Zmieniono formę imienia tytułowego bohatera, Pelleas (fr. Pelléas), na występującą w przyjętej w kulturze polskiej formie tytułu dzieła: Peleas i Melisanda.
* pisownia łączna/rozdzielna, w tym pisownia z łącznikiem np.: niema (=brak) > nie ma; poprostu > po prostu; zapóźno > za późno; mimowoli > mimo woli; naoścież > na oścież; z za > zza; w koło > wkoło; z po za > spoza; otwierajcie-ż > otwierajcież;
* pisownia joty, np.: kwestya > kwestia; lekcye > lekcje;
* fleksja, np.: tem > tym; mojem > moim ; dziwnem > dziwnym; wielkiem > wielkim; mojem > moim; pełnemi > pełnymi; wszystkiemi > wszystkimi; mię > mnie; jednę > jedną ;
* pisownia spółgłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych, np.: blizki > bliski; z po za > spoza; módz > móc;
* inne zmiany pisowni, drobne zmiany leksykalne, np.: doktór > doktor; tłómaczyć > tłumaczyć; król-że-by > król może; Z podniesieniem zasłony, Za podniesieniem zasłony > Po podniesieniu zasłony.
Zmieniono składnię większości zdań z orzecznikiem przymiotnikowym w narzędniku, np.: wydajesz się tak zdumioną > wydajesz się tak zdumiona; wydawać dziwnym > wydawać dziwne.
Zaimki określone w funkcji nieokreślonych zamieniono na zaimki nieokreślone, np.: Czy kto zrobił > Czy ktoś zrobił; Czy nie chcesz czego > Czy nie chcesz czegoś.
Poprawki tłumaczenia: Golo > Golaud; Absalon > Absalom; w progu cię zatrzymać > tu cię zatrzymać; oczekiwać ich w progu > oczekiwać ich na progu; zdarzenia, jakie powinieneś złożyć > postępki, jakie powinieneś złożyć; oczy mu się zamykały > oczy mu się zamykają; rontowy > patrolowy; wyrywają się nagle z równowagi > rozsypują się nagle; Polano (…) kwiaty > Podlano (…) kwiaty; zmieniłaś się w twarzy > zmieniłaś się na twarzy; Baczność > Uwaga.
Kto tam? Po co mnie budzicie? Wychodźcie przez małe furty, wychodźcie przez małe furty, dość ich przecie!…
Czekajcie, czekajcie! Nie wiem, czy będę mógł otworzyć… Ona nie otwiera się nigdy… Czekajcie, aż się rozwidni…
Nie wydobędę się już z tego lasu. Bóg wie dokąd to zwierzę mnie zawiodło. A myślałem, że zraniłem je śmiertelnie; oto zresztą ślady krwi. Teraz wszakże zgubiłem je z oczu. Zdaje mi się, że i sam się zgubiłem, nawet psy moje nie mogą jakoś mnie odszukać, trzeba wracać swym tropem… Słyszę płacz jakiś… Och, och, cóż to tam nad brzegiem wody?… Małe dziewczątko płacze nad brzegiem wody?…
Nie słyszy mnie. Nie widzę jej twarzy.
Nie lękaj się. Nie masz się czego obawiać. Czemu płaczesz, tu, sama jedna?
Zbłąkałam się… zbłąkałam!… Och, och, zbłąkałam się tutaj… Ja nie jestem stąd… Jam się nie urodziła tam…
Nie, nie, zostawię ją tam, A jednak można by ją wydostać bez trudności. Wydaje się bardzo ładna. Dawno uciekłaś?
Ja sam tego nie wiem. Polowałem w lesie. Ścigałem dzika. Zmyliłem drogę. Wyglądasz bardzo młodo. Ile masz lat?
Będziesz się bała, sama jedna. Nie wiadomo, co się tu dzieje… całą noc… sama jedna… to niepodobna. Melisando, pójdź, daj mi rękę…
Nie krzycz… Nie dotknę cię już. Ale pójdź ze mną. Noc będzie bardzo czarna i bardzo zimna. Pójdź ze mną…
Oto, co pisze do brata swego Peleasa: „Pewnego wieczora znalazłem ją całą we łzach nad brzegiem krynicy, w lesie, gdzie się zbłąkałem. Nie wiem ani jej wieku, ani kto ona, ani skąd jest — i nie śmiem jej badać, bo musiała doznać wielkiego przerażenia i gdy pytam, co jej się przytrafiło, płacze zaraz jak dziecko i szlocha tak głęboko, że strach przejmuje. W chwili gdy ją znalazłem koło źródeł, korona złota ześliznęła się z jej włosów i wpadła w głąb wodną. Ubrana była zresztą jak królewna, choć szaty jej poszarpały się na cierniach. Sześć miesięcy minęło, odkąd ją poślubiłem, i nie wiem o niej nic więcej, jak w dzień naszego spotkania. Tymczasem, drogi mój Peleasie, którego kocham bardziej niż brata, jakkolwiek nie z jednego zrodzeniśmy ojca; tymczasem, staraj się przygotować wszystkich do mego powrotu… Wiem, że matka przebaczy mi ochotnie. Lecz boję się króla, naszego czcigodnego dziada, boję się Arkela, mimo całej jego dobroci, bo przez to dziwaczne małżeństwo zawiodłem wszystkie jego projekty polityczne, i strach mnie bierze, czy piękność Melisandy zdoła usprawiedliwić w jego oczach, tak mądrych, moje szaleństwo. Gdyby się zgodził jednakże przyjąć ją tak, jak przyjąłby własną córkę, zapal trzeciego wieczora po odebraniu tego listu lampę na szczycie wieży zwróconej ku morzu. Spostrzegę ją z pokładu naszego statku. Jeśli nie, popłynę dalej i nie powrócę już…”. Co powiesz na to, panie!
