<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/hoffmanowa-dziennik-franciszki-krasinskiej/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Hoffmanowa, Klementyna z Tańskich</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Dziennik Franciszki
Krasińskiej</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Romantyzm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">powieść historyczna</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z egzemplarza pochodzacego z księgozbioru Marty Kierepki. Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach Programu Narodowego Centrum Kultury - Kultura - Interwencje.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/dziennik-franciszki-krasinskiej</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, Dziennik Franciszki Krasińskiej, il. Wiesław Majchrzak, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1976.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Klementyna z Tańskich Hoffmanowa zm. 1845</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1916</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2013-02-05</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/dziennik-franciszki-krasinskiej.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0311-4</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/dziennik-franciszki-krasinskiej.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1365-6</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/dziennik-franciszki-krasinskiej.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2320-4</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/dziennik-franciszki-krasinskiej.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3307-4</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/dziennik-franciszki-krasinskiej.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4393-6</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/6678.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Portret pensjonarki, Dukszyńska-Dukszta, Emilia (1847-1898), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6678</dc:relation.coverImage.source>
<category.legimi>Powieść historyczna</category.legimi>
    <category.thema.main>DS.WL-H</category.thema.main>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3ML</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><powiesc>
<abstrakt>
<akap><tytul_dziela>Dziennik Franciszki Krasińskiej</tytul_dziela> to powieść autorstwa Klementyny Hoffmanowej skierowana do młodych dziewcząt. Dziennik zaczyna się w momencie, gdy Franciszka ma 16 lat --- postanawia ona spisywać dzieje swojej rodziny.</akap>


 
<akap>Pierwszym ważnym wydarzeniem jest relacja ze ślubu starszej siostry, Barbary. Niedługo później Franciszka zostaje wysłana na pensję do Warszawy, gdzie stawia swoje pierwsze kroki w życiu z dala od rodziców. Tam poznaje królewicza Karola, syna króla Augusta III Sasa.</akap>


 

<akap>Klementyna Hoffmanowa (z domu Tańska) to jedna z pierwszych polskich autorek książek dla dzieci i młodzieży. Również tłumaczka, edytorka, wydawczyni i redaktorka, jako pierwsza kobieta w Polsce utrzymywała się z pracy twórczej i pedagogicznej. Utworzyła Związek Dobroczynności Patriotycznej. Jej twórczość miała mieć przede wszystkim charakter dydaktyczny i moralizatorski, przykładała dużą wagę do kształtowania w dzieciach postaw cenionych w życiu dorosłym.</akap>


</abstrakt>
<autor_utworu>Klementyna z Tańskich
Hoffmanowa</autor_utworu>



<nazwa_utworu>Dziennik Franciszki
Krasińskiej</nazwa_utworu>

<nota_red>
<akap>Ponieważ tekst naśladuje dawną polszczyznę, zrezygnowano z przeprowadzanych zazwyczaj uwspółcześnień. Na skutek tego czytelnik często może napotkać końcówkę -ą zamiast -ę (np. pensją, na mszą) oraz dawną formę 1.os l.mn. czasowników (robiemy, bawiemy). Wprowadzone zmiany: dowiedziałam się, że już siedem niedziel, jak się go ani tchnęłam -> dowiedziałam się, że już siedem niedziel, jak się go ani tknęłam; wziąść -> wziąć (ortografia); wszakbym -> wszak bym (pisownia łączna i rozdzielna); dochód z wynającia -> dochód z wynajęcia (bł. źródła); na pargaminie -> na pergaminie. anekdot -> anegdot.</akap>
</nota_red>





<srodtytul>1 stycznia 1759 r. w maleszowskim zamku, w poniedziałek</srodtytul>



<akap><begin id="b1369213882693-1811638629"/><motyw id="m1369213882693-1811638629">Książka</motyw>Tydzień temu, w samo święto Bożego Narodzenia, Jmć<pe><slowo_obce>Jmć</slowo_obce> (daw.) --- skrót od ,,jegomość".</pe> Dobrodziej ojciec mój kazał przynieść sobie ogromną księgę,
w którą już od lat kilkunastu, obyczajem wszystkich niemal
panów polskich, wpisuje własną ręką rozmaite publiczne i prywatne pisma; są w niej mowy, manifesta<pe><slowo_obce>manifest</slowo_obce> --- dokument wyrażający czyjeś poglądy i postulaty.</pe>, uniwersały<pe><slowo_obce>uniwersał</slowo_obce> (daw.) --- akt prawny ogłaszany przez króla.</pe>, listy,
paszkwile<pe><slowo_obce>paszkwil</slowo_obce> --- utwór wyśmiewający i zniesławiający kogoś.</pe>, wiersze, wszystko porządkiem dat ułożone; pokazywał nam ów zbiór szacowny, czytał niektóre kawałki. Bardzo
mi się podobała ta myśl zapisywania ciekawszych zdarzeń
i okoliczności, a ponieważ już od lat kilku i po francusku, i po
polsku dosyć gładko pisać umiem i niezmiernie pisać lubię,
ponieważ i we Francji wiele białych głów<pe><slowo_obce>biała głowa</slowo_obce> (daw.) --- kobieta (częściej zapisywane łącznie).</pe> podobne rzeczy
pisze --- przyszło mi na myśl, czybym i ja też coś takiego według możności mojej rozpocząć nie mogła?<end id="e1369213882693-1811638629"/> Uszyłam sobie zatem duży sekstern<pe><slowo_obce>sekstern</slowo_obce> --- tu: zeszyt (ogólnie: sześciokrotnie złożony arkusz papieru).</pe> umieszczę w nim jak najdokładniej, cokolwiek się mnie i bliskiej mojej rodziny tycze<pe><slowo_obce>tycze</slowo_obce> --- dziś popr.: tyczy, dotyczy.</pe>, wspomnę, jak
potrafię, o rzeczach publicznych. Jmć Dobrodziej, jako mężczyzna i człowiek stateczny, nimi wyłącznie swoję księgę zajmuje; on ją układa dla wszystkich, i sposobem poważnym; ja,
jako panna nie uczona i młoda, moję ramotę<pe><slowo_obce>ramota</slowo_obce> --- pisanina bez większej wartości literackiej.</pe> jedynie dla
własnej zabawy pisać będę, ale z głowy, szczerze i bez pretensji: będzie to prawdziwy dziennik, bo go prawie co dzień
pisać zamyślam. <begin id="b1369214341766-1206366401"/><motyw id="m1369214341766-1206366401">Czas</motyw>Dziś właśnie Nowy Rok i poniedziałek, wyborna pora do zaczęcia porządnie jakowej rzeczy; już tydzień,
jak ją w umyśle układam, trzeba raz z nią wystąpić; zaczynam
więc: mam czas wolny, nabożeństwo odbyte rano, pacierze
pozostałe odmówię na nieszporach<pe><slowo_obce>nieszpory</slowo_obce> --- katolickie śpiewane nabożeństwo wieczorne, odprawiane w dni świąteczne.</pe>; jużem ubrana i ufryzowana; właśnie dziesiąta bije na zamkowym zegarze, dwie godziny
mam jeszcze do obiadu --- napiszę dziś, co tylko wiem o sobie,
o rodzinie mojej, o domu naszym, o Rzeczypospolitej, a potem
pisać będę kolejno, cokolwiek nam wszystkim ciekawego się
zdarzy.<end id="e1369214341766-1206366401"/></akap>


<akap>Rodziłam się 1743 roku, mam więc rok szesnasty; na chrzcie
św. dano mi imię Franciszki. Słyszałam już nieraz, żem gładka<pe><slowo_obce>gładki</slowo_obce> (daw.) --- piękny.</pe>
i dorodna, i nieraz, jak spojrzę w zwierciadło, mnie samej zdaje się, żem ładna. ,,Panu Bogu dziękować --- mówi Jmć Dobrodziej --- a nie chełpić się<pe><slowo_obce>chełpić się</slowo_obce> (daw.) --- przechwalać się.</pe>. On nas stwarza, nie my siebie. Mam
czarne oczy i włosy, płeć<pe><slowo_obce>płeć</slowo_obce> (daw.) --- tu: karnacja.</pe> białą, żywe rumieńce; chciałabym
jeszcze być nieco wyższą, bo lubo<pe><slowo_obce>lubo</slowo_obce> (daw.) --- chociaż.</pe> wysmukła i wcięta w stanie<pe><slowo_obce>stan</slowo_obce> --- talia.</pe>,
są wyższe ode mnie białogłowy; ale mnie straszą, że już nie
urosnę. --- Idę nie tylko ze szlachetnej, ale z bardzo dawnej
i zacnej familii Korwinów Krasińskich; to znakomite nazwisko nosząc, broń Boże! abym go kiedy splamić miała, owszem,
rada<pe><slowo_obce>rada</slowo_obce> (daw.) --- chętnie.</pe> bym uświetnić i dlatego żałuję czasem, żem nie mężczyzną, gdyż snadniej<pe><slowo_obce>snadnie</slowo_obce> (daw.) --- łatwo.</pe> by mi to przyszło. Jmć Dobrodziej i Jmć
Dobrodzika tak są przejęci zacnością domu<pe><slowo_obce>dom</slowo_obce> --- tu: ród.</pe> Korwinów Krasińskich, tak często o tym i oni sami, i dworscy, i goście nawet
mówią, tak naganną znajdują rzeczą o swoich antenatach<pe><slowo_obce>antenat</slowo_obce> --- przodek.</pe>
dokładnie nie wiedzieć, że wszystkie mamy tą wiadomością
głowy nabite; ja genealogię Krasińskich i historią każdego
z nich tak umiem jak pacierz i łatwiej by mi było poczet przodków moich niźli kolej królów polskich wymienić. O, niech tylko spróbuję erudycji mojej w tej mierze! Niech zacznę! Nie
skończę tak prędko... Wreszcie pewna jestem, że niektóre szczegóły nigdzie nie są zapisane, tylko w pamięci naszej; lepiej im
więc choć białogłowskim piórem trwałości nadać. Może kiedy,
kiedy, po mojej już śmierci kto ten dziennik znajdzie i wnuki nowe w nim dla siebie wyczytają rzeczy? Dziwna myśl...
niepomału mnie zajęła; ktoś by miał za lat kilkadziesiąt po
śmierci mojej czytać ten dziennik? A czemuż nie? Wieleż to
listów, pamiętników we Francji podobny los spotkał. <begin id="b1369214987614-1165553157"/><motyw id="m1369214987614-1165553157">Język</motyw>O, trzeba
pisać starownie<pe><slowo_obce>starownie</slowo_obce> --- dziś popr.: starannie.</pe> i wyraźnie; szkoda tylko, żem w styl nie tak
wprawna jak na przykład pani de Sevigné <pe><slowo_obce>de Sevigné, Marie</slowo_obce> (1626--1696) --- francuska arystokratka, w historii literatury znana jako autorka listów do córki.</pe>albo Motteville<pe><slowo_obce>Motteville, Langlois de</slowo_obce> (1621--1689) --- autor wydanych w r. 1723 <tytul_dziela>Pamiętników do dziejów Anny Austriaczki</tytul_dziela> (matki Ludwika XIV).</pe>; kto wie? może by i mnie lepiej po francusku się
udało? Bo i pewnie... Ale nie! Nie wypada, żeby Polka, żyjąc
w Polsce, przestając z Polakami, nie po polsku dziennik swój
pisała; wreszcie francuski język dziś jest w wielkim używaniu
pomiędzy panami, ale ta moda minąć może i zapewne by się
kto w późniejszych czasach ze mnie gorszył. <end id="e1369214987614-1165553157"/>Jeśli więc ten
sekstern myszy nie zjedzą lub też przy tylu fryzurach kto na
papiloty<pe><slowo_obce>papiloty</slowo_obce> --- kawałki papieru stosowane do zakręcania loków.</pe> nie podrze, jeśli go kto kiedy znajdzie i przeczytać
zechce, niech wybaczy nieumiejętności mojej w wielu rzeczach,
niech pamięta, żem się nigdy pisać dziennika nie uczyła, że
jeszcze lat szesnastu nie mam i że co mnie dziś bardzo zajmuje i obchodzi, jemu w innych stosunkach i po tylu latach zapewne obojętnym się wyda... Ale co mnie się też zawsze po
głowie uwija; jakież dziwactwa na myśl mi przychodzą? Wystawiam<pe><slowo_obce>wystawiać</slowo_obce> (daw.) --- przedstawiać, wyobrażać.</pe> sobie rzeczy, które nigdy nie będą; ja bardzo lubię
tak bujać, a to nie ma czasu na te urojenia; lepiej wrócić do
rzeczy, do zaczętego rodziny mojej opisu: już ani zboczę z drogi, wszystko jednym ciągiem pióra napiszę.</akap>


<akap>Ród Korwinów znany jest w Polsce od Bolesława Wstydliwego<pe><slowo_obce>Bolesław Wstydliwy</slowo_obce> (1226--1279) --- książę krakowski i sandomierski, ostatni z małopolskiej linii Piastów.</pe>; za jego panowania Warcisław Korwin, ze starodawnej
rzymskiej idący familii<pe><slowo_obce>familia</slowo_obce> (z łac.) --- rodzina.</pe>, przybył tu z Węgier; przy Konradzie,
księciu mazowieckim, był naprzód marszałkiem dworu, później
hetmanem; ożeniwszy się z Pobożanką, szlacheckiego rodu panną, herb swój, kruk z pierścieniem, a inaczej Ślepowron, wyniósł nad Pobogiem, herbem żony swojej, i taki jest dotąd herb
nasz. Wnuk owego Warcisława, Sławomir, od jednych z dóbr
swoich Kraśno nazwanych pierwszy Krasińskim nazywać się
zaczął. Wnuk zaś jego, Andrzej Krasiński, hetmaniąc ludziom
księcia Konrada, poległ mężnie na Bukowinie r. 1497, w owej
niepomyślnej za Jana Olbrachta<pe><slowo_obce>Jan Olbracht</slowo_obce> (1459--1501) --- syn Kazimierza Jagiellończyka, król Polski od 1492.</pe> przeciw Wołochom wyprawie,
w której niemało walecznych Polaków zginęło. On był dziadem
Franciszka, biskupa krakowskiego, którego ja bardzo kocham.
Wizerunki wszystkich sławniejszych Krasińskich wiszą w bawialnej sali<pe><slowo_obce>bawialna sala</slowo_obce> (daw.) --- bawialnia, tj. pokój do przyjmowania gości.</pe> naszej, ale ja na obraz biskupa z największym
upodobaniem patrzę i bardzo się cieszę, żem jest jego drużbą<pe><slowo_obce>drużba</slowo_obce> --- tu: imienniczka.</pe>.
On, zostawszy księdzem i kanonikiem, dwa razy od całego duchowieństwa polskiego jeździł do Pawła IV, papieża, i bardzo
dobrze się sprawił; potem od Zygmunta Augusta<pe><slowo_obce>Zygmunt II August</slowo_obce> (1520--1572) --- król Polski od 1548.</pe> wysłany posłem do Maksymiliana, cesarza, sprawy sobie zlecone uspokoił;
zostawszy biskupem, bardzo wiele do tego się przyłożył, iż
w r. 1569 doszła do skutku na sejmie lubelskim unia Litwy
z Koroną. Król Zygmunt August, szacując wysoko wielkie jego przymioty, wyniósł go na biskupstwo krakowskie, a sam
niedługo potem, umierając w Knyszynie, od niego<pe><slowo_obce>od niego</slowo_obce> --- dziś: przez niego.</pe> na śmierć
był przygotowany i sakramentami opatrzony. Łagodnego charakteru, on jeden z biskupów na sejmie warszawskim r. 1573,
w czasie bezkrólewia, podpisał artykuły pokoju z różnowiercami, a gdy mu to wymawiano, usprawiedliwił się oczywiście,
iż tak dla prawdziwego dobra Kościoła czynił. Ojczyznę bardzo kochał, nieraz na jej obronę wysyłał własnym kosztem
uzbrojonych żołnierzy. W Kraśnem wymurował kościół, szkołę
i szpital założył. Dwór chował liczny, ubogim znaczne sypał
jałmużny; nie stracił braciom i synowcom majątku, ale też
go nie przysporzył i po jego śmierci bardzo mało w szkatule
pieniędzy znaleźli.</akap>


<akap>Jeden z synowców<pe><slowo_obce>synowiec</slowo_obce> (daw.) --- syn brata.</pe> biskupa, Jan<pe><slowo_obce>Krasiński, Jan</slowo_obce> (1550--1612) --- wychowanek woskiego uniwersytetu w Bolonii (łac. Bononia), wydał tam w r. 1574 geograficzno-polityczny opis Polski pt. ,,Polonia". Drukiem wyszły także jego mowa o elekcji Henryka Walezego
i elegia na śmierć Zygmunta Augusta.</pe>, kanonik, był sekretarzem
Stefana Batorego<pe><slowo_obce>Batory, Stefan</slowo_obce> (1533--1586) --- właśc. Istvan Bathory, książę Siedmiogrodu, od 1571 król Polski, a od 1576 wielki książę litewski; poślubił Annę Jagiellonkę, córkę Zygmunta I Starego, ostatnią przedstawicielkę Piastów na polskim tronie. Jeden z najwybitniejszych polskich królów elekcyjnych.</pe>; bardzo uczony, dosyć pism zostawił; w jednym, pod tytułem ,,Polska", drukowanym w Bononii, opisał
prowincje, rządy, obyczaje kraju swego wyborną łaciną i przypisał je Henrykowi Walezjuszowi<pe><slowo_obce>Henryk Walezy</slowo_obce> (1551--1589) --- pierwszy elekcyjny król Polski (1573--1575), następnie król Francji.</pe>, żeby i on, i jego Francuzi
obeznali się z Polską. To dzieło bardzo już rzadkim się stało;
Jmć Dobrodziej jeden tylko ma egzemplarz i jak relikwie go
chowa; pisał on o elekcji Stefana i o śmierci Henryka: wszystko pięknie i po łacinie. Drugi synowiec biskupa, Stanisław,
wojewoda płocki, wiele podróżował, Maltę, Sycylię, brzegi
Afryki zwiedził, a z dwóch żon pięć córek i dziesięciu synów
zostawił; siedmiu z nich się ożeniło, mieli potomstwo i rozkrzewili bardzo ród Krasińskich; <begin id="b1369216702230-2277340272"/><motyw id="m1369216702230-2277340272">Wróg, Dar</motyw>jeden z nich, Aleksander, towarzysz usarski<pe><slowo_obce>towarzysz usarski</slowo_obce> --- żołnierz z chorągwi husarii.</pe>, za nieszczęsnego panowania Zygmunta III w tym
samym maleszowskim zamku, w którym ja dziś tak spokojnie
piszę, Tatarom, zagony<pe><slowo_obce>zagon</slowo_obce> (daw.) --- oddział wojska operujący na obcym terytorium.</pe> swoje aż po te strony zapuszczającym,
tak mężny i dzielny dawał opór, a w wycieczkach swoich tak
srodze ich porażał, że wódz, przymuszony odstąpić od zamku,
nie mógł przenieść na sobie, ażeby nie zostawił panu jego dowodu swego szacunku. Przez powiernika, także Tatarzyna,
przysłał mu w darze, co miał najdroższego: zegar, prostej
wprawdzie roboty, ale u nich natenczas za dziwowisko miany.
Ten zabytek szczególny, ten dar od nieprzyjaciela, od Tatarzyna, który brać, nie dawać umie, chowany jest dotąd z wielką
starannością w naszej rodzinie; dwa razy tylko widziałam go,
tak go Jmć Dobrodziej pilnie chowa, i wiem, że by go nie oddał za dziesięć zegarów paryskich z kurantami<pe><slowo_obce>kurant</slowo_obce> --- umieszczony w zegarze mechanizm grający melodię.</pe>. <end id="e1369216702230-2277340272"/>Mężny ten
antenat nasz zginął na wojnie moskiewskiej, nie zostawiwszy
potomstwa, czego wielce żałuję; miło by mi było iść w prostej
linii od tak walecznego męża. Synowiec jego, Jan Bonawentura<pe><slowo_obce>Krasiński, Jan Bonawentura</slowo_obce> (zm. 1717) --- wojewoda płocki, inicjator budowy barokowego Pałacu Krasińskich; w r. 1765 ówcześni właściciele, Michał i Adam Krasińscy, sprzedali go państwu. Nosił on odtąd nazwę Pałacu Rzeczypospolitej i mieścił różne urzędy. Po wojennych zniszczeniach pałac został odbudowany i przeznacozny na siedzibę zbiorów specjalnych Biblioteki Narodowej.</pe>, wojewoda płocki, w Warszawie znacznym nakładem bardzo
piękny i wspaniały pałac w włoskim guście wystawił, z dosyć
sporym ogrodem. Nie byłam nigdy w Warszawie, więc nie
wiem, czy to prawda, ale już od wielu osób słyszałam, że jest
jednym z najpiękniejszych gmachów stolicy, nierównie piękniejszej architektury od pałacu Saskiego, a nawet od zamku
królów. Ten Jan miał dwóch braci; jeden zostawił dwóch synów: Michała, podkomorzego ciechanowskiego, i Adama, biskupa kamienieckiego, dotąd żyjących; biskup w wielkim jest
u wszystkich szacunku i nieraz Jmć Dobrodziej mówi, że kamieniecki jeszcze przejdzie<pe><slowo_obce>przejść</slowo_obce> (daw.) --- przekroczyć, wyprzedzić.</pe> krakowskiego w sławie; drugi brat Jana Bonawentury, Aleksander, podkomorzy sandomierski, był
rodzonym moim dziadem, bo syn jego, Stanisław, starosta nowomiejski, prasznyski, ujski, jest Jmcią Dobrodziejem, najukochańszym ojcem moim. Pojął za małżonkę Anielę Humiecką,
sławnego wojewody podolskiego córkę, Jmć Dobrodziejkę matkę moję; ale ta linia Krasińskich na nim zgaśnie z wielkim
żalem moim, bo nie mamy brata; za to jest nas sióstr cztery:
Basia, najstarsza, ja, druga z kolei, Zosia i Marynia. Sługi
i dworscy powtarzają mi często, że ja mam być najpiękniejszą,
ale ja doprawdy, że tego nie widzę; wszystkie jesteśmy ułożone, jako na panny wysokiej kondycji<pe><slowo_obce>kondycja</slowo_obce> --- tu: stan, pochodzenie.</pe>, na starościanki przystało; wszystkieśmy proste jak trzciny, zdrowe jak rybki, białe
jak mleko, rumiane jak róże; każdą z nas, zwłaszcza kiedy ją
Madame dobrze wysznuruje, jak to mówią: ręką by objął
w stanie<pe><slowo_obce>stan</slowo_obce> (daw.) --- talia.</pe>. <begin id="b1370201050657-1683400868"/><motyw id="m1370201050657-1683400868">Strój, Grzeczność</motyw>Na pokojach, przy gościach umiemy dygać nisko
i z <slowo_obce>dégagé</slowo_obce><pe><slowo_obce>dégagé</slowo_obce> (fr. ) --- sunąc jedną nogę za drugą.</pe>, siedzieć spokojnie na samym brzeżku stołka, oczy
spuścić w ziemię, usteczka ścisnąć, rączki ułożyć; mogłoby się
wtedy zdawać komu, że żadna z nas trzech zliczyć nie umie
i chodzić dla niej trudnością; ale niechby nas kto widział, kiedy
w poranki letnie bez sznurówek, bufonek i fryzur, bez trzewików na korkach, ale w rannej dezabilce<pe><slowo_obce>dezabilka</slowo_obce> (daw.) --- swobodny strój poranny.</pe> i w wygodnych patynkach<pe><slowo_obce>patynki</slowo_obce> a. <slowo_obce>patenki</slowo_obce> (daw.) --- pantofle, kapcie.</pe> pozwolą nam Państwo iść do lasu, po górach się
drapać: biegamy jak łanie, śpiewamy na humor, a biedna
Madame ledwie nóg i piersi nie straci, tak za nami dąży i woła.<end id="e1370201050657-1683400868"/> Ja i młodsze moje dwie siostry jeszcześmy mało z domu
wyjeżdżały: Końskie, gdzie mieszka ciotka nasza, pani wojewodzina Małachowska, i gdzie dwa razy do roku bywamy;
Piotrkowice, wieś do nas należąca, w której Jmć Dobrodziej,
wróciwszy z Włoch, piękną na wzór loretańskiej wystawił kaplicę, w której też często bywają odpusty i wiele ludu; Lisów,
dokąd parafia Maleszowej, to cała nasza publika<pe><slowo_obce>cała nasza publika</slowo_obce> --- sens: całe nasze życie publiczne.</pe>. Ale Basia, jako najstarsza, już kawał świata zwiedziła: była dwa razy w Opolu, u ciotki naszej księżnej Lubomirskiej, wojewodziny lubelskiej, którą Jmć Dobrodziej nie tylko jak starszą
siostrę, ale jak matkę kocha i poważa; była przez rok cały
w Warszawie u panien sakramentek; najwięcej też z nas
wszystkich umie, najniżej dyga, najprościej się trzyma i najwięcej ma prezencji. Myślą Państwo, żeby i mnie gdzie na
dokończenie edukacji oddać, i lada dzień spodziewam się, że
powóz zajedzie, Jmć Dobrodziejka wsiąść z sobą każe i do
Warszawy albo do Krakowa pojedziemy. Wybornie mi w domu, ale Basi i w klasztorze było wyśmienicie; będzie tak i ze
mną; a co się wydoskonalę w francuskiej mowie (bez której,
jak mówią, dorzecznej białogłowie już żyć na świecie trudno),
w menuecie<pe><slowo_obce>menuet</slowo_obce> --- dawny taniec francuski z figurami, wprowadzony w połowie XVII w. na dwór Ludwika XVI, nadal modny w w. XVIII.</pe>, w muzyce, co wielkie miasto zobaczę --- to będzie moje! Ponieważ dotąd nic prawie prócz Maleszowej nie
widziałam, sądzić nie mogę, czy piękna, czy nie. Wiem tylko,
że mnie się bardzo spodoba.</akap>


<akap>Niektórzy mówią, że nasz zamek o czterech piętrach, z czterema narożnikami, otoczony rowem pełnym wody, z mostem
zwodzonym, w kraju skalistym i wśród lasów położony, jest
nader smutny; ja tego bynajmniej nie doświadczam; mnie
tak na świecie wesoło, że bym chętnie cały dzień skacząc śpiewała. Słyszę Państwa mówiących nieraz, że im nie dosyć wygodnie; w samej rzeczy, jest cztery piętra w naszym zamku,
na każdym sala, sześć pokojów i cztery gabinety w narożnikach; jednak ponieważ nas jest bardzo wiele, nie możemy wszyscy i ze wszystkim na jednym piętrze się mieścić: na
innym jadamy, na innym się bawiemy<pe><slowo_obce>bawiemy</slowo_obce> --- dziś popr. forma 3 os.lm: bawimy.</pe>, a my, panny, aż na
trzecim mieszkamy. Państwo oboje już niemłodzi, przykro
im tak co dzień wchodzić i schodzić, ale mnie te wschody niezmiernie bawią; kiedy jeszcze rogówki<pe><slowo_obce>rogówka</slowo_obce> (daw.) --- wkładana pod suknię i usztywniająca ją spódnica rozpięta szeroko na
trzech obręczach zrobionych z rogowej substancji pochodzącej z podniebienia wieloryba.</pe> nie mam, to często,
jak się uchwycę poręczy, w mgnieniu oka jestem na dole, nie
dotknąwszy nogą ziemi. Pomimo tego, że goście często w ciasnocie mieścić się muszą, bywa ich bardzo wiele, i nie wiem,
czy byśmy w wielkich gmachach lepiej bawić się mogli, czyby
maleszowski zamek, choćby trzy razy był większy, mógł być
świetniejszy. Tak w nim huczno, dworno i okazale, że go sąsiedzi małym Paryżem zowią. Osobliwie jak Bóg da zimę,
to już kapitan dragonii naszej mostu przed wieczorem spuszczać nie każe, tyle się zjeżdża osób; kapela nadworna ma co
do roboty, gra co dzień, a my tańcujemy do upadłego. I lato
nie jest bez przyjemności: chodzimy, jeździemy, poobiedzia
trawiemy w naszej sieni, która jest wyborna: niezmiernie
wysoka, bo przez wszystkie piętra zamku idzie, oświecona
z góry. W największe upały tak w niej chłodno jak w piwnicy. A i dworu naszego<pe><slowo_obce>A i dworu naszego...</slowo_obce> --- opisywany zamek został zburzony przez Joachima Tarnowskiego.</pe> przepomnieć<pe><slowo_obce>przepomnieć</slowo_obce> (daw.) --- zapomnieć.</pe> nie mogę; stosownie do majątku Państwa, który jest bardzo znaczny, do
mnóstwa osób, które prawie nieustannie w maleszowskim
zamku goszczą, musi być liczny i okazały; jest też takim
i nie wiem, czyby wielu panów w Polsce przejść nas mogło
w tej mierze.</akap>


<akap>Dwór nasz składa się z dworzan i z dworskich; dworzanie
w większej są powadze; jedni są respektowi, drudzy płatni,
wszystko sama szlachta z szablą u boku; niektórzy z nich byli
wprawdzie przedtem czynszowi<pe><slowo_obce>czynszowi</slowo_obce> --- drobna szlachta, gospodarująca na nie swojej ziemi i płacąca w zamian czynsz.</pe>, czy okoliczną szlachtą<pe><slowo_obce>okoliczna szlachta</slowo_obce> --- drobna szlachta, żyjąca w okolicach, tj. w zaściankach.</pe>, lecz Jmć Dobrodziej powiada: ,,szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie"; nikt im więc żadnego zarzutu nie czyni, uchodzą za szlachtę, na sejmikach mają glosy i dobrze ich mieć
za sobą.</akap>


<akap>Respektowych dworzan, których jest kilkunastu, taka cała
funkcja: przyjść na pokoje, czekać przybycia Jmć Dobrodzieja, prezentować mu się w przyzwoitym ubiorze, z miną do
usług gotową, wykonać śpiesznie rozkaz jego, jeśli da jaki;
jeśli nie, rozmawiać z nim, grać w karty, towarzyszyć mu
w czasie odwiedzin albo przejażdżki, bronić go w każdej potrzebie, głosować za nim na sejmikach i jego, i gości, kiedy są,
bawić. Tej ostatniej powinności najlepiej dopełnia <begin id="b1369220243086-642480937"/><motyw id="m1369220243086-642480937">Błazen, Prawda</motyw>nasz Macienko; szczególny to człowiek, a powiadają, że dawniej takich
ludzi bardzo wiele bywało i nie mógł się żaden dwór obejść
bez takowego; niby on jest głupi, niespełna rozumu, a tymczasem bardzo trafnie o wszystkim sądzi i często bardzo dowcipnie się odezwie. Żaden z dworzan jego przywilejów nie
ma; jemu zawsze wolno mówić, i to prawdę. Dwór cały zowie
go błaznem, ale my go zowiemy Macieńkiem, bo mu Maciej na
imię i na tamten przydomek bynajmniej nie zasługuje.<end id="e1369220243086-642480937"/> Do
respektowych dworzan należy sześć panien dobrego urodzenia, które z nami mieszkają, pod naszej Madame są okiem,
i dwóch karłów. Jeden z nich ma lat 40, twarz starą, a wzrost
czteroletniego dziecka; ubierają go po turecku; drugi ma lat
18, bardzo foremny<pe><slowo_obce>foremny</slowo_obce> --- dobrze, proporcjonalnie zbudowany.</pe> i ładny, po kozacku chodzi; często na zabawę Jmć Dobrodziejka stawiać go każe na stole w czasie
obiadu i on tak się przechadza pomiędzy półmiskami i butelkami, jakby po ogrodzie. Dworzanie respektowi nie biorą żadnych zasług; prawie wszyscy są synami dosyć majętnej szlachty, oddani do naszego dworu dla nabrania ułożenia i dla promocji<pe><slowo_obce>promocja</slowo_obce> --- tu: poparcie, protekcja.</pe> do urzędów. Daje im się jednak obrok na parę koni
i dwa złote na tydzień na masztalerza<pe><slowo_obce>masztalerz</slowo_obce> --- służący nadzorujący stajennych i konie.</pe> albo na pacholika,
którego sobie utrzymywać powinni. Każdy ma swojego służkę, jeden go po węgiersku, drugi po kozacku ubiera; to moja
największa zabawa patrzeć, jak każdy z nich w czasie obiadu
lub wieczerzy za panem swoim stoi, zagląda na jego talerz
ciekawie, oblizuje się i łyka zawczasu, i rad by wydarł oczami
każdy kawałek, który on do gęby kładzie, bo to, co mu pan
zostawić raczy, całym jego jest jadłem; dla tych służków stołu
osobnego nic ma. Macieńko co dzień dziwne rzeczy ze swoim
pacholikiem wyprawia, często boki zrywamy, śmiejąc się z nich
obudwóch.</akap>


<akap>Płatnych dworzan jest więcej niźli respektowych; ci nie siadają do stołu, prócz kapelana, doktora i sekretarza; marszałek
i piwniczny stoją za stołem, chodzą, patrzą, czy gdzie komu czego nie brakuje; Państwu i gościom co dzień i gęsto wina
dolewają; dworskim tylko w dni świąteczne, i to po małej
lampeczce. Komisarz<pe><slowo_obce>komisarz</slowo_obce> --- administrator dóbr.</pe>, podskarbi, koniuszy, rękodajny<pa><slowo_obce>rękodajny</slowo_obce> --- dworzanin wyznaczony do asystowania pani
domu i prowadzenia jej za rękę, gdy gdzieś szła.</pa>,
szatni<pe><slowo_obce>szatny</slowo_obce> --- służący zajmujący się ubraniami.</pe> --- wszystko to u marszałkowskiego stołu siada. Już
to i ci dworzanie, co z nami siadają, honoru mają wiele, ale
korzyści niedużo, bo nie zawsze jedzą to samo co my, chociaż
z tego samego półmiska; na przykład na pieczyste kucharz
ułoży na wierzchu drób i zwierzynę, a pod spodem jest pieczeń wołowa albo wieprzowa; dlatego też kawał stołu, przy
którym siedzą, szarym końcem się zowie. Chociaż na dwóch
ogromnych półmiskach każdą potrawę obnoszą i z początku
zdaje się niepodobieństwem<pe><slowo_obce>niepodobieństwo</slowo_obce> (daw.) --- coś nieprawdopodobnego a. niemożliwego.</pe>, żeby zniknąć miały te fury zrazów
albo bigosu, bardzo często ostatniemu ledwie łyżka strawy się
dostanie. Potężnie wszyscy jedzą i czy jak co dzień kucharz da
cztery potrawy, czy siedem w dnie świąteczne, czy dwanaście,
kiedy wiele gości, jeszcze nie pamiętam, żeby co kiedy zeszło ze stołu. Panny służebne w równej są u nas godności jak
dworzanie respektowi, bo do naszego stołu siadają.</akap>


<akap>Dworzanie płatni wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe> sute<pe><slowo_obce>suty</slowo_obce> --- obfity.</pe> biorą zasługi<pe><slowo_obce>zasługa</slowo_obce> (daw.) --- zapłata za służbę.</pe>, od trzechset do
tysiąca złotych, obrok dla koni, barwa<pe><slowo_obce>barwa</slowo_obce> --- liberia, tj. oficjalny strój służącego.</pe> dla służącego, ale
też Jmć Dobrodziej wymaga, żeby porządnie chodzili i osobliwie kiedy są goście, aby się prezentowali suto i modnie.
Kiedy z którego kontent<pe><slowo_obce>kontent</slowo_obce> (daw.) --- zadowolony.</pe>, to znajdzie łatwo sposobność obdarzenia go, a co rok w dzień imienin swoich hojne im daje podarunki, to z garderoby, to w gotowiźnie.</akap>


<akap>Dworskich nierównie jest u nas więcej jak dworzan, wszyscy pod jurysdykcją<pe><slowo_obce>jurysdykcja</slowo_obce> --- tu: władza.</pe> marszałka, który ma moc strofować ich
i karać. W pierwszym rzędzie są pokojowcy; ci zwykle są
szlachta i tylko w tej służbie jakby nowicjat odprawiają, nie
dłużej nad trzy lata; wszystko chłopcy młode, od lat 15 do 20.
Tych choć marszałek bić każe, jak i innych, skoro przewinią,
nie rozciągają na gołej podłodze, jak liberią prostej kondycji<pe><slowo_obce>liberia prostej kondycji</slowo_obce> --- służba niemająca szlacheckiego pochodzenia.</pe>,
ale na kobiercu. Nasz marszałek dosyć jest surowy, częste
plagi<pe><slowo_obce>plagi</slowo_obce> --- chłosta, ogólnie: kara.</pe> rozdaje; powszechne jest zdanie, że tak czynić z młodzieżą przystoi<pe><slowo_obce>przystoi</slowo_obce> (daw.) --- należy, wypada.</pe> dla utrzymania jej w przyzwoitej ryzie. Jmć
Dobrodziej zawsze powtarza, że w całym zamku maleszowskim
nie ma pokoju, nie ma stołka, na którym by plag nie dostał;
może dlatego taki dobry?</akap>


<akap>Pokojowców mamy kilkunastu; jednemu z nich, Michałowi
Chronowskiemu, dorodnemu, ale ubogiemu szlachcicowi,
w dzień Trzech Króli nowicjat się skończy: będzie ceremonia
wyzwolenia.</akap>


<akap>Całą służbą pokojowca jest: być na pokojach pańskich dobrze ubranym prawie od rana do wieczora; kiedy jedziemy
powozem, asystować konno albo pieszo i być zawsze gotowym
do posyłki, bo czy państwo list mają pilny, czy chcą gości
jakich zaprosić, czy podarek komu posłać, zawsze pokojowców używają. Reszty dworzan i wyliczyć trudno; doprawdy
ani wiem, jak wiele u nas kapeli, kucharzy, hajduków<pe><slowo_obce>hajduk</slowo_obce> --- służący ubrany w strój węgierski.</pe>, kozaków, pacholików, chłopców, garderobian, dziewcząt służebnych. Wiem tylko, że jest pięć stołów, a dwóch szafarzy od
świtu do południa mają co robić z wydawaniem na obiad i na
wieczerzę.</akap>


<akap>Bardzo często Jmć Dobrodziejka jest przy tym, zwłaszcza
kiedy nowe do magazynu przywożą prowianty, klucz zaś od
apteczki, gdzie korzenie, specjaliki i dobra wódka, zawsze przy
niej, a co rano marszałek podaje jej spis potraw, jakie mają
być na obiad i na wieczerzę, a ona z radą Jmć Dobrodzieja
zmienia je lub pochwala.</akap>


<akap>Porządek naszego życia jest zwykle taki: wstajemy letnią
porą o szóstej, zimową o siódmej godzinie; wszystkie cztery
sypiamy razem w jednym pokoju na trzecim piętrze, wraz
z Madame; każda z nas ma łóżko żelazne z firankami. Basia,
jako najstarsza, ma dwie poduszki i becik mantynowy<pe><slowo_obce>mantynowy</slowo_obce> (daw.) --- jedwabny.</pe>, my
po jednej i kołdrą flanelową. Wstawszy i ubrawszy się naprędce, mówiemy z Madame pacierz francuski, po czym zaraz
do nauki. Dawniej dyrektor<pe><slowo_obce>dyrektor</slowo_obce> (daw.) --- tu: nauczyciel domowy.</pe> uczył nas wszystkie po polsku
czytać, pisać i rachować, a ksiądz kapelan katechizmu, ale
teraz tylko Zosię i Marynię uczy, a Basię i mnie sama Madame. Uczemy się na pamięć rozmów i wokabuł<pe><slowo_obce>wokabuły</slowo_obce> (daw.) --- słówka.</pe> z gramatyki, słów i anegdot z nomenklatora<pe><slowo_obce>nomenklator</slowo_obce> (daw.) --- rodzaj słownika rzeczowego.</pe>, a o ósmej godzinie schodziemy na dół do Państwa na dzień dobry i na śniadanie. Polewkę piwną w zimie, mleko w lecie prawie co dzień
jadamy, w dnie postne żurek bardzo wyśmienity; po śniadaniu
idziemy wszyscy na mszę do kaplicy zamkowej, która jest bardzo piękna i z chórem, tam po mszy kapelan czyta modlitwy
po łacinie; cały dwór i my mówiemy je głośno za nim. Muszę
się też kiedy spytać, co one znaczą. Po tym nabożeństwie wracamy na górę uczyć się wokabuł i słów niemieckich; piszemy
też i listy na zadania; Madame nam wiersze poety francuskiego Malherba<pe><slowo_obce>Malherbe, François</slowo_obce> (1555--1628) --- poeta francuskiego klasycyzmu.</pe> dyktuje; mamy też klawicymbał<pe><slowo_obce>klawicymbał</slowo_obce> --- instrument klawiszowy, poprzednik fortepianu.</pe> i metra<pe><slowo_obce>metr</slowo_obce> --- z fr. <slowo_obce>maître</slowo_obce>: mistrz, nauczyciel.</pe> do
niego Niemca, który oraz kapeli nadwornej przewodzi i trzysta złotych na rok bierze. Wszystkie się uczemy grać, Basia
wcale niczego brzdąka; potem kładziemy podwłośniki<pe><slowo_obce>podwłośnik</slowo_obce> --- kaftan chroniący odzież przy czesaniu lub pudrowaniu.</pe>
i fryzjer nadworny po starszemu nas fryzuje: często ból srogi
ponieść wypadnie, osobliwie<pe><slowo_obce>osobliwie</slowo_obce> (daw.) --- szczególnie.</pe> kiedy nową jaką tworzy fryzurę.
Ja mam najdłuższe i najgęstsze włosy, po ziemi się włóczą,
gdy na taborecie przed gotowalnią<pe><slowo_obce>gotowalnia</slowo_obce> (daw.) --- toaletka, czasem też: pomieszczenie do ubierania się.</pe> siedzę, na mojej też
głowie zwyczajnie swoje próby robi; ale prawda, że dziwnie
piękne i sztuczne<pe><slowo_obce>sztuczny</slowo_obce> (daw.) --- wyrafinowany.</pe> układa fryzury; dzisiejsza na przykład
w moim guście najpiękniejsza, bo jakaś jakby z niechcenia:
włosy wszystkie sczesane do góry, część ułożona w pukle<pe><slowo_obce>pukiel</slowo_obce> (daw.) --- lok.</pe> na
wierzchu głowy, część zawinięta, spada kręcąc się na kark i na
ramiona; pudru w nich z pół funta<pe><slowo_obce>funt</slowo_obce> --- dawna jednostka wagi.</pe>. Ubiór nasz trwa parę godzin, przez ten czas uczemy się na pamięć przysłowiów<pe><slowo_obce>przysłowiów</slowo_obce> --- dziś popr. forma B.lm: przysłów.</pe> różnych francuskich, a bez pamięci cierpliwości; jak teraz to czas
gotowalni krótszy mi się wydaje, bo nam Madame czyta głoś-,
no dzieło najnowsze, dziwnie zabawne i arcymoralne: ,,<slowo_obce>Magasin des enfants</slowo_obce><pe><slowo_obce>Magasin des enfants</slowo_obce> (fr.) --- magazyn dla dzieci.</pe>", przez panią de Beaumont <pe><slowo_obce>Beaumont, Jeanne-Marie Le Prince de </slowo_obce> (1711--1780) --- francuska autorka umoralniających powieści i opowiadań dla dzieci i młodzieży.</pe>napisane. Są to
rozmowy guwernantki z elewkami<pe><slowo_obce>elewka</slowo_obce> (daw.) --- uczennica.</pe> i wyborne rozpowiada
im bajki.</akap>


<akap>O dwunastej, skoro na Anioł Pański zadzwonią, odmówiwszy go, schodziemy na dół na obiad i już do końca dnia Państwo u siebie bawić<pe><slowo_obce>bawić</slowo_obce> (daw.) --- przebywać.</pe> nam pozwalają. Dwie godziny siedzi się
zwykle u stołu, potem przechadzka, jeśli pora sprzyja. Mamy
też raz na raz pilną robotę do naszego kościoła do Piotrkowic,
haftujemy w krosnach, póki tylko widno, a przy świecy robiemy siatki na wyścigi; świec pali się zawsze kilkanaście
w srebrnych pająkach<pe><slowo_obce>pająk</slowo_obce> --- rodzaj ozdobnego, rozgałęzionego świecznika.</pe>; chociaż żółte, bo z naszego wosku i domowej roboty, przecież bardzo widne<pe><slowo_obce>widny</slowo_obce> (daw.) --- tu: jasny.</pe>; ja tej już zimy wieczorami do całej komeżki zrobiłam siatkę z pokrzywki<pe><slowo_obce>siatka z pokrzywki</slowo_obce> --- siatka z cieniutkich nici.</pe> i poszyłam ją w drobne muszki. Wieczerza o siódmej i zimą, i latem; po wieczerzy już nie ma roboty, tylko zabawa; gramy
w karty w mariasza albo w drużbarta; warto widzenia, jakie
miny Macieńko wyrabia, kiedy ma dolą albo siódemki, ja pękam od śmiechu. Kiedy nadejdzie dzień, w którym pokojowiec
wysyłany co tydzień do Warszawy powraca, kapelan czyta gazety, ,,Kuriera", listy; niektórym wiadomościom bardzo chętnie się przysłuchuję. Często czyta także nam Jmć Dobrodziej
stare kroniki, czasem nudne, ale czasem wcale zabawne; wyznam jednak, że mnie francuskie książki daleko więcej od polskich zajmują i nierównie więcej ich czytałam: bo nasza Madame ani słowa po polsku nie umie; z Państwem raz w tydzień, a z nią codziennie czytujemy. Jak w zapusty, to jeszcze
rzadsze czytanie: gości pełno, a wtenczas gry, muzyka, taniec.
Ani sobie wystawiam, jak się bawią w Warszawie u dworu:
bo oczywiście, że jeszcze lepiej i huczniej jak w maleszowskim
zamku; rada bym z duszy przez ciekawość samą zakosztować
kiedy tych zabaw... Ale co słyszę? Już na dwunastą dzwonią;
trzeba pióro rzucić, Pozdrowienie Anielskie co tchu odmówić,
fryzury poprawić, biec na dół i zostawić na jutro, com dziś
jeszcze w tym dzienniku napisać zamierzała.</akap>




