<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/grabinski-na-wzgorzu-roz-po-stycznej/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Grabiński, Stefan</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Po stycznej</dc:title>
<dc:relation.isPartOf xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/grabinski-na-wzgorzu-roz</dc:relation.isPartOf>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Jóźwiak, Patrycja</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kozioł, Paweł</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Jóźwiak, Patrycja</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Dwudziestolecie międzywojenne</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Opowiadanie</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja  zrealizowana  w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów Pauliny Choromańskiej. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/grabinski-na-wzgorzu-roz-po-stycznej</dc:identifier.url>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Stefan Grabiński, Nowele, Wyd. Literackie, Kraków 1980.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Stefan Grabiński zm. 1936</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2007</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2014-09-20</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/media/dynamic/cover/image/2372.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">New England Appliance, Muffet@Flickr, CC BY 2.0</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/2372</dc:relation.coverImage.source>
  <category.legimi>Horror</category.legimi>
<category.thema.main>FS.WL-N</category.thema.main>
    <category.thema>FMT</category.thema>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MP</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><opowiadanie>

<autor_utworu>Stefan Garbiński</autor_utworu>



<dzielo_nadrzedne>Na wzgórzu róż</dzielo_nadrzedne>



<nazwa_utworu>Po stycznej</nazwa_utworu>

<nota_red><akap>kryjowym->kryjomym (bł. źródła)
Uwspółcześnienie: mię -> mnie, gzems -> gzyms
miało zabójcze razy w piersi->miotało zabójcze razy w piersi</akap></nota_red>


<akap>Wrzecki wyszedł z domu o trzeciej po południu.</akap>




<akap>Przedsięwziął dłuższą przechadzkę po mieście, by wśród
bezcelowego błąkania się po ulicach, przekradania pomiędzy domami zagłuszyć katującą go od miesiąca zmorę
myśli, przeciąć pasmo sylogizmów<pe><slowo_obce>sylogizm</slowo_obce> --- rozumowanie przeprowadzone zgodnie z zasadami logiki.</pe>, uparcie rozciągających
na torturach biedny mózg neurastenika<pe><slowo_obce>neurastenik</slowo_obce> --- osoba znerwicowana, o nadmiernie pobudzonym układzie nerwowym.</pe>.</akap>




<akap><begin id="b1406200568849-3950233425"/><motyw id="m1406200568849-3950233425">Szaleństwo</motyw>Był rozstrojony do niemożliwości i wrażliwy na najdrobniejsze szczegóły życia wewnętrznego. Przed półrokiem przebył ciężką chorobę umysłową, która rzuciła na
gangliony<pe><slowo_obce>ganglion</slowo_obce> (z łac.) --- zwój nerwowy.</pe> niezatarte ślady swego przebiegu, jak odpływ
pozostawia na nadbrzeżnych ławicach wywleczone morszczyny. Rozgałęziły mu się warstwą przybylczą, zrazu obcą,
pasożytną, by po jakimś czasie włączyć się jako organiczne
ogniwo i wytworzyć nowe skojarzenia i związki.</akap>




<akap>Dawniej trochę bezładny w myśleniu, zaczął teraz rozumować z bezprzykładną logicznością aż do męczarni,
kształtować całe szeregi najnieprawdopodobniejszych teorii i teoryjek i poddawać się ich sugestywnej pseudooczywistości.</akap>




<akap>Wytworzył się tu pewien rodzaj wyobrażeń musowych,
imperatywnych, którym nie ulec było dlań niemożliwością.<end id="e1406200568849-3950233425"/></akap>




<akap>Bez wątpienia przyczyniły się do tego w znacznej mierze zarodki czegoś podobnego już z lat dzieciństwa. Podłoże
ich było wtedy religijno-mistyczne. Niespełnienie np. jakiejś błahej czynności, niewykonanie jakiegoś gestu itp. groziło mu ściągnięciem na się kary bożej, potępienia i przeróżnych nieszczęść. Samodręczycielstwo to wprawiało
go czasami w rozpacz bez granic, gdyż skuty przesądną obawą umysł dziecka nie znachodził nigdzie wyjścia z katowni. W miarę rozwoju inteligencji obłęd mijał. Po przesileniu się nieszczęsnej choroby mózgu powrócił, chociaż
w zmienionych znacznie kształtach.</akap>




<akap>Począł snuć z lodową logiką dzikie poglądy, układać
szaleńcze teorematy<pe><slowo_obce>teoremat</slowo_obce> --- twierdzenie wyprowadzone z innych twierdzeń danego systemu naukowego.</pe> i wypatrywać, czy przypadkiem nie
znachodzą sprawdzianu w życiu go otaczającym. Najsłabszy
choćby cień czegoś w tym rodzaju nabierał w rozwydrzonej wyobraźni rysów pełnych, nasyconych i zniewalał go
do poddawania się wnioskom stąd zajadle logicznym.</akap>




