<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/grabinski-z-wyjatkow-w-pomrokach-wiary-podzwonne/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Grabiński, Stefan</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Podzwonne</dc:title>

<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Sekuła, Aleksandra</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kotwica, Wojciech</dc:contributor.technical_editor>
  <dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Maciejewska, Cezaria</dc:contributor.technical_editor>
  <dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kopeć-Gryz, Aleksandra</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Dwudziestolecie międzywojenne</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Nowela</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). </dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/grabinski-z-wyjatkow-w-pomrokach-wiary-podzwonne</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Stefan Żalny, Z wyjątków. W pomrokach wiary, Drukarnia ,,Narodowa", Lwów [1909].</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Stefan Grabiński zm. 1936</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2007</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2021-04-08</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/6815.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Ku światłu, Franciszek Siedlecki (1867-1934), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6815</dc:relation.coverImage.source>
  <category.legimi>Horror</category.legimi>
    <category.thema.main>FS.WL-N</category.thema.main>
    <category.thema>FMT</category.thema>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MP</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><opowiadanie>



<autor_utworu>Stefan Grabiński</autor_utworu>

<dzielo_nadrzedne>W pomrokach wiary</dzielo_nadrzedne>


<nazwa_utworu>Podzwonne</nazwa_utworu>

<akap>Pogrążyli się w wieczornej zadumie.</akap>

<akap>Gwar miasta dochodził tu tylko stłumionym podźwiękiem, odcięty od zacisza plebańskiego sadu grubym, trawiastym murem. Tylko tam, na drugim końcu przerywała go wąska bramka z żelaznych krat i przesuwała przed oczyma fragmenty życia ulicy. Od czasu do czasu przeciągały ze śpiewem grupy podochoconych żołnierzy w skórzanych koletach, pobrzękując niedbale opuszczonymi rapierami, mignęło puszyste pióro w szerokich, bujnych liniach wygiętego kapelusza, załopotał płaszcz rycerski...</akap>

<akap>Od czasu do czasu zaszeleściła aksamitnym trenem sukni wstydliwa mieszczka, spiesznie zdążając do domu, przeszła poważnym krokiem gromada rajców, zaczerniała dostojna postać matrony...</akap>

<akap>Gdzieś na rogu kuglarz-linoskok wyginał gibkie ciało wężowym ruchem, lśnił pośród gawiedzi łuską pstrokatej odzieży... A dalej --- dalej dymy się wiły wieczorne i słońce łuniało na dachach...</akap>

<akap>Od sadu przywiewały surowe obrzaski świeżo skoszonej trawy, wynikały wilgne wydzieliny ziemi. Przed godziną spadł deszcz i zmokrzył drzewa, murawę, kwiaty, iż nabrały połysku i miękko stonowały się z soczystą czerwienią zachodu.</akap>

<akap>Jedwabne cienie zachodziły falami w zroszoną ruń darni, oddając kapryśne ruchy wiatru, powikłane kontury drzew dzierzgały zmierzchową sieć dziwów. W pośrodku niby puklerz koralowy padał odbity od witrażu przyległej fary płomienny refleks słońca i przygasał powoli. Mętniało na dworze.</akap>


<akap>Na twarzy księdza Pawła jaśniała cicha pogoda; siwe oczy mistyka spoglądały z wyrozumiałością w pieniący się wir życia, pełne miłości i współczucia ogarniały roznamiętniony świat zmysłów, tłumacząc wszystko, przebaczając bez końca. Inaczej patrzył dziś w miasto przyjaciel ojca Pawła i powiernik, dzwonnik Sebastian. Subtelna twarz rzeźbiarza, okolona ciemnym zarostem, tchnęła wysiłkiem woli, która lada chwila miała ustąpić pod naporem nowych tęsknot, krańcowo różnych od tych, jakie dotąd rozskrzydlały duszę.</akap>





<akap>Był to wieczór przełomu i buntu, rozstajne drogi dwóch duchów do dziś dnia spojonych przepotężną siłą; odtąd miał każdy pójść swoją drogą.</akap>





