<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/meyrink__golem/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Meyrink, Gustav</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Golem</dc:title>
<dc:contributor.translator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Lange, Antoni</dc:contributor.translator>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Modernizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Powieść</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja  zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl).  Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Narodową z egzemplarza  pochodzącego ze zbiorów BN.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/golem</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://www.polona.pl/dlibra/doccontent2?id=3378</dc:source.URL>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Gustav Meyrink, Golem, tłum. Antoni Lange, skł. gł. F. Hoesick, Warszawa 1919</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Antoni Lange zm. 1929
</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2000</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2011-10-18</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language><dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/golem.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0531-6</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/golem.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1534-6</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/golem.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2489-8</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/golem.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3527-6</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/golem.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4613-5</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/6737.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Abbruch des Ghetto in Prag (!), Orlik, Emil (1870-1932), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6737</dc:relation.coverImage.source>
<category.legimi>Fantastyka i sci-fi</category.legimi>
    <category.thema>1DTJ</category.thema>
    <category.thema>3MP</category.thema>
    <category.thema>6MC</category.thema>
    <category.thema.main>FXM</category.thema.main>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>


<powiesc>
<abstrakt>
<akap>Praga, przełom XIX i XX wieku. Podczas zwiedzania zamku królewskiego mężczyzna znajduje kapelusz i zabiera go, by zwrócić właścicielowi, Atanazemu Pernatowi, podpisanemu na metce. Kolejny poranek to już początek historii Pernata.</akap>


 
<akap>Mężczyznę, mieszkańca praskiego getta, odwiedza tajemniczy przybysz, staromodnie ubrany, o twarzy, której nie sposób zapamiętać. Daje mu do naprawienia Księgę Ibbur, którą Pernat zaczyna czytać. Wkrótce doświadcza wizji i zaczyna gubić poczucie własnej tożsamości...</akap>




<akap><tytul_dziela>Golem</tytul_dziela> Gustava Meyrinka nawiązuje do żydowskiej legendy o golemie, czyli glinianej --- ale możliwej do ożywienia --- istocie ulepionej na kształt człowieka. Powieść wydana została w 1915 roku. To utwór często porównywany z <tytul_dziela>Procesem</tytul_dziela> Kafki, egzystencjalistyczny, mroczny i mistyczny.</akap>


</abstrakt>
<autor_utworu>Gustaw Meyrink</autor_utworu>

<nazwa_utworu>Golem<pe><slowo_obce>golem</slowo_obce> --- w legendach żydowskich istota stworzona na podobieństwo człowieka, zazwyczaj z gliny, żywa lecz pozbawiona duszy i dlatego posłuszna poleceniom człowieka, który ją stworzył. Stworzenie golema wiązało się z powtórzeniem Boskiego procesu kreacji.</pe></nazwa_utworu>


<nota_red>
<akap>Ze względu na walory artystyczne przekładu Antoniego Langego, wybitnego poety modernistycznego, starałem się możliwie najmniej ingerować w materię językową jego tłumaczenia --- nawet w miejscach, które współczesnemu czytelnikowi mogą wydać się przesadnie udziwnione. Zlikwidowałem jednak wszystkie skróty typu ,,P." zamiast ,,pan" czy ,,d-ra" zamiast ,,doktora". Konieczne było również uwspółcześnienie interpunkcji oraz podział tekstu na akapity, gdyż w wydaniu źródłowym zostały one niejednokrotnie posklejane, prawdopodobnie celem zaoszczędzenia papieru. Nazwisko głównego bohatera ujednoliciłem do formy oryginalnej ,,Pernath".</akap>
<akap>tem -> tym, mojem -> moim itp.</akap>
<akap>końcówki -em -> ym</akap>
<akap>końcówka D. lm., np. rolą -> rolę</akap>
<akap>ghetto -> getto.</akap>
<akap>Uwspółcześnienie pisowni łącznej i rozdzielnej (np. zemną -> ze mną)</akap>
<akap>
Dostosowanie sposobu zapisu dialogów do współczesnych norm interpunkcyjnych (kwestie oddzielamy pauzami, nie dublujemy pauzy z przecinkiem)
</akap>
<akap>z zarzuconym na nagich plecach złotogłowiem -> z zarzuconym na nagie plecy złotogłowiem.

gdyby opuścili wspólną podporę i odłączą się od pozostałych -> gdyby
opuścili wspólną podporę i odłączyli się od pozostałych.</akap>
<akap>
mimo bliskie pokrewieństwo -> mimo bliskiego pokrewieństwa
</akap>
<akap>
Mówią, że początek tej historii sięga aż wielki
wieku. -> Mówią, że początek tej historii sięga aż wieki
wieków.
</akap>

<akap>i nieraz wyłamało mi się to osobliwością -> i nieraz wydawało mi się to osobliwością</akap>

<akap>
Czuję, doktor
Savioli ukrywa przede mną jakąś tajemnicę -> Czuję, że doktor
Savioli ukrywa przede mną jakąś tajemnicę</akap>

<akap>
o wysoko oklapłym kołnierzu -> o oklapłym wysokim kołnierzu
</akap>

<akap>
Na chybi --- trafi -> Na chybił-trafił
</akap>

<akap>Nagle wzrok mój padł na
łachmany w kącie rzuciłem się na nie -> Nagle wzrok mój padł na
łachmany w kącie. Rzuciłem się na nie;</akap>

<akap>
trzymałem ręce w górę -> trzymałem ręce w górze;
</akap>

<akap>Słuchaliśmy trzasku palących się w piecu szczap i
patrzeliśmy, jak czerwona zjawa na palenisku rozżarzało się i gasło, rozżarzało i
gasło --- rozżarzało i gasło. -> Słuchaliśmy trzasku palących się w piecu szczap i
patrzeliśmy, jak czerwona zjawa na palenisku rozżarzała się i gasła, rozżarzała i
gasła --- rozżarzała i gasła.</akap>

<akap>Dopóki ta księga tutaj się znajduje, ręka moja dotknęła jej się tylko wtedy, gdy ukrywałem w niej listy Angeliny. -> Odkąd...</akap>

<akap>drzewo -> drewno</akap>

<akap>bazarka -> ulicznica (wg oryginału)</akap>

<akap>olbrzymia odpowiedzialność leżała na mnie -> olbrzymia odpowiedzialność spoczywała na mnie</akap>

<akap>szczęśliwy jak mały chłopiec w noc Bożego
Narodzenia, który się przekonał, że jego skoczek rzeczywiście i żywo jest przy nim obecny -> szczęśliwy jak mały chłopiec w noc Bożego
Narodzenia, który się przekonał, że jego ulubiony pajacyk rzeczywiście i żywo jest przy nim obecny</akap>

<akap>Ale jakkolwiek dręczyłem się nad tym, nie mogłem iść dalej, jak po za to, żem się kiedyś znalazł w ponurym dworcu naszego domu -> Ale jakkolwiek dręczyłem się nad tym, nie mogłem iść dalej, jak po za to, żem się kiedyś znalazł w ponurym podworzu naszego domu</akap>

<akap>Słuchaliśmy trzasku palących się w piecu szczap i patrzeliśmy, jak czerwona zjawa na palenisku rozżarzała się i gasła -> Słuchaliśmy trzasku palących się w piecu szczap i patrzeliśmy, jak czerwona poświata na palenisku rozżarzała się i gasła</akap>

<akap>Na zewnątrz --- tępy odgłos strącanych od wiatru mas śniegowych z dachów przerywał głuchą ciszę, gdyż pokrywa śniegowa na chodnikach zagłuszała każdy dźwięk. -> Na zewnątrz --- tępy odgłos strącanych mas śniegowych z dachów przerywał głuchą ciszę, poza tym pokrywa śniegowa na chodnikach zagłuszała każdy dźwięk.</akap>

<akap>Często moja nienawiść nawiedzała mnie we śnie i starała się pocieszyć mnie obliczem wszystkich możliwych katuszy, które pragnąłem ,,mu" wyrządzić -> Często moja nienawiść nawiedzała mnie we śnie i starała się pocieszyć mnie widokiem wszystkich możliwych katuszy, które pragnąłem ,,mu" wyrządzić</akap>

<akap>Kiedy jako dziecko widziałam go stojącym we śnie przy moim łożu, -> Kiedy jako dziecko widziałam go stojącego we śnie przy moim łożu,</akap>

<akap>palcem dotknął dolnej powieki, rozszerzając oko po łobuzowsku -> palcem dotknął dolnej powieki, rozszerzając oko po łobuzersku</akap>

<akap>I jeszcze jedno: żeby Charousek --- bardzo gorąco o to go proszę --- dowiedział się o ,,szlachetnej damie" wszystko, co tylko może -> I jeszcze jedno: żeby Charousek --- bardzo gorąco o to go proszę --- dowiedział się o ,,szlachetnej damie" wszystkiego, co tylko może</akap>

<akap>ani chwili nie spuszczałem go z uwagi -> ani chwili nie przestawałem go śledzić.</akap>

<akap>Z naprężenia nie ważyłem się oddychać. -> Z napięcia nie ważyłem się oddychać.</akap>

<akap>Archiwariusz Szemajah Hillel pewnego dnia bez żadnej zasady przestał przychodzić -> Archiwariusz Szemajah Hillel pewnego dnia bez żadnego uzasadnienia przestał przychodzić</akap>

<akap>Dwa wiązy tryskają z kwitnących niskich krzaków, zdobiąc po obu stronach bramy
wchodowej mur, -> Dwa wiązy tryskają z kwitnących niskich krzaków, zdobiąc po obu stronach bramy
wejściowej mur,</akap>

<akap>Jego obecność tutaj o tak niezwykłej porze prawie stwierdzała to, lecz lękałem się wprost go o zapytać. -> Jego obecność tutaj o tak niezwykłej porze prawie stwierdzała to, lecz lękałem się wprost go o to zapytać.</akap>

<akap>Czyli nie ma pani żadnego życzenia, które mógłbym pan wypełnić? -> Czyli nie ma pani żadnego życzenia, które mógłbym pani wypełnić?</akap>

<akap>Toż samo mówiła moja matka, gdy się jej potajemnie zwierzałem. -> Toż samo mówiła moja matka, gdy się jej potajemnie zwierzałam.</akap>

<akap>Ludzkie oblicze przeciągnęły długimi rzędami wokoło mnie. -> Ludzkie oblicza przeciągnęły długimi rzędami wokoło mnie.</akap>

<akap>--- Gdy sobie pomyślę --- mówiła zupełnie wolno i
pogrążona w smutku --- że mogłyby nadejść czasy, w których musiałbym żyć bez
takich cudów -> --- Gdy sobie pomyślę --- mówiła zupełnie wolno i
pogrążona w smutku --- że mogłyby nadejść czasy, w których musiałabym żyć bez
takich cudów</akap>

<akap>Siedziałem w celi samotny. --- Vossatka, podpalacz, mój jedyny towarzysz na ten
tydzień, parę godzin temu zaprowadzony został do sędziego śledszego. -> Siedziałem w celi samotny. --- Vossatka, podpalacz, mój jedyny towarzysz na ten tydzień, parę godzin temu zaprowadzony został do sędziego śledczego.</akap>

<akap>Każda dziewucha mnie pana wskaże! -> Każda dziewucha mnie panu wskaże!</akap>

<akap>Nagle płomienie buchnęły poprzez deski moich drzwi i od pokoju wdarł się obłok duszącego, gorącego dymu. -> Nagle płomienie buchnęły poprzez deski moich drzwi i do pokoju wdarł się obłok duszącego, gorącego dymu.</akap>

</nota_red>

<naglowek_rozdzial>Sen<pe><slowo_obce>Sen</slowo_obce> --- w oryginalnej, niemieckiej wersji językowej wszystkie tytuły rozdziałów są jednosylabowe.</pe></naglowek_rozdzial>



<akap><begin id="b1296824687292-1835315975"/><motyw id="m1296824687292-1835315975">Księżyc</motyw>Światło miesiąca<pe><slowo_obce>miesiąc</slowo_obce> (daw.) --- księżyc.</pe> spłynęło w nogi mojego łóżka i rozpostarło się jak wielki,
jasny, płaski kamień. Gdy pełnia księżyca kurczy się, a lewa jego strona poczyna
niknąć niby twarz, ku której starość się zbliża, która marszczy się i chudnie,
wówczas, w takie godziny nocy, opanowują mnie dziwne trwogi i niepokoje.<end id="e1296824687292-1835315975"/></akap>


<akap>Nie śpię i nie czuwam, ale w półśnie, w duszy to, co przeżyłem z tym, com czytał
i słyszał, miesza się jak strumienie o różnych barwach i przejrzystości.</akap>


<akap>Zanim udałem się na spoczynek, czytałem żywot Buddy Gotamy<pe><slowo_obce>Budda Gotama</slowo_obce> --- właśc. Siddhartha Gautama, zwany ,,Buddą", co oznacza ,,oświecony", założyciel buddyzmu. Daty narodzin i śmierci nie są znane, najczęściej jego życie datuje się na V-VI w. p.n.e. W szerszym sensie słowo ,,Budda" oznacza każdego ,,oświeconego".</pe> i teraz jedna
przypowieść na tysiąc sposobów z oddali powraca mi uporczywie w myśli.</akap>


<akap><begin id="b1296041745439-3408936726"/><motyw id="m1296041745439-3408936726">Ptak, Kamień</motyw>,,Wrona poleciała do kamienia, który wyglądał jak kawał słoniny i myśli: może
znajdzie się tu coś smacznego? Nie znalazłszy tam jednak nic smacznego,
odleciała dalej. Jak ta wrona, która zbliżyła się do kamienia, tak my opuszczamy
ascetę Gotamę, utraciwszy doń upodobanie."<end id="e1296041745439-3408936726"/></akap>


<akap><begin id="b1296041791872-370900987"/><motyw id="m1296041791872-370900987">Sen</motyw>I obraz kamienia, który wygląda jak kawał słoniny, urasta w mej wyobraźni do
potwornych rozmiarów; stąpam przez wyschnięte łożysko rzeki i dźwigam, usuwam
gładkie krzemienie szarobłękitne, nakrapiane świecącym pyłem, po którym drepcę
i drepcę, a jednak nie mogę sobie z nimi dać rady; potem napotykam czarne o
siarczano-żółtych plamach, jak skamieniałe próby rzeźbiarskie jakiegoś dziecka,
które chce naśladować niezgrabne, cętkowane skrzeki; chcę precz od siebie
daleko odtrącić te kamienie, ale wciąż wypadają mi z ręki i nie mogę ich usunąć z zakresu<pe><slowo_obce>zakres</slowo_obce> --- tu: zasięg.</pe> swego
wzroku. Wszystkie kamienie, które w moim życiu niegdyś jakąkolwiek rolę grały,
zapadają się dokoła mnie.<end id="e1296041791872-370900987"/></akap>


<akap>Niektóre męczą się ciężko, wysuwając się z piasku na światło --- jak wielkie,
łupkobarwne<pe><slowo_obce>łupkobarwny</slowo_obce> (neol.) --- w kolorze łupku, to jest odmiany łupliwego kamienia.</pe> pająki morskie w chwili, gdy przypływ morza powraca --- jak gdyby
wszystko chciały w tym pomieścić, oczy moje przykuć do siebie i powiedzieć mi
rzeczy niesłychanej wagi.</akap>


<akap>Inne, wyczerpane, padają bezsilnie z powrotem w swe jamy i znikają, zanim doszły do
słowa<pe><slowo_obce>zanim doszły do słowa</slowo_obce> --- aluzja mitologiczna bądź religijna. W mitologii gr. ludzie zostali stworzeni z kamieni, a w <tytul_dziela>Ewangelii</tytul_dziela> Łk 19,40 padają słowa: ,,Powiadam wam: Jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą".</pe>. Czasem unoszę się do góry z tego zmierzchu półśnienia i widzę znowu na
jedno mgnienie oka światło księżyca na bufiastym<pe><slowo_obce>bufiasty</slowo_obce> --- przymiotnik od rzeczownika ,,bufa" oznaczającego kuliste, dekoracyjne zgrubienie na rękawie.</pe> końcu mojej kołdry: światło
leżące jak wielki, jasny, płaski kamień, i znowu na ślepo macam swą zapadającą
świadomość, szukając niespokojnie tego kamienia, który mnie dręczy, a który w
rumowiskach wspomnienia leżeć musi i wygląda jak kawał słoniny.</akap>


<akap>Niegdyś musiała być nad tym kamieniem zawieszona rynna, tak sobie wyobrażam,
zgięta pod kątem rozwartym; brzegi jej rdzą były strawione, i uparcie chcę w
swym duchu taki obraz wymusić, aby spłoszone myśli okłamać i do snu się
ukołysać. Nie udaje mi się. Nieustannie --- nieustannie przemawia we mnie głos
uparty i nieumęczony, jak okiennica, którą wiatr w prawidłowych<pe><slowo_obce>prawidłowy</slowo_obce> --- tu: regularny.</pe> odstępach czasu
uderza o ścianę; to jest zupełnie coś innego, to wcale nie kamień, to, co
wygląda jak słonina.</akap>


<akap><begin id="b1296825070493-3765896682"/><motyw id="m1296825070493-3765896682">Bezsilność</motyw>I nie mogę się pozbyć tego głosu, chociaż sto razy sobie wykładam<pe><slowo_obce>wykładać</slowo_obce> --- tu: wyjaśniać.</pe>, że to jest
wszystko drobiazg; głos milczy chwilkę, ale niepostrzeżenie znów się odzywa i
urągająco<pe><slowo_obce>urągająco</slowo_obce> --- w sposób wyrażający niezadowolenie lub lekceważenie.</pe> zaczyna na nowo: dobrze, dobrze, to prawda, ale to nie jest jednak
kamień --- to, co wygląda jak kawał słoniny. Z wolna zaczyna mnie opanowywać uczucie
całkowitej niemocy. Co się stało dalej --- nie wiem. Czy dobrowolnie przestałem jakkolwiek się opierać, czy też moje myśli przemogły<pe><slowo_obce>przemóc</slowo_obce> (daw.) --- pokonać.</pe> mnie i spętały? Wiem tylko,
że moje ciało leży uśpione w łóżku, a moje zmysły oderwały się od ciała i nie są
już z nim związane. Kim jest teraz ,,ja", chcę się gwałtem dowiedzieć, ale
dorozumiewam się, że już nie mam żadnego organu, którym mogę stawić pytania.
Wtedy lękam się, że głupi głos znowu się przebudzi i znowu zacznie  nieskończoną gadaninę o kamieniu i słoninie. I tak kręcę
się w kółko.<end id="e1296825070493-3765896682"/></akap>


<naglowek_rozdzial>Dzień</naglowek_rozdzial>



<akap>Wówczas znalazłem się nagle w ponurym podwórzu i naprzeciwko, poprzez czerwony
łuk bramy, ujrzałem po tej stronie ciasnej, brudnej ulicy żydowskiego
tandeciarza<pe><slowo_obce>tandeciarz</slowo_obce> --- handlarz tandetą, tj. tanimi, byle jakimi towarami z drugiej ręki.</pe>, opartego o sklep, którego ściany były poobwieszane szeregiem
starych żelaznych rupieci, połamanych narzędzi, zardzewiałych strzemion i łyżew,
i wielu innych zamarłych rzeczy. ---</akap>


<akap>Ten obraz miał w sobie nużącą jednostajność, cechującą wszystkie takie wrażenia,
które codziennie tak często, jak kramarz<pe><slowo_obce>kramarz</slowo_obce> (daw.) --- handlarz.</pe> domokrążny<pe><slowo_obce>domokrążny</slowo_obce> --- chodzący po domach; zajmujący się akwizycją.</pe>, przestępują próg naszych
spostrzeżeń i nie budzą we mnie ani ciekawości ani zadziwienia. Miałem
poczucie, że od dłuższego już czasu byłem w tej okolicy jak u siebie. I to
poczucie, mimo sprzeczności z tym, co spostrzegłem jeszcze przed chwilą i jak się
tu dostałem, nie pozostawia we mnie żadnego głębszego wrażenia. Musiałem już
kiedyś słyszeć albo czytać o dziwnym porównaniu kamienia z kawałem słoniny;
wpadło mi to nagle do głowy, gdy po wydeptanych stopniach dotarłem do swego
pokoju i dzięki ich zatłuszczonemu wyglądowi w nieokreślony sposób zacząłem
myśleć nad słoninowym wyglądem kamiennych stopni.</akap>


<akap>Wtem usłyszałem odgłos kroków przebiegających nade mną po górnych schodach;
doszedłszy zaś do drzwi swego pokoju, spostrzegłem, że była to czternastoletnia
rudowłosa Rozyna, córka tandeciarza Arona Wassertruma.</akap>


<akap><begin id="b1296825177119-3891720479"/><motyw id="m1296825177119-3891720479">Erotyzm</motyw>Musiałem przejść koło niej, ona zaś stała plecami oparta o poręcz schodów i
pożądliwie pochylała się w tył. Dla podtrzymania się oparła brudne ręce o żelazny drążek, obnażone jej ramiona blado przeświecały w mroku.<end id="e1296825177119-3891720479"/></akap>


<akap>Starałem się uniknąć jej wzroku. Brzydziłem się jej natrętnego śmiechu i tej
woskowej twarzy jakby drewnianego konia. Czułem, że dziewczyna ta musi mieć
gąbczaste białe ciało, jak aksolotl<pe><slowo_obce>aksolotl</slowo_obce> --- meksykański płaz ogoniasty, charakteryzujący się bladą skórą.</pe>, którego kiedyś widziałem u ptasznika<pe><slowo_obce>ptasznik</slowo_obce> --- hodowca i/lub sprzedawca ptaków bądź drobnych zwierząt.</pe> w
klatce z salamandrą.</akap>


<akap>Rzęsy rudowłosych są dla mnie tak wstrętne jak królicze. Otworzyłem prędko i
zamknąłem drzwi za sobą. --- Ze swego okna mogłem obserwować tandeciarza Arona
Wassertruma: stał przed sklepem. Podpierał się o wejście ciemnego sklepienia i
kleszczami obcinał paznokcie u rąk. Czy rudowłosa Rozyna była jego córką, czy
siostrzenicą? Nie było między nimi najmniejszego podobieństwa.</akap>


<akap><begin id="b1296045905200-23716295"/><motyw id="m1296045905200-23716295">Żyd, Antysemityzm, Rodzina</motyw>Pośród żydowskich twarzy, które widuję codziennie, wynurzające się w Kogucim
Zaułku, ściśle mogę rozróżnić rozmaite plemiona, które, mimo bliskiego
pokrewieństwa poszczególnych jednostek, nie tak łatwo się zacierają, podobnie
jak oliwa z wodą się nie miesza. Nie można tu powiedzieć: to są bracia, albo
ojciec i syn. Ten jest tego plemienia, ów innego: to jest wszystko, co się da
wyczytać z rysów twarzy. Udowodniłbym to nawet, gdyby Rozyna była podobną do
tandeciarza. Te plemiona żywiły względem siebie wzajemny utajony wstręt i
obrzydzenie, które również łamały łączność ciasnych związków krwi, lecz
nakazywały trzymać je w ukryciu przed światem zewnętrznym, tak jak strzeże się
niebezpiecznej tajemnicy. Nikt nie mógł ich przejrzeć, i w tej solidarności
równali się oni ślepcom, pełnym nienawiści, którzy się przywiązali do brudem
przesiąkniętego sznura. Jeden obojgiem pięści, inny pomimo woli, tylko jednym
palcem, lecz wszyscy ogarnięci zabobonną trwogą, że musieliby zginąć, gdyby
opuścili wspólną podporę i odłączyli się od pozostałych.<end id="e1296045905200-23716295"/></akap>


<akap>Rozyna jest z tego plemienia, w którym rudowłosy typ jest bardziej jeszcze
odrażający, niż u innych.</akap>


<akap>Mężczyźni tego plemienia są szczupli w piersiach i mają długie, kogucie szyje z
wystającym jabłkiem Adamowym<pe><slowo_obce>jabłko Adama</slowo_obce> --- u mężczyzn: wypukłość na szyi, jaką po mutacji tworzy chrząstka grdyki.</pe>. Wszystko wydaje się u nich piegowate. I przez całe
życie cierpią brutalne udręczenia. Walczą skrycie przeciwko swoim chuciom<pe><slowo_obce>chuć</slowo_obce> --- pożądanie.</pe> bez
końca i bez skutku, pełni trwogi nieprzerwanej. Nie mogę sobie jasno wyobrazić,
na jakiej zasadzie przypisywałem Rozynie związek pokrewieństwa z tandeciarzem
Wassertrumem. Nigdy jej nie widziałem w pobliżu starca i nie zauważyłem, aby
kiedykolwiek ze sobą rozmawiali. Rozyna była prawie zawsze na naszym podwórzu,
albo przeciskała się przez ciemne przejścia i zakamarki naszego domu. Zapewne
wszyscy moi współlokatorzy uważali ją za bliską krewną, a przynajmniej za
wychowankę Arona, ja zaś byłem przekonany, że nikt nie mógłby tego
przypuszczenia wytłumaczyć. Chciałem myśli oderwać od Rozyny i spojrzałem w
otwarte okno swego pokoju w dół, na zaułek. Gdy Aron Wassertrum poczuł mój wzrok,
podniósł nagle ku górze swoją nieruchomą, szkaradną twarz z okrągłymi rybimi
oczyma i odstającą górną wargą. Wydał mi się jak człowiek-pająk, który wyczuwa
najdelikatniejsze dotknięcie swojej sieci, jakkolwiek zdaje się niewzruszony i
obojętny. I z czego on mógł żyć? Co myśli i co zamierza? Nie wiedziałem tego. Na
ścianach jego sklepu wiszą bez zmiany z dnia na dzień, z roku na rok, te same
martwe, bezwartościowe rzeczy. Mógłbym je narysować z zamkniętymi oczyma. Tutaj
zgięta, blaszana trąba bez klap, pożółkły obraz malowany na papierze,
wyobrażający dziwacznie poustawianych żołnierzy. Potem wiązka zardzewiałych
ostróg na spleśniałym rzemieniu i inne na wpół zbutwiałe<pe><slowo_obce>zbutwiały</slowo_obce> --- uległy rozpadowi pod wpływem grzybów i bakterii.</pe> rupiecie. A <begin id="b1296825411442-1482080828"/><motyw id="m1296825411442-1482080828">Handel</motyw>na przedzie
na podłodze szereg okrągłych, tak gęsto koło siebie ułożonych żelaznych fajerek<pe><slowo_obce>fajerka</slowo_obce> --- żeliwna obręcz, służąca do regulacji wielkości otworu w płycie kuchennej.</pe>, że nikt nie mógł przekroczyć progu sklepu. Ilość tych
wszystkich rzeczy nie zmniejszała się nigdy ani nie powiększała i trwała w
niezmienności. A gdy pewnego razu jaki przechodzień zatrzymał się i zapytał o
cenę tego albo owego przedmiotu, tandeciarz wpadał w gwałtowne rozdrażnienie. W
sposób dreszczem przejmujący wyciągał swoją zajęczą wargę ku górze i podniecony
wymrukiwał coś niezrozumiałego gardłowym, jąkającym się basem, tak że klient
tracił ochotę pytać jeszcze i wystraszony udawał się w dalszą drogę.<end id="e1296825411442-1482080828"/></akap>


<akap>Wzrok Arona Wassertruma błyskawicznie prześlizgnął się sprzed moich oczu i
spoczął z natężoną uwagą na gołych murach przybudówki, która sięgała mego okna.
Co on mógł tam zobaczyć? Przecież tylna ściana domu jest zwrócona na ulicę, a
okna wychodzą na podwórze! Tylko jedno skierowane jest na ulicę.</akap>


<akap>Pokoje przylegające do moich na tym samym piętrze --- zdaje mi się, że jest to
jakaś pokątna<pe><slowo_obce>pokątny</slowo_obce> --- niezgodny z prawem a. z innymi przepisami.</pe> pracownia --- przypadkowo zdawały się być w tej chwili zajęte,
gdyż nagle za ścianą usłyszałem rozmawiające ze sobą głosy, męski i kobiecy.</akap>


<akap><begin id="b1296046659416-830478910"/><motyw id="m1296046659416-830478910">Pożądanie, Zazdrość</motyw>Niepodobna<pe><slowo_obce>niepodobna</slowo_obce> (daw.) --- nieprawdopodobne, niemożliwe.</pe>, aby tandeciarz na dole głosy te mógł słyszeć. Przed mymi drzwiami
ktoś się poruszał; domyśliłem się, że to ciągle jeszcze Rozyna w ciemnościach
czeka pożądliwie, aż może ją do siebie zechcę zaprosić.</akap>


<akap>Na dole zaś o pół piętra niżej z zatrzymanym oddechem czatował na schodach
dziobaty, na pół dorosły Loiz, czy ja drzwi otworzę i czułem formalnie tchnienie
nienawiści i spienioną zazdrość sięgającą aż tu, poza moje progi.<end id="e1296046659416-830478910"/></akap>


<akap><begin id="b1296825514942-3725666995"/><motyw id="m1296825514942-3725666995">Pożądanie, Gniew</motyw>Chłopiec bał się zbliżyć, aby go Rozyna nie spostrzegła. Czuje się on od niej
zależny, jak głodny wilk od swego dozorcy, a chciałby z przyjemnością zerwać się
i nieprzytomnie dać upust swojej wściekłości.<end id="e1296825514942-3725666995"/> <begin id="b1296825565480-3227405965"/><motyw id="m1296825565480-3227405965">Praca, Smutek</motyw>Usiadłem przy warsztacie i wyjąłem
obcążki i rylce. Lecz nic nie mogłem wykonać, a ręka moja była za mało spokojna, aby
poprawiać subtelne ryciny japońskie. Smętne, ponure życie, związane z tym domem,
stało na przeszkodzie uspokojeniu mego umysłu i ciągle we mnie nurtowały stare
obrazy.<end id="e1296825565480-3227405965"/></akap>


<akap>Loiz i jego bliźniak Jaromir byli zaledwie o rok starsi od Rozyny. O ojcu ich,
który wyrabiał hostie, nie mogę sobie nic przypomnieć, a teraz, zdaje mi się,
opiekę ma nad nimi pewna stara kobieta. Tylko nie wiem, która to była spośród
wielu, co w tym domu mieszkają ukryte jak krety w swych podziemiach.</akap>


<akap>Opiekowała się obu chłopcami, to znaczy udzielała im schronienia, oni zaś za to
musieli jej dostarczać tego, co przy sposobności ukradli lub wyżebrali. Czy
dawała im również co jeść? Nie przypuszczam, gdyż stara wraca zwykle do domu
późnym wieczorem.</akap>


<akap>Jest podobno obmywaczką umarłych.</akap>


<akap>Gdy Loiz, Jaromir i Rozyna byli jeszcze dziećmi, widywałem ich często, jak się
we troje niewinnie bawili. Lecz dużo czasu już minęło.</akap>


<akap>Teraz Loiz cały dzień biega za rudowłosą Żydówką. Czasami szuka jej nadaremnie,
a gdy nie może nigdzie jej znaleźć, wtedy prześlizguje się przed moimi drzwiami
i z wykrzywioną twarzą oczekuje, aż ta po kryjomu tutaj przyjdzie. Potem, siedząc
przy pracy, widzę go, jak biegnie przez ulicę z głową po szpiegowsku przechyloną
na wychudłym karku. Czasem nagle przerywa ciszę dziki wrzask. <begin id="b1296825634528-3188791225"/><motyw id="m1296825634528-3188791225">Pożądanie, Cierpienie, Kaleka</motyw>Jaromir, będąc
głuchoniemym i mając wszystką myśl przepełnioną jedynie szalonym pożądaniem
Rozyny, błądzi jak dzikie zwierzę po domu, a jego nieokreślone wyjące
szczekanie, które wydaje na wpół przytomnie z zazdrości i podejrzliwości, brzmi
tak strasznie, że niejednemu krew by w żyłach skrzepła. Jaromir szuka obojga,
gdziekolwiek ich obecność podejrzewa, w jednym z tysiąca brudnych zakątków,
ukryty w ślepej wściekłości, ciągle biczowany tą myślą, że jego brat za nim śledzi, aby
z Rozyną nic się nie stało, czego by on nie wiedział. I właśnie to ciągłe
dręczenie kaleki --- jak sądzę --- jest środkiem podniecającym Rozynę, że wciąż z
nim się spotyka.<end id="e1296825634528-3188791225"/> Gdy jej skłonności i chęci słabną, Loiz wymyśla nowe rozmaite
szkaradzieństwa, aby żądze Rozyny na nowo rozbudzić. Wtedy pozwalają umyślnie
przyłapać się głuchoniememu, wabiąc chytrze szalejącego z wściekłości w ciemne
przejścia; tu Jaromir, włażąc na zardzewiałe obręcze, które przy stąpaniu
podnosiły się w górę i żelazne grabie ostrzami zwrócone do góry, podlegał
przykrym wypadkom i bywał nieraz pokrwawiony i poraniony. Od czasu do czasu
Rozyna obmyślała, aby go męczyć na swoją rękę w sposób jeszcze piekielniejszy.
Potem naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> --- nagle.</pe> zmieniała postępowanie względem Jaromira, udając, że nagle znajduje
w nim upodobanie. Z wiecznie uśmiechniętą miną, popełnia ona względem kaleki
rzeczy straszliwe, które ją podniecają niemal do obłędu; i w tym celu urobiła
sobie pozornie tajemniczy, na pół zrozumiały język znaków, które wciągały
głuchoniemego bez ratunku w sieć bezwiedzy i pożerającej nadziei. Pewnego razu
widziałem go stojącego przed nią, a ona mówiła do niego tak groźnie poruszając
wargami i gestykulując, iż byłem pewien, że lada chwila wybuchnie on dzikim
wzburzeniem. Pot spływał mu z czoła od nadludzkiego wytężenia myśli, aby
uchwycić tak niejasne i prędkie zwroty. A w ciągu następnego dnia czatował,
trzęsąc się na ciemnych schodach innego, na wpół rozwalonego domu, który stał na
przedłużeniu ciasnego brudnego zaułka póty, póki mu się nie udało wyżebrać paru
centów. A gdy późno w nocy, na wpół umarły z głodu i niepokoju, chciał wrócić do
domu, jego opiekunka dawno już drzwi zamknęła.</akap>
<separator_linia/><separator_linia/>


<akap>Wesoły śmiech kobiecy przecisnął się do mnie przez ścianę, z sąsiedniej
pracowni. Śmiech? W tym domu wesoły śmiech? W całym Getcie<pe><slowo_obce>getto</slowo_obce> --- dzielnica żydowska.</pe> nikt nie mieszka,
co by mógł się śmiać wesoło. <begin id="b1296825779290-957228274"/><motyw id="m1296825779290-957228274">Miłość, Tajemnica</motyw>Wtem przypomniałem sobie, że przed paru dniami
zwierzał mi się stary jasełkarz<pe><slowo_obce>jasełkarz</slowo_obce> --- lalkarz.</pe> Zwak, że pewien młody, bogaty pan wynajął od
niego drogo pracownię widocznie dlatego, aby móc bez przeszkody spotykać się z
wybraną swego serca. Aby w domu nikt tego nie spostrzegł, drogie meble nowego
lokatora musiano wstawiać nocami w tajemnicy, po sztuce. Dobroduszny starzec,
gdy mi to opowiadał, zacierał aż ręce z zadowolenia i cieszył się jak dziecko ze
swojej zręczności, że nikt ze współlokatorów nie przypuszcza nawet istnienia
jakiejś romantycznej pary zakochanych.<end id="e1296825779290-957228274"/></akap>


<akap>Z trzech domów można się dostać niepostrzeżenie do pracowni. Nawet można wejść
przez drzwi tajemne. Tak, gdy się otworzy żelazne drzwi w podłodze --- co z
tamtej strony jest łatwe do wykonania --- można by, przeszedłszy przez mój pokój,
dojść do schodów naszego domu i użyć ich za wyjście... Znowu z pracowni
zadźwięczał wesoły śmiech i obudził we mnie niewyraźne wspomnienie zbytkownego<pe><slowo_obce>zbytkowny</slowo_obce> --- bogato wyposażony, luksusowy.</pe>
mieszkania pewnej szlachetnej rodziny, do której byłem często wzywany do
odnawiania drogocennych starożytności. <begin id="b1296825945012-584604831"/><motyw id="m1296825945012-584604831">Ucieczka</motyw>Nagle usłyszałem tuż obok przeraźliwy
krzyk. Słuchałem wystraszony. Żelazne drzwi w podłodze silnie zaskrzypiały i po
chwili do mego pokoju wpadła kobieta. Z rozpuszczonymi włosami, blada jak
ściana, z zarzuconym na nagie plecy złotogłowiem<pe><slowo_obce>złotogłów</slowo_obce> --- droga tkanina z jedwabiu i złotych nici.</pe>.</akap>


<akap> --- Mistrzu Pernath, ukryj mnie pan, na miłość Boską. Nie pytaj się pan, ukryj mnie
tutaj. <end id="e1296825945012-584604831"/></akap>

<akap>Zanim mogłem odpowiedzieć, drzwi zostały powtórnie szarpnięte i
natychmiast zamknięte. W sekundę później ujrzałem podobną do wstrętnej maski,
szyderczą twarz kramarza Arona Wassertruma.</akap>
<separator_linia/><separator_linia/>


<akap>Przede mną wynurzyła się okrągła świecąca plama i w świetle księżyca poznałem
znowu nogi mego łóżka. Sen ogarniał mnie jeszcze jak ciężki, wełniany płaszcz, a
imię<pe><slowo_obce>imię</slowo_obce> --- tu: nazwisko.</pe> Pernath, jak gdyby wypisane złotymi literami, pozostawało w mojej pamięci.
Gdzie ja to imię czytałem? Atanazy Pernath?</akap>


<akap><begin id="b1296826121294-1214389402"/><motyw id="m1296826121294-1214389402">Imię</motyw>Przypominam sobie, dawnymi czasy zamieniłem gdzieś swój kapelusz i dziwiłem się
wtedy, że tak jest dopasowany, chociaż głowę mam o bardzo niezwykłym kształcie.
Zajrzałem wtedy do cudzego kapelusza i --- tak, tak, było w nim złotymi,
papierowymi literami na białej podszewce napisane:</akap>

<akap><wyroznienie>Atanazy Pernath<end id="e1296826121294-1214389402"/></wyroznienie></akap>


<akap>Nie wiem, dlaczego poczułem do tego kapelusza wstręt i nawet się go lękałem.
Wtem uderzył mnie jak strzała zapomniany głos, który chciał się ode mnie
dowiedzieć, gdzie się podział kamień, wyglądający jak słonina. Szybko
wyobraziłem sobie ostry, słodko szydzący profil rudej Rozyny i w ten sposób
udało mi się uchylić od pocisku, który natychmiast zginął w mroku.</akap>


<akap>Tak, twarz Rozyny! To jest jednak silniejsze niż bezmyślnie paplający głos i
rzeczywiście, gdy się znowu ukryję w swoim pokoiku na Kogucim Zaułku, mogę być
zupełnie spokojny.</akap>


<naglowek_rozdzial>J<pe><slowo_obce>J</slowo_obce> --- po hebrajsku jest to pierwsza litera imienia Boga.</pe>.</naglowek_rozdzial>



<akap>Jeżeli się nie łudzę w domyśle, że na zewnątrz ktoś stąpa po schodach, w
niezmiennej ciągle odległości ode mnie, z tym zamiarem, aby mnie odwiedzić, to
na pewno znajdować się on teraz musi na ostatnim zakręcie schodów. Teraz poszedł
w bok, w stronę mieszkania archiwisty Szemajaha Hillela i dostał się z
wydeptanych schodów do sieni wyższego piętra, wyłożonej czerwonymi cegłami.
Przeszedł po omacku wzdłuż ściany i musiał teraz, właśnie teraz, sylabizując z
trudem w ciemnościach, odczytywać z tabliczki na drzwiach moje nazwisko.</akap>


<akap>Stanąłem wyprostowany w środku pokoju i spoglądałem na wejście. Wtem otworzyły
się drzwi i on wszedł.</akap>


<akap><begin id="b1296826363791-249224442"/><motyw id="m1296826363791-249224442">Książka</motyw>Zbliżył się parę kroków ku mnie i nie zdejmując kapelusza, nie rzekł nawet ani
słówka na powitanie. Odniosłem wrażenie, że zachowuje się, jak u siebie w domu i
uważałem za zupełnie zrozumiałe, iż on tak, a nie inaczej postępuje. Sięgnął do
kieszeni, wyjął jakąś książkę i długo przewracał w niej kartki.</akap>


<akap>Okładka książki była metalowa, wyciski na niej w kształcie rozetek i pieczęci
były nakładane farbą i wyłożone małymi kamyczkami. W końcu znalazł szukane
miejsce i wskazał mi je. Tytuł brzmiał: <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela><pe><slowo_obce>ibbur</slowo_obce> --- w pewnych odłamach mistyki żydowskiej słowo to oznacza w uproszczeniu wzmocnienie duszy żyjącego człowieka przez tymczasowo łączącą się z nią inną sprawiedliwą duszę przebywającą poza ciałem. Zwykle wynika to z potrzeby spełnienia przez duszę bezcielesną jakiejś misji.</pe>, <tytul_dziela>Brzemię duszy</tytul_dziela>. Olbrzymi, złotoczerwony inicjał ,,J" zajmował prawie połowę stronicy, którą pomimo woli
przejrzałem; był na brzegu uszkodzony. Starałem się go naprawić. Inicjał ten nie
był przylepiony do pergaminu, jak to dotychczas widywałem w starych książkach,
składał się on raczej z dwóch cienkich złotych płytek, zlutowanych ze sobą w samym środku, a końcami
zaczepionych o brzegi pergaminu. Czyżby to miejsce stronicy, na którym się
znajdowała litera, było przedziurawione? Gdyby tak było w rzeczywistości, to na
drugiej stronie ,,J" musiałoby być odwrócone. Przerzuciłem kartkę i moje
przypuszczenie się nie sprawdziło. Pomimo woli przeczytałem tę i następną
stronicę. I czytałem ciągle dalej a dalej. Książka mówiła do mnie, jak mówi sen,
jaśniej tylko i wyraźniej. Poruszyła ona moje serce jakimś zagadnieniem.</akap>


<akap><begin id="b1296826643175-3545237398"/><motyw id="m1296826643175-3545237398">Wizja</motyw>Słowa płynęły z niewidzialnych ust, stawały się żywe i zbliżały się do mnie.
Tańczyły i drgały przede mną, jak pstro ubrane niewolnice, pogrążały się potem w
podłodze lub znikały jak lśniące tchnienia w powietrzu i ustępowały miejsca
innym. Każda miała chwilkę nadziei, że zechcę ją wybrać, lecz na widok
nowo przybyłej wyrzekała się swych nadziei. Niektóre, znajdujące się pod nimi,
przychodziły świetne, jak pawie w mieniących się barw szatach, a kroki ich były
powolne i odmierzane. Inne --- jak przestarzałe i przeżyte królowe o farbowanych
powiekach, o rysach twarzy prostytutki i zmarszczkach pokrytych wstrętną
szminką. Patrzyłem na nie, jak się zjawiały i odchodziły, a wzrok mój ślizgał
się po wydłużonych konturach szarych postaci o twarzach tak pospolitych i bez
wyrazu, że wyrycie się ich w pamięci było wykluczone.</akap>


<akap><begin id="b1296826682322-2187653567"/><motyw id="m1296826682322-2187653567">Kobieta</motyw>Potem przywlokły nagą kobietę, olbrzymią jak spiżowy<pe><slowo_obce>spiżowy</slowo_obce> --- wykonany ze spiżu, tj. ze stopu miedzi, cynku i cyny.</pe> kolos. Jej rzęsy były tak
długie, jak moje całe ciało; niemo wskazała na puls swej lewej ręki. Uderzał on
jak trzęsienie ziemi i miałem wrażenie, że w nim ześrodkowało się życie całego
świata. Z oddali zbliżał się orszak korybantów<pe><slowo_obce>korybant</slowo_obce> --- w starożytności kapłan Kybele, frygijskiej bogini płodności.</pe>. Mężczyzna i kobieta trzymali się
w objęciach, widziałem ich zbliżających się z oddalenia, orszak zaś czynił
wrzawę coraz bliżej. Teraz słuchałem rozlegającego się śpiewu bezładnie
pląsającej przede mną gromady, a wzrok mój szukał zagubionej pary. Lecz ta przemieniła się w jedną jedyną
postać, na wpół męską, na wpół kobiecą --- w Hermafrodytę<pe><slowo_obce>hermafrodyta</slowo_obce> --- (od imion bogów gr. Hermesa i Afrodyty) istota dwupłciowa.</pe>, siedzącego na tronie z
masy perłowej. <end id="e1296826682322-2187653567"/>Korona Hermafrodyty kończyła się deską z czerwonego drzewa;
wewnątrz robak zniszczenia wygryzał tajemniczą cyfrę. W obłokach pyłu szybko się
zbliżała, popędzana biczem, trzoda małych, ślepych owiec: karmne<pe><slowo_obce>karmny</slowo_obce> --- tuczny, przeznaczony do uboju.</pe> zwierzęta, które
prowadził w orszaku gigantyczny mieszaniec, miały przeznaczenie utrzymywać życie
korybantów.<end id="e1296826643175-3545237398"/></akap>


<akap>Czasami niektóre postacie, wypływające z niewidzialnych ust, przybywały z
grobów, z chustami przed obliczem. I stanąwszy przede mną, nagle zrzuciły okrycia
i stężałe, głodne, spoglądały krwiożerczym wzrokiem, skierowanym w me serce, aż
lodowaty strach wciskał mi się w sam mózg, a krew moja kipiała jak potok, w
który spadają z nieba odłamy skalne --- nagle i w sam środek łożyska.</akap>


<akap>J<begin id="b1296826721415-1552744761"/><motyw id="m1296826721415-1552744761">Łzy</motyw>akaś kobieta unosiła się nade mną w powietrzu. Nie widziałem jej twarzy, gdyż
odwróciła się ode mnie, a miała na sobie płaszcz z płynących łez. <end id="e1296826721415-1552744761"/>Maski tańczyły,
śmiały się, nie dbając o mnie zupełnie. Tylko jakiś Pierrot<pe><slowo_obce>Pierrot</slowo_obce> --- postać z komedii <slowo_obce>dell'arte</slowo_obce>: smutny kochanek ze łzami wymalowanymi na pobielonej twarzy.</pe> obejrzał się uważnie
--- oczy utkwił we mnie i odskoczył. Wrósł w ziemię przede mną i spojrzał mi w
twarz jak gdyby w zwierciadło. Robił tak dziwne miny, podnosił i machał rękami,
już to ociężale, już to z błyskawiczną szybkością, że moim jedynym
nieprzepartym pragnieniem stało się nagle naśladować Pierrota, mrugać oczami jak
on, poruszać łopatkami i wykrzywiać kątami ust jak on.</akap>


<akap>Wtedy odepchnęły go na bok niecierpliwie cisnące się postacie, które wszystkie
chciały być przed moim wzrokiem. Lecz żadna z tych istot nie mogła się utrwalić.
Są to oślizgłe perły nawleczone na jedwabny sznur, są to poszczególne tony
jednej tylko melodii, które z niewidzialnych ust wypływają. Już nie była to
książka, co przemawiała do mnie. Był to głos. Głos, który czegoś chciał ode mnie, czegoś, czego nie mogłem
uchwycić, choć nie wiem jak usiłowałem to zrobić. Głos dręczył mnie palącymi,
niezrozumiałymi pytaniami. <begin id="b1296826900450-1613564497"/><motyw id="m1296826900450-1613564497">Zaświaty</motyw>Lecz głos, który te widzialne wypowiadał słowa,
umarły był i bez echa. Każdy głos, rozbrzmiewający w świecie rzeczywistości,
odpowiada wielokrotnym echem, tak jak każdy przedmiot ma jeden duży cień i
wiele cieni małych, ten jednakże głos nie odpowiadał już żadnym echem --- dawno,
dawno już się te echa rozwiały i przebrzmiały.<end id="e1296826900450-1613564497"/></akap>


<akap>Przeczytałem książkę do końca i trzymałem ją jeszcze w rękach, a wówczas było mi
tak, jak gdybym badawczo w mózgu własnym kartki przerzucał --- i to nie w jednej
książce! --- Wszystko, co mi ten głos powiedział, nosiłem w sobie, odkąd żyję, lecz
było to zapomniane i ukryte przed mą świadomością aż do dnia dzisiejszego.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Spojrzałem przed siebie. Gdzie się podział człowiek, który mi przyniósł książkę?
Czyżby wyszedł? Czy przyjdzie po nią, gdy będzie skończona? Może mam mu ją
odnieść? Lecz nie mogę sobie przypomnieć, czyli<pe><slowo_obce>czyli</slowo_obce> --- czy z partykułą pytajną -li.</pe> mówił, gdzie mieszka. Starałem
się wywołać w pamięci jego zjawę, lecz mi się nie udało. Chociażby wiedzieć, jak
był ubrany. Czy był stary, czy młody? Jakiego koloru były jego włosy, broda? Nie,
nic zupełnie nie mogłem sobie wyobrazić. Wszystkie przedstawiające go obrazy,
które sobie stworzyłem, rozpływały się bez zatrzymania, zanim byłem w stanie
połączyć je w duchu. Zamknąłem oczy i opuściłem rękę na powieki, aby ułowić
najdrobniejszą choćby cząstkę jego portretu. Nic, nic. Stanąłem pośrodku pokoju
i spoglądałem na drzwi, tak, jak to zrobiłem przedtem, gdy człowiek ten wchodził
i malowałem sobie całą rzecz: teraz skręca koło rogu, teraz stąpa po wyłożonej
cegłami posadzce, teraz czyta na drzwiach moją tabliczkę: ,,Atanazy Pernath", a teraz wchodzi. Daremnie. Nie mogłem wzbudzić najmniejszego
śladu wspomnienia co do jego postaci. Zobaczyłem książkę leżącą na stole i
chciałem sobie wyobrazić w duchu rękę, która ją z kieszeni wyjmuje, by mi ją
podać. Nie mogłem sobie uzmysłowić, czy na ręku była rękawiczka, czy też dłoń
była obnażona, czy była młoda, czy pomarszczona, przystrojona pierścieniami, czy
też nie.</akap>


<akap>Wtem wpadł mi szczególny pomysł. Był on jak natchnienie, któremu nie można było
się oprzeć. Włożyłem kapelusz i przeszedłszy korytarz, zszedłem po schodach na
dół. Potem powoli wróciłem znów do swego pokoju.</akap>


<akap>Powoli, zupełnie powoli, tak jak on, gdy wchodził do mnie. <begin id="b1296826981725-1823380803"/><motyw id="m1296826981725-1823380803">Czas</motyw>Otworzywszy drzwi
spostrzegłem, że w pokoju był zmrok. Czyż nie promieniał jasny dzień, gdy przed
chwilą wychodziłem? Jak długo musiałem marudzić, jeżeli nie zauważyłem, że teraz
jest już tak późno?<end id="e1296826981725-1823380803"/></akap>


<akap>Próbowałem naśladować nieznajomego w ruchach i minach, lecz nie mogłem go sobie
zupełnie przypomnieć. Jak jednakże miało mi się udać naśladowenie jego postaci,
skoro nie miałem żadnego punktu oparcia do jego wyglądu?</akap>


<akap>Lecz rezultat był inny, zupełnie inny, niż przypuszczałem. Moja skóra, muskuły<pe><slowo_obce>muskuły</slowo_obce> --- mięśnie.</pe>,
całe ciało przypomniały sobie nagle wszystko, nie zdradzając się przed mózgiem.
One to wykonywały ruchy, których nie chciałem i nie zamierzałem wykonywać. Jak
gdyby moje członki<pe><slowo_obce>członki</slowo_obce> (daw.) --- kończyny.</pe> nie należały więcej do mnie. W jednej chwili, gdy robiłem
parę kroków po pokoju, chód mój stał się drepcący i cudzy. Określiłem, że to
chód człowieka, który jest w ciągłej obawie, że upadnie. Tak, tak, tak, to był
jego chód. Najdokładniej wiedziałem --- to on. Miałem twarz obcą, bez zarostu, o
wystających kościach policzkowych i spoglądałem ukośnymi oczami. Czułem to, lecz nie mogłem się zobaczyć. Przerażony, że moja twarz nie jest moją, chciałem
krzyczeć; następnie chciałem się dotknąć, lecz ręka nie poszła za rozkazem woli,
jeno<pe><slowo_obce>jeno</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> zanurzyła się w kieszeni i wyjęła książkę. Zupełnie tak, jak on to robił.
Magle siedzę, znowu bez kapelusza i palta przy stole i to jestem ja. To ja, to
ja! Atanazy Pernath. Trzęsły mną dreszcze i zgroza, serce szalało, jakby chciało
wyskoczyć i czułem, że widmowe palce, ściskające dotychczas mój mózg, usunęły
się ode mnie. Tylko z tyłu głowy wyczuwałem jeszcze zimne ślady ich dotyku.</akap>


<akap><begin id="b1297078630717-3095037091"/><motyw id="m1297078630717-3095037091">Tajemnica</motyw>Teraz wiedziałem, jakim był nieznajomy, mógłbym go znowu w sobie wyczuć --- w
każdej chwili, gdybym zapragnął --- lecz wywołać jego obraz tak, abym go widział
przed sobą oko w oko, tego jeszcze nie potrafię i nigdy nie będę mógł zrobić.
Poznałem, że on jest jak negatyw, niewidoczna próżnia, o nieuchwytnych liniach,
w którą muszę się sam wcisnąć, jeżeli chcę poznać jej kształt i istotę we
własnym ,,ja".<end id="e1297078630717-3095037091"/></akap>


<akap><begin id="b1297078653030-1166574898"/><motyw id="m1297078653030-1166574898">Książka</motyw>W szufladzie mego stolika stała żelazna kasetka --- chciałem w niej zamknąć
książkę i dopiero gdy stan choroby ducha ustąpi, chciałem ją wyjąć i podjąć
poprawę złamanego inicjału ,,J". Wziąłem książkę ze stołu. Czułem, jak gdybym nic
nie trzymał; chwytam kasetkę --- to samo --- wrażenie, jak gdyby zmysł dotyku musiał
odbywać długą, długą drogę pełną ciemności, zanim by co wpadło do mojej
świadomości; jak gdyby to były rzeczy warstwami czasu mnogich lat oddalone
ode mnie i należące do przeszłości, co już dawno przeminęła.<end id="e1297078653030-1166574898"/></akap>


<akap>Głos, który poszukiwał mnie, krążąc w mroku, aby mnie trapić kamieniem podobnym
do słoniny, przeszedł koło mnie, ale mnie nie zauważył. Wiedziałem, że pochodzi
on z krainy snów. Lecz to, co przeżyłem, było rzeczywistością i czułem, że
dlatego właśnie nie mógł mnie nie widzieć i szukał mnie na próżno.</akap>


<naglowek_rozdzial>Praga</naglowek_rozdzial>



<akap>Koło mnie stał student Charousek, owijając kołnierz swego bardzo cieniutkiego
surduta<pe><slowo_obce>surdut</slowo_obce> --- długa, obcisła dwurzędowa marynarka bądź krótki płaszcz.</pe> i słyszałem, jak mu z zimna zęby szczękały. Chłopiec ten może umrzeć ---
mówiłem sobie --- w tym pełnym przeciągów, lodowatym łuku bramy --- i prosiłem go,
aby wraz ze mną zaszedł do mego mieszkania. Lecz on mi odmówił.</akap>


<akap>--- Dziękuję wam, mistrzu Pernath --- mruknął chłodno --- nie mam tyle wolnego czasu ---
muszę spieszyć do miasta.</akap>


<akap>Gdybyśmy wyszli na ulicę, to po kilku krokach zmoklibyśmy do suchej nitki.
Deszcz nie ustaje. Strumienie wody spływały z dachów po fasadach domów, jak
potoki łez. Podniósłszy nieco głowę, mogłem tam na górze na czwartym piętrze
widzieć swoje okno, deszczem schlapane, a wyglądające, jak gdyby jego szyby
rozmiękły i stały się nieprzezroczyste i pogarbione niby żelatyna. Żółtawy,
brudny strumień spływał ulicą i brama zapełniła się przechodniami, którzy
chcieli przeczekać, póki niepogoda nie minie.</akap>


<akap><begin id="b1296827999752-875969947"/><motyw id="m1296827999752-875969947">Brud</motyw>--- Tam płynie bukiet ślubny --- powiedział nagle Charousek i wskazał na bukiet
zwiędłych kwiatów, który się przybliżał, pędzony brudną falą. Na to ktoś
roześmiał się głośno<end id="e1296827999752-875969947"/>. --- Odwróciwszy się, zobaczyłem, że był to stary, wytwornie
ubrany pan o siwych włosach i nabrzmiałej, rozpuchłej twarzy. Charousek także
spojrzał w tył i mruknął coś do siebie.</akap>


<akap>Starzec miał w sobie coś nieprzyjemnego; odwróciłem uwagę od niego i
<begin id="b1296828043306-1906476118"/><motyw id="m1296828043306-1906476118">Miasto</motyw>przyglądałem się obdrapanym domom, które w moich oczach przykucnęły na deszczu, jak stare leniwe
zwierzęta. Jak one wyglądały przykro i staro! Budowane bez zastanowienia, stały
jak zielsko, co wydobywa się z ziemi. Dobudowano je, bez względu na otoczenie,
do niskich żółtych murów kamiennych, jedynych resztek dawniejszego szeroko
rozpostartego budynku z przed dwóch-trzech stuleci. Tam połowa pochylonego
domu z zapadającym się frontem. Inny obok, wyższy ponad inne, jak ogromny kieł.
Pod pochmurnym niebem wyglądały one jak pogrążone we śnie i nie odgadłbyś
chytrego, pełnego nienawiści życia, które czasami z nich wytryskało, gdy mgła
jesiennych wieczorów zalega ulice i pomaga im ukryć swą cichą, ledwo dostrzegalną
grę twarzy.<end id="e1296828043306-1906476118"/> W czasie, gdy tu jeszcze mieszkam, utrwaliło się we mnie to wrażenie
i nie mogłem się go pozbyć. Są pewne godziny w nocy i o rannym brzasku, gdy domy
te w jakimś podnieceniu prowadzą milczące, tajemnicze narady. I niekiedy zrywa
się słabe drżenie poprzez ich ścianę, którego niepodobna wytłumaczyć, szmery
płyną poprzez dachy i spadają w rynny deszczowe --- my zaś je przejmujemy
niebacznie<pe><slowo_obce>niebacznie</slowo_obce> --- nieuważnie, nieostrożnie.</pe> tępymi zmysłami, nie śledząc ich przyczyny. Często roiło mi się<pe><slowo_obce>roiło mi się</slowo_obce> --- wydawało mi się.</pe>, żem
podpatrzył upiorne zachowanie się kamienic i dowiedziałem się z pełnym zgrozy
podziwem, że one właśnie są utajonymi i istotnymi panami ulicy, że już to tracą
żywot i czucie, już to do życia powracają, a w ciągu dnia mieszkańcom, co się tu
gnieżdżą, udzielają go w pożyczce, następnej zaś nocy z lichwiarskim procentem<pe><slowo_obce>lichwiarski procent</slowo_obce> --- nazbyt wysokie oprocentowanie pożyczki.</pe>
domagają się go powrotnie<pe><slowo_obce>powrotnie</slowo_obce> --- dziś: z powrotem.</pe>.</akap>


<akap>Wyobrażam sobie dziwnych ludzi, którzy mieszkają w tych domach niby schematy,
niby istoty nie z matki urodzone --- ludzie, którzy w myśleniu i działaniu zdają
się być spojeni bez doboru, przeciągają przede mną jak duchy, i jestem
skłonniejszy wierzyć, że takie sny tają<pe><slowo_obce>taić</slowo_obce> --- ukrywać.</pe> w sobie ciemne prawdy, które na jawie
tlą się we mnie, jako wrażenie z kolorowych baśni. Potem skrycie budzi się we mnie znów podanie o
widmowym Golemie<pe><slowo_obce>golem</slowo_obce> --- w legendach żydowskich istota stworzona na podobieństwo człowieka, zazwyczaj z gliny, żywa lecz pozbawiona duszy i dlatego posłuszna poleceniom człowieka, który ją stworzył. Stworzenie golema wiązało się z powtórzeniem Boskiego procesu kreacji.</pe>, owym sztucznym człowieku, którego niegdyś tutaj w mrokach
Getta pewien rabin, znawca Kabały<pe><slowo_obce>Kabała</slowo_obce> --- mistyczna doktryna judaistyczna, na której oparty był m. in. ruch chasydzki.</pe>, utworzył z elementów<pe><slowo_obce>elementy</slowo_obce> (daw.) --- żywioły.</pe> i przywoływał go do
automatycznego, bezdusznego bytu, szepcąc przez zęby magiczne słowo liczebne<pe><slowo_obce>szepcąc przez zęby magiczne słowo liczebne</slowo_obce> --- w innych wersjach legendy ożywienie golema następowało przez włożenie mu w usta karteczki z hebrajskim słowem <slowo_obce>emet</slowo_obce> (prawda) a uśmiercenie przez wymazanie pierwszej litery, na skutek czego powstawało słowo <slowo_obce>met</slowo_obce> (śmierć).</pe>.<begin id="b1296828363262-1579581680"/><motyw id="m1296828363262-1579581680">Kondycja ludzka</motyw> I
jak ów Golem drętwiał natychmiast w posąg gliniany w chwili, gdy tajemniczą
sylabę jego życia cofał swymi usty<pe><slowo_obce>usty</slowo_obce> --- dziś popr. forma N. lm: ustami.</pe> zaklinacz, tak niewątpliwie, sądzę, tracą swój
byt duchowy wszyscy ci ludzie, skoro tylko w mózgu u jednego zagasło
jakiekolwiek nikłe wyobrażenie, podrządna<pe><slowo_obce>podrządny</slowo_obce> --- podległy.</pe> dążność, może zbyteczne
przyzwyczajenie, u innego zaś tylko głuche oczekiwanie jakiejś rzeczy całkowicie
niezrozumiałej i całkowicie pozbawionej treści.<end id="e1296828363262-1579581680"/> --- Przy tym co za nieustanne
straszliwe zasadzki i podstępy w tych istotach! Nigdy nie widzi się tych ludzi
przy pracy, jednak budzą się o pierwszym brzasku dnia i czekają z zapartym
oddechem, jak na ofiarę --- na coś, co nigdy nie nadchodzi. Jeżeli istotnie kiedyś
powstaje pozór, jakby ktoś wchodził w ich obrąb, ktoś bezsilny, co to mogliby go
opanować: wówczas spada na nich nagle paraliżujący strach, odpędza ich z
powrotem do nor, tak iż drżąc, odstępują od zamiaru. Nikt nie wydaje się dość
słaby, by im odwagi starczyło dla opanowania jego niemocy.</akap>


<akap><begin id="b1296128806576-3348649858"/><motyw id="m1296128806576-3348649858">Zwierzęta, Broń</motyw>--- Zwyrodniałe, bezzębne, dzikie zwierzęta, którym odebrano siłę i oręż ---
powiedział Charousek powolnie<pe><slowo_obce>powolnie</slowo_obce> --- dziś popr.: powoli.</pe> i spojrzał się na mnie.<end id="e1296128806576-3348649858"/></akap>


<akap>Jakim sposobem mógł on wiedzieć, o czym myślałem? Czasami tak mocno urabiamy
swoje myśli, że one mogą, jak latające iskry, przeskoczyć w mózg stojącego w
pobliżu.</akap>


<akap>--- --- --- Z czego oni mogą żyć? --- spytałem po chwili.</akap>


<akap>--- Żyć? Z czego? Niejeden z nich jest milionerem.</akap>


<akap>Spojrzałem na Charouska. Co on myślał, mówiąc te słowa? Ale student umilkł i spojrzał na obłoki. Na chwilę ustał szmer
głosów w bramie i słychać było tylko syczenie deszczu. Co on chciał przez to
powiedzieć: ,,Niejeden z nich jest milionerem"?. Znów wydało się, jak gdyby
Charousek odgadł moje myśli. Wskazał na sklep tandeciarza obok nas, gdzie woda
opłukiwała rdzę żelaznych rupieci, tworząc brązowo-czerwone kałuże.</akap>


<akap><begin id="b1296828696110-1780442628"/><motyw id="m1296828696110-1780442628">Bogactwo, Tajemnica</motyw>--- Aron Wassertrum! Ten na przykład to milioner. Prawie trzecia część
żydowskiego miasta jest jego własnością. Czy pan o tym nie wie, panie Pernath?<end id="e1296828696110-1780442628"/></akap>


<akap>Wprost zatamował mi się oddech w piersiach.</akap>


<akap>Aron Wassertrum tandeciarz<pe><slowo_obce>tandeciarz</slowo_obce> --- handlarz tandetą, tj. tanimi, byle jakimi towarami z drugiej ręki.</pe>, Aron Wassertrum milioner?</akap>


<akap>--- O, znam go dobrze --- mówił dalej Charousek, jak gdyby tylko czekał, że go
zapytam --- znam też jego syna, doktora Wassory. --- Nigdy pan o nim nie słyszał? O
doktorze Wassory --- słynnym okuliście? --- Przed rokiem jeszcze całe miasto mówiło
o nim z zachwytem, jako o wielkim uczonym. --- Nikt nie wiedział, że on zmienił
nazwisko i przedtem nazywał się Wassertrum. Chętnie udawał on oderwanego od
świata człowieka nauki i kiedy raz była rozmowa
o pochodzeniu, skromnie, z głębokim wzruszeniem oświadczył półsłówkami, że
ojciec jego pochodzi jeszcze z Getta --- a sam wybił się na światło trudem
wszelkiego rodzaju i niewypowiedzianymi kłopotami. Czyim trudem i
niewypowiedzianymi kłopotami, za pomocą jakich środków, tego jednak nie objaśnił.
Ja przecież wiem, jaki to ma związek z gettem --- Charousek ujął mnie za ramię i
potrząsnął nim silnie. </akap>

<akap><begin id="b1296828828064-239871956"/><motyw id="m1296828828064-239871956">Bieda</motyw>Mistrzu Pernath, jestem taki biedny, że sam zaledwie to
pojmuję i muszę chodzić prawie nago, jak włóczęga, spójrz pan tutaj! A bądź co
bądź jestem studentem medycyny, jestem wykształconym człowiekiem. --- Zerwał swoje
wierzchnie ubranie i zdumiony spostrzegłem, że student nie miał koszuli ani marynarki i nosił płaszcz na gołym ciele. --- I byłem już taki biedny, kiedym
tę bestię, tego wszechmocnego, szanownego doktora Wassory doprowadził do upadku<end id="e1296828828064-239871956"/>, a i
dziś jeszcze nikt nie przypuszcza, że ja to, ja byłem właściwym sprawcą...</akap>


<akap><begin id="b1296828934301-706481670"/><motyw id="m1296828934301-706481670">Podstęp</motyw>W mieście sądzą, że to był niejaki doktor Savioli, który jego praktyki ujawnił i
doprowadził go do samobójstwa. Doktor Savioli był jeno<pe><slowo_obce>jeno</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> narzędziem w moich rękach!
Mówię panu. Ja sam wymyśliłem ten plan i zebrałem materiał, dostarczyłem
dowodów i cicho, niepostrzeżenie wyciągałem kamień po kamieniu z budowli doktora
Wassory'ego, aż cel osiągnąłem, kiedy żadne skarby świata, żadne podstępy Getta
nic już nie mogły poradzić, aby odwrócić klęskę, wymagającą tylko nieznacznego
posunięcia. Wie pan, tak, tak jak się gra w szachy --- zupełnie tak, jak się gra w
szachy<pe><slowo_obce>wie pan, tak, tak jak się gra w szachy --- zupełnie tak, jak się gra w
szachy</slowo_obce> --- student Charousek nosi być może nazwisko Rudolfa Charouska (1873--1900), silnego i przedwcześnie zmarłego na gruźlicę szachisty węgierskiego czeskiego pochodzenia, urodzonego w Pradze.</pe>. I nikt nie wie, że to byłem ja! Tandeciarz Aron Wassertrum coś
przeczuwa, bo nieraz sen mu odbiera jakieś groźne majaczenie, że do tej gry
przyłożył rękę ktoś, kogo on nie zna, a który wciąż jest w jego pobliżu, którego
jednak on uchwycić nie może<end id="e1296828934301-706481670"/> --- ktoś inny, nie doktor Savioli. Chociaż Wassertrum
należy do tych, których oczy zdolne są mury przenikać, nie może jednak
zrozumieć, że są umysły, które potrafią wyliczyć, jak poprzez takie mury można
kłuć długimi, niewidzialnymi, zatrutymi szpilkami, omijając krzemienie, złoto i
szlachetne kruszce, aby trafić w utajone tętno życia.</akap>


<akap>I Charousek uderzył się w czoło i roześmiał się dziko.</akap>


<akap>--- Aron Wassertrum wkrótce się o tym przekona, tego samego dnia, w którym zechce
powiesić doktora Saviolego! Ściśle tego samego dnia.</akap>


<akap>Zapewniam pana, że kto grając ze mną dopuści do takiego gambitu<pe><slowo_obce>gambit</slowo_obce> --- w teorii szachowej wariant, w którym gracz dobrowolnie poświęca materiał (piony, rzadziej figury) za inicjatywę (możliwości ataku).</pe> z królem i
laufrem<pe><slowo_obce>laufer</slowo_obce> --- goniec (figura szachowa); najsłynniejsza partia Rudolfa Charouska, po którym być może nazwany jest bohater powieści, to jego zwycięstwo nad mistrzem świata Emanuelem Laskerem odniesione w trakcie turnieju w Norymberdze w roku 1896. Charousek zagrał wówczas odgałęzienie gambitu królewskiego zwane gambitem gońca (1.e4 e5 2. f4 exf4 3.Gc4).</pe>, ten zawiśnie w powietrzu, jak bezradna marionetka na wątłej nici, nici
którą ja pociągam, niech pan to zrozumie, którą ja pociągam i która nie ma woli
własnej.</akap>


<akap>Student mówił jak w gorączce --- spojrzałem mu w oczy zdziwiony.</akap>


<akap>--- Co panu zrobił Wassertrum i jego syn, że jesteś na nich tak zawzięty?</akap>


<akap>Charousek wzburzony odpowiedział:</akap>


<akap>--- Nie mówmy o tym. Lepiej niech pan zapyta, jak to doktor Wassory skręcił kark. Albo może pan sobie życzy, abyśmy o tym pomówili kiedy indziej? Deszcz ustał.
Może pan chce iść do domu?</akap>


<akap>Charousek zniżył głos, jak ktoś, co się nagle uspakaja. Potrząsłem głową.</akap>


<akap>--- Słyszał pan kiedy, jak się leczy jaskrę<pe><slowo_obce>jaskra</slowo_obce> --- choroba prowadząca do nieodwracalnego uszkodzenia nerwu wzrokowego i siatkówki, powodująca pogorszenie lub utratę wzroku; łac. <slowo_obce>glaucoma</slowo_obce>.</pe> (glaukoma)? Nie? Muszę to panu
wyjaśnić, żeby pan wszystko dokładnie zrozumiał, mistrzu Pernath.</akap>


<akap>A więc słuchaj pan. Jaskra jest to złośliwa choroba we wnętrzu oka, która się
kończy ślepotą i istnieje tylko jeden środek, aby zatrzymać postępy choroby,
mianowicie tzw. irydektomia<pe><slowo_obce>irydektomia</slowo_obce> --- operacja wycięcia fragmentu tęczówki.</pe>, która polega na tym, że z tęczówki oka usuwa się
kęsek<pe><slowo_obce>kęsek</slowo_obce> --- tu: fragment.</pe> klinowaty. Nieuniknionym skutkiem tej operacji są pewne bardzo przykre
przejawy niedowidztwa<pe><slowo_obce>niedowidztwo</slowo_obce> --- dziś popr.: niedowidzenie.</pe>, które pozostają na całe życie; proces ślepnięcia jednakże
najczęściej bywa powstrzymany.</akap>


<akap>Z diagnozą jaskry sprawa ta ma pewien swój szczególny związek. Mianowicie są okresy, zwłaszcza w początku choroby, gdy najostrzejsze
symptomata<pe><slowo_obce>symptomata</slowo_obce> (daw.) --- objawy.</pe> pozornie zanikają i w takich wypadkach lekarz, choćby nie mógł
znaleźć najmniejszego śladu choroby, nie powinien nigdy za pewnik<pe><slowo_obce>pewnik</slowo_obce> --- całkowicie pewna informacja.</pe> uważać, że jego
poprzednik, który był innego zdania, z konieczności<pe><slowo_obce>z konieczności</slowo_obce> --- tu: na pewno.</pe> się pomylił. Jeżeli jednak
zastosowano irydektomię, która może być użytą zarówno przy chorym, jak i przy
zdrowym oku, wtedy niepodobna<pe><slowo_obce>niepodobna</slowo_obce> (daw.) --- jest nieprawdopodobne bądź niemożliwe.</pe> dowieść, czy jaskra rzeczywiście była, czy też jej
nie było.</akap>


<akap><begin id="b1296829483281-1903647875"/><motyw id="m1296829483281-1903647875">Lekarz, Podstęp</motyw>I oto, opierając się na takich i innych możliwościach, doktor Wassory obmyślił
plan straszliwy.</akap>


<akap>Niezliczoną ilość razy --- szczególnie u kobiet --- gdy były niewinne zaburzenia w oku --- on świadomie konstatował<pe><slowo_obce>konstatować</slowo_obce> --- stwierdzać.</pe> jaskrę, aby tylko
doszło do operacji, która mu nie sprawiała żadnego trudu, przynosiła zaś dużo
pieniędzy.<end id="e1296829483281-1903647875"/></akap>


<akap>Nareszcie miał istotę zupełnie bezbronną w ręku; tu do ograbienia nie trzeba
było nawet śladu odwagi.</akap>


<akap>Widzisz, mistrzu Pernath, to było zwyrodniałe drapieżne zwierzę, znajdujące się
w takich warunkach, w których nawet bez broni i siły mogło rozszarpać swoją
ofiarę.</akap>


<akap>Nie ryzykując nic! Nawet najmniejszej stawki --- pojmujesz pan?</akap>


<akap><begin id="b1296829420316-2469808452"/><motyw id="m1296829420316-2469808452">Nauka</motyw>Dzięki licznym błahym rozprawkom w zawodowych pismach lekarskich doktor Wassory
wyrobił sobie imię znakomitego specjalisty i nawet swoim kolegom, zbyt szczerym
i przyzwoitym, by go przeniknąć, potrafił oczy piaskiem zasypać i zaimponować
nauką.<end id="e1296829420316-2469808452"/></akap>


<akap>Naturalnym wynikiem tego rozgłosu były tłumy pacjentów, którzy u niego szukali
pomocy.</akap>


<akap>Gdy przychodził kto ze słabymi zaburzeniami wzroku i dał się zbadać, wtedy doktor
Wassory przystępował do dzieła z chytrze obmyślanym planem.</akap>


<akap>Z początku prowadził zwykłe badanie chorego, lecz aby później mieć na wszelki
wypadek wyjaśnienie, zręcznie notował tylko te odpowiedzi, które miały związek z
jaskrą.</akap>


<akap>I ostrożnie sondował, czy już przedtem nie była postawiona diagnoza.</akap>


<akap>W ciągu rozmowy dawał do zrozumienia, że dostał nagle wezwanie z zagranicy w
ważnej naukowej sprawie i z tego powodu musi już jutro wyjechać.</akap>


<akap>Prześwietlając oko promieniami elektryczności, którą przy tym stosował, umyślnie
sprawiał choremu ból niesłychany.</akap>


<akap>Wszystko z rozmysłem! Wszystko celowo!</akap>


<akap>Po zbadaniu, gdy pacjent trwożliwie pytał, czy jest powód do obawy, wtedy
Wassory wykonywał pierwsze posunięcie szachowe.</akap>


<akap>Siadał naprzeciw chorego, czekał chwilę, a potem dobitnie i wyraźnie wypowiadał
takie słowa: Ślepota obu oczu --- nieunikniona w najbliższym czasie.</akap>
<separator_linia/>


<akap>--- Scena, która z natury rzeczy wynikała, była okropna. Często ludzie mdleli,
płakali, krzyczeli, w rozpaczy rzucali się na ziemię. <begin id="b1296830150149-1807205816"/><motyw id="m1296830150149-1807205816">Oko</motyw>Stracić wzrok --- to znaczy
stracić wszystko.<end id="e1296830150149-1807205816"/> I gdy nastąpiła chwila odpowiednia, gdy badana ofiara,
obejmując kolana doktora Wassory, pytając błagalnie, czy na tym bożym świecie nie
znajdzie się dla niej ratunku, wtedy krwiożerczy zwierz wykonywa drugie
posunięcie szachowe --- i sam niby to staje się bogiem, który w mocy swej miał
ocalenie.</akap>


<akap>Wszystko, wszystko na świecie jest jak gra w szachy, mistrzu Pernath.</akap>


<akap>Jedyne, co mogłoby tu pomóc --- mówił po namyśle doktor Wassory --- to
natychmiastowa operacja --- i z pożądliwą próżnością, która się w nim nagle
budziła, długo i szeroko opisywał taki lub inny wypadek, który z wypadkiem
obecnym ma bardzo wielkie podobieństwo; opowiadał, ilu to chorych jemu jedynie
zawdzięcza ocalenie wzroku itp.</akap>


<akap>Rozkoszował się formalnie myślą, że może być uważany za istotę wyższą, w której
ręku złożone jest ocalenie i zagłada bliźnich.</akap>


<akap>Lecz bezbronna ofiara siedziała przed nim z sercem pełnym palących zapytań, z
czołem perlącym się od potu i trwogi, nie miała odwagi ani na chwilę przerwać mu
mowę, z obawy, aby go nie rozgniewać, jego, jedynego, co mu zdoła dopomóc.</akap>


<akap>Doktor Wassory zaś zamykał rozmowę słowami, że do tej operacji mógłby przystąpić
dopiero po kilku miesiącach, gdy wróci z podróży.</akap>


<akap>Miejmy nadzieję --- mówił --- gdyż w takich wypadkach zawsze się powinno spodziewać
najlepszego --- miejmy nadzieje, że wtedy nie będzie jeszcze za późno.</akap>


<akap>Naturalnie chory wówczas zrywał się zawsze przerażony --- i tłumaczył, że pod
żadnym warunkiem, ani jednego dnia nie chce czekać dłużej --- i błagalnie prosił
o wskazówkę, czy jaki inny okulista w mieście nie mógłby wykonać operacji.</akap>


<akap>Wtedy nadchodziła chwila, kiedy doktor Wassory zadawał rozstrzygający cios.</akap>


<akap>Kroczył po pokoju w głębokiej zadumie, jakby zgryziony<pe><slowo_obce>zgryziony</slowo_obce> (daw.) --- zmartwiony (por. zgryzota).</pe> marszczył czoło --- i
zakłopotany szeptał, że wdanie się<pe><slowo_obce>wdać się</slowo_obce> --- włączyć się.</pe> innego lekarza ze względu na konieczność
prześwietlania elektrycznością jest niepożądane, gdyż chory sam chyba wie, jakie
to bolesne; powtórne użycie tych oślepiających promieni --- pociągnęłoby za sobą
jak najfatalniejsze skutki.</akap>


<akap>Inny lekarz, pominąwszy to, że niektórym właśnie brak wprawy koniecznej
do <wyroznienie>irydektomii</wyroznienie>, musiałby na nowo oczy badać --- i dopiero po upływie pewnego
czasu, gdy nerwy wzrokowe odpoczną, przystąpić do operacji chirurgicznej.</akap>


<akap>Charausek zacisnął pięści.</akap>


<akap>--- W szachach nazywamy to ,,ruchem musowym<pe><slowo_obce>ruch musowy</slowo_obce> --- dziś raczej: ruch wymuszony.</pe>", drogi mistrzu Pernath! --- Co następowało
potem --- były to ciągłe ruchy musowe --- jeden po drugim.</akap>


<akap>Na wpół przytomny z rozpaczy pacjent zaklinał doktora Wassory, aby go wybawił, aby
na jeden dzień podróż odłożył i sam wykonał operację. Chodziło tu więcej niż o
rychłą śmierć; chodziło tu o straszną, męczącą obawę, że każdej chwili możesz
oślepnąć, co jest gorsze ponad wszystko.</akap>


<akap>I im bardziej potwór narzekał i ubolewał, że odłożyć podróż to narazić się na
nieobliczone szkody, tym większe sumy dobrowolnie składali mu chorzy.</akap>


<akap>Gdy w końcu suma wydawała się doktorowi Wassory dostateczną, ustępował --- i jeszcze tego samego dnia, zanim by jakiś
wypadek mógł jego plan odkryć, zaszczepiał zdrowym oczom nieuleczalne cierpienie,
bezustanną trwogę oślepnięcia, która zamieniała życie w torturę; ślady jednakże
tego łotrostwa były na zawsze zatarte.</akap>


<akap><begin id="b1296830961545-1793314365"/><motyw id="m1296830961545-1793314365">Chciwość, Zło</motyw>Dzięki takim operacjom zdrowych oczu doktor Wassory nie tylko powiększał swoją sławę
niezrównanego lekarza, któremu za każdym razem udało się wstrzymać grożącą
ślepotę, lecz jednocześnie zaspakajał swoją bezmierną chciwość i składał daninę
swej próżności, gdy nieświadome na ciele i majątku pokrzywdzone ofiary uważały
go i ceniły jako swego zbawcę.<end id="e1296830961545-1793314365"/></akap>


<akap>Tylko człowiek, który wszystkimi nerwami tkwił w Getcie i w jego niezliczonych
niedostrzegalnych, a jednak niepokonanych środkach i zasobach; który się od
dzieciństwa uczył czatować w zasadzce jak pająk; który znał każdego człowieka w
mieście i przejrzał każdego we wszystkich stosunkach i warunkach życiowych ---
tylko taki --- ,,pół jasnowidzący" --- jak go możemy nazwać --- mógł przez długie lata
popełniać tego rodzaju ohydy.</akap>


<akap>I gdyby nie ja, to do dzisiaj prowadziłby on jeszcze swoje rzemiosło,
praktykowałby je do późnej starości i w końcu jako szanowany patriarcha<pe><slowo_obce>patriarcha</slowo_obce> --- tu: głowa rodziny.</pe>, w kole
swych drogich<pe><slowo_obce>drodzy</slowo_obce> --- bliscy.</pe>, czcią powszechną otoczony, używałby schyłku żywota --- aż by w
końcu zdechł jak pies.</akap>


<akap>Lecz ja również wyrosłem w Getcie, moja krew również nasiąkła atmosferą
piekielnej chytrości i dlatego mogłem go doprowadzić do upadku, tajemniczo tak,
jak siły niewidzialne gubią tych, których chcą zgubić. Rzekłbyś --- z jasnego nieba
piorun w niego uderzył.</akap>


<akap><begin id="b1296133624896-250272586"/><motyw id="m1296133624896-250272586">Zemsta</motyw>Doktor Savioli, młody lekarz niemiecki<pe><slowo_obce>doktor Savioli, młody lekarz niemiecki</slowo_obce> --- dalej mówi się o nim jako o Włochu.</pe>, miał tę zasługę, że go zdemaskował; ja to
wysunąłem doktora Savioli na zewnątrz; sam zaś gromadziłem dowód za dowodem, aż nastał dzień, w
którym władza państwowa nałożyła rękę na doktorze Wassorym.</akap>


<akap><begin id="b1296831082362-3803825350"/><motyw id="m1296831082362-3803825350">Samobójstwo</motyw>Wtedy zwierz popełnił samobójstwo. Błogosławiona to chwila!</akap>


<akap>Jak gdyby mój sobowtór stanął przy nim i prowadził jego rękę, aby życie sobie
odebrał z tej flaszeczki amylnitrytu<pe><slowo_obce>amylnitryt</slowo_obce> --- azotyn amylu, stosowany jako środek obniżający ciśnienie krwi i napięcie mięśni gładkich bądź jako antidotum na zatrucie cyjankiem.</pe>, którą naumyślnie zostawiłem w jego
gabinecie przy sposobności, gdy pewnego razu celowo sam go doprowadziłem do
tego, że i mnie postawił fałszywą diagnozę jaskry: przy czym szczerze i gorąco
życzyłem mu, aby ten amylnitryt zadał mu cios ostateczny.<end id="e1296831082362-3803825350"/><end id="e1296133624896-250272586"/></akap>


<akap>W mieście mówiono, że umarł na paraliż mózgu. W istocie amylnitryt zabija jak
paraliż mózgu. Lecz pogłoska ta długo utrzymać się nie mogła.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Charousek skamieniał nagle i ustał nieruchomy, jak gdyby się zagłębił w jakiś
problemat: potem spojrzał w kierunku tandeciarni Wassertruma.</akap>


<akap><begin id="b1296833775119-2243072154"/><motyw id="m1296833775119-2243072154">Lalka</motyw>--- Teraz --- szeptał --- on jest sam, zupełnie sam ze swoją chciwością --- i --- i ze swoją
lalką woskową!
<end id="e1296833775119-2243072154"/></akap><separator_linia/>


<akap>Serce mi uderzało jak młotem.</akap>


<akap>Ze zgrozą spoglądałem na Charouska. Czy miał pomieszanie zmysłów? Gorączka mu
widocznie podsuwa takie fantastyczne opowieści.</akap>


<akap>Naturalnie, naturalnie. Wszystko to on wymyślił, uroił sobie, wyśnił.</akap>


<akap>Nie mogą być prawdą te okropne rzeczy, jakie mówił o okuliście. To suchotnik<pe><slowo_obce>suchotnik</slowo_obce> --- gruźlik.</pe>:
gorączka śmierci mózg jego trawi.</akap>


<akap>Chciałem go uspokoić jakimś żartobliwym słowem i myśli jego skierować na
weselsze tory.</akap>


