<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/morawska-wilcze-gniazdo/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Morawska, Zuzanna</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Wilcze gniazdo</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kowalska, Dorota</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Gąsior, Agnieszka</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.funding xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Darek Dzida</dc:contributor.funding>
<dc:contributor.funding xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">sroczka</dc:contributor.funding>
<dc:contributor.funding xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Paweł Kni Żórawina</dc:contributor.funding>
<dc:contributor.funding xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Darek Dzida</dc:contributor.funding>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pozytywizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">powieść historyczna</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl).</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/morawska-wilcze-gniazdo</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://mbc.cyfrowemazowsze.pl/dlibra/doccontent?id=13194&amp;from=FBC</dc:source.URL>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Zuzanna Morawska, Wilcze gniazdo. Powieść z czasów krzyżackich dla młodzieży dorastającej, Gebethner i Wolff, Warszawa 1889.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Zuzanna Morawska zm. 1922</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1993</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2015-08-13</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/image/3440819345_d0fbe01e44_o.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">The Castle of Belogradchik, Klearchos Kapoutsis, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/4474</dc:relation.coverImage.source>

<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/morawska-wilcze-gniazdo.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0565-1</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/morawska-wilcze-gniazdo.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1559-9</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/morawska-wilcze-gniazdo.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2514-7</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/morawska-wilcze-gniazdo.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3561-0</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/morawska-wilcze-gniazdo.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4647-0</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<category.thema>3KLW</category.thema>
    <category.thema>1DTF</category.thema>
    <category.thema.main>DS.WL-H </category.thema.main>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><powiesc>

<abstrakt>
<akap>Wzruszająca, choć i straszna opowieść z XIV-wieczną polityką w tle.</akap>





<akap>Wilczym gniazdem nazywali ponoć krzyżaccy mieszkańcy Malborka szkółkę,
w której trenowali wziętych do niewoli chłopców polskich i litewskich.
Za plecami nieudolnego, gnuśnego wielkiego mistrza rozgrywają się
intrygi, ambitni dostojnicy chcą chytrze skłócić i pokonać sąsiednie
państwa: Polskę i Litwę, a młodzi jeńcy mają być częścią tego
podstępnego planu.</akap>






<akap>Dzielny Siewros, który w niewoli zapomniał ojczystego języka, wraz z
przyjacielem Jaśkiem, uciekają z lochu i po wielu strasznych
przygodach, prosto z pola bitwy, ledwie uniknąwszy ofiarnego stosu,
trafiają na pogański dwór Gedymina, pełen oswojonych niedźwiedzi i
dzielnych wojowników. Piękna Bogna, lacka branka usługująca książęcej
córce, wydaje się podobna do kogoś znanego...</akap>


</abstrakt>



<nota_red>

<akap>Poprawione błędy źródła: 
powtarz ły -> powtarzały; 
niedogasle ognisko -> niedogasłe ognisko.</akap>
</nota_red>




<autor_utworu>Zuzanna Morawska</autor_utworu>



<nazwa_utworu>Wilcze gniazdo<pe><slowo_obce>Wilcze gniazdo</slowo_obce> --- tekst nieuwspółcześniony, z dawną, nieujednoliconą pisownią i nieznormalizowaną interpunkcją. Nieodpowiedni do samodzielnego czytania dla młodszych dzieci, uczących się współczesnej polskiej ortografii.</pe></nazwa_utworu>


<podtytul>powieść z czasów krzyżackich<pe><slowo_obce>Wilcze gniazdo, powieść z czasów krzyżackich</slowo_obce> --- wydanie źródłowe z 1889 r. zawiera 5 rycin St. Witkiewicza.</pe> dla młodzieży dorastającej<pe><slowo_obce>Wilcze gniazdo, powieść z czasów krzyżackich dla młodzieży dorastającej</slowo_obce> --- tekst zawiera drastyczne opisy, m.in. samobójstw, dlatego o dojrzałości młodszych dzieci do takiej lektury powinni zadecydować opiekunowie.</pe></podtytul> 



<akap>Dawno to już, dawno, przy zwiedzaniu malborskiego zamku, wskazano nam stojący w obrębie jego murów budynek, nazywając go Wolfshöhle lub szkołą, w której niegdyś kształcono młodzież, zostającą pod opieką krzyżackiego zakonu.
W lochach zaś zamczyska pokazywano otwory
kanałów, prowadzących aż do odnogi Wisły. ,,<wyroznienie>Tędy
to nieraz uchodzili ludzie, przynosząc nie jednę
biedę krzyżakom</wyroznienie>," --- dodał oprowadzający.</akap>





<akap>Opowiadanie to nie schodziło nam z myśli, ---
w zamczysku, zamiast rzeczywistości, przesuwały
nam się tylko zamierzchłe postacie. Zestawiwszy
opowiadanie z wypadkami, zapisanemi na kartach
historyi, powołujemy owe postacie do życia, przedstawiając je młodym czytelnikom.</akap>


<nota>
<akap>Z. M.</akap>


</nota>




<naglowek_rozdzial>I</naglowek_rozdzial>





<akap>Pomiędzy dwiema ścianami gęstego litewskiego lasu, stało wielkie ludzkie schronisko. Ba, i to
nie byle schronisko, lecz jakoby zamek obronny. Na wysokiem wzgórzu, na wzniesieniu grubych
kłód, i nieociosanych bierwion modrzewiowych, stał
dworzec długi, z jednej strony dziwnie jakoś od
dachu spuszczający się ku ziemi, --- tak jak oto
czasami drzewo, które wyrosłszy z korzenia, nie
od razu strzela ku górze pniem prostym, lecz nie
mogąc oderwać się od łona swej karmicielki, wyrasta pochyło, czepia się jej jeszcze odroślami,
wreszcie wzmocnione, prostuje pień i rozszerzając
gałęzie, roztacza z nich osłonę szeroką, lecz przysadkowatą.</akap>


<akap>Z takich to drzew wziął i człowiek wzór wznosząc dla siebie mieszkanie.</akap>


<akap>I zamczysko na wzgórzu nie inaczej było sklecone. Wyrastało od jednej strony pochyło, aż od
drugiej wzniosło się wysoko, i jak drzewo gałęziami, tak zamczysko szeroko rozpiętym dachem osłaniało swoich mieszkańców. Ściany tego schroniska były z wierzchu tak gęsto chrustem obłożone od stóp, aż do okapu tak utkane mchem,
gliną i tak razem zbite i złączone, iż próżnobyś
szukał, co tam jest pod tą grubą warstwą, --- drzewo czy kamienie.</akap>


<akap>Wśród tej warstwy zwierzchniej, widać było
tylko czworokątne niewielkie okienka, w które
wiosenne promyki słonka gwałtem się wciskały,
jakby ciekawe, co tam we wnętrzu się dzieje.
Lecz żółto-białe pęcherze, któremi przesłoniono
okna, walczyły z promykiem słonka, wydając tylko od czasu do czasu mrukliwy trzask, to jest,
gdy wysuszone zwierzchnie żyłki pęcherza, kurcząc się pękały. Lecz jeden otwór nie zasłoniony był pęcherzem, a od wnętrza odsunięta drewniana zapora łatwo przepuszczała ciekawe słonko,
które wniknąwszy do głębi, zawstydzało swoją świeżością czerwono-żółte światło ognia, rozchodzące
się na całą izbę od palącej się kłody drzewa, na
trzonie ułożonym z płaskich kamieni.</akap>


<akap>Dym, wychodzący z pod szerokiego okapu
nad trzonem, znajdował obszerne ujście otworem
w dachu. Ten wielki trzon, buchający ogniem
i światłem, był przyjacielem całej rodziny. Obecnie jednak odwracano oczy od ognia, wyglądając
rychło słonko wszystkich ze schroniska wywabi.
A słonko wyjrzawszy z za mgły gęstej, przedarłszy
jej sino-białą oponę, rzuciło cały snop promieni.
Promienie te były jasne, wesołe i uśmiechnięte, jak
to zwykle na wiosnę. Igrały więc i ze śniegiem
i z wodą, błyszcząc w niej miliardem świateł, aż
zawisły złotemi smugami na skraju czarnego lasu,
który wierzchołkiem wyniosłych sosen strzelał ku
górze.</akap>


<akap>I woniało w powietrzu od rozgrzanych iglic świerkowych a sosnowych, woniało świeżością ziemi wypuszczonej z pęt zimowych, a też i wodą
szumiącą, której dostarczały coraz więcej śniegi rozpływające się pod wejrzeniem wiośnianego słonka. Niekiedy zaświergotało ptaszę, wzniosło się
ku górze i przysiadło na świeżej roli... Tam znów
robaczek wywabiony ciepłym podmuchem, wypełzał z ziemi i znów skrył się w czarne jej łono, nie
mając jeszcze dosyć odwagi, aby stawić czoło
niebezpieczeństwu, które nań czyhało w postaci
maleńkiego skowronka. Z lasu dochodziły również odgłosy, to łamanie się i trzask gałęzi,
to ryk dzikiego zwierza, który przeczuwając powrót wiosny, wychodził ze swoich kryjówek,
aby szukać jasnych ożywczych promieni. W ludziach, jak i w całej przyrodzie, rozbudziło się
życie, ostrą zimą uśpione; dzieci chwytały wdzierające się przez okna promienie, dziwiąc się, że
mimo mozolnych usiłowań, nie mogą ich w rękach utrzymać.</akap>


<akap>Stary zaś Tubingas, pan zamku, nieopuszczając przez całą zimę łoża okrytego niedźwiedzią
skórą i wpatrzony ciągle w wielkie ognisko swej
komnaty, odwracał teraz coraz częściej głowę
w stronę największego, nie zawartego ni zaporą,
ni pęcherzem okna, aż wreszcie dnia jednego
klasnął w potężne dłonie. Z sąsiedniej izby wychyliła się młoda niewiasta, pytając:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ko notet, Tew’s Kunige</slowo_obce>?<pa><slowo_obce>Ko notet, Tew’s Kunige</slowo_obce> --- Czego chcecie, ojcze-kapłanie.</pa>.</akap_dialog>


<akap>Starzec ręką wskazał na wdzierające się słońce
rzeki:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Saule Szilditis</slowo_obce><pa><slowo_obce>Saule Szilditis</slowo_obce> --- Słonko grzeje.</pa>.</akap_dialog>


<akap>Kobieta roześmiała się radośnie, pokazując białe zęby i żywo wybiegła napowrót, a w zamczysku zapanował ruch niezwykły. Dziecięce głosy powtarzały szczebiotem: ,,<slowo_obce>Saule szilditis!</slowo_obce>";
powtarzały też same wyrazy usta niewieście, a gdy
z powagą wymówiły te wyrazy usta dojrzałych mężów, cała drużyna skupiła się około Tubingasa. Wtedy wszyscy wyszli przez niskie drzwi
schroniska, a spuszczając się przez most ułożony
z chrustu i kamieni, ciągnęli do ciemnego nieopodal stojącego lasu.</akap>


<akap>Tubingas był niegdyś jednym z najmężniejszych Litwinów. Nieraz Lachom, ba i Krzyżakom dał się we znaki, lecz już od lat wielu mógł
tylko jako Kunigas przewodniczyć ludowi, prowadząc go na doroczne obrzędy. Prowadził go więc i teraz na powitanie wiosennego słońca.</akap>


<akap>Z siwą sięgającą aż do pasa brodą, oczy
mając otwarte, lecz tak dziwnie nieruchome, iż
od razu poznać mogłeś, że one ni owego jasnego
słonka, ni ziemi pod stopami, ni czerniejącego lasu nie widzą. A jednak starzec szedł prosto i krzepko, podpierając się grubym sękatym kijem, czasem tylko wyciągnął lewą dłoń przed siebie, nie
wiedzieć, czy aby poszukać nią miejsca, czy też
by usunąć zawadę, gdyby się jaka na jego drodze znalazła. Obok niego szedł z jednej strony
młody silny mężczyzna. Był to wnuk jego, Chroniwos. Mimo wczesnej pory nogi miał obnażone,
a tylko stopy obute w łapcie z kory przywiązanej rzemieniem, za to skóra, futrem do ciała obrócona, ściągnięta w pasie rzemieniem, okrywała
go od ramion aż po kolana, za pasem zaś sterczał
zatknięty topór. Ramiona również jak i nogi były
wolne od odzieży, a silne i żylaste dłonie same
już zdawały się być obroną. Po drugiej stronie
starca szła znana nam już niewiasta, Dowrusa,
żona Chroniwosa. Odzież jej niczem nie różniła
się od ubioru męża, ino głowę miała owiązaną
białą chustą, której długie końce spadały na plecy czerwonawo-żółtej skóry kożucha, a drugą
takąż chustę przewieszoną miała przez ramię.
Tuż obok niej biegło kilkuletnie chłopię, Siewrosem zwane, na którego głowie matka od czasu
do czasu z widoczną miłością kładła dłoń swoją.
Po za nimi szło jeszcze kilka dziewek Chroniwosa, szła liczna czeladź męzka i żeńska, a z chat, co stały rozrzucone u stóp wielkiego schroniska, również wychodzili mężowie, niewiasty i dzieci, by wspólnie z wojem-kapłanem oddać cześć
wiośnie.</akap>


<akap>Szli więc wgłąb lasu na niewielką wyciętą
polanę, gdzie pośrodku stał dąb wyniosły. A dąb
to był dziwny. Niski, gruby od korzenia, wyrastał na kilkanaście silnych i krzepkich gałęzi, szeroko a rozłożyście, które wznosząc się ku górze, skupiały się razem i tworząc jakby w wieniec ubraną głowę na szerokich barkach olbrzyma. Korzenie tego olbrzyma powychodziły na
wierzch daleko, a wokoło nich ręka ludzka, czy
natura wyżłobiła wgłębienie, tak, że całe drzewo
otoczone było obronnym rowem, w który pobożne
dłonie nawrzucały kamieni mniejszych i większych. Z jednej strony kamienie te ułożone
w stos, coraz wyżej, stanowiły schody, po których można było wejść aż do gałęzi tworzących
koronę. U stóp tych schodów, kilka kamieni,
wgłębionych płasko w ziemię, służyło za trzon,
na którym zwęglona i dogasająca kłoda drzewa świadczyła o składanej wiecznie płonącej objacie.</akap>


<akap>Tubingas, mimo zagasłych oczu, kroczył prosto
do tej świątyni. Dziecięciem składał tutaj objaty, przez życie całe wiódł syny i wnuki, łatwo mu więc było trafić do tego miejsca.</akap>


<akap_dialog>--- Dogasa ogień --- rzekł stanąwszy przed dębem i wciągnąwszy w siebie powietrze, przepełnione żywicznym dymem. --- Dogasa, lecz nie zgaśnie, bo światło z góry da mu iskrę świętą.</akap_dialog>


<akap>I to mówiąc, trzymanym w ręku kosturem odkrzesywał zwęglone cząstki drzewa, Chroniwos zaś rzucił pęk suchych korzeni i krótko połamanych gałęzi, które jeszcze w jesieni zatknął pod powałę, iżby, wyschłe przez zimę, posłużyły do podsycenia wiosennego ognia. Wślad zaraz za mężem, rzuciła Dowrusa pęk zboża i ziół przeróżnych, również na ten cel przetrzymanych w chacie, po niej zaś Siewros, chłopczyna, rzucił garść zboża. Przystępowały potem dziewczęta i czeladź, a wszyscy przybyli dorzucając zeschłe zioła i korzenie, wołali:</akap>


<akap_dialog>--- Cześć słońcu, cześć wiośnie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cześć słońcu, cześć wiośnie! --- powtarzano
do koła. Powoli głosy te przeszły w jakiś śpiew tęskny, a ogień wznosił się, rozlewając szeroko. Dąb stary szumiał tam w górze rozłożystemi konary, jakby przywtarzał śpiewom smętnym
zebranej drużyny. Drzewa chyliły wierzchołki, podając jedne drugim ów śpiew błagalny, który
zlawszy się w jedną harmonijną całość, szumem rozniosły od polany do polany jedność objaty świętego ognia, Zniczem zwanego.</akap_dialog>


<akap>Lecz wtem, wśród szumu drzew i tęsknego
śpiewu, dał się słyszeć łomot gałęzi i ciężki tętent koni, a nawet chrzęst i szczęk broni.</akap>


<akap>Nagle umilkły śpiewy, a natomiast wzniósł się
okrzyk trwogi i przerażenia. Tubingas ścisnął
pięść, aż zatrzeszczały członki krzepkiej jego dłoni, i rzucił przekleństwo, a z niem razem polano w palący się ogień, i nie odwracając zagasłych oczu od płomienia, stał nieruchomie. Lecz Chroniwos sięgnął za topór, będący za pasem, bo po tym odgłosie poznał odrazu nieproszonych gości, z którymi już nieraz chodził w zapasy.</akap>


<akap>Nie potrzebował też czekać długo, bo oto z gęstwiny, co otaczała polanę, ukazało się kilkunastu
jezdnych na koniach, a nakreślony biały krzyż
na ich lekkich zbrojach, łatwo dawał poznać,
jacy to byli przybysze.</akap>


<akap_dialog>--- Niewiasty do schronisk! --- krzyknął ochrypłym z przerażenia głosem Chroniwos, ujrzawszy
wyłaniające się postacie. I począł szykować się
z czeladzią do boju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do schroniska z dziećmi! --- powtórzył groźnie, spojrzawszy na Dowrusę, tulącą do kolan
chłopię i na skupiające się około niej dziewczęta,
gdy tymczasem reszta niewiast i dzieci z krzykiem w las uciekały. Dowrusa nie posłuchała
jednak głosu męża, stała nieruchomie, jak gdyby
widok przybywających zamienił ją w martwą postać pilnującą świętego ognia. Dopiero Chroniwos krzyknął:</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Siewrosa ocalić!</akap_dialog>


<akap>Dowrusa drgnęła, pochwyciła syna, owinęła
przewieszoną przez ramię płachtą, i go do
piersi, uciekać co tchu poczęła, a za nią trzymające się jej rańtucha dziewczęta.</akap> 


<akap>Wielki też był czas potemu, bo przybysze
otoczyli polanę dokoła, a krzyk dochodzący z lasu świadczył, że musiało ich tam być więcej w gęstwinie, czyhających na zdobycz, która im się łatwym sposobem w uciekających nastręczyła.</akap>


<akap>Przybyli nie myśleli jednak staczać walki,lecz rzucili się na bezbronną a jednak gotową do obrony gromadkę i jęli wiązać, nie żałując przytem razów.</akap>


<akap>Chroniwos, nie czekając napadu, bronił przysępu toporem, wyjętym z za pasa, a inni, choć
zlekka uzbrojeni, dopomagali mu w walce.</akap>



<akap>Tubingas, nie odwracając się od dębu, szeptał
ciche wyrazy, zaciskał pięści, i podsycał ogień,
jak gdyby walka wrząca wokoło, wcale go nie obchodziła. Aż wreszcie przypadł któryś z krzyżaków do niego i uchwycił za skórę kożucha,
otaczającego obrosły kark starego kapłana. Tubingas szarpnął się i przypadł ku ziemi, a szarpnięcie musiało być nie lada, gdyż w ręku krzyżaka zostało kawał skóry, okrywającej krzepkie ciało starca.</akap>


<akap_dialog>--- Ha, ha, ha! --- zaśmiał się napastnik, schylając się, by porwać swoją ofiarę, gdy tymczasem Tubingas, odwróciwszy się rzucił mu w twarz
gorejącą kłodą drzewa, która rozsypując drobne
węgle i odłamki gorejące, raniła bliżej stojących.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Teusend Teufel</slowo_obce>! --- wrzasnęli oślepieni ogniem i dymem.</akap_dialog>


<akap>Tubingas zaś brał gołemi rękami zarzewie
i rzucał je do koła, a pociski były tak celne, iż każdy, co się usiłował przybliżyć, padał oślepiony, lub uciekał, wrzeszcząc:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Teufel! Es ist selbst Teufel</slowo_obce>!</akap_dialog>


<akap>I rzeczywiście można było przypisać jakąś nadprzyrodzoną siłę ślepemu starcowi, broniącemu się tym świętym ogniem, któremu cześć oddawał. Lecz spojrzawszy na dłonie jego szerokie, grube, jakby mułem porosłe, można było
uwierzyć, że w dłonie te, jako w żelazne kleszcze, brać mógł żar bezkarnie.</akap>
<akap>
I cofali się przed tą jego bronią krzyżacy,
strachały się oślepione konie, tratując zarówno
upadłe ciała panów swoich, jak i broniących się Litwinów.</akap>


<akap>A był to mały oddziałek krzyżacki, który,
często w kilkadziesiąt koni, na ochotnika przedzierał się przez litewskie lasy dla zdobyczy skór,
a głównie niewolnika. Najznakomitszą jednak
zdobyczą, były dla nich małe litewskie chłopięta; pojmawszy je, hodowali, ucząc się od nich niektórych wyrazów litewskiej mowy, przyuczając
swojej i zmuszając zarazem podczas napadów do
wskazywania dróg, sobie nieznanych. Wychowane chłopię wśród wrogów, gdy ujrzało się na
ziemi swojej, gdy owionął je szum lasów, lub
doleciał dźwięk mowy, nie znając niebezpieczeństwa, na jakie narażało swoich, z wyciągniętemi
rękami biegło do miejsc sobie drogich, wskazując
bezwiednie drogę do kryjówek, im tylko znanych. To też i teraz przybyli, nie widząc dla siebie dostatecznej zdobyczy, wyparci żarem, rozbiegli się po za polanę. Kilku tylko zajadłych
obstąpiło Chroniwosa, który cięciem topora zadawał razy, nie dając do siebie przystępu.</akap>


<akap>Lecz naraz ujrzawszy opróżnioną polanę, jak
lew rzucił się za goniącymi w stronę schronisk wrogami, a torując sobie drogę toporem, pędził na pomoc tym, którym, jak sądził, żadne nie
grozi niebezpieczeństwo. Wśród biegu zdało się,
iż słyszy głosy niewieście i płacz jękliwy dziecięcia.</akap>


<akap>Wtem ciężki miecz spadł na jego ramię;
ugiął się pod tem uderzeniem, jęknął, chciał biedz mimo to dalej, lecz zachwiał się i runął na ziemię, tuż na skraju polany. Krew trysnęła z przecięgo ramienia, tocząc czerwoną smugę na zieleniejącą pod wiosennym słonkiem ziemię...</akap>


<akap>Wkrótce tętent cichł powoli, zda się przybyli w dal pomknęli, ino tam od schronisk dochodziły jęki, roznosząc daleko wieść o napadzie
na spokojne siedlisko Litwinów. A wśród jęków
wiatr echem powtarzał rozpaczliwe wołanie niewieście:</akap>


<akap_dialog>--- Siewros! Siewros!</akap_dialog>


<akap>Jakieś wycie nieludzkie, jakby zranionej wilczycy, której wilczęta zabrano, napełniło powietrze. A głos ten górował nad innemi, również
nabrzmiałemi rozpaczą, mieszał się z tętentem
koni, jękiem rannych i szumem lasu... Słonko
tymczasem, rzuciwszy ostatnie promienie, skryło
się za czarną chmurę. Tubingas pozostawszy na
opróżnionej polanie, wstrząsł się na te odgłosy:
dorzucił na ogień nową kłodę drzewa, kopnął
nogą czepiającą się stopy jego jakąś dłoń chłodną, odwalił ciało okryte półzbroiczką, i szedł za
odgłosem tych jęków, co do uszu jego dolatywały. Tak idąc z kosturem i ręką wyciągniętą
przed siebie, pośliznął się o krew niezakrzepłą i
potknął o leżące ciało. Jęk cichy wyszedł z niezmarłej jeszcze piersi...</akap>


<akap>Tubingas pochylił się i przytknął usta do
czoła leżącego.</akap>


<akap_dialog>--- Chroniwos! on mój ostatni! --- jęknął starzec i objął wnuka szerokiemi ramiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żyje! żyje! lecz gdzie rana! --- i zaczął
jej szukać na ciele wnuka.</akap_dialog>


<akap>A od strony schroniska pędziła postać niewieścia. Odzież na niej poszarpana, ramiona poranione, włosy rozwiane świadczyły, iż wyrwała
się ze strasznej walki. Biegła z oczami w słup
stojącemi, rękami rwała włosy, lub rzucając niemi przed siebie, z całych sił jękliwym głosem
wołała:</akap>


<akap_dialog>--- Siewros! Siewros!</akap_dialog>


<akap>Z tym jękiem Dowrusa padła tuż obok rannego męża i starego Tubiagasa.</akap>



<naglowek_rozdzial>II</naglowek_rozdzial>





<akap>Kilkunastu różnego wieku chłopców bawiło się
w wielkiej izbie. Okna wązkie, umieszczone wysoko, wpuszczały nie wiele światła, nadając jej
mimo panującego gwaru i śmiechu jakąś cechę
ponurą. Drągi, drabiny, kozły wysokie nakształt
koni, oraz okrągłe kule, które chłopcy podrzucali do góry, dostarczały zabawy. Szwargotali
między sobą po niemiecku, lecz w żywszej jakiejś walce, wybuchu radości, gniewu, wyrywał
się wyraz polski lub litewski, co od razu wskazywało pochodzenie całej tej drużyny.</akap>


<akap_dialog>--- Hej, ty, Fryc, chcesz się ze mną sprobować, zawołał mały, krępy, przysadkowaty chłopak, podsuwając jeszcze wyżej i tak dość kuse
rękawy wełnianego odzienia, i stając przed cienkim, długim towarzyszem, który żylastemi rękami
wdrapywał się na drąg wysoki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchaj, Fryc! czyś ogłuchł, czyś się zrósł z tym drągiem! --- wołał niecierpliwie krępy towarzysz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj mu pokój --- ozwał się inny --- on się
tak wyciągnął, że ino skóra oblepiona, a uszy
się w drąg schowały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uderz go w piętę, to się skóra skurczy,
a i uszy na wierzch wylezą, --- wołał inny.</akap_dialog>


<akap>A nie czekając, aż ktoś tego dokona, przybliżył się do wchodzącego na stojący w pośrodku
drąg chłopaka. Wyrostek ów rzeczywiście tak
przylgnął do owego drąga, i tak się wydłużył,
iż można było wziąć go zdala za jakąś kunsztownie wykonaną płaskorzeźbę. W chwili jednak gdy towarzysz przybliżył się do słupa, dał
dowód, iż nie był przylepiony, bo wskoczył wprost na ramiona stojącego pod słupem chłopca, a przysiadłszy na nich, zeskoczył zwinnie na ziemię,
wśród oklasków i śmiechu wszystkich towarzyszy.
Potem wyciągnąwszy pięść do góry, zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Słuchajcie, jak mnie który raz jeszcze nazwie Frycem, to mu kości pogruchocę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, a jak cię nazwę inaczej, to nam
wszystkim Hex skórę wyłoi! ozwał się przysadkowaty towarzysz, ten sam, po którego karku
Fryc zsunął się na ziemię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, a jak ci tam, jakoś... eh, djabeł zapewne, bo jak złe wszędzie się wdrapie i zewsząd
zeskoczy, rzekł ten, który go najpierwszy do
walki wyzywał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A wolę być djabłem, niż Frycem! zawołał
chłopak butnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A żebyś na drugi raz wiedział, że mnie
<wyroznienie>Siewros</wyroznienie> zwano, masz dla pamięci.</akap_dialog>


<akap>I ująwszy za bary mówiącego rzucił go o ziemię.</akap>


<akap>A inni krzyczeli radośnie:</akap>


<akap_dialog>--- Chwat Siewros!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ritter, Siewros!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Djabeł, Siewros!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zuch, Siewros!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nasz, Siewros!</akap_dialog>


<akap>I krzycząc podskakiwali radośnie. Tymczasem rzucony na ziemię chłopak, powstał żwawo,
porwał wpół wysokiego i chudego Siewrosa, podniósł go ku górze, a gdy ten złożywszy się, ujął
trzymającego za bary, ten postawił go dopiero
na ziemi, a zarzuciwszy ręce na szyję Siewosa
wołał:</akap>


<akap_dialog>--- Niech żyje Siewros! nie ma już Fryców,
Hansów, a są Siewrosy, Jaśki...</akap_dialog>


<akap>I ściskali się obydwaj, jak gdyby przed
chwilą nie było między nimi bójki; inni zaś krzyczeli:</akap>


<akap_dialog>--- Hura! niech żyje Jasiek i Siewros, nie ma
już Fryca ni Hansa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A i ja nie Ferdynand ino Maciek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A i ja nie Franc ino Franek! powtarzano
dokoła. Wrzawa wzrastała, chłopcy z całą serdecznością ściskali się, a ta serdeczność dziwnie
odbijała od niemieckiej mowy.</akap_dialog>


<akap>W tem drzwi się otworzyły i wszedł człek
wysoki, barczysty, w ciemnej odzieży o nieprzyjemnem wejrzeniu i z progu głośno zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Still, junge Wölfe</slowo_obce>!</akap_dialog>


<akap>Chłopcy, którzy nie słyszeli wśród wrzawy,
ani otwierających się drzwi, ani też nie widzieli
ukazania się dozorcy, na głos jego odrazu ucichli,
a twarz każdego z wesołej zarumienionej i ożywionej bójką i zabawą, zmieniła się nagle, i pobladła, przybierając wyraz jakiś chytry i podstępny.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, wy, nikczemne, wilcze pokolenie, wężowy rodzie, czego wrzeszczycie! Głodem a powrozem ujarzmić was tylko, a pokonać, ciągnął
dalej niemiecką mową.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Który z was tutaj najwinniejszy?</akap_dialog>


<akap>Cisza zaległa izbę, --- wśród której tylko oddech przyśpieszony zmęczeniem słychać było
owych dziesięciu chłopiąt, wychowywanych pod
okiem stojącego obecnie wśród nich Hexa.</akap>


<akap_dialog>--- Kto najpierwszy był do krzyków! wrzasnął Hex powtórnie.</akap_dialog>


<akap>Jeszcze większa zaległa cisza. Powstrzymano
nawet oddech, a zda się, że uderzenie dziesięciu
serc młodocianych można było policzyć.</akap>


<akap_dialog>--- Odpowiadać, --- kto pierwszy wszczął bójkę!? I... spuścił żylastą dłoń na ramię Siewrosa.
Chłopiec nie drgnął nawet, oka nie zmrużył,
tylko ze zwykłą sobie zręcznością usunął się
z pod żylastej dłoni dozorcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty! będziesz mi umykał! wrzasnął rozwścieczony dozorca. --- Zgniotę cię, ty podłe litewskie szczenię, --- zgniotę was wszystkich! a nie
miarkując się w gniewie, porwał za gardło najbliżej stojącego. Lecz zamiast krzyku z piersi
chłopięcia, wyrwał się krzyk z gardła Hexa, do
którego ręki porwany za gardło wszczepił zęby
z taką zajadłością, iż zda się chciał odgryźć ją
całą. Po chwili chłopiec odjął zęby, nic nie
rzekłszy, --- splunął tylko i patrzył błyszącemi
oczyma, jak z ręki Hexa krew się polała. Inni
oniemieli, lecz znać było, iż trzeba tylko lekkiego
podmuchu, a wszyscy, jak ich było dziesięciu,
rzucą się na znienawidzonego niemca. Ten syknął z bólu, zaklął straszliwie i wyszedł zaryglowawszy drzwi za sobą.</akap_dialog>