<srodtytul>2 stycznia, we wtorek</srodtytul>

<akap>Wczora byłam zajęta, jak Jmć Dobrodziej zowie, prywatą,
to jest domowymi rzeczami; dziś zajmie mnie publika, czyli
rzeczy publiczne. Nie byłabym godną być Polką, gdyby mnie
nie obchodziło to, co z krajem moim się dzieje; często też o nim
w domu naszym mowa: ja zawsze przysłuchiwałam się temu
pilnie, ale od czasu jak ten dziennik pisać zamierzyłam, dwa
razy więcej nadstawiam ucha. Mam więc co powiedzieć. Dziś
u nas nad Koroną i Litwą panuje August III<pe><slowo_obce>August III Sas</slowo_obce> (1696--1763) --- król Polski od 1733, elektor saski.</pe>, elektor saski;
siedemnastego tego miesiąca 25 lat się skończy, jak go biskup
krakowski koronował. Przeciwna jemu partia, jak niegdyś ojcu
jego, Augustowi II<pe><slowo_obce>August II Mocny</slowo_obce> (1670--1733) --- król Polski w latach 1697--1706 i 1709--1733, elektor Saksonii od 1694.</pe>, chciała po drugi raz wynieść na tron Stanisława Leszczyńskiego<pe><slowo_obce>Leszczyński, Stanisław</slowo_obce> (1677--1766) --- król Polski w latach 1705--1709 i 1733--1736, walczył o władzę z przedstawicielami dynastii saskiej, pod koniec życia książę Baru i Lotaryngii (od 1738).</pe>, lecz August potężne miał wsparcie
i przy nim korona została. Leszczyński, któremu nawet przeciwna strona nic zarzucić nie może, jedno<pe><slowo_obce>jedno</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> to, iż nie miał pieniędzy i wojska, wrócił do swoich Lotaryńczyków, których dotąd uszczęśliwia. Do ubiegania się o koronę polską, na którą
dzisiejszy król po śmierci ojca bardzo obojętnie miał spoglądać, powiadają, że go najwięcej namówiła żona jego, Maria
Józefa, a tej pani powszechnie tę oddają sprawiedliwość, że
była godną być królową polską. Kochała Polaków, intryg nie
lubiła, męża odwodziła od złego, ile mogła; miłosierna, dobroczynna, pobożna, dobra żona, dobra matka, surowych obyczajów, zbiorem cnót niewieścich nazwać ją było można; drugi
rok temu, jak umarła w Dreźnie: czternaście dzieci miała, jedynaście zostawiła żyjących, siedem córek i czterech synów.
Pamiętam dobrze, jakim żalem jej śmierć wszystkie serca napełniła. Po wszystkich kościołach w Litwie i w Koronie żałobne za nią odprawiło się nabożeństwo; w naszych Piotrkowicach były sute egzekwie<pe><slowo_obce>egzekwie</slowo_obce> --- nabożeństwo odprawiane przy trumnie zmarłego.</pe>, ubodzy szczególnie rzewnie płakali, bo prawdziwą w niej matkę stracili.</akap>


<akap>Król bardzo ma być łagodnego i dobrowolnego umysłu, polega też zupełnie na zdaniu ministra swojego Brühla<pe><slowo_obce>Brühl, Henryk</slowo_obce> (1700--1763) --- pierwszy minister i faworyt króla Augusta III.</pe>; ten
prawdziwie i nim, i Polską, i Saksonią rządzi. W Saksonii teraz bardzo źle się dzieje; Prusy, owe nowo powstałe państwo,
dziś prawie Europą trzęsie. Wielki, jak --- mówią, człowiek nad
nim panuje. Kurfirszt<pe><slowo_obce>kurfirszt</slowo_obce> (z niem.) --- kurfirst, elektor.</pe> brandenburski 1701 roku tytuł króla
pruskiego przybrał i sam sobie na głowę koronę włożył. Rzeczpospolita dotąd tego tytułu nie przyznała, a dziś następca jego podług upodobania gotów drugim korony kłaść lub zdejmować; sam opiera się Austrii, Saksonii, Moskwie i co dzień
kraje swoje powiększa; zręczność jego, biegłość w polityce,
znajomość sztuki wojennej ma być niepojętą, a przy tym filozof, uczony i charakteru dzielnego. <begin id="b1369311570076-1111187808"/><motyw id="m1369311570076-1111187808">Wróg, Proroctwo</motyw>Słyszałam już nieraz mówiących: ,,Oj! Fryderyka Wielkiego by teraz Polsce na króla
potrzeba!" Ale kiedy nie tylko nie mamy go na naszym tronie,
ale owszem, przeciwnym sobie, dodają także mądrzy ludzie i te
słowa: ,,Bodajbyśmy z łaski jego później czy prędzej nie zginęli; bodajby to państwo, które z Polaków powstało, nie zgubiło kiedy Polaków!".<end id="e1369311570076-1111187808"/> Bo jak ciż sami mądrzy ludzie do ucha sobie szepcą, źle z Rzeczpospolitą się dzieje, a co jest najgorsza
i na to życie, i na tamto, co do wszelkiej wielkości największą
bywa przeszkodą: coraz mniej w Polakach ma być starodawnej
cnoty; wszyscy prawie szukają dogodzenia własnej ambicji,
własnego zysku, zapominają o wspólnej matce; aby im dobrze
było, o ogół nie stoją; sejmy, choć się zbiorą, nie dochodzą, nic
więc dobrego uradzić nie mogą. Na próżno głos księdza Konarskiego<pe><slowo_obce>Konarski, Stanisław</slowo_obce> (1700--1773) --- należał do zakonu pijarów; publicysta, poeta, reformator szkolnictwa, założyciel Collegium Nobilium.</pe> i kilku prawdziwych Polaków woła na tych obłąkanych! Nie słyszą go, bo już przeważyła złych i podłych szala
i patrzeć tylko chwili, kiedy wszystkich za sobą pociągnie.
<begin id="b1369311619148-2142531098"/><motyw id="m1369311619148-2142531098">Król</motyw>Jednak jest jeszcze nadzieja, może być ratunek. Nasz tron jest
elekcyjny, król dziś nam panujący bardzo stary, ma lat 63;
niedługo więc może być inny. Ten, jeśli będzie wysokiego
umysłu, cnoty stałej, niepospolitego męstwa, potrafi wybawić
Rzeczpospolitą. Jeszcze w granicach swoich jest nienaruszona,
jeszcze ogromny kraj posiada. Pan Bóg dobry i miłosierny
udzielić raczy dzielności głowie narodu, zgody członkom, i ocaleni będziemy. Już tej głowy narodu, tego przyszłego króla,
wszyscy wypatrują ciekawie<end id="e1369311619148-2142531098"/>: kilku mają na oku, mnie o dwóch
słyszeć się zdarzyło: jednym jest Stanisław Poniatowski<pe><slowo_obce>Poniatowski, Stanisław August</slowo_obce> (1732--1798) --- ostatni król Polski w latach 1764--1795.</pe>, syn
kasztelana krakowskiego (który w wielkich był łaskach u Karola XII) i księżniczki Czartoryskiej; drugim jeden z synów
naszego króla, królewicz Karol. Nie wiem dlaczego, ku temu
drugiemu serce moje więcej się skłania, chociaż tamten bliższy,
bo rodak; ale już wiem dlaczego: więcej przymiotów w nim
wszyscy upatrują. Osoby, które kiedyś rządzić nami mogą,
obchodzić nas muszą; napiszę więc tu, co tylko wiem o obudwóch.</akap>


<akap>Poniatowski jest młody i bardzo piękny, uprzejmy, zwiedził
wiele krajów, przejął grzeczność francuską i białogłowom
szczególniej dziwnie podobać się umie; nauki i uczonych bardzo lubi; przeszło cztery lata ciągle w Petersburgu gościł jako
sekretarz poselstwa Rzeczypospolitej, teraz niedawno odwołanym został, w wielkich tam był i jest faworach<pe><slowo_obce>fawor</slowo_obce> (z łac.) --- łaska.</pe> i na tym najwięcej gruntują nadzieję przyszłej jego wielkości, bo już od
dawna wolnym na pozór Polakom nie ich własny wybór, ale
obce mocarstwa narzucają królów.</akap>


<akap>Królewic Karol ma lat 26, z czterech synów dorosłych króla on jest trzeci w rzędzie, najwięcej od ojca i od wszystkich
kochany i jak mówią, najgodniejszy kochania; postawa jego
ma być okazała, twarz nadzwyczajnie przyjemna, łagodna,
obejście się z każdym miłe. Rzadki ma dar serc ujmowania;
prawie od urodzenia ciągle bawi w Polsce, kocha Polaków,
zna nasz język; w Rzeczypospolitej i na grzecznym dworze
chowany, ani jest dumny, ani nadto się pospolituje<pe><slowo_obce>pospolitować się</slowo_obce> --- spoufalać się z ludźmi niżej urodzonymi.</pe>. Uznawszy w nim te przymioty, król nasz, który synów swoich przy
różnych dworach mieścić się stara, tego przeznaczył do służby
w wojsku moskiewskim i do zarabiania na życzliwość dworu,
na którego opiekę najwięcej rachuje. Rok będzie niedługo, jak
go pierwszy raz do Petersburga wyprawił, miał w tym jaszcze
i inne widoki: chciał, żeby królewic księciem Kurlandii mógł
zostać. O tym Księstwie Kurlandzkim, jak sobie zapamiętam,
tak mówiących słyszę, i oto jest, co mi o nim zostało w pamięci. Księstwem Kurlandzkim, państwem hołdowniczym Polski,
król nasz, nie wiem doprawdy, jakim sposobem, miał prawo
raz już tylko rozporządzić. W roku 1737 oddał go prawem lennym hrabi Bironowi i potomstwu jego płci męskiej; ale Biron,
niegdyś faworyt imperatorowej Anny, wpadł w niełaskę i wygnany wraz z rodziną na Syberią został; tam już lat kilkanaście siedzi, a Księstwo Kurlandzkie dotąd było bez pana. Król
nasz, namawiany od dawna do rozporządzenia nim na nowo,
nakłonił się dać je synowi swojemu; ale do ważności tego daru przychylenia się Moskwy i stanów kurlandzkich trzeba było, gdyż Biron nie był prawnie, tylko jakby tymczasowo z tej
godności wyzuty. Któż mógł snadniej to przychylenie sprawić
od królewica Karola, który tak skłaniać serca ku sobie umie?
Jadąc do Petersburga, zatrzymał się czas jakiś w Mitawie, stołecznym mieście Kurlandii, i ujął sobie znaczniejszych obywateli. Przyjechawszy do Petersburga, zaledwie kilka tygodni
zabawił, kiedy imperatorowa Eliżbieta oświadczyła publicznie,
że już nigdy ani Birona, ani synów jego nie odwoła z wygnania i że żąda nawet, aby król polski synowi swemu Księstwo
Kurlandzkie nadał.</akap>


<akap>To jej oświadczenie i zalecenie uroczyście było oddane
w roku przeszłym królowi, w chwili kiedy się sejm zgromadzał; ale że ten, według panującego od jakiegoś czasu obyczaju, zerwanym wcześnie został przez Podhorskiego, posła wołyńskiego, nie mogła być ta okoliczność na nim roztrząśnięta;
zwołano więc radę senatu. Wielkie były spory: niektórzy senatorowie, osobliwie książęta Czartoryscy, dowodzili, że król
nie ma już prawa rozporządzać Kurlandią, zwłaszcza bez sejmu, że Biron, nie wytrzymawszy procesu kryminalnego i sądu<pe><slowo_obce>nie wytrzymawszy procesu kryminalnego i sądu</slowo_obce> --- nie będąc sądzonym.</pe>, nie może być pozbawiony nadanego sobie raz księstwa;
że wreszcie nadanie go królewicowi trwałym nie będzie, bo ze
śmiercią panującej imperatorowej wszystko odmienić się może.
Nic to nie pomogło, 5 tylko głosów było przeciwko królewicowi, 128 za nim, oczywiście więc przeważyli. Wielki kanclerz
koronny diploma na to księstwo mu oddał, a dziś właśnie jest
dzień naznaczony na inwestyturę<pe><slowo_obce>inwestytura</slowo_obce> (z łac.) --- uroczyste przejęcie władzy.</pe>. Wielkie uczty mają się
odprawiać w Warszawie. Król z radości, że doszła część widoków<pe><slowo_obce>widoki</slowo_obce> --- tu: plany.</pe> jego względem ukochanego syna, mówią, że na dziesięć
lat odmłodniał. Ja wiedzieć nie mogę, czy to źle, czy dobrze
się stało. To wiem, żem bardzo z tego kontenta, bo dobrze królewicowi życzę. Nie wiem doprawdy, skąd, za co i dlaczego,
ale mocno mnie obchodzi; zdaje mi się, że los Rzeczypospolitej
wkrótce od niego zależeć będzie, że on burzę Polakom grożącą
odwróci, rząd dobry, prawa nam nada: tego wszystkiego nie
będzie mógł zrobić, jeśli królem polskim po ojcu nie zostanie,
a wszyscy mówią, że Księstwo Kurlandzkie bardzo mu może
posłużyć za stopień do tronu. Bądź co bądź, żal mi trochę, żem
w tej chwili nie w Warszawie; ciekawa bym była uczt, festynów, króla, dworu, a nade wszystko królewica. Będziemyż
przynajmniej zdrowie jego u stołu spijać i głośno wykrzykiwać
wiwaty.</akap>





<srodtytul>Dnia 3 stycznia</srodtytul>


<akap><begin id="b1369312793750-3729097073"/><motyw id="m1369312793750-3729097073">Proroctwo</motyw>Wczora, kiedy w najlepsze przy odgłosie nadwornej kapeli
i strzelaniu naszej dragonii piliśmy wraz z gośćmi zdrowie
księcia kurlandzkiego, pokojowiec wysłany do Warszawy wrócił i przywiózł listy donoszące, że dla<pe><slowo_obce>dla</slowo_obce> (daw.) --- z powodu.</pe> słabości królewica odłożona uroczystość inwestytury na 8 stycznia. ,,To jakaś niedobra wróżba --- powiedział Macieńko --- usunęła się mitra<pe><slowo_obce>mitra</slowo_obce> --- tu: korona książęca.</pe>, wysunie się korona".<end id="e1369312793750-3729097073"/> Jam się zasmuciła. Ale nie mogłam być długo
smutna; zaraz po obiedzie przyjechało więcej gości; przyjechała pani podczaszyna Dembińska z synami i z córką, pan
stolnik Jordan z żoną i z synem i nareszcie pan Świdziński,
wojewoda bracławski, z synowcem swoim, księdzem Wojciechem, jezuitą; ten już był w Maleszowie kilka razy; bardzo zacny i pobożny. Państwo niezmiernie go lubią i szacują wysoko; chociaż jeszcze nie stary, wszyscy, jako księdza, całujemy
go w rękę; na Basię szczególniej łaskaw, przywiózł jej różaniec i nową książkę do pacierza, ,,<tytul_dziela>La Journée du chrétien</tytul_dziela><pe><slowo_obce>La Journée du chrétien</slowo_obce> (fr.) --- Dzień chrześcijanina.</pe>";
przy wieczerzy siedział przy niej i kilka razy do niej przemówił. Nic dziwnego, Basia najstarsza, najlepsza, wszyscy zawsze
dla niej najgrzeczniejsi.</akap>





<srodtytul>Dnia 5 stycznia, w piątek</srodtytul>


<akap>Ciągle bawi pan wojewoda z synowcem i inni goście, a dziś
podobno nowi przybędą. Przyjadą obadwa synowie pana wojewody, starszy --- starosta radomski, młodszy --- pułkownik
wojsk króla Jmci. Pan wojewoda, wdowiec od lat kilkunastu,
ma prócz tych synów dwie córki; obie już za mężem; starsza,
Bona, jest za Granowskim, wojewodą rawskim, młodsza, Marianna, za Lanckorońskim, kasztelanem połanieckim: tej niedawno odprawiło się wesele. Tych panów Świdzińskich bardzo
jestem ciekawa, bo obadwa chowali się we Francji, w Lunewilu; zupełnie inaczej muszą wyglądać jak nasi Polacy. Dobry
król Stanisław, choć w obcym mieszka kraju, przecież swoim
rodakom chce być użytecznym. W Lunewilu, gdzie rezyduje,
utrzymuje własnym kosztem kilkunastu z młodzieży polskiej,
tam im najpiękniejszą edukacją dawać każe. Panicze z najpierwszych familii ubiegają się o ten zaszczyt, wynajdują sobie pokrewieństwa z Leszczyńskim, choćby najdalsze; i nie ma
dla młodego kawalera lepszej rekomendacji, jak kiedy powiedzieć o nim można: edukował się w Lunewilu, był w Paryżu.
Już natenczas pewnie grzeczny, umie po francusku i z gracją
tańcuje menueta i kontradanse. Wszyscy też kawalerowie
z Francji przybyli wielki, zwłaszcza u białygłów, mają sukces<pe><slowo_obce>sukces</slowo_obce> --- powodzenie.</pe>, i powtarzam, żem niezmiernie panów Świdzińskich ciekawa.</akap>



<srodtytul>Dnia 6 stycznia, w sobotę</srodtytul>


<akap>Przyjechali wczora po obiedzie, nie mogę powiedzieć, żeby
byli zupełnie tak, jakem ich sobie wystawiła<pe><slowo_obce>wystawić</slowo_obce> (daw.) --- wyobrazić, przedstawić.</pe>, zwłaszcza pan
starosta. Jam myślała, że zobaczę jakiegoś młodego, wysmukłego trefnisia<pe><slowo_obce>trefniś</slowo_obce> (daw.) --- żartowniś.</pe>, podobnego do księcia Cheri (tak ślicznie wystawionego przez panią de Beaumont), który nie inaczej, tylko po
francusku mówić będzie; a pan starosta już niemłody, ma lat
trzydzieści, dosyć otyły, tańcować nie lubi i nawet nie wiem,
jak mówi po francusku, bo się ani razu z francuszczyzną nie
odezwał; łacinę tak miesza jak i ojciec jego. Pan pułkownik
lepiej mi się podobał: młodszy, w mundurze i przecież parę razy po francusku przebąknął.</akap>


<akap>Dziś Trzy Króle, dzień wesoły, odprawi się ceremonia wyzwolenia Michała Chronowskiego i ogromny placek pieką
w kuchni z migdałem, kto też go dostanie? Ach! mój Boże!
gdybym ja królową została! mnie by wieniec na głowę włożyli,
ja bym miała prawo przez cały wieczór rej wodzić<pe><slowo_obce>rej wodzić</slowo_obce> (daw.) --- przewodzić.</pe> w zabawach! O! dopiero byłyżby tańce!... Może i tak będą, bo bardzo
wiele spodziewamy się gości. Mruczał sobie stary nasz kredencerz<pe><slowo_obce>kredencerz</slowo_obce> --- służący zajmujący się zastawą i podawaniem do stołu.</pe> pod nosem, że przed kościołem w Piotrkowicach
pełno ma być karet, kolasek i bryczek; on już zawczasu zrzędzi i narzeka na robotę; a ja z radości skaczę. Mój Boże! jak
to jedna rzecz jednego martwi, a drugiego cieszy.</akap>



<srodtytul>Dnia 7 stycznia, w niedzielę</srodtytul>


<akap>O! w samej rzeczy pełno było i jest gości; staremu Jacentemu przybyły dwa nowe zmarszczki na czole, ale my zabawiliśmy się cudownie. Nie ja, lecz Basia została królową, i równie
wesoło zszedł mi wieczór, jak gdybym ja nią była. Kiedy przy
końcu obiadu, po rozdaniu placka, Basi migdał się dostał, jakby we krwi stanęła; a gdy to nasza Madame, przy niej siedząca, na głos oświadczyła, wszyscy będący u stołu, nawet dworscy za stołem, krzyknęli: ,,Wiwat!". Macieńko powiedział
z uśmiechem: ,,Kto dostał migdała, dostanie Michała. Bo to
podobno jest taka wróżba: której pannie w dzień Trzech Króli
migdał się dostanie, ta jeszcze w te same zapusty za mąż pójdzie". O! dałby Bóg, żeby się ta wróżba na Basi ziściła, mielibyśmy wesele.</akap>


<akap>Pan starosta ciągle mi się nie podoba, taki poważny; wczora tylko polskie tańce tańcował, o Paryżu, o Lunewilu bardzo mało rozprawia, z nami, pannami, wcale się nie wdaje,
do żadnej nie przemówił; z Państwem jedynie rozmawia, gra
w mariasza, gazety czyta --- zawsze powtarzam, że już wolę
brata; naprzód młodszy i przecie na nim znać więcej Paryż
i Lunewil.</akap>


<akap>Ale... zapominam o Michale Chronowskim; ceremonia wyzwolenia jego odbyła się po obiedzie, ubawiła mnie bardzo.
Wszyscy goście zebrali się na sali i zasiedli; Jmć Dobrodziej
zajął nieco wyższe krzesło w środku, otworzyły się podwoje,
marszałek, dworskich kilku wprowadzili wyzwoleńca, już nie
w barwianych, ale w paradnych sukniach: ukląkł przed Jmć
Dobrodziejem, ten go uderzył z lekka w twarz, żeby pamiętał
łaskę jego, przypasał mu szablę do boku, wypił do niego spory
kielich wina i ofiarował konia z siedzeniem i drugiego z masztalerzem, którzy już w tę chwilę czekali przed zamkiem na
nowego pana; zapytał go się potem, czy chce pozostać u naszego dworu, czyli też woli iść w świat, Chronowski odpowiedział, że lubo<pe><slowo_obce>lubo</slowo_obce> (daw.) --- chociaż.</pe> mu bardzo tu dobrze, przecież życzyłby sobie
szukać promocji, i żądał rekomendacji do księcia Lubomirskiego, wojewody lubelskiego, szwagra Jmć Dobrodzieja. Przyobiecał ją, a wsunąwszy mu w rękę 20 czerwonych złotych<pe><slowo_obce>czerwony złoty</slowo_obce> --- złoty dukat.</pe>,
prosił, ażeby w zamku maleszowskim do końca zapust gościć
raczył. Przyjął Chronowski te zaprosiny z wielką radością,
a skłoniwszy się do nóg obojgu Państwu i wszystkie przytomne<pe><slowo_obce>przytomny</slowo_obce> (daw.) --- obecny.</pe> damy pocałowawszy w rękę, przypuszczonym został do
naszej kompanii i w wieczór dzielnie z Basią mazura i krakowiaka wywijał; przyznać mu trzeba, że nikt tak gładko i ochoczo nie tańcuje jak on; Basia także dziwnie w tańcu szykowna
i pięknie im było razem.</akap>





<srodtytul>Dnia 8 stycznia, w poniedziałek</srodtytul>



<akap>Już też rzecz niepodobna, żeby komu wróżba migdała prędzej się ziściła; Basia tych zapust jeszcze pójdzie za mąż, a za
kogo? za Michała; bo panu staroście Świdzińskiemu Michał na
imię, a on wczora wieczór Jmć Dobrodzieja o jej rękę prosił;
przysłali po nią Państwo dziś rano przed śniadaniem, oświadczyli jej tę jego prośbę i zaręczyny odprawią się jutro. Basia
zapłakana wróciła do nas; powiedziała nam, po co ją wołał pokojowiec; mówiła mi, że się boi iść za mąż, że jej bardzo żal
będzie domu rodzicielskiego, ale że niepodobna tej partii omijać, kiedy ją oboje Państwo zapewniają, że będzie bardzo z panem starostą szczęśliwa. Ma być człowiek pobożny, uczciwy,
łagodny; familia jego szlachecka, dawna, majętna; pod Chocimem<pe><slowo_obce>Chocim</slowo_obce> --- mowa o bitwie stoczonej w dniach 2 września--9 października 1621 między wojskami polskimi pod dowództwem Chodkiewicza a tureckimi pod dowództwem Osmana II.</pe>, pod buławą sławnego Chodkiewicza<pe><slowo_obce>Chodkiewicz, Jan Karol</slowo_obce> (1560--1621) --- wybitny dowódca wojskowy, hetman wielki litewski od 1605.</pe> trzej bracia Świdzińscy: Aleksander, Michał i Antoni, polegli; majątek piękny, już
ma wypuszczone od rodziców dobra Sulgostów z wspaniałym
pałacem, a oprócz tego król mu dał niezłe starostwo i czekać
tylko, rychło kasztelanii<pe><slowo_obce>kasztelania</slowo_obce> --- urząd kasztelana.</pe> dostanie. Pan wojewoda i ksiądz Wojciech jedynie tu po to przyjechali, już od dawna ten projekt
mieli i bardzo sobie gorąco życzą, żeby doszedł do skutku. Panu wojewodzie niezmiernie miała Basia do serca przypaść; jak
ją pozna, pokocha ją jeszcze lepiej. Będziemy więc mieli wesele; o! cieszę się niesłychanie; odprawi się w maleszowskim
zamku 25 lutego, w same ostatki: będziemyż tańcować!... Basia
zostanie panią starościną; to jedyna szkoda, że już jej nie będzie wolno Basią nazywać. Żal mi teraz tego, com o panu staroście w tym dzienniku napisała --- ale cóż? nie jest ci to nic
tak bardzo złego. Wreszcie kiedy się Basi podoba, to i dosyć;
ona mówi, że się zawsze młodych bała, że lubi takich poważnych mężczyzn, i Jmć Dobrodziejka jej powiedziała, że tacy
najlepszymi bywają mężami. Może być, ale ja jednak wesołych i fertycznych<pe><slowo_obce>fertyczny</slowo_obce> (daw.) --- zwinny, ruchliwy.</pe> wolę; każdemu swój gust mieć wolno... Ale,
ale... dziś też niezawodnie odprawi się w Warszawie inwestytura królewica Karola na Księstwo Kurlandzkie: już wyzdrowiał. Pan pułkownik Świdziński zna go z bliska, odchwalić
się nie może jego przyjemności; pan wojewoda i starszy syn
jego nie są jednak za tym, żeby on był po ojcu królem polskim; mówią, że rodak lepszy.</akap>





<srodtytul>Dnia 10 stycznia 1759 r., we środę</srodtytul>


<akap>Już więc po zaręczynach: odprawiły się wczora. Do obiadu wszystko było jak zwyczajnie, Basi tylko, gdyśmy na pokoje się zeszli, Jmć Dobrodziejka dała do zwinięcia motek
splątanego jedwabiu<pe><slowo_obce>motek splątanego jedwabiu</slowo_obce> --- rozplątanie go miało stanowić symbol wymaganej w małżeństwie cierpliwości.</pe>. Basia wzięła się do tej roboty; cała
w płomieniach; oczów na nikogo podnieść nie śmiała, tym
bardziej że oczy wszystkich, a szczególniej pana starosty,
na nią zwrócone były. Wolała więc patrzeć jedynie w swój
jedwab i w ziemię; a do tego niegodziwy Macieńko sprzeciwiał jej się niesłychanie, żarciki sobie z niej stroił, z których wszyscy śmieli się serdecznie: ja tych żarcików po większej części nie rozumiałam, ale jednak śmiałam się może
więcej od wszystkich. Po obiedzie Basia usiadła przed zwijadełkiem<pe><slowo_obce>zwijadełko</slowo_obce> --- kołowrotek do zwijania nici.</pe> w oknie, pan starosta zbliżył się do niej i powiedział
dosyć głośno: ,,Czyż prawda, że Waćpanna Dobrodziejka nie
sprzeciwiasz się szczęściu mojemu?" --- ,,Wola najukochańszych
rodziców była zawsze dla mnie najświętszym prawem" --- odpowiedziała Basia cichym i drżącym głosem i skończyła się
narzeczonych rozmowa.</akap>


<akap>Gdy się liberia<pe><slowo_obce>liberia</slowo_obce> --- tu: służba.</pe> i dworscy rozeszli i zostaliśmy sami z gośćmi,
pan wojewoda z księdzem Wojciechem powstał z miejsca
swego, wziął za rękę pana starostę, stanął z nim przed Państwem, którzy właśnie razem na jednej kanapie siedzieli, i tak
powiedział: ,,Od dawna serce moje najszczerszym afektem<pe><slowo_obce>afekt</slowo_obce> (z łac.) --- uczucie.</pe>, najgłębszym uszanowaniem ku przezacnemu domowi Korwinów
Krasińskich jest przejęte; od dawna życzę sobie gorąco, ażeby
skromny nasz Półkozic<pa><slowo_obce>Półkozic</slowo_obce> --- herb Świdzińskich.</pa> uświetnił się ich zacnym Ślepowronem; i niewymowną jest dla mnie satysfakcją, iż przecudowna łaska JW. WaćPaństwa Dobrodziejstwa tej konsolacji<pe><slowo_obce>konsolacja</slowo_obce> (z łac.) --- pociecha.</pe>
dziś zakosztować mi pozwala. Macie przezacną córę Barbarę,
ja mam syna Michała, który jest chlubą i pociechą moją; raczyliście się już przychylić do połączenia dozgonnie tej młodej
pary: raczcie dziś potwierdzić tę obietnicę. Oto pierścień, który przed laty od rodziców dla zmarłej już, niestety! lecz żyjącej jeszcze w sercu moim oblubienicy w podobnymże razie
dostałem: pozwólcie, ażeby go syn mój na zadatek ściślejszego
związku córze waszej ofiarował". To mówiąc, dobył kosztownego pierścienia z brylantami i złożył go na tacy, którą trzymał ksiądz Wojciech; ten przemówił także do Państwa, ale że
wiele przymięszał łaciny, nie zrozumiawszy nie mogłam słów
jego spamiętać. Jmć Dobrodziej zaś tak obudwom odpowiedział: ,,Com onegdaj wyrzekł, to i w tej chwili powtarzam; przeciwko dozgonnemu związkowi córki mojej z zacnym starostą nic nie mam; daję mu ją chętnie z życzliwym błogosławieństwem i całe moje prawo ojcowskie nad nią zlewam na
niego". --- ,,I ja toż samo z serca czynię --- dodała Jmć Dobrodziejka --- oto pierścień, klejnot w domu moim najdroższy, bo
go ojciec mój, Stefan Humiecki, wojewoda podolski, z rąk śp.
Augusta II dostał, kiedy do skutku pakta karłowieckie<pe><slowo_obce>pakta karłowieckie</slowo_obce> --- pokój zawarty 26 stycznia 1699 między Ligą Świętą, w której skład wchodizła m. in. Polska, a Imperium Osmańskim; Rzeczpospolita odzyskałą wówczas Podole wraz z Kamieńcem Podolskim.</pe> doprowadził i Kamieniec Podolski ostatecznie Turkom odebrał. Tym
pierścieniem ja zaręczoną zostałam, ten pierścień najstarszej
córce mojej daję, z macierzyńskim afektem i z szczerą prośbą
do Wszechmocnego Boga, ażeby jej szczęście podobne mojemu
przyniósł". I położyła na tacy pierścień z ogromnym diamentem, pod spodem którego jest miniatura nieboszczyka króla.
,,Basiu! chodź tu, wasze!" --- zawołał wtenczas Jmć Dobrodziej;
wstała, poszła, ale nie wiem, jak mogła przejść pokój, tak była zmięszana, tak się chwiała, że idąc, ledwie nie upadła.
Ksiądz Wojciech wyrzekł nad pierścionkami łacińskie błogosławieństwo, dał pierścień z brylantami panu staroście, który
go na mały palec u lewej ręki, serdecznym zwany, siostrze
mojej włożył, pocałowawszy ją pierwej w tęż rękę, a Basi dał
pierścień z portretem, mówiąc, żeby go panu staroście oddała;
na sam koniuszek palca go włożyła, ale pan starosta, skoro go
odebrał, raz jeszcze pocałował ją w rękę, potem upadł do nóg
Państwa, dziękował im, świadczył się Bogiem, że będzie się
starał córkę ich uszczęśliwić. Tymczasem pan wojewoda całował w czoło drżącą Basię i pan pułkownik i ksiądz Wojciech
śliczne jej komplimenta prawili. Jmć Dobrodziej wziął wielki
puchar, nalał go starym węgrzynem, wniósł zdrowie oblubieńców i wszyscy spełnili go kolejno. --- Tak to wszystko było
uroczyste i tkliwe, że mnie, patrzącej z daleka, cały czas łzy
się z oczu toczyły. ,,Nie płacz, Franulku --- powiedział Macieńko (który był cały czas w pokoju, ale przecie milczał) --- nie
płacz, i z Jmościanką tak najdalej za rok będzie!". Za rok to
jeszcze za prędko, ale za parę lat to się i nie rozgniewam, jak
się ze mną tak stanie.</akap>


<akap>Cała rodzina Świdzińskich niepojęcie dla Basi uprzejma
i grzeczna, Państwo oboje pocałowali ją wczora w twarz, jak
im dobrej nocy życzyła; w całym domu wszyscy dla niej od
dnia wczorajszego mają jakieś względy, o nikim, tylko o niej
mowa: wszyscy jej winszują, wszyscy się jej polecają, każdy
by rad, żeby go do swego przyszłego dworu przyjęła. Imć Dobrodziej dobył z sepecika<pe><slowo_obce>sepet</slowo_obce> --- skrzynka zaopatrzona w szuflady.</pe> tysiąc dukatów holenderskich, zalecając Jmć Dobrodziejce, żeby porządnie i uczciwie opatrzoną córkę z domu wyprawiła. Oboje naradzali się nad wyprawą
godzin kilka. Jutro panna Zawistowska, białogłowa bardzo zacna, koło trzydziestu lat mająca, w domu Państwa od maleńka
wychowana i która będzie wyprawną panną<pe><slowo_obce>wyprawna panna</slowo_obce> --- osoba zajmująca się wyprawą ślubną.</pe> Basi, pojedzie
z komisarzem do Warszawy dla zakupienia potrzebnych rzeczy. W skarbcu naszym stoją już od dawna cztery wielkie kufry srebra dla każdej z nas; kufer Basi przeznaczony kazał
Jmć Dobrodziej otworzyć, przepatrzył sam wszystko i naczynia potrzebujące naprawy lub ochędożenia<pe><slowo_obce>ochędożyć</slowo_obce> --- tu: odnowić, wyczyścić.</pe> także do Warszawy pójdą. Pan wojewoda jutro wyjeżdża wraz z panem starostą, żeby dom sulgostowski na przyjęcie Basi urządzić. Jmć
Dobrodziej już gotuje listy i pokojowców po wszystkich stronach Polski z nimi rozsyła; wszystkim osobom, które pokrewieństwem, przyjaźnią, zażyłością z domem naszym są złączone, donosi o tym wypadku i na wesele zaprasza. Najurodziwszy
zaś z dworzanów naszych, koniuszy, suto wyekwipowany, wyjedzie za parę dni z listami do króla i królewiców, do prymasa
i celniejszych<pe><slowo_obce>celniejszy</slowo_obce> (daw.) --- główniejszy, ważniejszy.</pe> senatorów; w nich Jmć Dobrodziej uwiadamia
ich o przyszłym postanowieniu<pe><slowo_obce>postanowienie</slowo_obce> --- tu: małżeństwo.</pe> córki, prosi o błogosławieństwo temu związkowi, ale wyraźnie nie zaprasza, zostawując
to łasce tak dostojnych osób. Ach! żeby też który z nich przyjechał, na przykład książę kurlandzki, dopiero uświetniłoby
się wesele. Ale najpewniej, że tylko posłów swoich przyślą,
którzy w takim razie takie mają miejsce i honory, jakie by się
niemal należały tym, których reprezentują. Jaka to będzie
wesołość, jakie uczty! Jak już radośnie i huczno w naszym
zamku, aż miło.</akap>


<akap>Każdej z nas, sióstr, śliczne dał upominki pan starosta: jam
dostała kosztowną spinkę z turkusami, Zosia krzyż rubinowy,
Marysia łańcuszek wenecki, Państwu nawet ofiarował podarki
i raczyli je przyjąć: Jmć Dobrodziejowi puchar bardzo piękny,
Jmć Dobrodziejce szkatułkę z narzędziami do roboty, wszystko w niej z perłowej macicy w złoto oprawne. O Madame nawet nie zapomniał, blondynową salopkę<pe><slowo_obce>blondynowa salopka</slowo_obce> --- okrycie z cienkiej jedwabnej koronki.</pe> dziś rano na łóżku
swoim znalazła; wysławia też hojność polską: to jest jedna
rzecz, którą w narodzie naszym chwali. Choć to nasza Madame i z innych miar bardzo ją szanuję, przecież za tę pogardę
Polaków nie lubię jej. Wczora była paradna wieczerza, kapela grała prześlicznie, spijano za zdrowie przyszłej pary; dragonia nasza strzelała, a rotmistrz dał za hasło rocie swojej
,,Michał" i ,,Barbara". Już i Basia trochę śmielsza, wstydzi się
jeszcze swego pierścionka; kryje go, jak może, a każdy go widzi, bo diamenty jak gwiazdy jaśnieją. Dziś rano wszyscy na
szczęście Basi pojechali na polowanie. <begin id="b1369318651175-3762227145"/><motyw id="m1369318651175-3762227145">Polowanie</motyw>Mówią, że dawniej był
taki zwyczaj, że panna w takim razie koniecznie strzelcom
nóżkę swoją pokazać musiała, ale ten zwyczaj nieskromny
ustał, chwała Bogu. Basia spiekłaby się od wstydu; a ten Macieńko taki pocieszny, że koniecznie się tego domagał i mówił, iż skoro ta formalność nie dopełniona, polowanie się nie
powiedzie, bo nie ma szczęścia. Nie zgadł jednak, tak było pomyślne, jak rzadko kiedy: zabito dzika, dwie sarny, jednego
rogacza, zajęcy mnóstwo, sam pan starosta dzika zabił i tę
zdobycz u nóg Basi złożył.<end id="e1369318651175-3762227145"/></akap>


<akap>O! przekonałam się, że z pana starosty zuch wielki. Wyprowadzić kazał Jmć Dobrodziej dla myśliwych wszystkie konie
ze swojej stajni, w sute rzędy<pe><slowo_obce>rząd</slowo_obce> --- uprząż końska.</pe> przybrane; był między nimi jeden śliczny, ale prawie zupełnie dziki; koniuszy na nim jeździć
nie śmie, bo wszystkich zrzuca; pan starosta powiedział, że go
przekona<pe><slowo_obce>przekonać</slowo_obce> --- tu: pokonać, ujarzmić.</pe>. Jakoż wsiadł pomimo przedstawień przytomnych<pe><slowo_obce>przytomny</slowo_obce> (daw.) --- obecny.</pe>
osób i tak go dzielnie ujął, że wśród skoków, pierzchań, wybryków jego trzy razy wokoło bez najmniejszego szwanku zamek maleszowski objechał. Pięknie było na to patrzeć. Basia
trochę zbladła, jak wsiadał na tego dzikiego konia, ale gdy zobaczyła, że tak nim kierować umie, gdy zaczęły się rozlegać
przytomnych oklaski, żywy rumieniec twarz jej okrył, tym
żywszy, że wszyscy prawie na nią spojrzeli. Od tego czynu pozyskał zupełnie moje łaski pan starosta; kto tak mocno siedzi
na koniu i taki śmiały, temu już wybaczyć można, choć menueta i kontradansa tańcować nie lubi. Jmć Dobrodziej darował przyszłemu zięciowi tego konia z bardzo bogatym rzędem
i masztalerzem. Zasłużył sobie na ten podarek.</akap>





<srodtytul>Dnia 20 stycznia, w niedzielę</srodtytul>


<akap>Więcej niż tydzień nie pisałam dziennika mego, bośmy
wszyscy bardzo zajęci. Gości moc niezmierna, z nimi więc poobiedzia i wieczory schodzą, a poranki oddane robocie. Zarzucone zupełnie nauki, nomenklator, gramatyka francuska, sama
nawet pani de Beaumont leży w kącie; każda z nas, trzech
sióstr, chce koniecznie Basi podarkiem własnej pracy do wyprawy się przysłużyć. Ja jej haftuję dezabilkę linową z falbanami w robotki<pe><slowo_obce>dezabilka linowa z falbanami w robotki</slowo_obce> --- batystowy strój poranny z haftowanymi falbankami.</pe>; wstaję też rano i przy świecy pracuję,
żeby koniecznie na czas wykończyć; Marysia wyszywa rańtuch<pe><slowo_obce>rańtuch</slowo_obce> (daw.) --- chusta lub szal.</pe> bardzo ładny: na izabelowym<pe><slowo_obce>izabelowy</slowo_obce> --- barwy bladoszarej.</pe> muślinie będzie
arabesk złotem i ciemnymi jedwabiami; Zosia haftuje szydełkiem przykrycie do gotowalni. Jmć Dobrodziejka od samego
rana otwiera sepety, kufry i szafy, dobywa z nich płócien, materyj i futer, makat, kotar, kobierców: wiele ma rzeczy pozostałych z własnej wyprawy<pe><slowo_obce>wyprawa</slowo_obce> --- rzeczy dane pannie młodej w posagu.</pe>, wiele także po zamężciu nabytych,
bo już od lat kilkunastu zbiera na wyprawy nasze piękności
rozliczne. Prawdziwie jest czemu się przypatrzeć! A co mnie
najmocniej zajmuje, kiedy mnie Jmć Dobrodziejka do pomocy
wezwać raczy, to jej baczność, ażeby żadnej z nas na włos nie
ukrzywdzić; wszystkie te bogactwa na cztery części dzieli
i nieraz aż Jmć Dobrodzieja i księdza kapelana prosi, żeby
dali zdanie swoje, czy wszystkie części równe, czy nie. Krawca
i kuśnierza Państwo sprowadzili z Warszawy i ci tyle mają do
roboty, że ledwie za miesiąc wszystko wykończą. Wielkie
szczęście, iż bielizna prawie cała już uszyta, przez dwa lata
panny dworskie ją szyły, teraz ją znaczą niebieską bawełną
w oczka --- spodziewam się, że się wprawią w litery B. K.
Bardzo piękna będzie wyprawa. Basia nie pojmuje, co z tylą
sukniami pocznie. Bo dotąd wszystkie mamy po cztery pary:
dwie sycowe<pe><slowo_obce>sycowy</slowo_obce> --- wykonany z prostej tkaniny bawełnianej.</pe> ciemne na co dzień i czarne do nich mantynowe
fartuchy; jednę białą kartonową<pe><slowo_obce>kartonowy</slowo_obce> --- tu: perkalowy.</pe> od niedzieli, drugą linową<pe><slowo_obce>linowy</slowo_obce> (daw.) --- batystowy.</pe> od większych świąt i uroczystości, i bardzo nam dosyć.
Ale Jmć Dobrodziejka jej mówi, że pani starościna piękniej
powinna się ubierać od Basi i że co dla panny wyborne, dla
mężatki już nie przystoi.</akap>


<akap>Basi kazała Jmć Dobrodziejka z owego jedwabiu starganego sakiewkę dla pana starosty zrobić; jest nią zupełnie zajęta,
bo pięknie by ją wydać<pe><slowo_obce>wydać</slowo_obce> (daw.) --- tu: wykonać.</pe> rada. Z taką cierpliwością ten jedwab
zwinęła, że chociaż zielony, nic koloru nie zmienił i ani razu
nie urwany. Śmiało może iść za mąż, sam Macieńko jej to
przyznaje. Pokojowcy i koniuszy z listami już pojechali; bardzom ciekawa odpowiedzi. Basia truchleje, żeby który z królewiców nie przyjechał, a ja bym tak rada.</akap>


<akap>Ale inwestytura<pe><slowo_obce>inwestytura</slowo_obce> --- ceremonia przejęcia władzy.</pe> królewica Karola na Księstwo Kurlandzkie
odprawiła się ósmego bieżącego miesiąca uroczyście. W wigilię dnia tego nasz pociot<pe><slowo_obce>pociot</slowo_obce> (daw.) --- mąż ciotki.</pe>, książę Lubomirski, wojewoda
lubelski, marszałek królewica, dawał suty bal; gale, festyny,
obiady trwały więcej niż tydzień. Nowy książę kurlandzki
miał jednę mowę po polsku, czym wszystkich przytomnych
niewypowiedzianie uradował. Już teraz zupełnie jest uważany
jako książę udzielny i z wielką przyzwoitością miał odegrać tę
całą rolę. Jest w ,,Kurierze Polskim" obszerny diariusz<pe><slowo_obce>diariusz</slowo_obce> --- dziennik; tu: opis.</pe> tej
inwestytury; gdyby czas był po temu, przepisałabym go
tutaj, bo mnie bardzo zajął. Prawdę mówiąc, wolałabym
jeszcze być świadkiem tego wszystkiego, bo dwa razy lepiej
widzieć rzecz jaką aniżeli czytać o niej. Ale kiedy to być nie
może, rada jestem przynajmniej, że się już ta inwestytura odbyła.</akap>


<akap>Prócz tej dobrej wiadomości, nie ma żadnej i żal serce mi
ściska, kiedy nagląc z moją dezabilką, słucham, jak kapelan
gazety czyta. Zewsząd ubliżają powadze Rzeczypospolitej; sąsiedzi pod różnymi pozorami wkraczają z wojskiem do Polski,
rabują, pustoszą, krzywdzą! Lecz co tam o tym myśleć i trapić
się, lepiej --- jak Jmć Dobrodziej mówi --- używać obecnych
momentów, cieszyć się, radować, póki pora służy. Bo i prawda!
<begin id="b1369320255368-2472203756"/><motyw id="m1369320255368-2472203756">Alkohol</motyw>Prawią pokątnie o jakichciś nieszczęściach, biedach, a tymczasem Polska cała w ucztach, festynach, biesiadach. Może też
oni wszyscy tak robią jak nasz Macieńko; on, kiedy ma jakie
zmartwienie, to kieliszka z ręki nie wypuści, powtarzając:
,,Dobry trunek na frasunek" --- i im więcej strapiony, tym
więcej pije.<end id="e1369320255368-2472203756"/></akap>





<srodtytul>Dnia 25 stycznia, w piątek</srodtytul>


<akap>Pan starosta wczora w wieczór przyjechał. Dwa duże srebrne
kosze cukrów<pe><slowo_obce>cukry</slowo_obce> (daw.) --- słodycze.</pe> i pomarańcz Basia dziś z rana na swoim stoliku
od roboty zastała; wszystkie te specjały rozdzieliła między nas
i panny dworskie i służebne; robota też piorunem idzie i moja dezabilka prawie przez połowę<pe><slowo_obce>przez połowę</slowo_obce> (daw.) --- w połowie.</pe> gotowa. Z własnego gospodarstwa będzie miała Basia pościel: już bardzo dawno, jak
każda z nas, ma swoje gęsi, a nawet łabędzie; mamy też
w garderobie biedną głupowatą Marynę, która nic innego robić nie umie, tylko pierze drzeć; każda z nas ma osobną beczkę na pierze, osobny worek na puch i tyle się każdej uzbierało,
że Basia będzie miała dwa napchane piernaty<pe><slowo_obce>piernat</slowo_obce> --- pikowany materac wypełniony pierzem.</pe>, ośm dużych
puchowych z gęsi poduszek, a dwie małe z łabędziego puchu;
nasypki będą z gęstego płócienka domowej roboty, poszewki
z karmazynowej mantyny, a powłoczki z cienkiego holenderskiego płótna z falbanami. Te falbany panny teraz właśnie
obrzucają szydełkiem.</akap>