<akap>Nagle, zanim znalazłem odpowiednie słowo, błyskawicznie przypomniałem sobie
twarz Wassertruma z rozciętą górną wargą, tak jak wtedy, gdy przez otwarte drzwi spoglądał do mego pokoju okrągłymi, rybimi oczyma.</akap>


<akap>Doktor Savioli! doktor Savioli! --- tak, tak się nazywał ów młody człowiek, o którym mi
poufnie szepnął jasełkarz<pe><slowo_obce>jasełkarz</slowo_obce> --- lalkarz.</pe> Zwak jako o znakomitym lokatorze, który od niego
wynajął pracownię.</akap>


<akap>Doktor Savioli! Jak krzyk nurtowało we mnie to imię. Szereg mglistych obrazów
przesuwał się przed moją myślą, prześcigał się w strasznych domysłach, które na
mnie runęły jak burza.</akap>


<akap>Chciałem rozpytać Charouska, pełny lęku wszystko mu opowiedzieć, czego wtedy
doznałem: gdy naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> --- nagle.</pe> widzę, że studenta opanował gwałtowny atak kaszlu, który go
niemal wywracał. Mogłem tylko zauważyć, jak to on, z trudem opierając się
rękami, dreptał w deszcz --- i na odchodnym pobieżnie skinął mi głową.</akap>


<akap>Tak, tak, czuję, on ma słuszność. Nie majaczy w gorączce; nieujęte widmo zbrodni
czai się tu w tych ulicach we dnie i w nocy i pragnie się ucieleśnić.</akap>


<akap><begin id="b1296832080111-177746892"/><motyw id="m1296832080111-177746892">Zło</motyw>Zawisło w powietrzu, a my go nie dostrzegamy. Nagle wpada w którą z ludzkich
dusz --- nikt z nas tego nie przeczuwa. A kiedy w końcu zdążymy to pojąć --- widmo
traci swoją postać i wszystko jest po dawnemu. I tylko niewyraźne szmery,
niewyraźne słowa o jakimś okropnym zdarzeniu dochodzą do nas.</akap>


<akap>W jednym momencie zrozumiałem te zagadkowe stworzenia, które mieszkały naokoło
mnie; bez woli własnej wloką się one przez byt, ożywione jakimś niewidzialnym
prądem magnetycznym, co tak przez ich istotę przepływa, jak przedtem bukiet
ślubny płynął po strugach brudnego ścieku.</akap>


<akap>Zdało mi się nagle, że wszystkie domy spoglądały na mnie podstępnym obliczem,
pełne bezimiennej złośliwości; wrota były jak czarne, szeroko rozwarte gęby, w
których język wygnił do cna; wielkie paszcze, które każdej chwili mogły wyrzucić przeraźliwy krzyk, tak przeraźliwy i pełny nienawiści, że zatrwożyłby nas wskroś po sam rdzeń duszy.<end id="e1296832080111-177746892"/></akap>


<akap><begin id="b1297080189137-2838817405"/><motyw id="m1297080189137-2838817405">Lalka</motyw>Cóż to na zakończenie mówił mi student
o tandeciarzu? --- Szeptem powtarzałem sobie jego słowa: --- ,,Aron Wassertrum jest
obecnie sam na sam ze swoją chciwością i swoją lalką woskową".</akap>


<akap>Cóż on rozumiał pod tą ,,lalką woskową"?<end id="e1297080189137-2838817405"/><begin id="b1297079159032-2059774079"/><motyw id="m1297079159032-2059774079">Sztuka</motyw></akap>


<akap>To musi być przenośnia, uspakajałem się, jedna z tych chorobliwych metafor,
którymi Charousek lubi wywoływać podziw, których się nie rozumie, a które
później, gdy niespodzianie staną się przejrzyste, tak głęboko mogą uderzyć naszą
myśl, jak przedmioty niezwyczajnej formy, na które nagle padł jaskrawy promień
światła.<end id="e1297079159032-2059774079"/></akap>


<akap>Odetchnąłem głęboko, aby się uspokoić i odepchnąć straszne wrażenie, jakie
sprawiła na mnie opowieść Charouska.</akap>


<akap>Spojrzałem uważniej na ludzi, którzy wraz ze mną czekali w sieni domu: teraz
stał przy mnie gruby starzec, ten sam, który przedtem śmiał się tak
odrażająco.</akap>


<akap>Miał na sobie czarny płaszcz i czarne rękawiczki. Nieruchomo nabrzmiałym okiem
spoglądał na bramę przeciwległego domu.</akap>


<akap>Jego gładko wygolona twarz o pospolitych rysach drgała z podniecenia.</akap>


<akap><begin id="b1297080229384-3039567097"/><motyw id="m1297080229384-3039567097">Erotyzm</motyw>Mimo woli spojrzałem w tym samym kierunku
i spostrzegłem, że jego wzrok jak oczarowany spoczywa na rudowłosej Rozynie,
która stała na przeciwnej stronie ulicy ze swoim niezmiennym uśmiechem na
ustach.</akap>


<akap>Starzec próbował dawać jej znaki. Widziałem, że Rozyna doskonale to zauważyła,
ale zachowywała się, jak gdyby nic nie rozumiejąc.
Wreszcie starzec nie wytrzymał. Przebrnął na palcach na drugą stronę ulicy, ze
śmieszną elastycznością przeskoczył kałużę --- niby duża, czarna piłka kauczukowa.</akap>


<akap>Zdaje się, że go tu w okolicy znano, gdyż usłyszałem ze wszech stron uwagi,
dotyczące jego osoby. Stojący tuż za mną jakiś włóczęga z czerwoną wełnianą
chustką na szyi, w niebieskiej furażerce<pe><slowo_obce>furażerka</slowo_obce> --- miękka, podłużna czapka bez daszka.</pe> wojskowej, z cygarem Virginia za uchem
--- robił ustami jakieś szydercze miny, których nie rozumiałem.<end id="e1297080229384-3039567097"/></akap>


<akap>Zrozumiałem tylko, że w żydowskim mieście --- nazywali starego ,,wolnym mularzem<pe><slowo_obce>wolny mularz</slowo_obce> --- w znaczeniu podstawowym: członek masonerii.</pe>",
a w ich gwarze to przezwisko oznaczało kogoś, co poszukiwał dziewcząt
małoletnich, ale dzięki serdecznym stosunkom z policją zabezpieczony był od
wszelkiej nieprzyjemności.</akap>


<akap>Później twarz Rozyny i postać starca zniknęły w mrokach sieni.</akap>


<naglowek_rozdzial>Poncz<pe><slowo_obce>poncz</slowo_obce> --- rodzaj gorącego napoju alkoholowego.</pe></naglowek_rozdzial>



<akap>Otworzyliśmy okno, żeby wypuścić dym tytoniowy z mego małego pokoju.</akap>


<akap>Zimny wiatr nocny wionął do środka i poruszył płaszcze tak, że się z lekka
zaczęły kołysać.</akap>


<akap>--- Szanowna ozdoba głowy Prokopa najchętniej by się stąd gdzie wyniosła ---
powiedział Zwak i wskazał na wielki kapelusz muzyka: szerokie rondo kapelusza
poruszało się jak czarne skrzydła.</akap>


<akap>Jozue Prokop wesoło mrugnął powiekami.</akap>


<akap>--- Wyniosłaby się --- rzekł --- najchętniej by się wyniosła.</akap>


<akap>--- Poleciałaby do Loisiczka na muzykę taneczną --- zabrał głos Vrieslander.</akap>


<akap><begin id="b1296833234402-2392127145"/><motyw id="m1296833234402-2392127145">Śpiew</motyw>Prokop zaczął się śmiać i ręką jął<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> uderzać w takt do wtóru dźwiękom, które fala
zimowego powietrza unosiła poprzez dachy.</akap>


<akap>Potem zdjął ze ściany moją starą, połamaną gitarę; udawał, że dotyka
rozpękniętych strun i zaśpiewał skrzeczącym falsetem i przeciągłym akcentem
dziwaczną śpiewkę w gwarze złodziejskiej.<end id="e1296833234402-2392127145"/></akap>


<poezja_cyt>
<strofa>,,<slowo_obce>An Bein --- del von Ei --- sen</slowo_obce><pr><slowo_obce>An Bein --- del von Ei --- sen</slowo_obce> --- Piosenka w gwarze złodziejskiej prasko-niemieckiej nie nadaje się do przekładu. Podajemy ją w oryginale (przyp. tłum.) Piosenka opowiada o grożeniu nożem, zabieraniu pieniędzy i przepuszczaniu ich; Red.WL.</pr>/
<wers_wciety typ="3"><slowo_obce>recht alt</slowo_obce></wers_wciety>/
<slowo_obce>An Stran --- zen net gar</slowo_obce>/
<wers_wciety typ="3"><slowo_obce>a so kalt</slowo_obce></wers_wciety>/
<slowo_obce>Messinung, a' Raucherl</slowo_obce>/
<wers_wciety typ="3"><slowo_obce>und Rohn</slowo_obce></wers_wciety>/
u<slowo_obce>nd immerrr nurrr putzen</slowo_obce> --- --- ---</strofa>


</poezja_cyt><separator_linia/>
<akap>--- Jak on wspaniale i prędko nauczył się mowy złodziejskiej! --- i Vrieslander
roześmiał się głośno i zanucił:</akap>


<poezja_cyt>
<strofa>
,,<slowo_obce>Und stock --- en sich Aufzug</slowo_obce>/
<wers_wciety typ="3"><slowo_obce>und Pfiff</slowo_obce></wers_wciety>/
<slowo_obce>Und schmallen an eisernes</slowo_obce> /
<wers_wciety typ="3"><slowo_obce>G'süff.</slowo_obce></wers_wciety>/
<slowo_obce>Juch</slowo_obce> ---/
<slowo_obce>Und Handschuhkren, Harom net san</slowo_obce> --- --- ---
</strofa>


</poezja_cyt><separator_linia/>
<akap>--- Tę osobliwą śpiewkę co wieczór grzechoce u Loisiczka myszugen<pe><slowo_obce>myszugen</slowo_obce> --- właśc. <slowo_obce>meszugene</slowo_obce> (jidisz): wariat, pomylony.</pe> Neftali Szafranek
z zielonym daszkiem, a wyszminkowana kobieta gra na harmonice i mruczy tekst ---
objaśnił mnie Zwak. Musisz też kiedy iść z nami do tego szynku, mistrzu Pernath!
Może później, kiedy skończymy poncz. Jak pan sądzi? Dla uczczenia dzisiejszego
dnia pańskich urodzin.</akap>


<akap>--- Tak jest. Chodź pan z nami później --- rzekł Prokop i zamknął okno --- Trzeba to
zobaczyć.</akap>


<akap>Potem wypiliśmy gorący poncz i oddaliśmy się swoim myślom.</akap>


<akap>Vrieslander wycinał jakąś marionetkę<pe><slowo_obce>marionetka</slowo_obce> --- lalka poruszana za pomocą sznurków.</pe>.</akap>


<akap>--- Jozue --- przerwał ciszę Zwak --- wyście nas formalnie odcięli od świata
zewnętrznego! Od chwili, gdyście zamknęli okno --- nikt ani słowem się nie
odezwał.</akap>


<akap>--- Myślałem właśnie, gdy tu przed chwilą nasze palta zaczęły się kołysać, jakie to
dziwne, że wiatr porusza rzeczy martwe! --- szybko odpowiedział Prokop, jakby chciał
usprawiedliwić swe milczenie. --- Jest to zdumiewające, gdy nagle zaczynają się
trzepotać przedmioty, które zazwyczaj leżą bez życia. Nieprawdaż? <begin id="b1296832672872-1198801434"/><motyw id="m1296832672872-1198801434">Kondycja ludzka</motyw>Widziałem
kiedyś, jak na pustym podwórcu wielkie strzępy papieru (choć nie czułem wcale
wiatru, gdyż stałem osłonięty domem) goniły się w kółko z wściekłością i
ścigały się wzajemnie, jakby sobie śmierć zaprzysięgły. Chwilę później zdawały
się uspokojone, gdy naraz napadła je znowu szalona zawziętość i z uporem bezmyślnym razem w kąt się wcisnęły, na nowo się rozprysły i w końcu zniknęły za rogiem. Tylko jakaś gruba gazeta nie mogła
podążyć za nimi; została na chodniku, podnosiła się i opadała bezradnie, jakby
jej tchu zabrakło i z trudem chwytała powietrze. Wówczas przyszło mi do głowy
mroczne podejrzenie: cóż, jeżeli w końcu nasze życie niczym innym nie jest, jak
takim strzępkiem papieru? Czy to nie jaki niewidzialny, nieuchwytny wiatr
pomiata nami w tę i ową stronę --- i nadaje kierunek naszym czynom, gdy nam roi
się w zaślepieniu, że idziemy za naszą własną wolną wolą? Cóż, jeżeli nasze
życie niczym więcej nie jest, jak zagadkowym wiatrem wirowym, wiatrem, o którym
Biblia mówi: wiesz-li, skąd on przybywa i dokąd idzie?<pe><slowo_obce>wiesz-li, skąd on przybywa i dokąd idzie?</slowo_obce> --- por. J 3,8: Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha.</pe> <end id="e1296832672872-1198801434"/>Czyż nie śni się nam
czasem, że stoimy w głębokiej wodzie i łowimy srebrne ryby, a nic innego się nie
stało, prąd zimnego powietrza musnął nasze ręce?</akap>


<akap>--- Prokopie, mówicie słowami Pernatha. Cóż to się z wami dzieje? --- pytał Zwak i
nieufnie spojrzał na muzyka.</akap>


<akap><begin id="b1297080503469-2360180216"/><motyw id="m1297080503469-2360180216">Książka, Gość</motyw>--- Historia o księdze <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela><pe><slowo_obce>ibbur</slowo_obce> --- w pewnych odłamach mistyki żydowskiej słowo to oznacza w uproszczeniu wzmocnienie duszy żyjącego człowieka przez tymczasowo łączącą się z nią inną sprawiedliwą duszę przebywającą poza ciałem. Zwykle wynika to z potrzeby spełnienia przez duszę bezcielesną jakiejś misji.</pe>, którą przedtem mistrz nam opowiadał. Szkoda, żeście
przyszli tak późno, i żeście jej nie słyszeli! Ta historia jakby echem w nim
przemawia --- powiedział Vrieslander.</akap>


<akap>--- Historia o księdze?</akap>


<akap>--- Właściwie historia o człowieku, który przyniósł książkę i wyglądał dziwnie.
Pernath nie wie, jak się ten człowiek nazywa, gdzie mieszka, czego chciał, a
chociaż jego postać musi być bardzo uderzająca --- nie da się jednak żadną miarą<pe><slowo_obce>żadną miarą</slowo_obce> --- w żaden sposób.</pe>
określić dokładnie.<end id="e1297080503469-2360180216"/></akap>


<akap>Zwak przysłuchiwał się rozmowie.</akap>


<akap>--- To jest godne zastanowienia --- rzekł po chwili. Czy obcy nie był czasem gołobrody
i czy nie miał oczu skośnych, zezowatych?</akap>


<akap>--- Zdaje się --- odpowiedziałem --- to jest --- ja --- ja --- tak --- tak --- wiem to na pewno.
Więc go znacie?</akap>


<akap>Jasełkarz<pe><slowo_obce>jasełkarz</slowo_obce> --- lalkarz.</pe> głową potrząsnął: </akap>

<akap>--- On mi tylko kogoś przypomina... To jakby Golem.</akap>


<akap>Malarz Vrieslander opuścił nożyk swój na ziemię.</akap>


<akap>--- Golem? Już tak wiele o nim słyszałem. Czy wiecie coś o Golemie, Zwak?</akap>


<akap>--- <begin id="b1296833323440-2928650137"/><motyw id="m1296833323440-2928650137">Pamięć</motyw>Któż może powiedzieć, że coś wie o Golemie? odpowiedział Zwak i wzruszył
ramionami. --- Zaliczają go do dziedziny baśni, aż pewnego dnia zdarza się coś, co
nagle znów powołuje go do życia. I długo jeszcze potem każdy o nim mówi i fama
rozrasta się do potworności. Mówią, że początek tej historii sięga aż wieki
wieków. Podług dawno zaginionych opowieści, pewien rabin<pe><slowo_obce>rabin</slowo_obce> --- (z hebr. <slowo_obce>rabbi</slowo_obce>, czyli nauczyciel), funkcja religijna w judaizmie.</pe> kabalista<pe><slowo_obce>kabalista</slowo_obce> --- znawca Kabały, to jest mistycznej doktryny judaistycznej, na której oparty był m. in. ruch chasydzki.</pe> miał
sporządzić sztucznego człowieka --- tak zwanego Golema --- który jako posługacz
pomagał mu dzwonić w synagodze<pe><slowo_obce>synagoga</slowo_obce> --- żydowski dom modlitw, niekiedy również siedziba instytucji takich jak sąd rabinacki.</pe> i wykonywał różne cięższe roboty.</akap>


<akap>Lecz z tej operacji nie powstał bynajmniej prawdziwy człowiek, ożywiała go tylko
ślepa, na pół świadoma dusza wegetacyjna. Jak mówią nadto, działo się to tylko za
dnia i dzięki wpływom magnetycznej kartki, zatkniętej za zębami --- wyzwalało
astralne<pe><slowo_obce>astralny</slowo_obce> --- tu: niematerialny.</pe> siły bytu.</akap>


<akap>I gdy pewnego wieczoru po modlitwie rabin zapomniał z ust Golema wyjąć pieczęć,
ten wpadł w szał, w ciemnościach wybiegł przez ulice i rozbijał, co mu stanęło
po drodze.</akap>


<akap>Aż w końcu rabin wybiegł naprzeciw niego i czarodziejską kartkę zniszczył. Wtedy
ów stwór runął bez życia. Nic nie zostało po nim, prócz karłowatej figurki
glinianej, którą dziś jeszcze pokazują w starej synagodze. ---<end id="e1296833323440-2928650137"/></akap>


<akap>--- <begin id="b1297080636961-2939403227"/><motyw id="m1297080636961-2939403227">Czary, Podstęp</motyw>Ten sam rabin --- dodał Prokop --- wezwany był przez cesarza do Burgu<pe><slowo_obce>Burg</slowo_obce> (niem.) --- zamek.</pe>, aby wywołać
cienie umarłych i uczynić je widzialnymi<pe><slowo_obce>wezwany był przez cesarza do Burgu, aby wywołać
cienie umarłych i uczynić je widzialnymi</slowo_obce> --- w Polsce istnieje podobna legenda o Zygmuncie Auguście wzywającym mistrza Twardowskiego, by ten umożliwił mu kontakt ze zmarłą Barbarą Radziwiłłówną.</pe>. Dzisiejsi badacze twierdzą, że posługiwał się
latarnią magiczną<pe><slowo_obce>latarnia magiczna</slowo_obce> --- rodzaj projektora, znanego już w XVII w., rzutującego obrazy ze szklanych przeźroczy.</pe>.</akap>


<akap>--- Tak, żadne wyjaśnienie nie jest dość średniowieczne, jeżeli u współczesnych nie
znajdzie poklasku --- pewny siebie rzecze Zwak. --- Jak gdyby cesarz Rudolf<pe><slowo_obce>cesarz Rudolf</slowo_obce> --- Rudolf II Habsburg (1552--1612), król Czech i Węgier, arcyksiążę Austrii i król Niemiec, co pozwalało mu na dziedziczenie tytułu cesarza. Z czasem stracił władzę na rzecz brata Macieja. Zasłynął jako badacz nauk tajemnych, patron alchemików i okultystów.</pe>, który
całe życie zajmował się takimi rzeczami, nie przejrzał natychmiast takiego
kuglarstwa<pe><slowo_obce>kuglarstwo</slowo_obce> --- sztuczka.</pe>! <end id="e1297080636961-2939403227"/>Właściwie nie wiem, skąd pochodzi baśń o Golemie, ale to wiem, że
owo coś, co umrzeć nie może, istnieje i że jego istnienie związane jest z tą
dzielnicą. --- Z pokolenia w pokolenie mieszkali tu moi przodkowie, lecz nikt nie
zna tylu, co ja --- rzeczywistych i zasłyszanych wspomnień o periodycznych<pe><slowo_obce>periodyczny</slowo_obce> --- następujący okresowo, w pewnych odstępach czasu.</pe> zjawach<pe><slowo_obce>zjawa</slowo_obce> --- tu: pojawienie się.</pe>
Golema.</akap>


<akap>Zwak nagle zamilkł i razem z nim czułeś, jak jego myśli cofały się wstecz ku
czasom zamierzchłym i ubiegłym.</akap>


<akap><begin id="b1296834051846-1000182148"/><motyw id="m1296834051846-1000182148">Lalka</motyw>Gdy z podniesioną głową siedział przy drzwiach, a w blasku światła lampy jego
czerwone, młodzieńcze policzki odcinały się dziwnie od siwych włosów, mimo woli
porównywałem jego twarz z maseczkami jego kukiełek, które mi pokazywał tak
często. Dziwne, jak ten starzec był do nich podobny. Ten sam wyraz i ten sam
owal twarzy.</akap>


<akap><begin id="b1297080672762-609599575"/><motyw id="m1297080672762-609599575">Artysta</motyw>Są na świecie rzeczy, które nie mogą się wyzwolić same od siebie. I rozpatrując
losy Zwaka, uważałem za rzecz niesłychaną, żeby człowiek taki jak on, który
otrzymał wychowanie lepsze niż jego przodkowie i który mógł być doskonałym
aktorem, powrócił nagle do brudnego pudła marionetek, aby włóczyć się po
jarmarkach i wykonywać lalkami niezręczne ukłony, przedstawiając senne przygody
tych lalek, które jeszcze jego przodkom były źródłem zarobkowania. ---<end id="e1297080672762-609599575"/></akap>


<akap>Rozumiałem, że nie był w stanie rozstać się z nimi; żył ich życiem, a gdy się
od nich oddalał, zamieniały się one w jego myśli, zamieszkiwały w jego mózgu i
nie dawały mu spokoju, póki nie powrócił. Dlatego też kochał je i dumnie ubierał w błyskotki.<end id="e1296834051846-1000182148"/></akap>


<akap>--- Zwak, nie opowiesz nam nic więcej? --- zagadnął Prokop starca i pytająco spojrzał
na Vrieslandera i na mnie, czy nie podzielamy jego życzenia.</akap>


<akap>--- Nie wiem, od czego zacząć --- odparł z wahaniem  Zwak --- od czego zacząć? Historię
Golema trudno ułożyć. Jak wam Pernath mówił, nie wiadomo dokładnie, jak ten
nieznajomy wyglądał i niepodobna go określić. Mniej więcej co lat 33 powtarza
się pewne zdarzenie na naszych ulicach, które, choć nie ma w sobie nic
osobliwego, wywołuje zdumienie. Zdarzenie to wymaga pewnych objaśnień i
uzupełnień. Mianowicie bywa tak, że zupełnie obcy człowiek, bez zarostu, o
żółtym kolorze twarzy na podobieństwo rasy mongolskiej, staromodnie ubrany,
wychodzi z ulicy Staroszkolnej, przechodzi przez dzielnicę żydowską --- idąc
miarowym, dziwnie utykającym krokiem, jakby każdej chwili miał upaść przed siebie
--- i nagle --- znika bez śladu. Zazwyczaj skręca w pewną ulicę --- i tam przepada.
Czasami trafia się, że ruchem swoich kroków opisuje koło i powraca do punktu, z
którego wyszedł, do starego domu w pobliżu synagogi. Ten i ów wzburzony
zapewnia, że go widział na rogu, jak szedł naprzeciwko, a jednak choć
najwyraźniej widział go naprzeciwko, jego postać rozpływa się w oddali,
zmniejsza się coraz bardziej, a w końcu znika zupełnie.</akap>


<akap>Przed 66 laty wrażenie, jakie obudził, było szczególnie głębokie, gdyż
przypominam sobie --- byłem wtedy zupełnie małym chłopcem --- przeszukiwano dom na
Staroszkolnej od góry do dołu. Stwierdzono, że istnieje rzeczywiście w tym domu
pokój o oknach okratowanych, do którego nie masz<pe><slowo_obce>nie masz</slowo_obce> (daw.) --- nie ma (nieosobowa forma czasownika).</pe> żadnego wejścia. We wszystkich
oknach zawieszono bieliznę, żeby z ulicy można było od razu rzecz ocenić --- i tym sposobem natrafiono na ślad rzeczywisty.</akap>


<akap><begin id="b1296834145336-575442351"/><motyw id="m1296834145336-575442351">Śmierć, Tajemnica</motyw>Nic więcej nie uzyskano. Pewien człowiek, chcąc zajrzeć do środka, spuścił się z
dachu na linie. Zaledwie jednak zbliżył się do okna, lina się zerwała i
nieszczęsny rozbił czaszkę o chodnik uliczny. Później, gdy badanie ponawiano,
spoglądano w okno z pewnej odległości.<end id="e1296834145336-575442351"/></akap>


<akap>Ja sam spotkałem Golema blisko przed 33 laty. Wyszedł z tak zwanego domu
przechodniego naprzeciw mnie tak, że szliśmy prawie tuż obok siebie. --- Jeszcze
dzisiaj nie mogę pojąć, co wtedy działo się we mnie. Każdy spodziewał się z dnia
na dzień spotkać Golema. Lecz w danej chwili, na pewno --- najpewniej, zanim go
ujrzałem --- zabrzmiał we mnie jakiś krzyk: Golem! I w tej samej chwili wynurzył
się ktoś z ciemności bramy --- i ów nieznajomy przeszedł koło mnie. W mgnieniu oka
później wpadła na mnie fala bladych, podnieconych postaci, która zasypała mnie
pytaniami, czy go widziałem. Gdym odpowiedział na pytania, spostrzegłem, że
język mój, którego przedtem nie czułem, uwolnił się od kurczu. Byłem formalnie
zdumiony, że mogę się poruszać i najwyraźniej uświadomiłem sobie, że w przeciągu
jednego uderzenia serca znajdowałem się jakby w letargu.</akap>


<akap>Wiele i często myślałem o tym i zdaje mi się, że będę najbliższy prawdy, jeżeli
powiem: zawsze w życiu pokolenia raz jeden przebiega błyskawiczna epidemia
duchowa w dzielnicy żydowskiej, napada umysły żyjących w jakimś nieokreślonym
celu, który dla nas na zawsze zostaje ukryty --- i jak widziadło przybiera kontury
jakiejś charakterystycznej istoty, która zapewne żyła tu przed wiekami i pragnie
się ucieleśnić. Być może jest ona między nami, ale my nie uważamy jej za
rzeczywistą. Podobnież nie słyszymy dźwięku drgającego kamertonu<pe><slowo_obce>kamerton</slowo_obce> --- urządzenie wydające dźwięk o stałej wysokości, używane do strojenia instrumentów.</pe>, o ile nie
dotkniemy nim kawałka drzewa, co je pobudza również do drgania. Być może jest to tylko coś niby psychiczny wytwór sztuki bez
immanentnej<pe><slowo_obce>immanentny</slowo_obce> (filoz.) --- zawarty w czymś.</pe> świadomości --- wytwór sztuki, który powstaje tak, jak kryształ wyłania
się z bezkształtności podług pewnego starego prawa. --- Któż to wie?</akap>


<akap>Jak w parne dni do najwyższego stopnia rośnie naprężenie elektryczności, aż w
końcu wywołuje błyskawicę: czyż nie mogło być tak samo, że z nagromadzonych tu i
nigdy niezmieniających się myśli, które w Getcie zatruwają powietrze, również
następuje gwałtowne, nagłe ich wyładowanie, eksplozja psychiczna, która naszą
senną świadomość na światło dzienne niby biczem pędzi --- tworząc tam błyskawicę
naturalną --- tu zaś widmo, które w wyrazie twarzy, ruchu i zachowaniu nieomylnie
objawić się musi we wszystkich razem i w każdym z osobna, jako symbol duszy
tłumu, o ile jesteśmy w stanie dokładnie rozumieć tajemniczą mowę form
zewnętrznych.</akap>


<akap>I jak niektóre zjawiska zapowiadają uderzenie piorunu --- tak i tu pewne groźne
wróżby świadczą o bliskim zejściu tego widma do królestwa rzeczywistości. Kęs<pe><slowo_obce>kęs</slowo_obce> --- tu: kawałek.</pe>
opadniętego starego muru przybiera postać kroczącego człowieka, a w szronie na
oknach tworzą się rysy stężałych twarzy. Piasek z dachu zdaje się spadać inaczej
niż zwykle --- i w nieufnym przechodniu budzi się podejrzenie, że jakaś
niewidzialna inteligencja, która w obawie światła kryje się tajemnie, rzuca go
na ziemię, próbując w sposób nieokreślony urobić zeń wszelkiego rodzaju
postacie, wyłaniające się ku bytowi. Gdy oko spocznie na jednostajnej zmarszczce
lub nierówności skóry, opanowuje nas zdolność, by wszędzie dostrzegać dziwne
kształty, które w naszych rojeniach urastają do rozmiarów olbrzymich. I wciąż
poprzez te schematyczne zakusy nagromadzonych myśli, które mają przeciągać skroś
codzienności, niby czerwona nić płynie bolesna pewność, że nasza najbardziej wewnętrzna treść umyślnie a wbrew naszej woli bywa tu wysysana, aby z niej
postać widma mogła być uplastyczniona.</akap>


<akap>Skorom usłyszał zapewnienie Pernatha, że był u niego człowiek bez zarostu, o
skośnych oczach, natychmiast stanął w mojej myśli Golem, tak jak go widziałam
wówczas. Stanął przede mną, jak gdyby wyrósł z ziemi. Na chwilę ogarnęła mnie
głucha trwoga, że blisko mnie znajduje się coś niewytłumaczonego; taka sama
trwoga, jaką raz przeżyłem już w swoich latach dziecięcych, gdy pierwsze groźne
zapowiedzi, że Golem się zbliża, rzucały swe cienie.</akap>


<akap>Jest temu lat 66 i sprawa ta wiąże się z wieczorem, kiedy narzeczony mojej
siostry przyszedł do nas w odwiedziny i kiedy miano oznaczyć dzień ślubu.<begin id="b1297081042802-3950214480"/><motyw id="m1297081042802-3950214480">Omen</motyw></akap>


<akap>Żartem lano wtedy ołów. Ja stałem z rozdziawionymi ustami --- i nie rozumiałem
istoty tej zabawy. W bujnej swej wyobraźni dziecinnej łączyłem to z Golemem, o
którym często słyszałem od swego dziadka. Wyobrażałem też sobie, że każdej chwili
drzwi się muszą otworzyć i nieznajomy wejdzie. Siostra moja wylała z łyżki
płynny metal w naczynie z wodą i roześmiała się wesoło, widząc moje wzruszenie.
Zwiędłą drżącą ręką dziadek mój wyjął ołowianą figurę i trzymał ją pod światło.
Nagle powstało ogólne zdumienie. Rozmawiano głośno między sobą. Chciałem się do
nich docisnąć, ale mnie odsunięto.<end id="e1297081042802-3950214480"/></akap>


<akap>Później, gdy byłem starszy, powiedział mi mój ojciec, że roztopiony ołów
przybrał formę małej, bardzo wyraźnej głowy --- równej i okrągłej, jak gdyby
ulanej w sztancy --- a tak podobnej z rysów do Golema, że wszyscy byli w podziwie.</akap>


<akap>Często rozmawiałem o tym z archiwistą Szemajahem Hillelem, który przechowuje
rzeczy starej synagogi i ma pewną figurę z czasów cesarza Rudolfa. Jest on doskonałym znawcą Kabały<pe><slowo_obce>Kabała</slowo_obce> --- mistyczna doktryna judaistyczna, na której oparty był m. in. ruch chasydzki.</pe> i sądzi, że owa bryłka gliniana o nibyludzkich członkach<pe><slowo_obce>członki</slowo_obce> (daw.) --- kończyny.</pe> jest to nic innego, jak jakaś dawna wróżba, podobnie jak w
moim wypadku ołowiana głowa. Nieznajomy, który zniknął, musiał to być obraz
fantazji lub myśli; obraz ten ów rabin średniowieczny pierwszy pomyślał żywym,
zanim go zdołał przyodziać materią --- a teraz w prawidłowych<pe><slowo_obce>prawidłowy</slowo_obce> --- tu: regularny.</pe> odstępach czasu, w
tymże samym astrologicznym układzie gwiazd, w jakim powstał --- obraz ten, widmo
raczej, powraca, udręczone pragnieniem życia materialnego.</akap>


<akap>Także zmarła żona Hillela widziała Golema oko w oko i czuła, że jest niby w
letargu<pe><slowo_obce>letarg</slowo_obce> --- stan śmierci pozornej.</pe> póty, póki ta zagadkowa postać znajduje się w pobliżu. Miała --- powiada ---
niezłomne przekonanie, że kiedyś mogła to być jej własna dusza, która --- na
chwilę ciało jej opuściwszy --- stanęła na przeciw niej i zesztywniała z rysami
obcej istoty na twarzy. Mimo straszne przerażenie<pe><slowo_obce>mimo straszne przerażenie</slowo_obce> --- dziś popr.: mimo strasznego przerażenia.</pe>, które ją wówczas opanowało,
na sekundę jednak nie straciła świadomości, że ów obcy może być tylko częścią
jej własnej duszy.</akap>
<separator_linia/>


<akap>--- To nie do wiary --- szepnął zagłębiony w myślach Prokop.</akap>


<akap>Malarz Vrieslander był także zaszperany w głębokim rozważaniu tej tajemnicy.</akap>


<akap><begin id="b1297082180524-1480485984"/><motyw id="m1297082180524-1480485984">Milczenie</motyw>Wówczas zapukano do drzwi. Weszła stara kobieta, która mi wieczorem przynosi
wodę i w ogóle to, co mi potrzebne; postawiła gliniany dzbanek na podłodze i
wyszła w milczeniu.</akap>


<akap>Wszyscy nagle spojrzeliśmy dokoła, rozglądając się po pokoju --- niby przebudzeni
ze snu, ale przez długi czas jeszcze nikt nie przemówił ani słowa.<end id="e1297082180524-1480485984"/></akap>


<akap>Jakby jakiś nowy wpływ wślizgnął się wraz ze starą we drzwi, wpływ, do którego
wpierw trzeba się było przyzwyczaić.</akap>


<akap>--- Ale! Ta ruda Rozyna --- to jest także twarz, której niepodobna się pozbyć --- a która ci nieustannie wygląda z każdego rogu i z każdego kąta --- powiedział nagle
Zwak bez żadnego związku z tym, o czym była mowa. Ten stężały, wyszczerzony
uśmiech znam już niemal cały wiek ludzki. Naprzód babka, potem matka! I zawsze
ta sama twarz, i nigdy innych rysów. I zawsze to samo imię Rozyna; zawsze jedna
jest zmartwychwstaniem drugiej.</akap>


<akap>--- Czy Rozyna nie jest córką tandeciarza<pe><slowo_obce>tandeciarz</slowo_obce> --- handlarz tandetą, tj. tanimi, byle jakimi towarami z drugiej ręki.</pe> Arona Wassertruma? --- zapytałem.</akap>


<akap>--- Tak mówią --- odparł Zwak --- --- --- --- ale
Aron Wassertrum miał synów i córki, o których nic nie wiadomo. Także co do matki
Rozyny nic nie wiadomo: nie wiadomo, kto był jej ojcem --- i również co się z nią
stało. W piętnastym roku życia urodziła dziecko i odtąd już się nie pokazała.
Jej zniknięcie wiąże się z zabójstwem, które, o ile sobie przypominam, miało
miejsce w tym domu. ---</akap>


<akap>Jak dziś jej córka, zawracała ona wtedy głowy niedorosłym chłopcom. Jeden z
nich żyje jeszcze --- widuję go często --- ale imię jego wyszło mi z pamięci.
Pozostali wkrótce umarli i myślę, że ona ich wszystkich przedwcześnie powiodła
do grobu. Z tego czasu przypominam sobie tylko krótkie epizody, które przesuwają
się w mojej pamięci, jak blade obrazy.</akap>


<akap><begin id="b1297082473445-1190987067"/><motyw id="m1297082473445-1190987067">Smutek, Tęsknota</motyw>Był wtedy na wpół zidiociały człowiek, który nocami chodził od szynku do szynku i
wycinał za parę centów gościom sylwetki z czarnego papieru. I gdy go kto upił,
człowiek ten wpadał w niewypowiedziany smutek, i wśród łez i łkań, nie słuchając,
wycinał zawsze ten sam ostry, dziewczęcy profil, a zużywał na to cały zapas
papieru.<end id="e1297082473445-1190987067"/></akap>


<akap>Na koniec muszę dodać, o czym dawno zapomniałem, że za dziecinnych lat kochał się
on w niejakiej Rozynie, zapewne w babce dzisiejszej Rozyny, i że przez to
stracił rozum. Policzywszy lata, sądzę, że nie mógł to być nikt inny, tylko babka Rozyny.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Zwak umilkł i w tył się przechylił.</akap>


<akap>Przeznaczenie w tym domu błądzi dokoła i powraca zawsze do tego samego punktu
--- przyszło mi do głowy --- i wstrętny obraz, który niegdyś widziałem --- kota z
okaleczoną połową mózgu, a który wciąż kręcił się w koło --- stanął mi przed
oczyma.</akap>
<separator_linia/>


<akap>--- Teraz będzie Golem --- usłyszałem nagle malarza Vrieslanda, który mówił dobitnym
głosem.</akap>


<akap>Wyjął okrągły kawałek drzewa i zaczął go wycinać. Ciężkie zmęczenie padło mi na
oczy i odsunąłem swój fotel ze światła w głąb pokoju.</akap>


<akap>Woda na poncz wrzała w kociołku, a Jozue Prokop napełnił znów szklanki.</akap>


<akap>Cicho, zupełnie cicho zabrzmiały przez zamknięte okna dźwięki tanecznej muzyki; niekiedy głuchły zupełnie, potem znów się budziły, jak gdyby wiatr je gubił po
drodze lub z ulicy do nas donosił.
Po chwili spytał mnie muzyk, czy nie chcę się trącić szklankami.</akap>


<akap>Nie odpowiedziałem jednak --- tak zupełnie odeszła mnie wola ruchu, że nawet
otworzenie ust leżało poza nią. Zdawało mi się, że śpię, tak opanowała mnie
konieczna cisza wewnętrzna. I aby mieć świadomość, że nie śpię, musiałem patrzeć
wciąż na błyskający nóż Vrieslandera, który bez przerwy wycinał z drzewa drobne
wzorki.</akap>


<akap>W oddali szemrał głos Zwaka, który znowu opowiadał najróżniejsze cudowne
historie o marionetkach i nadzwyczajne baśnie, które wymyślał dla swoich lalek.</akap>


<akap>Była również mowa o doktorze Savioli i o znakomitej damie, żonie jakiegoś
szlachcica, która skrycie odwiedzała doktora Savioli w tajemniczej pracowni.</akap>


<akap>I znowu zobaczyłem w myśli szyderską<pe><slowo_obce>szyderski</slowo_obce> --- dziś popr.: szyderczy.</pe>, tryumfującą minę Arona Wassertruma.</akap>


<akap>Rozważyłem, że nie warto zadawać sobie trudu, aby podzielić się ze Zwakiem tym,
co się wtedy działo. Chociaż wiedziałem, że wola mi odmówi, pragnąłem jednak
teraz spróbować przemówić.</akap>


<akap>Nagle wszyscy trzej siedzący przy stole spojrzeli uważnie na mnie i Prokop
powiedział zupełnie głośno: ,,On zasnął"! --- tak głośno, że brzmiało to prawie,
jak gdyby się pytał.</akap>


<akap>Rozmawiali dalej przytłumionym głosem i poznałem, że mówią o mnie. Nóż
Vreslandera tańczył, tu i ówdzie chwytał światło lampy, a odbite promienie raziły
mnie w oczy. Padło słowo jak: ,,Zwariować" --- przysłuchiwałem cię rozmowie,
prowadzonej w tym kółku.</akap>


<akap>--- Tematów takich, jak o ,,Golemie" nie należy poruszać przy Pernacie --- powiedział z
wymówką Jozue Prokop --- gdy opowiadał o książce <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela><pe><slowo_obce>ibbur</slowo_obce> --- w pewnych odłamach mistyki żydowskiej słowo to oznacza w uproszczeniu wzmocnienie duszy żyjącego człowieka przez tymczasowo łączącą się z nią inną sprawiedliwą duszę przebywającą poza ciałem. Zwykle wynika to z potrzeby spełnienia przez duszę bezcielesną jakiejś misji.</pe>, zamilkliśmy i nie pytali
więcej. Ręczę, że mu się to wszystko tylko śniło.</akap>


<akap>Zwak potwierdził: </akap>

<akap>--- Macie zupełną słuszność. Doznajesz wrażenia, jakbyś chciał
przekroczyć, ze światłem, zapylony pokój o ścianach i suficie obciągniętych
spróchniałym suknem i podłodze pokrytej na wysokość stopy<pe><slowo_obce>stopa</slowo_obce> --- dawna miara długości, ok. 30 cm.</pe> suchym próchnem
przeszłości; przy najdelikatniejszym dotknięciu wnet płomień wybucha ze
wszystkich kątów.<begin id="b1297082879362-431904810"/><motyw id="m1297082879362-431904810">Szaleństwo, Lekarz</motyw></akap>


<akap>--- Czy Pernath był długo w szpitalu wariatów? Szkoda go, może mieć zaledwie
czterdzieści lat --- powiedział Vrieslander.</akap>


<akap>--- Tego nie wiem i nie mam pojęcia, skąd on może pochodzić i jaki dawniej był jego
zawód. Z postaci przypomina szlachcica starofrancuskiego, dzięki swojej
wysmukłej postaci i ostrej brodzie. Przed wielu, wielu laty prosił mnie jeden
stary doktor, abym się nim trochę zajął i wyszukał mu małe mieszkanie tutaj w
tych ulicach, gdzie by nikt go nie śledził i niepokoił go pytaniami o przeszłych
czasach. --- Zwak znów spojrzał na mnie. --- Od tego czasu mieszka tu, reperuje antyki, wycina kamee<pe><slowo_obce>kamea</slowo_obce> --- wypukła rzeźba w szlachetnym lub półszlachetnym kamieniu.</pe> i tym zapewnia sobie trochę egzystencji. <begin id="b1318423333426-753721593"/><motyw id="m1318423333426-753721593">Szaleństwo, Pamięć</motyw>To szczęście dla niego, że zapomniał o wszystkim, co ma związek z jego
pomieszaniem zmysłów. Nie pytajcie się go przypadkiem nigdy o rzeczy, które
mogłyby w jego pamięci wywołać przeszłość, jak to często mi tłumaczył stary
doktór. Mówił mi zawsze: ,,Wiecie, Zwak, mamy pewną metodę; mógłbym powiedzieć,
że zamurowaliśmy z trudem jego chorobę, tak, jak odgradza się miejsca
nieszczęścia, gdyż z nimi wiąże się smutne wspomnienie".
<end id="e1318423333426-753721593"/><end id="e1297082879362-431904810"/></akap><separator_linia/>


<akap>Słowa jasełkarza<pe><slowo_obce>jasełkarz</slowo_obce> --- lalkarz.</pe> uderzyły mnie jak rzeźnik bezbronne zwierzę i uciskały mi
serce brutalnymi, groźnymi rękami.</akap>


<akap>Zaczął mnie niegdyś nękać głuchy ból --- poczucie, jak gdyby mi coś odebrano i jak
gdybym, przebywszy w swym życiu długą drogę, jak lunatyk<pe><slowo_obce>lunatyk</slowo_obce> --- osoba nieświadomie wykonująca przez sen różne czynności.</pe> zleciał w przepaść.
I nigdy nie udało mi się wyjaśnić przyczyny.</akap>


<akap>Rozwiązanie zagadki leżało teraz przede mną i piekło mnie nieznośnie jak otwarta
rana. Za jednym razem znalazłem okropne wyjaśnienie, skąd się wziął mój
chorobliwy wstręt do wspominania przeszłości, skąd pochodzi osobliwy, co pewien
czas powracający sen, że jestem zamknięty w dziwnym domu, gdzie są izby, z
których wyjść niepodobna; dlaczego wreszcie pamięć moja odmawia mi wspomnień o
dniach mojej młodości.</akap>


<akap>Miałem pomieszanie zmysłów. Zastosowano do mnie hipnotyzm<pe><slowo_obce>hipnotyzm</slowo_obce> --- właśc. hipnoza, wywoływany za pomocą sugestii stan częściowego wyłączenia świadomości, także i dziś stosowany w psychoterapii.</pe>, zamknięto ,,izbę",
która się łączy z komórkami mego mózgu i stałem się bezdomny wśród otaczającego
mnie życia. I nie masz<pe><slowo_obce>nie masz</slowo_obce> (daw.) --- nie ma (forma nieosobowa).</pe> nadziei na odzyskanie straconej pamięci.
Sprężyny moich czynów i myśli spoczywają w innym, zapomnianym bycie. Pojąłem, że
nigdy ich nie poznam: jestem ściętą rośliną, gałązką powstałą z obcego korzenia<pe><slowo_obce>gałązka powstała z obcego korzenia</slowo_obce> --- w sadownictwie praktykuje się niekiedy szczepienie gałązek jednego gatunku lub odmiany na pniu drzewa innego gatunku.</pe>.</akap>


<akap>Gdyby mi się udało przemóc<pe><slowo_obce>przemóc</slowo_obce> (daw.) --- pokonać.</pe> wejście do tej zamkniętej izby, czy nie wpadłbym wtenczas w ręce upiorów, które tam wpędzono?</akap>


<akap>Historia o Golemie, którą Zwak opowiadał przed godziną, przeszła mi przez myśl i
nagle spostrzegłem ogromny, pełen tajemniczości związek między tą okratowaną izbą
bez wyjścia, w której nieznajomy miał mieszkać, a moim wiele znaczącym snem.</akap>


<akap>Tak, i w tym wypadku, gdym próbował spojrzeć przez zakratowane okno swej duszy,
zerwał się sznur, na którym chciałem wspiąć się ku górze. Ten dziwny związek
stawał mi się coraz wyraźniejszy i przybierał zarysy czegoś nieopisanie
strasznego.</akap>


<akap><begin id="b1318423425793-1125908680"/><motyw id="m1318423425793-1125908680">Los</motyw>Czułem to: istnieją rzeczy nieuchwytne, powiązane ze sobą i biegnące koło
siebie, jak ślepe konie, które nigdy się nie dowiedzą, dokąd prowadzi droga.<end id="e1318423425793-1125908680"/></akap>


<akap>To samo w Getcie: izba, miejsce, którego wejścia nikt nie może odkryć --- jakaś
tajemnicza istota, która w niej mieszka i drepce czasami po ulicach, aby między
ludźmi siać przerażenie i trwogę.</akap>


<akap><begin id="b1297082958686-1461396153"/><motyw id="m1297082958686-1461396153">Lalka</motyw>Vrieslander wciąż wycinał głowę, a drewno trzeszczało pod ostrzem nożyka.
Słysząc to, odczuwałem prawie ból i spoglądałem, czy prędko będzie koniec. Gdy
głowa w ręku malarza zwracała się w tę i ową stronę, doznawałeś wrażenia, jak
gdyby miała świadomość i śledziła po wszystkich kątach. Potem oczy jej spoczęły
długo na mnie zadowolone, że nareszcie mnie znalazły. Również i ja nie byłem w
stanie odwrócić mego wzroku i spoglądałem nieruchomie<pe><slowo_obce>nieruchomie</slowo_obce> --- dziś popr.: nieruchomo.</pe> na drewniane oblicze.</akap>


<akap>Zdawało się, iż nóż malarza szuka czegoś ze złością, potem stanowczo wyciął
jedną linię i rysy drewnianej głowy nabrały nagle strasznego życia.<end id="e1297082958686-1461396153"/></akap>


<akap>Poznałem obcą twarz. Była to twarz nieznajomego, który mi przyniósł książkę.
Potem nie mogłem nic więcej rozróżnić; widok trwał tylko sekundę, czułem, że
serce przestaje mi bić, trzepocze się trwożliwie.</akap>


<akap>Jednak tak, jak wówczas, miałem świadomość tej twarzy.</akap>


<akap>Ja to sam się nią stałem i leżałem na kolanach Vrieslandera i patrzyłem dokoła.
Oczy moje wędrowały po pokoju, a jakaś obca ręka poruszała moją czaszką.</akap>


<akap>Potem naraz zobaczyłem wzburzoną twarz Zwaka i usłyszałem jego słowa: </akap>

<akap>
--- Na miłość Boską --- to Golem!</akap>


<akap>Powstała krótka walka i chciano siłą wyrwać Vrieslanderowi rzeźbę, lecz ten się
bronił i wołał ze śmiechem: ,,Czego wy chcecie --- to jest zupełnie, ale to
zupełnie nieudane". Obrócił się, otworzył okno i wyrzucił głowę na ulicę. Wtedy
straciłem przytomność i pogrążyłem się w ogromną ciemność, poprzez którą snuły
się złote nici, i gdy po długim, długim, jak sądzę, czasie obudziłem się,
usłyszałem przede wszystkim dźwięk spadającego na chodnik drewna.</akap>


<akap>--- Tak pan twardo spał, że nie zauważył, jak go trząśliśmy --- powiedział mi Jozue
Prokop --- ponczu już nie ma, wszystko pan popsuł; --- gorący ból tego, co przedtem
słyszałem, opanował mnie znowu i chciałem wołać, że nie śniło mi się wcale to,
com opowiadał o książce <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela>, chciałem wyjąć ją z kasetki i pokazać ją
kolegom.</akap>


<akap>Ale te myśli nie mogły dojść do słowa i powstrzymać ogólnego nastroju, jaki
porwał moich gości.</akap>


<akap><begin id="b1297083167478-2669940047"/><motyw id="m1297083167478-2669940047">Alkohol</motyw>Zwak otulił mnie siłą w palto i zawołał: </akap>

<akap>--- Mistrzu Pernath! chodź z nami do Loisiczka, to ożywi siły pańskiego ducha!</akap>


<naglowek_rozdzial>Noc</naglowek_rozdzial>



<akap>Bezwiednie pozwoliłem Zwakowi sprowadzić się ze schodów.</akap>


<akap>Coraz wyraźniej czułem zapach mgły, wciskającej się z ulicy do domu.</akap>


<akap>Jozue Prokop i Vrieslander szli o parę kroków przed nami i słychać było, jak
rozmawiali przed bramą na ulicy.</akap>


<akap>--- Musiał wpaść do ścieku --- niech go diabli wezmą.</akap>


<akap>Wyszliśmy na ulicę i zobaczyłem, jak nachylony Prokop szukał marionetki<pe><slowo_obce>marionetka</slowo_obce> --- lalka poruszana za pomocą sznurków; tu ogólnie: drewniana lalka.</pe>.</akap>


<akap>--- Cieszy mnie. że nie możesz znaleźć tej głupiej głowy --- mruknął Vrieslander.</akap>


<akap>Stanął przy murze, a gdy wciągał ogień z zapałki do swej krótkiej fajki, twarz
jego w małych odstępach czasu świeciła rażąco i znów gasła. Prokop zrobił mocny
ruch ręką, nakazując milczenie, pochylił się jeszcze bardziej, ukląkł prawie na
chodniku.</akap>


<akap>--- Cicho, nic nie słyszycie? --- Podeszliśmy ku niemu, wskazał gestem ściek kanałowy
i przyłożył rękę do ucha, przysłuchując się uważnie. Chwilę staliśmy nieruchomo
i nasłuchiwaliśmy nad otworem.</akap>


<akap>Nic.</akap>


<akap>--- Co to było? --- szepnął wreszcie stary jasełkarz<pe><slowo_obce>jasełkarz</slowo_obce> --- lalkarz.</pe>, ale Prokop ujął go natychmiast
za łokieć. Przez chwilę trwającą tyle, co uderzenie serca, zdawało mi się, że na
dole jakaś ręka stuka w płytę żelazną, zaledwie dosłyszalnie. Gdy w chwilę
później zdałem sobie z tego sprawę, wszystko minęło; tylko w piersi mej trwało
to dalej, jak echo wspomnienia i zamieniło się powoli w nieokreślone uczucie
strachu. Kroki przechodzących przez ulicę rozwiały to wrażenie.</akap>


<akap>--- Idźmy, po co tu stoimy --- zauważył Vrieslander. Szliśmy wzdłuż szeregu domów.
Prokop szedł niechętnie. </akap> 

<akap> --- Dałbym szyję, że pod nami ktoś krzyczał w śmiertelnej
trwodze. --- Nikt z nas mu nie odpowiedział, lecz czułem, że coś, jak cicha
posępna trwoga trzymała nasze języki w kajdanach.</akap>


<akap>Wkrótce stanęliśmy przed zasłoniętym czerwonym oknem szynku: </akap>


<akap><wyroznienie>Salon Loisiczek.</wyroznienie></akap>
<akap><wyroznienie>,,Dzisioj wielgi kohnzert"</wyroznienie></akap>


<akap>było napisane na papierowym transparencie, którego brzeg pokrywały wyblakłe
fotografie jakichś dziewcząt. Zanim Zwak położył rękę na klamce, drzwi otworzyły
się od wewnątrz i krępy<pe><slowo_obce>krępy</slowo_obce> --- niski a mocno zbudowany.</pe> drab z rozwichrzonym czarnym włosem, bez kołnierzyka, z
gołą szyją owiniętą zielonym jedwabnym krawatem i w frakowej kamizelce, zdobnej
pękiem świńskich kłów, przyjął nas ukłonami.</akap>


<akap>--- To mi są goście! Panie Szafranek, prędko stół --- rzucił, plecami zwrócony do
lokalu przepełnionego ludźmi, równocześnie zwracając się do nas z przyjemnym
ukłonem.</akap>


<akap>Brzęczący szum, jak gdyby szmer, co przebiegł przez klawiaturę, był odpowiedzią
na te słowa.</akap>


<akap>--- No, no --- to mi goście, to mi goście, patrzcie no! --- mruczał wciąż krępy chłop
do siebie, pomagając nam zdejmować palta. --- Tak, tak dziś u mnie zebrała się cała
wysoka szlachta wiejska --- odpowiedział tryumfalnie na zdziwioną minę
Vrieslandera, ukazując wewnątrz, na pewnego rodzaju estradzie, oddzielonej od
przedniej części szynku poręczą i dwustopniowymi schodkami, dwóch eleganckich
panów w wieczorowych ubraniach.</akap>


<akap>Obłoki gryzącego dymu tytoniowego unosiły się nad stołami, za którymi przy
ścianach długie drewniane ławki były zapełnione obszarpanymi postaciami.
Prostytutki z przedmieść, nieuczesane, brudne, bose, o dużych piersiach,
zaledwie osłoniętych jaskrawymi chustkami, obok sutenerzy w niebieskich
wojskowych czapkach, z papierosem za uchem, handlarze bydła z obrośniętymi
pięściami i ociężałymi palcami, w których każdym poruszeniu tkwił niemy język
podłości, zwolnieni kelnerzy o bezczelnych oczach, dziobaci<pe><slowo_obce>dziobaty</slowo_obce> --- o twarzy noszącej ślady ospy.</pe> subiekci<pe><slowo_obce>subiekt</slowo_obce> (daw.) --- sprzedawca.</pe> w
kratkowanych spodniach. ---</akap>


<akap>--- Aby panom nikt nie przeszkadzał, postawię wam parawan hiszpański --- --- --- ---
zakrakał tubalnym głosem niezgrabiasz i przed stołem, przy którym siedzieliśmy,
opuścił ruchomą ścianę oklejoną kołem małych, tańczących Chinek. Skrzypiące
dźwięki harfy, gwar w pokoju, sekunda rytmicznej pauzy, śmiertelna cisza, jak
gdyby wszyscy wstrzymali oddech.</akap>


<akap>Po chwili ciszy w szklankach piwa ogniste, gorące pręty żelazne zasyczały,
parując --- po czym muzyka wzięła górę nad szmerem i pochłonęła go w całości. Jak
gdyby nagle powstały, wynurzyły się przed moim wzrokiem z obłoków dymu
tytoniowego dwie dziwne postacie. ---</akap>


<akap><begin id="b1297084511767-3611570206"/><motyw id="m1297084511767-3611570206">Muzyka</motyw>Z długą, falującą białą brodą proroka, w czarnej, jedwabnej mycy<pe><slowo_obce>myca</slowo_obce> --- właśc. mycka: miękka, okrągła czapka.</pe> na łysinie, jak
to nosili starzy żydowscy ojcowie rodzin, ze ślepymi oczami, mętnie i szklisto
zwróconymi ku powale<pe><slowo_obce>powała</slowo_obce> (daw.) --- sufit.</pe>, siedział starzec, poruszał bezdźwięcznie wargami, uderzał
suchymi palcami, jakby tępymi szponami, w struny harfy.</akap>


<akap>Obok niego, w otłuszczonej, czarnej kitajce<pe><slowo_obce>kitajka</slowo_obce> --- tkanina pochodzenia wschodniego a. ubiór z niej.</pe>, z błyskotkami na szyi i ramionach,
symbol obłudnej moralności mieszczańskiej, zgrzybiała postać kobieca z
rozciągliwą harmonijką na kolanach.</akap>


<akap>Dziki chaos dźwięków wypływał z instrumentów, po czym uderzyła melodia, osłabiona
samym akompaniamentem. <end id="e1297084511767-3611570206"/>Starzec parę razy zaczerpnął powietrza i rozwarł tak
szeroko usta, że widać było czarne pieńki zębów. Wolno wyłaniał się z jego
piersi dziki bas o specjalnie hebrajskim akcencie
gardłowym.</akap>


<poezja_cyt>
<strofa>O-krą-głą, niebieską gwiazdę</strofa>


</poezja_cyt>
<akap>,,Rititit" (pisnęła przeraźliwie postać kobieca
i natychmiast złożyła gderliwe wargi, jak gdyby
powiedziała za dużo)</akap>


<poezja_cyt>
<strofa>Okrągłą, niebieską gwiazdę,/
Rogalik lubię również/
Rititit/
Czerwoną brodę, Zieloną brodę, / 
Wszelaką gwiazdę ---/
Rititit, rititit.</strofa>


</poezja_cyt><separator_linia/>
<akap>Pary wystąpiły do tańca.</akap>


<akap>--- To jest pieśń o ,,Borchu z Chomca" --- objaśnił nam, śmiejąc się, jasełkarz i
uderzał cicho takt cynową łyżką, która w szczególny sposób była przyczepiona do
stołu łańcuszkiem. ---</akap>


<akap>--- Przed stoma, albo więcej laty dwaj piekarze Czerwona broda i Zielona broda
wieczorem w dzień ,,Szabbes Hagodel<pe><slowo_obce>Szabbes Hagodel</slowo_obce> --- właśc. <slowo_obce>Szabat hagadol</slowo_obce>, sobota poprzedzająca żydowskie święto Paschy, tzw. Wielki Szabat.</pe>" zatruli chleb w kształcie gwiazdek i
rogalków, aby wywołać masową śmierć w dzielnicy żydowskiej; lecz ,,Meszores" ---
służący gminny --- wpadł na to zawczasu, ostrzeżony przez Boga i oddał obydwu
przestępców w ręce policji. Na pamiątkę cudownego ocalenia od śmiertelnego
niebezpieczeństwa ,,Landonim" i ,,Bocherlech" ułożyli tę dziwną pieśń, którą teraz
słyszymy, jako kadryla<pe><slowo_obce>kadryl</slowo_obce> --- taniec salonowy z XVIII w.</pe> z lupanaru<pe><slowo_obce>lupanar</slowo_obce> --- dom publiczny, od łac. <slowo_obce>lupa</slowo_obce> --- prostytutka.</pe>.</akap>


<poezja_cyt>
<strofa>Rititit, rititit!</strofa>


</poezja_cyt>
<akap>--- ,,Okrągła niebieska gwiazda" --- --- --- coraz głębiej i fantastycznej brzmiało
szczekanie starca.</akap>


<akap>Nagle melodia ucichła i przeszła w rytm czeskiego ,,szłapaka" --- posuwistego
tańca, w którym pary przyciskają nawzajem spocone policzki.</akap>


<akap>--- Dobrze! Brawo! Ty tam, łap, hop ---</akap>


<akap>Krzyknął harfiarzom z estrady wysmukły młodzieniec we fraku z monoklem<pe><slowo_obce>monokl</slowo_obce> --- szkło korekcyjne noszone w jednym oku, zazwyczaj przymocowywane łańcuszkiem do kieszeni fraka.</pe> w oku,
sięgnął do kieszeni od kamizelki i rzucił w ich kierunku srebrną monetę. Nie
trafiła do celu: jeszcze zobaczyłem, jak błysnęła między tańczącymi; tam nagle
zniknęła. Jakiś włóczęga --- twarz jego wydała mi się znajomą, myślę, że to był
ten sam, który podczas deszczowej ulewy stał obok Charouska --- wyciągnął rękę,
którą dotychczas trzymał spokojnie, poza chustką swej tancerki --- z małpią
zręcznością, nie opuszczając ani jednego taktu muzyki, pochwycił monetę w
powietrzu i skarb znalazł się w jego ręce.</akap>


<akap>Żaden muskuł<pe><slowo_obce>muskuł</slowo_obce> --- mięsień.</pe> nie drgnął w twarzach
wyrostków, tylko dwie, trzy pary w pobliżu roześmiały się cicho. </akap>

<akap>
--- Zapewnie ktoś
z ,,Batalionu", sądząc ze zręczności --- powiedział, śmiejąc się, Zwak.</akap>


<akap>--- Mistrz Pernath zapewne nigdy nie słyszał nic o ,,Batalionie" --- rzucił dziwnie
pospiesznie Vrieslander i mrugnął na jasełkarza, tak żebym ja tego nie
spostrzegł.</akap>


<akap>Zrozumiałem zupełnie dobrze: było tak jak przedtem w moim pokoju --- uważali mnie
za chorego i chcieli mnie rozweselić.</akap>


<akap>I Zwak miał coś opowiedzieć.</akap>


<akap>Gdy dobry stary patrzył na mnie tak litościwie, gorąco wstrząsnęło to mną aż po
serce.</akap>


<akap>Gdyby wiedział, jak mnie bolało jego współczucie!</akap>


<akap>Nie dosłyszałem pierwszych słów, od których Zwak rozpoczął opowiadanie --- wiem
tylko, tak mi jakoś było, jakby krew powoli wypływała ze mnie. Było mi coraz
zimniej i nieruchomiałem, jak wówczas, gdy jako drewniana głowa leżałem na kolanach Vrieslandera.</akap>


<akap>Potem nagle wpadłem w środek opowiadania, które mi dziwnie duszę otulało, jak
martwa część jakiejś szkolnej książki. ---</akap>


<akap>Zwak zaczął:</akap>


<akap>--- Opowiadanie o uczonym prawniku doktorze Hulbercie i jego batalionie. --- --- --- No,
co mam wam powiedzieć: twarz miał pełną brodawek i krzywe nogi, jak jamnik.</akap>


<akap>Jeszcze jako młodzieniec nic nie znał poza nauką.</akap>


<akap>Z tego, co męcząco zarabiał udzielaniem lekcji, musiał jeszcze utrzymywać chorą
matkę. Myślę, że tylko z książek wiedział, jak wyglądają zielone łąki, gaje oraz
pagórki pokryte kwiatami i lasy.</akap>


<akap>Sami wiecie, jak mało promieni słonecznych pada na ciemne uliczki Pragi.</akap>


<akap>Doktoraty zdał z odznaczeniem: to się rozumie samo przez się. No i z czasem
został sławnym jurystą<pe><slowo_obce>jurysta</slowo_obce> (daw.) --- prawnik.</pe>. Tak sławnym, że wszyscy --- sędziowie, notariusze, starzy
adwokaci --- przychodzili do niego po światło, gdy czego nie wiedzieli. Przy tym
żył ubogo, jak żebrak, na poddaszu, którego okno wyglądało na podwórze.</akap>


<akap>Tak szły lata za latami. Rozgłos doktora Hulberta jako gwiazdy w swej nauce
stawał się przysłowiowy w całym kraju. Nikt nie przypuszczał, aby człowiek taki
jak on mógł być przystępny tkliwym uczuciom serca, zwłaszcza, że jego włosy już
zaczynały siwieć. Nikt nie przypuszczał, aby doktor Hulbert mógł myśleć i mówić o
czym innym niż o Pandektach<pe><slowo_obce>Pandekta</slowo_obce> --- dział kodeksu Justyniana, spisującego prawo rzymskie.</pe>. A właśnie w takich zamkniętych sercach kwitnie
najgoręcej tęsknota. <begin id="b1297085905347-2846025287"/><motyw id="m1297085905347-2846025287">Ślub</motyw>Owego dnia, gdy doktor Hulbert cel osiągnął, cel który mu za
czasów studenckich wydawał się najwyższy: mianowicie kiedy Najjaśniejszy Pan
cesarz wiedeński nadał mu tytuł: <slowo_obce>Rector magnificus</slowo_obce><pe><slowo_obce>Rector magnificus</slowo_obce> (łac.) --- najwspanialszy rektor.</pe> naszego uniwersytetu, podawano sobie z ust do ust, że Hulbert się ożenił z młodą, prześliczną panną z
zupełnie biednej, ale szlachetnej rodziny.<end id="e1297085905347-2846025287"/></akap>


<akap>I rzeczywiście zdawało się, że szczęście nawiedziło doktora Hulberta. Chociaż jego
małżeństwo było bezdzietne, to jednak nosił on swoją młodą żonę na rękach --- i
największą jego radością było spełniać każde życzenie, jakie mógł wyczytać z jej
oczu. ---</akap>


<akap>W szczęściu swoim nie zapomniał jednak bynajmniej, jak to wielu innym się
trafia, o cierpiących bliźnich. --- ,,Bóg --- miał raz powiedzieć Hulbert --- zaspokoił
moją tęsknotę; pozwolił mi urzeczywistnić senne marzenie, które jak promień
świeciło mi od dzieciństwa; dał mi za żonę najlepszą istotę na ziemi. I chcę,
żeby odblask tego szczęścia, o ile to leży w moich siłach --- spłynął też na
innych". ---</akap>


<akap>I w końcu przy sposobności zaopiekował się pewnym biednym studentem, niby
rodzonym synem. ---</akap>


<akap>Pomyśłał sobie, jak by podobny dobry czyn był dla niego samego zbawczy --- niegdyś
--- za dni jego pełnej trosk młodości. ---</akap>


<akap><begin id="b1297085945152-1000476640"/><motyw id="m1297085945152-1000476640">Kondycja ludzka</motyw>Lecz ponieważ na ziemi nieraz czyny mające wszelki pozór dobroci i szlachetności
prowadzą za sobą skutki godne tylko przekleństwa, gdyż nie potrafimy dobrze
rozróżnić tego, co nosi w sobie nasiona jadowite od tego, co uzdrawia, stało się
również i tutaj, że z pełnego litości dzieła doktora Hulberta powstała dla niego
gorzka krzywda.<end id="e1297085945152-1000476640"/> <begin id="b1297085966291-1926138858"/><motyw id="m1297085966291-1926138858">Miłość, Zdrada</motyw>Młoda żona wkrótce rozgorzała skrytą miłością do studenta, a
nielitościwy los chciał, że gdy Rektor raz niespodzianie wrócił do domu, aby
jej na dowód miłości zrobić przyjemność i ofiarować bukiet róż, jako dar
imieninowy, zastał ją w ramionach tego, któremu tyle dobrodziejstw wyświadczył.
Mówią, że błękitna niezapominajka może stracić na zawsze swój kolor, gdy nagle
padnie na nią płowe, siarczane światło błyskawicy, zwiastujące burzę gradową; nic
dziwnego, że dusza starego męża oślepła na zawsze w dniu, w którym jego szczęście
rozbiło się na szczęty<end id="e1297085966291-1926138858"/><pe><slowo_obce>szczęty</slowo_obce> (daw.) --- szczątki, kawałki.</pe>. ---</akap>


<akap>Tego samego jeszcze wieczoru siedział on, on, który dotychczas nie wiedział, co
to jest nadużycie, siedział, mówię, tutaj --- u ,,Loisiczka" --- prawie nieprzytomny
od trunków --- aż od świtu. ,,Loisiczek" stał mu się domem do końca jego
zrujnowanego życia. Latem sypiał gdziekolwiek na rusztowaniach nowo budujących
się domów, zimą tutaj na drewnianych ławach. ---</akap>


<akap>Tytuł profesora i doktora obojga praw<pe><slowo_obce>obojga praw</slowo_obce> --- prawa kościelnego (kanonicznego) i świeckiego.</pe> dyskretnie mu pozostawiono. Nikt nie miał
odwagi powiedzieć jemu, niegdyś jednemu z najznakomitszych uczonych, że jego
sposób życia sieje zgorszenie. ---</akap>


<akap>Powoli gromadził się koło niego motłoch, stroniący od światła, pędzący życie w
dzielnicy żydowskiej --- i w ten sposób powstała ta osobliwa grupa, która jeszcze
do dzisiejszego dnia zowie się ,,batalionem".</akap>


<akap><begin id="b1297781489792-2579914264"/><motyw id="m1297781489792-2579914264">Prawo</motyw>Znajomość prawa, którą doktor Hulbert szerzył teraz w owym kole, stała się oparciem
dla wszystkich, którym policja zbyt surowo zaglądała w ręce. ---
Gdy jakiś świeżo wypuszczony więzień był w niedostatku, kazał mu doktor Hulbert iść
zupełnie nago na Rynek Staromiejski i urząd na tzw. Ławicy Rybiej zmuszony był
obdarzyć go ubraniem. ---</akap>


<akap>Gdy jakaś bez określonego zajęcia dziewucha miała być wypędzoną z miasta ---
natychmiast z porady mistrza wychodziła za mąż za jakiego włóczęgę, który
należał do okręgu --- i wskutek tego stawała się stałą mieszkanką miasta.</akap>


<akap>Setki takich wykrętów znał Hulbert, a wobec jego rad policja była bezbronną.<end id="e1297781489792-2579914264"/> 
Wszystko, co te wyrzutki społeczeństwa ,,zapracowały" --- oddawały stale co do
halerza<pe><slowo_obce>halerz</slowo_obce> --- drobna moneta używana na terenie Austro-Węgier.</pe> i centa do kasy wspólnej --- co szło na najpilniejsze potrzeby. Nikt nie
pozwoliłby tu sobie na najmniejszą choćby nieuczciwość. Być może, że z powodu tej żelaznej dyscypliny --- powstała nazwa
,,batalion".</akap>


<akap>Ściśle pierwszego grudnia --- w rocznicę nieszczęścia, które spotkało
starca --- odbywała się w nocy u Loisiczka oryginalna uroczystość. Głowa przy
głowie stali tutaj stłoczeni koło siebie: żebracy, włóczęgi, alfonsi, ulicznice,
pijanice i próżniacy --- i panowała cisza jak w czasie nabożeństwa.</akap>


<akap>Wtedy doktor Hulbert opowiadał im z tego kąta, w którym teraz siedzi oboje
muzykantów, tuż pod portretem Jego Cesarskiej Mości --- historię swego życia: jak
się przebijał przez nędzę aż cel osiągnął, jak to później stał się zeń <slowo_obce>Rector
magnificus</slowo_obce> itd. Gdy zaś dochodził do miejsca, kiedy z bukietem róż wszedł do
pokoju swej młodej żony --- aby uczcić dzień jej urodzin oraz pamięć tej godziny,
w której ostatecznie ją pozyskał i w której stała się jego ukochaną żoną: wtedy
za każdym razem głos odmawiał mu posłuszeństwa i równocześnie z płaczem
gwałtownym głowę opuszczał na stół. Zdarzało się wtedy czasami, że jakaś
ladacznica, wstydliwie i po kryjomu, kładła mu w rękę --- aby nikt tego dostrzec
nie mógł --- na pół zwiędły kwiatek. ---</akap>


<akap><begin id="b1297086430726-3306613326"/><motyw id="m1297086430726-3306613326">Smutek</motyw>Długi czas jeszcze nikt ze słuchaczy się nie poruszał. Ludzie ci są twardzi do
płakania<pe><slowo_obce>są twardzi do
płakania</slowo_obce> --- sens: rzadko i niechętnie płaczą.</pe>, ale oczy spuszczali ku ziemi i niepewnie kręcili palcami.<end id="e1297086430726-3306613326"/></akap>


<akap>Pewnego ranka znaleziono doktora Hulberta martwym na ławce nad rzeką Wełtawą. ---
Zdaje się, że zmarzł.</akap>


<akap>Widzę jeszcze dzisiaj jego pogrzeb przed sobą. Batalion czynił, co mógł, aby
wszystko wypadło z największą paradą.</akap>


<akap><begin id="b1297086449785-3276858740"/><motyw id="m1297086449785-3276858740">Pogrzeb</motyw>Na czele szedł pedel<pe><slowo_obce>pedel</slowo_obce> (daw.) --- woźny.</pe> uniwersytecki w szacie uroczystej: na ręku nosił czerwoną
poduszkę ze złotym łańcuchem na niej --- --- a za karawanem w nieprzerwanym szeregu
,,batalion" bosy, brudny, w łachmanach i w poszarpanym przyodziewku. Jeden z nich posprzedawał wszystkie swoje resztki --- i obwinął sobie ciało, nogi i ręce kawałkami starych gazet.</akap>


<akap>Tak mu ostatni hołd złożyli:</akap>


<akap><begin id="b1297086463183-3919508290"/><motyw id="m1297086463183-3919508290">Grób</motyw>Na grobie jego, na cmentarzu, stoi dziś biały głaz, na którym wyryte trzy
figury: zbawiciel ukrzyżowany między dwoma łotrami. --- Nieznana ręka postawiła
ten pomnik. Jak przypuszczają --- żona nieboszczyka.
<end id="e1297086463183-3919508290"/><end id="e1297086449785-3276858740"/></akap><separator_linia/>


<akap>Jednak w testamencie zmarłego uczonego prawnika --- przewidziany był legat<pe><slowo_obce>legat</slowo_obce> --- zapis testamentowy dla osoby niebędącej spadkobiercą.</pe>, na
zasadzie którego każdy z ,,batalionu" w południe otrzymuje u ,,Loisiczka"
bezpłatną zupę; dla tego celu wiszą tu przy stole łyżki na łańcuchu --- a
wydrążone na powierzchni stołu małe niecki zastępują talerze. O godzinie
dwunastej przychodzi kelnerka z wielką blaszaną sikawką, rozlewa zupę w niecki ---
a jeżeli kto nie może dowieść, że należy do ,,batalionu" --- z powrotem szprycą<pe><slowo_obce>szpryca</slowo_obce> --- duże narzędzie podobne do strzykawki.</pe>
zabiera zupę.</akap>


<akap>O tym stole szeroko po całym świecie rozchodziły się wieści, jako o rzeczy
nadzwyczaj zabawnej.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Wrażenie hałasu w lokalu obudziło mnie z letargu<pe><slowo_obce>letarg</slowo_obce> --- stan śmierci pozornej.</pe>. Ostatnie słowa, które mówił
Zwak, przewiały jakoś ponad moją świadomością. Widziałem jeszcze, jak poruszał
ręce, by pokazać sikawkę, co wylewa i wsiąka<pe><slowo_obce>wsiąka</slowo_obce> --- dziś powiedzianoby tu: wciąga.</pe> płyn, po czym obrazy jęły<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> się przed
moimi oczami rozwijać tak szybko i automatycznie, a jednak z taką upiorną
wyrazistością --- że chwilami zapomniałem zupełnie o sobie i zdawało mi się, że
jestem kółkiem w jakimś żyjącym zegarze. ---</akap>


<akap><begin id="b1318424152923-3171866445"/><motyw id="m1318424152923-3171866445">Taniec</motyw>Cała izba wyglądała jak jeden kłąb ludzkich istot. W górze na estradzie: tuziny
panów w czarnych frakach. Białe mankiety, świecące pierścienie. Dragoński<pe><slowo_obce>dragoński</slowo_obce> --- przymiotnik od rzeczownika dragon, oznaczającego żołnierza formacji poruszającej się konno, a walczącej z reguły pieszo.</pe> mundur
z szamerunkiem<pe><slowo_obce>szamerunek</slowo_obce> --- ozdoba ubioru w postaci pętli grubej nici a. sznurka naszytych z przodu.</pe>. W głębi kapelusz damski ze strusimi piórami barwy łososiowej.<end id="e1318424152923-3171866445"/></akap>


<akap>Poprzez sztachety poręczy --- jak młody byczek --- patrzył swoją wykrzywioną gębą ---
Lois. --- Spojrzałem: zaledwie mógł się trzymać prosto. I Jaromir był w pobliżu i spoglądał niewzruszony w salę --- oparłszy grzbiet ściśle o
ścianę boczną, jakby go przytłoczyła jakaś niewidzialna ręka. Postacie nagle
zatrzymały się w tańcu: gospodarz musiał im coś krzyknąć, co je przeraziło.
Muzyka grała jeszcze, ale ciszej, nie dowierzała już sama sobie. Drżała. Czułeś
to wyraźnie. A jednak był na twarzy gospodarza wyraz zdradzieckiej, dzikiej
radości. ---</akap>


<akap_dialog>--- --- --- --- U drzwi wchodowych<pe><slowo_obce>wchodowy</slowo_obce> --- dziś popr.: wejściowy.</pe> nagle ukazał się komisarz policji w mundurze. Ramiona
rozpostarł, co znaczyło, że nie wypuszcza nikogo. Za nim podoficer policji
kryminalnej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc tutaj tańczą? Pomimo zakazu? Zamykam tę szpelunkę<pe><slowo_obce>szpelunka</slowo_obce> --- właśc. spelunka, podejrzany lokal, od łac. <slowo_obce>spelunca</slowo_obce>: jaskinia.</pe>. Chodź ze mną,
gospodarzu! A wszyscy, którzy tu są, marsz na policję!</akap_dialog>


<akap>Brzmi to jak komenda.</akap>


<akap>Kwadratowy gospodarz nic nie odpowiada, ale zdradliwie szyderczy małpi grymas na
jego twarzy pozostał dalej.</akap>


<akap>Tylko jakby zdrętwiał.</akap>


<akap>Harmonika urwała swą grę i tylko poświstuje chwilami.</akap>


<akap>I harfa wciąga w siebie swoje dźwięki. Naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> --- nagle.</pe> wszystkie twarze ukazują się w
profilu: pełne jakiegoś oczekiwania wszystkie się gapią w estradę.</akap>


<akap>I oto idzie jakaś dostojna czarna postać, która zestąpiła z paru stopni estrady
--- i kroczy powoli wprost do komisarza.</akap>


<akap>Oczy podoficera policji kryminalnej zawisły jak zaklęte na powolnie<pe><slowo_obce>powolnie</slowo_obce> --- dziś popr.: powoli.</pe> stąpających
czarnych, lakierowanych bucikach.</akap>


<akap>Kawaler o jeden krok zatrzymał się przed komisarzem --- i znudzonym wzrokiem
przygląda mu się od stóp do głów i od głów do stóp.</akap>


<akap>Inni młodzi panicze ze szlachty na estradzie przechylili się przez barierę i
pokrywają śmiech jedwabnymi chusteczkami.</akap>


<akap>Rotmistrz<pe><slowo_obce>rotmistrz</slowo_obce> --- stopień wojskowy w kawalerii, odpowiednik kapitana.</pe> dragonów kładzie sztukę monety w oko --- i dziewczynie, która stoi pod nim koło estrady, wyziewa<pe><slowo_obce>wyziewać</slowo_obce> --- tu: wydmuchiwać.</pe> dym swego cygara
w jasne warkocze. ---</akap>


<akap><begin id="b1297086891911-2752706829"/><motyw id="m1297086891911-2752706829">Pozycja społeczna</motyw>Komisarz policji zarumienił się i przy sposobności dokładnie się przygląda perle
na koszuli arystokraty; nie jest w stanie znieść obojętnego, pozbawionego blasku
spojrzenia tej gładko wygolonej, nieruchomej twarzy z orlim nosem.</akap>


<akap>Wytrąca go ze spokoju. Wali nim o ziemię.</akap>


<akap>Grobowe milczenie w zakładzie staje się coraz bardziej dręczące.</akap>


<akap>--- Tak wyglądają posągi rycerzy, co z rękami na krzyż leżą na kamiennych grobach w
kościołach gotyckich --- szepcze malarz Vrieslander, spoglądając na kawalera.<end id="e1297086891911-2752706829"/></akap>


<akap>W końcu arystokrata przerywa milczenie. ---</akap>


<akap_dialog>--- Eh --- hm! --- naśladuje głos gospodarza --- Tek, tek, to są moje goście, to widać!</akap_dialog>


<akap>Wrzaskliwy chichot wybucha w lokalu, aż szklanki dzwonią; andrusy<pe><slowo_obce>andrus</slowo_obce> (daw.) --- łobuz.</pe> aż się za
brzuchy trzymają ze śmiechu. Butelka jakaś leci na ścianę i pęka. Czworograniasty<pe><slowo_obce>czworograniasty</slowo_obce> --- czworoboczny.</pe> szynkarz powiadamia nas pełnym czci najwyższej głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Jego Wysokość Jaśnie Oświecony książę Ferri Athenstädt.</akap_dialog>


<akap>Książę podał urzędnikowi kartę wizytową. Nieszczęśliwy ją przyjął, salutował
kilkakrotnie i bardzo pragnął dać drapaka<pe><slowo_obce>dać drapaka</slowo_obce> --- uciec.</pe>.</akap>


<akap>Na nowo cisza, tłum przysłuchuje się bez oddechu, co się dalej stanie.</akap>


<akap>Kawaler mówi znów.</akap>


<akap>--- Damy i panowie, których Pan tu widzi zebranych --- eh, eh --- to są moje miłe i
przyjemne goście! Jego Wysokość niedbałym ruchem ręki wskazuje zgromadzoną
gawiedź<pe><slowo_obce>gawiedź</slowo_obce> --- tu: tłum.</pe>:</akap> 

<akap>--- czy nie zechciałby pan, panie komisarzu --- eh --- być przedstawiony temu
państwu?</akap>


<akap>Komisarz odmawia z przymuszonym uśmiechem, szepce coś przy okazji o ,,smutnym obowiązku" i ostatecznie kończy tymi
słowy<pe><slowo_obce>tymi słowy</slowo_obce> --- dziś popr. forma N. lm: tymi słowami.</pe>:</akap>

<akap>--- Widzę, że tu się wszystko wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe> przyzwoicie odbywa.</akap>


<akap>Słowa te budzą życie w rotmistrzu dragonów: spieszy w głąb po kapelusz damski ze
strusimi piórami --- i w następnej chwili śród wybuchów śmiechu młodych paniczów
wyciąga Rozynę na środek sali, objąwszy ją ramieniem. ---</akap>


<akap><begin id="b1297087113928-3641906728"/><motyw id="m1297087113928-3641906728">Alkohol, Erotyzm</motyw>Rozyna chwieje się od trunku; oczy ma zamknięte. Wielki, drogi kapelusz leży jej
krzywo na głowie; ona zaś nie ma na sobie nic prócz długich różowych pończoch ---
i męski frak na gołym ciele. ---<end id="e1297087113928-3641906728"/></akap>


<akap><begin id="b1297087137073-642857882"/><motyw id="m1297087137073-642857882">Zazdrość</motyw>Na dany znak muzyka jak szalona gra ,,Rititit, Rititit" --- --- --- --- i pochłania
gardłowy krzyk, który wydał stojący pod ścianą głuchoniemy Jaromir, zobaczywszy
Rozynę.</akap>
<end id="e1297087137073-642857882"/><separator_linia/>


<akap>--- Chcemy wyjść!</akap>


<akap>Zwak woła kelnerkę.</akap>


<akap>Hałas powszechny zagłusza jego słowa.</akap>


<akap>Sceny wydają mi się fantastyczne jak pod działaniem opium.</akap>


<akap>Rotmistrz trzyma półnagą Rozynę --- w ramionach i powoli krąży z nią do taktu. ---</akap>


<akap>Tłum z szacunkiem robi im miejsce.</akap>


<akap>Z ław słychać poszmer: ,,Loisiczek, Loisiczek"! Szyje się wydłużają i do tańczącej
pary przyłącza się druga, jeszcze osobliwsza. Po niewieściemu wyglądający
chłopiec w różowym trykocie, z długim jasnym włosem aż do łopatek, pod malowaną
jak u dziewki twarzą i wargą, z oczami wywróconymi kokieteryjnym zezem ---
pożądliwie się zwiesza na piersiach księcia Athenstädta. ---</akap>


<akap>Słodkawy walc kwili na arfie<pe><slowo_obce>arfa</slowo_obce> --- dziś popr.: harfa.</pe>.</akap>


<akap>Dzikie obrzydzenie do życia zaciska mi gardło.</akap>


<akap>Z trwogą oczy moje szukają drzwi: komisarz stoi tam odwrócony, aby nic nie
widzieć --- i pospiesznie coś szepcze z kryminalnym policjantem, który coś mu podaje. Słychać niby uderzenie ręki o rękę.</akap>


<akap>Obaj śledzą w głębi krostowatą fizjonomię Loisa, który chwilowo stara się ukryć,
potem zaś zdrętwiały --- z twarzą białą jak kreda i wykrzywioną od zgrozy --- stoi
dalej na miejscu.</akap>


<akap>Jakiś obraz mi się nagle przypomina i natychmiast gaśnie: obraz, jak  Prokop
spogląda (widziałem to przed godziną) --- poprzez sztachety kanałowe nachylony --- i
krzyk śmiertelny dochodzi nas spod ziemi!</akap>
<separator_linia/>


<akap>Chcę wołać i nie mogę. Zimne palce wcisnęły mi się w usta i zaginają mi język w
dół na podniebienie tak, jak bryła, coś zasłania mi krtań i słowa powiedzieć nie
mogę.</akap>


