Prosper Mérimée Czyśćcowe dusze tłum. Tadeusz Boy-Żeleński Cycero gdzieś powiada (zdaje mi się, w traktacie O naturze bogów), że istniało wielu Jowiszów: Jowisz na Krecie, inny w Olimpii, inny jeszcze gdzie indziej, tak iż nie ma w Grecji znaczniejszego miasta, które by nie miało swojego Jowisza. Ze wszystkich tych Jowiszów uczyniono jednego, któremu przypisano łącznie wszystkie przygody jego imienników. To tłumaczy ową niesłychaną ilość zdobyczy miłosnych przypisywanych temu bogu. To samo zamieszanie panuje w sprawie don Juana, postaci, która co do rozgłosu niewiele ustępuje Jowiszowi. Sama Sewilla posiadała kilku don Juanów, wiele innych miast chlubi się każde swoim. Każdy miał niegdyś swoją odrębną legendę. Z czasem wszystkie stopiły się w jedno. Mimo to kiedy się przyjrzeć z bliska, łatwo jest wyróżnić cząstkę każdego z nich lub bodaj rozróżnić dwóch spośród tych bohaterów, a mianowicie: don Juana Tenorio, którego, jak każdemu wiadomo, porwał kamienny posąg, i don Juana de Marana, którego koniec był zgoła odmienny. Opowiadają na jedną modłę życie ich obu, odmienne są jedynie rozwiązania. Są zakończenia na wszystkie gusty, jak w sztukach Ducisa, które kończą się dobrze lub źle, wedle wrażliwości czytelników. Co do prawdziwości tej historii lub tych dwóch historii, jest ona niewątpliwa i wielce by obraził miejscowy patriotyzm Sewillan, kto by podawał w wątpliwość istnienie tych dwóch hultajów, którzy zamącili genealogię najszlachetniejszych tamecznych rodów. Pokazują tam cudzoziemcom dom don Juana Tenorio, a żaden miłośnik sztuki nie opuścił z pewnością Sewilli, nie zwiedziwszy kościoła Miłosierdzia. Ujrzał tam grób kawalera de Marana, z tym napisem, podyktowanym przez pokorę lub, jeśli kto chce, przez pychę: „Aqui yace el peor hombre que fué en el mundo”. Jak można wobec tego wątpić? Prawda, iż oprowadziwszy was po tych dwóch zabytkach, cicerone opowie wam jeszcze, jak don Juan (nie wiadomo który) uczynił szczególne propozycje Giraldzie, owej brązowej figurze, która wznosi się na mauretańskiej wieży katedralnej, i jak je Giralda przyjęła; jak don Juan, przechadzając się, podochocony winem, po lewym brzegu Gwadalkiwiru, poprosił o ogień człowieka, który szedł prawym brzegiem, paląc cygaro, i jak ramię palacza (był to nie kto inny, tylko diabeł we własnej osobie) wydłużyło się tak, że przebyło rzekę i podało cygaro don Juanowi, który zapalił od niego swoje, ani mrugnąwszy okiem i nie korzystając z przestrogi, tak był zatwardziały… Starałem się wydzielić każdemu don Juanowi cząstkę, jaka mu przypada ze wspólnego ich skarbca niegodziwości i zbrodni. Z braku lepszej metody starałem się opowiedzieć o don Juanie de Marana, moim bohaterze, jedynie te przygody, które nie przynależą, prawem „zasiedzenia”, don Juanowi Tenorio, tak znanemu u nas dzięki arcydziełom Mozarta i Moliera. Hrabia don Carlos de Marana był to jeden z najbogatszych i najszanowniejszych magnatów w Sewilli. Pochodził ze znakomitego rodu, w wojnie zaś przeciw zbuntowanym moryskom dowiódł, że nie wyrodził się z mężnych przodków. Po ujarzmieniu Alpuhary wrócił do Sewilli ze szramą na czole oraz z wielką liczbą dzieci wziętych do niewoli, które to dzieci, dawszy je wprzód ochrzcić, sprzedał z zyskiem do chrześcijańskich domów. Rany jego, nie oszpeciwszy go zgoła, nie przeszkodziły mu się spodobać panience z dobrego domu, która dała mu pierwszeństwo wśród wielkiej liczby zalotników. Z tego małżeństwa urodziło się zrazu kilka córek, z których jedne wyszły za mąż, inne wstąpiły do klasztoru. Don Carlos de Marana rozpaczał, iż nie ma dziedzica swego nazwiska, kiedy urodzenie syna przepełniło go radością i pozwoliło mieć nadzieję, że jego starożytny majorat nie przejdzie na boczną linię. Don Juan, ów syn tak upragniony i bohater tej wiarygodnej historii, psuty był przez ojca i matkę, jak przystało na jedynego spadkobiercę wielkiego nazwiska i wielkiej fortuny. Od dziecka był niemal samowładnym panem swoich czynów; nikt w pałacu ojcowskim nie ośmielił mu się sprzeciwić. Tyle tylko iż matka pragnęła, aby był pobożny jak ona, ojciec zaś chciał, aby syn jego był dzielny jak on. Matka przy pomocy łakoci i pieszczot skłaniała dziecko do uczenia się litanii, różańców, słowem wszystkich obowiązkowych i nadobowiązkowych modłów. Usypiała go, czytając mu żywoty świętych. Z drugiej strony ojciec uczył syna pieśni o Cydzie i o Bernardzie del Carpio, opowiadał mu o buncie morysków i zachęcał, aby się cały dzień ćwiczył w rzucaniu oszczepem, strzelaniu z ręcznej kuszy lub zgoła z muszkietu do kukły przebranej za Maura, którą kazał ustawić w ogrodzie. W ołtarzyku hrabiny de Marana znajdował się obraz malowany w suchym i twardym stylu Moralesa, a przedstawiający męki czyśćcowe. Wszystkie rodzaje męczarni, jakie malarz mógł sobie wyroić, oddane były z taką dokładnością, że sam wielki Inkwizytor nie mógłby nic przyganić. Dusze czyśćcowe znajdowały się w wielkiej piwnicy, która miała w górze okienko. Usadowiony przy tym otworze anioł podawał rękę duszy opuszczającej siedzibę kaźni, podczas gdy tuż obok niego sędziwy mężczyzna, trzymający w złożonych rękach różaniec, modlił się wyraźnie z wielką żarliwością. Człowiek ten był to fundator obrazu, który kazał sporządzić dla kościoła w Huesca. W czasie powstania moryskowie podpalili miasto; kościół padł ofiarą zniszczenia, ale obraz cudem ocalał. Hrabia Marana wziął go do domu i ozdobił nim ołtarzyk żony. Zazwyczaj mały Juanek, ilekroć wszedł do pokoju matki, stał długo zapatrzony w ten obraz, który przerażał go i przykuwał zarazem. Zwłaszcza nie mógł oderwać oczu od człowieka, któremu wąż wyjadał wnętrzności, podczas gdy on sam wisiał za żebra na żelaznych hakach nad gorejącym ogniskiem. Obracając z trwogą oczy ku okienku, pacjent zdawał się błagać ofiarodawcę o modlitwę, która by mu oszczędziła tylu cierpień. Hrabina nie omieszkiwała za każdym razem objaśnić synowi, że ten nieszczęśnik cierpi męki za to, że nie uczył się porządnie katechizmu, żartował sobie z księdza lub był roztargniony w kościele. Dusza, która ulatywała do raju, była to dusza krewniaka rodziny Marana, który miał z pewnością jakieś grzeszki na sumieniu, ale hrabia Marana modlił się za niego, dał sporo grosza księżom, aby go wykupić z męczarni ogniowych, i osiągnął tę satysfakcję, iż wyprawił duszę krewniaka do nieba, nie pozwalając jej długo nudzić się w czyśćcu. — Pomyśl tylko, Juanku — dodawała hrabina — że może ja będę tak kiedyś cierpiała i spędzę miliony lat w czyśćcu, jeżeli nie będziesz pamiętał o mszach, aby mnie wybawić! Jakby to było okrutne zostawić tam matkę, która cię wykarmiła! Wówczas chłopczyna płakał i jeżeli miał parę realów w kieszeni, dawał je pierwszemu kwestarzowi, który się nawinął ze skarbonką, „za dusze czyśćcowe”. Kiedy wszedł do pokoju ojca, widział pancerze pogięte od kul, hełm, który hrabia Marana miał przy zdobywaniu Almerii i który zachował ślad muzułmańskiego topora; włócznie, szable mauretańskie, sztandary zdobyte na niewiernych, zdobiły tę komnatę. — Ten bułat — mówił hrabia — wydarłem kadiemu Vejeru, który uderzył mnie nim trzykrotnie, nim pozbawiłem go życia. Ten sztandar nieśli powstańcy z góry Elviry. Właśnie spustoszyli chrześcijańską wioskę; nadbiegłem z dwudziestoma rycerzami. Cztery razy próbowałem się wedrzeć w ich batalion, aby zdobyć ten sztandar; cztery razy odparto mnie. Za piątym uczyniłem znak krzyża, krzyknąłem: „Pomagaj, święty Jakubie!” i runąłem w szeregi pogan. A widzisz ten złoty kielich w moim herbie? Herszt morysków ukradł go w kościele, gdzie dopuścił się tysiącznych bezeceństw. Konie jego jadły owies na ołtarzu, a żołnierze rozwłóczyli kości świętych. Łotr kazał sobie podać w tym kielichu mrożony sorbet. Dopadłem go w chwili, kiedy przykładał do ust poświęcone naczynie. Zanim wykrzyknął „Ałła!”, podczas gdy napój był jeszcze w jego gardzieli, ciąłem tego psa tęgim mieczem w wygoloną głowę, tak że klinga oparła się aż na zębach. Na pamiątkę tej świętej pomsty król pozwolił mi nosić złoty kielich w herbie. Mówię ci to, Juanku, abyś to opowiedział swoim dzieciom i aby wiedziały, czemu twój herb różni się nieco od herbu twego dziadka, don Diega, który widzisz tu nad jego portretem. Tak pędząc życie między dewocją a wojną, dzieciak trawił czas na struganiu krzyżyków lub też, uzbrojony w drewnianą szabelkę, ćwiczył się w sadzie na melonach, które wyobrażały dla niego głowy morysków. Mając lat osiemnaście, don Juan dość licho czytał po łacinie, doskonale służył do mszy i władał rapierem — jedną ręką lub oburącz — lepiej od samego Cyda. Ojciec jego, uważając, iż spadkobierca rodu Maranów winien nabyć jeszcze i inne talenty, postanowił wysłać go do Salamanki. Przygotowania do podróży nie zajęły wiele czasu. Matka dała mu mnóstwo różańców, szkaplerzy i poświęcanych medalików. Nauczyła go też wiele modlitw, bardzo pomocnych w różnych okolicznościach życia. Don Carlos dał mu szpadę, której rękojeść, wykładana srebrem, zdobna była w herby rodzinne; przy czym rzekł: — Dotąd żyłeś jedynie z dziećmi, obecnie przyjdzie ci żyć z ludźmi. Pamiętaj, że najcenniejszy skarb szlachcica to honor, a twój honor to honor Maranów. Niech raczej zginie ostatni potomek naszego domu, niżby honor jego miał ścierpieć jakąś plamę! Weź tę szablę, ona cię obroni, jeśli ktoś cię zaczepi. Nigdy nie dobywaj jej pierwszy, ale pamiętaj, iż przodkowie twoi wkładali ją do pochwy nie wprzódy, aż osiągnęli zwycięstwo i pomstę. Tak zaopatrzony w broń duchowną i doczesną, potomek Maranów wsiadł na koń i opuścił siedzibę swych ojców. Uniwersytet w Salamance był wówczas w pełni chwały. Nigdy uczniowie jego nie byli liczniejsi ani też mistrzowie bardziej uczeni, ale nigdy też obywatele tyle nie cierpieli od zuchwalstwa nieposkromionej młodzieży, która przebywała lub raczej panowała w ich mieście. Serenady, kocie muzyki, nocne burdy wszelkiego rodzaju — oto był ich zwyczajny tryb życia, którego jednostajność urozmaicały od czasu do czasu porwania żon lub córek, kradzieże lub pobicia. Przybywszy do Salamanki, don Juan strawił kilka dni na oddawaniu listów polecających do przyjaciół ojca, na składaniu wizyt profesorom, zwiedzaniu kościołów i oglądaniu relikwii. W myśl zlecenia ojca wręczył jednemu z profesorów dość okrągłą sumkę, przeznaczoną do rozdziału między ubogich uczniów. Hojność ta spotkała się z żywym poklaskiem i zyskała mu od razu wielu przyjaciół. Don Juan pałał wielką żądzą nauki. Zamierzał słuchać jak Ewangelii wszystkiego, co wychodzi z ust profesorów; aby niczego nie stracić, chciał się też umieścić jak najbliżej katedry. Wszedłszy do sali, gdzie miał się odbyć wykład, spostrzegł puste miejsce bardzo blisko profesora, jak właśnie pragnął. Usiadł. Jakiś scholar, brudny, nieuczesany, odziany w łachmany, jak tylu ich jest po uniwersytetach, podniósł na chwilę oczy znad książki, aby je zwrócić na don Juana z wyrazem tępego zdumienia. — Siadacie tutaj — rzekł niemal z przerażeniem — czy nie wiecie, że tu siada zazwyczaj don Garcia Navarro? Don Juan odparł, że zawsze słyszał, iż miejsce należy do pierwszego, który je zajmie, i że wobec tego, że było puste, sądził, iż może wziąć je w posiadanie, zwłaszcza jeżeli don Garcia nie polecił sąsiadowi, aby mu je zatrzymał. — Jesteście obcy, jak widzę — rzekł scholar — i bawicie tu od niedawna, skoro nie znacie don Garcii. Wiedzcie tedy, że to jest człowiek naj… — Tu scholar zniżył głos, jakby się lękał, aby go nie usłyszeli inni studenci. — Don Garcia to straszny człowiek! Biada temu, kto go obrazi! Cierpliwość jego jest krótka, a rapier długi. Bądźcie pewni, że jeśli ktoś siądzie na miejscu, gdzie don Garcia usiadł dwa razy, to już wystarczy, aby wynikła zwada, jest bowiem bardzo drażliwy i porywczy. Kiedy ma z kimś na pieńku, wyzywa go i kładzie trupem. Ostrzegłem was; zrobicie, co się wam spodoba. Don Juanowi wydało się nader dziwaczne, aby don Garcia miał pretensję zajmować najlepsze miejsca, nie zadając sobie trudu zdobycia ich swoją pilnością. Zarazem widział, iż wielu studentów przygląda mu się bacznie, i czuł, jak bardzo byłoby upokarzające opuścić tę ławkę, skoro już na niej usiadł. Z drugiej strony, wcale nie miał ochoty, zaledwie przybywszy, wchodzić w zwadę, zwłaszcza z człowiekiem tak niebezpiecznym, na jakiego wyglądał don Garcia. Pogrążony w tym wahaniu, nie wiedział, na co się zdecydować, i siedział wciąż machinalnie na tym samym miejscu, kiedy wszedł jakiś student i podszedł prosto do niego. — Oto i don Garcia — rzekł sąsiad. Ów Garcia był to młody człowiek, szeroki w barach, silnie zbudowany, z ogorzałą cerą, dumnym spojrzeniem i wzgardliwą twarzą. Kaftan, koloru niegdyś czarnego, był bardzo wytarty, płaszcz podziurawiony; na tym wszystkim wisiał długi złoty łańcuch. Wiadomo, że od niepamiętnych czasów studenci Salamanki i innych hiszpańskich uniwersytetów uważali za punkt honoru, by chodzić obdarci, chcąc tym prawdopodobnie okazać, że prawdziwa zasługa umie się obyć bez czczego blasku. Don Garcia zbliżył się do ławki, gdzie nadal siedział don Juan, i kłaniając mu się bardzo dwornie, rzekł: — Mości studencie, jesteś tu nowo przybyłym, mimo to imię twoje jest mi dobrze znane. Ojcowie nasi byli wielkimi przyjaciółmi; jeżeli raczysz pozwolić, i synowie będą nimi również. Tak mówiąc, podał rękę don Juanowi z najserdeczniejszą miną w świecie. Don Juan, który spodziewał się zgoła innego początku, przyjął nader skwapliwie uprzejmość don Garcii i odpowiedział, że przyjaźń takiego jak on kawalera będzie dla niego wielkim zaszczytem. — Nie znasz jeszcze Salamanki — ciągnął don Garcia. — Jeżeli zechcesz wziąć mnie za przewodnika, z rozkoszą pokażę ci wszystko, od cedru aż do hyzopu. — Następnie, zwracając się do scholara siedzącego obok don Juana: — Nuże, Perico — rzekł — zabieraj się stąd. Czy myślisz, że taki cham jak ty to odpowiednie towarzystwo dla szlachetnego don Juana de Marana? To mówiąc, pchnął go szorstko i sam zajął miejsce, które scholar skwapliwie opuścił. Kiedy wykład się skończył, don Garcia dał swój adres nowemu przyjacielowi i zaprosił go do siebie. Następnie, pozdrowiwszy go ręką z poufałą swobodą, wyszedł, drapując się z wdziękiem w płaszcz podziurawiony jak sito. Don Juan, trzymając książki pod pachą, zatrzymał się w krużganku, przyglądając się starym napisom zdobiącym mury kolegium, gdy spostrzegł, iż scholar, który przemówił do niego pierwszy, zbliża się, jak gdyby również chcąc obejrzeć napisy. Skinąwszy mu głową, aby okazać, że go poznaje, don Juan chciał odejść, ale scholar przytrzymał go za płaszcz. — Szlachetny don Juanie — rzekł — jeśli cię nic nie nagli, czy byłbyś łaskaw udzielić mi chwili rozmowy? — Chętnie — odparł don Juan i oparł się o filar — słucham. Perico obejrzał się na wszystkie strony niespokojnie, jak gdyby się obawiał, że go ktoś śledzi, po czym zbliżył się do don Juana, szepcąc mu do ucha. Don Juanowi wydała się ta ostrożność zbędna, gdyż w dużym gotyckim krużganku nie było w tej chwili nikogo. — Czy mógłbyś mi powiedzieć, szlachetny don Juanie — spytał po chwili milczenia scholar cichym i niemal drżącym głosem — czy mógłbyś mi powiedzieć, czy ojciec twój znał w istocie ojca don Garcii Navarro? Don Juan uczynił gest zdumienia. — Wszak słyszałeś, że don Garcia powiedział to przed chwilą. — Tak — odparł scholar, jeszcze bardziej zniżając głos — ale czy słyszałeś kiedy od ojca, iż znał pana Navarro? — Owszem, niewątpliwie; byli razem na wojnie przeciw Maurom. — Doskonale. Ale czy słyszałeś, aby ten szlachcic miał… syna? — Co prawda, nigdy nie zwracałem zbytniej uwagi na to, co ojciec mógł mówić w tej mierze… Ale po co te pytania? Czy don Garcia nie jest synem szlachetnego pana Navarro?