<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/grabinski-na-wzgorzu-roz-zez/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Grabiński, Stefan</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Zez</dc:title>
<dc:relation.isPartOf xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/grabinski-na-wzgorzu-roz</dc:relation.isPartOf>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Jóźwiak, Patrycja</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Jóźwiak, Patrycja</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Dwudziestolecie międzywojenne</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Opowiadanie</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów Pauliny Choromańskiej. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/grabinski-na-wzgorzu-roz-zez</dc:identifier.url>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Stefan Grabiński, Nowele, Wyd. Literackie, Kraków 1980.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Stefan Grabiński zm. 1936</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2007</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2014-09-19</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/dynamic/cover/image/2370.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Green tunnel, eperales@Flickr, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/2370</dc:relation.coverImage.source>
  <category.legimi>Horror</category.legimi>
<category.thema.main>FS.WL-N</category.thema.main>
    <category.thema>FMT</category.thema>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MP</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>
<opowiadanie>




<autor_utworu>Stefan Grabiński</autor_utworu>




<dzielo_nadrzedne>Na wzgórzu róż</dzielo_nadrzedne>


<nazwa_utworu>Zez</nazwa_utworu>

<nota_red>
<akap>partyj->partii; mię -> mnie</akap>
</nota_red>

<akap>Przyplątał się do mnie, nie wiem jak i kiedy.</akap>




<akap>Nazywał się Brzechwa, Józef Brzechwa. Co za imię! Coś
w nim zaczepia, zahacza, drażni nerwy chropawym dźwiękiem. Był zezowaty. Szczególnie przykro spoglądał prawym
okiem, które wyzierało skalistym spojrzeniem spod rudych
rzęs. Mała, szpetna twarz, pokryta ceglastym rumieńcem,
krzywiła się wiecznie w uśmieszkach złośliwej półironii,
jakby mszcząc się w ten nędzny sposób za własną brzydotę
i plugawość. Drobne, rdzawe wąsiki, podkręcone zawadiacko
do góry, ruszały się ustawicznie niby macadełka jadowitego żuka, ostre, kłujące, złe.</akap>




<akap>Ohydny człowiek.</akap>




<akap>Zwinny był, elastyczny jak piłka, postaci nikłej, wzrostu
średniego, chodził krokiem lekkim, nieuchwytnym, umiał
wślizgiwać się nagle jak kot.</akap>




<akap>Nie cierpiałem go od pierwszego wejrzenia. Jego odrażający wygląd przejmował mnie nieopisanym wstrętem,
każąc domyślać się odpowiadającego mu charakteru.</akap>




<akap>Człowiek ten krańcowo różnił się ode mnie usposobieniem, upodobaniami, rodzajem reagowania na podniety.
Dlatego stanowił dla mnie uosobienie antypatii, był moją
żyjącą antytezą, z którą by mnie nic na świecie pojednać
nie mogło. Może właśnie dlatego przypił się<pe><slowo_obce>przypić się</slowo_obce> --- przyczepić się.</pe> do mnie
z wściekłą zapamiętałością, jakby odczuwając moją ku
niemu żywiołową niechęć.</akap>




<akap><begin id="b1407110796859-2068082195"/><motyw id="m1407110796859-2068082195">Wróg</motyw>Prawdopodobnie doznawał szczególnej rozkoszy, widząc,
jak bezskutecznie usiłuję wydobyć się z sieci, którymi mnie
oplątywał coraz zwarciej. Był mym nieodstępnym towarzyszem w kawiarni, na przechadzkach, w klubie, umiał wkręcić się w koła mych najbliższych znajomych, co więcej,
zdobyć przychylność kobiet, z którymi mnie łączyły żywsze
stosunki, wiedział o każdym mym najdrobniejszym projekcie, najlżejszym ruchu.<end id="e1407110796859-2068082195"/></akap>




<akap>Niejednokrotnie, by choć dzień jeden nie widzieć jego
obmierzłej fizjognomii<pe><slowo_obce>fizjognomia</slowo_obce> (daw.) --- twarz.</pe>, wymykałem się niespostrzeżenie
dorożką lub automobilem za miasto, lub też słowem nie
zdradziwszy przedtem zamiaru, wyjeżdżałem na jakiś czas
do innej miejscowości. Któż opisze w tych wypadkach me
zdumienie, gdy po jakimś czasie jak spod ziemi wyrastał
nagle przede mną Brzechwa i z uśmiechem słodkawo-drwiącym cieszył się z niespodziewanie dla się miłego
spotkania.</akap>