<akap>Chłopcom odechciało się jakoś zabawy, każdy
został, gdzie stał, spoglądając na towarzyszy. ---
Mijały chwile, nikt nie wchodził, chłopakom sprzykrzyła się cisza. Jeden drugiego popchnął, któryś
krzyknął:</akap>


<akap>--- Bawmy się w Hexa.</akap>


<akap>--- Dobrze, odpowiedziano gromadnie; ale kto
będzie Hexem?</akap>


<akap>Nikt się nie znalazł, gwar powstał, rzucano
kulkami do góry, lecz Hexem nikt być nie chciał.
W końcu głód doskwierać zaczął, żaden jednak
nie obwiniał współtowarzyszy.</akap>


<akap_dialog>--- Ale to oni nas tu o głodzie trzymać będą!
zawołał chłopiec Francem zwany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba żebyśmy przynajmniej jak Hans krwi
Hexa pokosztowali, toby i głodu czuć tak nie
było; zawołał inny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchajno, już ci Siewros zapowiedział, że
tu nie ma Hansa ino Jaśko, a jak mi raz jeszcze
tak się ozwiesz, to cię to samo co Hexa spotka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oh, jak się to zaprawił! poczęto wołać,
śmiejąc się, lecz w tej chwili skrzypnęły drzwi
i zamiast Hexa, ukazała się żona jego Kobolda.
Drobna i chuderlawa niewiasta, o małych i biegających oczach, miała silne i wielkie ręce, jak
gdyby na postrach chłopców od kogo innego
pożyczone.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O moje dzieciaki, moje wilczki kochane, ---
mówiła niemczyzną Kobolda, --- rozbrykałyście się,
jak widzę, trzeba was trochę wziąć do łaźni.
Post i łaźnia wrócą was do pokory jak należy
i wszelkie krzyki z głowy wybiją.</akap_dialog>


<akap>To mówiąc, otworzyła drzwi w podłodze, a
biorąc za kark jednego po drugim, popychała
w głąb do podziemia. Chłopcy tak butni przed
chwilą, spokojnie poddawali się żylastym dłoniom
Koboldy, która wszedłszy ostatnia za nimi, drzwi
zamknęła za sobą.</akap>


<akap>W izbie, przed chwila gwarnej, zapanowała
najzupełniejsza cisza, tylko tam z po za drzwi
zamkniętych dochodził plusk wody, a czasem okrzyk, lub jęk bolesny. Dla dopełnienia bowiem
wychowania dzieci, zabranych do niewoli przez
Krzyżaków, była łaźnia, w której chłostą uczono
je pokory i uległości.</akap>


<akap>Chociaż izba, w której spotkaliśmy bawiących
się chłopców, zwana była szkołą, po okrzykach
jednak i całej rozmowie łatwo się domyślić, że chłopcy byli w niewoli. Krzyżacy bowiem wziąwszy litewskie lub mazurskie chłopię, starali się
całem wychowaniem zatrzeć w nich pamięć o pochodzeniu. W tym celu w obrębie Malborskiego
zamku wzniesiony był obszerny budynek, mieszczący zarazem wychowańców i Hexa z żoną,
umyślnie sprowadzonych z głębi Germanii dla
opiekowania się, jak ich nazywano, młodemi wilczkami. A i cała też szkoła zwaną była <slowo_obce>Wolfshöhle</slowo_obce>
(wilcze gniazdo).</akap>


<akap>Grube mury, okna wysokie, wąskie, wgłębione izby sklepione nadawały pozór smutny i ponury, różniący się najzupełniej od szerokich pól, lub szumiących lasów, w których chłopięta spędzili najpierwsze dziecięce lata. Chłopcom kazano
przedewszystkiem zapomnieć ojczystej mowy, uczono niemieckiej, wszystko zaś, co tylko chytrość i przebiegłość wymyślić zdołała, wpajano w umysły i serca młodzieńcze, a przy tych naukach
obznajmiano z zasadami wiary Chrystusowej. Na
takich warunkach wiara ta nie mogła przyjąć
się i rozrosnąć; jeżeli w którem sercu rozbudziło
się uczucie ku nowej wierze, to chyba rozniecił
je widok obrazu w kościele, gdzie Chrystus
z miłością przygarniał dzieci ku sobie, lub też
wielki posąg Matki Zbawiciela stojący w zagłębieniu zamkowego muru a tulący do piersi dzieciątko<pa><slowo_obce>widok obrazu w kościele, gdzie Chrystus z miłością przygarniał dzieci ku sobie, lub też wielki posąg Matki Zbawiciela stojący w zagłębieniu zamkowego muru a tulący do piersi dzieciątko</slowo_obce> --- płaskorzeźba na drzewie nieudolnego dłuta
ze śladem farb, wyobrażająca Chrystusa błogosławiącego dzieci, znajduje się dotąd w kościele po
krzyżackim w Malborgu. Posąg Matki Boskiej, olbrzymiej postaci we wnęce zamkowej. Obadwa mają
być zabytkami trzynastego wieku.</pa>. Nie raz chłopię, wbiegłszy na podwórzec zamkowy, wpatrywało się w ów posąg,
przypominając sobie chwile, kiedy i jego do piersi
tulono... Wtedy dźwięczała mu w uszach pieśń,
którą go kiedyś macierz do snu usypiała. A chwila taka psuła długie krzyżackie nauki....</akap>




<naglowek_rozdzial>III</naglowek_rozdzial>




 
<akap>W podziemiach tuż obok owej łaźni na słomie
leżało dwóch chłopców. Obszerna choć ciemna
izba służyć mogła również dobrze za składy jak
i więzienie. I rzeczywiście znać też miała ona
przeznaczenie podwójne, bo oprócz dwóch chłopców, było tam dużo przewróconych do góry dnem
wielkich beczek, lub nagromadzonych klepek drewnianych i obręczy żelaznych z rozsypanych i
bezużytecznych statków. Światło wcale niedochodziło, a tylko wzrok przyzwyczajony do ciemności z trudnością mógł rozróżnić otaczające go
przedmioty.</akap>


<akap_dialog>--- Jak myślisz, na długo nas tu zamknięto? ---
ozwał się jedeu z chłopiąt, przysuwając się do
towarzysza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo ja wiem! a pewnie posiedzimy. Postawili nam dzban z wodą, ba i kęs chleba. Odpowiedział drugi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hm! hm! mruknął towarzysz. A gdybyśmy
też tak spróbowali wydostać się raz jeszcze na
swobodę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, ale jak, czarno jak w kominie, ani
nawet szczeliny, przez którąby się wydostać. Jeszcze ty cienki jak piskorz, przeciśniesz się wszędy, ale ja!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eh, byleby tylko rozpatrzeć się, to się ta
obaj przeciśniemy, a jak po za murem to i jakoś
pójdzie, odparł chłopak zwany piskorzem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, po za murem, łatwoć to wyrzec, ale
jak się dostać, a jak nas jeszcze raz złapią, to
im się nie wykręcimy, żeśmy chcieli obaczyć, czy
pod murem zamkowym gniazd nie ma, rzekły
chłopak biadający nad swoją rozrosłą postacią,
która mu się przecisnąć przez byle jaką szczelinę
nie dozwalała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No tak i co, --- siedzieć tu w ciemnicy
będziemy? lepiej niech nas raz już uśmiercą, aniżeli tak kryją po lochach, zawołał jego towarzysz.</akap_dialog>


<akap>I nastała chwila ciszy.</akap>


<akap_dialog>--- Słuchajno Siewros, dawnoś ty tutaj między Krzyżaki? --- przerwał milczenie ów grubas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A pewnie, że dawno! Ot, byłem chłopię,
co się w byle chwastach a między zbożem skryć
mogło, a teraz sami przecie mówicie, że jak się wyciągnę tom nie ledwie jak słup w szkole długi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ci chleb krzyżacki jakoś poplagował.
A żeś to do Niemców ze szczętem nie przyrósł.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ja, do Niemców! zawołał z oburzeniem
Siewros. Toś ty jeszcze chyba nie poznał, co to
za gady, kiedy się dziwujesz, żem jeszcze do
niemców nie przystał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A juści, niepoznałem! Toć już dwa roki
minęło na gody, jak oni mnie przyprowadzili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To możeś ty z jakich Niemców?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coś ty wyrzekł Siewros! ja z Niemców!
nie powtarzaj tego, bo się żywy z mojej garści
nie wydostaniesz! zawołał znany nam już Jaśko,
zacisnąwszy pięść z taką siłą, aż kości zatrzeszczały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, --- nie gniewaj się bracie, ja tylko
chciałem się upewnić, czy i ty tak jako ja wrzesz
na Krzyżaki.</akap_dialog>


<akap>--- Ho, --- a może więcej! oni to między nas
tam daleko jako świnie w szkodę włażą, --- ba
gorzej, boć świnia szkodę zrobi w polu, a ludzi
żywi, a Krzyżak pole zniszczy, a człeka połknie!</akap>


<akap_dialog>--- Eh!? a to oni człeków żywcem zjadają?
zapytał niedowierzająco z pewnym strachem Siewros.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, gorzej jakby zjedli, bo ciągną ot pod
swoje zamczysko!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ta, prawda, gorzej! jakby raz zjedli, toby
mowy dziwnej nie uczyli! mówił Siewros powoli,
jakby sobie chciał coś przypomnieć</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty dawniej miałeś inną, nie krzyżacką
mowę? zapytał Jaśko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże, a przecie nasza mowa to jak
szum lasów, gdy wiatr powoli iglicami drzew kołysze, a taka, że chociaż jużeś skończył, to ci
się zda że jeszcze w uszach dźwięczy: nie, ale
ja jej przypomnieć sobie nie mogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, ja jeszcze pamiętam, a wciąż mi się
plącze między niemieckie wyrazy, a pieśni w uszach grają, co je na polach a w kościołach
śpiewają.</akap_dialog>


<akap>I Jaśko, jakby idąc za własną myślą począł
cichym głosem: Po nad Wisłą... po nad wodą...
wrogi straszne kroczą... nie dam ciebie, dziecię
moje... nie dam cię mój synu!...</akap>


<akap_dialog>--- Ba, tak mi to macierz śpiewała, mówił już
dalej niemiecką mową Jaśko, a no przyszli zabrali, ba i jam wszystkiego zapomniał!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U nas nie taką, inszą mową śpiewają, ale
ja już swojej nie baczę! rzekł Siewros i zamyślił
się smutnie, a po chwili dodał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A no, próżno, tutaj w ciemnicy żyć nie
możemy! trzeba się wydostać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A trzeba, powtórzył Jasiek. I to mówiąc
całą siłą kopnął nogą kadź obok stojącą.</akap_dialog>


<akap>Przegniła klepka rozsypała się pod uderzeniem silnego chłopaka, a jakaś nie miła woń
zgnilizny rozeszła się do koła, lecz z nią zarazem
i ciąg wiatru doleciał.</akap>


<akap_dialog>--- Oh, a toś jeszcze do ciemnicy i zgnilizny
napuścił! rzekł Siewros, wstając z ziemi i prostując swoje długie chude nogi. Eh, a to tam
ciągnie jakby ode dworu! zawołał nagle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może tam jakie przejście, dodał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może. I Jaśko jeszcze silniej w stojącą
przed niemi kadź nogą uderzył.</akap_dialog>


<akap>Wyłom większy się zrobił, a wpadająca wewnątrz klepka chlupnęła najwyraźniej w wodę,
ale gdzieś bardzo głęboko.</akap>


<akap>Woń jeszcze szkaradniejsza napełniła podziemię, lecz teraz najwyraźniej przeciąg już czuć
się dawał.</akap>


<akap_dialog>--- Cuchnie, bo cuchnie, --- rzeki Siewros, ---
ale tu dochodzi wiatr, to może... W tem usłyszeli odgłos kroków, ale to tak tuż jakby około
nich kto przechodził.</akap_dialog>


<akap>Przycichli obaj, i po omacku odsunęli się od
owej beczki, siadłszy na jakichś deskach.</akap>


<akap>Zdawało im się, że ktoś wchodzi, chwilę siedzieli cicho. Stąpanie dochodziło ich uszu, lecz
stąpanie było zdala, a chód to był nie jednego
człeka, lecz jakby oddalony tętent koni. Chłopcy
spojrzeli na siebie, oczy im w ciemności zabłysły, mimowoli wstrzymali oddech, ażeby się upewnić czy ich słuch nie myli i milcząc ścisnęli się
za ręce. Po chwili stąpanie ucichło, wiatr tylko
coraz silniej ciągnął od owej rozbitej beczki.
I znów zdala jakiś turkot, czy szum wody doszedł ich uszu.</akap>


<akap>--- Bracie, ta beczka jakiś otwór snać zakrywa! szepnął Siewros.</akap>


<akap_dialog>--- Ba, i ja tak myślę! rzekł z pewnym tryumfem Jaśko. I obadwaj rzucili się sobie w objęcia, jak gdyby ten słaby promyk nadziei dawał
im już niechybne ocalenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A teraz do roboty! zawołali razem, szukając po omacku owego otworu, z którego ich oddalone głosy dolatywały.</akap_dialog>


<akap>Beczka była tak wielka, iż mogłaby służyć
za mieszkanie, chłopcy po ciemku, gdzie mogli
wyrywali nadgniłe klepki. A gdy jakaś cuchnąca
woda sączyła się z jednego otworu, drugim tymczasem dochodził powiew wiatru. Najwidoczniej
była to kadź do piwa o dnie podwójnem. W jednej więc połowie zostały resztki odwaru i te stojąc zbyt długo zepsuły się i zatęchły, a sącząc się wydawały ową woń zgnilizny, gdy tymczasem druga połowa kadzi była pustą i ta nakrywała jakiś otwór wgłąb ziemi idący. Chłopcy
pracując i odrywając palcami i zębami klepki,
oblani od stóp do głów cuchnącą spadającą na
nich z wierzchu cieczą, zrobili taki wyłom, iż
obaj się mogli weń zmieścić. Przewiew wiatru
i ów szum oddalony coraz widoczniej czuć się
dawał, lecz ciemność niepozwalała nic do koła
rozeznać. Po omacku chłopcy kawałem jakiegoś
znalezionego kija doszukali się, iż tam jest otwór,
który ogromna kadź w zupełności zakrywała.</akap>


<akap_dialog>--- Hej, nie nachylaj się, bo jeszcze wlecisz
na łeb; mówił Jaśko, przytrzymując towarzysza.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ta i cóż, to tylko z jednej jamy w drugą
wlezę, a może z tamtej łacniej się wydostać --- odrzekł Siewros, rzucając jedną ręką na chybił trafił w głąb otworu kawałek cegły czy kamienia,
a drugą przytrzymując się zrębu kadzi. Po chwili
odgłos upadającego kamienia się odezwał, a tak
jakby się staczał po jakiej nierównej pochyłości,
aż wreszcie plusk dał się słyszeć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oh, oh! słyszysz! --- zawołał Siewros, chwytając towarzysza za rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszę, otwór jest, lecz gdzie prowadzi,
jak się weń dostać? mówił rozważny Jaśko. Mimo to jednak zaczął drągiem szukać i po omacku mierzyć jak daleko od zrębu beczki do otworu. Tak szukając, doszli, iż był po środku otwór
niewielki, który miasto drzwi przykryto wielką
kadzią. Ziemi jednak ubitej między zrębem a otworem było tak dużo, że obaj więźnie stanąć
na niej mogli bezpiecznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Utrzymasz ty mnie i wyciągniesz, gdy nie
będę mógł sięgnąć uogami gruntu, zapytał Siewros.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, i trzechbym takich wyciągnął, odrzekł
Jaśko, a nie utrzymam, to i sam za tobą wskoczę. Jak ginąć, to już lepiej odrazu, niż gnić
w tej krzyżackiej jamie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, ale na czem się spuszczać? skąd rzemienia albo sznura? zamyślił się Siewros.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekaj, zawołał Jaśko; a ściągnąwszy
z siebie zwierzchnie odzienie, zaczął je drzeć zębami na pasy i wkrótce obaj towarzysze zostali
tylko w płóciennej spodniej odzieży, a za to z podartych kaftanów ukręcili dość długie sznury.
Wiatr zimny ciągnący od wnętrza otworu coraz
silniej dochodził, lecz zmęczeni towarzysze nie
czuli tego: owszem, pot spływał im z czoła.
Wkrótce Siewros trzymając sznur, spuszczał się
w otwór, drugi koniec owego sznura trzymał
Jaśko. Naraz sznur stał się lekkim, Jaśko uczuł,
iż źle skręcony powróz zerwał się i został mu
w rękach, jednocześnie usłyszał staczanie się nieszczęśliwego Siewrosa;</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc i ja z nim ginąć muszę, zawołał
Jaśko. Boże, uratuj nas obu!</akap_dialog>


<akap>I nie namyślając się długo, Jaśko, chcąc lepiej wgłąb skoczyć, uchwycił za zwieszające się
na wpół odłamane wewnętrzne dno beczki. Pociągnięte ciężarem chłopca przegniłe drzewo, zerwało się z nim razem, głuchy odgłos rozległ się
po sklepionych podziemiach, a nad otworem tylko
co przez więźniów odkrytym, z porozbijanych klepek wielkiej kadzi, utworzył się stos ogromny
drzewa, nad którym tu i tam sterczały w półkole żelazne, rdzą przegryzione obręcze.</akap>



<naglowek_rozdzial>IV</naglowek_rozdzial>





<akap>W jednej z komnat malborskiego zamku, we
wgłębieniu okna, dwóch ludzi rozmawiało po cichu. W jednym, mimo iż okrywał go tylko
kaftan skórzany, krótki, poznać było łatwo rycerza, drugim był Hex, znany nam już przełożony
Wolfshöhle.</akap>


<akap_dialog>--- Muszą być! rozumiesz? --- rzekł rycerz, kładąc silną dłoń na ramieniu Hexa.</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Rycerzu von Altenburg, --- odparł Hex
uginając się pod żelazną dłonią, spoczywającą na
jego ramieniu, wszystko uczynię, lecz gdzie ich
szukać! Całe podziemie przetrząśnięto, nad otworem kupa klepek i desek, szmat strzępy, snać te
wściekle psy w kanał skoczyły!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakeś mógł ich zamykać w owym podziemiu, gdy tylko więzienie, nie śmierć im była przeznaczona! --- syknął przez zęby Dietrich z Altenburga. --- Ja ich mieć muszę, muszę! czy znasz to słowo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znam, --- powtórzył Hex ponuro --- lecz miejcie miłosierdzie, innych wam przysposobię, sprawniejsi będą, aniżeli ten cienki Fryc i gruby Hans.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja tamtych chcę, tamtych, a nie innych,
właśnie tylko szlachetne charaktery dadzą się
obietnicą ułudzić, bo same do obłudy nie zdolne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie, to są psy wściekłe, co kąsają człowieka. --- I Hex podniósł dłoń ze świeżą, jeszcze niezagojoną raną.</akap_dialog>


<akap>Dietrich brwi zmarszczył.</akap>


<akap_dialog>--- Pokąsały ciebie, Hexa, a nie człowieka ---
a kąsać będą każdego, kogo wskażę jako nieprzyjaciela ich plemienia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź, szukaj! --- do jutra mieć muszę obu.</akap_dialog>


<akap>Hex ociągał się jeszcze, lecz Dietrich zawołał
przyciśnionym, lecz stanowczym głosem. </akap>


<akap_dialog>--- Precz!!</akap_dialog>


<akap>Echo głucho powtórzyło ten wyraz, który zda
się towarzyszył przygnębionemu Hexowi przez całą
długość wielkiej komnaty, a w przedsionku jeszcze się odbiło o sklepione mury. Dopiero gdy wyszedł z zamku, odetchnął swobodniej, a potem
zacisnąwszy pięść i zgrzytnąwszy zębami mruknął jakieś przekleństwo, a krocząc powoli do domostwa, potrącił wierną swoją Koboldę, która
nie wiedzieć po co i dla czego przemykała się
pod murem. A szła tak ukradkiem i milczkiem,
jakby potajemnie kogo podsłuchać lub podpatrzeć chciała.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie się włóczysz! --- syknął Hex, zadowolony, że miał na kogo pierwszy gniew spędzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho! ty niedołęgo! --- odmruknęła Kobolda.
I położywszy palec na ustach, wskazała ręką,
aby nie pytając, szedł do Wolfshöhle, sama zaś
wcisnęła się jeszcze głębiej we wnętrze muru,
łowiąc uchem rozmowę dwu stojących opodal
ludzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówią, że zniknęli zupełnie --- rzekł szeptem młodzieniec smagły, ubrany w ciemną krótką odzież, na której miał przewieszoną gęśl przez ramię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież muszą być jakieś ślady po zaginionych? --- spytał starszy w ubraniu duchownem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach ojcze Germanie, kogo raz wepchną
w podziemia, stamtąd go nikt nie wyciągnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, lecz opieka Najwyższego sięga tam,
gdzie <wyroznienie>nikt</wyroznienie> dosięgnąć nie zdoła, --- odpowiedział
Ojciec German z powagą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lecz kogo Krzyżak chce zgubić, nic go
nie ochroni...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho --- odrzekł gromiąc duchowny. ---
Nie bluźnij Bernardzie; niezbadane są wyroki
Stwórcy. Może te pacholęta miały zdradzić swoich, może miały być narzędziem złego, zbrodni,
lepiej, że w młodości zginęły... Czy śladów żadnych nie odkryto? --- zapytał po chwili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówią, że z owego podziemia prowadzi
jaki otwór w głębinę, że tam znaleziono potargane szmaty odzienia, strzępy włosów a nawet
ślady krwi, zresztą nic, nic! Ach, ojcze, ja się
boję, czy ten mściwy Hex nie uśmiercił ich ---
mówił Bernard ze drżeniem w głosie.</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Dzieciak jesteś --- odparł ojciec German ze smutnym uśmiechem. --- Hex raz powierzonych,
chłopców strzeże jako oka swego, jako strzegł
ciebie i wielu braci naszych, inna w tem jakowaś przyczyna. Gdy cię wyślą dziś za mury,
staraj się dowiedzieć, czy gdzie jakich śladów
niema. Możeby ukrytym kęs jadła lub otuchę
zanieść. Smutna to sprawa, dziecię moje, a kiedy nas Bóg przeznaczył, by żyć między wrogami,
starajmyż się przynajmniej braci cierpiącej w pomoc przychodzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojcze, przykrzy się życie takie. Słuchać
i słuchać, jak coraz to więcej pacholąt naszych
przybywa! ach, jabym wszystkich rad jednej
chwili wypuścić z tych murów, roztargałbym je,
rzuciłbym się...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bernardzie, uspokój się; synu mój. Ciało
twoje wątłe a słabe, przed oczami noc wieczna,
co możesz uczynić, biedne chłopię moje? Tu,
razem we dwóch, możemy te pacholęta wprowadzać na drogę wiary, a uczyć ich, by nie zapomnieli o swoich. Ty, chłopcze, z innego, a ja z innego plemienia, ongi może plemiona nasze
wiodły walkę ze sobą, lecz tutaj połączyła nas
wspólna niedola i jedna myśl, że braciom naszym
służyć będziemy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, ojcze, gdyby raz jeszcze przejrzeć,
gdyby przedrzeć tę ciemność, co wzrok mój zakrywa, i ujrzeć lasy nasze tam, tam daleko, jako
Tubingas ciemny służyć świętemu dębowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho Bernardzie, przyjąłeś wiarę Świętą,
a wracasz myślą do ofiar pogańskich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojcze, ten Bóg, któregoście czcić nas nauczyli, jest wielki, lecz on przecież nie każe zapomnieć tych, cośmy ukochali?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, owszem, Najwyższy każe ich miłować, a miłości największej dasz dowody, gdy
oddalony od ziemi swojej nieść będziesz pomoc
tym, co jak ty wyrwani w latach dziecięcych,
zapomnieliby o swoich, gdybyś im pieśnią ich
nie przypominał. Wasz Tubingas, składając objaty poświęconym dębom, wielbi Najwyższego, oddając mu cześć, podziwiając wielkość przyrody; jak on w ojczyznie, tak ty służ braciom w niewoli; a pieśń niechaj w nich miłość ku tej ziemi
rozbudza. Idź ślepcze młody, mów im o ziemi
twojej, śpiewaj niezrozumiałą dla Niemców mową;
Niemiec jej nie rozumie, dźwięk mu się podoba,
a częstokroć w piersi zamarłej twego rodaka
rozbudzisz uczucie do rodzinnej ziemi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, ślepcom a śpiewakom wszędzie dojść
można --- rzekł, westchnąwszy, Bernard --- może
też i <wyroznienie>ich</wyroznienie> odszukam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź. --- I duchowny zakreślił znak krzyża
świętego nad głową młodzieńca, spuścił potem
rękę na jego ramię i dodał: --- Idź, ja pospieszę
do szkoły, by chłopiętom zanieść słowa wiary.</akap_dialog>


<akap>I ojciec German powoli kroczył do Wolfshöhle.</akap>


<akap>Nie wielki, naprzód pochylony, zdawał się
być niemłodym, a jednak gdy podniósł wzrok
pogodny, widziałeś twarz nie latami, lecz cierpieniem znękaną.</akap>


<akap>Oddawna, oblokłszy suknię duchowną, u Krzyżaków przebywał, w zasadach wiary Świętej był
biegły, a życiem wzbudzał poszanowanie we
wszystkich. Niemiecką jako Krzyżak znał mowę,
lecz umiał i inną, bo gdy z wyprawy wracano,
prowadząc za sobą młode pacholęta, rozmawiał z nimi odrazu, a pacholęta garnęły się do niego,
opowiadając mazurską mową o ojcu i macierzy.
Pacholąt jednak z tamtej strony mniej do Wolfshöhle sprowadzano, więcej daleko było takich,
co Perkuna a dęby czcili, a wiary Świętej nie
znali, tych mowę Ojciec German lepiej jeszcze
rozumiał, na jej dźwięk oczy mu błyszczały, chłopięta wypytywał, ba i w płaczu utulił.</akap>


<akap>Skąd był? a któż o to pytał. Krzyżacy go
szanowali, czasem do wielkiego Mistrza był wołany. Dietrich von Altenburg, zastępujący Mistrza,
często z nim rozprawy miewał. Snąć był im potrzebny, bo ile razy młodzieniec jaki z przywiezionych z wojny, począł się buntować, słowa
Ojca Germana zawsze go uspokoiły. Pod jego
też wejrzeniem najbardziej rozgniewany Krzyżak
przychodził do siebie, a psy szczekające i rzucające się zajadle na przechodniów, na głos jego
milkły i łasząc się, przychodziły do jego kolan.
Jedna tylko Kobolda, choć nisko zawsze przed
Ojcem Germanem schylała głowę, w duszy niecierpiała go, gdyż nie pozwalając złośliwej niewieście źle się obchodzić z pacholętami, powierzonemi jej pieczy, nieraz surowo ją gromił.</akap>


<akap>To też na każdym kroku chciała mu szkodzić, a liżąc się i przymilając, śledziła go wszędy.</akap>


<akap>Zaledwie więc Ojciec German poszedł do Wolfshöhle, Kobolda wysunęła się ze swojej kryjówki.
Zacisnęła pięść swą ogromną, syknęła coś przez
zęby, a stanąwszy przy wejściu do zamku, postanowiła czekać wyjścia rycerza von Altenburg. I niedługo czekała, wkrótce Krzyżak wyszedł,
poprawiając na sobie opończę, którą zwykle był
odziany, gdy pozostawał wśród murów. Stanął
we drzwiach, mierzył wzrokiem z oddali owo
Wolfshöhle, najdłużej zaś zatrzymał się na maleńkiem okratowanem okienku w sklepieniu okrągłem nad ziemią, a prowadzącem od głównego
budynku do muru, okalającego podwórzec zamkowy.</akap>


<akap_dialog>--- Ha, bydlę! --- syknął i targnąwszy niecierpiwie pas, otaczający jego postać okazałą, chciał
iść dalej, gdy Kobolda zabiegła mu drogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rycerzu von Altenburg, szlachetny panie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Precz! --- krzyknął rycerz, zastawiając się
ręką, jak gdyby chciał złe widmo z przed siebie
odpędzić.</akap_dialog>


<akap>Lecz Kobolda nie łatwo się zrażała. Pozostała
na chwilę za nim, a potem idąc cichutko, skradając się jak kot, znowu poczęła:</akap>


<akap_dialog>--- Wiem już, kto wszystkiemu winien.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty i twój mąż, niecne potwory! --- krzyknął von Altenburg, wznosząc swą dłoń potężną,
a nie oglądając się na idącą tuż obok niego,
dodał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Precz mi z oczu!</akap_dialog>


<akap>Kobolda pozostała na miejscu; nie dała jednak
za wygraną. Cichutko podreptała do Wolfshöhle,
gdzie wsunąwszy się głównem wejściem, wkrótce
ukazała się bocznemi drzwiami na podwórzu,
a gdy von Altenburg opatrywał uważnie sklepienie i okienko, ona podkradłszy się kocim swoim
chodem, szepnęła:</akap>


<akap_dialog>--- Ojciec German, i ślepiec Bernard byli z nimi w zmowie; German polecił ślepcowi, by ich
szukał po za murem.</akap_dialog>


<akap>Dietrich drgnął pomimowoli, nie zdawał się
jednak zważać na szept Koboldy, która jak cicho podeszła, ciszej jeszcze usunęła się, a na jej
ohydnej twarzy znać było rozradowanie i uśmiech
piekielny. W tejże samej chwili z Wolfshöhle
wyszedł Ojciec German, który spojrzał na nią
łagodnym wzrokiem, zatrzymując czas jakiś pogodne swe oczy na jej rozradowanej twarzy.
Chytra niewiasta nie mogła snać wytrzymać tego
spojrzenia, gdyż schyliwszy skronie, przycisnęła
się do muru, jakby przez uszanowanie dla przechodzącego. German spojrzawszy raz jeszcze na
nią, przysunął się do Dietricha i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Badałem innych, nic nie wiedzą, lecz wysłałem Bernarda po za mury, ten choć ślepiec,
często lepiej dojrzy, aniżeli stu patrzących. Daleko ujść nie mogli, gdy ich znajdzie, zatrzyma
za bramą, w ukryciu opodal od zamku, a stamtąd ja ich sprowadzę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy wam można ufać? --- zapytał Dietrich
przytłumionym głosem, wpatrując się w duchownego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czym was kiedy zdradził? --- odparł tenże,
zatrzymując znów wzrok na Dietrichu, który tak
samo jak Kobolda nie wytrzymał tego spojrzenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po raz ostatni wam ufam --- rzekł, kładąc
rękę na ramieniu Germana --- ale gdybym się
zawiódł, biada wam, biada tym wilczętom. I to
mówiąc, wskazał ręką na Wolfshöhle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bezpotrzebne pogróżki wasze, krew sobie
ino psujecie --- odparł poważnie German --- a krew
wasza powinna być spokojna, boć nową szykujecie wyprawę, nie warto jej na takie małe sprawy zażywać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nie małe sprawy! --- krzyknął, prostując się Krzyżak. Mnie oni obaj potrzebni byli,
jam z nich pragnął mieć psy gończe z delikatnym węchem, co umiejętnie użyte, na jamę naprowadzić zdolne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdy się psa układa, to go się w podziemiach nie zamyka, bo węch stracić może.</akap_dialog>