<srodtytul>Dnia 2 lutego, w sobotę</srodtytul>


<akap>Pan starosta bawił blisko tydzień i pojechał; jak powróci, to
już nie odjedzie sam, tylko z Basią. Zdaje mi się rzeczą niepodobną, żeby ona sama z mężczyzną nas odjechała, wierzyć mi
się temu nie chce; ale jak zobaczę, to będę musiała uwierzyć.
Basi szacunek i przyjaźń dla pana starosty co dzień większy,
co dzień jej się lepiej podoba, chociaż kiedy tu jest, bynajmniej z nią nie mówi, tylko z Państwem cała rozmowa; im
wszystkie swoje atencje<pe><slowo_obce>atencja</slowo_obce> (daw.) --- uszanowanie.</pe> okazuje, wszystkie afekta wynurza.
Jak mówią, zawsze tak w każdej uczciwej konkurencji<pe><slowo_obce>konkurencja</slowo_obce> (daw.) --- kontury, zaloty.</pe> się
dzieje, bo jakiż lepszy sposób pozyskania serca córki jak podobać się jej rodzicom? Za trzy tygodnie wesele, i ja,
i wszystkie siostry będziemy miały nowe suknie. Basia nam
je sprawia, jako i wszystkim pannom dworskim. Już z gości
zaproszonych wielu odpisało, że przybędą; ale król i królewic
posłów tylko przyślą, z wielkim moim żalem. Wątpię także, żeby księżna wojewodzina Lubomirska zjechać mogła, bo im
nie wypada opuszczać teraz Warszawy, ale bardzo pochwala
wraz z mężem zamężcie Basi: piękny list napisała z błogosławieństwem, z czego Jmć Dobrodziej niewymownie był szczęśliwy. <begin id="b1369320648431-1410642293"/><motyw id="m1369320648431-1410642293">Obowiązek</motyw>Moja dezabilka będzie gotowa na czas, lecz fałdów przysiedzieć muszę, ile że Jmć Dobrodziejka tak na mnie łaskawa,
że mnie często do swojej pomocy i usługi wołać raczy; dotąd
Basia jedna, jako najstarsza, tego szczęścia używała, ale teraz
Państwo chcą, żebym ja się wprawiała i umiała potem ją zastąpić. Już dwa razy miałam sobie powierzony klucz od
apteczki; zdaje mi się też od tego czasu, żem spoważniała i że
mi przynajmniej z rok przybył. O! muszę się pilnie przyglądać
temu wszystkiemu, co Basia dla Państwa robi, jakie usługi
im czyni, żeby jak ją nam pan starosta zabierze, nie tyle jej
straty uczuli. O to tylko idzie, czy im tak potrafię dogodzić jak
ona?<end id="e1369320648431-1410642293"/></akap>





<srodtytul>Dnia 12 lutego, we wtorek</srodtytul>


<akap>W Warszawie z powodu zapust, a szczególnie z powodu
szczęśliwie doszłej inwestytury królewica, uczt, balów, zabaw
bez liku; pełne gazety opisów tych uroczystości. Do nas też
niepomału zjeżdżają się goście i nie lada jakie robią na wesele
przygotowania. Już prawie wszystkie pokoje gościnne zajęte
albo przeznaczenie swe mają; folwark, probostwo, lepsze
chałupy nawet użyte będą, jak się więcej zjedzie; kucharze
i cukiernicy już zaczynają przyrządzać różne na te dnie specjały; wielkie pranie w domu: ogród, podwórza zasute<pe><slowo_obce>zasuty</slowo_obce> (daw.) --- tu: pokryty.</pe> sznurami z bielizną. Praczki wróżą Basi wielkie w małżeństwie
szczęście i wielką miłość przyszłego męża, bo jak tylko prać zaczęto, z czasu<pe><slowo_obce>czas</slowo_obce> (daw.) --- tu: pogoda.</pe> mglistego zrobił się najpiękniejszy, mroźny, ale
jasny, suchy i jej bielizna będzie taka biała jak śnieg, który
w tej chwili wszystko pokrywa. Już niemal cała wyprawa
skończona, dziś właśnie Jmć Dobrodziejka wysłała do Sulgostowa łóżka, kufer jeden srebra i dwa ogromne kufry z pościelą, z makatami, kobiercami itp. rzeczami. Łóżka będą bardzo piękne, żelazne, firanki do nich, kołdry i podniebienie<pe><slowo_obce>podniebienie</slowo_obce> --- tu: spodnia strona baldachimu.</pe>
adamaszkowe niebieskie, a na czterech rogach pęki piór strusich białych i niebieskich. Basia prawie co chwila ma za co całować ręce i nogi Państwa, tak ją obdarzają. Jmć Dobrodziej
własną ręką w wielkiej księdze całą wyprawę<pe><slowo_obce>wyprawa</slowo_obce> --- rzeczy dane pannie młodej w posagu.</pe> spisuje; na początku są te słowa: <wyroznienie>Spis wyprawy, którą ja, Stanisław z Korwinów Krasiński etc. etc., i Aniela z Humtecktch, małżonkowie,
dajemy najstarszej i najukochańszej córce naszej, Barbarze,
oddając ją w dożywotni związek JW. Michałowi Sundzińsktemu, staroście radomskiemu, i wzywamy dla tej najukochańszej
córki naszej błogosławieństwa niebios, i błogosławimy ją sami rodzicielskim afektem w Imię Trójcy Przenajświętszej,
w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, Amen</wyroznienie>. Wypisałabym tu
chętnie cały ten spis, ale naprzód, nie mam czasu --- po wtóre,
sama kiedyś podobnej spodziewając się wyprawy, i spis taki,
a co lepsza, takie błogosławieństwo otrzymam.</akap>





<srodtytul>Dnia 20 lutego, w środę</srodtytul>


<akap>Już za pięć dni wesele, pan starosta przyjechał wczora; zadrżała Basia jak listek, gdy go pokojowiec wprowadził do sali;
dziś spodziewamy się pana wojewody, pułkownika, księdza
Wojciecha, pani wojewodziny Granowskiej, siostry pana starosty, z mężem. Druga jego siostra, pani Lanckorońska, kasztelanowa połaniecka, zjechać nie będzie mogła; bawi teraz na Podolu z mężem, w dobrach jego, w Jagielnicy. Basia bardzo żałuje, że jej nie pozna, bo tyle dobrego wszyscy o niej mówią.
W piękną familią Basia wejdzie, sami zacni i pobożni ludzie,
i tak dla niej grzeczni i uprzejmi, jak gdyby księżną była. Już
wyprawa zupełnie ukończona; to, co jeszcze nie poszło do Sulgostowa, ułożone w kufrach i klucz oddany pannie Zawistowskiej. Bardzo Basi miło, że ją mieć będzie; nawykła patrzeć na
nią od dzieciństwa, będzie jej się zdawało, że jakąś cząstkę domu rodzicielskiego w niej zawiezie na nowosiedliny<pe><slowo_obce>nowosiedliny</slowo_obce> --- nowe miejsce zamieszkania.</pe> swoje.
I wiele innych osób z Maleszowej z sobą zabierze: dwie pokojówki, dwie dziewczynki, córki swoje chrzestne, już edukowane
do robót knopfsztychowych<pe><slowo_obce>roboty knopfsztychowe</slowo_obce> --- hafty wykonywane na specjalnych klockach.</pe>, garderobianę i panienkę wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe>
dobrego urodzenia, dziwnie żwawą i fertyczną<pe><slowo_obce>fertyczny</slowo_obce> (daw.) --- zwinny, ruchliwy.</pe>, Ludwisię Linowską, która od lat kilku jest u nas i Basię kocha nad życie.
I więcej się tu kobiet przyszłej pani starościnie zaleca: gdyby
tylko Państwo pozwolili, mogłaby ich mieć ze dwanaście. Jak
ja kiedy będę szła za mąż, to muszę wziąć jeszcze więcej: już
trzem dziewczętom uroczyście przyrzekłam, że je wezmę; jedna
z nich córką jest naszego Jacentego, który mi za to przyrzeczenie do nóg się ukłonił i pierwszy raz w życiu rozmarszczyło mu
się czoło.</akap>




<srodtytul>Dnia 24 lutego, w niedzielę</srodtytul>


<akap>Jutro ślub Basi, gości nazjeżdżało się co niemiara, już są
wszyscy posłowie; posłem króla jest minister Borch, księcia
kurlandzkiego kasztelanic Kochanowski, zausznik<pe><slowo_obce>zausznik</slowo_obce> --- powiernik i osoba dostarczająca informacji.</pe> jego, bardzo
przystojny i grzeczny kawaler --- prawdziwie jaki pan, taki
kram --- że innych pominę. Wszyscy, jakby słowo sobie dali,
przyjechali wczora; wjazd ich był prawdziwie wspaniały. Państwo, uprzedzeni będąc o dniu i godzinie, wszystko kazali mieć
w przyzwoitym porządku; oni jeszcze zbliżając się do zamku
dawali znać o sobie; przed każdym występowała nasza dragonia, bito z armat i z ręcznej strzelby, muzyka brzmiała. Najwięcej honorów odebrał jednak poseł królewski: Jmć Dobrodziej z odkrytą głową czekał go na moście, a skoro wstąpił,
zebrani goście, dworzanie, dworscy, liberia, w szereg ustawieni
do samych drzwi wchodowych, krzyknęli ,,Wiwat! i skłonili
się do ziemi. Dziś w przytomności wszystkich, przed wybranymi na to świadkami, pisana była intercyza<pe><slowo_obce>intercyza</slowo_obce> --- umowa przedmałżeńska, ustalająca sprawy majątkowe.</pe>, czyli kontrakt
ślubny; co zawiera, nie wiem, bom nic jej nie zrozumiała;
wiem tylko, że nasza panna młoda prześliczne dostała podarunki: od pana starosty trzy sznurki pereł uriańskich<pe><slowo_obce>perły uriańskie</slowo_obce> --- wartościowe perły ze Wschodu, cechujące się wyjątkowym blaskiem.</pe>, zausznice modne diamentowe i różyczki takież, z uszkami u spodu do nawlekania; od pana wojewody krzyż diamentowy suty
i egretka na głowę z trzęsidłami diamentowymi<pe><slowo_obce>egretka [...] z trzęsidłami diamentowymi</slowo_obce> --- kitka z diamentowymi wisiorkami.</pe>; od pana pułkownika zegarek paryski z emalią i z łańcuszkiem białogłowskim; od księdza Wojciecha różne relikwie, od każdego z krewnych upominek; zarzucona jest nimi, ani śmie wierzyć, że tyle
bogactw do niej należy. Jedynym jej kanakiem<pe><slowo_obce>kanak</slowo_obce> --- rodzaj naszyjnika, tu ogólnie: klejnot.</pe> dotąd (prócz
pierścienia, którym zaręczona) był pierścionek z Matką Boską,
i dla tych przecież nowych i pysznych klejnotów starego przyjaciela Basia nie porzuci. Dłużej pisać nie mogę, właśnie mi
pokojówka dezabilkę wypraną i uprasowaną przyniosła: prześliczna; trzydzieści jest w niej gatunków kratek i robótek, muszę wykostkować<pe><slowo_obce>wykostkować</slowo_obce> --- wygładzić haft z pomocą kostki.</pe> sama niektóre, a potem zaniosę pannie
Zawistowskiej, żeby ją pannie młodej na jutro rano nagotowała. Już widzę, jak jej ślicznie w niej będzie.</akap>




<srodtytul>Dnia 26 lutego, w ostatni wtorek</srodtytul>


<akap>Otóż już panny Barbary na sto koni nie dogoni, jak mówi
Macieńko; już panią starościną. O! ślicznaż to, uroczysta
i tkliwa rzecz takie wesele! A co wesołości, zabawy, tańców! Ale
wszystko muszę opisać porządnie. Wczora raniuteńko pojechaliśmy wszyscy do kościoła do Lisowa, państwo młodzi spowiedali się i do komunii przystąpili; przez całą mszą śpiewaną
klęczeli razem przed wielkim ołtarzem, a po mszy świętej nasz
proboszcz dał im błogosławieństwo. Panna młoda była w mojej dezabilce, w której zgadłam, że jej prześlicznie; szkoda
tylko, iż dla<pe><slowo_obce>dla</slowo_obce> (daw.) --- z powodu.</pe> zimna musiała wziąć na wierzch salopę białą
grodeturową<pe><slowo_obce>grodeturowy</slowo_obce> (daw.) --- wykonany z ciężkiej odmiany jedwabiu.</pe> z lisami białymi, i trochę się pognietła; na głowie miała piękną fryzurę, a na wierzchu długi welon koronkowy. Wróciwszy do zamku, po sutym śniadaniu przystąpiono
do ubioru panny młodej. Dwanaście pań poważnych ją ubierało, a Jmć Dobrodziejka na czele. Miała suknią przepyszną
z materii białej w szerokie pasy atłasowe i morowe, z wielkim
ogonem, a u dołu falbana z koronki brabanckiej z kampanką<pe><slowo_obce>kampanka</slowo_obce> --- rodzaj wzorzystej siateczki.</pe>
srebrną; na przodzie bukiet z rozmarynu, a na samym środku
głowy wianeczek takiż na łubku<pe><slowo_obce>łubek</slowo_obce> --- płytka, do której coś jest przymocowane.</pe> złotym, na którym wierszami życzenia dla Basi, dzień i rok ślubu. Bardzo jej było do
twarzy. Klejnotów żadnych Jmć Dobrodziejka wziąć nie pozwoliła, bo kto się w nie do ślubu stroi, kwaterką łez potem
każdy odpłakać musi. Basia i tak dosyć płakała, aż jej oczy zapuchły. Nim jej Jmć Dobrodziejka wianek przypięła, starym
obyczajem włożyła w środek dukat z roku urodzenia się Basi,
chleba kawałek i soli bryłkę, ażeby jej nigdy na tych potrzebnych rzeczach w tym nowym stanie nie zbywało, a chcąc
przykrości małżeństwa (które mają być bardzo wielkie) zawczasu córce osłodzić, przydała<pe><slowo_obce>przydać</slowo_obce> (daw.) --- dodać.</pe> i cukru kawałek.</akap>


<akap>Trochę pierwej<pe><slowo_obce>pierwej</slowo_obce> (daw.) --- wcześniej.</pe> przed Basią my, druhny, zeszłyśmy na dół;
dwanaście nas było, wszystkie w bieli, przy bukietach
i w kwiatach na głowie, a najstarsza z nas lat osiemnaście
niedawno skończyła; u drzwi bawialnej sali czekały nas dziewosłęby, czyli swaty, ksiądz Wojciech i pan pułkownik. W sali
zastaliśmy już pana młodego z dwunastu drużbami i całą
kompanią. Niesiono za nami tacę ogromną, bukietami przepełnioną, każdy z nich rozmaryn, mirt, cytrynowe, pomarańczowe
gałązki i barwinek w sobie mieścił, każdy białą wstążką był
związany.</akap>


<akap>Te bukiety przeznaczone były dla młodych kawalerów
i panien obecnych na weselu, a każda z nas, druhen, uzbrojona była w pewną liczbę iglic szczerozłotych, pozłacanych, srebrnych, aby nimi podług dostojeństwa osób te godła
weselne przypinać. Jmć Dobrodziejka i poważne panie uczyły
nas długo, jaki porządek w tej posłudze zachować należy, żeby
komu nie uchybić, a dając mniej znakomitemu pierwszeństwo,
nie stać się powodem do urazy, o którą w wielkim zgromadzeniu tak łatwo. Zdawało nam się, żeśmy te nauki dobrze pojęły,
ale wszedłszy do sali, zapomniało się wszystkiego; przypinałyśmy bukiety poważnie z początku, z uśmiechem później, z pustotą<pe><slowo_obce>pustota</slowo_obce> --- figlarne, lekkomyślne postępowanie.</pe> nareszcie; nie obeszło się bez tysiąca uchybień, ale je
wszystkie przebaczono, bo już dawno to uważam, że na młode,
a zwłaszcza ładne panny nikt nie ma serca się gniewać. Nasza
wesołość tak wszystkich ogarnęła, iż i żonaci, i sędziwi mężowie, i młode mężatki, i poważne białogłowy, którzy żadnego
prawa do bukietów w takim razie nie mają, dopominać się
ich zaczęli: jakże było im odmówić! Kto się nadarzył, bukiet
dostał; znikł więc wnet ów stos z tacy, za nim drugi i trzeci
z gotowalni przyniesiono, zabrakło igliczek, choć tyle ich przygotowano; trzeba było prostymi śpilkami przypinać, ale i te
z rąk naszych mile przyjmowane były. Nareszcie dogodziło się
wszystkim, każdy był kontent, każdy przy bukiecie; sala ogrodem się być zdawała, radość była powszechna, prawdziwe wesele. Ale mijam się z prawdą; nie wszyscy byli weseli: <begin id="b1369400146989-2480580980"/><motyw id="m1369400146989-2480580980">Proroctwo</motyw>Macieńko stał w kącie smutny; chociaż kawaler, bukietu nie dostał
i tak wyglądał, jak gdyby nie należał do godów. Przyszłam do
niego, a on mi powiedział po cichu i z serdecznym żalem: ,,Że
inne druhny o mnie zapomniały, nie dziwię się; ale panna
Franciszka, którą na ręku nosiłem, którą od tylu lat bawię
i rozśmieszam... nie będę też na jej weselu, choćby za królewica iść miała". Zapłonęłam się na te słowa, miło i przykro mi
się zrobiło; pobiegłam sama do garderoby, ale jak na nieszczęście już i jednego bukietu nie było; Jmć Dobrodziejka
posłyszawszy o tym, co się działo w sali, sobie i poważnym paniom asystującym ubiorowi panny młodej resztę kwiatów poprzypinała; do ogrodnika daleko posyłać, a chciałabym koniecznie, żeby Macieńko miał bukiet. O, pewno nie za płochą
jego wróżbę; jam nie Radziwiłłówna i teraz nie te wieki, kiedy
królowie pojmowali cnotliwe Polki i z nimi byli szczęśliwi...
Przyszła mi myśl przedziwna: porwawszy kawałek białej wstążki i śpilkę, wróciłam z pośpiechem do sali, odpięłam własny
bukiet, podzieliłam się nim z Macieńkiem, przypięłam mu go
złotą iglicą, sobie prostą zachowując śpilkę; uradowany, zawołał: ,,Franusiu, nie dosyć, żeś piękna, zawsześ dobra. Ja
czasem bywam prorokiem: oby się spełniły wróżby i życzenia
moje!... Co bądź, to bądź, schowam ten bukiet do twego wesela, i kto wie, czym będziesz, gdy ci go oddam..." Dziwna
rzecz! Te jego słowa pomimo tylu roztargnień brzmią jeszcze w uszach moich i kiedy tylko o Basi pisać powinnam, o sobie
prawię... Czas wrócić do niej.<end id="e1369400146989-2480580980"/></akap>


<akap>Otóż już wszyscy przy bukietach, oczy, mają na drzwi wchodowe zwrócone: otwierają się podwoje, wchodzi zapłakana Basia, nieśmiała, wspierana, otoczona od pań poważnych, a pierś
jej okazuje swym poruszeniem tłumione łkania; przystępuje
do niej bolejący na jej cierpienia pan młody, bierze jej rękę,
z nią razem ojcu, matce czołobitność oddaje, o błogosławieństwo prosi i od rozrzewnionych odbiera: udają się potem do
nas, do krewnych, obchodzą wszystkich gości, domowych, i nie
było nikogo, kto by nie błogosławił szczerze i łez w oczach nie
miał: ja sama taką byłam jakąś uroczystą wesołością przejęta,
że wypowiedzieć nie potrafię, bo i uśmiech był na ustach,
i płacz gotowy, i jakieś skryte, a przecież miłe drżenie. Myślałam sobie właśnie nie bez radości, że tak kiedyś i ze mną jak
z Basią będzie, kiedy otworzono kaplicę. Ksiądz Wojciech
włożył koronkową komeżkę i bogatą stułę, stanął przed ołtarzem i wezwał nas. Minister Borch, jako poseł króla, lubo żonaty, a zatem nie drużba, i pan kasztelnic Kochanowski, wzięli
pannę młodą pod ręce: mnie i wojewodziance Małachowskiej,
starszym druhnom, kazano poprowadzić pana młodego. Państwo, obie rodziny, reszta gości szli za nami, trzymając się
w pary; głębokie nastało milczenie: słychać było każdy krok,
każdy chrzęst materialnych<pe><slowo_obce>materialny</slowo_obce> --- tu: jedwabny.</pe> sukien, szelest nawet piór i bogatych trzęsideł, które panie miały u fryzur swoich.</akap>


<akap><begin id="b1369400477933-793867571"/><motyw id="m1369400477933-793867571">Ślub</motyw>Doszliśmy do ołtarza --- gorzał od mnóstwa świec jarzących,
a wszystkie paliły się wybornie; złotolitym kobiercem okryte
były stopnie, na najwyższym leżały dwie aksamitne pąsowe
poduszki: na jednej herb Krasińskich, na drugiej herb Świdzińskich był złotem wyszyty. Państwo młodzi uklękli, my,
druhny, stanęłyśmy po prawej, drużbowie po lewej stronie
ołtarza; jam trzymała na tacy złotej dwie ślubne obrączki;
Państwo stali za panną młodą, pan wojewoda za panem starostą. Zagrano <tytul_dziela>Veni Creator<pe><slowo_obce>Veni Creator</slowo_obce> (łac.) --- najstarszy katolicki hymn do Ducha Św., grany zwykle podczas ślubu.</pe></tytul_dziela>, po czym ksiądz Wojciech miał
długą przemowę, prawie całą po łacinie; po niej zaczął ślub
dawać. Basia, chociaż zapłakana, dosyć wyraźnie mówiła: ,,Ja,
Barbara, biorę sobie ciebie" itd., ale pan starosta nierównie
wyraźniej.<end id="e1369400477933-793867571"/></akap>


<akap>Po ślubie i po włożeniu obrączek państwo młodzi padli do
nóg naprzód Państwu, potem panu wojewodzie i od wszystkich
trojga błogosławieństwo otrzymali; wtedy marszałek dał znak:
kapela na chórze i śpiewacy włoscy, umyślnie sprowadzeni,
zagrali i zaśpiewali marsz triumfalny, a dragonia nasza dała
suto ognia z armat i z ręcznej strzelby. Gdy się to uspokoiło
i właśnie młoda para przed Państwem stała, Jmć Dobrodziej,
jak zwykle w takim zdarzeniu się dzieje, przemówił w te słowa: ,,To powołanie, które już kościół Boży ratyfikował i pobłogosławił, niechże Panu rządzącemu nieba obrotami i tym
świata padołem wieczną chwałę przyniesie! Już tedy Bóg życzenia i afekta wasze uświęcił sakramentem, utwierdził zobopólną przysięgą. Niechże ich skutki chwałę Mu przyniosą. To
staranie do was obojga należy, szczególniej też do Jmćpana,
Mcpanie młody, który od tej chwili nie tylko małżonkiem, lecz
ojcem, przewodnikiem małżonce twej będziesz; znając cnoty
i przymioty Jwwcpana nie wątpię, że temu zadosyćuczynić
potrafisz, i zupełnie spokojny jestem! A co zaś twoich obowiązków się tycze, córko najukochańsza, oto naprzód: miej wdzięczność ku Jmć Matce twojej za edukacją tobie daną, troskliwość od najpierwszych lat aż dotąd około zdrowia i potrzeb
twoich; niech ci równym będzie ukontentowaniem moment,
który cię ogłosi wyborną Antygoną<pe><slowo_obce>Antygona</slowo_obce> --- bohaterka mitów i tragedii greckich, która towarzyszyła na
wygnaniu oślepłemu ojcu i poświęciła życie, aby pochować ciało zabitego brata.</pe>, jak ten, kiedy cię przecudowną Eponiną<pe><slowo_obce>Eponina</slowo_obce> (zm. 78 n.e.) --- żona Sabinusa, wodza powstania Galów przeciw panowaniu rzymskiemu, dobrowolnie poszła z mężem na śmierć.</pe> nazwą. Bądź cnotliwa; cnota jest to skarb nieprzebrany, przyjaciel prawdziwy, ciężar nie fatygujący, droga nie błądząca, sława nigdy nie ustająca. Staraj się, ażebyś
w słowach ostrożność i roztropność, w uczynkach modestią<pe><slowo_obce>modestia</slowo_obce> (z łac.) --- skromność.</pe>
i powolność<pe><slowo_obce>powolność</slowo_obce> (daw.) --- posłuszeństwo.</pe>, a we wszystkim rzetelność zachowała. Na ostatek chwal Boga, kochaj i słuchaj męża, jakeś dotąd względem
rodziców czyniła; nienawidź przywary, miej władzę nad sobą
samą: bądź stałą w przeciwnościach, sprzeciwiaj się pokusom
świata.</akap>





<poezja_cyt><strofa>
I niechaj cię rozsądek, miłość, wiara wsławi,/
A jako teraz ojciec, niech Bóg błogosławi.
</strofa></poezja_cyt>




<akap>Na te ostatnie wyrazy Basia, ciągle płacząca, głośno jęknęła
i raz jeszcze do nóg Państwu upadła; chciała coś mówić, zapewne o tym, że będzie się starała wypełnić żądania najukochańszego ojca, ale jednego słowa dla wielkiego płaczu z ust
dobyć nie mogła. Potem nastąpiły wzajemne uściskania, ukłony, winszowania; ksiądz Wojciech pokropił nas wszystkich
święconą wodą i dał patynę<pe><slowo_obce>patyna</slowo_obce> --- właśc. patena, tacka na której kładzie się hostię.</pe> do pocałowania; chybił w tym
tylko, że podał ją pierwej stolnikowej Jordanowej niźli pani
kasztelanowej Kochanowskiej, matce posła królewica; Jmć
Dobrodziejka to postrzegłszy prosiła ją za to, żeby z panią wojewodziną Granowską pana młodego odprowadziła; jakoż tak
się stało, i wszelkich uniknęło się niesmaków, pannę młodą
wziął poseł królewski i wojewoda Małachowski i wróciliśmy
do bawialnej sali.</akap>


<akap>Wkrótce dano znać do stołu. Stół był ogromny, w literę B
ustawiony; zastawa wspaniała. W środku stała dwutygodniowej inwencji i pracy naszego cukiernika Francuza wysoka na
dwa łokcie piramida, wystawiająca świątynię Hymenu<pe><slowo_obce>Hymen</slowo_obce> (mit. gr.) --- bóg zaślubin i małżeństwa.</pe>,
z rozmaitymi ozdobami i figurkami; były herby Krasińskich
i Świdzińskich i różne napisy w francuskim języku wyrażone. Prócz tej piramidy stały na stole różne inne ozdoby, kosze srebrne, porcelanowe figurki, aż ciasno było i nasz karzełek Piotruś już by się tego dnia nie był mógł z wygodą przechadzać.
Potraw ani podobna zliczyć, gąsiorów i butelek wina, nie wiem,
czy się sam piwniczny dorachuje. Prócz innych wypili przy tym
jednym obiedzie antał wina winem panny Barbary zwanego,
to jest wybornego węgrzyna, które Jmć Dobrodziej, według
staropolskiego zwyczaju, roku narodzenia się Basi umyślnie
kupił na to, żeby go na jej weselu wypróżniono. Każda z nas
ma takąż beczkę, piwniczny nieraz mi mówił, że jeśli moje
jeszcze z parę lat postoi, będzie wyborne. Jmć Dobrodziej częstował z niepospolitą ochotą, a goście pili z równąż. A dopiero
jak się zaczęły wiwaty państwa młodych, Rzeczypospolitej,
króla, księcia kurlandzkiego, królewiców, prymasa, duchowieństwa, gospodarstwa, dam, a za każdym huczne wykrzyki, tłuczenie kieliszków i butelek, bicie armat, odgłos kapeli, wrzawa jakby na Sądzie Ostatecznym.</akap>


<akap>Nareszcie już po rozniesieniu wetów<pe><slowo_obce>wety</slowo_obce> (daw.) --- deser.</pe> wszystko na chwilę
ucichło i wszyscyśmy myśleli, że czas wstać, kiedy Jmć Dobrodziej dał znak marszałkowi: ten postawił przed nim puzdro<pe><slowo_obce>puzdro</slowo_obce> --- skrzynka z przegródkami, używana w czasie podróży.</pe>
czarną skórką powleczone, z mosiężnymi ozdobami, któregom
jeszcze nigdy nie widziała; Jmć Dobrodziej otworzył go i wyjął
puchar szczerozłoty, kamieniami wysadzany, w kształcie kruka; powiedział, że była to jeszcze po rzymskich Korwinach pamiątka<pe><slowo_obce>po rzymskich Korwinach pamiątka</slowo_obce> --- fantastyczne pomysły genealogiczne tego rodzaju były nader popularne w Polsce szlacheckiej.</pe> i że nie był z puzdra dobyty od czasu jego własnego
wesela; potem wziąwszy z rąk piwnicznego butelkę kwartową,
pleśnią okrytą, z stoletnim, jak mówił, winem, wylał ją całą,
dodał jeszcze z drugiej i wniósł wiwat: pomyślność młodej pary. Przyjęto go z okrzykiem, kapela brzmieć zaczęła, uderzono z armat, każdy spełnił to zdrowie duszkiem; pękło butelek
kilkadziesiąt i po tym ostatnim wiwacie, kto mógł, wstał od
stołu. Już była noc zupełna. Damy poszły się przebrać, panna
młoda i my, druhny, zostałyśmy w naszych strojach; koło siódmej godziny, gdy mężczyznom trochę wyszumiało wino, zaczęto mówić o tańcu. Wnet się też rozpoczął ochoczo. Panna młoda z posłem króla Jmci bal otworzyła i przez cały czas zawsze
w pierwszej tańcowała parze. Z początku były same polskie<pe><slowo_obce>polski</slowo_obce> (daw.) --- polonez.</pe>, menuety, kontradanse, ale potem, przy coraz większej
ochocie, przy wznowionych kielichach, wzięto się do mazura
i do krakowiaka; kasztelanic Kochanowski wybornie krakowiaka tańcuje i tak jak zawsze czynić należy, skoro w pierwszej jest parze, śpiewa piosnki w tejże chwili złożone; tak
wczora tańcując z panną młodą zaśpiewał:</akap>




<poezja_cyt><strofa>
Dziś nie chciałbym być królem ani wojewodą,/
Tylko se starostą z taką panną młodą.
</strofa></poezja_cyt>






<akap>Po długich tańcach, sutej częstacji kapela grać ustała; postawiono stołek na środek pokoju, panna młoda usiadła na
nim, my, druhny, otoczywszy ją, zaczęłyśmy włosy jej rozpinać i śpiewać żałośnie snaną piosnkę:</akap>




<poezja_cyt><strofa>
Ach! Basiu, już cię traciemy itd.
</strofa></poezja_cyt>



<akap>Jmć Dobrodziejka zdjęła jej wianek z głowy, a pani wojewodzina Małachowska czepiec koronkowy na to miejsce włożyła. Zdawało mi się, że na żart tak się przebrała, i gdyby nie
to, że nieboga zalewała się łzami, byłabym się śmiała serdecznie; do twarzy jednak Basi w czepku i wszyscy mówili, że
mąż ją będzie kochał, o czym ani wątpię, bo któż by takiej białogłowy kochać nie miał? Po oczepinach, dla uczczenia panującego domu, obyczajem przez niego wprowadzonym kazano
pannie młodej tańcować drabanta<pe><slowo_obce>drabant</slowo_obce> --- staropolski taniec z przyśpiewkami.</pe> z posłem króla Jmci; potem
z upodobaniem do ojczystych przechodząc zwyczajów, kapela
zagrała polskiego, bardzo poważnego. Zacząwszy od pana wojewody Świdzińskiego, panna młoda kolejno ze wszystkimi
obecnymi mężczyznami tańcowała, aż nareszcie przyszła do
Jmć Dobrodzieja; ten przetańcowawszy z nią raz, przyprowadził ją do pana starosty i oddał mu ją nie tylko na ten taniec,
ale na całe życie; na tym polonezie skończyła się dla nas, panien, tego dnia zabawa. Jmć Dobrodziejka kazała nam pójść
spać; poważne panie wzięły pannę młodą, żeby ją zaprowadzić
do pokojów dla niej i dla pana młodego przeznaczonych; tam
udały się wszystkie mężatki i poważniejsi goście, i jak mi dziś
powiadano, tam były jeszcze mowy przy oddawaniu panny
młodej, podziękowania w imieniu pana młodego, kielichy kolejne, co późno w noc trwało.</akap>


<akap>Wyborniem też spała po tym zmęczeniu; tańcowałam do
upadłego, a prawie nic mnie nogi nie bolą. Tańcowałam ze
wszystkimi, najwięcej jednak z posłem królewica, z kasztelanicem Kochanowskim; wiele rozmawiał ze mną; był w Paryżu
i w Lunewilu, dopiero rok, jak z zagranicy wrócił; spędził go
przy księciu kurlandzkim i bardzo wychwala swego pryncypała<pe><slowo_obce>pryncypał</slowo_obce> (daw.) --- zwierzchnik.</pe>. Jeśli jest grzeczniejszy jak on, to niech go nie znam. Już się
cieszę na wieczór, a wcześnie trzeba zacząć tańce: w ostatni
wtorek do dwunastej tylko tańcować wolno. Basi, a raczej pani starościny (bo tak ją Państwo zwać przykazali), jeszczem
dziś nie widziała: dziwno mi, że jej z nami nie ma; odziedziczyłam za to jej łóżko, jej dwie poduszki, jej stolik do roboty,
wszystkie prawa starszeństwa: już mnie teraz wszyscy panną
starościanką zwać będą, a dotąd wołano na mnie: panno Franciszko, a najczęściej: Franusiu. Jedno choć trochę wynagrodzi
drugie.</akap>





<srodtytul>Dnia 27 lutego, we środę</srodtytul>


<akap>Już Popielec; szkoda! dopiero za rok takie tańce i zabawy
będą. Już się goście zaczynają rozjeżdżać, już poseł króla Jmci
wyjechał, państwo młodzi wyjadą pojutrze, ale my ich odprowadziemy do Sulgostowa. Pan starosta gości żadnych nie prosił, bo w post nie przystoją huczne zabawy, sama tylko będzie
familia; wprosił się jednak i pan kasztelanic pod pozorem towarzystwa szkolnego, jakoż w Lunewilu rok jeszcze był razem
z panami Świdzińskimi, rok pierwszy swego tam pobytu, a ich
ostatni, bo nierównie od nich młodszy. Bardzo się na przenosiny cieszę, gdyżem ciekawa wsi, pałacu, gospodarstwa najukochańszej siostry. Z trudnością mi przychodzi przyzwyczajać się
do zwania ją panią starościną, ale inaczej już mówić nie wypada, Państwo nawet tak ją najczęściej zowią. Bardzo spoważniała po ślubie, daleko jeszcze mniej mówi, więcej oczy spuszcza i częściej się rumieni; zawsze chodzi w kornecie<pe><slowo_obce>kornet</slowo_obce> --- ozdobny czepiec; w okresie opisywanym w książce modna była duża wersja upięta na drutach.</pe>, na rogówce, w sukni z ogonem; zdaje się, że jej kilka lat przybyło;
trochę smutna mi się wydaje, nic dziwnego: żal jej zapewne
z domu rodzicielskiego wyjeżdżać i oddać się zupełnie mężczyźnie, którego zna tak mało. To jednak musi być rzecz przykra. Jeszcze bardzo nieśmiała z panem starostą, raz go tylko
nazwała <slowo_obce>mon mari<pe><slowo_obce>mon mari</slowo_obce> (fr. ) --- mój mąż.</pe></slowo_obce>; on już mówi o niej: moja żonka, często
do niej się przybliża i więcej już z nią niźli z Państwem rozmawia. Pojutrze jedziemy do Sulgostowa.</akap>





<srodtytul>Dnia 9 marca, w sobotę</srodtytul>


<akap>Wróciliśmy wczora wieczór z Sulgostowa; bardzo dobrze się
zabawiłam, szkoda tylko, że pani starościna z nami nie wróciła.
Już tydzień minął, jak na zawsze nasz zamek opuściła. W przeszły piątek, kiedy już wszyscy goście się rozjechali, ona raniuteńko pojechała do parafialnego kościoła naszego, do Lisowa,
gdzie jest ołtarz św. Barbary, jej patronki; tam zawiesiła pół
serca szczerozłotego w dowód, że tu na zawsze połowa jej
afektów zostanie; potem pożegnała się z proboszczem, z każdym z dworzan i z dworskich z osobna i każdemu dała suty
upominek, czego jej prawdziwie zazdroszczę i na co prawie
najwięcej się cieszę, jak kiedyś także za mąż pójdę. Poszła potem do swego gospodarstwa; swoje krowy, kury i gęsi darowała biednemu gospodarzowi z Maleszowej, który niedawno
z całą chudobą<pe><slowo_obce>chudoba</slowo_obce> (daw.) --- dobytek, zwł. zwierzęta gospodarskie.</pe> pogorzał<pe><slowo_obce>pogorzeć</slowo_obce> (daw.) --- spłonąć, paść ofiarą pożaru.</pe>, dwie tylko kokoszki śliczne czubate
i łabędzie prosiła, żeby jej można do Sulgostowa odesłać; ptaszki swoje i kwiatki, koło których bardzo starannie chodziła,
mnie oddała: nareszcie obeszła cały zamek od dołu do góry,
jak gdyby z każdym kącikiem pożegnać się chciała. Jak ją też
wszyscy błogosławili! Najdłużej bawiła<pe><slowo_obce>bawić</slowo_obce> (daw.) --- przebywać.</pe> w kaplicy i w naszym
panieńskim pokoju. Gdyśmy naprędce jedli podróżne śniadanie, rzęsiste trzaskanie z bicza słyszeć się dało, pokojowiec
oświadczył, że już wszystko gotowe; pan starosta szepnął żonie do ucha, że jechać trzeba: ona wtedy z wielkim płaczem
rzuciła się do nóg Państwu, dziękując im za dobrodziejstwa
przez lat osiemnaście doświadczane, przepraszając, jeśli ich
w czym kiedykolwiek obraziła, i świadcząc się przed Bogiem,
że niczcgo sobie nie życzy, tylko tak być szczęśliwą w dalszym
życiu, jak dotąd nią była. Pierwszy raz widziałam Jmć Dobrodzieja płaczącego. O! jak też oboje ją żegnali i chwalili; serce
rosło słuchając, a ktokolwiek był przytomny<pe><slowo_obce>przytomny</slowo_obce> (daw.) --- obecny.</pe>, płakał. Wyszliśmy na most, kapitan podnieść go kazał i nie chciał wypuścić
pani młodej, póki mu pan starosta nie dał bogatego pierścienia, jako w zakład, że ją tu przywiezie; przez ten czas przypatrywałam się ekwipażom pana młodego: paradne; jedna kareta żółta, trypą<pe><slowo_obce>trypa</slowo_obce> --- przystrzyżony aksamit.</pe> pąsową wybita, na dwie osoby, druga landara<pe><slowo_obce>landara</slowo_obce> --- duża i ciężka kareta podróżna.</pe> na cztery, kolaska do lekkiej podróży i bryczek kilka.
Konie śliczne, osobliwie sześć siwych jabłkowitych<pe><slowo_obce>jabłkowity</slowo_obce> --- (o koniu) siwy z ciemnymi plamkami.</pe> u żółtej
karety. W tej państwo młodzi pojechali sam na sam i uwierzyłam, czemu wierzyć nie chciałam; za nimi szły pojazdy
z fraucymerem<pe><slowo_obce>fraucymer</slowo_obce> (z niem.) --- panny obecne na dworze.</pe>, a my na ostatku. Pani starościna tak płakała, że słychać było jej szlochania, ale bo też wielu z dworskich, kilku z chłopstwa o parę staj<pe><slowo_obce>staje</slowo_obce> --- daw. miara długości, wynosząca nieco ponad kilometr.</pe> ją odprowadzali, błogosławiąc głośno; co miała pieniędzy, to im jeszcze rzuciła i pan
starosta sypnął także suto, a pierwej jeszcze, od szafarza do
pomywaczki, od marszałka do stróża, każdego obdarzył podarkiem. Gdziekolwiek stanęliśmy na popasie albo na noclegu,
wszystko staraniem pana młodego już było gotowe; Żyd wyforowany<pe><slowo_obce>wyforować</slowo_obce> (daw.) --- wyrzucić.</pe> z karczmy z betami i z bachorami swymi, stoły
zastawne, liberia<pe><slowo_obce>liberia</slowo_obce> --- tu: służba.</pe>; nareszcie drugiego dnia wieczorem wjechaliśmy do Sulgostowa. Już z popasu pan wojewoda z księdzem
Wojciechem wyjechali najpierwsi, żeby panią starościnę na jej
nowosiedlinach przyjąć; na granicy sulgostowskiej gromada
wiejska z sołtysem na czele zatrzymała karetę państwa młodych, ofiarowano jej chleby, a jeden ze starych gospodarzy
miał oracją, po której wszyscy krzyknęli: ,,Niech żyją sto lat
nowożeńcy!"</akap>


<akap>Za ich wjazdem na dziedziniec kompania huzarów, którą pan
starosta na dworze swoim trzyma, dała ognia z ręcznej strzelby; kapitan salutował ich oboje. Przed drzwiami stał pan wojewoda z synowcem, stał dwór cały i wszyscy radośnie
i uprzejmie panią młodą witali. Skorośmy weszli do pałacu,
pan starosta przyniósł żonie swojej ogromny pęk kluczy, oddając pod jej dozór dom cały. Zaraz nazajutrz pani starościna
objęła rządy i gospodarstwo i doprawdy dziwić się należało,
jak jej wszystko szło jak z płatka; ale bo też od małego dziecka Jmć Dobrodziejka, jako najstarszą córkę, przyzwyczaiła
do wyręczania siebie. Sulgostów w innym położeniu jak Maleszowa, pałac, nie zamek, ale wesoło i okazale; dwór liczny,
stół dobry, dom zasobny, a co najważniejsza, wszyscy kochanej
siostrze przychylni; już widzę, że wkrótce po naszym zamku
się odtęschni<pe><slowo_obce>odtęschnieć</slowo_obce> (daw.) --- przestać tęsknieć.</pe>. Najadłam się i napiłam w Sulgostowie wielu dobrych rzeczy, a między innymi kawy. Państwo nie lubią tego
modnego trunku<pe><slowo_obce>trunek</slowo_obce> --- napój.</pe>, który się niezbyt dawno w Polsce zjawił,
i u nas dają go tylko wtenczas, kiedy są znakomici goście; ma
też być bardzo niezdrowy dla młodych panien, szczególniej
krew i płeć psuje, i ja dotąd tylko parę razy jakby na żart go
skosztowałam. Ale w Sulgostowie napiłam się jej do woli, cała
familia pana starosty przepada za tym trunkiem i na prośby jego i mnie Państwo co dzień filiżankę wypić pozwalali. Śmiano
się z pani starościny, że nie będzie mogła jak owa żona w wierszach naszej poetki, pani Drużbackiej<pe><slowo_obce>Drużbacka, Elżbieta</slowo_obce> (1695--1768) --- poetka czasów saskich; cytowany utwór to satyra przeciw rozwodom <tytul_dziela>Skargi kilku dam w spólnej kampanii będących, dla jakiej racji z mężami swymi żyć nie chcą</tytul_dziela>.</pe>, zarzucić mężowi:</akap>




<poezja_cyt><strofa>
Kawy w moim domu nie znajdzie trzech ziarnek,/
Piwa mi z serem każe zagrzać garnek
</strofa></poezja_cyt>






<akap>--- i utworzyć sobie z tego punkt do rozwodu. Bardzo nam było smutno powracać. Rozweselał mnie tylko kasztelanic, który nam konno cały czas towarzyszył; prawdziwie słusznie szarmanckim go zowią. Pani starościna bardzo płakała żegnając
się z nami. W Maleszowej jeszczem się nie rozpatrzyła, bośmy
wieczór przyjechali, a dziś raniuteńko to piszę; już wiem naprzód, że mi przez jakiś czas bardzo smutno będzie.</akap>





<srodtytul>Dnia 12 marca, we wtorek</srodtytul>


<akap>Zupełniem zgadła: bardzo smutno bez najukochańszej siostry; takie pustki w zamku, jak gdyby nikogo nie było: zdaje
się, że z sobą cały dwór nasz, całą wesołość zabrała. I Państwo
bardzo tęschnią; ona, jako najstarsza, najwięcej do nich zbliżoną była, tysiączne im czyniła przysługi; ja, lubo<pe><slowo_obce>lubo</slowo_obce> (daw.) --- chociaż.</pe> się staram
ją zastąpić, przecież ani Jmć Dobrodziejowi tak dobrze lulki<pe><slowo_obce>lulka</slowo_obce> --- fajka.</pe>
nałożyć nie umiem, ani Jmć Dobrodziejce tak zręcznie dobierać
kolorów do haftu; z czasem da Bóg, że się wprawię; nie wiem
jednak, czy kiedy wyrównam Basi (bo choć na ten raz tak
ją nazwać muszę). Lubo chcę szczerze, o wielu rzeczach zapominam, a ona tak o wszystkim pamiętać umiała! Jak ją też
mile cały dwór wspomina! Ciągła jeszcze o niej mowa. Już
Państwo dziś wysyłają pokojowca do Sulgostowa, by się o jej
zdrowiu i powodzeniu dowiedzieć; formalna była lukta<pe><slowo_obce>lukta</slowo_obce> (daw.) --- walka.</pe> między nimi, który ma jechać, każdy miał niezmyśloną ochotę;
a Michał Chronowski, który dopiero jutro do Opola ma wyjeżdżać, żałował, że już nie jest pokojowcem.</akap>