<akap>Doszło wreszcie do tego, że począłem przed nim uczuwać
pewien rodzaj zabobonnego strachu i uważać go za swego
złego ducha czy demona. Jego ruchy kocie, drażniące, filuterne przymykanie oczu, zwłaszcza zaś ów skalisty, zimno
połyskujący białkami zez ścinały mi krew niepojętą grozą, budząc równocześnie wściekłość bez granic.</akap>




<akap>A wiedział wybornie, jak najłatwiej przyprowadzić
mnie do pasji. Umiał zawsze dotknąć mej najczulszej struny. Raz podpatrzywszy me upodobania, wybadawszy poglądy i zasady, przy każdej sposobności wygłaszał z brutalną ironią wprost im przeciwne w sposób tak bezwzględnie arbitralny, że zdawał się wykluczać wszelką opozycję.</akap>




<akap>Jednym takim punktem spornym, zasadniczo nas różniącym, była kwestia indywidualizmu, której zawsze broniłem z namiętnym zapamiętaniem. W ogóle mam wrażenie,
że dookoła tej właśnie osi obracał się cały nasz antagonizm.</akap>




<akap>Byłem zagorzałym wielbicielem wszystkiego, co osobiste, oryginalne, jedyne, w sobie zamknięte --- Brzechwa,
przeciwnie, szydził z wszelkiego indywidualizmu, uważając go za chimerę zarozumiałych półgłówków; stąd nie
wierzył w żadną inwencję, pomysłowość, sprowadzając je
do wykładników wpływów środowiska, rasy, tzw. ducha
czasu itp.</akap>




<akap_dialog>--- Przypuszczam nawet --- cedził niejednokrotnie, zezując w mą stronę --- że w każdym z nas siedzi kilka indywiduów i drze się o marny ochłap tzw. duszy.</akap_dialog>




<akap>Było to oczywiście już wyraźne przekomarzanie się ze
mną i chęć wywołania namiętnej reakcji za wszelkę cenę.
Spostrzegłszy to, udawałem, że nie słyszę, i obojętnie pomijałem milczeniem. Wtedy czyhał na inną sposobność, by
zaznaczyć swe ,,społeczne", jak się wyrażał, stanowisko.</akap>




<akap>Ilekroć okazywałem podziw i zachwyt z powodu jakiegoś nowego dzieła sztuki lub naukowego odkrycia, Brzechwa z cynicznym spokojem usiłował wykazać bezpodstawność uwielbienia lub też milcząc siadał wprost naprzeciw
i przez cały czas przeszywał mnie mrożącym do szpiku zezem, gdy uśmiech zjadliwej ironii nie schodził z nie domkniętych warg.</akap>




<akap>Już to w ogóle nie odczuwał żadnych wstrząsów estetycznych; piękno nie działało nań w całym tego słowa znaczeniu. Był za to typowym snobem sportu. Nie było rekordu automobilowego, zawodów cyklistycznych lub <slowo_obce>matchu footballowego</slowo_obce>, do których by nie stawał w pierwszym
szeregu. Bił się na szpady jak fechmistrz, strzelał bajecznie,
uchodził za pływaka pierwszej wody. Naukę i uczonych
ignorował, trzymając się zasady <slowo_obce>nihil novi sub sole</slowo_obce><pe><slowo_obce>nihil novi sub sole</slowo_obce> (łac.) --- nic nowego pod słońcem.</pe>. Mimo
to nie można mu było odmówić wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe> wysokiej inteligencji,
która szczególnie przejawiała się w dowcipnych, zaprawionych zjadliwością powiedzeniach. Natury gwałtownej, nie
znoszącej opozycji, miewał wieczne awantury i niezliczone
mnóstwo honorowych spraw, z których zawsze wychodził
obronną ręką.</akap>