Nie powiem nic. Zrobił to, co prawdopodobnie powinien był zrobić. Jestem bardzo stary, a jednak nie udało mi się dotąd choćby na chwilę wejrzeć jasno w siebie samego; jakże chcesz, abym sądził o tym, co zrobił ktoś inny. Jestem bliski grobu, a nie umiem po dziś wydać sądu o sobie samym… Mylimy się zawsze, o ile nie zamkniemy oczu. To może nam się wydawać dziwne; nic nad to. Przebył już wiek dojrzały, a poślubia, jak dziecko, małe dziewczątko, które znalazł nad krynicą… To może nam się wydawać dziwne, bo my widzimy zawsze tylko odwrotną stronę przeznaczeń… odwrotną stronę własnego nawet losu… Słuchał zawsze dotąd rad moich; sądziłem, iż dam mu szczęście, żądając dla niego ręki królewny Urszuli… Nie mógł żyć dalej tak sam; od śmierci żony samotność ta smuciła go widocznie. Z innej znowu strony, małżeństwo to położyłoby koniec długim wojnom i nienawiściom odwiecznym… Nie chciał tak. Niechaj będzie, jak chciał: nie stawałem nigdy w poprzek drogi przeznaczeniom; on zna lepiej niż ja swą przyszłość. Być może nie ma zdarzeń bezużytecznych…
Zawsze był taki rozsądny, taki poważny, taki stateczny… Gdyby to zrobił Peleas, rozumiałabym… Lecz on… w jego wieku… Kogóż on nam tu wprowadzi? Jakąś nieznajomą, znalezioną gdzieś przy drodze… Od śmierci żony żył tylko dla syna, małego Yniolda, a jeżeli miał się powtórnie ożenić, to dlatego żeś ty, panie, żądał… A teraz… małe dziewczątko w lesie… Zapomniał o wszystkim… Cóż poczniemy?…
Dziadku, odebrałem jednocześnie z pismem od brata inny jeszcze list, list od przyjaciela mego Marcellusa… Jest na łożu śmierci i wzywa mnie. Chciałby mnie widzieć przed zgonem…
List jego jest tak smutny, że czuć śmierć między wierszami… Powiada, iż wie dokładnie dzień, kiedy śmierć przyjdzie… Powiada, że jeżeli zechcę, mogę przybyć przed jej nadejściem, ale że nie ma czasu do stracenia. Podróż jest bardzo długa i jeżeli będę czekał na powrót Golauda, może być za późno…
A jednak trzeba, byś zaczekał czas jakiś… Nie wiemy, co nam powrót ten gotuje. A zresztą czyliż ojciec twój, tu, nad nami, nie jest ciężej może chory niż twój przyjaciel… Mógłżebyś robić wybór między ojcem a przyjacielem?…
Tak, dziwiło mnie to również, gdym tutaj przybyła; dziwi to każdego. Są tu miejsca, gdzie nigdy nie widać słońca. Ale przywyka się do tego tak prędko… Dawno to już, dawno… Czterdzieści lat już prawie, odkąd tu żyję… Spojrzyj w drugą stronę, tam masz jasność od morza…
Tak, ktoś wchodzi ku nam pod górę… Ach, to Peleas… Wygląda jeszcze zmęczony tak długim na was czekaniem…
Będziemy mieli burzę tej nocy. Mamy je co noc od jakiegoś czasu, a jednak morze takie teraz spokojne… Człowiek wypłynąłby, sam nie wiedząc o tym, i nie powróciłby już.
Musi to być wielki okręt… Światła są bardzo wysoko, zobaczymy go za chwilę, gdy wejdzie w pas jasności…
Nikt nic nie mówi?… Czy nie macie sobie już nic do powiedzenia?… Czas wracać. Peleasie, pokaż drogę Melisandzie. Ja muszę zajrzeć na chwilę do małego Yniolda.
To są inne latarnie morskie… Czy słyszysz, pani, morze?… To wiatr się podnosi… Zejdźmy tędy. Czy zechcesz mi, pani, podać rękę?
Nie wiesz, pani, dokąd cię zaprowadziłem? Przychodzę często siedzieć tu o południu, gdy zbyt skwarno w ogrodach. Dziś zadusić się można, nawet w cieniu drzew.
Zimna jest jak zima. Stara to, opuszczona krynica. Zdaje się, że była to krynica cudowna, otwierała oczy ślepcom, zwie się jeszcze krynicą ślepców.
Cisza tu zawsze niezwykła… Można by dosłyszeć, jak woda śpi… Czy nie chcesz, pani, usiąść na skraju marmurowego basenu? Tu, pod tą lipą, gdzie słońce nigdy nie dochodzi…
Nikt go nigdy nie dojrzał. Krynica ta jest może tak głęboka jak morze. Nikt nie wie, skąd wypływa. Wypływa być może z najgłębszych wnętrzy ziemi…
Och, och, tak daleko od nas!… nie, nie, to nie on… to już nie on… Przepadł… przepadł… Nic prócz wielkiego koła na wodzie… Co poczniemy? Co poczniemy teraz?…
Nie, nie, nie odnajdziemy go już, nie znajdziemy też żadnego innego… A jednak zdawało mi się, że trzymam go w ręku… Zamknęłam już ręce, a on mimo wszystkiego wpadł w wodę… Rzuciłam go za wysoko, pod słońce…
Pójdź pani, pójdź, wrócimy tu innego dnia… pójdź, czas już. Wszyscy gotowi wyjść na nasze spotkanie. Południe biło w chwili, gdy pierścień ci upadł.
Ach, ach, wszystko dobrze, nic mi nie będzie. Ale nie mogę sobie wytłumaczyć, jak się to stało. Polowałem spokojnie w lesie. Koń rozhukał mi się nagle bez powodu. Może zobaczył coś niezwykłego?… Słyszałem właśnie bijących dwanaście uderzeń południa. Z dwunastym uderzeniem spłoszył się nagle i poniósł mnie jak ślepy, jak szalony na jakieś drzewo. Nie słyszałem już nic więcej. Nie wiem już dalej, co się stało. Spadłem, a on musiał paść na mnie. Zdawało mi się, że cały las mam na piersiach, zdawało mi się, że serce mam zdruzgotane. Lecz serce me jest mocne. Zdaje się, że nic mi nie będzie…
Nie, nie, nie takie rzeczy mi się zdarzały. Jestem przyzwyczajony do krwi i żelaza… To nie to, to kosteczki dziecięcia; nie obawiaj się…
Nie, nie, nie chcę, abyś się tak męczyła. Nie potrzebuję niczego, będę spał jak dziecko… Co ci jest, Melisando? Czemu rozpłakałaś się nagle?…
Nie wiem… Jestem chora tutaj… Wolę ci to dzisiaj powiedzieć. Panie, panie, ja nie jestem tutaj szczęśliwa…
Cóż się stało, Melisando? Cóż to jest takiego?… A ja nawet nie przeczuwałem czegoś podobnego… Cóż się stało?… Czy ktoś zrobił ci jaką przykrość? Czy ktoś obraził cię?
Nie, nie, nikt mi nie zrobił najmniejszej przykrości… To nie to… To nie to… Ale ja nie mogę żyć tutaj dłużej. Nie wiem dlaczego… Chciałabym odejść stąd, odejść stąd!… Umrę, jeżeli będę musiała zostać tutaj…
Ależ tu coś się stało? Ty coś ukrywasz przede mną?… Powiedz mi całą prawdę, Melisando… Król może?… Czy też moja matka?… Czy może Peleas?…
Czemużbym nie miał zrozumieć?… Lecz jeżeli mi nic nie powiesz, cóż chcesz, abym począł… Powiedz mi wszystko, a zrozumiem wszystko.
Ja sama nie wiem, co to jest… Ja sama nie wiem z pewnością, to jest… Gdybym mogła ci to, panie, powiedzieć, powiedziałabym… To coś mocniejszego ode mnie…
No, no, bądź rozsądna, Melisando. Cóż chcesz, abym począł? Nie jesteś już dzieckiem. Czy może mnie chciałabyś porzucić?