<akap>Doznawał dziwnej rozkoszy, ilekroć zdawało mu się, że
jego ,,systematy" zdradzają jaką taką rację bytu.</akap>




<akap>Niemniej jednak zaznaczyć należy szczegół charakterystyczny, który poniekąd usprawiedliwiał go w niektórych
wypadkach: istotnie zdarzały się nieraz okoliczności tego
rodzaju, że dostarczały mu tworzywa dowodowego; życie
jakby siliło się umotywować bieg myślowy szczególnego
osobnika. Lecz tu zaczyna się rozwiewna rubież słońca
i nocy, jasności i mroków, grunt niepewny, torfiasty,
wiecznie dymiący oparami, odurzający czadem. --- Czy
Wrzecki był obłąkańcem? Czy Wrzecki miał słuszność? ---
Może i jedno, i drugie. Dylemat bez wyjścia.</akap>





<poezja_cyt><strofa>
W gleczerach<pe><slowo_obce>gleczer</slowo_obce> (z fr.) --- lodowiec.</pe> bytu nieci słońce skrwawe ognie,/
Iglice szczytów dyszą krwią.../
Gleczery bytu kwefy mgieł stuliły,/
Na cyplach ćmi się noc.../
Czy prawdą mgły, czy krew?/
I z słońca mgły się rodzą... 
</strofa></poezja_cyt>


<separator_linia/>




<akap>Wrzecki już od godziny przecinał przecznice, krążył po
najludniejszych placach, chodnikach, wystawał przed sklepami, czepiając się szklanym wzrokiem krzykliwych barw
i kształtów...</akap>





<akap>Dzień był jesienny, przeniknięty srzeżogą<pe><slowo_obce>srzeżoga</slowo_obce> (daw.) --- lekka mgiełka w upalny dzień.</pe> dymów, wilgocią dżdżu. Z rozchwiei mgieł wysnuwały się jakieś twarze
widmowe, maski zagadek, zacięte usta symbolów. Zdawało
mu się, że każda z nich patrzy weń ze szczególnym wyrazem, jakby porozumiewawczo, z sennie-nudnym grymasem, poza którym kryła się świadomość prawdy wspólnej,
tak dobrze obojgu im znanej, że się nawet nie ma co silić
na jej podkreślanie.</akap>




<akap>Znużyły go twarze: przeszedł na odludną ulicę.</akap>




<akap>Była wypełniona po brzegi mlecznymi złożami oparów.
Szedł ostrożnie, by nie natknąć na latarnię. Po pewnym
czasie uczuł na plecach czyjąś rękę:</akap>




<akap_dialog>--- Serwus, Władek!</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A! to ty!...Nie poznałem --- ale bo mgła zakuta!</akap_dialog>




<akap>Wrzecki serdecznie ściskał podaną mu dłoń.</akap>




<akap_dialog>--- Dokąd?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Do prosektorium.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A! do trupiarenki, operacyjka? Krajanie nieboszczyka? Co?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Coś w tym rodzaju.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Co to za cenny szpargał w kieszeni?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Rzecz dość ciekawa: <tytul_dziela>O samozatruciu u wężów</tytul_dziela>. Problem zajmujący. Kto wie --- może i tam bywają tragedie?...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Hm! Rzeczywiście. Ale ty się widocznie śpieszysz.
Do miłego zatem!</akap_dialog>

<akap>Pożegnali się. --- Wrzecki już miał skręcić w prawo,
gdy wtem dogonił go kolega medyk.</akap>

<akap_dialog>--- Ale, ale. Korzystaj ze sposobności, dopóki cię znów nie
napadnie mania ślęczenia tygodniami w domu. <slowo_obce>Mon cher</slowo_obce><pe><slowo_obce>Mon cher</slowo_obce> (fr.) --- mój drogi.</pe>,
radzę ci przejść się po wystawie. Oto akcja<pe><slowo_obce>akcja</slowo_obce> --- tu: bilet wstępu.</pe>. Pyszne rzeczy,
na honor! Parę niezrównanych szkiców i pejzaży i nasz
stary w gronie asystentów: wściekła gęba! Wszyscyśmy
pochwyceni jak złodzieje na gorącym uczynku. Setny
chłop! No, serwus!</akap_dialog>

<akap>Wsunąwszy mu w rękę akcję, szybko oddalił się.</akap>


<akap>Wrzecki machinalnie zawrócił w stronę wystawy. Po
jakimś czasie wynurzyło się pytanie:</akap>