<akap>W tej chwili Hex znów się ukazał.</akap>


<akap_dialog>--- Rycerzu, panie! --- rzeki, ukazując strzęp
podartej, skręconej w sznur odzieży i kosmyk
zakrwawionych jasnych włosów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To wszystko co odnaleźć zdołałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja cię nie po strzępy posłałem --- ofuknął
Dietrich --- ja chcę ich widzieć żywych!</akap_dialog>


<akap>Hex począł się jeszcze tłómaczyć, lecz Krzyżak nie słuchał jego wyrazów, świsnął tylko
w świstawkę, którą miał zatkniętą u pasa. Dwóch
knechtów potężnej postaci stawiło się na zawołanie. Dietrich ręką wskazał na Hexa.</akap>


<akap_dialog>--- Zaprowadzić go do podziemia, w prawem skrzydle.</akap_dialog>


<akap>Hex złożył ręce i padł na kolana, nic jednak
nie pomogło. Knechty ujęli go pod ręce, a silne
to było ujęcie, gdyż nie drgnął nawet, tylko szedł,
kroki swe stosując do idących obok niego. Kobolda wyjrzawszy z za drzwi, zgrzytnęła tylko zębami, pięść zacisnęła, a schroniwszy się napowrót, gdy Hexa prowadzono do prawego skrzydła, ona stojąc we wgłębieniu muru, dawała mu
jakieś znaki, na które skazany spoglądał szklanemi oczami.</akap>





<naglowek_rozdzial>V</naglowek_rozdzial>




<akap>Podziemia krzyżackiego zamku łączyły się
z kanałami, ciągnącemi się, aż ku samej Wiśle.
Kanały te pochłaniały wszelkie odpadki uczt
krzyżackich, pochłaniały też i resztki tych, których mściwa ręka rycerzy pozbawiała życia. Żeby jednak przez otwory zakratowane kanałów,
znajdujących się w niektórych miejscach podwórca, nie psowało się powietrze, były znów przeprowadzone rury, któremi bezprzestannie napływała woda, sprowadzana z odnogi Wiślanej.
Woda ta, idąc z góry, zabierała wszystko, spychając gwałtownie do rzeki.</akap>


<akap>To też gdy Siewros a za nim Jaśko, wskoczyli w owo podziemie, pochwyceni zostali tym
pędem i niesieni niewiedzieć jak długo. Biedne
chłopięta instynktownie, chcąc się ratować, robili
ruchy rękami i nogami, co chroniło ich od zalania
wodą. Pierwszy Siewros, pędząc tak, zahaczył
się o jakiś wyłom i uchwycił się ręką wystających
kamieni. Siły go opuszczały, ręce drętwiały, zdawało mu się, że już ostatnia godzina nadeszła.</akap>


<akap>Wkrótce jednak otrząsnął się, ręką posunął
coraz dalej wgłąb wyżłobienia... Woda tutaj
słabo się dostawała, wyżłobienie zagłębiało się
w bok: wyciągnął się więc na nim i odpoczywał, 
chwytając w siebie wilgotne i cuchnące powietrze.
Naraz usłyszał zsuwanie się przez kanał jakiegoś
ciężaru, a około zwieszonych nóg uczuł najwyraźniej dotknięcie ręki ludzkiej.</akap>


<akap_dialog>--- Jaśko! --- krzyknął Siewros zamierającym
już głosem i nie namyślając się, zsunął się ze
swego wilgotnego łożyska.</akap_dialog>


<akap>Pchani tak dalej wodą, pędzili przez całą
długość kanału, a jakim sposobem obadwaj znaleźli się wśród trzciny i szuwarów, rosnących na
błotnistem wybrzeżu rzeki, i jak długo tam leżeli,
zdać sobie z tego sprawy nie umieli. Gdy się
ocknął Siewros, słyszał w dalszym ciągu szum
wody, gwary dochodzące z oddalonego miasta,
nie wiedział jednak gdzie jest, co się około niego
dzieje. Olśniewała go tylko jasność promieni
słonecznych, odurzał powiew od wody, pól i łąk,
a tam w trzcinie głosy ptaków oznajmiały, iż jest
jakoweś około niego życie. Chłopak przetarł oczy, otrząsnął się cały, gdy nagle jęk uszu jego doleciał. Resztkami sił podniósł się i oparł na łokciu.
Opodal niego leżał Jaśko, cały obłocony i poraniony..., nad nimi niebo błękitne.</akap>



<akap_dialog>--- Jaśko! --- zawołał Siewros --- Jaśko! --- 
powtórzył raz jeszcze, chcąc się przekonać, czy
żyje i czy rzeczywiście widzi to, co mu się przedstawia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? --- zajęczał głos z pobliskiego sitowia.</akap_dialog>


<akap>Serce zakołatało w piersi Siewrosa, podniósł
głowę i nadsłuchiwał jak zając, gdy chce się upewnić, z której strony niebezpieczeństwo zagraża.
Lecz za każdem poruszeniem biedne pacholę czuło
ból w całem ciele; senność go ogarniała, nie dawał się jednak.</akap>


<akap_dialog>--- Co? --- powtórzył głos z sitowia --- kto mnie
woła?</akap_dialog>


<akap>Ocknął się na to zapytanie Siewros, a mimo
bolu, na czworakach zaczołgał się w stronę, skąd
go głos dochodził.</akap>


<akap>Jaśko obłocony, ociekły krwią, jęczał w sitowiu; ogołocony z odzienia, świecąc poranionem
ciałem, leżał nawpół przymkniętemi powiekami,
powtarzając uparcie:</akap>


<akap_dialog>--- Co? co?...</akap_dialog>


<akap>Siewros położył rękę na jego głowie, wołając:</akap>
<akap>
--- Jaśko! to ja, otwórz oczy... jesteśmy oba
pod gołem niebem... słonko świeci... ptacy wabią
w sitowiu... Jak się to stało?</akap>


<akap_dialog>--- Jak się to stało? --- powtórzył Jaśko, odchylił powieki, spojrzał dokoła, lecz znać było
z jego wzroku, że nie nierozumiał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, gotów zamrzeć --- zawołał Siewros,
i obejrzawszy się, postrzegł dopiero teraz, że i on był tak samo bez odzienia jak i Jaśko, że krew
sączyła się z obnażonej jego piersi, a cały był
obłocony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tośmy się ustroili --- rzekł półgłosem ---
brrr! jak mnie wszystko boli.</akap_dialog>


<akap>Woda tuż około szuwaru, z dnem czystem, zwirowem, będąca odłamkiem rzeki, zwróciła jego uwagę. Nie namyślając się, wszedł w ową
nęcącą wodę, a chociaż go rany bolały, pluskał się w niej jak ryba i jakoś orzeźwiony wyszedł z tej kąpieli, a położywszy się między trzciną,
wygrzewał się na słońcu. Po niejakimś czasie
raźniej mu się zrobiło, lecz głód dokuczać mu
zaczął.</akap>


<akap_dialog>--- Ba, żeby tak Jaśka w tę wodę, toby też
ożył! we dwu raźniejby nam było. --- Jaśku!
Jaśku! --- począł, trącając towarzysza, lecz chłopak poruszał tylko ustami, nic budząc się z półsnu, w jakim zostawał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to jak widzę, ja ciebie chyba, braciszku, poniosę!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ ciężki! --- dodał po chwili, usiłując
Jaśka podnieść z ziemi.</akap_dialog>


<akap>Siadł więc, plecami zwrócony do leżącego, ręce jego założył sobie na szyję i usiłował dopiero
podnieść się wraz z towarzyszem. Lecz i to było
napróżno; biedny Siewros resztek sił dobywał,
wszystko nic nie pomagało, tem więcej, że krępy
Jaśko nietylko mu niedopomagał, lecz owszem
opadał całym ciężarem ku ziemi.</akap>


<akap_dialog>--- Eh, czy ty myślisz braciszku, że ja ci pozwolę tak leżeć w błocie i głód cierpieć będę
wraz z tobą? Oho, ja znajdę sposób i tak cię
opłuczę jak siebie.</akap_dialog>


<akap>A widząc, że wszelkie usiłowania poniesienia
towarzysza do wody, były dotąd daremne, Siewros podniósł głowę Jaśka, oparł ją sobie na
kolanach, potem, wziąwszy go pod ramiona, ciągnął do rzeki. Odpocząwszy chwilkę, wszedł do
wody, a nabrawszy jej oburącz, oblewał twarz
towarzysza, potem ostrożnie zsunął go w wodę,
posadził przy brzegu, podtrzymywał głowę na
własnej piersi, lecz nagle stracił równowagę i obadwaj znaleźli się pod wodą.</akap>


<akap>Siewros w chwili niebezpieczeństwa nieopuścił
jednak towarzysza, razem z nim chciał się wydobyć, i z radością uczuł, że Jaśko zaczyna ruszać rękami. Po chwili obadwaj płynąc obok siebie, wyszli na brzeg, a ujrzawszy się ocalonymi, rzucili się sobie w objęcia. Woda orzeźwiła
potłuczonego i pokaleczonego Jaśka, młodość
przemogła: otrząsnął się, jak źrebiec, gdy przepłynąwszy wodę, stanie na zielonej łące.</akap>


<akap_dialog>--- Zkądżeś się ty wziął? --- zapytał Jasiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo ja wiem? a ty skąd? --- odparł zapytany.</akap_dialog>


<akap>I rzeczywiście obaj nie wiedzieli jakim sposobem, wpadłszy w ciemny kanał, ujrzeli się naraz pod gołem niebem, i oto teraz mogą mówić
i ruszać się. Czuli to doskonale, że żyją, bo
głód im coraz więcej dokuczać począł, lecz odarci
z odzienia, nie śmieli się ruszyć z pomiędzy trzciny. Wtem głosy jakieś zaczęły ich dochodzić,
rozchylili szuwary, kobiety z przedmieścia szły
prać bieliznę w rzece, rozprawiając między sobą
wesoło.</akap>


<akap>Na widok zbliżających się, chłopcy schowali
się w szuwary i przylegli do ziemi. Lecz Siewros, znużony ostatnim wysiłkiem, ledwie oddychał, a tylko przy pomocy Jaśka mógł popełzać dalej.</akap>


<akap_dialog>--- Aj, żeby nam tak szmat odzienia, szepnął
Jaśko, patrząc na nagie, poranione swoje i towarzysza ciało.</akap_dialog>


<akap>Siewros otworzył tylko na wpół oczy i nic
na to nie odrzekł.</akap>


<akap_dialog>--- Eh! --- jęknął po chwili Siewros.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho! --- szepnął mu Jaśko --- jeszcze nas
ujrzą i wydadzą!</akap_dialog>


<akap>Szept jednak nic nie pomagał; Siewros od
czasu do czasu wydawał głuche jęki, szarpał się
i miotał leżąc wśród szuwaru, a ostre trawy raniły jeszcze więcej jego ciało. Jaśko dobywał
reszty sił, aby towarzysza uspokoić, rwał wodne
liście, brał błoto i okładał niem szarpiącego się
Siewrosa. Mimo to jednak jęki doszły do uszu
piorących kobiet.</akap>


<akap_dialog>--- Oj, a to co?! --- zawołały z przestrachem,
zbliżając się razem i czyniąc znak krzyża.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To złe przeszkadza --- szepnęła najmłodsza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho! --- przerwała jej najstarsza --- jeżeli złe, nie przeszkadzaj, niech jęczy.</akap_dialog>


<akap>I zamieszała nogą wodę na krzyż, splunąwszy
za siebie trzy razy.</akap>


<akap>W szuwarach jęknęło znowu, a trzcina zakołysała się jeszcze bardziej.</akap>


<akap_dialog>--- Oh! oh! --- zawołała milcząca dotąd dziewka,
a zakrywszy oczy, poczęła uciekać. Dwie drugie
spojrzawszy w stronę, skąd dochodziły jęki,
a ujrzawszy, że z pomiędzy trzcin wyglądała niby
głowa człowiecza obłocona i oblepiona liśćmi,
i jakieś dłonie, usiłujące trzcinę pochwycić, gdy
coraz więcej dochodzić ich zaczęło szamotanie
i jęki, uciekały za pierwszą, wołając:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Thor! Teufel! --- lub:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, Gott!</akap_dialog>


<akap>I było się czego przestraszyć. Siewros miotając się w dziwnej gorączce podnosił się, rozgarniał szuwary, usiłował pędzić przed siebie,
Jaśko, chcąc go powstrzymać, szamotał się z uciekającym.</akap>


<akap>Nareszcie wszystko ucichło. Nikt nie śmiał
się zbliżyć do owych szuwarów, kobiety rozniosły
wieść o złem, przeszkadzającem nad odnogą rzeki,
żal im było porzuconej bielizny, nie śmiały jednak
wrócić.</akap>


<akap>O zmierzchu po nad tą samą rzeką przechodził ślepiec Bernard, cichym głosem śpiewając;
wiatr roznosił pieśń pobożną, wreszcie pieśń ta
umilkła. Zadźwięczały inne jakieś tony na wpół
dziko, smutno brzęczały struny przewieszonej
gęśli, wtórował im głos tęskny, przypominający
szum lasu... Obce wyrazy niemieckiej mowy rozlegały się dokoła. Od czasu do czasu dolatywało:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Motina łankta tawe! Motina łankta tawe!!</slowo_obce><pa><slowo_obce>Motina łankta tawe</slowo_obce> --- Matka czeka cię.</pa></akap_dialog>


<akap>W trzcinie zaszeleścialo. Siewros nawpół senny, przeciągłym głosem powtórzył: <slowo_obce>Motina łankta tawe</slowo_obce>! Głos słaby zginął wśród szuwaru nad
wodą. Delikatne ucho Bernarda zdawało się
chwytać ostatnie wyrazy swej pieśni, stanął, wyciągnął szyję, rękę oderwał od gęśli, wyprostował
ją przed siebie, jakby chciał ułowić ów powtórzony wyraz.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, to echo tylko mi wtórzy --- szepnął po chwili. --- Echo przynosi mi pieśń, którą tam,
tam gdzieś daleko śpiewają!</akap_dialog>


<akap>Westchnął raz jeszcze:</akap>


<akap_dialog>--- Ach, gdyby choć tych chłopców znaleźć.
Ha, może uciec zdołali!</akap_dialog>


<akap>W szuwarach jęknęło znowu i szmer wyraźniejszy dochodził. Ściemniło się już prawie zupełnie, a dla ślepca Bernarda noc też była wieczna.</akap>


<akap_dialog>--- Może oni się tu gdzie kryją, może to ich
jęki?...</akap_dialog>


<akap>I począł znów pieśń pobożną, znaną w murach krzyżackiego zamku, jakby nią dawał znaki;
głos jego przecież znać musieli. Lecz pieśń ucichła, w szuwarach nie słychać było jęku, wszystko zdawało się układać do nocnego spoczynku.</akap>


<akap_dialog>--- Oni, czy ktokolwiek, zawsze tam jakieś głosy ludzkie, te jęki zawsze coś znaczą, może
kto potrzebuje pomocy...</akap_dialog>


<akap>I ślepiec, wyjąwszy z pod opończy chleb i glinianą bańkę, poszukał miejsca nad rzeką, a znalazłszy wilgotne skręcone szmaty, położył przy
nich przyniesione zapasy, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Tak, tak, tutaj snać jest człek jakiś potrzebujący pomocy, niechajże chleb i napój pokrzepi jego siły!</akap_dialog>


<akap>Rękę wyciągnął przed siebie, węchem wciągał
powietrze, rozpoznając tym sposobem drogę i milcząc posuwał się dalej... A gwiazdy migotały na
ciemnem niebios błękicie, jedne mrugały i kryły
się, inne złotawym blaskiem rzucały światło na
srebrną wstęgę Wisły, przedzierając mgłę gęstą,
wznoszącą się nad rzeką. Wreszcie gwiazdy zagasły, mgła okryła płaszczem białym nisko, niziutko łąki i pola.</akap>


<akap>Wśród tej mgły gęstej, czernieją dwie ludzkie
postacie, idące chwiejnym krokiem.</akap>


<akap>To Siewros, wspierający się na Jaśku. Silna
natura chłopięcia, świeżość nocy, a może dźwięk
ojczystej zasłyszanej pieśni, otrząsły go ze strasznej niemocy i trapiących widziadeł. Z wyrazami pieśni: <slowo_obce>Motina łankta tawe</slowo_obce>, sen skleił mu
powieki.</akap>


<akap>Świegotanie ptactwa, które po północy z pierwszym brzaskiem budzić się zaczęło, rozbudziło
i Siewrosa. Przetarł oczy i starał się przywołać
rozpierzchnięte myśli. Chrapanie śpiącego obok
Jaśka, przypomniało mu towarzysza. Pociągnął
go i zbudził.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie jesteśmy? --- zapytał Siewros.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uciekajmy! --- rzekł Jaśko. --- Uciekajmy
póki noc; jesteśmy bez odzienia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, nadzy, głodni i bezsilni --- odezwał
się Siewros --- jednak uciekać trzeba.</akap_dialog>


<akap>I zerwał się chłopak, a chociaż chwiał się
cały jak trzcina obok rosnąca, starał się jednak
utrzymać na nogach.</akap>


<akap>Podparł go rozbudzony Jaśko.</akap>


<akap_dialog>--- Uciekajmy, uciekać musimy --- powtórzył
Siewros.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wpław przez rzekę.</akap_dialog>


<akap>I rzucili się oba do wody. Los opatrzny zaprowadził ich w miejsce, gdzie niewiasty porzuciły szmaty, a litosna ręka Bernarda położyła
chleb i napój. Odziani i pokrzepieni szli dalej
pod osłoną mgły gęstej porannej.</akap>


<akap_dialog>--- Aby jak najdalej od krzyżackiej ziemi! ---
mówił Siewros.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aby jak najdalej! --- powtarzał Jaśko. ---
Gdybyśmy się dostali do moich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo do moich! --- wzdychał Siewros.</akap_dialog>


<akap>I szli dalej.</akap>



<naglowek_rozdzial>VI</naglowek_rozdzial>





<akap>Jak sięgnąć okiem wzdłuż środkowego Niemna, wszędy znać straszne zniszczenie. Zameczki
obronne w gruzach leżą, a gdzie ciągnęły się
uprawne i bogate sioła, widnieją tylko zgliszcza,
a rumowiska. Zdeptane pola, walające się strzępy odzienia, złamana żelazna zbroica, lub tarcza
trzcinowa, ciężki miecz w zaciśniętej jeszcze dłoni świeżego a na poły przez zwierza ogryzionego
trupa, odcięta noga lub ręka, ba nawet i głowa
patrząca przewróconemi białkiem oczyma, dymiące niedogasłe ognisko, dym ciężki przesuwający
się po nad tem zniszczeniem i woń zgnilizny,
napełniająca powietrze, wszystko mówiło o niedawno stoczonej bitwie. Połamane zbroice, strzępy płaszczów białych z godłem Krzyża, świadczyły
o napadzie Krzyżaków. Nie przebaczyli oni nikomu i niczemu, co znaleźli na drodze. Zwycięzcy
czy pokonani, zostawili ślady swego przejścia.
A chociaż jeńców uwozili i zdobycz brali, swoich też nie mało zostawiali na pobojowisku, ba i żywcem, rannego lub związanego, dostawało się
niemało krzyżackiego żołdactwa w ręce litewskiego ludu.</akap>


<akap>We wgłębieniu więc lasu, opodal od owego
strasznego pobojowiska, na świętem snać miejscu
leżało czterech związanych ludzi. Jeden silny
i barczysty pocięty był i poraniony, głowa zwisła
ku ziemi, usta krwią ociekłe od czasu do czasu
rzucały przekleństwa, dwu zaś młodych chłopaków leżało z nawpół otwartemi oczyma, a zda się, że i w nich nie wiele już było życia. Jeden
odwrócił się twarzą do ziemi, jak gdyby nie chciał
patrzeć na słońce, które miało zapewne wkrótce
dla niego zagasnąć. Westchnienie tylko przeciągłe
podobne do jęku, oznajmiało w nim jeszcze resztkę życia. Drugi ze związanemi w tył dłońmi
oparty, czy przywiązany do drzewa spoglądał
zamglonem okiem dokoła, czasami kurczowo
zadrgały mu usta jakby chciał przemówić, a słowa ni tchu nie stało. Tuż obok niego starszy
wiekiem młodzian z długiemi włosami, z oczami
w jeden punkt wlepionemi, związany, leżał na
pół oparty o zwaloną kłodę drzewa. Twarz wycieńczona, łagodna, oczy zamknięte, nie wyrażały
bólu ni trwogi, usta poruszały się powoli, nie
wydając głosu. O kilkaset kroków od nich, stał
dąb, a raczej pień wielkiego dębu, do którego
wchodziło się po kamieniach jakoby po schodach,
a nad nim pokrzywione w rozmaite strony gałęzie wyrastały ku górze w wielką koronę... Dąb
ten i polana są nam już znane, jak i Tubingas,
kroczący z tą samą co i przed laty powagą,
a obok niego Chroniwos z przewiązaną skronią,
z ręką prawą trzymaną na pasie skórzanym,
a owiązaną lnianą szmatą od ramienia aż do dłoni. Za nimi ludzie z wejrzeniem dzikiem,
każdy z toporem, i zgrają wybladłych z wejrzeniem wystraszonem kobiet i dzieci. Wszyscy szli
tak, jak wtedy, gdyśmy ich widzieli kroczących na
powitanie pierwszego dnia wiosny. Ino oczy ich
spoglądają teraz złowrogo, nie mając tego, co
ongi spokoju: na wielu ślady jeszcze przebytej
walki, z niektórych piersi dziki okrzyk się odzywa... Tubingas stanął na kamiennych schodach
wiodących do pnia świętego dębu.</akap>


<akap_dialog>--- Ugni Perkun!<pa><slowo_obce>Ugni Perkun</slowo_obce> --- Ognia Perkunowi.</pa> zawołał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ugni! powtórzono.</akap_dialog>

<akap>Chroniwos zgrzytnął zębami, oczy mu zabłysły, głośniej nad innych powtórzył:</akap>


<akap_dialog>--- Ugni! Ugni! chciałby niemal biedz, lecz
rany, ba i powaga kapłańskiego syna przytrzymywała go na miejscu... Na znak dany przez
Tubingasa dziesięciu ludzi rzuciło się ku oczekującym śmierci jeńcom. Zemsta napadanych i zniszczonych przez krzyżackie zastępy Litwinów, chciała się nasycić kilkoma pozostałemi w ich
rękach ofiarami. Przywleczono ich do stosu. Tubingas rzucił kamieniem, padł on na najstarszego
jeńca. Stary Krzyżak głowę podniósł do góry,
przekleństwo rzucił niezrozumiałe dla obecnych,
oczy jego zaświeciły chytrym złowrogim blaskiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żywym na stos mnie nie zawleczecie!
wrzasnął swoją mową, szarpnął się jakąś nadludzką siłą, rzucił się i roztrzaskał głowę o wielki stojący śpiczasto kamień. Mózg wyleciał z tej
silnej głowy i obryzgał szarą krwawą masą stojących przy nim. Z piersi ofiarników wyrwał się
krzyk przeciągły, jeńcy nawet okrzykiem i drżeniem przyjęli tę śmierć chroniącą go przed powolnem na stosie konaniem, a długowłosy z zamkniętemi oczyma jeniec zawołał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie okaż miłosierdzie nad nim i nad
nami!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przekleństwa zionie ten! jego na stos! ---
wrzasnął któryś ze stojących bliżej i chciał się
rzucić na modlącego się niezrozumiałą dla nich
a wrogą niemiecką mową. Tubingas usłyszawszy
zamieszanie wyciągnął dłoń żylastą, zadął w róg
wiszący u pasa i nakazał spokój. Cisza zaległa
wśród ludu, echo powtórzyło dziki odgłos rogu,
a wydającego doraźny wyrok śmiałka na bok
usunięto. Święto to było zbyt wielkie, ażeby ktośkolwiek z tłumu ośmielił się mieszać jego uroczystośc. Rzadko się zdarzało Litwinom pochwycić
krzyżackich jeńców, bogowie domagali się snać
ludzkiej krwi na objatę, bo ciężkie plagi spadały na lud ten cały. Krew przelaną pod świętym dębem, lub żywcem spalonych jeńców trzeba
było poświęcić na ołtarzu dla przebłagania ich gniewu. W każdej więc okolicy po walce, gdy jeszcze dymiło pobojowisko, palono wziętych do
niewoli. Uroczystość to była, wśród której z dziką radością i w skupieniu a ciszy gotowano się
do ujrzenia dymu krwi objatnej, lecz krew tę trzeba było przelać na ołtarzu, z ciekawością
więc spoglądano co będzie teraz, gdy jeniec pozbawił się życia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemu nie nie niesiecie, stos gore... wołał Tubingas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zabił się!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zabił się! powtórzono do koła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Łeb sobie rostrzaskał! wołano.</akap_dialog>


<akap>Tabiugas zgrzytnął zębami.</akap>


<akap_dialog>--- Za koło święte z tem ścierwem! wrzasnął
Tubingas.</akap_dialog>


<akap>Szczątki nieszczęśliwego jeńca wkrótce uprzątnięto.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie inni? brać ich!</akap_dialog>


<akap>Na rozkaz w mgnieniu oka pochwycono bladego smagłego młodzieńca, który górując wzrostem nad dwu pozostałymi, patrzył spokojnie błękitnemi oczami na otaczających, tylko jakieś
drganie ust objawiało wzruszenie. Usta drgały
lecz nie wydały głosu. Pochwycono nieszczęśliwego i związanego położyli na stosie... ogień od spodu obejmował drzewo, wężykowemi płomyki przydzierał się przez drobne chrusty, liżąc wielkie kłody drzewa i osmalając je, aby potem zajaśnieć wielkim płomieniem. Cisza była dokoła,
objata miała być spełniona, uroczystość jej powstrzymywała od dzikich okrzyków. Tubingas
tylko wołał:</akap>


<akap_dialog>--- Perkun Ugni! Ugni! Ugni! i podniósł rękę
z toporem, aby leżącego ugodzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siewros, <slowo_obce>mano Wajks</slowo_obce><pa><slowo_obce>mano Wajks</slowo_obce> --- mój syn.</pa> dał się słyszeć
głos z góry z rozrastających się w wysokie konary nad świętym pniem gałęzi. I ze zwinnością
pantery rzuciła się jakaś postać, a odtrąciwszy
mający spaść topór, ciałem swoim przykryła leżącego na stosie. Postać to była dziwna, podobna
do kobiety, lecz strasznie oszpecona. Włos długi,
spływający w nieładzie, okrywał na wpół obnażone ciało, zamiast odzienia były tylko strzępy
skóry powiązane ze sobą łykiem, miejscami przetkane zielonemi liśćmi. Plamy błota, rany na całem ciele, ręce i nogi opatrzone długiemi, jak u zwierzęcia paznogciami, oczy patrzące dzikim
wyrazem z pod rozczochranych spadających na
wychudzoną twarz kościstą włosów, czyniły tę postać wstrętną, niepodobną prawie do człowieka.
A jednak na głos jej Tubingas zatrzymał rękę;
w niemem jakiemś oczekiwaniu stał nad stosem,
a ogień coraz więcej obejmując podkłady drzewa
huczał i rzucał czerwono-błękitne płomienie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Siewros, mano Wajks</slowo_obce>! krzyczała dziko
kobieta, a uchwyciwszy leżącego młodzieńca, z tą
samą zręcznością, z jaką na stos wskoczyła, zbiegła po palących się belkach, niosąc związane
chłopię na rękach tak, jak się niesie dziecię maleńkie. Lud ze czcią rozstępował się idącej, sam
Tubingas z wzniesioną dłonią odwrócił się za
nią, jakby zagasłemi oczami chciał przypatrzeć
się temu dziwnemu zjawisku. Ona tymczasem
złożyła zdobycz swoją na trawie, a śmiejąc się
i płacząc rozwiązywała krępujące ją węzły, całując poranione ciało wydartej kapłanom ofiary.
Nikt nie śmiał się ruszyć z miejsca, wszyscy patrzyli z podziwem. Ci co byli dalej a nie widzieli
co się stało, słysząc tylko dzikie okrzyki i zamieszanie powtarzali z pewnem poszanowaniem
i grozą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szalona! Dowrusa, szalona!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź, zobacz! zawołał Tubingas, trącając
obok stojącego Chroniwosa.</akap_dialog>


<akap>Na znak dany przez sprawiającego objatę,
Chroniwos nie śmiejący się dotąd ruszyć, z młodzieńczą żywością pobiegł do skaczącej nad oniemiałym ze zdziwienia i przestrachu Siewrosem.
Dowrusa, ujrzawszy zbliżającego się Chroniwosa,
poczęła na nowo objawiać swoją radość, powtarzając:</akap>


<akap_dialog>--- Siewros Wajks! dając znaki przybyłemu, aby się wraz z nią młodzieńcowi przypatrywał. Przy tem głaskała leżącego po twarzy, przytulała
jego głowę, podnoiła twarz ku sobie, a wpatrując się w zdziwione oczy młodzieńcu, dotykała rąk jego, a nawet lizała jego rany, chcąc mu 
okazać swą czułość.</akap_dialog>





<akap>Chroniwos z pewnem poszanowaniem i przesądnym strachem spoglądał na obłąkaną, u ludów bowiem pierwotnych pozbawieni zmysłów otaczani byli czcią szczególniejszą. Na ich skinienie nawet kapłani byli posłuszni, sam Tubingas nie śmiał odtrącić obłąkanej i odebrać ofiary, uważając działanie jej za zrządzenie bogów --- wyższych duchów, które według ich mniemania w obłąkanych wstępowały. Więc i Chroniwos nie śmiał dotknąć ofiary trzymanej przez obłąkaną,
dopiero na jej skinienie, pochylił się nad leżącym
i krzyknąwszy Siewros! objął młodzieńca lewą
zdrową ręką.</akap>


<akap_dialog>--- Siewros! powtórzył młodzieniec, Siewros! rzekł, oddając uściski obłąkanej swej rodzicielce
i Chroniwosowi, wymawiając przy tem wyrazy, na dźwięk których Chroniwos odskoczył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tyś Niemiec! syn mój Niemiec! wołał drąc
sobie włosy.</akap_dialog>


