<utwor>
<rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/hoffmann__majorat/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Hoffmann, E. T. A.</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Majorat</dc:title>
<dc:contributor.translator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pracki, Józef</dc:contributor.translator>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Trojak, Roksana</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Trojak, Roksana</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Romantyzm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Opowiadanie</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Śląską z egzemplarza pochodzącego ze  zbiorów BŚ.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/powiesci-fantastyczne-majorat</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://www.sbc.org.pl/dlibra/doccontent?id=24436</dc:source.URL>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">E. T. A. Hoffmann, Powieści fantastyczne, T. II, red. Jan Lorentowicz, oprac. Antoni Lange, nakł. i druk Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów, Skł. gł. w Księgarni E. Wendego i S-ki, H. Altenberg, Warszawa [ca 1913]</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Antoni Lange zm. 1929</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2000</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2011-06-27</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language><dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/dynamic/cover/image/358.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">untitled, mariaaantonina@Flickr, CC BY-SA 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/358</dc:relation.coverImage.source>
<category.legimi>Fantastyka</category.legimi>
  <category.thema.main>FM</category.thema.main>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>

<powiesc>
<autor_utworu>E. T. A. Hoffmann</autor_utworu>
<dzielo_nadrzedne>Powieści fantastyczne</dzielo_nadrzedne>
<nota_red>
<akap>Do norm współczesnych dopasowano ortografię, interpunkcję i fleksję, stosując szereg typowych poprawek (tem->tym, końcówki -ya -> -ia, likwidacja archaicznych konstrukcji z narzędnikiem typu ,,czuła się piękną"),</akap>


<akap>Dom zarządzającego jaśniał oświetlony od góry do dołu, słychać było odgłos walca, dźwięki wesołych pieśni -> Dom zarządzającego jaśniał oświetlony od góry do dołu, słychać było melodie walca, dźwięki wesołych pieśni</akap>





<akap>Baron zganił Franciszkowi, że nas lepiej nie pomieścił -> Baron zganił Franciszka, że nas lepiej nie pomieścił</akap>




<akap>Może by
nieźle było wypalić fajkę i tak ubić parę
godzin, nim zadnieje. -> Może by
nieźle było wypalić fajkę i tak spędzić parę
godzin, nim zadnieje.</akap>


 
<akap>przewyżka -> podwyżka, nieruchomie -> nieruchomo</akap>




<akap>Stary niby zawył straszliwie, wydając głos podobny do zgrzytu śmiertelnie ranionego zwierza -> Stary niby zawył straszliwie, wydając głos podobny do jęku śmiertelnie ranionego zwierza</akap>




<akap>Zaledwie pocztylion wymienił to nazwisko->Zaledwie pocztylion wymienił tę nazwę</akap>




<akap>Przed kilku minutami lękałem się barona, poczuwając się w gruncie serca do winy -> Przed kilku minutami lękałem się barona, poczuwając się w głębi serca do winy</akap>



<akap>istotnie każdy
nowy gmach niełatwo wyrównałby wspaniałemu ogromowi i poważnej architekturze starego zamku. -> istotnie każdy
nowy gmach niełatwo dorównałby wspaniałemu ogromowi i poważnej architekturze starego zamku.</akap>
</nota_red>




<nazwa_utworu>Majorat<pe><slowo_obce>majorat</slowo_obce> --- sposób dziedziczenia własności ziemskiej polegający na przejmowaniu majątku zmarłego przez najstarszego syna lub najbliższego krewnego bądź majątek tak odziedziczony.</pe></nazwa_utworu>



<akap><begin id="b1330244119371-267177142"/><motyw id="m1330244119371-267177142">Zamek</motyw>Niedaleko od brzegów morza Bałtyckiego --- stoi zamek dziedziczny rodziny Her.... , który zowią Her... burg. Okolica
jest surowa i pustynna. Zaledwie tu i ówdzie na piaszczystym gruncie dostrzeżesz
garści trawy. Zamiast tych ogrodów, jakie zazwyczaj zdobią siedziby pańskie,
ponad gołym murem widać tylko jakiś nędzny gaj sosnowy, którego żałoba
ponura i nieustanna zda się lekceważyć
uśmiechniętą szatę wiosny. W tym lasku,
zamiast wesołego świergotu ptasząt, słychać tylko monotonne krakanie kruków
albo świst mew --- zapowiedź burzy.<end id="e1330244119371-267177142"/></akap>


<akap>W pewnej odległości przecież natura
zupełnie inną tu przybiera postać. Jesteś
przeniesiony, niby pod działaniem laski
czarnoksięskiej --- pomiędzy kwitnące pola i żyzne doliny. Ujrzysz tu obszerną, bogatą wieś, nad którą góruje wielki dom
zarządzającego tym dominium<pe><slowo_obce>dominium</slowo_obce> --- wielkie posiadłości ziemskie lub leśne.</pe>. Na końcu
miłego gaju grabowego --- znajdują się
fundamenty wielkiego pałacu, który zamierzał zbudować jeden z dawniejszych
właścicieli tej posiadłości. Jego spadkobiercy, wyjechawszy do swych dóbr
w Kurlandii<pe><slowo_obce>Kurlandia</slowo_obce> --- południowa część dawnych Inflant, położona nad Bałtykiem i Zatoką Ryską. Od r. 1918 wchodzi w skład Łotwy.</pe>, nie dokończyli budowy tego
gmachu, a baron Roderyk von Her.... , który powrócił, by się osiedlić w rodowym
gnieździe swych ojców, wolał, przy swoim usposobieniu ponurym i mizantropijnym<pe><slowo_obce>mizantropijny</slowo_obce> --- niechętny ludziom, zgorzkniały.</pe>, mieszkać w starym zamku samotnym, niźli dokończyć tego, który zaczął niegdyś. Rozkazał odrestaurować, o ile
to było możliwe, zrujnowaną siedzibę
swych przodków i zamknął się w niej wraz
z oburkliwym intendentem i małą liczbą
służebników. Rzadko jeno pokazywał się
we wsi. Natomiast często błądził konno
tu i ówdzie brzegiem morza --- i jak ludzie
powiadali, wydawało się z daleka, że baron rozmawia z morzem, że słucha łoskotu i szumu fal, rzekłbyś --- rozumiał się dobrze z tajemniczym duchem morza. Na
najwyższej wieży zamku kazał zbudować
swą pracownię i umieścił w niej wielką lunetę oraz całkowity zbiór narzędzi astronomicznych.</akap>


<akap>Codziennie, zwróciwszy oczy ku morzu, obserwował okręty rysujące się na
dalekim widnokręgu, niby mewy o białych, rozpostartych skrzydłach. W noce
gwiaździste oddawał się tu, wraz ze
swym starym rządcą --- pracom astronomicznym albo, jak go podejrzewano --- astrologicznym. W ogóle przypuszczali
ludzie, że baron Roderyk poświęcał się naukom tajemnym, inaczej mówiąc, czarnej
magii --- i że skutkiem pewnej nieudanej
operacji, która urażała jeden z domów
panujących, zmuszony był opuścić Kurlandię. Najlżejsze wspomnienie dni, które
przepędził w tej prowincji, budziło w nim
uczucie zgrozy i wszystkie nieszczęścia
swego życia przypisywał winie przodków,
jaką popełnili, opuszczając zamek pradziadowski.</akap>


<akap>By związać przyszłość rodziny z tym
zamkiem, postanowił z niego zrobić majorat. Panujący książę przystał na projekt
tej fundacji tym chętniej, że w ten sposób utrwalała się w okolicy familia znakomita, mająca już rozgałęzienia w prowincjach zagranicznych. Jednakowoż ani syn barona, ani posiadacz majoratu,
który jak dziad nosił imię Roderyka --- nie
mogli w zamku pozostać. Obaj mieszkali
w Kurlandii. Mając usposobienie lekkie
i wesołe, zda się --- niedowierzali tej ponurej siedzibie, obranej przez Roderyka.
Ten miał dwie biedne ciotki, stare panny,
którym ofiarował w swych dobrach mieszkanie oraz środki egzystencji. Mieszkały one wraz ze staruszką służącą
w ciepłym apartamencie bocznego skrzydła zamku, a prócz nich i starego kucharza, który zajmował wielką izbę podziemną w pobliżu kuchni, nie było w obszernych salach budynku nikogo więcej, jedynie tylko żył tam stary gajowy, który zarazem spełniał urząd odźwiernego. Inne
osoby ze służby dworskiej mieszkały na
wsi, u zarządzającego majętnością.</akap>


<akap>Na schyłku jesieni, kiedy już pierwsze
śniegi zaczynały padać, kiedy nadchodził
czas polowania na wilki i dziki --- milczący i opuszczony zamek ożywiał się na
nowo. Przybywał wówczas z Kurlandii
baron Roderyk z żoną, z ciżbą<pe><slowo_obce>ciżba</slowo_obce> --- banda, tłum, gromada.</pe> krewnych
i przyjaciół, na pojazdach stosownych do
polowania. Szlachta z okolicy i lubownicy<pe><slowo_obce>lubownik</slowo_obce> (daw.) --- miłośnik.</pe> igrzysk myśliwskich z sąsiedniego miasta przybywali jednocześnie --- i zamek ledwie mógł pomieścić przybyłych gości. We wszystkich piecach i kominach ogień płonął od rana do wieczora,
kucharze pracowali bez wytchnienia, a wesoła gromada panów i służby krążyła po
schodach. Tu słychać było brzęk szklanic,
śpiewy myśliwskie, tam melodie taneczne, wszędzie hałaśliwe śmiechy i krzyki
radości. W ciągu pięciu lub sześciu tygodni zamek stawał się raczej wspaniałą gospodą, leżącą nad ludnym gościńcem, niźli pańską rezydencją.</akap>


<akap>Baron Roderyk poświęcał, ile możności, te parę tygodni sprawom poważnym.
Usunąwszy się od wrzawy swych gości,
wypełniał obowiązki pana majoratu. Nie
tylko kazał sobie zdawać ścisły rachunek
ze swych dochodów, ale badał jeszcze
każdy projekt udoskonaleń gospodarczych, słuchał najdrobniejszych skarg
swoich poddanych --- i starał się wszystko uporządkować, wyrównać wszelką
krzywdę i niesprawiedliwość. Uczciwie
mu w tych wysiłkach pomagał stary
adwokat V.... , jak niegdyś jego ojciec, plenipotent<pe><slowo_obce>plenipotent</slowo_obce> --- osoba upoważniona do działania w czyimś imieniu; pełnomocnik.</pe> interesów domu Her.... , justycjariusz<pe><slowo_obce>justycjariusz</slowo_obce> ---  w dawnej Polsce --- urzędnik sądowo-policyjny.</pe> dóbr, jakie rodzina miała w tej prowincji. Na osiem dni przed przybyciem
barona, adwokat zazwyczaj udawał się
do zamku.</akap>


<akap>W r. 179. nadszedł moment, gdy wierny V... miał, podług zwyczaju, udać się
do siedziby barona. Miał on wówczas lat
70 i jakkolwiek niemało zachował świeżości i energii, sądził jednak, że byłby mu
użyteczny w jego pracy jaki młody pomocnik. Pewnego razu rzekł mi ze śmiechem: ,,Bratanku mój (jestem właściwie
jego wnukiem stryjecznym i noszę jego
nazwisko), sądzę, że byłoby dobre dla
ciebie posłuchać szumu wiatrów morskich
i pojechać ze mną do Her... <begin id="b1329830717793-1722526827"/><motyw id="m1329830717793-1722526827">Polowanie</motyw>Możesz mi
być zresztą bardzo pomocny w trudnych
zajęciach, i napisawszy rano jaki przyjemny akt sprawozdawczy, mógłbyś potem spróbować życia myśliwskiego, ćwiczyć się w sztuce spotykania oko w oko
z szarym wilkiem albo głodnym dzikiem
i celnym wystrzałem spotkane bydlę położyć"<end id="e1329830717793-1722526827"/>.</akap>


<akap>Zbyt wiele słyszałem o wrzawnych polowaniach w Her... Byłem zbyt przywiązany do swego szanownego a doskonałego dziada stryjecznego, by nie przyjąć skwapliwie<pe><slowo_obce>skwapliwie</slowo_obce> --- chętnie i szybko.</pe> tej propozycji. Wprawny już
poniekąd w rodzaj zajęć, jakie stryj prowadził, obiecywałem sobie ułatwić mu
swą gorliwością część jego trudów. Nazajutrz, obwinąwszy się w ciężkie futra,
toczyliśmy się do zamku Her... wśród zamieci śnieżnej, zapowiadającej zimę.</akap>


<akap>Po drodze stryj mi opowiadał różne dziwne historie o baronie Roderyku, założycielu majoratu, który pomimo że mój
stryj był jeszcze wówczas bardzo młody,
wybrał go za swego plenipotenta<pe><slowo_obce>plenipotent</slowo_obce> --- osoba upoważniona do działania w czyimś imieniu; pełnomocnik.</pe> i wykonawcę testamentu. Mówił mi o surowej
i dzikiej naturze barona, którą, zdaje się,
ten przekazał w spadku całej rodzinie,
a która coraz bardziej budziła się w baronie obecnym, choć ten w pierwszych latach zapowiadał się jako charakter łagodny i słaby. Mówił mi, że powinienem się
pokazać człowiekiem stanowczym i śmiałym, aby znaczenia nabrać w oczach pana. W końcu opisał mi mieszkanie, jakie
sobie raz na zawsze wybrał w zamku: ciepłe, wygodne i tak oddalone od innych, że możemy do woli usunąć się całkowicie od wrzawy towarzystwa. Mieszkanie składało się z dwóch małych izb,
pokrytych gustownym obiciem, pomieszczonych w pobliżu sali sądowej, naprzeciw mieszkania dwóch starych panien.</akap>


<akap>Po szybkiej, choć uciążliwej podróży,
ciemną nocą przybyliśmy do Her... Przejeżdżamy wieś. Była niedziela. Dom zarządzającego jaśniał oświetlony od góry
do dołu, słychać było melodię walca, dźwięki wesołych pieśni --- a ten widok i te śpiewy sprawiły, że jeszcze smutniejszy
i pustszy wydawał się nam budynek,
w którym mieliśmy się zatrzymać.</akap>


<akap>Wiatr morski jęczał ponuro i głucho --- a smutne sosny, zbudzone ze swej drzemki, odpowiadały mu żałosną skargą. Ponad otchłanią śniegu --- unosiły się nagie,
czarne ściany zamku. Wrota były zamknięte. Krzyk, trzaskanie z bicza, uderzenia młotka --- nic nam nie mogło tych
drzwi otworzyć. Żadnego światła byś
nie dojrzał. Można by rzec, że wszystko
zamarło.</akap>


<akap>Stary mój stryj krzyknął głosem surowym i groźnym:</akap>


<akap/><akap_dialog>--- Franciszku, Franciszku! Gdzież ty
jesteś? Do stu diabłów, ruszże się. Marzniemy tu na dworze. Śnieg nam twarz
ścina. Do pioruna! Czy przychodzisz? Jakiś pies podwórzowy zaczął wyć,
ukazało się chwiejne światełko, słyszeć się
dało dzwonienie kluczy --- i ciężkie wrota zazgrzytały na rdzawych zawiasach.</akap_dialog>


<akap/><akap_dialog>--- Ach, pozdrowieni bądźcie, pozdrowieni bądźcie, panie plenipotencie. Co
za brzydki czas!</akap_dialog>



<akap><begin id="b1330245476410-2112976947"/><motyw id="m1330245476410-2112976947">Sługa</motyw>Tymi słowy witał nas Franciszek, wysoko podnosząc latarnię, tak że całe jej
światło padło mu na pomarszczoną twarz,
jeszcze wykrzywioną w tej chwili w sposób szczególny życzliwym uśmiechem.
Powóz wjechał na dziedziniec, zeszliśmy
na ziemię --- i wtedy mogłem widzieć jako całość osobliwą starego sługę, przybranego w odwieczną liberię<pe><slowo_obce>liberia</slowo_obce> --- rodzaj ubioru, uniformu, noszonego przez służbę.</pe> dworską
z galonami<pe><slowo_obce>galon</slowo_obce> --- tu :  tkana lub pleciona taśma wykonana całkowicie lub z dodatkiem metalowych nitek, przymocowana do ubrania. </pe>. Na szerokie, blade czoło opadały mu dwa loki siwych włosów, dolna
część twarzy miała silne kolory, właściwe myśliwcom, i pomimo wydatnych mięśni, które jego fizjonomii nadawały pozór szczególnej maski, w jego oczach
i w kroju ust był wyraz poczciwości nieco
mazgajowatej.<end id="e1330245476410-2112976947"/></akap>


<akap/><akap_dialog>--- A zatem, mój stary Franciszku --- rzekł stryj, strząsając w przedpokoju
śnieg ze swego futra --- czy wszystko gotowe? Dywany w moim pokoju wytrzepane? Łóżka przygotowane? Palono w piecu ogień wczoraj i dzisiaj?</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Nie --- odparł Franciszek bardzo
spokojnie. --- Nie, panie sędzio, nic z tego
nie przygotowano.</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Ależ, na miły Bóg --- zawołał stryj. --- Toć pisałem dość w czas<pe><slowo_obce>dość w czas</slowo_obce> (daw.) --- wystarczająco wcześnie.</pe>, przybywam ściśle w dniu oznaczonym. Co za niedbalstwo! Izby moje są pewnie zimne jak
lodownie.</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Pewno, panie sędzio --- odparł
Franciszek, obrywając starannie szczypcami ogarek, na knocie świeczki i depcząc
go nogami. --- Widzi pan, po co to mielibyśmy zapalać ogień? Wiatr i śnieg przenikają do tych izb przez potłuczone
szyby i...</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Jak to? --- zawołał stryj, przerywając
Franciszkowi i odrzuciwszy poły<pe><slowo_obce>poła</slowo_obce> --- dolna część jednej połowy ubioru rozpinającego się z przodu, takiego jak marynarka czy frak.</pe> swego
płaszcza, skrzyżował ramiona. Jak to?
Szyby potłuczone, i ty, strażnik domu, nie
wprawiłeś ich na nowo?</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Nie, panie sędzio --- odrzekł stary
sługa z tym samym spokojem. --- Niełatwo wejść do waszego mieszkania z powodu masy kamieni i cegieł, co je zapełnia.</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog><begin id="b1330245553528-608877304"/><motyw id="m1330245553528-608877304">Sługa</motyw>--- Do stu diabłów! Skądże w moim
mieszkaniu kamienie i cegła?</akap_dialog>


 
<akap/><akap_dialog>--- Spełnienia życzeń, młody paniczu! --- rzekł teraz Franciszek do mnie z grzecznym ukłonem, w chwili, gdym kichnął.</akap_dialog>



<akap/><akap_dialog>Po czym dodał: --- Te kamienie i tynki pochodzą z muru, który tu runął podczas
wielkiego rozwalenia się domu.</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Czy mieliście tu trzęsienie ziemi? --- zawołał stryj gwałtownie.</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Nie, panie sędzio --- odparł z uśmiechniętą twarzą Franciszek. --- Ale trzy dni
temu ciężkie sklepienie sali audiencjalnej runęło z wielkim hałasem.</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Co za piekło! --- Stryj, człowiek prędki
i gwałtowny z natury, już chciał zakląć
potężnie, ale podnosząc prawą rękę do góry, a lewą zdejmując z głowy swą czapkę
z lisiego futra, zatrzymał się --- i zwrócił
się do mnie z żywym wybuchem śmiechu:</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Prawdziwie, mój bratanku, nie należy o nic pytać, gdyż dowiemy się jeszcze,
że cały zamek zapadł się pod ziemię.</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- A czemuż --- dodał, zwracając się do
Franciszka --- nie przyszło wam do głowy oczyścić i ogrzać inny pokój? Czyż
nie mogliście przygotować naprędce sali
audiencjalnej w głównym budynku?</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Tak właśnie zrobiliśmy --- rzekł stary Franciszek, ukazując schody z miną zadowoloną i powoli wchodził na stopnie.<end id="e1330245553528-608877304"/></akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Patrzcież tego dziwaka! --- rzekł
stryj, idąc za nim.<begin id="b1329832117666-1409862436"/><motyw id="m1329832117666-1409862436">Zamek</motyw> Ruszyliśmy poprzez
długie, sklepione korytarze, których mrok
w tajemniczy sposób oświetlała latarnia
w rękach Franciszka. Kolumny, kapitele<pe><slowo_obce>kapitele</slowo_obce> --- górna część kolumny, bezpośrednio wspierająca łuk lub sklepienie.</pe>,
arkady zdawały się w naszych oczach
krążyć po powietrzu. Obok nas sunęły
olbrzymie cienie, snując się wzdłuż murów po szczególnych portretach, które
zdawały się poruszać, drgać, migotać. Tajemnicze głosy --- rzekłbyś --- szemrały
w odgłosie naszych kroków: ,,Nie budźcie
nas, nie budźcie nas! Nas, co tu śpimy
snem zaklętym, zawieszeni na tych starych kamieniach". <end id="e1329832117666-1409862436"/>W końcu, przeprowadziwszy nas przez długi szereg izb ciemnych i zimnych, Franciszek otworzył nam
salę, w której żywy ogień kominka powitał nas, iskrząc się wesoło. Czułem się
doskonale z chwilą, gdyśmy weszli do tego pokoju. Co do stryja, ten zatrzymał się
pośrodku sali, obejrzał ją dokoła i głosem
poważnym, niemal uroczystym, rzekł:</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Tu będzie izba sądowa.</akap_dialog>



<akap>Franciszek, podnosząc światło tak, żeśmy na ścianie zobaczyli plamę szeroką
jak drzwi, odpowiedział żałośnie:</akap>


<akap/><akap_dialog>--- Tu już był sąd!</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Cóż to ci przychodzi do głowy? --- rzekł stryj, zdejmując futro i przybliżając
się do komina.</akap_dialog>




<akap/><akap_dialog>--- Tak mi się przypomina --- odparł
Franciszek. Zapalił świece i otworzył salę sąsiednią, która była przygotowana dla
nas. Po chwili stół obficie nakryty stał
przy kominku. Stary sługa przyniósł dobrze przyrządzone potrawy, rzecz nader
miła dla stryja i dla mnie, oraz wielką wazę ponczu<pe><slowo_obce>poncz</slowo_obce> --- gorący napój alkoholowy na bazie herbaty i rumu.</pe>, przyrządzoną na sposób północny. Znużony podróżą, stryj mój udał
się do swej sypialni natychmiast po wieczerzy. Nowość i osobliwość tej wyprawy,
smak ponczu --- cały szereg wrażeń zbyt
silnie oddziałały na mnie, abym mógł pomyśleć o spaniu. Franciszek zabrał stół,
podsycił ogień i pożegnał mnie przyjaznym ukłonem.</akap_dialog>




<akap><begin id="b1330245604599-2259641324"/><motyw id="m1330245604599-2259641324">Księżyc</motyw>Siedziałem sam w wysokiej, obszernej
sali rycerskiej. Śnieżyca ustała, wicher
ucichł, niebo się wypogodziło i jasny księżyc w pełni spłynął przez duże, okrągłe
okno, magicznym pokrywając blaskiem
wszystkie ciemne tego osobliwego gmachu zaułki, których skąpe światło świecy
i komina dosięgnąć nie mogło.<end id="e1330245604599-2259641324"/> Jak się to
jeszcze trafia w starożytnych zamkach,
ściany i sufit sali ozdobione były w szczególny sposób: pierwsze pokryte ciężkimi drewnianymi taflami, drugie zaś fantastycznymi obrazami i snycerską robotą<pe><slowo_obce>snycerska robota</slowo_obce> --- rzeźby w drewnie.</pe>
pozłacaną lub na szaro pomalowaną.
Z wielkich obrazów, po większej części
przedstawiających dzikie sceny polowania na niedźwiedzie i wilki, wyskakiwały
rżnięte z drzewa głowy ludzi i zwierząt,
przyprawione do malowanego ciała tak,
iż zwłaszcza przy migotliwym i drżącym
blasku od ognia i księżyca całość straszliwą ożywiała się prawdą. Między tymi
obrazami były wizerunki naturalnej wielkości, postacie w myśliwskim stroju kroczących rycerzy, zapewne przodków pana domu. Malowidła i rzeźby, szarawą pokryte farbą, wyraźnie nosiły piętno swej
długowieczności, tym bardziej więc raziło
jaśniejsze i puste miejsce na ścianie,
w której było dwoje drzwi prowadzących
do przyległych komnat. Przekonałem się
zaraz, że i tam drzwi być musiały, które
później zamurowane zostały i dlatego
właśnie nowy mur tak się różnił od innych
ścian dawniej pomalowanych i rzeźbą
ozdobionych.</akap>


<akap>Któż tego nie wie, jak pobyt w miejscach niezwykłych zdolny jest tajemniczą siłą opanować naszego ducha, jak najleniwsza nawet wyobraźnia budzi się
wśród tej doliny otoczonej dziwacznymi
skałami lub w ponurych murach kościoła i przeczuwa rzeczy nigdy wprzód niewidziane? <begin id="b1330245851732-3658966038"/><motyw id="m1330245851732-3658966038">Młodość, Strach</motyw>Dodać jeszcze muszę, żem miał
lat dwadzieścia i wypiłem kilka szklanek
mocnego ponczu, a łatwo pojąć, jak dziwnie mi się zrobiło na sercu w owej sali
rycerskiej. Wyobraźmy sobie ciszę nocy,
wśród której słychać tylko szum morza
i osobliwsze świsty nocnego wiatru, niby
tony potężnych organów poruszanych ręką duchów, przelatujące chmury, niby jasne, świecące olbrzymy zdawały się ciekawie zaglądać przez drżące szyby sklepionych okien. W samej rzeczy, z przestrachu, który mną wstrząsał, przeczuwałem, że teraz rozpoczynają się widocznie
obce rządy. Uczucie to podobne było do
zimnego dreszczu, jakiego z przyjemnością doznajemy, gdy nam kto opowiada
żywo i obrazowo jaką powieść o strachach.<end id="e1330245851732-3658966038"/> Nadto przyszło mi na myśl, że nigdy w lepszym usposobieniu nie można
czytać książki, którą wówczas, jak każdy hołdujący romantyzmowi, miałem
w kieszeni. Był to Schillera<pe><slowo_obce>Johann Christoph Friedrich von Schiller</slowo_obce> (1759--1805) --- niemiecki poeta i filozof okresu romantyzmu, autor m. in. <tytul_dziela>Ody do radości</tytul_dziela>.</pe> ,,Duchowidz"
(<slowo_obce>Geisterseher</slowo_obce>)<pe><slowo_obce>,,Duchowidz"
(Geisterseher)</slowo_obce> --- tytuł polskiego tłumaczenia brzmi <tytul_dziela>Spirytualista</tytul_dziela>.</pe>. Czytałem i czytałem, i coraz bardziej rozpalała się moja wyobraźnia. Stanąłem na przecudnym opisie ślubnych godów u hrabiego B. i właśnie ukazała się krwawa postać Hieronima..., gdy
--- ze strasznym łoskotem rozwarły się
drzwi prowadzące do przedsionka. Przerażony skoczyłem do góry, książka mi
z rąk wypadła, ale w tej chwili wszystko
ucichło i zawstydziłem się mojego dziecinnego strachu. Być może, iż przeciągiem powietrza lub innym jakim sposobem
drzwi się otworzyły, a podrażniona moja
fantazja w naturalnym wypadku dopatrzyła czegoś strasznego.</akap>


