<utwor>
<rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/lange-w-czwartym-wymiarze-sen/">
<dc:creator xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Lange, Antoni</dc:creator>
<dc:title xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Sen</dc:title>
<dc:relation.isPartOf xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/lange-w-czwartym-wymiarze</dc:relation.isPartOf>
<dc:contributor.editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Kotwica, Wojciech</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Kotwica, Wojciech</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Modernizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Opowiadanie</dc:subject.genre>
<dc:description xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Narodową. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.</dc:description>
<dc:identifier.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/lange-w-czwartym-wymiarze-sen</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">http://www.polona.pl/item/1941173/4/</dc:source.URL>
<dc:source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Antoni Lange, W czwartym wymiarze. Opowiadania, wyd. drugie, Spółka nakładowa "Książka", Kraków [1912].</dc:source>
<dc:rights xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Domena publiczna - Antoni Lange zm. 1929</dc:rights>
<dc:date.pd xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">2000</dc:date.pd>
<dc:format xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">xml</dc:format>
<dc:type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">text</dc:type>
<dc:type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="en">text</dc:type>
<dc:date xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">2014-05-05</dc:date>
<dc:language xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/image/2940.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">26/7/2009, eduardomineo@Flickr, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/2940</dc:relation.coverImage.source>
</rdf:Description>
</rdf:RDF>
<opowiadanie>

<autor_utworu>Antoni Lange</autor_utworu>

<dzielo_nadrzedne>W czwartym wymiarze</dzielo_nadrzedne>
<nazwa_utworu>Sen</nazwa_utworu>

<nota_red>
<akap>Uwspółcześnienia:</akap>

<akap>Pisownia łączna/rozdzielna, np.:
przytym -&gt; przy tym,
zwolna -&gt; z wolna,
wtył -&gt; w tył,
wpoprzek -&gt; w poprzek,
nakoniec -&gt; na koniec,
poco -&gt; po co,
niema-&gt; nie ma,
dla czego -&gt; dlaczego,
tosamo -&gt; to samo.
</akap>

<akap>Pisownia joty, np.:
terytorjum -&gt; terytorium,
analogji -&gt; analogii,
Indjach -&gt; Indiach,
materjał -&gt; materiał,
linję -&gt; linię,
historję -&gt; historię,
bestje -&gt; bestie.
</akap>

<akap>Końcówki fleksyjne Msc. i N. lp i lm: -em, -emi:
znajomemi -&gt; znajomymi,
któremi -&gt; którymi,
niemi -&gt; nimi
</akap>

<akap>Pisownia spółgłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych:
wązkim -&gt; wąskim
</akap>

<akap>Inne:
dwuch -&gt; dwóch,
i t. d. -&gt; itd.,
t. zw. -&gt; tzw.,
mię -&gt; mnie,
potym-&gt;potem.</akap>

<akap>Poprawione błędy źródła:
Arfon -&gt; Arion,
stałanade mną -&gt; stała nade mną
</akap>
</nota_red>

<akap>Redakcja ,,Absolutu" ogłosiła pewnego razu ankietę o snach.</akap>


<akap>Szło mianowicie o zbadanie, czy istnieje jakiekolwiek terytorialne, masowe prawo analogii widzeń sennych --- czy też jest to dziedzina bezwzględnie osobista.</akap>


<akap>W odezwie do publiczności umieszczono prośbę, aby zechciała pilnie śledzić swoje sny --- między dniem 10 a 20 września --- i aby je w możliwie dokładnym opisie przesłała, oznaczając przy tym płeć, wiek, zajęcie itd.</akap>


<akap>Redakcja liczyła co najmniej na półtora tysiąca odpowiedzi. Tymczasem, jak to najczęściej bywa u nas, gdzie ogół traktuje ankiety bardzo apatycznie, nie otrzymano listów więcej nad trzydzieści parę, przy czym większość pochodziła od różnych figlarzy, z których ten i ów opisywał swoje wielce niecenzuralne przygody z Lolotą, Szarlotą, Pepitą itd. Niektórzy opowiadali rzeczy bardzo znane: latanie po powietrzu, ucisk zmory itd., co wszystko wynika z powodów czysto mechanicznych i nie jest ani socjalne<pe><slowo_obce>socjalny</slowo_obce> --- tu: społeczny.</pe>, ani osobiste. Kilka starych panien opisało rojenia o swoich dawnych straconych zachodach miłości; inni podróże po Chinach i Indiach, albo znów echa przeczytanych książek.</akap>


<akap>Ostatecznie można ankietę uważać za chybioną. Zgromadzony materiał nie pozwalał osądzić, czy istotnie ludność, zamieszkująca pewne terytorium, ma w swoich widzeniach sennych pewną linię wspólną, czy ulega pewnym prawom socjologicznym --- czy też jest to dziedzina anarchicznej dowolności.</akap>


