<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#"><rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/kochanowski-satyr/">
    <dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kochanowski, Jan</dc:creator>
    <dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2015-04-15</dc:date>
    <dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1655</dc:date.pd>
    <dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl) na podstawie tekstu dostępnego w serwisie Wikiźródła (http://pl.wikisource.org). Redakcję techniczną wykonała Paulina Choromańska, natomiast korektę utworu ze źródłem wikiskrybowie w ramach projektu Wikiźródła.</dc:description>
    <dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
    <dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/kochanowski-satyr</dc:identifier.url>
    <dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
    <dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
    <dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Jan Kochanowski zm. 1584</dc:rights>
    <dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Jan Kochanowski, Satyr i wróżki, księgarnia Luxemburgska, Paryż [1867].</dc:source>
    <dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://pl.wikisource.org/wiki/Threny,_Satyr,_Wr%C3%B3%C5%BCki/Satyr</dc:source.URL>
    <dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">GATUNEK LITERACKI</dc:subject.genre>
    <dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Renesans</dc:subject.period>
    <dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Liryka</dc:subject.type>
    <dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Satyr</dc:title>
    <dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<developmentStage>0.3</developmentStage>
<dc:audience xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">L</dc:audience>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/image/16991318630_b19800a3f0_o.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Dejan H., CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/4379</dc:relation.coverImage.source>
</rdf:Description></rdf:RDF><opowiadanie>

<autor_utworu>Jan Kochanowski</autor_utworu>

<nazwa_utworu>Satyr</nazwa_utworu>
<podtytul>Albo dziki mąż, Jana Kochanowskiego Zygmuntowi Augustowi Królowi Polskiemu przypisany</podtytul>


<naglowek_rozdzial>Przedmowa</naglowek_rozdzial>





<strofa>Panie mój (to największy tytuł u swobodnych)/
Nie mogę mieć na ten czas darów tobie godnych: /
Ale jako nie zawżdy wołem złotorogim, /
Czasem Boga błagamy kadzidłem ubogim, </strofa>

<strofa>Tym przykładem, racz i ty moją tę kwapioną/
Pracę za wdzięczną przyjąć, a swą przyrodzoną/
Ludzkość okazać, przeciw tej leśnej potworze, /
Która się tu śmie stawić na twym Pańskim dworze. </strofa>

<strofa>Płocha twarz (baczę to sam) i śmieszna postawa, /
Więc nie wiem jaka przy tem będzie i rozprawa. /
Nie podobają mu się nasze obyczaje, /
Gani rząd i postępki, jedno iż nie łaje. </strofa>

<strofa>Przypomina wiek dawny, a jeśli nie plecie, /
Starszego jako żywo nie było na świecie, /
Ale już mię sam rogiem po grzbiecie zajmuje, /
Teszno go, że swej rzeczy dawno nie sprawuje. /