<akap>Uspokoiwszy się, podnoszę książkę
z ziemi i rzucam się znowu w poręczowe
krzesło. Wtem... idzie coś z cicha, z wolna,
mierzonym krokiem, idzie w poprzek
sali, a idąc wzdycha i jęczy. W tych westchnieniach i jękach wyrażało się najgłębsze ludzkie cierpienie, boleść niepocieszona. --- Ha, pomyślałem, to zapewne
jakie biedne, chore stworzenie, zamknięte
gdzieś na dole, a w nocy, wiadomo, jakie
powstają złudzenia akustyczne, gdy najodleglejszy szmer zwiększa się i zdaje się
bliskim. Któż by się takimi rzeczami
trwożył! Tak, uspokajam się na nowo,
ale teraz... coś drapie się o nowy ten mur,
wydając coraz głośniejsze i boleśniejsze jęki, które tylko w strasznej chwili
konania słyszeć można. --- <begin id="b1329833338667-3493536831"/><motyw id="m1329833338667-3493536831">Duch</motyw>Tak, to jakieś
biedne, zamknięte zwierzę... Stuknę tylko
mocno w podłogę i wszystko umilknie
albo też zwierz z dołu wyraźniej, w naturalnym swym głosie da się słyszeć!
Tak myślałem, ale krew zakrzepła mi
w żyłach, zimny pot oblał mi czoło. Zdrętwiały siedziałem w fotelu, nie mogąc ani
wstać, ani wydać głosu. Straszliwe drapanie ustało, kroki na nowo słyszeć się
dały. Wtedy oprzytomniałem, życie wstąpiło we mnie. Podniosłem się szybko i parę kroków postąpiłem przed siebie, lecz
lodowy ciąg powietrza przeszedł po sali
i w tej samej chwili jasne światło księżyca
padło na wizerunek jakiegoś poważnego,
strasznie znakomitego męża, a z ust jego słyszałem wyraźnie, wśród odgłosu fal
morskich i poświstów wichru północnego
głos ostrzegający: --- Ani kroku dalej, jeśli nie chcesz popaść w straszną otchłań
świata duchów! <end id="e1329833338667-3493536831"/>Znów się drzwi z tym samym co wprzód łoskotem rozwarły
i zdało mi się, że słyszę kroki w przedsionku. Ktoś schodził na dół. Główne
drzwi zamkowe zaskrzypiały straszliwie
i znów się zamknęły. Potem zdało mi się,
jak gdyby ktoś konia wyprowadził ze
stajni i po niejakim czasie znów go do
stajni odprowadził... Potem wszystko ucichło. W tej chwili posłyszałem, jak mój
dziadek stryjeczny wzdychał i jęczał
w przyległym pokoju, to mi przywróciło
przytomność, wziąłem świecę i poszedłem
do niego. Staruszkowi widocznie śniło się
coś strasznego. --- Zbudźcie się, zbudźcie,
zawołałem głośno, ścisnąwszy go za rękę
i skierowawszy światło na twarz. Dziadek podniósł się z głuchym jękiem, spojrzał na mnie życzliwie i rzekł:</akap>

<akap>--- Dobrze zrobiłeś, kuzynku, żeś mnie
obudził. Ej, szkaradny miałem sen, a temu winne te pokoje i sala, bo musiałem
zamyślić się o czasie upłynionym i o tym,
co się tu działo. Ale teraz możemy już spać na dobre. Potem okrył się kołdrą
i zdało się, że zasnął. Kiedy świecę zgasiłem i udałem się do łóżka, usłyszałem,
że stary modlił się po cichu.</akap>

<akap>Nazajutrz wzięliśmy się do roboty. Rządca przyszedł z rachunkami, ludzie
zgłaszali się z prośbą o załatwianie sporu lub innego jakiego interesu. W południe udał się ze mną dziadek do bocznego pawilonu, aby starym baronównom
z wszelką atencją<pe><slowo_obce>atencja</slowo_obce> --- szacunek, respekt, poważanie.
</pe> złożyć uszanowanie.
Franciszek nas zameldował, aleśmy dobrze wyczekać musieli, zanim wprowadziła nas do samego przybytku jakaś sześćdziesięcioletnia, zgarbiona, w pstre jedwabie wystrojona mateczka, która się przedstawiła jako nadworna panna ich wielmożności. <begin id="b1329833915171-2160191053"/><motyw id="m1329833915171-2160191053">Młodość</motyw>Stare damy, przybrane w suknie zeszłowiecznej mody, przyjęły nas
z komicznym ceremoniałem. Byłem dla
nich przedmiotem wielkiego podziwienia,
gdy dziadek z żartobliwą powagą przedstawił mnie jako młodego, pomagającego
mu prawnika. Po ich minie widziałem, iż
uważały dobro poddanych majoratu narażone na pewne niebezpieczeństwo z powodu mej młodości. <end id="e1329833915171-2160191053"/>Całe przyjęcie u starych dam było tak komiczne, iż nieco ochłodłem z przestrachu minionej nocy,
czułem jednak w duszy, jakby mnie opanowała nieznana siła albo raczej, jakbym
dotknął koła, w którym dość kroku postąpić, aby bez ratunku być zgubionym. I trzeba było mi wezwać na pomoc wszystkie
siły wewnętrzne, aby się oprzeć grozie, po
której chyba nieuleczalna wariacja następuje. To też nawet stare baronówny ze
swymi dziwacznymi, wysoko napiętrzonymi fryzurami, ze swymi cudackimi sukniami, przystrojonymi w pióra i kolorowe wstęgi, nie wydały mi się śmiesznymi,
ale raczej posępnymi i strasznymi. W ich
starych, pożółkłych twarzach, w ich zmrużonych oczach chciałem wyczytać, w ich
niegodziwej francuszczyźnie chciałem
usłyszeć, jakim sposobem pogodziły się
z niemiłymi, w zamku straszącymi istotami, a nawet potrafiły pozbyć się obawy
i strachu. Dziadek, w wesołym będąc usposobieniu, swoją ironią wplątał je w tak
niedorzeczną gadaninę, iż w innym humorze nie potrafiłbym się wstrzymać od głośnego śmiechu, ale jak powiedziałem, baronówny, pomimo swego paplania pozostały dla mnie strasznym widziadłem. Dziadek, co myślał, że mi sprawi przyjemność, spojrzał na mnie wielce zdziwiony.
Dlatego po obiedzie, gdyśmy zostali sami
w swoim pokoju, nie mógł dłużej milczeć
i zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Ależ kuzynku, na miłość Boga, co ci
jest? Nie śmiejesz się, nie mówisz, nie pijesz. Czyś chory, czy ci brakuje czego?</akap_dialog>


<akap>Teraz nic już nie taiłem, ale mu dokładnie opowiedziałem cały przestrach przeszłej nocy. Niczego nie zamilczałem, szczególniej też, że wypiłem wiele ponczu i czytałem ,,Duchowidza" Schillerowskiego. Dodałem jeszcze: --- Przyznaję,
że najprawdopodobniej podrażniona i wybujała wyobraźnia moja potworzyła
wszystkie te zjawiska, które tylko w moim mózgu istniały. Spodziewałem się,
że stryjeczny dziadek nielitościwie mnie
wyśmieje za to widzenie duchów, tymczasem był bardzo poważny, wlepił oczy
w podłogę, a potem szybko podniósłszy
głowę, rzekł:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1330247663170-3081367170"/><motyw id="m1330247663170-3081367170">Sen, Upiór</motyw>--- Nie znam twej książki, kuzynku, ale
to pewna, że owego zjawienia duchów nie
zawdzięczasz ani swej wyobraźni, ani
działaniu ponczu. Wiedz, że to samo widziałem we śnie, czegoś ty doświadczył
na jawie. Siedziałem sobie tak samo, jak i ty, w fotelu przy kominie, tak mi się jakoś zwidziało, ale co tobie objawiło się
w odgłosach, ja to oglądałem okiem wewnętrznym, pojmując to doskonale. Tak,
ujrzałem strasznego upiora, jak wszedł
i bezsilny przyczołgał się do zamurowanych drzwi, jak w rozpaczy drapał się na
mur, tak że krew tryskała mu z palców,
jak zstąpił na dół, wyprowadził konia ze
stajni i na powrót go odprowadził. Czyś
słyszał, jak zapiał kogut w odległej chałupie? Wtedyś mnie obudził i wkrótce
uspokoiłem się po tym diabelskim dziele
niegodziwego człowieka, który zdoła zamącić spokojne życie.<end id="e1330247663170-3081367170"/></akap_dialog>


<akap>Stary umilkł; nie chciałem stawiać dalszych pytań, pewny będąc, że mi wszystko wyjaśni, jeśli to uzna za właściwe. Jakoż po niejakiej chwili, nadumawszy się
długo, mówił dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Teraz kiedy wiesz, co się tu święci,
będziesz miał odwagę dotrzymać placu
tym strachom, ale razem ze mną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Naturalnie --- oświadczyłem --- iż jestem gotów.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1329834311876-3256815213"/><motyw id="m1329834311876-3256815213">Duch, Odwaga, Wiara</motyw>--- W takim razie --- mówił staruszek
dalej --- na przyszłą noc będziemy czuwali. Wewnętrzny głos mi mówi, że nieczysta siła ustąpić musi, nie tak przed moją władzą duchową, jak raczej przed odwagą, polegającą na głębokim przekonaniu,
że to nie jest z mej strony żaden zuchwały postępek, ale czyn śmiały i pobożny,
gdy życie i ciało narażam na to, aby odpędzić potępieńca, który synów oddala
od siedziby przodków. A więc nie ma co
mówić o niebezpieczeństwie, ponieważ
w tak silnym i zacnym przedsięwzięciu,
w tak pobożnej wierze, jaką jestem przejęty, można być tylko zwycięskim bohaterem. Z tym wszystkim, niech się dzieje
wola Boża i gdyby nieczysta siła pokonać mnie zdołała, to winieneś kuzynku
oznajmić, żem poległ w świętej, chrześcijańskiej walce z duchem piekielnym,
który tu swoje harce wyprawia. Ty zaś
trzymaj się z dala. Tobie się nic nie stanie.<end id="e1329834311876-3256815213"/></akap_dialog>


<akap>Wśród różnych drobnych zajęć nadszedł wieczór. Franciszek, jak w dniu
wczorajszym, zastawił wieczerzę i przyniósł nam ponczu. Księżyc w pełni przyświecał pośród jasnych obłoków, morskie fale szumiały, a wiatr północny
wył i potrząsał trzeszczącymi szybami
w oknach. Pomimo wewnętrznego wzruszenia przymuszaliśmy się do obojętnej rozmowy. Stary położył swój zegarek na
stole. Wybiła na nim dwunasta godzina.
Nagle z wielkim łoskotem drzwi się
otworzyły i jak wczoraj, coś wolnym
i cichym krokiem sunęło przez salę,
wydając głośne jęki i westchnienia.
Staruszek pobladł, ale jego oczy błyszczały niezwykłym ogniem, podniósł
się z fotelu i jak był wysokiego
wzrostu, wyprostował się cały, a wsparłszy się lewą ręką, prawą wysunął ku środkowi sali i tu się zatrzymał. Wyglądał
jak wódz dający rozkazy. Coraz głośniejsze dały się słyszeć westchnienia i jęki,
i straszniej jak wczoraj zaczęło drapać się
po ścianie. Wtedy stary postąpił naprzód
krokiem silnym, że aż drżała podłoga
i zmierzał wprost ku zamurowanym
drzwiom. Stanął tuż w miejscu, gdzie coraz wścieklej drapało i zawołał podniesionym, uroczystym głosem, jakiego nigdy dawniej u niego nie słyszałem:</akap>


<akap_dialog>--- Danielu, Danielu! Co tu robisz o tej
godzinie?</akap_dialog>


<akap>Wtedy zadrapało jeszcze straszniej
i okropniej, i dało się słyszeć głuche uderzenie, jakby coś upadło na ziemię.</akap>


<akap_dialog>--- Szukaj łaski i przebaczenia przed tronem Najwyższego, tam jest twoje miejsce. Wynoś się ze świata, do którego już
nigdy należyć nie możesz!</akap_dialog>


<akap>Tak mówił stary z większą niż pierwej
mocą. I stało się. Jakby powietrzem przeciągnął płacz stłumiony i zmieszał się
z odgłosem burzy, która właśnie srożyć
się zaczęła. Wtedy starzec postąpił ku
drzwiom i zatrzasnął je tak silnie, że aż
się rozległo w pustym przedsionku. W jego głosie, ruchach i postawie było coś
nadludzkiego, co mnie głęboką bojaźnią
przejęło. Kiedy usiadł w fotelu, wzrok
miał osobliwie rozjaśniony, złożył ręce
i modlił się po cichu. Zaledwie kilka minut
upłynęło, zapytał mnie głosem tkliwym,
za serce chwytającym, który jemu tak był
właściwy:</akap>


<akap_dialog>--- No i cóż, kuzynku?!</akap_dialog>


<akap>Przestrachem, grozą, trwogą i świeżą
bojaźnią przejęty, padłem na kolana i gorącymi zrosiłem łzami podaną mi rękę.
Starzec objął mnie w ramiona i przyciskając do serca, czułym rzekł głosem:</akap>


<akap_dialog>--- No, teraz możemy spać swobodnie,
kochany kuzynku!</akap_dialog>


<akap>Tak się też stało i gdy następnych nocy nie wydarzyło się nam nic nieprzyjemnego, odzyskaliśmy dawną wesołość,
tylko stare baronówny na tym straciły, bo
zawsze pozostały trochę strasznymi ze
swoim dziwacznym charakterem. Były to
wszakże rozweselające straszydła, które
stary umiał rozruszać w najkomiczniejszy
sposób.</akap>


<akap>Na koniec, w kilka dni później, przybył
baron z małżonką i licznym orszakiem
myśliwych. Zjechali się zaproszeni goście
i w nagle ożywionym zamku rozpoczęła się dzika wrzawa, jak wyżej było
opisane. Gdy baron, zaraz po swoim przybyciu, wszedł do naszej sali, zdziwił się
mocno z powodu zmienionego naszego
mieszkania, rzucił posępne spojrzenie na
drzwi zamurowane i szybko się odwracając, powiódł ręką po czole, jakby stamtąd
chciał odegnać niemiłe wspomnienie.
Dziadek mówił o spustoszeniu sali sądowej i zawalonych pokojach. Baron zganił Franciszka, że nas lepiej nie pomieścił i prosił starego bardzo uprzejmie, aby
tylko rozkazał, jeśli mu w nowym mieszkaniu, które daleko jest gorsze, zbywa
w czymkolwiek na wygodach, do jakich
dawniej przywykł. <begin id="b1330247932274-696430592"/><motyw id="m1330247932274-696430592">Szlachcic</motyw>W ogóle postępowanie
barona z dziadkiem było nie tylko serdeczne, ale połączone z pewnym uszanowaniem synowskim, jak gdyby baron zostawał ze starym w pewnym stosunku pokrewieństwa. Była to jedyna rzecz, która
pod pewnym względem godziła mnie
z szorstkim i rozkazującym charakterem
barona, a który z każdym dniem coraz
więcej się uwydatniał. Na mnie albo nic,
albo bardzo mało pan baron zważał. Widział we mnie zwyczajnego tylko pisarza<pe><slowo_obce>pisarza</slowo_obce> --- tu: notariusz bądź kopista, osoba przepisująca dokumenty.</pe>.
Zaraz w początkach, gdy się zajął jakąś
sprawą, chciał znaleźć niedokładność co
do formy.<end id="e1330247932274-696430592"/> Krew uderzała mi do głowy,
już miałem się ostro odciąć, gdy dziadek
się odezwał, upewniając, że ja właśnie
wszystko według jego wskazania robię
i że ono tylko może mieć prawne znaczenie. Gdyśmy sami zostali, gorzko się
uskarżałem na barona, że coraz więcej
jest mi nieprzychylny.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1329835190317-3194670431"/><motyw id="m1329835190317-3194670431">Miłość</motyw>--- Wierz mi, kuzynku --- odrzekł starzec --- że baron, mimo swego szorstkiego usposobienia, jest najlepszym i najzacniejszym człowiekiem na świecie. I tego
usposobienia, jak ci już mówiłem, nabył
dopiero od czasu, gdy został posiadaczem
majoratu, wprzód zaś był łagodnym
i skromnym młodzieńcem. Zresztą co do niego, to wielce przesadzasz, a chciałbym wiedzieć, dlaczego ci się wydaje tak
nieprzyjemnym?</akap_dialog>


<akap>Mówiąc te słowo stary uśmiechał się
szyderczo. Krew jak ukrop gorąca na
twarz mi wybiła. Musiałem niezbyt jasno
czytać we własnym sercu, skoro nie poznałem, że owa dziwna nienawiść zrodziła się z miłości albo raczej z ukochania
istoty, która wydała mi się najmilszą
i najwspanialszą, jaka kiedykolwiek ukazała się na ziemi. Tą istotą był nie kto
inny, tylko sama baronowa.<end id="e1329835190317-3194670431"/> Gdy tylko
przyjechała i szła przez pokoje w sobolowym futrze<pe><slowo_obce>sobolowe futro</slowo_obce> --- drogie futro wykonane z sobola, drapieżnego ssaka z rodziny łasicowatych .</pe>, które dokładnie odznaczało jej cudne kształty, mając głowę zakrytą bogatą zasłoną, zjawieniem swoim wywarła na mnie urok potężny,
niczym nieprzeparty. Do tego przyczyniła się i ta okoliczność, że stare ciotki
w sukniach i fontaziach<pe><slowo_obce>fontaź</slowo_obce> ---  ozdoba fryzury kobiecej z koronek i wstążek upiętych wysoko nad czołem.</pe> bardziej cudacznych niż dotąd, widziałem, dreptały koło
niej z obydwu stron, szczebiocząc swoje
powitania francuskie, gdy ona, baronowa,
z nieopisanym wdziękiem wkoło siebie
spoglądała, kłaniając się mile już temu, już
owemu. A gdy jeszcze wkrótce przemówiła czystym dialektem niemieckim, to wszystko razem utworzyło tak odmienny
obraz, iż fantazja mimowolnie stawiła
obok niego straszne widziadło nocne. Wtedy baronowa wydała mi się prawdziwym aniołem światła, przed którym ustępują siły piekielne. Cudnie piękna ta kobieta bardzo silne uczyniła na mnie wrażenie. <begin id="b1330248013580-1889520749"/><motyw id="m1330248013580-1889520749">Kobieta</motyw>Mogła mieć wówczas najwyżej lat
dziewiętnaście. Niewielkiego wzrostu, prześlicznej twarzy, w której odbijała się dobroć anielska. Szczególniej też był urok
nieopisany w spojrzeniu jej ciemnych
oczu. Jak blady promień księżyca przemykała w nich rzewna tęsknota, a w miłym uśmiechu całe niebo marzeń i zachwytu. Można by sądzić, że jakiś ciężki smutek
wtedy jej dolega, chociaż mnie się wydało, że to tylko bolesne przeczucie nieszczęśliwej przyszłości. Nie mogąc sobie wytłumaczyć tego jej usposobienia, w dziwny
sposób powiązałem go z nocnym widziadłem, ukazującym się w zamku.<end id="e1330248013580-1889520749"/></akap>


<akap>Nazajutrz po przybyciu barona zebrało się towarzystwo na śniadanie. Dziadek
przedstawił mnie baronowej i jak się zwykle dzieje w podobnych razach, byłem pomieszany, dawałem najniedorzeczniejsze
odpowiedzi na proste pytania uprzejmej gospodyni domu, jak mi się podoba
w zamku itp., tak dalece, że stare ciotki
przypisując moje zakłopotanie jedynie
głębokiemu uszanowaniu, jakim byłem
przejęty dla pani zamku, łaskawie ujęły
się za mną, wychwalając mnie po francusku, jako grzecznego i miłego młodzieńca, <slowo_obce>un joli garçon<pe><slowo_obce>un joli garçon</slowo_obce> (fr.) --- ładny chłopiec.</pe></slowo_obce>. To mnie tak obeszło,
iż oprzytomniałem i popisałem się konceptem, powiedzianym w daleko poprawniejszej francuszczyźnie, niż parlowanie<pe><slowo_obce>parlowanie</slowo_obce> --- z ft. <slowo_obce>parler</slowo_obce>: mówić (po francusku).</pe>
starych dam. Spojrzały też na mnie zdziwione i skryły swoje spiczaste nosy w tabakierkach<pe><slowo_obce>tabakierka</slowo_obce> --- pojemnik do przechowywania tabaki.</pe>. Z pierwszego wejrzenia, jakie
baronowa rzuciła na mnie, zwracając się
do innej damy, poznałem, żem musiał powiedzieć jakieś wielkie głupstwo. To mnie
jeszcze bardziej rozdrażniło, dlatego życzyłem starym damom, aby się gdzie
w piekło zapadły.</akap>


<akap>Pasterskie<pe><slowo_obce>pasterskie</slowo_obce> --- tu: sielankowe.</pe> wzdychania i romansowe
cierpienia od dawna już dziadek wybił mi
z głowy, wyśmiewając je jako dziecinne
niedorzeczności. <begin id="b1329835460124-260195682"/><motyw id="m1329835460124-260195682">Miłość niespełniona</motyw>Teraz jednak uczułem, że
baronowa głębiej i silniej mój umysł i serce zajęła, niż jaka bądź inna kobieta. Patrzyłem na nią tylko i jej tylko głos słyszałem, chociaż czułem dobrze, iż sama myśl o jakim romansie byłaby niedarowanym szaleństwem, a niepodobna<pe><slowo_obce>niepodobna</slowo_obce> (daw.) --- nieprawdopodobne, niemożliwe.</pe> było
wielbić i podziwiać z daleka, jak zakochany młodzieniaszek, którego bym sam musiał się wstydzić. Zbliżyć się do tej ślicznej kobiety, nie dając jej poznać mych
uczuć, pić słodką truciznę jej spojrzeń
i słów. Potem z dala od niej długo, a może
na zawsze mieć ją w sercu. To mogłem, to
mi wolno było uczynić.<end id="e1329835460124-260195682"/> Gdy ta romantyczna, prawdziwie rycerska miłość rozmarzyła mnie w nocy bezsennej, byłem do
tego stopnia dziecinny, że sam do siebie
mówić zacząłem, a wreszcie wzdychać
żałośnie:</akap>


<akap_dialog>--- Ach, Serafino! Serafino!</akap_dialog>


<akap>Dziadek zbudził się i odezwał do mnie:</akap>


<akap_dialog>--- Kuzynku, kuzynku, zdaje mi się, że
marzysz za głośno! Jeśli ci się podoba,
rób to we dnie, ale w nocy pozwól mi spać
spokojnie.</akap_dialog>


<akap>Obeszło mnie wielce, że dziadek, który
już w czasie samego przyjazdu baronowej zauważył moje wzruszenie, teraz
usłyszał jej imię. Spodziewałem się, że
obsypie mnie swymi sarkastycznymi żartami, ale ku wielkiemu mojemu zdziwieniu nic więcej nie powiedział, tylko nazajutrz, gdyśmy wchodzili do sali sądowej,
rzekł:
--- Daj Boże każdemu zdrowy rozsądek i staranie, aby go w dobrym trzymał
zamknięciu. Bieda to, gdy komu, ni stąd
ni zowąd przyjdzie ochota wystrychnąć
się na głupca.</akap>


<akap>Potem zasiadł przy dużym stole i dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Pisz, kuzynku, pięknie i wyraźnie,
abym łatwo mógł czytać twoje pismo.</akap_dialog>


<akap>Uszanowanie, a nawet cześć głęboka, jaką baron okazywał mojemu stryjecznemu
dziadkowi, przebijały się we wszystkim.
Dlatego też musiał przy stole zajmować
miejsce, którego mu niejeden zazdrościł
--- miejsce koło baronowej. Mnie zaś los
rzucał tu i ówdzie, zwykle jednak dwóch
oficerów z pobliskiego miasta brało mnie
między siebie, aby mi opowiedzieć wszystkie nowinki i ucieszne miejskie wydarzenia, a przy tym wesoło wysączyć niejeden
kieliszek wina. Tym sposobem przez kilka dni z rzędu siedziałem z dala od baronowej, na drugim końcu stołu, przypadek
dopiero zbliżył mnie do niej.</akap>


<akap>Nim dla zebranego towarzystwa otworzono salę jadalną, rozpoczęła ze mną
rozmowę i zdaje się, znalazła w niej upodobanie towarzyszka baronowej, osoba
młoda, a prócz tego nie bez dowcipu. Stosownie do przyjętego zwyczaju, gdy wyruszono do stołu, wypadało mi podać jej
rękę. Niemało się ucieszyłem, gdy zajęła
miejsce opodal baronowej, która ją powitała wdzięcznym skłonieniem głowy. Łatwo się można domyśleć, że wszystkie moje słowa skierowane były już nie tylko do
mojej towarzyszki, ale głównie do baronowej. Być może, wewnętrzne usposobienie nadawało wszystkiemu, co mówiłem,
szczególniejszą podniosłość, bo moja towarzyszka coraz uważniej mnie słuchała,
a w końcu dała się pociągnąć w fantastyczny świat złudzeń, który przed nią roztaczałem. Była ona, jak się powiedziało,
nie bez dowcipu, toteż nasza rozmowa
wkrótce się ożywiła i odłączyła od ogólnej. Goście rozmawiali o tym i o owym,
nasza zaś pogadanka żyła na własną rękę i rzucała niekiedy błyskawice tam,
gdzie chciałem, aby padały. Zauważyłem,
że moja sąsiadka rzuciła na baronową porozumiewawcze spojrzenie i ta raczyła
nam się przysłuchiwać. Szczególniej działo się tak, gdy rozmowa skierowała się
na muzykę, gdym mówił z zapałem o tej uroczej i świętej sztuce, nie tając bynajmniej, iż pomimo tego, żem się oddał suchemu i nudnemu prawnictwu, nieźle
gram na fortepianie, śpiewam, a nawet
ułożyłem kilka pieśni.</akap>


<akap>Gdy wstano od stołu, aby przejść do
pobliskich pokojów na likier i kawę, nie
wiem sam jakim sposobem stanąłem przed
baronową, która rozmawiała z moją sąsiadką. Zaczęła więc mówić i ze mną, ale
już tym życzliwym tonem, jakiego się
używa z dobrymi znajomymi. Powtórzyła
dawniej zadane mi pytanie, jak mi się
w zamku podoba itp. Odpowiedziałem,
iż samotność miejsca, a nawet sam starożytny zamek w szczególniejszy sposób
pierwszych mianowicie dni na mnie oddziałały, ale i w tych wrażeniach wiele
doznałem przyjemności, tak iż teraz życzyłbym sobie tylko, abym się mógł uwolnić od owych dzikich łowów, do których
nie jestem przyzwyczajony. Baronowa
uśmiechnęła się i rzekła:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1330248193559-2586249025"/><motyw id="m1330248193559-2586249025">Muzyka</motyw>--- Wyobrażam to sobie, że panu w naszych posępnych lasach sosnowych nie
bardzo musi być przyjemnie. Pan jesteś
muzykiem i jeśli się nie mylę, jesteś także poetą. Namiętnie lubię obydwie te sztuki. Gram nawet trochę na harfie, bez której teraz w K. muszę się obywać, gdyż
mąż mój nie chciał, abym brała z sobą instrument, którego łagodne tony dziwnie by brzmiały wśród dzikiej wrzawy i nieustannego odgłosu rogów myśliwskich,
jakie tu tylko słyszeć można. Ach, mój Boże, jakżebym rada<pe><slowo_obce>rad</slowo_obce> (daw.) --- chętny.</pe> posłuchać muzyki.<end id="e1330248193559-2586249025"/></akap_dialog>