Och, nie, nie! To nie to… Chciałabym odejść stąd z tobą, panie… Ja tutaj nie mogę żyć dłużej… Czuję, że nie pożyję już długo…
Ależ trzeba mieć przecie jakiś powód. Wszyscy wezmą cię za szaloną. Wszyscy wezmą to za jakieś urojenia dziecinne. No, powiedz, może to Peleas? O ile wiem, rzadko bardzo zdarza mu się pomówić z tobą…
Owszem, owszem, rozmawia ze mną niekiedy. Nie lubi mnie, tak sądzę; dojrzałam to w jego oczach… Ale rozmawia ze mną, gdy się spotkamy…
Nie bierz mu tego za złe. Zawsze był taki. Dziwak jest. A teraz ma smutek, myśli o swoim druhu Marcellusie, który leży na łożu śmierci, a którego on nie może odwiedzić… On się zmieni, on się zmieni, zobaczysz. Młody jest…
Cóż więc? Czy nie możesz przywyknąć do życia, jakie prowadzi się tutaj? Czy zbyt smutno tutaj? To prawda, że zamek ten jest bardzo stary i bardzo posępny. Zimny jest bardzo i bardzo głęboki. I wszyscy, którzy go zamieszkują, są już starzy. I okolica może się wydawać również smutna, ze wszystkimi swymi borami, prastarymi borami, kędy światło nie dochodzi. Lecz można rozweselić to wszystko, jeśli się zechce. A zresztą, radość, radość — nie miewa się już co dzień, trzeba brać rzeczy tak, jak są. Ale powiedzże mi cokolwiek, wszystko jedno, co. Zrobię, co zechcesz.
Dlatego więc płaczesz, moja biedna Melisando? Dlatego więc jedynie? Płaczesz, że nie widzisz nieba? No, no, jużeś przecie nie w wieku, gdy się płacze o takie rzeczy… A potem: czyliż tu nie ma lata? Będziesz widywała niebo co dzień. A zresztą na przyszły rok… No, daj mi rękę, daj mi obie twe rączki.
Och, och, maluchne rączyny, które mógłbym zgnieść na kształt kwiatów… Masz tobie, gdzież pierścień, który ci dałem?
A więc to tam… Musiało to być tam… Tak, tak, przypominam sobie… Poszłam tam dziś rano, by nazbierać muszli dla małego Yniolda… Bywają tam bardzo piękne… Zsunął mi się z palca… potem morze zaczęło przybierać i musiałam wyjść, zanim go odnalazłam.
Teraz, zaraz, w ciemności. Trzeba iść szukać go zaraz. Wolałbym stracić raczej wszystko, co mam, aniżeli ten pierścień. Ty nie wiesz, co to jest. Ty nie wiesz, skąd on pochodzi. Morze będzie nader burzliwe tej nocy. Morze wyprzedzi cię i zabierze go. Śpiesz się. Trzeba iść szukać go zaraz…
Idź, idź, z kim chcesz. Ale trzeba iść zaraz, czy słyszysz? Śpiesz się, poproś Peleasa, by poszedł z tobą.
Peleas zrobi wszystko, o co go poprosisz. Znam Peleasa lepiej niż ty. Idź, idź, śpiesz się. Nie zasnę, póki nie będę miał pierścionka.
Tak, to tu, jesteśmy na miejscu. Czarno tak, że wejścia do groty nie odróżnić od reszty nocy… Nie ma gwiazd po tej stronie. Zaczekajmy, aż księżyc rozedrze tę wielką chmurę, oświeci całą grotę i wówczas będziemy mogli wejść bez niebezpieczeństwa. Są tam miejsca niebezpieczne, wąziuchna ścieżyna prowadzi między dwoma jeziorami, których dna dotąd nie znaleziono. Nie pomyślałem, aby zabrać z sobą pochodnię lub latarnię, ale zdaje mi się, że światłość nieba wystarczy nam. Nie wchodziłaś, pani, nigdy do tej groty?
Wejdźmyż do niej, wejdźmyż do niej… Trzeba będzie, gdyby się wypytywał, umieć opisać miejsce, w którym zgubiłaś pani pierścionek… Jest bardzo wielka i bardzo piękna. Są w niej stalaktyty[2] podobne do zwierząt i do ludzi. Pełna jest mroków błękitnych. Nikt jeszcze nie zwiedził jej w całości. Ukryto w niej, jak się zdaje, wielkie skarby. Zobaczysz tam, pani, szczątki dawno, dawno rozbitych okrętów. Ale nie trzeba zapuszczać się w nią bez przewodnika. Byli tacy, którzy już z niej nie powrócili. Ja sam nie ośmielam się iść zbyt daleko. Zatrzymamy się z chwilą, gdy światłość morza czy nieba zniknie nam z oczu. NaturaGdy zapalić tam małe światełko, rzec by można, że sklepienie zasiane jest gwiazdami — jak niebo. Są to, jak powiadają, odłamki kryształu czy soli, świecące tak w łomach[3] skały. Patrz, patrz, pani, zdaje mi się, że niebo się odsłania… Daj mi, pani, rękę, nie drżyj, nie drżyj tak. Nie ma niebezpieczeństwa; zatrzymamy się w chwili, gdy jasność morza zniknie nam z oczu… Może przestrasza cię ten szmer z groty? To szmer nocy lub szmer milczenia… Czy słyszysz, pani, morze poza nami? Nie wydaje się ono szczęśliwe tej nocy… Ach, oto i jasność!…
Widzisz, że wszystko w tej chwili zatrzymuje się tutaj i że wszystko sprzeciwia się tej podróży bezużytecznej. Tajono dotąd przed tobą stan twego ojca, lecz być może nie ma dla niego już nadziei: to jedno powinno starczyć, by tu cię zatrzymać. Oprócz tej wszakże tyle innych przyczyn… Nie w dniu to, gdy wrogowie nasi się budzą, gdy lud umiera z głodu i szemrze wokół nas, wolno ci nas opuszczać. I na cóż ta podróż? Marcellus umarł, a życie ma obowiązki poważniejsze nad odwiedzanie grobów. Znużyło cię, powiadasz, życie bezczynne; ale działalności i obowiązku nie należy szukać po rozdrożach. Trzeba oczekiwać ich na progu i wprowadzić do siebie, gdy przechodzić będą; a przechodzą co dzień. Nie widziałeś ich nigdy? Ja nic już prawie sam nie widzę, a jednak ciebie patrzeć nauczę i pokażę ci je w dniu, kiedy zechcesz na nie skinąć. Tymczasem wszakże posłuchaj mnie i jeśli sądzisz, że grunt życia twego wymaga tej podróży, nie bronię ci jej przedsięwziąć, bo lepiej ode mnie powinieneś znać postępki, jakie powinieneś złożyć w dani swej istocie lub swemu przeznaczeniu. Prosiłbym cię jedynie, abyś zaczekał, aż się dowiemy, co się stać musi niezadługo.
Sądzę, że wszyscy śpią już w zamku. Golaud nie powraca z polowania. A jednak późno już… Czy nie cierpi już z powodu owego upadku?…
Powinien by być przezorniejszy, ciało jego nie ma już tej giętkości, co w dwudziestym roku… Widzę gwiazdy przez okno i poświatę miesiąca[5] na drzewach. Późno jest, on już nie powróci.