<akap>Bardzo smutno w maleszowskim zamku. Kasztelanic pojechał, a przez te trzy dni nikt nie był prócz dwóch kwestarzy<pe><slowo_obce>kwestarz</slowo_obce> --- zakonnik zbierający datki.</pe>
i jednego szlachcica z sąsiedztwa, który przyjechał prezentować Państwu młodą żonę swoją, bo był niegdyś na ich dworze. Bardzo do rzeczy, zdaje się, człowiek. ,,Moje serce --- powiedział do żony, która z wielkiej nieśmiałości ledwie dwa razy otworzyła usta --- jeśli będę dobrym mężem i ojcem, panu
staroście za to dziękuj i temu oto panu marszałkowi: pierwszy
mi strofowań, drugi plag z młodu nie szczędził". Podobała mi
się ta szczerość jego; udarowali go Państwo wspaniale. Zresztą<pe><slowo_obce>zresztą</slowo_obce> --- tu: poza tym.</pe>
nikt nie był; cicho, głucho, smutno, jak to zwyczajnie po wielkiej wesołości i wrzawie; jednak już raz uśmiałam się serdecznie. Jmć Dobrodziejka całą garderobę panieńską pani starościny pannom respektowym i służebnym rozdała; przez czas
niebytności naszej każda z tych datków coś sobie zrobiła: to
jubkę<pe><slowo_obce>jubka</slowo_obce> --- rodzaj damskiego kaftana.</pe>, to kontusik, to fartuch, to salopkę<pe><slowo_obce>salopka</slowo_obce> --- wierzchnie okrycie damskie.</pe>, i wszystkie jakby
namówione wystąpiły w tych strojach w niedzielę; gdzie rzucić było okiem u stołu, wszędzie był szczątek garderoby Basi:
postrzegł to pierwszy Macieńko, westchnął okropnie, a zapytany odpowiedział, że boleje nad tym rozszarpaniem chudoby
śp. Barbary. Wszyscy w śmiech, ja z Teklusią najbardziej, aż
nas łajał Jmć Dobrodziej i przypomniał nam to starodawne
przysłowie: Przy stole jak w kościele. Ale jakże śmiać się nie
było?</akap>




<srodtytul>Dnia 25 marca 17S9 r., w piątek</srodtytul>


<akap>Wczora zdarzyła mi się też nowa i zupełnie niespodziewana
przygoda, która w tym dzienniku miejsce zająć powinna.
Gdym jak zazwyczaj w południe z Madame i z siostrami przyszła na pokoje Państwa na obiad, zastałam kasztelanica Kochanowskiego; stojąc w framudze okna z Jmć Dobrodziejem,
rozmawiał tak żywo, że nie spostrzegł, kiedyśmy weszły; nie
mogłam dosłyszeć tego, co mówili, jednak obiły się o moje uszy
te ostatnie Jmć Dobrodzieja słowa, które z niejakim wyrzekł przyciskiem: ,,O finalnej rezolucji<pe><slowo_obce>finalna rezolucja</slowo_obce> (z łac.) --- ostateczne postanowienie.</pe> wnet się Wmość
dowiesz". I to powiedziawszy szepnął coś do ucha Jmć Dobrodziejce; ta kiwnęła na marszałka, dała mu jakiś potajemny
rozkaz i niedługo obiad dano. Pan kasztelanic naprzeciwko
mnie usiadł i dopierom się dokładnie przypatrzyła, jak był wystrojony. Frak aksamitny haftowany, kamizelka atłasowa biała, żaboty<pe><slowo_obce>żabot</slowo_obce> --- dekoracja ze zmarszczonej tkaniny a. koronki, umieszczana z przodu koszuli bądź sukni.</pe> i mankiety koronkowe, fryzura jak z pudełka;
a szastał się, kręcił, rozmawiał, francuszczyzną i dowcipem sadził dwa razy więcej niż kiedy: bardzo był piękny i zabawny.
Obiad trwał dłużej niż zwykle, na pieczyste czekaliśmy chwilę i zważałam, że wtedy pan kasztelanic, lubo prawie nieustannie gadał i śmiał się, przecież mienił się jak cudowny obraz;
nareszcie drzwi od sieni się otworzyły, weszli pacholiki z pieczystym, a mój kasztelanic zbladł jak chusta: spojrzałam na
półmiski, obaczyłam gęś z czarnym sosem<pe><slowo_obce>gęś z czarnym sosem</slowo_obce> --- gęś w sosie śliwkowym podana konkurentowi oznaczała odrzucenie oświadczyn; kiedy indziej taki sygnał stanowiła zupa, tzw. czarna polewka.</pe> i domyśliłam się
wszystkiego. Nie śmiałam podnieść oczów, dziwne myśli cisnęły mi się razem do głowy; przypomniały mi się owe piękne
krakowiaki, zręczne mazury i menuety, wyborne siedzenie na
koniu, gładka mowa francuska, śliczne komplimenta, wesele
pani starościny i jakiś żal serce mi ścisnął; nie miałam odwagi wziąść z półmiska, Państwo nawet go się nie tchnęli i gdyby nie szary koniec, byłyby oba zeszły całe; ale Macieńko pierwszy napoczął, a za jego przykładem poszli inni; taki nic dobrego, że wziąwszy udko gęsi, na głos powiedział: ,,Twardyć
to wprawdzie kawałek, ale i to się strawi". Wieki całe siedzieliśmy u stołu, mnie się przynajmniej tak zdawało, bo mnie
i ciekawość dręczyła niepomału.</akap>


<akap>Nareszcie Jmć Dobrodziej dał znak wstania; powstaliśmy
i gdy każdy był zajęty dziękowaniem Panu Bogu, widziałam,
jak kasztelanic chyłkiem wymknął się z sali: już więcej nie
wrócił, a gdy się dworzanie i dworscy rozeszli, Państwo mnie
odwołali od mojej roboty i Jmć Dobrodziej tak do mnie mówił:
,,Mościa panno! Pan Kochanowski, kasztelanic radomski,
oświadczył się dziś o twoją rękę; lubo<pe><slowo_obce>lubo</slowo_obce> (daw.) --- chociaż.</pe> ród jego jest dawny
i znakomity, majątek uczciwy i dosyć stosowny, nie zdała się
ta partia ani mnie, ani Jmć Dobrodziejce: naprzód --- pan kasztelanic bardzo młody, sam z siebie nic nie znaczy, śp. ojca
swego tylko tytułem się szczyci i nie odebrał jeszcze żadnej
gruntownej łaski z szafunku dworu; po wtóre, nie wziął się,
jak przynależy, do rzeczy, nie użył ani swatów, ani dziewosłębów, sam dziś oświadczył się jakby z kopyta, żądał natychmiast rezolucji finalnej. Otrzymał też przyzwoitą. Ani wątpimy, że i Waćpanna, Franulku, tegoż zdania jesteś". To powiedziawszy, nie czekając odpowiedzi mojej, kazał mi wrócić do
roboty.</akap>


<akap>Zapewne, zastanowiwszy się, i z obowiązku, i z przekonania
sposób myślenia Państwa dzielę; ale ponieważ tu wszystko
szczerze pisać się obowiązałam, wyznam, że wcale nie dlatego,
że młody ani też że się wziąść do rzeczy nie umiał, ale najwięcej dlatego, iż nie ma sam z siebie znaczenia; jak Macieńko
powiada: to ,,nic", na którym kończy się ,,kasztelanic", niewiele
blasku przynosi: mnie by się przynajmniej zupełnego kasztelana chciało. Wreszcie, Bóg widzi, że jeszcze ochoty nie mam iść za mąż; tak mi dobrze w rodzicielskim domu. Kilka dni po
powrocie z Sulgostowa smutno mi było, ale teraz już wracam
do dawnej wesołości, gram nierównie większą rolę jak dawniej; kiedy gości nie ma, mnie czwartej u stołu półmiski podają, ja teraz z Państwem wszędzie jeździć będę; szkoda by
tego wszystkiego porzucić; a potem, zamężcie kończy zupełnie
zawód białogłowy; skoro pójdzie za mąż, jużci klamka zapada
i po wszystkim; wie, czym będzie, gdzie będzie do śmierci; ja
zaś w myśli mojej bujać lubię i na wołowej skórze by nie spisał tego, co mi czasem przy krosnach lub przy siatce po głowie się uwija. Jmć Dobrodziejka wprawdzie bardzo często powtarza: ,,Pannie dobrze edukowanej i urodzonej nie przystoi
zabawiać myśli mężem". Ja też doprawdy, że nie o mężu myślę, tylko tak o różnych andronach, a cokolwiek mi się zdarzy
czytać, wszystko to mimowolnie zaraz do siebie stosuję. Dzielę los wszystkich księżniczek, heroin z dzieł pani de Beaumont,
panny de Scudéri<pe><slowo_obce>Scudéry, Madeleine de</slowo_obce> (1607--1701) --- autorka popularnych w czasach Ludwika XIV powieści sentymentalnych, przedstawiających nierealne przygody i uczucia kochanków.</pe>, pani de La Fayette<pe><slowo_obce>La Fayette, Marie Madeleine de</slowo_obce> (1634--1693) --- powieściopisarka, której bohaterki odznaczają się dużą dozą prawdy psychologicznej.</pe> i często mi się wydaje, żem na takie same przeznaczona awantury. Teraz, kiedy
już Basia za mąż poszła, większą mam ku temu łatwość; ona
te bujania zawsze we mnie ganiła i niewiele romansów czytać
dawała; lecz dla odwetowania straty czasu w ciągu jej wyprawy sama Madame wiele mi czytać każe, a im więcej czytam,
tym więcej myśli moje rozkołysane. Basia zawsze zupełnie odmienne od mego miała ułożenie: ona mi się nieraz przysięgała,
iż nigdy o przyszłości, o mężu nie myśli, chyba przy pacierzu;
bo trzeba wiedzieć, że z rozkazu Jmć Dobrodziejki każda z nas,
gdy szesnasty rok zaczyna, do prośby o rozum dobry, zdrowie
dobre, przyjaźń ludzką dokłada: ,,i męża dobrego". Basia zwała rzeczą bardzo słuszną prośbę do Boga o to, żeby był dobry
ten, który nam kiedyś ojca i matkę ma zastąpić, z kim żyć
trzeba do śmierci, kogo słuchać i kochać należy; ale nigdy
w życiu nie postało jej w głowie, gdzie go pozna, jak i kiedy,
czy jej się zdarzą jakie szczególne przygody, czy nie. Mówiła
zawsze: ,,Jak się trafi, dosyć będzie czasu". Bardzo dobrze na
tym wyszła; takiego słusznego<pe><slowo_obce>słuszny</slowo_obce> --- godny, zacny.</pe> dostała człowieka; pisała do
Państwa, że skoro się odtęschni od ich domu, nie będzie nad
nią szczęśliwszej białogłowy: widać, że coraz bardziej kocha
pana starostę i że zupełnie z losu swojego kontenta<pe><slowo_obce>kontent</slowo_obce> (daw.) --- zadowolony.</pe>. Kto wie?
może bym ja takim losem zaspokojoną nie była?... Co bądź, to
bądź, bardzo dobrze Państwo zrobili, że odmówili kasztelanicowi; żal mi trochę nieboraka, iż taki wstyd poniósł, ale nadzieja w Bogu, sprawdzą się słowa Macieńka: i on strawi ten
przykry kawałek.</akap>





<srodtytul>Dnia 17 marca, w niedzielę</srodtytul>


<akap>Jużeśmy wczoraj do wieczerzy siadać mieli, kiedy nas zajechali arcyprzyjemni i zupełnie niespodziewani goście: księżna
wojewodzina lubelska z mężem, ciotka moja. Dla ważnych
spraw i obowiązków, a najwięcej dla obecności królewica, nie
mogąc być na weselu p. starościny, gdy on do Kurlandii wyjechał, zjechali tu umyślnie, chcąc sobie to nagrodzić i państwu powinszować wydania córki za mąż szczęśliwie. Przyjazdem tych znakomitych gości znowu się nasz zamek ożywił;
Jmć Dobrodziej nie posiada się z radości i prawdziwie miejsca księżnie znaleźć nie umie: rad by jej nieba przychylił, tak
ją uwielbia i poważa. Księstwo wojewodowie już pięć lat
w Maleszowej nie byli, ja przez ten czas z dziecka na pannę
wyrosłam, dosyć się też nade mną wydziwić nie mogli; wstyd
mi wyznać, ale mnie tak z urody chwalili, żem nie wiedziała,
gdzie się podzieć. Bardzo są przyjemne te pochwały, ale kiedy
je człowiek jakby przypadkiem usłyszy; wręcz powiedziane ---
niemal przykre; i milej mi teraz wspominać je sobie, jak by
to wczora ich słuchać. Książę wojewoda powiedział bez żartu,
że gdybym się pokazała w Warszawie, zgasłaby i starościanka
Weslówna, i krajczyna Potocka, i księżna Sapieżyna, żona
kanclerza, które za pierwsze piękności uchodzą; księżna zaś
uznała, że mi tylko nie dostaje<pe><slowo_obce>nie dostawać</slowo_obce> (daw.) --- brakować.</pe> lepszego trzymania się, ułożenia, poloru. Jak żyję, tylum pochlebnych nie słyszała rzeczy
i wcalem sobie nie wystawiała<pe><slowo_obce>wystawiać</slowo_obce> (daw.) --- wyobrażać.</pe>, żebym tak dalece piękną była.
Widziałam, jak na te pochwały rosło z radości serce Jmć Dobrodzieja, ale co Jmć Dobrodziejka, to mnie kazała przywołać
dziś rano do siebie i mocno napominała, żebym tym słówkom
zupełnej nie dawała wiary, zowiąc je dworszczyzną<pe><slowo_obce>dworszczyzna</slowo_obce> --- tu: jałowa grzeczność, puste komplementy.</pe>.</akap>


<akap>Coś mi się wszystko<pe><slowo_obce>wszystko</slowo_obce> (daw.) --- ciągle.</pe> wydaje, że są na mnie jakieś projekta.
O, jak bym je też wiedzieć rada! Niespokojności mnie aż biorą i prawdziwie, że tej nocy dobrze spać nie mogłam, takie mi
się dziwy snuły. Ale bo co też księstwo napowiadali rzeczy
ciekawych, zabawnych; Państwo chcieli, żebym jak zwykle
o dziesiątej z Madame i z siostrami na górę spać poszła, ale
książę wojewoda uprosił, żem do końca wieczora siedziała. Jakie to były w Warszawie uczty, bale z powodu inwestytury
królewica; nie pamiętają od dawna tak świetnych zapust:
w ostatki we wszystkich kolegiach grano trajedie i komedie
i taki jest powszechny do królewica zapał, że wszędzie były do
niego przystosowania. Tak w ostatni poniedziałek (właśnie
w dzień wesela Basi) u księży jezuitów grano <tytul_dziela>Trajedię Antygona</tytul_dziela>, w której Demetriusz, rycerz wielki, ojca swego od nieprzyjaciół obrania i państwo mu przywraca; na końcu więc takie do królewica powiedziano wiersze:</akap>




<poezja_cyt><strofa>
Nie u samych synowie wierni byli Greków,/
Są Demetryjuszowie i u nas tych wieków./
Ty nam, Wielki Karolu, ten przykład wskrzesiłeś,/
Gdy lepszego niż Greczyn ojca krzywd broniłeś;/
Bądźże Ojcem Ojczyzny tej, króluj nad nami:/
Wszyscy za Ciebie będziem Demetryjuszami.
</strofa></poezja_cyt>





<akap>Już więc królewic głośnych ma stronników, mnie coś do
ucha szepce, że on królem polskim będzie; słuchałam z wielkim
upodobaniem pochwał, które mu dawał książę wojewoda: to
mój bohater i on wyjdzie na wielkiego człowieka. Ale cóż?
kiedy to u nas o zgodę tak trudno; po kilku drobnych rzeczach
dostrzegłam, że księżna wojewodzina nie jest tego zdania, innego króla życzy Rzeczypospolicie, nie królewica ani Poniatowskiego, zdaje mi się, że jakiegoś trzeciego ma na oku. Czyje
też widoki i życzenia Bóg spełni? Prawdziwie rzecz ciekawa.</akap>



<srodtytul>Dnia 10 marca, we wtorek</srodtytul>


<akap>Wyjechali księstwo przed pół godziny; jaszcze wczora
wyjeżdżać chcieli, ale Jmć Dobrodziej koła z ich powozów pozdejmować kazał i przekonał, że w poniedziałek puszczać się
w podróż niebezpieczno, bo to jest dzień feralny<pe><slowo_obce>feralny</slowo_obce> --- przynoszący pecha.</pe>. Do końca
bardzo na mnie byli łaskawi, szczególniej książę wojewoda.
Tyle Państwu głowę kłócili, że kto wie, czy dla dokończenia
edukacji nie oddadzą mnie na pensją<pe><slowo_obce>pensja</slowo_obce> --- prywatna szkoła żeńska, zwykle z internatem.</pe> do Warszawy. Od niedawnego czasu niejaka panna Strumle, cudzoziemka, którą lubo panną, wszyscy Madame zowią, założyła pensją panien, bo
dotąd po klasztorach tylko się chowały; ta jej pensja w wielkiej jest renomie. Z najpierwszych domów córki nabywają tam
talentów i poloru; niepospolite subiekta<pe><slowo_obce>subiekt</slowo_obce> (daw., z łac.) --- tu: osoba, jednostka.</pe> stamtąd wychodzą,
i dla młodej panny być czas jakiś u Madame Strumle taka zaleta, jak dla kawalera być w Lunewilu. Do niej książę wojewoda choć na rok oddać mnie radzi, tam mam nabrać tego
wszystkiego, co mi nie dostaje. Państwo woleliby do sakramentek, w klasztorze zawsze przyzwoiciej; nie wiem zatem, na
czym się skończy, wiem tylko, żem jakoś niespokojna: nie tyle
uważam tego, co czytam, robota nie tak dobrze mi idzie jak
dawniej; więcej myślę o tym, co będzie, jak o tym, co jest: tak
jestem, jak gdyby mnie się co dziwnego stać miało. Nie trzymałam tak dobrze o sobie przed pobytem księstwa, a daleko
z swojej osoby kontentniejsza byłam. Doprawdy, że sama siebie nie rozumiem.</akap>





<srodtytul>Dnia 24 marca, w niedzielę</srodtytul>


<akap>A! Bogu dzięki! pojutrze jedziemy do Warszawy; koniecznie
musiałam potrzebować tego wyjazdu, bo od czasu, jak postanowiony, zupełnie jestem spokojna. Nie wiem jeszcze, gdzie
oddaną będę, ałe rzecz pewna, że do Maleszowej nie tak
prędko wrócę, bo Jmć Dobrodziejka całą moję garderobę zabrać kazała i z jej sukien dwie dla mnie przerobiono. Państwo
niespodzianie powołani zostali do Warszawy dla interesów
sukcesji po śp. Błażeju Krasińskim, stryjecznym naszym, który zszedł bezdzietnie i znaczny majątek zostawił. Takam szczęśliwa, że jadę, może też dlatego, że zboczemy do Sulgostowa.
Pani starościna właśnie wróciła z bardzo miłej podróży; obwoził ją pan starosta po krewnych, sąsiadach, przyjaciołach
swoich; wszędzie jej radzi byli: teraz już ciągle w domu siedzieć będzie i bardzo się z tego cieszy; na wyborną gospodynię się zanosi. <begin id="b1369496253109-3699279252"/><motyw id="m1369496253109-3699279252">Rodzina, Łzy, Radość</motyw>Pan wojewoda Świdziński z takim o niej uniesieniem pisał, z taką wdzięcznością, że się aż Państwo rozpłakali nad jego listem, a to jedynie z radości. Miło, kiedy rodzice
nad dzieckiem łzy radości leją. Basia do innych łez nigdy
Państwu powodem nie była, chyba wtedy, jak stąd wyjeżdżała. Bardzo się cieszę, że ją zobaczę.<end id="e1369496253109-3699279252"/></akap>



<srodtytul>Dnia 7 kwietnia, w niedzielę, z Warszawy</srodtytul>


<akap>Sama temu wierzyć nie śmiem: już od wczora bawię<pe><slowo_obce>bawić</slowo_obce> (daw.) --- przebywać.</pe> na
owej sławnej pensji u Madame Strumle; księstwo wojewodowie tak dobrze wszystko ułatwili, żem od razu wstęp znalazła, a na słowo księżnej Jmć Dobrodziej sakramentek odstąpił.
Radość moja niewypowiedziana, bom sobie tego gorąco potajemnie życzyła. Jadąc do Warszawy, byliśmy w Sulgostowie; pani starościna wesoła, szczęśliwa, jak też była Państwu rada!
Powiedziała mi, że kto tego nie doznał, wystawić sobie nie może, co to jest za szczęście rodziców w własnym domu przyjmować. Wszystkie potrawy, wszystkie trunki i przysmaki, które
Państwo lubią, wszystkie były na stole przez te trzy dni; nie
zapomniała o niczym, co by im przyjemność zrobić mogło, a na
wyścigi z panem starostą usługiwała im i dogadzała. Słyszałam, jak Jmć Dobrodziejka mówiła do niego, że Basia jeszcze
lepsza od tego czasu, jak za mąż poszła. ,,Nie lepsza --- odpowiedział --- już ją taką z rąk Państwa Dobrodziejstwa dostałem, ale ma teraz większe pole okazania przymiotów swoich,
a jaką jest przez te parę dni dla rodziców, taką dla mnie co
dzień. Widać też, że ją serdecznie kocha i ona bardzo się do
niego przywiązała. Mówiła mi, że męża to żona uważa jak ojca, jak przyjaciela, że to jest związek tak ścisły, iż bardzo pojmuje, że tylko śmierć jedna rozerwać go może; i co dziwnego,
powiadała mi jeszcze, że co dzień jest szczęśliwsza i że woli
daleko dnie teraźniejsze jak dnie wesela. Już się zupełnie rozgospodarowała i bardzo dobrze umie domem zarządzać, gości
przyjmować. Panny i dziewczęta, które z Maleszowej pobrała,
mówią, że im wybornie w Sulgostowie. Państwu nie chciało
się wyjeżdżać; ja wyznam szczerze, że mi było do Warszawy
pilno, i byłam temu rada, gdy ich listy do wyjazdu przymusiły. Miałam się do czego śpieszyć, tu prawdziwie ukształcę się,
wydoskonalę, a ja dosyć mam ochotę zostać niepospolitą białogłową. Chcąc się do tego przysposabiać, wzięłam się szczerze
do nauki i zawieszając na czas wszystkie myśli, bujania, całą
przyszłość, chcę zająć się jedynie tym, co jest, nie tracić na
próżno ani chwili. Wczora, jako w dzień, w który tu oddaną
zostałam, Jmć Dobrodziejka zawiezła mnie do kościoła; spowiadałam się i komunikowałam<pe><slowo_obce>komunikować się</slowo_obce> --- przyjmować komunię.</pe> z jej rozkazu na tę intencją,
żeby nauki i światło, których mam tu nabrać, na dobre, nie na
złe mi wyszły. Usłuchałam, lubo tego nie pojmuję, jak by inaczej stać się mogło? Skoro się rozpatrzę na tych nowosiedlinach, opiszę wszystko --- dotąd jestem odurzona. Przywykła
widzieć zawsze znajome twarze, wydziwić się nie mogę, iż tu
nie znam nikogo.</akap>




<srodtytul>Dnia 12 kwietnia, w piątek</srodtytul>

<akap>Już zupełnie się rozpatrzyłam i nieco oswoiłam z nową siedzibą moją. Madame Strumle bardzo mi się podoba, do rzeczy
białogłowa i dziwnie na mnie łaskawa. Nie tak tu dworno,
wspaniale, huczno, jak w maleszowskim zamku, ale uczciwie
i dosyć wesoło; mnie sama nowość bawi; na przykład: nie ma
ani pacholików, ani hajduków, tylko i do stołu, i wszędzie same usługują kobiety. Jest nas panien kilkanaście, wszystkie
z najpierwszych domów i młodziuteńkie. Bardzo tu często
wspominają siostrę pana starosty, pannę Mariannę, dzisiejszą
kasztelanową połaniecką; była na tej pensji przez parę lat
i w sercu Madame i towarzyszek swoich słodką i niewytartą
pamięć zostawiła. Ma to być dobra, rozsądna, wesoła, ze
wszech miar przyjemna i nieoszacowana osoba; bardzo dobrze
nauki przyjęła. Państwo, przypatrzywszy się tej pensji, zupełnie zaspokojeni zostali; już w klasztorze nie może być panna
lepiej strzeżona. Madame nosi w kieszeni klucz od drzwi
wchodowych<pe><slowo_obce>drzwi wchodowe</slowo_obce> --- dziś: drzwi wejściowe.</pe>, nikt bez jej wiedzy ani wyjść, ani wnijść<pe><slowo_obce>wnijść</slowo_obce> --- dziś popr.: wejść.</pe> nie
może; gdyby nie kilku starych metrów<pe><slowo_obce>metr</slowo_obce> --- z fr. <slowo_obce>maître</slowo_obce>: mistrz, nauczyciel.</pe>, można by zapomnieć,
jak mężczyźni wyglądają: krewnym żadnym płci męskiej bywać nie wolno. Metr od tańca chciał już przy mnie, żeby panowie Potoccy, w kolegium jezuitów będący, mogli tu bywać
i z siostrami swymi razem kontradansów się uczyć: Madame Strumle ani słyszeć o tym chciała. ,,Ci panicze nie są
braćmi wszystkich pensjonarek moich, tylko dwóch --- powiedziała --- a zatem przystępu do mego domu pozwolić im nie
mogę".</akap>


<akap>Mam metra od francuskiego i od niemieckiego języka, od
tańca, od rysunku, od haftu i od muzyki, śliczny tu jest klawicymbał, nie taki szpinet<pe><slowo_obce>szpinet</slowo_obce> --- dawny instrument muzyczny, odmiana klawesynu.</pe> jak w Maleszowej, ma aż półszóstej<pe><slowo_obce>półszósta</slowo_obce> (daw.) --- pięć i pół.</pe>
oktawy, a tony 23 razy odmieniać można. Kilka jest panien,
które już polskiego tańca wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe> nieźle zagrać potrafią, i to nie
z palców, ale z nut, a co największa, ręce na krzyż. Metr mi
obiecuje, że najdalej za pół roku dojdę i ja do tej doskonałości; miałam też i z domu jakie takie początki. Rysuję dotąd
same wzorki i dosyć zręcznie mi to idzie, ale nim dokończę
edukacji, muszę koniecznie tyle się nauczyć, żeby zrobić farbami suche drzewo, na gałęzi zawieszony wieniec z kwiatów,
a w środku cyfra<pe><slowo_obce>cyfra</slowo_obce> --- tu: monogram.</pe> Państwa, i ofiarować im to dzieło w nagrodę poniesionych kosztów, bo zapewne dosyć znaczne będą.
Księżniczka Sapieżanka, tu od roku będąca, robi właśnie takąż
malaturę<pe><slowo_obce>malatura</slowo_obce> (daw.) --- obraz, malunek.</pe> dla rodziców i mnie aż zazdrość bierze, ile razy
spojrzę na tę jej robotę. Jak by dobrze się wydawała w bawialnej sali w naszym zamku, pod tym wielkim mego ukochanego biskupa obrazem.</akap>


<akap>Metr od tańca prócz menuetów i kontradansa uczy nas chodzenia, kłaniania się; ja dotąd na jeden tylko manier<pe><slowo_obce>manier</slowo_obce> (z fr.) --- sposób.</pe> się kłaniam, a to ich jest kilka: inaczej królowi, inaczej królewicom
i innym panom i paniom; o ukłon królewicowski najpierwej
prosiłam i najlepiej go umiem; może też choć raz księciu kurlandzkiemu się ukłonię. Nieustannie zajęta, chciwa nauki, czas
mi prędko i dosyć mile schodzi. Jmć Dobrodziejka już raz
mnie odwiedziła, bardzo zakłopotana sprawami. Wyznam
szczerze, że pierwszych dni dziwno mi tu było; te ciągłe przestrzegania pokuty, ten krzyż żelazny, w który mnie ubrano,
żebym się prosto trzymała; ta machina, w której po godzinie
stać potrzeba, żeby się nogi prostowały (choć moje, zdaje mi
się, że dosyć są proste): wszystko to nie szło mi w smak. Na
weselu pani starościny i po jej odjeździe zupełnie na słuszną
pannę wyszłam; oświadczenie kasztelanka Kochanowskiego,
pochwały i szeptania księcia wojewody, wszystko gdzieś daleko myśl zawiodły; jużem sądziła, że jestem czymsiś, aż tu
nagle zdziecinniałam: Madame Strumle nawet z pacierza prośbę o dobrego męża wyrzucać kazała, a na to miejsce naukę
dobrą włożyła. I tu prawdziwie o czym innym, jak o nauce,
myśleć niepodobna.</akap>




<srodtytul>Dnia 28 kwietnia, w niedzielę</srodtytul>

<akap>Już trzeci tydzień pobytu mego na pensji się kończy, a ja
ani słowa w tym dzienniku nie napisałam; bo dni zupełnie jednakowe prędko schodzą, ale mało rzeczy do opisu podają:
oto i w tej chwili dumam nad tym, co napiszę. Państwo niedługo wyjadą. Księżna wojewodzina raczyła mnie odwiedzić
i uważała, że się lepiej trzymam; metrowie ze mnie kontenci,
Madame bardzo łaskawa, panny przychylne i grzeczne: zresztą
nic a nic nie wiem. Zdaje mi się niepodobną rzeczą, żebym ja
w Warszawie była, bo z publicznych rzeczy nierównie mniej
wiem i znakomitych ludzi nierównie mniej widzę jak w Maleszowej. Królestwa oko moje nie ujrzało. Księcia kurlandzkiego wcale nie ma i nie tak prędko powróci.</akap>




<srodtytul>Dnia 9 czerwca, w niedzielę</srodtytul>

<akap>Gdybym zawsze na pensji zostać miała, wnet by ustał mój
dziennik, a szkoda, że nie mam co w nim pisać, bo może zupełnie po polsku zapomnę. Prócz listów do Państwa, którzy
już wyjechali, gdyż urządzenie tej sukcesji nie tak prędko się
ułatwi, prócz rozmowy z garderobianką moją i tego dziennika
nigdzie ojczystej mowy nie używam: wszędzie i zawsze po
francusku. W naukach znaczne postępy czynię, a co mnie mocno cieszy, księżna wojewodzina, która mnie przez miesiąc cały nie widziała, zapewnia, żem znacznie urosła i że już bardzo
dobrze się trzymam; prawda, żem teraz ze wszystkich panien
tu będących najwyższa, a moja przepaska trzech ćwierci nie
trzyma<pe><slowo_obce>moja przepaska trzech ćwierci nie
trzyma</slowo_obce> --- sens: jestem wąska w pasie.</pe>. Teraz, kiedy tak pięknie i zielono na świecie, czasem nie wiedzieć skąd jakaś tęsknota mnie napada; chciałabym
być ptaszkiem, wylecieć daleko i znowu do mojej klatki powrócić; ale nic z tego: trzeba siedzieć, a jeszcze na jakiej ulicy! --- na Bednarskiej, podobno z całej Warszawy najbrzydszej. Na przyszły rok, da Bóg doczekać, będzie inaczej.</akap>




<srodtytul>Dnia 26 lipca, piątek</srodtytul>

<akap>Przy zatrudnieniu, choć bez zabaw i nowin, dnie, jak widzę,
bardzo prędko mijają; dziś za głowę się wzięłam, kiedy po tak
długim milczeniu, chcąc coś [nie]coś napisać w tym dzienniku,
szukałam w kalendarzu, jaki dzień mamy, i dowiedziałam się,
że już siedem niedziel, jak się go ani tknęłam; dzisiejszy
dzień jednak pamiętnym mi będzie: dziś, jak żyję na tym świecie, pierwszy list do siebie pisany odebrałam. Nieoszacowana
pani starościna zrobiła mi tę przyjemność i na kopercie napisała mój adres. Już więc na poczcie wiedzą, że jest w Warszawie <slowo_obce>Mademoiselle la Comtesse<pe><slowo_obce>Mademoiselle la Comtesse</slowo_obce> (fr. ) --- panna hrabianka.</pe></slowo_obce> Françoise Krasińska; skakałam z radości, ten list odebrawszy: schowam go wraz z kopertą na wieczną pamiątkę. Pani starościna zdrowa, szczęśliwa
i taka łaskawa, że z intrat<pe><slowo_obce>intrata</slowo_obce> (z łac.) --- dochód.</pe> ogrodowych, które jej pan starosta do rozrządzenia oddał, przysyłała mi cztery dukaty w złocie,
żebym z nimi zrobiła, co mi się podoba. Pierwsze to pieniądze,
których panią jestem, i te niemało mnie ucieszyły. Co też na
nich miałam projektów! <begin id="b1369499013587-3177463156"/><motyw id="m1369499013587-3177463156">Pieniądz, Dar</motyw>Zdawało mi się, że całą Warszawę zakupię! Dla siebie nic nie potrzebuję, bo z łaski Państwa mam
wszystko, ale chciałam każdej pannie zostawić upominek i dać
każdej po pierścionku złotym. Madame mnie zmartwiła mówiąc, iż by ledwie dla czterech wystarczyło; chciałam potem
kupić dla Madame Strumle salopkę blondynową, alem się dowiedziała, że taka kilkadziesiąt dukatów kosztuje; nareszcie
po długich wahaniach tak się namyśliłam: dukata poślę do
fary do Pana Jezusa na mszą, żeby Państwa interesa dobry
obrót wzięły i pani starościna zawsze tak szczęśliwą była jak
teraz; dukata zmienię na tynfy<pe><slowo_obce>tynf</slowo_obce> --- drobna moneta polska, bita w latach 1663--1666, nazywana od Andrzeja Tymfa, zarządcy mennic koronnych za czasów Jana Kazimierza.</pe> i rozdam między służebne
tego domu, a za dwa dukaty w niedzielę małą ucztę wyprawię:
będzie kawa, której tu nigdy nie pijamy, będą ciasta, owoce;
już Madame Strumle zezwoliła na ten użytek pieniędzy. Niech
Bóg da zdrowie kochanej pani starościnie, że mi taką przyjemność sprawiła, bo jak mnie się zdaje, większej nie ma nad częstowanie i obdarzanie drugich<end id="e1369499013587-3177463156"/>; jeśli sobie życzę dostać męża
jeszcze bogatszego od siebie, najwięcej dlatego, żebym pieniądze i podarki suto rozdawać mogła.</akap>


<akap>Moja edukacja znacznym postępuje krokiem, już kilka kontradansów i menuetów gram z nut, a wkrótce zacznę się uczyć
najmodniejszego teraz polskiego tańca, niepięknie, bo ,,Stu
diabłów", zwanego; ale sześć razy wypada w nim rękoma na
krzyż grać. Najdalej za miesiąc suche drzewo z wieńcem będzie w robocie; haftuję też na kanwie strzelca z fuzją i z chartem na smyczy; czytam wiele, piszę pod dyktacją, przepisuję,
po francusku gładziej mówię niśli po polsku i w tym dowodzę,
że niedługo do dobrego tonu należeć będę mogła. O taniec ani
się pytać, nie wiem, czy mi metr nie pochlebia, ale mówi zawsze, iż w całej Warszawie nie ma takiej jak ja tancerki.
U księstwa bywam czasem, ale rano, kiedy nikogo nie ma;
zawsze tam wiele miłych nasłucham się rzeczy, osobliwie<pe><slowo_obce>osobliwie</slowo_obce> (daw.) --- szczególnie.</pe> od
księcia, który już by miał ochotę, żeby mnie odebrano z pensji, ale księżna i Państwo zimy chcą czekać. Dopiero koniec
lipca, to bardzo daleko. Czy też ta zima przyjdzie kiedy?</akap>



<srodtytul>Dnia 26 grudnia, we wtorek</srodtytul>


<akap>Przyszła nie tylko zima, ale i chwila opuszczenia pensji;
przyszedł ten moment pożądany, w którym inne zupełnie rozpocznę życie. Dziennik mój nawet zrobi się obfitszym, zabawniejszym, i także na to niezmiernie się cieszę. Nie wrócę do
maleszowskiego zamku, aż Bóg wie kiedy; księstwo tak łaskawi, iż żądali koniecznie i otrzymali od Państwa pozwolenie zatrzymania mnie przez tę zimę u siebie i wprowadzenia w wielki świat. Pojutrze już kończę pensję i osiądę na dobre u księstwa. Żal mi trochę porzucać Madame Strumle i panny, z którymi się zaprzyjaźniłam, ale wyznam szczerze, że radość wydobycia się z tej klatki, poznania tego świata, o którym już
tak dawno słyszę i myślę, zupełnie żal przemaga<pe><slowo_obce>przemóc</slowo_obce> (daw.) --- pokonać.</pe>. Wnet zobaczę króla, królewiców, będę u dworu; księcia kurlandzkiego co
dzień się spodziewają, i jego poznam. Ach! jakże od tych dni
kilku, co wiem, że już rzucę pensją, czas pomału idzie.</akap>




<srodtytul>Dnia 28 grudnia, we sobotę</srodtytul>


<akap>Dzisiejszy dzień na zawsze dla mnie pamiętny: z rana przyjechała sama księżna wojewodzina i wzięła mnie; przy niej żegnałam się z pannami, z Madame Strumle i pomimo tego, żem
tej chwili od tak dawna żądała, od łez wstrzymać się nie mogłam. Po drodze wstąpiliśmy do kościoła, ale nie byłam zdolną modlić się dobrze, bo myśli dziwnie były rozbujane. Jużem
usadowiona; księstwo mieszkają w swoim pałacu na Krakowskim Przedmieściu<pe><slowo_obce>w swoim pałacu na Krakowskim Przedmieściu</slowo_obce> --- pałac Tarnowskich.</pe>, prawie naprzeciwko pałacu księcia wojewody ruskiego; niezbyt wielki, ale wcale piękny; z drugiej
strony ma widok na Wisłę i maleńki ogród. Ja mieszkam
w ładnym pokoju, który w lecie osobliwie dziwnie musi być
przyjemny, bo z gankiem i z wyjściem do ogródka; z jednej
strony mam komunikacją z księżną, z drugiej z służebną moją. Już był krawiec, brał mi miarę i dziwił się nad szczupłością
i giętkością stanu mego; zrobił mi sukien par kilka, nie wiem,
jakie będą, bo księżna sama wszystko dysponuje, a takie uszanowanie (bodaj czy nie strach) we mnie wzbudza, że spytać
jej się o nic nie śmiem. Książę, choć mężczyzna, daleko mi
mniej imponuje, bo też bardzo łagodnego charakteru i wielce
przyjemny; żal mi, że go teraz w Warszawie nie ma: pojechał
do Białegostoku naprzeciw księcia kurlandzkiego, w tych
dniach oba wrócić mają: w wysokich jest łaskach u królewica.
Jutro mamy jechać na wizyty, księżna mnie obwiezie po znaczniejszych domach, gdyż tak się zawsze czyni, kiedy kto chce
być znanym i na kompanie<pe><slowo_obce>kompania</slowo_obce> --- tu: przyjęcie, zabawa.</pe> proszonym. Trochę się lękam
tych wizyt, a oraz<pe><slowo_obce>a oraz</slowo_obce> (daw.) --- a równocześnie.</pe> i cieszę się na nie; będą mi się przypatrywać, ale i ja też wiele rzeczy i osób zobaczę: początek każdej
rzeczy jest przykry.</akap>



<srodtytul>Dnia 29 grudnia, w niedzielę</srodtytul>


<akap>Trzy dobre nowiny mam do zapisania: królewic Karol wczora o godzinie pierwszej z południa przyjechał, z nim książę
wojewoda, który mnie jak siostrę w domu swoim witał, i już
po wizytach; oddaliśmy ich kilkanaście. Nie wiem, czy potrafię
wszystkie domy wyliczyć, zwłaszcza że były takie, gdzie nas
nie przyjęto, jak to u posła francuskiego i hiszpańskiego, którzy tu są z żonami, u prymasa i u wielu innych; tam księżna
zostawiać kazała karteczki ze swoim tytułem i nazwiskiem.
Naprzód byliśmy u pani Humieckiej, miecznikowej koronnej,
jako u wujenki<pe><slowo_obce>wujenka</slowo_obce> --- żona wuja.</pe> mojej, potem u księżnej strażnikowej Lubomirskiej, bratowej księstwa; ta jako młoda, przystojna i księżniczka Czartoryska z domu, rej między młodymi paniami wodzi i niezmiernie francuszczyznę lubi. <begin id="b1369652458972-909876562"/><motyw id="m1369652458972-909876562">Język</motyw>Bardzo mi się przydaje
moja umiejętność w francuskiej mowie, której już dobre początki wywiezłam z Maleszowej, a wydoskonaliłam na pensji.
Tu, im dom znakomitszy, im gospodyni młodsza, tym więcej
po francusku mówią, a jak mężczyźni poważni łaciną strzępią
mowę swoję, tak młodzież francuszczyzną. Wolę ten zwyczaj,
bo rozumiem, co mówią.<end id="e1369652458972-909876562"/></akap>


<akap>Byliśmy u hetmanowej Branickiej; jej mąż, hetman wielki
koronny, jest jednym z najbogatszych panów w Polsce, ale
dwór źle go widzi. Byliśmy i u księżnej wojewodziny ruskiej,
u tej rozmowa była co do słowa po polsku; bo też to już stateczna pani: podobała mi się niezmiernie. Poznałam u niej jedynaka jej syna, dziwnie przystojnego i grzecznego kawalera;
wiele mi pięknych rzeczy powiedział, i podobnom na tej wizycie najlepiej się zabawiła. Ale źle mówię, zabawiłam się równie
dobrze u kasztelanowej krakowskiej Poniatowskiej. <begin id="b1369652580827-2357029363"/><motyw id="m1369652580827-2357029363">Grzeczność</motyw>To białogłowa niepospolita, wiele i z zapałem mówiąca; zastaliśmy ją
w wielkiej radości, gdyż w gronie familii witała ukochanego
syna, który niezbyt dawno z Petersburga powrócił, owego syna, o którym to mówią cichaczem, że królem może będzie.
Przypatrywałam mu się pilnie; nie mogę powiedzieć, żeby mi
się podobał, ale przyznać muszę, że piękny i grzeczny. Nie
wiem, czy to tak z natury, czyli<pe><slowo_obce>czyli</slowo_obce> --- czy z partykułą pytajną -li.</pe> też udanie, ale zdawało mi
się, jakby już coś królewskiego miał czy chciał mieć w sobie:
wspaniała i układna nad wiek postawa, chód i ukłon inny jak
u wszystkich.<end id="e1369652580827-2357029363"/></akap>


<akap>Zabawiłam się także wybornie u wojewodziny podolskiej
Rzewuskiej, bośmy zastali i męża jej, hetmana polnego.
O przygodach dziecinnych lat jego, jak w dobrach ojca między wiejskimi dziećmi ukryty boso chodził, o męstwie, zahartowaniu --- tyle słyszałam od Jmć Dobrodzieja, iż dziwnie mi
było miło go widzieć. Ma lat przeszło pięćdziesiąt, zdrów i silny; obyczajem dawnych Polaków brodę nosi, co mu powagi
dodaje; ma być i niepospolicie uczony: książę wojewoda mi
powiadał, że wcale piękne trajedie<pe><slowo_obce>trajedia</slowo_obce> --- dziś popr.: tragedia.</pe> pisze. Byliśmy i u pani
Brühlowej, żony ulubionego ministra króla Jmci; chociaż jego
nikt nie szacuje, u niej wszyscy bywają i z powinności, i chętnie, bo bardzo grzeczna osoba. Byliśmy także u pani Sołtykowej, kasztelanowej sandomierskiej. Już wdowa, ale jeszcze
młoda i przystojna; prezentowała nam swego syna Stasia;
stryj jego, biskup krakowski, chce koniecznie wziąć go do siebie na edukację, a matce żal niezmierny z nim się rozłączyć.
Chłopczyna mieć może lat dziewięć, a już grzeczny i rozmowny; jeszcze nie siedziały poważne panie, kiedy on już dla mnie krzesło przysunął, powiedział mi gładki komplement i pani kasztelanowa mówiła, że niezmiernie piękne twarze i czarne oczy
lubi. Byliśmy i u podskarbini wielkiej koronnej Moszyńskiej,
także wdowy, ona najczęściej w Dreźnie gości; łaskawie, czule nawet mnie przyjęła; jakiś nadzwyczajny afekt ciągnie mnie
do niej: zdaje mi się, jakbym ją od dawna już znała. I ona
uspokoić się nad moją urodą nie mogła; już to, prawdę powiedziawszy, wszędzie o niej mówiono, lubo<pe><slowo_obce>lubo</slowo_obce> (daw.) --- chociaż.</pe> nie wszędzie głośno;
alem ja się zawsze tego domyślała; wyznać też trzeba, że nigdy
w życiu, nawet na weselu Basi, nie byłam tak pięknie ubrana,
nie było mi tak do twarzy. Miałam suknią grodeturową białą
z szerokimi gazowymi falbankami, niebieską turkiezę<pe><slowo_obce>turkieza</slowo_obce> --- suknia kroju tureckiego, bez rękawów.</pe> z ogonem, a na głowie perły. Zupełnie byłabym kontentna z tych
wizyt, gdybym była gdzie księcia kurlandzkiego spotkała;
a z tą nadzieją wyjeżdżałam, alem omyloną została. Po długim niewidzeniu się z ojcem, z królem Jmcią, cieszy się teraz
i nie wyjeżdża z królewskiego pałacu. Łatwo to pojąć, i mnie
już nieraz (osobliwie na pensji) bardzo było do Państwa
tęskno. Ale wkrótce karnawał się zacznie, balów, asamblów<pe><slowo_obce>asambl</slowo_obce> (z fr.) --- zebranie towarzyskie.</pe>
będzie bez końca, królewic Karol na wszystkich prawie bywa,
gdyż jak książę wojewoda mówi, bardzo bawić się lubi: poznam go więc bez wątpienia.</akap>





<srodtytul>Dnia 1 stycznia 1760 r., we środę</srodtytul>


<akap>Otóż spełnione życzenia moje, i jak! Nie tylko poznałam
królewica, ale mówiłam z nim; nie tylko mówiłam z nim, ale
i... Lecz nie będzież to zbyteczna śmiałość napisać to, do czego
bym się może nikomu nie przyznała, czemu zaledwie śmiem
wierzyć, co mi się może, jako niedoświadczonej dziewczynie,
przyśniło?... Oj, nie przyśniło się! Co nie, to nie! Ja zawsze
wiem dobrze, kiedy się komu podobam, jeszczem nigdy w tej
mierze się nie omyliła; miałżeby to być raz pierwszy? I proszę, cóż by w tym było tak dziwnego, że kiedy mnie Pan Bóg
piękną stworzył i wszyscy mnie za taką uznają, królewic patrzył na mnie takimi oczyma jak wszyscy! Jak wszyscy? Oj!
podobno w oczach jego coś więcej jak we wszystkich było.
Może też to oczy takie; pierwszyć on królewic, któregom w życiu widziała i słyszała; na tym balu maskowym nie było innego; zapewne każdy z nich taki uprzejmy i grzeczny... Takaż
by wielka między nimi i innymi ludźmi miała być różnica?...
Ale rzecz każdą zawsze porządnie opisywać należy, trzeba więc
wszystko powiedzieć koleją<pe><slowo_obce>koleją</slowo_obce> --- dziś: po kolei.</pe>.</akap>