<akap>Zapewniłem ją, że wszelkich dołożę starań, aby to jej życzenie spełnić się mogło,
gdyż bez wątpienia znajduje się w zamku
jaki, choćby stary fortepian. Na te słowa
głośno <begin id="b1330248229142-3562033181"/><motyw id="m1330248229142-3562033181">Muzyka</motyw>roześmiała się panna Adelajda (tak
się nazywała towarzyszka baronowej)
i zapytała mnie, czy nie wiem o tym, że
od niepamiętnych czasów w zamku tutejszym rozlegają się tylko wrzaskliwe trąby, płaczące na znak radości rogi myśliwskie, skrzeczące skrzypce, rozstrojone basy i beczące oboje przechodnich muzykantów. <end id="e1330248229142-3562033181"/>Baronowa przecież nie odstępowała
od swego życzenia, chciała posłuchać muzyki, a i mnie przy tym. Dlatego wraz
z Adelajdą gubiły się w pomysłach, skąd by jaki fortepian wydobyć. W tej właśnie
chwili stary Franciszek kroczył poważnie
przez salę.</akap>


<akap_dialog>--- Oto człowiek, jakiego nam potrzeba: on na wszystko znajdzie radę, nawet na
rzeczy niemożliwe.</akap_dialog>


<akap>Mówiąc te słowa, panna Adelajda
wezwała go i gdy mu tłumaczyła, o co
rzecz idzie, baronowa przysłuchiwała
się z założonymi rękami i główką naprzód
pochyloną, patrząc z miłym uśmiechem
staremu w oczy. Prześlicznie wtedy wyglądała, podobna do pięknego dziecka,
które by rade<pe><slowo_obce>rad</slowo_obce> (daw.) --- chętny.</pe> jak najprędzej mieć w ręku
upatrzoną zabawkę.</akap>


<akap>Franciszek swoim zwyczajem długo się
namyślał, wyliczając mnóstwo przyczyn,
że to prawie niepodobieństwo<pe><slowo_obce>niepodobieństwo</slowo_obce> (daw.) --- coś niemożliwego.</pe>, aby naprędce wystarać się o instrument tak
rzadki, wreszcie przymilająco pogłaskawszy się po brodzie, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Ależ pani rządczyni, tam na wsi, wybija wcale niepospolicie na klawicymbałach<pe><slowo_obce>klawicymbał</slowo_obce> --- dawny instrument muzyczny, klawiszowy, strunowy, w kształcie fortepianu, w którym dźwięk wydobywał się poprzez naciśnięcie klawisza, który powodował szarpnięcie struny piórkiem.</pe> czy też, jak je tam z cudzoziemska
inaczej nazywają --- ten instrument, co to
przy nim śpiewają także tak żałośnie i czule, że oczy się z płaczu czerwienią niby od
cebuli, a przy tym chciałoby się skakać na
obydwie nogi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ona ma fortepian? --- przerwała
mu panna Adelajda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jużci, mówił stary, prosto z Drezna sprowadzony, jakiś...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pysznie, wybornie! --- zawołała baronowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakiś piękny instrument --- ciągnął
stary dalej --- ale to bieda, że trochę za słaby, bo jak organista śpiewał:</akap_dialog>


<akap><wyroznienie>,,We wszystkich czynach moich...''</wyroznienie>
uderzył tak silnie, że...</akap>


<akap_dialog>--- Ach, mój Boże! --- zawołała baronowa i panna Adelajda, że...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że wszystko trzeba było z wielkim
kosztem do miasta odstawić do reperacji...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale już od reperacji sprowadzono?
--- zapytała niecierpliwie panna Adelajda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jużci, wielmożna panienko, i pani
radczyni będzie sobie uważała za zaszczyt...</akap_dialog>


<akap><begin id="b1329835892189-3877837204"/><motyw id="m1329835892189-3877837204">Sługa</motyw>W tej chwili przechodził baron. Zdziwił
się widząc nas razem i szepnął baronowej z szyderskim uśmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- Czy Franciszek znów dobrych rad
udziela?...<end id="e1329835892189-3877837204"/></akap_dialog>


<akap>Baronowa zarumieniła się i spuściła
oczy, a Franciszek, przestraszony, umilkł
i stał jak żołnierz wyprostowany ze spuszczonymi na dół rękami. Nadciągnęły stare ciotki w swych jedwabnych sukniach
i uprowadziły baronową ze sobą. Za nimi poszła i panna Adelajda. Zostałem,
jak oczarowany. Nie posiadałem się z radości, że zbliżę się do niej, do mojej ubóstwianej, co zawładła całą moją istotą,
złościłem się tylko na barona, który mi
się wydał dzikim despotą. Bo czyż nie był
taki? Czemuż stary, osiwiały sługa tak
niewolniczo musiał się zachowywać?</akap>


<akap_dialog>--- Słuchaj no! Spojrzyj przecie na
mnie --- zawołał stryjeczny dziadek, trącając mnie po ramieniu. Poszliśmy na górę do swoich pokojów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ciśnij się tak bardzo do baronowej --- rzekł do mnie, gdyśmy byli sami. ---
Po co ci? Zostaw to młodym fircykom<pe><slowo_obce>fircyk</slowo_obce> ---lekkoduch, modniś, elegant.</pe>, tak
chętnym do nadskakiwania, a na nich nie
zbywa!</akap_dialog>


<akap>Opowiedziałem dziadkowi, co zaszło
i zapytuję, czy zasługuję na jego wymówki? Nic na to nie odpowiedział, tylko:
,,hm, hm", włożył na siebie szlafrok, zapalił fajkę i usadowiwszy się wygodnie
w fotelu, najspokojniej mówił o wczorajszych wypadkach na polowaniu, żartując
sobie ze mnie, żem tyle razy spudłował.</akap>


<akap>W zamku nastała cisza: panowie i panie zajęci byli strojami. Owi muzykanci
z rzępolącymi skrzypcami, rozstrojonymi
basami i wrzaskliwymi obojami, o których
mówiła panna Adelajda, przybyli właśnie
i w nocy miał być, ni mniej, ni więcej,
tylko bal najformalniejszy. Mój staruszek
wolał spoczynek niż zabawę, pozostał
więc w swoim pokoju. Ja zaś przeciwnie,
wybrałem się na bal. Byłem właśnie już
gotów, kiedy z cicha zapukano do drzwi
i wszedł Franciszek. Oświadczył mi
z uśmiechem, że tylko co sprowadzono na
saniach klawicymbały<pe><slowo_obce>klawicymbał</slowo_obce> --- dawny instrument muzyczny, klawiszowy, strunowy, w kształcie fortepianu, w którym dźwięk wydobywał się poprzez naciśnięcie klawisza, który powodował szarpnięcie struny piórkiem.</pe> od pani rządczyni
i wniesiono do pokoju jaśnie wielmożnej
baronowej. Panna Adelajda kazała mnie
prosić, abym tam zaraz przyszedł. Można
sobie wyobrazić, jak mi pulsa<pe><slowo_obce>pulsa</slowo_obce> (daw.) --- tętno.</pe> biły, z jakim wzruszeniem otwierałem pokój,
w którym ją znalazłem. Panna Adelajda
życzliwie mnie powitała. Baronowa, zupełnie na bal ubrana, siedziała zamyślona
przed tajemniczym pudłem, w którym
drzemały tony, które ja dopiero zbudzić
miałem. Powstała, a piękność jej takim
zajaśniała blaskiem, iż długo patrzyłem
na nią, nie mogąc słowa wymówić.</akap>


<akap_dialog>--- A teraz, Teodorze (według przyjętego na północy zwyczaju, który również i na odległym południu spotykamy, nazywała każdego po imieniu), instrument już
mamy --- rzekła do mnie uprzejmie. --- Daj
Boże, aby się okazał godnym pańskiego
talentu.</akap_dialog>


<akap>Skorom tylko pokrywę otworzył, zachropotało mnóstwo strun pozrywanych,
a gdym uderzył akord, dały się słyszeć jakieś niesforne, straszliwe głosy. Struny,
które pozostały, były rozstrojone.</akap>


<akap_dialog>--- Znowu widać organista ze swymi delikatnymi rączkami --- zawołała, śmiejąc
się, panna Adelajda. Baronowa zaś rzekła
ze smutkiem:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, to prawdziwe nieszczęście! Ja
tu widać najmniejszej przyjemności znaleźć nie mogę!</akap_dialog>


<akap>Przepatrzyłem<pe><slowo_obce>przepatrzyć</slowo_obce> ---tu: przeszukać.</pe> schowanka instrumentu
i szczęśliwym trafem znalazłem kilka
zwitków strun, ale klucza nigdzie odszukać nie było można. Nowe żale! A kiedy
powiedziałem, że każdy klucz zwyczajny
może się tu przydać, byle jego ząb przystawał<pe><slowo_obce>przystawać</slowo_obce> --- tu: pasować.</pe> do kołeczków, wtedy baronowa
i panna Adelajda, ucieszone, zaczęły biegać tu i ówdzie, tak że w niedługim czasie naznosiły mi cały stos różnych stalowych kluczyków.</akap>


<akap>Teraz zabrałem się pilnie do roboty:
panna Adelajda, a nawet baronowa szczerze mi pomagały, próbując każdego klucza. Jeden z nich zaczął nieźle naciągać.
Obie głośno objawiły swą radość. Wtem
zasyczała struna i pękła, przestraszone
cofnęły się.</akap>


<akap>Baronowa swymi delikatnymi rączkami
przerzuca ostre druciane struny i podaje
mi numery, jakich potrzebuję. Gorliwie
trzyma rolki, które ja rozwijam, ale te
znów się zwijają. Baronowa się niecierpliwi, panna Adelajda się śmieje, a ja tymczasem idę za rozwijającym się kłębkiem
w kąt pokoju i wszyscy razem staramy
się całą strunę wydobyć, ale i ta, wyciągnięta, zrywa się. Na koniec, po wielu niemałych trudach, właściwe struny się dobrały i z bezładnego brzęczenia wydobywały się czyste i dźwięczne akordy.</akap>


<akap_dialog>--- Wybornie, wybornie --- zawołała baronowa, spoglądając na mnie z miłym
uśmiechem. --- Fortepian się dostraja.</akap_dialog>


<akap>Wspólne te zabiegi i trudy razem podjęte szybko rozpędziły chłodną powściągliwość, jakiej etykieta wymaga. Powzięliśmy ku sobie wzajemną ufność, która
jak iskra elektryczna wstrząsnęła mną i skruszyła ten straszny przymus, co
jak kamień ciążył mi na piersiach. Ów
szczególny patos, który zwykle ukazuje
się w podobnym do mojego zakochaniu,
zupełnie mnie opuścił, toteż gdy fortepian został jako tako nastrojony, zamiast
w fantazji wyrazić moje uczucia, jak to
sobie wprzód ułożyłem, zacząłem grać
owe miłe canzonetty<pe><slowo_obce>canzonetta</slowo_obce> --- krótka, popularna forma muzyczna z XVI i XVII w.; wywodzi się z Włoch.</pe>, które do nas z południa się dostały. A kiedym śpiewał: <slowo_obce>Senza di te... Sentimi idol mio...</slowo_obce><pe><slowo_obce> Senza di te... Sentimi idol mio...</slowo_obce> (wł.) --- bez ciebie... usłysz mnie, moja kochana.</pe> Albo też: <slowo_obce>Almen se non poss'io<pe><slowo_obce>Almen se non poss'io</slowo_obce> (wł.) --- Jeśli nie mogę, przynajmniej..., kompozycja Vincenza Belliniego do anonimowych słów.</pe></slowo_obce> i po raz setny: <slowo_obce>Morrirmi sento<pe><slowo_obce>Morrirmi sento</slowo_obce> (wł.) --- czuję, że umieramy.</pe>...</slowo_obce> a jeszcze: <slowo_obce>Adio<pe><slowo_obce>Adio</slowo_obce> (wł.) --- żegnaj.</pe>...</slowo_obce> i <slowo_obce>Oh dio<pe><slowo_obce>Oh dio</slowo_obce> (wł.) --- Och, Boże.</pe>...</slowo_obce>
<begin id="b1330249392246-1742731105"/><motyw id="m1330249392246-1742731105">Miłość</motyw>wzrok Serafiny stawał się coraz jaśniejszy. Siadła tuż przy mnie, około
fortepianu. Oddech jej dotykał mojej
twarzy. Kiedy oparła rękę na poręczy
mego krzesła, biała wstążka, która się
odczepiła od balowego stroju, spadła
na moje ramiona i poruszana tonami
muzyki i westchnieniami Serafiny przelatywała ode mnie do niej, niby wierny poseł miłości!<end id="e1330249392246-1742731105"/> Dziwna rzecz, że nie postradałem zmysłów. Gdy namyślając się nad
nową piosenką, dobierałem akordy, powstała panna Adelajda, która sobie w kącie pokoju siedziała, przybiegła do baronowej, uklękła przed nią, a ujmując obie
dwie jej ręce i przyciskając do piersi, zawołała:</akap>


<akap_dialog>--- Kochana baronowo, Serafinko droga!
Teraz ty musisz zaśpiewać.</akap_dialog>


<akap>Baronowa na to:</akap>


<akap_dialog>--- Co też ty mówisz, Adelajdo, jakże bym
śmiała występować z moim biednym głosem obok naszego wirtuoza?</akap_dialog>


<akap>Jakże cudnie wyglądała, podobna do miłego, wstydzącego się dziecka, gdy ze
wzrokiem spuszczonym, zarumieniona,
walczyła między ochotą a obawą. <begin id="b1330249605145-1544094286"/><motyw id="m1330249605145-1544094286">Śpiew</motyw>Łatwo
się domyśleć, jak ją błagałem i gdy wspomniała o ludowych piosenkach kurlandzkich, dopóty prosiłem, aż zaczęła dobierać tony na fortepianie, szukając niby
przygrywki. Chciałem jej miejsca ustąpić
przy fortepianie, ale nie pozwoliła, upewniając mnie, że ani jednego akordu wziąć
nie potrafi, dlatego też lęka się, że głos jej
bez akompaniamentu wyda się słaby i niepewny. I zaczęła miłym, wdzięcznym głosem śpiewać jakąś piosenkę, której prosta
melodia, tak właściwa owym pieśniom
ludowym, co tak z głębi serca płyną, iż
w jasnym ich blasku, który nas olśniewa,
uznać musimy wyższą poetyczną naszą naturę. Jakiś tajemniczy urok zawiera się
w prostych wyrazach, które zmieniają się
w niewysłowione hieroglify i serce nam
wypełniają.<end id="e1330249605145-1544094286"/> Któż nie przypomina sobie
owej hiszpańskiej piosenki, której treść
wyrażona w słowach jest mniej więcej taka: ,,Z moją dzieweczką płynę po morzu, a potem burza powstaje. A moja dzieweczka, przelękła, słania się to w tę, to
w ową stronę! Nie, już nie popłynę po
morzu z moją dzieweczką! Toż samo
i piosnka baronowej nie więcej mówiła:
,,Niedawno tańczyłam na weselu z moim
narzeczonym i wypadł mi kwiatek z włosów, on go podniósł, a oddając mi, powiedział: Kiedyż, o moja dziewczyno, będziem
znów na weselu?" Kiedy przy drugiej
zwrotce tej piosenki dobrałem akordy
i w zapale, który mnie ogarnął, schwyciłem z ust baronowej melodię następnej, to
wydałem się jej i pannie Adelajdzie tak
wielkim artystą, że zasypały mnie pochwałami.</akap>


<akap>Pozapalane światła w sali balowej, leżącej w bocznym pawilonie, wniknęły i do
pokoju baronowej, a wrzaskliwe odgłosy
trąb i rogów zapowiadały, że już czas
udać się na bal.</akap> 


<akap_dialog>--- Ach, muszę już tam iść --- rzekła
smutnie baronowa.</akap_dialog>


<akap>Powstałem od fortepianu.</akap>


<akap_dialog>--- Panu zawdzięczam tę przecudną godzinkę, którą zaliczę do najmilszych chwil,
jakie w K. przeżyłam. --- Mówiąc to, baronowa podała mi rękę, gdy ją w najwyższym zachwycie do ust przyciskałem, czułem, jak przyśpieszone tętna uderzały w jej
palcach. Nie wiem już potem, jak się dostałem do pokoju dziadka, a następnie poszedłem na bal.</akap_dialog>


<akap>Żył niegdyś Gaskończyk<pe><slowo_obce>Gaskończyk</slowo_obce> ---mieszkaniec lub ktoś pochodzący z Gaskonii, historycznej dzielnicy Francji.</pe>, który lękał się
walki, bo każda rana miała być dla niego
śmiertelną, gdyż cały był sercem. Do niego mogłem się i ja, i każdy w moim usposobieniu porównać, bo tu każde wzruszenie staje się śmiertelnym. Ręka baronowej,
jej pałające palce, dotknęły mnie jak zatrute strzały. Krew wrzała mi w żyłach.</akap>


<akap>Dziadek, chociaż wcale się mnie nie wypytywał, zaraz nazajutrz wystąpił z historią wieczora, który z baronową przepędziłem. Dotknęło mnie to wielce, ale
opowiadał wesoło, śmiejąc się. Nagle spoważniał i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- <begin id="b1329836538173-3506968834"/><motyw id="m1329836538173-3506968834">Miłość, Muzyka</motyw>Proszę cię, kuzynku, przestań tej niedorzeczności, która cię tak silnie opanowała. Wiedz o tym, że twoje postępowanie,
jakkolwiek zdaje się być niewinne, może mieć nieprzyjemne następstwa. Stanąłeś w niebacznym<pe><slowo_obce>niebaczny</slowo_obce> --- nieostrożny.</pe> szale na cienkim lodzie,
który załamie się pod tobą i ani się spostrzeżesz, jak wpadniesz do wody. Nie
będę cię wstrzymywał za połę, bo wiem,
że byś znów dostał zawrotu głowy i na
śmierć się rozchorował. Trochę kataru
można dostać we śnie, ale złośliwa gorączka, skoro się uczepi twego życia, to i lata przeminą, a nie przyjdziesz do siebie.
<begin id="b1329836529621-405471577"/><motyw id="m1329836529621-405471577"></motyw>Niech diabli porwą twoją muzykę, jeśli
nie potrafisz lepszego z niej zrobić użytku,
jak zamącać spokój wrażliwym i delikatnym kobietom.<end id="e1329836538173-3506968834"/><end id="e1329836529621-405471577"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ --- przerwałem dziadkowi --- nigdy mi na myśl nie przyszło zakochać
się w baronowej!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Błaźnie! --- krzyknął stary --- Gdybym się o tym dowiedział, to bym cię
oknem wyrzucił.</akap_dialog>


<akap>Baron przerwał nam nieprzyjemną rozmowę, a rozpoczęta jakaś sprawa oderwała mnie od miłosnych wrażeń, w których Serafinę tylko widziałem i o niej marzyłem. W towarzystwie kiedy niekiedy
rzuciła mi kilka uprzejmych słów, ale nie minął żaden wieczór, żeby nie przyszedł
do mnie tajemny poseł od panny Adelajdy, który mnie wzywał do Serafiny. Tak
się już potem złożyło, że rozmowa przeplatała muzykę. Panna Adelajda nie była
już zbyt młodziutka, aby się okazywać
tak naiwną i roztargnioną. Wyrywała się
zwykle z jakim wesołym konceptem wtedy właśnie, kiedyśmy się z Serafiną zagłębiali w sentymentalne przeczucia i nieokreślone marzenia. Z wielu szczegółów
mogłem poznać, że baronową trapi jakiś
wewnętrzny niepokój, który zauważyłem
w jej usposobieniu, gdy ją po raz pierwszy zobaczyłem. Teraz wpływ zamkowego
upiora nagle mi się wyjaśnił. Ileż to razy
chciałem Serafinie powiedzieć, jak mnie
przeraził niewidzialny wróg, jak go dziadek mój wypędził zapewne na zawsze, ale
krępował mnie samego jakiś przestrach,
ile razy chciałem otworzyć usta.</akap>


<akap>Pewnego dnia nie było baronowej przy
stole na obiedzie. Mówiono, że jest chora
i z pokoju wychodzić nie może. Z troskliwością pytano barona, czy choroba jest
niebezpieczna. Ten uśmiechnął się ponuro, jakby z szyderstwem, i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Nic strasznego, nabawił ją lekkiego
kataru wiatr morski, który widocznie nie
może tu znosić żadnego słodkiego głosiku,
żadnych innych tonów, prócz chrapliwego hallo myśliwskiego.</akap_dialog>


<akap>Mówiąc te słowa baron, a właśnie siedziałem naprzeciwko niego, rzucił na mnie
przeszywające spojrzenie. Do mnie więc
mówił, nie do sąsiada. Obok mnie była panna Adelajda, ta zarumieniła się cała, wlepiła oczy w talerz przed nią stojący, a bawiąc się i stukając widelcem, szepnęła mi:</akap>


<akap_dialog>--- Jeszcze dziś zobaczysz Serafinę,
jeszcze dziś słodkie twe piosenki uspokoją
chore jej serce.</akap_dialog>


<akap>Gdy Adelajda wymówiła te słowa, naraz<pe><slowo_obce>naraz</slowo_obce> (daw.) --- nagle.</pe> zdało mi się, jakobym zostawał z hrabiną w nieczystych, zakazanych stosunkach miłosnych, które strasznie może
zbrodnią skończyć się mogły. Ostrzeżenie
dziadka zaciężyło mi na sercu. Cóż teraz
miałem czynić? Nie widzieć jej więcej?
Dopóki w zamku zostawałem, było to niepodobieństwem, a gdybym chciał opuścić
zamek i wrócić do miasta --- także nie
mogłem. Ach, zbyt mocno czułem, abym
nie miał dość siły zbudzić się z marzenia, które mnie kołysało fantastycznym
szczęściem miłości. Adelajda wydała mi się jak zwyczajna stręczycielka, chciałem nią wzgardzić.... a przecież, namyśliwszy się, zawstydziłem się swojego
głupstwa. Czyliż w naszych błogosławionych godzinach wieczornych, w tych
poufnych stosunkach z Serafiną zaszło co
takiego, na co zwyczaj i przyzwoitość nie
pozwala? Jakże mogłem przypuszczać, że
baronowa żywi dla mnie jakie uczucie?
A jednak byłem przeświadczony o niebezpieczeństwie mojego położenia.</akap>


<akap>Wcześnie wstawano od stołu, gdyż jeszcze miało być polowanie na wilki, które
pokazały się tuż pod samym zamkiem.
Polowanie to przypadło mi na rękę, powiedziałem więc dziadkowi o moim zamiarze. Uśmiechnął się zadowolony
i rzekł do mnie:</akap>


<akap_dialog>--- To dobrze, że się raz rozruszasz, ja
w domu zostaję. Możesz wziąć moją fuzję. Przypasz także kordelas<pe><slowo_obce>kordelas</slowo_obce> ---broń biała, długi prosty lub zakrzywiony nóż myśliwski do skłuwania i patroszenia upolowanej zwierzyny.</pe>, w niebezpieczeństwie jest to dobra i pewna broń,
jeżeli się tylko przytomność zachowa.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1330250645135-415262345"/><motyw id="m1330250645135-415262345">Polowanie</motyw>Część lasu, w której wilki miały swoje
legowisko, otoczyli strzelcy. Było strasznie zimno, wiatr łomotał drzewami,
a śnieg bił nie żartem w oczy tak, iż przy zapadającym zmroku zaledwie na sześć
kroków przed sobą widziałem. Zziębły
porzuciłem stanowisko i schroniłem się
w głąb lasu. Wziąwszy fuzję pod pachę,
oparłem się o jakieś drzewo i zapomniałem o polowaniu. Myśl poniosła mnie do
Serafiny, do jej ustronnego pokoju.<begin id="b1330250729918-1877791902"/><motyw id="m1330250729918-1877791902">Niebezpieczeństwo</motyw> Wtem
z daleka padły strzały i w tej samej chwili
coś poruszyło się w zaroślach trzcinowych,
i na jakieś dziesięć kroków od siebie ujrzałem ogromnego wilka, który chciał koło
mnie przebiec. Zmierzyłem, wystrzeliłem... i chybiłem, byłbym więc zgubiony,
gdybym nie miał tyle przytomności, iż
wydobyłem kordelas i bestii, która mnie
rozszarpać chciała, wpakowałem go
w gardło, krew trysnęła i obryzgała mi
rękę i ramię.<end id="e1330250729918-1877791902"/> Jeden ze strzelców barona,
który stał niedaleko ode mnie, nadbiegł
przerażony. Na powtórzony sygnał myśliwski wszyscy koło nas się zebrali. Przystąpił do mnie baron.<end id="e1330250645135-415262345"/></akap>


<akap_dialog>--- Na miłość Boską, pan we krwi broczysz? Czyś raniony?</akap_dialog>


<akap>Upewniłem go, że nic mi się nie stało. Wtedy napadł na strzelca, który był
przy mnie i wyrzucał mu, że nie wystrzelił, kiedy ja chybiłem. A chociaż ten usprawiedliwiał się, że to było niemożliwe, ponieważ wilk w tej samej chwili
rzucił się na mnie, tak iż strzał mógł mnie
dosięgnąć, baron przecież przy swoim
obstawał utrzymując, że powinien był
czuwać nade mną, jako nad mniej doświadczonym myśliwym. Tymczasem
strzelcy podnieśli wilka. Był to ogromny
zwierz, jakiego od dawna nie widziano.
Dziwili się wszyscy mojej odwadze i stanowczości, chociaż mój postępek wydał
mi się bardzo naturalny, bo nie pomyślałem nawet o niebezpieczeństwie, na jakie
się narażam. Szczególniej baron okazywał
mi swoje współczucie, nie przestał mnie
wypytywać, czy wilk mnie nie skaleczył
i czy nie lękam się złych skutków z przestrachu?</akap>


<akap>Powrócono do zamku, baron wziął mnie
pod rękę jak najlepszego swego przyjaciela, strzelbę poniósł strzelec. Mówił wciąż
o moim bohaterskim czynie, tak że w końcu ja sam uwierzyłem w swoje bohaterstwo. Pozbyłem się nieśmiałości i uczułem, że stanąłem na równi z baronem, jako
człowiek odważny i przytomny. Student
szczęśliwie złożył egzamin. Nie było już
studenta. Wszelkie nieprzyjemności nowicjuszowstwa zniknęły. Zdało mi się, że
nabyłem prawa starać się o względy baronowej. Któż nie wie, do jak niestatecznych
marzeń zdolna jest fantazja zakochanego
młodzieńca? Na zamku, przed kominem,
przy dymiącej wazie ponczu, zastałem bohatera dnia tego, gdyż oprócz mnie tylko
baron jeden powalił ogromnego wilka,
inni zaś, zwalając swoje pudła na niepogodę i ciemność, poprzestali na opowiedzeniu strasznych historii o doświadczonym niegdyś na polowaniu szczęściu lub
przebytych niebezpieczeństwach. Spodziewałem się, że dziadek mnie pochwali
i podziwiać będzie. W tej nadziei opowiedziałem mu cały wypadek dosyć szeroko,
nie zapomniawszy jaskrawymi odmalować barwami krwiożerczego spojrzenia
dzikiej bestii. Staruszek tymczasem roześmiał mi się w nos i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Bóg potężny czuwa nad słabymi.</akap_dialog>
<akap>Znużony piciem i towarzystwem, gdy
sunąłem przez korytarz do sali sądowej,
ujrzałem przed sobą jakąś postać, która
przemknęła ze światłem w ręku. Wszedłszy do sali, poznałem, że to była panna
Adelajda.</akap>


