<utwor>
<rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/gomulicki__wspomnienia_niebieskiego_mundurka/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Gomulicki, Wiktor</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Wspomnienia niebieskiego mundurka</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kowalska, Dorota</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Lech, Justyna</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Lech, Justyna</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pozytywizm</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">powieść dla dzieci i młodzieży</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Narodową z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów BN.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/wspomnienia-niebieskiego-mundurka</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://www.polona.pl/dlibra/doccontent2?id=16829</dc:source.URL>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Wiktor Gomulicki, Wspomnienia niebieskiego mundurka, Warszawa 1918</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Wiktor Gomulicki zm. 1919</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1990</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2010-07-09</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
  
  <dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/image/118631823_2694233417487004_5952502505294643685_n.jpg</dc:relation.coverImage.url>
<dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Dookoła świata, André Henri Dargelas ( 1828-1906), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
<dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6495</dc:relation.coverImage.source>

<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/wspomnienia-niebieskiego-mundurka.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0239-1</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/wspomnienia-niebieskiego-mundurka.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1298-7</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/wspomnienia-niebieskiego-mundurka.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2253-5</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/wspomnienia-niebieskiego-mundurka.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3235-0</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/wspomnienia-niebieskiego-mundurka.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4321-9</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<category.legimi>Literatura młodzieżowa</category.legimi>
<category.thema.main>YFN</category.thema.main>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MN</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>
<powiesc>
<abstrakt>
<akap><tytul_dziela>Wspomnienia niebieskiego mundurka</tytul_dziela> to powieść autorstwa Wiktora Gomulickiego osadzona w realiach XIX-wiecznej Polski.</akap>


 
<akap>Autor opisuje rzeczywistość ówczesnej szkoły powiatowej dla chłopców w Pułtusku, ukazuje również ich pozaszkolne życie i rozterki. Gomulicki zwraca uwagę na realia społeczne, problemy przystosowania się uczniów pochodzacych z różnych warstw społecznych, relacje zachodzące w klasie, różnych nauczycieli i podejście do nauczania, a także sposoby spędzania wolnego czasu, zabawy, rozterki i dylematy młodzieży tamtych czasów.</akap>


 
<akap><tytul_dziela>Wspomnienia niebieskiego mundurka</tytul_dziela> są bardzo cennym obrazem życia młodych ludzi w XIX wieku. Zainteresuje i dorosłych, i dzieci ze względu na ciekawe i pełne humoru, ale także wzruszające przedstawienie tak odległych lat.</akap>


 </abstrakt>

<autor_utworu>Wiktor Gomulicki</autor_utworu>

<nazwa_utworu>Wspomnienia niebieskiego mundurka</nazwa_utworu>






<nota_red>
<akap>uwspółcześniono pisownię wielką/małą literą: żyd, żydówka > Żyd, Żydówka; Reformaci, Jezuici, Benedyktyński > reformaci, jezuici, benedyktyński;</akap>

<akap>pisownię joty: opozycyą > opozycją; deklamacyę > deklamację; lekcyi > lekcji; lekcyj > lekcji; gwardya > gwardia;</akap>


<akap>pisownię skrótów: i t.d. > itd.; Napoleona I-go > Napoleona I; </akap>


<akap>pisownię z/s, s/sz: wązkiej > wąskiej; rzeźki > rześki; z poza > spoza; mustrując > musztrując;</akap>
<akap>pisownię łączną/rozdzielną: zarazbyśmy siedli > zaraz byśmy siedli; wkońcu > w końcu; to-ci dopiero > to ci dopiero; z poza > spoza; Niewiadomo > Nie wiadomo; niema > nie ma; </akap>


<akap>fleksję: ze srebrnem oszyciem > srebrnym; z gołemi głowami > gołymi; w niem > w nim; przez uczni > przez uczniów; </akap>


<akap>składnię/rekcję: Wszystkie pięć klas milczały jak zaklęte. > ...milczało...</akap>




<akap>pisownię ó, u, o: Jakóba > Jakuba;</akap>


<akap>interpunkcję: Mimo, że > Mimo że; Tamci, to niby nowozaciężni rekruci > Tamci to; Mimo to nazajutrz zaraz po pauzie, Kozłowski został ,,wypukany" z klasy. (usunięto przecinek); itp. </akap>



<akap>pisownię wielką/małą literą w zdaniu: Co to, tatusiu?... od czego to?... Skąd się to się tam wzięło > --- Co to, tatusiu?... Od czego to?... Skąd się to tam wzięło?...;
--- Tatusiu kochany! --- niech nam tatuś powie!... > --- Tatusiu kochany! --- Niech nam tatuś powie!...; Ojciec przesunął ręką po oczach --- może mu się czym zaprószyły? --- potem westchnął głęboko i rzekł drżącym głosem > Potem; </akap>



<akap>pisownię ę/en: centkach > cętkach; uwspółcześniono pisownię: bohatyra > bohatera;</akap>



<akap>mię > mnie; stronnicę > stronicę;
 popr. błąd źródła: widziecie > widzicie; ucałować te ręce, co tyle cudnych pieśni skreśliła! > ... skreśliły!</akap>



<akap>P---kiej > P-kiej; P---skiej > P-skiej</akap>




</nota_red>





<dedykacja>

<akap>Pamięci Bronisława Dembowskiego, towarzysza lat chłopięcych, urodzonego w Pułtusku, zmarłego w Zakopanem, te wspomnienia dni razem przeżytych poświęcam</akap>


<akap>W. G.</akap>


</dedykacja>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>Od autora</naglowek_rozdzial>




<akap>Największą dla piszącego pociechą, a częstokroć
i jedyną za pracę nagrodą, jest przeświadczenie,

że jego książka zdobyła sobie życzliwość czytelników i w sercach ich przyjazne zbudziła echo.</akap>


<akap>Tej pociechy doświadcza i tą nagrodą szczyci
się autor <tytul_dziela>Wspomnień Niebieskiego Mundurka</tytul_dziela>,
przygotowując do druku <wyroznienie>trzecie</wyroznienie> swej pracy
wydanie.</akap>


<akap>Radość największą sprawia mu myśl, że oto,
dzięki serdecznej nici, nawiązanej pomiędzy autorem a czytelnikami zatarła się --- przynajmniej
ideowo --- różnica dzieląca młodzież dzisiejszą od
tamtej, która żyła, ślęczała nad książkami, swawoliła i pierwszych trosk o przyszłość swą doświadczała przed laty kilkudziesięciu.</akap>


<akap>Gdy <tytul_dziela>Wspomnienia</tytul_dziela> ukazały się po raz pierwszy, młode pokolenie uczących się przygniatała
jeszcze groza tylko co minionej epoki apuchtinowskiej<pe><slowo_obce>epoka apuchtinowska</slowo_obce> --- tzw. noc apuchtinowska, polityka rusyfikacji wprowadzona w Królestwie Polskim po upadku powstania styczniowego. Pomysłodawcą tej polityki był Aleksandr Apuchtin, rosyjski kurator warszawskiego okręgu szkolnego.</pe>. Mimo że cisnąca nas wszystkich obręcz
już się wówczas cokolwiek rozluźniła, nie można
jeszcze było z zupełną swobodą kształcić się, mówić, myśleć, a co najważniejsze: postępować po
polsku.</akap>


<akap>Książkę przyjęto życzliwie, jako echo dni minionych i jako zwiastuna dni spodziewanych.
Młodzież dowiadywała się z niej: jak to szkoła
polska wyglądała, gdy Hurków, Hurkowych
i Apuchtinów<pe><slowo_obce>Hurków, Hurkowych
i Apuchtinów</slowo_obce> --- Josif Władimirowicz Romejko-Hurko (1828--1902), feldmarszałek rosyjski, w latach 1883--1894 generalny gubernator warszawski, zaciekły rusyfikator (wprowadził jęz. rosyjski do sądów, urzędów i szkół); Aleksandr Lwowicz Apuchtin (1822--1904), rosyjski kurator warszawskiego okręgu szkolnego w latach 1879--1897, twórca zrusyfikowanego systemu szkolnictwa w Królestwie Polskim.</pe> <wyroznienie>jeszcze nie było</wyroznienie>; tworzyła
też sobie na jej podstawie obraz jutra, w którym
tej znienawidzonej zgrai rusyfikacyjnej <wyroznienie>już nie
będzie.</wyroznienie></akap>


<akap>Niebo nad Polską różowiało --- jednak dzień
wyglądany długo się nie ukazywał, budząc w sercach i umysłach dręczący niepokój. I bywały
chwile, gdy w dusze padał lęk, że może wschodu
słońca nie doczekamy...</akap>


<akap>W innych warunkach ukazuje się niniejsze
<tytul_dziela>Wspomnień Niebieskiego Mundurka</tytul_dziela> wydanie.
Zorza wolności rozpostarła się szeroko nad naszymi głowami --- wybuchu słonecznego blasku spodziewamy się lada dzień, lada chwila...</akap>


<akap>Być może, iż gdy ta książka rąk waszych dojdzie, już słońce będzie stało wysoko, a jego promienie będą oświecały wolną, zwycięską, tryumfującą Polskę od końca do końca!</akap>


<akap>Zmienione warunki pozwoliły autorowi do serii obrazków składających się na <tytul_dziela>Wspomnienia</tytul_dziela>
wsunąć jeden jeszcze, na który w wydaniach poprzednich miejsca nie było.</akap>


<akap>Obok profesorów łaciny, francuszczyzny itd.
ukazuje się w tym nowym wydaniu nauczyciel języka rosyjskiego, wiernie z natury odmalowany.
Niepodobny on zgoła do przedajnych<pe><slowo_obce>przedajnych</slowo_obce> --- dziś popr.: sprzedajnych.</pe> rusyfikatorów, katów dzieci i młodzieży, wampirów już nie
tylko krew, lecz i dusze z ofiar swych wypijających,
których wspomnienie dotąd jak zmora cięży nad
nami.</akap>


<akap>Jest i ów Jastrebow ofiarą --- i ginie śmiercią
niemal samobójczą, przeżarty melancholią oraz
dziwacznym, chorobliwym marzycielstwem. Nie
budzi nienawiści, raczej --- politowanie.</akap>


<akap>Mówiąc o swej książce i jej losach, nie mogę
przemilczeć faktu, że do powodzenia <tytul_dziela>Niebieskiego
Mundurka</tytul_dziela> przyczyniły się w znacznym stopniu
przepiękne rysunki, którymi ozdobił go p. Konstanty Gorski. Moją wizję ludzi i spraw dawno
zamarłych ucieleśnił on z odgadnioną<pe><slowo_obce>odgadnioną</slowo_obce> --- odkrytą.</pe> intuicyjnie
prawdą, która mnie samego w podziw wprawiła.
Do takiego wmyślenia się i wczucia w cudzą duszę
zdolni są tylko wielkiej miary artyści.</akap>



<akap><wyroznienie>Wiktor Gomulicki</wyroznienie></akap>




<akap>Warszawa, w czerwcu 1918 r.</akap>


<separator_linia/>

<akap>Ze starego kufra dzieci wyciągnęły i ojcu przyniosły kołnierz z sukna niebieskiego, oszyty<pe><slowo_obce>oszyty</slowo_obce> --- dziś popr. obszyty.</pe> srebrzystą tasiemką.</akap>


<akap_dialog>--- Co to, tatusiu?... Od czego to?... Skąd się to
tam wzięło?...</akap_dialog>


<akap><begin id="b1306934895159-3902848954"/><motyw id="m1306934895159-3902848954">Łzy, Wspomnienia</motyw>Ojciec wziął w ręce wąski, wypłowiały pasek,
do oczu go przybliżył --- długo wpatrywał się weń
w milczeniu...</akap>


<akap>Ciekawość dzieci jeszcze bardziej wzrosła.</akap>


<akap_dialog>--- Tatusiu kochany! --- Niech nam tatuś powie!... My koniecznie chcielibyśmy się dowiedzieć!...</akap_dialog>


<akap>Ojciec przesunął ręką po oczach --- może mu
się czym zaprószyły? --- Potem westchnął głęboko
i rzekł drżącym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- To jest kołnierz od mojego mundura<pe><slowo_obce>mundura</slowo_obce> --- dziś popr. forma D. lp: munduru.</pe>...<end id="e1306934895159-3902848954"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od mundura? --- zdziwił się najmłodszy synek --- To tatuś był w wojsku?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od mego mundura szkolnego!</akap_dialog>


<akap>Dwaj starsi chłopcy wystąpili z opozycją.</akap>


<akap_dialog>--- To być nie może! <begin id="b1306934942504-3434208911"/><motyw id="m1306934942504-3434208911">Strój</motyw>Żadna szkoła nie nosi
mundurów niebieskich ze srebrnym oszyciem.
Przecież znamy wszystkie: rządowe i prywatne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie noszą dziś --- nosiły pomiędzy rokiem
1860 a 1870, to jest wówczas, gdy wasz ojciec był
takim, jak wy, uczniakiem...</akap_dialog>


<akap>Chłopcy wyrywali sobie kołnierz, przyglądając mu się z nadzwyczajnym zajęciem<pe><slowo_obce>zajęcie</slowo_obce> --- tu: zaciekawienie.</pe>...</akap>


<akap_dialog>--- To musiały być ładne mundury?... --- zauważył najstarszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ładne. Skrajane ,,do figury", zapinane na
jeden rząd srebrnych, gładkich guzików, z małymi guziczkami przy rękawach. Czapki zaś były
formy francuskiej, również niebieskie, z białą wypustką, z prostym daszkiem --- takie, jakich dotąd
wojsko francuskie używa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To musiały być <wyroznienie>kiepy!</wyroznienie> --- wyrwał się najmłodszy chłopiec, pierwszoklasista. --- Nosili je
,,górale".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jacy ,,górale"?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, wie tatuś: te sztubaki od Górskiego<pe><slowo_obce>sztubaki od Górskiego</slowo_obce> --- uczniowie szkoły realnej założonej w 1877 w Warszawie przez pedagoga Wojciecha Górskiego (1849--1935). Od 1883 r. szkoła mieściła się przy ul. Hortensji, dziś ul. W. Górskiego.</pe>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Takie czapki nie nazywają się <wyroznienie>kiepy</wyroznienie>, lecz <wyroznienie>kepi</wyroznienie>. Tamte różniły się od dzisiejszych tym, że były miękkie i dawały się najrozmaiciej na głowie układać. Przywdziewał je też każdy inaczej --- nieraz bardzo fantastycznie.</akap_dialog>


<akap>Chłopcy starali się wyobrazić sobie, jak wyglądał ich ojciec w niebieskim <wyroznienie>kepi</wyroznienie>. Ale trudno im
było przedstawić go sobie bez wąsów, z gładką, rumianą twarzą, bez siwiejących na skroniach włosów...<end id="e1306934942504-3434208911"/></akap>


<akap>Ojciec tymczasem nie przestawał wpatrywać
się w wypłowiały kołnierz, oczy zaś jego musiały być wciąż zaprószone, bo je przecierał nieustannie, najpierw dłonią, później chusteczką...</akap>


<akap>Nagle szepnął z nowym westchnieniem:</akap>


<akap_dialog>--- Ach, gdyby ten kołnierz umiał mówić!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To co?... to co, tatusiu?... --- wykrzyknęli pytająco wszyscy trzej chłopcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To opowiedziałby wam swoje wspomnienia, które by was niezawodnie zajęły...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba!... --- westchnął smutno średni chłopiec --- nie tylko kołnierz, ale nawet cały mundurek tej sztuki nie dokaże...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale może dokazać jej tatuś, który w tym
mundurku chodził! --- osądził spokojnie najstarszy.</akap_dialog>


<akap>Ojciec przygarnął do siebie swą ,,trójkę hultajską".</akap>


<akap_dialog>--- Więc ciekawiście naprawdę ,,wspomnień
niebieskiego mundurka?"...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze jak, kochany tatusiu!... Zaraz byśmy
siedli i słuchali...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to wam je opowiem. Albo lepiej --- po
namyśle dodał --- napiszę.</akap_dialog>


<akap>...Z tej rozmowy i z dotrzymanego przez ojca
przyrzeczenia powstały poniższe obrazki.</akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>I. Dzwonek szkolny</naglowek_rozdzial>



<akap><begin id="b1304960702531-2400752221"/><motyw id="m1304960702531-2400752221">Dźwięk</motyw>--- Dendele!... dendele!...</akap>


<akap><begin id="b1304962088443-874695707"/><motyw id="m1304962088443-874695707">Świt</motyw>Miasteczko<pe><slowo_obce>miasteczko</slowo_obce> --- Wiktor Gomulicki opisuje tu Pułtusk, w którym spędził dzieciństwo.</pe> śpi jeszcze, nakryte mgłą, jak pierzyną. Godzina zaledwie siódma. W końcu października nie wszyscy o tej porze wstają do pracy, czynią to tylko ci, co muszą: rzemieślnicy, sługi, uczniowie.</akap>


<akap><begin id="b1306935010237-1181730596"/><motyw id="m1306935010237-1181730596">Uczeń</motyw>Głos dzwonka z trudnością przedziera się przez
mgłę. Jednak dolatuje gdzie trzeba. Świadczą
o tym migające tu i ówdzie w oknach blade płomyki świec --- łojowych. Stearyny oszczędni obywatele używają tylko ,,od wielkiego dzwonu":
szkoda jej dla dzieciaków, które w tej chwili z pośpiechem nadzwyczajnym parzą sobie usta gorącą kawą, wpychają do tek książki, jabłka, kajety<pe><slowo_obce>kajet</slowo_obce> (daw.) --- zeszyt.</pe> i obwarzanki, ,,przepowiadając" jednocześnie
na cały głos: katechizm, gramatykę polską, deklamację łacińską i geografię.<end id="e1306935010237-1181730596"/></akap>


<akap>--- Dendele!... dendele!... dendele!...</akap>


<akap>Dzwonek odzywa się to głośniej, bardzo głośno nawet, jakby krzyczał na opieszałych z gniewem i niecierpliwością; to znów ciszej, nawet zupełnie cicho, jakby mu sił brakło lub sam
w drzemkę zapadał...</akap>


<akap><begin id="b1307952939837-837066822"/><motyw id="m1307952939837-837066822">Sługa</motyw>W szarym świetle poranku przebiegają w różnych kierunkach, z koszykami i bez koszyków,
boso i w przydeptanych pantoflach, rozczochrane,
na pół senne służące.<end id="e1304962088443-874695707"/></akap>


<akap_dialog>--- Kasiu! czy to <wyroznienie>ju</wyroznienie> drugi raz dzwonili?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, <wyroznienie>dopiru</wyroznienie> pierwszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie gadaj! --- tociem na własne uszy słyszała...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszałaś, ale <wyroznienie>segnaturkę<pe><slowo_obce>segnaturka</slowo_obce> --- własc. sygnaturka, najmniejszy dzwon kościelny.</pe></wyroznienie> u <wyroznienie>refermatów<pe><slowo_obce>refermaci</slowo_obce> --- własc. franciszkanie reformaci, odłam obserwancki (tj. ściślejszej reguły) w ramach Zakonu Braci Mniejszych; w Polsce od 1622.</pe></wyroznienie>.<end id="e1304960702531-2400752221"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Śpieszajta! paniczowi <wyroznienie>bułków</wyroznienie> na gwałt
trzeba!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojoj! wielka rzecz! Może zaczekać. <wyroznienie>I tak</wyroznienie>
Judkowa jeszcze nie upiekła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Upiekła. Lećta duchem do Żydówki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na jednej nodze!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak <wyroznienie>bocion!<end id="e1307952939837-837066822"/></wyroznienie></akap_dialog>


<akap><begin id="b1304959690827-2395984814"/><motyw id="m1304959690827-2395984814">Żyd, Jedzenie</motyw>Kilka dziewuch pędzi w stronę wąskiej uliczki,
zamieszkałej przez Żydów. Jest tam jeden mały,
krzywy, w ziemię zasunięty domek, nad którym
zawsze o tej porze unosi się, to prosta jak obelisk,
to maczugowato u góry rozszerzająca się, to rozpryśnięta, jak fontanna, to spiralnie skręcona, to
wreszcie jakby przełamana i w dół spadająca kolumna burego dymu. W tym domku mieszka Judkowa, główna karmicielka ,,studentów", których
nazywa ,,skubentami", najpierwsza na całe miasteczko obwarzankarka, przez nikogo nie prześcignięta twórczyni obwarzanków ,,groszowych",
,,plecionych", ,,jajecznych" oraz ,,chał<pe><slowo_obce>chała</slowo_obce> --- bułka pszenna wypiekana przez Żydów na święta. Pochodzi od niej chałka, podłużna, słodka bułka z pszennego ciasta zaplecionego w warkocz.</pe>", ,,makagig<pe><slowo_obce>makagiga</slowo_obce> --- ciastko z masy karmelowej, miodu i maku, z dodatkiem orzechów i migdałów.</pe>" i słodkich ,,mac", cynamonem osypywanych.<end id="e1304959690827-2395984814"/></akap>


<akap><begin id="b1304962178000-2730660099"/><motyw id="m1304962178000-2730660099">Dźwięk</motyw>--- Dendele!... dendele!... dendele!...</akap>


<akap>Po pięciominutowym odpoczynku dzwonek,
z nową siłą i z wyraźną już złością, krzyczy na
spóźniających się. Krzyczy długo, zajadle --- potem w największym paroksyzmie gniewu urywa
w jednej chwili, jak człowiek, który głośno i namiętnie spierając się, nagle machnął ręką, odwrócił się --- odchodzi...</akap>


<akap>Kto mowę dzwonków rozumie, w tym dzwonieniu słyszał wyraźnie:</akap>


<akap>--- Nuże, leniuchy, ospalcy, próżniaki! Czyż
się was dziś nie dowołam? Piersi zrywam, serce
ledwie mi nie pęknie, a wy nic! Śpiesznie, rzucajcie wszystko, przybywajcie, bo inaczej... Zresztą --- jak się wam podoba! Możecie zwlekać,
spóźniać się, nawet wcale nie przychodzić... Nic mi
do tego. Ale wiedzcie, że was czeka ,,pałka" z pilności, zamknięcie w ciemnej izbie przy kancelarii, rozmowa w cztery oczy z inspektorem, ze
stróżem, może nawet wysyłka bezterminowa ,,na
grzyby"... W końcu --- dajcie mi pokój<pe><slowo_obce>pokój</slowo_obce> --- tu w zanczeniu: spokój.</pe>. Mam was
dosyć!<end id="e1304962178000-2730660099"/></akap>


<akap>Na ulicach zaniebieszczyło się od mundurków
granatowych. Z kamienic i kamieniczek, z drewnianych, oparkanionych<pe><slowo_obce>oparkanionych</slowo_obce> --- ogrodzonych; <slowo_obce>parkan</slowo_obce> --- ogrodzenie, zwykle drewniane.</pe> dworków, z kletek ledwie kupy się trzymających, wybiegają malcy
i wyrostki. Podążają w jedną stronę, potrącając
się, wyścigając.</akap>


<akap>Na rogu ulicy dwóch się spotkało --- przez resztę drogi biegną obok siebie cwałem, rzucając
słowa oderwane...</akap>


<akap_dialog>--- Te, Gęba!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszałeś dzwonek?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ci dopiero był zły!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Iii... głupstwo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie gadaj! Ja się znam na dzwonku!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc cóż?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Inspektor pewnie się wścieka...</akap_dialog>


<akap>Już nie biegną, ale pędzą. Dobiegli zdyszani
do szkoły. Ledwie wśliznęli się na korytarz, kulawy Szymon zatrzasnął za nimi z łoskotem ciężkie, okute drzwi, wiodące razem do szkoły i do
klasztoru.</akap>


<akap>Mają tylko tyle czasu, ile trzeba na zrzucenie
płaszczów, zawieszenie czapek na kołkach, wsunięcie tek we właściwe przegródki.</akap>


<akap>Już w długim korytarzu, łączącym szkołę z kościołem, formują się pary. Pierwsza klasa w samych mundurkach, z gołymi głowami, stoi gotowa
do marszu; druga klasa wysypuje się na korytarz;
trzecia wychyla się z otwartych drzwi, czekając
na swą kolej; czwarta, bez zbytniego pośpiechu,
szykuje się do wyjścia; piąta --- same filozofy z rękoma w kieszeniach, z golonymi scyzorykiem brodami --- wygląda przez okna obojętnie, po stoicku<pe><slowo_obce>po stoicku</slowo_obce> --- niezachwianie, ze spokojem.</pe>
poświstując lekko, jakby jej ten ruch wcale nic dotyczył.</akap>


<akap>Profesor Salamonowicz, ruchliwy, nerwowy,
biega szybko w prawo i lewo, na górę i na dół, do
wszystkich klas zaglądając, do pośpiechu nagląc.
Profesor Izdebski, poważny, zatabaczony<pe><slowo_obce>zatabaczony</slowo_obce> (daw.) --- niechlujnie wyglądający; zabrudzony tabaką.</pe>, w granatowym fałdzistym, szeroko rozpostartym płaszczu z peleryną, z podciągniętymi wysoko, dla
oszczędności, nogawicami, sunie środkiem korytarza, między dwoma rzędami mundurków, kołysząc
się lekko na dużych, płaskich stopach, w obuwiu
z grubej, juchtowej<pe><slowo_obce>jucht</slowo_obce> --- wyprawiona skóra bydlęca.</pe> skóry, ze startymi doszczętnie napiętkami<pe><slowo_obce>napiętek</slowo_obce> --- tylna część buta osłaniająca piętę.</pe>. Nosowym, przyciszonym głosem
strofuje malców, rzucając im co chwila swe ulubione hasło:</akap>


<akap_dialog>--- Baczność!... uwaga!...</akap_dialog>


<akap><begin id="b1304962251517-1964702974"/><motyw id="m1304962251517-1964702974">Religia, Obrzędy</motyw>W kilka chwil później, długim, półciemnym
korytarzem, na kształt długiej, niebieskiej, o srebrnych cętkach liszki<pe><slowo_obce>liszka</slowo_obce> (pot.) --- gąsienica.</pe>, posuwa się cała szkoła, szeleszcząc rytmicznie stopami. Wpłynęła bocznym
wejściem do kościoła i skupiła się w prawidłowych czworobokach tuż przy prezbiterium<pe><slowo_obce>prezbiterium</slowo_obce> --- część kościoła, w której znajduje się główny ołtarz.</pe>, dla
wysłuchania ,,mszy studenckiej", odprawianej
przy wielkim ołtarzu codziennie, z wyjątkiem miesięcy zimowych, przed lekcjami.</akap>


<akap>Pod wysokim sklepieniem, w zagłębieniach
ołtarzy, na chórze, zawsze pełnym mroku, czają
się jeszcze resztki nocy i snu. ,,Nowozaciężnym"
pierwszoklasistom, niewyzwolonym całkowicie
z dziecinnych, domowych przyzwyczajeń, kleją
się jeszcze oczy. Ale zabłysnęły w ołtarzu światła, ozwał się miły głos księdza prefekta: <slowo_obce>,,Introibo
ad altare Dei"<pe><slowo_obce>Introibo
ad altare Dei</slowo_obce> (łac.) --- Przystąpię do ołtarza Pańskiego.</pe></slowo_obce>, trzecioklasista w białej komeżce,
służący do mszy, uderzył mocno w dzwonek, zagrzmiał z góry akord organowy --- noc i sen pierzchają pokonane...<end id="e1304962251517-1964702974"/></akap>


<akap><begin id="b1304962557749-2851381440"/><motyw id="m1304962557749-2851381440">Szkoła</motyw>W poważnym milczeniu szli uczniowie na
mszę; powracają z gwarem głośnym, który głucho tętni pod niskim sklepieniem korytarza.
Szybko zajęli swe miejsca, rozkładają hałaśliwie
książki i kajety. Każda klasa zmienia się na
chwilę w ul brzęczący. Potem wchodzą nauczyciele --- wszystko zapada w ciszę. Rozpoczyna się
pierwsza lekcja, ,,od ósmej do dziewiątej".</akap>


<akap>Dzwonek spełnił, co do niego należało. Kilku
maruderów pozostało za drzwiami, ale dwustu kilkudziesięciu chłopców klęczy przykładnie w ławkach, powtarzając zmieszanym chórem: ,,Przyjdź,
Duchu Święty, napełnij serca nasze..." Zaraz potem, na dole i na górze, spoza drzwi zamkniętych
dochodzą stłumione głosy nauczycieli, mocniejszy
od innych wywołuje donośnie:</akap>


<akap_dialog>--- Bagiński, Batogowski, Bellon, Brudzyński,
Ciaputowicz, Dąbrowski, Dembowski, Demianowicz, Elżanowski, Gadomski, Gembarzewski, Gomulicki...</akap_dialog>


