Zmodernizowano biernik zaimka osobowego mię > mnie.
Interpunkcja została uwspółcześniona zgodnie z obowiązującymi zasadami.
Akcja odbywa się w małym domu na wsi u Celiny Bełskiej.
Objaśnienia do osób:
Celina poważna i spokojna, głos pewny, mocna mimo starości — tylko pomagają jej przy chodzeniu.
Julia wesoła, życzliwa ludziom, skłonna do entuzjazmu, trochę naiwna, cierpi na artretyzm w nogach (laska).
Maria czynna, dobra.
Tekla oschła, krytyczna, chorowita.
Joanna wymizerowana żałobą, powściągliwa, oszczędna w gestach, nie od razu bierze wysoki ton. Z początku jest zgaszona, tępa. Wybucha dopiero w połowie drugiego aktu.
Róża estetyczna, sentymentalna, leniwa, może być ładna.
Ewa żywa, szczera, namiętna.
Zofia stanowcza, zaradna.
Ubiory zwyczajne, domowe, niespecjalnie ubogie.
Róża jest bardziej elegancka, może przebrać się do trzeciego aktu.
Ewa jest cały czas w płaszczu i kapeluszu, ubrana na podróż, z pewną starannością urzędniczki. Zofia nie ma białego fartuszka, wygląda raczej na kucharkę.
Już tu wszystko wysprzątane, wyczyszczone, przygotowane dla paniusi.
2O pled, o poduszeczka, tutaj, tutaj, chustka do nosa i jeszcze różaniec. Okulary ma paniusia w kieszeni, o. A zaraz będzie śniadanie. Kawa gotowa, tylko pani przyjdzie z ogrodu.
Nie, paniusiu, wszystko się zdąży, wszystko będzie na czas. Z robotą to trzeba tylko umieć. Trzeba sobie tak wszystko ułożyć jedno po drugim, żeby się zmieściło. O, i pani Bełska wstała. Już tu idzie.
E, nasza pani już z godzinę, jak siedzi w ogrodzie, wciąż na grządkach, bo wszystko teraz przy tym słońcu schodzi pięknie. Chłopak przyniósł rano rozsadę pomidorów, to się zaraz sadzi. A pani Czerwieńska już też dobrą chwilę spaceruje po dróżce tam i na powrót, tam i na powrót, jak to ona. Dla zdrowia.
Sen, Pamięć, WspomnieniaJa mało śpię, nie bardzo już potrzebuję snu. Ale tyle rzeczy mam do rozpamiętywania, że mi sie noc nie dłuży.
Znowu w nocy chodziła po pokoju — chyba ze dwie godziny. Stara się cicho, ale ja usłyszę każdy szelest, a cóż dopiero chodzenie. Jednak ma wciąż te swoje sny i o jednej porze zawsze krzyczy.
Pani Nielewiczowa, jak wnosiłam rano buciki, to spała. Do śniadania pewno nie wstanie. Oczy miała zamknięte, ale jak wygląda! Niepodobna do siebie.
Pojutrze będzie cztery miesiące od śmierci Krzysztofa. A w poniedziałek cztery miesiące od jego pogrzebu.
Ale pani Nielewiczowa, biedactwo, tak desperuje[1], jakby to było wczoraj, jakby go wczoraj pochowała.
Prawda, prawda! To mama zawsze tak pamięta o sprawach tych, co umarli — jakby jeszcze trochę żyli. Bo każdy ma przynajmniej rocznicę śmierci, rocznicę urodzin, imieniny, pogrzeb. I tylu jest tych zmarłych w tym domu.
Pani Nielewiczowa taka słaba, taka jeszcze zdenerwowana, a wciąż są do niej jakieś interesy. Dziś z samego rana już ktoś przychodził. Jakaś taka panienka, prosto z podróży, z pociągu przyjechała i powiada, że się chce koniecznie widzieć z panią Nielewiczową. Ja mówię, że pani Nielewiczowa, odkąd nieboszczyk pan umarł, nikogo nie przyjmuje, że chora. Ale ona umyślnie, powiada, przyjechała z ważną sprawą. Więc jej powiedziałam, niech przyjdzie po śniadaniu, to się może rozmówi ze starszą panią. Żeby też o takiej godzinie!
No, dziś to się obudziłam fatalnie, ręce ani rusz, nogi ani rusz! A język biały jak obrus.
28A wiesz dlaczego? To ta filiżanka mleka wieczorem. Mnie nic nie wolno po piątej godzinie, żebym nawet była, nie wiem, jaka głodna. Proszę zawsze, nigdy mnie nie namawiajcie. Już ja sama najlepiej wiem, co mi można. Myślałam, że kroku nie stąpnę, że nogą nie ruszę. Ale nie! Wstałam z samego rana, wypiłam szklankę ziółek i zaraz do ogrodu. To dziurawiec. Zofia mi zaparzyła jeszcze wczoraj. Dziurawiec jest bardzo zdrowy. I od godziny nic, tylko chodzę po alejce — tam i z powrotem, tam i z powrotem — aż mi się nogi całkiem rozeszły. Ach, cóż za powietrze dzisiaj, co za pogoda! Ogród cały do panny młodej podobny, wszystko kwitnie. I ptaszeczki tak śpiewają, tak się do siebie wdzięczą, aż hałas w gałęziach od tego śpiewu. Powietrze zupełnie balsamiczne. O, już mi dobrze, już mi się całkiem poprawiło. Ale was proszę, nigdy mnie nie namawiajcie do jedzenia.
To prawda, że wczoraj się sama na to mleko złakomiłam.
31Ale Maria często mnie tym i owym częstuje — i zaraz z tego kłopot.
Cóż to ważnego: zjeść czy nie zjeść? To jest tylko twoja sprawa, Julio. Nie ma o co robić zamieszania.
Dziękuję mamie, później mi trudno wstać.
36Taka już ze mnie niedołęga. Wolę tak chwilę postać, zaraz Maria zawoła na śniadanie. Ja już nie będę nic jadła, lepiej się trochę przegłodzę do obiadu. To bardzo zdrowo stać — nogi nie leniwieją. Ale co za pogoda, mama powinna koniecznie posiedzieć dzisiaj na tarasie. Gałęzie czereśni takie białe, takie puszyste, wchodzą wysoko na niebo zupełnie niebieskie. Jeszcze nie było takiego pięknego dnia w tym roku. Pszczoły brzęczą jak w lecie, a słoneczko od samego ranka ciepłe — tak przygrzewa, tak przygrzewa! To dobrze na moje kości.
Już blisko ósma, a jeszcze ani słychać o śniadaniu. Maria biega po ogrodzie, ma nowy kłopot z pomidorami. Wszystko musi zrobić sama, wszystkiego sama dopilnować. Ona nie umie się urządzić, a wtrącić się nikomu nie da. Od służby trzeba umieć wymagać, inaczej każdy się rozpuści.
Oj, Teklo, Teklo, jaka ty jesteś doprawdy. Śniadanie zaraz będzie, bo już mi Zofia mówiła, że gotowe.
Takam dziś kontenta[2], a sama nie wiem z czego. Może będę miała jaką dobrą nowinę, albo może będę miała list od dzieci. A może też dlatego, że widziałam taką ładną, młodą parę na drodze. Sama nie wiem.
To nie tutejsi… Szli wzdłuż ogrodu do szosy i strasznie się kłócili, ale to z miłości, bo on ją cały czas trzymał w pół. Szli drogą i wcale nie wiedzieli, że ich widzę z ogrodu. Ale to nic, bo ja się patrzyłam życzliwie.
44Miłość, MłodośćCzubili się, że aż strach. Ona mu za coś okropnie głowę zmywała. Taka wiosenna burza — nic dziwnego: młodość. A on był miły, pokorny, bardzo ją przepraszał. Widać od razu, że zakochany. Kłótnia miła i zgoda będzie jeszcze przyjemniejsza.
Tak, to na pewno nietutejsi, z miasteczka. Wyglądali na to, że przyjechali z daleka. On miał samochodową czapkę i płaszcz.
A, gdzież tam, dlaczego. Taki młody, elegancki, przystojny. A zresztą może i szofer. Tylko, że tak ślicznie wyglądali w słońcu, przez kwitnące gałęzie. I tacy zakochani.
A pewnie, że dlatego. Miłość, MłodośćMłodzi, co się nie kłócą, to się i nie kochają, to im już widać wszystko jedno. Myśmy się nieraz z Włodziem czubili. Ale ja wiedziałam, że się ze mną przeprosi i że zgoda będzie miła.
Tak, już zakupiłam mszę. Włodzio tam w górze wie, że o nim pamiętam.
53Kiedy w taki cudowny dzień, jak dziś, patrzę na obłoki, to mi się zawsze zdaje, że on stamtąd mnie widzi. I że się raduje.
Nie, to nie szofer, na pewno nie, Teklo. Był doprawdy nawet wykwintnie ubrany w tę angielską skórę. Ja się na tym jeszcze trochę rozumiem, kiedyś przecież i ja miałam za co się ubierać, nie chodziłam w takich strzępach jak dziś.
58Ale to trudno, co robić, nie narzekam, bo i co mi z tego przyjdzie, gdybym narzekała. Czy przez to się coś poprawi? Jeszcze Bogu dziękuję, że mam kąt rodzinny na starość, że dzieci moje zdrowe, że mi tu z wami dobrze… Tak, on był nawet bardzo elegancki, ale ona nie. Ona wyglądała nie tak elegancko, chociaż przyzwoicie.
Ach, jaka ty jesteś doprawdy! Ciebie tak nic nie obchodzi. Cóż w tym złego, że się nimi interesuję. Każdy się raduje, jak widzi czyje szczęście.
O, skąd, skąd! Serce mi mówi. Byłam sama młoda i szczęśliwa, trochę się i na tym rozumiem. W taki dzień jak dzisiejszy młodzi, żeby nie byli szczęśliwi! Pomyśl tylko! Kiedy przechodzili tu zaraz koło naszych bzów, usłyszałam, jak mówił, że gdziekolwiek ona pójdzie, to on ją wszędzie odnajdzie. „Nigdzie mi nie uciekniesz!” — tak powiedział. — „Pamiętaj!” No, czy tak mówi ktoś, co nie kocha? I śmiał się, i chciał ją pocałować. Naprawdę!
Cała jej robota, że chodzi po alejce tam i z powrotem, przygląda się ptaszkom, pszczółkom i zakochanym i myśli o swym delikatnym organizmie.
Włodzimierz trochę ją rozpieścił. Był imaginacyjny[3], wciąż ją wodził[4] do doktorów, karmił lekarstwami, wysyłał do wód[5]. Nauczył ją myśleć tylko o zdrowiu i zanadto ją wydelikacił. Przedtem nie miała wcale tego usposobienia.
Tak, on ją psuł bardzo, wyrobił w niej dużo egoizmu. Zawsze nadmiernie się odżywiała, jadła rzeczy zbyt posilne, zbyt wymyślne — i dlatego tak teraz cierpi na artretyzm.
My nie jadłyśmy tak wymyślnie, jak Julia, a też obie jesteśmy artretyczki. Ona to zresztą nieźle znosi, takie ma pogodne usposobienie.