<akap>Rzecz jednak dziwna --- na mnie nigdy się nie ,,obrażał"!, pozwalając mówić sobie słowa nie już niegrzeczne,
lecz wprost obelżywe, do czego niejednokrotnie zmuszało
mnie jego zachowanie się. Ja jeden miałem przywilej bezkarnego znieważania go. Widocznie upatrywał w tym należną mi rekompensatę za ciągłe drwiny i prześladowanie
bez końca mojej osoby. Zresztą może był powód inny,
głębszy --- nie wiem.</akap>




<akap>Czasami umyślnie przesadzałem w obelgach, by zmusić
go do rozprawienia się ze mną na serio, a w następstwie do
zerwania zupełnego stosunków. Nadaremnie. Przeczuwając, o co idzie, zbywał moralne policzki słodziuchnym
uśmiechem i obracał wszystko w żart...</akap>




<akap>W końcu pozbyłem się go. Zaszedł wypadek, który zdawał się mnie raz na zawsze uwalniać z jego szponów. Zginął
nagle, śmiercią gwałtowną, i to pośrednio przeze mnie.</akap>




<akap>Raz przywiedziony do ostateczności uderzyłem go
w twarz. Brzechwa w pierwszej chwili żachnął się; zbladł
jak ściana, i wtedy raz jedyny w życiu ujrzałem szczególny,
stalowy błysk w jego oczach. Lecz był to tylko moment,
bo zaraz maskując wzburzenie położył mi drżącą jeszcze
rękę na ramieniu i rzekł z dziwną wibracją w głosie:</akap>




<akap_dialog>--- Niepotrzebnie się pan uniósł. To na nic się nie zda.
W ogóle ani ja pana, ani pan mnie nie może obrazić. Widzi
drogi pan, to całkiem tak, jak gdyby ktoś chciał spoliczkować samego siebie. My obaj stanowimy jeden układ.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Podlec! --- mruknąłem przez zęby.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Jak pan uważa. To sprawy w niczym nie zmieni.</akap_dialog>




<akap>I począł okropnie zezować.</akap>




<akap><begin id="b1407110811570-3480236390"/><motyw id="m1407110811570-3480236390">Pojedynek</motyw>Awantura miała jednak poważne, tragiczne dlań następstwa. Ponieważ wszystko zaszło w obecności kilku
świadków, nikt odtąd ze znajomych nie chciał mu podać
dłoni. Brzechwa wściekał się, urządzał skandaliczne ,,kawały", a wreszcie zmusił jednego z najtęższych przeciwników do rozprawy na rewolwery. Mimo że ja właśnie wywołałem zajście, prosił mnie Brzechwa na świadka. Odmówiłem, ofiarując z własnej inicjatywy swe usługi stronie
przeciwnej, chociaż partner Brzechwy był mi skądinąd
antypatyczny. Lecz zrobiłem to z umysłu<pe><slowo_obce>z umysłu</slowo_obce> --- dziś: umyślnie.</pe>, zadowolony, że
choć pośrednio zetrę się z mym prześladowcą. Propozycję
moją przyjęto i pojedynek przy bardzo ostrych warunkach
odbył się w podmiejskim lasku. Padł Brzechwa, ugodzony
śmiertelnie w czoło.<end id="e1407110811570-3480236390"/></akap>




<akap>Pamiętam jego ostatnie spojrzenie; było zwrócone na
mnie: skośne, przeszywające na wylot, paraliżujące wolę.
Zaraz potem wyzionął ducha. Odszedłem, nie śmiąc patrzeć dłużej w tę demonicznie wykrzywioną twarz. Lecz
maska ta nigdy już nie usunie się z mej pamięci, wytrawiona tam, w głębi, niezatartymi rysami, i wiecznie przeorywać będzie mą duszę kosym<pe><slowo_obce>kosy</slowo_obce> (daw.) --- krzywy, także: zezowaty.</pe> rzutem ten okropny zez. --- ---</akap>