To tyś tak pukał?… Nie puka się tak do drzwi. Pukasz, jakby jakieś nieszczęście się zdarzyło. Patrzaj, przestraszyłeś mateczkę.
Owszem, owszem; ojczulek odjechał… ojczulek nie powraca, a ty masz odjechać także… Widziałem to… widziałem to…
Spać mu się chce… śniło mu się coś… Pójdź tu, Ynioldzie; śpisz już?… Pójdź popatrzeć z okna: łabędzie biją się z psami…
On sam nie wie, co mówi. Widział zapewne poświatę miesięczną nad lasem. Bywają często dziwaczne odblaski… może coś mignęło na drodze… lub w jego śnie… Bo patrz, patrz, pani, on, zdaje mi się, zasypia na dobre.
Przyniosłem światło, mateczko, wielkie światło!…
Płakałaś, mateczko?… Płakałaś?…
Ty także, wuju, ty także, ty także płakałeś?… Ojczulku, patrz, ojczulku, płakali oboje…
Gwiazd nie policzyć; nigdy ich tyle nie widziałem, co dzisiaj wieczór… Księżyc jeszcze nad morzem… Nie kryj się w cieniu, Melisando, wychyl się nieco, niechaj ujrzę twe włosy rozplecione…
Och, och, Melisando!… och, tyś piękna, tyś piękna tak!… Wychyl się, wychyl się!… Pozwól mi bardziej zbliżyć się do ciebie…
A ja nie mogę wdrapać się wyżej… Daj mi przynajmniej rękę dziś wieczór… zanim odejdę… Wyjeżdżam jutro…
Nie mogę wychylić się bardziej… Jeszcze nieco, a spadnę… Och, och, włosy moje zsuwają się z wieży!…
Och, och, cóż to jest?… Twoje włosy, twoje włosy zsuwają się ku mnie!… Wszystkie twoje włosy, Melisando, wszystkie twoje włosy spadły z wieży!… Mam je w rękach, mam je na ustach… Mam je na ramionach, oplatam je sobie wkoło szyi. Nie otworzę już rąk dzisiejszej nocy…
Nie, nie, nie… Nie widziałem nigdy włosów takich jak twoje, Melisando!… Patrz, patrz, patrz! Idą z tak wysoka, a zatapiają mnie jeszcze aż po serce… Zatapiają mnie jeszcze aż po kolana!… A słodkie są, słodkie są jakby z nieba spadły!… Nie widzę już nieba spoza włosów twoich. Widzisz, widzisz?… Obie me ręce nie mogą ich już utrzymać… są aż tam, na gałęziach wierzby… Żyją jak ptaszyny w mych rękach… i kochają mnie, kochają mnie bardziej niż ty!…
Nie, nie, nie, nie uwolnię cię tej nocy… Jesteś mym więźniem przez tę noc, przez całą noc, przez całą noc…
Wiążę je, wiążę je do gałęzi wierzby… Nie odejdziesz już… nie odejdziesz już… Patrz, patrz, całuję twe włosy… Nie cierpię już, tu, pośród twych włosów… Słyszysz pocałunki me wzdłuż twych włosów?… Wstępuję w górę wzdłuż twych włosów… Każdy z twych włosów nieść ci je musi… Widzisz, widzisz, mogę otworzyć ręce… Mam ręce wolne, a jednak ty nie możesz mnie już opuścić…
Zbłąkają się w ciemności… Pozwól mi, pozwól mi podnieść głowę… Słyszę szmer kroków… Puść mnie!… To Golaud!… Zdaje mi się, że to Golaud!… Usłyszał nas…
Czekaj!… Czekaj!… Włosy twe okręcone o gałęzie… Poplątały się w ciemności… Czekaj, czekaj!… Ciemno tu…
Jesteście dzieci… Melisando, nie wychylaj się tak z okna, spadniesz jeszcze… Czy nie wiecie, że to już późno? Koło północy. Nie bawcie się tak w ciemności. Jesteście dzieci…
Są nadzwyczaj wielkie. Jest to cały szereg pieczar olbrzymich, które kończą się Bóg wie gdzie. Cały zamek zbudowany jest na tych pieczarach. Czujesz woń śmiertelną, która tu panuje? To właśnie chciałem ci pokazać. Według mnie pochodzi ona z jeziorka podziemnego, do którego cię prowadzę. Ostrożnie, idź przede mną, w świetle mej latarni. Uprzedzę cię, gdy będziemy na miejscu.
Hej, hej, Peleasie, stój, stój!
Na Boga!… Czyliż nie widzisz? Krok dalej, a byłbyś w przepaści.
Stąpnąłem źle… ale gdybym cię nie był zatrzymał za ramię… A więc oto woda stojąca, o której ci mówiłem… Czujesz bijącą z niej woń śmierci? Idźmy aż do skraju tej chylącej się nad wodą skały. Tam pochyl się nieco. Woń buchnie ci w twarz.
Dalej, dalej… Ona to niekiedy zatruwa zamek cały. Król nie chce wierzyć, że ona stąd pochodzi. Trzeba by zamurować pieczarę, w której leży ta woda martwa. Byłby czas, zresztą, zbadać nieco te podziemia. Czy zauważyłeś te szczeliny w murach i słupach podpierających sklepienia? Odbywa się tu jakaś praca ukryta, której nikt nie przeczuwa. Cały zamek zapadnie się w jedną z najbliższych nocy, jeżeli się na to zważać nie będzie. Ale cóż chcesz, nikt nie lubi schodzić aż tutaj… Są niezwykłe szczeliny w wielu murach… Och, oto… czujesz podnoszącą się woń śmierci?
Pochyl się, nie bój się… będę cię trzymał… daj mi… nie, nie, nie rękę… mogłaby się wyśliznąć… ramię, ramię… Widzisz przepaść?
Ach! Oddycham nareszcie!… Myślałem przez chwilę, że zemdleję w tych pieczarach olbrzymich; już-już miałem upaść… Powietrze tam wilgotne i ciężkie jak rosa ołowiana, a ciemności gęste jak miazga zatruta… A teraz całe powietrze całego morza!… Wiatr taki świeży, patrzaj; świeży jak liść, który tylko co się otworzył ponad drobnymi, zielonymi falkami… Czujesz? Podlano przed chwilą kwiaty u stóp tarasu i woń zieleni i róż zwilżonych bije aż do nas… Musi być koło południa, bo na kwiaty pada już cień wieżycy… Południe; słyszę głosy dzwonów i dzieci schodzące na wybrzeże do kąpieli… Nie wiedziałem, że tak długo siedzieliśmy w podziemiach…
Otworzono wszystkie okna w zamku. Będzie nadzwyczaj gorąco dziś po południu… Patrz, oto matka nasza i Melisanda w jednym z okien wieży…
Tak, schroniły się na stronę ocienioną. Ale, ale… co do Melisandy: słyszałem, co zaszło i co się mówiło wczoraj wieczór. Wiem dobrze, są to zabawy dziecinne, ale niechaj się to nie powtarza. Melisanda jest bardzo młoda i bardzo wrażliwa, trzeba ją oszczędzać, tym bardziej że jest może brzemienna obecnie… Stworzenie to bardzo delikatne, na wpół zaledwie kobieta, toteż najmniejsze wzruszenie mogłoby się stać powodem nieszczęścia. Nie po pierwszy to raz uważam, że mogłoby coś być między wami… tyś starszy od niej. To napomknienie powinno ci wystarczyć… Unikaj jej, o ile można, ale bez przesady, zresztą, bez przesady… Co to tam widać na drodze od strony lasu?…
Płaczą jak dzieci zbłąkane; rzekłbyś, że czują już rzeźnika… Czas iść na obiad. Co za piękny dzień! Co za cudowny dzień na żniwa!…
Pójdź, siądziemy sobie tutaj, Ynioldzie. Pójdź do mnie na kolana, będziemy widzieli stąd, co się dzieje w lesie. Nie widuję cię zupełnie od pewnego czasu. I ty także mnie porzucasz, zawsze jesteś u mateczki… Patrz, usiedliśmy właśnie pod oknami mateczki. Ona odmawia może w tej chwili modlitwy wieczorne… Ale powiedz mi, Ynioldzie, ona często przebywa z wujem twym Peleasem, nieprawdaż?