<akap>Jeżeli jednak niektórzy uczeni z fenomenu snów wyprowadzają całą niemal mitologię, pierwotne pojęcia o duszy, o jej wędrówkach i nieśmiertelności --- to prawo masowe widzeń sennych jest wielce prawdopodobne.</akap>


<akap>Redakcja ,,Absolutu" nie traci nadziei, że gdy za parę lat podejmie tę samą ankietę, uzyska większą liczbę odpowiedzi na ten ważny problemat psychologii narodowej.</akap>


<akap><begin id="b1398688764885-3875675014"/><motyw id="m1398688764885-3875675014">Sen</motyw>Otrzymaliśmy --- pomimo wszystko --- parę listów ciekawych --- i owszem, jak się pokazało, są ludzie, którzy widzenia senne niejako kultywują. Czasami zdarza się nawet, że ci, co życie rzeczywiste mają szare i jałowe, we śnie rozwijają niezmierne bogactwo niespodziewanych, barwnych obrazów. To wewnętrzne życie duszy, choć nie związane ściśle z zagadnieniem pierwotnym ankiety, ma swoją osobliwą wartość --- i redakcja ,,Absolutu" nie wahała się tych listów publikować. Korzystając z pozwolenia redakcji, ogłaszamy też niektóre referaty.<end id="e1398688764885-3875675014"/></akap>


<akap>Oto co pisze pan Józef N.</akap>


<akap>...Płeć: męska.</akap>


<akap>Wiek: lat czterdzieści sześć.</akap>


<akap>Zawód: nieokreślony; właściwie jestem wykolejeńcem: próbowałem nauczycielstwa, gospodarki rolnej, agentury handlowej; służyłem w konspiracjach, robiłem dzwonki elektryczne, kapsułki dla aptekarzy itd. Skończyłem ostatecznie na dziennikarstwie. Pracuję w pismach codziennych A. B. C. Płacą mi bardzo licho. Jestem nikomu nieznany. Stanowię tzw. siłę użyteczną. Ściągam różne --- mądre i głupie --- rzeczy z gazet zagranicznych. Nikomu nie zazdroszczę, do nikogo nie mam pretensji --- z nikim też się nie zbliżam.</akap>


<akap>Z kobietami dawno zerwałem --- albo raczej one ze mną, o ile można w tej sprawie wykryć pierwszeństwo. Żyję niemal bezwzględnie sam, tylko w jednej małej kawiarni spotykam się od czasu do czasu z kilku znajomymi. Zginąłbym niewątpliwie z nudów, wlokąc życie bezbarwne i beznadziejne, gdyby nie to, że odkryłem w sobie jeden cudowny talent.</akap>


<akap>Umiem spać!</akap>


<akap>Talent bardzo rzadki --- i nie wiem, czy znajdzie się na świecie siedmiu braci śpiących, ale śpiących umiejętnie, mądrze, artystycznie... Talent ten rozwijałem w sobie długo, starannie i systematycznie. Sen --- to moje realne życie: śpiąc, mam świadomość snu; żyjąc, nie mam świadomości życia. Co noc przeżywam nadzwyczajną, bezładną, fantastyczną, ale bardzo interesującą historię. Moment przebudzenia --- to dla mnie moment zgrozy; nowe zejście w rzeczywistość, której z głębi serca nienawidzę.</akap>


<akap>Długo pracowałem nad sobą, zanim osiągnąłem ciągłość widzeń. Najważniejszą sprawą było tu dla mnie zwalczenie przestrachu. Dawniej, gdy jeszcze mnie interesował świat zewnętrzny --- ile razy w widzeniu groziło mi niebezpieczeństwo, natychmiast się budziłem. Była to w istocie ucieczka, na jawie w takim wypadku byłbym hańbą okryty; z drugiej strony uchodzić z niebezpiecznych krain widmowych w jeszcze niebezpieczniejszy świat okropnej jawy --- jest to niedorzeczność. Postanowiłem tę trwogę we śnie przezwyciężyć: nie uciekać, nie budzić się ze snu, ale dalej trwać w tej wizji, która chwilami bywa groźna, ale gdy trwogę zwyciężysz, jeszcze większe cuda zobaczysz.</akap>


<akap>Miałem świadomość snu --- i w pewnych okazjach mówiłem sam do siebie: to sen --- tu ani śmierć, ani życie nie jest rzeczywiście rzeczywistym; tu nic ci nie grozi, oprócz przebudzenia: żyjesz w wieczności --- wiekuiście umarły.</akap>