<akap>Śmierć Brzechwy, zwłaszcza scena agonii, wstrząsnęła
mną tak silnie, że wkrótce potem zapadłem ciężko na zapalenie mózgu. Choroba przeciągnęła się na miesiące, a gdy
dzięki niestrudzonej pomocy lekarzy, wśród ustawicznej
obawy przed recydywą<pe><slowo_obce>recydywa</slowo_obce> --- tu: nawrót choroby.</pe>, wreszcie wyzdrowiałem, zmieniłem
się nie do poznania. Charakter mój wypaczył się najzupełniej i wszedł na obce sobie dotąd, nawet wrogie tory.
Dawniejsze upodobania, szlachetna namiętność ku wszystkiemu, co piękne i głębokie, subtelna zdolność wyczuwania drgnień oryginalności znikły bezpowrotnie. Pozostała
tylko --- szczegół zagadkowy --- pamięć, że je niegdyś posiadałem, i cierpienie z powodu zaszłej zmiany.</akap>




<akap>Stałem się człowiekiem praktycznym, ,,zdrowym", normalnym do obrzydliwości, wrogiem ekscentryków dowolnego rodzaju i --- rzecz dla mnie najboleśniejsza --- począłem szydzić z mych dawnych ideałów. Już to ironia,
uśmiech złośliwy, uszczypliwość przeglądały odtąd w każdym mym ruchu, słowie, wiły się fałszywą linią przez
wszystkie me czyny.</akap>




<akap>Najciekawszym jednak było, że mimo to zdawałem sobie najzupełniej sprawę z tych niespodzianych przekształceń, którym bezskutecznie usiłowałem przeciwstawić dobrą wolę. Stąd wszczęła się we mnie zajadła walka dwóch zasadniczych motywów, dwóch naczelnych nastrojów, o których współistności byłem najgłębiej przekonany. Lecz
zawsze brał górę ten nowy, przybylczy, co się wczołgał we
mnie nie wiadomo jakim sposobem, i z wewnętrznym
wstrętem słuchałem zawsze jego podszeptów.</akap>




<akap>Były to jakby teoria i praktyka. W teorii pozostałem
tym samym, co dawniej, i z oburzeniem śledziłem postępki
tamtego drugiego, który jak złodziej wkradł się w najgłębsze me tajnie i wyrzucał nagromadzony w nich dobytek,
zastępując go mierzwą<pe><slowo_obce>mierzwą</slowo_obce> --- słoma zgnieciona na podściółkę dla bydła, przen,: coś bez wartości.</pe>.</akap>




<akap>I nie mógłbym tego nazwać znanym powszechnie rozdwojeniem osobowości, gdyż zachodziła tu sprawa całkiem
inna, którą trudno było przewidzieć, wydedukować na podstawie pierwszej połowy mego życia. Czułem, że tu nie
można mówić o jakimś rozdwajaniu się --- tu raczej zaszło
zdwojenie, jakaś przeklęta przymieszka, tu wnęcił się jakiś
intruz. Nosiłem go w sobie, ustawicznie kalecząc się tą
ohydną współbytnością, bezsilny, zrozpaczony świadomością zmiany, której usunąć nie mogłem. Każdy mój czyn
wzbudzał we mnie wewnętrzną opozycję, przedstawiał mi
się jako narzucony z zewnątrz obcą wolą, każde me słowo
było kłamstwem nie popartym przez przekonanie, pozbawionym siły uczuciowej, jakąś pasożytną naroślą. Co gorsza, intruz wkraczał w zakres mych myśli, przekonań, starając się przerobić mnie na swój rytm do przyciesi<pe><slowo_obce>przycieś</slowo_obce> --- drewniana podstawa, na której wspiera się ściana.</pe>.</akap>




<akap>Ilekroć chciałem postąpić w sposób zgodny z najgłębszą mą jaźnią i przybrać dawną postawę do świata i ludzi,
coś mocnego jak rozkaz zawracało mnie na nową, nieznośną drogę, jakiś chichot wewnętrzny rozsadzał mi piersi,
a w oddali błyskał skośną rysą piekielny zez...</akap>




<akap>Znienawidziłem siebie fizycznie i moralnie, nie mogłem
znieść własnej osoby, bo wydała się wstrętną, karykaturalną.</akap>
<akap>By sprowadzić wybryki mego nowego ,,ja" do możliwego minimum, zamykałem się całymi dniami w domu
i stroniłem od ludzi, w których oczach widziałem zdumienie i odrazę.</akap>




