionami / RÓŻA / stojąca przy Joannie i Marii, przerywa / Nic, nic, miałyśmy tylko trochę emocji i tyle! ZOFIA I koniecznie, żeby go wpuścić do domu, że sam zobaczy. JOANNA / machinalnie / Ja nikogo nie przyjmuję. Nie mogę. ZOFIA Już ja tam do pani nikogo nie dopuszczę. / wychodzi na prawo / JULIA / wchodzi ostatnia z lewej / Pojechał! Czego żeście się wszystkie tak przelękly? Przecież to nie bandyta. To ten sam, mówiłam wam, ten sam! Wiedziałam, że jej będzie dobrze szukał! / śmiech / / KONIEC AKTU DRUGIEGO / AKT III / Ten sam pokój przed zachodem. Zasłony rozsunięte. Na wprost w otwartych drzwiach widać poprzez kwitnące gałęzie niskie, matowe, czerwone słońce. / SCENA 1 / Róża, później Tekla / / Na scenie chwilę dłuższą pusto / RÓŻA / za sceną, w głębi, na tarasie, pogodnie / Nie, babciu, już jak dotąd nie przyszła, to już dobrze, to już nie wróci. Chwała Bogu, że już wieczór, że dzień się jakoś dobrze kończy. No, jak babcia chce. Dobrze, dobrze, niech sobie babcia jeszcze posiedzi. Jest tak ciepło i słońce już nie razi. BABKA / za sceną, głos oddalony / Gdzie Joanna? RÓŻA Przecież poszła na górę. Słyszy babcia, to słowik, słowik! Ach, jak jest pięknie! / chwila / / Róża usuwa się we drzwiach, dając komuś drogę / TEKLA / za sceną, gniewnie / Nie, dajcie mi pokój, dość mam tych wszystkich babskich historyj! Co mam myśleć o Julii, wiem sama. Znam ją chyba dość dawno i zdania nie zmienię. Czy aby mamie nie będzie już chłodno? Ale proszę trzymać pled na kolanach! RÓŻA A co się stało? TEKLA / przechodzi przez drzwi / Nie, bo mama mi znów powiada… Ale, ho, ho, już ja Julię dobrze znam! Idę teraz na górę poczytać. Cały dzień nie ma chwili czasu, żeby wziąć gazetę do ręki. RÓŻA Wujenko, tam na górze jest Joanna. Niech wujenka trochę do niej zajrzy, ale cichutko, bo może śpi. TEKLA / pobłażliwie / No do—o—brze, już się nie bój. RÓŻA Bo ja czekam na mamę. Ludzie tam przyszli przed kuchnię, co robili w ogrodzie — i naturalnie kłócą się o coś z Zofią. Ja nie lubię takich rzeczy, więc uciekłam. Ale mama tam jest. TEKLA Moja droga, nie myśl, że jesteś taka oryginalna. Na to, żeby nie lubić przykrości, nie trzeba mieć duszy aż tak subtelnej. RÓŻA A czy ja mówię… TEKLA Swoją drogą, twoja matka przesadza, za długo się nad wszystkim rozwodzi. Trzeba każdemu zapłacić tyle, ile mu się należy — i niech sobie idzie z Bogiem. / wychodzi na prawo / SCENA 2 / Róża, później Julia / / Róża stoi we drzwiach od tarasu, ręka wyciągnięta na ramę, profil. Patrzy w ogród. Chwila / RÓŻA / nuci / Z rąk twoich wzięłam tę klęskę, Przyjęłam w serce moje. Łzy płyną z oczów zamkniętych, Skarżą się usta jęczące. Nie będzie domu naszego Na żadnym miejscu na ziemi, Trwa szczęście twoje beze mnie W górach zamknięte zielonych! O, babciu, babciu, znowu słowik. Babcia słyszy? JULIA / za sceną, raźno / Już, już słoneczko się chowa. Ale to nic, za to za chwilę będziemy mieli znowu księżyc. Mamie nie chłodno? Nie, to prawda, cudowne powietrze. RÓŻA / usuwa się, dając drogę Julii / Proszę, proszę! JULIA / wchodzi z tarasu, bierze Różę wpół, pociąga na przód sceny i tu wybucha przyciszonym łkaniem / RÓŻA / przerażona, czule / Na Boga, cioteczko, co cioci? JULIA Nic, nic, nie chcę przed babcią, to by ją zmartwiło, staruszkę. Ale jestem taka zbolała, dziecko drogie, nie umiem ci wypowiedzieć. Tego bym nigdy, nigdy nie pomyślała. Tyle lat ją uważałam za siostrę, tyle lat ją kochałam, jak siostrę. Och, nie mogę w to uwierzyć, nie mogę o tym pomyśleć. RÓŻA / siada na poręczy, przytulona / To wujenka Tekla? JULIA Ach, jak ona mogła! Powiedziała mi, że nigdy nie byłam dla niej dobra, że nigdy nie miała dla mnie uczucia siostry. I że jestem — egoistka! RÓŻA E, wujenka zawsze tak, na to nie trzeba uważać. JULIA Moje dziecko, już też nie możesz powiedzieć, żebym ja nie miała wyrozumienia na takie rzeczy. Ale ona mi powiedziała to, co myśli naprawdę. Ona mi wymówiła, że kiedy wuj Andrzej chorował, to Włodzimierz mu nie pomógł. Różo droga, on wtedy nie mógł, on wtedy się dorabiał — to twój ojciec wysłał Andrzeja do sanatorium. Ona tak zupełnie mówiła, jakbym ja przyłożyła ręki do śmierci mego jedynego brata, dlatego, że Włodzimierz dał mu tę robotę w swoim biurze i praca biurowa mu zaszkodziła. Któż mógł wiedzieć, moje dziecko, właśnie Włodzio w ten sposób chciał mu pomóc. Nie, Różo, Tekla to powiedziała szczerze, ona tak myśli, ona tak myślała przez te wszystkie lata. Ona powiedziała prawdę, to nie była tylko irytacja, ona ten żal miała w sobie od tamtego czasu! Rozumiesz, Różo. Ona tym przekreśliła nie tylko to, co między nami jest teraz, ale to, co kiedykolwiek między nami było. Więc ja się tylko łudziłam? To jest straszne pomyśleć! RÓŻA / całuje jej ręce, przytula się do miej / Ciociu Julciu dobra i miła, przecież nam wszystkim po trochu się dostaje od wujenki. JULIA Och, to nie to! Właśnie wszystkie jej