<akap>Siewros o ile mógł okazywał czułość, silił się
żeby wyraz jaki przypomnieć sobie, całował ziemię, przyciskał ręce matki do piersi, nie lękając się jej długich paznogei, dawał wszelkie znaki
radości, nie mogąc się porozumieć z tymi, którzy
okazywali mu uczucie, a w których przeczuwał
rodziców, nie rozumiejąc ich mowy. Wreszcie
przypomniał sobie wyraz słyszany jakby echem,
podobny do tych, które oni wymawiali, i zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Motina! (Matka!)</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Motina tawe! Motina! krzyczała Dowrusa,
ściskając młodzieńca. Wzrok jej błędny zaczął
nabierać łagodniejszego wyrazu, na blade wynędzniałe policzki spłynęły łzy rzęsiste, zwilżając
trzymaną rękę syna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bogi mi go oddały! Bogi mi go oddały!
Chroniwos, patrz, to nasz syn, to Siewros, ten
znak na lewem ramieniu! wszak sameś mu ten
znak wypalił<pa><slowo_obce>to nasz syn, to Siewros, ten znak na lewem ramieniu! wszak sameś mu ten znak wypalił</slowo_obce> --- było zwyczajem w owym czasie dzieciom robić znaki na ciele, ażeby wśród ciągłych zapasów
z wrogami mogły być poznane przez rodziców wykupujących ich z niewoli. Znaki takie robiono najczęściej pierworodnym lub ukochanym synom.</pa> mówiła kobieta coraz przytomniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, i jam go poznał po tym znaku, rzekł
ponuro Chroniwos, tak to Siewros, to on, lecz
czyż on nam synem? niemiecką ma mowę. Przekleństwo tym, którzy mu ją w usta włożyli, przekleństwo im wszystkim, wrogom naszym, naszego
plemienia! Syn nas zrozumieć nie może! I darł
włosy z rozpaczy. Wtem Tubingas szedł z wyciągniętą dłonią przed siebie, tłum otaczający Dowrusę rozstąpił się na widok starca, którego
szanowano jako kapłana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zrozumie --- zawołał starzec, --- gdyż jako
wilczę chowane do jamy powraca, tak i on gdy
go szum naszych lasów, dym naszych ognisk
owieje, powróci i stanie jako krew z krwi a kość
z kości naszej. Bogi nam wróciły! nie chciały
krwi jego! I szorstką dłonią dotykał głowy wnuka, a dłoń ta co z taką siłą garść zarzewia brała, stała się lekką jako dłoń wlewająca uczucie
miłości dla swego plemienia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ofiar nam już tej nocy sprawiać nie należy, snać bogowie ich dziś nie pragną, a i wkrąg
złoty ogień na niebie posyła już swoje smugi
to już krwi na ołtarzu święcić nie można: mówił
starzec powłócząc zagasłemi oczami, wskazując
na krąg nieba od wschodu, kędy różowa jutrzenka posłała już pierwsze brzaski. Ślepy starzec
przeczuł ją, chociaż nie widział.</akap_dialog>


<akap>Na znak przez Tubingasa dany, wszyscy zaczęli się rozchodzić. Dowrusa, nieodstepując syna
tuliła go, prowadząc obok dziada i męża, wraz
z całą skupiającą się około nich drużyną. Nagle
Siewros drgnął, jak gdyby sobie coś przypomniał.
Gwałtownym ruchem chciał się wyrwać z pomiędzy otaczających, wskazując w stronę jeńców,
których pod strażą pozostawić miano na świętej
polanie. Na ten ruch Chroniwos rzucił znowu
przekleństwo. Tubingas zmarszczył brwi siwe, pytając, co ono znaczy.</akap>


<akap_dialog>--- Wyrywa się do swoich, do tych... och, on
nie nasz! ryczał z bólu nieszczęsny ojciec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nasz, nasz! mój! krzyczała Dowrusa, przytrzymując syna, jak gdyby go chciała bronić
przed gniewem ojca.</akap_dialog>


<akap>Siewros zaś dawał znaki błagalne, wskazując
na jeńców i darł się ku nim.</akap> 


<akap_dialog>--- Jeńców dać tutaj, krzyknął Tubingas, posłuchajmy co chce z nimi zrobić.</akap_dialog>


<akap>Na głos ten przywleczono dwóch nieszczęśliwych. Siewros rzucał się od nóg Tubingasa do
Chroniwosa, dając znaki błagalne i wskazując
na jeńców.</akap>


<akap_dialog>--- I któż zrozumie jego mowę, ci tylko, ci!
wołał rozpaczliwie Chroniwos. Ach, on nie nasz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wasz, zawołał litewską mową jeden z jeńców, a był nim ślepiec Bernard, wasz jako i wielu co choć krzyżacką mówią mową, litewskie
w piersi mają serce!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I on nasz? zawołał Tubingas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I jam wasz! choć dawno w niewoli krzyżackiej. Wydarto mi oczy, lecz z piersi uczucia
wydrzeć nie zdołano, ono wracało zawsze do
Tubiugasowego ogniska.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tyś ślepcem, tyś ślepcem! a znać i z mego
pokolenia! wrogi ci wydarli oczy, jako i mnie,
teraz mogę już spokojnie odejść, gdy bogowie
wezwą mnie do siebie, ty ślepiec ślepca przed
świętym dębem a ogniem zastąpisz. I położył
dłoń na głowie leżącego u stóp jego jeńca, rozkazując rozcinać więzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tyś ślepiec, tyś mój następca! wołał starzec. Chroniwos do boju, ty bogom służyć będziesz!</akap_dialog>


<akap>Bernard schylił głowę nie odpowiadając nic na mowę Tubingasa. Zabierano się znów do dalszego pochodu, nie troszcząc się o pozostałego
związanego jeńca, który też zresztą zdał się nie
wiele troszczyć o to, co się w około niego dzieje.
Z oczami zamkniętemi leżał nieruchomie, nie wiedząc i nie słysząc nic co dokoła niego mówiono. Siewros jednak postąpić dalej nie chciał, do
Bernarda przemawiał, a ten był tłómaczem pamiętając ojców mowę.</akap>


<akap_dialog>--- Jeżeli my znaleźliśmy ziemię naszą, ojców
naszych, wołał ślepiec, przez miłość dla tej ziemi
i dla nas, uwolnijcie trzeciego. Szmer jakiś niezadowolenia powstał pomiędzy ludem. Lud chciał
objaty bogom, a jakkolwiek podzielał radość
z odzyskanych synów Tubingasowej rodziny, pragnął obiecanej uroczystości, a z czterech krzyżackich jeńców wybranych na objatę ten jeden już
tylko pozostał. Bernard jednak nie zważał na
wznoszące się szmery, wołając:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przez miłość dla ziemi, przez miłość dla nas, dajcie wolność tamtemu. On razem z Siewrosem niewolę podzielał, razem z nim uciekł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On nie Niemiec, nie Krzyżak? pytał Tubingas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, on jako i my niewolnik!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale nie nasz? zapytał Chroniwos.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, on z innego lecz również nieszczęśliwego najeżdżanego przez Krzyżaków ludu, on od tych, co na południo-zachód od naszych lasów,
tam po nad jeziorami a Wisłą mieszkają, on jest
od Mazurów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To tam, kędy jasne pola a złote zboże,
kędy wsie a miasta w broń i lud zasobne, mówił
Chroniwos z pewną chciwością. Nie, ale on nie
nasz! mamy ich dosyć! Nie!... Nie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On był z twoim synem w niewoli, razem z nim uciekł! wołał Bernard, a Siewros włóczył
się od nóg dziada do ojca niemą zanosząc prośbę.
Tubingas wreszcie podniósł dłoń, a spuszczając ją na ramię Chroniwosa zawołał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie godzi się zabijać druha naszych synów, on z owego plemienia skąd łupy pewne, ---
bogaty można okup pozyskać, ba i tam podobno
od Gedyminowego grodu nowa gotuje się wyprawa, --- jeżeli zna ziemie?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On był w niewoli, on nie zna ziemi swoich ojców! mruknął niechętnie Chroniwos!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale zna ojców swych mowę, może wam
być przydatny, gdy się gotujecie na nich! rzekł
Bernard, chwytając sposobność do ocalenia współtowarzysza niedoli.</akap_dialog>


<akap>Chroniwos mruknął coś niezrozumiale, Tubingas kazał więzy rozciąć ostatniego jeńca, Siewros
rzucił się w jego objęcia wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Jaśko, myśmy u moich, bywaj z nami!
Tubingas dla uspokojenia ludu kazał okrzyknąć
na jutro ucztę z tłustego wołu i baranów, których krew miała być na ołtarzu dla bogów przelaną. I cała drużyna pociągnęła do Tubingasowego zamczyska. Stary Kunigas, cieszył się z powrotu wnuka i krewniaka, Chroniwos oprócz syna
odzyskiwał jeszcze żonę, która od porwania Siewrosa straciła zmysły i jako zwierz dziki kryła
się po lasach, a teraz wraz z synem wracała.
Lud radząc o przerwanej ofierze i jutrzejszej
uczcie, pociągnął do chat nawpół rozwalonych,
lub legł wśród lasu, a słonko wschodzące zakreśliwszy złoty krąg na niebie, rzuciło jasne promienie,
kryjąc mgłą ranną straszny obraz nie uprzątnionego jeszcze świeżego pobojowiska.</akap_dialog>



<naglowek_rozdzial>VII</naglowek_rozdzial>





<akap>Do wielkiej sali na malborskim zamku wszedł
Krzyżak niższej godności i ze czcią należną spojrzał na dwóch poważnych wiekiem rycerzy. W jednym poznajemy rycerza Dietricha, marszałka
Zakonu, drugi wyższy od niego godnością, ba
i wzrostem, był sam mistrz krzyżacki Zygfryd
von Furchtwangen. Stuknięciem młotka wiszącego
przy drzwiach przybyły oznajmił się siedzącym.</akap>


<akap_dialog>--- Zbliż się i powiadaj, --- rzekł mistrz Zygfryd wyniośle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już po dwakroć pragnę Waszej wysokości
oznajmić wieść ważną, jaką przyniosła Kobolda,
żona Hexa z Wolfshöhle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mów, a niezaprzątaj czasu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wróciła wczoraj jeszcze z południa, domagając się, aby Waszej wysokości oznajmić, że
owych dwóch chłopców zaginionych znalazła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie są? porwał się rycerz Dietrich von
Altenburg. ---.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biedna niewiasta, chcąc jak najprędzej wyswobodzić z jamy Hexa błąkała się dniem, i nocą,
aby na jakiś ślad zaginionych natrafić, szła więc
ciągle brzegiem Wisły, będą pewną, że jeżeli
młode wilczęta jeszcze żyją, to je znajdzie w jakiem legowisku...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozwlekaj opowiadania, a mów gdzie
są! ozwał się niecierpliwie Dietrich, który oparłszy się na stojącym przed nim stole, chciwie
chwytał każdy wyraz, kiedy tymczasem Wielki
mistrz, rozparłszy się na ławie, zdawał się nawpół
drzemiąc słuchać opowiadania. Na uczynioną
przerwę przez Dietricha skinął tylko ręką, jakby
tym ruchem mówił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj mu pokój, niech się wygada!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nic nie rozwlekam, a tylko mówię,
co się stało, a wszystko trzeba orzec jak najdokładniej, żeby Ich wysokoście wiedzieli, jakie to chytre te wilczęta, co raczejby lisami zwać je
można: ciągnął dalej, przestępując z nogi na nogę, opowiadający. Gdyby nie chytrzejsza jeszcze
od nich Hexowa niewiasta, byliby z pewnością się wymknęli aż na dno swojej jamy, a stamtąd
nie tak łatwo byłoby ich wydostać!... Dietrich
uczynił znów pewien ruch niecierpliwy, lecz Zygfryd spojrzał nań tylko, a krewki rycerz jeszcze
więcej łokcie na stół założył, a podparłszy się
na nich słuchał już cierpliwie opowieści.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Otóż szła ona brzegiem Wisły, najpierw
tą stroną, co prowadzi od kanałów malborskiego zamku, a potem skręciła nad łachą rzeki, a że
tam moc trzciny porosła, węszyła więc jak wyżeł, czy gdzie jakiego śladu nie wytropi. Nieraz
nawet wchodziła w wodę i dotarłszy do trzciny
szukała w niej legowiska drogich wilcząt: ale
gdzie tam, nigdzie nic nie było. Aż jakoś na
trzeci czy czwarty dzień spotkała kobiety, które
skradając się nieśmiało szły również nad brzegiem, a oglądały się dokoła, jakby je co straszyło; Kobolda też zaraz pomyślała sobie, że to
może one skryły wilczęta, kiedy się tak czegoś
strachają. Zbliżyła się więc do nich, lecz owe
niewiasty zobaczywszy ją, poczęły uciekać, krzyż
święty czynić, pluć za siebie i garście rozmiękłego błota z trawą rzucać. Wtedy ona poczęła wołać, że i ona też krzyż święty wyznaje,
złego im nie życzy, a w imię Boga wzywa, aby
jej dały pomoc, bo jest strasznie strapioną i zabłąkaną podróżną. Na jej wołanie najśmielsza
z uciekających zatrzymała się, a wtedy Kobolda
jęła płakać i narzekać jako jest z wioski oddalonej, a oto dwóch jej chwackich synaczków
gdzieś się podziało. Śladu po nich nie znaleźć,
a ona strapiona matka, już błąka się, nawet nie
wiedzieć dni ile, aby choć ślad, choćby strzęp
odzienia znaleść po swoich najdroższych. Nie
gdzieindziej, tylko ku rzece musiał je zły człek
lub zwierz uprowadzić, boć na rozmiękłej ziemi
spostrzegła stopeczki ich ukochane, ba nawet
ślady krwi dojrzała. Niewiasty widząc, że
najśmielszej nic się nie stało, zbliżyły się, a wzdychając wysłuchały opowiadania Koboldy. Aż nareszcie jako wszystkie słuchały, wszystkie też naraz i mówić poczęły, a przypominać sobie owo
chrapanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oh! oh! toć w trzcinie szumiało, a krzyki
były!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie? w której? spytała je zaraz Kobolda, a niewiasty opowiadały, jako druga już doba
upływa, gdy chusty prały z rzeki, wtedy w trzcinie dziwnie coś szumiało, a takie głosy się odzywały, jakby złe ucztę sobie wyprawiało. Że
zaś mrok zapadał więc się też bardzo przestraszyły, chusty zostawiły nad rzeką i same uciekły,
a teraz przyszły zobaczyć czy się chusty nie znalazły. Lecz snać złe porwało je sobie na obwijki,
bo przecie żaden człowiek nie wziąłby chust zmoczonych cudzych, boć to mór zaraz przynosi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To pewnie moje synaczki złe gdzie udusiło, albo je na swoją stronę chciało przedzierzgnąć: oni byli jakoby anieli, wolała Kobolda.
Dowiedziawszy się w której trzcinie straszyło,
weszła do wody i częścią idąc, a częścią płynąc,
i dotarła do rosnących szuwarów. Tam znalazła
trzcinę i trawę wygniecioną tak, jakby w niej
dwa ciała leżały a i dopatrzyła się ludzkich śladów. Trzcina była otoczona wodą, a nie mogli
się stamtąd inaczej, jak dopłynąwszy brzegu, wydostać. Powróciła wiec do czekających i biadających nad jej rzekomem nieszczęściem niewiast,
które jej pokazały miejsce, gdzie leżała bielizna.
Opodal od rzeki znać było ślady zaschłe stóp
ludzkich w obuwiu, te wkrótce ginęły, skręcając
ku malborskim murom, a natomiast brzegiem
rzeki znać było obok siebie ślady dwóch par nóg
bosych.</akap_dialog>


<akap>Kobolda ujrzawszy je, już dalej nie czekała,
tylko zostawiwszy zdziwione i żałujące ją niewiasty za owym szła śladem, aż nareszcie dotarła w gęstwie i krzaki. Było to już w samo południe, słońce przypiekało silnie, lecz Kobolda na
nic nie zważała, ale jak poprzednio w trzcinie,
tak teraz w gęstej trawie i zaroślach szukać
poczęła. I oto zdala doszło ją jakieś chrapanie.
Zbliżyła się po cichu i ujrzała jednego z naszych
wilków rozciągniętego a drugiego siedzącego nad
nim i usiłującego go snać obudzić. Lecz niedokonał tego bo żelazne dłonie Koboldy uchwyciły
go za kark. Chłopak usiłował jej się wydrzeć,
drapał, kąsał a nawet wyrwał kawałek ciała z chudego policzka Koboldy, ona jednak powaliła
go na ziemię, przygniotła piersi i w otwartą gębę
wlała płynu, po którym nie tak łatwo się kto
obudzi....</akap>


<akap_dialog>--- Co! otruła go? krzyknął Dietrich zrywając
się z siedzenia i uderzając w stół silną dłonią.</akap_dialog>


<akap>Wielki mistrz znów skinął ręką na uspokojonie rycerza, a Drega mówił dalej.</akap>


<akap_dialog>--- Nie obawiajcie się, szlachetny rycerzu, wszak Kobolda chciała oswobodzić swego małżonka, nie trułaby więc wilcząt, które nakazaliście żywcem sobie dostawić: dając to za warunek
wyzwolenia starego Hexa. Wilczkowi nic się nie stanie, był to tylko napój usypiający, po którym też legł bezwładnie, a ona nie potrzebowała się z nim borykać. Drugi tylko, leżąc dotąd jakby kawał drzewa, zaczął się rzucać i zrywać jak szalony, lecz Kobolda nie zważając na ociekły krwią policzek, przytrzymała ptaszka, pochwyciła jak pierwszego za gardziel i gwałtem w gębę nalała tego napoju, który ona doskonale umie przyrządzać, a który przezorna niewiasta wzięła ze sobą. Uśpiwszy tak obu, opatrzyła sobie rany, porobione przez szalonego wilka i ruszyła ku drodze, żeby sprowadzić jakie wozisko dla zabrania ich obu. Zaledwie jednak wyszła ku drodze, kiedy od drugiej strony usłyszała tupot koni, chrzęst zbroi i przedzierający się oddział naszych. Jakkolwiek ze trzy staje drogi oddzielało ją od idących, mężna jednak niewiasta pędem rzuciła się, a dognawszy, przełożyła rzecz całą. I oto zaraz z oddziału wysłano kilku knechtów,
którzy przenieśli uśpionych, niewiedzących o bożym świecie wilczków. Prosiła, żeby można ich zaraz odstawić na zamek, lecz rycerz Günter,
prowadzący oddział, nie pozwolił na oddalanie się ludzi, owszem mówił, że im te ptaszki mogą
być użyteczne. Kazał ich więc umieścić pomiędzy ciurami i powiódł dalej ze sobą. Mnie zaś
kazał wracać z Hexową kobietą, abym wam rzecz całą przełożył. Ano tylko jeszcze i to muszę
rzec także, jako Kobolda widziała ślady najwyraźniejsze ślepca Bernarda. Ten, po ucieczce
wilcząt, także gdzieś przez parę dni się włóczył, a przed wyjściem z za murów i po powrocie gadał długo potajemnie z ojcem Germanem, który teraz w miejsce Hexa, ma dozór nad Wolfshöhle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stul pysk! --- porwał się milczący dotąd
i jakby nawpół senny Zygfryd von Furchtvangen --- nie kalaj ludzi świętych twą bezwstydną
gębą.</akap_dialog>


<akap>Drega stał się naraz maleńki, zda się, że
przed tym potężnym głosem byłby się chętnie
skrył w najciaśniejszy zakątek olbrzymiej komnaty. Zygfryd jednak krzyknąwszy, opadł napowrót całym ciężarem wielkiego swego ciała na
ławę i znowu przymknął powieki, jak gdyby się
zmęczył zbytecznie tym jednym wybuchem. Wyciągnąwszy zaś rękę ku siedzącemu z opartą na
dłoniach głową Dietrichowi, dał tem znak, aby
ten w jego zastępstwie mówił dalej.</akap>


<akap>Po surowych lecz pięknych rysach Krzyżaka
przebiegł uśmiech szyderczy, spojrzał na olbrzymią bryłę mięsa, noszącą miano Wielkiego mistrza, z ócz jego czarnych posypały się iskry
gniewu i niecierpliwości: powściągnął je jednak,
a tylko podniosłszy ramiona z pewnem lekceważeniem, zwrócił się do stojącego przy ścianie
Drega i głosem, jakby go co dusiło w gardle,
zapytał:</akap>


<akap_dialog>--- Gdzież więc są owi odnalezieni?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to mówiłem Waszej wysokości, rycerz
Günter kazał ich zabrać ze sobą, mówiąc, że nie
ma ludzi dla odwożenia wilczków i że właśnie
mogą mu się przydać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak więc i ślepiec Bernard i chłopaki
wszystko naraz, na ową marną wyprawę --- mruknął przez zęby Dietrich --- a wszystko na djabła
się przyda.</akap_dialog>


<akap>I znowu z pewnem lekceważeniem spojrzał
na leżącego Wielkiego mistrza, a po chwili rzekł
zwracając się do Drega.</akap>


<akap_dialog>--- Idź do djabła!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Kobolda? --- zapytał tenże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ona niech idzie razem z tobą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Hex? --- pytał ciągle przyciszanym głosem stojący uparcie Drega, a jego chytre niewielkie oczy błąkały się po twarzy wzburzonej
rycerza, zatrzymując się od czasu do czasu na wielkiem opasłem licu drzemiącego mistrza. </akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do stu piorunów! Niechaj z was trojga
piekło się ucieszy! --- wrzasnął Dietrich uderzając
pięścią!</akap_dialog>


<akap>Zygfryd podniósł znów głowę, zwracając wzrok
pytający na towarzysza.</akap>


<akap>--- Czy Hexa wypuścić? --- zapytał Drega, przybierając jak najpokorniejszą minę.</akap>


<akap>Zygfryd poruszył leniwie ustami i skinął znowu rękę ku Dietrichowi, jakby już wszystko
chciał uczynić, byleby się jak najprędzej uwolnić od opowiadającego i miły sobie spokój zapewnić.</akap>


<akap_dialog>--- Idźcie wszyscy troje do djabła! --- zawołał
raz jeszcze Dietrich --- rzekłem już, a niech się
żadne Wielkiemu Mistrzowi nie pokazuje na oczy.</akap_dialog>


<akap>Drega cichuteńko lisim krokiem wyniósł się z komnaty.</akap>


<akap>Dietrich wstał i wielkiemi krokami zaczął się
przechadzać, jak gdyby chciał uspokoić umysł
wzburzony. Zygfryd zaś westchnął jak człowiek,
któremu ciężar opadł z serca i pragnie teraz spoczynku, lecz z Dietrichem nie łatwa była sprawa.</akap>


<akap_dialog>--- Nie pojmuję czemu Jego wysokość zezwoliła na tę wyprawę; obecnie Polska robi jakieś
rokowania, by tę ciemną Litwę ku sobie przygarnąć. Nie drażnić więc nam Litwy napadami.</akap_dialog>


<akap>Zygfryd westchnął powtórnie, a później machnął tylko po swojemu ręką, chcąc przerwać
rozmowę. Dietrich jednak mówił dalej:</akap>


<akap>--- Teraz nie wojną i napadami, lecz przyjaźnią z Litwą trzeba było wojować, słać obietnicę a nie wojnę Gedyminowi, na obietnicę potęgi,
Litwina, jak szczupaka na przynętę, brać nam
należy. Ten polski Ladislaus nie wyrosłe i marne ma ciało, lecz umysł wyniosły, sięga szeroko
i daleko, przyjaźń jego a swadźba z Węgrami,
utrze mu drogę do cesarza a Rzymu, a przy takich rządach potęga Zakonu, i tak już zachwiana, do szczętu zmarnieje.</akap>


<akap_dialog>--- Nie zmarnieje! --- porwał się Zygfryd, słuchający dotąd tak samo z zamkniętemi oczami
mowy Dietricha, jak poprzednio słuchał opowieści
Drega.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zmarnieje! --- wołał, uderzając w stół
potężną pięścią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zmarnieje, pókim ja mistrzem Zakonu!
Nie zmarnieje! --- powtórzył raz jeszcze i cały
czerwony, z pianą na ustach, zwalił się na ławę.</akap_dialog>


<akap>Dietrich spojrzał na niego z pewnem politowaniem i przeszedłszy wolnym krokiem wzdłuż
komnaty, we drzwiach rzekł do stojącego sługi:</akap>


<akap_dialog>--- Powiedz ojcu Germanowi, że Wielki mistrz
żąda się z nim widzieć.</akap_dialog>


<akap>I poszedł długim korytarzem w głąb komnat
zamkowych.</akap>


<akap>Do wielkiej zaś sali wszedł wkrótce ojciec
German ze zwykłym sobie spokojem na twarzy.
Wszedłszy, rozejrzał się, a gdy w komnacie nikogo zrazu nie ujrzał, przyłożył rękę do czoła, zasłaniając się od bystrych promieni słońca, wpadających przez długie, wązkie okno jaskrawą
barwą. A potem wprost skierował się do zagłębienia, gdzie leżał bezwładny Zygfryd. Schylił się nad nim, dotknął jego skroni, a natarłszy je
wyjętym z zanadrza balsamem, rozerwał też kaftan, cisnący szeroką pierś mistrza, dając co chwila
wąchać maleńką amforkę...</akap>


<akap>Zygfryd począł wkrótce oddychać swobodniej,
otworzył oczy, spojrzał na pochylonego nad nim
kapłana, a ująwszy dłoń jego wychudzoną w olbrzymią lewicę, prawą szukał kubka z napojem.</akap>


<akap>German odsnuął kubek mówiąc łagodnie:</akap>


<akap_dialog>--- Nie dla Waszej miłości teraz napój gorący.</akap_dialog>


<akap>Zygfryd, jak posłuszne dziecię, dłoń opuścił,
po chwili podniósł głowę wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Jam potęgą Zakonu!</akap_dialog>


<akap>I wielką pięść wyciągnął przed siebie.</akap>


<akap>German dłoń tę ujął i powoli, ze spokojem
położył, mówiąc cichym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Niech się Wasza wysokość uspokoi, dla dobra Zakonu i jego potęgi; nikt Waszej miłości tej
potęgi nie odbierze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nikt? --- powtórzył Zygfryd leniwym głosem i spojrzawszy na nachylonego kapłana, dał
się jego słowom ukołysać i wkrótce cisza, przerywana tylko ciężkiem sapaniem Wielkiego mistrza,
zapanowała w komnacie.</akap_dialog>


<akap>Ojciec German podszedł do drzwi, a na znak dany przez niego, czterech olbrzymich knechtów
postawiło ławę ze śpiącym na kołach i wtoczyło
go do przybocznej sypialni.</akap>


<akap>German zostawił w spokoju Zygfryda i w zamyśleniu kroczył korytarzem do podziemia zamczyska.</akap>


<akap>Z głębi dziedzińca wchodził tam właśnie Dietrich w towarzystwie komturów. Ujrzawszy Germana, zawołał, wskazując na kilku, nędznie odzianych, zsiadających na podwórcu z wychudzonych
koni, żołnierzy:</akap>


<akap_dialog>--- Oto robota i polityka Wielkiego mistrza!
Günter<pa><slowo_obce>Günter zaprzepaścił najlepszych wojaków</slowo_obce> --- Günter z Szwarcburga, ten sam, który walczył przeciw Brandeburczykom w Gdańsku, a potem
zajął podstępem Pomorze r. 1309.</pa> zaprzepaścił najlepszych wojaków, nawet odnalezionych wychowańców Wolfshöhle wraz
z jeńcami Litwa zabrała!</akap_dialog>


<akap>To mówiąc, jak szalony wbiegł w głąb zamku, a wpadłszy do izby, w której Zygfryda na
wpół omdlałego zostawił, obejrzał się do koła.
Nie zastawszy go, rzucił tylko pogardliwe spojrzenie w stronę, gdzie przed chwilą siedział,
oczy mu zabłysły złowrogo i mruknął coś pod
nosem.</akap>


<akap>Potem oparł się o framugę okna, jak to miał
we zwyczaju, i jął wypytywać o szczegóły przywiedzionych przez siebie, okrytych jeszcze pyłem
podróżnym, żołnierzy.</akap>


<akap>Ojciec German tymczasem widząc wzburzonego marszałka, spojrzał tylko za wchodzącym
w komnaty zamkowe i szepcząc: „<slowo_obce>Pax Dei</slowo_obce>",
powoli ku Wolfshöhle pociągnął.</akap>


<!--TRIM:4-->


<naglowek_rozdzial>VIII</naglowek_rozdzial>





<akap>Wieść o niepomyślnej wyprawie na Litwę
dość znacznego oddziału, lotem ptaka rozniosła
się po wszystkich krzyżackich ziemiach. Komturowie, zarządzający powiatami, spodziewali się
co chwila głośnego wezwania w imieniu Wielkiego mistrza, lub potajemnych rozkazów Dietricha
z Altenburga, najpierwszego marszałka Zakonu.</akap>


<akap>Rozkazy jednak nie przychodziły, jakaś złowroga cisza zaległa ziemie krzyżackie; tylko tu
i tam przytłumione szmery słyszeć się dawały
na brak szerszego zajęcia, a tym sposobem i
wojennych łupów.</akap>


<akap>Malborg nie wzywał ich ani na wojnę, ani na
ucztę, któremi Wielki mistrz podczas pokoju zwykł
był zabawiać swoich rycerzy. Na grudziązkim
powiecie siedział komtur Hochswald, prawa ręka
Dietricha, sojusznik w wielu sprawach tajemnych;
ten najpierw spodziewał się wezwania od marszałka, lecz wezwanie nie przychodziło. Tymczasem jednego poranku, zdala, drogą od dolnej
Wisły, ukazywać się zaczęli jezdni. Nie byli to
sąsiedzcy komturowie, ani ich wysłańcy, lecz nie
byli to i nieprzyjaciele, na przyjęcie których grudziązki zameczek ani nie był przygotowany, ani też nie spodziewał się ich przybycia. Od tamtej
bowiem strony mogli jednak ciągnąć tylko polscy rycerze, lecz ci wprzód zawadzićby musieli o Chełmno i sąsiednie powiaty. Byli to więc jacyś
posłowie, którzy też niebawem stanęli w Grudziążu.</akap>


<akap>Hochswald przyjął przybyłych, kilka słów z nimi zamienił i zostawiwszy ich w swojej siedzibie,
sam, nie czekając wezwania, udał się do Malborga, gdzie przybył równocześnie prawie z powracającymi z niepomyślnej wyprawy.</akap>


<akap>Na widok rycerza Hochswalda rozpogodziło
się chmurne oblicze Dietricha.</akap>