<akap>Co też mu zależało na tym, bym oglądnął obrazy?
Także!...</akap>




<akap>W chwilę później zastanowiła go własna ciekawość co
do owych papierów, wyzierających z paltota młodego
eskulapa<pe><slowo_obce>eskulap</slowo_obce> (żart.) --- lekarz (od zlatynizowanej formy imienia gr. Asklepiosa, boga lekarzy).</pe>.</akap>




<akap>A przecież, gdybym się nie był zapytał, nie dowiedziałbym się tytułu rozprawki. Cóż mnie to znowu tak zajęło?</akap>




<akap>Obok mignęło w przechodzie jak przez sen dwóch mężczyzn o czymś żywo rozprawiających. Doleciał go urywek dialogu.</akap>




<akap_dialog><begin id="b1406202418806-3336141607"/><motyw id="m1406202418806-3336141607">Pojedynek</motyw>--- Ależ na miłość boską, niewiadomy panu powód
szalonego?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Owszem, mówią, że pojedynek amerykański<pe><slowo_obce>pojedynek amerykański</slowo_obce> --- pojedynek polegający na losowaniu ofiary, która następnie ma popełnić honorowe samobójstwo.</pe>! Wyciągnął podobno czarną...</akap_dialog>




<akap>Resztę zgłuszył turkot przejeżdżającego wozu, wchłonęła mgła.</akap>




<akap>Przecież to skończony idiotyzm zdawać się na takie rozstrzygnięcie sprawy --- pomyślał.<end id="e1406202418806-3336141607"/></akap>




<akap>Uczuł się bardzo znużonym: nerwowy ból głowy dokuczał mu nieznośnie. Usiadł na ławce pobliskiego skweru,
wyjął papierosa i zapalił. Miejsce było zaciszne, wokoło
przekwitających krzaków róż jesiennych. Drobne, herbaciane płatki, spadłszy z pąkowia, zatrzymały się tu i ówdzie
na gałązkach lub rozsypały na trawniku w bezładny ornament. Na prętach dumały łzawo krople mgły; zarysowywał
się wąski, przejrzysty pasek, opijał wodą, pęczniał, wahał
się, by wreszcie stoczyć się wyraźnym kształtem kuli.
Coś podchodziło kryjomym ruchem do świadomości, wkradało się coraz dokładniej, natarczywiej... skrystalizowało się.</akap>




<akap>Zastanówmy się. Czyś nie zauważył momentu wspólnego między spotkaniem z Brzegotą a fragmentem posłyszanej rozmowy? Aha! Jesteśmy na tropie. Samozatrucie u wężów i następstwa wyciągnięcia czarnej gałki. Wybornie!
Zachwycająco! Punkty zdradzają stylizację; możemy je połączyć.</akap>




<akap>Wrzecki był w wyśmienitym humorze: zwietrzył materiał dowodowy dla jednej ze swych ,,teorii". Specjalny zapał do matematyki nie pozostał i tu bez wpływu na sposób jej ukształtowania.</akap>




<akap><begin id="b1406207592425-3789138141"/><motyw id="m1406207592425-3789138141">Los</motyw>Wychodząc ze systemu planetarnego, przedstawił sobie
graficznie bieg życia rozmaitych jednostek i zdarzeń jako
wydłużone elipsy, po których dany osobnik krążył na sposób punktu matematycznego. Linie te stanowiły dla siebie
zwarte całości, ze swoistą organizacją, ideą, planem, wyłączną konstrukcją. Elipsy te jak stosunki ludzkie musiały
się oczywiście wzajemnie krzyżować, przecinać w najprzeróżniejszych kombinacjach, oddziaływując na się odpowiednio do zgrupowania jednoplanowego<pe><slowo_obce>jednoplanowy</slowo_obce> --- tu z łac.: umieszczony na jednej płaszczyźnie.</pe>; wszystkie bowiem musiały rozpościerać swe skręty li tylko w jednej
płaszczyźnie. Elipsy o kierunkach wichrowatych jako wyobrażenia zdarzeń i życiowego biegu jednostek, zupełnie
się wzajemnie stykających, nie znachodziły punktów przecięcia. Wśród tej zawiłej sieci spostrzegł jednak Wrzecki,
że krzywizny mogą się tak ustawić punktami największego
rozmachu, że da się przez nie przeprowadzić linia prosta.
Będzie nią styczna do elips łącząca ich kończyny poza
obrębem pól. Linia chwilowych pozycji, które w najbliższym momencie mają się zmienić na inne, konsekwentne
z poprzednimi, pogonić dalej w obranym kierunku własnego ustroju, a przecież w tej jednej chwili służą za punkty
oparcia nieubłaganej prostej! Linia zupełnie przypadkowych zdarzeń, śmiesznie bezcelowych zestawień, dziwacznych do bezsensu zbiegów okoliczności.<end id="e1406207592425-3789138141"/></akap>