przykre słowa ja zawsze brałam tylko za pozór, zawsze myślałam, że ona jednak w głębi serca mnie kocha. A tymczasem to właśnie, co ja brałam za pozór, to była prawda. Tak, to już nie było jej zwykłe rozgoryczenie. Och, Różo, jest mi tak, jakbym straciła siostrę. / płacze / RÓŻA To się wyjaśni, to się na pewno wyjaśni. Wujenka zrozumie, co zrobiła, ona ciocię przeprosi. JULIA Nie, to jest skończone. Ja już bym nie mogła uwierzyć. Nie, sama ambicja mi nie pozwala. Moja wewnętrzna godność… RÓŻA Ciociu, ty jesteś dobra i na pewno się z nią pogodzisz. JULIA / przeczy rękami / RÓŻA Ty jesteś taka dobra, taka dobra. Ty jesteś moja najlepsza ciocia Julcia. JULIA / pokrzepiona / Tak myślisz? Naprawdę myślisz, że jestem dobra? RÓŻA / ze wzruszeniem / Tak myślę naprawdę. Może się czasami wydawać, że za bardzo o siebie dbasz, że za bardzo się pieścisz. Ale jesteś dobra. I wiesz, ciociu, przecież ty jesteś jedna tylko, która to rozumiesz… Ty jedna bronisz Piotra, ty jedna się nie dziwisz, że ja mogłam go tak kochać, że ja go pomimo wszystko dobrze wspominam. Ciociu, no cóż on zrobił takiego złego? JULIA Bo ja rozumiem miłość. RÓŻA Wujenka mówi, że on był fałszywy. Mój Boże! On był tylko dla każdego miły, każdemu życzliwy, wesoły, uczynny — już takie miał usposobienie. Ale mnie nie oszukiwał, ale mówił prawdę. Był lekkomyślny, to prawda, ale nie udawał innego. Pozwalał, żebym i ja się bawiła, lubił, jak się podobałam, nie był zazdrosny. To Krzysztof nie dał Joannie nigdzie iść, nie dał jej z nikim rozmawiać, wciąż się gniewał o byle co, wciąż jej robił awantury — a wszyscy go chwalą. Ale Piotr był dobry. A jak się to stało, to mi powiedział szczerze, to mi od razu wyznał… Że już tamtą woli, że tamtą kocha. / płacze / JULIA / głaszcze ją / Trudno, cóż robić. Każdy ma błędy, każdy jest słaby. Ale cóż by to było, gdyby wszyscy byli doskonali, jakiż to byłby świat! Trzeba wybaczyć, trzeba zapominać, bo i nam samym wiele jest do wybaczenia. RÓŻA Naprzód mnie kochał. Był serdeczny, był miły, wszystko byłby dla mnie zrobił. A potem mu to przeszło, zakochał się w innej — no więc co? Teraz wszystko w niej widzi, tak jak przedtem widział we mnie, ona teraz jest mu miła, a ja mu jestem niemiła. Więc czy to jest jego wina, że mu się tak serce odmieniło? Więc cóż on miał robić? JULIA / pociesza / Tak, dziecko, ja ciebie rozumiem, bo ja rozumiem miłość. Tekla mówi, że to jest tylko zaślepienie. Naturalnie, każdy jest zaślepiony, jeżeli kocha. Ale też dlatego miłość wszystko podnosi, upięknia, wszystko uszlachetnia. Dlatego miłość jest takim szczęściem. / całuje ją / RÓŻA Jeżeli on ją kochał, a mnie nie, to moja ciociu, co on miał robić? I gdyby nie to, że ja z tego powodu cierpię, to w tym nie byłoby przecież zupełnie nic złego. JULIA Nie płacz, nie płacz Różo, widzisz, ja już nie płaczę. / całują się / RÓŻA / ociera łzy / Ciociu droga. JULIA / wstaje / Chodź, dziecko, zejdziemy jeszcze do ogrodu uspokoić się, posłuchać słowika. Ja tu wróciłam tylko po szal, bo ciepło, ale zawsze już wieczór nadchodzi, może mi zaszkodzić. / bierze z kanapy lekki szal z włóczki lila / RÓŻA / owija ją szalem / Ja nie mogę, ciociu. Mama tu zaraz przyjdzie, zatrzymali ją na podwórzu. JULIA Jak chcesz, jak chcesz, dziecko. To ja pójdę sama. Tylko natura może jakoś ludzki żal ukoić. Wiesz, przy białej ławeczce rozwinęły się dziś trzy narcyze. Naprawdę! Nie widziałaś? I już pachną! Pójdę, podumam, pomodlę się, jakoś się może uspokoję. I zapomnę o tym, co mnie boli. / wychodzi przez drzwi w głębi. / SCENA 3 / Maria i Róża / MARIA / wchodzi z prawej, nie panuje nad sobą / Nie wiem już, co mam robić. Och, Różo, Różo, taka zmęczona jestem całym dniem. Gdybyż już przeszedł, gdybyż już minął! RÓŻA Mamo droga, już się robi wieczór i dotąd nic. Już będzie dobrze. A co tamci ludzie, poszli? MARIA Nie, jeszcze nie poszli. Ach, żeby to już było jutro! Taki mam ciągły niepokój o nią. RÓŻA Dlaczego, zastanów się, mamo. MARIA / zgnębiona, siada / Sama chciałam, żeby babcia z nią pomówiła, bo Joanna ma do niej może najwięcej zaufania. Myślałam, że tak będzie lepiej, ale nie, wcale nie. RÓŻA Skąd to można wiedzieć? MARIA Babcia jest teraz jakaś taka, że znowu nic nie rozumiem. RÓŻA Ja nie uważałam. Babcia zawsze jest poważna i trochę smutna. MARIA Babcia teraz chce, żebym ja sama próbowała wybadać Joannę. RÓŻA Kiedy to wszystko jest niepotrzebne, skoro ta dziewczyna nie wróciła. MARIA Babcia mówi, że ona nie może sama brać za to odpowiedzialności. Ona jest tą rozmową zupełnie rozstrojona. Wygląda na to, że Joanna coś wie. RÓŻA / z zapałem / Ale gdzież tam! Nic podobnego! Przecież, mamo, Joanna na całą tę awanturę żadnej nie zwróciła uwagi. Nie zapytała się nawet, czego on chciał. MARIA Ona jest strasznie obojętna. RÓŻA To właśnie całe szczęście! Mamo, mamo, warta jesteś bury. Któż to tak robi! Wpadasz tu nagle z płaczem