<akap_dialog>--- Witaj nam komturze --- rzekł doń marszałek łaskawie. Cóż, musimy obmyśleć jakiś środek, któryby zaradził popełnionemu głupstwu <wyroznienie>wielkiej głowy</wyroznienie> --- ciągnął poufnie Dietrich, ujrzawszy się sam na sam z przybyłym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszak marszałek i komturowie od tego! --- rzekł szyderczo Hochswald, uśmiechając się porozumiewająco. Obejrzał się jednak dokoła, jakby
chciał się przekonać, czy są sami w niewielkiej komnacie Dietricha.</akap_dialog>


<akap>Dietrich zrozumiał wzrok jego, a spojrzawszy
badawczo w twarz wiernego sobie komtura, zasępił czoło, pytając: </akap>


<akap_dialog>--- Czy i stamtąd coś nowego! </akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, ze strony Ladislausa przybywają posłowie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Posłowie? --- przerwał Dietrich --- czegóż
chce ten <slowo_obce>Klein-König</slowo_obce>, czy przyjaźni? ha, ha,
ha! --- zaśmiał się Dietrich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z posłami Ladislausa ciągnie Bartelemo,
legat Jego Świątobliwości Jana XXII i ten Gerward, biskup Kujawski, który tak gardłował
w sprawie koronacyi <slowo_obce>Klein-Königa</slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc cóż? --- przerwał niecierpliwie Dietrich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Legatowi papieskiemu towarzyszy prócz
Gerwarda, Janisław, arcybiskup gnieźnieński i Domarat, opat mogielnicki --- ciągnął dalej Hochswald w odpowiedzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może przywiedziesz jeszcze kogo --- rzekł
Dietrich, hamując wzburzenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I tych chciałbym odwrócić od Waszej miłości, uważałem jednak za stosowne dać wam
o nich wieści, najdalej bowiem za dwie doby staną w Malborgu, lub...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lub? --- przerwał znowu Dietrich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lub wezwą do ugody Wielkiego mistrza ---
dokończył Hochswald.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A niech spróbują ruszyć z miejsca ten
okseft na dwóch nogach --- rzekł pogardliwie
Dietrich. I wielkiemi krokami zaczął się przechadzać po sklepionej komnacie, a chód jego
ciężki i cięższy jeszcze gniewliwy oddech, odpowiadał echem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech spróbują! --- mówił jakby na poły
do siebie. --- Ale ten dla świętego spokoju, byleby
go z miejsca nie ruszono, przystanie na wszystko, zgubi Zakon i przyniesie hańbę imieniowi
jego.</akap_dialog>


<akap>--- Obok <wyroznienie>tamtego</wyroznienie>, co dla spokoju wszystko
poświęca, jest <wyroznienie>ten</wyroznienie>, którego rozkazy nauczyliśmy się
spełniać więcej, aniżeli Wielkiego mistrza ---
rzekł poufnie Hochswald. --- Rozkazuj więc Dietrichu von Altenburg, wielki marszałku krzyżackiego Zakonu.</akap>


<akap_dialog>--- Rozkazuj, rozkazuj, tak łatwo wam mówić! Wam wszystkim się zdaje, że ja tutaj wszystko mogę, a oto macie najlepszy dowód, iż taki
Günter umiał podejść tę beczkę, i oto poszedł,
zatracił najpiękniejszy oddział, a prócz tego, zatracił dwóch najdzielniejszych chłopców z całego Wolfshöhle, na których budowałem wielkie nadzieje. Za jednego byłbym może uzyskał zupełną
ugodę z Gedyminem, bo ten chytry Litwin jest
zakamieniałym poganinem, --- a chłopiec był wnukiem najbardziej szanowanego w ich pogaństwie
kapłana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzicie więc, że moje rady niewiele pomagają! --- dodał po chwili, jakby uspokojony; że mógł wypowiedzieć całą złość która mu na serce spadła kamieniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trudno nad tem rozpaczać --- mówił Hochswald --- wiemy, że co <wyroznienie>tamten</wyroznienie> rozkaże, zawsze
jest z krzywdą. Lecz właśnie w Was jedyna nadzieja. Teraz, gdy się zdarza sposobność i Ladislaus sam śle posłów o pokój, możemy granice
rozszerzyć, a tym sposobem zagrozimy Gedyminowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co nam po groźbie, kiedy nam z nimi zgody potrzeba, inaczej Gedymin się wzmoże i lada
dzień spadnie nam na kark i poodbiera ziemie na pruskiej Litwie! A wtedy hańba imieniowi
Krzyżaków! --- rzucił się Dietrich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lecz Gedymin, widząc przymierze nasze
z Ladislausem, nie będzie śmiał ziem odbierać,
bo potęga Zakonu wzrośnie przyjaźnią z tą nową
potęgą polską, na którą i cesarz patrzy podejrzliwie --- wtrącił Hochswald.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie, że wszyscy, wszyscy patrzą na
tę potęgę, a nikt nie stanie przeciw nim widomie --- mówił Dietrich z coraz większym gniewem. --- Ten Ladislaus koronował się, papież na
to zezwolił, Jan luxemburczyk słabo się opierał,
bo i to niedołęga, a mógł był ten szmat ziemi
co Ladislaus zabrał, do Czech przyłączyć. W cesarstwie nie wiedzieć do kogo się udawać, gdy tron rozdwojony między Fryderyka austryackiego i Ludwika bawarskiego: jedność niemiecka się
chwieje, a jedność polska pod Ladislausem wzrasta. Nam więc, nam trzeba stanąć teraz na czele
tej jedności germańskich ludów! nasza potęga
powinna im zastąpić cesarską i stać sie silną całemu światu. My, jako zakon pochodzący od
najpierwszych wojowników chrześcijańskiego świata, powinniśmy światu całemu przewodzić, nam
powinny trony wszystkie hołdować! Tymczasem nędzne polskie książątko koronę sobie kładzie na głowę, a Zakon na czele ma taką
głowę, która nic nie rozumie tego, jest tylko wielkim lejkiem, przez który wlewa się napój do beczki!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, to hańba! --- wołał zapamiętale Krzyżak, pieniąc się ze złości, aż wreszcie, jakby mu
już słów na określenie tej hańby nie stało, usiadł,
a oburącz podparłszy się na stole, skłonił na szerokie dłonie stroskane czoło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od czegóż Dietrich von Altenburg! Wszak
wszyscy, ilu nas jest komturów, uważamy cię
zawczasu jako Wielkiego mistrza. Zygfryda więc
rozkazy mogą być pominięte, a wola Dietricha
stokroć przy układach szanowaną --- mówił Hochswald przyciszonym głosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pochlebstwem chcesz mnie ująć, przyjacielu --- rzekł, podniósłszy głowę Dietrich. --- Czy
myślisz, żem ja żądny władzy dla siebie? Wiem,
ile ta władza trosk przynosi, ile wrogich ma umysłów, lecz jej pragnę dla Zakonu, który chciałbym postawić na najwyższym szczeblu potęgi.
Jam Krzyżak z krwi i kości, dla mnie nieistnieją
ludzie tam, gdzie krzyżacki miecz nie włada,
a widzę, że im dalej odwlecze się moje mistrzostwo, tem trudniej mi będzie podźwignąć upadający Zakon, tem ciężej przenieść całą potęgę germańską na ręce krzyżackiego Zakonu. Tak, teraz
czas zgnębić sąsiadów, za jakąkolwiek cenę zgnębić ich pragnę! Teraz jedynie przyjazna chwila!
cesarze gryzą się o koronę, papież musiał opuścić
Rzym i tam w Awinionie zamieszkać. Tak, teraz
Zakon musi pochwycić najwyższą władzę i w swojej potędze zjednoczy wielkość germańską!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc Zygfryda usunąć... --- szepnął Hochswald.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, strącić go z mistrzowstwa nie możemy,
ma on swoich przyjaciół, nie możemy uczynić
tego bez zezwolenia papieża, a wiesz jak on jest
ku nam źle usposobiony...</akap_dialog>


<akap>I spojrzał Dietrich na przyjaciela, gdy oczy
ich się spotkały, w źrenicach ich zabłysła myśl,
którą obaj doskonale rozumieli, a której jednak
żaden z nich głośno wyjawić nie śmiał. Popatrzyli więc tylko na siebie porozumiewająco,
a Dietrich, jakby po krótkiej walce ze sobą,
wstrząsnął głową, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Nie, po stokroć, nie!</akap_dialog>


<akap>I wstrząsnął się, a twarz jego, oszpecona
gniewem, jakoś wyszlachetniała, jak gdyby z gładkiej płyty marmuru zrzucił kto pokrywającą warstwę błota, lub gad, kalający go swoją posoką.
Powoli stawał się spokojniejszym, lecz odbłysk
szlachetności, szyderstwo i chytry podstęp zajęły,
a sfałdowane czoło świadczyło o głębokiej trosce,
nurtującej duszę Krzyżaka.</akap>


<akap>Zapanowało milczenie, tylko ciężki oddech
dwóch ludzi słychać było w komnacie.</akap>


<akap_dialog>--- Tak --- przerwał nagłe Dietrich --- musicie
mi dopomódz, ja nie dam ginąć Zakonowi, nie
pozwolę, by jakieś lackie książątko nabierało
przewagi. Posłów przyjąć trzeba z całą hojnością
i bogactwem Zakonu, trzeba ująć sobie legata,
Włoch musi być naszym, a to co on przedstawi
papieżowi, powinno nas w dobrem świetle przed
nim przedstawić. Biskupów polskich, którzy cały
proces Ladislausa o ziemię z nami prowadzą,
trzeba również ująć, choćby datkiem, obietnicami
dostojeństw...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niebezpieczna to droga i nią nam wojować nie można --- rzekł Hochswald --- mają to
być tacy, jakim był ich pierwowzór biskupi w tym
kraju, św. Stanislaus, który się królowi porąbać
pozwolił, a nie ustąpił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, nie datkiem, to obietnicą rozszerzenia
wiary i potęgi państwa, ująć ich można. A gdy
zawrzemy z nimi ugodę, wtedy łatwiej pokonać
nam będzie dumnego Gedymina, który, słyszę,
zamek nad Wilją buduje obronny i gród nowy
zakłada.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, i to zamczysko podobno kamienne,
bodaj, czy nie na wzór naszego, tak mówią przybyli z ostatniej wyprawy --- podsunął Hochswald.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechaj buduje, i z nim nam potrzeba
przyjaźni. Kiedy my więc tutaj układać się będziemy z posłami Ladislausa z wiedzą Zygfryda;
potajemnie wraz z Robertem von Wartburg i Zygfrydem von Papenheim poniesiecie Gedyminowi
dary i wejdziecie z nim w przyjaźń, nakłaniając
do pognębienia Ladislausa, jako czyhającego na
ziemie za Bugiem. Wasza głowa w tem, żeby
Gedymin zgodził się iść z nami ręka w rękę
i skłonił lud swój do wyprawy na wschodnie polskie ziemie. My tymczasem wytargujemy na polskich posłach, jak najdalej w ich ziemiach
granice, podpiszemy ugodę, zostawiając sobie jakiś uboczny punkt do zerwania; łatwo nam będzie, boć ani ów Bartelemo, ani przemądrzały Gerward, ani też dwaj gardłujący za sprawą Ludislausa biskupi, na prawie zgoła się nie znają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumiem --- odrzekł słuchający pilnie
Hochswald. --- A potem, gdy Gedymin spadnie na polskie karki, podburzyć można mazowieckiego księcia, aby dopominał się o ziemie, które Ladislaus pod swą władzę zagarnął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do tego łatwo Ziemowita skłonimy, on i tak niechętnie na wyniesienie się <slowo_obce>Klein-Königa</slowo_obce> 
patrzy, boć te szmaty ziemi, związane w jedną
koronę, zagrażają i dumnym mazowieckim książętom --- prowadził dalej Dietrich myśl podsuniętą przez Hochswalda. --- Zresztą, chciwe to
książątko, łatwo obietnicą pomocy pozyskać, trzeba tylko rąk, któreby w pracy dopomagały,
a przedewszystkiem głów, coby umiejętnie, bez
wiedzy Zygfryda, lub choćby za jego wiedzą lecz
z potwierdzeniem tego opaśnego wołu, wzięły do
dzieła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rąk i głów na wykonanie waszych rozkazów, marszałku, nie zbraknie --- rzekł Hochswald. --- O mojej wierności mówić nie potrzebuję,
lecz jesteścież pewni, że w poselstwie na Litwę
Robert von Wartburg i von Papenheim dzielnie
wam dopomogą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dopomogą, jeśli wy, Hochswahldzie, ręka
w rękę ze mną idąc, rzecz całą przeprowadzicie
rozumnie. Wielki mistrz, chcąc mieć Wielkiego
mistrza miano, udaje że słucha, gdy mu mówią
o sprawach Zakonu, a zwłaszcza o nabyciu ziem
od lechickiej strony, ba, jako też i o rokowaniach
z Ziemowitem, boć wie, że na tej drodze zyski
dla Zakonu pewne, pewniejsze niżeli w otwartej
walce. Lecz gdy mu kto wspomni o ugodzie
z Gedyminem, wytrząsa się i burzy, jako napój
długo w zamkniętej beczce stojący. Zdaje mu
się, że gdy ten szum a burzyny na litewskie
pola wypuści, zaleje oczy całemu ludowi. Tymczasem lud ten coraz staje się sroższym, posuwa
granice ku Rusi i pod Nowogród, używając wszelkich sposobów, by stać się podobnym ucywilizowanym ludom. Bodaj nawet potajemnie i do
papieża Gedymin sięga i obietnice przyjęcia wiary Chrystusowej czyni, byleby tylko naszego apostolstwa nie potrzebował. Co gorsza nawet, stawiając zamki, staje się nam groźnym, napady
nasze nie są mu już straszne jak wtedy, gdy
w chatach chruścianych siedział... Niewiele potrzeba, by z bronią do naszej podobną, wpadł na
nasze ziemie i na naszych karkach, w krzyżackich
dzielnicach sprobował ich mocy. Lecz ten <wyroznienie>opas</wyroznienie>
nie wierzy temu, dla niego Litwa jest zawsze
tym samym dzikim, co dawniej, krajem i w żadne z nią rokowania wejść nie chce...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lecz wy tego chcecie, chce tego Zakon
cały, wszyscy komturowie --- przerwał ogniście
Hochswald --- cóż więc oglądać się mamy na tę
bryłę mięsiwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jednak dla utrzymania porządku w Zakonie, bryła ta jak wiecie potrzebna --- podjął Dietrich. --- Ten sam Wartburg lub Papenheim, dziś
mówiący ze mną tak otwarcie, kto wie, czy nie
kryją dumnych zamiarów, aby po zejściu Zygfryda ująć mistrzowskie berło, trzeba więc każdego z osobna utrzymywać w tej wierze, że im
tylko godność się ta należy. Dla tego nawet wzywam ich do potajemnego na Litwę poselstwa...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Upewnię ich więc, szepcząc każdemu na
ucho, że zawarcie z Litwą przyjaznych stosunków, będzie dla każdego szczeblem do godności
Wielkiego mistrza; nie obawiajcie się, Dietrichu
von Altenburg, Hochswald umie szanować wasze
zaufanie i tak jak wy pragnie wielkości zakonu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przy którym marszałkostwo główne wam,
dla dobra tegoż Zakonu musi być powierzone ---
rzekł Dietrich, kładąc rękę na ramieniu przyjaciela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dla dobra Zakonu, na sławy krzyżackiego
imienia, które pragnąłbym, jako i wy, podnieść
do najwyższej potęgi --- odrzekł Hochswald i uścisnąwszy podaną sobie dłoń przyszłego mistrza,
poszedł spocząć, a Dietrich rozweselony, podążył
do Wielkiego mistrza z oznajmieniem przybywających gości.</akap_dialog>


<akap>Zygfryd leżał, jak zwykle, w swej komnacie,
na szerokiej ławie, okrytej miękką oponą i niedźwiedzią skórą, zdobyczą zapewne z Litewskiej
wyprawy. Ogień z marmurowego komina rzucał
jaskrawe światło, oświecając rozrosłe, lecz bezwładne jego ciało i twarz bezmyślną, ułożoną do
zupełnego spokoju. Na odgłos otwierających się
drzwi i znanych mu dobrze kroków, Zygfryd poruszył ustami z pewnem skrzywieniem, jak gdyby czuł przedsmak gorzkiego lekarstwa, potem przymknął oczy, westchnął głęboko, lecz mimo to dał
znak ręką wchodzącemu, ażeby się przybliżył.</akap>


<akap_dialog>--- Zawsze ta niemoc w nogach, obezwładnia
mnie ona zupełnie... --- począł leżący, tłómacząc się
niejako ze swego spoczynku.</akap_dialog>


<akap>Dietrich nie słuchał nawet jego wyrazów, lecz
stanąwszy obok Zygfryda, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Przybywają nam goście, z którymi trzeba
się rachować, tak w przyjęciu, jak w słowach.</akap_dialog>


<akap>Zygfryd jeszcze więcej przymknął powieki,
jak gdyby chciał się uchronić od widoku przybywających.</akap>


<akap_dialog>--- Legat jego świątobliwości Jana XXII w towarzystwie Gerwarda, biskupa Kujawskiego, Janisława, arcybiskupa gnieźnieńskiego i Domarata,
opata mogielnickiego, tych dwu krzykaczy w sprawie Ladislausa o Pomorze --- ciągnął dalej Dietrich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jego świątobliwości Jana XXII --- powtórzył
leniwie Zygfryd. --- Wszak już ojciec święty przysyłał legata w sprawie biskupa ryskiego i sprawa ta zakończona --- dodał po chwili, z widocznym wysiłkiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z biskupem już zakończona --- rzekł Dietrich, hamując niecierpliwość --- lecz rozpoczyna
się sprawa Ladislausa o ziemie Dobrzyńską i Michałowską, o które proces nam wytoczył król
polski, a ze skargą śle wciąż do papieża. Gerward prócz tego, rości sobie pretensyje do części
Kujaw, przez nas zajętych... Bóg wie, co przynoszą ci posłowie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc radź, marszałku --- rzekł Zygfryd ---
wszak widzisz żem niemocen...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Radzić mogę, lecz na ostateczną ugodę
trzeba zezwolenia Wielkiego mistrza, musicie więc
stanąć osobą swoją wśród przybyłych, lub...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lub? --- przerwał z ożywieniem Zygfryd.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lub przy zwołanych pospiesznie komturach
dać rozkaz, aby moja wola była wypełnioną jako
wasza --- rzeki powoli Dietrich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy! --- krzyknął Zygfryd, zrywając się.
To pognębi moją powagę, postawi waszą władzę
obok mojej, a tylko ja, ja tutaj Mistrzem! Ja,
Zygfryd von Feuchtwangen! nikt mojej władzy
nie zagarnie, rozumiecie, nie zagarnie! --- zerwawszy się, wołał, i pienił się i czerwienił coraz więcej Zygfryd.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nikt nie śmiałby podnosić na tę władzę
ręki --- odparł Dietrich spokojnie --- jak też i nikt z radą nie wystąpi. Niech ojciec święty przysyła
klątwy, a Zakon niech za zdobyte krwią swoją
ziemie płaci grzywnami, rozsiewając hańbę swojego imienia, my z pokorą tylko schylimy głowę,
szanując w tem wolę Wielkiego mistrza --- dodał
Dietrich, a schylając głowę z udaną pokorą, cofał
się ku drzwiom.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to, groźba! rozprzężenie w Zakonie! ---
krzyczał Zygfryd zrywając się z ławy i stając
na całą wielkość olbrzymiej swojej postaci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, to uległość --- rzekł szyderczo Dietrich.</akap_dialog>


<akap>--- Ja zdepczę was wszystkich, tu, pod moją
stopą --- rzekł Zygfryd, uderzając potężną nogą
o podłogę. --- Tu, pod moją stopą zegnie głowę
Ladislaus, zetrę potęgę Gedymina i Zakon uczynię potężnym! --- wołał, podnosząc pięść do góry.</akap>


<akap>Lecz nagle zachwiał się i runął na ziemię.</akap>


<akap>A marszałek spojrzawszy z pogardą na leżącego, rzucił, odchodząc:</akap>


<akap_dialog>--- Gdyby nie Dietrich von Altenburg, tak runęłaby potęga krzyżacka!</akap_dialog>


<akap>I uderzywszy młotem żelaznym o wiszącą
blachę przy drzwiach komnaty, wyszedł z miną
zwycięzcy, a na odgłos młota zbiegła się służba,
czuwająca snać w pobliżu nad Zygfrydem, który
po każdym wybuchu gniewu wpadał w omdlenie.</akap>


<akap>I znowu powtórzyła się znana nam już scena przywołania ojca Germana z trzeźwiącemi lekami.</akap>


<akap>Gdy potężny Zygfryd przychodził do siebie,
stawał się zwykle łagodnym jak baranek, a raczej obojętnym, spoglądającym na wszystko z bezmiernym spokojem, byleby mu tylko nikt tego
pokoju nie naruszał.</akap>


<akap>To też gdy we dwa dni potem Malborski zamek roił się przyjezdnymi, Dietrich von Altenburg w otoczeniu najprzedniejszych komturów
przyjmował dostojnych gości i w imieniu Zygfryda, zawierał z nimi układy. Gdy zaś po skończonych ucztach i rycerskich ćwiczeniach, które na zamku dla przybyłych wyprawiono, goście ci
opuszczali krzyżackie zamczysko, Barthelemo niósł
papieżowi dary, na znak uległości Zakonu, a posłowie Władysława Łokietka obietnicę zwrócenia
ziem żądanych, zapewnienie przyjaźni i prośbę,
aby nowo koronowany król wszedł w ugodę
z krzyżackim Zakonem dla podniesienia wyprawy
krzyżowej przeciw pogańskiej Litwie. Jednocześnie zaś Hochswald z Zygfrydem z Papenheimu i Karolem z Wartburga, dążyli szlakiem ku
północno-wschodniej stronie, niosąc sojusz zakonu
przeciw zjednoczonym ziemiom pod potężnem ramieniem ukoronowanego małego Ladislausa.</akap>





<naglowek_rozdzial>IX</naglowek_rozdzial>




<akap>Gdy na malborskim zamku zamieszki i kłótnie
wprawiały w wściekłość rycerzy krzyżackiego
Zakonu, a rządy Zygfryda rozprzęgającego się
porządku przywrócić nie zdołały, gdy marszałek
zakonu Dietrich von Altenburg, miotający się bezprzestannie na słabe rządy mistrza, usiłował na swój sposób potajemne prowadzić umowy, Polska
pod mądremi rządami Władysława Łokietka wzrastała w potęgę, jednocząc rozproszone ziemie pod
jednem berłem.</akap>


<akap>Monarcha ten zapewniwszy sobie przyjaźń
i pozwolenie papieża, Jana XXII, wezwał biskupów i kazał się koronować w Krakowie roku
1319. Koronacyją tą uczynił Kraków najpierwszem
miastem w kraju, stolicą, czem przejednał zupełnie niechętnych sobie jego mieszkańców. Sprzymierzył się też i z Węgrami wydając córkę swą Elżbietę za mężnego ich króla Karola Roberta
Andegaweńskiego, który również kosem okiem
na niemieckie sprawy poglądał, a przeciw Krzyżakom, jako odrośl germańskiej potęgi chętnie
pomoc swą Łokietkowi obiecał. Tak więc ów
zakon musiał się teraz rachować z Polską, a chociaż mimo rozkazu papieża, nie oddał jej ziemi
michałowskiej i pomorskiej, wyzywając ją niejako
do wojny, teraz sprawę z potężnym jej królem
uważał jako ostrą kość, do przełknięcia trudną.
Dietrich więc, nie mogąc od południa lub zachodu zjednać sobie sprzymierzeńców przeciw Polsce, postanowił nieprzyjazną jej dotąd Litwę
jeszcze więcej wrogą uczynić. Przez lat trzy żadne znaczniejsze napady od strony Krzyżaków
nie trapiły mieszkańców ciemnych puszcz i lasów;
jeżeli zaś jaki niewielki napad zniszczył sioło
i mieszkańców uprowadził, Dietrich von Altenburg słał zaraz do Gedymina z zapewnieniem,
iż to tylko część nieposłusznych ciurów napad uczyniła, on zaś domniemany przyszły Wielki
mistrz, dzierżący i teraz już władzę, obiecuje
przyjaźń i braterstwo. Prócz tego obiecywał Wielkiemu księciu królewską koronę od samego papieża i cesarza, równającą się godnością i potęgą
innym panującym. Namawiał też do wspólnych
napadów na Polskę, które i tak Litwa uspokojona od strony Krzyżaków często przedsiębrała.</akap>


<akap>Wyprawy te robiono tak dla łupu, jako też
i z przyzwyczajenia do walki, bez której ludy owe już obejść się nie mogły. Szły więc posły
Zakonu do książęcej stolicy, ciesząc się z walki
dwóch ludów i zagrzewając do niej tajemnie. Lud
litewski krzywem okiem spoglądał na przeciągających posłów krzyżackich; przeczuwał bowiem,
iż chcą knezia na wiarę krzyża nawrócić, obawiając się jednak potęgi Zakonu i władzy Gedymina, nie zrywał się do boju.</akap>


<akap>Lecz i Łokietek miał równą broń z Zakonem.
Krzyżacy mieli potęgę miecza, Łokietek miał
nowe zjednoczone państwo, łaskę papieża, przyjaźń chwilową niemieckiego cesarza, przyrzeczoną
pomoc Węgier a własnych rycerzy i miecze wyrównywające sile i obosieczności krzyżackiej.
Odpierał więc napady Litwy, zabierał w walce
jeńców, lecz z tymi rozkazywał dobrze się obchodzić. Nie jednemu pozwolił wracać do swoich,
a ten, uszczęśliwiony ze swobody, roznosił wśród
ludu wieść o malutkim człowieku u sąsiadów
nad Wisłą, co wielkim rządzi narodem. I jednał
sobie przychylnych pośród zapadłych grodków
litewskich, a wielu już Kunigasów miał za sobą.</akap>


<akap>Słał więc swoich Dietrich, lecz słał i Łokietek na dwór Gedymina a zwykle tak się działo,
że ledwo wyjechali zbrojni Krzyżacy, wjeżdżało
rycerstwo Łokietkowe. Łączyło się też z Łokietkowemi ziemiami i mazowieckie księstwo, a nieprzychylny mu dotąd stryj Ziemowit, książę na
Płocku, widząc potęgę małego synowca, zawarł
z nim ugodę przeciw Krzyżakom i wspólnie z nim
garnął się do litewskiego knezia. Tak więc zamek
jego w Wilnie od dwóch lat ciągłych przyjmował
gości, a wzbogacona zajęciem ziem ruskich Litwa,
coraz to więcej wychylała się z za ciemnych
swoich lasów. Gedymin zaś, zawarłszy roku 1321
przymierze z arcybiskupem ryskim Wilhelmem
i przez niego torując sobie drogę do papieża, nie
wiele sobie w ostatnich latach robił z Krzyżaków.</akap>


<akap>Tymczasem wysłani posłowie Zakonu, spotykając po drodze drewniano, gdzieniegdzie opatrzone chrustem zamczyska, wzruszali tylko ramionami z pogardą.</akap>


<akap_dialog>--- Po co tyle zachodu? --- mówił Zygfryd
von Papenheim, u nas stajnie a psiarnie są lepsze,
aniżeli te domostwa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nogą kopnąć a cała Litwa się rozwali.
Nie rozumiem czemu Wielki mistrz tyle pracy
sobie zadaje, mówił dalej Zygfryd nieznający
dotąd Litwy. Z tymi, którzy są z nami, podjąłbym
się tę psiarnię rozproszyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boście jeszcze nie probowali litewskiego
ramienia, a nie znacie też ich skrytych zabiegów,
ozwał się Robert z Wartburga, rycerz doświadczony, co już w niejednej był tutaj walce. Zda
się, że to kupa chrustu, gliny, kamieni i kłód
drzewa, a gdy z pod tego wszystkiego wyroi się
lud gruby i nieociosany jako te kłody i siądzie
na karku, to i ostry miecz krzyżacki i świadomość wojenna nie wiele pomoże. Dzikie to, a też
jako dzikie rwie się bez pamięci i rzuca na najbardziej uzbrojonego człowieka. A twarde i dumne
jako te bory, przez które nie łacno nam się przedzierać było.</akap_dialog>


<akap>I rzeczywiście, na pozór wszystko było do
zdobycia łatwe, bo zamiast wałów doskonale usypanych i fos obronnych, tam był rów, owdzie
dół na poły napełniony kamieniami, od jednej
tylko strony zaczęto kopać porządną fosę, a z wyrzuconej ziemi sypać wał, przekładając go i ubijając gęsto kamieniami a strojąc kopaną murawą.
Po chwili trudnej przeprawy przez rowy i korzenie, zaczął się ukazywać na wzgórzu nowo
wznoszący się z kamienia zamek, którego wieżyce i baszty jeszcze wykończone nie były.</akap>


<akap_dialog>--- I wilki uczą fcguwiaka swoje ochraniać, już nie tylko na swoje rachują pazury, --- Zygfryd, spostrzegłszy ów wal obronny
i kainieuue mury Gedyniinówejro zuuiku, a wreszcie i domostwa porządnitysze, które WiłijaiWilejkn okrążając, jakby dwoma ramionami, czyniła z natury miastem obronnem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hm, Zakon miał słuszność wysyłając ze
zgodą, bo gdy te wilki będą miały oprócz przyjaźni z ryskim biskupem, władzę nad Rusią, wały
ochronne i braterstwo z polskim Ladislausem, to
z marnej garści dziczy staną się wrogiem, z którym Zakon musi się pilnie rachować, rzekł Robert przypatrując się wałom.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robercie von Wartburg, mówisz tak, jakobyś we własną sprawę wiary nie miał, ozwał
się milczący dotąd Hochswald. Jesteśmy na
to wysłani, przez Wielkiego mistrza, żeby zgody
z Ladislausem niedopuścić, a ku nam ją obrócić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A który to Wielki mistrz was wysłał, rycerzu von Hochswald, czy ten, co jak beczka na
ligarach leży dniem i nocą na ławie, czy ten, co
rwie się by jak najprędzej po nim władzę zagarnął? ozwał się z uśmiechem Robert.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gardłujcież tak, żeby wam za powrotem
mądra głowa od gardzieli na wieki nie odskoczyła, dodał po chwili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to, groźba? zawołał z iskrzącem okiem
Hochswald.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, to przyjacielska rada towarzysza Zakonu, odrzekł szyderczo Robert.</akap_dialog>


<akap>A w tem od błotnistej strony zamku, gdzie
most ruchomy z desek był ściągnięty, a bystro
płynąca Wilija niedozwalała przystępu, ozwały się
trąby, a potem głos donośny pytający w jakim
celu przybywają posłowie. Zygfryd kazał zatrąbić na znak pokoju i zgody. Wkrótce po przedstawieniu tych oznak most z ruchomych desek
został rzucony na rzekę, a posłowie Zakonu,
trzymając przed sobą miecze w pochwach wjechali w głąb podwórca, pogardzanego przez siebie drewnianego zamczyska.</akap>