</strofa>


<naglowek_rozdzial>Satyr</naglowek_rozdzial>





<strofa>Tak jako mię widzicie, choć mam na łbie rogi, /
I twarz nie prawie cudną, i kosmate nogi: /
Przedsięm uszedł za Boga w one dawne czasy, /
A to mój dom był zawżdy, gdzie najgęstsze lasy. /
Aleście je tak długo tu w Polsce kopali, /
Zeście z nich ubogiego Satyra wygnali; /
Gdzie spójrzę, wszędy rąbią, albo buk do huty,/
Albo sosnę na smołę, albo dąb na szkuty. /
I muszę ja podobno, przez ludzie łakome, /
Opuściwszy jaskinie i góry świadome, /
Szukać sobie na starość inszego mieszkania, /
Gdzieby w ludziach nie było takiego starania. /
O wy biedne pieniądze: wszak i drew po chwili/
Nie najdą, żeby sobie izbę upalili. /
Próżna to: niech mi wiarę jako kto chce łaje, /
Nie masz dziś w Polsce, jeno kupcy a rataje<pr><slowo_obce>rataje</slowo_obce> --- gospodarz, kmieć, dozorca. </pr>/
To największe misterstwo, kto do brzegu z woły, /
A do Gdańska wie drogę z żytem, a z popioły. /
Na Podolu go nie patrz, bo między Tatary/
Szabla więcej popłaca, niż leśne towary. /
Z czasem wszystko się mieni: pomnę ja przed laty, /
Że w Polsce żaden nie był w pieniądze bogaty, /
Kmieca to rzecz na on czas, patrzeć roli była, /
A szlachta się rycerskiem rzemiosłem bawiła. /
Nic to nie było siedm lat walczyć nie przestając, /
Mróz i gorąco cierpiąc, głodu przymierając. /
A to wszystko bogactwa, kto się sławy dobił. /
Lepiej się tem, niż złotym łańcuchem ozdobił. /
A jeśli ku pokoju kiedy myśl skłonili, /
Nie już swoich żołnierskich zabaw odstąpili. /
Ale jakoby jutro znowu wsiadać mieli, /
Zbroje nigdy a konia puścić się nie chcieli. /
A nadto przed się w polu zawżdy lud służebny/
Który koszt oni mieli za bardzo potrzebny. /
Bo to jakoby szkoła młodych ludzi była, /
Skąd mężów czystych potem wychodziła siła. /
Temci Polska urosła: a granice swoje/
Rozciągnęła szeroko między morza dwoje. /
Stąd prawa, stąd wolności, stąd Rzeczpospolitą/
Macie, moi Polacy na świat znakomitą. /
Lecz tego snadź nie wiecie, iż, jako dostają, /
Tymże równie sposobem Królestw postradają. /
Dalekoście się od swych przodków odstrzelili, /
A prawieście na nic Polskę wywrócili. /
Skowaliście ojcowskie granaty na pługi, /
A z drugiego już dawno w kuchni rożen długi. /
W przyłbicach kwoczki siedzą, albo owies mierzą, /
Kiedy obrok woźnice na noc koniom bierzą./
 Kotczy<pr><slowo_obce>Kotczy</slowo_obce> --- wozowy. </pr> to nadzieżny<pr><slowo_obce>nadzieżny</slowo_obce> --- spasły.</pr> koń, a poczet zaś woły, /
Które stoją i w stajni, i w tyle stodoły. /
To już Rotmistrz, co fuka na chłopy u pługa, /
A jego przedniejsza broń toczona maczuga. /
Prawdę mówię, czyli nie? uznajcie to sami: /
Ale się tam ozywa jeden między wami, /
Mieniąc, iż gospodarstwo Polskę zbogaciło, /
A jako żywo złota więcej w niej nie było. /
Prawda, że złota wasi przodkowie nie mieli, /
A małobym tak nie rzekł, że go ani chcieli. /
Jednak za swojem męztwem wielkie Państwa brali, /
I bogatym Książętom prawa ustawiali. /
Mniemacie wy podobno, że to wam bajano, /
Kiedy w objazd Kijowa siedem mil powiadano? /
Albo iż na kościołach złote były dachy, /
A białym alabastrem budowane gmachy? /
