<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/hoffmann__wybor_narzeczonej/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Hoffmann, E. T. A.</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Wybór narzeczonej</dc:title>
<dc:contributor.translator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Lange, Antoni</dc:contributor.translator>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Ojdana, Ewelina</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Biernacka, Małgorzata</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Biernacka, Małgorzata</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Romantyzm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Opowiadanie</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Śląską z egzemplarza pochodzącego ze  zbiorów BŚ.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/powiesci-fantastyczne-wybor-narzeczonej</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://www.sbc.org.pl/dlibra/doccontent?id=24436</dc:source.URL>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">E. T. A. Hoffmann, Powieści fantastyczne, T. II, red. Jan Lorentowicz, oprac. Antoni Lange, nakł. i druk Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów, Skł. gł. w Księgarni E. Wendego i S-ki, H. Altenberg, Warszawa [ca 1913]</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Antoni Lange zm. 1929</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2000</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2011-06-27</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language><dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/dynamic/cover/image/363.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">untitled, mariaaantonina@Flickr, CC BY-SA 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/363</dc:relation.coverImage.source>
  <category.legimi>Fantastyka</category.legimi>
  
  <category.thema.main>FM</category.thema.main>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><powiesc>




<autor_utworu>E. T. A. Hoffmann</autor_utworu>


<dzielo_nadrzedne>Powieści fantastyczne</dzielo_nadrzedne>

<nazwa_utworu>Wybór narzeczonej</nazwa_utworu>
<podtytul>historia, w której zachodzą rozmaite
nieprawdopodobne przygody</podtytul>

<nota_red>
<strofa>Uwspółcześnienia/
  pisownia joty:  historya, dyabeł, kancelaryi, kwestya, ... /
  fleksja: ostatniem -> ostatnim, patrzał > patrzył, zleść > zleźć, pijał -> pił, mię -> mnie, czem -> czym, tem -> tym itd. .../
była piękną itp. -> była piękna
  interpunkcja: i, -> i/
  leksyka: podług -> według/
  pisownia łączna: nakoniec > na koniec, niema > nie ma, codzień -> co dzień, .../
pozornie zaabsorbowany w czytaniu -> pozornie zaabsorbowany czytaniem

pomimo jego pedantyzm i niezgrabność -> pomimo jego pedantyzmu i niezgrabności
p. rozwinięte do "pan" /
  leksyka: dajmy pokój -> dajmy spokój/</strofa>


</nota_red>

<naglowek_rozdzial>Rozdział I</naglowek_rozdzial>


<wyroznienie>w którym jest mowa o narzeczonych, weselach,
tajnych sekretarzach, turniejach, procesach czarownic, diabłach zaklętych i innych przyjemnych
rzeczach.</wyroznienie>

<akap>W jesienną noc, w czas zrównania dnia
z nocą, sekretarz kancelarii państwowej
Tussman wyszedł z kawiarni, w której zazwyczaj przesiadywał co wieczór kilka
godzin i powracał do domu. <begin id="b1329500456147-2630112507"/><motyw id="m1329500456147-2630112507">Czas</motyw>Sekretarz ten,
pod wszystkimi względami ścisły i punktualny, przywykł zdejmować surdut<pe><slowo_obce>surdut</slowo_obce> --- część męskiej garderoby, przedłużana marynarka.</pe> i buty
dokładnie w chwili, kiedy zegary na kościołach Świętego Mikołaja i Przenajświętszej Panny biły jedenastą, tak, że
przy ostatnim uderzeniu dzwonu kładł
na głowę szlafmycę<pe><slowo_obce>szlafmyca</slowo_obce> --- nocne nakrycie głowy.</pe>.<end id="e1329500456147-2630112507"/> By tego dnia nie był
spóźniony, gdyż dzwony już zaczynały swe kołysanie, przyśpieszył kroku tak, że
zdawało się biegł kłusem i gdy właśnie
z ulicy Królewskiej wchodził na Szpandawską, usłyszał w pobliżu szczególny
hałas, który go zatrzymał na miejscu.
Pod wieżą starego ratusza, przy blasku
latarni ujrzał długą postać, całą w ciemny płaszcz zasnutą. Nieznajomy walił do
drzwi Warnatza, handlującego żelazem,
cofał się, wzdychał i podnosił wzrok ku
zrujnowanym oknom wieżycy.</akap>

<akap_dialog>--- Drogi panie --- rzekł sekretarz tajny
do tego człowieka --- pan się myli. Ani
jedna dusza ludzka nie mieszka na szczycie tej wieży i mógłbym nawet powiedzieć,
żadna istota żywa, z wyjątkiem szczurów
i myszy oraz pary sów. Jeżeli pan ma jaki interes do pana Warnatza, to musi pan powrócić jutro rano.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czcigodny panie Tussman...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sekretarz prywatny kancelarii państwowej od wielu lat --- pośpieszył dodać
Tussman, choć bardzo zdziwiony, że obcy
zna jego nazwisko. Ten nie zwracał zupełnie uwagi na te słowa i mówił dalej:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czcigodny panie Tussman, myli się
pan co do powodów mojej obecności
w tym miejscu, nie mam żadnego interesu do pana Warnatza. Ponieważ jest to dziś
równonocny moment jesieni, chcę widzieć
narzeczoną. Już ona słyszała bicie mego
serca, westchnienia mej miłości i wkrótce
się w oknie pokaże.</akap_dialog>


<akap>Ton głosu, jakim nieznajomy wypowiedział te słowa, był tak uroczysty i tak dziwny, że sekretarz kancelarii poczuł zimny pot, oblewający naraz całe jego ciało.
Pierwsze uderzenie godziny jedenastej
zabrzmiało na szczycie wieży Panny
Marii; w tej samej chwili usłyszano pewien szmer na wieży ratuszowej i w oknie
ukazała się postać kobieca. Gdy blask latarni oświetlił tę nową twarz, Tussman
żałosnym głosem szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Sprawiedliwy Boże! Potęgi niebieskie, co znaczy ta tajemnica?</akap_dialog>


<akap>Postać znikła wraz z ostatniem uderzeniem zegara --- to znaczy w tej chwili, gdy
Tussman miał zwyczaj wciągać na uszy
szlafmycę.</akap>


<akap>To zdumiewające zjawisko, rzekłbyś,
odebrało sekretarzowi przytomność. Jęczał, wzdychał, patrzył w okno i mówił
sam do siebie po cichu:</akap>


<akap_dialog>--- Tussmanie, Tussmanie, sekretarzu
prywatny kancelarii, miej siłę ducha, nie pozwól się obłąkać własnemu sercu, nie
pozwól diabłowi, by cię na manowce sprowadził.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdajesz mi się bardzo wzruszony
tym, co widziałeś, mój dobry panie
Tussman! --- rzekł nieznajomy. --- Ja
chciałem tylko widzieć narzeczoną; a co
do ciebie, to zdaje się, doznałeś jakichś
szczególnych wrażeń.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proszę cię, proszę --- szeptał Tussman --- nie odmawiaj mi moich tytulików; jestem sekretarzem tajnym kancelarii państwowej, a o godzinie, jaką mamy
teraz, sekretarz jest bardzo zmieszany
i przygnębiony. Przebacz mi, dostojny
panie, jeżeli mu nie nadaję tytułu, jaki mu
się należy; nie mogę tego uczynić wobec
mej całkowitej nieświadomości wszystkiego, co dotyczy jego szanownej osoby.
Ale nazywać go będę radcą tajnym, gdyż
w naszym kochanym Berlinie tylu jest ludzi, co noszą ten tytuł, że używając go na
chybił-trafił, rzadko kiedy się omylisz.
Powiedz mi zatem, panie radco tajny, jaką to narzeczoną chciałeś widzieć o tak
spóźnionej godzinie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest pan --- rzekł, podnosząc głos,
nieznajomy --- jest pan szczególny człowiek ze swoją manią tytułów i rang. Jeżeli dla znajomości różnych spraw tajemnych i dla udzielania dobrych rad można się tytułować tajnym radcą, to niewątpliwie jestem tajnym radcą. Dziwię się,
że człowiek, co jak pan czytał tyle ksiąg
i rękopisów, nie wie, że gdy wtajemniczony... rozumie pan, wtajemniczony przychodzi w czas zrównania dnia z nocą, by
o godzinie 11 uderzyć u stóp tej wieży, zobaczy w tym oknie dziewczynę, która aż
do chwili równonocnej wiosennej będzie
najszczęśliwszą narzeczoną w Berlinie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie radco tajny! --- zawołał Tussman w uniesieniu nagłej radości --- mój
najłaskawszy radco tajny, czyżby to była
prawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bez wątpienia --- odrzekł nieznajomy. --- Ale cóż my tak długo robimy tu na
ulicy? Minęła już chwila, w której się kładziesz do łóżka. Idźmy do nowej winiarni
na placu Aleksandra. I jedynie po to, abyś
się mógł więcej dowiedzieć o narzeczonej
i abyś na nowo odzyskał spokój ducha,
który utraciłeś, nie wiem jak i dlaczego.</akap_dialog>


<akap>Sekretarz prywatny był człowiekiem,
który prowadził nadzwyczaj regularne
życie. Jedyną jego rozrywką było, że co wieczór parę godzin przepędzał w kawiarni i pijąc szklankę piwa, czytał gazety
i broszury polityczne. Prawie nie pił wina: w niedzielę tylko, po kazaniu, wchodził do winiarni i kazał sobie podawać
szklankę Malagi i biszkopt. Myśl, że ma
przepędzić noc przy stole, przepełniała go
dreszczem strachu; i niepodobna<pe><slowo_obce>niepodobna</slowo_obce> (daw.) --- nieprawdopodobne, niemożliwe.</pe> zrozumieć, jakim sposobem dał się pociągnąć
nieznajomemu i bez najmniejszego oporu
poszedł z nim razem, aż się znalazł na
placu Aleksandra.</akap>


<akap><begin id="b1316184628512-3678873569"/><motyw id="m1316184628512-3678873569">Żyd</motyw>W sali, do której weszli, był już tylko
jeden człowiek siedzący przy stole, z wielką szklanką wina reńskiego. Głębokie
zmarszczki na jego twarzy świadczyły
o podeszłym wieku. Spojrzenie miał bystre, przenikliwe, a z białej brody poznać
było można Żyda, który ściśle zachował
obyczaje przodków. Odziany był starą
modą, jaka istniała między 1720 a 1730 r.<end id="e1316184628512-3678873569"/>
Ale nieznajomy, którego spotkał Tussman,
wyglądał jeszcze osobliwiej.</akap>


<akap>Był to człowiek wysokiego wzrostu,
chudy, lecz mocny, a zdawał się mieć
około pięćdziesięciu lat. Twarz jego
może niegdyś była ładna; wielkie oczy
miały jeszcze niemało blasku młodzieńczego pod czarnymi brwiami. Czoło otwarte, nos orli, usta delikatne i okrągły podbródek, wszystko to nie bardzo go wyróżniało wśród tysiąca innych. Ale gdy jego kapelusz i spodnie były wykrajane według ostatniej mody, płaszcz i kołnierz --- datowały z końca XVI w., a jego spojrzenie lśniące jak błyskawica w głębokiej nocy, przygłuszony dźwięk głosu i cała jego osoba budziła swą obecnością jakieś
poczucie szczególne i niepokojące. Nieznajomy powitał jak dobrego przyjaciela
starca siedzącego przy stole.</akap>


<akap_dialog>--- A więc jesteś na koniec --- zawołał. --- Zawsze zdrów?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak widzisz --- odparł starzec tonem
wielkości --- zdrów i cały; gdy trzeba,
czynny i wesoły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To kwestia, to kwestia --- rzekł nieznajomy z uśmiechem i zażądał od posługacza butelki starego wina francuskiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój szanowny i dostojny radco tajny --- rzekł Tussman. Ale cudzoziemiec
szybko mu przerwał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajmy spokój --- rzekł --- z tymi tytułami, drogi panie Tussman! Nie jestem
ani radcą tajnym, ani sekretarzem tajnym. Jestem po prostu artystą, który obrabia szlachetne metale, drogie kamienie
i nazywam się Leonard.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A zatem jest to złotnik, jubiler --- szeptał do siebie Tussman. Rozważył też
zaraz, że na pierwszy widok cudzoziemca powinien był zrozumieć, że ten człowiek nie może być radcą tajnym, gdyż
jego płaszcz i beret nie odpowiadają zupełnie osobie utytułowanej.</akap_dialog>


<akap>Leonard i Tussman siedli w pobliżu
starca, który ich powitał wykrzywionym
uśmiechem.</akap>


<akap>Gdy Tussman, pod naciskiem Leonarda,
wypróżnił kilka szklanek wina, jego blade
policzki zarumieniły się i na usta powrócił
uśmiech; z zadowoleniem przyglądał się
nieznajomemu, jakby najsłodsze obrazy
migały mu przed okiem.</akap>


<akap_dialog>--- Teraz --- rzekł Leonard --- powiedz
mi, drogi panie Tussman, dlaczego tak
osobliwie się zachowywałeś, gdy narzeczona ukazała się w oknie wieżycy i jaka
myśl zajmuje cię teraz? Jesteśmy, czy
wierzysz czy nie, starzy znajomi, a wobec
tego zacnego człowieka nie ma potrzeby
się krępować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O Boże! --- odparł sekretarz prywatny kancelarii --- o Boże!... Szanowny profesorze, pozwól, że będę cię tytułował
w ten sposób, bo, że pan jest, jak sądzę,
wybornym artystą, miałbyś prawo być
profesorem w Akademii Sztuk Pięknych.
A zatem, czcigodny profesorze, jakże zamilczeć mam przed tobą to, czym serce
me jest przepełnione? Jestem, jak to mówią, konkurentem i w równonocny czas
wiosenny zamierzam do swego domu
wprowadzić słodką narzeczoną. Jakże
nie mam być wzruszony, gdy ty mi pokazałeś szczęśliwą narzeczoną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to? --- zawołał starzec zgrzytliwym głosem. Jak to? Pan się chce żenić?
Ależ pan jest na to i za stary i za brzydki.</akap_dialog>

<akap>Tussman był tak zdumiony niewiarogodną brutalnością starego Żyda, że nie
mógł słowa powiedzieć.</akap>


<akap_dialog>--- Nie gniewaj się na tego człowieka--- rzekł Leonard --- że w ten sposób mówi
do ciebie; nie ma on tak złych zamiarów,
jakby można przypuszczać. Ale muszę ci
szczerze wyznać, zdaje mi się, że trochę
zbyt późno postanowiłeś się ożenić; masz
zapewne około pięćdziesięciu lat.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziewiątego października, w dzień
Świętego Dionizego<pe><slowo_obce>Święty Dionizy</slowo_obce> --- święty katolicki, męczennik, patron Francji, wspominany 9 października.</pe> --- odparł nieco żywo
Tussman --- kończę rok czterdziesty ósmy.</akap_dialog>


<akap>--- Niechaj będzie, jak pan chce --- mówił dalej Leonard --- wiek nie jest przeszkodą; aż dotąd prowadziłeś proste
i spokojne życie człowieka bezżennego,
nie znasz rodzaju kobiecego i nie będziesz
wiedział, jak załatwić tę sprawę.</akap>


<akap_dialog>--- Jak załatwić sprawę? --- rzekł Tussman. --- Ach, drogi profesorze, traktujesz
mnie, jako człowieka szczególnie lekkomyślnego i głupca, jeżeli sądzisz, że mógłbym
działać na ślepo, bez rady i bez rozwagi.
Obmyślałem bardzo poważnie każdy krok,
jaki czynię i gdy czuję się trafiony grotem tego przewrotnego boga, którego starożytni nazywali Kupidynem<pe><slowo_obce>Kupidyn</slowo_obce> --- w mit. rzym. bóg miłości.</pe>, czyż nie
jest moim obowiązkiem wytężyć wszystkie siły mego umysłu, by się dostosować
należycie do swego nowego położenia?
Ten, co ma zdawać trudny egzamin, czyż
nie bada starannie wszystkich kwestii,
o jakie mógłby być zapytywany? A więc,
drogi profesorze, małżeństwo moje jest to
egzamin, do którego się przygotuję i który myślę zdać ze stopniem celującym.
Oto spójrz, mała książeczka, którą ciągle
noszę ze sobą i którą studiuję co chwila,
odkąd powziąłem postanowienie, by się
kochać i by się ożenić. Patrz na nią, a przekonasz się, że sprawę badam do gruntu
i że nie jestem bez doświadczenia, chociaż płeć żeńska, wyznaję, była mi dotychczas całkowicie obca.</akap_dialog>


<akap>To rzekłszy, sekretarz prywatny kancelarii otworzył małą książeczkę oprawną w pergamin i odczytał jej tytuł, który brzmiał, jak następuje:</akap>


<akap><wyroznienie>,,Krótki wykład mądrości politycznej,
który zawiera sztukę prowadzenia siebie
i prowadzenia innych w towarzystwie
ludzkim. Tłumaczył z łaciny mistrz
Tomasius, ku największemu pożytkowi
tych, którzy chcą osiągnąć mądrość.
Frankfurt i Lipsk, u spadkobierców Jana
Grossa, 1710".</wyroznienie></akap>


<akap_dialog>--- Uważaj--- rzekł Tussman z nader
miłym uśmiechem--- jak ten szanowny autor mówi, w R. VII, o małżeństwie i o przezorności ojca rodziny:</akap_dialog>


<akap>,,§ 6. Nie należy się z tym zanadto
śpieszyć. Ten, który się żeni w wieku dojrzałym, jest w tej sprawie o tyle zręczniejszy, o ile mądrzejszy. Małżeństwa zbyt prędko zawarte --- rodzą podstęp i hańbę --- i niszczą naraz ciało i duszę... Co do wyboru osoby, którą zamierzasz kochać i poślubić, oto co mówi ten doskonały Tomasius.</akap>


<akap>,,§ 9. Miara średnia jest zawsze rzeczą
najpewniejszą. Nie bierz kobiety ani zbyt
pięknej, ani zbyt brzydkiej; ani zbyt bogatej, ani zbyt ubogiej; ani postawionej
zbyt wysoko, ani też zbyt nisko: ale stanu równego naszemu, a co do innych cech
--- miara średnia jest najlepsza".</akap>