<akap>Wczora rano księżna kazała mnie zawołać do siebie i tak mi
powiedziała: ,,Dziś, jako w ostatni dzień roku, bywa zwyczajnie reduta<pe><slowo_obce>reduta</slowo_obce> (daw.) --- bal maskowy.</pe>, czyli bal maskowy; wszyscy panowie, król nawet
i królewice bywają na nim, i waćpanna będziesz z nami, ubrana za Dziewicę Słońca". Ucieszyłam się niesłychanie i pocałowałam księżnę w rękę. Niedługo po obiedzie zabrano się do
ubioru mego; zupełnie on był od zwyczajnego odmienny, bo
bez pudru, bez rogówki<pe><slowo_obce>rogówka</slowo_obce> (daw.) --- wkładana pod suknię i usztywniająca ją spódnica rozpięta szeroko na trzech obręczach zrobionych z rogowej substancji pochodzącej z podniebienia wieloryba.</pe>... Księżna mi powiedziała bardzo poważnie, że lubo strój mój wcale nie jest przyzwoity i zgubioną
byłaby białogłowa, która by w innej okoliczności podobnież
się ubrała, ona się spodziewa, że ja najmniejszej nieprzyzwoitości nie popełnię i układnością twarzy i postawy nagrodzę, co strojowi na powadze zbywa. Usłuchałam jej wiernie;
chociaż wesołą i żywą jestem, umiem przybrać wspaniałą minę
i tak mi się to udało tego wieczora, że wiele osób słyszałam
pytających się: ,,Cóż to za przebrana królowa?" Nie przyszło
mi to dotąd do głowy, ale teraz mnie ta myśl martwi... Nie
sposób tak co dzień chodzić; a może w tym ubiorze ładniejszą
byłam jak co dzień?... Ładniejszą jak ładniejszą, ale zupełnie
inną. Włosy z pudru wyczesane, jak kruk czarne, spadały wijąc się na czoło, szyję i ramiona; suknia gazowa biała bez ogona, w stanie bogatą przepaską ściśniona; na piersiach słońce
złote, a na głowie wielki welum<pe><slowo_obce>welum</slowo_obce> (z łac.) --- welon, zasłona.</pe> przezroczysty i biały, który
owijał mnie całą jakby obłokiem. Nie poznałam się, gdy po
skończonym ubiorze pozwolono mi się przejrzeć w zwierciedle;
może by mnie dziś nie poznano?...</akap>


<akap>Gdyśmy weszli do sali, już była prawie pełna; odurzałam<pe><slowo_obce>odurzeć</slowo_obce> --- dziś: zostać odurzonym (od daw. ,,dur": szaleństwo).</pe>
na to mnóstwo osób, pięknie i rozmaicie ubranych, w maskach,
bez masek, w strojach zwyczajnych i nadzwyczajnych; nie
wiedziałam, gdzie wzrok obrócić, komu się przypatrywać najpierwej. Wtem szmer się zrobił. ,,Książę kurlandzki!" --- powiedziało głosów kilka i w gronie dorodnej i bogato przystrojonej młodzieży ujrzałam go. Lubo w mało co odmiennym od
otaczających go ubiorze, od razu go poznałam, bo wzrostem,
kształtną i okazałą postacią, łagodnością dużych oczów niebieskich, słodyczą uśmiechu różnił się cd wszystkich. Pótym
na niego patrzyła, póki on mnie nie zobaczył; ale skoro się
oczy nasze raz spotkały, już przypatrywać mu się nie mogłam,
bom zawsze jego wejrzenie spotykała; widziałam, jak się
o mnie pytał, i kogóż? księcia wojewody; widziałam wyraz
radości na twarzy jego, gdy się dowiedział, kto jestem,
i jeszcze ten wyraz nie znikł, kiedy przystąpił do księżnej,
przywitał ją uprzejmymi słowy i głosem nad wyraz miłym.
Zaraz po pierwszych komplementach wzięła mnie księżna za
rękę i prezentowała jako siostrzenicę swoję; ani wiem, jak się
ukłoniłam, podobno nie tak, jak mnie metr<pe><slowo_obce>metr</slowo_obce> --- z fr. <slowo_obce>maître</slowo_obce>: mistrz, nauczyciel.</pe> uczył, bom bardzo
była zmięszana; nie wiem także, co królewic do mnie mówił,
tylko to wiem, że otworzył bal z księżną, a drugiego polskiego
tańca już ze mną tańcował i --- czego bym się nigdy nie była
spodziewała --- on mówił do mnie, a ja mu dosyć śmiało i gładko odpowiadałam. Pytał się o Państwo, o panią starościnę,
ojej wesele. Dziwno mi było, skąd to wszystko mógł wiedzieć,
ażem sobie przypomniała, że kasztelanic Kochanowski zausznikiem<pe><slowo_obce>zausznik</slowo_obce> --- powiernik i osoba dostarczająca informacji.</pe> jest jego. Taki poczciwy, że nie tylko strawił gęś z czarnym sosem, ale jeszcze jak najlepiej królewica o wszystkich
nas uprzedził; mnie bardzo zachwalił, lecz jak mówił królewic,
ani przez połowę, jak należało. O! jak też wiele podobnych powiedział mi rzeczy i w czasie tego tańca, i innych, bo prawie
z nikim, tylko ze mną i menuety, i kontradanse tańcował,
a usta mu się nie zamknęły.</akap>


<akap>Kiedy o północy uderzono z armat na znak, że rok nowy
starego pokonał, powiedział mi: ,,O! na zawsze tę noc pamiętać
będę, nie tylko Nowy Rok, ale nowe życie rozpoczęła dla
mnie". A jak wiele do ubioru mego zręcznych przystosowań<pe><slowo_obce>przystosowanie</slowo_obce> --- tu: nawiązanie, aluzja.</pe>;
ani podobna wyrazić tego po polsku, bo on ciągle po francusku
mówił: nie to złoto na piersiach, ale oczy moje były słońcem;
ich spojrzenie ogień wieczny w sercach wznieca i tysiąc podobnych rzeczy; piękniejszych komplementów ani w romansach pani Scuderi, ani w pani de La Fayette nie czytałam.
Miałaby to wszystko być dworszczyzna? Udanie? Miałżeby te
przyjemne słówka mój ubiór jedynie sprowadzić? Bieda mi
wielka, że nie mam się kogo o to zapytać; Państwo w Maleszowej, księżnej się boję, księciu, jako mężczyźnie, takich rzeczy
mówić nie śmiem; sama sobie zostawiona, tydzień temu jeszcze
na pensji, wśród nauk, metrów, dziś już grająca jakąś rolę na
święcie, zupełniem omaniona. Za dziesięć dni najdalej pani
starościna ma tu zjechać; ona rozsądna, ona mnie pewno
oświeci; cieszę się niezmiernie na jej przyjazd; już trzy kwartały, jakem nie widziała tej ukochanej siostry, wiem tylko, że
coraz szczęśliwsza, coraz więcej od męża kochana... Mój Boże!
czy ja też jeszcze kiedy królewica obaczę? Czy on mnie też
pozna w zwyczajnym stroju moim? Czy mu się wydam tak
ładną?</akap>



<srodtytul>Dnia 3 stycznia 1760 r., w piątek, w Warszawie</srodtytul>


<akap>Ciekawość moja niedługo natężoną była, widziałam królewica, już nawet dwa razy; poznał mnie i tymiż samymi widzi
oczami. Ani pojmuję, skąd mi takie dziecinne obawy przyjść
mogły do głowy. Gdyby się on nie wiem jak przebrał, wszak bym go poznała. Ledwiem w dzień Nowego Koku dziennik pisać skończyła, kiedy przyszedł do mego pokoju książę wojewoda. ,,Franusiu! --- powiedział --- przeszłaś wszelkie spodziewanie; ułożenie twoje na wczorajszym balu było wyborne,
podobałaś się powszechnie, a nawet znakomitym osobom.
Wracam w tej chwili z pokojów, gdziem wraz z senatorami
i ministrami królowi Jmci powinszowania składał. Jego królewicowska mość książę kurlandzki przyszedł sam do mnie i wyznał, iż nie widział nigdy nic podobnego tobie; i gdyby nie
etykieta dworska, która go przymusza cały dzień dzisiejszy
z królem Jmcią strawić, złożyłby ci osobiście powinszowanie
swoje". Myślałam, że mi krew wytryśnie z twarzy, takim rumieńcem spłonęłam na te przyjemne słowa; książę zaś, jakby
tego nie widząc, odszedł, a mnie zostawił z radością i z myślami mymi... Nie omyliłam się więc w niczym... Nie tylko na
balach, ale w domu widywać będę królewica! Nie widział
nigdy nic mnie podobnego! Te ostatnie wyrazy nieustannie
dotąd słyszę, jakby mi je kto ciągle powtarzał; pochlebne
słówka tak mile i dobitnie w ucho wpadają.</akap>


<akap>Dano wnet znać do stołu, nadzwyczaj byłam wesoła, księżna aż strofowała mnie kilka razy. Zaraz po obiedzie pojechaliśmy znowu na wizyty, aleśmy tylko dwa razy wysiedli, bo
wszystkie osoby, którym księstwo powinszowania złożyć chcieli,
wyjechały w tymże samym celu; spotykaliśmy się na ulicach,
zatrzymywały się karety, często kilka się ich zjechało: oddawano sobie nawzajem bilety: wielki był krzyk, śmiech, wrzawa. Powiększyła się jeszcze uciecha, gdy się ściemniło, bo
wtenczas hajduki i laufry<pe><slowo_obce>laufer</slowo_obce> --- sługa biegnący przed karetą i torujący jej drogę.</pe> pozapalali pochodnie i pięknie było patrzeć na to mnóstwo migających się świateł, wśród tego
natłoku powozów, jezdnych, liberii i koni. Było nawet przypadków<pe><slowo_obce>przypadek</slowo_obce> --- tu: wypadek.</pe> kilka, ale nam, Bogu dzięki, nic się nie stało. Już
o późnej porze wróciliśmy do domu; zmęczona, usnęłam prędko, lecz dziwne marzenia uwijały mi się we śnie... Nazajutrz
o samym południu, kiedy już na cały dzień ubrana siedziałam
z księżną w dużym bawialnym pokoju, którego okna na ogród
wychodzą, i nową w krośnach rozpoczynałam robotę, wpada
z pośpiechem pokojowiec i woła: ,,Jego królewicowska mość
książę kurlandzki!" Księżna zerwała się i pobiegła przyjąć go
u drzwi przedpokoju; ja w pierwszym poruszaniu schronić się
chciałam, ale ciekawość przemogła bojaźń i zostałam. Wszedł;
natychmiast przystąpił do krosien, pytał się o moje zdrowie.
Lubo zmięszana, odpowiedziałam wyraźnie; a gdy usiadł przy
krosnach, zajmując się moją robotą, tylem na sobie przemogła,
że pomimo rąk drżenia kilka cieniuchnych igieł dosyć grubym
jedwabiem nawlekłam od razu; królewic chwalił moję zręczność, bawił z pół godziny i chociaż najwięcej z księżną rozmawiał, znalazł przecież sposobność umieszczenia wielu grzecznych dla mnie słówek i patrzenia na mnie prawie ciągle; żegnając się oświadczył, iż spodziewa się widzieć nas dziś jeszcze
na balu. Dowiedziałam się wtedy, że poseł francuski, margrabia d'Argenson, daje bal i że ja mam być na nim; jakoż byłam.</akap>


<akap>Niech się schowa wesele Basi; nie co do parady, ale co do
grzeczności i zabawy. Jakże to wszyscy w tej Warszawie wysoko edukowani! Co kto usta otworzy, to komplement; najpiękniejsze jednak królewica komplementa; ale nie mógł tyle
ze mną rozmawiać jak na balu maskowym, ja mu też nie odpowiadałam tak śmiało: naprzód, już nie byłam Dziewicą
Słońca, tylko sobą samą, to zaraz inaczej; a po wtóre, zawsze
się tak zdarzało, iż która z dam obecnych stała tuż koło nas,
jakby posłuchiwać chciała. To mi się nie podobało; brzydko
tak być ciekawą, zwłaszcza osobom wysokiej edukacji.
Księżna w bardzo dobrym humorze, królewic z nią tylko
jedną z poważnych pań na wczorajszym balu tańcował. Książę
jeszcze łaskawszy na mnie jak zwykle, ale i zapytań wszelkich
unika, i żadnych mi rad nie daje; coraz z większą niecierpliwością kochanej siostry wyglądam. Cóż bym ja jej też rzeczy
powiedzieć miała!... Dopiero dziś tydzień, jakem pensją opuściła, zdaje mi się, że już miesiąc; tyle przez ten czas myśli
się przesunęło, tyle uczuć doznało, tak zupełnie inną jestem...
tak rzeczywistość przechodzi nawet marzenia...</akap>





<srodtytul>Dnia 5 stycznia, w niedzielę</srodtytul>


<akap>Kto by to odgadł? Przez cały dzień wczorajszy królewic, bale, zabawy i wszelkie marzenia zniknęły mi zupełnie z myśli;
zajęta byłam siostrą jedynie, lubom jej wcale dotąd nie widziała. Przyjechała wczora z rana, wcześniej, niż przyjechać
miała, bo niespodzianie zasłabła; ledwie stanęła w mieszkaniu
swoim, cierpienia się jej wzmogły: przybiegli tu dać znać.
Księżna natychmiast pojechała do niej na cały dzień; jam koniecznie także jechać chciała, ale mi nie pozwolono; w okropnych niespokojnościach byłam do północy --- do trzech kościołów posyłałam na msze, nareszcie o pierwszej wróciła księżna
z pomyślną wiadomością, że Basia zdrowa, a co mnie najbardziej zdziwiło: ma córkę. Dziś prawie na klęczkach prosiłam,
żeby mnie do niej puszczono, ale odpowiedziano mi, że ją dopiero za parę tygodni zobaczę<pe><slowo_obce>odpowiedziano mi, że ją dopiero za parę tygodni zobaczę</slowo_obce> --- według ówczesych pojęć pannie nie wypadało odwiedzać młodej matki.</pe>. Pan starosta był tu na chwilę,
uszczęśliwiony, że ojcem został; dziewczynka ma być śliczna,
tłusta, rumiana, będzie się zwała Aniela, dla kochanej matki
naszej. Żeby mi przynajmniej ją widzieć dano: cóż mi z tego,
żem ciotką, kiedy nie znam mojej siostrzenicy. Królewic dziś
rano przysłał tu, winszując wnuczki i dowiadując się o nasze
zdrowie. Jak mi przykro, że siostry widzieć nie mogę, wyrazić
nie potrafię; takem jej wyglądała niecierpliwie, i na cóż mi się
zda jej przyjazd?</akap>





<srodtytul>Dnia 8 stycznia, we środę</srodtytul>


<akap>Kochana siostra, jak mówią, zdrowa, ale jeszcze w łóżku leży; królewica raz tylko przez te dni widziałam: wyjeżdżał
onegdaj na polowanie z królem, ale za to wczora był znowu
niespodzianie z wizytą i więcej niż godzinę bawił<pe><slowo_obce>bawić</slowo_obce> (daw.) --- przebywać.</pe>. Jaki on
też dobry i tkliwy być musi, jak ojca kocha! O śp. królowej ze
łzami wspominał; widać równie, że wielką skłonność do Polaków czuje, że mężną ma duszę. Ach! wszystko, com kiedykolwiek o nim słyszała, com tu sama zapisała w tym dzienniku, wszystko to szczerą jest prawdą; owszem, za mało go
jeszcze chwalono, bo któż by opisać potrafił wdzięk jego
głosu, uśmiechu; szczególny wyraz spojrzenia wskroś przenika; ani się dziwię, że się imperatorowej podobał, że serce Kurlandczyków skłonił, ani się dziwić będę, gdy po śmierci ojca
Polacy królem go swoim wykrzykną... I jam mu się podobała!
Czasem mi się zdaje, że to być nie może... jednak mi to wczora jeszcze oczy, mowa jego i słowa księcia wojewody stwierdziły.</akap>


<akap>Księżna mnie nieco zasmuciła, bo jakby niechcący powiedziała u stołu, że królewicowi bardzo wiele białogłów się już
podobało i zawsze ta, którą ostatnią pozna, najpiękniejszą mu
się wydaje... Ale jaka ja też dziecinna! Czegóż się tym smucić?
Czyż na całym święcie mnie jedną tylko ładną Pan Bóg stworzył? W moich oczach wszystkie trzy warszawskie piękności:
starościanka Weslówna, krajczyna Potocka, księżna Sapieżyna,
daleko ode mnie piękniejsze. I co jeszcze: umieją wszystkie
dodać sobie wdzięków, a ja tej sztuki bynajmniej nie znam.
Królewic mówi, że w tym mój wdzięk największy, jednak
mnie się wydaje, że mój rumieniec gaśnie przy ich licach.
Osobliwie na balu posła francuskiego krajczyna była zachwycająca i królewic tańcował z nią dwa razy. Niepodobna, żeby
oczu nie miał; a wreszcie czegóż ja to pragnę? Dawniej jedynym życzeniem było widzieć go: potem życzyłam sobie od niego być widzianą i ukłonić mu się; nareszcie zaczęło mi się
zachciewać, żeby mnie pochwalił: wszystko to się stało, a ja
nie przestaję na tym i zdaje się, jakbym czegoś więcej oczekiwać śmiała. Dobrze to ktoś powiedział: życzenia człowieka
granic nie mają.</akap>





<srodtytul>Dnia 12 stycznia, w niedzielę</srodtytul>


<akap>Już też spodziewam się, że teraz powinnam być kontentą:
we czwartek na balu u księcia wojewody ruskiego królewic
ze mną tylko tańcował; w piątek był znowu z wizytą, wczora
przysłał nam przez swego adiutanta inwitacją<pe><slowo_obce>inwitacja</slowo_obce> (z łac.) --- zaproszenie.</pe> na nową operę
włoską, <tytul_dziela>Semiramidę</tytul_dziela>, którą wystawiono na teatrze dworskim. Tam królewic mną jedynie był zajęty, tam prezentowaną byłam królowi, który bardzo dla mnie był łaskaw; pytał
się o obojga Państwa, szczególniej o Jmć Dobrodziejką, a przed
godziną przyjechał tu pan starosta z oświadczeniem, iż królewic chce koniecznie trzymać sam do chrztu maleńką Anielkę,
i to ze mną. Ze mną, broń Boże z kim innym: taka wyraźna
jego wola. Ja z królewicem w jednej parze?... A trzeba wiedzieć, że chrzest będzie paradny, w kościele kolegiaty królewskiej. Miało być więcej par w kumy wezwanych, ale przez
uszanowanie dla królewica jemu tylko zostawiony ten zaszczyt; inni będą świadkami i w tym celu zaproszą wiele znakomitych osób: cała Warszawa o tych chrzcinach mówić będzie, zapewne i ,,Kurier Polski" tak wielką nowinę umieści.
Co też tam Madame Strumle i panny z pensji na to powiedzą?
co Państwo? co wszyscy w maleszowskim zamku? co Macieńko
poczciwy? On gotów utrzymywać, że to skutek wróżb jego.</akap>


<akap>O! ten Macieńko! jak on mi często ze swymi słówkami na
myśli staje; on tych wszystkich niespokojności moich jest przyczyną; bo gdyby nie on, nigdy by mi żadne niedorzeczne myśli
nie postały w głowie. Kiedy ja też ledwie parę minut z tych
chrzcin nawet uradowaną byłam: księżna powiedziała, nie
wiem skąd i dlaczego, że kumostwo do małżeństwa jest przeszkodą, i ja na te słowa zadrżałam... Rzecz niepojęta! Co się
to w tej głowie roi! co się w tym sercu dzieje! Ta nieustanna
wątpliwość, to nieustanne przechodzenie z radości do jakiejś
obawy: nieznośne! Czasem wysokich nadziei, wesołych myśli
natłok, i w jednej chwili, jakby kto uciął, smutek i niesmak
umysł zajmuje.</akap>


<akap>Ale co mnie cieszy: obaczę przecież kochaną siostrę choć na
chwilę; po chrzcinach pojedziemy do niej, już wstała, zdrowiuteńka, ale jeszcze nie tak prędko wyjeżdżać będzie.</akap>




<srodtytul>Dnia 15 stycznia, we środę</srodtytul>


<akap>Wczora odprawiły się zapowiedziane chrzciny; widziałam
Basię na moment; jaka też śliczna! Wybielała, zeszczuplała,
a zawsze dobra jak anioł i szczęśliwa, jak gdyby królowa jaka.
Chociaż królewic prosił bardzo, żeby jej córeczce moje imię
dano, Basia oparła się temu, bo komuż, jeśli nie matce, pierwszeństwo się należy; skłonił ją przynajmniej do obietnicy, że
gdy drugą córkę mieć będzie, Franciszką ją nazwie: przyrzekła, a tymczasem tę ochrzcił ksiądz Szembek Anielą. Ładna dziewczynka, ale niezmiernie czerwona: podczas całej ceremonii bardzo krzyczała, znać, że się wychowa --- daj Boże!
bo już ją kocham serdecznie. Nie wiedziałam, jak sobie dać
z nią radę, pierwszy raz w życiu dziecko trzymałam, aż mi
królewic pomagać musiał, tak mi ręce mdlały. Jaki on też
dobry! Jak mi dziwno było stać wraz z nim przed ołtarzem
w przytomności tylu osób; w wielkiej księdze obok jego imienia swoje położyć: otóż to zapewne do tej osobliwości ściągały
się wróżby Macieńka! Wszyscy mi tego honoru bardzo winszują; królewic od tego czasu nierównie grzeczniejszy, nieco
poufalszy: nie nazywa mnie inaczej, tylko piękną kumą swoją, a maleńka to nasza Anielka. I pani starościnie, i mnie
śliczne podawał podarunki, kobiecie podającej dziecko, otaczającym ją dworzanom i ubogim sypnął po królewsku, panu staroście obiecał wyrobić u króla kasztelanią radomską. Ja tyle
świadczyć nie mogę, choćbym z duszy rada, ale i moje krzyżmo<pe><slowo_obce>krzyżmo</slowo_obce> --- tu: koszulka do chrztu, zwyczajowy podarek matki chrzestnej.</pe> dla Anielki, biała sukieneczka haftowana, niejednę mnie
godzinę kosztowała; w tak krótkim czasie trzeba ją było wykończyć. I królewic pochwalił tę robotę. Później i czapeczkę
jej zrobię w same robótki. Czasem jak pomyślę o tylu zaszczytach i honorach, zdaje mi się, że to wszystko snem tylko...</akap>


<akap>Ale zapominam o bardzo ważnej okoliczności: od kilka czasów<pe><slowo_obce>od kilka czasów</slowo_obce> (daw.) --- od jakiegoś czasu.</pe> przedmiotem rozmów wszystkich w Warszawie są łowy,
które książę Hieronim Radziwiłł, chorąży wojska litewskiego,
gotuje dla ucieszenia króla i królewica. Tysiące, krocie łoży,
żeby z czymsiś paradnym wystąpić; zwierza dzikiego z głębi
Litwy niemal o sto mil sprowadza i to polowanie ma już być jutro. Czas piękny, mroźno, sanna wyborna; królewic koniecznie rad by swoję kumę powiózł, i tak się stanie. Cztery piękności warszawskie (bo do trzech dawnych już mnie jako czwartą liczą) w jednych saniach pojadą, a królewic końmi kierować będzie. Wszystkie cztery będziemy miały jednego kroju
ubiór, ale każda innego koloru; jam sobie obrała amarantowy,
krajczyna niebieski, księżna zielony, starościanka brązowy.
Będziemy miały szuby aksamitne, do stanu zrobione, z sobolami i takież same kołpaczki. <begin id="b1369657491317-439832916"/><motyw id="m1369657491317-439832916">Matka</motyw>Szkoda, że Basia tego wszystkiego widzieć nie będzie, ale ona taka ze swojej Anielki szczęśliwa, że już niczego więcej nie żąda; mało z nią byłam, jednak
mi mówiła, że od tego czasu, jak jest matką, to jej się wydaje,
że jest zupełnie inną osobą, że jakby nowe serce, nowe życie
znalazła. Ani słówka powiedzieć jej o sobie nie mogłam.<end id="e1369657491317-439832916"/></akap>




<srodtytul>Dnia 17 stycznia, w piątek</srodtytul>

<akap>Jak żyję na tym świecie, nic podobnego nie widziałam i już
podobno nie zobaczę; jakże te łowy były wspaniałe! Wyjechaliśmy o godzinie dziewiątej z rana; aniby nikt zliczył mnóstwa
sań i koni, nasze jednak były najpiękniejsze i zaraz za królewskimi jechały. Królewic w myśliwskim stroju, zielonym,
aksamitnym, nadzwyczaj pięknie wyglądał; pojechaliśmy da leko, daleko, za kościół Świętokrzyski: tam między Szulcem<pe><slowo_obce>Szulc</slowo_obce> --- dziś: Solec, dzielnica Warszawy między Powiślem a Ujazdowem.</pe>
i Ujazdowem, zsunąwszy się z góry, na której leży cała Warszawa, jest równe pole<pe><slowo_obce>równe pole</slowo_obce> --- dziś Łazienki (przyp. aut.).</pe> zwykle zbożem zasiewane; to pole
książę Radziwiłł ogrodzić kazał, i to ogrodzeniem prześlicznym,
z herbami i napisami. Wpośród tego pola wystawiono zieloną
altanę<pa><slowo_obce>Wpośród tego pola wystawiono zieloną
altanę</slowo_obce> --- Tę altanę do r. 1823 widzieć było można w łazienkowskim lasku.</pa> żelazną, na wszystkie strony otwartą, rogatkami żelaznymi przeciw dzikiemu zwierzowi obronioną; wewnątrz jak
na dole, tak w górze zielonym aksamitem była wybita, a dno
przednimi krzyżakami<pe><slowo_obce>krzyżak</slowo_obce> --- cenne futro litewskiego lisa z dwoma krzyżującymi się czarnymi pasami.</pe> wysłane. Tam wszedł król z królewicem; dla przedniejszych panów było miejsce wyniesione koło
altany, niedźwiedziami zasłane<pe><slowo_obce>niedźwiedziami zasłane</slowo_obce> --- wyścielone niedźwiedzimi skórami.</pe>, a dla dam i reszty panów amfiteatr z obu stron ogrodzony; cały był pełny; przyległe góry zupełnie okryte ciekawym ludem. Tym piękniejszy był widok, iż zostawiwszy plac wolny koło altany, dalej wysadzono drzewami ulic kilkanaście; wysokie sosny wizerunek prawdziwego
lasu przedstawiały...</akap>


<akap>Ledwieśmy przyjechali i zasiedli miejsca swoje, kiedy za danym znakiem z rogów i trąb myśliwskich z miejsc, gdzie zwierza trzymali strzelcy księcia Radziwiłła, puszczono ośmiu łosiów, trzech niedźwiedzi, wilków dwudziestu pięciu i dzików
dwudziestu trzech. Psy wyuczone przez knieje napędzały zwierza przed altanę; ani podobieństwo opisać tego ryku; tej psów
i dzikiego zwierza zajadłości, krzyku niewiast, tej całej wrzawy; król, strzelając z altany, sam ubił trzech dzików, pod wystrzałami królewica padło kilkanaście zwierza, a niedźwiedzia
jednego wziął na oszczep, co jest rzadkiej siły i zręczności dowodem; skórę jego będę miała pod nogi. Przeciągnęła się tą
zabawa aż do czwartej po południu; rozdawano mięsiwa, ciasta
i różne rozgrzewające napoje. Strzelców i strażników księcia
Radziwiłła było 84, w barwę jęgo suto przybranych, ze strzelbą i 2 dzidami, prawdziwie każdy z łatwością mógł poznać, że
bogaty i wspaniały książę królowi swemu ucztę i zabawę wyprawia. Bardzo wiele wierszy łacińskich i polskich napisano
na to polowanie, te mi się najlepsze zdawały:</akap>






<poezja_cyt><strofa>Tu, gdzie klęski licznego zwierza i zawody,/
Niedawno się pierzchliwe śmiele pasły trzody;/
Tu, gdzie gaj zielonymi cień podaje drzewy,/
Niedawno się w kształt fali bujne chwiały siewy./
Sławo, któreś Rzymianów widoki wielbiła,/
Te nam widzieć przewaga daje Radziwiłła,/
Czy spojrzysz na patrzące, na źwierze, na lasy./
Nic wspanialszego dawne nie widziały czasy./
Czym stawne były gmachy i gonity w Rzymie,/
Toś zniósł wszystko na ten plac, wielki Hieronimie!</strofa></poezja_cyt>





<akap>Wilią<pe><slowo_obce>wilia</slowo_obce> --- wigilia, dzień poprzedzający święto.</pe> rocznicy koronacji królewskiej tak suto obchodził
książę Radziwiłł, z tej okazji będzie i dziś bal u marszałka
Bielińskiego; proszonam na niego.</akap>



<srodtytul>Dnia 19 stycznia, w niedzielę</srodtytul>


<akap>Bal był wspaniały. Królewic wesoły, szczęśliwy, bo król go
w tym dniu udarował kosztowną gwiazdą orderową z samych
brylantów. Wieczerza była suta, tym szczególniejsza, że jako
w piątek, ani kawałka mięsiwa nie dano. Ja bardzo wiele tańcowałam, serdecznie też nogi mnie bolą; żal mi jednak, żem
się z tym wymówiła, bo już mam zapowiedziane dziesięć dni
siedzenia w domu i odpoczynku. Księżna się boi, żeby mi nie
zaszkodziły te nieustanne tańce i niewczasy<pe><slowo_obce>niewczas</slowo_obce> (daw.) --- niewygoda.</pe>; jakoż w samej
rzeczy zbladły cokolwiek moje rumieńce. Mieliśmy listy z Maleszowej; Jmć Dobrodziejka sama pisać do mnie raczyła, bardzo mi zaleca, ażebym zdrowia ochraniała, a nade wszystko
żebym troskliwą była o moją sławę i szczęście, żadnej się nie
dopuściła płochości<pe><slowo_obce>płochość</slowo_obce> (daw.) --- lekkomyślność.</pe> i wiary zupełnej nie dawała pochlebnym
słowom, które się o moje uszy obiją. Jmć Dobrodziejka pisze, iż często nie piękność prawdziwa, ale jakieś uprzedzenie sprawia, że pannę za piękną okrzyczą; że bardzo często stąd wypływa jej nieszczęście, bo zawróci jej się głowa, gdzieś wysoko
swoje widoki zamierzy i najczęściej osiada na koszu<pe><slowo_obce>kosz</slowo_obce> (daw.) --- odmowa na propozycję zawarcia związku.</pe>. Mam
w Panu Bogu nadzieję, iż ze mną tak nie będzie; choćbym
nawet zbyt wysoko moje widoki zwróciła i nie udały się, nikt
by tego po mnie nie poznał. Jednak do łez mnie rozrzewnił
list Jmć Dobrodziejki, noszę go zawsze w kieszeni i często odczytuję; dobrze to Pan Bóg zrobił, że słowa matki albo ojca
tak prosto do serca trafiają: szczęśliwa młoda panna, która
rodzicielskiego nie opuszcza domu; pomimo wszystkich sukcesów moich bardzo często maleszowskiego zamku żałuję.</akap>





<srodtytul>Dnia 29 stycznia, we środę</srodtytul>


<akap>Skończyło się przecież dziesięć dni rekolekcji moich; przez
ten czas cztery były bale; jeden z nich maskowy, gdzie w kadrylu<pe><slowo_obce>kadryl</slowo_obce> --- kontredans tańczony w cztery pary.</pe> szkockim ja z trzema pięknościami figurować miałam;
zastąpiła mnie wojewodzina Małachowska, a ja przez te dnie
nogą nie ruszyłam, bo pomimo próśb usilnych królewica i Bóg
wie nie czyich księżna przebłagać się nie dała: jak raz co powie, nie zwykła odmieniać zdania. Żal mi było trochę tych
balów, szczególniej maskowego; ale nikt tego po mnie się nie
domyślił, bo to wstyd, słuszną panną będąc, dziecinne okazywać żale, wreszcie królewic tak często bywał i tę moję stałość
i męstwo tak wysoko cenił, iż nie mogłam być smutną. Od
czasu chrzcin znika co dzień bardziej ten wielki przedział,
który syna króla, księcia udzielnego, przyszłego może następcę tronu, od starościanki Krasińskiej dzielił; coraz mniej między nami etykiety; królewic chce być za równego miany: jaka
to niepojęta dobroć! Nad wyraz też mile godziny w jego towarzystwie schodzą; mówi nam o Petersburgu, o Wiedniu,
gdzie także czas jakiś gościł; opisuje poczciwych Kurlandczyków; a zawsze, choćby dwadzieścia było osób, umie wsunąć
słówko jakie pochlebne, którego znaczenia podobno nikt nie
zgadnie, tylko ja jedna. Jak on zna dobrze, co się w nieszczęsnej Rzeczypospolitej dzieje; jedynie przez uszanowanie dla
ojca nie śmie mówić wyraźnie.</akap>


<akap>O Boże! wielki Boże! żeby on też został królem! Księżna
powiada, że stąd pochodzą wszystkie jego nadzwyczajne
grzeczności, iż sobie zawczasu partię chce robić, i że gdyby kiedy był królem, może by na nas i nie spojrzał: o! co temu, wcale
nie wierzę, już się te oczy nadto wprawiły patrzeć na mnie.
Prawdziwie, że czasem, jak wzrok swój we mnie wlepi, to
nie wiem, gdzie się podzieć... Zwłaszcza że księżna podobno to
zważa i brwi marszczy... Już to ja dobrze widzę, iż ona mu
nie sprzyja; wszystko mi się zdaje, że ona Lubomirskiego
chciałaby widzieć królem. Wątpię, żeby się spełniły jej życzenia.</akap>


<akap>Dziś jest wieczorna zabawa u panien kanoniczek, tam będę;
bardzo dom przyjemny i uczęszczany: ksieni, panna Komorowska, prawdziwie godna i szanowna białogłowa. Właśnie wczora
przy stole mówiono wiele o kanoniczkach. Z Zahorowskich ordynatowa Zamoyska, bardzo dobroczynna i światła dama,
ufundowała to zgromadzenie i przepisała mu prawa na podobieństwo takiejże dam świeckich kapituły<pe><slowo_obce>kapituła</slowo_obce> --- rada przełożonych zakonu, tu ogólnie: zgromadzenie.</pe> w mieście Remiremont w Lotaryngii będącej. Mówią, że jej powodem do tej fundacji była litość nad młodą panną, która ze wstrętem, z rozpaczą prawie szła za mąż jedynie dlatego, iż sierotą zostawszy,
nie czując w sobie żadnego do życia klasztornego powołania,
a dla<pe><slowo_obce>dla</slowo_obce> (daw.) --- z powodu.</pe> wysokiego rodu iść w służbę nie mogąc, nie miała gdzie
się umieścić. Chcąc dla podobnie opuszczonych i równie zacnie
urodzonych dam z narodu polskiego przytułek otworzyć, gdzie
by z chwałą Boga, z honorem swoim i domów swoich chrześcijańskie życie prowadzić mogły, nie obowiązując się do klauzury<pe><slowo_obce>klauzura</slowo_obce> (z łac.) --- przepisy prawa kanonicznego ograniczające zakonnikom i zakonnicom kontakt ze światem zewnętrznym.</pe> zakonnej ani do przystojnego małżeństwa drogi sobie nie
zawierając, ordynatowa Zamoyska ten zakład uczyniła. Kupiła
Marywil, wielką budowlę, na ulicy Senatorskiej będącą, założoną przez Marią Kazimirę Sobieską; kaplicę, którą na pamiątkę zwycięstwa pod Wiedniem stawiać zaczęto, dokończyła, część pałacu przerobiwszy na mieszkania dla kanoniczek,
dochód z wynającia reszty im oddała. Składa się to zgromadzenie z dwunastu dam; jedna ksieni, jedenaście kanoniczek.
Ażeby panna była tam przyjętą, powinna mieć lat piętnaście,
być nie tylko z urodzenia szlacheckiego, ale dowieść trzy pokolenia z ojców i z matek. Jest jeszcze w tym zgromadzeniu
8 panien, które chór niższy składają, i te powinny być szlachcianki; one czynią posługi domowe i doglądają służebnych.
Dziadek nawet kościelny powinien być szlachcicem ubogim.
Już prawdziwie szlachecki zakład... Dziwi mnie, żem tak dobrze szczegóły o nim spamiętała. Od jakiegoś czasu trudno mi
o uwagę, to te zapusty temu przyczyną.</akap>



<srodtytul>Dnia 19 lutego, w wstępną środę<pe><slowo_obce>wstępna środa</slowo_obce> --- Popielec, środa rozpoczynająca Wielki Post.</pe></srodtytul>


<akap>A, Boguż dzięki! już po zapustach! Widzę, że i zabawy naprzykrzyć się mogą; nie wiem, czy bym zrachować potrafiła,
na wielu byłam balach przez te trzy tygodnie; a tak mnie
zmęczyło, że już nic robić mi się nie chciało, a raczej na nic
czasu znaleźć nie mogłam, bo mnie zajmowały stroje, wizyty,
asamble<pe><slowo_obce>asambl</slowo_obce> (z fr.) --- zebranie towarzyskie.</pe> i inne gale. Życie takie zrazu przyjemnym się zdaje,
są momenta niewypowiedzianego szczęścia, ale jakiś niesmak
wewnętrzny zostawia; nie pamiętam, żebym kiedy tyle chwil
smutnych, tyle godzin tęsknych spędziła, a tymczasem tyle
osób mnie ma za najszczęśliwszą, tyle mi zazdrości. Podobno
to Basia tego mi narobiła, już od dwóch tygodni bywam u niej
dosyć często, ona się lęka o mnie; sama taka szczęśliwa, tak
zawsze swobodna, mąż, dziecię i dom to cały świat dla niej.
Rada by koniecznie, żeby mój los podobnym był do jej losu;
a to bodaj już rzecz niepodobna; jej mowy jakąś trwogą mnie
napełniły, i ja coś przemyśliwać zaczynam... Jak też krajczyna
Potocka piękną była na wczorajszym balu maskowym... Ubrana za sułtankę, zdawało się, że panuje nad innymi białogłowami. Wszyscy byli w zachwyceniu. Jak wiele tańcowała! Ja
prócz jednego poloneza nie tańcowałam wcale: noga mnie
nagle zabolała; wielu mnie prosiło, i królewic zapraszał nareszcie, alem już nie chciała. A! Boguż dzięki, już po zapustach.</akap>



<srodtytul>Dnta 29 lutego, w sobotę</srodtytul>


<akap>Choć słów kilka naprędce: niespodzianie jadę na parę tygodni do Sulgostowa: wczora jeszcze o tym wzmianki nie było,
chociaż państwo starostwo już tu byli z pożegnaniem; ale dziś
rano przyszedł do mego pokoju książę wojewoda i powiedział,
że niezmiernie o tę łaskę siostra i szwagier proszą, że tam
może i Państwo przyjadą, a zatem zobaczę się z nimi. Nawykła
powodować<pe><slowo_obce>powodować</slowo_obce> (daw.) --- kierować.</pe> się wolą księcia, który wiem, iż tylko dobra mojego pragnie, usłuchałam i jadę. Księżna także wyjazd mój pochwala; korci mnie strasznie, że królewic o niczym nie wie,
a nie śmiałam zalecić nikomu, ażeby nieznacznie o tym
wspomniał... Księżna by to najlepiej potrafiła, ale cóż, kiedy
tak jej się boję! Może on też nie bardzo moim odjazdem się
zmartwi, może i uważać go nie będzie... tyle pięknych białychgłów w Warszawie... Krajczyna nigdzie nie jedzie... Wreszcie,
choćby się trochę zmartwił, niech też i on pozna... Ale już na
mnie wołają, trzeba się pakować...</akap>



<srodtytul>Dnia 15 marca, w niedzielę</srodtytul>


<akap>Od dwóch dni jestem na powrót w Warszawie; nie wiem,
jakim cudem dziennik mój, który zdaje mi się, żem włożyła
do sepecika<pe><slowo_obce>sepet</slowo_obce> --- skrzynka zaopatrzona w szuflady.</pe>, został tu w kantorku<pe><slowo_obce>kantorek</slowo_obce> --- mebel z pochyłym pulpitem, przeznaczony do pisania na stojąco.</pe>, i w Sulgostowie nic pisać
nie mogłam. Blisko trzy tygodnie tam bawiłam, zdało mi się,
że dłużej; Państwa nie widziałam, dopiero za cztery dni zjadą do starostwa, a książę wojewoda sam po mnie przyjechał,
i pół dnia czekać nie chciał, rozstawionymi końmi w dniu jednym przelecieliśmy tutaj. Królewic był zaraz nazajutrz, uważałam, że zmieniony, ale jeszcze piękniejszy, bo jakiś osłabiony, blady; dał mi do zrozumienia, iż wyjazd mój nagły bez
pożegnania tak go zmartwił; powiedział mi z goryczą, iż więcej względów mieć należy dla kuma, dla przyjaciela... Przyjaciela? Królewic przyjacielem moim! O! teraz żal mi, żem odjeżdżała... chociażem tego nieraz już i w Sulgostowie serdecznie
żałowała... Książę wojewoda mówi jednak, że bardzo dobrze
się stało; przyznaję się, że często go nie rozumiem, ale słucham ślepo, bom sobie wystawiła od dawna, iż on w układzie
losu mojego wielką grać będzie rolę. Księżna łaskawie mnie
przyjęła. W Sulgostowie najwięcej mi czasu zeszło na zabawie
z Anielką i takem się zrobiła dziwna, że z nią było mi najmilej; nieraz po godzinie miałam ją to w kołysce, to na ręku,
a często ledwiem nie udusiła z pieszczot. Z Basią prawie nic
osobie mówić nie mogłam, czekałam, żeby ona wyciągnęła
mnie na słówko, a ona, przeciwnie, chociem zaczęła, ucinała.
Raz zdaje mi się, że umyślnie pan starosta i ona powiedzieli,
że kiedy nie wypada uczucia jakiego podsycać, to najlepiej
o nim nie mówić --- zapomnieli o myślach... Schodziły mi także
godziny na robocie; już dawno, jak obiecałam na pewną intencję wyhaftować poduszkę do Pana Jezusa do fary; u Basi --- bo tak się zwać pozwala --- znalazłam wszystko, co mi
było do tego potrzeba, i tak pracowałam pilnie, żem skończyła. To były miłe momenta, zdawało mi się, że każdy ścieg
przyśpiesza spełnienie tajemnych życzeń, których tu i wypisać
nie śmiem. W Sulgostowie obchodzono suto rocznicę wesela
Basi, dużo się gości zjechało. Co to odmian w tym roku! Najwięcej ich w sobie samej spostrzegłam; i co dziwnego? Rok
temu nierównie byłam weselsza, a przecież nie chciałabym
może być taką jak wtenczas, nie chciałabym do tej nic nieznaczącej swobody powracać. Jednak wtedy daleko byłam szczęśliwszą; bo byłam nią ciągle i zawsze, a teraz tak krótkie
szczęścia, tak długie niespokojności, obawy i niesmaku chwile.</akap>





<srodtytul>Dnia 19 marca, we czwartek</srodtytul>


<akap>Królewic wczora tyle był wesół i przyjemny jak w początkach poznania się naszego, a ja od dawna równie miłego dnia
nie pamiętam. Był naprzód z rana, ale tylko na godzinę, bo
z królem wybierał się na polowanie do Puszczy Kampinoskiej,
w wieczór zaś, gdyśmy się go ani spodziewali, przybiegł, ja
myślę, że piechotą, bo sam, bez żadnego hałasu. Polowanie
bardzo się udało i przedziwne było zdarzenie. Kampinoska
Puszcza graniczy z lasami jakiegoś Zaborowa, dziedzic jego,
Izbiński, ma być szlachcic wcale do rzeczy; ten, mając już
kilka razy króla na gruncie swoim i zawsze częstując go suto
w altanie umyślnie na to wystawionej przy drodze<pa><slowo_obce>w altanie umyślnie na to wystawionej przy drodze</slowo_obce> --- miejsce, gdzie była ta altana, jeszcze jest widoczne.</pa>, przymawiał się już kilka razy o jakąś nagrodę: król mu starostwo
obiecał; ale pod warunkiem, żeby niedźwiedzia zabił w jego
lesie; już kilku ubito, a król obietnicy zapomniał; nareszcie
dziś w oczach króla szlachcic zabił sam ogromnego niedźwiedzia; nie tracąc i chwili, przyciągnął zwierza pod jego nogi
i powiedział: ,,Najjaśniejszy Panie! <slowo_obce>Ursus est, privilegium non
est</slowo_obce>. Niedźwiedź jest, a przywileju nie ma". Król się rozśmiał
serdecznie i święcie starostwo przyrzekł. Przeszło dwie godzin bawił królewic; teraz nieco jest wolniejszy, może niekiedy
wymknąć się z pokojów królewskich, bo dwaj jego bracia,
Albrycht i Klemens, są teraz w Warszawie. Królewic Klemens
dziwnie ma być dobry i nabożny; do stanu duchownego ma
powołanie i zapewne księdzem będzie. Słuszna rzecz ze strony
króla, iż kilku mając synów, jednego na służbę boską poświęci.
Jak dobrze jednak, że ta kolej na królewica Karola nie padła;
jakiś mnie dreszcz przeszedł, ale bo też dziś jeszcze był mróz,
chociaż prześliczny.</akap>



<srodtytul>Dnia 24 marca, we wtorek</srodtytul>


<akap>Lubo<pe><slowo_obce>lubo</slowo_obce> (daw.) --- chociaż.</pe> to w post, niepojęcie wesoło dnie od mego powrotu
ze wsi schodzą, czasem aż odurzona jestem... Królewic, jak
tylko może, wyrywa się z królewskiego pałacu i do nas przy biega; mówi zawsze, iż mu cięży bardzo ta dworska etykieta.
Ale od dnia jutrzejszego, niestety! wszystko się skończy. Księżna ma parę pokoików ciągle dla siebie gotowych u pp. sakramentek i tam co rok przed Wielkanocą na osiem dni się zamyka dla przygotowania się dostatecznego do spowiedzi; wszystkie pobożniejsze panie tak robią i ja naturalnie, że księżnie
towarzyszyć muszę. Przez osiem dni nie będziemy widziały
nikogo, tylko księży, będziemy czytać książki nabożne, robić
sprzęty do kościoła albo co dla ubogich... Nie mogę dosięgnąć
myślą końca tego tygodnia.</akap>