Muszę mamie wyznać, że obraz Włodzimierza, patrzącego na Julcię sponad wiosennych obłoków i przy tym się radującego wydaje mi się groteskowy…
Ty, Tekluniu, ty byłaś taka nieszczęśliwa i taka stwardniała w cierpieniu, że nie możesz — to nic dziwnego — że nie możesz zrozumieć usposobienia Julii.
Tak, istotnie nie mogę. Nie rozumiem też jej zachwytu dla tej podejrzanej parki, która musi się kłócić i całować tuż pod naszym ogrodem właśnie, z dala od miasta i od dworca kolei — nie wiadomo, czemu. Kto wie, czy ta jakaś dziewczyna, to nie ta sama, którą dziś rano ledwie odprawiła Zofia.
A Julia, gdzież jest Julia? Na śniadanie, na śniadanie, bo już późno. Zatrzymali mnie aż dotąd w ogrodzie.
Nie, Mario, dziękuję ci, ja nic nie mogę, mnie wczoraj to mleko wieczorem zaszkodziło. Już u siebie rano piłam ziółka, to mi wystarczy. Chyba że herbaty pół szklanki i do tego pół bułeczki.
Mama woli tu zostać? To się mamie zaraz przyniesie. Chodź, Julciu, zjesz jajko na miękko, to ci nie zaszkodzi.
Ona mi jest taka bliska przez pamięć Andrzeja, przez swoją wierność, która trwa tyle lat. Nikt, tak jak ona, nie opłakiwał ze mną mego dziecka.
Naturalnie. Nasi mężowie, mój i Julii, to byli dla mamy pomimo wszystko obcy ludzie. Nie, nieobojętni! Ale jednak obcy, ludzie z zewnątrz. A Andrzej był dla mamy takim samym jak dla Tekli ukochaniem, takim samym nigdy niezblakłym wspomnieniem. No, i myśmy były starsze.
Tekla jest naturalnie trochę zgorzkniała, trochę surowa, ale ja nie wątpię, że jest dla was siostrą tak samo, jak wy dla niej.
Tak, o ile to da się wiedzieć, o ile w ogóle to jest możliwe wiedzieć. Pozory, Prawda, CzłowiekCzłowiek żyje jeden obok drugiego lata całe i nie wie o nim nic. Żyje między najbliższymi jak w ciemności. Zaledwie siebie zna — i to źle, źle siebie sądzi. Jakże może sądzić innych? Co można naprawdę wiedzieć o ludziach z ich czynów, z ich słów — kiedy niewiadome są myśli?
Siedzisz tu, ty, dziecko moje, naprzeciwko mnie i tak się patrzymy na siebie. Gdybym sądziła po czynach, Mario, po twojej dobroci — mogłabym myśleć, że mnie kochasz, prawda? Że nie pamiętasz mi nic…
Dotąd było nas tu cztery wdowy: ja, Tekla, Julia i ty. Joanna jest piąta. Róży nie liczę, bo to nie wdowa, ale i ona samotna na świecie.
A tak, tak, jest nas tu coraz więcej. Z latami Joanna się jakoś uspokoi, ale teraz jednak męczy się nad miarę. To jest jakby coś więcej niż żałoba.
Przypomnij sobie, czym dla niej był Krzysztof, człowiek tej miary. Ona nim tylko żyła, z nim dzieliła jego pracę, jego idee, jego ambicje. Ona cała istniała przez niego, nie sama. I dla niego. To jest zrozumiałe, że ona jakby się uczy od początku żyć.
To jest zrozumiałe. Krzysztof był niezwykłym człowiekiem, to prawda, miał szlachetny charakter. Ale i ona była najlepszą żoną. A teraz robi sobie jakieś wyrzuty, że nie była dobra, że nie umiała go ocenić ani zrozumieć.
Nie mówiła, ale można to widzieć z różnych rzeczy. Ona się męczy. Ona w nocy przez sen coś mówi, zawsze coś jej się ciężko śni. To nie jest wołanie, chociaż słyszałam dwa razy, jak wymawiała jego imię. To nie jest wołanie, chociaż ona mówi: „Krzysztofie”. To jest jakby rozmowa. Śpię zawsze teraz w tym pokoju obok niej, żeby ją zaraz obudzić, gdy krzyczy. Ale ona nic nie mówi, co jej się śniło. Ja nie pytam. Czasami mi się wydaje, że ona go wzywa, żeby żył, że go przeprasza. Że go namawia do życia.
Przecierpi jakoś, musi to wszystko przecierpieć — i wtedy wróci do równowagi. Jedyne, co poradził ten doktor jeszcze tam w mieście, to, żeby miała spokój, żeby się niczym nie przejmowała, nie drażniła.
109Nic więcej nie mogę zrobić, prawda? Nie mogę jej inaczej ratować, tylko pilnuję, żeby miała ten spokój.
Czy mamie jeszcze czego nie przynieść? A może mamie co zrobić?
111Niepotrzebnie się dałam namówić na jajko. Wiedziałam od razu, że to odpokutuję. Ale cóż robić, kiedy Maria już taka jest, już zawsze mnie na coś namówi. Czuję kamień w żołądku. Muszę znowu wypić dziurawca, to mi zaraz przejdzie. Ja znam swój organizm, wiem, co mu trzeba. Gdybym na siebie nie uważała, to nie wiem, co by było.
Czy ty nie pieścisz[6] się zanadto, Julio, popatrz na Marię, jaka ona jest czynna, jak się krząta. A jest prawie w tym wieku, co ty.
Moja mamo, Maria jest mocna. Ona już ma taki szczęśliwy organizm, że nic jej nie szkodzi. Zawsze jest w ruchu, robota jej służy. Wciąż biega. Miała teraz zanieść Joasi śniadanie na górę. A tymczasem Joanna zeszła sama do stołu. Jakoś dziś wcześniej wstała, to lepiej. Ale taka smutna biedaczka, taka mizerna, że żal patrzeć. Nic to dziwnego, że ona boleje: oni tyle lat ze sobą przeżyli w takiej harmonii! On się trochę nie umiał obliczać, to prawda, nie bardzo był praktyczny. Jego stanowisko obowiązywało go trochę. Za to Joasia miała wymagania skromne, potrafiła tak zaradzić, że ani im, ani dziecku niczego nie brakło. Ano trudno. Kobieta musi umieć się zastosować, musi się starać, żeby jakoś wybrnąć. Mój Włodzio był przecież dla mnie najlepszy, ale miał też wadę, że lubił za dużo wydać.
114I trzeba było dobrze łatać, żeby jakoś związać koniec z końcem.
Przecież żyła z tym swoim mężem szczęśliwie całe dwadzieścia lat. Jej córka żyje. Joanna wzięła od życia, co się jej należało.
119Mówię o Joannie. Każda z nich tutaj uważa siebie za najnieszczęśliwszą. A nie pomyśli, o ile gorszy los mógł ją spotkać. Nie widzi cierpienia innych. Nie wie, że może być głębsze cierpienie — cierpienie bez łez, bez ataków nerwowych, bez niespokojnych snów…
Twój los był ciężki, to prawda, Teklo droga, ale przecież tak nie mów. I ty nie wiesz, co dzieje się w cudzej duszy. Nie masz na to żadnej miary.
O, ja mam dziś z Różą na pieńku. Powiedziała na ciotkę, że jest gadatliwa. Nic to dla mnie nowego, moja duszko, nic nowego. Sama najlepiej o tym wiem, że do gadania jestem jedyna.
Och, wcale tak nie było! Tylko przy śniadaniu powiadam tak do cioci: „Ciociu Julciu droga i miła, mów, mów naturalnie, jeżeli już tak musisz. Ale rób przecież przerwy, daj złapać tchu…”
Tak, to jest najzdrowsze na żołądek, na nerki, na wszystko. Matka, widzisz, niepotrzebnie namówiła mnie dziś rano na jajko. Zawsze jak zjem jajko…
Widzi babcia, tu do babci wszystkie się ze świata zbiegamy, jak już nie możemy dłużej. Jak nam jest źle, jak jesteśmy same i niepotrzebne.
Tak, to prawda. Starość, Samotność, KobietaStrach pomyśleć, ile to jest po świecie tych niepotrzebnych kobiet — jak my.
To się tak tylko wydaje. Kobieta, Starość, SamotnośćNikomu nie jesteśmy potrzebne. Dzieci, wnuki — wszyscy są gdzieś daleko, wszyscy wystarczają sobie. Wciąż się o tych dzieciach mówi, wciąż się za nimi tęskni, ale one tu nie przyjeżdżają, ich tu nie ma. Tu są tylko same stare kobiety. Kobiety niepotrzebne.
Maria wolałaby nie mieć ich tutaj, wolałaby nie widzieć ich wcale. Gdyby tylko wiedziała, że one — tam — daleko są szczęśliwe.
Ja jestem jakby najszczęśliwsza między wami, ja nie mogę się skarżyć, bo mnie nikt nie umarł. Tak się wydaje. Ale jest mi przecież tak, jakby umarł, skoro żyje nie dla mnie, żyje beze mnie.
Jeżeli się kocha, Joasiu, to śmierć jest bezsilna. Śmierć wcale nie jest rozstaniem. Są chwile, że czuję obecność twego wuja tak, jakbym go widziała, jakbym słyszała jego głos, jego słowa. Wiem, że się jeszcze spotkamy, że się spotkamy już na zawsze, więc jestem spokojna.
No, już wypiłam, teraz muszę się trochę przejść. Mały spacer jest konieczny, jak się napije dziurawca. A przed obiadem akurat sobie zdążę poukładać guziczki i pozwijać tasiemki. Jak tylko mam porządek w szufladach, zaraz się czuję lepiej na nerwy.
Poczekaj, Julio. Zapewne nie zwróciłaś uwagi, że Maria ma jakieś troski szczególne z powodu Joanny, że tam się u nich po prostu coś dzieje. Ona drży o tę córkę, jakby jej coś groziło, jakby ją mogło spotkać jeszcze coś po tym, co już ją spotkało. Faktem jest, że nikogo do niej nie dopuszcza. Że nie oddaje jej poczty, tylko sama naprzód przegląda listy i niektóre zatrzymuje. To wiem z pewnością, że dwa listy zatrzymała.
Tak? Nie wiedziałam. Widocznie uważa, że tak trzeba, ponieważ lekarz radził największy spokój dla Joanny. Pobyt tu na wsi jest dla niej jedynym lekarstwem. Musi się wzmocnić, żeby teraz, po śmierci męża, samej zająć się interesami. Ma obowiązki. Pobyt Oleńki w Szwajcarii dość jest kosztowny, a środki skromne. Krzysztof nie był praktyczny, myślę, że po prostu nie zostawił jej nic. A co gorsza, że z posagu Joanny też zdaje się niewiele zostało. Cóż dziwnego, że Maria się troska. Trudno, matka.
