<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/morawska-na-zgliszczach-zakonu/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Morawska, Zuzanna</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Na zgliszczach Zakonu</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kowalska, Dorota</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pozytywizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">powieść historyczna</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/morawska-na-zgliszczach-zakonu</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Zuzanna Morawska, Na zgliszczach Zakonu, powieść historyczna z XV wieku, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1961</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Zuzanna Morawska zm. 1922</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1993</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2012-10-17</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/morawska-na-zgliszczach-zakonu.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0564-4</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/morawska-na-zgliszczach-zakonu.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1558-2</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/morawska-na-zgliszczach-zakonu.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2513-0</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/morawska-na-zgliszczach-zakonu.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3560-3</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/morawska-na-zgliszczach-zakonu.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4646-3</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/7701.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Gemälde - Marienburg von Südwesten, Domenico Quaglio, domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/7701/</dc:relation.coverImage.source>
    <category.thema.main>DS.WL-H</category.thema.main>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3KLY</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><powiesc>
<abstrakt>
<akap><tytul_dziela>Na zgliszczach zakonu</tytul_dziela> to powieść historyczna Zuzanny Morawskiej, której wydarzenia rozgrywają się w XV wieku.</akap>


 
<akap>Autorka przedstawia starcie Wschodu, czyli Polski, Litwy, Żmudzi, z Zachodem, reprezentowanym przez Zakon Krzyżacki i Niemców. W powieści przedstawia jednak nie tylko realia związane z prowadzeniem działań wojennych, lecz także ukazuje codzienność i obyczajowość. W wyważony sposób przedstawia najważniejszych bohaterów bitew --- zwraca uwagę zarówno na cechy świadczące o ich heroizmie i waleczności, jak i na słabości oraz skłonności do intryg, słowem, obrazuje ich dwa oblicza --- oficjalne i codzienne. Morawska umieszcza w swojej powieści również bohaterów młodzieżowych, by historyczną rzeczywistość uczynić bardziej przystępną młodszym czytelnikom.</akap>


 
<akap>Zuzanna Morawska to polska pisarka tworząca na przełomie XIX i XX wieku. Zasłynęła przede wszystkim jako autorka powieści dla dzieci i młodzieży, często o tematyce historycznej. <tytul_dziela>Na zgliszczach zakonu</tytul_dziela> to jej dzieło z 1911 roku.</akap> </abstrakt>



<autor_utworu>Zuzanna Morawska</autor_utworu>




<nazwa_utworu>Na zgliszczach Zakonu</nazwa_utworu>

<nota_red>
<akap>Uwspółcześniono interpunkcję, np. dodano przecinek: dodał, usiłując przechadzaniem się po komnacie
uciszyć wzburzenie itp.; pisownię łączną / rozdzielną, np. nie tknięte > nietknięte; nieprzelewki > nie przelewki.</akap>


</nota_red>




<podtytul>Powieść historyczna z XV wieku</podtytul>


<naglowek_rozdzial>Goście</naglowek_rozdzial>




<akap>Na malborskim zamku było
bardzo ludno i gwarno jak chyba jeszcze nigdy od założenia tej wielkiej krzyżackiej siedziby. Cudzoziemskich rycerzy przybyła moc taka, że nie tylko Ulryk von Jungingen, mistrz Zakonu,
od niedawna piastujący tę godność, ale najstarsi komturowie pamiętający rządy kilku
już mistrzów, a też i braciszkowie tak wielkiej liczby cudzoziemskich gości nie pamiętali. Nie pamiętali i pospolitaki, i knechty,
chociaż od lat dziecięcych Zakonowi służyli.</akap>


<akap_dialog>--- Musi będzie wojna --- ozwał się Biber,
jeden z najstarszych knechtów, zajmujący
obecnie stanowisko setnika, to jest przełożonego nad dziesiątym podwórcem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oo!? --- spytano go chórem ciekawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wojna, toć nie nowina --- mruknął
Fals, chłop młody, pociągając z wielkiej
konwi cienkusz, którym się wszyscy po
kolei raczyli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeno z lekka, z lekka, bo czy wojna,
czy nie, ty ciągniesz tak, że dla drugich nie
ostanie! --- wołali inni, odciągając konew
od chciwych ust Falsa.</akap_dialog>


<akap>Aż ten, nie mogąc podołać napastnikom,
wypuścił z rąk konew, ale nabranym w usta
napojem parsknął na nich śmiechem, opryskując cienkim piwkiem jak rzęsistym deszczem. A kiedy poszkodowani ocierali się
rękawem, odgrażając, że mu nie darują,
Fals, śmiejąc się, wołał:</akap>


<akap_dialog>--- Jeszcze wam źle?! Od gębyście mi odjęli, a ja, żeby was nie uszkodzić, oddałem
nawet to, co miałem w gębie!</akap_dialog>


<akap>Wtem dało się słyszeć gwałtowne kołatanie do głównej bramy i odgłos trąb oznajmujących nowych gości. Echo rozniosło je
po podwórcach i przerwało zabawę knechtów. --- Przybywają nowi goście --- mruknął Biber.</akap>


<akap>Ten i ów nadstawił uszu, zapominając
o konwi, Fals zaś, skorzystawszy z zajęcia
się czym innym towarzyszy, pochwycił
w ramiona wielką konew i usuwając się
z nią sprzed oczu zaciekawionych, myślał:</akap>


<akap>,,Nadstawiajcie uszu, a ja tymczasem nadstawię gębę".</akap>


<akap>Tak myśląc, łykał chciwie napój, zdążając jednocześnie do furtki prowadzącej
na główny podwórzec.</akap>


<akap>I jego bowiem brała ciekawość, żeby zobaczyć nowo przybywających, nacieszyć się
widokiem lśniących zbroi, rzędów na koniach i pokazać z dala pachołkom konew
na dowód, że w murach zamkowych nie
zbraknie im napitku.</akap>


<akap>Ciężkie wrzeciądze wielkiej bramy, przywykłe do kilkakrotnego w ostatnich dniach
otwierania się dla przybywających, lekko,
bez najmniejszego zgrzytu się rozwarły.</akap>


<akap>Lecz jakież było zdziwienie Falsa, gdy
surmy witające zwykle nowo przybywających umilkły, a na podwórzec wjechało kilkunastu zaledwie jezdnych. Odziani byli
bez najmniejszych ozdób, nie znamionujących dostojeństwa ani bogactwa przybyłych.
Jedyną osobliwością wśród tego nielicznego
pocztu był młodzieniaszek, najwyżej lat
szesnastu, w połyskującej ciemną stalą półzbroiczce, którego inni z wielką czcią i uszanowaniem otaczali.</akap>


<akap_dialog>--- Iii, miałem też po co biec i jeszcze
piastować konew, nie nacieszywszy się
wprzódy jej zawartością --- mruknął Fals.</akap_dialog>


<akap>To mówiąc stanął za rozwartą furtą podwórca, nachylił konew do ust szeroko rozwartych i łykał chciwie, jakby chciał wynagrodzić czas stracony.</akap>


<akap>Tak zaś był zajęty, że nie opatrzył się,
gdy silna pięść spadła na jego plecy, a spadła tak potężnie, że aż zębami o wręby konwi zadzwonił i całą zawartość na siebie
wylał. Stracił też równowagę i padł na
odrzwia furty, a reszta nie dopitego cienkusza oblewała go rzęsiście.</akap>


<akap_dialog>--- Żebyś się udławił! Żebyś nic nie miał
w życiu, jeno ten ostatni łyk cienkiego piwa! --- zawołał ten, który go tak po przyjacielsku przywitał. --- Nie dość, że pije
jak potwór morski, ale jeszcze sobie kąpiel
z piwa urządza! --- dodał z wielkim oburzeniem, zaglądając do wnętrza konwi.</akap_dialog>


<akap>Zostało w niej jeszcze kilka łyków, którymi nie pogardził przybyły i wiernie do
ostatniej kropli wysączył. To zajęcie się
przybysza smakowitym napitkiem pozwoliło
Falsowi oprzytomnieć, zerwać się i strząsnąć z siebie ociekające piwo.</akap>


<akap_dialog>--- I żeby tak marnować dary boskie ---
westchnął oglądając się, kto go tak poczęstował. --- Ba, nie kto inny, jeno ten kulas,
Hilt --- rzekł zbliżając się z podniesioną
pięścią do pijącego.</akap_dialog>


<akap>Ale ten właśnie konew do szczętu wypróżnił, a obcierając dłonią usta, mówił:</akap>
<akap>--- Nie z pięścią, lecz z wyciągniętą prawicą powinieneś przyjść do mnie --- ozwał
się Hilt.</akap>


<akap_dialog>--- Jak to? --- spytał Fals, wytrzeszczając
oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przede wszystkim, żem ci przeszkodził w spełnieniu śmiertelnego grzechu, jakim jest łakomstwo i pijaństwo: po wtóre,
żem cię uwolnił od konwi, za którą oglądają
się w podwórcu, a za którą zostałbyś przez
Bibera wtrącony do ciemnicy co najmniej
na cały dzień o suchej gębie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biber się zestarzał...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zestarzał się, ale niemniej z piwem
jest w zgodzie, a obowiązki przełożonego
nader pilnie sprawuje --- przerwał Hilt.</akap_dialog>


<akap>Fals poskrobał się w gęstą czuprynę i leniwym krokiem od furty odchodził.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż ten bestia myśli, że ja próżną konew będę za nim nosił? --- mruknął miły
towarzysz. Kopnął też z pogardą bezużyteczny sprzęt w tej chwili i krzyknął za
odchodzącym: --- Dokąd się wleczesz, dokąd?!</akap_dialog>


<akap>Fals udał, że nie słyszy, i szedł dalej. Hilt
zaś, jakby mu nagle przyszła jakaś myśl
szczęśliwa, uśmiechnął się i zabrał wzgardzoną konew. Szepnął też przy tym:</akap>


<akap_dialog>--- Poczekaj, będziesz ty się miał z pyszna.</akap_dialog>


<akap>I kulejąc podążył za towarzyszem.</akap>


<akap>Wkrótce Fals stanął w drugim końcu dziesiątego podwórca, gdzie Biber powoli, nosowym, lecz donośnym głosem wykładał coś
knechtom. Musiało to być coś bardzo ciekawego, bo wszyscy, porzuciwszy czyszczenie zardzewiałej broni, słuchali z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi usty<pe><slowo_obce>usty</slowo_obce> --- dziś popr. forma: ustami.</pe>.</akap>


<akap>,,Dobra nasza --- pomyślał Fals --- nie
spostrzegli, żem odszedł, a co więcej, żem
zabrał prawie pełną konew".</akap>


<akap>Tak myśląc, podniósł olbrzymi miecz,
a wziąwszy w garść ubity włosień, udawał,
że był zajęty czyszczeniem.</akap>


<akap>Ten zaś mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Wojna się szykuje, jakiej dotąd ani
oko nie widziało, ani ucho nie słyszało...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale z kim? Z kim? --- ozwały się głosy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciemni jesteście jak konew winem napełniona --- oburzył się setnik. --- Toć nie
z kim innym, jeno z Polską.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A przecież powiadaliście niedawno, że
zawarto z nią pokój --- ozwał się Hilt, który
zdążył przybyć na ostatnie Bibera wyrazy.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1357420556420-2834887094"/><motyw id="m1357420556420-2834887094">Pozory, Niemiec</motyw>--- Głupiś --- huknął tenże. --- Pokój jest
dlatego, żeby nowych sił nabrać i rozpatrzyć
się, co dalej czynić, nie zaś dlatego, żeby
go utrzymać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czy to w onej Polsce są pogany<pe><slowo_obce>pogany</slowo_obce> --- dziś popr. forma: poganie.</pe>? ---
ozwał się któryś z młodszych knechtów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzieliście głupiego! --- zaśmiał się
Biber. --- Czy ty ksiądz, żebyś się pytał, czy
pogany, czy chrześcijany? --- mówił dalej. ---
Przecie tu nie o chrześcijaństwo chodzi, ale
o rozszerzenie granic i potęgi naszego zakonu --- mówił z pewną wyższością setnik.<end id="e1357420556420-2834887094"/> --- Gdy pokonamy Polskę, tego ich króla
Jagiełłę, Litwina, co rozsiadł się na tronie
polskim i bruździ we wszystkim, to i z Litwą, i Żmudzią łatwo się będzie uporać. Ba,
i tamte het, kraje dalej będą do nas należeć --- mówił Biber z taką pewnością, jak
gdyby najtajniejsze sprawy Zakonu były mu
dokładnie wiadome.</akap_dialog>


<akap>Puszył się też z tych swoich wiadomości,
jakby co najmniej był poufnym wielkiego
mistrza i na naradach zasiadał. Był ci on
wprawdzie ulubieńcem wielkiego mistrza,
Ulryka von Jungingena, i będąc w jego
służbie podczas oględzin ziem zajętych, przysłuchiwał się rozmowom i stąd ta jego pewność i opowiadanie.</akap>


<akap>Przysłuchiwano się też opowiadaniom,
każdy jakieś wtrącił słówko, korzystając
z łaskawości setnika, jeden tylko młody,
dziarski knecht, zwany Jakubem, nie wtrącił ani słówka.</akap>


<akap>Wsłuchiwał się wszakże ciekawie i twarz
rozognioną i oczy błyszczące na mówiącego
podnosił.</akap>


<akap>I Fals wsłuchiwał się jak inni. Otworzył
nawet usta, bo i jego to opowiadanie zaciekawiło. Nagle pociemniało mu w oczach,
uczuł ciężar na głowie, ale jednocześnie
wchłonął w siebie ulubiony zapach piwa.</akap>


<akap>Śmiech się rozległ dokoła, śmiech podobny do dzikich bestii, gdy znajdą się nad
cielskiem upolowanej ofiary i radość swą
rykiem objawiają.</akap>


<akap>Jeden Biber się nie śmiał, a powiódłszy
zgorszonym okiem, szukał przyczyny tej
nagłej wesołości. Postrzegł też zaraz sterczącą do góry dnem konew na głowie Falsa
i z całej siły krzyknął:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Tausend Teufel</slowo_obce><pe><slowo_obce>Tausend Teufel</slowo_obce> (niem.) --- tysiąc diabłów.</pe>! Dawajcie mi tego
łotra!</akap_dialog>


<akap>Fals, uczuwszy na głowie ciężar i woń
przyjemną, domyślił się, że to Hilt tak mu
się przysłużył. Usłyszawszy zaś śmiech, nie
czekał, aż się przyczyna onego wykryje,
jeno schwycił ze swojej głowy konew
i wtłoczył ją z nadzwyczajną szybkością na
głowę najbliżej stojącego towarzysza. Ten
uczynił to samo sąsiadowi, który ustroił nią
drugiego, i tak dalej, i dalej. Konew przechodziła z jednej głowy na drugą. Śmiech
wzrastał, dowcipy i przekleństwa jak grad
leciały, a Biber wśród ogólnego zamieszania
nie mógł dojść, kto był pierwszym sprawcą
urządzonej naprędce krotochwili. Aż przyłapał w końcu Hilta, który śmiejąc się wraz
z innymi, ani spostrzegł, gdy go w ten niezwykły hełm ustrojono.</akap>


<akap_dialog>--- To wtedy gdy ja opowiadam o wielkości naszego zakonu, ty mi będziesz wychylał piwo przeznaczone dla wszystkich
i stroił się w pustą konew?! --- wrzeszczał
na całe gardło przełożony dziesiątego podwórca, płazując plecy Hilta zardzewiałym,
złamanym mieczem.</akap_dialog>


<akap>Hilt, oswobodzony z przygodnego hełmu,
sumitował się, że ani łyka piwa nie wypił
i zgoła nie wie, kto go w konew ustroił,
ale Biber nie słuchał jego wymówek, jeno
wypłazowawszy doskonale, zagroził:</akap>


<akap_dialog>--- Jak mi raz jeszcze nie będziesz pilnował służby, jeno uganiał się za konwią
i żarty stroił, pójdziesz na cały dzień do
ciemnicy o suchej gębie.</akap_dialog>


<akap>Fals tymczasem z najzimniejszą krwią rozpowiadał:</akap>


<akap_dialog>--- Wzięła mnie taka ciekawość, gdym
usłyszał gwałtowne kołatanie do głównej
bramy, żem chyłkiem podsunął się do furty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I cóż? I cóż? --- zapytano dokoła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Iii... Nie warto było zachodu --- odrzekł
z lekceważeniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani my uciechy, ani tamci pożytku
z przybyłych nie będą mieli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecie... --- nalegano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiadam wam, wjechało kilkunastu
powszednio odzianych, a na ich czele jakiś,
co wyglądał raczej na pachołka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eee?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecie spodziewano się znakomitych
gości? --- ktoś zapytał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jużci, nie tylko że był mizernie odziany, ale dałbym szyję, że to młokos jakiś ---
upewniał Fals.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, toć Zakon na młodych łasy! ---
rzucił ktoś ze słuchających.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Młodych, ale i możnych --- dodał inny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może to jakiego Polaka lub Litwina
przywiedli? --- rzucono domysł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może królewskiego lub książęcego
syna wzięto z Polski w niewolę? --- rzucił
Fals z tajemniczą miną.</akap_dialog>


<akap>I na tym tle poczęto snuć rozmaite domysły. Nawet Biber mówił swoim nosowym
głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Nie chybi, jeno król polski dowiedziawszy się, że mistrz nasz szykuje nań
nową wyprawę, przysłał jednego ze swoich,
żeby zawrzeć ugodę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A że przeczuwają, że bez okupu najprzewielebniejszy mistrz Ulryk nie zaniecha
wojny, przysłali umyślnie biednie odzianych,
żeby jak najmniej powinnej daniny zapłacić... Oho, znam ja ich! --- dodał z pewną niechęcią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja ich znam --- ozwał się jakiś przyciszony głos spomiędzy pachołków.</akap_dialog>


<akap>Ale głos ten brzmiał butnie i wcale nie
był podobny do lekceważenia.</akap>







<naglowek_rozdzial>Zawód</naglowek_rozdzial>





<akap>Tymczasem jeden z owego
niepokaźnego pocztu szedł śmiało do głównej sieni zamku, nie pytając zgoła nikogo
o pozwolenie.</akap>


<akap>Śmiałość, z jaką sobie poczynał, torowała mu drogę,
na podsieniu dopiero zastąpił mu Frydrych von Ulmen, który, jako
marszałek dworu wielkiego mistrza, miał
obowiązek spotykać przybyłych gości i o ich
przybyciu wielkiemu mistrzowi oznajmiać.</akap>


<akap>Niepozorna odzież wchodzącego na podsienie, jako i poczet, stojący w głębi podwórca, wywołały nie tylko zdziwienie
na oblicze Frydrycha, ale wprost niezadowolenie, a nawet zgrozę, że śmiałek wchodzi samopas w uprzywilejowane podwoje.
Zmarszczył więc Frydrych brwi krzaczaste
i już miał wybuchnąć gniewem, gdy przybyły oddając dworny, rycerski ukłon, rzekł
coś przyciszonym głosem.</akap>


<akap>Wymówione wyrazy podziałały jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Twarz Frydrycha rozpogodziła się, groźne spojrzenie
zamieniło się w błysk oczu radosny. Spod
rudego zarostu wyjrzał uśmiech pełny
uprzejmości. Słowem, cała postać zacnego
marszałka oznaczała wielkie zadowolenie,
jak gdyby nagle padł promień słońca, rozjaśniający zasnute chmurami przestworze.
Zgiął też w ukłonie swą potężną postać,
z tym ukłonem zbiegł szybko ze schodów
podsienia i skierował się wraz z przybyłym
ku niewielkiemu, szczupłemu rycerzowi,
który nie zsiadając z konia, w otoczeniu
swego nielicznego orszaku rozglądał się po
obszernym podwórcu i przypatrywał grubym, wspaniałym murom krzyżackiej siedziby.</akap>


<akap>Frydrych, idąc śpiesznie, nie zapomniał
zadąć w niewielką trąbkę wiszącą mu
u pasa.</akap>


<akap>Głos rozszedł się przenikliwym, donośnym
dźwiękiem; tak donośnym, iż dziwić się
należało, że tak mały instrument wydawał
tak przeraźliwe, długo nie milknące brzmienie.</akap>


<akap>Głos trąbki rozległ się po całym podwórcu, w najodleglejszych jego zakątkach; przeniknął też znać przez grube mury, bo
w wielkiej sali zrobił się rumor i huk jakby
przewróconej nagłym ruchem ławy.</akap>


<akap>To Ulryk von Jungingen w swojej własnej osobie na dosłyszany dźwięk trąby marszałka wstawał z swego wywyższonego
siedzenia, które przewrócił na kamienną
posadzkę wielkiej sklepionej sali.</akap>


<akap>Ci, co byli bliżej, spojrzeli po sobie, a sędziwy Henryk Leuchter, komtur Elbląga,
siedzący najbliżej mistrza, szepnął do swego
sąsiada, Antona Ludwigsburga:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1357419678309-3033015600"/><motyw id="m1357419678309-3033015600">Omen</motyw>--- Nie szczęści się dziś wielkiemu mistrzowi: przed chwilą oderwało się ucho od
pucharu, gdy go niósł do ust, teraz przewrócił się jego stolec mistrzowski.<end id="e1357419678309-3033015600"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zły to omen, zły --- mruknął Anton.</akap_dialog>


<akap>Dalej siedzący nie zwrócili uwagi ani na
dźwięk sygnału danego przez Frydrycha, ani
na przewrócenie się ławy mistrzowskiej, ani
na opuszczenie przez niego biesiady, wszyscy bowiem byli zajęci wypróżnianiem wielkich pucharów i rozmową o wielkiej wyprawie, jaką mistrz Ulryk przeciw Polsce
obiecywał.</akap>


<akap>Ku temu właśnie zaprosił liczne grono
rycerzy, przedstawił swoje plany posunięcia
swoich granic na wschód, a ku temu wojnę
z Władysławem Jagiełłą. Mówił też wciąż
przybyłym:</akap>


<akap_dialog>--- Polska to kraj ludny i bogaty, ma
dzielnych wojowników; prócz więc sławy
z ich pokonania, weźmiemy łupy w ludziach,
rzędach, koniach i rozmaitych bogactwach.</akap_dialog>


<akap>,,A też i ziemi można będzie szmat sobie
uszczknąć" --- myślał niejeden z niemieckich rycerzy, mający tak niewielką jej ilość,
że częstokroć na wyżywienie przybocznego
orszaku i psiarni nie wystarczała.</akap>


<akap>Wielki zaś mistrz, wyszedłszy z biesiadnej izby, na chwilę zatrzymał się w sieni,
jakby się namyślał. Po chwili szepnął coś
jednemu z pachołków będących zawsze na
rozkazy.</akap>


<akap>Zauważył znać, że spotykanie osobiście
przybyłych ubliżałoby jego godności, skierował się do izby sklepionej, wspartej na
jednym tylko filarze, imponującej swoją
powagą, prostotą i zawieszonymi trofeami
zdobytymi na licznych wyprawach.</akap>


<akap>Tu siadł w głębi na wywyższeniu, kazał
na siebie zarzucić płaszcz z białym krzyżem, oparł się na mieczu, przybrał wyraz
twarzy stosowny do swojej wielkości i patrząc na drzwi wchodowe, z niecierpliwością
oczekiwał przybycia gościa.</akap>


<akap>Jednocześnie z dziesiątego podwórca wybiegł do furty, przy której widzieliśmy Falsa,
młody knecht i ukrywszy się we wnęce
muru, przypatrywał się przybyłym, łowiąc
uchem ich rozmowę.</akap>


<akap>Po chwili potrząsnął głową, westchnął
i szepnął w sobie:</akap>


<akap_dialog>--- Nie, nie. Nie oni.</akap_dialog>


<akap>Zawrócił do wnętrza swego podwórza i zajął się przerwanym czyszczeniem miecza.
Na twarzy jego młodzieńczej malowało się
uczucie nieokreślone. Był to jakby doznany
zawód, a zarazem pewne zadowolenie, z którego młodzian sam sobie może nie umiał
zdać sprawy.</akap>


<akap>Oblicze wielkiego mistrza mieniło się również rozmaitymi uczuciami. Obok wiecznie
goszczącej pychy, wypełzała jeszcze chytrość, a zarazem radość z dopięcia wielkiego
jakiegoś zamiaru. Układał też znać powitalne wyrazy, bo usta jego poruszały się szeptem, lewa ręka, spoczywająca na poręczy
siedzenia, wykonywała palcami najrozmaitsze ruchy, prawą zaś gładził krótką, rzadką
brodę lub wyciągał przed siebie, jakby
wskazywał ułożone przez siebie plany.</akap>


<akap>Zajęty tymi myślami nie liczył ubiegających chwil. A ubiegło ich niemało, nim gość
zrzucił zbroję i zapylone drogą obuwie.</akap>
<akap>Nareszcie Frydrych von Ulmen wszedł
i uroczystym głosem oznajmił:</akap>


<akap_dialog>--- Jego książęca mość Karol, książę na
Niderlandach, Fryzlandii i innych posiadłościach nadmorskich.</akap_dialog>


<akap>Wszedł też zaraz młodzieniaszek o wątłej,
lecz szlachetnej postawie. Bez zbroi i hełmu
zdawał się jeszcze mniej okazałym, niż gdy
siedział na koniu w pełnym rynsztunku.
Twarz szczupła, blada, nie ozdobiona jeszcze
zarostem, długie, jasne włosy, wejrzenie
błękitnych, łagodnych oczu dawały mu pozór raczej natchnionego trubadura niż rycerza.</akap>


<akap_dialog>--- Witaj, Karolu, książę Niderlandów
i Fryzlandii. Witaj, najdostojniejszy a dawno oczekiwany gościu --- ozwał się Ulryk,
szukając wzrokiem przybyłego.</akap_dialog>


<akap>Odległość bowiem, w jakiej stanął, i wyniosłe sklepienie izby czyniły go jeszcze
mniejszym i niklejszym.</akap>


<akap>Frydrych, mimo odległości, na jakiej znajdowały się drzwi wchodowe od wielkiego
mistrza, uchwycił bystrym okiem wzrok jego, uśmiechnął się też ironicznie, jakby
chciał powiedzieć:</akap>


<akap_dialog>--- Ów najdostojniejszy wygląda raczej
na pachołka niż na udzielnego księcia ziem
rozległych.</akap_dialog>


<akap>,,A może to i dziedzictwo podobne do
osoby?" --- pomyślał w sobie.</akap>


<akap>Karol zaś posuwistym krokiem, dotykając
kamiennej posadzki lekkim obuwiem z nadto długimi, spiczastymi nosami, zbliżył się
do wielkiego mistrza, a przyłożywszy prawą
dłoń do serca, skłonił się dwornie i mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Składam należny hołd wielkiemu mistrzowi, a Zakonowi całe moje dziedzictwo
i wszelką majętność, błagając waszą miłość
o przyjęcie mnie do Zakonu i policzenie
między rycerzy krzewiących wiarę świętą
i stających w obronie krzyża.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Życzenie wasze, najmiłościwszy książę, będzie spełnione, lecz nim odbierzemy
przysięgę i pasować was będziemy na rycerza, rozgośćcie się w naszej ubogiej siedzibie i odpocznijcie po trudach podróży.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Podróż mnie nie umęczyła. Chęć jak
najszybszego otrzymania z rąk waszych
prawa służenia w obronie krzyża Chrystusowego i pokonywania niewiernych dodawała mi siły i niweczyła wszelkie trudy ---
mówił młodziutki książę z zapałem, wznosząc oczy ku wysokim sklepieniom izby,
jakby szukał tam znaku, w którego obronie
pragnął walczyć.</akap_dialog>


<akap>Lecz sklepienie wiążąc misternie zakończone łuki, przedstawiało jeno chłodną potęgę, nie dając żadnej otuchy, przeniósł więc
wzrok na wielkiego mistrza i spotkał się
z krzyżem czarnym, nakreślonym na jego
płaszczu. Pierś młodzieńca podniosła się
westchnieniem, Ulryk zaś mówił z pobłażliwym uśmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- Wszystko jest przygotowane na tę
wielką uroczystość. Wszelako musicie, najmiłościwszy książę, zapał wasz powstrzymać, póki nie zwołamy rady i dostojników,
ażeby byli przytomni waszej przysiędze
i pasowaniu na rycerza Zakonu --- zakończył wielki mistrz z wielką godnością, dając
jakiś znak porozumiewawczy swemu marszałkowi.</akap_dialog>


<akap>Ten, postąpiwszy kilka kroków, skłonił
się przed gościem i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Pozwoli wasza książęca mość, że mu
wskażę jego siedzibę.</akap_dialog>


<akap>Karol westchnął poddając się wyrokowi
przyszłego przełożonego. Skłonił przed nim
głowę i cofając się wyszedł do obszernej
sieni.</akap>


<akap>Frydrych powiódł go po szerokich kamiennych schodach, a otworzywszy zaraz
pierwsze drzwi na prawo, rzekł z ukłonem:</akap>


<akap_dialog>--- Oto jest mieszkanie waszej książęcej
mości... --- I zatrzymawszy się nieco, dodał: --- Protektora i przyszłej ozdoby naszego zakonu.</akap_dialog>


<akap>Znalazłszy się jednak za drzwiami,
uśmiechnął się sam do siebie, splunął i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Na pozór niewart garści kłaków!</akap_dialog>


<akap>Ulryk po odejściu gościa wykrzywił również pogardliwym uśmiechem swe szerokie
oblicze, rzucił płaszcz stojącym za jego plecami pachołkom, a idąc ku drzwiom leniwym krokiem, myślał:</akap>


<akap>,,Śmierdziel, gołowąs... Chociaż z książąt
panujących, diabli wiedzą, co z niego za
pożytek i co pod tą układną postacią
kryje..."</akap>


<akap>Zastanowił się chwilę i miast wyjść
z komnaty, zawrócił ode drzwi i szedł na
powrót wolnym, ociężałym krokiem, jakby
się nad czymś namyślał.</akap>


<akap>Mówił też w sobie:</akap>


<akap>,,Myślał, że zaraz zaczniemy psalmy śpiewać. Cóż on sobie myśli, ten chłystek, że
jesteśmy pustelnikami lub klechami, odprawiającymi wieczne praktyki? Ale mniejsza
o niego. Jeżeli zrzecze się swego dziedzictwa, przybędzie nam duży szmat ziemi nad
morzem, otworzy drogę na zachód i da nową podstawę potędze naszego zakonu" ---
zakończył.</akap>


<akap>I szybkim już krokiem opuścił komnatę.</akap>


<akap>W sieni znów się zatrzymał nasłuchując,
czy go jakie słówko nie dojdzie z biesiadnej komnaty. Lecz dochodziły go tylko pijane, chrapliwe, zmieszane w jeden wielki
gwar okrzyki.</akap>


<akap_dialog>--- Piją, niech piją! Wkrótce żłopać będą
krew polską! Weźmiemy obszerne ziemie
i zdepczemy tego dumnego polsko-litewskiego króla, a całe to podłe plemię u stóp
swoich ujrzymy!</akap_dialog>


<akap>To mówiąc, uderzył nogą o kamienną posadzkę, jakby już widział tysiące głów schylonych przed sobą i na ich karkach stawiał
ciężką swą krzyżacką stopę. Po czym zamienił słów kilka z powracającym od dostojnego gościa Frydrychem, przy czym obaj
rozchodząc się w dwie różne strony, mieli
wielce pogardliwe, pełne niezadowolenia
oblicza.</akap>


<akap>Tymczasem młodziutki książę na Niderlandach i Fryzlandii, rozejrzawszy się po
komnatach oddanych mu przez Zakon, rzekł
do oczekującego nań Bonifacjusza z Groning, wiernego sobie piastuna i opiekuna:</akap>


<akap_dialog>--- Nie zaraz odbędzie się tyle przeze
mnie upragniona uroczystość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To dobrze. Wasza miłość zmęczony.
Przed tak ważnym krokiem trzeba wypocząć... i... ostatecznie rozważyć... --- rzekł
Bonifacjusz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Och, wiesz dobrze, stary i jedyny przyjacielu, żem wszystko już dokładnie rozważył --- odparł książę.</akap_dialog>


<akap>I stanął we wgłębieniu wąskiego okna.
Okno to wychodziło na dziesiąty podwórzec.
Książę rozglądał się, chcąc nasycić się widokiem wielkości i potęgi Zakonu, którą
znać było w grubych niezwykle murach
zamku, licznych podwórcach, zaułkach, kręcącej się wszędzie służbie, z dala widniejących nasypach i fosach okalających tę wielką obronną siedzibę krzyżacką. Ale znać to
wszystko nie zadowalało przybyłego rycerza, wzrok jego bowiem na żadnej z tych
oznak krzyżackiej potęgi dłużej się nie zatrzymał.</akap>


<akap>Słońce czerwcowe ozłacało grube mury,
kładło wielkie złociste plamy na podwórcach, wdarło się nawet we wgłębienie wielkiego okna i ozłociło jasną głowę zamyślonego Karola.</akap>


<akap>A on, jakby niezadowolony z widoku,
z jakąś nudą czy zawodem na twarzy patrzył i patrzył, przenosząc wzrok z murów
i wież obronnych na fosy i nasypy, to znów
na ludzi krzątających się i przenoszących
wyczyszczoną broń, mieniącą się i lśniącą,
przerażającą swoją ostrością. I miasto<pe><slowo_obce>miasto</slowo_obce> (tu daw.) --- zamiast.</pe> zadowolenia z osiągnięcia upragnionego zamiaru, coraz więcej na jego młodzieńczym
obliczu siadało rozczarowania. Nagle wzrok
jego się rozjaśnił. Rozjaśnił i spoczął na
ramieniu krzyża pławiącego się w krwawozłotym świetle zachodu słońca. Książę wyciągnął ku upragnionemu godłu dłonie,
a usta jego z wielką gorącością szepnęły:</akap>


<akap_dialog>--- Pod godłem twoim, o Chryste, pragnę
walczyć i cześć męki twej i nauki szerzyć!</akap_dialog>


<akap>W tej chwili rozległ się dzwon. Dzwon
gruby, chrapliwy, nie przynoszący ukojenia
i błogości, lecz rozkaz.</akap>


<akap>Ludzie na ten głos, pełni radości i śmiechu, gwałtownym ruchem zbierali oczyszczoną broń, rozwieszoną na długich drągach
odzież, rzędy na konie, zataczali walce, którymi równali ziemię podwórca, wyprzęgali
konie; słowem, kończyli pospiesznie całodzienną pracę.</akap>


<akap>Nie widać było wszakże skupienia, wzniesienia się ducha i ciszy, jakie, według
młodego księcia, głos dzwonu powinien
był wywołać. Owszem, przytłumiony gwar
i śmiechy wznosiły się z każdego zakątka,
rozbijając się chrapliwym echem o potężne
mury zamku.</akap>


<akap>Lecz młody przybysz wciąż nasłuchiwał,
rozchylone jego usta czekały jakiegoś
dźwięku, który mógłby się połączyć z głosem wychodzącym z jego piersi przepełnionej wielką ekstazą. Wtem miasto owego
głosu doleciał jego uszu śmiech, śmiech
chrapliwy, pijany, dochodzący z wielkiej
biesiadnej sali. Młodzieniec ze wstrętem cofnął się we wgłębienie okna, a dojrzawszy
stojącego opodal Bonifacjusza, z dziecięcym
uczuciem padł na jego piersi, jakby chciał
na nich uchronić się od coraz chrapliwiej
rozchodzących się głosów.</akap>


<akap>Stary przyjaciel, który wciąż patrzył na
stojącego w oknie księcia, jakkolwiek nie
widział twarzy swego ukochanego wychowańca, domyślał się snadź jego uczuć, bo
objąwszy go ramieniem, koił jak matka
dziecię doznające jakiegoś strasznego zawodu.</akap>


<akap>Jednocześnie spod muru podwórca odchodził młody knecht krzyżacki, wlokąc za sobą miecz ciężki, przez długi czas w stojącego
w oknie gościa wpatrywał się ciekawie.
Odchodząc zaś, szepnął znów sobie:</akap>


<akap>,,Nie, nie! Ale kto to?..."</akap>






<naglowek_rozdzial>Uroczystość</naglowek_rozdzial>





<akap>Karol von Leuwarden był po
kądzieli potomkiem Karola
Wielkiego, pochodził z linii
burgundzkiej i miał prawo
do Niderlandów i Fryzlandii.
Zatargi wszakże, jakie podczas jego małoletności w tych krajach panowały, zatruwały
mu życie i zniechęcały do rządów wśród
bezustannej walki z innymi książętami. Doszedłszy lat szesnastu, to jest wieku, w którym panujący uznawani są za pełnoletnich,
postanowił poświęcić się życiu zakonnemu.
Że zaś w owym czasie sława Krzyżaków,
rozgospodarowanych nad Wisłą, szeroko na
całym zachodzie rozbrzmiewała, jako pogromców pogan, postanowił zapisać się do
tego Zakonu.</akap>


<akap>,,Służyć Bogu, a zarazem być rycerzem,
to najszlachetniejsze powołanie --- myślał
sobie młody entuzjasta. --- Niech Zakon weźmie wszystkie moje ziemie i bogactwa,
niech ich użyje na rozkrzewianie wiary
świętej" --- myślał dalej marzyciel.</akap>


<akap>I nosząc się z tymi myślami, wysłał z oznajmieniem swych zamiarów do Malborka.
Że zamiary te były nader skwapliwie przyjęte, widzieliśmy z gorącego oczekiwania
tak hojnego gościa. Przybywał on właśnie
w chwili, gdy Ulryk von Jungingen zgromadził liczne rycerstwo i wybierał się na podbój ziem Polski.</akap>


<akap>,,Te ziemie, leżące na południe od ziem
naszych, rozciągające się po obu brzegach
Wisły aż do jej źródła, z prawa nam się należą --- myślał Jungingen. --- Nie rozumiem
nawet, czemu poprzednicy moi pozwolili
wrogim nam plemionom lackim na tych ziemiach się rozpanoszyć. Czemu bawili się
w jakieś układy --- myślał dalej z oburzeniem. --- Było to niedołęstwo Zakonu. Tak,
niedołęstwo. Do mnie należy ten wielki błąd
ich naprawić --- zakończył z silnym postanowieniem, uderzając nogą w posadzkę, według swego zwyczaju. --- Po zawojowaniu
ziem polskich z Litwą łatwo się uporamy.
Gdyby nie Jagiełło, ten polsko-litewski
władca, ta kukła w rękach swych doradców,
dawno bym się z Witoldem uporał i Litwę
miał pod swoimi stopami --- myślał znów
po chwili. --- Szczęście samo nam w ręce
wchodzi --- mówił dalej sam w sobie. ---
Kraje nadmorskie z Fryzlandią otwierają
nam handel, a z nim panowanie nad zachodem. Prawda, między naszymi posiadłościami nad Wisłą a Niderlandami jest jeszcze szmat ziemi, ale i temu się poradzi...
Pomorze, Świecie --- nasze. Ludy, dzielące
nas od Niderlandów, same z siebie muszą
potędze naszej ustąpić".</akap>


<akap_dialog><begin id="b1357430029759-2209687973"/><motyw id="m1357430029759-2209687973">Pycha</motyw>--- I to wszystko Zakon mnie zawdzięczać
będzie, mnie, Ulrykowi von Jungingenowi! --- mówił, wskazując dłonią na piersi,
podnosząc głowę i prostując swą rozrosłą
postać. --- Imię Ulryka von Jungingena słynąć będzie po całym świecie, a sława moja
daleko w przyszłość zasięgnie.<end id="e1357430029759-2209687973"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko już do uroczystości przygotowane, radni Zakonu, a też rycerze cudzoziemscy zasiedli już ławy w kościele,
oczekują jeno ukazania się waszej miłości ---
przerwał te rozkoszne marzenia głos marszałka.</akap_dialog>


<akap>Ocknął się z swych marzeń Jungingen,
ocknął z pewnym niesmakiem. Sarknął
nawet:</akap>


<akap_dialog>--- Ach, ten mydłek, śmierdziel! Będzie
nas zanudzał swymi ascetyczno-rycerskimi
pragnieniami. No, ale i z nim się prędko
uporamy. Od czegóż wojna z Polską! --- zakończył.</akap_dialog>


<akap>I przyoblókłszy oblicze w stosowny do
okoliczności wyraz, szedł śpiesznym krokiem przez długie krużganki, łączące zamek
z kościołem.</akap>


<akap>U wejścia czekało na niego sześciu urzędników, niosąc tarczę, buławę zakończoną
krzyżem, czapkę w kształcie hełmu i płaszcz
biały, odmiennego od innych kroju. W tym
otoczeniu przeszedł przez kościół z stosownym wyrazem twarzy. Na lekką, krótką
zbroiczkę zarzucono mu płaszcz, oddano
berło, postawiono tarczę i Ulryk zasiadł na
miejscu dla wielkich mistrzów przeznaczonym, miejscu, na którym od lat trzech, to
jest od chwili swego obioru, jeszcze nie
siedział.</akap>


<akap>Blade światło lampek i świec woskowych,
rozstawionych na ołtarzu świątyni, gasił
złoty promień czerwcowego słońca, wdzierający się przez wąskie okna.</akap>


<akap>Twarze wysokiej rady Zakonu, najznakomitszych komturów, jako i twarze rycerzy,
nie wypoczęte jeszcze po długiej w noc pijatyce, nie mogły się również dostroić do
uroczystości. Przedstawiały nudę. Usiłowanie pokonania rozszerzających się ust do
ziewania wprawiało lica w jakiś skurcz, nadając im wyraz wprost wstrętny.</akap>


<akap>Niejeden też pytał ze zdziwieniem:</akap>


<akap_dialog>--- Co to za uroczystość?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miał nas prowadzić po zdobycze,
a wprowadza do ubogiej świątyni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie przybyliśmy przecie, aby być
świadkami obłóczyn zakonnika!</akap_dialog>


<akap>Szemranie to było uzasadnione.</akap>


<akap>Nie tylko bowiem cudzoziemscy rycerze,
lecz żaden z braci, żaden z wysokich urzędników Zakonu nie pamiętał takiej uroczystości. Wstępowali do Zakonu na mocy
krótkiej przysięgi, a raczej zobowiązania.
Przyjmowano każdego, kto się wielkiemu
mistrzowi wydawał, że będzie dla Zakonu
pożyteczny. Swoboda zaś obyczajów, życie
dostatnie, częste walki i łupy pociągały
tłumy ludzi, po największej części Niemców,
szukających w owym czasie przygód, a nie
przebierających w środkach ich znalezienia.</akap>


<akap>Przysięga, wprowadzona po wojnach krzyżowych podczas powstawania Zakonu w XII
wieku, została zupełnie zaniechana. Zresztą,
nie było teraz prawie rycerzy-zakonników
służących Najświętszej Maryi Pannie i świętemu Jerzemu, byli tylko rycerze Zakonu,
noszący godło krzyża, rozgłaszający szczytne powołanie jego obrońców. Uroczystość
tę Ulryk postanowił wznowić: raz, że widział w młodym księciu odmienną od
wszystkich naturę; po wtóre, iż z odebraniem przysięgi utrwali panowanie nad przyobiecanymi mu ziemiami.</akap>


<akap>Ten zaś, dla którego tę uroczystość urządzono, gotował się do niej z całą gorącością
i zapałem młodzieńczym. W tej właśnie
chwili szedł w otoczeniu urzędników Zakonu i komturów, obok niego szedł komtur
z Elbląga, Henryk Leuchter. Siwy był i znać
na barkach jego dużo już lat spoczywało.
Przypomniał sobie chwilę, kiedy mając lat
czternaście, był główną osobą takiej uroczystości, i twarz jego przybrała jakiś błogi
wyraz, który wszakże znikł w tej chwili,
a dziwny, nieokreślony uśmiech siadł na
jego pomarszczonym obliczu. Spojrzał spod
oka na idącego obok młodzieńca i jeszcze
więcej się uśmiechnął.</akap>


<akap>Szli przez dziesiąty podwórzec, który łączył zamek z kościołem. Knechci pod dozorem Bibera, w odświętnych niebieskich kaftanach z krzyżem czarnym wyszytym na
piersiach, stali w dwóch szeregach, między
którymi młody książę przechodził.</akap>


<akap>Najciekawszym wszakże okiem wpatrywał
się w niego młody knecht, który tak się
zapomniał, że wystąpił z szeregu, aby się
lepiej gościowi przypatrzyć.</akap>


<akap_dialog>--- Jakub! --- rozległ się gromiący głos
Bibera, a Fals, będący najbliżej, uszczypnął
go przez bufiasty rękaw kaftana.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1357430791298-415342985"/><motyw id="m1357430791298-415342985">Spotkanie</motyw>Ale Jakub, jakby nie słyszał i nie czuł
danego znaku, jeno wyciągnąwszy szyję,
zawiesił wzrok swój na twarzy młodego
księcia. A wzrok to musiał być wielce natarczywy, bo Karol podniósł oczy i spotkał
się z wejrzeniem knechta. I oto dwaj młodzieńcy zajmujący tak różne stanowiska
uśmiechnęli się do siebie przyjaźnie.<end id="e1357430791298-415342985"/></akap>


<akap>Książę wczoraj już zauważył wlepiony
w siebie wzrok młodego knechta, a znać
twarz ta zrobiła na nim miłe wrażenie, bo
dziś powitał ją jak znajomą.</akap>


<akap>Knecht zaś, stanąwszy na swym miejscu,
szepnął znów swoje:</akap>


<akap_dialog>--- Nie, nie!</akap_dialog>


<akap>I odetchnął, jakby mu kamień spadł
z serca. <begin id="b1357430881638-3964951752"/><motyw id="m1357430881638-3964951752">Przeczucie</motyw>Wtem ozwały się dzwony. Najpierw
jeden, zwykły, zwołujący na nabożeństwo,
potem po kolei odzywało się coraz więcej.
Spiżowe tony przepełniały przestworze, strasząc lud, gęsto koło zamku i miasta Malborka osiadły. Dzieci, miast wybiec na
drogę na odgłos tych dzwonów, tuliły się
do matek, a ludność cała chyłkiem zamykała wrota, kryjąc się do swoich siedzib.</akap>


<akap>Dźwięk tych dzwonów wywarł również
nieokreślony lęk na tego, którego uroczystość ogłaszały. Młody książę, wszedłszy
do kościoła, nie doznawał tego błogiego
uczucia, jakiego się spodziewał. Owszem,
lękiem i niepokojem zadrgało jego serce.<end id="e1357430881638-3964951752"/>
Z tym wszystkim ukląkł na wskazanym
sobie miejscu, na wprost wielkiego mistrza,
w takiej odległości, ażeby mógł słyszeć jego
słowa.</akap>