i zaczynasz obejmować Joannę. Jakże można tak nie panować nad sobą! Gdyby nie to, że ona jest taka obojętna, to by się przecież domyśliła, że coś jest, to by się zaczęła wypytywać! MARIA To prawda, już sama nie wiedziałam, co robię. Tyle się dziś wyprawia, że nie wiem! Tyle przykrości, tyle ciężkich rzeczy przez jeden dzień. RÓŻA Mamuś, nie przesadzaj! Ona po tym wszystkim bez słowa poszła na górę. Naprzód z nią byłam, ale nic nie mówiła, nawet wzięła książkę, jakby chciała czytać. Widziałam, że jest spokojna, więc ją zostawiłam. Rano dość spacerowała i ze mną, i z ciocią Julcią. MARIA Ale na podwieczorek nie chciała zejść. Jak jej jest lepiej, to schodzi do jedzenia. RÓŻA To dlatego, że dziś wcześniej wstała. Nie, mamo, nie ma o czym mówić. Ją cała ta dziewczyna nic nie obchodzi, nic nie zauważyła, niczym się nie zainteresowała. MARIA Tak, to jest prawda. / chwila / RÓŻA A Tekla znów nadokuczała cioci Julci. Ciocia aż płakała. MARIA / machinalnie / Ach, co ty mówisz! RÓŻA Tak! Tak! I o takie stare sprawy im chodzi, mój Boże. To prawda, co babcia mówi, że między człowiekiem i człowiekiem takie jest wszystko niejasne i niewiadome. Bo Tekla powiedziała, że przez całe życie cioci Julci nie lubiła, że jej nigdy nie kochała. A ciocia żyła z nią, jak naprawdę z siostrą, myślała zawsze, że też jest przez nią kochana. No i dopiero dziś się takiej rzeczy dowiaduje! MARIA / powoli / Tak, babcia to zawsze mówi, i to jest prawda. Ale Julia się z Teklą na pewno znowu prędko pogodzi. RÓŻA / ostrożnie / Mamo, wiesz, babcia także to samo mówi i o tobie. MARIA Jak to o mnie? RÓŻA Czy to jest prawda, że babcia chciała twego małżeństwa z ojcem, nie ty? MARIA / obojętnie / Nie, ja też później chciałam. Ale wiedziałam, naturalnie, że matce na tym zależało. RÓŻA / nieśmiało / Kochałaś kogo innego? MARIA / niechętnie / Cóż to można wiedzieć? Byłam taka młoda. RÓŻA Ale ojciec był dobry, prawda? Ciocia Julcia mówiła, że opiekował się wujem Andrzejem, że go wysłał do sanatorium, więc był dobry. MARIA Andrzej i Tekla byli w bardzo ciężkich warunkach, kiedy on zachorował. Więc w tym nie ma nic dziwnego. Ojciec był stosunkowo zamożniejszy. RÓŻA Pamiętam od najdawniejszych czasów, że ojciec zawsze był siwy i taki poważny. Ale dla nas był łagodny. Ojciec był dobry, prawda? MARIA / z wysiłkiem / Tak, dobry. RÓŻA / z ulgą / To jest bardzo ważne, że był dobry. Bo babcia mówiła tak, jakby czuła się winna. I jakby dopiero później zrozumiała tę swoją winę. MARIA / powściąga zniecierpliwienie / Ech, to ci się wydawało. Moja Różyczko, ja nie mam na to głowy dzisiaj. Dajże mi pokój jeszcze ze starymi sprawami. Dosyć mam tego, co się tutaj dzieje. Po co mi jeszcze dawne zmartwienia. Teraz widzisz, ci ludzie wcale jeszcze nie poszli. I Zofia nie może sobie sama z nimi poradzić. Ona zresztą także nie ma racji. RÓŻA Czego oni chcą? MARIA / zniecierpliwiona / Ach, bo Zofia mówi, że w zeszłym tygodniu te dwie kobiety robiły tylko cztery dni. To nie jest prawda. Mnie się zdaje, że one były przy całym sadzeniu, że może najwyżej opuściły jeden dzień. Zresztą było przecież święto. Prawdę mówiąc, nie zapisywałam tego i niedobrze pamiętam. Chodzi o głupstwo, ale Zofia zamiast robić kolację, ujada się z nimi, taka się robi od razu zapalczywa, że nie wiem. Więc one teraz chcą, żeby z nimi iść do ogrodu, to one pokażą te grządki, które wtedy robiły. Ja nie chciałam, ja im wierzę, ja już nie mam na to głowy. Ale Zofia poszła, teraz tam siedzi i ani myśli o kolacji. Już zaraz będzie siódma, wszystko się spóźni. A Julia nie może jeść za późno, zaraz jej szkodzi. RÓŻA / śmieje się / Och, jak ty się wszystkim kłopotasz, mamo. Jak się wykłóci, to przyjdzie. MARIA Ale kiedy! Nic nie poradzę, tylko muszę jeszcze tam iść. / idzie na prawo / RÓŻA Poczekaj, poczekaj, idę z tobą. To niemożliwe, żebyś ty zawsze wszystkie kłopoty załatwiała sama. / wychodzą drzwiami na prawo / SCENA 4 / Joanna i Ewa / / Scena przez chwilę pusta / / Drzwiami z lewej wpada Ewa, zatrzymując się i oglądając za siebie. Staje pośrodku, rozgląda się po pokoju. Patrzy w otwarte drzwi na taras, później na drzwi na prawo — niezdecydowana. Cofa się i zamyka drzwi, przez które weszła. Tam stoi. Jest w najwyższym stopniu niespokojna. Stara się opanować / / Po chwili przez drzwi z prawej wchodzi powoli Joanna. Patrzy na pusty fotel Babki / JOANNA / półgłosem / Babci nie ma… / chce iść na taras / EWA / nagle zabiega jej drogę / Przepraszam. JOANNA / zatrzymuje się z wyraźną niechęcią, bez zdziwienia / Co takiego? EWA / śmiało / A tak, to ja! To ja chciałam mówić z panią! JOANNA Ze mną? Dlaczego? EWA / hardo / O, będę się starała zabrać pani jak najmniej czasu. Ale jednak może mnie pani wysłucha. Powiem krótko całą sprawę. Jestem w strasznym położeniu! Może to wystarczy, jeżeli pani wyznam, że jedyną na świecie osobą, do której mogłam się zwrócić i