<akap>Palców nie mogę dostrzec; wiem, że są niewidzialne, a jednak odczuwam je jako coś
cielesnego.
I jasno to tkwi w mej świadomości: są to palce tej upiornej ręki, która mi w mym
pokoju na Kogucim Zaułku podała księgę <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela><pe><slowo_obce>ibbur</slowo_obce> --- w pewnych odłamach mistyki żydowskiej słowo to oznacza w uproszczeniu wzmocnienie duszy żyjącego człowieka przez tymczasowo łączącą się z nią inną sprawiedliwą duszę przebywającą poza ciałem. Zwykle wynika to z potrzeby spełnienia przez duszę bezcielesną jakiejś misji.</pe>.</akap>


<akap>--- Wody, wody --- krzyczy Zwak koło mnie. Trzymają mi głowę i za pomocą świecy starają
się zajrzeć mi w źrenice.</akap>


<akap>--- Do mieszkania go odnieść, doktora sprowadzić --- archiwariusz Hillel zna się też
na takich rzeczach --- --- do niego pójdźmy z nim --- --- radzą tak szeptem.</akap>


<akap>Leżę nieruchomy jak trup na narach<pe><slowo_obce>nary</slowo_obce> (daw.) --- prycza, legowisko, być może przenośne.</pe>, a Prokop i Vrieslander wynoszą mnie na
ulicę.</akap>


<!--TRIM:4-->




<naglowek_rozdzial>Jawa</naglowek_rozdzial>



<akap>Zwak, uprzedziwszy nas, pobiegł po schodach i usłyszałem, jak Miriam, córka
archiwariusza Hillela, trwożnie go wypytywała, on zaś starał się ją uspokoić.</akap>


<akap>Nie zadawałem sobie trudu, by usłyszeć, co oni z sobą mówili, i raczej odgadłem,
niż w słowach zrozumiałem, że Zwak opowiadał, jakoby zdarzyło mi się
nieszczęście i przyszli prosić, aby mi dano pierwszą pomoc i przywrócono do
przytomności.</akap>


<akap>Ciągle jeszcze nie mogłem ruszyć żadnym członkiem<pe><slowo_obce>członki</slowo_obce> (daw.) --- kończyny.</pe> ciała, a niewidzialne palce
trzymały mnie za język; ale myśl moja była mocna i pewna, a poczucie zgrozy
zupełnie mnie odeszło. Wiedziałem dokładnie, gdzie byłem i co się ze mną stało ---
i nieraz wydawało mi się to osobliwością, że mnie wniesiono tu jak umarłego,
wraz z narami<pe><slowo_obce>nary</slowo_obce> (daw.) --- prycza, legowisko, także przenośne.</pe> złożono w pokoju Szemajaha Hillela i pozostawiono samego.</akap>


<akap>Ciche, naturalne zadowolenie, jakiego się doznaje po długiej wędrówce, napełniało
moją duszę.</akap>


<akap>W izbie było ciemno, a ramy okien unosiły się rozlewnym rysunkiem w formie
krzyża, odbijając od matowo-świecącego dymu, który wił się z ulicy.</akap>


<akap>Wszystko mi się wydawało samo z siebie zrozumiałym i nie dziwiło mnie ani to, że
Hillel wszedł z żydowskim siedmiopłomiennym świecznikiem sobotnim<pe><slowo_obce>z żydowskim siedmiopłomiennym świecznikiem sobotnim</slowo_obce> --- siedmioramienny świecznik (menora) stanowi podstawowy symbol judaizmu.</pe>, ani że mi
życzył ,,Dobry wieczór" jak komuś, czyjego przyjścia oczekiwał.</akap>


<akap><begin id="b1297169974481-503000129"/><motyw id="m1297169974481-503000129">Żyd</motyw>To, na co przez cały czas, odkąd mieszkałem w tym domu, nie zwróciłem uwagi, jako
na rzecz szczególną, mimo żeśmy się spotykali na schodach dwa --- trzy razy w tygodniu, uderzyło mnie teraz z wielką siłą, gdy Hillel tak
chodził w tę i ową stronę pokoju, niektóre przedmioty na komodzie ustawiał i
wreszcie swoim świecznikiem zapalał drugi, również siedmioramienny<pe><slowo_obce>swoim świecznikiem zapalał drugi, również siedmioramienny</slowo_obce> --- siedmioramienny świecznik (menora) stanowi podstawowy symbol judaizmu.</pe>.</akap>


<akap>Mianowicie: zauważyłem harmonię jego ciała i członków oraz szczupły, delikatny
rysunek jego twarzy ze szlachetnym układem czoła. Mógł, jak to widziałem teraz
przy blasku świecy, mieć lat nie więcej ode mnie: najwyżej 45.<end id="e1297169974481-503000129"/></akap>


<akap>--- Przyszedłem o parę minut za wcześnie --- zaczął po chwili --- inaczej bym już
przedtem światła zapalił. </akap>

<akap>Wskazał na oba świeczniki, zbliżył się do nar i
skierował swe ciemne, głęboko osadzone oczy, jak się zdaje, na kogoś, co mi w
głowach<pe><slowo_obce>w głowach</slowo_obce> --- od tej strony łóżka, gdzie znajduje się głowa leżącego człowieka.</pe> stał lub klęczał, ktoś kogo jednak dostrzec nie byłem w stanie. Przy tym
poruszał ustami i bez głosu wymówił jakieś zdanie.</akap>


<akap>Natychmiast niewidzialne palce oswobodziły mój język i letarg<pe><slowo_obce>letarg</slowo_obce> --- stan śmierci pozornej.</pe> przeminął:
odwróciłem się i spojrzałem poza siebie: nikogo prócz Szemajaha Hillela oraz
mnie w pokoju nie było.</akap>


<akap>A więc jego ,,ty" i uwaga, że mnie oczekiwał, dotyczyły tylko mojej osoby?</akap>


<akap>Daleko szczególniej od tych obojga okoliczności działało na mnie to, że nie
byłem w stanie doznać mniejszego zdziwienia z tego powodu.</akap>


<akap>Hillel odgadł jawnie moje myśli, gdyż uśmiechał się przyjaźnie, przy czym pomógł
mi wstać z nar i ręką wskazał na krzesło, mówiąc:</akap>


<akap>--- Nie ma tu nic dziwnego, straszliwie działają na ludzi tylko rzeczy upiorne,
Kiszuf<pe><slowo_obce>kiszuf</slowo_obce> (hebr.) --- czary.</pe>; życie drapie i parzy jak włosiennica<pe><slowo_obce>włosiennica</slowo_obce> --- ubranie z gryzącej wełny, używane przez pokutników.</pe>, ale słoneczne promienie świata
duchowego są łagodne i ogrzewające.</akap>


<akap>Milczałem, gdyż nie wpadła mi na myśl żadna odpowiedź. Zdaje się też, że z mojej
strony żadnych słów nie oczekiwał Hillel, gdyż mówił dalej.</akap>


<akap><begin id="b1297170078742-2291175779"/><motyw id="m1297170078742-2291175779">Kondycja ludzka, Lustro</motyw>--- I srebrne zwierciadło, gdyby miało czucie, odczuwałoby wielki ból w chwili polerowania. Stawszy się gładkim i promiennym ---
odbija ono wszelkie obrazy, jakie w nie wpadają --- bez cierpienia i wzruszenia.</akap>


<akap>Błogosławiony jest człowiek --- mówił dalej milcząco --- który o sobie może
powiedzieć: Jestem wypolerowany (jak zwierciadło).</akap>


<akap>Chwilę pogrążył się w myślach i słyszałem --- jak szeptał parę słów po hebrajsku:
<slowo_obce>Liszuo secho kiwisi adoszem<pe><slowo_obce>liszuo secho kiwisi adoszem</slowo_obce> (hebr.) --- pomocy Twojej oczekuję, Panie.</pe></slowo_obce>. Po czym znów jego głos brzmiał mi w uszach
wyraźnie:</akap>


<akap>--- Przyszedłeś do mnie w głębokim śnie, a ja zbudziłem cię do jawy. W Psalmie
Dawida powiedziano: ,,Tedy rzekłem sam w sobie: teraz zaczynam! Prawica to Boga,
co uczyniła tę zmianę".</akap>


<akap><begin id="b1297170874159-2178888007"/><motyw id="m1297170874159-2178888007">Sen, Jawa</motyw>Gdy ludzie budzą się w swoich łożach, roją, że otrząsnęli się ze snu, a nie
wiedzą, że padają jako ofiara swych zmysłów i stają się łupem nowego, znacznie
głębszego snu, niż ten, z którego wyszli: Jest tylko jeden prawdziwy stan jawy;
ten mianowicie, do którego się teraz przybliżasz.<end id="e1297170874159-2178888007"/></akap>


<akap>Gdybyś o tym powiedział ludziom, to by ci odparli, żeś chory, gdyż nie są w
stanie cię zrozumieć. Jest to więc rzecz bezcelowa i smutna --- mówić im o tym.</akap>




<poezja_cyt><strofa>
Oni płyną niby potok,/
A są jak gdyby sen,/
Niby trawa, która wnet powiędnie ---/
A pod wieczór będzie ścięta --- i uschnięta.<pe><slowo_obce>Oni płyną niby potok (...)</slowo_obce> --- parafraza bądź tłumaczenie <tytul_dziela>Psalmu 90(89)</tytul_dziela>.</pe></strofa></poezja_cyt>

<separator_linia/>


<akap>--- Kto był ten nieznajomy, co mnie szukał u mnie w domu i dał mi księgę <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela><pe><slowo_obce>ibbur</slowo_obce> --- w pewnych odłamach mistyki żydowskiej słowo to oznacza w uproszczeniu wzmocnienie duszy żyjącego człowieka przez tymczasowo łączącą się z nią inną sprawiedliwą duszę przebywającą poza ciałem. Zwykle wynika to z potrzeby spełnienia przez duszę bezcielesną jakiejś misji.</pe>.
Czym go widział na jawie, czy we śnie? --- chciałem zapytać, lecz Hillel mi
odpowiedział, zanim swą myśl wyraziłem w słowach:</akap>


<akap>--- <begin id="b1297171192540-976220716"/><motyw id="m1297171192540-976220716">Tajemnica, Filozof</motyw>Przypuść, że człowiek, który przyszedł do ciebie i którego zowiesz Golem<pe><slowo_obce>golem</slowo_obce> --- w legendach żydowskich istota stworzona na podobieństwo człowieka, zazwyczaj z gliny, żywa lecz pozbawiona duszy i dlatego posłuszna poleceniom człowieka, który ją stworzył. Stworzenie golema wiązało się z powtórzeniem Boskiego procesu kreacji.</pe>,
oznacza przebudzenie umarłego poprzez najwewnętrzniejsze życie duchowe. Wszelka rzecz na ziemi --- niczym innym nie jest, jeno<pe><slowo_obce>jeno</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> symbolem, przyodzianym w proch. --- Jak ty myślisz okiem? Wszelką formę, którą spostrzegasz, myślisz okiem.
Wszystko, co zgęstniało do formy, było przedtem istotą widmową. ---<end id="e1297171192540-976220716"/></akap>


<akap>Czułem, że te pojęcia, co dotychczas siedziały w moim mózgu jak na kotwicy,
zerwały się i jak okręty bez steru pognały po bezbrzeżnym morzu.</akap>


<akap>Pełen spokoju
Hillel mówił dalej:</akap>


<akap>--- Kto jest przebudzony, ten nie może już umrzeć; sen i śmierć
są dla niego tym samym.</akap>


<akap>--- Już nie może umrzeć? --- głuchy ból mną zaszarpał.</akap>


<akap>--- Dwie ścieżki biegną w dal obok siebie: droga życia i droga śmierci. Otrzymałeś
księgę <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela> i czytałeś ją. Dusza twoja stała się ciężarna duchem żywota ---
słyszałem jego słowa.</akap>


<akap>--- Hillelu, Hillelu, daj mi iść drogą, którą idą wszyscy ludzie: drogą śmierci! --- Dziko we mnie krzyczało wszystko.</akap>


<akap>Twarz Szemajaha Hillela stała się nieruchoma z powagi:</akap>


<akap><begin id="b1297171359770-3495586472"/><motyw id="m1297171359770-3495586472">Kondycja ludzka, Pamięć</motyw>--- Ludzie nie kroczą żadną drogą, ani drogą życia, ani drogą śmierci. Pędzą jak
plewy w wichrze. W Talmudzie<pe><slowo_obce>Talmud</slowo_obce> --- w judaizmie księga zawierająca komentarz do <tytul_dziela>Tory</tytul_dziela> (pierwszych pięciu ksiąg Biblii).</pe> stoi: ,,Zanim Bóg stworzył świat, postawił
zwierciadło przed istotami. Istoty widziały w nim duchowe cierpienia bytu i
rozkosze, jakie z nich wynikają. Więc jedni wzięli na się cierpienie. Ale inni
wzbraniali się --- i tych Bóg wykreślił z księgi żywota". Ty <wyroznienie>idziesz</wyroznienie> pewną drogą ---
i wkroczyłeś na nią z wolnej woli --- choć może sam teraz o tym już nie wiesz.
Jesteś powołany sam przez siebie! Nie trap się: stopniowo, gdy przychodzi
poznanie, przychodzi też wspomnienie.</akap>


<akap><wyroznienie>Poznanie i wspomnienie --- to jedno i to samo</wyroznienie>.<end id="e1297171359770-3495586472"/></akap>


<akap>Przyjacielski, prawie miłościwy ton, który zabrzmiał w mowie Hillela, przywrócił
mi spokój i czułem się bezpieczny jak chore dziecko, które wie, że ojciec przy nim siedzi.</akap>


<akap>Spojrzałem w górę i spostrzegłem, że naraz zjawiły się w izbie liczne postacie i
otoczyły nas kołem: niektóre w białych koszulach śmiertelnych, jak to nosili
starzy rabini<pe><slowo_obce>rabin</slowo_obce> --- (z hebr. <slowo_obce>rabbi</slowo_obce>, czyli nauczyciel), funkcja religijna w judaizmie.</pe>, inne w kapeluszu trójkątnym, w trzewikach ze srebrnymi sprzączkami
--- ale Hillel przesunął rękę przed moimi oczyma --- i pokój znów stał się pusty.</akap>


<akap>Potem wyprowadził mnie na schody i dał mi zapaloną świecę, abym mógł sobie drogę
oświetlić do swego pokoju.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Położyłem się do łóżka i chciałem zasnąć, ale sen nie przychodził --- i zamiast
tego wpadłem w szczególny stan, który nie był ani marzeniem, ani czuwaniem, ani
snem.</akap>


<akap>Światło zgasiłem, ale pomimo to w izbie wszystko było tak wyraźne, że
mogłem najdokładniej rozróżnić każdą pojedynczą formę. Przy tym czułem się
doskonale błogo, wolny od pewnego męczącego niepokoju, co niejednemu sprawia
katusze, gdy się znajdzie w podobnej sytuacji.</akap>


<akap>Nigdy przedtem w życiu swoim nie byłbym w stanie myśleć tak ściśle i wyraźnie,
jak właśnie w tej chwili. Rytm zdrowia toczył się poprzez moje nerwy i
porządkował moje myśli w szeregi, jak wojsko, które jeszcze czeka na rozkaz.</akap>


<akap>Dość mi było tylko zawołać, a przychodziły do mnie i wykonywały to, czegom
pragnął.</akap>


<akap><begin id="b1297171608958-1005670769"/><motyw id="m1297171608958-1005670769">Sztuka</motyw>Przypomniała mi się naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> (daw.) --- nagle.</pe> gemma<pe><slowo_obce>gemma</slowo_obce> --- kamień półszlachetny lub szlachetny o owalnym kształcie, ozdobiony reliefem.</pe>, którą w ostatnich tygodniach próbowałem wyciąć
z awenturynu<pe><slowo_obce>awenturyn</slowo_obce> --- minerał: rzadka, czerwona lub zielona odmiana kwarcu.</pe> --- nie mogłem jednak dojść do żadnego wyniku, gdyż nie udawało mi
się nigdy rozproszonych błysków minerału pokryć rysami twarzy, jaką sobie
wyobraziłem --- i oto w jednym mgnieniu ujrzałem rozwiązanie i wiedziałem
dokładnie, jak mam prowadzić dłutko, by opanować strukturę masy.<end id="e1297171608958-1005670769"/></akap>


<akap>Niegdyś niewolnik hordy fantastycznych wrażeń i sennych widziadeł, o których nie wiedziałem, czy to pojęcia, czy też
uczucia: nagle uczułem się jako pan i król we własnym państwie.</akap>


<akap>Zadania z rachunku, które wprzódy<pe><slowo_obce>wprzódy</slowo_obce> (daw.) --- najpierw.</pe> stękając na papierze mogłem rozwiązać, wpadały
mi naraz do głowy, niby w igraszce<pe><slowo_obce>igraszka</slowo_obce> --- tu: zabawa.</pe> prowadząc do rezultatu. Wszystko przy pomocy
jakiejś nowej, zbudzonej we mnie zdolności, żem widział i ustanawiał to właśnie,
co mi było potrzebne: cyfry, formy, przedmioty, barwy.</akap>


<akap>A gdy chodziło o kwestię, które za pomocą tych środków --- nie dawały się
rozstrzygać --- problematy<pe><slowo_obce>problematy</slowo_obce> --- zagadnienia.</pe> filozoficzne itp. --- miejsce wewnętrznego wzroku
zajmował słuch, przy czym głos Szemajaha Hillela brał na siebie rolę mówiącego.
Udzielone mi były uświadomienia najrzadszego rodzaju. ---</akap>


<akap>Com tysiąc razy w życiu nieuważnie jako puste słowo puszczał mimo ucha, teraz w
najgłębszych fibrach<pe><slowo_obce>fibra</slowo_obce> (daw., z łac.) --- włókno.</pe> mej istoty tkwiło we mnie jako wartość; to, czegom nauczył
się ,,powierzchownie", w jednej błyskawicy ,,ujmowałem" jako swoją ,,własność"
wewnętrzną. Budowy słów tajemnica, której nie przeczuwałem, obnażyła się
przede mną.</akap>


<akap>,,Wysokie" ideały ludzkości, które z dobroduszną radcowsko-handlową miną,
zakleksano<pe><slowo_obce>zakleksać</slowo_obce> --- w oryginale <slowo_obce>beklecksen</slowo_obce>: upaprać, zasmolić; prawdop. winno tu być: przylepić.</pe> orderem na patetycznej piersi, z góry mi chciały się narzucić:
pokornie teraz zdjęły z pyska maszkarę<pe><slowo_obce>maszkara</slowo_obce> (daw.) --- maska.</pe> i tłumaczyły się przede mną: w istocie one
są żebrakami, ale zawsze mają przy sobie ożogi<pe><slowo_obce>ożóg</slowo_obce> --- kij służący za pogrzebacz.</pe> --- dla jeszcze gorszego oszustwa.</akap>


<akap>Czy ja nie śnię? Czy nie rozmawiałem z Hillelem?</akap>


<akap>Wyciągnąłem rękę do krzesła obok mego łóżka. Wszystko jak należy: tu leży
świeca, którą mi dał Szemajah; szczęśliwy jak mały chłopiec w noc Bożego
Narodzenia, który się przekonał, że jego ulubiony pajacyk rzeczywiście i żywo jest przy nim obecny --- na nowo się wtuliłem w
poduszki.</akap>


<akap>I jak wyżeł wciskałem się coraz głębiej w gęstwinę duchowych zagadek, które mnie
otaczały dokoła.</akap>


<akap>Naprzód próbowałem dotrzeć do tego momentu mego życia, do którego najdalej sięga
moja pamięć. Tylko z tego punktu --- sądziłem --- była dla mnie rzeczą możliwą
spojrzeć w tę część mego bytu, która dla mnie, przez szczególny zbieg warunków
mego losu, leży utajona w mroku.</akap>


<akap>Ale jakkolwiek dręczyłem się nad tym, nie mogłem iść dalej, jak po za to, żem
się kiedyś znalazł w ponurym podwórzu naszego domu i przez łuk bramy oglądał
tandeciarnię Arona Wassertruma: tak jak gdybym od stu lat jako snycerz<pe><slowo_obce>snycerz</slowo_obce> --- tu w znaczeniu ogólnym: rzeźbiarz.</pe> kamei<pe><slowo_obce>kamea</slowo_obce> --- wypukła rzeźba w szlachetnym lub półszlachetnym kamieniu.</pe>
mieszkał w tym domu --- zawsze jednakowo stary człowiek, który nigdy nie był
dzieckiem.</akap>


<akap>Chciałem już dać temu pokój<pe><slowo_obce>dać czemuś pokój</slowo_obce> --- zrezygnować z czegoś.</pe> jako próbom beznadziejnym i przerwać to szperanie po
warstwach minionej przeszłości: gdy naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> (daw.) --- nagle.</pe> z promienną jasnością pojąłem, że
istotnie w mojej pamięci szeroki gościniec zdarzeń kończy się łukowym
sklepieniem pewnej bramy, ale błyska mi też cały szereg maleńkich ścieżek, które
dotychczas stale towarzyszyły drodze głównej, a których ja dotąd nie zauważyłem:</akap>


<akap>--- Skądże --- krzyknęło mi coś prawie w ucho --- masz wiadomości, dzięki którym
wleczesz życie? Kto cię nauczył wycinania kamei, kto cię nauczył sztuki
rytowniczej i wszystkiego innego? Czytać, pisać, mówić --- i jeść --- i chodzić,
oddychać, myśleć, czuć?</akap>


<akap>Wnet uchwyciłem się wskazówki mego wnętrza. Systematycznie szedłem wstecz przez
moje życie. ---</akap>


<akap>Zmusiłem się w odwróconej, ale nieprzerwanej kolei zdarzeń wyrozumieć<pe><slowo_obce>wyrozumieć</slowo_obce> --- dziś popr.: zrozumieć.</pe>, co się
stało ostatnio, jaki był ku temu punkt wyjścia, co stało się przedtem i tak dalej?</akap>


<akap>Znowu dotarłem do łuku pewnej bramy.</akap>


<akap>Teraz --- teraz! Tylko mały skok w próżnię, w otchłań, która mnie oddzielała od
zapomnianego; ten mały skok powinien bym zrobić. Naraz ukazał mi się obraz, który
dostrzegłem przy powrotnym biegu swoich myśli: Szemajah Hillel przeciągnął mi
rękę przed oczami --- ściśle tak, jak przedtem na dole w swym pokoju. ---</akap>


<akap>I wszystko się zatarło. Nawet pragnienie dalszych poszukiwań. ---</akap>


<akap>Tylko jedno osiągnąłem jako zysk trwały i niezmienny; świadomość, że szereg
przygód w życiu to ślepa ulica, jakkolwiek zdaje się szeroka i dogodna do
przechadzki.</akap>


<akap>Drobne to są, ukryte szczeble, co prowadzą do zatraconej ojczyzny: to, co
delikatną, prawie niewidzialną farbą w naszym ciele jest wyryte --- nie zaś ohydna
blizna, jaką pozostawia po sobie raszpla<pe><slowo_obce>raszpla</slowo_obce> --- pilnik charakteryzujący się grubymi nacięciami.</pe> życia zewnętrznego --- to właśnie ukrywa
rozwiązanie ostatecznych tajemnic. ---</akap>


<akap><begin id="b1297173461273-2723904560"/><motyw id="m1297173461273-2723904560">Zaświaty</motyw>Podobnie jak mógłbym wyobrazić sobie ruch wstecz ku dniom mojej młodości, jak
gdybym z elementarza uczył się abecadła w odwrotnym porządku od Z do A, aby z
tego punktu dojść do szkoły, w której zacząłem się uczyć --- tak samo,
zrozumiałem, musiałbym też umieć powędrować do innej dalekiej krainy, która leży
po tamtej stronie wszelkiego myślenia. ---<end id="e1297173461273-2723904560"/></akap>


<akap>Glob świata toczył się z trudem na moich barkach. I Herkules<pe><slowo_obce>Herkules</slowo_obce> --- mitologiczny heros, jednym z jego czynów było tymczasowe zastąpienie Atlasa w podtrzymywaniu sklepienia niebieskiego.</pe> jakiś czas dźwigał
na głowie sklepienie niebios, przyszło mi do głowy --- i utajony sens baśni
odsłonił mi się przejrzyście. I jak się na nowo podstępem wyzwolił, mówiąc do
olbrzyma, atleta: ,,Pozwól mi jeno<pe><slowo_obce>jeno</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> wiązką szpagatu<pe><slowo_obce>szpagat</slowo_obce> --- rodzaj cienkiego, mocnego sznurka.</pe> głowę obwiązać, aby mi czaszka
nie pękła od tego straszliwego ciężaru" --- tak może byłaby jakaś ciemna droga, którą udałoby mi się
zejść z tej stromej skały.</akap>


<akap>Naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> (daw.) --- nagle.</pe> opanowała mnie mocna podejrzliwość: nie chciałem już ślepo ufać
kierownictwu swoich myśli. Położyłem się na grzbiecie --- i palcami zasłoniłem
oczy i uszy, aby mnie zmysły nie prowadziły na manowce. Ażeby zabić wszelką myśl.</akap>


<akap><begin id="b1318425273795-3882772472"/><motyw id="m1318425273795-3882772472">Krew, Myśl</motyw>Jednakże wola moja łamała się o żelazne prawo: mogłem tylko wypędzać jedną myśl
przy pomocy drugiej --- i skoro tylko jedna marła, druga wnet wyłaniała się z
mogiły tamtej. Uciekałem w huczący potok swej krwi, ale myśli szły za mną aż do
nóg; ukryłem się w kowadle swego serca: ale trwało to jedną chwilę, odkryły mnie
natychmiast.<end id="e1318425273795-3882772472"/></akap>


<akap>Znowu przybiegł mi z pomocą życzliwy głos Hillela i rzekł: ,,Zostań na swojej
drodze i nie bądź chwiejny. Klucz sztuki zapomnienia należy do naszych braci,
którzy wędrują po ścieżce śmierci; ale ty jesteś brzemienny duchem --- żywota".</akap>


<akap>Księga <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela> ukazała się przede mną --- i dwie litery płomienne z niej błysły:
jedna, która oznaczała kobietę ze spiżu<pe><slowo_obce>spiż</slowo_obce> --- stop miedzi, cynku i cyny.</pe>, mającą tętna pulsu tak potężne jak
trzęsienie ziemi --- i druga w nieskończonej dali, hermafrodyta<pe><slowo_obce>hermafrodyta</slowo_obce> --- (od imion bogów gr. Hermesa i Afrodyty) istota dwupłciowa.</pe> na tronie z masy
perłowej, w koronie z czerwonego drewna na głowie.</akap>


<akap>Po raz trzeci Szemajah Hillel przeciągnął rękę przed moimi oczyma --- i
pogrążyłem się w głęboki sen.</akap>



<separator_linia/>
<naglowek_rozdzial>Śnieg</naglowek_rozdzial>



<dlugi_cytat><akap>,,Drogi i szanowny mistrzu Pernath!</akap>


<akap>Piszę do Pana ten list w niesłychanym pośpiechu i najwyższej trwodze. Proszę,
niechaj Pan ten list natychmiast zniszczy --- po przeczytaniu, albo jeszcze lepiej
niech mi go Pan zwróci wraz z kopertą. --- Inaczej nie miałabym ani chwili
spokoju. --- Żadnej ludzkiej duszy niech Pan nie mówi, żem do Niego pisała. Ani
też, dokąd Pan dziś pójdzie.</akap>


<akap><begin id="b1297174078752-831450513"/><motyw id="m1297174078752-831450513">List</motyw>Pańska zacna, dobra twarz --- ,,świeżo" (ta krótka aluzja pozwoli Panu przypomnieć
zdarzenie, którego Pan był świadkiem --- i odgadnąć, kto pisze list, gdyż lękam się
podpisać tu swe imię) --- obudziła we mnie tyle zaufania, a nadto ponieważ drogi
Pański nieboszczyk ojciec był moim nauczycielem, kiedym była dzieckiem ---
wszystko to daje mi śmiałość, że zwracam się do Pana jako do jedynego człowieka,
do którego zwrócić się mogę.<end id="e1297174078752-831450513"/></akap>


<akap>Błagam Pana, niechaj pan dziś wieczorem o godzinie piątej przyjdzie do katedry na
Hradczynie<pe><slowo_obce>Hradczyn</slowo_obce> --- dziś Hradczany, dzielnica Pragi, w której znajduje się zamek królewski.</pe>.</akap>
<akap>Znana Panu dama".</akap></dlugi_cytat>



<separator_linia/>


<akap>Więcej niż kwadrans siedziałem bez ruchu i trzymałem list w ręce. Szczególny,
uroczysty nastrój, który mnie opanował od wczoraj w nocy, nagłym uderzeniem
został rozbity --- został rozwiany świeżym powiewem nowego dnia ziemskiego.</akap>


<akap>Młode przeznaczenie --- uśmiechnięte i gorące --- dziecię wiosny --- przyszło do mnie.
Ludzkie serce szukało u mnie pomocy. U mnie! Jakże inaczej wyglądał teraz mój
pokój! Od robaków<pe><slowo_obce>od robaków</slowo_obce> (daw.) --- przez robaki.</pe> stoczona<pe><slowo_obce>stoczony</slowo_obce> --- przeżarty przez korniki bądź inne robactwo.</pe> szafka patrzyła na mnie ze szczególnym zadowoleniem, a cztery krzesła wydały mi się jak czworo poczciwych ludzi, którzy
zasiedli dokoła stołu i chichocząc wesoło, grają w taroka<pe><slowo_obce>tarok</slowo_obce> a. <slowo_obce>tarot</slowo_obce> --- dawna gra karciana bądź talia do niej, używana również do wróżenia.</pe>.</akap>


<akap>Godziny moje nabrały treści, treści bogatej i świetnej. Miałożby więc powiędłe
drzewo --- jeszcze przynosić owoce?</akap>


<akap>Czułem, jak zaszemrała we mnie siła żywotna, która dotychczas we mnie drzemała ---
ukryta w głębiach mojej duszy, przysypana wrzawą dnia powszedniego: wytrysła
jak krynica<pe><slowo_obce>krynica</slowo_obce> --- źródło.</pe> spod lodu, kiedy zima pęka.</akap>


<akap>I <wyroznienie>wiedziałem</wyroznienie> na pewno, trzymając ten list w ręku, że choćby nie wiem co się
stanie, potrafię znaleźć ratunek. Radość mego serca dawała mi pewność.</akap>


<akap>Jeszcze raz --- i jeszcze raz czytałem ten ustęp ,,a nadto ponieważ drogi Pański
nieboszczyk ojciec był moim nauczycielem, kiedy byłam dzieckiem --- ---"; oddech
miałem cichy. Czyż nie brzmiało to jak zapowiedź: czy dziś jeszcze będziesz ze
mną w raju<pe><slowo_obce>dziś jeszcze będziesz ze
mną w raju</slowo_obce> --- por. Łk 23, 43.</pe>?</akap>


<akap><begin id="b1297174551330-2856277428"/><motyw id="m1297174551330-2856277428">Pamięć</motyw>Ręka, co się wyciągnęła ku mnie, szukając pomocy, dar trzymała dla mnie:
<wyroznienie>odrodzenie wspomnień, których pożądałem</wyroznienie>. Ona mi objawi tajemnicę, ona mi pomoże
podnieść zasłonę, która się zamknęła nad moją przeszłością.</akap>


<akap>,,Drogi Pański nieboszczyk ojciec" --- --- jakże
osobliwie brzmią mi te słowa, które sobie wywróżyłem! --- Ojciec! --- Przez chwilę
widziałem zmęczoną twarz siwowłosego starca --- wynurzającą się w fotelu koło
skrzyni --- twarz obcą, a jednakże tak oczywiście mi znaną; --- --- potem oczy moje
znów wróciły do siebie, a młot uderzeń mego serca wybijał uchwytną godzinę
teraźniejszości.<end id="e1297174551330-2856277428"/></akap>


<akap>Podniosłem się przerażony. Czyżem przemarzył czas<pe><slowo_obce>czyżem przemarzył czas</slowo_obce> --- sens: czy marząc, zapomniałem o terminie spotkania.</pe>? Spojrzałem na zegarek: chwała
Bogu, wpół do piątej.</akap>


<akap>Zaszedłem do swej sypialni, wziąłem kapelusz i płaszcz --- i zszedłem na dół po
schodach.</akap>


<akap><begin id="b1318425498848-2806489002"/><motyw id="m1318425498848-2806489002">Smutek</motyw>I cóż mnie dziś obchodzić mogła ta zgroza ciemnych kątów i owe złowrogie,
cisnące, pełne przygnębienia myśli, co się tu wszędzie ku mnie wydobywały: ,,Nie
opuścimy cię --- tyś nasz; nie chcemy, żebyś się radował --- dopieroż byłoby to
dobre, radość w tym domu!"<end id="e1318425498848-2806489002"/></akap>


<akap>Lekki, zatruty pył, co się tu ze wszystkich przejść i zakamarków wydobywał i
kładł się na mnie dławiącymi rękami, dziś rozpraszał się przed żywym tchnieniem
mej piersi. Na chwilę zatrzymałem się przed drzwiami Hillela.</akap>


<akap>Czyż miałem wejść?</akap>


<akap>Tajemnicza trwoga powstrzymała mnie: nie zastukałem. Jakoś inaczej było we mnie
--- tak mianowicie, jakbym nie powinien wchodzić do niego. I już ręka żywota
popychała mnie naprzód, w dół po schodach.</akap>


<akap>Ulica była biała od śniegu.</akap>


<akap>Zdaje się, że wielu ludzi mi się kłaniało. Nie pamiętam, czym też im odpowiadał
ukłonem. Nieustannie czułem na piersi, że list przy sobie niosę. Ciepło tchnęło
z tego miejsca.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Szedłem przez łuki arkad<pe><slowo_obce>arkada</slowo_obce> --- łuk wsparty na dwóch kolumnach.</pe> z ciosowego kamienia<pe><slowo_obce>ciosowy kamień</slowo_obce> --- ,,cios" to duży blok kamienny, dekoracyjnie obrobiony z jednej strony.</pe> na rynku Staromiejskim i obok
spiżowej studni, której barokowe sztachety obwieszone były soplami z lodu, dalej
przez kamienny most z posągami świętych i figurą świętego Jana Nepomucena<pe><slowo_obce>św. Jan Nepomucen</slowo_obce> (ok. 1350--1393) --- kapłan i męczennik, spowiednik Zofii Bawarskiej, zrzucony z mostu do Wełtawy z rozkazu króla czeskiego Wacława.</pe>.</akap>


<akap>W dole pieniła się rzeka, pełna nienawiści ku fundamentom mostu.</akap>


<akap>Przez pół<pe><slowo_obce>przez pół</slowo_obce> (daw.) --- w połowie.</pe> w marzeniu rzuciłem wzrok na wydrążony piaskowiec ze świętym
Luitgardem i ,,mękami potępionych" na nim; gęsto leżał śnieg na członkach<pe><slowo_obce>członki</slowo_obce> (daw.) --- kończyny.</pe>
pokutników i łańcuchach, pętających ich do góry podniesione ręce.</akap>


<akap>Łuki arkad były już poza mną, teraz ciągnęły się powoli pałace o dumnych,
snycerską robotą<pe><slowo_obce>snycerska robota</slowo_obce> --- snycerstwo, rzeźbienie w drewnie.</pe> zdobnych podwojach, a na nich lwie głowy z kółkiem spiżowym w paszczy.</akap>


<akap>I tu wszędzie śnieg --- śnieg. Miękki, biały jak skóra olbrzymiego niedźwiedzia spod bieguna lodowatego<pe><slowo_obce>olbrzymiego niedźwiedzia spod bieguna lodowatego</slowo_obce> --- w oryginale mowa po prostu o dzikim niedźwiedziu polarnym.</pe>.</akap>


<akap>Wszystkie, dumne okna, gzymsy pokryte szromem i lodem, obojętnie spoglądały w
przestwór ku obłokom.</akap>


<akap>Dziwiłem się, że niebo jest pełne ciągnących ptaków.</akap>


<akap>Gdym wchodził po niezliczonych stopniach granitowych na Hradczyn<pe><slowo_obce>Hradczyn</slowo_obce> --- dziś Hradczany, dzielnica Pragi, w której znajduje się zamek królewski.</pe>, a każdy
szeroki na miarę czworga chłopa, krok za krokiem miasto ze swymi dachy i szczyty<pe><slowo_obce>ze swymi dachy i szczyty</slowo_obce> --- dziś popr. forma N. lm: ze swymi dachami i szczytami.</pe>
zapadało się w mgły przed moimi zmysłami.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Już czołgał się zmierzch wzdłuż szeregu domów, gdy wszedłem na samotny plac, z
którego środka katedra unosi się ku tronowi aniołów.</akap>


<akap>Ślady nóg, których brzegi
zakrzepły lodem --- prowadziły do bocznej bramy.</akap>


<akap>Skądziś z jakiegoś odległego mieszkania dzwoniły łagodne zabłąkane tony
harmoniki<pe><slowo_obce>harmonika</slowo_obce> --- instrument muzyczny złożony z obracających się szklanych kręgów różnej wielkości, wprawianych w drgania przez pocieranie wilgotnym opuszkiem palca.</pe> --- śród<pe><slowo_obce>śród</slowo_obce> --- dziś popr.: pośród.</pe> powszechnej ciszy wieczornej. Jak kropelki łez żałoby, dźwięki
te zapadały w omdleniu.</akap>


<akap>Usłyszałem poza sobą westchnienie wyściełanej poduchy<pe><slowo_obce>poducha</slowo_obce> --- chodzi o obicie, stanowiące izolację cieplną.</pe>, gdym zamykał za sobą drzwi
kościelne poduchą wewnątrz wyścielone; <begin id="b1297175116730-1832045170"/><motyw id="m1297175116730-1832045170">Świątynia</motyw>wówczas znalazłem się w mroku, a złoty
ołtarz w niemym spokoju migał ku mnie zielonym i niebieskim skrzeniem<pe><slowo_obce>skrzenie</slowo_obce> --- iskrzenie, błyski.</pe>
zamierającego światła, które spływało na klęczniki poprzez kolorowe szyby.</akap>


<akap>Iskry się sypały z czerwonych szklanych ampl<pe><slowo_obce>ampla</slowo_obce> --- z niem. <slowo_obce>die Ampel</slowo_obce>, światło, źródło światła (obecnie przede wszystkim: sygnalizacja świetlna).</pe>.</akap>


<akap>Powiędły zapach wosku i kadzidła.</akap>


<akap>Opieram się o ławkę. Krew moja dziwnie się uspokaja w tym królestwie
nieruchomości.</akap>


<akap>Życie bez uderzeń serca napełniało przestrzeń --- tajemnicze,
cierpliwe oczekiwanie.</akap>


<akap>Srebrne skrzyneczki z relikwiami leżały we śnie wiekuistym.<end id="e1297175116730-1832045170"/></akap>


<akap>Oto z wielkiej, wielkiej oddali przenikał turkot kopyt końskich przytłumiony,
ledwie wyczuwalny uchem, jakby chciał się przybliżyć i milknąć.</akap>


<akap>Matowy dźwięk, jak kiedy turkot kół ścicha.</akap>
<separator_linia/>


<akap><begin id="b1297175169230-3257513060"/><motyw id="m1297175169230-3257513060">Kobieta, Spotkanie</motyw>Szelest jedwabnej sukni zbliżył się do mnie i subtelna, wytworna kobieca ręka
dotknęła się mego ramienia.</akap>


<akap>--- Proszę, proszę --- chodźmy tam pod kolumnę; przykro by mi było tu koło klęczników
mówić z panem o rzeczach, o których mam mu powiedzieć.<end id="e1297175169230-3257513060"/></akap>


<akap>Uroczyste obrazy dokoła wypłynęły w trzeźwej
jasności, światło nagle mi się
jawiło.</akap>


<akap>--- Nie wiem wcale, jak mam Panu dziękować, mistrzu Pernath, że Pan był łaskaw na
tak brzydką niepogodę zrobić dla mnie tak daleką drogę.</akap>


<akap>Szepnąłem parę banalnych wyrazów.</akap>


<akap>--- --- Ale nie znam innego miejsca, gdzie była bym pewniejsza od szpiegów i
niebezpieczeństwa, jak<pe><slowo_obce>jak</slowo_obce> --- dziś popr.: niż.</pe> tu. Tu do katedry na pewno nikt za nami nie chodził.</akap>


<akap>Wyjąłem list i wręczyłem go damie.</akap>


<akap>Była ona prawie jak zamaskowana, w kosztownym futrze --- ale już z dźwięku jej
głosu poznałem ją jako tę, która niegdyś pełna strachu uciekła przed
Wassertrumem do mego pokoju na Kogucim Zaułku. Nie byłem też bynajmniej
zdziwiony, gdyż tego właśnie oczekiwałem.</akap>


<akap>Oczy moje zawisły na jej twarzy, która w zmierzchu śród<pe><slowo_obce>śród</slowo_obce> --- dziś popr.: pośród.</pe> tej niszy muru zdawała
się jeszcze bledszą, niż to mogło być w rzeczywistości. Piękność jej była tak
zdumiewająca, żem powstrzymał oddech i stałem jak zaklęty. Najchętniej padłbym
jej do nóg i całowałbym jej stopy, dziękując, że to ona była, co wzywała mojej
pomocy; że ona mnie do tego wybrała.</akap>
<separator_linia/>


<akap>--- Niech pan zapomni, najserdeczniej błagam Pana --- przynajmniej dopóki tutaj
jesteśmy --- o sytuacji, w jakiej mnie Pan kiedyś widział --- mówiła z pewnym
zażenowaniem --- choć nie wiem nawet, co pan o takich sprawach myśli --- ---.</akap>


<akap>--- Stary już jestem, ale ani razu w życiu nie miałem tyle pychy, aby pozwolić
sobie być sędzią swoich bliźnich! --- oto jedyna rzecz, którą powiedziałem.</akap>


<akap>--- Dziękuję panu, mistrzu Pernath --- rzekła mi ciepło i szczerze. --- A teraz niech
pan słucha cierpliwie, czy pan nie mógłby mi w moich wątpliwościach dopomóc, albo
przynajmniej rady jakiej udzielić.</akap>


<akap>Czułem, jak ją dzika trwoga opanowuje. Głos jej drżał.</akap>


<akap>--- Wówczas --- --- w pracowni --- --- --- wówczas ze straszliwą świadomością błysła mi
pewność, że ten okropny ludożerca śledzi mnie nieustannie z rozmysłem. Już od
paru miesięcy zauważyłam, że gdziekolwiek pójdę --- czy to sama --- czy ze swoim
mężem --- --- czy --- --- czy z doktorem Savioli, zawsze bezecna, zbrodnicza twarz tego
tandeciarza gdzieśkolwiek krąży w moim pobliżu. We śnie czy na jawie
prześladują mnie jego zezowate oczy. Jeszcze nie masz<pe><slowo_obce>nie masz</slowo_obce> (daw.) --- nie ma (forma bezosobowa).</pe> żadnego znaku, który by
świadczył, co on zamyśla, ale tym bardziej dręczy mnie trwoga po nocy: kiedy
poczuję jego pętlę na szyi<pe><slowo_obce>tym bardziej dręczy mnie trwoga po nocy: kiedy
poczuję jego pętlę na szyi</slowo_obce> --- sens: tym bardziej obawiam się, że kiedyś on mnie zaatakuje.</pe>.</akap>


<akap><begin id="b1298902767452-2663915021"/><motyw id="m1298902767452-2663915021">Strach, Tajemnica</motyw>Początkowo doktor Savioli chciał mnie uspokoić, drwiąc, co w ogóle mógłby tam zrobić
taki nędzny tandeciarz<pe><slowo_obce>tandeciarz</slowo_obce> --- handlarz tandetą, tj. tanimi, byle jakimi towarami z drugiej ręki.</pe> jak Aron Wassertrum --- co najwyżej chodzi tu może o jakie
błahe wyciśnięcie pieniędzy lub coś podobnego. Uważałem jednak, że zawsze, gdy
zabrzmiało imię Wassertrum --- wargi jego stawały się prawie białe. Czuję, że doktor
Savioli ukrywa przede mną jakąś tajemnicę, aby mnie uspokoić --- coś
straszliwego, co albo on, albo ja mogę zapłacić życiem. ---<end id="e1298902767452-2663915021"/></akap>


<akap>I oto dowiedziałam się tajemnicy, którą on starannie chciał przede mną zasłonić:
że tandeciarz wielokrotnie nocą odwiedzał jego mieszkanie! --- Wiem o tym, czuję to każdą fibrą<pe><slowo_obce>fibra</slowo_obce> (daw., z łac.) --- włókno.</pe>
swego ciała: dzieje się coś, co powoli dokoła nas się zacieśnia, jak pierścienie
wężowe. --- Czego szuka ten morderca? Dlaczego doktor Savioli nie może go precz
wypędzić? Nie, nie! dłużej tak wytrzymać nie mogę: muszę coś uczynić! Co bądź,
zanim wpadnę w obłąkanie. ---</akap>


<akap>Chciałem jej powiedzieć kilka wyrazów na pocieszenie, ale ona aż do końca nie
dała mi dojść do słowa.</akap>


<akap><begin id="b1297175644592-3371856026"/><motyw id="m1297175644592-3371856026">Niebezpieczeństwo</motyw>--- A w ostatnich dniach ten upiór, co mi grozi zadławieniem, przybiera coraz
uchwytniejsze formy. Doktor Savioli zachorował --- nie mogę się z nim więcej
porozumieć --- nie mogę iść do niego, bo co chwila się lękam, że tajemnica naszej
miłości będzie odkrytą. Leży w gorączce --- i jedyna rzecz, jakiej się mogłam
dowiedzieć, jest ta, że w delirium<pe><slowo_obce>delirium</slowo_obce> --- stan zaburzenia świadomości, w którym występują halucynacje.</pe> czuje się ściganym przez okropne widmo, które
ma zajęczą wargę: to Aron Wassertrum.<end id="e1297175644592-3371856026"/></akap>


<akap>Wiem, jak doktor Savioli jest mężny; tym bardziej przerażająco --- czy pan może sobie
to wyobrazić? --- działa to na mnie, że go widzę całkiem złamanym, gdy mu grozi
jakieś niepojęte niebezpieczeństwo, które ja sama przeczuwam tylko jako ponure
zbliżanie się jakiegoś straszliwego anioła dusiciela.</akap>


<akap><begin id="b1297175679017-1892333264"/><motyw id="m1297175679017-1892333264">Miłość, Dziecko</motyw>Pan mi powie, że jestem tchórzliwa --- i dlaczego otwarcie się nie przyznam, że
kocham doktora Saviolego... Tak, odrzuciłam precz od siebie wszystko: bogactwa,
zaszczyty, reputację i tak dalej, ale --- krzyknęła tak mocno, że głos jej odbił
się echem w galeriach chórowych --- ale ja nie mogę. Ja mam dziecko, drogą,
jasnowłosą, małą dziewczynkę. Nie mogę przecie dziecka ustąpić! Czy pan myśli, że
mój mąż by mi je zostawił?<end id="e1297175679017-1892333264"/></akap>


<akap>Niech pan to weźmie, panie Pernath --- w półobłędzie rzuciła mi woreczek
wyhaftowany sznurami pereł i drogich kamieni. --- I niech pan to zaniesie temu zbrodniarzowi; wiem, on jest chciwy --- niechaj
zabiera wszystko, co mam, ale dziecko musi mi zostawić! --- Nie prawda, będzie
milczał? A więc powiedz mi pan na miłość Jezusa Chrystusa, powiedz mi Pan tylko
jedno słowo, że Pan mi pomoże!</akap>


<akap>Po długich trudach udało mi się opętaną kobietę uspokoić na tyle, że usiadła w
ławce.</akap>


<akap>Mówiłem do niej to, co mi chwila przyniosła. Pomieszane, związku pozbawione
zdania. ---</akap>


<akap>Myśli przy tym ścigały się wzajem w moim mózgu tak, że ledwie rozumiałem, co
mówiły moje usta --- pomysły fantastyczne, które rozwiewały się, zanim na świat
się rodziły.</akap>


<akap>Nieprzytomny prawie utkwiłem wzrok na jakiejś malowanej postaci mnicha w
sąsiedniej kaplicy. Mówiłem a mówiłem. Rysy posągu zmieniały się co chwila:
habit stał się wytartym do nici paltem o oklapłym wysokim kołnierzu, a razem<pe><slowo_obce>razem</slowo_obce> (daw.) --- jednocześnie.</pe>
wyłaniała się młodzieńcza twarz z wyżartą wargą --- i suchotniczymi<pe><slowo_obce>suchotniczy</slowo_obce> --- charakterystyczny dla suchotnika, tj. chorego na gruźlicę.</pe> plamami.
Zanim zdołałem ująć tę wizję, mnich na nowo stał się mnichem. Pulsy moje biły za
mocno.</akap>


<akap><begin id="b1297176418734-3056254029"/><motyw id="m1297176418734-3056254029">Siła</motyw>Nieszczęśliwa kobieta pochyliła się nad moją ręką --- i po cichu płakała.
Dałem jej coś z tej siły, jaką wyrobiłem w sobie wówczas, gdym czytał jej list ---
i na nowo czułem się teraz mocny --- i widziałem, jak ona powoli się tym napawała.<end id="e1297176418734-3056254029"/></akap>

<akap_dialog>--- Powiem panu, dlaczego ja właśnie do pana się zwróciłam, mistrzu Pernath ---
łagodnie rzekła znów po dłuższym milczeniu. --- Pan mi kiedyś powiedział parę słów
--- i tych słów nie zapomniałam nigdy, pomimo że wiele lat już minęło --- ---</akap_dialog>


<akap>Wiele lat! Ile? krew mi uderzyła do głowy.</akap>


<akap>--- --- Pan odjeżdżał --- pan się żegnał ze mną --- nie wiem już, dlaczego i po co ---
przecież byłam jeszcze dzieckiem --- i mówił Pan tak życzliwie, a jednak tak smutno: ,,Oby nigdy ta chwila nie nadeszła, ale jeżeli kiedy
zdarzy ci się w życiu, czego nie przeczuwasz, to wspomnij sobie o mnie. Może
pozwoli mi Pan Bóg, że ja to będę kiedyś tym, co ci da pomoc i ratunek".
Odwróciłam się i szybko rzuciłam piłkę do wodotrysku, aby Pan moich łez nie
zobaczył. A potem chciałam panu dać czerwone serce koralowe, które nosiłam na
szyi na jedwabnej wstążce, ale wstydziłam się, bo to byłoby tak śmieszne. --- ---</akap>


<akap><wyroznienie>Wspomnienie!</wyroznienie></akap>


<akap>Palce drętwego kurczu dotykały znów mego gardła. Błysk z jakiejś zapomnianej,
dalekiej krainy tęsknoty zajaśniał mi --- bezpośrednio i strasznie: mała
dziewczynka w białym ubraniu, a dokoła ciemna łąka parku zamkowego, otoczona
starymi wiązami. Wyraziście ujrzałem znowu to wszystko przed sobą.</akap>
<separator_linia/>
<separator_linia/>


<akap>Musiałem się zarumienić; zauważyłem to z pośpiechu, z jakim ona mówiła dalej: </akap>

<akap_dialog>--- Ja wiem, że pańskie słowa wówczas odpowiadały nastrojowi pożegnania, ale ich pamięć
często była moją pociechą --- i dziękuję Panu za nie.</akap_dialog>


<akap>Ze wszystkiej siły ścisnąłem zęby --- i wyjący ból, co mnie szarpał, wygnałem z
powrotem z piersi.</akap>


<akap><begin id="b1318426166318-3899322605"/><motyw id="m1318426166318-3899322605">Miłość niespełniona, Szaleństwo</motyw>Zrozumiałem: dobrotliwa była to ręka, która zasunęła rygle przed moją pamięcią.
Jasno teraz wyczytałem w swej świadomości: Miłość, zbyt silna dla mego serca, na
lata przegryzła moje myślenie, a noc obłąkania stała się balsamem dla mego
ranionego ducha.<end id="e1318426166318-3899322605"/></akap>


<akap>Pomału zapadł nade mną spokój obumierania i ochładzał łzy na mych powiekach.
Odgłos dzwonu poważnie i dumnie zagrzmiał po katedrze --- i z radosnym uśmiechem
mogłem spoglądać w oczy tej, co tu przyszła szukać u mnie pomocy.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Znów słychać było głuchy turkot kół i tętent kopyt końskich.</akap>
<separator_linia/>


<akap>W nocnym, błękitnawym połysku śnieżnych ulic zeszedłem w dół do miasta.</akap>


<akap>Latarnie przyglądały mi się migotliwym okiem, a z zestromiałych gór --- z jodeł ---
płynęły szepty o błyskotkach i srebrnych orzechach i o nadchodzącym Bożym
Narodzeniu.</akap>


<akap>Na placu ratuszowym pod figurą Matki Boskiej przy blasku świec stare żebraczki w
szarych chustach na głowie mruczały swój różaniec do Marii Panny.</akap>


<akap><begin id="b1297179774569-102153137"/><motyw id="m1297179774569-102153137">Teatr</motyw>Przed ciemnym wejściem do żydowskiego miasta sterczały budy jarmarczne na Boże
Narodzenie. W samym środku --- opięta czerwonym płótnem jaskrawo się uwydatniała,
oświetlona bujającymi lampionami --- otwarta scena teatru kukiełek.</akap>


<akap><begin id="b1297251080669-3422981445"/><motyw id="m1297251080669-3422981445">Lalka</motyw>Poliszynel<pe><slowo_obce>Poliszynel</slowo_obce> --- (wł. <slowo_obce>Pulcinella</slowo_obce>, czyli kogucik), postać z komedii <slowo_obce>dell'arte</slowo_obce>, zwykle występująca z kogucim piórem, charakteryzująca się złośliwością, nieuprzejmością i egoizmem.</pe> Zwaka w purpurze i fioletach, z biczem w ręce, a na biczu na sznurku
trupia głowa --- pędził, kłapiąc, na drewnianej szkapie po deskach.<end id="e1297251080669-3422981445"/></akap>


<akap>Szeregami ściśle koło siebie stłoczeni stali malcy --- chłopcy i dziewczęta --- w
czapeczkach futrzanych, mocno na uszy naciśniętych --- z otwartą buzią --- i jak
oczarowani słuchali wierszy poety praskiego Oskara Wienera<pe><slowo_obce>Oskar Wiener</slowo_obce> --- poeta praski, aktywny na początku XX w.</pe>, które mój przyjaciel
Zwak wymawiał ukryty w parawanie.<end id="e1297179774569-102153137"/></akap>





<poezja_cyt><strofa>Na samym czele szedł Pajac,/
Chłop chudy niby wierszopis:/
Jaskrawe nosił łachmany/
Chwiał się i gębę wykrzywiał.</strofa></poezja_cyt>



<separator_linia/>

<akap>Skręciłem w zaułek, który czarno i węgłowato wsuwał się w plac. Gęsto, głowa
przy głowie, milcząco stał tłum ludzi --- w mroku --- przed jakimś ogłoszeniem.</akap>


<akap>Ktoś zapalił zapałkę --- i ułamkowo mogłem odczytać kilka wierszy. W odrętwieniu zmysłów świadomość moja była zdolna
pochwycić parę słów.</akap>





<dlugi_cytat><akap><wyroznienie>Zaginiony!</wyroznienie></akap>
<akap>1000 florenów<pe><slowo_obce>floren</slowo_obce> --- złota moneta z Florencji, często naśladowana przez mennice innych krajów.</pe> nagrody.</akap>
<akap>Starszy Pan......czarno ubrany.</akap>
<akap>........Rysopis...</akap>
<akap>..... twarz mięsista, gładko wygolona...</akap>
<akap>..... Barwa włosów: biała...</akap>
<akap>... Dyrekcja policji... Pokój nr....</akap></dlugi_cytat>






<akap>Pozbawiony pragnień współudziału w czymkolwiek, żywy trup --- szedłem powoli w
głąb --- w ciemne szeregi domów.</akap>


<akap>Garść drobnych gwiazdek migotała na wąskiej, ciemnej drodze niebios nad
wierzchołkami kamienic.</akap>


<akap>Pełne upojenia myśli moje bujały, płynąc z powrotem ku
katedrze --- a cisza mojej duszy stawała się wciąż uroczystsza i głębsza, gdy oto
dotarł do mnie z placu poprzez zimowe powietrze donośny i wyraźny jakby tuż
koło mego ucha brzmiący --- głos jasełkarza<pe><slowo_obce>jasełkarz</slowo_obce> --- lalkarz.</pe>.</akap>





<poezja_cyt><strofa>Gdzie serce z czerwonego kamienia?/
Wisiało na sznurku jedwabnym/
I błyszczało w jutrzni porannej! --- --- ---</strofa></poezja_cyt>




<separator_linia/>
<naglowek_rozdzial>Strach</naglowek_rozdzial>



<akap>Długo w noc niespokojnie krążyłem po pokoju i w mózgu trawiłem różne myśli, jak
to ja mógłbym jej dopomóc.</akap>


<akap>Nieraz byłem już bliski postanowienia, aby zejść na dół do Szemajaha Hillela,
opowiedzieć mu, co mi powierzono i prosić go o radę. Ale za każdym razem
odrzuciłem precz tą decyzję.</akap>


<akap>Stał on w duchu przede mną tak wysoko, że mi świętokradztwem się zdawało
zaprzątać<pe><slowo_obce>zaprzątać</slowo_obce> --- zajmować kogoś jakimiś sprawami.</pe> go rzeczami, które dotyczą życia zewnętrznego; po czym znów przyszły
chwile, gdy mnie opadły palące wątpliwości, czy ja rzeczywiście przeżyłem
wszystko, co trwało jeno<pe><slowo_obce>jeno</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> krótki czas, a jednak zdało się przybladłym --- w
porównaniu z huraganowym potokiem przeżyć dnia ubiegłego.</akap>


<akap><begin id="b1297178319624-3406424056"/><motyw id="m1297178319624-3406424056">Pamięć</motyw>Czym nie śnił? Czyż ja, człowiek, któremu się zdarzyła rzecz niesłychana, że
zapomniał swej przeszłości --- czyż ja na jedną chwilę mogłem uznać za pewność ---
to, ku czemu jako jedyny świadek wspomnienie moje wyciągało rękę? ---<end id="e1297178319624-3406424056"/></akap>


<akap>Oko moje padło na świecę Hillela; wciąż leżała na krześle. Dzięki Bogu
przynajmniej jedna rzecz jest pewną: byłem z nim w osobistym zetknięciu.</akap>


<akap>Czyż nie powinienem bez namysłu lecieć do niego, za kolana go obłapić<pe><slowo_obce>za kolana go obłapić</slowo_obce> --- obejmowanie pod kolana było gestem błagania i zarazem uznania czyjejś wyższości.</pe> i jak
człowiek człowiekowi żale mu swe wypowiedzieć, że jakiś niewymowny ból pożerał
moje serce.</akap>


<akap>Już ręką trzymałem za klamkę, ale znów ją cofnąłem. Domyślam się, co by z tego
wynikło. Hillel łagodnie przeciągnąłby spojrzeniem moje oczy i --- --- --- Nie, nie!
tylko tego nie chcę. Nie miałem prawa szukać ulgi. Ona zaufała mnie i mojej pomocy, a gdyby nawet
niebezpieczeństwo, w jakim się czuła, chwilami nawet zdawać się mogło drobne i
nikłe --- to jednak ona je odczuwała na pewno jako olbrzymie.</akap>


<akap>Hillela prosić o radę --- miałem czas jutro; zmuszałem się myśleć chłodno i
trzeźwo.</akap>


<akap>Teraz --- w połowie nocy go niepokoić --- nie, to rzecz niewłaściwa. Tylko obłąkany
tak by postąpił.</akap>


<akap><begin id="b1297179886498-1638643769"/><motyw id="m1297179886498-1638643769">Światło</motyw>Chciałem zapalić lampę, ale dałem pokój. Światło księżyca z zaśnieżonych dachów
spływało do mej izby i dawało mi więcej jasności, niż potrzebowałem. Lękałem się,
że noc mogłaby mi się wydać dłuższą, gdybym zapalił lampę.<end id="e1297179886498-1638643769"/></akap>


<akap>Tyle beznadziejności było w moich myślach, że nie palę rzekomo lampy dlatego
tylko, aby doczekać się świtu! Ale lekka trwoga szeptała mi, że ranek tym
sposobem cofa się w dal niepochwytną.</akap>


<akap>Zbliżyłem się do okna; jak widmowy, w powietrzu bujający cmentarz unosiły się
bezładnie rozmieszczone szeregi szczytów kamienicznych tam w górze: niby głazy
mogilne z zatartą cyfrą lat, zawisły te ,,siedziby", w których gryzły się
rojowiska piekieł i ścieżek pokolenia żywych.</akap>


<akap>Długo tak stałem i spoglądałem w górę, aż w końcu miękko, zupełnie miękko
zacząłem się dziwić, dlaczego się nie przerażam, gdy odgłos powstrzymywanych
kroków przenika do mego ucha wyraźnie poprzez ściany.</akap>


<akap>Nasłuchuję: nie ma wątpliwości, znów jakiś człowiek tam stąpa. Krótkie
skrzypienie desek zdradza, gdzie jego trzewik, zwlekając, dotknie podłogi.
Od razu wróciłem do przytomności. Po prostu znalazłem siebie, tak się wszystko
zjednoczyło we mnie pod naciskiem woli nasłuchiwania. Każde wrażenie czasu zlewało się w
teraźniejszość.</akap>


<akap>Jeszcze gwałtowne trzeszczenie, które się przeraziło samo siebie i gwałtownie
się przerwało.</akap>


<akap>Nieruchomy stałem, przycisnąwszy ucho do ściany, z groźnym uczuciem w gardle, że
wewnątrz tam ktoś stoi właśnie tak, jak ja --- i czyni to samo.</akap>


<akap>Nasłuchuję a nasłuchuję:</akap>


<akap>Nic!</akap>


<akap>Pracownia w sąsiedztwie wydawała się jak zamarła.</akap>


<akap>W najgłębszej ciszy --- na palcach nóg zakradłem się na krzesło przy moim łóżku,
wziąłem świecę Hillela i zapaliłem.</akap>


<akap>Wtedy przekonałem się: żelazne drzwi spichrzowe na zewnątrz na ganku, prowadzące
do pracowni Saviolego, można było otworzyć tylko z wewnątrz. --- --- ---</akap>


<akap>Na chybił-trafił pochwyciłem kawał hakowatego drutu, który leżał śród<pe><slowo_obce>śród</slowo_obce> --- dziś popr.: pośród.</pe> moich
narzędzi do rytowania. Takie zamki łatwo się otwierają.</akap>
<separator_linia/>




<akap>I co by się potem stać mogło?</akap>


<akap>Mógł to być, jak przypuszczam, tylko Aron Wassertrum, który w pobliżu szpiegował
--- zapewne szperał w szafkach, aby dostać w ręce nową broń i dowody.</akap>


<akap>Czy to mi na co się przyda, gdy tam wejdę?
Nie namyślałem się długo: trzeba działać, a nie namyślać się. Aby się tylko
skończyło to straszne oczekiwanie jutra!</akap>


<akap>I stałem już koło żelaznych drzwi na podłodze, nacisnąłem je, wyciągnąłem hak z
zamku i nadsłuchiwałem. Rzeczywiście: wewnątrz w pracowni szmer, jak gdyby ktoś
wysuwał szufladę.</akap>


<akap>W następnej chwili rygiel odskoczył.</akap>


<akap><begin id="b1297179723295-420849284"/><motyw id="m1297179723295-420849284">Spotkanie</motyw>Mogłem obejrzeć pokój, chociaż było prawie ciemno i świeca tylko mnie
oślepiała; ujrzałem, jak ktoś w długim czarnym palcie nagle odskoczył przerażony od biurka --- wahając
się przez sekundę, dokąd uciekać --- wykonał ruch, jakby chciał się na mnie
rzucić, zerwał po chwili kapelusz z głowy i szczelnie zakrył nim twarz.</akap>


<akap>--- Czego pan tutaj szuka? --- chciałem krzyczeć, lecz człowiek ten uprzedził mnie:</akap>
<akap>--- Pernath! to pan? Na miłość Boską! Zgaś pan światło --- Głos wydawał mi się
znajomy, lecz w żadnym wypadku nie należał do kramarza Wassertruma.</akap>


<akap>Automatycznie zdmuchnąłem świecę. W pokoju był półmrok --- słabo rozświetlony
tylko błyszczącą parą, wciskającą się przez zagłębienia okienne i musiałem oczy
dobrze wytężyć, zanim udało mi się w wynędzniałej, przelęknionej twarzy, która
wynurzyła się nagle ponad paltem, poznać rysy studenta Charouska.</akap>


<akap>,,Mnich!" cisnęło mi się na usta i poznałem od razu wizję, którą widziałem wczoraj
w katedrze.</akap>


<akap>Charousek! To był człowiek, z którym miałem rozmawiać! Słyszałem znowu jego
słowa, które wypowiadał wtedy podczas deszczu w bramie: ,,Aron Wassertrum
przekonał się, że można kłuć poprzez mury zatrutą niewidzialną igłą".<end id="e1297179723295-420849284"/></akap>


<akap>Właśnie w dniu, w którym chciał ująć za kark doktora Saviolego.</akap>


<akap>Czyżbym miał w Charousku wspólnika? Czy on wiedział, co się teraz stało? Jego
obecność tutaj o tak niezwykłej porze prawie stwierdzała to, lecz lękałem się
wprost go o to zapytać. Pośpieszył do okna i zza firanki śledził ulicę.</akap>


<akap>Zrozumiałem: obawiał się, czy Wassertrum nie spostrzegł światła mojej świecy.</akap>
<akap>--- Pan myśli zapewne, że jestem złodziejem, który nocą grabi po cudzych
mieszkaniach, mistrzu Pernath? --- zaczął po długim milczeniu, niepewnym głosem
--- lecz przysięgam panu --- ---.</akap>


<akap>Przerwałem mu natychmiast mowę i uspokoiłem go szczerze. I aby mu okazać, że o
nim nic złego nie myślę, lecz uważam go raczej za wspólnika, opowiedziałem mu z
małymi opuszczeniami to, co uważałem za konieczne, i co miało związek z
pracownią. Dodałem nadto:</akap>

<akap>--- Obawiam się, że pewna bliska mi kobieta jest w
niebezpieczeństwie i w nieprzewidziany sposób może stać się ofiarą złych
zamiarów tandeciarza.</akap>

<akap>Po uprzejmym sposobie, w jaki się przysłuchiwał, nie
przerywając pytaniami, domyśliłem się, że jeżeli nie szczegóły, to przynajmniej
ogólna treść sprawy jest mu znana.</akap>

<akap>--- Zgoda --- powiedział, gdy skończyłem.</akap>


<akap>--- Nie myliłem się jednakże! Łotr chce schwycić Saviolego za gardło, ale widocznie
ma jeszcze przy sobie za mało materiału. Gdyby nie to, po cóż by on się tutaj
kręcił!</akap>


<akap>A mianowicie szedłem wczoraj, powiedzmy: przypadkowo, przez Koguci Zaułek ---
objaśnił, spostrzegłszy moją pytającą minę ---  wtem wpadło mi w oczy, że
Wassertrum, z początku długo zapewne niezdecydowany, wałęsał się wciąż przed
bramą, lecz potem, gdy się przekonał, że nikt go nie śledzi, skręcił szybko do
domu. Szedłem wciąż za nim, udawałem, jak gdybym go chciał odwiedzić, to znaczy
zapukałem do niego i zaskoczyłem go właśnie, gdy wewnątrz majstrował kluczem
przy żelaznych drzwiach w podłodze.</akap>


<akap>Naturalnie zaniechał tego natychmiast, gdy tylko wszedłem, i także upozorował,
że stuka do pana. Zdaje się, że właśnie pana w domu nie było, gdyż nikt nie
otwierał.</akap>


<akap>Skoro potem ostrożnie wypytywałem w żydowskiej dzielnicy, dowiedziałem się, że
ktoś --- podług opisu mógł to być tylko doktor Savioli --- zajmuje tutaj potajemnie
uboczne mieszkanie. Lecz ponieważ doktor Savioli leży często chory, reszty
domyśliłem się sam. Widzi pan: wyłowiłem to z szuflad, aby uprzedzić Wassertruma w każdym wypadku --- zakończył Charousek i wskazał paczkę
listów, leżącą na biurku. --- To wszystkie papiery, jakie mogłem znaleźć.
Przypuszczam, że nic więcej nie zostało. Tak dobrze mi to szło w ciemności, że
wypróżniłem przynajmniej wszystkie skrzynie i szafy.</akap>


<akap>W ciągu tego opowiadania przyglądałem się bacznie<pe><slowo_obce>bacznie</slowo_obce> --- uważnie.</pe> pokojowi i mimo woli wzrok mój
zatrzymał się na skrytych drzwiach w podłodze. Zamyśliłem się przy tym, gdyż Zwak
mi kiedyś opowiadał, że do pracowni prowadzi z dołu jakieś skryte wyjście. Była
to czworokątna płyta z kółkiem do podnoszenia. </akap>

<akap>--- Gdzie mamy schować te listy? ---
rozpoczął znowu Charousek. Pan, panie Pernath, i ja jesteśmy jedyni w całym
Getcie, którzy bez złej myśli uprzedzamy działanie Wassertruma... Dlaczego
właśnie ja, to ma swoje specjalnie znaczenie. (Widziałem, jak jego rysy
wykrzywiły się w dzikiej nienawiści, gdy rozgryzał to ostatnie zdanie --- ) A
pana on uważa za --- <begin id="b1297251258598-2575302709"/><motyw id="m1297251258598-2575302709">Radość</motyw>Charousek stłumił ostatnie słowo ,,wariata" prędkim,
sztucznym kaszlem, lecz domyśliłem się, co chciał powiedzieć. Nie sprawiło mi to
przykrości: Uczucie, że mogę ,,jej" pomóc wywołało we mnie taką radość, że
wszystką wrażliwość<pe><slowo_obce>wrażliwość</slowo_obce> --- tu raczej: drażliwość.</pe> moją zatarła. ---<end id="e1297251258598-2575302709"/></akap>


<akap>W końcu zrobiliśmy postanowienie<pe><slowo_obce>zrobiliśmy postanowienie</slowo_obce> --- dziś popr.: postanowiliśmy.</pe> ukryć paczkę u mnie i poszliśmy do mego
pokoju.</akap>



<separator_linia/>

<akap>Charousek wyszedł już dawno, lecz ja wciąż nie mogłem się zdecydować iść do
łóżka. Jakieś wewnętrzne niezadowolenie gryzło mnie i powstrzymywało od tego;
czułem, że miałem jeszcze coś do wykonania; Ale co? co?</akap>


<akap>Nakreślić plan dla studenta, co czynić potem? Było to niepodobieństwem. Tak czy
owak, Charousek nie schodzi z oczu tandeciarza, to nie ulegało najmniejszej
wątpliwości. Wzdrygnąłem się, pomyślawszy o nienawiści przezierającej ze słów
Charouska. Cóż mu uczynić mógł Wassertrum? Dziwny niepokój wewnętrzny wzrastał we mnie i doprowadzał mnie do rozpaczy. Było
to coś niewidzialnego, coś grobowego, lecz nie rozumiałem, co to jest. Czułem się
jak szkapa, którą tresują, która czuje szarpnięcie wędzidła, lecz nie wie, jaką
sztukę ma wykonać, nie rozumiejąc woli swego pana. Może zejść na dół do Szemajaha
Hillela? Każda fibra<pe><slowo_obce>fibra</slowo_obce> (daw., z łac.) --- włókno.</pe> mówiła mi: nie! Wizja mnicha w katedrze, z którego ramion
wynurzała się wczoraj głowa Charouska jako odpowiedź na niemą prośbę o radę,
dała mi wskazówkę, aby nie lekceważyć bezwzględnie przeczuć utajonych. Tajemnicze
siły kiełkowały we mnie od dłuższego czasu, było to pewne: okazały się one zbyt
potężne, jeżeli tylko spróbowałem się im oprzeć. Pojąłem, że wyczuwać można
litery nie tylko oczyma, czytając je w książce; --- wywołać w sobie samym
tłumacza, który by objaśniał, co bez słów szepczą instynkty: że to jest
właśnie klucz porozumienia ze swą duszą za pomocą przejrzystej mowy
nadcielesnej. ,,Macie oczy, a nie widzicie; macie uszy, a nie słyszycie"<pe><slowo_obce>macie oczy, a nie widzicie; macie uszy, a nie słyszycie</slowo_obce> --- Mk 8, 18.</pe> --- wpadł
mi do głowy, niby wyjaśnienie, wyjątek z Pisma.</akap>


<akap>,,Klucz, klucz, klucz" --- zauważyłem nagle, że wargi moje powtarzają to
mechanicznie, podczas gdy duch igraszkę sobie robił we mnie z tymi szczególnymi
pojęciami. ,,Klucz, klucz" --- ---?</akap>


<akap>Wzrok mój padł na zgięty drut trzymany w ręce, który mi służył do otwierania
drzwi od spichrza i ogarnęła mnie niezwalczona ciekawość, dokąd mogły prowadzić
czworokątne ukryte drzwi pracowni. --- Nie namyślając się, wszedłem jeszcze raz do
pracowni Saviolego i ciągnąłem kółko od drzwi tak długo, aż w końcu udało mi się
płytę podnieść.</akap>


<akap>Z początku nic, tylko ciemność. Zszedłem na dół. Chwilę dotykałem rękami wzdłuż
ściany, lecz nie można było się domyśleć, kiedy to się skończy. Framugi<pe><slowo_obce>framuga</slowo_obce> --- miejsce, w którym osadza się okno lub drzwi.</pe> wilgotne
od pleśni i próchna, zakręty; rogi i kąty --- spadziste przejścia na lewo i na
prawo, resztki starych drzwi drewnianych, rozgałęzienia dróg i potem znów stopnie,
stopnie w górę i na dół. Wszędzie mdły, duszący zapach pleśniowego grzyba i
wilgotnej ziemi. I nigdzie ani promyka światła. --- Gdybym choć zabrał ze sobą
świecę Hillela! W końcu płaska, równa droga. Ze skrzypienia pod nogami doszedłem
do wniosku, że stąpam po suchym piasku. <begin id="b1297251393001-3828734787"/><motyw id="m1297251393001-3828734787">Ciemność</motyw>Mogło to być jedno z tych niezliczonych
przejść, które bezcelowo pod Gettem prowadziły do rzeki. Nie zdziwiłem się: pół
miasta stoi od niepamiętnych czasów na takich podziemnych przejściach, a
mieszkańcy Pragi mieli widać niejeden ważny powód, aby unikać światła dziennego.<end id="e1297251393001-3828734787"/>
Brak jakiegokolwiek szmeru nad głową mówił mi, że znajduję się wciąż w okolicach
dzielnicy żydowskiej, która w nocy jest jakby wymarłą --- chociaż wędrowałem już
tak zda się całą wieczność. Ożywione ulice i place zdradzałyby się nade mną
odległym turkotem wozów. <begin id="b1297251434411-103467552"/><motyw id="m1297251434411-103467552">Strach</motyw>Przez sekundę ogarnęła mnie trwoga: co będzie, gdy
zabłądzę?! Wpadnę w dół, poranię się, złamię nogę i nie będę mógł iść dalej? Co
się wtedy stanie z jej listami w moim pokoju? Musiałyby niezawodnie wpaść w ręce
Wassertruma.<end id="e1297251434411-103467552"/> Myśl o Szemajahu Hillelu, z którym niejasno łączyłem pojęcie
pomocnika i kierownika, uspokoiła mnie mimo woli. Ostrożnie szedłem coraz wolniej,
badawczym krokiem i trzymałem ręce w górze, aby nie uderzyć się niespodzianie w
głowę, gdyż korytarz robił się coraz niższy. Od czasu do czasu coraz częściej
uderzałem ręką w sufit, aż w końcu kamienie tak znacznie<pe><slowo_obce>znacznie</slowo_obce> --- bardzo.</pe> wystawały, że aby
przejść, musiałem się pochylać! <begin id="b1297251471375-3558504812"/><motyw id="m1297251471375-3558504812">Światło</motyw>Nagle, podniósłszy rękę, natrafiłem na pustą
przestrzeń. Stanąłem i zdrętwiałem. Zdawało mi się, że z sufitu pada słaby,
zaledwie dostrzegalny promień światła. Czyżby dochodził dotąd szyb z jakiejś
piwnicy?<end id="e1297251471375-3558504812"/></akap>




<akap>Udałem się w tym kierunku, obmacywałem obojgiem rąk dokoła siebie: na wysokości
głowy otwór był czworokątny i obmurowany. Powoli mogłem rozróżnić w nim, jako zamknięcie, ciemne zarysy poziomego krzyża, a w końcu
udało mi się pochwycić za jego ramiona, podciągnąć się w górę i przecisnąć się
przez jego szczyty. Stanąłem teraz na krzyżu i zacząłem się orientować.
Widocznie kończyły się tu resztki żelaznych, krętych schodów,
o ile mnie czucie moich palców nie myliło. Długo, bardzo długo musiałem szukać,
zanim znalazłem drugi stopień, po czym wdrapywałem się dalej. Wszystkiego było
ośm<pe><slowo_obce>ośm</slowo_obce> --- dziś popr.: osiem.</pe> stopni. Każdy z nich prawie na wysokość człowieka nad poprzednim. Dziwne
schody kończyły się pewnego rodzaju poziomą płaszczyzną, co migotała od
regularnych, krzyżujących się linii świetlnych, które zauważyłem jeszcze na dole
w korytarzu. Schyliłem się, jak tylko mogłem najbardziej, aby móc z trochę
większej odległości lepiej odróżnić, jak idą te linie i spostrzegłem ku memu
zdziwieniu, że tworzą one tutaj kształt prawidłowego sześciokąta, jak to ma
miejsce na Synagogach<pe><slowo_obce>synagoga</slowo_obce> --- żydowski dom modlitw, niekiedy również siedziba instytucji takich jak sąd rabinacki.</pe>.</akap>


<akap>Co by to mogło być? Nagle odgadłem. Były to drzwi spuszczane, dające światłu
przejście przez szpary! Drzwi spuszczane z drewna w kształcie gwiazdy. Oparłem
się plecami o płytę, nacisnąłem ją, a w chwili następnej stanąłem w pokoju,
pełnym rażącego światła. Był on bardzo mały, zupełnie pusty z wyjątkiem kąta,
gdzie leżały liczne gałgany;
i miał tylko jedno jedyne, silnie zakratowane okno. Drzwi ani wejścia, z
wyjątkiem tego, z którego właśnie korzystałem, nie mogłem znaleźć, pomimo że
obszukiwałem mury bardzo dokładnie. Kraty w oknie były za gęste, abym mógł
między nimi przecisnąć głowę; tyle tylko zobaczyłem: pokój znajdował się mniej
więcej na wysokości trzeciego piętra, gdyż domy naprzeciwko miały tylko dwa
piętra i były znacznie niższe. Jeden brzeg ulicy na dole był mało widzialny,
lecz wskutek oślepiających promieni księżyca, który świecił mi prosto w oczy,
był pogrążony w głębokim cieniu, co mi ułatwiło rozróżnianie szczegółów. Ulica musiała na pewno należeć do dzielnicy żydowskiej, gdyż
wszystkie okna były zamurowane, a tylko w Getcie zwracały się tak dziwnie ku
sobie. Na próżno z trudem starałem się poznać, co to może być za dziwny budynek,
w którym się znajdowałem. Może to jest opuszczona boczna wieżyczka greckiego
kościoła? A może należy do starej synagogi? Otoczenie nie zgadzało się z tymi
domysłami. Znowu rozejrzałem się po pokoju: nic, co by mi mogło objaśnić. Ściany
i sufit były gołe, wapno wzdłuż opadło, a dziury od gwoździ i same gwoździe
zdradzały, że pokój był kiedyś zamieszkany.</akap>


<akap><begin id="b1297251791560-2224010275"/><motyw id="m1297251791560-2224010275">Brud</motyw>Podłoga była pokryta kurzem na wysokość stopy<pe><slowo_obce>stopa</slowo_obce> --- dawna miara długości, nieco ponad 30 cm.</pe>, jak gdyby od dziesiątków lat
żadna żywa istota nie stąpała po niej. Brzydziłem się przeszukiwać kąt ze
śmieciami; były one w cieniu i nie mogłem rozróżnić, co by one zawierały.
Zewnętrznie wyglądało to jak zwinięty kłębek łachmanów, albo była to może para
starych ręcznych tobołków? <end id="e1297251791560-2224010275"/>Wcisnąłem tam nogę i udało mi się obcasem wyciągnąć
jakiś kawałek na światło, które rozlewał po pokoju księżyc. Wyglądało to jak
szeroka, ciemna, wolno rozwijająca się wstążka.</akap>


<akap>Punkt błyszczący jak oko!</akap>


<akap>Może guzik metalowy?</akap>


<akap>Powoli zacząłem pojmować: stary rękaw dziwnego, niemodnego kroju zwieszał się z
tłumoka.</akap>


<akap>I mała biała szkatułka czy coś podobnego, co leżało pod tą płachtą, znalazło się
koło mojej nogi i rozsypało się na mnóstwo drobnych ułamków.</akap>


<akap>Kopnąłem je lekko: jakiś karton błysnął w promieniach księżyca. Obraz?
Nachyliłem się: <wyroznienie>Pagad</wyroznienie><pe><slowo_obce>Pagad</slowo_obce> --- Żongler bądź Magik, pierwsza karta w talii tarota, w niniejszej powieści identyfikowana z Głupcem.</pe>?</akap>


<akap>To, co mi się wydawało białą szkatułką, było talią kart do taroka<pe><slowo_obce>tarok</slowo_obce> a. <slowo_obce>tarot</slowo_obce> --- dawna gra karciana bądź talia do niej, używana również do wróżenia.</pe>. Podniosłem ją.
Czy mogło być coś śmieszniejszego: talia kart --- tutaj --- w tym tajemniczym
miejscu?</akap>


<akap>Dziwne, że zmuszałem się do śmiechu. Lekkie uczucie zgrozy zakradło się we mnie.</akap>


<akap>Szukałem jakiegoś banalnego wyjaśnienia, w jaki sposób te karty mogły się tutaj
dostać i zarazem mechanicznie liczyłem talię. Była pełna: 78 sztuk. Ale już w
czasie liczenia zauważyłem coś szczególnego; karty były jak z lodu.</akap>


<akap>Wiało z nich zimno paraliżujące i gdy trzymałem zamkniętą paczkę w ręku, nie
mogłem jej już wypuścić: tak zdrętwiały mi palce. Znów chwyciłem się za trzeźwe
wyjaśnienie:</akap>


<akap>Oto przyczyny: moje lekkie ubranie, długa wędrówka bez płaszcza i kapelusza w
podziemnych przejściach, groźna noc zimowa, kamienne ściany, straszny mróz,
który wraz z księżycowym światłem przedostawał się przez okno: dosyć dziwne, że
dopiero teraz zacząłem marznąć!</akap>


<akap>Podniecenie, w jakim się znajdowałem cały czas, nie dawało mi tego odczuć!
Dreszcze jeden po drugim przechodziły mi po skórze. Stopniowo wciskały się
głębiej w moje ciało, coraz głębiej.<begin id="b1297251910467-2598593296"/><motyw id="m1297251910467-2598593296">Śmierć, Sen</motyw> Czułem, że mój szkielet lodowacieje i każda
pojedyncza kość wydawała się jak sztaba żelazna, do której przymarzło ciało.
Nie pomagało bieganie dokoła, stukanie nogami, ani uderzenie rękami. Ścisnąłem
zęby, żeby nie słyszeć ich szczękania. To śmierć kładzie ci zimne swe dłonie na
ramiona --- powiedziałem sobie. Broniłem się jak szalony od zmarznięcia przeciwko
odurzającemu snowi, który skrycie się zbliżał, aby mnie okryć swym płaszczem.<end id="e1297251910467-2598593296"/></akap>


<akap><begin id="b1297251891090-1091372275"/><motyw id="m1297251891090-1091372275">Obowiązek</motyw>,,Listy w moim pokoju --- jej listy!" --- wołało coś we mnie. --- ,,Znajdą je, jeśli ja umrę
tutaj. A ona liczy na mnie!"<end id="e1297251891090-1091372275"/></akap>


<akap>Jej ratunek spoczywa w moich rękach ---</akap>


<akap>--- Na pomoc, na pomoc, na pomoc! --- I przez okienne kraty krzyknąłem w pustą ulicę,
aż echo odpowiedziało: na pomoc, na pomoc, na pomoc!</akap>


<akap>Rzuciłem się na podłogę i znów skoczyłem na nogi. Ja nie mogę umrzeć, nie mogę! Dla niej, tylko dla niej! Nawet gdybym
musiał wykrzesać iskry z mych kości, aby się ogrzać. <begin id="b1297251993108-2459738234"/><motyw id="m1297251993108-2459738234">Strój</motyw>Nagle wzrok mój padł na
łachmany w kącie. Rzuciłem się na nie i wciągnąłem je trzęsącymi rękami na swoje
ubranie. Była to odzież zniszczona z grubego, ciemnego sukna o staromodnym,
dziwnym kroju.</akap>


<akap>Wydzielał się z niej zapach pleśni. Potem przykucnąłem w przeciwległym kącie i
czułem, że skóra moja powoli się rozgrzewa.<end id="e1297251993108-2459738234"/> Tylko uczucie osobliwego, lodowatego
szkieletu we mnie trwało dalej. Siedziałem nieruchomo, a oczy moje wędrowały
dokoła: karta, którą najpierw zobaczyłem --- Pagad --- wciąż jeszcze leżała pośrodku
pokoju, w promieniu światła. Musiałem nieruchomo wlepić w nią oczy. Wydawała
się, o ile mogłem odróżnić z oddalenia, namalowaną wodnymi farbami, niezręczną
dziecięcą ręką, i przedstawiała hebrajską literę Alef<pe><slowo_obce>przedstawiała hebrajską literę Alef</slowo_obce> --- symbolicznym kartom z talii tarota przypisywano kolejne litery hebrajskiego alfabetu.</pe> w postaci człowieka
odzianego po staro-frankońsku, z krótko ostrzyżoną na szpic brodą, z lewą ręką
podniesioną, gdy druga była w dół opuszczona.</akap>