<akap>Ulryk zaś pytał:</akap>


<akap_dialog>--- Karolu von Leuwardenie, książę Niderlandów, Fryzlandii i wielu ziem nadmorskich, czy pragniesz wejść do przemożnego
Zakonu Krzyżaków?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pragnę! --- odrzekł dźwięcznym głosem
młodzieniec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nim wykonasz ostateczną przysięgę,
dowiedz się najpierw, jakie są obowiązki
wstępującego --- ozwał się Ulryk. Po chwili
zaś, powiódłszy okiem po zebranych, mówił: --- Jeżeli mniemasz mieć w tym zakonie
spokojne i przyjemne życie, jesteś w wielkim błędzie, bo właśnie kiedy chcesz jeść,
to musisz pościć; kiedy chcesz pościć, to
musisz jeść; kiedy chcesz spać, musisz czuwać; a kiedy chcesz czuwać, musisz spać.
Od żadnej też posługi rycerskiej wymawiać
się nie możesz, a zawsze iść tam, gdzie ci
każą. Musisz ojca, matkę, siostrę, braci,
przyjaciół niżej postawić, a spełniać jeno
to, czego dobro Zakonu wymaga. Za to
wszystko Zakon ofiarowuje ci jeno chleb
i wodę, skromny habit i zbroję rycerza
i niczego więcej domagać się nie możesz,
bo tak twoja osoba, jak i wszelka twoja
majętność, jest własnością Zakonu!</akap_dialog>


<akap>Tak rycerze przybyli w gościnę, jak rycerze stowarzyszeni z Zakonem, z wielką
uwagą słuchali przemowy Ulryka. Żaden
z nich bowiem o tych obowiązkach i ścisłej regule nie słyszał. Po wszystkich też
twarzach przebiegło zdziwienie, zastąpione
wkrótce szyderczym uśmiechem, przechodzącym w powstrzymywany śmiech, który,
zdawało się, lada chwila wybuchnie głośną
wesołością. Nawet sędziwy Henryk, komtur ze Świecia, który przez chwilę wrócił
myślą do składanej przez siebie przysięgi,
nie mógł powstrzymać się od sarkastycznego a pogardliwego uśmiechu.</akap>


<akap>Ulryk wszakże umiał utrzymać powagę
chwili i dalej głosił rotę przysięgi:</akap>


<akap_dialog>--- Przyrzekam i ślubuję, że czystość myśli i ciała zostanie jednym z mych przymiotów; będę posłuszny Bogu, a potem mistrzowi Zakonu podług reguły i obyczaju
tegoż Zakonu; a chcę być posłusznym
i wszelkie jego rozkazy wypełniać aż do
śmierci<pa><slowo_obce>Przyrzekam i ślubuję [...] rozkazy wypełniać aż do śmierci</slowo_obce> --- przysięga, przemowa wielkiego mistrza, jak
i ceremonia, wzięte z historii dawnych Prus:
<tytul_dziela>Preussens ältere Geschichte</tytul_dziela> Kotzebuego.</pa>.</akap_dialog>


<akap>Przysięgę tę powtarzał z wielkim przejęciem młody książę, a obecni szeroko rozwarli oczy ze zdumienia, dając 
sobie znaki
nawzajem, jakby się pytali: co to znaczy?</akap>


<akap>Jeden tylko Bonifacjusz równie był przejęty, jak i przysięgający. Twarz jego wyrażała boleść, zdawało mu się bowiem, że
traci ukochanego wychowańca, którego jak
własnego syna umiłował.</akap>


<akap>Tymczasem przeznaczeni ku temu szatni
Zakonu obnażyli prawe ramię Karola, a wielki mistrz uczynił na płask mieczem znak
krzyża, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Oto jesteś prawym rycerzem Zakonu.
Używaj tego miecza na pokonanie pogan
i wszystkich nieprzyjaciół Zakonu.</akap_dialog>


<akap>Po czym włożono nań zbroję, hełm z kruczym piórem, dano w lewą dłoń tarczę,
w prawą miecz, a Henryk Leuchter, jako
najstarszy z całego zgromadzenia, wziął go
pod rękę i podprowadził do wielkiego mistrza. Ten zsunął mu hełm z głowy, położył
dłoń na jego czole, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Witaj, rycerzu!</akap_dialog>


<akap>Dzwony, które na chwilę umilkły, zagrały
znowu drgającym dźwiękiem. Karol, książę
na Niderlandach i Fryzlandii, opuszczał
świątynię, prowadzony przez samego wielkiego mistrza, z którego ramion wlókł się
płaszcz biały, czarnym nakreślony krzyżem.</akap>


<akap>Rycerze cudzoziemscy, jako i rycerze Zakonu przybyli z Marienwerder, czyli Kwidzynia, z Elbląga, Torunia i innych miast,
które Krzyżacy na ziemi pruskiej jako swą
zdobycz zajęli, opuszczali również tłumnie
świątynię. Gwar ich, rozmowy i śmiechy
przepełniły wkrótce nie tylko główny podwórzec, lecz i wszystkie jego zaułki.</akap>


<akap>Gwar ten niemiłe sprawiał wrażenie na
młodym adepcie. Był to jakby zgrzyt zardzewiałego żelaza, kaleczący jego podniosłe
uczucia.</akap>


<akap>Gdy przechodził przez dziesiąty podwórzec, wzrok jego spotkał się znów z wzrokiem młodego knechta, który z jakimś szczególnym wyrazem patrzył na niego, jakby
oczekując przyjaznego wejrzenia. I uśmiechnęli się znów obaj.</akap>


<akap>A był to jedyny uśmiech, jaki przewinął
się dnia tego po ustach młodego rycerza.</akap>




<naglowek_rozdzial>Kobiałki z jagodami</naglowek_rozdzial>




<akap>Jakkolwiek dzwony wielkiej
uroczystości w zamku krzyżackim nie czyniły miłego
wrażenia, a ludność miejska
i okoliczna kryła się, żeby
nawet dźwięku ich nie słyszeć, znalazły się wszakże
tak odważne istoty, które
podszedłszy pod same mury, wsłuchiwały
się pilnie, jak gdyby chciały przeniknąć,
co dzwony te głoszą.</akap>


<akap>Były to dwie niewiasty ubrane bardzo
biednie, jak w ogóle lud zgnębiony w okolicach Marienburga się odziewał. Szare płótnianki, mocno połatane, nie sięgały kostek,
duże biedne chusty na głowie, nasunięte
na czoło, były związane tak szczelnie, że
zaledwie oczy spod nich wyglądały. Nikt
też nie mógł poznać, czy były stare, czy
młode, a ruchy ich ociężałe również nie
zdradzały wieku. Obie niosły duże, z kory
brzezinowej kobiałki, napełnione rumieniącymi się poziomkami. Nogi zaś bose, wsunięte w łapcie z łyka mocno zapylone świadczyły, iż z daleka przychodzą. Mimo tych
ruchów ociężałych, chwilami szły żwawiej,
podsuwały się pod grube mury otaczające
zamek, a wtedy postaci ich zgnębione prostowały się, a oczy wpatrywały się śmiało
w czerwone cegły, jak gdyby w nich jakiegoś znaku czy otworu szukały. Wtedy można było dostrzec, że jedna była dużo wyższa i już w podeszłych leciech<pe><slowo_obce>w leciech</slowo_obce> --- dziś popr. forma: w latach; tj. tu: w podeszłym wieku.</pe>, druga ledwo
z lat dziecięcych w hoże dziewczę rozkwitała.</akap>


<akap>Okrążyły tak dokoła zamek tuż nad samą
fosą, czasem chwytały się za ręce, podtrzymując wzajem, jak gdyby lękały się spaść
z wału, i znów przypatrywały się murom.</akap>


<akap_dialog>--- Próżna nasza droga. Dziś nic nie wskóramy --- szepnęła duża.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może chociaż dowiemy się, co te
dzwony znaczą --- odrzekła druga.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czatownik obaczy --- ostrzegała pierwsza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bójcie się, babo, powiemy, że
przynosimy dary dla Zakonu --- mówiło
dziewczę wesoło, wskazując na króbki<pe><slowo_obce>króbka</slowo_obce> (daw.) --- koszyczek, łubianka.</pe> napełnione czerwieniącymi się jagodami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bylebyś jeno srogo nie okupiła zbytniej swojej śmiałości --- szepnęła stara.</akap_dialog>


<akap>Wtem dzwony umilkły.</akap>


<akap_dialog>--- Drugi raz już kołyszą się i dzwonią.
To coś znamionuje. Nigdy jeszcze tak nie
było --- mówiła dziewczyna.</akap_dialog>


<akap>I obie poczęły nasłuchiwać.</akap>


<akap>Dzwony przebrzmiały. Cisza zaległa dokoła. Jeno jakieś ptaszę cirkało w uwitym
na murze gnieździe, a słońce czerwcowe
w całej swojej krasie złociło mury i u stóp
ich porastające ziele. Tak zaś ta cisza czy
też nadchodzące południe ukołysało wszystkich, że przeszły koło głównej bramy, a czatownik ich nie spostrzegł.</akap>


<akap>Wtem głośny rozgwar wypełnił przestworze. Zmieszane głosy, śmiechy wznosiły się
jak tuman, przedzierając grube mury.</akap>


<akap>Kobiety wstrzymały oddech, żeby cośkolwiek z tego gwaru uchwycić. Nic wszakże
prócz zmieszanych głosów nie dochodziło
ich ucha.</akap>


<akap_dialog>--- Próżno, uchodźmy, bo jak się wysypie
ta gwarna czereda za mury, biada nam będzie --- mówiła stara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To pewnikiem ci rycerze, co mieli
przybyć, tak głośno się zabawiają. Oni nie
skorzy za mury --- mówiła dziewczyna z taką pewnością, jakby świadoma obyczajów
tych, co w zamku gościli.</akap_dialog>


<akap>I z pewnym uporem szła naprzód, nie
spuszczając z oczu żadnej cegły u stóp
muru.</akap>


<akap>Baba, chcąc nie chcąc, podążała za nią,
zachmurzona była wszakże, a w myśli szeptała:</akap>


<akap>,,Zawsze to było takie przekorne. A niech
ją Bóg uchroni od niebezpieczeństwa, jakie
od tych zbójów grozić jej może".</akap>


<akap>Nagle z bocznej czatowni, wzniesionej tuż
przy dziesiątym podwórcu, głos gromki się
ozwał:</akap>


<akap_dialog>--- Hej, wy diable pazury, czego się pod
murami włóczycie?!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na Belzebuba, toć to niewiasty! Gdzie
piekło nie może, to te zatyki piekielne pośle! --- wrzeszczał na całe gardło czatownik. --- Precz mi stąd, jeżeli nie chcecie,
żebym was kamieniami jak psów wygonił! ---
wrzeszczał dalej.</akap_dialog>


<akap>Obie kobiety skuliły się zaraz i stały się
pokorne, przygnębione, lękliwe, zgoła niepodobne do śmiałych przed chwilą, tak rezolutnie rozmawiających niewiast.</akap>


<akap>Starsza jednak wzięła na odwagę, podniosła kobiałkę z jagodami i poczęła coś
bełkotać. Młodsza tymczasem, otuliwszy się
chustą, że jej wcale twarzy widać nie było,
skuliła się jeszcze więcej i prawie przysiadła do ziemi.</akap>


<akap>Głos starej zapewne nie doszedł do czatowni, lecz wzrok Falsa, który w tej chwili
straż odbywał, dostrzegł czerwieniące się
jagody. Zaświeciły mu się oczy na widok
leśnego owocu, nie mógł wszakże z swej
wysokości sięgnąć po nie ani też zejść ze
swego stanowiska. Krzyknął więc na całe
gardło uprzejmiejszym już nieco głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Poczekaj, stara czarownico! Poczekaj,
małżonko najstarszego diabła, wiedźmo najśliczniejsza, zaraz ten piękny owoc z twoich
czarnych pazurów odbiorę!</akap_dialog>


<akap>Baba zapewne nie dosłyszała tych uprzejmych wyrazów, zrozumiała za to wymowne
ruchy Falsa, który spuszczał dłonie ku dołowi, potem je cofał, jak gdyby coś wyciągał, wreszcie rozszerzał ramiona i przytulał je do siebie, jak gdyby ją chciał wraz
z kobiałką wziąć w swoje objęcia.</akap>


<akap>Wrzeszczał też na całe gardło:</akap>


<akap_dialog>--- Nie odchodź, nadobna małżonko najstarszego z szatanów, nie odchodź, zaklinam
cię na smołę piekielną! Nie odchodź, póki
jagody z twych czarnych pazurów nie znajdą się w moich dostojnych rękach. Potem
niech cię piekło pochłonie! --- dodał z humorem i odwrócił się w głąb podwórca.</akap_dialog>


<akap>Przechodził właśnie Jakub, począł więc
Fals do niego:</akap>


<akap_dialog>--- Bracie, ozdobo wszystkich knechtów,
skocz przez ukrytą furtę i odbierz dwom
wiedźmom jagody, z którymi się przywlokły pod same mury!</akap_dialog>


<akap>Jakubowi oczy zabłysły i twarz cała się
rozjaśniła, odkrzyknął wszakże:</akap>


<akap_dialog>--- Miłuję cię, Falsie, jak własne oko, ale
gdy kto dojrzy, że się wychylam za furtę!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nikt nie dojrzy! --- przerwał czatownik. --- Biber z innymi zabawia się przy
misie i konwi, kiedy my dwaj skazani jesteśmy na głód i pragnienie! Ty, jako najmłodszy, czekający swojej kolei, a skracający sobie czas zamiataniem podwórca, ja,
jako wielki dostojnik czuwający nad bezpieczeństwem całego zamku! --- wrzeszczał
dalej Fals, wychylając się przez drzwi czatowni.</akap_dialog>


<akap>Jakub wcale się nie kwapił ze spełnieniem żądania, owszem, potrząsał głową,
wciąż odkrzykując:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Nein, nein, kann nicht</slowo_obce><pr><slowo_obce>nein, nein, kann nicht</slowo_obce> (niem.) --- nie, nie,
nie mogę.</pr>!</akap_dialog>


<akap>Lecz oczy coraz jaśniej mu błyszczały
chęcią spełnienia tego rozkazu.</akap>


<akap>Fals wrzeszczał i nalegał, zaklinając go
na wszystkie pożądane przez knechtów
uciechy, dając przy tym nader wymowne
znaki.</akap>


<akap_dialog>--- Gdyby kto spostrzegł, powiem, żem
dojrzał skradające się wiedźmy i ciebie jako
najodważniejszego z odważnych wysłał dla
wyłomotania im skóry! --- wrzeszczał dalej
czatownik.</akap_dialog>


<akap>Czy pochlebstwo podziałało na Jakuba,
czy też inny jakiś powód przeważył, dość
że nie oglądając się na nic, śpieszył w stronę ukrytej furtki.</akap>


<akap_dialog>--- A nie połknij jagód wraz z kobiałką! --- rzucił za nim Fals, oblizując się zawczasu na tyle pożądane przysmaki.</akap_dialog>


<akap>Odwrócił się też zaraz i wzrok łakomy
posłał za mury.</akap>


<akap>Kobiety tymczasem, siedząc przytulone do
siebie, zgarbione, w postaci lękliwej, naradzały się znać z sobą, co dalej czynić.</akap>


<akap_dialog>--- A jak mi cię porwą wraz z jagodami? --- mówiła stara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bójcie się, nie bójcie! Chłopaka
wzięliby, ale dziewkę...</akap_dialog>


<akap>I wzruszyła ramionami.</akap>


<akap_dialog>--- Oj, Salo, Salo, nie wiesz sama, co pleciesz --- rzekła stara, przygarniając dziewczynę, jakby ją chciała uchronić przed niebezpieczeństwem. --- Te przeklęte Krzyżaki
na wszystko łakome.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To był jeno czatownik, nie żaden rycerz, a ten chyba na jagody się złakomi ---
przerwała Sala.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To i co, jagody zabierze, da nam po
karku, naszturcha i tyle! Nic nie wskóramy! --- perswadowała stara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toć krzyknął, żeby poczekać. Pewnikiem przyśle kogo po jagody, może nam
się uda dowiedzieć, co znaczą te dzwony.
A może...</akap_dialog>


<akap>Furta tak szczelnie była przywarta i tak
cicho się otwierała na wgłębionych w mur
zawiasach, że jeno ten mógł wiedzieć o jej
istnieniu, kto był świadom wszelkich arkanów przez Krzyżaków wymyślonych. Na
zewnątrz murów nikt nie dostrzegł najmniejszej szczeliny, ba, nawet kreski na
murze, a i wewnątrz obce oko próżno by
jej szukało.</akap>


<akap>Na widok knechta Sala krzyknęła i poczęła biec, potykając się, kulejąc i kołysząc
w niezgrabnym chodzie. Dziw jeno, że
miasto<pe><slowo_obce>miasto</slowo_obce> (tu daw.) --- zamiast.</pe> uciekać w przeciwną stronę, zbliżała
się ku niemu, jakby straciwszy głowę z wielkiego lęku.</akap>


<akap>Stara podążała za nią również niezgrabnym, niedołężnym krokiem.</akap>


<akap>Jakub tymczasem z wielkim zamachem
schwycił kobiałkę z jagodami, szepcąc jednocześnie:</akap>


<akap_dialog>--- Udawaj, że nie chcesz oddać, ja cię
będę rzekomo walił w kark i szamotał.</akap_dialog>


<akap>Zaczęła się więc szarpanina dwóch kobiet
z knechtem, który zamierzając się udawał,
że z całej siły okłada pięścią to jedną, to
drugą. Tak okładając mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Książę niderlandzki składał przysięgę
na rycerza. Darował im swe ziemie. Dzwony
to głosiły. Z naszych nikt nie przybył. Zakon szykuje się do wojny z Polską. Lada
chwila wyruszą. Chciałbym, by i mnie wzięto. Moc ogromna rycerzy. Moc broni, koni.
Pewni są zwycięstwa. Wiozą okowy, pęta.
Mówią, że zabiorą moc ludu i ziemi. Trzeba
naszych sił wiele.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy wyruszają, jaką drogą? --- pytała stara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, ale wkrótce. Jutro pono
przednie straże mają wyruszyć, wkrótce
rycerstwo. Ach, jakżebym chciał, żeby
i mnie wysłano! --- mówił gorączkowo,
spuszczając rzekomo pięść na plecy Sali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za trzy dni będziemy o świcie --- szepnęła Sala.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przy której furcie? --- rzekła stara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pięćdziesiąt kroków od tej, cegła z białym brzegiem, naprzeciw dębu --- odszepnął knecht.</akap_dialog>


<akap>Niepotrzebnie wszakże szeptali, bo choćby słyszał kto zza muru, nie rozumiałby
ich mowy.</akap>


<akap>Podczas tego Jakub wciąż szarpał się
z kobietami, te się broniły, wieszając u rąk
jego. On zaś uderzał to jedną, to drugą,
opowiadał o wszystkim, co się działo w Zakonie, co jego uszu doszło, i to, co widział
i słyszał podczas dzisiejszej uroczystości.</akap>


<akap_dialog>--- Synu, pamiętaj, coś winien ojczyźnie! Noś skórę wilczą, wślizguj się jak wąż, dowiaduj, a sercem bądź tym, kim być winieneś --- szeptała stara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bójcie się, pamiętam przelaną krew
ojca, krew mego narodu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest nas tylko dwoje. Na nas ciąży
cały obowiązek --- szeptała Sala, czepiając
się rąk knechta.</akap_dialog>


<akap>Ten wszakże, nie chcąc przedłużać swego pobytu za murami, szepnął teraz:</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba o niebywałej sile krzyżackiej
naszych jak najprędzej powiadomić.</akap_dialog>


<akap>I ostatnim wysiłkiem wydzierał kobiałki.</akap>


<akap>Kobiety oddały je wreszcie, on zaś uderzył jedną i drugą w kark, te powaliły się
na ziemię, jęcząc wniebogłosy. Na zakończenie kopnął je nogą. Obie staczały się po
gładkiej murawie wału. Jakub zabrawszy
kobiałki wracał śpiesznie tąż samą ukrytą
furtą.</akap>


<akap>Gdy znalazł się w podwórcu, z wielkim
triumfem i ożywieniem pokazał oczekującemu Falsowi swą zdobycz. Niebawem obaj
siedząc w czatowni, raczyli się smacznym
owocem.</akap>


<akap_dialog>--- Te wiedźmy, to prawdziwe czarownice!
Tfuj! --- mówił Jakub, spluwając. --- Najwidoczniej mają jakąś nieczystą w sobie
siłę. Ledwiem je zmógł!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, jak czarownice --- rzekł Fals
z przekonaniem, pakując do ust całą garść
jagód. --- Ale się broniły, no! Myślałem, że
im nie podołasz! --- dorzucił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eh, toćem nie ułomek! Ale tak się
mnie czepiły na wszystkie strony jak pijawki, a gadają tak, że nic zrozumieć nie można.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, zwyczajnie, polskie świnie. Toć ich
tu jeszcze pełno po wsiach --- mówił Fals
z pogardą.</akap_dialog>


<akap>Jakub haniebnie się w tej chwili skrzywił i splunął gwałtownie. Ale zaraz rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Znać w jagody jakiegoś robaka wsadziły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cha! cha! cha! To umyślnie dla ciebie! --- zaśmiał się Fals. --- Nie jedz już,
bracie, nie jedz. Ostaw resztę dla mnie! ---
śmiał się dalej czatownik, wysypując resztę
jagód z kobiałki do szeroko rozwartej gęby.</akap_dialog>


<akap>Zapach jagód rozszedł się po czatowni,
ale Jakuba woń ta nie nęciła. Wciąż spluwał, a opuszczając czatownię, zaciskał pięści,
jak gdyby chciał nimi kogoś uderzyć.</akap>


<akap>Zabrał się też zaraz do dalszego zamiatania podwórca, a czynił to z wielką zaciętością, wywierając złość na miotle, na
długim kiju osadzonej.</akap>


<akap_dialog>--- O, najdroższe, najpiękniejsze wiedźmy,
dzięki wam za onego robaka, co go zgryzł
wasz pogromca, inaczej byłby mi z pewnością drugiej nie zostawił --- mówił do siebie
Fals, zabierając się do otworzenia drugiej
kobiałki.</akap_dialog>


<akap>Wtem zaroiło się w podwórcu wracającymi knechtami. Falsowi przyszła znać inna
myśl do głowy, bo odstawił kobiałkę, nie
tkniętą, i patrzył za mury wzrokiem człowieka spełniającego pilnie swój obowiązek.
Po chwili wszedł inny knecht, żeby go zastąpić, i zaraz na wstępie rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- O, jak tu wonieje!</akap_dialog>


<akap>Fals podetknął mu pod nos zamkniętą
kobiałkę, którą poprzednio wraził w pętlę
długiego sznura i śmiejąc się zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Patrz jeno pilnie w niebo, to ci takie
same stamtąd spadną!</akap_dialog>


<akap>Po czym zbiegł prędko ze schodów i skierował się wprost do wychodzącego z izby
jadalnej Bibera. Podał mu kobiałkę i rzekł
z tajemniczą miną:</akap>


<akap_dialog>--- Jakaś wiedźma słaniała się tuż pod
murami, chciałem ją wziąć na pętlę, ale
znać była to czarownica, bo wraziła w pętlę
kobiałkę, a sama zniknęła.</akap_dialog>


<akap>Biber wziął delikatnie, z pewnym lękiem,
szczelnie zamknięty koszyk, wciągnął w siebie woń z niego uchodzącą i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Coś jakby lasem wonieje!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I mnie tak za nos chwyciło! --- przyświadczył Fals. --- Ciekawość jednak, co to
takiego? --- dorzucił, mrugając oczami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czarownice to tak umieją omamić, nawet wonią --- mówił Biber, oglądając kobiałkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eh, toć wiecie, że krzyż święty wszelką nieczystą siłę odpędza --- zachęcał dowcipniś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, tak... --- odrzekł Biber z wielką
determinacją i powagą, a udając bodaj samego mistrza Zakonu, począł: --- <slowo_obce>In nomine
Patris et Filii, et Spiritus Sancti<pe><slowo_obce>In nomine
Patris et Filii, et Spiritus Sancti</slowo_obce> (łac.) --- w imię Ojca i Syna, i Duch Świętego.</pe>... Amen</slowo_obce>! ---
dokończył powstrzymując śmiech knecht.</akap_dialog>


<akap>Biber z pewną ostrożnością rozwiązał łyko
kobiałki.</akap>


<akap_dialog>--- Jagody leśne, Boga mi, jagody! --- zawołał z uciechą, wciągając woń dojrzałego
owocu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po samej woni poznałem i dlatego nienaruszone w darze wam przynoszę --- mówił Fals, oblizując się łakomie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lepiej, że miasto<pe><slowo_obce>miasto</slowo_obce> (tu daw.) --- zamiast.</pe> wiedźmy ułowiłeś
kobiałkę --- rzekł Biber, zapychając usta
jagodami.</akap_dialog>


<akap>Fals zaś myślał:</akap>


<akap>,,Lepiej byłbym sam połknął. Ten stary
nic mi przecie nie da. Mogłem tak samo
mówić: <slowo_obce>in nomine</slowo_obce> czy jak tam i czary odegnać, boć ten robak, co go połknął Jakub,
to pewnikiem czary. Chodzi teraz jak struty".</akap>


<akap>W tej właśnie chwili przeszedł koło niego Jakub. Setnie był nachmurzony, patrzył
spode łba, zdawał się nikogo nie widzieć,
a pięści wciąż zaciskał. Nie rzekł też ni
słowa, zerknął jeno na zajadającego wonne
jagody Bibera i wszedł do izby na południowy posiłek.</akap>


<akap>,,Jemu wciąż się zdaje, że wali czarownice" --- pomyślał Fals.</akap>


<akap>Nie spuszczał jednak z oka Bibera, który,
nie bacząc na czary, wyjadał owoc z kobiałki.</akap>


<akap>,,Pożre, Boga mi, pożre, nic nie ostawi" ---
myślał Fals.</akap>


<akap>Odchrząknął też i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Zawszeć te jagody od wiedźmy pochodzą... A nuż tam, na dnie, są jakie szkodliwe? Toćeście jeno z wierzchu je odżegnali...</akap_dialog>


<akap>Biber drgnął i garść jagód, niesioną do
ust, w połowie drogi zatrzymał.</akap>


<akap_dialog>--- Przewąchałeś co? Możeś umyślnie dał
mi zatruty owoc? --- mówił przestraszony
Biber.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nicem nie przewąchał, bom nie wąchał, alem dał do powąchania Jakubowi, ten
wciągnął w siebie woń, a że nie była jeszcze odżegnana, chodzi teraz jak otruty. Przyszło mi do głowy, żeście jeno z wierzchu kobiałkę odżegnali, a tam, od spodu...</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Żeby cię, psi synu, z twymi jagodami! --- przerwał przestraszony dozorca.</akap_dialog>


<akap>I rzucił kobiałką w dowcipnisia, a sam
przeżegnawszy się uchodził śpiesznie.</akap>


<akap>Ten uchwycił zręcznie kobiałkę. Nieco
jagód z niej wyleciało, a knecht usunąwszy
się we wnękę ściany, wsypywał do ust resztę pozostałych, mlaskając językiem.</akap>


<akap>Teraz i Biber był markotny. Zapomniał
nawet fukać i gderać, szeptał jeno coś pod
nosem, spluwał, bo zdawało mu się, że go
pali we wnętrzu. Aż Fals zbliżył się do niego
z pokorną miną i mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Nie bójcie się, ojcze, nie zjedliście nic
szkodliwego, bo oto dopiero na dnie pod
jagodami były dwa czarne robaki, którem
zgniótł na krzyż, odmawiając jak wy <slowo_obce>in nomine</slowo_obce>... Resztę z kobiałki wrzuciłem do dołu,
by nieczystości nieczystą siłę strawiły.</akap_dialog>


<akap>Biber zamierzył się na sprawcę jego umartwienia, ale wtem ukazał się jeden z urzędników Zakonu i rozkazującym głosem
zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Sekretarz wielkiego mistrza kazał się
dozorcy dziesiątego podwórca w tej chwili
stawić!</akap_dialog>






<naglowek_rozdzial>Sala i Sienicha</naglowek_rozdzial>




<akap>Kobiety podniosły się z ziemi,
zataczały się jakby z wielkiego lęku i razów, jakie
otrzymały, sił do dalszej podróży nie miały. Oczy im
wszakże błyszczały, a obejmując jedna drugą, rzekomo
dla podparcia się wzajem,
czuły, że im serce gwałtownie dygocze. Gdy
zaś odeszły od wałów ze dwie staje<pe><slowo_obce>staja</slowo_obce>, <slowo_obce>staje</slowo_obce> a. <slowo_obce>stajanie</slowo_obce> --- daw. miara długości, w różnych okresach i okolicach licząca od 100 do 1000 m.</pe>, Sala
nie mogła powstrzymać swojej radości.</akap>


<akap_dialog>--- Widzicie, babo, widzicie, chcieliście
już uciekać, a tak nam się udało, jak nigdy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bałam się o ciebie, dziecino, o ciebie...
Byleby jeszcze za trzy dni można zasięgnąć języka, a naszym jak najprędzej dać
wiedzenie --- dorzuciła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, ten Kuba, ten Kuba, jak on pociesznie udawał, że wali mnie pięścią,
a szeptał: ,,Bądź spokojna, Salo, baczę na
wszystko, co się dzieje w Zakonie, a choćbym miał życie położyć, dam wam o wszystkim wiedzenie".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bóg znać posłał go między te wilki,
aby służył narodowi --- westchnęła stara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Twoja to zasługa, babo --- ozwała się
miękkim głosem dziewczyna --- odkąd nam
go zabrali, ty czuwasz nad nim i nie dałaś
mu się zniemczyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On dałby się zniemczyć, on?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdybyś nad nim nie czuwała, kto wie,
co by się stało, toć przecie nie miał lat
ośmiu, kiedy nam go zabrano. Coś ty użyła,
jakich fortelów, by nie zapomniał mowy,
a udawał, że jej zapomniał i Niemcom się
zaprzedał. Coś ty użyła, wiesz tylko ty
i sam Bóg na niebie --- ciągnęła dalej Sala,
przyciskając ramię baby z serdecznym uczuciem.</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Wszystko mi miłe, żem mojego Kubusia nie tylko od zniemczenia uchroniła,
ale i jako węża wyhodowała, a przydatnym
dla narodu uczyniła --- mówiła stara jakby
do siebie.</akap_dialog>


<akap>Sala przycisnęła znów jej ramię i rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Jak przez mgłę pamiętam jeno onę
chwilę, boćem lat pięciu nie miała, kiedy
ojca Krzyżacy zabili, że bronił zamku i nie
chciał powiedzieć, jaką drogą poszli Jagiełłowi rycerze, Kubę krzyczącego wniebogłosy zabrali, a matce grozili, że ją ubiją ---
westchnęła dziewczyna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, pamiętam to dobrze, jakeś ty się
za nimi powlokła, jakeś im nadskakiwała,
a w domu potem mówiono, żeś Krzyżaków
służka i że ich na nas naprowadzać będziesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho, cicho, nie wspominaj tych chwil
strasznych! --- zawołała drżącym głosem
stara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozwól, pozwól, babo, tak mam dziś
serce wezbrane, że muszę wszystko wygadać --- mówiła Sala. --- Jeno matka kochana
zawsze powtarzała: ,,Sienicha swoich nie
zdradzi, a że udawała służkę Krzyżaków,
znać miała w tym myśl jakąś". I jakby przeczuwając, żeś za Kubusiem poszła, mniej
swego jedynaka płakała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem to wszystko, wiem --- przerwała
stara. --- A też i to, że prócz Kubusia było
tam moc dzieci. Krzyżacy, słysząc moją niemiecką mowę, przychylność udawaną, słysząc wymysły na Polaków i Litwę, a też
obietnice, że dzieci na wierne sługi Zakonu
wychowam, mojej pieczy te niebożęta powierzyli. Nie ze wszystkimi się tak udało,
jak z Kubusiem, nie wszystkim też mogłam
ufać, zawszeć przez dziesięć lat coś się tam
zrobiło --- mówiła dalej jakby do siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziesięć lat. Ale coś ty tam przez te
lata wycierpiała! --- przerwała dziewczyna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Największą męką było dla mnie, żem
słyszała ciągle pogróżki i wymysły dla Polski i Litwy. Największym też trudem było
powstrzymywanie się, żeby nie wybuchnąć,
a krew burzącą się w żyłach przymileniem
się i przyświadczaniem powstrzymywać.
</akap_dialog>

<akap>Sala z miłością przycisnęła się do jej ramienia.</akap>




<akap_dialog>--- Największym też bólem było widzieć
zabieranie spod mej opieki dzieci, które psy
gończe pędziły, aby im ukryte wśród lasów
chaty wskazywały. Spomiędzy tych zabieranych najwięcej było litewskich dzieci, z nimi
mogłam się porozumieć, boć mi zostało
nieco tej mowy w pamięci. A te biedactwa,
poczuwszy dym z ojczystej chaty, pędziły
w oczerety i zarośla, naprowadzając na
własnych ojców strasznego wroga.</akap_dialog>


<akap>Kobieta, znękana strasznym wspomnieniem, zamilkła, a z piersi jej wydarło się
głębokie westchnienie. Westchnęła i Sala,
a potem rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Aż oto przed rokiem zjawiłaś się znów
w naszym dworze, przyniosłaś wieść umierającej matce o ukochanym jej synu. A ona
cię błogosławiła i oddała twojej opiece
i mnie, i jego --- dodała.</akap_dialog>


<akap>I znów obie zamilkły.</akap>


<akap_dialog>--- Aż oto, gdyś chciała odchodzić, uczepiłam się twej dłoni, a tyś pozwoliła, żebym
poszła za tobą, aby ból serdeczny po matce
utulić, brata obaczyć, a podpatrywać wrogów i o ich zamiarach swoim donosić...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozwoliłam, a teraz ciągle to sobie wyrzucam! --- odrzekła Sienicha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uspokój się. Przecież opiekun mój
a krewniak matki, Jaśko z Tarnowa, pobłogosławił mi i rzekł: ,,Wszechmocny i wątłej
dziewce doda siły, jeżeli dobrej sprawie chce
służyć".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętam to, pamiętam, a jednak...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam też duże porachunki z Krzyżakami --- przerwała Sala. --- <begin id="b1357484821389-3894318963"/><motyw id="m1357484821389-3894318963">Patriota</motyw>Zabili ojca, zabrali brata, matka z tęsknoty życie skończyła, zamek zrabowali, lud z Bobrownik
srodze uciemiężali, do mnie więc należy
wszystkich sił użyć, by na każdym kroku
przeszkadzać im do dalszych zaborów ---
mówiła z zapałem dziewczyna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem to wszystko, wiem, ale to nad
siły słabej dziewczyny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty, babo, a ty? Przecież i ty od najrańszej młodości stanęłaś do walki z wrogą
nam potęgą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech cię Bóg uchowa, żebyś miała
doznać tego, co ja doznałam --- westchnęła
Sienicha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozwoliłaś pójść z sobą, a teraz zniechęcasz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boga mi, nie zniechęcam, jeno drżę,
żeby cię w swoje szpony te wilki nie dostały!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie dostaną. Żywcem nie dostaną! ---
rzekła z mocą Sala. --- Wszak wiesz, co
noszę w krzyżyku --- dodała.<end id="e1357484821389-3894318963"/></akap_dialog>


<akap>Obie westchnęły.</akap>


<akap_dialog>--- Brata odnalazłam, widywałam go przy
twojej pomocy, przyniosłam mu otuchę,
a choćem jeno dziewką, mogę być swoim
użyteczna --- mówiła dalej Sala.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziewka i siedząc doma może dużo
dobrego uczynić, zwłaszcza kiedy zabrakło
matki, a jeno Przybora głową całego waszego mienia --- rzekła stara surowo. --- Zażywasz jeno biedy w moim schronisku i więdniesz jako kwiatek bez słonka --- dodała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cyt, cyt, babo! Nie czas na rozczulanie się nade mną, idzie głównie o to, żeby
jak najprędzej zanieść do Krakowa wiadomość --- mówiła namyślając się Sala.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za trzy dni dość będzie czasu --- odrzekła stara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za trzy dni może być za późno, drogi
będą przez Krzyżaków zalane. Trzeba nam
pierwej --- nalegała dziewczyna. I po chwili
namysłu, ze zwykłą stanowczością rzekła: ---
Ty ostaniesz, ja pójdę!</akap_dialog>


<akap>Stara aż stanęła ze zdumienia.</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz przecie, że mam łódź uwiązaną
w przystani, że Lutek-niemowa jej pilnuje.
Popłyniemy w górę rzeki, a kiedy ty zaledwie dowiesz się o ich wyjściu, ja będę już
w Bobrownikach, a stamtąd pchnę z wieścią
do Krakowa o nadzwyczajnych siłach krzyżackich i ich zamiarze wkroczenia do Polski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę cię wstrzymywać --- odrzekła baba. --- Kto raz poświęcił się służeniu
narodowi, nie może w drodze ustawać.</akap_dialog>


<akap>Zamilkły obie, każda znać zajęta swoimi
myślami.</akap>


<akap>Szły teraz śpiesznym krokiem, nie słaniając się i nie pochylając. Stara o wiele przewyższała wzrostem młodą dziewczynę, miała
pewne, energiczne ruchy i nie znać w niej
było znużenia i lat przebytych w trudzie,
o którym Sala mówiła.</akap>


<akap>Wydostawszy się spod zamku, szły przez
łąkę, na której prócz pastucha i pasącego
się bydła nikogo nie było.</akap>


<akap>W miarę jak się oddalały od miasta
i zamku, nabierały pewności. Wkrótce dostały się w zarośla, a nareszcie zginęły
w ciemnym, gęsto podszytym lesie. Po uciążliwym przedzieraniu się przez krzaki i zarośla doszły do wzgórza porosłego puszystym mchem. Pod tym zielonym poszyciem
nikt nie domyślał się w nim pieczary,
a w niej mieszkania dwóch kobiet.</akap>


<akap>Znać ustroń ta nie była przez ludzi nawiedzana, bo ptaki nawet nie płoszyły się
na widok przybyłych, owszem, nader swobodnie przelatywały z gałęzi na gałąź, cirkając lub głośne wywodząc trele. Woń leśna
przepełniała powietrze. Słonko miało się ku
zachodowi. W lesie mrok był już prawie.
Ptaki milkły powoli, rozgwar ich zastępowała cisza wieczorna. Jeno od czasu do
czasu las zaszumiał, rozpoczynając zwykłą
modlitwę wieczorną. Lecz kobiety nie miały
czasu weń się wsłuchiwać ni zachwycać
pięknością wieczoru. Wsunęły się w mchy
gęste, potem do ciemnej pieczary.</akap>


<akap_dialog>--- Nie wchodź dalej, póki nie zaświecę! ---
zawołała Sienicha.</akap_dialog>


<akap>Obracała się też wśród ciemności jak przy
najlepszym świetle. Rozgarnęła leżący w kącie pieczary popiół, zapaliła łuczywo od iskier w nim tlejących, suchymi gałęźmi, nagromadzonymi w drugim kącie, podsyciła
ogień.</akap>


<akap>Teraz dopiero Sala znalazła się przy niej.
Teraz dopiero po trudach dnia i niepokoju
uczuły się głodne i znużone. Przysiadły więc
koło ognia. Sienicha przystawiła kociołek
z wodą, wrzuciła kawałek wędzonego mięsa,
wyjęła zeschły chleb z zanadrza i po niejakim czasie zawołała na milczącą, pogrążoną w myślach towarzyszkę:</akap>


<akap_dialog>--- Posil się, dziecino. Sił ci potrzeba.</akap_dialog>


<akap>Sala ocknęła się z zadumy i rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Potrzeba i mieć je muszę.</akap_dialog>


<akap>Po czym obydwie jadły w milczeniu, od
czasu do czasu przyrzucając drewek do tlejącego ogniska.</akap>


<akap>Gdyby kto spojrzał na wnętrze pieczary,
byłby się przekonał, że niepłonne były słowa Sienichy, gdy rzekła: ,,Więdniesz jak
kwiatek bez słońca". Pieczara była wilgotna,
chłodem przejmująca, gdzieniegdzie widać
było na jej ścianach krople wody, które
teraz przy świetle ognia migotały jak drogocenne kamienie. Gdyby też kto widział te
dwie kobiety siedzące nad tlejącym ogniskiem, byłby je posądził o odprawianie tajemnych czarów lub składanie ofiar jakiemuś podziemnemu bóstwu. I nie byłby się
omylił. Składały rzeczywiście ofiarę ze swoich trudów dni całego życia, a składały ją
na ołtarzu miłości ojczyzny.</akap>


<akap>Pierwsza zerwała się dziewczyna.</akap>


<akap_dialog>--- Dość już wypoczynku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dość --- powtórzyła baba.</akap_dialog>


<akap>I obie zajęły się przygotowaniem do
drogi.</akap>


<akap>Po północy wychodził z pieczary chłopiec
w ubraniu flisaka. Krótki, płócienny spencerek, takież sięgające zaledwie do kolan
spodenki, na głowie słomiany kapelusz,
spod którego wydostawały się krótkie, ciemne włosy, ocieniające twarz i szyję czarną,
jakby spaloną od słońca czy też umyślnie
pomalowaną. Na kiju przewieszonym przez
plecy miał niewielki węzełek jak zwykle
chłopak flisaczy. W łapciach ze skóry stąpał pewnym krokiem przez las gęsty, zwarty.
Z początku ostrożnie, potem coraz pewniej,
nawet z fantazją. Usta rozchylone byłyby
może zanuciły piosenkę, nie chciał wszakże
budzić mieszkańców lasu. Lecz oni sami się
budzić poczęli. Jakiś ptak ocknął się niespokojnym świergotem, inny mu odpowiedział sennie, nieśmiało, jakby przedzwaniając na zwykłą poranną modlitwę. Wkrótce
ozwało się kilka innych głosów nieco zdziwionych, potem coraz więcej, coraz śmielej
dzwoniły na ranne pacierze.</akap>


<akap>Flisak przedzierał się przy tej muzyce,
a gdy wychodził z lasu, przedświty wstającego dnia poczęły błąkać się po niebie.
Gdy przebywał piaszczystą, nie porosłą zielem drogę, na niebie rozbłyskiwała zorza
strojna w złotawoczerwone fiolety. Gdy
znalazł się nad Wisłą, zorza w całym swym
majestacie zaścielała mu drogę, wlokąc swój
płaszcz purpurowy po szarych toniach rzeki.
Lutek śpiący w czółnie tuż nad brzegiem,
zbudzony czerwonym blaskiem wschodzącej zorzy, z wielkim zdziwieniem spojrzał
na stojącego nad nim flisaka.</akap>


<akap>Widok jego znać mu był przyjemny, bo
zaśmiał się na całe gardło i oczy mu radością zabłysły.</akap>


<akap>Chłopiec uśmiechnął się doń dobrotliwie,
lecz jednocześnie położył palce na ustach,
nakazując milczenie. Potem na migi dawał
jakieś znaki, gładząc starego po twarzy, wskazywał ręką przed siebie, to znów rozszerzając ramiona, przytulał je do piersi.</akap>


<akap>Niemowa znać zrozumiał te znaki, zaśmiał
się, a potem całą siłą swych potężnych ramion odepchnął czółno z przystani gęsto zarosłej łoziną.</akap>


<akap>Wkrótce czółno, trzymając się brzegu,
pruło powierzchnię mętnej wody. Wiatr popychał je w dół rzeki, a prócz ramion niemowy popychały je wiosła trzymane silną
dłonią młodego flisaka.</akap>






<naglowek_rozdzial>W Bobrownikach</naglowek_rozdzial>





<akap>Niemało dni upłynęło, nim
Sala z wiernym sobie niemową do Bobrownik przybyła. Niemało też znać trudów w tej podróży użyła,
bo lica jej teraz nie sztucznie, lecz naturalnie ogorzałe
były od słońca. W tej trudnej podróży pomagał im wiatr przyjazny
i wzburzone nieco fale rzeki, która zwykle
w tym czasie przybiera.</akap>



<akap>Gdy późnym wieczorem weszła do swej
ojczystej siedziby, nikt jej nie poznał. Wzięto ją rzeczywiście za flisaka. Dopiero gdy
przemówiła i każdego z osobna nazywać
poczęła po imieniu i gdy po odprowadzeniu
czółna w bezpieczne miejsce przybył niemowa, poznano w niej dziedziczkę zamku.</akap>



<akap>Lutek na migi dużo rzeczy opowiadał,
śmiał się i cieszył jak dziecko, ze wszystkimi się witał, niewiele sobie jednak z niego
robiono, każdy bowiem zajęty był ukochaną
przez wszystkich dzieweczką.</akap>



<akap>Począwszy od najniższych, z piekarni,
którzy widzieli ją przechodzącą w stroju
flisaka, a skończywszy na pełniących służbę
w pokojach i tych, co zasiedli z nią do skromnego posiłku, nikt nie mógł myśleć o czym
innym, jeno o powrocie młodziutkiej swej
pani, która, jak wczesną wiosną, kiedy jeszcze śniegi nie stopniały, nagle zamek opuściła, tak teraz nagle się zjawiła.</akap>



<akap_dialog>--- Znać niemało biedy i trudów podjęła ---
mówiono. --- I po co jej to, po co?</akap_dialog>



<akap>Posiłek i wypoczynek jej był nader krótki.
Zastała bowiem wysłanego przez Jaśka
z Tarnowa dworzanina Marka, który miał
iść brzegiem Wisły, ażeby o ruchach Krzyżaków języka zasięgnął i z tymi wieściami
jak najprędzej do Krakowa wracał.</akap>



<akap_dialog>--- Wracajmy więc niezwłocznie! --- rzekła Sala.</akap_dialog>



<akap>Dworzanin spojrzał na nią zdziwiony.</akap>



<akap_dialog>--- Nie potrzebujesz się waść w dalszą
podróż puszczać.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Mam rozkaz od jaśnie wielmożnego
kasztelana... --- począł dworzanin.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Usprawiedliwienie waszmości przed
kasztelanem biorę na siebie --- przerwała
Sala.</akap_dialog>



<akap>Marek jeszcze większe zrobił oczy. Chciał
też coś mówić, lecz Sala rozkazującym głosem dodała:</akap>



<akap_dialog>--- Jutro o świcie wyruszamy! Mości Przyboro --- zwróciła się do zarządzającego jej
majątkiem --- dla mnie niech będzie gotowy
najlepszy koń, dwa luzem i czterech zaufanych ludzi a umiejętnych w podróży. Koń
niech będzie bogato osiodłany, ludzie dostatnio odziani, wozów dwa z przyborami
podróżnymi i na nich właściwa służba niewieścia --- mówiła dalej.</akap_dialog>



<akap>Rozkaz wprawił w podziw dwór cały, wydany zaś był takim głosem, że nikt nie śmiał
protestować.</akap>



<akap>Po czym skinęła głową i wyszła.</akap>



<akap>Przybora z dworzaninem wielmożnego
kasztelana spojrzeli na siebie i nic nie mówiąc wynieśli się zaraz dla spełnienia rozkazów.</akap>



<akap_dialog>--- Osobliwa dziewka --- szepnął Marek.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Taka była od dziecka --- odrzekł Przybora.</akap_dialog>