Nie sądźcie tego miejsca z posady dzisiejszej/
Bo to ledwie cień został ozdoby przedniejszej: /
Co waszych przodków siła, i męztwo sprawiło, /
Że się to zacne miasto w niwecz obróciło. /
O Prusach wam nic nie chcę powiadać, bo sami/
Na każdy rok pływając do Gdańska z tratwami, /
Widzicie gęste miasta, i zamki budowne, /
Drogi, mosty porządne, i brzegi warowne: /
Czego trudno dokazać bez wielkich pieniędzy, /
Znać dobrze, że tam byli gospodarze tędzy. /
Kczemuż przyszło? Polacy Pruską ziemię wzięli, /
A oni się bogacze chudym nie odjęli. /
Ukażcież wy pieniężni coście tak znacznego/
Uczynili: nie chcę nic wspominać dawnego. /
W kilku lat Tatarowie pięćkroć was wybrali, /
Bracię waszą w niewolę Turkom zaprzedali. /
Despot w rzeczy despotów onych dawnych plemię, /
Na waszą wieczną hańbę dwakroć przeszedł ziemię. /
Moskiewski wziął Połocko i listy wywodzi, /
Że prawem przyrodzonem Halicz nań przychodzi. /
Aby chciał patrzeć prawa, trzymałbym ja z wami/
Bo się on mało bawił Konstytucjami. /
Co dalej? Szwedowie was przez morze sięgają, /
A Inflanty wam prawie z garści wydzierają. /
Nakoniec, by nie Wisła, to u was Brunszwicy,/
A tego przypłacili przedsię Pomorczycy. /
Toć owoc waszych bogactw i toście wygrali, /
Żeście przy pługu raczej, niż szabli zostali. /
Aleć to jeszcze wszystko początki: po chwili/
Będzie tego podobno więcej bracia mili: /
Gdy z was maszkarę zdejmą, a ludzie doznają; /
Że Polacy przodków swych bardzo zostawiają. /
Nie spuszczajcie się na to, że Turcy próżnują: /
Wiedząć oni przyczynę komu w tem folgują. /
A kiedykolwiek morze nazbyt cicho stoi, /
Pospolicie więc potem siła złego broi. /
Tego tam nie wiem, jaką przyjaźń z Niemcy macie, /
Albo jako daleko sobie dziś ufacie, /
To tylko znam: że na was pilne oko mają, /
I co rok, to się pod was bliżej podsadzają. /
Kopajcie wy karcz przed się, i budujcie stawy: /
Wieźcie z borów do Wisły burtnice<pr><slowo_obce>burtnice</slowo_obce> --- galery na więźniów. </pr> i ławy: /
Palcie lasy na popiół, rąbcie na wańczosy<pr><slowo_obce>wańczosy</slowo_obce> --- klepki różne. </pr>: /
Polak od pola rzeczon, pospolite głosy. /
Rad ujrzę, gdy was poprą, kędy się skryjecie: /
Bo ile po was baczę, bić się nie będziecie. /
Nie mając ani konia, ani dobrej zbroje, /
Pogotowiu ćwiczenia, bez czego złe boje. /
Patrzcież czegoście dla tych bogactw odstąpili, /
Żeście prawie rycerską naukę stracili. /
Na której nie tylko te ziemskie osiadłości/
Ale gardła należą, i wasze wolności. /
Niechaj drudzy jako chcą prawo rozumieją: /
Niechaj pisać i mówić rostropnie umieją: /
Za fraszkę ten wasz rozum stanie na ulicy/
Jeśli nie będzie pewny żołnierz na granicy. /
A jeśli złotem groźni sąsiadom być chcecie/
Tem je rychlej u siebie jeszcze mieć będziecie. /
Aleć ja i tych bogactw nie znam między wami; /
A radbym żebyście się rugowali<pr><slowo_obce>rugowali</slowo_obce> --- rostrząsnęli.</pr> sami. /
Więcej ci was daleko, co swe wsi mijacie, /
I ojcowskie kredense u żydów chowacie. /
Ba nędzać to, kiedy już nie dostawa komu, /
A tém większa, gdy każą wynosić się z domu. /
Cóż wzdy w tem jest, dla Boga, iż będąc takimi/
Gospodarzami, zdacie się przed się ubogimi? /