<akap>Tutaj, w mym cichym domu, w ustronnej dzielnicy
miasta, przeżywałem długie godziny duchowej męczarni,
pasując się<pe><slowo_obce>pasować się</slowo_obce> (daw.) --- walczyć, zmagać się (por. zapasy).</pe> z ukrytym mym wrogiem. Tutaj, w czterech
głuchych ścianach, przemyśliwałem długie chwile wewnętrznej katuszy.</akap>




<akap>W miarę borykania się z obcym natrętem doszedłem do
pewnej wprawy w wyłączaniu go przynajmniej na jakiś
czas poza obręb konstrukcji myślowych. Osamotnienie bezwzględne, swoboda od gwaru ludzi pozwalały mi choć na
parę chwil ześrodkować mą właściwą, dawną jaźń i wyzwolić ją spod brutalnej pięści intruza.</akap>




<akap>Były to wysiłki prawdziwie olbrzymie; miałem wrażenie człowieka, który tytanicznym napięciem mięśni rozdziela dwa nieprzeparcie ku sobie ciążące półkręgi kuli
i tak przez jakiś moment trwa, trzymając je w odosobnieniu.</akap>




<akap>Wtedy korzystając z chwili rzucałem się do pisania
i zapełniałem całe rękopisy myślami, które mżały we mnie
od dawna, lecz nie mogły uzewnętrznić się, zduszone
gwałtem przez tamtego. Pisałem jak szalony, z zapartym
tchem, wodząc ręką po papierze, by wypowiedzieć, co
myślę i czuję, by zaznaczyć przed idealną widownią
świata, że jestem innym, niż się za godzinę, za minutę wydam.</akap>




<akap>Lecz wściekły wysiłek nie trwał długo. Wystarczył
krzyk życia z ulicy, wejście sługi do pokoju lub twarz
przechodnia, a napięte nerwy rwały się jak postronki, wyprężone muskuły pękały z głuchym trzaskiem i uparte
półkule zwierały się w całość krągłą, jednolitą, zamkniętą,
bez wyjścia. Na ustach wykwitał śmiech, ohydny, cyniczny
śmiech i łkając z bólu, rwałem w kawały rękopisy, deptałem zapisane kartki, niszczyłem całe arkusze...</akap>




<akap>I znów wracałem w świat pomiędzy ludzi haniebnie
zmienionym szydercą bez czci i wiary, człowiekiem niskich pragnień. I od nowa trzeba było długich wysiłków
myśli, odsuwania się od środowiska ludzkiego, bezwzględnej samotności, by choć na chwil parę izolować się od
nalotów znienawidzonej istoty i wykluczyć ją poza nawias
mej duszy.</akap>




<akap>Lecz w miarę ponawiania owych doświadczeń dochodziłem do coraz bardziej pocieszających wyników. Coraz
dłużej udawało mi się utrzymywać siebie w rozłączeniu
z obcym przybyszem, coraz wyraźniej w przeciągu tych
krótkich chwil czułem swą odrębność i oczyszczałem się
z pasożytniczych napływów.</akap>




<akap>Potem wracało wprawdzie wszystko do dawnego stanu,
lecz pamięć osiągniętych na jakiś czas wyzwolin zachęcała do nowych prób. W końcu byłem dawnym sobą już
przez parę godzin, które wyzyskiwałem możliwie najpożyteczniej, spiesząc się, zanim mój wróg powróci.</akap>




<akap>Ciągła uwaga i pilnowanie się na każdym kroku, konieczne przy tej psychicznej elektrolizie zdwojonego ,,ja",
nużyły mnie tylko niepomiernie, pozostawiając po sobie
ślady w formie zdenerwowania i gwałtownych bólów głowy.</akap>




<akap>Mimo to zdobywszy słabą nadzieję odzyskania siebie,
nie szczędziłem trudu i marzyłem już o tym, by móc bezkarnie we własnej osobie zjawić się w towarzystwie ludzi...</akap>




<akap>Pewnego razu po dłuższym pobycie na świecie zamknąłem się znów we wiadomym celu i podjąłem żmudne dzieło
wyosobniania się.</akap>




<akap>Ponieważ wskutek wprawy tym razem szło łatwiej
i niebawem znalazłem się w swoistej atmosferze własnego
indywiduum, zacząłem zwracać uwagę na bezpośrednie,
fizyczne otoczenie, by przez tę pierwszą próbę przyzwyczaić się do utrzymywania na wodzy swej osobowości i wobec stokroć silniejszej dystrakcji<pe><slowo_obce>dystrakcja</slowo_obce> --- coś, co rozprasza uwagę.</pe> zewnętrznej, jaką stanowili dla mnie ludzie.</akap>