<akap>I poszli gotować się do drogi.</akap>



<akap><begin id="b1357485747293-1234684674"/><motyw id="m1357485747293-1234684674">Modlitwa</motyw>Sala opuściwszy izbę jadalną, udała się
do komnaty nieboszczki matki. Tu uklękła
przed krucyfiksem i gorące zanosiła modły.</akap>



<akap>Cicha i krótka była modlitwa dziewczyny,
lecz w niej z całą dziecięcą ufnością oddawała tę ziemię, naród i całą sprawę w opiekę
Temu, który za wszystkich dał życie, za
wszystkich cierpiał, aby się stało zadość
sprawiedliwości.</akap>



<akap_dialog>--- Tyś, o Panie, świat cały wyrwał z pęt
grzechu, pozwól mnie niegodnej przyczynić się do wydobycia mego narodu z pęt
tych, którzy niegodnie w imię Twoje chcą
go zagarnąć w niewolę.</akap_dialog>



<akap>Potem zwróciła się myślą ku rodzicom:</akap>



<akap>,,Ojcze, matko, pobłogosławcie zamiarom
moim, pobłogosławcie tej ziemi, w której
obronie ty, ojcze, życie swe dałeś".</akap>



<akap>I pokrzepiona modlitwą, wybiegła.<end id="e1357485747293-1234684674"/></akap>



<akap>Wkrótce, wykąpana po trudach podróży,
obleczona, jak przystało na dziedziczkę bobrownickiego zamku, wypoczywała na wygodnym łożu, którego od kilku miesięcy nie
zażywała.</akap>



<akap>Ledwie słonko wyszło zza chmur porannych i ozłociło wierzchołki drzew otaczających bobrownicki zameczek, poczet był
gotów.</akap>



<akap>Poczet był wcale pokaźny. Prócz bowiem
wozów i koni, nakazanych przez Salę, stał
orszak złożony z kilku ludzi otaczających
kasztelańskiego dworzanina. Był to poczet
bardzo skromny, boć nie był wysłany w poselstwie, lecz z rozkazem, który trzeba było
spełnić umiejętnie, oględnie i bez wszelkiego splendoru. W każdym razie powiększał on poczet dziedziczki na Bobrownikach i stanowił niejako jej straż bezpieczeństwa.</akap>



<akap>Wkrótce ukazała się Sala. W obcisłym
kubraczku szarym, w kołpaczku z gęstą zasłoną okręconą koło głowy i szyi wyglądała
teraz, jak przystało na dziedziczkę bobrownickiego zameczku.</akap> 


<akap>Przybora położył dłoń tuż przy strzemieniu. Sala lekko się na niej oparła, wskakując na siodło z oparciem.</akap> 


<akap>Siodło, żółtą skórą obite, wysłane szarym
suknem, nie było wprawdzie, jak i cały rząd
na konia, bogate, lecz znamionowało dostatek.</akap>



<akap>Wozy, na których jedna starszego już
wieku, a druga młoda służebna swej pani
towarzyszyły, były też doskonale ładowne
i wymoszczone.</akap>



<akap>Jeszcze słońce nie zdążyło się wzbić wysoko i zaledwie jedną czwartą część dnia
oznaczało, gdy orszak cały wyruszył z bobrownickiego podwórca. <begin id="b1357486054227-1009085346"/><motyw id="m1357486054227-1009085346">Podróż</motyw>Na czele jechał
dworzanin wielmożnego kasztelana, jako
świadom drogi do Krakowa, za nim zaraz Sala w otoczeniu dwóch swoich ludzi, dalej
wozy i dwóch pachołków pana Marka.</akap>



<akap>Nikogo nie dziwił ten poczet, dość zamożnie wyglądający, ani też młoda dziewka
jadąca konno, boć to był zwykły sposób
podróżowania. Podróżowano też zwykle
wczesnym bardzo rankiem i od zachodu
słonka do późnej nocy, dając wśród dnia
wypoczynek koniom i ludziom. Trzymano
się brzegów Wisły, boć to była droga najpewniejsza, wiodąca prosto do Krakowa.
Nie doznawano też żadnych przygód ani
przeszkód i szczęśliwie, na kilka dni przed
1 lipca, poczet stanął w Krakowie.<end id="e1357486054227-1009085346"/></akap>



<akap>Tam nie szukano żadnej gospody, bo Sala
miała ją u swego opiekuna, Jaśka Tarnowskiego. Ze zwykłą sobie śmiałością kazała
się prowadzić do komnat niewieścich.</akap>



<akap>Wielmożna kasztelanowa, z domu Spytkówna, dowiedziawszy się, kto na jej dwór
zjechał, zaraz ją do swej komnaty przez
jedną z dworek zaprosiła, co było niezwykłą łaską ze strony dostojnej matrony.</akap>



<akap>Sala oddała od progu należny ukłon,
a ośmielona wdzięcznym uśmiechem i przyjaznym skinieniem głowy, zbliżyła się i objąwszy nisko za kolana, do stóp jej się
schyliła.</akap>



<akap_dialog><begin id="b1357486365597-1772554895"/><motyw id="m1357486365597-1772554895">Grzeczność, Obyczaje</motyw>--- Szczerym sercem i miłym wejrzeniem
witamy cię na naszym dworze, miła dzieweczko --- rzekła kasztelanowa, kładąc dłoń
na głowie sieroty i gładząc jej lice ogorzałe od słońca.</akap_dialog>



<akap>Sala, nie znając dobrze dworskiej etykiety, złożyła na jej ręce pocałunek.</akap>



<akap>Taka poufałość dozwolona była na dworze kasztelanowej jeno wybranym. Cofnęła
też wprędce rękę, uśmiechnęła się, ale już
zgoła inaczej rzekła:</akap>



<akap_dialog>--- Cóż waćpannę w nasze progi sprowadza?
</akap_dialog>
<akap>Sala odczuła chłód w jej głosie, a nie
wiedząc, czemu to przypisać, stropiła się
nieco. Wprędce wszakże przyszła do siebie
i kłaniając się powtórnie, mówiła:</akap>






<akap_dialog>--- Do jaśnie wielmożnego kasztelana,
a mego opiekuna przybywam.<end id="e1357486365597-1772554895"/></akap_dialog>



<akap>Kasztelanowa, przypomniawszy sobie
o smutnym losie sierot z Bobrownik, miększym już nieco głosem rzekła:</akap>



<akap_dialog>--- Sierotami ja się opiekuję. Polecę cię
ochmistrzyni i na niczym ci w domu naszym
zbywać nie będzie.</akap_dialog>



<akap>To mówiąc, srebrnym młotkiem uderzyła
w kowadełko stojące przy niej na stole.</akap>



<akap>Dźwięk donośny rozległ się po komnacie,
Sala zaś nie czekając, aż się kto ukaże,
przyśpieszonym głosem mówiła:</akap>



<akap_dialog>--- Do samego wielmożnego kasztelana
mam nie cierpiącą zwłoki sprawę i rzecz
tę muszę mu zaraz wyłuszczyć.</akap_dialog>



<akap>Kasztelanowa spojrzała z góry na mówiącą i znów chłodnym swym głosem wyrzekła:</akap>



<akap_dialog>--- Do jaśnie wielmożnego niełatwo z byle
jakąś prywatną sprawą przystępować.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Jest to rzecz wielkiej wagi... --- poczęła Sala.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Polecam opiece waćpani imci pannę
Bobrownicką! --- ozwała się kasztelanowa
do ochmistrzyni, która stawiła się na głos
dzwonka.</akap_dialog>



<akap>I wstawszy, majestatycznym krokiem wyszła z komnaty.</akap>



<akap_dialog>--- Proszę za mną --- ozwała się ochmistrzyni wyniosłym głosem.</akap_dialog>



<akap>Sala ze ściśniętym sercem za nią podążała, myśląc wszakże:</akap>



<akap>,,Muszę przecież dotrzeć do kasztelana,
muszę".</akap>



<akap>I układała rozmaite plany. Trudno byłoby
jej je wykonać. Parę izb w lewym skrzydle
zamku Tarnowskich oddane było na mieszkanie ochmistrzyni i dworek. Przylegały one
do komnat kasztelanowej, nie miały wszakże najmniejszej łączności z komnatami kasztelana. Były one tak oddzielone, że nikogo
z jego dworu, mieszczącego się w prawym
skrzydle, spotkać nie można było.</akap>



<akap>Sala nie wiedziała o tym i wszelkie podjęte przez nią trudy byłyby nie osiągnęły
celu, i wszelkie plany byłyby nie doszły
do skutku, jak nie dochodziły promienie
słońca do wąskiego korytarza, którym ochmistrzyni wiodła nową dworkę.</akap>



<akap>Gwar młodych głosów uciszył się za wejściem ochmistrzyni i Sala ujrzała kilkanaście młodych główek pochylonych nad krosnami, które ukradkiem zerkały na przybyłą.
Ochmistrzyni nie zatrzymała się na ten raz
przy pracujących, lecz skierowała się do
bokówki i otworzywszy drzwi, rzekła do
Sali:</akap>



<akap_dialog>--- Omyj się, waćpanna, z podróżnego
pyłu. Przyślę ci tu ubranie, jakie wszystkie
dworki noszą. Nie wiem nawet, kto ci wskazał drogę i jakeś śmiała tak jak jesteś
przedstawić się jaśnie wielmożnej kasztelanowej.</akap_dialog>



<akap>To mówiąc wyszła zatrzasnąwszy drzwi
za sobą.</akap>



<akap>Mimo widnej, czystej izby, obwieszonej
ręcznikami i zastawionej cebrzykami z wodą, zdawało się Sali, że ją ktoś wepchnął
do więzienia. Nie była jednakże z tych,
co to łatwo się zniechęcają i odstępują od
raz powziętego zamiaru.</akap>



<akap>Sala nie tylko się nie zniechęcała, ale nie
mogła zostawać bezczynnie. Skorzystała
więc z cebrzyka wody i, zrzuciwszy zwierzchnie odzienie, poczęła się oblewać.</akap>



<akap>Zaledwie zdążyła się umyć i narzucić na
siebie bieliznę, gdy ta sama ochmistrzyni
ukazała się w drzwiach, jeno nie tych, którymi weszła, lecz w przeciwnej ścianie,
i zdyszanym głosem rzekła:</akap>



<akap_dialog>--- Prędko, prędko skończ, waćpanna, te
ablucje. Zarzuć na siebie te oto szaty i pójdź
ze mną.</akap_dialog>



<akap>To mówiąc odebrała od stojącej pode
drzwiami służebnej przyniesiony strój dworki i własnoręcznie pomagała Sali do przywdziania go. Wierna zaś swoim obowiązkom, pouczała:</akap>



<akap_dialog>--- A wiedz, waćpanna, jak się ukłonić,
niziutko, do kolan, a oczami po komnacie
nie wodzić, nie podnosić ich, jeno skromnie, ze schyloną głową słuchać, co do niej
mówić będą! Boć nie lada honor waćpannę
spotyka!</akap_dialog>



<akap>I poprzedziła zdziwioną dziewczynę, prowadząc ją tymże samym korytarzem, którym wprowadziła, a nawet przez tęż samą
komnatę, w której przed chwilą stała przed
kasztelanową, jeno że w niej nikogo nie
było. Tutaj, odrzuciwszy zasłonę maskującą
drzwi, rzekła z wdzięcznym uśmiechem
i wdzięczniejszym jeszcze ukłonem do oczekującego pana Marka:</akap>



<akap_dialog>--- Oddaję pod opiekę waszmości co
tylko przybyłą na nasz dwór pannę Bobrownicką.</akap_dialog>



<akap>Marek nic nie odpowiedział, jeno z wielkim uszanowaniem ukłonił się Sali i rzekł:</akap>



<akap_dialog>--- Jaśnie wielmożny kasztelan oczekuje.</akap_dialog>



<akap>Sala śpiesznie poszła za swoim przewodnikiem. Jemu też była winna, że opiekun
dowiedział się o jej przybyciu.</akap>



<akap>Gdy bowiem stawił się przed kasztelanem, wyłuszczając powody, dlaczego dotarł jeno do Bobrownik, ten nie tylko nie
zburczał go za niespełnienie rozkazów, lecz
uśmiechnąwszy się z zadowoleniem, zawołał:</akap>



<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze! Prosić natychmiast
pannę Bobrownicką!</akap_dialog>



<akap>Zrobił się też niemały alarm przy szukaniu, a potem huczek, co to za panna,
którą jaśnie wielmożny kasztelan wezwał
do siebie. Gdy zaś wróciła z pokojów, wskazano jej osobną izbę, z której wszakże niedługo korzystała.</akap>



<akap>Dodać też trzeba, że na drugi dzień kasztelanowa wezwała ją do siebie, bardzo
łaskawie rozmawiała i nie tylko pozwoliła
pocałować się w rękę, lecz przytuliła do
piersi jej główkę, mówiąc:</akap>



<akap_dialog>--- Niech cię Bóg ma w swojej opiece
i dopomaga twoim zamiarom. --- A wniósłszy oczy ku niebu, dodała jakby do siebie: --- Niezbadane są wyroki Opatrzności!</akap_dialog>






<naglowek_rozdzial>Wojna!</naglowek_rozdzial>




<akap>W niewielkiej komnacie wawelskiego zamku, przeznaczonej na poufne narady
z otaczającymi króla panami, przechadzał się Jagiełło.
Znać myśl jakaś głęboka
zajmowała jego umysł, bo
na wyniosłym czole osiadły
zmarszczki. Podnosił też często w górę brwi
siwiejące, targał niecierpliwie rzadki zarost,
a kroki jego oznaczały wewnętrzne wzburzenie. Stawał na chwilę, patrzył przed siebie, liczył coś na palcach i znów nierównym
krokiem mierzył komnatę.</akap>



<akap>Dwa wielkie czarne psy towarzyszyły mu
w tej przechadzce, z początku łasiły się
i skowytem oznajmiały swoją obecność, widząc wszakże, że pan nie zwraca na nie
uwagi, chodziły z nim równomiernie, poglądając od czasu do czasu rozumnymi oczyma, jakby podzielały troskę czy zamyślenie
pana. Wtem ukazał się w drzwiach dworzanin, oznajmiając:</akap>



<akap_dialog>--- Jan z Tarnowa, kasztelan krakowski!</akap_dialog>



<akap>Król rozpogodził nieco oblicze, skinął głową na znak, że pozwala, i siadł na wywyższeniu za stołem.</akap>



<akap>Psy, korzystając z rozpogodzonej twarzy
pana, poczęły mu się łasić, a Pajks skoczył
mu na piersi. Lecz Jagiełło nie pogłaskał
ulubieńca, owszem, trzepnął po łbie, czym
zawstydzony pies, spuściwszy łeb, odszedł,
a potem ułożył się u stóp monarchy wraz
z towarzyszem, Giwasem, zachowującym się
mniej poufale.</akap>



<akap>W tej chwili wszedł Jan Tarnowski.</akap>



<akap_dialog>--- Cóż mi przynosisz, kasztelanie? ---
rzekł król, nie czekając na ukłon.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Same dobre wieści, najmiłościwszy panie --- odrzekł przybyły z uśmiechem. ---
Książę Witold na czele Litwy ciągnie z czterdziestoma chorągwiami, prócz tego zwołał
Tatarów, gotowych na każde jego skinienie;
są też na zawołanie chorągwie czeskie pod
dowództwem Jana Jenczyka Morawca,
w którego zastępach jest dzielny wojownik,
Żyżka; zaś Zyndram z Maszkowic, miecznik
krakowski, staje na czele pięćdziesięciu jednej chorągwi.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Pięknie, pięknie --- przerwał z zadowoleniem monarcha.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Mazowsze całe z ziemią płocką nieszpetne wiedzie szyki, nie licząc Kaliszan,
Sieradzan i wszystkich ziem, gotowych do
walki z Zakonem --- mówił dalej rozradowanym głosem Tarnowski, spoglądając na
króla.</akap_dialog>



<akap>Jagiełło słuchał z uwagą i, jak to miał
zwyczaj, przebierał palcami to prawej, to
lewej ręki, jak gdyby na nich liczył wypowiadane przez swego doradcę zastępy.
Twarz jego wszakże nie wyrażała tej radości, jakiej się spodziewał kasztelan. Owszem,
w głębokim zamyśleniu przyjmował przyniesione wieści. Po chwili zaś rzekł:</akap>



<akap_dialog>--- Tak, tak, wojna z Zakonem nieunikniona. Nawet ta święta pani a zmarła małżonka nasza, królowa Jadwiga, ten przelew
krwi przebaczy.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Świętej pamięci królowa, widząc krzywdy całego narodu, widząc dzieci zabierane
przez Zakon, niemczenie onych, przyuczanie do posług wrogich dla ojczystego kraju,
do wyrzeczenia się mowy ojców, błogosławić będzie naszym chorągwiom --- odparł
gorąco Tarnowski.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- A nie dodałeś, mości kasztelanie, że
mimo zawartego rozejmu napadają na
Żmudź, że nękają Litwę, że wysłane przez
nas 47 łasztów<pe><slowo_obce>łaszt</slowo_obce> --- daw. miara towarów sypkich, równa ok. 3000--3840 litrów.</pe> żyta na Żmudź pochwycili
na morzu, przy samym brzegu, a podrzuciwszy jakieś stare miecze i blachy, utrzymują,
że dostarczamy broni Żmudzi i Litwie do
nowej z nimi walki.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Jakżebym mógł o tym zapomnieć, a jeżeli nie wspomniałem, to jeno żeby nie rozdrażniać tym jego królewskiej mości.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Och, rozdrażnić mnie przeciw tym obłudnikom nic już więcej nie może --- odparł Jagiełło. --- A jakkolwiek boleję nad
wyrządzonymi całemu narodowi krzywdami,
owo zajęcie zboża i posądzanie, że dostarczamy potajemnie broń, uważamy za uczynioną nam osobiście obrazę --- dodał, usiłując przechadzaniem się po komnacie
uciszyć wzburzenie. --- Teraz żaden już ich
wykręt nie odwiedzie nas od podjęcia walki,
wszelkie przysyłanie memoriałów z ich
strony nic nie pomoże! Gdybyśmy wojny
nie podjęli, zohydziliby nas jeszcze więcej
przed zachodnimi państwami, a przed papieżem oczernialiby dalej, że sprzyjamy
pogaństwu, nie pozwalając na rozszerzanie
wiary świętej na Żmudzi --- rzucił na zakończenie.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- O, tak, oni tam rozszerzają, ale zdzierstwa i gwałty, na których wspomnienie
człowiek drętwieje --- mówił przyciszonym
głosem kasztelan.</akap_dialog>

<akap>Król westchnął i rzekł:</akap>






<akap_dialog>--- Tak, wojna być musi, musi być zaraz,
nieodwołalnie!</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Mistrz Ulryk sprosił, słyszę, wszystkich znakomitszych rycerzy z całych Niemiec, wzbogacił się też uroczystym przyjęciem do Zakonu Karola, księcia Niderlandów
i Fryzlandii, a z nim jego ziem nadmorskich --- począł Tarnowski.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Skąd wiesz o tym? --- spytał król ciekawie.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Przyniesiono mi dziś wieści, a z nimi
i tę, że mistrz wysłał już przednie straże,
a i sam dotąd zapewne już ze wzmożonymi
przez obce rycerstwo zastępami ku Polsce
wyruszył.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Co?! --- Zerwał się gwałtownie Jagiełło,
kopnąwszy leżące u nóg psy, które żałośnie
zaskowyczały.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Książę Witold jest już zapewne w drodze od wschodu --- mówił spokojnie kasztelan.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Ale my, my?! --- przerwał mu król.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Najmiłościwszy monarcho, wszelkie
rycerstwo czeka jeno waszych ostatecznych
rozkazów.</akap_dialog>



<akap_dialog><begin id="b1357487551332-3622196342"/><motyw id="m1357487551332-3622196342">Wojna, Przywódca</motyw>--- Rozesłać wici do tych, którzy nie są
jeszcze na stanowiskach, by jak najprędzej
ze wszystkich stron ruszali brzegiem Wisły
ku północy. My jutro, najdalej pojutrze staniemy na czele, dopędzimy ich. Ubieżymy
Witolda, spotkamy wroga, a potem co Bóg
da! --- wołał Jagiełło.<end id="e1357487551332-3622196342"/></akap_dialog>



<akap>Kasztelan skłonił się i wyszedł, widząc,
że wzburzenie monarchy nie pozwala na
spokojne, z rozwagą obrady. Niezwłocznie
też wysłał wici. Zaufanych ludzi ku niesieniu rozkazów miał w pogotowiu.</akap> 


<akap>Jagiełło po wyjściu kasztelana siadł znów
na swym miejscu i począł w myśli liczyć:</akap>



<akap>,,Nasze wojska wynoszą 52 chorągwie po
300 konnych, to 15 000; Witoldowych 40
chorągwi po 200 konnych, to 8 000; prócz
tego Tatarzy, posiłki czeskie..."</akap>

<akap>
Zamyślił się.</akap>



<akap_dialog>--- Nieszpetne siły --- rzekł półgłosem.</akap_dialog>



<akap>I nieco uspokojony wyszedł sposobić się
do natychmiastowego wymarszu.</akap>



<akap>I oto, nim dobiegł koniec czerwca, a słońce
wstąpiwszy w znak Raka jedną trzecią już
drogi w wędrówce swojej na spotkanie Raka
dobieżało, z Krakowa, jak i z innych stron
Polski i Litwy, kroczyła niezwykle wielka
moc rycerstwa.</akap>



<akap>Jagiełło nie dał się wyprzedzić. Jechał
na czele swoich hufców, dzieląc z nimi trudy
i niewygody podróży.</akap>



<akap>Zda się, że od chwili, gdy zapadło ostatnie postanowienie, tak z oblicza króla, jak
i całego rycerstwa, wyzierała wojna.</akap>



<akap_dialog><begin id="b1357487942109-1376555696"/><motyw id="m1357487942109-1376555696">Wojna, Patriota, Ojczyzna</motyw>--- Wojna --- powtarzały wszystkie piersi.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Wojna! --- zdawały się wołać w każdym parsknięciu konie.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Wojna! --- wołały zwinięte do drogi
chorągwie.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Wojna!... --- szumiały lasy.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Wojna! --- przywtarzały wartko płynące rzeki.</akap_dialog>



<akap>A echo na wszystkie strony wołało donośnym głosem:</akap>



<akap_dialog>--- Wojna! Wojna!<end id="e1357487942109-1376555696"/></akap_dialog>







<naglowek_rozdzial>Pod Dąbrownem</naglowek_rozdzial>




<akap>Posuwanie się tak olbrzymich
sił, jakimi były zastępy Jagiełły, nie było rzeczą łatwą,
ile że im bliżej było środkowej Drwęcy, tym więcej
trzeba było zwracać uwagę
na wysłańców krzyżackich,
którzy, suto przez nich opłacani, mieli donosić o każdym ruszeniu się
wojsk polskich.</akap>


<akap><begin id="b1358204633769-3597254347"/><motyw id="m1358204633769-3597254347">Szpieg, Patriota</motyw>Ale jeżeli Krzyżacy mieli swoich donosicieli, miały ich i wojska polskie, i litewskie. A jeżeli Krzyżacy siłą pieniędzy zdobywali sobie wierne służki, wierniejszych
miała Litwa i Polska. Tu bowiem nie za
pieniądze podpatrywano ruchy Krzyżaków,
nie za pieniądze wsłuchiwano się w każdy oddźwięk ich myśli i zamiarów, lecz
z prawdziwej miłości dla tej ziemi udręczonej przez chciwych zaboru nieprzyjaciół.</akap>


<akap>Tak Polska, jak Litwa, miała całe zastępy
doskonale zorganizowanych wywiadowców,
a pomiędzy nimi nierzadko się trafiały
mężne, z wielkim poświęceniem kobiety,
jakeśmy to widzieli w Sali i Sienisze.<end id="e1358204633769-3597254347"/></akap>


<akap>I teraz obie nie zaprzestały swej pracy,
lecz każda inaczej.</akap>


<akap>Sala uprosiła Jana Tarnowskiego, że jej
pozwolił jechać na wozach z ludźmi i rekwizytami potrzebnymi do opatrywania rannych. Dwie jej służebne nie odstąpiły swej
pani, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Jeżeli nasza dzieweczka może podejmować tyle trudów, czemuż byśmy i my
nie miały służyć naszym wojakom?</akap_dialog>


<akap>Jechała więc Sala z całym taborem, bacząc pilnie i nasłuchując, czy z gęstwy lasów nie wychyli się jaki podjazd krzyżacki.
Z pobytu swego pod Malborkiem, z tego,
co słyszała od Sienichy, co jej brat szepnął
kilkakrotnie, wiedziała o ich umiejętności
zjawiania się tam, gdzie ich najmniej można
się było spodziewać.</akap>


<akap>Co do Sienichy, ta nie zaprzestała udawać
czarownicy lub obłąkanej. To jej pozwalało dosłyszeć nieraz to, czego by inaczej
nie podpatrzyła i nie usłyszała. Usłyszawszy
więc, że Żmudź i Litwa ciągnie od wschodu,
w tamtą stronę wszystkie swoje starania
skierowała. Sienicha bowiem była Żmudzinką. Dzieckiem jeszcze, podczas wspólnych
niejednokrotnych napadów, dostała się aż
nad Wisłę. W Bobrownikach wychowana,
zżyła się z jej mieszkańcami. Najazdy krzyżackie, ich gwałty i rabunki przywodziły
jej na pamięć te, które z lat najrańszych
majaczyły w jej pamięci.</akap>


<akap>,,Jednaka nam dola --- mówiła nieraz
w sobie --- choć tutaj są już chrześcijany,
a na Żmudzi Krzyżactwo gwoli<pe><slowo_obce>gwoli</slowo_obce> (daw.) --- z powodu, w celu.</pe> chrześcijaństwa tak nas nękało".</akap>


<akap>Teraz ozwała się w niej jakaś tęsknota do
rodzinnego kraju, do ludzi, których pragnęła obaczyć i którym postanowiła służyć.</akap>


<akap_dialog>--- Wypłaciłam się wiernie w Bobrownikach. Sala da sobie radę. Toć służąc tym,
między którymi się urodziłam, służyć będę
wszystkim. Boć jednaka nam dola.</akap_dialog>


<akap>Odtąd koło wysłanych wojsk krzyżackich
zjawiała się na poły obłąkana żebraczka.
Przyprowadzona do dowódcy, wznosiła rękę
do góry, wołając wielkim głosem:</akap>


<akap_dialog>--- A siłą sprawiedliwych jest Ten, co
sprawiedliwość czyni, a z wielkim orężem
jest wielkie zwycięstwo!</akap_dialog>


<akap>Przyjmowano tę przepowiednię na swoją
korzyść, obdarzano i puszczano ją wolno.</akap>


<akap_dialog>--- A weźcież mnie z sobą, pozwólcie,
niech nasycę wzrok waszą wielkością! ---
wołała.</akap_dialog>


<akap>Tym więc sposobem dowiadywała się
wielu rzeczy i odtąd siły żmudzkie i litewskie jak najbardziej szczegółowe miały
wieści o każdym ruszeniu Krzyżaków.</akap>


<akap>Ale miał je i Jagiełło. Prawie w każdej
wiosce przychodzili do obozu ludzie z prośbą, aby nie odrzucano ich usług.</akap>


<akap_dialog>--- I ja, choć bronią robić nie umiem, chcę
iść na Krzyżaka! --- mówili młodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niemało krzywd od nich zniosłem,
niemało też krwi ich utoczyłem, a teraz
gdym już za słaby do miecza, mogę się
przecie na coś przydać! --- mówili starzy.</akap_dialog>


<akap>Dowódcy pilnie badali jednych i drugich
i co zdatniejszych, sprytniejszych wysyłali
na zwiady.</akap>


<akap>A król kazał sobie o każdej wieści donosić, a gdy było coś ważniejszego, i wywiadowcę przed siebie stawić.
Aż oto gdy król zatrzymał się dnia 10
lipca z przybocznym oddziałem około Kurzętnik, nie opodal Drwęcy, przybieżał Wojtek Krzywda, nie mający jak lat piętnaście,
wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Gdy nasi poili konie, Krzyżacy wyskoczyli z zarośli po drugiej stronie rzeki,
odczepili ukryte łodzie i nim nasi się spostrzegli i pościągali pławiące się konie, prawie wszystkich, co do nogi wysiekli!</akap_dialog>


<akap>Stawiono go przed króla.</akap>


<akap_dialog>--- Wysłać na pomoc pięćdziesięciu najsprawniejszych! --- rozkazał tenże, wysłuchawszy opowiadania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie dogonią! Krzyżacy już są za rzeką --- wtrącił Wojtek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za rzeką? --- zdziwił się król.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, zaraz wsiedli na łodzie i plusk,
plusk, ani ich oko --- mówił zdyszany chłopak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przez straże nasze porozstawiane i nikt
ich nigdzie nie widział --- rzekł król niedowierzająco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, toć tam gęstwa lasu, trudno z dala
dopatrzeć! Ale tam dalej, dużo dalej, wzdłuż
Drwęcy, rozesłała się moc Krzyżaków. Jak
okiem sięgnąć, oni i oni!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po drugiej stronie rzeki? --- spytał Jagiełło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po drugiej, ale z dala, bardzo z dala ---
mówił Wojtek, zachęcony łaskawością monarchy. --- A prócz rycerzy na koniach jest
moc pieszych w blachach i z ogromnie długimi dzidami. A prowadzą takie wielkie
skrzynki, a te skrzynki mają takie długie
gardziele, a jak podsypią jakiś czarny proszek i podpalą, to z onych gardzieli wylatują wielkie okrągłe kamienie. I dym także,
i ogień. A śmierdzi tak, że w gardle drapie
i w nosie kręci --- dodał chłopak, wstrząsając się cały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakżeś to wszystko spenetrował? ---
zdziwił się król, nie dowierzając opowiadaniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toćem był tam, w zaroślach, Boga mi!
Potem buchnąłem do rzeki, ledwom nie utonął, alem dopłynął --- dodał chwiejąc się.</akap_dialog>


<akap>Teraz dopiero spostrzeżono, że chłopak
był ociekły wodą i tak zmęczony, że ledwo
mógł się utrzymać na nogach. Uwierzono
więc. Uwierzono tym więcej, że już poprzednio dochodziły wieści, iż Krzyżacy wiodą
z sobą jakieś maszyny piekielne, dotąd zgoła
nie znane.</akap>


<akap_dialog>--- Opatrzyć chłopaka i trzymać pod strażą! --- rozkazał król. A zamyśliwszy się
chwilkę, wydał znów rozkaz: --- Wezwać
Jana z Tarnowa!</akap_dialog>


<akap>Ten, nie czekając wezwania, był już przed
namiotem królewskim.</akap>


<akap_dialog>--- Słyszałeś, mości kasztelanie? --- spytał monarcha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszałem wieści o ukrytych Krzyżakach po drugiej stronie rzeki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hm --- odrzekł król w zamyśleniu. ---
Zwołać radę! --- rzucił stanowczym głosem.</akap_dialog>


<akap>Kasztelan wydał stosowne polecenie. Nie
ubiegło i trzech pacierzy, przybył Witold,
wielki książę litewski, Ziemowit, książę
mazowiecki, i kilku innych.</akap>


<akap>Jan z Tarnowa, kasztelan krakowski, jako
główny doradca, stanął tuż przy monarsze.</akap>


<akap_dialog>--- Wieści o Krzyżakach po drugiej stronie rzeki coraz gęstsze --- począł król powolnym głosem, jak to miał zwyczaj przy
początku obrad. I wejrzenie skierował na
Witolda. A ten począł:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mistrz Ulryk rozłożył się z główną
swoją chorągwią, a tuż są maszyny piekielne, które z wielkich gardzieli wypluwają kule żelazne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skąd wiesz o tym, miłościwy książę? ---
przerwał król.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od tych, których wysyłam na zwiady! --- rzucił Witold na poły urażonym
głosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc to prawda? --- spytał król gorąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Umiem prawdę odróżnić od fałszu,
a wątpliwych wieści nie śmiałbym jego
królewskiej mości donosić.</akap_dialog>


<akap>A kasztelan krakowski, widząc, że się
rozmowa zaognia, jak to często między braćmi bywało, ozwał się zaraz:</akap>


<akap_dialog>--- Chętliwym wielce uchem najmiłościwszy pan słucha z waszych książęcych ust
potwierdzenia, bo przed chwilą przyniósł je
chłopak, co wpław rzekę przepłynął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzielny to jakiś chłopak, można mu
wierzyć --- przerwał Witold.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ku temu zwołałem was, miły bracie,
i was, panowie radni, aby postanowić, co
dalej czynić --- ozwał się król, poglądając
po zebranych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie czekać, aż się zbiorą, jeno uderzyć! --- zawołał gorąco Ziemowit.</akap_dialog>

<akap>Król się uśmiechnął na tę gorącość młodego jeszcze księcia, a Witold zaraz tę gorącość poparł:</akap>





<akap_dialog>--- Wszelkie układy na nic się nie zdadzą,
wyczekiwanie jeno ducha w naszych osłabi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc niezwłocznie walka! --- zawołał
Jagiełło.</akap_dialog>


<akap>I czarne niewielkie oczy tak mu zabłysły,
jak zwykle, gdy w piersi jego ogień bitwy
się rozpalał.</akap>


<akap_dialog>--- Niezwłocznie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie czekając! --- zawołali inni z wielką
gorącością.</akap_dialog>


<akap>I poczęto się zaraz naradzać, a naradzano
się w tajemnicy, z wielką oględnością, żeby
jaki szpieg krzyżacki pod namiot się podsunąwszy, narad ich nie podsłuchał.</akap>


<akap>Głównym naczelnikiem tej rady był Witold. Król zaś, oddając dowództwo oddziałów w ręce Zyndrama z Maszkowic, zwanego Słońcem, że znak ten w herbie swym
nosił, Zawiszy Czarnego z Garbowa, Floriana Jelitczyka, Jaxy Lisa, Skarbka z Góry, Staszka Sulimy i wielu innych znanych
z męstwa i wielkiej przytomności umysłu
rycerzy, sam objął główne dowództwo. Co
do Witolda, ten prowadząc Żmudź, Litwę,
Ruś i najemnych Tatarów, sam poszczególnych wodzów mianował i sam główne dowództwo miał nad nimi.</akap>


<akap>Nie chcąc swoich zastępów narażać na
pociski Krzyżaków przy przeprawie przez
rzekę, cofnięto się zaraz dnia następnego
do źródeł Drwęcy, gdzie woda, wysuszona
prawie promieniami lipcowego słońca, dawała zastępom naszym łatwe, z dala od
czujnego oka nieprzyjaciół, przejście.</akap>


<akap>I zaraz oto 13 lipca zdobyto Dąbrowno po
drugiej stronie Drwęcy.</akap>


<akap>Kilka tysięcy krzyżackich najemników
i rycerzy wzięto do niewoli, a też moc wozów z żywnością i wielką ilość koni prowadzonych luzem przez Krzyżaków.</akap>


<akap>Wziętych do niewoli Jagiełło wspaniałomyślnie obdarował wolnością, była wszakże
moc poległych i rannych, którzy na placu
boju zostali.</akap>


<akap>Wśród krzyżackich szeregów, wierny danej przysiędze, walczył z całym młodzieńczym zapałem Karol niderlandzki. Wkrótce
też został ranny.</akap>


<akap>Sala, zbierając rannych na pobojowisku,
kazała go przenieść do przeznaczonej ku
temu w pobliskiej wiosce chaty, a widząc
go wielce cierpiącego, nie pytała, kto zacz,
lecz pilnie się nim zajęła.</akap>





<naglowek_rozdzial>Zwycięstwo</naglowek_rozdzial>






<akap>Mistrz Jungingen, dowiedziawszy się o zdobyciu Dąbrowna, zawrzał gniewem.</akap>


<akap_dialog>--- Jak on śmiał, ten litewsko-polski poganin, ten lis chrześcijańską skórą powleczony coś podobnego uczynić! --- wołał w uniesieniu.</akap_dialog>


<akap>Najwięcej go to bolało, iż był pewien, że
Jagiełło, zląkłszy się jego potęgi i prowadzonych maszyn piekielnych, cofnął się ku
swojej granicy.</akap>


<akap_dialog>--- Byłem pewien, że się ukorzy, że przyśle prosić o pokój, że bez narażania się na
straty posiędę nowy szmat ziemi, a ten...</akap_dialog>


<akap>I splunął, nie znajdując dość dosadnego
wyrazu na wypowiedzenie swego gniewu.</akap>


<akap_dialog>--- Poległ także Karol niderlandzki ---
rzekł Frydrych von Ulmen, który, jako marszałek, nie odstępował mistrza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co?! --- zawołał tenże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, obdarowani wolnością jeńcy widzieli go na placu boju --- odrzekł marszałek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mogli go zabrać, choćby nieżywego,
kiedy ten głupi królik kazał im wracać. ---
Zaśmiał się ironicznie i rzekł: --- Po co się
ten śmierdziel rwał do wojny, po co?</akap_dialog>


<akap>W duszy zaś myślał sobie:</akap>


<akap>,,Dobrze, że poległ, prędzej jego ziemię
posiądziemy!"</akap>


<akap_dialog>--- Zresztą, mniejsza o niego --- dodał
głośno. --- Zapłacisz ty mi, mysi królu, i ty,
przewrotny Witoldzie, za wszystkich! Noga
z waszych pachołków, co ich nazywacie rycerzami, nie zostanie! Po wiek wieków będą
opłakiwać wasze niewiasty poległych i niewolników! Jeno tych dwóch, Jagiełłę i Witolda, muszę mieć w swoich rękach! Tych
mi oszczędzać!...</akap_dialog>


<akap>I wydawał rozkazy do niezwłocznego marszu ku Lubawie.</akap>


<akap_dialog>--- Nie spodziejesz się, ty przechero, jak
ci zmiotę twoje potężne wojsko, a z głowy
zedrę koronę! --- odgrażał się dalej.</akap_dialog>


<akap>I 14 lipca, pewny zwycięstwa, zjawił się
niespodziewanie z olbrzymimi siłami naprzeciw wojsk Jagiełłowych.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1358205488248-22459946"/><motyw id="m1358205488248-22459946">Przywódca</motyw>--- Mieć w pogotowiu kajdany! --- wołał
Jungingen.</akap_dialog>


<akap>I z nadzwyczajną sprawnością i pośpiechem sam objeżdżał wszystkie główniejsze
chorągwie, tak że cudzoziemscy rycerze mówili:</akap>


<akap_dialog>--- Ten urodzony na wodza!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pod takim łacno zwyciężyć!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A choćby głowę położyć, też sława ---
dodawali inni.</akap_dialog>


<akap>Jagiełło inaczej zupełnie przyjął wieść tak
o zwycięstwie pod Dąbrównem, jak i o nagłym zjawieniu się wojsk nieprzyjacielskich.
Niechętny zrazu do walki, teraz, po pierwszym zwycięstwie, rozgorzały niepohamowaną jej żądzą, powstrzymywał jeno przyrodzoną swą ku niej gorącość.</akap>


<akap_dialog>--- Nim ją rozpocznę, trzeba podziękować Najwyższemu za zwycięstwo i o dalsze błagać --- rzekł i do wysłuchania mszy
świętej o świcie 15 lipca się sposobił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uderzyć nie zwlekając! Uderzyć, nim
się nieprzyjaciel opatrzy! --- wołał Witold.</akap_dialog>


<akap>A król, skinąwszy ręką, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Sposobić się do boju. Nim wszystko
będzie gotowe, ja oddam siebie, ziemię tę
i naród w opiekę Najwyższego.<end id="e1358205488248-22459946"/></akap_dialog>

<akap>Słuchał więc z pobożnością ofiary, a świt
poranny promieniami zorzy oświecał purpurą modlącego się króla i jego niezliczone
szeregi.</akap>





<akap>A Zyndram z Maszkowic sprawiał wojska
koronne i ustawiał je w szyki. A Witold
toż samo czynił z litewskimi i ruskimi.
Czyniono to z wielkim pośpiechem, jednak
nim wszystko doprowadzono do należytego
porządku, słońce już wzbiło się ku górze.
Wzbiło się, lecz jakimś zasmuconym, jakby
mgłą przysłoniętym okiem na świat poglądało.</akap>


<akap>A król po wysłuchaniu mszy świętej z nieodstępnym pocztem oddalił się na pagórek
między lasami położony i z zadowoleniem
poglądał na ustawione w bojowym szyku
szeregi. A jednocześnie przez wielką lunetę,
otrzymaną w darze od mistrza Jungingena,
kiedy to chciał zawrzeć ugodę, poglądał
w dal na pola.</akap>


<akap>Teraz przez ową lunetę dojrzał Jagiełło,
że tenże sam mistrz rozłożył się ze swymi
wielkimi wojskami między wsią Grunwaldem a Tannenbergiem. Zapałały więc królowi oczy jeszcze większym ogniem, a w piersi zakołatała jeszcze większa żądza natychmiastowego boju. Ale przedtem jeszcze
rozdawał rycerskie pasy, co było jakby
mianowaniem młodzieniaszków na rycerzy.
Pierwszy raz szli oni na nieprzyjaciela,
a król zachęcał ich, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Polecić się Bogu, nacierać śmiało! Bitwa, to najpiękniejsza chwila w życiu wojaka.</akap_dialog>


<akap>I błogosławił ich jako ojciec.</akap>


<akap>Ale Witold stojąc na uboczu, gotowy do
walki, dowiedziawszy się, czym się król
zajmuje, szemrał:</akap>


<akap_dialog>--- Właśnie też czas na takie zabawy!</akap_dialog>


<akap>I niecierpliwił się coraz więcej. A król
począł wdziewać zbroję i sposobić się, aby
stanąć na czele. Miał złocistym hełmem
okryć głowę, gdy dano mu znać, że dwaj
krzyżaccy heroldowie proszą o posłuchanie.</akap>


<akap_dialog>--- Niechaj się stawią! --- rozkazał Jagiełło.</akap_dialog>


<akap>A przez myśl mu przebiegło:</akap>


<akap>,,Zwycięstwo pod Dąbrównem przekonało
ich, że nie dla zabawy przyszliśmy tutaj!
Chcą pewnie zgody, ale... "</akap>


<akap>Myśl tę przerwało wejście posłów krzyżackich. Prócz mieczów, które mieli przy
boku, każdy z nich dźwigał jeszcze miecz
wielki, ciężki, z skórzanej pochwy sterczący.</akap>


<akap>Jagiełło zmierzył ich badawczym wzrokiem, a starszy z przybyłych nie zwlekając
począł:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1358205640014-2954212110"/><motyw id="m1358205640014-2954212110">Broń</motyw>--- Najmiłościwszy nasz mistrz, Ulryk von
Jungingen, przysyła te oto dwa miecze, jeden dla ciebie, najmiłościwszy monarcho,
drugi dla Witolda, wielkiego księcia litewskiego, abyście się mieli czym bronić...</akap_dialog>


<akap>Krew zawrzała w Jagielle na to urągowisko, oczy zabłysły, zdało się, że iskry
z nich sypną, powstrzymał się jednak,
a obróciwszy się do otaczających go dostojników i porozumiawszy z nimi wzrokiem, spokojnym rzekł głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Mieczów u nas dostatnio, przyjmujemy wszakże dar z wdzięcznością. Zdadzą
się na wasze karki.<end id="e1358205640014-2954212110"/></akap_dialog>


<akap>Po czym odwrócił się plecami, a posłowie
wynieśli się, nic już nie mówiąc. Przyprowadzono ich w milczeniu aż pod sam ich
obóz, nie pozwalając rozglądać się wśród
ustawionych szeregów, podejrzewając, iż
przyszli przepatrzeć nasze siły, co bodaj
z tego wszystkiego najpewniejsze.</akap>


<akap>Jagiełło, zacisnąwszy zęby aż zgrzytnęły,
uspokoił się wreszcie i począł dawać rozkazy do bitwy.</akap>
<akap>Siadł też na cisawego konia, przedniej
okazałości i wielkiej cnoty rumaka, i chciał
stanąć na czele. Wtedy zaczęto mu przedkładać:</akap>


<akap_dialog>--- Najmiłościwszy monarcho, owi dwaj
heroldowie krzyżaccy nie po co innego
przyszli, jeno żeby przyjrzeć się waszemu
obliczu, a potem na was wszelkie swoje siły
skierować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bodaj żywcem mistrzowi dostawić --- dodawano.</akap_dialog>


<akap>Długo nie chciał król ustąpić i chciał iść
osobiście na czele, gdy jednak czas ubiegał,
a wojsko z niecierpliwością oczekiwało na
znak bitwy, król dał się ubłagać i z oddziałem, w którym był pisarz nadworny, młody
Zbyszko z Oleśnicy, i wielu innych, stanął
na wzgórzu, skąd wszelkie ruchy i obroty
walki mógł widzieć jak na dłoni. I oto zabrzmiała pieśń:</akap>





<poezja_cyt><strofa>
Bogurodzica, Dziewica,/
Bogiem sławiona Maryja...
</strofa></poezja_cyt>



<akap>I pieśń tę jedna chorągiew podawała drugiej, a z tysiąca piersi płynął jeden zgodny
dźwięk. I zdawało się, że całe przestworze
pieśń tę powtarza, a głos jej płynie tam,
w górę, ku niebu. A chorągwi tych była
moc wielka, a szły jakby nie do boju, lecz
na jakąś wielką uroczystość.</akap>


<akap>Aż oto ozwało się hasło. Trębacze królewscy je głosili. A za nimi powtórzyli trębacze wszystkich chorągwi. I szedł ów głos
z lewego skrzydła, którym dowodził Zyndram z Maszkowic, do prawego, gdzie Witold stał na czele swych litewskich i ruskich
hufców. A stamtąd zwrócił się odgłos trąb
do środkowych chorągwi z Ziemowitem,
księciem mazowieckim, na czele. Trębacze
powtórzywszy hasło, krótkim, urywanym
dźwiękiem je zakończyli. Umilkły dźwięki,
echo rozniosło je w najodleglejsze szeregi.</akap>


<akap>I zrobiła się cisza. <begin id="b1358262414611-649373124"/><motyw id="m1358262414611-649373124">Odwaga</motyw>Cisza, jaka zwykle bywa przed burzą.</akap>


<akap>Wtem nagle z obozu nieprzyjacielskiego
rozległ się huk tak straszny, jakiego dotąd
nikt nie słyszał. I oto przestworze nagle
zakryło się dymem, zakrywając słońce, które w czwartej części dnia wyjrzało na świat
ciekawie. Dym dziwnie smrodliwy napełnił
przestworze i mimo wielkiej odległości doszedł do Jagiełłowego obozu. Był to huk
nie znanych dotąd armat, którymi Krzyżacy
chcieli przestraszyć naszych wojowników.
Lecz, o dziwo, konie miasto<pe><slowo_obce>miasto</slowo_obce> (tu daw.) --- zamiast.</pe> z lękiem się cofnąć, leciały naprzód jak szalone. Wojownicy z podniesionym mieczem i okrzykiem:
,,Bóg z nami", rzucili się bez pamięci na
pierwsze szeregi nieprzyjacielskie. Zrobił
się szczęk, zgrzyt, szum, łoskot.<end id="e1358262414611-649373124"/> Zwierz
przestraszony krył się w najciaśniejsze nory swego legowiska. Ptaki przelękłe unosiły
się w górę lub oszołomione padały na ziemię. Drzewa zdziwione hukiem i łoskotem,
dotąd nie znanym, zamilkły wstrzymując
szum swych gałęzi.</akap>