Zbytek sąsiedzi, zbytek: który jako morze/
Wszystko pożrze, byś mu tkał nie wiem jako sporze. /
Mało mu na jeden raz wszystkie roczne snopy. /
Zjé on kiedy zasiędzie, grunt zaraz i z chłopy, /
Naostatek i Pana: taki to gość w domu: /
Aby miał zginąć, nie chce ustąpić nikomu. /
Da kto pięćdziesiąt potraw, da on tyle troje. /
Ty go upoisz, a on i woźnice twoje. /
Ty w Rysiu, on w Sobolu: ty na czapce złoto, /
On ma i na trzewiku, chociaż czasem błoto. /
U niego obercuchy<pr><slowo_obce>obercuchy</slowo_obce> --- szarawary, pantalony. </pr> szersze niż u kogo: /
Od kabata<pr><slowo_obce>kabata</slowo_obce> --- kaftan z rękawami, spencer. </pr> sto złotych, jeszcze to nie drogo. /
A kiedy się wystrychnie w usarskim ubiorze, /
Po kołnierzu go poznasz, bo błam futra bierze. /
Więc jako mu nie rzeczesz Miłościwy Panie, /
To już pewna przymówka: że głupi ziemianie. /
By też najwięcej przegrał, nic go to nie smuci, /
Jeszcze nadto chłopiętom ostatek rozrzuci, /
Podchlebce to jego dwór, a rada zwodnicy: /
Odźwiernych mu nie trzeba, strzegą drzwi dłużnicy/
Na tego wy robicie, ten was wdawa w długi, /
Ten was z wiosek wyzuwa i obraca w sługi. /
Znaczniejsze przodków waszych i bardzo znaczniejsze/
Ubóstwo w Polsce, niż te bogactwa dzisiejsze. /
Kto dziś zamek założy? kto klasztor zbuduje? /
Kto Panu miasto puści i summę daruje? /
Jako tego za ojców waszych była siła, /
Którym Rzeczpospolita milsza niż swa była. /
Wiarę dziś rychléj wezmą, niż dadzą królowi, /
Pogotowiu<pr><slowo_obce>Pogotowiu</slowo_obce> --- toż samo. </pr> podobno księdzu plebanowi: /
A bodaj drugi już miał i kielichy spełna, /
Nierzkąc<pr><slowo_obce>Nierzkąc</slowo_obce> --- tem bardziéj, tem mniéj. </pr> by mu szła z owiec po staremu wełna. /
Oho, znać Papieżnika. Po czemże? po mowie. /
Mniemałem by po rogach, co to mam na głowie. /
Bracie, nie chcę się z tobą w rzecz wdawać o wierze/
Bo ja sam na się wyznam, żem prostak w téj mierze. /
Lecz jeśli ty inaczéj o sobie rozumiesz, /
Jedź do Trydentu, a tam ukażesz co umiesz. /
Dobrym chrześcijaninem, nie tęgo ja zowę,/
Co umie dysputować, a ma gładką mowę: /
Ale kto żyje według woli Pana swego, /
Tego ja bardziéj chwalę, niźli wymownego. /
Powiedz mi, w który sposób korda pomykali/
Starzy Polacy, kiedy słów Pańskich słuchali? /
Wierzysz ty, że się wtenczas miał ten wolę gadać? /
Rogaty to Sillogizm, a trudno go zbadać. /
Tak on myślił: nie umiem wywodów szerokich, /
Żebym mógł Pańskich dosiądz tajemnic głębokich. /
Ale com raz obiecał na chrzcie Panu swemu, /
Nie służyć, póki we mnie dusza, jeno jemu, /
Stoję przy tem statecznie: i znam jego słowa: /
Tych nie odstąpię, by mi tuż miała spaść głowa. /
Mówże mu, że źle wierzy: ujrzysz czem cię potka: /
Z takimbym ja wolał przestawać: to krótka: /
Nie uczyłem się w Lipsku ani w Pradze wiary/
I nie wiem jako każą w Genewie u fary: /
Wszystko mam z pustelników co mieszkają z nami, /
Między lasy, i między pustemi górami, /
Ci mi naprzód prawego Boga ukazali, /
I wiarę dostateczną do serca podali. /
Ale niż ktemu przyszło, silna była trwoga, /
Bom tak trzymał, żem ja też poszedł coś na Boga. /
Bachus był na mię łaskaw, i żadnéj biesiady/