<akap_dialog>--- A to jak duch jaki lub upiór trzeba się włóczyć, aby cię odszukać, mój panie,
pogromco wilków.</akap_dialog>


<akap>Słowa duch --- upiór, wymówione w tych
miejscach, niemiłe uczyniły na mnie wrażenie. Naraz stanęły mi przytomnie
w umyśle owe straszliwe zjawiska nocne. Wówczas dął wiatr morski w potężne
organy, szyby w oknach przeraźliwie
brzęczały, księżyc rzucał bladawe światło
na ową tajemniczą ścianę, na której dało
się słyszeć drapanie. Zdało mi się, że dostrzegam na niej krwawe ślady. Panna
Adelajda, która mnie ciągle za rękę trzymała, musiała poczuć te zimne dreszcze,
które mnie przejmowały, bo zawołała z cicha:</akap>


<akap_dialog>--- Co panu jest? Kostniejesz cały. Potrafię cię ożywić. A wiesz pan, że baronowa
wcale się nie spodziewa ujrzeć pana? Nie
chce dać wiary, że w istocie wilk pana nie
rozszarpał. Dręczy się okropnie. Ach, mój
przyjacielu, cóż żeś to z Serafinki uczynił?
Jeszcze jej nigdy w podobnym usposobieniu nie widziałam. A... jak teraz szybko
puls bije! Otóż zmarły jegomość nagle
zmartwychwstał. No chodźże pan, tylko
po cichu...</akap_dialog>


<akap>I milcząc, dałem się prowadzić. Sposób, w jaki mówiła Adelajda o baronowej,
zdał mi się niegodnym, a szczególnie
wzmianka o naszym porozumieniu się.
Kiedy wszedłem z Adelajdą do pokoju, ciche: ,,ach" wyrwało się Serafinie. Postąpiła ku mnie trzy czy cztery kroki, potem
jakby opamiętawszy się, stanęła na środku pokoju. Odważyłem się ująć jej rękę
i do ust przycisnąć. Baronowa nie cofając
ręki, mówiła:</akap>


<akap_dialog>--- Mój Boże, czy to pańskie powołanie
mierzyć się z wilkami? Czy pan nie wiesz
o tym, że bajeczne czasy Orfeuszów<pe><slowo_obce>Orfeusz</slowo_obce> (mit. gr.)---tracki śpiewak i poeta. Według legendy jego muzyka potrafiła skłonić do słuchania nawet dzikie zwierzęta.</pe>, Amfionów<pe><slowo_obce>Amfion</slowo_obce> (mit. gr.) --- syn Zeusa i królewny tebańskiej Antiope, król Teb, muzyk i poeta.</pe> już dawno minęły? Dzikie bestie
nie znają dziś najmniejszego uszanowania
dla najznakomitszego artysty!</akap_dialog>


<akap>Ten piękny zwrot, którym baronowa
pokryła żywe współczucie dla mnie i opaczne jego tłumaczenie, przywrócił mi
przytomność umysłu, zapanowałem nad
sobą. Sam już nie wiem, jak się to stało,
że nie usiadłem, jak zwykle, przy fortepianie, ale zająłem miejsce na kanapie obok
baronowej. Słowami: ,,I jakże się pan wydobył z niebezpieczeństwa?" --- zawiązała
się jakby umowa, że na dziś nie muzyką,
ale rozmową się zajmiemy. Gdy opowiedziałem mój wypadek w lesie i wspomniałem o serdecznej dla mnie życzliwości barona, jakiej się po nim nie spodziewałem,
baronowa odrzekła miękkim, prawie smutnym głosem:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1330251283846-3461406425"/><motyw id="m1330251283846-3461406425">Przeczucie</motyw>--- Jakkolwiek wydaje się on panu porywczym i szorstkim, wierzaj mi pan, że
takim w istocie nie jest. Zmienia swój charakter, a przynajmniej sposób postępowania, skoro tylko przybędzie w te posępne
mury... Najwięcej go rozstraja myśl
ciągle prześladująca, że tu stanie się
coś strasznego, jakieś wielkie nieszczęście. Dlatego pański wypadek na polowaniu, który, dzięki Bogu, żadnych złych nie
pociągnął skutków, silnie go wstrząsnąć
musiał.<end id="e1330251283846-3461406425"/> Na najmniejsze niebezpieczeństwo
nie chce narazić najlichszego sługi swego,
a cóż dopiero miłego, niedawno pozyskanego przyjaciela.<begin id="b1330251316702-1855166054"/><motyw id="m1330251316702-1855166054">Polowanie, Hańba</motyw> Jestem też pewna, że
Gotlib, któremu przypisuje winę pańskiego przypadku, ukarany będzie jeśli nie
więzieniem, to wstydem, gdyż bez fuzji,
a tylko z pałką będzie mu wolno przyłączyć się do orszaku myśliwych. <end id="e1330251316702-1855166054"/>Już to, że
podobne polowania nigdy bez wypadku
obejść się nie mogą, już to, że sam baron,
chociaż się lęka jakiego nieszczęścia, ciągle kusi jednak złego ducha, rozkosz w tym znajdując. Dość, że to wszystko
sprawia pewien przewrót w jego życiu,
który i na mnie przykro oddziaływa. Opowiadają dziwne rzeczy o przodku barona,
który majorat ustanowił, a wiem dobrze,
że jakaś tajemnica rodzinna w tych murach się ukrywa, jakaś straszna przeszkoda wypędza stąd właścicieli, dozwalając
im tu przebywać przez krótki zaledwie
czas i to wśród dzikiej, głośnej wrzawy.
Ale ja jakże samotna jestem wśród tych
hałasów! Posępność wiejąca tu ze wszystkich ścian przenika mnie do głębi duszy.
Pan, drogi przyjacielu, swoim talentem
dał mi pierwsze pogodne chwile, jakich tu
zaznałam. Jakżem ci za to serdecznie
wdzięczna!</akap_dialog>


<akap>Ucałowałem podaną mi rękę i powiedziałem, że i ja pierwszego dnia, albo raczej pierwszej nocy, doświadczyłem
w tych murach przykrego, prawie strasznego wzruszenia. Baronowa nie spuszczała ze mnie oka, gdy wstrząśnięcie
całego zamku, a szczególnie rujnacji
w sali sądowej przypisywałem ciągle wiejącym wiatrom morskim. Być może, iż
w moim głosie było coś takiego, co kazało
się domyślać czegoś więcej, niż powiedziałem --- dość, że kiedym umilkł, baronowa
pośpiesznie zawołała:</akap>


<akap_dialog>--- Nie, nie! Musiało się panu wydarzyć
coś innego jeszcze w tej sali, do której nigdy bez pewnej trwogi nie wchodzę. Zaklinam pana, powiedz mi wszystko.</akap_dialog>


<akap>Z bladej twarzy Serafiny, podobniejszej
do martwej niż żywej, zmiarkowałem, że
lepiej będzie opowiedzieć jej dokładnie całe wydarzenie, aniżeli dozwolić wzburzonej wyobraźni przedstawić ową przeszkodę, z nieznanych mi powodów daleko straszniejszą niż w istocie. Słuchała mnie uważnie i przerażenie jej zwiększało się coraz
bardziej. A kiedy mówiłem o owym drapaniu się po ścianie, wykrzyknęła:</akap>


<akap_dialog>--- Ależ to okropne! Tak, w tym murze
ukrywa się jakaś straszna tajemnica.</akap_dialog>


<akap>Gdy potem opisałem, jak dziadek siłą
swego ducha pokonał moc nieczystą, odetchnęła głęboko, jakby wielki ciężar spadł
jej z piersi. Nachyliła się i w dłoniach
ukryła twarz swoją. Teraz dopiero spostrzegłem, że Adelajda wyszła i nas samych zostawiła. Dawno skończyłem opowiadanie, a Serafina wciąż milczała. <begin id="b1330251453255-970452984"/><motyw id="m1330251453255-970452984">Pocałunek</motyw>Wstałem więc po cichu, usiadłem przy fortepianie i dźwięcznymi akordami usiłowałem wywołać weselsze myśli, które by ją wywiodły z ciemnych otchłani, w jakie ją pogrążyły moje słowa. Zanuciłem potem,
jak mogłem najrzewniej śliczną canzonę<pe><slowo_obce>canzona</slowo_obce> (wł.) --- pieśń liryczna, zwł. włoska.</pe>
opata Stefaniego. Owe pełne tęsknoty słowa: <slowo_obce>Occhi perche piangete<pe><slowo_obce>Occhi perche piangete</slowo_obce> (wł.) --- oczy, dlaczego płaczecie?</pe></slowo_obce> zbudziły Serafinę ze smutnej zadumy. Zaczęła mnie
słuchać z miłym uśmiechem, chociaż łzy
w oczach miała. A potem... jak to się stało --- nie pamiętam, padłem przed nią na kolana, ona się do mnie skłoniła, objąłem ją
w ramiona i długi, gorący pocałunek spłonął na moich ustach... Jak to się stało, że
zmysłów nie postradałem, gdym uczuł,
gdy mnie lekko do siebie przycisnęła? Nie
wiem, jak wypuściłem ją z moich objęć
i szybko powstawszy, wróciłem do fortepianu.<end id="e1330251453255-970452984"/> Odwróciła głowę ode mnie
i kilka kroków postąpiła do okna, nagle
przybrawszy postawę dumną, jakiej
wprzód nigdy u niej nie widziałem, zbliżyła się do mnie, a przenikająco spojrzawszy
mi w oczy, rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Dziadek pański jest bardzo zacny
starzec, prawdziwy to anioł naszej rodziny. Oby zechciał nie zapominać o mnie
w swej pobożnej modlitwie.</akap_dialog>


<akap>Nie byłem zdolny wyrzec ani jednego słowa. Zgubna trucizna, którą wyssałem
z owych pocałunków, budziła się i wrzała
we wszystkich tętnach, we wszystkich moich nerwach. Panna Adelajda weszła.
Wściekłość wewnętrznej walki spłynęła
we łzach gorących, których powstrzymać
nie byłem w stanie. Adelajda zdziwiona
spojrzała na mnie i uśmiechnęła się dwuznacznie. Byłbym ją udusił ze złości. Baronowa podała mi rękę i rzekła z nieopisaną dobrocią:</akap>


<akap_dialog>--- Żegnam cię, drogi przyjacielu. Pamiętaj pan, że nikt lepiej nie rozumiał pańskiej muzyki ode mnie.</akap_dialog>


<akap>Ach, te słowa będą długo, długo dźwięczały w mej duszy.</akap>


<akap>Wyjąkałem kilka, bez związku, niedorzecznych wyrazów i pobiegłem do mieszkania. Dziadek już spoczywał. Zatrzymałem się w sali, padłem na kolana i głośno płakać zacząłem, wzywając imienia
ukochanej, jednym słowem, oddałem się
wszystkim niedorzecznościom miłosnego
szału. Dopiero wezwanie dziadka, który
się zbudził, opamiętało mnie.</akap>


<akap_dialog>--- Kuzynku, ja myślę, żeś albo zwariował, albo znów potykasz się z wilkiem.
Ruszaj mi zaraz do łóżka, jeżeliś łaskaw!</akap_dialog> 


<akap>Wezwanie to poskutkowało. Udałem się
na spoczynek, postanowiwszy sobie marzyć o Serafinie.</akap>


<akap>Mogło już być około północy, a jeszcze
nie spałem. Zdało mi się, że słyszę oddalone głosy, jakieś przebieganie tam
i na powrót, otwieranie i zamykanie drzwi.
Zacząłem nadstawiać ucha i usłyszałem
przez korytarz zbliżające się kroki. Drzwi
od sali otworzyły się i zapukano do naszego pokoju.</akap>


<akap_dialog>--- Kto tam? --- zawołałem głośno.
Z zewnątrz dało się słyszeć:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie justycjariuszu, panie justycjariuszu, obudź się pan.</akap_dialog>


<akap>Poznałem głos Franciszka i gdy zapytałem, czy się pali --- już dziadek obudził się i zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie się pali? Czy piekielne sztuczki już się rozpoczynają?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, wstań pan, panie justycjariuszu --- mówił Franciszek --- pan baron
prosi pana do siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1330251504263-2544646739"/><motyw id="m1330251504263-2544646739">Prawnik</motyw>--- Czego pan baron chce ode mnie
w nocy? --- pytał dziadek dalej --- Czy pan
baron nie wie, że justycjariat wraz z justycjariuszem śpią w łóżku?<end id="e1330251504263-2544646739"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach --- przerwał Franciszek smutnie. --- Jaśnie pani baronowa umiera.
Zerwałem się z łóżka z przerażającym
krzykiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Otwórz drzwi Franciszkowi --- zawołał na mnie dziadek.</akap_dialog>


<akap>Bezprzytomny słaniałem się po pokoju,
nie mogąc ani drzwi, ani zamku znaleść.
Dziadek musiał mi pomóc. Wszedł Franciszek blady i pomieszany i zapalił świece. Zaledwieśmy się trochę przyodzieli,
usłyszeliśmy samego barona odzywającego się z sali.</akap>


<akap_dialog>--- Czy mogę z tobą pomówić, kochany
panie V...?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po coś ty się ubrał kuzynie, wszak
baron mnie tylko potrzebuje --- pytał mnie
dziadek, domyślając się mojego zamiaru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdę tam, muszę ją zobaczyć, a potem umrę! --- rzekłem głucho, zgnębiony
straszną boleścią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... to tak... masz słuszność, kuzynku.
Powiedziawszy te słowa, stary trzasnął
mi drzwiami przed nosem, że aż ściany
zadrżały i na klucz je zamknął.</akap_dialog>


<akap>W pierwszej chwili, oburzony tym gwałtem, chciałem drzwi wysadzić, ale pomyślawszy, jak fatalne mogłoby to pociągnąć za sobą skutki, postanowiłem czekać na dziadka i wtedy, bądź co bądź,
wydobyć się spod jego przemocy. Każda
chwila stawała się dla mnie śmiertelna.
Wreszcie usłyszałem, jak po barona przyszedł posługacz i ten natychmiast udał się
za nim. Dziadek wrócił do pokoju.</akap>


<akap_dialog>--- Ona umiera --- zawołałem, biegnąc
naprzeciwko niego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tyś zwariował --- odparł spokojnie. Schwycił mnie i posadził na krześle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja pójdę tam --- krzyczałem. --- Muszę ją zobaczyć, choćby mnie to życie kosztować miało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zrób to, kochany kuzynku. --- rzekł
dziadek, zamykając drzwi na klucz i chowając go do kieszeni.</akap_dialog>


<akap>Wtedy ogarnęła mnie wściekłość, porwałem za broń nabitą i zawołałem:</akap>


<akap_dialog>--- W twoich oczach, dziadku, w łeb sobie wypalę, jeśli mi zaraz drzwi nie otworzysz.</akap_dialog>


<akap>Dziadek stanął tuż przy mnie i rzekł,
patrząc mi w oczy, jakby mnie chciał
przeniknąć swym wzrokiem:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1329995334940-2974099558"/><motyw id="m1329995334940-2974099558">Samobójstwo</motyw>--- Czy ty myślisz, chłopcze, że mnie zastraszysz swoją nędzną pogróżką? Czy
ty myślisz, że twoje życie wiele znaczy
u mnie, kiedy je pragniesz dla dziecinnego głupstwa porzucić jak nieużyteczną zabawkę?<end id="e1329995334940-2974099558"/> Co ty możesz mieć do czynienia
z żoną barona? Kto ci dał prawo, abyś jak
fircyk jaki wciskał się tam, gdzie nie powinieneś i gdzie nic sobie z ciebie nie robią? <begin id="b1330251560642-1154160813"/><motyw id="m1330251560642-1154160813">Kochanek romantyczny</motyw>Czy chcesz odgrywać rolę zakochanego pasterza w uroczystej chwili śmierci?<end id="e1330251560642-1154160813"/></akap_dialog>


<akap>Zgnębiony padłem na krzesło. Po niejakiej chwili mówił dalej dziadek, już nieco
łagodniejszym głosem:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1330251584168-2069128686"/><motyw id="m1330251584168-2069128686">Choroba</motyw>--- A przy tym dowiedz się, że prawdopodobnie baronowej żadne nie grozi niebezpieczeństwo, tylko panna Adelajda
wszystko przesadza. Jeśli jej kropelka
wody na nos spadnie, to zaraz użala się
na straszną niepogodę. Na dobitkę wrzawa ta, jakby wśród pożaru, doszła uszu
starych ciotek. Te z płaczem przybiegły,
opatrzone całym arsenałem rzeźwiących
kropli, eliksirów długiego życia i Bóg wie
czego. A tu zwykły napad mdłości...<end id="e1330251584168-2069128686"/></akap_dialog>


<akap>Dziadek zatrzymał się. Widział jak walczyłem ze sobą. Przeszedł się kilka razy po
pokoju, stanął znów przede mną, roześmiał się serdecznie i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Kuzynku, kuzynku, cóż ty za głupstwa wyprawiasz? No --- to widać nic
innego, tylko diabeł w różny sposób swoje sztuczki płata. Samochcąc wpadłeś mu
w pazury, teraz harce z tobą wyprawia.</akap_dialog>


<akap>Znów przeszedł kilka kroków i mówił
dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Sen już przepadł, cóż robić? Może by
nieźle było wypalić fajkę i tak spędzić parę
godzin, nim zadnieje.</akap_dialog>


<akap>Powiedziawszy to, zdjął ogromną fajkę
ze ściennej szafy, nałożył ją z wolna, nucąc sobie po cichu jakąś piosenkę, potem
wyszukał między papierami ćwiartkę papieru, rozdarł ją, zrobił fidibus<pe><slowo_obce>fidibus</slowo_obce> --- złożony kawałek papieru, niekiedy nawoskowany, służący do zapalania fajki.</pe> i zapalił.
Wypuszczając gęste kłęby dymu, rzekł
od niechcenia:</akap>


<akap_dialog>--- No, kuzynku, jakże to było z tymi
wilkami?</akap_dialog>


<akap>Nie umiem wypowiedzieć, jak ta jego
spokojność w dziwny sposób oddziałała
na mnie. Zdało mi się, jakbym wcale nie
był w K. Baronowa była ode mnie tak daleko, że ledwie myśl skrzydlata mogła za
nią pogonić. Ostatnie przecież słowa rozdrażniły mnie wielce:</akap>


<akap_dialog>--- Czyliż i moja przygoda na polowaniu jest tak zabawna, iż zasługuje na szyderskie żarciki?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1330251629457-1425927926"/><motyw id="m1330251629457-1425927926">Pycha, Pojedynek</motyw>--- Ależ bynajmniej, panie kuzynku --- odrzekł dziadek. --- Tylko nie uwierzysz,
jak to komicznie wygląda, gdy taki młokos, jak ty, śmiesznie się nadyma, iż Bóg
dobrotliwy w szczególniejszej swej łasce
wydobył go z nieszczęśliwego wypadku.
Miałem towarzysza na uniwersytecie. Był to człowiek łagodny i rozsądny. Otóż
przypadkiem zaplątał się w jakąś sprawę honorową i chociaż go wszyscy bursze<pe><slowo_obce>bursz</slowo_obce> (z niem.) --- członek korporacji studenckiej.</pe> mieli za wielkiego tchórza, postąpił
sobie z taką stanowczością i odwagą, iż
powszechne wzbudził uwielbienie. Ale od
tego czasu zupełnie się odmienił. Z pilnego i spokojnego młodzieńca stał się przechwalcą i nieznośnym zawadiaką. Bawił się, hulał i bił o lada drobnostkę, aż
wreszcie senior jednego ze stowarzyszeń
uniwersyteckich, które publicznie obraził,
wyzwał go na pojedynek i zabił. <end id="e1330251629457-1425927926"/>Opowiadam ci to kuzynku, ot tak sobie. Możesz
myśleć, co ci się podoba. Wracając znów
do choroby baronowej...</akap_dialog>


<akap>W tej chwili dało się słyszeć ciche stąpanie po sali i zdało mi się, że żałosne
westchnienie rozeszło się w powietrzu.</akap>


<akap_dialog>--- Ona tam jest!</akap_dialog>


<akap>Jakaś myśl straszliwa błysnęła mi
w głowie.</akap>


<akap>Dziadek nagle powstał i zawołał głośno:</akap>


<akap_dialog>--- Franciszku, czy to ty jesteś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, łaskawy panie justycjariuszu
--- odpowiedział stary za drzwiami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Franciszku --- mówił dalej dziadek --- zapalcie trochę ognia na kominie i jeśli
można, przygotujcie parę filiżanek dobrej
herbaty. Diabelnie zimno --- zwrócił do
mnie mowę --- a przy kominku wybornie
możemy sobie pogawędzić.</akap_dialog>


<akap>Dziadek drzwi otworzył, poszedłem za
nim machinalnie.</akap>


<akap_dialog>--- Co tam się dzieje na dole? --- zapytał znowu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E --- odpowiedział Franciszek --- nic
ważnego nie było, jaśnie pani baronowa
znów jest zdrowiuteńka. Miała jakiś sen
nieprzyjemny, od którego dostała lekkiego napadu mdłości.</akap_dialog>


<akap>Byłbym wykrzyknął z radości, gdyby
mnie nie powstrzymał surowy wzrok
dziadka.</akap>


<akap_dialog>--- Tak --- mówił stary dalej --- w gruncie rzeczy byłoby lepiej, gdybyśmy jeszcze parę godzinek przespali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bądźcie tylko tak dobrzy Franciszku, nie zapomnijcie o herbacie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Rozkaz pański, panie justycjariuszu, będzie spełniony --- odpowiedział
Franciszek i wyszedł z sali, życząc nam
dobrej nocy, chociaż koguty już piały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Posłuchaj no, kuzynku --- rzekł dziadek, wytrząsając fajkę w kominie --- jakie to szczęście, żeś się tak pięknie wywinął i z wilkami, i z fuzjami nabitymi.</akap_dialog>


<akap>Teraz wszystko dobrze zrozumiałem
i zawstydziłem się, że dałem dziadkowi
powód do postąpienia ze mną jak z niesfornym dzieciakiem.</akap>


<akap_dialog>--- Bądź tak dobry, kuzynku --- mówił
do mnie nazajutrz --- zejdź na dół i dowiedz się, jak się miewa baronowa. Zapytaj się tylko panny Adelajdy, a złoży
ci pewno biuletyn dokładny.</akap_dialog>


<akap>Łatwo się można domyśleć, z jakim pośpiechem wybiegłem. W chwili jednak,
gdy miałem zapukać do przedpokoju baronowej, nagle spotkałem się oko w oko
z baronem. Stanął zdziwiony, mierząc
mnie przeszywającym wzrokiem.</akap>


<akap_dialog>--- Czego pan tu chcesz? --- zapytał porywczo.</akap_dialog>


<akap>Chociaż mi serce silnie uderzyło w piersi, odpowiedziałem jednak spokojnie:</akap>


<akap_dialog>--- Na zlecenie dziadka przyszedłem dowiedzieć się o zdrowie jaśnie pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie było żadnego niebezpieczeństwa. Zwykły atak nerwowy. Teraz śpi lekko
i jestem pewny, że zdrowa i rzeźwa zasiądzie z nami do stołu. Powiedz pan to
dziadkowi, powiedz.</akap_dialog>


<akap>Baron mówił te słowa z pewnym namiętnym pośpiechem, co zdawało mi się
wskazywać, że troskliwszym jest o zdrowie żony, niż by to chciał okazać. Chciałem już odejść, gdy nagle baron schwycił mnie za rękę i rzekł, patrząc na mnie
płomienistym wzrokiem:</akap>


<akap_dialog>--- Mam z tobą do pomówienia, młodzieńcze.</akap_dialog>


<akap>Czyż nie widziałem przed sobą ciężko
obrażonego małżonka? Nie należałoż mi lękać się jakiej sceny, która by z ujmą mego honoru skończyć się mogła? Byłem
bezbronny, ale w tejże chwili przypomniałem sobie o składanym myśliwskim nożu, który mi dziadek dopiero w K. podarował. Miałem go właśnie przy sobie.</akap>


<akap>Poszedłem więc za szybko postępującym przede mną baronem, z tym silnym
postanowieniem, że wcale życia jego nie będę oszczędzał, jeśliby miał w ubliżający sposób ze mną postępować.</akap>


<akap>Weszliśmy do pokoju. Baron drzwi za
sobą zamknął. Teraz zaczął żywo się przechadzać, założywszy ręce. Potem stanął
przede mną i znów powtórzył:</akap>


<akap_dialog>--- Chciałem z tobą pomówić, młodzieńcze!</akap_dialog>


<akap>Jakaś szalona śmiałość wstąpiła we
mnie, odpowiedziałem więc wyniosłym
tonem:</akap>


<akap_dialog>--- Spodziewam się, że to będą słowa,
których bez obrazy słuchać mogę.</akap_dialog>


<akap>Baron spojrzał na mnie zdziwiony, jakby mnie nie rozumiał. Ponury wzrok wlepił w ziemię, a założywszy z tyłu ręce,
znów zaczął przechadzać się po pokoju.</akap>


<akap><begin id="b1330251715442-1690001195"/><motyw id="m1330251715442-1690001195">Broń</motyw>Wziął strzelbę, podniósł i włożył w nią
stempel, jakby się chciał przekonać, czy
jest nabita. Krew mi w żyłach zakipiała,
ścisnąłem nóż i zbliżyłem się tuż do barona, aby mu przeszkodzić, jeśli by chciał
do mnie mierzyć.</akap>


<akap_dialog>--- Śliczna broń --- rzekł baron, stawiając fuzję w kącie.<end id="e1330251715442-1690001195"/></akap_dialog>


<akap>Odstąpiłem parę kroków. Baron poszedł
za mną, a trącając mnie w ramię silniej
niż to jest zwyczajem, rzekł:</akap> 


<akap_dialog>--- Muszę ci się wydawać wzburzonym
i pomieszanym, panie Teodorze? Tak jest
w istocie, od tysiącznych niepokojów na
czuwaniu spędzonej nocy. Napad nerwowy mojej żony nie miał w sobie nic niebezpiecznego, widzę to dziś dobrze, ale
wczoraj... tu, w tym zamku, w którym jakiś ciemny duch jest zaklęty, lękałem się
jakiego strasznego wypadku, a zresztą po
raz pierwszy w tym zamku zachorowała.
I... pan jesteś temu jedynie winien.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak się to stać mogło? Nie domyślam
się --- odrzekłem spokojnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O --- mówił baron dalej --- oby to przeklęte pudło rządczyni połamało się na tysiączne kawałki, żebyś był pan... ale nie,
nie... Tak powinno było, tak musiało się
stać, ja sam wszystkiemu jestem winien.
Do mnie należało wtenczas, kiedyś pan
zaczął grywać w pokoju mej żony, ostrzec
pana o całym stanie rzeczy, o usposobieniu jej umysłu...</akap_dialog>