która może mnie wybawić, jest właśnie pani! JOANNA / nieufnie / Ja? Dlaczego? Proszę usiąść, słucham panią. / siada / EWA / prędko / Matka jest ciężko chora na nerwy, na wszystko. Może to pani jest obojętne, może pani sobie w to nie wierzyć, ale ten ostatni cios ją dobił. Ona jest niezdolna do życia, ona musi mieć pomoc. Krzyś jest w czwartej klasie. Zawsze był chorowity, a teraz już trzeci miesiąc gorączkuje. Na razie wysłałam go na wieś, ale doktor podejrzewa, że to coś w kości, w kolanie. Ja od roku miałam posadę i teraz właśnie musiałam ją sama rzucić. Musiałam! Pani rozumie, jaka jest sytuacja? Ja jedna ich oboje teraz utrzymuję, matkę i brata. JOANNA / podnosi głowę, patrzy na nią. Z namysłem / Pani jest ciężko. Pani jest taka młoda. Proszę. EWA / ogląda się na krzesło, siada / A teraz, widzi pani, ja jestem nad przepaścią, jestem teraz nad samą krawędzią. I mogła się pani sama doskonale przekonać, jak jest! Ten człowiek, który mnie tu u pani szukał, któremu się ledwo wymknęłam, to właśnie on! To Liwieniecki! JOANNA / z wysiłkiem, zmęczona / Tak, tylko, że ja nie wiem. Ja nie wszystko rozumiem. Więc kto to jest? EWA / niedowierzająco / Pani nie wie? To jest współwłaściciel tych zakładów, współwłaściciel firmy Liwieniecki i Chapall. I zarazem główny dyrektor tego wszystkiego. JOANNA / nie dość zorientowana / Ach, tak. Zaraz, wydaje mi się, jakbym ja panią jednak skądś… EWA / zły uśmiech / No, myślę! JOANNA Przecież to pani była dziś rano na drodze. Pani płakała? EWA / wzgardliwie / Och, nie tylko na drodze byłam dziś rano! Byłam także tu. W tym samym pokoju. Pani też o tym nie wie? Więc właśnie wtedy widziała mnie pani jedyny raz w życiu, kiedy płakałam — tak? JOANNA / niepewnie / Tak. Nie przypominam sobie… Może. EWA / niedbale / Więc mniejsza o to. O Liwienieckim pani też nic nie słyszała — co? To jest bogacz! Ale jego żona jest jeszcze bogatsza, jej rodzina ma w tym umieszczone swoje ogromne kapitały. Teraz pani rozumie? Tu nie ma nawet mowy o małżeństwie, on tego wcale nie tai, on mi zupełnie nic nie obiecuje. On zresztą, wiedząc o moim pochodzeniu, może nawet nie uważałby tego za potrzebne… Nie! Jednego jestem pewna, że wówczas, kiedy brał mnie do siebie, kiedy mi dawał tę posadę, to sam był najdalszy od tej myśli, że mnie pokocha. Bo gdybym jeszcze to miała o nim przypuszczać, że to wiedział, że tak to sobie umyślił! JOANNA Więc to u niego miała pani posadę? EWA Tak, naturalnie, u niego! I ta pensja wystarczała dla nas na życie, nawet po śmierci ojca. Ale to jednak były pieniądze od niego — pani rozumie, do czego to prowadzi? I kiedy mama w marcu musiała się leczyć, to już to nie wystarczało, to już trzeba było niby to wziąć pożyczkę, brać małe zaliczki — rozumie pani? A teraz znowu choroba Krzysia — może sanatorium, może zagranica — bo ja wiem? To jest strasznie poważne. Więc ja nie mogłam u niego zostać… Ja musiałam to rzucić… JOANNA / ze zwiększającą się uwagą / Tak, rozumiem. EWA / rozpaczliwie / Ale on mnie teraz wciąż śledzi, on mi nie może darować, że ja nie przychodzę do biura, on mnie ciągle, ciągle prześladuje! Pani! — ja się nie mogę przed nim obronić, jeżeli mi ktoś nie pomoże, jeżeli ja nie będę mogła wyjechać. On ma za silny wpływ na mnie. On jest jakiś nieubłagany, on jest okrutny! Nie daje mi wcale spokoju. Gdy wchodzę do sklepu, on, nie wiadomo skąd, się pojawia, gdy jadę gdzieś tramwajem, on nagle razem ze mną wysiada z drugiego wagonu. On jest straszny. On mówi, że widocznie ja go nie kocham. On nie może tego zrozumieć, dlaczego ja od niego uciekam. Jego to właśnie doprowadza do szału, że mu się opieram, że ja tak się go boję. Ja nie wiem, jacy są inni, dla mnie nikt taki nie był. On chce wciąż być ze mną. On musi wszystko o mnie wiedzieć. Więc chyba on naprawdę mnie kocha. On mi wciąż grozi, on nawet czasami myśli, że ja może mam kogoś innego i on grozi, że zabije tego kogoś i mnie. Nie mogę się nigdzie ukryć, nie mogę uciec. Pani widzi, że ja nie mam wyjścia. Gdyby mama była jakoś zabezpieczona i Krzyś, to ja sobie zawsze dam radę, ja wszędzie na siebie zarobię. Ale ja muszę wyjechać! Tutaj on mnie nie puści, tu on mnie wszędzie znajdzie! Ja dawno sobie nad tym łamię głowę, ja się długo wahałam, nim zdecydowałam się jechać do pani. Pani wie, co ja chciałam zrobić? Ja nawet myślałam, żeby pójść do jego żony. Ale nie mogłam. JOANNA / zamyślona / Pani położenie jest naprawdę bardzo trudne. Niech pani usiądzie. Czy on, kochając panią, nie rozumie, jak panią krzywdzi? EWA Właśnie, on nie rozumie. Ale ja to za dobrze rozumiem, za dobrze ja już wiem, co to jest. On ma żonę i ona też nie da mu rozwodu, choćby nawet chciał. Ale zresztą on wcale nie chce. Czy ma ze mną się liczyć, czy z moją rodziną. Mama przecie z rodziną musiała zerwać, nie mamy nikogo. Więc niech mi da pokój, więc niech mi da odejść, niech mnie zostawi, niech