<akap>A jednak Wrzeckiemu przedstawiała się sprawa nieco
inaczej: nauczył się dostrzegać pewną stylizację w doborze
punktów największych wychyleń. Widział coś więcej poza
przypadkowością zszeregowań. Wedle niego można tu było
wyśledzić specjalny związek, mający na celu coś wskazać,
coś odkryć, spełnić jakąś przeznaczeniową rolę wobec tego,
czyją uwagę uderzyła wyjątkowa linia. Dotąd Wrzecki pozostawał ciągle w sferze teorii: rozumował. Nie natknął
jeszcze na swą styczną w rzeczywistości, chociaż wierzył
w możliwość jej realnego istnienia. Życie jego wirowało
ciągle jeszcze jak u innych po normalnej elipsie, ulegało
cierpliwie dośrodkowym siłom przeciętnych zdarzeń, nie
wzbudzającej podejrzeń wynikliwości wypadków, psychologicznych lub mechanicznych następstw. Niemniej był gotów w każdej chwili, za najmniejszym potrąceniem z zewnątrz, wypaść z toru i podążyć z fatalną szybkością po
zabłąkanej koleinie; przeczuwał, że wtedy odśrodkowe
działanie weźmie nad nim stanowczo górę i popchnie go,
jak koło wyślizłe z pasów transmisji, w zawrotne dale.
Powlókłby go tam urok niezwykłości i pochlebne sprawdzenie teorii --- a może... przeznaczenie. Wrzecki był czcicielem rzeczy tajemnych...</akap>




<akap>Gdzie mogła zaprowadzić przypuszczalna droga, nie
wiedział. Zależałoby to od rodzaju jej punktów wytycznych. W tej chwili miał wrażenie, że poczyna zbaczać; wywnioskował to z dwóch poprzednich zajść u wstępu do przechadzki. Ciemna siła wytrącała go powoli z przypisanego obiegu i pchała prosto przed siebie. Dokąd --- jeszcze
nie przeczuwał. Koniec stycznej ginął w nieprzejrzanych
obszarach perspektywy. A może się tylko przedwcześnie
łudził? Może skrzywienia tak przecież zbliżone do prostej. --- Postanowił być cierpliwym i czekać.</akap>




<akap>Powstał z ławki i ruszył ku gmachowi sztuk pięknych.
Po drodze uzupełniał ostatnie wywody.</akap>




<akap>Sprecyzujmy fakta. Obok ideowej ich łączności występują teraz dość wyraźnie okoliczności uboczne. Biegnie
tu właściwie podwójna linia więźby. Po co namawiał mnie
Brzegota do zwiedzenia wystawy? Widocznie na to, by
mnie skierować na ulicę, gdzie miałem spotkać tych dwu
nieznajomych. Gdybym był poszedł swoją drogą, uniknąłbym spotkania. Oczywista! Ależ mogłeś dojść do galerii
przez plac Zgody! Nie! W takim razie musiałbym się cofnąć
bez potrzeby i dużo drogi nałożyć. Nie! Stanowczo należało
skręcić w tę stronę. To jasne; stamtąd ta droga była jedyną. A więc Brzegota wprost popchnął mnie w objęcia
tych panów. Kropka! Związek wykazowy. Zatem dobrze.
Lecz jak u licha mnie to wszystko dotyczy? Do czego
zmierza? --- Spokojnie, tylko spokojnie! Rzecz się wyjaśni.</akap>




<akap>Przyspieszył kroku. --- Zdenerwowanie i naprężona niepewność ujęły go w zwarte kluby. Jakiś ochrypły głos
przerwał tok dalszego rozumowania: po chodniku zataczał
się pijany wyrobnik. Wrzecki chciał go wyminąć, lecz
w tym momencie ujrzał przed sobą obrzękłą twarz i mdły
obrzask alkoholu uderzył go w nozdrza. Człowiek wytrzeszczył nań krwią zaszłe białka i jakiś czas wpatrywał
się z bezmyślną zadumą opoja. Nagle oczy jego przybrały
wyraz piekielnego przerażenia; odsunął się gwałtownie
i zaczął bełkotać na pół otrzeźwiony:</akap>




<akap_dialog>--- Walek! Chryste Boże! A ty tu co robisz? Ludzi po
dniu straszysz? Szczezaj, maro!</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Tylko bez głupstw! Proszę mi zejść z oczu, bo wezwę stójkę<pe><slowo_obce>stójka</slowo_obce> (daw.) --- policjant.</pe>! No! Słyszał!</akap_dialog>