<akap>Zrobiłem minę, jakbym chciał odpowiedzieć:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1330260643486-2802002870"/><motyw id="m1330260643486-2802002870">Muzyka, Choroba</motyw>--- Pozwól mi pan mówić --- zawołał
baron. --- Muszę się naprzód ubezpieczyć
przed pośpiesznym pańskim wyrokiem.
Będziesz mnie uważał za człowieka dzikiego, nienawidzącego sztuk pięknych.
I omylisz się, gdyż tylko wzgląd oparty
na głębokim przeświadczeniu zmusza
mnie do wzbronienia tu, o ile można, przystępu wszelkiej muzyce, co każdy umysł,
a zatem i mój, pociąga i wzrusza. Dowiedz
się pan, że moja żona choruje właśnie ze
zbytniego wzruszenia, które w końcu
wszystkie rozkosze życia zatruć może.
W tych murach przebywając, zostaje ona
ciągle w jakimś podnieconym, rozdrażnionym usposobieniu, które zwykle szybko przemija, albo też niekiedy jest poprzednikiem większej choroby. Zapytasz
mnie pan, i nie bez pewnej słuszności, dlaczego tak delikatną kobietę narażam na
mieszkanie w tym ponurym miejscu,
wśród dzikiej, myśliwskiej wrzawy? Nazwij to pan słabością, jeśli ci się podoba,
ale wyznaję, że niepodobna mi jej samej
zostawić. Wśród ciągłych obaw, nie byłbym zdolny przedsięwziąć nic ważniejszego, ponieważ straszliwe obrazy różnego rodzaju przypuszczeń prześladowały
mnie zarówno w lesie, jak w sali sądowej... Nadto byłem zdania, że dla słabej
kobiety takie jak tu pożycie posłuży właśnie jak wzmacniająca kąpiel żelazna. W samej rzeczy wiatr morski, który po
swojemu tęgo dzwoni po sosnowym lesie,
stłumione warczenia brytanów, śmiałe
i trzeźwe odgłosy rogów myśliwskich, powinny tu mieć pierwszeństwo nad roztkliwiającymi trelami fortepianu, którego żaden mąż nie powinien dotykać, ale pan
się uwziąłeś, aby moją żonę systematycznie na śmierć zamęczyć.<end id="e1330260643486-2802002870"/></akap_dialog>


<akap>Baron wymówił to z pewnym naciskiem, rzucając dzikie spojrzenie. Krew biła mi do głowy, wyciągnęłem ku niemu
rękę, chciałem się usprawiedliwić, ale
nie dał przyjść do słowa.</akap>


<akap_dialog>--- Wiem, co pan chcesz powiedzieć --- mówił znów dalej. --- Wiem, a jednak powtarzam,
żeś pan o mało co mojej żony o śmierć
nie przyprawił. Bynajmniej panu z tego
nie robię wyrzutu, ale pojmujesz dobrze,
że muszę temu zaradzić. Jednym słowem,
doprowadzasz mi pan żonę do egzaltacji
swoją grą i śpiewem, a w dodatku, gdy
ona się unosi po bezdennym morzu sennych widziadeł, które jak złośliwy czarnoksiężnik wywołujesz swą muzyką, strącasz ją potem w przepaść, opowiadając
o straszliwym duchu, który miał cię nagabywać w sali sądowej. Pański dziadek wszystko mi powiedział, ale powtórz mi
pan, proszę, coś widział albo nie widział,
coś słyszał, czuł, czegoś się domyślał.</akap_dialog>


<akap>Zebrałem myśli i opowiedziałem spokojnie, co zaszło od samego początku do
końca. Baron rzucał tylko od czasu do
czasu jakie słowo, wyrażając swe zdziwienie.
Kiedy doszedłem do tego, że dziadek
z pobożną odwagą stawił czoło nieczystej
sile i odpędził ją potężnymi słowami, baron złożył ręce i wznosząc je do nieba,
zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- To opiekuńczy anioł rodziny! Oby
w grobie przodków naszych spoczęły jego śmiertelne zwłoki!</akap_dialog> <akap_dialog>
Skończyłem.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Danielu! Danielu, co tu robisz o tej
godzinie? --- szeptał baron do siebie, przechadzając się po pokoju z założonymi rękami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więcej pan baron nie ma nic do rozkazania? --- zapytałem głośno, chcąc się
oddalić.</akap_dialog>


<akap>Baron ocknął się, jak z głębokiego snu,
ujął życzliwie moją rękę i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Kochany przyjacielu, musisz uratować mi żonę, której mimowolnie tak złą uczyniłeś przysługę. Pan tylko sam możesz to uczynić.</akap_dialog>


<akap>Poczułem, że się rumienię, i gdybym
miał zwierciadło przed sobą, to pewno bym
ujrzał twarz bardzo głupio zakłopotaną.
Baron zdawał się cieszyć moim pomieszaniem i długo nie spuszczał ze mnie
oka, uśmiechając się szyderczo.</akap>


<akap_dialog>--- Jakże mam się wziąć do tego? --- wybełkotałem wreszcie z wielką trudnością.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ --- przerwał mi baron --- nie
masz pan tak bardzo niebezpiecznego pacjenta. Teraz ja pragnę korzystać z pańskiego talentu. Ponieważ baronowa raz
została wciągnięta w zaczarowane koło
pańskiej muzyki, więc byłoby nierozsądkiem, a nawet okrucieństwem nagle wyrywać ją z niego. <begin id="b1330260855208-105037573"/><motyw id="m1330260855208-105037573">Duch, Strach</motyw>W wieczornych godzinach będziesz pan zawsze z przyjemnością witany w pokojach mojej żony, tylko
bądź łaskaw stopniowo przechodzić do
coraz silniejszej muzyki, łącząc rzeczy
wesołe z poważnymi, a przy tym i nade wszystko powtarzaj jej pan często opowiadanie o straszącej <wyroznienie>przeszkodzie</wyroznienie>. Baronowa przyzwyczai się do tego, zapomni, że owa przeszkoda w zamku się znajduje i cała ta historia nie większe na niej czynić będzie wrażenie, jak każda inna
cudowna bajeczka, którą by znalazła
w jakim romansie lub zajmującej książce
o duchach. <end id="e1330260855208-105037573"/>Uczyń to, kochany przyjacielu.</akap_dialog>


<akap>Powiedziawszy to, baron pożegnał mnie.
Byłem zgnębiony, upokorzony w głębi
swej duszy, uważano mnie tu jako
nic nieznaczącego, głupiego chłopca.
I ja, szalony, mniemałem, że zazdrość
jego piersi rozdziera, a on sam wyprawia mnie do Serafiny, widząc we
mnie posłuszne swej woli, bezmyślne narzędzie, którego używa lub które odrzuca
według upodobania. Przed kilku minutami lękałem się barona, poczuwając się
w głębi serca do winy, ale ta wina dawała mi poczuć życie wyższe, wspanialsze, do którego się piąłem. Teraz wszystko czarna noc pochłonęła i widziałem
tylko chłopca, który w dziecinnej przewrotności kładł sobie na rozpaloną głowę
papierową koronę, uważając ją za prawdziwą, złotą. Pośpieszyłem do dziadka,
który już czekał na mnie.</akap>


<akap_dialog>--- A cóż to kuzynku, gdzie tak długo
bawiłeś? --- zawołał na mnie z daleka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozmawiałem z baronem --- odpowiedziałem szybko i cicho, nie śmiejąc
spojrzeć dziadkowi w oczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, do stu katów! --- rzekł dziadek,
niby zdziwiony --- Tego się nie spodziewałem. Zapewne baron wyzwał cię na
pojedynek?</akap_dialog>


<akap>Z głośnego śmiechu dziadka poznałem,
że i tym razem, jak zwykle, do gruntu
mnie przeniknął. Zaciąłem zęby, nie odpowiedziałem ani słówka, nie chcąc narażać się na uszczypliwe docinki, które już
igrały na ustach dziadka.</akap>


<akap>Baronowa ukazała się przy stole w ślicznym, białym ubraniu, świeżością swoją
przewyższającym śnieg padający. Wyglądała blada i znużona. Gdy jednak mówiąc swym cichym i melodyjnym głosem, podniosła czarne oczy, wtedy słodkie, tęskne pragnienie błyskało z przyćmionego ich żaru i przelotny rumieniec
krasił jej lica liliowe. Była piękniejsza
niż kiedykolwiek.</akap>


<akap><begin id="b1330260990113-2144797906"/><motyw id="m1330260990113-2144797906">Miłość niespełniona, Gniew</motyw>Któż zbada wszystkie szaleństwa młodzieńca z zapaloną głową i sercem? Gorzką nienawiść, jaką powziąłem do barona,
przeniosłem na baronową. Wszystko wydało mi się jak świętokradzka jakaś mistyfikacja. Chciałem więc pokazać, żem przy zdrowych zmysłach i że mam przenikliwszy wzrok od innych. Jak nadąsane
dziecko unikałem baronowej i chowałem
się przed ścigającą mnie Adelajdą.<end id="e1330260990113-2144797906"/> Przy
stole znalazłem miejsce na samym końcu,
między dwoma oficerami, z którymi zacząłem tęgo popijać. Po obiedzie trąciliśmy
jeszcze niejeden kieliszek i jak się to
zwykle dzieje w podobnym usposobieniu,
byłem nadzwyczaj wesoły i hałaśliwy.
Służący podał mi talerz z cukierkami, na
których był podpis <wyroznienie>od Adelajdy</wyroznienie>, a gdy
wziąłem jeden z nich, postrzegłem dopisane drobniutkimi literami: <wyroznienie>i Serafiny</wyroznienie>. Krew
zawrzała mi w żyłach. Spojrzałem na
Adelajdę; ta, zrobiwszy filuterną minkę,
wzięła kieliszek w rękę i lekko ku mnie
skłoniła głową. Prawie mimo woli wyszeptałem po cichu: Serafina. Podniosłem
kieliszek i wypiłem go jednym haustem.
Wzrok mój pobiegł ku niej, postrzegłem,
że i ona w tej samej chwili wypróżniła
swój kieliszek i stawiała go właśnie na
stole. Oczy jej spotkały się z moimi
i jakiś zły duch szepnął mi do ucha: --- Szalony, wszak ona cię kocha!</akap>


<akap><begin id="b1330261039393-431919158"/><motyw id="m1330261039393-431919158">Alkohol</motyw>Jeden z gości powstał i według północnego zwyczaju wzniósł zdrowie pani domu. Kielichy zadzwoniły głośno wśród
wesołej wrzawy. Radość i zwątpienie
przejmowały mnie na przemian. Wino
rozpłomieniło mnie do reszty tak, iż
wszystko kręciło się w koło. Zdało mi się,
że wobec wszystkich padnę u jej nóg i ducha wyzionę.</akap>


<akap_dialog>--- Co panu jest? --- to zapytanie sąsiada
upamiętało mnie, ale Serafina zniknęła.</akap_dialog>


<akap>Wstaliśmy od stołu. Chciałem zaraz
odejść, Adelaida mocno mnie trzymała.
Mówiła ze mną o różnych rzeczach. Słuchałem, ale nie rozumiałem ani słówka.
Ujęła mnie za obie ręce i z głośnym śmiechem coś do ucha szeptała. Bezwładnością skrępowany, stałem głuchy i niemy.
Wiem tylko, że machinalnie wziąłem z rąk
Adelaidy kieliszek likieru i wypiłem go,
że znalazłem się sam przy oknie, potem wybiegłem z sali na schody i podążyłem do
lasu. Śnieg padał gęstymi płatami, ponure sosny jęczały wichrem miotane.<end id="e1330261039393-431919158"/> Jak
szalony biegałem po lesie, wykrzykując:
hej! ha! Snadź<pe><slowo_obce>snadź</slowo_obce> (daw.) --- widocznie.</pe> diabeł wyprawiał ze mną
swój taniec.</akap>


<akap>Nie wiem, jak by się te szaleństwa skończyły, gdybym nie usłyszał, że mnie po
imieniu wołano. Wypogodziło się już, księżyc jasno przyświecał przez poszarpane
chmury; doleciało naszczekiwanie psów.
Jakaś dziwaczna postać zbliżała się do
mnie. Był to stary strzelec.</akap>


<akap_dialog>--- Hej, hej, kochany panie Teodorze --- wołał stary --- toć pan zabłądził w tę straszną zawieruchę, a pan justycjariusz od dawna oczekuje pana z wielką niecierpliwością.</akap_dialog>


<akap>Milcząc, poszedłem za strzelcem. Zastałem dziadka pracującego w sądowej sali.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze zrobiłeś --- rzekł do mnie na
samym wejściu. --- Bardzo dobrze, żeś się
trochę przewietrzył i porządnie ochłodził.
Nie pijże tak dużo wina, jesteś do tego
jeszcze za młody, to ci szkodzi.</akap_dialog>


<akap>Ani słowa nie odpowiedziawszy dziadkowi, zasiadłem przy stole do pisania.</akap>


<akap_dialog>--- Powiedz mi też, kochany kuzynku,
czego właściwie chciał baron od ciebie?</akap_dialog>


<akap>Opowiedziałem mu wszystko, dodawszy, iż wcale nie myślę dać się użyć do tej
wątpliwej zresztą kuracji, jaką sobie baron zamierzył.</akap>



<akap_dialog>--- I nie byłaby możliwa do wykonania
--- przerwał mi dziadek --- ponieważ, mój
kuzynku, odjeżdżamy jutro raniuteńko!</akap_dialog>


<akap>I tak się stało. Serafiny więcej już nie
widziałem.</akap>

<sekcja_asterysk/>
<akap>Zaledwie wróciliśmy do miasta, zaczął
się dziadek uskarżać, że więcej niż kiedykolwiek czuje się strudzony uciążliwą
jazdą. <begin id="b1330261355101-3495697973"/><motyw id="m1330261355101-3495697973">Choroba, List</motyw>Posępne milczenie, przerywane
często wybuchami złego humoru, było zapowiedzią jego podagrycznych<pe><slowo_obce>podagryczny</slowo_obce> --- dotyczący dny moczanowej, rodzaju zapalenia stawu, zazwyczaj u palucha u stopy.</pe> ataków.
Pewnego dnia nagle wezwano mnie do niego. Zastałem staruszka tkniętego silnym
atakiem, leżał na posłaniu pozbawiony mowy, trzymając w kurczowo ściśniętej dłoni
jakiś list zgnieciony. Poznałem pismo
rządcy majoratu K... , przecież nie śmiałem
przez uszanowanie wyjmować listu z ręki
dziadkowi, nie wątpiąc, że wkrótce umrze.
Jednakże zanim jeszcze lekarz przyszedł,
pulsa uderzyły na nowo. Silna natura
siedemdziesięcioletniego starca tym razem
pokonała śmierć. Tego samego jeszcze
dnia oświadczył lekarz, iż wszelkie niebezpieczeństwo minęło.<end id="e1330261355101-3495697973"/></akap>


<akap>Zima była sroższa niż zwykle. Po niej
nastąpiła burzliwa wiosna, a ponieważ żadna choroba tyle od pogody nie zawisła<pe><slowo_obce> nie zawisła</slowo_obce> (daw.) --- nie zależy.</pe>,
co podagra<pe><slowo_obce>podagra</slowo_obce> --- dna moczanowa, rodzaj zapalenia stawu, zazwyczaj u palucha u stopy.</pe>, więc staruszek przez długi czas nie mógł wstać z łóżka. W tymże
czasie złożył wszystkie swoje sprawy,
wycofał się z interesów, odstępując justycjariat w inne ręce. Zniknęła więc dla
mnie nadzieja, abym kiedykolwiek do K...
pojechał.</akap>


<akap>Dziadek tylko ode mnie przyjmował
posługę, ja go pielęgnowałem, moja tylko
rozmowa mogła go rozerwać i rozweselić.
A chociaż w chwilach wolnych od cierpień w wybornym był humorze i nie zbywało mu na dowcipnych żartach, chociaż
przypominał sobie i myśliwskie przygody,
a wśród nich wystąpić przecież mogło owe
wilczysko, które tak heroicznie zabiłem. Nigdy przecież ani jednym słówkiem nie
uczynił wzmianki o naszym pobycie
w K... . Zdawał się nie spostrzegać nawet,
że tylko przez winne mu uszanowanie
wystrzegałem się skierować na to rozmowę.</akap>


<akap>Ciągle troski i obawy o dziadka usunęły na stronę obraz Serafiny, ale skoro zaczął do zdrowia przychodzić, gdy choroba zupełnie minęła, <begin id="b1330261415498-1574754567"/><motyw id="m1330261415498-1574754567">Dar, Krew</motyw>tym częściej i żywiej
przypominały mi się owe chwile spędzone
w pokoju baronowej, która ukazała się
mym oczom jak świetna gwiazda i niestety zniknęła na zawsze. Pewna jednak okoliczność wzbudziła na nowo dawniejsze
cierpienia, przejmując mnie dreszczem,
niby zjawisko z tamtego świata. Kiedy
pewnego wieczoru otworzyłem pugilares<pe><slowo_obce>pugilares</slowo_obce> (daw.) --- portfel.</pe>,
który nosiłem przy sobie, bawiąc w K... ,
z zawiniętego papieru wypadł mi pukiel
ciemnych włosów, związanych białą
wstążką, która --- od razu to poznałem
--- należała do Serafiny. Bliżej przypatrując się temu pakiecikowi, dostrzegłem ślad kropli krwi.<end id="e1330261415498-1574754567"/> Być może, że
Adelajda doręczyła mi tę pamiątkę
w chwilach bezprzytomnego szału, który
w ostatnich dniach mnie ogarnął, ale co
znaczy na niej krew? To każe mi się domyślać czegoś strasznego i ten zakład
prawie pasterskiej<pe><slowo_obce>pasterski</slowo_obce> --- tu: sielankowy.</pe> czułości zmienił się
na pamiątkę namiętności, którą okupić
musiała krew serdeczna. Była to ta sama
wstążka, która po raz pierwszy zbliżyła
mnie do Serafiny, przelatując od niej do
mnie, jakby w zabawie swawolnej, dziś
staje się dla mnie smutnym posłem śmierć
zwiastującym. Nie igrać chłopcu z bronią,
której niebezpieczeństwa nie poznał.</akap>


<akap>Wreszcie przestały szumieć wichry wiosenne, lato odzyskało swe prawa i jak wpierw była nieznośna zima, tak teraz
z początkiem lipca nastały mżące gorąca.
Dziadek odzyskiwał siły widocznie i tak
już czuł się dobrze, iż przeniósł się ze
mną do zamiejskiego ogrodu, jak to dawniej zwykł był czynić. Pewnego pogodnego i ciepłego wieczoru siedzieliśmy
w wonnej jaśminowej altanie. Dziadek był
nadzwyczajnie wesoły, tylko nie występował jak dawniej z docinającą ironią, ale
był łagodny, prawie rzewny.</akap>


<akap_dialog>--- Nie wierzysz, kuzynku --- rzekł do
mnie --- jak mi dziś błogo. Od wielu lat
nie czułem się tak zdrów, jak w tej chwili.
Jakieś elektryczne ciepło całego mnie
przenika. Byłożby to zapowiedzią rychłej
śmierci?</akap_dialog>


<akap>Usiłowałem rozpędzić te smutne myśli.</akap>
<akap>--- Dobrze, dobrze --- mówił znów dziadek. --- Długo ja przecież na tej ziemi nie
zabawię i dlatego winienem ci kuzynku,
jeden dług spłacić. Czy pamiętasz tę jesień, kiedyśmy w K... bawili?</akap>


<akap>Jak błyskawica olśniło mię to zapytanie dziadka i nim zdobyłem się na odpowiedź, on już mówił dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Bogu widać się tak podobało, abyś
tam wystąpił w szczególniejszy sposób i mimowolnie wcisnął się w najgłębsze tajemnice domu. Teraz nadszedł czas, abyś
o wszystkim się dowiedział. Często mówiliśmy ze sobą o rzeczy, której domyślałeś się tylko, aleś jej nie rozumiał. Natura
przedstawia w życiu ludzkim pewne symboliczne podobieństwo do zmian w porach
roku: tak mówią wszyscy, ale ja inaczej
rozumiem to, niż wszyscy. <begin id="b1330261606420-2421277851"/><motyw id="m1330261606420-2421277851">Starość, Proroctwo</motyw>Na wiosnę
mgły padają, w lecie pary unoszą się
w górę, dopiero jesienią czysty eter pozwala nam widzieć jasno oddalone obrazy,
nim je byt ziemski pochłonie w zimowej
nocy. Sądzę, że w jasnowidzeniu starców
okazuje się szczególniej niezbadana siła.
Są to jakby dozwolone spojrzenia w błogosławioną dziedzinę, do której ze śmiercią czasową rozpoczyna się pielgrzymka.<end id="e1330261606420-2421277851"/>
Jakże jasnymi wydają mi się wszystkie
ciemne punkty w stosunkach tego domu,
z którym łączyły mnie więzły ściślejsze,
niż zwykłego pokrewieństwa. Wszystko
wyraźnie stoi przed oczyma mej duszy,
a przecież, gdy baczniej się zastanawiam,
postrzegam tu coś takiego, czego nie potrafię ci słowami wypowiedzieć, czego niezdolna żadna mowa ludzka wyrazić. <begin id="b1330261653331-1266197699"/><motyw id="m1330261653331-1266197699">Historia</motyw>Posłuchaj mnie, mój synu, opowiadać ci będę jakby jakąś ciekawą historię, która
wydarzyć się mogła. Zachowaj w głębi
duszy to przekonanie, iż pełne tajemnicy
wydarzenia, w których niepowołany może wziąłeś udział, zgubić cię mogły!
Dziś... wszystko już do przeszłości należy.<end id="e1330261653331-1266197699"/></akap_dialog>


<akap>Historię majoratu K... , którą mi dziadek opowiedział, wiernie zachowałem
w pamięci, tak iż jestem w stanie powtórzyć własnymi jego słowami, zwłaszcza,
że mówiąc o sobie zwykle używał trzeciej osoby.</akap>


<akap>Pewnej burzliwej nocy, w jesieni roku
1760, ogromny huk, jakby się cały obszerny zamek w tysiączne sztuki rozpadał,
zbudził ze snu głębokiego strwożonych
mieszkańców. W mgnieniu oka wszyscy
byli na nogach. Pozapalano światła. Z trwogą w zbladłej twarzy nadleciał zadyszany marszałek dworu, dźwigając pęk
kluczy. Ale jakież było wszystkich zdziwienie, gdy w głębokiej ciszy słychać
było tylko szczęk zamków z trudnością się otwierających i odgłos kroków
strasznym echem odbijający się wśród
pustych korytarzy sal i pokojów, a nigdzie najmniejszego śladu zniszczenia.
<begin id="b1330262102455-3866823062"/><motyw id="m1330262102455-3866823062">Śmierć</motyw>Straszne przeczucie ogarnęło marszałka. Pobiegł do sali rycerskiej, w której bocznym gabinecie zwykle sypiał baron Roderyk K., gdy się oddawał astronomicznym pracom. Z owego gabinetu do astronomicznej wieży prowadziło wąskie przejście. Skoro tylko Daniel (tak się zwał
marszałek) drzwi od wieży uchylił, wiatr,
wyjąc straszliwie, zasypał go gruzem
i ułamkami cegły. Z przerażenia w tył się
rzucił. Świece wypadły mu z ręki i sycząc, pogasły. Wśród ciemności zawołał
strasznym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- O, Boże wielki, baron został przywalony!</akap_dialog>


<akap>W tej chwili dały się słyszeć jęki wychodzące z sypialnego pokoju barona.
Daniel zawołał na służbę, aby podniosła
trupa swego pana. Znaleziono go zupełnie
ubranego, nawet bogaciej niż zwykle. Z twarzą poważną i niezmienioną siedział
w wielkim, ozdobnym, poręczowym krześle, jakby spoczywał po ciężkiej pracy.<end id="e1330262102455-3866823062"/></akap>


<akap>Gdy się rozwidniło, postrzeżono, że
szczyt wieży zawalił się. Potężne kwadratowe płyty kamienne przebiły sufit i podłogę astronomicznego pokoju i wraz z wystającą teraz ogromną belką padły na dolne sklepienie, druzgocząc część muru zamkowego i owo wąskie przejście. Ani kroku
nie można było uczynić teraz za drzwi
z sali prowadzące, bez narażenia się na
wpadnięcie w przepaść głęboką najmniej
na stóp osiemdziesiąt<pe><slowo_obce>osiemdziesiąt stóp</slowo_obce> --- ok. 24 m.</pe>.</akap>


<akap>Stary baron przepowiedział śmierć swoją, oznaczając niemal jej godzinę i zawiadomił o tym swoich synów. Toteż zaraz
nazajutrz przyjechał Wolfgang von K.,
najstarszy syn zmarłego, a tym samym
dziedzic majoratu. Polegając na przeczuciu swego starego ojca, skoro tylko odebrał od niego fatalny list, porzucił natychmiast Wiedeń, w którym czasowo przebywał i pośpieszył do K. Marszałek domu
kazał obić kirem wielką salę i złożyć starego barona na wspaniałym łożu, w tym
samym ubraniu, w jakim go martwym
znaleziono. Wkoło poustawiano wysokie
srebrne lichtarze z pozapalanymi świecami. <begin id="b1330262237560-3456148967"/><motyw id="m1330262237560-3456148967">List</motyw>Milcząc, wszedł Wolfgang na schody,
udał się wprost do sali i stanął tuż przy
zwłokach ojcowskich, a założywszy ręce
na piersi, ze ściągniętymi brwiami wpatrywał się ponuro w blade oblicze nieboszczyka. Podobny był do posągu: ani jedna łza nie zwilżyła mu oka. Wreszcie
z kurczowym prawie wysileniem wznosząc prawą rękę nad trupem, zawołał przytłumionym głosem: Czy gwiazdy cię
zmusiły, żeś zabił szczęście syna, którego
kochałeś? Rozłożywszy ręce i cofnąwszy
się nieco, wzniósł oczy do góry i szeptał
rozrzewniony: --- Biedny, obłąkany starcze, kuglarska zabawka ze swymi dziecinnymi złudzeniami już cię więcej nie mami.
Widzisz teraz jasno, że nędzna posiadłość
ziemska nie ma nic wspólnego ze światem
poza gwiazdami. Jakaż wola, jakaż siła
rozciąga się poza grób?</akap>


<akap>Znów milczał baron kilka chwil, potem
żywo zawołał: --- Nie, nie, twój upiór nie
powinien mnie pozbawić cząstki ziemskiego szczęścia, które według swego mniemania zniszczyłeś.</akap>


<akap>Rzekłszy to, wyrwał z kieszeni papier
złożony i wziąwszy go w dwa palce,
uniósł nad jedną ze świec, które trupa otaczały. Papier trzymany nad świecą buchnął wysoko płomieniem, który odbił się
i zadrgał na twarzy nieboszczyka tak, iż
zdawało się, że poruszyły się jego usta
i szeptały jakieś niedosłyszane wyrazy.
<end id="e1330262237560-3456148967"/>Groza i przestrach padły na służbę opodal
stojącą. Baron tymczasem spokojnie dokonywał swego dzieła, a gdy mu kawałek palącego się papieru upadł na podłogę, troskliwie przydeptał go nogą. Potem rzucił
raz jeszcze posępne spojrzenie na zwłoki
ojca i szybkim krokiem opuścił salę.</akap>


<akap>Nazajutrz zawiadomił Daniel barona
o zapadłej wieży i rozwodził się obszernymi słowy nad tym, co zaszło owej nocy,
kiedy stary baron życie zakończył, dodając, iż należałoby zaraz wieżę do dawnego przywrócić stanu, ponieważ coraz bardziej się wali, grożąc niebezpieczeństwem
całemu zamkowi, w którym chociaż nic
uszkodzone, jednak mocno wszystko nadwyrężone zostało.</akap>