<akap>Dzwonek zrobił swoje --- teraz może odpoczywać do godziny drugiej, o której znów będzie wzywał niesforną gromadkę na dwie lekcje poobiednie. Odpoczynek dłuższy, prócz świąt, ,,galówek"
i ferii, miewa jeszcze we środy i w soboty. W te
dni dzieci nie przychodzą już po obiedzie do szkoły.<end id="e1304962557749-2851381440"/></akap>


<akap>Poczciwy, czujny, niezmordowany dzwonek!
Ileż pokoleń budzi wytrwale z gnuśnego lenistwa
do modlitwy i nauki, dwóch największych skarbów życia, bez których nie można ani szczęścia
zdobyć, ani zostać człowiekiem w pełnym tego
słowa znaczeniu!</akap>


<akap>Mieszka ten dzwonek wysoko, na jednej z wież
kościoła, dziś benedyktyńskiego, a który wcześniej, przez dwa stulecia blisko służył jezuitom.
Kto ma dobre oko, dojrzeć go może w dzień jasny przez jedno z wąziutkich, do strzelnic podobnych okienek. Jest wysmukły, jak kleryk w obcisłej sutannie, a od starości już nie zielony, lecz
czarny. Przypomina kruka, dożywającego dni
swych w niedostępnym gnieździe.</akap>


<akap>Kto wie, czy nie ten sam dzwonek przed dwustu kilkudziesięciu laty budził i do rzeczywistości
przywoływał pewnego, skłonnego do marzeń, zawsze zamyślonego młodzieńczyka, owego małego
z ostrym, wyrazistym profilem ,,Matyjaszka", z którego wyrosnąć miał głośny na całą Europę Mateusz Sarbiewski<pe><slowo_obce>Mateusz Sarbiewski</slowo_obce> --- Maciej Kazimierz Sarbiewski (1595--1640), jezuita, profesor Akademii Wileńskiej, nadworny kaznodzieja króla Władysława IV. Jeden z największych europejskich poetów barokowych. (W XVI w. imiona Maciej i Mateusz nie były jeszcze w polszczyźnie rozróżniane).</pe>?</akap>


<akap>Kto wie, czy rześki i skoczny rytm tego dzwonka nie rozweselał ongi<pe><slowo_obce>ongi</slowo_obce> (daw.) --- kiedyś.</pe> uszów księdza Piotra Skargi<pe><slowo_obce>Piotr Skarga</slowo_obce> --- własc. Piotr Powęski herbu Pawęża (1536--1612), polski teolog, pisarz, jezuita, nadworny kaznodzieja Zygmunta III Wazy, pierwszy rektor Uniwersytetu Wileńskiego.</pe> i księdza Jakuba Wujka<pe><slowo_obce>Jakub Wujek</slowo_obce> (1541--1597) --- pisarz religijny, jezuita; twórca przekładu <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela> napisanego renesansową polszczyzną oraz tłumacz <tytul_dziela>Psałterza Dawidowego.</tytul_dziela></pe>, którzy w tych murach długie chwile przemodlili i przemyśleli?...</akap>


<akap><begin id="b1306940421754-2958968840"/><motyw id="m1306940421754-2958968840">Starość, Wspomnienia</motyw>To pewne, że widuje się niekiedy starców drżących, którym się ,,na drugie stulecie zabiera", jak
dzwonek ów usłyszawszy, stają w miejscu, prostują się i szyję wyciągają, niby wierzchowiec kawaleryjski na głos trąbki wojskowej. Potem
uśmiech rozszerza ich szczęki bezzębne, w przygasłych oczach żywy płomień błyska. Machając
rękoma, niby ptaki ciężkie, silnym rozmachem
skrzydeł pomagające sobie do lotu --- próbują biec
na równi z uczniami w stronę gmachu szkolnego.
Nogi im się splątały --- przystają zdyszani...</akap>


<akap_dialog>--- Nie zdążymy... --- seplenią. --- Ksiądz rektor znów nam złą notę postawi...</akap_dialog>


<akap>I pomarszczone ich twarze osmucają się tym
samym wyrazem zmartwienia, jaki miały przed
osiemdziesięciu kilku laty w podobnym wypadku...</akap>


<akap><begin id="b1307003538046-3316387754"/><motyw id="m1307003538046-3316387754">Kondycja ludzka, Cmentarz, Dźwięk</motyw>Nie tylko ucząca się dziatwa, ale razem z nią
jej ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie słuchają
dzwonka benedyktyńskiego, jak starego, dobrego
przyjaciela i ochmistrza<pe><slowo_obce>ochmistrz</slowo_obce> (daw.) --- urzędnik zarządzający dworem panującego lub magnata; opiekun dzieci na takim dworze.</pe>.<end id="e1306940421754-2958968840"/></akap>


<akap>Kto urodził się w miasteczku i kto w nim
umiera, temu jest ten dzwonek nieodstępnym przez
całe życie towarzyszem.</akap>


<akap>Więc być może nawet, że gdy w ciche, błękitne poranki głos dzwonka dopływa aż do krańców
miasta, gdzie na zielonym wzgórzu ponad Narwią<pe><slowo_obce>Narew</slowo_obce> --- rzeka przepływająca przez północno-wschodnią Polskę, nad Narwią leży Pułtusk.</pe>
szarzeją, bieleją i złoceniami migocą krzyże i kamienie nagrobne --- dreszcz miły przenika prochy praojców, co tam od niepamiętnych czasów snem
nieprzespanym zasypiają...</akap>


<akap>Na cmentarzu staje się prawie wesoło, gdy pomiędzy groby wpada w podskokach rześkie, pobudliwe, jakby roztańczone:</akap>


<akap>--- Dendele!... dendelel... dendele!...<end id="e1307003538046-3316387754"/></akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>II. ,,Knot"</naglowek_rozdzial>



<akap_dialog>--- Proszę pana! Gdzie tu jest pierwsza klasa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ci dopiero głupi! Stoi przed klasą i o klasę pyta!</akap_dialog>


<akap>Przy tych słowach zapytany, chłopiec jedenastoletni, ujmuje za kołnierz pytającego, malca
o rok niecały młodszego od siebie, i otworzywszy
drzwi, wpycha go do środka. Malec wpada jak
kartacz<pe><slowo_obce>kartacz</slowo_obce> --- pocisk artyleryjski używany od XVI do połowy XX w.</pe> na środek klasy, pełnej wrzasku, tupania nóg i nieopisanego zamętu. Ten hałas, w połączeniu z piaskiem, którym wysypano podłogę
oraz zbyt długimi i zbyt szerokimi na ,,wyrost"
uszytymi spodenkami, przyprawia go o utratę równowagi. Przewraca się, upuszczając tekę, z której wysypuje się trochę książek i wielka ilość
,,prowiantu"...</akap>


<akap>Sześćdziesięciu chłopców wybucha śmiechem
i krzykiem. Malec podnosi się zaczerwieniony, kurzem okryty --- do przewodnika swego się zwraca.</akap>


<akap_dialog>--- Dziękuję panu! --- mówi, kłaniając się pokornie.</akap_dialog>


<akap>Nowe śmiechy i krzyki.</akap>


<akap>Tamten pomaga mu wspaniałomyślnie zbierać
książki, jabłka, serdelki; potem skierowywa<pe><slowo_obce>skierowywa</slowo_obce> --- dziś popr. forma 3 os. lp. cz.ter.: skierowuje.</pe> go
pod ścianę i pcha przed sobą w stronę ostatnich
rzędów ławek. Po drodze wybębnia mu pięścią
marsza to na jednej, to na drugiej łopatce.</akap>


<akap>Znaleźli z trudnością wolne miejsce. Protektor
sadza na nim protegowanego, objaśnia, gdzie się
chowa tekę, i przykazuje najsurowiej, żeby ławki
nie rżnął scyzorykiem, gdyż za to ,,biją".</akap>


<akap_dialog>--- A jak wejdzie inspektor, wstać, milczeć
i słuchać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję panu... --- kłania się znów malec
uprzejmie.</akap_dialog>


<akap>Tamten szczypie go w ramię ze złością.</akap>


<akap_dialog>--- Nie nazywaj mnie, knocie, ,,panem". W sztubie<pe><slowo_obce>sztuba</slowo_obce> (daw.) --- szkoła.</pe> nie ma żadnego państwa. Wszyscyśmy koledzy
i kwita! Mów do mnie po prostu: ty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, proszę... ciebie.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1307003938281-2191236194"/><motyw id="m1307003938281-2191236194">Dzieciństwo, Pozycja społeczna, Dorosłość</motyw>Malec jest zadowolony. Sadowi się wygodnie,
uśmiecha sam do siebie. Zaraz też zanurza rękę
do teki, wydobywa bułkę z serem, i zaczyna spokojnie zajadać, wodząc oczyma po ścianach i suficie. Towarzysze zdają się go mało obchodzić ---
oprócz tego, co go tu wprowadził, nazwał dwukrotnie ,,głupcem" i ,,knotem", i dla którego uczuwa nadzwyczajną sympatię połączoną z szacunkiem.</akap>


<akap_dialog>--- Musi to być jakaś ,,starsza osoba" --- myśli, żałując, że go już nie ma przy sobie.</akap_dialog>


<akap>Tamten zaś nie może wytrzymać na jednym
miejscu. Wszędzie go pełno. Przebiega z ławki do
ławki, musztrując małych, zalęknionych nowicjuszów; jednym wskazuje miejsca, innym zapina guziki u mundurów, innym jeszcze podsuwa pięść
pod brodę, zalecając, żeby się prosto trzymali. To
znów wskazuje na katedrę<pe><slowo_obce>katedra</slowo_obce> --- tu: podwyższenie, na którym stoi stół dla nauczyciela.</pe>, przesuwa stolik, fotel,
chusteczką kurz strzepuje. Za chwilę jest już
przy tablicy, rysuje kredą olbrzymią głowę, ściera
rysunek rękawem, a gąbką nos uciera --- co wywołuje hałaśliwą wesołość w grupie przyglądających mu się malców. Wreszcie porzuca wszystko
i przyskoczywszy do najbliższego towarzysza, zaczyna mocować się z nim, jak siłacz cyrkowy.</akap>


<akap>Z całego jego zachowania się widać, że uważa
się w istocie za ,,starszą osobę".<end id="e1307003938281-2191236194"/></akap>


<akap>Jest zresztą w klasie kilku takich jak on. Odbijają od tłumu nieśmiałych, niezgrabnych, niemądrze uśmiechających się pierwszoklasistów
wielką pewnością siebie, minami zuchowatymi,
ciągłą gotowością do bójki. Tamci to niby nowozaciężni rekruci; oni --- stara gwardia. Już byli
w ogniu, już proch wąchali. Znać to po ich twarzach, po mundurkach wytartych, po czuprynach,
na których sterczą znamienne ,,wicherki"...</akap>


<akap>Są to --- drugoroczni.</akap>


<akap>Każdy z nich z wyższością i lekceważeniem patrzy na ,,knotów", co dziś, w pierwszym powakacyjnym dniu szkolnym, zapełnili klasę.</akap>


<akap><begin id="b1307004452870-1980194519"/><motyw id="m1307004452870-1980194519">Uczeń</motyw>Szkoła nie jest wodą stojącą: przypomina raczej morze, które ma swe ciągłe, stałe przypływy
i odpływy. Przy końcu każdego roku z piątej, najwyższej klasy odpływa nadmiar ruchliwej, niebieskiej fali, szukając dla siebie ujścia w gimnazjach
gubernialnych, w kancelariach instytucji rządowych i prywatnych, na wsiach własnych lub cudzych, przy gospodarstwie. Początek roku wyrównywa<pe><slowo_obce>wyrównywa</slowo_obce> --- dziś popr. forma 3 os. lp cz.ter.: wyrównuje.</pe> ubytek z nadpłatą. Z miasta i ze wsi, z domów urzędniczych i rzemieślniczych, z dworów,
nawet z chat, słomą krytych, napływa świeża fala,
szumna, hałaśliwa, nie umiejąca jeszcze posuwać
się spokojnie równym, prawidłowo wykreślonym
łożyskiem...</akap>


<akap><begin id="b1305046117478-2852337354"/><motyw id="m1305046117478-2852337354">Strój</motyw>Boże! Jacyż są śmieszni ci nowicjusze w swych
workowatych mundurkach, w za długich, zawiniętych u dołu spodenkach, z włosami spadającymi
na ramiona lub przy samej skórze ostrzyżonymi
(przy czym niewprawna ręka matki lub służącej
usiała na ich głowach całe konstelacje gwiazd,
słońc i księżyców), z wyrazem twarzy na pół wesołym, na pół płaczliwym, z niespokojnymi palcami, które muszą nieustannie coś skubać, czegoś
dotykać, po czymś bębnić...<end id="e1307004452870-1980194519"/></akap>


<akap>Niektórym matki poprzypinały na tę uroczystość wielkie kokardy z kolorowej wstążki, wysuwające się spod kołnierza w sposób rażący. Zanim inspektor wyszarpnie i do kieszeni schować
każe te ,,nadetatowe" dodatki, żartownisie szkolni
(stara gwardia!) rzucają w nie czapkami wołając,
że to... motyle, które nakryć, a potem na szpilkę
wbić trzeba.<end id="e1305046117478-2852337354"/></akap>


<akap>Pół biedy jeszcze z tymi, co przeszli przez bakalarnię<pe><slowo_obce>bakalarnia</slowo_obce> (daw.) --- szkoła elementarna.</pe>, gdzie nabrali choć cokolwiek szkolnej
,,tresury". Ci umieją przynajmniej siedzieć prosto
na ławce, patrzeć gdzie należy, obchodzić się porządnie z piórem i atramentem. Ale ,,wolontariusze", przybywający wprost z dziecinnego pokoju,
z izby czeladnej, z lasu, z pola, z podwórza wiejskiej zagrody, mogą zwierzchników szkolnych

o rozpacz przyprawić!...</akap>


<akap><begin id="b1307005436781-305620059"/><motyw id="m1307005436781-305620059">Uczeń</motyw>Jeden podczas lekcji usiadł tyłem do nauczyciela. Drugi, znudzony wykładem, przeciąga się
i na cały głos ziewa. Trzeci położył głowę na
książce i zasnął. Czwarty wytknął dwa palce

i z całą szczerością zwierza się nauczycielowi, że
,,okropnie chce mu się jeść". Piąty, wywołany do
lekcji, wstać nie może, gdyż... urwał mu się guzik od spodni.</akap>


<akap><begin id="b1307005455842-419923268"/><motyw id="m1307005455842-419923268">Kara, Dziecko, Nauka, Przemoc</motyw>Zwłaszcza pierwszego dnia przedstawia się to
wszystko przestraszająco. Jakaś masa bezkształtna i bezkarna, której, zda się, żadna siła nie potrafi wtłoczyć w porządną, wychowawczą formę.
Oczy stale roztargnione, niespokojne, biegające
w prawo i lewo, jak u myszy schwytanej w pułapkę; brzuchy wystające, piersi w tył cofnięte,
ręce i nogi w ciągłych podrygach... Trzeba by geniuszu Napoleona I<pe><slowo_obce>Napoleon I</slowo_obce> --- Napoleon Bonaparte (1769--1821), francuski wódz i mąż stanu, cesarz Francuzów 1804--1814 i 1815 oraz król Włoch 1805--1814; tu: genialny strateg i przywódca.</pe>, żeby z tej ,,ruchawki<pe><slowo_obce>ruchawka</slowo_obce> (daw. pot.) --- rozruchy, niepokoje społeczne; tu: bezładny tłum.</pe>"
utworzyć porządne, prawidłowe kadry, posłuszne
głosowi dzwonka, rozkazom inspektora, upomnieniom nauczycieli, szanujące powagę kulawego Szymona, nieopalanej zimą ,,kozy<pe><slowo_obce>koza</slowo_obce> --- pomieszczenie, w którym zamykano niegrzecznych uczniów za karę; areszt.</pe>", brzezinowych,
giętkich, w wodzie deszczowej wymoczonych prętów...<end id="e1307005455842-419923268"/><end id="e1307005436781-305620059"/></akap>


<akap>W praktyce rzecz przybiera formy o wiele prościejsze<pe><slowo_obce>prościejsze</slowo_obce> --- dziś popr. forma M. lmn.: prostsze.</pe>. Po okresie wrzenia, burzenia się, rozpryskiwania, który trwa krócej lub dłużej, nigdy jednak granic pierwszego szkolnego kwartału nie
przekracza, wrzątek zaczyna z wolna stygnąć,
i płynny, iskrami sypiący metal układa się posłusznie w przygotowane zawczasu formy. Wybuchy fajerwerkowe zdarzają się i później niekiedy,
ale już ogólnego porządku rzeczy nie są w możności<pe><slowo_obce>nie są w możności</slowo_obce> --- nie mogą.</pe> odmienić.</akap>


<akap>Hałas nadzwyczajny, panujący dziś w klasie,
stwierdza, że okres burzy trwa tu w całej pełni ---
ba! dopiero się rozpoczął...</akap>


<akap>Naszego malca jednak nic on nie obchodzi. Rumiany tłuścioszek, usadowiony wygodnie w jednej
z oddalonych ławek, spożywa swój ser z bułką
z takim spokojem, jakby znajdował się gdzieś na
skraju lasu, pod kępką brzóz lub sosenek.</akap>


<akap>Nagle ktoś woła w pobliżu:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1307011878161-2135117169"/><motyw id="m1307011878161-2135117169">Imię, Spotkanie</motyw>--- Te, knot!...</akap_dialog>


<akap>Nie wiadomo skąd, malec odgaduje od razu, że
to o nim mowa.</akap>


<akap>Zwraca się w stronę głosu, który płynie z wysoka, i widzi swego protektora, stojącego na wierzchu dwóch ławek, w postawie Kolosa Rodyjskiego<pe><slowo_obce>Kolos Rodyjski</slowo_obce> --- jeden z siedmiu cudów świata starożytnego, olbrzymi posąg Heliosa na wyspie Rodos; wzniesiony z brązu 292--280 p.n.e. u wejścia do portu w celu upamiętnienia pomyślnej obrony miasta Rodos (304 p.n.e.) przed oblegającymi je wojskami Demetriosa I Poliorketesa, zniszczony 224 p.n.e. podczas trzęsienia ziemi. W czasach nowożytnych wyobrażano sobie, że posąg stał w rozkroku nad wejściem do portu, a statki przepływały pomiędzy jego nogami.</pe>,
z ręką przyjaźnie ku niemu wyciągniętą.</akap>


<akap>Nieprzełknięte jeszcze jedzenie nie pozwala
tłuścioszkowi przemówić --- oczyma tylko zapytuje: czego chcą od niego?</akap>


<akap_dialog>--- Nazywam się Kozłowski Karol! --- krzyczy
miniaturowy kolosik. --- A ty, knocie?</akap_dialog>


<akap>Malec zrozumiał, że tu idzie o rzecz ważną:
o wzajemną rekomendację. Nie można jej uchybiać nawet wówczas, gdy się w tak niezwykłej formie odbywa. Więc, połykając z pośpiechem ser,
najgłośniej jak może odpowiada:</akap>


<akap_dialog>--- Moje nazwisko: Mieszkowski Piotruś!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Piotruś? --- wrzeszczy tamten, starając się
przekrzyczeć hałasujących w pobliżu kolegów. ---
Bardzo mi przyjemnie! Lubię pasjami Piotrusiów!
Ściskam twą rękę, Piotrusiu!</akap_dialog>


<akap>Przy tych słowach, potrząsa kilkakrotnie dłonią w powietrzu.</akap>


<akap>W tejże chwili odwraca się, wymierza psztyczka w ucho najbliższemu koledze i zeskoczywszy, daje nurka pod ławkę.</akap>


<akap>Okrągłe oczy Piotrusia Mieszkowskiego wyrażają zachwyt. Jest dumny z posiadania tak dzielnego kolegi...<end id="e1307011878161-2135117169"/></akap>


<akap>Hałas wzmaga się z każdą chwilą. Obawiać się
można, że od grzmotliwego tupania zapadnie się
podłoga, że szyby popękają od okropnego krzyku.

Kładzie temu kres wejście inspektora.</akap>


<akap><begin id="b1307014133289-1516679604"/><motyw id="m1307014133289-1516679604">Obowiązek</motyw>Sama postać zwierzchnika i wyraz jego twarzy wzbudzają lęk. Niezbyt wysoki, ale gruby,
z wielkim wystającym brzuchem, z dolną wargą
wysuniętą, z wiecznym ,,marsem" na czole, przemawia krótko, głosem basowym, gniewnym.</akap>


<akap>Chłopcy nic prawie nie rozumieją z jego przemowy. Powtarza się w niej nieustannie: obowiązek... obowiązek... obowiązek... Piękne i wzniosłe
słowo! --- Ale żeby do umysłów dziecięcych trafiło,
musi występować w towarzystwie słów innych:
prostych, serdecznych...</akap>


<akap>W klasie staje się cicho --- ale razem z ciszą
pada na nią dziwna posępność. Iskrzące się wesołością oczy tracą nagle blask, z kilku piersi wydobywa się mimowolne westchnienie. Wszystkie
twarze smutnieją.</akap>


<akap>Dzieci czują instynktem, że w ich życiu zaszło
coś przełomowego. Bywaj zdrowa, swobodo ptaszęca! Bywaj zdrów, ,,śnie złoty! śnie na kwiatach!"
Pomiędzy dniem wczorajszym a dzisiejszym wyrósł nagle mur nieprzebyty, kamienny.</akap>


<akap>A na tym murze czernieje groźnie słowo: <wyroznienie>Obowiązek</wyroznienie>.<end id="e1307014133289-1516679604"/></akap>


<akap><begin id="b1307014200360-2743406917"/><motyw id="m1307014200360-2743406917">Grzech, Kondycja ludzka, Dzieciństwo</motyw>Ha, pogodzić się trzeba z koniecznością!... Dzieciństwo trwać wiecznie nie może; życia samą zabawą wypełnić niepodobna. Już ksiądz prefekt
w swej pierwszej nauce moralnej wspomniał, że
za nieposłuszeństwo pierwszych rodziców cały rodzaj ludzki został skazany na pracę, że człowiek
w ciężkim znoju chleb swój zdobywać musi...</akap>


<akap>O Adamie! O Ewo! --- Jakże was serdecznie te
wszystkie niebieskie mundurki nienawidzą!
O wężu, wężu przewrotny! Godny, żeby cię na
środku klasy rozciągnięto i pozwolono kulawemu
Szymonowi ćwiczyć aż do zdechnięcia!...<end id="e1307014200360-2743406917"/></akap>


<akap>Po odejściu inspektora odbywa się pierwsza
lekcja --- potem druga. Ale są to lekcje tylko
z nazwiska<pe><slowo_obce>tylko z nazwiska</slowo_obce> --- tu: tylko z nazwy.</pe>. Co chwila coś je przerywa: to przychodzi nowy uczeń; to stolarz wnosi nową ławkę;
to któryś z nauczycieli wypukuje kolegę ,,na minutkę", która przeciąga się do całego kwadransa;
to przybywa stróż szkolny z kartką od inspektora;
to matka jednego z ,,knotów" przybiega zdyszana
niosąc chleb z zimną cielęciną, którego ,,nieboraczek zabrać zapomniał, tak się <wyroznienie>wyląkł</wyroznienie> dzwonka ---
bo <wyroznienie>toto</wyroznienie> jeszcze małe, delikatne i nie przywykło"...</akap>


<akap>O dziesiątej zjawia się raz jeszcze inspektor
i każe ,,knotom" iść do domu, nazajutrz zaś ,,punkt
o siódmej" stawić się na mszę uczniowską, ,,nie
spóźniając się ani na sekundę, gdyż punktualność
to ich obowiązek, obowiązki zaś swe obowiązani
są" itd.</akap>


<akap>Gdy Karol Kozłowski przeciska się przez zatłoczony niebieskimi mundurkami korytarz, rozdając na wszystkie strony ukradkowe kuksańce,
psztyczki, ,,gruszki stolarskie" i uszczypnięcia ---
ktoś pociąga go nagle z całej siły za połę...</akap>


<akap>Ogląda się i spostrzega --- Piotrusia.</akap>


<akap_dialog>--- Lubisz orzechy? --- pyta malec, z miną pełną
zarazem uprzejmości i zakłopotania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co nie mam lubić! --- odpowiada tamten.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To przyjdź do mnie. Mam cały worek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho! --- A gdzie ty ,,stoisz"?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U Wojcieszkowej, na Starym Mieście, <wyroznienie>wpodle</wyroznienie><pe><slowo_obce>wpodle</slowo_obce> (dawn.) --- obok, koło.</pe> reformatów.</akap_dialog>


<akap>Piotruś wyraża się po prostu --- cały jest pełen
sielskiej prostoty. Czuć go bardziej dworkiem, niż
dworem.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1307015275284-2698923047"/><motyw id="m1307015275284-2698923047">Interes</motyw>--- Przyjdę! --- zgadza się wyniośle Kozłowski
i szybko odchodzi.</akap_dialog>


<akap>Ale niebawem znów go ciągną za połę.</akap>


<akap_dialog>--- A co mi dasz za to? --- dopytuje malec nie
uważając sprawy za skończoną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam piłkę... Chcesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Iiii... Pewnie <wyroznienie>parcianka.</wyroznienie></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, <wyroznienie>włosianka.</wyroznienie> Na wierzchu skóra prawdziwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eeee!... Taka to nie bardzo odskakuje.</akap_dialog>


<akap>Kozłowski, silnie już zirytowany, wybucha:</akap>


<akap_dialog>--- Patrzcie go! Knot jeden! Chciałby pewnie
<wyroznienie>dętki</wyroznienie> albo <wyroznienie>lanki</wyroznienie> za swoje głupie orzechy! Możesz
je schować dla siebie. Ty jeszcze, kochanku, nie
znasz Kozłowskiego. Ja wcale twoich orzechów nie
potrzebuję!<end id="e1307015275284-2698923047"/></akap_dialog>


<akap>Malec stoi przez kilka chwil w milczeniu.</akap>


<akap>Twarz jego wyraża zupełne ogłupienie.</akap>


<akap_dialog>--- Jak nie, to nie! --- przemawia wreszcie z flegmatyczną rezygnacją.</akap_dialog>


<akap>I przełożywszy tekę z jednej pachy pod drugą,
odchodzi z wolna w swoją drogę.</akap>


<akap>Kozłowskiego zajęły tymczasem całkowicie
wróble, których całe stadko zbiegło się do rozsypanego na ulicy obroku. Płoszy je swą teką, potem
biegnie za spłoszonymi i pędzi je przed sobą, dopóki nie przefrunęły przez mur do ogrodu klasztornego.</akap>


<akap>O Piotrusiu i jego orzechach zupełnie zapomniał.</akap>


<akap>Do domu ma blisko, ale jak zawsze, nie idzie
doń prostą drogą. W jednym miejscu przystanął,
żeby przypatrzeć się mularzom<pe><slowo_obce>mularz</slowo_obce> (daw.) --- murarz.</pe>, pracującym przy
budowie nowej kamienicy; w innym, żeby wypytać przekupkę o cenę gruszek, jabłek, śliwek, pestek dyni i ziarn<pe><slowo_obce>ziarn</slowo_obce> --- dziś popr. forma D. lmn.: ziaren.</pe> słonecznikowych (kupować tymczasem nie chce --- no i nie ma za co); w innym jeszcze, żeby postraszyć żydowskiego bachórka<pe><slowo_obce>bachórek</slowo_obce> --- dziś: bachorek.</pe>
i ucieszyć się, widząc jak pada, fikając gołymi,
tłustymi nożynami...</akap>


<akap>Nie wiadomo jak i kiedy znalazł się na moście
staromiejskim. Wsparł się obiema rękoma o poręcz --- wzrokiem melancholijnym ściga przepływające pod mostem fale.</akap>


<akap_dialog>--- Może wolisz miód? --- odzywa się nagle za
jego plecami głos dziecinny, nieśmiały.</akap_dialog>


<akap>Jednocześnie wychyla się do niego pucołowata,
rumiana twarzyczka z błyszczącymi poczciwie
oczyma.</akap>


<akap>To Piotruś, który od wyjścia ze szkoły nie porzucał swego protektora, łażąc za nim w odległości
kilku kroków po uliczkach i zaułkach miasteczka...</akap>


<akap>Na wspomnienie o miodzie Kozłowski oblizuje
się.</akap>


<akap_dialog>--- A bo ty, knocie, masz miód?... --- odzywa się
sceptycznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam cały garnek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie gadaj!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak Bozię kocham!</akap_dialog>