<akap>Gdy tak z wolna odbiegałem uwagą od siebie i w półroztargnieniu błądziłem oczyma po pokoju, nagle zdało
mi się, że za ścianą po lewej stronie słyszę jakiś szmer.
Zaciekawiony zacząłem nadsłuchiwać, lecz to skierowało
mnie zbyt silnie na zewnątrz, powodując fatalne zlanie się
dopiero co wyodrębnionych elementów, i znów przestałem
być sobą.</akap>




<akap>Zrozpaczony kląłem podejrzany szmer, który zresztą
mógł być tylko złudzeniem mych rozigranych przez napięcie nerwowe zmysłów. Tak tedy pierwsza próba odzyskania siebie wobec zmienionych warunków spełzła na niczym.</akap>




<akap>Przecież nie straciłem otuchy i w parę dni potem podjąłem eksperyment.</akap>




<akap>Dopóki byłem zajęty sobą, nie słyszałem nic podejrzanego za ścianą --- gdy tylko jednak zacząłem poświęcać
więcej uwagi środowisku, doszedł mnie znów od lewej
strony ten sam zagadkowy szmer.</akap>




<akap>Chociaż wiedziałem doskonale, że przez to utracę siebie,
wracając do obmierzłej podwójności --- mimo to wychyliłem się natychmiast przez okno i spojrzałem w lewo w nadziei, że wykryję przyczynę szczególnego odgłosu.</akap>




<akap>Dom, w którym mieszkałem, był parterowy i składał
się z trzech partii. Zajmowałem samo skrzydło, tak że
poza mną z lewej strony nie było już żadnych pokoi,
a ściana wychodziła na mały ogródek otoczony parkanem.
W tej chwili nie było w nim nikogo, jak zresztą zwykle;
w ogóle na moją stronę nikt nigdy nie zachodził, szanując
cudza granice i dyskretnie unikając linii mych okien.</akap>




<akap>Zaniepokojony cofnąłem głowę do wnętrza.</akap>




<akap>Przyszło mi na myśl, czy przypadkiem zagadkowe szemranie nie towarzyszyło już dawniej procesowi oczyszczania jaźni; prawdopodobnie jednak, zajęty intensywną pracą
wewnętrzną i z rzutowywaniem jej na papier, nie zauważyłem przez czas jakiś tego, co się wkoło mnie działo.
Dopiero odsunięcie się na pewien dystans od świeżo skrystalizowanej osobowości i zwrot ku otoczeniu pozwoliły na
percepcję tajemniczych dźwięków. Niezupełnie przekonany
o przyczynowej zależności tego fenomenu od usiłowań duchowej emancypacji, wreszcie musiałem przystać<pe><slowo_obce>przystać</slowo_obce> (daw.) --- zgodzić się.</pe> na to, że
jakiś związek zachodzi, bo szmer odzywał się tylko wtedy,
ilekroć zdołałem zrzucić z siebie nienawistne pęta.</akap>




<akap>Niejednokrotnie będąc w zwykłym zdwojonym stanie
nadsłuchiwałem, czy z tamtej strony głos mnie jaki nie
dojdzie --- lecz bezskutecznie: ściana nie przepuszczała
wtedy najlżejszego drgnienia.</akap>




<akap>Czasami myślałem, że ulegam złudzeniu akustycznemu
i że szmer w istocie rzeczy dochodzi od ściany prawej,
poza którą mieszkał zresztą jakiś cichy i wiecznie milczący
kawaler. Lecz i ten domysł upadł po sumiennym zestawieniu dźwięków...</akap>




<akap>Więc szemrało coś tylko za ścianą po lewej, za ścianą,
która zamykała dom i sąsiadowała z pustką. To przecież
dziwne!</akap>




<akap>Po pewnym czasie, gdy odgłosy nie ustawały, począłem
dokładniej badać ścianę z lewej strony.</akap>




<akap>Niebawem doszedłem do przekonania, że musi być wewnątrz wydrążona i pod wpływem moich uderzeń dudniła
głucho.</akap>