<srodtytul>Dnia 2 kwietnia, w Wielki Czwartek</srodtytul>


<akap>Już nasze rekolekcje odbyte, spowiedź wielkanocna odprawiona i nie pamiętam dawno, ażebym tak spokojną, tak swobodnej myśli była. Wielkie to i nieocenione dobro w zgodzie
być z sobą i z Bogiem! O, jak miłe, jak słodkie, jak poważne
obrzędy wiary naszej, jakie szczęście wychowanym być w ich
pełnieniu! Wybornego miałam spowiednika, księdza Bodue<pe><slowo_obce>Bodue</slowo_obce> --- właśc. ks. Gabriel Piotr Baudouin (1689--1768), misjonarz francuski osiadły w Polsce od r. 1717, filantrop, twórca szpitala Dzieciątka Jezus, wzniesionego w Warszawie dzięki jego wysiłkom w latach 1754--1762 między dzisiejszymi ulicami
Marszałkowską, Świętokrzyską i Przeskok.</pe>;
on jest w modzie, bo Francuz, ale i bez mody zawsze byłby
przewodnikiem duchownym z mego wyboru, gdyż prawdziwie
święty człowiek; a w takim z łatwością uznać namiestnika Boga, takiego rad skwapliwie<pe><slowo_obce>skwapliwie</slowo_obce> (daw.) --- chętnie.</pe> się słucha! Niemało godzin mi zeszło na osobnych z nim rozmowach. Jak też trafić umiał do
serca mojego, jaką skruchą go przejął, jak wchodził w moje
położenie, jak zbijał próżność, miłość własną! Jak mnie przeświadczyć potrafił o marnościach rzeczy ludzkich, o niebezpieczeństwach świata, o słodyczy życia poświęconego Bogu!... Doprawdy, raz miałam ochotę szarą siostrą<pe><slowo_obce>szara siostra</slowo_obce> --- szarytka, siostra Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo, założonego w 1633 we Francji, a zajmującego się opieką nad chorymi.</pe> w jego szpitalu zostać. Już nad tym nie żartem dumałam, przechadzając się żywym krokiem po izdebce mojej; czemuż w ten moment weszła
pokojowa i o strzelcu królewica coś mówić zaczęła: rozerwała
świątobliwe myśli moje i jużem ich potem uchwycić nie mogła.
Jednak sam ksiądz Bodue mi mówił, że żyjąc w świecie, na
tronie nawet, zbawionym być można, byle w niczym cnocie
nie uchybić; powinności stanu swego dopełnić, o biednych pamiętać; mówił i to, że taka świętość jeszcze więcej ma zasługi,
bo trudniejsza; dlaczegóż nie mam się odważyć na trudniejszy
zawód, kiedy czuję w sobie dostateczne siły; już ja nic podłego nie zrobię; jeśli grzeszę, to nie tym, że nisko, ale prędzej
tym, że wysoko patrzę. Ksiądz Bodue i tego wcale nie gani;
on powiada, że nie szkodzi dążyć do wysokiego szczytu, byle
iść do niego drogą cnoty, byle nad nim widzieć zawsze Boga,
sposób pomocy bliźnim i być gotową bez szemrania wrócić
na dół, gdyby taka była wola Jego. W takim ja też zupełnie
stanie zostaję i doprawdy tak jestem dziś lekka, swobodna,
tak mi oddychać łatwo, żem kontenta, że były te rekolekcje,
lubośmy nikogo a nikogo przez ten czas nie widziały; dziś
za to wszystkich zobaczę. Będziemy w zamku na zwykłych
wielkoczwartkowych ceremoniach: bardzom ich ciekawa.</akap>





<srodtytul>Dnia 10 kwietnia, w piątek</srodtytul>


<akap>I Wielki Tydzień, i wielkanocne święta minęły. Nie mogę
mówić, żeby te dnie były bez przyjemności; owszem, miałam
wiele chwil szczęśliwych, ale co ta spokojność umysłu i serca, już gdzieś uleciała... już się też i nagrzeszyło niemało:
ten biedny człowiek taki słaby i ułomny! Pomimo najstalszych
przedsięwzięć i zamiarów za najmniejszą okazją do dawnego
się zwraca. Na przykład, czy to rzecz słychana, w Wielki Czwartek, nazajutrz po spowiedzi i komunii, dałam się unieść próżności; doprawdy, że czasem gniewa mnie ta uroda. Gdym
tego dnia ubierać się miała w żałobę, jak zwykle w tej porze,
weszła do mego pokoju księżna, za nią jej panny służebne
i przyniosły mi ubiór przepyszny, zupełnie biały: suknia atłasowa z wielkim ogonem, wieniec z róż białych na głowę, takiż
bukiet do boku i długi blondynowy welum. Zdziwienie moje
księżna zaspokoiła mówiąc, że <begin id="b1369663570198-3658049533"/><motyw id="m1369663570198-3658049533">Miłosierdzie</motyw>jest taki zwyczaj u dworu, iż
w Wielki Czwartek, po skończonym w kaplicy pałacowej nabożeństwie, król i wszyscy schodzą się do wielkiej sali, w której już zastają przy nakrytym stole dwunastu starców; król
umywa im nogi naśladując pokorę Zbawiciela naszego, usługuje, gdy jedzą, a podczas tej ceremonii jedna z znakomitych
pierwszego towarzystwa panien, biało i pięknie ubrana, chodzi do przytomnych<pe><slowo_obce>przytomny</slowo_obce> (daw.) --- obecny.</pe> panów z tacą i prosi o dar jaki dla ubogich<end id="e1369663570198-3658049533"/>. Król sam zawsze tę pannę wymienia i na ten raz mnie
kwestarką mianować raczył; zebrane zaś pieniądze zawczasu
księdzu Bodue na szpital jego, już na dokończeniu będący,
przeznaczył. Ucieszyłam się niezmiernie tą powieścią; ale cóż?
wcale nie w tej myśli, że przyłożę się do tak miłosiernego
uczynku, lecz że się nie pokażę światu w żałobie, w której mi
nie do twarzy, że w gronie tylu dam ja jedna pięknie i biało
ubrana będę, a zatem najpiękniejsza. Nie byłaż to niesłychana próżność, zwłaszcza w dzień taki?... Lżej mi na sercu, żem
ten błąd tu wypisała.</akap>


<akap>Kwesta udała się jak najpomyślniej, do czterech tysięcy dukatów zebrałam; sam książę Karol Radziwiłł, mówiąc do mnie:
,,Panie kochanku! trzebać co dać tak pięknej damie!" --- sypnął od razu pięćset sztuk złota, aż się taca ugięła. Z początku
byłam nieśmiała, nogi mi drżały przy niskim ukłonie, który
przed każdym uczynić wypadało; ale potem ośmieliłam się
i dopieroż w ten dzień przydały mi się prawdziwie metra od
tańca nauki. Marszałek dworu oprowadzał mnie, wymieniał
każdego z panów i prosił za mnie; bo już co mówić, to bym
nie była potrafiła; a kiedy taca zdawała się zbyt ciężką, wypróżniał ją w osobny worek. Nasłuchałam się komplementów
co niemiara; królewic mi powiedział, że szczęście wielkie, żem
pieniądze, nie serca zbierała, bo każdy byłby musiał oddać mi
swoje; ja mu na to: ,,Nie prosiłabym nigdy o rzecz takową,
bo któż by dbał o uproszone serce?" Podobała mu się ta moja
otwartość; dziwię się jednak, jak mógł sądzić, że bym ja inaczej myśleć mogła? Niewieście prosić kogo o serce, choćby
króla samego, miałabym za podłość! Przyjąć, kiedy się dobrowolnie odda i kiedy się przyjąć godzi, to co innego... Ale
gdzie się myśli moje zapędzają, wcale o czym innym pisać
wypada.</akap>


<akap><begin id="b1369663773807-1340223611"/><motyw id="m1369663773807-1340223611">Król, Miłosierdzie</motyw>Ceremonia umywania nóg dziwnie mi się podobała; ten
król schylony u nóg ubogich starców, stojący potem za ich
stołkami, jeszcze mi dotąd tkwi w pamięci; a do tego nasz
August III, choć już niemłody, bardzo piękny, poważny i wszystko mu przystoi. <end id="e1369663773807-1340223611"/>Królewic Karol zupełnie się wdał w ojca.
W Wielki Piątek obchodziłyśmy groby, w grubej żałobie;
w siedmiu kościołach byłyśmy, w każdym odmawiając po pięć
pacierzy; u fary klęczałam godzinę całą przy grobie Pańskim.
Rezurekcja<pe><slowo_obce>rezurekcja</slowo_obce> --- wielkanocne nabożeństwo z procesją.</pe> była paradna w Wielką Sobotę w wieczór, muzyka
dworska prześliczna. Święcone u nas było okazałe i do wczorajszego dnia ciągle zastawiano stoły ciastami i mięsiwem.</akap>


<akap>Kto by mi też był powiedział rok temu, kiedy właśnie jako
trzeci dzień mojego na pensją przybycia smutnie u Madame
Strumle nad skromnym święconym dumałam, że ja w ten poniedziałek świąteczny z królewicem dzielić się będę; a był
u nas dnia tego: jedliśmy z jednego talerza. Jak mi też smakuje mięso po tych czterdziestu dniach postu; w Wielki Tydzień tak tu, jak w Maleszowej z olejem jedliśmy, a w Wielki Piątek wcale z suchotami<pe><slowo_obce>wcale z suchotami</slowo_obce> --- całkiem postnie, tj. bez pokarmów gotowanych.</pe>. I królewic pościł; zdaje mi się
też, że dużo zmizerniał. Właśnie wczora z niespokojnością wpatrywałam się w niego, myślałam, że tego nie zważał, bo rozmawiał z księciem, a on mi potem za tę niespokojność dziękował. Ażem się zawstydziła; jak też to młodej pannie baczną
być trzeba: nie dosyć jej w słowach być ostrożną, jeszcze i oczu
pilnować musi. Proszę, na co się przydać mogą w takim razie
guwernantki<pe><slowo_obce>guwernantka</slowo_obce> (daw.) --- prywatna nauczycielka.</pe>? Dobrze księżna mówi, że która panna siebie nie
strzeże, tej i dziesięć guwernantek upilnować nie potrafi.</akap>





<srodtytul>Dnia 15 kwietnia, we środę</srodtytul>


<akap>Szkoda, jutro wyjeżdżamy z Warszawy, księstwo jadą do
dóbr swoich do Opola i ja z nimi; był list od Jmć Dobrodzieja do księżnej, w którym zezwala na to, abym bawiła przy
niej, póki się jej nie naprzykrzę i sama mnie nie wypędzi;
spodziewam się, że to nie nastąpi, bo staram się jej przypodobać, jak tylko mogę i umiem. Księżna wzbudza we mnie
szczególne jakieś uszanowanie i bojaźń; wolałabym nie wiem
co zrobić, jak ją obrazić, a kiedy na mnie łaskawie spojrzy
i widzę, że ze mnie kontenta<pe><slowo_obce>kontent</slowo_obce> (daw.) --- zadowolony.</pe>, jakby mi się niebo otwierało.
Jeśli kiedy sędziwych lat doczekam, chciałabym mieć tę wspaniałość; sam królewic się jej boi.</akap>


<akap>Nie wiem, jak to wytłumaczyć, alem kontenta z tego, że
nie do Maleszowej jadę. Nabiła mi się głowa tą myślą, żem
tam wracać nie powinna taką samą, jak wyjechałam; a gdybym teraz wróciła, żadnej by odmiany nie było. Żadnej? Ach!
Jest, i wielka!... Ale cóż z niej?... Nie sposób jednak, żeby rzeczy w tym stanie długo zostały; musi koniecznie nastąpić
jakaś stanowcza zmiana! pomyślna mnie już nie zdziwi, przeciwną znieść potrafię, bom szlachetnie urodzona, bom chrześcijanka. Ale jakie ja tu kreślę zagadki; gdyby też komu dostał się ten dziennik w rękę, myślałby, żem niespełna rozumu;
a ja właśnie dla tej obawy tak niewyraźnie piszę: ja, kiedy
myślę o nim, to się boję, żeby kto myśli mojej nie usłyszał,
a pisać bym zaś śmiała? I to już zanadto, lepiej przestać i pod
cztery zamki ten papier schować! Chwilka dłużej, a wydałaby
się tajemnica.</akap>



<srodtytul>Dnia 24 kwietnia, w piątek, w Opolu</srodtytul>


<akap>Blisko od tygodnia tu jesteśmy, miejsce dosyć przyjemne,
mnie jednak nie bardzo wesoło, ale bo mi się też nic nie darzy.
Drzewa powinny by się już zielenić, a jeszcze zupełnie czarne, powinno by być ciepło, a zimno; chciałam zacząć haftować, brak mi najpotrzebniejszych jedwabiów; chciałam grać,
klawicymbał<pe><slowo_obce>klawicymbał</slowo_obce> --- instrument klawiszowy, poprzednik fortepianu.</pe> odstrojony<pe><slowo_obce>odstrojony</slowo_obce> --- dziś: rozstrojony.</pe>, dopiero do Lublina poślą po organistę. Jest tu biblioteka dosyć znaczna, ale klucz od niej u samej księżnej i boję się prosić o niego. Książę ma różne nowe
książki francuskie, dzieła Woltera<pe><slowo_obce>Wolter</slowo_obce> --- spolszczone: Voltaire, pseudonim François-Marie Aroueta (1694--1778), fr. pisarza i filozofa epoki oświecenia (autora m.in. powiastki filoz. <tytul_dziela>Kandyd</tytul_dziela>); zwolennika liberalizmu, krytyka wszelkich ideologii, hierarchii kościelnej i zabobonnych wierzeń (uznano go za patrona ateizmu i rewolucji). Voltaire był niezwykle wpływową osobistością swego czasu (korespondował m.in. z carycą Rosji, Katarzyną).</pe>, najsławniejszego autora we
Francji: za kilkanaście tomików w moich oczach dał sześć
dukatów w złocie; księżna czytać mi ich nie pozwala. Co gorsza, przyszedł świeżo z Paryża romans, za którym wszyscy
przepadają: <tytul_dziela>Nowa Heloiza<pe><slowo_obce>Nowa Heloiza</slowo_obce> --- słynny romans, <tytul_dziela>Julie, ou la Nouvelle Héloise</tytul_dziela> Jean-Jacques'a Rousseau, ukazał się dopiero w r. 1761.</pe></tytul_dziela>, przez jakiegoś Russa<pe><slowo_obce>Russeau, Jean Jacques</slowo_obce> (1712--1778) --- francuski pisarz oraz filozof; postulował powrót do natury, odrzucał zdobycze cywilizacji, w tym pojęcie własności prywatnej; swój model człowieka idealnego, dobrego, wychowywanego w naturze przedstawił w dziele z 1762: <tytul_dziela>Emil, czyli o wychowaniu</tytul_dziela>.</pe> napisana;
jużem go miała czytać, ale cóż, sam autor umieścił w przedmowie tc słowa: ,,żadna matka nie da tej książki córce swojej", i księżna zakazała mi ją<pe><slowo_obce>zakazała mi ją</slowo_obce> --- dziś popr.: zakazała mi jej.</pe> surowo. Do tych wszystkich
przeciwności cóż jeszcze zdarzyło mi się wczora? Księżnie doktorowie warszawscy kazali, gdy będzie na wsi, konno jeździć
dla zdrowia; ona śmiała się z nich, mówiąc, że tego nigdy nie
uczyni --- oni jednak obstawali przy swoim i książę kupił dla
niej śliczną powolną<pe><slowo_obce>powolny</slowo_obce> (daw.) --- posłuszny.</pe> klaczkę z wygodnym siodłem. Przyprowadzili ją tu, księżna jednak jeździć nie chciała, ledwie ją namówili, żeby przejeżdżała na ośle po ogrodzie, co od kilku dni
codziennie czyni; ale mnie, która się koni nie boję, przyszła
niezmierna ochota jeżdżenia konno; odezwałam się z nią wczora: księżna mnie strofowała, zowiąc tę zabawę bardzo nieprzyzwoitą dla panny, i pożegnać się z tym projektem musiałam;
a jak też zawrócił mi głowę, jak już w myśli dokazywałam na
tym koniu, jeździłam na polowanie, i z kim jeszcze?...</akap>


<akap>Bardzo tu dworno i wiele osób się zjeżdża, jako do wojewody; nie wiem, dlaczego mnie to wszystko nie bawi; widziałam i Michała Chronowskiego, owego niegdyś pokojowca naszego; zupełnie się odmienił: książę, za rekomendacją Jmć
Dobrodzieja, oddał go do palestry<pe><slowo_obce>palestra</slowo_obce> --- grono adwokatów, pełnomocników sądowych; w Lublinie od końca XVI w. funkcjonował trybunał koronny, najwyższy sąd szlachecki, rozstrzygający corocznie sprawy z terenu Małopolski i Rusi.</pe> lubelskiej i on tam dobrze
się ma kierować, ale wychudł, nachylił się, jakichciś rumieńców osobliwych dostał i kilka krys<pe><slowo_obce>krysa</slowo_obce> --- kreska, tu: zmarszczka.</pe> ma na twarzy. Ani razu
od ślubu Basi nie tańcował: już teraz nie mazury, nie krakowiaki, ale eksdywizje<pe><slowo_obce>eksdywizja</slowo_obce> --- podział obciążonego długami majątku pomiędzy wierzycieli.</pe>, kondemnaty<pe><slowo_obce>kondemnata</slowo_obce> (z łac.) --- wydany zaocznie wyrok za niestawienie się w sądzie.</pe>, kaduki<pe><slowo_obce>kaduk</slowo_obce> --- tu: majątek pozostawiony bez prawnego spadkobiercy.</pe> ma
w głowie: strasznie się nudny zrobił, bo nic nie można zrozumieć, co mówi. Kto bywa w Opolu bardzo przyjemny i zabawny, to książę Marcin Lubomirski, brat stryjeczny księcia,
ale znacznie młodszy; znałam go już w Warszawie: księżna
zawsze coś w nim do nagany znajdzie, mnie zaś on się niesłychanie podoba; ma tu niedaleko hrabstwo janowieckie i bardzo nas do siebie zaprasza: może pojedziemy. Z nim rozmawiać miło, bardzo lubi zabawy, niezmiernie wesoły; wielki
przyjaciel królewica; jak go też chwali, to aż serce rośnie! Bardzo mi się podoba książę Marcin.</akap>



<srodtytul>Dnia 1 maja, w piątek, w Janowcu</srodtytul>


<akap>Od dwóch dni bawiemy w Janowcu i książę Marcin zawczasu oświadcza, że nas nie tak prędko puści. Piękniej tu nierównie jak w Opolu, a równie dworno. Nie wiem, czy jest w świecie kto hojniejszy, weselszy i gościnniejszy od księcia Marcina. Pieniędzmi tak sypie i sieje, mówi księżna, jak gdyby się
spodziewał, że mu wyrosną i że je zbierze. Co on też teraz
robi? Przez śliczny las, który ma niedaleko zamku, każe wycinać wielką perspektywę<pe><slowo_obce>perspektywa</slowo_obce> --- tu: oś widokowa.</pe>; z gabinetu, gdzie mieszkam i piszę,
widzę właśnie w tej chwili, jak padają wspaniałe drzewa pod
siekierami przynajmniej stu robotników; na jej końcu stawiają pałacyk, ale z takim pośpiechem, że się zdaje, że w oczach
rośnie; z Warszawy i Bóg wie nie skąd nasprowadzał majstrów,
przepłaca ich; ale założył się z księciem wojewodą, że w przeciągu czterech tygodni pałacyk stanie, i ja pewna jestem, że
wygra. Cały ten las ma kazać ogrodzić i zwierzyniec w nim
założy; okolica obfituje w dzikiego zwierza, ale on rozesłał ludzi swoich w dalekie strony, żeby mu i łosiów, i niedźwiedzi
sprowadzono. Wszystko mi się zdaje, że w stawianiu tego pałacyku i w zakładaniu tego zwierzyńca jest jakaś tajemnica,
i raczej ją przeczuwam, niżeli zgaduję.</akap>


<akap>Daleko mi weselej w Janowcu: prześliczne miejsce, zamek
wspaniały na górze nad Wisłą, starożytny, bo jeszcze po Firlejach; widok stąd na Kaźmierz, na Puławy ks. Czartoryskich
bardzo przyjemny; sal i pokojów bez końca, malowania i sprzęty przepyszne. Ale podobno w całym zamku mój pokoik najmilszy, jest w wysokiej wieży; zdaje mi się, żem jakąś romansową heroiną<pe><slowo_obce>heroina</slowo_obce> --- bohaterka.</pe>, od czasu, jak w nim mieszkam; są w nim okna
na trzy strony, z każdego czarujący widok: w jednym najczęściej siedzę, bo mnie nad wszelki wyraz ta perspektywa
i ten wzrastający pałacyk zajmuje. Na ścianach jest Olimp.
,,Wenery<pe><slowo_obce>Wenera</slowo_obce> a. <slowo_obce>Wenus</slowo_obce> --- rzymska bogini miłości i piękna, odpowiednik gr. Afrodyty.</pe> mu dotąd brakowało, teraz ją posiada" --- powiedział grzecznie książę Marcin, gdy mnie tu wprowadzał. Dziwnie mi było w tym oknie, w tym gabinecie; zdaje mi się, jakby w Janowcu coś dobrego przytrafić mi się miało.</akap>



<srodtytul>Dnia 3 maja, w niedzielę</srodtytul>


<akap>Nie wiem, czym kiedy w życiu tak rano wstała, dopiero
trzecia bije na zamkowym zegarze, a ja już siedzę i piszę.
Jeszcze nie było zupełnie widno, kiedym się snuła po długich
tego zamku korytarzach jak widmo jakie. Bo trzeba wiedzieć, że jest tu sala prześliczna i wielce szacowna. Książę Marcin,
idąc za miłym i nauczającym przodków naszych obyczajem,
którzy przechowywali starannie portrety znaczniejszych z familii osób i pamięć znakomitych ich czynów, umyślił wszystkie
podobne zabytki Lubomirskich rodu w jednej zgromadzić sali.
Sprowadził sobie z Włoch biegłego malarza, wezwał pomocy
człowieka uczonego, który nie tylko był wyćwiczony w dziejach rodu Lubomirskich, ale i w historii narodu naszego, i po
długich naradach ten zamiar wykonanym został, sześć lat temu,
1756 roku, jak świadczy napis nad drzwiami. Szkoda tylko, jak
mówi księżna, że nie olejno na płótnie, ale <slowo_obce>al fresco</slowo_obce><pe><slowo_obce>al fresco</slowo_obce> (wł.) --- malując wprost na świeżym tynku.</pe> na ścianach, te wszystkie portrety i obrazy; już ich przenieść nie
można i przechować trudniej. Ale nie myśląc o przyszłości, teraz ta sala prześliczna; wczora po obiedzie książę Marcin wraz
z księżną i z księciem wojewodą tłumaczył i opowiadał mi
wszystko, a jam sobie zaraz ułożyła, że to wszystko zapisać
muszę. Wstałam więc przed słońcem, przyszłam na palcach
do tej sali i kiedy wszyscy śpią jeszcze, nakreślę w tym dzienniku, com słyszała i co widzę. Naprzód na wszystkich rogach
jest herb Lubomirskich, Srzeniawa bez krzyża, herb prawdziwie polski, nadany im podobno za zwycięstwo, które ich naddziad<pe><slowo_obce>naddziad</slowo_obce> (daw.) --- pradziad, przodek.</pe> odniósł nad brzegiem Srzeniawy, rzeki wpadającej do
Wisły o osiem mil od Krakowa. Najpierwszy obraz (bo książę
Marcin samej już tylko chciał prawdy) wystawia trzech braci
Lubomirskich, młodych i dorodnych mężów, którzy w przytomności licznych świadków, w obliczu Sieciecha, wojewody krakowskiego, siedzącego na ławicy sądowej, dzielą się dziedzictwem po ojcu; i ten dział urzędownie uczyniony dwóch pisarzów wojewody na pergaminie kreśli. To ich pismo od roku
1088, od panowania Władysława I, syna Kazimierza Mnicha<pe><slowo_obce>Kazimierz Mnich</slowo_obce> --- Kazimierz Odnowiciel (1016--1058), książę rządzący Polską od ok. 1039, według przekazów kronikarzkich pierwotnie przeznaczony do stanu duchownego.</pe>,
przechowało się dotąd; i ponieważ jest najdawniejszym pismem urzędowym znanym w naszym kraju, którego powaga
niezaprzeczona, książęta Lubomirscy bardzo się nim szczycą
i mnie książę Marcin tłumaczenie jego z łaciny dał do przepisania. W tych jest słowach:</akap>



<dlugi_cytat><akap>My, Sieciech<pe><slowo_obce>My Sieciech itd.</slowo_obce> --- wierny przekład fałszywego dokumentu, wpisanego do krakowskich akt grodzkich w r. 1682 przez komisję powołaną do rewizji archiwum skarbca koronnego; Sieciech był możnowładcą z czasów Władysława Hermana, a pismo sfabrykował zapewne 
przewodniczący komisji, bp kamieniecki Stanisław dla uczczenia swych protektorów --- Lubomirskich.</pe>, wojewoda krakowski, wódz wojska, wiadomo
czyniemy i oświadczamy, komu o tym wiedzieć należy, wszem
wobec i na przyszłe czasy uznawać to potrzebującym, że kiedyśmy na ławicy sądowej zasiedali, przed nasze i zasiadających z nami oblicze przybyli znakomici rycerze herbu Srzeniawa: Joachim, Jacek i Przecław, Adriana, z Lubomira pana,
chorążego krakowskiego, synowie, zdrowi na ciele i na umyśle;
i za poradą życzliwą swych przyjaciół uznali, jako oni dobra
niżej wymienione, prawem boskim i przyrodzonym ze spadku
ojcowskiego na siebie przypadające, między siebie takim sposobem podzielili, to jest: Joachim wziął miasto Lubomir z przyległościami i dom w Krakowie, to którym ojciec ich zwykł
przemieszkiwać. Pan Jacek zaś Lipie z przyległościami i 93
grzywien<pe><slowo_obce>grzywna</slowo_obce> --- śdw. miara wagi kruszcu bądź wartości pieniądza, do XVIII w. wyrażano w niej wysokość kar sądowych.</pe> pieniędzy, które Mikołaj z Morawicy ojcu ich
winien; pan Przecław Wieruszyce, podobnież z przyległościami; i będą odtąd w następne czasy każdemu z nich tak wydzielone ich dziedzictwa i w nich każdy panem i dziedzicem
wraz z potomstwem swoim pozostanie, posiadać je będzie spokojnie, jak są oznaczone granicami swoimi; ani z nich który
może mieć prawa jakie do majątku drugiego, lecz na swej
części pozostawać ma on i następcy jego. Do czego w naszej
obecności ciż Joachim, Jacek i Przecław obowiązali się nawzajem.</akap>





<akap>Dan w Krakowie dniem przed Oczyszczeniem N. Marii Panny<pe><slowo_obce>dzień przed Oczyszczeniem N. Marii Panny</slowo_obce> --- 1 lutego.</pe> roku Pańskiego 1088. W przytomności tych świadków: Jana z Wielopola, stolnika krakowskiego, Spytka z Zakliczyna,
Szymona z Gajów, Andrzeja z Żydowa, dziedziców: Eustachiego i Rudolfa, pisarzów naszych.</akap></dlugi_cytat>




<akap>Po obrazie tego działu następuje cały rząd portretów mężów
z rodu Lubomirskich: jedni byli sławni w boju, drudzy znakomici w radzie, przymioty Srzeniawczykom właściwe; dlatego
też ich pominę. Ale któż jest ta białogłowa, którą pierwszą
wystawioną w obrazie tu widzę? To Zofia, zakonnica norbertanka; w szesnastym wieku żyjąca, wielką świątobliwością słynęła; leży już bez duszy na śmiertelnym łożu, a twarz jej
nadobną jakaś jasność otacza: chorzy dotykają się jej ciała
i są uzdrowieni. Obok niej portret wielkości naturalnej jej brata, Mikołaja, kanonika; trzyma w ręku księgę otwartą, której
tytuł: ,,Hymeneus na weselu księżnej Ostrogskiej 1598 r.". Miał
być uczony i wiersze pisał gładko. Piękny jest obraz pod nim
będący: przed ołtarzem Matki Boskiej klęczy małżeństwo;
już 13 lat żyje Joachim z żoną swoją, Zofią Staszkówną, a jeszcze potomstwa nie mają; modlą się więc razem. Święta Dziewica uśmiecha się do nich i są wysłuchani: w kilka czasów<pe><slowo_obce>w kilka czasów</slowo_obce> (daw.) --- niedługo.</pe>
rodzi im się syn Aleksander.</akap>


<akap>Widzę tu na drugiej ścianie wizerunek jego w ubiorze rotmistrza pancernej chorągwi. Ale Sebastiana, który kupiwszy
Wiśnicz, tytuł hrabiego na Wiśniczu dla siebie i dla potomstwa otrzymał, aż w dwóch widzę obrazach: raz otaczają go
księża, sieroty, ubodzy, studenci, a on im wszystkim stosowne dary sypie; drugi raz, w późnej starości, pięćset ludzi, własnym kosztem uzbrojonych, co więcej, dwóch synów swoich wysyła pod chorągwie Zygmunta III. Jednego z tych synów,
Joachima, młodzieńca dwudziestoletniego, spostrzegam nieco
dalej; ale jakże zmieniony! Ledwie siedzi o swej mocy na
obozowym łożu pod uchylonym namiotem; gorączka śmiertelna go trawi, już prawie kona! Bratu, schylonemu nad nim,
szablą, którą z pracą<pe><slowo_obce>z pracą</slowo_obce> (daw.) --- z wysiłkiem.</pe> unosi, wskazuje nieprzyjaciół, z daleka
się snujących; twarz jego i to ruszenie malują boleść widoczną, że nie wśród nich, nie od żelaza umiera. Szczęśliwszy brat
jego Stanisław; to on, który może śmiercią Joachima poznawszy, jakie szczęście żyć dla ojczyzny i chwały, oddał się im
zupełnie i tyle zasłużył, że gdy w czasie chocimskiej wyprawy
wielki Chodkiewicz<pe><slowo_obce>Chodkiewicz, Jan Karol</slowo_obce> (1560--1621) --- wybitny dowódca wojskowy, hetman wielki litewski od 1605.</pe> przeniósł się do wieczności, on hetmanem
na jego miejscu ogłoszony został. Wystawił malarz tę chwilę,
kiedy mu Polacy z radością buławę oddają; sam królewic Władysław ściska mu rękę i okazuje swym wejrzeniem, jaką
ufność w nim pokłada; Litwini tylko niechętnie nań patrzą,
a on, wskazując na czarnym kirem okryte zwłoki zeszłego hetmana, zdaje się mówić: starać się będę jemu wyrównać. I wyrównał, jak świadczą dzieje.</akap>


<akap>Przy innej zabawie<pe><slowo_obce>zabawa</slowo_obce> (daw.) --- tu: zajęcie.</pe> wystawiony jeden z trzech synów jego, Aleksander, wojewoda krakowski, stały i w nieszczęściu
Jana Kazimierza przyjaciel; on, długo nie mając dzieci, ślub
uczynił, a gdy mu się potomek urodził, dopełnia go: w kaplicy
Matki Boskiej w Częstochowie odważa tyle złota, ile syn jego
nowo narodzony waży. Tego syna, Józefa, marszałka koronnego, widzę tu, gdy do ślubu młodą oblubienicę prowadzi;
wdowa po księciu Wiśniowieckim, siostrzenica króla Jana,
księżniczka Ostrogska i Zasławska, wielki majątek i znakomite pokrewieństwo w dom Lubomirskich wniesła; znajduje
się osobny jej portret: więcej była bogatą niż piękną. Ale raz
jeszcze wystawił malarz hetmana Lubomirskiego; w wieku sędziwym, siedzi na łożu, na którym już od 10 lat ciężka choroba go trzyma i ani radą, ani ręką ojczyźnie służyć nie pozwala. Czując się bliskim śmierci, cały swój majątek równo
między trzech synów rozdzielił, trzy tylko rzeczy zostawił nad
podział: namiot wzięty Turkom pod Chocimem, laskę marszałkowską i kamienicę w rynku krakowskim; dwie pierwsze,
rysunek trzeciej leżą koło niego; on pokazuje je otaczającym
go synom i jakby mówił: ten je dostanie, kto się ich godnością
dokupi. Wszyscy na nie patrzą chciwie, ale w wydatnej twarzy Jerzego coś więcej jak w innych się maluje; on też później te wszystkie trzy rzeczy odziedziczył: laskę jako marszałek, namiot jako hetman, kamienicę jako starosta krakowski,
a przez zasługi swoje w ojczyźnie, nieustraszone męstwo, niezgiętą stałość odziedziczył i sławę. Potrafili go jednak zawiśni<pe><slowo_obce>zawiśni</slowo_obce> --- dziś popr.: zawistni.</pe>
poróżnić z Janem Kazimierzem, pomimo iż on tyle razy w sprawie tego nieszczęśliwego króla życie i majątek łożył; wyzuto
go z honorów; rozgniewany, zebrał wojsko swoje, uderzył na
królewskich i rozsypał ich. Widzę go jednak po tej wygranej
składającego szablę zwycięską u nóg króla, który go z dobrocią przyjmuje.</akap>


<akap>Obok tego obrazu jest portret drugiej żony Jerzego, Barbary
Tarłównej; ona wniesła w dom Lubomirskich ten Janowiec,
w którym dziś piszę: na pamiątkę tego niemal w każdym pokoju jest jej wizerunek. Ale więcej chluby białogłowom tego
domu przyniesła córka Jerzego i pierwszej żony jego, Ligęzianki, Krystyna; dwa razy ją też malarz wystawił; pierwszy obraz
jest taki: wpośród panien i dziewcząt służebnych, siedzących
nad robotą, stoi dziecina nadobna; twarz jej, z przyrodzenia
żywa i wesoła, przemijającą powleczona jest posępnością; po
nóżkach widać, że by chciały biegać, a tylko tupać mogą, bo
dziecinę za jej psoty przywiązała do nogi stołowej poważna
i sędziwa osoba, ciotka jej, księżna kanclerzyna Radziwiłłowa,
i surowo na nią patrzy. Na drugim już co innego. Wyrosło żywe i niesforne dziewczę, a czytaniem ksiąg nabożnych, napomnieniami starszych zniewolona, klęczy sama w pokoju
przed Matki Boskiej obrazem; zapał maluje się w jej pięknych
oczach, z palca iglicą złotą przekłutego zbiera krew piórem
i takim pismem poprawę i wieczną służbę przyrzeka. Dotrzymała słowa; wydana za hetmana Feliksa Potockiego, słynąca
pięknością, wzorem była pobożności i cnót wszelkich; nie było
nad nią zręczniejszej w robotach ręcznych, nie było bieglejszej
w muzyce, a Bogu wszystkie te poświęcając zdolności, kościoły
Jego zdobiła, o Nim i świętych Jego wiersze składała i śpiewała; dobrych jej uczynków ani wyliczyć można; klasztorów
kilka założyła, a jej własny spowiednik życie jej szeroko napisał: mógł śmiało, bo same cnoty miał wyjawiać. Tak zacna
siostra sławnego miała brata! Jest obraz jego w naturalnej
wielkości, a pod spodem Katona i Salomona polskiego przydomki. Stanisław Lubomirski<pe><slowo_obce>Lubomirski, Stanisław Herakliusz</slowo_obce> (1639--1702) --- marszałek wielki koronny, wybitny pisarz i poeta późnego baroku, zwany Salomonem sarmackim.</pe> zasłużył na nie tak obywatelstwem, miłością ojczyzny, jako też rzadką mądrością; widzę
przed nim stós ksiąg wielki: na jednej <tytul_dziela>Przysłowia moralne</tytul_dziela>,
na drugiej <tytul_dziela>Próżność i prawda</tytul_dziela>, na innych nabożne tytuły,
a nad nim wznosząca się sława wieńczy go laurowym i dębowym liściem, wielbiąc w nim pisarza i obywatela. I drugi brat
Krystyny, Hieronim, także jej godzien; towarzysz Jana III,
z nim tu wystawiony, kiedy pod Wiedniem przyglądają się
oba wziętej Turkom Mahometa chorągwi, chlubna radość jaśnieje w oczach Polaków --- wstyd, boleść i jakby zdziwienie, że
żyć jeszcze po takiej stracie można, wyrażają twarze kilku
schylonych jeńców tureckich, opodal stojących.</akap>


<akap>Ale szczególny obraz kończy ten zbiór szacowny (bo żyjących jeszcze książąt Lubomirskich późniejszy dopiero pędzel
wystawi); oto wśród ogołoconego przez ziemię lasu niedźwiedź
rozjuszony toczy walkę z dorodnym hajdukiem<pe><slowo_obce>hajduk</slowo_obce> --- służący ubrany w strój węgierski.</pe>; już zdaje się,
że go ma pokonać, kiedy zastępuje z tyłu niedźwiedziowi młoda jeszcze niewiasta w myśliwskim ubiorze i dwie krócice<pe><slowo_obce>krócica</slowo_obce> --- pistolet, broń palna o krótkiej lufie.</pe>
przykłada mu do uszów. Z daleka widać konia przelęknionego,
który z przewróconymi saneczkami pędem ucieka. Prosiłam
o dokładne tego obrazu wytłumaczenie, bo mnie wielce zajął.
Taka cała historia: Jedna księżna Lubomirska miała upodobanie w myślistwie; wyjechawszy raz na polowanie na niedźwiedzia, gdy wracała do domu jednokonnymi saneczkami z jednym tylko hajdukiem, rozjuszony przez strzelców niedźwiedź
wypadł na nią; koń przelękniony saneczki wywrócił i uciekł
z nimi; księżna i hajduk zostali wystawieni na zapalczywość
dzikiego zwierza, ale wierny i odważny sługa, wymówiwszy
tylko te słowa: ,,Mości księżno! pamiętaj o żonie mojej i dzieciach!" --- rzuca się do niedźwiedzia na dwóch łapach ku nim
idącego, chce z nim walczyć i pastwą nawet jego zostać, byle
pani czas do ucieczki miała. Odważna Polka, godna tego imienia i poświęcenia się sługi, opuszczać go nie chce, owszem,
zajmuje się jego obroną: dobywa parę krócic zza pasa, zachodzi z tyłu, przykłada je niedźwiedziowi do uszów i na miejscu
zabija. Doprawdy, że jej tego czynu zazdroszczę... Nie ma, zdaje się, potrzeby dodać, że hajduk na całe życie z żoną i dziećmi dobrym bytem opatrzony został, mógł był nawet nie służyć,
ale tak będąc przywiązanym, nie chciał pani swojej odstąpić
do śmierci.</akap>


<akap>Ale już od chwil kilku słyszę hałas w zamku, już nawet słyszałam i głos księcia Marcina, jak z swymi psami rozmawiał;
kocha ich i pielęgnuje jak dzieci, znany też jest w całej okolicy jako najlepsze charty mający; zagorzały myśliwy: prawdziwy post dla niego czas teraźniejszy, w którym się najzapaleńsi od łowów wstrzymują.</akap>


<akap>O! już potrzeba kończyć, już i koło tej sali chodzenie słyszę...
już też piąta godzina.</akap>



<srodtytul>Dnia 14 maja, we czwartek</srodtytul>


<akap>Jeździliśmy do Opola na dni kilka i znowu nas książę Marcin do Janowca koniecznie sprowadził, żebyśmy świadkami
byli ukończenia pałacyku; już z okien gabinetu mego zupełnie
ukończonym się wydaje, bo wewnątrz tylko nie dostaje mu
niektórych rzeczy. Wygrał zakład książę Marcin i nie wiem,
co się to ma znaczyć, ale już kilka razy mówił do mnie, że już
co ten wydatek, to wcale nie był na próżno, jak mu wiele takowych wymawiają, gdyż sowitej się spodziewa nagrody za
koszta w tym celu poniesione; a odbierze ją za moją przyczyną. Doprawdy, że i samej siebie, i tego, co się koło mnie dzieje, pojąć często nie mogę.</akap>



<srodtytul>Dnia 16 maja, w sobotę</srodtytul>


<akap><begin id="b1369666835888-361237975"/><motyw id="m1369666835888-361237975">Miłość</motyw>A! już też prędzej śmierci mogłam się spodziewać jak zdarzonego wczora szczęścia. Królewic przyjechał, królewic jest
tu; ten pałacyk, ten zwierzyniec, wszystko to dla niego, a raczej dla mnie; bo już trudno taić się: on mnie kocha, on nie
mógł dłużej znieść mojej niebytności i książęta, chcąc mu się
przypodobać, wynaleźli ten sposób zbliżenia go pozornie do
przedmiotu tak niepojętego kochania. O Boże! do czegóż to
mnie przeznaczasz?... Szczęście, wielkie szczęście, że już było
ciemno, jak przyjechał; byliby wszyscy obaczyli mój rumieniec, moje pomięszanie, byłby i on zbyteczną radość w oczach
moich obaczył. Jeszcze go nigdy tak dla siebie czułym nie widziałam; co to z tego będzie? na czym się ta miłość --- już więc
wymówione to wielkie słowo --- skończy?... Dotąd udawałam
zawsze, że nie rozumiem rzeczy dwuznacznych, które mi mówił, starałam się pilnie ukrywać to, co czuję; ale czyż tak dłużej potrafię? Osobliwie<pe><slowo_obce>osobliwie</slowo_obce> (daw.) --- szczególnie.</pe> teraz, kiedy co dzień w każdej chwili
widywać go będę, i to przez czas niemały, bo tu i królewice,
bracia jego, zjadą: wielkie będzie polowanie na zwierza
umyślnie na to sprowadzonego, a którego jeszcze nie zwieźli...
J<begin id="b1369666913487-3625276616"/><motyw id="m1369666913487-3625276616">Miłość, Strach</motyw>akże utrudza i męczy ta nieustanna praca nad sobą, to ukrywanie uczuć, które gwałtem dobywają się z serca;<end id="e1369666835888-361237975"/> ta niepewność przyszłości, ten dalszy los, który raz tak świetnym się
wydaje, że się go aż lękać trzeba, drugi raz tak ponurym, że
aż dreszcz przechodzi; ta bojaźń skryta, czy się nie błądzi, czy
się źle nie czyni, wszystko to umysł w taki wprowadza odmęt,
że rozpoznać myśli swoich nie zawsze można. Żebym przynajmniej komu zwierzyć się miała? Ale prędzej umrzeć jak słowo podobne księżnie powiedzieć; ona już dziś kilka razy napomykała, że szaloną byłaby ta, która by miłości królewica
dała wiarę, i że jego żona będzie najnieszczęśliwsza. <end id="e1369666913487-3625276616"/>Książę,
zdaje się, że zwierzenia mego unika; prawda, zawsze coś powie
takiego, co mnie zachęci, w nadziejach utwierdzi; ale ufności
mojej nie wzywa: zdaje się, że tyle polega na moim rozsądku
i cnocie, iż mu się wydaje, że nie potrzebuję rady i sama najlepiej sobie poradzę; ani wypuszczę z rąk szczęścia, które mi
niebo podaje, ani też najmniejszej nie popełnię płochości. Bóg
więc jedyna ucieczka moja; dziś prawie noc całą na modlitwie
spędziłam. On mnie oświecić, poprowadzić raczy. O! jaka szkoda, że tu księdza Bodue nie ma!</akap>



<srodtytul>Dnia 18 maja, w wieczór</srodtytul>


<akap>Mamże wierzyć temu, co się stało? Temu, co się stanie? Ja,
Franciszka Krasińska, nie żadna nawet księżniczka, ja będę żoną królewica, księżną kurlandzką, a może kiedyś i czym więcej?... ja tak od niego kochana, że dla mnie zapomina o ojcu,
o nierówności stanów naszych, o wszystkim. O Boże! mocny
Boże! czy tylko mi się to wszystko nie śniło? Prawdaż to,
żeśmy pojechali dziś wszyscy po obiedzie do zwierzyńca. Księżna, wchodząc na schody, źle stąpiła i zostać w pałacyku musiała z panną respektową, która zawsze i wszędzie z nami,
a książęta, on i ja poszliśmy chodzić po lesie; książę Marcin
zatrzymał się, żeby pokazać księciu wojewodzie przygotowania
do łowów, królewic powiedzieł, że chodzić woli, i wziął mnie
pod rękę. Długo milczał, jam dziwiła się temu, bo zawsze wiele zwykł mówić, szczególniej też ze mną; nareszcie zapytał się,
czy nigdy zrozumieć nie zechcę, do kogo on tu przyjechał i po
co. Zwyczajem moim odpowiedziałam, że zapewne do księcia
Marcina, dla zabawy polowania, którą tak lubi. A on, już ani
tając się, ani dwuznacznie tłumacząc, jak najwyraźniej
oświadczył, że przyjechał jedynie dla mnie i po szczęście całego życia... Zdumiałam się na te słowa. ,,Gdzieżby to być mogło --- wyrzekłam. --- Książę, czy zapominasz, czym jesteś,
czym być możesz? Królewny dla ciebie... ,,Ty królową moją ---
zawołał z zapałem --- tyś naprzód wdziękami zajęła te oczy,
a potem skromnością i cnotą opanowałaś serce. Nawykłem do
tego, że mnie szukały inne kobiety, skorom przemówił do
nich. Ty jedna, luboś mnie może więcej od tamtych kochała,
unikałaś mnie zawsze, zgadywać trzeba było, co czujesz. Tyś
godna pierwszego tronu świata i jeśli królem polskim być pragnę, to tego najwięcej, bym to piękne czoło koroną uwieńczył..."</akap>


<akap>Jakże ja nie mam myśleć, że mi się to wszystko śniło?... Kiedy, osłupiała, odpowiedzi znaleźć nie mogłam, książęta zbliżyli się do nas. ,,Was i niebo biorę za świadków --- wyrzekł
królewic --- jako innej żony mieć nie chcę, tylko tę Franciszkę
Krasińską, stojącą tu przed wami; dla okoliczności łatwych do
zrozumienia żądam sekretu do pewnego czasu, wy tylko o miłości i szczęściu moim wiedzieć będziecie, a kto mnie wyda, za
nieprzyjaciela go poczytam..." Książęta kłaniać mu się zaczęli,
mówić o wielkim zaszczycie, zapewniać, że ukryją tajemnicę;
szepnęli mi oba do ucha: ,,Godnaś tego!" --- i nieznacznie
odeszli.</akap>