<akap>Kozłowski posępnieje.</akap>


<akap_dialog>--- Ba! Cóż z tego! --- mówi, na wodę patrząc. ---
I tak wiem, że mi nie dasz!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dam, tylko przyjdź do mnie.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1307015448101-506864174"/><motyw id="m1307015448101-506864174">Przyjaźń</motyw>--- Naprawdę dasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co nie mam dać! I orzechów dołożę.</akap_dialog>


<akap>Oczy Kozłowskiego nabierają nadzwyczajnego
blasku. Błogo uśmiechnięty, rozrzewniony i oblizujący się, wpatruje się w malca, jakby nacieszyć
się nie mógł jego widokiem.</akap>


<akap_dialog>--- Kiedy tak --- wybucha wreszcie --- to... będę
twoim przyjacielem!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja twoim --- jeżeli pozwolisz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozwolę!</akap_dialog>


<akap>Biorą się za ręce, potem za szyję i głośno, serdecznie się całują.</akap>


<akap_dialog>--- Przyniosę ci ,,gumy strzelającej" --- dodaje
rozrzewniony Kozłowski.</akap_dialog>


<akap>Znów się całują.</akap>


<akap_dialog>--- I trociczek!</akap_dialog>


<akap>Ponawiają uściski.</akap>


<akap_dialog>--- I wiesz co? --- oświadcza na zakończenie
starszy. --- Nie nazywaj mnie odtąd Kozłowskim...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jak?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mów do mnie po prostu: Koźle!<end id="e1307015448101-506864174"/></akap_dialog>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>III. ,,Zabacuł"</naglowek_rozdzial>



<akap_dialog>--- To zrobił z pewnością Zabacuł!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z tym Zabacułem wytrzymać już trudno!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedzcie Zabacułowi, że klasa to nie stajnia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hej, Zabacuł! Zabacuł! może byś przyjść tu
<wyroznienie>racuł<pe><slowo_obce>racuł</slowo_obce> (gw.) --- popr. forma 3 os. lp cz.przesz.: raczył.</pe>!</wyroznienie></akap_dialog>


<akap>Od razu poznaje się, że ,,Zabacuł" nie jest nazwiskiem. Nikt nazywać się tak nie może. I w istocie, nazwisko chłopca, na którego tak wołają, brzmi
zupełnie inaczej, choć również niezwyczajnie:
Księżopolczyk.</akap>


<akap><begin id="b1305047562946-1423555997"/><motyw id="m1305047562946-1423555997">Nauczyciel, Śmiech, Imię</motyw>Profesor Luceński, nauczyciel języka francuskiego, wielki wykpisz<pe><slowo_obce>wykpisz</slowo_obce> (daw. reg.) --- szyderca.</pe>, z upodobaniem przekręcający cudze nazwiska, odczytując listę uczniów
mianuje tego ,,knota" coraz inaczej: Księży palczyk, Księży kolczyk, Książę Opolczyk, Konstantynopolczyk...<end id="e1305047562946-1423555997"/></akap>


<akap>Klasa, choć każde z tych przekręceń śmiechem głośnym przyjmuje, żadnego nie raczyła adoptować. Klasa ochrzciła knota samodzielnie,
dając mu przezwisko: Zabacuł.</akap>


<akap>Rozumie się, że to przezwisko nie powstało
przypadkowo, że posiada swój właściwy rodowód.</akap>


<akap><begin id="b1305047432197-3266368373"/><motyw id="m1305047432197-3266368373">Chłop, Pozycja społeczna, Szlachcic</motyw><begin id="b1305047445907-3018942293"/><motyw id="m1305047445907-3018942293">Strój</motyw>Księżopolczyk jest synem ubogiego szlachcica
zagrodowego, na pół chłopa. Jego ojciec wzbudził
raz podziw wszystkich uczniów, przybywszy na
dziedziniec szkolny podczas ,,pauzy". Miał na sobie prostą włościańską<pe><slowo_obce>włościański</slowo_obce> (daw.) --- chłopski.</pe> sukmanę<pe><slowo_obce>sukmana</slowo_obce> --- długie męskie okrycie wierzchnie z sukna lub wełny, dołem rozszerzane, dawniej powszechnie noszone przez chłopów.</pe>, ale do jednej
z pół tej sukmany była przyszyta maleńka blaszana szabelka --- świadectwo otrzymanej niegdyś,
od któregoś z królów polskich, nobilitacji<pe><slowo_obce>nobilitacja</slowo_obce> --- nadanie szlachectwa.</pe>.<end id="e1305047445907-3018942293"/></akap>


<akap>Młody Księżopolczyk, choć piastuje godność
,,knota", jest sporym już, lat trzynastu, może nawet czternastu, wyrostkiem. <begin id="b1307016232814-660314879"/><motyw id="m1307016232814-660314879">Siła</motyw>Wieś często przysyła
szkole takich, niekiedy starszych, wychowańców.
Spóźnili się z nauką, bo musieli ojcu pomagać
w polu, w stajni, w lesie, w oborze.</akap>


<akap>Zdrowi, krzepcy fizycznie, imponują z początku
kolegom siłą ręki, zębów (podnoszą w zębach stolik, stojący na katedrze<pe><slowo_obce>katedra</slowo_obce> --- tu: podwyższenie, na którym stoi stół dla nauczyciela.</pe>), bark<pe><slowo_obce>bark</slowo_obce> --- dziś popr. forma D. lm: barków.</pe> (obnoszą po czterech naraz malców, siadających im na ramionach
i plecach) --- potem jednak, poznawszy, że siłą
pięści nie można wywalczyć nie tylko nagrody
i pochwały, ale nawet promocji, tracą humor,
przygarbiają się, mizernieją... Wówczas też odbywa się w nich stanowczy przełom, o całej przyszłości stanowiący. Jedni, z zimną, żelazną, prawdziwie chłopską zawziętością zabierają się całą
siłą do nauki, ,,kują" po całych dniach i nocach,
nie wiedzą, co zabawa i odpoczynek, i w końcu ---
wyrastają na dzielnych co się zowie ludzi. Inni
po prostu --- rejterują.<end id="e1307016232814-660314879"/><end id="e1305047432197-3266368373"/></akap>


<akap>Znalazł się raz pomiędzy ,,knotami" wyrostek
z wysypującym się już wąsem, wysoki, barczysty,
z głosem dojrzałego już mężczyzny. Siedział na
ostatniej ławce i kuł a kuł. Pomimo kucia, promocji nie otrzymał.</akap>


<akap>Po wakacjach przyjechał i jako drugoroczny
pierwszoklasista, znów zabrał się do ,,kucia" ---
z mniejszym już zapałem. Wąs mu tymczasem sypał się coraz gęściejszy i twardszy.</akap>


<akap>Na Boże Narodzenie pojechał do domu --- i już
nie powrócił.</akap>


<akap_dialog>--- Co się stało z Mosakowskim? --- wypytywali
na wszystkie strony malcy. --- Dlaczego Mosakowski do szkoły nie wraca?</akap_dialog>


<akap>Nikt nie umiał na to odpowiedzieć.</akap>


<akap>Dopiero w połowie karnawału rzecz się wyjaśniła.</akap>


<akap>Ten sam profesor Luceński, przyszedłszy na
lekcję w dobrym humorze i zabrawszy się do czytania listy, przy nazwisku Mosakowskiego zatrzymał się, głową pokiwał...</akap>


<akap>Klasa uszy nastawiła.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1307016688219-3766269429"/><motyw id="m1307016688219-3766269429">Małżeństwo</motyw>--- Ach, Mosakowski!... --- westchnął profesor. --- Nie zobaczymy więcej Mosakowskiego! Już
po Mosakowskim... <slowo_obce>Parole</slowo_obce><pe><slowo_obce> parole</slowo_obce> (fr.) --- słowo.</pe>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co się z nim stało, panie pro...sorze? --- zapytało kilku śmielszych, nie mogąc zapanować nad
ciekawością i niepokojem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nieszczęście!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A cóż! Nie chciał się gałgan uczyć, od gramatyki uciekał, do pisania słówek lenił się, do
geografii nie można go było kijem nagnać --- więc
jego biedny, stary ojciec, rady żadnej dać sobie
nie mogąc, wziął i...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I co? I co?... Niech pan prosor powie! Mój

panie prosorze!</akap_dialog>


<akap>Profesor wygarnął szczyptę proszku z maleńkiej, szylkretowej<pe><slowo_obce>szylkret</slowo_obce> --- masa rogowa otrzymywana ze skorupy żółwia podzwrotnikowego, z której wyrabia się grzebienie, guziki itp.</pe> tabakiereczki<pe><slowo_obce>tabakiereczka</slowo_obce>, zdr. od <slowo_obce>tabakierka</slowo_obce> --- płaskie pudełko do przechowywania tabaki, tj. sproszkowanego aromatyzowanego tytoniu, używanego dawniej jako środek pobudzający do kichania.</pe>, zażył --- palce
o rudą perukę wytarł...</akap>


<akap_dialog><begin id="b1307104525881-3782071412"/><motyw id="m1307104525881-3782071412">Żona</motyw>--- I... ożenił go! --- poważnie dokończył.</akap_dialog>


<akap>Chłopcy otworzyli szeroko oczy i usta, nie wiedząc, co o tym sądzić. Byli zdziwieni i jakby przelękli. Wyobrażali sobie swego kolegę pod rękę
z dojrzałą, poważną osobą płci żeńskiej, taką jak
ich matki i babcie, i uczuwali żal nad jego losem. --- Biedny chłopiec! --- myśleli. --- Nie wolno
mu pewnie teraz ani w piłkę pograć, ani kozła wywinąć, ani wykrzywić się pociesznie, ani zapiać
po koguciemu... ,,Poważna osoba płci żeńskiej",
którą on musi ,,żoną" nazywać, na krok go nie odstępuje, za wszelkie wybryki karci...<end id="e1307104525881-3782071412"/></akap>


<akap>Profesor Luceński dostrzegł i zapamiętał wywołane przez siebie wrażenie. Postanowił też posługiwać się nim w celach pedagogicznych.<end id="e1307016688219-3766269429"/></akap>


<akap><begin id="b1307017485794-159388385"/><motyw id="m1307017485794-159388385">Nauczyciel, Przemoc</motyw>,,Knoty" mieli dziwnie twarde języki, nie pozwalające im na dobrą ,,pronuncjację<pe><slowo_obce>pronuncjacja</slowo_obce> (daw. z łac. a. z fr.) --- sposób wymawiania, wymowa.</pe>" słów francuskich. Profesora nadzwyczaj to drażniło. W zniecierpliwieniu uderzał swą grubą trzciną w stolik
lub katedrę, budząc wielki strach między malcami.</akap>


<akap>Najwięcej biedy było zawsze z wymawianiem
dyftongów<pe><slowo_obce>dyftong</slowo_obce> --- połączenie dwóch samogłosek, z których jedna nie jest sylabotwórcza, np. <wyroznienie>au</wyroznienie> w wyrazie <wyroznienie>auto</wyroznienie>.</pe>: <wyroznienie>en, an.</wyroznienie> Przy nich też zawsze bambus profesorski wywoływał grzmoty, rozlegające się
po całym budynku szkolnym.</akap>


<akap>Profesor układał i wymawiać kazał zdania dziwaczne, służyć mające do gimnastyki języków.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>L'enfant, en venant sentit le sentiment...</slowo_obce></akap_dialog>


<akap>Na dziesięciu malców, jeden zaledwie umiał
nadać słowom brzmienie właściwe. Reszta wymawiała je tak:</akap>


<akap_dialog>--- <wyroznienie>Lafą ą weną sąti le sątimą...</wyroznienie></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kapuściane głowy! --- krzyczy profesor. ---
Drewniane języki! Krowy wam paść --- <slowo_obce>parole</slowo_obce>!<end id="e1307017485794-159388385"/></akap_dialog>


<akap>Najlepszą pronuncjację miał Szabuński, którego matka była <wyroznienie>madamą</wyroznienie>, to znaczy, utrzymywała
dwuklasową pensję dla panien. I on jednak niezupełnie zadawalał<pe><slowo_obce>zadawalał</slowo_obce> --- dziś popr. forma 3 os. lp cz.przesz.: zadowalał.</pe> profesora.</akap>


<akap_dialog>--- Nieźle... <wyroznienie>parole!</wyroznienie>... nieźle --- chwalił Luceński. --- Ale daleko ci jeszcze, mój Szabasiński<pe><slowo_obce>Szabasiński</slowo_obce> --- nauczyciel przekręca nazwisko Szabuńskiego tak, aby kojarzyło się z żydowskim świętem, zwanym <slowo_obce>szabas</slowo_obce> a. <slowo_obce>szabat</slowo_obce>.</pe>, do
doskonałości. To trzeba wymawiać inaczej: nosowo... jak najbardziej nosowo... <wyroznienie>L'enfaaant!... sentimaaant!...</wyroznienie></akap_dialog>


<akap>Szabuński, żywy brunecik, był najśmielszy do
profesora, który bywał u jego matki --- miał się
nawet podobno żenić z jego ciotką...</akap>


<akap>Gdy Luceński popisywał się swym nosowym
wymawianiem --- on przerwał odważnie:</akap>


<akap_dialog>--- Panu prosorowi to łatwo --- bo pan prosor
ma nos zapchany tabaką<pe><slowo_obce>tabaka</slowo_obce> --- sproszkowany aromatyzowany tytoń, używany dawniej jako środek pobudzający do kichania.</pe>...</akap_dialog>


<akap>Klasa --- struchlała. Wypadek był niesłychany.

Takie zuchwalstwo względem takiego nauczyciela!</akap>


<akap>Luceński stał się na chwilę tak czerwony, jak

jego peruka. Potem chwycił swą grubą trzcinę,

z silnym rozmachem uniósł ją w górę i ...</akap>


<akap>I spokojnie położył na stoliku, obok kałamarza <pe><slowo_obce>kałamarz</slowo_obce> --- naczynie na atrament.</pe>i piasecznicy<pe><slowo_obce>piasecznica</slowo_obce> --- naczynie na piasek, którym posypywano zapisany atramentem papier, żeby szybciej wysechł.</pe>.</akap>




<akap>Szeroka, wygolona twarz przybrała zwykły
wyraz; na ustach pojawił się zwykły, lekko ironiczny uśmieszek...</akap>


<akap>Profesor zanurzył dwa palce w kieszonce od
kamizelki, wyjął małe, szylkretowe pudełeczko ---
otworzył je i Szabuńskiemu podsunął.</akap>


<akap_dialog>--- No --- dobrotliwie wyrzekł --- zażyjże i ty!...
Dobra --- <wyroznienie>parole!...</wyroznienie> Prawdziwa francuska --- w sam
raz do wymawiania dyftongów i spółgłosek nosowych...</akap_dialog>


<akap>Szabuński ukłonił się, zażył tabaki, znów się
ukłonił i czterokrotnie, raz po razu, kichnął. Koledzy czterokrotnie, raz po razu, krzyknęli mu:
,,na zdrowie!" W klasie zapanował nastrój bardzo
przyjemny.</akap>


<akap>Ale w tejże chwili na katedrze rozległ się
grzmot. Profesor walił trzciną w stół jak <wyroznienie>Jupiter
tonans<pe><slowo_obce>Jupiter tonans</slowo_obce> (łac., mit. rzym.) --- Grzmiący Jowisz; Jowisz to najwyższy z bogów rzymskiego panteonu, pan nieba, grzmotu i gromu. Jego atrybutem był piorun, z tego powodu czczono go pod imieniem <slowo_obce>Iupiter Fulgur</slowo_obce> (Ciskający błyskawicę) i <slowo_obce>Iupiter Tonans</slowo_obce> (Grzmiący).</pe></wyroznienie>. Wśród grzmotów krzyczał:</akap>


<akap_dialog>--- Zapowiadam wam, głowy kapuściane, że
gdy który nie nauczy się wymawiać dobrze dyftongów <wyroznienie>an</wyroznienie> i <wyroznienie>en</wyroznienie>, tabaką częstować go nie będę,
ale --- jakem Luceński! <wyroznienie>Parole!</wyroznienie> --- wyrzucę z klasy
i napiszę do ojca, żeby go... ożenił!</akap_dialog>


<akap>Odtąd ta pogróżka, --- istotnym strachem malców przejmująca --- stale się powtarzała w podobnych okolicznościach. Nazwisko zaś Mosakowskiego w kronikach szkoły powiatowej P-kiej<pe><slowo_obce>szkoły powiatowej P-kiej</slowo_obce> --- Wiktor Gomulicki spędził dzieciństwo w Pułtusku i tam chodził do szkoły. Zapewne jednak chciał, aby jego opowiadania o szkole miały charakter bardziej uniwersalny, a nie tylko osobisty, i dlatego zaszyfrował w tekście <wyroznienie>Pułtuskiej</wyroznienie> jako <wyroznienie>P-kiej</wyroznienie>.</pe> na
zawsze się utrwaliło.</akap>


<zastepnik_wersu/>
<akap>Księżopolczykowi nie grozi ożenienie się. Nie
ma on ani tych lat, ani tych wąsów, co Mosakowski... --- nie wygląda w ogóle na takiego, z którym by
czyjaś matka lub babka chodzić mogła pod rękę.</akap>


<akap>Jest wprawdzie duży i gruby, ale brak mu zupełnie tej rześkości, jaką odznaczają się wiejskie
wyrostki. Zgarbiony, kurczący się, z twarzą chorobliwą, żółtą, piegami osypaną, osowiałą, unika,
ile tylko może, towarzystwa hałaśliwych kolegów,
szuka miejsc samotnych, wciska się do najdalszych, półciemnych ławek, gdzie w zupełnym spokoju może... zajadać ,,pajdy" chleba razowego, którymi ma wypchane wszystkie kieszenie.</akap>


<akap><begin id="b1305047799094-2896025619"/><motyw id="m1305047799094-2896025619">Jedzenie</motyw>Jedzenie, a ściśle mówiąc: żucie razowca jest
sportem, uprawianym na wielką skalę przez grubych, borsukowatych, z wystającymi żołądkami
,,knotów", którzy przybywają do miasta z na pół
chłopskich zagród wiejskich. Prócz chleba, służy
im do żucia groch gotowany, pestki dyni --- niekiedy nawet siemię lniane<pe><slowo_obce>siemię lniane</slowo_obce> --- nasiona lnu zwyczajnego, działające na żołądek osłaniająco, łagodnie przeczyszczająco; zawierają duże ilości śluzu i oleju.</pe>. Ci przeżuwacze są prawie zawsze ostatnimi osłami i poza trzecią klasę
nigdy nie przechodzą.<end id="e1305047799094-2896025619"/></akap>


<akap><begin id="b1307047893564-313904450"/><motyw id="m1307047893564-313904450">Głupiec</motyw>Niekiedy jednak wpływ nauki, powietrze miejskie, przykład ucywilizowanych kolegów, oddziaływają na nich korzystnie --- czynią z nich ludzi, podobnych innym. Zapowiedzią zmiany dobroczynnej bywa zwykle utrata apetytu i znaczne
schudnięcie. Nawróconym przestaje smakować razowiec, odwracają się ze wstrętem od grochu, siemię lniane pozostawia z nich każdy --- kanarkom.
Wówczas też wychodzą z mroku ,,oślą ławkę" zalewającego i uczniowie z pierwszych rzędów pozyskują w nich dobrych, wesołych, skłonnych do
poświęceń, często nawet bardzo inteligentnych towarzyszów.</akap>


<akap>W Księżopolczyku, niestety, nic tego przetworzenia się nie zapowiada. Owszem, jest widoczne,
że z tej poczwarki nigdy już motyl piękny nie wyfrunie.</akap>


<akap>Pewna smutna, do usunięcia niemożliwa okoliczność stan ten pogarsza: jest na pół głuchy.
Z przytępieniem słuchu idzie u niego w parze
przytępienie władz umysłowych. Jego jasne, żółtawe oczy nie mają blasku, jaki zapala zbudzona,
z siebie samej świadoma inteligencja.<end id="e1307047893564-313904450"/></akap>


<akap>Śpi też niezawodnie ta inteligencja --- bo czyżby inaczej Księżopolczyk został ,,Zabacułem?"...</akap>


<akap>Nieprawdopodobnie wygląda ta historia --- jest
wszakże we wszystkich szczegółach prawdziwa.</akap>


<akap><begin id="b1305047860637-3161368314"/><motyw id="m1305047860637-3161368314">Nauczyciel, Niemiec</motyw>Nauczyciel niemieckiego, Effenberger, pomimo

bardzo krótkiego wzroku dojrzał raz w cieniach
ostatniej ławki Księżopolczyka, na którego nie
zwracał dotąd pilniejszej uwagi.</akap>


<akap>Ten nauczyciel należy do najzapalczywszych
pedagogów, a przynajmniej do największych krzykaczów w szkole. Jak wszyscy nauczyciele niemczyzny świeżo na grunt polski przeflancowani,
pełen oryginalności, graniczącej z dziwactwem.</akap>


<akap>Twarz profesora Effenbergera posiada latem
barwę czerwoną, w zimie fioletową. Profesor jest
zapamiętałym hydropatą<pe><slowo_obce>hydropatia</slowo_obce> --- wodolecznictwo, lecznicze wykorzystywanie fizycznych właściwości zwykłej wody o różnej temperaturze.</pe>; lubi żywioł płynny pod
każdą postacią. Kąpie się zapamiętale przez rok
cały: w porze upałów bierze ,,prysznice" pod kołem młyńskim, podczas mrozów zanurza się
w przeręblu. Postawę ma sztywną, włosy szpakowate, przy samej skórze ostrzyżone. Chodzi prędko
po linii prostej, nigdy nie zbaczając, przed nikim
nie ustępując, krokami odmierzonymi, w tempie
wojskowym: raz-dwa... raz-dwa...</akap>


<akap>Jest muzykalny i towarzyski. Poza szkołą daje
lekcje gry na skrzypcach; zastępuje też niekiedy
na chórze chorego organistę. Uczestniczy we
wszystkich wieczorkach ponczowo-pączkowych,
urządzanych w karnawale; nie brak go też na żadnej uroczystości rodzinnej w rodzaju imienin,
chrzcin, jubileuszów, wesel. Bierze nawet udział
w stypach pogrzebowych. Oświadcza się zawsze
z wielką miłością dla Polaków i co dziwniejsze,
miłości tej składa dowody.</akap>


<akap>Posiada dużo stron sympatycznych oraz przysłowie: ,,tak, panie tak"...<end id="e1305047860637-3161368314"/></akap>


<akap>Otóż profesor Effenberger, dojrzawszy przez
silne okulary Księżopolczyka, zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- A ty tam... tak, panie tak... skąd sze wsząleś?</akap_dialog>


<akap>Chłopiec milczał, żuł chleb razowy i patrzył

przez okno na liście, opadające z kasztana.</akap>


<akap_dialog>--- Gadaj sara... tak, panie tak!</akap_dialog>


<akap>Księżopolczyk nie odwracał się, ani wiedząc,

że do niego mówiono.</akap>


<akap>Effenberger zaperzony zeskoczył z katedry,
przybiegł do ławek, zaciśniętą pięścią groźnie potrząsał...</akap>


<akap_dialog>--- Sara wstawaj! --- krzyczał --- natichmiast!
jak najpręsej! w pól minuta!...</akap_dialog>


<akap>Dopiero kilka kuksańców, wymierzonych pod
ławką przez kolegów, zbudziło Księżopolczyka.
Wstał, leniwie się przeciągając.</akap>


<akap_dialog>--- Czego?... --- zapytał z pełnymi ustami chleba.</akap_dialog>


<akap>Gniew nauczyciela spotęgował się jeszcze.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, ty, tak, panie tak!... jak sze nasywasz?</akap_dialog>


<akap>Ale tamten nic sobie z gniewu nie robił --- nie

rozumiał go nawet. Dłoń zwiniętą przyłożył do
ucha i powtarzał przeciągle:</akap>


<akap_dialog>--- Czegoooo?... Czegoooo?...</akap_dialog>


<akap>Koledzy zaczęli wykrzykiwać mu nad uchem,
jeden przez drugiego:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1307106547077-2699084560"/><motyw id="m1307106547077-2699084560">Imię, Głupiec, Nauczyciel, Przemoc, Śmiech</motyw>--- Pan psor mówi... Pan prosor każe... Pan fesor żąda... żebyś powiedział, jak się nazywasz?</akap_dialog>


<akap>Księżopolczyk zrozumiał nareszcie. Twarz jego
przybrała najpierw wyraz wielkiego zdumienia;
potem odmalował się na niej namysł głęboki...</akap>


<akap>Długo milczał, szukając czegoś w pamięci ---
wreszcie oczy spuścił i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- ,,Zabacułem<pe><slowo_obce>zabacułem</slowo_obce> (gw.) --- popr. forma 1os. lp cz.przesz.: zabaczyłem; <slowo_obce>zabaczyć</slowo_obce> (daw. reg.) --- zapomnieć.</pe>"...</akap_dialog>


<akap>Klasa w śmiech --- Effenberger zaś, nic zrozumieć nie mogąc, zwrócił się do prymusa:</akap>


<akap_dialog>--- Prymus!... tak, panie tak!... gadaj sara, so
on powiedział?</akap_dialog>


<akap>Pierwszy uczeń wyprężył się jak struna i cienkim głosem zaraportował:</akap>


<akap_dialog>--- On, panie prosorze, powiedział, zabaczułem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Was ist denn das<pe><slowo_obce>Was ist denn das?</slowo_obce> (niem.) --- co to jest?</pe></slowo_obce>: .,,sabba-szulem?" To po
żydowsku musi być <wyroznienie>oder<pe><slowo_obce>oder</slowo_obce> (niem.) --- lub.</pe></wyroznienie> po arabsku?... Prymus, panie tak! Gadaj sara so to znaczy?</akap_dialog>


<akap>Studencik, rozkaz spełniając, zapiał:</akap>


<akap_dialog>--- To znaczy, panie prosorze, że on zapomniał, jak się nazywa!</akap_dialog>


<akap>Effenberger oczy wytrzeszczył --- klasa zanosiła się od śmiechu.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, ty tak, panie tak! --- wpadł Niemiec
na Księżopolczyka. --- Ty własne <wyroznienie>Name</wyroznienie><pe><slowo_obce>Name</slowo_obce> (niem.) --- nazwisko.</pe> zapomniała? Ach, ty oszol!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czegoooo? --- spytał tamten, nie dosłyszawszy i przestępując z nogi na nogę, bo go długie
stanie zmęczyło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Baran!</akap_dialog>


<akap>Chłopiec wzruszył ramionami. Twarz jego wyraziła wielkie zdziwienie.</akap>


<akap_dialog>--- Wieprz!...</akap_dialog>


<akap>Wyrzuciwszy z siebie ostatnie słowo i dodawszy jeszcze dla nacisku energiczne: ,,pfuj!" --- profesor, pełen oburzenia i wstrętu, odwrócił się od
sponiewieranego ucznia.</akap>


<akap>Tamten, widząc, że sprawa skończona, usiadł,
wyciągnął z kieszeni nową ,,pajdę" razowca, i zabrał się spokojnie do jedzenia.<end id="e1307106547077-2699084560"/></akap>


<akap>Klasa --- ryczała.</akap>


<akap>Od owego to dnia Księżopolczyk został ,,Zabacułem".</akap>


<zastepnik_wersu/>
<akap>Biedny Zabacuł!</akap>


<akap><begin id="b1307106638522-341699810"/><motyw id="m1307106638522-341699810">Choroba, Śmierć</motyw>Są istnienia dziwne, zagadkowe, fatalnością naznaczone, które wśród bliźnich budzą okrzyki oburzenia lub wybuchu śmiechu szyderczego, w jednym zaś i drugim wypadku zasługują wyłącznie --- na współczucie.</akap>


<akap>Należał do nich ten syn zagrodowego szlachcica,
,,szaraczka" pyszniącego się blaszaną szabelką
przy chłopskiej siermiędze.</akap>


<akap>Wilczy apetyt, apatyczne spojrzenie, przytępiony słuch, słabo rozwinięty umysł --- wszystko
to były objawy groźnej, nurtującej organizm chłopca choroby.</akap>


<akap>Jeszcze rok szkolny nie dobiegł do końca, gdy
Księżopolczyk musiał przerwać naukę i do łóżka
się położyć.</akap>


<akap>Ojciec wywiózł go na wieś --- ułożywszy na
prostych ,,drabkach<pe><slowo_obce>drabka</slowo_obce> (reg.) --- drabina; tu: wóz drabiniasty.</pe>", wysoko sianem wysłanych.