… Byłżeby bękartem? — Klnę się na niebiosa, że nie rzekłem nic podobnego! — wykrzyknął przerażony scholar, zaglądając za filar, o który wspierał się don Juan. — Chciałem was tylko spytać, czy nie znacie dziwnej historii, którą wielu ludzi opowiada o tym don Garcii? — Ani słowa. — Powiadają… zważcie, że ja powtarzam jedynie to, co słyszałem… powiadają, że don Diego Navarro miał syna, który licząc sześć czy siedem lat, zapadł na chorobę ciężką, a tak dziwną, że lekarze nie wiedzieli, jakiego lekarstwa się imać. Ojciec, który miał tylko to jedno dziecko, ofiarował liczne wota w wielu kaplicach, dał choremu dotykać relikwii, wszystko na próżno. Zrozpaczony, rzekł jednego dnia… (tak mnie zapewniano) rzekł jednego dnia, patrząc na obraz świętego Michała: „Skoro ty nie możesz ocalić mego syna, spróbuję, czy ten, którego depcesz nogami, nie będzie miał większej mocy”. — Ależ to straszne bluźnierstwo! — wykrzyknął don Juan, zgorszony w najwyższym stopniu. — Wkrótce potem, dziecko wyzdrowiało… a to dziecko… to don Garcia! — Tak że don Garcia ma diabła w sobie od tego czasu — rzekł, parskając śmiechem don Garcia, który się ukazał w tej samej chwili i który, jak się zdaje, słuchał tej rozmowy, ukryty za sąsiednim filarem. — W istocie, Perico — rzekł zimno i wzgardliwie do zdumionego scholara — gdybyś nie był tchórzem, kazałbym ci pożałować zuchwalstwa, z jakim mówisz o mnie… Mości don Juanie — ciągnął, zwracając się do Marany — kiedy się lepiej poznamy, nie będziesz tracił czasu na słuchanie tego gaduły. A teraz, aby się przekonać, że ze mnie nie taki czarny diabeł, jak go malują, uczyń mi ten zaszczyt i chodź ze mną do kościoła świętego Piotra; a gdy zmówimy kilka pacierzy, pozwolę sobie zaprosić cię do siebie na lichy obiadek wraz z kilkoma kolegami. To mówiąc, wziął pod ramię don Juana, który, zawstydzony tym, iż zaskoczono go, jak słucha dziwnej historii Perica, skwapliwie przyjął zaproszenie nowego przyjaciela, aby mu dowieść, jak mało dba o słyszane przed chwilą oszczerstwa. Wszedłszy do kościoła, don Juan i don Garcia klęknęli przed ołtarzem, koło którego tłoczyła się ciżba wiernych. Don Juan zmówił po cichu pacierz, a mimo że to pobożne ćwiczenie zajęło mu dobrą chwilę, ujrzał, podniósłszy głowę, że towarzysz jego jeszcze trwa w nabożnej ekstazie: poruszał lekko wargami, można by rzec, że nie doszedł ani do połowy swoich medytacji. Zawstydzony nieco, że tak prędko skończył, don Juan zaczął odmawiać po cichu wszystkie litanie, które mu przyszły na pamięć. Gdy skończył, don Garcia nadal ani nie drgnął. Don Juan odklepał z roztargnieniem jeszcze parę paciorków, po czym, widząc, że towarzysz jego wciąż się nie rusza, sądził, iż może nieco rozejrzeć się dokoła, aby zabić czas i doczekać się końca tej wiekuistej modlitwy. Jego uwagę ściągnęły niebawem trzy kobiety klęczące na tureckim dywanie. Jedna, sądząc z wieku, okularów i obszernego czepka, mogła być jedynie duenną. Dwie inne były młode i ładne; mimo iż oczy miały spuszczone nad różańcem, można było dojrzeć, że te oczy są duże, żywe i ładnie oprawne. Don Juan znajdował wiele rozkoszy w przyglądaniu się jednej z nich, więcej rozkoszy nawet, niżby się godziło w tak świętym miejscu. Zapominając o modłach towarzysza, pociągnął go za rękaw i spytał po cichu, kim jest ta panienka trzymająca w dłoniach różaniec z bursztynu. — To — odparł don Garcia, nie okazując zgorszenia tym, że mu przerwano — jest dona Teresa de Ojeda, a tamta to dona Fausta, jej starsza siostra; obie są córkami audytora w Radzie Kastylii. Ja durzę się w starszej, staraj się rozkochać młodszą. O — dodał — właśnie wstają i wychodzą z kościoła. Pospieszmy się, aby zdążyć, jak będą wsiadały do powozu. Może wiatr uniesie spódniczki i zobaczymy jakąś ładną nóżkę, albo i dwie. Don Juan był tak oczarowany pięknością dony Teresy, że nie zwracając uwagi na nieprzystojność tej mowy, podążył za don Garcią aż do bram świątyni i ujrzał, jak dwie szlachetne panienki wsiadły do karocy i opuściły plac przed kościołem, udając się na jedną z najbardziej uczęszczanych ulic. Kiedy odjechały, don Garcia, wsadzając kapelusz na bakier, zakrzyknął wesoło: — Oto mi śliczne dziewczęta! Niech mnie czart porwie, jeśli starsza nie będzie moja, nim minie dziesięć dni! A ty, czy daleko zaszedłeś z młodszą? — Jak to, czy daleko zaszedłem? — odparł don Juan naiwnie. — Ależ ja ją widzę pierwszy raz w życiu! — Dobry powód, doprawdy! — wykrzyknął don Garcia. — Czy sądzisz, że ja o wiele dawniej znam Faustę? Mimo to dziś oddałem jej bilecik, który przyjęła bardzo łaskawie. — Bilecik? Ależ nie widziałem, abyś pisał? — Mam zawsze przy sobie gotowe: byle nie wpisywać imion, nadadzą się dla wszystkich. Uważaj tylko, aby się nie zdradzić wyszczególnieniem koloru włosów albo oczu. Co do westchnień, mąk i zapałów, każda, brunetka czy blondynka, panna czy mężatka, weźmie je jednakowo za dobrą monetę. Tak gawędząc, don Garcia i don Juan znaleźli się przed domem, gdzie czekał na nich obiad. Był to prawdziwy stół studencki, bardziej obfity niż wykwintny i urozmaicony: wiele korzennych przystawek, solonego mięsiwa, same rzeczy pobudzające pragnienie. Jakoż wina było pod dostatkiem. Kilku studentów, przyjaciół don Garcii, czekało na jego przybycie. Wszyscy siedli natychmiast do stołu, i przez jakiś czas nie było słychać innych dźwięków niż chrzęst szczęk i trącanie kieliszków o szklanki. Niebawem wino wprawiło biesiadników w dobry humor i rozmowa stała się nader ożywiona. Mówiono jedynie o pojedynkach, miłostkach i figlach studenckich. Jeden opowiadał, jak oszukał swoją gospodynię, wyprowadzając się w wilię komornego. Drugi posłał do winiarza po kilka dzbanów trunku w imieniu jednego z najpoważniejszych profesorów teologii, po czym zgrabnie skierował te dzbany do swego mieszkania, zostawiając profesorowi zapłacenie rachunku, jeśli zechce. Ten pobił straże, ów za pomocą drabinki sznurowej wszedł do pokoju kochanki, mimo czujności zazdrośnika. Zrazu don Juan słuchał z niejakim zgorszeniem wszystkich tych wybryków. Stopniowo wino oraz wesołość towarzyszy rozbroiły jego skrupuły. Śmiał się z przygód, które opowiadano, a nawet zaczął zazdrościć reputacji, którą ten i ów zdobył dzięki swoich figlom i hultajstwu. Zaczynał zapominać o roztropnych zasadach, które przyniósł z sobą na uniwersytet, i przyjmować regułę kodeksu studenckiego, regułę prostą i łatwą, polegającą na tym, iż wszystko jest dozwolone wobec pillos, tzn. części rodzaju ludzkiego niezapisanej w rejestry uniwersyteckie. Student pośród pillos jest niejako w kraju nieprzyjacielskim i ma prawo poczynać sobie wobec nich jak Hebrajczycy wobec Kananejczyków. Ponieważ jednak pan corregidor mało ma, niestety, szacunku dla świętych praw uniwersyteckich i szuka okazji, jak zaszkodzić ich kapłanom, powinni zespolić się jak bracia, pomagać sobie wzajem, a zwłaszcza święcie dochowywać sekretu. Ta budująca rozmowa trwała póty, póki trwały butelki. Gdy tylko się opróżniły, wszystkie mózgownice były już w stanie osobliwie mętnym, a każdy odczuwał gwałtowną potrzebę snu. Ponieważ słońce przypiekało jeszcze z całą siłą, rozeszli się na sjestę. Don Juan wyciągnął się na łóżku u don Garcii. Zaledwie się rozłożył na skórzanym materacu, kiedy znużenie i opary winne pogrążyły go w głębokim śnie. Długi czas marzenia jego były tak dziwne i mętne, iż jedynym uczuciem, jakiego doznawał, było uczucie nieokreślonej mdłości, bez świadomości obrazu lub myśli, które mogłyby być jej przyczyną. Stopniowo zaczął czytać jaśniej w swoim śnie, jeżeli można się tak wyrazić, i zaczął śnić z pewnym sensem. Zdawało mu się, że jest w łódce na wielkiej rzece, szerszej i mętniejszej, niż kiedykolwiek bywa Gwadalkiwir w porze zimowej. Nie było ani żagla, ani wiosła, ani steru, a brzeg rzeki był pusty. Prąd podrzucał łódką tak silnie, iż sądząc z mdłości, jakich doznawał, mniemał, iż znajduje się w ujściu Gwadalkiwiru, w chwili gdy mieszczuchy sewilskie płynące do Kadyksu zaczynają odczuwać pierwsze dolegliwości morskiej choroby. Niebawem znalazł się na znacznie węższym odcinku rzeki, tak iż mógł łatwo rozejrzeć się po obu brzegach, a nawet dosięgnąć ich głosem. Wówczas pojawiły się równocześnie po obu brzegach dwie promienne postacie, które zbliżyły się, każda ze swej strony, jak gdyby spiesząc mu na pomoc. Zwrócił zrazu głowę na prawo i ujrzał starca o poważnym i surowym obliczu, z bosymi nogami, mającego za całą odzież jedynie włosiennicę. Zdawało się don Juanowi, że wyciąga do niego rękę. Spojrzawszy później na lewo, ujrzał kobietę wysokiego wzrostu, o nader szlachetnych i powabnych rysach, podającą mu wieniec z kwiatów, który trzymała w ręce. Równocześnie spostrzegł, że barka żegluje tam, gdzie on chce, bez wioseł, jedynie siłą samej jego woli. Miał przybić do lądu od strony kobiety, kiedy krzyk dochodzący z drugiego brzegu kazał mu odwrócić głowę i zbliżyć się ku tej stronie. Starzec miał oblicze jeszcze surowsze niż wprzódy. Ciało jego, na ile można było dostrzec, było okryte ranami, sine, splamione skrzepłą krwią. W jednej ręce trzymał cierniową koronę, w drugiej dyscyplinę opatrzoną kolcami. Na ten widok groza zdjęła don Juana; wrócił szybko na lewy brzeg. Zjawisko, które go tak oczarowało, wciąż tam było; włosy kobiety bujały z wiatrem, oczy płonęły nadprzyrodzonym ogniem, a zamiast wieńca trzymała w ręce miecz. Don Juan zatrzymał się chwilę, nim przybił do brzegu, i wówczas, przyglądając się baczniej, ujrzał, iż ostrze jest czerwone od krwi, a ręka nimfy również jest krwawa. Przerażony, obudził się nagle. Otworzywszy oczy, nie mógł powstrzymać krzyku na widok nagiej szpady, która lśniła o parę stóp od łóżka. Ale nie piękna nimfa trzymała tę szpadę. Don Garcia przyszedł obudzić przyjaciela i widząc koło łóżka szpadę osobliwej roboty, oglądał ją z miną znawcy. Na klindze był napis: „Dochowaj wiary”; na rękojeści, jak już wspomnieliśmy, widniał herb, nazwisko i zawołanie Maranów. — Ładną, widzę, masz szpadę, kolego — rzekł don Garcia. — Musiałeś sobie odpocząć. Zbliża się już noc, przejdziemy się nieco, a kiedy przyzwoici obywatele pójdą spać, pospieszymy, jeśli twoja wola, wyprawić serenadę dla naszych bogiń. Don Juan i don Garcia przechadzali się jakiś czas nad brzegiem Tormesu, patrząc na przechadzające się kobiety, które przybyły odetchnąć chłodem lub pokokietować spojrzeniami adoratorów. Stopniowo liczba przechodniów była coraz mniejsza, wreszcie znikli zupełnie. — Oto chwila — rzekł don Garcia — oto chwila, w której całe miasto należy do studentów. Pillos nie odważyliby się zamącić naszych niewinnych zabaw. Co się tyczy straży nocnej, to gdybyśmy przypadkiem mieli z nią wejść w jakiś zatarg, nie potrzebuję ci mówić, że tych kanalii nie ma co oszczędzać. A gdyby hultaje byli w zbytniej przewadze i trzeba nam było wziąć nogi za pas, nie obawiaj się. Znam tu każdy zaułek, bacz tylko, aby się trzymać tuż za mną, i bądź pewny, że wszystko pójdzie dobrze. Mówiąc, zarzucił płaszcz na lewe ramię, w ten sposób, aby osłonić prawie całą twarz, a zarazem zostawić wolną prawą rękę. Don Juan zrobił to samo, po czym obaj skierowali się w stronę ulicy, gdzie mieszkała dona Fausta i jej siostra. Kiedy przechodzili koło kruchty jakiegoś kościoła, don Garcia gwizdnął: ukazał się jego paź z gitarą w ręku. Don Garcia wziął gitarę i odprawił go. — Widzę — rzekł don Juan, wchodząc w ulicę Valladolid — widzę, że chcesz bym osłaniał twoją serenadę. Bądź pewien, że wywiążę się z zadania ku twemu zadowoleniu. Sewilla, moje rodzone miasto, miałaby prawo wyprzeć się mnie, gdybym nie umiał obronić ulicy od natrętów! — Nie mam zamiaru stawiać cię na straży — odparł don Garcia. — Ja mam tu swoją lubkę, ale i ty także. Każdy niech poluje na swoją zwierzynę. Pst! oto dom. Ty do tej żaluzji, ja do tej, i żywo! Don Garcia, nastroiwszy gitarę, zaintonował dość miłym głosem piosenkę, w której jak zwykle była mowa o łzach, westchnieniach itd. Nie wiem, czy on sam był jej autorem. Przy trzeciej lub czwartej zwrotce żaluzje w obu oknach podniosły się bezszelestnie i dał się słyszeć lekki kaszel. To znaczyło, że dama słucha. Muzycy ponoć nigdy nie grają wtedy, kiedy się ich prosi albo słucha. Don Garcia położył gitarę na kamiennym słupku i rozpoczął półgłosem rozmowę z jedną ze słuchaczek. Don Juan, podniósłszy oczy, ujrzał w oknie nad sobą kobietę, która przyglądała mu się z widoczną uwagą. Nie wątpił, że to jest siostra dony Fausty, ta, którą zarówno własna jego skłonność, jak i wybór przyjaciela przeznaczyły mu na panią jego myśli. Ale był jeszcze nieśmiały, niedoświadczony i nie wiedział, jak zacząć. Naraz chusteczka spadła z okna, a słodki głosik wykrzyknął: — Och, Jezu, chusteczka mi spadła! Don Juan podniósł ją natychmiast i podał na końcu szpady. Była to sposobność do nawiązania rozmowy. Głosik zaczął od podziękowania, potem spytał, czy ten tak dworny kawaler nie był przypadkiem tego rana w kościele św. Piotra. Don Juan odparł, że był i że postradał tam spokój duszy. — A to jak? — Ujrzawszy panią. Lody pękły. Don Juan był z Sewilli i znał na pamięć wszystkie mauretańskie historie, w których język miłosny jest tak bogaty. Nie mogło mu zbraknąć wymowy. Rozmowa trwała blisko godzinę. Wreszcie Teresa krzyknęła, że słyszy ojca i że trzeba kończyć. Dwaj adoratorzy nie opuścili ulicy, póki nie ujrzeli dwóch białych rączek wychylających się zza żaluzji, aby rzucić każdemu z nich po gałązce jaśminu. Don Juan poszedł spać z głową pełną rozkochanych obrazów. Don Garcia wstąpił do szynku i zabawił tam niemal do rana. Nazajutrz znowu westchnienia i serenady. To samo następnych nocy. Po przyzwoitym oporze damy zgodziły się wymienić z kochankami pukle włosów. Operacja