165On miał doprawdy zabawne usposobienie, Krzysztof. Wydawał nie wiadomo na co, pożyczał, pomagał każdemu, kto chciał, wprost sam nie potrafił powiedzieć, sam nie wiedział, gdzie mu się te pieniądze podziewały. Ale miał tę ambicję, że tylko on umie rządzić — nigdy nie powierzył Joannie żadnej sumy, musiała mu się z każdego wydatku tłumaczyć. Nie, nie miała i ona tak lekkiego życia, jak się zdaje. Ale szczęście nie od takich rzeczy zależy.
Tak, szczęście nie od takich rzeczy zależy, łatwo ci to mówić. A jednak gdybym ja wówczas, gdyby były na to środki, żeby ratować Andrzeja… Od tych błahych, poziomych spraw pieniężnych zależało jego życie.
Moja droga, już widocznie tak miało być, tak było przeznaczone. On był dość wątły od dziecka. Mama robiła wszystko, co mogła, to przecież było najukochańsze dziecko.
Tak mówisz, Teklo, jak gdybyśmy wtedy, ja i Włodzimierz… Doprawdy, ty się uprzedzasz. Przecież, gdy Andrzej był chory i twój malutki jednocześnie chorował, gdy ty byłaś młoda i miałaś tyle troski, to cała rodzina i my, i Włodzio…
Ja wiem, że czasami mówi przez ciebie nie żal, nie uraza, tylko takie rozgoryczenie. Cóż dziwnego? Życie cię przecież nie oszczędziło.
Nie uraza, nie żal. To prawda. Tylko wspomnienia. Myśl o tym, że gdyby nie był tak pracował, że gdyby nie to biuro i warunki… To wszystko przyśpieszyło jego śmierć.
Ta, co pisze, nazywa się Ewa Łasztówna. Ale pisze tak niejasno, że nie wiadomo, czego chce. Jednak uważa, że Joanna z jakichś przyczyn powinna jej pomóc, że to jest jakby jej obowiązek. Te pogróżki wyglądają na to, jakby Joanna zrobiła jej kiedyś coś złego. Nie ma żadnej wątpliwości, że Joanna wie, kto to jest.
Ach, po co ona tu przyjechała! Jeżeli chce pieniędzy, to trzeba jej dać — byle tylko Joanna jej nie zobaczyła.
Z moją córką nie może się pani widzieć. Córka nie przyjmuje nikogo, jest cierpiąca. Ale może ja mogę pani coś pomóc.
Tylko pani Nielewiczowa może mi pomóc w tej sprawie, która jest nie tylko moją sprawą. Nikt inny, tylko ona!
Nie, na szczęście nie. Ale pracowałam u kogoś innego — niestety! I już nie pracuję. Czy pani stanowczo nie chce mnie dopuścić do swojej córki?
To bardzo przewidująco, to bardzo ostrożnie z pani strony.
198A czy wiadomo pani, że ja umyślnie po to tylko przyjechałam z daleka?
Może jednak pani powie mi swe nazwisko i o co pani chodzi. Jest zupełnie możliwe, że będę mogła zrobić to samo, czego pani oczekuje od mojej córki.
Swoje nazwisko powiem tylko osobiście wdowie po Krzysztofie Nielewiczu. Pani nie. Pani może mego nazwiska nawet nie zna.
Jeżeli pani nie może inaczej postąpić, to oczywiście dalsza rozmowa jest zbyteczna i do niczego nie doprowadzi.
Nie, nie szukam posady, chociaż utraciłam swoją posadę przed tygodniem. Chociaż ją po prostu rzuciłam! Tak, wyszłam z biura i nie wróciłam więcej.
Naturalnie, miałam powody. Po prostu szukałam sposobów ratunku. Nie mogłam przecież, nie chciałam iść na to samo — iść na zgubę!
Tak, to wszystko nie może pani obchodzić, naturalnie. Toteż ja nie do pani tu przecież przyszłam, nie z panią chcę mówić.
Więc pani wie, kto jestem, pani wie wszystko — i mimo to! I nawet… To jest przecież potworne!
Nie wiem, nic właśnie nie wiem. Nie chciała powiedzieć. Ja nie rozumiem, ale to jest coś niedobrego dla Joanny. To nie jest zwykła sprawa. Myślę, że ona może się mścić, jest jakaś taka zuchwała i zarazem… Nie, sama nie wiem.
A może to, mamusiu, nic nie jest. Może my to sobie tylko wyobrażamy, tylko niepotrzebnie się denerwujemy.
Bo przecież w tych listach nie było nic konkretnego, same tylko jakieś aluzje wcale niezrozumiałe. Co Joanna mogła jej zrobić złego? Oddaliła ją ze służby czy nie wzięła do szycia?
Więc tym bardziej, cóż Joanna mogła zrobić złego takiej dziewczynie? Sama widzisz, że to jest niemożliwe. Ja nie tak często u nich bywałam, zawsze żyłam gdzieś daleko, ale przecież to wiem, że oni oboje, ona i Krzysztof, robili dużo dobrego. Ona to musi wiedzieć, ona to właśnie widocznie chce wyzyskać.
Niepotrzebnie tu wszyscy robią z tego, nie wiem co. Przyszła, poszła i dobrze. Maria nie ma co przesadzać takiego głupstwa. Tylko, aby nie mówić o tym Julii, bo zaraz przed Joanną wypaple.
Tym bardziej dziwne, że Joanna wcale jej nie zna. Ale nie, ja nic takiego nie przypuszczam. Tylko, że mama jest bardzo zdenerwowana tą rozmową. Ona była zuchwała, ta dziewczyna, mówiła jakieś niegrzeczności.
Ja babci powiem, ja się trochę bałam. Ja nie mogłam, mama pomimo wszystko ma lepsze nerwy.
268Ja się bałam, wie babcia, czy to nie jest czasem kochanka Krzysztofa.
Miłość, Przemijanie, Zdrada, CierpienieTeraz, babciu, wszędzie tak jest, że przecież miłość mija. Nikt teraz nie jest wierny, nikt! To może dawniej tak było, ale nie teraz. Wszyscy się zdradzają, wszyscy się rozstają. I mnie się zdaje, że tylko o to chodzi, żeby właśnie jakoś z tego powodu nie cierpieć, żeby się z tym umieć pogodzić. Żeby był jakiś taki proszek, który by można zażyć i tego nie czuć. Bo to cierpienie jest przecież nikomu do niczego nie potrzebne. Więc żeby tylko tego jakoś uniknąć.
278Wujenka mówi, że to się nie da pomyśleć o Krzysztofie. Naturalnie! A czy byłby kto kiedy pomyślał o Piotrze, zanim, zanim…
Nikt nigdy nie byłby pomyślał[8]. I może nawet naprawdę nie byłoby do niczego doszło, gdyby nie nasz wyjazd z kraju, gdyby Piotr nie był mianowany na to stanowisko tam! Tam była ciągła jakaś zabawa, ciągłe wizyty, przyjęcia, obiady. Tyle kobiet pięknych. I śliczne wycieczki, wszędzie naokoło takie góry zupełnie zielone, zielone, zielone — nad jeziorami, nad wodą… I tam Piotr zrobił się jakby innym człowiekiem, jakby kimś nieznajomym.
281A może i przedtem był już taki, tylko ja tego nie widziałam. A nawet jeżeli widziałam, to wtedy myślałam, że mi się wydaje.
Piotr! Moja Różo, tu nie ma żadnego zestawienia. Jak ty możesz porównywać go z Krzysztofem! Moja droga, są przecież mężczyźni, którzy żyją przyzwoicie, którzy pracują ciężko i tej pracy oddają całe swe siły, którzy nie mają po prostu czasu myśleć o głupstwach. Powiedz mi, jak ty sobie to wyobrażasz, bo ja nie rozumiem! Jakże Krzysztof, który tyle działał, który musiał trzymać w karbach tylu ludzi, na którego głowie we dnie i w nocy spoczywała taka odpowiedzialność!!! Pomyśl! To był człowiek żelaznej woli, surowy zarówno dla siebie, jak dla innych. To był charakter !
284I sama mówisz, że to jest niepotrzebne, a wciąż się jeszcze martwisz, wciąż tu między nami starymi siedzisz i tylko się kwasisz. Piotr nie jest wart, żeby o nim rozpamiętywać przez całe życie…
Tak, tak, wujenka mówi, że ja stąd nie wyjeżdżam przez czyste lenistwo, że przyjechałam na miesiąc, a siedzę już rok, bo mi się nie chce sukien zapakować do kufra.
288Lenistwo, NudaMówi, że naprzód spaceruję cały dzień, żeby schudnąć, a potem leżę z książką na kanapie i tyję. Ale doprawdy, co tutaj można więcej robić?
Patrzysz na matkę, jak od rana do nocy ujada się ze wszystkimi w ogrodzie i w domu, a w niczym jej nigdy nie pomożesz.
290Ona jak wchodzi do pokoju, to przede wszystkim się rozgląda, gdzie kanapa, żeby na nią wejść z nogami.
A i teraz niech mama patrzy, kiedy nawet stoi, to na jednej nodze, jak czapla, żeby sobie druga odpoczęła.
Ja wiem, że wujenka mnie lubi, tylko tak zawsze musi coś powiedzieć. Ale ja nie przez lenistwo tu jestem. Tu mi jest dobrze. Tam było ślicznie w tych górach, ale ja wolę tutaj. Mnie dobrze jest między wami.
297Wczoraj byłam daleko, poszłam tą drogą do lasu. Już tam obeschło, już tak zielono. I przechodziłam, naturalnie, koło mostku, gdzie Piotr mi się oświadczył.
298Nie, nie, ja sama unikam wspomnień, nie pozwalam sobie na tę słabość. Chociaż tu przecież na każdym kroku są wspomnienia.
Ty, dziecko, łatwo upatrujesz wszędzie zdradę, boś sama jej doświadczyła.
301Tak, to rzeczywiście trudno jest przypuścić o Krzysztofie, który zawsze wobec Joanny był bez zarzutu. Ale, nawet, nawet, gdyby taka możliwość była, to, Różo, pomyśl, jakże taka dziewczyna mogłaby przychodzić właśnie do Joanny, czego mogłaby od niej chcieć — dzisiaj, kiedy Krzysztof już nie żyje od czterech miesięcy.
Tak, ja to też sama sobie myślałam, że po cóż miałaby do Joanny przychodzić, że to jest nieprawdopodobne. Ale jednakże ta jej śmiałość, żeby się tu do domu prawie wedrzeć, to zuchwalstwo — jakże to sobie inaczej wytłumaczyć?
No, niechże mama pije, bo zupełnie wystygnie. Dajcież już sobie spokój z tą dziewczyną. Już ją na pewno ten jej szofer stąd zabrał!
Maria może sobie mówić, co chce, ale obiad był dziś trochę za ciężki. Przynajmniej na mój organizm.
Ale kontentam, żem się przeszła przed obiadem. To zdrowo. Zrobiłam sobie ładny spacer w stronę lasu.
313Nie, nie bój się, tylko nieduży kawałek. To bardzo zdrowo! Chodzenie mi nigdy nie szkodzi. Spacer był śliczny! Ale wyobraźcie sobie, nie obeszło się bez zmartwienia.
Słyszę na drodze samochód, nie na szosie, tylko tu, na naszej drodze, obracam się, patrzę — a w samochodzie wiecie, kto siedzi?