<akap>Na dźwięk ludzkiego głosu pijak oprzytomniał zupełnie.</akap>




<akap_dialog>--- No, niech się pan ta nie gniewa. Nie ma czego. Sumiennie mówię, nie ma czego. Przywidziało mi się. Zwyczajnie przy niedzieli człek troszkę schlany. Ale bo też<begin id="b1406207871513-550036686"/><motyw id="m1406207871513-550036686">Sobowtór, Samobójstwo</motyw> panisko podobniusieńki, jak dwie krople wody, do Walka.
Jeno że z pańska ubrany, no i kapkę gładszy. A to chlopisko całe życie łaziło w łachmanach. Dalibóg! Tak samusieńko wyglądał z pyska, jak go oderżnęli z haka. Widzi pan --- powiesiła się bestia z głodu.<end id="e1406207871513-550036686"/></akap_dialog>




<akap>Wrzeckiemu zrobiło się nieswojo. Chciał już zboczyć
w sąsiedni pasaż, lecz zarobnik, zmierzający snadź<pe><slowo_obce>snadź</slowo_obce> (daw.) --- widocznie.</pe> w tymże
kierunku, począł go prosić z uporem pijaka:</akap>




<akap_dialog>--- Niechże pan z łaski swojej nie idzie za mną w te
pędy. Tak mi głupio jakoś, jakbym śmierć miał na karku.
Lepiej już rozejdźmy się. O! tędy wolna droga...--- i przepuścił go mimo w wąski zaułek, o parę kroków dalej. By
się pozbyć natręta, ustąpił. Robotnik zanurzył się w podsienia przechodniej bramy.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Popędził po swojej elipsie --- mruknął odruchowo
Wrzecki. --- Podążył wyznaczonym sobie ściegiem. Dla
niego to tylko nic nie znaczący epizod. Nawet nie domyśla
się swej roli w ubiegłej sekundzie.</akap_dialog>




<akap>Otarł czoło; było zlane zimnym potem. Obudził się instynkt samozachowawczy.</akap>




<akap>Sprawa zaczyna być zanadto wyraźną, znaki rzucają
się na spotkanie ze zbyt szczerym wylaniem<pe><slowo_obce>ze zbyt szczerym wylaniem</slowo_obce> --- zbyt wylewnie; sens: zbyt wyraźnie, zbyt demonstracyjnie.</pe>.</akap>




<akap>Na mgnienie oka zabłysnął mu w oślepiającej jasności
koniec opętańczej linii. Lecz starał się zgasić wizję wywodem:</akap>




<akap>Ależ to mnie nie dotyczy! I cóż stąd, że się temu
pijanemu łazędze przewidział we mnie jakiś tam wisielec?
To stanowczo mnie nic nie obchodzi, zawsze miałem wstręt
do podobnej śmierci.</akap>




<akap>Wkrótce jednak uznał niedostateczność racji i przeciągnął linię po punkt trzeci. Był niemal zrezygnowany
i dawał się powoli zasugestionowywać nowo odkrytej drodze. Wśród tego nie uszło jego czujnej uwagi, że właściwie
nie może już zwiedzić wystawy, bo zboczył, poddając się
uporowi pijaka. Umocnił się tedy w przekonaniu, że w samej rzeczy nie chodziło bynajmniej o to, by podziwiał
imponującą grupę młodych lekarzy z obrazu, lecz by umożliwić mu dwa najbliższe spotkania; gdy te przyszły do
skutku, potrącono go znowu w innym kierunku. --- Przeźrocze szale motały się na przyczołach kamienic, wieszały
w wykrojach nieba między dachami.</akap>




<akap>Przez wątłą ich tkaninę wnikały w parowy ulic lśnienia
słońca nieśmiałe, zmatowane.</akap>




<akap>To szczególne! Właśnie teraz, gdy i sprawa zaczyna
nabierać plastyki konturów. Czyżby i to pozostawało
w związku?</akap>