odbyła się za pomocą sznurka, który opadł na dół, wioząc tam i z powrotem przedmioty wymiany. Don Garcia, który nie był skłonny zaspokajać się lada czym, wspomniał o drabince sznurowej lub o dorobieniu klucza, ale nazwano go zuchwalcem i propozycja została jeżeli nie odrzucona, to przynajmniej odroczona na czas nieoznaczony. Od miesiąca blisko don Juan i don Garcia gruchali dość jałowo pod oknami bogdanek. Pewnej bardzo ciemnej nocy stali na zwykłym posterunku i rozmowa trwała od jakiegoś czasu ku zadowoleniu wszystkich czworga, kiedy na rogu ulicy ukazało się kilku ludzi zawiniętych w płaszcze; część z nich miała instrumenty muzyczne. — Sprawiedliwe nieba! — wykrzyknęła Teresa — to don Christobal wyprawia nam serenadę. Oddalcie się, na miłość boską, albo też zdarzy się jakieś nieszczęście. — Nie ustąpimy nikomu tak pięknego miejsca! — wykrzyknął don Garcia i podnosząc głos, zawołał do pierwszego, który się zbliżył: — Kawalerze, miejsce jest zajęte i damy wcale sobie nie życzą waszej muzyki! Zatem, jeśli łaska, szukajcie szczęścia gdzie indziej. — To któryś z tych obwiesiów scholarów ośmiela się zagradzać nam drogę! — wykrzyknął don Christobal. — Nauczę go, czym to pachnie zalecać się do mojej damy! To mówiąc, dobył szpady. Równocześnie błysnęły szpady dwóch jego towarzyszy. Don Garcia, owijając z cudowną zręcznością płaszcz wokół ramienia, śmignął rapierem i krzyknął: — Do mnie, studenci! Ale nie było ani jednego w pobliżu. Grajkowie, lękając się zapewne o całość swoich instrumentów, uciekli, wołając straże, podczas gdy obie damy w oknie wzywały na pomoc wszystkich świętych z raju. Don Juan, który znajdował się pod oknem bliższym don Christobala, pierwszy przyjął jego impet. Przeciwnik był zręczny, i co więcej, miał w lewej ręce żelazną tarczę, której używał do parowania ciosów, podczas gdy don Juan miał tylko szpadę i płaszcz. Żywo przypierany przez don Christobala, przypomniał sobie bardzo w porę pchnięcie imć Ubertiego, swego nauczyciela szermierki. Opadł na lewą rękę, prawą zaś, kierując szpadę pod tarczę don Christobala, wbił mu ją między żebra z taką siłą, że klinga złamała się, wszedłszy w ciało na piędź głęboko. Don Christobal krzyknął i upadł zlany krwią. Podczas tej akcji, która trwała krócej niż jej opowiedzenie, don Garcia z powodzeniem bronił się przeciw dwóm wrogom, którzy ujrzawszy swego wodza na ziemi, uciekli co tchu. — A teraz nogi za pas — rzekł don Garcia — nie pora na zabawę. Bywajcie, śliczne damy. I pociągnął za sobą don Juana, przerażonego tym, co uczynił. Dwadzieścia kroków od domu don Garcia zatrzymał się, aby spytać towarzysza, co zrobił ze szpadą. — Moja szpada?! — wykrzyknął don Juan, dopiero wówczas spostrzegając, że nie ma jej w dłoni. — Nie wiem… musiałem ją zapewne upuścić. — Przekleństwo! — zawołał don Garcia. — A twoje nazwisko wyryte jest na rękojeści. Równocześnie ukazali się ludzie z pochodniami, którzy wyszli z sąsiednich domów i skupili się koło umierającego. Z drugiego końca ulicy zbliżał się szybko zbrojny oddział. Był to najwidoczniej patrol, ściągnięty wołaniem grajków i zgiełkiem walki. Don Garcia, naciągnąwszy kapelusz na oczy i okrywając płaszczem twarz, aby go nie poznano, rzucił się mimo niebezpieczeństwa w środek tego zbiegowiska, w nadziei, iż odnajdzie szpadę, która niechybnie zdradziłaby winnego. Don Juan ujrzał, jak wali na prawo i lewo, gasząc światła i wywracając wszystko, co mu stanęło w drodze. Zjawił się niebawem, biegnąc ze wszystkich sił i trzymając po szpadzie w każdej ręce. Cały patrol biegł za nim. — Ach, don Garcio — wykrzyknął don Juan, biorąc szpadę, którą ten mu podał — ileż dzięków jestem ci winien! — Zmykajmy! Zmykajmy! — wołał Garcia. — Leć za mną, a gdyby któryś z tych hultajów naciskał cię ze zbyt bliska, nawlecz go tak, jak zrobiłeś z tamtym. Po czym obaj jęli pędzić z całą szybkością, jakiej mogła im użyczyć przyrodzona krzepkość pomnożona lękiem przed panem corregidorem, urzędnikiem, który był jeszcze straszliwszy dla studentów niż dla złodziei. Don Garcia, który znał Salamankę jak pacierz, był mistrzem w kluczeniu po ulicach i gubieniu się w wąskich zaułkach, podczas gdy jego towarzysz, mniej doświadczony, z trudem dotrzymywał mu kroku. Zaczynało im brakować tchu, kiedy na rogu jakiegoś zaułka spotkali gromadkę studentów, którzy przechadzali się, śpiewając i brząkając na gitarach. Gdy tylko spostrzegli, że dwóch kamratów uchodzi przed pościgiem, pochwycili kamienie, drągi i wszelką możliwą broń. Gwardziści, zdyszani, uznali za właściwsze nie wszczynać zwady. Cofnęli się przezornie, a dwaj winowajcy schronili się, aby wytchnąć chwilę, do pobliskiego kościoła. W bramie don Juan chciał włożyć szpadę do pochwy, nie uważając za przyzwoite ani za chrześcijańskie, aby wchodzić do domu Bożego z orężem w dłoni. Ale pochwa stawiała opór, klinga wchodziła z trudnością; krótko mówiąc, spostrzegł, że szpada, którą trzymał w ręce, to nie jego szpada. W pośpiechu don Garcia chwycił pierwszą z brzegu broń, którą znalazł na ziemi; była to szpada zabitego lub kogoś z jego orszaku. Sprawa była poważna; don Juan powiadomił o tym przyjaciela, którego nawykł uważać za dobrego doradcę. Don Garcia zmarszczył brew, zagryzł wargi, zmiął rondo kapelusza i zaczął się przechadzać, podczas gdy don Juan, oszołomiony fatalnym odkryciem, był pastwą zarówno niepokoju, jak wyrzutów. Po kwadransie dumań, w czasie których don Garcia miał tyle taktu, iż ani razu nie powiedział: „Dlaczego upuściłeś szpadę?”, ujął go pod ramię i rzekł: — Chodź ze mną, już mam. W tej samej chwili wyszedł z zakrystii ksiądz i kierował się na ulicę. Don Garcia zatrzymał go. — Wszak to z uczonym licencjatem Gomezem mam zaszczyt…? — rzekł, skłoniwszy się głęboko. — Nie jestem jeszcze licencjatem — odparł ksiądz, widocznie pogłaskany tym, iż wzięto go za licencjata. — Nazywam się Manuel Tordoya, do usług pańskich. — Mój ojcze — rzekł don Garcia — jesteś właśnie tym, kogo szukałem. Chodzi o kwestię sumienia, o ile zaś mnie fama nie omyliła, ty, ojcze, jesteś autorem owego słynnego traktatu De casibus constientiae, który tyle narobił hałasu w Madrycie? Ksiądz, idąc na lep grzechu próżności, odparł zakłopotany, że nie jest autorem tego dzieła (które, po prawdzie, nigdy nie istniało), ale że wiele zajmował się podobnymi sprawami. Don Garcia, nie słuchając jego tłumaczeń, ciągnął w ten sposób: — Oto, ojcze, w kilku słowach sprawa, w której chciałbym twojej rady. Jednego z moich przyjaciół dziś przed godziną dopadł na ulicy jakiś człowiek i rzekł: „Kawalerze, mam się bić o parę kroków stąd. Mój przeciwnik ma szpadę dłuższą niż ja. Zechciej mi pożyczyć swojej szpady, iżby broń była równa”. Mój przyjaciel zamienia z nim szpadę. Czeka przez chwilę na rogu, aż walka się skończy. Nie słysząc już szczęku oręża, zbliża się. Cóż widzi? Martwe ciało, przeszyte tą samą szpadą, którą właśnie pożyczył. Od tej chwili rozpacza, wyrzuca sobie swoją uczynność, lęka się, iż dopuścił się śmiertelnego grzechu. Co do mnie, staram się go uspokoić; sądzę, iż to jest grzech jedynie powszechni, zważywszy, że gdyby nie użyczył szpady, byłby przyczyną, iż ci dwaj ludzie biliby się nierówną bronią. Co ty o tym myślisz, ojcze? Czy nie jesteś mego zdania? Ksiądz, który był młodym jeszcze kazuistą, nastawił uszy i wodził ręką po czole jak człowiek, który szuka cytatu. Don Juan nie wiedział, dokąd don Garcia zmierza, ale nic nie mówił, bojąc się popełnić jakąś gafę. — Mój ojcze — ciągnął Garcia — rzecz jest snadź bardzo drażliwa, skoro tak wielki uczony jak ty waha się ją rozstrzygnąć. Jutro, jeżeli pozwolisz, wrócimy, aby się poznać twoją opinię. Tymczasem, proszę, zechciej sam odprawić lub każ odprawić kilka mszy za duszę zmarłego. To mówiąc, wsunął parę dukatów w rękę księdza, co go do reszty życzliwie nastroiło do młodych ludzi tak nabożnych, tak skrupulatnych, a zwłaszcza tak szczodrych. Przyrzekł, iż nazajutrz w tym samym miejscu da im swoją opinię na piśmie. Don Garcia rozwiódł się w podziękowaniach, po czym dodał niedbałym tonem, jak coś, co nie ma wielkiego znaczenia: — Byle tylko sądy nie chciały nas pociągnąć do odpowiedzialności za tę śmierć! Na ciebie liczymy, ojcze, iż pojednasz nas z Bogiem. — Co się tyczy sądów — rzekł ksiądz — nie macie czego się lękać. Przez to, że tylko pożyczył swojej szpady, przyjaciel twój nie jest wobec prawa wspólnikiem. — Tak, ojcze, ale morderca uciekł… Zbadają ranę, znajdą może zakrwawioną szpadę… czy ja wiem co? Ci sędziowie to podobno straszni ludzie. — Wszakże — rzekł ksiądz — pan był świadkiem, że szpada była pożyczona? — Oczywiście — odparł don Garcia — mogę to stwierdzić przed wszystkimi trybunałami w całym królestwie. Zresztą — dodał podstępnie — ty sam, ojcze, będziesz mógł dać świadectwo prawdzie. Zanim jeszcze ta sprawa była komukolwiek znana, zgłosiliśmy się wszak do ciebie, aby zasięgnąć twej duchownej rady. Mógłbyś nawet, ojcze, zaświadczyć wymianę… A oto dowód. Wziął szpadę z rąk don Juana. — Spójrz, ojcze, na tę szpadę — rzekł — czyż ona nadaje się do tej pochwy! Ksiądz skinął głową jak człowiek przekonany o wiarygodności historii, którą mu opowiadano. Ważył w milczeniu dukaty w dłoni i wciąż znajdował w nich nieprzeparty argument na korzyść młodzieńców. — Zresztą, ojcze — rzekł don Garcia tonem wysoce nabożnym — cóż nam świecka sprawiedliwość? Nam chodzi o pojednanie z niebem. — Do jutra, moje dzieci — rzekł ksiądz, odchodząc. — Do jutra — odparł don Garcia — całujemy ci ręce, ojcze, i liczymy na ciebie. Kiedy ksiądz odszedł, don Garcia podskoczył z radości. — Niech żyje symonia! — krzyknął. — Poprawiła się nasza sytuacja, jak sądzę. Jeżeli sądy się nami zajmą, ten dobry ojciec w zamian za dukaty, które już dostał, i te, które się spodziewa od nas wyłudzić, gotów będzie zaświadczyć, że jesteśmy w tej sprawie niewinniejsi niż nowo narodzone dziecię. Idź teraz do siebie, miej się na baczności i nie otwieraj, póki się dobrze nie upewnisz komu. Ja przejdę się nieco po mieście, dowiem się, co słychać. Znalazłszy się w swoim pokoju, Don Juan rzucił się w ubraniu na łóżko. Całą noc nie zmrużył oka, myślał wciąż o morderstwie, które popełnił, a zwłaszcza o jego następstwach. Za każdym razem, kiedy usłyszał na ulicy odgłos ludzkich kroków, wyobrażał sobie, że to straż przychodzi go uwięzić. Mimo to tak był zmęczony i głowę miał jeszcze tak ciężką po owym studenckim obiedzie, że usnął dopiero o wschodzie słońca. Spał już od kilku godzin, kiedy obudził go służący, oznajmiając, iż jakaś zakwefiona dama chce z nim mówić. Równocześnie niemal dama weszła do pokoju. Była zawinięta od stóp do głów w duży czarny płaszcz, spod którego widać było tylko jedno oko. Zwróciła to oko kolejno to na służącego, to na don Juana, jak gdyby prosząc go o rozmowę bez świadków. Służący wyszedł. Dama usiadła, mierząc don Juana wzrokiem z wielką uwagą. Po chwili milczenia zaczęła w te słowa: — Szlachetny kawalerze, postępek mój może pana zdziwić i musisz mieć o mnie z pewnością liche mniemanie, ale gdyby ktokolwiek znał pobudki, które mnie tu sprowadzają, nie potępiłby mnie z pewnością. Pojedynkowałeś się wczoraj z jednym z tutejszych kawalerów… — Ja, pani?! — wykrzyknął don Juan, blednąc. — Nie wychodziłem z tego pokoju… — Zbyteczne udawać przede mną. Chcę ci dać przykład szczerości. To mówiąc, rozchyliła płaszcz i don Juan poznał donę Teresę. — Szlachetny don Juanie — ciągnęła, oblewając się rumieńcem — muszę ci wyznać, że dzielność twoja zjednała ci najżywszy mój współudział. Spostrzegłam mimo mego zmieszania, że szpada twoja złamała się i że ją porzuciłeś w pobliżu naszej bramy. W chwili gdy wszyscy tłoczyli się koło rannego, zeszłam i podniosłam rękojeść twej broni. Oglądając ją, wyczytałam twoje nazwisko i zrozumiałam, w jakim byłbyś niebezpieczeństwie, gdyby się dostała w ręce twoich wrogów. Oto ona, szczęśliwa jestem, że ci ją mogę oddać. Rzecz prosta, że don Juan upadł jej do nóg, rzekł, iż winien jej jest życie, ale że jest to dar bezużyteczny wobec tego, iż przyjdzie mu umrzeć z miłości. Donie Teresie było spieszno, chciała bezzwłocznie odejść; słuchała jednak don Juana z taką rozkoszą, iż nie mogła się zdobyć na rozstanie. Godzina blisko upłynęła w ten sposób, cała wypełniona przysięgami wiecznej miłości, całowaniem rąk, prośbami z jednej strony, słabą odmową z drugiej. Nagłe wejście don Garcii przerwało to sam na sam. Nie był to człowiek, który by się zgorszył czymś podobnym. Pierwszym jego staraniem było uspokoić donę Teresę. Pochwalił wielce jej odwagę, jej przytomność umysłu, i w końcu prosił, aby zechciała się wstawić za nim do siostry i wyjednała mu łaskawsze przyjęcie. Dona Teresa przyrzekła wszystko, czego żądał, owinęła się szczelnie w płaszcz i odeszła, przyrzekłszy znaleźć się wraz z siostrą jeszcze tego wieczora na przechadzce w umówionym miejscu. — Wszystko jak najlepiej — rzekł don Garcia, skoro zostali sami. — Nikt cię nie podejrzewa. Corregidor, który ma mnie na wątrobie, uczynił mi ten zaszczyt, iż zrazu pomyślał o mnie. Przekonany był, powiadał, że to ja zabiłem don Christobala. Czy wiesz, co go odwiodło od tej myśli? To, że mu powiedziano, iż cały wieczór spędziłem z tobą. Masz, mój chłopcze, reputację takiej świętości, że możesz nią obdzielać drugich. W każdym razie nikt nie myśli o nas. Spryt tej dzielnej Tereni oszczędził nam obaw na przyszłość, zatem nie troszczmy się już o to i myślmy wyłącznie o zabawie. — Ach, Garcio — wykrzyknął z żalem don Juan — to bardzo smutna rzecz zabić swojego bliźniego! — Jest inna, jeszcze smutniejsza — odparł don Garcia — to kiedy bliźni nas zabije, a trzecia, przewyższająca smutkiem tamte obie, to spędzić dzień bez obiadu. Dlatego też zapraszam cię dziś na obiad wraz z kilkoma chwatami, którzy będą uszczęśliwieni z twego towarzystwa. To mówiąc, wyszedł. Miłość przygłuszyła już znacznie wyrzuty naszego bohatera. Próżność zdławiła je do reszty. Studenci, których spotkał na obiedzie u don Garcii, dowiedzieli się od niego, kto był prawdziwym zabójcą don Christobala. Don Christobal był kawalerem słynnym z odwagi i zręczności, postrachem studentów, toteż śmierć jego mogła ich tylko ucieszyć, a jego szczęśliwego przeciwnika obsypano powinszowaniami. Wedle ich głosów, don Juan był chlubą, kwiatem, ramieniem uniwersytetu. Wypili z zapałem jego zdrowie, a pewien student z Murcji zaimprowizował sonet, w którym porównywał go do Cyda i Bernarda del Carpio. Wstając od stołu, don Juan czuł jeszcze niejaki ciężar na sercu, ale gdyby miał moc wskrzeszenia don Christobala, wątpliwe, czy byłby to uczynił, obawiał się bowiem postradania czci i chluby, jaką ta śmierć zjednała mu na całym uniwersytecie w Salamance. Z