Chłopiec chorował całą wiosnę i pół lata i zdrowia
odzyskać nie mógł.</akap>


<akap>Na kilka dni przed śmiercią oczy jego zaczęły
nabierać niezwykłego blasku, twarz straciła swój
zwykły, nieruchomy, osowiały wyraz. Zaczął mówić o szkole, nauczycielach, współuczniach...</akap>


<akap>Musiano mu nieustannie odczytywać listę kolegow. Była to jego najmilsza rozrywka. Słuchając to uśmiechał się, to mrugał powiekami, to
wzdychał głęboko.</akap>


<akap>Raz szepnął, jakby tylko do siebie:</akap>


<akap_dialog>--- To dobre chłopaki...</akap_dialog>


<akap>Potem rzekł głośniej, z twarzą, nagłym blaskiem rozpromienioną:</akap>


<akap_dialog>--- Tak bym chciał poznać się z nimi bliżej, pobratać!</akap_dialog>


<akap>Ocknęła się w nim dusza za późno --- gdy już
na sen wieczny kłaść się musiał...<end id="e1307106638522-341699810"/></akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>IV. Prymus-lizus</naglowek_rozdzial>



<akap><begin id="b1307048857347-862776431"/><motyw id="m1307048857347-862776431">Pozycja społeczna</motyw>Przyjemnie być prymusem.</akap>


<akap>Prymus jest w klasie pierwszą osobą po profesorze. On to przynosi i odnosi wielki dziennik
klasowy; on dwa razy na dzień wchodzi do kancelarii, gdzie ma dostęp do samego inspektora; on
melduje, że atrament w kałamarzu na katedrze<pe><slowo_obce>katedra</slowo_obce> --- tu: podwyższenie, na którym stoi stół dla nauczyciela; biurko nauczycielskie.</pe> ,,wysechł", kreda przy tablicy ,,wypisała się",
gąbkę ,,ktoś świsnął<pe><slowo_obce>świsnąć</slowo_obce> (pot.) --- ukraść.</pe>"...</akap>


<akap>Do prymusa profesor zwraca się w sprawach
,,delikatnej natury", na przykład: kto rzucił na środek klasy skórkę od pomarańczy? Albo: dlaczego
Baranowski przy odczytywaniu listy był obecny,
a gdy został wezwany do lekcji, oświadczono, że
go nie ma? Albo: skąd się wziął w klasie zapach
dymu tytoniowego?...</akap>


<akap>Nazwisko prymusa znajduje się na wszystkich
ustach w szkole i na wielu ustach poza szkołą.
Każdego ucznia pytają w domu rodzice i znajomi:</akap>


<akap_dialog>--- Kto u was jest prymusem?</akap_dialog>


<akap>Prymus stanowi łącznik pomiędzy kolegami a zwierzchnością szkolną i gdy jest zręczny, może
służyć obu stronom, żadnej nie krzywdząc.<end id="e1307048857347-862776431"/> On,
wstępując na katedrę dla podania profesorowi
pióra lub ołówka, ma sposobność zerknąć na dziennik lub ,,katalożek", i podchwyciwszy drogocenną
tajemnicę stopni, udzielać jej zaufanym kolegom.
Są tacy, co znając wpływy i stosunki prymusa, starają się go przekupić --- ale on niedostępny pokusom, jak Kato<pe><slowo_obce>Kato</slowo_obce> --- Katon Starszy, Marcus Porcius Cato, zwany Cenzorem (234--149 p.n.e.), rzymski mąż stanu, mówca i pisarz; zdolny wódz i administrator; obrońca starorzymskich cnót obywatelskich, znany z wielkiej surowości obyczajów i pracowitości. Zaciekły wróg Kartaginy i orędownik jej zniszczenia, doprowadził do wybuchu III wojny punickiej (149--146 p.n.e.); twórca prozy łacińskiej, autor ponad 150 mów, a także m.in. dziejów Rzymu <tytul_dziela>Origines</tytul_dziela> i pracy <tytul_dziela>O gospodarstwie wiejskim</tytul_dziela>.</pe>. Jednak nie pogardza ofiarowanym w porę ,,papataczem<pe><slowo_obce>papatacz</slowo_obce> --- ciastko drożdżowe z rodzynkami i cynamonem.</pe>", do fundowanych sobie ,,babek śmietankowych" wstrętu szczególnego
nie żywi --- nie widziano też nigdy, żeby wyrzucał
za okno jabłko lub gruszkę, których smak niezwykły zachwalał mu kolega...</akap>


<akap>Co prawda, te wszystkie dary przyjmuje z wyniosłą obojętnością, jakby mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Należą mi się --- ale mnie do niczego nie zobowiązują...</akap_dialog>


<akap>Przyjemnie być prymusem. Przyjemnie i zaszczytnie, ale tylko wówczas, gdy się do tej godności doszło prostą drogą osobistych zasług. Są
bowiem inne jeszcze drogi, boczne, kręte, którymi
nawet i na to miejsce wcisnąć się umieją niezasłużeni a --- zręczni.</akap>


<akap>W ostatnim wypadku ma się władzę, powagę,
znaczenie --- ale nie ma się miłości współkolegów.</akap>


<akap>Ślimacki, który przed miesiącem objął stanowisko prymusa po Sprężyckim, zawdzięcza je
okolicznościom dwuznacznym. Wszyscy wiedzą,
że Sprężycki od niego zdolniejszy, że ma pojęcie żywe, bystre, że w lot wszystko chwyta i łatwo, logicznie wypowiada. A jednak Sprężycki musiał
Ślimackiemu ustąpić. Dlaczego?...</akap>


<akap>Zaraz z początku roku prymusem zrobiono
Sprężyckiego. Był to wybór zupełnie naturalny,
zasłużony i przez wszystkich przewidywany. Winszowali go też wybranemu wszyscy --- prócz Ślimackiego.</akap>


<akap><begin id="b1305049714725-1792702837"/><motyw id="m1305049714725-1792702837">Zazdrość</motyw>Ślimacki został trzecim czy czwartym uczniem --- widoczne zaś było, że się rwie do miejsca
pierwszego. Dowiedziawszy się o swej porażce,
spochmurniał. Blada, chłodna jego twarz stała się
jeszcze bledszą i chłodniejszą; wąskie usta zacięły
się tak szczelnie, jakby nigdy już z nich nie miało

wyjść słowo bratniej, koleżeńskiej miłości...</akap>


<akap>I nigdy też podobno nie wyszło...<end id="e1305049714725-1792702837"/></akap>


<akap>Jakoś w tydzień po ,,usadzaniu", profesor
Izdebski, który bardzo lubił Sprężyckiego, chwycił go lekko za sterczącą czuprynkę i rzekł tonem
ostrzegawczym:</akap>


<akap_dialog>--- Bój się Boga, prymus! Mówią, że się puszczasz na ,,zbereżeństwa", że kozły fikasz, na rękach
chodzisz, węglem <wyroznienie>fizys<pe><slowo_obce>fizys</slowo_obce> (z łac.) --- twarz.</pe></wyroznienie> smarujesz...</akap_dialog>


<akap>Sprężycki zerwał się energicznie, wyprostował.</akap>


<akap_dialog>--- Kto mówi, panie prosorze? --- śmiało zapytał.</akap_dialog>


<akap>Profesor palec na ustach położył, obejrzał się
wokoło.</akap>


<akap_dialog>--- Baczność, uwaga... nikogo wskazywać nie
można... To tajemnica kancelaryjna... Ale, bój się

Boga, dobrze się pilnuj, żebyś z prymusostwa nie

wyleciał...</akap_dialog>


<akap>W kilka dni później z podobnymi ostrzeżeniami, w tym samym tajemniczym tonie, wystąpił
profesor Żebrowski. Było to tym dziwniejsze
i tym bardziej niepokojące, że ten nauczyciel prawie nigdy nie wdawał się w prywatne sprawy
uczniów, zajęty całkowicie przylądkami, międzymorzami, wulkanami --- wykładał bowiem geografię.</akap>


<akap>Jednocześnie i milczący inspektor dziwnym, badawczym i podejrzliwym wzrokiem w Sprężyckiego wpatrywać się zaczął...</akap>


<akap>Ale Sprężycki nic sobie z tego nie robił.</akap>


<akap>Zaufany w swe zdolności, pilny przy tym i punktualny, przeświadczony we własnym sumieniu,
że obowiązki prymusa spełnia uczciwie --- o resztę
nie dbał.</akap>


<akap>Był zaś z natury żywy jak skra, równie biegły
w wymienianiu państewek, składających się na ,,Rzeszę
Niemiecką<pe><slowo_obce>Rzesza Niemiecka</slowo_obce> --- historyczne określenie państwa niemieckiego; I Rzesza (Stara Rzesza) istniała w latach 962--1806, było to historyczne państwo niemieckie (od 1474 Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego), którego władcy nawiązywali do tradycji starożytnych cesarzy rzymskich; II Rzesza funkcjonowała 1871--1918 i stanowiła federalne, konstytucyjne cesarstwo niemieckie pod panowaniem Hohenzollernów; III Rzeszą nazywane były w propagandzie Niemcy hitlerowskie 1933--45.</pe>" (jeszcze jej wówczas Bismarck<pe><slowo_obce>Otto von Bismarck</slowo_obce> (1815--1898) hrabia Bismarck-Schönhausen (od 1865), książę (od 1871), prusko-niemiecki mąż stanu. Od 1862 r. premier i minister spraw zagranicznych państwa pruskiego, doprowadził do zjednoczenia Niemiec z królem Prus na czele jako cesarzem niemieckim; w 1871 r. Bismarck został I kanclerzem Rzeszy Niemieckiej. Zręczny dyplomata i inicjator trzech wojen zaborczych, zyskał silną pozycję na arenie międzynarodowej.</pe> w jedną całość nie spoił!) jak w prawidłach<pe><slowo_obce>prawidła</slowo_obce> --- ogólne przepisy obowiązujące w jakiejś dziedzinie, normujące jakieś czynności.</pe> palanta<pe><slowo_obce>palant</slowo_obce> --- gra, w której uczestnicy podzieleni na dwie drużyny podbijają kijem małą piłkę gumową.</pe>
i ,,ekstry<pe><slowo_obce>ekstra</slowo_obce>, własc. <slowo_obce>ekstrameta</slowo_obce> (daw.) --- gra w piłkę studentów i żaków, podobna do dzisiejszego baseballu.</pe>" --- chłopiec, słowem, do różańca i do
tańca.</akap>


<akap>Pod tym względem Ślimacki wyobrażał jego
zupełne przeciwstawienie. Spokojny, zimny, z jasnymi włosami i oczyma, z głosem piskliwym,
z ruchami powolnymi, nigdy nie brał udziału
w zabawach uczniowskich, nigdy nie ,,dokazywał", nigdy się nie uśmiechał.</akap>


<akap>Profesor Luceński nazwał go ,,Rybą"...</akap>


<akap><begin id="b1305049931847-3784574995"/><motyw id="m1305049931847-3784574995">Zazdrość, Zdrada, Taniec</motyw>Jednego dnia prymus Sprężycki, uprosiwszy
kolegów o jak największą spokojność, wystąpił na
środek klasy, żeby im pokazać, jak to się tańczy
,,polkę-ułankę". Była wówczas ta polka w modzie
i Sprężycki znakomicie wykonywał ją solo, popisując się na wieczorkach tańcujących<pe><slowo_obce>wieczorek tańcujący</slowo_obce> (daw.) --- wieczorek taneczny, zabawa taneczna.</pe> u rodziców
i znajomych. Przed kolegami tańczył ,,ułankę",
z mnóstwem dodatków własnego wynalazku... Zachwycali się nimi wszyscy --- prócz Ślimackiego,
który nieznacznie wymknął się z klasy.</akap>


<akap>Właśnie, gdy tancerz wśród ogólnej wesołości
najpocieszniej fikał nogami i rękami, ktoś drzwi
po cichu otworzył i cofnął się, w progu zaś ukazał
się --- inspektor.</akap>


<akap>Ukazał się poważny, groźny, z wydętym, jak
balon, brzuchem, z wysuniętą wargą dolną, z założonymi ,,po napoleońsku" rękami...</akap>


<akap>Na ten widok wszystko nagle ucichło i jakby
skamieniało. Sprężycki, zaskoczony znienacka
w chwili, gdy jedną nogę do góry zadzierał, lewą
ręką trzymał się pod bok, a rękę prawą zaokrąglał łukowato ponad głową --- zastygł, rzec można, w tej nadzwyczajnej pozycji...</akap>


<akap>Wszyscy myśleli, że inspektor zagrzmi swym
basem potężnym --- on jednak milczał, milczał zaś
tak wymownie, że słuchającym tego milczenia
ciarki po skórze chodziły...</akap>


<akap>Przez kilka chwil wpatrywał się, bystro spod
nasuniętych brwi, w przerażonego prymusa --- potem głową pokiwał i odszedł.</akap>


<akap>Nazajutrz Sprężycki został usunięty z prymusostwa, miejsce zaś jego zajął --- Ślimacki.<end id="e1305049931847-3784574995"/></akap>


<akap><begin id="b1305050154302-1751155747"/><motyw id="m1305050154302-1751155747">Bunt</motyw>Klasa to niby maleńka respublika<pe><slowo_obce>respublika</slowo_obce> (daw.) --- republika.</pe>; prymus to
jakby tej respubliki prezydent. Zaraz po mianowaniu ,,Ślimaka" prymusem stało się widoczne,
że to nie jest ,,prezydent z wyborów", że ogół obywateli tej nominacji nie pochwala...</akap>


<akap>Utworzyła się silna ,,partia opozycyjna", na
której czele stał --- Kozłowski.</akap>


<akap>Zaraz przy pierwszym ,,usadzaniu", gdy inspektor naczelny wygłosił nazwisko Ślimacki ---
w ostatnich rzędach krzyknięto donośnie, choć
spod ławki:</akap>


<akap_dialog>--- Lizus!</akap_dialog>


<akap>Twarz inspektora przybrała wyraz straszny ---
oczy pod krzaczastymi brwiami zabłysły jak u tygrysa.</akap>


<akap_dialog>--- Kto to powiedział? --- zagrzmiał głosem
okropnym, od którego serca dzieci na chwilę bić
przestały.</akap_dialog>


<akap>Wszyscy wiedzieli, że krzyknął Kozłowski ---
ale nazwisko jego z niczyich ust nie wybiegło.</akap>


<akap>Inspektor powtórzył dwukrotnie pytanie --- również bez skutku.</akap>


<akap_dialog>--- Cała klasa do aresztu!... ---
pogroził wszystkim i wyszedł, drzwiami trzasnąwszy.<end id="e1305050154302-1751155747"/></akap_dialog>


<akap><begin id="b1307953710069-1573484897"/><motyw id="m1307953710069-1573484897">Zdrada</motyw>Tego dnia tylko Ślimacki jadł obiad o zwyklej godzinie. Wszystkich pozostałych rozdzielono
zaraz po dwunastej na małe grupy i w pustych
klasach pozamykano.</akap>


<akap>Przecierpieli głód mężnie --- kolegi nie wydali.</akap>


<akap>Mimo to nazajutrz zaraz po pauzie Kozłowski został ,,wypukany<pe><slowo_obce>wypukany</slowo_obce> --- tu: wywołany.</pe>" z klasy. Wyszedł z miną
smętną, jakby w przeczuciu nieszczęścia; wrócił
po kwadransie --- zapłakany.</akap>


<akap>Koledzy odgadli bolesną prawdę. Pełnym
współczucia wzrokiem objęli nieszczęśliwą, jakby
zmiętoszoną postać Kozła; spojrzenie pełne nienawiści posłali Ślimakowi.</akap>


<akap>Ostatni siedział spokojnie ,,jak trusia" --- blady, zimny z dwuznacznym uśmieszkiem, błąkającym się na wąskich wargach. Zawsze on się
uśmiechał --- nigdy nie śmiał głośno. Nie widziano
go też ani razu grającego w piłkę, ślizgającego się,
biegającego do mety. Ludzie obdarzeni najbujniejszą wyobraźnią nie byli w stanie wyobrazić sobie
Ślimackicgo, wywracającego koziołka.</akap>


<akap_dialog>--- Osobliwy fenomen... <wyroznienie>parole!</wyroznienie> --- mówił o nim
profesor Luceński. --- Ryba pod postacią ślimaka.</akap_dialog>


<akap>Nowy prymus nie cieszył się miłością kolegów --- natomiast bali się go oni. Ile razy jakieś
kółko żywo o czymś rozprawiało, a on się zbliżył --- natychmiast wszyscy milkli i rozchodzili
się. On zaś, choć czynnego udziału w życiu koleżeńskim nie brał, niesłychanie był ciekawy
wszystkiego, co się w kółkach mówiło i działo.</akap>


<akap>Ślimacki był synem urzędnika sądowego, zasuszonego wśród aktów, z twarzą bladą, zimną,
z dwuznacznym na wąskich wargach uśmieszkiem.
Bliźniacze podobieństwo istniało pomiędzy ojcem i
synem --- zwiększone tym jeszcze, że Ślimacki
ojciec nie nosił żadnego zarostu, wygalając codziennie twarz całą z pedantyczną, w manię przechodzącą starannością.<begin id="b1307109684858-3256558693"/><motyw id="m1307109684858-3256558693">Kara, Przemoc</motyw></akap>


<akap>Ślimak nigdy się nie unosił. Gdy mu który
z zapalczywych kolegów powiedział co przykrego --- gdy nazwał go na przykład ,,lizusem" --- nic
nie odpowiadał. Rybie jego oczy wpatrywały się w
przeciwnika spokojnie choć z natężeniem --- na
wargach pojawiał się wyraźniejszy, niż zwykle,
uśmieszek --- i na tym wszystko się kończyło.</akap>


<akap>Ale w dwa, trzy dni później --- czasem w tydzień dopiero --- zapalczywy kolega ,,wypukiwany"
był niespodziewanie do kancelarii. Zwierzchność zarzucała mu to naganne sprawowanie się
poza szkołą, to karygodne palenie tytoniu, to wałęsanie się w godzinach niedozwolonych po mieście i za miastem...</akap>


<akap>Na poczekaniu składano sąd, ferowano<pe><slowo_obce>ferować</slowo_obce> --- orzekać.</pe> wyrok i
poddawano go natychmiastowej egzekucji.</akap>


<akap>Z egzekucjami kulawy Szymon ledwie mógł
nadążyć...<end id="e1307953710069-1573484897"/><end id="e1307109684858-3256558693"/></akap>


<akap>Tymczasem zbliżył się koniec roku szkolnego.</akap>


<akap>Wiedziano już powszechnie, że pierwszą nagrodę weźmie Ślimak, że Sprężyckiemu (który nie
przestawał popisywać się na pauzach ,,polką-ułanką") dostanie się co najwyżej ,,list pochwalny". Jedni byli pewni przejścia do klasy wyższej;
innych promocja wisiała ,,na włosku". Do ostatnich należał Kozłowski, któremu nieotrzymanie
promocji groziło zupełnym wydaleniem ze szkoły.
Na szczęście ujął się za sierotą (Kozłowski nie miał
rodziców, wychowywały go ciotki) profesor Luceński i przejednał zawziętego nań inspektora.</akap>


<akap>Zaledwie Kozioł dowiedział się o zażegnaniu
niebezpieczeństwa, zaraz zaczął brykać...</akap>


<akap><begin id="b1307953791381-1995466853"/><motyw id="m1307953791381-1995466853">Zemsta</motyw>Na kilka dni przed ,,popisem publicznym", na
cały głos zaintonował w klasie podczas pauzy:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="2"><slowo_obce>Vacationes cras<pe><slowo_obce>Vacationes cras</slowo_obce> (łac.) --- jutro wakacje.</pe>!</slowo_obce></wers_wciety>/
Na lizusów czas!/
<wers_wciety typ="2">Dobrzy będą tańcowali,</wers_wciety>/
A lizusy w skórę brali/
<wers_wciety typ="2">Za nas i za was!</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Piosnka była śpiewana tuż za plecami Ślimaka. Udawał, że jej nie słyszy --- jednak uśmiech
zniknął jakoś nagle z jego ust wąskich.</akap>


<akap>Hasło ,,<slowo_obce>Vacationes cras</slowo_obce>" podawali jedni drugim. Słychać je było na korytarzach szkolnych,
na dziedzińcu podczas wielkiej pauzy --- na ulicach miasteczka. Brzmiało zaś coraz śmielej, coraz groźniej...</akap>


<akap>Druga strofka określała rzecz jeszcze wyraźniej:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="2"><slowo_obce>Vacationes cras</slowo_obce>!</wers_wciety>/
Pójdziem wszyscy w las!/
<wers_wciety typ="2">Grubych kijów nałamiemy,</wers_wciety>/
Lizusów wygarbujemy/
<wers_wciety typ="2">Za nas i za was!</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Nie były to czcze pogróżki --- w parze z pieśnią szedł czyn...</akap>


<akap>W przeddzień popisu gromadka niebieskich
mundurków przeprawiła się promem na drugą
stronę Narwi, skierowała kroki do bliskiego lasu.

Powrócono z wycieczki wprawdzie bez ,,grubych

kijów", ale za to z pękami mocnych, giętkich prętów łozinowych<pe><slowo_obce>pręty łozinowe</slowo_obce> --- gałązki, witki, zwłaszcza wierzbowe.</pe>.<end id="e1307953791381-1995466853"/></akap>


<akap>Popis odbył się uroczyście, według zwykłego,
corocznego programu. Uczniowie wygłaszali wiersze w różnych językach, chór uczniowski, pod wodzą organisty od fary<pe><slowo_obce>fara</slowo_obce> (daw.) --- kościół parafialny.</pe>, wykonał ,,pienia religijne",
inspektor oraz burmistrz wystąpili z krótkimi
przemowami, nawet któryś z piątoklasistów odczytał ułożoną przez siebie, a wystylizowaną przez
starego nauczyciela języka polskiego ,,orację".</akap>


<akap>Potem szczęśliwym wybrańcom losu, w obecności ich mam i cioć, wręczono nagrody i listy
pochwalne. Nie obyło się przy tej sposobności bez
łkań głośnych i stłumionych. Płakali jedni z radości, inni z żalu i zawiści.</akap>


<akap>Matka Ślimackiego nie była na akcie obecna.
Chroniczna fluksja<pe><slowo_obce>fluksja</slowo_obce> (daw.) --- obrzęk twarzy powstały wskutek procesów zapalnych zębów.</pe> nie pozwalała tej damie nigdy za próg mieszkania wyruszać. Nie popsuło
to wszakże humoru i zadowolenia Ślimakowi. Wystarczyło mu do szczęścia przekonanie, że świadkiem jego tryumfu jest: ,,całe miasto"...</akap>


<akap>Z jakąż przesadną uniżonością przyjmował
z rąk naczelnikowej powiatu (rozdawczyniami nagród były damy --- jak na turniejach średniowiecznych) książkę w czerwonej oprawie ze złoconymi brzegami! Z jakąż dumą wyniosłą wracał
potem z tą książką do kolegów, mierząc ich wzrokiem, pełnym pogardliwej wyższości!</akap>


<akap>Po skończonym popisie zrobiła się dokoła Ślimaka --- pustka.</akap>


<akap>Wszyscy skupili się w gromadki hałaśliwe,
śmiejące się, figlujące --- on pozostał sam, rażąco
sam, jak człowiek zadżumiony, od którego wszyscy
z przestrachem uciekają.</akap>


<akap>I to wszakże nie zamąciło jego spokoju.</akap>


<akap>Sztywnym krokiem, z twarzą jak zawsze bladą
i zimną, ale z głową podniesioną do góry, z uśmiechem lekceważąco wyniosłym szedł do domu środkiem ulicy, trzymając na widoku swą książkę czerwoną, od której biła łuna.</akap>


<akap>Przeszedł jak tryumfator dwie ulice ,,pryncypalne<pe><slowo_obce>pryncypalny</slowo_obce> (daw., z łac.) --- najważniejszy, główny.</pe>", przeprowadzony zdumionymi oczyma żydowskich dzieciaków --- ale gdy skręcił w boczną,
drugorzędną uliczkę, opuściła go nagle pewność
siebie...</akap>


<akap><begin id="b1305050715508-1177972886"/><motyw id="m1305050715508-1177972886">Kara, Zemsta</motyw>Ujrzał idących naprzeciw siebie kilku koleżków z minami groźnymi. Śpiewali chórem <wyroznienie>,,Vacationes cras"</wyroznienie>, i potrząsali groźnie prętami z łoziny. Dowodził oddziałem Sprężycki.</akap>


<akap>Tknięty przeczuciem zawrócił i chciał ,,rejterować", ale spostrzegł za sobą drugi takiż sam hufiec, śpiewający tęż samą piosnkę i zaopatrzony

w tęż samą broń. Na czele drugiego hufca maszerował Kozłowski.</akap>


<akap>Ślimak zrozumiał, że go wzięto we dwa ognie.
Na chwilę stracił przytomność umysłu, ale trwoga
i spryt wrodzony przyszły mu naraz z pomocą. Powziął nagle postanowienie i z bystrością szybkobiega czmychnął do sieni najbliższego domu. Liczył na to, że ,,tyłami", przez drugą bramę wydostanie się na Rynek.</akap>


<akap>Niestety! Ten manewr przewidziany był zawczasu przez ,,nieprzyjaciela". W sieni czekał już
na Ślimaka zapasowy oddziałek, z Piotrusiem Mieszkowskim na czele...</akap>


<akap>Tam to właśnie, w tej pustce sieni miała się
rozegrać stanowcza bitwa, której wynik nie mógł
być dla nikogo wątpliwy...</akap>


<akap>Ślimak został rozciągnięty na ziemi i sromotnie<pe><slowo_obce>sromotnie</slowo_obce> --- w sposób przynoszący hańbę, wstyd.</pe> obity.</akap>


<akap>Każdemu uderzeniu pręta towarzyszyły głośno
wykrzykiwane sentencje:</akap>


<akap_dialog>--- To za długi ozór!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To za szpiegostwo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To za donosicielstwo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To za intrygi u inspektora!</akap_dialog>


<akap>Potem nastąpiły przypomnienia:</akap>


<akap_dialog>--- Pamiętasz, jak Sprężyckiego pozbawiłeś
podstępem prymusostwa? Masz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętasz, jak ,,wydałeś" Kozła przed inspektorem? Masz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętasz, jak oszczekałeś Mieszka przed
księdzem? Masz!</akap_dialog>


<akap>Długa była lista przypomnień --- bardzo długa...</akap>


<akap>Ale nawet i w tym trudnym położeniu Ślimak
okazał się wielkim dyplomatą. Choć bity i poniewierany, nie krzyczał, nie płakał, nie wzywał głośno pomocy. Zaciął zęby i tylko jęczał głucho,
a czasem, jak wąż, groźnie syczał...</akap>


<akap>Po skończonej ,,egzekucji" chłopcy rozbiegli się
na wszystkie strony. Niebawem w różnych punktach miasteczka echa zaczęły powtarzać energiczne okrzyki:</akap>


<akap_dialog>--- ,,Na lizusów czas!"... ,,Pójdziem wszyscy
w las!"... ,,Za nas i za was!"...</akap_dialog>


<akap>Ostatni wynurzył się z ciemnej sieni Ślimak.<end id="e1305050715508-1177972886"/></akap>


<akap>Chusteczką otrzepywał starannie swą książkę
czerwoną ze złoconymi brzegami, obciągał mundur i spodenki, prostował zgniecione kepi<pe><slowo_obce>kepi</slowo_obce> --- sztywna czapka wojskowa lub uczniowska w kształcie ściętego stożka, z czworokątnym daszkiem.</pe>, szczoteczką włosy przygładzał.</akap>


<akap>W kilka minut później szedł już do domu sztywny i pewny siebie, z twarzą zimną i pozornie
spokojną --- ale już bez uśmiechu drwiącego na
wąskich wargach, a za to z nienaturalnymi na
bladych policzkach rumieńcami.</akap>


<akap>Jego geniusz dyplomatyczny raz jeszcze się
objawił: wymógł bowiem na ojcu, że go ze szkoły
P-skiej odebrał i przeniósł od gimnazjum gubernialnego. Zrozumiał, że wśród Kozłowkich, Sprężyckich, Sitkiewiczów, Mieszkowskich miejsca już
dlań nie było.</akap>


<zastepnik_wersu/>
<akap>Ślimacki dopiął swego: skończył gimnazjum,
potem uniwersytet i --- ,,zrobił karierę". Dobrze
mu się dzieje, humor ma zawsze pogodny --- i tylko na wspomnienie o szkole w P. i o którym z tamtejszych kolegów zachmurza się i rozmowę czym prędzej na inny przedmiot skierowywa<pe><slowo_obce>skierowywa</slowo_obce> --- dziś popr. 3os. lp.: skierowuje.</pe>...</akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>V. O chłopcu, co sypiał w trumnie</naglowek_rozdzial>



