<utwor>
<rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/lange-w-czwartym-wymiarze-lenora/">
<dc:creator xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Lange, Antoni</dc:creator>
<dc:title xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Lenora</dc:title>
<dc:relation.isPartOf xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/lange-w-czwartym-wymiarze</dc:relation.isPartOf>
<dc:contributor.editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Kotwica, Wojciech</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Kotwica, Wojciech</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Modernizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Opowiadanie</dc:subject.genre>
<dc:description xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Narodową. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.</dc:description>
<dc:identifier.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/lange-w-czwartym-wymiarze-lenora</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">http://www.polona.pl/item/1941173/4/</dc:source.URL>
<dc:source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Antoni Lange, W czwartym wymiarze. Opowiadania, wyd. drugie, Spółka nakładowa "Książka", Kraków [1912].</dc:source>
<dc:rights xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">Domena publiczna - Antoni Lange zm. 1929</dc:rights>
<dc:date.pd xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">2000</dc:date.pd>
<dc:format xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">xml</dc:format>
<dc:type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">text</dc:type>
<dc:type xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="en">text</dc:type>
<dc:date xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">2014-05-05</dc:date>
<dc:language xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xml:lang="pl">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/image/2935.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Picture of photo in photo in photo ..., dariuszman86@Flickr, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/2935</dc:relation.coverImage.source>
</rdf:Description>
</rdf:RDF>
<opowiadanie>

<autor_utworu>Antoni Lange</autor_utworu>

<dzielo_nadrzedne>W czwartym wymiarze</dzielo_nadrzedne>
<nazwa_utworu>Lenora</nazwa_utworu>

<nota_red>
<akap>Uwspółcześnienia:</akap>

<akap>Pisownia łączna/rozdzielna, np.:
tymsamym -&gt; tym samym,
tejsamej -&gt; tej samej,
dla czego -&gt; dlaczego,
niewiadomo -&gt; nie wiadomo,
niema -&gt; nie ma,
mimowoli -&gt; mimo woli,
przedewszystkim -&gt; przede wszystkim,
przytym -&gt; przy tym,
z poza -&gt; spoza.
</akap>

<akap>Pisownia wielką literą:
inne Sale Akademii -&gt; inne sale Akademii
</akap>

<akap>Pisownia joty, np.:
Akademji -&gt; Akademii,
Mandżurji -&gt; Mandżurii,
galerji -&gt; galerii,
nadmaterjalna -&gt; nadmaterialna,
melodję -&gt; melodię,
opinję -&gt; opinię.
</akap>

<akap>Końcówki fleksyjne Msc. i N. lp i lm: -em, -emi, np.:
temi -&gt; tymi,
samemi-&gt; samymi,
swemi -&gt; swymi,
niemi -&gt; nimi,
różanemi -&gt; różanymi,
złotemi -&gt; złotymi.
</akap>

<akap>Pisownia spółgłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych:
blizko -&gt; blisko,
z poza -&gt; spoza.
</akap>

<akap>Ujednolicenie pisowni:
nie mało, niemało -&gt; niemało
</akap>

<akap>Inne:
dwuch -&gt; dwóch,
puhar -&gt; puchar,
bronzu -&gt; brązu,
i i. -&gt; i innych,
i t. d -&gt; itd.
</akap>

</nota_red>

<akap>Od dwóch dni Konrad stale powracał do Akademii Sztuk Pięknych w Wenecji --- i ciągle się zatrzymywał czas dłuższy przed jednym i tym samym obrazem. Płótno czarowało go w sposób magnetyczny --- i chociaż go nęciły dzieła innych mistrzów, może nawet większych, niż autor obrazu, co go przykuwał, to jednak Konrad powracał wciąż do swego Lorenza Veneziana, malarza z XIV w., prymitywa bardzo naiwnego, który jednakże zapanował nad duszą czymś... czymś tajemniczym, czego nie mógł sobie Konrad wytłumaczyć... Na widok tego obrazu kołysało go jakieś wzruszenie, rozkoszne i rzewne, bardzo bliskie i bardzo własne...</akap>


<akap>Dotychczas jednak nie rozwiązał zagadki: dlaczego na widok tego obrazu roją mu się zaraz w duszy jakieś sny z dziecinnych lat, dlaczego mu się ukazuje zaraz jakaś twarz niewyraźna, ale nie obca, woniejąca kwiatem świętości, dlaczego serce mu bije tak mocno, jakby wobec jakiejś rzeczy przeczuwanej a niespodziewanej?...</akap>


<akap>Płótno --- właściwie tryptyk --- wyobrażał z prawej i lewej strony kilku świętych, jak św. Jana Chrzciciela, św. Mikołaja i innych.</akap>


<akap>Konrada jednak interesowała przede wszystkim część środkowa tryptyku, w której promieniała Madonna. Ależ niejedna Madonna była w tej sali: większość obrazów właśnie w barwach czerwonych, złotych i niebieskich --- rozwijała kult Bogarodzicy.</akap>