<akap>Tu i owdzie błysnęło za nimi złowrogie spojrzenie Litwina, tu i owdzie syknęło przekleństwo,
lecz posłowie ni oka, ni ucha na to w tej chwili
nie mieli. Im była potrzebna przyjaźń Gedyminowa!</akap>


<akap>A snać spodziewano się tych posłów na książęcem zamczysku; bo Gedymin otoczony najprzedniejszymi Kunigasami, mając po prawej
stronie sędziwego Tubingasa, a po lewej syna
Lubarta, księcia wołyńskiego, siedział na wzniesieniu. Na głowie śpiczasta z sobolich skór kneziowska czapa, na ramionach rysia zarzucona
skóra, nogi oparł na żywym w kłąb zwiniętym
niedźwiedziu, a stojące przy nim lipowe chodaki
świadczyły, iż kneź na przyjęcie posłów niezaniechał codziennych obyczajów. Nogom bez obuwia pozwalał odpoczywać wygodnie w kudłatych
zwojach żywego podnóżka, obok którego leżały
jeszcze, pysk oparłszy na przednich łapach, dwa
niedźwiedzie, jakby gotowe na każde skinienie 
swojego pana. Żadnego uzbrojenia nie miał Gedymin, lecz za nim stali pachołkowie ze zwieszonym łukiem ku ziemi. Obok Chroniwosa stał
Siewros i Jaśko w lniane szaty odziani, a wyrośli i wśród puszcz litewskich zmężnieli. Tuż
zaraz za księciem stał ślepiec Bernard z nieodłączną swą gęślą, był on jeszcze bardziej wybladły i zwiędły z otwartemi, choć nic niewidzącemi, w jeden punkt zapatrzonymi oczyma. Ten
ostatni miał służyć za tłómacza między przybyłymi a Giedyminem, który, obawiając się zdrady 
chciał oprócz tłómacza przywiezionej przez posłów Zakonu, mieć jeszcze swojego.</akap>


<akap>Od chwili bowiem, gdy się Gedymin dowiedział o wychowańcach Wilczego Gniazda tak cudownie Litwie wróconych, zażądał, aby ci do
dworu jego należeli. Bernard zaś szczególne miał
łaski; nie wydawał on się jawnie z wyznawaną
przez siebie wiarą, dziwny jednak urok ciszy
i pokoju na otaczających wywierał; rzekłbyś zaczerpnął tego uroku od swego mistrza ojca Germana w zakonie... Sam Gedymin nawet chętnie
słuchał jego głosu. Wychowańcy zaś Wilczego
Gniazda postawieni byli na urągowisko Krzyżakom, a nie omylił się też w swojej rachubie Gedymin, bo zaledwie weszli pogłowie do komnaty
zamkową, rycerz Hochswald aż pokraśniał
i zgrzytnął zębami ujrzawszy dawnych wychowawców Zakonu groźnie patrzących na siebie.</akap>


<akap_dialog>--- Witam was, mili goście w moim ubogim
zamku, wielki to zaszczyt dla tak mizernego
księcia, że posłów potężnego Zakonu widzi u siebie. Mówił z udaną pokorą, choć wyniosłym głosem Gedymin, rozkazując wyrazy swe powtórzyć
Bernardowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumieliśmy doskonale waszą mowę wielki
i potężny książę na Wilnie i całej Litwie. Nam
to zaszczyt przynosi, że nas wysłuchać raczycie ---
ozwał się rycerz Hochswald, władający doskonale
litewską mową i właśnie jako tłómacz przybyły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Och. nie wiedziałem, że tak znacie nasz
dziki język! dla tego też zapewne i nasz tłómacz,
który w wojnie oczy postradał, i te oto młokosy
dodał wskazując na Siewrosa i Jaśka mowy swej
wśród was nie zapomnieli. Jednak chociaż wy
władacie naszą dziką mową, wasi towarzysze,
a mnie mili goście, zapewne jej nierozumieją i dla
tego niechaj ów młody ślepiec powtarza nasze
wyrazy. Ale skoro przynosicie nam pokój a zgodę, bywajcie nam mili w naszym biednym grodzisku, jakoby w swoich komnatach, a zasiądźcie
z nami do uczty i czarny chleb, co nasza ziemia
wydaje i mięsiwo zwierza naszych lasów i miód
od naszych pszczół raczcie spożywać.</akap_dialog>


<akap>To mówiąc Wielki książę klasnął w dłonie,
a pachołcy postawili przed wzniesieniem książecem stół wielki, dostający wysokością siedzącego
Gedymina i całego otoczenia, kiedy w drugim
rogu naprzeciwko książęcego wzniesienia, stół się
znacznie zniżał. Przy nim na przystawionej ławie
Gedymin wskazał miejsca gościom. Wszystko to
zaś kazał urządzić przebiegły książę, żeby mając
posłów Zakonu przy jednym ze sobą stole, z góry
na nich spoglądał.</akap>


<akap>Posłowie spojrzeli wzajem na siebie, po dumuem czole Hochswalda przeszedł błysk złowrogi,
nic jednak żaden nie rzekł na to widoczne nie
dobrze wróżące dla sprawy upokorzenie. Nie siedli też na wskazanych miejscach, owszem usunąwszy się na bok zamienili kilka słów po niemiecka półgłosem, tak, że ani ucho Gedymina,
ani nawet delikatny słuch Bernarda wyrazów
pochwycić nie mógł. Na rozkaz Zygfryda pachołkowie przybyli z nimi, a trzymając dary postąpili ku Gedyminowi, stół zastawiony okrążając;
niedźwiedzie jednak nie pozwalały zbliżyć się do
knezia. Nie objawiały one swojej ku nieznajomym niechęci, ale spojrzały na nich rozumnemi
oczami, co wstrzymało w należytej odległości
przynoszących pod czerwoną oponą od Zakonu
dary.</akap>


<akap_dialog>--- W księgach naszej wiary stoi, --- ozwał
się Hochswald, --- że dobry i wiemy sługa nie powinien tknąć jadła i napoju, nie powinien strząsnąć pyłu podróżnego z odzienia, póki nie spełni
rozkazów swojego pana. My też chcemy być wiernymi temu, co zapisano w księgach, a i wiernymi Wielkiemu mistrzowi Zygfrydowi von Feuchtwangen. W imieniu więc tegoż Wielkiego mistrza
jako i całego Zakonu, przynosimy dary wielkiemu
księciu litewskiemu Gedyminowi, potężnemu władcy ziem ruskich, prosząc, ażeby je przyjął jako
znak zgody a braterstwa z Zakonem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dary przyjmujemy, ozwał się Gedymin,
kryjąc pod obfitym zarostem uśmiech szyderczy,
boć jakżebyśmy śmieli odrzucić dary tak bogatej i potężnej dłoni, jak dłoń krzyżackiego
Zakonu.</akap_dialog>


<akap>Posłowie się skłonili nabierając otuchy.</akap>


<akap_dialog>--- Zgoda takoż nam do scrca idzie, a braterstwo, chcielibyśmy chadzać w nim z wami, ---
mówił po chwili Gedymin, lecz u nas jako i u was
są postanowienia, że bracia jednaką tylko drogą iść
mają, a Zakonu droga i litewskiego księcia,
to bodaj wcale jest różna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Braterstwo łacno przyjdzie skoro jeno zgodę i dary przyjmujecie; odrzekł Hochswald. To
mówiąc, dał znak dwom potężnym pachołkom,
którzy się pod owemi uginali darami. Pachołcy
zbliżyć się chcieli, lecz zwrócone oczy niedźwiedzi powstrzymały ich znowu na miejscu. Gedymin skinął, Siewros i Jaśko podeszli czekając na
rozkazy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam ja tu, rzekł książę, swoich młodzieniaszków, pewnoć znana Zakonowi ich siła, podołają oni choćby największym ciężarom, a waszym pachołkom oszczędzą strachu przed mojemi
sługi, dodał, wskazując na leżące niedźwiedzie.</akap_dialog>


<akap>Siewros zdjął oponę i wziął z rąk pachołków
przyłbicę i na konia oponę, Jaśko ujął pięknie
wyrobioną zbroję jedną ręką, drugą miecz wielki,
a przytrzymawszy pochwę zębami wyciągnął go
i podniósłszy ku górze lekko zabłysnął przed
oczyma zdziwionych jego siłą posłów krzyżackich.
Z temi darami wskoczył na wzniesienie, a tak
zwinnie i lekko jakby zamiast miecza trzymał
sokoła. Poczem przykląkł przed księciem i podał
mu miecz obnażony.</akap>


<akap_dialog>--- Dobra wróżba --- rzekł Gedymiu wesoło,
lackie pacholę miecz obnażony podaje, i to miecz
krzyżacki, a litwin prawy hełm od Zakonu przynosi.</akap_dialog>


<akap>To mówiąc, odebranym mieczem, nie wstając
ze swego książęcego tronu, krąg przed sobą zakreślił i kilka cięć na prawo i na lewo w powietrzu wykonał. I wreszcie oddał go Jaśkowi,
który włożywszy miecz w pochwę, oparł go przy
boku księcia, i podając zbroję, gdy jednocześnie
hełm i piękną na konia oponę Siewros składał 
u nóg Gedymina.</akap>


<akap_dialog>--- No, tego przymierzać nie będę rzekł Gedymin, bo czapka wielkiego Kunigasa a knezia
i te rysie skóry, równie mnie od nieprzyjaciół
zasłaniają jako i najtęższe zbroje. Lecz dar Wielkiego mistrza jest my bardzo drogi, a na zamku
złożonym będzie jako dowód jego ku nam przyjaźni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjaźń ta szczera, a tak przez będącego
obecnie Wielkiego mistrza Zygfryda von Feuchtwangen, jako i wszystkich marszałków zakonu
z Dietrichem vou Altenburg na czele, jest najgorętszem na przyszłość życzeniem --- ozwał się Zygfryd von Pappenheim.</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Przyjaźń ta większą jeszcze miałaby pewność, gdyby wasza książęca mość powolną była pokornym radom zakonu... --- dodał Hochswald
zbliżając się ku Gedyminowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na wszelkie rady dość jeszcze czasu ---
odparł niecierpliwie Gedymin. Stary zaś Tubingas
zwrócił swoje ślepe białkiem przewrócone źrenice
na mówiącego, chcąc temi oczami, bez wzroku, do
głębi mówiącego przeniknąć. Tak zaś kneź, jak
i Tubingas co innego pod tą radą rozumieli,
pierwszy połączenie się z zakonem przeciw Polsce, drugi przyjęcie chrystyjanizmu. To też Gedymin zmarszczył tylko brwi i wpadł w zadumę,
kiedy stary kapłan zacisnął pięść, zerwał się
z siedzenia, lecz przypomniawszy sobie słowo
dane kneziowi, opadł na siedzenie, tylko ręką
w krawędź ławy tak uderzył, jak gdyby chciał
ją wyrwać z pod siebie i rzucić na przybyłych.
Chroniwos również uczynił jakiś ruch niespokojny
i bezwiednie prawie ujął toporek tkwiący za
pasem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najlepsza rada pokrzepić się po dalekiej
drodze --- przerwał wreszcie milczenie Gedymin
i klasnął w potężne dłonie.</akap_dialog>


<akap>Na znak ten, pachołkowie wnieśli ogromne
misy dymiącego się mięsiwa. Na jednych leżał
zwierz poćwiertowany, na innych w całości, nad
ogniskiem pieczone wielkie łosie i dziki. Przed
kneziem stawiano owe niepocięte zwierzęta, a ten
biorąc za nogi darł je w kawały, jeden dając
ślepemu Tubingasowi, drugi zabierając sobie, resztę oddawano godownikom, stawiając tylko przed
Lubarteni, jako synem książęcym nienapoczęte misy, jako też i przed posłami zakonu. Ci mimo
pewnej niechęci jaką widzieli w kneziu i całem
jego otoczeniu, dość często rzucali ogryzione kości psom czekającym na kęs swój pod stołem.</akap>


<akap>Zaraz też za każdym prawie ucztującym zjawił się pachołek, nalewając z wielkich pozłocistych dzbanów napój sycony z miodu i chmielu,
a wielce przez krzyżaków lubiany, chociaż oni
byli więcej do wina przyzwyczajeni.</akap>


<akap>Jeden tylko Tubingas nie tknął owego napoju,
wylał go za siebie na objatę bogom, a wody kryniczucj kazał przed sobą postawić.</akap>


<akap>Wkrótce przy uczcie zrobiło się gwarno, twarze zaczerwienione zwiastowały pewne zadowolenie, kryjące jednak w głębi gryzącego robaka
nieufności. Bernard, na znak Gedymina śpiewał
trącając w gęśle, nucił pieśń starą, lecz pieśń ta
była tylko szumem, echem odległem, które przygłuszone zostało coraz to gwarniejszą rozmową.</akap>


<naglowek_rozdzial>X</naglowek_rozdzial>






<akap>Uczta przeciągnęła się prawie do słonka zachodu, godownicy, jak i gdzie który mógł, legli
na spoczynek, a że niewielkie były wymagania
ludzi nawykłych do niewczasów wojennych, niewielkiego też potrzeba było przygotowania dla
przybyłych gości. Z tem wszystkiem starzec, zarządzający zamkiem Gedymina, krzyżackim posłom wskazał izbę z zasłanemi wilczurą łożami
i misternie tkanemi lnianemi ręcznikami, misą
wody, a także i przygotowanym dzbanem napoju.</akap>


<akap>Gedymin legł w swojej komnacie, mimo jednak napoju, długo przewracał się na łożu, a sen
nie sklejał jego powiek. Po wesołej uczcie snać
jakaś myśl niespokojna trapiła jego głowę. Zasnął wreszcie, lecz widocznie jakieś straszne widziadła snuły mu się po głowie, bo zrywał się często,
wymawiając urywane wyrazy, a zaledwie jutrzenka wychyliła się z szarego pomroku, książę siadł
na posłaniu i przetarł oczy, otwierając je szeroko.
 Westchnął wreszcie jak człowiek, który zrzucił
z siebie ciężar, lecz jeszcze czuje brzemię jego
na swoich barkach.</akap>


<akap>Na to westchnienie obrócił się ulubiony niedźwiedź, spoczywający opodal łoża, przysiadł na
tylnych łapach, łeb podniósł do góry i słuchał,
oczekując rozkazów, a może codziennej pieszczoty. Gedymin jednak nie zwrócił na to uwagi,
zgło rozerwał na piersiach, jakby to lniane odzienie nawet go dusiło. Spojrzał w ognisko, które
jakieś słabe rozlewało światło, odwrócił się od 
okna, zasuniętego zaporą i plunął trzykrotnie
przed siebie, a to wszystko dla tego, żeby zapomnieć snu trapiącego, wreszcie klasnął w dłonie.
Na odgłos ten przyczołgał się ulubiony niedźwiedź,
dwa inne, śpiące u drzwi wraz z pachołkiem,
leniwie mruknęły, a pachołek też otrzeźwiony
klapnięciem, jednocześnie z niedźwiedziem stanął
przed Gedyminem.</akap>


<akap_dialog>--- Tubingas! --- zawołał książę.</akap_dialog>


<akap>Pachołek, nierozumiejąc, co znaczy imię ślepca-kapłana, pochylił tylko pokornie głowę, a potem głupowato na księcia poglądał.</akap>


<akap_dialog>--- Zwij do mnie ślepego Kunigasa --- i ręką
wskazał ku drzwiom.</akap_dialog>


<akap>Pachołek czemprędzej zwrócił się, by spełnić
wolę pana. Niedźwiedź, widząc biegnącego, posunął się za nim, jakby go chciał ubiedz w spełnieniu rozkazów, rzucił się i jednym susem oparłszy łapy o drzwi, na rozcież je rozwarł. Po
twarzy Gedymina przeleciał uśmiech zadowolenia.</akap>


<akap_dialog>--- Mądra bestya! --- mruknął książę a jednocześnie lekko świsnął.</akap_dialog>


<akap>Niedźwiedź, zwróciwszy swe cielsko, znów
jednym susem był u nóg księcia, a przypadłszy
na ziemię brzuchem, skulił pod siebie łapy i warował, mrucząc żałośnie, jakby chciał przeprosić,
że nie w porę się wybrał ze swą gorliwością.
Książę podsunął nogi pod pysk zwierzęcia, niedźwiedź przytrzymując je w wielkich swych łapach,
oblizał szerokim jeżykiem. Książę otarł nogi
o kudłaty grzbiet ulubieńca, czyniąc to prawie
bezwiednie, co dowodziło, że był to jego obyczaj
codzienny. Po tych pierwszych krokach rannej
toalety, książę, jakby nagle przypomniał sobie
jakąś myśl trapiącą, siadł na ławie, niezważając,
że niedźwiedź ująwszy w łapy krótkie skórzane
spodnie wciągał je księciu, a potem nasuwał na
nogi chodaki. Książę poddawał się tym operacyom swego czworonożnego pokojowa, jak się
poddaje człowiek, który mając czem innem myśl
zaprzątniętą, zezwala na wszystko, co się w około
niego dzieje. Gdy jednak niedźwiedź ujął pas
i stojąc na dwóch łapach z nim przed panem,
nie mógł się doczekać, aby Gedymin go odebrał
i dopełnił ubrania, zniecierpliwił się wierny pokojowiec, i cichem mruczeniem oznajmiał swą
obecność.</akap>


<akap>Wtem drzwi się otworzyły i wszedł Tubingas
przez Siewrosa poprzedzany. Prąd porannego
powietrza, jaki przybyli przynosili ze sobą, orzeźwił
Gedymina, podniósł głowę, ujrzał stojącego przed
sobą wiernego Meszkę, wziął od niego pas ze
skór borsuczych szyty, a zakładając na siebie, zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Do kąta, Meszka!</akap_dialog>


<akap>Niedźwiedź posunął się leniwie, spoglądając
na lnianą opończę, którą zwykł był jeszcze swemu panu podawać, poszedł jednak na swoje miejsce, a zwinąwszy się w kłębek, pomrukując,
spał, czy też sen udawał, gdy tymczasem dwaj
jego towarzysze, śpiący dotąd, przy drzwiach, za
otwarciem się takowych stanęli na dwóch tylnych
łapach, przednie założywszy na piersi, jakby dwaj
najbardziej wyuczeni pokojowcy.</akap>


<akap_dialog>--- Witajcie nam, miły Kunigasie --- rzekł Gedymin, biorąc dłoń przybyłego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Witajcie, Gedyminie, ojcze Litwy! a niech
bogowie, którzy was zbudzili wczesnym rankiem,
dobrą myśl w waszą głowę i serce przyślą, a odwrócą wszelką nieczystą siłę!</akap_dialog>


<akap>Gedymin w miejsce odpowiedzi westchnął głęboko, podsuwając ławę przybyłemu, aby spoczął.</akap>


<akap_dialog>--- Nie, nie siądę, póki nie dowiem się czy
w sercu twojem nie zagnieździł się robak przez
wrogów wprowadzony, robak, co chce zgryźć
święte nasze dęby, podkopać je i zwalić, a na
ich miejscu wystawić to samo godło, co czernieje
na płaszczach krzyżackiego zakonu. Godło to 
stoi mi ciągle w ślepych moich oczach jako straszne widmo, i serce moje się wstrząsa na samo wspomnienie, że siekiera wroga wyciesze je z tych drzew, co nam przez wieki szumem opowiadały 
wolę bogów, a na opustoszałych polanach postawi swe znaki... Wtedy przekleństwo tobie, przekleństwo tym, którzy cię do tego namówili, bo zginie przeszłość nasza, i bogowie --- w proch wielkość imienia Litwy obrócą.</akap_dialog>


<akap>I starzec stojąc przed wielkim księciem, wzniósł
oba ramiona ku górze, jakby chciał wraz ze słowami rzucić gromy na głowę stojącego przed
nim Gedymina. Ten ze schyloną głową i pewną trwogą słuchał głosu przybyłego.</akap>


<akap>Starzec wlepił białkiem świecące swe oczy,
a tym zaślepłym wzrokiem zdawał się wpijać
w głąb duszy wielkiego księcia i przenikać jego
najtajniejsze zamiary. Chwila była milczenia,
wśród którego Gedymin zdawał się walczyć ze
sobą i zabobonnym strachem, jakim go napełniły
słowa przybyłego. Opamiętał się jednak wkrótce, a wyprostowawszy swą wyniosłą postać, zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Wstrzymaj Tubingasie groźby swoje! przyzwać cię kazałem, więc rady twej nie przekleństwa żądam. Gdybym chciał jąć się kryżackich
posłów i na wiarę ojców nastawał, nie wzywałbym rady kapłanów, tylko według mojej woli postąpił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wola twoja byłaby podłą, gdyby nie była
wolą całego narodu: wtedybym podłożył ogień 
pod twój zamek i wraz z nim na objatę Perkunowi oddał ciebie i siebie --- mówił Tubingas, kładąc dłoń swą na ramieniu księcia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie sroż się ojcze, powtarzam, zamek mój
miły jest bogom naszym, chociaż go obcych zbudowały dłonie, bo pierwej nim wzniosłem jego
mury, wystawiłem świątynię Perkunowi: a zamek
ten potrzebny, bo gdy przez lasy nasze przedarły
się wrogi i coraz więcej w głąb ziem postępują, i
trzeba im dać poznać, że i my umiemy obronne
mury wznosić, i my możemy im zrównać potęgą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potęgą wiary ojców i miłości ziemi naszej
pokonamy ich, jakeśmy dotąd pokonywali, inaczej
biada tobie, biada twoim synom i wnukom, biada
całemu ludowi, on aż do imienia zaginie!.. Zaginie! --- powtórzył ślepiec, wstrząsając ramieniem
Gedymina, jeżeli się złączysz z posłami zakonu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic chcę się z nimi łączyć i dla tego
u ciebie rady szukam Kunigasie, lecz ich drażnić
nie mogę, a przybyłym dać trzeba odpowiedź,
oni chcą z nami się łączyć przeciw innej potędze,
która również dla nas jest groźną...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko nam jest groźne --- przerwał Tubingas --- odkąd do chat naszych wnikają obce
przybysze, opowiadając o wielkości swych bogów,
odkąd dla świętych dębów cześć osłabła, a potajemne szepty modłów się rozchodzą! Wzrok mój
ciemny widzi dalej aniżeli oczy tych, co jasno
widzą słońce: bo w tem słońcu szukają tylko dla
siebie blasku, któreby im oświeciło koronę na
głowie. I ty po nią sięgasz, Gedyminie! a z koroną na głowie będziesz słabszym, aniżeli twoi
ojcowie, którzy siłę swą czerpali ino w potędze
miecza i jedności ludu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja pragnę jedności tego ładu --- odrzekł
Gedymin..</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pragniesz, to nie łącz się z nikim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc najadą wrogi ziemie nasze! bo gdy
się nie połączę z Krzyżakami przeciw Władysławowi lackiemu, on połączy się z Wielkim mistrzem i z dwóch stron najadą ziemie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O święte bogi, czemuż opieka wasza odwróciła się od wiernego wam ludu! czemu siła
dłoni naszych tak zmalała, że nie może już sama
ocalić ziemi! --- rzekł Tubingas, skłoniwszy głowę
na piersi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dłonie nasze nie zesłabły, staną one i teraz w obronie ziemi i ludu! lecz gdy żyć będziemy wiecznie sami poza lasami, nie wiedząc, co
się u sąsiadów dzieje i nie przypatrując się jak
oni żyją, łatwiej nas pokonują. Boć mają i broń
lepszą i różne wojenne fortele, a też i rozmaite
umieją rzeczy, o których lud nasz nic dotąd nie
wiedział.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I dobrze mu z tem było! --- przerwał Tubingas. --- Teraz sprowadziłeś rzemieślników ze
stron dalekich, i oto patrz, co się dzieje, przybysze ci, a jeszcze więcej laccy niewolnicy, którycheś wolno puścił, aby przy budowie pomagali,
uczą lud nasz swoich pieśni, uczą czcić ich Boga.. Ba, i ty sam słałeś do najstarszego w ich
religii kapłana! --- dodał po chwili --- winieneś
więc przeciw bogom i przeciw ludowi, pozbawiając go największego skarbu: starej ojców wiary....</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kunigasie, bluźnisz, wywołując złe! Ty
przy ognisku świętych dębów nie widzisz nic, --- co
się dzieje poza lasami, ja za te lasy z mieczem
wychodzę, a znam mój lud! I on w bojach widzi jako jest u innych i u siebie chce mieć takież opatrzenie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przekleństwo im, przekleństwo tobie! jeżeli
lud swój do złego prowadzisz! --- krzyknął znów
Tubingas.</akap_dialog>


<akap>I jakby opadły z sił i pognębiony oporem
księcia, padł na lawę, zwieszając głowę na piersi.</akap>


<akap>Gedymin zmarszczył brwi i jakby go znużyła rozmowa ze ślepcem, gromkim głosem zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Dość tego! Księciem jestem, panem Litwy
całej! sięgam ramieniem na wschód po dalekie
ziemie, mam prawo rozkazywać i rządzić według
mej woli! Jeślim was wezwał, to znak, że szanuję ojców zwyczaje i bez najstarszego Kunigasa-ślepca, miłego bogom, nie chcę nic stanowić,
lecz groźb się nie ulęknę, nie! a bogi, co widzą
czyny moje, sądzić je będą.</akap_dialog>


<akap>A mówił to Gedymin tak groźnym głosem, te
aż niedźwiedzie przytuliwszy uszy, na brzuchach
przypełzały do nóg pana, jakby go chciały błagać o miłosierdzie. Siewros, blady, stał oparty
między dziadem i kneziem, a na jego młodzieńczej twarzy nie drgnął muskuł żaden, lecz znać,
że w duszy młodego wychowańca Wilczego gniazda tajemna jakaś toczyła się walka.</akap>


<akap>I znowu była chwila milczenia, słuchać było
tylko ciężki oddech dwu rozgniewanych ludzi
i lekkie mruczenie przyłaszonych, nie śmiejących
się ruszyć niedźwiedzi.</akap>


<akap>Gedymin wstał z miejsca, potrącając nogą
o łeb wiernego Meszki.</akap>


<akap_dialog>--- Na miejsce, bestye! --- krzyknął gniewliwie,
a Meszka ze swoimi towarzyszami jednym skokiem usunęli się z drogi panu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha! --- zerwał się Tubingas --- przyzwyczaiłeś się rozkazywać zwierzętom, i z ludu twego takie pokorne, płaszczące się bydlęta chcesz
uczynić!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zrobiłem te bestye pokorne, lecz nauczyłem je tego, czego żyjąc w lasach nie umiały!
nauczyłem ich życia z ludźmi! --- odrzekł wielki
książe, biorąc się pod boki i stając z wzniesioną
głową przed ślepcem. --- Nauczę tego samego
i lud mój.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc giń! zawieraj przymierze i pędź do
zguby. Niechaj bogowie sądzą sprawy twoje!
Ja, ślepiec, nie umiem patrzeć już jasno na sprawy świata tego! leci póki tchu w piersi stanie,
bronić będę świętego ogniska i dębu. A gdy go
ścinać przyjdą wpiję pazury jako niedźwiedź
w pierś tego, co podniesie siekierę, i szarpać będę, a cielska rzucać na ogień dla przebłagania
bogów. A gdy mi sił do walki nie stanie, obejmę dąb nasz stary i z nim razem skonam!</akap_dialog>


<akap>I wzniósłszy dłoń jednę ku górze, drugą wyciągnął przed siebie, idąc pewnym krokiem. Wtedy ocknął się Siewros i zbliżył chcąc ująć ramię
dziada, lecz ten odsunął rękę i szybciej niżby
na to wiek i brak wzroku pozwalał, opuścił wielkoksiążęcą komnatę.</akap>


<akap>Siewros, odtrącony, nie śmiał się ruszyć: wyniosły postawą, stanął jako stap graniczny między dawnemi pojęciami dziada, a dążącym do
cywilizacyi księciem.</akap>


<akap>Gedymin zwrócił wę nagle ku niemu.</akap>


<akap_dialog>--- Tyś długo u Krzyżaków zostawał?</akap_dialog>


<akap>Ocknął się młodziec i zwrócił niewielkie, lecz 
przebiegłe swe oczy na twarz księcia.</akap>


<akap_dialog>--- Jak długo, nie umiem Waszej książęcej
wysokości powiedzieć, lecz małem musiałem być
chłopięciem, a skorom podrósł i stałem się szparkim, choćby do miecza gotowym, uciekłem z ich
Wilczego Gniazda, boć tak swoją szkołę nazywają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A w tej szkole czego was uczono?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapomnieć mowy i wiary ojców.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czyś je zapomniał?</akap_dialog>


<akap>Siewros się wstrząsnął.</akap>


<akap_dialog>--- Widzicie, miłościwy książę, że choć mnie
wzięli gdy jeszcze dobrze imienia ojców wymawiać nie umiałem, mowa ta była we krwi
i w piersiach moich, dźwięczała mi w uszach
jako szum lasów, a gdym poczuł dym chaty ojczystej, wprędce i mowa mi się znalazła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czy tam oprócz tego, co z tobą przybył,
i więcej lackich pacholąt?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oj, było ich, było, a tako jak i nam wymyślali im, nazywając wilkami, a plemię ich jak
i nasze mieli w poniewierce, i oni tęsknili za
swoimi i nieraz mówiliśmy sobie, że gdybyśmy
wspólnie się wzięli a ogień podłożyli, toby i Wilcze Gniazdo i cały potężny zamek w gruzy się
zapadł. Lecz to były tylko dziecięce igraszki,
boć zamek ich silny, cały kamienny! --- dodał
młodzieniec z westchnieniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lecz ramię Gedymina i lackiego króla nie
są dziecięcą igraszką --- mruknął wielki książę
jakby do siebie, a twarz jego, chmurna przed chwilą, rozpogodziła się uśmiechem, jakby jakaś
myśl nagle przemknęła przez jego głowę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak --- mówił Gedymin do siebie,
wpatrując się w twarz młodzieńca --- często przez
usta niedoświadczonych chłopiąt bogowie zsyłają
nam radę!</akap_dialog>


<akap>Wtem z za ciężkiej, wzorzystej, snać na wrogach zdobytej opony, ukazała się jasna główka
dziewczęcia, zielonym strojna wieńcem i zabrzmiał
głos:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Tew's</slowo_obce><pa><slowo_obce>Tew’s</slowo_obce> --- Ojcze.</pa>.</akap_dialog>


<akap>Gedymin na głos ten uśmiechnął się i zwrócił rozpogodzone oblicze. A z za opony weszło
dziewczę w białej lnianej odzieży, pasem czerwono barwionym opasane. Tuż za nią szła druga, również młoda, o ciemniejszych włosach, również w lnianej odzieży, lecz bez wieńca na
głowie, a zamiast czerwonego pasa, obejmowała
ją w pasie wicina spleciona. W rękach niosła
dzban duży i kubek, gdy tymczasem pierwsza
trzymała ręcznik lniany, wzorzysto-wyszyty przy
brzegu. Dalej, zaraz za niemi szły jeszcze dwie
inne, niosąc dymiącą się misę jadła i kubek
z wodą zdrojową.</akap>