mnie zostawi! Nie, póki jestem z nim, póki go widzę, nigdy nie zdołam zerwać, to na próżno! Przecież dlaczego ja nie mogłam zostać w biurze. Byłam wciąż z nim, byłam w pokoju obok, w otwartych drzwiach. Widziałam go przez całe godziny — gdy wstawał i chodził, gdy siedział i pracował. I kiedy rozmawiał z ludźmi — taki opanowany, kiedy się nawet uśmiechał — a ja wiedziałam wszystko, co się w nim dzieje! Och, tego nikt nie wytrzyma! Nie, nie, ja muszę uciec. Ja muszę tak wyjechać, żeby on nie wiedział gdzie, żeby mnie nie znalazł. I żeby mama także nie wiedziała, bo mu powie. Nikt! Nikt! JOANNA Pani matka mu powie? EWA Tak, tak, mama jest taka słaba. To od mamy on się dowiedział, że ja pojechałam do pani. I w godzinę po przyjściu pociągu on już tu był samochodem. On wie, że jeżeli pani mi pomoże, to on mnie straci. JOANNA Więc dlaczego matka pani mu powiedziała, wiedząc o tym, wiedząc, jak pani się męczy? EWA / zmieszana / Naturalnie, nie powinna była mu mówić. Ale ona zawsze każdemu ustąpi. Ją to wzrusza, że on mnie tak kocha, ją to ujmuje. Ona to przecież wie, że my we troje jesteśmy na świecie tacy samotni, że nasz los nikogo nie obchodzi — więc on jest ten jedyny, który jest kimś bliskim, kimś swoim. JOANNA / zdziwiona, przejęta / Tak, to okropne. EWA / gwałtownie / Więc widzi pani, wszystko się tak układa, wszystko się tak sprzysięga przeciwko mnie. Jestem jak osaczona. Tak, jestem po prostu zmuszona zostać jego kochanką, jestem do tego moralnie zobowiązana! Jak ja się mam temu oprzeć, jeżeli mi ktoś nie pomoże? JOANNA / ze współczuciem / Bo i pani go kocha. EWA / gniewnie / Och, Boże, kocham, kocham! Naturalnie, że go kocham! Tak samo zupełnie, jak moja matka kochała mego ojca. Ona mu zaufała — i do czego to ją doprowadziło? Mama przecież, zanim poznała się z ojcem, pracowała na siebie. Mama śpiewała i trochę także tańczyła. Ale ojciec jej nie dał występować. Och, mama była bardzo ładna i bardzo wesoła. Teraz już tego wcale nie znać. JOANNA Jest chora? EWA Chora i zupełnie przez te ostatnie przejścia zmarnowana. Pani! Jeżeli pani mnie nie wyratuje, to ja przepadnę! On nie odstąpi, on mnie już z rąk nie wypuści, on zepchnie mnie tam, gdzie moją matkę ojciec! Ja to mówię, choć nie powinnam, ale czyż przed panią mam ukrywać, czym było jej życie! Liwieniecki też ma żonę, której wszystko zawdzięcza. Widzi pani, ja nie mam złudzeń, chociaż i on przecież umiera z miłości dla mnie. Wszystko dla mnie zrobi, wszystko mi odda — prócz tego jednego, prócz nazwiska! JOANNA / jest wzruszona, wstaje, robi parę kroków ku Ewie, wiedziona współczuciem. Jednak zatrzymuje się w pół drogi / Niechaj pani od niego ucieka. EWA / gest obu rąk / A matka, a Krzyś? W tej chwili oni są na bruku, bez żadnych środków. JOANNA / w bezradnym zamyśleniu / Tak. Tak, to prawda. EWA Ja za dobrze już wiem, co to jest. Ja wiedziałam, ja pamiętam życie matki, nawet gdy była szczęśliwa. Jej łzy co dzień, jej wieczną z nami samotność, te wieczory, gdy byliśmy zawsze tylko we troje. Myśmy nie od razu zrozumieli jej łzy, myśmy myśleli, że jesteśmy jak inne dzieci. Dopiero jakieś słowa służących, jakieś awantury z dozorcą… Tak! Tak! To nie jest nieszczęście, które raz spada, to jest codzienna sprawa, to się dzieje ciągle, ciągle, każdego dnia, każdej godziny dnia — do tego nigdy a nigdy nie można się przyzwyczaić. / wybucha płaczem, zakrywa rękami twarz / JOANNA / znowu ulega wzruszeniu / Ach, biedne dziecko! / zbliża się do Ewy / EWA / od razu przestaje płakać, zła / Och, tylko nie to, proszę pani! Proszę bardzo! Ja tu przecież przyjechałam z interesem, tylko z interesem. Pomoże mi pani czy nie? JOANNA / zdziwiona, ochłodzona / No, tak zaraz nie mogę pani sama odpowiedzieć. Musiałabym porozumieć się z moją matką. Może się znajdzie jakiś sposób. EWA / z goryczą, zawiedziona / Ach, tak? JOANNA No tak, naturalnie. Sposób musi się znaleźć. EWA / oparta łokciami o poręcz krzesła, patrzy w oczy Joanny / A pani może także nie wie, że matka się truła? Kiedy się rozchorowała, byliśmy przy niej tylko my dwoje. Ja ją ratowałam, Krzyś telefonował po doktora. Nic nie rozumieliśmy, co się dzieje. I dopiero doktor nam powiedział, że to jest otrucie. I pytał się, czy nie ma kogo z rodziny, kogoś starszego. I myśmy powiedzieli, że nie ma nikogo. Bo przecież wieczorem już nigdy nie można było telefonować do ojca do domu. Widzi pani, ona chciała od nas odejść, nas porzucić,choć nas tak kocha. I zresztą któż nie boi się umrzeć? To jest ciężka rzecz — samobójstwo. JOANNA / głęboko zamyślona / I pani matka była tak nieszczęśliwa? EWA Więc widzi pani. Matka tak wiele przeszła, że już samo poczucie sprawiedliwości, że najzwyczajniejsza ludzkość… I zwłaszcza teraz, mój Boże, kiedy już, kiedy właściwie… Ja wiem, że pani sama jest ciężko dotknięta. Ale pani nie ma przynajmniej troski materialnej, pani i pani córce nic