nadejściem wieczoru obie strony zjawiły się punktualnie na schadzce, której miejscem było wybrzeże rzeki Tormes. Dona Teresa ujęła za rękę don Juana (nie podawano jeszcze wówczas ręki kobietom), a dona Fausta don Garcię. Po krótkiej przechadzce obie pary rozstały się bardzo rade z wieczoru, z obietnicą nieponiechania żadnej sposobności ujrzenia się znowu. Pożegnawszy się ze swymi damami, młodzi ludzie natknęli się na kilka Cyganek, tańczących w takt bębenków wśród gromadki scholarów. Przyłączyli się do nich. Tancerki spodobały się don Garcii, który postanowił zabrać je na wieczerzę. Zaprosiny spotkały się z wdzięcznym przyjęciem. Don Juan, jako fidus Achates, musiał brać udział w hulance. Jedna z Cyganek powiedziała mu, że wygląda na młodego klasztornego braciszka. Podrażniony tym, silił się dowieść czynem, że takie miano do niego nie pasuje: tańczył, grał i pił co najmniej za dwóch. Z trudem doprowadzono go do domu po północy. Był mocno pijany i tak wściekły, iż chciał podpalić Salamankę i wypić cały Tormes, aby nie dopuścić ugaszenia pożaru. Tak oto don Juan tracił jeden po drugim wszystkie szczęśliwe przymioty, jakie dała mu natura i wychowanie. Po trzech miesiącach pobytu w Salamance, pod kierunkiem don Garcii, uwiódł biedną Teresę. Jego towarzysz dokonał swego dzieła jakiś tydzień wcześniej. Zrazu don Juan kochał swą lubą całym uczuciem, jakie chłopiec w jego wieku ma dla pierwszej kobiety, która mu się oddała, ale don Garcia dowiódł mu bez trudu, że stałość to urojona cnota. Wytłumaczył mu, co więcej, że jeżeli zechce się na orgiach uniwersyteckich odróżniać od swych towarzyszy, wyda tym samym na szwank dobrą sławę Teresy. Albowiem, mówił, jedynie miłość bardzo namiętna i uwieńczona tryumfem zaspokaja się jedną kobietą. Zresztą liche towarzystwo, w jakim don Juan utonął, nie zostawiało mu chwili spokoju. Ledwie pojawiał się na wykładach lub też, wycieńczony bezsennością i rozpustą, drzemał na uczonych lekcjach najznakomitszych profesorów. W zamian za to był zawsze pierwszy i ostatni na promenadzie. Co się zaś tyczy nocy, to spędzał ją regularnie w szynku lub jeszcze gorzej, jeżeli nie mogła mu jej poświęcić dona Teresa. Pewnego razu otrzymał od swej damy liścik oznajmiający mu z żalem, iż naznaczona na tę noc schadzka jest niemożliwa. Sędziwej krewnej przybyłej do Salamanki oddano pokój Teresy, która miała spać w komnacie matki. Zawód ten bardzo umiarkowanie obszedł don Juana, który nie miewał kłopotów ze spędzaniem wieczorów. W chwili gdy wychodził z domu, zaprzątnięty swymi projektami, zakwefiona kobieta oddała mu bilecik: znowu od dony Teresy. Udało się jej uzyskać inny pokój i wraz z siostrą wszystko przygotowała do schadzki. Don Juan pokazał bilecik don Garcii. Wahali się jakiś czas, następnie, machinalnie i jakby z nawyku, wdrapali się na balkon swych bogdanek i zostali u nich na noc. Dona Teresa miała na piersi dość pokaźne znamię. Było olbrzymią łaską, kiedy don Juan otrzymał pierwszy raz pozwolenie oglądania go. Przez jakiś czas wydawało mu się ono najbardziej uroczą rzeczą w święcie. To porównywał je do fiołka, to do anemonu, to do kwiatu lucerny. Ale niebawem to znamię — które było w istocie bardzo ładne — kiedy się nasycił, przestało mu się podobać. — Ot, wielka czarna plama, i tyle — mówił, wzdychając. — Szkoda, że jest tak zeszpecona. Pfuj, to przypomina wieprzową skórę na słoninie. Niech kaduk porwie to znamię! Jednego dnia spytał Teresę, czy radziła się lekarza, jak je usunąć. Na co biedna panienka odpowiedziała, czerwieniąc się po białka, że nie ma w świecie mężczyzny, oprócz niego, który by widział tę plamę. Zresztą niańka mówiła jej, że takie znamię przynosi szczęście. Pewnego wieczora, don Juan, przybywszy na schadzkę w dość kwaśnym humorze, ujrzał znowu to znamię, które mu się wydało większe niż poprzednio. „Toż to żywy obraz dużego szczura — mówił sam do siebie, przyglądając się plamie. — Doprawdy, to potworne! To piętno przekleństwa, podobne do tego, którym naznaczono Kaina. Trzeba oszaleć, aby utrzymywać stosunki z podobną kobietą”. Był przykry do ostatnich granic. Dokuczał bez powodu biednej Teresie, która się rozpłakała, i opuścił ją o świcie bez jednego pocałunku. Don Garcia, który wyszedł wraz z nim, kroczył jakiś czas w milczeniu, po czym zatrzymał się nagle i rzekł: — Przyznaj, don Juanie, żeśmy się porządnie wynudzili tej nocy. Co do mnie, już mi to kością w gardle staje i mam wielką ochotę wyprawić moją księżniczkę do stu diabłów! — Głupstwo byś zrobił — rzekł don Juan. — Fausta to urocze stworzenie, biała jak łabędź i zawsze w dobrym humorze. A przy tym tak się kocha! Doprawdy, jesteś bardzo szczęśliwy. — Biała jest, to prawda. Przyznaję, że jest biała, ale nie ma kolorów, przy siostrze wydaje mi się niby sowa przy gołębicy. To ty jesteś szczęśliwy. — Tak sobie — odparł don Juan. — Ta mała jest milutka, ale to dziecko. Nie można się z nią rozsądnie dogadać. Głowę ma pełną romansów rycerskich i wytworzyła sobie o miłości najdziwaczniejsze pojęcia. Nie masz wprost wyobrażenia o jej wymaganiach. — Bo jesteś za młody, Juanku, i nie umiesz sobie ułożyć kochanki. Kobieta, widzisz, to jak koń. Jeśli jej pozwolisz nabrać złych narowów, jeśli jej nie wpoisz przekonania, że nie darujesz jej najlżejszego kaprysu, nigdy z niej nic nie zrobisz. — Powiedz mi, don Garcio, czy ty naprawdę traktujesz swoje kochanki tak jak swoje konie? Czy często używasz pręta, aby przepędzić ich kaprysy? — Rzadko, ale ja jestem za dobry. Posłuchaj: czy chcesz mi ustąpić Teresy? Przyrzekam, że w ciągu dwóch tygodni będzie giętka jak rękawiczka. Ofiaruję ci w zamian Faustę. Czy mam jeszcze wydać resztę? — Handel byłby niezły — rzekł don Juan z uśmiechem — gdyby i nasze damy zgodziły się na to. Ale dona Fausta nie ustąpi cię nigdy. Zbyt wiele straciłaby na zamianie. — Jesteś zbyt skromny, ale uspokój się. Tak ją pognębiłem wczoraj, że pierwszy z brzegu będzie dla niej po mnie jak anioł z nieba dla potępieńca. Czy wiesz, don Juanie — ciągnął don Garcia — że ja mówię bardzo serio? A don Juan śmiał się do rozpuku z powagi, z jaką przyjaciel wygłaszał te szaleństwa. Tę budującą rozmowę przerwało nadejście paru studentów; myśli pobiegły innym torem. Gdy nadszedł wieczór i dwaj przyjaciele zasiedli przy butelce, don Juan znów zaczął się uskarżać na kochankę. Otrzymał właśnie list od dony Fausty, pełen serdecznych słów i tkliwych wymówek, poprzez które przebijał jej miły dowcip i jej nawyk ujmowania każdej rzeczy z komicznej strony. — Ot — rzekł don Garcia, podając list don Juanowi i ziewając szeroko — przeczytaj ten piękny kawałek. Znowu schadzka na dziś wieczór, ale niech mnie czarci porwą, jeżeli pójdę! Don Juan przeczytał list, który mu się wydał czarujący. — W istocie — rzekł — gdybym miał kochankę taką jak twoja, jedynym mym staraniem byłoby uczynić ją szczęśliwą. — Bierz ją tedy, mój chłopcze — wykrzyknął don Garcia — bierz ją, nasyć się nią do woli! Przelewam na ciebie swoje prawa. Zróbmy lepiej — dodał, wstając jak gdyby olśniony nagłym natchnieniem — zagrajmy o nasze kochanki. Oto karty. Zróbmy partię lombra. Stawiam donę Faustę, ty dawaj na stół donę Teresę. Don Juan, śmiejąc się do łez z konceptu towarzysza, wziął karty i potasował. Mimo że prawie zupełnie nie uważał przy grze, wygrał. Don Garcia, bynajmniej nie zmartwiony przegraną, zażądał pióra i inkaustu i sporządził coś w rodzaju obligu na imię dony Fausty, której zalecał oddać się do rozporządzenia okaziciela, zupełnie tak, jakby zlecał swemu intendentowi wyliczyć sto dukatów któremuś z wierzycieli. Don Juan, śmiejąc się ciągle, oferował don Garcii rewanż. Ale ten odmówił. — Jeżeli masz nieco odwagi — rzekł — weź mój płaszcz i udaj się do wiadomej furtki. Zastaniesz tam tylko Faustę, gdyż Teresa się ciebie nie spodziewa. Idź za nią bez słowa. Kiedy już będziesz w jej pokoju, być może dozna chwilowego zdziwienia, może nawet uroni parę łez, ale niech cię to nie kłopoce. Bądź pewien, że nie ośmieli się krzyczeć. Pokaż jej wówczas mój list. Powiedz, że jestem ohydnym, zbrodniarzem, potworem, czym ci się żywnie podoba; że ma łatwy i szybki sposób zemszczenia się, i bądź pewien, że ta zemsta wyda się jej bardzo słodka. Z każdym słowem don Garcii diabeł zatapiał głębiej pazury w serce don Juana i szeptał mu, że to, co uważał dotąd za czczy żart, mógłby się dla niego skończyć w nader przyjemny sposób. Przestał się śmiać; rumieniec żądzy ubarwił mu czoło. — Gdybym był pewny — rzekł — że Fausta zgodzi się na zamianę… — Czy się zgodzi?! — wykrzyknął bezecnik. — Co z ciebie za żółtodziób, mój kamracie, aby myśleć, że kobieta może się wahać pomiędzy kochankiem dawnym a nowym! Wierz mi, podziękujecie mi oboje jutro, nie wątpię o tym, a jedyna nagroda, o którą cię proszę, to, abyś mi pozwolił w zamian umizgnąć się do Teresy. Następnie, widząc, że don Juan jest już niemal przekonany, rzekł: — Namyśl się. Co do mnie bowiem, nie pójdę do Fausty dziś wieczór. Jeżeli ty jej nie chcesz, dam ten bilecik grubemu Fadrykowi, on skorzysta z gratki. — Na honor, niech się dzieje co chce! — wykrzyknął don Juan, chwytając bilecik, i aby sobie dodać odwagi, wychylił duszkiem szklanicę wina. Pora schadzki zbliżała się. Don Juan, którego wstrzymywała jeszcze resztka sumienia, pił na umór, aby się zagłuszyć. Wreszcie zegar wydzwonił godzinę. Don Garcia zarzucił swój płaszcz na ramiona don Juana i zaprowadził go aż do furtki; po czym, dawszy umówiony znak, życzył mu dobrej nocy i oddalił się bez najmniejszego wyrzutu z przyczyny łajdactwa, które popełnił. Natychmiast drzwiczki otworzyły się. Dona Fausta już czekała od pewnego czasu. — Czy to ty, don Garcio? — spytała cicho. — Tak — odparł don Juan jeszcze ciszej, z twarzą ukrytą w obszernych fałdach płaszcza. Skoro drzwi się za nim zamknęły, zaczął wstępować po ciemnych schodach za swoją przewodniczką. — Chwyć skraj mojej mantylki — rzekła — i idź za mną najciszej, jak zdołasz. W kilka chwil znalazł się w izdebce Fausty. Jedna lampka oświecała ją słabym blaskiem. Zrazu don Juan, nie zdejmując płaszcza ani kapelusza, stał w miejscu, tuż przy drzwiach, nie śmiejąc odsłonić twarzy. Dona Fausta patrzała na niego jakiś czas bez słowa, po czym podeszła, wyciągając ramiona. Wówczas don Juan, odrzucając płaszcz, powtórzył jej gest. — Jak to, to pan, don Juanie?! — wykrzyknęła. — Czy don Garcia chory? — Chory? Nie — odparł don Juan. — Ale nie może przyjść. Przysłał mnie na swoje miejsce. — Och, co za przykrość! Ale powiedzcie mi, wszak to nie inna kobieta broni mu przyjść? — Znasz pani zatem jego słabostki?… — Och, jakże siostra ucieszy się z pańskiego przybycia! Biedna mała! Myślała, że pan nie przyjdzie… Pozwól, don Juanie, pójdę ją uwiadomić. — Nie trzeba. — Pan masz jakąś dziwną minę, don Juanie…. Ty masz dla mnie jakąś złą wiadomość… Mów, czy don Garcii zdarzyło się jakie nieszczęście? Aby sobie oszczędzić kłopotliwej odpowiedzi, don Juan podał biednej dziewczynie ohydny bilecik don Garcii. Przeczytała spiesznie, ale zrazu nie zrozumiała. Odczytała jeszcze raz, nie mogąc uwierzyć oczom. Don Juan przyglądał się jej z uwagą; widział, jak na przemian wodzi ręką po czole, przeciera oczy, wargi jej drżą, śmiertelna bladość okrywa twarz. Musiała oburącz trzymać papier, żeby nie upadł na ziemię. Wreszcie, zrywając się rozpaczliwym wysiłkiem, zawołała: — To wszystko kłamstwo! To okropny fałsz! Don Garcia nigdy tego nie napisał! Don Juan odparł: — Znasz jego pismo. Nie umiał docenić skarbu, który posiadał… a ja przyjąłem, bo cię ubóstwiam. Obrzuciła go spojrzeniem najgłębszej wzgardy i zaczęła odczytywać list z uważnością adwokata, który podejrzewa sfałszowanie aktu. Oczy jej, nadmiernie rozszerzone, wlepione były w papier. Od czasu do czasu spod nieruchomej powieki wymykała się duża łza i spadała, spływając po licu. Naraz uśmiechnęła się uśmiechem obłąkanej i krzyknęła: — To żart, prawda, to żart? Don Garcia jest tu, zaraz przyjdzie!… — To nie żart, Fausto. Nic prawdziwszego nad miłość moją do ciebie. Byłbym bardzo nieszczęśliwy, gdybyś mi nie uwierzyła. — Nędzniku! — wykrzyknęła dona Fausta. — Ależ jeżeli mówisz prawdę, jesteś jeszcze większym zbrodniarzem niż don Garcia. — Miłość usprawiedliwia wszystko, piękna Faustynko. Don Garcia porzuca cię, weź mnie na pocieszenie. Widzę oto na tym płótnie Bachusa i Ariadnę, pozwól mi być twoim Bachusem. Nie odpowiadając ani słowa, chwyciła ze stołu nóż i trzymając go nad głową, postąpiła ku don Juanowi. Ale on spostrzegł ruch, chwycił ją za rękę, rozbroił ją bez trudu, po czym uważając, że ma prawo ukarać ją za ten nieprzyjacielski krok, ucałował ją kilkakrotnie i chciał pociągnąć w stronę kanapki. Dona Fausta była wątła i delikatna, ale gniew dodał jej sił. Opierała się don Juanowi, to czepiając się mebli, to broniąc się rękami, nogami i zębami. Zrazu don Juan zniósł kilka ciosów z uśmiechem, ale niebawem gniew zawrzał w nim równie silnie jak miłość. Przydusił silnie Faustę, nie lękając się uszkodzić jej delikatnej skóry. Był niby podrażniony zapaśnik, który chce za wszelką cenę pokonać przeciwnika, gotów udusić go, jeśli trzeba, byle zwyciężyć. Wówczas Fausta uciekła się do ostatniej broni, jaka jej została. Aż dotąd uczucie wstydu broniło jej wołać pomocy, ale widząc, iż za chwilę może być pokonana, napełniła dom swoim krzykiem. Don Juan zrozumiał, że nie chodzi już o posiadanie ofiary i że przede wszystkim powinien myśleć o swoim bezpieczeństwie. Chciał odepchnąć Faustę i dostać się do drzwi, ale ona czepiała się jego ubrania, nie mógł się uwolnić. Równocześnie dał się słyszeć gwałtowny hałas otwieranych drzwi; kroki i głosy zbliżały się, nie było chwili do stracenia. Zebrał wszystkie siły, aby odtrącić od siebie donę Faustę, ale trzymała go za kaftan z taką siłą, że okręcił się jedynie, nie zyskując nic prócz zmiany pozycji. Fausta znalazła się od strony drzwi, które otwierały się do wewnątrz. Ciągle krzyczała. W tej samej chwili drzwi otwarły się; w progu zjawił się człowiek z muszkietem w ręku. Wydał okrzyk zdumienia, po którym zaraz nastąpił wystrzał. Lampa zgasła, don Juan uczuł, że ręce dony Fausty zwolniły uścisk i że coś ciepłego i mokrego spływa po jego dłoniach. Padła lub raczej osunęła się na podłogę; kula strzaskała jej krzyże; ojciec zabił ją zamiast gwałciciela. Don Juan, czując się wolny, rzucił się ku drzwiom poprzez dym muszkietu. W drodze otrzymał uderzenie kolbą od ojca i pchnięcie szpadą od lokaja, ale żaden z tych ciosów nie wyrządził mu wielkiej szkody. Dobywszy szpady, próbował przebić sobie drogę i zgasić światło, które niósł lokaj. Przerażony jego natarciem sługa cofnął się. Alonso de Ojeda, człowiek krewki i nieustraszony, rzucił