<akap>Czy twarz tego człowieka nie ma dziwnego podobieństwa z moją? --- zaświtało mi
podejrzenie. Broda --- wcale to nieodpowiednie dla Pagada --- --- podpełzłem do karty
i rzuciłem ją w kąt do reszty gratów, żeby oswobodzić znużony wzrok.</akap>


<akap>Teraz tam leżała i błyszczała --- biało-szara, niejasna plama --- z ciemności.</akap>


<akap>Siłą zmusiłem się do myślenia, co mam począć, aby znów wrócić do swego
mieszkania. Czekać rana? Zawołać z okna na przechodzących, żeby mi za pomocą
drabiny dostarczyli świecy albo latarni? Miałem przygnębiającą pewność, że nigdy
mi się nie uda znaleźć bez światła nieskończonych, wciąż krzyżujących się
labiryntów podziemnych. Okno leży za wysoko: to może ktoś by mi z dachu sznur --- ---?</akap>


<akap>Boże Wielki! jak błyskawica mi zajaśniało --- teraz wiedziałem, gdzie jestem: to
pokój bez wejścia, z jednym tylko zakratowanym oknem --- starożytny dom na Staroszkolnej ulicy, od
którego każdy stroni<pe><slowo_obce>stronić od czegoś</slowo_obce> --- unikać czegoś.</pe>! Już raz przed wielu laty spuścił się człowiek na sznurze z
dachu, żeby spojrzeć w okno i sznur się zerwał --- Tak, byłem w domu, w którym za
każdym razem znikał upiorny Golem<pe><slowo_obce>golem</slowo_obce> --- w legendach żydowskich istota stworzona na podobieństwo człowieka, zazwyczaj z gliny, żywa lecz pozbawiona duszy i dlatego posłuszna poleceniom człowieka, który ją stworzył. Stworzenie golema wiązało się z powtórzeniem Boskiego procesu kreacji.</pe>.</akap>


<akap>Głęboka zgroza, przeciwko której daremnie się broniłem, której nie mogłem zmóc<pe><slowo_obce>zmóc
</slowo_obce> (daw.) --- pokonać, przewalczyć.</pe> wspomnieniem
o listach, paraliżowała każdą dalszą myśl i serce zaczęło odczuwać kurcz.
Spiesznie powiedziałem sobie zdrętwiałymi wargami, że to tylko wiatr, co zawiał
z kąta tak lodowato --- mówiłem to sobie wciąż prędzej a prędzej, przy czym oddech
mój po prostu świszczał. Nic to nie pomogło: tam z tamtej strony biaława plama ---
karta napęczniała do rozmiarów wydętej bryły sunęła brzegiem światła
księżycowego
i podpełzła na powrót w ciemność. Kapiące szmery na wpół urojone, na wpół
rzeczywiste --- w pokoju i wokoło mnie i jeszcze gdzieś --- głęboko w moim sercu, i
znowuż w środku pokoju dźwiękły, jak kiedy padnie cyrkiel i ostrzem utkwi w
drewnianej desce.</akap>


<akap><begin id="b1297252085995-1514469989"/><motyw id="m1297252085995-1514469989">Sobowtór</motyw>Wciąż: biaława plama --- --- --- biaława plama --- ---! To nędzna karta, głupia,
niedorzeczna karta do gry, krzyczałem w myśli --- --- --- daremnie --- teraz jednak ---
bądź co bądź --- przybrał postać --- Pagad --- teraz przykucnął w rogu i spogląda na
mnie moją <wyroznienie>własną twarzą</wyroznienie>!</akap>
<separator_linia/>


<akap>Godziny za godzinami siedziałem w kucki nieruchomo --- tam, w moim kącie,
zamarznięty szkielet w cudzych, spleśniałych sukniach<pe><slowo_obce>suknie</slowo_obce> (daw.) --- strój, ubiór.</pe>! I on po tamtej stronie: <wyroznienie>ja
sam</wyroznienie>! Niemy i nieruchomy.<end id="e1297252085995-1514469989"/></akap>


<akap>Tak spoglądaliśmy sobie w oczy --- jeden straszne, zwierciadlane odbicie drugiego.
--- --- --- ---</akap>


<akap>Czy on też widzi, jak promienie księżyca ślimaczo --- leniwie czołgają się po
podłodze, niby wskazówki niewidzialnego zegara w nieskończoności, wpełzają na ściany i stają się coraz płowsze<pe><slowo_obce>płowy</slowo_obce> --- żółto-szary.</pe> --- płowsze?</akap>


<akap><begin id="b1297252400311-2529400647"/><motyw id="m1297252400311-2529400647">Sobowtór, Walka</motyw>Zaczarowałem go mocno swoim wzrokiem i nic mu nie pomogło, że chciał się rozwiać
w zorzy porannej, która mu przyszła z pomocą --- przez okno.</akap>
<separator_linia/>
<akap>Trzymałem go mocno. Krok za krokiem walczyłem z nim o swe życie --- o życie, które
jest moim, bo już nie należy do mnie. --- --- --- --- I gdy on coraz bardziej malał i
przy szarym świcie ukrywał się i chował w swoją kartę: wstałem, poszedłem
naprzeciw niemu i włożyłem go do kieszeni --- tego Pagada!
<end id="e1297252400311-2529400647"/></akap><separator_linia/>


<akap>Ulica była wciąż pusta i bezludna. Przeszukałem kąt pokoju, który teraz był
oświetlany mdłym<pe><slowo_obce>mdły</slowo_obce> (daw.) --- słaby.</pe> światłem poranka: tu skorupy, tam zardzewiała patelnia,
spróchniałe strzępy, szyjka od butelki. Martwe przedmioty, a jednak tak dziwnie
znane. I także mury, gdy się uwydatniły ich rysy i szczeliny --- gdzie ja je
widziałem? Wziąłem do ręki talię kart; przeszło mi przez myśl, czy nie ja sam je
kiedyś malowałem. Będąc dzieckiem?</akap>


<akap>Przed dawnymi, dawnymi czasy?</akap>


<akap>Była to starodawna gra w taroka z hebrajskimi znakami --- --- Numer 12 musi być
Wisielec<pe><slowo_obce>wisielec</slowo_obce> --- karta tarota, przedstawiająca człowieka powieszonego głową do dołu, ze skrzyżowanymi nogami.</pe> --- przeszło mi przez myśl prawie jak wspomnienie. ---
Z głową pochyloną w bok? Ręce na plecach?</akap>


<akap>Przerzuciłem karty: tak, to był on!</akap>


<akap>Potem znów jako pół sen, pół rzeczywistość, wynurzył się przede mną obraz:
sczerniały dom szkolny pochylony, zapadający się, mroczna kuźnia czarownic,
lewe skrzydło domu podniesione, prawe zrośnięte z przybudówką. ---</akap>


<akap_dialog>--- --- --- Nas jest dużo: wyrostki --- chłopcy --- gdzieś ci tu jest opuszczona piwnica
--- --- --- --- ---</akap_dialog>


<akap>Potem spojrzałem na swe ciało i znów zdało mi się, że wpadłem w bredzenie:
staromodne ubranie było mi zupełnie obce. Chropowaty hałas taczki przestraszył mnie, ale gdy spojrzałem na dół, nie było tam żadnej ludzkiej duszy,
tylko pies od rzeźnika stał na kamieniu.</akap>


<akap>Na koniec. Głosy! ludzkie głosy! Dwie stare kobiety szły powoli ulicą,
przecisnąłem głowę do połowy przez kraty i zawołałem na nie. Otwarłszy usta,
wytrzeszczyły w górę oczy i jęły<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> się naradzać. Lecz gdy mnie zobaczyły, zaczęły
strasznie krzyczeć i uciekły. Domyśliłem się, że wzięły mnie za Golema. Czekałem,
aż powstanie zbiegowisko ludzi, którym mógłbym się dać poznać, lecz minęła
godzina i tylko od czasu do czasu spoglądała na mnie z dołu ostrożnie jaka
blada twarz, aby natychmiast w śmiertelnym strachu znów się ukryć. Czy miałem
czekać, aż po kilku godzinach, albo może dopiero jutro przyjdą policjanci ---
miejskie <wyroznienie>lamury</wyroznienie>, jak ich Zwak nazywał? Nie, wolę zbadać podziemne przejścia
nieco dalej w odwrotnym kierunku do tego, w jakim się tu dostałem. Może w ciągu
dnia wpadnie przez szpary w kamieniach jakikolwiek pobłysk światła?</akap>


<akap>Spuściłem się po drabinie, ruszyłem w tę samą drogę, którą wczoraj przeszedłem;
przez całe stosy pokruszonych cegieł i przez zapadnięte piwnice wdrapałem się
na rozwalone schody i nagle stanąłem w sieni <wyroznienie>czarnego budynku szkolnego</wyroznienie>, który
już poprzednio widziałem jak we śnie. W tej chwili uderzyła mnie fala wspomnień:
ławki opryskane od góry do dołu atramentem, kajety<pe><slowo_obce>kajet</slowo_obce> (daw., z fr.) --- zeszyt.</pe> rachunkowe, chłopiec, który
wpuścił do klasy chrabąszcza, szkolne książki ze zgniecionymi bułkami i zapach
skórek pomarańczowych. Teraz wiedziałem na pewno: kiedyś znajdowałem się tutaj,
będąc jeszcze pacholęciem<pe><slowo_obce>pacholę</slowo_obce> (daw.) --- dziecko, chłopiec.</pe>. --- Lecz nie namyślałem się długo nad tym i pośpieszyłem
do domu.</akap>


<akap>Pierwszy człowiek, który mnie spotkał na ulicy Saletrzanej, był to zarośnięty,
stary Żyd z białymi pejsami<pe><slowo_obce>pejsy</slowo_obce> --- element fryzury ortodoksyjnego Żyda: pasmo włosów zwieszające się przed uszami.</pe>. Zaledwie mnie spostrzegł, zakrył twarz rękoma i
zawył głośno hebrajską modlitwę. Na krzyk ten musiało prawdopodobnie dużo ludzi wybiec ze swoich kryjówek, gdyż poza mną
powstał zgiełk nieopisany. Odwróciłem się i ujrzałem rojną armię śmiertelnie
bladych, przerażonych twarzy, która szła moim śladem.</akap>


<akap><begin id="b1297252825688-3811555190"/><motyw id="m1297252825688-3811555190">Strój, Strach, Tłum</motyw>Zdumiony spojrzałem na siebie i zrozumiałem: nosiłem wciąż osobliwą szatę
średniowieczną, którą osłoniłem swój kostium i ludzie sądzili, że widzą przed
sobą Golema. Prędko pobiegłem za róg do bramy i zerwałem ze siebie spleśniały
łachman. Równocześnie obok mnie przebiegł tłum, wymachując laskami i wrzeszcząc
oślinionymi usty<pe><slowo_obce>usty</slowo_obce> --- dziś popr. forma N. lm: ustami.</pe>.<end id="e1297252825688-3811555190"/></akap>





<naglowek_rozdzial>Światło</naglowek_rozdzial>



<akap>Kilka razy w ciągu dnia stukałem do drzwi Hillela. Nie dawało mi to spokoju.
Musiałem z nim mówić i zapytać, co znaczą wszystkie te dziwne przygody; lecz nie
było go ani razu w domu. Córka jego miała mnie zawiadomić natychmiast, gdy
ojciec powróci z żydowskiego ratusza. <begin id="b1297252923073-912832029"/><motyw id="m1297252923073-912832029">Piękno</motyw>Szczególna zresztą dziewczyna ta Miriam.
Typ, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem. Piękność tak niezwykła, że w pierwszej
chwili nie można jej uchwycić, piękność, która oniemia, gdy się na nią spojrzy,
i budzi niewyjaśnione uczucie czegoś, jak ciche zwątpienie o sobie. Twarz jej
jest ukształtowaną podług zasad proporcji, które już od wieków zanikły; takem ją
sobie określił, gdym ją znów spostrzegł w duchu przed sobą. <end id="e1297252923073-912832029"/>I namyślałem się,
jaki kamień szlachetny musiałbym wybrać, aby ją w gemmie<pe><slowo_obce>gemma</slowo_obce> --- kamień półszlachetny lub szlachetny o owalnym kształcie, ozdobiony reliefem.</pe> utrwalić i przy tym
zachować wyraz artystyczny, choćby tylko co do strony zewnętrznej: granatowoczarny połysk włosów i oczu, który przewyższał wszystko, cokolwiek tylko
widziałem. Jak należałoby tę nieziemską szczupłość oblicza zaczarować w gemmie,
stosownie do wymagania zmysłów i wizyjności, aby nie wpaść w owo tępe
odtwarzanie podobieństwa podług prawideł<pe><slowo_obce>prawidła</slowo_obce> --- zasady.</pe> estetyki banalności. Tylko sposobem
mozaiki można rozwiązać te zadanie: zrozumiałem to jasno.</akap>


<akap>Jaki jednakże wybrać materiał? Życie całe przystałoby<pe><slowo_obce>przystoi</slowo_obce> --- należy, wypada.</pe> szukać wzajemnej
odpowiedniości. Lecz gdzie się podziewa Hillel? Tęskniłem za nim jak za drogim,
starym przyjacielem. Rzecz zdumiewająca, jak w ciągu tych kilku dni wrósł mi on
w serce, chociaż ściśle biorąc rozmawiałem z nim tylko jeden jedyny raz w życiu.</akap>


<akap>Ale prawda, listy --- <wyroznienie>jej</wyroznienie> listy chciałem lepiej ukryć, dla własnego spokoju,
gdybym kiedy na dłuższą chwilę wyszedł z domu. Wyjąłem je ze skrzyni, w kasetce
będą pewniej schowane. Spośród listów wyślizgnęła się jakaś fotografia,
chciałem nie spojrzeć na nią, lecz było już za późno.
Złotogłów<pe><slowo_obce>złotogłów</slowo_obce> --- droga tkanina z jedwabiu i złotych nici.</pe> zarzucony na nagie ramiona --- zabłysła mi w oczach --- tak jak <wyroznienie>,,ją"</wyroznienie>
widziałem po raz pierwszy, gdy uciekła z pracowni Saviolego do mego pokoju. Ból
uczułem obłędny. Nie pojmując słów, przeczytałem pod fotografią dedykację i
imię:</akap>


<akap><wyroznienie>Twoja Angelina</wyroznienie>.</akap>
<separator_linia/>


<akap><wyroznienie><begin id="b1297252999074-3307750791"/><motyw id="m1297252999074-3307750791">Kobieta, Cierpienie</motyw>Angelina!!!</wyroznienie></akap>


<akap>Gdy wymówiłem to imię, zasłona, ukrywająca przede mną moje lata młodzieńcze,
rozdarła się nagle od dołu<pe><slowo_obce>zasłona, ukrywająca przede mną moje lata młodzieńcze,
rozdarła się nagle od dołu</slowo_obce> --- por. Mt 27,51.</pe>. Myślałem, że umrę z bólu. Drapałem palcami powietrze
i skomliłem --- ugryzłem się w rękę. --- --- Oślepnąć znów, Boże na niebiesiech, daj
mi być nadal tą pozorną śmiercią, błagałem. Ból wcisnął mi się w usta. ---<end id="e1297252999074-3307750791"/></akap>


<akap>Męczarnia! ---</akap>


<akap><begin id="b1297253020469-2892656084"/><motyw id="m1297253020469-2892656084">Imię</motyw>Smakowało to dziwnie słodko --- jak krew --- Angelina!</akap>
<separator_linia/>


<akap>Imię to krążyło w moich żyłach i stało się nieznośną, upiorną tęsknotą.
Gwałtownym ruchem zerwałem się i szczękając zębami, zmusiłem wzrok swój, by
utkwił w fotografii, aż powoli nad nią zapanuję!<end id="e1297253020469-2892656084"/></akap>


<akap>Zapanuję! Jak dzisiaj w nocy nad kartą z taroka<pe><slowo_obce>tarok</slowo_obce> a. <slowo_obce>tarot</slowo_obce> --- dawna gra karciana bądź talia do niej, używana również do wróżenia.</pe>.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Nareszcie: kroki? Ludzkie kroki! Przyszedł.</akap>


<akap>Z radością pobiegłem do drzwi i
szarpnąłem je.</akap>


<akap>Za nimi stał Szemajah Hillel, a za nim --- po cichu wyrzucałem
sobie, że mnie to rozczarowało: z rudymi baczkami i okrągłymi dziecięcymi oczyma --- stary Zwak.</akap>


<akap>--- Ku mojej radości wygląda pan dobrze, mistrzu Pernath --- zaczął Hillel.</akap>


<akap>Chłodne ,,pan"?</akap>


<akap>Mróz! Śnieżysty, zabójczy mróz zaległ nagle pokój. Ogłuszony, pół uchem
nadsłuchiwałem, co mi plótł zadyszany od wzburzenia Zwak.</akap>


<akap>--- Wiesz pan, że Golem<pe><slowo_obce>golem</slowo_obce> --- w legendach żydowskich istota stworzona na podobieństwo człowieka, zazwyczaj z gliny, żywa lecz pozbawiona duszy i dlatego posłuszna poleceniom człowieka, który ją stworzył. Stworzenie golema wiązało się z powtórzeniem Boskiego procesu kreacji.</pe> znów się ukazał. Niedawno mówiliśmy o tym. Czy wie pan już,
mistrzu Pernath? Cała dzielnica żydowska poruszona. Vrieslander sam go widział,
Golema, i znów jak zwykle rozpoczęło się to morderstwem ---</akap>


<akap>Słuchałem zdumiony. Morderstwo?</akap>


<akap>Zwak kiwnął mi: </akap>

<akap>--- To pan nic o tym nie wie? Wszędzie na rogach są porozlepiane
olbrzymie wezwania policyjne: zamordowany został gruby Zottman ,,wolny mularz<pe><slowo_obce>wolny mularz</slowo_obce> --- w rozdziale <tytul_dziela>Praga</tytul_dziela> pada wyjaśnienie, iż ,,to przezwisko oznaczało kogoś, co poszukiwał dziewcząt małoletnich, ale dzięki serdecznym stosunkom z policją zabezpieczony był od wszelkiej nieprzyjemności".</pe>";
przypuszczam, że to jest Zottman, dyrektor towarzystwa ubezpieczeń. Lois z
tego domu już jest aresztowany. A ruda Rozyna zniknęła bez śladu. --- Golem --- aż
włosy podnoszą się ze strachu.</akap>


<akap><begin id="b1297253239453-3105408715"/><motyw id="m1297253239453-3105408715">Radość, Alkohol</motyw>Nie dałem żadnej odpowiedzi, śledziłem oczy Hillela: dlaczego on się tak
przenikliwie na mnie patrzy?</akap>


<akap>Wstrzymywany uśmiech zadrgał nagle w kątach jego ust.</akap>


<akap>Zrozumiałem. Miało to dla mnie znaczenie. Z największą chęcią radośnie rzuciłbym
mu się na szyję. Nie posiadając się z zachwytu, biegałem bezmyślnie po pokoju.
Co najpierw przynieść? Szklanki? Butelkę burgunda<pe><slowo_obce>burgund</slowo_obce> --- francuskie wino z Burgundii.</pe>?<end id="e1297253239453-3105408715"/> (Miałem przecie tylko jedną).
Cygara? --- W końcu znalazłem słowa: ,,Lecz dlaczegoż panowie nie siadacie!?"
Szybko przysunąłem obydwu moim przyjaciołom krzesełka. Zwak zaczął się
złościć: </akap>

<akap>--- Dlaczego pan się ciągle śmieje, panie Hillel? Może pan nie wierzy, że
Golem straszy? Mnie się zdaje, że pan w ogóle nie wierzy w Golema?</akap>


<akap>--- Nie uwierzyłbym w niego, gdybym go nawet zobaczył przed sobą tutaj w pokoju --- 
odpowiedział spokojnie Hillel ze wzrokiem utkwionym we mnie.</akap>


<akap>Zrozumiałem dwuznaczność, ukrytą w jego słowach. Zwak, zdziwiony, przerwał picie:</akap>

<akap>--- Czy świadectwo setek ludzi dla pana nic nie znaczy, panie Hillel? --- Ale niech
pan tylko zaczeka, niech pan pomyśli nad moimi słowami: morderstwo za
mordestwem będzie się teraz powtarzało w dzielnicy żydowskiej! Znam to. Golem
pociąga za sobą nieprzewidziane skutki.</akap>


<akap>--- Tego rodzaju zdarzenia bynajmniej nie są niczym zadziwiającym --- odpowiedział
Hillel. Mówił to, chodząc; podszedł do okna i spojrzał w dół na sklepik
kramarza. --- Gdy silny wiatr wieje, drgają korzenie zarówno słodkie, jak i
jadowite.</akap>


<akap>Zwak mrugnął na mnie wesoło i wskazał głową Hillela.</akap>


<akap>--- Gdyby Rabbi<pe><slowo_obce>rabbi</slowo_obce> --- (z hebr. nauczyciel) funkcja religijna w judaizmie.</pe> zechciał mówić, mógłby nam takie rzeczy opowiedzieć, że aż włosy na
głowie by powstawały --- dorzucił szeptem.</akap>


<akap>Szemajah obrócił się.</akap>

<akap>--- Nie jestem Rabbi, chociaż mam prawo używać tego tytułu.
Jestem tylko biednym archiwariuszem w żydowskim ratuszu i prowadzę rejestrację
żywych i umarłych.</akap>


<akap>Poczułem w jego mowie jakieś ukryte znaczenie. Właściciel teatru marionetek
zdaje się również to wyczuł; zamilkł, długi czas żaden z nas nie odezwał się ani
słówkiem.</akap>


<akap>--- Wysłuchaj mnie, Rabbi --- przebacz mi, panie Hillel, chciałem powiedzieć --- rozpoczął
po chwili Zwak, a głos jego brzmiał rażąco poważnie --- już od dawna chciałem się
pana o coś zapytać.</akap>


<akap>Pan mi nie odpowie, jeżeli pan nie może lub nie chce ---</akap>


<akap>Szemajah podszedł do stołu i bawił się szklanką od wina i migotaniem jego czerwieni; nie pił; zapewne bronił<pe><slowo_obce>bronić</slowo_obce> --- tu: zabraniać.</pe> mu tego rytuał
żydowski.</akap>


<akap>--- Niech się pan śmiało pyta, panie Zwak.</akap>


<akap>--- --- Czy wie pan coś o żydowskiej nauce tajemnej, Kabale<pe><slowo_obce>Kabała</slowo_obce> --- mistyczna doktryna judaistyczna, na której oparty był m. in. ruch chasydzki.</pe>, panie Hillel?</akap>


<akap>--- Bardzo niewiele. ---</akap>


<akap>--- Słyszałem, że istnieje dokument, za pomocą którego Kabałę można zrozumieć: tak
zwany <tytul_dziela>Zohar</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Zohar</slowo_obce> --- ujęty w formę dialogu żydowski traktat mistyczny z XIII w. komentujący <tytul_dziela>Torę</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Pieśń nad Pieśniami</tytul_dziela> i <tytul_dziela>księgę Rut</tytul_dziela>; spisał go prawdopodobnie Mojżesz Baal Szem Tow.</pe> --- ---</akap>


<akap>--- Tak, <tytul_dziela>Zohar</tytul_dziela>, księga światłości. ---</akap>


<akap>--- A, widzi pan, tam on jest! --- drwił Zwak --- czy to nie jest wołającą o pomstę do
nieba niesprawiedliwością, że pismo, zawierające klucze do zrozumienia Biblii i
do szczęścia wiekuistego ---</akap>


<akap>Hillel przerwał mu: </akap>

<akap>--- Niektóre tylko klucze.</akap>


<akap>--- Dobrze, w każdym razie kilka --- a więc, że to pismo, wskutek wysokiej ceny i
rzadkości, jest dostępne tylko dla bogatych? Że egzystuje, jak mi opowiadano, w
jednym jedynym egzemplarzu, który przy tym jeszcze jest schowany w muzeum
londyńskim? i napisany do tego po chaldejsku, aramejsku, hebrajsku<pe><slowo_obce>po chaldejsku, aramejsku, hebrajsku</slowo_obce> --- w istocie <tytul_dziela>Zohar</tytul_dziela> spisany został po hebrajsku i aramejsku.</pe> --- czy ja
wiem zresztą jak? Czy ja miałem na przykład choć raz w życiu sposobność uczyć się
tych języków albo pojechać do Londynu?</akap>


<akap>--- Czy wszystkie swoje życzenia wytężał pan tak gorąco do tego celu? --- zapytał Hillel
z lekką ironią.</akap>


<akap>--- Otwarcie powiedziawszy --- nie --- odparł Zwak, poniekąd zmieszany.</akap>


<akap><begin id="b1297265372045-3192155029"/><motyw id="m1297265372045-3192155029">Bóg</motyw>--- Więc nie powinien się pan skarżyć --- sucho odpowiedział Hillel --- kto nie krzyczy
o ducha każdą komórką swej istoty, jak ten, co się dusi, o powietrze, ten nie
może przejrzeć tajemnic boskich.<end id="e1297265372045-3192155029"/></akap>


<akap>--- Pomimo to powinna być wydana książka, zawierająca wszystkie klucze do zagadnień
tamtego świata, a nie niektóre tylko --- błysnęło mi przez głowę, a ręka moja bawiła
się Pagadem<pe><slowo_obce>Pagad</slowo_obce> --- Żongler bądź Magik, pierwsza karta w talii tarota, w niniejszej powieści identyfikowana z Głupcem.</pe>, którego wciąż jeszcze nosiłem w kieszeni. Lecz zanim to pytanie ubrałem w słowa, już je Zwak wypowiedział. Hillel uśmiechnął się zagadkowo!</akap>


<akap>--- Na każde pytanie, które człowiek w duchu zadaje, w tej samej chwili otrzymuje
odpowiedź.</akap>


<akap>--- Czy pan rozumie, co on przez to chce powiedzieć? --- zwrócił się Zwak do mnie. Nie
dałem mu odpowiedzi i wstrzymałem oddech, aby nie uronić żadnego słowa Hillela.
Szemajah mówił dalej:</akap>


<akap><begin id="b1297265418322-3189862294"/><motyw id="m1297265418322-3189862294">Kondycja ludzka, Głupiec</motyw>--- Całe życie jest to nic innego jak szereg pytań, przeobrażonych w formy, które
noszą same w sobie jądro odpowiedzi, oraz szereg odpowiedzi, które płyną
brzemienne pytaniami. Jeżeli ktoś co innego w tym widzi --- jest głupcem.<end id="e1297265418322-3189862294"/></akap>


<akap>Zwak uderzył pięścią w stół!</akap>


<akap>--- Tak, pytania, które za każdym razem inaczej brzmią
i odpowiedzi, które każdy inaczej rozumie.</akap>


<akap>--- Właśnie o to się rozchodzi --- powiedział Hillel przyjaźnie. --- Wszystkich ludzi
kurować jedną łyżką jest jedynie przywilejem lekarzy. Pytający otrzymuje tę
odpowiedź, która mu jest potrzebna: inaczej stworzenie nie szłoby drogą swojej
tęsknoty. <begin id="b1297265458255-791559440"/><motyw id="m1297265458255-791559440">Książka</motyw>Czy pan myśli, że nasze żydowskie pisma są tylko dla jakiegoś widzi mi
się pisane wyłącznie spółgłoskami? Każdy wyszukuje sobie skryte samogłoski,
które zawierają tylko dla niego określoną myśl --- żywe słowo nie powinno
zamieniać się w martwy dogmat.<end id="e1297265458255-791559440"/></akap>


<akap>Właściciel teatru marionetek odparł z siłą:</akap>


<akap>--- To są słowa, Rabbi, słowa! Nazwę się <slowo_obce>Pagad ultimo</slowo_obce><pe><slowo_obce>Pagad ultimo</slowo_obce> --- Pagad to Żongler bądź Magik, pierwsza karta w talii tarota, w niniejszej powieści identyfikowana z Głupcem. Fraza znaczy więc: ostatni głupiec.</pe>, jeżeli będę z tego<pe><slowo_obce>z tego</slowo_obce> --- tu: dzięki temu.</pe> mądry.</akap>


<akap>Pagad!! ---</akap>


<akap>Słowo to uderzyło we mnie jak piorun. Ze zdziwienia o mało nie upadłem z
krzesła. Hillel unikał mego wzroku.</akap>


<akap>--- <slowo_obce>Pagad ultimo</slowo_obce>? Kto wie, czy się pan tak rzeczywiście nie nazywa, panie Zwak ---
uderzyły mnie jak z dalekiej odległości słowa Hillela.</akap>


<akap>--- Nigdy nie można być siebie pewnym. Zresztą ponieważ mówimy właśnie o kartach, panie Zwak, czy gra pan w taroka?</akap>


<akap>--- W taroka? Naturalnie. Od dzieciństwa.</akap>


<akap>--- Dziwi mnie przeto, jak pan mógł się pytać o książkę zawierającą całą Kabałę,
jeżeli pan ją miał już tysiące razy w ręku.</akap>


<akap>--- Ja? Miałem w ręku? Ja?</akap>


<akap>Zwak chwycił się za głowę.</akap>


<akap>--- Tak, pan! Czy panu nigdy nie wpadło na myśl, że tarok ma 22 atuty, właśnie tyle,
co alfabet hebrajski liter? Czy nasze czeskie karty nie przedstawiają więcej niż
trzeba obrazków, które jawnie są symbolami: głupiec, śmierć, diabeł, sąd
ostateczny? Jak głośno, kochany przyjacielu, chciałbyś właściwie, aby ci życie
wrzeszczało w ucho swe odpowiedzi? Chociaż pan tego nie potrzebuje wiedzieć,
lecz <wyroznienie>tarok</wyroznienie> lub <wyroznienie>tarot</wyroznienie> znaczy to samo, co żydowskie <tytul_dziela>Tora</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Tora</slowo_obce> --- w tradycji żydowskiej określenie pierwszych pięciu ksiąg <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela>.</pe>
--- prawo, albo staroegipskie <wyroznienie>Tarut</wyroznienie> --- Rozpytywana, a w starożytnym języku
Zend<pe><slowo_obce>w starożytnym języku
Zend</slowo_obce> --- właśc. słowo <slowo_obce>Zend</slowo_obce> oznacza komentarze do <tytul_dziela>Awesty</tytul_dziela>, św. księgi mazdaizmu i zoroastryzmu, spisane w języku pahlawi.</pe> słowo <slowo_obce>tarisk</slowo_obce> --- ,,żądam odpowiedzi". --- Lecz uczeni, zanim to
twierdzenie postawią, powinni wiedzieć, że tarok pochodzi z czasów Karola VI<pe><slowo_obce>tarok pochodzi z czasów Karola VI</slowo_obce> --- w istocie pierwsze znane talie tarota pochodzą z XV w., a Karol VI Habsburg żył w latach 1685--1740.</pe>. ---
I --- jak Pagad jest pierwszą kartą w grze, tak <begin id="b1318441898917-3474816949"/><motyw id="m1318441898917-3474816949">Sobowtór</motyw>człowiek jest pierwszą figurą w
swojej książce obrazkowej, swoim własnym sobowtórem: hebrajska litera Alef
zbudowana jest w kształcie człowieka, którego jedna ręka wskazuje niebo, druga
jest opuszczona na dół, a to ma znaczyć: ,,Jak jest na górze, tak jest również i
na dole; jak jest na dole, tak jest również i na górze"<end id="e1318441898917-3474816949"/>.</akap>


<akap>--- Dlatego też powiedziałem poprzednio: kto wie, czy pan rzeczywiście nazywa się
Zwak, a nie ,,Pagad".</akap>


<akap>--- Niech pan tego nie wywołuje --- Hillel spojrzał przy tym
nieznacznie na mnie, ja zaś przeczuwałem, jak pod jego słowami otwierała się
otchłań coraz nowych znaczeń --- niech pan tego nie wywołuje, panie Zwak! Można
się dostać w ciemne przejścia, z których jeszcze nikt, kto nie nosi przy sobie
pewnego talizmanu, nie znalazł wyjścia. Podanie mówi, że pewnego razu trzech mężczyzn zstąpiło do państwa ciemności; jeden
zwariował, drugi oślepł, tylko trzeci, Rabbi ben Akiba, wrócił zdrów i mówił, że
spotkał tam samego siebie. Już niejeden, powie pan, spotykał samego siebie, np.
Goethe zazwyczaj na moście<pe><slowo_obce>niejeden, powie pan, spotykał samego siebie, np.
Goethe zazwyczaj na moście</slowo_obce> --- Goethe opisuje to wydarzenie pod koniec Księgi Jedenastej swojej autobiografii <tytul_dziela>Z mojego życia. Zmyślenie i prawda</tytul_dziela>.</pe>, albo też w przejściu z jednego brzegu rzeki na
drugi, spoglądał sam sobie w oczy i nie wariował.</akap>


<akap>Lecz wtedy było to tylko odzwierciadlenie jego świadomości, a nie prawdziwy
sobowtór: nie to, co nazwano tchnieniem kości --- ,,Habal Garmin", o czym się
mówi: ,,Jak schodził on w grób, nie ulegając zgniliźnie, w swych zwłokach, tak
zmartwychwstanie w dzień sądu ostatecznego". Wzrok Hillela zatapiał się coraz
głębiej w moich oczach.</akap>


<akap>Nasze prababki mówią o nim: mieszka on wysoko ponad ziemią, w izbie bez drzwi,
o jednym tylko oknie, skąd porozumienie się z ludźmi jest niepodobieństwem; kto
go zdoła oczarować i wysubtelnić, ten będzie samemu sobie dobrym przyjacielem.</akap>


<akap>Co poza tym tyczy się Taroka, to pan wie wszystko tak dobrze, jak ja: dla
każdego gracza karty mają inną wartość, lecz kto odpowiednio zastosuje atuty,
ten wygra partię.</akap>


<akap>Teraz jednak chodźmy, panie Zwak! Chodźmy, wypije pan wszystkie wino mistrzowi
Pernathowi, a dla niego samego nic nie zostanie.</akap>






<naglowek_rozdzial>Nędza</naglowek_rozdzial>



<akap><begin id="b1297268045045-2645292032"/><motyw id="m1297268045045-2645292032">Zima</motyw>Śnieżyca srożyła się przed moim oknem. Gwiazdki śniegu ścigały się w szyku
bojowym, jak drobni żołnierze w białych, kosmatych płaszczykach --- przebiegając
w przeciągu minuty jedna za drugą koło okien --- wciąż w tym samym kierunku, jak
we wspólnej ucieczce przed nadzwyczaj złośliwym przeciwnikiem. Potem naraz
zgęściły się przy tej ucieczce, jakby z zagadkowych powodów nabrały wściekłej
odwagi, zaszumiały znowu, aż z góry i z dołu nowe armie nieprzyjacielskie
napadły na ich skrzydło i wszystko rozproszyły w obłąkanym wirze.<end id="e1297268045045-2645292032"/></akap>


<akap>Zdawało mi się, że przeszły miesiące od tego niedawno minionego czasu, w którym
przeżywałem te dziwne rzeczy, i gdyby nie dochodziły mnie codziennie po kilka
razy coraz to nowe sprzeczne wieści o Golemie<pe><slowo_obce>golem</slowo_obce> --- w legendach żydowskich istota stworzona na podobieństwo człowieka, zazwyczaj z gliny, żywa lecz pozbawiona duszy i dlatego posłuszna poleceniom człowieka, który ją stworzył. Stworzenie golema wiązało się z powtórzeniem Boskiego procesu kreacji.</pe>, które kazały mi przeżywać
wszystko na nowo, to mógłbym w chwilach zwątpienia podejrzewać, że stałem się
ofiarą zamroczenia duszy. Z pstrych arabesek<pe><slowo_obce>arabeska</slowo_obce> --- rodzaj skomplikowanego ornamentu.</pe>, w jakie osnuły mnie te zdarzenia,
wyłoniło się w jaskrawych barwach to, co mi opowiadał Zwak o dotychczas
niewyjaśnionym zamordowaniu tak zwanego ,,Wolnomularza<pe><slowo_obce>wolnomularz</slowo_obce> --- w rozdziale <tytul_dziela>Praga</tytul_dziela> pada wyjaśnienie, iż ,,to przezwisko oznaczało kogoś, co poszukiwał dziewcząt małoletnich, ale dzięki serdecznym stosunkom z policją zabezpieczony był od wszelkiej nieprzyjemności".</pe>". Nie mogłem dokładnie
pojąć, jaki ma z tym związek dziobaty Lois, chociaż trudno mi było się otrząsnąć
z mrocznego podejrzenia; prawie bezpośrednio potem, gdy Prokopowi wydawało się,
że słyszy pod sztachetą kanału tajemniczy szmer, widzieliśmy chłopaka u
,,Loisiczka". Wszelako nie było powodu, by ów krzyk pod ziemią, który mógł być
również dobrze złudzeniem zmysłów, uważać za wołanie o pomoc jakiegoś człowieka.</akap>


<akap>Szerząca się przed moimi oczyma zawierucha śnieżna oślepiła mnie i zacząłem
wszystko widzieć w tańczących smugach. Zwróciłem całą swoją uwagą na leżącą
przede mną gemmę<pe><slowo_obce>gemma</slowo_obce> --- kamień półszlachetny lub szlachetny o owalnym kształcie, ozdobiony reliefem.</pe>. Twarz Miriam, rzuconą na woskowy model, chciałem przenieść na
wspaniale błyszczący, błękitnawy selenit<pe><slowo_obce>selenit</slowo_obce> --- połyskliwa odmiana gipsu, nazwana od gr. <slowo_obce>Selene</slowo_obce> (księżyc).</pe>. --- Cieszyłem się; był to przyjemny
wypadek, że w zapasie swoich minerałów znalazłem coś tak odpowiedniego. Ciemnoczarna macica blendy rogowej<pe><slowo_obce>blenda rogowa</slowo_obce> --- chlorargyryt, kerargyrt, chlorek srebra: rzadki minerał.</pe> nadawała kamieniowi prawdziwe światło, a kontury
były tak rzetelne, jak gdyby sama natura stworzyła to trwałe odbicie regularnych
rysów profilu Miriam.</akap>


<akap>Początkowo zamierzałem wyryć z tego kruszcu kameę<pe><slowo_obce>kamea</slowo_obce> --- wypukła rzeźba w szlachetnym lub półszlachetnym kamieniu.</pe>, przedstawiającą egipskiego
boga Ozyrysa<pe><slowo_obce>Ozyrys</slowo_obce> --- egipski bóg śmierci i odradzającego się życia, jak również sędzia ludzi zmarłych.</pe> i wizję Hermafrodyty<pe><slowo_obce>hermafrodyta</slowo_obce> --- (od imion bogów gr. Hermesa i Afrodyty) istota dwupłciowa.</pe> z księgi <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela><pe><slowo_obce>ibbur</slowo_obce> --- w pewnych odłamach mistyki żydowskiej słowo to oznacza w uproszczeniu wzmocnienie duszy żyjącego człowieka przez tymczasowo łączącą się z nią inną sprawiedliwą duszę przebywającą poza ciałem. Zwykle wynika to z potrzeby spełnienia przez duszę bezcielesną jakiejś misji.</pe>, którą w każdej chwili mogłem z
uderzającą dokładnością w pamięci wywołać, co mnie wielce parło do twórczości,
lecz po pierwszych nacięciach znalazłem takie podobieństwo do córki Szemajaha
Hillela, że projekt swój zmieniłem.</akap>


<akap_dialog>--- Księga <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela>! ---</akap_dialog>


<akap><begin id="b1297340227271-2854897245"/><motyw id="m1297340227271-2854897245">Pamięć, Czas, Tajemnica</motyw>Wstrząśnięty odłożyłem rylec. Nie do pojęcia, co wdarło się w tym krótkim urywku
czasu w moje życie. Jak ktoś co się znalazł nagle w niezmierzonej pustyni,
uczułem za jednym ciosem głęboką, bezwzględną samotność, oddzielającą mnie od
reszty ludzi.</akap>


<akap>Czy mógłbym porozmawiać o tym, co przeżyłem, z jakimś przyjacielem --- wyłączając
Hillela? W cichych godzinach minionych nocy wracało wprawdzie wspomnienie, że
całe moje lata młodzieńcze, począwszy od najwcześniejszego dzieciństwa, męczyła
mnie aż do śmiertelnego udręczenia niewypowiedziana żądza dziwów, leżących poza
krainą śmiertelnych, lecz spełnienie moich marzeń przyszło jak rozwichrzona burza i stłumiło okrzyk radości mej duszy całym swym ciężarem.</akap>


<akap>Drżałem przed tą chwilą, w której przyjdę do siebie i wszystko, co się zdarzyło
za pełni swego życia, ujmę jako rzeczywistość. Lecz niechaj to jeszcze nie teraz
nastąpi. Wpierw spróbować rozkoszy: ujrzeć, jak dochodzi do przejrzystości to, co
jest niewypowiedziane. Posiadam to w swojej mocy. Dość mi było tylko przyjść do
sypialni i otworzyć kasetkę, w której leży książka <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela>, dar świata
niewidzialnego. <end id="e1297340227271-2854897245"/>Odkąd ta księga tutaj się znajduje, ręka moja dotknęła jej się
tylko wtedy, gdy ukrywałem w niej listy Angeliny.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Na zewnątrz --- tępy odgłos strącanych od wiatru<pe><slowo_obce>od wiatru</slowo_obce> (daw.) --- przez wiatr.</pe> mas śniegowych z dachów przerywał
głuchą ciszę, poza tym pokrywa śniegowa na chodnikach zagłuszała każdy dźwięk.
Chciałem pracować w dalszym ciągu, wtem wzdłuż ulicy zabrzmiały ostre uderzenia
podków, aż widać było formalnie sypiące się skry.</akap>


<akap>Otworzyć okno i wyjrzeć na ulicę było niemożliwe: sople lodu spoiły silne jego
brzegi z murem, a szyby były do połowy zamarznięte. Ujrzałem tylko Charouska,
stojącego na pozór zupełnie przyjaźnie przy kramarzu Wassertrumie --- musieli
właśnie rozmawiać ze sobą --- spostrzegłem, jak osłupienie, malujące się na ich
twarzach, wzrastało; nie mówiąc nic, wlepili wzrok w powóz, którego moje oczy
dostrzec nie mogły. Przyszło mi przez myśl, że to mąż Angeliny. --- To nie mogła
być ona! Własnym ekwipażem<pe><slowo_obce>ekwipaż</slowo_obce> --- lekki, luksusowy powóz.</pe> przyjeżdżać tutaj do mnie --- na Koguci Zaułek w
oczach wszystkich ludzi! To byłoby szaleństwem. --- Lecz co odpowiem jej mężowi,
gdyby to był on i znienacka mnie zapytał?</akap>


<akap>Zaprzeczę, naturalnie zaprzeczę. W mgnieniu oka przedstawiłem sobie wszelkie
możliwości: to może być tylko jej mąż. Otrzymał anonimowy list od Wassertruma ---
że ona tu jest na schadzce i użyła jakiejś wymówki: prawdopodobnie, że zamówiła u mnie jakąś kameę<pe><slowo_obce>kamea</slowo_obce> --- wypukła rzeźba w szlachetnym lub półszlachetnym kamieniu.</pe> lub coś w tym
rodzaju.</akap>


<akap>Wtem --- zajadłe stukanie do drzwi --- Angelina stanęła przede mną. Nie mogła
wymówić ani słowa, lecz wyraz jej twarzy zdradzał wszystko: nie potrzebowała
więcej się ukrywać. Pieśń była skończoną. Jednakże coś buntowało się we mnie
przeciwko temu wnioskowi. Nie przypuszczałem nawet, aby uczucie, iż jestem w
stanie jej dopomóc, miało mnie okłamać. Zaprowadziłem ją do fotela. <begin id="b1297340847437-1485764146"/><motyw id="m1297340847437-1485764146">Ogień</motyw>Nic nie
mówiąc, pogłaskałem ją po włosach; ona zaś, śmiertelnie znużona, jak dziecko
ukryła głowę na mojej piersi. Słuchaliśmy trzasku palących się w piecu szczap i
patrzeliśmy, jak czerwona poświata na palenisku rozżarzała się i gasła, rozżarzała i
gasła --- rozżarzała i gasła. 
<end id="e1297340847437-1485764146"/></akap><separator_linia/>


<akap>,,Gdzie jest serce z czerwonego kamienia?" --- dźwięczało w mej duszy. Zerwałem
się; gdzie jestem? Jak długo już ona tu siedzi?</akap>


<akap>Wypytywałem ją --- ostrożnie, powoli, zupełnie wolno, aby nie przebudziła się i
abym śledztwem swoim nie uraził bolesnej rany. Urywkami dowiedziałem się, co
chciałem wiedzieć i ułożyłem to razem jak mozaikę:</akap>

<akap>--- Mąż pani wie --- ---?</akap>

<akap>--- Nie, jeszcze nie; wyjechał. </akap>

<akap>A więc rozchodziło się o życie doktora Saviolego ---
Charousek odgadł trafnie. A ponieważ rozchodziło się o życie Saviolego, nie
zaś jej --- przyszła tu. Domyśliłem się, że ona już nie myśli, aby cokolwiek
ukrywać. Wassertrum był powtórnie u doktora Saviolego. Groźbą i siłą znalazł sobie
drogę aż do łoża chorego. A dalej! Dalej! Czego on chce od niego? Czego chce?
ona to na wpół odgadła, na wpół przekonała się: on chce, aby --- aby --- chce, aby
Saviolemu stała się krzywda.</akap>


<akap>Teraz ona zna również powody dzikiej, nieprzytomnej nienawiści Wassertruma:
doktor Savioli doprowadził niegdyś jego syna, okulistę, Wassory'ego do śmierci.
Natychmiast, jak błyskawica, wpadła mi myśl; zbiec na dół i wszystko kramarzowi wyjawić; że Charousek zadał cios z zasadzki --- a nie Savioli, który był tylko narzędziem. --- --- ,,Zdrada! zdrada!" zawyło mi w
umyśle --- ,,chcesz więc biednego suchotnika Charouska wydać na łup żądzy zemsty
tego łajdaka?" --- Rozdarło się to we mnie na krwawiące połowy. --- Potem myśl jakaś
wypowiedziała mi lodowato i spokojnie rozstrzygnięcie: ,,Głupcze! w twoim ręku
jest wszystko! Starczy, gdy schwycisz pilnik z tego stołu, zbiegniesz na dół i
uderzysz nim kramarza w gardło tak, aby koniec wyszedł od strony karku!" Serce
moje wydało okrzyk dziękczynny do Boga.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Badałem dalej: </akap>

<akap>--- A doktor Savioli?</akap>
<akap><begin id="b1297341001716-1894072216"/><motyw id="m1297341001716-1894072216">Samobójstwo, Szantaż</motyw>--- Nie ma najmniejszej wątpliwości, że on sam
sobie zada śmierć, jeśli ona go nie ocali. Siostry miłosierdzia nie spuszczają
go z oczu, uśpiły go morfiną, lecz może nagle się obudzić --- może właśnie teraz ---
i --- i --- nie, nie, ona musi iść, nie może stracić ani sekundy czasu --- ona chce
napisać do męża --- we wszystkim mu ustąpić --- niech on zabierze jej dziecko,
lecz Savioli będzie wyratowany, gdyż tym sposobem wytrąciłaby Aronowi z ręki
jedyną broń, którą ten posiada i którą grozi. <end id="e1297341001716-1894072216"/>Ona chce tajemnicę sama wyjaśnić,
zanim tandeciarz ją zdradzi. </akap>

<akap>--- Tego pani nie zrobi, Angelino! --- krzyknąłem,
wspomniawszy pilnik, a głos radości odmówił mi posłuszeństwa na myśl o mojej
mocy. Angelina chciała się zerwać, zatrzymałem ją siłą. --- Jeszcze tylko jedno:
niech pani pomyśli nad tym, czy mąż pani uwierzy kramarzowi bez zastrzeżeń?</akap>


<akap>--- Lecz Wassertrum ma dowody, zapewne moje listy i prawdopodobnie moją fotografię
--- wszystko, co było ukryte w biurku, obok w pracowni.</akap>


<akap><begin id="b1296732948419-839836287"/><motyw id="m1296732948419-839836287">Pocałunek</motyw>Listy? fotografie? biurko? --- Nie wiedziałem już, co czynię: porwałem Angelinę w
objęcia i całowałem ją. W usta, czoło, oczy.</akap>


<akap>Jej jasne włosy rozpostarły się przed moim wzrokiem, jak złoty welon. Potem
trzymałem ją za szczupłe ręce i w przerywanych słowach powiedziałem, że
śmiertelny wróg Wassertruma --- pewien biedny student czeski listy i inne rzeczy
z wielką ostrożnością zabrał, że są one w moim posiadaniu i dobrze utajone.
Rzuciła mi się na szyję, śmiała się i przez chwilkę płakała. Całowała mnie.
Pobiegła do drzwi. Wróciła raz jeszcze i znów mnie całowała. Potem zniknęła.
Stałem jak ogłuszony i wciąż czułem na twarzy oddech jej ust. Słyszałem turkot
kół powozu na bruku i wściekły galop podków. Po minucie wszystko ucichło. Jak
grób. Również i we mnie.
<end id="e1296732948419-839836287"/></akap><separator_linia/>


<akap>Wtem za mną cicho zaskrzypiały drzwi; w pokoju stał Charousek.</akap>

<akap> --- Wybaczy pan,
panie Pernath, długo stukałem, lecz pan zdaje się nie słyszał. --- Kiwnąłem tylko
głową milcząco.</akap>

<akap>--- Spodziewam się, że pan nie sądzi, jakobym się pogodził z
Wassertrumem dlatego, że przed chwilą widział pan, jak z nim rozmawiałem? ---
Szyderczy uśmiech Charouska mówił mi, że okrutnie sobie zażartował. --- A
mianowicie, powinien pan wiedzieć, szczęście mi sprzyja; ta kanalia tam na dole
chce mnie ująć za serce, mistrzu Pernath. --- --- To szczególna rzecz, że głos krwi...
--- dodał cicho, na wpół do siebie. Nie rozumiałem, co chciał przez to powiedzieć i
przyjąłem, jak gdybym się przesłyszał. Podniecenie, przez jakie przeszedłem,
jeszcze zbyt silnie mną wstrząsało.</akap>

<akap> <begin id="b1297341630888-407049983"/><motyw id="m1297341630888-407049983">Pieniądz</motyw>--- Aron chciał mi podarować palto, mówił
wciąż głośno Charousek. --- Naturalnie z podziękowaniem nie przyjąłem. Dość mi już
gorąco w mojej własnej skórze. A potem wcisnął mi pieniądze. </akap>
<akap> --- Pan je
przyjął?! --- chciało mi się wyrwać, lecz szybko zatrzymałem język na uwięzi. Na
policzkach studenta ukazały się okrągłe czerwone plamy. </akap>

<akap> --- Pieniądze, ma się
rozumieć, przyjąłem. </akap>

<akap> Zakręciło mi się w głowie! </akap>

<akap>--- Przy --- przyjął? --- zabełkotałem.</akap>

<akap> --- Nigdy nie
przypuszczałem, żeby na ziemi można było doznać takiej radości! --- Charousek
zatrzymał się na chwilę i zrobił minę cudaczną. --- Czy to nie jest uczucie
wzniosłe: widzieć w gospodarstwie natury ekonomiczny palec ,,Mateczki
Opatrzności", zarządzający mądrze i przezornie? --- Mówił jak pastor<pe><slowo_obce>pastor</slowo_obce> --- duchowny protestancki.</pe>, pobrzękując
zarazem pieniędzmi w kieszeni<end id="e1297341630888-407049983"/> --- zaprawdę, uważam za święty obowiązek, aby
skarb, powierzany mi przez dobrotliwą rękę, przeznaczyć kiedyś co do halerza<pe><slowo_obce>halerz</slowo_obce> --- drobna moneta używana na terenie Austro-Węgier.</pe> i
feniga<pe><slowo_obce>fenig</slowo_obce> --- drobna moneta w krajach niemieckojęzycznych.</pe> na cel możliwie najszlachetniejszy. </akap>

<akap>Czy był pijany? Może oszalał? Charousek zmienił nagle ton: </akap>

<akap> --- W tym właśnie leży szatański komizm, że Wassertrum
sam sobie zapłacił za --- lekarstwo. Czy pan tego nie spostrzega? </akap>

<akap>Zamroczyło mnie
jakieś przeczucie tego, co się kryje w mowie Charouska i zaczęło mi świtać w
jego rozgorączkowanym wzroku. </akap>

<akap>--- Zresztą zostawmy to, mistrzu Pernath. Musimy
przedtem załatwić sprawy bieżące. Przed chwilą, ta dama, to była ,,ona"? Co jej
znów przyszło na myśl, aby tutaj zajeżdżać tak jawnie?</akap>

<akap> Opowiedziałem
Charouskowi, co się stało. </akap>

<akap>--- Wassertrum na pewno nie ma żadnych dowodów w ręku ---
przerwał mi wesoło --- gdyż powtórnie nie przeszukiwałby dzisiaj rano pracowni.
Zadziwiające, że pan go nie słyszał!? Całą godzinę był sam wewnątrz.</akap>

<akap>Zadziwiło
mnie, skąd Charousek może wiedzieć wszystko tak dokładnie, co mu też
powiedziałem.</akap>


<akap>--- Czy mogę? --- Dla wyjaśnienia wziął ze stołu papierosa, zapalił go i tłumaczył mi
sprawę. --- Widzi pan, jeżeli otworzy pan teraz drzwi, to ciąg powietrza, wiejący z
klatki schodowej, przyniesie ze sobą stamtąd dym tytoniowy. To jest zapewne
jedyne prawo natury, które Wassertrum zna dokładnie i na wszelki wypadek
umieścił on w murze frontowym pracowni --- jak pan wie, ten dom należy do niego ---
małą, ukrytą, otwartą framugę: rodzaj wentylacji, a wewnątrz niej czerwoną chorągiewkę. Gdy tylko ktośkolwiek
wchodzi do pokoju lub opuszcza go, to znaczy otwiera drzwi, Wassertrum to
dostrzega z dołu po silnym trzepotaniu chorągiewki. Jednakże wiem ja również
dobrze --- dorzucił sucho Charousek --- co mam wtedy czynić, i mogę to dokładnie
obserwować z nory piwnicznej naprzeciwko, w której łaskawy los wspaniałomyślnie
pozwala mi mieszkać. --- Milutki żarcik z wentylacją jest wprawdzie patentem
czcigodnego patriarchy, lecz również i dla mnie jest to już od lat dostępne.</akap>

<akap><begin id="b1297342121668-3054696518"/><motyw id="m1297342121668-3054696518">Nienawiść</motyw> --- Jakąż nadludzką nienawiść musi pan czuć do niego, jeżeli pan czatuje tak na
każdy jego krok? A do tego, jak pan mówi, od dawna! dorzuciłem. </akap>

<akap> --- Nienawiść?
Charousek zaśmiał się spazmatycznie. Nienawiść? Nienawiść to zbyt słabe
wyrażenie. Słowo, które by określało moje uczucie względem niego, musi być dopiero
stworzone. --- <begin id="b1297342205770-2807678242"/><motyw id="m1297342205770-2807678242">Krew</motyw>Nienawidzę jego krew.<end id="e1297342121668-3054696518"/></akap>


<akap>--- Czy pan to rozumie? Węszę, czuję to jak dzikie zwierzę, gdy choć jedna kropla
jego krwi płynie w żyłach jakiegoś człowieka --- i --- zacisnął zęby --- to zdarza się
,,czasami" tutaj w Getcie.<end id="e1297342205770-2807678242"/> --- Od wzburzenia niezdolny mówić dalej, podbiegł do okna
i zaczął przez nie wyglądać.</akap>


<akap>Słyszałem, jak tłumił sapanie. Przez chwilę milczeliśmy obaj.</akap>
<akap>--- Halo! Cóż to
jest? --- zerwał się nagle i natychmiast skinął na mnie. --- Prędko, prędko! Czy ma
pan lornetkę albo coś w tym rodzaju?</akap>


<akap><begin id="b1297342672767-2810208463"/><motyw id="m1297342672767-2810208463">Handel</motyw>Głuchoniemy Jaromir stał przed wejściem do kramu i o ileśmy się z jego migów
mogli domyślić, prosił Wassertruma, aby kupił od niego jakiś mały błyszczący
przedmiot, który był na wpół ukryty w ręku chłopca. Wassertrum poskoczył na to
jak sęp i cofnął się do swojej jamy. W chwilkę potem wybiegł z powrotem,
śmiertelnie blady i porwał Jaromira za piersi: jęli się pasować<pe><slowo_obce>pasować się</slowo_obce> --- walczyć, szarpać się (por. zapasy jako konkurencja sportowa).</pe> ze sobą zażarcie. --- Naraz Wassertrum puścił go i zdawał się rozważać. --- Zajadle gryzł swoją
górną, zajęczą wargę. Rzucił w naszą stronę śledczym wzrokiem i spokojnie
pociągnął Jeromira za rękę do swego sklepu. Czekaliśmy jakiś kwadrans: zdawało
się, że handel nie dojdzie do skutku. W końcu głuchoniemy wyszedł z zadowoloną
miną i ruszył precz z tandeciarzem.<end id="e1297342672767-2810208463"/></akap>

<akap>--- Co pan sądzi o tym? --- zapytałem. --- Zdaje się,
że to nic ważnego. Prawdopodobnie biedny chłopak posrebrzył jakiś wyżebrany
przedmiot.</akap>

<akap>Student nie dał mi żadnej odpowiedzi i milcząc usiadł przy drzwiach.
Widocznie nie przypisywał tej transakcji żadnego znaczenia, gdyż po przerwie
zaczął dalej rozwijać kwestię, na której się zatrzymał:</akap>

<akap> --- Tak. A więc
powiedziałem, że nienawidzę jego krew. Niech mi pan przerwie, mistrzu Pernath,
gdy będę znów zbyt popędliwy. Chcę traktować rzecz na zimno. Nie mogę trwonić
swych najlepszych uczuć. Zresztą później bywa mi czczo<pe><slowo_obce>bywa mi czczo</slowo_obce> --- sens: odczuwam wewnętrzną pustkę; od <slowo_obce>czczy</slowo_obce> --- pusty, bezcelowy.</pe>. <begin id="b1296733870100-3073596113"/><motyw id="m1296733870100-3073596113">Poeta</motyw>Człowiek z poczuciem
wstydu powinien rozmawiać chłodnymi słowami, a nie z patosem, jak prostytutka ---
albo poeta. <end id="e1296733870100-3073596113"/><begin id="b1296733895317-1569766568"/><motyw id="m1296733895317-1569766568">Sztuka</motyw>Odkąd świat istnieje, nikomu nie przyszłoby na myśl z żalu
,,załamywać ręce", gdyby aktorzy nie stosowali tego gestu jako szczególnie
,,plastycznego".<end id="e1296733895317-1569766568"/></akap>


<akap>Domyśliłem się, że mówił to jedynie w tym celu, aby zachować spokój wewnętrzny.
Nie udawało mu się to bynajmniej. Nerwowo biegał po pokoju, chwytał wszystkie
możliwe przedmioty i w roztargnieniu stawiał je z powrotem na miejscu. Potem w
jednej chwili wrócił do swego tematu: </akap>

<akap> --- Najmniejszym, mimowolnym ruchem człowieka
krew ta zdradza się przede mną.</akap>


<akap><begin id="b1297342651168-2681882228"/><motyw id="m1297342651168-2681882228">Nienawiść</motyw>--- Znam dzieci, które są podobne do ,,niego" i uchodzą za jego dzieci, jednakże nie
są one tego samego rodu; złudzić mnie niepodobna. Długie lata nie wiedziałem,
że doktor Wassory jest jego synem, lecz ja to, mógłbym powiedzieć, zwęszyłem.
Jeszcze jako młody chłopiec, gdy nie mogłem nawet przeczuć, jaki jest stosunek
Wassertruma do mnie (jego wzrok przez sekundą spoczął na mnie badawczo),
posiadłem ten dar. Kopano mnie nogami, bito, że nie ma chyba miejsca na moim
ciele, które by nie wiedziało, co to jest szalony ból --- głodzono mnie i pić nie
dawano, aż stałem się na wpół niespełna rozumu i pożerałem zbutwiałą ziemię, lecz
nigdy nie mogłem nienawidzić tych, którzy mnie dręczyli. Po prostu nie mogłem.
Nie było już więcej miejsca we mnie na nienawiść. --- Czy pan rozumie? Cała moja
istota była nią nasycona. Wassertrum nie uczynił mi nigdy nawet najmniejszej
przykrości --- chcę przez to powiedzieć, że wtedy, gdy jako ulicznik rozbijałem
się po ulicach, nigdy mnie nie uderzył ani nie popchnął, ani nigdy mnie nie zelżył<pe><slowo_obce>zelżyć</slowo_obce> --- naubliżać.</pe>
--- a jednak wszystko, co we mnie wre żądzą zemsty i wściekłością, wyło przeciw
niemu. Tylko przeciw niemu.<end id="e1297342651168-2681882228"/></akap>


<akap>--- Zadziwiające jednak pomimo to, że jako dziecko nigdy nie wypłatałem mu żadnego
figla; gdy inni to robili, natychmiast się wycofywałem. Lecz całe godziny mogłem
stać w przejściu bramy, ukryty za drzwiami i przez szparę patrzeć nieruchomo w
jego twarz, aż od niewytłumaczonego uczucia zemsty czarno mi się robiło w
oczach. Przypuszczam, że wtedy właśnie położyłem kamień węgielny tego
jasnowidzenia, które budzi się we mnie natychmiast, gdy wchodzę w styczność z
istotami, a nawet rzeczami, które są z nim w jakimś związku. Wszystkie jego ruchy,
sposób, w jaki nosi chałat<pe><slowo_obce>chałat</slowo_obce> --- długie a luźne okrycie wierzchnie, często noszone przez europejskich Żydów.</pe>, jak bierze w rękę rzeczy, jak kaszle, jak pije i
tysiące innych gestów: wszystkiego tego nieświadomie musiałem nauczyć się na
pamięć tak, aby wżarło mi się w duszę, abym wszędzie na pierwszy rzut oka z
wszelką pewnością mógł rozpoznać jego dziedziczne ślady.</akap>


<akap> --- Później stawało się to u mnie czasami prawie że manią: wyrzucałem precz niewinne przedmioty, gdyż dręczyła mnie myśl, że może
jego ręka się ich dotknęła --- inne znowu przypadły mi do serca; kochałem je jak
przyjaciół, życzących mu złego.</akap>


<akap>Charousek na chwilę zamilkł. Ujrzałem, jak nieprzytomny spoglądał w próżnię.
Palce jego mechanicznie głaskały pilnik leżący na stole.</akap>


<akap>--- Gdy potem paru litościwych nauczycieli złożyło się dla mnie i studiowałem
filozofię i medycynę --- gdy przy tym nauczyłem się sam myśleć --- wtedy doszedłem
powoli do świadomości, co to jest nienawiść.</akap>


<akap><begin id="b1296734872303-1267660473"/><motyw id="m1296734872303-1267660473">Ojciec</motyw>--- Tak głęboko nienawidzieć, jak ja, możemy tylko coś, co jest częścią nas samych.
A gdy potem sięgać jąłem<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> dalej --- powoli dowiedziałem się wszystkiego --- czym
była moja matka --- i --- musi być, jeżeli --- jeżeli jeszcze żyje --- i że moje ciało ---
odwrócił się, abym nie mógł dojrzeć jego twarzy --- jest pełne jego wstrętnej
krwi --- no tak, Pernath, dlaczego pan ma o tym nie wiedzieć: <begin id="b1297342859587-2452469327"/><motyw id="m1297342859587-2452469327">Krew, Choroba</motyw>on jest moim ojcem! ---
<end id="e1296734872303-1267660473"/>wtedy stało mi się jasnym, gdzie jest źródło --- --- --- --- Czasami wydaje mi się, jako
tajemniczy jakiś związek z tym wszystkim, fakt, że jestem suchotnikiem<pe><slowo_obce>suchotnik</slowo_obce> --- gruźlik.</pe> i muszę
pluć krwią: moje ciało broni się przeciwko wszystkiemu, co jest od niego i
odwraca się od siebie ze wstrętem.<end id="e1297342859587-2452469327"/></akap>


<akap>--- Często moja nienawiść nawiedzała mnie we śnie i starała się pocieszyć mnie
widokiem wszystkich możliwych katuszy, które pragnąłem ,,mu" wyrządzić, lecz
zawsze wypłaszałem je sam, gdyż pozostawiały mi miły, obcy posmak
niezaspokojenia. Gdy pomyślę o sobie i muszę się dziwić, że nie ma zupełnie
nikogo i nic na świecie, kogo bym nienawidził --- a przynajmniej był w stanie
nazwać antypatycznym, z wyjątkiem ,,niego" i jego rodu --- to wkrada się często we
mnie odrażające uczucie: mógłbym być tym, co nazywają ,,dobrym człowiekiem". Lecz na szczęście tak nie jest. --- Powiedziałem już panu, że nie ma we mnie już na
nic więcej miejsca.</akap>


<akap>Lecz niech pan nie myśli, że rozgoryczył mnie tak smutny los. (Co on uczynił z
moją matką, dowiedziałem się o tym dopiero w późniejszych latach) --- przeżyłem
jedyny dzień radości, dzisiaj już odległy i zaciemniony, co zresztą dozwolone
jest każdemu śmiertelnikowi. Nie wiem, czy pan zna wewnętrzną, prawdziwą, gorącą
pobożność --- dotychczas również jej nie znałem --- lecz gdy <begin id="b1297342981501-3107301578"/><motyw id="m1297342981501-3107301578">Śmierć, Samobójstwo, Radość</motyw>w tym dniu, w którym
Wassory sam sobie śmierć zadał, stałem na dole przy sklepie i widziałem, jak
,,on" otrzymał tą wiadomość: przyjął ją ,,zdrętwiały", jak laik nieznający
prawdziwego teatru życia, całą godzinę stał bez czucia, wysunął troszeczkę wyżej
ponad zęby swoją zajęczą szczękę i gdy wzrok tak jakoś, tak --- tak --- tak jakoś
specjalnie zagłębił w siebie --- --- --- --- to uczułem zapach kadzidła od powiewu
skrzydeł archanioła. --- ---<end id="e1297342981501-3107301578"/></akap>


<akap>Czy zna pan obraz Matki Boskiej Łaskawej w kościele Tyńskim? Tam rzuciłem się
na ziemię i ciemność raju owionęła moją duszę. --- --- --- ---</akap>


<akap><begin id="b1296735183461-3272791923"/><motyw id="m1296735183461-3272791923">Kondycja ludzka</motyw>Patrząc na Charouska, który tak stał, a którego wielkie, rozmarzone oczy były
pełne łez, wpadły mi na myśl słowa Hillela, jak niepojętą ciemnością osnuta jest
droga, którą kroczą bracia śmierci.<end id="e1296735183461-3272791923"/></akap>


<akap>Charousek mówił dalej: </akap>

<akap>--- Zewnętrzne okoliczności, które ,,usprawiedliwiają" moją
nienawiść, albo które mogłyby się wydawać zrozumiałe i mózgom wszystkich
płatnych sędziów, zapewne nie będą dla pana ciekawe: fakty przedstawiają się
jak kamienie milowe, a jednak są to tylko puste skorupy od jaj. Są one niby
natrętny odgłos korków od szampana, co chyba tylko człowiek o słabym umyśle
uważa za istotę uczty.</akap>


<akap><begin id="b1297343114366-3203127958"/><motyw id="m1297343114366-3203127958">Matka, Handel, Hańba, Miłość</motyw>Wassertrum zmuszał moją matkę wszelkimi piekielnymi środkami, jak to było jego
przyzwyczajeniem, stosować się do jego woli --- jeżeli nie gorzej. A potem, potem --- a więc tak --- a potem sprzedał ją --- do domu
publicznego --- --- --- co nie jest trudne, skoro ma się radców policyjnych za
przyjaciół --- lecz nie dlatego, żeby nią był znudzony, o nie! Znam wszystkie
skrytki jego serca: on ją sprzedał w tym dniu, w którym pełen przerażenia
przekonał się, jak ją gorąco w rzeczywistości kocha. <end id="e1297343114366-3203127958"/>Taki jak on postępuje
na pozór niedorzecznie, lecz zawsze równomiernie. Chomikowa jego istota tylko
kwiczy, aby ktoś przyszedł do jego kramu i kupił od niego cokolwiek, a przy tym
za drogie pieniądze. Czuje wyłącznie potrzebę złapania czegoś. --- Najchętniej
chciałby na wskroś przesiąknąć tym pojęciem ,,mieć", a gdyby mógł w ogóle wymyśleć
sobie jakiś ideał, to byłoby tylko to, co by się kiedyś zamieniło w oderwaną
ideę ,,posiadania".</akap>


<akap>I wtedy to rozrosła się w nim aż do rozmiarów olbrzymiej góry obawa: ,,nie być
pewnym samego siebie" --- nie, żeby chciał ofiarować coś miłości, ale żeby był
zmuszony do tego; i przeczuwać w sobie obecność czegoś niewidzialnego, co jego
wolę, lub to, czym by pragnął, aby było jego wolą, tajemnie spętało więzami. --- Tak
się zaczęło.</akap>


<akap>Co potem nastąpiło, stało się automatycznie:
tak jak szczupak, chce czy nie chce --- musi mechanicznie chwycić gębą --- gdy we
właściwym czasie przypływa koło niego jaki błyszczący przedmiot. Sprzedaż mojej
matki wydała się Wassertrumowi zupełnie naturalnym następstwem rzeczy.</akap>


<akap>Zaspokoiła ona resztki drzemiących w nim właściwości: żądzę złota i złośliwą
rozkosz samoudręczenia. --- --- ---</akap>

<akap><begin id="b1297343435297-3221085140"/><motyw id="m1297343435297-3221085140">Mądrość</motyw>--- Wybaczy pan, mistrzu Pernath --- głos Charouska
zabrzmiał nagle trzeźwo i tak silnie, że się zląkłem --- wybaczy pan, że mówię o
tym tak przerażająco mądrze, lecz gdy się jest w uniwersytecie, to przechodzi
przez ręce mnóstwo przerafinowanych książek; pomimo woli wpada się w akademicki sposób wyrażenia.<end id="e1297343435297-3221085140"/></akap>


<akap>Aby zrobić mu przyjemność, zmusiłem się do uśmiechu; wewnętrznie czułem bardzo
dobrze, że student walczy ze łzami.</akap>


<akap><begin id="b1297343456055-2693117689"/><motyw id="m1297343456055-2693117689">Miłosierdzie</motyw>Muszę mu jakoś pomóc, pomyślałem, przynajmniej spróbować ulżyć mu w gorzkiej
nędzy, o ile to leży w mojej mocy. Niespostrzeżenie wyjąłem z komody banknot stuguldenowy<pe><slowo_obce>stuguldenowy</slowo_obce> --- gulden austriacki był oficjalnym środkiem płatniczym na terenie Austro-Węgier do czasu reformy walutowej z 1892 r., gdy w jego miejsce wprowadzono koronę austro-węgierską.</pe>, jedyny, który miałem jeszcze w domu i włożyłem mu do kieszeni.<end id="e1297343456055-2693117689"/></akap>

<akap> --- Gdy
kiedyś w przyszłości znajdzie się pan w lepszych warunkach i spełni swoje
powołanie jako lekarz, spokój zawita do pana, panie Charousek --- powiedziałem,
aby rozmowę skierować na łagodniejsze tory --- Czy prędko pan zda doktorat?</akap>
<akap>--- Wkrótce. Jestem to winien swoim dobroczyńcom. Ale to rzecz bezcelowa, gdyż moje
dni są policzone.</akap>


<akap>Chciałem uczynić zwykły zarzut, jakoby widział zbyt czarno, ale on, uśmiechając
się, odparł:</akap>


<akap>--- Tak jest najlepiej. <begin id="b1297343516940-1499475915"/><motyw id="m1297343516940-1499475915">Lekarz</motyw>Nie może to być żadna przyjemność, udawać po kuglarsku<pe><slowo_obce>po kuglarsku</slowo_obce> --- jak sztukmistrz, fałszywie.</pe>
lekarza i jeszcze pozyskać dla siebie tytuł szlachecki jako dyplomowany
truciciel studzien. <end id="e1297343516940-1499475915"/>--- --- Przy tym --- dodał ze swoim szubienicznym humorem ---
niestety wszelkie dalsze działanie błogotwórcze<pe><slowo_obce>błogotwórczy</slowo_obce> (neol.) --- zapewniający szczęście.</pe> zakazane mi jest po tej stronie
Getta --- chwycił za kapelusz. --- Teraz nie chcę już więcej śledzić. Albo może
jest jeszcze co do powiedzenia w sprawie Saviolego? Nie sądzę. Proszę jednak,
niech mnie pan zawiadomi, jeżeli się pan dowie czego nowego. Najlepiej niech pan
tu na oknie zawiesi lustro na znak, że mam pana odwiedzić. Do mnie --- do piwnicy
niechaj Pan w żadnym razie nie przychodzi. Wassertrum zaraz poweźmie
podejrzenie, że my coś mamy ze sobą. --- Jestem zresztą ciekawy, co on teraz
uczyni, skoro zobaczył, że ta dama była u pana. Powiedz pan po prostu, że
przyniosła panu jakiś klejnot do naprawy, a gdyby się zanadto przyczepiał, to udawaj
rozgniewanego.</akap>


<akap>Nie nadarzyła się jakoś żadna właściwa sposobność, by Charouskowi wcisnąć
banknoty; wziąłem więc znowu wosk do modelowania z okna i rzekłem:</akap>
<akap>--- Pozwól pan,
odprowadzę pana trochę po schodach --- Hillel na mnie czeka --- skłamałem.</akap>


<akap> --- Pan jest z nim zaprzyjaźniony? --- zapytał.</akap>


<akap>--- Trochę. Czy pan go zna? --- --- Albo może pan nie ma zaufania --- zdaje się, żem się
mimo woli uśmiechnął --- i do niego także? Niechże Bóg pana broni!</akap>


<akap>--- Czemuż Pan mówi to tak poważnie?</akap>


<akap>Charousek chwilę zwlekał i namyślał się.</akap>


<akap>--- Sam nie wiem, dlaczego. Musi to być coś nieświadomego: ile razy napotykam go na
ulicy, chciałbym najlepiej zejść z bruku i uklęknąć przed nim jak przed
księdzem, który niesie hostię. Widzi pan, mistrzu Pernath, jest to człowiek,
który w każdym swoim atomie --- stanowi przeciwieństwo Wassertruma. Uchodzi on na przykład
tu w dzielnicy wśród chrześcijan, który jak zawsze, tak i w tym wypadku są źle
poinformowani --- za skąpca i tajemnego milionera, gdy właśnie jest niewymownie
biedny.</akap>


<akap><begin id="b1297343612294-1233441742"/><motyw id="m1297343612294-1233441742">Bieda, Głód</motyw>--- Biedny? --- zawołałem przerażony.</akap>


<akap>--- O ile tylko można być biednym. Słowo ,,brać" zna on, jak sądzę, wyłącznie z
książek; ale gdy pierwszego dnia każdego miesiąca powraca z ,,ratusza", wtedy
żebracy żydowscy biegną za nim, wiedząc, że on pierwszemu lepszemu z nich całą
swoją skąpą zapłatę wciśnie do ręki --- i w parę dni potem wraz ze siostrą będą
głodni. <end id="e1297343612294-1233441742"/>--- <begin id="b1297343642752-2928420881"/><motyw id="m1297343642752-2928420881">Święty, Przekleństwo, Żyd</motyw>Jeżeli jest prawdą, co mówi prastara legenda w Talmudzie<pe><slowo_obce>Talmud</slowo_obce> --- w judaizmie księga zawierająca komentarz do <tytul_dziela>Tory</tytul_dziela> (pierwszych pięciu ksiąg <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela>).</pe>, że z
dwunastu pokoleń żydowskich dziesięć jest przeklętych, a dwa święte: to Hillel
jest wcieleniem tych dwóch pokoleń świętych, gdy Wassertrum wciela wszystkie
pozostałe razem.<end id="e1297343642752-2928420881"/> --- Czy pan zauważył, jakie to Wassertrum miny stroi, gdy Hillel
koło niego przechodzi? --- Bardzo ciekawe, mówię panu. <begin id="b1297343672480-3614452307"/><motyw id="m1297343672480-3614452307">Krew, Dziecko</motyw>Uważa pan, <wyroznienie>taka krew</wyroznienie> nie może się
nigdy przemieszać: dzieci przychodziłyby na świat umarłe. <end id="e1297343672480-3614452307"/>Przypuszczając, że
matki nie umarłyby przedtem ze zgrozy. Hillel zresztą jest to jedyny, któremu
Wassertrum się nie narzuca; --- uchodzi przed nim jak przed ogniem. Sądzić należy
dlatego, że Hillel oznacza dla niego coś niepojętego, coś doskonale
nieodgadnionego. Może też przeczuwa w nim kabalistę<pe><slowo_obce>kabalista</slowo_obce> --- znawca Kabały, to jest mistycznej doktryny judaistycznej, na której oparty był m. in. ruch chasydzki.</pe>.</akap>


<akap>Zeszliśmy tymczasem w dół po schodach.</akap>


<akap>--- Czy pan sądzi, że dzisiaj jeszcze istnieją kabaliści --- i że w ogóle z Kabały da
się co wyciągnąć? --- pytałem, czekając z natężeniem, co też on mi powie, ale
zdawało się, że nawet nie słyszał moich słów.</akap>


<akap>Powtórzyłem pytanie.</akap>


<akap>Charousek spiesznie się odwrócił i wskazał na drzwi na piętrze urobione z desek
skrzyniowych.</akap>


<akap>--- <begin id="b1297343709218-2192977058"/><motyw id="m1297343709218-2192977058">Muzyka, Szaleniec, Dziecko</motyw>Masz tu pan nowych współlokatorów. Jest to wprawdzie żydowska, ale biedna
rodzina: półobłąkany --- meszugen<pe><slowo_obce>meszugen</slowo_obce> --- w jidisz: wariat.</pe> muzyk Neftali Szafranek, z córką, zięciem i
wnuczętami. Kiedy jest ciemno --- i kiedy on sam zostaje z małymi dziewczynkami,
wtedy przychodzi na niego pomieszanie zmysłów. Obwiązuje dzieci aż do małego
palca, ażeby mu nie uciekły, pomieszcza je w starym kojcu i naucza je ,,śpiewu",
jak mówi, aby później mogły sobie zarabiać na życie --- to znaczy uczy je
najszaleńszych piosenek, jakie istnieją, teksty niemieckie, kawałki, które stąd
i zowąd pochwytał w mroku swego stanu duchowego, a które ma za pruskie hymny
bojowe lub coś podobnego. Istotnie brzmiała stamtąd osobliwa, cicha muzyka.
Skrzypce straszliwie i głośno skomlały ciągle w jednym i tym samym tonie, niby
tracz, co piłuje drzewo; towarzyszyły zaś mu dwa cieniusieńkie głosiki dziecięce.<end id="e1297343709218-2192977058"/></akap>





<poezja_cyt><strofa>
,,<slowo_obce>Frau Pick, frau Hock</slowo_obce>/
<slowo_obce>Krau Kle --- pe --- tarsch</slowo_obce>, /
<slowo_obce>se stehen beirenond</slowo_obce>/
<slowo_obce>und schmu --- sen allerhond<pe><slowo_obce>Frau Pick, frau Hock (...)</slowo_obce> --- w zniekształconym niemieckim: Pani Pick, pani Hock i pani Klepetarsch stoją razem w rzędzie, plotkując i plotkując.</pe></slowo_obce> --- ---".
</strofa></poezja_cyt>



<separator_linia/>

<akap>Było to zarazem szalone i komiczne --- i mimo woli musiałem się głośno uśmiechnąć.</akap>


<akap>--- Zięć Szafranek --- którego żona na targu jajecznym sprzedaje na szklanki sok
ogórkowy dzieciom szkolnym --- przez cały dzień biega po rozmaitych kantorach ---
mówił dalej jakby gniewnie Charousek --- i żebrze dla siebie o stare marki
pocztowe<pe><slowo_obce>marki
pocztowe</slowo_obce> --- znaczki.</pe>. Marki potem sortuje, a gdy znajdzie takie, co przypadkowo tylko u
brzegu są stemplowane, składa je z sobą i odpowiednio rozcina. Niestemplowane
kawałki skleja razem i sprzedaje za nowe<pe><slowo_obce>za nowe</slowo_obce> --- jako nowe.</pe>. Z początku interes kwitnął i nieraz
dawał prawie florena<pe><slowo_obce>floren</slowo_obce> --- złota moneta z Florencji, często naśladowana przez mennice innych krajów.</pe> dziennie, ale w końcu wpadli na to wielcy przemysłowcy
żydowscy z Pragi --- i zaczęli sami to robić. Tak zabrali sobie śmietankę.</akap>


<akap><begin id="b1297349723625-3979036567"/><motyw id="m1297349723625-3979036567">Miłosierdzie, Smutek</motyw>--- Czy pan by starał się zapobiec nędzy, panie Charousek, gdyby pan miał nadmiar
pieniędzy? --- zapytałem gwałtownie. Staliśmy u drzwi Hillela --- a ja zastukałem.</akap>


<akap>--- Czy pan mnie uważa za istotę tak pospolitą, abyś pan mógł myśleć, że tego bym
nie czynił? --- odparł zmieszany.</akap>


<akap>Kroki Miriam zbliżały się coraz bardziej i czekałem, aż ona klamkę naciśnie;
wówczas szybko mu wcisnąłem banknot do kieszeni i rzekłem: </akap>

<akap>--- Nie, panie
Charousek, ja nie sądzę pana w ten sposób, ale pan musiałby mnie uważać za
człowieka pospolitego, gdybym tej rzeczy zaniedbał.</akap>


<akap>Zanim ten cokolwiek mógł odpowiedzieć, uścisnąłem mu rękę i zawarłem<pe><slowo_obce>zawrzeć</slowo_obce> (daw.) --- zamknąć.</pe> drzwi za
sobą. W chwili, gdy Miriam witała się ze mną, nasłuchiwałem, co on zrobi.</akap>


<akap>Chwilę stał na miejscu, lekko zaszlochał i powoli, wahającym krokiem zeszedł w
dół po schodach. Niby ktoś, co się musi trzymać za poręcz.
<end id="e1297349723625-3979036567"/></akap><separator_linia/>


<akap>Po raz to pierwszy byłem w pokoju Hillela.</akap>


<akap>Nie miał on żadnej ozdoby, jak więzienie. Podłoga była czysta i białym piaskiem
posypana. Żadnych mebli prócz dwóch krzeseł, stołu i komody. Drewniany słup na
lewo i na prawo koło ściany.</akap>


<akap>Miriam siedziała na przeciw mnie koło okna, ja zaś jąłem<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> ugniatać wosk modelowy.</akap>


<akap>--- Czy trzeba koniecznie mieć przed sobą twarz, aby uchwycić podobieństwo? ---
zapytała nieśmiało, jakby tylko po to, by przerwać milczenie.</akap>


<akap><begin id="b1296737842922-1389939605"/><motyw id="m1296737842922-1389939605">Bieda</motyw>Trwożliwie unikaliśmy spojrzeń nawzajem. Nie wiedziała, w którą stronę ma
skierować oczy w żalu i wstydzie dla<pe><slowo_obce>dla</slowo_obce> (daw.) --- z powodu.</pe> nędzarskiego wyglądu pokoju, a mnie palił
usta wyrzut, że się nie troszczyłem o to, jak żyła ona i jej ojciec.<end id="e1296737842922-1389939605"/></akap>


<akap>Ale cokolwiek bądź musiałem odpowiedzieć.</akap>


<akap>--- Nie tyle, aby utrafić podobieństwo, ile aby porównać, czy też wewnętrznie
dobrze się twarz widziało --- mówiłem i w czasie mowy czułem, jak z gruntu
fałszywym było wszystko, com mówił.</akap>


<akap><begin id="b1297343786578-2699155319"/><motyw id="m1297343786578-2699155319">Sztuka, Wzrok</motyw>Długie lata, jak tępy i ograniczony umysł, szedłem za błędną zasadą malarską, że
należy studiować naturę zewnętrzną, aby móc tworzyć artystycznie. Dopiero,
kiedy mnie Hillel owej nocy przebudził, rozwinęło się we mnie widzenie
wewnętrzne: prawdziwa moc widzenia z zamkniętą powieką, a która natychmiast
gaśnie, gdy otworzysz oczy --- dar, który wszyscy sądzą, że posiadają, a którego na
miliony nikt nie posiada rzeczywiście.</akap>


<akap>Jakże mogłem mówić o możliwości, chcąc mierzyć nieomylną wskazówkę wizji
duchowej brutalnymi środkami widzenia naocznego?<end id="e1297343786578-2699155319"/></akap>


<akap>Miriam, zdawało się, myśli podobnież: tak mogłem sądzić ze zdumienia, jakie się
malowało na jej twarzy.</akap>


<akap>--- Nie powinna pani tego brać dosłownie --- starałem się uniewinnić.</akap>


<akap>Z wielką uwagą przyglądała się, jak ja rylcem pogłębiałem formę.</akap>


<akap>--- Musi to być niezmiernie trudna rzecz --- wszystko to najdokładniej przenosić na
kamień.</akap>


<akap>--- To tylko mechaniczna robota. Prawie nic. Przerwa.</akap>


<akap>--- Czy będę mogła zobaczyć gemmę<pe><slowo_obce>gemma</slowo_obce> --- kamień półszlachetny lub szlachetny o owalnym kształcie, ozdobiony reliefem.</pe>, gdy ją pan wykończy? --- zapytała.</akap>