Ach! Patrzaj: ktoś przechodzi z latarnią przez ogród. Ale mówiono mi, że oni się nie lubią… Podobno sprzeczają się często… nie? Czy to prawda?
Nie mówię z tobą o świetle, pomówimy o nim za chwilę. Mówię z tobą o drzwiach. Odpowiadaj na to, o co cię pytam. Powinieneś nauczyć się mówić, już czas na to… Nie kładź tak ręki do ust… no…
Tak, tak, bardzo duże strzały. Ale czemuż oni nie chcą, aby drzwi były otwarte? No, odpowiedzże mi nareszcie! Nie, nie, nie otwieraj ust do płaczu. Nie gniewam się. Będziemy rozmawiali spokojnie, jak Peleas i mateczka, kiedy są razem. O czym oni mówią, kiedy są razem?
Ach, nędzo mego życia!… Oto jestem jako ślepiec szukający swego skarbu na dnie oceanu!… Oto jestem jako niemowlę zbłąkane w lesie, a wy… Ale… no, no, Ynioldzie, byłem roztargniony, pomówimy teraz poważnie. Czy Peleas i mateczka nie mówią czasem o mnie, kiedy mnie nie ma?…
Nic, nic, moje dziecko. Zobaczyłem wilka biegnącego przez las. A więc oni zgadzają się ze sobą? Cieszy mnie wiadomość, że są w zgodzie. Całują się czasami? Nie?…
Ach, ach, twoja broda, ojczulku!… Kłuje, kłuje, kłuje! Robi się całkiem siwa, ojczulku, i włosy także; całkiem siwe, całkiem siwe, całkiem siwe…
Nie, nie, moje dziecko. Zostańmy jeszcze trochę w cieniu… nie wiadomo, nie wiadomo jeszcze… Widzisz tam tych biedaków, którzy starają się rozpalić ogieniek w lesie? Deszcz padał. A z tamtej znów strony — widzisz starego ogrodnika, który sili się podnieść drzewo rzucone przez wiatr w poprzek drogi? Nie może. Drzewo jest za wielkie, drzewo jest zbyt ciężkie i zostanie tam, gdzie upadło. Niepodobna nic poradzić na to wszystko… Ja myślę, że Peleas jest szalony…
Nie rób hałasu. Podsadzę cię aż do okna. Dla mnie okno za wysoko, jakkolwiek jestem wielkiego wzrostu…
Nie rób najmniejszego hałasu, mateczka zlękłaby się okropnie. Widzisz ją? Jest w pokoju?
To nic, cicho bądź, nie zrobię już tego. Patrz, patrz, Ynioldzie!… Potknąłem się, mów ciszej. Co robią?
Wychodzę z pokoju ojca. Lepiej mu. Doktor powiedział nam, że uratowany… A jednak dziś rano miałem przeczucie, że dzień ten skończy się źle. Mam od pewnego czasu jakieś szmery nieszczęścia w uszach… Potem nastąpiła nagle wielka zmiana i dziś jest to już tylko kwestia czasu. Otworzono wszystkie okna w jego pokoju. Mówi, wydaje się szczęśliwy. Nie mówi jeszcze jak zwykły człowiek, ale myśli nie przychodzą mu już wyłącznie z tamtego świata… Poznał mnie. Wziął mnie za rękę i rzekł z tym dziwnym wyrazem twarzy, który go nie opuszcza, odkąd zachorzał: „Czyś to ty, Peleasie? Patrzaj, patrzaj, nie uważałem tego nigdy, a ty masz poważne i słodkie oblicze ludzi, którzy długo nie pożyją… Trzeba ci w drogę, trzeba ci w drogę…”. To dziwne, muszę mu być posłuszny… Matka słuchała go i płakała z radości. Nie uważałaś tego? Zdaje się, jakby dom cały odżył naraz, słychać oddychanie, słychać rozmowy, słychać chodzenie… Posłuchaj: słyszę głosy za tymi drzwiami. Prędko, prędko, odpowiedz prędko, gdzie cię zobaczę?
Cóż ci przyjdzie z patrzenia… będę tak daleko, że nie dojrzysz mnie już… Będę się starał odjechać bardzo daleko… Pełen jestem radości, a jednak rzec by można, że dźwigam dziś na sobie całe brzemię nieba i ziemi…
Odejdź, odejdź, rozejdźmy się. Słyszę głosy za tymi drzwiami… To cudzoziemcy, którzy dziś rano przybyli do zamku… Wyjdą za chwilę… Idźmy stąd. To cudzoziemcy…
Choroba, ŚmierćTeraz, gdy ojciec Peleasa uratowany i gdy choroba, stara służąca śmierci, opuściła zamek, trochę powietrza i trochę słońca wróci nareszcie do domu… A czas już był! Bo od przybycia twego żyliśmy jedynie w szeptach stłumionych dookoła zamkniętej komnaty… I doprawdy litowałem się nad tobą, Melisando… Przybyłaś tu cała rozradowana, jak dziecko spragnione wesela i uroczystości, i w tejże chwili, gdy wstąpiłaś do przedsionka, spostrzegłem, że zmieniłaś się na twarzy, a prawdopodobnie i w duszy, tak jak mimo woli zmienia się na twarzy człowiek, wchodząc w południe do jaskini zbyt ciemnej i zbyt zimnej… I odtąd, odtąd z powodu tego wszystkiego częstokroć nie rozumiałem cię już… Przyglądałem ci się, chodziłaś bez troski może, ale z dziwacznym, błędnym wejrzeniem człowieka, który na słońcu, w pięknym ogrodzie, wyczekuje ciągle jakiegoś wielkiego nieszczęścia… Nie mogę wytłumaczyć… Ale smutno mi było widzieć cię taką: boś ty za młoda i za piękna, aby żyć już tak dzień i noc pod tchnieniem śmierci… Ale teraz wszystko się zmieni. Przez wiek — i jest to być może najniezawodniejszy owoc mego żywota — przez wiek doszedłem do dziwnej jakiejś wiary w ścisłą odpowiedniość wydarzeń. Widziałem zawsze, iż każda istota młoda i piękna stwarzała wokół siebie wydarzenia młode, piękne i szczęśliwe… Ty to teraz otworzysz wrota nowej erze, którą przewiduję… Zbliż się, czemu stoisz tak, nie odpowiadając i nie podnosząc oczu? Raz tylko jeden uściskałem cię tutaj, w dzień twego przybycia. AStarość, Pocałunek jednak starcy potrzebują dotknąć niekiedy zwiędłymi usty czoła kobiety lub twarzyczki dziecięcia, aby móc wierzyć jeszcze w świeżość życia i oddalić na chwilę groźby… Czy obawiasz się mych starych ust? Jak ja się litowałem nad tobą w ciągu tych miesięcy!…
UczucieByć może należysz do kobiet, które są nieszczęśliwe, nie wiedząc o tym… Te są najnieszczęśliwsze… Starość, PięknoDaj mi patrzeć na siebie tak, zupełnie z bliska, przez chwilę… Człowiek czuje taką potrzebę piękna na wybrzeżach śmierci…
Nie chcę, abyś mnie dotykała, słyszysz? Idź precz, idź precz! Nie mówię z tobą. Gdzie mój miecz? Szedłem właśnie szukać miecza…
Znaleziono znowu wieśniaka zmarłego z głodu, nad brzegiem morza. Rzec by można, iż wszystkim im chodzi o to, aby umierać w oczach naszych.