<akap_dialog>--- Podług rad Tomasiusa --- mówił dalej Tussman --- nie ograniczyłem się wcale do jednej rozmowy z miłą osobą, którą
sobie wybrałem; rozmawiałem wielokrotnie, gdyż, jak to czytamy w § 17 tej książeczki, można przez jakiś czas ukrywać
swe wady i udawać cnoty, ale po dłuższym okresie prawda wyjdzie na wierzch
jak oliwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aby takie mieć stosunki --- rzekł
Leonard --- albo, jak to pan mówi, takie
rozmowy z kobietami, sądzę, że dla uniknięcia pomyłki trzeba już mieć dość
znaczne doświadczenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tu --- rzekł Tussman --- wielki Tomasius raz jeszcze przychodzi mi z pomocą, gdyż naucza, jak należy z niewiastami prowadzić rozmowę poważną
i jak w nią wtrącać miłe żarciki: Trzeba--- mówi ten uczony autor w rozdziale V
swego dzieła --- tak używać żartu, jak kucharz soli, lub by powiedzieć lepiej, jak się
używa broni nie dla ataku, lecz dla
obrony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzę --- rzekł złotnik --- że nie
można cię zwalczyć: jesteś przygotowany
na wszelki przypadek i założyłbym się, że
dzięki swemu postępowaniu już zdobyłeś
sobie miłość wybranej damy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Staram się --- rzekł Tussman --- zdobyć ją sobie drogą uprzejmości i szacunku, gdyż jest to najnaturalniejsza oznaka
miłości. Lecz nie posuwam szacunku zbyt
daleko, przekonany, jak to naucza Tomasius, że kobieta nie jest ani szatanem, ani
też aniołem, ale prostym stworzeniem
ludzkim, kruchszym od nas co do ciała
i ducha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bodajeś miał zły rok! --- krzyknął
stary Żyd rozgniewany. --- Cóż ty tu pleciesz bez końca i bez sensu i burzysz mi
spokój, którego tu oczekiwałem, dokonawszy swego <wyroznienie>opus magnum<pe><slowo_obce>opus magnum</slowo_obce> (łac.) --- wielkie dzieło.</pe></wyroznienie>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Milcz, starcze! --- zawołał złotnik
podniesiony głosem. --- Bądź kontent<pe><slowo_obce>kontent</slowo_obce> (z fr. <slowo_obce>content</slowo_obce>) --- zadowolony.</pe>, że
ci tu pozwalają siedzieć, bo przy swojej
brutalności jesteś niemiłym gościem, którego by należało wygnać za drzwi. Niech
pan nie zwraca uwagi na tego człowieka,
drogi panie Tussman. Jesteś pan zwolennikiem dawnych czasów, lubisz Tomasiusa. Co do mnie --- idę dalej jeszcze: kocham tylko czas, z którym się wiąże
część mego ubioru. Tak, godny sekretarzu, ów czas wart był więcej niż dzisiejszy i z tej to epoki datują wszystkie czarnoksięstwa, które widziałeś dziś na starym ratuszu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże to, szanowny profesorze? --- zapytał sekretarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niegdyś --- mówił złotnik --- bywały
na ratuszu często gody weselne, a wyglądały one inaczej, niż dzisiejsze. Wtedy szczęśliwa narzeczona promieniała
w oknie i muszę wyznać, że nasz kochany
Berlin był w owym czasie bardziej ożywiony, bardziej uśmiechnięty niż dziś, gdy
wszystko jest robione według jednego
wzoru, gdy w nudzie nawet szukają jeszcze rozkoszy nudzenia się. W owych czasach zabawy publiczne były całkiem inne
niż dzisiaj. Przypomnę tylko uroczystość
odprawioną w r. 1581, kiedy elektor August Saski<pe><slowo_obce>August Saski</slowo_obce> (1526--1586
) --- książę elektor Saksonii.</pe> przybył z Kolonii ze swą małżonką, synem Chrystianem i wspaniałym orszakiem szlachty. Mieszczanie Berlina,
Kolonii i Szpandawy<pe><slowo_obce>Szpandawa</slowo_obce> (niem. <slowo_obce>Spandau</slowo_obce>) --- dzielnica Berlina.</pe> ustawili się w dwa
szeregi od bramy Köpenickiej aż do pałacu. <begin id="b1316185454955-566292044"/><motyw id="m1316185454955-566292044">Zabawa</motyw>Nazajutrz był huczny turniej, na którym widziano elektora saskiego, hrabiego de Barby i wielu innych, w hełmach
wysokich, z chorągwiami ozdobnymi lwią
głową, a na nogach mieli strój barwy ciała, by naśladować starożytnych wojowników pogańskich. Śpiewacy i grajkowie na
różnych instrumentach, ukryci byli w budynku na wzór arki Noego, pięknie wyzłoconym, a na tej arce małe dziecko w materii cielistej, ze skrzydełkami, z łukiem
i kołczanem, z przepaską na oczach,
jak malują Kupidyna. Dwoje innych dzieci, pokrytych białośnieżnymi piórkami,
o złotych oczach i dziobach gołębich, prowadziło arkę, w której brzmiała muzyka
w chwili przyjazdu księcia; potem liczne
gołębie wyleciały z arki, a jeden z nich,
siadłszy na sobolowej czapce naszego najświetniejszego elektora, zaczął bić skrzydłami i śpiewać jakąś arię cudzoziemską,
daleko piękniejszą, niż ta, jaką słyszano
w 70 lat później, gdy śpiewał mistrz kapeli
Bernard Pasquino Grosso z Mantui. Był
potem turniej, na którym się ukazał elektor Saski i hrabia de Barby, w okręcie
pokrytym materią żółtą i czarną i z chorągwią złotą. Za nimi dziecko, które dnia
wczorajszego grało rolę Kupidyna, ukazało się tym razem w długiej, pstrej sukni,
w czapce żółto-czarnej i z długą siwą brodą. Dokoła okrętu tańczyły i skakały
osoby szlacheckiego rodu, przystrojone
w głowy i ogony łososi, śledzi i innych
lekkich rybek. Wieczorem o dziesiątej --- puszczono ogień sztuczny, wyobrażający
twierdzę oblężoną przez lancknechtów<pe><slowo_obce>lancknecht</slowo_obce> --- żołnierz piechoty niemieckiej na przełomie XV i XVI w.</pe>,
którzy byli znakomitymi strzelcami i za
pomocą swych arkebuzów urządzali rozmaite figle. Widziano w powietrzu, jak
zapalali się i rozpryskiwali ludzie ogniści
i ogniste konie, ptaki nieznane i inne nadzwyczajne zwierzęta. Zabawa ta trwała
dwie godziny.<end id="e1316185454955-566292044"/></akap_dialog>


<akap>Kiedy złotnik wszystko to opowiadał,
sekretarz prywatny słuchał go z wyrazem najwyższego zaciekawienia; pocierał ręce, wykrzykiwał, poruszał się na
krześle i co chwila pił nowy kieliszek
wina.</akap>


<akap_dialog>--- Mój szanowny profesorze --- zawołał wreszcie falsetem<pe><slowo_obce>falset</slowo_obce> --- nienaturalnie wysoki głos męski.</pe>, jaki zwykle przybierał w ekstazie radości; mój drogi i szanowny profesorze, są to rzeczy nadzwyczajne, a ty je opowiadasz tak, jakbyś je
sam był widział.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba --- odparł Leonard --- i czemuż
bym ich sam nie miał widzieć?</akap_dialog>

<akap>Tussman, nie rozumiejąc znaczenia
tych zdumiewających wyrazów, chciał
dalsze zadawać pytania, gdy starzec rzekł
do złotnika:</akap>


<akap_dialog>--- Zapominasz o najpiękniejszych uroczystościach, co to cieszyły Berlin w czasie, którego chwałę opiewasz. Nie mówisz o tych stosach, na których płynęła
krew nieszczęsnych ofiar, którym za
pomocą okropnych tortur wydzierano
wszelkie zeznania, jakie tylko mógłby sobie wyobrazić najgrubszy przesąd.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach --- rzekł sekretarz prywatny --- chcesz zapewne, drogi panie, mówić
o tych procesach czarnoksiężników, jakie
robiono dawnymi czasy. Tak, były to rzeczy złe, którym szczęśliwie kres położył
nasz wiek oświecony.</akap_dialog>


<akap>Złotnik rzucił osobliwym spojrzeniem
na starca i na Tussmana i z tajemniczym
uśmiechem zapytał, czy znają historię intendenta skarbu, Żyda Lippolda, która się
odbyła w r. 1572.</akap>

<akap>Zanim Tussman odpowiedział, Leonard
zaczął mówić:</akap>


<akap_dialog>--- Ten Lippold, który miał całe zaufanie elektora i któremu powierzone były
finanse kraju, oskarżony został o wielkie
szachrajstwa<pe><slowo_obce>szachrajstwo</slowo_obce> --- krętactwo, oszustwo.</pe>; ale, czy to, że się umiał
usprawiedliwić, czy też, że miał do rozporządzenia inne środki, by wykazać swą
niewinność wobec elektora, czy też przekupił osoby zaufane: dość, że go uniewinniono całkowicie. Tylko straże miejskie
czuwały koło jego domu, na ulicy Stralowskiej. Pewnego dnia pokłócił się z żoną, która w gniewie zawołała:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdyby elektor wiedział, jakim ty jesteś niegodziwcem i ile złego możesz zrobić za pomocą swojej księgi czarnoksięskiej, to by cię upiekli na stosie!</akap_dialog>


<akap_dialog>O tych słowach doniesiono księciu, który nakazał zrobić surową rewizję w domu Lippolda. Znaleziono księgę magiczną,
a ponieważ byli ludzie, co ją rozumieli,
oczywista się stała zbrodniczość Żyda.
Zażywał on diabelskich środków, aby
uwieść swego pana i rządzić krajem.
Spalono go na nowym rynku: ale gdy
płomienie pożarły jego ciało i przeklętą księgę, naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> (daw.) --- nagle.</pe> ze stosu wyszła wielka mysz; niejeden z widzów był przekonany, że to właśnie jest demon Lippolda.</akap_dialog>


<akap>W czasie tego opowiadania złotnika
starzec siedział, oparłszy o stół ramiona
i ukrył twarz w dłoniach, przy czym jęczał
i wzdychał, jak człowiek, który doznaje
niewymownych cierpień.</akap>


<akap>Tajny sekretarz prywatny zdawał się
przeciwnie mało zwracać uwagi na to opowiadanie. Twarz jego była uśmiechnięta,
a umysł zajęty wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe> inną sprawą. Gdy Leonard skończył mówić, sekretarz zwrócił się do niego i słodkawym głosem powiedział: </akap>

<akap_dialog>--- Mój czcigodny i szanowny profesorze, czy to istotnie była panna Albertyna
Voswinkel, co spoglądała na nas swymi
pięknymi oczami ze szczytu wieży?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to? --- odparł złotnik. --- I cóż pan
ma za sprawę z czarującą panną Albertyną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach --- zawołał nieśmiało Tussman --- ależ to jest właśnie ta miła osoba, którą
postanowiłem kochać i poślubić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie --- zawołał złotnik, zaczerwieniony, łyskając płomieniami w oczach --- panie, sądzę, że jesteś opętany przez diabła lub całkowicie pozbawiony zmysłów: pan chce poślubić młodą Albertynę, pan,
nędznik zużyty do szczętu przez lata, pan,
który z całą swoją mądrością szkolną
i z swoim Tomasiusem --- nie widzisz nic
o trzy kroki przed nosem? Nie oddawaj
się ani na chwilę takim myślom albo ci
kark złamię w to zrównanie dnia z nocą!</akap_dialog>


<akap>Sekretarz prywatny był człowiekiem
łagodnym, spokojnym, nawet bojaźliwym,
który nigdy nie odpowiadał ostro na zaczepki. Lecz odezwa złotnika była zbyt
gwałtowna, a że zresztą Tussman pił więcej niż zwykle, podniósł się rozgniewany
i chrapliwym głosem jął krzyczeć:</akap>


<akap_dialog>--- Nie wiem, na jakiej zasadzie przypisuje pan sobie prawo mówienia do mnie
w ten sposób, panie nieznajomy! Sądzę,
że chciałeś sobie ze mnie zakpić szeregiem igraszek dziecinnych, i że sam
ośmielasz się miłować pannę Albertynę.
Narysowałeś na szkle jej portret i za pomocą latarni magicznej, którą ukryłeś pod
płaszczem, pokazałeś mi na wieży starego ratusza tę miłą postać. Ale ja znam te
wszystkie fortele i mylisz się, jeśli ci się
zdaje, że mnie złamiesz tymi figlami i swoją grubiańską mową.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Strzeż się --- rzekł złotnik --- strzeż się, bratku! Masz tu sprawę z bardzo ciekawymi ludźmi!</akap_dialog>


<akap>W tej samej chwili twarz złotnika
zmieniła się w lisią głowę, która tak przeraziła sekretarza, że upadł i wywrócił się na krześle. Starzec nic a nic się nie
zdziwił tą przemianą złotnika:</akap>


<akap_dialog>--- Patrzcie --- rzekł --- co za żarty!
To pusta igraszka. Ja znam lepsze, a dla
ciebie za wysokie, Leonardzie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pokaż --- rzekł złotnik, który znów
przybrał twarz ludzką i spokojnie siedział przy stole. --- Pokaż, co umiesz robić.</akap_dialog>


<akap>Starzec wyjął z kieszeni wielką czarną
rzodkiew, zdjął z niej dokładnie łupinę nożem, pokrajał ją na małe plasterki i położył je na stole. Za każdym razem, gdy uderzał w rzodkiew, powstawała sztuka złotej monety, którą 
Żyd podawał Leonardowi, a skoro tylko ów jej dotykał, złoto
rozpadało się w iskierkach. Starzec rozdrażniony, że sztuki złota tak się kruszą,
coraz więcej bił w rzodkiew i coraz nowe
monety składał w ręce złotnika.</akap>


<akap>Sekretarz, przerażony, wyrwał się na koniec z oszołomienia i rzekł głosem
drżącym:</akap>

<akap_dialog>--- Moi czcigodni panowie, mam zaszczyt was pożegnać. --- Po czym, pochwyciwszy laskę i kapelusz, wyskoczył z winiarni.</akap_dialog>


<akap>Na ulicy słyszał, jak dwaj zagadkowi
jegomoście pękali ze śmiechu. Krew zastygła mu w żyłach.</akap>






<naglowek_rozdzial>Rozdział II</naglowek_rozdzial>

<wyroznienie>gdzie autor opowiada, jak to za sprawą cygara,
które nie chciało się palić, zakwitnął stosunek miłosny między dwojgiem kochanków, którzy już
przedtem głowami się szturchnęli.</wyroznienie>




<akap>Młody malarz Edmund Lehsen zapoznał się ze złotnikiem w sposób daleko
poważniejszy, niż sekretarz prywatny
Tussman. Edmund siedział pewnego dnia
w samotnym miejscu w parku i rysował
według natury grupę drzew, gdy Leonard
nadszedł i bez ceremonii poprzez ramię
zaczął się przyglądać jego pracy. Edmund
rysował dalej, aż złotnik zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Szczególną rzecz tu robisz, młodzieńcze; to przecież nie jest grupa drzew, to
zupełnie coś innego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż widzisz w tym rysunku? --- rzekł Edmund błyskając okiem.</akap_dialog> 


<akap_dialog><begin id="b1329517930884-2443771240"/><motyw id="m1329517930884-2443771240">Artysta</motyw>--- Zdaje mi się --- rzeki złotnik --- że
widzę tu z gęstwiny liści wychodzące najrozmaitsze postacie, geniusze, osobliwe
zwierzęta, młode dziewczyny i kwiaty,
a jednak wszystko to tworzy dość dobrze
grupę drzew, poprzez które świecą promienie słońca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, panie --- rzekł Edmund --- albo
ma pan głębokie poczucie i przenikliwe
oko, albo też byłem szczęśliwszy niż kiedykolwiek w tej próbie. Czy nie zdaje się
panu także, gdy się oddajesz gorącemu
poczuciu natury, że tysiące istot cudownych patrzy na ciebie skroś<pe><slowo_obce>skroś</slowo_obce> (daw.) --- przez.</pe> drzewa o miłym spojrzeniu? To właśnie chciałem wykazać w tej kompozycji i zdaje mi się,
że cel osiągnąłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumiem --- odparł Leonard tonem
suchym i zimnym --- chciałeś się wyzwolić od wszelkich studiów i rozkoszować się grą własnej fantazji.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, panie --- odparł Edmund --- uważam ten sposób pracy według natury jako
studium najlepsze i najużyteczniejsze;
w tym widzę prawdziwą poezję. Malarz
pejzażysta powinien być poetą, jak malarz historyczny: inaczej będzie tylko lichym uczniem.<end id="e1329517930884-2443771240"/></akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Niechaj Bóg czuwa nad nami! Jak to? I ty także, drogi Edmundzie Lehsen!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to, pan zna moje nazwisko?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemuż bym nie miał go znać? Widziałem cię w chwili, której zapewne sobie nie przypominasz, w chwili twoich narodzin. Przy bardzo małym doświadczeniu, jakie było wówczas twym udziałem,
prowadziłeś się zgoła przyzwoicie; gdyż
matce swojej ból sprawiłeś niewielki
i wydałeś okrzyk radości na widok światła, którego ci za moją sprawą nie odmówiono. Przekonany jestem, zgodnie z opinią nowych lekarzy, że to światło nie tylko nowonarodzonym nie szkodzi, ale
owszem dopomaga ich rozwojowi fizycznemu i moralnemu. Pan ojciec był też
bardzo zadowolony; skakał na jednej nodze i śpiewał arie z <tytul_dziela>Fleta zaczarowanego<pe><slowo_obce>Flet zaczarowany</slowo_obce> --- właśc. <tytul_dziela>Czarodziejski flet</tytul_dziela>. Opera skomponowana przez Wolfganga Amadeusza Mozarta w 1791 r.</pe></tytul_dziela>. Potem złożył twoją malutką osobę
w moje ręce i prosił mnie, bym ci postawił
horoskop, co też z miejsca uczyniłem.
Bywałem częstym gościem u twego ojca
i pochopnie przyjmowałeś z moich rąk
rodzynki i migdały, które ci przynosiłem.
Potem udałem się w podróż; miałeś wtedy sześć lub siedem lat. Po powrocie do
Berlina dowiedziałem się z przyjemnością, że ojciec twój przysłał cię tutaj na
studia malarskie, którym trudno by ci
było poświęcić się w twojej wiosce, gdzie,
o ile mi wiadomo, niewiele się znajduje
obrazów, marmurów, brązów i innych
dzieł drogocennych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boże! --- zawołał Edmund. --- Teraz
wszystkie wspomnienia młodości odrysowują się w moim umyśle. Czy nie jesteś
panem Leonardem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Istotnie --- rzekł złotnik. --- Nazywam się Leonard, byłbym jednak bardzo
zdumiony, gdybyś o mnie jakieś wspomnienie zachował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jednak to prawda --- rzekł Edmund.
--- Wiem, że twoja obecność była mi bardzo przyjemna, że mi przynosiłeś wszelkiego rodzaju łakocie i że wiele się mną
zajmowałeś. Wiem, że twój widok budził
we mnie jakiś trwożny szacunek i zakłopotanie, co trwało nawet po twoim zniknięciu; ale zwłaszcza wyryło mi się
z pamięci to, co ojciec mój opowiadał o tobie; szczycił się twoją przyjaźnią i mówił
mi, żeś go z rzadką zręcznością wydobył
nieraz z kłopotliwej sytuacji; mówił też
z entuzjazmem, jak to przeniknąłeś wiedzę tajemną; twierdził, że do woli władasz tajemniczymi potęgami natury, a niekiedy,
wybacz, wyrażał przypuszczenie, że możesz być Ahaswerem czyli Żydem Wiecznym Tułaczem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemuż nie Szczurołapem z Hammeln, albo starym Wszędobylskim i Nigdziebylskim albo jakimś koboldem, krasnoludkiem? --- odrzekł złotnik. --- Ale to
prawda i nie mogę zaprzeczyć, że mam
w sobie pewne osobliwości, które w ludziach budzą zawsze złośliwe podejrzenia. Prawda i to, że oddałem twemu ojcu
liczne i ważne usługi dzięki swym naukom tajemnym i zwłaszcza rozradowałem go horoskopem, jaki ci postawiłem przy urodzeniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc --- odparł z rumieńcem na
twarzy Edmund --- twój horoskop nie był
świetny. Mój ojciec często mi powtarzał,
że według waszej sentencji miałem zostać czymś wielkim: albo wielkim artystą, albo wielkim wariatem. Ale tej to
przepowiedni zawdzięczam, że ojciec dał
mi zupełną swobodę w poświęceniu się
karierze artystycznej; czy sądzisz, że
się horoskop urzeczywistni?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Och, niewątpliwie --- odrzekł Leonard
spokojnie --- niewątpliwie! Bo w tej chwili jesteś na najlepszej drodze, aby stać się
wielkim wariatem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to, panie --- zawołał malarz --- W żywe oczy mi to mówisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od ciebie zależy --- rzekł złotnik --- uniknąć niebezpiecznej alternatywy mego horoskopu i zostać dobrym artystą.
<begin id="b1316425786665-3087290812"/><motyw id="m1316425786665-3087290812">Sztuka</motyw>Twoje rysunki i szkice zapowiadają żywą
i bogatą fantazję, wielką siłę wyrazu
i śmiałość planu. Przy takich pierwiastkach można wspaniały gmach wybudować. Zrzecz się tych wszystkich próżnych
a przesadnych wymagań mody i oddaj się
poważnym studiom. Pochwalam cię, że
starasz się odtworzyć godność i prostotę
starej sztuki niemieckiej; ale w tych usiłowaniach nawet unikaj niebezpiecznych skał, o które inni się rozbili. Trzeba
głębokiego uczucia, duszy energicznej,
aby się oprzeć zniewieściałym wpływom
sztuki nowoczesnej, aby ująć ducha mistrzów dawnych i przeniknąć treść wewnętrzną ich obrazów; tym sposobem jedynie poczujesz, jak zapłonie w twym sercu ogień zapału i stworzysz dzieła godne
lepszego czasu. Ale dziś młodzi ludzie
wyobrażają sobie, że, gdy namalują oblicza surowe, twarze łokciowe<pe><slowo_obce>łokciowy</slowo_obce> --- tu: ogromny (od łokcia, dawnej miary długości).</pe>, szaty wydęte i kanciaste oraz fałszywą perspektywę --- wykonali dzieło na sposób dawnych mistrzów. Ci naśladowcy bez ducha i bez życia są podobni do chłopów,
którzy w kościołach szepcą modlitwy łacińskie, nie rozumiejąc ich treści, choć
melodię umieją powtórzyć.<end id="e1316425786665-3087290812"/></akap_dialog>