<akap>--- Dla pani jest przeznaczona, Miriam.</akap>


<akap>--- Nie, nie. To nie idzie --- --- to --- to --- widziałem, jak jej ręce nerwowo się
poruszały.</akap>


<akap>--- Takiej drobnostki nie chce pani przyjąć ode mnie? --- przerwałem jej nagle. ---
Chciałbym, powinien bym dla pani zrobić daleko więcej.</akap>


<akap>Szybko odwróciła twarz ode mnie.</akap>


<akap>Co też ja powiedziałem złego? Musiałem ją głęboko urazić. Tak to brzmiało,
jakbym chciał zrobić aluzję do jej ubóstwa.</akap>


<akap>Czy mógłbym to czymś upozorować? Czy nie byłoby to gorzej?</akap>


<akap>Zacząłem próbę.</akap>


<akap>--- Miriam, proszę, niech mnie pani posłucha spokojnie. Proszę o to --- winien jestem
pani ojcu tak nieskończenie wiele --- pani tego nie może ocenić.</akap>


<akap>Patrzyła na mnie niepewnie; widocznie nie rozumiała.</akap>


<akap>--- Tak, tak: nieskończenie wiele. Więcej niż życie.</akap>


<akap>--- Że on panu raz dopomógł, kiedy pan zemdlał? Ależ to rozumiało się samo przez
się.</akap>


<akap>Czułem to: nie wiedziała, jaka nić mnie łączyła z jej ojcem. Ostrożnie badałem,
jak daleko mogę iść, nie zdradzając tego, co on przed nią zamilczał.</akap>


<akap>--- Daleko wyżej niż pomoc zewnętrzną --- powiedziałem --- należy cenić wewnętrzną. Myślę
o pomocy, która promienieje z duchowego wpływu jednego człowieka na drugiego. Czy pani rozumie, co ja chcę, przez to powiedzieć,
Miriam? --- Można kogoś uleczyć duchowo, nie tylko cieleśnie, Miriam.</akap>


<akap>--- I to właśnie ---.</akap>


<akap>--- I to właśnie uczynił dla mnie ojciec pani --- ująłem ją za rękę. --- czy więc pani
nie rozumie, jakie to dla mnie musi być serdeczne życzenie --- zgotować jakąś
przyjemność jeżeli nie jemu, to przecież komuś, co stoi tak blisko niego, jak
pani. Czy pani ma choćby najmniejsze zaufanie do mnie? Czyli nie ma pani żadnego
życzenia, które mógłbym pani wypełnić?</akap>


<akap>Potrzęsła głową: </akap>

<akap>--- Czy pan sądzi, że ja się tutaj czuję nieszczęśliwą?</akap>


<akap>--- Bynajmniej. Ale może pani ma niekiedy troski, które mógłbym usunąć? Pani jest
obowiązana, słyszy pani --- obowiązana powiadomić mnie o tym. <begin id="b1297349831100-3489658951"/><motyw id="m1297349831100-3489658951">Dom</motyw>Dlaczego oboje
mieszkacie w ponurej, ciemnej uliczce, jeżeli nie jesteście do tego zmuszeni?
Przecież pani jest tak młoda, Miriam, i --- ---.</akap>


<akap>--- Sam pan tu mieszka, panie Pernath --- przerwała z uśmiechem --- cóż pana wiąże z tym
domem?</akap>


<akap>Byłem zdumiony. Istotnie, tak, to prawda. Dlaczego ja właściwie żyłem tutaj?
Nie mogłem sobie wyjaśnić, co mnie łączy z tym domem --- powtarzałem sobie
nieprzytomnie<end id="e1297349831100-3489658951"/>. Nie mogłem znaleźć żadnego wyjaśnienia i na chwilę zapomniałem,
gdzie jestem. Znalazłem się porwany nagle gdzieś daleko: byłem w jakimś ogrodzie
--- doleciał mnie czarodziejski zapach kwitnących bzów --- widziałem z góry miasto.</akap>


<akap>--- Czy dotknęłam jakiej rany? Czy uraziłam pana? --- dopłynął mnie z dala, z dala
głos Miriam.</akap>


<akap>Pochyliła się nade mną i niespokojnie, badawczo w twarz mi spojrzała.</akap>


<akap>Musiałem dłuższy czas siedzieć tak w odrętwieniu, że się niemal o mnie
zatrwożyła.</akap>




<akap>Chwilę jakąś kołysało się coś we mnie na prawo i na lewo, w końcu gwałtownie
drogę sobie przerwało, opanowało mnie --- i całe serce otwarłem przed Miriam.</akap>


<akap>Opowiedziałem jej, jak drogiemu, staremu przyjacielowi, z którym całe życie
przepędziłem<pe><slowo_obce>przepędzić</slowo_obce> --- dziś: spędzić.</pe> i przed którym nie ma żadnej tajemnicy, jak to było ze mną i w jaki
sposób mimo woli z opowiadania Zwaka dowiedziałem się, że w ubiegłych latach
byłem obłąkany i pozbawiony wspomnienia przeszłości; --- jak w ostatnich czasach
zaczęły we mnie budzić się obrazy, tkwiące korzeniem w tych dniach
zapomnianych; jak nachodzą mnie coraz częściej a częściej i że drżę z trwogi
przed tą chwilą, gdy wszystko mi się na nowo objawi i gdy mnie zacznie szarpać na
nowo.</akap>


<akap>Przemilczałem tylko to, co się łączyło ze stosunkiem do Hillela i moje przeżycia
w podziemnych przejściach --- i wszystko pozostałe.</akap>


<akap>Zwróciła się do mnie bardzo blisko i słuchała mnie z zapartym oddechem głęboko
wzruszona, co działało na mnie niewymownie dobrze.</akap>


<akap>Nareszcie znalazłem człowieka, przed którym mogłem się wywnętrzyć, gdy mi zbyt
ciężkim się stanie moje osamotnienie duchowe. Niewątpliwie, był jeszcze Hillel,
ale ten wydawał mi się istotą jakby poza obłokami, która się ukazywała i
znikała jak światło, do której nie mogłem dosięgnąć, gdy tęskniłem.</akap>


<akap>Powiedziałem to jej i zrozumiała mnie. <begin id="b1297350805930-1413737095"/><motyw id="m1297350805930-1413737095">Ojciec, Miłość</motyw>I ona tak go widziała, chociaż był to jej
ojciec. Miał on dla niej miłość nieskończoną --- równie jak ona dla niego.</akap>

<akap> --- A jednak jestem z nim przedzielona jakby ścianą ze szkła --- zwierzyła mi się --- której nie jestem w stanie przestąpić. Tak jest od chwili, gdy zaczęłam myśleć. Kiedy jako dziecko widziałam go stojącego we śnie przy moim łożu, zawsze
zdawało mi się, jakoby nosił szatę wielkiego kapłana, złotą tablicę Mojżesza z
dwunastu na niej kamieniami na piersi, a błękitne świetlane promienie szły mu ode skroni. --- Sądzę, że jego miłość jest z tych, co idą poza grób --- i
zbyt wielka, byśmy mogli ją objąć.<end id="e1297350805930-1413737095"/></akap>


<akap>Toż samo mówiła moja matka, gdy się jej potajemnie zwierzałam. ---
Wzdrygnęła się naraz, jakby dreszcz przeszedł całe jej ciało.</akap>


<akap><begin id="b1297350939752-727743030"/><motyw id="m1297350939752-727743030">Tajemnica</motyw>Niech pan będzie spokojny, to jest nic. Tylko wspomnienie. Kiedy moja matka
umarła --- jedynie ja wiem, jak on ją kochał, choć byłam wtedy dopiero dzieckiem ---
sądziłam, że serce pęknie mi z bólu, pobiegłam do niego, i wcisnęłam się w jego
surdut, chciałam krzyczeć, ale nie mogłam, gdyż wszystko się we mnie załamało ---
i --- i oto --- --- --- znów jakby lodem ścina mi się grzbiet, kiedy o tym pomyślę --- ---
--- spojrzał na mnie z uśmiechem, pocałował mnie w czoło i pociągnął mi rękę nad
oczami. --- --- --- I od tej chwili do dziś wszelkie cierpienie z powodu śmierci mej
matki jak gdyby rozprysło się i roztopiło we mnie. Łzy jednej nawet nie byłam w
stanie wylać, gdy ją pochowano; widziałam słońce jakby promienną rękę Boga na
niebie i dziwiłam się, dlaczego ludzie płaczą. Ojciec mój szedł za trumną, koło
mnie, a gdy spoglądałam, wciąż uśmiechał się łagodnie i czułam, jaka zgroza
przenikała tłum na ten widok.<end id="e1297350939752-727743030"/></akap>


<akap>--- Pani jest szczęśliwą, Miriam? Zupełnie szczęśliwą? Czy nie jest to uczucie
jakiejś rzeczy strasznej myśleć, że pani ma za ojca istotę, która tak przerasta
ludzi? --- zapytałem ją szeptem.</akap>


<akap>Miriam wesoło kiwnęła głową.</akap>


<akap>--- Żyję niby w błogosławieństwie sennym. --- Gdy mnie pan przedtem pytał, panie
Pernath, czy nie mam trosk i dlaczego my tu mieszkamy, musiałam się prawie
śmiać. Alboż natura jest piękną? Prawda, drzewa są zielone, a niebo jest
niebieskie, ale to wszystko mogę sobie wyobrazić daleko piękniej, kiedy oczy
zamknę.</akap>


<akap>Czyż, aby ją widzieć, muszę siedzieć na łące?</akap>


<akap>A ta trocha niedostatku --- i --- i --- i głodu? To po stokroć wyrówna mi nadzieja i
oczekiwanie.</akap>


<akap>--- Oczekiwanie? --- zapytałem zdziwiony.</akap>


<akap>--- Oczekiwanie na cud. Czy pan tego nie zna? Nie? A więc jest pan biedny, bardzo
biedny człowiek. --- Że też tak mało ludzi o tym wie. Widzi pan, to jest powód,
dla którego nigdy nie wychodzę i z nikim się nie stykam. Miałam niegdyś kilka
przyjaciółek --- oczywiście Żydówek, jak ja --- --- ale mówiłyśmy ze sobą zawsze o czym
innym. One nie rozumiały mnie, a ja ich. <begin id="b1297352472688-3334469905"/><motyw id="m1297352472688-3334469905">Cud</motyw>Kiedy mówiłam o cudach, sądziły
naprzód, że robię żarty, a gdy spostrzegły, że ja pod nazwą cudów rozumiem także
nie to, co Niemcy określają pod mikroskopem, to jest zgodne z prawem wzrastanie
traw i ziół, ale właśnie coś wręcz przeciwnego --- najchętniej by mnie uznały za
pomieszaną; ale taka opinia trafiała na przeszkody: gdyż ja jestem w myśleniu
bardzo umiejętną, uczyłam się hebrajskiego i aramejskiego, czytać mogę Targumim<pe><slowo_obce>targum</slowo_obce> --- aramejskie tłumaczenie, lub niekiedy parafraza, hebrajskiego tekstu <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela>.</pe>
i Midraszim<pe><slowo_obce>midrasz</slowo_obce> --- komentarz do <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela>, często w formie przypowieści lub sentencji; z hebr. <slowo_obce>midrasz</slowo_obce>: badać, dociekać, głosić.</pe> --- i wszelkie z tym połączone rzeczy znam i rozumiem. W końcu
znalazły słówko, które właściwie nic nie wyraża: nazwały mnie ,,przesadzoną".
Gdy chciałam im wyjaśnić, że najważniejszym, istotnym dla mnie w Biblii i innych
pismach świętych jest cud i wyłącznie cud, nie zaś przepisy moralne i etyczne,
które mogą być tylko utajoną drogą do pozyskania cudu --- umiały mi jeno
odpowiedzieć w beztreściwych ogólnikach, gdyż lękały mi się przyznać otwarcie,
że z ksiąg religijnych wierzyły tylko w to, co równie dobrze mogłoby się mieścić
w kodeksie cywilnym. Gdy tylko słowo ,,cud" usłyszały, już im się robiło
nieprzyjemnie. Traciły grunt pod nogami, jak mówiły.<end id="e1297352472688-3334469905"/></akap>


<akap>Jak gdyby mogło być coś wspanialszego na ziemi, niż stracić grunt pod nogami!</akap>


<akap>Świat jest po to, abyśmy go uważali jako nieistniejący --- tak, słyszałam, raz
mówił mój ojciec --- wtedy dopiero zaczyna się życie. Nie wiem, co on rozumiał pod wyrazem ,,życie",
ale ja czuję niekiedy, że pewnego dnia stanę się jakby ,,przebudzona" --- chociaż
nie mogę sobie wyobrazić, w jakim stanie. Cuda muszą ten stan poprzedzać, tak
sobie zawsze myślę.</akap>


<akap>,,Czyś już przeżyła jaki cud, że tak na cud oczekujesz?" --- pytały mnie często
przyjaciółki, a gdym mówiła, że nie --- naraz robiło się im wesoło, jakby pewne
były zwycięstwa. Niech mi pan powie, panie Pernath, czy pan może rozumieć takie
serca? Że ja <wyroznienie>jednak</wyroznienie> cuda przeżyłam, choć malutkie --- bardzo malutkie --- oczy
Miriam błyszczały --- tego nie chciałam przed nimi zdradzić --- --- ---</akap>


<akap>Łzy radości niemal zagłuszały jej słowa. </akap>

<akap>--- Ale pan mnie zrozumie: często, tygodnie całe,
miesiące nawet --- Miriam mówiła po cichu --- żyliśmy cudami. Kiedy już nie było w
domu chleba, ale to ani kawałeczka --- wtedy wiedziałam: godzina się zbliża. ---
Wtedy siadałam --- ot tu! i w napięciu ducha czekałam, czekałam, aż mi od bicia
serca oddech się zatrzymywał. <begin id="b1297353437862-2572661333"/><motyw id="m1297353437862-2572661333">Pieniądz</motyw>A wówczas, gdy mnie to nagle porywało, zbiegałam na
dół, tędy owędy chodziłam po ulicach, spiesznie<pe><slowo_obce>spiesznie</slowo_obce> --- szybko.</pe> jak tylko mogłam, aby na czas
być w domu, zanim ojciec powróci. I za każdym razem znajdowałam pieniądze. Raz
mniej, raz więcej, ale zawsze tyle, że mogłam zakupić to, co konieczne. Nieraz
leżał na środku ulicy gulden<pe><slowo_obce>gulden</slowo_obce> --- moneta obiegowa w Austrii do 1892 r.</pe>; widziałam, jak świecił z dala, ludzie deptali po
nim, poślizgiwali się, ale żaden go nie zauważył. --- Niekiedy stawałam się tak
zuchwała, że nie wychodziłam z domu pierwej<pe><slowo_obce>pierwej</slowo_obce> --- najpierw, wcześniej.</pe>, aż przedtem przeszukałam podłogę w
kuchni, jak dziecko, śledząc, czy z nieba nie spadły pieniądze lub chleb.<end id="e1297353437862-2572661333"/></akap>


<akap>Jakaś myśl przeleciała mi przez głowę --- i z radości musiałem się uśmiechnąć.</akap>


<akap>Dostrzegła mój uśmiech.</akap>


<akap> --- Niech się pan nie śmieje, panie Pernath --- błagała. --- Niech mi pan wierzy, ja wiem, że te cuda będą rosły --- i że pan pewnego
dnia ---</akap>


<akap>Uspokoiłem ją:</akap>

<akap> --- Ależ ja się nie śmieję, Miriam! Jak pani może pomyśleć coś
takiego!
Jestem niezmiernie szczęśliwy, że pani nie jest taka, jak inni, którzy
poza każdym zjawiskiem odgadują i widzą przyczynę pospolitą, gdy my w takich
razach wołamy: Bogu dzięki! --- czasami zdarza się wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> --- całkiem.</pe> inaczej.</akap>


<akap>Wyciągnęła do mnie rękę:</akap>


<akap>--- I nieprawda, nigdy już pan nie powie, panie Pernath, że pan mnie --- czy też nam
--- zechce pomagać? Teraz, kiedy pan odebrałby mi w ten sposób możliwość przeżycia
cudu, gdyby pan to uczynił?</akap>


<akap>Obiecałem. Ale w sercu zrobiłem zastrzeżenie.</akap>


<akap>Drzwi się otwarły --- i wszedł Hillel.</akap>


<akap>Córkę uściskał; mnie pozdrowił serdecznie i przyjaźnie, ale znowu zimnym ,,pan".</akap>


<akap>Zdaje się też, że jakieś zmęczenie czy też niepewność ciążyła nad nim. --- Lub
może się myliłem? Może to pochodziło od zmroku, co się rozpływał po pokoju.</akap>


<akap>--- Zapewne chce się pan mnie poradzić --- zaczął mówić, gdy Miriam pozostawiła nas
samych --- w sprawie, która dotyczy obcej damy --- ---?</akap>


<akap>Zdumiony, chciałem mu przerwać, ale nie dopuścił mnie do słowa.</akap>


<akap>--- Wiem to od studenta Charouska i zaczepiłem go na ulicy, gdyż zdawał mi się
dziwnie zmieniony. Opowiedział mi wszystko. W nadmiarze serdeczności. Nawet i to
--- pan mu dał pieniądze.</akap>


<akap>Spojrzał na mnie przenikliwie --- i akcentował każde słowo w bardzo szczególny
sposób, ale nie rozumiałem, co chciał przez to powiedzieć.</akap>


<akap>Zapewne, parę kropel szczęścia więcej zadżdżyło<pe><slowo_obce>zadżdżyło</slowo_obce> --- spadło jak deszcz.</pe> przez to z nieba --- i --- i w tym
wypadku --- może nie zaszkodziło, ale --- (chwilę milczał) --- ale niekiedy tą drogą
i sobie, i innym sprawia się wiele przykrości. Nie tak łatwo jest pomagać, jak
sądzisz, drogi przyjacielu! Bardzo prostą, nazbyt prostą rzeczą byłoby w takim
razie zbawienie świata. Albo może pan w to nie wierzy?</akap>


<akap>--- Alboż pan biednym też nie daje? Nieraz wszystko, co pan ma, Hillelu? --- zapytałem.</akap>


<akap>Z uśmiechem kiwnął głową.</akap>


<akap>--- Zdaje mi się, że pan przez tę jedną noc został talmudystą<pe><slowo_obce>talmudysta</slowo_obce> --- znawca <tytul_dziela>Talmudu</tytul_dziela>, to jest księgi zawierającej komentarz do <tytul_dziela>Tory</tytul_dziela> (pierwszych pięciu ksiąg <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela>).</pe>, bo pan na pytanie
odpowiada pytaniem. Trudno z tym zaprawdę walczyć.</akap>


<akap>Zatrzymał się chwilę, jakby oczekując, że mu coś na to powinienem odpowiedzieć,
ale znów nie zrozumiałem, czego on właściwie oczekiwał.</akap>


<akap>--- Zresztą, wracając do kwestii --- mówił dalej zmienionym tonem --- sądzę, że pańskiej
protegowanej --- myślę o tej damie --- w danej chwili nie grozi niebezpieczeństwo.
Pozwól, niechaj rzeczy płyną same przez się. Mówi się co prawda, że mądry
człowiek z góry przewiduje, ale mędrszy, jak sądzę, czeka i na wszystko jest
przygotowany. Być może zdarzy się okoliczność, że Aron Wassertrum ze mną się
spotka. Ale to musi wyjść od niego --- ja żadnego kroku nie zrobię, on musi
zacząć. Czy przyjdzie do pana, czy do mnie, to rzecz obojętna --- wtedy chcę z nim
porozmawiać. Od niego zależy postanowić, czy za moją radą pójdzie, czy nie
pójdzie. Umywam swoje ręce w niewinności.</akap>


<akap>Z trwogą próbowałem czytać w jego twarzy. Tak chłodno i tak specyficznie surowo
nie mówił jeszcze nigdy. Ale poza tym czarnym, głębokim okiem drzemała głębia.</akap>


<akap>--- Między nim a nami jest niby szklany mur --- wpadły mi słowa Miriam.
Mogłem mu tylko słowa nie mówiąc, rękę uścisnąć --- i odejść.</akap>


<akap>Towarzyszył mi do drzwi --- a gdy wchodziłem po schodach na górę i odwróciłem
się raz jeszcze, widziałem, że zatrzymał się i przyjaźnie kiwał ku mnie, ale
tak, jak ktoś, co chciałby coś powiedzieć, jednak nie może.</akap>


<!--TRIM:1-->
<naglowek_rozdzial>Trwoga</naglowek_rozdzial>

<akap>Miałem zamiar wziąć palto i laskę i pójść, aby się posilić czymkolwiek w
gospodzie ,,Pod starym cebrem", gdzie co wieczór zasiadali razem Zwak,
Vrieslander i Prokop, i opowiadali sobie szalone historie; lecz zaledwie
przestąpiłem próg swego pokoju, zamiar ten odpadł ode mnie; rzekłbyś, jakieś ręce
zdarły ze mnie chustkę lub coś podobnego, co miałem na sobie. Czuć było w
powietrzu jakieś napięcie, z którego nie mogłem sobie zdać sprawy, lecz mimo
wszystko trwało ono niby coś uchwytnego i w przeciągu kilku sekund przeniknęło
we mnie tak silnie, że pełny niepokoju początkowo wprost nie wiedziałem, co
czynić: zapalić światło, zamknąć za sobą drzwi, usiąść czy chodzić po pokoju.
Czy się kto w czasie mojej nieobecności wślizgnął i tu ukrył? Czy to był strach,
co mnie opanował przed możliwością, że mnie ktoś zobaczy? Może Wassertrum był
tutaj? Poruszyłem firanki, otworzyłem szafę, spojrzałem do przyległego pokoju ---
nikogo. Kasetka stała również nietknięta na swoim miejscu. Czy nie uczyniłbym
najlepiej, gdybym bez namysłu spalił listy, aby raz na zawsze być wolnym od
kłopotu? Już szukałem kluczyka w kieszonce od kamizelki --- ale czy to musi
nastąpić zaraz, teraz? Zostało mi jeszcze dosyć czasu do jutra rana. Najpierw
zapalić światło! Nie mogłem znaleźć zapałek. Czy drzwi były zamknięte? ---
Przeszedłem parę kroków z powrotem. Znów stanąłem. Dlaczego naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> (daw.) --- nagle.</pe> trwoga?
Chciałem sobie robić wyrzuty, że jestem tchórzliwy --- myśli zatrzymały się. W
środku zdania. Szalona myśl wpadła mi nagle do głowy: Prędko, prędko wejść na stół, porwać krzesełko, przycisnąć je do siebie i uderzyć
,,go" tym w czaszkę, aby się aż spłaszczył o ziemię --- gdy --- gdy się przybliży.
,,Ależ tu nie ma nikogo" --- powiedziałem sobie głośno i ze złością --- ,,czyś ty się
bał tak kiedykolwiek w życiu?" Nic nie pomogło. Powietrze, które wdychałem,
rozrzedziło się i cięło, jak eter. Gdybym chociaż cośkolwiek zobaczył:
najstraszliwszą rzecz, jaką można sobie tylko wyobrazić --- w jednej chwili
strach by mnie opuścił. Nie zjawiło się nic. Świdrowałem oczyma po wszystkich
kątach. Nic, wszędzie tylko dobrze mi znane sprzęty: meble, skrzynie, lampa,
obraz, zegar ścienny --- martwi, starzy przyjaciele.</akap>


<akap>Spodziewałem się, że te sprzęty w moich oczach nagle się przekształcą i
wytłumaczą mi powód tej złudy myślowej, która była przyczyną dławiącego mnie
uczucia strachu. Również i to nie. --- Rzeczy uparcie nie zmieniały swojej formy.
Były owszem zbyt sztywne, jak na panujący pół zmrok, aby to było naturalne. ,,Są
pod tym samym naciskiem, co i ty sam", czułem. ,,Nie odważają się wykonać choćby
najdelikatniejszego ruchu". Dlaczego zegar ścienny nie cyka? --- Jakieś czyhanie
pochłaniało każdy dźwięk. Potrząsłem stołem i dziwiło mnie, że mogę słyszeć
hałas. Gdyby chociaż wiatr zaświszczał około domu! --- Ani razu! Albo gdyby drzewo
zatrzeszczało w piecu --- ogień wygasł. I wciąż to samo naprężenie w powietrzu ---
bez chwili przerwy, nieustannie jak strumień wody. Ta daremna gotowość do skoku
wszystkich mych zmysłów. Zwątpiłem, czy będę mógł ją przetrwać. --- Pokój pełen
oczu, których nie mogłem widzieć --- pełen bezplanowo wyciągających się rąk,
których nie mogłem uchwycić: ,,przeważa Trwoga, co sama z siebie rodzi się wobec
nieujętego Niczegoś. Niczegoś, co nie ma żadnych kształtów, przekracza granice
naszych myśli" --- uświadomiłem sobie głucho. Stanąłem twardo i czekałem. Czekałem pewnie kwadrans; może ,,to" da się namówić, podpełznie do mnie z
tyłu i będę mógł je ująć!? Błyskawicznie obróciłem się dokoła; znowu Nic. To
samo, nie dające się zauważyć ,,Nic", którego nie było, a jednak pokój był
przepełniony jego groźnym życiem. Gdybym wybiegł na ulicę? Co mi przeszkadza?
,,To" poszłoby ze mną --- wiedziałem z wszelką pewnością. Jak również odgadywałem,
że nic mi nie pomoże, gdybym zapalił światło, jednakże tak długo szukałem
zapałek, aż je znalazłem. <begin id="b1297088447711-3310089363"/><motyw id="m1297088447711-3310089363">Ogień</motyw>Lecz knot świecy nie chciał się palić i długo nie
przestawał się tlić: mały płomyczek nie mógł ani żyć ani umrzeć, a gdy w końcu
wywalczył sobie suchotniczą egzystencję, powstał bez połysku, jak żółta, brudna
blacha. <end id="e1297088447711-3310089363"/>Nie, ciemność była lepszą. Znów zagasiłem świecę i w ubraniu rzuciłem
się na łóżko. Liczyłem bicie serca: raz, dwa, trzy --- cztery... do tysiąca i
wciąż na nowo --- godziny, dnie, tygodnie, jak mi się zdawało, aż wyschły mi
wargi, włosy się rozwichrzyły: ani sekundy ulgi. Ani jednej jedynej. Zacząłem
wymawiać słowa, jakie mi tylko przychodziły na język: ,,książę", ,,drzewo", aż
przedstawiły mi się nagle jako suche, bezmyślne dźwięki z barbarzyńskich czasów
i musiałem całą siłą się namyślać, aby zrozumieć ich znaczenie: k-s-i-ą-ż-ę? d-r-z-e-w-o? Czy ja już zwariowałem? Albo umarłem? Dotykałem wokoło sam siebie.
Wstań. Siądź na krzesełku. Padłem na fotel. Gdyby jednak w końcu przyszła
śmierć! Aby tylko nie czuć więcej tego bezkrwistego, strasznego naprężenia! ,,Ja
--- nie chcę --- nie chcę", krzyknąłem. ,,Czy słyszycie?!". Bezsilny znów upadłem.
Nie mogłem pojąć, że wciąż jeszcze żyję. Niezdolny cośkolwiek myśleć lub
czynić, runąłem prosto przed siebie.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Dlaczego ,,on" mi wciąż tak uporczywie podaje tylko ziarenka? prześladowała mnie
myśl, cofnęła się i wróciła. Cofnęła się. Znów wróciła. Powoli zaczęło mi się w końcu wyjaśniać, że przede mną stoi jakaś dziwna istota --- stoi
zapewne, odkąd już tutaj siedzę --- i wyciągnęła do mnie ręce. Szare, barczyste
stworzenie, wzrostu dojrzałego mężczyzny, oparte na spiralnie skręconej, sękatej
lasce z białego drewna. Tam, gdzie powinna być głowa, mogłem rozpoznać tylko
mglisty obłok z płowego<pe><slowo_obce>płowy</slowo_obce> --- żółtoszary.</pe> oparu. Od zjawiska tego rozchodził się mdły zapach
drzewa sandałowego i wilgotnego łupku<pe><slowo_obce>łupek</slowo_obce> --- rodzaj kamienia charakteryzującego się dużą łupliwością.</pe>. Uczucie całkowitej bezbronności pozbawiło
mnie prawie zmysłów. To, co przez cały tak długi czas zużyłem na pokonanie
szarpiącej nerwy męki, zamieniło się teraz w śmiertelną trwogę i przyodziało się
w kształt tej istoty.</akap>


<akap>Instynkt samozachowawczy mówił mi, że zwariowałbym z przerażenia i strachu,
gdybym ujrzał twarz tej fantastycznej istoty; --- ostrzegał mnie przed tym,
krzyczał mi to w uszy --- a jednak ciągnęło mnie jak magnes tak, że nie mogłem
odwrócić wzroku od tej płowej kurzawy i szukałem w niej oczu, nosa i ust. Lecz
chociaż bardzo się trudziłem, opar pozostawał nieruchomy. Udawało mi się różnego
rodzaju głowy nasadzać na tułów, lecz za każdym razem widziałem, że one powstają
tylko siłą mojej wyobraźni.</akap>


<akap>Głowy rozpływały się ciągle --- prawie w tej samej sekundzie, w której je sobie
stworzyłem. Tylko kształt głowy Ibisa<pe><slowo_obce>ibis</slowo_obce> --- ptak o długich nogach i dziobie, z rodziny pelikanowatych; jego nazwa może być pochodzenia egipskiego.</pe> egipskiego trwał najdłużej. Kontury
widziadła rozpływały się schematycznie w ciemnościach, zaledwie dostrzegalnie
kurczyły się i wyciągały z powrotem, jakby pod wpływem delikatnych podmuchów,
przebiegających całą postać: był to jedyny ruch dostrzegalny. Zamiast nóg
dotykały ziemi nagie kości, z których szare, anemiczne mięso, szerokie na miarę
pięści, odrywało się w formie dętych pobrzeży. Bez ruchu podawało mi to
stworzenie dłoń. Na dłoni leżały małe ziarenka, wielkości grochu, czarnego
koloru z czarnymi punktami na brzegu. Co miałem z nimi uczynić?! Czułem głucho:
olbrzymia odpowiedzialność spoczywała na mnie --- odpowiedzialność idąca daleko ponad wszystko
ziemskie --- jeżeli teraz nie postąpię właściwie. Dwie szale wagi, każda
obarczona ciężarem połowy świata, kołyszą się gdzieś w państwie przyczyn (tak
rozumiałem); na którą z nich rzuciłem pyłek, ta opadła w dół. Rozumiałem, że
to była najstraszniejsza zasadzka. ,,Nie ruszać żadnym palcem" --- radził mi
rozum.</akap> 


<akap>Że też śmierć przez całą wieczność nie chce przyjść i wybawić mnie od tej
męki. --- I wtedy również nie chybiłbyś co do wyboru: usunąłbyś te ziarna ---
szeptało coś we mnie. Tutaj nie ma żadnego odwrotu. Spragniony ocalenia,
spojrzałem wokoło siebie, czy nie uzyskam jakiego znaku, co mam uczynić. Nic. I
we mnie żadnej rady, żadnego pomysłu --- wszystko martwe, umarłe. Pojąłem, że
życie miliardów ludzi waży lekko, jak pióro --- w tym strasznym momencie. Musiała
być już głęboka noc, gdyż nie mogłem rozróżniać ścian mego pokoju. Tuż obok
pracowni zatupotały kroki: słyszałem, że ktoś poruszał szafy, wyciągał szuflady,
hałaśliwie rzucał coś na podłogę, zdawało mi się poznawać głos Wassertruma, gdy
ten swym rzężącym, basowym głosem wymawiał dzikie przekleństwa; nie
podsłuchiwałem. Było to dla mnie bez znaczenia, jak skrobanie myszy --- zamknąłem
oczy. Ludzkie oblicza przeciągnęły długimi rzędami wokoło mnie. Zapadłe
powieki, skamieniałe trupie maski --- mój własny ród, moi właśni przodkowie.
Zawsze ten sam kształt czaszki, a jak typ zdawał się zmieniać --- tak właśnie
wstawał z grobów poprzez wieki --- już to z gładkim, rozczesanym włosem, już to w
pukle<pe><slowo_obce>pukiel</slowo_obce> --- wijący się lok.</pe> ułożonym, już krótko przyciętym, już w długiej peruce lub z czupryną
ułożoną w pierścienie --- aż rysy stawały się dla mnie coraz bardziej znajome i
przybrały w końcu ostatnie oblicze --- oblicze Golema<pe><slowo_obce>golem</slowo_obce> --- w legendach żydowskich istota stworzona na podobieństwo człowieka, zazwyczaj z gliny, żywa lecz pozbawiona duszy i dlatego posłuszna poleceniom człowieka, który ją stworzył. Stworzenie golema wiązało się z powtórzeniem Boskiego procesu kreacji.</pe>, na którym przerywał się
łańcuch moich przodków. Potem mrok mego pokoju zamknął się w nieskończoną, pustą przestrzeń, w której środku znajdowałem
się na fotelu; przede mną zaś znowu szary cień z wyciągniętą ręką. --- I gdy
otworzyłem oczy, około nas stały w dwóch przecinających się kołach, tworzących
ósemkę --- jakieś dziwne istoty. W jednym kole były szaty o fioletowym połysku; w
drugim kole --- suknie<pe><slowo_obce>suknia</slowo_obce> (daw.) --- strój, ubiór.</pe> czerwonawo-czarne. Ludzie jakiejś obcej rasy, wysokiego,
nienaturalnie wysmukłego wzrostu, o twarzach ukrytych za świecącymi chustkami.
Drżenie serca w mej piersi mówiło mi, że nadeszła właśnie chwila rozstrzygająca.
Palce moje szybko się poruszyły ku ziarnom --- i nagle ujrzałem, jak postacie
czerwonawego koła zadrżały. Miałemże nie brać ziarenek?</akap>


<akap>Wrzenie ogarnęło koło niebieskawe; spojrzałem przenikliwie na człowieka bez
głowy: stał w tej samej postawie: nieruchomo, jak poprzednio. Wstrzymałem nawet
oddech. Podniosłem rękę, lecz wciąż nie wiedziałem, co mam czynić i uderzyłem w
wyciągniętą rękę widma, aż ziarna potoczyły się po podłodze. Na chwilkę, tak
krótką, jak trzask iskry elektrycznej, straciłem świadomość i myślałem, że
spadam w bezdenną przepaść --- potem mocno stanąłem na nogach. Szara istota
znikła. Również istoty czerwonawego koła. Zaś niebieskawe postacie utworzyły
wokół mnie pierścień; nosiły na piersiach napis w złotych hieroglifach i
trzymały go nieruchomo. --- Wyglądało to jak przysięga --- między palcem
wskazującym a wielkim czarne ziarnka na tej wysokości, na której wytrąciłem je
z ręki widmu bez głowy. Słyszałem, jak na ulicy grad uderzył o szyby i głuchy
grzmot przeciął powietrze. Burza zimowa w całej swojej bezmyślnej wściekłości
szalała nad miastem. Od strony rzeki huczały wśród wycia burzy, w rytmicznych
odstępach, głuche wystrzały armatnie, które oznajmiały pękanie pokrywy lodowej na
Wełtawie. Pokój płonął w świetle błyskawic, następujących po sobie bez przerwy: Uczułem się nagle tak słaby, że
drżały mi kolana i musiałem usiąść. </akap>

<akap>--- Bądź spokojny --- powiedział wyraźnie jakiś
głos obok mnie --- bądź zupełnie spokojny, dzisiaj jest Lejl Szimurim<pe><slowo_obce>Lejl Szimurim</slowo_obce> (hebr.) --- noc czuwania, pierwsza noc święta Paschy.</pe>: Noc opieki.</akap>
<separator_linia/>
<akap>Powoli burza ustawała i głuchy hałas zamienił się w jednostajne bębnienie gradu
o dachy. --- Moje znużenie urosło do takiego stopnia, że raczej przytępionymi
zmysłami i przez pół we śnie rozpoznawałem, co się około mnie dzieje. Ktoś z
koła powiedział słowa: ,,Nie masz<pe><slowo_obce>nie masz</slowo_obce> (daw.) --- nie ma (forma bezosobowa).</pe> tutaj tego, którego szukacie". Na to pierwszy
znów cicho wymówił jakieś zdanie, w którym usłyszałem imię ,,Henoch<pe><slowo_obce>Henoch</slowo_obce> --- patriarcha biblijny, który z racji wielkiej przyjaźni z Bogiem miał być za życia wzięty do nieba; przypisywano mu apokryficzną <tytul_dziela>Księgę Henocha</tytul_dziela>.</pe>", lecz reszty
nie zrozumiałem: wiatr za głośno przynosił od strony rzeki jęczenie pękających
brył lodowych.</akap><separator_linia/>

<akap>Potem oddzielił się jeden z koła, przystąpił do mnie, wskazał hieroglify na
swojej piersi --- były to te same litery, co i u pozostałych --- zapytał mnie czy
mógłbym je przeczytać. I gdy ja --- bełkocząc ze znużenia --- zaprzeczyłem,
wyciągnął do mnie dłoń, i świecący napis ukazał się na moich piersiach; napis w
literach, które były początkowo łacińskie:</akap>

<akap>
<slowo_obce>Chabert Zereh Aur Bocher<pe><slowo_obce>Chabert Zereh Aur Bocher</slowo_obce> (hebr.) --- dosł.: związek wychowanków zorzy porannej.</pe></slowo_obce></akap>
<separator_linia/>
<akap>
i zamieniły się powoli w nieznany mi alfabet --- --- 
</akap>
<akap>
I wpadłem w głęboki, bez
marzeń sen, nieznany mi od tej nocy, gdy Hillel rozwiązał mi język.
</akap>



<naglowek_rozdzial>Pęd</naglowek_rozdzial>

<akap>Godziny ostatnich dni upłynęły mi jak na skrzydłach. Zaledwie miałem czas na
posiłek. Nieustanny pociąg do działalności zewnętrznej przykuwał mnie od rana
do wieczora do mego warsztatu. Gemma była ukończona i Miriam cieszyła się z
niej jak dziecko. Również litera ,,J" w książce <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela><pe><slowo_obce>ibbur</slowo_obce> --- w pewnych odłamach mistyki żydowskiej słowo to oznacza w uproszczeniu wzmocnienie duszy żyjącego człowieka przez tymczasowo łączącą się z nią inną sprawiedliwą duszę przebywającą poza ciałem. Zwykle wynika to z potrzeby spełnienia przez duszę bezcielesną jakiejś misji.</pe> była poprawiona.
Przechyliłem się w tył i zacząłem rozmyślać, pełen spokoju, o wszystkich drobnych
zdarzeniach dzisiejszego dnia: stara kobieta, która mi usługuje, wpadła do
pokoju rano po burzy z wiadomością, że kamienny most zawalił się tej nocy. ---
Dziwne! --- zawalił się! Zapewne właśnie w tej godzinie, w której ja te ziarnka ---
--- --- nie --- nie --- nie myśleć o tym! To, co się wtedy zdarzyło, mogłoby przybrać
pozór czczej<pe><slowo_obce>czczy</slowo_obce> --- nic nieznaczący.</pe> ułudy; ja zaś postanowiłem pochować tą zjawę w swej duszy, aż znowu
sama się obudzi --- aby tylko tego nie dotykać. Jak to było niedawno, gdy szedłem
jeszcze przez most, widziałem kamienne posągi --- a teraz leży w gruzach most,
który przetrwał stulecia. Miałem niemal bolesne uczucie, że już nigdy więcej nie
postanie na nim moja noga. Gdyby go nawet znowuż odbudowano, nie byłby to już
nigdy ten stary, tajemniczy most kamienny. Wycinając gemmę<pe><slowo_obce>gemma</slowo_obce> --- kamień półszlachetny lub szlachetny o owalnym kształcie, ozdobiony reliefem.</pe>, rozmyślałem o tym
godzinami i jak to się rozumie samo przez się, rozmyślałem tak, jakbym nigdy
o tym nie zapominał; żywo też stanęło mi przed oczyma, jak często, w dziecinnych
i późniejszych latach, spoglądałem na wizerunek świętego Luitgarda
i innych, którzy teraz leżą pogrzebani w szumiących wodach. Wiele drobnych,
kochanych rzeczy, które w dzieciństwie nazywałem swoimi, ujrzałem znów w myślach: i mego ojca, i moją
matkę, i mnóstwo kolegów szkolnych. Tylko domu, w którym mieszkałem, nie mogłem
sobie przypomnieć. Wiedziałem, że stanie znów nagle przede mną któregoś dnia, gdy
najmniej będę się tego spodziewał; i cieszyłem się z tego. Uczucie, że od razu
wszystko się przede mną naturalnie i prosto ujawni, było tak błogie! Gdy
przedwczoraj wyjąłem z kasetki książkę <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela> --- nie zdawało się to bynajmniej
godne podziwu, że wyglądała jak stara, pergaminowa księga ozdobiona samymi
inicjałami; uważałem to owszem za rzecz zgoła naturalną. Nie mogłem pojąć, że
kiedyś działała na mnie jak upiór! Była napisana językiem hebrajskim, zupełnie
dla mnie niezrozumiałym. Kiedy znów nieznajomy przyjdzie, aby ją odebrać? Radość
życia, która potajemnie opanowała mnie podczas roboty, obudziła się na nowo w
całej swej orzeźwiającej świeżości i rozpędziła nocne myśli, które mnie znów
chciały napaść zdradliwie.</akap>


<akap><begin id="b1297253866461-2133555200"/><motyw id="m1297253866461-2133555200">Pocałunek, Nadzieja, Marzenie</motyw>Prędko wziąłem fotografię Angeliny --- odciąłem dedykację, która była u dołu, i
pocałowałem ją. To wszystko było tak głupie i szalone, lecz dlaczegóż choćby raz
nie pomarzyć o szczęściu, zatrzymać obecną chwilę i radować się tym jak bańką
mydlaną? Czy nie mogło się urzeczywistnić to, czym mamiła mnie tęsknota mego
serca? Byłoż to zupełnie niemożliwe, abym z dnia na dzień stał się sławnym
człowiekiem? Godny jej, choć nie równy pochodzeniem? Co najmniej równy doktorowi
Savioli? Myślałem o gemmie<pe><slowo_obce>gemma</slowo_obce> --- kamień półszlachetny lub szlachetny o owalnym kształcie, ozdobiony reliefem.</pe> Miriam: gdyby mi się druga taka udała, jak ta! --- bez
wątpienia, nawet najlepsi artyści wszystkich czasów nie stworzyli nic lepszego.<end id="e1297253866461-2133555200"/></akap>


<akap>Przypuśćmy tylko jeden wypadek: mąż Angeliny nagle umiera? Stało mi się naraz
gorąco i zimno: drobny wypadek i moja nadzieja, zuchwała nadzieja, nabierze
kształtów. Szczęście moje wisi na cienkiej nitce, która lada chwila może się
przerwać, upadnie mi na łono. Czy już tysiące razy nie udawało mi się coś cudownego?
Rzeczy, których istnienia ludzie w ogóle nawet nie przypuszczają. Czy to nie jest
cud, że w przeciągu kilku tygodni obudziły się we mnie artystyczne zdolności,
które już teraz podnoszą mnie wysoko nad przeciętność? Stoję jednak dopiero na
początku drogi! Czy nie miałem prawa do szczęścia? Czy mistyka jest równoznaczna
z unicestwieniem pragnień? Przeważyło we mnie ,,tak"; --- <begin id="b1297256173655-3020161565"/><motyw id="m1297256173655-3020161565">Sen</motyw>śnić jeszcze tylko jedną
godzinę --- minutę --- jedno krótkie istnienie ludzkie! I śniłem z otwartymi oczyma.
Szlachetne kamienie na stole rosły i rosły i otoczyły mnie ze wszystkich stron
barwnymi kaskadami.</akap>


<akap>Drzewa z opali stanęły gromadami przy sobie i wydawały świetlne blaski niebios,
lśniące błękitnie jak skrzydła olbrzymiego motyla spod zwrotników, w deszczu
iskier, ponad nieprzejrzanymi łąkami, pełnymi gorących powiewów letnich. Czułem
pragnienie i ochłodziłem swoje członki w lodowatej pianie potoków, co szumiały
na skalnych urwiskach z lśniącej masy perłowej.<end id="e1297256173655-3020161565"/></akap>


<akap>Duszny powiew przeciągnął nad pochyłościami, przesycony kwieciem, i upoił mnie
wonią jaśminu, hiacyntów, narcyzów, bławatków --- --- --- --- --- ---</akap>


<akap>Nie do zniesienia! nie do zniesienia! Okryłem fotografię. --- Miałem pragnienie!
Były to męki raju!
Szarpnąłem oknem i czoło moje owiał wilgotny wiatr; pachniało zbliżającą się
wiosną.</akap> <separator_linia/>


<akap>Miriam! Musiałem myśleć o Miriam. Jak to ona ze wzruszenia aż się oprzeć
musiała o ścianę, gdy przyszła mi powiedzieć, że stał się cud, prawdziwy cud:
znalazła złotą monetę w bochenku chleba, który piekarz jak zwykle położył przez
kratę, na oknie swego sklepu. Chwyciłem portmonetkę. --- Przypuszczam, nie było
jeszcze dziś za późno, i przyszedłem jeszcze w porę zaczarować jej znów dukata<pe><slowo_obce>dukat</slowo_obce> --- złota moneta, będąca w obiegu do XIX w.</pe>.</akap>


<akap>Odwiedzała mnie ona codziennie, aby mi dotrzymać towarzystwa, jak mówiła, ale
prawie ciągle milczała, tak była przejęta owym ,,cudem". Aż do najgłębszej głębi
--- poruszył ją ten wypadek i gdy sobie przypomniałem, jak to ona czasami nagle,
bez przyczyny zewnętrznej, tylko pod wpływem wspomnienia --- śmiertelnie bladła
aż po usta, dostawałem zawrotu głowy na samą myśl, że mógłbym w swoim
zasklepieniu czynić rzeczy niezmiernej doniosłości. --- I gdy wywołałem w pamięci
ostatnie zagadkowe słowa Hillela i związałem je z tą ostatnią swoją myślą,
odczułem we wszystkich kościach lodowate zimno. Czystość zamiaru nie była dla
mnie bynajmniej uniewinnieniem --- cel nie uświęca środków --- przekonałem się. A co
by było, gdyby ten zamiar ,,chcieć pomóc" był tylko pozornie czysty? Może
właśnie ukrywa się w tym jakieś utajone kłamstwo: nieokreślone życzenie, aby dla
własnego zadowolenia rozkoszować się rolą dobroczyńcy? Zacząłem błądzić sam w
stosunku do siebie. Było jasne, że osądziłem Miriam zbyt powierzchownie. Już
jako córka Hillela musiała być nie taką, jak inne panny. Jak mogłem być na tyle
zuchwały, aby w tak głupi sposób wdzierać się w wewnętrzne życie, które o całe
niebo stało wyżej nad moim własnym. Już rysy jej twarzy, które sto razy bardziej
odpowiadały epoce szóstej dynastii egipskiej, a nawet dla niej były nazbyt
uduchowione, niż dla naszych dni ze swym typem ludzi rozsądkowych: powinny były
ostrzec. --- ,,Tylko zupełny głupiec nie ufa przejawom zewnętrznym" --- czytałem to
gdzieś kiedyś. Jakże to prawdziwe! Miriam i ja byliśmy teraz dobrymi
przyjaciółmi: czy miałem jej wyznać, że to właśnie ja codziennie przemycałem w
chlebie dukaty? Cios byłby zbyt nagły. Ogłuszyłby ją. --- Nie mogłem się na to
odważyć, musiałem postępować ostrożniej. --- Czy ten ,,cud" jakkolwiek osłabić?
Zamiast wsadzać pieniądz do chleba, kłaść go na stopniach schodów, aby mogła go znaleźć, gdy otworzy, i tak dalej, i tak
dalej. Przecież można wymyślić coś nowego, mniej szorstkiego: jakąś drogą, która
by wprowadziła ją z cudów do codzienności; pocieszałem się. Tak! To było
najlepsze. Albo przeciąć węzeł? Wyznać jej ojcu i wciągnąć do rady? Rumieniec
wstydu wystąpił mi na twarz. Na ten krok było jeszcze dosyć czasu, gdy zawiodą
wszystkie inne środki. Tylko zaraz przystąpić do dzieła. Ani chwili nie tracić!
Dobry pomysł wpadł mi do głowy: musiałem zająć Miriam czymś zupełnie osobliwym,
wyrwać ją na parę godzin z powszedniego otoczenia, aby doznała innych wrażeń.
Wzięliśmy powóz i pojechaliśmy na spacer. Kto nas pozna, gdy będziemy unikali
dzielnicy żydowskiej? Może ją zaciekawi widok zwalonego mostu? Gdyby uważała za
niestosowne, żebym ja był przy niej, pojedzie z nią Zwak albo która z dawnych
jej przyjaciółek. Byłem zupełnie zdecydowany nie dopuścić żadnego oporu. --- --- ---
--- --- --- U progu natknąłem się na jakiegoś człowieka. Wassertrum! Musiał patrzeć
przez dziurkę od klucza, gdyż w chwili, kiedy wpadłem na niego, stał pochylony.
--- Czy pan mnie szuka? --- zapytałem go szorstko. Wybełkotał kilka słów wymówki w
swoim niemożliwym żargonie; potem potwierdził. Zaproponowałem mu przybliżyć się
i usiąść, lecz Aron stanął przy stole i kręcił kurczowo rondem kapelusza.
Głęboka nienawiść, którą na próżno starał się ukryć, odzwierciadlała się w jego
twarzy, w każdym poruszeniu. Nigdy nie widziałem jeszcze tego człowieka tak
bezpośrednio blisko. Jego straszna brzydota była zapewne odrażająca; ale
wzbudzała ona raczej we mnie politowanie; wyglądał jak stworzenie, któremu sama
natura, przy urodzeniu, pełna wściekłości i wstrętu zadeptała twarz nogą --- i
powstało coś nieokreślonego, co jego charakteryzowało. Była temu winna ,,Krew",
jak trafnie określił to Charousek. Pomimo woli cofnąłem rękę, którą przy jego wejściu wyciągnąłem. Chociaż zrobiłem to prawie niewidocznie, zdaje się jednak, że on to zauważył, gdyż musiał nagle siłą poskromić
w swojej twarzy wybuch nienawiści. </akap>

<akap>
--- Ładnie tutaj jest --- zaczął w końcu, jąkając
się, gdy zauważył, że nie zadałem sobie trudu zacząć z nim rozmowę. W
przeciwieństwie do swoich słów, zamknął przy tym oczy, może dlatego, żeby się
nie spotkać z moim wzrokiem. A może myślał, że to nada jego twarzy niewinny
wyraz? Można było wyraźnie spostrzec, ile zadawał sobie trudu, aby poprawnie
mówić po niemiecku. Nie czułem się w obowiązku odpowiedzieć mu i czekałem, co też
on powie dalej. W zakłopotaniu chwycił pilnik, który Bóg wie po co --- jeszcze od
wizyty Charouska leżał na stole, lecz pomimo woli cofnął się natychmiast, jak
gdyby go żmija ugryzła. Zdumiony byłem jego nieświadomą, duchową wrażliwością.</akap>


<akap>--- Pięknie! naturalnie, owszem! Interes pański na tym polega. Musi być pięknie w
mieszkaniu --- zerwał się, dodając: --- kiedy się odbiera takie szlachetne
odwiedziny! Chciał otworzyć oczy, aby widzieć, jakie wrażenie wywrą na mnie
jego słowa, lecz uznał widocznie to za przedwczesne --- i znów je szybko zamknął.
Chciałem go przycisnąć do muru: </akap>

<akap>--- Pan myśli o damie, która niedawno tutaj
zajeżdżała? Powiedz pan otwarcie, dokąd pan zmierza?</akap>

<akap>Chwilę się ociągał, potem
chwycił mnie silnie za łokieć i pociągnął mnie do okna. Dziwny, nieumotywowany
sposób, w jaki to zrobił, przypomniał mi, jak kilka dni temu wciągnął do swojej
jamy głuchoniemego Jaromira. Zakrzywionymi palcami pokazywał mi jakiś błyszczący
przedmiot: </akap>

<akap>
--- Jak pan myśli, panie Pernath, czy da się z tego jeszcze coś zrobić?
</akap>


<akap>Był to złoty zegarek, z tak mocno przygiętą kopertą, że wyglądał prawie
jakby ją ktoś z umysłu wygiął. Wziąłem szkło powiększające: śrubki były do
połowy poodłamywane, a wewnątrz czy nie ma tam jakichś liter wyrytych? Prawie już nieczytelne, a ponadto
porysowane mnóstwem świeżych zadrapań. Powoli odczytałem:
K-a-r-ol Zott-man</akap>


<akap>Zottman? Zottman? --- Gdzież ja słyszałem to nazwisko. Zottman? Nie mogłem sobie
przypomnieć. Zottman? Wassertrum wytrącił mi prawie lupę z ręki. </akap>

<akap>--- W mechanizmie
nic nie ma, patrzyłem już tam sam, ale z pokrywą --- to coś --- śmierdzi!</akap>
<akap>--- Trzeba tylko wyklepać i wyrównać, najwyżej kilka zlutowań. To może panu również
dobrze zrobić każdy złotnik, panie Wassertrum.</akap>

<akap> --- Zależy mi na tym, żeby to była
solidna robota, jak to się mówi artystyczna --- przerwał mi skwapliwie. Z trwogą
prawie. </akap>

<akap>--- A więc dobrze, jeżeli panu na tym zależy.</akap>
<akap>--- Wiele na tym zależy!
Głos jego drżał z zapalczywaści. --- Chcę sam nosić ten zegarek. A gdy go
komukolwiek pokażę, to powiem: patrzcie, tak robi pan von Pernath. </akap>

<akap>Brzydziłem
się tym człowiekiem, pluł mi po prostu pochlebstwami w twarz. </akap>
<akap>--- Gdy za godzinę
pan wróci, wszystko będzie gotowe. </akap>
<akap>Wassertrum odwrócił się kurczowo:</akap>
<akap>--- Tak nie
można, tego nie chcę. Trzy dni, cztery dni, w przyszłym tygodniu, będzie dosyć
czasu. Całe życie robiłbym sobie wyrzuty, że pana zamęczyłem! </akap>

<akap>Czego on chciał, że tak zabiegał? --- Uczyniłem krok do przyległego pokoju i schowałem zegarek do kasetki. Fotografia Angeliny leżała na wierzchu. Szybko zamknąłem pokrywkę, na
wypadek, gdyby Wassertrum chciał zajrzeć. Gdy wróciłem, zauważyłem, że był
zaczerwieniony. Przyjrzałem mu się, lecz natychmiast cofnąłem swe podejrzenie.
Niemożliwe! Nie był w stanie nic zobaczyć. </akap>

<akap>--- A więc może następnego tygodnia ---
powiedziałem, aby położyć koniec jego wizycie. </akap>

<akap>Lecz jemu tym razem się nie
spieszyło, wziął krzesełko i usiadł. Na odwrót niż poprzednio, miał on teraz
swoje rybie oczy przy rozmowie szeroko otwarte; wpatrywał się uporczywie w górny guzik mej kamizelki. Pauza. </akap>

<akap>--- Ta księżna naturalnie powiedziała
panu, żeby pan udawał, że niby to pan o niczym nie wie, gdyby się to wszystko
wydało? Cooo? --- wrzasnął nagle na mnie bez wstępu i uderzył pięścią w stół.</akap>

<akap>Było coś dziwnie strasznego w tej krańcowości, z jaką Aron przeskoczył od
jednego sposobu rozmowy do drugiego --- od tonów pochlebnych
błyskawicznie przeszedł do brutalnych; uważałem to za bardzo możliwe, że
większość ludzi, zwłaszcza kobiety, muszą się całkowicie zdać na jego łaskę,
jeżeli on posiada choćby najmniejszą broń przeciwko nim. Pierwszą moją myślą
było zerwać się, chwycić go za kark i wyrzucić za drzwi; potem wytłumaczyłem
sobie, czy nie będzie rozsądniej naprzód wysłuchać go dokładnie.</akap>

<akap>--- Naprawdę nie rozumiem, co pan ma na myśli, panie Wassertrum? --- starałem się zrobić
możliwie najgłupszą minę.</akap>

<akap>--- Księżna? Co za księżna? Może mam pana
uczyć po niemiecku? --- przerwał mi ordynarnie. --- Będzie musiał pan podnosić rękę
przed sądem, gdy rozchodzi się o flaki! Rozumie mnie pan? Ja
to panu mówię!</akap>

<akap>Zaczął krzyczeć</akap>

<akap>--- Nie będzie mi się pan w oczy wypierać, że
,,ona" stamtąd --- wskazał palcem w stronę pracowni --- przybiegła do pana w
jednym dywaniku i --- nic więcej nie miała na sobie. </akap>

<akap>Wściekłość zalała
mi oczy; schwyciłem łajdaka za pierś i potrząsłem nim:</akap>

<akap>--- Jeżeli jeszcze jedno
słowo powiesz o tym, pogruchoczę ci kości! Zrozumiano?</akap>

<akap>Przestraszony upadł na krzesełko i wyjąkał: </akap>
<akap>--- Co jest? co jest? czego pan
chce? Ja tylko tak mówię. </akap>
<akap> Przeszedłem się po pokoju, aby się
uspokoić. Nie słuchałem tego wszystkiego, co gadał na swoje
uspawiedliwienie. Usiadłem potem naprzeciwko niego z mocnym zamiarem, by sprawę,
o ile dotyczy Angeliny, wyprowadzić na czystą wodę, a jeżeli się nie uda, to
spokojnie zmusić go w końcu, aby wyjaśnił swą nienawiść i tak zawczasu
odparować jego słabe pociski. --- Nie zważając na to, że spokorniał, wbiłem mu w głowę, że presje
jakiegokolwiek bądź rodzaju --- podkreśliłem to słowo --- mogą się nie udać,
gdyż on żadnego zarzutu nie może poprzeć dowodami, a ja mógłbym na pewno zbić
wszelkie zaświadczenia (założywszy, że w zakresie możliwości w ogóle do tego by
nie doszło). Angelina była mi za bliską, abym w potrzebie nie miał jej ratować
choćby kosztem największych ofiar, nawet krzywoprzysięstwa! Każdy muskuł w jego
twarzy drżał; zajęcza warga wyciągnęła się aż do nosa, wyszczerzył zęby i
okrążał mnie wciąż swoją mową jak indyk:</akap>
<akap>--- A czy ja czego chcę od księżny??
Niechże pan uważa! </akap>
<akap>Tracił władzę nad sobą z niecierpliwości, że nie pozwalam
się oszukać. </akap>
<akap>--- Chodzi mi tu o Saviolego, o tego przeklętego psa, tego --- tego
--- ryknął nagle. Zadyszał się. Szybko zatrzymałem go: w końcu doszedł do tego
punktu, na którym go chciałem mieć, lecz on natychmiast się połapał i znów się
wpatrywał w moją kamizelkę. </akap>
<akap>--- Słuchaj pan --- panie Pernath --- zmuszał się
naśladować chłodny rozważny ton kupiecki --- pan mówi wciąż o? --- --- o tej
damie. Dobrze! Ona jest zamężna. Dobrze: ona puściła się z tym --- z tym młodym
wszarzem. Co mnie to obchodzi! --- Poruszał rękami przed moją twarzą, końce palców
miał ściśnięte, jak gdyby trzymał w nich szczyptę soli --- Czy ona ma się sama
z tym załatwić? --- Ja jestem bywalcem i pan też jest bywalcem. My to obaj
dobrze wiemy. Cooo? Ja chcę tylko dojść do swych pieniędzy. Rozumie to pan,
Pernath?!</akap>
<akap>Słuchałem zdumiony: </akap>

<akap>--- Do jakich pieniędzy? Czy doktor Savioli jest panu
coś winien? </akap>

<akap>Wassertrum odpowiedział wymijająco.</akap>


<akap>--- Mam z nim porachunki. To wychodzi na jedno.</akap>


<akap>--- Pan go chce zamordować! ---
krzyknąłem. Podskoczył. Zatoczył się. Zakrztusił się kilka razy. --- Tak jest!
Zamordować! Jak długo pan chce jeszcze grać przede mną komedię!</akap>


<akap>Wskazałem mu drzwi: </akap>

<akap>--- Wynoś się pan!</akap>
<akap>Powoli wziął kapelusz, włożył go na głowę
i skierował się do wyjścia. Potem zatrzymał się na chwilę i powiedział ze
spokojem, na który nigdy nie przypuszczałem że się zdobędzie.</akap>


<akap>--- A więc dobrze. Chciałem panu umożliwić wyjście z tej sprawy. Dobrze. Jak nie,
to nie. Miłosierni golarze zadają zgniłe rany. Już mam tego dosyć. Gdyby pan był
roztropny! --- Savioli stoi panu na drodze!? --- Teraz załatwię się z wami
trojgiem --- ruchem oznaczającym dławienie wskazał, co ma na myśli --- ,,pętlicę".
Jego rysy wyrażały takie szatańskie okrucieństwo i zdawał się tak pewny być swej
sprawy, że krew zastygła mi w żyłach. Musiał mieć widocznie jakąś broń w ręku,
której nie przeczuwałem, a o której również Charousek nie wiedział. Czułem, jak
ziemia się pode mną zapadała. ,,Pilnik! pilnik! usłyszałem szept w swej głowie.
Mierzyłem wzrokiem odległość: krok do stołu, dwa kroki do
Wassertruma --- --- chciałem skoczyć --- --- wtem
na progu zjawił się, jakby spod ziemi, Hillel. Pokój zniknął mi w oczach.
Widziałem tylko jak przez mgłę, że Hillel stał nieruchomo, a Wassertrum krok za
krokiem cofał się do ściany. Potem słyszałem, jak Hillel mówił: </akap>

<akap><begin id="b1297677483745-287480756"/><motyw id="m1297677483745-287480756">Żyd</motyw>--- Aronie, znacie
to zdanie: <wyroznienie>wszyscy Żydzi są dla siebie wzajem poręczycielami</wyroznienie>? Nie utrudniajcie
tego jednemu z nich.<end id="e1297677483745-287480756"/></akap>


<akap>Dodał jeszcze kilka słów po hebrajsku, których nie zrozumiałem.</akap>
<akap>--- Co pan ma w
tym, aby węszyć pode drzwiami? --- wypluł kramarz drżącą wargą.</akap>


<akap>--- Czy podsłuchiwałem, czy nie, możesz się o to nie troszczyć! --- znów odparł
Hillel jakimś hebrajskim zdaniem, które tym razem brzmiało jak groźba.
Sądziłem, że dojdzie do kłótni, lecz Wassertrum nie odpowiadał ani słówka,
namyślał się przez chwilkę i wyszedł zuchwale. Z natężeniem patrzyłem na
Hillela. Skinął na mnie, abym milczał. Widocznie czegoś oczekiwał, gdyż z
uwagą wsłuchiwał się w korytarz. Chciałem iść i drzwi zamknąć: zatrzymał mnie niecierpliwym ruchem ręki.
Zaledwie przeszła minuta, gdy dały się znów słyszeć na schodach drepczące kroki
kramarza. Nie mówiąc ani słowa, Hillel odszedł i zrobił mu miejsce. Wassertrum
zaczekał, aż znalazł się poza obrębem słuchu Hillela i warknął przez zaciśnięte
zęby:</akap>

<akap>--- Niech mi pan odda mój zegarek.</akap>
<separator_linia/>




<naglowek_rozdzial>Kobieta</naglowek_rozdzial>

<akap>Gdzie się podziewa Charousek? Przeszło już blisko 24 godziny i wciąż go nie
widać. Czy zapomniał znaku, o któryśmy się umówili? A może go nie widzi?
Zbliżyłem się do okna i nastawiłem lustro tak, że promienie słoneczne, które się
właśnie ukazały, wpadły w okno jego mieszkania w piwnicy.</akap>


<akap>Wdanie się<pe><slowo_obce>wdać się</slowo_obce> --- włączyć się w jakąś sprawę.</pe> Hillela --- wczoraj --- zupełnie mnie uspokoiło. Na pewno by mnie
ostrzegł, gdyby mi groziło jakieś niebezpieczeństwo. Ponadto: Wassertrum nie
mógł nic ważnego przedsięwziąć; zaraz potem, gdy mnie opuścił, wrócił do swego
sklepu. --- Rzuciłem wzrokiem na dół: stał nieruchomo, oparty o płytę kamienną,
tak jak go już widziałem dzisiaj rano.</akap>


<akap>Niepodobna<pe><slowo_obce>niepodobna</slowo_obce> (daw.) --- nieprawdopodobne, niemożliwe.</pe> wytrzymać tego ciągłego oczekiwania! Łagodny powiew wiosenny, który
wpływał przez otwarte okno z przyległego pokoju, czynił mnie chorym z tęsknoty.
To tajanie śniegu kapiącego z dachów! A jak błyszczą w świetle słonecznym te
cieniuchne sznureczki wody! Niewidzialne nici wyciągały mnie na ulicę. Pełen
zniecierpliwienia chodziłem tam i z powrotem po pokoju. Rzuciłem się na
krzesełko. Znów wstałem. Ten jątrzący się zarodek nieświadomej miłości w mej
piersi nie chciał zniknąć.</akap>


<akap><begin id="b1297429566164-2616012886"/><motyw id="m1297429566164-2616012886">Erotyzm</motyw>Dręczył mnie całą noc. Raz była to Angelina, która tuliła się do mnie; potem
rozmawiałem znów najniewinniej z Miriam i zaledwie ten obraz odpłynął, powtórnie
przyszła Angelina i całowała mnie; wąchałem zapach jej włosów, wysunąłem się z
jej obnażonych ramion --- i nagle przemieniła się w Rozynę, która tańczyła z pijanymi, na wpół zamkniętymi oczyma --- we fraku --- cała
naga; --- --- --- wszystko w półśnie, który jednak był tak wyraźny, jak rzeczywistość.<end id="e1297429566164-2616012886"/>
Nad ranem stanął mój sobowtór przy łóżku, ten mroczny Habal Garmin, ,,wyziew
kości", o którym mówił Hillel --- i spojrzałem mu w oczy: był w mojej mocy,
musiał mi odpowiadać na każde moje pytanie dotyczące spraw ziemskich i
pozagrobowych, na co tylko oczekiwał, lecz żądza tajemniczości nie była tarczą
dostateczną przeciw płomieniom krwi, zamierała w żarzącym się, ziemskim
królestwie mego rozumu. --- Odpędziłem to widmo, które powinno stać się
odzwierciadleniem Angeliny, a kurczyło się do rozmiarów litery ,,alef", znów
urosło, i stanęło jako kobieta kolosalna, naga do cna, taka jak ją widziałem
po raz pierwszy w książce <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela><pe><slowo_obce>ibbur</slowo_obce> --- w pewnych odłamach mistyki żydowskiej słowo to oznacza w uproszczeniu wzmocnienie duszy żyjącego człowieka przez tymczasowo łączącą się z nią inną sprawiedliwą duszę przebywającą poza ciałem. Zwykle wynika to z potrzeby spełnienia przez duszę bezcielesną jakiejś misji.</pe>, z pulsem równym trzęsieniu ziemi i nachyliła się
nade mną, a ja wdychałem ogłuszający zapach jej gorącego ciała.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Czy Charousek już nie przyjdzie? Dzwony zaśpiewały z wież kościelnych.
Chciałem zaczekać jeszcze kwadrans --- a potem wyjść! Włóczyć się poprzez
ożywione ulice, pełne odświętnie ubranych ludzi, zmieszać się z wesołym tłumem w
dzielnicach bogaczy, widzieć piękne kobiety o zalotnych twarzach, o wysmukłych
rękach i nogach. Może spotkam przy tym wypadkowo Charouska, tłumaczyłem się przed
sobą. Aby mi czas płynął prędzej, wziąłem ze stosu książek starożytną grę w
taroka. Może w kartach da się znaleść motyw do obmyślenia jakiej kamei? Szukałem
,,Pagada<pe><slowo_obce>Pagad</slowo_obce> --- Żongler, pierwsza karta w talii tarota, w niniejszej powieści identyfikowana z Głupcem.</pe>". Niepodobna go znaleźć: gdzież się mógł zapodziać? Jeszcze raz
przejrzałem karty i zatopiłem się w myślach o ich ukrytym znaczeniu. Szczególnie
ten Wisielec<pe><slowo_obce>Wisielec</slowo_obce> --- karta tarota, przedstawiająca człowieka powieszonego głową do dołu, ze skrzyżowanymi nogami.</pe>? co on mógł oznaczać?</akap>


<akap>Człowiek wisiał na linie między niebem a ziemią, głową na dół; ręce miał na
plecach związane, prawe przedudzie założone przez lewą nogą, co wyglądało jak krzyż nad odwróconym
trójkątem. Niezrozumiałe równanie. Przecież! Na koniec! Charousek idzie. Lecz
może nie? Przyjemna niespodzianka: to była Miriam!</akap>
<separator_linia/>


<akap>--- Miriam, wie pani, że ja właśnie chciałem zejść na dół i prosić panią, abyś
pojechała ze mną na spacer? --- Nie było to zupełną prawdą, lecz w następnej chwili
przestałem o tym myśleć. --- Nieprawdaż, pani mi tego nie odmówi? Tak mi dzisiaj
nieskończenie miło na duszy, że pani, właśnie pani, Miriam, musi uwieńczyć moją
radość.</akap>

<akap>--- Jechać na spacer? --- powtórzyła z takim osłupieniem, że na cały głos
parsknąłem śmiechem. </akap>
<akap>--- Czy projekt jest taki dziwny?</akap>
<akap>--- Nie, nie, nie, lecz ---
szukała słów --- niesłychanie wspaniały. Jechać na spacer.</akap> 
<akap>--- Wcale nie tak
wspaniały, gdy pani weźmie pod uwagę, że setki tysięcy ludzi czynią to --- a
właściwie całe swoje życie nic innego nie robią.</akap>
<akap>--- Tak, inni ludzie! --- dodała,
wciąż jeszcze zupełnie znienacka tym zaskoczona. Chwyciłem ją za obie ręce: </akap>

<akap> --- To,
co inni ludzie przeżywają dla przyjemności, chciałbym aby pani, Miriam, użyła w
nieskończenie doskonalszej mierze.</akap>


<akap>Zbladła nagle śmiertelnie, a po jej skamieniałym wzroku odgadłem, co myśli. Był
to dla mnie cios.</akap>
<akap>--- Pani nie powinna tego w sobie ukrywać, Miriam,
dopowiedziałem jej. --- Tego --- tego cudu. Czy pani mi tego nie powie --- z
przyjaźni?</akap>
<akap> Usłyszała trwogę w moich słowach i spojrzała na mnie zdziwiona.</akap>
<akap>--- Jeżeli to panią zbyt nie zmęczy, czy mógłbym się razem z nią cieszyć? Ależ tak!
Wie pani, że ja się o panią bardzo troszczę? --- O --- o --- jak to powiedzieć? O
zdrowie pani duszy! Niech pani nie bierze tego dosłownie, lecz --- chciałbym,
aby cud nigdy się nie stał.</akap>
<akap> Spodziewałem się, że będzie mi przeczyć, lecz ona
kiwnęła tylko głową pogrążona w myślach.</akap>
<akap>--- To panią trapi. Czy nie tak, Miriam?</akap>


<akap>Ocknęła się:</akap>

<akap>--- Czasem zdaje mi się, jakby się to nie stało. --- Brzmiało to dla
mnie jak promień nadziei.</akap>
<akap>--- Gdy sobie pomyślę --- mówiła zupełnie wolno i
pogrążona w smutku --- że mogłyby nadejść czasy, w których musiałabym żyć bez
takich cudów --- ---.</akap> 

<akap>--- Przecież w przeciągu jednej nocy może pani zostać
bogatą i nie będzie pani potrzebowała --- przerwałem jej bez namysłu, lecz gdy
dostrzegłem przerażenie na jej twarzy, zatrzymałem się szybko --- przypuszczam:
w zupełnie naturalny sposób mogła by pani być uwolnioną od wszystkich kłopotów,
a cuda, które by pani potem przeżywała, byłyby bardziej duchowe: byłyby to
raczej wewnętrzne wrażenia.</akap>


<akap>Potrząsnęła głową i powiedziała dobitnie: </akap>

<akap>--- Wewnętrzne wrażenia nie są wcale
cudami. Dosyć to zdumiewające, że dają je ludzie, którzy żadnych wrażeń nie
posiadają.</akap>


<akap>--- Od dzieciństwa z dnia na dzień, z nocy na noc, przeżywałam --- natychmiast
przerwała i domyśliłem się, że w niej było coś innego, o czym mi nigdy nie
mówiła, zapewne nić niewidzialnych wydarzeń, podobna mojej --- lecz to nie należy
do rzeczy. Gdyby ktoś wstał i uzdrowił chorego przyłożeniem ręki, nie mogłabym
tego nazwać cudem. Dopiero gdy martwy przedmiot, ziemia, wstaje pobudzona do
życia przez ducha i łamie prawa natury, wtedy dzieje się to, do czego tęskniłam,
odkąd jestem zdolną do myślenia. Kiedyś powiedział mi ojciec: ,,Kabała ma dwie
strony: jedną magiczną, drugą abstrakcyjną, które nigdy się wzajem nie
pokrywają. Wprawdzie mogłaby magiczna przyciągnąć do siebie abstrakcyjną, lecz
nigdy, ale to nigdy odwrotnie. Magiczna jest darem, druga może być zdobytą i to
tylko przy pomocy przewodnika". Wróciła znów do pierwszej nici: ,,Dar jest to
to, czego pragnę; to, co mogę zdobyć, jest dla mnie obojętne --- bezwartościowe --- jak pył".</akap>

<akap>Gdy sobie pomyślę, że mogłyby kiedy nadejść czasy, w których musiałabym znów żyć
bez tych cudów --- widziałem jak palce jej kurczyły się, i naraz mną zaszarpał
ból i żałość --- to zdaje mi się, że teraz już umieram w obliczu jeno<pe><slowo_obce>jeno</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> takiej
czystej możliwości.</akap> 

<akap>--- Czy to jest powód, dla którego pani sobie życzy, aby się
cuda nigdy nie działy? --- badałem.</akap>
<akap>--- Tylko po części. W tym jest jeszcze coś
innego. Ja, ja --- namyślała się chwilkę --- nie dojrzałam jeszcze do tego, aby
przeżywać cuda w takiej formie, ot co jest --- jakże to panu wytłumaczyć? Niech
pan tylko, jako przykład, wyobrazi sobie, jakbym od wielu lat miała co noc ten
sam sen, snujący się wciąż nieustannie; w tym śnie ktoś, powiedzmy, mieszkaniec
innego świata, poucza mnie i pokazuje mi nie tylko na własnym moim odbiciu
zwierciadlanym i na wszystkich jego odmianach, jak jestem daleką od dojrzałości
magicznej, aby przeżywać jakiś ,,cud"; lecz daje mi również co do zagadnień
rozumowych, które mnie czasami w ciągu dnia zajmują, oświetlenie w taki sposób,
że w każdej chwili mogę to wypróbować. Pan mnie zrozumie. Taka istota zastępuje
komuś zamiast szczęścia wszystko, o czym można tylko na ziemi pomyśleć; to jest
dla mnie most, który mnie łączy z ,,zaświatem"; to drabina Jakuba<pe><slowo_obce>drabina Jakuba</slowo_obce> --- zob. Rdz 28, gdzie opisany został sen patriarchy Jakuba o drabinie łączącej niebo z ziemią, po której chodzili aniołowie.</pe>, po której
mogą się wznosić ponad szarzyznę codzienności ku światłu, to mój przewodnik i
przyjaciel; w nim jest całe me zaufanie, że nie zabłądzę w szaleństwie i mroku
na tej ponurej drodze, po której kroczy moja dusza; wierzę mu, gdyż on jeszcze
nigdy mnie nie zawiódł. Potem naraz, na przekór wszystkiemu, co mi ten mój
przewodnik powiedział, jeden ,,cud" pokrzyżował moje życie! Komuż mam teraz
wierzyć? Czy to, co wypełniało mi nieprzerwanie tyle minionych lat, było
złudzeniem? Gdybym miała o tym wątpić, wpadłabym w bezdenną przepaść. A jednak. Cud się stał! krzyczałabym z radości; gdyby ---</akap>

<akap>--- Gdyby? --- --- ---
przerwałem jej, wstrzymując oddech. Może sama powie teraz rozstrzygające słowo i
ja będą mógł wszystko jej wyznać.</akap>


<akap>--- Gdybym się przekonała, że się mylę --- że to nie był ,,cud"! O, wiem o tym tak
dobrze, jak to, że tutaj siedzę, wtedy bym zginęła! (serce bić mi przestało) ---
byłabym znowu ściągnięta z nieba na ziemię! czy pan sądzi, że człowiek byłby w
stanie to znieść?</akap> 

<akap>--- Niech pani prosi swego ojca o pomoc --- powiedziałem bezradny
z trwogi.</akap> 

<akap>--- Mego ojca? o pomoc? --- spojrzała na mnie zdziwiona --- jeżeli
istnieją dla mnie tylko dwie drogi, czyż on może znaleźć trzecią? --- Wie pan,
co byłoby dla mnie jedynym ratunkiem? Gdyby mi się zdarzyło to, co panu. Gdybym
mogła zapomnieć --- --- w tej chwili, wszystko, co leży po za mną; moje całe
życie, aż do dzisiejszego dnia. --- --- Czy to nie jest zadziwiające: to, co pan uważa
za nieszczęście, byłoby dla mnie najwyższym szczęściem!</akap> 

<akap>Długo milczeliśmy
oboje. Potem schwyciła nagle mą rękę i zaśmiała się. Prawie wesoło.</akap>

<akap>--- Nie chcę,
żeby pan trapił się z mego powodu; --- (ona troszczyła się o mnie --- o mnie!) ---
przedtem był pan tak pełen wesela i szczęścia pod wpływem wiosny, a teraz zdaje
się pan uosobieniem smutku. W ogóle nie powinna byłam panu nic powiedzieć. Niech
pan to wykreśli ze swojej pamięci i znów myśli tak pogodnie, jak przedtem! ---
Jestem tak zadowolona ---</akap>
<akap>--- Pani? Miriam? Zadowolona? przerwałem jej gorzko.</akap>

<akap>Zrobiła przekonywującą minę:</akap>

<akap>--- Tak! Rzeczywiście! Zadowolona. Idąc tu do pana,
tak nieopisanie się bałam --- sama nie wiem czego: nie mogłam pozbyć się
uczucia, że panu grozi wielkie niebezpieczeństwo --- przysłuchiwałem się z uwagą
--- lecz zamiast się cieszyć, że oto pan jest zdrów i cały, zasmuciłam pana i ---</akap>
<akap>--- Zmusiłem się do wesołości:</akap> 
<akap>--- Uczyniłaby pani najlepiej, gdyby ze mną
pojechała. Usiłowałem, o ile mogłem, nadać swemu głosowi ton swobodny --- chciałbym raz nareszcie widzieć, Miriam, czy
nie uda mi się odpędzić od niej tych smutnych myśli. Niech pani powie, czego
pani sobie życzy: przecie nie jest pani egipskim czarodziejem, tylko młodą
osobą, której wietrzyk wiosenny jeszcze może wyrządzić złośliwego figla!</akap>

<akap>Miriam nagle rozweseliła się zupełnie.</akap>

<akap><begin id="b1318506315937-909436054"/><motyw id="m1318506315937-909436054">Miłość, Rodzina, Wiatr</motyw>--- Ale co się z panem dzisiaj dzieje, panie
Pernath. Takim pana nigdy jeszcze nie widziałam! Zresztą, to wiatr wiosenny. U
nas, u panien żydowskich, rodzice, jak wiadomo, kierują wiatrem wiosennym, a my
musimy być posłuszne. Czynimy też to jakby zgodnie z naturą, to leży już u nas
we krwi.<end id="e1318506315937-909436054"/> U mnie nie --- wtrąciła poważniej --- moja matka długo walczyła, kiedy miała
wyjść za mąż za tego szkaradnego Arona Wassertruma! </akap>

<akap> --- Co? matka pani? Za tego
kramarza<pe><slowo_obce>kramarz</slowo_obce> --- handlarz.</pe> z dołu?</akap>

<akap>Miriam skinęła głową.</akap>
<akap>--- Dzięki Bogu, że to nie doszło do
skutku. </akap>
<akap>--- Dla biednego człowieka był to zapewne straszny cios. </akap>
<akap>--- Biedny
człowiek, mówi pani? --- zerwałem się. --- Ten drab to czysty zbrodniarz. </akap>
<akap> W zamyśleniu
przeczyła ruchem głowy.</akap>
<akap>--- Zapewne on jest zbrodniarzem, ale ten, który siedzi w
takiej skórze, a nie byłby zbrodniarzem, musiałby być prorokiem.</akap>

<akap>Przysunąłem
się ciekawie:</akap>
<akap>--- Czy pani wie coś pewnego o nim? Mnie to
interesuje. Z zupełnie szczególnych względów --- ---! !</akap>
<akap>--- Jeśliby pan raz zobaczył jego sklep z wewnątrz, to od razu wiedział by pan, jak
wygląda jego dusza. Ja to mówię, gdyż bywałam tam często jako dziecko. Dlaczego
patrzy się pan we mnie taki zdumiony? Czy to takie nadzwyczajne? Dla mnie był on
zawsze przyjacielski i dobry. <begin id="b1297678477053-1973756101"/><motyw id="m1297678477053-1973756101">Przekleństwo, Dar</motyw>Nawet raz, przypominam sobie, podarował mi duży,
świecący kamień, który mi się najbardziej podobał z jego rzeczy. Moja matka
powiedziała, że to brylant i musiałam mu naturalnie zaraz go odnieść. Z początku
długo nie chciał go wziąć z powrotem, ale potem wyciągnął mi go z ręki i rzucił
go z wściekłością precz daleko od siebie. Jednak zobaczyłam, jak mu przy tym wytrysły łzy z oczu; znałam już wtedy dosyć
język hebrajski, aby zrozumieć, że szeptał: ,,wszystko, czego moja ręka dotknie,
jest przeklęte"! --- --- ostatni to raz mogłam go odwiedzić. <end id="e1297678477053-1973756101"/>Nigdy więcej od
tego czasu nie zaprosił mnie, abym do niego przyszła. Wiem także, dlaczego:
gdybym nie starała go się pocieszyć, wszystko byłoby po dawnemu, ale ponieważ
sprawił mi ogromną przykrość, o czym też mu powiedziałam --- nie chciał mnie już
więcej widywać --- Pan tego nie rozumie, panie Pernath? To przecież takie proste:
jest to człowiek opętany, który staje się śmiertelnie nieufny, jeżeli ktoś
dotknie jego serca. Uważa się za istotę stokroć ohydniejszą, niż jest
rzeczywiście --- o ile to w ogóle być może --- i w tym tkwi zasada wszystkich
jego myśli i uczynków. Mówią, że jego żona lubiła go; było w tym może więcej
litości, niż miłości, ale w każdym razie tak sądziło wielu ludzi. Jedyny, który
przedziwnie głęboko był tym dotknięty, to był on!<begin id="b1297678574333-1333869615"/><motyw id="m1297678574333-1333869615">Żyd, Dziecko</motyw> On wszędzie węszy zdradę i
nienawiść. Tylko co do swego syna zrobił wyjątek. Czy stało się to dlatego, że
widział jego wzrastanie od niemowlęcych lat, że zatem, jakby powiedzieć,
przeżywał wraz z nim kiełkowanie każdej jego właściwości od samego zarodka i
dlatego nigdy nie dochodził do takiego punktu, gdzie mogłaby się w nim obudzić
nieufność czy też z powodu, że to już leży we krwi żydowskiej wszystkie
zdolności do kochania, które w nas tkwią, przekazać na swego potomka w tym
instynktownym strachu naszej rasy: że możemy umrzeć i nie wypełnić misji, którą
zapomnieliśmy, ale która w nas trwa niewyraźnie --- któż to może wiedzieć? Z
przezornością, która prawie sięgała granic mądrości, a która u takiego
niewykształconego człowieka, jak on, jest zadziwiająca, prowadził wychowanie
swego syna.<end id="e1297678574333-1333869615"/> Jak przenikliwy psycholog usuwał przed swym dzieckiem z drogi
wszelką przeszkodę, która mogłaby się przyczynić do rozwoju sumienności, aby mu oszczędzić przyszłych cierpień duchowych. <begin id="b1297678592610-666384479"/><motyw id="m1297678592610-666384479">Okrucieństwo</motyw>Trzymał
dla niego za nauczyciela wybitnego uczonego, który stał na stanowisku teorii, że
zwierzęta są bezwrażliwe i że odczuwanie bólu jest u nich tylko mechanicznym
refleksem. Z każdego stworzenia wycisnąć dla siebie samego tyle rozkoszy i
zadowolenia, ile tylko można, a zaraz potem łupinę, jako niepotrzebną, odrzucić:
to było mniej więcej abecadło jego daleko widzącego systemu wychowawczego.<end id="e1297678592610-666384479"/></akap>

<akap><begin id="b1297678620514-1891834010"/><motyw id="m1297678620514-1891834010">Pieniądz, Piękno, Podstęp</motyw>Może
pan sobie wyobrazić, że pieniądz, jako sztandar i klucz do ,,potęgi", grał tu
pierwszą rolę. Że zaś on sam starannie ukrywa swoje bogactwo, aby mrokiem
osłonić granice swego wpływu, zatem wymyślił sposób, że umożliwił swojemu synowi
podobne istnienie, oszczędzając mu zarazem męki pozornie ubogiego życia:
przepoił go piekielnym kłamstwem ,,piękności"; przytaczał mu zewnętrzne i
wewnętrzne wytwory estetyki, nauczył go pozorować zewnętrzne swe czyny; udawać
lilię polną, a wewnętrznie być sępem-ścierwnikiem. <end id="e1297678620514-1891834010"/>Naturalnie owa ,,piękność" nie
był to wcale jego własny wynalazek --- ale raczej ulepszenie rady, którą mu dał
jakiś ,,wykształcony". Że jego syn wypierać się go będzie później, gdzie i kiedy
zajdzie tego potrzeba, nie brał mu tego za złe. Przeciwnie, kazał mu to uważać
za obowiązek, gdyż miłość jego była bez egoizmu i tak, jak już raz mówiłam o
swoim własnym ojcu --- była to miłość w rodzaju tych, co poza grób sięgają!</akap>