<akap>W nocy z d. 10 na 11 września r. b. miałem sen następujący:</akap>


<akap>Śniło mi się, że byłem na jakimś bulwarze, który zdobiły całe szeregi klonów, topól i kasztanów. Niby to było miasto, niby ogród. Po ulicach krążyło niewiele osób, a godzina była przede zmierzchem. Uwagę moją zwróciła pewna młoda osoba, najwyżej lat dwudziestu, powierzchowności tak ujmującej, że oczu nie mogłem od niej oderwać, i nieznajoma też uśmiechała się do mnie tak słodko, że czułem --- zbliża się moment mojego szczęścia: to jest właśnie ta, której szukałem na ziemi --- i jużem chciał jej powiedzieć słowo ostateczne, gdy zaczęła mnie niepokoić pewna szczególna okoliczność: dziewczyna, kształtna, ślicznie zbudowana, w popielatej skromnej sukni szła jak sarenka na drobnych nóżkach, nęcąca i świetlana, ale ręce jakoś tajemniczo ukrywała pod niebieskim fartuszkiem. Pomyślałem więc sobie, aby ręce pokazała, i, posłuszna mojej myśli, natychmiast ręce wyjęła: na ten widok zdrętwiałem z przerażenia i zimny dreszcz mnie przeniknął. Ta prześliczna dziewczyna o twarzy Madonny miała po siedem, osiem, nie! po jedenaście palców, dziwacznie umocowanych, u każdej ręki. Dziewczyna spostrzegła mój niepokój. --- Ach, ty mnie opuścisz! --- mówiła żałośnie. Jakoż ja, pełny niezgłębionego smutku, poszedłem dalej, bo mnie ta potworność zraziła. Dziewczyna pod drzewem padła rozpłakana.</akap>


<akap>Zastanawiałem się jeszcze nad tym dziwem, gdy ujrzałem naprzeciw siebie kobietę kolosalną, prawdziwą kariatydę o twarzy bogiń egipskich. Brylantową gwiazdę miała na czole i nosiła purpurową, grecką, rozwartą u boku --- suknię. Posuwała się z wolna --- z wolna, jak przystoi bogini. Czułem się wobec niej maleńki, ale mnie czarował jej ogrom i chciałem hołd jej złożyć. Uśmiechała się do mnie życzliwie i padłem przed nią na kolana. Naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> (daw.) --- nagle.</pe> jej grecka suknia od wiatru uchyliła się nieco, odsłaniając jej białe ciało, ale znów ze zgrozą ujrzałem straszna tajemnicę: ta kobieta wcale nie miała nóg, był to olbrzymi tors, oparty na stopach, którymi z trudem poruszała.</akap>


<akap_dialog>--- Co za potwór! --- pomyślałem i raz jeszcze uciekłem.</akap_dialog>


<akap>Nie, chyba bóg miłości, królujący w marzeniach sennych, nie łaskaw dziś na mnie. Tymczasem nowa zjawiła się na mej drodze istota; była to kobieta średniego wzrostu, w sukni jaskrawo żółtej, cerę mająca barwy cygar hawańskich <slowo_obce>colorado maduro</slowo_obce>.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, na koniec widzę ciebie --- zawołała. --- Kocham ciebie, Arionie.</akap_dialog>


<akap>(<wyroznienie>N. B.</wyroznienie> We śnie tracę swoje imię realne --- Józef --- i nazywam się Arion).</akap>


<akap_dialog>--- Czy ci nie wstyd myśleć o takich rzeczach --- odparłem, nie bez awersji patrząc na tego koczkodana. --- Lepiej byś się czegoś nauczyła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale owszem --- rzekła na to hawanna --- ja umiem geometrię. --- I ujęła mnie za rękę.</akap_dialog>


<akap>Nie, nie wytrzymam takich okropnych widzeń! Zacząłem znowu uciekać bulwarem (tylko się nie obudź --- mówiłem sobie). Domów było tu niewiele. Naraz ujrzałem wrota, niby sklepu jakiegoś; otworzyłem je, wpadłem do izby, pośpiesznie zamknąłem. Była to pracownia rzeźbiarska, w której siedział młody człowiek, zapewne artysta --- przed cudownym posągiem z białego marmuru: była to postać tanecznicy na paluszkach lewej nogi oparta, prawą niemal poziomo w tył przesunęła, sama z lekka pochylona. Grecką fletnię trzymała w ręku. Dzieło było skończone, ale wynik pracy był ten, że artysta siedział martwy jak posąg z dłutem w ręku, a marmurowa tanecznica żywo się poruszała i, grając na fletni, wzywała mnie ku sobie.</akap>


<akap_dialog>--- Kochanku mój --- wołała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Galateo! --- krzyknąłem. --- Kocham ciebie --- kocham na wieki! O, jakżem szczęśliwy.</akap_dialog>


<akap>Istotnie byłem szczęśliwy --- znalazłem swoją boginię! Ale była we mnie trwoga, że okropna Indianka może się zjawić i zatruć mi tę godzinę cudu:</akap>