<akap_dialog>--- Tew's! --- mówiła pierwsza --- tak dawno
już słońce wstało, czas tobie się posilić.</akap_dialog>


<akap>Gedymin dłoń położył na główce córki i z lubością wpatrzył się w to młode, świeże oblicze.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze, Aldono, córo moja, daj posiłek,
boć nam trzeba się pokrzepić... a gniew zalać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do zalania gniewu jest tutaj doskonały
napój, którego mnie Bogna przyrządzać nauczyła.
To napój, który piją w jej kraju: a snać miłym
być musi naszym bogom, bo gdym część na ogień
wylała, błysnął niebieskim płomykiem, a potem
jakby złotem na wszystkie strony objął polano!</akap_dialog>


<akap>To mówiąc, wzięła kubek z rąk stojącej obok
niej Bogny, a ta weń nalała ciemno-żółtawego
płynu. Gedymin przyjął podany napój, znów jakiś uśmiech przeszedł po jego obrosłej twarzy,
a wylawszy część napoju przez ramię w płonący
ogień, odwrócił się ku ognisku i spojrzał ciekawie.</akap>


<akap_dialog>--- Napój to musi być dobry, bo ognia nie
zalewa, ni go też zbytnio nie syci.</akap_dialog>


<akap>I przytknąwszy do ust, wypróżnił podany
kubek.</akap>


<akap_dialog>--- Aa! --- rzeki, oddając kubek --- napój miły,
w piersiach po nim błogo.</akap_dialog>


<akap>I pogładził pierś włochatą na poły obnażoną,
gdy stojąca obok córa z ciekawością na niego
patrzyła.</akap>


<akap_dialog>--- Napój lacki --- szepnął do siebie Gedymin --- chłodzi i orzeźwia... I tego mowa, wszystko się dziwnie składa... takich rad, zsyłanych
od bogów, odrzucać nie trzeba --- mruczał do
siebie książę, jak to było w jego zwyczaju, gdy
myśl ciężka głowę mu obsiadła.</akap_dialog>


<akap>Naraz zwrócił się do córki.</akap>


<akap_dialog>--- Tego lackiego napoju daj i jemu.</akap_dialog>


<akap>To mówiąc, wskazał na stojącego w głębi
Siewrosa i przypatrującego się ciekawie książęcej córze i jej dziewkom służebnym.</akap>


<akap>Na znak Aldony, Bogna przysunęła się do
Siewrosa i podała mu nalany kubek. Chłopiec
wziął kubek, lecz nim go poniósł do ust, wpatrzył
się w młodziutką twarz dziewczęcia, które ze
spuszczonym wzrokiem przed nim stanęło. Na
ciemne jej włosy padł promień wiosennego słonka
przez otwarte z zapory okno i dziwnym blaskiem
ozłocił pogodne, choć smutne czoło Bogny.</akap>


<akap>Siewros stał z podanym kubkiem w ręku
i wciąż patrzył na nią ciekawie, aż wreszcie
Bogna, podniosłszy na niego spuszczone dotąd
oczy, szepnęła:</akap>


<akap_dialog>--- Pijcie, to nasz napój, lacki, książę wam
podać kazał. </akap_dialog>


<akap>Siewros machinalnie poniósł napój do ust
i wychylił go duszkiem, a oddając kubek Bognie
wpatrzył się w nią znowu.</akap>


<akap>I tak samo jak książę, bezwiednym prawie
ruchem pogładził się po piersiach bo napój i jemu
najwidoczniej przypadł do smaku.</akap>


<akap_dialog>--- No, cóż, ten lacki napój? --- zapytał Gedymin, patrząc na rozjaśnioną twarz chłopca z zadowoleniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszczem nigdy nic takiego nie pił, coby
odrazu i ochłodziło i jakąś myśl wesołą przyniosło! --- rzekł w odpowiedzi Siewros.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lacki napój smakuje młodemu litwinowi! ---
zaśmiał się książę. --- Idź, opowiedz, że lachy dobry mają napój, a książęca córa nauczyła się
tego napoju przyprawiać --- rzekł wesoło książę
i zabrał się do porannego posiłku.</akap_dialog>


<akap>A Siewros odchodząc mówił do siebie:</akap>


<akap_dialog>--- Napój lacki godny, jak nie znałem dotąd
napoju, lecz i dziewka, co mi go podała, piękna
jakby królewna. Ona laszka, lecz jam ją już
spotkał. Oj, spotkał; nie pierwszy to raz obaczyłem ją chyba.</akap_dialog>


<akap>I mówiąc tak, w myśli szukał, czemu twarz
Bogny tak mu wydaje się znaną.</akap>



<naglowek_rozdzial>XII<pe><slowo_obce>XII</slowo_obce> --- w wydaniu źródłowym prawdopodobnie błędna numeracja rozdziałów --- po rozdziale X następuje rozdział XII.</pe></naglowek_rozdzial>






<akap>Gdy o południu posłowie Krzyżaccy stanęli
w komnacie zamku Gedyminowego, książę mial
zamyślone oblicze, szarpał brodę i chmurno przed
siebie spoglądał. W otoczeniu zaś księcia brakowało Tubingasa, inni jak wczoraj byli przy
jego boku. Lecz jeżeli Gedymin spoglądał ponuro, na twarzy Chroniwosa znać było troskę
i jakąś tajemną walkę; stał on w tem samem
miejscu co wczoraj, a obok niego świeciło pustką
miejsce, nie zajęte przez starego Tubingasa.</akap>


<akap>Z tych chmurnych twarzy nie dobrze snać
wróżyli sobie posłowie; krótkie też było posłuchanie, w którem Gedymin rzucił w odpowiedzi,
że szanuje wielce przyjaźń Wielkiego Mistrza,
pochlebnym jest mu związek z potężnym zakonem, nie może jednak stanowczej dać odpowiedzi, czy się skłoni do wojny z lackim Władysławem.</akap>


<akap_dialog>--- Biedneć to moje i nieliczne państwo, nie
może tak od razu zbierać ludu, by napadać cudze ziemie, kiedy i swoich bronić i ład jakiś zaprowadzić w nich trzeba. Wilczeć to tylko gniazdo, ale dla tego, że wilcze, trzeba stać na jego
straży, aby młode wilczęta wychowane w cudzem
gnieździe zawsze węchem do swojego wracały ---
dodał, chytrze spoglądając na posłów.</akap_dialog>


<akap>I zawoławszy ulubionego Meszkę, jął się z nim
bawić, a potem spuściwszy głowę na piersi, zamknął oczy, jakby w półśnie chciał odpoczynku
poszukać. Był-li to fortel, czy spoczynek, trudno
odgadnąć.</akap>


<akap>Posłowie, widząc, że innej odpowiedzi nie
usłyszą, opuścili książęcą komnatę, a nim słonko
zeszło z południa, przebywali most zamkowy, nie
mieszkając poza nim jak dobę.</akap>


<akap>Gedymin, usłyszawszy skrzypiące wrzeciądze zsuwającego się po ich przejeździe mostu, splunął
trzy razy przed siebie, odetchnął jak człowiek,
któremu zdjęto ciężar z piersi i posunął się ku
komnatom niewieścim.</akap>


<akap>Ujrzawszy Aldonę, siedzącą na przyzbie i stojącą przed nią Bognę, podszedł ku nim, chcąc
po wszelkich trudach przy swej córze odpocząć.</akap>


<akap>Lecz książęca córa tak była zasłuchana w opowiadanie Bogny, a Bogna tak snać przejęta dźwiękiem słów wlasnych, że nie słyszały nawet ciężkich książęcych kroków.</akap>


<akap>Gedymin, słysząc podniesiony głos Bogny,
stanął, chcąc dowiedzieć się, co ta lacka branka
jego córze prawi.</akap>


<akap>Były to jednak dla niego niezrozumiale wyrazy, ale Aldona je rozumiała, ba, nawet sama
mową Bogny się odezwała.</akap>


<akap_dialog>--- To opowiedz mi, jak to u was po dziewkę
przychodzą swaty?</akap_dialog>


<akap>Bogna nie zdążyła odpowiedzieć, bo Gedymin
zniecierpliwiony oczekiwaniem, zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- A pójdź no tu sroczko moja, toś ty się
tak z Bogną zbratała, że już nawet mową jej
gadasz?</akap_dialog>


<akap>Aldona zasromała się, lękając gniewu ojca,
spuściła głowę nieśmiało, spoglądając ku niemu,
lecz gdy zamiast gniewu, ujrzała dobroduszny
uśmiech na jego obliczu, zaczęła szczebiotać, opowiadać, co tylko słyszała od Bogny o zwyczajach lackiego kraju, i o swatach, jakie tam zwykle po dziewczęta przysyłają.</akap>


<akap>Gedymin jeszcze więcej się uśmiechnął, a ująwszy jasną kosę córki, rzekł wesoło:</akap>


<akap_dialog>--- Ano, może i po ciebie jakie swaty przyślą,
to dowiesz się najlepiej, jaki jest po świecie
obyczaj!</akap_dialog>


<akap>I mrugnął okiem, patrząc na pokraśniała
twarz córki.</akap>


<akap_dialog>--- Ale nim swaty przyjdą, a kosę swoją pod
czepiec schowasz, przygotuj nam wczesny posiłek:
jutro, zaraz gdy gwiazdy pogasną, a świt się
ocknie, trzeba nam w knieje. A i napitka Bogny
naładuj w pęcherze. Dobry to napój lacki!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jeżeli nam szczęście przyniesie i wróżby
się spełnią... Hm! hm! --- mruczał już sam do
siebie, krocząc dalej.</akap_dialog>


<akap>Aldona i Bogna pobiegły w głąb dworca, aby
spełnić rozkaz księcia.</akap>


<akap>Gdy na drugi dzień książę wyciągnął na łowy, wśród osad, okalających zamczysko, gwarno
było i wesoło. Lud zgnębiony pobytem posłów
Krzyżackich, wysypywał się teraz z chat swoich,
bo widział się bezpiecznym, jeżeli nawet sam książę
z zupełnym spokojem oddawał się ulubionej rozrywce. Skupiał się zaś lud ten najwięcej około
świątyni Perkuna, gdzie przez drzwi otwarte widział wiecznie płonący ogień, a dym zwierzchnim
otworem wydobywał się gęstemi kłębami, otaczając sinym obłokiem ogromnego wilka żelaznego,
stojącego u szczytu świątyni, przez którego rozwartą paszczękę, widać było często wymykające
się płomyki.</akap>


<akap_dialog>--- Nie darmo bogi zesłały wolę swoją Gedyminowi we śnie --- mówiono --- odsunął on Krzyżaki, a jako ten wilk ziejący ogniem, kneź mieczem na nieprzyjaciół zionąć potrafi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cześć Perkunowi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A niechaj ogień w świątyni nigdy nie zgaśnie! --- wołano.</akap_dialog>


<akap>I każdy z przechodzących rzucał w otwarte
drzwi pęk ziół, lub zwierzę, które stojący poza
drzwiami ofiarnicy Perkunowi oddawali.</akap>


<akap_dialog>--- Perkun! Perkun! --- wznosiły się głosy do
koła.</akap_dialog>


<akap>A były to głosy jakiegoś spokoju i lud po
złożeniu objaty, spieszył do pracy około rozpoczętych chat, dworców, lub do sypania wałów
około wznoszącego się Wilna, stolicy Gedyminowej, która rozciągając się w dolinie, otoczona
z jednej strony górami, a z drugiej rzeką, sama
już przez się poniekąd obronną była.</akap>


<akap>Przy gontynie jednak Perkuna był zakątek
osamotniony, drzewami otoczony, a wysokiem
ogrodzeniem z chrustu przed ciekawych wzrokiem
zakryty. Do tego zacisza nietylko obcym lecz
i najwierniejszemu Litwinowi wchodzić nie było
wolno, miejsce to bowiem było schroniskiem dziewic, które na obsługę świątyni, na cześć bogów
żywot swój oddały. Która raz przestąpiła wrota
tego zakątka, już z poza nich nie wracała.</akap>


<akap>Obowiązkiem pobożnego ludu było składać
u wrót dary, każdy też, a zwłaszcza niewiasty,
składały je hojnie, a zaledwie słonko wzbiło się
od wschodu, gdy Aldona i Bogna u wrót tych
stanęły. Niosły one w dzbanach ów lacki napój,
pęki ziół i wielkie chleby: była to objata za pomyślne łowy knezia, a może do niej łączyła się
inna, którą skrycie Gedyminowa córa w swem
sercu chowała. Zatrzymać się jednak musiały,
bo właśnie przed wrotami stanął Tubingas prowadząc dziewczę młode, smagłe, chwiejące się
a wystraszonym wzrokiem spoglądające do koła.</akap>


<akap>Od drugiej strony biegł szybko Siewros z Jaśkiem, na twarzach ich znać było przestrach i zdziwienie.</akap>


<akap_dialog>--- Grażusa! --- krzyknął Jaśko, i biegł ku
stojącej u wrót dziewczynie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Grażusa! --- powtórzył Siewros smutnie,
lecz powstrzymał towarzysza, mówiąc:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie obronisz jej, Tubingas oddaje ją Perkunowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Grażusę Perkunowi! --- powtórzył Jaśko
i chciał odtrącić powstrzymujące go ramię. --- Ja
nie dam jej spalić! --- krzyknął, wyrywając się
Siewrosowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie spalą jej! Tubingas ją na służbę Perkunowi oddaje! wola jego spełnić się musi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie dam jej, nie dam! życiem swojem
ocalę! --- wołał Jaśko, szarpiąc się z Siewrosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Próżno, jedno z nas bogom poświęconem
być winno --- mówił Siewros, przytrzymując przyjaciela.</akap_dialog>


<akap>Wtem Tubingas popchuął przyprowadzoną
dziewczynę za otwierające się wrota.</akap>


<akap_dialog>--- Nic ją już nic ocali! --- zawołał Siewros.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Grażusa! Grażusa! --- wołał na cały głos
Jaśko, a snać głos ten doszedł poza wrota, bo
dziewczynka obejrzała się z taką siłą, że dwie kapłanki, prowadzące ją pod ramiona, musiały stanąć na chwilę. Potem, unosząc ją prawie gwałtem, zniknęły wśród bocznych skrzydeł gontyny.</akap_dialog>


<akap>Tubingas spełniwszy swe dzieło, szedł z wyciągniętą naprzód dłonią; i on usłyszał okrzyk
Jaśka, odwrócił się w stronę, skąd go okrzyk
doszedł, a potem, szepcąc jakieś wyrazy, biegł
z młodzieńczą żywością, aż zniknął wreszcie tom,
kędy Ponary wznoszą swoje szczyty.</akap>


<akap>Aldona i Bogna, wstrzymane w swej pobożnej
pielgrzymce, patrzyły wylęknione na odbywającą
się scenę, a gdy krzyk Jaśka ich doleciał, odwróciły się ku niemu. Bogna, ujrzawszy tego
samego młodzieńca, któremu wczoraj lacki podawała napój, żywym pokraśniała rumieńcem.</akap>


<akap>Siewros spojrzał na nią, potem wzrok przeniósł na stojącego w niemej rozpaczy Jaśka
i szepnął:</akap>


<akap>--- To czary, Jaśko i ta dziewa, to jedno lice,
tylko ona gładsza i piękniejsza. Oh! i jak piękniejsza!</akap>


<akap_dialog>--- Czy ona wasza, ta, co ją dali Perknnowi? ---
zagadnęła Aldona, zbliżając się do Siewrosa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To moja siostra! --- rzekł smutno Siewros.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I jego? --- wskazała na obok stojącego w bezsilnej rozpaczy Jaśka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ale on ją miłował --- rzekł Siewros.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miłował, a Perkunowi ją oddali! --- powtórzyła smutnie Aldona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy i u was oddają bogom dziewki na
służbę? --- zapytała, zwracając się do Bogny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U nas Bóg jest tylko jeden, a temu zawsze
się służy, gdy się jest dobrym --- odrzekła Bogna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdy się jest dobrym --- powtórzyła Aldona. --- Ja chciałabym być bardzo dobrą --- dodała.</akap_dialog>


<akap>I poniosła swoje dary, a postawiwszy u wrót
schronienia dziewic, odeszła w zamyśleniu wraz
z Bogną.</akap>


<akap>Jaśko z Siewrosem stali długo na miejscu,
każdy zasmucony, a każdy inaczej. Jaśko wreszcie ocknął się, zacisnął pięść i pogroził nią
w stronę gontyny, rzucając przekleństwo.</akap>


<akap_dialog>--- Nie miota się bogom cudzym, bo tem się
Najwyższego obraża! --- ozwał się taż obok niego
łagodny głos Bernarda. --- On cię może wybrał,
abyś był pośrednikiem między twoim a tutejszym
ludem --- mówił dalej Bernard.</akap_dialog>


<akap>I położywszy dłoń na ramieniu młodzieńca,
odwiódł go w inną stronę, cichą z nim prowadząc rozmowę.</akap>


<akap>Nikt też, oprócz najbliżej przechodzących, nie
zwrócił uwagi na okrzyki Jaśka; każdy głosem
swoim wzywał opieki bóstwa, nic więc dziwnego,
że ktoś tam głośniej zawołał, a w zamieszaniu
ogólnem nie rozumiano nawet, co kto wykrzykiwał.</akap>


<akap>I wkrótce wszystko ucichło; lud, oddawszy
cześć Perkunowi z początkiem dnia, dążył do
pracy. Jedni biegli do owych wznoszonych przez
Gedymina budowli, przy których cudzoziemcy rej
wiedli, inni naprawiali i odbudowywali własne
domostwa, aby nim mgły szare do długiego zimowego snu słonko ukołyszą, wznieść dach zawalony, lub przęsła podeprzeć. A każda chata
potrzebowała podparcia i naprawy, bo choć nie
było wielkich napadów ze strony Zakonu, w mniejszych wyprawach, czynionych na ochotnika, nie
oszczędzali oni ni człeka, ni zwierza, ni drzewa,
ni schronisk, które lud litewski klecił sobie z chrustu i kamienia.</akap>





<naglowek_rozdzial>XIII</naglowek_rozdzial>




<akap>Książęca stolica ponętny w owym czasie przedstawiała widok. Oprócz Greków, Włochów, Niemców sprowadzonych z odległych krajów do stawiania zamczyska, ba i całego miasta, które
Gedymin chciał wznieść z kamienia, nie licząc pomagających im robotników, wiło się tam niemało
wszelakiego ludu. Bo Wilno stało na drodze
handlowej do bogatego Nowogrodu; przeciągali
więc kupcy z Zachodu, a każdy zatrzymując się
dla wypoczynku, widząc miasto wznoszące się
coraz więcej, chętnie jakiś czas zostawał, aby
zachwalając towar, część jego pomiędzy mieszkańcami zostawić.</akap>


<akap>Kapłani krzywo na to patrzyli, ba i starcy
szemrali: ale Gedymin chętnie pozwalał, bo pragnął, ażeby lud jego przyjmował ogładę; schlebiało
mu też nie mało i to, że po wszystkich stronach
świata o jego stolicy ludzie rozpowiadać będą.
Lecz oprócz kupców, coraz to więcej przyciągało
ludzi z lackiej ziemi. Snuli się oni oddawna na
dworze książęcym, często Gedymin zamykał się
z nimi i długie prowadził rozmowy, a odjeżdżając do kniei, kazał czuwać Chroniwosowi i nowych lackich przybyszów do siebie w puszczę,
aż nad rzekę Świętą prowadzić.</akap>


<akap>Niebawem też po wyjezdzie knezia na łowy
przybył zbrojny poczet, oznajmiając, że król Polski Władysław III, co go też Łokietkiem zowią,
wyprawił do wielkiego księcia Gedymina, pana
wszej Litwy poselstwo, złożone z najprzedniejszych panów duchownych i świeckich, którzy tu
niebawem nadciągną.</akap>


<akap>Przybyli z tą wieścią doznali jak najlepszego
przyjęcia. Rozsypali się po dworach i zamczyskach litewskich, a za nimi nadciągnęli wkrótce
i inni dla oznajmienia, że dostojni laccy posłowie
są już tylko o kilka dni drogi od stolicy książęcej. Chroniwos, zaraz po przybyciu pierwszego
pocztu, słał z wieścią do Gedymina, który wracał
już właśnie ku domowi, lecz mimo obfitych łowów
jakiś zły i chmurny.</akap>


<akap>Na wieść o posłach Łokietkowych rozpogodziło się oblicze knezia: zadął radośnie w myśliwską
trąbę, którą chętnie się bawił, gdy był w dobrym
humorze, a ujrzawszy wypędzonego z gniazda
tym odgłosem olbrzymiego dzika i przedzierającego się przez gęstwinę w głąb lasu, rzucił za
nim oszczepem. Zwierz kwiknął chrapliwie, przeciągle, chciał się zwrócić w stronę zkąd pocisk
otrzymał, lecz zachwiał się i runął całym ciężarem, nurzając się w kałuży własnej posoki, która
z rozwalonego łba obficie pociekła.</akap>


<akap>Coraz jękliwsze, bardziej razdzierające głosy
wychodziły z gardzieli zwierza: las je mimo gąszczu powtarzał, zwierz podrzucał się do góry
z wściekłością bezsilną. Nim nadszedł pogromca,
by mu się przypatrzeć, dzik drgał już tylko
w ostatniem pasowaniu się ze śmiercią, wyrzucając wraz z posoką coraz chrapliwsze lecz i coraz
słabsze jęki. Gedymin z obojętnością prawdziwego zwycięzcy wyciągnął oszczep ze łba zwierzęcia, które drgnąwszy po raz ostatni, obryzgało
krwią kożuch książęcy, a wyciągnąwszy się, legło już najzupełniej bezwładne.</akap>


<akap_dialog>--- Ha, ha, ha! --- zaśmiał się książę i oddawszy oszczep pachołkowi, aby go otarł z posoki,
zawołał wesoło:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, taki to dobra wróżba dla litewskiego
knezia, ba i dla całego ludu, w chwili wieści
o lackich posłach, zwierz, co nam chciał zajść
drogę, ubity. Tak my i Krzyżaków zachodzących w nasze ziemie ubijem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na Perkuna, ubijem! --- posypały się zewsząd głosy drużyny i wesołe okrzyki rozległy
się po milczącej gęstwinie puszczy.</akap_dialog>


<akap>Pod tak dobrą wróżbą Gedymin wrócił do
swego książęcego Wilna. Na zamku kazał robić
przygotowania do przyjęcia posłów, nie spraszając jednak na ucztę, prócz Chroniwosa i kilku
najzaufańszych a wiernych sobie Kunigasów,
prawie nikogo.</akap>


<akap>Lecz nim dojechał do stolicy, posłał do starego Tubingasa: ale tego ani pachołkowie Gedymina, ani przybysze laccy, szukający z polecenia
Chroniwosa gościny w schronisku starego ślepca,
nie znaleźli. Były tam tylko same niewiasty,
opłakujące Grażusę; dziad uprowadziwszy ją na
służbę Perkunowi, dotąd nie wrócił.</akap>


<akap>Dowiedziawszy się o tem Gedymin, będący
już na zamku, zmarszczył czoło, szarpnął się niecierpliwie za brodę, a nogą łaszącego się Meszkę,
kopnął tak silnie, że ten aż kilkakrotnie koziołka
przewrócił.</akap>


<akap>Przynoszący wieść ze schroniska Tubingasowego umknęli skwapliwie z przed oczu gniewnego pana, a Gedymin jął chodzić po wielkiej swojej komnacie, mówiąc półgłosem do siebie niecierpliwie:</akap>


<akap_dialog>--- Mojeć to sprawy i mojej dziewki! nie potrzebuję rady Kunigasów, którzy mi swoją wolę narzucać chcieli... Tak, obejdę się bez tego starego ślepca, świętego ognia jemu już tylko pilnować a nie w sprawy ludu się wdawać!</akap_dialog>


<akap>I zamilkł, rzuciwszy się na ławę, okrytą skórą niedźwiedzią.</akap>


<akap>Po chwili znów mówił, lecz już z rozpogodzonem obliczem:</akap>


<akap_dialog>--- Ba, gdy dziewka moja zasiądzie na lackim
tronie, Lubart na księztwie Wołyńskiem, Olgierd
odziedziczy po mnie Wileński zamek, Kiejstut
Troki i sąsiednie na wschód ziemie, to ród Gedymina wzniesie się potęgą nad inne. Tak, tak,
zapanuje i Krzyżakom pod sam bok wlezie! Oj,
boć ten mały Władysław wywlecze im z gardzieli
zabrane ziemie!</akap_dialog>


<akap>I zamyślił się znów, a siadłszy na ławie, jak
na konin, kołysał się z jednej strony w drugą
i coraz ciszej ze sobą rozmawiał.</akap>


<akap>A taki to już był jego obyczaj, że gdy miał
jakie ważne sprawy na głowie, siedział sam w komnacie, a biada każdemu, ktoby tę samotność
przerwać się odważył. Sam ze sobą najlepiej się
nagadał, i woli swojej zadość uczynił i myśl
już dojrzałą objawiał kunigasom zebranym. Rzadko
też który ośmielił się przeczyć kneziowi, z którego wejrzenia padała taka stanowczość, iż wszelkie nie według jego woli słowo, daremnie nawet byłoby powtarzać. To też i teraz prócz trzasku ognia na kominie i mruczenia zwiniętych
w kłębek w kącie niedźwiedzi, nikt mu biegu
myśli nie przerywał.</akap>


<akap>Po chwili jednak wstał i gwizdnął głośno
a przeciągle; musiało to być znane gwizdnięcie, bo
niedźwiedź żaden z miejsca się nie ruszył, ale
drzwi się otworzyły i wszedł czuwający w przybocznej komnacie pachołek. Niósł on wielką sobolową czapą i kaftan łosiowy, szyty barwistemi
kolorami i złotem.</akap>


<akap>Prędko przywdział te ozdobne szaty Gedymin,
a włożywszy ręce za pas, szedł do wielkiej komnaty, każąc Siewrosowi nieść przed sobą otrzymany od Krzyżaków miecz w pochwie czerwonej,
Jaśkowi zaś kołczan zamknięty i łuk bez strzały,
na znak przyjaźni i zgody z królem, którego
posłów miał przyjmować.</akap>



<naglowek_rozdzial>XIV</naglowek_rozdzial>





<akap>Już słonko dawno schyliło się ku zachodowi,
cisza po przyjęciu przyjaznych posłów zapanowała nietylko na zamku książęcym, lecz i w całem Wilnie. Tylko z nad szczytu świątyni Perkuna wilk żelazny zionął otwartą paszczęką i dym
i skry wyrzucał, mieszając je ze mgłą jesienną.</akap>


<akap>Wzdłuż ogrodzenia schroniska poświęconych
dziewic przesuwał się Jaśko, przystając i nasłuchując co chwila, lecz prócz szumu gałęzi, otrząsających pożółkłe liście, żaden dźwięk stamtąd
nie dolatywał. Nagle przeszyło nocną ciszę jakieś
jękliwe westchnienie, jak gdyby szamotanie się
ze snem, który gwałtownie ktoś chce od siebie
odpędzić, potem popłynęła cicha pieśń z za ogrodzenia...</akap>


<akap>Pieśń przeciągła, tkliwa, którą wychowaniec
Wilczego Gniazda tak często słyszał w domu
starego ślepca, a którą najpiękniej śpiewała Grażusa... Młodzieniec wstrzymał oddech, chcąc się
tej pieśni przysłuchać, gdy nagle, tuż prawie
zaświecił mu przed oczami blask zapalonego łuczywa, które wyciągnięta dłoń przechodzącego
trzymała zdala od siebie, jak gdyby nią sobie
chciała drogę rozświecić...</akap>


<akap>Idący jednak nie potrzebował tego, był to
bowiem Tubingas, któremu noc nie przeszkadzała
ciemnością, ani słonko nie pomagało swem światłem.</akap>


<akap>Szedł on szybko, trzymając syczące i miotające złotawe ognie drzazgi, na plecach dźwigał
pęk ziół suchych, podpierał się jak zwykle laską,
a podążał od tej strony świątyni Perkuna, którą
kapłani przechodzący mogli wejść o każdej porze
dla złożenia objaty podróżnej. Łuczywo snać
zapalił u świętego ognia i spieszno z niem kierował się pod wzgórze, na którem stało nowowznoszące się Gedyminowe zamczysko.</akap>


<akap>Część jego była z kamienia, lecz to cząstka
zaledwie, w której się mieściły książęce skarby
i do której w ostateczności uchodzić mieli ludzie
przed nieprzyjacielem, reszta jednak zamku była
z drzewa na podmurowaniu kamiennem.</akap>


<akap>Ślepiec, pchany jakąś niezwykłą siłą, przebył
okalającą zamek fosę, a szedł z taką pewnością,
jakiej najlepiej widzący człek wśród jasnego
dnia nie posiada; wdarł się później po wystających kamieniach podmurowania i tuż u stóp
drewnianej ściany zatknął łuczywo, otaczając je
przyniesionemi trawami i rzucając ciche, lecz
pełno grozy wyrazy, wśród których wzywał kilkakrotnie Perkuna...</akap>


<akap>Jaśko, ujrzawszy idącego spiesznie Tubingasa
z łuczywem, niepostrzeżenie posunął za nim.</akap>


<akap>Wyraz grozy na pomarszczonej twarzy ślepca,
oświeconej krwawym blaskiem palącego się łuczywa, kazał się domyślać, iż nie próżno z ogniem
w dłoni drogę tę przebiega.</akap>


<akap>Lecz Tubiugasowi, zda się, ubyło lat, tak
szybko bieżał, a w przechodzeniu głębokiej fosy,
nawet zręczny i przyzwyczajony do niebezpiecznych skoków, wychowaniec Wilczego Gniazda
nie mógł mu dorównać. Tem więcej, iż nie chciał,
aby starzec domyślił się czyjejśkolwiek obecności;
zdala więc tylko, ukryty w rowie, przypatrywał się
robocie starca, wiedząc, iż żadna siła nie byłaby
mu zdolną przeszkodzić.</akap>


<akap>Tubingas, dokonawszy swojej zemsty, odwrócił się ku zamkowi, podniósł obie dłonie do góry, jakby rzucał niemi pociski, a jednocześnie
miotał wyrazy klątwy, które głuchem echem odbijały się od ścian otaczającego zamek parowu.</akap>


<akap>Uchodził tak, oświecony łuną coraz szerzącego się ognia, który zamiast obejmować ścianę,
pod którą był podłożony, zajął stos nagromadzonych, tuż po przeciwnej stronie, do dalszej budowy, berwion i desek.</akap>