<akap>Ale nad duszą Konrada zapanowała Madonna Lorenza Veneziana. Obraz przedstawiał Pozdrowienie anielskie. Madonna w koronie i przejrzysto-powietrznej bladozłotej aureoli, o nadziemskim obliczu, rysów delikatnych, pociągłych, mistycznych, jakich zapomnieli mistrze odrodzenia --- Madonna, na wskroś dziewicza, niemal dziewczęca --- siedzi na tronie, przyodziana szatą błękitną, złotymi gwiazdy haftowaną, jako prawdziwa <slowo_obce>Regina coeli</slowo_obce><pe><slowo_obce>Regina coeli</slowo_obce> (łac.) --- królowa niebios.</pe>: przed nią stoi anioł złotoskrzydły, z lekka nachylony: płaszcz ma błękitny z zieloną podszewką; lewą ręką płaszcz podtrzymuje, a prawą podniósł do góry, złożywszy palce i tylko dwa wystawiwszy...</akap>


<akap>Najbardziej tajemniczy szczegół tego malowidła były to ręce Madonny; dłonie na krzyż złożone, o palcach blado-różowych, podłużnych, cieniejących ku dołowi, niemal przezroczystych, prześwieconych słońcem, prawie niematerialnych, zakończonych łagodnym szeregiem różowo-promiennych, księżycowatych paznokci.</akap>


<akap>Przyglądał się przede wszystkim tym mistycznym, niby z eteru splecionym, bezcielesnym palcom --- i właśnie, kiedy jego pamięć najenergiczniej pracowała --- uczuł naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> (daw.) --- nagle.</pe> jakiś obcy fluid w swej istocie; uczuł, że nie myśli już sam, ale że ktoś mu pomaga w myśleniu. Lekki, słodki dreszcz wstrząsnął nim całym, kiedy nareszcze zagadkę rozwiązał i sformułował:</akap>


<akap_dialog>--- Ach Boże! Toż takie same ręce ma Ostrobramska Madonna.</akap_dialog>


<akap>I w tej samej chwili, kiedy to pomyślał --- rytmicznie niemal w takt jego własnych słów brzmiący, usłyszał poza sobą głos, dźwięczny i melodyjny, a który był niby echem jego myśli.</akap>


<akap_dialog>--- Ach Boże! Toż takie same ręce ma nasza Matka Boska Ostrobramska.</akap_dialog>


<akap>Osoba, która mówiła te słowa po polsku, śpiewając przy tym z białoruska, dodała jeszcze:</akap>


<akap_dialog>--- Nieprawdaż, mamo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>C'est bien vrai, Lénore<pe><slowo_obce>C'est bien vrai, Lénore</slowo_obce> (fr.) --- to prawda, Lenoro.</pe></slowo_obce> --- odrzekła towarzysząca jej starsza dama, przyglądając się obrazowi przez szkiełka na złotym łańcuszku.</akap_dialog>


<akap>Konrad się odwrócił. Przed obrazem stały dwie panie, obie ubrane czarno, w żałobie, starsza dama z młodą panną, osobą niezwykłej urody, a która w pierwszej chwili wydała się Konradowi podobną do anioła z tegoż obrazu. Głos jej miał w sobie, bądź jak bądź --- jakąś melodię anielską.</akap>


<akap>Oczy miała szaro-niebieskie, jak jeziora witebskie, powłóczyste, zamyślone w sobie i zapatrzone w głębie.</akap>


<akap>Panna nie była starsza nad 22--23 lata: wybujała i wiotka, ale zbudowana mocno i sprężyście; biodra miała należycie uwydatnione, a piersi takie, jakie miałaby Wenus Anadiomene, nieco starsza niż ją rzeźbią zazwyczaj. Robiła wrażenie istoty bogatej zarówno cieleśnie, jak i duchowo. Twarz była biała, spokojna, twarz marzycielki tkliwej i skłonnej do rozmyślań.</akap>


<akap>Konrad bez wątpienia przeczuł obecność jej osoby, zanim jeszcze usłyszał jej głos --- i nieświadomie a mimo woli wszedł z nią w komunikacje duchową --- i głównie go zastanowił fakt (czyżby przypadek bez znaczenia?), że kiedy sam sobie szeptał formułę ostateczną co do obrazu Veneziana, ona literalnie prawie te same słowa wypowiedziała głośno.</akap>


<akap>Spojrzał na dwie damy i do młodszej rzekł po polsku:</akap>


<akap_dialog>--- Toż samo powiedziałem sam sobie w tej chwili. Zda mi się, jakby pani te moją myśl przeczuła, jakby pani mi ją podsunęła, panno Lenoro.</akap_dialog>


<akap>Ona zaś, jakby dla niej te słowa nie były czymś niespodziewanym, odparła natychmiast:</akap>


<akap_dialog>--- Tak samo mnie się wydawało... Czułam, że ktoś koło mnie myśli tymi samymi słowami...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc pani zawdzięczam, żem odgadł tę tajemnice, która mnie dręczy od paru dni, gdyż dopiero w chwili, gdy pani obecność mnie owionęła, wyjaśniłem sobie tajemnicę. Mam wrażenie, jakby istniała nieokreślona łączność pomiędzy panią a tym obrazem, pomiędzy mną a panią... Czuję, że mogłaby pani być osią żywota dla jakiejś duszy osamotnionej i zabłąkanej na ziemi. Dusza twoja, panno Lenoro (przepraszam panią za poufałość, ale tylko imię pani znam) --- w jednej chwili jakby przeniknęła w moją duszę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Mais c'est drôle ce que vous dites là, monsieur<pe><slowo_obce>Mais c'est drôle ce que vous dites là, monsieur</slowo_obce> (fr.) --- ale to śmieszne, co pan tu mówi, proszę pana.</pe>!</slowo_obce> --- zawołała mama, o której obecności Konrad zdaje się całkiem zapomniał. --- Rodaka miło spotkać na obczyźnie, ale pan tak obcesowo już się oświadcza, a my nawet nie wiemy, z kim mamy zaszczyt.</akap_dialog>