<akap_dialog>--- Uciekajmy --- zawołała Galatea, i już tę nogę, co była oparta o piedestał, podnosiła, jakby zawieszona w powietrzu --- gdy naraz otwarły się drzwi pracowni i wpadła megiera: głowę pokryła swoją żółtą suknią, a na brunatnych nogach skakała jak małpa. W ręku miała siekierę i wołała:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja rozwalę twoje szczęście!</akap_dialog>


<akap>I na drobne kawałki rozbiła marmurową dziewicę.</akap>


<akap_dialog>--- Po co mi ta geometria! --- ryknąłem z rozpaczy, aż się rzeźbiarz martwy przebudził.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Galatea --- wołał --- Galatea! --- i wyrwawszy z rąk wiedźmy siekierę --- odrąbał jej głowę, potem sobie samemu, wreszcie i mnie chciał podobnież uraczyć, ale tu --- wyznaję nie bez wstydu --- wziąłem nogi za pas i umknąłem.</akap_dialog>


<akap>(Nie była to ucieczka ze snu w rzeczywistość, ale tylko z pracowni, gdzie zginęła biała tanecznica!)</akap>


<akap>Znalazłem się sam na pięknej, obszernej łące, zarosłej bujną trawą i pokrytej barwistym kwieciem. Zapach siana unosił się w powietrzu, jakby łąkę świeżo skoszono. Piękna ta miejscowość leżała nad dość szeroką rzeką; po drugiej stronie rzeki stał mój dom, wiedziałem o tym i chciałem się tam dostać. Most łączył oba brzegi, ale przejście przez most było bardzo ciężkie, gdyż mniej więcej co pięćdziesiąt kroków stały tam na straży jakieś groźne zwierzęta: u wejścia dwa bure niedźwiedzie, dalej wielkie psy o oczach jak filiżanki, dwa nosorożce z rozdziawioną mordą, dwa ziejące ogniem smoki. Jeden z tych strażników stał zawsze po prawej stronie mostu, drugi po lewej.</akap>


<akap>W niemałej trwodze ruszyłem naprzód, bo innej drogi nie było. Chciałem udać, że mnie wcale nie ma, i tak się jakoś prześlizgnąć, aby mnie te bestie nie spostrzegły. Jakoż niedźwiedzie tylko coś węszyły --- i, obwąchawszy, przepuściły mnie swobodnie, ale psy z okropnym ujadaniem rzuciły się na mnie, jakby mnie chciały poszarpać; --- zimny pot lał mi się z czoła, a koniec mostu był tak daleko --- tak daleko! Ze łzami w oczach biegłem naprzód, aż się znalazłem na linii nosorożców; te bez litości porwały mnie na rogi i rzuciły powietrzem aż pomiędzy dwa ogniste jaszczury. Smoki naraz zaczęły mnie zalewać swoim ogniem i spaliłbym się na popiół, gdyby nie to, że strumienie stawały się coraz chłodniejsze, aż na koniec zmieniły się w bardzo przyjemny prysznic zimnej wody, jakbym był w Nowym Mieście albo Nałęczowie.</akap>


<akap>Był to koniec mostu; szczęśliwie przeminąłem wszystkie potwory i wydostałem się na drugi brzeg rzeki. Przez jakieś ogrody, ścieżki, zagajniki --- trafiłem wreszcie do domu. Byłem niezmiernie znużony i położyłem się do łóżka. Chwilę tak drzemałem, gdy naraz zapukano do drzwi.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Entrez<pe><slowo_obce>entrez</slowo_obce> (fr.) --- proszę wejść!</pe>!</slowo_obce></akap_dialog>


<akap>Wszedł listonosz. Miał w ręku list o pięciu czerwonych pieczęciach; widać pieniądze dla mnie. Było mi dziwnie nieprzyjemnie.</akap>


<akap_dialog>--- Nie przyjmę tych pieniędzy --- rzekłem do listonosza. --- Pieniądze we śnie oznaczają goliznę na jawie. (Jak widzicie, miałem we śnie szczególne skojarzenia świadomości). Wyjdź pan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wyjdę. Muszę panu ten list oddać.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie przyjmę, rozumiesz pan, Innocenty ósmy! (tak go nazwałem, sam nie wiem, dlaczego).</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musisz przyjąć ten list, psia duszo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to za sposób mówienia? Ręce i nogi ci połamię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, no, spróbuj tylko --- rzekł listonosz i wyjął długi nóż, z rodzaju tych, jakich używają Apasze, ale ja porwałem go za kołnierz i strąciłem ze schodów; sam zaś wyskoczyłem przez okno --- i zacząłem pędzić bez celu --- wprost przed siebie.</akap_dialog>


<akap>Byłem na placu San Marco w Wenecji. Dzwony biły w kościołach Santa Maria del Salute, San Giovanni e Paolo, San Giorgio Maggiore, a ja myślałem sobie:</akap>