<akap>Prawie rówieśnicy, wychowywali się razem, wzrastali w spólności poglądów i idei. Paweł, z natury mistyk, poświęcił się stanowi duchownemu i od lat paru mieszkał przy farze, gdzie wkrótce po wyświęceniu zasłynął jako kaznodzieja i spowiednik. Sebastian, nie chcąc się rozstawać z przyjacielem, objął obowiązki dzwonnika, a w wolnych chwilach uprawiał rzeźbę i plastykę. Miał duszę dziecka, rozmiłowaną w pięknie wiary i Boga, rozśpiewaną dźwiękami dzwonów, zasłuchaną w melodie serafów. Takim go znał ksiądz Paweł od dawna, takim ukochał i wymarzył. Sebastian był jego ideałem, tą jedyną duszą bez skazy, której szukał i wszystkie swe siły wytężał, by ją utrzymać na śnieżnych wyżynach.</akap>




<akap>Wytworzył się między nimi niezwykły, rzec by metafizyczny stosunek. Najlżejsze drgnienia myśli przypływały ku sobie niewidzialnymi falami, przenikały się harmonijnie w zawsze czystym, nieskażonym oddźwięku. Z ust Pawła szły archanielskie tchnienia i uderzały w bratnią pierś harfy dzwonnika, by stąd wzmocnione radością piękna wzbić się ku górze stustrunnym hejnałem. Rzeźbiarz brał twórczą myśl przyjaciela na białe skrzydła swej sztuki i niósł gdzieś w zaświaty, tam, gdzie Aniołom i Bogu przybytek.</akap>





<akap>Paweł postanowił stosunek zacieśnić, przykuć go do siebie nierozerwalnie, zanim inne siły uprzedzą. I połączył ich Archanioł Michał, wielki, święty wojownik, twór myśli i dusz obu, dzieło rąk Sebastiana.</akap>





<akap>Zawiesili go w locie olbrzymich skrzydeł nad głównym ołtarzem farnego kościoła.</akap>





<akap>Dzwonnik rzeźbił posąg dwa lata, czerpiąc natchnienie w rozmowach z przyjacielem, w skupieniu modlitwy.</akap>





<akap>Po kilkakroć hartowane kuny przytrzymywały niewidzialnie ciało bohatera zastępów; w razie potrzeby dawały się odpiąć, a statua ześlizgiwała się lekko po blokach umieszczonych za baldachimem podniebia.</akap>





<akap>Urządzenie to uważał mistrz za konieczne do odprószania<pe><slowo_obce>odprószanie</slowo_obce> --- tu: odkurzanie; por.: oprószyć. </pe> i naprawy nadwyrężonych części. Tajemnicy mechanizmu jednak nikomu prócz Pawła nie powierzył z obawy, by niezręcznie lub za szybko puszczona maszyneria nie spowodowała fatalnego runięcia ze szczytu.</akap>





<akap>Raz do roku wprawną dłonią sprowadzał posąg ku dołowi, odczyszczał z przędzy pajęczej, przywracał pierwotny blask przyćmionej kurzem szacie. I znów ważył się pod arkadami z bożym zapałem w źrenicach, z rozwianym włosem niebieski witeź<pe><slowo_obce>witeź</slowo_obce> (daw.) --- wojownik.</pe>.</akap>





<akap>Pamiętnym był dzień, gdy po raz pierwszy w pustym kościele zawiesił promienny dumą i szczęściem twórca płód pracy serdecznej.</akap>





<akap>Stali cicho wpatrzeni w święty ogień lic chrobrych i gromki ruch prawicy, gdy w szatana godzi --- radośni, zdumieni pięknem dusz własnych, nadziemscy... Archanioł Michał!</akap>





<akap>I zawarli ślub wielki, ślub duchów i wzmocnili przysięgą. Na życie na całe, długie, ludzkie życie, które odtąd miało być święte i nieskalane, w miłości ku Bogu i ludziom a ziemskich rozkoszy płone<pe><slowo_obce>płony</slowo_obce> --- tu: pozbawiony.</pe>. A On był świadkiem i przysięgę odebrał...</akap>





<akap><begin id="b1613510706738-2634606840"/><motyw id="m1613510706738-2634606840">Dusza, Wina, Kara, Wiara</motyw>W życiu duszy można odróżnić pewne zakresy, do których jedni odnoszą się z najzupełniejszą obojętnością, czy raczej oschłą niewiarą, drudzy całą swą jaźnią tkwią w ich otchłannych tajniach. I oto w całej krwiożerczej pełni rozwija swe znaki brutalność bytu! Owi ,,wolni", obojętni, niekrępujący się żadnym względem uchodzą bezkarni, z demonicznym chichotem pełniąc najokrutniejsze zbrodnie, by często drugich, wplątanych w nie tylko przypadkiem, wciągnąć za siebie w ziejącą potępieniem czeluść.</akap>