<akap>Konrad przepraszał za swoją śmiałość i za to, że naruszył niektóre formy światowe; ale wiedział, że Lenora nie gniewa się na niego; że pomiędzy nimi w jednej chwili nastąpiło porozumienie. Przedstawił się mamie: był technikiem, miał posadę w cukrowni na Ukrainie, wyjechał za urlopem, aby trochę odpocząć: za parę tygodni powraca do domu.</akap>


<akap>Pani N. była obywatelką z Mińszczyzny i obecnie zjechała do Wenecji na powrotnej drodze z Rzymu, dokąd odbyła pielgrzymkę, chcąc w świętym mieście pomodlić się za niedawno zmarłego męża, gdyż zapewniano ją, że to jest i w dobrym tonie i bardzo pomocne na smutek wdowieński. Lenora jej towarzyszyła.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>C'est ma fille bien-aimée</slowo_obce><pe><slowo_obce>C'est ma fille bien-aimée</slowo_obce> (fr.) --- to moja ukochana córka.</pe> (mama lubiła niepotrzebnie parlować po francusku), <slowo_obce>mais elle est si extraordinaire! On dirait une sonmambule<pe><slowo_obce>mais elle est si extraordinaire! On dirait une sonmambule</slowo_obce> (fr.) --- ale ona jest nadzwyczajna. Można powiedzieć, że lunatyczka.</pe>!</slowo_obce></akap_dialog>


<akap_dialog>--- O już też mama robi mi opinię!... Pan może myśleć, że jestem obłąkana...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech Bóg broni --- zastrzegł się Konrad --- ale od pierwszej chwili, zanim jeszcze pani się odezwała, zanim się odwróciłem, zanim panią zobaczyłem --- odczułem koło siebie atmosferę, która zapewne wynikała z pani fluidu, a która świadczy, że w pani tkwi utajona jakaś istota nadmaterialna, źródło jakiejś nieznanej potęgi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proszę bardzo, żeby pan mojej córce takich rzeczy nie mówił. Ona i tak jest nerwowa, a jeżeli pan się zbliża ,,w zamiarach", to niech się pan zachowuje po ludzku. Przy tym wszystko to, co pan mówi, jest bezbożne --- i nie wiem, czy pan nie jest jaki heretyk albo farmazon<pe><slowo_obce>farmazon</slowo_obce> --- zniekszt. fr. <slowo_obce>franc-mason</slowo_obce>, tj. wolnomularz.</pe>...</akap_dialog>


<akap>Pierwszy raz w życiu przyszło Konradowi na myśl, że można z panną rozmawiać ,,w zamiarach". Ponieważ panna bardzo mu się podobała, nie widział nawet w tym wyrażeniu nic nieodpowiedniego.</akap>


<akap>Wędrowcy nasi, pożegnawszy obraz Veneziana --- w niedługim czasie przejrzeli inne sale Akademii --- i wyszli na plac, gdzie przede wszystkim u straganiarza kupili w dwóch egzemplarzach barwną kopię tegoż tryptyku; po czym wzięli gondolę i popłynęli w stronę arsenału.</akap>


<akap>Mama, uzbroiwszy oczy w szkiełka na złotym łańcuszku, przyglądała się pałacom i kościołom na prawym i lewym brzegu kanału; Konrad oddał się kontemplacji panny Lenory, która go od pierwszej chwili bardzo zajęła.</akap>


<akap>To szczególne spotkanie jednej myśli, poprzedzone dreszczem specyficznym --- stało się dla niego źródłem czarownych marzeń i wrażeń. I Lenora w jednej chwili uległa podobnym uczuciom. Zdawało się jej, nie wiadomo dlaczego, że od dawna doskonale zna Konrada --- i czuła się z nim jakby stara znajoma, pełna wiary i zaufania. Konrad, co musimy objaśnić dla czytelnika, zajmował się od długich lat sztuką hipnotyzmu; zwłaszcza sugestia wzrokowa, poddawanie obrazów dowolnej treści i charakteru --- była jego ulubioną dziedziną doświadczeń: doszedł pod tym względem do wprawy niepospolitej --- i prawie każda jednostka, czy to bardzo wrażliwa i podatna na wpływy magnetyzera, czy też najzupełniej oporna --- poddawała się prędzej czy później jego wpływom, jako posłuszne medium.</akap>


<akap>Znany był w swoim czasie fakt, że kiedy przybył na Ukrainę (tam właśnie, gdzie stała cukrownia Konrada) książę Z., słynny ze swoich polowań na lwy w Afryce środkowej, i przypadkowo zapoznał się z Konradem, o którego ,,czarnoksięstwie" niemało był słyszał: ironicznie go poprosił, aby na jego rozkaz zjawiło się w parku stado lwów. Park w dobrach księcia Z. był olbrzymich rozmiarów: podobno koło dziesięciu włók<pe><slowo_obce>włóka</slowo_obce> --- daw. miara powierzchni gruntu.</pe> obejmował, a książę hodował w nim jelenie i łosie.</akap>