<akap>Złotnik wypowiedział jeszcze niejedną
rozsądną i niejedną podniosłą uwagę
o sztuce i dał Edmundowi tyle dobrych
wskazówek, że ten, zdziwiony, zapytał, jakim sposobem Leonard zdobył sobie tyle wiadomości, nie będąc sam malarzem
i dlaczego żyje nie znany nikomu, gdy
mógłby potężnie wpływać na rozwój
sztuki.</akap>


<akap_dialog>--- Mówiłem ci już --- rzekł złotnik tonem łagodnym i poważnym --- że długie
i nawet cudowne doświadczenie dało przenikliwość mojej władzy sądzenia i memu
spojrzeniu. Co do mego sposobu życia, to
wiem, że wszędzie bym wyglądał dziwacznie, co wypływa nie tylko z mojej organizacji, ale też z poczucia pewnej potęgi,
która się mieści we mnie, a wszystko to
zamąciłoby mój spokojny żywot. Często
myślę o człowieku, który mógłby być pod
pewnymi względami moim przodkiem, a z którym utożsamiłem się tak doskonale
co do ciała i ducha, że nieraz mi przychodzi osobliwa myśl, jakobym był nim samym. Ten, o którym mówię, był to Szwajcar, Leonard Turmhauser z Thurm, który,
w r. 1582 żył tutaj na dworze elektora Jana Jerzego. Owymi czasy, jak to wiesz,
każdy chemik był alchemikiem, a każdy
astronom nazywał się astrologiem. Turmhauser był jednym i drugim. Rzecz pewna,
iż dokonał rzeczy najdziwniejszych i że
między innymi odznaczył się jako znakomity lekarz. Miał jednak tę wadę, że
wszędzie wystawiał na widok publiczny
swoją naukę, że chciał się wtrącać do
wszystkiego radą i czynem. Próżność ta
obudziła przeciw niemu zazdrość i nienawiść; elektora zapewniano, że Turmhauser umie robić złoto, a on tymczasem, czy
że nie znał tej roboty, czy też z innych
powodów uparcie odmawiał zająć się tą
sprawą. Wtedy nieprzyjaciele Turmhausera jęli szeptać elektorowi:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Patrzcie, jaki to człowiek bezczelny!
Chwali się wiedzą, której nie ma, oddaje
się różnym złowrogim praktykom. Powinien zginąć haniebną śmiercią, jak Żyd
Lippold.</akap_dialog> 


<akap_dialog>Wiadomo, że Turmhauser byl złotnikiem, a zaprzeczano mu wszelkiej nauki,
której przecież dał dowody niezbite. Puszczono pogłoskę, że nie on sam ułożył,
ale za pieniądze kupił mądre księgi i przepowiednie, które ogłosił.</akap_dialog> 


<akap_dialog><begin id="b1316425884977-3358092694"/><motyw id="m1316425884977-3358092694">Ucieczka</motyw>Nienawiść, potwarz doszły do takiego
stopnia, że, aby uniknąć losu Żyda Lippolda --- Turmhauser musiał potajemnie uciec
z kraju. Nieprzyjaciele jego mówili, jakoby miał przystać do papistów<pe><slowo_obce>papiści</slowo_obce> (daw., pogardl.) --- katolicy.</pe>, ale to fałsz.
Ukrył się w Saksonii i dalej prowadził
swój zawód złotnika, nie wyrzekając się
nauki.<end id="e1316425884977-3358092694"/></akap_dialog> 


<akap>Edmund czuł się mocno pociągniętym
ku staremu złotnikowi, a ten mu się wywdzięczał zaufaniem i szacunkiem, nie
tylko za pomocą poważnej krytyki, ale też
ucząc go różnych tajemnic, znanych starym malarzom, co do wyrobu i mieszania
farb.</akap>


<akap>Tak zadzierzgnął się między Edmundem
i starym Leonardem związek w rodzaju
tych, jakie się układają pomiędzy uczniem
wielkich nadziei a mistrzem tkliwym
i pobłażliwym.</akap>


<akap>W jakiś czas potem, pewnego wieczoru
letniego, w parku radca Melchior Voswinkel nie mógł mimo starań zapalić żadnego ze swoich cygar; rzucał je na ziemię
jedno po drugim i z gniewem krzyczał:</akap>


<akap_dialog>--- O Boże, ileż to się nastarałem, ileż
wydałem pieniędzy, aby te cygara sprowadzić z Hamburga! I oto mi się psuje
ta miła przyjemność! Jakże teraz mógłbym się należycie przyglądać pięknej naturze i pogrążyć w użytecznych rozmyślaniach? To okropne!</akap_dialog>


<akap>Mówił niejako te słowa do Edmunda,
który siedział koło niego, a którego cygaro paliło się żywo i radośnie. Jakkolwiek Edmund nie znał radcy, wyjął z kieszeni pudełko cygar i po przyjacielsku je
przedstawił nieszczęśliwemu sąsiadowi,
zapewniając go, że odpowiada za doskonałość tytoniu, choć ten nie pochodzi
wprost z Hamburga.</akap>


<akap>Radca ożywił się nagle i pełny radości,
wziął jedno z cygar, dziękując serdecznie
i natychmiast je zapalił, z rozkoszą się
przyglądając lekkim, srebrnym obłoczkom
dymu, spiralnie w górę się unoszącym.</akap>


<akap_dialog>--- O, drogi panie --- zawołał --- wyprowadzasz mnie z przykrego położenia.
Dziękuję panu jeszcze sto razy i ośmielę
się nawet być tyle bezczelnym, aby pana poprosić o drugie cygaro, kiedy to wypalę.</akap_dialog>


<akap>Edmund ofiarował mu do rozporządzenia swe pudełko i pożegnali się.</akap>


<akap>Artysta, zajęty pewnym pomysłem,
który chciał namalować, przedzierać się
zaczął przez tłum, aby swobodnie przebrnąć w pustszą aleję, gdy nagle radca
znalazł się przed nim i pytał go życzliwie,
czy nie zechciałby zasiąść z nim razem
przy jednym stoliku.</akap>


<akap>Edmund już o mało co nie odmówił staremu, gdy przy stoliku, gdzie radca ofiarował mu miejsce, ujrzał młodą pannę
zachwycającej piękności i wdzięku.</akap>


<akap_dialog>--- To moja córka Albertyna --- rzekł
radca Edmundowi, który na nią spoglądał nieruchomy tak, że zapomniał się jej
ukłonić. Poznał w Albertynie prześliczną
osobę, którą rok temu widział na wystawie, gdy właśnie stała przed jednym z jego obrazów; wyjaśniała umiejętnie pewnej starszej damie i dwóm panienkom,
które jej towarzyszyły, znaczenie tego
fantastycznego malowidła. Badała kolejno rysunek kompozycji, chwaliła autora
tego dzieła i mówiła, że musi to być artysta pełen talentu i że byłaby rada go poznać. Edmund, stojąc za nią, rozkoszował się tymi pochwałami, wypowiadanymi przez tak różowe usta. Serce drżało
mu z trwogi i radości, i chciał się przedstawić jako twórca obrazu. W tej samej
chwili Albertynie wypadła z dłoni rękawiczka. Edmund nachyla się, by ją podnieść, Albertyna podobnież --- i oto uderzają się głowami; Albertyna wydaje
okrzyk bólu.</akap_dialog>


<akap>Edmund cofa się przerażony, włazi na
nogi małego psiaka, którego jakaś starsza dama prowadzi na sznurku, aż pies
zaskowyczał; potem nasz artysta depcze
odciski jakiegoś tłustego profesora, który
zaryczał okrutnie i do wszystkich diabłów posyła młodzieńca. Przybiegają ze
wszech stron; wszystkie lornety skierowane są na biednego Edmunda, który,
śród skowytu pinczera<pe><slowo_obce>pinczer</slowo_obce> --- rasa małego psa.</pe>, przekleństw profesora, obelg starszej pani, szyderstwa
panien --- ucieka zawstydzony, gdy kilka
kobiet śpieszy na pomoc Albertynie i pociera jej skronie wodą pachnącą.</akap>


<akap><begin id="b1316426046415-137301114"/><motyw id="m1316426046415-137301114">Miłość</motyw>W tym momencie krytycznym Edmund zakochał się, sam nie wiedząc jak
i przykre uczucie niezgrabności było
mu jedyną przeszkodą, że nie poszukiwał panny po wszystkich krańcach miasta.
Nie mógł jej sobie wyobrazić inaczej, jak
z napuchniętym czołem i z gniewem na
twarzy; ale tegoż wieczoru nikt by nie
dostrzegł śladów tego zdarzenia. Co prawda Albertyna bardzo się zarumieniła
i była wielce zmieszana na widok młodzieńca, ale gdy radca zapytał Edmunda
0 imię i stanowisko, panna z uśmiechem
powiedziała, że rozpoznaje w nim świetnego artystę, którego rysunki i malowidła oglądała z głębokim wzruszeniem.<end id="e1316426046415-137301114"/></akap>


<akap>Można sobie wyobrazić żywe wrażenie, jakie te słowa wywarły na młodego
malarza. W zachwycie chciał pannie złożyć tysiączne podziękowania, gdy nagle
radca go zatrzymał i rzecze:</akap>


<akap_dialog>--- A więc, mój drogi, gdzież to cygaro,
któreś mi obiecał? --- Po czym mówił dalej:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A zatem jesteś malarzem i to dobrym malarzem, jak powiada moja córka,
która się na tym zna doskonale. Raduje
mnie to wielce; lubię malarstwo albo raczej
sztukę, żeby powiedzieć jak moja córka
Albertyna. Nie dam się oszukać: jestem
znawcą, prawdziwym znawcą obrazów
i nikomu się nie uda zwieść mię, abym
wziął Iksa za Ygreka. Powiedz mi szczerze, drogi artysto, pominąwszy wszelką
niepotrzebną skromność, czy to nie ty jesteś owym zręcznym malarzem, którego
obrazy co dzień, przechodząc, oglądam,
a których świetne barwy codziennie podziwiam.</akap_dialog>


<akap>Edmund nie rozumiał dobrze, o jakich
obrazach chciał mówić radca. Wreszcie,
rozpytawszy się należycie, znalazł, że
Melchior Voswinkel miał na oku po prostu
tace lakowe, ekrany i inne tego rodzaju
dzieła, które istotnie oglądał co rana
z prawidłowym zachwytem, przechodząc
obok wystawy bogatego magazynu Staubwassera. To właśnie uważał za doskonałą
sztukę. Edmund nie bardzo czuł się pochlebiony podobnym komplementem
i klął radcę, który mu przeszkadzał rozmawiać z Albertyną. W końcu ktoś ze
znajomych zbliżył się do radcy i wdał się
z nim w długą rozmowę, z czego Edmund
skorzystał, by się przybliżyć do Albertyny, która bynajmniej z tego nie była niezadowolona.</akap>


<akap>Wszyscy, którzy znają Albertynę, wiedzą, że jest to wcielenie młodości, wdzięku i piękności; że się ubiera ze smakiem
według ostatniej mody, że śpiewa w Akademii Muzycznej, że brała lekcje fortepianu od najlepszych nauczycieli, że naśladować umie piruety najpierwszej tancerki, że potrafi kopiować kwiaty z doskonałą umiejętnością, że jest z natury
wesoła i pełna równowagi. Każdy też wie,
że nosi przy sobie mały sztambuch<pe><slowo_obce>sztambuch</slowo_obce> --- rodzaj pamiętnika, do którego wpisują się znajomi.</pe> w safianowej okładce, ze złoconymi brzegami
i że wypisuje w nim sobie najpiękniejsze
myśli, jakie znaleźć można w dziełach
Goethego, Jean-Paula<pe><slowo_obce>Jean-Paul</slowo_obce> --- właśc. Johann Paul Friedrich Richter (1763--1825), pisarz, prekursor niemieckiego romantyzmu.</pe> i innych wybitnych
pisarzy, i na koniec powszechnie wiadomo,
że nie robi nigdy błędów gramatycznych.</akap>


<akap>Albertyna, siedząc obok pełnego zapału
malarza, doznała wzruszenia daleko żywszego, niż je odczuwała w towarzystwie
zwykłym i głosem melodyjnym szeptała
miłe słowa.</akap>


<akap>Wiatr wieczorny zaczął szumieć, unosząc na skrzydłach zapach kwiatów.
W gęstym gaju słowiki wyśpiewywały
swoje tęsknoty miłosne. Wówczas Albertyna zaczęła mówić wiersz z poezji Fouqué'go<pe><slowo_obce>Fouqué, Friedrich</slowo_obce> (1777--1843) --- niemiecki pisarz epoki romantyzmu.</pe>:</akap>


<poezja_cyt><strofa>Szelesty i szumy wiosny/
Przez gajów płyną zagłusze:/
Niby sidła, żar miłosny ---/
Pęta nam ciało i duszę.</strofa></poezja_cyt>


<akap>Ośmielony ciemnością, Edmund ujął rękę Albertyny i przycisnął ją do serca,
przy czym mówił dalej:</akap>


<poezja_cyt><strofa>Gdym śpiewał, to, co tak rzewnie/
Wieści to życie serdeczne:/
Zda się w mą pierś wnikło śpiewnie/
Miłowania światło wieczne.</strofa>
</poezja_cyt>

<akap>Panna wyrwała mu rękę, ale po to tylko, by zdjąć rękawiczkę i dłoń obnażoną
pozostawić szczęśliwemu Edmundowi,
który już miał ją okryć pocałunkami, gdy
naraz zbliżył się radca:</akap>


<akap_dialog>--- Wieczór staje się chłodny; szkoda,
że nie wziąłem płaszcza lub okrycia;
owiń się szalem, moja Albertyno! Jest to
szal turecki, kochany panie malarzu, za
który zapłaciłem pięćdziesiąt dukatów<pe><slowo_obce>dukat</slowo_obce> --- złota moneta bita w Europie do XIX w.</pe>.
Owiń się nim i wracajmy. Do widzenia,
drogi przyjacielu!</akap_dialog>


<akap>Edmund, kierowany delikatnym taktem,
w tej chwili wyjął pudełko i ofiarował radcy nowe cygaro.</akap>


<akap_dialog>--- Dzięki, dzięki po tysiąc razy --- zawołał Mechior --- jesteś niezmiernie uprzejmy. Policja nie pozwala w ogrodzie palić w czasie przechadzki, toteż cygaro
wyda mi się tym lepsze.</akap_dialog>

<akap>Gdy radca zbliżał się do latarni, by zapalić cygaro, Edmund nieśmiało zapytał
Albertynę, czy pozwoli sobie towarzyszyć. Wzięła go za ramię i oboje poszli razem, a gdy radca ich dogonił, zdawałoby
się, że przewidział, iż Edmund wraz z nimi pójdzie do miasta.</akap>


<akap><begin id="b1316426270345-2569543118"/><motyw id="m1316426270345-2569543118">Miłość</motyw>Ktokolwiek był młody i zakochany, albo jest jeszcze młody i zakochany --- zrozumie, że Edmund, krocząc obok Albertyny, nie sądził, że jest w lesie, ale w najwyższych obłokach, koło jakiej istoty
nadziemskiej.</akap>


<akap><begin id="b1329519175656-2485329576"/><motyw id="m1329519175656-2485329576">Strój</motyw>Według Szekspirowskiej Rozalindy<pe><slowo_obce>Rozalinda</slowo_obce> --- bohaterka szekspirowskiej komedii <tytul_dziela>Jak wam się podoba</tytul_dziela>.</pe> oto
z jakich cech można rozpoznać zakochanego: policzki obwisłe, oczy podsiniałe,
umysł roztargniony, broda nieuczesana,
podwiązki rozplątane, czapka na wywrót
położona, rękawy niezapięte, trzewiki nie
zasznurowane i rozpaczliwa niedbałość
we wszystkich rzeczach.<end id="e1329519175656-2485329576"/></akap>


<akap>Edmund nie objawiał tych wszystkich
osobliwości, ale jak zakochany Orlando
niszczył wszystkie drzewa, wypisując na
ich korze imię Rozalindy, tak Edmund
zmarnował niemało papieru, pergaminu,
płótna, farb, aby opiewać swą ukochaną
lichym wierszem i aby ją rysować i malować, nie dosięgając nigdy obrazu, jaki
widział w imaginacji.<end id="e1316426270345-2569543118"/> Ponieważ przy tym
nieustannie ciężko wzdychał, zdarzyło
się, że stary złotnik w krótkim czasie odkrył tajemnicę swego młodego przyjaciela. Na pierwsze zapytanie, Edmund natychmiast otworzył przed nim swe serce.</akap>