Nigdy nie miał bezemnie, mogę rzec, i rady. /
Kiedy niósł Arjadnę, jam już przed nim siedział. /
Com też sobie pomyślał. Bache, byś był wiedział. /
Za czasem poginęli ci bożkowie mali, /
Myśmy się też po gęstych lasach rozstrzelali. /
Nakoniec jam się ochrzcił, i szedłem w te kraje, /
Gdziem zastał, mogę tak rzec, święte obyczaje. /
Nie było téj chciwości która dziś panuje/
Tak iż małe i wielkie jednako frasuje. /
A jako się dziś ludzie za pożytek jęli, /
Tak na on czas wszyscy się do sławy cisnęli: /
Któréj nie drogim trunkiem, ani półmiskami, /
Ale znacznemi chcieli zyskać posługami. /
Więc i łakomstwa nie niósł on wiek starodawny, /
Ni był żaden prokurat między nimi sławny. /
Bo nie statutem, ale cnotą się rządzili. /
Strzegąc jakoby zawżdy w wspólnéj zgodzie żyli. /
Teraz, jako w pieniądzach ludzie smak poczuli, /
Cnota i przystojeństwo, do kąta się tuli./
A ich plac, niewstydliwa potwarz zastąpiła, /
Na co trzeba statutów, i rzeczników<pr><slowo_obce>rzecznik</slowo_obce> --- patron, prawnik.</pr> siła. /
A onych jakobyśmy tu przepomnieć mieli, /
Którzy ani sieść za stół z podejrzanym chcieli: /
Obrus przed nim rzezali, talerz nożmi kłóli, /
Jeśli nie chciał ustąpić, musiał poniewoli. /
Dziś niech jawnie kto zbija, niech zdradza, niech kradnie/
Forytarza dostanie, jako czego snadnie. /
Stateczniejsze zaprawdę niewiasty w téj mierze, /
Bo to dziewka od matki za testament bierze, /
Że cnotliwa nie siędzie nigdy przy wszetecznej: /
Za co samo, Bóg świadek, godne sławy wiecznej. /
Ale wy, co dziś w sobie ojcowskiego macie? /
Okrom tego że czasem o łeż<pr><slowo_obce>o łeż</slowo_obce> --- o fałsz.</pr> się gniewacie. /
Onym ci to przystało, iż prawdę mawiali, /
I wiem pewnie, że synów tegoż nauczali. /
A jeśli mówić, tedy słuchać jéj potrzeba, /
Bo prawda, wszyscy wiecie, niskąd jeno z nieba, /
Więc i to trefna, że wy starych odstąpiwszy/
Obyczajów, a nowsze sobie ulubiwszy, /
Chcecie przed się zachować starodawne sądy, /
Aby król wszystkie wasze uznawał nierządy. /
Znośne to było brzemię za ludzi co zgodę/
I pokój miłowali, a o równą szkodę/
Dali na przyjaciela, albo na sąsiada. /
Że mogła nie o wszystkiem wiedzieć zwierzchna rada. /
Ale kiedy się ludzi skrzętnych namnożyło, /
Którym potwarz i prawo ustawiczne miło; /
Kiedy o najmniejszą rzecz każdy na sejm ruszy, /
A ty za nim ubogi ziemianinie kłuszy<pr><slowo_obce>kłuszy</slowo_obce> --- kłusuj, bież.</pr>. /
Kto tak żelaznej głowy, albo tak cierpliwy, /
Żeby mógł wszystkich słuchać, i uznać kto krzywy? /
Albo tedy przywróćcie stare obyczaje, /
A już tenże postępek prawny niech zostaje. /
Albo jeśli wam bardziéj kmyśli wiek dzisiejszy, /
Uczyńcież już i statut czasom przystojniejszy. /
Siła to na Satyra, prawa pociasować<pr><slowo_obce>pociasować</slowo_obce> -- poprawiać.</pr>: /
Wszak po mnie wolno będzie każdemu wotować, /
Ja mówię co rozumiem: kto ma co lepszego, /
Niechaj powiada, będę rad słuchał każdego./
Ale proszę, niechaj ja piérwej się odprawię, /
A odpuście, jeśli was co nadzwyczaj bawię, /
Aczci słyszę że i wy, gdy mówić poczniecie, /
Końca w swych oracjach znaleźć nie możecie. /
A podobieństwo: bo co tydzień pierwéj sprawił, /