<akap>Zawrzała walka. Walka tak straszna, jak
gdyby nie ludzie, lecz obdarzone nadzwyczajną siłą bajeczne olbrzymy ją wiodły.
Rycerz z rycerzem się zmagał, pierś o pierś
uderzała, szczęk mieczów, huk toporów,
świst, łamanie pancerzy, dzid i włóczni
mieszały się z okrzykami i wymysłami wzajemnymi, z jękiem rannych, rżeniem i charczeniem koni. Padał jeden zastęp, wyrastał
z obu stron drugi jakby spod ziemi.</akap>


<akap>Król, stojąc na uboczu, wielkim głosem
zachęcał do walki, dawał rozkazy.</akap>


<akap>Witold z podniesionym do góry mieczem,
z obnażoną z hełmu głową z nadzwyczajną
szybkością przelatywał przed szeregami.
Z rozwichrzonym włosem, z pałającymi
oczyma, w fioletowoczerwonej szacie kryjącej pod sobą zbroję był jako nadziemskie
zjawisko. Żmudzini, którzy oblicza jego nie
znali, mówili:</akap>


<akap_dialog>--- Perkun<pe><slowo_obce>Perkun</slowo_obce> (mit. bałtyjska) --- bóg ognia i pioruna, czczony przez daw. Litwinów. </pe>, sam Perkun stanął do wojny.</akap_dialog>


<akap>I choć niektórzy pierwszy raz stawali na
polu walki, choć piersi ich i ramiona miasto<pe><slowo_obce>miasto</slowo_obce> (tu daw.) --- zamiast.</pe>
zbroi okryte były jeno włochatą skórą zwierza, szli jednak do boju z wielką zaciętością,
innym nie ustępując. Lecz natarcie krzyżackie było zbyt umiejętne i gwałtowne. Szerzyli oni wśród nieprzywykłych do boju
straszne zniszczenie.</akap>


<akap>Padł pierwszy szereg. I oto nagle nieszczęśliwych opanował jakiś niebywały lęk.</akap>


<akap_dialog>--- Litwa ucieka! --- zabrzmiał jakiś głos
złowrogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żmudź pierzchnęła! --- powtórzyli inni.</akap_dialog>


<akap>Głos ten doszedł Witolda, doszedł wytrawnych wodzów. Witold w zapamiętaniu
chciał biec za nimi, zawrócić, od sromu<pe><slowo_obce>srom</slowo_obce> (daw.) --- wstyd.</pe>
uchronić. Jedno wszakże spojrzenie, jeden
rzut oka na pozostałe szeregi opamiętał go
wkrótce. Pozostał dając dalsze rozkazy.</akap>




<akap>A Krzyżacy puścili się za uciekającymi,
siekąc, bijąc, zabierając w niewolę.</akap>


<akap>Opamiętali się uciekający.</akap>


<akap_dialog>--- Mamy ginąć, gińmy jako rycerze! --- 
rzucił ktoś z uciekających.</akap_dialog>


<akap>I zwracać się poczęli.</akap>


<akap><begin id="b1358262816584-3884143333"/><motyw id="m1358262816584-3884143333">Honor</motyw>A oto po jednej złej wieści nadchodziła
druga. Chorągiew z białym orłem w ręku
Krzyżaków.</akap>


<akap_dialog>--- Co, chorągiew?! --- zawołano głosem
rozpaczy.</akap_dialog>


<akap>I jak wicher rzucono się ku jej obronie.
Nie! Chorągiew nie dostała się jeszcze w ręce nieprzyjaciół. Wytrącono ją jeno z rąk
Marcina Wrocimowskiego, chorążego krakowskiego.</akap>

<akap>
Sam król, ujrzawszy ze wzgórza zniknięcie godła narodowego, zakrył oczy, a jednocześnie całą siłą swych potężnych piersi
wołał:</akap>


<akap_dialog>--- Bronić! Bronić!</akap_dialog>


<akap>Bronili jej bez tego rozkazu.</akap>


<akap>Chorąży krakowski, pod którym konia
zabito, zdołał ją pochwycić, a dosiadłszy konia, z którego zrzucił Krzyżaka, podniósł
ją w górę z okrzykiem radości. Okrzyk ten
wszystkie piersi powtórzyły.</akap>


<akap_dialog>--- Boże, niechaj ci będą dzięki za uratowanie czci naszej! --- zawołał w uniesieniu
Jagiełło.<end id="e1358262816584-3884143333"/></akap_dialog>


<akap>I oto po tej smutnej chwili nadchodzić
zaczęła radosna.</akap>


<akap>Bój wrzał gwałtowny. Zda się, ostatek sił
każdy oddawał. <begin id="b1358265091947-3561916133"/><motyw id="m1358265091947-3561916133">Strój</motyw>Wtem wśród niebywałych
tumanów kurzu, wznoszącym się spod kopyt
końskich, pojawiać się zaczynały białe
płachty w przestworzu. To wicher bitwy
unosił strzępy krzyżackich płaszczy. Po
takichże szmatach stąpały konie rycerzy,
pławiąc się jednocześnie we krwi szeroko
rozlanej.<end id="e1358265091947-3561916133"/> Deszcz drobny ochładzać począł
powietrze, rozpraszać tumany kurzu, dając
swobodniejszy oddech znużonym piersiom.</akap>


<akap>Zwycięstwo przechylało się na naszą
stronę.</akap>


<akap>Wtem nowy okrzyk zgrozy rozległ się od
strony wzgórza, gdzie król z niewielkim
oddziałem się znajdował.</akap>


<akap>Dojrzano Jagiełłę z obozu nieprzyjacielskiego. Znakomity jeden rycerz niemiecki,
Dyppold Kekeritz, w otoczeniu kilkunastu
ludzi wdarł się na wzgórze i pochyliwszy
włócznię, pędził wprost na króla.</akap>


<akap>Król z podniesioną włócznią czekał na
niego spokojnie, ale nim rycerz dotarł, młody pisarz kancelarii królewskiej, Zbyszko
z Oleśnicy, odłamem drzewca z włóczni,
który trzymał w ręku, ugodził w bok Niemca i zwalił go z konia. Rycerstwo otaczające
monarchę rozsiekło śmiałka.</akap>


<akap>Gdy Jagiełło pojrzał na główne pole walki, już ujrzał inny obraz. Całe pole zasłane trupami krzyżackimi. Zyndram, Witold
i wielu innych dowódców dokazuje cudów.
Najmłodsi rycerze nie pozwalają się wyprzedzić. Nawet pospolitaki walczą z najwyższą, nie dającą się opisać zaciętością.
Nikt na nic nie zważa, dąży jeno do pokonania nieprzyjaciół. Szyk bojowy złamany,
bezład, ale walka wre, kipi i wśród onego
nieładu zwycięża. Ciała krzyżackie padają
jak rażone gromem. To grom wylatujący
z dłoni naszych rycerzy. Poległych i rannych polskich rycerzy stosunkowo niewielu.</akap>


<akap_dialog>--- Wielki mistrz zabity! --- wołają rozpaczliwe głosy krzyżackich zastępów.</akap_dialog>


<akap>I poddają się, nie widząc już dla siebie nic
prócz pogromu.</akap>


<akap>Ziemowit, książę mazowiecki, spojrzawszy
na wielkiego mistrza, z pogardliwym politowaniem kazał go podjąć z ziemi. Ale inni
dostojnicy tarzają się we krwi własnej, charkocząc śmiercią straszliwie.</akap>


<akap_dialog>--- Markward, komandor brandenburski,
sromotnie arkanem<pe><slowo_obce>arkan</slowo_obce> --- bicz, sznur, używany przez Tatarów do walki; lasso.</pe> ściągnięty z konia!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zygfryd, dowódca roty, ma odciętą
głowę! --- wołają w największym lęku niedobitki krzyżackie.</akap_dialog>


<akap>I tak dalej, i dalej.</akap>


<akap>Popłoch wśród Krzyżaków ogólny. Ci, co
nie polegli, zabrani do niewoli.</akap>


<akap_dialog>--- Klęska! Klęska! --- powtarzają zdławionym głosem.</akap_dialog>


<akap>I garstka niedobitków ucieka. Na polu,
jak okiem sięgnąć, krzyżackich ciał mnóstwo. W niewoli tysiące.</akap>


<akap_dialog>--- Zwycięstwo! --- głoszą piersi naszych
wojowników.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1358265283777-1092956821"/><motyw id="m1358265283777-1092956821">Wino</motyw>A byli i tacy, co znużeni bitwą, dostawszy
się do obozu krzyżackiego, poczęli chwytać
łupy, chłodząc się winem przywiezionym
w mnogich beczkach przez pewnych zwycięstwa Krzyżaków.</akap>


<akap_dialog>--- Kto wyciągnie dłoń po łup lub pokosztuje krzyżackiego wina, śmierć temu! ---
wydał rozkaz Jagiełło wzburzonym głosem. --- Roztrzaskać beczki, niech wino
wraz z ich krwią użyźni nam ziemię! ---
rozkazał dalej. I upojony znojnym, lecz
szczęśliwie kończącym się dniem, wołał rozpromienionym głosem:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zwycięstwo! Zwycięstwo!<end id="e1358265283777-1092956821"/><end id="e1358265274456-862007381"/></akap_dialog>


<akap>A Witold, uznojony walką, w pokrwawionej szacie, w blaskach zachodu wyglądał jak prawdziwy bóg wojny. Nie wołał
wprawdzie głosem, lecz każde drgnienie jego twarzy, każdy włos rozwiany, każdy
błysk oczu wyrażał: zwycięstwo, zwycięstwo!</akap>


<akap>I wszyscy dowódcy, każdy wojownik, aż
do ciurów obozowych, wołali pełną piersią:</akap>


<akap_dialog>--- Zwycięstwo!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1358265325328-1818092327"/><motyw id="m1358265325328-1818092327">Zwycięstwo</motyw>Nawet ci, co legli na polu walki, gasnący
wzrok podnosili ku niebu, szepcząc:</akap>


<akap_dialog>--- Zwycięstwo...<end id="e1358265325328-1818092327"/></akap_dialog>


<akap>Jeno Sala, jakkolwiek oczy jej świeciły
blaskiem rozradowania, nie miała czasu radości tej objawiać. Do chat wieśniaczych
znoszono rannych, a ona jak anioł pocieszyciel koiła ich cierpienia.</akap>


<akap>A słońce, które kilkakrotnie wśród dnia
się wahało, czy ukazać swe promienne oblicze, teraz wielkim złotopurpurowym blaskiem oblewało uznojonych walką a upojonych zwycięstwem Jagiełłowych rycerzy.
I tymiż samymi blaski przeglądało się w rozlanej krwi, rzucając ostatnie promienie zachodu na zasłane trupami obozowisko
Krzyżaków.</akap>







<naglowek_rozdzial>Zwyciężeni i zwycięzcy</naglowek_rozdzial>





<akap>Miłościwy panie, ojcze! --- wołał zdławionym głosem Hilt,
wpadając do izby Henryka
Leuchtera, który, jako obciążony wiekiem, pozostał
w Malborku, nie biorąc
udziału w wyprawie.</akap>


<akap_dialog>--- Czego wrzeszczysz?! ---
zgromił go komtur, który właśnie oddawał
się poobiedniej drzemce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nasi wracają --- wykrztusił zdławionym głosem knecht.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bić we wszystkie dzwony, głosić zwycięstwo! --- porwał się starzec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Klęskę... --- odrzekł Hilt przyciszonym
głosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak śmiesz podobne wymawiać słowo! --- zawołał komtur, przystępując z podniesioną pięścią do niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nim jego miłość mnie uderzy, niech
sam raczy zobaczyć.</akap_dialog>


<akap>Komtur wybiegł śpiesznym krokiem z komnaty. I oto na wielkim podwórcu uderzył
go widok niespodziewany. Kilkunastu krzyżackich wojowników zbiedzonych, okrytych
pyłem leżało pod murem.</akap>


<akap>Nie kazał żadnego wołać, sam podszedł
ku leżącym. Podniósł jeden z nich głowę,
spojrzał i odwrócił się, jak gdyby wzrok
pytający komtura ból mu zadawał.</akap>


<akap_dialog>--- Co zacz, co? --- nalegał starzec.</akap_dialog>


<akap>I długo powtarzał pytanie, nim jeden
z przybyłych powstał i chrapliwym wyrzucił
głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Klęska!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co, jak, opowiadaj! --- mówił trzęsącym się głosem komtur.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wielki mistrz zabity!</akap_dialog>


<akap>Leuchter podniósł ręce do góry i tak oniemiał, że długą chwilę słowa wyrzec nie
mógł.</akap>


<akap_dialog>--- Niepodobna, niepodobna! --- zawołał
wreszcie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jednak zabity --- powtórzył któryś
z przybyłych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mów, mów, jak to było? --- nalegał
komtur.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wielki mistrz do ostatniej chwili nie
mógł uwierzyć, że to polskie mrowie tak
nam na kark wsiądzie --- począł Krzyżak ---
a gdy na wszystkie strony nas obiegło i nasi padali jak muchy, mistrz stanął na czele
szesnastu chorągwi. Błagali go rycerze, aby
z życiem uchodził, lecz Ulryk z gniewem
wszystkich odsuwał, mówiąc: ,,Zwyciężę lub
zginę!"</akap_dialog>


<akap>Groza przebiegła wszystkich, opowiadający zamilkł na chwilę, wzruszenie nie pozwalało mu mówić. Wreszcie, zaczerpnąwszy powietrza, począł:</akap>


<akap_dialog>--- I zginął. Litwini, których część w pierwszej chwili pierzchnęła przed naszym naciskiem, mścili się teraz za chwilową porażkę. Witold nimi dowodził, a wiemy, co
to za wojak. Otoczyli ze wszech stron mistrza, wiatr skłębił mu płaszcz nad głową,
zdawało się, że go uratuje. Gdzie tam! Jakiś
Litwin pchnął go sulicą w szyję, drugi ciął
w ramię, inny przeszył piersi... Spadł z konia. Głowa już się wtedy jeno trochę na
karku trzymała...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I to Jungingen, Jungingen --- westchnął Leuchter.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, wielki mistrz Jungingen tarzał się
teraz we krwi swoich własnych rycerzy ---
mówił dalej Krzyżak --- a te litewskie psy
walczyły dalej, rąbiąc, kłując, wżerając się
w krzyżackie ciała jak sępy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znam ja ich --- mruknął Hilt, chwytając się za skrzywione kolano, jak gdyby go
w tej chwili otrzymana kiedyś od Litwinów
rana nagle zabolała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ze śmiercią mistrza wszystko się skończyło. Kto mógł, chronił się, uciekał. Pędzili
za nami noc całą, chwytając jak dzikiego
zwierza na długie sznury... Ledwie nam się
oto z życiem ujść udało --- kończył znów
jakiś niedobitek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A inni, inni? --- wołał komtur.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tam --- wskazał ktoś ręką w stronę
Grunwaldu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadaj wyraźnie, biją się?! --- wrzeszczał Leuchter.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto?! --- zawołał z urągowiskiem opowiadający i dziko się roześmiał.</akap_dialog>


<akap>A zaraz któryś znów podjął:</akap>


<akap_dialog>--- Jedni, posiekani, leżą między Grunwaldem a Tannenbergiem, inni w niewoli,
garstka poranionych, wzięta przez tych miłosiernych Polaków do opatrunku, wyje
z ran i hańby.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niepodobna, niepodobna! --- wołał
komtur, chwytając się za głowę.</akap_dialog>


<akap>A Hilt, wykrzywiwszy twarz jakimś nieokreślonym wyrazem, przestępował z nogi
na nogę i mruczał:</akap>


<akap_dialog>--- Wszystko dlatego, że mnie tam nie
było.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hańba! --- dał się słyszeć głos zdławiony.</akap_dialog>


<akap>I każdy ze zgrozą one wyrazy powtarzał.
Jeden tylko z przybyłych nie rzekł ni słowa, jeno rozpatrując się bacznym okiem po
wszystkim, uparcie milczał. Ale inni, jeden
po drugim dźwigali się, wstawali i patrząc
błędnym okiem, powtarzali:</akap>


<akap_dialog>--- Hańba! Klęska!</akap_dialog>


<akap>I naraz w obszernym podwórcu malborskiego zamku słychać było jeno:</akap>


<akap_dialog>--- Klęska! Hańba!</akap_dialog>


<akap>Wyrazy te, wypowiadane grobowym głosem, rozlegały się głuchym echem, przylegały do grubych murów, a echo roznosiło
je po innych podwórcach i zaułkach.</akap>


<akap>I oto nim księżyc zdołał twarz swą pyzatą
ukazać, którą poglądał na wychodzące pewne zwycięstwa zastępy Jungingena, w tychże samych podwórcach, przepełnionych głośną wrzawą rycerską i rycerską pieśnią, teraz brzmiały jeno ponure słowa:</akap>


<akap_dialog>--- Klęska! Hańba!</akap_dialog>


<akap>A Henryk Leuchter wołał wciąż bezprzytomnie:</akap>


<akap_dialog>--- Niepodobna, niepodobna! --- Aż opamiętał się wreszcie i rozkazł: --- Przeprowadzić przybyłych do komnat w lewym skrzydle, pożywić, niech wypoczną! --- I zaraz
dodał: --- Po wypoczynku inaczej może tę
rzecz przedstawią?</akap_dialog>


<akap>A w myśli mówił:</akap>


<akap>,,Ale mistrz Jungingen! Mistrz Jungingen!... Zaraz sobie myślałem, że ta przewrócona ława i strzaskany puchar niedobrze
wróżą".</akap>


<akap_dialog>--- Czyżby to już być miały jeno zgliszcza
Zakonu?! --- rzucił zdławionym głosem.</akap_dialog>


<akap>I wolnym, chwiejącym się krokiem powlókł
się do swej komnaty, powtarzając ciągle: ---
Niepodobna, niepodobna!</akap>


<akap>Jednocześnie w obozie polskim upojeni
zwycięstwem rycerze składali przed monarchą zdobyte chorągwie. A była ich taka
moc, że wielką przestrzeń wzdłuż i wszerz
nimi założyli.</akap>


<akap>Przyprowadzono też znakomitszych jeńców krzyżackich, a między innymi księcia
Kazimierza szczecińskiego, który niedawno
przyjaźń Polsce przysięgał. Teraz nie śmiał
oczu podnieść na Jagiełłę, odwracał głowę,
sromając<pe><slowo_obce>sromać się</slowo_obce> (daw.) --- wstydzić się.</pe> się, a może i lękając, że za niedotrzymanie przysięgi sroższa go czeka kara.
Lecz król spojrzał jeno na niego przenikliwym wzrokiem i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Bóg zawsze sprawiedliwy.</akap_dialog>


<akap>I odwrócił się, by innym jeńcom się przyjrzeć. Przebierał przy tym, według swego
zwyczaju, palcami lewej to prawej ręki,
jakby chciał onych policzyć. Aleć i palców
nie stawało, a coraz innych przed oblicze
królewskie stawiano.</akap>


<akap>Aż oto i poległych znamienitszych Krzyżaków u stóp monarszych składać poczęto.</akap>


<akap>Więc byli tam między wieloma i Dyppold
Kekeritz, ów, co to na życie króla godził;
i Henryk komtur, jeden z najdumniejszych
i najzaciętszych wrogów Polski; i Markward,
komandor brandenburski, z przewróconymi
w straszliwy sposób oczyma, ów, co go to
ściągnął Tatar z konia arkanem; i wielki
skarbnik, Tomasz Mercheim; i Fryderyk
Wallenrod, marszałek Zakonu, i wielu, wielu innych, których i zliczyć trudno, a którzy, przybywszy z rozmaitych narodów na
wezwanie wielkiego mistrza, miasto<pe><slowo_obce>miasto</slowo_obce> (tu daw.) --- zamiast.</pe> sławy
i bogactw śmierć znaleźli.</akap>


<akap>Oto Litwini przywlekli i samego sprawcę tej wielkiej wojny, dumnego Ulryka
von Jungingena. Oblany posoką, skąpany
w krwi i błocie, z poszarpanym płaszczem,
podziurawiony jak sito, z trzymającą się na
kawałku skóry, zwisającą głową, leżał teraz gorzej niż niektóry z najostatniejszych
knechtów albo i zwierz powalony oszczepem. A Jagiełło, spojrzawszy nań, westchnął i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Ten wielekroć obietnice łamał, dziś rano puszył się jeszcze nadzwyczajną potęgą,
a oto sprawiedliwość Najwyższego nad nim
zawisła. --- I odwróciwszy wzrok od tego
wstrętnego widowiska, rozkazał: --- Obmyć
i odnieść ciało do krzyżackiej stolicy. ---
I ręką wskazał w stronę Malborka.</akap_dialog>


<akap>Deszcz rzęsisty, który kilkakrotnie siał
mgłą podczas bitwy, lunął teraz całym strumieniem. Ochłodził on uznojonych rycerzy
i zakończył dzień 15 lipca 1410 roku tak
pamiętny w dziejach nie tylko krzyżackich
i polskich, lecz bodaj całego świata. I ukoił
do snu uznojonych pracą całego dnia rycerzy.</akap>


<akap>Jeno książę Witold nie mógł zasnąć.
Dziwne uczucia nim miotały.</akap>


<akap>,,Mnie to się należy cześć za główne zwycięstwo, a tamtemu ją składają" --- myślał.
To znów: ,,Z potęgą Polski wzniesie się potęga Litwy i Żmudzi. Tak, ale ja zawsze
będę jeno drugi, nie pierwszy".</akap>


<akap>I przewracał się z boku na bok na łożu
z mchu, pod zdobytym na wielkim mistrzu
namiotem.</akap>


<akap_dialog>--- Pomściłem się za wszelkie hańby
i okrucieństwa. Powinienem się tym nasycić... --- starał się uspokoić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jednak... --- szeptał mu znów głos
jakiś.</akap_dialog>


<akap>Aż i jego sen dobroczynny ukołysał.</akap>


<akap>I cisza się zrobiła. Słychać było jeno oddech śpiących, a przy zapalonych pod rozłożonymi namiotami pochodniach pisarze
królewscy spisywali wypadki dnia, ażeby
im nic nie wyszło z pamięci.</akap>


<akap>A tam, nad pobojowiskiem, krążyła moc
żarłocznego ptactwa, aż spadła wielką czarną chmurą, sprawiając sobie wielką ucztę
z ciał poległych.</akap>


<akap>Świt zapowiadał dzień pogodny. Rumiane
zorze rozsyłały purpurowe promienie, aż
i złotofioletowe słońce wstawać poczęło.
Z nim poczęło się budzić życie w całym
obozie. Ten i ów przecierał oczy i głośnym
ziewnięciem przyprowadzał do porządku
uśpione spoczynkiem myśli.</akap>


<akap>Król najpierwszy był na nogach. Kazał
też zaraz gotować się do dziękczynnej ofiary. Z wielką okazałością, na ustawionych
wojennych bębnach i zdobytym na Krzyżakach rynsztunku, zbudowano ołtarz. Chorągwie zdobyte nad nim powiewały. Arcybiskup Mikołaj Trąba odprawiał mszę świętą. Cały obóz z królem, księciem Witoldem
i przedniejszymi wodzami na czele słuchał
jej w wielkim skupieniu. Na zakończenie
arcybiskup zaintonował <tytul_dziela>Święty Boże</tytul_dziela>.</akap>


<akap_dialog>--- <wyroznienie>Święty mocny, święty a nieśmiertelny</wyroznienie> --- powtórzyli za nim niżej będący. Aż
wreszcie ze wszystkich piersi buchnęło: ---
<wyroznienie>Zmiłuj się nad nami</wyroznienie>!</akap_dialog>


<akap>I echo pieśń tę rozniosło po polach i gajach, podzwaniając ją w najodleglejsze
strony.</akap>


<akap>Po rannym posiłku, który się wiernie należał wygłodzonym wczorajszego dnia żołądkom, król zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Godzi się wszystkie ciała, tak nasze, jako i nieprzyjacielskie, uczciwie pogrześć<pe><slowo_obce>pogrześć</slowo_obce> (daw.) --- pogrzebać.</pe>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boga mi, godzi! --- ozwali się wszyscy
panowie radni.</akap_dialog>


<akap>I oto na cmentarzu w Tannenbergu poczęto kopać wielkie mogiły.</akap>


<akap>W pracy tej ciurom i sługom obozowym
dopomagał lud okoliczny, nasłuchując, czy
dłoń zwycięzców nie będzie tak groźna, jak
krzyżacka. Uspokajano ich, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Pod rządami króla Władysława Jagiełły nikt ucisku nie doznaje.</akap_dialog>


<akap>Niezwłocznie też król do Krakowa, do
królowej Anny Cylejskiej, co to była wnuczką Kazimierza Wielkiego, jako też do
państw sąsiednich wysłał gońców z oznajmieniem o odniesionym zwycięstwie.</akap>


<akap><begin id="b1358265986137-3412175743"/><motyw id="m1358265986137-3412175743">Uczta, Jedzenie</motyw>Pod wieczór, na zbitych ze ściętych drzew
stołach, zastawiono ucztę. Ucztę, która się
zwycięzcom słusznie należała. Nie miano
kłopotu z gromadzeniem chleba, mięsa i rozmaitych przysmaków. Dostarczyły ich wozy, przez Krzyżaków przyprowadzone.</akap>


<akap>Prowadziłyć z sobą i wojska Jagiełłowe,
i zastępy Witolda zapasy żywności i na czas
wojny byłoby ich wystarczyło, ale o takich
przysmakach, jakie poległy wielki mistrz
kazał prowadzić, nikomu się nawet nie śniło. Ba, toć i przybywający do Malborka ze
wszystkich stron zachodniej i południowej
Europy rycerze wieźli też z sobą specjały
używane wyłącznie w ich krajach.</akap>


<akap>Nie brakło więc ani olbrzymich ryb solonych i wędzonych, ani też malusieńkich,
w oliwie pływających, których maleńkości
wydziwić się nasi rycerze nie mogli. Nie
brakło i wielkich udźców ze zwierza, w ogóle nad Wisłą nieznanego, ani też owoców
w wielkich beczkach ugniecionych, a tak
słodkich, iż niejednemu aż ta słodycz niemiła się wydawała. A chociaż wiele beczek
wina w krew wylano, ostałoć jeszcze kilkanaście z dala za obozem trzymanych, a najprzedniejszego, snadź dla samego wielkiego mistrza i czoła gości przeznaczonego.
A na ucztę tę zaprosił zabranych do niewoli: Kazimierza, księcia szczecińskiego,
i Konrada Białego, księcia na Oleśnicy.<end id="e1358265986137-3412175743"/></akap>


<akap>Ci, jako przyuczeni do zbytku w jadle
i napojach w Malborku, niczemu się zgoła
nie dziwowali wiedząc, jak się wziąć do podawanych potraw. Nasi rycerze tymczasem
nie tylko z podziwem i nieufnością na niektóre dania poglądali, lecz nie wiedzieli nawet, jak się do jadła zabrać. Jeno z małmazją każdy wiedział, jak sobie poczynać.
A podczas uczty Jagiełło rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Jakośmy z Kazimierzem, księciem na
Szczecinie, a toż z Konradem, księciem na
Oleśnicy, chleb połamali i puchar wychylili,
nie godzi się ich jako niewolników zatrzymywać.</akap_dialog>

<akap>Spojrzano po sobie, wielu z panów radnych niechętnie tej przemowy słuchało,
a Witold zwrócił nawet groźne, ponure wejrzenie w stronę monarchy. Lecz Jagiełło,
raz co postanowiwszy, nie ustępował, nie
ustąpił więc i teraz, a dodał:</akap>





<akap_dialog>--- Książę Kazimierzu na Szczecinie i Konradzie na Oleśnicy, wolni jesteście!</akap_dialog>


<akap>Wtedy Kazimierz podniósł napełniony
puchar i zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Szlachetność Władysława Jagiełły,
króla polskiego, niechaj po wiek wieków
słynie!</akap_dialog>


<akap>I wychyliwszy puchar, ostatnią kroplę wysączył na paznokieć dużego palca, spił ją,
pucharem zaś uderzył się trzykrotnie w głowę i rzucił go na ziemię. A książę Biały,
toż samo uczyniwszy, nie wyrzekł i słowa,
jeno westchnął z całej piersi.</akap>


<akap>Witold zaś szepnął w sobie:</akap>


<akap>,,Dobrze, że nie dodał ten przechera:</akap>


<akap>»I wielki książę litewski«, byłbym mu wielkiego księcia mieczem w gardło wpakował".</akap>


<akap>A Jagiełło, chcąc ułagodzić ponure wejrzenie stryjecznego<pe><slowo_obce>stryjeczny</slowo_obce> --- brat stryjeczny, kuzyn.</pe>, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Bracie, tobie się cały hołd za zwycięstwo należy, w twoje więc ręce piję za zdrowie wszystkich dzielnych, niestrudzonych
rycerzy.</akap_dialog>


<akap>I dotknąwszy ustami nalanego pucharu,
co oznaczało cześć, oddał go własnoręcznie
Witoldowi.</akap>


<akap>Udobruchało to nieco nachmurzone oblicze księcia i uczta zwycięzców żadnym zatargiem zakłócona nie została.</akap>


<akap_dialog>--- Spisać wszystkich znakomitszych jeńców! --- rozkazał monarcha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już uczynione! --- ozwał się młodziutki pisarz nadworny, Zbyszko z Oleśnicy.</akap_dialog>


<akap>I zbliżywszy się z należytym ukłonem, podał królowi pergamin.</akap>


<akap_dialog>--- Przeczytaj! --- rozkazał Jagiełło.</akap_dialog>


<akap>Długi to był szereg, długa też upłynęła
chwila nim wszystkich Zbyszko wyczytał.</akap>


<akap>Nie dłużyło się wszakże nikomu czytanie.
Owszem, wodzowie z wielką lubością słuchali wymienianych nazwisk najznakomitszych wszelkich krajów rycerzy. Pochlebiało im to, że za ich przyczyną tyle jest zacnego niewolnika.</akap>


<akap_dialog>--- Wziąć od nich rycerskie słowo, że na
święty Marcin powrócą, niech jadą dla załatwienia spraw swoich! --- rozkazał król.</akap_dialog>


<akap>I to nie bardzo było po myśli panów radnych, nie oponowali jednak, choć niejeden
pomyślał:</akap>


<akap>,,Rozporządza się, jak gdyby sam wszystkich do niewoli zabierał".</akap>


<akap_dialog>--- Prócz tych, co nie są zbytnio pocięci
i sami się poddawali --- mówił dalej Zbyszko --- jest jeszcze wielu znakomitych tak
szpetnie pociętych, że ruszyć się nie mogą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ci są pod opieką służby opatrunkowej,
nad którą ma pieczę Sala z Bobrownik ---
ozwał się z pewną chlubą Jan z Tarnowa.</akap_dialog>


<akap>Król uśmiechnął się i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Dzięki ci, kasztelanie, żeś o tym pomyślał.</akap_dialog>


<akap>Jednocześnie przy dalszych stołach posilał się cały zastęp dzielnych wojowników,
wynagradzając sobie post i trudy dnia wczorajszego.</akap>


<akap>A na wszystkich czołach było rozradowanie, a na wszystkich obliczach pooranych
trudami walki, począwszy od dowódców,
rycerzy, wojaków, a skończywszy na ciurach obozowych, jaśniał uśmiech zadowolenia i wielkie słowo: zwycięstwo.</akap>


<akap_dialog>--- Zwycięstwo! --- powtarzali nawet ci,
co szpetnie posiekani, leżąc na wozach lub
w chatach wieśniaczych, nie wiedzieli, czy
drugiego świtu będzie im dożyć sądzone.</akap_dialog>




<naglowek_rozdzial>To ci bestia</naglowek_rozdzial>






<akap>Ranni jeńcy pod opieką licznej wykwalifikowanej służby zdrowia, nad którą miała
pieczę Sala i jej dwie służebne, rozmieszczeni na wozach
i po chatach wieśniaczych,
nie mogli się skarżyć na
brak właściwych starań. Gdy
jednak doszła do nich wieść o poniesionej
klęsce, byli tacy, co kryli twarz, przysłaniali uszy, nie chcąc słyszeć radosnych szeptów swych towarzyszy-zwycięzców, a byli
i tacy, co usiłowali zerwać opatrunek, aby
nie stanąć twarzą w twarz z hańbą, jaka wojska krzyżackie spotkała.</akap>


<akap>Jeno Karol von Leuwarden, książę Fryzlandii, leżąc bezprzytomnie, uśmiechał się
do jakichś wizji, które mu się snadź w gorączce przedstawiały. U wezgłowia siedział
wierny Bonifacjusz, który własnymi rękami
uniósł z pola bitwy swego ukochanego wychowańca, oddając się wraz z nim w niewolę.</akap>


<akap>Sala, dzieląc starania między wszystkich,
często zatrzymywała się nad młodziutkim
księciem, przynosząc mu jakiś napój chłodzący lub badając, czy głowa jego szpetnie
posiekana nie potrzebuje nowego opatrunku. Bonifacjusz, patrząc na nią z wdzięcznością, mówił sobie:</akap>


<akap_dialog>--- Zaliż w Polsce miasto<pe><slowo_obce>miasto</slowo_obce> (tu daw.) --- zamiast.</pe> dziewek anioły
mieszkają?</akap_dialog>


<akap>Sala zaś, spełniając swe obowiązki, biegła myślą do brata, do ukochanego Kuby.
Szukała go między jeńcami wziętymi do
niewoli i rannymi na polu walki, nigdzie go
ani oko.</akap>


<akap>,,Może go nie wołali na wojnę? Może zginął? O knechta nikt się nie troszczy" --- myślała.</akap>


<akap>I do Sienichy myśl jej również często się
zwracała.</akap>


<akap_dialog>--- Co się z nią dzieje? Gdzie się obraca? --- Lecz na te pytania wicher nawet nie
odpowiadał.</akap_dialog>


<akap>I Sienicha toż samo pytanie sobie powtarzała.</akap>


<akap>Dziwić by się bodaj należało, jak jej sił
starczyło. Kręcąc się wciąż koło obozów
krzyżackich, miała jednak czas donosić
o każdym ich obrocie dowódcom żmudzkim
i litewskim.</akap>


<akap>Gdy ludzie podczas walk padali jako
drzewa leśne podcięte siekierą, starała się
im przyjść z pomocą, wlokąc nieraz rannych o kilka staj<pe><slowo_obce>staja</slowo_obce>, <slowo_obce>staje</slowo_obce> a. <slowo_obce>stajanie</slowo_obce> --- daw. miara długości, w różnych okresach i okolicach licząca od 100 do 1000 m.</pe>, do pierwszej lepszej chaty, gdzie lud okoliczny, jakkolwiek słuchający z lękiem odgłosów walki, chętnie rannym dawał schronienie.</akap>


<akap>Najwięcej jednak przebywała między
krzyżackim taborem. --- Długie nieraz wiodła
z knechtami rozmowy w niemieckim języku, którego wyuczyła się podczas pobytu
w malborskim zamku. Omijała jeno skrzętnie znanego nam Jakuba, wstręt mu okazując. Jeżeli zaś przystąpiła do niego, to zawżdy z podniesioną pięścią i groźnymi wyrazy. Lecz między te groźby umiała zawsze
wpleść przyciszone jakieś słowo, które jeno
ona i Jakub rozumieli.</akap>


<akap>Inni patrząc na te zatargi między Jakubem a Hexą<pa><slowo_obce>Hexe</slowo_obce> (niem.) --- czarownica.</pa>, jak ją nazywano, śmieli się,
mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Jakub nie ma łask u Hexy, bodaj czy
go w dziewkę albo i co gorszego nie zmieni.</akap_dialog>


<akap>Gdy klęska była już widoczna, a rozbite
szeregi i wielu z taboru rzuciło się do ucieczki, zbliżyła się do Jakuba, a poczęstowawszy go kułakiem, szepnęła jakieś słowo,
na co wyszczerzeniem białych zębów i podniesioną pięścią odpowiedział. W onej chwili mogli sobie nie zadawać nawet trudu udawania, każdy bowiem był tak zajęty ocaleniem własnej skóry, że nikt na to, co go
otaczało, nie zważał. To pewna, że Jakub
w ucieczce swej wszelkich używał sposobów, żeby nie być schwytanym. Aż oto dostał się za mury malborskiego zamku.</akap>


<akap>Słowa dobadać się z niego nie można było, lecz temu nikt się nie dziwił, boć wszyscy byli zgnębieni i mimo wypoczynku jedno mieli tylko słowo: hańba, klęska!</akap>


<akap>Ale i tego młody knecht nie powtarzał.</akap>


<akap>A stary komtur, snując się po komnatach
i podwórcach zamkowych, wciąż powtarzał:</akap>


<akap_dialog>--- Tak, to są jeno zgliszcza Zakonu. ---
A potem na pociechę wołał: --- Niepodobna! Niepodobna!</akap_dialog>


<akap>Coraz to jakiś zgłodzony, błąkający się
rozbitek krzyżacki przynosił wieści coraz
groźniejsze. Więc jeden doniósł:</akap>


<akap_dialog>--- Polacy zajęli Morąg w pruskiej marchii. A też i Dzierzgów!</akap_dialog>


<akap>A inni wołali:</akap>


<akap_dialog>--- Miasto Elbląg wysłało z hołdem do
Jagiełły, oddając mu się ze wszystkimi bogactwami w opiekę!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A także Toruń, Kwidzyń, Królewiec,
a nawet pobliski nam Gdańsk!</akap_dialog>


<akap>Że zaś wieści te przynosili rycerze, nierzadko i dowódca świadomy rzeczy, można
im było wierzyć. Rozpacz i przygnębienie
osiadało w malborskim zamku jako ona
mgła gęsta jesienna, poza którą żadna
gwiazda błyskiem swoim ciemności rozjaśnić nie mogła. Aż oto w dziesięć dni po
klęsce pod Grunwaldem doniesiono:</akap>


<akap_dialog>--- Jagiełło z nieprzeliczonym wojskiem,
a też i Witold na czele Litwinów i pogańskich Żmudzinów, zbliża się pod zamek!</akap_dialog>


<akap>Wtedy już nie tylko stary komtur, lecz ile
tylko było piersi, z wielkim jękiem powtórzyło:</akap>


<akap_dialog>--- Teraz już tylko zgliszcza Zakonu!</akap_dialog>


<akap>Aż naraz z wieżycy czatownik zatrąbił
radośniejszym głosem. Jednocześnie do bramy zakołatano gwałtownie.</akap>


<akap_dialog>--- Polacy pod bramą! --- ozwał się jakiś
głos przelękły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Witold w mury taranem uderza! ---
powtórzył ktoś naznaczony litewską sulicą<pe><slowo_obce>sulica</slowo_obce> (daw.) --- włócznia.</pe>.</akap_dialog>


<akap>I padł strach na wszystkich. Jedni kryli
się po zaułkach i lochach zamku, inni doradzali:</akap>


<akap_dialog>--- Poddać się!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poddać się, uratować życie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I tak są to już tylko zgliszcza Zakonu --- mówił Leuchter, były komtur Kwidzynia, kręcąc się bezładnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecie radośnie zatrąbiono z czatowni --- ozwał się Hilt.</akap_dialog>


<akap>Spojrzano ze zdziwieniem na knechta,
chwytając się słów tych jak zbawienia.
Wtem brama się rozwarła i Henryk von
Plauen, komtur ze Świecia, wkroczył z oddziałem kilkuset zbrojnych, zebranych ze
swej komandorii.</akap>


<akap_dialog>--- Klęska!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hańba!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeno zgliszcza wielkiego Zakonu! ---
rozpaczliwie wołano sądząc, że i on ze
swoim oddziałem uchodzi jako rozbitek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho! --- wrzasnął Plauen potężnym
głosem. --- Cicho! Jak kto powtórzy te słowa, śmierć! --- wrzasnął jeszcze groźniej.</akap_dialog>


<akap>Nagle zrobiła się cisza. Jednym oczy zabłysły, inni machnęli ręką, inni byli tak
przygnębieni, że nie odczuwali nawet najmniejszej nadziei, bo po tym, co widzieli,
czego doznali, nie wyobrażali sobie, żeby
mogła się jaka znaleźć. Jeden tylko knecht,
ów milczący i ponury, z wielkim zdziwieniem zwrócił wzrok w stronę przybyłego
komtura i cały w słuch się zamienił, chwytając też każdy ruch, każde słowo Plauena.
A ten zsiadłszy z konia, rozkazywał głosem
dowódcy:</akap>


<akap_dialog>--- Ilu was jest, pod broń!</akap_dialog>


<akap>Spojrzano zdziwionymi oczyma. Nikt się
nie ruszył.</akap>


<akap_dialog>--- Opatrywać broń, szykować się do obrony zamku! --- rozkazywał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Anton Ludwigsburg! --- wrzasnął.</akap_dialog>


<akap>Ten zbliżył się leniwym krokiem.</akap>


<akap_dialog>--- Weźmiesz, bracie, wielebny komturze,
ludzi, pójdziesz do okolicznych wiosek nie
zajętych jeszcze przez nieprzyjaciela, zbierzesz, ile się da wołów, baranów, świń i rozmaitej żywiny, a też krup, zboża, mąki.</akap_dialog>


<akap>Słuchano tych rozkazów z niedowierzaniem i zdziwieniem.</akap>


<akap_dialog>--- W tej chwili ruszać! --- rozkazał. ---
Wszystko pakować na wozy, prowadzić za
mury! --- dokończył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale skąd wozów? --- spytał nieśmiało
Anton.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mało ich we wsiach okolicznych?! ---
wrzasnął zniecierpliwionym głosem Plauen.</akap_dialog>


<akap>I rozglądał się, jakby kogoś szukając.
Wzrok jego padł na Hilta.</akap>


<akap_dialog>--- Ty, kulasie, jak ci tam?!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hilt, starszy knecht z dziesiątego podwórca, do usług jego miłości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Weźmiesz, ilu jest knechtów, zwołasz
pospolitaków i robotników z miasta, pogłębicie fosy i zrobicie jak najwyższe koło
murów nasypy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będzie spełnione według rozkazu waszej miłości --- odrzekł Hilt, uważając się za
wielce ważną w tej chwili osobę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nasypy muszą być skończone do świtu! --- rozkazał Plauen. I znów spojrzał po
patrzących na niego ze zdziwieniem. ---
A, Michel z Gołuba! Właśnie mi cię, bracie,
potrzeba! --- zawołał na jednego z Krzyżaków, który zdołał schronić się przed pogonią. --- Pójdziesz do miasta, zbierzesz co silniejszych, umiejących robić bronią mieszczan i sprowadzisz ich do zamku.</akap_dialog>


<akap>W zgnębionego Michela wstąpiła jakaś
otucha, rozglądał się za ludźmi, których
miał wziąć do pomocy.</akap>


<akap>A Plauen rzekł jakby do siebie:</akap>


<akap_dialog>--- I z tych opasłych mieszczuchów zrobię
obrońców zamku, niech jeno ich dostanę.</akap_dialog>


<akap>Po niejakiej chwili Anton Ludwigsburg
z trzema innymi wychodził za bramę.</akap>


<akap>Hilt na czele kilkunastu z łopatami
i szpadlami w ręku zabierał się do odejścia.</akap>


<akap_dialog>--- Jakub! --- krzyknął Hilt głosem dowódcy do wsłuchującego się w dalsze rozkazy Plauena. --- Nie słyszałeś, co nowy
mistrz rozkazał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nowy mistrz? --- spytał tenże zdziwiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przemówiłeś nareszcie! --- roześmiał
się Hilt. --- Ale cóż się dziwisz? Tamtego
uśmiercili Litwini czy Polacy, toć Zakon
nie obejdzie się bez następcy --- mówił głosem świadomego wszelkich spraw Zakonu. --- Nie obejdzie się też bez Hilta,
oho! --- dodał z wielką chełpliwością, kuśtykając na skrzywionej nodze.</akap_dialog>


<akap>W tej chwili trębacz ogłosił nowo przybywających. Trąba ozwała się miarowo, poważnie, z odcieniem radości, jak zwykle,
gdy witano gości.</akap>


<akap>Plauen zatarł ręce. To jeden z uformowanych przez niego po wszystkich komandoriach oddział ciągnął do zamku.</akap>


<akap>Hilt wstrzymał się ze swoimi, jakby chciał
wzrok nasycić widokiem przybywających.</akap>


<akap>Przypatrywał się im i Jakub. Przypatrywał nader ciekawie, oglądając nie tylko ludzi, lecz ich uzbrojenie i rumaki. Zdołał też
uchwycić, że z Prus, gdzie wojna nie dosięgła, nadciągnie jeszcze wielu rycerzy na
obronę Malborka. Po chwili, wielce zamyślony, udał się za Hiltem, który z miną dowódcy zebranych ludzi boczną furtą wyprowadził za mury.</akap>


<akap>Hilt przyśpieszał robotę i jak było nakazane, wschód słońca oświecił świeżo narzucone nasypy i pogłębione fosy. Nie mieli
nawet zbyt wiele do czynienia, bo zamek,
oblany z jednej strony odnogą Wisły, z dawna był doskonale obwarowany i tylko
niektóre nasypy trzeba było poprawić. Wracał więc Hilt ze swoimi z triumfującą miną,
ale gdy się rozejrzał, młodego knechta nigdzie nie było. Brakowało też pary szczudeł
do poglądania z ich wysokości na okolicę.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie się ten psia noga podział? ---
pytał robotników.</akap_dialog>


<akap>Ale nikt go przy nasypach nie widział.</akap>


<akap_dialog>--- Urwipołć, nicpoń, pasibrzuch, dawniej
do roboty był jedyny, teraz, jak powąchał
wojny i Polacy przyłożyli mu parą płazów
na skórę, zmyka od wszystkiego i kuli się
jak pies, gdy go wodą obleją! --- krzyczał
rozgniewany kulas. --- Ale ja mu dam, pozna, co to Hilt znaczy --- zakończył.</akap_dialog>


<akap>Nie mógł wszakże pogróżki swej spełnić,
bo Jakuba nigdzie nie było. Zresztą, nikt
nie miał czasu troszczyć się o niego. We
wszystkich podwórcach zamku kipiało gorączkowym przygotowaniem do odparcia
spodziewanego oblężenia przez wojska Jagiełłowe.</akap>


<akap>I słusznie mogli się tego spodziewać. Jagiełło bowiem po uczcie zebrał radę wojenną, złożoną z najżyczliwszych i najwaleczniejszych rycerzy. Byli więc: Zyndram
z Maszkowic; Ziemko i Kazimierz, książęta
mazowieccy; wytrawny doradca, Jaśko
z Tarnowa, kasztelan krakowski; Skarbek
Habdank z Góry; Mikołaj Nałęcz; a przed
wszystkimi Witold, książę litewski.</akap>