<akap_dialog>--- Jak to --- zawołał --- czyżbyś o tym
myślał naprawdę? Nie wolno kochać cudzej narzeczonej. Albertyna jest prawie
zaręczona z sekretarzem tajnym Tussmanem.</akap_dialog>


<akap>Na tę okropną wiadomość Edmund
wpadł w gwałtowną rozpacz. Leonard
spokojnie oczekiwał, póki się jego paroksyzm<pe><slowo_obce>paroksyzm</slowo_obce> --- wybuch, napad.</pe> nie skończy i pytał go, czy poważnie marzy o małżeństwie z Albertyną.
Edmund zapewniał, że to jego najgorętsze
życzenie i błagał starego przyjaciela, aby
ten całej swej potęgi użył, by mu dopomóc i usunąć sekretarza.</akap>


<akap>Złotnik mu odrzecze, że za bardzo właściwe uważał, aby młody artysta był zakochany, co nie znaczy, aby myślał się żenić. Tak młody Sternbald<pe><slowo_obce>Sternbald, Franz</slowo_obce> --- bohater powieści niemieckiego pisarza okresu romantyzmu Johanna Ludwiga Tiecka.</pe> nigdy się nie
mógł na to zdecydować. Ta uwaga uderzyła Edmunda, który chętnie odczytywał <tytul_dziela>Sternbalda</tytul_dziela> Tiecka i bardzo by pragnął być
bohaterem tego romansu.</akap>


<akap_dialog>--- A więc dobrze! Niech będzie, co chce
--- rzekł w końcu złotnik --- oswobodzę cię
od twego rywala, a ty wciśniesz się do
domu radcy i postarasz się przybliżyć do
Albertyny. Moje operacje mogą jednak
się zacząć dopiero w czas zrównania dnia
z nocą.</akap_dialog>


<akap>Widzieliśmy, w jaki sposób złotnik zabrał się do rzeczy, aby usunąć sekretarza
tajnego.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział III</naglowek_rozdzial>

<wyroznienie>zawiera rysopis tajnego sekretarza Tussmana
oraz przyczyny, dla których musiał on zleźć z konia wielkiego kurfirsta<pe><slowo_obce>kurfirst</slowo_obce> --- książę dawnej Rzeszy Niemieckiej, elektor.</pe> --- a nadto wiele innych
godnych czytania rzeczy.</wyroznienie>







<akap>Ze wszystkiego, co wiesz, drogi czytelniku, o prywatnym sekretarzu kancelarii Tussmanie, możesz sobie wyobrazić
tego człowieka i jego maniery. Dodam, co
się tyczy jego postaci zewnętrznej, że był
to człowiek małego wzrostu, łysy, przygarbiony nieco i po prostu śmieszny. Nosił surdut wycięty dawną modą, z połami<pe><slowo_obce>poła</slowo_obce> --- jedna z dwóch dolnych części rozpinanego ubrania, takiego jak np. marynarka.</pe>
niepomiernej długości, nie mniej długą kamizelkę, szerokie spodnie, trzewiki skrzypiące jak buty robotnika, a ponieważ,
zamiast kroczyć równym krokiem po ulicach, biegł w poskokach i w susach, poły
surduta, wiatrem unoszone, latały jak
skrzydła. Choć jego twarz była bardzo
zabawna, poczciwy uśmiech, błądzący mu
po ustach, wywoływał dla niego życzliwość i lubiono go w ogóle, pomimo jego pedantyzmu i niezgrabności. <begin id="b1316426390450-2915716223"/><motyw id="m1316426390450-2915716223">Książka</motyw>Jego namiętnością było czytanie: wychodząc z domu,
zawsze miał kieszenie pełne książek; czytał wszędzie, gdzie się pokazał: na przechadzce, w kościele, w kawiarni; czytał
bez wyboru wszystko, na co natrafił, aby
tylko była mowa o dawnych czasach, bo
nowych nie cierpiał. Tak jednego wieczoru na przykład czytał w kawiarni starą algebrę, nazajutrz regulamin kawalerii Fryderyka Wilhelma I<pe><slowo_obce>Fryderyk Wilhelm I</slowo_obce> (1688--1740) --- król prusko-branderburski, członek dynastii Hohenzollernów.</pe>, potem cudowne dzieło
p. t. <tytul_dziela>Cycero wyobrażony w dziesięciu mowach, jako wielki gaduła i wielki blagier</tytul_dziela>,
1720. Tussman posiadał nadzwyczajną
pamięć; notował zwykle wszystko, co go
w książce uderzyło, potem odczytywał
swe noty i nigdy ich nie zapominał. W ten
sposób stał się polihistorem<pe><slowo_obce>polihistor</slowo_obce> --- uczony, człowiek posiadający wiedzę z wielu dziedzin.</pe>, encyklopedią żywą, którą przerzucał każdy, co
potrzebował jakiejś informacji historycznej czy naukowej. Jeżeli się zdarzyło, że
nie mógł dać natychmiast żądanej wiadomości, w tej chwili zaczynał poszukiwania po wszystkich bibliotekach, aż na koniec znalazł, o co mu chodziło i powracał
z radością, przynosząc odpowiedź. Rzecz
szczególna, że pozornie zaabsorbowany
czytaniem, słyszał wszystko, o czym mówiono dokoła niego. Często się wtrącał do
rozmowy z jakąś rozsądną uwagą, a jeżeli ktoś powiedział jakie słowo dowcipne
lub zabawne, wówczas, nie podnosząc
oczu od książki, przyklaskiwał głośnym
śmiechem.<end id="e1316426390450-2915716223"/></akap>


<akap>Radca Voswinkel był w szkole mnichów
szarych z sekretarzem i od owych czasów datowała ich ścisła przyjaźń. Albertyna rosła w oczach Tussmana, a gdy
miała lat dwadzieścia, przyniósł jej piękny bukiet i pocałował ją w rękę z galanterią, jakiej byś nie oczekiwał od niego.
Od tego dnia radca postanowił ożenić
swego starego kolegę z Albertyną; miał
nadzieję, że Tussman zadowoli się skromnym posagiem<pe><slowo_obce>posag</slowo_obce> --- dobro materialne wnoszone przez żonę przy zawarciu małżeństwa.</pe> i w osiemnastą rocznicę
urodzin córki objawił sekretarzowi projekt, który dotychczas utrzymywał w tajemnicy. Ten był przerażony słowami starego kolegi: nie śmiał oddać się zuchwałej myśli, by zawrzeć małżeństwo, a zwłaszcza z młodą panną. Z wolna jednak
przywykł do tej idei i poczuł, jak serce mu
zapłonęło gorącą miłością w dniu, w którym Albertyna ofiarowała mu sakiewkę
wyhaftowaną własnoręcznie. Oświadczył
wtedy radcy, że postanowił się ożenić,
a ponieważ ten ucałował go, tytułując
swym zięciem, poczciwy Tussman zaczął
się uważać za małżonka Albertyny, choć
panna ani słowa o tym nie słyszała i nie
miała najmniejszego przypuszczenia co do
tych projektów.</akap>


<akap>Nazajutrz rano po owej nocy, kiedy sekretarza spotkała dziwna przygoda pod
starą wieżą ratuszową i na placu Aleksandra, ten, blady i w bezładnych sukniach, przybył do swego starego przyjaciela. Radca był niemało przerażony na
widok Tussmana, przybywającego tak
wczesnym rankiem i postrzegając wyraz
wstrząśnień moralnych, na jego fizjonomii<pe><slowo_obce>fizjonomia</slowo_obce> --- rysy twarzy, wygląd.</pe> odbity, zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Drogi sekretarzu, skąd przychodzisz? Co znaczy ta przerażona twarz
i co się zdarzyło?</akap_dialog>


<akap>Tussman rzucił się w fotel i po kilku minutach ciężkiego wzdychania, zaczął mówić drżącym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Przyjacielu, jak mnie widzisz z tym
ubraniem i <tytul_dziela>Traktatem Mądrości Politycznej</tytul_dziela> w kieszeni, przybywam z ulicy Szpandawskiej, po której tłukłem się całą noc
od wczoraj. Nie wróciłem do domu; nie
widziałem swego łóżka; nie zamknąłem
oka.</akap_dialog>


<akap>Wówczas Tussman zaczął opowiadać
wszystko, co mu się nocy poprzedniej wydarzyło, począwszy od pierwszego spotkania z bajecznym złotnikiem, aż do
chwili, w której uciekł z winiarni, przerażony wszystkim, co się tam działo.</akap>


<akap_dialog>--- Mój drogi sekretarzu --- rzekł radca --- wbrew przyzwyczajeniu piłeś za dużo i miałeś sny dziwadlane!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to? --- zawołał Tussman --- więc
ci się zdaje, że spałem, że roiłem? Czy
myślisz, że nie wiem, co to jest sen, a co
marzenie? Mogę ci rozwinąć teorię Nudowa co do snu --- i dowieść, że można
spać bez marzeń; dlatego Hamlet mówi:
Spać, może marzyć! Co do widzeń sennych, to wiedziałbyś w tym przedmiocie
tyleż, co ja, gdybyś był czytał <tytul_dziela>Somnium Scipionis<pe><slowo_obce>Somnium Scipionis</slowo_obce> (łac.) --- <tytul_dziela>Sen Scypiona</tytul_dziela>, fragment szóstej księgi <tytul_dziela>De Re Publica</tytul_dziela> Cycerona, przedstawiający wizję zaświatów.</pe></tytul_dziela> oraz sławne dzieło Artemidora<pe><slowo_obce>Artemidor z Efezu</slowo_obce> --- gr. filozof z II w. p.n.e.</pe>
o marzeniach i <tytul_dziela>Księgę snów</tytul_dziela> wydaną we
Frankfurcie. Ale ty nie czytasz nic i zawsze wydajesz fałszywe sądy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, no --- rzekł radca --- uspokój się;
wierzę ci, że wpadłeś wczoraj w ręce jakichś szarlatanów<pe><slowo_obce>szarlatan</slowo_obce> --- oszust.</pe>, którzy sobie zadrwili
z ciebie i zabawili się tobą, ale powiedz
mi, dlaczego opuściwszy winiarnię, nie
wróciłeś do domu raczej, zamiast włóczyć się całą noc po ulicach?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Drogi radco! --- zawołał sekretarz
tajny --- drogi towarzyszu ze szkoły mnichów szarych, nie obrażaj mej boleści
obelżywym zwątpieniem; ale dowiedz się,
że ta diabelska przygoda w najlepszy
sposób rozwijała się dalej, kiedy byłem na
ulicy. Podszedłszy do ratusza, ujrzałem
wszystkie okna oświetlone, usłyszałem
odgłos tańca i wesołą muzykę z towarzyszeniem bębna janczarskiego. Nie wiem,
jak się to stało, że choć nie jestem wysokiego wzrostu, jednak stanąwszy na palcach, zdołałem rozróżnić widowisko, odbywające się wewnątrz budynku. <begin id="b1329685333195-659463370"/><motyw id="m1329685333195-659463370">Sen, Czary</motyw>Cóżem
obaczył, Stwórco niebieski!? Córka twoja, panna Albertyna, przybrana w świetny
strój weselny tańczyła szalenie z jakimś młodzieńcem. Uderzam w okno i wołam:
,,Czcigodna panno Albertyno, co czynisz,
o czym myślisz w tej godzinie?" W tej samej chwili jakaś istota ohydna wchodzi
z ulicy Królewskiej, w biegu odrywa mi
nogi od ciała i ucieka z wybuchami śmiechu. Ja, nieszczęsny sekretarz prywatny,
upadłem w błoto i krzyczę: ,,Straże nocne, łucznicy policyjni, patrole przezacne --- przybywajcie, przybywajcie na
pomoc! Zatrzymajcie nędznika, co mi
ukradł nogi!" Ale naraz wszystko pociemniało i zamilkło w Ratuszu, a mój
głos przepada w powietrzu. Gdy zaś ja
tonę cały w rozpaczy, widziadło ukazuje się powtórnie i nogi w twarz mi
ciska. Powstaję i pędzę w ulicę Szpandawską. I otóż, gdy chcę klucz włożyć
we drzwi swego domu, widzę samego siebie, tak, samego siebie przed sobą; patrzę
na siebie tymi samymi wielkimi, czarnymi
oczami, jakie mam pod rzęsą --- cofam się
ze zgrozą --- i wpadam na człowieka, który mnie obejmuje mocną ręką. Z halabardy<pe><slowo_obce>halabarda</slowo_obce> --- broń drzewcowa, dziś służy jedynie jako broń reprezentacyjna.</pe> w jego rękach, poznaję, że to strażnik
nocny: ,,Ach, mój miły człowieku, mówię, uczyń mi tę przyjemność i przepędź
tego łajdaka, sekretarza tajnego Tussmana, abym ja, prawdziwy, uczciwy Tussman, mógł wejść do swego mieszkania".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zdaje mi się, żeś dostał bzika --- odpowiada mi ten człowiek głosem bezdźwięcznym; i poznaję straszliwego złotnika. Zgroza mnie ogarnęła i zimnym potem zrosiło się me czoło: ,,Mój szanowny
profesorze --- rzekłem mu drżąc --- wybacz
mi, jeżeli w ciemności wziąłem cię za
stróża nocnego. Nazywaj mnie, jak chcesz;
mów ,,panie Tussman" po prostu albo nawet ,,mój kochany"; traktuj mnie jako
sługę, zniosę wszystko; tylko błagam cię,
uwolnij mnie od tego czarnoksięstwa, które tej nocy rzuciłeś na mnie".<end id="e1329685333195-659463370"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tussman --- odparł mi ten złowrogi
czarownik --- unikniesz na zawsze tego
rodzaju przypadków, jeżeli mi przysięgniesz natychmiast, że się wyrzekasz
swego małżeństwa z Albertyną.</akap_dialog>


<akap_dialog>Możesz sobie wyobrazić, drogi radco,
co za wrażenie wywołały we mnie te
okropne słowa.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1316426700039-1575507378"/><motyw id="m1316426700039-1575507378">Zazdrość</motyw>--- Szanowny profesorze --- odparłem --- do krwi ranisz mi serce. Walc jest to taniec nieprzyzwoity, a panna Albertyna,
moja narzeczona, walcowała z jakimś nieznajomym młodzieńcem w sposób taki, że traciłem zmysły. A przecież nie mogę
się jej wyrzec, nie, nie mogę!<end id="e1316426700039-1575507378"/></akap_dialog>


<akap_dialog>Zaledwie wyrzekłem te słowa, gdy
przeklęty złotnik uderzył mnie tak gwałtownie, że zacząłem się kręcić dokoła samego siebie. Pchany jakąś niezwalczoną
siłą, bez wytchnienia tańczyłem walca
w ulicy Szpandawskiej i trzymałem w ręku brudną miotłę, która mi twarz drapała,
gdy psy niewidzialne szarpały mi grzbiet,
a tysiące sekretarzy Tussmanów kręciło
się dokoła mnie z miotłami w rękach. Na koniec upadłem bez przytomności. Gdy
zaczynało świtać i gdym oczy otworzył,
wyobraź sobie moje przerażenie, siedziałem na koniu statuy wielkiego elektora,
z głową opartą o zimne piersi ze spiżu.
Szczęściem, straż była uśpiona, tak że
mogłem zejść niepostrzeżony, lecz bądź
jak bądź, mogłem kark złamać. Uciekłem
wtedy w stronę ulicy Szpandawskiej, a jakiś przestrach niewytłumaczony pociągnął mnie ku tobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie sądzisz chyba, drogi sekretarzu
--- rzekł radca --- abym mógł uwierzyć
w twoje wszystkie szaleństwa. Czy kto
słyszał o takich czarodziejskich sztukach
w naszym, tak oświeconym mieście?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc --- widzisz, drogi przyjacielu,
jaki popełniasz błąd, że nic nie czytasz.
Gdybyś tylko czytał, jak ja, <tytul_dziela>Microchronicon Marchicum</tytul_dziela> Haftitiusa, rektora
dwóch szkół w Berlinie i w Kolonii, to byś
wiedział, że bywało tu i wiele innych rzeczy. Ostatecznie, skłonny jestem do wiary, że złotnik to diabeł we własnej osobie, który mnie prześladuje i dręczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Proszę cię, drogi sekretarzu,
oszczędź mi tych dziecinnych guślarstw;
uspokój się i wyznaj, żeś pił nieco za wiele i że w stanie podchmielonym wlazłeś
na konia wielkiego elektora.</akap_dialog>


<akap>Sekretarz, słysząc to podejrzenie, zaczął płakać i wszelkimi siłami starał się
je rozproszyć.</akap>


<akap>Radca przybrał minę poważniejszą,
a ponieważ jego przyjaciel nieustannie dowodził, że wszystko odbyło się tak właśnie, jak on to opowiedział, rzekł wreszcie:</akap>


<akap_dialog>--- Słuchaj, im bardziej rozmyślam nad
tym, co mi tu opowiadasz o złotniku i starym Żydzie, z którymi całą noc przepędziłeś na pijaństwie, wbrew swoim trzeźwym i skromnym obyczajom, tym bardziej zdaje mi się pewnym, że ów Żyd to
mój stary Manasse, a złotnik --- to zapewne Leonard, który czasami bywa w Berlinie. Nie czytałem tyle książek, co ty, ale
to nie jest konieczne, aby wiedzieć, że ci
dwaj twoi nieznajomi, są to ludzie prości
i poczciwi, którzy nie uprawiają żadnych
sztuk czarnoksięskich. <begin id="b1329685587304-3174238047"/><motyw id="m1329685587304-3174238047">Czary, Prawo</motyw>Dziwię się, jak ty,
przy swojej znajomości prawa, zapominasz o tym, że wszelka operacja magiczna jest surowo zakazana i że tu w Berlinie rząd nie ścierpiałby żadnego czarownika<end id="e1329685587304-3174238047"/>. Słuchaj, kochany kolego, nie chcę
przystać na podejrzenie, jakie budzi się
we mnie, ale mimo woli przypuszczam,
że się chcesz wycofać z małżeństwa z moją córką i wymyśliłeś sobie całą tę fantasmagorię<pe><slowo_obce> fantasmagoria</slowo_obce> --- iluzja, złudzenie.</pe>, aby móc mi powiedzieć:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Drogi radco, musimy się rozłączyć,
bo jeżeli się z twoją córką ożenię, to diabeł ukradnie mi nogi i grzbiet mi rozszarpie. Źle by było z twojej strony, gdybyś
mnie chciał zwieść w ten sposób.</akap_dialog>


<akap>To nowe podejrzenie wyprowadziło sekretarza z równowagi. Ze łzami w oczach
przysięgał, że kocha pannę Albertynę miłością nieskończoną; że jak Leander<pe><slowo_obce>Leander</slowo_obce> (mit. gr.) --- kochanek poświęconej bogom Hero, co noc przepływał dla niej cieśninę Hellespont, kierując się na zapalaną przez nią lampę; utonął pewnej burzliwej nocy, gdy lampa zgasła.</pe>, jak
Troilus<pe><slowo_obce>Troilus</slowo_obce> (mit. gr.) --- książę Troi, syn Priama, zakochany w Kressydzie, symbol wierności.</pe> umarłby dla niej i przystałby na wszelkie męczeństwo, nie wyrzekając się
nigdy swego uczucia.</akap>