nie grozi. Ostatecznie, wszystko tak się ułożyło, że pani może teraz tę rzecz jakoś naprawić. JOANNA / mruga oczami, zmęczona / Ja rozumiem, położenie jest bardzo ciężkie. Pani jest za młoda, by to udźwignąć. Ale dlaczego ja? Dlaczego pani o mnie pomyślała? EWA Jak to dlaczego? JOANNA / z namysłem / Pani stamtąd przyjechała aż tu, żeby mnie zobaczyć — umyślnie po to? EWA Naturalnie — jeżeli pani nie odpowiadała na listy! JOANNA / przeczące odchylenie głowy / Ja nie dostałam żadnych listów. EWA / z gniewem / Wysłałam dwa listy, podpisane imieniem i nazwiskiem. Drugi list był polecony. Więc jest niemożliwe, żeby oba nie doszły. JOANNA / chłodno / Niech pani się tak nie unosi. Ja nie cofam tego, co powiedziałam, ja spróbuję pani pomóc. Ale listów żadnych nie otrzymałam… EWA / po chwili chmurnie / Prawdę mówiąc, to nie do mnie należało w tej sprawie zrobić pierwszy krok. Gdyby pani była kobietą szlachetną, to ja nie potrzebowałabym sama z tym zwracać się do pani. JOANNA / wstaje z niepokojem / Nie, tu jest coś niejasnego w tym wszystkim. Pani mnie bierze jednak za kogoś innego. EWA / śmieje się / O, nie! Ja panią znam dobrze, znam od dawna! Ostatni raz widziałam panią z bliska na pogrzebie. I Olę też widziałam. JOANNA Co to znaczy: Olę? EWA / zuchwale / Cóż to takiego dziwnego, że mówię o niej: Ola! JOANNA Moja córka zaraz po pogrzebie wyjechała, jest na studiach. Skądże pani… EWA Wiem, wiem, naturalnie! Pani jest zabezpieczona i ona może sobie studiować za granicą. A my, a my! JOANNA / zdumienie / Co to znaczy? Kto pani właściwie jest? EWA Tego pani nie wie? Jestem Ewa Łasztówna. JOANNA Już tu słyszałam to nazwisko. Ale to mi nic nie mówi. EWA Nic pani nie mówi — pani, która jest wdową po Krzysztofie Nielewiczu? JOANNA Więc pani może jest jakąś kuzynką? EWA To był mój ojciec. JOANNA / zdziwiona / Jak to ojciec? EWA / wzrusza ramionami / No, to ja, ja jestem właśnie jego córką! JOANNA / patrzy na nią, zbiera myśli. Nic nie mówi. Siada / EWA / tupet osłabiony / Nic nie rozumiem. Co to znaczy? Więc pani naprawdę nie wie? JOANNA / patrzy na nią, milczy / EWA Przecież pani o tym wiedziała, nie? Musiała pani coś wiedzieć, kiedy była mowa o rozwodzie. JOANNA / zdumiona / Co? EWA No tak, na rozwód nie chciała się pani przecież zgodzić. JOANNA / zrywa się z przerażeniem, krzyczy / No, teraz dosyć! Dosyć tego! Ani słowa więcej nie słucham! To oszustwo! / chce wyjść / EWA O, nie! Teraz ja już pani nie puszczę! Teraz, kiedy wreszcie z takim trudem tu się dostałam! Jak pani może, jak pani ma sumienie! JOANNA / wyniośle / Więc to chodzi o pieniądze? EWA Naturalnie, że chodzi tylko o pieniądze! JOANNA No, właśnie! Tak to jest zupełnie jasne. / chce wyjść na prawo / EWA / zastępuje jej drogę, oburzona / Ja mam prawo żądać! Ja żądam nie dla siebie! Brr… Brzydziłabym się tym teraz, ja mogę pracować. Żądam dla chorej matki! JOANNA / znów zachwiana / Proszę pani, pani się myli co do osoby czy co do nazwiska, jeżeli pani w ogóle nie udaje. Mój mąż od czterech miesięcy nie żyje. Ale żaden szantaż tutaj się pani nie uda! / chce wyjść drzwiami na taras — znowu na próżno / EWA / stoi na drodze do drzwi / Jak to ja się mylę. Po cóż to mówić. Przecież ja panią doskonale znam z fotografii i z widzenia. I znam także pani mieszkanie, nawet widziałam pani pokój. Tyle razy byłam w domu u ojca — latem albo w święta, kiedy pani wyjeżdżała tutaj z Olą. Przyglądałam się w salonie pani portretowi i nawet sobie myślałam: „Od tej pani wszystko zależy — o gdyby chciała!”. Tak! I przecież mówiłam, że widziałam panią i Olę na ojca pogrzebie. Ja nie byłam w żałobie. JOANNA / cofa się na swoje miejsce. Siada, słucha / EWA Bywałam u ojca — niestety! — także po pieniądze. Bo w ostatnich czasach już wiele się zmieniło. Dawniej nic nam nie brakło, mnie i bratu. Ojciec był dla nas bardzo dobry, tyle było zawsze uciechy, jak przychodził do domu. Był wesoły, śpiewał. Czasami byli goście, mama też śpiewała, nawet czasami tańczyli. Och, w dzieciństwie byliśmy szczęśliwi. Zawsze w lecie ojciec do nas przyjeżdżał tam, gdzieśmy byli z mamą, na wieś, albo w góry — i wtedy już miał czas! Był z nami przez cały dzień razem. Tak, dawniej nie potrzebowałam mu przypominać o jego obowiązkach. JOANNA / obojętnie, powoli / Pani mówi, że to się zmieniło? Co się zmieniło? Dlaczego? EWA / ze smutnym grymasem / No, naturalnie, z powodu tej młodej dziewczyny, która opanowała ojca, by go wyzyskiwać, by korzystać z jego słabości. JOANNA Młodej dziewczyny? EWA Och, ileż matka się z jej powodu napłakała. Gdyby nie ona, ojciec żyłby do dziś. To ona zrujnowała mu zdrowie. JOANNA Jak to było dawno? EWA To się zaczęło może trzy, cztery lata temu. Ojciec zmienił się wtedy zupełnie, rzadko przychodził, był dla mamy opryskliwy, obojętny, nic go nie obchodziło, co się działo w domu, nawet my. JOANNA / słucha bez ruchu. Myśli. Po długiej