<akap>Otoczyli oni ciasnym kołem króla i przyciszonym głosem, miarkując wewnętrzne
podniecenie, radzili:</akap>


<akap_dialog>--- Zaliż skończymy walkę na tym szczęśliwym zwycięstwie? --- zapytał monarcha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boga mi, nie! --- odpowiedziano jednogłośnie z zapałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdybyśmy wilkowi ostawili główne jego legowisko, łacno by się w nim rozrodził --- rzekł poważnie Witold.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na Malbork! Na Malbork! --- wyrzucono ze wszystkich piersi.</akap_dialog>


<akap>Król z zadowoleniem pogłaskał skąpy zarost i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Z rozkoszą słyszę wasz zapał, mili panowie. Słowa wasze są jeno powtórzeniem
tego, co w moim sercu kołacze.</akap_dialog>


<akap>I po jednodniowym wypoczynku wyruszono ku krzyżackiej stolicy.</akap>


<akap>Odniesione po drodze zwycięstwa, posłowie od poddających się miast jeszcze większy budzili zapał. Niepokoiło jednak Jagiełłę, że nie wiedział, jakie są siły w Malborku.</akap>


<akap>Aż oto nie opodal zajętego co tylko
Dzierzgowa, o trzy dni jeszcze od Malborka, przyprowadzono do obozu młodego
chłopca w ubraniu żebraczym. Wspierał się
na kulach, twarz miał wykrzywioną, a całą
postać skuloną.</akap>


<akap_dialog>--- Ważne przynoszę wieści --- rzekł do
tych, którzy go przytrzymali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krzyżacy cię może na zwiady przysłali! --- wrzasnął ktoś z zapalczywszych.</akap_dialog>


<akap>Był nawet ktoś, co go widział wśród uciekających Krzyżaków.</akap>


<akap_dialog>--- Na gałąź z nim! --- zawołano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, pójdę i na gałąź, pierwej jednak stawcie mnie choćby przed samym monarchą.</akap_dialog>


<akap>To mówiąc rzucił kule, wyprostował się,
stanął na obu nogach, wykrzywioną szpetnie twarz doprowadził do porządku, a oczy
zapałały mu jak u młodego żbika. Śmiałość
i nagłe przeobrażenie się w dorodnego młodzieńca stropiły wszystkich. Nagle ozwał
się głos:</akap>


<akap_dialog>--- Ho, ho, ho!</akap_dialog>


<akap>I wysoka postać Sienichy, podpierającej
się długim kosturem, ukazała się tuż przy
gromadce otaczającej przybyłego.</akap>


<akap_dialog>--- Ho, ho, ho! --- wołała coraz donośniej.</akap_dialog>


<akap>A zbliżywszy się, rzekła: --- Byłam w chacie
przy rannych, gdy mi się mignął jakiś pokraka. Chciałabym zbadać, co zacz.</akap>


<akap>Rozstąpili się wszyscy, boć znali ją dobrze i w wielkim mieli poszanowaniu.</akap>


<akap_dialog>--- To ty, byłam pewna, że nie kto inny! --- zawołała spojrzawszy na młodzieńca. --- Setnego z siebie zrobiłeś dziwotwora --- mówiła wesoło. --- Dobrze, dobrze, ale
cóż przynosisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Leciałem dzień i noc, a tu chcieli mnie
wziąć na gałąź. Niech ta, ale pierw muszę
wypowiedzieć to, z czym przyszedłem, choćby samemu królowi. --- To mówiąc, schylił
się do nóg Sienichy. Ta z lubością położyła
dłoń na jego głowie, a potem rzekła:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prowadźcie go, prowadźcie! A potem
pożywcie. To nasz, nasz!</akap_dialog>


<akap>Położywszy raz jeszcze dłoń na jego ramieniu, ruszyła z powrotem.</akap>


<akap>Teraz zupełnie inaczej spojrzano na przybyłego. Niebawem stawiono go przed królem.</akap>


<akap_dialog>--- Co rzekniesz? --- spytał monarcha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Plauen, komtur ze Świecia, przybył
trzy dni temu do Malborka, z nim liczny oddział rycerzy. Wkrótce nadciągnęło więcej,
będzie ich ze trzy tysiące. Kazał jeszcze
i z miasta ludzi do zamku zwołać, i żywności jak najwięcej sprowadzić, i szańce poprawiać, a ja od tych szańców uciekłem, żeby wam, najmiłościwszy królu, o wszystkim
donieść --- mówił jednym tchem były knecht
krzyżacki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hm, hm --- powtarzał Jagiełło, słuchając tej opowieści. --- A coś ty za jeden? ---
zapytał nagle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakub Bobrownicki, brat Sali, porwany
ongi przez Krzyżaków, w ich zamku wychowany, a przez Sienichę od zagłady uchroniony --- mówił chłopak tak śmiało, jakby
do równego sobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niezbadane wyroki boskie! --- rzucił
król, który od kasztelana krakowskiego słyszał o Sali, a i o uprowadzeniu jej brata
jakoś sobie przypomniał. --- Powtórzysz to
wszystko raz jeszcze --- rzekł monarcha.</akap_dialog>


<akap>I wydał rozkaz, żeby się niezwłocznie
przyboczna rada zebrała.</akap>


<akap>Jakub schylił się do nóg królewskich,
a stanąwszy na uboczu, widział przybywających na naradę rycerzy. Gdy ujrzał Witolda, oczy mu zaświeciły i o mało nie wyskoczył ku niemu, tak mu wielka radość
w piersiach się rozparła. Widział go bowiem
podczas bitwy i wielkie umiłowanie ku niemu powziął.</akap>


<akap>Na rozkaz królewski powtórzył wszystko,
co już poprzednio mówił.</akap>


<akap>Król dał rozkaz, żeby Jakubem się zajęto,
a panowie poczęli się naradzać.</akap>


<akap_dialog>--- Zamek to wielce mocny --- mówili niektórzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trudno mu będzie poradzić, ile że żywności nagromadzili --- dodawali inni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jednak go zdobędziemy! --- zawołał
król.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, musimy zdobyć! --- powtórzył
Witold.</akap_dialog>


<akap>Obu oczy zabłysły.</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba jeno pośpieszać, by zbytnio
w siłę nie urośli --- dodał Jan z Tarnowa.</akap_dialog>


<akap>A inni widząc, że król i Witold nie tracą
otuchy, nabrali jakoś serca.</akap>


<akap_dialog>--- Przed północą wyruszymy! --- rozkazał
Jagiełło.</akap_dialog>


<akap>A że słońce już dogasało, każdy szedł do
swoich chorągwi, ażeby dawać rozkazy i do
marszu się sposobić.</akap>


<akap>Niebo wyiskrzone gwiazdami i jasny księżyc przyświecały przygotowaniom.</akap>


<akap>Mimo to nie wszyscy mieli ochotę na dalszą wyprawę.</akap>


<akap_dialog>--- Trudna to będzie z nimi sprawa ---
szepnął ktoś, komu już wojaczka dojadła
i rad by był choćby przed siewami do domu
wrócić.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1358267420666-1405841253"/><motyw id="m1358267420666-1405841253">Broń</motyw>--- Co za trudna! --- huknął Zyndram
z Maszkowic. --- Mamy przecie maszyny
piekielne, na Krzyżakach zdobyte! --- dodał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mamyć, ale kto tam wie, jak z nimi
począć? --- ozwał się jakiś głos wątpiący.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja! --- dało się słyszeć z ubocza.</akap_dialog>


<akap>I Jakub wysunął się z ukrycia.</akap>


<akap_dialog>--- Ktoś ty?! --- poczęto gniewnie pytać.</akap_dialog>


<akap>Lecz Zyndram pojrzawszy poznał w nim
tego, co przed chwilą w obliczu samego
monarchy śmiało zdawał sprawę o siłach
malborskiego zamku, zwrócił więc wzrok
badawczy ku niemu i zapytał:</akap>


<akap_dialog>--- Potrafisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, wa! Niepróżnom przecie jadł chleb
krzyżacki! --- zaśmiał się były knecht.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie zdradzisz? --- ozwał sią głos jakiś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co, ja?! Bobrownicki, syn tego, którego Krzyżacy usiekli! --- zawołał chłopak
z oburzeniem.</akap_dialog>


<akap>I poprowadzony do owych piekielnych
maszyn, z wielkim sprytem, a też i ostrożnością, pokazywał, jak się brać do nich.</akap>


<akap>Rozochoceni śmiałością wojacy przyswajali sobie jego objaśnienia, a przyswajając
mówili:</akap>


<akap_dialog>--- To ci bestia!<end id="e1358267420666-1405841253"/></akap_dialog>





<naglowek_rozdzial>Gołębice</naglowek_rozdzial>






<akap>Wojsko Jagiełłowe raźno się
posuwało. Wątpiący nabrali
otuchy albo też nie odzywali
się z chęcią powrotu, wlokąc się za innymi. Wieczory, części nocy i ranki widziały ich w pochodzie,
południe --- na wypoczynku.</akap>


<akap>Aż kiedy już byli o jedną tylko dobę od
siedziby krzyżackiej, wśród ciemnej nocy
ujrzeli wielkie krwawe smugi na niebie.</akap>


<akap_dialog>--- To znaki krwawe, by dalej nie chodzić --- rzekł ktoś z szeregów Witolda.</akap_dialog>


<akap>A tenże, jakby przeczuwając, że owe znaki mogą przestraszyć zabobonnych, objeżdżał wszystkie szeregi, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Albo łuna pożaru, przez Krzyżaków
dla strachu wzniecona, albo znaki, że krwią
zalejemy ich zamek.</akap_dialog>


<akap>A w obozie polskim Jędrzej Półkozic mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Czasu wojny nieraz już były takie
ostrzegające przepowiednie.</akap_dialog>


<akap>Lecz jeszcze nie dokończył onych przepowiedni, gdy całe niebo okryło się wielką
czerwoną łuną. Czasami na tej czerwieni
ukazywały sią jakieś złotawofioletowe płomienie i zlewając się z czerwienią, obejmowały coraz większy krąg nieba.</akap>


<akap_dialog>--- Krzyżacy nas się zlękli i zamek swój
podpalili! --- zawołał tenże Jędrzej Półkozic
z taką pewnością, jakby wprost z Malborka
otrzymał wieści.</akap_dialog>


<akap>Słowa jego poszły między szeregi jak
wicher. I jak poprzednio zwątpieniem, tak
teraz wielką radością wszystkich przejęły.</akap>


<akap_dialog>--- Zlękli się naszych toporów!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobra nasza!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zajrzymy im w oczy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Obaczymy, kto mocniejszy! --- powtarzano butnie.</akap_dialog>


<akap>A łuna coraz większe obejmowała kręgi
i zdawało się, że całe niebo krwią płynęło.</akap>


<akap>Witold nie cieszył się z tej łuny, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Jeżeli mury wedle zamku podpalili, nie
będziemy mieli co do roboty. Za łaską bożą
dostałoby się nam ich gniazdo bez wielkiego rozlewu.</akap_dialog>


<akap>W miarę jednak jak się zbliżali, nie mogli
wymiarkować, skąd ten pożar. Szedł ci on
bowiem nie z góry, gdzie stał zamek, lecz
jakoby z ubocza.</akap>


<akap>Dopiero gdy się zbliżyli, poznali całą
przebiegłość i nie przewidziane plany krzyżackie.</akap>


<akap>To Plauen, usunąwszy mieszkańców, kazał miasto podpalić, by tym sposobem utrudnić pochód nieprzyjaciela. Że zaś wicher
zerwał się od północy, żar idącym od południa zasypywał drogę, nie dając wolnego
dostępu. I oto wojska Jagiełłowe, tak pełne
przed chwilą otuchy, teraz musiały się
wstrzymać. Konie się strachały, a ludzie dusili się od dymu. Trzeba było dobę całą
przeczekać, a potem naddawać drogi, by od
drugiej strony dostać się pod zamek.</akap>


<akap>Była to nie tylko mitręga, ale i trudność
wielka, bo zamek właśnie od strony południowo-wschodniej najlepiej był obwarowany.</akap>


<akap>Stąd dopiero o zachodzie słońca, 25 lipca,
wojska Jagiełłowe stanęły pod malborskim
zamkiem, zostawiając piekielne maszyny
po drugiej stronie Wisły, ale skierowane
tak, że ich wielkie gardziele patrzyły na mury zamku.</akap>


<akap>Tutaj stał pilnie Jakub, dawny knecht
krzyżacki, i z młodzieńczym zapałem, a doświadczeniem męża, dawał wskazówki co
do obchodzenia się z onymi piekielnymi maszynami. Starsi i doświadczeni nie sromali
się uczyć od niego, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Jak Najwyższy zrządzi, i w niewoli
u najsroższego wroga można się coś pożytecznego nauczyć.</akap_dialog>


<akap>A inni dodawali:</akap>


<akap_dialog>--- Byle jeno udało się ten pożytek do
swoich przynieść.</akap_dialog>


<akap>Jednocześnie też gdy mniejsze maszyny
oblężnicze jak kusze poczęły bić w mury
taranami, a z podprowadzonych oblężniczych wieżyc rzucano pociski, z drugiej
strony, zza Wisły, niegdyś krzyżackie armaty plwały<pe><slowo_obce>plwać</slowo_obce> (daw.) --- pluć.</pe> ogniem i wielkimi kulami ze
swych potężnych gardzieli. Kule te, uderzając o grube mury, wprawdzie nie robiły
wyłomów, ale rozpryskując się wydawały
smrodliwy odór i rozrzucały grad maleńkich
żelaznych siekańców, tak że ci, co byli na
murach, porażeni nimi, spadali w głąb obszernych podwórców malborskiego zamku,
utrudniając swymi ciałami przystęp następnym szeregom.</akap>


<akap>Od strony spalonego miasta po niejakim
czasie również zdołano się przedrzeć. Tlejące jeszcze zgliszcza posłużyły oblegającym
jako pociski.</akap>


<akap>Kazimierz, książę mazowiecki, spojrzawszy na rozwalone, ziejące dymem, nie dopalone szczątki, zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Brać w kusze gorące jeszcze cegły,
popiół i walić nimi na tych, co tam, na murach!</akap_dialog>


<akap>Rozkaz ten podobał się wielu. Zasypywano więc oblężonych ich własnymi zgliszczami.</akap>


<akap_dialog>--- Tlejące kawały drew z tkwiącym
w nich żelastwem rzucać na tych wilków! ---
rozkazał z kolei Marcin Wrocimowski.</akap_dialog>


<akap>Napełniono zaraz maszyny oblężnicze,
a pociski te wielką szkodę czyniły Krzyżakom. Wielu z nich było oślepionych, inni,
szpetnie poranieni, nie mogli stawać skutecznie do walki. Szeregi Plauena z każdym
dniem się przerzedzały, z każdym też dniem
ubywało żywności, lecz mury dokoła zamku były nienaruszone.</akap>


<akap>Księżyc już powtórnie spojrzał pełnym
swoim obliczem i zawsze widział krzyżackie mury jednako ponure i jednako z wielkim spokojem patrzące.</akap>


<akap>Henryk von Plauen marszczył brwi, patrząc na ubywające zapasy, ale nie okazywał niepokoju, jaki nim miotał. Owszem, im
mniejszą miał nadzieję wytrzymania oblężenia, tym więcej dodawał otuchy upadającej częstokroć załodze.</akap>


<akap>I w Jagiełłowych, i w Witoldowych szeregach wielki był ubytek w ludziach. Pociski Krzyżaków, rzucane z murów, setnie ich
raziły. Pojawiać się też poczynały choroby
powstające ze złego powietrza, z ciał nie pogrzebanych a gnijących po zaułkach. Wojsko zaś, nie przyzwyczajone do tego rodzaju walki, w wielu razach okazywało nieudolność w wykonywaniu rozkazów.</akap>


<akap>Niejednokrotnie dawało się słyszeć szemranie:</akap>


<akap_dialog>--- Jensza<pe><slowo_obce>jensza</slowo_obce> (gw.) --- insza, co innego.</pe> w otwartym polu, siłą zmogę
każdego! --- mówił jakiś Mazur.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On mnie łbem i mój nie z ciasta! ---
wołali z zaciętością Litwini.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Choćby miał bary jak niedźwiedź, to
mnie i z takim nie pierwszyzna się potykać! --- chwalił się Półkozic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, jensza z człekiem, choćby Krzyżakiem, a jensza ze ścianą. Nie odpowie,
a stoi nietknięta --- narzekano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żeby choć wiedzieć, na jak długo mają żywności --- mówił król do swych przybocznych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żebyć jak najwięcej, musi w końcu
zabraknąć --- ozwał się Jan z Tarnowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, ale i nam nie przybywa --- rzucił
Mikołaj Nałęcz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Owszem, przybywa --- odrzekł poważnie arcybiskup Trąba.</akap_dialog>


<akap>Pojrzano nań ze zdziwieniem.</akap>


<akap_dialog>--- Jużci wielkich delicji nie mamy, ale
może kto powiedzieć, że był głodny? --- spytał arcybiskup.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to, to nie --- ozwano się --- ale...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale --- pochwycił kapłan --- jesteśmy
w okolicy, gdzie każdy wre na pięść krzyżacką, a chcąc się od niej uchronić, dostarczy nam choćby spod ziemi jadła, ile wlezie.</akap_dialog>


<akap>Wtem stojący na straży urzędnik szepnął
coś Zbyszkowi z Oleśnicy, a ten zbliżywszy
się rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Z Elbląga ciągnie trzydzieści wozów
z żywnością!</akap_dialog>


<akap>Arcybiskup pojrzał triumfująco, w innych
wstąpiła otucha.</akap>


<akap_dialog>--- Byle nie te chłody nocne i nie choroby, można by ich długo jeszcze za murami
potrzymać --- ozwał się Witold. --- Choć
taka walka, to... --- dodał i machnął ręką
z lekceważeniem.</akap_dialog>


<akap>Postanowiono wszakże od murów nie odstępować.</akap>


<akap_dialog>--- Nie orężem, to głodem ich zmusimy ---
mówił kasztelan krakowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ten i razu miecza nie podniósł, a nam
każe czekać, aż krzyżackie kiszki poczną lament --- mruknął Witold.</akap_dialog>


<akap>A w obozie krzyżackim psuło się jakoś.</akap>


<akap>Psuło się, lecz o tym nie miał kto oblegającym donieść.</akap>


<akap>Mury były tak strzeżone, że nikt się nie
mógł w głąb przedostać ani też spoza nich
wymknąć.</akap>


<akap>Wprawdzie wodzowie krzyżaccy, jak Anton Ludwigsburg, Henryk Leuchter, Michel
z Gołuba i wielu innych, podczas przerw
wojennych wychodzili za mury, witali się
z wodzami naszymi i, według ówczesnego
zwyczaju, częstowali się wzajem, pijąc
z jednego pucharu, nikt jednak z nimi przecisnąć się nie zdołał, a w rozmowie tak jedni, jak drudzy, starannie unikali każdego
słówka, co by mogło zdradzić tajemnice sił
oblężonych lub oblegających.</akap>


<akap>Aż jednego dnia przy takiej rozmowie
Anton Ludwigsburg, pijąc do Zyndrama
z Maszkowic, wykrztusił swym nosowym
głosem:</akap>


<akap_dialog>--- My sobie poza bitwą jesteśmy równe
człeki i w razie przyjacielstwo możemy zawrzeć, ale ciekawość, jakby też gadali taki
na przykład Henryk von Plauen, który miejsce poległego wielkiego mistrza zajął, z takim wielkim wodzem, jak książę Witold albo i sam król Władysław Jagiełło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hm --- chrząknął obojętnie Zyndram.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za wasze zdrowie --- rzekł Anton, wychylając puchar.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za wasze --- odparł Zyndram, spełniając swoją kolej.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1358268034168-2331410842"/><motyw id="m1358268034168-2331410842">Patriota</motyw>--- Jak myślicie, mogliby się oni spotkać? --- spytał Anton.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemu nie, w bitwie, w polu pewnie
jeden drugiemu pola dotrzyma --- odparł
Zyndram.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eh, o tym nie wątpię --- mówił dalej
Anton --- znanyć nam Witold, jako rycerz
nad rycerze, a król wasz Władysław nie próżno nosi nazwę Jagiełło, co z litewska
znaczy: doskonały jeździec i doskonały
wódz, ale gdyby oni tak ze sobą porozmawiali... Jak myślisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie myślę, bo mi to nawet nie
przyszło do głowy.</akap_dialog>


<akap>Anton widząc, że nic nie wskóra, skończył rozmowę.<end id="e1358268034168-2331410842"/></akap>


<akap>Jednocześnie Michel z Gołuba z Geradajosem, dowódcą litewskiej chorągwi, świadczyli sobie godność, nie szczędząc napitku.</akap>


<akap>Niejednokrotnie spotykali się na polu
walki, niejednokrotnie krwi sobie upuścili
podczas krzyżackich napadów na Litwę,
znajomość więc była godna, nie przeszkadzająca wszakże do wychylenia pucharu
czasu chwilowego wypoczynku. Nie żałowali też sobie, a Michel mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Pamiętam ja wasze lasy, wasze zameczki, z was dobrzy <slowo_obce>żmones</slowo_obce><pa><slowo_obce>żmones</slowo_obce> (litewskie) --- ludzie.</pa>, a co u was
dzieci!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niemało ich Krzyżacy do niewoli zabrali --- westchnął Geradajos.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1358268156225-1816214524"/><motyw id="m1358268156225-1816214524">Córka</motyw>--- Na wojnie, jak na wojnie, i wy byście brali, gdybyście u nas takie znaleźli ---
odparł Michel.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba --- westchnął Geradajos. --- Chłopaki, już jako chłopaki, toć jeszcze, ale na co
zabierać dziewuchy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toć służki się zdadzą, krzywdy nie
mają, a wyuczone też będą w wierze świętej --- odparł Michel.</akap_dialog>


<akap>Litwin machnął jeno ręką.</akap> 


<akap_dialog>--- I za dziewuchą też serce ojcowskie
boli --- szepnął.<end id="e1358268156225-1816214524"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto by tam się spodziewał, że wam
tak o dziewczęta chodzi --- mówił miękkim
głosem Michel. --- Ale wiecie co, nam
z nich niewiele. Plauen to zupełnie inny
człowiek niż mistrz Ulryk. Jest tam u nas
tego białego mrowia, żeby je tak wypuścił...</akap_dialog>


<akap>Geradajosowi oczy zabłysły. Spojrzał ciekawie na mówiącego, lecz milczał.</akap>


<akap_dialog>--- Nie wiem, jak tam nasz nowy mistrz
rozumuje, ale zda mi się, że mu nie chodzi
o te białe myszki, co się tam, w naszym
zamku, hodują, a zawsze waszemu Witoldowi do serca by to trafiło, gdyby je tak ujrzał za murami zamku, uwolnione.</akap_dialog>


<akap>Litwin pokiwał głową, znać, że uwolnienie dziewcząt litewskich radowałoby jego
serce, ale nic nie rzekł.</akap>


<akap_dialog>--- Byłby to nawet zadatek przyjacielstwa --- dodał Michel i trącił się pucharem
z Geradajosem.</akap_dialog>


<akap>Ten słuchał, popijał miód litewski, którym częstował Krzyżaka, i milczał uparcie.</akap>


<akap>Rozeszli się.</akap>


<akap>Litwin rozważał:</akap>


<akap_dialog>--- Czemu ten wilk o tym gada? Czemu
budzi nadzieję? Biedne, biedne gołębiczki!
Tyle lat, tyle lat! --- westchnął. --- Trzeba
o tym księciu donieść --- zakończył.
</akap_dialog>

<akap>Że jednak Witold wielce był zajęty przeglądaniem swoich chorągwi, a i Geradajos
musiał stanąć przy swojej, nie mógł tego
ranka przystąpić do księcia. A był to właśnie dzień wypoczynku i dopiero pod wieczór miano znów do rozbijania krzyżackich
murów i do bitwy przystąpić. Aż tu zaraz
z południa na murach malborskiego zamku
poczęły się ukazywać w słońcu jakieś drobne białe postacie.</akap>


<akap_dialog>--- Wywieszają białe szmaty, dopiekł im
znać głód! --- zawyrokował Jacek Półkozic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hę? --- zapytano się z wszech stron,
poglądając ciekawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomiarkowali, że z nami nie przelewki
i chcą się poddać! --- dokończył głosem
wielce pewnym Półkozic.</akap_dialog>


<akap>Radość przeleciała jak błyskawica, zakołatała we wszystkich sercach nadzieją odwrotu. Poglądano ciekawie.</akap>


<akap>Białe postacie, zbite w gromadkę, stały
teraz, nie ruszając się. Ale spuszczono z murów sznurową drabinę, po niej zaczął zstępować Henryk Leuchter, obecnie sekretarz
Plauena. Jego płaszcz biały, rozwiewający
szeroko, złudził samego nawet Jagiełłę i Witolda.</akap>


<akap_dialog>--- Poddają się? --- spytał monarcha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, bo w moim obozie biegunka,
coraz więcej chorych... --- odparł ponuro
Witold. Lecz gdy się przypatrzył, rzekł: ---</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, to coś innego.</akap_dialog>


<akap>I wskazał ręką na mury.</akap>


<akap>A oto po tejże samej drabinie za Leuchterem zstępowały białe dziewczęce postaci. W blasku promieni słonecznych wyglądały jak stado gołębi, które w przestrachu
przysiadają ku ziemi.</akap>


<akap_dialog>--- Co to zacz? --- spytał Jagiełło, przysłaniając ręką oczy od słońca.</akap_dialog>


<akap>Witold podjął również dłoń swą szeroką
do czoła.</akap>


<akap_dialog>--- Co to za sztuczka krzyżacka? --- mruknął.</akap_dialog>


<akap>A ostawiwszy dalszą rozmowę z królem,
odszedł ku miejscu, gdzie się owo zjawisko
ukazało.</akap>


<akap>Aż oto drabinę zabrano za mury, a owe
gołębie zniknęły jako widziadło. Po niejakim dopiero czasie ukazał się Geradajos, za
nim spora gromadka dziewcząt, w białe płótnianki z litewska odzianych. Za nimi kroczący poważnie w białym swym płaszczu
Henryk Leuchter.</akap>


<akap_dialog>--- Najmiłościwszy panie... --- począł Geradajos, ujrzawszy Witolda.</akap_dialog>


<akap>Lecz sekretarz Plauena nie dał mu dokończyć, jeno wysunąwszy się naprzód, począł:</akap>


<akap_dialog>--- Henryk von Plauen, przyszły mistrz
Zakonu, prowadzący wszelkie w nim obecnie sprawy, odsyła te oto gołębice zabrane
różnymi czasy w żmudzkiej i litewskiej ziemi, chcąc tym sposobem dać zadatek przyjaźni, w jaką chce wejść z waszą miłością,
jako wielkim księciem Litwy.</akap_dialog>


<akap>Zaiskrzyły się ciemne źrenice Witolda,
spojrzał przenikliwie na mówiącego, potem
podniósł wzrok na gromadkę wylękłych
dziewcząt. Widok ich przypomniał mu snadź
litewskie zagrody. Serce wojaka zakołatało
cieplejszym jakimś tętnem, pohamował jednak wzruszenie i rzucił suchym, obojętnym
głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Wdzięczenem bardzo wielkiemu mistrzowi. --- Potem, spojrzawszy na stadko
przytulonych do siebie dziewcząt, dodał: ---
Odpłacimy hojnie, uwolnimy tyluż jeńców...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Och! --- odparł kładąc rękę na sercu
Leuchter i zginając się w ukłonie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Geradajosie, wierny mój druhu! ---
zwrócił się książę do przypatrującego się
tak ciekawie przybyłym, jakby każdą z osobna chciał zbadać.</akap_dialog>


<akap>Leuchter widząc, że Witold podziękowaniem zakończył z nim rozmowę, odszedł nie
wyrzekłszy już i słowa.</akap>


<akap>A Witold, zamieniwszy poufnie kilka słów
z Geradajosem, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma innej rady, jeno te gołębice
trzeba zaraz do granicy litewskiej odstawić.</akap_dialog>


<akap>I począł osobiście przechodzić między wylęknionymi dziewczętami, nie wiedzącymi
zgoła, co za los je czeka, po co je tu przysłano. A na pierwsze odezwanie się księcia
patrzyły na niego z przestrachem i żadna
ani słowa się nie ozwała.</akap>


<akap>I jakże się miały ozwać, kiedyć ojczystej
swej mowy zupełnie zapomniały. Dopiero
gdy w niemieckiej mowie począł je książę
uspokajać, że nie tylko nic im się złego nie
stanie, ale wrócą do domu, do rodziców, lica
ich zaczęły się rozjaśniać i okrzyki radości
wyrywały się z ich piersi. A nawet tu i tam
dał się słyszeć okrzyk:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Motina</slowo_obce><pa><slowo_obce>motina</slowo_obce> (litewskie) --- matka.</pa>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Tews</slowo_obce><pa><slowo_obce>tews</slowo_obce> (litewskie) --- ojciec.</pa>!</akap_dialog>


<akap>A pod tę chwilę Jagiełło, uwiadomiony
już o wszystkim, szedł osobiście, jak to miał
zwyczaj, gdy chodziło o rzeczy ważne, żeby
się przekonać. Słuchał też z daleka zapytań
Witolda i łzy mu w oczach zabłysły, gdy
się dowiedział, że te gołębice mowy ojczystej w krzyżackiej niewoli zapomniały. Aż
oto Witold stanął przed monarchą, a wskazując ręką na weselszą już teraz gromadkę,
rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Dar od nowego mistrza Zakonu!</akap_dialog>


<akap>Król westchnął. Po chwili zaś rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba je jak najprędzej do dom odesłać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poradziłem to już Geradajosowi --- odparł Witold. I zaraz dodał: --- Słusznie mu
się to należy, ran nie zagojonych ma wiele,
a bodaj ta najcięższa, że mu się przypomniała córka, którą mu przed laty dziecięciem
zabrali.</akap_dialog>


<akap>Jagiełło, któremu może nie w smak było,
że Witolda z pominięciem jego królewskiej
osoby dar ten spotkał, teraz rozczulony widokiem tych krzyżackich branek, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Trzebaż wozów, by je jak najprędzej
na Litwę odstawić.</akap_dialog>


<akap>I obaj z Witoldem dawali ku temu właściwe rozporządzenia. I oto pod wieczór wozy
w otoczeniu kilkunastu jeźdźców, pod przewodnictwem Geradajosa, ciągnęły na północny wschód. A z każdego wozu wyglądały ciekawie rozglądające się oczy uwolnionych branek krzyżackich.</akap>
<akap>Niejeden biegł za nimi myślą, wzrokiem
i westchnieniem, a Półkozic rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Znać w obozie krzyżackim mało jadła,
to i wyzbyto się paruset gąb. Chociaż to
jeno dziewki, zawszeć jadła potrzebują ---
dodał i westchnął.</akap_dialog>


<akap>Lecz westchnienie jego w inną zgoła, bo
więcej ku południowej stronie było, hen, ku
Mazowszu wysłane.</akap>





<naglowek_rozdzial>Poseł krzyżacki</naglowek_rozdzial>





<akap>Witold i Jagiełło naradzali się
poufnie, nawet przyboczni
i sekretarze nie byli tej narady świadkami.</akap>


<akap_dialog>--- W tym krzyżackim darze bodaj czy nie mieści się
jakiś podstęp --- mówił Jagiełło, pozierając przenikliwym wzrokiem na Witolda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chcą nas sobie zjednać, to widoczne,
a bodaj może i prawda to, co po obozach
gadają --- odrzekł tenże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakoż? --- spytał król ciekawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że za murami żywności mało i wyzbyto się paru setek gąb --- odparł Witold.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U nas jadła nie braknie --- uśmiechnął
się król z zadowoleniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdyby nie ta biegunka i jakaś gorączka, co trapi moich, można by ich wziąć głodem --- mówił Witold, namyślając się nad
każdym wyrazem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba dziś nie rozpoczniemy szturmu.
Damy im folgę noc całą. Niech myślą, żeśmy usnęli, a jutro o świcie, znienacka... ---
ozwał się Jagiełło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I nasi lepiej też wypoczną --- odrzekł
Witold będący w tej chwili w dziwnie zgodnym usposobieniu.</akap_dialog>


<akap>Wtem zapukano dyskretnie do namiotu.
Król klasnął w ręce. Wszedł urzędnik będący na straży i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Sekretarz z kancelarii najmiłościwszego pana, Zbyszko z Oleśnicy, ma coś pilnego do zameldowania.</akap_dialog>


<akap>Król skinął głową.</akap>


<akap>Niezwłocznie wszedł Zbyszko, a po zwykłym ukłonie zbliżył się do króla i mówił
przyciszonym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Jego miłość kasztelan krakowski wysłał mnie z opowieścią, iż przybył poseł
krzyżacki i prosi najmiłościwszego pana
o posłuchanie.</akap_dialog>


<akap>Król spojrzał na Witolda porozumiewająco. Obaj chcieli się wzrokiem przeniknąć.
Obaj, podejrzliwi z natury, radzi byli jeden
drugiego do głębi przejrzeć. Był to jeden
mig jeno, z którego żaden nie mógł nic wyrozumieć. Po czym król rzucił:</akap>


<akap_dialog>--- Niech wejdzie!</akap_dialog>


<akap>Witold w tejże chwili podniósł się do
wyjścia. Lecz Jagiełło rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Ostań, bracie. Co by rzekł ów poseł,
obu nas jednako obchodzi.</akap_dialog>


<akap>Siadł więc książę na dawnym swym miejscu. Chwila przeszła w milczeniu. Król
i książę rozważali coś w sobie. Wkrótce
uchylił opony przyboczny urzędnik, ukazał
się sekretarz królewski i rzekł oznajmiając:</akap>


<akap_dialog>--- Kasztelan krakowski, Jan z Tarnowa.</akap_dialog>


<akap>W tejże chwili ukazała się wyniosła postać kasztelana, szeroko wszakże rozwarta
opona namiotu pozwoliła jednocześnie wkroczyć posłowi krzyżackiemu. Stanęli obaj
przy drzwiach namiotu. Krzyżak skłonił się
nisko, a kasztelan rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Henryk Leuchter, marszałek Zakonu,
sekretarz Henryka von Plauena, zastępującego w obecnej chwili osobę wielkiego mistrza.</akap_dialog>


<akap>A zaraz ów marszałek, postąpiwszy dwa
kroki ku królowi, skłonił się raz jeszcze
i rzekł:.</akap>


<akap_dialog>--- Najmiłościwszy monarcho, potężny
królu Polski, Litwy, Rusi i wszech ziem pod
berłem Polski będących, Henryk von Plauen, dzierżący tymczasową władzę w malborskim zamku, przysyła przez niegodnego
swego sługę pozdrowienie i cześć należną,
jako wielkiemu wojownikowi, znanemu nie
tylko Zakonowi, lecz i innym państwom,
z nieustraszonego męstwa.</akap_dialog>


<akap>Tu złożył znów ukłon najpierw Jagielle,
potem Witoldowi.</akap>


<akap>Król skłonił lekko głową, Witold spojrzał
jeno przenikliwie i uśmiech przebiegł po
jego ogorzałym licu.</akap>


<akap>Leuchter zaś, nabrawszy powietrza w płuca, tak dalej mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Henryk von Plauen pragnie żyć w największej zgodzie tak z Polską, jak i Litwą,
jako też wszystkimi ludami, w skład obu
tych państw wchodzącymi.</akap_dialog>


<akap>Teraz już nie tylko po licu Witolda, lecz
i króla, uśmiech przeleciał. Nie uszło to
uwagi bystrego oka Krzyżaka, lecz odchrząknąwszy mówił dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Wiadomo tak najmiłościwszemu królowi polskiemu, wszechpotężnemu Władysławowi Jagielle, jako i wielkiemu księciu
Witoldowi, że Zakon bez wielkiego mistrza
ostać się nie może. Ten bowiem stojąc na
czele, sam jeno mocen jest ze wszystkimi
sąsiednimi państwami sprawy załatwiać.
Otóż najpilniejszą dla Zakonu rzeczą jest
obrać wielkiego mistrza i głosy padły na
Henryka von Plauena, komtura ze Świecia.</akap_dialog>


<akap>Jagiełło milczał nie dając znać żadnym
ruchem twarzy, jakie mowa Krzyżacka na
nim czyni wrażenie. Witold wciąż patrzał
na mówiącego, chcąc jego ukryte myśli przeniknąć. Leuchter ciągnął dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Lecz Henryk von Plauen nie chce przyjąć naszego wyboru, a nawet nie pozwala
się wielkim mistrzem wołać, póki nie otrzyma pozwolenia od obu najmiłościwszych
panów. W tym celu zanoszą do nich prośbę
tak od całego Zakonu, jako i od Henryka
von Plauena, tymczasowo zawiadującego
malborskim zamkiem, i o rezolucję upraszam.</akap_dialog>


<akap>Na to Jagiełło rzekł obojętnym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Obiór wielkiego mistrza jest rzeczą
przewidzianą i słuszną. Z naszej strony Plauen nie dozna przeszkody, a że sąsiednie
państwa zwykle w takich razach są zawiadamiane, przyjmuję wasze słowa do wiadomości.</akap_dialog>


<akap>A spojrzawszy na stojącego na uboczu
Jana z Tarnowa, z którym podczas mowy
Krzyżaka wzrokiem się porozumiewał, dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Was, mości kasztelanie krakowski,
świadkiem moich słów czynię.</akap_dialog>


<akap>Krzyżak zwrócił wzrok na Witolda.</akap>


<akap>Ten położeniem szerokiej dłoni na stole
i skinieniem głowy dał znak przyzwalający
i dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Niechże kasztelan krakowski i mnie
świadkiem być zechce.</akap_dialog>


<akap>Jaśko z Tarnowa skłonił się w milczeniu.
A król, zwracając się do Zbyszka z Oleśnicy, zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Wpisać rzecz całą!</akap_dialog>


<akap>Zdawałoby się, że po tym zakończeniu
Krzyżak powinien się skłonić i odnieść rezultat swego poselstwa. Lecz Henryk Leuchter ani myślał odchodzić. Dnia tego kilkakrotnie spełniał rozmaite misje, a to dla
braku ludzi w Zakonie obeznanych z jego
sprawami, jako też dla braku tych, którzy
by w języku polskim i litewskim wymowni
byli, mimo to był wprost niestrudzony i poselstwo swoje do końca chciał przeprowadzić. Odchrząknąwszy więc, począł:</akap>


<akap_dialog>--- Uzyskawszy sankcję najmiłościwszych
panów co do obioru wielkiego mistrza, przede wszystkim składam im za tę łaskawość
najpokorniejsze dzięki. --- Przyłożywszy
znów rękę do serca, zgiął się w ukłonie
i mówił dalej: --- Otóż uważam ową sankcję jako dobry omen przyszłego sojuszu
między Zakonem a wszechpotężnym królem Polski i wielkim księciem litewskim.
Lecz aby ten sojusz mógł być zawarty, pragnę wiedzieć ostatnie słowo co do losów
naszej siedziby, malborskiego zamku...</akap_dialog>


<akap>I zatrzymał się czekając odpowiedzi.</akap>


<akap>Jagiełło bystro spojrzał i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Zakon bronić się, my zdobywać będziemy.</akap_dialog>


<akap>Krzyżak podniósł wzrok na Witolda. Ten
milcząc wytrzymał spojrzenie. Więc Leuchter ciągnął znów swoje:</akap>


<akap_dialog>--- Mistrz Henryk von Plauen zgodzi się
na odstąpienie Pomorza oraz chełmińskiej
i michałowskiej ziemi, byleby jeno pokój
mógł być zawarty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I Malborka --- dodał Jagiełło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam prawa o tym mówić --- począł znów Leuchter --- lecz Malbork jest
źrenicą oka Zakonu, jedynym zakątkiem,
z którego spokojnie Plauen mógłby misję
nawracania ludów prowadzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znamy gorliwość Zakonu! --- przerwał
urągliwie Witold.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ludy są nawrócone! --- rzucił Jagiełło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za cenę wyżej wymienionych ziem
chcielibyśmy uzyskać odstąpienie wojsk
polskich i litewskich spod murów naszego
zamku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co?! --- zawołał król groźnie i odwrócił się od mówiącego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż mam donieść wielkiemu mistrzowi? --- zapytał układnym głosem Krzyżak,
nie zrażając się ani głosem, ani ruchem
Jagiełły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rzekłem! --- rzucił król niedbale i zwrócił wzrok na Jana z Tarnowa, dając znak,
żeby mówił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Warunki pokoju omawiane są zwykle
przez obustronnie wybrane ku temu osoby --- wycedził wymijająco kasztelan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ku temu prosiłbym o zawieszenie broni
i o pozwolenie wejścia za mury komturom
Bałgi, Brandenburga, Osterode i Samlandu
wraz z ich pocztem dla omówienia warunków pokoju, które jego królewskiej mości,
najmiłościwszemu panu, jako i wielkiemu
księciu przedstawione zostaną --- rzekł Krzyżak do kasztelana, widząc, że po ostatnim:
,,Co?" próżno by do króla przemawiał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wasza królewska mość, najmiłościwszy panie? --- zwrócił się kasztelan do Jagiełły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechaj! --- rzucił Jagiełło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawieszenie broni? --- spytał znów kasztelan.</akap_dialog>


<akap>Król otworzył już usta, żeby coś wyrzec,
zamknął je wszakże i nachyliwszy się ku
siedzącemu z drugiej strony Witoldowi,
kilka słów z nim zamienił.</akap>


<akap_dialog>--- Na dwie niedziele! --- rzucił wreszcie
Jagiełło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do 29 septembra --- dorzucił Witold.</akap_dialog>


<akap>Krzyżak po wyjściu otarł pot z czoła,
a zarzuciwszy róg płaszcza na głowę, śpiesznie się oddalał.</akap>


<akap>Jagiełło, pozostawszy w swym otoczeniu,
wstał i nie mówiąc słowa, począł się po
namiocie przechadzać. Nikt nie śmiał przerwać milczenia. Każdy pozostawał na swoim
miejscu, lecz Witold bystrym okiem śledził
ruchy stryjecznego. Wreszcie Jagiełło stanął przed nim i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Mamy jeno mitręgę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wojsko odpocznie --- odparł Witold.</akap_dialog>


<akap>Jagiełło machnął ręką i westchnął.</akap>


<akap_dialog>--- Uniżenie się Plauena jest rzeczą bardzo ważną i na przyszłość wielce rokującą ---
ozwał się Jan z Tarnowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Brak im jadła! --- rzucił król. --- Pilnować, żeby się z komturami i ich pocztem
jakie zapasy nie dostały! --- dorzucił.</akap_dialog>


<akap>I klasnął w dłonie. Zjawił się urzędnik
oczekujący przy namiocie rozkazów.</akap>


<akap_dialog>--- Wezwać marszałków czuwających nad
żywnością! --- rozkazał król.</akap_dialog>


<akap>I znów cisza zaległa.</akap>


<akap_dialog>--- Moi im nie użyczą i wozów z żywnością nie przepuszczą --- ozwał się Witold. --- Wycieńczeni biegunką sobie by ostawili ---
mruknął jakby do siebie.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Kogo najmiłościwszy pan do układów
z Zakonem przeznacza? --- zapytał kasztelan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czterech jeno ów Krzyżak wymienił,
a pewnie i sam będzie, i szósty się znajdzie,
nam tyleż osób postawić trzeba --- mówił
król. --- Więc ty, bracie, obok mnie --- zwrócił się do Witolda. --- Ty, mości kasztelanie,
jako nasz główny doradca, a dalej ci, co
najwięcej do zwycięstwa się przyczynili. ---
I zmarszczywszy brwi, chwilkę się zastanowił, a potem mówił zastanawiając się nad
każdym: --- Zyndram z Maszkowic. Zawisza
Czarny Sulimczyk. Florian Jelitczyk. Dzielny
Farurej, a też i Habdank Skarbek. Ba, i Jan
Nałęcz. Dobrze by i Lisa z Targowiska,
i wielu innych, aleć trudno wszystkich tych
dzielnych rycerzy... Ba, a przede wszystkim
Ziemka i Kazimierza, książąt mazowieckich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest już dziesięciu --- ozwał się Zbyszko, który z rozkazu króla wymienionych
spisywał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Farurej, Skarbek i Jaśko Nałęcz z rozkazu najmiłościwszego pana zostali w zajętych grodach, a Florian Jelitczyk w pięćdziesiąt człeka odstawił do granicy uwolnione branki krzyżackie. Bo to i sam, jako wielce poturbowany, potrzebował wypoczynku --- mówił kasztelan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To iluż tam? --- spytał król.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sześciu ostało --- odrzekł Zbyszko, policzywszy.</akap_dialog>


<akap>A oto weszli właśnie wołani oboźni, a król
dawał osobiście rozkazy, żeby rozstawili
straże i dawali baczenie, iżby z tymi, co
mają szczególne pozwolenie, żaden wóz
z żywnością za mury Malborka się nie dostał, a też i konie żeby nie były objuczone.</akap>


<akap_dialog>--- Baczyć, żeby bodaj ptak w dziobie żywności im nie doniósł --- dodał żartobliwie.</akap_dialog>


<akap>Słuchający pilnie rozkazów urzędnicy
skłonili się i odeszli, a i Witold, i kasztelan
krakowski po zamienieniu jeszcze kilku wyrazów namiot opuścili.</akap>


<akap>Tymczasem wieść o zawieszeniu broni
w mig się po obozach rozeszła. Jednym
sprawiła radość, drudzy sarkać zaczęli.</akap>


<akap_dialog>--- Walić mury, to walić! --- wołano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Człek odwyknie od tej psiej roboty,
potem mu gorzej będzie --- mówili niezadowoleni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znać głód im po kiszkach harce wyprawia, kiedy się tak upokorzyli --- mówili
inni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żeby aby od murów nie nakazano odwrotu! --- rzucił Półkozic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ee? --- pytano na wszystkie strony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odstąpić, to i odstąpić --- westchnął
ktoś, któremu nagle zapachniał dym z własnego komina i rzechotanie dzieci w uszach
zagrało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co, odstąpić?! --- zawołał Półkozic. ---
Odstąpić nie zajrzawszy do wnętrza zamku,
nie dowiedziawszy się, co te niemieckie
bestie pod koniec żarły, nie przyjrzeć się,
jak im brzuszyska opadły?!</akap_dialog>


<akap>Zaśmiano się, ale nikt nie dołożył konceptu, bo oto zgoła nowy widok oczom ich
się przedstawił. Z dala zjeżdżały poczty
niemieckie jeden po drugim i jeden po drugim meldowali się odstawionym ku temu
wartom. Te, obejrzawszy od stóp do głów
każdego, przepuszczały przez obóz. Odprowadzali ich nawet do murów klasztornych,
bacząc pilnie, żeby jaki wóz albo i juki na
koniach nie przedostały się za mury. Więc
owym przyjezdnym nie dziwowano by się
wielce, bo wieść o mających przybyć do
zamku rycerzach i o bezpieczeństwie, jakim
byli z rozkazu króla otoczeni w przejściu
przez nasze obozy, wszystkim była wiadoma. Nie dziwowano by się więc, ale...</akap>