<akap>Konrad swoim głębokim, czarnym, przenikającym okiem --- chwilę popatrzył w oczy księcia --- i ten niezadługo potem ujrzał wychodzącego z puszczy groźnego lwa: za nim wyszły dwa inne --- i jeszcze dwa --- i coraz więcej --- jeden za drugim albo gromadkami w szeregu; szły całe stada przerażających bestii, wprost na księcia, aż się zbliżyły do niego o ćwierć kilometra, błyskając ognistym ślepiem, bijąc w zady ogonami i otwierając szeroko swe czerwone, białymi kłami zbrojne paszcze. Książę --- mówiąc prawdę --- pierwszy raz w życiu zbladł, nie tyle z trwogi, ile ze zdumienia... Naraz widzenie prysło: lwy zniknęły. Tak potężna była siła sugestyjna Konrada, ale umiał on podobne zjawy na odległość nawet wywoływać. I kiedy książę nocą udał się na spoczynek --- nagle ujrzał w swej sypialni --- stojące przy łóżku dwa lwy, groźnie zapatrzone w niego i gotowe do skoku. I to widzenie nagle znikło; była to kara za drwiny.</akap>


<akap>Tu jednak --- wobec Lenory, Konrad po raz pierwszy znalazł się w takim położeniu, że nie wiedział dokładnie, czy to on oddziaływa na Lenorę, czy też ona na niego: czy to ona jest medium, czy też on ulega jej potędze magnetycznej. Bo poza wszystkim innym przyłączył się tu inny sentyment, który dotychczas w życiu Konrada grał rolę drugorzędną --- miłość.</akap>


<akap>To było jasne: on kochał Lenorę, Lenora jego kochała... I ta miłość zakwitła w nich obojgu, zanim jeszcze się zobaczyli, zanim przemówili do siebie. Fluid tego uczucia krążył już po powietrzu --- tam w galerii sztuki --- przed obrazem Lorenza Veneziana --- zanim jeszcze oboje wiedzieli o swoim istnieniu: dreszcz, jaki w pewnej chwili przeszedł oboje, był momentem zwiastowania i krystalizacji tej miłości.</akap>


<akap>I poczuli od razu i jednocześnie, że w tej miłości jest coś, czego nie zwycięży ani czas, ani przestrzeń; że będą zawsze i wszędzie ze sobą, choćby byli na dwóch krańcach ziemi.</akap>


<akap>Rozkosz obcowania była dla nich w tym momencie jakby kołysaniem się na falach nieskończoności --- tak, iż wszystko, co ich otaczało, wydawało się im rzeczą bezwzględnie małą, prawie że samym niebytem. Świat się dla nich zaczynał i kończył na nich dwojgu. Przenikali się wzajem, jedno stawało się drugim, przestawało być sobą, wcielało się wzajemnie...</akap>


<akap>Po dwóch tygodniach zjednoczenie ich dusz było całkowite. Lenora z rozkoszą i ufnością poddawała się mocy duchowej Konrada --- i ostatecznie to zjednoczenie przybrało tony barw jego duszy.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze mi tak --- dobrze mi z tobą! --- zdawała się mówić Lenora, upojona, niepomna niczego, prócz tych krain marzenia, do których ją wprowadził Konrad.</akap_dialog>


<akap>Powrócili razem, ale w Warszawie musieli się pożegnać. Lenora z matką pojechały w Mińskie, Konrad na Ukrainę.</akap>


<akap>Mama, jako osoba praktyczna, natychmiast po zapoznaniu się z Konradem --- napisała do pewnej ciotki, mądrej i wszechwiedzącej, aby ta dowiedziała się o Konradzie: kto, co, gdzie, jak, ile itd.</akap>


<akap>Referencje miała doskonałe, a że panna była zakochana, młodzieniec przystojny i wielkich zalet --- więc, gdy nadeszła chwila, że Konrad się oświadczył o Lenorę pani matce, ta pobłogosławiła ich uroczyście, dając im jednocześnie niemało rad pełnych zdrowego rozsądku --- i postanowiła, że skoro tylko żałoba się skończy, pojadą do Rzymu i tu, w samej bazylice, zawarty będzie związek Lenory z Konradem.</akap>


<akap>Konrad był skrępowany pracą w fabryce, zapowiedział jednak, że skoro tylko będzie mógł, przyjedzie do nich na wieś. Jakoż był parę razy, zawsze tylko na dwa-trzy dni --- i natychmiast musiał powracać. Każdy taki przyjazd był dla obojga młodych źródłem nowego szczęścia i nowych marzeń.</akap>


<akap>Tymczasem nadszedł luty r. 1905. W połowie lipca Konrad, jako chorąży zapasu<pe><slowo_obce>chorąży zapasu</slowo_obce> --- dziś: chorąży rezerwy.</pe> --- wezwany został pod broń. W ciągu tygodnia miał się stawić w pułku, który natychmiast wyruszał do Mandżurii.</akap>


<akap>Oczywiście Konrad skorzystał z czasu, aby pożegnać rodzinę oraz narzeczoną.</akap>


<akap>U krewnych w sąsiedztwie fabryki pobawił dzień jeden --- i wyruszył w Mińskie.</akap>