To dziś sejm za pół roku bodaj się odprawił, /
I temeście podobno Połocko stracili, /
Bo kiedy się było bić, toście wy radzili. /
Ale co ja w kim ganię, tego się sam chronię: /
Powiedziawszy wam wszystko, potem się ukłonię. /
Tego baczyć nie mogę, dla któréj przyczyny/
Wolicie do Wloch, albo do Niemiec słać syny, /
Mając swe szkoły doma, gdzie przedtem jeżdżali/
Cudzoziemcy, którzy się nauką parali<pr><slowo_obce>parali</slowo_obce> --- zatrudniali.</pr>. /
Zdadzą się wam podobno prostacy mistrzowie: /
Ba będą z nich po chwili Gregorjankowie: /
Jeśli im i tę trochę weźmiecie, co mają, /
Na dziesięć grzywien jednak dosyć wymyślają, /
Ale niech ma zapłatę godność między wami, /
Ręczę wam, że zrównacie z ich tam Sorbonami. /
Nakoniec, ważcie doma taki koszt na dzieci, /
Ujrzycie, że się do was wszystka Padwa zleci, /
Ale dla obyczajów podobno je ślecie: /
Wierzcież mi, że przy dobrych i złe tam najdziecie: /
A nie wiem które lepiéj smakują młodemu, /
Rozumiejcie po sobie co wam, to i jemu. /
Ja głupi tak rozumiem, i przy tem zostanę, /
Że Polskę nic inszego o taką odmianę/
Nie przyprawiło, jeno postronne ćwiczenie; /
O czembym mówił, by mi nie szło o wzmierzenie<pr><slowo_obce>wzmierzenie</slowo_obce> --- naprzykrzenie. </pr>. /
Każda rzeczpospolita swoją sprawą stoi, /
Do której jeszcze z młodu dzieci wieść przystoi: /
Bo jeśli co nowego sobie ulubują, /
Wedle tego za czasem potem świat budują, /
Nie w lesieś tego nawykł: ba i owszem w lesie, /
Jeno już nie wszystkiego moja pamięć niesie. /
Com słychał od Chyrona mieszkańca dziwnego, /
Kiedy miał w swéj opiece Achilla młodego. /
Ten w niewidnej jaskini mieszkał między bory, /
Lecz, rozumiem, porównał z wielkimi doktory, /
A chcecieli mię słuchać poradzę się głowy,/
Mogęli co przypomnieć jego słodkiéj mowy. /
Synu mój (tak ucznia zwał) pókiś w domu moim, /
Nie usłyszysz nic uchem, ani okiem swoim/
Ujźrzysz, czemby się zgorszyć mógł, lecz przyjdą czasy/
Ze ty i mnie pożegnasz i te piękne lasy, /
A jako śmiałe orlę sam się z gniazda spuścisz, /
A ojca już z opieki i z pracy wypuścisz: /
Tamci się będzie trzeba mieć na dobrej pieczy, /
Abyś się nie dał uwieść jakiéj sprosnéj rzeczy: /
Bo jako gęste mszyce<pr><slowo_obce>mszyce</slowo_obce> --- drobne gąsiennice, liszki. </pr>, nagle cię obsiędą/
Roskoszy świata tego, i odwodzić będą/
Twoje szlachetne serce od zabaw uczciwych, /
Cukrując ci na zdradzie smak rzeczy zelżywych. /
A tak bierz sobie w pamięć, co dziś mówię z tobą, /
Żebyś w takiéj przygodzie nie trwożył więc sobą. /
Tego naprzód bądź pewien, iż Bóg wszystko widzi, /
A jako cnotę lubi, tak się grzechem brzydzi. /
Przeto niżli co poczniesz knować w głowie swojej, /
Uważ to pierwej, że Bóg świadkiem sprawy twojej. /
A jako dobra będzie, albo zła u niego, /
Tak się i ty nakoniec musisz cieszyć z tego. /
Nie rozumiej żeby to darmo uczyniono, /
Iż wszelaki zwierz inszy pochyłym stworzono: /
A człowiek twarz wyniosłą niesie przed wszystkiemi/
Patrząc w ozdobne niebo oczyma jasnemi. /
Chciał nam Bóg tem swoją myśl opowiedzieć prawie/
Iż bydło i człowieka, stworzył k różnej sprawie. /
Bydło więcej nie szuka, jeno aby tylo, /