No, cóż, mój miecz? Dlaczego drżysz tak, pani? Nie myślę cię zabijać. Chciałem po prostu obejrzeć ostrze. Nie używam miecza do takich rzeczy. Czemu przyglądasz mi się, pani, jak żebrakowi? Nie przychodzę prosić cię o jałmużnę. Spodziewasz się coś dojrzeć w moich oczach, nie dając mi nic dojrzeć w swoich? Czy myślisz, że ja wiem cokolwiek?
Widzisz, dziadku, te wielkie oczy? Rzec by można, że dumne są ze swych bogactw…
Wielką niewinność!… One są większe od niewinności!… OkoOne są czystsze od oczu jagnięcia… One Bogu mogłyby dawać lekcje niewinności! Wielką niewinność! Słuchaj, dziadku: jestem ich tak blisko, że czuję świeżość rzęs, gdy opadają. A jednak mniej daleko jestem od wszystkich wielkich tajemnic tamtego świata niż od najmniejszej tajemnicy tych oczu!… Wielką niewinność!… Więcej niż niewinność! Rzec by można, że anieli niebiescy święcą w nich bez ustanku chrztu obrządek! Ja znam te oczy! Ja je widziałem w robocie! Zamknij je, pani, zamknij je lub ja ci je zamknę na długo!… Nie kładź tak prawej ręki na piersiach; mówię rzecz bardzo prostą… Nie mam żadnej ukrytej myśli… Gdybym miał jaką myśl ukrytą, czemużbym jej nie powiedział? Ach, ach! Nie staraj się, pani, uciekać! Tu! Daj mi tę rękę! Ach, ręce twe, pani, są nazbyt gorące… Precz! Ciało twe jest mi wstrętne!… Tu! Nie ma co teraz uciekać!
Na kolanach powleczesz się za mną! Na kolana! Na kolana przede mną! Ach, ach, twe długie włosy do czegoś nareszcie posłużą!… W prawo i w lewo! W lewo i w prawo! Absalomie[7]! Absalomie! Naprzód! W tył! Do ziemi, do ziemi!… Widzisz, pani, widzisz: śmieję się już jak starzec…
Zrobisz, pani, jak będzie wola, oto wszystko. Ja nie przywiązuję do tego żadnej wagi. Jestem zbyt stary, a zresztą, nie jestem szpiegiem. Zaczekam na przypadek, a wtedy… Och, wtedy!… Po prostu dlatego, że to we zwyczaju; po prostu dlatego, że to we zwyczaju…
Och, ten kamień jest ciężki!… Cięższy ode mnie… Cięższy od wszystkich… Cięższy od wszystkiego, co się zdarzyło… Widzę swoją piłkę złotą między skałą i tym niegodziwym kamieniem i nie mogę jej dosięgnąć… Moje ramionko nie jest dość długie… a ten kamień nie chce się dać podnieść… Ja nie mogę go podnieść… i nikt nie będzie mógł go podnieść… Cięższy jest od całego domu… zdawałoby się, że ma w ziemi korzenie…
Och, och, słyszę płacz baranków…
Patrzcie, już nie ma słońca… Nadchodzą baranki, nadchodzą… A jest ich!… A jest ich!… Boją się, że ciemno… Cisną się do siebie, cisną się do siebie!… Nie mogą prawie już iść… Płaczą, płaczą, a idą prędko!… Idą prędko!… Są już na wielkim rozdrożu. Ach, ach, nie wiedzą teraz, dokąd iść… Nie płaczą już… Czekają… Niektóre chciałyby zwrócić się na prawo… Wszystkie chciałyby iść na prawo… Nie mogą!… Pastuch rzuca w nie ziemią… Ach, ach, będą przechodziły tędy… Słuchają się, słuchają się! Będą przechodziły pod tarasem… Będą przechodziły pod skałami… Zobaczę je z bliska… Och, och, co ich jest!… Co ich jest!… Cała droga zapchana… Teraz wszystkie ucichły… Pastuchu, pastuchu, czemu one już nic nie mówią?
Dokądże one idą? Pastuchu, pastuchu, dokąd one idą? Nie słyszy mnie już. Są już za daleko… Idą prędko… Nie robią już hałasu… To już nie droga do owczarni… Gdzież one będą spały dziś w nocy? Och, och! Zbyt ciemno się robi… Muszę coś komuś powiedzieć…
To ostatni wieczór… ostatni wieczór… Wszystko musi się skończyć… Igrałem jak dziecko wokół rzeczy, której nie podejrzewałem… Igrałem we śnie wokół zasadzek przeznaczenia… Któż to rozbudził mnie nagle? Ucieknę, krzycząc z radości i z bólu, jak ślepiec uciekający z własnego domu w płomieniach… Powiem jej, że uciekam… Ojcu nic już nie grozi i nie mam już czym okłamywać siebie samego… Późno jest; ona nie przychodzi…Rozstanie, Wspomnienia, Miłość Zrobiłbym lepiej, odjeżdżając bez widzenia się z nią. Muszę dobrze przyjrzeć się jej tym razem. Niektórych rzeczy już sobie nie przypominam… Rzec by można niekiedy, że od lat stu przynajmniej jużem jej nie widział… I nie przypatrzyłem się jeszcze jej spojrzeniu… Nie zostanie mi nic, jeżeli tak odejdę. I wszystkie te wspomnienia… to jak gdybym uwoził z sobą trochę wody w woreczku muślinowym… Muszę ją zobaczyć raz ostatni, zobaczyć aż po dno serca… Muszę jej powiedzieć wszystko, czego nie powiedziałem…
Pójdź tutaj, nie stój tak nad brzegiem w świetle miesiąca. Pójdź tutaj. Mamy do powiedzenia sobie tyle rzeczy… Pójdź tutaj, w cieniu lipy.