<akap_dialog>--- Ucieknę na Campanillę.</akap_dialog>

<akap>Jakoż szybkim krokiem pobiegłem ku dzwonnicy, a potem po schodach śpieszyłem coraz wyżej a wyżej na górę. Czułem jednak za sobą pogoń: ścigał mnie listonosz, a wraz z nim dwaj żołnierze, ci sami (poznałem ich od razu), którzy mnie w przeszłym roku prowadzili na Pawiak.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ach, ty sukinsyn</slowo_obce> --- wołali --- <slowo_obce>prymiesz al nie prymiesz bumagu<pe><slowo_obce>prymiesz al nie prymiesz bumagu</slowo_obce> (zniekszt. ros.) --- przyjmiesz papier czy go nie przyjmiesz?</pe>?</slowo_obce></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie --- nie!</akap_dialog>


<akap>I uchodziłem coraz wyżej, a gdyśmy już byli na szczycie, śród dźwięku dzwonów, żołnierze <wyroznienie>prykładami</wyroznienie> potrzaskali moją osobę, a listonosz im rzecze:</akap>


<akap_dialog>--- A teraz go na dół.</akap_dialog>


<akap>Jakoż strącili mnie ze szczytu Campanilli, a ja spadałem --- spadałem bez końca. Ciemność straszliwa zapanowała dokoła --- i zaczęło grzmieć; pioruny biły nieustannie, a w końcu zahuczał głos, potężniejszy od wszystkich piorunów.</akap>

<poezja_cyt><strofa>
Karając plemię ludzkie zbrodniami zatrute,/
Bóg wyrzuci tę ziemię, jak on swą redutę<pe><slowo_obce>Karając plemię ludzkie zbrodniami zatrute,
Bóg wyrzuci tę ziemię, jak on swą redutę</slowo_obce> --- zniekształcone zakończenie <tytul_dziela>Reduty Ordona</tytul_dziela> A. Mickiewicza.</pe>.
</strofa></poezja_cyt>

<akap>Potem wszystko ucichło i w nieprzeniknionej czarności leżałem, nieprzytomny i umarły.</akap>


<akap>Po niejakim czasie pewna świadomość zaświtała we mnie. Byłem trupem --- to wiedziałem doskonale --- i moja śmierć kojarzyła się z pewną samowiedzą.</akap>


<akap>Znajdowałem się w obszernej, słabo oświetlonej sali. Zupełnie obnażony, leżałem na podłużnym, dosyć wąskim stole. Stołów podobnych było kilkanaście, a na każdym podobnież obnażony człowiek. Po sali krążyli młodzi ludzie i szeptali coś po łacinie: <slowo_obce>sartorius, gluteus, bulbacavernosus, cricothyrioїdius, stylo-pharyngius, duodenum, jejunoileum</slowo_obce>.</akap>


<akap>Byli to studenci medycyny, a sala ta --- to oczywiście prosektorium. Jeden mówił, pokazując na mnie:</akap>


<akap_dialog>--- Najpierw pokrajemy <wyroznienie>tego</wyroznienie>! Egzemplarz niezły.</akap_dialog>


<akap>Leżałem w milczeniu, ale skoro tylko studenci wyszli, podniosłem głowę i zacząłem rozglądać się dokoła. Naraz usłyszałem głos, który mnie przeniósł w lata młodzieńcze.</akap>


<akap_dialog>--- Ale ten, co mnie będzie krajał --- to bardzo przystojny chłopiec!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Marylka! --- zawołałem w stronę, skąd głos dochodził --- a ty co tu robisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To samo, co i ty! Będą się na mnie uczyć anatomii.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A zawsze jesteś kokietka i lekkomyślna! Już ci się ten studencik spodobał.</akap_dialog>


<akap>Marylka była to moja pierwsza miłość; kochałem się w niej, będąc jeszcze w gimnazjum; ona też była pensjonarką, ale że to była zawsze dziewucha trochę szelma, więc nagryzłem się niemało z jej powodu. I teraz już się spodobał jej ten student.</akap>


<akap_dialog>--- Nic się nie zmieniłaś --- powiedziałem jej na pół z wyrzutem.</akap_dialog>


<akap>Ale ona śmiała się ze mnie.</akap>


<akap_dialog>--- A boś ty mnie nie zdradzał? Patrz, tu są twoje wszystkie... Julia --- Krysia --- Wanda --- Janina --- Natalka --- Leonka...</akap_dialog>


<akap>Jakoż istotnie były one tu wszystkie. Znalazłem się naraz w najsłodszym towarzystwie kobiet, które w rozmaity sposób wiązały się z moim życiem.</akap>


<akap>Wszystkie leżały na stołach prosektorium, tak jak ja --- i wszystkie, jak ja, w zupełnym obnażeniu.</akap>