<akap>Blisko dwie godziny drogi konnej dzieliło go od stacji. Konrad był już w ubraniu wojskowym, pełny myśli ponurych i złowróżbnych... Sosnowe lasy, wzdłuż traktu idące, szumiały mu głucho, jakby wszystkie skargi świata w nich się splątały, a złociejące łany zboża kołysały się półsenne i rozżalone.</akap>


<akap>Na skręcie drogi, koło krzyża, gromada kawek nagle uleciała w górę, z głośnym krakaniem, jakby przerażona czymś nieznanym.</akap>


<akap>Było już niedaleko N., dokąd udawał się nasz chorąży, wezwany na wojnę. Dwie, trzy wiorsty najwyżej dzieliły go od dworu. Tu mur z kamieni płaskich, wapnem połączonych, na przestrzeni kilku morgów --- otaczał cmentarz miejscowy. Skromne drewniane lub metalowe krzyże, lampki i wieńce, figury świętych pańskich --- w otoczeniu wierzb i brzóz, w głogach i czeremchach --- widać było z drogi, ponad niewysoki mur wystające. Ubogie to były groby wieśniacze, a śród nich bardziej wytworny, żelazną sztachetą oddzielony, grobowiec rodziny N. Była tu mała kaplica, na której fasadzie --- pod szczytem --- ujrzał Konrad --- świeżo zapewne pomieszczony, szkłem osłonięty barwny obraz.</akap>


<akap>Była to Madonna Lorenza Veneziana.</akap>


<akap>Obok kaplicy groby z marmurów kieleckich albo z granitów fińskich --- postacie aniołów, z brązu kute lub wyciosane z kamienia.</akap>


<akap>Natarczywie ten grobowiec przyglądał się Konradowi, który mimo woli powiedział sobie:</akap>


<akap_dialog>--- Tu będzie moja ostatnia siedziba...</akap_dialog>


<akap>Po chwili zaś dodał:</akap>


<akap_dialog>--- A może i nie!</akap_dialog>


<akap>I w tej samej chwili przecząco zakołysały się gałęzie sosen nad grobowcem, jakby mówiły również: A może i nie!</akap>


<akap>W oczach Konrada zamigotały dalekie a nieznane krajobrazy Mandżurii, które wyobrażał sobie podług opisów i opowiadań... W każdym razie miał wrażenie, jakby udawał się w próżnię...</akap>


<akap>Tak, może nie będzie spoczywał w jednym grobie z Lenorą.</akap>

<akap>Wkrótce potem szeroką aleją wjechał na dziedziniec dworski i stanął pod gankiem.</akap>


<akap>Lenora czekała na niego --- milcząca i smutna. Co można powiedzieć człowiekowi, jadącemu na taką obojętną wojnę? Lenora milczała: ona już tyle dni i nocy przepłakała i przemarzyła boleśnie nad tym wyjazdem Konrada, że tylko milcząc rzuciła mu się w ramiona i całowała go, jak sierota, która utraciła rodziców.</akap>


<akap>Mama była tak wzruszona, że nie mogła się od łez powstrzymać --- i zdaje się nie widziała dla Konrada innego ratunku, jak zaprosić go na obiad, złożony z dań wyborowych i rozmaitych, pod specjalnym jej dozorem przygotowanych; chciała, ażeby Konrad przed tą śmiertelną wyprawą zjadł smacznie i obficie --- i pilnowała go nieustannie.</akap>


<akap>Konrad jednak był ze wszystkich najspokojniejszy. Wierzył, że nic mu złego się nie stanie, i nawet żartował, zapewniając przyszłą teściową, że dzięki swoim praktykom magnetycznym, które matka Lenory uważała za coś diabelskiego, potrafi zażegnać wszystkie kule i potrafi zatrzymać dostęp śmierci do siebie.</akap>


<akap>Wszyscy koniec końców uwierzyli w tę moc Konrada --- i Lenora nawet się uspokoiła, choć jej serce biło trwogą, że jednak Konrad znajdzie się w Bóg wie jakich niebezpieczeństwach, w kraju dalekim, nieznanym, w pustyni, śród ludów obcych, dzikich, rozpalonych walką --- ---</akap>


<akap>A jeżeli będzie ranny --- a jeżeli będzie głodny, stęskniony, samotny --- kto go dopilnuje, kto go nakarmi, kto go pocieszy? kto go ucałuje? Kiedy wróci i czy wróci?</akap>


<akap>Po obiedzie Konrad z Lenorą poszli do ogrodu --- i tu, choć Lenora dotychczas starała się wszystką siłę ducha utrzymać, to jednak nie mogła już dłużej wytrwać w tym stanie --- i rozpłakała się bezsilna.</akap>


<akap_dialog>--- Czy nie zginiesz? Czy powrócisz?</akap_dialog>


<akap>To była oczywiście główna jej troska wobec tego groźnego zjawiska, które bezwładną ludzką wolę kierowało w stronę konieczności zimnej i nieubłaganej.</akap>