<akap>Był to poczciwy, nieco rozlazły wyrostek, z dużą
głową i kędzierzawymi włosami, w których tkwiło
zawsze pełno drobnych wiórków stolarskich.</akap>


<akap>Nazywał się Krystek.</akap>


<akap>Nazwisko, dość niezwykłe, należało jednak
w miasteczku do popularnych. Uczynił je takim
duży szyld, gdzie na tle zielonym były wymalowane czerwono: szafa, komoda, łóżko, a pod nimi
napis: <wyroznienie>Wojciech Krystek stolaż<pe><slowo_obce>stolaż</slowo_obce> --- popr.: stolarz.</pe>.</wyroznienie></akap>


<akap>Tego Wojciecha synem był chłopiec z dużą kędzierzawą głową --- również Wojciech.</akap>


<akap>Koledzy przezwali syna ,,Wojtek", a profesor
Luceński nie zaniedbał Krystka przefasonować na
,,Antychrystka".</akap>


<akap>Wojtek miał małe zdolności, ale był zawzięty.
Zawziął się dostawać dobre stopnie i --- dostawał
je. Niewiele rozumiał z tego, co się uczy, ale każdą
lekcję wykuwał doskonale na pamięć i wypowiadał nauczycielowi jednym tchem, z zamkniętymi
do połowy oczyma, --- jakby w obawie, żeby jakie niespodziane wrażenie wzrokowe szyków mu nie
popsuło.</akap>


<akap>Za to w zwykłej rozmowie płynnym bynajmniej nie był. Zawadzała mu tu samogłoska ,,a",
którą wtrącał co kilka słów bez żadnej potrzeby,
wymawiając ją przez nos i ponad wszelką miarę
przeciągając.</akap>


<akap>Pytał go kto:</akap>


<akap_dialog>--- Wojtek! Pójdziesz na ,,ciarki<pe><slowo_obce>ciarka</slowo_obce> --- tu: owoc tarniny, ciernistego krzewu o białych kwiatach i granatowych owocach o cierpkim smaku.</pe>"?</akap_dialog>


<akap>On w głowę się drapał i usta szeroko otwierał.</akap>


<akap_dialog>--- A... pójdę! Co nie miałbym... a... pójść!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1307357456287-2901060163"/><motyw id="m1307357456287-2901060163">Pozycja społeczna</motyw>To, że jego ojciec był prostym robotnikiem, nikogo nie raziło. ,,Niebieskie mundurki" nie znały
różnic stanowych --- przynajmniej tam, w tym cichym, dobrym miasteczku, gdzie Sarbiewski swe
pierwsze rymy składał, a Skarga i Wujek z kazalnicy przemawiali.</akap>


<akap>Syn stolarza, syn urzędnika i syn obywatela
ziemskiego żyli w szkole na jednych prawach, całowali się i czubili bez żadnych wyróżnień.</akap>


<akap>Czasem tylko rzemiosło Wojciecha Krystka budziło ciekawość w kolegach jego syna.</akap>


<akap_dialog>--- Słuchaj, Wojtek! --- zagadywali --- to ty
wiesz, jak się robi szafę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... wiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krzesło?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Też wiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stół, komodę, łóżko, ławkę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko... a... wiem. Jakbym się uparł, tobym sam... a... każdą rzecz zrobił.</akap_dialog>


<akap>,,Arystokraci klasowi", umiejący zaledwie domki z kart ustawiać, kręcili głowami z podziwu.</akap>


<akap_dialog>--- To ci dopiero... --- powtarzali, przejęci szacunkiem dla kolegi.</akap_dialog>


<akap>Czasem na przechadzce, gdy znaleźli kilka
deszczułek<pe><slowo_obce>deszczułka</slowo_obce> --- mała deska.</pe>, przynosili je Krystkowi, a on, zasiadłszy w rowie na kamieniu przydrożnym lub pod
drzewem w polu, tłumaczył im metodą poglądową:
jak to powstają stoły, łóżka, szafy...</akap>


<akap>Słuchali wykładu z nadzwyczajnym zajęciem<pe><slowo_obce>zajęcie</slowo_obce> --- tu: zaciekawienie.</pe>.
To wszystko było dla nich takie nowe! Takie ciekawe!</akap>


<akap>Krystek miał stały przywilej budzenia w kolegach podziwu. Raz na przykład pokazywał im zrobiony przez siebie ,,garnitur<pe><slowo_obce>garnitur</slowo_obce> --- tu: zestaw przedmiotów służących do jednego celu i stanowiących pewną całość.</pe>" maleńkich, lilipucich
mebelków. Pomimo że całość, złożona ze stołu, kanapy, dwóch foteli i sześciu krzeseł mieściła się
wygodnie na wierzchu zwykłej uczniowskiej teki,
każda sztuka była wykończona jak najdokładniej,
mocno sklejona i pokryta błyszczącą politurą.</akap>


<akap>Koledzy zachwycali się w równym stopniu
dziełem i twórcą. W nowym też, ponętnym świetle
ukazywało im się --- rzemiosło.</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz, Witek --- mówił Dembowski do
Sprężyckiego --- chciałbym zostać stolarzem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja też! --- wzdychał tamten.</akap_dialog>


<akap>Obaj zaś mieli zamożnych rodziców, którzy
pragnęli uczynić swych synów co najmniej --- mecenasami.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1305052193712-833281335"/><motyw id="m1305052193712-833281335">Ambicja</motyw>--- Wojtek! --- dopytywali ,,mistrza" koledzy ---
dla kogoś ty zrobił te śliczności?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... dla księdza-stryjka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lubisz go?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... lubię! Daje mi na książki, na kajety;
szkołę za mnie... a... opłaca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewnie chce, żebyś został księdzem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... chce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ty zgadzasz się na to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... nie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewnie wolisz być stolarzem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... broń Boże! Ja wolę... a... ,,wykierować
się" na --- aptekarza.<end id="e1307357456287-2901060163"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pigułki kręcić, lukrecję smażyć, robić pomadę i maść na odciski?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... tak.<end id="e1305052193712-833281335"/></akap_dialog>


<akap>Koledzy mają nowy powód do dziwienia się.</akap>


<akap>Kilku chłopców objawiło chęć odwiedzenia
Wojtka, a właściwie --- jego ojca. Warsztat Wojciecha Krystka ciągnie ich do siebie, wydaje się
im czymś nadzwyczajnym. Pragnęliby zobaczyć
z bliska heble<pe><slowo_obce>hebel</slowo_obce> --- <wyroznienie>strug</wyroznienie>, narzędzie stolarskie służące do wyrównywania i wygładzania powierzchni drewna.</pe>, piły, świdry, śrubsztaki<pe><slowo_obce>śrubsztak</slowo_obce> --- imadło przymocowane do stołu roboczego.</pe>, winkielaki<pe><slowo_obce>winkielak</slowo_obce> (przest.) --- <wyroznienie>kątownik</wyroznienie>, przyrząd stalowy w kształcie kąta prostego, używany do konstrukcji budowlanych lub okuć stolarskich.</pe>,
piony<pe><slowo_obce>pion</slowo_obce> --- ciężarek zawieszony na sznurku, służący do wyznaczania kierunku pionowego.</pe>, bory<pe><slowo_obce>bor</slowo_obce> (daw.) --- wiertło.</pe>, bankajzy <pe><slowo_obce>bankajz</slowo_obce> --- żelazny hak wbijany w ścianę, używany w robotach blacharskich, kowalskich i ślusarskich, wiążący z sobą inne elementy konstrukcji w sposób uniemożliwiający ich przesunięcie lub obrót.</pe>--- te wszystkie nadzwyczajne narzędzia, o których tyle się nasłuchali od
młodego Krystka...</akap>


<akap>Ale on kręcił głową dwuznacznie.</akap>


<akap_dialog>--- A... trudno to będzie. Mój ,,tatko" nie lubi,
jak mu kto w robocie przeszkadza. Czeladnik<pe><slowo_obce>czeladnik</slowo_obce> --- wykwalifikowany rzemieślnik pracujący pod kierunkiem majstra.</pe> też
na gapiów... a... pomstuje...</akap_dialog>


<akap>Nie brzmiało to zachęcająco --- na tytuł ,,gapia" nikt nie chciał zasłużyć. Jednak ciekawość
niezaspokojona nie przestawała chłopcom dokuczać.</akap>


<akap>Jednego dnia Krystek nie przyszedł do szkoły.
Nie przyszedł drugiego dnia i trzeciego. Rozeszła
się wieść, że jest chory ciężko, może śmiertelnie.</akap>


<akap>Sprężycki i Kozłowski postanowili odwiedzić
kolegę. Za Sprężyckim pociągnął nieodstępny jego
towarzysz Dembowski. Do Dembowskiego przyczepił się Sitkiewicz. Sitkiewiczowi narzucił swe
towarzystwo Bellon. Nie brakło też Piotrusia Mieczkowskiego, który musiał być wszędzie, gdzie znajdował się Kozioł.</akap>


<akap>Liczna gromadka pociągnęła wieczorem ku
drewnianemu domowi, ozdobionemu zielono-czerwonym znakiem.</akap>


<akap>Brukowana sień, ,,na przestrzał", przepoławiała
niewielki dom, oddzielając od siebie dwa mieszkania i dwa warsztaty. Po prawej stronie mieszkał
szewc, po lewej stolarz.</akap>


<akap>Gromadka zatrzymała się w sieni; najśmielszy
i najryzykowniejszy Sprężycki przysunął się do
drzwi od mieszkania pana Wojciecha Krystka. Panowała tam cisza zupełna --- w warsztacie zawieszono już widocznie robotę.</akap>


<akap>Sprężycki zapukał --- ze środka nie odpowiedziano. Nacisnął klamkę --- drzwi otworzyły się
same. Wszedł zalękniony, bąkając nieśmiało: ,,dobry wieczór" --- na co również nie otrzymał odpowiedzi.</akap>


<akap>W dużej izbie warsztatowej było prawie ciemno. Światło małej olejnej lampki<pe><slowo_obce>lampka olejna</slowo_obce> --- lampa, w której światło daje spalany olej lub oliwa; znana już w starożytności. </pe> zaledwie pozwalało rozeznać przedmioty. Niedokończone meble, deski oparte o ścianę, szafy z próżnymi, czarnymi wnętrzami, stosy wiórów na środku i po kątach --- wszystko tworzyło dziwny, fantastyczny,
ponury zamęt.</akap>


<akap>Sprężycki chciał się cofnąć --- ale w jednym
kącie poruszyły się nagle wióry --- spomiędzy
wiórów wybiegło jakby ciężkie, przeciągłe westchnienie...</akap>


<akap>Lampka jasno to miejsce oświecała --- chłopiec
zapuścił tam wzrok niespokojny a ciekawy.</akap>


<akap>W tejże chwili włosy zjeżyły mu się na głowie --- krzyknął głośno i wybiegł pędem do sieni.</akap>


<akap>Pędził tak szybko, że koledzy zdążyć za nim
nie mogli. Przytrzymali go dopiero na ulicy, przerażonego, drżącego...</akap>


<akap_dialog>--- Gadaj, co się stało?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemuś ,,dał nura?"...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Diabłaś zobaczył, czy co?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajcie mi pokój<pe><slowo_obce>pokój</slowo_obce> --- tu: spokój.</pe>!... --- odpowiadał tamten na
wszystkie pytania. --- Com ja widział... ach! com
ja widział!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadajże, Sprężyk!... Nie bądź głupi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już po naszym Wojtku... ach! Już umarł!...
Już w trumnie leży... Ledwie się rusza --- i tak jęczy, jęczy!...</akap_dialog>


<akap>Chłopcy skamienieli z przerażenia. Przez kilka
chwil stali z otwartymi ustami, nie będąc w stanie przemówić.</akap>


<akap>Pierwszy oprzytomniał Kozioł. A że był sprytny i trzeźwo patrzył na rzeczy, wystąpił zaraz
z uwagą krytyczną:</akap>


<akap_dialog>--- Przecież jeżeli umarł, to nie mógł jęczeć...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani ruszać się! --- poparł przyjaciela Piotruś.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1307357836687-2016438513"/><motyw id="m1307357836687-2016438513">Strach, Trup</motyw>--- Nic nie wiem, nie rozumiem --- tłumaczył
się Sprężycki --- ale zapewniam was, że nie kłamię. Jak ojca kocham, jak Matkę Boską kocham:
widziałem Wojtka w trumnie!</akap_dialog>


<akap>Zaczęli wszyscy krzyczeć, sprzeczać się, radzić,
ośmielać się nawzajem --- wreszcie postanowili jednogłośnie: zawrócić i na własne oczy sprawdzić,
co powiedział Sprężycki.</akap>


<akap>Trzęśli się i zębami szczękali ze strachu --- jednak przemogli trwogę, odemknęli drzwi od warsztatu i do środka zajrzeli.</akap>


<akap>Nie było już żadnej wątpliwości: Wojtek naprawdę leżał w trumnie!</akap>


<akap>Trumna była duża, szeroka, czarno malowana --- on leżał w niej wygodnie, jak w łóżku, łokciem wspierając się na poduszce.</akap>


<akap>Na widok kolegów poruszył się, głową im skinął przyjaźnie...</akap>


<akap>Ale ten ruch i to skinienie jeszcze bardziej ich
przeraziły. Trzęśli się wszyscy jak galareta i starali umieścić się w ten sposób, żeby choć jedna
noga każdego znajdowała się za progiem.</akap>


<akap>Wreszcie Kozłowski z trudnością wykrztusił:</akap>


<akap_dialog>--- Bój się Boga... Wojtek... prawdę gadaj...
Umarłeś ty... czy nie?</akap_dialog>


<akap>Na to zaś głos z trumny:</akap>


<akap_dialog>--- A... po co miałbym umierać! Ani mi się śniło.
Czym to głupi... a?... Poczekajcie --- wstanę, to
wam wszystko... a... opowiem.</akap_dialog>


<akap>I siadłszy na śmiertelnej pościeli, zaczął nogę
z owego trumniska wyciągać.</akap>


<akap>Tego już było za wiele. Chłopcy z błyskawiczną szybkością drapnęli do sieni, i przepychając
się, przewracając, poszturchując, jak garść wystrzelonych kartaczów, wypadli na ulicę.</akap>


<akap>Każdy biegł w swoją stronę, nie oglądając się
za siebie, jakby go śmierć z kosą goniła.</akap>


<akap>Spotkali się dopiero nazajutrz --- w szkole.</akap>


<akap>Pierwszym kolegą, który ich tam powitał, był --- Krystek.</akap>


<akap>Nie przestraszyli go się i nie uciekli przed nim.
W świetle dziennym (a tego dnia słońce wyjątkowo jasno świeciło) cała rzecz przedstawiła się inaczej: naturalnie i prawie wesoło.</akap>


<akap>Wojtuś nie wyglądał ani na umarłego, ani na
zmartwychwstańca. Prosto, jak zawsze, trzymał
swą dużą głowę --- oczy miał tylko trochę podsiniałe, a we włosach więcej niż zwykle drobnych
wiórków stolarskich.</akap>


<akap>Zarzucono go krzykliwymi pytaniami. Wszyscy
krzyczeli razem, tarmosząc go i szczypiąc, tak ich
paliła ciekawość.</akap>


<akap>Stolarczyk przez długi czas nie mógł przyjść do
słowa, powtarzając tylko swoje:</akap>


<akap_dialog>--- A... a... a...</akap_dialog>


<akap>Dopiero na pauzie, gdy słuchacze przeszkadzać
mu nie mogli, mając usta zapchane ciastem, serdelkami i owocami, wszystko im wytłumaczył.</akap>


<akap><begin id="b1305052084106-417186812"/><motyw id="m1305052084106-417186812">Dom</motyw>Ojciec Wojtusia miał zawsze na składzie kilka
trumien gotowych. Największa z nich i najszersza --- tak wielka i szeroka, że dotąd jeszcze żadnego nieboszczyka nie można było do niej ,,dopasować" --- stale służyła chłopcu za łóżko.</akap>


<akap>Wynikało to z koniecznej potrzeby. Mieszkanie państwa Krystków było bardzo szczupłe. Przy
dużej izbie warsztatowej jeden mały pokoik
i mniejsza jeszcze kuchenka --- to wszystko. A rodzina składała się z ośmiu osób.</akap>


<akap>Pokoik służył za sypialnię rodzicom i pięciorgu
drobnych dzieci. W warsztacie jadano, razem z czeladnikami, obiad i wieczerzę; tu również, po skończonej robocie, Wojtuś odrabiał lekcje i sypiał.
A że na łóżko miejsca nie było, więc sypiał ---
w trumnie.<end id="e1305052084106-417186812"/></akap>


<akap>Jemu wydawało się to zupełnie naturalne i zrozumieć nie mógł, dlaczego dziwią się temu inni.<end id="e1307357836687-2016438513"/></akap>


<akap>Ale było już widać przeznaczeniem Wojtusia
budzić zawsze podziw wśród kolegów...</akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>VI. Artyści klasowi</naglowek_rozdzial>



<akap>Deszcz ze śniegiem, błoto, wiatr...</akap>


<akap>Nawet na wielką pauzę nikt z klasy nie wychodzi. Jeden tylko odważył się wybiec na dziedziniec, szukając Judkowej z obwarzankami --- okazało się przecie, że i jej nawet nie ma na stanowisku.</akap>


<akap>W klasie mniej hałasu, niżby kto myślał.
Wprawdzie kilku chybionych akrobatów skacze
przez ławki i usiłuje chodzić na rękach, jeden gra
na grzebieniu, dwóch rzuca w siebie papierowymi strzałami --- większość jednak zachowuje
się spokojnie i przyzwoicie.</akap>


<akap>Podzielili się na małe gromadki; każda gromadka w poważnym milczeniu przypatruje się
czemuś czy komuś.</akap>


<akap>W pierwszej z brzegu gromadce uwagę kolegów skupia na sobie studencik gładko uczesany
z miłą, rumianą, nadzwyczaj spokojną i prawdziwie wypogodzoną twarzą --- wypisujący w kajecie ozdobnymi literami tytuł: <wyroznienie>Zagadnienie VI-te.</wyroznienie></akap>


<akap>Jest to Welinowicz, pierwszy w klasie kaligraf<pe><slowo_obce>kaligraf</slowo_obce> --- osoba biegła w kaligrafii, sztuce pięknego i wyraźnego pisania.</pe> --- o którym Łypaczewski, nauczyciel kaligrafii, wyrzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Welinowicza czeka wielka przyszłość. Jeśli nauczy się w dużym B dolny brzuszek czynić
wypuklejszym od górnego, może z czasem zajść
tam, dokąd ja zaszedłem!</akap_dialog>


<akap>Marzeniem jest kolegów Welinowicza posiadać kajety z ,,wysztychowanymi" przez niego tytułami. Proszą go o to, jak o łaskę największą.
Gdyby chciał swój talent sprzedawać, mógłby zjadać codziennie po tuzinie bułek z zimną pieczenią, po garncu jabłek, gruszek lub śliwek.</akap>


<akap>Ale on ,,iskrą Bożą" nie kupczy<pe><slowo_obce>kupczyć</slowo_obce> --- czynić przedmiotem handlu rzeczy, które nie powinny być źródłem materialnego zysku.</pe>, swe mistrzowskie, nadzwyczajnymi ,,fliglasami" i ,,wykrętasami" zdobne inicjały wypisuje wyłącznie --- przyjaciołom. Toteż wszyscy starają się przyjaźń Welinowicza zdobyć i utrzymać.</akap>


<akap>Drugie jest trudniejsze jeszcze niż pierwsze.
Doświadczył tego na sobie Sprężycki. Jeden z jego
najpiękniejszych kajetów w turkusowo-niebieskiej
,,morowej<pe><slowo_obce>morowy</slowo_obce> --- tu: zrobiony z mory, tkaniny o falisto mieniącym się wzorze.</pe>" okładce, przekładany kolorową bibułką,
wychuchany, wycackany, nosił na pierwszej karcie taki zadziwiający tytuł:</akap>



<akap><tytul_dziela>ĆWICZ.....Witolda Sprężyckiego.</tytul_dziela></akap>



<akap>Słowo ,,ćwicz" było wypisane, a raczej wyrysowane i wymalowane tak pięknie, jakby je wyjęto ze wzorów kaligraficznych i rysunkowych.
Umieszczone pod nim imię i nazwisko wyglądały
nieco skromniej, jednak swym świetnym, perłowym, tuszowo-czarnym ,,rondem" ,,ujawniały również rękę --- artysty.</akap>


<akap>Dlaczego Witold Sprężycki miał być ,,ćwiczony<pe><slowo_obce>ćwiczony</slowo_obce> (daw.) --- bity, chłostany.</pe>"? Od kogo pochodził rozkaz w tak surowej,
a zarazem tak estetycznej formie wydany?</akap>


<akap>Wszystko to odnosiło się do pewnego pamiętnego dnia, w którym Sprężycki i Welinowicz,
doówczas przyjaciele najserdeczniejsi, poróżnili się
ze sobą.</akap>


<akap><begin id="b1305055128309-457441140"/><motyw id="m1305055128309-457441140">Konflikt</motyw>Welinowicz był zajęty właśnie wykonywaniem
wspaniałego nagłówka na ,,Ćwiczeniach polskich"
kolegi, i po wysztychowaniu rondem jego nazwiska, kończył piątą literę tytułu --- gdy Sprężycki
odezwał się nagle, ni stąd, ni zowąd:</akap>


<akap_dialog>--- Mickiewicz miewał z kaligrafii same
dwójki...</akap_dialog>


<akap>,,Artysta", całkowicie pochłonięty swą pracą,
mruknął tylko przez zęby:</akap>


<akap_dialog>--- Nie wierzę...</akap_dialog>


<akap>Zapalczywszy od niego kolega Bellon zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Bajki! Geniusz musi wszystko robić, a więc
i pisać --- genialnie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jednak upewniam cię --- ciągnął tamten ---
że Mickiewicz pisał ,,jak kura pazurem"...</akap_dialog>


<akap>Welinowicz odjął pióro od papieru.</akap>


<akap_dialog>--- W takim razie Mickiewicz nie był geniuszem --- stanowczo oświadczył.</akap_dialog>


<akap>I zabrał się na powrót do wykończenia swego
przepięknego Z.</akap>


<akap>Sprężycki aż podskoczył z oburzenia.</akap>


<akap_dialog>--- Co ty będziesz ubliżał Mickiewiczowi! Ty...
,,czwarty od końca"!...</akap_dialog>


<akap>Ostatnie wyrażenie odnosiło się do tego, że Welinowicz był czterdziestym trzecim uczniem w klasie, która liczyła wszystkich uczniów czterdziestu
sześciu.</akap>


<akap>Artysta nie był obraźliwy --- poprzestał tylko
na uwadze:</akap>


<akap_dialog>--- Z kaligrafii jestem pierwszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To i cóż! --- krzyczał tamten, nie mogąc się
uspokoić. --- Do kaligrafii nie trzeba wielkiego rozumu! Wszyscy znakomici ludzie pisali brzydko!
Za to każdy kancelista ,,sztychuje" jak sam Łypaczewski!</akap_dialog>


<akap>W gromadce odezwały się śmiechy złośliwe...</akap>


<akap>Welinowicz przestał rysować. Otarł starannie
pióro kawałkiem irchy<pe><slowo_obce>ircha</slowo_obce> --- rodzaj zamszu.</pe>, który nosił zawsze przy
sobie, schował do kieszeni flaszeczkę z czerwonym
atramentem, wstał i odszedł --- pozostawiając na
ławce kajet z niedokończonym tytułem.</akap>


<akap>Wszystko to zostało spełnione z pogodnym spokojem i imponującą powagą. Koledzy milczeli, nie
wiedząc jak się zachować...</akap>


<akap>Sprężycki pobiegł za przyjacielem, przepraszając, zapewniając, że nie miał bynajmniej zamiaru
ubliżać... Tamten odpowiedział spokojnie, że wcale
się nie gniewa, ale... już mu kajetów ,,opisywać"
nie będzie.<end id="e1305055128309-457441140"/></akap>


<akap>Słowa dotrzymał. Żadne późniejsze prośby,
umizgi, podarki nie pomogły. Nieszczęsne ,,Ćwiczenia" pozostać miały na zawsze już z dwuznacznym na pierwszej karcie napisem: ,,Ćwicz... Witolda Sprężyckiego".</akap>


<akap>Druga gromadka skupiła się przy koledze rysującym. Ten budzi większy jeszcze zachwyt, połączony z szacunkiem. Niebieskie mundurki, choć
cisną się przejęte ciekawością, czynią to bardzo
ostrożnie, aby pracującemu nie przeszkadzać, aby
go, broń Boże, nie ,,trącić"...</akap>


<akap>Każdy trzyma i podsuwa artyście papier i ołówek, każdy pragnąłby pozyskać choćby mały szkic
jego ręki genialnej. Niektórzy przynieśli przygotowane umyślnie w tym celu zeszyty z przytwierdzonymi na jedwabnych wstążeczkach ćwiartkami
różnokolorowej bibułki angielskiej.</akap>


<akap>Ze wszystkich stron słychać nieśmiałe, zająkliwe prośby:</akap>


<akap_dialog>--- Wyrysuj mi, kochany Konopko, myśliwego!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A mnie, mój złociutki --- charta!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A mnie, mój brylantowy --- zająca!</akap_dialog>


<akap>Konopka, tęgi, pleczysty wieśniak, nieustannie
poświstujący lub podśpiewujący pod nosem melodię znanej piosenki: <wyroznienie>"Pojedziemy na łów, na
łów"...</wyroznienie> spełnia ochotnie wszystkie pragnienia. Wyciąga rękę to na prawo, to na lewo, bierze najbliższy papier, zarysowuje go, oddaje, sięga po następny i zaspakaja kolejno każdego kolegę. Po
chwili, ten już ma zająca, ten charta, ten myśliwego --- wszyscy są zachwyceni --- wszyscy też
wielbią go, kochają i szanują.</akap>


<akap>Na nieszczęście urok sympatycznego chłopca
słabiej oddziaływa na nauczycieli i wskutek tego
na liście klasowej Konopka bardzo blisko sąsiaduje z Welinowiczem. Poza tym, dwaj ci artyści
trzymają się z dala od siebie i jeden drugiemu okazuje lekceważenie.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż to jest kaligrafia! --- szydzi rysownik,
wargę dolną wysuwając. --- Możesz z tym co najwyżej ,,zajechać" do biura powiatu na ,,wolnonajemnego" z pensją stu złotych na kwartał!</akap_dialog>


<akap>Kaligraf, uśmiechając się pogodnie, dowodzi:</akap>


<akap_dialog>--- Kaligrafia jest podstawą wszystkiego. Na
kaligrafii świat stoi. Weźcie któregokolwiek z rysowników, a nie potrafi napisać pięknie nawet dużego A, choć to najłatwiejsza litera w alfabecie.
Tymczasem każdy dobry kaligraf, gdy zechce, będzie doskonale piórem rysował...</akap_dialog>


<akap>Aby słowa poprzeć czynem, bierze arkusz papieru i jednym posuwistym ,,cugiem", pióra od papieru nie odejmując, wypisuje prześlicznego aniołka w chmurach, z kędzierzawą główką, z rozpostartymi szeroko skrzydłami!...</akap>


<akap>Koledzy wykrzykują na różne tony: ,,a!..."
,,aa!..." ,,aaa!..."</akap>


<akap>Konopka zaś z rękoma w kieszeniach, z twarzą zwróconą do okna, poświstuje: ,,Pojedziemy

na łów, na łów, towarzyszu mój"...</akap>


<akap>Jednak sfera pomysłów tego pewnego siebie
Konopki nie jest zbyt rozległa. Zając, pies, myśliwy --- to wszystko, na co zdobyć się potrafi. Jedynym urozmaiceniem jego ,,dzieł" są kombinacje tych trzech motywów. Czasem myśliwy idzie
w pole szukać zająca, a zając tuż za jego plecami
wesoło sobie skacze; to znów pies i zając biegną
w przeciwne strony, a myśliwy stoi pośrodku, broń
oparł o drzewo i spokojnie pociąga sobie z oplatanej butelki; to wreszcie pies stoi wyprężony i gotowy do skoku, a myśliwy strzela do zająca kulą ---
przy czym widać tę kulę wylatującą z lufy i zmierzającą po linii matematycznie prostej (artysta
wykreśla ją przy ekierce) w biednego szaraka...</akap>


<akap>Klasa posiada innych jeszcze artystów, w rodzaju niższym cokolwiek, ale za to --- praktyczniejszym.</akap>


<akap>Są to nie tyle artyści, co majsterkowie, w swojej drobnej specjalności niezrównani i niezastąpieni.</akap>