No, widzisz, zgadłaś. Właśnie ten młody człowiek, który tu rano spacerował ze swoją panną. Siedzi sam przy kierownicy, pędzi po dołach i po błocie, skacze, jak wariat — sam jeden, bez niej!
321Aha, tak się cieszyłaś, kiedy jej rano mówił, że mu nigdzie nie ucieknie. A tymczasem mu uciekła, widzisz!
Moja Teklo, ja się nigdy długo nie martwię, a jeszcze w taką piękną pogodę! Więc zaraz sobie pomyślałam, że jeżeli jej dobrze poszuka, to ją na pewno znajdzie! Przecież jej tu nie zostawi. I zaraz się pocieszyłam.
Nie bój się, sama sobie doskonale poradziłam bez Zofii. Ale co za dzień, co za dzień! Na tym twoim mostku, Różo, czy widziałaś te wierzby przy wodzie? Wszystkie listki mają rozwinięte, gałęzie wiszą aż do wody, jakby były wydmuchane ze złota…
Joasia? Joasia jest w jadalni, jeszcze obie z matką piją kawę. Joasia jest jakby spokojniejsza. To natura działa na nią tak kojąco. Ale mnie kawa szkodzi, mnie nie wolno. Mogę najwyżej jedną filiżankę. Więc myślę sobie, przyjdę tu zobaczyć, dowiem się, czy mamie czego nie potrzeba.
Dziwna rzecz, jakie ta Róża ma przesadne usposobienie. I to we wszystkim! Bogu powinna dziękować, że się wreszcie uwolniła od tego człowieka, który ją wyzyskiwał i wreszcie porzucił dla jakiejś cudzoziemki. A ona wzdycha! Jeszcze do dziś jest w nim zaślepiona. Żeby tego Piotra Byleńskiego zestawiać z Krzysztofem, to już trzeba doprawdy…
Kim był Krzysztof, a kim był ten Byleński! To prawda — Krzysztof nie był taki słodki i układny[10], nie umiał sobie tak zaraz każdego zjednać, nic nie udawał, czego nie czuł. Ale on budził w każdym szacunek, budził przede wszystkim zaufanie. Nawet w tym jego trochę szorstkim obejściu widać było prawość.
A właśnie do niego, do tego Byleńskiego, ja od samego początku nie miałam zaufania, kiedy tu jeszcze przyjeżdżał w konkury[11]. Był zawsze słodki i zawsze fałszywy! A wam się wszystkim podobał, że taki zakochany.
336A cóż to dziwnego, że zakochany! Róża była przecież wtedy śliczną dziewczyną, a przy tym nie bez grosza. A Byleński był niczym, ledwie wrócił z uniwersytetu. Dopiero później zrobił się takim panem. I zaraz wtedy pokazał, co potrafi!
To właśnie ładnie, że Róża o nim nic złego nigdy nie mówi. Szczęście, Cierpienie, PrzemijanieNie dobrali się charakterami, rozstali się — no to trudno! Ale przynajmniej to ma, że póki ją kochał, to była szczęśliwa. Dla prawdziwego szczęścia warto później trochę pocierpieć.
342Tak, tak, za wszystko dobre w życiu trzeba drogo zapłacić! A Joanna! Czyż cierpiałaby tak dzisiaj, gdyby nie przeżyła życia w szczęściu?
Moja droga, już ja wiem, co mówię. Kobieta, CierpienieSą kobiety, które wcale szczęścia nie zaznały i nawet nie mają czego wspominać. Są takie, są biedaczki. I cóż robić?
Dla ciebie to jest jakaś wyższa cnota, że na wszystko zamykasz oczy. Nic dziwnego. Zawsze ci się dobrze działo, nie wiedziałaś, co to brak, co to troska, co to trwoga śmiertelna o kochanego człowieka. Więc też cały świat wydaje ci się świetnie urządzony.
To nie dlatego, Teklo. Cóż ja zrobię, ja już mam takie usposobienie, że mnie wszystko dobre cieszy.
No więc właśnie! Włodzimierz dobrze zarabiał i dbał o ciebie. Czegóż ci trzeba było więcej? Wolałaś na inne rzeczy patrzeć przez palce. Nie byłaś podejrzliwa. Nie dbałaś o to, co robił poza domem, byle w domu trwała harmonia.
Moja droga, nie jesteś na pewno taka zła, jaką chcesz się przedstawić. Nigdy w to nie uwierzę. Ale nie będziemy więcej mówiły o Włodzimierzu, to jest dla mnie zbyt bolesne. Jedno ci powiem.
359Nie mam żadnej pewności, czy mnie zdradzał. Ale to, że byłam mu droga, wiem na pewno.
Doskonale! Lepiej nie mówmy i ja to wolę!
362Mamo, idziemy teraz każda do siebie wypocząć. Czy mamie nic nie trzeba? Tu jest dzwonek na Zofię.
Nie, nie wołaj Joanny. Ona czasami sama do mnie przychodzi. Ja się tylko tak pytam. Ty jesteś niespokojna, Mario.
Nie zna jej, ale cóż z tego, że jej nie zna? Całe rano byłam w ogrodzie, chodziłam wszędzie. Wciąż mi się zdaje, że ona tu musi gdzieś być.
Naturalnie, że to niemożliwe. Tylko, że im dłużej myślę, tym się to wszystko robi dziwniejsze. Ona się tak zdumiała, że ja znam jej nazwisko. Dlaczego?
Bo ja się niepotrzebnie spytałam, czy się nazywa Ewa Łasztówna? Ja już wtedy może miałam to podejrzenie, nie wiem. I ona była taka oburzona, jakby to z mojej strony była zbrodnia. To, że ja znam jej nazwisko!!
Nie. Chociażby się nawet domyśliła, że te jej listy ja czytałam, to przecież tam nic nie ma, nic, co by pozwoliło przypuszczać…
I powiedziała, że wróci, że ona musi zobaczyć Joannę! Jak to upilnować, jak do tego nie dopuścić — jeżeli Joanna będzie w ogrodzie, jeżeli zechce wyjść na drogę. Cóż z tego, że Zofia trzyma bramę przez cały dzień zamkniętą.
Nie powiedziała. Ale, mamo, ja wciąż o tym myślę, ja od samego rana o tym myślę. To jest tylko to. To nie może być nic innego. Całe jej zachowanie, jej oburzenie, to jakieś poczucie słuszności… I to, że biegła stąd po drodze i płakała… Cały jej wygląd…
Moja mamo, Joanna tu czasem z mamą rozmawia. Czy Joanna nie powiedziała mamie nigdy nic takiego, co dałoby się domyślać, co by pozwoliło przypuścić? Czy nie wyglądało na to, że może miała kiedy jakie podejrzenie, jakąś wątpliwość?
I pomyśleć, żeby to teraz do niej doszło, taka jakaś wiadomość! Ten wstrząs! Mogłoby wrócić znów to, co tam z nią było zaraz po jego śmierci i drugi raz po pogrzebie. Nieprzytomność trwała przecież tak długo, żeśmy już myśleli… Że i sam doktór… Wyglądała jak umarła. Ledwie ją zastrzykami przywrócili do życia.
Najdłużej u nich była Tekla, i to pamiętasz, w różnych przecie czasach. Raz, jak jeszcze Ola była mała, i później kilka razy. Ona najlepiej zna ich życie. I co ona mówi. Ona nie ma dla Krzysztofa słów. Ona nawet mówiła, że gdyby Andrzej był żył dłużej, to byłby na pewno takim człowiekiem, jak Krzysztof.
No więc widzi mama, widzi mama.
400Mamo, Emil tak ciężko, tak długo chorował, zanim umarł. Róża od razu źle trafiła, wychodząc za Byleńskiego. A Joanna… Przecież Joanna była jedynym moim dzieckiem szczęśliwym!
Bo gdyby Joanna miała inne usposobienie… Gdyby ta rzecz nie ujawniała się teraz właśnie, kiedy on umarł…
403Właśnie! I ja to myślałam, i ja sobie tłumaczę, że to jest stara sprawa, że to jest jakaś dawna, głupia historia sprzed ich ślubu.
405 406Wspomnienia, PamięćJa też myślę, że wspomnieniami można żyć. Och, można by! Jeżeli życie minione było głębokie i czyste, takie, jak mogło być.
424Dla mnie wspomnienia są czymś rozdzierającym. To, co mogło być piękne — rozumiesz? — piękne już na zawsze, to, co na zawsze mogło trwać, to jest zniszczone, to jest zabite! Tego już wcale nie ma.
Śmierć nie jest najważniejsza. Bo to mogło być zawsze, to mogło trwać poza śmierć. I mogłabym jeszcze tak żyć, gdybym tylko myślała o nim, gdybym tylko mogła wspominać. Wtedy mogłabym tym żyć. Ale ja myślę nie tylko o nim i od tego umieram.
Wspomnienia, Czas, PrzemijanieTo prawda, Joanno, wspomnieniami żyć nie można. To one żyją nami. One nie zostają nigdy takie same — one się zmieniają nawet bez naszego udziału. Ja, gdy czasami powracam po latach do jakiegoś znajomego wspomnienia, zastaję je zupełnie inne.
Ty się nie krępuj, Joanno. Może ty wolisz samotność teraz, może też chcesz wypocząć. Prawda? Ja jestem przyzwyczajona, ja mogę być sama.
Nie, nie, babciu. Dlaczego tak mówisz? Ja nawet wolę zostać. Pozwól, ja zostanę.
449Ja — tak we dwie z tobą, ty, babka, i ja, wnuczka, obie stare kobiety.
Starość, KobietaTy stara? Nie wiesz nawet, co mówisz, moje dziecko. Starość to nie jest łatwa rzecz. Wiesz, ja zawsze aż do dzisiejszego dnia, dziwię się, że jestem stara. Nie mogę w to uwierzyć. Za każdym razem, gdy to pomyślę — zawsze to jest dla mnie nowe. Jak gdyby się starość odbywała tylko naokoło, nie w nas. A my zostajemy tacy sami: my i nasze zdziwienie.
Babciu, gdy coś raz się stało, to przecież już jest, czy się o tym wie, czy się o tym nie wie, czy się o tym myśli, czy nie, czy się o tym pamięta, czy się o tym zapomni — to już na zawsze jest.
Czas, PrzemianaWiesz, Joanno, byłam jeszcze zupełnie młoda, kiedy to tak jasno zrozumiałam. Że każda rzecz, każdy fakt robi się wciąż inny, niż jest, wciąż inny, niż jest — rozumiesz? I naprzód robi się inny na drodze od człowieka do człowieka. A później robi się inny już w nas samych.
Nie, ja nie wiem, nie wiem. Moja miłość i Krzysztofa, to, co nas łączyło, było tak niezwykłe, tak odmienne od wszystkiego, co jest między ludźmi. I to było zawsze tylko jego zasługą. Nie wiem — może stawało się inne na drodze od niego do mnie, może ja to jakoś psułam od razu…
Ty się dziwisz? Któż zna swoje szczęście? Kto wie, czym jest ten skarb, jeżeli go jeszcze trzyma w rękach.