Tego samego patrząc, co jest ciału miło. /
Ale człeku, którego dusza poszła z nieba, /
O tem czuć, o tem myśleć ustawicznie trzeba, /
Jakoby się mógł wrócić na miejsca ojczyste/
Gdzie spólnie przebywają duchy wiekuiste. /
To ty wiedząc, dziecię me, nie chyl się za tymi, /
Którzy swem zawołaniem, i dary Boskiemi/
Wzgardziwszy, towarzystwo wzięli z bestjami, /
I wyrzekli się nieba sprośnemi sprawami. /
Ale naśladuj cnotę, która acz z niewczasem, /
I trudnością przychodzi a wszakoż za czasem/
Hojnie płaci utraty podjęte dla siebie, /
Jednając wieczną sławę, i osiadłość w niebie./
A iżeś się urodził w domu zawołanym, /
I czasu swego będziesz panował poddanym; /
Pocznijże rząd od siebie, a uskrom chciwości: /
Niechaj będą posłuszne rozumnej zwierzchności. /
Bo tak wiedz, iż w człowieku są mocarki dziwne, /
Nie tylko sobie różne, ale i przeciwne; /
Jest bystra popędliwość, jest żądza niesyta, /
Bojaźń mdła, żałość smutna, radość niepokryta: /
Nad któremi jest rozum, jako hetman, który/
Ma strzedz, aby z nich żadna nie mogła wziąć góry. /
Temu ty władzą porucz, i daj w moc sam siebie, /
Niech wie o każdej sprawie, która się tknie ciebie. /
Bo jeśli przyjdzie owym porucznikom rządzić, /
Bez tego być nie może, byś nie miał zabłądzić. /
Ale pańskiego zdrowia, ani mocne sklepy, /
Ani tak dobrze strzegą poboczne oszczepy/
Jako miłość poddanych, i wiara życzliwa. /
Czego strach nie wyciśnie i groza fukliwa, /
Rychlej dobroć i łaska, rychlej chuć wzajemna, /
W tem ci posłużyć może, i ludzkość przyjemna. /
W przyjacielu się kochaj, i każdą przestrogę/
Wdzięcznie od niego przyjmuj, bo śmiele rzec mogę, /
Królowie inszych rzeczy wszech obfitość mają/
Saméj prawdy tam do nich najmniej przynaszają. /
Przeto niechaj nie lubi ucho twe cnotliwe/
Pochlebstwa, które jako zwierciadło fałszywe, /
Różną twarz twych postępków tobie ukazuje, /
Nie tak jako je człowiek stateczny przyjmuje. /
Cnotę miłuj, i godność, bo tem państwa stoją, /
Kiedy dobrzy są w wadze, a źli się zaś boją: /
A czego najpotrzebniej i sam żyj przykładnie, /
Bo poddani za panem zawżdy pójdą snadnie. /
A iż wszystkiego trudno doglądać jednemn, /
Ale część pracy musisz poruczyć drugiemu, /
Przypatrujże się dobrze, kto się na co godzi: /
Bo chociaż drugi w zacnym domu się urodzi, /
Jeśli morza nie świadom, jesli nie zna nieba, /
Ani żaglów, ani mu steru zwierzać trzeba. /
A najwięcej tego strzeż, abyś na urzędy, /
Łakomych ludzi nigdy nie sadzał: bo kędy/
Sprawiedliwość przedajna, tam przekleństwo wielkie/
A u Boga niewinnych ważne prośby wszelkie. /
Ale tobie tak trzeba myśleć o pokoju,/
Jakobyś się mógl zaraz przydać i do boju. /
Bo jeśli ja co mogę rozeznać na niebie, /
W rychle Greczyn usłyszy o nagłéj potrzebie. /
Widzę zbójcę z daleka, i gościa zdradnego, /
A on z góry las wali do brzegu morskiego. /
Nowych galer przyczynia, starych poprawuje. /
Wiosła rzędem rozkłada, żaglów przypatruje. /
Do nas zmierza po korzyść, a nie lada jaką/
Korzyść, bodaj w Grecji znalazł drugą taką. /
Jednak swego dokaże, na co się usadzi. /
Lecz niewiem jeśli sobie dobrze w tem poradzi, /
Bo ledwie się rozgości, kiedy Greczyn zbrojny, /
O swą krzywdę będzie chciał po nim nagłej wojny. /