<akap>Wstaliśmy ze swoich stołów i zaczęliśmy wspominać dawne czasy; Krysia boczyła się nieco na Leonkę, że niby jedną opuściłem dla drugiej, a Marylka nieustannie wybuchała śmiechem. Brak sukien istotnie powiększał tylko poufność zebrania. Osobliwa rzecz, nikomu z nas nie przyszło na myśl, że moglibyśmy uciec. Z rezygnacją oczekiwaliśmy na nóż anatomów.</akap>


<akap>Wkrótce usłyszeliśmy zbliżające się kroki studentów --- i zanim ci weszli do sali --- my, umarli, śpiesznie powróciliśmy na swoje miejsca. Pozamykaliśmy oczy i leżeliśmy nieruchomo.</akap>

<akap>Jeden ze studentów zbliżył się do mnie --- i wpakował mi nóż w serce, potem zaczął mnie krajać wzdłuż i w poprzek. O, jakże mnie to bolało! jakże się wiłem kurczowo! Ale milczałem, jak przystoi umarłemu (tylko się nie budź! --- mówiłem do siebie).</akap>


<akap_dialog>--- Gotowy! --- rzekł wreszcie student, a mnie znów ogarnęły ciemności.</akap_dialog>


<akap>Złożono mnie na jakimś wozie. Leżałem bardzo niewygodnie na dwóch poprzecznych ławkach --- z próżnią pośrodku. Wóz podskakiwał i ja podskakiwałem. Wkrótce stało się jasno, byłem na szerokiej drodze: zacząłem się przyglądać swemu karawanowi. Była to furka tatrzańska, ale bez płótna na wierzchu. Leżałem na wznak i widziałem niebo. Woźnica, którym był sam Don Pedro, infant hiszpański, jechał powoli, krok za krokiem, aż mnie dręczyła ta niemrawość. No, ale tak się jedzie na cmentarz.</akap>


<akap_dialog>--- I nie wiem, co się stanie z Marylką i z tą całą gieometrią!</akap_dialog>


<akap>Naraz usłyszałem za sobą głosy: to moi znajomi z kawiarni Miki szli za moim pogrzebem.</akap>


<akap_dialog>--- Szkoda chłopa --- mówił Andrzej --- posiekali go na drobne kawałki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo dobrze z nim zrobili --- stentorem<pe><slowo_obce>stentorem</slowo_obce> --- donośnym i poważnym głosem (od imienia Stentora, jednego z bohaterów <tytul_dziela>Iliady</tytul_dziela> Homera).</pe> odparł Franciszek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zawsze jesteś nieludzki --- oburzył się Edward.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może być, ale jeżeli dla podniesienia ludzkości trzeba będzie wyrżnąć dziesięć tysięcy takich jak on --- to wyrżniemy ich z czystym sumieniem. Bo cóż on miał za związek z rzeczywistością? Żył tylko snem, a czyż sen jest w jakimkolwiek stosunku z produkcją? W żadnym. Arion stał poza wszelką produkcją. Był to człowiek nierealny, jego życie było nierealne --- i jego śmierć jest nierealna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rzeczywiście --- pomyślałem sobie --- moja śmierć wcale nie jest realna, ale dlaczego ten wałkoń Don Pedro tak powoli mnie wiezie na cmentarz?</akap_dialog>


<akap>Natychmiast się podniosłem i kilka razy dałem infantowi po karku.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż to, psia mać, Najjaśniejszy Panie, jedziesz tak powoli? Pędź galopem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak ta sobie chcecie, panoczku. Polecę jak aeroplan. (Tak odpowiedział Don Pedro, ale właściwie był to Pietrek z Jaworowa).</akap_dialog>

<akap>I natychmiast polecieliśmy z najwyższą szybkością. W parę minut byliśmy na szczycie Giewontu, potem wskoczyliśmy na Łomnicę, z Łomnicy na Murań, z Murania na Zawrat, z Zawratu na Polski Grzebień.</akap>


<akap_dialog>--- No, dosyć już, dosyć! Gdzież ten cmentarz?</akap_dialog>


<akap>Ale nie było ani cmentarza, ani furki, ani Don Pedra. Widocznie mi się gdzieś zatracił.</akap>


<akap>Leżałem na placu Świętego Aleksandra, w pobliżu ulicy Książęcej; a koło mnie stał listonosz i rzecze:</akap>


<akap_dialog>--- Czegóż pan uciekał? To wcale nie pieniądze. To z magistratu <slowo_obce>powiestka</slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap>--- A widzisz? --- usłyszałem naraz z dwóch stron, a mówiły to owa Indianka w żółtej sukni i marmurowa Galatea, która stała nade mną uśmiechnięta, z lewą nogą poziomo w tył wygiętą.</akap>