463Wiedziałaś przecież od początku, kim był Krzysztof, wiedziałaś, jakiej miary to jest człowiek. Dlaczego robisz sobie wyrzuty?
Mówić — gdyby można było zrozumieć, gdyby człowiek nie był taki samotny.
SamotnośćJuż to jedno, już to, że jeden człowiek mówi: ja — i wtedy uczuwa coś, co dla drugiego człowieka jest niepojęte. Mówi swoje imię i nazwisko i uczuwa coś, co tylko on może uczuć, co przecież jest jedyne. Tak?
Drugi, inny człowiek też mówi: ja — i wtedy uczuwa coś całkiem innego, coś, co także jest jedyne. Bo każdy inny człowiek nie jest nim.
Na to nie ma słów, ani żadnych cyfr, ani znaków. Tego nie może nigdy powiedzieć człowiek człowiekowi, co to jest. Nie ma żadnego na to na świecie sposobu, żeby to komuś zwierzyć, jak on doznaje życia.
Bo kiedy mówi: ja, to w tym już trochę jest i to, że on żyje. Ale to wyłącznie jego dotyczy. I nie ma, nie ma sposobu, aby to nawet z najdroższym, najbliższym drugim człowiekiem podzielić.
Milczenie, Miłość niespełniona, SamotnośćBabko, on podciągnął tę naszą miłość na takie wyżyny, na taką wysokość, której nie zna zwyczajna ludzka miłość. Nie, nie słowami! Na to nie było słów! Jakże mało on mówił. Jakże straszliwie milczał — całe dni, całe tygodnie! Wracał do domu milczący, nie mówił dobry wieczór, witał się w milczeniu ze mną i z dziećmi. Nie chciał jeść, choć wiedziałam, że nie jadł na mieście, choć wszystko czekało gorące. Chwilę czytał gazetę w jadalni, potem zaraz szedł do siebie, kładł się zmęczony na sofie. Nie chciałam tam wchodzić, żeby wypoczął. Czasami myślałam, że powinnam wejść. Nie wiedziałam, co jest lepiej. Czasami było coś do powiedzenia w sprawach domowych, coś o Oli. Ale nie mówiłam, bo tego nie lubił. Miałam jeszcze zawsze trochę pieniędzy na rachunku bieżącym. Krzysztof się do moich pieniędzy nie wtrącał, mówił, że go to nie obchodzi, co z tym robię, więc brałam to na dom…
479Ja się starałam wszystko zrozumieć, być taką, jaką powinnam była być w jego życiu — w życiu takiego człowieka. Ale tym dla niego nie byłam. Widocznie nie umiałam, choć tak chciałam, choć byłabym wszystkie siły duszy i serca temu oddała. Nie byłam nawet dobrą matką, babciu, kochałam tylko Krzysztofa. On strasznie pracował — i ja to nie dość rozumiałam, że taka praca pożera człowieka, że taki człowiek ma prawo do czegoś więcej niż każdy inny.
480Wracał znużony, wracał zmęczony śmiertelnie. Nie wiem, może trzeba było obmyślać jakieś rozrywki, namawiać go do zabawy, odciągać jakoś od tej pracy, która tak wyczerpała mu serce, która go w rezultacie zabiła… To mi nie przyszło na myśl. Zdawało mi się, że tak trzeba — i jeszcze sama poskramiałam w sobie wesołość, każdą chęć jakiejś radości…
481Byłaś dla niego dobra, Joanno, przecież sama wiesz, że byłaś dla niego dobra. Dlaczego tak się męczysz?
Nie, nie! Cóż, że byłam dobra, że go nad życie kochałam! Ty nie wiesz, czego on żądał od miłości, jak on te rzeczy rozumiał.
On był taki surowy, taki nieubłagany, miał w sobie taką pogardę dla zła… Miłość niespełniona, Samotność, CierpienieW jego uczuciu była ta męka, która jedna jest miarą jego głębi. Tak, brał ją, tę moją miłość, brał w milczeniu, bez szeptu, bez słowa, szorstko i krótko… Byłam dla niego nie źródłem szczęścia i spokoju, byłam dla niego źródłem męki. Milczał, a kiedy już nie mógł milczeć, mówił te słowa — jak gdyby to było ponad jego siły… Mówił te słowa: „Tylko ty, tylko ty”. Dlaczego to mówił, kiedy ja nie wątpiłam… Dlaczego mówił — czy coś przeczuwał? Że tego krzyczącego szczęścia, że tego krzyczącego szczęścia nie było we mnie…
Panie poszły spać. Ale co tam za spanie przy takiej pięknej pogodzie. Same ptaki i te już nie dadzą spać. Więc pani Łanowa już znowuż poleciała do ogrodu.
489 490A i pani Byleńska też już nie śpi, to tu, to tam przy kwiatach się kręci, wciąż aby koło domu, wciąż koło domu. E, każdego do tej wiosny to ciągnie. A dla mnie wszystko jedno, czy tam lato czy tam zima. W kuchni zawsze jednakowo, nie odejdę, póki nie pozmywam, nie poustawiam, nie pouprzątam. Każdy myśli, żeby uwalać i porozrzucać, a ja, żeby umyć i poustawiać.
491A jak poustawiam i pouprzątam, to i czas rozpalać na podwieczorek.
492Moje dziecko, spotkało cię nieszczęście — to prawda. Jest zrozumiałe, że cierpisz. Ale nie wolno ci stwarzać do tego jeszcze jakichś sztucznych, imaginowanych powodów. Mówisz, żeś go nie dorastała. Nic nie wiadomo. Żeś mu nie dawała szczęścia… Och, moje dziecko, nie rób sobie wyrzutów. Czyż nie dosyć w tym smutku, że umarł.
Ja nie chcę cię pocieszać, nie myśl tego.
496Czas, Cierpienie, PrzemijanieJoanno, tylko czas cię uleczy. Nie czas pusty, który przemija, idzie obok nas i nic nie zmienia. Ale czas przecierpiany, cały napełniony cierpieniem. Więc ja cię nie pocieszam. Joanno, nie chcę ci przeszkadzać w tym, co przechodzisz. Musisz to sama wszystko docierpieć do końca. Tylko nie szukaj nowej udręki.
Tak, muszę — i nigdy nie zdołam. Bo jego śmierć, to nie jest coś, co by chociaż na chwilę przestało być. Jego śmierć jest ciągle.
498To jest nie tak, że on umarł. Jest tak, jakby ciągle umierał od dawna.
Och, znowu mówisz, nie wiedząc, nie mogąc nic wiedzieć. Człowiek, SamotnośćSłuchaj, pomiędzy człowiekiem i człowiekiem jest ciemność.
Cierpienie, Szczęście, PrzemijanieSłuchaj, gdy życie jest dla nas dobrem, gdy jest nieustającym szczęściem — a znowu później cierpimy tak, że chcemy z tego umrzeć — to przecież tym samym doznajemy życia, jakby według pewnej skali. I ta skala ma na pewno też swoje zero, które omijamy, nie wiedząc, i ma swoje niezliczone stopnie ku szczęściu i stopnie ku cierpieniu. Ale gdy nam drugi człowiek mówi, że się raduje, albo że się męcz, to my nic nie wiemy, co to jest.
Tak mi się wydaje. Bo przecież ta skala i jej stopnie są najgłębszą każdego z nas i zupełnie nieumyślną tajemnicą. To jest to własne, to jedyne, co każdy człowiek uczuwa, kiedy mówi: ja.
Więc to miejsce cierpienia, w którym człowiek popełnia samobójstwo, może być na innej skali tym samym miejscem, w którym drugi człowiek żyje całe lata. Może to miejsce jest dla drugiego człowieka jedynym doznawaniem życia. Może, mówiąc ja, może, wymawiając swoje imię — on uczuwa właśnie to, od czego inny umiera!
Przecież ja całe takie długie moje życie szłam sama w ciemności, choć żyłam tutaj, między wami. Natura cierpienia, natura miłości — wszystko, co jest od człowieka do człowieka, to jest już tylko ciemność.
Może byłam za głupia, za zwyczajna dla niego — tak. Ale go kochałam. Byłam taka, jak chciał, aby była jego kobieta. Byłam po prostu uczciwa. Tak było.
510I tak mogło być do końca! Ale ja zrobiłam inaczej.
511Ja, ja zamieniłam nasze życie w ohydę, ja zmarnowałam na zawsze wszystko, co było później, a także wszystko, co było przedtem. Tak! Skoro przecież to mogło się stać!
Nastały przecież takie dni, że żyłam przy nim — ja najbliższa — jak wróg. Chodziłam koło niego, patrzyłam w jego oczy, uśmiechałam się jak dawniej, by — jak dawniej — przebłagać jego mały gniew — o nic. Chodziłam koło niego, a on mi ufał, brał jedzenie z moich rąk, przyjmował moje usługi, przyjmował moje pocałunki i od mojego uśmiechu wreszcie się, przejednany, uśmiechał. Czy to nie straszne, pomyśl: patrzyłam w jego oczy bezpieczna! Bo jest ta ciemność między człowiekiem a człowiekiem, babko. Bo myśli są bezkarne, nie mają w twarzy człowieka żadnego kształtu, żadnego znaku. Myśl kończy się na mnie, myśl zaczyna się i kończy na mnie. Patrzyłam w jego oczy, mówiłam do niego jakieś słowa miłości. A moje myśli trwały. Mogłam ich nie mówić, mogłam je przytrzymać zębami, to mogłam. Ale nie mogłam ich nie myśleć. Patrzyłam w jego oczy i wiesz, co myślałam?
Miłość, ZdradaPatrzyłam w jego oczy i myślałam tak: „Krzysztofie, jesteś szlachetny, jesteś dobry, wiem, że mnie kochasz, wiem, że mi ufasz. A oto całe moje szczęście cudowne, całe moje straszliwe upojenie — jest tam, jest tam! Włóczy się tamtymi nocami, nad czarną wodą morza, pod księżycem. Włóczy się u nóg obcego, nieznanego człowieka, o którym wcale nie masz pojęcia, że istnieje…”. Tak właśnie myślałam…
Kiedy Krzysztof wyjeżdżał na kurację, ja zawsze na te sześć tygodni przyjeżdżałam tutaj z Olą. Ale trzy lata temu Ola przyjechała sama.
Nie wiedziałam o nim nic. I on wiedział tylko, jak mam na imię. I nawet tego imienia nie umiał wymówić po polsku.
Nie było ani jednej takiej chwili, żebym go kochała. Tylko — nie wiem — tylko myślałam, że jeżeli się to nie stanie, to ja umrę!
Wróciłam. Wróciłam wcześniej, niż miałam wrócić, uciekłam! Wróciłam — zaczęła się ta męka. Byłam szalona, szalona, że mogłam wtedy żyć! Że odważyłam się wrócić stamtąd i obok Krzysztofa żyć.Miłość, Zdrada, Cierpienie, Pożądanie Ale kochałam go tak straszliwie, kochałam go wśród takiej męczarni. Jak to zrozumieć, jak taka rzecz jest możliwa. Babko, patrzyłam w jego oczy pokornie, całowałam jego ręce i myślałam o tamtego uśmiechu! Wyobrażałam sobie ten uśmiech i nie mogłam inaczej. Natężałam wolę, by ten uśmiech z pamięci wydźwignąć i doznać od samego tego widzenia spazmu rozkoszy, przeszywającego wnętrzności jak nóż.