się bez wahania na don Juana. Ten odbił kilka ciosów, bez wątpienia mając zrazu zamiar jedynie się bronić. Jednak biegłość w szermierce sprawia, iż riposta po sparowaniu staje się ruchem machinalnym i niemal bezwolnym. Po krótkiej walce ojciec dony Fausty wydał głębokie westchnienie i padł śmiertelnie ranny. Don Juan, mając wolne przejście, pomknął jak strzała na schody, stamtąd ku furtce, którą wybiegł w mgnieniu oka na ulicę, nie ścigany przez służbę, która skupiła się koło umierającego pana. Dona Teresa, która nadbiegła na huk muszkietu, widziała tę straszną scenę i padła zemdlona obok ojca. Znała jedynie połowę swego nieszczęścia. Don Garcia kończył właśnie ostatnią butelkę, kiedy don Juan, blady, okryty krwią, z błędnymi oczyma, podartym płaszczem i przekręconym rabatem, wpadł do pokoju i rzucił się zdyszany na fotel, nie mogąc wymówić słowa. Tamten zrozumiał natychmiast, że zaszło coś poważnego. Pozwolił don Juanowi odetchnąć, po czym spytał o szczegóły; w mgnieniu oka pojął wszystko. Don Garcia, który niełatwo tracił opanowanie, wysłuchał bez mrugnięcia okiem bezładnej opowieści swego przyjaciela. Następnie napełnił szklankę i podając mu ją, rzekł: — Pij, potrzebujesz tego. Głupia sprawa — dodał, napiwszy się sam. — Zabić ojca to nie byle co… Hm, bywały tego przykłady, zacząwszy od Cyda. Najgorsze, że nie masz pięciuset ludzi, ubranych na biało, samych twoich krewniaków, którzy by cię ochronili przed strażą miejską i krewnymi nieboszczyka… Zajmijmy się wprzód tym, co najpilniejsze… Przeszedł parę razy po pokoju, jakby dla zebrania myśli. — Zostać w Salamance — podjął — po takiej awanturze to by było szaleństwo. Don Alonso de Ojeda to nie byle szlachetka, przy tym służba musiała cię poznać. Przypuśćmy na chwilę, że cię nie poznano; zyskałeś sobie obecnie na uniwersytecie tak pochlebną reputację, że nie zawahają się przypisać ci tej bezimiennej zbrodni. Wierz mi, trzeba zmykać, i to im prędzej, tym lepiej. Nabyłeś tu trzy razy więcej nauki, niż to przystało szlachcicowi z dobrego domu. Zostaw Minerwę i popróbuj trochę Marsa; to ci lepiej posłuży, masz wszystkie warunki po temu. Biją się we Flandrii. Chodźmy tłuc heretyków; to najlepszy sposób, aby okupić nasze grzeszki na tym świecie. Amen! Kończę jak na kazaniu. Słowo „Flandria” podziałało na don Juana magicznie. Miał uczucie, że opuścić Hiszpanię to znaczy uciec przed samym sobą. Wśród trudów i niebezpieczeństw wojennych nie będzie miał czasu na wyrzuty. — Do Flandrii, do Flandrii! — wykrzyknął. — Chodźmy tłuc się we Flandrii! — Z Salamanki do Brukseli to kawał drogi — odparł poważnie don Garcia — a w twoim położeniu nie można zwlekać ani godziny. Pamiętaj, że jeżeli pan corregidor cię złapie, trudno ci będzie odbyć kampanię inaczej niż na galerach Jego Królewskiej Mości. Naradziwszy się kilka chwil z przyjacielem, don Juan szybko zrzucił z siebie suknie studenta. Przywdział skórzany kaftan, taki jak wówczas nosili żołnierze, kapelusz z dużym rondem i nie omieszkał wypchać pasa tyloma dukatami, ile ich tylko don Garcia mógł dostarczyć. Wszystkie te przygotowania zajęły ledwie kilka minut. Puścił się w drogę pieszo, wyszedł z miasta nierozpoznany przez nikogo i szedł całą noc i cały ranek, póki skwar słoneczny nie zmusił go do spoczynku. W pierwszym mieście, które napotkał, kupił konia i przyłączywszy się do gromadki podróżnych, dotarł bez przeszkód do Saragossy. Tam został kilka dni pod mianem don Juana Carrasco. Don Garcia, który opuścił Salamankę dzień po nim, puścił się inną drogą i spotkał się z nim w Saragossie. Nie zabawili tam długo. Pomodliwszy się bardzo spiesznie przed ołtarzem cudownej Matki Boskiej (nie bez spozierania przy tym na aragońskie piękności), obaj, każdy mając przy boku tęgiego sługę, udali się do Barcelony, gdzie wsiedli na statek do Civitavecchia. Zmęczenie, morska choroba, nowość krajobrazu i wrodzona płochość don Juana — wszystko złożyło się na to, by dać mu zapomnieć o straszliwych scenach, które zostawił za sobą. Przez kilka miesięcy uciechy, jakie dwaj przyjaciele poznali we Włoszech, sprawiły, że zaniedbali główny cel podróży, ale skoro w sakiewce zaczęło się przerzedzać, przyłączyli się do gromadki rodaków, jak oni dzielnych i niebogatych w złoto, i puścili się do Niemiec. Kiedy przybyli do Brukseli, każdy zaciągnął się do kompanii kapitana, który mu przypadł do serca. Dwaj przyjaciele postanowili rozpocząć służbę pod rozkazami don Manuela Gomare, najpierw ponieważ był rodem z Andaluzji, po wtóre ponieważ miał opinię, że wymaga od żołnierzy jedynie odwagi i dobrze wyostrzonej broni, poza tym patrząc przez palce na kwestie dyscypliny. Zachwycony ich dzielnym wyglądem, kapitan obchodził się z nimi dobrze i w myśl ich pragnień, to znaczy używał ich we wszystkich niebezpiecznych okazjach. Los im sprzyjał: tam gdzie wielu kamratów znalazło śmierć, tam oni nie otrzymali nawet rany i zwrócili na siebie uwagę generałów. Uzyskali stopień chorążych jednego i tego samego dnia. Z tą chwilą, pewni szacunku i życzliwości przełożonych, wyznali swoje prawdziwe nazwiska i podjęli zwyczajny tryb życia, to znaczy trawili dzień na grze lub pijaństwie, a noc na serenadach, wyprawianych dla najpiękniejszych kobiet w miasteczku, w którym mieli leże zimowe. Otrzymali przebaczenie rodziców, co ich wzruszyło dość średnio, oraz przekazy na bankierów w Antwerpii. Zrobili z nich dobry użytek. Byli młodzi, bogaci, dzielni i przedsiębiorczy, toteż podboje ich były liczne i szybkie. Nie będę się rozwodził nad szczegółami; niech wystarczy czytelnikowi, iż gdy tylko ujrzeli ładną kobietę, wszystkie sposoby były im dobre, aby ją zdobyć. Przyrzeczenia, przysięgi były jedynie igraszką dla tych niecnych rozpustników, a jeżeli braciom lub mężom nie podobało się ich postępowanie, mieli jako odpowiedź dla nich szpady z dobrej stali i serca bez litości. Wiosną wojna rozpoczęła się na nowo. W potyczce, która okazała się nieszczęśliwa dla Hiszpanii, kapitan Gomare otrzymał śmiertelną ranę. Don Juan, który widział, jak pada, podbiegł ku niemu i zawołał kilku żołnierzy, aby go unieśli, ale dzielny kapitan, zbierając resztkę sił, rzekł: — Pozwólcie mi tu umrzeć, czuję, że to już koniec. Tu czy o pół mili dalej, wszystko jedno. Zachowaj swoich żołnierzy. Będą mieli dość zajęcia, widzę Holendrów, którzy zbliżają się tu w znacznej sile. — Dzieci — rzekł do żołnierzy, którzy krzątali się koło niego — skupcie się koło sztandarów i nie troszczcie się o mnie. W tej chwili nadbiegł don Garcia i spytał go, czy nie ma jakiejś ostatniej woli, którą by należało wykonać po jego śmierci. — Czegóż, u licha, chcesz, abym pragnął w takiej chwili?… Zdawał się namyślać chwilę. — Nigdy dużo nie myślałem o śmierci — podjął — i nie sądziłem, aby była tak bliska… Dosyć rad byłbym mieć tutaj jakiegoś księdza… Ale wszystkie nasze mnichy są przy taborach… Ciężko jest człowiekowi umierać bez spowiedzi! — Oto mój brewiarz — rzekł don Garcia, podając mu manierkę z winem. — Zaczerpnij w nim otuchy. Oczy starego żołnierza zasnuwały się już mgłą. Nie zwrócił uwagi na koncept don Garcii, ale wiarusy, które go otaczały, były mocno zgorszone. — Don Juanie — rzekł umierający — zbliż się, moje dziecko. Podejdź, czynię cię moim spadkobiercą. Weź tę sakiewkę, zawiera wszystko, co posiadam; lepiej, żeby się dostała tobie niż tym heretykom. Jedyna rzecz, o którą cię proszę, to abyś kazał odprawić kilka mszy za spokój mojej duszy. Don Juan przyrzekł, ściskając mu rękę, podczas gdy don Garcia zwracał mu po cichu uwagę, jaka różnica zachodzi między poglądami człowieka, który oddaje ostatnie tchnienie, a tymi, które wygłasza, siedząc przy stole i przy pełnej butelce. Parę kul świsnęło mu koło uszu, zwiastując przybycie Holendrów. Żołnierze wrócili do szeregów. Każdy pożegnał spiesznie kapitana Gomare i myśleli już tylko o tym, aby wykonać odwrót w dobrym porządku. Było to dość trudne: nieprzyjaciel był w przeważającej liczbie, drogi rozmokłe od deszczu, a żołnierze znużeni długim marszem. Mimo to Holendrzy nie mogli ich ukąsić i poniechali pościgu z nadejściem nocy, nie zdobywszy ani jednego sztandaru, ani też nie chwyciwszy ni jednego jeńca oprócz rannych. Wieczorem dwaj przyjaciele, siedząc w namiocie z kilkoma oficerami, rozprawiali o potyczce, w której brali udział. Ganiono zarządzenia dowódcy i jasno widziano, po fakcie, wszystko, co trzeba było uczynić. Następnie zaczęto mówić o zabitych i rannych. — Kogo jak kogo — rzekł don Juan — ale kapitana Gomare długo będę żałował. Był to dzielny oficer, dobry kompan, prawdziwy ojciec dla żołnierzy. — Tak — rzekł don Garcia — ale przyznam się, że zdumiał mnie niepomału swoim strapieniem o to, że nie ma klechy pod bokiem. To dowodzi tylko, że łatwiej jest być dzielnym w słowach niż w czynach. Niejeden drwi sobie z niebezpieczeństwa na odległość, a blednie, kiedy się do niego zbliży. Ale, ale, don Juanie, skoro jesteś jego spadkobiercą, powiedz nam, co jest w tej sakiewce, którą ci zostawił? Don Juan otworzył ją pierwszy raz i ujrzał, iż zawiera około sześćdziesięciu sztuk złota. — Skoro jesteś przy pieniądzach — rzekł don Garcia, przywykły uważać sakiewkę przyjaciela za własną — czemu byśmy nie mieli zrobić partyjki faraona zamiast popłakiwać nad zabitymi druhami? Propozycja wszystkim przypadła do smaku; przyniesiono parę bębnów, które, przykryte płaszczem, posłużyły za stół do gry. Don Juan rozpoczął partię, wspierany radami don Garcii, ale nim zaczął obstawiać, wyjął z sakiewki dziesięć sztuk złota, które zawinął w chustkę i schował do kieszeni. — Cóż ty, u diaska, chcesz z tym zrobić? — wykrzyknął don Garcia. — Żołnierz, który składa pieniądze! i to w wilię bitwy! — Wiesz, don Garcio, że nie wszystkie te pieniądze są moje. Don Manuel uczynił mi zapis sub poenae nomine, jak mawialiśmy w Salamance. — Niech czart porwie tego dudka! — wykrzyknął don Garcia. — Toż on, do stu tysięcy kaduków, ma zamiar oddać te dziesięć dukatów pierwszemu klesze, na którego się natkniemy! — Czemu nie? Przyrzekłem. — Milcz! Na brodę Mahometa, wstyd mi przynosisz, nie poznaję cię. Gra szła swoim trybem. Szczęście było zrazu zmienne, ale niebawem obróciło się wyraźnie przeciw don Juanowi. Daremnie silił się przemóc kartę. Po upływie godziny wszystkie pieniądze, jakie posiadał, wraz z pięćdziesięcioma dukatami kapitana Gomare przeszły do rąk bankiera. Don Juan chciał iść spać, ale don Garcia zawziął się, upierał się, że się chce odegrać. — Dalej, panie Roztropnicki — rzekł — wydobądź no te ostatnie dukaty, które schowałeś tak troskliwie. Jestem pewien, że przyniosą nam szczęście. — Pomyśl, don Garcio, przyrzekłem!… — Et, dzieciak z ciebie! Na wiele się teraz zdadzą te msze. Gdyby kapitan był tutaj, raczej byłby złupił kościół, niż przepuścił kartę bez stawki. — Masz więc pięć dukatów. Nie stawiaj ich na jeden raz. — Żadnych słabości! — rzekł don Garcia. I postawił pięć dukatów na króla. Wygrał, postawił i przegrał w następnym rozdaniu. — Dawaj tych ostatnich pięć! — wykrzyknął, blednąc z gniewu. Don Juan bronił się dość słabo, wreszcie ustąpił: dał cztery dukaty, które poszły za tamtymi. Don Garcia rzucił karty w nos bankierowi i wstał wściekły. Rzekł do don Juana: — Ty miałeś zawsze szczęście, a słyszałem, że ostatni talar ma dar odżegnywania nieszczęścia. Don Juan był nie mniej wściekły od przyjaciela. Nie myślał już o mszach ani o swojej przysiędze. Postawił ostatniego dukata na asa i przegrał go w jednej chwili. — Do czarta z duszą kapitana Gomare! — wykrzyknął. — Zdaje się, że jego pieniądze były urzeczone. Bankier spytał, czy chcą grać jeszcze. Ale ponieważ nie mieli już pieniędzy, niełatwo się zaś kredytuje ludziom narażającym się co dzień na kulę w łeb, trzeba im było poniechać gry i szukać pociechy w kompanii pijaków. O duszy biednego kapitana zapomniano zupełnie. W kilka dni potem Hiszpanie, otrzymawszy posiłki, podjęli ofensywę i posunęli się naprzód. Szli przez miejsca, gdzie niedawno walczono. Polegli leżeli jeszcze niepogrzebani. Don Garcia i don Juan popędzili konie, aby minąć trupy, rażące zarówno wzrok, jak powonienie. Naraz żołnierz jadący przed nimi wydał głośny krzyk na widok ciała leżącego w rowie. Zbliżyli się i poznali kapitana Gomare, mimo iż był prawie nie do poznania. Rysy jego, wykrzywione i zmartwiałe w straszliwych konwulsjach, świadczyły, że ostatnim jego chwilom towarzyszyły okrutne męczarnie. Mimo że już oswojony z takimi obrazami, don Juan mimo woli zadrżał na widok tego trupa, którego oczy, szkliste i nabiegłe skrzepłą krwią, jak gdyby wpatrywały się w niego z wyrazem groźby. Przypomniał sobie ostatnie zlecenie biednego kapitana, zlecenie, któremu się tak sprzeniewierzył. Mimo to jego serce, które usilnie starał się zatwardzić, otrząsnęło się niebawem z tych wyrzutów. Kazał szybko wykopać rów, aby pogrzebać kapitana. Przypadkowo znalazł się jakiś kapucyn, który spiesznie odmówił kilka pacierzy. Pokropiono zwłoki święconą wodą, przysypano ziemią i kamieniami i żołnierze ruszyli dalej, bardziej milczący niż zwykle; ale don Juan zauważył starego muszkietera, który długo szukał w kieszeni, znalazł wreszcie talara i dał go kapucynowi, mówiąc: — To na mszę za duszę kapitana Gomare. Tego dnia don Juan złożył dowody szczególnej odwagi i narażał się na ogień nieprzyjaciół z taką nieopatrznością, iż można by myśleć, że szuka śmierci. — Bywa człowiek taki dzielny, kiedy nie śmierdzi groszem — mówili koledzy. Niedługi czas po śmierci kapitana Gomare do kompanii, w której służyli don Juan i don Garcia, przyjęto młodego rekruta. Wydawał się chłopak tęgi i odważny, ale o zagadkowym i skrytym charakterze. Nigdy nie widziano go, aby pił i grał z kolegami; godziny całe spędzał na ławce w strażnicy, patrząc na latające muchy albo bawiąc się kurkiem muszkietu. Żołnierze, którzy podrwiwali z jego wstrzemięźliwości, dali mu przydomek Modesto. Pod tym imieniem znali go wszyscy w kompanii i nawet przełożeni nie dawali mu innego miana. Kampania zakończyła się oblężeniem Berg-op-Zoom. Był to, jak wiadomo, jeden z najbardziej morderczych epizodów tej wojny, gdyż oblężeni bronili się z największą zaciekłością. Jednej nocy dwaj przyjaciele mieli wspólną służbę na wałach, wówczas tak zbliżonych do murów fortecznych, iż posterunek ten był nader niebezpieczny. Wycieczki oblężonych powtarzały się raz po raz, a ogień był żywy i celny. Pierwsza połowa nocy minęła na nieustannych utarczkach; potem zarówno oblężeni, jak i oblegający ulegli zmęczeniu. Z jednej i z drugiej strony zaprzestano strzelaniny, głęboka cisza zaległa na całej równinie. Od czasu do czasu przerywały ją jedynie rzadkie wystrzały, mające dowieść, że nawet jeśli się poniechało