<akap>Przekleństwo i kara tym, co wierzą!</akap>





<akap>Wiara twoja zgubiła cię!<end id="e1613510706738-2634606840"/></akap>





<akap>Niechaj drży wierzący grzesznik!</akap>





<akap>Lepiej zerwać wszystkie pęta, które spowijają duszę, niżli zostawiać najwątlejsze włókno, bo i to zawlecze w odmęt zagłady. I najdrobniejsza iskierka, tlejąca głęboko pod popiołami niedogasłej wiary wznieci dnia zemsty pożar zatracenia.</akap>




<akap>Ksiądz Paweł i Sebastian byli to ludzie wierzący. Ślub, jaki zawarli, mógł się stać dla obu groźnym, szczególnie dla tego, który go głębiej pojmował.</akap>

<akap>Gdy w ów święty wieczór dusz swoich opuszczali świątynię, maj cudny rozkwiecił sady, uzielenił łąki i pola, rozwinął pęcze<pe><slowo_obce>pęcze</slowo_obce> --- pąki.</pe>. Sypały rzęsną ulewą płatków jabłonie, rozwodziły zawrotne wonie bzy, jaśminy, upajały się chwiejbą wiatru magnolie. Po ulicach przemykały drżące rozkoszą pary kochanków, tuląc się w wiosennym pragnieniu, oplótłszy za ręce.</akap>

<akap>Sebastian czegoś posmutniał. Lecz już wzywał go za sobą w podniebne szlaki poważny głos księdza:</akap>

<akap>--- Od dziś dnia każdy z nas odpowiada za drugiego. Odebraliśmy wzajemną przysięgę, weszliśmy w obręb święty, którego bezkarnie znieważać wiernym nie wolno. Jeśliby który z nas złamał śluby, drugi zań odpowie ofiarą oczyszczenia.</akap>

<akap_dialog>--- Zdaje mi się jednak, że by odpowiedzialność znikła, gdybyśmy przestali wierzyć?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To prawda, nawet choćby tylko jeden. Ale musiałoby to być szczere. Rozumiesz mnie? Zupełna niewiara!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak... lecz do tej nie jesteśmy zdolni.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dlatego musimy się mieć na baczności! Służymy wieczystej harmonii duchów. Biada nam obu, jeśli który się zmącić ją poważy!...</akap_dialog>

<akap>Głęboko zamyśleni rozstali się.</akap>

<akap>Odtąd minęło lat parę. Ślub, zda się, istotnie silniej jeszcze zespolił obu. Lecz miały nadejść przemiany.</akap>

<akap>Względem innych zawsze wyrozumiały i łagodny, okazywał się Paweł od czasu tajemnego związku w stosunku do przyjaciela wymagający, niejednokrotnie surowy. Sebastian, wychowany niemal od dziecka pod jego wszechwładnym wpływem, usuwany od ponęt zewnętrznych, nie zdawał się zrazu odczuwać krępującej opieki; nie obudziły się w nim jeszcze pewne odruchy duszy. Chwilową melancholię nawiedzającą go czasami umiał przyjaciel skierowywać w obranym kierunku, rozniecając w nim nadziemską ekstazę i miłość. Wreszcie jednak uśpione do czasu siły rozpoczęły ciche, prawie niedostrzegalne, lecz trwałe w skutkach ruchy.</akap>

<akap>Pewnego dnia uczuł się rzeźbiarz ogromnie samotny. Przyszła myśl, że, choć dotąd życia nie używał, mógł przed złożeniem przysięgi w każdej chwili upomnieć się o swój dział, sięgnąć po kwiat szczęścia --- był piękny i młody. Po tym, co zaszło u stóp Michała, miał już drogę zamkniętą. Niebotyczne mury zawarły go w przybytku skrzącym świeżością kryształów, tęczami kaskad, lecz lodowo zimnym. Przejął go dotkliwy chłód marmurów, raziła do ślepoty biel alabastrów. Na krzyk rozpaczliwy serca otrzymywał niezmiennie w odpowiedź głuche echo olbrzymich, pustych komnat. A tam za witrażami framug święciły się gody życia, mijały słoneczne, złote popołudnia. A tam za draperiami okien obdzielały szczodrze wonnym łonem róże, prześcigały w daremnym utęsknieniu za śmiałą dłonią rzęsne grusze.</akap>