<akap>Jam jeszcze stała zdumiona, ale nareszcie trzeba było oczywiście uwierzyć, trzeba było odpowiedzieć czułym królewica
wyrazom; musiałam nawet wymówić, że go kocham, i to od
dawna; i zdaje mi się, żeć można uczynić takie wyznanie przyszłemu mężowi. Mężowi? znowu odchodzę od siebie; czy nie
czary to jakie?... Ale co słyszę? Północ bić będzie na zamkowym zegarze, jeśli to sen albo czary, mówią, że moc ich o tej
godzinie się kończy i znika... Słuchajmy... Już wybiła dwunasta, a nie skończyło się szczęście moje, nie znikła wielkość...
A ten pierścionek odmieniony cóż by znaczył? Miałam od Basi
pierścionek z złotego węża, w Sulgostowie mi go dała; uważał
go królewic: taki sam zrobić kazał; wyryto w środku ,,Na wieki!" i wziął mój, a ten mi włożył. Tych skromnych zaręczyn
naszych drzewa i słowiki jedynymi świadkami były... I ja tego
wszystkiego nikomu, księżnie nawet, powiedzieć nie mogę; ani
Basia, co więcej --- ani Państwo o tym nie wiedzą. Nie poświęcił ksiądz żaden tych pierścionków, nie ojciec kochany przyszłemu małżonkowi mnie oddał, nie pobłogosławiła mi
matka!... O, już teraz wierzę!... nie sen to ani czary; żal serce
ścisnął, łzy obfite i gorzkie z oczów mi płyną... prawda!... wszystko prawda!</akap>




<srodtytul>Dnia 25 maja, w poniedziałek, 1760, w Janowcu</srodtytul>

<akap><begin id="b1369743387516-1804119623"/><motyw id="m1369743387516-1804119623">Język</motyw>W tak ciągłym byłam omamieniu, tak przeznaczeniem moim,
tym, co jest, tym, co kiedyś będzie, odurzona, że nie wiem,
czy to moja, czyby też polskiego języka wina? ale nie stawało
mi wyrazów do opisania tego wszystkiego, jak by należało.
Tydzień minął, ani jednego słówka nie nakreśliłam w moim
dzienniku; a był to tydzień takiego niepojętego szczęścia, tak
godzien wspomnienia!<end id="e1369743387516-1804119623"/> I we środę, i przedonegdaj, i wczora
brałam pióro w rękę; zawsze tyle się natłoczyło myśli i uczuć,
iż nimem ładu z nimi doszła, nimem stosowne znalazła wyrazy, czas z trudnością na to upatrzony upłynął i wstać trzeba
było od stolika. Dziś pierwszy raz uderzyła mnie myśl okropna, że to szczęście moje podobno uleci, i dziś pisać mogę.
Dziwna rzecz, bojaźń i smutek miałyżby mieć więcej słów od
szczęścia?... Królewice Klemens i Albrycht przyjechali tu we
czwartek; w tenże sam dzień zwierza dzikiego ze wszech stron
nazwożono; przez piątek i sobotę polowanie się odbywało; dziś
dwaj królewice wyjeżdżają, jak mi pokojówka oznajmiła to
przed chwilą, i mnie dziś pierwszy raz ta myśl uderzyła, że
i on odjechać może...</akap>


<akap>Przez ten tydzień cały, omamiona obecnym i przyszłym
szczęściem, zajęta staraniem ukrywania go przed obcymi,
wreszcie po raz pierwszy w życiu grająca rolę gospodyni domu
(bo księżnie od tego stąpienia tak noga spuchła, że aż w łóżku
leży, i ja zastępować ją muszę), nie miałam bynajmniej czasu
myśleć o tym, co nastąpić może; i nie wiem doprawdy, czym
myślała, że to już rzeczy tak zawsze zostaną? Czy też podobno nie myślałam wcale; ale to wiem, iż bojaźń i smutek zupełnie mi wyszły z pamięci. Dziś, jakby ze snu tymi słowami
pokojówki obudzona, czuję nieznośne udręczenie. Cóż to będzie, jak królewic pojedzie? Z jakąż ja myślą usnę? Z jaką się
obudzę? Po co wstanę? Dla kogo się starownie<pe><slowo_obce>starownie</slowo_obce> --- dziś popr.: starannie.</pe> ubiorę? Kim,
czym przez dzień cały zajętą będę? Ani wiem, ani wystawiam
sobie, ani pojmuję... aż mi niedobrze... okno otworzyć muszę. --- A!... Oddycham, lepiej mi teraz; choć dopiero szósta godzina, już postrzegłam w oknie pałacyku, w tym pokoju, gdzie
on od przybycia braci mieszka, powiewającą chustkę białą.
Taki co rano znak na dobry dzień mi daje; nie przyznam mu
się nigdy do tego, broń Boże! iż dopiero raz jeden znak ten
już zastałam wstawszy; nie chcę go zawstydzać, żem od niego
ranniejsza...</akap>
<akap>Ale któż to tak pędem, perspektywą przez las wyciętą, na
koniu jedzie? Może on? Nie, to strzelec ulubiony jego; zapewne z bukietem dla mnie: wiem, że po niego o mil kilka do
jakiejś oranżerii posyłał. Czegóż ja się też troszczyłam? Po co
te obawy? On tu jest jeszcze; od nikogo nie słyszałam, żeby
miał wyjeżdżać; może wcale nie pojedzie, a przynajmniej nie
tak prędko; ani wątpić, będę jeszcze miała i drugi, i trzeci,
i czwarty takiego szczęścia tydzień. Wszak na pierścionku napisać kazał ,,Na wieki". Ten pierścionek jakże mi drogi!</akap>





<srodtytul>Dnia 27 maja, we środę</srodtytul>


<akap>O nie! Skończyło się na jednym tygodniu szczęścia! A już widzę, że pamięć jego wszystkie następne w porównaniu z nim
czarne i posępne uczyni! Ale bo to najgorzej, kiedy się od poniedziałku źle darzyć zacznie. Te słowa pokojówki były pierwszymi, które usłyszałam w ten tydzień, i odtąd same złe nowiny słyszę. Zaraz tego dnia dowiedziałam się z pewnością
i od strzelca, który mi bukiet przywiózł, i od samego królewica, że wyjechać wkrótce musi; zaledwie pod różnymi pozorami trzy dni po braciach miał tu bawić, te jutro dopiero się
skończą, a on już dzisiaj wyjeżdża. Król przysłał w nocy sztafetę<pe><slowo_obce>sztafeta</slowo_obce> --- tu: posłaniec konny.</pe> z rozkazem, żeby wracał jak najprędzej; pojechał raz
jeszcze do pałacyku, bo tam ważnych papierów zapomniał; za
pół godziny wróci, a potem pojedzie. Sam nie wie, kiedy się
zobaczemy. Ach! Czemuż to dni szczęścia krótsze są od innych?</akap>




<srodtytul>Dnia 7 czerwca, w niedzielę</srodtytul>

<akap><begin id="b1369744870108-2390938884"/><motyw id="m1369744870108-2390938884">List</motyw>Już blisko dwa tygodnie, jak królewic pojechał, dwóch posłańców było od niego, dwa liściki wsunął do mnie pod kopertę księcia wojewody. Ale cóż to jest list? jakże to w nim słów
i rzeczy mało dla tych, którzy rozmawiać, wszystko sobie zwierzać przywykli; których szczęście być razem, patrzeć na siebie. I czytam je, i odczytuję, zawsze toż samo. List tak mało
zastąpi rozmowę jak portret osobę; zostawił mi swoją miniaturę królewic, dosyć podobna: ale cóż mi z niej? Ja mam twarz
jego jeszcze podobniejszą w pamięci wyrytą, a ten portret
zawsze jednakowy, ani mówi, ani się uśmiecha, ani patrzy na
mnie. <end id="e1369744870108-2390938884"/>A nadto jakże to czczą<pe><slowo_obce>czczy</slowo_obce> --- marny, nic nieznaczący.</pe> rzeczą jest list, na który odpowiedzi dać nie można, to istna z niemym rozmowa; bo co już
tego, to przenieść na sobie żadnym prawem nie mogłam: zdawałoby mi się, że mi ręka uschnie, gdybym bez wiedzy ciotki,
rodziców, starszej stiostry do kochanka jednę literę napisała;
powiedziałam królewicowi, że listu ode mnie mieć nie będzie,
dopóki żoną jego nie zostanę, i choć Bóg jeden wie, ile mnie
to kosztuje, dotrzymam słowa... O! jakże po wyjeździe jego
dzień każdy był nieznośny... Z początku jak błędna, jak osłupiała chodziłam; byłabym chciała jakim cudem przespać czas
jego niebytności... Mamże powiedzieć, co mnie z tego letargu
obudziło? Księżna nagle zapadła w skutku tego nieszczęsnego
stąpienia; nie umiano się obchodzić z tą nogą od razu, spuchła i zaogniła się tak mocno, że księżna dostała gwałtownej
gorączki i przez trzy dni była bardzo źle. Ani wyrazić potrafię, co się ze mną przez te trzy dni działo! Nie sądziłam, żebym
o czyje zdrowie, prócz o zdrowie Państwa, sióstr i jego, tak
niespokojną być mogła.</akap>


<akap>Przez te trzy dni nie tęschniłam do królewica, co więcej ---
prawie rada byłam temu, że go nie ma; bo w jego przytomności<pe><slowo_obce>przytomność</slowo_obce> (daw.) --- obecność.</pe> nie byłabym mogła tak zupełnie zająć się księżną. Myśl,
że ona umrzeć może, w rozpacz mnie wprowadziła, bo pomimo
tego wszystkiego, co książęta, co królewic co dzień mówili mi
i mówią, ja znam<pe><slowo_obce>znać</slowo_obce> --- tu: wiedzieć.</pe> dobrze, że ją milczeniem moim obrażam, i ta
myśl trucizną jest dla mnie, bo nie ma zgryzoty nad zgryzoty
sumienia. Od samego początku cieszyłam się jedynie nadzieją,
że przyjdzie dzień, w którym i jej, i Państwu, i kochanej
siostrze do nóg upadnę i mimowolny błąd wyznam; przez te
trzy dni, kiedy w niebezpieczeństwie była, ta nadzieja za każdą
chwilą spełznąć mogła. Ach! cóż by się natenczas ze mną stało? Opanowała mnie także, nie wiem skąd, ta myśl sroga, że
i Państwo już niemłodzi, że i ich nagła choroba, śmierć zaskoczyć może. Piekielne męki przez te trzy dni wytrzymałam;
księżna zdrowsza, z Maleszowej były dobre wiadomości: ożyłam.</akap>


<akap>Doprawdy, gdyby dziś powiedziano mi, że król pozwala synowi publicznie żenić się ze mną, nie mogłabym serdeczniej
Bogu dziękować, jak kiedy doktór zaręczył, że księżna zdrową
będzie; chociaż tamta wiadomość celem jest życzeń moich. Bo
cóż się to w sercu królewica dziać musi? On, który pewny jest,
że nie tylko ukrywaniem swojej miłości, ale samą miłością srogo obraża ojca!... Truchleję na tę myśl. O Boże! czemuż mi
te uwagi dawniej nie stawały w pamięci? Czemuż mi nie po stały w głowie przy królewicu? po cóż on odjechał? Póki tu
był, los mój tak świetnym, tak szczęśliwym mieniłam<pe><slowo_obce>mienić</slowo_obce> --- tu: nazywać, określać jako.</pe>; teraz
zdaje mi się często, że nie ma nade mnie nieszczęśliwszej istoty. Bo też tak jest. Obrażać najlepszych rodziców, ukochaną
siostrę, szanowną ciotkę, być przyczyną tego, iż syn dobrego
ojca, poddany króla swego obraża, to boleść dotkliwa, niepojęta; czemuż ja jej nie przeczułam? czemu mnie kto nie
ostrzegł?... A gdy sobie przeszłość przypomnę, jakże gorąco
pragnęłam tego, co dziś dzieje się ze mną; od jak dawnego
to już czasu ta myśl wyniosła, jak wróg jaki, opanowała mój
umysł. Nieszczęsny Macieńku! Tyś ją podobno pierwszy mojej próżności podsunął.</akap>


<akap>Szczęśliwa Basiu! Czemuż królewic nie urodził się równym
moim? Równym? czy szczerze chciałabym tego? Ach! jak też
to dobrze, że nikt prócz Boga i nas samych w głębi serca czytać nie może; Bóg przez nieskończoną dobroć, my przez słabość tak wiele sobie wybaczamy!... Ale już pół godziny, jakem
od księżnej odeszła; ona lubi mnie mieć koło siebie, nikt jej
tak jak ja dogodzić w niczym nie umie; i prawdziwie mnie
już teraz nigdzie tak nie jest dobrze jak przy jej łóżku: tam
czuję się być potrzebną, tam widzę z radością, że serca mego
nie opanowało wyłącznie jedno uczucie.</akap>





<srodtytul>Dnia 18 czerwca, we czwartek, w Opolu</srodtytul>


<akap>Księżna tak już znacznie do sił i zdrowia przyszła, iż
przedonegdaj<pe><slowo_obce>przedonegdaj</slowo_obce> (daw.) --- przedwczoraj.</pe> przyjechaliśmy tutaj: żal mi było wyjeżdżać
z Janowca. W ostatnim liście zastraszył mnie królewic, że do
księstwa swego na parę miesięcy jechać będzie musiał; głowę
sobie łamie, jakim by sposobem widzieć mnie przed odjazdem;
dopieroż to te miesiące żółwim krokiem iść będą; trapi mnie
nade wszystko jego zmartwienie. Jest tu kilka osób z Warszawy, jest nawet i biskup kamieniecki, tak godzien poważania
i szacunku; uspokoić się nie mogą nad zmienieniem się królewica: mizerny, smutny, od ludzi chroni; króla nawet stan jego
niespokojnym czyni; i to wszystko z mojej przyczyny. Ach!
Doprawdy, wielkie zmartwienie kochać kogo bardzo; wszystko
w dwójnasób się czuje, a ponieważ więcej złego niż dobrego
na tym świecie, trochę radości, wiele zmartwienia z każdym
kochaniem przybywa. Co się też i ze mną stało? Wszyscy mnie
mizerną i smutną znajdują; Kochana księżna składa tę zmianę
na niewczas<pe><slowo_obce>niewczas</slowo_obce> (daw.) --- niewygoda.</pe> i trudy przy niej poniesione; każda podobna jej
mowa, każda pochwała przywiązania mego ku niej jakby sztyletem serce mi przeszywa. Kiedyż się te okoliczności odmienią? kiedyż szczęście wróci? kiedy na tym sumieniu, tak
niegdyś lekkim, nic ciężyć nie będzie?</akap>





<srodtytul>Dnia 11 lipca, w sobotę</srodtytul>


<akap>Zabłysła chwila szczęścia i minęła: był tu, ale tylko dwie
godziny; w tę środę wyjechał z Warszawy, niby do Kurlandii,
a on tymczasem, wysławszy tylko ekwipaże<pe><slowo_obce>ekwipaż</slowo_obce> (daw.) --- powóz.</pe> swoje, sam zamiast na północ, na południe się udał; przyjechał tu, a teraz
dniem i nocą dąży, żeby razem z dworem swoim w Białymstoku stanął. <begin id="b1369746131237-3462700541"/><motyw id="m1369746131237-3462700541">Łzy</motyw>Widziałam go tak krótko, że mi to widzenie snem
się wydaje; przebrany za swego strzelca przyjechał, nikt go
nie poznał, nikt też poznać nie był powinien, prócz mnie i księcia. Jak też mnie błagał, żebym pisywała do niego, płakał;
szczęście wielkie, że tak mało czasu byliśmy z sobą, bo kto
wie, czy bym się była dłużej łzom jego oparła. Niepojęta jest
we łzach siła. <end id="e1369746131237-3462700541"/>Trzy miesiące czas najkrótszy pobytu jego w Mitawie; ileż to dni w trzech miesiącach! Ile godzin, ile minut!
Niczym jeszcze byłoby samej cierpieć, ale jego to oddalenie
tyle martwi; prawda, że zmizerniał do niepoznania.</akap>




<srodtytul>Dnia 3 września, we czwartek</srodtytul>

<akap>Nie pisałam blisko dwa miesiące; minęły, bo widzę, że wszystko mija na świecie: i złe, i dobre; ale jak też długie i smutne były. To nie sposób, żebym ja dopiero ośmnasty rok zaczęła, już takam stara! tyle łez, tyle myśli, trosków<pe><slowo_obce>trosków</slowo_obce> --- dziś popr. forma D.lm: trosk.</pe> tyle!...
Królewic, ile razy do mnie pisze, zawsze upewnia, że w październiku wróci; dziś tak się ucieszyłam zobaczywszy w tutejszym ogrodzie kilka liści suchych na ziemi: zdało mi się, że to
już październik; niedługo pojedziemy do Warszawy, księżna
zapomniała, że słabą była. Miałam przez ten czas wielką biedę; trafiała mi się znakomita partia: księżna, która od czasu
słabości swojej dwa razy tyle mnie pokochała, zniósłszy się
z Państwem, wraz z biskupem kamienieckim wszystko ułożyła i była pewną, że ja przystanę na te układy z radością.</akap>


<akap>O Boże! jakże mi było bolesno zniszczyć te wszystkie jej
plany, znieść jej gniew słuszny, słuchać uwag, napomnień,
a nade wszystko przycinków dla królewica --- i milczeć. A do
Państwa jakże mi trudno było list z przeproszeniem napisać!
Udałam się w pokorę; słusznie mówią, że ona niebiosa przebija; Jmć Dobrodziejka odpisać mi raczyła łaskawie, z żalem,
ale bez gniewu: <wyroznienie>Rodzice, którzy wypuszczą córkę z rąk swoich,
dziwić się nie mogą</wyroznienie> (pisze na końcu), <wyroznienie>jeśli ich woli nie słucha</wyroznienie>.
Zwyczajne błogosławieństwo, krzyżyk macierzyński przesyła
mi, a na gorące prośby moje zapewnia i ręczy, że Jmć Dobrodziej się nie gniewa. Czym ja też przewidzieć mogła, że to, co
szczytem szczęścia mieniłam, w taką otchłań utrapień mnie
wrzuci; z owej pomyślności usnuło się zupełnie jakieś pasmo
zmartwień; dzień każdy nowe, niespodziane do dawnych dodaje, a końca nawet przewidzieć nie można.</akap>



<srodtytul>Dnia 22 września, we wtorek, w Warszawie</srodtytul>


<akap>Od kilku dni gościmy w Warszawie; z jakąż radością zbliżałam się do niej, jak mi się piękną zdawała! Tu królewica obaczę, w ostatnim liście zaręczył mi, że na pierwszego października przyjedzie: to za tydzień; gdyby też nie ta nadzieja,
uschnąć by trzeba, a w Warszawie sto razy mi gorzej jak na
wsi. Te wizyty, te asamble<pe><slowo_obce>asambl</slowo_obce> (z fr.) --- zebranie towarzyskie.</pe>, te ubiory, które dawniej tyle mnie
bawiły, dziś nieznośne mi są; zdaje mi się, że każdy tajemnicę
moję z mych oczów czyta, ale w zły jakiś sposób, bo jakby
sobie szydzili ze mnie, osobliwie też białogłowy. Jedna tak mi
dopiekła wczora pytaniami, troskliwością swoją, że już łzy na
doręczu<pe><slowo_obce>na
doręczu</slowo_obce> (daw.) --- gotowy.</pe> były; a działo się to w obliczu pięciudziesiąt osób; nie
wypiszę jej nazwiska, rada bym go i z pamięci wytrzeć, gdyż
wielką mam skłonność do nienawidzenia jej; a tego uczucia
by mi też jeszcze do zupełnej niedoli potrzeba. Książę wojewoda ulitował się nade mną i w pomoc mi przyszedł; niech
mu Bóg stokrotnie tę dobroć zapłaci: zginęłabym już od dawna, gdyby nie on; zawsze w najtrudniejszym razie ratuje
mnie; to tylko bieda, że wcale zmartwieniom moim nie daje
wiary i kiedy się przed nim użalać chcę, on mnie dzieckiem
zowie; już mu nigdy nic nie powiem.</akap>





<srodtytul>Dnia 1 października, we czwartek</srodtytul>


<akap>Przyjechał, widziałam go, zdrów, ale cóż? Widziałam go przy
licznych świadkach i kiedy bym była chciała wybiec naprzeciw
niego na dziedziniec, trzeba było czekać spokojnie przy stole,
aż wejdzie do pokoju, z księstwem się przywita, i ukłonić mu
się niziuteńko. To przynajmniej dobrze, że przyjechał i że
zdrów; wszystko weselszym mi się wydaje, wszystko dobrze
będzie.</akap>




<srodtytul>Dnia 20 października, we wtorek</srodtytul>

<akap>O Boże! jakież ja to słowa wyrzekłam przed chwilą! Jakąż
obietnicę dałam! Cóż to się stanie za dni kilkanaście? czwarty
listopada jakiż to dzień będzie? to imieniny królewica, i jakiegoż on wiązania<pe><slowo_obce>wiązanie</slowo_obce> (daw.) --- podarek imieninowy.</pe> się domaga? Oto ręki mojej; zaklął mnie na
Boga, na rodziców, powiedział, iż zwątpi o moim przywiązaniu,
jeśli tego nie uczynię: zmiękczona łzami jego, zachęcona naleganiami księcia wojewody, obiecałam i już obietnicy mojej żałuję, ale on jakże szczęśliwy odszedł. Jednak i królewic musiał coś uczynić dla mnie: chciał naprzód, żeby się to wszystko﻿ odbyło bez wiedzy Państwa, tylko z wiedzą książąt Lubomirskich; już to temu oparłam się zupełnie; powiedziałam mu
wyraźnie, że wolałabym daleko odrzucić miłość jego, zakonnicą zostać; pozwolił więc napisać do Państwa i obiecał przypisać się do mego listu. Przyznam szczerze, że obraził mnie
tym nieco; wszak to zawsze kawaler pokornie prosi rodziców
panny o jej rękę; prawda, kawaler, ale nie królewic: dziś pierwszy raz uczułam z przykrością różnicę, jaka jest między nami, i to, że on łaskę mi robi żeniąc się ze mną. Była chwila,
w której odezwała się polska duma, cofnąć się chciałam, wszystko zerwać, ale już było za późno, jużem dała słowo. Teraz pisać do Państwa trzeba, wyznać im tak długo tajoną miłość, taką ich obrazę, takie przestąpienie ufności i uszanowania, jakie dziecię każde rodzicom winne. O Boże! Wielki Boże!
Natchnij mnie! Dodaj siły! Nie wiem, czy ten winowajca, którego przed sąd prowadzą, może więcej drżeć ode mnie? Czy
nieszczęśliwszym być może?</akap>


<srodtytul>Dnia 22 października, we czwartek</srodtytul>




<akap>Już pojechał zaufany pokojowiec księcia wojewody do Maleszowej; ja dosyć byłam kontenta z mego listu, ale królewic
go zganił: powiedział, że zbyt pokorny, i ja bym też miała
ochotę zganić nawzajem przypisek jego i powiedzieć, że zbyt
królewski; ale mi książę usta zamknął. Jaka też będzie ich
odpowiedź? Czasem mi się zdaje, że nie pozwolą; bo dziwna
rzecz, iż od jakiegoś czasu wszelka duma, wszelka próżność
znikła z serca mego: to mi zdaje się niczym, że on jest królewicem, księciem kurlandzkim, że królem polskim być może;
to wszystkim, że on zezwolenia ojca, ja błogosławieństwa rodziców nie mam. Jedna rzecz przynajmniej nieco mnie pociesza: Bóg natchnął mnie myślą, żeby prosić, czy by nasz proboszcz maleszowski nie mógł tu przyjechać i dać nam ślubu.
Książę powiedział, że to uczyni; będzie przynajmniej jakieś
wyobrażenie rodziców, jakiś cień przyzwoitości. Jakże mi teraz
często los Basi w pamięci staje! Ja myślałam, że ona mi mało
życzy, a ona mi wiele życzyła, kiedy powtarzała: ,,Obyś tylko
tak była jak ja szczęśliwa!"</akap>







<srodtytul>Dnia 28 października, we środę</srodtytul>

<akap>Jest list od Państwa, zezwalają, życzą nam szczęścia; ale
w ich błogosławieństwie nie ma tej czułości, której Basia tyle
doznała, i słusznie: jam na nią nie zasłużyła. Królewic spodziewał się osobnego do siebie listu, nie ma go; obraził się
tym cokolwiek i wiele mówił z księciem o dumie niektórych
panów polskich. Już przynajmniej szczęśliwam z tego, że Państwo wiedzą o wszystkim: kamień spadł mi z serca; obiecali
dochować sekretu, póki ich sam królewic nie uwolni; w ich
wyrazach przebija nieco radości i zdziwienia nad związkiem
tak zaszczytnym, ale szczególniej w słowach kochanej matki
jest jakiś żal rozlany; te mnie najmocniej dotknęły: <wyroznienie>Jeśli będziesz nieszczęśliwa --- mówi do mnie --- nam swego nieszczęścia przypisać nie będziesz mogła; jeśli zaś (o co Majestat
Boski błagać nie przestanę) szczęście w tym postanowieniu
znajdziesz, rodzice cieszyć się nad tobą będą; ale nie tyle, co
nad innymi córkami, boś im nie dozwoliła pociechy przyłożenia się w czym do szczęścia twego.</wyroznienie> Już prawie tych słów
w liście Państwa nie znać, tylem łez nad nimi wylała; w sercu
zostaną na wieki. Proboszcz przyjedzie, od dziś za tydzień już
będzie po wszystkim. Książę o indult<pe><slowo_obce>indult</slowo_obce> --- zezwolenie na ślub z pomminięciem zapowiedzi.</pe> się wystara; sekret dochowuje się dotąd wybornie, mnie samej wierzyć się nie chce,
że ja panną młodą wnet będę: żadnych przygotowań do wesela; wszystko cicho, głucho, toteż wesela nie będzie! Mój Boże!
na tydzień przed ślubem Basi co się to działo w maleszowskim
zamku! Żebym przynajmniej królewica co dzień widywać mogła,
ale czasem i dwa dni miną bez widzenia go. Boi się niezmiernie
obudzić troskliwość króla, a bardziej jeszcze Brühla, więc
i w publicznych miejscach mnie unika, i u księstwa rzadziej
bywa. Tak się też to dobrze udaje, że wczora na wieczorze
u pani Moszyńskiej, którą bardzo kocham, usłyszałam przypadkiem taką rozmowę. Jakiś pan mnie nie znany mówił do
drugiego: ,,Ale starościanka Krasińska dużo spaszowała<pe><slowo_obce>spaszować</slowo_obce> (daw.) --- tu: zmizernieć.</pe>.
,,Nic dziwnego --- odpowiedział tamten --- wszyscy mówią, że
pannie książę kurlandzki zawrócił głowę, on zaś kogo widzi
pięknego, to kocha; oto i teraz udaje się do krajczyny, i schnie
niebożątko". Chociaż wiem, że królewic tak umyślnie dla niepoznaki robi, zimny dreszcz przeszedł mnie na te słowa;
wreszcie jakże przykro pannie uczciwej być żarcików celem!...
I nikogo, przyjaciółki żadnej, żeby jej się zwierzyć, rady zasięgnąć. Pokojówkę, którą dotąd miałam, głupiuteńką (bo nie
domyśla się niczego), książę aż gdzieś do Litwy odsyła, a za dni
kilka mam mieć jakąś dobrego urodzenia pannę służącą,
mężatkę, już w wieku bardzo do rzeczy, ale której nie znam
wcale. Nie mam nawet z kim się naradzić, jak się ubrać do
ślubu. Pytałam się księcia, on mi powiedział: ,,Jak co dzień".
O! Jakże dziwne przeznaczenie moje? Robię najświetniejszą
partią w całej Litwie i Koronie, a córka mojego szewca świetniejszą mieć będzie wyprawę i wesele.</akap>





<srodtytul>Dnia 4 listopada, we środę</srodtytul>


<akap><begin id="b1369749527711-2133014463"/><motyw id="m1369749527711-2133014463">Ślub</motyw>Już stało się, jużem żoną królewica: on mnie, ja jemu przed
ołtarzem, przed Bogiem, nie ma temu, jak godzina, wieczną
przysięgli wiarę i miłość. Okropny jednak był ten ślub! Z takim strachem, tak nagle! Jeszcze drżę cała i myśli moich rozpoznać nie mogę... Już dwa dni nie widziałam była królewica;
udawał chorego na mocną fluksją<pe><slowo_obce>fluksja</slowo_obce> (daw.) --- opuchlizna twarzy spowodowana przez zapalenie zębów a. okostnej.</pe>, krokiem nie wyjeżdżał
z domu i na dziś od obiadu u księcia prymasa i u posła hiszpańskiego, od balu u pana hetmana się wymówił... Pokojówkę moję onegdaj odesłano, a wczoraj przybyła owa panna, która
księciu przed krucyfiksem zatajenie wszystkiego, co widzieć
będzie, przyrzekła... Dziś o piątej rano zastukał do drzwi moich
książę wojewoda; już byłam ubrana i na nogach od dwóch godzin. Udało nam się wyjść cichuteńko, królewic i książę Marcin czekali u bramy; wiatr był niezmierny, ciemno zupełnie,
szczęściem przynajmniej, że deszcz nie padał. Poszliśmy piechotą do karmelitów, pojazd byłby narobił hałasu; to kościół
najbliższy; tam nas czekał poczciwy proboszcz; choć tak blisko,
gdyby nie królewic, byłabym kilka razy upadła. A w kościele
jakże okropnie! Cichość i ciemność grobowa, na ubocznym
ołtarzu świec tylko dwie, nikogo prócz księdza i zakrystiana;
rozlegał się odgłos naszych kroków jak gdyby w odludnej jaskini. Nie trwała ceremonia i dziesięciu minut; ledwie się
skończyła, jak gdyby nas kto gonił, uciekliśmy z kościoła.
Królewic odprowadził nas do bramy; książę Marcin gwałtem
prawie go przymusił, żeby odszedł i wrócił do swego pałacu,
bo stał długo i odejść nie chciał.<end id="e1369749527711-2133014463"/></akap>


<akap>Ubiór mój był codzienny, nawet nie biały; gałązkę tylko rozmarynu wetchnęłam naprędce we włosy; wczora, przypomniawszy sobie ślub Basi, sama nagotowałam sobie ze łzami
dukat, kawałek chleba, trochę soli i cukru, ale dziś z wielkiego pośpiechu tego wszystkiego wziąść zapomniałam. I teraz
jestem znowu w moim pokoju, nikt mi nie winszuje, nikt nie
błogosławi, wszyscy śpią; dnieje, a świeca się pali, jakby przy
umarłym, i gdyby nie ten dreszcz zimny, którego się od wczora pozbyć nie mogę, gdyby nie ta złota obrączka, którą niedługo zdjąć i schować wypadnie, nie wierzyłabym, że jużem
na wieki z królewicem złączona, że wracam od ślubu, żem jest
panną młodą.</akap>





<srodtytul>Dnia 24 grudnia, w poniedziałek, w Sulgostowie</srodtytul>


<akap>Już nie miałam pisać wcale dziennika: pozyskawszy dozgonnego przyjaciela, któremu wszystkie myśli zwierzałam, nie widziałam nawet potrzeby pisania go, ile że królewic (bo już podobno tak go całe życie zwać będę) nie umie tak dobrze po
polsku, żeby go mógł czytać i rozumieć; ale od dwóch dni los
srogi, który mnie ciągle prześladuje, oderwał mnie od ukochanego męża. Bóg wie, kiedy się znowu z nim złączę, trzeba
do dawnego wrócić powiernika! O! jakże te dni ostatnie były
okropne! co wypadków! co ciosów! Prawdziwa Opatrzność Boska, żem nie dostała zupełnego pomięszania zmysłów. Jednak
tu przyjechawszy tak byłam dziwna, że gdym Basię i jej męża
do osobnego pokoju wezwała, gdym im zaczęła opowiadać, że
mnie księżna wojewodzina z domu swego wypędziła, żem ja
niewinna, że jestem żoną królewica, nieboga siostra, nie wiedząc o niczym, zdumiała; przestraszona, chciała biec po ludzi,
po ratunek, bo przekonaną była, że mam wariacją. Teraz, kiedym im wszystko opowiedziała, kiedy wszystkiemu uwierzyli,
ich rozsądek mnie rozum przywrócił i może potrafię tu zapisać tę straszną przygodę. Jak kiedy Bóg pozwoli, iż zupełnie
szczęśliwą i spokojną będę (o czym wątpię, żeby to kiedy już
nastąpiło), miło mi będzie odczytać te dawnych prześladowań
losu opisy, chociaż najdoskonalsze szczęście nie potrafi wymazać ich z pamięci.</akap>


<akap>Już szósty tydzień od okropnego dnia ślubu naszego się skończył; król, dwór, Warszawa cała, nikt w domu nawet ani się
domyślał tego, co się stało, ja zawsze, jak i dziś jeszcze, starościanką Krasińską od wszystkich zwana, królewic nigdzie prawie nie uczęszczający pod pozorem zdrowia, nasze nieczęste
schadzki przez księcia wojewodę ułatwiane i jemu tylko wiadome. Ale tydzień temu królewic wyjeżdżać zaczął i jak dawniej i księstwu oddał wizytę. Byłam natenczas w pokoju, pierwszy raz od dnia, jak mężem moim został, widziałam go
w przytomności obcych; nie mogłam ukryć pomięszania, nie
mogłam nie spojrzeć na niego mile, i księżna to postrzegła.
Gdy odjechał, nie szczędziła łajań, napomnień, słów przykrych; ja, pewna niewinności mojej, odpowiedziałam zbyt hardo; nieszczęsna, dałam nawet do zrozumienia, że nie płocha<pe><slowo_obce>płochy</slowo_obce> (daw.) --- lekkomyślny.</pe>
miłość z królewicem mnie wiąże, i ta odpowiedź przyczyną się
stała całego nieszczęścia.</akap>


<akap>Księżna przez dzień następujący niezmiernie była pomięszana, nazajutrz królewic znowu przyjechał; miał mi jakąś dobrą
nowinę donieść; pewny, że dnia tego nie będzie mógł mówić
ze mną na osobności, bilet napisał, a bawiąc się z koszyczkiem
moim od roboty, wsunął go zręcznie. Nie uszło to bacznego oka
księżnej, ledwie wyszedł, porwała koszyk, a przeczytawszy na
bilecie podpis: ,,<slowo_obce>Pour ma bienaimeé</slowo_obce>"<pe><slowo_obce>Pour ma bienaimeé </slowo_obce> (fr.) --- dla mojej ukochanej.</pe>, już nie mogła gniewu
położyć granic; nie wiem, jak mnie nie zabiły na miejscu jej
słowa, bo mnie nazwała zakałem, hańbą, wstydem rodu Krasińskich; bo mi powiedziała, że ojca i matkę w grób wpędzę.
,,Ale nie udadzą ci się te fortele --- dodała jeszcze (gdy ja,
wskroś przejęta tym obelg nawałem, mogąc usprawiedliwić się
jednym słowem, milczałam jednak, bom mężowi milczenie
przyrzekła) --- nie udadzą ci się, zapobiegłam ich skutkom; oto
kopia listu, który dziś rano Brühlowi posłałam: w nim uwiadamiam go, że uczciwość i honor nad wszystkie familijne
przekładając związki, nad wszystkie wielkości widoki, mam
sobie za święty obowiązek donieść mu, że królewic w tobie się
kocha; błagam go, by wyrwał księcia z tych sideł, czynił, co
mu się zdawać będzie, byle przerwał tę miłość, póki czas
jeszcze, byle mnie usprawiedliwić, żem do tej podłej intrygi
nie należała i chyba zbytecznym zaufaniem w cnocie własnej
siostrzenicy zgrzeszyłam! Tak o wstydzie twoim i szalonej dumie może już teraz i król uwiadomiony! ,,Król! --- krzyknęłam odchodząc zupełnie od siebie na te słowa --- niechże mu
nikt nie powie, żem ja jego żoną!" A klękając przed księżną,
z wielkim płaczem i łkaniem ściskałam jej kolana. ,,Żoną? ---
powtórzyła za mną --- żoną? byłażebyś żoną królewica?"</akap>


<akap>Na to zapytanie objęłam dopiero myśl okropną, iż zdradziłam tajemnicę; przelękniona, widząc już także przed sobą rozgniewanego męża, zdało mi się (znając szczególniej, z kim miałam od czynienia), że cały ratunek jest tylko w zupełnym wyznaniu. Zawsze więc u nóg księżnej, wyznałam jej wszystko,
błagając o darowanie i o sekret przed światem całym. Bądź
obrażona tak późnym i wymuszonym zwierzeniem się, bądź
mając żal do samej siebie za porywczość swoję, a nie chcąc go
przyznać, zdziwiła ją, lecz nie ułagodziła mowa moja. Prawda,
wstać mi kazała, mówiąc, że nie przystoi<pe><slowo_obce>przystoi</slowo_obce> (daw.) --- wypada.</pe> tak wielkiej pani
czołgać się u nóg czyich; przepraszała mnie, iż nie wiedząc
o godności mojej, uchybiła mi nieraz, ale ręki pocałować nie
dała; a pod tym błahym pozorem, że dom jej niegodzien być
królewicowej, księżnej udzielnej, przyszłej królowej polskiej,
przytułkiem, natychmiast wszystko do odjazdu mojego przygotować kazała. Potrafiłam się wstrzymać od najmniej przykrego słowa, za co Bogu dziękować wiecznie będę; bo jakżeby dla
słów kilku tyle dowodów przywiązania zapomnieć! Z uległością szesnastoletniej panienki przysposabiać się do podróży zaczęłam, lubom wcale nie wiedziała, gdzie jechać.</akap>


<akap>Nie wiem, czy ja, czy księżna wspomniała na szczęście Sulgostów; marszałek, który przyszedł po rozkazy pani swojej,
usłyszał to słowo i w chwili jednej w przedpokoju i w garderobach ułożono, że ja do Sulgostowa na święta Bożego Narodzenia jadę. Szczęśliwa z tego wniosku, potwierdziłam go;
napisałam tylko długi list do królewica na ręce księżnej, okazałam mu potrzebę zwierzenia się siostrze i szwagrowi i nie
wyszło dwóch godzin, a zamknięta w karecie z panną moją,
jechałam śpiesznie, ledwie wiedząc, co się dzieje ze mną. Dopiero zobaczywszy Sulgostów, przyszło mi na myśl, jak ja to
wszystko siostrze i szwagrowi powiem. I nic nie wymyśliwszy
stanęłam przed ich pałacem; dlatego też Basia za wariatkę
mnie wzięła. Już teraz tak dalece przyszłam do siebie, żem
się nawet z tej imaginacji<pe><slowo_obce>imaginacja</slowo_obce> (z łac.) --- tu: wyobrażenie, pomysł.</pe> wraz z nią dziś śmiała; ale przez
dwa dni śmiechu nie było i teraz jeszcze nie bardzom do niego
skora, bo żadnej od królewica nie mam wiadomości: zapewne
go strzegą. Kamienne prawdziwie mam zdrowie, że mi te wszystkie wzruszenia mało co szkodzą; druga delikatna osoba mogłaby i śmierć połknąć, nim by się owego szczęścia doczekała.
Czy i ja doczekam go kiedy? to wielkie pytanie. Te nadzieje
swobody i wielkości spełniąż się kiedy? Będęż ja kiedy pędziła dni spokojne obok ukochanego męża, jakie Basia pędzi? --- O nie! to nie dla mnie!...</akap>



<srodtytul>Dnia 30 grudnia, w niedzielę</srodtytul>


<akap>Jadę do Maleszowej, może tam lepiej niż tu mi będzie;
Basia miała także jechać, ale ponieważ znowu spodziewa się
słabości, mąż jej nie pozwala jechać. Miałam list od królewica, w rozpaczy, żem wyjechała, w gniewach na księżnę, w obawie wielkiej, czy Brühl wszystkiego nie odkryje. Ja koniecznie potrzebuję stąd wyjechać; tak jestem nieszczęśliwa, że
obraz powodzenia ukochanej siostry trucizną jest dla mnie.
Ten jej dom tak dobrze urządzony, te starania, ta miłość familii mężowskiej, te dowody nieustanne przywiązania Państwa, troskliwość o jej zdrowie, ta Anielka taka przedziwna<pe><slowo_obce>przedziwny</slowo_obce> --- tu: cudowny, śliczny.</pe>,
która ją tak kocha, z której ojciec taki szczęśliwy: to wszystko rozdziera mi serce; a jednak Bóg widzi, jak serdecznie
siostrę kocham, jak gorąco się modlę, żeby zawsze tak szczęśliwą była. Może gdy usłyszę z ust kochanych rodziców słowa
przebaczenia, może gdy ich nogi ucałuję, spokojniejszą będę;
może też rok z nimi zaczęty równie szczęśliwy będzie jak owe
lata, które niegdyś tak swobodnie w Maleszowej płynęły.</akap>




<srodtytul>Dnia 5 stycznia 1761 r., maleszowskim zamku</srodtytul>

<akap>Już tu jestem od dni kilku i podobno pojutrze wrócę do
Sulgostowa, bo tu jeszcze gorzej. Nie dlatego, żeby mnie Państwo źle przyjąć, źle traktować mieli; owszem, bardzo są na
mnie łaskawi, ale tu czuję mocniej niż gdziekolwiek, jak świetny jest los mój w imaginacji, jak nędzny w istocie. Mała na
przykład rzecz na pozór, ale niesłychanie dotkliwa: przyjechałam do rodzicielskiego domu prawie po dwóch latach niebytności, a żadnego gościńca<pe><slowo_obce>gościniec</slowo_obce> (daw.) --- prezent.</pe> nie przywiezłam młodszym siostrom
ani nikomu. Pieniędzy wcale nie mam; panną będąc nie potrzebowałam ich, księżna na wszystko łożyła, mnie tylko do
ręki co miesiąc dwanaście tynfów<pe><slowo_obce>tynf</slowo_obce> --- drobna moneta polska, bita w latach 1663--1666, nazywana od Andrzeja Tymfa, zarządcy mennic koronnych za czasów Jana Kazimierza.</pe> dawała; na styczeń już i tego nie dostałam, a wolałabym umrzeć jak królewica albo Państwa o pieniądze prosić; im też to jakoś do głowy nie przychodzi, muszą wzajemnie myśleć, żem w nie dostatecznie opatrzona<pe><slowo_obce>opatrzony</slowo_obce> (daw.) --- wyposażony, zaopatrzony.</pe>. Basia, prawda, jak od sakramentek wróciła, chociaż
mniej jeszcze ode mnie pieniędzy miała, niemal każdemu jakiś podarek przywiezła; ale z nią wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe> było co innego: ona
sobie była młodziuchną panienką, niczym nie miała ani zajętej, ani nabitej głowy i sama swymi rękami moc drobnostek
narobiła. Ja, choćbym była wiedziała, że tu przyjadę, nie miałabym była do podobnej pracy ani czasu, ani głowy, a kto wie, może i ochoty. Wystawiałam sobie zawsze, że jak do
maleszowskiego zamku po ślubie zawitam, każdemu z dworzan
i dworskich sypnę po królewsku; chłopki nawet miały dostać
piękne czepki, dziewki wstążki, gospodarze czapki, a parobcy
pasy; a tu na to wszystko złamanego nie mam szeląga. O! co
się też to w tej głowie uwijało; jakże prawda mało do tych
marzeń podobna!...</akap>


<akap>Od tego czasu jak tu jestem, jeszcze oczów z łez nie osuszyłam. Państwo tak szczególnie mnie witali; jam do ich nóg rzucić się chciała i tak by mi dobrze tam było, a oni nie pozwolili i Jmć Dobrodziej jakby obcej niziuteńko mi się kłaniał.
I teraz jeszcze wstaje, jak ja wchodzę, nie usiędzie blisko przy
mnie, i ten pierwszy hołd uszanowania królewicowskiej godności mojej oddany srogą boleść mi sprawia. O! jeśli wszystkie hołdy i honory takie gorzkie będą, wolałabym prostą być
szlachcianką!... Przy pierwszym obiedzie, który razem jedliśmy
(i który, jak mi z przykrością uważać przyszło, niespokojną
czynił Jmć Dobrodziejkę, czy dosyć dobrym będzie), szepnął mi
do ucha: ,,Mógłbym kazać stoczyć, niby na próbę, butelkę wina
z beczki panny Franciszki; przykro mi go nie skosztować przy
pierwszym obiedzie, ale zwyczaj jest, że pierwszy kieliszek pije
ojciec, a drugi pan młody; inny porządek za złą wróżbę miany... Ale czy przyjdzie kiedy podobna chwila?..." --- dodał
i westchnął tak głęboko, że mnie łzy puściły się z oczu. Zupełnie jeść mi się odechciało, a przymuszałam się do jedzenia,
bom widziała niespokojność kochanej matki i bałam się ją obrazić. O! ten obiad i wszystkie inne prawdziwą dla mnie męczarnią! Już mnie i Macieńka koncepta nie rozśmieszają, bo i jemu się też nie klei. Imć Dobrodziej coraz na niego mruga, żeby
co dowcipnego powiedział; on się sili, ale mu się nie udaje.</akap>


<akap>Wczora i on mnie rozczulił; szpak<pe><slowo_obce>szpak</slowo_obce> (daw., pot.) --- sprzyciarz.</pe> wielki, zatem domyśla
się wszystkiego: przyszedł cichuteńko do mego pokoju, kiedy
nikogo nie było, klęknął przede mną na obadwa kolana,
a z miną na pół bufońską<pe><slowo_obce>bufoński</slowo_obce> --- nadęty, zarozumiały.</pe>, na pół smutną, wyjął z zanadrza
pęczek uschłych kwiatów i liści białą wstążką związany, złotą
iglicą spięty. Zrazu nie wiedziałam, co się to znaczy, aż przypomniałam sobie ów bukiet z wesela Basi; on wymówił tylko
te słowa: ,,Ja czasem bywam prorokiem!" --- oddał mi go,
a zawsze na klęczkach posuwając się w tył, doszedł do drzwi.
Ileż mi rzeczy ten bukiet przypomniał, ile podał myśli! Wstałam, a biegnąc za Macieńkiem, wyjęłam kosztowną śpilkę
bryliantową, którą mi dał królewic, i wpięłam ją w kontusz jego. Ani on, ani ja nie wymówiliśmy i słowa, ale podobno każde
z nas dumało nad tym, że jeśli dziwną było rzeczą, iż spełniła
się płocha wróżba jego, dziwniejszą jeszcze, że lubo spełniona,
żadnym oczekiwaniom zadosyć<pe><slowo_obce>zadosyć</slowo_obce> --- dziś popr.: zadość.</pe> nie uczyniła.</akap>