walki, sprawuje się bądź co bądź czujne straże. Było około czwartej rano. To pora, w której człowiek, spędziwszy bezsenną noc, doznaje wrażenia dotkliwego chłodu oraz jakiegoś szczególnego przygnębienia, spowodowanego zmęczeniem fizycznym i chęcią snu. Nie ma uczciwego żołnierza, który by nie przyznał, iż w podobnym stanie ducha i ciała czuł się zdolny do słabości, za którą rumienił się po wschodzie słońca. — Kroćset bomb! — wykrzyknął don Garcia, drepcąc w miejscu, aby się rozgrzać, i otulając się szczelniej płaszczem. — Czuję, że szpik krzepnie mi w kościach, sądzę, że dziecko holenderskie zatłukłoby mnie z łatwością, mając za całą broń dzbanek od piwa. Doprawdy, nie poznaję sam siebie. Toż zatrząsłem się cały od tej salwy z muszkietów. Ba! gdybym był nabożnisiem, mógłbym to łatwo wziąć za ostrzeżenie nieba. Wszyscy obecni, a zwłaszcza don Juan, zdziwili się niezmiernie, słysząc w jego ustach niebo, nie zajmował się bowiem nim nigdy lub też, jeżeli je wspomniał, to aby sobie z niego drwić. Widząc, że ten i ów uśmiecha się na te słowa, don Garcia, pobudzony uczuciem próżności, zakrzyknął: — Niech tylko nikomu nie przyjdzie do głowy, że się boję Holendrów, Boga albo diabła, bo po zluzowaniu wart miałby ze mną do czynienia! — Holendrów dobrze, ale co się tyczy Boga i Złego, to trzeba się ich bać — rzekł stary kapitan ze szpakowatym wąsem i różańcem okręconym o rękojeść szpady. — Cóż mi mogą zrobić? — pytał. — Piorun nie niesie tak celnie jak muszkiet protestancki. — A dusza? — rzekł stary kapitan, żegnając się na to straszliwe przekleństwo. — A, dusza… trzeba by przede wszystkim wiedzieć, czy ją mam. Któż mi powiedział, że mam duszę? Księża. Otóż wynalazek duszy przynosi im tak ładne dochody, że nie ulega wątpliwości, że oni są jej autorami, tak jak pasztet wymyślili pasztetnicy, aby go sprzedawać. — Don Garcia, ty źle skończysz — rzekł stary kapitan. — Nie powinno się mówić takich rzeczy w okopach. — W okopach czy gdzie indziej, mówię to, co myślę. Milczę już zresztą, bo oto memu koledze don Juanowi kapelusz zleci do rowu, tak mu włosy jeżą się na głowie. On nie tylko wierzy w duszę; on wierzy i w dusze czyśćcowe. — Nie jestem filozofem — rzekł don Juan, śmiejąc się — i zazdroszczę ci nieraz twojej wspaniałej obojętności na rzeczy zaziemskie. Przyznaję bowiem, choćbyś miał się ze mnie śmiać, bywają chwile, w których to, co opowiadają o potępionych, przyprawia mnie o niemiłą zadumę. — Najlepszy dowód bezsilności diabła to to, że jesteś dziś ze mną na tych wałach. Na honor, panowie — rzekł don Garcia, klepiąc don Juana po ramieniu — gdyby istniał diabeł, już byłby porwał tego chłopca. Mimo że tak młody, macie tu w nim obraz istnego piekielnika. Oporządził więcej kobiet i utrupił więcej mężczyzn, niżby tego mogło dokazać dwóch ojców franciszkanów i dwóch walenckich zbirów. Nie dokończył jeszcze ostatniego słowa, kiedy od strony szańca naprzeciw hiszpańskiego obozu padł strzał. Don Garcia podniósł rękę do piersi i krzyknął: — Jestem ranny! Zachwiał się i prawie natychmiast upadł. Równocześnie ujrzano, iż jakiś człowiek ucieka, ale ciemność zasłoniła go niebawem przed pościgiem. Rana don Garcii okazała się śmiertelna. Strzał oddano z bardzo bliska, a broń nabita była kilkoma kulami. Ale zatwardziały bezbożnik ani na chwilę nie zaparł się samego siebie. Posłał do diabła tych, którzy napomknęli mu o spowiedzi, po czym rzekł do don Juana: — Jedno tylko mnie martwi po śmierci: to, iż kapucyni wytłumaczą ci, że to był sąd Boży na mnie. Przyznaj wraz ze mną, że nie ma nic naturalniejszego nad to, że żołnierz ginie od kuli. Powiadają, że strzał padł od naszej strony: to pewnie jakiś zazdrośnik kazał mnie zamordować przez zemstę. Każ go sumiennie powiesić, jeśli go złapiesz. Słuchaj, don Juanie, mam dwie kochanki w Antwerpii, trzy w Brukseli i inne jeszcze, których sobie nie przypominam… pamięć mi się mąci… Zapisuję ci je… w braku czego lepszego… Weź jeszcze moją szpadę… a zwłaszcza nie zapominaj pchnięcia, którego cię nauczyłem… Bądź zdrów… i zamiast mszy niech wszyscy kamraci urządzą tęgą hulankę po moim pogrzebie. Takie mniej więcej były jego ostatnie słowa. O Boga, o tamten świat nie troszczył się tak samo, jak kiedy był w pełni sił i życia. Umarł z uśmiechem na ustach, próżność dała mu siłę podtrzymania do końca wstrętnej roli, którą odgrywał tak długo. Modesto już się nie pojawił. Cała armia była przekonana, że to on zamordował don Garcię, ale wszyscy gubili się w próżnych domysłach co do pobudek, jakie go mogły popchnąć do tego zamachu. Don Juan żałował don Garcii bardziej, niżby mógł żałować rodzonego brata. Powiadał sobie, szalony, że jemu zawdzięcza wszystko. To on wtajemniczył go w wiedzę życia, on zdjął mu z oczu grubą łuskę, która je przesłaniała. „Kim ja byłem, zanim go poznałem?” — zastanawiał się, a miłość własna powiadała mu, że stał się istotą wyższą od innych ludzi. Słowem, wszystkie zło, jakie w rzeczywistości wyrządziła mu znajomość z tym bezbożnikiem, zmieniał w dobro i miał dla niego za nie całą wdzięczność, jaką uczeń winien mieć dla mistrza. Smutne wrażenie, jakie wywarła na nim ta nagła śmierć, przetrwało dość długo w jego umyśle, powodując na kilka miesięcy zmianę sposobu życia. Ale stopniowo don Juan wrócił do dawnych przyzwyczajeń, zbyt już w nim zakorzenionych, aby jeden wypadek mógł je zmienić. Zaczął znów grać, pić, bałamucić żony i bić się z mężami. Co dnia miał nowe przygody. Dziś wdzierał się na wyłom, jutro wspinał się na balkon; rano krzyżował szpadę z mężem, wieczorem pił z ladacznicami. Wśród tej rozpusty dowiedział się o śmierci ojca; matka przeżyła go ledwie o kilka dni, tak iż obie wiadomości otrzymał naraz. Bankierzy, zgodnie z jego własną ochotą, radzili mu, aby wrócił do Hiszpanii i objął w posiadanie majorat oraz wielkie dobra, które mu przypadły w dziedzictwie. Dawno już uzyskał łaskę za śmierć don Alonsa de Ojeda, ojca dony Fausty, i uważał tę sprawę za zupełnie załatwioną. Zresztą miał ochotę spróbować się na szerszej scenie. Myślał o rozkoszach Sewilli i o licznych pięknościach, które bez wątpienia czekają jedynie na jego przybycie, aby mu otworzyć ramiona. Zrzuciwszy tedy zbroję, wyruszył do Hiszpanii. Zabawił jakiś czas w Madrycie; zwrócił na siebie uwagę w walce byków bogactwem swego stroju oraz zręcznością w gonitwie; dokonał paru podbojów, ale nie zatrzymał się tam długo. Przybywszy do Sewilli, olśnił wielkich i małych swoim przepychem i wspaniałością. Co dnia wydawał nowe uczty, na które zapraszał najpiękniejsze damy Andaluzji. Co dnia nowe uciechy, nowe orgie w jego wspaniałym pałacu. Stał się królem zgrai rozpustników, którzy, zuchwali i wyuzdani wobec wszystkich, słuchali go z ową uległością, którą zbyt często się spotyka w bandach niegodziwców. Słowem, nie było rozpusty, w której by się nie zanurzył, że zaś bogaty nicpoń jest niebezpieczny nie tylko dla samego siebie, jego przykład sprowadzał na manowce całą andaluzyjską młodzież, która sławiła go pod niebiosa i brała za wzór. Nie ulega wątpliwości, że gdyby Opatrzność ścierpiała dłużej jego rozpustę, trzeba by ognistego deszczu, aby wymierzyć sprawiedliwość wyuzdaniu i zbrodniom Sewilli. Choroba, która przytrzymała don Juana w łóżku przez kilka dni, nie natchnęła go do zastanowienia się nad sobą. Przeciwnie, prosił lekarza o przywrócenie zdrowia jedynie po to, aby biec ku nowym wybrykom. Podczas rekonwalescencji zabawiał się układaniem spisu wszystkich kobiet, które uwiódł, i mężów, których oszukał. Lista była metodycznie podzielona na dwie kolumny. W jednej widniały imiona kobiet i ich pobieżny rysopis; w drugiej nazwiska mężów i ich zawody. Miał wielkie trudności, by przypomnieć sobie imiona wszystkich tych nieszczęśnic; można też przypuszczać, że katalog bynajmniej nie był wyczerpujący. Pokazał go któremuś z przyjaciół, który zaszedł do niego w odwiedziny, że zaś we Włoszech cieszył się łaskami kobiety, która ważyła się chełpić, że jest kochanką papieża, lista zaczynała się od jej imienia, imię zaś papieża widniało w spisie mężów. Następnie szedł panujący, potem książęta, markizowie i tak dalej, aż do rzemieślników. — Spójrz, mój drogi — rzekł do przyjaciela — spójrz, nikt nie zdołał mi ujść, od papieża aż do szewca: nie ma klasy, która by mi nie spłaciła swojej dziesięciny. Don Torribio — tak nazywał się przyjaciel — przejrzał katalog i oddał mu go, powiadając tonem tryumfu: — Niekompletny! — Jak to, niekompletny? Kogóż tedy brakuje na mojej liście mężów? — Boga — odparł don Torribio. — Boga? To prawda, nie ma zakonnicy. Kroćset bomb, dziękuję ci, żeś mi zwrócił uwagę. Więc dobrze! Klnę ci się słowem szlachcica, że nim upłynie miesiąc, znajdzie się na mojej liście, przed Jego Świątobliwością papieżem, i że cię tu zaproszę na kolacyjkę z zakonnicą. W którym klasztorze w Sewilli są ładne mniszeczki? Kilka dni później don Juan rozpoczął kampanię. Zaczął odwiedzać kościoły przy klasztorach żeńskich, klękając tuż przy kratach, które oddzielają oblubienice Pana od reszty wiernych. Tam rzucał bezwstydne spojrzenia na te lękliwe dziewice, niby wilk, gdy wszedłszy do owczarni, szuka najtłustszej owieczki na pierwszą ofiarę. Niebawem w kościele Matki Boskiej Różańcowej zauważył młodą zakonnicę; jej czarującą piękność podkreślał jeszcze wyraz melancholii rozlany w jej rysach. Nigdy nie podnosiła oczu ani nie obracała ich w prawo ani w lewo; zdawała się zupełnie pochłonięta boską tajemnicą, którą święcono w jej obecności. Po lekkich poruszeniach warg łatwo było poznać, że modli się z większą żarliwością i namaszczeniem niż wszystkie jej towarzyszki. Widok jej przywiódł don Juanowi dawne wspomnienia. Zdało mu się, że już gdzieś widział tę kobietę, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Tyle portretów odcisnęło się mniej lub bardziej wyraźnie w jego pamięci, że niepodobieństwem było, aby się nie zmąciły. Dwa dni z rzędu wracał do kościoła, stając wciąż w pobliżu kraty, nie mogąc jednak doprowadzić do tego, aby siostra Agata podniosła oczy. Dowiedział się, że takie nosi imię. Trudność zdobycia osoby tak dobrze strzeżonej przez swoje położenie i przez swą skromność pobudziła jedynie żądze don Juana. Najważniejszym, a zarazem najtrudniejszym zadaniem było zwrócić na siebie uwagę. Próżność mówiła mu, że gdyby tylko mógł ściągnąć spojrzenia siostry Agaty, partia byłaby wygrana więcej niż w połowie. Oto sposób, na który wpadł, aby zmusić piękną mniszkę do podniesienia oczu. Ukląkł tak blisko niej, jak tylko mógł, i korzystając z chwili Podniesienia, kiedy wszyscy się pochylili, wsunął rękę przez kratę i wylał przed siostrą Agatą flakonik pachnideł, który przyniósł z sobą. Przenikliwa woń, która się nagle rozeszła, skłoniła młodą mniszkę do podniesienia głowy, że zaś don Juan znajdował się na wprost niej, nie mogła go nie spostrzec. Najpierw odmalowało się na jej twarzy żywe zdumienie, następnie zbladła śmiertelnie, wydała słaby okrzyk i padła zemdlona na kamienną posadzkę. Towarzyszki podbiegły do niej i zaniosły ją do celi. Don Juan, odchodząc, bardzo rad z siebie, myślał: — Ta zakonniczka jest doprawdy urocza, ale im dłużej się jej przyglądam, tym bardziej mi się zdaje, że ona musi już figurować na mojej liście! Nazajutrz w porze mszy zjawił się punktualnie koło kraty. Ale siostry Agaty nie było w zwykłym miejscu, w pierwszym rzędzie mniszek; przeciwnie, klęczała niemal ukryta wśród towarzyszek. Mimo to don Juan spostrzegł, iż patrzy często ukradkiem w jego stronę. Wyciągnął stąd pomyślną wróżbę dla swojej miłości. „Mała boi się mnie — pomyślał — obłaskawi się niebawem”. Po skończonej mszy spostrzegł, iż wchodzi do konfesjonału, ale po drodze przeszła koło kraty i niby przez nieuwagę upuściła różaniec. Don Juan miał zbyt wiele doświadczenia, aby uwierzyć w to rzekome roztargnienie. Zrozumiał natychmiast, że różaniec jest dla niego ważny, ale dzieliła go od niego krata. Zdawał sobie sprawę, iż aby go podnieść, trzeba poczekać, aż wszyscy wyjdą z kościoła. Aby doczekać tej chwili, oparł się o filar w postawie pełnej zadumy, z ręką na oczach, ale z rozsuniętymi palcami, tak że nie tracił ani jednego ruchu Agaty. Ktokolwiek by go ujrzał w tej pozie, wziąłby go za dobrego chrześcijanina, pogrążonego w nabożnym dumaniu. Zakonnica wyszła z konfesjonału i uczyniła kilka kroków, aby zniknąć w krużgankach klasztoru, ale spostrzegła rychło lub raczej udała, że spostrzegła, iż brak jej różańca. Powiodła oczyma dokoła i ujrzała, że upadł blisko kraty. Wróciła i schyliła się, by go podnieść. W tej samej chwili don Juan zauważył, że coś białego wysuwa się za kratę. Był to maleńki kawałek papieru złożony we czworo. Zakonnica oddaliła się natychmiast. Rozpustnik, zdziwiony, że powiodło mu się prędzej, niż się spodziewał, odczuwał raczej żal, że nie napotkał więcej przeszkód. Był to niby żal myśliwego, który ściga jelenia, spodziewając się długiej i uciążliwej pogoni; naraz zwierzę pada na samym początku pościgu, odbierając myśliwemu przyjemność i chwałę, jakie sobie obiecywał z polowania. Podniósł jednak szybko bilecik i wyszedł z kościoła, aby go przeczytać swobodnie. Oto co zawierał: To ty, don Juanie? Więc to prawda, że mnie nie zapomniałeś? Byłam bardzo nieszczęśliwa, ale zaczynałam się przyzwyczajać do swego losu. Będę obecnie sto razy nieszczęśliwsza. Powinna bym cię nienawidzić… przelałeś krew mego ojca… ale nie mogę ani cię nienawidzić, ani zapomnieć. Miej litość nade mną. Nie przychodź już do tego kościoła, zbyt wiele męki mi zadajesz. Żegnaj, żegnaj, umarłam dla świata. Teresa. — Ach, to Teresita! — rzekł do siebie don Juan. — Byłem pewny, że gdzieś ją widziałem. Potem ponownie przeczytał bilecik: — „Powinna bym cię nienawidzić”… To znaczy: ubóstwiam cię. „Przelałeś krew mego ojca…!” Chimena mówi to samo do Rodryga. „Nie przychodź już do tego kościoła”. To znaczy: czekam na ciebie jutro. Doskonale! Mam ją. I poszedł na obiad. Nazajutrz zjawił się punktualnie w kościele, mając gotowy list w kieszeni, ale zdziwił się wielce, nie widząc siostry Agaty. Nigdy msza nie wydała mu się dłuższa. Był wściekły. Naprzeklinawszy do syta skrupuły Teresy, udał się na przechadzkę nad brzeg Gwadalkiwiru, aby obmyślić jakiś sposób, i oto jaką obrał drogę. Klasztor Matki Boskiej Różańcowej słynny był wśród klasztorów Sewilli z powodu znakomitych konfitur, które robiły tam siostry. Udał się do rozmównicy, spytał o odźwierną i kazał sobie dać spis wszystkich konfitur, jakie mają na sprzedaż. — Czy nie macie przypadkiem cytryn à la Marana? — spytał najnaturalniej w świecie. — Cytryn à la Marana, panie kawalerze? Pierwszy raz w życiu słyszę o tej konfiturze. — Ależ to dziś najmodniejsza! Dziwię się, że