<akap>Dostał nerwowej drgawki koło powiek. Nogi poczęły
wykonywać niezależne już od woli powiewne ruchy; przed
oczyma ćmiły się wiotkie szare płaty. Z trudem dowlókł
się do odkrytej werandy jakiejś kawiarni i ciężko obsunął
się na kozetkę. Podano mu dzienniki i czarną kawę. Wychylił szklankę łapczywie i wgłębił się we wstępnym artykule ,,Figara". Coś mu przeszkadzało, nie mógł czytać swobodnie. Parę razy już odwrócił głowę i kręcił się niespokojnie na miejscu, daremnie usiłując otrząsnąć się. Wyczuwał nerwami czyjś wzrok na sobie. Wreszcie otwarcie
zwrócił oczy w stronę, skąd go niepokojono. Dopiero teraz
spostrzegł za stolikiem na prawo starszego już mężczyznę
w żółtawym haweloku<pe><slowo_obce>hawelok</slowo_obce> (z ang.) --- rodzaj płaszcza męskiego.</pe>, z szyją owiniętą szczelnie almawiwą<pe><slowo_obce>almawiwa</slowo_obce> (z hiszp.) --- rodzaj szala a. peleryny.</pe>, który znać już od dłuższego czasu przypatrywał mu
się z obrażającą ciekawością. Fizjognomia<pe><slowo_obce>fizjognomia</slowo_obce> (daw.) --- twarz.</pe> nieznajomego
łączyła w dziwnej zgodzie sympatyczność z oryginalnością.
Pomarszczona, wyżółkła jak pergamin twarz, z szerokimi
ustami, bez śladu zarostu, była stale nieruchoma jak maska
starożytnego aktora: skóra na skroniach jakby przyschła
do kości, które pod światło połyskiwały trupio-matowym
lśnieniem. Wyglądał na uczonego podczas obserwacji dokonywanej na ciekawym okazie. <begin id="b1406208690448-2031235758"/><motyw id="m1406208690448-2031235758">Oko</motyw>Spod krzaczastych brwi
wyzierały oczy specjalnej, zielonawozłotej barwy; tysiące
fosforyzujących igiełek drgało tam szybkozmiennym ruchem jak w iskierniku baterii, nadając źrenicy wyrazu
świetlanej przenikliwości; oczy te wżerały się literalnie
w ciało i przepatrywały je na wskroś do najdrobniejszego
włókienka.<end id="e1406208690448-2031235758"/></akap>




<akap>Wrzecki zauważył, że nieznajomy nie patrzy mu w oczy,
lecz studiuje raczej jego głowę na poziomie czoła. Już
chciał podnieść się i zażądać wytłumaczenia od natręta, gdy
ten wyprzedził go i wstawszy od stołu, począł krok za krokiem zbliżać się ku niemu, nie spuszczając oka z obranego
punktu na czaszce. Wreszcie zatrzymał się tuż przed Wrzeckim i odezwał:</akap>




<akap_dialog>--- Winszuję, serdecznie winszuję! To było celnie, co się
zowie! Pi, pi, pi! I gdzie trafione! W sam ośrodek wzroku --- po przejściu przez wyrostek szyszkowy. Panie --- to
było arcydzieło w swoim rodzaju! No --- przyznaj się pan --- oślepłeś na dobre! Ho, ho, ho! Co widzę? <slowo_obce>Krupp et
Compagnie<pe><slowo_obce>Krupp et Compagnie</slowo_obce> (fr.) --- Krupp i Spółka (firma produkująca działa).</pe>!</slowo_obce> Średnica 9 mm, płaszcz stalowy prima sorta<pe><slowo_obce>prima sorta</slowo_obce> --- najlepszego gatunku.</pe>. --- No, no, winszuję --- w centrum wzroku, ni na milimetr w bok...</akap_dialog>



<akap>Wrzecki nie rozumiał. Był tylko silnie podrażniony
dziwaczną przygodą --- tym bardziej że zwróciła uwagę
gości, których grupa otoczyła jego tabletkę<pe><slowo_obce>tabletka</slowo_obce> (z fr.) --- stolik.</pe>. Wreszcie wykrztusił dławionym przez wściekłość głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Garson<pe><slowo_obce>garson</slowo_obce> (z fr.) --- kelner.</pe>! Uwolnić mnie od tego wariata!</akap_dialog>


<akap>Lecz rozkaz okazał się zbytecznym. Nieznajomy, z palcem wyciągniętym ciągle ku jego czołu, począł cofać się
powoli ku drzwiom, aż zginął w sąsiedniej sali. Widownia
również rozprószyła się; tylko jakiś chudy, z angielska zakrojony gentleman nie ruszył się z miejsca, uśmiechnięty
pod wąsem; robił wrażenie kogoś, który był niejednokrotnie świadkiem podobnych scen. Skłonił się lekko Wrzeckiemu i bez zapytania, zajmując obok krzesło, zagadnął:</akap>