<akap>Miriam umilkła na chwilę: spojrzałem na nią, jak w milczeniu snuła dalej swoje
myśli; usłyszałem to w zmienionym dźwięku głosu, gdy powiedziała:</akap>

<akap>--- Dziwne owoce
rosną na drzewie żydowstwa!</akap>
<akap>--- Niech mi pani powie, Miriam --- powiedziałem --- czy
nigdy pani nie słyszała, że Wassertrum ma w swoim sklepie stojącą figurę woskową? Nie pamiętam kto mi to opowiadał, może to był tylko sen --- --- --- ---</akap>

<akap>--- Nie, nie --- to prawda, panie Pernath: woskowa figura, naturalnej wielkości, stoi w kącie, gdzie on pośrodku najróżniejszych
rupieci śpi na worku słomy. Przed laty kupił ją od właściciela jakiegoś
bałaganu, kupił ją zaś jakoby dlatego, że lalka była podobna do jednej
dziewczyny --- chrześcijanki, która rzekomo była kiedyś jego kochanką.</akap>

<akap>,,Matka
Charouska!" --- zabrzmiało we mnie.</akap>

<akap>--- Nie wie pani jej imienia?</akap> 

<akap>Miriam potrząsnęła
głową.</akap> 

<akap>--- Jeśli panu na tym zależy --- czy mam się dowiedzieć?</akap>
<akap>--- Ach nie, Miriam,
jest to dla mnie zupełnie obojętne. </akap>

<akap>Po jej błyszczących oczach zauważyłem, że
w zapale się przegadała. Nie powinna już się opamiętać, rzekłem sobie.</akap>
<akap><begin id="b1297678746880-1024204091"/><motyw id="m1297678746880-1024204091">Ojciec, Ślub</motyw>--- Ale co
mnie interesuje więcej, to temat, o którym pani przedtem pobieżnie mówiła. Ja
myślę o ,,wiosennym wietrze" --- ojciec pani na pewno przecież nie oznaczył pani
czasu, kiedy pani ma wyjść za mąż? </akap>

<akap>Roześmiała się wesoło.</akap>

<akap>--- Mój ojciec? skądże
panu to przyszło do głowy?</akap>
<akap>--- No to wielkie szczęście dla mnie.</akap>
<akap>--- Jak to? ---
spytała, nie spodziewając się podstępu.</akap>

<akap>--- Bo w takim razie mam jeszcze szanse.<end id="e1297678746880-1024204091"/></akap>

<akap>Był to po prostu żart i ona też inaczej tego nie przyjęła, jednak szybko zerwała
się i pobiegła do okna, abym nie spostrzegł jej rumieńca. --- Odwróciłem się, aby
jej pomóc wyjść z zakłopotania.</akap>

<akap>--- O to jedno proszę, jako stary przyjaciel i musi
mnie pani zawiadomić, gdyby sprawa już zaszła tak daleko. A może pani w ogóle
chce pozostać niezamężną?</akap>
<akap>--- Nie, nie, nie! --- odparła tak energicznie, że
roześmiałem się mimo woli --- kiedyś muszę przecież wyjść za mąż.</akap>

<akap>--- Naturalnie! To się rozumie! --- Stała się nerwową, jak podlotek. --- Czy pan nie może być chwilę
poważnym, panie Pernath?</akap> 

<akap>Posłusznie zrobiłem minę serio, Miriam usiadła. </akap>

<akap> <begin id="b1297678777381-1872677561"/><motyw id="m1297678777381-1872677561">Kobieta, Dziecko</motyw>--- Więc, jeśli mówię, że muszę przecież kiedyś wyjść za mąż, to chcę przez to
powiedzieć, że jakkolwiek nie rozważałam bliższych okoliczności, ale sens życia
na pewno byłby mi niezrozumiały, gdybym, przyjąwszy, że urodziłam się kobietą,
miała zostać bezdzietną.<end id="e1297678777381-1872677561"/></akap>

<akap>Pierwszy raz, od czasu, jak się znałem, zauważyłem w jej rysach kobiecość.</akap>

<akap>--- To
należy do moich snów --- zaczęła cicho --- wyobrazić sobie, jako cel, stopienie
dwojga istot w jedną --- stopienie --- --- --- --- czy nigdy pan nie słyszał o
starym egipskim kulcie Ozyrysa? --- w istotę, której symbol stanowić może
Hermafrodyta. Rozumiem przez to magiczne połączenie męskości i kobiecości w
rodzaju ludzkim do wyżyn półboga. Jako cel! Nie, nie jako cel, ale jako początek
nowej drogi, która jest wieczną --- i nie ma końca!</akap>

<akap>--- I wierzy pani, że kiedyś
znajdzie pani tego, którego szuka? --- zapytałem wzruszony. --- A jeżeli być może
mieszka on gdzieś w dalekiej krainie albo w ogóle wcale go nie ma na ziemi?</akap>

<akap>--- Nic
o tym nie wiem --- powiedziała prosto --- mogę tylko czekać. Jeśli jest oddalony
ode mnie czasem i przestrzenią, w co nie wierzę, to czymże byłabym związana tu z
tym gettem, albo jeżeli nas dzieli przepaść wzajemnej nieświadomości --- a ja go
nie znajdę, wtedy moje życie nie posiadałoby żadnego celu i byłoby bezmyślną
igraszką niedorzecznego biesa. Ale, proszę, proszę, nie mówmy już więcej o tym ---
błagała. --- Jeśli tylko wypowie się swoją myśl, nabiera ona brzydkiego, ziemskiego
posmaku, a ja nie chciałabym tego --- ---</akap>

<akap>Nagle przerwała.</akap> 

<akap>--- Czego pani by nie
chciała, Miriam?</akap> 

<akap>Podniosła rękę. Wstała szybko i powiedziała:</akap> 

<akap>--- Ktoś pana
odwiedza, panie Pernath.</akap> 

<akap>Jedwabna suknia zaszeleściła w korytarzu. Gwałtowne
pukanie, Angelina! Miriam chciała wyjść. Zatrzymałem ją.</akap>

<akap>--- Czy pozwoli pani
przedstawić: córka mego drogiego przyjaciela --- Pani hrabina.</akap>

<akap>--- Nie można
wcale przejechać! Wszędzie bruk reperują, kiedyż nareszcie będzie pan w bardziej
ludzkiej okolicy mieszkał, mistrzu Pernath? Na dworze śnieg topnieje i niebo
się raduje, aż piersi rozsadza, a pan ślęczy tutaj w grocie stalaktytowej, jak
stara żaba. --- Zresztą wie pan, byłam wczoraj u swego jubilera; ten powiedział,
że pan jest największy artysta, najlepszy snycerz<pe><slowo_obce>snycerz</slowo_obce> --- tu ogólnie: rzeźbiarz.</pe> kamei<pe><slowo_obce>kamea</slowo_obce> --- wypukła rzeźba w szlachetnym lub półszlachetnym kamieniu.</pe> za naszych czasów, jeżeli nie największy ze wszystkich, jacy
kiedy bądź żyli na świecie.</akap>

<akap>Angelina plotła tak, jak wodospad, ja zaś byłem
oczarowany. Widziałem tylko jej błyszczące, niebieskie oczy, drobne nóżki w
maleńkich, lakierowanych bucikach, widziałem kapryśną twarz, wyłaniającą się z
mnóstwa futer i różowawe uszka. Nawet odetchnąć nie miała czasu.</akap>

<akap>--- Na rogu stoi
mój powóz. Już się bałam, że pana nie zastanę w domu. Na pewno pan jeszcze nie
jadł obiadu? Najpierwej pojedziemy, prawda? Dokąd pojedziemy najpierwej?
Najpierw pojedziemy --- niech pan zaczeka --- --- --- ach! może
do parku albo ogólniej gdzie bądź w szczere pole, gdzie tak dobrze się czuje w
powietrzu rozkwitanie wiosny i kiełkowanie ziół! Jedźmy, jedźmy, proszę wziąć
kapelusz, potem zjemy u mnie, a potem będziemy gadać aż do wieczora. Proszę,
niech pan weźmie kapelusz. Na co pan czeka? --- Ciepły, zupełnie miękki pled
jest na dole --- owiniemy się weń po same uszy i okryjemy się razem, aż nam
będzie szalenie gorąco.</akap>

<akap>Co mogłem na to powiedzieć? --- --- Tak samo właśnie
umawiałem się z córką mego przyjaciela o przejażdżkę. Miriam nagle pożegnała
śpiesznie Angelinę, zanim jeszcze mogłem coś powiedzieć. Odprowadziłem ją do
drzwi, chociaż bardzo życzliwie chciała mnie powstrzymać. </akap>

<akap><begin id="b1297678870431-2895984463"/><motyw id="m1297678870431-2895984463">Smutek</motyw>--- Niech mnie pani
wysłucha, Miriam, nie mogę pani tu na schodach wypowiedzieć, jak mi na pani
zależy --- --- i jak tysiąc razy wolałbym z panią --- ---.</akap>

<akap>--- Nie powinien pan,
panie Pernath, kazać tej pani czekać --- powiedziała to z całą serdecznością i
szczerze, bez udawania, ale widziałem, że blask jej oczu zagasnął. Zbiegła
spiesznie ze schodów; żal ścisnął mi gardło. Czułem, jak gdybym cały świat
utracił.
<end id="e1297678870431-2895984463"/></akap><separator_linia/>


<akap>Siedziałem jak odurzony przy boku Angeliny. Jechaliśmy wściekłym kłusem<pe><slowo_obce>kłus</slowo_obce> --- szybki, dwutaktowy chód konia, podczas którego naraz unosi on lewą tylną i prawą przednią nogę.</pe>
przez przepełnione ludźmi ulice. Taki wir życia toczył się koło mnie, że na wpół ogłuszony w
obrazie, co się rozwijał przede mną, rozróżniać mogłem tylko małe świetlne
plamy, błyszczące klejnoty w kolczykach i łańcuszkach, lśniące cylindry, białe
damskie rękawiczki, pudla z czerwoną wstążką na szyi, który szczekając chciał
ugryźć koło u wozu, pieniące się kare konie, które biegły obok nas, srebrną
siatką okryte; okno magazynu, wewnątrz błyszczące naczynia przepełnione
sznurami pereł, iskrzących się klejnotów --- połysk jedwabiu na wysmukłych
biodrach dziewczęcych. Ostry wiatr, który nas ciął po twarzy, pozwalał mi
podwójnie odczuwać ciepło ciała Angeliny. Gdyśmy przejeżdżali koło
policjantów, ci z szacunkiem, na krzyżujących się ulicach, w bok się cofali
na nasz widok. --- Potem przejechaliśmy stępa<pe><slowo_obce>stęp</slowo_obce> --- najwolniejszy, czterotaktowy chód konia.</pe> bulwarem, który był niby jeden
szereg powozów, koło zapadłego kamiennego mostu, aleją zaś ciągnęły
tłumy gapiących się twarzy. Zaledwie patrzyłem: najmniejsze słowo z ust
Angeliny, jej rzęsy, żywa gra jej ust --- wszystko to było dla mnie nieskończenie
ważniejsze, niż przyglądać się, jak tam na dole pod bryłami lodu skalne urwiska
opierały się wzajem barami<pe><slowo_obce>bary</slowo_obce> --- ramiona.</pe> o siebie. Droga w parku. Potem elastyczna, tłuczniem<pe><slowo_obce>tłuczeń</slowo_obce> --- szuter, kruszywo z drobno połamanego kamienia, używane do utwardzania nawierzchni.</pe>
zbita ziemia. Potem szelest liści pod kopytami koni, wilgotne powietrze,
bezlistne drzewa, pełne wronich gniazd, martwa zieloność łąk z białymi
wyspami znikającego śniegu, wszystko mijało mnie: jak we śnie. Tylko kilku
krótkimi słowami, prawie obojętnie wspomniała Angelina o doktorze Saviolim.</akap>

<akap>--- Teraz, kiedy niebezpieczeństwo minęło --- powiedziała z zachwycającą dziecinną
prostotą --- i wiem, że jemu też jest lepiej, to wszystko, w czym brałam
udział, wydaje mi się tak strasznie nudne. Chcę się znów nareszcie cieszyć,
zamknąć oczy: zanurzyć się w spienionej fali życia. Myślę, że wszystkie
kobiety są takie. Tylko się nie przyznają: albo są tak głupie, że same o
tym nie wiedzą. Czy nie sądzi pan tak samo?</akap>

<akap>Nie słuchała wcale, co jej na to odpowiedziałem.</akap>

<akap>--- W ogóle kobiety są dla mnie
zupełnie nie interesujące. Naturalnie, niech pan nie bierze tego za pochlebstwo:
ale istotnie, sama bliskość sympatycznego mężczyzny jest dla mnie milszą, niż
najbardziej zachęcająca rozmowa z kobietą, nawet dwakroć roztropniejszą.
Wreszcie to wszystko co my między sobą gadamy, jest to przecież takie głupstwo!
Najwyżej: trochę stroju --- i --- Mody nie zmieniają się przecież tak często.
--- --- Prawda, jestem lekkomyślną? --- zapytała nagle zalotnie. Tak, że ja opętany
jej czarem --- musiałem zapanować nad sobą, aby nie chwycić jej głowy w swe
ręce --- i nie ucałować jej w szyję. </akap>

<akap>--- Niech pan powie, że jestem lekkomyślną! ---
przysunęła się jeszcze mocniej i przytuliła się do mnie. Wyjechaliśmy z alei do
lasku, z krzewami owiniętymi w słomiane chochoły<pe><slowo_obce>chochoł</slowo_obce> --- słomiane okrycie, zabezpieczające roślinę przed chłodem.</pe>; w tych osłonach wyglądały one
jak tułowie potworów o ramionach i głowach odciętych. Ludzie siedzieli na
ławkach w słońcu, spoglądali za nami i przysuwali do siebie głowy. Chwilę
milczeliśmy i oddawaliśmy się naszym myślom. Jak zupełnie inną była Angelina,
niż dotychczas w mojej wyobraźni! Jak gdyby dzisiaj dopiero zamieniła się dla
mnie w rzeczywistość. Czy istotnie była to ta sama kobieta, którą kiedyś
spotkałem w katedrze? Nie mogłem odwrócić wzroku od jej wpółotwartych ust.
Teraz milczała. Zdawało się, że w duchu ogląda jakiś obraz. Powóz skręcił w
wilgotną łąkę. Czuć było
zbudzoną ziemię.</akap>

<akap><begin id="b1297679716551-1238395557"/><motyw id="m1297679716551-1238395557">Miłość, Pożądanie</motyw>--- Wie pani --- --- pani --- ---?</akap>

<akap>--- Niech mnie pan nazywa Angeliną --- przerwała mi po cichu.</akap>

<akap>--- Wiesz, Angelino, że
całą dzisiejszą noc śniłem o tobie? --- wtrąciłem pospiesznie. Uczyniła mały, szybki
ruch, jak gdyby chciała wyciągnąć do mnie ramię, i spojrzała na mnie zdziwiona.</akap>

<akap>--- Nadzwyczajne! A ja o tobie! I w tej chwili myślałam o tym samym. --- Znów rozmowa
się przerwała i oboje się zaczerwieniliśmy, żeśmy śnili jedno i to samo. Poczułem to po tętnie jej krwi. Jej ramię drżało ledwo widocznie na mojej piersi.
Zażenowana odwróciła się ode mnie i wyglądała z powozu. Wolno przyciągnąłem jej
rękę do swych ust, usunąłem białą pachnącą rękawiczkę; słyszałem, jak jej pierś
coraz mocniej faluje. Obłąkany z miłości zatopiłem usta w jej dłoni.
<end id="e1297679716551-1238395557"/></akap><separator_linia/>
<separator_linia/>


<akap>Godzinę później szedłem jak pijany, wśród mgły wieczornej w dół miasta.
Obiegałem ulice bez żadnego planu i szedłem, długo nie widząc, jak i gdzie się
błąkam. Stanąłem potem nad rzeką, oparty
o żelazną poręcz i spoglądałem w szumiące fale. Wciąż czułem ręce
Angeliny na swoich ramionach, widziałem przed sobą kamienną cysternę
fontanny, przy której już kiedyś przed wielu laty żegnaliśmy się ze
sobą, z powiędłymi liśćmi wiązu wewnątrz;
i ona szła znów ze mną, jak przed chwilą, z głową opartą na moim
ramieniu, niemo, przez mroźny, mroczny park swego zamku.</akap>

<akap>Usiadłem na ławce
i, aby marzyć, zasłoniłem twarz kapeluszem. Woda szemrała nad tamą, a jej
szmer pochłaniał ostatnie pomruki usypiającego miasta. Od czasu do
czasu, otulając się paltem, spoglądałem przed siebie i widziałem rzekę w
coraz większym cieniu, aż w końcu, przygnieciona ciężką nocą, stała się
ciemnoszarą. A piana przepływała w poprzek na drugi brzeg wody, jak
biała, oślepiająca smuga. Wzdrygałem się na myśl, że muszę znów wracać do swego
smutnego domu. <begin id="b1297687376436-495069553"/><motyw id="m1297687376436-495069553">Bezdomność</motyw>Szczęście jednego krótkiego popołudnia uczyniło mnie obcym
na zawsze dla mej siedziby. Przetrwa to kilka tygodni, może kilka
dni, potem szczęście musi przeminąć i nic nie pozostanie --- prócz
żałosnego, pięknego wspomnienia. A zatem co? Zatem jestem bezdomny,
tu i tam, po tej i tamtej stronie rzeki. Wstałem. Zanim udałem się do ponurego
Getta, chciałem jeszcze rzucić wzrokiem przez sztachety na zamek, za którego oknami ona spała! ---<end id="e1297687376436-495069553"/></akap>

<akap>Zboczyłem w kierunku, skąd przyszedłem, po omacku błądziłem wśród gęstej mgły,
wzdłuż szeregu domów i przez drzemiące place, zobaczyłem groźne wynurzające się
czarne pomniki i pojedyncze budki strażnicze i floresy barokowych fasad. Matowy
połysk tworzył olbrzymie, fantastyczne koła o tęczowych barwach na tle mgły,
stawał się żółtawy, rażący oczy i rozchodził się za mną w powietrzu. Nogi
dotykały się szerokich, kamiennych stopni, posypanych żwirem. Gdzie byłem?
Wąwóz, który spadzisto prowadził na dół? Gładkie mury ogrodowe na lewo i na
prawo? Nagie gałęzie jakiegoś drzewa zwieszały się nad drogą. Spływały z nieba:
pień ukrywał się za ścianą z mgły. --- Kilka zgniłych, cienkich gałązek przy
dotknięciu kapelusza ułamało się z trzaskiem, spadło po moim palcie w mglistą,
szarą przepaść, która ukrywała przede mną moje nogi. Wtem błyszczący punkt:
samotne światło w oddali --- gdzieś --- zagadkowe --- światło między niebem a
ziemią --- --- --- Widocznie zabłądziłem. To mogły być tylko stare schody
zamkowe na zboczu ogrodu, na Górze Książęcej --- --- --- --- Potem długa
przestrzeń gliniastej ziemi. --- Gościniec
brukowany. Olbrzymi cień wznosił wysoko swą głowę w czarnej sztywnej szpiczastej
czapce: ,,Daliborka" --- wieża więzienna, w której niegdyś ludzie ginęli z
głodu, gdy królowie na dole w Jelenim Jarze polowali na dziczyznę. Wąska, ślepa
uliczka z wylotami strzelnic, ślimacza dróżka, zaledwie na tyle szeroka, żem
mógł rozciągnąć ręce --- i stanąłem przed szeregiem domków nie wyższych ode
mnie. Gdy wyciągnąłem rękę, mogłem dosięgnąć dachów. Znalazłem się na Ulicy
Alchemików, gdzie w czasach średniowiecznych adepci kunsztu tajemnego żarzyli<pe><slowo_obce>żarzyć</slowo_obce> --- tu: wypalać.</pe>
kamień filozoficzny<pe><slowo_obce>kamień filozoficzny</slowo_obce> --- legendarna substancja, zdolna do zmieniania metali nieszlachetnych w złoto.</pe> i zatruwali promienie księżycowe. Żadna inna droga tam nie
dochodziła, oprócz tej, którą przyszedłem. Nie mogłem znaleźć tego otworu w murze, przez który wszedłem --- wpadłem na drewniane
okratowanie. --- Nic nie pomoże. Muszę kogoś obudzić, aby mi wskazał drogę:
powiedziałem sobie. Czy to nie dziwne, że ulicę zamyka w tym miejscu dom ---
większy niż pozostałe i prawdopodobnie zamieszkały. Nie mogłem sobie uświadomić,
czym go kiedykolwiek zauważył. Może był otynkowany na biało, gdyż świecił tak
jasno we mgle nocnej. Przeszedłem okratowaniem przez wąską ścieżkę ogrodową,
przysunąłem twarz do szyby: wszędzie ciemno. Zastukałem do okna. --- Wtedy
wewnątrz ukazał się jakiś człowiek stary jak świat, trzymający w ręku zapaloną
świecę; przeze drzwi starczo chwiejnym krokiem wchodzi do środka pokoju,
zatrzymał się, powoli obrócił głowę w kierunku zakurzonych retort<pe><slowo_obce>retorta</slowo_obce> --- rodzaj naczynia laboratoryjnego, używanego do destylacji.</pe> i kolb<pe><slowo_obce>kolba</slowo_obce> --- naczynie laboratoryjne, rozszerzające się u dołu.</pe>
alchemicznych<pe><slowo_obce>alchemiczny</slowo_obce> --- stosowany w alchemii, czyli przednaukowej praktyce, z której wywodzi się współczesna chemia. Podstawową różnicę stanowi wiara alchemików w możliwość zmiany jednych pierwiastków w inne drogą reakcji chemicznych oraz nierealistyczne cele (np. przemiana ołowiu w złoto).</pe> na ścianie, utkwił zamyślony wzrok na potężne pajęczyny w kątach,
po czym niewzruszenie skierował swój wzrok ku mnie. Cień kości policzkowych padł
mu na otwory oczne, tak iż wyglądało, jakby były puste; wprost mumia.
Widocznie mnie nie widział. Stuknąłem w szybę. Nie słyszał mnie. Wychodził bez
szmeru, jak lunatyk<pe><slowo_obce>lunatyk</slowo_obce> --- osoba nieświadomie wykonująca przez sen różne czynności.</pe>, na powrót z pokoju. Czekałem na próżno. Zastukałem do bramy:
nikt nie otwierał.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Nie pozostawało mi nic, jak szukać tak długo, aż w końcu znajdę wyjście z tej
ulicy.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Zastanowiłem się, czy nie byłoby najlepiej, gdybym jeszcze poszedł między ludzi
--- do moich przyjaciół: Zwaka, Prokopa i Vrieslandera do starej ,,spelunki<pe><slowo_obce>spelunka</slowo_obce> --- knajpa, szynk, od łac. <slowo_obce>spelunca</slowo_obce> --- jaskinia.</pe>",
gdzie znajdę ich na pewno --- aby zagłuszyć choćby na parę godzin tę trawiącą
mnie tęsknotę do pocałunków Angeliny. Szybko udałem się w drogę.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Jak trójliść<pe><slowo_obce>trójliść</slowo_obce> --- motyw dekoracyjny, przypominający karcianego trefla.</pe> umarłych --- wszyscy trzej siedzieli wokół starego, zjedzonego przez
robaki stołu, mając białe, cienkie fajeczki gliniane w zębach, a pokój był pełen dymu. Ledwie można było
rozpoznać ich twarze, tak bardzo ciemno-brunatne ściany pochłaniały skąpe
światło staromodnych lamp wiszących. W kącie oschła, małomówna, zniszczona
kelnerka ze swoją wieczną szydełkową pończochą, o bezbarwnym spojrzeniu i
żółtym, kaczym nosie! Przed zamkniętymi drzwiami wisiały matowoczerwone zasłony,
tak że głosy gości z przyległego pokoju dochodziły tylko jak ciche brzęczenie
roju pszczół. Vrieslander w swym stożkowatym kapeluszu o równopoziomym rondzie
na głowie, ze szpakowatym wąsem, ołowianoszary w barwie na twarzy, z blizną pod
okiem wyglądał jak jakiś pijany Holender z zapomnianych stuleci! Jozue Prokop
wetknął sobie widelec w swe artystyczne kędziory, dzwonił nieustannie strasznie
długimi, kościstymi palcami i przyglądał się pełny zdumienia, jak Zwak męczył
się, chcąc zawiesić purpurowy płaszczyk kukiełki na pękatej flaszce od araku<pe><slowo_obce>arak</slowo_obce> --- alkohol o smaku anyżowym, otrzymywany z destylacji zacieru ryżowego lub daktyli.</pe>.</akap>

<akap>--- To będzie Babiński --- objaśnił mi Vrieslander z głęboką powagą. --- Pan nie wie,
kto to był Babiński? Zwak, opowiedzcie zaraz Pernathowi, kto to był Babiński!</akap>

<akap>--- Babiński był to --- zaczął Zwak natychmiast, nie odwracając się nawet ani na
chwilkę od swej roboty --- niegdyś słynny w Pradze zbój. Wiele lat prowadził on
swoje nikczemne rzemiosło, a nikt tego nie zauważył. <begin id="b1318509181076-3759744932"/><motyw id="m1318509181076-3759744932">Mieszczanin</motyw>Raz po razie zdarzało się w
najlepszych domach, że już to jednego, już drugiego z członków rodziny brakło
przy stole i nigdy więcej się nie pokazywali. Chociaż z początku nic o tym nie
mówiono, gdyż sprawa ta miała poniekąd swoje dobre strony, ile że gospodarstwo
wypadało taniej, należało jednak baczyć<pe><slowo_obce>baczyć</slowo_obce> (daw.) --- zauważać, zwracać na coś uwagę.</pe>, że tym sposobem niejedna rodzina
traciła na szacunku w towarzystwie i narażała się na plotki. Szczególnie, jeżeli
chodziło o zniknięcie bez śladu córek w wieku ślubnym. Samo się przez się
rozumie, że w rodzinach mieszczańskich głównie chodziło o zachowanie pozorów uczciwego życia familijnego.<end id="e1318509181076-3759744932"/> Ogłoszenia w gazetach:
,,Wracaj! wszystko przebaczone!" mnożyły się coraz więcej --- okoliczność, której
Babiński, lekkomyślny, jak większość zbójów zawodowych, nie brał w rachubę. I
ostatecznie zbudziło to powszechną uwagę. <begin id="b1297689623428-1150350924"/><motyw id="m1297689623428-1150350924">Grób</motyw>W miłej wiosce Krcz pod Pragą
Babiński, który miał w gruncie charakter iście sielankowy, z czasem dzięki
niezmordowanej działalności założył sobie mały, ale sympatyczny zakątek. Domek
jasny, czysty i przy nim ogródek z aleją kwitnących malw i geraniów.
Ponieważ dochody nie pozwalały mu powiększać ogródka, zatem aby zwłoki swych
ofiar móc chować niepostrzeżenie, zamiast grzędy kwiatowej, co mu było najmilsze
--- musiał on przysposobić odpowiednią mogiłę, porosłą trawami i poziomą, a która
bez wysiłku dałaby się poszerzać, o ile tego będzie wymagała potrzeba lub pora
roku. Po dniach trudów i pracy miał Babiński zwyczaj siadywać co wieczora w
promieniach zachodzącego słońca na tych uświęconych miejscach i wygrywać na swym
flecie rozmaite melancholijne melodie.<end id="e1297689623428-1150350924"/></akap>

<akap> --- Stój! --- przerwał szorstko Jozue Prokop,
wyciągnął klucz z kieszeni, trzymał go jak klarnet przy ustach i zaczął:
,,Zimzerlin zambusla deh".</akap>


<akap>--- Czy pan był przy tym, że pan tak dokładnie zna melodię? --- spytał Vriestander
zdumiony. Prokop rzucił mu złośliwe spojrzenie: </akap>

<akap>--- Nie, jeżeli o to chodzi, to
Babiński żył zbyt dawno, ale jako kompozytor muszę wiedzieć najlepiej, co mógł
grać. Pan o tym nie może mieć żadnego zdania. Pan nie jest
muzykalny --- --- ,,Zirnzerlin --- zambusla --- busla ---
deh".</akap>


<akap>Zdumiony słuchał Zwak, aż Prokop schował swój klucz od bramy; a stary jasełkarz<pe><slowo_obce>jasełkarz</slowo_obce> --- lalkarz.</pe>
mówił dalej: </akap>

<akap>--- Ciągły rozrost mogiły wzbudził podejrzenie w sąsiadach zza
miedzy, strażnikowi zaś z przedmieścia Żiżkow, który przypadkowo z daleka zobaczył,
jak Babiński udusił pewną starszą damę z towarzystwa, należy się zasługa położenia
kresu samolubnym czynom okrutnika: uwięziono Babińskiego w jego Tusculum<pe><slowo_obce>Tusculum</slowo_obce> --- miejscowość 5 km od Rzymu, w której Cyceron napisał <tytul_dziela>Rozmowy tuskulańskie</tytul_dziela>; przen. miejsce odpoczynku lub twórczości, oddalone od zgiełku miasta.</pe>. Sąd,
uwzględniwszy okoliczności łagodzące, to jest wyjątkowo rozgłośną opinię, skazał go
na śmierć przez postronek i zawiadomił jednocześnie firmę bracia Leipen ---
towary powroźnicze: hurt i detal --- aby jednemu z wysokich urzędników
skarbowych dostarczyła za pokwitowaniem wszystkich do powieszenia koniecznych
materiałów, o ile to leży w jej zakresie i aby podała ceny umiarkowane.
Zdarzyło się jednak, że powróz się urwał i Babiński został ułaskawiony na
dożywotnie więzienie. <begin id="b1297690852671-96497526"/><motyw id="m1297690852671-96497526">Muzyka</motyw>Dwadzieścia lat odsiedział zbój za murami świętego
Pankracego i ani razu skarga nie postała na jego ustach; --- jeszcze dziś cały
sztab urzędniczy zakładu nie może się dość nachwalić jego wzorowego zachowania
się: do tego stopnia, że pozwolono mu nawet, w imieniny naszego najwyższego
władcy kraju, grywać na flecie.<end id="e1297690852671-96497526"/></akap>


<akap>Prokop znów zaczął szukać swego klucza, ale go Zwak zatrzymał.</akap>

<akap>--- Wskutek
ogólnej amnestii przebaczono Babińskiemu resztę kary i dostał miejsce<pe><slowo_obce>miejsce</slowo_obce> --- tu: stanowisko.</pe>
odźwiernego w klasztorze Sióstr Miłosiernych.</akap>


<akap>Lekka ogrodowa robota, którą się przy tym zajmował, dzięki zręczności w użyciu
rydla<pe><slowo_obce>rydel</slowo_obce> --- rodzaj łopaty o zaokrąglonym ostrzu.</pe>, nabytej za czasów poprzedniej działalności, szła mu tak prędko, że
zostawało mu dość wolnego czasu, by oświecać serce i duszę dobrym, a doborowym<pe><slowo_obce>doborowy</slowo_obce> --- wyselekcjonowany, wysokiej jakości.</pe>
czytaniem.</akap>


<akap>Wynikające z tego skutki były bardzo pocieszające. Ile razy posyłała go
przełożona w sobotnie wieczory do oberży, aby rozweselił swój umysł, za każdym
razem powracał punktualnie przed zapadnięciem nocy do domu, z wiadomością, że
upadek ogólnej moralności nastrajał go ponuro, liczny zaś motłoch najgorszego
gatunku ukrywający się przed światłem --- niebezpieczeństwem napełnia drogi
miejskie; temu zaś, który miłuje pokój --- jest to przykazanie mądrości wcześnie skierować swe kroki do domu.</akap>


<akap>Onego czasu w Pradze zazwyczaj woskoboje<pe><slowo_obce>woskoboj</slowo_obce> a. <slowo_obce>woskobojnik</slowo_obce> --- rzemieślnik zajmujący się obróbką wosku.</pe> wystawiali małe figurki, przystrojone
czerwonym płaszczem, a wyobrażające zbója Babińskiego. Każda z pokrzywdzonych
rodzin nabywała taką figurkę. Zwykle jednak stały one w sklepach pod szklanymi
pokrywkami, i nic tak Babińskiego nie drażniło, jak gdy zauważył podobną woskową
figurkę.</akap>


<akap>,,To jest w najwyższym stopniu niegodne i świadczy o zdziczeniu ducha,
przypominać komuś ciągle błędy młodości" --- mawiał w takich razach Babiński --- ,,i
godne pożałowania, że ze strony władz nic się nie robi, aby ukrócić tak
oczywistą swawolę".</akap>


<akap>Jeszcze na śmiertelnym łożu odzywał się w tym duchu. Niedaremnie, gdyż wkrótce
potem władza zakazała siejącego zgorszenie handlu posążkami Babińskiego. --- ---
--- --- </akap>

<akap>Zwak pociągnął wielki łyk grogu<pe><slowo_obce>grog</slowo_obce> --- napój alkoholowy: rum wymieszany z gorącą, osłodzoną wodą.</pe> ze swojej szklanki i wszyscy trzej
ryknęli jak czarci. Potem ostrożnie zwrócił głowę w stronę bezbarwnej kelnerki
i zobaczyłem, jak ta otarła łzę z oka.</akap>
<separator_linia/>


<akap>--- No, a panu nic nie idzie ku lepszemu --- wyjąwszy --- naturalnie --- że pan z
wdzięczności dla nieśmiertelnej rozkoszy pijackiej zapłaci za nasze kufelki ---
szanowny kolego wycinaczu drogich kamieni? --- rzekł Vrieslander po długiej przerwie
ogólnej zadumy.</akap>


<akap>Opowiedziałem im swoją wędrówkę wśród mgły. Skoro w opisie doszedłem do miejsca,
gdzie zauważyłem biały dom, wszyscy trzej, zaczerwienieni, wyjęli fajki z ust ---
a gdy skończyłem, Prokop uderzył pięścią w stół i zawołał:</akap>

<akap>--- Przecież to jasne!
--- --- Ten Pernath własnym ciałem przeżywa wszystkie legendy, jakie tylko
istnieją. --- À propos! --- Wtenczas ten Golem<pe><slowo_obce>golem</slowo_obce> --- w legendach żydowskich istota stworzona na podobieństwo człowieka, zazwyczaj z gliny, żywa lecz pozbawiona duszy i dlatego posłuszna poleceniom człowieka, który ją stworzył. Stworzenie golema wiązało się z powtórzeniem Boskiego procesu kreacji.</pe> --- Wie pan, rzecz się
wyjaśniła.</akap> 


<akap>--- Jak to wyjaśniła? --- spytałem zdumiony.</akap>

<akap>--- Pan zna przecież tego obłąkanego
żydowskiego żebraka Haszyla? Nie? A więc: ten Haszyl to był Golem.</akap>
<akap>--- Żebrak --- Golem?</akap>

<akap>--- Tak, Haszyl był to Golem. Dziś po południu, najspokojniej w świecie, w
najpiękniejszym blasku słońca, widmo w swoim osławionym staromodnym ubraniu z
XVII wieku spacerowało przez Saletrzaną ulicę i wtedy psią pętlą uchwycił go
czyściciel miejski.</akap>


<akap>--- Co to ma znaczyć? Nie rozumiem ani słowa --- uniosłem się.</akap>


<akap>--- Przecież mówię panu: to był Haszyl! Słyszałem, że już od dawnego czasu znalazł
to ubranie w bramie jakiegoś domu. Zresztą, aby powrócić do białego domu na
Małej Stronie, rzecz jest nadzwyczaj ciekawa. Mianowicie mówi stare podanie, że
tam na górze, w ulicy Alchemików, stoi dom, który jest widocznym tylko podczas
mgły i tylko ,,urodzonym w czepku". Nazywają to ,,Mur przy ostatniej latarni".
Kto wejdzie tam w dzień, widzi tylko duży, szary kamień --- poza nim grunt
schodzi spadzisto w przepaść do Jeleniego Jaru i może pan być szczęśliwy, że
nie zrobił pan ani jednego kroku dalej: byłby pan niechybnie zleciał na dół i
połamał sobie wszystkie kości. Mówią, że pod kamieniem leży olbrzymi skarb, a
ukryć go tam miał zakon ,,Braci Azjatyckich", którzy podobno założyli Pragę; jest
to rzekomo kamień węgielny pod dom, który kiedyś, gdy się wypełni czas, będzie
zamieszkany przez człowieka --- jeszcze lepiej przez Hermafrodytę --- istotę,
która powstanie z połączenia mężczyzny i kobiety. W herbie nosić on będzie obraz
zająca, a mówiąc nawiasem, zając był symbolem Ozyrysa<pe><slowo_obce>Ozyrys</slowo_obce> --- egipski bóg śmierci i odradzającego się życia, jak również sędzia ludzi zmarłych.</pe>, i stąd pochodzi zwyczaj
zajęcy wielkanocnych. Mówią, że aż do chwili wyrocznej Matuzal<pe><slowo_obce>Matuzal</slowo_obce> a. <slowo_obce>Matuzalem</slowo_obce> --- wyjątkowo długowieczny patriarcha biblijny, syn Henocha.</pe> we własnej osobie
czuwa na tym miejscu, żeby szatan nie dostał się do kamienia i nie spłodził z
nim syna: tak zwanego Armelosa. --- Nigdy pan nie słyszał o tym Armelosie? Nawet wiadomo, jak on będzie wyglądał --- to znaczy wiedzą o tym
starzy rabini --- gdy przyjdzie na świat: będzie miał włosy złote, w tyle
związane w warkocz, z przodu na pół głowy rozczesane, oczy w kształcie sierpa i
ramiona w dół aż od stóp.</akap>


<akap>--- Tego szanownego człowieczka trzeba by narysować --- mruknął Vrieslander i zaczął
szukać ołówka.</akap>


<akap>--- Więc: Pernath, jeśli pan będzie miał kiedy szczęście zostać hermafrodytą i <slowo_obce>en
passant</slowo_obce><pe><slowo_obce>en
passant</slowo_obce> (fr.) --- mimochodem.</pe> znaleźć zakopany skarb --- zakończył Prokop --- wtedy nie zapomnij pan,
że należałem do twoich najlepszych przyjaciół.</akap>


<akap>Nie miałem ochoty do żartów i uczułem lekki ból w sercu. Zwak widocznie to
zauważył, choć nie znał przyczyny, gdyż przyszedł mi prędko z pomocą:</akap>


<akap>--- Swoją drogą jest to nadzwyczaj dziwne, prawie nie do wiary, że Pernath miał
widzenie właśnie w miejscu, które jest tak ściśle związane z prastarą legendą.
To są związki, od których splotu pozornie człowiek uwolnić się nie może, jeżeli
dusza jego posiada zdolność widzenia formy, choć zmysł dotyku jej nie
spostrzega. --- Nie mogę sobie z tym dać rady: nadzmysłowość to rzecz
najbardziej podniecająca. Jak sądzicie?</akap>


<akap>Vrieslander i Prokop spoważnieli i każdy z nich uważał odpowiedź za zbyteczną.</akap>


<akap>--- Co pani sądzi, Eulalio? --- powtórzył, odwróciwszy się, Zwak --- czy nadzmysłowość
nie jest rzeczą najbardziej podniecającą?</akap>


<akap>Stara kelnerka podrapała się drutem po głowie, zaczerwieniła się i powiedziała:
--- Ale idźże pan sobie, pan jest dla mnie najgorszy ze wszystkich!</akap>
<separator_linia/>


<akap>--- Wściekle naprężone było dziś cały dzień powietrze --- zaczął Vrieslander, gdy
nasza wesołość ucichła --- nie namalowałem pędzlem ani jednej kreski. Nieustannie musiałem myśleć o Rozynie, jak ta nago we fraku tańcowała.</akap>


<akap>--- Czy znów się odnalazła? --- zapytałem.</akap>


<akap>--- Odnalazła? to słabo powiedziane. Policja obyczajów zaprosiła ją przecież na
dłuższe <slowo_obce>engagement</slowo_obce><pe><slowo_obce>engagement</slowo_obce> (fr.: umowa, potyczka, zaangażowanie) --- tu: spotkanie.</pe>! Może wtedy u ,,Loisiczka" wpadła w oko panu komisarzowi? W
każdym razie policja teraz jest gorączkowo sprawna; istotnie przyczynia się do
podniesienia ruchu obcych w żydowskim mieście. Zupełnie zepsutym zdzierem<pe><slowo_obce>zdzier</slowo_obce> --- dziś: zdzira.</pe> stała
się zresztą w krótkim czasie ta dziewucha.</akap>


<akap><begin id="b1297696626027-2798368992"/><motyw id="m1297696626027-2798368992">Kobieta</motyw>--- Jeżeli pomyślisz, co może zrobić kobieta z mężczyzny tylko przez to, że
wywołuje w nim miłość ku sobie: to zdumiewające! --- dorzucił Zwak. Żeby wydobyć
pieniądze, móc iść do niej, biedny chłopak Jaromir stał się przez noc artystą.
Chodzi po gospodach i wycina sylwetki dla gości, którzy pozwalają się
portretować w ten sposób.<end id="e1297696626027-2798368992"/></akap>


<akap>Prokop, który dosłyszał tylko koniec, cmoknął ustami.</akap>

<akap><begin id="b1297696773917-2624656873"/><motyw id="m1297696773917-2624656873">Cnota</motyw>--- Rzeczywiście? Czy ona tak
wyładniała, ta Rozyna? Czy skradłeś już jej całusa, Vrieslander?</akap>


<akap>Kelnerka natychmiast podniosła się i obrażona porzuciła izbę.</akap>


<akap>--- Kura do rosołu! Tej rzeczywiście to potrzebne: ataki cnoty! Ba! --- mruczał za
nią rozgniewany Prokop.<end id="e1297696773917-2624656873"/></akap>


<akap>--- Cóż pan chce, ona przecież odeszła w miejscu niewłaściwym. A oprócz tego
pończocha była właśnie gotowa --- uspokajał Zwak.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Gospodarz przyniósł nowy dzban grogu i rozmowa zaczęła przybierać charakter
gorący, parny. Tak parny --- że weszła mi krew<pe><slowo_obce>weszła mi krew</slowo_obce> --- sens: wzburzyła mi się krew.</pe> przy moim nastroju gorączkowym.
Opierałem się temu, ale im bardziej wewnętrznie się odsuwałem i myślałem o
Angelinie, tym więcej huczało mi w uszach. Dość niezręcznie pożegnałem się. Mgła
stała się bardziej przejrzysta, sypała na mnie swymi lodowymi igłami, ale
była jeszcze tak gęstą, że nie mogłem przeczytać nazwy ulic i zboczyłem nieco z drogi
do domu. Dostałem się w inną ulicę i właśnie chciałem skręcić, gdy usłyszałem
głos, wołający moje nazwisko:</akap>

<akap>--- Panie Pernath! panie Pernath! </akap>

<akap>Obejrzałem się
dokoła, do góry: nikogo. Otwarta brama, nad nią dyskretna, mała, nerwowa latarnia
kołysała się koło mnie, i zdawało mi się, że jakaś jasna postać stała
głęboko w podwórzu. Znów:</akap>

<akap>--- Panie Pernath! panie Pernath! --- Szeptem. Zdumiony
wszedłem w korytarz; wtedy koło mej szyi owinęły się ciepłe, kobiece ramiona
i w promieniu światła, które wypływało z wolno otwierających się drzwi poznałem,
że to była Rozyna, która gorąco się do mnie tuliła.</akap>
<separator_linia/>





<naglowek_rozdzial>Podstęp</naglowek_rozdzial>

<akap>Szary, ślepy dzień. Spałem do późnej godziny, bez snów, nieprzytomnie, jak
martwy. Zimny popiół leżał w piecu. <begin id="b1297697079717-2595234478"/><motyw id="m1297697079717-2595234478">Brud, Smutek, Samobójstwo</motyw>Kurz na meblach. Podłoga niezamieciona.
Zmarznięty chodziłem po pokoju. Wstrętny zapach wystygłych węgli leżał w
powietrzu. Mój płaszcz, moje ubranie czuć było dymem tytoniowym. Otworzyłem
okno, znów je zamknąłem; --- zimny, brudny wyziew ulicy był nie do zniesienia.
Wróble
o zmokłym upierzeniu siedziały nieruchomo na rynnach. Gdzie spojrzałem,
złowroga niechęć. Wszystko we mnie było podarte, poszarpane. Poduszka na
fotelu --- jakże była zniszczona! Włosie wydobywało się z krawędzi! Trzeba
ją posłać do tapicera --- ale niech tak zostanie --- jeszcze jedno samotne ludzkie
życie, aż się wszystko z hałasem rozpadnie! A tam jakie niegustowne,
bezcelowe graty, te łachmany przy oknach. Dlaczego nie postaram się o sznur i
nie powieszę się na nim?<end id="e1297697079717-2595234478"/></akap>


<akap>Wtedy przynajmniej nie widziałbym nigdy tych obrażających wzrok rzeczy i całe
szare, marne narzekanie przejdzie --- raz na zawsze. Tak! To byłoby najmądrzejsze!
Skończyć! Jeszcze dzisiaj. Jeszcze teraz --- przed południem. Nigdzie nie
wychodzić --- zjeść co bądź. Obrzydliwa myśl: zejść ze świata z pełnym żołądkiem!
Leżeć w mokrej ziemi
i mieć w sobie niestrawione, gnijące jedzenie. Żeby tylko nigdy słońce nie
świeciło i nie rzucało swojego bezczelnego kłamstwa o szczęściu istnienia!
Nie, nie dam się więcej ogłupiać, nie chcę być piłką do zabawy niezręcznego,
bezcelowego przypadku, który mnie podnosi, a potem znów spycha w kałużę, żebym dzięki temu przekonał się, jak przemijają wszystkie rzeczy ziemskie;
chociaż o tym już dawno wiem, o czym każde dziecko wie, każdy pies na ulicy wie.
Biedna, biedna Miriam! Gdybym jej mógł przynajmniej pomóc. Należy powziąć
postanowienie, zanim przeklęty pociąg do życia znów się we mnie obudzić może i
nęcić zacznie nowymi złudami.</akap>


<akap>I cóż mi przyszło z tego wszystkiego: z owych wieści z królestwa
nadrzeczywistości?</akap>


<akap>Nic --- zupełnie nic.</akap>


<akap>Tyle tylko być może, żem obłąkał się w tym kole i ziemię odczuwałem jako
niesłychane cierpienie.</akap>


<akap>I było jeszcze coś. --- --- ---</akap>


<akap>Obliczałem w myśli, ile miałem pieniędzy złożonych w banku.</akap>


<akap>Tak, to prawda. To była jedyna, choć licha rzecz, która wśród moich błahych
działań na ziemi jeszcze miała jakiekolwiek znaczenie.</akap>


<akap>Wszystko, com posiadał --- oraz trochę drogich kamieni, które były w moim biurku
--- związać w jeden pakiet i posłać Miriam. Na kilka lat przynajmniej wyzwoli ją
to od trosk życia codziennego, A także --- napisać list do Hillela, aby mu
wytłumaczyć, jak to stała sprawa z ,,cudami".</akap>


<akap>Tylko on mógł jej dopomóc.</akap>


<akap>Przeczuwałem; on znajdzie dla niej radę. Pozbierałem kamienie, złożyłem je w
woreczku, spojrzałem na zegarek: gdybym teraz poszedł do banku --- w godzinę
mógłbym całą sprawę doprowadzić do porządku.</akap>


<akap>I przy tym jeszcze bukiet czerwonych róż kupić dla Angeliny! --- --- krzyczało coś we
mnie z dziką tęsknotą.</akap>


<akap>O, jeszcze jeden dzień żyć tylko, jedyny dzień!</akap>


<akap>Jak to --- i znowu zapaść się w to samo dręczące zwątpienie?</akap> 


<akap>Nie, nie czekać ani chwili dłużej. Jakieś uspokojenie zapanowało we mnie, żem
się nie poddał żadnym nowym pokusom.</akap>


<akap>Spojrzałem dokoła. Co jeszcze miałem do zrobienia?</akap>


<akap>Prawda: pilnik! Schowałem go do kieszeni --- chciałem go rzucić gdzie bądź na
ulicy, jak to sobie świeżo postanowiłem.</akap>


<akap>Nienawidziłem tego pilnika. Niewiele brakło, a stałbym się przez niego
mordercą.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Któż to znowu mi przeszkadza?</akap>


<akap>To był tandeciarz<pe><slowo_obce>tandeciarz</slowo_obce> --- handlarz tandetą, tj. tanimi, byle jakimi towarami z drugiej ręki.</pe>.</akap>


<akap>--- Tylko na chwilę, panie Pernath --- prosił bez ceremonii, gdym mu powiedział, że
nie mam czasu. Tylko na małą chwileczkę. Tylko parę słów.</akap>


<akap>Pot lał mu się z twarzy --- a dreszcz przenikał go ze wzburzenia.</akap>


<akap>--- Czy można tu z panem mówić bez przeszkody, panie von Pernath? Nie chciałbym, żeby
ten --- ten Hillel znów tu powrócił. Niech pan lepiej zamknie drzwi, albo idźmy
do drugiego pokoju --- i pociągnął mnie tam w swój zwykły, gwałtowny sposób za
sobą.</akap>


<akap>Potem obejrzał się ostrożnie kilka razy dokoła i szepnął nieco raźniej:</akap>


<akap>--- Rozważyłem sobie, wie pan --- to wszystko na nowo. Tak jest lepiej. Nic z tego
nie będzie. Dobrze! Co przeszło, to przeszło.</akap>


<akap><begin id="b1297767337128-3349624500"/><motyw id="m1297767337128-3349624500">Oko</motyw>Starałem się czytać w jego oczach. --- Wytrzymał mój wzrok, ale ręką mocno się
oparł o poręcz krzesła, takiego to wymagało napięcia.<end id="e1297767337128-3349624500"/></akap>


<akap>--- Bardzo mnie to cieszy --- rzekłem w sposób możliwie najżyczliwszy --- życie jest
i tak bardzo przykre --- i nie trzeba go sobie zatruwać nienawiścią.</akap>


<akap>--- Naprawdę --- pan mówi, jakby czytał z drukowanego! --- rzekł z odetchnieniem,
zaczął czegoś szukać w kieszeni od spodni i znów wyjął złoty zegarek z pogiętą pokrywą --- aby zaś widział, że ja to myślę
szczerze, musi pan ten drobiazg przyjąć ode mnie. Jako prezent.</akap>


<akap>--- Co też panu do głowy przychodzi? --- odparłem --- przecie pan nie uwierzy --- --- --- nagle przypomniałem sobie, co mi o nim mówiła Miriam i, aby go nie urazić,
wyciągnąłem rękę.</akap>


<akap>Nie zwracał na to uwagi, zbladł niespodziewanie jak ściana, nasłuchiwał i
zarzęził:</akap>


<akap_dialog>--- Tak, tak! Wiedziałem o tym. Znowu Hillel. Puka.</akap_dialog>


<akap>Usłyszałem pukanie, wszedłem do drugiego pokoju i, aby go uspokoić, zamknąłem
drzwi pośrednie za sobą.</akap>


<akap>Tymczasem nie był to Hillel. Wszedł <wyroznienie>Charousek</wyroznienie>; chcąc mi dać poznać, że wie, <wyroznienie>kto</wyroznienie>
u mnie jest tuż obok --- położył palec na ustach --- i zaraz potem, nie czekając
co powiem, zasypał mnie całym potokiem słów:</akap>


<akap>--- O, najczcigodniejszy, najdroższy mój mistrzu Pernath, jakież słowa mam znaleźć,
by ci wyrazić swą radość, że cię znajduję w domu, żeś sam --- iżeś zdrów!...
Gadał jak aktor, a jego napuszona i nienaturalna mowa była w tak ostrym
przeciwieństwie z jego wykrzywioną twarzą, że opanowała mnie głęboka trwoga.</akap>


<akap>--- Nigdybym nie ośmielił się, mistrzu, przyjść do ciebie w łachmanach, w jakich
nieraz mnie widział mistrz na ulicy, co mówię: widział! Toż nieraz mi pan
życzliwie podawał rękę pomocną.</akap>


<akap>Że dziś wchodzę do pana w białym krawacie i nowym ubraniu --- wie pan, komu to
zawdzięczam? Jednemu z najszlachetniejszych --- i niestety --- ach --- najbardziej
zapoznanych ludzi naszego miasta. Wzruszenie mnie ogarnia, gdy o nim pomyślę.</akap>


<akap>Przy skromnych bądź co bądź swoich środkach ma on zawsze dłoń otwartą dla
biednych i potrzebujących. Od dawna, gdym widział, jak smutny stoi przed sklepem, w głębi serca
wołało mi coś, abym do niego podszedł i milcząc, rękę mu uścisnął.</akap>


<akap>Przed paru dniami, gdym przechodził ulicą, przywołał mnie do siebie, ofiarował mi
pieniądze i tak umożliwił mi kupienie kostiumu na raty.</akap>


<akap><begin id="b1297767402984-497372157"/><motyw id="m1297767402984-497372157">Podstęp</motyw>A wiesz pan, panie Pernath, kto był moim dobroczyńcą?</akap>


<akap>Z dumą to mówię, bo od dawna byłem jedyny, co przeczuwał, jak złote serce uderza
w jego łonie ---
to był pan Aron Wassertrum! --- --- --- </akap>

<akap>Zrozumiałem
naturalnie, że Charousek uplanował sobie jakąś komedię z tandeciarzem, choć nie
mogłem zrozumieć, do jakiego to dąży celu; niewskazaną bądź jak bądź wydawało mi
się rzeczą nieufnego Wassertruma trzymać w półmroku. Charousek odgadł oczywiście
z mej miny, co myślę; szyderczo kiwnął głową --- i w najbliższych słowach
zapewne chciał mi powiedzieć, że dobrze zna swego człowieka --- i wie, ile ten
może wytrzymać.<end id="e1297767402984-497372157"/></akap>


<akap>--- Tak jest! Pan --- Aron --- Wassertrum! Serce mi niemal pęka z żalu, że mu sam
powiedzieć nie mogę, jak mu jestem nieskończenie wdzięczny --- i błagam cię,
mistrzu Pernath, nie zdradź mnie przed nim nigdy, że ja tu byłem i żem to panu
opowiadał. --- Wiem, że egoizm ludzki obudził w nim gorycz --- i głęboką,
nieuleczalną, lecz niestety prawowitą nieufność zasadził w jego piersi.</akap>


<akap>Jestem psychiatrą, ale moje poczucie mi powiada, że najlepiej będzie, jeżeli pan
Wassertrum nigdy się nie dowie --- nawet z moich ust --- jak ja wysoko go oceniam.
Byłoby to: wątpliwości zasiać w tym nieszczęśliwym sercu. A to niechaj będzie
jak najdalej ode mnie. Lepiej niech mnie sądzi za niewdzięcznego.</akap>


<akap>Mistrzu Pernath! Ja sam jestem nieszczęśliwy i od dziecinnych lat żyję samotny i
opuszczony na tym szerokim świecie. Nie znam nawet nazwiska mego ojca. I mateczki swej nigdy oko w oko nie widziałem. Zapewne umarła
przedwcześnie --- głos Charouska stał się dziwnie tajemniczy i przenikający ---
a była to, jak w przeczuciu sądzę, jedna z tych głęboko nastrojonych natur
duchowych, które nigdy nie są w stanie wyrazić, jak nieskończenie zdolne są
kochać, a do których też należy pan Aron Wassertrum.</akap>


<akap>Mam wydartą stronicę z dziennika swojej matki --- stale noszę tę kartę przy sobie
--- a na niej czytam wyznania: ojca mojego, choć ten był podobno wielki brzydal,
kochała ona, jak nigdy na ziemi nie kochała człowieka kobieta śmiertelna.</akap>


<akap>Zdaje się jednak, że nigdy mu tego nie powiedziała. Być może na tej samej
zasadzie, dla której na przykład ja panu Wassertrum nie mogłem nigdy powiedzieć --- choćby mi
serce pękało z tego powodu --- jaką wdzięczność dla niego czuję.</akap>


<akap>Ale jeszcze jedno widoczne jest z tej karty ---
o ile mogę rzecz odgadnąć, gdyż słowa są od śladu łez prawie nieczytelne:
oto, że ojciec mój, kimkolwiek on jest --- niechaj pamięć o nim zaginie w niebie
i na ziemi! --- ohydnie musiał postępować z moją matką.</akap>


<akap_dialog>Charousek nagle padł na kolana, aż podłoga jękła --- i zakrzyczał głosem
umyślnie tak osobliwym, żem nie wiedział już, czy dalej gra komedię, czy też
dostał obłędu:</akap_dialog>


<akap><begin id="b1297698486400-1587931359"/><motyw id="m1297698486400-1587931359">Przekleństwo</motyw>--- <wyroznienie>Wszechmocny, którego imienia człowiek nie powinien wymawiać, tu na klęczkach
leżę przed Tobą: przeklęty, przeklęty przeklęty niechaj będzie mój ojciec na
całą wieczność</wyroznienie>!<end id="e1297698486400-1587931359"/></akap>


<akap>To ostatnie słowo prawie rozgryzł na dwoje i przez sekundę przysłuchiwał mu się,
rozwarłszy oczy szeroko.</akap>


<akap>Wtedy syknął jak szatan. Zdawało mi się, że w sąsiedztwie Wassertrum lekko
zajęczał.</akap>

<akap>--- Przebacz, mistrzu --- rzekł po chwili Charousek głosem mimicznie zdławionym ---
przebacz, że mnie to opętało, ale jest to moja stała modlitwa, którą oby
Wszechmocny prędzej czy później wysłuchał: niechaj mój ojciec --- ktokolwiek nim
jest --- kiedyś zakończy żywot w najokropniejszy sposób, jaki można sobie
wyobrazić.</akap>


<akap>Mimo woli chciałem coś odpowiedzieć, ale Charousek przerwał mi gwałtownie.</akap>


<akap>--- Ale teraz, panie Pernath, przechodzę do prośby, którą panu chcę przedstawić. Pan
Wassertrum posiadał wychowańca, którego kochał nad wyraz --- był to podobno jego
siostrzeniec. Mówią nawet, że to był jego syn, ale ja w to nie wierzę, bo
przecież nosiłby przynamniej to samo nazwisko; w rzeczywistości nazywał się
Wassory, doktor Teodor Wassory.</akap>


<akap>Łzy mi płyną z oczu, gdy go w duszy widzę przed
sobą. Byłem mu z całej duszy oddany, jakby łączył mnie z nim bezpośredni związek
miłości i pokrewieństwa.</akap>


<akap>Charousek łkał, jakby ze wzruszenia nie był w stanie dalej mówić.</akap>

<akap>--- Ach, że ten
szlachetny człowiek opuścić musiał nasz padół ziemski! --- Ach, ach!</akap>


<akap>Jaka była tego przyczyna --- nigdy nie mogłem się dowiedzieć --- sam sobie zadał
śmierć. I ja byłem śród tych, co zostali do pomocy wezwani --- ach, za późno ---
za późno --- za późno! I gdym samotny stał przy jego łożu śmiertelnym i gdym
pocałunkami pokrywał jego zimną, bladą rękę, wtedy --- czemuż nie mam tego
wyznać, mistrzu Pernath? --- wtedy popełniłem kradzież --- wziąłem różę z piersi
trupa i przywłaszczyłem sobie razem flaszeczkę, której zawartością nieszczęsny
przyspieszył koniec swego kwitnącego życia.</akap>


<akap>Charousek wyciągnął flaszeczkę apteczną z kieszeni i mówił dalej:</akap>


<akap>--- Obie rzeczy --- składam --- tu --- na --- pańskim stole: powiędłą różę i flaszeczkę; były mi one pamiątką po zaginionym
przyjacielu.</akap>


<akap><begin id="b1297767470177-1864605621"/><motyw id="m1297767470177-1864605621">Samobójstwo</motyw>Jakże często w godzinach wewnętrznego załamania, gdy osamotnione moje serce,
przepełnione tęsknotą po mej umarłaj matce, pożądało śmierci, bawiłem się tym
flakonem --- i sprawiało mi to bolesną pociechę --- czynić takie próby: dość mi
było tylko płyn rozlać na chustkę i wdychać go --- a bezboleśnie unosiłem się
duchem na równinę, gdzie mój drogi, dobry Teodor odpoczywa po mękach naszej
doliny łez.<end id="e1297767470177-1864605621"/></akap>


<akap>A teraz proszę cię, szanowny mistrzu, i po to właśnie przyszedłem --- weź pan
obie te rzecy i wręcz je panu Wassertrumowi.</akap>


<akap>Niech pan powie, żeś to otrzymał od kogoś, co był bliski doktorowi Wassory'emu;
imienia jego jednak przysiągłeś nigdy nie wymieniać, chyba przed kobietą. ---
Uwierzy --- a rzecz ta będzie dla niego pamiątką, jak była dla mnie drogą
pamiątką. Będzie to potajemny znak wdzięczności, jaki mu składam. Jestem ubogi;
to wszystko, co posiadam --- ale raduje mnie, gdy wiem, że teraz jedno i drugie
będzie należało do niego --- a przecie on nigdy się nie domyśli, że to dar
ode mnie. Jest w tym dla mnie coś niewymownie słodkiego. A teraz bądź pan zdrów,
szanowny mistrzu, i z góry tysiąc podziękowań racz przyjąć.</akap>


<akap>Mocno pochwycił mnie za rękę, nachylił się i szeptał coś tak po cichu, żem nic
nie mógł wyrozumieć.</akap>


<akap>--- Panie Charousek, proszę poczekać, odprowadzę pana kawałek --- mówiłem
mechanicznie, jakby powtarzając słowa, które wyczytałem z jego ust --- i
wyszedłem z nim na schody.</akap>


<akap>Na ciemnym przejściu schodów na pierwszym piętrze zatrzymaliśmy się --- i
chciałem się z Charouskiem pożegnać.</akap>


<akap>--- Zaczynam się domyślać, jaki był cel pańskiej komedii. Pan --- pan chciał, żeby Wassertrum się tą flaszką otruł.</akap>

<akap>Powiedziałem mu to w oczy.</akap>


<akap>--- Oczywiście --- rzekł Charousek najspokojniej.</akap>


<akap>--- I pan sądzi, że ja do tego przyłożę swoją rękę.</akap>


<akap>--- Wcale to niepotrzebne.</akap>


<akap>--- Ale mówił pan, że ja muszę Wassertrumowi flaszkę oddać.</akap>


<akap>Charousek wstrząsnął głową.</akap>


<akap>--- Gdy pan teraz wróci, to zobaczysz, że on ją natychmiast weźmie i schowa.</akap>


<akap>--- Jak pan to może przypuszczać? --- pytałem zdumiony. --- Człowiek jak Wassertrum nigdy
się nie zabije --- zbyt tchórzliwy jest po temu<pe><slowo_obce>po temu</slowo_obce> --- do tego.</pe> --- nigdy nie czyni nic pod
gwałtownym impulsem.</akap>


<akap>--- Nie zna pan wkradliwego zatrucia sugestii --- przerwał poważnie Charousek.
Gdybym mówił zwykłym, codziennym sposobem --- nie wywarłbym żadnego wrażenia. Ale
ja tu obliczyłem najmniejszy spadek tonu. <begin id="b1297767777205-834596260"/><motyw id="m1297767777205-834596260">Sztuka</motyw>Tylko obrzydliwy patos działa na takie
psie nogi. Niech pan mi wierzy. Mógłbym panu najdokładniej odrysować wszystką<pe><slowo_obce>wszystek</slowo_obce> (daw.) --- cały.</pe>
grę jego twarzy przy każdym moim słowie. Żaden kicz, jak to mówią malarze, nie
jest dość nikczemny, by nie wywołać łez aż do szpiku w okłamanej tłuszczy ---
takiemu trafia to do serca. Czy pan sądzi, że gdyby było inaczej, to od dawna nie
zniszczono by ogniem i mieczem wszystkich teatrów? Z sentymentalizmu poznaje się
kanalię! <begin id="b1318520785899-382500193"/><motyw id="m1318520785899-382500193">Teatr</motyw>Tysiące biedaków może zdychać z głodu, a nikt dla tego płakać nie
będzie, ale gdy jaki histrion<pe><slowo_obce>histrion</slowo_obce> --- aktor w starożytnym Rzymie.</pe> na scenie, przebrany za chłopa łachmaniarza,
wywraca oczy --- wtedy, widzę, gromadą wyją jak psy podwórzowe.<end id="e1297767777205-834596260"/><end id="e1318520785899-382500193"/> --- Choćby papa
Wassertrum do jutra może zapomniał, ile go jęków serdecznych kosztowały moje
słowa: to jednak każde z nich znowu w nim odżyje, gdy godziny dojrzeją, w
których on sam sobie wyda się niezmiernie godnym pożałowania. --- W takich
chwilach wielkiego <slowo_obce>Miserere</slowo_obce><pe><slowo_obce>miserere</slowo_obce> (łac.: zmiłuj się) --- pierwsze słowo <tytul_dziela>Psalmu 51</tytul_dziela>, proszącego o zmiłowanie się Boga nad grzesznikiem.</pe> dość najmniejszej pobudki --- a najtchórzliwsze nawet łapsko sięgnie po
truciznę. Byle tylko była pod ręką! Teodorek pewno by też nie chapnął tych
kropelek, gdybym mu z wszelką wygodą nie podsunął flaszeczki.</akap>


<akap>--- Charousek --- jesteś straszliwy człowiek --- Czyż nie czujesz żalu? --- ---</akap>


<akap>Szybko zamknął mi usta --- i pociągnął mnie w niszę muru.</akap>


<akap>--- Cicho. To on.</akap>


<akap>Chwiejnym krokiem --- opierając się o ścianę --- Wassertrum schodził po
schodach --- i przekołysał się koło nas.</akap>


<akap>Charousek potrząsnął mi ulotnie rękę --- i wyślizgnął się za nim. --- ---</akap>


<akap>Gdym powrócił do pokoju, ujrzałem, że róża i flaszka zniknęły --- a na ich
miejscu leżał na stole złoty, pogięty zegarek tandeciarza.</akap>


<akap>Ośm<pe><slowo_obce>ośm</slowo_obce> --- dziś popr.: osiem.</pe> dni musiałem czekać, zanim wydadzą mi pieniądze; taki jest termin
wypowiedzenia: tak mi powiedziano w banku.</akap>


<akap>Trzeba sprowadzić dyrektora, gdyż bardzo mi spieszno i za godzinę chciałbym
odjechać: użyłem takiego wyrażenia w odpowiedzi.</akap>


<akap>Nie ma on tu nic do rzeczy --- i obyczajów banku żadną miarą zmienić nie może,
a jakiś błazen w monoklu<pe><slowo_obce>monokl</slowo_obce> --- szkło korekcyjne noszone w jednym oku, zazwyczaj przymocowywane łańcuszkiem do kieszeni fraka.</pe>, który wraz ze mną zjawił się przy okienku ---
zaśmiał się głośno z moich słów.</akap>


<akap><begin id="b1297768143462-990163675"/><motyw id="m1297768143462-990163675">Czas</motyw>Ośm ponurych, strasznych dni czekać mam jeszcze na śmierć! Był to dla mnie okres
czasu nieskończony.<end id="e1297768143462-990163675"/></akap>




<akap>Byłem tak przygnębiony, że straciłem świadomość, jak już długo, przed drzwiami
jakiejś kawiarni, chodziłem w tę i w tamtą stronę.</akap>


<akap>W końcu wszedłem po prostu, aby się uwolnić od wstrętnego błazna w monoklu; ten
poszedł z banku moim śladem i ciągle był w pobliżu mojej osoby, a gdym tylko się odwrócił, zaraz patrzył na ziemię, jakby zgubił coś na
ulicy. ---</akap>


<akap>Miał na sobie jasnopopielaty, kratkowany, za ciasny paltot i czarne, świecące
jakby od tłuszczu spodnie, które mu wisiały na nogach jak worki. Na lewym
trzewiku miał wystębnowaną<pe><slowo_obce>wystębnowany</slowo_obce> --- przyszyty ciągłym ściegiem, widocznym po wierzchniej stronie materiału.</pe> jajowatą, sklepioną łatkę skórzaną, co wyglądało tak,
jakby nosił pierścień na wielkim palcu u nogi. ---</akap>


<akap>Zaledwiem usiadł --- wszedł i on i umieścił się przy stoliku tuż obok.
Sądziłem, że chce mnie ,,naciągnąć" na pieniądze i już szukałem portmonetki, gdy
na jego nabrzmiałych, rzeźnickich palcach zauważyłem duży brylant.</akap>


<akap>Godziny całe siedziałem w kawiarni --- i z wewnętrznego zdenerwowania sądziłem, że
oszaleję --- ale dokąd pójdę? --- Do domu? Może włóczyć się po ulicach? Jedno
zdawało mi się okropniejsze niż drugie.</akap>


<akap>Pełne zaduchu powietrze. Wieczny, bezmyślny huk bilardowych kul. Suche,
nieustające mamrotanie jakiegoś tygrysa gazet w moim sąsiedztwie. Urzędnik z
akcyzy o bocianich nogach, który na zmianę już to dłubał w nosie, już to żółtymi
od cygaretek palcami gładził sobie brodę przed kieszonkowym lusterkiem.
Aksamitne, brunatne kurtki zapoconych, obmierzłych<pe><slowo_obce>obmierzły</slowo_obce> --- budzący obrzydzenie.</pe>, klekocących Włochów, którzy
siedzieli przy stole i kłótliwie grali w karty, od szwargotu<pe><slowo_obce>szwargot</slowo_obce> --- mowa w języku, którego nie znamy i nie lubimy.</pe> przy swoich
kozerach<pe><slowo_obce>kozera</slowo_obce> (daw.) --- karta atutowa.</pe> przechodząc do pięści, a przy tym nieustannie pluli na podłogę.</akap>


<akap>Cała ta ohyda krew mi z żył wysysała.
Z wolna pociemniało i płaskostopy kelner o wiotkich kolanach zaczął drągiem
sięgać ku świecznikom gazowym, aby się w końcu, głową kiwając, przekonać, że
gaz się palić nie chce.</akap>


<akap>Ile razy odwracałem oczy, zawsze napotykałem zezowate, wilcze spojrzenie błazna w
monoklu, który się każdym razem szybko ukrywał za gazetą, albo swą brudną brodę
pogrążał w dawno wypitej filiżance kawy.</akap> 


<akap>Sztywny, okrągły swój kapelusz nacisnął na głowę --- tak, że mu uszy odstawały
poziomo, ale najwidoczniej nie miał zamiaru przerwać tej zabawy. Nie mogłem tego
dłużej wytrzymać. Zapłaciłem i wyszedłem. Gdym chciał za sobą zamknąć szklane
drzwi, ktoś mi wyjął klamkę z ręki. --- Odwróciłem się. Znów ten drab. Gniewnie
chciałem skręcić na lewo w kierunku miasta żydowskiego, ale wnet ruszył on w
moją stronę i przeszkodził mi w tym zamiarze.</akap>


<akap>--- Ależ to nie do wytrzymania! --- zawołałem.</akap>


<akap>--- Wszystko podług prawa --- rzekł mi krótko.</akap>


<akap>--- Co to ma znaczyć?</akap>


<akap>Utkwił we mnie oko i rzekł:</akap>


<akap>--- Jesteś Pernath?</akap>


<akap>--- Chcesz powiedzieć: pan Pernath!</akap>


<akap>Zaśmiał się chytrze.</akap> 


<akap>--- Żaden pan! Idziesz ze mną.</akap>


<akap>--- Czyś oszalał? Coś ty za jeden?</akap>


<akap>Nic mi nie odpowiedział, rozpiął palto i pokazał mi blaszanego orła, którego miał
pod płaszczem, przybitego na piersiach.</akap>


<akap>Zrozumiałem: drab był z policji tajnej --- i aresztował mnie.</akap>

<akap>--- Powiedzże mi pan na miłość boską --- o co chodzi?</akap>


<akap>--- Wkrótce się dowiesz. Do departamentu --- mówił grubiańsko. Dalej, marsz!</akap>


<akap>Powiedziałem mu, ża chciałbym wziąć dorożkę.</akap>


<akap>Ani myśleć!</akap>


<akap>Poszliśmy na policję.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Żandarm zaprowadził mnie przed jakieś drzwi.</akap>


<akap><wyroznienie>Alojzy Oczin</wyroznienie>.</akap>





<akap>Radca policyjny</akap>


 


<akap>--- przeczytałem na porcelanowej tabliczce.</akap>





<akap_dialog>--- Możecie wejść --- powiedział żandarm.</akap_dialog>


<akap>Dwa zasmolone, czarne biurka z wysoką na metr nasadą stały naprzeciw
siebie. --- Para wyświechtanych krzeseł między nimi. Portret cesarza na
ścianie. --- Szklana kula ze złotymi rybkami na oknie. --- Poza tym w izbie nic
więcej.</akap>


<akap>Bryłowate nogi i grube, filcowe trzewiki u dołu frędzlowatych, szarych spodni ---
za lewym stołem.</akap>


<akap>Posłyszałem jakieś chrzęsty. Ktoś mruknął parę słów po czesku --- i wnet
wydobyła się głowa pana radcy policyjnego z poza prawego stołu.</akap>


<akap>Był to mały człowieczek ze szpakowatą, ostrą bródką. Zanim zaczynał mówić, w
szczególny sposób wyszczerzał zęby, jak ktoś, co spogląda w jarzące światło
słoneczne.</akap>


<akap>Przy tym wychytrzał wzrok spoza okularów, co mu nadawało wyraz budzącej
przestrach nikczemności.</akap> 


<akap>--- Nazywacie się Atanazy Pernath --- spojrzał na
ćwiartkę papieru, na którym nic nie było --- i jesteście wycinaczem kamei<pe><slowo_obce>kamea</slowo_obce> --- wypukła rzeźba w szlachetnym lub półszlachetnym kamieniu.</pe>.</akap>


<akap>Natychmiast ożywił się człowiek o bryłowatych nogach przy drugim stole; odwrócił
się na kręconej nodze swego krzesła --- i słyszałem skrzypienie pióra.</akap>


<akap>Potwierdziłem: Pernath. Wycinacz kamei.</akap> 


<akap>--- No, więc trafiliśmy dobrze, pan --- ---
--- Pernath, właśnie Pernath. Właśnie --- właśnie.</akap>


<akap>Pan radca policyjny był w stosunku do mnie niesłychanie uprzejmy, jak gdyby
otrzymał ze świata najradośniejszą wiadomość, wyciągnął w moją stronę obie ręce
--- i w śmieszny sposób chciał sobie nadać minę dobrodusznego poczciwca.</akap>


<akap>--- Zatem, panie Pernath, zechciej mi powiedzieć, co pan tak robi przez cały dzień?</akap>


<akap>--- Sądzę, że to nie jest pańska sprawa, panie Oczin --- odpowiedziałem zimno.</akap>


<akap>Zmrużył oczy, chwilę czekał i z błyskawiczną szybkością mnie zapytał:</akap> 


<akap>--- Od jak dawno hrabina jest w stosunkach z Saviolim?</akap>


<akap>Byłem na coś podobnego przygotowany --- i nie drgnęły mi rzęsy.</akap>


<akap>Zręcznie chciał mnie za pomocą krzyżowych pytań zawikłać w sprzeczności, ale,
choć mi serce od zgrozy pękało w piersi, nie zdradziłem się --- i wciąż
twierdziłem, żem nigdy nie słyszał nazwiska Savioli, z Angeliną byłem
zaprzyjaźniony jeszcze za życia mego ojca --- i że ona nieraz zamawiała u mnie
gemmy<pe><slowo_obce>gemma</slowo_obce> --- kamień półszlachetny lub szlachetny o owalnym kształcie, ozdobiony reliefem.</pe> i kamee.</akap>


<akap>Czułem jednak dobrze, że radca policyjny domyślał się, jak go okłamuję --- i
wewnętrznie pieni się z wściekłości, że nic ze mnie wydobyć nie może.</akap>


<akap>Chwilę rozmyślał, potem pociągnął mnie za palto, ostrzegawczo wskazał palcem na
lewy stół i szepnął mi do ucha:</akap>


<akap>--- Atanazy! Twój nieboszczyk ojciec był moim najlepszym przyjacielem. Chcę cię
ocalić, Atanazy. Ale musisz mi powiedzieć wszystko o hrabinie. --- Słyszysz:
wszystko!</akap>


<akap>Nie rozumiałem, co to miało znaczyć.</akap>


<akap>--- Co pan chce przez to powiedzieć, że pan chce mnie ocalić? --- zapytałem głośno.</akap>


<akap>Bryłowata noga gniewnie tupnęła w podłogę. Radca policyjny z nienawiści zszarzał
na obliczu. Wargi podniósł do góry. Czekał. Wiedziałem, że wnet na nowo atak
rozpocznie --- (jego system oszałamiania przypominał mi Wassertruma) i również
czekałem. Koźla twarz posiadacza bryłowatej nogi, jak przyczajona, wynurzyła się
spod pulpitu --- --- wówczas radca policyjny wykrzyknął mi nagle przeraźliwym
głosem:</akap>


<akap>--- Morderca!</akap>


<akap>Stałem niemy z oszołomienia.</akap>


<akap>Koźla twarz ponuro znów się wcisnęła pod pulpit.</akap>


<akap>I pan radca policyjny spojrzał na mnie; zastanawiał go mój spokój, starał się jednak pokryć to wrażenie, gdyż przyciągnął
krzesło i kazał mi na nim usiąść.</akap>


<akap>--- A więc odmawia mi pan wszelkich pożądanych informacji o hrabinie, panie Pernath?</akap>


<akap>--- Nie mogę ich panu udzielić, panie radco policyjny, przynajmniej nie w tym
sensie, w jakim pan oczekuje. Po pierwsze nie znam nikogo nazwiskiem Savioli, a
następnie jestem mocno przekonany, że to potwarz, gdy mówią, jakoby hrabina
zdradzała męża.</akap>


<akap>--- Czy pan gotów jest przysiąc?</akap>


<akap>Zaparło mi oddech. </akap>

<akap>--- Tak, każdej chwili.</akap>


<akap>--- Dobrze. Hm.</akap>


<akap>Zapanowała dłuższa przerwa, podczas której radca policyjny zdawał się coś z
wysiłkiem kombinować.</akap>


<akap>Gdy znów spojrzał na mnie, komedianckie rozżalenie ułożyło mu się na gębie.
Mimo woli przypomniał mi się Charousek, gdy pan radca naraz zaczął od łez
wzruszonym głosem:</akap>


<akap>--- Mnie może pan to przecie powiedzieć, Atanazy --- mnie, staremu przyjacielowi
twego ojca --- mnie, com pana nosił na ręku --- ledwie mogłem powstrzymać się od
śmiechu, był co najwyżej o dziesięć lat starszy ode mnie --- nieprawdaż, Atanazy,
to była obrona konieczna?</akap>


<akap>Koźla twarz ukazała się znowu.</akap>


<akap><begin id="b1297771820438-2029010374"/><motyw id="m1297771820438-2029010374">Dar, Podstęp</motyw>--- Co za obrona konieczna? --- zapytałem, nic nie rozumiejąc.</akap>


<akap>No --- z tym --- tym --- --- --- Zottmanem! --- krzyknął mi radca policyjny w twarz jakieś
nazwisko.</akap>


<akap>Słowo to uderzyło mnie, jak cios zadany sztyletem: Zottman! Zottman! Zegarek!
Nazwisko Zottman jest przecie wyryte w zegarku.<end id="e1297771820438-2029010374"/></akap>


<akap>Czułem, jak cała krew spływa mi się w sercu. Przeraźliwy Wassertrum oddał mi zegarek, aby podejrzenie morderstwa rzucić na
mnie.</akap>


<akap>W tej chwili radca policyjny zrzucił maskę: wyszczerzył zęby i wykręcał oczy.</akap>


<akap>--- A więc przyznaje się pan do morderstwa, panie Pernath?</akap>


<akap>--- To wszystko jest omyłka, straszliwa omyłka! Na miłość boską, wysłuchaj mnie pan.
Mogę to panu wyjaśnić, panie radco policyjny --- krzyknąłem.</akap>


<akap>--- Udzieli mi pan teraz wszelkich wiadomości, dotyczących hrabiny? --- przerwał
gwałtownie. Zwracam uwagę pańską, że tym sposobem poprawi pan swoje położenie.</akap>


<akap>--- Nie mogę mówić nic więcej, niż to, com powiedział. Hrabina jest niewinna.</akap>


<akap>Zagryzł wargi i zwrócił się w stronę koźlej twarzy.</akap>


<akap>--- A więc pisz pan: Pernath przyznaje się do zabójstwa Karola Zottmana, urzędnika z
Towarzystwa Ubezpieczeń.</akap>


<akap>Opanowała mnie wściekłość nieprzytomna.</akap>


<akap>--- Ty kanalio policyjna! --- ryknąłem --- do czegóż to się ośmielasz?</akap>


<akap>Szukałem jakiegoś ciężkiego przedmiotu.</akap>


<akap>W mgnieniu oka chwycili mnie dwaj policjanci i nałożyli kajdanki na ręce.</akap>


<akap>Radca nadął się teraz jak kogut na gnojowisku.</akap>


<akap>--- A ten zegarek? --- raptem pokazał się w jego ręku pogięty zegarek --- czy
nieszczęśliwy Zottman jeszcze żył, gdy go pan ograbił, czy nie?</akap>


<akap>Znów odzyskałem spokój --- i czystym głosem dodałem do protokołu.</akap>


<akap>--- Zegarek ofiarował mi dziś przed południem tandeciarz Aron Wassertrum.</akap>


<akap>Wybuchły śmiechy, niby rżenie koni, i widziałem, jak bryłowata noga i filcowy
trzewik razem zatańczyły radośnie pod stołem.</akap>
<separator_linia/>





<naglowek_rozdzial>Męka</naglowek_rozdzial>

<akap>W kajdanach na ręku, mając za sobą żandarma z nastawionym bagnetem --- musiałem
iść przez ulice, oświetlone wieczorowo.</akap>


<akap>Ulicznicy tłumem biegli za mną, wrzawę czyniąc na prawo i na lewo, kobiety
otwierały okna, groziły warząchwiami<pe><slowo_obce>warząchew</slowo_obce> --- duża łyżka kuchenna, wykonana z drewna.</pe> z góry i rzucały mi w oczy obelgi.
Z daleka już widziałem masywny, kamienny budynek sądowy; nad bramą był napis,
który stawał się coraz bliższy.</akap>


<akap><wyroznienie>Karząca sprawiedliwość jest obroną wszystkich zacnych ludzi.</wyroznienie></akap>


<akap>W końcu pochłonęła mnie olbrzymia brama --- i wielki przedpokój, w którym cuchnęło
kuchnią.</akap>


<akap>Człowiek wielkobrody, z szablą u boku, w mundurze urzędniczym i takiejże czapce,
przy tym bosy, a na nogach mający długie do kostek, z dołu przewiązane, gacie ---
wstał, odstawił młynek do kawy który trzymał między kolanami --- i kazał mi się
rozebrać.</akap>


<akap>Wówczas zrewidował moje kieszenie, wyjął z nich wszystko, co w nich znalazł --- i
zapytał mnie, czy --- nie mam pluskiew?</akap>


<akap>Gdym zaprzeczył, ściągnął mi z palców pierścionki, powiedział, że dobrze --- i że
mogę się ubrać z powrotem. Prowadzono mnie przez rozmaite piętra do góry oraz
przez korytarze, gdzie stały w niszach okiennych odosobnione, wielkie, szare,
zamykalne skrzynie.</akap>


<akap>Nieprzerwanym szeregiem ciągnęły się wzdłuż ścian żelazne drzwi z drągami
ryglowymi; małe zakratowane okienka, a nad każdym płomień gazowy.</akap> 


<akap>Olbrzymi, po żołniersku wyglądający dozorca więzienny --- pierwsza uczciwa twarz
od wielu godzin --- otworzył jedne z drzwi, popchnął mnie do ciemnego, podobnego
do szafki, zapowietrzonego, cuchnącego otworu --- i zamknął je za mną.</akap>


<akap><begin id="b1297772102866-3637373726"/><motyw id="m1297772102866-3637373726">Więzienie</motyw>Stałem w zupełnej ciemności i macałem ją powoli. Kolano 
moje trafiło na blaszany
kubeł. Na koniec się połapałem: miejsce było tak wąskie, że ledwo się mogłem
obrócić. Ruch klamki --- i oto jestem w celi więziennej. Po dwie pary prycz z
siennikami przy ścianach. Pomiędzy nimi przejście na szerokość jednego kroku.</akap>


<akap>Zakratowane okno, wielkości metra kwadratowego --- wysoko na ścianie poprzecznej
umieszczone, przepuszczało matowe światło nocnego nieba. Gorąco nie do
wytrzymania, odorem starych łachów zadżumione powietrze --- zapełniało przestrzeń.</akap>


<akap>Gdy oczy moje przywykły do ciemności, spostrzegłem, że 
na trzech pryczach ---
czwarta była niezajęta --- siedzieli ludzie w szarych, więziennych ubraniach;
łokcie oparte mieli na kolanach, a głowy w rękach ukryte.</akap> 


<akap>Żaden nie mówił słowa.
Usiadłem na swobodnym<pe><slowo_obce>swobodnym</slowo_obce> --- dziś powiedzielibyśmy: wolnym.</pe> łóżku i czekałem.</akap>