Wydawałam się na tamtą cudzą rozkosz, ja, jego najbliższa. A on zasypiał ufnie na moim ramieniu, jak każdej nocy przez tyle lat! Cóż to znaczy? Miłość, Cierpienie, PozoryWięc czym jest pieszczota w ciemności, w zamknięciu od świata, w zjednaniu najdalszym, aż po ostatnie odetchnienie rozkoszy, jeżeli za powiekami mogą być schowane te myśli. Za powiekami domkniętymi z upojenia, schowane za ustami, które mówią: „miły…”. Och, gdybym go mniej kochała, może mogłabym zrozumieć!
Teraz jest za późno. A przecież mogłam była do niego przyjść i powiedzieć, mogłam była jak przed tobą uklęknąć i wyznać. I tego nie zrobiłam!
Nie, nie dowiedział się nigdy. I może nic nie przeczuwał, że tego krzyczącego szczęścia nie było we mnie dla niego. Bo jedno już tamtego spojrzenie nalewało mnie po brzegi rozkoszą, bo za tamtego sprawą świat cały zmieniał się dla mnie w szaleństwo… Nie wiedział, nie wiedział. Odszedł i zabrał ze sobą to moje kłamstwo. Nie żył ze mną taką, jaką mnie myślał — miał przy sobie inną, nieznajomą kobietę I tego już nic nie naprawi, na to już nie ma sposobu.
Gdy ja myślę, że on przez ten czas oddychał jakby nie powietrzem, tylko jakąś trucizną, to się duszę, duszę się, jak we śnie!
539Może byłby mi przebaczył, może byłby uwierzył, że jego jednego przez całe życie kochałam!
On jeszcze ciągle umiera. Widzę go każdej nocy. Jest żywy — i ja mu mówię. O mojej zdradzie i o mojej miłości. Klęczę u jego nóg, jest sztywny, jest nieprawdziwy! Tarzam się i płaczę, błagam go, żeby żył — a on się rozwiewa, robi się jasny, on znowu umiera! Czy umiera z tego? Słucha długo i rozwiewa się, niknie. Umiera trochę inaczej, nie tak samo, jak w życiu: jest jeszcze, tylko robi się nierzeczywisty. Umiera jeszcze raz, umiera każdej nocy…
542A mało to miejsc, gdzie się taka panna może schować? Może poszła sobie na tę pogodę do lasu, a może sobie poszła do miasta, bo to daleko?
Ależ mamo, mamo, daj pokój! Nic nie ma. To pomyłka. Dowiedział się, że tu nikogo nie ma i poszedł!
Także! Prawdziwie ludzkie pojęcie przechodzi! Mało że cały dzień wciąż się tu ktoś koło bramy kręci po proszonym, że się trudno opędzić!
Jeszcze takie eleganty będą zajeżdżały przed samą bramę za jakimisi swoimi pannami! I jaki to śmiały, ojej! Z początku się tylko aby o panią Nielewiczową dopytywał. Czy w tym domu mieszka pani Nielewiczowa.
Czego żeście się wszystkie tak przelękly? Przecież to nie bandyta. To ten sam, mówiłam wam, ten sam! Wiedziałam, że jej będzie dobrze szukał!
Nie, babciu, już jak dotąd nie przyszła, to już dobrze, to już nie wróci. Chwała Bogu, że już wieczór, że dzień się jakoś dobrze kończy.
567No, jak babcia chce. Dobrze, dobrze, niech sobie babcia jeszcze posiedzi. Jest tak ciepło i słońce już nie razi.
Nie, dajcie mi pokój, dość mam tych wszystkich babskich historyj[12]! Co mam myśleć o Julii, wiem sama. Znam ją chyba dość dawno i zdania nie zmienię.
571Czy aby mamie nie będzie już chłodno? Ale proszę trzymać pled na kolanach!
Nie, bo mama mi znów powiada… Ale, ho, ho, już ja Julię dobrze znam!
574Idę teraz na górę poczytać. Cały dzień nie ma chwili czasu, żeby wziąć gazetę do ręki.
Wujenko, tam na górze jest Joanna. Niech wujenka trochę do niej zajrzy, ale cichutko, bo może śpi.
Bo ja czekam na mamę. Ludzie tam przyszli przed kuchnię, co robili w ogrodzie — i naturalnie kłócą się o coś z Zofią.
578Ja nie lubię takich rzeczy, więc uciekłam. Ale mama tam jest.
Moja droga, nie myśl, że jesteś taka oryginalna. Na to, żeby nie lubić przykrości, nie trzeba mieć duszy aż tak subtelnej.
Swoją drogą, twoja matka przesadza, za długo się nad wszystkim rozwodzi. Trzeba każdemu zapłacić tyle, ile mu się należy — i niech sobie idzie z Bogiem.
Już, już słoneczko się chowa. Ale to nic, za to za chwilę będziemy mieli znowu księżyc. Mamie nie chłodno? Nie, to prawda, cudowne powietrze.
Nic, nic, nie chcę przed babcią, to by ją zmartwiło, staruszkę.
595Ale jestem taka zbolała, dziecko drogie, nie umiem ci wypowiedzieć. Tego bym nigdy, nigdy nie pomyślała. Tyle lat ją uważałam za siostrę, tyle lat ją kochałam, jak siostrę.
596Ach, jak ona mogła! Powiedziała mi, że nigdy nie byłam dla niej dobra, że nigdy nie miała dla mnie uczucia siostry.
599Moje dziecko, już też nie możesz powiedzieć, żebym ja nie miała wyrozumienia na takie rzeczy. Ale ona mi powiedziała to, co myśli naprawdę. Ona mi wymówiła, że kiedy wuj Andrzej chorował, to Włodzimierz mu nie pomógł. Różo droga, on wtedy nie mógł, on wtedy się dorabiał — to twój ojciec wysłał Andrzeja do sanatorium. Ona tak zupełnie mówiła, jakbym ja przyłożyła ręki do śmierci mego jedynego brata, dlatego, że Włodzimierz dał mu tę robotę w swoim biurze i praca biurowa mu zaszkodziła. Któż mógł wiedzieć, moje dziecko, właśnie Włodzio w ten sposób chciał mu pomóc. Nie, Różo, Tekla to powiedziała szczerze, ona tak myśli, ona tak myślała przez te wszystkie lata. Ona powiedziała prawdę, to nie była tylko irytacja, ona ten żal miała w sobie od tamtego czasu! Rozumiesz, Różo. Ona tym przekreśliła nie tylko to, co między nami jest teraz, ale to, co kiedykolwiek między nami było. Więc ja się tylko łudziłam? To jest straszne pomyśleć!
Och, to nie to! Pozory, Prawda, CierpienieWłaśnie wszystkie jej przykre słowa ja zawsze brałam tylko za pozór, zawsze myślałam, że ona jednak w głębi serca mnie kocha. A tymczasem to właśnie, co ja brałam za pozór, to była prawda. Tak, to już nie było jej zwykłe rozgoryczenie. Och, Różo, jest mi tak, jakbym straciła siostrę.
Nie, to jest skończone. Ja już bym nie mogła uwierzyć. Nie, sama ambicja mi nie pozwala. Moja wewnętrzna godność…
Tak myślę naprawdę. Może się czasami wydawać, że za bardzo o siebie dbasz, że za bardzo się pieścisz. Ale jesteś dobra.
610I wiesz, ciociu, przecież ty jesteś jedna tylko, która to rozumiesz… Ty jedna bronisz Piotra, ty jedna się nie dziwisz, że ja mogłam go tak kochać, że ja go pomimo wszystko dobrze wspominam.
611Wujenka mówi, że on był fałszywy. Mój Boże! On był tylko dla każdego miły, każdemu życzliwy, wesoły, uczynny — już takie miał usposobienie. Ale mnie nie oszukiwał, ale mówił prawdę. Był lekkomyślny, to prawda, ale nie udawał innego. Pozwalał, żebym i ja się bawiła, lubił, jak się podobałam, nie był zazdrosny. To Krzysztof nie dał Joannie nigdzie iść, nie dał jej z nikim rozmawiać, wciąż się gniewał o byle co, wciąż jej robił awantury — a wszyscy go chwalą. Ale Piotr był dobry. A jak się to stało, to mi powiedział szczerze, to mi od razu wyznał… Że już tamtą woli, że tamtą kocha.
Trudno, cóż robić. Każdy ma błędy, każdy jest słaby. Ale cóż by to było, gdyby wszyscy byli doskonali, jakiż to byłby świat! Trzeba wybaczyć, trzeba zapominać, bo i nam samym wiele jest do wybaczenia.
Naprzód mnie kochał. Był serdeczny, był miły, wszystko byłby dla mnie zrobił. A potem mu to przeszło, zakochał się w innej — no więc co? Teraz wszystko w niej widzi, tak jak przedtem widział we mnie, ona teraz jest mu miła, a ja mu jestem niemiła.
616Miłość, ZdradaWięc czy to jest jego wina, że mu się tak serce odmieniło? Więc cóż on miał robić?
MiłośćTak, dziecko, ja ciebie rozumiem, bo ja rozumiem miłość. Tekla mówi, że to jest tylko zaślepienie. Naturalnie, każdy jest zaślepiony, jeżeli kocha. Ale też dlatego miłość wszystko podnosi, upięknia, wszystko uszlachetnia. Dlatego miłość jest takim szczęściem.
Jeżeli on ją kochał, a mnie nie, to moja ciociu, co on miał robić? I gdyby nie to, że ja z tego powodu cierpię, to w tym nie byłoby przecież zupełnie nic złego.
Chodź, dziecko, zejdziemy jeszcze do ogrodu uspokoić się, posłuchać słowika.
622Ja tu wróciłam tylko po szal, bo ciepło, ale zawsze już wieczór nadchodzi, może mi zaszkodzić.
Jak chcesz, jak chcesz, dziecko. To ja pójdę sama. Tylko natura może jakoś ludzki żal ukoić. Wiesz, przy białej ławeczce rozwinęły się dziś trzy narcyze[15]. Naprawdę! Nie widziałaś? I już pachną! Pójdę, podumam, pomodlę się, jakoś się może uspokoję. I zapomnę o tym, co mnie boli.
Nie wiem już, co mam robić. Och, Różo, Różo, taka zmęczona jestem całym dniem. Gdybyż już przeszedł, gdybyż już minął!
Sama chciałam, żeby babcia z nią pomówiła, bo Joanna ma do niej może najwięcej zaufania. Myślałam, że tak będzie lepiej, ale nie, wcale nie.
Babcia mówi, że ona nie może sama brać za to odpowiedzialności. Ona jest tą rozmową zupełnie rozstrojona. Wygląda na to, że Joanna coś wie.
Ale gdzież tam! Nic podobnego! Przecież, mamo, Joanna na całą tę awanturę żadnej nie zwróciła uwagi. Nie zapytała się nawet, czego on chciał.