<akap><begin id="b1305055295451-2298757773"/><motyw id="m1305055295451-2298757773">Kaleka</motyw>Trudno na przykład wyobrazić sobie, co by niebieskie mundurki poczęły i jak by sobie radziły bez
kolegi ,,Hefajstosa<pe><slowo_obce>Hefajstos</slowo_obce> (mit. gr.) --- bóg ognia i kowalstwa, opiekun rękodzielników; kulawy syn Zeusa i Hery; mąż Afrodyty i Charis, wyobrażany z młotem lub obcęgami w rękach; w mit. rzym. Wulkan. Hefajstos był kulawy, ponieważ kiedyś został zrzucony przez Herę lub Zeusa z Olimpu na wyspę Lemnos i złamał nogę.</pe>" --- tak przezwanego stąd, że
jest na podobieństwo bożka owego kulawy.</akap>


<akap>Los, upośledzając go pod względem nóg, wynagrodził go za to zwiększoną zręcznością ręki.
Nikt w klasie nie dorównywa Hefajstosowi w talencie --- ,,temperowania" piór.<end id="e1305055295451-2298757773"/></akap>


<akap>W szkole P-skiej stalówki znajdują się pod
klątwą --- uczniowie są obowiązani pisać wyłącznie piórami gęsimi.</akap>


<akap_dialog>--- Strzeżcie się piór stalowych! --- powtarza

przy każdej sposobności nauczyciel kaligrafii. ---
One psują rękę i charakter!</akap_dialog>


<akap>Ostrzeżenie groźne... --- na szczęście nauczyciel ma na myśli tylko tak zwany ,,charakter pisma", czyli samo pismo.</akap>


<akap>Ponieważ gęsi nie noszą w skrzydłach piór gotowych do pisania, trzeba zatem te pióra przed
użyciem poddać operacji, która się zowie ,,temperowanie". Mozolna to czynność i wymagająca specjalnego uzdolnienia.</akap>


<akap>Każdy wprawdzie, kto posiada dobrze wyostrzony scyzoryk i jakie takie pojęcie o narzędziach do pisania, potrafi zastrugać sobie pióro
w ten sposób, że umaczane w czernidle<pe><slowo_obce>czernidło</slowo_obce> (daw.) --- atrament.</pe>, będzie
cieńsze i grubsze kreski na papierze zostawiało ---
takie jednak pióro służyć może tylko do pospolitszej, brulionowej roboty. Pisać takim piórem ,,na
czysto", a tym bardziej ozdobnie ,,kaligrafować"
niepodobna.</akap>


<akap>Hefajstos do zatemperowania jednego pióra
używa aż trzech ostrz. Największym, umiarkowanie ostrym, nadaje zwykłemu pióru ogólny, jakby
szkicowy kształt pióra do pisania. Średnim, bardzo ostrym, rozcina je częściowo w kierunku długości. Najmniejsze, a zarazem najostrzejsze, służy
mu do przycinania ,,noska".</akap>


<akap>Czynność ostatnia jest w równym stopniu trudna i ważna. Od przyciętego tak lub inaczej ,,noska" zależy: czy pióro ma służyć do cieńszego lub
grubszego pisma, do liter pochyłych, ,,angielskich",
czy też do prostego, okrągłego ,,ronda". W ogóle
,,nosek" stanowi o całej wartości pióra.</akap>


<akap>Nie można przycinać noska na żadnej sztucznej
podkładce. Służy do tego wyłącznie paznokieć
wielkiego palca osoby temperującej. Ten paznokieć u Hefajstosa jest zawsze pokryty mnóstwem
mniej lub więcej głębokich nacięć i skaleczeń.</akap>


<akap>Hefajstos nie pracuje wyłącznie dla idei jak
Welinowicz i Konopka. Za zdolność swą i usługi
każe sobie płacić. Honorarium pobiera stałe: od
każdego zatemperowanego pióra --- bułka.</akap>


<akap>Pracuje zwykle podczas wielkiej pauzy, zasiadłszy na wierzchu ławki, przy oknie, otoczony
gromadką ,,klientów" i ciekawych. Zarobione
bułki --- a zdobywa ich na jednym posiedzeniu
pięć, sześć, aż do dziesięciu --- chowa do teki, następnie zjada wszystkie do ostatniego okrucha.</akap>


<akap>Żarłoczność Hefajstosa jest zdumiewająca. Potrafi jeść w każdej porze i wszystko, co mu dadzą.
Wygląda zaś jak głodomór. Twarz ma szeroką, kościstą, policzki zapadnięte, usta rażąco szerokie,
niedomykające się, z których wyzierają duże, ostre
zęby.</akap>


<akap>Prócz zwykłego temperowania, podejmuje się
jeszcze ten majsterek robót wyjątkowych, takich
jak ,,woskowanie" piór i ich ,,hamburyzowanie".
Te roboty wykonywa<pe><slowo_obce>wykonywa</slowo_obce> --- dziś popr. forma 3os. lp cz.ter.: wykonuje.</pe> u siebie w domu --- przy pomocy sobie tylko znanych i trzymanych w tajemnicy sposobów. Pobiera za nie zapłatę wysoką,
dochodzącą do całej kwarty<pe><slowo_obce>kwarta</slowo_obce> --- dawna miara ciał płynnych i sypkich, około 1 litra; też: naczynie o takiej pojemności.</pe> ulęgałek<pe><slowo_obce>ulęgałka</slowo_obce> --- dzikie gruszki, drobne i zielone, nadają się do jedzenia dopiero, kiedy zaczynają ulęgać się, czyli gnić.</pe> lub do trzech groszy w gotówce za sztukę. To też na ten zbytek
pozwalać sobie mogą tylko bogatsi i najwybredniejsi.</akap>


<akap>Tu objaśnić trzeba, że pióra ,,woskowane" odznaczają się przedziwną miękkością, a zarazem
sprężystością, pozwalającą na wykonywanie najsubtelniejszych kaligraficznych ,,cugów". Niezrównaną zaś zaletę pióra ,,hamburyzowanego" stanowi to, że atrament nigdy z niego nie spływa.</akap>


<akap>Hefajstos zdobywa sobie względy nauczycieli
dostarczaniem na katedrę<pe><slowo_obce>katedra</slowo_obce> --- tu: podwyższenie, na którym stoi stół dla nauczyciela; biurko nauczycielskie.</pe> --- bezinteresownie rozumie się --- piór, doskonale temperowanych, woskowanych i ,,hamburyzowanych".</akap>


<akap>Zupełnie odrębną kategorię artystów klasowych przedstawia Olszewski, przezwany, nie wiadomo dlaczego, kataryniarzem.</akap>


<akap>Olszewski-kataryniarz, chłopiec pod innymi
względami upośledzony, <slowo_obce>asinus asinorum<pe><slowo_obce>asinus asinorum</slowo_obce> (łac.) --- osioł nad osłami.</pe></slowo_obce>, potrzebujący sześciu lat na przeciśnięcie się przez pierwsze dwie klasy --- jest najlepszym na całą szkołę
i w specjalności swej niezrównanym ,,piłkarzem".</akap>


<akap>,,Piłkarz" w gwarze szkolnej oznacza człowieka
wyrabiającego piłki do grania.</akap>


<akap>W miasteczku nie ma ani jednego sklepu, w którym można by kupić piłkę gotową. A ponieważ zapotrzebowań na tę rzecz jest bardzo wiele i każdy
z niebieskich mundurków, których liczba do 350
dochodzi, prędzej by się obył bez jedzenia, niż bez
piłki, więc uczniowie własnym przemysłem i własnymi rękoma ten przedmiot niezbędny przygotowują.</akap>


<akap>Wszystkich jednak prześcignął na tym polu
Olszewski. Ten rudy, piegowaty chłopiec, z dużym
zakrzywionym nosem, prowadzi jakby fabrykę piłek, którymi handluje z całą szkołą. Rzec można,
że zmonopolizował w swych rękach cały handel
piłkowy. Mówią też, że zarabia na tym dużo pieniędzy, które wydaje następnie na jedyną namiętność swoją: hodowlę gołębi.</akap>


<akap>O piłkach używanych w szkole P-skiej można by książkę napisać. Istnieje pięć głównych typowych ich odmian: <wyroznienie>parcianka</wyroznienie>, wyrabiana z wyprutej ze starych pończoch bawełny; przeplata się
ją wąską krajką<pe><slowo_obce>krajka</slowo_obce> --- wzmocniony brzeg tkaniny lub dzianiny, taśma.</pe> i oszywa grubym zgrzebnym płótnem; <wyroznienie>krowianka</wyroznienie>, z sierści krowiej przygotowana w ten sposób, że kawałek wosku umieszcza
się na grzbiecie krowy, a potem dłonią kręci się go,
czyli ,,kulga" dopóty, aż do wosku przylgnie tyle
włosów, że utworzą piłkę, (czynność połączona
z niebezpieczeństwem, gdy się natrafi na krowę
,,ligającą<pe><slowo_obce>ligać</slowo_obce> (gw.) --- wierzgać, kopać.</pe>"); <wyroznienie>zwijanka</wyroznienie> vel <wyroznienie>skrętka</wyroznienie>, wyrabiana ze
starych gumowych czyli ,,gumulastycznych" kaloszy, które tnie się na długie, jak najcieńsze paski,
te zaś paski zwija się następnie w kłębek; rzeczą
główną jest skręcenie pasków tak mocno, żeby
piłka tworzyła całość prawie jednolitą; <wyroznienie>dętka czarna</wyroznienie>, (odróżnić ją należy od <wyroznienie>dętki białej</wyroznienie>, będącej
u uczniów w pogardzie i pozostawionej wyłącznie
dziewczynom), mająca za podstawę także gumę
kaloszową, przerabianą jednak odpowiednio rękami fabrykanta --- na masę plastyczną; <wyroznienie>lanka,</wyroznienie>
rodzaj najwyższy, przez poważnych jedynie graczów używany; dla przygotowania jej krają kalosze na drobniutkie kawałeczki, gotują w ukropie
i gorące jeszcze zlepiają i zaokrąglają za pomocą
kręcenia pomiędzy dłońmi --- przy czym trzeba być
zawczasu przygotowanym na bolesne oparzenia
skóry, na bąble i rany.</akap>


<akap>Produktem pobocznym, przy fabrykowaniu piłek gumowych otrzymywanym, jest tak zwana
,,guma strzelająca". Piękna to rzecz i przez znawców wysoko ceniona. Ale jak trudne, mozolne
i... wstrętne jest jej przygotowanie!</akap>


<akap>Kataryniarz, który usadowił się na ostatniej
ławce wśród mało inteligentnego towarzystwa
,,zjadaczów chleba" (w dosłownym tych słów znaczeniu), po całych godzinach, podobnie jak i oni,
porusza szczękami. Ale gdy ci wychowańcy wiejskich zaścianków mocnymi, zdrowymi zębami
mielą razowiec, on żuje --- kawałek starego kalosza...</akap>


<akap><begin id="b1307361578044-1967400536"/><motyw id="m1307361578044-1967400536">Zabawa</motyw>Wiele godzin, a nawet i dni poświęcić trzeba
na to niemiłe żucie, aby z twardej, śliskiej, skrzypiącej wśród zębów gumy otrzymać wreszcie do
czarnego ciasta podobną, która daje się w palcach
ugniatać jak wosk.</akap>


<akap>Małe kulki tego ciasta kupują na wagę złota
uczniowie --- najmłodsi co prawda. Kupują je do
zabawy. Zabawa na tym polega, że kulkę najpierw
rozpłaszcza się, na kształt małego naleśnika, następnie brzegi tego naleśnika zlepiają się ze sobą jak
najszczelniej, z pozostawieniem w środku pustej,
a właściwie: powietrzem wypełnionej przestrzeni.
Ta uwięziona kulka powietrza tworzy bąbelek,
który, po naciśnięciu palcem, pęka, wydając lekki
trzask...</akap>


<akap>Właśnie dla owego trzasku nazywa się ta guma

,,strzelającą".<end id="e1307361578044-1967400536"/></akap>


<akap>Kataryniarz, którego kieszenie zawsze są wypchane parciankami, krowiankami, dętkami itp.,
zawsze również, dla chętnego i gotówką płacącego
nabywcy, ma przygotowany, między zębami lub
pod językiem --- kawałek ,,strzelającej gumy".</akap>


<akap>Z uznaniem dla niebieskich mundurków zaznaczyć należy, że posiadając wśród siebie czterech
wymienionych ,,artystów", umieją każdemu wymierzać co mu się należy.</akap>


<akap>Konopkę wielbią, Welinowicza chwalą, Hefajstosa lubią, Kataryniarza zaś płacą i --- w oczy
mu mówią, że jest ,,marny geszefciarz<pe><slowo_obce>geszefciarz</slowo_obce> (daw., z niem. <slowo_obce>Geschäft</slowo_obce>: interes) --- człowiek zajmujący się drobnymi interesami.</pe>"...</akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>VII. Nauczyciel starej daty</naglowek_rozdzial>



<akap><begin id="b1307363189240-981607375"/><motyw id="m1307363189240-981607375">Lato</motyw>Dzień upalny. W klasie duszno i sennie. Tuż
koło okien otwartych przelatują jaskółki z ostrym,
przenikliwym piskiem.</akap>


<akap>Chłopcom oczy przymykają się do snu. Są
jakby nieprzytomni od upału. Niektórzy na pół
drzemią, kilku zupełnie zasnęło.</akap>


<akap>Co chwila ktoś wychodzi napić się wody przy
pompie szkolnej. Wraca z włosami mokrymi, cały

zmoczony. Nie tylko ugasił pragnienie, ale i głowę
zimną wodą oblał. Inni patrzą nań z zazdrością,
jednak naśladować go nie śpieszą. Obezwładniło
ich lenistwo, nie pozwalające ruszyć się z miejsca.</akap>


<akap><begin id="b1305056957275-2452739105"/><motyw id="m1305056957275-2452739105">Nauczyciel</motyw>Na katedrze<pe><slowo_obce>katedra</slowo_obce> --- tu: podwyższenie, na którym stoi stół dla nauczyciela; biurko nauczycielskie.</pe> siedzi Skowroński, nauczyciel polskiego, stary, gruby, z białymi włosami naczesanymi na czoło i skronie, a z tyłu spadającymi
w długich pasmach na plecy. Twarz ma zawsze
wygoloną, szyję owiązaną kilkakrotnie białą
chustką; olbrzymie, wysunięte spod chustki kołnierzyki, w których tłuste jego policzki --- zwłaszcza gdy głowę pochyli --- do połowy się kryją.

W całości przypomina owe szanowne postacie
z początku stulecia, których wizerunki przechowały się na starych litografiach<pe><slowo_obce>litografia</slowo_obce> --- technika graficzna polegająca na wykonaniu rysunku tłustą kredką, farbą lub tuszem na płycie kamiennej, pokryciu go farbą drukarską i odbiciu na papierze; też: odbitka wykonana tą techniką.</pe>.</akap>


<akap><begin id="b1307362328450-1976013295"/><motyw id="m1307362328450-1976013295">Poezja, Książka</motyw>I nauczyciel odczuwa przygnębiający wpływ
upału. Nie wydobył katalożka<pe><slowo_obce>katalożek</slowo_obce> --- tu: notatnik nauczycielski z ocenami.</pe>, nie rozłożył nawet
dziennika klasowego --- o lekcji właściwej wcale
nie myśli.</akap>


<akap>Przyniósł ze sobą książkę na szarym, bibulastym papierze, otworzył ją i czyta. Głos ma potężny, teatralny, patetyczny --- taki, jakim na publicznych posiedzeniach Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk<pe><slowo_obce>Towarzystwo Warszawskie Przyjaciół Nauk</slowo_obce> --- towarzystwo naukowe ogólne działające w latach 1800--1832 w Warszawie. Służyło pracą naukową polskim interesom narodowym (zwłaszcza zachowaniu polskości), rozwojowi gospodarczemu kraju; głównym ideologiem był Stanisław Staszic (uczony, działacz i pisarz polityczny i gospodarczy); po powstaniu listopadowym 1830--1831 rozwiązane przez władze rosyjskie; prace TPN kontynuowało założone w r. 1907 Towarzystwo Naukowe Warszawskie.</pe> odczytywać musieli swe
utwory jego członkowie.</akap>


<akap>Silnie skandując i długie zgłoski nad miarę
przeciągając, deklamuje, jakby śpiewał:<end id="e1305056957275-2452739105"/></akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="6">Już mdłe bydło szuka cienia</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="6">I ciekącego strumienia,</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="6">A <wyroznienie>pastyrze,</wyroznienie> chodząc za nim,</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="6">Budzą echa swoim graniem.</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Prosty, klasyczny, Wergiliuszowy<pe><slowo_obce>Wergiliusz</slowo_obce> --- Publius Vergilius Maro (70--19 p.n.e.), poeta rzymski. Autor <tytul_dziela>Eneidy</tytul_dziela>, eposu narodowego Rzymian.</pe> obrazek,
tchnący świeżością wsi, łąki, gaju, w sposób cudowny oddziaływa na niektórych. Otwierają oczy,
prostują się --- każdy ma jakby przyjemne widzenie na jawie.</akap>


<akap>Zwłaszcza Sprężycki całą duszą zatonął w wierszu sielankowym. Żywy jak iskra, zawsze figlować
gotowy, skłonny też bywa do marzenia i głębokich
zamyśleń.</akap>


<akap>W tej chwili i obraz poetyczny i śpiewny rytm
wiersza tak go ukołysały, że stracił niemal poczucie rzeczywistości.</akap>


<akap>Nie jest mu już gorąco, ani duszno; czuje na
policzkach świeże, wilgotne tchnienie gaju olchowego; słyszy tęskne, przeciągłe tony ligawki<pe><slowo_obce>ligawka</slowo_obce> --- ludowy instrument muzyczny dęty, zrobiony z wydrążonej gałęzi.</pe>, które
las powtarza echem wielokrotnym...</akap>


<akap>Jakże przyjemny wiaterek przeciąga od chłodnego strumienia! Jak pachnie mięta wśród gęstej, puszystej, jak aksamit miękkiej i połyskującej trawy! Rozkosznie byłoby położyć się pod
drzewem, patrzeć na sunące po niebie lekkie, srebrzyste obłoczki --- słuchać gwizdania wilgi, przelatującej z drzewa na drzewo, liczyć listki na najbliższej gałązce --- i marzyć... marzyć...</akap>


<akap_dialog>--- Sprężycki, nie śpij!...</akap_dialog>


<akap>Chłopiec prostuje się, otwiera na całą szerokość
oczy. Znów jest w klasie, znów mu gorąco --- znów
widzi na katedrze granatowy frak, białą chustkę,
czerwone, zgrzane policzki, wychylające się z nakrochmalonych kołnierzyków, jak z wielkiej, porcelanowej misy.<end id="e1307363189240-981607375"/></akap>


<akap>Nauczyciel wciąż czyta śpiewnym, teatralnym
głosem z niedużej, na bibule drukowanej książeczki.</akap>


<akap>Błogosławiona, cuda czyniąca książeczka! Błogosławiony i ten, co umie tak zawładnąć myślami,
tak je do swego wykładu przynęcić!<end id="e1307362328450-1976013295"/></akap>


<akap>...Inna chwila --- inne wrażenie.</akap>


<akap><begin id="b1307954002805-31093444"/><motyw id="m1307954002805-31093444">Jesień</motyw>Jesień omgliła ulice, zmatowała szyby w klasie, napełniła ją żółtym, smutnym, jakby chorym
światłem.</akap>


<akap>Wszystko wygląda osowiale, brzydko. Klasa
wydaje się mniejszą i brudniejszą, niż zwykle. Na
suficie widać smugi kurzu, w jednym z kątów ---
pajęczynę.</akap>


<akap>Chłopcy tłumią ziewanie; siedzą milczący, bez
humoru. Nawet figlować im się nie chce.</akap>


<akap>I znów na katedrze zasiadł ten sam stary nauczyciel; rozłożył tęż samą niewielką, na bibule drukowaną książkę --- czyta...</akap>


<akap>Głos jego brzmi inaczej, niż latem. Jest tak
samo jak szyby zmatowany, głuchy. Ale jak zawsze, przelewa się rytmicznie, to słabnąc, to podnosząc się, z teatralną deklamacyjnością<pe><slowo_obce>deklamacja</slowo_obce> --- wygłaszanie utworu literackiego wyraziście i z ekspresją.</pe>, która działa
na młodych słuchaczów jak muzyka.</akap>


<akap><begin id="b1307363143976-1411909663"/><motyw id="m1307363143976-1411909663">Poezja, Smutek</motyw>Nauczyciel czyta:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="6">Cicho skradł się wiek sterany,</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="6">W smutną starość pchnąwszy mnie...</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Zatrzymuje się, poprawia okulary. Głowa zasuwa się głębiej w kołnierzyki: siwe włosy niżej
na plecy opadają.</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="6">Płynie ze mną w kraj nieznany ---</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="6">Żegnam was, młodości dnie!</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Kładzie szeroką dłoń na książce; nie patrząc na
nią, powtarza:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="6">Żegnam was, młodości dnie!...<end id="e1307954002805-31093444"/></wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Sprężycki uczuwa nagle ściśnienie serca. Pełną
piersią zaczerpuje powietrza, co wygląda, jakby
głęboko westchnął.</akap>


<akap>Żółtawe światło, sączące się oknami, głucha cisza na korytarzach, smutna, niby rozjęczona deklamacja nauczyciela --- wszystko na wrażliwego
chłopca działa przygnębiająco.</akap>


<akap>A z katedry płynie głos coraz żałośniejszy i jakby stopniowo gasnący:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="6">Kiedy oczy śmierć zaciemni,</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="6">Lnianej płachty będzie dość...</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="6">W czterech deskach... w sążniu<pe><slowo_obce>sążeń</slowo_obce> (daw.) --- jednostka długości, równa szerokości rozpostartych ramion dorosłego mężczyzny, tj. niecałe 2 m.</pe> ziemi...</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="6">Dobrze się ten wyśpi gość...</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Znów dłoń szeroka zakrywa kartę --- głos nauczyciela, zmieniony w echo, powtarza lękliwie:
,,W czterech deskach... w sążniu ziemi"...</akap>


<akap>Sprężycki sięgnął machinalnie po chustkę ---
oczy ociera. Jest niewątpliwie najwrażliwszym
z kolegów --- wszakże i inni odczuli tchnienie smutku, wypełniające izbę szkolną. To tchnienie, pod
którego działaniem nawet najweselsi posępnieją,
wydobywa się w równym stopniu z dnia jesiennego, z wiersza, z głosu starego nauczyciela, z jego
całej niedzisiejszej, niby mgłą oddalenia przesnutej osoby...</akap>


<akap>Wiersz utkwił chłopcu w pamięci. Wracając
do domu, w myśli go sobie powtarza. Znajduje się
tak całkowicie pod wpływem elegijnej<pe><slowo_obce>elegijny</slowo_obce> --- związany z elegią, utworem lirycznym o tematyce żałobnej, pożegnalnej.</pe> poezji, że

wraca umyślnie zaułkami, aby mu koledzy śmiechem niewczesnym nastroju duszy nie psuli.</akap>


<akap>Wieczorem, zanudza domowników strofami:
,,Cicho skradł się wiek sterany"... ,,Kiedy oczy
śmierć zaciemni"... --- przy czym stara się naśladować najwierniej jęczący głos i teatralną wymowę
nauczyciela. Zauważa przy tym, że jego deklamacja wzrusza silnie matkę, która prosi go, żeby ,,dał
pokój<pe><slowo_obce>pokój</slowo_obce> --- tu: spokój.</pe> tym strasznym wierszom", i która potem odkłada robotę, twarz ukrywa w dłoniach i siedzi
długo w milczącej zadumie...</akap>


<akap>Napełnia go to dziwnym, obcym mu dotąd
uczuciem: zaczyna poznawać potęgę słowa. Z szacunkiem myśli o poezji i o swym starym nauczycielu.</akap>


<akap>Ale i ta poezja i ten nauczyciel niepokoją go
swą nadzwyczajną nieprzystępnością. Nie ma sposobu zbliżenia się do nich...<end id="e1307363143976-1411909663"/></akap>


<akap><begin id="b1305057659438-3458741147"/><motyw id="m1305057659438-3458741147">Nauczyciel</motyw>Nieprzystępny jest zwłaszcza nauczyciel. Inni,
choć otoczeni powagą, choć po jowiszowemu brwi
ściągający, choć zamieszkali na wyżynach, oku
chłopięcemu ledwie widnych, zstępują jednak niekiedy na ziemię, przemawiają, żartują, gotowi są
nawet figlować, jak zwykli ludzie. Jeden Skowroński występuje zawsze w roli półboga.</akap>


<akap>Gdy wykłada, nie patrzy na uczniów. Ciężkie,
głośne, starannie odmierzone słowa rzuca w przestrzeń. Nawet, gdy uczeń wydający<pe><slowo_obce>wydający </slowo_obce> --- odpowiadający.</pe> lekcję stoi tuż
przed nim, nie widzi go, nie chce widzieć. Oczy jego ponad głową chłopca wybiegają daleko, wysoko...</akap>


<akap>Jednak o oschłość serca posądzać go nie można. Miewa czasem łzy w oczach --- wówczas, gdy
wiersze elegijne wygłasza. Uczniów swych kocha,
wypożycza im książki ze swej biblioteki, ćwiczenia ich nadzwyczaj starannie poprawia, na marginesach wypisuje upomnienia nie tylko stylistyczne, lecz moralne i obywatelskie.</akap>


<akap>Ale bardziej, niż uczniów, kocha przedmiot,
który wykłada. Żyje też raczej przeszłością, niż
dniem obecnym.</akap>


<akap>Przedmiotem najgorętszych jego umiłowań literackich jest wiek osiemnasty i pierwsze lata
dziewiętnastego. Najwymowniej wychwala, najczęściej cytuje poetów, w tych dwóch okresach żyjących.</akap>


<akap>Krasicki<pe><slowo_obce>Ignacy Krasicki herbu Rogala</slowo_obce> (1735--1801) --- poeta i powieściopisarz, najwybitniejszy pisarz polskiego oświecenia (nazywany ,,księciem poetów polskich"); biskup warmiński, arcybiskup gnieźnieński.</pe>, Naruszewicz<pe><slowo_obce>Adam Stanisław Naruszewicz</slowo_obce> herbu Wadwicz (1733--1796) --- poeta, publicysta, historyk, jezuita, biskup smoleński i łucki; współpracownik i nadworny poeta króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.</pe>, Kniaźnin<pe><slowo_obce>Franciszek Dionizy Kniaźnin</slowo_obce> (1749 a. 1750--1807) --- poeta oświeceniowy. Pisał wiersze patriotyczne, religijne, ody, sielanki, erotyki, bajki i dramaty.</pe>, Karpiński<pe><slowo_obce>Franciszek Karpiński herbu Korab</slowo_obce> (1741--1825) --- polski poeta epoki oświecenia, twórca i główny przedstawiciel nurtu sentymentalnego w polskiej liryce.</pe>,
Osiński<pe><slowo_obce>Ludwik Osiński</slowo_obce> (1775--1838) --- pisarz i krytyk literacki, dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie, profesor literatury na Uniwersytecie Warszawskim; wybitny przedstawiciel klasycyzmu postanisławowskiego; przetłumaczył na język polski wiele utworów scenicznych.</pe>, Dmochowski <pe><slowo_obce>Franciszek Ksawery Dmochowski</slowo_obce> (1762--1808) --- poeta, krytyk literacki i publicysta; działacz tzw. jakobinów polskich w powstaniu kościuszkowskim 1794 r.; sekretarz Towarzystwa Przyjaciół Nauk; autor <tytul_dziela>Sztuki rymotwórczej</tytul_dziela> (adaptacji poematu N. Boileau), pierwszy polski tłumacz <tytul_dziela>Iliady</tytul_dziela>, współautor <tytul_dziela>O ustanowieniu i upadku Konstytucji 3 Maja</tytul_dziela>.</pe> --- to jego bożyszcza.</akap>


<akap>Każdy poeta nosi u niego pewien stały tytuł.
Krasicki to ,,książę poetów"; Naruszewicz ---
,,poeta-dziejopis"; Karpiński --- ,,poeta serca" albo
,,śpiewak Justyny"; Dmochowski --- ,,polski Boileau<pe><slowo_obce>Nicolas Boileau</slowo_obce> (1636--1711) --- francuski poeta klasycystyczny.</pe>".</akap>


<akap>Uczniowie muszą znać te przezwiska. Gdy
który się pomyli, gdy nazwie, broń Boże, ,,poetą
serca" Naruszewicza, a ,,śpiewakiem Justyny" Krasickiego --- stary nauczyciel pieni się z gniewu.<end id="e1305057659438-3458741147"/></akap>