<akap>Czekałem. Czekałem godzinę --- dwie --- trzy godziny.</akap>


<akap>Skoro na zewnątrz --- jak mi się zdało --- usłyszałem kroki, sądziłem, że oto teraz,
teraz przychodzą po mnie, aby mnie stawić przed komisją śledczą. Tym razem było
to złudzenie. Kroki wciąż ginęły w korytarzach.</akap>


<akap>Rozdarłem kołnierzyk; myślałem, że się uduszę. 
Słyszałem, jak jeden więzień po
drugim przeciągał się, jęcząc.</akap>


<akap>--- Czy nie można by tam wysoko okna otworzyć --- zapytałem rozpacznie głośno w
ciemność. Przestraszyłem się sam własnego głosu.</akap> 


<akap>--- Nie idzie --- mrukliwie odpowiedziano z jednego z sienników.</akap>


<akap>Pomimo to zacząłem macać wzdłuż ściany: na wysokości piersi leżała deska
utwierdzona poprzecznie --- --- dwa dzbanki wody --- --- kawałki chleba --- ---</akap>


<akap>Z trudem wdrapałem się na górę --- trzymałem się kratek i przyciskałem twarz do
szczelin okna, aby choć troszką świeżego powietrza odetchnąć.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Stałem tak póty, póki mi kolana nie omdlały. Jednobarwna, czarno-siwa mgła przed
moimi oczami.</akap>


<akap>Zimne, żelazne sztaby zapotniały. Była już niewątpliwie blisko północ. Poza sobą
słyszałem chrapanie.</akap>


<akap>Jeden tylko więzień nie mógł widocznie spać: rzucał się na słomie na wszystkie
strony i od czasu do czasu stękał półgłosem.</akap>


<akap>Czy na koniec zabłyśnie poranek? Tak! Zegar bije znowu. Liczyłem drżącymi usty:
raz, dwa, trzy! Chwała Bogu, już niewiele godzin, świt zapewne niedaleko! Bije
dalej: cztery, pięć! --- Pot mi wystąpił na czoło --- sześć --- siedem.</akap>


<akap>Była godzina jedenasta!</akap>


<akap>A więc tylko sześćdziesiąt minut ubiegło od czasu, gdy po raz ostatni słyszałem
uderzenie zegara.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Bądź jak bądź myśli moje układały się logicznie.</akap>


<akap>Wassertrum podrzucił mi zegarek zaginionego Zottmana, aby na mnie skierować
podejrzenie o morderstwo. A zatem sam musiał być zabójcą: jakim sposobem, oprócz
tego, mógłby dojść do posiadania zegarka? Gdyby znalazł gdzie bądź trupa i
dopiero wtedy go ograbił, na pewno by upomniał się o tysiąc marek nagrody, którą
wyznaczono za znalezienie zwłok Zottmana. --- Ale to było niepodobieństwo<pe><slowo_obce>niepodobieństwo</slowo_obce> (daw.) --- coś niemożliwego a. nieprawdopodobnego.</pe>: plakaty
wciąż były jeszcze porozklejane na rogach ulic, jak to wyraźnie widziałem w
drodze do więzienia. Że tandeciarz<pe><slowo_obce>tandeciarz</slowo_obce> --- handlarz tandetą, tj. tanimi, byle jakimi towarami z drugiej ręki.</pe> musiał wskazać na mnie, to było oczywiste.</akap>


<akap>Również jasne, że Wassertrum z radcą policyjnym, przynajmiej w sprawie Angeliny
--- mieli jakieś konszachty. Inaczej jaki cel by miało podstępne szpiegowanie o
Saviolego?</akap>


<akap>Z drugiej strony widocznym jest z tego, że Wassertrum nie miał jeszcze w ręku
listów Angeliny.</akap>


<akap>Biedziłem się nad tym myślami --- ---</akap>


<akap>Jak w błyskawicy --- ze straszliwą wyrazistością --- wszystko mi się nagle
wyjaśniło, jak gdybym był sam przy tym obecny.</akap>


<akap>Tak; tylko w ten sposób mogło się to odbyć. Wassertrum zabrał sobie potajemnie
moją żelazną kasetkę, w której domyślał się dowodów, gdy właśnie razem ze swoimi
wspólnikami z policji robił rewizję w moim mieszkaniu. Nie mógł jej natychmiast
otworzyć, gdyż ja klucz zawsze nosiłem przy sobie --- --- --- i może teraz właśnie w
swojej jaskini ją rozbija. --- ---</akap>


<akap>W szalonej rozpaczy zatargałem kratą żelazną i zobaczyłem Wassertruma w duchu
przed sobą: gmera w listach Angeliny. Gdybym tylko mógł zawiadomić Charouska,
żeby on przynajmiej w czas przestrzegł Saviolego.</akap>


<akap>Przez mgnienie oka uczepiłem się tej nadziei, że wiadomość o moim aresztowaniu
rozeszła się lotem błyskawicy po żydowskim mieście, ja zaś do Charouska miałem
zaufanie, jak do jakiegoś anioła wybawcy. Przeciw jego piekielnej chytrości nic
nie był w stanie uczynić Aron. ,,Będę go ściśle co do godziny trzymał za gardło
wtedy, gdy on Saviolemu zechce siąść na karku" --- tak mi kiedyś powiedział
Charousek.</akap>


<akap>W następnym momencie znów odrzuciłem wszystko i jakaś dzika obawa mnie ogarnęła:
co będzie, gdy Charousek przyjdzie za późno?</akap>


<akap>Angelina wtedy byłaby zgubioną. --- --- --- Gryzę wargi aż do krwi, piersi sobie szarpię z żalu, że wtenczas natychmiastowo
listów nie spaliłem ---</akap>


<akap>Przysiągłem sobie, że w tej samej godzinie, w której znów się znajdę na wolności,
zgładzę ze świata Wassertruma --- --- Czy umrę z własnej ręki, czy też na szubienicy
--- i cóż mi na tym zależeć może?</akap> 


<akap>Że sędzia śledczy uwierzy moim słowom, gdy mu
opowiem w sposób istotny historię z zegarkiem i jak to mi Wassertrum groźby
zapowiadał --- o tym nie wątpiłem ani chwili.</akap>


<akap>Na pewno jutro już będę wolny; przynajmniej sąd aresztowałby i Wassertruma, jako
podejrzanego o zabójstwo. Liczyłem godziny i modliłem się, żeby szybciej minęły;
drętwiałem w ciężkich wyziewach.</akap>


<akap>Po niewymownie długim czasie --- zaczęło się na koniec rozwidniać --- i najpierw była
to ciemna plama, potem coraz wyraźniej wynurzała się ze mgły miedziana olbrzymia
twarz: godzinnik starego zegara wieżowego. Ale brakło wskazówek: nowa przykrość.</akap>


<akap>W końcu wybiła piąta.</akap>


<akap>Słyszałem, jak więźniowie się obudzili i, ziewając, prowadzili rozmowę po
czesku. Jeden głos wydał mi się znajomy; obróciłem się, zeszedłem z pryczy na
dół --- i ujrzałem dziobatego Loisa na desce --- wprost naprzeciw mego łoża:
zdumiony wytrzeszczył na mnie oczy. Dwaj pozostali byli to chłopcy o bezczelnych
twarzach, którzy spoglądali na mnie z lekceważeniem.</akap>


<akap>--- Defraudant? Co? --- spytał jeden półgłosem swego towarzysza, trącając go
łokciem. Zapytany ze wzgardą cości odpowiedział, zaczął gmerać w swoim sienniku
--- wyjął jakiś czarny papier z jego wnętrza i położył go na podłodze.</akap>


<akap>Wówczas pokropił go trochę wodą z dzbanka, przejrzał się w nim niby w lustrze ---
i palcami rozczesał sobie włosy na czoło. Następnie ze staranną czułością wysuszył papier i z powrotem schował go pod pryczę.</akap>


<akap>--- Pan Pernath, pan Pernath --- mruczał tymczasem bezustannie Lois, wybałuszywszy oczy
jak ktoś, co zobaczył widmo.</akap>


<akap>--- Państwo, jak widzę, znają się ze sobą --- powiedział ten, który się jeszcze nie
czesał --- a który to zauważył --- mówił zaś pokręconym dialektem czeskiego
wiedeńczyka --- i szyderczo oddał mi pół ukłon:</akap> 

<akap>--- Pozwolą panowie, że się
przedstawię. Nazywam się Vossatka. Czarny Vossatka --- --- --- Podpalenie --- dodał o
jedną oktawę głębiej, z pewną dumą.</akap>


<akap>Uczesany zaś plunął przez zęby, popatrzył na mnie chwilę pogardliwie, wskazał na
swe piersi i rzekł lakonicznie:</akap>


<akap>--- Włamanie.</akap>


<akap>Milczałem.</akap>


<akap>--- No, a o co pan jest podejrzany, że się pan tu znalazł, panie hrabio? --- zapytał
mnie wówczas wiedeńczyk.</akap>


<akap>Po chwili namysłu rzekłem spokojnie.</akap>


<akap>--- Morderstwo dla rabunku.</akap>


<akap>Obaj, rzekłbyś, stanęli odurzeni. Szyderczy wyraz twarzy zniknął --- ustępując
bezgranicznemu zachwytowi i poważaniu. 
Obaj niemal jednocześnie krzyknęli:</akap>
<akap>--- Reszpekt, reszpekt!</akap>


<akap>Spostrzegłszy, że ja żadnej uwagi na nich nie zwracam, wcisnęli się w kąt z
powrotem --- i szeptem rozmawiali ze sobą.</akap>


<akap>Raz tylko uczesany podszedł ku mnie, milcząc spróbował muskułów<pe><slowo_obce>muskuły</slowo_obce> --- mięśnie.</pe> mego
przedramienia --- i kiwając głową, odszedł do swego przyjaciela. </akap>

<akap>--- Pan przecie też
jest tutaj, jako podejrzany o zabójstwo Zottmana --- zapytałem Loisa niespodzianie.
Kiwnął głową.</akap>

 <akap>--- Już dawno.</akap>


<akap>Znów kilka godzin upłynęło.</akap>


<akap>Zamknąłem oczy i udawałem śpiącego.</akap> 


<akap>--- Panie Pernath, panie Pernath! --- usłyszałem nagle zupełnie cichy głos Loisa. </akap> 

<akap> --- Co? --- ---
Zachowywałem się, jakbym dopiero zbudził się ze snu.</akap>


<akap>--- Panie Pernath, proszę, niech mi pan przebaczy, proszę --- proszę --- czy pan nie
wie, co porabia Rozyna? --- Czy jest w domu? --- jąkał biedny chłopak. Było mi nad
wyraz przykro, gdy ten rozpłomienionym okiem zawisł na moich ustach i ze
wzruszenia spazmatycznie ściskał ręce.</akap>


<akap>--- Powodzi się jej wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe> dobrze. Jest teraz kelnerką ,,Pod Starym Cebrem" ---
kłamałem.</akap>


<akap>Widziałem, jak lżej odetchnął.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Dwaj więźniowie, milcząc, wnieśli na grubej desce gorący odwar kiełbasy w
blaszanych garnkach; trzy garnki postawili w celi. Po kilku godzinach znów
zazgrzytały rygle i dozorca zaprowadził mnie do sędziego śledczego.</akap>


<akap>Kolana mi drżały z oczekiwania, gdyśmy tak szli po schodach w dół i na górę.</akap>


<akap>--- Czy pan sądzi, że możliwe jest, aby mnie jeszcze dziś wypuszczono na wolność?
--- z zapartym oddechem pytałem dozorcę.</akap>


<akap>Ten ze współczuciem, jak mi się zdawało, stłumił uśmiech.</akap>


<akap>--- Hm! Dziś jeszcze? Hm --- --- Boże! --- --- wszystko jest możliwe. ---</akap>


<akap>Zimno lodowate przenikło mnie do kości. Znowu czytałem na drzwiach porcelanową
tabliczkę z nazwiskiem.</akap>


<akap><wyroznienie>Karol Baron V. Leisetreter</wyroznienie></akap>
<akap><wyroznienie>Sędzia Śledczy</wyroznienie></akap>


<akap>Znów nieozdobny pokój i dwa biurka z wysokimi na metr pulpitami.</akap>


<akap>Stary, rosły człowiek z białą, dwuskrzydłą brodą, w czarnym surducie, o
czerwonych nabrzmiałych ustach, w skrzypiących butach.</akap>


<akap>--- Pan jest Pernath?</akap>


<akap>--- Tak jest.</akap>


<akap>--- Cela numer 70?</akap>


<akap>--- Tak jest.</akap>


<akap>--- Podejrzany o zabójstwo Zottmana?</akap>


<akap>--- Prawdopodobnie. Przynajmniej tak się domyślam, Ale --- ---</akap>


<akap>--- <wyroznienie>Przyznaje się</wyroznienie>?</akap>


<akap>--- Do czegóż mam się przyznać, panie sędzio śledczy? Przecież jestem niewinny.</akap>


<akap>--- <wyroznienie>Przyznaje się</wyroznienie>?</akap>


<akap>--- Nie.</akap>


<akap>--- A więc zawieszam śledztwo co do pana. Dozorco więzienny, proszę wyprowadzić tego
człowieka.</akap>


<akap>--- Proszę, niech mnie pan jednak wysłucha, panie sędzio! Muszę bezwarunkowo dziś
jeszcze być w domu. Mam ważne rzeczy do załatwiania --- ---</akap>


<akap>Za drugim stołem ktoś zabeczał po baraniemu. Baron się uśmiechnął. --- Wyprowadźcie
tego człowieka, dozorco!</akap>
<separator_linia/>


<akap>Mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, a ja wciąż siedziałem w celi. ---</akap>


<akap>O godzinie dwunastej musieliśmy codziennie schodzić na dół na dziedziniec
więzienny i w towarzystwie innych aresztantów i podejrzanych przechadzać się
przez 40 minut wkoło po wilgotnej ziemi.</akap>


<akap>Nie wolno było rozmawiać ze sobą.</akap> 


<akap><begin id="b1297773804355-331541757"/><motyw id="m1297773804355-331541757">Drzewo</motyw>Pośrodku placu stało bezlistne, zamierające
drzewo, w którego korze wrośnięty był owalny szklany posążek Matki Boskiej. Pod
ścianą rosły nędzne krzewy ligustru<pe><slowo_obce>ligustr</slowo_obce> --- rodzaj krzewu sadzonego w charakterze żywopłotu.</pe> o liściach prawie czarnych od padającej z
kominów sadzy.<end id="e1297773804355-331541757"/></akap>


<akap>Wokół zakratowane okna cel, z których od czasu do czasu wyglądała kitowa twarz o wargach anemicznych. ---</akap>


<akap>Potem wracamy do grobu, w którym mieszkamy; do chleba, wody, odwaru kiełbasy, a
w niedzielę zgniłej soczewicy.</akap>


<akap>Dopiero po długim czasie znów byłem wreszcie raz wezwany do przesłuchania:</akap>


<akap>--- Czy mam świadków, że ,,pan" Wassertrum jakoby ofiarował mi zegarek.</akap>


<akap>--- Mam --- pan Szemajah Hillel --- to jest, właściwie --- nie --- (przypomniałem sobie, że
go przy tym nie było) --- --- --- ale pan Charousek --- nie --- i jego przy tym nie było.</akap>


<akap>--- Krótko mówiąc, nie było przy tym nikogo.</akap>


<akap>--- Nie, nie było nikogo, panie sędzio.</akap>


<akap>Znów barani bek za drugiem biurkiem --- i znowu:</akap>


<akap>--- Wyprowadzić tego człowieka, dozorco więzienny! --- --- ---</akap>


<akap>Obawa o Angelinę osłabła we mnie do stanu głuchej rezygnacji. Moment, w którym o
nią lękać się musiałem, minął. Albo plan zemsty Wassertruma powiódł się od dawna
--- albo Charousek go opanował: mówiłem sobie.</akap>


<akap>Ale troska o Miriam doprowadzała mnie teraz prawie do szaleństwa.
Wyobrażałem sobie, jak ona z godziny na godzinę czekała, aby cud się odnowił ---
jak wczesnym rankiem, gdy piekarz przychodzi, wybiega na ulicę i drżącą ręką
chleb przeszukuje --- --- --- Być może z mego powodu umiera od trwogi.</akap>


<akap>Często mnie to w nocy wybijało ze snu --- właziłem na deskę przy ścianie;
szczerzyłem oczy w miedziane oblicze zegara wieżowego --- i pożerało mnie
pragnienie, aby moje myśli mogły przedostać się do Hillela --- i krzyknąć mu w
ucho: aby ratował Miriam i wyzwolił ją od męki oczekiwania na cud.</akap>


<akap>Znów rzucałem się na siennik i powstrzymywałem oddech, aż mi pierś niemal rozsadzało: pragnąłem wymusić w sobie obraz
swego sobowtóra, abym go mógł jej posłać jako pocieszyciela.</akap>


<akap>I raz ukazał mi się on koło mej pryczy z literami: <slowo_obce>Chabrat Zereh Aur Bocher</slowo_obce><pe><slowo_obce>Chabrat Zereh Aur Bocher</slowo_obce> (hebr.) --- dosł.: związek wychowanków zorzy porannej.</pe> ---
ułożonymi jak w zwierciadle na piersiach --- i chciałem krzyknąć z radości --- że
teraz znów wszystko będzie dobrze: ale zapadł się w podłogę, zanim mu zdołałem
rozkazać, aby się dalej Miriam objawił.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Że też żadnych wiadomości nie otrzymuję
od przyjaciół!</akap>


<akap>--- Czy zakazane jest przesyłanie listów? --- pytałem współtowarzyszy więziennych.</akap>


<akap>Nie wiedzieli. Dotąd żaden z nich nigdy listu nie otrzymał; zresztą nie było
nikogo, co by do nich mógł pisać.</akap>


<akap>Dozorca obiecał mi się dowiedzieć o tym przy sposobności.</akap>


<akap>Paznokcie mi popękały, takem je gryzł nieustannie: włosy mi dziko zarosły, bo
nie było nożyczek, grzebienia i szczotki.</akap>


<akap>Również nie było wody do mycia.</akap>


<akap>Prawie nieustannie walczyłem z chęcią wymiotów, gdyż odwar kiełbasy zaprawiany
był sodą zamiast soli.</akap>


<akap_dialog>--- --- Był to przepis więzienny, aby ,,ujarzmić wzmaganie się popędu płciowego".</akap_dialog>


<akap>Czas mijał w szarej, przeraźliwej monotonii. --- Toczył się po jednym i tym samym
wciąż obwodzie, jak koło udręczeń. Były pewne momenty, które znał każdy z nas, a
w których ten lub ów nagle zeskakiwał z pryczy --- godzinami chodził tam i z
powrotem --- jak dzikie zwierzę --- i znów złamany upadał na swoje łoże --- i
przytępiały, bezmyślny czekał --- czekał --- czekał.</akap>


<akap>Gdy nadchodził wieczór, rojem ciągnęły pluskwy, niby mrówki po ścianach. --- I
zdumiony pytałem sam siebie, dlaczego ów drab z szablą i w gaciach --- tak sumiennie badał
mnie, czy nie mam robactwa.</akap>


<akap>Obawiano się być może w sądzie krajowym, by nie powstało krzyżowanie obcych ras
owadzich?</akap>


<akap>We środę przed południem przychodził zwykle jakiś ufryzowany cymbał w kapeluszu
z obwisłym rondem i w klapiących nogawicach.</akap>


<akap>Lekarz więzienny doktor Rosenblatt przekonał się, że wszyscy napęcznieli ze
zdrowia.</akap>


<akap>A gdy który się skarżył, wszystko jedno na co, przepisywał mu cynkową maść do
nacierania piersi.</akap>


<akap>Zjawił się też raz prezes sądu krajowego, dobrze rozrośnięty, perfumowany obwieś
z ,,dobrego towarzystwa", na którego twarzy wypisane byty najpospolitsze występki
--- i popatrzył, czy wszystko jest w porządku: ,,czy się który nie powiesił", jak
mówił ufryzowany.</akap>


<akap>Przystąpiłem do niego, by mu przedstawić pewną prośbę; wtedy ukrył się za
dozorcę więziennego i wyciągnął rewolwer. ,,Czego chce" krzyknął mi --- uzbrojony w
ten sposób.</akap>


<akap>Czy są dla mnie listy, zapytałem grzecznie. Zamiast odpowiedzi, otrzymałem
uderzenie w piersi od doktora Rosenblatta, który właśnie tędy przechodził. I pan
prezes cofnął się również i przez półotwarte drzwi powiedział mi, abym
pierwej<pe><slowo_obce>pierwej</slowo_obce> (daw.) --- najpierw.</pe> przyznał się do zbrodni. Przedtem ani jednego listu w życiu tym nie
odbiorę.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Od dawna już nawykłem do złego powietrza i do gorąca, jakie tu panowało --- i
nieustannie drżałem z zimna.</akap>


<akap>Dwóch więźniów już się kilkakrotnie zmieniło, ale ja nie zwracałem na to uwagi.
W tym tygodniu uwięziony tu był jakiś złodziej kieszonkowy lub włóczęga, w
następnym fałszerz monety lub paser<pe><slowo_obce>paser</slowo_obce> --- osoba handlująca skradzionymi przedmiotami.</pe>.</akap>


<akap>Com przeżył wczoraj, o tym dziś zapomniałem.</akap> 


<akap>Wobec troski, jaka mnie gryzła o Miriam, wszystkie okoliczności zewnętrzne
przybladły.</akap>


<akap>Jedno tylko zdarzenie wraziło mi się<pe><slowo_obce>wrazić się</slowo_obce> (daw.) --- wbić się.</pe> w duszę mocniej --- nawet czasami jako
karykatura prześladowało mnie we śnie.</akap>


<akap><begin id="b1297774951828-1913331277"/><motyw id="m1297774951828-1913331277">Więzienie, Ucieczka</motyw>Stałem na desce przybitej do ściany, aby patrzeć w górę na niebo --- gdy poczułem,
że jakiś spiczasty przedmiot ukłuł mnie w lędźwia, a gdym zbadał rzecz,
przekonałem się, że to pilnik, który mi się w kieszeń wcisnął głęboko, między
kort<pe><slowo_obce>kort</slowo_obce> --- rodzaj tkaniny.</pe> palta a podszewkę. Długo tam już pewnie tkwił, gdyż inaczej człowiek, który
mnie rewidował, niewątpliwie by go dostrzegł, Wyciągnąłem go z kieszeni --- i niebacznie<pe><slowo_obce>niebacznie</slowo_obce> --- nieostrożnie.</pe> rzuciłem na swój siennik. Gdym zeszedł z deski, pilnik zniknął --- i ani
chwili nie wątpiłem, że tylko Lois mógł go zabrać.</akap>


<akap>W parę dni później wyprowadzono go z celi, by go pomieścić o jedno piętro niżej.</akap>


<akap>Niewłaściwe to --- powiedział dozorca więzienny --- aby dwaj znajdujący się pod
śledztwem i oskarżeni o tę samą zbrodnię --- to jest on i ja --- siedzieli w tej samej
celi.</akap>


<akap>Z całego serca życzyłem sobie, aby się biednemu chłopcu --- za pomocą pilnika
udało wyzwolić z więzienia.<end id="e1297774951828-1913331277"/></akap>
<!--TRIM:1-->
<naglowek_rozdzial>Maj</naglowek_rozdzial>

<akap><begin id="b1297768658288-2962298439"/><motyw id="m1297768658288-2962298439">Czas, Więzienie</motyw>Na pytanie, jaką dziś mamy datę --- --- słońce tak żarzyło, jak w połowie lata, a
zmęczone drzewo na podwórcu puściło kilka pączków --- dozorca więzienny z początku
milczał, a potem mi szepnął, że jest piętnastego maja. Właściwie nie powinien był mi
tego mówić, gdyż nie wolno rozmawiać z więźniami --- zwłaszcza ci, którzy jeszcze
się nie przyznali do winy, muszą być utrzymywani w nieświadomości co do czasu.</akap>


<akap>Zatem całe trzy miesiące byłem już w więzieniu, a jednak ciągle żadna wiadomość
nie doszła mnie ze świata.
<end id="e1297768658288-2962298439"/></akap><separator_linia/>


<akap>Gdy nadchodził wieczór, łagodne dźwięki klawikordu<pe><slowo_obce>klawikord</slowo_obce> --- instrument klawiszowy strunowy, prototyp fortepianu.</pe> dochodziły poprzez
zakratowane okno, które teraz z powodu gorących dni bywało otwarte.</akap>


<akap>Jak mnie objaśnił jeden z więźniów, grała córka odźwiernego.</akap>


<akap>Dzień i noc marzyłem o Miriam.</akap>


<akap>Co się z nią dzieje?</akap>


<akap>Czasami miałem pocieszające uczucie, jakoby moje myśli przenikały do niej i
stały u jej łoża, w czasie snu uśmierzającą dłoń kładąc jej na skroniach. Potem
znów w chwilach beznadziejności, gdy jeden po drugim z moich towarzyszów<pe><slowo_obce>towarzyszów</slowo_obce> --- dziś popr. forma D. lm: towarzyszy.</pe>
więziennych wzywany był na posłuchanie --- tylko ja nie --- dręczyła mnie głucha
trwoga, że może ona już dawno umarła.</akap>


<akap><begin id="b1297767150282-3817462275"/><motyw id="m1297767150282-3817462275">Omen</motyw>Wtedy zadawałem losowi pytania, czy ona żyje, czy nie, czy jest zdrowa, czy chora
--- i wróżba garści słomy, które wydobywałem z siennika, miała mi dać odpowiedź.</akap>


<akap>Prawie za każdym razem ,,wychodziło źle"; starałem się więc ryć w swej duszy --- by
wykonać rzut oka w przyszłość: szukałem w swym wnętrzu, gdzie ukryta była
tajemnica, by pochwycić prawdę pozornie ubocznym pytaniem, czy jeszcze dla mnie
zabłyśnie dzień radości i uśmiechu.</akap>


<akap>Wyrocznia zawsze odpowiadała mi: tak --- a wówczas przez godzinę byłem szczęśliwy
i zadowolony.<end id="e1297767150282-3817462275"/></akap>


<akap><begin id="b1297767218897-2394909878"/><motyw id="m1297767218897-2394909878">Miłość, Marzenie</motyw>Jak roślina, co w tajemnicy rośnie i zakwita, powoli rozwinęła się we mnie
niezrozumiała, głęboka miłość do Miriam --- i nie pojmowałem, żem mógł tyle razy
obok niej siedzieć i z nią rozmawiać, a jednak nie zauważyłem jasno i wyraziście
tego uczucia.</akap>


<akap>Pełne dreszczu pragnienie, aby i ona z podobną tkliwością myślała o mnie,
dochodziło w takich momentach do przeczucia pewności --- i gdym w korytarzu
słyszał kroki, to lękałem się niemal, że mogą mnie wyprowadzić i wypuścić na
wolność, a moje marzenie rozprószy się w szorstkiej rzeczywistości świata
zewnętrznego.<end id="e1297767218897-2394909878"/></akap>


<akap>Ucho moje przez długi czas mego aresztu stało się tak czujnie, że chwytało
najlżejszy szmerek.</akap>


<akap>Codziennie w chwili, gdy nadchodziła noc, słyszałem w dali jadący powóz; łamałem
sobie głowę, kto w nim mógł siedzieć.</akap>


<akap><begin id="b1297768832953-2840257446"/><motyw id="m1297768832953-2840257446">Wolność</motyw>Coś szczególnie dziwacznego było w tej myśli, że tam na zewnątrz są ludzie,
którzy mogą czynić i nie czynić, co im się podoba, którzy się mogą swobodnie
poruszać --- chodzić tu i tam --- i nie odczuwają z tego powodu żadnej niewymownej
rozkoszy!<end id="e1297768832953-2840257446"/></akap> 


<akap>Że i ja kiedyś znów będę tak szczęśliwy i będę mógł w promieniach
słońca krążyć po ulicach --- tego nie byłem sobie w stanie wyobrazić.</akap>


<akap>Dzień, w którym Angelinę miałem w objęciach, zdawał mi się należeć do jakiegoś
przeminionego, zaginionego bytu; myślałem o tym znowu z lekką tęsknotą, jakiej doznaje ten,
co otworzył książkę i znajduje w niej powiędłe kwiaty, które mu w latach
młodzieńczych ofiarowała kochanka.</akap>


<akap>Czy stary Zwak wciąż jeszcze co wieczora z Vrieslanderem i Prokopem siadują
,,Pod Cebrem" i w wyschniętej Eulalii budzą oburzenie?</akap>


<akap>Nie, to był maj --- czas, w którym Zwak ze swym teatrem kukiełek błądzi po
prowincji i na zielonych łąkach wygrywa historię sinobrodego rycerza.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Siedziałem w celi samotny. --- Vossatka, podpalacz, mój jedyny towarzysz na ten
tydzień, parę godzin temu zaprowadzony został do sędziego śledczego.</akap>


<akap>Przesłuchanie trwało dziwnie długo.</akap>


<akap>Oto żelazny rygiel u drzwi zazgrzytał. Z promienną od radości twarzą wpadł do
celi Vossatka, rzucił tłumok ubrania na pryczę i z szybkością wiatru zaczął się
przebierać. Kostium więzienny --- sztukę po sztuce --- z przekleństwem rzucał na
podłogę.</akap>


<akap><begin id="b1297769227833-176114102"/><motyw id="m1297769227833-176114102">Wiatr</motyw>--- Nic mi nie mogli dowieść, te dranie! Nic! Podpalenie! --- A jakże! wskazującym
palcem dotknął dolnej powieki, rozszerzając oko po łobuzersku. Na Vossatkę za
młode wy głupcy! Wiatr był --- powiedziałem. No i na tym stanęło. Teraz niech
sobie szukają wiatru w polu!<end id="e1297769227833-176114102"/> No, serwus, dziś wieczorem. To się wyrówna. U
Loisiczka! Rozwarł ramiona i zatańczył  ,,tupanego": Tylko raz w życiu kwi-iitnie maj!</akap>

<akap>--- Nałożył sobie małą ceratową czapeczkę na głowę. --- --- Ale --- właśnie ---
to pana zaciekawi, panie hrabio! Wie pan nowinę<pe><slowo_obce>Wie pan nowinę</slowo_obce> --- dziś popr.: Zna pan nowinę?</pe>? Pański przyjaciel, Lois,
wyłamał się, uciekł! Właśnie tam na górze dowiedziałem się o tym u tych
drani. Już przeszłego miesiąca --- wypłynął sobie na łąkę --- i jest teraz het ---
het za górami --- --- tu palcami uderzył się kilkakrotnie w rękę.</akap> 


<akap>--- Acha, pilnik! --- pomyślałem sobie i uśmiechnąłem się.</akap>


<akap>--- Tedy, życzę panu, panie grafie<pe><slowo_obce>graf</slowo_obce> --- tytuł arystokratyczny w krajach niemieckojęzycznych.</pe> --- podpalacz po koleżeńsku rękę mi podał --- aby
pan możliwie w najprędszym czasie odzyskał wolność, A jeżeli panu kiedy
zabraknie pieniędzy, to niech pan tylko u Loisiczka zapyta o czarnego Vossatkę.
Każda dziewucha mnie panu wskaże! Tak! Zatem serwus, panie hrabio. Było mi
bardzo przyjemnie.</akap>


<akap>Jeszcze stał we drzwiach, gdy strażnik wprowadził do celi nowego więźnia,
znajdującego się pod śledztwem.</akap>


<akap>Od pierwszego rzutu oka poznałem w nim alfonsa<pe><slowo_obce>alfons</slowo_obce> --- mężczyzna czerpiący zyski z prostytucji kobiet.</pe> w żołnierskiej czapce, który
kiedyś raz stał koło mnie w czasie ulewy w łukowej bramie na Kogucim Zaułku.
Miła niespodzianka! Może on wiedział cokolwiek o Hillelu i Zwaku --- i o innych?</akap>


<akap>Chciałem natychmiast zacząć go rozpytywać, ale ten ku memu najwyższemu zdumieniu
z tajemniczą miną położył palec na ustach, dając w ten sposób wskazówkę, abym
milczał.</akap>


<akap>Dopiero gdy drzwi z zewnątrz były zamknięte i gdy ucichły kroki dozorcy na
korytarzu, odżył.</akap>


<akap>Serce mi biło ze wzruszenia.</akap>


<akap>Co to znaczy?</akap>


<akap>Czyż on mnie znał? I czego chce?</akap>


<akap>Pierwszą rzeczą, jaką uczynił alfons, było to, że siadł i zdjął but z lewej nogi.</akap>


<akap>Potem zębami wyciągnął czopek z obcasa, wyjął z próżni, jaka powstała od czopka
--- małą, zgiętą żelazną blaszkę; oderwał widocznie słabo tylko przybitą podeszwę i
z dumną miną wręczył mi to wszystko.</akap>


<akap>Wszystko z pośpiechem wiatru --- i nie zważając ani trocha na moje podniecone
pytania.</akap>


<akap>--- Tak! miłe ukłony od pana Charouska! --- Byłem tak oszołomiony, że słowa nie mogłem
wymówić.</akap>


<akap><begin id="b1297769395862-969174906"/><motyw id="m1297769395862-969174906">Więzienie, List</motyw>--- Niech pan weźmie tę blaszkę, a w nocy pan nią roztworzy podeszwę. Albo w ogóle,
kiedy nikt nie będzie widział. --- Bo proszę pana --- objaśniał mnie alfons z miną pełną powagi
--- w środku znajdzie pan tam liścik od pana Charouska.<end id="e1297769395862-969174906"/></akap>


<akap>W nadmiarze wruszenia rzuciłem się alfonsowi na szyję, a łzy trysnęły mi z oczu.</akap>


<akap>Odsunął mnie łagodnie i mówił z wyrzutami:</akap>


<akap>--- Niechże się pan opamięta, panie von Pernath! Minuty czasu nie mamy do stracenia.
Może zaraz się wydać, że jestem w fałszywej celi. Franek i ja u odźwiernego
zamieniliśmy sobie numery.</akap>


<akap>Musiałem zrobić mocno głupią minę, bo alfons mówił dalej:</akap>


<akap>--- Jeżeli pan tego nie rozumie, to nic nie znaczy. Koniec końców: jestem tu i
basta.</akap>


<akap>--- Niech mi pan powie --- przerwałem mu --- niech mi pan, panie --- --- panie --- ,,Wencel" ---
dopomógł mi więzień --- nazywam się Piękny Wencel!</akap>


<akap>--- Niech mi pan panie, <wyroznienie>panie Wencel</wyroznienie>, co robi archiwariusz Hillel --- i co słychać z
jego córką?</akap>


<akap>--- Na to nie ma czasu --- przerwał mi niecierpliwie piękny Wencel. Przecież lada
chwila mogą mnie stąd wylać! Zatem: jestem tu dlatego, żem się przyznał do
rabunku extra<pe><slowo_obce>extra</slowo_obce> (z łac.) --- dodatkowo.</pe> --- ---</akap>


<akap>--- Jak to, więc tylko dla mego powodu --- aby móc się do mnie dostać --- popełniłeś
rabunek --- panie Wencel? --- pytałem wstrząśnięty.</akap>


<akap>Alfons kiwnął pogardliwie głową:</akap> 

<akap>--- Gdybym rzeczywiście rabunek <wyroznienie>popełnił</wyroznienie>, tobym
się do niego nie <wyroznienie>przyznał</wyroznienie>! Co pan sobie o mnie myśli? --- Zacząłem powoli rozumieć.
Poczciwy chłop użył podstępu, aby mi do więzienia przemycić list Charouska.</akap>


<akap>--- A w dodatku --- zrobił bardzo zamyśloną minę --- muszę pana nauczyć efilepsji<pe><slowo_obce>efilepsji</slowo_obce> --- zniekształcone słowo epilepsja, czyli padaczka.</pe>.</akap>


<akap>--- Czego?</akap>


<akap><begin id="b1297770902697-538445522"/><motyw id="m1297770902697-538445522">Choroba, Podstęp</motyw>--- Efilepsji. Niech no pan pilnie patrzy i dokładnie uważa na wszystko. --- Naprzód
wykrzywić trzeba gębę --- tak! --- wydął policzki, poruszał nimi w prawo i w lewo
jak ktoś, kto płucze usta.  Potem piana z ust wychodzi --- to się robi tak i --- pokazał, jak to się robi z zupełną
naturalnością. Potem ściskam duży palec pięścią. --- Potem wywracam oczy --- jął<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe>
okropnie zezować --- potem, a to jest najtrudniejsze --- zaczynam krzyczeć i wyć
okropnie. O tak: ba-bu-bu! i zarazem upadam na ziemię. --- Runął w całej długości
na podłogę, aż ziemia jękła --- i wstając powiedział: To jest naturalna efilepsja
--- jak tego nas nauczył doktor Hulbert w ,,Batalionie".<end id="e1297770902697-538445522"/></akap>


<akap>--- Rzeczywiście, łudząco podobne --- rzekłem --- ale do czego to wszystko służy?</akap>


<akap><begin id="b1297770925165-586610254"/><motyw id="m1297770925165-586610254">Więzienie, Lekarz</motyw>--- Bo wtedy cię z celi wyprowadzą --- objaśnił Piękny Wencel. --- Doktor Rozenblatt jest
to ostatnie bydlę. Wszystko mu jedno. Kiedy już ktoś zdycha do cna, Rosenblatt
zawsze powie: chłop zdrów jak ryba. Tylko efilepsji boi się jak byk czerwonej
płachty! Jeżeli kto umie to zrobić, to zaraz go przeniosą do celi dla chorych!<end id="e1297770925165-586610254"/>
--- --- --- A wtedy wydostać się stamtąd to zabawka dziecinna --- i tajemniczo dodał
szeptem --- kraty w oknie celi szpitalnej są przepiłowane i tylko słabo gnojem
zaklepane! To jest tajemnica batalionu! --- Parę nocy jeno<pe><slowo_obce>jeno</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> czujnie bacz<pe><slowo_obce>baczyć</slowo_obce> (daw.) --- patrzeć, uważać, zwracać uwagę.</pe>, a gdy
zobaczy pan z dachu w okno spływającą pętlę na sznurze --- podnieś pan lekko
kratę, byle nikt tego nie zauważył, włóż ramiona w pętlę, a my pociągniemy pana
na dach --- i spuścimy na drugiej stronie na ulicę. --- I basta!</akap>


<akap>--- Dlaczegóż mam z więzienia uciekać? Przecież jestem niewinny.</akap>


<akap>--- To nic nie znaczy. Uciec można zawsze --- odpowiedział piękny Wencel, a z podziwu
oczy mu aż się zaokrągliły.</akap>


<akap>Całej swej elokwencji<pe><slowo_obce>elokwencja</slowo_obce> --- zdolność do efektownych i przekonujących wypowiedzi.</pe> użyć musiałem, aby ten cały obłędny plan, wynik jakiejś
nauki batalionu --- przedstawić mu jako bezowocny.</akap> 


<akap>Że ja ,,dar boży" odrzucałem i
wolałem czekać, aż sam przez się odzyskam swobodę --- było mu to niezrozumiałe.</akap> 


<akap>--- W każdym razie dziękuje panu i waszym dzielnym towarzyszom jak najserdeczniej ---
rzekłem wzruszony i uścisnąłem mu rękę. --- Kiedy minie ten ciężki dla mnie czas,
pierwszą dla mnie rzeczą będzie wszystkim wam okazać wdzięczność.</akap>


<akap>--- To niepotrzebne --- rzekł przyjacielsko Wencel. --- Jak pan postawi parę szklanek
Pilznera, z wdzięcznością przyjmiemy, ale nic więcej. Pan Charousek, który teraz
jest naszym skarbnikiem w batalionie, opowiadał nam już, że pan potajemnie czyni
dobrodziejstwa. Mamże mu co powiedzieć, jeżeli za parę dni znów wyjdę?</akap>


<akap>--- Proszę --- rzekłem szybko --- proszę --- niech pan mu powie, żeby zechciał iść do
Hillela i zawiadomić go, jak jestem niespokojny o zdrowie jego córki Miriam. Pan
Hillel niechaj ciągle na nią baczy. Czy zapamięta pan nazwisko: Hillel.</akap>


<akap>--- Hirrel?</akap>


<akap>--- Nie: Hillel.</akap>


<akap>--- Hiller?</akap>


<akap>--- Nie: Hil-lel.</akap>


<akap>Wencel niemało języka sobie nałamał na tym niemożliwym dla Czecha imieniu, ale
w końcu owładnął jego wymową z kwaśnym grymasem.</akap>


<akap>--- I jeszcze jedno: żeby Charousek --- bardzo gorąco o to go proszę --- dowiedział się
o  ,,szlachetnej damie" wszystkiego, co tylko może. Już on będzie wiedział, co to za
jedna.</akap>


<akap>--- To pan pewnie myśli o tej hrabskiej muszce, co to migdaliła się z Niemcem, doktorem
Sapoli. --- O, ta już się rozwiodła i pojechała sobie z dzieckiem i doktorem Sapoli.</akap>


<akap>--- Pan to wie na pewno?</akap>


<akap>Czułem, jak mi głos zadrżał. Choć radowałem się wielce z powodu Angeliny --- to
jednak serce mi skurczyło się na chwilę.</akap>


<akap>Ileż to ja dla niej przecierpiałem trosk --- a teraz --- --- --- byłem zapomniany.</akap> 


<akap>Może istotnie uwierzyła, żem popełnił morderstwo dla rabunku. Gorzki posmak jął<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe>
mię dusić w gardle. Alfons zdaje się z przenikliwym poczuciem, które czasem się
zdarza u zatraconych ludzi w sprawach miłości --- odgadł, jak mi to było przykro,
gdyż patrzył w stronę i nic nie mówił.</akap>


<akap>--- Bo może pan wie, co słychać z panną Miriam, córką pana Hillela. Czy pan ją zna? ---
zapytałem natarczywie.</akap>

<akap>--- Miriam? Miriam? --- Twarz Wencla pomarszczyła się z
zamyślenia. --- Miriam? Czy ona często bywa nocą u Loisiczka?</akap>


<akap>Mimo woli się uśmiechnąłem.</akap>


<akap>--- Nie! Bynajmniej --- nie bywa.</akap>


<akap>--- No, to jej nie znam --- powiedział sucho Wencel.</akap>


<akap>Milczeliśmy chwilę.</akap>


<akap>Może tam w liście jest co o niej, taką sobie robiłem nadzieję.</akap>


<akap>--- Ale tego Wassertruma też diabeł porwał --- nagle zaczął znów Wencel --- może pan
już o tym słyszał?</akap>


<akap>Podskoczyłem ze zdumienia.</akap>


<akap><begin id="b1297775559453-3591061723"/><motyw id="m1297775559453-3591061723">Morderstwo</motyw>--- No właśnie --- Wencel wskazał na swe gardło. --- Lu, lu --- mówię panu! To ci było
straszne. Kiedy sklep otworzyli, bo go przez parę dni nie było widać, ja
naturalnie byłem tam pierwszy, jakże inaczej! --- A tam on --- ten jucha Wassertrum
siedział ci na parszywym fotelu, z piersi krew mu się sączyła --- a oczy miał
jakby szklane --- --- --- Pan wie --- ja jestem chłop mocny jak koń, ale mówię panu,
jakem to zobaczył, wszystko mi się w oczach przekręciło --- i myślałem, że
zemdleję --- --- Dopiero powoli musiałem sam sobie tłumaczyć sprawę: Wencel,
powiedziałem, Wencel, obudź się --- przecie to tylko umarły Żyd! --- <begin id="b1318589299921-2974139846"/><motyw id="m1318589299921-2974139846">Los</motyw>W gardle miał
wbity pilnik, a w sklepie u niego wszystko było wywrócone do góry nogami. ---
Oczywiście morderstwo z rabunkiem.<end id="e1297775559453-3591061723"/></akap> 

<akap>--- Pilnik --- pilnik! Oddech mi zlodowaciał ze
zgrozy. --- Pilnik! Tak więc znalazł on swoją drogę. --- <end id="e1318589299921-2974139846"/></akap>

<akap>--- Wiem też, kto to był --- mówił po chwili Wencel półgłosem. --- Nikt inny,
mówię panu, tylko ten dziobaty Lois. --- Ja, panie, znalazłem w sklepie na
podłodze jego nóż kieszonkowy --- i szybko ukryłem, aby go policja nie zabrała i
nie rzuciła się na chłopca. Przez jakieś podziemne przejście dostał się do
sklepu --- --- ---</akap>


<akap>Jednym rzutem przerwał mowę, parę sekund słuchał z natężeniem, rzucił się na
pryczę --- i zaczął przeraźliwie chrapać.</akap>


<akap>Niemal w tej samej chwili klucz zazgrzytał we drzwiach celi --- dozorca wszedł i
gniewnym wzrokiem spoglądał na mnie. Zrobiłem minę obojętną, a Wencla ledwie
się można było dobudzić. Dopiero po wielu uderzeniach podniósł się --- i jak
pijany ze snu chwiejnie wyszedł z celi, a za nim strażnik.</akap>
<separator_linia/>


<akap>W gorączkowym napięciu rozwarłem<pe><slowo_obce>rozewrzeć</slowo_obce> (daw.) --- otworzyć.</pe> list Charouska i czytałem:</akap>


<akap>,,12 maja.</akap>


<akap>Drogi mój przyjacielu i dobroczyńco! Tydzień za tygodniem oczekiwałem, że
będziesz pan wolny, ciągle na próżno --- próbowałem wszelkich możliwych sposobów,
aby zebrać dla pana materiał, usuwający obciążenie, ale nic nie mogłem znaleźć.</akap>


<akap>Prosiłem sędziego śledczego, by przyspieszył przesłuchanie, ale za każdym razem
mówił mi, że nie może nic na to poradzić --- że to sprawa administracji, nie
jego.</akap>


<akap>Biurokratyczne ciemięstwo<pe><slowo_obce>ciemięstwo</slowo_obce> --- prześladowanie.</pe>!</akap>


<akap>Dopiero teraz, przed godziną udało mi się coś, z czego najlepszych spodziewam
się wyników: dowiedziałem się, że Jaromir sprzedał Wassertrumowi złoty zegarek,
który po aresztowaniu swego brata Loisa znalazł w jego łóżku.</akap>


<akap>U Loisiczka, gdzie, jak pan wie, niemało kręci się detektywów, krąży wieść, że
zegarek zamordowanego Zottmana --- którego trupa zresztą dotąd nie odkryto, jako <slowo_obce>corpus delicti</slowo_obce><pe><slowo_obce>corpus delicti</slowo_obce> --- (łac.) przedmiot przestępstwa.</pe>
znaleziony został u pana. Wszystko i inne rzeczy zrozumiałem w lot: Wassertrum
<slowo_obce>et cetera<pe><slowo_obce>et cetera</slowo_obce> (łac.) --- i tak dalej.</pe></slowo_obce>.</akap>


<akap>Natychmiast Jaromira sobie zjednałem, dałem mu 1000 florenów<pe><slowo_obce>floren</slowo_obce> --- złota moneta z Florencji, często naśladowana przez mennice innych krajów.</pe> ---".</akap> 

<akap>List opuściłem z
rąk i łzy radości w oczach mi zabłysły: tylko Angelina mogła Charouskowi dać
taką sumę. Ani Zwak, ani Prokop, ani Vrieslander nie mieli tyle pieniędzy --- A
więc nie zapomniała o mnie.</akap>


<akap_dialog>Czytałem dalej:</akap_dialog>


<akap>,,1000 florenów dałem mu i obiecałem 2000 florenów, jeżeli wraz ze mną natychmiast pójdzie
na policję --- i przyzna, że ten zegarek bratu swemu w domu zwędził i sprzedał.</akap>


<akap>Ale to wszystko może stać się dopiero wówczas, gdy ten list przez Wencla
dostanie się do pana. Czas pili<pe><slowo_obce>pilić</slowo_obce> --- naglić.</pe>. Niech pan jednak będzie pewien: to się stać
musi. Jeszcze dzisiaj. Daję za to głowę. --- Nie wątpię ani chwili, że Lois
popełnił zabójstwo i że zegarek jest Zottmana.</akap>


<akap>Jeżeli wbrew oczekiwaniu zegarek ten nie jest Zottmana --- wówczas Jaromir wie, co
robić: w każdym razie ten zegarek znaleziony u pana określi jako sobie znany.
Śmiało więc niech pan patrzy w przyszłość i niech pan nie wątpi. Dzień, w którym
pan będzie wolny, może jest niedaleki.</akap>


<akap><begin id="b1297776051026-2750070337"/><motyw id="m1297776051026-2750070337">Śmierć, Czas</motyw>Czy pomimo to nadejdzie dzień, w którym my zobaczymy się z sobą? O tym nie
wiem.</akap>


<akap>Prawie rzekłbym: nie wierzę w to, gdyż idę szybko ku końcowi, a <wyroznienie>muszę się mieć
na baczności, aby mnie ostatnia godzina nie zaskoczyła niespodzianie</wyroznienie>.</akap>


<akap>Ale jednej rzeczy niech pan będzie pewny: my się <wyroznienie>spotkamy</wyroznienie>. Jeżeli nie w tym
życiu i nie jako umarli w tamtym życiu, to w dniu, kiedy czas się wypełni, gdy,
jak to stoi w Biblii, Pan usty<pe><slowo_obce>usty</slowo_obce> --- dziś popr. forma N. lm: ustami.</pe> swymi wypluje tych, co nie byli ani zimni, ani
gorący --- niech się pan nie dziwi, że ja tak mówię! <begin id="b1297855018892-2432052920"/><motyw id="m1297855018892-2432052920">Sen, Tajemnica</motyw>Nigdy o tych rzeczach z panem nie
mówiłem i, gdy pan raz wypowiedział słowo ,,Kabała", uchyliłem się od wyjaśnień,
ale --- co wiem, to wiem. Może pan rozumie, co ja myślę, a jeżeli nie, to proszę
wielce, niech pan przekreśli w swej pamięci to, com powiedział. --- --- Raz w stanie
delirium<pe><slowo_obce>delirium</slowo_obce> --- stan zaburzenia świadomości.</pe> --- wydawało mi się, że na pańskiej piersi były jakieś znaki. Może być,
że mi się śniło na jawie.<end id="e1297855018892-2432052920"/></akap>


<akap>Niech pan przypuści, o ile by pan mnie istotnie nie rozumiał, że miałem pewne
rozeznania wewnętrzne, prawie od dzieciństwa, a które mnie poprowadziły na
szczególną drogę; rozeznania, które się nie pokrywają z tym, czego uczy lub
czego, chwała Bogu, jeszcze nie zna medycyna; spodziewać się też należy, że nigdy
ich nie podda swym doświadczeniom. Ale <begin id="b1297855049275-2476091808"/><motyw id="m1297855049275-2476091808">Nauka</motyw>nie dałem się ogłupić nauką, której
najwyższy cel jest: założyć  ,,poczekalnię", którą jak najlepiej można wyzyskiwać.<end id="e1297855049275-2476091808"/></akap>


<akap>Jednakże dość o tym.</akap>


<akap>Raczej panu opowiem, co się stało w czasie pańskiej nieobecności.</akap>


<akap>W końcu kwietnia Wassertrum doszedł do tego, że moja sugestia zaczęła na niego
oddziaływać. Poznałem to stąd, że stale na ulicy gestykulował i głośno mówił sam
ze sobą.</akap>


<akap>Jest to pewny znak, że myśli danego człowieka są w stanie burzy, która w nim
huczy i nad nim panuje.</akap>


<akap>Potem kupił sobie karnet<pe><slowo_obce>karnet</slowo_obce> --- niewielki notatnik.</pe> i robił notatki. Pisał. Tak jest, pisał. Nie mogę się
nie śmiać. Pisał.</akap>


<akap><begin id="b1297776573432-2379241244"/><motyw id="m1297776573432-2379241244">Sumienie</motyw>Potem poszedł do notariusza. Na dole w piwnicy swej wiedziałem, co on tam na
górze robił: układał testament.</akap> 


<akap>Że on mnie spadkobiercą wyznaczy --- o tym zresztą
nie myślałem. Dostałbym pewnie tańca świętego Wita<pe><slowo_obce>taniec świętego Wita</slowo_obce> --- neurologiczna choroba wieku dziecięcego, charakteryzująca się niekontrolowanym pobudzeniem ruchowym; nazwa naukowa: pląsawica Sydenhama.</pe> z radości, że mi to
przypadło.</akap>


<akap>Owóż mnie on wyznaczył swoim spadkobiercą, bo ja jestem na ziemi jedyny, któremu on jeszcze, jak sądził, mógłby uczynić
pewne dobrodziejstwo. Sumienie go ujęło podstępnie.<end id="e1297776573432-2379241244"/></akap>


<akap>Być może miał też nadzieję, że ja go będę błogosławił, gdybym się po jego
śmierci dzięki niemu ujrzał milionerem --- i w ten sposób zażegnałbym
przekleństwo, którego musiał wysłuchać z moich ust w pańskim pokoju. ---</akap>


<akap>Potrójnie zatem oddziałała moja sugestia.</akap>


<akap><begin id="b1297855080787-3544093408"/><motyw id="m1297855080787-3544093408">Zaświaty, Sprawiedliwość</motyw>Szalenie zabawne, że on jednak potajemnie wierzył w jakiś wymiar sprawiedliwości
na tamtym świecie, choć przez całe życie gorliwie temu przeczył.<end id="e1297855080787-3544093408"/></akap>


<akap>Ale taki jest los wszystkich tych ludzi zręcznych; w obłąkane szaleństwo wpadają
już, gdy im się to w oczy mówi. Czują się złapani.</akap>


<akap>Od chwili, gdy Wassertrum poszedł do notariusza, ani chwili nie przestawałem go śledzić.</akap>


<akap>Nocami nadsłuchiwałem, co się dzieje za drzwiami jego sklepu, gdyż każda minuta
mogła przynieść decyzję.</akap>


<akap><begin id="b1297776652365-1886530564"/><motyw id="m1297776652365-1886530564">Krew, Zabobony</motyw>Zdaje mi się, że poprzez mury usłyszałbym owo pożądane mlaskanie, gdyby wyjął
korek z flaszki z trucizną.</akap>


<akap>Godziny może brak, a dzieło mego życia będzie wykonane.</akap>


<akap>Tymczasem wdarł się niepowołany i zamordował go. Pilnikiem.</akap>


<akap>Resztę opowie panu Wencel. Zbyt mi gorzko pisać o tym wszystkim.</akap>


<akap>Nazwij pan to przesądem --- ale, widząc, że krew była <wyroznienie>przelana</wyroznienie> --- rzeczy w sklepie
krwią splamione --- zacząłem wierzyć, że jego dusza mi się wymknęła.<end id="e1297776652365-1886530564"/></akap>


<akap>Coś --- jakiś subletny, nieomylny instynkt --- mówi mi, że jest to zgoła<pe><slowo_obce>zgoła</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe> co innego,
gdy człowiek umiera od cudzej ręki, a co innego, gdy od własnej: Wassertrum
powinien był wszystką swoją krew zabrać ze sobą pod ziemię, wtedy dopiero moja
misja byłaby wypełnioną. --- Teraz, gdy stało się co innego, czuję się jak
odtrącony, jak narzędzie, które uznano za niegodne ręki Anioła śmierci.</akap>


<akap>Ale nie chcę się uchylać. <wyroznienie>Moja nienawiść jest z tych, co idą poza grób</wyroznienie>, a
jeszcze posiadam własną krew, którą wylać mogę, jak chcę --- ażeby ta za jego
krwią szła krok w krok do państwa cieni.</akap>


<akap>Codziennie, odkąd Wassertruma pochowano, siaduję przy nim na cmentarzu i w
piersi swojej słucham, co mam czynić.</akap>


<akap>Zdaje się, że już wiem o tym, ale jeszcze chcę czekać, póki słowo wewnętrzne,
które do mnie mówi, nie stanie mi się jasnym jak krynica<pe><slowo_obce>krynica</slowo_obce> --- źródło.</pe>. --- My, ludzie, jesteśmy
nieczyści --- i często trzeba długich postów i czuwań, aż w końcu dopiero
zrozumiemy szept naszej duszy. --- --- ---</akap>


<akap>W upłynionym<pe><slowo_obce>upłyniony</slowo_obce> --- miniony.</pe> tygodniu oficjalnie zawiadomił mnie sąd, że Wassertrum ustanowił
mnie jedynym swoim spadkobiercą. Że ja z tego nawet krajcara<pe><slowo_obce>krajcar</slowo_obce> a. <slowo_obce>grajcar</slowo_obce> --- drobna moneta używana w krajach rządzonych przez Habsburgów.</pe> nie ruszę, o tym nie
mam potrzeby pana zapewniać, panie Pernath. Będę się strzegł, by  ,,jemu" ,,tam"
jakąś broń dawać w rękę.</akap>


<akap><begin id="b1297776817265-3051910250"/><motyw id="m1297776817265-3051910250">Pieniądz, Sprawiedliwość</motyw>Domy, które posiadał, puszczam na licytację; przedmioty, których się dotykał,
zostaną spalone, a co do pieniędzy i wartości pieniężnych --- to po mojej śmierci
trzecia część przypada panu. --- Widzę już w duchu, jak pan oburza się i
protestuje, ale mogę pana uspokoić. To, co pan otrzyma, jest to pańska prawowita
własność z procentem oraz procentem od procentu. Dawno już wiedziałem, że
Wassertrum przed laty ojca pańskiego i jego rodzinę ograbił ze wszystkiego i
teraz dopiero jestem w stanie za pomocą aktów stwierdzić to i wyrównać.<end id="e1297776817265-3051910250"/></akap>


<akap>Inna trzecia część podzielona zostanie między dwunastu Członków Batalionu,
którzy znali jeszcze osobiście doktora Hulberta. Chcę, aby każdy z nich był bogaty i aby uzyskał dostęp do sfer  ,,dobrego towarzystwa" Pragi.</akap>


<akap>Ostatnia trzecia część ma być wypłacona w najbliższym czasie siedmiu
przestępcom, którzy popełnili morderstwo z rabunkiem, a którzy z braku dowodów
musieli być uwolnieni.</akap>


<akap>Jestem winien to publicznemu zgorszeniu.</akap>


<akap>To więc jest wszystko.</akap>


<akap>A teraz, mój drogi, drogi przyjacielu, żyj szczęśliwie i myśl o mnie często!</akap>


<akap>Twój szczerze oddany i wdzięczny
Innocenty<pe><slowo_obce>Innocenty</slowo_obce> --- imię pochodzące od łac. <slowo_obce>innocens</slowo_obce>, czyli niewinny.</pe> Charousek".</akap>


<akap>Głęboko wzruszony, omal nie wypuściłem listu z ręki.</akap>


<akap>Nie byłem w stanie radować się wiadomością o bliskim wyzwoleniu.</akap>


<akap>Charousek! Biedny człowiek! Jak brat troszczył się o mój los. Dlatego tylko, że
ja kiedyś ofiarowałem mu sto florenów. Gdybym choć jeszcze raz mógł mu rękę
uścisnąć.</akap>


<akap>Czułem to: miał słuszność; ten dzień nigdy nie przyjdzie.</akap>


<akap>Widziałem go okiem wspomnienia: jego płomienne oczy, suchotnicze<pe><slowo_obce>suchotniczy</slowo_obce> --- cechujący gruźlika.</pe> ramiona,
wysokie, szlachetne czoło.</akap>


<akap>Być może wszystko to poszłoby zupełnie inaczej, gdyby jaka pomocna ręka w czas<pe><slowo_obce>w czas</slowo_obce> (daw.) --- we właściwym momencie.</pe>
pokierowała tym zmarnowanym życiem.</akap>


<akap>Jeszcze raz przeczytałem list od początku do końca.</akap>


<akap>Ile metody było w obłędzie Charouska! Czy on zresztą w ogóle był obłąkany?</akap>


<akap>Wstydziłem się niemal sam siebie, żem tę myśl miał jedną chwilę w głowie.</akap>


<akap><begin id="b1318590460852-2830315449"/><motyw id="m1318590460852-2830315449">Dusza</motyw>Czyż jego postępowanie nie było dość wyraźne? Był on człowiekiem jak Hillel, jak
Miriam, jak ja sam; człowiekiem, nad którym dusza własna przemoc zdobyła ---
prowadząc go poprzez dzikie otchłanie i zagłębia życia do świata przeszłorocznych śniegów jakiej niedostępnej
krainy.<end id="e1318590460852-2830315449"/></akap>


<akap><begin id="b1297778475221-174280085"/><motyw id="m1297778475221-174280085">Wiara</motyw>On, który całe życie knował<pe><slowo_obce>knować</slowo_obce> --- knuć, planować.</pe> zabójstwo, czyż nie był czystszy niż niejeden z
tych, co głoszą wyuczone nakazy jakiegoś nieznanego, mitycznego proroka, unikając
zarazem ich wykonywania?</akap>


<akap>On zaś spełnił przykazanie, które mu dyktował przemożny popęd, nie licząc na
żadne wynagrodzenie ani z tej, ani z tamtej strony bytu.<end id="e1297778475221-174280085"/></akap>


<akap>To, co on uczynił, byłoż czym innym, niż najpobożniejszym wykonaniem obowiązku ---
w najbardziej tajemniczym znaczeniu tego słowa? ,,Tchórzliwiec, podstępny,
skłonny do zabójstwa, chorobliwy, zagadkowa natura mordercy" --- takem formalnie
słyszał, jak brzmiałby o nim wyrok masy, która by chciała rozświetlić duszę
Charouska stajenną, ślepą latarką.</akap>


<akap>Znowu zazgrzytał klucz w zamku drzwi mojej celi --- i słyszałem, jak wepchnięto do
niej nowego człowieka.</akap>


<akap>Ciągle jeszcze rozważałem treść listu, tak mnie poruszyła głęboko.</akap>


<akap>Ani słowa nie było w nim o Angelinie, ani słowa o Hillelu.</akap>


<akap>Niewątpliwie: Charousek musiał pisać z wielkim pośpiechem; pismo to zdradzało.
Czy też jeszcze otrzymam z jego strony jaki list potajemnie?</akap>


<akap>Liczyłem na jutro, na wspólną przechadzkę więźniów po dziedzińcu. --- Tam to
najłatwiej ktoś z  ,,batalionu" mógłby mi co wcisnąć.</akap>


<akap>Cichy głos przebudził mnie z rozmyślań:</akap>


<akap>--- Czy pan pozwoli, szanowny panie, że mu się przedstawię. Nazywam się Laponder,
Amadeusz Laponder.</akap>


<akap>Odwróciłem się ku niemu.</akap>


<akap>Drobny, szczupły, jeszcze dość młody człowiek, elegancko ubrany, tyko bez
kapelusza, jak wszyscy będący pod śledztwem, kłaniał mi się z wyszukaną grzecznością.</akap>


<akap>Był wygolony jak aktor --- a jego wielkie, jasnozielone, świecące, migdałowate
oczy miały tę osobliwość w sobie, że choć były wprost ku mnie zwrócone, zdawały
się mnie wcale nie widzieć. --- Było w nich coś jakby brak przytomności umysłu.</akap>


<akap>Mruknąłem swoje nazwisko i również się ukłoniłem, po czym chciałem się położyć,
ale długi czas nie mogłem odwrócić oczu od tego człowieka, tak szczególnie
oddziaływał na mnie jego uśmiech pagodowy<pe><slowo_obce>pagodowy</slowo_obce> (neol.) --- słowo utworzone od wyrazu ,,pagoda", oznaczającego chiński wielokondygnacyjny budynek o przeznaczeniu sakralnym.</pe>, w jaki układały się jego ładnie
wycięte wargi, a ześrodkowany w kąciku ust. Wyglądał prawie jak chiński posążek
Buddy<pe><slowo_obce>Budda</slowo_obce> ---  właśc. Siddhartha Gautama, zwany ,,Buddą", co oznacza ,,oświecony". Daty narodzin i śmierci nie są znane, najczęściej jego życie datuje się na V-VI w. p.n.e. Założyciel buddyzmu. W szerszym sensie: każdy ,,oświecony".</pe> z różowego kwarcu<pe><slowo_obce>kwarc</slowo_obce> --- często występujący minerał z grupy krzemianów.</pe>: skórę miał przezroczystą, pozbawioną zmarszczek,
dziewczęcy, drobny nosek i delikatne nozdrza.</akap>


<akap>--- Amadeusz Laponder, Amadesz Laponder --- powtarzał mi kilkakrotnie.</akap>


<akap>Co też on mógł popełnić?</akap>
<separator_linia/>





<naglowek_rozdzial>Księżyc</naglowek_rozdzial>

<akap><begin id="b1297778821742-1702794117"/><motyw id="m1297778821742-1702794117">Więzienie, Grzeczność</motyw>--- Czy pan już był na przesłuchaniu? --- zapytałem po chwili.</akap>


<akap>--- Właśnie stamtąd przychodzę. --- Mam nadzieję, że niedługo będę tu szanownego
pana niepokoił --- odpowiedział mi w sposób bardzo miły.</akap>


<akap><begin id="b1297856721032-161870012"/><motyw id="m1297856721032-161870012">Czas</motyw>Biedaczysko --- pomyślałem --- nie przeczuwa, co to go czeka pod śledztwem.</akap>


<akap>Chciałem go z wolna przygotować.</akap>


<akap>--- Przywyka się w końcu do tego spokojnego istnienia, skoro tylko miną pierwsze
dni najprzykrzejsze.<end id="e1297856721032-161870012"/></akap>


<akap>Zrobił pojednawczy wyraz twarzy.</akap>


<akap>Przerwa.</akap>


<akap>--- Czy długo trwało przesłuchanie, panie Laponder?</akap>


<akap>Uśmiechnął się z roztargnieniem.</akap>


<akap>--- Nie. Pytano mnie tylko, czy się przyznaję i musiałem podpisać protokół.</akap>


<akap>--- Pan podpisał, że się przyznaje? --- wyrwało mi się mimo woli.</akap>


<akap>--- Oczywiście.</akap>


<akap>Mówił, jakby to rozumiało się samo z siebie.</akap>


<akap>Musiał to być jaki drobiazg, pomyślałem sobie, gdyż nie widać w nim żadnego
podniecenia. Może jakie wyzwanie na pojedynek lub coś podobnego.</akap>


<akap>--- Jestem tutaj niestety już tak długo, że mi się wydaje, jakbym siedział sto lat --- westchnąłem mimo woli, on zaś natychmiast przybrał minę współczującą. </akap>

<akap>--- Życzę
panu, aby pan tego nie doznał, panie Laponder. Ostatecznie z tego, co widzę,
sądzę, że pan wkrótce znów się znajdzie na wolnej stopie.</akap>  


<akap>--- To zależy --- odrzekł spokojnie, ale jakiś sens był dwuznaczny w jego słowach.</akap>


<akap>--- Pan nie wierzy? --- zapytałem z uśmiechem. Pokiwał głową.</akap>


<akap>--- Jak ja to mam rozumieć? Cóż pan tak straszliwego popełnił? Wybacz pan, panie
Laponder, nie ciekawość to z mojej strony, ale właśnie współczucie --- że pytam.</akap>


<akap>Wahał się chwilę, potem rzekł, nawet nie drgnąwszy powieką:</akap>


<akap>--- Morderstwo na tle seksualnym.</akap>


<akap>Zdawało mi się, jakby mnie ktoś pałką uderzył w głowę. --- Ze wstrętu i zgrozy nie
byłem w stanie wymówić słowa. --- Laponder, zdaje się, zauważył to i dyskretnie
spoglądał na stronę, ale najłagodniejsza gra rysów w jego automatycznie
uśmiechniętej twarzy nie zdradzała, aby moja nagła zmiana zachowania się uraziła
go w najmniejszym stopniu.</akap>


<akap>Nie zamieniliśmy już więcej ani słowa ze sobą --- niemo spoglądaliśmy wzajem na
siebie. --- ---</akap>


<akap>Gdy nastała ciemność, położyłem się na pryczy; i on natychmiast poszedł za moim
przykładem; rozebrał się, starannie powiesił odzież na gwoździu w ścianie,
rozciągnął się i, o ile sądzić było można z jego spokojnych, głębokich
oddechów, natychmiast się pogrążył we śnie.</akap>


<akap>Całą noc nie mogłem się uspokoić.</akap>


<akap>Nieustanne poczucie, że mam w swoim najbliższym sąsiedztwie taką ohydę i że
obaj oddychamy jednym i tym samem powietrzem, było mi tak przykre i dręczące, że
wszystkie wrażenia dnia dzisiejszego, list Charouska i wszystkie nowe przeżycia
w głąb się usunęły i chwilowo zniknęły.</akap>


<akap>Takem się położył, że ciągle miałem przed oczami mordercę, gdyż nie byłbym w
stanie wytrzymać, gdybym go miał poza sobą.</akap>


<akap><begin id="b1297781580488-2529276181"/><motyw id="m1297781580488-2529276181">Sen, Księżyc</motyw>Cela od poblasku księżyca była matowo pół oświetlona --- i mogłem widzieć, jak
Laponder leżał bezwładny, prawie zesztywniały. Rysy jego miały w sobie coś trupiego, a półotwarte usta podnosiły jeszcze to wrażenie.<end id="e1297781580488-2529276181"/></akap>


<akap>Przez długie godziny śpiący nie zmienił położenia ani razu.</akap>


<akap>Dopiero późno o północy, gdy wąski promień księżyca padł mu na twarz, lekki
niepokój go opanował; towarzysz mój bezgłośnie jął<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> poruszać wargami, jak ktoś, co
mówi przez sen. Było to zdaje się ciągle to samo wyrażenie --- być może zdanie
dwusylabowe jakby: ,,Puść mnie! puść mnie! puść mnie!"</akap>
<separator_linia/>


<akap>Najbliższe potem dni minęły w ten sposób, żem o nic go nie zapytywał: on też nie
przerywał milczenia.</akap>


<akap><begin id="b1297779145420-2861823126"/><motyw id="m1297779145420-2861823126">Więzienie, Grzeczność</motyw>Jego zachowanie się jak przedtem, tak i teraz było nader ugrzecznione. Ile razy
chciałem się przechadzać po celi tam i z powrotem, spostrzegał to natychmiast i
z najwyższą grzecznością, o ile siedział na pryczy, wciągał nogi na łoże, aby mi
umożliwić chodzenie.<end id="e1297779145420-2861823126"/></akap>


<akap>Zacząłem sobie robić wyrzuty z powodu swej szorstkości względem niego, ale
pomimo najlepszej woli nie mogłem przezwyciężyć wstrętu do niego. Jakkolwiek
miałem nadzieję, że w końcu przywyknę do jego obecności --- jednak mi się to nie
udawało.</akap>


<akap>Nocami nawet byłem czujny. Kwadrans ledwie sypiałem.</akap>


<akap>Co wieczór powtarzała się najściślej ta sama scena: czekał z wielkim szacunkiem,
aż się rozciągnę na pryczy; wówczas zdejmował ubranie, starannie je gładził,
potem wieszał --- i tak dalej --- i tak dalej.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Jednej nocy --- była może godzina druga nad ranem --- wstałem jak pijany ze snu na
desce ściennej, spoglądałem w pełnię księżycową, której promienie odbijały się jak migocąca oliwa na miedzianej twarzy zegara wieżowego i ze
smutkiem rozmyślałem
o Miriam.</akap>


<akap><wyroznienie>Nagle usłyszałem cicho jej głos za sobą</wyroznienie>.</akap>


<akap>Natychmiast stałem się czujny, nadzwyczaj czujny --- odwróciłem się i
nasłuchiwałem. --- Minuta czasu przeszła.</akap>


<akap>Sądziłem już, żem się omylił, ale znów usłyszałem ten głos.</akap>


<akap>Nie mogłem dokładnie rozumieć słów, ale brzmiało to jakby: ,,Pytaj mnie! Pytaj".</akap>


<akap>Był to głos Miriam.</akap>


<akap>Chwiejąc się z podniecenia, zeszedłem, jak mogłem najciszej, z deski --- i
zbliżyłem się do pryczy Lapondera.</akap> 


<akap>Światło księżyca w pełni padało mu na twarz
i mogłem wyraźnie dostrzec, że on powieki miał otwarte --- i tylko białka oczu
były widzialne.</akap>


<akap>Zesztywniałe mięśnie policzkowe świadczyły, że Laponder leży we śnie
kataleptycznym<pe><slowo_obce>kataleptyczny</slowo_obce> --- charakterystyczny dla katalepsji, to jest zesztywnienia spowodowanego wzrostem napięcia mięśniowego.</pe>; tylko wargi poruszały się od czasu do czasu.</akap>


<akap>I powoli zrozumiałem słowa, które z poza zębów jego wychodziły: ,,Pytaj mnie,
pytaj mnie".</akap>


<akap>Głos do złudzenia podobny był do głosu Miriam.</akap>


<akap>--- Miriam? Miriam? --- zawołałem mimo woli, ale natychmiast ton obniżyłem, aby śpiącego
nie obudzić.</akap>


<akap><begin id="b1297779603443-3949276938"/><motyw id="m1297779603443-3949276938">Słowo</motyw>Czekałem, aż na nowo twarz mu zesztywnieje, i łagodnie powtórzyłem:</akap>


<akap>--- Miriam? Miriam?</akap>


<akap>Usta jego wymówiły, ledwie dosłyszalnie, a jednak wyraźnie: </akap>

<akap>--- Tak.</akap>


<akap>Przyłożyłem ucho do jego warg.</akap>


<akap>Po chwili usłyszałem głos Miriam --- tak, nieomylnie jej głos --- szept --- że mi zimny
dreszcz przebiegł całą skórę.<end id="e1297779603443-3949276938"/></akap>


<akap>Piłem słowa tak pożądliwie, żem tylko sens rozumiał --- Mówiła o miłości ku mnie i
o niewymownym szczęściu, żeśmy się w końcu znowu znaleźli i nigdy się już nie rozłączymy.
Mówiła pospiesznie, bez odpoczynku, jak ktoś, co się lęka, że mu przerwą i chce
wyzyskać każdą minutę.</akap>


<akap>Potem głos się zatrzymał --- na chwilę zagasł całkowicie.</akap>


<akap>--- Miriam? --- zapytałem, drżąc z trwogi i z zapartym oddechem. --- Miriam, czyś ty
umarła?</akap>


<akap>Długo żadnej odpowiedzi. Potem prawie niezrozumiale:</akap>


<akap>--- Nie. --- Żyję. --- Śpię. ---</akap>


<akap>Nic więcej. --- Nasłuchiwałem. --- Bez rezultatu. --- Nic więcej.</akap>


<akap>Byłem tak oszołomiony --- i drżałem ze wzruszenia, że musiałem się oprzeć o kant
pryczy, aby nie upaść na Lapondera.</akap>


<akap>Złudzenie stało się tak całkowite, że zdawało mi się przez chwilę, jakoby
istotnie Miriam tu leżała --- i całej siły ducha musiałem użyć, aby nie złożyć
pocałunku na ustach mordercy.</akap>


<akap>--- Henoch<pe><slowo_obce>Henoch</slowo_obce> --- patriarcha biblijny, który z racji wielkiej przyjaźni z Bogiem miał być za życia wzięty do nieba; przypisywano mu apokryficzną <tytul_dziela>Księgę Henocha</tytul_dziela>.</pe>, Henoch! --- usłyszałem nagle bełkotanie, a potem dźwięki coraz
wyraźniejsze, członkowane: Henoch, Henoch!</akap>


<akap>Poznałem natychmiast głos Hillela.</akap>


<akap>--- Czy to ty, Hillel?</akap>


<akap>Milczenie. Przypomniałem sobie, żem czytał kiedyś, iż aby z uśpionego wydobyć
słowo, nie należy mówić do ucha, ale w kierunku tkanki nerwowej w jamie
żołądkowej.</akap>


<akap>Uczyniłem tak:</akap>

 <akap>--- Hillel?</akap>


<akap>--- Słyszę ciebie.</akap>


<akap>--- Czy Miriam jest zdrowa? Czy wiesz o wszystkim? --- pytałem prędko.</akap>


<akap>--- Wiem wszystko. Wiedziałem od dawna. --- Nie miej trwogi, Henoch, bądź spokojny.</akap>


<akap>--- Czy ty mi przebaczysz, Hillelu?</akap>


<akap>--- Mówię ci, bądź spokojny.</akap>


<akap>--- Czy się prędko zobaczymy? --- Lękałem się, że nie będę mógł więcej rozumieć pytania. Już ostatnie zdanie było jakby
wydechem szeptane.</akap>


<akap>--- Mam nadzieję. --- Będę oczekiwał --- na ciebie --- jeżeli mogę --- potem muszę --- do
ziemi ---</akap>


<akap>--- Dokąd? Do jakiej ziemi? --- o mało co nie upadłem na Lapondera. --- Do jakiej
ziemi? Do jakiej ziemi?</akap>


<akap>--- Do ziemi Gad<pe><slowo_obce>ziemi Gad</slowo_obce> --- w <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela> ziemia posiadana przez potomków siódmego syna patriarchy Jakuba.</pe> --- na południe --- do Palestyny.</akap>


<akap>Głos zamarł.</akap>


<akap>Sto pytań huczało mi kołowrotem w głowie. Dlaczego on zowie<pe><slowo_obce>zowie</slowo_obce> (daw.) --- nazywa.</pe> mnie Henochem? Zwak,
Jaromir, zegarek, Vrieslander, Angelina, <wyroznienie>Charousek</wyroznienie>?</akap>


<akap>--- Żyj szczęśliwie i często o mnie wspominaj --- nagle zabrzmiało znowu głośno i
wyraźnie z ust mordercy. Teraz głos miał ton Charouska, ale tak podobny, jakby
to on mówił sam.</akap>


<akap>Przypomniałem sobie: był to dosłownie ostatnie zdanie z listu Charouska.</akap>


<akap>Twarz Lapondera leżała już w ciemności. Światło księżyca padało na skraj głów<pe><slowo_obce>głowy</slowo_obce> --- część legowiska, gdzie kładzie się głowę.</pe>
siennika. Za kwadrans zniknie zupełnie z celi.</akap>


<akap>Stawiałem pytanie za pytaniem, ale nie otrzymałem już żadnej odpowiedzi:
morderca leżał nieruchomy jak trup, a powieki miał zamknięte.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Robiłem sobie ostre wyrzuty, że przez tyle dni widziałem w Laponderze tylko
mordercę, nigdy zaś człowieka.</akap>


<akap>Sądząc z tego, com właśnie przeżył, był to oczywiście lunatyk<pe><slowo_obce>lunatyk</slowo_obce> --- osoba nieświadomie wykonująca przez sen różne czynności.</pe>, somnambul<pe><slowo_obce>somnambul</slowo_obce> --- właśc. somnambulik, naukowe określenie lunatyka.</pe> ---
istota, która się znajduje pod wpływem pełni księżyca.</akap>


<akap>Być może swe zabójstwo na tle płciowym popełnił on w stanie zamroczenia ducha.
Niewątpliwie. --- Teraz, gdy ranek zaczynał szarzeć, opadła sztywna nieruchomość z
jego twarzy, na jej miejscu zaś czytałeś wyraz błogosławionego pokoju.</akap>


<akap>Tak spokojnie przecie drzemać nie może człowiek, który świadomie popełnił zbrodnię: tak sobie mówiłem.</akap>


<akap>Zaledwie mogłem się doczekać chwili jego przebudzenia.</akap>


<akap>Czy on ma świadomość tego, co się stało?</akap>


<akap>Wreszcie otworzył oczy, napotkał mój wzrok --- i spojrzał w stronę<pe><slowo_obce>w stronę</slowo_obce> --- w bok.</pe>.</akap>


<akap>Natychmiast podszedłem ku niemu i ująłem go za rękę: </akap>

<akap>--- Niech mi pan przebaczy,
panie Laponder, że dotychczas byłem dla pana tak mało życzliwy. Taka rzecz
niezwykła, że --- ---</akap>


<akap>--- Niech szanowny pan będzie przekonany, że ja to rozumiem doskonale --- przerwał mi
żywo --- że musi to być wstrętne uczucie --- siedzieć razem z mordercą na tle
zwyrodnienia seksualnego.</akap>


<akap>--- Niech pan o tym więcej nie mówi --- prosiłem. Dziś w nocy chodziło mi to po głowie
i nie mogę się uwolnić od tej myśli, że może pan --- --- szukałem słów.</akap>


<akap>--- Pan mnie uważa za chorego --- dopomógł mi.</akap>


<akap>Potwierdziłem jego domysł.</akap>


<akap>--- Sądzę, że z pewnych oznak mogę taki wniosek wyprowadzić. --- Ja --- ja --- czy mogę
panu zadać pytanie wprost, panie Laponder?</akap>


<akap>--- Proszę bardzo.</akap>


<akap>--- Brzmi to dość dziwacznie --- ale --- zechce mi pan powiedzieć, co się panu dzisiaj
śniło?</akap>


<akap>Z uśmiechem głową potrząsnął.</akap>


<akap>--- Nigdy mi się nic nie śni.</akap>


<akap>--- Ale pan mówił przez sen.</akap>


<akap>Spojrzał na mnie przerażony. Chwilę się zastanawiał. Potem rzekł stanowczo:</akap>


<akap>To mogło się zdarzyć tylko w takim razie, jeżeli pan mnie o coś pytał.</akap>


<akap>--- Tak jest. Pytałem.</akap>


<akap>--- Bo, jak rzekłem --- nigdy mi się nic nie śni.</akap>


<akap>--- Ja --- podróżuję --- dodał po chwili.</akap>


<akap>--- Pan podróżuje... Jak to rozumieć?</akap> 


<akap>Laponder nie bardzo chciał się wyjęzyczyć, ja zaś uważałem za wskazane, by mu
określić przyczyny, które sprawiły, żem się starał go przeniknąć<pe><slowo_obce>przeniknąć</slowo_obce> --- zrozumieć.</pe>: w ogólnych
zarysach powiedziałem mu, co się stało w nocy.</akap> 

<akap> --- Może pan być mocno przekonany ---
rzekł z powagą, gdym skończył swe wyjaśnienie --- może pan być przekonany, że
wszystko, com mówił we śnie, opiera się na rzeczywistości. Kiedym poprzednio
zauważył, że nie śnię, ale  ,,podróżuję", rozumiałem przez to, że moje życie senne
inaczej jest ułożone, niż życie --- powiedzmy, <wyroznienie>normalnych</wyroznienie> ludzi. Niech pan to
nazwie, jak się panu podoba --- wyłonienie się ciała. --- Tak było na przykład dziś w nocy
w nadzwyczaj dziwnym pokoju, do którego wejście prowadziło z dołu przez drzwi
spuszczone.</akap>


<akap>--- Jakże ten pokój wyglądał? --- zapytałem gwałtownie. --- Czy był niezamieszkany? Pusty?</akap>

<akap>--- Nie. Stały w nim meble. Ale mało. I łóżko. Na łóżku młoda dziewczyna spała albo
leżała pozornie martwa. Jakiś mężczyzna siedział koło niej, trzymając rękę na
jej czole.</akap>

<akap>Laponder opisywał mi twarze obojga. Nie ma wątpliwości: byli to
Hillel i Miriam.</akap>


<akap>Z napięcia nie ważyłem się oddychać.</akap>


<akap>Proszę, niech pan opowiada dalej. Czy był tam jeszcze kto więcej w pokoju?</akap>


<akap>Kto więcej? Niech pan zaczeka --- --- --- nie, oprócz nich nikogo więcej nie było w
pokoju. Siedmiopłomienny świecznik<pe><slowo_obce>siedmiopłomienny świecznik</slowo_obce> --- siedmioramienny świecznik (menora) stanowi podstawowy symbol judaizmu.</pe> płonął na stole.</akap>


<akap>Potem zeszedłem na dół po kręconych schodach.</akap>


<akap>--- Były zniszczone? --- wtrąciłem.</akap>


<akap>--- Zniszczone? Nie, nie. Wszystko było tam w porządku. W bok od nich leżała izba, w
której siedział człowiek w trzewikach ze srebrnymi sprzączkami, człowiek typu
osobliwego, jakiego nigdy jeszcze między ludźmi nie widziałem: miał żółtą twarz
i kose<pe><slowo_obce>kosy</slowo_obce> --- (o oczach) skośny, krzywy bądź zezowaty.</pe> oczy; pochylony był ku przodowi i zdawał się na coś oczekiwać. Może na
jaki rozkaz. </akap>

<akap>--- Książki --- starej, dużej książki nigdzie pan nie widział? --- badałem.</akap> 


<akap>Potarł sobie czoło.</akap>


<akap>--- Książki --- mówi pan. Tak jest. Widziałem. Książka leżała na podłodze. Była
otwarta. Cała na pergaminie. Stronica zaczynała się od złotej wielkiej litery A.</akap>


<akap>--- Od litery J, chyba pan chce powiedzieć.</akap>


<akap>--- Nie, od A.</akap>


<akap>Pokiwałem głową i zacząłem powątpiewać. Widocznie Laponder w półśnie, z treści,
którą żywiła moja wyobraźnia --- wyczytał różne rzeczy i jedno z drugim mu się
przemieszało: Hillel, Miriam, Golem<pe><slowo_obce>golem</slowo_obce> --- w legendach żydowskich istota stworzona na podobieństwo człowieka, zazwyczaj z gliny, żywa lecz pozbawiona duszy i dlatego posłuszna poleceniom człowieka, który ją stworzył. Stworzenie golema wiązało się z powtórzeniem Boskiego procesu kreacji.</pe>, księga <tytul_dziela>Ibbur<pe><slowo_obce>ibbur</slowo_obce> --- w pewnych odłamach mistyki żydowskiej słowo to oznacza w uproszczeniu wzmocnienie duszy żyjącego człowieka przez tymczasowo łączącą się z nią inną sprawiedliwą duszę przebywającą poza ciałem. Zwykle wynika to z potrzeby spełnienia przez duszę bezcielesną jakiejś misji.</pe></tytul_dziela> i przejścia podziemne.</akap>