<akap>Zaledwie zeszedł z podmurowania ślepiec, od
drugiej strony wdarł się Jaśko i jął rozrywać
palące się już drzewo, a jednocześnie zaczęto budzić się po okolicznych, rozrzuconych u stóp zamczyska, siedzibach.</akap>


<akap>Gwar i wrzask przestrachu wzrastał coraz
więcej, lecz zbudzeni z pierwszego snu, nie wiedzieli, co się dzieje, i myśl o napadzie nieprzyjaciół, najpierw im przyszła do głowy.</akap>


<akap>Jeden więc brał oszczep i biegł na wroga,
inny wołał do wspólnej obrony, inny jeszcze
chciał uprowadzać niewiasty i dzieci, kryć dobytek i mienie, nikt nie spieszył gasić pożaru.</akap>


<akap>Tylko Jaśko rozrywał z nadzwyczajnym wysiłkiem deski, aby płomieni nie dopuścić na ścianę książęcej siedziby. Nagle jednak runęło przepalone drzewo, a z niem i dzielny młodzian stoczył się w rów, przysypany palącemi się jeszcze
głowniami.</akap>


<akap>Tem zarwaniem palących się desek, ogień
oderwał się od głównego budynku, resztę żaru
straż zamkowa ugasiła, a schodząc, dobrze już
nad ranem, w fosę, okalającą zamczysko, spotkała leżącego pod niemi Jaśka.</akap>


<akap>Potłuczony był jak jabłko leśne, spadające
z wysokiej jabłoni, obłocony i oblany wodą, cuchnącą, na poły przegniłą. Lecz ta trocha wody
w rowie ocaliła mu właśnie życie, bo deski palące się, w niej ugasły, a błoto goiło jego rany.</akap>


<akap_dialog>--- To ten podłożył ogień i nie zdoławszy
uciec, sam runął z żarem! --- zawołał ktoś ze
straży.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Perkunowi go na objatę! --- krzyczał inny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To teu sam, co z wnukiem Tubingasowym
uciekł od Krzyżaków!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ten sam, co go Siewros u dziada od spalenia wyprosił!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spalić go teraz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Perkun! Perkun! Tubingas! --- wrzeszczano
dokoła, chwytając na wpół zemdlonego, i wywlókłszy z fosy, podążano z nim do świątyni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stójcie! --- krzyknął nagle głos tuż około
rozjuszonych ludzi.</akap_dialog>


<akap>Na ten głos łagodny, lecz stanowczy, ucichły
gwary roznamiętnionych czcicieli Perkuna, którzy rzuciwszy biednego Jaśka, stanęli w pokorze.</akap>


<akap_dialog>--- Jak śmiecie wlec człeka na objatę bez
zezwolenia wielkiego Kunigasa, lub knezia Gedymina? --- rzeki powoli Bernard.</akap_dialog>


<akap>Przywykli do poszanowania tego ślepca, którego obok Tubingasa i samego księcia widywali,
zaczęli się uniewinniać.</akap>


<akap>Bernard z mowy ich dowiedział się, kto był
ów nieszczęśliwy młodzieniec i o co go posądzano. Tem gorliwiej więc zajął się omdlonym,
rozkazawszy odnieść do swojej siedziby, gdzie
jął leczyć jego rany. Wytłomaczył też zżymającym się po chwili posłuszeństwa ludziom, że powinni całą sprawę najpierw Gedyminowi przedstawić, a pod sąd starszyzny i Wielkiego knezia
ją oddać.</akap>


<akap>Tymczasem o nieszczęściu przyjaciela dowiedział się wkrótce i Siewros: przybieżal więc do
izby Bernarda i już obadwaj czuwali nad poranionym i oparzonym Jaśkiem.</akap>



<naglowek_rozdzial>XV</naglowek_rozdzial>





<akap>Gedymin po uczcie z polskimi posłami zasnął snać mocno, a sen musiał być razem twardy i spokojny, kiedy go ani trzask palących się
desek tuż po za ścianą zamczyska, ani łuna pożaru, ani krzątanina ludzi nie zbudziła. Nie
zbudził też hałas i jego córy, mającej wraz z otoczeniem niewieściem w drugiej stronie zamczyska schronienie.</akap>


<akap>Słonko więc już zajrzało przez wąskie okna
zasłonione do połowy zaporą, gdy się Gedymin
obudził. Nawet dym tłukący się po komnacie,
nie zdziwił kniezia, boć dym często z komina,
gdy się miało na słotę, zawiewał. Zresztą Gedymin miał snać ważne a przyjemne myśli na
głowie, a czując się od napadu nieprzyjaciół bezpiecznym, nie zważał wiele na takie rzeczy
marne.</akap>


<akap>Obudziwszy się, wzrok zaraz skierował na
 niewielką misternie rzeźbioną skrzynkę stojącą
u jego wezgłowia; spojrzawszy na nią uśmiechnął się z zadowoleniem, a potem świsnąwszy na
pachołka i Meszkę, jął się spiesznie ubierać, nie
zapomniawszy ni razu pierwej na lewą nogę
wlożyć chodak i lewy rękaw opończy naciągnąć, co mu dawało otuchę, że w tym dniu nie
pójdzie nic już w jego zamysłach na marne.
Okrywszy bowiem najpierw lewą połowę ciała,
niedozwolił już przystępu złym duchom...</akap>


<akap>Ubierając się zaś, mówił do siebie:</akap>


<akap_dialog>--- Tak, to moje rodzinne sprawy! wreszcie
usunął pachołka i coraz głośniej powtarzał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak! Tak, to moje rodzinne sprawy! ha, choć i ziem takoż! No, dodał jakby
dla uspokojenia siebie, ziemie... toż dla nich będzie dobrze.</akap_dialog>


<akap>I zamyślił się.</akap>


<akap_dialog>--- A bogate to musi być królestwo tego Władysława, boć i dary nie szpetne! takich błyszczących kamieni i w Nowogrodzie nie łatwo
ujrzy. I przeniósłszy na ławę przed komin ową
wyrzynaną skrzynię, począł z niej wyjmować
długie łańcuchy przetykane czerwonemi i niebieskiemi oczkami, a też zausznice trzymające po
cztery cale długości, i czapki szyte złotem a kamieniami.</akap_dialog>


<akap>Ukladał to wszystko na ławie i stole, a kamienie migotały blaskiem przed jego oczami
barw tysiącem.</akap>


<akap>Gedymin przechylał na wszystkie strony głowę, odchodził i przybliżał się igrając z klejnotami jak dziecię igra z promieniem słońca, którego uchwycić nie może. Wreszcie zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Meszka! i wskazał na drzwi ciężką zasłonięte oponą.</akap_dialog>


<akap>Meszka w susach i skokach, jeszcze więcej
uwydatniających niekształtność jego cielska, podsunął się pode drzwi. Rozsunął łbem oponę, łapami oparł się o drzwi i po chwili trzymając
delikatnie w zębach brzeg szaty Aldony, wprowadził ją przed ojca.</akap>


<akap>Gedymin uśmiechnął się na widok córki, poklepał Meszkę po łbie kudłatym, a gdy niedźwiedź z mruczeniem zaczął się panu przymilać,
kopnął go nogą. Po tej ostatniej pieszczocie Meszka się usunął, przycupnąwszy z pokorą,
a Gedymin rzekł, wskazując córce rozłożone
klejnoty.</akap>


<akap_dialog>--- Widziała ty kiedy takie bogactwa?</akap_dialog>


<akap>Aldona z otwartemi szeroko oczami, spojrzała
na świecące się przed nią złoto i kamienie. Po
chwili przymknęła powieki i znów je otworzyła.</akap>


<akap_dialog>--- Oj, ta że, aż oczy bolą patrzeć na nie,
rzekła, przysuwając się do ojca z pewną bojaźnią, lecz spoglądając ciekawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy to żywe? --- zapytała po chwili.</akap_dialog>


<akap>Gedymin rozśmiał się, a biorąc do ręki łańcuch, rzekł.</akap>


<akap_dialog>--- Nie --- one nie żyją, chociaż migocą! to
są kamienie, w które stroją się królewny.</akap_dialog>


<akap>I wziąwszy wielki łańcuch, począł okręcać
go koło kształtnej kibici dziewczęcia, która poddając się ojcu, drżała jednak bojaźliwie przed
tą ozdobą, która ją jakby wąż do koła owijała.</akap>


<akap>Widząc jednak, że łańcuch nie dusi, chętnie
już poddała szyję i uszy, na których książę
z pewną dumą zawiesił długie złociste ozdoby.</akap>


<akap_dialog>--- Córo moja, te śliczności, to twoje! rzekł
Gedymin przypatrując się z pewną dumą stojącej przed nim i nieśmiejącej się ruszyć Aldonie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tobie to przysłał Władysław król
lacki w darze, żądając cię w małżeństwo dla
swego syna królewicza Kazimierza.</akap_dialog>


<akap>Aldona spuściła oczy i żywym spłonęła rumieńcem.</akap>


<akap>A w duchu pomyślała:</akap>


<akap_dialog>--- Bogna mówiła o swatach, ale tam były
pieśni i dary, a tu same tylko dary... Czemu? ---
i zamyśliła się głęboko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, cóż, dziewko, nie cieszysz się z takiego zamężcia? --- a nic czekając odpowiedzi
rzekł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gotuj się, bo niedługo przyjadą posłowie,
a moja córa pójdzie w lackie kraje!</akap_dialog>


<akap>I jakby uczucie ojca w tej chwili się ode zwało, przygarnął do swojej piersi stojącą dzieweczkę.</akap>


<akap>Aldona drżąca, odurzona niezwykłą pieszczotą
rodzica, nie wiedziała sama, co się z nią dzieje.</akap>


<akap>Wprędce się jednak opamiętała, pytając, jako
przystało kneziowskiej córze:</akap>


<akap_dialog>--- Nam przysłano dary, a co my królowi
i królewiczowi polskiemu poślemy w darze?</akap_dialog>


<akap>Gedymin zmarszczył wyniosłe czoło.</akap>


<akap_dialog>--- Przyjaźń wielkiego Gedymina i jego córa
więcej warte, aniżeli wszelkie te błyskotki, odrzekł dumnie książę.</akap_dialog>


<akap>Aldona jednak nie łatwo się zbyć dała. Zsunęła brwi, jakby je tam myśl w głowie do tego
ruchu zmusiła, a potem rzekła schylając się do
nóg ojcowskich.</akap>


<akap_dialog>--- Przyjaźń król polski w zamian za przyjaźń Wielkiego knezia litewskiego daje, córkę
jego bierze, dając jej swego syna, a za dary?</akap_dialog>


<akap>Gedymin szarpnął brodę i zamilkł, lecz jeszcze więcej zmarszczył brwi krzaczaste, a z tym
wyrazem ojciec i córa byli tak podobni do siebie, iż nikt nie mógł wątpić, że jedna krew
w ich żyłach płynie.</akap>


<akap_dialog>--- Za te bogactwa dozwól mi ojcze zabrać
jeńców polskich, co są u ciebie w niewoli. Gdy
córa Gedymina ma być lackiego królewicza małżonką, lud jego nie może zostawać u Wielkiego
knezia litewskiego w niewoli.</akap_dialog>


<akap>I nieśmiało podniosła wzrok na ojca.</akap>


<akap>Chmurna twarz Gedymina jakoś się rozjaśniła, gdy nagle w przedsionku dały się słyszeć
zmieszane głosy.</akap>


<akap>Niedźwiedzie podniosły łby, jakby chciały
okazać gotowość do zgromienia śmiałków, a ujrzawszy wzrok Gedymina zawisły na zamkniętych podwojach, wzięły to za rozkaz i rozwarły
je, stając po obu stronach, według zwyczaju, na
tylnych łapach.</akap>


<akap>We drzwiach nkazał się Chroniwos, a za nim
Bernard.</akap>


<akap>Chroniwos miał chmurne jakąś wewnętrzną
walką oblicze. Bernard, jak zwykle ze swemi
zamkniętemi oczami, postępował z pewną stanowczą rezygnacyą.</akap>


<akap_dialog>--- Miłościwy nam Kunigasie a Wielki kneziu
Litwy, rzekł Chroniwos, pożar podłożono pod
węgła Waszego zamczyska.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zalać go! rzucił gniewnie kneź, zły że mu
przerywają rozkoszne chwile.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już ugaszony --- szepnął Bernard. Gedymin, jak gdyby nie słyszał odpowiedzi --- zapytał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wrogi? i obejrzał się na miecz wiszący
nad jego łożem.</akap_dialog>


<akap>Bogowie wiedzą! rzekł Chroniwos, tłumiąc
wyraz cisnący na usta.</akap>


<akap_dialog>--- Jaśko, Lach podłożył ogień! wrzeszczał
tłum! krwi jego na objatę Perkunowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lach? zapytał Gedymin, a wargi mu
gniewem zadrżały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znaleziono w fosie Jaśka, tego co uciekł
z moim chłopakiem z Wilczego Gniazda, rzekł
Chroniwos.</akap_dialog>


<akap>Gedymin jeszcze chmurniej spojrzał do koła.</akap>


<akap_dialog>--- Ale chłopak ten poraniony był i przywalony opalonemi deskami, nie mógł więc podpalać,
jął Bernard.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krwi jego!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na objatę Perkunowi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On już raz miał być spalony!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bogowie domagają się jego życia! wrzeszczał lud rozjuszony.</akap_dialog>


<akap>Tew’s, rzekła Aldona, śmiało podnosząc głowę, Lacha skazywać na śmierć nie można, gdy
ja mam być żoną królewicza polskiego.</akap>


<akap>Błyszcząca klejnotami książęca córa, spoglądająca z pewną powagą na lud zebrany, takie
na tej wrzeszczącej tłuszczy zrobiła wrażenie, że
głosy wszystkie umilkły.</akap>


<akap>Gedymiu spojrzał z zadowoleniem na córę
i znowu rozjaśniło się jego oblicze.</akap>


<akap_dialog>--- Obwinionego przyprowadzić przedemnie!
rzekł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Leży bezprzytomny i poraniony! rzekł
Bernard.</akap_dialog>


<akap>Baby i znachory sprowadzić --- niech go okładają ziołami: żyć musi, abym się dowiedział prawdy --- zawołał Gedymin. Na poły zdechłego
Perkunowi na objatę rzucać nie wolno! Wołu
zabić, krew rozlać Perkunowi, mięso oddać ludowi na podziękowanie bogom, żeśmy uszli pożaru! I odwrócił się od stojących.</akap>


<akap>Chroniwos i Bernard usunęli się, widząc, że
książę nie rad był mówić dalej, niedźwiedzie
drzwi zatrzasnęły, a lud mrucząc po trochu, szedł
jednak korzystać z darowanego wołu.</akap>


<akap>Gedymin, jak gdyby nie nic zaszło, odwrócił
się do córki, położył dłoń na jej schylonej głowie i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Weźmiesz ich wszystkich ze sobą --- a teraz idź do Bogny niech cię uczy mowy lackiej
i ich obyczaju. A i o napitku lackim nie przepominaj.</akap_dialog>


<akap>Aldona przywykła do lekkiej odzieży lnianej,
ledwie mogła się ruszyć w ozdobach na nią włożonych, na rozkaz, jednak ojca przeszła tam i na
powrót po komnacie, a potem usunęła się do
ukochanej Bogny.</akap>


<akap>Za odchodzącą Gedymin spojrzał z uśmiechem.</akap>


<akap_dialog>--- Prawdziwie to kneziowska córa, dumna
jako i ja --- lecz ten lach co podpalił? i znowu
się zamyślił:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To bajka --- dodał po chwili.</akap_dialog>


<akap>No --- niechaj wyzdrowieje --- mówił znów
do siebie --- dowiemy się prawdy! --- ukarzę ---
gdy winien...</akap>


<akap_dialog>--- Ale Aldona, jak wiedziała, co rzec do
ludu! a śmiało, jakby już królowa! A te jeńce?
to zaprawdę myśl książęca.</akap_dialog>


<akap>I znów, myśli markotliwe snać głowę jego
zajęły; jakaś nieufność wybiła się na jego twarzy. Wyszedł przed zamek, nie spojrzał jednak
na pogorzelisko, długą tylko z Chroniwosem
wiódł rozmowę, po której i Chroniwos i książę
chmurne i zamyślone mieli oblicza.</akap>


<akap>Gedymin, jakby umyślnie, nie kierował prawie
nigdy kroków w stronę, owego pogorzeliska,
z którego też oprócz osmolonej ściany i spalonego przygotowanego drzewa straty też żadnej
nie było. I jakoś powoli i lud uciszony objatą
i ucztą z wołu i sam kneź o Jaśku i o pożarze
zapomniał. Ino Chroniwos wiecznie chmurny
i z podełba spoglądający groźnie wymawiał synowi, że do obcych ciągnie, a tego wydartego
Perkunowi kocha jako brata.</akap>


<akap_dialog>--- Bratem ci on mi był tam w Wilczem
Gnieździe, a i tu zawsze stawał za swojaka ---
odpowiadał młodzieniec i szedł do Jaśka.</akap_dialog>


<akap>A co raz więcej trapił sobie tem głowę, że
kiedy patrzył na Bognę, to mu twarz Jaśka stawała w pamięci, a kiedy był z Jaśkiem, to mu
się zdało, że na Bognę pogląda.</akap>


<akap>Jaśko tymczasem doglądany i leczony przez
Bernarda przychodził powoli do siebie, rany mu 
się po zgorzelisku pogoiły, ale blady był jak te
resztki śniegu, co się w głębinach lasu w cieniu długo na wiosnę chowają. Mało też mówił
i nieraz trudno było z niego słowa wydobyć.
Na zapytania Siewrosa i Bernarda, jakimby sposobem znalazł się w fosie, w nocy, sam jeden
podczas pożaru, potrząsał tylko głową i nic nie
odpowiadał. Aż razu jednego, gdy jakoś późną
już jesienią w dzień łagodny przed chatą siedział Jaśko na przyzbie społem z towarzyszami, nagle krzyknął, zerwał się, chcąc biedz
przed siebie, lecz siły go opuściły upadł bezwładny. Jedną ręką oczy sobie zasłonił, drugą wyciągnął przed siebie. Bernard myślał, że jaki
ból w ranach wstrząsnął tak biedakiem, lecz
Siewros spojrzał w stronę wyciągniętej dłoni
przyjaciela.</akap>


<akap>I on także krzyknął na wskazany widok.</akap>


<akap>Z góry schodził Tubingas z łuczywem wyciągniętej dłoni, a idąc spiesznie jako wichry
chodzą, ku zamkowi Gedyminowemu podążał...</akap>


<akap>Nim Siewros zdołał przyjść do siebie starzec
dobiegł ścian zamkowych, brzemię drzewa przyniesione rzucił tuż przy kamiennym murze, podłożył pod nie zapalone łuczywo, a gdy zeschłe
gałęzie żywo objął ogień, Tubingas sam się na
ten stos rzucił, miotając do góry wzniesionemi
dłońmi, wymawiając klątwy wyrazy.</akap>


<akap>Siewros biegł do bram zamkowych, i lud zwoływał. Wyszedł nawet wywabiony krzykiem
sam Gedymin, lecz gdy ujrzano gorejącego na
stosie Tubingasa, nikt nie śmiał ognia zalewać.
Każdy stał obezwładniony w pobożnem zdziwieniu i trwodze.</akap>


<akap>Ogień podłożony tuż pod zamczyskiem, byłby
jego całości zagroził, gdyby Tubingas był jak
poprzednio trafił pod drewnianą ścianę, lecz kamienie rumieniły się tylko i odbijały krwawą
łuną, nie pękając pod naciskiem płomienia.</akap>


<akap>Gedymin, patrząc na dogasające szczątki kapłana, nagle jakby sobie coś przypomniawszy
uderzył się w czoło i zapytał. A ten, co go jesienią w fosie podczas pożaru znaleziono?</akap>


<akap_dialog>--- Jaśko, mój towarzysz z Wilczego Gniazda,
odrzekł Siewros stojący wówczas przy księciu, on to pierwszy i dziś dziada Tubingasa zobaczył, chciał biedz, lecz nie mógł, bo jeszcze schorzały, ino ręką mi wskazał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z Wilczego Gniazda! powtórzył kilkakrotnie Gedymin.</akap_dialog>


<akap>I znowu się zamyślił, lecz snać myśli to nie
były przykre, bo surowe oblicze knezia wcale
 się niemi nie zasępiło.</akap>


<akap>Lud tymczasem gromadził się około stosu,
bo wieść się rozeszła, że Tubingas pod ścianą
zamkową na ofiarę siebie bogom złożył...</akap>


<akap>Szeptano o tem różnie, nikt nie śmiał głośno
wybuchnąć, bo potęga Gedymina zapanowała nad
ludem.</akap>


<akap>I Gedymina obejmowała jakaś zabobonna
trwoga, nie poddawał się jej jednak, a gdy pod
wieczór ciało już zupełnie na węgiel się spaliło,
a wiatr wieczorny chłodził spalone szczątki, co
w popiół je rozsypywał, kazał wtedy przynieść
wielką popielnicę glinianą i sam z należytą czcią
zgarnął gorące popioły.</akap>


<akap>W towarzystwie ludu wśród należytych pogrzebowych śpiewów, modłów i zwykłych obrządków
złożył te popioły w świątyni Perkuna.</akap>


<akap>Kilka dni trwały żale i płacze, lecz jesień
już miała się na schyłku, wszystkiemu trzeba
było kres położyć, aby się na zimowe życie zabezpieczyć. Zaraz też po skończonych obrzędach
Gedymin kazał przywołać do siebie Jaśka. Przyszedł, chwiejąc się, prowadzony przez Bernarda.
Kneż spojrzał łaskawie na blade chłopię.</akap>


<akap_dialog>--- Zostaniesz nie tylko na moim dworze,
lecz przy mnie, będziesz mi wiernym, a będziesz
moim przybocznym.</akap_dialog>


<akap>Jaśko padł do nóg Gedyminowych. Gdy powstał, kneź wpatrzył się w niego.</akap>


<akap_dialog>--- Ten sam, co mi miecz krzyżacki podawał!
A Lach --- rzekł nawpół do siebie.</akap_dialog>


<akap>--- A miecz teraz udźwigniesz? zwrócił się d
Jaśka.</akap>


<akap_dialog>--- W potrzebie siły się znajdą.</akap_dialog>


<akap>Gedymin się uśmiechnął, a Jaśko odtąd został przy boku książęcym.</akap>





<naglowek_rozdzial>XVI</naglowek_rozdzial>




<akap>A dobrze, że się skończyły te domowe litewskie sprawy, bo na dwór knezia znowu przybywali goście.</akap>


<akap>Nietylko bowiem Bogna uczyć miała Gedyminową córę lackiej mowy i obyczaju, lecz wkrótce przybył znany nam już Gerward, biskup Kujawski, w otoczeniu duchowieństwa, aby przyszłą
swą panią nauczyć zasad świętej wiary, a w czem
mu wielką pomocą był ślepiec Bernard.</akap>


<akap>Nie wydawał on się ze świętą wiarą przed
nikim, po cichu tylko modlił sio do Pana, by mu
zesłał wytrwanie i pozwalał nawracać. Pokątnie
też już wielu było przez niego do przyjęcia nowej wiary przygotowanych, a łagodnością i lekami, których się nauczył u Krzyżaków od ojca
Germana, zjednywał sobie zaufanie ludu. Gdy
zapotrzebowano jego pomocy na dworze książęcym, stanął z całą gorliwością wyznawcy.</akap>


<akap>Na naukach i przygotowaniu Aldony do przyjęcia Chrztu świętego, upłynęła zima, upłynęła
ona w ciszy i spokoju.</akap>


<akap>Krzyżacy jakoś nie napadali, mając niesnaski
u siebie i z Polską o Pomorze sprawę, o którą
wciąż do papieża musieli wysyłać. Robili tuż
potajemne starania i u króla czeskiego, Jana
Luxemburskiego, w celu nowych napadów na
Polskę. Litwie więc dali pokój, obiecując sobie,
że ją kiedyś zagarną.</akap>


<akap>Ani więc Gedymin, ani nikt w jego ziemiach
nie wyciągał strzał z kołczana przez całą zimę,
chyba w lesie na zwierza.</akap>


<akap>Z wiosną nowi goście zawitali od polskiej
strony.</akap>


<akap>Byli to możni panowie przybywający po książęcą córę. W orszaku tym było i kilka niewiast
statecznych, mających stanowić otoczenie przyszłej królowej.</akap>


<akap>Przewodniczącą im była Małgorzata z Zabierzowa, niewiasta wielkich cnót, a wdowa po
dzielnym rycerzu.</akap>


<akap>Gdy niewiasta ta po przybyciu na dwór Gedymina, ujrzała z za Aldony wychylającą się
postać Bogny, krzyknęła, wyciągając ku niej
dłonie. Bogna, spojrzawszy na przybyłą, również
z krzykiem rzuciła się do jej kolan.</akap>


<akap>Matka i córka odnalazły się w chwili połączenia królewskiej pary.</akap>


<akap>Aldona, siedząca obok Gedymina, gdy ujrzała
radość Bogny, uśmiechnęła się dobrotliwie.</akap>


<akap>Wielki kneź snąc z tego przywitania matki
i córki dobre rokował sobie wróżby, bo twarz
mu się rozpogodziła wesołym uśmiechem i rzekł:</akap>
<akap>--- I więcej matek lackich odnajdzie dzieci
swoje. Ja, Gedymin, Wielki Książę Wilna, wszej
Litwy i części Rusi, wszystkich jeńców zabranych
na wojnie w waszym kraju, wraz z córą moją,
Aldoną, oddaję! --- mówił, spoglądając na przybyłych lackich posłów.</akap>


<akap>W odpowiedzi głowy przybyłych skłoniły się
kornie, a Gerward, biskup Kujawski, z właściwą
sobie godnością odrzekł w imieniu swego monarchy.</akap>


<akap>--- Król polski, Władysław, a pan nasz, wielce
Gedyminowi, Wielkiemu księciu wszej Litwy i części Rusi, wdzięczen jest za ten dowód przyjaźni,
a nie chcąc być dłużnym, również jeńców, zabranych na ziemiach litewskich, odsyła. Ciągną oni
już ku granicom Wielkiego księstwa, a za niewiele dni ukażą się u stóp tronu potężnego Gedymina!</akap>


<akap>Wieść ta obiegła lotem ptaka po całem państwie Gedyminowem, nietylko więc na dworze
książęcym, lecz w całej Litwie radość wstrząsała
sercem ludu, który niebawem począł się kupić
około Wilna, wyczekując przybywających. Prócz
tego lud cieszył się jeszcze, że z powodu zaślubin książęcej córy, będzie miał wspaniałą ucztę.</akap>


<akap>Wojacy i młodzież obiecywali znów sobie, że
książę, uspokoiwszy się z weselem i posłami
lackimi, na Krzyżaków lub też dalej na wschód
ich poprowadzi.</akap>


<akap>Tylko Jaśko i Siewros nie dzielili ogólnej radości. Jaśko, mając czas wolny od służby przy
kneziu, włóczył się około gontyny, a gdy go
stamtąd śpiew smętny dochodził, przystawał, słuchał, a czasem i sam pieśń smętną zawodził.
Siewros znów rad był tylko wtedy, gdy wezwany
przed knezia, mógł choć zdaleka dojrzeć Bognę.</akap>


<akap>Od czasu jednak, gdy się dowiedział, że Bogna w jednej z przybyłych po księżniczkę niewiastach znalazła matkę, i wraz z księżniczką
do polskich ziem odjedzie i on do orszaku Aldony się wprosił.</akap>


<akap_dialog>--- I ty z nami pociągniesz, wszak tam ziemia
twoja --- mówił mu Siewros.</akap_dialog>


<akap>Jaśko w odpowiedzi trząsnął tylko głową.</akap>


<akap>I nic go skłonić nie mogło, aby się dał namówić.</akap>


<akap>Gdy rachowano lackich ludzi, którzy mieli
wracać do ziemi swojej i przed oblicze Gedyminowe ich przedstawiono, kneź rzekł do stojącego
przy jego boku Jaśka.</akap>


<akap>--- I tyś Lach, pewnie do swoich chciałbyś?</akap>


<akap_dialog>--- Miłościwy książę, pozwólcie mi przy sobie
pozostać! --- rzekł Jaśko, schylając głowo.</akap_dialog>


<akap>Gedymin pogładził brodę z zadowoleniem
i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Zostaniesz.</akap_dialog>


<akap>A potem dodał jakby do siebie:</akap>


<akap_dialog>--- Oj, to <wyroznienie>Wilcze Gniazdo</wyroznienie> Krzyżackie miało
siać niezgodę między lackim i naszym ludem,
a wychowało dzielnych mołojców, co braterstwo
przynaszają!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A twój towarzysz z Wilczego Gniazda ---
dodał Gedymin --- idzie w orszaku naszej córy,
ciągną go tam ciemne oczy Bogny, co swoim
lackim napojem wszystkich oczarowała. Idź tam
do nich, swojaków o baczysz.</akap_dialog>


<akap>Jaśko, posłuszny rozkazowi, pociągnął w stronę, gdzie białogłowy mieszkały.</akap>


<akap>Tam właśnie Małgorzata z Zabierzowa ugaszczała Siewrosa, jako przyszłego zięcia, gdy Jaśko
wszedł nieśmiało i stanął nieopodal Bogny, twarz
jego --- wydelikatniona długą chorobą, jeszcze więcej uwydatniała podobieństwo z narzeczoną Siewrosa.</akap>


<akap>Małgorzata, spojrzawszy na niego, wyciągnęła
ku niemu dłonie, a nie wiedząc, co się z nią
dzieje, wzywała na pomoc Jezusa ukrzyżowanego
i świętych Pańskich, myśląc, że to chyba jakie
czary ją oplątały.</akap>


<akap>Po niejakiem jednak wyjaśnieniu i opowieści
o Wilczem Gnieździe, pani z Zabierzowa poznała
w Jaśku syna, przed dwunastu laty przez Krzyżaków uprowadzonego.</akap>


<akap>I znowu więc radość i łzy, jak przy powitaniu z Bogną.</akap>


<akap>Lecz i to Jaśka do powrotu skłonić nie mogło. Zresztą zostawał on przy księciu, nie łatwo
więc było nim rozporządzać.</akap>


<akap>Widząc niepodobieństwo uprowadzenia go z sobą, matka skłoniła głowę mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Ha, Wielki książę daje nam córę, odsyła
tylu jeńców, słuszna więc, żeby w Litwie został
jeden, a z nami poszedł drugi wychowaniec Wilczego Gniazda.</akap_dialog>


<akap>Gdy drogi obeschły, szlakiem ku ziemiom
Polski ciągnęły tłumy za córą Gedyminową, a tak
licznego ślubnego orszaku nikt nigdy nie widział;
bo też żadna królowa nie przyniosła w wianie
24,000 jeńców wracających z niewoli, ani serc
przyjaznych całego ludu, do wspólnych dążąc
celów.</akap>




</powiesc></utwor>