Nie pomogą mu wtenczas słodko brzmiące strony, /
Nie pomoże twarz gładka, ani włos trefiony. /
Pierzchnie jako przed wilkiem jeleń wiatronogi, /
Nie tem się popisując u swojéj niebogi. /
Tam się i ty z drugimi masz pospołu stawić, /
I ręką (da Bóg) sławy ojcowskiej poprawić: /
A już teraz przywykaj pracy i niewczasom, /
Abyś się mógł sposobić ku trudniejszym czasom: /
Umiej łuk miernie<pr><slowo_obce>łuk miernie</slowo_obce> --- celnie do celu. </pr> ciągnąć: umiej bronią władać, /
Nieprzyjaciela sięgać, a sam siebie składać; /
Umiej rzekę przepłynąć, rów snadnie przeskoczyć, /
Konia prędko dosiadać, i dobrze nim toczyć. /
Przyuczaj się gorącu i zimnemu niebu, /
Przestawaj kiedy woda może być ku chlebu.<pr><slowo_obce>ku chlebu</slowo_obce> --- miej dosyć na chlebie i wodzie.</pr>/
Takie początki mając, dopiero myśl o tem/
Jakobyś i sam umiał wojsko wieść napotem; /
Trzeba miejsca pewnego szukać obozowi, /
I ostrożnie iść przeciw nieprzyjacielowi. /
Trzeba wiedzieć gdzie którym kształtem lud szykować/
Żeby jeden drugiego snadnie mógł ratować. /
A jeśli nieprzyjaciel w zamek dufa więcej, /
Więc kosze pleść, a k nim się szańcować co prędzej. /
Wał znosić, przekop równać, tłuc taranem mury/
Możnali rzecz i ziemią, macać spodkiem dziury. /
Co trudno człowiek pojąć ma z prostej rozmowy, /
Musi tam przy tem sam być i nastawić głowy. /
A tak skoro dorośniesz lat, i lepszej siły, /
Miejże mi się do zbroje zaraz, synu miły:/
A przykładem przodków swych szukaj sławy mieczem, /
Kresu zamierzonego pewnie nie odwleczem. /
Przeczże niewolęć raczej znacznie przed wszystkiemi/
Popisać się dzielnością, i cnotami swemi, /
Niż utracać nikczemnie w cieniu wieku swego, /
Nie skosztowawszy co jest na świecie dobrego? /
U Boga szczęście w ręku, próżno dufać zbroi, /
Lecz ty przed się czyń synu co tobie przystoi. /
Cnota sławą się płaci: a snadź w przyszłym wieku/
Wzbudzi takiego ducha Bóg w pewnym człowieku, /
Który twe zacne sprawy swojem piórem złotem/
Będzie chciał światu podać, tak iż nigdy potem/
Imię twoje nie zgaśnie, ani uzna końca/
Póki zwierząt na ziemi, a na niebie słońca. /
Takie przysmaki starzec on ku cnocie dawał/
Wnukowi, a jam ucha, nakładając, stawał/
Lada gdzie przy jaskini, mało myśląc o tem, /
Żeby mi się to kiedy mogło przydać potem. /
Ale co mój za rozum? wy mię motykami/
Płoszycie, a ja każę o cnocie przed wami. /
Mało było nie lepiej o ten rząd przeklęty/
Dać wam taką łacinę, ażby wam szło w pięty. /
Co was jednak nie minie, jeśli (jako tuszę)/
Przed waszem gospodarstwem wynieść się stąd muszę, /
Teraz już niech tak idzie, bo złe nie uciecze, /
A to w zysku będziecie mieć co się odwlecze.</strofa>


<naglowek_rozdzial>Do Satyra</naglowek_rozdzial>





<strofa>Satyrze pomnij zstąpić do mnie swego czasu/
Kiedy będziesz miał nazad wędrować ku lasu. /
Powierz mi, jako się kto będzie miał ku tobie. /
Bo nie wszystkich jednako uznasz przeciw sobie. /
Najdziesz ktoć wdzięczen będzie: najdziesz ktoć nałaje/
W różnych głowach muszą być różne obyczaje, /
Nakoniec i jabym sam wiedział co winować: /
Słuchaj, mogłeś na wiennik chróstu nie żałować. /
</strofa>

</opowiadanie></utwor>