<akap_dialog>--- No, to dajcież tę <slowo_obce>powiestkę</slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap>Po czym list otworzyłem i czytałem takie zawiadomienie:</akap>


<akap>--- Za numerem XY. Józef N. winien był za przetrzymanie paszportu zagranicznego Rubli 120 --- sto dwadzieścia, który to dług zostaje umorzony, gdyż sumy powyższej żadną miarą wyegzekwować od wyżej oznaczonego Józefa N. --- niepodobna, albowiem on nic nie posiada i nie ma nadziei, żeby kiedykolwiek cokolwiek posiadał.</akap>


<akap>Było to świadectwo ubóstwa, które we śnie jest dobrym znakiem. Jednakże zaledwiem to odczytał, gdy zarówno czarna jak biała dama --- śmiać się zaczęły ze mnie do rozpuku, a Indianka język mi pokazała.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma nic --- i nie ma nadziei, aby kiedykolwiek cokolwiek...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale owszem, ja mam dwadzieścia groszy --- odparłem, pokazując dwie srebrne dziesiąteczki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ci starczy ledwie na czarną kawę! Do widzenia.</akap_dialog>


<akap>To rzekłszy, poszły sobie precz: Galatea, skacząc na jednej nodze, a wiedźma, <slowo_obce>colorado maduro</slowo_obce>, fikając koziołki --- tak, że raz widać było jej brunatne nogi, raz jej żółtą spódnicę.</akap>


<akap>Zostałem sam jeden --- i tylko dwaj żołnierze, wymierzywszy we mnie karabiny, mówili:</akap>


<akap_dialog>--- Wstań, sukin syn, i chodź z nami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znowu mnie aresztowali --- powiedziałem sobie --- ale za co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Nie twoje dieło, a tam razbierut<pe><slowo_obce> Nie twoje dieło, a tam razbierut</slowo_obce> (ros.) --- nie twoja sprawa, a tam to sprawdzą.</pe></slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap>Poszedłem z nimi, ale żołnierze zaprowadzili mnie tylko do Miki i wydali rozkaz:</akap>


<akap_dialog>--- Idź na czarną kawę!</akap_dialog>


<akap>Tak więc z rozkazu władzy wyższej poszedłem na czarną kawę. U Miki byli właśnie zebrani moi znajomi: Andrzej, Edward, Stasiek, Jan, Franciszek. Był też pan Antoni, który w ogóle rzadko do nas przychodził.</akap>


<akap>Na Franka boczyłem się nieco.</akap>


<akap_dialog>--- Cóżeś to ty gadał tam, na moim pogrzebie? że ja to nic, że niby trzeba mnie zarznąć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W każdym razie jesteś poza wszelką produkcją. Rozumiesz? Ale tu nie o to idzie. Posłuchaj, co opowiada pan Antoni. Ważna sprawa.</akap_dialog>


<akap>Jakoż istotnie wszyscy otoczyli pana Antoniego, a ten z uroczystym grobowym wyrazem twarzy mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Moi panowie, straszliwą prawdę muszę wam powiedzieć. Zawsze byłem trochę cynik, ale dzisiaj sumienie mnie dręczy. Zamordowałem swoją babkę, a teraz idę się oddać w ręce policji.</akap_dialog>


<akap>Byliśmy wzruszeni zarówno tragicznym wyznaniem p. Antoniego, jak i jego heroizmem --- i postanowiliśmy wszyscy towarzyszyć mu do komisariatu policji.</akap>


<akap>P. Antoni miał minę tak zdecydowaną, że widać było na jego twarzy wielkie pragnienie pokuty. Szliśmy teraz ulica Chłodną do cyrkułu<pe><slowo_obce>cyrkuł</slowo_obce> --- komisariat policji w zaborze rosyjskim.</pe>, gdy postać p. Antoniego, który pewnym krokiem szedł między nami, zaczęła się jakoś zacierać, niewyraźnieć, stawała się mglistą, eteryczną, przezroczystą i niewidzialną... I gdyśmy stanęli u wrót cyrkułu --- pan Antoni rozpłynął się jak mgła i zniknął bez śladu. Nie było go wcale!</akap>


<akap_dialog>--- Rozpuścił się w kwasie policyjnym --- rzekł pan Stanisław, chemik z zawodu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nie ma żadnego związku ze sprawą produkcji --- zdecydował Franek. --- Wracajmy do Miki na kawę.</akap_dialog>

<akap>Powróciliśmy zatem do kawiarni. Tu jednak czekały mnie nowe przykrości: przy jednym ze stolików siedziała owa panienka, co miała po jedenaście palców u każdej ręki --- i spoglądała na mnie okiem pełnym żalu. Byłem bardzo zmieszany --- i udawałem, że jej nie widzę, gdy naraz jakiś nieznajomy jegomość zjawił się przy mnie: stał naprzeciw mego krzesła, ręce trzymał w kieszeni i, patrząc na mnie, pękał --- jak to mówią, ze śmiechu.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ bój się Boga --- rzecze --- przecież Maraksudi to fabryka papierosów.</akap_dialog>