<akap>Gdy Tussman powtarzał swe zaklęcia,
uderzono we drzwi i stary Manasse wszedł
do pokoju. Zaledwie Tussman go zobaczył,
krzyknął:</akap>


<akap_dialog>--- Ojcze niebieski! Toż to ów stary Żyd,
co robił sztuki złota z czarnej rzodkwi.
Drugi czarownik pewnie jest niedaleko.</akap_dialog>


<akap>Mówiąc te słowa, miał się ku drzwiom,
aby uciec. Radca go zatrzymał i mówi:</akap>


<akap_dialog>--- Obaczmyż, co on nam powie. --- Po czym, zwracając się do Manassego, powtórzył mu opowiadanie Tussmana. Manasse
w sposób szczególny uśmiechnął się i odpowiedział:</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1316426808192-2861385126"/><motyw id="m1316426808192-2861385126">Pijaństwo</motyw>--- Nie wiem, czego ten pan sobie życzy;
przyszedł wczoraj wraz ze złotnikiem
Leonardem do winiarni, gdzie piłem spokojnie szklankę wina po ciężkiej pracy
całodziennej; pił nad miarę tak, że nie
mógł ustać na nogach i wyszedł chwiejąc
się niepewnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzisz, mój miły! --- zawołał radca. --- Mówiłem ci, że wszystkie te zdarzenia pochodzą z twego przeklętego pijaństwa, z którego musisz się poprawić,
jeżeli chcesz poślubić moją córkę.<end id="e1316426808192-2861385126"/></akap_dialog> 


<akap>Biedny sekretarz, zniweczony tym zarzutem niezasłużonym, padł nieruchomo
na fotel, zamknął oczy i szeptał jakieś
niezrozumiałe wyrazy.</akap>


<akap_dialog>--- Oto, co się z nimi dzieje --- rzekł
radca --- piją przez całą noc, a potem są
bez siły i bez rozumu.</akap_dialog>

<akap>Pomimo wszelkich zapewnień Tussman musiał pozwolić, że mu głowę obwiązano ręcznikiem i że go dorożką odwieziono do domu.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż nowego? --- zapytał radca starego 
Żyda.</akap_dialog>


<akap>Manasse przybrał minę uśmiechniętą
i odparł, że radca ani przypuszcza, jakie
szczęście go czeka.</akap>


<akap>Wobec nalegań radcy Żyd powiedział,
że jego siostrzeniec Benjamin Dümmerl,
młodzieniec piękny, posiadacz pół miliona, odznaczony przez dwór wiedeński tytułem barona dla usług, jakie mu oddał,
wrócił świeżo z Włoch, że gorąco się zajął panną Albertyną i prosi o jej rękę.</akap>


<akap>Często widać młodego barona w teatrze, gdzie się ukazuje w pierwszej loży;
jeszcze częściej bywa na koncertach. Każdy wie, że jest wysoki, chudy jak szczapa,
że na żółtej twarzy ma włosy kędzierzawe i brodę czarną, że zawsze jest ubrany
według najdziwaczniejszej mody krawców angielskich; mówi wielu językami
akcentem niemieckim, rzępoli na skrzypcach, dudni na fortepianie, kuje nędzne
wiersze, sądzi malarstwo bez smaku i znajomości, udaje dowcipnego i w głupocie
swej wyrokuje o wszystkim; słowem,
według opinii ludzi rozsądnych, jest to figura nie do wytrzymania. Nadto, pomimo wielkiej fortuny, myśli tylko o gromadzeniu pieniędzy i ci nawet, co zazwyczaj plackiem padają wobec bogatych,
uciekają od niego.</akap>


<akap>Radcę w pierwszej chwili olśniło pół miliona siostrzeńca Manassego; ale wnet
przyszły mu na myśl rozmaite przeszkody, czyniące proponowany mu związek --- niemożliwym.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1329686369032-3026861307"/><motyw id="m1329686369032-3026861307">Chrzest</motyw>--- Mój drogi Manasse --- rzekł --- zapominasz, że twój szanowny siostrzeniec
jest starej wiary<pe><slowo_obce>jest starej wiary</slowo_obce> --- wyznaje judaizm.</pe> i że...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, cóż to znaczy? --- odparł 
Żyd. Mój siostrzeniec jest zakochany w córce pana radcy; chce ją uszczęśliwić
a parę kropel wody nie przestraszy go.
<end id="e1329686369032-3026861307"/>Pomyśl o tym interesie, panie radco; za parę dni przyjdę z moim baronkiem po
odpowiedź ostateczną.</akap_dialog>


<akap>Manasse się oddalił.</akap>


<akap>Radca dalej rozważał. Ale pomimo
chciwości i słabości charakteru nie mógł się
zdecydować na małżeństwo swej córki
z tym Żydem. W porywie lojalności postanowił dotrzymać słowa staremu koledze.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział IV</naglowek_rozdzial>

<wyroznienie>opowiada o portretach, o zielonej twarzy, o skaczącej myszy i o żydowskim przekleństwie.</wyroznienie>


<akap><begin id="b1316427102698-1235441204"/><motyw id="m1316427102698-1235441204">Portret</motyw>W jakiś czas po zaznajomieniu się
z Edmundem w ogrodzie botanicznym,
Albertyna zauważyła, że portret ojca zawieszony w jej pokoju był zupełnie niepodobny i namalowany bardzo nieosobliwie. Wykazała panu radcy, że w istocie
był on daleko młodszy i przystojniejszy,
niż go wyobraził malarz; ganiła ponury
wyraz twarzy, przestarzały kostium, którym portrecista przybrał Melchiora; ganiła bukiet róż, trzymany w palcach, ozdobionych pierścieniami diamentowymi.</akap>


<akap>Tak długo przemawiała, że radca
w końcu sam znienawidził swój portret i nie rozumiał, jakim sposobem niezręczny
artysta mógł do tego stopnia wykrzywić
jego miłą osobę; im bardziej obserwował
portret, tem bardziej się w nim budził
wstręt do tej ordynarnej roboty. Wreszcie kazał go zdjąć i pomieścić na strychu.</akap>


<akap>Albertyna uważała, że portret na lepsze
miejsce nie zasługuje; jednakże tak nawykła widzieć w swym pokoju twarz ojca, że ta naga ściana burzyła spokój jej
serca. Nie było innego środka, jak raz jeszcze zamówić portret kochanego ojca
i poprosić o to umiejętnego artystę, a nie
masz teraz lepszego malarza, niż młody
Edmund, który wykonał tyle dzieł znakomitych.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1329687046145-3790440048"/><motyw id="m1329687046145-3790440048">Sztuka, Pieniądz</motyw>--- Córko moja, córko --- zawołał radca. --- Ci młodzi artyści są tak pełni dumy i tak się cenią, że za najmniejszą pracę nie lękają się żądać sum niesłychanych.<end id="e1329687046145-3790440048"/><end id="e1316427102698-1235441204"/></akap_dialog>


<akap>Albertyna zapewniła, że Lehsen pracował raczej przez zamiłowanie, niż z konieczności i nie będzie zbyt wymagający.
Słowem tak przekonała starego, że radca
postanowił zwrócić się do młodego malarza.</akap>


<akap>Można sobie wyobrazić radość, z jaką Edmund przyjął zrobioną mu propozycję
i jakiego doznał uczucia, gdy się dowiedział, że to Albertyna sama namówiła ojca, aby go wybrał dla tego portretu. Naturalna więc rzecz, że widząc niepokój
radcy co do wymaganej ceny, Edmund zawołał, że nie chce żadnego wynagrodzenia, gdyż czuje się aż nadto szczęśliwy,
że będzie mógł użyć swych pędzli do malowania człowieka tak wybitnego, jak pan
radca Voswinkel.</akap>


<akap_dialog>--- Wielki Boże --- rzekł zdumiony radca --- cóż to ja słyszę, drogi panie Edmundzie? Jak to, żadnego wynagrodzenia! Nawet fryderyksdora<pe><slowo_obce>fryderyksdor</slowo_obce> (z fr. <slowo_obce>le frédéric d'or</slowo_obce>) --- złota moneta pruska, będąca w obiegu w okresie 1741--1855.</pe> za płótno i farby?</akap_dialog>


<akap>Edmund opowiedział z uśmiechem, że
to drobnostka, o której nie ma potrzeby
mówić.</akap>


<akap_dialog>--- Ale --- rzekł radca głosem słodkawym --- pan może nie wie, że tu idzie
o portret wielkości naturalnej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic to nie znaczy --- odparł Edmund.</akap_dialog>


<akap>Na te słowa radca rzucił się w ramiona
młodego malarza i ze łzami rozrzewnienia w oczach mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Ojcze Niebieski! Więc jeszcze są
na tym złym świecie dusze tak szlachetne
i tak podniosłe! Dajesz mi swoje cygara, potem robisz mój portret! Jesteś doskonałym młodzieńcem, albo, by rzec lepiej,
jesteś człowiekiem podniosłym. W tobie
żyje cnota i poczciwość niemiecka dawnych czasów, o czym mówią tradycje.
Ale wierz mi, choć jestem radcą i choć
noszę się po francusku, potrafię ocenić
szlachetność twego ducha i mogę się pokazać nie mniej szlachetnym jak ty,
Edmundzie!</akap_dialog>


<akap>Zręczna Albertyna przewidziała, co się
stanie. Jej zamiary się urzeczywistniły.
Radca bez wytchnienia wysławiał młodzieńca i jego bezinteresowność. Mówił,
że młodzi ludzie, a zwłaszcza malarze,
mają w umyśle coś fantastycznego i romantycznego, z czego wynika, że tyle
wartości przypisują kwiatom powiędłym,
wstążkom noszonym przez młodą pannę
lub jakiejś robótce, wykonanej ładnymi
jej rączkami. Pozwolił Albertynie haftować dla Edmunda małą sakiewkę, do której miałaby dodać loczek swoich jasnych
włosów; wystarczało to, aby uszczęśliwić
młodego artystę, a radca zobowiązał się
całą sprawę objaśnić sekretarzowi Tussmanowi.</akap>


<akap>Albertyna, która jeszcze nic nie wiedziała o projektach swego ojca, nie rozumiała,
dlaczego ten mówił o Tussmanie i nie
zwróciła na to uwagi.</akap>


<akap>Tegoż wieczora Edmund kazał przynieść do domu radcy stawidło<pe><slowo_obce>stawidło</slowo_obce> --- tu: sztaluga.</pe> i farby, i nazajutrz zaczęto pierwsze posiedzenie.</akap>


<akap>Prosił radcę, aby ten uniósł się myślą
w najszczęśliwszy moment swego życia,
jak na przykład kiedy jego nieboszczka
żona przysięgła mu wieczną miłość, albo
kiedy przyszła na świat Albertyna, albo
kiedy zobaczył naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> (daw.) --- nagle.</pe> przyjaciela, którego miał za utraconego...</akap>


<akap_dialog>--- Stój! --- zawołał radca. --- Mniej więcej trzy miesiące temu otrzymałem list
z Hamburga, donoszący mi, że wygrałem
znaczną sumę na tamtejszej loterii.
Z otwartym listem w ręku pobiegłem do
swej córki: nigdy nie miałem słodszego
momentu w życiu. Wybierzmy ten moment i aby to było jak najoczywistsze dla
wszystkich, wezmę ten list i tak go trzymać będę w ręku, jak go trzymałem wówczas.</akap_dialog>


<akap>Edmund zmuszony był malować radcę
z tym listem, na którym wyraźnie czytano: ,,Mam zaszczyt zawiadomić WPana,
że... itd.".</akap>

<akap>Na małym stoliku, postawionym obok,
radca położył kopertę, na której był napis:</akap>

<akap/><wers_wciety typ="1">Wielmożny Pan Radca Komisyjny,</wers_wciety>
<wers_wciety typ="2">Melchior Voswinkel,</wers_wciety>
<wers_wciety typ="3">Ławnik i Syndyk itd...</wers_wciety>
<wers_wciety typ="4">w Berlinie.</wers_wciety>

<akap>Edmund miał nie zapomnieć w obrazie
swoim odtworzyć tej koperty wraz ze
stemplem pocztowym. Wymalował człowieczka tłuściutkiego, jowialnego<pe><slowo_obce>jowialny</slowo_obce> --- pogodny, żartobliwy.</pe>, dobrze
ubranego, który miał niejakie podobieństwo z radcą, tak, że czytając adres listu
nie omyliłbyś się nigdy co do osoby, wystawionej<pe><slowo_obce>wystawiony</slowo_obce> --- dziś: przedstawiony.</pe> na tym portrecie.</akap>


<akap>Radca był zachwycony.</akap>


<akap_dialog>--- Widać z tego --- mówił --- jak umiejętny artysta zręcznie uchwyci to, co
w fizjonomii<pe><slowo_obce>fizjonomia</slowo_obce> (daw.) --- twarz.</pe> jest najprzyjemniejszego
i z portretu umie zrobić obraz historyczny.</akap_dialog>


<akap>Ilekroć teraz spoglądał na swe oblicze,
przypominał sobie szczęśliwy dzień,
w którym wygrał na loterii i przybierał
uśmiechnięty wyraz na twarzy rozlany.</akap>


<akap>Zanim Albertyna wypowiedziała to życzenie, radca prosił artystę, aby namalował także portret córki. Edmund natychmiast zabrał się do roboty; ale ten
portret nie postępował tak szybko i nie
udawał się tak dobrze, jak portret ojca.</akap>


<akap>Edmund rysował i ścierał, rysował znowu, zabierał się do malowania, zmieniał
postawę. Już to światło było zbyt błyszczące, już to zbyt ciemne, tak że radca
wreszcie stracił cierpliwość i zaprzestał
bywać na posiedzeniach.</akap>


<akap>Edmund przychodził pracować rano
i wieczór, a jeżeli portret mało co posuwał
się naprzód, to wzamian za to stosunki
młodego malarza z Albertyną z dnia na
dzień lepiej się utrwalały.</akap>


<akap><begin id="b1329688213888-3210578966"/><motyw id="m1329688213888-3210578966">Pocałunek</motyw>Niewątpliwie, drogi czytelniku, doświadczyłeś sam na sobie, że kto jest zakochany, ten, aby więcej siły nadać swoim zaklęciom, przemówieniom i westchnieniom,
musi brać za rękę tę, którą kocha, przyciskać ją do serca i całować. Można powiedzieć, że jakiś pierwiastek elektryczny
pociąga usta ku ustom i że ten pierwiastek objawia się w słodkich ogniach pocałunku.<end id="e1329688213888-3210578966"/> Nie było też nic dziwnego, że
Edmund dość często opuszczał swoje malowidło, aby użyć tego serdeczniejszego
środka rozmowy.</akap>


<akap>Pewnego dnia był z Albertyną około okna i aby dać, jak powiedzieliśmy, więcej wagi swoim słowom, nieustannie zbliżał do ust rękę panny.</akap>


<akap>W tej samej godzinie i w tym samym
momencie sekretarz Tussman przechodził
koło domu radcy, niosąc w kieszeni <tytul_dziela>Mądrość polityczną</tytul_dziela> i inne książki w pergamin oprawne, a łączące przyjemność z pożytkiem.</akap>


<akap>Choć według zwyczaju posuwał się
w skokach, gdyż zbliżała się godzina,
o której miał być w biurze, zatrzymał się
na chwilę i rzucił spojrzenie ku oknu swej
narzeczonej.</akap>


<akap>Zobaczył wtedy, niby w obłoku, Edmunda i Albertynę: nie mógł jasno ich rozróżnić, ale czuł, że mu serce uderza, nie wiadomo dlaczego. Niepokój osobliwy wywołał w nim postanowienie niespodziane,
aby wstąpić do radcy w godzinie niezwykłej i iść wprost do Albertyny.</akap>


<akap>W chwili, gdy wchodził do pokoju, Albertyna mówiła bardzo wyraźnie:</akap>


<akap_dialog>--- Tak, Edmundzie, kochać cię będę
wiecznie --- wiecznie! --- I wymawiając te słowa, przyciskała młodzieńca do
łona, a snop iskier rozlewał się z pierwiastku elektrycznego, o którym była mowa.</akap_dialog> 


<akap>Sekretarz prywatny machinalnie ruszył naprzód; stanął nieśmiały, nieruchomy --- w środku pokoju --- jakby uderzony katalepsją<pe><slowo_obce> katalepsja</slowo_obce> --- zesztywnienie mięśni, zaburzenie ruchu ciała.</pe>.</akap>


<akap>W upojeniu radości zakochani nie słyszeli głośnego skrzypienia butów sekretarza ani też zgrzytu drzwi, które się
otwarły.</akap>


<akap>Naraz falsetem przemówił głos:</akap>


<akap_dialog>--- Ależ panno Albertyno!</akap_dialog>


<akap>Kochankowie przerażeni rozłączyli się.
Edmund pobiegł ku stawidłu, Albertyna
zaś siadła na fotel, na którym miała siedzieć dla pozowania.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ, panno Albertyno --- rzekł, tchu
nabierając, radca --- co ty robisz? Co ty
sobie myślisz? Naprzód tańcujesz walca z młodzieńcem, którego nie mam zaszczytu znać, tańczysz o północy w Ratuszu w taki sposób, że ja tracę rozum;
potem w jasny dzień znajduję cię u okna...
O, sprawiedliwy Boże, jest-że to zachowanie uczciwe dla narzeczonej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któż tu jest narzeczoną? --- zawołała
Albertyna. --- O kim pan mówi, panie sekretarzu prywatny? Odpowiadaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, Stwórco nieba --- rzekł z jękiem
Tussman --- pytasz mnie jeszcze, szlachetna panienko, o kim ja mówię? O kimże,
jeżeli nie o pani? Czyliż nie jesteś moją
tkliwą, czcigodną narzeczoną? Twój szanowny ojciec czyż mi nie obiecał tej pięknej rączki, tak białej i tak miłej do całowania?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie sekretarzu --- odparła rozdrażniona Albertyna --- albo już pan pił
w szynkowni<pe><slowo_obce>szynkownia</slowo_obce> --- daw. podrzędna restauracja.</pe>, którą zbyt często odwiedzasz, o ile mam wierzyć ojcu, albo też jesteś ofiarą szczególnego obłędu. Niepodobna<pe><slowo_obce>niepodobna</slowo_obce> (daw.) --- nieprawdopodobne, niemożliwe.</pe>, by mój ojciec pomyślał nawet
o tym, by ci ofiarować mą rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Droga panno Albertyno --- odparł
sekretarz --- pomyśl sobie: znasz mnie
od dawna, czyż nie byłem zawsze człowiekiem trzeźwym i rozważnym, i czy
mógłbym naraz oddać się pijaństwu i szaleństwu? Droga panno, zamknę oczy, zamilczę o tym, co widziałem, zapomnę
o wszystkim; ale pomyśl, że mi dałaś
swe przyzwolenie dziś o północy w starym Ratuszu i chociaż tańczyłaś walca
tej nocy z tym młodym człowiekiem, to
jednak...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ panie --- zawołała Albertyna --- pan bredzi jak człowiek, który uciekł z domu obłąkanych! Idź sobie --- boję się pana! Idź sobie, mówię, i daj mi pokój.</akap_dialog>