<akap_dialog>--- Wieżę odbudować? --- przerwał baron staremu słudze, rzucając nań piorunujące spojrzenie. --- Nie, nigdy! Czy ty
myślisz, stary, że ot tak sobie, bez żadnego powodu wieża się zawaliła? A jeśli sam
ojciec życzył sobie, aby zniszczone zostało to miejsce, w którym oddawał się
niedorzecznemu gwiaździarstwu<pe><slowo_obce>gwiaździarstwo</slowo_obce> (daw.) --- astrologia.</pe>. Jeśli
sam poczynił przygotowania, aby się zapadło całe wnętrze wieży, skoro tego zechce? Niechże będzie, jak chciał. Co do
mnie, niech i cały zamek pójdzie w ruinę.
Czy wy myślicie, że ja mieszkać będę
w tej ponurej, sowiej jamie? Nie, naśladować raczej będę tego z mych przodków,
który w zielonej dolinie położył fundament do nowego zamku i wszystko do tego przygotował.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1330262332697-464717236"/><motyw id="m1330262332697-464717236">Sługa, Łaska</motyw>--- Tak więc --- odezwał się Daniel na wpół głośno --- to i starzy słudzy będą
musieli pójść z torbami.</akap_dialog>


<akap>Na to odparł baron:</akap>


<akap_dialog>--- Że bezsilnych, powłóczących nogami starców nie wezmę do usług, to się rozumie samo przez się, ale wyganiać nikogo nie będę. Gdy nie będziecie mieli nic do
roboty, będzie wam smakował chleb łaskawy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja? --- zawołał stary z boleścią --- Ja
mam być marszałkiem i żadnej służby nie
pełnić?<end id="e1330262332697-464717236"/></akap_dialog>


<akap>Na to baron, który już chciał wyjść
z sali, odwrócił się do starego i zaczerwieniony z gniewu, z zaciśniętą pięścią, przyskoczył do niego i krzyknął straszliwym
głosem:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1330262391258-994372009"/><motyw id="m1330262391258-994372009">Szaleństwo</motyw>--- Ty stary, obłudny łotrze, któryś
z moim obałamuconym<pe><slowo_obce>obałamucony</slowo_obce> --- oszukany, wprowadzony w błąd.</pe> ojcem sam jeden
na górze się zamykał, któryś w jego serce
wpił się jak wampir i być może zbrodniczo korzystał z jego szaleństwa, któryś
wpływał na jego piekielne postanowienie, co mnie rzuciło na kraniec przepaści --- ciebie powinienem jak psa parszywego strącić na dół.<end id="e1330262391258-994372009"/></akap_dialog>


<akap>Zląkł się stary strasznej mowy i padł
na kolana tuż przed baronem. I stało się,
że baron, nie posiadając się już w szalonym gniewie, w którym zwykle bezwiednie poruszenia ciała biegną za myślami
domawiając ostatnich słów, tak silnie uderzył nogą w piersi starego, iż ten z głuchym jękiem padł na ziemię. Z trudnością
podniósł się stary na nogi, a wydając
szczególniejszy głos, podobny do jęku
ranionego śmiertelnie zwierza, rzucił na barona spojrzenie pełne wściekłości i zemsty.</akap>


<akap>Worek z pieniędzmi, który mu baron
odchodząc rzucił, zostawił nietknięty na
podłodze.</akap>


<akap>Tymczasem krewni rodziny znajdujący się w okolicy zebrali się w zamku. Stary pan został pochowany uroczyście
w podziemiach kościoła w Her... . Po ceremonii, młody dziedzic okazał się bardzo
zadowolonym ze schedy<pe><slowo_obce>scheda</slowo_obce> --- dziedzictwo.</pe>. Starannie sprawdził rachunki i dochody majętności z justycjariuszem, którego w urzędzie zatwierdził --- i którego obdarzył calem zaufaniem. Obmyślał z nim razem sposoby odbudowania zamku. <begin id="b1330262780101-3330935106"/><motyw id="m1330262780101-3330935106">Tajemnica, Pieniądz</motyw>Justycjariusz V.
był przekonany, że stary baron nie mógł
wydać wszystkich swoich dochodów,
a ponieważ w skrzyni i portfelu znaleziono zaledwie parę tysięcy dukatów, przypuszczał, że musiały być jakieś pieniądze
ukryte w którejś części zamku. Nikt nie
mógł lepiej niż Daniel o tym wiedzieć, ale
ten w swojej uporczywości czekał zapewne, aż go zapytają. Baron lękał się, że
Daniel, którego on tak surowo obraził, nie
zechce ujawnić tajemnicy raczej przez
zemstę niż chciwość. Starzec bowiem był
bezdzietny i myślał tylko o tym, aby żywot zakończyć w zamku. <end id="e1330262780101-3330935106"/>I na cóż mógłby
zużytkować te znaczniejsze sumy? Baron opowiedział V., co się stało pomiędzy
nim a Danielem --- i powiedział mu, że do
tego czynu gwałtownego zmusiło go przekonanie, powzięte na zasadzie licznych
doniesień, że Daniel podtrzymywał w umyśle starego barona niewyjaśnioną antypatię do swoich dzieci. Justycjariusz
oświadczył, że te wiadomości były całkowicie błędne --- i podjął się wypytać
Daniela, czy nie zna gdzie skarbu ukrytego w zamku.</akap>


<akap>Przedsięwzięcie nie było wcale trudne, gdyż zaledwie justycjariusz mu powiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Jak to być może Danielu, że stary
pan tak mało gotówki zostawił?</akap_dialog>


<akap>Odpowiedział Daniel ze znaczącym
uśmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- Czy mówisz pan o tych nędznych
kilku talarach, któreście w małych skrzyniach znaleźli? Reszta leży w sklepie<pe><slowo_obce>sklep</slowo_obce> (daw.) --- piwnica.</pe> obok
sypialni starego jaśnie pana. Ale lepsza
część --- mówił dalej marszałek, usta zaś
jego wykrzywiły się strasznym grymasem, a oczy krwawym połyskały ogniem
--- lepsza część, wiele tysięcy złotych
sztuk, leży na dole gruzem zasypana.</akap_dialog>


<akap>Justycjariusz przyzwał natychmiast
barona. Udano się do gabinetu sypialnego. W jednym jego kącie odsunął Daniel gruzy przy ścianie i ukazał się zamek.</akap>


<akap><begin id="b1330262998432-1254449606"/><motyw id="m1330262998432-1254449606">Pies</motyw>Gdy baron chciwym wzrokiem na zamek spoglądał, Daniel z wolna robił przygotowanie, próbując kluczy z wielkiego
pęku, który z niemiłym brzękiem z kieszeni wyciągał. Potem wyprostował się i szyderczo spojrzał na barona, który nachylił
się, aby lepiej zamek obejrzeć.</akap>


<akap>Ze śmiertelną bladością w twarzy rzekł
Daniel drżącym głosem:</akap> 


<akap_dialog>--- Jeśli psem jestem, jaśnie panie baronie, to też jak pies dochowuję wierności.<end id="e1330262998432-1254449606"/></akap_dialog>


<akap>Powiedziawszy te słowa, podał klucz
baronowi, który z gorączkowym pośpiechem wyrwał mu go z ręki i drzwi bardzo
łatwo otworzył. Weszliśmy do niskiego,
niewielkiego sklepu, w którym stała żelazna szkatuła z odchylonym wiekiem. Na
workach ze złotem leżała kartka, na której stary baron wypisał staroświeckimi,
wielkimi literami:</akap>





<dlugi_cytat><akap>,,Sto pięćdziesiąt tysięcy talarów w starych frydrychsdorach<pe><slowo_obce>frydrychsdor</slowo_obce> --- (z fr. <slowo_obce>le frédéric d'or</slowo_obce>) --- złota moneta pruska, będąca w obiegu w okresie 1741--1855.</pe>, oszczędzonych
z dochodów majoratu K. Suma ta przeznacza się na budowę nowego zamku.
Nadto posiadacz majoratu, który po mnie
nastąpi, winien z tych pieniędzy na najwyższym wzgórzu, na wschód od wieży,
wznieść latarnię morską dla żeglarzy i zapalać ją co noc".</akap>


<akap>,,K... w nocy Św. Michała 1760 roku.</akap>


<akap>Roderyk baron K..."</akap></dlugi_cytat>






<akap>Dopiero kiedy baron podniósł worek jeden po drugim i na powrót włożył do szkatuły, rozkoszując się brzękiem złota, obrócił się nagle do starego marszałka, dziękował mu za okazaną wierność i upewniał, że tylko wskutek kłamliwych plotek tak
źle z początku z nim postąpił, dodając przy
tym, iż nie tylko ma pozostać w zamku, ale
pełnić służbę jako marszałek, z podwójną
pensją.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1330263056984-865748023"/><motyw id="m1330263056984-865748023">Pieniądz, Krew</motyw>--- Winienem cię dobrze wynagrodzić.
Chcesz złota, to weź sobie jeden z tych
worków!</akap_dialog>


<akap>Rzekłszy to, baron stał ze spuszczonym
wzrokiem przed starym marszałkiem, potem jeszcze raz przystąpił do szkatuły
i porządkował worki.</akap>


<akap>Marszałkowi krew na twarz wystąpiła
i wydał ten straszny głos, o którym baron justycjariuszowi wspominał, że podobny był do jęku zranionego zwierza.
Justycjariusz zadrżał, bo to, co przez zęby marszałek wymawiał, zdawało się
brzmieć:</akap>


<akap_dialog>--- Krew za złoto!<end id="e1330263056984-865748023"/></akap_dialog>


<akap>Baron, zagłębiony cały w swym skarbie, niczego się nie domyślał. Danielem,
gdy patrzał na to, kurczowy wstrząsnął
dreszcz. Z pochyloną przecież głową,
w pokornej postawie zbliżył się do barona, pocałował go w rękę i rzekł płaczliwym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Ach, mój jasny panie, co mnie biednemu, bezdzietnemu starcowi po pieniądzach! Za to podwójną pensję przyjmuję z radością. Służyć będę chętnie
i żwawo.</akap_dialog>


<akap>Baron, który niewiele zważał na słowa
starego sługi, spuścił teraz ciężkie wieko
szkatuły, które z takim hukiem się zapadło, że cały sklep zadrżał. Potem zamknął ją, z wielką troskliwością wydobył
klucz i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Dobrze już, dobrze, mój stary! Ale
wspomniałeś także --- mówił baron dalej, wszedłszy już do sali --- o wielkich
pieniądzach, które się mają znajdować
pod zwaliskami wieży?</akap_dialog>


<akap>Stary, milcząc, przystąpił do wielkich
drzwi i otworzył zamek z wielką trudnością. Lecz zaledwie uchylił podwoi, wiatr
wionął do sali gęstymi płachtami śniegu.
Spłoszony kruk, kracząc, zerwał się do lotu, uderzył czarnymi skrzydłami w okno,
a potem, dostawszy się do drzwi, runął
w przepaść... Baron wyszedł na korytarz,
a rzuciwszy okiem w głąb, zadrżał i cofnął się.</akap>


<akap_dialog>--- Straszny widok, aż kręci się w głowie --- wyrzekł z cicha i jak zemdlały
padł na ręce justycjariusza, ale wnet przyszedł do siebie i zapytał starego, rzucając nań przenikliwe spojrzenie:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, a cóż tam na dole?...</akap_dialog>


<akap>Stary tymczasem zamykał drzwi na powrót, przyciskając je z wielkim wysileniem i niemało się nastękał i najęczał,
nim z zardzewiałego zamku ogromny
klucz wydobył. Skończywszy wreszcie
swoją robotę, odwrócił się do barona,
a wywijając wielkim kluczem, rzekł ze
szczególniejszym uśmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- Tak, tam na dole leżą tysiące tysięcy. Wszystkie piękne instrumenty nieboszczyka pana: teleskopy, globy, lunety...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ pieniądze, pieniądze --- przerwał mu baron. --- Wszak mówiłeś o sztukach złota?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja myślałem tylko o tych przedmiotach, które wiele tysięcy złotych sztuk
kosztowały.</akap_dialog>


<akap>Więcej niepodobna było ze starego wydobyć.</akap>


<akap>Teraz zdawał się baron być zadowolony. Raz przecie osiągnął środki, których
potrzebował, aby najulubieńszy swój projekt mógł przywieść do skutku, to jest
wystawić nowy, wspaniały zamek. V. sądził wprawdzie, że według woli nieboszczyka mogła być mowa tylko o wyrestaurowaniu, jakby o zupełnym przebudowaniu starego zamku, bo istotnie każdy
nowy gmach niełatwo dorównałby wspaniałemu ogromowi i poważnej architekturze starego zamku. Baron przecież
nie odstąpił od swego zamysłu, utrzymując, że w podobnego rodzaju postanowieniach, jeśli wyraźnie aktem erekcyjnym<pe><slowo_obce>aktem erekcyjny</slowo_obce> (z łac.) --- akt założycielski.</pe>
nie zostały stwierdzone, wola nieboszczyka ustąpić musi... Dał przy tym do zrozumienia, że obowiązkiem jego jest mieszkanie w K... o tyle pięknym uczynić, o ile
na to pozwala klimat, grunt i inne okoliczności, ponieważ zamierza w krótkim
czasie sprowadzić jako najukochańszą żonę, istotę godną pod tym względem największych ofiar.</akap>


<akap><begin id="b1330263439118-1213733908"/><motyw id="m1330263439118-1213733908">Chciwość</motyw>Tajemniczy sposób, z jakim baron wyrażał się o małżeńskim swym związku,
być może zawartym już skrycie, przeciął
justycjariuszowi wszelkie dalsze zapytania. Uspokoiły go przecież projekty barona, bo w nich znalazło wytłumaczenie
owo nienasycone pragnienie bogactwa,
które nie było żadną chciwością, ale raczej chęcią przypodobania się ukochanej
osobie, która być może dla niego wyrzec się musiała pięknej ojczyzny. A jakże
nie miał go uważać za skąpca, a przynajmniej niepomiarkowanego chciwca, gdy
ten, nurzając się w złocie i rozkoszując
widokiem starych frydrychsdorów, szeptał jeszcze po cichu do siebie: --- Ten stary
hultaj musiał ukryć przede mną skarb daleko większy, ale na przyszłą wiosnę
każę w moich oczach całą wieżę rozwalić.<end id="e1330263439118-1213733908"/></akap>


<akap>Wezwani architekci przybyli. Długo się
z nimi baron naradzał, jak przystąpić do
nowej budowy. Odrzucał jedne rysunki po
drugich. Żaden plan nie wydał mu się
dość bogatym i wspaniałym. Wreszcie
sam zaczął rysować i zajęty tą pracą, która, być może, ciągle mu przed oczy nasuwała czarujące obrazy szczęśliwej przyszłości, stał się weselszym i pomimo znużenia w wybornym bywał humorze, który
wnet udzielił się całemu otoczeniu. Hojność barona i jego wystawność usuwały
ciążące na nim podejrzenie chciwości. Nawet Daniel zdawał się zapominać o wyrządzonej mu krzywdzie. Zachowywał się
cicho i pokornie względem barona, który
go często, z powodu ukrytych skarbów,
nieufnym ścigał okiem. Najwięcej wszakże
dziwiło wszystkich, że stary z każdym dniem stawał się widocznie młodszym.
Zapewne żal po starym panu tak go
zrazu zgnębił. Teraz zaś czy to pokonał swą boleść, czy też, że nie potrzebował chłodnych nocy bezsennie przepędzać, a miał stół lepszy i wino do wyboru. Dość, że z pochylonego starca przemienił się w krzepkiego mężczyznę z rumianymi policzkami, chodził raźno i śmiał
się głośno, gdy z jakim żarcikiem wystąpił.</akap>


<akap><begin id="b1330263499838-291213831"/><motyw id="m1330263499838-291213831">Brat</motyw>Wesołe życie w K. przerwało zjawienie
się człowieka, o którym dawniej należało
pomyśleć. Tym człowiekiem był Hubert,
młodszy brat Wolfganga, który na jego
widok zbladł jak trup i głośno zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Nieszczęśliwy, czego tu chcesz? ---
Hubert rzucił się w ramiona bratu, ale
ten nie odwzajemnił mu się uściskiem. Porwał go tylko za rękę i pociągnął za sobą na górę, do najodleglejszego pokoju,
i zamknął się z nim potajemnie. Kilka godzin rozmawiali z sobą, w końcu wyszedł
Hubert z pomieszaną głową i zawołał
o swoje konie. Justycjariusz zaszedł mu
drogę. Hubert chciał go minąć. V. wiedziony przeczuciem, że zaszło nieporozumienie między braćmi, które tu skończyć się powinno, prosił go, aby na kilka godzin się zatrzymał przynajmniej. <end id="e1330263499838-291213831"/>W tejże
samej chwili nadbiegł baron, wołając głośno:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozostań, Hubercie. Namyślisz się
jeszcze.</akap_dialog>


<akap>Wypogodziła się twarz Huberta. Zmienił zamiar odjazdu. Szybko zdjął bogate
futro i rzucił je służącemu, podał prawą
rękę justycjariuszowi i wchodząc do pokoju mówił z szyderczym uśmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- Pan majoratu raczy mnie łaskawie
znosić.</akap_dialog>


<akap>Justycjariusz sądził, iż teraz najwłaściwiej załagodzić kłótnię braterską, bo
ta, gdyby się rozłączono bez pojednania,
zwiększałaby się jeszcze bardziej. Hubert
wziął stalowe obcęgi, które stały przy kominie i potrącając nimi jakiś sękaty, wilgotny kawał drzewa, aby się lepiej rozpalił, tak mówił do V.:</akap>


<akap_dialog>--- Widzisz więc, panie justycjariuszu,
iż jestem człowiek uległy, zdolny do
wszelkiego rodzaju posług domowych.
Ale Wolfgang pełen jest dziwacznych
przesądów, a przy tym straszny z niego
chciwiec.</akap_dialog>


<akap>V. zrozumiał, że nie należy mieszać się pomiędzy braci, zwłaszcza, iż wyraźnie to pokazywała twarz Wolfganga, jego obejście się, jego głos zdradzający
człowieka miotanego namiętnościami.</akap>


<akap>Późnym dopiero wieczorem w interesach majoratu udał się justycjariusz do
barona. Zastał go w domu. Był wzburzony cały, z założonymi w tył rękami przechadzał się wielkim krokiem po pokoju.
Sporo czasu upłynęło, nim spostrzegł justycjariusza. Uścisnął mu rękę i smutnie
patrząc mu w oczy, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Mój brat przyjechał! Wiem --- mówił dalej, gdy V. chciał mu odpowiedzieć --- wiem, co mi chcesz powiedzieć. Ach!
Nic nie wiesz, nie wiesz, że mój nieszczęśliwy brat (a nazywam go nieszczęśliwym
dlatego, że jak zły duch, zawsze staje
mi na drodze i pokój mi burzy) od czasu,
gdy majorat został ustanowiony, prześladuje mnie swoją nienawiścią. Zazdrości
mi majątku, który w jego ręku rozwiałby
się jak plewy. Nie ma większego marnotrawcy. Jego długi przewyższają o wiele wartość połowy majątku w Kurlandii,
jaka na niego przypada. Ścigany od wierzycieli<pe><slowo_obce>od wierzycieli</slowo_obce> --- dziś popr.: przez wierzycieli.</pe> przybiega tu i żebrze o pieniądze...</akap_dialog> 


<akap_dialog>--- A brat rodzony mu odmawia... --- chciał dodać V., ale mu baron przeszkodził, bo puściwszy jego rękę, cofnął
się o krok i zawołał głośno z pośpiechem:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wstrzymaj się pan! Tak, odmawiam
mu. Z dochodów majoratu nie chcę i nie
mogę ani grosza zmarnować! Ale posłuchaj no pan, jaką przed kilku godzinami
uczyniłem daremnie propozycję temu
szaleńcowi, a potem osądź, czy dopełniłem swego obowiązku. Majątek nasz
w Kurlandii, jak panu wiadomo, jest bardzo znaczny. Otóż chciałem się zrzec
przypadającej na mnie połowy, ale nie na
korzyść Huberta, tylko jego rodziny. Hubert ożenił się w Kurlandii z piękną, ubogą panienką. Obdarzyła go dziećmi i cierpi z nimi niedostatek. Dobra miały być
administrowane w ten sposób, iż z dochodów wyznaczone byłyby pieniądze potrzebne na utrzymanie domu, a wierzyciele przez układy byliby zaspokojeni.
Ale co go obchodzą kłopoty domowe, co
go obchodzi żona i dzieci! Gotówki chce
mu się koniecznie i to niemałej, aby ją
mógł co rychlej roztrwonić z niedarowaną lekkomyślnością. Jakiś demon wydał mu tajemnicę o stu pięćdziesięciu tysiącach talarów. Dlatego szaleniec domaga
się połowy tej sumy, utrzymując, że te
pieniądze są majątkiem oddzielnym, nie
należącym do majoratu. Muszę i powinienem mu odmówić, ale cierpię mocno, że
on czyha na moją zgubę.</akap_dialog>


<akap>Na próżno V. silił się, aby baronowi
wybić z głowy owo podejrzenie względem
brata, ale nie będąc wtajemniczony
w bliższe między braćmi stosunki,
wspierał się tylko na ogólnych, moralnych, dość powierzchownych pobudkach,
toteż nie dopiął celu. Baron dał mu polecenie, aby rozmówił się z nienawistnym,
a chciwym na pieniądze bratem. V. wziął
się do rzeczy z największą, na jaką się
mógł zdobyć, ostrożnością i niemało się
ucieszył, gdy w końcu Hubert mu powiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Niech będzie i tak: przyjmuję propozycję właściciela majoratu, ale pod tym
warunkiem, żeby mi zaraz wyliczył tysiąc frydrychsdorów, ponieważ w tej
chwili jestem tak przez wierzycieli ściśnięty, iż cześć i dobre imię na zawsze utracić
mogę. Nadto pozwoli mi baron, iż na
przyszłość, przynajmniej czas jakiś mieszkać będę w K... przy moim dobrym braciszku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy! --- krzyknął baron, gdy mu
V. przyniósł tę propozycję --- nigdy na
to nie przystanę, aby Hubert jedną minutę w moim domu przebywał, gdy żonę
sprowadzę. Idź, mój drogi, do tego burzyciela pokoju i powiedz mu, że nie tysiąc,
ale dwa tysiące frydrychsdorów otrzyma
ode mnie, nie jako zaliczenie, ale jako podarunek, byle tylko co żywo<pe><slowo_obce>co żywo</slowo_obce> (daw.) --- jak najszybciej.</pe> stąd się wynosił.</akap_dialog>


<akap>V. dowiedział się teraz po raz pierwszy,
że baron bez wiedzy ojca ożenił się i że
w tym małżeństwie musi być przyczyna
niezgody braterskiej.</akap>


<akap>Hubert słuchał V. dumnie i spokojnie,
a gdy ten skończył, rzekł ponurym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Namyślę się. Tymczasem przez kilka dni tu zabawię.</akap_dialog>


<akap>V. starał się przekonać Huberta, iż baron w samej rzeczy wszystko czyni, aby
o ile możności wynagrodzić go ze swego
osobistego majątku. Z tego powodu Hubert nie ma się o co żalić na niego, jeśli
nie chce powiedzieć, że każda instytucja sprzyjająca pierworodnym dzieciom, a inne na uboczu zostawiająca, zawiera
w sobie coś nienawistnego.</akap>


<akap>Hubert rozpiął kamizelkę od góry do
dołu jak człowiek, który chce ulżyć uciśnionej piersi, zanurzył jedną rękę w żabotach<pe><slowo_obce>żabot</slowo_obce> --- ozdoba za zmarszczonej tkaniny.</pe>, a drugą ujął się pod boki i wykręciwszy się na jednej nodze jak w tańcu, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Co jest nienawistnego, zrodzić mogła tylko nienawiść... --- a potem zaśmiawszy się szyderczo, dodał: --- Jakże łaskawym jest dziecię majoratu, iż z biednym żebrakiem raczy się dzielić swymi
pieniędzmi.</akap_dialog>


<akap>Jakby na umartwienie brata, Hubert
usadowił się na dłuższy pobyt w pokojach, które mu wyznaczone zostały w bocznym pawilonie. Zauważono, iż często
długie miewał rozmowy ze starym marszałkiem, który nawet chodził z nim niekiedy na polowanie na wilki. Rzadko się
pokazywał i widocznie unikał spotkania
się z bratem sam na sam, co właśnie temu
ostatniemu było bardzo na rękę. V. poznał
dobrze, jak przykry był podobny stosunek między braćmi, przekonał się także,
jak nieznośny był sposób postępowania
Huberta we wszystkim, co mówił lub czynił. Pojmował teraz przestrach barona, jaki ogarnął go za przyjazdem brata.</akap>


<akap>Pewnego razu V. sam jeden, otoczony
aktami, siedział w sali sądowej, gdy
wszedł Hubert poważniejszy niż zwykle
i rzekł prawie smutnym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Przyjmuję ostatnią propozycję brata: postaraj się pan, abym dwa tysiące
frydrychsdorów jeszcze dziś mógł otrzymać, gdyż w nocy odjeżdżam konno...
sam jeden...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z pieniędzmi? --- zapytał V.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz pan słuszność --- odrzekł Hubert --- wiem, co chcesz powiedzieć...., wielki to ciężar. Lepiej więc daj mi je pan
w wekslu<pe><slowo_obce>weksel</slowo_obce> --- dokument zobowiązujący do zapłaty określonej sumy pieniędzy w określonym terminie.</pe> na Izaaka Lazarusa w K. Dziś
jeszcze tam jadę. Coś mnie stąd widocznie
wypędza. Stary musiał tu zakląć jakieś złe
duchy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy mówisz, panie baronie, o świętej pamięci
ojcu swoim? --- zapytał V. poważnie.</akap_dialog>


<akap>Usta Huberta zadrżały, schwycił się za
poręcz krzesła, bo inaczej by upadł. Wkrótce jednak oprzytomniał i zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Dziś zatem... panie justycjariuszu!..
--- udał się nie bez wysilenia ku drzwiom
i wyszedł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przekonał się, że tu łudzić się nie można, że nic nie poradzi przeciw nieugiętej mej woli... --- mówił baron, gdy mu justycjariusz dawał do podpisania weksel.</akap_dialog>


<akap>Wielki ciężar spadł mu z piersi, gdy się
dowiedział o wyjeździe nienawistnego
brata, od dawna też nie był tak wesoły
przy wieczerzy. Hubert kazał przeprosić,
że nie przyjdzie do stołu, nikt jego braku
nie poczuł.</akap>


<akap><begin id="b1330263942571-229872220"/><motyw id="m1330263942571-229872220">Ucieczka, Podstęp</motyw>V. mieszkał w jednym z oddalonych pokojów, których okna wychodziły na podwórze zamkowe. W nocy nagle się przebudził i zdało mu się, że jakiś głuchy jęk
sen mu przerwał. Na próżno ucha nadstawiał: było głucho jak w grobie. Ów więc
głos, co mu sen przerwał, widocznie był
złudzeniem. Z tym wszystkim jakaś
zgroza i przestrach go ogarnęły tak, iż
zasnąć nie mógł. Wstał zatem i wyjrzał
oknem. Po niejakim czasie ujrzał, jak się
brama otworzyła i jakaś postać z zapaloną świecą szła przez podwórze zamkowe. I widział, jak ta postać otwierała drzwi
od stajni, weszła do niej i wkrótce wyprowadziła osiodłanego konia. Teraz wystąpiła z ciemności druga postać, w futrze
z lisią czapką na głowie. V. rozpoznał Huberta, który przez chwilę z Danielem bardzo żywo rozmawiał, a potem odszedł.
Daniel zaprowadził na powrót konia do
stajni, zamknął ją, jak również bramę
zamkową i wrócił się przez podwórze tą
samą drogą, co przyszedł. Hubert chciał
odjechać, a potem rozmyślił się widocznie. Ale i to nie ulegało wątpliwości,
że Hubert zostawał w jakichś podejrzanych stosunkach ze starym marszałkiem.
V. z niecierpliwością wyglądał poranka,
aby zawiadomić barona o nocnym wydarzeniu. W istocie należało się mieć na baczności. Hubert widocznie knuł jakieś zamiary. V. już to wczoraj zauważył w jego pomieszanej twarzy.<end id="e1330263942571-229872220"/></akap>