w takim zakładzie jak wasz nie wyrabia się jej masami. — Cytryny à la Marana? — À la Marana — powtórzył don Juan, wymawiając wyraźnie każdą sylabę. — Niepodobna, aby któraś z waszych mniszek nie znała przepisu. Spytaj ich, siostro, proszę, czy nie znają tych konfitur. Jutro wrócę. W kilka chwil później w całym klasztorze była mowa jedynie o cytrynach à la Marana. Najbieglejsze cukierniczki nigdy o nich nie słyszały. Jedna siostra Agata znała sposób. Trzeba dodać wody różanej, fiołkowej i tym podobnych do zwyczajnych cytryn, potem… Zajęła się wszystkim. Kiedy don Juan wrócił, zastał słoik cytryn à la Marana. Były co prawda bardzo niesmaczne, ale pod pokrywką słoika znajdował się bilecik skreślony ręką Teresy. Były to nowe prośby, aby się jej wyrzekł, aby zapomniał… Biedna dziewczyna siliła się oszukać siebie samą. Religia, przywiązanie córki oraz miłość zmagały się w sercu nieszczęśliwej, ale łatwo można było poznać, że miłość jest najsilniejsza. Nazajutrz don Juan posłał do klasztoru pazia ze skrzynką cytryn, z których chciał mieć konfiturę: polecił je w szczególności zakonnicy, która sporządziła przysmak kupiony poprzedniego dnia. Na dnie skrzynki znajdowała się zmyślnie ukryta odpowiedź na listy Teresy. Pisał: „Byłem bardzo nieszczęśliwy. Fatalność wiodła moje ramię. Od tej złowrogiej nocy nie przestałem myśleć o tobie. Nie śmiałem żywić nadziei, że mnie nie znienawidzisz. Wreszcie cię odnalazłem. Przestań mówić o ślubach, któreś wyrzekła. Zanim ślubowałaś u stóp ołtarza, należałaś do mnie. Nie mogłaś rozrządzać sercem, które było moje… Przychodzę upomnieć się o skarb, który mi jest droższy nad życie. Zginę albo znów będziesz moja. Jutro poproszę cię do rozmównicy. Nie śmiałem się tam pojawić, nie uprzedziwszy cię wprzódy. Bałem się, aby twoje wzruszenie nas nie zdradziło. Uzbrój się w odwagę. Napisz mi, czy odźwierną dałoby się przekupić”. Dwie krople wody zręcznie pryśnięte na papier miały wyobrażać łzy wylane przy pisaniu listu. W kilka godzin później ogrodnik klasztorny przyniósł odpowiedź i ofiarował swoje usługi. Odźwierna jest nieprzekupna, siostra Agata godzi się przyjść do rozmównicy, ale pod warunkiem, że jedynie po to, by się pożegnać na zawsze. Nieszczęsna Teresa zjawiła się w rozmównicy wpół żywa. Musiała się trzymać oburącz kraty, aby nie upaść. Don Juan, spokojny i niewzruszony, sycił się z rozkoszą wzruszeniem, o jakie ją przyprawiał. Zrazu, aby uśpić czujność odźwiernej, mówił swobodnym tonem o przyjaciołach, których Teresa zostawiła w Sewilli i którzy kazali ją pozdrowić. Następnie, korzystając z chwili, gdy odźwierna była daleko, rzekł bardzo cicho i prędko: — Jestem gotów ważyć się na wszystko, aby cię stąd wydostać. Jeżeli trzeba podłożyć ogień pod klasztor, spalę go. Nie chcę słyszeć o niczym. Należysz do mnie. Za kilka dni będziesz moja albo zginę; ale i wiele innych osób zginie wraz ze mną. Odźwierna podeszła bliżej. Dona Teresa nie mogła złapać oddechu, nie mogła wyrzec słowa. Tymczasem don Juan mówił obojętnym tonem o konfiturach, o ręcznych robótkach, którymi trudnią się mniszki, obiecywał odźwiernej, że jej przyśle poświęcany różaniec z Rzymu i daruje klasztorowi brokatową suknię, aby przystroić świętą patronkę w dzień jej imienia. Po pół godzinie podobnej rozmowy skłonił się Teresie z miną poważną i pełną szacunku, zostawiając ją w stanie nieopisanego poruszenia i rozpaczy. Pobiegła zamknąć się w celi i ręka jej, posłuszniejsza niż język, nakreśliła długi list pełen wyrzutów, próśb i lamentów. Ale nie mogła się powstrzymać od wyznania miłości i szukała wobec samej siebie usprawiedliwienia tego błędu, myśląc, iż dosyć za niego pokutuje, odmawiając prośbom ukochanego. Don Juan groził wciąż, że się posunie do ostateczności. Ma stu chwatów na swoje usługi. Świętokradztwo go nie przeraża. Umrze z rozkoszą, byleby mógł jeszcze raz utulić w ramionach swą lubą. Co mogło uczynić to słabe dziecko, przywykłe ulegać ubóstwianemu człowiekowi? Noce trawiła we łzach, w dzień nie mogła się modlić, obraz don Juana ścigał ją wszędzie. Nawet kiedy odprawiała wraz z towarzyszkami pobożne praktyki, ciało jej wykonywało machinalnie gesty osoby, która się modli, ale serce tonęło całe w nieszczęsnej namiętności. Po upływie kilku dni nie miała już siły się opierać. Oznajmiła don Juanowi, że jest gotowa na wszystko. Uważała się za zgubioną tak czy inaczej i powiedziała sobie, że skoro ma ginąć, lepiej zakosztować wprzódy chwili szczęścia. Don Juan, uszczęśliwiony, przygotował wszystko do porwania. Wybrał bezksiężycową noc. Ogrodnik doręczył Teresie jedwabną drabinkę, za pomocą której miała pokonać mury klasztoru. Paczka zawierająca świeckie suknie miała być ukryta w umówionym miejscu w ogrodzie, niepodobna było bowiem pojawić się na ulicy w stroju mniszki. Don Juan miał czekać na nią pod murem. W pewnym oddaleniu będzie stała kolaska zaprzężona w silne muły, aby uwieźć szybko Teresę do majątku don Juana na wieś. Tam, bezpieczna od wszelkiego pościgu, będzie pędzić szczęśliwe i spokojne życie przy boku kochanka. Oto był plan nakreślony przez don Juana. Kazał uszyć przyzwoite suknie, wypróbował drabinkę sznurową, dołączył wskazówki o sposobie jej umocowania, słowem nie zaniedbał niczego, co mogło zapewnić powodzenie przedsięwzięciu. Ogrodnik był pewny, zbyt wiele miał korzyści w dochowaniu wiary, aby można było w niego wątpić. Co więcej, zarządzono wszystko, aby go zamordowano następnej nocy po uprowadzeniu. Słowem, zdawało się, że spisek uknuty jest tak zręcznie, iż nic nie może go udaremnić. Aby się ustrzec podejrzeń, na dwie doby przed planowanym wykradzeniem don Juan wyjechał do zamku Marana. W zamku tym spędził niemal całe dzieciństwo, ale od powrotu do Sewilli nie zajrzał tam. Przybył z zapadnięciem nocy, a pierwszą jego troską była wieczerza. Następnie kazał się rozebrać i położył się do łóżka. Kazał zapalić w pokoju dwie wielkie woskowe świece, na stoliku zaś leżała książka z plugawymi opowiastkami. Przeczytawszy kilka stronic, poczuł senność; zamknął książkę i zgasił jedną świecę. Nim zgasił drugą, powiódł roztargnionym wzrokiem po całym pokoju. Naraz spostrzegł w alkowie obraz przedstawiający męki czyśćcowe, ten sam, któremu tak często przyglądał się jako dziecko. Mimo woli oczy jego zwróciły się na człowieka, któremu wąż wyjada wnętrzności, i mimo że ta scena budziła w nim jeszcze większą grozę niż niegdyś, nie mógł się od niej oderwać. W tej samej chwili przypomniał sobie twarz kapitana Gomare i straszliwy skurcz, jakim śmierć wykrzywiła jego rysy. Ta myśl przejęła go dreszczem, uczuł, że włosy jeżą mu się na głowie. Mimo to, zbierając się na odwagę, zgasił i drugą świecę, w nadziei, iż ciemność uwolni go od wstrętnych obrazów, które go prześladowały. Ciemność spotęgowała jeszcze jego lęk. Oczy jego wciąż zwracały się ku obrazowi, którego nie mógł widzieć, ale był mu tak znany, iż malował się w jego wyobraźni równie dokładnie, jakby to był jasny dzień. Niekiedy nawet zdawało mu się, że postacie rozjaśniają się i stają się świecące, jak gdyby ogień czyśćcowy odmalowany przez artystę był prawdziwym płomieniem. Wreszcie, pod wpływem wciąż wzmagającego się niepokoju, zaczął wołać głośno na lokajów, aby zabrali obraz, który przejmuje go takim lękiem. Kiedy się zbiegli, don Juan zawstydził się swej słabości. Pomyślał, że jego ludzie drwiliby z niego, gdyby się dowiedzieli, że zląkł się obrazu. Powiedział tylko, głosem najnaturalniejszym, na jaki się mógł zdobyć, aby zapalono świece i zostawiono go samego. Następnie wziął się z powrotem do czytania, ale jedynie jego oczy przebiegały książkę, duch był przy obrazie. Miotany niewymownym niepokojem, spędził noc, nie zmrużywszy oka. Skoro tylko zaczęło dnieć, wstał śpiesznie i udał się na polowanie. Ruch i świeżość poranka uspokoiły go nieco. Gdy wrócił do zamku, wrażenia obudzone widokiem obrazu pierzchły. Siadł do stołu i pił obficie. Był nieco odurzony, kiedy szedł spać. Z jego rozkazu przygotowano łóżko w innym pokoju i, jak można się domyślić, nie przeniesiono tam obrazu. Jednak don Juan zachował jego wspomnienie, dość silne, aby mu nie pozwoliło zasnąć do późna. Poza tym strachy te nie obudziły w nim żalu z powodu dawnego życia. Wciąż zajęty był planowanym porwaniem. Jakoż, wydawszy odpowiednie rozkazy służbie, wyruszył sam do Sewilli w największy skwar, aby dotrzeć tam dopiero w nocy. W istocie była ciemna noc, kiedy przejeżdżał koło wieży del Lloro, gdzie oczekiwał na niego jeden ze służących. Podano mu konia; spytał, czy kolaska i muły są gotowe. W myśl rozkazów don Juana miały na niego czekać w uliczce wystarczająco blisko klasztoru, aby mógł się tam szybko dostać wraz z Teresą, ale nie tak blisko, aby wzbudzić podejrzenia straży, w razie gdyby ich spotkano. Wszystko było gotowe; rozkazy wykonano najściślej. Don Juan stwierdził, że ma jeszcze godzinę, nim będzie mógł dać Teresie umówiony sygnał. Służący zarzucił mu na ramiona wielki ciemny płaszcz i tak wszedł do Sewilli bramą Triana, kryjąc pilnie twarz, aby go nie poznano. Upał i znużenie sprawiły, iż usiadł na ławce w pustej ulicy. Siadłszy, zaczął gwizdać i nucić melodie, które mu przychodziły na pamięć. Od czasu do czasu spoglądał na zegarek i widział z żalem, że wskazówka nie posuwa się tak szybko, jakby pragnęła jego niecierpliwość… Naraz posępna i uroczysta muzyka zabrzmiała mu w uszach. Poznał śpiew, jakim Kościół uświęca ceremonię pogrzebu. Niebawem z poprzecznej ulicy wyszedł kondukt i zbliżał się ku niemu. Dwa długie sznury pokutników niosły zapalone świece, poprzedzając okrytą czarnym aksamitem trumnę, niesioną przez kilku ubranych staroświecko ludzi, z białymi brodami i szpadami przy boku. Dwa sznury pokutników w żałobie, niosących świece tak jak pierwsi, zamykały pochód. Cały ten kondukt posuwał się poważnie i z wolna. Nie słychać było odgłosu kroków na bruku; można by rzec, że każda postać raczej sunie, niż stąpa. Długie, sztywne fałdy szat i płaszczów zdawały się równie nieruchome jak marmurowe szaty posągów. Na ten widok don Juan doznał zrazu uczucia owego wstrętu, jaki myśl o śmierci budzi w rozkoszniku. Wstał i chciał się oddalić, ale mnogość pokutników i pompa orszaku zdumiały go i obudziły jego ciekawość. Kiedy procesja skierowała się do sąsiedniego kościoła, którego brama otwarła się z hałasem, don Juan przytrzymał za rękaw jedną z postaci niosących świece i spytał uprzejmie, co za osobę mają tam grzebać. Pokutnik podniósł głowę: twarz jego była blada i wychudła jak twarz człowieka, który przebył długą i bolesną chorobę. Odpowiedział grobowym głosem: — Hrabiego don Juana Maranę. Ta dziwna odpowiedź sprawiła, że włosy zjeżyły się don Juanowi na głowie, ale w chwilę później odzyskał zimną krew i uśmiechnął się. „Musiałem się przesłyszeć — pomyślał — albo ten starzec się omylił”. Wszedł do kościoła z konduktem. Śpiewy żałobne zaczęły się na nowo, a towarzyszył im grzmiący głos organów; księża ubrani w żałobne kapy zaintonowali De profundis. Mimo iż silił się zachować pozór spokoju, don Juan czuł, że krew ścina mu się w żyłach. Zbliżył się do drugiego pokutnika i spytał: — Co za nieboszczyka grzebiecie? — Hrabiego don Juana de Marana — odparł pokutnik głuchym i przeraźliwym głosem. Don Juan oparł się o kolumnę, aby nie upaść. Czuł, że omdlewa, opuściła go cała odwaga. Tymczasem nabożeństwo odprawiano dalej, a sklepienie kościelne potęgowało jeszcze hałas organów i głosów śpiewających straszliwe Dies irae. Don Juan miał uczucie, że słyszy chóry aniołów w dzień Sądu Ostatecznego. Wreszcie, przemagając się, chwycił za rękę księdza, który go mijał. Ręka ta była zimna jak marmur. — W imię nieba! Ojcze — wykrzyknął — za kogo się modlicie i kto wy jesteście?! — Modlimy się za hrabiego don Juana de Marana — odparł ksiądz, wpatrując się w niego pilnie z wyrazem bólu. — Modlimy się za jego duszę, która jest w stanie grzechu śmiertelnego, a my jesteśmy dusze, które dzięki mszom i modłom jego matki wydostały się z ognia czyśćcowego. Spłacamy synowi dług matki, ale ta msza to ostatnia, jaką nam wolno odprawić za duszę don Juana Marany. W tej chwili zegar na wieży uderzył: była to godzina umówiona na porwanie Teresy. — Czas nadszedł! — wykrzyknął głos wychodzący z ciemnego kąta w kościele. — Czas nadszedł! Czy jest nasz? Don Juan odwrócił głowę i ujrzał straszliwe zjawisko. Don Garcia, blady i zakrwawiony, zbliżał się wraz z kapitanem Gomare, którego rysy były zniekształcone ohydnie, a don Garcia, zrzucając gwałtownym ruchem wieko na ziemię, powtórzył: — Czy jest nasz? W tej samej chwili podniósł się spoza niego olbrzymi wąż i przerastając don Garcię o kilka stóp, jakby gotował się, by rzucić się do trumny. Don Juan krzyknął: „Jezus” i padł zemdlony na bruk. Noc była późna, kiedy przechodzący patrol straży ujrzał człowieka leżącego bez ruchu u bram kościoła. Gwardziści zbliżyli się, sądząc, że to zwłoki zamordowanego człowieka. Poznali natychmiast hrabiego de Marana i próbowali go otrzeźwić, skrapiając mu twarz zimną wodą, ale widząc, że przytomność nie wraca, odnieśli go do domu. Jedni mówili, że jest pijany, drudzy, że oberwał kijem od jakiegoś zazdrosnego męża. Nikt, a przynajmniej żaden uczciwy człowiek nie lubił go w Sewilli i każdy miał jakieś słówko do powiedzenia. Jeden błogosławił kij, który go tak dobrze oporządził, drugi pytał, ile butelek może się mieścić w tym bezwładnym cielsku. Słudzy don Juana odebrali swego pana z rąk straży i pobiegli po chirurga. Puszczono mu obficie krew i niebawem odzyskał zmysły. Zrazu wyrzucał jedynie oderwane słowa, bezładne krzyki, szlochy, jęki. Stopniowo zaczął się bacznie rozglądać po otaczających przedmiotach. Spytał, gdzie jest i co się stało z kapitanem Gomare, don Garcią i konduktem. Słudzy sądzili, że oszalał, jednakże zażywszy kordiał, kazał sobie przynieść krucyfiks i całował go przez kilka chwil, wylewając strumienie łez. Wreszcie polecił, aby mu sprowadzono spowiednika. Obudziło to powszechne zdumienie, tak bardzo znana była bezbożność don Juana. Ten i ów ksiądz, wezwany przez jego ludzi, odmówił przybycia, przekonany, że niedowiarek gotuje jakiś złośliwy żart. Wreszcie pewien mnich z zakonu św. Dominika zgodził się go odwiedzić. Zostawiono ich samych. Don Juan, rzucając się do stóp księdza, opowiedział mu swoje widzenie, następnie wyspowiadał się. Wyznając kolejno swoje grzechy, przerywał co chwilę, pytając, czy podobna, aby tak wielki grzesznik jak on uzyskał kiedyś przebaczenie niebios. Zakonnik odpowiadał, że miłosierdzie Boga jest nieskończone. Upomniawszy go, aby wytrwał w skrusze, i udzieliwszy mu pociech, jakich religia nie odmawia i największym zbrodniarzom, dominikanin odszedł, przyrzekając