<akap_dialog>--- O Boże, spraw, aby Konrad powrócił!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lenoro --- mówił do niej on, pełny najwyższego spokoju, i spoglądał na nią, raczej w samą treść jej źrenic i jej duszy --- ufaj mi, że stanie się wszystko, jak tego los zażąda. Jestem czasem fatalistą --- wierzę, że co bądź się stanie, będziemy się musieli ze sobą zobaczyć. Idę w niewiadomą otchłań, na nieznane pole żywota. Tam działa grzmią, gromy huczą, krew płynie strumieniami. Tam z gardzieli Fudżijamy płynie ognista lawa; gromady złotolicych duchów, rozkwitając w słońcu chwały wschodzącej, wyruszyły na srebrne równiny północy i nową epokę dziejów zaczynają. Kule ślepe, szalone świszczą dokoła śród pól gaolanu; śród tego ognia dusza moja przepali się choć trochę płomieniem krateru japońskiego --- i uzyska moc nową, jakiej dotąd nie miała. Czyli wrócę, czy nie wrócę --- nie wiem, ale czuwać nade mną będzie pamięć wieczna tego spotkania naszego pod obrazem Lorenza Veneziana. Te biało-różowe, przejrzyste, bezcielesne ręce Madonny będą odpędzać ode mnie miecze i kule nieprzyjaciela. Za mną pójdzie pamięć twoich źrenic, twoich uśmiechów, twego głosu --- i śród tej posoki krwi czerwonej i sczerniałej pamięć twoja będzie mi tarczą, która śród wycia kartaczów i jęku rannych stanie mi się ochroną i osłoną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdy dotknie ciebie rana, gdy ci tryśnie krew czerwona, kto nad tobą czuwać będzie? Obca ręka cię osłoni, pielęgnować będzie ciebie! Ja --- ci będę zbyt daleka, ja ci będę niepotrzebna. Gdybym była uskrzydlonym ptakiem, co po chmurach lata --- poleciałabym za tobą, by nad tobą czuwać ciągle. Poleciałabym na owe pola zimne i dalekie, aby rany twe przewiązać, aby krew ci zatamować, aby jadło twoje warzyć, by ci puchar dać leczniczy. Ach, a jeśli zginiesz w bitwie, od japońskich kul<pe><slowo_obce>od japońskich kul</slowo_obce> --- dziś popr.: przez japońskie kule.</pe> przebity, cóż uczynię na tej ziemi, ja sierota beznadziejna! Nawet gdybym na twym grobie we łzach chciała się pomodlić, nie znalazłabym w pustyni twej mogiły niewiadomej! Chcesz, to poślę w świat za tobą --- swoje oczy, szare ptaki --- abym ciągle była z tobą, była w tobie i przy tobie. Byś je widział nieustannie, jak ja widzę twoje oczy, twe ogniste czarne oczy, co czuwają wciąż nade mną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Twoje oczy są mi gwiazdą, co mnie będzie wiodła w dale do tych pustyń zabajkalskich, gdzie śmierć blada dziś tańcuje --- i chorowód<pe><slowo_obce>chorowód</slowo_obce> --- dziś popr.: korowód.</pe> swój prowadząc, morzem krwi rozweselona, żywot kosi za żywotem. Tam ty jednak będziesz dla mnie osią marzeń mych i czynów. Dusza moja za tą gwiazdą będzie krążyć nieustannie, jak słonecznik się obraca za ognistą słońca tarczą. Pamięć twoja w sercu moim moc rozpali niewzruszoną; żadna strzała mnie nie zrani, żadna kula nie przebije. Moc mam z ciebie tajemniczą: niechaj walka huczy wkoło, niech grzmią działa i szimozy<pe><slowo_obce>szimoza</slowo_obce> --- materiał wybuchowy stosowany przez marynarkę japońską na początku XX w.</pe>, jam jest wszędzie nietykalny. <begin id="b1398599904884-3548779163"/><motyw id="m1398599904884-3548779163">Przysięga</motyw>A choćby mnie grób pochłonął, choćbym runął gdzie zabity, to przełamię grobów ciemność i na świat się wydobędę --- i tu stanę pod twym oknem i śród nocnej ciszy mroku wielkim głosem twoje imię wołać będę, o Lenoro! Wierz mi, słuchaj mnie, Lenoro --- w tym momencie ostatecznym, ty jedyna w mojej myśli będziesz żyła, o Lenoro! i jeżeli zginę --- zginę z twym imieniem, o Lenoro!<end id="e1398599904884-3548779163"/></akap_dialog>


<akap>Rzuciła mu się w ramiona --- i płakała gorąco; płakała razem gorzko i słodko nad nim i nad sobą. Zebrała bukiet róż i głogów, stokrotek i niezapominajek --- i dała mu tę wiązankę, którą on przycisnął do serca, jako drogą pamiątkę: w zapachu tych kwiatów był zapach jej rąk, jej łez i jej duszy.</akap>

<akap>Po dwóch dniach opuścić musiał ten dom, w którym połowę swej istoty pozostawił. --- Obiecał pisać --- i rzeczywiście przez dłuższy czas, co parę dni, co tydzień pisał do niej z drogi, z Charbina, z Mukdenu, z Laojanu... Potem listy były rzadsze, czasami przychodziło po dwa-trzy jednocześnie. Na koniec ustały zupełnie: może zginął w bitwie --- może gdzieś krąży po okolicach pozbawionych komunikacji --- może gdzieś przepadł bez wieści w tych pustyniach...</akap>