<akap_dialog>--- Jak widzę --- nie sprawił panu szczególnej przyjemności występ wujcia Edzia?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czy mówi pan o tym wariacie?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Właśnie. Nazywamy go wujciem Edziem; postać
w naszej kawiarni powszechnie znana. Zachodzi tu w każdą
niedzielę i święta. Fenomenalne połączenie sensytywa<pe><slowo_obce>sensytyw</slowo_obce> (z łac.) --- osoba nadwrażliwa.</pe>
i szaleńca.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Sensytywa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No tak. Musiał pan chyba słyszeć o tych wyjątkowych zdolnościach u pewnych anomalii; przed takim osobnikiem leży siatka nerwów, mięśni, system kostny, słowem, cały organizm ludzki jak mapa dróg kolejowych: przenika
człowieka na wylot. Wujcio Edzio, niegdyś wcale tęgi lekarz, dorobił się, dzięki swej specjalnej zdolności, kolosalnej fortuny. Używano go do introspekcji przy operacjach; oddawał olbrzymie usługi. Potem nagle zwariował.
Odtąd dostrzega w swych pacjentach niemożliwe rzeczy.
Tak np. u mnie skonstatował w komorze sercowej ni mniej,
ni więcej, tylko istnienie mikromilimetrycznej żabki. Dobry
sobie, co? U pana znowu dopatrzył się w zwojach mózgowych...</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Czego?... --- Wrzecki drżał z niecierpliwości.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Jak to? Na serio nie zrozumiał pan nic z jego gadaniny? Prawda, że wujcio Edzio lubi tajemniczość i ubiera
swą diagnozę we formy pytyjskie<pe><slowo_obce>pytyjski</slowo_obce> --- tajemniczy (od imienia Pytii, kapłanki w wyroczni Apollina w Delfach).</pe>: dlatego potrzebuje interpretacji. Otóż u pana znowu zauważył w korze mózgowej
po mistrzowsku wpędzoną kulę...</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Kulę?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Ależ naturalnie, <slowo_obce>Krupp et Comp.</slowo_obce> --- przecież to
pierwszorzędna firma amunicji. Co to panu? Pan pobladł?
No, nie bądźże pan dzieckiem! Także coś! Przejmować się
bredniami starego bzika!</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Ma pan słuszność... zapomniałem się. Dziękuję za
wyjaśnienia. Garson! Dwa szampany! Pozwoli pan, że naleję?...</akap_dialog>




<akap>Wychylił parę szklanek. Wrzecki nadaremnie starał się
upić. W końcu zapłacił, pożegnał się z uprzejmym anglomanem i wyszedł.</akap>




<akap>Wyjaśniło się prawie zupełnie. Wzdłuż gzymsów murów, między szczytami drzew, po kopułach snuły się taśmy
mgieł, rozwiewając się w przestworzach błękitu. Poprzez
rozcieńczone żgła wcedzało się zachodowe słońce coraz soczystszą, dostalszą  zabarwą. Wprost fizycznie odczuwał
bolesne, rażące jego dotknięcia i wsuwał się skwapliwie
między najciemniejsze zaułki pod ochronę cienia. Wyłoniła
się jakaś nieuchwytna łączność między stopniowym wygrażaniem się słońca z oprzędzy mgieł a coraz wyraźniej
zarysowującymi się konturami u kresu szalonej stycznej.
Tempo, w jakim obraz nabierał wyrazistości, wydało mu
się stanowczo za szybkie; z ochotą by je zwolnił, gdyby to
od niego zależało. Tak dotąd było dobrze błądzić między
kotarami mglistych opon<pe><slowo_obce>opona</slowo_obce> (daw.) --- zasłona.</pe>, tak ponętnie przemykać się nad
krawędziami drzemiących co krok przepaści... Lecz igraszka miała się ku końcowi: spoza zasłony poczęło przeglądać
kuszone daimonium<pe><slowo_obce>daimonium</slowo_obce> (gr.) --- demon a. głos wewnętrzny.</pe>, by ukarać niepokojącego je śmiałka.
Na wargi cisnął się gwałtem jeden wyraz, jedna definicja,
która by określiła dotychczasowy bieg faktów. Wyrywała
się na usta, dobywała przemocą do świadomości --- lecz
usiłował ją zawrócić tam, gdzie wzięła początek. Nadaremnie! Słońce goniło w ślad, prażyło oczy, twarz, głowę,
miotało zabójcze razy w piersi. Stanął na rogu jakiejś ulicy
niepewny, dokąd się zwrócić. Gdzieś z czeluści bramy błysnęła mu para roznamiętnionych twarzy.</akap>




<akap_dialog>--- Rozstajna 30.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Dobrze, przyjdę. Jakaś ty dobra, jakżeś bezmiernie
dobra...</akap_dialog>




<akap>Machinalnie powlókł się pod wskazanym adresem. Raz
jeszcze zrobił rozpaczliwy wysiłek samoobrony.</akap>




<akap_dialog>--- Po co ja właśnie tam idę? Ha, ha! <slowo_obce>Die verhängnisvolle Gasse<pe><slowo_obce>Die verhängnisvolle Gasse</slowo_obce> (niem.) --- fatalna
ulica.</pe></slowo_obce> --- co?</akap_dialog>




<akap>Mimo to pędziło go w tamtą stronę. U zakrętu podniósł
przypadkiem głowę; wzrok padł na wielki, błękitny afisz.
Przebiegł punkt pierwszy programu:</akap>




<akap>,,Signora Bellestrini, primadonna scen włoskich, odśpiewa jako przygrywkę: «Pepito, ach, tam wskażę ci, co czynić masz! Pepito, ach, ach, tam»" etc.</akap>