<akap>Cokolwiek bądź, na lekcjach języka polskiego
panuje zawsze nastrój poważny. Z wyjątkiem

kilku ,,głąbów", zajętych żuciem razowca lub gumulastyki, wszyscy inni przejmują się żywo wykładem, uczą ochotnie zadanych wierszów<pe><slowo_obce>wierszów</slowo_obce> --- dziś popr. forma D. lm: wierszy.</pe>, wygłaszając je nie tylko w klasie, lecz i na zebraniach koleżeńskich, na ,,ekskursjach<pe><slowo_obce>ekskursja</slowo_obce> (z łac. a. z ros.) --- wycieczka, wyprawa.</pe>", na ,,majówkach" --- prowadzą nawet niekiedy spory o wyższość ,,poety serca" nad ,,księciem poetów" lub odwrotnie.</akap>


<akap>Sprężyckiego pociągają najbardziej wiersze żartobliwe oraz rzewne, liryczne. Umie na pamięć
całe strofy z <tytul_dziela>Myszeidy<pe><slowo_obce>Myszeida</slowo_obce> --- poemat heroikomiczny Ignacego Krasickiego o wojnie kotów z wojskami szczurzo-mysimi, z udziałem ludzi (Popiel i jego córka Duchna stoją po stronie kotów); <slowo_obce>poemat heroikomiczny</slowo_obce> --- utwór literacki, opierający się na połączeniu podniosłego stylu wypowiedzi z błahą, przyziemną tematyką, co tworzy efekt komiczny.</pe></tytul_dziela>, umie cały <tytul_dziela>Powrót na
wieś</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Powrót na
wieś</slowo_obce> --- wiersz Franciszka Karpińskiego.</pe>, cały <tytul_dziela>Pacierz staruszka</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Pacierz staruszka</slowo_obce> --- wiersz Adama Naruszewicza.</pe>.</akap>


<akap>Cienkim, prawie dziewczęcym głosem, ale
z wielkim zapałem i przejęciem się deklamuje:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="1">Gończe złotego słońca! różana jutrzenko!</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">Jużeś to w chatki mojej zajrzała okienko?</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">O, jak ślicznie z twej twarzy promień bije czysty</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">Przez te młode gałązki leszczyny krzewistej!...</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Pochyla drobną postać, jakby ciężarem lat
przygiętą --- głos mu drży, słabnie...</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="1">Kiju mój! ty, starości mej wierna podporo !</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">Prowadź mnie... już bez ciebie w tym wieku niesporo.</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">Za tym sobie ogródkiem na wschód słońca siędę</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">I łąkom się zielonym przypatrywać będę...</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Nikt tego w żart nie obraca. Koledzy przysłuchują się wierszowi z powagą. Dobrzy, prości, wrażliwi chłopcy tak silnie odczuwają urok poezji, że
Sprężycki wydaje im się niemal prawdziwym staruszkiem.</akap>


<akap>A on, wyprostowawszy się i ręce ku otwartemu
oknu, lub --- gdy znajdują się na przechadzce ---
ku gąszczom leśnym wyciągnąwszy, ze słodkim
rozrzewnieniem kończy:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="1">Wietrzyku! co tu sobie lekko polatujesz,</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">Jedne ziółka kołyszesz, a drugie całujesz,</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">Nie gardź tą siwą bródką --- a przez wdzięczne wianie,</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">Daj i jej nad miód słodszych ust pocałowanie!</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Koledzy zachwycają się deklamacją Sprężyckiego --- nauczyciel zarzuca jej brak ,,kadencji<pe><slowo_obce>kadencja</slowo_obce> --- intonacja opadająca, podkreślająca koniec frazy.</pe>"
oraz dykcję ,,śmietankową", ,,maślaną"... Chłopiec
czyni największe wysiłki, aby się z tych wad poprawić --- przechodzi to wszakże jego możność.</akap>


<akap>Jeden tylko Kucharzewski, olbrzym klasowy,
z głosem dojrzałego mężczyzny, przerastający
wzrostem najwyższych nauczycieli --- zadowala
pod tym względem profesora Skowrońskiego. On
tylko z dostateczną energią języka umie wypowiadać wiersze, w których słychać jakby warkot bębna, jakby poryw lwa...</akap>


<poezja_cyt><strofa>Zdrrrajco! z twarrrdej Taurrrów wygrrryzłeś się skały,/
A Hitrrrzańskie tygrrrzyce pierrrś ci podawały!<pe><slowo_obce>Zdrajco! z twardej Taurów wygryzłeś się skały, A Hitrzańskie tygrzyce pierś ci podawały!...</slowo_obce> --- fragment <tytul_dziela>Eneidy</tytul_dziela>, rzymskiej epopei narodowej autorstwa Wergiliusza, stanowiącej opis wędrówki Eneasza od wyjścia z Troi do osiedlenia się w Lacjum w Italii.</pe>...</strofa></poezja_cyt>


<akap>Stary nauczyciel promienieje zachwytem i jak
żółw ze skorupy wychyla się ze swych olbrzymich
kołnierzy, gdy Kucharzewski głosem potężnym
wygrzmiewa Naruszewiczowskie ,,aleksandryny<pe><slowo_obce>aleksandryn</slowo_obce> --- forma wierszowa, w której szósta sylaba wersu i szósta sylaba po średniówce stanowią ostatnie sylaby akcentowane półwersów; dodatkowym wymogiem w pisaniu aleksandrynem bywa zgodność z formą heksametru jambicznego. Aleksandrynem pisze się utwory o charakterze heroicznym, np. tragedie czy epopeje.</pe>":</akap>


<poezja_cyt><strofa>Już widzę... jako wdziawszy hart niezłomnej zbroje,/
Zmiata z karków niewiernych odęte zawoje;/
A posoką<pe><slowo_obce>posoka</slowo_obce> (daw.) --- krew.</pe> i prochem ozdobnym okryty,/
Tratuje zdradne członki końskimi kopyty<pe><slowo_obce>kopyty</slowo_obce> --- dziś popr. forma N. lm: kopytami.</pe>!/
Na wzrok jego ogromny, na blask płytkiej stali,/
Kupami się od Wiednia zbita gawiedź wali./
Stoi zdrętwiały Dunaj, że na bystrym grzbiecie/
Most mu, z trupów usłany, pławne barki gniecie!</strofa></poezja_cyt>


<akap>W deklamacji Kucharzewskiego każde <wyroznienie>r</wyroznienie> warczy jak brytan na łańcuchu, każde <wyroznienie>z</wyroznienie> i <wyroznienie>s</wyroznienie> syczy jak
żądło wężowe, każde <wyroznienie>wi, wia wie,</wyroznienie> gwiżdże jak kartacz lecący --- a w wyrazie ,,kopyty" słychać wyraźnie tętent pędzącego konia...</akap>


<akap>Kucharzewski ma zawsze z polskiego stopnie
,,celujące"; Sprężycki zdobywa zaledwie ,,bardzo
dobre". Ale Sprężyckiemu obce jest uczucie zawiści; uczy się też nie dla stopni, lecz przez gorące
ukochanie przedmiotu.</akap>


<akap>Jest tak nasiąknięty poezją XVIII wieku, że
ile razy wraca ze szkoły, deklamuje głośno na korytarzu:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="1">Oto mój dom ubogi --- też lepione ściany;</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">Też okna różnoszybne, piec niepolewany<pe><slowo_obce>piec niepolewany</slowo_obce> --- piec zbudowany z cegieł lub gliny, bez ozdoby emaliowanych kafli, skromny, ubogi.</pe>...</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>--- A właśnie, że polewany! --- sprzeciwiają mu
się domownicy.</akap>


<akap>Nie wyobraża sobie, by mogła istnieć na świecie poezja piękniejsza od poezji Karpińskiego,
Krasickiego, Naruszewicza. Ułamek <tytul_dziela>Iliady</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Iliada</slowo_obce> --- epopeja opiewająca wojnę Achajów (Greków) z Ilionem (Troją), jej autorstwo przypisuje się Homerowi (VIII w. p.n.e.).</pe>
w przekładzie Dmochowskiego, odczytany kiedyś
przez nauczyciela, dostarczył mu na kilka dni
wątku do marzeń najrozkoszniejszych...</akap>


<akap>Podziela te upodobania jego najbliższy przyjaciel i powiernik: Dembowski. Ale ostatni jest
powściągliwy w zachwytach --- na rzeczy patrzy
spokojniej, krytyczniej.</akap>


<akap>Pewnego dnia, wolnego od lekcji, Dembowski
przyszedł do Sprężyckiego z miną tajemniczą,
trzymając coś pod rozpiętym na piersiach mundurkiem. Wywołał go na podwórze; potem zaproponował, żeby poszli do ,,pustelni".</akap>


<akap><begin id="b1305058697401-82192236"/><motyw id="m1305058697401-82192236">Ogród</motyw>,,Pustelnią" nazywali chłopcy ,,odkryty" przez
siebie cichy, odludny placyk nad Narwią, pomiędzy spichrzami<pe><slowo_obce>spichrz</slowo_obce> --- budynek przeznaczony do składania i przechowywania zapasów zboża.</pe>, gdzie można było spokojnie czytać, rozmawiać, grać w piłkę, ryby na wędkę łowić...</akap>


<akap>Rosło na tym placyku wierzb kilka oraz kilka
zdziczałych drzew wiśniowych, rodzących owoc,
nawet dla uczniowskiego podniebienia zbyt kwaśny. Tu i ówdzie widniały ślady zagonów, szczątki
rozebranego ogrodzenia, niedobitki krzewów bzowych, jaśminowych, wreszcie jedna, prawie całkowicie pozbawiona liści, czeremcha.</akap>


<akap>Placyk był niegdyś widocznie ogrodem. Tradycja tego przechowała się między ptakami, które
na wiosnę gęsto tu zalatywały. Nierzadkim gościem bywała wilga, pogwizdująca co kilka chwil
to tu, to tam, jakby drażniąc się z chłopcami. Odwiedzały też ustroń nadrzeczną kraski, których seledynowo-złociste upierzenie, powabnie mieniące
się w słońcu, olśniewało wzrok, nadając zakątkowi
znamię egzotyczne. Chłopcom wydawało się niekiedy, że chodzą po ogrodach Szeherezady --- że
sami są bohaterami <tytul_dziela>Tysiąca i jednej nocy</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Tysiąc i jedna noc</slowo_obce>, własc. <tytul_dziela>Baśnie z tysiąca i jednej nocy</tytul_dziela> --- zbiór około 300 baśni i anegdot zamkniętych w kompozycyjną ramę legendy o sułtanie Szachrijarze i jego żonie Szeherezadzie, która co noc opowiadała małżonkowi jakąś historię, aby uniknąć niezasłużonej kary śmierci. Baśnie pochodzą z IX--X w. i są osnute na dawnych podaniach arabskich, legendach staroindyjskich, epopejach perskich i przypowieściach babilońsko-asyryjskich.</pe>...<end id="e1305058697401-82192236"/></akap>


<akap>W tej to pustelni Dembowski wyciągnął spod
mundurka i Sprężyckiemu pokazał rzecz przyniesioną. Była nią książka --- tom Mickiewicza, zawierający <tytul_dziela>Konrada Wallenroda<pe><slowo_obce>Konrad Wallenrod</slowo_obce> --- powieść historyczna z dziejów litewskich i pruskich, powieść poetycka napisana przez Adama Mickiewicza na zesłaniu w Petersburgu między rokiem 1824 a 1828, wydana w lutym 1828; jeden z najbardziej znanych poematów polskiego romantyzmu.</pe></tytul_dziela>, <tytul_dziela>Dziady<pe><slowo_obce>Dziady</slowo_obce> --- cykl dramatów romantycznych Adama Mickiewicza, na który składają się trzy luźno powiązane części, kolejno II, IV i III, oraz nieukończona część I (<tytul_dziela>Dziady. Widowisko</tytul_dziela>). W utworze znajdują się liczne wątki autobiograficzne, zawarte są w nim idee romantyzmu, także polskiego, związanego z walką narodowowyzwoleńczą z rosyjskim zaborcą.</pe></tytul_dziela>...</akap>


<akap>Nie zwlekając, usiedli na klockach pod spichrzem, czytać zaczęli.</akap>


<akap>Czytali na przemian, głośno --- a cudnym wierszom Narew do taktu pluskała, ptaki dziwiły się
zmieszanymi krzykliwie głosami, przytakiwał
w równych odstępach czasu zegar, wybijający
kwadranse i godziny na wieży Farskiej.</akap>


<akap>Na czytaniu kilka godzin im zbiegło. Dzwony
kościelne oddzwoniły już ,,Anioł Pański", rozpłynęły się w powietrzu rytmiczne, uroczyste, posępne dźwięki, ,,poległym w bojach z niewiernymi"
poświęcone --- oni jeszcze czytali.</akap>


<akap>Dopiero ciemność, niepozwalająca rozróżniać
liter, oderwała ich od książki. Podnieśli się, wzdychając:</akap>


<akap_dialog>--- Cóż, Witek? --- zagadnął Dembowski --- podobało ci się to? Gadaj!</akap_dialog>


<akap>Ale Sprężycki nie był w stanie ,,gadać". Wybuchy romantyczne wieszcza<pe><slowo_obce>wieszcz</slowo_obce> --- genialny, natchniony poeta, zwłaszcza romantyczny.</pe>, którego znał dotąd
tylko ballady i spokojną, prawie klasyczną <tytul_dziela>Grażynę</tytul_dziela> <pe><slowo_obce>Grażyna</slowo_obce> --- poemat epicki Adama Mickiewicza.</pe> --- oszołomiły go. W milczeniu kolegę pożegnał.</akap>


<akap><begin id="b1305058942688-3758296262"/><motyw id="m1305058942688-3758296262">Zabawa</motyw>Nazajutrz nie było mowy o Mickiewiczu. Tego
dnia szła wspaniała ,,ekstrameta<pe><slowo_obce>ekstrameta</slowo_obce> (daw.) --- gra w piłkę studentów i żaków, podobna do dzisiejszego baseballu.</pe>" na jednym z placów nadrzecznych, z którego uprzątnięto drzewo budulcowe. Sprężycki, liczący się do najzapaleńszych<pe><slowo_obce>najzapaleńszych</slowo_obce> --- najbardziej zapalonych.</pe> i najzręczniejszych ,,ekstramecistów", rej
tam wodził. Gdy postawiony na ,,mecie" kręcił się,
jak wrzeciono i podskakiwał, równie trudno było
trafić go piłką, jak zabić kulą jaskółkę w locie.
Gra całkowicie go pochłonęła --- zapomniał
o wszystkich poetach na świecie.<end id="e1305058942688-3758296262"/></akap>


<akap>Dopiero w kilka dni później powrócono do tego
przedmiotu.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż <tytul_dziela>Konrad Wallenrod</tytul_dziela>, hę? --- zapytał go
Dembowki, gdy chodzili po ogrodzie publicznym,
trzymając się pod ręce i zajadając kupioną do
spółki kwartę sapieżanek<pe><slowo_obce>sapieżanka</slowo_obce> --- odmiana gruszek.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prześliczny! --- osądził, ogryzając starannie
ogonek gruszki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A <tytul_dziela>Dziady</tytul_dziela>?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cudowne!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz? Ja za jednego Mickiewicza oddałbym tych wszystkich, których nam Skowron każe
wykuwać!</akap_dialog>


<akap>Sprężycki milczał, ocierając starannie nową
sapieżankę.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż to za poeta ten tam Krasicki! Albo ten
jakiś Naruszewicz!</akap_dialog>


<akap>Sprężycki na kolegę nie patrząc, zauważył
tylko:</akap>


<akap_dialog>--- Iiiii...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak stary zacznie prawić o swoim ,,poecie serca", ,,śpiewaku Justyny", to jak Bozię kocham,
język gryzę, żeby nie wybuchnąć śmiechem!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ooooo! --- mruknął znów tamten dwuznacznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo czy nie śmieszny i ten twój <tytul_dziela>Pacierz</tytul_dziela>...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaki <tytul_dziela>Pacierz</tytul_dziela>?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz... ,,Gończe złotego słońca"... czy też
"Słońce złotego gońca"... już nie pamiętam.</akap_dialog>


<akap>Sprężycki cisnął niedojedzoną gruszkę na ziemię, wyrwał rękę spod ramienia kolegi i obracając się doń twarzą, wyrzekł dobitnie:</akap>


<akap_dialog>--- Głupiś!</akap_dialog>


<akap>Dembowski, znacznie spokojniejszy, uśmiechnął
się na to ,,filozoficznie".</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego mam być głupi? --- zapytał bez
gniewu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo nie możesz zrozumieć, że... że...</akap_dialog>


<akap>Zaciął się --- trudno mu było myśl swą wyrazić

słowami.</akap>


<akap_dialog>--- No, że... jedno drugiemu nie przeszkadza! --- dokończył wreszcie głosem podniesionym.</akap_dialog>


<akap>Tamten kręcił głową, naprawdę nic nie rozumiejąc.</akap>


<akap>Usiedli na ławce. Sprężycki długo milczał, napiętkiem<pe><slowo_obce>napiętek</slowo_obce> --- tylna część buta osłaniająca piętę.</pe> ziemię rozgrzebując, wreszcie rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Widzisz, Bronek, to jest tak. Czy ty lubisz
na przykład --- sapieżanki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy one są, podług ciebie, dobre?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyborne!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyborniejsze od innych?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hm... pewnie, że tak...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Teraz więc słuchaj. Jeżeli sapieżanki są wyborne, może nawet od innych wyborniejsze, to --- pytam cię, Bronek --- czy te wszystkie inne, a więc: małgorzatki, bery, panny, jedwabnice, diuszesy<pe><slowo_obce>małgorzatki, bery, panny, jedwabnice, diuszesy</slowo_obce> --- różne odmiany gruszek.</pe> i tak dalej, trzeba wziąć i wieprzkom do koryta wyrzucić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co znowu! Szkoda byłoby tylu dobrych
owoców!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc uważ, Bronek. Jeżeli szkoda owoców
dobrych, to czyż nie większa szkoda dobrych
wierszów? Czyż to obok Mickiewicza nikt już więcej istnieć nie może? Czy dlatego, że <tytul_dziela>Konrad Wallenrod</tytul_dziela> śliczny a <tytul_dziela>Dziady</tytul_dziela> cudowne --- reszta polskich poetów ma iść na śmietnik?</akap_dialog>


<akap>Dembowski potrząsnął głową przecząco.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ nie --- doprawdy nie... Wiesz, Witek?
Przekonałeś mnie. Jak Bozię kocham, przekonałeś.</akap_dialog>


<akap>Tamten ciągnął z zapałem:</akap>


<akap_dialog>--- Porywa mnie Mickiewicz, ale Karpiński
mnie wzrusza. Ile razy mówię jego <tytul_dziela>Powrót na
wieś</tytul_dziela>, mam łzy w oczach. Zawsze też będę odmawiał przy modlitwie <tytul_dziela>Kiedy ranne wstają zorze</tytul_dziela>
i <tytul_dziela>Wszystkie nasze dzienne sprawy</tytul_dziela>... I nigdy nie
zapomnę <tytul_dziela>Pacierza staruszka</tytul_dziela>...</akap_dialog>


<akap>Wstał --- głos podniósł.</akap>


<akap_dialog>--- ,,Gończe złotego słońca! różana jutrzenko!"...
Jaki to śliczny początek! Pamiętasz ten wschód

słońca, który widzieliśmy na majówce? Zawsze
on mi się przy tych wierszach przypomina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jednakże --- wziął na odwagę Dembowski ---

nigdyś nie słyszał od Skowrona wierszów, które...
jakby to powiedzieć?... Świdrem wkręcają się
w głowę --- jak na przykład niektóre śpiewki
z <tytul_dziela>Dziadów</tytul_dziela> albo ballada o <tytul_dziela>Alpuharze</tytul_dziela>...</akap_dialog>


<akap>Sprężycki zamyślił się.</akap>


<akap_dialog>--- Słuchaj Bronek --- rzekł po chwili uroczyście --- pamiętasz ty ten dzień jesienny, kiedy to była taka mgła paskudna i kiedy to Effenberger wyrzucił za drzwi Kamińskiego, bo przyszedł zabłocony, ze spodniami w cholewach?... Tego dnia była lekcja polskiego i Skowroński czytał nam ze swej bibulastej książki wiersz, nie wiem czyj, co się zaczynał: ,,Cicho skradł się wiek sterany"... Wiesz?... Ja od tego wiersza odżegnać się nie mogę. Nie lubię go --- mogę nawet powiedzieć, że go się boję --- ale, chcę czy nie chcę, powtarzać go muszę. A ile razy go powtarzam, zawsze staje mi przed oczyma nasz stary nauczyciel, taki znękany, smutny, przygarbiony, z obwisłymi, pożółkłymi policzkami... I zdaje mi się zawsze, że wtenczas, gdy on nam ten wiersz odczytywał, myślał o sobie, o własnej starości, o własnym grobie...</akap_dialog>


<akap>Sprężycki wsunął rękę pod ramię kolegi --- zaczęli znów chodzić po ulicach ogrodu, wśród wydłużonych cieni drzew, wśród purpurowo-złotych
smug gasnącego na zachodzie słońca.</akap>


<akap><begin id="b1305059074143-1695121943"/><motyw id="m1305059074143-1695121943">Smutek, Śmierć, Melancholia</motyw>Opuściła ich zwykła chłopięca pustota. Chodzili skupieni w sobie, poważni. Sprężycki deklamował z cicha, naśladując przeciągły, śpiewny,
nieco drżący głos starego nauczyciela:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="5">Cicho skradł się wiek sterany,</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5">W smutną starość pchnąwszy mnie...</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5">Płynie ze mną w kraj nieznany ---</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5">Żegnam was, młodości dnie!</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Gdy tak nasiąkali obydwa poezją słowa i poezją przyrody, rozkołysało się nagle powietrze od
potężnego huczenia dzwonów farskich. Nigdy
w zwykłych okolicznościach o tej porze nie dzwoniono --- przy tym i samo dzwonienie było niezwykłe. Spiżowe tony niosły jakąś wieść posępną, modliły się, płakały...</akap>


<akap>Dembowski szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Ktoś umarł...</akap_dialog>


<akap>Chłopcy zdjęli czapki, przeżegnali się. Sprężycki pociągnął kolegę do wyjścia.</akap>


<akap>Gdy znaleźli się na rynku, podbiegł do nich
Kozłowski.</akap>


<akap_dialog>--- Umarł Skowron! --- mówił zdyszany. ---
Dziś po południu apopleksja<pe><slowo_obce>apopleksja</slowo_obce> (daw.) --- wylew krwi do mózgu.</pe> go tknęła. Pojutrze
szkoła idzie na pogrzeb --- lekcji nie będzie...</akap_dialog>


<akap>Zmrok już padał na miasto, gdy Sprężycki wracał do domu. Było mu smutno i strasznie. Chciał
zapomnieć o starym nauczycielu, a widział go
nieustannie przed sobą. Chciał myśleć o grze
w piłkę, o figlach szkolnych, o wesołej książce,
którą dostał do czytania --- a usta jego powtarzały
bezwiednie:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="5">Kiedy oczy śmierć zaciemni,</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5">Lnianej płachty będzie dość...</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5">W czterech deskach... w sążniu ziemi...</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5">Dobrze się ten wyśpi gość...<end id="e1305059074143-1695121943"/></wers_wciety></strofa></poezja_cyt>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>VIII. Dawid i Goliat<pe><slowo_obce>Dawid i Goliat</slowo_obce> --- postaci biblijne; Dawid, król izraelski od ok. 1010 p.n.e., w pojedynku pokonał Goliata, olbrzymiego filistyńskiego wojownika, wyrzuconym z procy kamieniem.</pe></naglowek_rozdzial>



<akap>Nadzwyczajną uciechę miała raz szkoła: Kucharzewski przyniósł Wrońskiego --- w tece.</akap>


<akap>Kucharzewski --- to olbrzym klasowy, z szeroką piersią, grubym karkiem, ciężki i niezgrabny,
lecz wyjątkowo mocny. Wroński --- istne kurczątko.</akap>


<akap><begin id="b1307369925250-2607871421"/><motyw id="m1307369925250-2607871421">Siła</motyw>Nie tylko klasa, lecz i szkoła cała podziwia siłę
Kucharzewskiego. Niczym dla tego chłopca wziąć
w zęby ciężki stolik stojący na katedrze<pe><slowo_obce>katedra</slowo_obce> --- tu: podwyższenie, na którym stoi stół dla nauczyciela.</pe> i obnosić
go po klasie, nie podtrzymując rękoma. Niczym
posadzić na fotelu profesorskim czterech kolegów
i, zarzuciwszy sobie ten ,,ładunek" na plecy, swobodnie z nim chodzić. Niczym nawet: gruby, szkolny pogrzebacz żelazny zgiąć i wyprostować...</akap>


<akap>Tego dnia olbrzym, idąc do szkoły, spotkał wątłego koleżkę, który po niedawnej chorobie ledwie
nożyny wlókł za sobą. Niewiele myśląc, wypróżnił
swą kolosalną tekę, książki i kajety po kieszeniach
pochował, i chwyciwszy półżartem malca, wsadził go do teki, przykazując, żeby rękami trzymał
go za szyję.</akap>


<akap>Słaby i trochę lękliwy chłopiec spełnił rozkaz --- i przyniesiony został w ten sposób do szkoły
wśród wrzasku kolegów i gawiedzi ulicznej.<end id="e1307369925250-2607871421"/></akap>


<akap_dialog>--- Goliat i Dawid... <wyroznienie>parole!</wyroznienie> --- osądził profesor
Luceński, gdy się o tym zdarzeniu dowiedział.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech no jednak --- dodał, do tabakiereczki
swej sięgając --- ten Goliat strzeże się, żeby mu
Dawidek głowy nie uciął. Bo teraz ,,Dawidkom"
dowierzać nie można --- <wyroznienie>parole!</wyroznienie></akap_dialog>


<akap>Wywołuje ich obu do lekcji --- każe stawać
przed katedrą jednemu obok drugiego. Dawid
sięga ledwo do pasa Goliatowi.</akap>


<akap_dialog>--- Kucharzewski, tłumacz: ,,Koń mego sąsiada --- zjadł --- żonę starego jenerała<pe><slowo_obce>jenerał</slowo_obce> --- dziś: generał.</pe>".</akap_dialog>


<akap>Goliat usta szeroko otworzył --- śmieje się.</akap>


<akap_dialog>--- To być nie może... --- mówi grubym głosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co nie może być?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żeby koń zjadł... hi, hi, hi... kobietę.</akap_dialog>


<akap>Profesor uderza trzciną w stolik.</akap>


<akap_dialog>--- Ciebie nie pytają o zdanie! Każą ci tłumaczyć i basta!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To dla mnie za trudne; ja nie wiem, jak to
będzie po francusku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Bien</slowo_obce><pe><slowo_obce>bien</slowo_obce> (fr.) --- dobrze.</pe>. Masz ,,pałkę" i możesz iść na miejsce.</akap_dialog>


<akap>Profesor skrzypiącym piórem smaruje w katalożku<pe><slowo_obce>katalożek</slowo_obce> --- tu: notatnik nauczycielski z ocenami.</pe> wielką jedynkę. Teraz olbrzym wykrzywia się do płaczu.</akap>


<akap_dialog>--- Nie wiem, za co pałka?... --- mruczy basem, odchodząc od katedry. --- Pierwsze słyszę, żeby konie... Może tak jest we Francji, ale u nas...</akap_dialog>


<akap>Trzcina znów grzmi na katedrze.</akap>


<akap_dialog>--- Milczeć --- bo do dziennika zapiszę!</akap_dialog>


<akap>Olbrzym wtłoczył się do ławki, głowę wsunął

między ramiona --- rożkiem chustki oczy ociera.</akap>


<akap_dialog>--- Dawidku!... --- zwraca się Luceński do drugiego ucznia --- powtórz, o com zapytywał.</akap_dialog>


<akap>Cieniutki, ale rezolutny głosik odpowiada:</akap>


<akap_dialog>--- Pan prosor wymienił trzy zdania oddzielne
i kazał przetłumaczyć je na francuski. Pierwsze
zdanie: ,,koń mojego sąsiada"... <slowo_obce>le cheval de mon
voisin</slowo_obce>; drugie zdanie ,,zjadł"... <slowo_obce>il a mangé</slowo_obce>; trzecie
zdanie: ,,żonę starego jenerała"... <slowo_obce>la femme d'un
vieux général</slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap>Luceński wydostał swą małą tabakierkę, raz
po raz z niej zażywa i palce wyciera o rudą perukę. Jest widocznie bardzo zadowolony.</akap>