Mógłby ktoś dojrzeć nas z okien wieży. Pójdź tutaj, tutaj nie mamy czego się obawiać. Strzeż się, ktoś może nas zobaczyć…
Brat twój, panie, miał przykry sen. A potem suknia ma zaczepiła się o gwoździe bramy. Patrzaj, panie, rozdarta. Straciłam cały ten czas i biegłam potem…
Moja biedna Melisaado!… Bałbym się prawie dotknąć cię… Cała jesteś jeszcze zdyszana, jak ptaszę ścigane… I to dla mnie, dla mnie robisz to wszystko?… Słyszę bicie twego serca, jak gdyby ono było moje… Pójdź tutaj… bliżej, bliżej do mnie…
Ja nie śmieję się — albo może śmieję się z radości, nie wiedząc o tym… Byłoby raczej czego płakać…
Tak… tak… Kilka długich miesięcy temu. Wówczas nie wiedziałem… Czy wiesz, dlaczego prosiłem, abyś przyszła dziś wieczór?
Nie wiesz, dlaczego muszę się oddalić… Nie wiesz, że to dlatego…
Och, och! Coś ty powiedziała, Melisando!… Nie usłyszałem tego prawie!… Złamano lody rozpalonym żelazem!… Mówisz to jakimś głosem, jak gdyby przychodzącym z końca świata!… Nie usłyszałem cię prawie!… Kochasz mnie? Kochasz mnie także?… Odkąd mnie kochasz?
Och, jak ty to mówisz… Zdawałoby się, że głos twój płynął nad morzem o wiośnie!… Nie słyszałem go nigdy dotąd… Zdawałoby się, że deszcz świeży padł na me serce!… Mówisz to tak otwarcie!… Jak anioł spytany!… Nie mogę temu wierzyć, Melisando!… Dlaczegóż byś mnie miała kochać? Ależ dlaczego ty mnie kochasz? Prawdaż to, co mówisz? Nie łudzisz mnie? Nie kłamiesz trochę, aby na twarz moją uśmiech wywołać?…
Uroda, Miłość, Kochanek romantycznyOch, jak ty to mówisz!… Twój głos, twój głos!… Świeższy jest i otwartszy od wody!… Rzekłby ktoś, woda czysta na moich ustach!… Rzekłby ktoś, woda czysta na moich rękach… Daj mi, daj mi twe ręce… Och, jakież małe twe rączki!… Nie wiedziałem, żeś taka piękna!… Nie widziałem nigdy nic równie pięknego przed tobą… Byłem niespokojny, szukałem wszędzie w domu… Szukałem wszędzie po okolicy… I nie znajdowałem piękności… Aż teraz cię znalazłem!… Znalazłem cię!… Nie wierzę, aby była na ziemi kobieta piękniejsza!… Gdzie jesteś? Nie słyszę już, byś oddychała…
Dlaczego patrzysz na mnie tak poważnie? Jesteśmy już w cieniu. Zbyt czarno tu, pod tym drzewem. Pójdź do światła. Nie możemy tu widzieć, jak bardzo jesteśmy szczęśliwi. Pójdź, pójdź, tak mało zostaje nam czasu…
Ja także… ja także, Melisando… Jestem tuż koło ciebie. Płaczę z radości, a jednak…
Jesteś dziwna, gdy cię tak ściskam… Jesteś tak piękna, że zdawałoby się, iż masz umrzeć…
Tyle jest rzeczy, których nigdy nie będzie się wiedziało… Oczekujemy zawsze, a potem… Co to za hałas? Zamykają bramy!…
Nie możemy już wrócić! Słyszysz zgrzyt rygli? Słuchaj, słuchaj!… Wielkie łańcuchy!… wielkie łańcuchy!… Za późno, za późno!…
Ty?… Otóż właśnie, otóż właśnie!… To nie my już tego chcemy!… Wszystko stracone, wszystko uratowane! Wszystko uratowane dziś wieczór! Pójdź! pójdź… Serce mi bije jak szaleniec aż do głębi mych piersi…
Słuchaj, słuchaj, serce me o mało mnie nie zdławi… Pójdź, pójdź!… Ach, jak pięknie w ciemnościach!…
Ciągną się w uścisku aż w głąb ogrodu… Och, jak one się całują daleko od nas!… Patrzaj, patrzaj!…
Nie wie, żeśmy go spostrzegli… Nie ruszaj się, nie odwracaj głowy… Rzuciłby się natychmiast… Zostanie tam, póki będzie sądził, że nie wiemy… Obserwuje nas… Nie rusza się jeszcze… Odejdź, odejdź zaraz tędy… Ja będę na niego czekał… Ja go zatrzymam…
Nikt już nie może wejść do pokoju. Nadsłuchiwałam przeszło godzinę… Można by dosłyszeć muchy chodzące po drzwiach… Nic nie usłyszałam…
Mój Boże! Mój Boże! Nieszczęście to weszło do domu… Nie wolno mówić, ale gdybym mogła powiedzieć, co wiem…
Ależ tak, ależ tak, to ja ich znalazłam. Odźwierny powiada, że to on pierwszy ich zobaczył, ale to ja go zbudziłam. Spał na brzuchu i nie chciał wstawać. A teraz powiada: „Ja pierwszy ich widziałem”. Czyż tak się należy? Patrzajcie, sparzyłam się, zapalając lampę, aby zejść do piwnicy. Cóż to ja miałam robić w piwnicy? Nie mogę już przypomnieć sobie, co miałam robić w piwnicy. Mniejsza z tym, dość że wstaję bardzo wczas[9]; nie było jeszcze zupełnie widno. Powiadam sobie: przejdę przez podwórzec, a potem otworzę bramę. Dobrze; schodzę ze schodów na koniuszkach palców i otwieram bramę, jakby to była zwykła brama… Mój Boże, mój Boże! Cóżem ja tam ujrzała! Zgadnijcie, jeżeli możecie, com ujrzała!…
Leżeli wyciągnięci oboje przed bramą!… Zupełnie jak zbyt wygłodniali żebracy… Przytuleni byli do siebie jak małe dzieci, gdy się boją… Mała królewna była prawie nieżywa, a wielki Golaud miał jeszcze swój miecz utopiony w boku… Byłoż krwi na progu…
Tak, tak, prowadzono go właśnie do pokoju żony. Spotkałam ich przed chwilą w korytarzu. Podtrzymywano go, jakby był pijany. Nie może jeszcze sam chodzić.
Nie zdołał siebie zabić, jest zbyt wielki. Ale ona prawie nie jest raniona — i ona właśnie ma umrzeć… Czy pojmujecie to?
Tak jak ciebie widzę, ma córko. Widziałam wszystko, rozumiecie… Widziałam ją przed wszystkimi… Maleńka, drobniuchna ranka pod lewą piersią. Maleńka ranka, która by nie zabiła gołębia. Czyliż to naturalne?