<akap>Rycerze owi byli tak dziwnie opaśli,
a poczet nie ustępował im w niczym, iż
można się było dziwić, skąd się wzięło tylu
ludzi tak nadzwyczajnej tuszy.</akap>


<akap_dialog>--- Niczym karmne woły --- mówił spluwając Półkozic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wieda, czy przez cały dzień jeden
koń podoła takiego nosić --- mówiono.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spadnie z nich to cielsko, spadnie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zostaną jak patyki na wikcie zamkowym! --- śmiano się dokoła.</akap_dialog>


<akap>Wtem ozwało się gwałtowne szczekanie
i nie wiedzieć skąd, moc psów poczęła lecieć za onymi Niemcami. Szczekały, ujadały,
rzucały się do koni, robiąc taki harmider, że
w najdalszych zakątkach wszystkich obozowisk się rozlegało.</akap>


<akap_dialog>--- Psy takich grubych jeszcze nie widziały. Myślą, że wieprze, i chcą napocząć! --- dowcipkowano.</akap_dialog>


<akap>Lecz ta nadzwyczajna psia muzyka wywołała ciekawych z najdalszych nawet obozowisk. Kto jeno żył, a ruszać się mógł,
nawet chorzy się wychylili. Przybieżał też
Jakub, były knecht krzyżacki, który od
chwili jak go odstawiono do obsługi owych
piekielnych maszyn, tak się w nich rozmiłował, że go oderwać od nich nie można
było. Każde kółko, każdą śrubkę w nich
oglądał, a czyścił, a smarował, że świeciły
się nawet w ciemności. Ale teraz ujadanie
psów i jego wywabiło. Biegł w stronę,
w której ten hałas się rozlegał, przybieżał
też zdyszany, kiedy już ostatnie poczty
w rozwartą bramę zamku wjeżdżały.</akap>


<akap_dialog>--- Przypatrz się! --- zawołał ktoś, wskazując grubasów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bójcie się Boga, toć każdy z nich
okręcony kilkakrotnie kiełbasą, a bodaj
i połcie słoniny, i mięsa na sobie wiozą! ---
zawołał z przerażeniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ty gadasz?! --- ozwano się na wszystkie strony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To, co słyszycie! Małom się napatrzył,
jak wyjeżdżali z zamku?! --- Niejednemu
sam musiałem pomagać do wtłoczenia się
w odzienie albo i w zbroję, gdy się cały
mięsiwem obłożył --- dodał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ci juchy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To psubraty!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, Niemiec przemyślny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na żarcie też łasy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Obawiali się głodu, to się zaopatrzyli! --- wołano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Każdemu bodaj na dwie niedziele
starczy --- mruknął Jakub.</akap_dialog>


<akap>I zgnębiony odszedł do swoich maszyn.
Lecz nie zdołał jeszcze zabrać się do nich,
gdy go wezwano do króla. Wieść bowiem,
jak wieść, leci prędzej niż błyskawica, a że
król jegomość, zdziwiony nadzwyczajnym
psów szczekaniem, wysłał na zwiady, przyniesiono mu więc i ozwanie się młodego
puszkarza.</akap>


<akap_dialog>--- Coś ty gadał o kiełbasach? --- zapytał król, gdy Kuba przed nim stanął.</akap_dialog>


<akap>Młodzieniec tak był zgnębiony tym, że
Niemcy tyle żywności z sobą za mury wnieśli, iż na chwilę zapomniał, gdzie się znajduje. Zawołał więc:</akap>


<akap_dialog>--- A tak, te psubraty przynajmniej na
dwie niedziele mają co żreć!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skąd ci to przyszło do głowy? --- badał Jagiełło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znam ich zwyczaje! Ci byli tak grubi,
że ślepy mógł namacać, że się obładowali.
Psy też od razu kiełbasę zwęszyły.</akap_dialog>


<akap>Potem opowiadał o zwyczajach rycerzy
niemieckich, król słuchał pilnie, potem
chrząknął: --- Hm. --- I wielce się zamyślił.</akap>
<akap>
Skinął wszakże ręką, że nie ma nic do
powiedzenia.</akap>


<akap>Kuba oddalił się, a tak był zły i markotny,
że na pytania, czego król chciał od niego,
odpowiadał jeno machnięciem ręki.</akap>


<akap>Król zaś myślał:</akap>


<akap>,,Źle się stało, aleć tych kilkudziesięciu,
choćby nie wiem jak objuczonych, nie wyżywi kilku tysięcy. Ale zawsze mitręga".</akap>


<akap>Chciał nawet przywołać straże, które
wpuszczały przybyłych, i dać im surowe napomnienie albo i ukarać, ale w czas sobie
przypomniał, że nie dawał polecenia, żeby
baczyli na rycerzy, jeno na konie, czy juk
nie wiozą, i sam sobie winę musiał przypisać.</akap>


<akap_dialog>--- Źle się stało --- szepnął --- ale któż się
mógł takiego podstępu i chytrości spodziewać?</akap_dialog>


<akap>Zgryzło go to jednak niemało.</akap>


<akap>,,Będą nam jeszcze urągali" --- mówił
w sobie. I trzaskając palcami, chodził po namiocie wielce markotny.</akap>


<akap>A Witold dowiedziawszy się o wszystkim,
zaklął siarczyście, a potem urągliwie się
uśmiechnął, dodając w myśli:</akap>


<akap>,,Zawsze to nieoględność i nieumiejętność przy dawaniu rozkazów".</akap>


<akap>A w obozie rosła bajka coraz potworniejsza o owych kiełbasach, śmiano się,
dowcipkowano i dodawano:</akap>


<akap_dialog>--- Jeno psy zwęszyły.</akap_dialog>







<naglowek_rozdzial>Matka i córka</naglowek_rozdzial>






<akap>Florian Jelitczyk z Korytnicy,
odprowadziwszy do samego
Niemna owo stadko gołębic,
rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Mości Geradajosie, tobie już ostawiam wszelki nad
tym stadkiem starunek<pe><slowo_obce>starunek</slowo_obce> (daw.) --- opieka, staranie.</pe>, wylizałem się nieco z ran podczas podróży, nie przystoi mi dłużej się
pieścić, dziewczętom choćby i najzacniejszym się wysługiwać, kiedy inni walą
w krzyżackie mury.</akap_dialog>


<akap>Geradajos spojrzał na niego i mruknął:</akap>


<akap_dialog>--- Damyć już sobie radę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ostawić ci co z mojego pocztu? ---
zapytał Jelitczyk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I... Mam kilku swoich, a na Żmudzi,
kiedyć Krzyżaków nie ma, to już każdy nam
brat --- odparł Litwin. Po chwili zaś dodał: ---
I ja bym rad jeszcze jakiego Krzyżaka na
włócznię nadziać, aleć wiecie, co mi na
sercu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem, wiem. Ostańcież, a między tymi gołębicami, Bóg da, i waszą znajdziecie ---
odparł rycerz, mrugnąwszy jednym okiem,
boć drugie na polach grunwaldzkich zostało.</akap_dialog>


<akap>Podali sobie dłonie. Po czym Jelitczyk
podchodził od jednego stadka do drugiego,
bo właśnie na wypoczynek nocny się zabierały, pośmiał się jeszcze do nich i pobaraszkował jako ojciec i zabierał się ruszyć
w swoją drogę wraz z szesnastoma jezdnymi, których miał z sobą. Aleć z tymi miał
nieco kłopotu. Byli to ludzie młodzi, a podczas podróży nadto one dziewczęta polubili. A że prócz drobiazgu były i takie, co
choćby i dziś do ołtarza, niejednemu więc
serce goręcej zakołatało. Radzi byliby i dalej je prowadzić, a może i na zawsze pozostać. Ale pan Florian huknął:</akap>


<akap_dialog>--- Cóżeście to za jedni, czymżeście się
ojczyźnie zasłużyli, że już wam amory
w głowie! Tfu! Do biesa, miałbym taką za
niegodną dziewki imienia, która by amory
takiego przyjęła, co jeszcze i jedną głową,
zdjętą z karku wroga, pochwalić się nie
może!</akap_dialog>


<akap>Więc owi młodzieńcy przycichli jak trusie i nic już nie mówiąc, a jeno w myśli
sobie sumując słowa zasłużonego rycerza,
wnet się zebrali. I oto nim księżyc się ukazał na niebie, wraz z Jelitczykiem od Niemna
się oddalali, w drogę ku obozom Jagiełły
pośpieszając.</akap>


<akap>Geradajos zaś miał zupełną słuszność, że
od chwili jak na wielkich promach przebyli
rzekę, co się Niemnem zwie, granicę między Żmudzią, Litwą a ziemiami polskimi
stanowiąc, byli już jak w domu. Toć zaraz
w pierwszej wiosce, Dregnasach, zbiegło
się tyle ludzi, ilu ich w onej żyło. A każdy
wypytywał, a każdy przechodził od jednej
dziewczyny do drugiej, a każdy rad był
poznać swoją, boć niejednemu po częstych
napadach krzyżackich brakło dzieciątka. Ale
Geradajos niełacno je oddawał, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Radzi byście się przyznać, aleć pomnijcie, że takich matek i ojców, co im dziewuchy zabrano, w całej Żmudzi i Litwie jest
moc.</akap_dialog>


<akap>Że zaś po napadzie zeszłorocznym i z pogranicznych wiosek Krzyżacy wyłowili niemało dziewczątek i lat pięciu nie mających,
łatwo jakoś przyszło do porozumienia.</akap>
<akap>Matki poznały swoje, a i dziewczątka, głos
ich usłyszawszy, szczebiotać poczęły:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Motina, motina</slowo_obce>!</akap_dialog>


<akap>Tak się załatwiwszy w Dregnasach, ciągnął dalej, boć mu pilno było do Geradajosów, gdzie żonę ostawił na nieszpetnym
dworze i gospodarstwo.</akap>


<akap_dialog>--- Trudnoć mnie po dziesięciu latach
moją Uagę poznać, dzieckiem była, nie więcej niż pięciolatką, ale matka najdzie na to
sposób --- pocieszał się wojak.</akap_dialog>


<akap>Niemniej co dzień przechodził między
onymi gołębicami, a przypatrując się co
starszym, w wieku jego Uagi będącym, wywoływał je tym imieniem. Lecz na wołanie
wiele dziewcząt wychodziło, boć imię to
nie było rzadkością na Żmudzi i Litwie, jako
oznaczające leśną jagodę.</akap>


<akap>Przez czas drogi, trwającej przeszło trzy
niedziele, dawne branki krzyżackie przypomniały sobie mowę ojczystą, a choć je tam,
za murami, innymi imionami przezwano,
wprędce sobie przybaczyły te, jakimi na
nie niegdyś ojcowie wołali.</akap>


<akap>Im głębiej wjeżdżali w ojczystą ziemię,
tym więcej ludu się zbierało. Rozeszła się
bowiem wieść, że branki krzyżackie wracają, biegli więc ojcowie i matki, ba, nawet
ci, którym nie zabrano dzieci. Każdy chciał
widzieć powrócone, dowiedzieć się o niedoli, jaką przecierpiały, i radować się z ich
powrotu. A wystraszone z początku dziewczęta, teraz stanąwszy na rodzinnej ziemi,
nabierały śmiałości i świergotały jako wróble, kiedy się w podwórcu zbiorą albo też
pod strzechą dobrze napełnionej stodoły.
Wiele było takich, co poznawały rodziców
i domowe progi, ale i wiele takich, które
kręciły głową, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ne buwau cze</slowo_obce><pa><slowo_obce>ne buwau cze</slowo_obce> (litewskie) --- nie byłam tu.</pa>...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ne primit sau</slowo_obce><pa><slowo_obce>ne primit sau</slowo_obce> (litewskie) --- nie przypominam
sobie.</pa>!</akap_dialog>


<akap>A jeżeli ktoś upierał się powtarzając:</akap>


<akap_dialog>--- Maleńka była, jakże może sobie przypomnieć? --- a potem domagał się, żeby
mu dziewczynę oddano, Geradajos mówił:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, weźcie, ale pamiętajcie, gdybyście się przekonali, że to nie wasza, a prawdziwi rodzice się znaleźli, oddajcie!</akap_dialog>


<akap>Gwaru też i radości, i łez, i zaklinań było
co niemiara. Zwierzęta domowe rżeniem,
rykiem, kwikiem, a kury gdakaniem gwar
ten powiększały. Wystraszone ptaki z lasów
zbiegały się krążąc nad głowami ludzi i dziwiły się, co to tak zwykłą ciszę zakłóciło,
a może i radując się z uradowanymi.</akap>


<akap>Geradajos najwięcej wzbraniał się oddawać każdą, w wieku jego Uagi będącą,
a każdą też Uagę, choćby maleńką, serdecznym żegnał westchnieniem. A takiej też pozwolił jeno odejść, za którą ze wszystkimi
szczegółami rodzice się opowiadali, a ona
i ich, i ich dom poznawała.</akap>


<akap>I tak oto się stało, że do swoich Geradajosów dowiózł jeno kilka dziewczynek. Jedna
tylko w wieku jego Uagi była, a też i Uaga
się wołała. Geradajosowie, czterech dorodnych synów w walce z Krzyżakami straciwszy, mieli jeno najmłodsze dziewczątko;
gdy i tę Krzyżacy pochwycili, oboje nie
mogli się z żalu utulić. Geradajos chodził
na wszelkie wyprawy i troskę, co go żarła,
w bitwie, na karkach wrogów uśmierzał. Ale
żona jego, Skruzda, ostając w pustym domu, każdy kąt, a również i przędzę łzami
rzewnymi oblewała. Chowała też wszystkie
szatki, choćby najmniejszy płateczek, i co
dzień je oglądając, do służby mówiła:</akap>


<akap_dialog>--- To wszystko, co mi ostało po Uadze...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wróci jeszcze i ona, wróci --- pocieszała Peleda, stara, zaufana sługa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eh... --- odpowiadała strapiona matka,
nie dowierzając jej słowom.</akap_dialog>


<akap>A że w nieszczęściu każdy chwyta choćby niteczkę nadziei, więc i Skruzda powtarzała sobie:</akap>


<akap_dialog>--- Peleda nie na próżno mądrego ptaka
imię nosi, może jej co duchy nocne objawiły?</akap_dialog>


<akap>Z początku wychodziła na szeroką drogę,
patrzyła, czy gdzie utracone dziecko się nie
ukaże, to znów razem z Peledą szły w głąb
lasu, szukały w zaroślach, a Geradajosowa
mówiła:</akap>


<akap_dialog>--- Żebyć ją ostawili, a zwierz poszarpał,
toćby choć szmateczki ostały.</akap_dialog>


<akap>A jako zaraz po zniknięciu dziecka czyniła owe poszukiwania, tak niepomna lat,
które biegły, czyniła to, ile razy ból więcej
w jej sercu wzbierał.</akap>


<akap_dialog>--- Gdybyć ją śmierć zabrała, nie tyle by
mi serce pękało. Miałabym chocia mogiłkę
i kosteczki jej użyźniłyby ziemię, a duszyczka byłaby z nami i w każdej jagódce co
wiosnę by się odrodziła --- żaliła się nieszczęśliwa matka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie płaczcie, kiej nie zmarła, toć ona
z nami przebywa, a także i wrócić może ---
pocieszała po swojemu Peleda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz? Duchy ci mówiły?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mówiły, aleć one wiedzą --- odparła stara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krzyżacy ją zabrali... Co oni z niej
zrobią? Choćby wróciła, nie będzie już tą
samą, nie będzie nasza --- wzdychała matka.</akap_dialog>


<akap>Teraz gdy się rozeszła wieść o wracających brankach, Geradajosowej nie można
było utrzymać w domu. Wybiegała o świcie
i do późnej nocy błąkała się wypatrując
ukochanej córki.</akap>


<akap>Pewnego dnia znużoną i spłakaną przyniesiono do domu. Leżała bez ruchu, bez
skargi, przyjmowała wszelkie starania, nie
mówiąc i słowa, nie odpowiadając na pytania, z oczyma skierowanymi na drzwi,
jakby spodziewała się wejścia ukochanego
dziecięcia.</akap>


<akap>Tak przeszło niedziel kilka.</akap>


<akap>Peleda nie odstępowała prawie swej pani,
pozwalając jeno od czasu do czasu wejść
dwom jeszcze zaufanym służebnym i przez
nie na chwilę się zastąpić. Aż pewnego dnia,
gdy słonko wrześniowe kryć się już za las
poczęło chora zerwała się nagle, wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Jadą!</akap_dialog>


<akap>I nim Peleda opatrzeć się zdołała, Geradajosowa wyskoczyła z łóżka i ku drzwiom się
skierowała.</akap>


<akap>Peleda już od niejakiego czasu słyszała
jakieś przyciszone gwary koło domostwa,
nie szła jednak dowiedzieć się, co by to
było, nie chcąc przerywać spokoju swej
pani, która, jak zwykle, z zamkniętymi
oczyma leżała. Teraz, widząc ją biegnącą,
zarzuciła na nią futrzaną jubkę i wraz z nią
wybiegła. W tejże chwili właśnie zajechał
wóz i towarzyszący mu jezdni. Otoczyli go
słudzy, pomagając wysiąść dwom małym,
a trzeciej wysokiej, doskonale rozrosłej
dziewczynie.</akap>


<akap>Geradajosowa spojrzała obojętnie na dwie
małe, a onej dorosłej rzuciła się z krzykiem
na szyję.</akap>


<akap_dialog>--- Uaga, Uaga! Córko moja!</akap_dialog>


<akap>Geradajos, zsiadłszy z konia, poglądał na
to powitanie, a nie przerywając uścisków,
ukradkiem łzy cisnące się do oczu ocierał,
mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Taki wiedziałem, że matka pozna!</akap_dialog>


<akap>Geradajosowa nie wypuszczała przybyłej
z objęć, odsunęła ją jeno nieco i przypatrywała się jej hożemu, kwitnącemu zdrowiem licu.</akap>


<akap>Wszyscy byli wielce wzruszeni, lecz nikt
nie przerywał powitania. Nawet ojciec sam,
Geradajos, nie zbliżał się, jeno patrzył.</akap>


<akap>,,Jak dwie krople wody podobna. Taką
była Skruzda, gdym ją pod dach mój wprowadził" --- myślał z wielkim rozrzewnieniem,
patrząc na matkę i córkę.</akap>


<akap>Rzeczywiście, trudno było o większe podobieństwo. Tenże sam wzrost, ten sam nos,
owal twarzy, też same niezabudki w oczach.
Jeno że Uagi wzrok jaśniał młodością,
a Skruzda miała oczy wypłakane. Lecz w tej
chwili źrenice jej błyszczały, a cała wychudzona twarz jaśniała radością i stała się
jakby nagle odmłodniałą.</akap>


<akap>Nikt też nie wątpił, że przybyła jest tą
ukochaną, długo opłakiwaną Uagą.</akap>


<akap>Wreszcie Geradajos zbliżył się do żony,
a ona, jakby przypomniawszy sobie w tej
chwili jego istnienie, schyliła mu się do kolan, a obejmując, wołała:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>O, pon's mano, o, wir's mano</slowo_obce><pa><slowo_obce>O, pon's mano, o, wir's mano</slowo_obce> (litewskie) --- o, panie mój, o, mężu mój.</pa>! ---
I nic więcej wymówić nie mogła.</akap_dialog>


<akap>Więc Geradajos wziął ją jak dzieciątko
na ręce i wniósł do komnaty, jakby jej radość i swoją przed wzrokiem ludzkim chciał
ukryć.</akap>


<akap>A pozostali kiwając głowami, mówili:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Dinos es didelis</slowo_obce><pa>
<slowo_obce>dinos es didelis</slowo_obce> (litewskie) --- bóg jest wielki.</pa>!</akap_dialog>


<akap>Lecz Uaga stała patrząc obojętnym okiem
dokoła, a jej młodziutkie lico nie okazywało ani wzruszenia, ani zdziwienia. Więc
Peleda zbliżyła się do niej i wziąwszy za
rękę, śpiewnym głosem rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Swejkił, mergajtu</slowo_obce><pa><slowo_obce>swejkit, mergajtu</slowo_obce> (litewskie) --- witaj, dziewczę.</pa>!</akap_dialog>


<akap>I za rękę wiodła do komnat w głąb domu.</akap>


<akap>Lecz Uaga, jak pierwej, tak i teraz, nic
nie rzekła i żadnego wzruszenia nie okazała. Dała się prowadzić i tyle. Wtedy dwa
małe dziewczątka uczepiły się ręki Peledy,
wołając:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>E mano, Żwajżgde</slowo_obce><pa><slowo_obce>e mano, Żwajżgde</slowo_obce> (litewskie) --- i mnie, Gwiazdę.</pa>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>E mano, Kregżde</slowo_obce><pa><slowo_obce>e mano, Kregżd</slowo_obce>e (litewskie) --- i mnie, Jaskółkę.</pa>!</akap_dialog>


<akap>Więc Peleda przytuliła je do siebie i głaszcząc, serdecznym rzekła głosem:</akap>





<akap_dialog>--- Mano Zwajżgde<pa><slowo_obce>mano Zwajżgde</slowo_obce> (litewskie) --- moja Gwiazda.</pa>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mano Kregżde<pa><slowo_obce>mano Kregżde</slowo_obce> (litewskie) --- moja Jaskółka.</pa>!</akap_dialog>


<akap>A Żwajżgda i Kregżda całowały jej rękę,
owijały się rąbkiem jej zapaski, skakały
jako te jaskółki, gdy się cieszą, że pod
strzechę znajomą wchodzą. Pozostali zaś
nie mogli się wszystkiemu dość wydziwić.</akap>


<akap_dialog>--- Że to Uaga nic się nie raduje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stoi jak oniemiała...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakby nie czuła, że do matki, do ojca
przyszła --- mówiono.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo jużci że oniemiała z wielkiego
szczęścia! --- ozwał się Skida, jeden ze
starszej służby w Geradajosach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może i niewiele z tego rozumie? ---
dodał inny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ee? --- pytano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecie, boć i mowy naszej zapomniała --- tłumaczył Skida.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ee? --- znów pytano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jużci, u Krzyżaków jej nie słyszała ---
dodał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumieć, to ona rozumie --- ozwał się
Ukwata, jeden z przybocznych Geradajosa,
który z nim drogę odbywał. --- Jeno znać
już taka nic nie dziwująca się i nie kochająca dziewka --- dodał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, no --- ktoś mruknął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdyby nie to podobieństwo ze starą,
można by sobie i tak, i owak myśleć... ---
rzucił ktoś pod nosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A te dwie maluśkie to takie przylipne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawdziwe Żwajżgde i Kregżde!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciekawość, czy też znajdą ojców ---
mówiono.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znajdą, znajdą! --- pocieszali inni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toż to będą mieli z takich pociechę!</akap_dialog>


<akap>I tak gwarząc, a szczególniej zastanawiając się nad Uagą, zabierali wozy, konie
i każdy szedł do swoich zajęć.</akap>






<naglowek_rozdzial>Odwrót</naglowek_rozdzial>






<akap>Florian Jelitczyk, zawróciwszy od Niemna, chciałby
był lotem ptaka dostać się
do obozowisk pod Malbork.
Cniło mu się bez bitwy
i wiadomości, co tam robią.</akap>


<akap_dialog>--- Może już są za murami? --- mówił do swoich
przybocznych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda, żeśmy nie byli przy wejściu ---
ozwał się któryś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba! --- rzucił Jelitczyk.</akap_dialog>


<akap>I westchnął. Serce mu się bowiem ścisnęło, że nie był przy tej uroczystości.</akap>


<akap>Spojrzał wszakże z lubością na mówiącego i mruknął do siebie:</akap>


<akap_dialog>--- Z tego będzie pociecha!</akap_dialog>


<akap>Spieszył się i dłużej nad jedną dobę co
dni kilka wypoczynku ni sobie, ni koniom
i ludziom nie dawał. Wszelako, jako doświadczony żołnierz, wiedział, że zbyteczny
pośpiech, to podwójna mitręga<pe><slowo_obce>mitręga</slowo_obce> (daw.) --- opóźnienie.</pe>. Przy każdym
więc postoju mówił, jakby tłumacząc się sam
przed sobą:</akap>


<akap_dialog>--- Co nagle, to po diable!</akap_dialog>


<akap>Mimo tej ostrożności musiał raz coś cztery
doby w miejscu pozostać, bo konie były
odsednione, trzeba im było dać folgę i z siodeł uwolnić.</akap>


<akap_dialog>--- Pośpieszymy, gdy się wyliżą! --- pocieszał się oglądając co dzień konie.</akap_dialog>


<akap>Z tym wszystkim mitręga była mitręgą
i chociaż znad Niemna wyruszył w pierwszej połowie września, już dobrze było po
drugiej połowie, gdy stanął na granicy
Warmii.</akap>


<akap>Warmia była posiadłością krzyżacką, ale
gdy przeprawiali przez nią wypuszczone
branki, ludność, a nawet wójtowie witali
ich chętnie, dostarczając żywności i przyjmując po chatach i dworach. Teraz ci sami,
z którymi się poprzednio zaznajomili, na
powracających kosym okiem poglądali.
O żywność trudno się było doprosić, nawet
za drogie pieniądze, a paszę dla koni z trudnością mogli zdobywać. Na uprzejme, żartobliwe pozdrowienie pana Jelitczyka ledwo odpowiadano niewyraźnym mruknięciem, udając, że mowy ich nie rozumieją,
choć doskonale rozumieli kilka niedziel
temu, jako że ludność była mieszana, składająca się z niedawno przez Krzyżaków
nawróconych Prusaków i Mazurów znad
Wisły, przeprowadzonych tutaj przez tychże samych Krzyżaków.</akap>


<akap_dialog>--- Ki diabeł w nich wlazł? --- pytał swojego pocztu Jelitczyk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może i wlazł, boć to wiadomo ---
odmieńce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo i mieszańce --- odpowiadano.</akap_dialog>


<akap>Niemniej podróż była utrudniona. Aż
kiedy już wyjechali za Lidzbark, co to nad
Łyną się rozsiadł, jakiś Prusak, sprzyjaźniony znać z Krzyżaki, rzucił urągliwie:</akap>


<akap_dialog>--- Pośpieszajcie, bo nie dogonicie waszego Jagiełły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakoże? --- spytał zdziwiony Jelitczyk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zląkł się potęgi krzyżackiej, murów
nie nadgryzł i zabrawszy swoje niedobitki,
do dom wrócił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co waść gadasz?! --- krzyknął oburzony Jelitczyk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To, co waść słyszysz!</akap_dialog>


<akap>I odwróciwszy się, ów Prusak poszedł
w swoją stronę.</akap>


<akap>A całe też jego szczęście, bo pan Florian,
nie zważając na nic, byłby go za tę wieść
płatnął po uchu, a może i głowę zdjął z karku. Krew wzburzona tak w nim grała, iż
nie mogąc usiedzieć na miejscu, nie pozwolił koniom dojeść, kazał w torby obrok zabrać i ruszył z kopyta. W drodze zaś myślał sobie:</akap>


<akap>,,Ten przechera, diabli go wiedzą. To być
nie może. Ale zawsze nie wadzi pośpieszać".</akap>


<akap>W drodze, kiedy z konieczności musiał
dać folgę koniom, tu i ówdzie jakieś go
półsłówka dolatywały. Kiedy zaś był już
jeno o trzy doby od obozowisk, a to było
już w końcu września, spotkał ciągnące
wozy, w nich chorych i rannych pod opieką
Sienichy.</akap>


<akap_dialog>--- Co to? Co się stało? --- spytał widząc
wozy nie ku Malborkowi, lecz w przeciwną
stronę skierowane.</akap_dialog>


<akap>Na pierwszym wozie ktoś machnął ręką
i jęknął, nic mu nie odrzekłszy. Zły i zgryziony szukał Sienichy. Jakoż znalazł ją na
jednym z wozów, przy najciężej chorych.</akap>


<akap_dialog>--- Babo, co się dzieje?! --- począł z miejsca.</akap_dialog>


<akap>Sienicha wzrok smutny na niego podniosła, lecz poznawszy, kto zacz, poweselała
jakoś i ze zwykłym sobie humorem rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Ano, wracamy, boć nowy mistrz krzyżacki o zgodę przysyłał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co?! Zgoda z tymi wilkami?! --- wrzasnął Jelitczyk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie będzie zgody, to będzie wojna,
a jak drugi raz będzie Grunwald, a mistrza Plauena jak Ulryka na stryczek wezmą, odechce im się leźć w nasze granice.</akap_dialog>





<akap_dialog>--- Babo, czy aby mówicie prawdę?! ---
pytał zrozpaczonym głosem Jelitczyk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Godny z was rycerz, zaś bym takiego
śmiała tumanić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc mi nie wracać pod Malbork?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na cóż? Chyba na urągowisko --- rzekła Sienicha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc mi taka dola! Na hańbę jak ułomek jaki albo niedołęga z chorymi wlec
się będę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie gadajcie tak, nie gadajcie, cny
rycerzu --- przerwała baba --- nie żadna to
hańba iść z tymi, którzy gdy się wyliżą,
chwycą znów wilka za bary.</akap_dialog>


<akap>W duszy zaś myślała:</akap>


<akap>,,Hańba to tym, którzy nie doczekawszy
końca, Jagiełłę i jego wojska opuścili".</akap>


<akap>A myśląc tak, miała na pamięci Witolda,
który nie doczekawszy żadnych rokowań,
18 września ze swoimi chorągwiami od oblężenia odstąpił. Nie rzekła wszakże nic
o tym do rycerza Jelitczyka, jeno z głębi
serca westchnęła.</akap>


<akap>Jelitczyk też już nie wypytywał.</akap>


<akap>Król odstąpił od Malborka i wraca! To
było dość dla niego. Przyłączył się ze swoim
pocztem do taboru Sienichy i każde z nich
w ciszy przeżuwało smutne wieści, a przełknąć ich nie mogło.</akap>


<akap>Sienicha też wciąż myślała sobie:</akap>


<akap>,,Ach, ten Witold, Witold, szczery Litwin,
niepomny na krzywdy, jakie te psy jego
ziemi zadały, zniósł się z Krzyżaki potajemnie... Prowadził konszachty za plecami
Jagiełły. Musieli mu dużo obiecać... Może,
że mu pomogą do ogłoszenia się udzielnym
księciem Litwy? Boże, mój Boże!... A to
wszystko na nowe nieszczęścia i kłótnie
między braćmi... --- wzdychała. --- A ja tak
myślałam, tak wierzyłam, że Witold się
uspokoił, że przekonał się o chytrości Krzyżaków. Tak się cieszyłam, gdym go ujrzała
w zapamiętaniu wojennym, kiedy jak wicher, jak sam Perkun miotał pociski pod
Grunwaldem i w jasności błyskawic stał
groźny, i rzucał pioruny".</akap>


<akap>I tak mieszając bóstwa pogańskie z wiarą
w pomoc jedynego Boga, przechodziła myślą ubiegłe, pełne świetności chwile i ostatnią brzydką zdradę Witolda.</akap>


<akap_dialog>--- Tak pragnęłam ujrzeć onego księcia,
co się na Litwie, jako ja, urodził. Tak mu
służyłam, a teraz...</akap_dialog>


<akap>I zakryła oczy, jakby je chciała od smutnego widoku i przykrych wspomnień
uchronić. A westchnąwszy z głębi piersi, po
chwili znów myślała:</akap>


<akap>,,Zastawiał się, że w jego obozie biegunka, to i co? Byłabym im dała leki, gdybym
była wiedziała. Mówił, że w jego obozie
więcej chorych niż zdrowych... No, jużci
prawda, zbiednieli, połowa zaledwie do
swoich domów zdąży, aleć tak odstąpić od
murów, tak odstąpić!" --- biadała w sobie.</akap>


<akap>I z tymi myślami żyła od chwili opuszczenia obozowisk spod Malborka.</akap>


<akap>A obozowiska te płonęły rozlewając szeroką łunę i niejednego nieświadomego złudzić mogły, że zamek malborski płonie. Lecz
nikt się nie łudził. Wieść bowiem o mających nastąpić układach i odstąpieniu Jagiełły spod Malborka 19 września rozbiegła się nader szybko po okolicy.</akap>


<akap>Jagiełło kazał podpalić resztki obozów,
a ci, przez których ziemię przejeżdżał, doskonale wiedzieli już o tym. Podnosili nawet tak łacno głowy, jak łacno po pogromie
grunwaldzkim je przed nim chylili.</akap>


<akap>Ba, nawet nie tylko te ziemie, przez które
przejeżdżał, ale i miasta dalsze, jak Królewiec, Elbląg, Gdańsk, Brodnica, Ostróda,
a nawet pograniczne Działdowo, złamały
przysięgę daną królowi polskiemu i dowiedziawszy się o ustąpieniu jego spod Malborka, na powrót poddały się Krzyżakom.</akap>


<akap>Najwięcej zaś podnosił głowę Henryk von
Plauen, on, co kilka niedziel temu korzył
się przed królem, prosząc o pozwolenie,
żeby go wielkim mistrzem obrano. I miał
z czego się puszyć i nadymać, boć zaraz
po odstąpieniu polskich obozów spod Malborka dopełniono ceremoniału, jaki zwykle
przy obiorze wielkiego mistrza miał miejsce.</akap>


<akap_dialog>--- I czemu to wszystko przypisać, czemu? --- pytał Jan z Tarnowa innych panów
radnych, gdy na jakimś postoju po opuszczeniu Malborka razem się zebrali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tajemne układy Witolda z komturami i samym Plauenem, odjazd wielkiego
księcia z hufcami, oto przyczyna --- mówił
podkanclerzy Mikołaj, nie tając niechęci do
Witolda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I jeszcze mu król dla bezpieczeństwa
dał szesnaście chorągwi! --- utyskiwał Habdank Skarbek.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1358272245764-607962529"/><motyw id="m1358272245764-607962529">Zwątpienie</motyw>--- A przecie mogliśmy ich wziąć choćby
głodem, boć nam na jadle zbywało --- mówił
Jędrzej z Brochocic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A oto za Witoldem zwinęli obóz książęta mazowieccy i precz odjechali --- wtrącił ktoś inny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To też najwięcej zgryzło Jagiełłę ---
rzekł podkanclerzy. I zaraz dodał: --- Przedstawiałem, prosiłem najmiłościwszego, że
siły jeszcze mamy, że lada dzień muszą się
poddać. Ale król jedno tylko powtarzał:
wolę odwrót i układy, niż żeby wszyscy
bez mego zezwolenia obóz opuścili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, ogólne było zniechęcenie ---
westchnął Jan z Tarnowa.</akap_dialog>


<akap>Ze wszystkich piersi wydobyło się również westchnienie. Zaległa cisza.<end id="e1358272245764-607962529"/></akap>


<akap_dialog>--- Najpierwszym błędem było pozwolenie
 na wejście onych komturów za mury! ---
rzucił Zyndram z Maszkowic.</akap_dialog>


<akap>I mimo woli stanęli wszystkim w oczach
owi niezwykle grubi rycerze. Aż Jan z Tarnowa się ozwał:</akap>


<akap_dialog>--- Nie czas nam teraz rozmyślać nad
tym, co się stało, kiedy już obozy popalone,
lecz czas, aby spodziewane układy jak
największą korzyść przyniosły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiemy, jakie to będą układy! --- Machnął ręką Zyndram.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krzyżak wszystko obieca, a nic nie
dotrzyma --- mruknął Habdank.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawszeć nie będzie tak butny, jak
wprzódy. Przecie gdy komu krwi upuszczą,
nie jest taki skory do bitwy --- ozwał się
pan Jędrzej z Brochocic. --- Ja sam niejednego pluchę na tamten świat wysłałem,
krwią krzyżacką zasiliwszy pola pod Grunwaldem! --- dodał z błyskiem rozradowania
w oczach.</akap_dialog>


<akap>A inni też poczęli opowiadać o onej bitwie i wspomnieniem zwycięstwa jakoś się
nieco rozradowali.</akap>


<akap>A po innych obozach rycerze, pospolitaki,
a nawet ciury obozowe główną winę przypisywali wejściu owych obładowanych komturów, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Póki im głód doskwierał, byli pokorni,
byliby się bodaj poddali. Jak im przynieśli
mięsiwa, jak się nażarli, zaraz na kieł
wzięli...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda, żeśmy się za mury nie dostali,
byłoćby się tam czemu napatrzeć, a też
i ucieszyć widokiem wygłodniałych Niemców.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to zastawiają się imieniem Maryi
i samego Pana Jezusa, a gorsze od najgorszych pogan --- dodawano.</akap_dialog>


<akap>Ale byli i tacy, co niepomni na nic, cieszyli się z powrotu. Ci zaś mówili:</akap>


<akap_dialog>--- Jużci, piękna byłaby rzecz za mury
się dostać, a krwi niemieckiej jeszcze utoczyć, aleć już się i cniło niepomału... Noce
i ranki chłodne, jeno patrzeć, jak się jesień
rozhula, a tu człek w polu. A co tam w domu,
to jeno Bogu wiadomo...</akap_dialog>


<akap>I na wspomnienie buchającego ogniem
komina piersi tak się podnosiły i takie szły
z nich odgłosy, jak z kowalskiego miecha,
kiedy chłopak węgle rozżarza.</akap>


<akap>A król jegomość od chwili opuszczenia
Malborka, choć legł pod namiotem, nie mógł
sobie dać rady ze smutkiem, jaki wżerał
się w niego. Często też siadał, głowę ręką
podpierał i myślał:</akap>


<akap>,,Żeby nie ten mój stryjeczny, byłoby się
może za murami, ale ten zawsze mi okoniem staje. Coś on tam z Plauenem poszachrował... Ba, i Ziemko, i Kazik zaraz na
swoje Mazowsze pociągnęli. Nie mogłem
siedzieć dłużej, Boga mi, nie mogłem!</akap>


<akap>I bił się w piersi, aż po namiocie się rozlegało.</akap>


<akap>,,Doszły też przecie wieści, jakoby Zygmunt Luksemburski, ten przechera, granice
nam od południa najeżdżał --- rozmyślał. ---
Nie, nie mogłem na to pozwolić".</akap>


<akap>Wreszcie klasnął w dłonie i kazał wezwać
podkanclerzego Mikołaja, ażeby na jego
łono swoje wątpliwości oddać i w mądrych
jego słowach ukojenia szukać. A chociaż to
już była spóźniona pora, nikt jakoś do spoczynku się nie kwapił, bo im więcej od
Malborka się oddalali, a wieści o miastach
łamiących przysięgę dochodziły, tym więcej
troska każdego żarła. Zjawił się więc zaraz
podkanclerzy, a król począł:</akap>


<akap_dialog>--- Nie mogę sobie dać rady z troską
i smutkiem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie tylko najmiłościwszego pana troska pożera, aleć nas wszystkich, co jesteśmy mu wierni, a ziemię i naród miłujemy --- westchnął Mikołaj.</akap_dialog>


<akap>Na chwilę obaj zamilkli.</akap>


<akap_dialog>--- Nie mogłem dłużej pod Malborkiem
mieszkać<pe><slowo_obce>mieszkać</slowo_obce> (tu daw.) --- przebywać, zatrzymywać się.</pe>, wiecie już przyczyny, aleć nie
mogę pozwolić, żeby się to Krzyżactwo
znów rozpanoszyło --- począł monarcha.</akap_dialog>


<akap>Podkanclerzy pojrzał nań, a nie spuszczając wzroku, badał twarz króla, jakby chciał
wyczytać, jakie są jego zamiary. Lecz Jagiełło tak był zatopiony w myślach, że
wzroku podkanclerzego na sobie nie czuł.
Więc tenże począł:</akap>


<akap_dialog>--- Najmiłościwszy pan każe przyboczną
radę zwołać?</akap_dialog>


<akap>Król drgnął, jakby się z jakiegoś gnębiącego snu zbudził, i spytał:</akap>


<akap_dialog>--- Zaliż jeszcze kto czuwa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nikogo sen nie chce jakoś ukoić ---
odrzekł podkanclerzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech przyjdą, razem jakoś nam raźniej będzie --- rzekł Jagiełło.</akap_dialog>


<akap>I klasnął w dłonie.</akap>


<akap>Ukazał się Zbyszko z Oleśnicy.</akap>


<akap_dialog>--- Nie śpisz? --- rzucił król.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spisuję wszystko, jako przystało --- odrzekł młodzieniec, uśmiechając się smutnie.</akap_dialog>


<akap>I zarumienił się cały. Król wydał rozkaz
wezwania znaczniejszych panów.</akap>


<akap_dialog>--- Kto tam jeszcze czuwa, niech pośpieszy --- dodał.</akap_dialog>


<akap>Więc zaraz prócz Jana z Tarnowa i tych,
którzy przed chwilą biadali nad odwrotem,
przybył Zawisza Czarny i kilku jeszcze znakomitszych panów. A król ujrzawszy ich,
uśmiechnął się i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Nie do snu nam i wypoczynku, póki
znów walki nie rozpoczniemy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, najmiłościwszy panie, nie, nikt
spocząć nie może --- westchnął Zawisza,
a za nim wszyscy powtórzyli jednogłośnie:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie, Boga mi, nie!</akap_dialog>


<akap>I poczęli się naradzać. A król rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba by ubiec tych Inflantczyków,
co się sprzymierzyli z Krzyżactwem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toć słyszę, ciągną pod Gołub --- ozwał
się Zawisza Czarny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I mnie ta wieść dochodzi. Więc zbieraj się i staw im, braciszku, czoło! --- rozkazał Jagiełło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A też dobrze byłoby i w Nowej Marchii zabiec drogę Krzyżakom. Więc niechaj
pan z Maszkowic przejdzie Wisłę --- mówił
dalej król.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niewielkać to rzecz, jesteśmy nie opodal Torunia, a tu Wisła nie tak szeroka ---
podchwycił Zyndram, a oczy mu poweselały.</akap_dialog>


<akap>I wszyscy jakoś poweseleli po tej naradzie. Król rozchmurzył czoło i mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Braciaszki, panowie radni, najmilsi rycerze, aż mi lżej po tej naradzie z wami!</akap_dialog>


<akap>I wszyscy jakoś nieco uspokojeni rozeszli
się z myślą o nowej walce.</akap>






<naglowek_rozdzial>Tabor Sali</naglowek_rozdzial>





<akap>Po bitwie pod Grunwaldem
tylu było rannych, zwłaszcza
wziętych do niewoli Krzyżaków, że Sala z rozkazu Jana z Tarnowa musiała odjechać z nimi w głąb kraju.</akap>


<akap_dialog>--- Szukaj jakiegoś bezpiecznego schronienia, posuń
się ku dołowi Wisły. Tu ani jadła, ani wygody --- mówił jej opiekun.</akap_dialog>


<akap>Sala byłaby rada dowiedzieć się czegoś
o bracie i o Sienisze, lecz rozkazu trzeba
było słuchać. Sama też wiedziała, że zwycięzcy nie potrzebują jej starań, a ranni
żądni są bardzo wypoczynku.</akap>


<akap>,,Gdzież może im być lepiej niż w Bobrownikach?" --- pomyślała.</akap>


<akap>I rozkazała wozom, by się w tę stronę
skierowały.</akap>


<akap>Wszyscy ranni, nie wyłączając jeńców
krzyżackich, uważali ją za anioła opiekuńczego, najwięcej wszakże wdzięczność tę
okazywał Karol, książę Fryzlandii. Od
chwili jak przyszedł do przytomności, wypowiadał wyrazy podzięki, których wprawdzie Sala nie rozumiała, po sposobie jednak wyrażania, po głosie pełnym modlitewnego dźwięku, a przede wszystkim po
spojrzeniu, domyślała się ich znaczenia. Nakazywała mu milczenie, które, jako ciężko
choremu, koniecznie było potrzebne. Sama
też unikała go i nieraz dzień cały nie zbliżała się do jego łoża. Wtedy Bonifacjusz,
który nauczył się nieco mowy polskiej, zbliżał się i błagał, żeby choć na chwilę przyszła do jego wychowańca.</akap>


<akap>Tak książę, jak jego opiekun, między sobą rozmawiali w ojczystym swym języku,
do porozumiewania się z otoczeniem i Salą
używali mowy niemieckiej, której umyślnie
się wyuczyli przed udaniem się do Malborka.
</akap>


<akap>Sala przy częstych stosunkach z najeźdźcami z konieczności rozumiała tę mowę, starała się nawet o jej poznanie, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba przecież wiedzieć, co oni między sobą szwargocą, jakie knują zamiary,
aby łatwiej się od nich uchronić.</akap_dialog>


<akap>Od biedy mogła się nawet rozmówić niemiecką mową, używała jej jednak tylko
z konieczności, a przy porozumieniu się tak
z innymi, jak z księciem Fryzlandii, mówiła
zawsze po polsku.</akap>


<akap>Po przybyciu do Bobrownik dała najlepszą, choć niewielką izdebkę dla Karola
i Bonifacjusza.</akap>


<akap_dialog>--- Najciężej chory, potrzebuje najlepszej
wygody.</akap_dialog>


<akap>Więc chociaż sama nie zawsze się ukazywała, dbała, żeby gościom jej nie zbywało
na niczym. A gości była moc. Zameczek
bobrownicki nie mógł wszystkich pomieścić. Wielu umieściła w chatach chłopskich.</akap>


<akap>Przybora miał tyle do roboty, iż mimo
całej czci, jaką nosił w sercu dla swej młodej pani, powtarzał:</akap>


<akap_dialog>--- Jak dalej tak pójdzie, człowiekowi sił
nie stanie! A mniejsza o siły, ale całe Bobrowniki pójdą na leki i jadło dla tych
gości. Zjedzą je, ze szczętem zjedzą! I żeby
to jeszcze swoi, aleć to Niemcy i zbieranina z całego świata, co nawet ludzkiej mowy nie rozumieją --- dodawał.</akap_dialog>


<akap>Przy czym wykrzywiał się pociesznie,
przekręcając jeszcze pocieszniej zasłyszane
od onych obce wyrazy. Obawy wszakże, że
całe Bobrowniki zjedzą owi goście, były
płonne. Wieść bowiem o przybyciu całego
obozu rannych rozeszła się po okolicy. Zaraz też z sąsiednich wiosek zaczęły się zgłaszać jejmoście, a która bogatsza, przewoziła do siebie po kilkunastu, inne zabierały
choćby dwóch czy jednego, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Jeżelić dziedziczka Bobrownik może
mieć koło rannych staranie, pokażę, że i ja
na Żabieńcu to samo potrafię!
</akap_dialog>


<akap>A inne znów mówiły:</akap>



<akap_dialog>--- Może tam mój syn, godnie pocięty,
znajdzie u obcych opiekę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo i mój małżonek...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo brat, ojciec --- dodawały inne.</akap_dialog>