<akap>Nazajutrz o godzinie, w której baron
zwykł wstawać, V. nagle usłyszał bieganie tam i na powrót, łomot zamykanych
i otwieranych drzwi, jakieś przerywane
rozmowy i krzyki. Wyszedłszy ze swego
mieszkania, spotykał wszędzie wybladłych ze strachu służących, którzy nie
zważając na niego, wchodzili i schodzili
ze schodów i biegali po wszystkich pokojach. Wreszcie dowiedział się, że baron
znikł, że od godziny nigdzie go odszukać
nie można.</akap>


<akap>W przytomności<pe><slowo_obce>w przytomności</slowo_obce> (daw.) --- w obecności.</pe> strzelca udał się wczoraj na spoczynek, musiał więc wstać
i wydalić się w szlafroku i pantoflach,
z lichtarzem w ręku, gdyż właśnie tych
rzeczy braknie. <begin id="b1330264227447-2647714568"/><motyw id="m1330264227447-2647714568">Śmierć</motyw>V., smutnym przeczuciem
wiedziony, pobiegł do fatalnej sali, której
boczny gabinet Wolfgang tak samo, jak
jego ojciec, wybrał sobie na sypialnię.
Drzwi prowadzące do wieży były
otwarte.</akap>


<akap>Przerażony V. zawołał wielkim głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Tam w głębi leży baron zdruzgotany!</akap_dialog>


<akap>I tak było w istocie. Śniegu napadało tyle, że patrząc z góry można było wśród
kamieni dostrzec tylko wystające skostniałe ramię nieszczęśliwego... Wiele godzin upłynęło, nim robotnicy zdołali z narażeniem na utratę życia spuścić się na
dół po związanych drabinach i linami
zwłoki wyciągnąć.<end id="e1330264227447-2647714568"/></akap>


<akap>W śmiertelnych wysileniach schwycił
baron lichtarz srebrny i jeszcze go mocno trzymał w zaciśniętej ręce, która jedynie pozostała nieuszkodzoną. Inne zaś
części ciała przez uderzanie o ostre kamienie były w najokropniejszy sposób
pokaleczone.</akap>


<akap>Z rozpaczą w bladej twarzy przybiegł Hubert, gdy wydobyto zwłoki, wniesiono
je do sali i złożono na tym samym stole, na którym przed niedawnym czasem
leżały zwłoki starego Roderyka. Na ten
straszny widok Hubert runął na ziemię,
jęcząc boleśnie:</akap>


<akap_dialog>--- O bracie, mój biedny bracie! Nie,
nigdym tego nie pragnął od szatanów,
którzy mnie opanowali.</akap_dialog>


<akap>V. zadrżał na tę dwuznaczną mowę. Zdało mu się, że w Hubercie widzi mordercę brata.</akap>


<akap>Hubert zemdlał. Musiano go zanieść do
łóżka, ale wkrótce z niego powstał, używszy pokrzepiających środków. Blady,
smutkiem znękany, z na wpół przygasłymi oczami wszedł do pokoju justycjariusza, a nie mogąc z osłabienia utrzymać się na nogach, usiadł w fotelu i mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Życzyłem bratu śmierci, ponieważ
ojciec przez niebaczne ustanowienie majoratu wyznaczył mu najlepszą część
dziedzictwa: śmierć go spotkała w tak
okropny sposób. Jestem panem majoratu,
ale serce moje rozdarte, nie mogę być
i nie będę nigdy szczęśliwy. Potwierdzam pana w urzędzie, otrzymasz nieograniczone pełnomocnictwo co do zarządu majoratem. Niepodobna, abym w nim
mieszkał.</akap_dialog>


<akap>Hubert wyszedł z pokoju i w kilka godzin był już na drodze wiodącej do K.</akap>


<akap>Zdaje się, że nieszczęśliwy Wolfgang
wstał w nocy i chciał się udać do sąsiedniego gabinetu, w którym urządził bibliotekę. Będąc sennym, pomylił się co do
drzwi, postąpił naprzód kilka kroków
i runął w przepaść. W tym wyjaśnieniu
strasznego wypadku jest coś jakby naciąganego. Jeśli baron nie mógł spać i chciał
sobie przynieść książkę z biblioteki, to
wyraźnie nie był zaspany, ale i to znów
prawda, że mógł się pomylić i zamiast
od biblioteki otworzył drzwi od wieży.
Ale te ostatnie były mocno zamknięte
i trzeba było użyć niemałej siły, chcąc je
otworzyć.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, panie justycjariuszu --- zawołał strzelec barona, gdy V. przed zebraną
służbą rozwijał swoje wątpliwości. --- Panie justycjariuszu, tak się stać nie mogło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże inaczej? --- zapytał V.</akap_dialog>

<akap>Franciszek był to poczciwy i wierny
chłopak, który z żalu za swoim panem chciał się rzucić do grobu. Zagadnięty tak
przez justycjariusza odpowiedział, że
w obecności wszystkich nie chce mówić,
ale na osobności powie panu V., co mu się
zdaje. V. dowiedział się wtedy, że baron
często z Franciszkiem rozmawiał o wielkim skarbie, który tam na dole ma być
przywalony, że często, jakby od złego ducha nawiedzony, w nocy do owych drzwi
przychodził, od których klucz musiał mu
Daniel oddać, otwierał je i spoglądał
w głąb z pożądliwością owych mniemanych bogactw. Zapewne tak samo się stało i owej nieszczęśliwej nocy, że baron po
odejściu strzelca udał się do wieży, tam
dostał zawrotu głowy i śmierć znalazł
w przepaści. Daniel, którego straszny ów
wypadek wielce, zdaje się, wzruszył, wnosił, aby owe niebezpieczne drzwi raz zamurowano, co też wkrótce nastąpiło.</akap>


<akap>Baron Hubert, zostawszy posiadaczem
majoratu, nie pokazał się w K. i wrócił
do Kurlandii. V. otrzymał nieograniczone pełnomocnictwo co do zarządu majoratem. Budowa nowego zamku została
zaniechana, za to stary, o ile można, do
dobrego stanu był przywrócony.</akap>


<akap>Wiele lat już upłynęło, gdy po raz pierwszy Hubert w późnej jesieni przybył
do K., zabawił przez kilka dni, zamknąwszy się z V. w jego pokoju, a potem odjechał do Kurlandii na powrót. Przejeżdżając przez K., w tamecznym urzędzie złożył swój testament.</akap>


<akap>W czasie pobytu swego w K. baron,
którego charakter zupełnie się odmienił,
częste miał przeczucia bliskiej swej śmierci. Jakoż spełniły się one, gdyż w rok
później umarł. Jego syn, imieniem także
Hubert, natychmiast z Kurlandii przyleciał dla objęcia jednego z najbogatszych
majoratów. Za nim pośpieszały matka
i siostra. Młodzieniec ten łączył w sobie
wszystkie wady przodków: był dumny,
wyniosły, gwałtowny i chciwy na
bogactwa. Zaledwie przybył do zamku,
chciał zaraz wszystko poodmieniać, co
mu się nie podobało. Kucharza wypędził,
stangreta miał ochotę kijem obić, ale mu
się to nie udało, bo tęgi wyrostek był zuchwały i oparł się temu. Jednym słowem
w najlepsze zaczął już odgrywać rolę surowego pana majoratu, gdy V. stanowczo
mu się sprzeciwił, oświadczając wyraźnie,
że najmniejszy kociak z domu nie będzie
wypędzony, ani jedno krzesło nie może być poruszone przed otworzeniem testamentu.</akap>


<akap_dialog>--- Jak pan śmiesz tak mówić do dziedzica majoratu?... --- zaczął baron, ale V.
nie pozwolił rozwodzić się wściekłemu ze
złości młodzieńcowi. Zmierzywszy go surowym spojrzeniem, rzekł:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tylko bez zbytniego pośpiechu, panie baronie! Racz pan nie rozpościerać się
ze swymi rządami przed otworzeniem testamentu, tymczasem zaś ja tu jestem panem, ja sam jeden --- i wszelką napaść potrafię napaścią odeprzeć. Proszę nie zapominać, że jako wykonawca testamentu
ś. p. pańskiego ojca, na mocy danego mi
upoważnienia i na mocy uchwały sądowej, mam prawo wzbronić panu pobytu
w K. i dlatego radzę mu, jeśli nie chcesz
się na nieprzyjemność narazić, abyś cichuteńko wracał do K.</akap_dialog>


<akap>Powaga przestrzegacza prawa i ton
stanowczy, z jakim mówił, nadały słowom
jego pewne znaczenie, dlatego młody baron, który zrazu chciał się tak ostro postawić, poczuł, iż broń wypada mu z ręki.
 Cofnął się więc, pokrywając swój wstyd
szyderskim śmiechem.</akap>


<akap>Upłynęły trzy miesiące i nadszedł dzień, w którym według woli nieboszczyka testament miał być otworzony w K. ,
gdzie go sam złożył. Oprócz osób sądowych, barona i justycjariusza V., znajdował się jeszcze w sali jakiś młodzieniec
szlachetnej postawy, którego V. ze sobą
przyprowadził, a że widać przy nim było
jakieś papiery, uważano go więc za pisarza justycjariusza. <begin id="b1330264569372-1056769898"/><motyw id="m1330264569372-1056769898">Testament</motyw>Baron, jak to zwykle czynił, spojrzał z góry na młodego
człowieka i natarczywie się domagał,
aby pośpiesznie odbyto wszelkie nudne
i niepotrzebne ceremonie, a przystąpiono
do rzeczy bez wielkiej gadaniny i bazgrania. Nie pojmował on, jak można było
powoływać się na testament w rzeczach
majoratu i miał przekonanie, iż jeśliby
się tu domagano od niego czegokolwiek,
to jedynie od jego woli zależało zastosować się do tego lub nie.</akap>


<akap>Pismo i pieczęć ojca uznał baron,
rzuciwszy na nie przelotne spojrzenie, potem zaś, gdy pisarz sądowy zabierał się
do odczytania testamentu, patrzył obojętnie w okno, a oparłszy niedbale prawą
rękę o krzesło, lewą położył na stole pokrytym zielonym suknem i bębnił po nim
palcami.</akap>


<akap>Po krótkim wstępie oświadczył zmarły baron von K., że nigdy się nie uważał
za rzeczywistego posiadacza majoratu,
lecz rządził nim w imieniu jedynego syna
zmarłego brata swego, Wolfganga von K.
Syn ten nazywa się tak samo jak jego
dziadek Roderyk, i jemu, według sukcesji
familijnej, majorat po śmierci ojca przypadał. <end id="e1330264569372-1056769898"/>Najściślejsze rachunki z dochodów
i wydatków majoratu znajdują się pomiędzy jego papierami. Wolfgang von K.
(tak opowiadał Hubert w swoim testamencie) w czasie swej podróży poznał
w Genewie pannę Julię de St. Bal i powziął ku niej tak silne uczucie, iż postanowił nigdy się z nią nie rozłączać. Była
ona bardzo uboga i jej rodzina, pomimo
szlacheckiego swego pochodzenia, nie liczyła się do najświetniejszych. Z tego powodu nie mógł Wolfgang spodziewać się
przyzwolenia na małżeństwo ze strony
swego ojca Roderyka, którego jedynym
dążeniem było, aby majorat wszelkimi
możliwymi środkami wynieść jak najwyżej. Odważył się przecież napisać z Paryża do ojca o tej swej skłonności, i co
przewidywał, to nastąpiło, gdyż ojciec
stanowczo oświadczył, że już sam upatrzył narzeczoną dla przyszłego pana majoratu, a zatem o żadnej innej mowy być
nie może. Wolfgang zamiast udać się do
Anglii, jak to uczynić był powinien, powrócił do Genewy pod przybranym nazwiskiem Borna i ożenił się z Julią, która po upływie roku powiła syna. Ten po
śmierci swego ojca stał się panem majoratu. Dlaczego Hubert, świadomy całej
rzeczy, tak długo milczał --- przytoczone były różne powody, jako wynikające z poprzedniej umowy z Wolfgangiem, ale te
wydawały się niedorzeczne i jakby dowolnie wymyślone.</akap>


<akap>Jak piorunem rażony patrzał baron na
sądowego pisarza, który jednostajnym,
ochłypłym głosem zwiastował mu owe
nieszczęście. Gdy skończył, powstał justycjariusz, wziął za rękę młodzieńca,
którego z sobą przyprowadził i rzekł,
skłoniwszy się przed sądem:
--- Mam zaszczyt przedstawić panom
barona Roderyka von K., posiadacza majoratu K.</akap>


<akap>Baron Hubert spojrzał na młodzieńca,
który mu spadł jak z obłoków, porywał
bogaty majorat i połowę majętności
w Kurlandii, ledwie powstrzymał się ze złości, a pogroziwszy ściśniętą pięścią,
nie rzekł ani słowa i wybiegł z sali sądowej.</akap>


<akap>Wezwany przez sąd baron Roderyk
złożył dowody, iż w istocie jest tą osobą,
za którą się podaje. Okazał wierzytelny
wyciąg z ksiąg kościoła, w którym jego
ojciec brał ślub. Zaświadczone tam było,
iż w tym a tym dniu kupiec Wolfgang
Born, rodem z K. z panną Julią de St. Bal, w przytomności znanych osób, połączony został kapłańskiem błogosławieństwem. Okazał również swoją metrykę
(był ochrzczony w Genewie jako dziecko
spłodzone w prawym związku kupca Borna i małżonki jego Julii St. Bal). Nadto
przedstawił różne listy swojego ojca, pisane niegdyś do zmarłej także od dawna
matki. Listy te przecież podpisywane były jedną literą W.</akap>


<akap>V. ze smutnym wyrazem twarzy przejrzał wszystkie te papiery i rzekł dość zakłopotany:</akap>


<akap_dialog>--- Teraz, Panie Boże, dopomóż.</akap_dialog>


<akap>Zaraz nazajutrz baron Hubert von K.
podał przez adwokata, którego wybrał
sobie na obrońcę, przedstawienie do urzędu w K., domagając się natychmiastowego wydania sobie majoratu, jako prawnie
nań przypadającego. Rozumie się samo
przez się, pisał adwokat, że ani przez testament, ani żadnym innym sposobem
zmarły baron Hubert von K. nie miał prawa rozporządzać majoratem. Ów testament niczym innym nie jest, jak spisanym
w formie prawnej zeznaniem, według którego baron Wolfgang powinien był przekazać majorat żyjącemu swemu synowi,
co wszakże za żaden dowód nie służy, tak
samo jak zeznanie innego jakiego bądź
świadka, a tym samym czyni niemożliwym wylegitymowanie się mniemanego
barona K. Należy raczej całą sprawę pretendenta i jego mniemane prawo do dziedzictwa, któremu się niniejszym stanowczo zaprzecza, wyprowadzić na drogę
procesu, a majorat wydać baronowi Hubertowi, jako nań przypadający według
sukcesji familijnej. Po śmierci ojca posiadanie przechodzi bezpośrednio na syna i do objęcia dziedzictwa nie potrzeba
żadnych wyjaśnień, ponieważ następstwo
w majoracie nie może być zaprzeczonym,
a zatem nie należy obecnego właściciela
majoratu niepokoić w posiadaniu jakimiś
nieuzasadnionymi pretensjami. Jakie miał powody nieboszczyk, naznaczając innego dziedzica majoratu, jest rzeczą zupełnie obojętną. Zwraca się tylko na to uwagę, że on sam, jak się to pokazuje z pozostałych po nim papierów, miał romans
w Szwajcarii, a zatem być może, iż ów
mniemany syn braterski jest jego własnym
synem, spłodzonym w nieprawym związku, któremu w przystępie żalu za grzechy
bogaty majorat chciał przekazać.</akap>


<akap>Jakkolwiek prawdopodobieństwo przemawiało za okolicznościami w testamencie wyrażonymi, jakkolwiek wielkie uczynił wrażenie na sędziach ostatni ustęp
protestacji, w którym syn nie wzdryga
się rodzonego ojca oskarżać o zbrodnię,
to przecież stan sprawy nie odmienił się
i tylko na usilne starania justycjariusza
oraz stanowcze jego zapewnienie, że
w jak najkrótszym czasie złożony będzie
dowód, stwierdzający prawa kodeksu,
sąd uchwalił wstrzymać wydanie majoratu, przedłużając jego administrację aż
do ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy.</akap>


<akap>V. wiedział dobrze, jak będzie mu trudno dotrzymać przyrzeczenia. Przetrząsnął on wszystkie pozostałe po starym
Roderyku papiery, nie znalazłszy najmniejszego śladu, ani listu, ani wzmianki
nawet, która miałaby jaki związek z owym
stosunkiem Wolfganga do panny St. Bal.
Zamyślony i zakłopotany siedział właśnie
w gabinecie sypialnym starego Roderyka,
który jak najtroskliwiej przeszukał i pracował nad wykazem dla notariusza
w Genewie, którego mu polecono jako
biegłego i pilnego człowieka, a który zobowiązał się dostarczyć pewnych wiadomości, mających wyjaśnić sprawę młodego
barona.</akap> 


<akap><begin id="b1330264909600-2764898260"/><motyw id="m1330264909600-2764898260">Szaleniec</motyw>Była północ. Księżyc w pełni jasne rzucał światło do przyległej sali, od której
drzwi były otwarte. Naraz dało się słyszeć, jakby ktoś szedł zwolna i z wielką
trudnością po schodach, dzwoniąc kluczami. V. natężył uwagę, powstał i udał
się do sali. Wtedy wyraźnie usłyszał, że
ktoś przez korytarz się zbliża. Jakoż
drzwi się otworzyły i wszedł po cichu człowiek jak trup blady, w jednej ręce trzymał lichtarz z zapaloną świecą, a w drugiej pęk kluczy. V. na pierwszy rzut oka
poznał marszałka. Już miał go zapytać,
czego tu chce, gdy zmieniona, nieruchoma postać starego, dreszczem go przejęła. Postrzegł, że ma przed sobą lunatyka... Stary mierzonym krokiem szedł
w poprzek sali, kierując się do zamurowanych drzwi, które niegdyś prowadziły do
wieży. Tuż przed nimi zatrzymał się i z głębi piersi wydał głos straszliwy, który z tak bolesnym jękiem rozległ się po
sali, iż V. zadrżał z przerażenia. Tymczasem, postawiwszy lichtarz na ziemi, a klucze zawiesiwszy u pasa, zaczął Daniel
obiema rękami drapać się po murze z taką zajadłością, że aż krew z paznokci tryskała, przy tym wzdychał i jęczał, jakby
go dręczyły śmiertelne boleści. Potem
przyłożył ucho do muru, chcąc czegoś
podsłuchać, wreszcie skinął ręką, dając
niby komuś znak milczenia.<end id="e1330264909600-2764898260"/> Następnie
schylił się, podjął lichtarz z podłogi i cichutko, jednostajnym krokiem wyniósł się
za drzwi. V. udał się za nim, idąc ostrożnie ze świecą. Stary zszedł ze schodów,
zamknął główne drzwi zamkowe i poszedł do stajni. Postawiwszy świecę tak,
iż całe wnętrze budynku było dostatecznie
oświecone, bez żadnego niebezpieczeństwa, przyniósł siodło z przyborami i na
wielkie zdziwienie V. osiodłał konia, odwiązał go od żłobu, starannie ściągnął popręgiem<pe><slowo_obce>popręg</slowo_obce> --- pas przytrzymujący siodło, przeciągany pod brzuchem konia.</pe> i przypiął strzemiona. Następnie wygładził koniowi na łbie włosy, poklepał go jedną ręką po karku, a drugą ująwszy za cugle, wyprowadził ze stajni. Na
podwórzu stał przez kilka minut w miejscu, potem, jakby otrzymał jakiś rozkaz,
kiwnął głową, przyrzekając go spełnić.
Odprowadził konia do stajni, rozsiodłał go
i przywiązał do żłobu. Następnie wziął
lichtarz, zamknął stajnię i pobiegł do
swego pokoju, w którym się zaryglował.</akap>


<akap>Cała ta scena silnie wstrząsnęła duszą
justycjariusza, budząc w nim przeczucie strasznego czynu i przyczepiła się do
niego niby czarne widmo piekielne... Zajęty przecież zagrożonym bytem swego
młodego klienta, pomyślał zaraz, czy
i z tego, co widział, nie będzie można jakiej korzyści osiągnąć?</akap>


<akap>Nazajutrz, kiedy już zmierzchać się zaczęło, wszedł Daniel z jakimś domowym
interesem do pokoju justycjariusza. V.
ująwszy go za ręce, posadził w fotelu
i tak mówić zaczął:</akap>


<akap_dialog>--- Posłuchaj no, stary przyjacielu, dawno już chciałem cię zapytać, co sądzisz
o tej zaplątanej sprawie, którą nam na
kark rzucił dziwaczny testament Huberta? Czy myślisz, że ów młodzieniec jest rzeczywiście synem Wolfganga, spłodzonym z prawego związku?</akap_dialog>


<akap>Stary, kołysząc się w krześle i widocznie unikając wzroku V., rzekł mrucząc
pod nosem:</akap>


<akap_dialog>--- Ba... może to i być, a może i nie. Cóż
mnie to obchodzi, niech tu będzie panem,
kto chce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ja sądzę --- mówił V. dalej, zbliżając się do starego i kładąc mu rękę na
ramieniu --- ponieważ posiadałeś całe zaufanie starego barona, więc nie ukrywał
przed tobą stosunków, jakie zachodziły
między jego synami. Wspomniał ci zapewne o małżeństwie, jakie Wolfgang zawarł wbrew jego woli?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie mogę sobie przypomnieć --- odrzekł stary, ziewając głośno w niezwykły sposób.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jesteś śpiący, stary --- rzekł do niego V. --- może miałeś dziś noc niespokojną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zdaje mi się --- mruknął niechętnie, dodając zaraz --- ale muszę już odejść,
żeby wieczerzę zarządzić.</akap_dialog>


<akap>Mówiąc to, wyciągnął wygięte swe plecy i powtórnie ziewnął jeszcze głośniej.</akap>


<akap_dialog>--- Zostań no, stary, jeszcze --- zawołał
V., biorąc go za ręce i chcąc go zmusić do siedzenia, ale ten stanął przy stole i oparł
się o niego, a skłoniwszy się całym ciałem ku V., mruknął z pewną niechęcią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No i cóż tam znów? Co mnie obchodzi majorat?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toteż --- przerwał mu V. --- nie będziemy już o tym mówili, kochany Danielu, ale o czym innym. Jesteś pochmurny, ziewasz. Wszystko to pokazuje jakieś
osobliwe znużenie, tak iż jestem gotów
mniemać, żeś to ty był zeszłej nocy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że ja byłem zeszłej nocy? --- zapytał stary, nie ruszając się z miejsca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wczoraj o północy --- mówił dalej
V. --- gdy siedziałem w gabinecie starego
pana, obok wielkiej sali, ukazałeś się w jej
drzwiach, sztywny, blady, zmieniony...
Przystąpiłeś do zamurowanych drzwi
i drapałeś po nich obiema rękami, jęcząc
przy tym straszliwie, jakbyś piekielne cierpiał męki. Czyś ty lunatyk, Danielu?</akap_dialog>


<akap>Stary padł w krzesło, które mu szybko
V. podsunął. Nie wydał najmniejszego
głosu, a zmrok nie dozwalał widzieć jego
twarzy. V. zauważył tylko, iż ciężko oddycha, zgrzytając zębami.</akap>


<akap_dialog>--- Tak --- mówił V. dalej po krótkim milczeniu --- tak zwykle się dzieje z lunatykami. Nazajutrz nic nie wiedzą,
co się z nimi działo, nie pamiętają o tym,
co czynili jakby na jawie.</akap_dialog>


<akap>Daniel wciąż milczał.</akap>


<akap_dialog>--- Podobnych rzeczy jużem się dawniej napatrzył --- mówił znów V. --- <begin id="b1330265118677-1521359045"/><motyw id="m1330265118677-1521359045">Prawda</motyw>Miałem przyjaciela, który tak samo jak ty
odbywał nocne przechadzki, gdy księżyc
był w pełni. Szczególniejsza zaś, iż
udało mi się z nim rozmawiać, gdy po cichu do ucha zacząłem mu szeptać. Niekiedy nawet siadał przy stole i pisał list. Odpowiadał mi należycie na pytania, jakie
mu czyniłem. Niekiedy wymykało mu się
z ust to, czego najtroskliwiej unikał, będąc w stanie przytomnym. Widocznie nie
mógł oprzeć się sile, która nań działała.
Do kata! Ja sądzę, że lunatyk, choćby nie
wiem jak długo ukrywał popełnioną jaką
niegodziwość, to zawsze w końcu się wyda, gdy się go w tym stanie pociągnie za
język. Nic to nie obchodzi takich, co mają
czyste sumienie, jak my obydwaj, nieprawdaż, mój Danielu? <end id="e1330265118677-1521359045"/>My bezpiecznie
możemy być lunatykami. Nikt się od nas
o żadnej zbrodni nie dowie. Ale powiedz
mi, Danielu, ty zapewne chcesz się dostać
do wieży astronomicznej, gdy tak przeraźliwie drapiesz się po drzwiach zamurowanych? Chcesz zapewne popracować
ze starym panem? Wypytam cię o to przyszłej nocy.</akap_dialog>


<akap>Gdy to V. mówił, stary drżał coraz mocniej, wreszcie porwały go straszliwe konwulsje, wśród których wydawał niezrozumiale jęki. V. wezwał służących. Wniesiono światła. Stary drżeć nie przestał.
Zaniesiono go do łóżka. Blisko godzinę
przebywał w tym stanie, potem wpadł
w senną omdlałość. Gdy się obudził, zapragnął napić się wina, a gdy mu je podano, oddalił służącego, który chciał przy
nim czuwać i zamknął się jak zwykle
w swoim pokoju.</akap>


<akap>V. w samej rzeczy postanowił zrobić
doświadczenie, jak o tym mówił Danielowi, chociaż nie taił przed sobą, że Daniel
może po raz pierwszy, dowiedziawszy się
o swym chorobliwym stanie, wszelkich
użyje sposobów, aby mu się oprzeć. Ale w takim razie, gdyby się rzecz udała,
cóż mogą znaczyć zeznania w somnambulizmie poczynione? Mimo to, udał się około północy do sali, spodziewając się, że
Daniel, jak to zwykle bywa w takiej chorobie, wbrew własnej woli będzie musiał postąpić. Tymczasem o północy powstała wielka wrzawa na podwórzu. V. wyraźnie usłyszał wypadające okno. Pośpieszył na dół i gdy szedł przez korytarz,
otoczył go dym, który, jak zaraz spostrzegł, wychodził z pokoju marszałka.
Wynoszono właśnie Daniela na pół martwego, aby go w drugim pokoju w łóżko
położyć. Było około północy, tak powiadali służący, gdy jakiś głuchy łoskot
w pokoju marszałka zbudził parobka, który sądząc, iż staremu się coś przytrafiło,
wstawał właśnie, aby iść na ratunek,
gdy naraz usłyszał stróża nocnego wołającego na podwórzu: --- ,,Ogień! ogień! W stancji pana marszałka pali się jasnym
płomieniem!" Na te krzyki zerwali się
wszyscy służący, ale wszelkie ich usiłowania, aby drzwi od pokoju otworzyć, były daremne. Wybiegli na podwórze, ale
przytomnego umysłu stróż wskoczył już
do pokoju przez okno, niezbyt wysoko
wznoszące się od ziemi i ściągnął palące
się firanki, a parę konewek wylanej wody
cały pożar ugasiło. Marszałka znaleziono leżącego na środku pokoju w głębokim omdleniu. Trzymał jeszcze w ręku
lichtarz, z którego świeca zapaliła firanki i pożar spowodowała. Spadające płócienne strzępy poopalały staremu brwi i znaczną część włosów na głowie. Gdyby był
stróż nocny nie postrzegł ognia, to stary
byłby się bez ratunku spalił. Niemało się
służba zdziwiła, znalazłszy drzwi zamknięte z wewnątrz przez dwa nowo wśrubowane rygle, których wczorajszego wieczoru jeszcze nie było. Przekonało to justycjariusza, że stary chciał sobie uniemożliwić wyjście, ale nie mógł się oprzeć
bezwiednemu popędowi.</akap>