<akap>Dosyć. To wystarczy. Reszta niech służy do użytku
publicznego.</akap>




<akap>W kwadrans później wstępował w klatkę schodową podanego numeru. Dom był trzypiętrowy: nasunęły się pewne
wątpliwości co do piętra.</akap>




<akap>Nic nie będzie z tej głupiej farsy, jeśli nie będę miał
dokładnej wskazówki! --- postanowił twardo.</akap>


<akap>W tejże chwili dało się słyszeć skrzypienie stopni z dołu;
ktoś biegł za nim po schodach i minął go.</akap>

<akap_dialog>--- Może to przewodnik?</akap_dialog>




<akap>Tamten tymczasem wstępował już na drugie piętro.</akap>




<akap>Zatrzymał się na platformie. Wrzecki poszedł za nim.</akap>




<akap>Na korytarzu drugiego piętra zastał nieznajomego, jak
odczytywał na drzwiach czyjąś wizytówkę. W chwili gdy
Wrzecki dosięgnął ostatniego stopnia, odwrócił się ku niemu i popatrzył mu prosto w oczy, po czym natychmiast
zaczął się wspinać na trzecie schody.</akap>




<akap_dialog>--- Dziękuję! --- krzyknął niemal Wrzecki, który w spojrzeniu obcego dostrzegł szczególny, jakby porozumiewawczy wyraz.</akap_dialog>




<akap>Więc to tutaj... Przyznać jednak potrzeba, że pilnują
mnie do ostatniej chwili. Co za usłużność --- proszę!</akap>




<akap><begin id="b1406285308930-605438542"/><motyw id="m1406285308930-605438542">Samobójstwo</motyw>Bez wahania otworzył drzwi, pod którymi parę chwil
temu zastał ,,przewodnika". W tejże sekundzie rozległ się
w głębi mieszkania suchy trzask. --- Wszedł do środka:
w blaskach zachodu wlewającego się strugami w pokój
stał młody człowiek z lufą rewolweru skierowaną ku czołu;
widocznie w chwili wejścia Wrzeckiego usiłował strzelić,
lecz broń odmówiła posłuszeństwa. Spostrzegł wchodzącego, jak skamieniały, nie zmienił pozycji. --- Wrzecki ze
skrzyżowanymi rękami studiował go:</akap>




<akap_dialog>--- Pyszny obraz! Co za dokładność w liniach, wykończenie w szczegółach i oświetlenie, przede wszytkim to
oświetlenie... Ależ pan jest niezrównanym typem --- pardon! --- modelem samobójcy! Co mówię! --- Z pana sobowtór prasamobójcy!...<end id="e1406285308930-605438542"/></akap_dialog>




<akap>Wyrwał mu gniewnie z ręki rewolwer.</akap>




<akap_dialog>--- No, dość tego! To nie dla pana zabawka! Kochany
pan się pomylił. Ale to nic nie szkodzi. Inaczej nie mógłbyś
spełnić swej roli. Co? Powie mi pan o zawiedzionej miłości
lub długu honorowym? Fraszki, młodzieńcze, fraszki! Miałeś być tylko obrazem, symbolem dla kogo innego! Rozumie
kochany pan? Dlatego maszynka spudłowała. ,,Pepito, ach,
Pepito, ach, tam wskażę ci, co czynić masz".... Wesoła
aryjka, nieprawdaż?</akap_dialog>




<akap>Obejrzał magazyn.</akap>




<akap_dialog>--- Aha! starczy jeszcze na jeden strzał. Świetnie! Wie
pan --- to będzie zabawne <slowo_obce>qui pro quo</slowo_obce><pe><slowo_obce>qui pro quo</slowo_obce> (łac.) --- nieporozumienie, pomyłka co do osoby.</pe>...</akap_dialog>




<akap>Zmarszczył czoło:</akap>




<akap_dialog>--- Ale, ale! Pan może mieć pewne nieprzyjemności ---
zawsze to w pańskim mieszkaniu... Wie pan co... powiesz
im, że przyczyną była: stylizacja przypadku... a pan byłeś
jej ostatnim, szczytowym punktem... Tak, tak pan powie...
I pomyśleć tu, że gdybyś się tak był zdecydował parę minut
wcześniej, no, no! --- Spojrzał na zegarek, równocześnie
odwodząc kurek. --- Szósta. A jednak ja sam, wychodząc
dziś o trzeciej z domu, nie byłbym nigdy przypuścił, że za
trzy godziny...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Co??</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Ot, co!... --- Błyskawicznym ruchem przyłożył sobie
lufę do skroni i pocisnął. Tym razem broń nie zawiodła:
runął martwy w słoneczny ekran posadzki.</akap_dialog>



</opowiadanie>



</utwor>