<akap>Oczy biednego Tussmana zapełniły się
łzami.</akap>


<akap_dialog>--- O, Boże sprawiedliwy! --- szeptał --- Widzieć się traktowanym w ten sposób
przez swoją zachwycającą narzeczoną!
Nie, ja nie odejdę! Zostanę, póki nie oddasz sprawiedliwości mojej nędznej osobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wynoś się pan! --- zawołała głucho
Albertyna, uchodząc na drugi koniec pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie --- odparł sekretarz. Podług mądrych przepisów Tomasiusa powinienem
zostać i zostanę tu, dopóki...</akap_dialog>


<akap>Tu rzucił się w pościgu za Albertyną.
Edmund, szalonym gniewem przejęty,
suwał tymczasem pędzlami po swym płótnie. Wreszcie nie mógł wytrzymać:</akap>


<akap_dialog>--- Przeklęty szatanie! --- zawołał i poskoczywszy ku Tussmanowi, dwa lub trzy
razy pociągnął po jego twarzy pędzlem,
przesyconym zielonymi kolorami, po czym
otworzył drzwi i gwałtownym uderzeniem
wyrzucił go za drzwi jak strzałę.</akap_dialog>


<akap>Radca wracał do siebie w chwili, kiedy jego stary kolega, tak poplamiony farbami, wpadł mu w ramiona.</akap>


<akap_dialog>--- Co za twarz! --- zawołał. --- Co ci
się stało?</akap_dialog>


<akap>Sekretarz, zdumiony jeszcze tylu zdarzeniami, opowiedział mu w przerywanych słowach, jak go potraktowała Albertyna i jak go obraził Edmund.</akap>


<akap>Radca, zasmucony i rozdrażniony,
wziął go za rękę, wprowadził go z powrotem do pokoju Albertyny i zawołał do
córki:</akap>


<akap_dialog>--- Cóż to ja słyszę? Czego się dowiaduję? W takiż to sposób traktuje się narzeczonego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Narzeczonego!? --- zawołała przerażona panna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc tak, twego narzeczonego --- mówił dalej radca. --- Nie wiem, dlaczego
zdajesz się tak wzburzona sprawą, którą
ja zdecydowałem od dawna. Mój stary
przyjaciel jest twoim narzeczonym i za
parę tygodni odprawimy wesoło twoje zaślubiny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy! --- zawołała Albertyna. --- Nigdy nie wyjdę za pana sekretarza tajnego! Jakże mogłabym kochać tego
starca?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż ty mówisz o kochaniu, cóż ty
mówisz o starcu? Tu jest sprawa nie miłości, ale małżeństwa. Co prawda, mój towarzysz nie jest już lekkim młodzianem,
doszedł on, tak jak ja, wieku, który słusznie nazywa się najlepszym. To chłopiec
uczciwy, skromny, wykształcony, miły,
a przede wszystkim mój kolega.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie! --- rzekła Albertyna, łkając gwałtownie. Ja go nie znoszę, ja go nie cierpię,
ja czuję wstręt do niego. O, mój Edmundzie!...</akap_dialog>


<akap>Mówiąc te słowa, panna, niemal zemdlona, upadła w ramiona Edmunda, który ją
przycisnął do serca.</akap>


<akap>Radca przetarł sobie oczy, jakby spostrzegł jakieś zmory i zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Czy to możliwe? Co ja widzę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak --- rzekł sekretarz płaczliwie --- panna Albertyna zdaje się bardzo mało
troszczyć o mnie i przeciwnie objawia nader żywą skłonność do tego młodego malarza; nie waha się go całować, gdy
mnie biedakowi odmawia tej ręki, na której bym chętnie pomieścił pierścień zaręczynowy.</akap_dialog>


<akap>Radca chciał wyrwać Albertynę z ramion Edmunda, ale ten zawołał, że nie puści jej nigdy, choćby miał za to życiem
zapłacić.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze --- powiedział radca z goryczą --- dobrze, mój paniczu, teraz wiem,
skąd wypływała twoja bezinteresowność.
Chciałeś się dostać do mego domu i uwieść
moją córkę! Czy sądzisz, że mógłbym oddać swą córkę tak mizernemu nędzarzowi, bazgraczowi?</akap_dialog>


<akap>Rozdrażniony tymi obelgami Edmund
porwał swoją podpórkę i podniósł do góry, gdy naraz zabrzmiał u drzwi potężny
głos Leonarda:</akap>


<akap_dialog>--- Zatrzymaj się, Edmundzie! Żadnych
gwałtów! Voswinkel szaleje; oprzytomnieje niedługo.</akap_dialog>


<akap>Radca, przerażony tem nagłem zjawieniem, odpowiedział z kąta, w którym się
ukrył:</akap>


<akap_dialog>--- Nie rozumiem, czego pan tu sobie
życzy!</akap_dialog>


<akap>Sekretarz na widok złotnika ukrył się
za sofą i szeptał, pełny niepokoju:</akap>


<akap_dialog>--- O, Boże niebieski! Czuwaj nad sobą,
kochany radco! Nic nie mów, stary kolego! Wielki Boże, toż to profesor, to straszliwy inicjator balu na ulicy Szpandawskiej.</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- Zbliż się, Tussman --- rzeki złotnik
ze śmiechem --- zbliż się, niczego się nie
lękaj. Dość jesteś ukarany za swe szaleństwo, że się chciałeś ożenić, bo przez całe życie zachowasz twarz na zielono!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wielki Boże! --- krzyknął sekretarz,
tracąc władzę nad sobą --- przez całe życie twarz na zielono! Co o tym ludzie powiedzą? Co o tym powie Jego Ekscelencja pan minister? Czyż nie będzie sądził,
że ja przez jakąś głupią próżność sam się
tak umalowałem? Jestem człowiek zrujnowany! Utracę posadę, bo Państwo nie
może trzymać sekretarza kancelarii tajnego z twarzą zieloną! O, jakże jestem
nieszczęśliwy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dalej, dalej! --- odparł złotnik --- Nie
lamentujże tak srodze. Jest jeszcze ratunek, jeżeli się zgodzisz być rozsądnym
i jeżeli się zrzekniesz idei poślubienia Albertyny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To być nie może... to być nie powinno --- wykrzyknęli naraz sekretarz i radca.</akap_dialog>


<akap>Złotnik rzucił w obu płomiennym wzrokiem; już miał gniewem wybuchnąć, gdy
naraz drzwi się otwarły i stary Manasse
wszedł ze swym siostrzeńcem, baronem
Benjaminem Dümmerlem. Baron poszedł wprost ku Albertynie, która go nigdy
w życiu nie widziała i rzekł, biorąc ją za
rękę:</akap>


<akap_dialog>--- Oto jestem, panno Albertyno! Przychodzę sam rzucić się pani do nóg, to znaczy, porozumiejmy się, baron Dümmerl
przed nikim do nóg nie upada, nawet przed
Jego Cesarską Mością. Przychodzę prosić o pocałunek.</akap_dialog>


<akap>Co rzekłszy, podszedł ku niej blisko
i pochylił głowę. W tej samej chwili odbyła się przemiana, która, z wyjątkiem
złotnika, wywołała u wszystkich zdumienie:</akap> 


<akap>Nos barona Benjamina wydłużył się naraz tak daleko, że omal nie uderzył
w ścianę. Benjamin cofnął się o parę kroków i nos się zmniejszył; zbliżył się do
Albertyny, znów nos stał się kolosalny --- rzekłbyś ruch trombonu.</akap>


<akap_dialog>--- Przeklęty czarownik! --- zawołał
Manasse, rzucając radcy sznur. Chwyć
pan ten sznur, zwiąż nim złotnika, wyciągnij go na podwórze i wszystko się skończy!</akap_dialog>


<akap>Radca wziął sznur, ale zamiast go rzucić w złotnika, trafił w Żyda i szyję mu
obwiązał i natychmiast obaj zaczęli unosić się w górę od podłogi do powały<pe><slowo_obce>powała</slowo_obce> --- warstwa desek służąca za sufit.</pe> i spuszczać się z powały na podłogę, gdy nos
Benjamina rósł bezustannie, a Tussman
śmiał się jak obłąkany.</akap>


<akap_dialog>--- Teraz --- rzekł Manasse zatrzymawszy się --- teraz zabierzmy się do roboty.
I przeszukawszy kieszeń, wyjął z niej
wielką mysz, która się rzuciła na złotnika; ale ten ją uderzył złotą igłą i mysz
zniknęła, wydając pisk żałosny.</akap_dialog>


<akap>Manasse podniósł pięść przeciw radcy
i krzyknął w gniewie:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1316427538599-2430055008"/><motyw id="m1316427538599-2430055008">Przekleństwo</motyw>--- Melchiorze, spisek zrobiłeś przeciw
mnie wraz z tym nędznym czarownikiem,
którego wciągnąłeś do swego domu. Ale
będziesz przeklęty wraz z całym swoim
potomstwem i będziecie wytępieni, jako
pisklęta opuszczonego ptaka; trawą zarośnie twoja siedziba, a wszystkie twe przedsięwzięcia będą jako sen głodnego, któremu się roi, że się nasyca, a który się budzi, trawiony brakiem jadła. Dałes zamieszka w twoim domu i pochłonie twoje
dobro. Obdartymi łachmanami przybrany,
żebrać będziesz u progu synów tego ludu
bożego, którymi gardzisz, a którzy cię
odepchną jako psa chorego na nosaciznę. Przeklęty, przeklęty bądź, radco Melchiorze Voswinkel!<end id="e1316427538599-2430055008"/></akap_dialog>


<akap>Rzekłszy te słowa, szybko opuścił izbę
wraz ze swym siostrzeńcem.</akap>


<akap>Albertyna stała pełna trwogi, głowę
oparłszy o łono Edmunda; złotnik się
przybliżył do młodej pary i rzekł z uśmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- Niech was te szaleństwa nie wytrącają z równowagi. Wszystko będzie dobrze, odpowiadam wam za to; ale trzeba,
abyście się rozłączyli, zanim radca i sekretarz oprzytomnieją z przerażenia. --- I odszedł wraz z Edmundem.</akap_dialog>


<naglowek_rozdzial>Rozdział V</naglowek_rozdzial>

<wyroznienie>w którym czytelnik dowiaduje się, co to jest  Dałes, dalej w jaki sposób złotnik ratuje tajnego sekretarza od  haniebnej śmierci oraz pociesza zrozpaczonego radcę komisyjnego.</wyroznienie>




<akap>Radcę bardziej uderzyły klątwy Manassego niż czarnoksięskie sztuczki złotnika. Klątwa ta była istotnie okropna,
gdyż zapowiadała radcy obecność Dałesa.</akap>


<akap>Nie wiem, drogi czytelniku, czy słyszałeś o tym, co Żydzi nazywają Dałes.</akap> 


<akap>Żona pewnego biednego Żyda, tak mówi Talmud<pe><slowo_obce>Talmud</slowo_obce> --- w judaizmie komentarz do <tytul_dziela>Tory</tytul_dziela> (tj. do pierwszych pięciu ksiąg <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela>).</pe>, znalazła raz na strychu swego domku człowieka zupełnie nagiego,
wyschniętego jak szkielet bez ciała, który ją prosił, by udzieliła mu schronienia
i posiłku. Kobieta z trwogą zeszła po drabinie i mówi do męża:</akap>


<akap_dialog>--- Człowiek nagi i głodny wszedł do
naszego domu i prosi, by mieć nad nim litość. Ale jakże karmić tego obcego, gdy
my sami z takim trudem zarabiamy na
swe nędzne życie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdę na górę --- rzekł mąż --- i pomyślę o środkach, by się go pozbyć. ,,Po co --- rzekł obcemu --- przyszedłeś schronić się u mnie, który jestem biedny i pozbawiony możności karmienia ciebie?
Wstań i idź do domu bogatego, gdzie
znajdziesz obfitą żywność i wspaniałe
uczty".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to --- odparł nieznajomy --- chcesz
mnie wygnać z kryjówki, którą znalazłem?
Widzisz, że jestem nagi; nie mógłbym tak
wejść do domu bogatego. Każ mi zrobić
odpowiednie ubranie, a ja cię opuszczę.</akap_dialog>


<akap>Lepiej, pomyślał Żyd, użyć tej odrobiny,
jaka mi została, dla usunięcia stąd tego
człowieka, niż go tu zatrzymać i widzieć, jak pożera wszystko, co zarabiam z takim
trudem. Zabił ostatnie cielę, którym myślał długo jeszcze żywić siebie i żonę, i kupił dla nieznajomego ubranie. Ale gdy poszedł do niego z ową szatą, człowiek ten,
rano jeszcze tak mały i wychudły, stał się
wielki i mocny, i ubranie było dla niego za ciasne. Biedny 
Żyd wpadł w rozpacz na widok tej przemiany, a nieznajomy powiada:</akap>


<akap_dialog>--- Wyrzecz się szalonej myśli, że mógłbyś mnie stąd wygnać, gdyż dowiedz się:
jestem Dałes.</akap_dialog>


<akap>Biedny Żyd załamał ręce i zaczął wydawać okrzyki rozpaczy.</akap>


<akap_dialog>--- Boże moich ojców --- zawołał --- jestem rózgą gniewu Twego ukarany. Jeżeli
ty jesteś Dałes, to już nie odejdziesz i rosnąć będziesz póty, póki nie pożresz wszystkiego w moim domu.</akap_dialog>


<akap>Dałes --- to nędza, która wszedłszy raz
gdziekolwiek, już tego domu nie opuści
i coraz bardziej się rozrasta.</akap>


<akap>Jeżeli radca bał się przekleństwa Manassego, lękał się też starego Leonarda,
który miał tyle czarów na usługi i którego
widok budził szczególną trwogę. Ponieważ
nie mógł napaść na tych dwóch ludzi, cały jego gniew spadł na Edmunda, któremu
przypisywał wszystko, co się stało. Albertyna jeszcze powiększyła jego irytację,
oświadczając, że kocha młodego malarza
nade wszystko i nie zgodzi się nigdy
wyjść za mąż za pedanta Tussmana ani
za nieznośnego barona.</akap>


<akap>Radca napisał do Edmunda list, w którym całą swoją żółć wytoczył i ostatecznie zakazał mu na zawsze przestępować
próg swego domu.</akap>


<akap>Wieczorem Leonard, odwiedziwszy według zwyczaju młodego artystę, znalazł go w niezmiernej rozpaczy.</akap>

<akap_dialog>--- I cóż teraz --- wołał Edmund --- cóż
mi z twej pomocy, cóż mi z tego, żeś oddalił mych współzawodników? Twoje
sztuki magiczne rzuciły przestrach wszędzie i postawiłeś mi na drodze przeszkody
nie do przebycia. Z sercem rozdartym
opuszczę kraj, pojadę do Rzymu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc --- rzekł złotnik --- <begin id="b1329736450528-1814694746"/><motyw id="m1329736450528-1814694746">Małżeństwo, Sztuka, Sława</motyw>działając
w ten sposób uczynisz właśnie to, czego
pragnąłeś. Przypomnij sobie, że gdyś mi
po raz pierwszy mówił o swej miłości do
Albertyny, powiedziałem ci, że według
mnie młody artysta powinien być zakochany, ale nie natychmiast myśleć o małżeństwie. Przedstawiłem ci wtedy półżartem przykład młodego Sternbalda; jeżeli chcesz zostać godnym chwały malarzem, wyrzecz się wszelkiej myśli o małżeństwie. Jedź do ojczyzny sztuk, studiuj
z zapałem pomniki --- a wtedy osiągniesz
talent rzeczywisty, wykonawszy dzieło,
które ci zdoła tutaj wyrobić imię.<end id="e1329736450528-1814694746"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach --- odparł Edmund --- jakież popełniłem szaleństwo, żem ci powierzył
swe uczucia! Widzę, że ty, od którego
czekałem skutecznej pomocy, że ty właśnie działasz przeciw mnie i masz przyjemność w burzeniu moich najsłodszych
nadziei.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Młodzieńcze --- rzekł złotnik --- pomiarkuj swe wyrażenia; bądź mniej gwałtowny i pomyśl, żeś za mało doświadczony, aby przeniknąć moje zamiary. Ale
ja ci przebaczam przez szacunek dla twojej miłości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdybym miał możność zaślubienia
Albertyny --- odparł malarz --- gdybym był
z nią zaręczony, pojechałbym do Włoch;
przepędziłbym tam rok jeden studiów
i powróciłbym rozradowany do tej, którą
kocham.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jak to, Edmundzie? --- zawołał złotnik --- Czyż to naprawdę twój projekt?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niewątpliwie --- odpowiedział malarz.
--- Miłość, jaką czuję dla Albertyny, nie
zagasiła we mnie zapału do sztuki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy możesz mi dać słowo --- rzekł
Leonard --- że gdy przyrzeczoną ci będzie ręka Albertyny, natychmiast pojechałbyś do Italii?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, to jest moje postanowienie i wykonam je, co bądź się stanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A zatem --- rzekł złotnik wesoło --- nabierz odwagi. To postanowienie zapewnia ci narzeczoną. Daję ci słowo, że za
parę dni Albertyna będzie ci zaręczona.
Jestem w możności to uczynić, nie wątp
w to.</akap_dialog>


<akap>Radość i zapał błysły w oczach Edmunda i złotnik się oddalił, pozostawiając
swego młodego przyjaciela w najrozkoszniejszych oczekiwaniach. ---</akap>


<akap>W oddalonej części parku sekretarz
kancelarii siedział pod wielkim drzewem, jak rycerz raniony, który opowiada
swe cierpienia niewiernym podmuchom
jesieni.</akap>


<akap_dialog>--- O, Boże sprawiedliwy! --- wołał --- Nieszczęśliwy sekretarzu tajny, czymże to
zasłużyłeś na obelgi, jakich doznałeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>Czyż Tomasius nie mówi, że małżeństwo nie jest bynajmniej przeszkodą ku
osiągnięciu mądrości? A przecież, odkąd
zacząłeś myśleć o małżeństwie, utraciłeś
prawie wszystką jasność swej inteligencji! Z czegóż wynika ten wstręt, jaki miła panna Albertyna odczuwa względem
twej osoby, obdarzonej tak chwalebnymi
zaletami? Czy jesteś politykiem, który
żenić się nie powinien, czy też jurystą<pe><slowo_obce>jurysta</slowo_obce> (daw.) --- prawnik.</pe>, który według zasad Kleobula uważa za swój
obowiązek bić żonę, ilekroć ta jaki błąd
popełni? O sprawiedliwe nieba, co za klęska! Czemu, drogi sekretarzu tajny,
musisz być w wojnie otwartej przeciw
czarnoksiężnikom, którzy twą zacną
twarz biorą za płótno i mażą ci ją
bezwstydnym pędzlem, nieprzyzwoicie
i haniebnie! O, to straszliwe nieszczęście!
Miałem jeszcze ufność w mego przyjaciela Strecciusa, wielkiego chemika; ale
wszystkie jego wysiłki były bezużyteczne.
Im bardziej twarz myję wodą, którą mam
od niego, tym bardziej staję się zielony,
choć ta zieloność zmienia ciągle ton i moja twarz kolejno wyobraża barwy wiosny, lata i jesieni. Tak, ten fatalny kolor
doprowadzi mnie do zniszczenia i jeżeli
mnie zima nie pobieli, to żywot mój skończy się! Oddaję się rozpaczy i rzucam się
do sadzawki.</akap_dialog>