<akap>Boć przecie każda miała kogoś ze swoich
bliskich na tej srogiej wojnie, na którą kto
jeno mógł dźwignąć topór czy oszczep, pośpieszył, ostawiając na głowie niewiast starunek koło gospodarstwa i całego mienia.</akap>


<akap>Tak więc Drobin, Raciąż, Bieżuń aż po
Wkrę z prawej strony do Raciąża i dalej,
a za Wisłą po lewej stronie do Osięcin,
a niżej za Duninowo, Gąbin aż do Wyszogrodu, wszędzie pełno było wylizujących
się z ran swych chorych. Wszędzie doznawali gościnności i opieki. W niejednym
z rannych poznawano krewniaka, a i wcale bliskiego sobie, wtedy nie było końca
radości i wypytywaniu o przygody wojenne. 
</akap>


<akap>Swojacy, jak tylko mogli dźwignąć się o swoich siłach, pośpieszali do swoich siedzib, aleć było dużo Litwinów, którzy, jakkolwiek tęsknili do swoich lasów i domowych progów, nie mogli jeszcze tak od razu
w tak daleką puszczać się drogę. Ile że
listopad, nie czekając świętego Marcina, sypnął śniegiem, a i mrozem postraszał. Z konieczności musieli pozostać, a długie wieczory przy buchającym ogniem kominie nie
cniły się nikomu.</akap>


<akap><begin id="b1358273477891-853251515"/><motyw id="m1358273477891-853251515">Wierzenia</motyw>Niewiasty i dziewczęta przędły, przygodni
goście opatrywali oszczepy, wiązali sieci,
śpiewali pieśni, powiadali o wojnie, to
o zwyczajach litewskich i nawzajem uczyli
się, jak też to żyją nad Wisłą. Żmudzini, że
to jeszcze w pogaństwie żyli, nie mogli się
wydziwić, że Bóg jeden, którego nad Wisłą
wyznają, mocen jest nad wszystkich i wszystkiemu radę daje, kiedy u nich tyle bogów i do każdego trzeba się udawać, chcąc sobie jakąś łaskę wyprosić. Najwięcej zaś
nie mogło im się pomieścić w głowie, że
ten Bóg, wziąwszy na siebie postać człowieka, dał się umęczyć z wielkiej miłości
dla ludzi i ludziom też wzajem kazał się
miłować. I oto wśród tych gawęd padło
pierwsze ziarno wiary, która potem z wielką gorliwością na całej Żmudzi się rozrodziła. A jak w pieśniach dziewczęta nie
dały się wyprzedzić i ucząc się żmudzkich,
pouczały swych gości tych, które nad Wisłą
śpiewają, tak znów w opowiadaniu o świętej wierze starsze kobiety były niewyczerpane.<end id="e1358273477891-853251515"/></akap>


<akap>Po powrocie spod Malborka i ojcowie rodzin, i synowie ściągać do dom poczęli.
Wielu się nie doliczono, ale przybyli upewniali, żeć ich widzieli żywych, jeno że albo
się gdzie na Żmudź lub Litwę podczas odwrotu Witolda dostali, albo liżą się z ran
jeszcze. Wtedy niewiasty z radością tego
słuchały, pomnąc, iż mówiły:</akap>


<akap_dialog>--- Może tam gdzie opiekę znajdzie...</akap_dialog>


<akap>I z większym jeszcze staraniem opiekę
przygarniętym świadczyły. A tak owym
obcym było dobrze, że niejeden, zwłaszcza
z młodych Żmudzinów i Litwinów, myślał:</akap>


<akap>,,Żebym sobie łaskę u ojców zaskarbił,
może by mi córkę dali?... Ile że krzywym
okiem na mnie nie patrzy..."</akap> 


<akap_dialog><begin id="b1358274058882-2821026043"/><motyw id="m1358274058882-2821026043">Spotkanie</motyw>--- Dobrze by też taką żonkę na Żmudź
przywieźć. Wiela by nauczyć mogła, a też
dzieci inaczej wychowała --- dodawano.</akap_dialog> 


<akap>A ktoś z Litwinów myślał sobie:</akap> 


<akap>,,Jeżelić Jagiełło wziął sobie żonkę w Polsce i taką z niej miał świętą panią, czemuż
bym i ja nie miał na taką trafić..."</akap>


<akap>
I tak sobie myślano, i tak sobie dogadywano w ciszy, a owo przyjęcie pod dach
chorych stało się zadatkiem połączenia rodzin polskich, litewskich, żmudzkich i zbrataniem dwóch sąsiednich, a jednakowo
przez krzyżacką pięść nękanych narodów.</akap>


<akap><begin id="b1358274258229-2199191032"/><motyw id="m1358274258229-2199191032">Święto, Obyczaje</motyw>A kiedy święta Bożego Narodzenia nadeszły w każdym dworze nakryto stół utkanym
obrusem, podesłano sianem, w którym ukryto po kilka orzechów, goście wydziwić się
temu nie mogli.<end id="e1358273903376-3828080638"/> Pytali więc każdego:</akap>


<akap_dialog>--- Co to? Na co to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Obaczycie! --- odpowiadały figlarnie
dziewczęta, stawiając mak mielony z miodem, gotowane ulęgałki i pierniki staraniem
ich upieczone.</akap_dialog>


<akap>Pan domu, jeżeli już przybył, albo dziadziuś stary, lub sama jejmość wziąwszy
opłatek, z każdym go łamała, dodając życzenie:</akap>


<akap_dialog>--- Obyśmy w dobrym zdrowiu za rok
znowu się wszyscy naleźli...</akap_dialog>


<akap>Goście wtedy szeroko otwierali oczy i ze
zdziwienia wyjść już nie mogli, bo takiego
obyczaju zgoła jeszcze nie znali. Ale jakoś,
patrząc na gospodarzy i domowników, na ich powagę i rozrzewnienie, wprędce się pomiarkowali, a do obyczaju się przystosowawszy, pięknie przy łamaniu opłatkiem
wdzięczność swą wypowiadali. A zerkając
na dziewczęta, z całego serca powtarzano:</akap>


<akap_dialog>--- Obyśmy w dobrym zdrowiu za rok znowu wszyscy się naleźli!</akap_dialog>


<akap>Kiedy zaś poczęto stawiać misy ryb gotowanych i pieczonych, a pan domu nalawszy kubek miodem syconym, wychylając, zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Za zdrowie moich gości! --- goście,
wznosząc napełnione kubki, łzami się zalewali i radości swej i rozrzewnienia nie mogli dość wypowiedzieć.</akap_dialog>


<akap>Nie tylko więc opowiadanie, ale i obyczaj do wiary świętej usposabiał, siejąc braterstwo między tymi znad Niemna a tymi,
co nad Wisłą siedzieli.<end id="e1358274258229-2199191032"/></akap>


<akap>W tym posiewie dopomogli wiela żaki<pe><slowo_obce>żak</slowo_obce> (daw.) --- uczeń, student.</pe>,
co ze szkółek podczas Bożego Narodzenia
na wieś się zgłosiwszy, nie tylko kolędy
śpiewali, ale też, przebrani stosownie, piękne opowiadania prowadzili.</akap>


<akap>Sala wraz z domownikami i gośćmi właśnie wieczerzę wigilijną kończyła, a sięgnąwszy pod obrus, wyjęła z siana garstkę
orzechów.</akap>


<akap_dialog>--- Co to, co to znaczy? --- spytał Karol
von Leuwarden.</akap_dialog>


<akap>Z chwilą bowiem wstąpienia do komnaty
jadalnej i z całego wigilijnego obrządku
rozumiał, że każdy ruch, każda czynność
ma dziś w tym kraju symboliczne znaczenie. Poetyczna jego wyobraźnia, podniecona jeszcze długą chorobą, przedstawiała sobie nie tylko Bobrowniki i ich właścicielkę,
lecz wprost całą Polskę, cały naród jako
w jakąś mistyczną szatę spowity.</akap>


<akap>,,Kraj nasz może piękniejszy, bogatszy,
ma ludzi uczonych, prowadzi handel z innymi narodami, ale w kraju naszym i wiara
jest inna, choć niby taka sama, i rycerskość
inna. A zwłaszcza Sala..." --- myślał sobie.</akap>


<akap>Nic więc dziwnego, że widząc ową garstkę orzechów w ręku dziedziczki Bobrownik, z wielką skwapliwością po dwakroć
zapytał:</akap>


<akap_dialog>--- Co to znaczy?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1358274523763-2270641563"/><motyw id="m1358274523763-2270641563">Omen, Smutek</motyw>--- Wyjmijcie spod obrusa garstkę, jeżeli znajdziecie do pary, dola wasza będzie
szczęśliwa --- odrzekła Sala.</akap_dialog>


<akap>Karol skwapliwie spełnił rozkaz. Przeliczył orzechy. Było ich siedemnaście. Posmutniał i westchnął. <begin id="b1358274592834-2447285379"/><motyw id="m1358274592834-2447285379">Wzrok</motyw>A Sala, widząc, że mu to
przykrość sprawiło, przeliczyła szybko swoje orzechy i tęż samą liczbę znalazła. I ona
jakoś posmutniała, a nawet lica jej nieco
pobladły. Pokonała wszakże chwilowy smutek i odsuwając jeden ze swoich orzechów,
rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Weźcie ten jeszcze. Będziecie mieli do
pary.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I tak smutnej doli nie odwrócę ---
rzekł drżącym głosem Leuwarden. --- Wezmę go jednak, nosić będę na sercu, jako
dar z waszej ręki pochodzący.</akap_dialog>


<akap>Spojrzeli na siebie.</akap>


<akap>Oczy ich były smutne i tym smutkiem
chwilę się porozumiewały. Sala pierwsza
wzrok swój w inną skierowała stronę, a Karol, wyjąwszy z zanadrza duży złoty medalion wiszący na złotym łańcuchu, otworzył go i między włosy matki w nim będące 
dar Sali skwapliwie ukrył.<end id="e1358274592834-2447285379"/><end id="e1358274523763-2270641563"/></akap>


<akap>Wtem z podsienia ozwały się wesołe głosy. Byli to żacy z Lipna, ze szkółki przy
kościele, oznajmiający, że z kolędą przybyli. Wprowadzono ich zaraz.</akap>


<akap><begin id="b1358275026138-2338086632"/><motyw id="m1358275026138-2338086632">Obyczaje, Obrzędy</motyw>A oto trzech strojnych było w krasne
szaty, z długimi brodami z konopi i przedstawiało trzech królów; trzech miało w ręku piszczałki; jeden zaś, najwyższy, dzierżył
wielką tykę, na której w kształcie kuli
obciągnięty był kawał wywoskowanego płótna, wewnątrz olejną lampką oświetlony.
Migocąc ową kulą, niby gwiazdą, śpiewać
poczęli:</akap>






<poezja_cyt><strofa>
Bóg się rodzi, moc truchleje<pe><slowo_obce>Bóg się rodzi, moc truchleje</slowo_obce> --- anachronizm: <tytul_dziela>Pieśń o Narodzeniu Pańskim</tytul_dziela>, napisana przez Franciszka Karpińskiego (1741--1825), nie mogła być śpiewana w 1410 r.</pe>,/
Pan niebiosów obnażony./
Ogień krzepnie, blask ciemnieje,/
Ma granice Nieskończony...
</strofa></poezja_cyt>




<akap>Ocucony ze swego smutku Karol słuchał
z zajęciem śpiewu i z dziwnym drżeniem
i rozmarzony poglądał, gdy bogaci trzej królowie składali w ręce Sali jagody jałowcowe, kawałek bursztynu, znać z trudem wydostany z piasków znad Bałtyku, i kawałek kredy. A jeden z nich rzekł:</akap>




<poezja_cyt><strofa>
W kościele składane,/
Godnie poświęcane,/
Jeno złota tu brakuje,/
Boć w twym sercu przemieszkuje ono.
</strofa></poezja_cyt>





 <akap>Po wypowiedzeniu oracji żak wziął kredę i dość wprawną ręką na drzwiach wypisał: C. M. B. <slowo_obce>anno</slowo_obce> 1410.<end id="e1358275026138-2338086632"/></akap>


<akap>Sala, przyjąwszy kadzidło, oddała je żonie Przybory, imci pani Benignie. Ta, wziąwszy węgli żarzących z komina w skorupkę,
nasypała na nią jagód jałowcowych. Dym
buchnął, ale i zapachem ostrym, leśnym napełnił komnatę. Po czym poszła w głąb dworzyszcza, następnie do obór, stajen i całego
podwórca gospodarskiego, wszędzie wykadzając, ażeby wszelkie zło i choroby tak od
dworu, jak i od dobytku odpędzić.</akap>


<akap>Żaków zabrano, ugoszczono, obdarzono
chlebem, rybą suszoną, ulęgałkami, mięsiwem, a nawet dostało im się nieco i z odzieży, boć każdy na żaczków był łaskaw.</akap>


<akap>Karol i Bonifacjusz, a także i Niemcy wylizujący się jeszcze z ran lub ostający w niewoli, w osłupieniu poglądali na to wszystko. A Karol rzekł, nachylając się do Sali:</akap>


<akap_dialog>--- Dziwny kraj, dziwny naród, jak w cudownej bajce! A wy, jako królewna... I ja
sprzysiągłem się z Krzyżakami i przeciw takiemu narodowi rękę podniosłem --- westchnął i szczery żal poczuł w swym sercu.</akap_dialog>


<akap>I lice jego więcej jeszcze przybladło,
a smutek coraz głębszy wżerał się w jego
duszę.</akap>


<akap>Bonifacjusz, choć mu młody książę nic nie mówił, doskonale rozumiał, co się w jego duszy dzieje. Bolał srodze nad jego cierpieniem, rozmyślając:</akap>


<akap>,,A gdyby tak ojca świętego o zwolnienie od przysięgi prosić, a zarazem o gwałtach krzyżackich, a pobożności i cnotach narodu powiedzieć?..."</akap>






<naglowek_rozdzial>Niezadowolenie</naglowek_rozdzial>






<akap>Wielki mistrz Plauen czuł, że
dymiące zgliszcza Zakonu
niełatwo do dawnej świetności powrócą. Pod Grunwaldem legło 18 000, w niewoli przeszło 40 000 i to najcelniejszych z całej środkowej i zachodniej Europy rycerzy. Z 700 braci zakonnych ocalało jeno 15.</akap>


<akap_dialog>--- Klęska, klęska! --- powtarzał sobie
w chwilach zniechęcenia.</akap_dialog>


<akap>Wrodzona wszakże energia i chęć panowania nie pozwalały mu na smutne rozmyślania. Stawał więc na środku wielkiej komnaty, a wziąwszy się pod bok, w głos powtarzał:</akap>


<akap_dialog>--- Nie myślcie, że to są zgliszcza Zakonu! Obaczycie, co na tych zgliszczach urośnie! --- I wznosząc rękę, z groźbą dodawał: --- Obaczysz, ty przechero Witoldzie
i ty dumny Jagiełło! Ogłoszę przeciw wam
krucjatę, jako niewiernym!</akap_dialog>


<akap>I słał po zamkach rycerskich całej Europy
i do dworów panujących, i do papieża. Lecz
papież, zajęty sprawami stolicy apostolskiej,
nie dał żadnej odpowiedzi, dwory panujące
uczyniły toż samo, a rycerze wprost orzekli:</akap>


<akap_dialog>--- Nie widzimy dla siebie ni sławy, ni
korzyści materialnej z tej rzekomej krucjaty.</akap_dialog>


<akap>Zgrzytnął zębami Plauen, nie wątpił
wszakże, że mu coś szczęśliwszego przyjdzie do głowy.</akap>


<akap_dialog>--- Mamy przecież dużo rycerstwa w niewoli, trzeba chwilowo zawrzeć rozejm; jeńców wypuści ten głupi królik.</akap_dialog>


<akap>A królik tymczasem otrzymał wieść, że
pod Koronowem w Nowej Marchii 10 października odniesiono zwycięstwo, a dowódcę, Michała Kochmajstra, i wielu znaczniejszych rycerzy wzięto do niewoli. A zaraz
potem doniesiono:</akap>


<akap_dialog>--- Pod Gołubem nad Drwęcą do szczętu
zniesiono Inflantczyków, którzy jakby spod
ziemi wyrósłszy, przyszli w pomoc Krzyżakom.</akap_dialog>


<akap>Król zatarł ręce z zadowoleniem.</akap>


<akap_dialog>--- Niewolnika dużo? --- spytał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będzie do dwóch tysięcy, i zacnego! ---
zawołał Jelitczyk, który po połączeniu się
z wojskami Jagiełłowymi zaraz się do idących na wyprawę wprosił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z tymi niewolnikami bieda --- szepnął
król.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co za bieda, każde dworzyszcze weźmie do chwili, póki najmiłościwszy pan coś
z nimi nie postanowi, a okupu nieszpetnego nie naznaczy! --- odparł pan Florian. I zaraz dodał: --- Ci 
Inflantczycy to przewrotny
i chytry naród niczym...</akap_dialog>


<akap>Chciał powiedzieć: niczym Litwini, ale się
wprędce pomiarkował, żeć to i król z tego
narodu pochodzi.</akap>


<akap>Jagiełło się uśmiechnął. Może się domyślił, ale nie badał. Kazał jeno zwołać radę
i zaraz powołał pod broń Kujawy, Dobrzyńskie, Wielkopolskę, Sieradzkie, Łęczyckie.
Tak że wielu, ledwo do dworzyszcz i chat
wróciwszy, oszczepy a topory opatrywać
musieli i na nową znów szli walkę. Nikt jednak nie utyskiwał. Przeciw Krzyżakom
wielka była zawziętość, a niektórych i odwrót spod Malborka bolał setnie. Zwinął się
też dzielny wódz, Sędziwój z Ostroroga,
i nim słotny listopad się skończył, zdobył
wiele miast na Pomorzu i z chorągwiami
i zacnym łupem wracał. Zwycięstwo to tak
królewskie, jak i panów koronnych oblicza
rozpogodziło.</akap>


<akap_dialog>--- Bóg wielki, sprawiedliwość czyniący,
nie pozwoli tej krzyżackiej hydrze łba do
góry podnosić! --- powtarzano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I książę Witold powołał pod broń
swoich, i gotów do walki pod Grodnem
stoi --- rzekł Jan z Tarnowa w jakiejś poufnej rozmowie z królem. --- A i Żmudź gotowa choćby zaraz walkę rozpocząć. Przewodzi jej Geradajos, rycerz zacny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Geradajos? --- powtórzył król. --- Aha,
to ten, co owe gołębice na Żmudź odstawiał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak, najmiłościwszy panie ---
przyświadczył podkanclerzy Mikołaj.</akap_dialog>


<akap>A wszyscy się wielce dziwowali, że król
przy tylu najrozmaitszych sprawach o odjeździe owych gołębic pamiętał. Lecz nie mniej był zdziwiony Plauen, gdy się o zbrojeniu Witolda dowiedział.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż to, mało obiecałem temu przecherze?! --- wołał wzburzony.</akap_dialog>


<akap>Niemniej i zwycięstwa odniesione przez
oddziały polskie, jako i zbrojenie Witolda,
zaniepokoiły go jakoś. Niezwłocznie więc
wysłał, prosząc o rozejm.</akap>


<akap_dialog>--- Osobiście pragnąłbym się z królem polskim porozumieć --- mówił do Leuchtera,
pełniącego przy nim urząd sekretarza.</akap_dialog>


<akap>Leuchter zrozumiał, co te słowa znaczą,
i podążywszy za obozem Jagiełły, spotkał
go pod Raciążem. I póty używał swej olśniewającej wymowy, póki Jagiełło nie zgodził
się na osobiste z wielkim mistrzem porozumienie.</akap>


<akap>Zjawił się też zaraz 8 grudnia Plauen
w Raciążu, bo wyjechawszy jednocześnie
ze swoim posłem, czekał jeno na jego wezwanie. Ksiądz podkanclerzy Mikołaj i Jan
z Tarnowa oraz Zbigniew z Oleśnicy, jako
rozumiejący mowę niemiecką, byli przy królu. A kiedy dwaj pierwsi z największą dokładnością powtarzali każdy wyraz wielkiego mistrza, Zbigniew zapisywał jeno całą
rozmowę, ażeby ją dla potomności podać.</akap>


<akap>Z Plauenem był jeno Henryk Leuchter,
jako znający mowę polską, Anton Ludwigsburg, jako pisarz i powaga Zakonu, i o dziwo, kulas Hilt.</akap>


<akap>Ten, chociaż jeno knecht, znał również
mowę polską, potrzebny więc był do wysłuchania, co tam w obozie mówią, i do
podpatrzenia, jaki duch w nim panuje. Hilt
dumny był ogromnie z tej podróży. Wyjeżdżając mówił:</akap>


<akap_dialog>--- I na głód, i na niewygody trzeba się
narazić, gdy idzie o dobro Zakonu. A bez
Hilta nic, nic! A może spotkam gdzie i Falsa, może do Polaków przystał, jeżeli go
diabeł w tej grunwaldzkiej smole nie ugotował. Brrr! --- Otrząsnął się i mrowie po
nim przeszło. --- Przecie bitwy nie będzie! ---
dodał dla dodania sobie odwagi.</akap_dialog>


<akap>Falsa wprawdzie nie spotkał, ale też niewygód i głodu nie zaznał. <begin id="b1358275741906-1168621871"/><motyw id="m1358275741906-1168621871">Gość, Grzeczność</motyw>Owszem, raczono go, ile wlazło, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Pij, psiakrew, Niemcze, żebyś wiedział,
że Polacy niczego gościom nie żałują!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nawet gorącej smoły nie pożałowalibyśmy takiemu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czego nie zjesz, nie wypijesz, to ci
choćby tym wtłoczymy w gardło! --- dodawano ze śmiechem, pokazując miecz nieszpetny.</akap_dialog>


<akap>Hilt niby się bał, ale widząc, że jeno dla
krotochwili tak mówią, śmiał się wraz z nimi. Był zaś pewien, że do żadnego gwałtu
nie dojdzie, bo sumiennie wymiatał misy,
a jeszcze sumienniej wysuszał dzbany. Łypał też na wszystkie strony oczyma jak
wiewiórka, strzygł uszami jak zając, chwytał każde słówko, ażeby wielkiemu mistrzowi zanieść.<end id="e1358275741906-1168621871"/></akap>


<akap_dialog>--- Czego nie wyrozumiem, nie dosłyszę,
nie dowidzę, to dodam, wymyślę. Od czegóż
łeb na karku --- mówił pukając się w cofnięte ku czaszce czoło.</akap_dialog>


<akap>Kiedy więc zawołano go, aby stał przy
drzwiach za oponą podczas obrad prowadzonych na poły po polsku, na poły po niemiecku, a każde słowo doskonale pamiętał,
nie był z tej godności zadowolony.</akap>


<akap>,,Toć tam wielebny Anton Ludwigsburg
wszystko spisuje..." --- myślał sobie.</akap>


<akap>Stanął jednak. Ale i tu jakoś sobie radził. Idąc wziął pod opończę nieszpetną konew doskonałego, wystałego, chmielem zaprawnego piwa. Nie tylko mu tego nie broniono, lecz dodano jeszcze nieco starego
miodu. Połykał więc, mlaskał językiem, głaskał się z lubością po piersiach i żołądku,
łowiąc uchem, co tam panowie między sobą
gadają. Ale naraz poczęło się wszystko kręcić koło niego, nie mógł się utrzymać na
nogach, uderzył łbem o drzwi, otwierając
je szeroko, i runął jak długi na ziemię.</akap>


<akap>Zerwał się wielki mistrz, zerwał się Henryk Leuchter, Anton zaś Ludwigsburg z wielkiego przestrachu wypuścił z rąk pióro, rozlewając na pergamin strugę inkaustu<pe><slowo_obce>inkaust</slowo_obce> (daw.) --- atrament.</pe>.</akap>


<akap>Lecz Jagiełło i jego otoczenie spojrzeli
jeno, nie drgnąwszy nawet. A oto oczom
wszystkich ukazał się Hilt leżący jak długi na ziemi, ściskający mimo to konew,
z której sączyło się jeszcze nieco brunatnego płynu.</akap>


<akap>Plauen, ujrzawszy knechta, stropił się jakoś, boć tym sposobem wychodziło na
wierzch podsłuchiwanie. Spojrzeli na siebie panowie niemieccy, a Henryk Leuchter,
chcąc ratować sytuację, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- To nasz sługa, znać coś ważnego się
stało, kiedy z wiadomością dotarł aż tutaj.
Pozwoli najmiłościwszy monarcha i nasz
mistrz wielki oraz prześwietne zgromadzenie, że o przyczynie się dowiem --- mówił
kłaniając się dokoła.</akap_dialog>


<akap>Jagiełło uśmiechnął się i skinął głową,
Jan z Tarnowa i inni spojrzeli na siebie porozumiewająco, a Zbyszko, kryjąc śmiech
w kułak, przy oddzielnym stole zapisywał
całe zdarzenie.</akap>


<akap>Tymczasem straż, stojąca przy drzwiach,
podnosiła kulasa. Ten szamotał się wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Kazał mi wielki mistrz, najdostojniejszy
pan mój, stać tutaj, stoję! Czego chcecie?!</akap_dialog>


<akap>Dopiero gdy Leuchter dłoń swą ciężką
położył mu na karku i popchnął, dał się
wyprowadzić bełkocząc:</akap>


<akap_dialog>--- Wielki mistrz kazał... Godny naród...
Napitek... Ale konew...</akap_dialog>


<akap>Przerwane tym epizodem obrady rozpoczęto na nowo. Lecz czy kulas poplątał ich
wątek, czy inna jakaś przyczyna, dość że
nie doszło do porozumienia. Dopiero na
drugi dzień zjechano się w Nieszawie. Przybyło jeszcze więcej panów polskich i niemieckich i uradzono pięcioniedzielny rozejm.</akap>


<akap>Przez ten czas obie strony miały rozważać podane warunki pokoju, a Henryk
von Plauen tyle tylko skorzystał, że Jagiełło
za niewielkim okupem, i to za znamienitszych rycerzy, wypuścił do 20 000 jeńców.
Inni wprost nie chcieli wracać.</akap>


<akap_dialog>--- Wygrana! --- zawołał Plauen. --- Mając tylu rycerzy, po miesiącu rozpoczniemy
walkę!</akap_dialog>


<akap>Lecz Anton Ludwigsburg spuścił jeno głowę i szepnął w sobie:</akap>


<akap>,,Próżno, toć to jeno zgliszcza Zakonu".</akap>


<akap>I miał poniekąd słuszność. Wielu rycerzy
było tak okaleczonych, często bez ręki, nogi, oka albo i obydwóch, że mogli jeno zaświadczyć o pogromie pod Grunwaldem.
Inni mówili:</akap>


<akap_dialog>--- Nie czujemy się jeszcze na siłach,
trzeba do siedzib swoich!</akap_dialog>


<akap>Mała jeno garstka awanturników przy
Krzyżakach została. Ci, tak samo jak i inni,
opowiadali o wielkiej gościnności Polaków,
dodając:</akap>


<akap_dialog>--- Wszelako oni barbarzyńcami nie są,
owszem, grzeczny naród.</akap_dialog>


<akap>Jeno Karol, książę Niderlandów i Fryzlandii, nic nie opowiadał. I on bowiem wrócił, nie dając za siebie żadnego okupu, lecz
serce, myśli, część siebie samego w Bobrownikach zostawił.</akap>


<akap>Sala z każdym dniem stawała mu się droższą. Lecz dziedziczka Bobrownik, spełniając
prawa gościnności i obowiązek dozorczyni
chorych, niczym nie dała poznać, że i on
nie był jej obojętny.</akap>


<akap_dialog>--- Jestem związany przysięgą zakonną ---
rzekł raz smutnie. --- Nie znałem krzyżackiego zakonu, nie znałem polskiego narodu...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jesteście naszym nieprzyjacielem? ---
spytała Sala.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nieprzyjacielem najszlachetniejszego narodu?! --- zawołał Karol.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jednak stanęliście przeciw nam
z Krzyżaki!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stanąłem jako rycerz chrześcijański
idący na krucjatę przeciw poganom...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My poganie?! --- krzyknęła Sala.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wy, wasz król jesteście prawdziwi wyznawcy Chrystusa. Powiedziano mi mylnie...
Oszukano... Chcę szukać w Rzymie zwolnienia ze ślubów zakonnych, chcę zerwać
z Krzyżaki!</akap_dialog>


<akap>Sala nic na to nie rzekła, spuściła jeno
głowę. A książę począł:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1358276008897-54989716"/><motyw id="m1358276008897-54989716">Polak, Anioł, Oświadczyny</motyw>--- Ty, coś się mną tak opiekowała, Salo,
ty jesteś aniołem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ja jestem Polką --- przerwała podnosząc głowę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jako Polka, czy złączysz swe losy
z księciem Fryzlandii, gdy otrzyma od papieża zwolnienie z przysięgi?</akap_dialog>


<akap>Sala chwilkę milczała. Karol oczekiwał
wyroku.</akap>


<akap_dialog>--- Polką być nie przestanę, kraju mego
nie opuszczę --- rzekła wreszcie, siląc się
na spokój.<end id="e1358276008897-54989716"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wygnaniec z ojczystego księstwa, pragnę kraj twój za swój przyjąć, pragnę bezwiedną przeciw twemu narodowi winę nagrodzić...</akap_dialog>


<akap>Była długa chwila milczenia. Sala walczyła sama z sobą, ważyła swoje obowiązki
i uczucie, jakie książę w niej wzbudził.</akap>


<akap>Karol po raz wtóry oczekiwał wyroku.</akap>


<akap>Wreszcie Sala podniosła głowę, a podając mu rękę, rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Niech cię Bóg prowadzi, szukaj w Rzymie rozwiązania ślubów zakonnych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Salo, wracasz mnie powtórnie do życia! --- zawołał książę.</akap_dialog>


<akap>I z sercem pełnym otuchy Bobrowniki
wraz z Bonifacjuszem opuścił.</akap>


<akap>Uważał sobie za obowiązek wrócić do
Malborka, opowiedzieć się wielkiemu mistrzowi, bo przecież na posłuszeństwo przysięgał. Wrócił więc milczący, w sobie zamknięty. Na wzmiankę jednak o wojnie
rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Najmiłościwiej proszę wielkiego mistrza o pozwolenie udania się do Rzymu...
Ślub uczyniłem.</akap_dialog>


<akap>Plauen pojrzał na niego i nagle znać jakaś myśl mu błysnęła, rzekł więc przychylnie:</akap>


<akap_dialog>--- Wszelkie śluby Zakon wielce szanuje
i do szanowania onych stowarzyszonych
skłania. Jedź więc, bracie miły, a że jesteś
przykładnym synem Zakonu, dodamy ci na wet stosowne otoczenie, ażebyś mógł przed
ojcem świętym godnie stanąć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pragnę jako pielgrzym ubogi podróż
tę odbyć --- odparł przyciszonym głosem
książę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wysoko cenię twą pobożność, niemniej
obowiązkiem naszym wysłać jednocześnie
doświadczonych ludzi, którzy choć z dala
będą nad twym bezpieczeństwem czuwali.</akap_dialog>


<akap>To rzekłszy, Plauen odwrócił się, czym
dał znak, że dyskusję uważa za wyczerpaną.</akap>


<akap>Ten orszak, czuwający nad bezpieczeństwem młodego księcia, nie był dlań pożądany, zaś dla wielkiego mistrza był pod
tę chwilę koniecznością, myślał bowiem:</akap>


<akap>,,Na tego młokosa liczyć nic nie można.
Słaba głowa. Oddany dewocji, ale ma stanowisko wśród dworów. To zawsze popłaca.
Będzie kołkiem, ale w książęcej skórze.
Sprzysiężony z Zakonem... Na prawdziwego
przedstawiciela naszej sprawy trzeba wybrać... --- Tu zamyślił się przebiegając myślą
komturów i znakomitszych rycerzy Zakonu. --- Henryk Leuchter byłby najodpowiedniejszy, ale ten na miejscu potrzebny... ---
Zamyślił się. --- Prawda, Michał Kochmajster, którego głupi Jagiełło nawet miesiąca
w niewoli nie trzymał, a bez okupu wypuścił..."</akap>


<akap>I uśmiechnął się drwiąco. A jako postanowił, tak zaraz wydał stosowne polecenie.</akap>
<akap>Prócz tego pchnął poselstwo do Karola
Szóstego, króla francuskiego, do Henryka
Czwartego angielskiego, do Zygmunta Luksemburskiego niemieckiego i do wielu znakomitszych rycerzy, przedstawiając Jagiełłę jako barbarzyńcę z poganami sprzyjaźnionego, nie dającego spokoju Zakonowi, a tym
samym nie pozwalającego mu rozszerzać
wiary świętej.</akap>


<akap>Czy dwory w to uwierzyły, czy w ich
interesie było pomagać Zakonowi, dość że
pomoc przyrzekały, a przede wszystkim
u papieża sprawę Zakonu w myśl Plauena
poparły. Podnosił więc wielki mistrz coraz
więcej głowę, a chociaż doskonale rozumiał,
że świetność Zakonu pogrzebana, puszył się
i z właściwą sobie energią uderzając pięścią w stół, mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Na zgliszczach nowy zbuduję!</akap_dialog>


<akap>Papież, Jan XXIII<pe><slowo_obce>Papież Jan XXIII</slowo_obce>, własc. <slowo_obce>Antypapież Jan XXIII</slowo_obce> --- Baldassare Cossa (ok. 1365--1419), jeden z 3 urzędujących ówcześnie papieży, tzw. obediencji pizańskiej, popierany przez część państw europejskich, w tym przez Polskę. W tym samym czasie w Rzymie papieżem był Grzegorz XII, a w Awinionie Benedykt XIII. Takie rozbicie władzy papieskiej nosiło nazwę wielkiej schizmy zachodniej i trwało od 1378 do 1417 r. Imię Jana XXIII przybrał w XX w. Angelo Giuseppe Roncalli (1881--1963), papież w latach 1958--1963.</pe>, miał właśnie dużo kłopotu z utrzymaniem się na stolicy Piotrowej,
pozbył się więc Krzyżaków, przyznając im
słuszność. To jeszcze więcej rozzuchwaliło
wielkiego mistrza. O wojnie myśleć nie
mógł, bo siły jego były wyczerpane, a zachodni rycerze nie daliby się wciągnąć
w walkę z narodem, który nauczyli się szanować. Przystał więc na zawarcie pokoju.</akap>


<akap>I oto 1 lutego 1411 roku zawarto go
w Toruniu.</akap>


<akap>Przy układach był sam król, był Witold,
było bardzo wielu panów polskich i litewskich, lecz pokój ten nie przyniósł korzyści, jakich się można było po zwycięstwie
grunwaldzkim spodziewać.</akap>


<akap_dialog>--- Tyle ziem zostało przy Krzyżakach! ---
wołano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za tyle krwi przelanej, za tylu wydanych jeńców ledwo 100 000 kop groszy mają
wypłacić, toć kpiny!</akap_dialog>


<akap>Rzeczywiście, po takim pogromie, jakiego
doznali Krzyżacy pod Grunwaldem, zbyt
małą ponosili w ziemiach i bogactwie
szkodę.</akap>


<akap_dialog>--- Witold wszystkiemu winien!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszedł w układy z Krzyżaki! --- wołano w Koronie.</akap_dialog>


<akap>A na Żmudzi i Litwie obwiniano Jagiełłę,
mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Dba on jeno o Polskę, nas na uboczu
zostawia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toć ułożyli, że Żmudź po śmierci Jagiełły i Witolda pójdzie pod pięść Krzyżacką --- biadano.</akap_dialog>





<naglowek_rozdzial>Uaga</naglowek_rozdzial>






<akap>W dworzyszczu Geradajosa
miasto<pe><slowo_obce>miasto</slowo_obce> (tu daw.) --- zamiast.</pe> radości z powrotu Uagi zapanował przygnębiający smutek.</akap>


<akap>Uaga spełniała wszelkie
polecenia, wprędce prząść
się wyuczyła, słuchała pilnie, co do niej mówiono, rozumiała już mowę litewską, sama jednak
uczyła się z trudnością ojczystej mowy. Nigdy też wesołością nie zadźwięczał jej głos
dziewczęcy, nigdy nie tuliła się z pieszczotą
do matki, nie skłoniła do nóg rodzica. Z Peledą rozmawiała tyle jeno, ile konieczność
wymagała. Do domowników nie starała się
zbliżyć. Od służby wprost stroniła.</akap>


<akap>I oto, zamiast wiosny, którą młodość
wśród najtęższej zimy przynosi, zawisły jakieś mgły i chmury w Geradajosowym dworzyszczu. Chmury cięższe może niż dawniej,
bo wywołane zawiedzioną nadzieją.</akap>


<akap_dialog>--- Rozrusza się, rozrusza, przywyknie ---
pocieszała Peleda.</akap_dialog>


<akap>Pocieszała, sama słowom jednak swoim
nie dowierzając.</akap>


<akap>Jeszcze póki była Żwajżgda i Kregżda,
smutek i przygnębienie nie dały się tak odczuwać, wesołością bowiem swoją napełniały wszystkie kąty. Lecz wkrótce znaleźli
się prawowici rodzice, którzy tyle dowodów
prawowitości swojej złożyli, iż nie można
ich było od dziewczątek odsądzać, ile że
i one, wiele sobie przypominając, szczebiotały o tym bez ustanku.</akap>


<akap_dialog>--- Czemu nasza nie taka, czemu? --- pytała imci pani Geradajosowa małżonka, żegnając swe ulubienice.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo już dziewka dorodna, niezadługo i o mężu trzeba pomyśleć --- pocieszał
żonę.</akap_dialog>


<akap>Lecz pani Skruzda kiwała głową i mówiła:</akap>


<akap_dialog>--- Gdyby nie to, że mnie od razu do niej
serce pociągnęło... A możem się omyliła?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ee, co za gadanie! --- oburzał się małżonek. --- Toć jak dwie krople wody podobna do ciebie!</akap_dialog>


<akap>W duszy jednak i tak, i owak sobie myślał, powtarzając:</akap>


<akap_dialog>--- No, no, gdyby nie to podobieństwo! Nie
ma co, trzeba ją za mąż wydać!</akap_dialog>


<akap>I upatrywał sobie godnego zięcia, tym
więcej że po zawarciu pokoju toruńskiego
do żadnej wyprawy się nie szykowano.
Lecz Uaga jaka była dla rodziców i domowników, taka była i dla gości zjeżdżających
się z różnych stron dla podzielenia z Geradajosami radości z szczęśliwego powrotu
córki.</akap>


<akap>Geradajos, jak był dzielny i wytrwały
w walce z Krzyżaki, tak był wytrwały i wierny swym bogom. Małżonka jego wierzyła
w opiekę starego dębu, rozrosłego o kilka
staj<pe><slowo_obce>staja</slowo_obce>, <slowo_obce>staje</slowo_obce> a. <slowo_obce>stajanie</slowo_obce> --- daw. miara długości, w różnych okresach i okolicach licząca od 100 do 1000 m.</pe> od ich dworzyszcza, podtrzymywała
znicz domowy, a gdy na chwilę przygasał
na urządzonym ku temu palenisku, na którym nigdy się nic nie warzyło, podsycała
go gałązkami jałowca, roznoszącymi woń
przyjemną. Nie brała się też do jadła, póki
pierwej łyżki czy kęsa nie wrzuciła w ogień,
wymawiając:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Szławe diewus</slowo_obce><pa><slowo_obce>szławe diewus</slowo_obce> (litewskie) --- cześć bogom.</pa>!</akap_dialog>


<akap>Węże w dworzyszczu były tak oswojone,
że przypełzłszy do jedzących, podnosiły łeb,
otwierały paszcze i syczeniem dopominały
się datku. A jak państwo, tak dworzanie
i służba w wielkim poszanowaniu je mieli,
a wszystkich obrządków pilnie przestrzegali.
Tak zaś państwo, jak i otoczenie wiarę Chrystusową, jako wiarę przez Krzyżaków narzucaną, mieli w wielkiej ohydzie i wprost
z lękiem, ba, nawet ze wstrętem się o niej
wyrażali.</akap>


<akap>Uaga znów ze wstrętem i lękiem patrzyła
na obrządki pogańskie i węże tak poufale
w domu jej rodziców żyjące. Bolało ją też
lekceważenie wiary Chrystusowej, bolał ją
brak znaku krzyża świętego, który w wielkiej tajemnicy codziennie na czole swoim
kładła. Ochrzczona wraz z wieloma innymi
zaraz po przybyciu do Malborka, wychowywana również wraz z innymi poza murami zamku, w mieście, pod opieką jakiejś
starej pobożnej kobiety umiłowała nową
wiarę, wskazującą jej niedościgłą, nieziemską, a pełną uroku przyszłość.</akap>


<akap>W murach zamku była jeno czas krótki,
to jest od chwili, gdy spalono miasto, nie
miała więc czasu rozpatrzeć się w życiu
Krzyżaków, w ich przewrotności. Nie wnikała w żadne pobudki, jakie nimi kierowały
przy zabieraniu dzieci żmudzkich i litewskich, wierzyła, że doprowadzanie do wiary
świętej głównym ich było celem. Uwolnienie tylu dziewcząt, odesłanie ich do rodziców uważała za akt wielkiej gorliwości
w krzewieniu wiary. Innych pobudek, innych
celów nie znała, nie rozumiała.</akap>


<akap>,,Jeżeli są jeszcze tacy, co nie wierzą
w prawdziwego Boga, opowiem im, uwierzą!" --- myślała wracając z całą prostotą
dziewiczej, nie skażonej duszy.</akap>


<akap>W drodze nie rozumiała jeszcze ojców
swych mowy; od chwili gdy zaczęła ją nieco pojmować, pojmowała jednocześnie, że
wszyscy, co ją otaczali, byli poganami.</akap>


<akap>Dom więc, rodzice, domownicy, służba,
słowem, całe Geradajosy, ze swymi obrządkami pogańskimi, stały się dla niej obce.
Ona z nimi, oni z nią nie mieli nic wspólnego.</akap>


<akap>Próbowała też nieraz opowiadać o jedynym Bogu; że jednak dostatecznie mowy
litewskiej nie umiała, plątała wyrazy niemieckie, które jeno oburzenie w słuchaczach
wzniecały. Po wielekroć razy chciała upaść
do nóg matce, wyznać, że jest chrześcijanką,
prosić, żeby i ona wiarę tę przyjęła, ale jeden błysk oczu, jedno słówko niechętne dla
prawdziwej wiary i ich krzewicieli ochładzały Uagę w zapale.</akap>


<akap_dialog>--- Później to uczynię --- mówiła sobie.</akap_dialog>


<akap>Tymczasem mowa niemiecka, oschłość
i chłód od niej wiejący, miasto zbliżać, oddalały ją od nich. Wyradzała się wprost
obopólna niechęć.</akap>


<akap>,,Gdybym tak ścięła ten wielki dąb uważany za świętość? --- myślała sobie, kopiąc
się po głębokim śniegu i przypatrując rozłożystym, smutnym konarom drzewa.</akap>


<akap>Przypatrywała się długo i wyniosła to
przekonanie, że nie jeden jej topór, lecz
kilkadziesiąt nie poradziłoby olbrzymowi.</akap>


<akap_dialog>--- Miłowanie ma dla świętego dębu ---
mówiła Peleda, wskazując ją swej pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oby natchnął ją i odmienił --- wzdychała strapiona matka.</akap_dialog>


<akap>A Uaga, spojrzawszy na wielki pień, na
wykrzywione dziwacznie gałęzie, na chrzęst
wywołany poświstem zimowego wichru,
z drżeniem się odwracała, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Nie, nie!</akap_dialog>


<akap>I mimo woli strach ją przejmował. I kilka razy tak się zaciekała, wracając zawsze
z jakimś zabobonnym strachem. Co więcej,
widok starego dębu budził w niej jakąś
cześć i dziwne umiłowanie. To znów przychodziło jej na myśl:</akap>


<akap_dialog>--- Zgaszę ten święty znicz!</akap_dialog>


<akap>I stawała przed ogniem, namyślając się,
jak by płomienie zgasić.</akap>


<akap>A kiedy raz, wielce zadumana, wpatrywała się w jego ciemnoczerwone płomienie,
prześliznął się koło niej wąż i podniósłszy
łeb, zasyczał. Uaga odskoczyła od paleniska, lecz wstrętny gad popełzał za nią, sycząc coraz głośniej. Co gorsza spomiędzy
polnych kamieni, którymi podłoga izby była
wyłożona, gady, zwabione sykiem swego towarzysza, ze wszystkich stron zaczęły wyłazić, otaczając wystraszoną dziewczynę. Uciekła przed nimi, ukryła się w swej bokówce<pe><slowo_obce>bokówka</slowo_obce> --- mały pokój, położony obok dużej, wspólnej izby, świetlicy.</pe>,
wzięła w rękę krzyżyk, który sama sobie
z dwóch drewienek związała, padła na kolana i zatonęła w głębokiej modlitwie. Nie
słyszała nawet skrzypnięcia drzwi, usłyszała jeno rozpaczliwy krzyk matki i runięcie jej ciała na podłogę.</akap>


<akap>Podbiegła do niej, podniosła obejmując
silnym ramieniem, lecz matka ją odtrąciła,
wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Precz! Tyś Niemka, Niemka!</akap_dialog>


<akap>Niemka i chrześcijanka w pojęciu Geradajosowej było to jedno. Wiara szła do nich
od Niemców, niemiecka więc dla Żmudzi
była.</akap>


<akap>Na krzyk pani wbiegła Peleda, zdziwionymi oczyma pojrzała, na chwilę błysk radosny rozjaśnił jej źrenice na widok obejmującej matkę Uagi. Lecz gdy usłyszała:</akap>


<akap_dialog>--- Ona Niemka, Niemka! --- zrozumiała
od razu, co zaszło.</akap_dialog>


<akap>Od dawna domyślała się, że Uaga jest
chrześcijanką, domysłami jednak z nikim
się nie dzieliła.</akap>


<akap_dialog>--- Przecie i Litwini wierzą w jednego
Boga, a nie są Niemcami. I ta święta królowa, co zmarła... --- poczęła sługa.</akap_dialog>


<akap>Lecz Skruzda nie dała się przekonać, powtarzała jedno i jedno:</akap>


<akap_dialog>--- Wiedziałam, że tak będzie, że nie oddadzą takiej, jak była! Oby była na wieki
zginęła! Srom, hańba!</akap_dialog>


<akap>I wspierając się na ramieniu Peledy,
szybko opuściła bokówkę.</akap>


<akap>Uaga stała wciąż w jednym miejscu,
z rękami skrzyżowanymi na piersiach oczy
wznosiła ku górze, jak gdyby szukała opieki
Najwyższego. Lecz miasto błękitu nieba widziała jeno czarne, okopcone belki, przygniatające ją niejako swoją ciemnością. Runęła więc na ziemię z rozkrzyżowanymi
rękoma i z głębi zbolałej duszy poczęła
wołać Tego, który oddał życie swe dla zbratania wszystkich ludzi.</akap>