<akap>Stary na dobre się rozchorował, nie
mówił, jadł bardzo mało i jakby skrępowany jakąś straszną myślą, nieruchomo
rzucał przed siebie spojrzenia, w których
się śmierć malowała. V. sądził, iż stary
nie wstanie już z łóżka. <begin id="b1330265300905-1154340518"/><motyw id="m1330265300905-1154340518">Tajemnica, Zbrodnia</motyw>Wszystko, co tylko dało się uczynić w interesie młodego
klienta, to już V. uczynił. Teraz nie pozostało mu nic innego, jak czekać cierpliwie,
jakie skutki osiągną jego starania, postanowił więc wracać do K. Odjazd na dzień
następny był naznaczony. Wieczorem V.
układał swoje papiery, gotując się do podróży. Wtem wpadł mu pod rękę maleńki pakiecik, który niegdyś baron mu oddał. Pakiecik ten własną ręką opieczętował, położywszy na nim napis: ,,Do przeczytania po otworzeniu mego testamentu". V. dotąd w niepojęty sposób tego pakietu nie mógł odszukać. Zamierzał właśnie go odpieczętować, gdy drzwi się
otworzyły i po cichu, niby duch jaki,
wszedł Daniel. Położył czarną tekę, którą
niósł pod pachą, a potem ze strasznym jękiem padł na kolana, konwulsyjnie uchwycił justycjariusza za rękę i rzekł grobowym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Nie chciałbym umierać na szafocie... Ten tam wysoko osądzi! ---
Podniósłszy się wśród bolesnych jęków
i westchnień, wyszedł z pokoju tak samo,
jak przyszedł.<end id="e1330265300905-1154340518"/></akap_dialog>


<akap>V. całą noc spędził na czytaniu tego, co
czarna teka i pakiecik Huberta zawierały. Jedna i drugi w ścisłym ze sobą związku zostawały i wskazywały dalszą drogę
postępowania w sprawie majoratu.</akap>


<akap>Skoro tylko V. przybył do K., udał się
natychmiast do barona Huberta, który go
przyjął bardzo wyniośle. Ważnym następstwem ich rozmowy, która bez przerwy
od południa do późnej trwała nocy, było
to, że zaraz nazajutrz baron oświadczył
przed sądem, iż pretendentna do majoratu, zgodnie z testamentem swojego ojca,
uznaje za starszego syna barona Wolfganga, spłodzonego z jego prawego małżeństwa z Julią de St. Bal, a tym samym
uznaje go za legalnego dziedzica majoratu.</akap>


<akap>Wyszedłszy z sądu, Hubert wsiadł do
oczekującego nań przy bramie powozu
zaprzężonego czterema końmi i odjechał,
zostawiwszy matkę i siostrę.</akap>


<akap>Zdziwienie Roderyka z tej zmiany stanu rzeczy było niemałe. Nalegał na V., aby
go przecież objaśnił, jakim sposobem stał
się ten cud, jaka tajemnicza potęga tu się
wdała. V. przyrzekł mu wszystko wyjaśnić w czasie późniejszym, gdy majorat
obejmie w posiadanie. Wydanie majoratu
nie mogło jednak rychło nastąpić z tej
przyczyny, iż sąd, nie poprzestając na
oświadczeniu Huberta, domagał się jeszcze zupełniejszej legitymacji Roderyka.</akap>


<akap>V. ofiarował baronowi mieszkanie
w zamku K., dodając, że matka i siostra
Huberta przez nagły tego odjazd znajdują się w chwilowym kłopocie i wolałyby
raczej cichy pobyt w zamku przodków,
niż przebywanie w drogim i wrzaskliwym mieście. Zapał, z jakim Roderyk chwycił się myśli, że z baronową przynajmniej przez czas jakiś razem pod jednym dachem mieszkać będzie, wskazuje jasno, jak silne na nim uczyniła
wrażenie Serafina, dziewczę miłe i piękne.
I w samej rzeczy, młody baron tak umiał
ze swojego pobytu w K. korzystać, że kilka tygodni zaledwie upłynęło, a pozyskał
miłość Serafiny i zezwolenie matki na ich
związek. Dla V. było to trochę za prędko,
ponieważ prawa Roderyka do majoratu
były zawsze jeszcze wątpliwe.</akap>


<akap>Listy z Kurlandii przerwały to sielankowe życie. Hubert wcale się w swych
dobrach nie pokazał, lecz prosto pojechał
do Petersburga, zaciągnął się do wojska
i udał się na wojnę przeciwko Persom,
z którymi wówczas Rosja prowadziła
wojnę. To skłoniło baronową, iż wraz
z córką odjechała do majątku kurlandzkiego, w którym panował nieporządek
i zamieszanie. Roderyk, który się już uważał za przybranego syna, nie omieszkał
towarzyszyć ukochanej, tak więc, gdy
i V. do K. wyjechał, zamek znów był pusty jak wprzódy. Choroba starszego marszałka z każdym dniem się zwiększała,
tak iż on sam nabył przekonania, że z niej nie powstanie. Urząd jego oddano
owemu Franciszkowi, który tak wiernym
był sługą nieboszczyka Wolfganga.</akap>


<akap>W końcu po długich wyczekiwaniach
nadeszły wiadomości ze Szwajcarii. Proboszcz, który dawał ślub Wolfgangowi,
dawno już nie żył, ale w księgach parafialnych znaleziono zanotowane własną
jego ręką, iż ten, którego pod imieniem
Borna połączył związkiem małżeńskim
z panną Julią de St. Bal, dowodnie wylegitymował się przed nim jako baron
Wolfgang von R., najstarszy syn barona
Roderyka von K. Nadto odszukano
dwóch świadków, którzy byli przytomni<pe><slowo_obce>przytomny</slowo_obce> (daw.) --- obecny.</pe>
na ślubie. Jednym z nich był kupiec genewski, a drugim stary kapitan francuski,
który się przeniósł do Lyonu. Tym Wolfgang także się odkrył, ci więc pod przysięgą uczynili zeznania, a przez to poparli
adnotację proboszcza w księdze parafialnej. Mając w ręku wszystkie te dowody,
V. był w możności okazać niezaprzeczone prawa do majoratu młodego swego
protegowanego. Nic zatem nie stało na
przeszkodzie wydaniu majoratu, co też
zaraz w jesieni nastąpić miało.</akap>


<akap>Tymczasem Hubert poległ w pierwszej bitwie, w jakiej się znajdował. Spotkał go
ten sam los, co jego młodszego brata, który na rok przed śmiercią ojca również
w boju zabity został. Tym sposobem dobra w Kurlandii spadły na Serafinę von
K., stanowiąc piękny posag, który się miał
dostać szczęśliwemu Roderykowi.</akap>


<akap>Już listopad się zaczął, gdy baronowa,
Roderyk i jego narzeczona do K. przybyli. Po urzędowym wydaniu majoratu
nastąpił ślub Roderyka z Serafiną. Kilka
tygodni upłynęło wśród upojeń radosnych --- wreszcie ufetowani goście zaczęli się z wolna rozjeżdżać ku wielkiej radości justycjariusza, który nie chciał
wprzód zamku K. opuścić, dopóki nie zapozna dokładnie młodego dziedzica majoratu ze wszystkimi stosunkami odnoszącymi się do jego posiadłości.</akap>


<akap>Z wielką ścisłością prowadził rachunki
stryj Roderyka, zapisując sumiennie przychód i wydatki majoratu. Ponieważ Roderyk dostał niewielką sumkę na swoje
utrzymanie, wszystkie więc nadwyżki
z dochodu znacznie zwiększyły kapitał,
jaki zostawił był stary baron.</akap>


<akap>W pierwszych tylko trzech latach Hubert obrócił na swoją korzyść dochody z majoratu, na co wszakże wystawił rewers, ubezpieczając należność w dziale
na swoim majątku w Kurlandii.</akap>


<akap>V. od czasu, gdy poznał, że Daniel jest
lunatykiem, wybrał sobie na mieszkanie
sypialny pokój starego Roderyka, aby
tym pewniej mógł wyśledzić to, co mu
później stary marszałek odkrył dobrowolnie. Ten więc pokój wraz z przyległą
mu salą wyznaczony został na miejsce,
w którym justycjariusz z baronem odbywali narady i załatwiali interesy. <begin id="b1330265530515-1458764858"/><motyw id="m1330265530515-1458764858">Burza</motyw>Zasiedli właśnie obydwaj przy wielkim stole w pobliżu komina, buchającego jasnym
płomieniem. V. z piórem w ręku notował
i obliczał bogactwa majoratu, a baron,
wsparłszy się na stole, przyglądał się ważnym dokumentom, znajdującym się
w otwartych księgach rachunkowych. Żaden z nich nie słyszał głuchego szumu
morza, żałosnych krzyków mew burzę
zwiastujących, które w przelocie swoim
skrzydłami w okno uderzały. Żaden z nich
nie zważał na burzę, która zerwawszy się
około północy, z dzikim poświstem po
zamku szalała. Jakieś dziwne odgłosy budziły się w kominach i ważkich przejściach, wyjąc straszliwie. Gdy po silnym napadzie burzy, od którego wtrząsnął się
zamek, nagle wypełniło salę posępne księżycowe światło, V. zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Cóż to za straszna niepogoda! --- Baron,
cały zatopiony w bogactwach, które nań
spadły, odrzekł obojętnie, przewracając
z uśmiechem kartę księgi dochodów:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W samej rzeczy niepogoda.</akap_dialog>


<akap>Ale jakże się zerwał, wtrząśnięty lodowatą ręką przerażenia, gdy drzwi od sali
się rozwarły i ukazała się jakaś blada,
straszliwa postać<end id="e1330090998129-1051110892"/>,<end id="e1330265530515-1458764858"/> która weszła jak widmo śmierci. Był to Daniel, o którym V.
sądził tak samo, jak każdy, iż złożony
ciężką chorobą, nie jest zdolny się ruszyć.
On tymczasem, wpadłszy znów w lunatyzm, rozpoczął swoje nocne przechadzki. Niemym, osłupiałym wzrokiem patrzał
baron na starego, kiedy ten wśród bolesnych jęków drapał się teraz po ścianie.
Głęboki przestrach go ogarnął. Blady jak
śmierć, z najeżonymi włosami, przystąpił
do starego w groźnej postawie i zagrzmiał potężnym głosem, że aż sala zadrżała:</akap>


<akap_dialog>--- Danielu! Danielu! Co tu porabiasz
o tej godzinie?!</akap_dialog>


<akap>Stary niby zawył straszliwie, wydając głos podobny do jęku śmiertelnie ranionego zwierza, tak samo jak wówczas,
kiedy mu Wolfgang ofiarował złoto za
jego wierność. Jęknął i padł na ziemię. V.
przywołał służących, podniesiono starego, ale wszelkie starania były daremne,
żeby go do życia przywrócić. Baron krzyczał w rozpaczy.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1330091275650-1060058154"/><motyw id="m1330091275650-1060058154">Zemsta</motyw>--- Boże mój! Boże! Czyliż nie słyszałem, że lunatyk umiera nagle, gdy go się
po imieniu zawoła? Nieszczęsny! Zabiłem
biednego starca! Przez całe życie spokoju nie znajdę!</akap_dialog>


<akap>Kiedy służący trupa wynieśli i nikt w sali nie został, V. wziął za rękę wciąż rozpaczającego barona, milcząc zaprowadził
go przed zamurowane drzwi i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Ten, który u nóg twoich, baronie
Roderyku, padł nieżywy, był podłym mordercą twego ojca!<end id="e1330091275650-1060058154"/></akap_dialog>


<akap>Jakby widmo ujrzał piekielne, baron
osłupiałym wzrokiem patrzał na V. Ten
zaś mówił dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Czas już, aby ci odkryć straszną tajemnicę, która ciążyła na tym bezbożniku. Przedwieczna siła dozwoliła synowi
pomścić się na mordercy ojca. Słowa, którymi zagrzmiałeś w uszy temu straszliwemu lunatykowi, były ostatnimi, jakie wyrzekł twój nieszczęśliwy ojciec.</akap_dialog>


<akap>Drżący, niezdolny słowa wyrzec baron, zajął miejsce przy V. który usiadł
przed kominem. V. opowiedział treść pisma, które Hubert mu zostawił, a które
wolno było mu odpieczętować dopiero po
otworzeniu testamentu. Hubert pełen najgłębszej skruchy, oskarżał się o niepojednaną zawiść, jaka zrodziła się w nim
przeciwko bratu od chwili, gdy stary Roderyk ustanowił majorat. Wszelką broń
wyrwano mu z ręki, bo gdyby udało mu
się nawet poróżnić w niegodziwy sposób
ojca z synem, to jednak pozostałoby to
bez żadnego skutku, bo sam Roderyk nie
był w stanie odjąć najstarszemu synowi
praw pierworodztwa i choćby odwrócił
od niego swoje serce i oczy, to i tak nigdy by tego według swych zasad nie uczynił.
Dopiero kiedy Wolfgang wszedł w miłosne stosunki z Julią de St. Bal, sądził Hubert, że może bratu szkodzić. Od tego
czasu w porozumieniu z Danielem usiłował w niegodziwy sposób skłonić starego
do postanowień, które miały syna przywieść do rozpaczy.</akap>


<akap>Wiedział on, że według wyobrażeń Roderyka jedynie związek ze starożytną
w kraju rodziną mógł zapewnić majoratowi świetność na zawsze. Stary w gwiazdach ten związek wyczytał, każdy więc
lekkomyślny postępek na szwank całą instytucję mógł narazić. Tym sposobem
stosunek Wolfganga z Julią wydawał się
staremu jako zbrodniczy zamach przeciwko tajemniczej mocy, która go wspierała w ziemskich zamiarach, gotował się
więc go zniszczyć, uważając w Julii demoniczny pierwiastek, który mu stanął
na przeszkodzie. Hubert wiedział o szalonej miłości Wolfganga dla Julii, której
strata przyprawiłaby go o rozpacz albo
o śmierć nawet, a tym chętniej popierał
plany ojcowskie, że sam, uczuwszy karygodną skłonność ku Julii, spodziewał się
zyskać jej wzajemność. Trzeba było
szczególniejszego zrządzenia nieba, iż te
piekielne zamysły rozbiły się o stanowczość Wolfganga, a nawet udało mu się
oszukać brata. <begin id="b1330265659395-2407548612"/><motyw id="m1330265659395-2407548612">List, Przekleństwo</motyw>Hubert rzeczywiście nie
wiedział o tajemnie zawartym małżeństwie ani o narodzeniu syna. Czując się
bliskim śmierci, stary Roderyk wpadł na
myśl, że Wolfgang musiał poślubić tę nienawistną mu Julię. W liście, który poleca synowi, aby w oznaczonym dniu przybył do K. dla objęcia majoratu, przeklina
go, jeśli nie zerwie owych związków. Ten
list Wolfgang spalił przy zwłokach ojcowskich.<end id="e1330265659395-2407548612"/></akap>


<akap>Do Huberta pisał stary, że Wolfgang
poślubił Julię, ale on zerwie ten związek.
Hubert uważał to za wymysł ojcowskiej
fantazji, ale jakże się przestraszył, gdy
mu sam Wolfgang w K. nie tylko domysł
ojca potwierdził z całą otwartością, ale dodał jeszcze, że Julia powiła mu syna, że
przed niedawnym dopiero czasem zawiadomił ją o swoim stanie i o bogatej swej
posiadłości, z czego niemało się zapewne
ucieszy, gdyż dotąd miała go za kupca
Borna z M. Chciał zaraz do Genewy pośpieszyć, aby sprowadzić ukochaną małżonkę. Nim przecież ten zamysł doprowadził do skutku, śmierć go spotkała. Hubert starannie zamilczał, co wiedział o bytności syna, zrodzonego w małżeństwie
z Julią i przywłaszczył sobie majorat,
który do tegoż należał. Zaledwie jednak
parę lat upłynęło, uczuł żal głęboki.
<begin id="b1330265729204-260984556"/><motyw id="m1330265729204-260984556">Gniew</motyw>Los w straszliwy sposób przypomniał mu
jego winę, budząc coraz większą nienawiść między jego synami.</akap>


<akap_dialog>--- Ty jesteś biedny chudeusz --- mówił
starszy, dwunastoletni chłopiec, do młodszego --- ale ja, gdy ojciec umrze, zostanę panem majoratu i musisz być
bardzo pokornym i po rękach mnie całować, zanim dostaniesz pieniądze ode mnie
na nowy surdut.</akap_dialog>


<akap>Młodszy wpadł we wściekłość na tę
szyderczą pychę brata, rzucił w niego nożem, który miał właśnie pod ręką i o mało go nie zabił.<end id="e1330265729204-260984556"/> Hubert, lękając się większego nieszczęścia, wyprawił młodszego do
Petersburga, gdzie ten później jako oficer
walczył pod Suworowem przeciw Francuzom i poległ na polu bitwy. Odkryć
przed światem, że nieprawnie, przez oszustwo majorat posiada --- od tego wstrzymywały go wstyd i hańba, które by go
spotkały. Ale postanowił sobie ani jednego grosza nie pozbawiać prawego właściciela. Zasięgnął wiadomości z Genewy
i dowiedział się, że pani Born, zmartwiona niepojętym zniknięciem męża, umarła,
ale młody baron żyje i jest na wychowaniu u pewnego poczciwego człowieka, który go przyjął do siebie. Wtedy zgłosił się
Hubert pod obcym nazwiskiem, jako krewny kupca Borna, który zginął na morzu i przysyłał pieniądze, które dostateczne były do troskliwego i starannego
wychowania przyszłego dziedzica majoratu. Jak zaś troskliwie zbierał nadwyżkę z dochodów majoratu i jaki później
uczynił testament, to już wiadomo.</akap>


<akap>O śmierci swego brata mówił Hubert
w dziwnie zagadkowy sposób, z którego
wszakże domyślać się można, że tu zaszły
jakieś pełne tajemnicy okoliczności i że
Hubert pośrednio przynajmniej miał
udział w okropnym czynie. Wyjaśnia to
wszystko czarna teka. Do zdradzieckiej
korespondencji Huberta z Danielem dołączona była kartka, którą Daniel napisał
i podpisał. V. przeczytał jedno zeznanie,
przed którym zadrżał w głębi duszy. <begin id="b1330092084515-3732914364"/><motyw id="m1330092084515-3732914364">Podstęp, Morderstwo</motyw>Na
Daniela wezwanie przybył Hubert do K.
Daniel mu doniósł o znalezionych stu pięćdziesięciu tysiącach talarów. Wiadomo,
jak brat przyjął Huberta, jak zawiedziony
we wszystkich oczekiwaniach swoich
i nadziejach, chciał zaraz odjechać, jak
go V. zatrzymał. W sercu Daniela wrzała
zemsta przeciwko młodemu człowiekowi,
który chciał go wypędzić jak parszywego psa. On to wciąż podniecał ogień, który trawił zrozpaczonego Huberta. W lesie sosnowym, gdy polowali na wilki,
w czasie burzy i zamieci śniegowej, spiknęli się na zgubę Wolfganga.</akap>


<akap_dialog>--- Sprzątnąć --- szepnął Hubert, oglądając się i przykładając fuzję.</akap_dialog>


<akap>--- Tak, sprzątnąć --- odmruknął Daniel --- ale nie w ten sposób, nie w ten.</akap>


<akap>I ułożył sobie w duchu, że zamorduje barona, a nikt tego nawet nie postrzeże. Gdy
Hubert w końcu otrzymał pieniądze, ciężko mu było na sercu, chciał odjechać, aby
się oprzeć nowemu pokuszeniu. Sam Daniel osiodłał mu w nocy konia i wyprowadził go ze stajni, lecz gdy baron chciał go
dosiąść, rzekł Daniel przerażającym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Ja myślę, baronie Hubercie, że ty zostaniesz w majoracie, który w tej chwili
spada na ciebie, bo dumny jego posiadacz
leży zdruzgotany w otchłani wieżowej.<end id="e1330092084515-3732914364"/><end id="e1330092030980-2113780517"/></akap_dialog>


<akap><begin id="b1330092163379-3521060919"/><motyw id="m1330092163379-3521060919">Chciwość, Morderstwo</motyw>Daniel zauważył, że Wolfgang, dręczony pragnieniem złota, często w nocy zrywał się z łoża, stawał przede drzwiami,
które niegdyś do wieży prowadziły i rzucał pożądliwe, tęskne spojrzenia w głębię,
która, według zapewnienia Daniela, miała
ukrywać znaczne skarby. Toteż kiedy
usłyszał, że baron otworzył drzwi wiodące do wieży, wszedł nimi i postępował za
baronem, który stanął nad samą przepaścią. Baron odwrócił się, postrzegłszy niegodziwego sługę, któremu z oczu mord
błyszczał i zawołał przestraszony:</akap>


<akap_dialog>--- Danielu, Danielu, co tu robisz o tej
godzinie? --- A Daniel wtedy mruknął dzikim głosem:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Leć na łeb, ty psie parszywy! --- I silnym uderzeniem nogi zepchnął nieszczęśliwego w przepaść...<end id="e1330092163379-3521060919"/></akap_dialog>


<akap>Okropna ta zbrodnia tak silnie oddziałała na barona, iż chwili spokoju nie mógł
znaleźć w zamku, gdzie jego ojciec został
zamordowany. Wyjechał do swoich dóbr
w Kurlandii i raz tylko w rok, na jesień
przyjeżdżał do K.</akap>


<akap><begin id="b1330265842202-3480615533"/><motyw id="m1330265842202-3480615533">Duch</motyw>Franciszek, ów stary Franciszek, utrzymywał, że Daniel, którego zbrodni się domyślał, często później przeszkadzał, mianowicie gdy księżyc był w pełni, a opisywał tę przeszkodę zupełnie tak samo, jak
V. ją ujrzał i z zamku wypędził.<end id="e1330265842202-3480615533"/></akap>


<akap>Odkrycie też okoliczności, które pamięć ojca hańbą okrywały, wypędziło
młodego Huberta daleko w świat...</akap>


<akap>Gdy mi to wszystko dziadek opowiedział, wziął mnie za rękę i ze łzami w oczach rzekł rozrzewnionym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Kuzynku, kuzynku, nawet ona... Ta
piękna kobieta nie mogła uniknąć wpływu siły nieczystej, która się rozgościła
tam, na zamku...</akap_dialog>


<akap><begin id="b1330265860714-2221297101"/><motyw id="m1330265860714-2221297101">Duch, Śmierć</motyw>W dwa dni po naszym wyjeździe z K.
ułożył baron na zakończenie zabaw przejażdżkę sankami. Sam powoził, jadąc ze
swą małżonką. Nagle, przy skręcie z doliny, w niepojęty sposób przestraszone
konie zerwały się i jak szalone poniosły,
parskając nozdrzami.</akap>


<akap_dialog>--- Stary... stary jest tuż za nami! --- zawołała baronowa rozpaczliwym głosem.
W tej samej chwili silnie uderzone sanie
wyrzuciły ją daleko... Znaleziono ją martwą... Ona tam spoczywa! Baron został
niepocieszony. Jego spokój jest spokojem
umierającego. Już nigdy, kuzynku, nie
wrócimy do K.<end id="e1330265860714-2221297101"/></akap_dialog>


<sekcja_asterysk/>
<akap>Umilkł dziadek. Wkrótce potem rozłączyłem się z nim z zakrwawionym sercem,
i tylko czas wszystko uspokający mógł
przynieść ulgę głębokiej boleści, której
sądziłem, że nie przeżyję.</akap> 


<akap>Minęły lata. V. od dawna w grobie spoczywa. Ja musiałem opuścić ojczyznę.
Burza wojenna, która szalała nad całymi
Niemcami, zapędziła mnie daleko na północ, do Petersburga. W powrocie stamtąd, w czasie ciemnej nocy letniej, jadąc
wzdłuż zatoki morza Bałtyckiego, niedaleko od K., postrzegłem na niebie wielką
gwiazdę błyszczącą. Zbliżając się coraz
więcej, poznałem po czerwonych płomykach, że to, co uważałem za gwiazdę, jest
bardzo silnym ogniem, ale pojąć tego nie
mogłem, jakim sposobem mógł się on
wznieść tak wysoko w powietrze.</akap>


<akap_dialog>--- Przyjacielu, co to za ogień tam,
przed nami? --- zapytałem pocztyliona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E, to nie ogień --- odrzekł tenże --- to
latarnia morska w K.</akap_dialog>


<akap>Zaledwie pocztylion wymienił tę nazwę, gdy w żywym świetle stanął przed
oczyma mej duszy obraz owych fatalnych
dni, które tam przeżyłem. I ujrzałem barona, Serafinę, stare dziwaczne ciotki,
ujrzałem siebie samego z mlecznobiałą
twarzą, pięknie ufryzowanego, upudrowanego, w błękitne suknie wystrojonego,
a przy tym zakochanego... Wśród posępnych myśli, które mnie ogarnęły, iskrzyły się światełka wesołych żarcików dziadka, które teraz dowcipniejszymi się jeszcze wydawały niż dawniej. Smutkiem
i dziwną wesołością przejęły. Nazajutrz
rano stanąłem w K. i wysiadłem z powozu, który się zatrzymał przed pocztą. Poznałem zaraz dom rządcy i zapytałem się
o niego.</akap>


<akap_dialog>--- Z przeproszeniem... --- odrzekł pisarz pocztowy, wyjmując z ust fajkę i poprawiając szlafmycy na głowie. --- Tu nie ma żadnego rządcy, tu jest rząd królewski, a pan Amtsrath raczy jeszcze spać.</akap_dialog>


<akap>Pytając dalej, dowiedziałem się, że już
od lat szesnastu umarł bezpotomnie baron Roderyk, ostatni dziedzic majoratu,
a zatem tenże, stosownie do prawa obowiązującego podobne instytucje, przyłączony został do państwa.</akap>


<akap>Pobiegłem na zamek i zastałem go
w ruinie.</akap>


<akap>Znaczną część jego cegieł zużytkowano przy budowie wieży z latarnią morską,
tak mnie przynajmniej zapewniał wieśniak, który nadszedł z sosnowego lasu
i rozpoczął ze mną gawędkę. Opowiadał
mi także o duchach, które miały przebywać w zamku i upewniał, że jeszcze dziś, kiedy księżyc jest w pełni, dają się słyszeć śród zwalisk żałosne jęki i westchnienia.</akap>


<akap><begin id="b1330092475333-2296801660"/><motyw id="m1330092475333-2296801660">Los, Przekleństwo</motyw>Biedny, stary, lekkomyślny Roderyku,
jakiego żeś złego ducha tu zaklął, który
plemię twoje w pierwszych odroślach
śmiertelnie zatruł, kiedy się spodziewałeś,
że je tu zasadzisz silnymi korzeniami na
wieki!<end id="e1330092475333-2296801660"/></akap>
</powiesc>





</utwor>