<akap>--- Jak dawno posiadł pan ten dar  ,,podróżowania"? --- spytałem.</akap>


<akap>--- Od dwudziestego pierwszego roku mego życia --- --- --- zatrzymał się, zdawał się niechętnie o tym mówić.
Naraz twarz jego przybrała wyraz niesłychanego zdumienia --- i wpatrzył się w moją
pierś, jakby na niej coś zobaczył. Nie bacząc<pe><slowo_obce>baczyć</slowo_obce> --- patrzeć, uważać, zwracać uwagę.</pe> zaś na moje zdziwienie, skwapliwie<pe><slowo_obce>skwapliwie</slowo_obce> --- chętnie, przejawiając gotowość.</pe>
chwycił mnie za ręką --- i prosił prawie błagalnie:</akap>

<akap>--- Na miłość Boga, niech mi pan
powie wszystko. Dziś ostatni dzień, który mogę z panem spędzić. Być może za
godzinę już mnie wyprowadzą stąd, aby mi przeczytać wyrok śmierci. --- ---</akap>


<akap>Przerwałem mu przerażony.</akap>


<akap>--- A zatem musi pan mnie zażądać na świadka. Przysięgnę, że pan jest chory. Pan
jest lunatykiem<pe><slowo_obce>lunatyk</slowo_obce> --- osoba nieświadomie wykonująca przez sen różne czynności.</pe>. Niepodobieństwo<pe><slowo_obce>niepodobieństwo</slowo_obce> --- rzecz nieprawdopodobna, niemożliwa.</pe>, żeby pana osądzono, nie zbadawszy stanu
pańskiego ducha. Niechże pan to bierze<pe><slowo_obce>brać</slowo_obce> --- tu: traktować.</pe> rozsądnie.</akap>


<akap>Obruszył się nerwowo: </akap>

<akap>--- Przecież to rzecz uboczna! Proszę, niech mi pan powie
wszystko.</akap>


<akap>--- Ale cóż ja mam panu powiedzieć? --- Lepiej mówmy o <wyroznienie>panu</wyroznienie> i --- ---</akap>


<akap>--- Musiał pan --- jak widzę teraz --- na pewno --- przeżyć dziwne rzeczy, które mnie
blisko obchodzą, bliżej, niż pan to może przypuszczać; --- --- proszę, niech mi pan
powie <wyroznienie>wszystko</wyroznienie>! --- błagał.</akap>


<akap>Nie mogłem tego pojąć, że moje życie interesuje go więcej, niż jego własne, bądź
jak bądź, prawdziwie dość naglące sprawy; aby go jednak zaspokoić, powiedziałem
mu wszystko, co mi się zdarzyło niepojętego.</akap>


<akap>Przy każdym obszerniejszym fragmencie mej powieści kiwał głową zadowolony, jak
ktoś co daną rzecz przenika na wskroś.</akap>


<akap>Gdy przyszedłem do tego miejsca, gdzie stanęło przede mną widziadło bez głowy i
podawało mi czarnoczerwone ziarna, zaledwie mógł doczekać, by dowiedzieć się
końca</akap>

 <akap>--- A więc pan mu je z ręki wytrącił --- mruczał z zastanowieniem. --- Nigdy bym
 nie myślał, że jest jeszcze trzecia droga.</akap>

 <akap>--- To nie była trzecia droga ---
 powiedziałem. --- To była droga ta sama, jak gdybym odmówił przyjęcia ziarn. ---</akap>
 
 
<akap>Laponder się uśmiechnął.</akap>


<akap>--- Pan tak nie sądzi, panie Laponder?</akap>


<akap>--- Gdyby pan odmówił ich przyjęcia --- to one popłynęłyby na drogę życia, ale ziarna,
które oznaczają siły magiczne, nie byłyby pozostały. --- Potoczyły się na ziemię,
jak pan mówi. To znaczy: pozostały tutaj --- i póty będą strzeżone przez pańskich
przodków, aż nadejdzie czas ich kiełkowania. Wówczas do życia dojdą siły, które
w panu jeszcze drzemią.</akap>


<akap>Nie rozumiałem: </akap>

<akap>--- Moi przodkowie będą strzegli tych ziaren?</akap>


<akap><begin id="b1297860201948-2723133899"/><motyw id="m1297860201948-2723133899">Nieśmiertelność, Kondycja ludzka</motyw>--- Częściowo musi pan brać symbolicznie to, co pan przeżył --- objaśnił Laponder.
Koło błękitnie świecących ludzi, którzy cię otoczyli, był to łańcuch
odziedziczonych <wyroznienie>Jaźni</wyroznienie>, które każdy z matki urodzony<pe><slowo_obce>z matki urodzony</slowo_obce> --- człowiek, śmiertelnik.</pe> wlecze ze sobą. Dusza nie
jest  ,,pojedynczością", ona dopiero nią się stanie --- i to się nazywa
,,Nieśmiertelność"; pańska dusza składa się z wielu <wyroznienie>Jaźni</wyroznienie> --- jak mrowisko z
mrówek; noszą one w sobie pozostałości wielu tysięcy przodków: naczelników
waszego rodu. To samo jest u wszystkich istot. <begin id="b1297860182713-548880771"/><motyw id="m1297860182713-548880771">Ptak, Nieśmiertelność, Jedzenie</motyw>Jakże kura, która sztucznie z
jaja została wylęgnięta, mogłaby natychmiast szukać właściwego pożywienia, gdyby nie
tkwiło w niej doświadczenie milionów lat?<end id="e1297860182713-548880771"/> --- Istnienie  ,,instynktu" zdradza
obecność przodków w ciele i w duszy. --- Ale przepraszam pana, nie chciałem panu
przerywać. <end id="e1297860201948-2723133899"/></akap>

<akap>Opowiedziałem do końca. Wszystko. Nawet i to, co Miriam mówiła o
Hermafrodycie<pe><slowo_obce>hermafrodyta</slowo_obce> --- (od imion bogów gr. Hermesa i Afrodyty) istota dwupłciowa.</pe>.</akap>


<akap>Gdym się zatrzymał i spojrzał na niego, zauważyłem, że Laponder stał się blady
jak wapno na ścianie, a łzy obfite toczyły mu się po twarzy.</akap>


<akap>Szybko wstałem, udając, że nic nie widzę, i chodziłem po celi tam i z powrotem,
by przeczekać, aż się nieszczęsny uspokoi. ---</akap>


<akap>Wówczas siadłem naprzeciw niego i użyłem wszystkiej siły mej wymowy, aby go
przekonać, jak nagląco koniecznym było powołać się wobec sądu na chorobliwy stan
swego ducha.</akap>


<akap><begin id="b1297860476798-3303721363"/><motyw id="m1297860476798-3303721363">Morderstwo, Kłamstwo, Sumienie</motyw>--- Gdyby pan przynajmniej nie przyznał się do tego zabójstwa! --- zakończyłem.</akap>


<akap>--- Ależ musiałem przecie! Pytano mnie na moje sumienie! --- rzekł naiwnie.</akap>


<akap>--- Więc kłamstwo uważa pan za rzecz gorszą od zabójstwa na tle płciowym? --- pytałem
zdumiony.</akap>


<akap>--- W ogóle być może --- nie; w moim przypadku --- niewątpliwie tak. --- Uważaj pan: gdy
mnie sędzia śledczy zaczął rozpytywać, czy się przyznaję do winy, miałem siłę
powiedzieć prawdę. Miałem do wyboru skłamać albo nie skłamać. Gdym popełnił owo
zabójstwo z lubieżności --- proszę, niech mi pan oszczędzi szczegółów: było to tak
obrzydliwe, że nie chciałbym tego na nowo ożywiać w swej pamięci --- --- kiedym
popełnił owo zabójstwo, nie miałem <wyroznienie>żadnego</wyroznienie> wyboru. <end id="e1297860476798-3303721363"/>Gdybym działał nawet przy
doskonale jasnym stanie świadomości, to jednak i wtedy nie miałem żadnego
wyboru: coś, czego obecności w sobie nigdy się nie domyślałem, czuwało nade mną i
było silniejsze ode mnie. Czy pan sądzi, że gdybym miał wybór, to bym popełnił morderstwo? --- Nigdy nie zabiłem --- nawet najmniejszego robaka --- i teraz już nie
byłbym w stanie.</akap>


<akap>Wyobraźmy sobie, że prawo ludzkie jest: zabijać! --- a za zaniedbanie tego prawa karą ma być śmierć --- podobnie, jak to mamy na wojnie --- niewątpliwie w takim
razie zasłużyłbym sobie na śmierć. Bo dla mnie nie byłoby wyboru. Musiałbym po
prostu nie mordować. Wtedy, gdym popełnił zabójstwo, sprawa miała się na
odwrót.</akap>


<akap>--- Tym bardziej, gdy pan się teraz czuje <wyroznienie>quasi</wyroznienie><pe><slowo_obce>quasi</slowo_obce> (łac.) --- jakby.</pe> inny człowiek, musi pan powołać się
na wszystko, aby uniknąć wyroku sądu.</akap>


<akap>Laponder zrobił przeczący ruch ręki.</akap>


<akap>--- Pan się myli. Sędziowie ze swojego punktu widzenia mają zupełną słuszność. Czy
wolno może takiego człowieka jak ja puścić, aby swobodnie krążył po świecie? Aby
jutro lub pojutrze znów stała się jakaś ohyda?</akap>


<akap>--- Nie. Ale należałoby pana internować w zakładzie leczniczym dla chorych
psychicznie. Oto właśnie, co chcę powiedzieć!</akap>


<akap>--- Gdybym był obłąkany, to pan miałby rację. --- odparł Laponder obojętnie. --- Ale ja
nie jestem obłąkany. Jestem czymś zupełnie innym --- czymś, co jest bardzo podobne
do obłąkania, ale właściwie jest jego przeciwieństwem. Proszę, niech pan słucha.
Pan mnie zaraz zrozumie. --- --- --- To, co mi pan mówił przedtem o widziadle bez głowy
--- oczywiście jest to symbol: klucz do niego po namyśle może pan łatwo znaleźć. Zdarzyło mi się kiedyś zupełnie tak samo. Tylko że ja ziarna <wyroznienie>przyjąłem</wyroznienie>. Zatem <begin id="b1297860629515-1031266927"/><motyw id="m1297860629515-1031266927">Wiara</motyw>ja idę  ,,drogą śmierci". --- Dla mnie najświętszym jest to, co mogę myśleć: żem
dopuścił, aby duchowość kierowała moimi krokami. Ślepy, pełny ufności idę,
dokądkolwiek droga mnie poprowadzi: na szubienicę czy na tron, do bogactwa czy do nędzy. Nigdym się nie wahał, gdy wybór dano mi do ręki.<end id="e1297860629515-1031266927"/></akap>


<akap>Dlatego też i nie kłamałem, gdy wybór dano mi do ręki.</akap>


<akap>Pan zna słowa proroka Micheasza: ,,Powiedziano ci, człowieku, co dobre jest i
czego Pan od ciebie żąda".</akap>


<akap>Gdybym skłamał, stworzyłbym sobie przyczynę,
gdyż miałem wybór; --- --- gdym popełnił zbrodnię,
nie stworzyłem żadnej przyczyny; wyzwoliło się tylko działanie pewnej,
drzemiącej we mnie, od dawna złożonej przyczyny, nad którą żadnej już mocy nie
miałem.</akap>


<akap>A zatem ręce moje są czyste.<begin id="b1297860677558-1104793224"/><motyw id="m1297860677558-1104793224">Śmierć, Święty</motyw></akap>


<akap>Przeto, że duchowość we mnie urobiła mnie na mordercę, ogłosiła ona wyrok na
mnie; przez to, że mnie ludzie powieszą na szubienicy, los mój wyzwoli się od
ich losu; --- idę na wolność.</akap>


<akap>--- Jest to święty --- pomyślałem i włos mi się najeżył, gdym w podziwie dla niego
spostrzegł swoją małość.<end id="e1297860677558-1104793224"/></akap>


<akap>--- Opowiadał mi pan, że przez hipnotyczny wpływ lekarza zatracił pan w swej
świadomości wspomnienie swych lat młodzieńczych --- mówił Laponder dalej. --- Jest
to znak-stygmat --- tych wszystkich, którzy są ukąszeni przez  ,,węża krainy
duchowej". Zdaje się, jakoby w nas były dwa żywoty --- jeden w drugi --- wkorkowane
--- jak szlachetny kwiat na dzikim drzewie, zanim stać by się mógł <wyroznienie>cud
przebudzenia</wyroznienie>; co jeno<pe><slowo_obce>jeno</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> przez śmierć może być rozdzielone, tu zdarza się przez
zagaśnięcie wspomnień --- niekiedy zaś tylko przez nagły nawrót wewnętrzny.</akap>


<akap>U mnie było tak, że ja pozornie bez żadnej przyczyny zewnętrznej --- w dwudziestym pierwszym roku
życia pewnego ranka obudziłem się jakby przemieniony. To, com dotychczas miłował,
wydało mi się nagle zgoła obojętne: życie ukazało mi się tak głupie, jak historia o Indianach i straciło dla mnie wartość rzeczywistą; sny dla mnie nabrały
pewności --- a życie codzienne stało mi się jak widzenie senne.</akap>


<akap>Wszyscy ludzie mogliby to czynić, gdyby posiadali klucz. Klucz ten zaś leży
jedynie i wyłącznie w tym, że człowiek we śnie staje się świadomy formy swej
,,Jaźni", że tak powiem, jej skóry --- że znajduje małe szczeliny, przez które jego
świadomość przedziera się pomiędzy stan jawy a głęboki sen kataleptyczny.</akap>


<akap>Dlatego to mówiłem poprzednio, że ja  ,,podróżuję", nie zaś, że  ,,śnię".</akap>


<akap><begin id="b1297860783499-3772939837"/><motyw id="m1297860783499-3772939837">Zbawienie</motyw>Ubiegać się o nieśmiertelność to znaczy walczyć o berło przeciw zamieszkującym
nas wrzaskom i upiorom; oczekiwać zaś na przekrólewszczenie własnej Jaźni --- to
oczekiwać na Mesjasza.<end id="e1297860783499-3772939837"/></akap>


<akap>Systematyczny Habal Garmin, którego pan widział, ,,tchnienie kości" w Kabale --- to
był król. Kiedy ten król będzie koronowany --- pęknie na dwoje sznur, którym
przywiązany jesteś do świata zmysłami zewnętrznymi --- kominem rozumu.</akap>


<akap>Jak to stać się mogło, że ja, pomimo swe oderwanie od życia<pe><slowo_obce>pomimo swe oderwanie od życia</slowo_obce> --- dziś popr.: pomimo swego oderwania od życia.</pe>, stałem się przez
jedną noc mordercą seksualnym: o to się pan chce mnie zapytać? Człowiek jest jak
rura szklana, przez którą toczą się pstre kule: prawie u wszystkich w życiu
tylko jedna. Jeżeli kula jest czerwona, to mówi się, że człowiek  ,,zły". Jeżeli
żółta, to mówi się: ,,dobry". Jeżeli biegną dwie --- czerwona i żółta --- mamy wtedy
,,niezdecydowany" charakter. My, ,,ukąszeni od węża", wypełniamy przez jedno życie
to, co w ogóle w całej rasie zdarza się w stulecie globu: kule barwne toczą się
jedna przez drugą w szklanej rurze --- a gdy dojdą do końca --- wtedy to ,,wtedy my
jesteśmy prorocy --- zwierciadła Boga".</akap>


<akap>Laponder zamilkł.</akap>


<akap>Długo nie mogłem słowa wymówić. Jego mowa mnie oniemiła.</akap> 


<akap>--- Czemuż to pan tak trwożliwie zapytywał się przedtem o moje przeżycia, skoro pan
stoi tak o wiele, o wiele wyżej ode mnie? --- zagadnąłem go wreszcie.</akap>


<akap>--- Pan się myli --- rzekł Laponder --- stoję znacznie niżej od pana. --- Pytałem pana,
bom czuł, że pan posiada klucz, którego mi brakło.</akap>


<akap>--- Ja? klucz? O Boże!</akap>


<akap>--- Tak jest, pan. I pan mi go dał. Nie sądzę, aby na świecie był człowiek
szczęśliwszy, niż ja jestem dzisiaj.</akap>


<akap>Na zewnątrz dał się słyszeć hałas. Rygiel zazgrzytał. Laponder nie zwracał na to
wcale uwagi.</akap>


<akap>--- To, co pan mówił o Hermafrodycie --- był to dla mnie klucz. Teraz mam pewność. Już
dlatego jestem zadowolony, że mnie stąd wyprowadzą, bo wnet będę u celu.</akap>


<akap>Od łez nie mogłem już rozróżnić twarzy Lapondera, <wyroznienie>słyszałem</wyroznienie> tylko uśmiech w jego
glosie.</akap>




<akap>--- <begin id="b1318591674730-210434621"/><motyw id="m1318591674730-210434621">Ciało</motyw>A teraz: żyj pan szczęśliwie, panie Pernath, i pomyśl pan: to, co jutro powieszą,
będzie to jedynie moja suknia. <end id="e1318591674730-210434621"/>Pan mi odsłonił najpiękniejszą rzecz, to czego
jeszcze nie wiedziałem. Teraz idziemy na wesele --- --- --- wstał i szedł za
strażnikiem --- to jest w związku z morderstwem seksualnym.</akap>

<akap>Były to ostatnie słowa,
które słyszałem i których znaczenie pozostało dla mnie ciemne.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Od tej nocy --- ile razy świecił na niebie księżyc w pełni --- zdawało mi się
zawsze, że znów widzę na szarym płótnie siennika leżącą uśpioną postać
Lapondera.</akap>


<akap>W najbliższych dniach po jego wyprowadzeniu słyszałem na placu egzekucyjnym
odgłos robót ciesielskich i kowalskich, co nieraz trwało aż do szarego świtu.</akap>


<akap>Odgadłem, co to znaczy --- i godzinami całymi uszy sobie zamykałem z rozżalenia.</akap>


<akap>Mijał miesiąc za miesiącem. Z chorobliwej postaci nieszczęsnego drzewa na dziedzińcu widziałem, jak lato więdło; zapachem
pleśni jęły<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> tchnąć mury więzienne.</akap>


<akap>Gdy w przechadzkach po dziedzińcu więziennym spoglądałem na umierające drzewo ---
i na wrośnięty w jego korę szklany posążek świętej --- mimo woli za każdym razem
powstawało we mnie porównanie, jak głęboko wrosła we mnie postać Lapondera.</akap>


<akap>Raz tylko jeszcze we wrześniu sędzia śledczy wezwał mnie do siebie i nieufnie
pytał, jak ja to wytłumaczę, co mówiłem w okienku bankowym, że muszę natychmiast
wyjechać --- i dlaczego w godzinach przed aresztowaniem byłem tak niespokojny i
wziąłem ze sobą wszystkie swoje drogie kamienie.</akap>


<akap>Na moją odpowiedź, że postanowiłem jak najrychlej życie sobie odebrać, znów poza
biurkiem dało się słyszeć szydercze beczenie baranie. </akap>

<akap>Aż dotąd byłem w celi
zupełnie sam i mogłem się oddać w całości swoim myślom, żałobie po Charousku,
który, jakem przeczuwał, od dawna już musi nie żyć, wspomnieniom o Laponderze,
tęsknocie po Miriam.</akap>


<akap>Potem zjawili się nowi więźniowie: subiekci<pe><slowo_obce>subiekt</slowo_obce> (daw.) --- sprzedawca.</pe> handlowi o przeżytych twarzach,
którzy popełnili przeniewierstwo, tłuści kasjerzy bankowi --- ,,biedne sierotki",
jakby ich nazwał Vossatka. Zatruwali mi powietrze i usposobienie.</akap>


<akap>Pewnego razu jeden z nich z najwyższym oburzeniem opowiadał, że niedawno
popełniono w mieście morderstwo na tle płciowym. Szczęśliwym trafem złoczyńcę
natychmiast ujęto i krótki proces mu wytoczono.</akap>


<akap>--- Laponder! tak się nazywał ten nikczemnik, niegodny boskiej litości --- wołał
jakiś drab o pysku dzikiego zwierza, a który za okrutne postępowanie z dzieckiem
skazany został na 14 dni więzienia. --- Na gorącym uczynku go schwytano. W czasie
walki z ofiarą lampa spadła i pokój zaczął się palić. Trup dziewczyny jest tak
zwęglony, że do dnia dzisiejszego nie można było ustalić, kto ona jest. Miała
czarne włosy i ładną twarz --- to wszystko, co o niej wiadomo, A Laponder, choćby
miał zdechnąć, nie chciał powiedzieć jej imienia. Gdybym to ja był sędzią, to
bym go obdarł ze skóry i pieprzem obsypał. Tacy to są ci eleganccy panowie.
Wszystko same zabójce. --- --- Jakby nie było innych sposobów, kiedy się chcesz
uwolnić od dziewuchy! --- dodał w końcu z cynicznym uśmiechem.</akap>


<akap>Wściekłość zagotowała się we mnie --- i najchętniej powaliłbym łotra na podłogę.</akap>


<akap>Co noc chrapał on na tym samym łóżku, na którym leżał Laponder. Odetchnąłem
dopiero, gdy w końcu został wypuszczony na swobodę.</akap>


<akap>Ale wtedy nawet nie wyzwoliłem się od niego. To, co mówił, przeniknęło we mnie
jak grot z ząbkowatym haczykiem.</akap>


<akap>Prawie nieustannie, zwłaszcza w mroku, gryzło mnie teraz posępne podejrzenie, że
ofiarą Lapondera mogła być Miriam.</akap>


<akap>Im bardziej opierałem się tej myśli, tym głębiej ona mnie dręczyła, aż zmieniła
się niemal w <slowo_obce>idée fixe</slowo_obce><pe><slowo_obce>idée fixe</slowo_obce> --- natrętna myśl, której nie można się pozbyć.</pe>.</akap>


<akap>Niekiedy, zwłaszcza gdy księżyc blado świecił poprzez kraty, było nieco lepiej:
wówczas przypominały mi się na nowo godziny, które przepędziłem z Laponderem i
głębokie współczucie względem niego budziło we mnie żałość, ale wnet nadchodziły
straszne chwile, gdym przed oczami duszy widział Miriam zamordowaną i zwęgloną ---
i zdawało się, że z przerażenia rozum utracę.</akap>


<akap>Słabe punkty zasadnicze, które miałem dla swych podejrzeń, układały się w takich
momentach w zamkniętą całość --- w obraz pełny nieopisanie straszliwych
szczegółów.</akap>


<akap>Na początku listopada o godzinie dziesiątej wieczorem była w celi najczarniejsza ciemność, a rozpacz we mnie dosięgła takiego
stopnia, że aby nie krzyczeć głośno z powodu swej niemocy, wcisnąłem się,
wgryzłem się w siennik jak zwierz, umierający z pragnienia.</akap>


<akap>Nagle strażnik więzienny otworzył celę --- i zażądał, abym poszedł z nim do
sędziego śledczego. Czułem się tak osłabiony, że chwiejnym krokiem --- zaledwie
mogłem za nim podążyć!</akap>


<akap>Nadzieja, że kiedykolwiek ten straszliwy dom opuszczę --- dawno już we mnie
zamarła.</akap>


<akap>Wyobrażałem sobie, że znów mi postawią jakieś lodowate pytanie --- znów usłyszę za
biurkiem stereotypowy bek --- i znów odeślą mnie do ciemności z powrotem.
Pan baron von Leisetreter już poszedł do domu --- i tylko stary, garbaty pisarz o
pajęczych palcach stał w pokoju.</akap>


<akap>Odrętwiały czekałem, co mi przypadnie.</akap>


<akap>Uderzyło mnie, że strażnik wszedł wraz ze mną i dobrotliwie mi się przyglądał,
ale byłem zbyt przygnębiony, by jasno zrozumieć znaczenie tych objawów.</akap>


<akap>--- ,,Śledztwo wykazało" --- zaczął pisarz, beknął, wlazł na krzesło i naprzód długo
czegoś szukał wśród papierów, a potem mówił, raczej czytał --- ,,wykazało, że
wzmiankowany Karol Zottmann przed śmiercią przypuszczalnie miał schadzkę z
niezamężną niegdyś prostytutką Rozyną Metzeles, która nosiła przydomek  ,,rudej
Rozyny"; potem przez pewnego głuchoniemego, który obecnie znajduje się pod
dozorem policji, sylwetkarza, nazwiskiem Jaromir Kwasniczka, została wykupiona z
winiarni pod firmą ,,Kautsky" i od kilku miesięcy z Jego Książęcą Wysokością
Jaśnie Oświeconym księciem Ferri von Athenstädt żyje we wspólnym, dzikim
konkubinacie jako kochanica; wyżej rzeczony Karol Zottman podstępnie został zwabiony do podziemnej, opuszczonej piwnicy w domu numer
<slowo_obce>conscriptionis</slowo_obce><pe><slowo_obce>conscriptio</slowo_obce> (łac.) --- zapis w rejestrze.</pe> 21. 873, liczba rzymska III, na Kogucim Zaułku, numer bieżący
siedem, tam zamknięty --- i pozostawiony tamże na śmierć z głodu lub
przemarznięcia. ---</akap>


<akap>Mianowicie wyżej rzeczony Zottman --- objaśnił pisarz, rzucając wzrokiem spoza
okular i przewracał kilka razy kartki w swym papierze.</akap> 


<akap>Śledztwo wykazało dalej,
że wyżej rzeczony Zottman podług wszelkiego prawdopodobieństwa --- gdy zakończył
życie --- został ograbiony ze wszystkich rzeczy, jakie miał przy sobie, a
zwłaszcza ze swego zegarka o podwójnej pokrywie,<slowo_obce> sub fasciculo</slowo_obce> rzymskie P --- tu
pisarz podniósł zegarek i łańcuszek do góry. ,,Podług zeznania, złożonego pod
przysięgą przez sylwetkarza Jaromira Kwasniczkę, osieroconego syna zmarłego
przed laty siedemnastu wyrabiacza hostii, tegoż nazwiska, zegarek został
znaleziony w łóżku jego brata Loisa, który tymczasowo uciekł z więzienia;
zegarek ten wyżej rzeczony Jaromir Kwasniczka zastawił u właściciela realności
Arona Wassertruma, który tymczasowo z życiem się rozstał: przysiędze powyższej
sąd dla braku wiarogodności żadnej wagi przypisywać nie mógł. Śledztwo wykazało
dalej, że trup wyżej rzeczonego Karola Zottmana w tylnej kieszeni od spodni, w
chwili jego znalezienia, miał przy sobie notes, w którym przypuszczalnie na
kilka dni przed zakończeniem życia pomieścił on liczne wskazówki, wyjaśniające
fakty i ułatwiające ujęcie złoczyńcy przez c. k.<pe><slowo_obce>c. k.</slowo_obce> --- cesarsko-królewski; skrót stosowany w odniesieniu do władz Austro-Węgier.</pe> władze państwowe.</akap>


<akap>Uwaga c. k. władzy sądowej na skutek powyższych notat Zottmana skierowała się w
stronę najmocniej podejrzanego Loisa Kwasniczki, tymczasowo zbiegłego;
jednocześnie c. k. władza sądowa nakazuje śledztwo przeciw Atanazemu Pernath, wycinaczowi kamei<pe><slowo_obce>kamea</slowo_obce> --- wypukła rzeźba w szlachetnym lub półszlachetnym kamieniu.</pe>, zawiesić --- i postępowania przeciw niemu zaprzestać.</akap>




<akap>Praga w czerwcu,</akap>
<akap>Podpisano:</akap>
<akap>doktor Baron von Leisetreter".</akap>
<separator_linia/>

<akap>Podłoga zakołysała się pod mymi nogami i na chwilę utraciłem przytomność.</akap>


<akap>Gdym się przebudził, siedziałem na krześle, a strażnik po przyjacielsku klepał
mnie po ramieniu.</akap>


<akap>Pisarz był najzupełniej spokojny, zażył tabaki, wytarł nos i powiedział:</akap>


<akap>--- Odczytanie tego postanowienia musiało być odłożone do dzisiaj, gdyż nazwisko
pańskie zaczyna się od Pe i naturalnie podług alfabetu mogło przyjść dopiero ku
końcowi.</akap>


<akap>Po czym czytał dalej:</akap>


<akap>--- ,,Ponadto Atanazy Pernath, wycinacz kamei, zostaje zawiadomiony, że podług
testamentu zmarłego w maju studenta medycyny Innocentego<pe><slowo_obce>Innocenty</slowo_obce> --- po łacinie to imię oznacza: niewinny.</pe> Charouska trzecia część jego
całkowitego majątku przypada mu w schedzie<pe><slowo_obce>scheda</slowo_obce> --- spadek.</pe> --- i ma pod protokolarnym
stwierdzeniem powyższego położyć swój podpis".</akap>


<akap>Pisarz przy tych słowach umaczał pióro w atramencie i zaczął bazgrać.</akap>


<akap>--- Innocenty Charousek --- bełkotałem nieprzytomny.</akap>


<akap>Strażnik pochylił się ku mnie i szeptał mi do ucha:</akap>


<akap><begin id="b1297863305278-2066199796"/><motyw id="m1297863305278-2066199796">Krew, Samobójstwo</motyw>--- Na krótko przed śmiercią był u mnie pan doktor Charousek --- i dowiadywał się o pana.
Kazał panu bardzo, bardzo się kłaniać. Naturalnie wtedy nie mogłem tego zrobić.
Najsurowiej zakazane. Straszny koniec zresztą sam sobie zrobił pan doktor
Charousek. Sam sobie życie odebrał. Znaleziono go na grobie Arona Wassertruma.
Leżał na piersiach. Wyrył dwie głębokie dziury w ziemi, tętnice sobie przeciął i
wtedy ramiona włożył w dziury. Tak krew z niego wypłynęła. Zapewne był obłąkany pan doktor Charousek.<end id="e1297863305278-2066199796"/></akap>


<akap>Pisarz z hałasem cofnął swe krzesło i wręczył mi pióro do podpisu.</akap>


<akap>Wtedy przybrał dumną postawę i przemówił niemal tonem barona, swego
przełożonego:</akap>


<akap>--- Dozorco, wyprowadzić tego człowieka.</akap>
<separator_linia/>
<separator_linia/>


<akap>Jak przed dawnym, dawnym czasem, znów człowiek z szablą i w gaciach w izbie
wartowniczej trzymał na kolanach młynek do kawy; ale teraz mnie nie rewidował,
tylko zwrócił mi moje drogie kamienie, portmonetę z 10 guldenami<pe><slowo_obce>gulden</slowo_obce> --- gulden austriacki był oficjalnym środkiem płatniczym na terenie Austro-Węgier do czasu reformy walutowej z 1892 r., gdy w jego miejsce wprowadzono koronę austro-węgierską. Informacja ta pomaga w datowaniu czasu akcji powieści.</pe>, płaszcz i inne
rzeczy.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Wreszcie stałem na ulicy.</akap>


<akap>--- Miriam! Miriam! Teraz na koniec znów się zobaczymy! --- Powstrzymywałem w sobie
okrzyk najdzikszego rozradowania.</akap>


<akap><begin id="b1297863475669-1308228115"/><motyw id="m1297863475669-1308228115">Księżyc</motyw>Była zapewne północ. Księżyc w pełni toczył się, pozbawiony blasku, jak płowy<pe><slowo_obce>płowy</slowo_obce> --- żółtoszary.</pe>
talerz mosiężny, poza mgłą obłoków.<end id="e1297863475669-1308228115"/></akap>


<akap>Ulice pokrywała gęsta, lepka warstwa błota.</akap>


<akap>Przywołałem dorożkę, która w oparach wyglądała jak połamany potwór
przedpotopowy. Nogi mi odmawiały posłuszeństwa; prawie zapomniałem chodzić i
chwiałem się jak tabetyk<pe><slowo_obce>tabetyk</slowo_obce> --- osoba z układem nerwowym zaatakowanym przez kiłę.</pe> na bezwrażliwych podeszwach.</akap>


<akap>--- Dorożkarzu, proszę mnie zawieść, jak możecie najprędzej, na Koguci Zaułek, numer 7. Czyście zrozumieli?</akap>


<akap>--- Koguci Zaułek numer 7?</akap>






<naglowek_rozdzial>Wolny</naglowek_rozdzial>

<akap>Przejechawszy kilka metrów, dorożka się zatrzymała.</akap>


<akap>--- Koguci Zaułek, wielmożny panie?</akap>


<akap>--- Tak jest. Tylko prędko.</akap>


<akap>Znów pojazd ruszył nieco dalej. Znów się zatrzymał.</akap>


<akap>Na miłość Boga, co to znaczy?</akap>


<akap>--- Koguci Zaułek, wielmożny panie?</akap>


<akap>--- Tak jest. Właśnie.</akap>


<akap>--- Na Koguci Zaułek nie mogę jechać.</akap>


<akap>--- Dlaczegóż nie?</akap>


<akap>--- Wszędzie bruki powyjmowane. Żydowskie miasto całe przerabiają.</akap>


<akap>--- Proszę więc jechać tak daleko, jak można, ale teraz, jak najprędzej.</akap>


<akap>Dorożka zrobiła jeden skok galopem, a potem znów zaczęła jechać niedołężnym
kłusem.</akap>


<akap>Opuściłem zaplamione szkła okien dorożki i chciwym płucem ssałem powietrze
nocne.</akap>


<akap>Wszystko mi stało się tak niepojęcie nowe: domy, ulice, zamknięte sklepy.</akap>


<akap>Biały pies włóczył się samotnie i w złym humorze po mokrym trotuarze<pe><slowo_obce>trotuar</slowo_obce> (z franc.) --- chodnik.</pe>. Spojrzałem
na niego. Co za dziwowisko! Pies! Zapomniałem, że takie zwierzęta są na ziemi. ---
Z radości jak dziecko zacząłem wołać na niego:</akap> 

<akap>--- Hej, hej! Jakże to można być
tak smutnym!</akap>


<akap>Co by na to powiedział Hillel? --- A Miriam?</akap>


<akap>Jeszcze parę chwil, a jestem u nich. Postanowiłem sobie póty we drzwi stukać, aż
ich z łóżka powyciągam.</akap> 


<akap>Teraz wszystko było dobrze --- żałoba całoroczna minęła!</akap>


<akap>Toż nie prześpię już tej sprawy, jak niegdyś.</akap>


<akap>Na chwilę znów mnie załamała dawna trwoga: przypomniały mi się słowa więźnia z
pyskiem dzikiego zwierza. Spalona twarz, zabójstwo lubieżnicze, ale nie, nie ---
przemocą odpychałem ten obraz: nie, nie, to niemożliwe! Miriam żyje! Toć jeszcze
głos jej słyszałem przez usta Lapondera.</akap>


<akap>Jeszcze minuta --- pół minuty, a wówczas ---</akap>


<akap>Dorożka zatrzymała się koło kupy gruzów.</akap>


<akap>Wszędzie dokoła barykady z kamieni brukowych.</akap>


<akap>Na nich palą się czerwone latarnie.</akap>


<akap>Przy blasku pochodni kopał i łopatą odsypywał ziemię jeden z robotników.</akap>


<akap>Kopce zwalisk, kamieni i odłamki murów zamykały przejście.</akap>


<akap>Drapałem się po tych górkach, po kolana się pogrążyłem w gruzy.</akap>


<akap>Więc to tu miałby być Koguci Zaułek?</akap>


<akap>Z trudem się orientowałem. Same ruiny dokoła. Czyż nie tu stał dom, w którym
mieszkałem? Fasada była zdjęta całkowicie.</akap>


<akap>Wdarłem się na jeden z kopców; w dole pode mną biegł wzdłuż dawnej ulicy czarny,
murowany chodnik. Spojrzałem w górę: jak olbrzymie komórki pszczele zawisły w
powietrzu opróżnione siedziby ludzkie, przez pół<pe><slowo_obce>przez pół</slowo_obce> (daw.) --- w połowie.</pe> pochodniami oświetlone, przez
pół mdłym światłem księżycowym.</akap>


<akap>Tam w górze musiał to być mój pokój i poznałem po dawnych obiciach, co zostały.</akap>


<akap>W sąsiedztwie pracownia Saviolego.</akap>


<akap>Naraz uczułem w sercu próżnię. Jakie to osobliwe! Pracownia! Angelina!</akap>


<akap>Jakże daleko, jak niewymownie daleko było to wszystko ode mnie.</akap>


<akap>Obróciłem się: z domu, w którym mieszkał Wassertrum, nie pozostał kamień na kamieniu! Wszystko zrównane z ziemią: sklep
tandeciarza<pe><slowo_obce>tandeciarz</slowo_obce> --- handlarz tandetą, tj. tanimi, byle jakimi towarami z drugiej ręki.</pe>, suterena<pe><slowo_obce>suterena</slowo_obce> (z fr.) --- podziemna kondygnacja mieszkalna.</pe> Charouska --- --- --- wszystko, wszystko!</akap>


<akap>,,Człowiek przechodzi tędy jak cień" --- przypomniały mi się słowa, które kiedyś
czytałem.</akap>


<akap>Zapytałem robotnika, czy nie wie przypadkiem, gdzie mieszkają ludzie, którzy się
stąd wyprowadzili; czy może znał archiwariusza Szemajaha Hillela?</akap>


<akap>--- <wyroznienie>Niks dajcz<pe><slowo_obce>niks dajcz</slowo_obce> --- nieprawidłowo: nie mówię po niemiecku.</pe></wyroznienie>! --- była odpowiedź.</akap>


<akap>Dałam temu człowiekowi florena<pe><slowo_obce>floren</slowo_obce> --- złota moneta z Florencji, często naśladowana przez mennice innych krajów.</pe>; natychmiast niemal zaczął rozumieć po niemiecku,
ale nie mógł mi dać żadnego objaśnienia.</akap>


<akap>Również żaden z jego towarzyszów.</akap>


<akap>Może u ,,Loisiczka" można by się czegoś dowiedzieć? Loisiczek był, jak mówiono,
zamknięty; dom odnawiano.</akap>


<akap>A więc obudzić kogo w sąsiedztwie? Czy można?</akap>


<akap>--- Tak szeroko i daleko tu wkoło nawet kot nie mieszka --- mówił robotnik. ---
Administracyjnie zakazane. Wedle<pe><slowo_obce>wedle</slowo_obce> --- tu: z powodu.</pe> tyfusu.</akap>


<akap>--- A ,,Ceber"? Chyba otwarty?</akap>


<akap>--- Ceber zamknięty.</akap>


<akap>--- Na pewno?</akap>


<akap>--- Na pewno.</akap>


<akap>Na chybił trafił wymieniłem nazwiska handlarzy i trafikantów<pe><slowo_obce>trafikant</slowo_obce> --- kioskarz.</pe>, którzy tu w okolicy
mieszkali; wymieniłem też imiona Zwaka, Vrieslandera, Prokopa...</akap>


<akap>Wszyscy kiwali głowami. Nie, nie.</akap>


<akap>--- Może który z was zna Jaromira Kwasniczkę?</akap>


<akap>Robotnik nasłuchiwał.</akap>


<akap>--- Jaromir? Głuchoniemy?</akap>


<akap>Dusza moja się radowała. Bogu dzięki. Przynajmiej jeden znajomy.</akap>


<akap>Tak jest, głuchoniemy. Gdzie mieszka?</akap>


<akap>--- Czy to ten, co wycina obrazki? Z czarnego papieru?</akap>


<akap>--- Tak --- to on. Gdzież go mogę spotkać?</akap>


<akap>Robotnik, o ile mógł najdokładniej, opisywał mi nocne kawiarnie w mieście wewnętrznym --- i wnet na nowo zaczął kopać ziemią
łopatą.</akap>


<akap>Więcej niż godzinę brodziłem poprzez pola gruzów, tańcowałem po chwiejących się
deskach i pełzałem wśród poprzecznych belek, zamykających ulice. Cała dzielnica
żydowska była jedną kamienną pustynią, jakby trzęsienie ziemi zburzyło miasto.</akap>


<akap>Oddech mi zapierało ze wzruszenia, szedłem zabrudzony i w podartym obuwiu --- aż
na koniec wydostałem się z tego labiryntu. Kilka szeregów domów --- i <begin id="b1297866478352-370559200"/><motyw id="m1297866478352-370559200">Kawiarnia</motyw>stałem przed
jaskinią, której poszukiwałem. --- Nade drzwiami widniał napis: ,,Cafe Chaos".</akap>


<akap>Bezludny, mały lokal, w którym zaledwie starczyło miejsca na parę stolików,
stojących pod ścianą.</akap>


<akap>Na środku sali na trójnożnym bilardzie spał kelner i chrapał.<end id="e1297866478352-370559200"/></akap>


<akap>Przekupka z koszem
jarzyn przed sobą siedziała w kącie --- pochylona nad szklanką czaju<pe><slowo_obce>czaj</slowo_obce> (z ros.) --- herbata.</pe>.</akap>


<akap><begin id="b1297866534639-44830779"/><motyw id="m1297866534639-44830779">Strój</motyw>W końcu zdecydował się kelner wstać i zapytać, czego chcę. Z zuchwałego
spojrzenia, jakim ten patrzył na mnie od stóp do głów --- dopiero teraz przyszło
mi na myśl, że muszę wyglądać jak oberwaniec.<end id="e1297866534639-44830779"/></akap>


<akap>Rzuciłem okiem w zwierciadło i przeraziłem się: cudza, anemiczna twarz,
pomarszczona, szara jak kit z szczecinowatą brodą i poczochranym długim włosem
ukazała się przede mną.</akap>


<akap>--- Czy sylwetkarz Jaromir był tu? --- zapytałem i zamówiłem czarną kawę.</akap>


<akap>--- Nie wiem, gdzie on siedzi do tej pory --- odpowiedział mi kelner, ziewając.</akap>


<akap>--- Po czym znów się położył na bilard i w dalszym ciągu drzemał.</akap>


<akap>Wziąłem ze ściany ,,Prager Tageblatt<pe><slowo_obce>Prager Tageblatt</slowo_obce> (niem.) --- Dziennik Praski.</pe>" i --- czekałem. Litery biegały mi w oczach jak
mrówki po stronicach --- i ani słowa nie zrozumiałem z tego, com czytał.</akap> 


<akap><begin id="b1297866657472-804241531"/><motyw id="m1297866657472-804241531">Kawiarnia, Świt</motyw>Godziny mijały --- a za szybami ukazywał się już podejrzany głęboki poświt ciemnoniebieski, który świadczy o wtargnięciu zorzy porannej do lokalu o oświetleniu
gazowym.<end id="e1297866657472-804241531"/></akap>


<akap>Tu i ówdzie wypatrywali coś na ulicy policjanci w pióropuszach o zielonym
połysku --- i powolnym, ciężkim krokiem szli dalej.</akap>


<akap>Do kawiarni weszli żołnierze --- jak widać, po hulaszczo przepędzonej nocy.</akap>


<akap>Wracający nad ranem jegomość napił się przy bufecie wódki.</akap>


<akap>Na koniec, na koniec: Jaromir.</akap>


<akap>Zmienił się tak, żem go zaledwie poznał: oczy miał zagasłe, przednie zęby mu
wypadły, włosy się mocno przerzedziły, a za uszami miał głębokie jamki.</akap>


<akap>Byłem tak rad<pe><slowo_obce>rad</slowo_obce> (daw.) --- zadowolony.</pe>, że po długim czasie znów widzę znajomą twarz, że podskoczyłem,
ruszyłem ku niemu i ująłem go za rękę. --- Jaromir zachowywał się w sposób dziwnie
bojaźliwy --- i nieustannie spoglądał w stronę drzwi. Za pomocą wszelkich
możliwych gestów chciałem mu wykazać, jak się raduję jego spotkaniem. --- Długi
czas zdawał mi się nie dowierzać.</akap>


<akap>Ale, jakiekolwiek zadawałem mu pytania, zawsze ten sam rozpaczny ruch ręki,
oznaczający: nie rozumiem!</akap>


<akap>Jakże umożliwić mu zrozumienie rzeczy?</akap>


<akap>Mam myśl. Kazałem sobie dać ołówek i kolejno rysowałem twarze Zwaka,
Vrieslandera i Prokopa.</akap>


<akap>Jak to? Wszyscy opuścili Pragę?</akap> 


<akap>--- Żywo, niby płazem<pe><slowo_obce>płaz</slowo_obce> --- płaska krawędź szabli lub innej broni białej.</pe>, uderzył w powietrze dokoła;
zrobił ruch wypłaty pieniędzy, poruszał po stole palcami, niby dla oznaczenia
pochodu i uderzył się po wierzchu ręki. Odgadłem: wszyscy trzej zapewne od
Charouska dostali pieniądze i teraz jako wspólnicy krążyli po świecie z
powiększonym teatrem marionetek.</akap> 


<akap>--- A Hillel? Gdzież teraz mieszka? --- Narysowałem jego twarz, przy tym dom --- i w
końcu znak zapytania.</akap>


<akap>Znaku zapytania Jaromir nie zrozumiał; --- nie umiał czytać, ale pojął, o co mi
chodziło. Wziął zapałkę, rzucił ją pozornie w górę, a potem na sposób
prestidigitatorów<pe><slowo_obce>prestidigitator</slowo_obce> --- sztukmistrz, iluzjonista.</pe> nagle ukrył ją tak, że zniknęła. Co to znaczyło? Czyżby i
Hillel wyjechał?</akap>


<akap>Narysowałem ratusz żydowski. --- Głuchoniemy mocno potrząsł głową.</akap>


<akap>--- A więc Hillel już tam nie jest?</akap>


<akap>--- Nie (potrząśnięcie głową).</akap>


<akap>--- Więc gdzie jest?</akap>


<akap>Znów powtórzył Jaromir swoją sztukę z zapałką.</akap>


<akap>--- Na pewno myśli, że ten pan wyjechał --- i nikt nie wie, dokąd --- wtrącił się do
rozmowy poranny gość, który pił wódkę, a który teraz przez cały czas z wielkim
zaciekawieniem nam się przyglądał.
Serce mi zdrętwiało z trwogi: Hillela nie ma! --- Teraz byłem zupełnie samotny na
całej ziemi. --- Rzeczy w kawiarni zaczęły mi skakać przed oczami. ---</akap>


<akap>--- A Miriam?</akap>


<akap>Ręka mi drżała z taką siłą, że dłuższy czas nie byłem w stanie narysować jej
twarzy z należytym podobieństwem.</akap>


<akap>--- Czy i Miriam zniknęła?</akap>


<akap>Zniknęła. Tak. Bez śladu.</akap>


<akap>Westchnąłem, zacząłem biegać po pokoju tam i z powrotem, tak że trzej żołnierze
pytająco spoglądali na siebie.</akap>


<akap>Jaromir starał się mnie uspokoić i próbował jeszcze mnie o czymś powiadomić, o
czym wiedział: położył głowę na ramieniu, jak osoba uśpiona.</akap>


<akap>Oparłem się o blat stołu:</akap>

 <akap>--- Na imię Jezusa, czy Miriam umarła?</akap>


<akap>Potrząśnięcie głową. Jaromir znów powtórzył gest uśpienia.</akap>


<akap>--- Czy Miriam była chora? --- Narysowałem flaszkę lekarstwa.</akap>


<akap>Potrząśnięcie głową. Znów przyłożył Jaromir skroń do ramienia.</akap> 


<akap>Świt jasny
rozwidnił izbę, płomienie gazowe gasły jedne po drugich i ciągle jeszcze nie
mogłem uchwycić, co znaczyły gesty Jaromira. ---</akap>


<akap>Dałem pokój. Rozważałem.</akap>


<akap>Jedyna rzecz, która mi pozostała do zrobienia, to jak najwcześniej iść na
żydowski ratusz --- i tam się poinformować, dokąd mogli wyjechać Hillel i Miriam.</akap>


<akap><wyroznienie>Ja muszę jechać za nimi</wyroznienie>. ---</akap>


<akap>Milcząco siedziałem przy Jaromirze. --- Niemy i głuchy jak on.</akap>


<akap>Gdym po pewnym czasie spojrzał, zauważyłem, że wycina z papieru nożyczkami
sylwetki.</akap>


<akap>Poznałem profil Rozyny. Podał mi obrazek poprzez stół, położył rękę na oczach i
--- --- płakał sobie cicho.</akap>


<akap>Potem naraz powstał --- i chwiejnym krokiem --- bez pożegnania --- wyszedł z kawiarni.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Archiwariusz Szemajah Hillel pewnego dnia bez żadnego uzasadnienia przestał przychodzić
--- i nigdy nie powrócił; córkę swoją również zabrał ze sobą: gdyż i jej nikt już
nigdy nie widział od owego czasu: tak mi powiedziano w żydowskim ratuszu. To
było wszystko, czego się mogłem dowiedzieć.</akap>


<akap>Nie miałem żadnego śladu, który by mi wskazywał, dokąd się udali.</akap>


<akap>W banku mi oświadczono, że moje pieniądze ciągle jeszcze sądownie są obciążone ---
i z dnia na dzień oczekuje się możności ich wypłacenia na moje ręce. ---</akap>


<akap>A więc i spadek po Charousku musiał iść drogą urzędową --- i z gorącą
niecierpliwością oczekiwałem na pieniądze, aby wówczas wszelkich sposobów użyć, dla poszukiwania
śladów Hillela i Miriam.
<separator_linia/>
Sprzedałem swoje drogie kamienie, które miałem jeszcze w kieszeni --- i wynająłem
sobie dwie małe, umeblowane, obok siebie leżące mansardy<pe><slowo_obce>mansarda</slowo_obce> --- rodzaj dachu załamującego się tak, by było pod nim więcej przestrzeni bądź pomieszczenie bezpośrednio pod takim dachem.</pe> na Staroszkolnej ulicy
--- jedynej ulicy, która po przebudowaniu dzielnicy żydowskiej została zachowana.</akap>


<akap>Szczególny przypadek: był to ten sam dobrze znany dom, o którym krążyło podanie,
że kiedyś zniknął w nim Golem.</akap>


<akap>U mieszkańców --- po największej części drobnych kupców i rzemieślników ---
dowiadywałem się, czy jest cokolwiek prawdy w pogłoskach o ,,pokoju bez wejścia"
--- i zostałem wyśmiany. --- Jak można wierzyć w podobne niedorzeczności!</akap>


<akap>Moje własne przeżycia, które się z tym wiązały, przybrały w więzieniu mglistość
dawno zwietrzałego widzenia sennego --- i widziałem w nich już tylko symbole bez
życia i krwi --- i wykreśliłem z księgi moich wspomnień.</akap>


<akap>Słowa Lapondera, które nieraz tak wyraźnie w sobie słyszałem, jakby siedział naprzeciwko mnie, jak dawniej w celi --- i jakby ze mną rozmawiał --- utwierdziły mnie
w tym, że musiałem czysto wewnętrznie kontemplować to, co mi przedtem ukazało
się jako uchwytna rzeczywistość.</akap>


<akap>Czyliż nie przeminęło, nie znikło wszystko, com niegdyś posiadał? Księga <tytul_dziela>Ibbur</tytul_dziela><pe><slowo_obce>ibbur</slowo_obce> --- w pewnych odłamach mistyki żydowskiej słowo to oznacza w uproszczeniu wzmocnienie duszy żyjącego człowieka przez tymczasowo łączącą się z nią inną sprawiedliwą duszę przebywającą poza ciałem. Zwykle wynika to z potrzeby spełnienia przez duszę bezcielesną jakiejś misji.</pe>,
fantastyczna talia kart do taroka<pe><slowo_obce>tarok</slowo_obce> a. <slowo_obce>tarot</slowo_obce> --- dawna gra karciana bądź talia do niej, używana również do wróżenia.</pe>, Angelina i nawet moi starzy przyjaciele:
Zwak, Vrieslander i Prokop! ---</akap>
<separator_linia/>


<akap>Był wieczór Bożego Narodzenia i przyniosłem sobie do domu małą choinkę oraz
czerwone świeczki. Chciałem jeszcze raz być dzieckiem, mieć koło siebie płomyki
światła, zapach żywicznych igieł i płonącego wosku.</akap>


<akap>Zanim rok dobiegł do końca, nie dałem za wygraną --- i szukałam po miastach i po wsiach --- i gdziekolwiek mi serce
podyktować mogło --- Hillela oraz Miriam.</akap>


<akap>Wszelka niecierpliwość, wszelkie wyczekiwanie z wolna we mnie odpadły --- równie
jak znikła wszelka trwoga, że Miriam mogła być zamordowana: wiedziałem sercem,
że znajdę oboje.</akap>


<akap>Był we mnie jakby nieustanny uśmiech szczęścia --- i gdym rękę na coś położył,
zdawało się, że jakaś siła zbawcza z niej wypływa. Zadowolenie człowieka, który
po długiej wędrówce do domu powraca i z dala już ogląda promieniejące wieże swego
rodzinnego miasta --- napełniało mnie całego w szczególny sposób.</akap>


<akap>Byłem raz jeszcze w małej kawiarni, chcąc sprowadzić Jaromira do siebie na
wigilię. Więcej się już tam nigdy nie pokazał --- jak mi powiedziano --- i chciałem
już ze smutkiem wracać do domu, gdy wszedł stary kramarz<pe><slowo_obce>kramarz</slowo_obce> --- handlarz.</pe> wędrowny i ofiarował mi
różne drobne bezwartościowe przedmioty do nabycia.</akap>


<akap><begin id="b1297868293710-93168787"/><motyw id="m1297868293710-93168787">Dar, Wspomnienia</motyw>Przeszukałem jego skrzyneczkę, gdzie leżały dewizki<pe><slowo_obce>dewizka</slowo_obce> --- łańcuszek od zegarka kieszonkowego.</pe> do zegarka, małe koncyfiksy<pe><slowo_obce>koncyfiks</slowo_obce> --- prawdop. krucyfiks.</pe>,
grzebienie, szpilki do włosów, broszki; nagle wpadło mi w ręce serce z czerwonego
kamienia i pełen podziwu poznałem, że to jest ta sama pamiątka, którą mi kiedyś
Angelina, gdy była małą dziewczynką --- dała w prezencie koło wodotrysku w swym
pałacu.</akap>


<akap>I nagle przed moim okiem stanęła moja młodość, jak gdybym w kamerze optycznej
oglądał widoczek, malowany ręką dziecka.<end id="e1297868293710-93168787"/></akap>


<akap>Długo, długo stałem wzruszony i spoglądałem na małe czerwone serce, które
trzymałem w ręku.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Siedziałem w swej mansardzie i przysłuchiwałem się, jak syczały igiełki jodłowe,
gdy tu i owdzie drobna gałązka zaczynała płonąć od woskowych świeczek.</akap> 


<akap>,,Może też właśnie o tej godzinie stary Zwak gdzieści na świecie gra swoje  ,,Boże
Narodzenie kukiełek" --- wyobrażałem to sobie --- ,,i deklamuje tajemniczym głosem
strofkę swego ulubionego poety Oskara Wienera<pe><slowo_obce>Oskar Wiener</slowo_obce> --- poeta praski, aktywny na początku XX w.</pe>:</akap>


<akap><poezja_cyt><strofa>Gdzie jest serce z czerwonego kamienia?/
Ono wisi na wstążce jedwabnej./
O ty, nie oddawaj serca ---/
Ja byłem mu wierny, jam je kochał ---/
I siedem lat ciężkom służył/
Dla tego serca --- i kochałem je gorąco!</strofa></poezja_cyt></akap>



<separator_linia/>


<akap>Szczególnie świąteczny nastrój miałem w duszy. --- Świece już się wszystkie
wypaliły. Jedna tylko jeszcze migała. Dym krążył po pokoju. --- Naraz jakby mnie
jakaś ręka pociągnęła, musiałem się odwrócić:</akap>


<akap><wyroznienie><begin id="b1297868398423-367533929"/><motyw id="m1297868398423-367533929">Sobowtór</motyw>Odbicie mojej osoby stało w progu. Mój sobotwór. W białym płaszczu. Z koroną na
głowie</wyroznienie>.<end id="e1297868398423-367533929"/></akap>


<akap>Trwało to jedno okamgnienie.</akap>


<akap><begin id="b1297868426115-2535222960"/><motyw id="m1297868426115-2535222960">Ogień</motyw>Nagle płomienie buchnęły poprzez deski moich drzwi i do pokoju wdarł się obłok
duszącego, gorącego dymu.</akap>


<akap>Pożar w domu. Pożar! Pożar!</akap>
<end id="e1297868426115-2535222960"/><separator_linia/>


<akap>Roztwieram<pe><slowo_obce>roztwierać</slowo_obce> (daw.) --- otwierać.</pe> okno. Wdrapuję się na dach.</akap>


<akap><begin id="b1318593259062-1309766079"/><motyw id="m1318593259062-1309766079">Pożar</motyw>Z dala już huczy gromkie trąbienie nadjeżdżającej straży ogniowej. Błyszczące
hełmy i krótkie, ostre rozkazy komendy.</akap>


<akap>Potem upiorne, rytmiczne, syczące dyszenie pomp, jakby demony wody gotowały się
do skoku na swego śmiertelnego wroga: ogień.</akap>


<akap>Szkło, brzęcząc, pęka, a czerwony płomień strzela ze wszystkich okien.</akap>


<akap>Materace wyrzucają z okien, cała ulica jest nimi zaścielona, ludzie skaczą na
nie: tłuką się i ranią; straż ich wynosi.</akap>


<akap>We mnie natomiast coś raduje się w dzikiej, tryumfalnej ekstazie! Nie wiem, dlaczego. Włos mi się jeży.<end id="e1318593259062-1309766079"/></akap>


<akap>Biegnę w stronę komina, aby uniknąć osmalenia, gdyż płomienie idą w moją stronę.</akap>


<akap><wyroznienie>Powróz kominiarski otacza go dokoła</wyroznienie>; obwijam go koło siebie, opasuję nim stawy
ręki i nogi, jak tego się uczyłem za lat chłopięcych w szkole gimnastyki --- i
powoli spływam na dół od strony fasady.</akap>


<akap>Przesuwam się koło jednego okna; spoglądam do środka: tam wszystko jasno
oświetlone.</akap>


<akap><wyroznienie>I widzę tam</wyroznienie> --- --- <wyroznienie>widzę tam</wyroznienie> --- ---</akap>


<akap>Całe moje ciało staje się jednym radosnym okrzykiem:</akap>


<akap><wyroznienie>Hillel</wyroznienie>! <wyroznienie>Miriam</wyroznienie>! <wyroznienie>Hillel</wyroznienie>!</akap>


<akap>Chcę przeskoczyć przez kraty w oknie.</akap>


<akap>Chwytam za nie. Tracę przy tym swe położenie w sznurze.</akap>


<akap>Chwilę jedną wiszę <wyroznienie>głową na dół, z nogami skrzyżowanymi między niebem a ziemią<pe><slowo_obce>wiszę głową na dół, z nogami skrzyżowanymi między niebem a ziemią</slowo_obce> --- w pozycji odwzorującej kartę tarota Wisielec.</pe></wyroznienie>.</akap>


<akap>Sznur świszcze przy posunięciu. Trzeszcząc, rozszerzają się włókna.</akap>


<akap>Upadam. Świadomość we mnie gaśnie.</akap>


<akap><begin id="b1297947866119-3105847252"/><motyw id="m1297947866119-3105847252">Kamień</motyw>Jeszcze w upadku chwytam za gzyms okna, ale zbaczam z drogi. Zatrzymać się nie
mogę:</akap>


<akap>Kamień jest gładki.</akap>


<akap><wyroznienie>Gładki jak kawał słoniny</wyroznienie>.
<end id="e1297947866119-3105847252"/></akap><separator_linia/>
<separator_linia/>


<naglowek_rozdzial>Kres</naglowek_rozdzial>


<akap>--- --- --- <wyroznienie>jak kawał słoniny</wyroznienie>!</akap>


<akap><wyroznienie>To jest kamień, co wygląda jak kawał słoniny</wyroznienie>.</akap>


<akap>Słowa te jeszcze dzwonią mi w uszach. Wtedy podnoszę się i muszę sobie
przypomnieć, gdzie jestem.</akap>


<akap>Leżę w łóżku i mieszkam w hotelu.</akap>


<akap>A więc nie nazywam się Pernath.</akap>


<akap>Czyżby mi to wszystko śniło się tylko?</akap>


<akap>Nie! Tak nie wygląda rojenie senne.</akap>


<akap>Spoglądam na zegar: spałem zaledwie godzinę. Jest w pół do trzeciej.</akap>


<akap>A tam wisi cudzy kapelusz, który zamieniłem dziś w katedrze na Hradczynie<pe><slowo_obce>Hradczyn</slowo_obce> --- dziś Hradczany, dzielnica Pragi, w której znajduje się zamek królewski.</pe>, gdym
podczas wielkiej mszy siedział w ławce.</akap>


<akap><begin id="b1297869558217-198532787"/><motyw id="m1297869558217-198532787">Imię</motyw>Czy jest we środku nazwisko?
Biorę kapelusz i czytam złotymi literami na białej jedwabnej podszewce, cudze, a
jednak tak znajome, nazwisko:</akap>


<akap><wyroznienie>Atanazy Pernath</wyroznienie><end id="e1297869558217-198532787"/></akap>


<akap>Teraz już nie mam chwili spokoju; pospiesznie się ubieram i biegnę na dół po
schodach.</akap>


<akap>--- Odźwierny! Proszę otworzyć! Idę jeszcze na przechadzkę --- na godzinę.</akap>


<akap>--- Dokąd, proszę?</akap>


<akap>--- Do dzielnicy żydowskiej. Na Koguci Zaułek. Czy jest w ogóle ulica, która się tak nazywa?</akap>


<akap>--- Owszem, owszem. Jest --- odźwierny uśmiecha się chytrze --- ale zwracam uwagę, że z
dzielnicy żydowskiej mało co pozostało. Wszystko domy nowo zbudowane.</akap>


<akap>--- Nic nie szkodzi. Gdzie leży Koguci Zaułek?</akap> 


<akap>Odźwierny grubym palcem wskazuje na planie miasta Pragi.</akap>


<akap>--- Tutaj, proszę pana.</akap>


<akap>--- A szynkownia  ,,Loisiczek"?</akap>


<akap>--- Tutaj, proszę pana.</akap>


<akap>--- Proszę mi dać duży kawał papieru.</akap>


<akap>Zawijam w ten papier kapelusz Pernatha. Rzecz dziwna: jest prawie nowy,
nieposzlakowanie czysty, a jednak tak kruchy, jak gdyby był odwieczny i
prastary.</akap>


<akap>Po drodze przedkładam<pe><slowo_obce>przedkładać</slowo_obce> --- tłumaczyć, wyjaśniać.</pe> sobie:</akap>


<akap><begin id="b1318596260472-85639229"/><motyw id="m1318596260472-85639229">Sen, Sobowtór</motyw>Wszystko, co przeżył ten Atanazy Pernath, to ja współprzeżyłem z nim we śnie, w
jedną noc, widziałem z nim, słyszałem z nim, czułem z nim, jak gdybym to ja był
nim.<end id="e1318596260472-85639229"/> Ale dlaczego nie wiem, co on zobaczył przez zakratowane okno w chwili, gdy
powróz się rozluźnił i gdy Atanazy, upadając, zawołał: ,,Hillel, Hillel"!</akap>


<akap>Zrozumiałem, że w tej chwili Pernath oderwał się ode mnie. Muszę odnaleźć tego
Atanazego Pernatha i muszę się dostać do niego, choćbym miał trzy dni za nim
biegać w koło: tak sobie postanowiłem.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Więc to jest Koguci Zaułek.</akap>


<akap>Nawet w przybliżeniu nie był podobny do tego, co widziałem we śnie.</akap>


<akap>Same nowe domy.</akap>
<separator_linia/>


<akap>W minutę później siedziałem w kawiarni Loisiczka. Gwarny, dość czysty lokal.</akap>


<akap>W głębi zresztą estrada z drewnianymi poręczami; nie można zaprzeczyć pewnego
podobieństwa ze starym, widzianym we śnie Loisiczkiem.</akap>


<akap>--- Co pan rozkaże, proszę pięknie? --- pyta kelnerka, zniszczona dziewczyna, w
czerwonym, aksamitnym fraku, dosłownie popękanym.</akap>


<akap>--- Proszę o koniak, panienko. --- Tak; dziękuję.</akap>


<akap>--- Hm... Panienko!</akap> 


<akap>--- Proszę.</akap>


<akap>--- Do kogo należy ta kawiarnia?</akap>


<akap>--- Do pana radcy handlowego Loisiczka. Cały dom należy do niego. Bardzo elegancki,
bogaty pan.</akap>


<akap>Aha, człowiek ze świńskimi zębami na łańcuchu od zegarka! --- przypomniałem sobie.</akap>


<akap>Mam dobry pomysł, który powinien mi dopomóc w orientacji:</akap>


<akap>--- Panienko...</akap>


<akap>--- Proszę?</akap>


<akap>--- Kiedy to zawalił się kamienny most?</akap>


<akap>--- Przed trzydziestu trzema laty.</akap>


<akap>Hm. Przed trzydziestu trzema laty! przedkładam sobie: zatem wycinacz drogich
kamieni Pernath musi teraz mieć koło dziewięćdziesięciu lat?</akap>


<akap>--- Panienko.</akap>


<akap>--- Proszę?</akap>


<akap>--- Czy nie ma kogo między gośćmi, co mógłby sobie przypomnieć, jak wyglądała wówczas
stara dzielnica żydowska? Jestem literatem i bardzo mnie to zaciekawia.</akap>


<akap>Kelnerka się zamyśliła: </akap>

<akap> --- Z gości? Nie. Ale niech pan poczeka: markier<pe><slowo_obce>markier</slowo_obce> --- osoba zapisująca wyniki graczy w kawiarni lub w innym lokalu.</pe> bilardowy,
ten co tam ze studentem gra w karambola<pe><slowo_obce>karambol</slowo_obce> --- odmiana bilardu.</pe> --- widzi go pan? Ten z nosem hakowatym,
stary; on zawsze tu mieszkał i wszystko panu powie. Czy mam go zawołać, kiedy
skończy?</akap>


<akap>Szedłem za wzrokiem dziewczyny. Smukły, białowłosy, stary człowiek opiera się
tam o lustro i kredą czyści swój kij. Zniszczona, ale bardzo pańska fizjonomia.
Kogo to on mi przypomina?</akap>


<akap>--- Panienko, jak się nazywa markier?</akap>


<akap><begin id="b1318596757261-1852819466"/><motyw id="m1318596757261-1852819466">Erotyzm</motyw>Kelnerka, stojąc, opiera się łokciem o stół, liże ołówek, pisze z pośpiechem na
marmurowej płycie stołu niezliczone razy jego nazwisko; prędko je wyciera za
każdym razem --- mokrymi palcami. Jednocześnie rzuca w moją stronę mniej lub
więcej ogniste spojrzenia --- stosownie do tego, jak jej się uda.</akap>


<akap>Oczywiście konieczne jest zarazem podniesienie brwi, gdyż to powiększa
czarodziejstwo spojrzenia.<end id="e1318596757261-1852819466"/></akap>


<akap>--- Panienko, jak się nazywa markier? --- powtarzam swe pytanie. Spoglądam na nią; ona
chętniej by usłyszała: Panienko, dlaczego raczej nie nosisz na sobie nic, prócz
fraka? albo coś podobnego. Ale nie pytam o to: zbyt mi po głowie krąży mój sen..</akap>


<akap>--- No, jakże się ma nazywać? --- z nadąsaną miną odpowiada. --- Oczywiście nazywa się
Ferri. Ferri Athenstädt.</akap>


<akap>Ale, ale! Ferri Athenstädt. --- Hm --- a więc znów stary znajomy.</akap>


<akap>--- Niechże mi panienka dużo, dużo o nim opowie --- mówię słodko, ale zaraz muszę
się pokrzepić koniakiem; --- Pani tak miło szczebiocze! (Brzydzę się samym sobą).</akap>


<akap>,,Panienka" tajemniczo pochyla się tuż nade mną, aż jej włosy twarz mi łachocą i
szepcze:</akap>


<akap>--- Ferri przedtem był to ćwik<pe><slowo_obce>ćwik</slowo_obce> (daw.) --- spryciarz.</pe> kuty na cztery nogi. Podobno pochodzi z bardzo
starej szlachty, ale to oczywiście jest takie tylko bajanie, bo on wcale brody
nie nosi. A mówią też, że dawniej miał strasznie dużo pieniędzy. Pewna rudowłosa
Żydówka, która już za młodu była  ,,taka" --- znów kilka razy szybko napisała jej
nazwisko --- wycisnęła z niego wszyściusieńko. Oczywiście mówię wedle monety. No,
a kiedy on już był bez grosza, to go puściła kantem i wydała się za mąż za
bogatego pana: za... --- szepnęła mi do ucha jakieś nazwisko, którego nie
mogłem uchwycić.</akap>


<akap>Wielki pan musiał się naturalnie wyrzec wszelkich zaszczytów i od tego czasu
mógł się nazywać tylko Ritter von Dammerich. No więc tak. Ale tego, że ona była
dawniej  ,,taka", tego już oczywiście nigdy zmyć z niej nie mógł. Ja zawsze mówię --- </akap>

<akap> --- Fritzi! Płacić! --- zawołał
ktoś z estrady.</akap>


<akap>Rzuciłem wzrokiem po sali, gdy usłyszałem za sobą ciche, metaliczne ćwierkanie,
niby świerszcza.</akap>


<akap>Obejrzałem się zaciekawiony. Nie dowierzałem swoim oczom.</akap>


<akap><begin id="b1297871448054-2546148264"/><motyw id="m1297871448054-2546148264">Starość, Śpiew, Żyd</motyw>Twarzą odwrócony ku ścianie, stary jak Matuzal, trzymając pozytywkę małą jak
pudełko papierosów na swoich trzęsących się, szkieletowych rękach, siedzi w kącie,
skurczony do cna, ślepy, zgrzybiały Neftali Szafranek --- i kręci małą korbką.<end id="e1297871448054-2546148264"/></akap>


<akap>Podchodzę do niego.</akap> 


<akap>Zmieszany śpiewa szeptem sam sobie.</akap>


<poezja_cyt><strofa>
<slowo_obce>Frau Pick, Frau Hock</slowo_obce>/
<slowo_obce>und rote, blaue Stern</slowo_obce>/
<slowo_obce>die schmusen allerhond</slowo_obce>/
<slowo_obce>Von Messinung, aus Raucherl und Rohn.</slowo_obce>
<pe><slowo_obce>Frau Pick, Frau Hock (...)</slowo_obce> --- nieskładne połączenie wszystkich wcześniejszych piosenek Szafranka.</pe></strofa></poezja_cyt>



<separator_linia/>


<akap><begin id="b1297956603122-373600094"/><motyw id="m1297956603122-373600094">Starość, Imię</motyw>--- Czy nie wiecie, jak się nazywa ten stary człowiek? --- zapytuję przebiegającego
kelnera.</akap>


<akap>--- Nie, panie, nikt nie zna jego nazwiska. On sam go zapomniał. Jest zupełnie sam
na świecie. <begin id="b1297956629595-1383795178"/><motyw id="m1297956629595-1383795178">Miłosierdzie</motyw>Czy pan uwierzy: on ma 110 lat! Dostaje u nas co noc tak zwaną
łaskawą szklankę kawy.<end id="e1297956629595-1383795178"/><end id="e1297956603122-373600094"/></akap>


<akap>Pochylam się nad starcem --- i krzyczę mu w ucho jedno słowo: </akap>

<akap>--- Szafranek!</akap>


<akap>Działa to na niego jak błyskawica. Coś zamruczał. Z zastanowieniem przesuwa ręką
po czole.</akap>


<akap>--- Czy pan mnie rozumie, panie Szafranek?</akap>


<akap>Skinął głową.</akap>


<akap>--- Niech pan dobrze uważa! Chciałbym pana o coś zapytać z dawnych czasów. Jeżeli mi
pan dobrze odpowie, dostanie pan guldena<pe><slowo_obce>gulden</slowo_obce> ---  gulden austriacki był oficjalnym środkiem płatniczym na terenie Austro-Węgier do czasu reformy walutowej z 1892 r., gdy w jego miejsce wprowadzono koronę austro-węgierską.</pe>, którego kładę tu na stole.</akap>


<akap>--- Guldena --- powtórzył stary i zaraz zaczął kręcić korbą swojej pozytywki.</akap>


<akap>Powstrzymałem jego rękę. </akap>

<akap>--- Niech pan sobie przypomni! Czy nie znał pan przed trzydziestoma trzema laty wycinacza kamei<pe><slowo_obce>kamea</slowo_obce> --- wypukła rzeźba w szlachetnym lub półszlachetnym kamieniu.</pe>, nazwiskiem
Pernath?</akap>


<akap>--- Hadrbolec? Wycinacza kamaszy? --- zabełkotał astmatycznie i roześmiał się na cały
głos w mniemaniu, że powiedziałem mu jakąś zabawną krototochwilę.</akap>


<akap>--- Nie, nie Hardbolec --- Pernath!</akap>


<akap>--- Pereles? --- tryumfował po prostu.</akap>


<akap>--- Nie, nie Pereles. Pernath!</akap>


<akap>--- Paszeles? --- zapiał z radości. Rozczarowany przerwałem badanie.</akap>
<separator_linia/>


<akap>--- Pan chciał ze mną porozmawiać, panie --- markier Ferri Athenstädt stał przede mną
chłodno pochylony.</akap>


<akap><begin id="b1297956796602-106213018"/><motyw id="m1297956796602-106213018">Podstęp</motyw>--- Tak. Właśnie chodzi mi o to. --- Możemy przy tym zagrać partię bilardu. Czy pan gra na pieniądze? Daję panu for 90 na 100.</akap>


<akap>--- Zgoda: o guldena. Niech pan zaczyna, panie markier!</akap>


<akap>Jego książęca mość wziął kij, nacelował, zrobił kiksa<pe><slowo_obce>kiks</slowo_obce> --- nieudane bądź nieprawidłowe uderzenie w grze w bilard.</pe>, twarz ułożył żałośnie.</akap>


<akap>Znam się na tym: pozwoli mi dojść do 99, a potem od razu wybębni całą serię.<end id="e1297956796602-106213018"/></akap>


<akap>Coraz większa ciekawość mnie pali! Uderzyłem od razu w sedno.</akap>


<akap>--- Niech pan sobie przypomni, panie markier: przed dawnymi laty, mniej więcej
wtedy, kiedy to zawalił się most kamienny, czy nie znał pan w żydowskiej
dzielnicy niejakiego Atanazego Pernatha?</akap>


<akap>Jakiś jegomość w biało-czerwonej kurtce płóciennej, zezowaty i z małym złotym
kolczykiem w uchu, który siedział na ławce pod ścianą i czytał gazetę, zerwał
się nagle, spojrzał się na mnie i przeżegnał znakiem krzyża świętego.</akap>


<akap>--- Pernath? Pernath? --- powtórzył markier i zamyślił się głęboko. --- Pernath? Wysoki, szczupły, miał ciemne włosy --- i krótko
strzyżoną brodę?</akap>


<akap>--- Tak --- tak! To dosłowna prawda.</akap>


<akap>--- Miał wtedy ze 40 lat. Wyglądał jak --- </akap>

<akap>--- Jego książęca mość nagle spojrzał na mnie
zdumiony.</akap>


<akap>--- Czy pan dobrodziej nie jest jego krewny?</akap>


<akap>Zezowaty znów się przeżegnał.</akap>


<akap>--- Jak? krewny? skądże? Śmieszne przypuszczenie. Nie. Interesuję się nim tylko.
Może pan jeszcze coś o nim wie? --- mówiłem spokojnie, choć czułem, jak mi serce się
zamraża.</akap>


<akap>--- Jeżeli się nie mylę, to swego czasu uchodził on za wariata. Raz twierdził, że
nazywa się --- --- niech pan zaczeka --- --- hm --- tak! Luponder. --- A potem znów podawał
się za niejakiego --- Charouska!</akap>


<akap>--- Ani słowa prawdy! --- wtrącił zezowaty. --- Charousek żył rzeczywiście. Mój ojciec niejeden tysiąc florenów po nim odziedziczył.</akap>


<akap>--- Co to za człowiek? --- zapytuję półgłosem markiera.</akap>


<akap>--- Jest to przewoźnik rzeczny, nazywa się Czamrda. --- Co się tyczy Pernatha, to
przypominam sobie tylko --- albo przynajmniej sądzę, że on w późniejszych latach
ożenił się z piękną, smagłocerą Żydówką.</akap>


<akap>--- Miriam! --- powiedziałem sobie i byłem tak podniecony, że ręce mi się zatrzęsły i
więcej grać nie mogłem.</akap>


<akap>Przewoźnik się przeżegnał.</akap>


<akap>--- Ale cóż to się z panem dziś dzieje, panie Czamrda? --- pytał zdziwiony markier.</akap>


<akap>--- Pernath nigdy nie żył! --- krzyczy zezowaty. --- Ja w to nie wierzę.</akap>


<akap>Natychmiast postawiłem temu człowiekowi koniak, aby był rozmowniejszy.</akap>


<akap>--- Są znowu ludzie, co mówią, że Pernath ciągle jeszcze żyje --- wygadał się w końcu
przewoźnik. --- Jak słyszę, jest wycinaczem grzebieni<pr><slowo_obce>Jak słyszę, jest wycinaczem grzebieni</slowo_obce> --- <slowo_obce>Kameen schneider</slowo_obce> i <slowo_obce>Kamm schneider</slowo_obce>: gra wyrazów niepodobna do naśladowania.</pr> i mieszka na Hradczynie.</akap>


<akap>--- Gdzie na Hradczynie?</akap>


<akap>Przewoźnik żegna się.</akap>


<akap>--- No, mieszka właśnie tam. Mieszka, gdzie żaden żywy człowiek mieszkać nie może:
<wyroznienie>przy murze pod ostatnią latarnią</wyroznienie>.</akap>


<akap>--- Czy pan zna jego dom, panie --- panie --- Czamrda?</akap>


<akap>--- Za nic w świecie nie chciałbym tam pójść --- protestował zezowaty. --- Za kogo pan mnie
ma? Jezus, Maria, Józef!</akap>


<akap>--- Ale drogę na górę może mi pan z daleka pokazać, panie Czamrda?</akap>


<akap>--- To --- i owszem --- mruczy przewoźnik. --- Jeżeli pan chce czekać do szóstej rano, to
popłynę w dół Wełtawą. Ale ja panu nie radzę. Spadnie pan do Jeleniego Jaru i
połamie pan kark i wszystkie kości. O, przenajświętsza Matko Boża!</akap>
<separator_linia/>


<akap>O pierwszym brzasku porannym wychodzimy razem. Świeży wiatr powiewa od rzeki. Z
oczekiwania zaledwie czuję grunt pod sobą.</akap>


<akap>Nagle wynurza się przede mną dom na Staroszkolnej ulicy.</akap>


<akap>Każde okno znów rozpoznaję: pokrzywioną rynnę na dachu, kraty w oknach, gzymsy
kamienne świecące jak tłuszcz słoniny.</akap>


<akap>--- Kiedy ten dom się palił? --- pytam zezowatego. Ze zdumienia zasyczał mi w uszy.</akap>


<akap>--- Palił się? Nigdy!</akap>


<akap>--- A jednak! Wiem na pewno.</akap>


<akap>--- Nie palił się.</akap>


<akap>--- A przecie ja wiem doskonale. Chce się pan założyć. O ile?</akap>


<akap>--- O guldena.</akap>


<akap>--- Zgoda! --- I Czamrda wyprowadza dozorcę domu. </akap>

<akap>--- Czy ten dom palił się kiedy?</akap>


<akap>--- Ale skądże! --- Dozorca śmiał się.</akap>


<akap>--- Ja nie mogę w to żadną miarą uwierzyć.</akap>


<akap>--- Już siedemdziesiąt lat tu mieszkam --- zapewnia odźwierny --- więc muszę o tym wiedzieć
jak się patrzy<pe><slowo_obce>jak się patrzy</slowo_obce> --- doskonale.</pe>.</akap>


<akap>Szczególne, szczególne.</akap>
<separator_linia/>


<akap>Czamrda przewozi mnie w swym czółnie, które się składa z ośmiu nieheblowanych
desek; płynie w śmiesznych, skośnych, drgawkowych ruchach przez Wełtawę. Żółte
wody pienią się dokoła drzewa. Dachy Hradczyna błyszczą czerwono w promieniach
zorzy porannej. Jakieś nieopisanie uroczyste uczucie ogarnia mnie w pełni. Lekkie,
zmierzchające uczucie jakiegoś poprzedniego żywota, jak gdyby świat był dokoła
mnie zaczarowany; jakaś nieokreślona, niby w marzeniu sennym tkwiąca świadomość;
jakobym żył być może w kilku miejscach naraz.</akap>


<akap>Wstaję.</akap>


<akap>--- Ile jestem panu winien, panie Czamrda?</akap> 


<akap>--- Grajcara<pe><slowo_obce>grajcar</slowo_obce> a. <slowo_obce>krajcar</slowo_obce> --- w XIX w. drobna moneta austriacka.</pe>. Gdyby pan mi pomagał wiosłować,
to byłoby dwa grajcary.</akap>
<separator_linia/>


<akap><begin id="b1298899686369-2796797039"/><motyw id="m1298899686369-2796797039">Drzewo</motyw>Tą samą drogą, którą dziś w nocy przechodziłem już raz we śnie, kroczę znowu:
małą, samotną ścieżką zamkową. Serce mi bije i wiem dlaczego: teraz idzie łyse
drzewo, którego gałęzie poprzez mur się wychylają.</akap>


<akap>Nie: ono jest pokryte białym kwiatem. Powietrze jest pełne słodkiej woni bzu. <begin id="b1318598976851-196392555"/><motyw id="m1318598976851-196392555">Miasto</motyw>U
moich nóg leży miasto w pierwszym blasku świtania jak wizja obietnicy. Cisza
zupełna. Tylko zapach i blask.<end id="e1318598976851-196392555"/> Z zamkniętymi oczami mógłbym się teraz przedostać na małą, ciekawą Ulicę Alchemików, tak mi każdy krok jest tu pewny i znajomy.<end id="e1298899686369-2796797039"/></akap>


<akap>Ale tam, gdzie dziś w nocy widziałem drewniane kraty przed biało migocącym
domem, teraz zamyka uliczkę wspaniała, wypukła, pozłacana sztacheta.</akap>


<akap>Dwa wiązy tryskają z kwitnących niskich krzaków, zdobiąc po obu stronach bramy
wejściowej mur, który poza kratą wzdłuż biegnie na prawo i na lewo.</akap>


<akap>Wspinam się, aby przez krzaki wzrokiem przeniknąć do środka --- i jestem olśniony
nową świetnością: ściana ogrodu w całości przybrana jest mozaiką: turkusowobłękitne freski<pe><slowo_obce>fresk</slowo_obce> (z wł. <slowo_obce>fresco</slowo_obce>: świeży) --- malarstwo wykonywane na mokrym tynku.</pe>, złotymi muszelkami osobliwie pokryte, wyobrażają kult
egipskiego boga Ozyrysa<pe><slowo_obce>Ozyrys</slowo_obce> --- egipski bóg śmierci i odradzającego się życia, jak również sędzia ludzi zmarłych.</pe>. Podwoje --- to sam bóg: hermafrodyta z dwóch połów,
tworzących wrota: prawa strona jest żeńska, lewa męska. --- Siedzi na kosztownym,
płaskim tronie z masy perłowej --- w półpłaskorzeźbie --- a jego złota głowa jest
to głowa zajęcza. Uszy wznoszą się do góry i blisko siebie, tak iż wyglądają
jakby dwie stronice wydarte z książki.</akap>


<akap>Rosisto tchnie dokoła, a zapach hiacyntów rozpływa się przez ściany.</akap>


<akap>Długi czas stoję skamieniały i zdumiony. Zdaje mi się, jakby jakiś obcy świat
nagle wysnuł się przede mną, a stary ogrodnik czy służący w trzewikach ze
srebrnymi sprzączkami, w żabocie i osobliwie wykrojonym surducie przychodzi ku
mnie z lewej strony poza sztachetą i spoza kraty zapytuje, czego sobie życzę.</akap>


<akap>Niemo wręczam mu zawinięty w papier kapelusz Atanazego Pernatha.</akap>


<akap>Bierze go i idzie przez bramę główną.</akap>


<akap>Gdy brama się otwiera, spostrzegłem w
głębi dom marmurowy w kształcie świątyni, a na jego stopniach --- siedzi 
ATANAZY Pernath i nachylona ku niemu
MIRIAM i oboje spoglądają w dół na miasto.</akap>


<akap>Na chwilę Miriam się odwraca, spostrzega mnie, uśmiecha się i szepcze coś do
Atanazego Pernatha.</akap>


<akap>Jestem zaklęty jej pięknością.</akap>


<akap>Jest tak młoda, jak dziś w nocy widziałem ją we śnie.</akap>


<akap><begin id="b1298899484401-3483832631"/><motyw id="m1298899484401-3483832631">Sobowtór</motyw>Atanazy Pernath powoli kieruje wzrok w moją stronę, a serce bić mi przestało. Tak
mi jest, jakbym widział samego siebie w zwierciadle: tyle podobieństwa mają ze
sobą jego twarz i moja twarz.
<end id="e1298899484401-3483832631"/></akap><separator_linia/>


<akap>Wtedy podwoje bramy się zamykają i spostrzegam tylko migotliwego hermafrodytę.</akap>


<akap>Stary sługa podaje mi kapelusz i mówi, głos jego słyszę jakby z głębi ziemi.</akap>


<akap><wyroznienie>Pan Atanazy Pernath każe najserdeczniej panu podziękować i prosi, aby go szanowny
pan nie uważał za człowieka niegościnnego z powodu, że nie zaprasza go do swego
ogrodu, ale takie jest tu od wieków surowe prawo domowe. Kapelusza pańskiego,
mogę szanownego pana upewnić, nie miał wcale na głowie, ponieważ zamianę
natychmiast zauważył</wyroznienie>.</akap>


<akap><wyroznienie>Ma tylko szczerą nadzieję, że jego kapelusz szanownemu panu bynajmniej bólu
głowy nie przyczynił</wyroznienie>.</akap>


<!-- TRIM_END -->

</powiesc></utwor>