<akap>Więc jak ptak uwięziony zabił o szyby, zatrzepotał o kraty i po chwili walki opadł na dno klatki. Wiara nie pozwalała rozpętać skrzydeł.</akap>

<akap>Wśród tej rozterki poznał Martę i zrozumiał, że jest mężczyzną.</akap>

<akap>Była tancerką z wędrownej trupy cyrkowych wesołków. Gdy smagłe ciało kreolki wić się jęło w lianowych zawrotach sarabandy, przesycony koszenilą szal opasywał głowę szkarłatną wstęgą, niemiały tłumy i z zapartym oddechem chłoniły taneczne przeguby. Była jak smukła tuja opleciona czerwieniejącym winogradem jesieni.</akap>


<akap>Spłynęła doń wieczorną godziną z promieniem zachodu, zawitała w progi samotnego domu jak chwila kryjoma, jedyna.</akap>





<akap>--- Przysłał mnie twój wielki Archanioł...</akap>





<akap>Pawła w mieście nie było: wyjechał na czas dłuższy. Gdy wrócił, już się stało. Mógłże<pe><slowo_obce>mógłże</slowo_obce> (daw.) --- konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: czy mógł, czyż mógł.</pe> się opierać?</akap>





<akap>Było smutne, chore szczęście. Blada radość słońca na żałobnych złożach chmur nadciągającej tuczy.</akap>





<akap>Sebastian nie przestał wierzyć w świętość przysięgi. Słowa Pawła przerzynały w czarnych, niepokojących liniach świetlany wzorzec miłości...</akap>





<akap>Postanowili opuścić miasto i pójść na południe między gaje cyprysów, pomarańcz ogrody. Tej nocy. Tymczasem ostatni wieczór poświęcił Pawłowi.</akap>





<akap>Czy się czego domyślał, przeczuwał?</akap>





<akap>Nie wiadomo. Oto twarz oparł na dłoni i mówił:</akap>





<akap>--- Miałem tej nocy dziwny sen. Przyśniło mi się dwoje bliźniąt nieszczęśliwym trafem zrośniętych piersiami. Po jakimś czasie okazało się, że jedno z nich jest porażone wstrętnymi krostami, które poczęły je niszczyć w gwałtowny sposób. Chcąc ocalić drugie, należało rozdzielić je. Lekarze uznali rzecz za niemożliwą. Zbadano, że miały wspólne serce, a chociaż tkwiło całe w piersi zdrowego, to przecież włókno łączące je z chorym musiało w razie odłączenia ulec zniszczeniu i zgubić drugie. Tak więc skazane były oba na zagładę. Pomyśl... przez jedno małe włókienko! Fatalne!</akap>





<akap>Sebastian badał uważnie twarz mówiącego:</akap>





<akap>--- Cóż dalej?</akap>





<akap>--- Dalej?... Cóż chcesz?... Wynik jasny. Widziałem z przerażeniem okropny zanik jednego, który przeniósł się z kolei na zdrowe. Obudziłem się właśnie w tej chwili, gdy choroba docierała do serca...</akap>





<akap>--- Istotnie --- mruknął dzwonnik --- Istotnie...</akap>


<akap>I dodał ciszej:</akap>






<akap>--- Dziwne podobieństwo...!</akap>





<akap>Zmierzchło się zupełnie. Paweł powstał i wyciągnął dłoń na pożegnanie. Uścisnęli się: jeden jakby z niemym wyrzutem, drugi na długie, może na zawsze rozstanie.</akap>