Mamo, mamo, warta jesteś bury. Któż to tak robi! Wpadasz tu nagle z płaczem i zaczynasz obejmować Joannę. Jakże można tak nie panować nad sobą! Gdyby nie to, że ona jest taka obojętna, to by się przecież domyśliła, że coś jest, to by się zaczęła wypytywać!
To prawda, już sama nie wiedziałam, co robię. Tyle się dziś wyprawia, że nie wiem! Tyle przykrości, tyle ciężkich rzeczy przez jeden dzień.
Mamuś, nie przesadzaj! Ona po tym wszystkim bez słowa poszła na górę. Naprzód z nią byłam, ale nic nie mówiła, nawet wzięła książkę, jakby chciała czytać. Widziałam, że jest spokojna, więc ją zostawiłam. Rano dość spacerowała i ze mną, i z ciocią Julcią.
To dlatego, że dziś wcześniej wstała. Nie, mamo, nie ma o czym mówić. Ją cała ta dziewczyna nic nie obchodzi, nic nie zauważyła, niczym się nie zainteresowała.
Tak! Tak! I o takie stare sprawy im chodzi, mój Boże. To prawda, co babcia mówi, że między człowiekiem i człowiekiem takie jest wszystko niejasne i niewiadome. Bo Tekla powiedziała, że przez całe życie cioci Julci nie lubiła, że jej nigdy nie kochała. A ciocia żyła z nią, jak naprawdę z siostrą, myślała zawsze, że też jest przez nią kochana. No i dopiero dziś się takiej rzeczy dowiaduje!
Tak, babcia to zawsze mówi, i to jest prawda. Ale Julia się z Teklą na pewno znowu prędko pogodzi.
Ale ojciec był dobry, prawda? Ciocia Julcia mówiła, że opiekował się wujem Andrzejem, że go wysłał do sanatorium, więc był dobry.
Andrzej i Tekla byli w bardzo ciężkich warunkach, kiedy on zachorował. Więc w tym nie ma nic dziwnego. Ojciec był stosunkowo zamożniejszy.
Pamiętam od najdawniejszych czasów, że ojciec zawsze był siwy i taki poważny. Ale dla nas był łagodny. Ojciec był dobry, prawda?
To jest bardzo ważne, że był dobry. Bo babcia mówiła tak, jakby czuła się winna. I jakby dopiero później zrozumiała tę swoją winę.
Ech, to ci się wydawało. Moja Różyczko, ja nie mam na to głowy dzisiaj. Dajże mi pokój[16] jeszcze ze starymi sprawami. Dosyć mam tego, co się tutaj dzieje.
661Po co mi jeszcze dawne zmartwienia. Teraz widzisz, ci ludzie wcale jeszcze nie poszli. I Zofia nie może sobie sama z nimi poradzić.
662Ach, bo Zofia mówi, że w zeszłym tygodniu te dwie kobiety robiły tylko cztery dni. To nie jest prawda. Mnie się zdaje, że one były przy całym sadzeniu, że może najwyżej opuściły jeden dzień. Zresztą było przecież święto. Prawdę mówiąc, nie zapisywałam tego i niedobrze pamiętam. Chodzi o głupstwo, ale Zofia zamiast robić kolację, ujada się z nimi, taka się robi od razu zapalczywa, że nie wiem. Więc one teraz chcą, żeby z nimi iść do ogrodu, to one pokażą te grządki, które wtedy robiły. Ja nie chciałam, ja im wierzę, ja już nie mam na to głowy. Ale Zofia poszła, teraz tam siedzi i ani myśli o kolacji. Już zaraz będzie siódma, wszystko się spóźni. A Julia nie może jeść za późno, zaraz jej szkodzi.
Poczekaj, poczekaj, idę z tobą. To niemożliwe, żebyś ty zawsze wszystkie kłopoty załatwiała sama.
O, będę się starała zabrać pani jak najmniej czasu. Ale jednak może mnie pani wysłucha. Powiem krótko całą sprawę.
674Jestem w strasznym położeniu! Może to wystarczy, jeżeli pani wyznam, że jedyną na świecie osobą, do której mogłam się zwrócić i która może mnie wybawić, jest właśnie pani!
Matka jest ciężko chora na nerwy, na wszystko. Może to pani jest obojętne, może pani sobie w to nie wierzyć, ale ten ostatni cios ją dobił. Ona jest niezdolna do życia, ona musi mieć pomoc. Krzyś jest w czwartej klasie. Zawsze był chorowity, a teraz już trzeci miesiąc gorączkuje. Na razie wysłałam go na wieś, ale doktor podejrzewa, że to coś w kości, w kolanie. Ja od roku miałam posadę i teraz właśnie musiałam ją sama rzucić.
677Musiałam! Pani rozumie, jaka jest sytuacja? Ja jedna ich oboje teraz utrzymuję, matkę i brata.
A teraz, widzi pani, ja jestem nad przepaścią, jestem teraz nad samą krawędzią. I mogła się pani sama doskonale przekonać, jak jest! Ten człowiek, który mnie tu u pani szukał, któremu się ledwo wymknęłam, to właśnie on! To Liwieniecki!
To jest współwłaściciel tych zakładów, współwłaściciel firmy Liwieniecki i Chapall. I zarazem główny dyrektor tego wszystkiego.
Och, nie tylko na drodze byłam dziś rano! Byłam także tu.
690W tym samym pokoju. Pani też o tym nie wie?
691Więc właśnie wtedy widziała mnie pani jedyny raz w życiu, kiedy płakałam — tak?
O Liwienieckim pani też nic nie słyszała — co? To jest bogacz! Ale jego żona jest jeszcze bogatsza, jej rodzina ma w tym umieszczone swoje ogromne kapitały. Teraz pani rozumie? Tu nie ma nawet mowy o małżeństwie, on tego wcale nie tai, on mi zupełnie nic nie obiecuje.
695On zresztą, wiedząc o moim pochodzeniu, może nawet nie uważałby tego za potrzebne…
696Nie! Jednego jestem pewna, że wówczas, kiedy brał mnie do siebie, kiedy mi dawał tę posadę, to sam był najdalszy od tej myśli, że mnie pokocha.
697Bo gdybym jeszcze to miała o nim przypuszczać, że to wiedział, że tak to sobie umyślił!
Tak, naturalnie, u niego! I ta pensja wystarczała dla nas na życie, nawet po śmierci ojca. Ale to jednak były pieniądze od niego — pani rozumie, do czego to prowadzi? I kiedy mama w marcu musiała się leczyć, to już to nie wystarczało, to już trzeba było niby to wziąć pożyczkę, brać małe zaliczki — rozumie pani? A teraz znowu choroba Krzysia — może sanatorium, może zagranica — bo ja wiem? To jest strasznie poważne. Więc ja nie mogłam u niego zostać…
700Cierpienie, Miłość tragiczna, PrzemocAle on mnie teraz wciąż śledzi, on mi nie może darować, że ja nie przychodzę do biura, on mnie ciągle, ciągle prześladuje! Pani! — ja się nie mogę przed nim obronić, jeżeli mi ktoś nie pomoże, jeżeli ja nie będę mogła wyjechać. On ma za silny wpływ na mnie. On jest jakiś nieubłagany, on jest okrutny! Nie daje mi wcale spokoju. Gdy wchodzę do sklepu, on, nie wiadomo skąd, się pojawia, gdy jadę gdzieś tramwajem, on nagle razem ze mną wysiada z drugiego wagonu. On jest straszny. On mówi, że widocznie ja go nie kocham. On nie może tego zrozumieć, dlaczego ja od niego uciekam. Jego to właśnie doprowadza do szału, że mu się opieram, że ja tak się go boję. Ja nie wiem, jacy są inni, dla mnie nikt taki nie był. On chce wciąż być ze mną. On musi wszystko o mnie wiedzieć. Więc chyba on naprawdę mnie kocha. On mi wciąż grozi, on nawet czasami myśli, że ja może mam kogoś innego i on grozi, że zabije tego kogoś i mnie. Nie mogę się nigdzie ukryć, nie mogę uciec. Pani widzi, że ja nie mam wyjścia. Gdyby mama była jakoś zabezpieczona i Krzyś, to ja sobie zawsze dam radę, ja wszędzie na siebie zarobię. Ale ja muszę wyjechać! Tutaj on mnie nie puści, tu on mnie wszędzie znajdzie!
703Ja dawno sobie nad tym łamię głowę, ja się długo wahałam, nim zdecydowałam się jechać do pani. Pani wie, co ja chciałam zrobić? Ja nawet myślałam, żeby pójść do jego żony.
704Pani położenie jest naprawdę bardzo trudne. Niech pani usiądzie. Czy on, kochając panią, nie rozumie, jak panią krzywdzi?
Ale ja to za dobrze rozumiem, za dobrze ja już wiem, co to jest. On ma żonę i ona też nie da mu rozwodu, choćby nawet chciał. Ale zresztą on wcale nie chce.
708Czy ma ze mną się liczyć, czy z moją rodziną. Mama przecie z rodziną musiała zerwać, nie mamy nikogo. Więc niech mi da pokój, więc niech mi da odejść, niech mnie zostawi, niech mnie zostawi!
709Nie, póki jestem z nim, póki go widzę, nigdy nie zdołam zerwać, to na próżno! Przecież dlaczego ja nie mogłam zostać w biurze. Byłam wciąż z nim, byłam w pokoju obok, w otwartych drzwiach. Widziałam go przez całe godziny — gdy wstawał i chodził, gdy siedział i pracował. I kiedy rozmawiał z ludźmi — taki opanowany, kiedy się nawet uśmiechał — a ja wiedziałam wszystko, co się w nim dzieje! Och, tego nikt nie wytrzyma!
710Nie, nie, ja muszę uciec. Ja muszę tak wyjechać, żeby on nie wiedział gdzie, żeby mnie nie znalazł. I żeby mama także nie wiedziała, bo mu powie. Nikt! Nikt!
Tak, tak, mama jest taka słaba. To od mamy on się dowiedział, że ja pojechałam do pani. I w godzinę po przyjściu pociągu on już tu był samochodem. On wie, że jeżeli pani mi pomoże, to on mnie straci.
Naturalnie, nie powinna była mu mówić. Ale ona zawsze każdemu ustąpi. Ją to wzrusza, że on mnie tak kocha, ją to ujmuje. Ona to przecież wie, że my we troje jesteśmy na świecie tacy samotni, że nasz los nikogo nie obchodzi — więc on jest ten jedyny, który jest kimś bliskim, kimś swoim.
Pozycja społeczna, Zdrada, CierpienieWięc widzi pani, wszystko się tak układa, wszystko się tak sprzysięga przeciwko mnie. Jestem jak osaczona. Tak, jestem po prostu zmuszona zostać jego kochanką, jestem do tego moralnie zobowiązana! Jak ja się mam temu oprzeć, jeżeli mi ktoś nie pomoże?
Och, Boże, kocham, kocham! Naturalnie, że go kocham! Tak samo zupełnie, jak moja matka kochała mego ojca. Ona mu zaufała — i do czego to ją doprowadziło?
719Mama przecież, zanim poznała się z ojcem, pracowała na siebie.