<akap>Przypuszczenie to wzmocnił szczegół zaobserwowany
w dalszym ciągu na zewnątrz domu. Przypatrzywszy się
baczniej lewemu skrzydłu, zauważyłem po raz pierwszy,
ku niemałemu zdziwieniu, że odległość węgła ujmującego
ściany graniczne od ostatniego okna wynosi aż cztery metry; ponieważ ściana mego pokoju wysunięta na lewo i zamykająca rzekomo dom oddaloną była od wspomnianego
okna co najwyżej na metr, więc ewentualna grubość jej
musiałaby dochodzić aż do trzech metrów, rozmiarów jak
na zwykły mieszkalny dom trochę nienaturalnych. Poza
mną tedy był jeszcze jakiś pokój ślepy, zamurowany, bez
drzwi i okien, bez wejścia. I stamtąd szedł ów szczególny
szmer. To było oczywiste.</akap>




<akap>Zdumiony odkryciem, przez dłuższy czas niemal nie
opuszczałem mieszkania, poświęcając całe godziny samoześrodkowywaniu się. Teraz jednak przychodziło mi to
z większą trudnością, bo zbyt prędko odrywałem się od
własnej osoby, wychwytując głosy pustki. Zrozumiawszy,
że tą drogą nie dopnę celu, całą mocą skupiłem myśl na
sobie i dopiero czując silne napięcie odzyskanej osobowości, nadsłuchiwałem szmerów, które płynęły ze ślepego
pokoju.</akap>




<akap>Po czasie zauważyłem, że istnieją w nich pewne, wcale<pe><slowo_obce>wcale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem.</pe>
wyraźne odcienie, jakby stopniowania. Gdy głębiej zabrnąłem w procesie mych duchowych wyzwolin, ilekroć czułem
się bardziej sobą, w wyższej mierze oczyszczonym z obcych
nalotów --- szmer odzywał się wyraźniej; coś niespokojnego
tłukło się wśród zamkniętej przestrzeni, wałęsało po kątach, tułało wzdłuż ściany jakby we wściekłej bezsilności.</akap>




<akap>Gdy bardziej tkwiłem w stanie nieszczęśliwego zdwojenia, silniej skrępowany wspólbytnością pierwiastka obcego --- głos zza ściany ścichał, zamierał jakby ukojony.</akap>




<akap>Było w tym coś zagadkowego, coś, co podniecało ciekawość do najwyższego stopnia, a zarazem budziło zimny,
ścinający zęby strach.</akap>




<akap>Miało się uczucie, że podczas gdy ja tutaj pasuję się
z nienawistnym wrogiem, usiłując go wyrugować z mej
nieszczęsnej jaźni, tam za ścianą rodzi się jakiś byt, coś się
stwarza, powstaje... Wreszcie postanowiłem wywalić ścianę
i wtargnąć do ślepej przestrzeni.</akap>




<akap>Lecz należało postępować systematycznie i powoli, by
nie spłoszyć dziwnej istoty. Ilekroć bowiem przez dłuższą chwilę przysłuchiwałem się szczególnym jej ruchom,
wszystko milkło, a ja --- rzecz dla mnie niepojęta --- wybuchałem piekielnym śmiechem i wracałem do podwójności.</akap>




<akap_dialog>--- To jakaś szczwana bestia --- mruczałem, uspokoiwszy się po tych niespodzianych dla mnie samego wybuchach.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Lecz znajdziemy i na to środek, znajdziemy, i to niezawodny. Trzeba zaskoczyć cię znienacka.</akap_dialog>




<akap>Wkrótce przystąpiłem do wykonania planu. Zakreśliwszy kredą na ścianie czworokąt o wymiarach odpowiadających mniej więcej mej osobie, odłupałem w granicach zaznaczonych tynk, po czym ostrożnie ściosałem ostrym narzędziem wewnętrzną część muru, tak że została tylko
płytka warstwa, która według mych obliczeń musiała ustąpić pod jednorazowym uderzeniem.</akap>




<akap>Po ukończeniu przygotowań w ciągu dnia postanowiłem
jeszcze tegoż wieczora wedrzeć się do pustego pokoju i przychwycić owo coś, niepokojące mnie od wielu tygodni.</akap>