<akap>To pisanie moje przerwała mi kochana matka! O! jakże dobrocią swoją ubodła mnie w serce; przyszła tu ukradkiem tak
obładowana, że ledwie iść mogła: naznosiła mi różnych kosztownych materii, klejnotów, koronek, a złożywszy je na stołkach, z nieśmiałością powiedziała: ,,Przyniesłam tu cząstkę rzeczy każdej z córek naszych należących się; przyniosłabym
i więcej, ale cóż, kiedy to wszystko nie wydaje mi się dosyć
pięknym; a nic piękniejszego, Bóg widzi, w całym domu nie
mam. Jużem mówiła z Jmć Dobrodziejem; przeda<pe><slowo_obce>przedać</slowo_obce> --- dziś popr.: sprzedać.</pe> wiosek parę,
żeby jak pora szczęśliwa przyjdzie i rzecz się wykryje przed
światem, i druga córka nasza stosowną do wysokiego zamężcia dostała wyprawę". Zalana łzami, całować chciałam jej kolana, a ona mi nie pozwoliła i ciągle mnie przepraszała za te
nędzne (jak ich zwała) podarki... O! już pojutrze niezawodnie
wyjadę, bo i oczu dworzan, i wykrzykników Madame, sióstr
i starych sług nad bladością moją, nad tym, żem jeszcze za
mąż nie poszła, znieść nie mogę. Były też u mnie i owe trzy
dziewczęta, którym przyrzekłam, że je wezmę do siebie, skoro
za mąż pójdę; stary Jacenty przyprowadził sam swoję córkę.
O! jakże mi te ich odwiedziny przykre były: jakże by się zdziwiły dowiedziawszy się, że mam już męża, a jednak ich nie
biorę do siebie, bo ten mąż --- królewic.</akap>




<srodtytul>Dnia 9 stycznia, w środę, w Sulgostowie</srodtytul>

<akap>Już wróciłam do siostry i nie zastałam listu od królewica;
nie wiem, czy nie chory albo czy też król o wszystkim się nie
dowiedział i nie kazał strzec go surowo. Wielka mi bieda, że
księcia wojewody od połowy grudnia aż dotąd w Warszawie
nie ma; on by pewnie do mnie napisał: książę Marcin roztrzepany, szczęśliwie zapomniał. Z pożegnania się z Państwem
niecom więcej uradowana niźli z powitania; ale najmilsze
chwile spędziłam w Lisowie; chciałam odwiedzić proboszcza
w domku jego; zastałam go sadzącego świerki w swoim ogrodzie, pozwolił mi jeden najpiękniejszy na cmentarzu koło kościoła posadzić i uczyniłam to własną ręką: smutną po sobie
zostawiam pamiątkę<pa><slowo_obce>smutną po sobie
zostawiam pamiątkę</slowo_obce> --- Ten świerk dotąd cieni tę starożytną budowlę.</pa>, ale bo też i ja smutna jestem. Wiele
słów pocieszających usłyszałam z ust proboszcza i jakaś mężniejsza i szczęśliwsza z domku jego wyszłam. O! gdyby tylko
wiedzieć, że królewic zdrów!</akap>




<srodtytul>Dnia 15 stycznia, we wtorek</srodtytul>

<akap>A! Już też zupełnie nową walkę przez te dni wytrzymałam!
Czy już żaden rodzaj udręczenia i boleści nie ma mi być
obcym? Zupełnie niepodzianie, w chwili kiedyśmy do obiadu
siedli, hałas się zrobił w sieniach, usłyszeliśmy trąbkę pocztarską, drzwi się otworzyły i wszedł do sali minister królewski
Borch: zgadłam od razu cel jego odwiedzin i zadrżałam jak
listek; on zaś ukrył go pozorem chęci oddania swojej atencji<pe><slowo_obce>atencja</slowo_obce> (daw.) --- uszanowanie.</pe>
państwu starostwu, na których ślubie znajdować się miał zaszczyt. Taką grał rolę, póki się obiad nie skończył, pókiśmy nie
zostali sami; ale wtedy, zaprosiwszy mnie do gabinetu pana
starosty, powiedział zaraz z góry, że i on, i Brühl uwiadomieni
o wszystkim, ale się śmieją z tego; że to całe małżeństwo za
dziecinną igraszkę uważane być powinno; że ślub taki, bez
wiedzy rodziców, nie od miejscowego pasterza dany, nic nie
znaczy i z jak największą łatwością zerwany być może. Przyznaję, że w pierwszym momencie, uwierzywszy niejako podobieństwu tych słów, ledwiem nie padła nieżywa; ale nagle
przypomniawszy sobie, z czyim wysłańcem mówię, objąwszy tę
myśl, że od stałości obecnej los całego życia mego zależy, stawiłam się mężnie, ośmieliłam się obwinić i jego, i Brühla
o podstęp, o chęć złudzenia nieświadomej białogłowy. ,,Ale
nie jestem tak dziecinną i nierozsądną, jak świat sądzić może --- dodałam w końcu, a on mnie słuchał zdziwiony --- wiem,
że ślub mój jest ważny, bo był w kościele, za pozwoleniem rodziców moich i biskupa, przez pasterza mojej parafii, przy
dwóch świadkach zawarty; wiem, że są rozwody, ale wagi nie
mają, póki obie strony aktu nie podpiszą; a mego i królewica
na rzecz takową podpisu ani gwałt, ani prośby żadne nie wymogą".</akap>


<akap>Dziwię się sama teraz mojej śmiałości, Bóg mnie natchnąć
musiał; Borch, który był przekonany, że od razu do podpisania rozwodowego aktu mnie skłoni, zwłaszcza gdy mi znaczny
zapis w nagrodę pokaże, zdumiał się i dalszych namów zapomniał; dwa dni tu siedział i co dzień podobne słowa słyszał
ode mnie; nareszcie tej przynajmniej żądał obietnicy, że gdyby kiedy królewic na rozwód przystał, ja się sprzeciwiać nie
będę. Na to śmiało zezwoliłam i on poprzestał na podobnym
oświadczeniu na piśmie. O tom się najwięcej bała, żeby Basi
ten przestrach nie zaszkodził; ona tak żywo dzieli wszystkie
moje zmartwienia i kłopoty, to prawdziwa druga ja; ale zdaje
się, Bogu dzięki, że jej nic nie będzie. Biedny pan starosta, tak
już był o nią niespokojny, nad życie ją kocha!... O! smutne!
smutne przeznaczenie moje! zamiast pociechy i swobody ---
trwoga i niepokój zupełnie za mną chodzą!</akap>




<sekcja_asterysk/>



<akap>Tu się kończy <tytul_dziela>Dziennik</tytul_dziela> Franciszki z Krasińskich królewicowej polskiej; smutek dalszych jej przeznaczeń odjął jej ochotę i siłę zwierzania papierowi nieustannych, a coraz nowych
udręczeń: najdotkliwszą z nich była zmiana uczuć tak gorąco
kochanego męża i obawa rozwodu, którą mimo tkliwego niedowierzania swego po kilka razy zagrożoną była. Pomimo tak
świetnego na pozór losu niejeden przykry i uciążliwy rok minął, nim się przecież przewinąć zdołało to długie pasmo udręczeń, nim snuć zaczęła dni swobodniejsze; zawsze jednak bardzo dalekie od owej świetności, którą żywa jej wyobraźnia
obiecywała niegdyś zbyt łatwowiernej dumie. Oto są niektóre
szczegóły jej dalszego życia od czasu, w którym <tytul_dziela>Dziennik</tytul_dziela> ten
się kończy.</akap>





<sekcja_swiatlo/>


<akap>Po odjeździe Borcha królewicowa czas długi w Sulgostowie
gościła; tam Barbara Świdzińska powiła naprzód syna, Jana,
potem drugą córkę, a dotrzymując obietnicy danej, Franciszką
ją nazwała; tam ciągle widok szczęścia domowego, którego
używać nie miała ani rychłej, ani pewnej nadziei, przykry był
jej scrcu, i tym przykrzejszy, że sobie wymawiała to mimowolne uczucie. Gdy też postępowanie królewica najdotkliwszą
boleść utwierdziło w jej duszy, sama sobie niemiła, przejeżdżała się z miejsca na miejsce. Ubyło jej właśnie w tym czasie
najprzyzwoitsze schronienie, doświadczyła srogiego nieszczęścia, poniosła niepowetowaną stratę: umarli jej zacni rodzice,
umarli nie doznawszy radości uściskania znakomitego zięcia,
nie odebrawszy od niego żadnego hołdu uszanowania.</akap>
<akap>Osierocona córka, nie mając w domu męża przytułku, prawdziwą tułaczką przez czas długi była. Klasztor sakramentek
w Warszawie, klasztor franciszkanek w Krakowie (dokąd kochająca ją siostra małą Anielkę dla rozrywki jej przywiezła),
Częstochowa, Opole, gdyż zacna, lubo<pe><slowo_obce>lubo</slowo_obce> (daw.) --- chociaż.</pe> żywo czująca ciotka niedługo na ulubioną bratankę gniewać się mogła, kolejno były
jej mieszkaniem; lecz nigdzie szczęścia znaleźć nie zdołała;
a lubo wszędzie z wyższych rozkazów kryła los swój i znakomite imię, każdy się ich domyślał po smutku. Wprawdzie królewic, w samej nawet niestałości niestały, wracał niekiedy do
niej z czułością i już ją tylko jedną kochać przyrzekał. Wtedy
znowu nad rzadką sposobnością widywania się z nim bolała,
a gdy wzmagała się w niej nadzieja dzielenia kiedyś przeznaczeń jego, wrodzona duma cierpiała, iż tym przeznaczeniom
co dzień i w obecnej chwili, i na przyszłość świetności ubywało.
Bo według słów prorockich Macieńka, naprzód mitra, potem
korona wysunęła się królewicowi: Biron został powtórnie księciem kurlandzkim, a gdy August III umarł w Dreźnie 5 października 1763 roku, w następującym Stanisława Poniatowskiego ogłoszono królem polskim.</akap>


<akap>Tak w przeciągu lat kilku obalił się cały gmach wielkości,
którym przez tak długo młoda królewicowa się łudziła; ale nowa obawa zmiany uczuć męża spełznienie<pe><slowo_obce>spełznąć</slowo_obce> --- (zwykle o tkaninie) wyblaknąć.</pe> tych nadziei zapewne mniej przykrym czyniła. Bo ta jest przynajmniej wielkich
nieszczęść korzyść, że nam uboczne przykrości obok nich nie
tyle dolegać potrafią. Dotąd królewic składał na bojaźń skrócenia życia sędziwego ojca tajemnicę, którą swoje małżeństwo
okrywał; ale już lat kilka od śmierci Augusta minęło, już cała rodzina królewska, cały dwór saski przeniósł się był do
Drezna i królewic tam mieszkał, a żona jego tułała się jeszcze
bez nazwiska. Zadrżeli o szczęście, o los dalszy ukochanej bratanki księstwo Lubomirscy, natenczas kasztelaństwo krakowscy, tym bardziej że sierotą była i nie miał się kto bliższy za
nią upomnieć. Księżna kochała ją na nowo jak córkę, książę,
nie mniej przywiązany, miał jeszcze powód większy do zajęcia
się jej losem, bo znał dobrze, że to małżeństwo, z którego on
tyle obiecywał sobie, bez jego zachodów i pomocy nie byłoby
nigdy doszło do skutku; widząc, że spełzły zaszczyty, które powinowatej swojej niegdyś zapewnić pragnął, chciał przynajmniej, żeby jej szczęście domowe zostało. Użył ku temu, jak
mówią, wpływu cesarzowej Marii Teresy, użył --- jak się zdaje --- i innych sposobów. Skutkiem ich królewic wzruszył się
i po długim czasie oziębłości i milczenia napisał nagle do żony
list najczulszy, przepraszając ją za dawne uchybienia, błagając, ażeby przyjechać do niego do Drezna raczyła. Tam, mówił,
nazwie ją żoną swoją; tam zupełnie się poświęci, by szczęściem
reszty jej życia wynagrodzić owe lata najpiękniejszej młodości
we łzach i poniżeniu spędzone.</akap>


<akap>Szczęśliwa z tej pomyślnej zmiany, niczym w raz powziętym przywiązaniu nie zmieniona, królewicowa nie uległa jednak natychmiast żądaniom męża, serce może inaczej mówiło,
ale szacunek samej siebie uznał, że czekać należy powtórnego
zaproszenia; może też tę radę winna była szlachetnie myślącej
ciotce, gdyż właśnie natenczas w Opolu gościła. Nie czekała
jednak długo: rozkochany jak w pierwszych dniach poznania
się z nią królewic, dręczony wyrzutami sumienia, naglił jej
przyjazd; każde słowo listów jego żywym tchnęło uczuciem:
byłby chciał teraz wszystkie zaszczyty, wszystkie dostatki zsypać na przedmiot wznowionej miłości. Pensja, którą brał książę saski, nikczemną mu się zdawała, pragnął jej powiększenia,
a odmówienie elektora Fryderyka<pe><slowo_obce>elektor Fryderyk</slowo_obce> --- Fryderyk August III (1750--1827), wnuk Augusta III, od r. 1806 król saski jako Fryderyk August I. Uznaniu Franciszki sprzeciwił się zapewne nie on, lecz jego matka, Maria Antonina, córka cesarza Karola VII.</pe>, który Krasińskiej ani żoną brata przyznać, ani tytułu dać nie chciał, taką zgryzotą go
napawało, że aż niszczało zdrowie jego. Tylu dowodami wróconej miłości zaspokojona, pragnąca od tak dawna tej chwili,
pojechała królewicowa, otoczona licznym pocztem wysłanym
przez męża do towarzyszenia jej; tkliwym listem pożegnała
ukochaną siostrę, tysiącznymi uściskami tych, którzy dla niej
miejsce zmarłych rodziców trzymali.</akap>
<akap>Odtąd królewicowa mieszkała ciągle w Saksonii, w Elsterwerdzie albo w Dreźnie; w lat kilkanaście dopiero po zamężciu została matką. Powiła mężowi, gorąco tego szczęścia pragnącemu, córkę, równie nadobną, jak była sama. Marii imię
jej dali; to było jedyne ich dziecię, a przywiązanie zobopólne
skarbem jedynym. Nie używała bowiem nigdy marzonych niegdyś honorów i przywilejów, wraz z córką żadnego tytułu nie
miała; dochody jej także w miarę niegdyś spodziewanych dostatków i wrodzonej wspaniałości bardzo szczupłe były; bo
chociaż po rodzicach i krewnych znaczny odziedziczyła spadek, chociaż od cesarzowej Marii Teresy, od której<pe><slowo_obce>od której</slowo_obce> --- dziś popr.: przez którą.</pe> bardzo kochaną była, piękne dobra Lanckoronę dostała, mało ją dochodziło gotowych pieniędzy<pe><slowo_obce>gotowe pieniądze</slowo_obce> --- gotówka.</pe>; ten niedostatek ciągle jej się czuć
dawał, a najwięcej dlatego, że licznej rodziny ukochanej siostry podporą być nie mogła. Pełne są podobnych utyskiwań
jej listy; pisywała bowiem bardzo często do różnych osób,
zwłaszcza do księżnej kasztelanowej krakowskiej, do siostry,
a później do chrzestnej córki swojej, Anieli z Świdzińskich
Szymanowskiej, starościny wyszogrodzkiej. Ta do dnia dzisiejszego pamięta przysmaczki, jakimi ciotka i matka chrzestna
w klasztorze ją karmiła, a więcej jeszcze jej przyjemne i miłe
z nią i z każdym obejście. W tych listach przebija zawsze
tenże sam charakter, toż samo serce. Żywość wyobraźni
i czucia, trafność w sądzeniu, wyniosłość, szlachetność uczuć,
wiadomość własnych interesów i rzeczy publicznych, przywiązanie do męża, córki, rodziny, ojczyzny, tkliwa pobożność i zawsze widoki, nadzieje. Umieszczam tu niektóre z nich wyjątki,
jedne w oryginale, drugie tłumaczone.</akap>






<naglowek_rozdzial>Do Barbary Świdzińskiej</naglowek_rozdzial>




<srodtytul>Dnia 23 sierpnia 1781</srodtytul>

<akap>... Dałby Bóg, abym była kiedy w stanie ziścić to, co moje
przywiązanie dla Ciebie mi dyktuje; gdy długi spłacę, będę
Ci pomocniejszą: wzdycham za tą chwilą... Moja córka, chwała
Bogu, już ma trzy ząbki, nic na nie nie chorowała, tylko za
każdym ogniepióra<pe><slowo_obce>ogniepiór</slowo_obce> a. <slowo_obce>ogniopiór</slowo_obce> (daw.) --- wysypka na twarzy.</pe> dostaje... Czy prawda, że p. pisarz Małachowski<pe><slowo_obce>Małachowski, Stanisław</slowo_obce> (1736--1809) --- brat cioteczny Franciszki, marszałek Sejmu Wielkiego, zwany Arystydesem za sprawą prawości.</pe> marszałkiem sejmowym być ma? Takżeż on dobry, jak dawniej był? Za Twoim mi opisaniem jego sposobu
myślenia i dla krewnych przychylności wyrażę Ci pewne moje
względem niego widoki...</akap>




<srodtytul>Dnia 30 września</srodtytul>


<akap>... Łaska nieboszczki cesarzowej<pe><slowo_obce>cesarzowa</slowo_obce> --- Maria Teresa Habsburg, władczyni Austrii, królowa Czech i Węgier.</pe> przyniosła nam więcej
ambarasu<pe><slowo_obce>ambaras</slowo_obce> (daw.) --- trudność, kłopot.</pe> niż zbogacenia: kto pieniędzy nie ma, dóbr nie kupuje; my przeciwnie --- z czasem znajdziemy znaczny z tych
nabytych dóbr awantaż<pe><slowo_obce>awantaż</slowo_obce> (daw., z fr.) --- korzyść.</pe>, lecz teraz wiele zmartwienia... Daj
Boże nam raz z tych kłopotów i zatrudnień się wygrzebać,
będziemy wam użyteczniejsi. To tak rzetelnie, jak że Ciebie
kocham, a kocham Cię serdecznie. Bóg tej prawdy jest świadkiem...</akap>




<srodtytul>Dnia 12 stycznia 1762</srodtytul>


<akap>Zawsze mi nader miłe Twoje odezwy<pe><slowo_obce>odezwa</slowo_obce> --- tu: odezwanie się.</pe>, nie mniej i ta ostatnia, jednak w krótkich słowach na nią odpisać muszę dla dziesięciodniowej i bardzo przykrej fluksji oczu, pierwszy raz
w tej słabości pióra używam i gwałt sobie czynię... Już dłużej pisać nie mogę. Jak zdrowszą będę, będę więcej pisać; daj
nam Boże szczęśliwszy i spokojniejszy zaczęty rok jak przeszły... Adieu<pe><slowo_obce>adieu</slowo_obce> (fr.) --- żegnaj.</pe>, kochajcie mnie oboje.</akap>




<srodtytul>Dnia 4 marca 1789</srodtytul>


<akap>Zaczynam odpis na Twój list od Twego zdrowia, artykuł<pe><slowo_obce>artykuł</slowo_obce> --- tu: temat, kwestia.</pe>,
który mnie jak me życie interesuje. Kazałam tu zrobić konsultacją o Twojej chorobie: wszyscy doktorowie i chirurgi drezdeńscy zgadzają się w pochwaleniu Twoich, zapewniają mnie,
że nie możesz być lepiej leczoną. Zaklinają Cię, żebyś w nich
ufność miała, że tego tylko, czasu i cierpliwości potrzeba. Rezolucja<pe><slowo_obce>rezolucja</slowo_obce> (z łac.) --- tu: wynik.</pe> tej konsultacji wielce mnie zaspokoiła; zmiłuj się, kochana Siostro, staraj się być spokojną i nie kłopotaj się.</akap>




<srodtytul>Dnia 10 sierpnia</srodtytul>


<akap>Choroba, która (jak mi Księżna Kasztelanowa pisze) od czterech niedziel w łóżku Cię trzyma, czułym jest ciosem dla serca
mego... Dajże Boże, aby Cię ten list zdrowszą zastał; Nie mam
od Ciebie wiadomości, felczer<pe><slowo_obce>felczer</slowo_obce> --- osoba wykonująca proste zabiegi medyczne.</pe> nawet z Warszawy pisze mi, że
od Twego wyjazdu nic o Tobie nie wie. Kochana Siostro, nie
pisuj do mnie własnoręcznie, wiem i znam, jak to męczy, ja
sama dyktuję moje listy, nawet i do Księżny: polskie tylko sama pisać muszę, bo nie mam nikogo, co by język umiał ---
dyktujże i Ty Twoje listy do mnie, bylem tylko wiedzieć mogła o Twoim zdrowiu.</akap>






<naglowek_rozdzial>Do Anieli Szymanowskiej</naglowek_rozdzial>




<srodtytul>Dnia 21 września</srodtytul>


<akap>Sprawiedliwość oddajesz sercu memu, kochana Siostrzenico,
udzielając mi szczegółów nieszczęścia Twego; nikt go szczerzej
nade mnie czuć wraz z Tobą nie może. Bóg zabrał Ci męża<pa><slowo_obce>Bóg zabrał Ci męża</slowo_obce> --- Michał Szymanowski starosta wyszogrodzki, pełen cnót
domowych i obywatelskich, umarł 15 sierpnia 1789 r.</pa>,
nie mógł sroższym doświadczyć Cię ciosem. Ulegnij z uszanowaniem i bez szemrania woli Wszechmocnego: zachowuj zdrowie dla dopełnienia obowiązków, które Ci przeznacza. Są to
obowiązki matki, córki. Wychowanie dziatek Twoich, pielęgnowanie matki chorej, liczną rodziną obarczonej, wymagają całej Twej czynności<pe><slowo_obce>czynność</slowo_obce> (daw.) --- aktywność.</pe>; oddając się tym obowiązkom, wypełnisz
miarkę poddania się woli Stwórcy, który doświadczenia i zgryzoty warunkiem życia ludzkiego uczynił, abyśmy za ich pomocą
na wiecznie szczęście zasłużyć mogli. O, kochana Anielo,
jakżebym rada dzielić z Tobą owe obowiązki, o których Ci
wspominam...</akap>





<srodtytul>Dnia 4 października</srodtytul>


<akap>Czuję całe przygnębienie Twoje: tak rychło po mężu straciłaś najlepszą matkę<pa><slowo_obce>straciłaś najlepszą matkę </slowo_obce> --- Barbara z Krasińskich Świdzińska, naprzód starościna,
potem kasztelanowa radomska, umarła 8 września 1789 roku, zostawiwszy
sześć córek: Anielę, Franciszkę. Mariannę, Zofię, Bonę, Krystynę, i dwóch
synów: Jana i Kajetana.</pa>! Ach, i ja w niej straciłam siostrę,
która drugą mną była. Szanujmy rękę martwiącą nas! Pocieszajmy się szczęściem wiecznym, którego zapewne już używa.
Ton Bóg sprawiedliwy wspierać zechce błogosławieństwy
swymi osierociałe dziatki. Brat Twój Jan donosi mi o tej
wspólnej stracie naszej, ale w żadne szczegóły nie wchodzi.
Nie lubię tego; raz na zawsze Was proszę: zaniechajcie w listach waszych wszelkich komplementów i ceremonii, pisujcie
do mnie otwarcie, z ufnością, jako do osoby, która was serdecznie kocha. Donieś mi, kogo nieboszczka opiekunem mianowała<pa><slowo_obce>Donieś mi, kogo nieboszczka opiekunem mianowała</slowo_obce> --- Michał Świdziński umarł przed żoną, 17 sierpnia 1788 roku.</pa> wiele dzieci jest jeszcze w domu, jak się obrócą?... Nie
zdaje mi się, żeby wypadało siostrom Twoim mieszkać przy
bracie, on jeszcze na to za młody; trzeba im obmyśleć uczciwe
schronienie. Za klasztorem bym jednak nie była; tam by zapomniały, co umieją, i mogłyby nabrać ułożenia przeciwnego
dla tych, które przeznaczone, żeby żonami i matkami były,
a nie sądzę, żeby która z nich ochotę miała być zakonnicą...</akap>






<naglowek_rozdzial>Do Jana Świdzińskiego</naglowek_rozdzial>





<srodtytul>Tego samego dnia</srodtytul>


<akap>Odebrałam list, w którym mi donosisz o stracie ukochanej
matki; nie chcę rozdzierać serca Twego opisem mojej boleści.
Straciłeś matkę żyjącą jedynie dla szczęścia dzieci, ja siostrę
ukochaną! Tym się tylko pocieszam, że jej cnoty i długie cierpienia otrzymały od Boga zasłużoną nagrodę... Przykład obojga Rodziców Twoich, ich uczciwość, otwartość i cnoty powinny być Ci wzorem; miej ich zawsze przytomnymi<pe><slowo_obce>przytomny</slowo_obce> (daw.) --- obecny.</pe> pamięci,
a będziesz żył szczęśliwy i od wszystkich<pe><slowo_obce>od wszystkich</slowo_obce> --- dziś popr.: przez wszystkich.</pe> szacowany... Nie
wątpię, iż będziesz chciał kierować jak najlepiej interesami rodzeństwa Twego, ale młody jesteś i z najlepszą chęcią w Twoim wieku nie można mieć tego doświadczenia, którego położenie Twoje wymaga. Proszę Cię więc i zaklinam, abyś się radził w trudniejszych razach Księżnej Kasztelanowej i hrabiego
Moszyńskiego, ich zdanie będzie pewne i bezinteresowne. Proszę Cię raz jeszcze, kochany Siostrzeńcze, skoro czas pozwoli,
jedź do Księżnej, obchodź się z nią otwarcie, szczerze, z ufnością, a pozyskasz jej przyjaźń. Ta Ci do szczęścia posłuży...</akap>






<naglowek_rozdzial>Do Anieli Szymanowskiej</naglowek_rozdzial>





<srodtytul>Dnia 15 października</srodtytul>


<akap>Odbieram w tej chwili list Twój donoszący mi o niepowetowanej stracie naszej; nie mówmy już o tym, zbyt to tkliwa
strona. Dziękuję Ci za użyczone mi o pozostałych dzieciach
szczegóły... wszystkie więc siostry Twoje umieszczone... Pani
Miecznikowa<pe><slowo_obce>miecznikowa</slowo_obce> --- mowa o pani Humleckiej.</pe> bierze jednę, grzybowska<pa><slowo_obce>grzybowska</slowo_obce> --- Zofia z Krasińskich Wodzicka, starościna grzybowska, siostra królewiczowej.</pa> drugą, Kuszlowa<pa><slowo_obce>Kuszlowa</slowo_obce> --- Franciszka z Świdzińskich Kuszlowa, druga córka Barbary Świdzińskiej.</pa> trzecią, a czwarta u Ciebie; znajdzie w Tobie, pewna
jestem, i siostrę, i opiekunkę: nauczysz ją być tak dobrą żoną
i matką, jak sama jesteś. Zostawmy czasowi i okolicznościom
dalsze ich postanowienie, ja sama upatrywać im będę stosowne partie.</akap>




<srodtytul>Dnia 22 listopada</srodtytul>


<akap>Piszesz mi, że siostrze Twojej Mariannie kilka partii się trafia; życzę, aby wybrała stosowny związek i uczciwego człowieka, to szczęście małżeństwa stanowi.</akap>





<naglowek_rozdzial>Do Jana Świdzińskiego</naglowek_rozdzial>





<srodtytul>Dnia 12 stycznia 1790</srodtytul>


<akap>Postępowanie Twoje względem brata i sióstr czyni zaszczyt
Twemu sercu i sposobowi myślenia; czyń tak zawsze z tąż samą uczciwą rzetelnością, a będziesz powszechnie szacowany,
Bóg Ci błogosławić będzie!... Skoro się dowiesz, że Księżna
Kasztelanowa jest w Warszawie, jedź tam natychmiast, jej
przyjaźń jest nieoszacowana. Ale ostrzegam Cię, iż chcąc ją
pozyskać, trzeba z nią postępować otwarcie i z ufnością.</akap>





<naglowek_rozdzial>Do Anieli Szymanowskiej</naglowek_rozdzial>





<srodtytul>Dnia 30 czerwca</srodtytul>


<akap>Odebrałam list Twój z doniesieniem o przyszłym zamężciu
siostry Twojej Marianny. Wyznaję, że spełniły się w tym
modły moje, bom dawno życzyła hrabiego Jabłonowskiego dla
jednej z siostrzenic moich. Znałam bardzo dobrze ojca jego,
równie był szacowany dla<pe><slowo_obce>dla</slowo_obce> (daw.) --- z powodu.</pe> przymiotów serca, jak dla rozumu; jak mi piszesz, syn je wszystkie odziedziczył. Dziękujmy Bogu za opatrzność, którą w postanowieniu sióstr Twoich pokazuje, to Ci powinno być pociechą. I druga także, Zofia, idzie
za Karczewskiego? Tego ojca nie tyle znałam. W rozpaczy
jestem, że nic dla obudwóch w ten moment uczynić nie mogę,
ale interesa nasze w bardzo złym stanie, tak z powodu wojny, jako i dla smutnych okoliczności, w których się Polska
znajduje. Czuję bardzo, co by uczynić należało, ale muszę
jeszcze czekać owej szczęśliwej pory, kiedy moim użyteczną
być potrafię. Jeszcze ich więc dwie pozostanie... Ufność w Bogu! Nikt jej więcej nade mnie zalecać nie ma prawa. Bóg
kierował przeznaczeniem moim. On mi dopomógł do przebycia
wszystkich udręczeń i zawad losu mojego. Nie sądź, kochana
Anielo, ażebym i teraz bardzo silnych nie napotykała, ale ten
Bóg, który mnie dotąd wspierał, i teraz nie opuści; On dopomoże do przebycia ich, On mi pozwoli zapewnić los córki i być
kiedyś użyteczną moim. Z Jego ręki jedynie spodziewam się
tego szczęścia i mam je za nieochybne... I teraz w wielkich
byłam niespokojnościach: córka bardzo mi chorowała ze skutków kataru. Kaszle jeszcze, ale mi ręczą, że ani na teraz, ani
na potem nie mam się czego obawiać. O, bodajby żadna z córek Twoich nie dała Ci nigdy do takiej trwogi powodu!</akap>






<srodtytul>Dnia 19 lipca</srodtytul>


<akap>Do niczego jestem: tak mnie dręczy niespokojność o zdrowie
Księżnej Kasztelanowej; przyjaźń Twoja, kochana Siostrzenico,
obudza mnie z tego odrętwienia, bo od Ciebie wiadomości
o Ciotce się spodziewam. Były tu listy z Polski donoszące,
że jej zdrowie w złym stanie --- Tyś ją widziała, napiszże mi
jak najprędzej, jak się miewa. Ach, jakże to przykro daleko być od osób ukochanych! Bywaj zdrowa, kochana Anielo! Słabe pióro moje, żeby Ci moc przywiązania mego wyrazić mogło.</akap>






<naglowek_rozdzial>Do Księżnej Kasztelanowej Krakowskiej</naglowek_rozdzial>






<srodtytul>Dnia 15 sierpnia</srodtytul>


<akap>Prawdziwą radość miałam w odebraniu listu kochanej Cioci
Dobrodziejki 25 z. m., w wigilią dnia ślubu Zosi pisanego.
Winna więc będzie szczęście swoje przywiązaniu i dobroci kochanej Cioci, wdzięczność jej dzielić nie przestanę: tak
więc jednej osobie i bratanki, i wnuczki winne są szczęście swoje... Donosi mi Ciocia Dobrodziejka, że jedzie do Krzeszowic<pe><slowo_obce>Krzeszowice</slowo_obce> --- wieś niedaleko Krakowa, wówczas własność Elżbiety Lubomirskiej, znana z zakładu kąpielowego przy źródłach siarczanych i żelazistych, otwartego w 1780, popularnego też w w. XIX.</pe>, ach, gdyby skutek tych wód życzeniom moim odpowiedział, trwałe by Jej zdrowie przyniesły. Mąż mój i córka
zdrowsi, pierwszy jedzie na polowanie jelenia o cztery mile
stąd... Nasz książę Antoni<pa><slowo_obce>książę Antoni</slowo_obce> --- dzisiejszy król saski.</pa> wyjeżdża dziś z żoną do Wiednia;
ona sama przedziwna osoba, niezmiernie kocha mego męża
i mnie wiele okazuje przyjaźni; mówi, że odziedziczyła względem mnie babki swojej, Marii Teresy, uczucia... Żegnam kochaną Ciocię Dobrodziejkę, ściskamy ją wszystko troje serdecznie, racz nas też kochać cokolwiek...</akap>






<naglowek_rozdzial>Do Anieli Szymanowskiej</naglowek_rozdzial>





<srodtytul>Dnia 19 września</srodtytul>


<akap>Donoszą mi z Krakowa, że Księżna Kasztelanowa bardzo
chora, że się obawiają, aby nie została gdzie w drodze z Krzeszowic do Opola; donoszą mi także, że nikogo przy sobie nie
ma; kochana Siostrzenico, nie mogłabyś pojechać do niej? Zaklinam Cię, uczyń mi tę łaskę; sposobem myślenia i położeniem zdajesz się być przeznaczoną na to, ażebyś przyniosła ulgę
krewnym w potrzebie. Ach, czemuż tego o sobie powiedzieć
nie mogę!...</akap>




<srodtytul>Dnia 14 listopada</srodtytul>


<akap>Jakżeż to wiele od dwóch lat ciosów<pa><slowo_obce>Jakżeż to wiele od dwóch lat ciosów</slowo_obce> --- księżna Lubomirska, naprzód wojewodzina lubelska, potem kasztelanowa krakowska, umarła w tym czasie.</pa>! Znosisz je wszystkie, kochana Anielo, z chrześcijanki cnotą, która przykładem
naucza; rada bym Cię naśladować... Poddajmy się woli
Wszechmocnego; ja już przemilczam boleść moję, żeby i Twego, i swego nie rozdzierać serca. Zajmijmy się lepiej uczczeniem pamiątki ukochanej Ciotki, świętym dopełnieniem jej
woli.</akap>





<srodtytul>Dnia 14 stycznia 1791</srodtytul>


<akap>Przyznam Ci się, kochana Siostrzenico, że ów obraz zbrzydł
mi, skoro jabłkiem niezgody między rodziną został, bo ja
bym chciała, owszem, do zgody między wami dopomagać.
Książę Aleksander Lubomirski pierwszy napisał do mnie,
prosząc o niego: ponieważ ten obraz umyślnie do pałacu opolskiego robiony, a Opole jego, przystałam chętnie na tę prośbę. Teraz grzybowska domaga się go koniecznie... Zagodź tę
sprawę, kochana Anielo. Powiedz mojej siostrze, niech mi
przyszle miarę, a ja jej przez tego samego malarza Graaffa<pe><slowo_obce>Graaf, Anton</slowo_obce> (1736--1813) --- portrecista, od 1766 malarz dworu drezdeńskiego i członek tamtejszej akademii sztuk pięknych.</pe>
zrobić każę takiż sam.<pa>Te dwa obrazy są dotąd, pierwszy w domu Krasińskich, drugi w domu Wodzickich.</pa> Będzie nas miała, prawda, wszystko
troje kilkoma laty starszych, ale ta sama ręka potrafi toż
samo uchwycić podobieństwo.</akap>






<naglowek_rozdzial>Do Jana Świdzińskiego</naglowek_rozdzial>






<srodtytul>Dnia 2 lutego</srodtytul>


<akap>Nie mogę, tylko pochwalać i błogosławić uczuciom Twoim
dla hrabianki Dembińskiej<pa><slowo_obce>hrabianka Dembińska</slowo_obce> --- starsza to córka Urszuli z Morsztynów Dembińskiej, starościny wolbromsklej, która w 1792 toną Tadeusza Czackiego została. Jan Świdziński
ożenił się parę lat później z hrabianką Jabłonowską.</pa>. Piszę do jej matki i do biskupa
kamienieckiego, którego proszę, żeby się wstawił za Tobą...
W ostatnim liście nie donosisz mi nic o interesach sukcesji;
już Ci przebaczam to milczenie przez wzgląd na miłość, tak
dobrze umieszczoną... Ale zaklinam Cię, kochany Siostrzeńce,
niechże Twoją winą podział dóbr się nie spóźni, niechże wszystko na 10 maja gotowym będzie, żebyśmy sobie wymawiać
nie mogli nieszczęścia biednych chłopów, którzy już od trzech
lat żyją bez pana, bez podpory, na łasce pierwszego przechodnia...</akap>





<naglowek_rozdzial>Do Anieli Szymanowskiej</naglowek_rozdzial>





<srodtytul>Dnia 15 sierpnia</srodtytul>


<akap>... List Twój ostatni oznajmia mi, że trafia się partia siostrze
Twojej Bonie: drugi Karczewski. Zachęca mnie do jej przyjęcia i razem mocno cieszy obraz szczęścia, którego starsza siostra za starszym bratem używa; szczęście domowe wszystkim
jest w tym życiu.</akap>




<srodtytul>Dnia 11 stycznia 1792</srodtytul>


<akap>Odebrałam list Twój pisany przez Twego szwagra, Józefa
Szymanowskiego<pe><slowo_obce>Szymanowski, Józef</slowo_obce> (1746--1801) --- poeta, szambelan Stanisława Augusta, zaprzyjaźniony z Czartoryskimi, przez współczesnych uważany za wyrocznię dobrego smaku literackiego.</pe>. Dziękuję Ci, żeś mu zaleciła, żeby do mnie
się udał, bo prócz sposobności mówienia o Tobie, podoba mi się
nieskończenie. Wiele nam okazuje przyjaźni, a ponieważ Mazur, wierzyć mu trzeba... Nie mając żadnego prawa do jego
przyjaźni, jeśli ją pozyskam, Tobie to przypiszę... Prosił mnie,
żebym Ci przez niego nasze sylwetki<pe><slowo_obce>sylwetki</slowo_obce> --- portrety lub inne obrazy wykonywane przez odrysowywanie cienia głowy bądź postac, szczególnie popularne w latach 1775--1785; w Dreźnie specjalizował się w nich malarz nadworny J.E. Schenau.</pe> przysłała; nie chciała
bym ofiarować Ci główek umarłych, bo tak sylwetki uważam,
ale bądź trochę cierpliwa, a miniatury nasze Ci poślę. Te Ci
lepiej Twych przyjaciół przypominać będą, bo kolorami łatwiej oddać podobieństwo.</akap>




<srodtytul>Dnia 23 marca</srodtytul>


<akap>Ten list przez szwagra Twego piszę; zleciłam mu wysłowienie Ci przyjaźni mojej. Byłabym chciała posłać Ci i miniatury, ale nie skończone. Jednak niedługo mieć je będziesz; tymczasem niech ci nasz wspólny przyjaciel mówi o nas, a obraz
wnet przybędzie i potwierdzi to, co on powie...</akap>




<srodtytul>Dnia 8 lipca</srodtytul>


<akap>...Czekam niecierpliwie na kogo jadącego do Polski, bo już
mój portret gotów. Przypominać Ci będzie starą i przywiązaną ciotkę. Oby Bóg dał pokój i ułożył tak okoliczności, żebym
Ci i oryginał wkrótce przedstawić mogła. Jakże bym sobie tego
życzyła!...</akap>




<srodtytul>Dnia 15 lutego 1793</srodtytul>


<akap>...Kochana Siostrzenico, jakże mało mogą ludzie na tym
świecie! Jakież okropności dzieją się wszędzie! Francja jakże
nieszczęśliwa! I Polsce Bóg przez straszne próby przechodzić
każe, możeć i do wyjścia z nich dopomoże!</akap>




<sekcja_asterysk/>


<akap>Przestać trzeba na tych wyjątkach; są jeszcze niektóre listy,
które by całkiem umieścić należało, bo w nich widać, jak rzeczy publiczne mocno ją zajmowały i jak do końca niemal życia karmiła się wyniesienia nadzieją. Dla uzyskania pewnych
w tej mierze, a niemogących jej szkodzić wiadomości utworzyła sobie klucz, a niby wypytując się o dobra swoje, badała
innych doniesień. Jest dowcip w utworzeniu tego klucza, i tak
np. ministrowie byli komisarzami, sejm przezwała sądem gminy, marszałka wójtem, wojnę gradem, pokój pomyślną porą
itp. Ojczyzna i jej dobro wielce ją zawsze obchodziły. Prócz
wspólnych wszystkim Polkom, miała do tego przywiązania
szczególne powody. Na sejmie 1776 roku naród polski, szanujący nie tylko prawych królów swoich, ale i tych nawet, którzy mu królować przestaną, wyznaczył pewne dochody dla synów Augusta III, a żonę królewica Karola księżną polską
uznał. W tomie ósmym ,,Praw i konstytucji Królestwa Polskiego i W. Ks. Litewskiego” na karcie 897 taki względem tego
czytać można artykuł:</akap>






<dlugi_cytat><akap><wyroznienie>Upewnienie prawa dożywocia</wyroznienie></akap>





<akap>Dla Najjaśniejszej Franciszki z Krasińskich N. Karola, Królewica
Polskiego, Księcia Saskiego, Małżonki</akap>




<akap>Gdyśmy dla NN. Królewiców Polskich, Książąt Saskich, sumę roczną, ze skarbu obojga narodów w konstytucji wyrażoną,
wyznaczyli, z której równa część dla NN. Królewiców Polskich
Książąt Saskich przypada, za czym na połowie tegoż N. Królewica Polskiego, Księcia Saskiego, dla Najjaśniejszej Franciszki,
z domu starożytnego Krasińskich, Małżonki Jego, dożywocie
aż do zgonu życia onej rozciągamy, i że w przypadku zejścia
z tego świata N. Karola, Królewica Polskiego, Księcia Saskiego, połowę sumy dla Małżonki Jego skarby obojga narodów
wypłacać będą powinny, warujemy<pe><slowo_obce>warować</slowo_obce> (daw.) --- gwarantować.</pe> i postanawiamy.</akap></dlugi_cytat>



<sekcja_asterysk/>



<akap>Królewicowa nie doczekała późnego wieku, nie doczekała
nawet jedynaczki swojej zamężcia; po dwuletnim cierpieniu
umarła w roku 1796 na jedną z najokropniejszych chorób
w świecie, na raka w piersi. Oto jest list przyjaciółki jej od
serca, Moszyńskiej, do Anieli z Świdzińskich Szymanowskiej,
opisujący zgon i chorobę jej znakomitej ciotki.</akap>




<srodtytul>Dnia 8 czerwca 1796, w Dreźnie</srodtytul>



<akap>Wypełniam rozkazy Jwwcpani Dobrodziejki, ale nie z małym dla siebie żalem; gdyż jej strata jest także moją i nigdy
dosyć w życiu moim nieodżałowaną. Choroba N. Królewicowej od dwóch lat przeszło się zaczęła; w piersi jednej okazały
się guz i twardość; jedni to nazywali rakiem, drudzy twierdzili, że to tylko twardość. Operacją czyniła w tej piersi lat
temu dwa: po niej dosyć była zdrową, ale to krótko trwało;
znowu się guzy pokazały i po tej stronie wielkie w całej ręce
boleści; cierpiała ta Pani cierpliwie, ale niezmiernie; kuracją
zaczęła i przez dwanaście niedziel nikogo prócz domowych
i mnie nie widziała. Doktorowie raz powiadali, że lepiej, drugi
raz, że gorzej; nareszcie gorączka codzienna przyszła, z nią
zniszczenie... Dysponowała się na śmierć świętobliwie
i z wszelką przytomnością: skonała 30 kwietnia w nocy. Pierś
się otworzyła kilku niedzielami przed śmiercią. Eksenterowano<pe><slowo_obce>eksenterować</slowo_obce> (daw.) --- dokonać sekcji zwłok.</pe> ją i znaleziono tysiączne, jak mówią, przyczyny do śmierci; ja już tego i słuchać nie mogę, bom najlepiej widziała, że
innej nad tę pierś nie było... Ale cóż czynić? Ta szkoda nieodżałowana już się stała! Ja na to ledwo żyję i wspomnieć sobie
tej Pani bez wielkiego żalu nie mogę. Królewica dotąd nie widziałam; raz mówią, że zdrowszy, drugi raz, że i on niedługo
pożyje. Czemu wierzyć, nie wiem! Księżniczkę Marię widuję,
kocham ją jak moje życie, ale wszędzie na tym miłym świecie
są przeszkody, a więc ja tylko co dzień raz bywam u niej. Jest
nieoszacowana, charakter ma wielki. Królewicowa umierając
oddała ją szczególnej protekcji królewnej Elżbiety, siostry królewica. Jakoż ta królewna bardzo ją kocha: jest to pani wielkich przymiotów, szczerze żałowała królewicowej i niezmiernie przywiązana do brata... Dopraszając się, abyś mnie
Jwwcpani Dobrodziejka przechowała w łasce swojej, zostaję
z prawdziwym szacunkiem</akap>





<nota><akap>Jwwcpani Dobrodziejki najniższą sługą</akap>
<akap>L. Moszyńska.</akap></nota>





<akap>Szczególnym prawdziwie zdarzeniem i jakby w dowód oczywisty, ile się przywiązał do żony, królewic, od jej śmierci mocno chory, umarł po niej w kilka miesięcy. Została bez matki
i ojca nieszczęśliwa księżniczka Maria<pe><slowo_obce>księżniczka Maria</slowo_obce> --- Maria Krystyna Albertyna (1779--1851), jedyna córka księstwa, od 1797 żona Karola Emanuela (1770--1800) ks. Carignano, babka Wiktora Emanuela IX (1820--1878), pierwszego króla zjednoczonych Włoch.</pe>! Bóg wziął ją w opiekę, bo tak zwykł zawsze z sierotami czynić. Ledwie rok od
śmierci rodziców upłynął, kiedy goszczący w Dreźnie książę
sabaudzki, Karol de Carignan, upodobał ją sobie i pojął za żonę. Ta pani żyje dotąd; weszła w powtórne śluby i zowią ją
dzisiaj księżną Monléard. Z dwojga dzieci, które pierwszemu
mężowi powiła, córka Maria Elżbieta Franciszka zaślubiła sobie 1820 r. brata cesarza austriackiego, arcyksięcia Rajnera,
wicekróla lombardzko-weneckiego; syn zaś Karol Emanuel panuje na tronie sardyńskim. Świdzińska używając przez całe
swe życie najczystszego domowego szczęścia i pokoju, sześć córek, z których cztery dotąd żyją, i dwóch synów zostawiła;
z tych już dziś do sześciudziesiąt wnuków i prawnuków powstało. Z tych, jako z prawdziwych dzieci swoich, ojczyzna
korzysta i korzystać będzie: jedni krew za nią przelewali, drudzy światłem ją bogacą, młodzi rosną na jej posługi i chwałę,
a płeć żeńska cnót domowych wzory daje.</akap>


</powiesc></utwor>