720Mama śpiewała i trochę także tańczyła. Ale ojciec jej nie dał występować. Och, mama była bardzo ładna i bardzo wesoła. Teraz już tego wcale nie znać.
Chora i zupełnie przez te ostatnie przejścia zmarnowana.
723Pani! Jeżeli pani mnie nie wyratuje, to ja przepadnę! On nie odstąpi, on mnie już z rąk nie wypuści, on zepchnie mnie tam, gdzie moją matkę ojciec! Ja to mówię, choć nie powinnam, ale czyż przed panią mam ukrywać, czym było jej życie! Liwieniecki też ma żonę, której wszystko zawdzięcza. Widzi pani, ja nie mam złudzeń, chociaż i on przecież umiera z miłości dla mnie. Wszystko dla mnie zrobi, wszystko mi odda — prócz tego jednego, prócz nazwiska!
Ja za dobrze już wiem, co to jest. Ja wiedziałam, ja pamiętam życie matki, nawet gdy była szczęśliwa. Jej łzy co dzień, jej wieczną z nami samotność, te wieczory, gdy byliśmy zawsze tylko we troje. Myśmy nie od razu zrozumieli jej łzy, myśmy myśleli, że jesteśmy jak inne dzieci. Dopiero jakieś słowa służących, jakieś awantury z dozorcą… Tak! Tak! To nie jest nieszczęście, które raz spada, to jest codzienna sprawa, to się dzieje ciągle, ciągle, każdego dnia, każdej godziny dnia — do tego nigdy a nigdy nie można się przyzwyczaić.
Och, tylko nie to, proszę pani! Proszę bardzo! Ja tu przecież przyjechałam z interesem, tylko z interesem. Pomoże mi pani czy nie?
No, tak zaraz nie mogę pani sama odpowiedzieć. Musiałabym porozumieć się z moją matką. Może się znajdzie jakiś sposób.
Samobójstwo, CierpienieA pani może także nie wie, że matka się truła? Kiedy się rozchorowała, byliśmy przy niej tylko my dwoje. Ja ją ratowałam, Krzyś telefonował po doktora. Nic nie rozumieliśmy, co się dzieje. I dopiero doktor nam powiedział, że to jest otrucie. I pytał się, czy nie ma kogo z rodziny, kogoś starszego. I myśmy powiedzieli, że nie ma nikogo. Bo przecież wieczorem już nigdy nie można było telefonować do ojca do domu. Widzi pani, ona chciała od nas odejść, nas porzucić,choć nas tak kocha. I zresztą któż nie boi się umrzeć? To jest ciężka rzecz — samobójstwo.
Więc widzi pani. Matka tak wiele przeszła, że już samo poczucie sprawiedliwości, że najzwyczajniejsza ludzkość… I zwłaszcza teraz, mój Boże, kiedy już, kiedy właściwie… Ja wiem, że pani sama jest ciężko dotknięta.
737Ale pani nie ma przynajmniej troski materialnej, pani i pani córce nic nie grozi. Ostatecznie, wszystko tak się ułożyło, że pani może teraz tę rzecz jakoś naprawić.
Ja rozumiem, położenie jest bardzo ciężkie. Pani jest za młoda, by to udźwignąć. Ale dlaczego ja? Dlaczego pani o mnie pomyślała?
Wysłałam dwa listy, podpisane imieniem i nazwiskiem. Drugi list był polecony. Więc jest niemożliwe, żeby oba nie doszły.
Niech pani się tak nie unosi. Ja nie cofam tego, co powiedziałam, ja spróbuję pani pomóc. Ale listów żadnych nie otrzymałam…
Prawdę mówiąc, to nie do mnie należało w tej sprawie zrobić pierwszy krok. Gdyby pani była kobietą szlachetną, to ja nie potrzebowałabym sama z tym zwracać się do pani.
O, nie! Ja panią znam dobrze, znam od dawna! Ostatni raz widziałam panią z bliska na pogrzebie. I Olę też widziałam.
Wiem, wiem, naturalnie! Pani jest zabezpieczona i ona może sobie studiować za granicą. A my, a my!
O, nie! Teraz ja już pani nie puszczę! Teraz, kiedy wreszcie z takim trudem tu się dostałam! Jak pani może, jak pani ma sumienie!
Ja mam prawo żądać! Ja żądam nie dla siebie!
770Brr… Brzydziłabym się tym teraz, ja mogę pracować. Żądam dla chorej matki!
Proszę pani, pani się myli co do osoby czy co do nazwiska, jeżeli pani w ogóle nie udaje. Mój mąż od czterech miesięcy nie żyje. Ale żaden szantaż tutaj się pani nie uda!
Jak to ja się mylę. Po cóż to mówić. Przecież ja panią doskonale znam z fotografii i z widzenia. I znam także pani mieszkanie, nawet widziałam pani pokój. Tyle razy byłam w domu u ojca — latem albo w święta, kiedy pani wyjeżdżała tutaj z Olą. Przyglądałam się w salonie pani portretowi i nawet sobie myślałam: „Od tej pani wszystko zależy — o gdyby chciała!”. Tak! I przecież mówiłam, że widziałam panią i Olę na ojca pogrzebie.
773Bywałam u ojca — niestety! — także po pieniądze. Bo w ostatnich czasach już wiele się zmieniło. Dawniej nic nam nie brakło, mnie i bratu. Ojciec był dla nas bardzo dobry, tyle było zawsze uciechy, jak przychodził do domu. Był wesoły, śpiewał. Czasami byli goście, mama też śpiewała, nawet czasami tańczyli. Och, w dzieciństwie byliśmy szczęśliwi. Zawsze w lecie ojciec do nas przyjeżdżał tam, gdzieśmy byli z mamą, na wieś, albo w góry — i wtedy już miał czas! Był z nami przez cały dzień razem. Tak, dawniej nie potrzebowałam mu przypominać o jego obowiązkach.
No, naturalnie, z powodu tej młodej dziewczyny, która opanowała ojca, by go wyzyskiwać, by korzystać z jego słabości.
Och, ileż matka się z jej powodu napłakała. Gdyby nie ona, ojciec żyłby do dziś. To ona zrujnowała mu zdrowie.
To się zaczęło może trzy, cztery lata temu. Ojciec zmienił się wtedy zupełnie, rzadko przychodził, był dla mamy opryskliwy, obojętny, nic go nie obchodziło, co się działo w domu, nawet my.
Od mamy? Nie. To mi powiedział ojciec, kiedy dorosłam i kiedy zapytałam się ojca, dlaczego tak z nami jest. Sam ojciec mi to powiedział.
Jak to, jakich pieniędzy? Ojciec mimo wszystko do końca dawał mamie coś na utrzymanie i opłacał gimnazjum Krzysia. Z trudnością, ale jednak coś dawał. Jest niemożliwe, żeby nic nie zostawił nam, swoim dzieciom.
No, mam osiemnaście lat. Ale to nic nie ma do rzeczy. Nie jestem dzieckiem, niestety, znam życie, jak gdybym miała lat trzydzieści. I to, co mówię, to na pewno jest prawda.
Z tego nie będę korzystała. Ale…
802Właściwie on nic nie zostawił, przeciwnie, są tylko jakieś zobowiązania. I nie tylko nic nie zostawił, ale nawet z moich pieniędzy też nie ma już nic. Tak, że dziś tylko moja matka…
To była moja ostatnia nadzieja. Jeżeli ja, jeżeli ja zdecydowałam się tu przyjechać… Czy pani myśli, że mi łatwo było to zrobić? Zwrócić się do pani, do pani, która… Co ja zrobię, co będzie z matką i z Krzysiem ! I ze mną!
Ona musi tu zostać przez jakiś czas, może na krótko, zanim się coś obmyśli. Ale teraz musi zostać.
Mamo, bądź jeszcze raz dobra. Weź ją. Nazywa się Ewa, to ta sama, co była rano. Ona nie mogła inaczej zrobić, ona musiała sama przyjechać, jeżeli nie dochodziły listy. Tu nie ma jej winy. Weź ją, zabierz. Najlepiej niech idzie na górę. Niech tam pobędzie, niech tam trochę posiedzi. Ja przyjdę, ja się później tym zajmę. Tylko nie teraz,
819Teraz, nie wiem, czy będzie ci lżej czy będzie ci jeszcze ciężej.
831Ale już teraz… Już tym jednym nie powinnaś się dręczyć… Nie możesz robić sobie wyrzutów…
To, coś ty czuła, jednakże było prawdą, Joanno. Pomimo wszystko, pomimo wszystko. To, żeś go kochała. Tylko to.
Myślę: Krzysztof. Ale nie ma go już na tym miejscu, gdzie jest to słowo.
839On jest gdzie indziej. Tam jest ktoś inny, ktoś, czyja śmierć jest ode mnie daleko… Gdzie on jest? Nie ma go na miejscu jego śmierci…
Czy mogę myśleć, że nikt nie umarł? Myśleć, że umarł ktoś nieznajomy? Babko… Czy Krzysztofa nigdy nie było?
Czy nie było także jego śmierci? Jest tak, jak gdyby nic nie było… Jak gdyby może nawet nie stało się nic…
On tu jest! Pani droga, pani jedyna, on tu jest! On jeszcze raz wrócił! Niech pani mnie osłoni, niech pani mnie obroni, niech pani mi nie da za nim iść!
Więc co ja mam robić, kiedy ten pan sam się przepchnął przez bramkę i chce tu iść. Mówiłam mu, że nie można i zamkłam[18] drzwi…
Jak chcesz, Tekluniu. Ja bo ci z całego serca przebaczam. A jeżeli wolisz, to może ty mnie przebaczysz — dobrze?
857Kto by tam miał siłę gniewać się w taki cudowny wieczór! Liście i trawa tak pachną.
858No, co się tu dzieje. Czy mi się zdawało, że Zofia wołała na kolację?
O, to ta sama moja para zakochanych…
861Już się spotkali, już się pogodzili. I to tu, u nas, w naszym ogrodzie! Któż by uwierzył!
Miłość, Młodość, PozoryOn jej okrywa pledem nogi, ona się do niego uśmiecha. Co się dziwić! Są tacy młodzi, mają przed sobą całe życie szczęścia.
Takam dziś kontenta (daw.) — konstrukcja składniowa z ruchomą końcówką czasownika, dziś: „taka dziś kontentna (jestem)”; kontentny (daw.) — zadowolony. [przypis edytorski]
wysyłać do wód — daw. wyjeżdżać do uzdrowiska/sanatorium na kurację bądź odpoczynek. [przypis edytorski]
„Trwa szczęście twoje beze mnie, w górach zamknięte zielonych…” — fragm. wiersza Zofii Nałkowskiej. [przypis edytorski]
Nikt nigdy nie byłby pomyślał (daw.) — konstrukcja składniowa z użyciem czasu zaprzeszłego, dziś: „nikt nigdy by nie pomyślał”. [przypis edytorski]
historyj — oboczna forma rzeczownika „historia” w dopełniaczu liczby mnogiej. [przypis edytorski]
zamkłam — popr. „zamknęłam”, błąd językowy sugerujący niższy status społeczny bohaterki i jej brak wykształcenia. [przypis edytorski]