Rzeczywiście!… Porodziła na łożu śmierci — czy to nie wielki znak? I co za dziecko! Widzieliście je? Maluchna dziewczynka, jakiej żebrak ostatni nie chciałby wydać na świat… Figurka woskowa, urodzona o wiele za wcześnie… figurka woskowa, która będzie musiała żyć w wełnach jagnięcych… Tak, tak, nieszczęście to weszło do domu…
Owszem, owszem, wszyscy wiedzą… Ale nikt nie śmie o tym mówić… Nie mówi się o tym… nie mówi się o owym… nie mówi się już o niczym… nie mówi się już prawdy… Ale ja, ja wiem, że znaleziono go na dnie krynicy ślepców… lecz nikomu, nikomu nie było wolno go widzieć… I otóż właśnie, otóż właśnie, człowiek dowie się tego wszystkiego dopiero w ostatni dzień…
Jeżeli umrze, to nie z tej ranki; ta ptaka by nie zabiła… Nie wyście więc ją zabili, mój dobry panie; nie rozpaczajcie tak… Ona po prostu nie mogła żyć… Urodziła się bez powodu… aby umrzeć; i umiera bez powodu… A potem, nie powiedziano jeszcze, że jej nie uratujemy…
Nie, nie, zdaje mi się, że mimo woli milczymy zbyt wiele w jej pokoju… To niedobry znak… Patrzcie, jak ona śpi… powoli, powoli… zdawałoby się, że duszyczce jej zimno na wieki…
Zabiłem bez powodu! Zabiłem bez powodu!… Toż kamienie by nad tym płakały!… Całowali się jak małe dzieci… Całowali się po prostu… Jak brat i siostra… A ja, ja zaraz!… Zrobiłem to, widzicie, mimo woli… Zrobiłem to mimo woli…
Dobrze, dobrze. Dlaczego pytasz o to, dziadku? Nigdy nie byłam zdrowsza. Zdaje mi się jednak, że wiem coś…
I ja też, dziadku, nie rozumiem wszystkiego, co mówię… Nie wiem, co mówię… Nie wiem, co wiem… Nie mówię już tego, co chcę…
Ależ owszem, ależ owszem… Jestem niewypowiedzianie szczęśliwy, że słyszę cię tak mówiącą. Miałaś w tych dniach trochę gorączki i nie można cię było zrozumieć… Ale teraz wszystko to już gdzieś daleko…
To… Ale nie przestrasz się… On ci nie chce zrobić nic złego, bądź pewna… Jeśli się boisz, on odejdzie… On jest bardzo nieszczęśliwy.
Czyś to ty, Golaud? Nie mogłam poznać cię już prawie… Mam słońce wieczorne w oczach… Czemu patrzysz tak po ścianach? Schudłeś i postarzałeś się… Czy to już dawno, odkąd nie widzieliśmy się?
Proszę was, oddalcie się na chwilę, zróbcie mi tę łaskę… Zostawię drzwi otwarte na oścież… Chwilę tylko… Chciałbym jej coś powiedzieć; bez tego nie mógłbym skonać… Zróbcie to! Idźcie do końca korytarza, potem możecie powrócić zaraz, zaraz… Nie odmawiajcie mi tego… Jestem nieszczęśliwy…
Melisando, litujesz ty się nade mną, jak ja lituję się nad tobą?… Melisando?… Przebaczasz mi, Melisando?…
Wyrządziłem ci tyle złego, Melisando… Nie umiem wypowiedzieć zła, jakie ci wyrządziłem… Ale widzę je, widzę je tak jasno dzisiaj… od pierwszego dnia… I wszystko to, czego nie wiedziałem dotąd, rzuca mi się w oczy dziś wieczór… I wszystko to z mej winy, wszystko, co się stało, wszystko, co się stanie… Gdybym mógł to powiedzieć, widziałabyś tak, jak ja widzę!… Widzę wszystko, widzę wszystko!… Ale ja tak cię kochałem!… Ja tak cię kochałem!… Lecz teraz ktoś ma umrzeć… to ja mam umrzeć… I chciałbym wiedzieć… Chciałbym cię spytać… Nie weźmiesz mi tego za złe?… Chciałbym… Śmierć, PrawdaTrzeba powiedzieć prawdę komuś, kto ma umrzeć… Trzeba, aby wiedział prawdę, bez tego nie mógłby spać w grobie… Przysięgasz mi, że powiesz prawdę?
Nie rozumiesz mnie? Nie chcesz mnie zrozumieć! Zdaje mi się… A więc… po prostu: pytam cię, czy kochałaś go miłością zakazaną?… Czy byłaś… czy byliście występni? Powiedz, powiedz, tak, tak, tak?…
Ty, ty! I ja, ja także, po tobie!… I trzeba nam prawdy… Trzeba nam prawdy nareszcie, słyszysz! Powiedz mi wszystko! Powiedz mi wszystko! Przebaczam ci wszystko!…
Gdzie jesteś, Melisando? Gdzie jesteś? To nie jest naturalne! Melisando, gdzie jesteś? Dokąd idziesz?
Tak, tak, możecie powrócić… Nie wiem nic, wszystko na próżno… Za późno, ona już zbyt od nas daleko… Nie dowiem się nigdy… Umrę tu jak ślepiec najnędzniejszy!…
Po co przyszłyście tutaj? Nikt was nie prosił… Czego tu chcecie? Cóż tam znowu takiego? Odpowiadajcie!…
Zaraz?… Och, och! Ja muszę jej powiedzieć… Melisando! Melisando!… Zostawcie mnie samego, zostawcie mnie z nią samego!…
ŚmierćUważaj… Uważaj… Musimy teraz mówić po cichu. Nie trzeba jej już niepokoić… Dusza ludzka jest bardzo milcząca… Dusza ludzka lubi odchodzić sama… Ona cierpi tak bojaźliwie… Ale smutek, Golaud… ale smutek tego wszystkiego, co się widzi!… Och, och, och!…
Nie zostawaj tu, Golaud… Jej potrzeba teraz ciszy… Pójdź, pójdź… To okropne, ale to nie nasza wina… Była to istotka taka spokojna, taka bojaźliwa, taka milcząca… Była to biedna istotka, tajemnicza, jak wszyscy… Leżąc tam, wygląda na starszą siostrę swego dziecięcia… Pójdź, pójdź… Mój Boże, mój Boże!… I ja nic już z tego nie rozumiem… Nie zostawajmy tutaj. Pójdź. Dziecko także niechaj tu nie zostaje, w tym pokoju… Ono musi żyć teraz w jej miejsce… Kolej teraz na biedną malutką…
trzy kwadranse na jedenastą (daw.) — trzy kwadranse po godzinie dziesiątej, tj. godzina 10:45. [przypis edytorski]
Absalom (bibl.) — postać biblijna, syn króla Dawida; dumny ze swoich długich włosów, zginął w wojnie domowej przeciw ojcu, gdy uciekając, zaczepił włosami o gałęzie drzewa i nie zdołał się wyswobodzić przed nadejściem pogoni. [przypis edytorski]