<akap>W chwilę potem rzeźbiarz siedział już sam przed domem.</akap>





<akap><begin id="b1613511751155-492547690"/><motyw id="m1613511751155-492547690">Natura, Wiosna</motyw>Księżyc snuł już od jakiegoś czasu odwieczne marzenie o sennych pląsach, srebrnej zadumie, tęsknocie, zlewał bladą łaskę bezsiły na szpalery jodeł i kasztanów. Wśród krzów różanych wzbijały się świętojańskie czerwce, lśniąc ognikami marnego szczęścia. Skądś mgły się uniosły i tuląc pnie drzew
w rozwiewne szale, strzępiły pierś mleczną na sękach. Gdzieś słowik zanosił od jęku...<end id="e1613511751155-492547690"/></akap>





<akap>Za kratą furty zamajaczyła wiotka postać.</akap>





<akap>Nareszcie!</akap>





<akap>Poszli szybko w stronę przedmiejskich bulwarów. Miasto już spało. Tylko z przydrożnych winiarni wypadały na chodnik światła lamp, pochodni, szły chrapliwą wibracją melodie piosenek.</akap>





<akap>Wstąpili do ostatniej, najbardziej wysuniętej z miasta, od której zwykle rozpoczynał drogę pocztylion. Miał wyruszyć dopiero po północy, więc czasu było dużo. W oberży zastali cygańską kapelę wrzaskliwą, lecz namiętną. Ścisk był ogromny i dym przesłaniał wszystko, że zaledwie znaleźli miejsce za stołem.</akap>





<akap>Pieściwe tony skrzypiec, fletów, zmieszane z chrzęstem brząkadeł, grzechotek zagrały współdźwiękiem w duszy Marty: poczęła tańczyć.</akap>





<akap>Rozstąpiono się.</akap>





<akap>Krótka przygrywka. Parę urwanych, drapieżnych rzutów i... wkoło... Tors dumny, królewski... Purpurowy szal... Gest pyszny, szeroki: kreolka!...</akap>





<akap>Zwolniła biegu... drzemią pożądaniem struny... koła węższe, do środka... znieruchomiała!...</akap>





<akap>Hej, krwi ty moja, krwi szalona, przelewaj brzeg, srom<pe><slowo_obce>srom</slowo_obce> (daw.) --- wstyd.</pe> biały łam! Płomieni jestem córa! Hej, krwi ty moja, krwi!... Oszalej, zagraj, pluszcz! Jak żagiew ogniem zionę!...</akap>





<akap>Wiry, skręty, zgiełk!... Poniosła się w tan. Orgia zgięć, przekłonów, sploty ramion, wstęg, włosów wicher złoty! I ten szal czerwony, ten czerwony szal!...</akap>





<akap>Błyskawiczne zetknięcie się źrenic...</akap>





<akap>--- Co mnie i tobie niewiasto?...</akap>





<akap>Ból, przepaść, uwielbienie! Archanioł Michał!</akap>





<akap>Święty, czysty... mój! Wzburzonej krwi hołd, przepokorna skrucha...</akap>





<akap>Nie!... Prawda jest we mnie!...</akap>





<akap>Cudny odrzut głowy, obłęków warg... Kto przemoże?</akap>



<strofa>Jam pantera płowa!/
Tam łysło za oknem ?... To nic... powiodę!.../
Znam czarów ogrody, miłości raje,/
Znam źródła przesłodkie, upojne ostoje,/
Snów boskich przędziebną tkaninę.../
Pójdź!/
Tam grzmiało za oknem?... Nic to!.../
Żar parny. Spragniony posytu, żądz szały/
Znam ciała rozdrganą chuć młodą, tęsknoty/
Pieszczotą na łożu ściszone.../
Pójdź!/
Wichura drzewa druzgoce?... Jam silna!/
Pieśni ci zagram, ukołyszę łonem,/
Gdy wrócisz strudzony po pracy,/
Rozplotę włosy, wezgłowie wyścielę,/
Liliami, różą wymoszczę... Ha!... Co to?!...</strofa>


<akap>Przypadła do kochanka.</akap>


<akap>Przez nagle rozwarte drzwi tylnej ściany bryznęły strugi deszczu i w progu zaczerniała księża szata. Był to ojciec Paweł przemoczony do nitki, wybladły. Około północy zbudzono go nagle i zawezwano do umierającego. Porwał się z posłania i zabrawszy, co najpotrzebniejsze, bez płaszcza w towarzystwie nieletniego chłopca poszedł. Droga była dość daleka, lecz noc widna jak w dzień. W powrocie zaskoczyła go burza. Na oślep, nie wiedząc, gdzie zmierza w ciemnościach, dopadł drzwi pierwszego z brzegu domu. Teraz spostrzegłszy się, chciał już zawrócić, gdy wtem oczy jego padły na Sebastiana i tancerkę tulącą mu się w objęciach.</akap>