wrócić wieczorem. Don Juan spędził cały dzień na modlitwie. Gdy dominikanin wrócił, don Juan oświadczył mu, iż postanowił usunąć się ze świata, gdzie sprawił tyle zgorszenia i zmazać pokutą straszliwe zbrodnie, którymi się splamił. Mnich, wzruszony jego łzami, dodawał mu otuchy. Aby zaś wypróbować, czy będzie miał odwagę wytrwać w swym postanowieniu, odmalował mu w straszliwych barwach regułę klasztorną. Ale za każdym umartwieniem, które opisywał, don Juan wołał, że to o wiele za mało i że zasłużył, aby się z nim obejść o wiele surowiej. Zaraz nazajutrz oddał pół mienia swoim krewnym, którzy byli biedni; drugą część poświęcił na założenie szpitala i zbudowanie kaplicy; rozdał znaczne sumy ubogim i kazał odmówić liczne msze za dusze czyśćcowe, zwłaszcza za duszę kapitana Gomare oraz tych nieszczęśliwych, którzy padli, bijąc się z nim w pojedynku. Wreszcie zgromadził wszystkich swoich przyjaciół i obwinił się przed nimi za zły przykład, który dawał im tak długo. Odmalował im w porywających słowach wyrzuty, o jakie go przyprawia dawne życie, oraz nadzieje, jakie ośmiela się żywić na przyszłość. Ten i ów z rozpustników wzruszył się i kajał; inni, niepoprawni, opuścili go z zimnym szyderstwem. Zanim wstąpił do klasztoru, który wybrał na schronienie, don Juan napisał do dony Teresy. Wyznał jej swoje bezecne zamysły, opowiedział swoje życie, swoje nawrócenie, zachęcając ją, aby skorzystała z jego przykładu i szukała zbawienia w pokucie. Powierzył ten list dominikaninowi, pokazawszy mu jego zawartość. Biedna Teresa długo czekała w ogrodzie klasztornym na umówiony znak. Spędziwszy kilka godzin w niewymownym niepokoju, wreszcie, widząc, że dnieje, wróciła do celi, wydana na łup najżywszej boleści. Nieobecność don Juana tłumaczyła tysiącem przyczyn bardzo dalekich od prawdy. Kilka dni upłynęło w ten sposób, bez żadnej wiadomości, bez żadnego poselstwa, które by mogło złagodzić jej rozpacz. Wreszcie mnich, odbywszy naradę z przełożoną, uzyskał pozwolenie widzenia się z nią i doręczył list pokutującego uwodziciela. Gdy czytała, czoło jej okryło się perlistym potem; to była czerwona jak ogień, to blada jak śmierć. Zdołała jednak mężnie dokończyć czytanie. Wówczas dominikanin spróbował odmalować jej pokutę don Juana i winszował jej, iż uniknęła straszliwego niebezpieczeństwa, jakie czekało ich oboje, gdyby zamiaru ich nie udaremniło oczywiste wdanie się Opatrzności. Ale na wszystkie te upomnienia Teresa wołała tylko: „On mnie nigdy nie kochał!”. Nieszczęsna popadła w złośliwą gorączkę. Na próżno medycyna i religia otoczyły ją swoją opieką; odepchnęła jedną, zdawała się nieczuła na drugą. Wyzionęła ducha po upływie kilku dni, powtarzając ciągle: „On mnie nigdy nie kochał!” Przywdziawszy habit, don Juan okazał, iż nawrócenie jego było szczere. Nie było umartwienia ani pokuty, które by mu się nie wydały zbyt łagodne; przeor klasztoru musiał często nakładać granice udręczeniom, jakimi doświadczał swe ciało. Wyjaśniał mu, iż w ten sposób skraca swoje dni i że niewątpliwie więcej jest hartu w tym, aby dłużej cierpieć umiarkowane udręczenia, niż aby skończyć od razu pokutę, odbierając sobie życie. Kiedy upłynął czas nowicjatu, don Juan złożył śluby i pod mianem brata Ambrożego nadal budował cały klasztor surowością swej pobożności. Pod grubym habitem nosił włosiennicę; wąska skrzynka, za krótka dla jego wzrostu, służyła mu za łoże. Jarzyny gotowane w wodzie były całym jego pożywieniem; jedynie w święta i na wyraźny rozkaz przeora godził się spożywać chleb. Noce spędzał przeważnie na czuwaniu i modlitwie z rozkrzyżowanymi ramionami. Słowem był wzorem tej pobożnej gminy, jak niegdyś był wzorem swoich rówieśnych hulaków. Zaraza, która wybuchła w Sewilli, dała mu sposobność roztoczenia nowych cnót, jakie zrodziło w nim nawrócenie. Chorych pomieszczono w szpitalu, który ufundował; pielęgnował ubogich, spędzał dnie całe przy ich łóżku, katechizując ich, dodając otuchy, pocieszając. Tak wielkie było niebezpieczeństwo zarazy, że ani za najwyższą zapłatę nie można było znaleźć ludzi, którzy by zechcieli chować zmarłych. Don Juan pełnił posługę, chodził do opuszczonych domów i grzebał rozkładające się trupy, leżące tam nieraz od kilku dni. Wszędzie go błogosławiono, że zaś w czasie tego strasznego moru ani razu nie zachorował, ludzie wierzący twierdzili, że Bóg sprawił dla niego nowy cud. Już od kilku lat don Juan, czyli brat Ambroży, mieszkał w klasztorze, a życie jego było jednym nieprzerwanym pasmem pobożnych praktyk i umartwień. Wspomnienie minionego żywota było wciąż obecne w jego pamięci, ale zadowolenie sumienia spowodowane odmianą złagodziło wyrzuty. Pewnego dnia po południu, gdy słońce prażyło najdotkliwiej, wszyscy bracia w klasztorze zażywali — jak dozwala obyczaj — nieco wczasu. Jedynie brat Ambroży pracował w ogrodzie, z gołą głową, w słońcu; było to jedno z umartwień, jakie sobie nałożył. Pochylając się nad łopatą, ujrzał cień człowieka, który się zatrzymał przy nim. Sądził, że to któryś mnich zaszedł do ogrodu; nie przerywając pracy, pozdrowił go słowami Ave Maria. Żadnej odpowiedzi. Zdziwiony tym nieruchomym cieniem, podniósł oczy i ujrzał przed sobą rosłego młodzieńca okrytego płaszczem spadającym aż do ziemi. Twarz była wpół zakryta kapeluszem ocienionym białym i czarnym piórem. Człowiek ten przyglądał mu się w milczeniu z wyrazem złośliwej radości i głębokiej wzgardy. Patrzyli na siebie bystro przez kilka chwil. Wreszcie nieznajomy, robiąc krok naprzód i unosząc kapelusz, aby odsłonić swoje rysy, rzekł: — Czy mnie poznajesz? Dom Juan przyjrzał mu się uważniej, ale nie poznał. — Czy przypominasz sobie oblężenie Berg-op-Zoom? — spytał nieznajomy. — Czy zapomniałeś o żołnierzu zwanym Modesto?…. Don Juan zadrżał. Nieznajomy ciągnął zimno… — Żołnierza zwanego Modesto, który strzałem z muszkietu zabił twego zacnego przyjaciela don Garcię, zamiast ciebie, w którego mierzył?… Modesto to ja. Mam jeszcze inne miano, don Juanie: zowię się don Pedro de Ojeda: jestem synem don Alfonsa de Ojeda, którego zabiłeś; jestem bratem dony Fausty de Ojeda, którą zabiłeś; jestem bratem dony Teresy de Ojeda, którą zabiłeś. — Bracie — rzekł don Juan, klękając przed nim — jestem nędznikiem, okrytym zbrodniami. Aby je zmazać, noszę ten ubiór i wyrzekłem się świata. Jeżeli jest jakiś sposób, aby uzyskać twoje przebaczenie, wskaż mi go. Najsroższa pokuta nie przestraszy mnie, jeśli zdołam uzyskać, abyś mnie nie przeklinał. Don Pedro uśmiechnął się gorzko. — Dajmy pokój obłudzie, panie de Marana; ja nie przebaczam. Co do moich przekleństw, możesz na nie liczyć. Ale nie jestem tak cierpliwy, by czekać na ich skutek. Mam przy sobie coś skuteczniejszego niż przekleństwa. To mówiąc, odrzucił płaszcz, spod którego ukazały się dwa długie rapiery. Wydobył je z pochew i wbił w ziemię. — Wybieraj, don Juanie — rzekł. — Powiadają, że jesteś tęgi rębacz; ja także chlubię się niejaką zręcznością w tej sztuce. Zobaczmy, co potrafisz. Don Juan uczynił znak krzyża i rzekł: — Bracie, zapominasz o ślubach, które złożyłem. Nie jestem już don Juanem, którego znałeś, jestem bratem Ambrożym. — A więc, bracie Ambroży, jesteś moim wrogiem i jakiekolwiek imię nosisz, nienawidzę cię i chcę się mścić na tobie. Don Juan znowu ukląkł przed nim: — Jeżeli chcesz mojego życia, bracie, bierz je. Ukarz mnie, jak zechcesz. — Nędzny obłudniku, czy myślisz, że mnie omamisz?! Gdybym cię chciał zabić jak wściekłego psa, czyż byłbym się trudził dźwiganiem tej broni? Dalej, wybieraj prędko i broń swego życia. — Powtarzam ci, bracie, nie mogę się bić, ale mogę umrzeć. — Nędzniku! — wykrzyknął don Pedro wściekły. — Mówiono mi, że jesteś odważny: widzę, że jesteś jedynie podłym tchórzem! — Odważny, bracie? Proszę Boga, aby mi dał odwagę, iżbym się nie poddał rozpaczy, w jaką bez jego pomocy wtrąciłoby mnie wspomnienie moich zbrodni. Żegnaj, bracie. Odchodzę, widzę bowiem, że widok mój cię drażni. Obyś zrozumiał kiedyś, jak szczera jest moja skrucha! Postąpił kilka kroków, aby opuścić ogród, kiedy don Pedro chwycił go za rękaw. — Ty albo ja! — krzyknął. — Jeden z nas nie wyjdzie stąd żywy. Weź tę szpadę i niech mnie czart porwie, jeżeli wierzę choć słówko tym jeremiadom. Don Juan spojrzał na niego błagalnie i uczynił jeszcze krok, by się oddalić, ale don Pedro chwycił go brutalnie za kołnierz: — Więc myślisz, nikczemny morderco, że zdołasz się wyrwać z moich rąk! Nie! Potargam w strzępy tę obłudną suknię, pod którą kryje się diabelskie kopyto, a wówczas może znajdziesz dość serca, aby się bić ze mną. To mówiąc, pchnął go gwałtownie na mur. — Szlachetny Pedro de Ojeda — wykrzyknął don Juan — zabij mnie, jeśli chcesz, ale bić się nie będę! I skrzyżował ramiona, wlepiając w don Pedra wzrok spokojny, ale i dumny. — Tak, zabiję cię, nędzniku! Ale wprzód postąpię z tobą tak, jak się postępuje z nikczemnikiem i tchórzem. I wymierzył mu policzek, pierwszy, jaki don Juan kiedykolwiek otrzymał. Twarz don Juana stała się purpurowa. Duma i krewkość młodzieńcza zbudziły się w jego duszy. Bez słowa rzucił się ku szpadom i pochwycił jedną. Don Pedro wziął drugą i stanął w postawie obronnej. Zapaśnicy runęli na siebie z równą gwałtownością. Szpada don Pedra ugrzęzła w wełnianej sukni don Juana i prześlizgnęła się obok ciała, nie raniąc, podczas gdy oręż don Juana utonął po rękojeść w piersi przeciwnika. Don Pedro natychmiast wyzionął ducha. Don Juan, widząc wroga leżącego u swych stóp, spoglądał na niego jakiś czas bez ruchu z tępym zdumieniem. Z wolna przyszedł do siebie i ogarnął rozmiar swojej nowej zbrodni. Przykląkł żywo przy zwłokach i próbował przywołać je do życia. Ale zbyt wiele widział ran, aby wątpić choćby przez chwilę, że ta jest śmiertelna. Zakrwawiona szpada leżała u jego stóp, jak gdyby wzywając go, aby skarał sam siebie. Oddalając szybko tę nową pokusę czarta, pobiegł do przeora i wpadł spiesznie do jego celi. Tam, leżąc u jego stóp, opowiedział mu straszliwą scenę; mówiąc, wylewał potoki łez. Zrazu przeor nie chciał wierzyć. Pierwszą jego myślą było, że nadmierne umartwienia, jakie sobie zadawał brat Ambroży, przyprawiły go o utratę rozumu. Ale krew, która widniała na sukni i na rękach don Juana, nie pozwalała mu wątpić dłużej o straszliwej prawdzie. Przeor był to człowiek przytomny i bystry; ogarnął natychmiast rozmiar zgorszenia, jakie padłoby na klasztor, gdyby taka sprawa wyszła na jaw w mieście. Nikt nie widział pojedynku. Postanowił zataić go nawet przed mieszkańcami klasztoru. Kazał don Juanowi iść za sobą i z jego pomocą przeniósł ciało do komórki, od której klucz zabrał ze sobą. Następnie, zamknąwszy don Juana w celi, poszedł powiadomić o wszystkim corregidora. Wyda się może dziwne, że don Pedro, który wcześniej próbował zabić don Juana z zasadzki, odrzucił myśl drugiego morderstwa i silił się uprzątnąć wroga w walce równą bronią, ale było to z jego strony jedynie wyrachowanie piekielnej zemsty. Słyszał o pokucie don Juana, a sława jego świętości była tak powszechna, iż don Pedro nie wątpił, że gdyby go zamordował, posłałby go prosto do nieba. Miał tedy nadzieję, iż wyzwawszy go i zmusiwszy do pojedynku, zabije go w stanie grzechu śmiertelnego i zgubi w ten sposób jednocześnie jego ciało i duszę. Widzieliśmy, jak ten szatański zamiar zwrócił się przeciw swemu twórcy. Nietrudno było zdławić tę sprawę. Corregidor porozumiał się z przeorem klasztoru co do sposobu usunięcia podejrzeń. Zakonnicy sądzili, że zmarły padł w walce z nieznajomym przeciwnikiem i że go przeniesiono do klasztoru, gdzie rychło umarł z ran. Co się tyczy don Juana, nie będę się silił odmalować jego żalu i zgryzoty. Spełnił z radością wszystkie pokuty, które nałożył na niego przeor. Całe życie zachował zawieszoną nad łóżkiem szpadę, którą przeszył don Pedra, i nie zdarzyło mu się spojrzeć na nią, aby się nie modlił za jego duszę i dusze jego rodziny. Aby pognębić resztę świeckiej dumy, która przetrwała jeszcze w jego sercu, przeor nakazał mu stawiać się co rano przed klasztornym kucharzem, który miał mu wymierzać policzek. Otrzymawszy go, brat Ambroży nie omieszkał nigdy nadstawić drugiego lica, dziękując kucharzowi za to upokorzenie. Żył w klasztorze jeszcze dziesięć lat i nigdy żaden nawrót do wybryków młodości nie zamącił jego pokuty. Umarł czczony jak święty, nawet przez tych, którzy znali dawną jego swawolę. Na łożu śmierci prosił jak o łaskę, by go pogrzebano w progu kościoła, tak aby każdy wchodzący deptał go nogami. Prosił również, aby na jego grobie wyryto ten napis: „Tu leży najgorszy człowiek, jaki był na świecie”. Nie uznano jednak za właściwe spełnić wszystkich zleceń podyktowanych tą nadmierną pokorą. Pogrzebano go koło głównego ołtarza, w kaplicy, którą ufundował. Wyryto, co prawda, na kamieniu pokrywającym śmiertelne szczątki napis, który sam ułożył, ale dodano do niego pochwalną opowieść o jego nawróceniu. Szpital jego, a zwłaszcza kaplicę, gdzie jest pochowany, zwiedzają wszyscy cudzoziemcy bawiący w Sewilli. Murillo przystroił tę kaplicę licznymi swymi arcydziełami. Powrót syna marnotrawnego i Sadzawka w Jerychu, które podziwia się dziś w galerii marszałka Soult, zdobiły niegdyś mury szpitala Miłosierdzia. ----- Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, dostępna jest na stronie wolnelektury.pl. Wersja lektury w opracowaniu merytorycznym i krytycznym (przypisy i motywy) dostępna jest na stronie https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/merimee-czysccowe-dusze/. Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury. Wszystkie zasoby Wolnych Lektur możesz swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać pod warunkiem zachowania warunków licencji i zgodnie z Zasadami wykorzystania Wolnych Lektur. Ten utwór jest w domenie publicznej. Wszystkie materiały dodatkowe (przypisy, motywy literackie) są udostępnione na Licencji Wolnej Sztuki 1.3: https://artlibre.org/licence/lal/pl/ Fundacja Wolne Lektury zastrzega sobie prawa do wydania krytycznego zgodnie z art. Art.99(2) Ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych. Wykorzystując zasoby z Wolnych Lektur, należy pamiętać o zapisach licencji oraz zasadach, które spisaliśmy w Zasadach wykorzystania Wolnych Lektur: https://wolnelektury.pl/info/zasady-wykorzystania/ Zapoznaj się z nimi, zanim udostępnisz dalej nasze książki. Tekst opracowany na podstawie: Prosper Mérimée, Carmen; Czyśćcowe dusze; Tamango, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, nakł. Spółki Wydawniczej Rzeczpospolita, Warszawa 1923. Wydawca: Fundacja Wolne Lektury Publikacja wydana w ramach biblioteki Wolne Lektury (wolnelektury.pl). Opracowanie redakcyjne i przypisy: Wojciech Kotwica.