<akap>Tak ją zastał ojciec.</akap>


<akap><begin id="b1358278028634-1331048078"/><motyw id="m1358278028634-1331048078">Religia, Konflikt, Matka, Córka</motyw>Geradajos nie widział nigdy modlących
się w ten sposób, przeląkł się więc, a zbliżywszy się, podniósł ją delikatnie i przytulił ku sobie.</akap>


<akap>Uaga złożyła głowę na jego piersi i po
raz pierwszy zalała się łzami. Ze łzami tymi
spłynął ból tak długo tajony, szepnęła więc:</akap>


<akap_dialog>--- Ojcze, jam wasza, lecz chrześcijanka!</akap_dialog>


<akap>Rycerz drgnął.</akap>


<akap>Widział już tylu chrześcijan, rozumiał, że
jest różnica między Niemcami a chrześcijanami, którzy bronili się od krzyżackiego
najazdu. Bądź co bądź Uaga, chrześcijanka
czy poganka, była jego córką, córką, przez
tyle lat opłakiwaną. Przytulił ją więc po
raz wtóry do piersi, położył dłoń szeroką
na jej jasnych włosach i wyszedł, nic nie
mówiąc, z bokówki.</akap>


<akap>Lecz w dworzyszczu zapanował teraz mrok
zupełny, cisza przygnębiająca, życie w najstraszniejszej rozterce. Córka unikała matki,
matka nie chciała widzieć córki, odtrącała
nawet Peledę, gdy ta usiłowała je pojednać.</akap>


<akap>Co gorsze, nastąpiła jakaś głucha rozterka
między małżonkami.</akap>


<akap>Geradajos widział w Uadze utraconą córkę, Geradajosowa widziała jeno Niemkę.</akap>


<akap_dialog>--- Odmienili ją, urzekli! Gdyby była prawdziwą Uagą, nie byłaby Niemką! Precz ją
wygonić! Nawet węże podnoszą łby do góry,
czują w niej Niemkę! Psami wyszczuć, spalić! --- wołała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie! --- zawołał groźnie Geradajos.</akap_dialog>


<akap>To ,,nie" uratowało życie Uagi. Lecz co to
było za życie!<end id="e1358278028634-1331048078"/></akap>


<akap>Jak jejmość Skruzda, wszechwładna pani
w całym dworzyszczu, tak wszyscy odwracali się od Uagi. Gdy przemówiła do jakiego
dziecka lub chciała je wziąć za rękę, uciekało z krzykiem, kryjąc się za węgieł, a słudzy i dworzanie spod oka na nią patrzyli.
Jedna tylko Peleda okazywała jej życzliwość, z którą wszakże musiała się kryć
przed ukochaną swą panią.</akap>


<akap>Uaga z nadejściem wiosny kryła się
dzień cały w lesie. Tu mogła się modlić.
Lecz z tą modlitwą kryć się również musiała.</akap>


<akap>Gdy wiosenna burza drzewami wstrząsnęła, Uaga myślała sobie:</akap>


<akap_dialog>--- Drzewa gniewają się, że im zakłócam
spokój...</akap_dialog>


<akap>I oto ona, która w drodze myślała sobie:</akap>


<akap>,,Nawrócę ich wszystkich, będą jako pierwotni chrześcijanie!"</akap>


<akap>Teraz żyła bezradna, nie umiejąc pięknych swych marzeń urzeczywistnić.</akap>


<akap><begin id="b1358278220830-1117096303"/><motyw id="m1358278220830-1117096303">Pogrzeb</motyw>Aż oto pewnego dnia znaleziono nieszczęśliwą w lesie, ale znaleziono ją nieżywą. Odzież miała poszarpaną, twarz mocno zeszpeconą, włosy z czaszki obdarte.</akap>


<akap_dialog>--- Niedźwiedź ją pogłaskał --- zawyrokowali ci, co ją znaleźli.</akap_dialog>


<akap>Przyniesiono ją i złożono nie opodal świętego dębu. Skruzda ni jednej łzy nie uroniła.</akap>


<akap_dialog>--- Kara bogów, wola bogów! --- zawołała jeno, wpatrując się w oszpeconą twarz
córki.</akap_dialog>


<akap>Geradajos ryknął ciężkim płaczem i rzucił gałąź na zeszpeconą twarz córki. A słudzy rzucali również gałęzie, aż usłali z nich
stos wielki. Wtedy Peleda podpaliła stos
ze stron wielu.</akap>


<akap>Buchnął ogień, ogarniając jedlinowe
i świerkowe igły. Zatrzeszczało, zahuczało i płomienie ogarnęły zwłoki Uagi. I długo,
długo palił się stos, nim zwęglił młode
członki.</akap>


<akap>Skruzda patrzyła na stos ten rozszerzonymi oczyma. Z trudnością ją od niego oderwano. Geradajos, nic nie mówiąc, wziął
oszczep i odszedł. A płaczki według zwyczaju zawodziły, powtarzając:</akap>


<akap_dialog>--- Uaga! Uaga!</akap_dialog>


<akap>A gdy w jakiś czas została jeno kupa dymiącego popiołu, Skruzda kazała nad nim
usypać mogiłę, a obejmując ją, mówiła:</akap>


<akap_dialog>--- Teraz mam córkę.</akap_dialog>


<akap>I śpiewała pieśni, jakby ją do snu kołysząc. Wkrótce znaleziono ją nieżywą na
mogile córki.</akap>


<akap>Usypano obok drugą.</akap>


<akap>O Geradajosie nikt nigdy nic nie słyszał.
Nad jego dworzyszczem zawisły czarne mgły
i dąb stary szumiał pieśń żałobną.</akap>


<akap>Znicz wygasł do szczętu.<end id="e1358278220830-1117096303"/></akap>







<naglowek_rozdzial>Na zgliszczach Zakonu</naglowek_rozdzial>




<akap>Krzyżacy, mimo stosunkowo
korzystnego dla nich pokoju
toruńskiego, również nie byli zadowoleni.</akap>


<akap>Sam mistrz Henryk von Plauen, ilekroć o tym pokoju
była mowa, zwracał zaraz rozmowę na co innego. Sam
zaś z sobą mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Musielibyśmy chyba całą Litwę i Polskę zagarnąć, żeby wynagrodzić straty. To
wszystko, co mamy, nie pokryje zgliszcz
Zakonu i zniesławienia nas w Europie.</akap_dialog>


<akap>W całym zaś Zakonie jakieś ukryte głosy
jak zjadliwe gady poczęły się przeciw Plauenowi podnosić.</akap>


<akap_dialog>--- Nie umiał wyzyskać chwili. Przyjął
opłatę 100 000 kop groszy. Skąd ich
wziąć? --- mówił Marcin Herencog, komtur Świecia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skarb wielce wyczerpany... --- szepnął Henryk Leuchter, marszałek Zakonu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecie wy głównie robiliście układy,
was głównie do tego używał! --- syknął
ktoś urągliwie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda, lecz spełniałem jeno polecenia wielkiego mistrza, sam z siebie nic nie
wysnuwając --- rzekł układnie marszałek.</akap_dialog>


<akap>Zaśmiano się na całe gardło. Leuchter
zdawał się tego śmiechu nie słyszeć i począł:</akap>


<akap_dialog>--- Mistrz Plauen położył wielkie zasługi,
uratował Malbork...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Który jest tylko zgliszczem dawnej
świetności --- przerwał Anton Ludwigsburg.</akap_dialog>


<akap>Inni kiwnęli głowami potakująco.</akap>


<akap_dialog>--- Według mnie wszakże --- ciągnął dalej Leuchter --- nie trzeba było przystawać
na pokój, jeno dalej walkę prowadzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czym?! Kim?! --- zawołano jednogłośnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ludzie legli pod Grunwaldem i Tannenbergiem, pieniędzy w skarbie nikt ze
świecą nie znajdzie! --- wołano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie trzeba było walki rozpoczynać, nie
wiedząc, jakie są siły przeciwnika --- rzucił ktoś.</akap_dialog>


<akap>Zawrzało jak w ulu i wrzało dalej. Niezadowolenie rosło, jedność zakonna coraz
więcej była podkopywana, a wszechwładza
wielkiego mistrza chwiała się jak budynek,
z którego fundamentów pousuwał ktoś największe kamienie.</akap>


<akap>A Plauen, mimo zawartego pokoju, wysyłał od czasu do czasu małe oddziałki na
Żmudź, niby dla zobaczenia, czy tam wszystko spokojnie, w rzeczywistości zaś dla zabrania dobytku nieraz najbiedniejszej ludności.</akap>


<akap>W Zakonie wytworzyły się dwa stronnictwa.</akap>


<akap>Jedno, bardzo nieliczne, z Henrykiem von
Plauenem, stryjecznym bratem mistrza, na
czele; drugie, bardzo liczne, z Michałem
Kochmajstrem, obecnym komturem Torunia.
Ten otworzył gościnne wrota swojej komturii, zapraszając głównych przedstawicieli
dla narady. W gruncie zaś chował śmiałe
zamiary, by po zrzuceniu Plauena z mistrzostwa sam na to dostojeństwo został obrany.</akap>


<akap>Stryjeczny mistrza Plauena, stanąwszy
w dumnej postawie, gorąco bronił swego
krewniaka, wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Mistrz Plauen energią swą uratował
honor Zakonu, ochronił go od zagłady!</akap_dialog>


<akap>A Michał Kochmajster wrzasnął:</akap>


<akap_dialog>--- Mistrz Plauen swą gwałtownością popchnął Zakon do ostatecznej zagłady!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, to są już tylko zgliszcza Zakonu --- szepnął Anton Ludwigsburg.</akap_dialog>


<akap>I dalej wrzało na niekorzyść Plauena.</akap>


<akap_dialog>--- A poza Zakonem jeszcze większa niechęć ku Krzyżakom wzrosła. Wysyłanie oddziałów na Żmudź i Litwę, zdzierstwa i grabieże usposabiają jak najgorzej ludność.
Jeżeli dawniej patrzono na Zakon z bojaźnią, teraz na widok białego płaszcza z krzykiem uciekają chowając, co mają najdroższego, chowają zaś najskrzętniej kobiety
i dzieci --- zakończył Kochmajster.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Matki straszą Krzyżakiem dzieci, a nawet psy na wołanie: ,,Krzyżaki" wyć poczynają --- dodał ktoś z jego stronnictwa.</akap_dialog>


<akap>Jedni więc na to przemówienie Kochmajstra kiwali potakująco głowami, drudzy
uśmiechali się urągliwie, Marcin zaś Herencog, obecny komtur Świecia, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- A Władysław Jagiełło korzysta z tej
niechęci i czyni kroki, żeby Litwę z Polską
połączyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I połączył --- wrzasnął Kochmajster. ---
Skorzysta z niechęci, jaką zaszczepił Plauen
i całą ludność Litwy i Żmudzi ku sobie nawróci! --- zakończył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I nam będzie urągał --- dodał komtur
Elbląga, Wilhelm Wallenrod.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czy to tylko Żmudź i Litwa tak
zniechęcona? Trzeba widzieć, co się dzieje
koło Świecia --- ozwał się znów Herencog.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo koło Elbląga! --- dorzucił Wallenrod.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo i koło Królewca!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I koło Torunia!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I Kwidzynia!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo i Grudziądza!</akap_dialog>


<akap>I tak jeden po drugim wymieniali miasta
będące pod ich rządami.</akap>


<akap>Wrzało coraz głośniej, jak gdyby ktoś dorzucał drew pod kocioł, w którym nakryta
szczelnie woda nie mogła znaleźć ujścia
do wylania się na zewnątrz.</akap>


<akap_dialog>--- Co to szukać daleko! --- wrzasnął znów
Kochmajster, a stanąwszy wyciągnął dłoń
przed siebie i mówił: --- Tam, tam, koło
samego Malborka, głównej siedziby Zakonu, gdzie tyle dobrodziejstw Zakon posiał: zakładał miasta, uczył rzemiosł, rozszerzał handel, z barbarzyńców czynił ludzi,
bogacił ich, dziś ludność wre na Krzyżaków niechęcią i każdemu by z ochotą mizerykordię<pe><slowo_obce>mizerykordia</slowo_obce> (z łac. <slowo_obce>misericordia</slowo_obce>: miłosierdzie) --- niewielki miecz, sztylet, służący m.in. do dobijania rannych (stąd jego nazwa).</pe> w gardło wcisnęła! A wszystko
to ucisk, ucisk, jeszcze raz ucisk i nieumiejętne postępowanie Plauena.</akap_dialog>


<akap>Stronnictwo Plauena, i tak bardzo nieliczne, coraz więcej porozumiewało się
wzrokiem i coraz więcej przyznawało słuszności swoim przeciwnikom. Jeden tylko brat
mistrza podnosił jego zasługi, szukając głosem i wzrokiem poparcia u swoich stronników. Z bólem wszakże widział, że głos jego
jest najzupełniej odosobniony.</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba ratować Zakon! --- zawyrokował Wilhelm Wallenrod.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzeba! --- zawołali wszyscy jednogłośnie, nie wyłączając garstki stronników mistrza Plauena.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mistrz Henryk von Plauen wiem, że
obmyśla środki ku temu, ma nawet zamiar
rozpocząć wojnę z Polską --- począł brat
jego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cha! cha! cha! Cha! cha! cha! --- zaśmiano się na całe gardło.</akap_dialog>


<akap>A potem, jak w zamku malborskim na
poufnej naradzie, wrzaśnięto z całą wściekłością:</akap>


<akap_dialog>--- Kim?!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czym?!</akap_dialog>


<akap>I znów śmiech piekielny, szyderczy napełnił całą salę.</akap>


<akap>Gdy się nieco uciszyło, ozwał się słodkim
głosem milczący Henryk Leuchter, marszałek Zakonu:</akap>


<akap_dialog>--- Można by poddać jakąś dobrą myśl
najdostojniejszemu wielkiemu mistrzowi
Plauenowi ku naprawieniu złego, które bez
złej woli uczynił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zło szło przez lat wiele każdą szczeliną, a teraz i otwartymi wrotami niełacno je
wypędzić --- rzekł Marcin Herencog.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jednak musimy je wypędzić! --- zawołał grzmiącym głosem Michał Kochmajster.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musimy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musimy! --- poparto go ze wszech
stron, zwracając nań wzrok jako do jedynej przystani, która im może dać jakiś ratunek.</akap_dialog>


<akap>Jeno brat wielkiego mistrza siedział ze
spuszczonym wzrokiem.</akap>


<akap>Michał Kochmajster dał jakiś niepostrzeżony znak Henrykowi Leuchterowi, a ten
nie odzywając się już ani słówkiem, wymknął się z posiedzenia.</akap>


<akap>A w komnacie wrzało i wrzało. Stare wino z piwnic Kochmajstra, napełnianych daniną kupców z Torunia i całej komandorii,
podniecało umysły, rozgrzewało niechęcią
do Plauena, zapalając miłością i uwielbieniem ku Kochmajstrowi, jakby w nie piwniczy wsypał stosownego do okoliczności
proszku.</akap>


<akap>A na zamku malborskim siedział mistrz
Henryk von Plauen i wcale niewesołymi bawił się myślami.</akap>


<akap>Wiedział on o wrzeniu i niechęci, jakie
się podnosiły w Zakonie, nie przypuszczał
jednak nigdy, żeby gad zjadliwy aż tak daleko zapuścił swe korzenie. Czuł się wielkim i o tej wielkości i sile miał jak najwyższe pojęcie. Ba, nie tylko pojęcie, lecz
wprost mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Nikt mnie zastąpić nie zdoła, beze
mnie byłyby to tylko zgliszcza Zakonu!</akap_dialog>


<akap>Nie trapił go więc niepokój o jego własną osobę, zdawała mu się nadto potężną
i nietykalną, lecz w tej chwili otrzymał
wieści o bliskim już dojściu do skutku zjednoczenia Litwy z Polską. To go nurtowało.</akap>


<akap_dialog>--- Byłoby to już rzeczywistą zgubą Zakonu --- wyszeptał targając szeroką dłonią
siwiejącą brodę.</akap_dialog>


<akap>Wtem krótki głos trąbki z wieżycy ozwał
się po dwakroć.</akap>


<akap>,,Ktoś ze swoich" --- pomyślał Plauen
z pewną otuchą.</akap>


<akap>I mimo woli przysunął się do okna. Lecz
nic nie dojrzał. Okno wychodziło na boczny dziedziniec. Chciał klasnąć w dłonie i kazać dowiedzieć się, kto by przybywał,
wstrzymał się wszakże i szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Zbytnia ciekawość w żadnym razie nie
przystoi.</akap_dialog>


<akap>Nie potrzebował wszakże długo czekać.
Zjawił się Hilt, od niejakiego czasu knecht
służbowy, i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Jego miłość Henryk Leuchter, marszałek Zakonu.</akap_dialog>


<akap>I oto zaraz wkroczył znany nam dostojnik, a za nim kilku uzbrojonych rycerzy.</akap>


<akap_dialog>--- Każ im odejść! --- zawołał wielki
mistrz, marszcząc brwi groźnie.</akap_dialog>


<akap>Lecz marszałek stanął przed nim i skłoniwszy się według wszelkiego regulaminu,
uroczystym rzekł głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Z postanowienia najwyższej rady Zakonu mam rozkaz uwięzienia waszej dostojności!</akap_dialog>


<akap>I trzymał przed jego oczyma pergamin
opatrzony podpisami dwunastu komturów,
na których czele widniało nazwisko Kochmajstra.</akap>


<akap>Plauen rzucił okiem na pismo.</akap>


<akap>Wszystko było według nakreślonej ustawy
Zakonu. Wstał więc, wyprostował się, obrzucił pełnym pogardy wzrokiem byłego
swego doradcę i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Gdzież mnie zawiedziesz, ty podły
lisie?</akap_dialog>


<akap>Leuchter skinął na przybyłych z nim
zbrojnych. Ci przysunęli się z przygotowanymi więzami.</akap>


<akap_dialog>--- Co? --- zapytał Plauen tak wyniosłym
głosem i zmierzył ich tak dumnym spojrzeniem, że ci opuścili ręce. --- Czy myślisz, ty
psie podły, ty hańbo Zakonu, że ja, wielki
wasz mistrz, jestem takim, jak ty, gadem?! --- zawołał Plauen. I splunął w twarz
Leuchterowi, a otworzywszy okno, grzmiącym głosem rozkazał: --- Zbroję i konia!</akap_dialog>


<akap>I siadł najspokojniej na dawnym swym
miejscu. Leuchter nie spuszczał go z oczu.
Plauen zdawał się nie postrzegać jego obecności. Patrzył dumnie przed siebie, a żaden
muskuł na jego twarzy nie drgnął niepokojem. Lecz żaden też odgłos w podwórcach nie znamionował obrony.</akap>


<akap>Głuche stąpanie kopyt końskich i chrzęst
niesionej zbroi przerwał ciszę. Plauen podniósł się. Otoczyli go zbrojni.</akap>


<akap>Gdy był przed gankiem i giermek chciał
mu podać zbroję, Leuchter odsunął go, odzywając się rozkazującym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Zbroja i miecz niepotrzebne!</akap_dialog>


<akap>Hilt wykrzywił uśmiechem swą płaską
twarz. Ulubiony pies nawinął się pod nogi
Plauena, lecz ten kopnął go w brzuch ostrogą tak silnie, że od razu jelita z niego wyszły, a biedne zwierzę tarzało się w konwulsjach konania.</akap>


<akap_dialog>--- Tak będzie z całym Zakonem! --- rzucił
Plauen, wskazując psa, i dosiadł konia.</akap_dialog>


<akap>Otoczono go ze wszech stron. Leuchter
jechał tuż obok, bacząc na każdy ruch
więźnia.</akap>


<akap>Po kilku dniach smutnej jak pogrzeb podróży dojechano do Pokrzywna, czyli Engelsburga, w Grudziądzkiem. Gdy podwoje engelsburskiego zamku zamykały się za byłym
mistrzem, ten donośnym głosem zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Przy obiorze Kochmajstra wyprawcie
jednocześnie ucztę na zgliszczach Zakonu!</akap_dialog>




<naglowek_rozdzial>Unia
w Horodle</naglowek_rozdzial>




<akap>Jagiełło, chcąc przyciszyć
umysły niezadowolone z pokoju toruńskiego, starał się
wszelkimi siłami kraj wewnątrz i zewnątrz umocnić.
Nadarzyła się ku temu sposobność. Zygmunt Luksemburski w tym czasie ogłosił się cesarzem niemieckim, potrzebny mu
więc był spokój od strony wschodniej. Zaprosił więc Jagiełłę na uroczystości koronacyjne, a chociaż ten nie wierzył chytremu
Luksemburczykowi, chociaż niechętnie podróż do Wiednia i węgierskiego Budzynia
podejmował, pojechał wszakże w otoczeniu najznakomitszych panów duchownych
i świeckich, na których czele stał uczony
podkanclerzy, arcybiskup Mikołaj Trąba,
oraz Jan z Tarnowa i wielu innych. Brakowało jeno ulubieńca i sekretarza królewskiego, Zbigniewa z Oleśnicy, bo ten za
zezwoleniem króla na duchownego właśnie
się kształcił. Miejsce jego zastąpił Jan Mężyk, również biegły w piśmie i językach cudzoziemskich.</akap>


<akap>Zygmunt dla zjednania sobie sojusznika
w Polsce odstąpił jej 12 miast polskich,
o które ciągłe były spory.</akap>


<akap>Węgrzy chętnie na to patrzyli, mieli bowiem swoje rachuby na Władysława Jagiełłę.
Panowie polscy również nie byli krzywi z nabytku na granicy węgierskiej, mówiąc:</akap>





<akap_dialog>--- Choć tym sposobem wynagrodzimy
sobie nieco niedobory, które nam się od
Krzyżaków należały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A trzeba też baczyć i na przyjaźń
z Węgrami --- dodawano.</akap_dialog>


<akap>Ale chytry Zygmunt, jak zwykle, płaszcz
na dwóch ramionach nosił, jednocześnie
więc i Jagielle składał hołdy, i Krzyżaków
do wojny z Polską podburzał, i Plauena namawiał do przyjaźni z Witoldem ku oderwaniu Litwy.</akap>


<akap>Całym szczęściem dla nas były owe niezgody w Zakonie.</akap>


<akap>Witold nie wchodził w układy z Krzyżakami, bo na swoją rękę politykę prowadził,
obracając wciąż oczy na wschód, na Ruś.
Ludność zaś Litwy i Żmudzi, nękana wciąż
przez Krzyżaków, skłaniała się coraz więcej
ku Polsce, widząc w niej jedyną dla siebie
pomoc. Tę ostatnią skłonność postanowił
Jagiełło wyzyskać i na jednej z poufnych
narad rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba Litwę z Polską w jedno państwo połączyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest to myśl tak wielkiej doniosłości,
iż możemy jeno najmiłościwszemu panu
spełnienia onej życzyć! --- skłonił się Jan
z Tarnowa.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1358280047789-258456412"/><motyw id="m1358280047789-258456412">Kobieta</motyw>--- A najpierwszym krokiem ku temu jest
pilne rozszerzenie i ugruntowanie chrześcijaństwa na Litwie i zaprowadzenie wiary
świętej na Żmudzi --- ozwał się podkanclerzy państwa, arcybiskup Mikołaj Trąba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rzecz to duchowieństwa --- odparł monarcha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I niewiast --- dodał podkanclerzy
z uśmiechem.</akap_dialog>


<akap>Spojrzano na niego z wielkim zdziwieniem.</akap>


<akap_dialog>--- Tak, niewiast --- powtórzył. --- Tam
gdzie ksiądz dotrzeć nie zdoła, niewiasta obdarzona silną wiarą, a także delikatnością
obejścia, potrafi.<end id="e1358280047789-258456412"/> A ku temu potrzebuję waszego zezwolenia, miły kasztelanie --- zwrócił się do Jana z Tarnowa.</akap_dialog>


<akap>Kasztelan pojrzał nań zdziwiony.</akap>


<akap_dialog>--- Nie dziwujcie się --- pochwycił podkanclerzy --- Salomea Bobrownicka jest pod
waszą opieką. Bez waszego zezwolenia żadnego ważniejszego kroku nie uczyni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bez mego zezwolenia zaręczyła się
z jakimś fryzlandzkim książątkiem bez znaczenia i ziemi --- przerwał dość niechętnie
kasztelan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale zaraz ku wam z tą wieścią wysłała, a Karol von Leuwarden po uzyskaniu
rozwiązania ślubów w Rzymie osobiście
wam hołd złożył --- przypomniał podkanclerzy. --- A nawet najmiłościwszemu panu
miał szczęście być przedstawionym --- dodał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przypominam sobie --- rzucił Jagiełło. --- Ale o cóż rzecz właściwie idzie? ---
zapytał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żeby kasztelan, jako opiekun, dał pozwolenie Salomei Bobrownickiej do przybrania sobie właściwego otoczenia i wyruszenia
na Żmudź w celu szerzenia i wszczepiania
wiary świętej, a tym sposobem przygotowania jeszcze więcej umysłów do połączenia
się zupełnego z Polską.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież ta wasza misjonarka ma już
naturalnego opiekuna w małżonku, owym
książątku --- uśmiechnął się Jagiełło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, najmiłościwszy panie --- ozwał się
kasztelan --- Karol von Leuwarden otrzymał uwolnienie od przysięgi danej Krzyżakom, z warunkiem, że przez lat trzy odbywać będzie pokutę w jednym z najsurowszych klasztorów. Wybrał sobie klasztor
ojców cystersów w Jędrzejowie, a tam odbywając pokutę, uczy się jednocześnie polskiej mowy.</akap_dialog>


<akap>Król, który lubił wiedzieć o domowych
sprawach swych poddanych, uśmiechnął się
i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Wielce osobliwa historia!</akap_dialog>


<akap>A kasztelan rzekł uprzejmie do arcybiskupa:</akap>


<akap_dialog>--- Skoro jego ekscelencja uważa, że mieszanie się kobiet w sprawy rozszerzania
wiary świętej może być przydatne, wydam
zaraz rozkazy, żeby do Bobrownik zaniesiono moje pozwolenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będzie to krok ku połączeniu Litwy
z Polską --- uśmiechnął się król.</akap_dialog>


<akap>I zaczął snuć rozmaite plany co do zwołania szerszej narady.</akap>


<akap>Było to już w jego charakterze, że gdy
raz co postanowił, chciał niezwłocznie postanowienia onego dokonać. Rozesłano też
zaraz wici, zapraszając panów polskich na
zjazd do Sieradza.</akap>


<akap>Jednocześnie Mikołaj Habdank Skarbek
z Góry i Jan Nałęcz wyjechali na Litwę dla
porozumienia się z Witoldem, który w
owym czasie świeżo zbudowany w Wielonie
zamek obsadzał. Przybycie panów polskich
wielce było na rękę Witoldowi.</akap>


<akap>,,Muszą się ze mną liczyć --- myślał sobie --- zarazem dam tym dowód mistrzowi
inflanckiemu, że mam takich, którzy po mojej stronie staną, i o jego groźby zgoła nie
dbam".</akap>


<akap>Przyjął też posłów z wielką okazałością,
mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Dobry to znak dla nowego zamku, gdy
najpierw takich dostojników w podwojach
swoich gości.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1358280175099-3638062003"/><motyw id="m1358280175099-3638062003">Dar</motyw>--- Z rozkazu monarchy przynosimy jego
wielkości darowiznę zameczków na Podolu --- ozwał się Habdank i wymienił nazwę
onych.</akap_dialog>


<akap>Witold uśmiechnął się i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Wielcem wdzięczen królowi polskiemu, a memu stryjecznemu. Od przybytku
głowa nie zaboli.</akap_dialog>


<akap>W duszy zaś rzekł:</akap>


<akap>,,Musi mnie potrzebować, że tak obdarza.
Ano, zobaczymy".<end id="e1358280175099-3638062003"/></akap>


<akap>W dalszej rozmowie Jan Nałęcz tak począł:</akap>


<akap_dialog>--- Nie będzie nigdy spokoju ani od Krzyżaków, ani od mistrza inflanckiego, póki
Litwa i Polska nie zjednoczą się w jedno
państwo.</akap_dialog>


<akap>,,Aha, już wiem, gdzie raki zimują --- pomyślał sobie Witold --- chce mnie stryjeczny z Litwy wydziedziczyć".</akap>


<akap>Głośno zaś rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Toć się Jagiełło mieni królem Polski
i Litwy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak --- podjął Habdank --- ale dla
szczęśliwości obu narodów trzeba zupełnego
zjednoczenia; trzeba żeby Litwa i Polska
miały jednakowe prawa.</akap_dialog>


<akap>Wtem gwar, płacz i szczęk broni dał się
słyszeć za oknami zamku.</akap>


<akap>Zerwał się Witold, zerwali się goście.
Wtem wszedł urzędnik skarbowy, oznajmiając:</akap>


<akap_dialog>--- Tłum ludu przyszedł ze skargą, że
im podjazd krzyżacki zabrał dobytek, a kobiety i dzieci zabiera do niewoli. Tenże
sam podjazd gotuje się do oblegania
zamku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gotować się do obrony, zwołać, kto
żyw w zamku! --- wydawał Witold rozkazy,
zgrzytając zębami. I przypasywał miecz,
a jednocześnie zwracając się do posłów,
mówił: --- Wybaczcie, muszę przyjąć nowych gości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My z wami! --- zawołał Skarbek, oglądając się za odpasanym mieczem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mamy nieszpetny, dobrze uzbrojony
poczet. Trzeba mu dać rozkazy --- rzekł Nałęcz.</akap_dialog>


<akap>I pochwyciwszy miecz, wybiegł, a Skarbek i książę pospieszyli za nim.</akap>


<akap_dialog>--- Nie czekać, aż się wezmą do szturmu,
wyjść naprzeciw! W polu damy im radę! ---
rozkazywał Witold.</akap_dialog>


<akap>Wkrótce niewielka załoga co tylko wystawionego zamku przebiegła most i nim Krzyżacy się opatrzyli, otoczyła ich ze wszech
stron.</akap>


<akap>Zawrzała walka sroga, zacięta.</akap>


<akap>Chłopi okoliczni usłyszawszy, że książę
stanął w ich obronie, pochwycili topory, siekiery, drągi, co kto miał pod ręką, zajęli
tyły Krzyżakom, a kobiety i dzieci podawały kamienie lub z całej siły rzucały je na
nieprzyjaciół. Dowództwo nad nimi objęła
młoda i rosła dziewka, z nią druga, dość
leciwa, ale wielce krzepka i sprawna, umiejąca sobie radzić jakoby wódz wyćwiczony.</akap>


<akap>Po dwugodzinnej walce Krzyżacy leżeli
zabici lub ranni pod murami Wielony; inni,
powiązani przez chłopów, rzuceni jak snopy, oczekiwali swego losu.</akap>


<akap>Był to ostatni już krok gwałtów i napadów, uczynionych z rozkazu mistrza Plauena.
Witold, uradowany z odniesionego zwycięstwa, odpasując miecz okrwawiony, rzekł
jakby do siebie:</akap>


<akap_dialog>--- Tak, połączenie Litwy z Polską jest konieczne! Zatoczyć beczki z piwem w podwórzec, nie żałować jadła! --- rozkazał. A
zasiadłszy z posłami przy biesiadnym stole,
napełnił puchar miodem i wzniósłszy go do
góry, zawołał: --- Za zdrowie naszych gości,
a też za pomyślność połączenia Litwy
z Polską!</akap_dialog>


<akap>I wychylił puchar do dna.</akap>


<akap_dialog>--- Za zdrowie księcia Witolda, wielkiego wojownika, i pomyślność obu złączonych
narodów! --- zawołał Skarbek, wznosząc z
kolei puchar.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za szczęśliwe powodzenie zamku Wielony, który z wspólnie przelanej naszej krwi
chrzest otrzymał! --- zakończył Nałęcz.</akap_dialog>


<akap>Serdeczności, wylaniu uczuć i wypróżnianiu pucharów nie było końca. Aż książę
rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Toć się i tym dzielnym białogłowom
coś należy, które objąwszy nad niewiastami
dowództwo, tak umiejętnie nam dopomagały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie darmo ksiądz arcybiskup Mikołaj
mówił, że gdzie duchowny ni rycerz wcisnąć się nie zdoła, tam niewiasta dosięże! ---
rzekł z uśmiechem Skarbek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakoż? --- zapytał Witold.</akap_dialog>


<akap>Więc mu opowiedziano rozmowę i wysłanie niewiast na Żmudź dla szerzenia wiary
świętej.</akap>


<akap>Witold szczerze był tym opowiadaniem
nie tylko ubawiony, ale wprost do głębi
przejęty.</akap>


<akap_dialog>--- Pozwolicie, ichmoście, aby one białogłowy weszły? --- zapytał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, czemu nie! --- odpowiedzieli jednogłośnie.</akap_dialog>


<akap>Niebawem z rozkazu Witolda wprowadzono owe dwie niewiasty. Miały już czas zrzucić opylone i okrwawione szaty, a w szarych płótniankach i takichże namitkach bardzo dostojnie wyglądały. Nie zasromały się
też widokiem rycerzy.</akap>


<akap_dialog>--- Sienicha! --- zawołał Witold.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do usług jego książęcej mości ---
rzekła skłaniając się stara.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boga mi, toć to dziedziczka Bobrownik! --- zawołał Nałęcz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mylisz się, cny rycerzu --- odparła
skinąwszy głową Sala.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toć i mnie z waszych rąk opatrunek
się dostał pod Grunwaldem --- mówił podchodząc ku niej Skarbek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jako przystało, jako przystało --- rzekła z uśmiechem Sala.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale skądże was losy tutaj jako aniołów opiekuńczych przyniosły? --- zapytał
Witold, przypatrując się z wielkim zajęciem
Sali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyszłyśmy na Żmudź, by jak najprędzej ujrzeć zatknięty krzyż na miejscu pogańskich ołtarzy --- rzekła dziedziczka Bobrownik.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I doczekać się zbratania obu ludów ---
dodała Sienicha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No no, jakaż to siła i wytrwałość! ---
dziwił się Witold.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo jestem Polką! --- rzekła Sala, podnosząc głowę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja Żmudzinką! --- dodała Sienicha.</akap_dialog>


<akap>I nie było końca zapytań.</akap>


<akap>Zaproszone do biesiadnego stołu, wcale
się nie sromały. Opowiadały jeno z wielką
prostotą, że lud coraz więcej nabiera zaufania do wiary świętej.</akap>


<akap_dialog>--- Jeżeli tak dalej pójdzie, przy łasce bożej wkrótce cała Żmudź zostanie nawrócona --- mówiła Sienicha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I wraz z Litwą złączona z Polską ---
dodała Sala.</akap_dialog>


<akap>Witold w wielkim uniesieniu i podziwie
traktował obie jako rycerzy. Wychylił puchar za zdrowie, a napełniony znów miodem, podawał jednej i drugiej. Lecz kobiety
podziękowały mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Prócz wody, żadnego innego napitku
nie używamy.</akap_dialog>


<akap>A posiliwszy się nieco, wysunęły się prawie niepostrzeżenie, zostawiając w podziwie i wielkiej zadumie tak Witolda, jak i jego gości.</akap>


<akap>Rzeczywiście, praca Sienichy i Sali, podejmowana niespełna od roku, dawała zdumiewające wyniki. Zdawało się, że jakaś
nadzwyczajna łaska, cud towarzyszy poświęceniu dwóch przejętych wielką ideą
niewiast.</akap>


<akap>Gdy Skarbek i Nałęcz wrócili do Krakowa, niosąc wieść pomyślnie załatwionej
sprawy z Witoldem, król, który przez ten
czas zwoływał zjazdy i przygotowywał przez
swych zaufanych umysły, powitał ich z rozradowanym obliczem, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Wszystko idzie jak najlepiej, za kilka
niedziel dokonamy zjednoczenia!</akap_dialog>


<akap>A wybrał ku temu Horodło nad Bugiem,
w ziemi chełmskiej, uważając je jako punkt
środkowy tak dla Polski, jak i Litwy, a również Wołynia i wielu innych ziem do Korony należących.</akap>


<akap>I oto od pierwszej połowy 1413 roku czyniono ku temu przygotowania.</akap>


<akap>Król wysłał ładowne wozy nie tylko z
żywnością, lecz i bogatą bronią, szatami,
futrami, przeznaczonymi na podarunki dla
panów żmudzkich i litewskich. Nie brakło
też i rozmaitych bisiorów, łańcuchów i złotogłowia dla ich żon i córek.</akap>


<akap>A jako król wysłał wozy ładowne, tak ze
wszystkich stron: z południa, ze wschodu,
zachodu i północy ciągnęły wozy panów
polskich i litewskich oraz poczty strojno
odziane. A wśród pocztów rycerskich widniały ciężkie kolebki, w których jechały białogłowy, ale jeno co starsze i poważniejsze.
Młode bowiem konno, na siodłach doskonale wymoszczonych i bogato odzianych, że
nieraz i szmat ziemi kupiłby za takowe. Jechały buńczuczno, dotrzymując rycerzom.
A co było żartów i śmiechu w onej podróży,
to trudno byłoby spisać, a nawet opowiedzieć.</akap>


<akap>Oprócz zaś tych strojnych i bogatych
pocztów i kolebek ciągnęły skromnie odziane oddziały jezdnych i parcianką okrytych
wozów. Boć jeżeli możni mówili sobie:</akap>


<akap_dialog>--- Połączenie Litwy i Polski przyniesie
szczęście krajowi --- to lud z westchnieniem
powtarzał: --- Jeżelić mądre głowy robią to
połączenie, nie tylkoć samych bogatych mają na myśli.</akap_dialog>


<akap>A inni dodawali:</akap>


<akap_dialog>--- Aby jeno raz na zawsze od Krzyżaków
nas uwolniono.</akap_dialog>


<akap>Szczególniej lud Litwy i Żmudzi tuszył sobie, że gniotąca go ciągle pięść krzyżacka
będzie miała w onym połączeniu zaporę.</akap>


<akap>A niewiasty tak z Litwy, Żmudzi, jako
i Polski myślały sobie:</akap>


<akap>,,Świat szerszy się obaczy i wielu rycerzy, trzeba strojno wystąpić".</akap>


<akap>Co starsze, mające córki dorodne, gładziły
im włosy, dodawały do sepetów<pe><slowo_obce>sepet</slowo_obce> (daw.) --- szkatułka, skrzynka, podróżna komódka z szufladkami.</pe> świecideł,
żeby w nie dziewki swe w dzień uroczysty
ustroić, a w myśli szeptały modlitwę:</akap>


<akap>,,Żeby jej też najwyższy godnego zdarzył
małżonka".</akap>


<akap>Książę Karol von Leuwarden, skończywszy pokutę zakonną, wydobył zaledwie z całego swego dziedzictwa jeno skarbiec i część
pieniędzy, które mu opieka rzuciła. Ale nie
dbał on o swoje księstwo. Przyjął poddaństwo polskie, chodziło mu jedynie o Salę
Bobrownicką i dotrzymanie przez nią danego słowa. Wielce też był zmartwiony, gdy,
po odbyciu pokuty, w Bobrownikach jej nie
zastał. Gdy mu powiedziano cel, dla którego
porzuciła domowe progi, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Poznaję w tym szlachetne serce Sali!</akap_dialog>


<akap>Przybrał więc nieszpetny poczet i z wiernym sobie Bonifacjuszem pociągnął pod Horodło.</akap>


<akap>Tam rumor był wielki, bo oto właśnie
przygotowano po lewej stronie Bugu wzniesienie dla monarchy i przedniejszych panów,
a nieco na uboczu dla ich żon i córek. A po
prawej stronie rzeki --- dla Witolda, jego dostojników, znaczniejszych bojarów, także
i ich niewiast.</akap>


<akap>Kiedy Karol von Leuwarden pokłonił się
Janowi z Tarnowa, jako opiekunowi Sali,
ten rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Szczęście, jakie cię czeka z pojęciem
za małżonkę takiej narzeczonej, jaką jest
Sala, nie byle szczęściem nazwać się może!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Postaram się zasłużyć na nie, wypłacając się swą pracą krajowi, któremu wiernie chcę służyć --- odrzekł 
Karol.</akap_dialog>


<akap>Po czym kasztelan przypomniał go królowi, a monarcha polecił w swoim orszaku
go umieścić.</akap>


<akap>Aż oto wśród iskrzącego się pogodą jesiennego słońca wypłynęły łodzie od jednego i drugiego brzegu rzeki. Na jednych
powiewały chorągwie i znaki polskie, na
drugich --- litewskie i żmudzkie. A w słońcu błyszczały tysiącem najcudniejszych
barw, a skłaniając się wzajem ku sobie, zdawały się mówić:</akap>


<akap_dialog>--- Niechaj, jak to słońce, co nas ogrzewa, i miłość bratnia nas zjednoczy!</akap_dialog>


<akap>Wtem uderzył dzwon. Uciszyło się wszystko. Wtedy arcybiskup i podkanclerzy państwa, Mikołaj, powstał i donośnym głosem
czytał:</akap>


<akap_dialog>--- <wyroznienie>My, prałaci, rycerstwo, szlachta i cały
naród Korony Polskiej, chcąc pod tarczą miłości spocząć i pobożnym ku niej dysząc
uczuciem, dokumentem niniejszym zespalamy się i jednoczymy ze szlachtą, bojarami
i narodem wszech ziem litewskich. A jako
od dnia dzisiejszego, 2 octobra anno 1413,
zjednoczeni, jako dwa bratnie narody, tak
odtąd też szlachtę i bojarów litewskich
przypuszczamy na wieczne czasy do naszych herbów i klejnotów, i godności, i godeł naszych, któreśmy odziedziczyli po ojcach i przodkach naszych, a którymi oni
cieszyć się mają, jak gdyby takowe po swoich własnych przodkach otrzymali dziedzictwem. Niechaj więc zjednoczą się z nami
i staną się równymi we wszystkich przywilejach i prawach. I przyrzekamy im słowem
czci i przysięgi nie opuścić ich w żadnym
niebezpieczeństwie, a u panów naszych, Władysława, króla polskiego, jako i u księcia
Witolda, stawać zawsze i wyjednać, aby coraz szerzej rozwierali dla nich rękę szczodrobliwości, aby ich coraz hojniejszymi darzyli swobodami, aby nigdy nie przestawali
przymnażać im łask i pożytków</wyroznienie>.</akap_dialog>


<akap>Nie wiadomo, czy wszyscy przedstawiciele obu narodów ten akt wielkiej doniosłości
usłyszeli, lecz ozwały się głośne okrzyki
a wybuchy serdeczności i braterstwa, że bodaj rzucać się jeno sobie będą w objęcia,
do czego nawet i bystro płynący Bug
przeszkody bodaj nie uczynił.</akap>


<akap>A Jagiełło powstawszy położył rękę na
sercu i głosem pełnym wzruszenia mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Niech mi Najwyższy dopomoże, ażebym mógł zawsze pracować dla szczęścia
obu zjednoczonych ludów, a tak Polskę, jak
Litwę, broniąc od nieprzyjaciół, do wielkiej
szczęśliwości doprowadził.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bracie, dokonajmy zjednoczenia! --- zawołał z pełnych piersi Witold.</akap_dialog>


<akap>I obaj rzucili się sobie w ramiona, zapominając w onej chwili wszelkich uraz, jakie między nimi wciąż tkwiły.
</akap>


<akap>A po tej serdeczności panujących już każdy dał folgę swoim uczuciom.</akap>


<akap>Stoły zastawione gromadziły wszystkich,
a przy wspólnej biesiadzie spełniło się życzenie wielu matek: córki ich znalazły zacnych rycerzy, którzy im przyrzekli miłość,
cześć i opiekę dozgonną.</akap>


<akap>A między innymi Jakub Bobrownicki, puszkarz nad puszkarze, który nosił już miano
chorążego, oprócz wielkiej miłości do armat, nabrał również wielkiego sentymentu
dla Żwajżgdy, która z rodzicami na tę uroczystość przybyła.</akap>


<akap>Król obdarzał znaczniejszych panów litewskich szatami, bisiorami i klejnotami, a już najhojniej narzeczonych. Rzekłbyś, nie
monarcha wśród poddanych, lecz patriarcha
między liczną rzeszą swych krewniaków.</akap>


<akap>Aż oto Jaśko z Tarnowa przywiódł przed
niego księcia Karola von Leuwardena i Salę.
Król spojrzał na dorodną parę z upodobaniem i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Tej bojowniczce należy się wiele. Jej
staraniom zawdzięczamy życie wielu rycerzy, bodaj i jej gorliwości skłonność Żmudzi
do świętej wiary i dzisiejsze pojednanie.</akap_dialog>


<akap>I własnoręcznie włożył na jej palec sygnet z tak wielkim i czerwonym kamieniem,
iż zdawało się, że zorze blasku zazdrościć
mu będą.</akap>


<akap_dialog>--- Ale ty, książę Karolu von Leuwardenie, nowy nasz poddany, musisz sobie zasłużyć na szczęście, jakie cię spotyka, jako
też zasłużyć się nowej ojczyźnie.</akap_dialog>


<akap>Karol schylił głowę w ukłonie, a król mówił dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Nim odprawimy gody weselne, powieziesz do państw włoskich, a szczególniej
do potężnej a handlowej Wenecji, nasze
zawiadomienie o wielkim spełnionym akcie,
to jest o unii w Horodle między Litwą
a Polską.</akap_dialog>


<akap>Zaszczyt ten może nie w smak był Leuwardenowi, ubrał jednak w uśmiech twarz
swą dorodną, a przykląkłszy na jedno kolano, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Dołożę wszelkich sił, ażeby godnie
spełnić rozkazy waszej królewskiej mości.</akap_dialog>


<akap>Król obdarzył go wielkim szczerozłotym
łańcuchem ze znakiem Polski i Litwy,
a zwracając się do podkanclerzego, polecił:</akap>


<akap_dialog>--- Wasza miłość opatrzy naszego posła
we właściwe ku temu papiery. --- Potem
rzekł do Witolda z uśmiechem: --- Że ten
poseł wkrótce powróci, jestem przekonany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wątpię! --- odparł książę, uśmiechając się przyjaźnie.</akap_dialog>


<akap>Bonifacjusz i Sienicha, również obdarzona
dobrym słowem i datkiem przez monarchę,
patrzyli ze łzami na swych ukochanych.</akap>


<akap>W niespełna pół roku Karol von Leuwarden wrócił niosąc odpowiedź dworów włoskich nader przychylną. Wyrażano zadowolenie z połączenia się dwóch narodów przez
Krzyżaków prześladowanych.</akap>


<akap>Odpowiedź ta, a zwłaszcza odpowiedź
Wenecji wielce przemożnej i handlowej,
a wchodzącej z Polską w przymierze, uradowała Jagiełłę. Podnosiła bowiem znaczenie
Polski i Litwy wobec państw europejskich,
a zarazem przedstawiała widomie Zygmuntowi Luksemburskiemu, że knowania jego
i zdrady nie mają już znaczenia.</akap>


<akap>Polska i Litwa urastały w potęgę, gdy
tymczasem Zakon był już w zgliszczach.</akap>


</powiesc></utwor>