<akap>Z przerażeniem patrzyłem na tego człowieka, zacząłem drżeć całym ciałem z trwogi, zacząłem szczękać zębami i zimny pot wystąpił mi na czoło.</akap>


<akap_dialog>--- Maraksudi --- fabryka papierosów! --- zawołałem wylękniony --- i naraz się przebudziłem...</akap_dialog>


<sekcja_asterysk/>


<akap_dialog>--- Maraksudi --- fabryka papierosów! --- szeptałem na jawie.</akap_dialog>


<akap>Wygnany zostałem z krainy snów. Ale po przebudzeniu jeszcze byłem przepełniony zgrozą!</akap>

<akap>Koniec końców ostrzeżenie co do imienia Maraksudi zapamiętałem, a potem, oprzytomniawszy, zacząłem sobie opowiadać całe widzenie senne od początku.</akap>

<akap>Muszę teraz dać małe wyjaśnienie. Wśród rozmaitych moich rozprawek z pism zagranicznych było coś o pisarzach arabskich, gdzie wspomniany był autor z IX wieku Masudi. Od czterech miesięcy artykuł był złożony i leżał w drukarni. Redakcja, zapewne z powodu nieaktualności tematu, trzymała tę rzecz w odwodzie. Owóż, robiąc korektę, z jakichś nieokreślonych przyczyn --- zacząłem się baczniej przyglądać temu imieniu Masudi. Wydało mi się ono jakoś za mało arabskie; Masudi uważałem za błąd i naraz mi się przywidziało, że nazwisko to brzmiało inaczej. Ale jak? Próbowałem na rozmaite sposoby i nareszcie stało mi się jasno, imię to było Maraksudi --- i takem skorygował. Potem zapomniałem o tym zupełnie, jak o wielu innych rzeczach.</akap>


<akap>Minęły cztery miesiące --- i oto naraz we śnie najniespodziewaniej ostrzegł mnie jakiś nieznajomy.</akap>


<akap>Nazajutrz rano, skoro tylko wyszedłem na miasto, postanowiłem rzecz zbadać --- i chodziłem od trafiki<pe><slowo_obce>trafika</slowo_obce> --- sklep z wyrobami tytoniowymi.</pe> do trafiki.</akap>


<akap_dialog>--- Proszę mi dać papierosów z fabryki Maraksudi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ma --- nie ma! --- odpowiadano mi wszędzie. Nikt nie znał tej fabryki i już zacząłem drwić sam ze siebie, że wierzę nieznajomemu panu, którego widziałem we śnie. Naraz na pewnym sklepie ujrzałem napis:</akap_dialog>


<poezja_cyt><strofa>Skład główny wyrobów tabacznych fabryki/
<wers_wciety typ="1">I. N. Maraksudi w Symferopolu</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap_dialog>--- Jest!</akap_dialog>


<akap>Kupiłem paczkę tych papierosów i zacząłem się im przyglądać. Były to papierosy zupełnie te same, które paliliśmy tajemnie, jako uczniowie II i III klasy.</akap>


<akap>Tyle lat minęło, zapomniałem o nich zupełnie; zapomniałem o tym bardziej jeszcze, niż o moim artykule, gdy oto we śnie przez jakąś cerebrację<pe><slowo_obce>cerebracja</slowo_obce> (daw.) --- aktywność mózgu.</pe> nieświadomą zostałem ostrzeżony.</akap>


<akap>Naturalnie artykuł poprawiłem.</akap>


<akap>Taki był mój sen i jego wynik w życiu realnym. Dodam tu, że wszystko opowiedziałem dosłownie tak, jak mi widzenia senne pokazały --- i że od siebie nie dodałem ani też nie ująłem ani jednego słowa.</akap>


<akap>Taki sam opis mego snu posłałem towarzystwu <slowo_obce>Morpheus, Societé anonyme pour explication des rêves<pe><slowo_obce>Societé anonyme pour explication des rêves</slowo_obce> (fr.) --- Anonimowe towarzystwo na rzecz wyjaśniania snów.</pe></slowo_obce> w Paryżu. Zanim otrzymam odpowiedź, zaznaczę tu, że nie sądzę, aby ktokolwiek w powyższym śnie szukał jakiegoś sensu moralnego albo jakiejś symboliki nauczającej. Marzenie ulega wyłącznie prawom marzenia.</akap>


<sekcja_asterysk/>


<akap>Na tym się kończy relacja p. Józefa N. W przyszłości podamy inne referaty naszych łaskawych korespondentów.</akap>


</opowiadanie>
</utwor>