<akap>Tussman słusznie bardzo żalił się w ten
sposób. Barwa jego twarzy nie była wcale zwykłym kolorem: był to rodzaj malowidła wciśniętego w skórę. We dnie nie
miał odwagi wychodzić inaczej, jak wciskając kapelusz na czoło i zakrywając sobie twarz chustką; wieczorem pędził po
ulicach galopem, gdyż lękał się naraz
szyderstwa dzieci i spotkania jakiego
urzędnika ze swego biura, w którym się
nie pokazywał pod pozorem choroby.</akap>


<akap><begin id="b1329737219285-1540686083"/><motyw id="m1329737219285-1540686083">Samobójstwo</motyw>Zdarza się często, że odczuwamy silniej
nasze cierpienia w milczeniu nocy, niż
wśród wrzawy dnia; a im gęstsze były
chmury, im żałośniej wicher jesienny
wzdychał w lesie, tym Tussman mocniej
odczuwał ciężar swej nędzy.
Straszliwa myśl, by położyć koniec swemu nieszczęsnemu żywotowi i rzucić się
w sadzawkę, opanowała go z taką mocą,
że ją uważał jako głos przeznaczeń.<end id="e1329737219285-1540686083"/></akap>


<akap_dialog>--- Tak --- zawołał drżącym głosem,
wstając z pod drzewa --- tak, biedny sekretarzu tajny, oto koniec twój nadszedł, żaden Tomasius nic ci nie pomoże.
Giń, dobry Tussmanie! Żegnaj, okrutna
Albertyno! Nie zobaczysz już nigdy narzeczonego, któregoś odepchnęła tak bezlitośnie.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1329737259857-2089341474"/><motyw id="m1329737259857-2089341474">Samobójstwo, Książka</motyw>Rzucił się w stronę sadzawki, którą
przy mdłym oświetleniu zmierzchu widział
w pobliżu i zatrzymał się u brzegu. Myśl
0 bliskiej śmierci zapewne pomieszała mu
rozsądek, gdyż zaczął śpiewać ten refren
piosenki angielskiej: ,,Zielone są łąki, zielone są łąki!" Potem rzucił w wodę <tytul_dziela>Mądrość polityczną, Podręcznik dworski
i Sztukę przedłużenia życia</tytul_dziela> Hufelanda.
Zamierzał teraz iść śladem swoich ukochanych książek, gdy poczuł, że go zatrzymuje naraz jakieś mocne ramię.<end id="e1329737259857-2089341474"/></akap>


<akap>W tej samej chwili usłyszał głos przeklętego złotnika, który mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Tussmanie, co robisz? Proszę cię,
nie oddawaj się tak swemu szaleństwu!</akap_dialog>


<akap>Sekretarz starał się użyć wszystkich
sił, aby się wyrwać z ramion złotnika; mówił mu:</akap>


<akap_dialog>--- Panie profesorze, jestem w ostatniej
rozpaczy i wszystkie moje wahania się
kończą. Proszę cię, profesorze, przebacz nieszczęsnemu sekretarzowi prywatnemu,
który zna wymagania światowe. Jestem
zrozpaczony i powiem bez obwijania w bawełnę: chciałbym, aby diabeł cię porwał
wraz z twymi wszystkimi czarodziejstwami.</akap_dialog>


<akap>Złotnik puścił sekretarza, który upadł
bez duszy na wilgotny trawnik.</akap>


<akap>Sądząc, że już jest w wodzie, Tussman
zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- O, wierna śmierci! O, zielona łąko!
Żegnaj, panno Albertyno. Żegnaj, czcigodny radco! Nieszczęsny narzeczony jest
pośród żab, które sławią Pana w dni letnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uważaj, Tussman --- rzekł złotnik --- tracisz rozum i jesteś w stanie godnym litości. Chciałeś mnie tylko co wysłać do
piekła. Co byś rzekł, gdyby ci tu sam diabeł kark złamał?</akap_dialog>


<akap>Tussman jęczał, wzdychał, febra<pe><slowo_obce>febra</slowo_obce> (daw.) --- gorączka.</pe> trzęsła całym jego ciałem.</akap>


<akap_dialog>--- Ale --- mówił dalej złotnik --- ja nie
jestem zły i przebaczam ci twoje rozpaczne okrzyki. Wstań i idźmy stąd.</akap_dialog>


<akap>Złotnik pomógł sekretarzowi się podnieść, ten zaś mruczał:</akap>


<akap_dialog>--- Jestem w twojej mocy, wielce szanowny profesorze. Z ciałem mym uczyń,
co zechcesz, ale oszczędź moją duszę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bredź --- rzekł złotnik, biorąc sekretarza za ramię i poprowadził go ze sobą. Naraz się zatrzymał i rzecze:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jesteś cały zamoczony, pozwól, że ci
przynajmniej twarz wytrę. --- To mówiąc,
pociągnął białą chustką po jego twarzy.</akap_dialog>


<akap>Ujrzawszy poprzez drzewa światła kawiarni Webera, Tussman z przerażeniem
zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- W imię Boga, dokąd mnie prowadzisz?
Przez litość, nie idźmy w tłum, nie mogę
się pokazać; moja obecność wywołałaby
skandal.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, co znaczy twój wstręt do
ludzi. Musisz koniecznie wypić szklankę
ponczu, inaczej z zimna dostaniesz febry.
Choć ze mną.</akap_dialog>


<akap>Na próżno sekretarz lamentował, mówiąc wciąż o swojej twarzy zielonej; złotnik żadnej uwagi nie zwracał na jego słowa i ciągnął go z siłą nieodpartą.
Wchodząc do sali i spostrzegłszy parę
osób przy stole, Tussman zakrył sobie
twarz chustką.</akap>


<akap_dialog>--- Po cóż ta przezorność? Masz uczciwe oblicze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, Boże! --- zawołał sekretarz --- ty wiesz, mój czcigodny profesorze, jak
to w gniewie --- młody malarz pozielenił
mi twarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co za szaleństwo! --- odparł złotnik,
ciągnąc z silą sekretarza przed zwierciadło, w którem się odbijało światło lamp.</akap_dialog>


<akap>Tussman spojrzał w zwierciadło i wydał okrzyk niespodzianej radości.</akap>


<akap>Nie tylko okropna barwa zielona, którą go zachlapano, zniknęła, ale twarz
Tusmana była pokryta kolorytem żywszym, tak, iż zdawał się odmłodzony.
W uniesieniu Tussman podskoczył do góry i zawołał głosem rozrzewnionym:</akap>


<akap_dialog>--- Co widzę, dostojny, doskonały profesorze! Tobie zawdzięczam tę szczęśliwość; teraz panna Albertyna, dla której
chciałem się utopić w stawie, nie odmówi
już mi ręki i za małżonka mię przyjmie.
Tak, wyrwałeś mnie z okropnej rozpaczy.
Jesteś moim zbawcą, moim dobroczyńcą...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zaprzeczę --- odparł złotnik --- że ja to ci starłem ten zielony kolor z twarzy i widzisz stąd, że nie jestem ci bynajmniej tak nieprzyjazny, jak, zdaje się,
przypuszczałeś. Potępiam tylko szaloną
myśl, jaką powziąłeś na skutek propozycji pana radcy, że chcesz zaślubić młodą pannę. Ale nie chcę bynajmniej burzyć
twych projektów, chcę tylko radzić ci,
abyś nie czynił żadnych starań kolo panny Albertyny, aż do przyszłej niedzieli
w południe: wówczas dowiesz się reszty.
Jeżelibyś próbował zobaczyć się z nią
przedtem, to ci tak każę zatańczyć, że
oszalejesz; zmienię cię w żabę, strącę cię
na dno sadzawki parkowej, gdzie będziesz siedział do końca życia. Żegnaj. Pewna sprawa wzywa mnie do miasta; nie możesz iść za mną. Do widzenia.</akap_dialog>


<akap>Złotnik słusznie powiedział, że Tussman
nie może iść za nim, gdyż oddalił się, jakby miał buty siedmiomilowe. Po chwili
wpadł jak widmo do izby pana radcy i surowym głosem powiedział mu: ,,Dobry wieczór!" Radca, przerażony tym zjawieniem,
próbował nabrać ducha i pytał złotnika,
po co przybywa do niego tak późno, prosząc go, aby się zechciał wycofać i nie
rozpoczynał znów swego kuglarstwa<pe><slowo_obce>kuglarstwo</slowo_obce> --- żonglerka, magiczne sztuczki.</pe>.</akap>


<akap_dialog>--- Oto jacy są ludzie --- odrzekł spokojnie Leonard --- a zwłaszcza radcy! Odpychają tych właśnie, do których by powinni mieć jak najwięcej zaufania. Grozi
ci, drogi przyjacielu, wielkie nieszczęście i śpieszę do ciebie wśród nocy, aby ci dać
dobrą radę i odwrócić cios, który może
cię złamać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O Boże! --- zawołał radca wystraszony --- czy mi chcesz donieść jeszcze o jakiem bankructwie w Hamburgu, w Bremie, w Londynie? Czyż jestem człowiek
zrujnowany? O, nieszczęście!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie --- odparł złotnik --- idzie tu o coś
zupełnie innego. Nie chcesz oddać Edmundowi ręki Albertyny?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to! --- zawołał radca --- Znów zaczynasz te głupie propozycje? Ja miałbym wydać córkę za jakiegoś żebraka
bazgracza?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jednak --- rzekł złotnik --- bardzo
dobrze odmalował i ciebie, i twoją córkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, ach! --- odsarknął radca --- to byłby ładny targ! Córka za dwie malowanki!
Odesłałem mu te nędze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc, jeżeli mu nie dasz Albertyny,
Edmund się zemści.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałbym też wiedzieć, jak ten cygan, ten smarkacz, mógłby się zemścić
nad radcą komisyjnym Melchiorem Voswinklem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <begin id="b1329737561876-1030259687"/><motyw id="m1329737561876-1030259687">Zemsta</motyw>Powiem ci zaraz, szanowny panie
radco. Edmund z lekka twój portret przemaluje. Zamiast uśmiechniętego wyrazu
twarzy da ci rysy wykrzywione, minę
ponurą, oczy przygasłe, wargi obwisłe.
Narysuje mocniej zmarszczki na ustach
i na czole, i nie zapomni licznych siwych
włosów, które ukrywasz tak starannie.
Zamiast miłego listu, który cię zawiadamia o wygranej na loterii, da ci do ręki
ten, który otrzymałeś wczoraj, a który ci
donosi o bankructwie domu Campbell i Sp.
Na kopercie napisze: Chybionemu radcy
Dworu i t. d....; albowiem przed sześciu
miesiącami na próżno się starałeś o uzyskanie tego tytułu. Z twoich kieszeni dziurawych wylatywać będą dukaty, papiery
skarbowe, symbol wszystkich strat, jakie
cię dotknęły. Portret wystawiony będzie
u handlarza obrazów w pobliżu Banku.<end id="e1329737561876-1030259687"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do tysiąca diabłów! --- zawołał radca. --- Niechże spróbuje czegoś podobnego. Sąd i policję zawezwę na pomoc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale --- odparł złotnik z tym samym
spokojem --- w ciągu kwadransa pięćdziesiąt osób zobaczy ten portret, a w niedługim czasie opowiadać sobie o nim będą
w najrozmaitszy sposób w całym mieście!
Wszystkie śmieszności, wszystkie głupstwa, jakie ci przypisują, odtworzone będą w daleko żywszej barwie. Ktokolwiek cię
napotka, śmiać się będzie z ciebie w oczy
i co gorsza, mówić będą wciąż o twoich
stratach z powodu bankructwa domu
Campbell --- i będzie to klęska dla twego kredytu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O Boże! --- zawołał radca --- nędznik
jutro o samym świcie musi mi oddać płótno!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdyby ci oddał, o czym wątpię, na
cóż ci się to przyda? Wyryje cię, jak
mówiłem, na płycie miedzianej, odbije
w setkach egzemplarzy i roześle do wszystkich wielkich miast handlowych, do
Hamburga, do Bremy, do Lubeki, do Londynu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, dosyć, dosyć! --- zawołał radca. --- Powiedz temu człowiekowi, daj mu
pięćdziesiąt, a nawet sto dukatów, aby się
wyrzekł tej okropnej myśli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, ha! --- rzekł ze śmiechem złotnik. --- Zapominasz, że Lehsen nie potrzebuje
pieniędzy, że jego rodzice są zamożni i że
ciotka od dawna zabezpieczyła mu fortunę,
która wynosi osiemdziesiąt tysięcy dukatów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to --- zawołał zdumiony radca --- osiemdziesiąt tysięcy dukatów?... Słuchaj, panie Leonardzie, mnie się zdaje, że
moja Albertyna jest bardzo zakochana
w młodym malarzu. Jestem dobrym człowiekiem, tkliwym ojcem rodziny, który
nie umie się opierać łzom ani błaganiom;
zresztą Edmund mi się podoba, jest to
dzielny artysta, a ja jestem wielkim miłośnikiem sztuki. Ten kochany Edmund ma
wielkie zalety... osimdziesiąt tysięcy dukatów!... Tak jest, Leonardzie, z dobroci serca oddaję swą córkę temu wybornemu
chłopcu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Teraz --- przemówił złotnik --- muszę ci opowiedzieć zabawną historię. Wracam z parku. Koło wielkiego stawu spotkałem twego starego przyjaciela i kolegę,
sekretarza Tussmana, który, zrozpaczony
niechęcią Albertyny, chciał się rzucić
w wodę. Z wielkim trudem odradziłem mu
jego ohydny projekt, mówiąc, że ty ściśle
dotrzymujesz słowa i że dzięki swej powadze rodzicielskiej namówisz Albertynę, aby jego rękę przyjęła. Jeżeli cofasz
to postanowienie, jeżeli Albertynę wydajesz za Edmunda, biedny sekretarz na pewno popełni samobójstwo. Pomyśl, co za
wrzawę wywoła taka rzecz. Każdy uważać cię będzie za zabójcę Tussmana i patrzyć będzie na ciebie z głęboką pogardą.
Już cię nikt nie zaprosi na obiad, a kiedy
wejdziesz do jakiej kawiarni, by się dowiedzieć, co słychać nowego, wyrzucą cię
za drzwi. Więcej jeszcze, wiadomo, że sekretarz jest bardzo ceniony przez swoich
naczelników; jego praca ma dobrą opinię
we wszystkich biurach. Jeżeli ludzie uwierzą, że skutkiem twojej niesłowności, skutkiem twojej niestanowczości, doprowadziłeś tego nieszczęśliwca do samobójstwa,
to nigdy w życiu już nie będziesz przyjęty
nie tylko w domu radcy legacyjnego albo
radcy finansowego, ale nawet u najmniejszego urzędnika. Żaden człowiek, z którym dotychczas prowadziłeś jakieś sprawy, nie będzie się tobą zajmował. Od wysokich urzędników aż do najprostszych
woźnych, wszyscy będą ci ubliżać i nikt
nie zdejmie przed tobą kapelusza. Tytuł
radcy komisyjnego będzie ci cofnięty; doznawać będziesz poniżenia za poniżeniem,
kredyt twój upadnie do szczętu, twoje majętności będą ze wszech stron szturmowane i chylić się będziesz w dół coraz niżej
a niżej, aż w końcu runiesz w nędzę
i w hańbę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dość, dość! --- zawołał radca -- męczysz mnie. Któżby uwierzył, że sekretarz w swoim wieku popełniłby takie szaleństwo? Ale to słuszna rzecz, co bądź się
stanie, muszę słowa dotrzymać: inaczej
byłbym człowiekiem zgubionym. Tak, to
postanowione, sekretarz otrzyma rękę Albertyny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale zapominasz --- rzekł złotnik --- o prośbie barona Benjamina i o przekleństwie starego Manassego. Jeżeli wzgardzisz siostrzeńcem tego Żyda, masz w nim
straszliwego wroga, wroga, który cię
wciągnie we wszystkie swoje spekulacje,
który się nie cofnie przed żadnym środkiem, co by ci odebrał kredyt, który korzystać będzie z każdej sposobności, aby ci
szkodzić i który nie spocznie, póki cię nie
zrujnuje, nie zniszczy, póki Dałes, którego
wezwał, nie osiedli się rzeczywiście w twoim domu. Słowem, w jakikolwiek sposób
rozporządziłbyś córką, zawsze wpadniesz
w ciężkie położenie i oto dlaczego wydajesz mi się człowiekiem nieszczęśliwym
i godnym pożałowania.</akap_dialog>


<akap>Radca biegał wzdłuż i wszerz po swoim pokoju, wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Jestem zgubiony, jestem zrujnowany!
O, gdybym przynajmniej nie miał córki!
Niech diabeł porwie ich wszystkich,
Edmunda, Benjamina i sekretarza!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, no --- rzekł złotnik --- jest jeszcze
droga ocalenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaka? --- zawołał radca, zatrzymując
się nagle --- Jaka? Podpisuję wszystko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy widziałeś w teatrze <tytul_dziela>Kupca weneckiego<pe><slowo_obce>Kupiec wenecki</slowo_obce> --- komedia Williama Shakespeare'a, powastała między 1596 a 1598.</pe></tytul_dziela>? W tej właśnie sztuce nasz aktor
Devrient gra okrutnego Żyda, imieniem
Shylok, który ma wielką chęć krajać
żywe mięso kupieckie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oczywiście, widziałem tę sztukę. Ale
do czego to prowadzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeżeli znasz <tytul_dziela>Kupca weneckiego</tytul_dziela>, musisz pamiętać, że jest tam pewna dziewica
bogata, Porcja, której ręka została niejako puszczona w loterię rozporządzeniem
testamentu jej ojca. Przynoszą trzy
skrzynki i każdy z konkurentów ma jedną
z nich wybrać i otworzyć. Ten, co wybiera
skrzynkę, w której się mieści portret Porcji --- staje się narzeczonym. Uczyń jak
ojciec Porcji; powiedz trzem współzawodnikom, że ponieważ wszyscy trzej są ci
jednakowo drodzy --- powierzasz losom ich żądania. Ten otrzyma rękę Albertyny,
który wybierze skrzynkę z portretem
panny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co za szczególny pomysł! --- zawołał radca --- a gdybym przystał, czy sądzisz, że by mi się to na co zdało i że
nie wystawiłoby mię również na nienawiść tych, których los odtrąci?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozwól, pozwól, panie radco. Przyrzekam ci uroczyście tak przysposobić
skrzynki, że wszyscy będą zadowoleni.
Ci, którzy nie dostaną portretu, znajdą, jak
książę marokański i książę aragoński<pe><slowo_obce>książę marokański i książę aragoński</slowo_obce> --- drugoplanowe postaci z <tytul_dziela>Kupca weneckiego</tytul_dziela>.</pe>,
w dwóch innych skrzyneczkach coś, co im
się bardzo spodoba tak, że zapomną o małżeństwie z Albertyną. Więcej nawet, uważać cię będą za człowieka, któremu są winni głęboką wdzięczność.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyż to możliwe? --- zawołał radca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie tylko możliwe --- odparł złotnik --- ale pewne; daję ci słowo.</akap_dialog>