<akap>Lenora z matką uważnie czytały gazety --- i te wieści o klęskach nieustannych, połączonych ze śmiercią tylu ludzi --- robiły na nich wrażenie nad wyraz bolesne, gdyż w każdym rannym i zabitym przeczuwały Konrada. Była też specjalna gazeta, w której wyliczano imiona i nazwiska wszystkich rannych, zabitych i przepadłych, co bądź zbiegli, bądź dostali się do niewoli.</akap>


<akap>Ale dotychczas, do połowy października --- nazwiska Konrada w tych spisach nie widziały.</akap>


<akap>Była cicha noc październikowa; chłodno już było, ale w powietrzu panowało milczenie bez poszumu; niebo też błękitniło się czyste i jasne --- i tysiące gwiazd promieniało na bezchmurnym niebie.</akap>


<akap>Matka Lenory udała się na spoczynek, a samotna kochanka Konrada rozmyślała wciąż o nieobecnym --- i pomimo wszelkie dobre znaki, albo raczej brak złych <pe><slowo_obce>pomimo wszelkie dobre znaki, albo raczej brak złych</slowo_obce> --- dziś popr.: pomimo wszelkich dobrych znaków, albo raczej braku złych.</pe> wieści --- na sercu jej leżał ciągle wielki dręczący ciężar najczarniejszych przypuszczeń.</akap>


<akap>Stara Maciejowa, dawna niańka Lenory, czuwała z nią razem i układała pannie kabałę<pe><slowo_obce>kabała</slowo_obce> --- tu: wróżba z kart.</pe>. Zapewniała ona też, że można by, zrobiwszy świecę z żyły dziś zmarłego nieboszczyka --- sprowadzić czarem Konrada aż pod ten dom, a właśnie wczoraj pod wieczór pochowano na cmentarzu nieznanego włóczęgę --- i gdyby tylko kto się odważył grób odkopać i wyjąć z trupa żyłę... to Konrad, choćby był nie wiedzieć jak daleko --- musi przyjść --- i pokłon oddać. Ale panna Lenora i słyszeć nie chciała o takiej praktyce.</akap>

<akap>Maciejowa ułożyła karty na stole. Była tam i długa walka --- i dalekie wody i lasy i pustynie. Kule (dziesięć trefl) świstały dokoła, ale omijały dotąd kierowego króla, który był od nich zawsze daleko; czuwała zawsze nad nim, niby to blisko a niby z dala --- blondynka (dama kierowa), która rycerzowi przynosi szczęście... jest krew (as karo), ale jest też powrót (siedem trefl); chociaż ranny (dziesięć pik) --- niewątpliwie przybędzie (siedem kier).</akap>


<akap>Słowem karta przynosi same dobre wróżby. Choć Lenora doskonale rozumiała całą niedorzeczność tej gry, to jednak mimo woli uspokajała się pod wpływem słów niańki.</akap>


<akap>Maciejowa powiedziała jej dobranoc --- i odeszła. Lenora, gdy została sama, niedługi czas pozostawała w spokoju, zbudzonym pocieszającą kabałą.</akap>


<akap>Mimo woli twarz jej przybrała wyraz smutku; jakby daleki, obcy poświst jęczącego wichru usłyszała w uszach, w samej muszli swego ucha; ciężar, który nigdy nie spadał z jej serca, zaczął ją daleko mocniej uciskać; ręce naraz jej zlodowaciały, a w piersi jął<pe><slowo_obce>jąć</slowo_obce> (daw.) --- zacząć.</pe> ją szarpać niepokój najboleśniejszych przeczuć.</akap>


<akap>Powoli zaczęła się rozbierać; wyjrzała przez okno. Księżyc na pół rozdęty świecił na czystym niebie śród chorowodu migotliwych słońc i gwiazd. Z sąsiedniej puszczy dochodziły głuche i nieprzerwane jęki i wycia, spoza lasu słychać było gwałtowne ujadanie psów, oszczekujących swoje wizje upiorne. --- Naraz te głuche wycia puszczy i te szczekania psów umilkły niby na rozkaz jakiejś woli nieznanej. Cisza stała się w powietrzu głucha i uroczysta i tylko chwilami nietoperz szerokim ruchem kołowym przeleciał powietrze albo sowa gdzieś huknęła, ukryta na wysokiej topoli.</akap>


<akap>Zapatrzona w tę ciszę nocną --- Lenora, zda się, pragnęła sięgnąć okiem aż do Mandżurii...</akap>


<akap>Była już na pół rozebrana, gdy naraz bardzo blisko domu --- niby na gościńcu, usłyszała wielki krzyk:</akap>


<akap_dialog>--- Lenoro!</akap_dialog>


<akap>Otworzyła okno. Był to krzyk rozpaczy.</akap>


<akap_dialog>--- Lenoro!</akap_dialog>


<akap>To głos Konrada. On tu gdzieś jest w pobliżu... Jakim sposobem, dlaczego --- nad tym nie miała czasu się zastanowić. Wyskoczyła oknem do ogrodu --- i, narzuciwszy na siebie jakąś chustę, wybiegła natychmiast na gościniec, bo krzyk ten jeszcze się powtórzył. Pod sztachetami ogrodu leżały, przykucnięte i wystraszone, dwa czarne tęgie kundlo-brytany, przeznaczone do straży nocnej koło dworu; skamlały żałośnie, jakby zatrwożone niewidzialną, zbliżającą się tu zmorą.</akap>