<akap>Twarz księdza na moment przeorała bezsilna rozpacz. Lecz już w następnej chwili opanował się i nie cofając już więcej postąpił ku nim.</akap>





<akap>--- Sebastianie, czy uczyniłeś to ze straty wiary?</akap>





<akap>Sebastianie! Czy przestałeś wierzyć?</akap>





<akap>Rzeźbiarz milczał. Wiedział, że chwila jest stanowcza, lecz i święta. Przed tym przeszywającym, jasnym wzrokiem nie śmiał kłamać, nawet... choćby go ocalić. Więc po długiej chwili odparł cicho.</akap>





<akap>--- Nie...</akap>





<akap>Wściekły kurcz chwycił go za szczęki.</akap>





<akap>--- Przebacz!... Lecz nie mogłem inaczej...</akap>





<akap>--- Dziękuję ci, bracie. Bądź spokojny: ja Go ocalę. Przywrócę zachwiane przymierze. A ty bądź z nią szczęśliwy, jeśli tylko... zdołasz...</akap>





<akap>Uśmiechnął się.</akap>





<akap>Zanim dzwonnik znalazł siły na odpowiedź, księdza Pawła już w sali nie było...</akap>





<akap>Tymczasem na dworze wyjaśniło się na nowo i księżyc kończył przerwaną wędrówkę.</akap>





<akap>Muzyka gdzieś się wyniosła, ludzie porozchodzili. Tylko po kątach drzemali podróżni w oczekiwaniu na pocztę.</akap>





<akap>Sebastian głucho patrzał w sufit, nie zwracając uwagi na Martę, chociaż usiłowała bezskutecznie wywieść go z ociężałej zadumy.</akap>





<akap>Tak minęło parę godzin.</akap>





<akap>Nagle zagrała trąbka do odjazdu. Powstał jak ze snu i pod pozorem, że idzie umówić się o miejsce, wyszedł z austerii. Za bramę skręcił ku miastu; pędziło go w stronę fary.</akap>





<akap>W pół godziny był na miejscu. W kościele świeciło się: ujrzał nikły blask świecy przez otwarte podwoje. Jakby tylko chcąc coś stwierdzić naocznie zajrzał do środka. Przykro zaśmiał się:</akap>





<akap>--- Wiedziałem.</akap>





<akap>Ołowianym krokiem skierował się ku dzwonnicy.</akap>

<separator_linia/>



<akap>Była może trzecia nad ranem i kury już piały trzykrotnie. Nad miastem wyciągała leniwe ramiona przedświtowa cisza, poszczekiwały psy spuszczone z łańcuchów, przecierały się mgły nad rzeką. Z dachów ściekały sennie łzy dżdżu nocnego, w kadziach chlupotała mętnie deszczówka. Na wschodzie gwiazdy wtapiały się w błękit...</akap>





<akap>Wtem jęknął głos dzwonu: samotny, ochrypły... Ktoś bił na trwogę. Już dwa grały, trzy... wszystkie. Szły w ulice spiżowe tarcze dźwięków i uderzywszy o się z gruchotem roztrzaskiwały o mury... Nowe kłęby rozdrganego powietrza, wściekły rozmach oślepłych falang i znów rzegotanie zderzenia... Obłąkały się dzwony...</akap>

<akap>Zbiegli się ludzie z pochodniami na dziedziniec fary... Kościół stał szeroko rozwarty. W pośrodku, u stóp wielkiego ołtarza leżał w posoce krwi ksiądz Piotr ze zdruzgotaną czaszką, trzymając w objęciach Archanioła Michała, który go okrył złotymi skrzydłami. Szczególnym trafem posąg runąwszy ocalał: spoczął bezpiecznie na ciele księdza, rozgniatając mu głowę ciężarem własnej.</akap>

<akap>A tam na dzwonnicy pieniła się wietrzyca dźwięków, targały opętańcze sznury, tłukły rozhukane serca.</akap>

<akap>Dzwonnik od fary oszalał...</akap>

</opowiadanie></utwor>