<akap>Radca już się nie wahał i postanowił
działać zgodnie z planem Leonarda, i obaj
się umówili, że w następną niedzielę sprawą będzie wykonana.</akap>


<akap>Złotnik zapowiedział, że sam przyniesie
trzy skrzynki.</akap> 




<naglowek_rozdzial>Rozdział VI</naglowek_rozdzial>

<wyroznienie>opowiada, w jaki sposób odbył się wybór narzeczonej, po czym historia się zamyka.</wyroznienie>




<akap><begin id="b1316428468858-683627853"/><motyw id="m1316428468858-683627853">Smutek, Rozpacz</motyw>Albertyna była w rozpaczy, kiedy jej
radca powiedział o nieszczęsnej loterii,
którą postanowiono urządzić; ale bezużyteczne były wszystkie jej łzy i błagania.
Była też wielce rozgniewana z powodu
obojętności Edmunda; nie pokazywał się
wcale i nie starał się rozmawiać z nią
o swej miłości. W wigilię<pe><slowo_obce>w wigilię</slowo_obce> --- w przeddzień.</pe> niedzieli wyrocznej Albertyna siedziała wieczorem
w swym pokoju. Oddana myślom o grożącym jej niebezpieczeństwie, pytała sama
siebie, czy nie lepiej byłoby uciec z domu
ojcowskiego, niż być skazaną na poślubienie pedanta sekretarza lub ohydnego
barona. Zaczęła tedy marzyć o tajemniczym złotniku i o jego czarodziejstwach,
i oto w sercu jej przebudziła się nadzieja;
gdyż pewnym jej się zdało, że Leonard nie
opuści Edmunda w chwili krytycznej.<end id="e1316428468858-683627853"/> Poczuła naraz żywe pragnienie rozmowy ze
złotnikiem i w chwilę potem złotnik ukazał się przed nią. Powiedział jej głosem
łagodnym i pełnym powagi:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1329740366763-2897471386"/><motyw id="m1329740366763-2897471386">Podstęp</motyw>--- Drogie dziecko, zbądź się smutku i troski; dowiedz się, że Edmund, którego
jak ci się zdaje, kochasz dzisiaj, jest pod
moją opieką i że będę mu pomagał ze
wszystkich sił. Dowiedz się, że ja
to podsunąłem twemu ojcu myśl loterii,
że ja to przygotowałem cudowne skrzynki i że nikt inny, tylko Edmund wybierze
tę, w której znajduje się twój portret.<end id="e1329740366763-2897471386"/></akap_dialog>


<akap>Albertyna wydała okrzyk radości. Złotnik mówił dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Mógłbym był znaleźć inny sposób
uzyskania twej ręki dla Edmunda, ale
rozgniewałbym mocno jego dwóch rywali.</akap_dialog>


<akap>Albertyna rozpłynęła się w podziękowaniach. Wzięła za rękę Leonarda, przycisnęła ją do serca i zapewniła go, że pomimo jego czarownictwa, patrzy na niego
bez trwogi: po czym naiwnie go pytała,
kim jest.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, drogie dziecko --- rzekł złotnik
z uśmiechem --- byłoby mi bardzo trudno
powiedzieć ci, kto jestem. Podobny jestem
do wielu ludzi, którzy lepiej wiedzą, za kogo ich biorą, niż kim są rzeczywiście.
Uważ, że wiele osób uznaje mnie za złotnika Leonarda, który w XVI w. żył
w wielkiej estymie<pe><slowo_obce>estyma</slowo_obce> (daw.) --- poważanie, szacunek.</pe> na dworze elektora Jana Jerzego i który, ścigany zawiścią i nienawiścią, zniknął nie wiadomo jak. Zrozumiesz łatwo, ilem wycierpiał skutkiem tego przypuszczenia ze strony uczciwych
mieszczan i negocjantów, którzy mnie
traktują jako ducha fantastycznego i starają się moje życie uczynić możliwie najbardziej gorzkim. Chociaż zjawiam się
wszędzie jak prawdziwy <wyroznienie>Deus ex machina<pe><slowo_obce>Deus ex machina</slowo_obce> (łac.) --- bóg z maszyny (pojawiający się na scenie teatru, by radykalnie zmienić przebieg akcji dramatu), w przenośni: wybawiciel.</pe></wyroznienie>, wielu ludzi nie może mnie znosić, ponieważ wątpią nawet o moim rzeczywistym istnieniu. Aby się ochronić od tych
wszystkich niedowierzań, nie wyznałem
nigdy, że jestem złotnikiem szwajcarskim
Leonardem i bardzo wiele osób przystało
na to, że jestem po prostu człowiekiem
zręcznym i że magia naturalna daje mi
wszystkie środki działania. Nabierz więc
odwagi, drogie dziecię; jutro rano przystrój się w swą najpiękniejszą suknię, włosy upleć starannie w warkocze i czekaj
spokojnie a cierpliwie na to, co ma nastąpić.</akap_dialog>


<akap>To rzekłszy, złotnik zaraz zniknął.</akap>


<akap>W niedzielę o godzinie oznaczonej przybył stary Manasse ze swoim zachwycającym siostrzeńcem, sekretarz prywatny
oraz Edmund ze złotnikiem. Zalotnicy, nie wyłączając próżnego barona, byli zdumieni widokiem Albertyny, która im się nigdy
nie wydała tak piękna. Przy tym bardziej
niż wytworność sukni i fryzury, podnosił
jej piękność promień miłości i nadziei, który lśnił w jej oczach i barwił jej jagody<pe><slowo_obce>jagody</slowo_obce> --- policzki.</pe>.</akap>


<akap>W napadzie szczodrobliwości radca kazał przygotować wspaniałą ucztę.</akap>


<akap>Gdy zaprosił Manassego do stołu, można było czytać w oczach Żyda tę odpowiedź Shyloka:</akap>


<poezja_cyt><strofa>Tak, wąchać zapach świniny; dotykać/
Zwierzęcia, w którym umieścił wasz prorok/
Nazaretański --- złośliwą moc czarta ---/
Mogę --- by z wami gadać i handlować:/
Lecz jeść --- pić --- modlić się z wami --- nie mogę!</strofa>


</poezja_cyt>


<akap>Baron mniej na to zwracał uwagi. Jadł
niepomiernie i gadał bez końca.</akap>


<akap>Radca, pozwoliwszy sobie na szczodrobliwość nadzwyczajną, bez miary rozlewał w kieliszki wino Porto, Maderę i nawet Malagę, przechowywaną w piwnicy
od lat stu. Po śniadaniu zapowiedział konkurentom, w jaki sposób ma być zdecydowane małżeństwo jego córki. Ten będzie
miał prawo zaślubić Albertynę, który wybierze skrzynkę z jej portretem wewnątrz.</akap>


<akap>W południe salę otwarto i spostrzeżono
stół pokryty pięknie haftowanym dywanem, a na nim trzy skrzynki.</akap>


<akap>Pierwsza była złota: na pokrywie był
wieniec z dukatów, a w środku napis:</akap>


<akap>,,Ten, co mnie wybierze, będzie miał
szczęście według pragnienia swej duszy".</akap>


<akap>Druga skrzynka była srebrna; czytano
na pokrywie te słowa w literach obcych:</akap>


<akap>,,Ten, który mnie wybierze będzie miał
więcej, niż się spodziewa".</akap>


<akap>Trzecia skrzynka była z cyzelowanej
kości słoniowej i miała te słowa:</akap>


<akap>,,Ten, który mnie wybierze, będzie miał
szczęście, o jakim marzył".</akap>


<akap>Albertyna siadła za stołem na fotelu.
Radca umieścił się koło niej. Manasse i złotnik cofnęli się w głąb sali.</akap>


<akap>Ponieważ los postanowił, że Tussman
miał wybierać pierwszy, jego dwaj rywale wyszli do izby sąsiedniej.</akap>


<akap>Sekretarz zbliżył się do stołu, przyglądał się po kolei wszystkim napisom.
Wkrótce go nęcić zaczęły najwięcej osobliwe litery na skrzynce srebrnej.</akap>


<akap_dialog>--- Ojcze niebieski --- zawołał z entuzjazmem --- co za piękne pismo arabskie!
I jak dobrze się łączy z tym łacińskim zdaniem: ,,Ten, który mnie wybierze, będzie miał więcej, niż się spodziewa". Czy
spodziewałem się kiedy, że panna Albertyna zgodzi się oddać mi rękę? Czy raczej nie wyrzekłem się przeszłości? Czyż
nie rzuciłem się do stawu? Dalej, oto moja pociecha, oto moje szczęście: wybieram
skrzynkę srebrną.</akap_dialog>


<akap>Albertyna powstała, by podać sekretarzowi mały kluczyk, którym ten otworzył
skrzynkę. Ale jakież było jego przerażenie, gdy zamiast obrazu Albertyny ujrzał
tylko książkę, oprawną w pergamin, na
którym znajdował się napis taki:</akap>


<poezja_cyt><strofa>Chociażbyś popełnił błąd,/
Wielką radość zyskasz stąd./
Dobrze wybrał tu twój sąd:/
<wyroznienie>Ignorantiam<pe><slowo_obce>ignorantia</slowo_obce> --- (łac.) --- niewiedza.</pe></wyroznienie> strącasz w kąt,/
W <wyroznienie>sapientiae<pe><slowo_obce>sapientia</slowo_obce> (łac.) --- mądrość.</pe></wyroznienie> wnikasz prąd.</strofa>


</poezja_cyt>


<akap_dialog>--- O, wielki Boże --- zawołał Tussman
--- książka! A nawet nie książka --- to biały papier. Żegnaj mi, wszystka nadziejo.
O, nieszczęsny sekretarzu! Dalej, koniec
twój nadszedł! Wracajmy do sadzawki.</akap_dialog>


<akap>Tussman chciał się oddalić. Leonard
go zatrzymał i rzecze:</akap>


<akap_dialog>--- Jesteś nierozsądny. Żaden skarb na
świecie nie może mieć dla ciebie większej ceny, niż ten, który odnalazłeś. Napis już
by ci powinien wyjaśnić tę prawdę. Pozwól mi, że ci tę książkę włożę do kieszeni.</akap_dialog>


<akap>Tussman posłuchał.</akap>


<akap_dialog>--- Teraz --- odparł złotnik --- pomyśl
o książce, którą chciałbyś mieć w tej
chwili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boże --- zawołał sekretarz --- toż
w momencie szału rzuciłem w wodę książkę Tomasiusa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Weź książkę, którą masz w kieszeni
i spojrzyj na nią.</akap_dialog>


<akap>Tussman wyjął książkę z kieszeni: był
to <tytul_dziela>Traktat polityczny</tytul_dziela> Tomasiusa.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, drogi Tomasiusie! --- zawołał
sekretarz z zachwytem --- otoś wyrwany
żabom, których niczego byś nie nauczył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho! --- rzekł złotnik. --- Włóż z powrotem książkę do kieszeni i pomyśl o jakim bądź innym dziele, któregoś na próżno szukał w niejednej bibliotece.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boże! --- odparł Tussman --- Gdy chciałem iść na operę, by się rozerwać, pragnąłem bardzo i zawsze na próżno mieć
małą książkę, która w sposób alegoryczny
mówi o muzykach i kompozytorach. Myślę tu o rzeczy p. t. <tytul_dziela>Wojna muzyczna Jana Beera albo opis spotkania dwóch bohaterek, Kompozycji i Harmonii, jak rozpoczęły walką wzajemną przeciw sobie i jak
po krwawej bitwie zawarły przymierze.</tytul_dziela></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szukaj w kieszeni i spójrz! --- powiada złotnik.</akap_dialog>


<akap>Sekretarz wydał okrzyk radości, gdy
w swej tajemniczej książeczce ujrzał <tytul_dziela>Wojnę muzyczną</tytul_dziela> Jana Beera.</akap>


<akap_dialog>--- A zatem --- dodał Leonard --- <begin id="b1329741206148-1804083452"/><motyw id="m1329741206148-1804083452">Książka, Czary</motyw>posiadając tę książkę, znalezioną w skrzynce,
masz najbogatszą, najkompletniejszą bibliotekę i możesz ją nosić ze sobą wszędzie, gdzie zechcesz; wystarczy ci bowiem
mieć życzenie, a książka, którą znajdujesz w kieszeni, będzie właśnie tą, którą
pragniesz czytać.<end id="e1329741206148-1804083452"/></akap_dialog>


<akap>Nie zajmując się już ani Albertyną, ani
radcą, sekretarz udał się w kąt salonu,
usiadł w fotelu, włożył książkę do kieszeni,
wyjął ją znowu i z blasku jego oczu widać było, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.</akap>


<akap>Nadeszła kolej barona. Kołysząc się ruszał do stołu, przez szkiełka zaczął oglądać skrzynki i po cichu czytał napisy.
Skrzynka złota z wieńcem dukatów olśniła jego oczy:</akap> 


<akap>,,Ten, co wybierze mnie, będzie szczęśliwy, zgodnie z pragnieniami swej duszy".</akap>


<akap_dialog>--- Dukaty --- rzekł --- oto moje szczęście, Albertyna zaś również jest tym, czego dusza moja pragnie. --- Mówiąc te słowa, otworzył skrzynkę; znalazł w niej pilnik angielski i kartkę z napisem:</akap_dialog>


<poezja_cyt><strofa>Wypełnione twe pragnienie!/
W sercu twym niech upojenie/
Drga, bo wszystko inne --- niczym!/
Naprzód z śmiałym idź obliczem:/
Wszędy zyskasz powodzenie!</strofa></poezja_cyt>


<akap_dialog>--- Ach --- zawołał Benjamin z gniewem --- i na cóż mi ten pilnik? Pilnik to
nie portret Albertyny. Biorę tę skrzynkę i ofiaruję ją pannie Albertynie, jako dar
ślubny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idziesz za daleko, panie --- rzekł złotnik --- uważaj się za szczęśliwego, że
masz ten pilnik; z chwilą zaś, gdy go wypróbujesz, wyznasz, że jest to dar nadzwyczaj cenny. Czy masz przy sobie dukata karbowanego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam --- rzekł baron tonem żałosnym --- ale po cóż to wszystko?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Obrzynaj go tym pilnikiem.</akap_dialog> 


<akap>Benjamin wykonał tę robotę ze zręcznością, która dowodziła wielkiego doświadczenia, i w miarę jak obrzynał dukat, obrzeże stawało się piękniejszym
i świetniejszym.</akap>


<akap>Manasse, który dotąd stal nieruchomy,
rzucił się z okiem rozpłomienionym ku
swemu siostrzanowi i zawołał z uniesieniem:</akap>


<akap_dialog>--- Co widzę? To moja maszynka! Ten
pilnik jest mój, mój! To narzędzie czarnoksięskie, za które swoją duszę sprzedałem diabłu trzysta lat temu.</akap_dialog>


<akap>Chciał wyrwać pilnik z rąk swego siostrzana, ale ten go odepchnął, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Idź precz, stary szaleńcze! Ja ją znalazłem, należy do mnie!</akap_dialog>


<akap>I bronił pilnika, jak lwica broni swych
małych, gdy Manasse, zgrzytając zębami, pieniąc się gniewem, rzucał na niego
coraz okropniejsze przekleństwa. Wreszcie Benjamin, ująwszy silną ręką swego wuja, wyrzucił go za drzwi, po czym
siadł przy małym stoliku obok sekretarza
i zaczął gorliwie obrzynać dukaty.</akap>


<akap_dialog>--- Otośmy na koniec wyzwoleni od tego
okropnego człowieka, starego Manasse --- rzeki złotnik. --- Powiadają, że to drugi
Ahaswer<pe><slowo_obce>Ahaswer</slowo_obce> --- Żyd Wieczny Tułacz.</pe> i że błądzi po świecie od r. 1572.
Wówczas sądzony był pod imieniem Lippolda i skazany jako winny czarnoksięstwa, ale diabeł go ocalił, wziąwszy od
niego duszę. Wielu ludzi zapewnia, że widywali go w Berlinie pod rozmaitą postacią. Dzięki memu doświadczeniu, oto już
on daleko od nas na zawsze.</akap_dialog>


<akap>Na koniec Edmund wziął skrzynkę z kości słoniowej i znalazł w niej piękny portret miniaturowy, oraz takie słowa, wierszem ułożone:</akap>


<poezja_cyt><strofa>Znalazłeś szczęście swe --- więc je oglądaj/
W przecudnych oczach swej umiłowanej./
Co było --- nigdy więcej nie powróci:/
Takie jest świata wieczne przeznaczenie./
Rozkosz, w marzeniach sennych przeczuwaną,/
Znajdziesz w kochanki swojej pocałunkach.</strofa></poezja_cyt>


<akap>Edmund, idąc jak Bassanio<pe><slowo_obce>Bassanio</slowo_obce> --- postać z <tytul_dziela>Kupca weneckiego</tytul_dziela> Williama Shakespeare'a.</pe> za radą
poety, przycisnął Albertynę do serca,
a radca patrzał zadowolony tym szczęśliwym rozwiązaniem wszystkich kłopotów,
wywołanych małżeństwem córki. W tym
czasie Benjamin dalej obrzynał dukaty,
Tussman czytał swoją książkę; i ani
jeden, ani drugi nie zajmowali się tym, co
się dokoła nich dzieje. Radca zawiadomił
ich, że młody malarz pozyskał rękę Albertyny. Obaj słuchali tej nowiny obojętnie. Każdy był zajęty losem, jaki mu
wypadł i żaden z nich nie odczuł zazdrości. Po niejakim czasie pożegnali radcę,
dziękując mu z zapałem za skarb, jaki za
jego sprawą otrzymali.</akap>


<akap>Kilka tygodni minęło pełnych radości
i zachwytu dla Edmunda i Albertyny. Złotnik przybył naraz, by wzburzyć szczęście młodej pary, przypominając Edmundowi, że mu uroczyście zapowiedział wyjazd do Włoch.</akap>


<akap>Mimo głębokiego żalu młody malarz
musiał pożegnać ukochaną; czuł się gorąco porwany ku ojczyźnie sztuki, tak że
postanowił natychmiast udać się w podróż.</akap>


<akap>Od roku Edmund jest w Rzymie i powiadają, że jego korespondencja z Albertyną staje się z dnia na dzień mniej częsta
i mniej czuła. Zauważono też, że pewien
przystojny i wysmukły referendarz<pe><slowo_obce>referendarz</slowo_obce> --- urzędnik koronny przyjmujący prośby i skargi ludności.</pe>, elegancko ubrany, często przechadza się po
parku z panną Albertyną, przetańczywszy
z nią całą zimę --- i że radca przygląda
mu się z miną bardzo zadowoloną. Referendarz przeszedł z odznaczeniem egzaminy, które mają mu służyć jako tytuł
w jego karierze. Może poślubi Albertynę,
skoro uzyska należyte stanowisko w świecie urzędniczym.</akap>


</powiesc></utwor>