<akap_dialog>--- Konradzie! --- wołała Lenora --- idę, idę do ciebie! Gdzie jesteś?...</akap_dialog>


<akap>Była już na gościńcu --- okiem osłupiałym patrzyła w błękitny mrok nocy, który nagle szarzał i bielał.</akap>


<akap><begin id="b1398600490638-2429657233"/><motyw id="m1398600490638-2429657233">Śmierć</motyw>Nie wiadomo jak, Lenora znalazła się na wzgórzu, którego dotąd nigdy nie widziała w okolicy; wzgórze, raczej przesmyk --- było na prawo zarosłe gęstą wysoką trawą, raczej trzciną; na lewo była ścieżka... na tej ścieżce ujrzała Konrada: w oficerskim ubraniu przesuwał się konno w towarzystwie kilku kozaków --- gdy naraz z gęstej wysokiej trawy wypłynęła trzykroć liczniejsza grupa żołnierzy, w których Lenora, przypomniawszy sobie różne obrazki, poznała Japończyków. Oficer japoński szedł wprost na Konrada i próżno Lenora chciała swą ręką odżegnać niebezpieczeństwo. Konrad był już sam, gdyż żołnierze jego padli od kul nieprzyjacielskich, zabici, nim jeszcze Japończycy ukazali się ze swego ukrycia w trzcinach gaolanu.<end id="e1398600490638-2429657233"/></akap>


<akap>I Konrad upadł ostatni obok swych szeregowców. Lenora nie słyszała wystrzałów, ale widziała dym prochu i kule w powietrzu latające. I w chwili, kiedy Konrad upadł, Lenora nad jego głową ujrzała cudowną Madonnę Lorenza Veneziana, która go błogosławiła swymi słoneczno-różanymi palcami.</akap>


<akap_dialog>--- Konradzie! --- zawołała Lenora, niemiejąc z trwogi i rozpaczy.</akap_dialog>


<akap>Naraz pole gaolanowe i wojownicy japońscy zniknęli.</akap>


<akap>Na nowo noc zapanowała.</akap>


<akap>Konrad pozostał sam. Przez mgnienie jeszcze promieniało nad nim widziadło Madonny, ale wnet się rozwiało i we mgle przygasło.</akap>


<akap><begin id="b1398600529853-1160149147"/><motyw id="m1398600529853-1160149147">Duch</motyw>Konrad chwilę jedną leżał na ziemi, ale natychmiast powstał --- i, milcząc, zbliżył się do Lenory, patrząc na nią tajemniczo, tym samym okiem, którym niegdyś patrzył na nią przy pożegnaniu...</akap>


<akap>Nie mówił nic --- i Lenora spostrzegła na jego szyi dwie czerwone strugi krwi, toczące się z dwóch ran, zadanych kulami Japończyków. Jednakże w oczach Konrada był jakiś nakaz --- jakaś wola... Istotnie, szedł on w stronę cmentarza --- Lenora oparła się o jego ramię i szła za nim, niepomna niczego: ani tej nocy chłodnej i milczącej, ani domu, który opuściła, ani dziwu tych zjawisk, co ją otaczały... Wszystko to wydało się jej tak jasne i zrozumiałe, że ani na chwilę nie zapytała siebie, co to znaczy --- i czy to prawda --- i czy to podobieństwo<pe><slowo_obce>podobieństwo</slowo_obce> (daw.) --- coś możliwego.</pe>.<end id="e1398600529853-1160149147"/></akap>


<akap>Szła smagana wietrzykiem niezbyt surowym, ale chłodnym, październikowym; szła, oparta o ramię Konrada albo raczej jego podpierając, ufna, że nic jej złego stać się nie może...</akap>


<akap>On ją prowadził gościńcem --- w dal od domu matki --- a szli tak szybko, że w niecałe minut piętnaście byli u wrót cmentarza --- minęli świeżą mogiłę włóczęgi --- i ruszyli do tych grobowisk rodzinnych, które Konrad oglądał zawsze, nim stanął w domu narzeczonej.</akap>


<akap>Wrota cmentarza szczególnym trafem były niezamknięte... Stanęli nareszcie u celu wyprawy, ale w ostatniej chwili nieszczęsna Lenora spostrzegła naraz, że Konrada przy niej nie ma...</akap>


<akap>Zniknął nie wiadomo jak i kiedy...</akap>


<akap>I upadła bezsilna, wyczerpana, nieprzytomna u mogiły swego ojca...</akap>


<akap>Nazajutrz rano stróż cmentarny znalazł ją omdlałą, prawie sukien pozbawioną --- koło grobu. Zawezwawszy pomocy, kożuchami ją nakrył --- i odwiózł do domu, gdzie matka z przerażeniem dowiedziała się o zniknięciu córki...</akap>


<akap>Długie miesiące Lenora, między życiem a śmiercią, leżała w gorączce.</akap>


<akap>W jakie pół roku po tym zdarzeniu przybyła wieść oficjalna o śmierci Konrada. Przeznaczony do służby wywiadowczej, zginął w walce z podobnym oddziałem japońskim. Zginął tej samej właśnie nocy, kiedy Lenora, widzeniami opętana, poszła na cmentarz za cieniem --- i tam upadła zemdlona. Ostatnie słowo zabitego był to głośny krzyk: Lenora!</akap>

</opowiadanie>
</utwor>