<akap>Na dworze było dżdżysto, jesienna, zmokła szaruga.
Wczesny zmrok snuł po wąskich, podmiejskich uliczkach
szare sznury zsiadłej mgły i wsiąkał w łzawe przetaki
drzew. Od rzadko porozrzucanych latarń szły żółte, gromniczne smugi i marły w napęczniałej wodą przestrzeni. Jakieś wozy mokre, oślizgłe wlokły się drogą, kłańcając łańcuchem...</akap>




<akap>Zapuściłem storę i zapaliłem lampę.</akap>




<akap>Było mi dziwnie i nieswojo. Opuściłem znużoną głowę
na ręce i pogrążyłem się w pracy wyzwolin. Jak zwykle
przypominałem sobie swój dawny charakter, swe postąpienia, zamiłowania, wnurzałem się w wychwytywanie
swych przeżyć przed chorobą, wmyślałem się w typowe
dla siebie sytuacje, na których tle osobowość moja ujawniła się najdobitniej. I tak szedłem dalej i dalej, zapuszczałem się coraz głębiej, docierając do najpierwotniejszych
pokładów swej jaźni...</akap>




<akap>Byłem szczęśliwy, byłem tym dawnym sobą, pełnym
wiary i ufności w przyszłość, z piersią tchnącą miłością
dobra i piękna, zachwytem dla życia i jego tajnych cudów. Byłem u szczytu wyzwolin, bez odrobiny obcej przymieszki, najczystszą jaźnią...</akap>




<akap>Nagle --- obejrzałem się wkoło, obejmując krótkim rzutem oka pokój. W tejże chwili od lewej strony przeniknął
w moją samotnię hałas: coś rzucało się za ścianą jakby od
posadzki po powałę, drapało w rozpaczy po murach, tarzało w konwulsjach boleści bez wyjścia...</akap>




<akap>Słuchałem z zapartym tchem, ściskając w ręce żelazny
drąg.</akap>




<akap>Po kilku minutach szmery uspokoiły się i przeszły z kolei w niespokojne, nerwowe kroki. Ktoś najwyraźniej
w świecie chodził tam za przepierzeniem z kąta w kąt...</akap>




<akap>Podniosłem oskard i z całej siły uderzyłem nim w wyszczerbiony czworobok...</akap>




<akap>Posypało się rumowie, odsłaniając czarne, wąskie wejście.</akap>




<akap>Wpadłem do wnętrza i w tymże momencie zaległa grobowa cisza.</akap>




<akap>Uderzyła mnie duszna woń zgnilizny zamkniętej przestrzeni.</akap>




<akap>Zrazu nie widziałem nic, rażony ślepotą ciemności. Lecz
za mną wkradł aię do pustki długi pas świetlny mej lampy
i liznąwszy klinem podłogę, przypełzał do kąta...</akap>




<akap>Spojrzałem tam i zdjęty dreszczem przestrachu bez granic wypuściłem z rąk oskard.</akap>




<akap>Tam, w rogu pustego pokoju, wściśnięta między dwie
ściany przykucnęła jakaś ludzka postać i wlepiła we mnie
kose, zielonkawe spojrzenie. Pociągnięty magnetyczną siłą
wzroku, podszedłem... Postać wyprostowała się, urosła...
krzyknąłem; był Brzechwa...</akap>




<akap>Stał niemy, bez słowa, poruszając lekko wąsem. Nagle
pochylił się w mą stronę, oparł się mi na piersi i... wszedł,
rozpłynął się we mnie bez śladu...</akap>




<akap><begin id="b1407110758083-3702976215"/><motyw id="m1407110758083-3702976215">Śmiech</motyw>Odurzony, jak automat porwałem lampę ze stołu i wpadłem z powrotem przez wyłom. Na próżno. Pokój był pusty.
Pod sufitem wahały się pajęczyny, ze ścian ściekały zimne
łzy wilgoci...</akap>




<akap>Nagle zabrzmiał głos ochrypły, świszczący, chropawy...</akap>




<akap_dialog>--- Co to?! Co to?!</akap_dialog>




<akap>Wtem zorientowałem się: był to mój śmiech.<end id="e1407110758083-3702976215"/></akap>


</opowiadanie>



</utwor>