chwili / Ile pani ma lat? EWA Och, to chyba jest pani obojętne. JOANNA / z namysłem / Czy pani sama to słyszała, że ja nie chciałam dać rozwodu? Czy pani to może słyszała pośrednio? EWA Od mamy? Nie. To mi powiedział ojciec, kiedy dorosłam i kiedy zapytałam się ojca, dlaczego tak z nami jest. Sam ojciec mi to powiedział. JOANNA / zamyślona / Tak. / milczenie / JOANNA / po chwili / Teraz pani mi powie krótko, czego pani chce. Jakich pieniędzy? EWA Jak to, jakich pieniędzy? Ojciec mimo wszystko do końca dawał mamie coś na utrzymanie i opłacał gimnazjum Krzysia. Z trudnością, ale jednak coś dawał. Jest niemożliwe, żeby nic nie zostawił nam, swoim dzieciom. JOANNA / powtórnie / Ile pani ma lat? EWA No, mam osiemnaście lat. Ale to nic nie ma do rzeczy. Nie jestem dzieckiem, niestety, znam życie, jak gdybym miała lat trzydzieści. I to, co mówię, to na pewno jest prawda. JOANNA / powoli / Pani ma lat osiemnaście. A pani brat w jakim jest wieku? EWA / wzrusza ramionami / Ma lat piętnaście. JOANNA I ma na imię Krzyś? EWA Tak, nazywa się Krzysztof jak ojciec. JOANNA / z trudem / Czy więcej dzieci nie było? EWA Jeden brat umarł, najmłodszy. Miał rok, jak umarł. JOANNA Kiedy umarł? EWA Pięć lat temu. / milczenie / JOANNA / powstaje i, nic nie mówiąc, chce wyjść / EWA / ruch zatrzymujący / Więc, proszę pani! JOANNA / zatrzymuje się nagle / Ach. O jakich pani myśli pieniądzach? Pani wie, że pani ojciec umarł nagle. EWA Wiem. Ale przecież pani nie będzie z tego korzystała. JOANNA / mruknięcie uśmiechu / Z tego nie będę korzystała. Ale… Właściwie on nic nie zostawił, przeciwnie, są tylko jakieś zobowiązania. I nie tylko nic nie zostawił, ale nawet z moich pieniędzy też nie ma już nic. Tak, że dziś tylko moja matka… EWA / z rozpaczą / Nic nie zostawił! Więc co ja mam robić? / milczenie / EWA / zgnębiona / To była moja ostatnia nadzieja. Jeżeli ja, jeżeli ja zdecydowałam się tu przyjechać… Czy pani myśli, że mi łatwo było to zrobić? Zwrócić się do pani, do pani, która… Co ja zrobię, co będzie z matką i z Krzysiem ! I ze mną! / milczenie / EWA / rozważa dłuższą chwilę. Nagle / Czy ojciec nigdy nie żądał od pani rozwodu? JOANNA / z przymusem / Nie, nie żądał. EWA I pani nie wiedziała nic o mamie i o nas? JOANNA / przeczy głową w milczeniu / EWA Więc to znaczy, że ojciec kłamał. / straszny wstyd. Krótkie rozwarcie oczów i ust z uniesieniem ramion. Opuszcza głowę na ręce, dłońmi zakrywa twarz / / milczenie / SCENA 5 / Joanna, Ewa i Maria / MARIA / we drzwiach od tarasu mówi uspokajająco za scenę / Tak, mamo, już już. Zresztą zaraz będzie kolacja. Joanno! Jak pani śmiała! Przecież czy ja pani nie mówiłam! / Ewa wstaje / JOANNA / przerywa / Mamo, daj pokój. To biedne dziecko. Jej trzeba pomóc. EWA / zgnębiona / Nie, nie. Po co… JOANNA / z wysiłkiem / Ona musi tu zostać przez jakiś czas, może na krótko, zanim się coś obmyśli. Ale teraz musi zostać. MARIA / niechętna, podejrzliwa / Jak uważasz… / patrzy z badawczym niepokojem na Joannę / EWA / ruch obu dłoni / Kiedy nie trzeba… JOANNA Mamo, bądź jeszcze raz dobra. Weź ją. Nazywa się Ewa, to ta sama, co była rano. Ona nie mogła inaczej zrobić, ona musiała sama przyjechać, jeżeli nie dochodziły listy. Tu nie ma jej winy. Weź ją, zabierz. Najlepiej niech idzie na górę. Niech tam pobędzie, niech tam trochę posiedzi. Ja przyjdę, ja się później tym zajmę. Tylko nie teraz, nie teraz. Nie w tej chwili. MARIA / chłodno, nieufnie do Ewy / Proszę, niech pani idzie. Proszę tutaj. EWA / idzie z wahaniem, patrząc na Joannę / Nie, kiedy po co… MARIA / lekko posuwa Ewę ku drzwiom z ręką na jej ramieniu / Tędy. / wchodzą ma prawo / SCENA 6 / Joanna, póżniej Babka / JOANNA / siada na krześle, pośrodku pokoju, nigdzie nie patrząc, twarzą do widowni. Gra powściągliwa, skupiona. Nie rozpacz, tylko namysł, rozpamiętywanie. Składa obie ręce tak, że stykają się tylko końcami wszystkich palców. Po długiej chwili półgłosem / Jej brat ma lat piętnaście, a ten, który umarł? Ona ma lat osiemnaście, osiemnaście… Osiemnaście… / milczenie / BABKA / ukazuje się we drzwiach od tarasu. Jedna ręka na kiju, druga, zgięta, uczepiona do ramy drzwi. Stoi z wysiłkiem, czarna i duża na pociemniałym niebie i kwitnących gałęziach. Cicho / Joasiu… JOANNA / odwraca się prędko. Wstaje / Babciu… tyś tu była! Ty coś może słyszałaś, ty zrozumiałaś… / siada / BABKA / stoi / Zrozumiałam. JOANNA / siedzi, lekko odwrócona bokiem. Gest rozłożenia obu dłoni / Widzisz. BABKA / po długiej chwili, nieśmiało / Teraz, nie wiem, czy będzie ci lżej czy będzie ci jeszcze ciężej. Ale już teraz… Już tym jednym nie powinnaś się dręczyć… Nie możesz robić sobie wyrzutów… JOANNA / patrząc daleko, znowu twarzą zwrócona ku widowni. Powoli / Nie wiem… BABKA / prosząco / To, coś ty czuła, jednakże było prawdą, Joanno. Pomimo wszystko, pomimo wszystko. To, żeś go kochała. Tylko to. JOANNA / powoli / Tylko to. Mała, słaba, ślepa miłość pośród ciemności. Pośród takiej ciemności… BABKA / stroskana / Bo, drogie dziecko, nigdy nie wiadomo, nic nie wiadomo… JOANNA / po chwili z wysiłkiem / Myślę: Krzysztof. Ale nie ma go już na tym miejscu, gdzie jest to słowo. On jest gdzie indziej. Tam jest ktoś inny, ktoś, czyja śmierć jest ode mnie daleko… Gdzie on jest? Nie ma go na miejscu jego śmierci… BABKA Uspokój się, Joanno… JOANNA / powoli i ciężko / Czy mogę myśleć, że nikt nie umarł? Myśleć, że umarł ktoś nieznajomy? Babko… Czy Krzysztofa nigdy nie było? BABKA / chce podejść, ale nie odważa się puścić ramy / Ach, nic nie jest pewne, Joasiu… Wszystko jest inne… JOANNA Czy nie było także jego śmierci? Jest tak, jak gdyby nic nie było… Jak gdyby może nawet nie stało się nic… / milczenie / SCENA 7 / Babka, Joanna, Ewa, później Zofia, Maria i Róża / / za sceną hałas / EWA / wbiega z krzykiem z prawej strony, przypada do Joanny / On tu jest! Pani droga, pani jedyna, on tu jest! On jeszcze raz wrócił! Niech pani mnie osłoni, niech pani mnie obroni, niech pani mi nie da za nim iść! JOANNA / stoi, obejmuje ją, przytrzymuje za ramiona. Nic nie mówi / BABKA / bezsilny gest sięgnięcia w powietrze po poręcz krzesła, po jakąś podporę, by iść / O, Boże… ZOFIA / wchodzi z lewej / Więc co ja mam robić, kiedy ten pan sam się przepchnął przez bramkę i chce tu iść. Mówiłam mu, że nie można i zamkłam drzwi… EWA / z rozpaczą, łamiąc ręce / No widzi pani, widzi pani! / wchodzi Maria, za nią Róża / MARIA / staje przy Joannie, w najwyższym niepokoju / Tylko się nie przejmuj, droga, tylko bądź spokojna… RÓŻA / jednocześnie, stroskana, lękliwie patrząc na Joannę i na Ewę na przemian, staje przy Babce, pomaga jej iść do fotela / Babuniu, jakie to okropne… BABKA / siada, słucha / GŁOS MĘŻCZYZNY / za oknami z lewej wołanie / Ewo, Ewo! EWA / do Joanny, szeptem / Widzi pani… / płacze, drży / JOANNA / milczy / / przerwa / / Babka, Maria, Róża, Zofia patrzą na Ewę w oczekiwaniu / GŁOS MĘŻCZYZNY / za oknami / Ewo! EWA / z płaczem wyrywa się Joannie, krzyczy / Idę! / wybiega drzwiami na lewo / / przerwa / JOANNA / zwyczajnie / Poszła… / Róża i Zofia patrzą przez okno / SCENA 8 / Babka, Joanna, Maria, Róża, Zofia, Julia, później Tekla / / we drzwiach od tarasu staje Julia. Gałęzie drzew kwitnących w ręku / JULIA / odwrócona, za scenę / Jak chcesz, Tekluniu. Ja bo ci z całego serca przebaczam. A jeżeli wolisz, to może ty mnie przebaczysz — dobrze? Kto by tam miał siłę gniewać się w taki cudowny wieczór! Liście i trawa tak pachną. No, co się tu dzieje. Czy mi się zdawało, że Zofia wołała na kolację? TEKLA / wchodzi za Julią. Patrzy badawczo na Marię i Joannę / Co się stało? / milczenie / / Julia i Tekla podbiegają do tego okna, gdzie już stoi Róża i Zofia. Patrzą / JULIA / krzyczy / O, to ta sama moja para zakochanych… Już się spotkali, już się pogodzili. I to tu, u nas, w naszym ogrodzie! Któż by uwierzył! TEKLA Nie ma się czego radować. JULIA On ją trzyma wpół, tak samo, jak rano. Ale ona się już na niego nie gniewa. RÓŻA Wsiadają do samochodu. JULIA On jej okrywa pledem nogi, ona się do niego uśmiecha. Co się dziwić! Są tacy młodzi, mają przed sobą całe życie szczęścia. / Koniec aktu trzeciego / ----- Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, dostępna jest na stronie wolnelektury.pl. Wersja lektury w opracowaniu merytorycznym i krytycznym (przypisy i motywy) dostępna jest na stronie https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/nalkowska-dom-kobiet/. Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury. Wszystkie zasoby Wolnych Lektur możesz swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać pod warunkiem zachowania warunków licencji i zgodnie z Zasadami wykorzystania Wolnych Lektur. Ten utwór jest w domenie publicznej. Wszystkie materiały dodatkowe (przypisy, motywy literackie) są udostępnione na Licencji Wolnej Sztuki 1.3: https://artlibre.org/licence/lal/pl/ Fundacja Wolne Lektury zastrzega sobie prawa do wydania krytycznego zgodnie z art. Art.99(2) Ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych. Wykorzystując zasoby z Wolnych Lektur, należy pamiętać o zapisach licencji oraz zasadach, które spisaliśmy w Zasadach wykorzystania Wolnych Lektur: https://wolnelektury.pl/info/zasady-wykorzystania/ Zapoznaj się z nimi, zanim udostępnisz dalej nasze książki. Tekst opracowany na podstawie: Zofia Nałkowska, Dom kobiet. Sztuka w trzech aktach, Książnica Atlas, Lwów-Warszawa, Wydawca: Fundacja Wolne Lektury Publikacja zrealizowana w ramach biblioteki Wolne Lektury (wolnelektury.pl). Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego. Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Wolne Lektury z egzemplarza pochodzącego z Biblioteki Uniwersytety Warszawskiego. Opracowanie redakcyjne i przypisy: Jacek Barański, Ilona Kalamon, Aleksandra Sekuła.