<akap>Podsuwa tabakierkę uczniowi.</akap>


<akap_dialog>--- Jesteś zuch, Dawidku... <slowo_obce>Tu es un brave garçon!</slowo_obce><pe><slowo_obce>Tu es un brave garçon</slowo_obce> (fr.) --- Jesteś dzielnym chłopcem.</pe> Zażyj, boś wart tego.</akap_dialog>


<akap>Chłopiec zanurza koniuszek palca w tabace i do
nosa przykłada.</akap>


<akap>--- Jesteś zuch i masz głowę na karku. A Kucharzewski jej nie ma. Stało się, com przepowiedział: Dawid uciął głowę Goliatowi!</akap>


<akap>Dowcip zdobywa uznanie klasy. Wszyscy,
z wyjątkiem zawstydzonego i czerwonego ze złości olbrzyma, pokładają się od śmiechu.</akap>


<akap>Niedługo potem przypadła lekcja religii.
Ksiądz prefekt, wysłuchawszy innych, zwrócił się
do Kucharzewskiego:</akap>


<akap_dialog>--- No, Kucharzesiu, popisz się! --- mówi ze
zwykłym sobie łagodnym, żartobliwym uśmiechem. --- Powiedz nam wszystko, co wiesz o Mojżeszu<pe><slowo_obce>Mojżesz</slowo_obce> (ok. XIII w. p.n.e.) --- prorok biblijny, według <tytul_dziela>Księgi Wyjścia</tytul_dziela> wyprowadził 12 plemion Izraelitów z niewoli egipskiej. Chłopiec żydowski wychowany na dworze faraona egipskiego, doznał objawienia: Bóg przemówił do niego pod postacią krzewu gorejącego. Mojżesz został przywódcą izraelskim i poprowadził swój lud przez Morze Czerwone i pustynię Synaj w poszukiwaniu Kaananu, Ziemi Obiecanej. Na górze Synaj Bóg podyktował mu dziesięć przykazań, ale tablice z przykazaniami Mojżesz potłukł o złotego cielca, do którego zaczęli się modlić Izraelici podczas nieobecności przywódcy.</pe>.</akap_dialog>


<akap>Niestety, ,,Kucharzesio" nic prawie o Mojżeszu
nie wie.</akap>


<akap>Nastały właśnie dni gorące --- olbrzym, którego
zdrowa, silna organizacja<pe><slowo_obce>organizacja</slowo_obce> --- tu: organizm.</pe> domaga się ruchu, wysiłków fizycznych, obcowania z przyrodą, wszystek czas pozaszkolny spędza na kąpaniu się w Narwi, pływaniu łódką, wycieczkach dalekich na
ryby. Od książki coś go odpycha. Gdy chce zmusić się do nauki, litery tańcują mu przed oczyma,
zdania nie dają się pochwycić --- osłabły, niepokonaną sennością zmożony, zasypia z otwartymi
oczyma, powtarzając bezwiednie koniugacje łacińskie, lub zawiłą teorię arytmetyki.</akap>


<akap>Wywołany do lekcji wstaje, przeciąga się,
tłumi ziewnięcie, wpatruje się w księdza i milczy.</akap>


<akap_dialog>--- No, rybko, panie święty, któż to był Mojżesz? --- dopytuje ksiądz prefekt.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mojżesz był synem... był synem...</akap_dialog>


<akap>Dalej ,,ani w ząb".</akap>


<akap_dialog>--- To już wiemy --- zauważa ksiądz. --- Córką
przecie być nie mógł. Zapewne też był synem
swego ojca i swojej matki. Ale cóż więcej, rybko,
panie święty?</akap_dialog>


<akap>Kucharzesio długo milczy, rzucając na prawo
i lewo wymowne spojrzenia, błagając o ,,pomoc
koleżeńską", wreszcie bierze na odwagę i podtrzymywany przez ,,podpowiadaczów", zaczyna ---
pływać.</akap>


<akap_dialog>--- Mojżesz wyprowadził Egipcjan z niewoli
żydowskiej... Pokazywał cuda przed królem Salomonem<pe><slowo_obce>król Salomon</slowo_obce> (ok. 1000-931 p.n.e.) --- postać biblijna, król Izraela, żyjący znacznie później niż Mojżesz.</pe> i ożenił się z jego córką Plagą... Potem pobił Filistyńczyków i zatopił ich wojsko w morzu
Chanaan... Na puszczy kazał odlać cielca złotego,
sam mu się kłaniał i innym kłaniać się kazał...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dosyć, panie święty, dosyć!... --- krzyczy
prefekt, uszy sobie zasłaniając. --- Gorączkę masz,
rybko!... Bredzisz, panie święty!</akap_dialog>


<akap>Kucharzewski staje w miejscu, jak ściągnięty
uzdą rumak. Przez chwilę porusza jeszcze ustami,
żując niezrozumiałe wyrazy, potem od razu milknie i wpatruje się w księdza niecierpliwie, jakby
mówił:</akap>


<akap_dialog>--- Może nareszcie da mi ksiądz prefekt już pokój<pe><slowo_obce>pokój</slowo_obce> --- tu: spokój.</pe> z tym Mojżeszem?...</akap_dialog>


<akap>Ksiądz, naprawdę strapiony, ręce załamał...</akap>


<akap_dialog>--- Rybko, panie święty, co się z tobą dzieje?
Taki słuszny kawaler i tak prawi od rzeczy! Gdzieżeś ty podział głowę, Kucharzesiu?</akap_dialog>


<akap>Ledwie ksiądz wspomniał nieszczęsną ,,głowę",
we wszystkich ławkach podnoszą się krzyki. Trudno zrozumieć treść krzyków, bo wszyscy krzyczą
równocześnie. Słychać wciąż słowa: Goliat... Dawid... olbrzym... proca...</akap>


<akap_dialog>--- Prymus, panie święty! --- woła ksiądz, za
głowę się chwytając --- czego chcą te Filistyńczyki<pe><slowo_obce>Filistyńczyk</slowo_obce> --- członek plemienia zamieszkującego w starożytności tereny południowego wybrzeża Kanaanu położone na zachód od Judei. W <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela> Filistyńczycy opisywani są jako jeden z głównych wrogów starożytnych Izraelitów.</pe>?</akap_dialog>


<akap>Prymus raportuje:</akap>


<akap_dialog>--- A to, proszę księdza prefekta, oni mówią, że
Dawid uciął głowę Goliatowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toż wiem o tym, rybko. Ale cóż to ma do
Kucharzewskiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bo właśnie Kucharzewskiego pan profesor Luceński nazwał Goliatem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co mówisz, rybko panie święty! Gdzież w takim razie Dawid?</akap_dialog>


<akap>Tu już prymusa zakrzykują inni. ,,Dawid, pokaż się księdzu prefektowi"... ,,Wrona, wyjdź na
środek!"... Niebawem maleńki Wroński, wypchnięty przez kolegów, staje przed księdzem
z wystraszoną, bynajmniej nie bohaterską miną.</akap>


<akap_dialog>--- Niegodziwcze, panie święty! --- wpada na
niego ksiądz prefekt z udaną zawziętością --- jak
mogłeś pozbawić kolegę najpotrzebniejszej części
ciała? Cóż wart uczeń bez głowy? Gdzież on teraz,
niebożątko, pomieści naukę? Przecież jej w kieszeń nie schowa, ani do teki. A tu nadchodzą egzaminy --- a tu Kucharzesio drugoroczny... Oj, Dawidku! Dawidku! Coś ty narobił, panie święty!</akap_dialog>


<akap>Ksiądz ociera czoło czerwonym fularem <pe><slowo_obce>fular</slowo_obce> --- tkanina jedwabna; szal, chustka na szyję a. krawat.</pe> i nie
tracąc miny poważnej, kończy:</akap>


<akap_dialog>--- Słuchajże, Dawidku --- rybko, co ci tu przykazuję. Chociaż Kucharzesio Filistyńczyk, bo Goliat, na żaden sposób bez głowy zostawić go nie
można. Bo i to zważ, panie święty, że gdyby on
promocji nie dostał i na grzyby poszedł, musiałbyś, rybko, koszyk za nim nosić. Pamiętajże. Pamiętajże, rybko, panie święty, że obowiązkiem
jest twoim, abyś mu głowę na powrót przyprawił!</akap_dialog>


<akap>Powszechna wesołość. Śmieją się wszyscy ---
prócz Dawida i Goliata. Ostatni ma minę zakłopotaną i złą; na twarzy pierwszego maluje się wytężenie umysłu. Przejął się słowami księdza prefekta --- rozmyśla nad tym, w jaki sposób rozkaz
usłyszany wypełnić, krzywdę wyrządzoną koledze
naprawić?</akap>


<akap><begin id="b1305059633228-2351823559"/><motyw id="m1305059633228-2351823559">Nauka</motyw>Tymczasem, mimo upału, który rozleniwia i osłabia, wszyscy energicznie uczą się, żeby przy egzaminach nie ,,obciąć się" i roku nie stracić.
,,Ekstra" i ,,palant" poszły w zapomnienie, o ,,gumę strzelającą" nikt Kataryniarza nie pyta --- nawet talenty Welinowicza i Konopki mniejszym, niż zwykle, cieszą się uznaniem. Za to Hefajstos tryumfuje; podczas pauzy wszyscy cisną się do
niego z piórami, których teraz tak wiele się zużywa. Nadążyć nie może z temperowaniem i... z pochłanianiem bułek zewsząd znoszonych.</akap>


<akap>I w Kucharzewskim obudziła się ambicja ---
postanowił za wszelką cenę egzamin złożyć i promocję dostać. Wyrzekł się na kilka tygodni Narwi
i jej ponęt --- całymi godzinami siedzi nad książką
lub kajetem, ciężko dysząc i wzdychając. Uf! Jakże
go męczy gramatyka łacińska! Jakże go wyczerpują ułamki dziesiętne i ,,reguła trzech"<pe><slowo_obce>reguła trzech</slowo_obce> (mat.) --- reguła, według której z danej proporcji a/b = c/d można obliczyć jeden z wyrazów (tzw. czwartą proporcjonalną), gdy pozostałe trzy są dane; np. b = ad/c.</pe>! Zdaje
mu się, że gdyby przepłynął kilka wiorst<pe><slowo_obce>wiorsta</slowo_obce> --- dawna rosyjska jednostka długości równa 1,0668 km.</pe> pod wodę,
lub berlinkę<pe><slowo_obce>berlinka</slowo_obce> --- niewielka, kryta barka rzeczna.</pe> kilka godzin holował, mniej czułby
się znużonym.</akap>


<akap>Nawet na pauzę z klasy nie wychodzi, lecz skulony jak kariatyda<pe><slowo_obce>kariatyda</slowo_obce> --- podpora architektoniczna w kształcie postaci kobiecej dźwigającej na głowie belkowanie, balkon itp.</pe>, powtarza wciąż w kółko, grubym głosem, jedną i tęż samą lekcję, która w żaden sposób utkwić mu w pamięci nie może.<end id="e1305059633228-2351823559"/></akap>


<akap>Jednego dnia, wyjątkowo upalnego, pozwolono
uczniom iść na godzinę do domu. Nauczyciel zachorował, a nie było komu go zastąpić. Jak ptaki,
gdy ujrzą drzwi klatki otwarte, rzucili się chłopcy
do wyjścia. W kilka sekund klasa opustoszała ---
pozostali tylko: Kucharzewski i Wroński.</akap>


<akap>Wroński, nadzwyczaj pilny, korzysta z wolnej
godziny, aby przepisać kilka kart z drogiej, od kolegi pożyczonej książki, na której kupienie był za
biedny. Już prawie całą książkę miał przepisaną
pięknym wyraźnym rondem, którym celuje<pe><slowo_obce>celować</slowo_obce> (daw.) --- wyróżniać się.</pe> i które
raczy pochwalać sam mistrz Welinowicz.</akap>


<akap>Kucharzewski wcisnął się w najdalszy kąt
i zgrzany, spotniały, męczy się nad gramatyką
łacińską.</akap>


<akap>Pochylił swe wielkie ciało --- wyraźnie, choć
niezbyt głośno, czyta:</akap>


<akap_dialog>--- ,,Rzeczowniki na <slowo_obce>is</slowo_obce> są rodzaju żeńskiego".</akap_dialog>


<akap>Przeczytawszy, prostuje się, zamyka oczy i zaczyna jęczeć monotonnie:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1305059850959-1715935226"/><motyw id="m1305059850959-1715935226">Nauka</motyw>--- Rzeczowniki... rzeczowniki... rzeczowniki.
Na <slowo_obce>is...</slowo_obce> na <slowo_obce>is...</slowo_obce> na <slowo_obce>is.</slowo_obce> Są rodzaju żeńskiego... żeńskiego... żeńskiego.</akap_dialog>


<akap>Wbiwszy już sobie w głowę to zdanie, znów
pochyla się, żeby z książki nową szczyptę mądrości zaczerpnąć. Przypomina ptaka pijącego ze źródła.</akap>


<akap_dialog>--- ,,Wyjątek stanowią rzeczowniki: <slowo_obce>vis</slowo_obce><pe><slowo_obce>vis</slowo_obce> (łac.) --- siła, moc.</pe>, <slowo_obce>lapis</slowo_obce><pe><slowo_obce>lapis</slowo_obce> (łac.) --- kamień, bryła.</pe>, <slowo_obce>crinis</slowo_obce><pe><slowo_obce>crinis</slowo_obce> (łac.) --- włos, pukiel włosów.</pe>, <slowo_obce>cannabis</slowo_obce><pe><slowo_obce>cannabis</slowo_obce> (łac.) --- konopie; sznur konopny.</pe>, <slowo_obce>ignis</slowo_obce><pe><slowo_obce>ignis</slowo_obce> (łac.) --- ogień, pożar.</pe>"... Ojoj! Jeszcze nie koniec?... ,,<slowo_obce>Pulvis</slowo_obce><pe><slowo_obce>pulvis</slowo_obce> (łac.) --- proch, proszek.</pe>, <slowo_obce>panis</slowo_obce><pe><slowo_obce>panis</slowo_obce> (łac.) --- chleb.</pe>, <slowo_obce>piscis</slowo_obce><pe><slowo_obce>piscis</slowo_obce> (łac.) --- ryba.</pe>"... Jak Bozię kocham, nie
wytrzymam!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1307371584177-182813049"/><motyw id="m1307371584177-182813049">Pokusa</motyw>Ociera spocone czoło --- ciężko, z głębi piersi
wzdycha. Przez chwilę na jego twarzy maluje się
walka. Niespokojne spojrzenie rzuca w otwarte
okno, za którym widać młode, kwitnące kasztany,
słychać huczenie chrabąszczów, ćwierkanie jaskółek, krzyki chłopców grających w palanta...</akap>


<akap>Wyraz jego twarzy jest taki, jakby chciał powiedzieć:</akap>


<akap_dialog>--- Ej! Rzucę ja to wszystko... do kąpieli pójdę,
potem na ryby... Bierz licho promocję i szkołę!</akap_dialog>


<akap>Zwyciężył pokusę --- oczy odwrócił od okna ---
wzniósł je w górę z wyrazem rezygnacji. Potem
oczy zamyka i znów jęczy...</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Vis</slowo_obce>... <slowo_obce>vis</slowo_obce>... <slowo_obce>vis</slowo_obce>... <slowo_obce>Lapis</slowo_obce>... <slowo_obce>lapis</slowo_obce>... <slowo_obce>lapis</slowo_obce>... <slowo_obce>Crinis</slowo_obce>... <slowo_obce>crinis</slowo_obce>... <slowo_obce>crinis</slowo_obce>...<end id="e1307371584177-182813049"/></akap_dialog>


<akap>Co chwila, to zagląda do książki, to się od niej
oddala, kiwając się, jak Żyd nad Talmudem<pe><slowo_obce>Talmud</slowo_obce> (z hebr. <slowo_obce>talmud</slowo_obce>: nauka) --- religijna księga żydowska, zbiór tradycyjnego prawa judaizmu, początkowo przekazywanego ustnie, komentującego <tytul_dziela>Stary Testament</tytul_dziela> i przystosowującego jego przekaz do zmieniających się czasów; <tytul_dziela>Talmud</tytul_dziela> stał się, obok <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela> hebrajskiej, podstawą judaizmu.</pe>. Idzie
mu ciężko. Ledwie nauczył się trzeciego wyrazu,
już dwa pierwsze ulatują mu z pamięci. Wraca do
nich --- tamten gdzieś mu się zapodział. A tych
wyrazów tak wiele! Prawie pół stronicy zajmują.
Czyż on kiedykolwiek potrafi się ich nauczyć?..</akap>


<akap>Wzdycha, odpoczywa --- znów jęczy:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Cannabis... cannabis... cannabis. Ignis...
ignis... ignis.</slowo_obce> --- To już umiem. A tamte?</akap_dialog>


<akap_dialog>Przypomina sobie i przypomnieć nie może.
Wyfrunęły pewnie otwartym oknem na ulicę bujać się z chrabąszczami, grać w piłkę z dziećmi, śmiać
się i bawić z całym światem...</akap_dialog>


<akap>Ściska czoło obiema dłońmi --- przez długą
chwilę milczy.</akap>


<akap_dialog>--- Kucharzewski!...</akap_dialog>


<akap>Ktoś woła nań cienkim, nieśmiałym głosem.</akap>


<akap>Nie odwracając się, nie otwierając zamkniętych oczu, odpowiada szorstko:</akap>


<akap_dialog>--- Idź sobie --- nie przeszkadzaj!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomogę ci, jeśli pozwolisz...</akap_dialog>


<akap>Odmyka oczy, wpatruje się bystro w poczciwą
zarumienioną twarz Wrońskiego.</akap>


<akap_dialog>--- Oj, pomóż! Pomóż... --- mówi głosem dziwnie spokorniałym. --- Łeb mi pęka, a nic wykuć nie mogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzisz... jest na to sposób. Nauczył mnie
go pewien akademik z Warszawy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakiż to sposób?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ułożono z tych wyjątków --- wierszyk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierszyk?... Do deklamacji?...</akap_dialog>


<akap>Twarz olbrzyma wypogodziła się. Lubi niezmiernie wiersze --- ma szczególną zdolność do zapamiętywania ich i wygłaszania.</akap>


<akap_dialog>--- Posłuchaj więc uważnie.</akap_dialog>


<akap>Malec wypręża się, mówi głosem podniesionym:</akap>


<poezja_cyt><strofa>Trzydzieści sześć na <wyroznienie>is</wyroznienie>/
<slowo_obce>Masculini generis</slowo_obce><pe><slowo_obce>masculini generis</slowo_obce> (łac.) --- rodzaju męskiego.</pe>:/
<slowo_obce>Panis, piscis, crinis, finis</slowo_obce>,/
<slowo_obce>Ignis, lapis, pulvis, cinis</slowo_obce>...</strofa></poezja_cyt>


<akap>Kucharzewski przerywa mu wybuchem śmiechu.</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz, Wrono, że to paradne! Powtórz no

początek.</akap_dialog>


<akap>Wroński powtarza --- on zaraz po nim z zupełną łatwością deklamuje:</akap>


<akap_dialog>--- Trzydzieści sześć na <wyroznienie>is</wyroznienie> --- <slowo_obce>masculini generis</slowo_obce>... Wyborne!... <slowo_obce>panis, piscis, crinis, finis</slowo_obce>... Ha,
ha, ha, Wrono --- daj pyska!<end id="e1305059850959-1715935226"/></akap_dialog>


<akap>Powrócił mu humor; zrywa się, podnosi malca
w górę i w oba policzki ogniście wycałowuje.
Urodzony deklamator zapalił się do wiersza, od razu zatrzymuje w pamięci całe szeregi wyrazów,
nadaje im brzmienie melodyjne --- potem je wygłasza z teatralną gestykulacją, potężnym głosem,
jak odę Naruszewicza.</akap>


<akap>Tegoż dnia, profesor Izdebski wyzwawszy Kucharzewskiego do lekcji, zdumiał się płynnością,
z jaką on wyśpiewał wszystkie co do jednego ,,wyjątki".</akap>


<akap_dialog>--- Bój się Boga, Kucharzesiu! --- mówił, wytrząsając czerwoną chustką, jak sztandarem --- musiałeś dziś prawą nogą wstać z łóżka. Odpowiadasz jak z nut. --- Baczność, uwaga --- jeszcze
nagrodę wziąć możesz!...</akap_dialog>


<akap>I nasmarował mu w ,,katalożku" wielką, dla
całej klasy widoczną, <wyroznienie>piątkę</wyroznienie>.</akap>


<akap>Gdy wracali do domu, olbrzym podskakiwał
z uciechy --- co go czyniło podobnym do tresowanego słonia. Nie mógł też wytrzymać, żeby w jakikolwiek sposób nie okazać wdzięczności koledze.
Wymownym nie był, poprzestał więc na tym, że
go kilkakrotnie ,,poklepał" po plecach.</akap>


<akap>Jakże silnie Wroński odczuł tę ,,pieczątkę"!
Uśmiechał się wprawdzie do kolegi, ale miał łzy
w oczach. Potem przez kilka dni bolała go łopatka.</akap>


<akap>Nazajutrz, Kucharzewski znów się poci, znów
wzdycha, znów stęka. Tym razem nie z łacińskimi
słówkami mocuje się, lecz z arytmetyką. W żaden
sposób nie może dać rady ,,regule trzech", która
przedstawia mu się w postaci jakiejś olbrzymki,
silnej jak Samson<pe><slowo_obce>Samson</slowo_obce> --- postać biblijna, legendarny bohater wojen Izraelitów z Filistynami; obdarzony przez Boga niezwykłą siłą, utracił ją po obcięciu mu włosów przez kochankę, Dalilę; oślepiony przez wrogów, zginął wraz z nimi, w świątyni Dagona w Gazie, gdy obalił podtrzymujące ją słupy.</pe> i Herkules<pe><slowo_obce>Herkules</slowo_obce> (mit. gr.) --- heros grecki; syn Zeusa i Alkmeny, mąż Dejaniry; słynny z 12 prac.</pe> w jednej osobie.</akap>


<akap>Wroński w swoim kąciku przepisuje w dalszym
ciągu drogocenną książkę, śpiesząc, żeby ją skończyć przed egzaminami.</akap>


<akap_dialog>--- Wrona! --- woła nagle olbrzym przez całą
szerokość pustej klasy.</akap_dialog>


<akap>Malec ogląda się.</akap>


<akap_dialog>--- Tyś taki mądry, Wrona --- poradź mi, co
zrobić z tą bestią regułą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecież to łatwe...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale ba!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeśli pozwolisz...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pytasz? Chodź i ratuj!</akap_dialog>


<akap>Po chwili, maleńki Wroński siedzi na kolanach
u wielkiego Kucharzewskiego i cieniutkim głosikiem wykłada teorię arytmetyczną. Wykłada po prostu, przystępnie i tak jakoś przekonywająco, że
olbrzym, dość tępy z natury, wszystko bez trudu
pojmuje i zapamiętuje.</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz, Wrona --- mówi, kończąc tryumfująco zadanie i kreśląc pod nim zamaszystego wykrętasa --- ty mógłbyś być belfrem!</akap_dialog>


<akap>Wroński przyjmuje z uśmiechem te słowa, jako
niezasłużony komplement --- i wraca spokojnie do
przerwanego przepisywania.</akap>


<akap>I tym razem Kucharzewski odpowiada wzorowo z arytmetyki i od nauczyciela, który jest bardzo wymagający, dostaje <wyroznienie>czwórkę z plusem</wyroznienie>. Ale
już teraz sprawca tego cudu na nagrodę nie czeka.
Zmyka czym prędzej do domu, czując, że go jeszcze
zanadto boli łopatka...</akap>


<akap><begin id="b1305060111435-1202303011"/><motyw id="m1305060111435-1202303011">Przyjaźń</motyw>Od tego czasu olbrzym z malcem nie rozłączają się prawie. Codziennie, przed wieczorem,
Wroński przychodzi na stancję do Kucharzewskiego. Celem tych odwiedzin nie jest ani piłka
ani gra w ,,cztery kąty", ,,farby", lub ,,ślepą babkę", lecz --- wspólna nauka. Chłopcy przysposabiają się do egzaminów --- właściwie zaś Kucharzewskiego przysposabia do nich Wroński.</akap>


<akap>W ciągu tych przygotowań, wzajemny stosunek kolegów zmienia się stopniowo do gruntu. Dawniej stanowczą przewagę miał olbrzym, teraz
ona przechodzi nieznacznie do maleńkiego Wrony. Ostatni, któremu przypadła rola mistrza,
przybiera mimo woli w głosie i całym obejściu się
odcień pewnej wyższości --- tamten zaś milcząco
tę wyższość uznaje i głowę przed nią pochyla.</akap>


<akap>Ach! Trzeba widzieć obu chłopców przy lekcji!
Wroński, wspinając się na palce, rysuje kredą
trójkąty i kwadraty na drewnianej ścianie chlewka, zastępującego tablice --- tamten stoi przy nim,
śledząc jak najpilniej oczyma każde poruszenie
kredy, łowiąc wytężonym słuchem najmniejsze
objaśniające słówko.</akap>


<akap>Dochodzi do tego, że Kucharzewski względem
wątłego koleżki zaczyna stawać się nieśmiałym ---
już nie tylko nie nazywa go Wroną, lecz nawet
z trudnością niejaką mówi mu: ,,ty"...</akap>


<akap>Szacunek opiera się w tym razie na przyjaźni
i wdzięczności. Wszakże to tylko dzięki Wrońskiemu, Kucharzewski, dla którego dawniej osobliwością była ,,trójka z minusem" --- składa teraz wszystkie egzaminy na stopień dobry, bardzo
dobry i celujący.<end id="e1305060111435-1202303011"/></akap>


<akap>Niebawem cud wypełnia się do końca. Na popisie publicznym, gromadzącym sam ,,kwiat" miejscowego towarzystwa, inspektor wywołuje Kucharzewskiego, żeby mu wręczyć --- list pochwalny.</akap>


<akap>Olbrzym jest niemal przerażony swym szczęściem. Nieoczekiwany zaszczyt wzrusza go i przygnębia. Idąc po nagrodę, jest tak zgięty i skurczony, że wydaje się prawie małym.</akap>


<akap>Gdy Wroński i Kucharzewski razem powracają
do domu, pierwszy dźwigając czerwoną, wyzłacaną
książkę, drugi zwinięty w trąbkę list pochwalny,
każdy od pierwszego spojrzenia poznaje, że to
przyjaciele. Ale mały Pilades<pe><slowo_obce>Pilades</slowo_obce> (mit. gr.) --- syn Strofiosa, króla Fokidy. Znany z wielkiej przyjaźni ze swoim kuzynem Orestesem, któremu pomógł w zemście na zabójcach jego ojca, Agamemnona.</pe> ma tu widoczną
wyższość nad wielkim Orestesem<pe><slowo_obce>Orestes</slowo_obce> (mit. gr.) --- syn Agamemnona i Klitajmestry, król Myken. Zgodnie z nakazem Apollina pomścił śmierć swojego ojca, zabijając swoją matkę i jej kochanka. Za to był ścigany przez Erynie, boginie zemsty, jako matkobójca.</pe> --- naturalnie
wyższość moralną tylko, gdyż pod względem wzrostu daleko mu do niego.</akap>


<akap>Pochylając się, uniżony, szacunkiem dla młodszego kolegi przejęty olbrzym wygląda, jak słoń
prowadzony przez kornaka<pe><slowo_obce>kornak</slowo_obce> --- indyjski treser słoni.</pe>.</akap>


<akap>Kucharzewski, w imieniu matki swej, zaprasza kolegę na ,,poczęstunek". Biedna wdowa, widząca całą przyszłość swą w synu, jest do łez rozrzewniona dobrocią Wrońskiego i wszystkim, co
on uczynił dla jej jedynaka. Ściska mu ręce,
w głowę go całuje, potem zasadza do nakrytego
stołu, gdzie przygotowała wiosenne przysmaki:
młodą rzodkiewkę, świeże masełko, twaróg ze
szczypiorkiem, jajecznicę...</akap>


<akap>Radość otrzymanych nagród pozbawiła chłopców apetytu --- jednak Wroński, aby nie sprawić
przykrości pani Kucharzewskiej, wszystkiego po trosze próbuje i wszystko wychwala.</akap>


<akap>Kolega odmienia mu talerze, przysuwa półmiski, zachęca do jedzenia. Ogromną ma ochotę ,,poklepać" Wrońskiego po plecach --- ale spojrzawszy na swą olbrzymią łapę i wątle barki kolegi,
odpędza od siebie tę pokusę.</akap>


<akap>Wprost chłopców siedzi matka olbrzyma, kobiecina niewielkiego wzrostu z żółtą, chorobliwą
twarzą. Nic nie mówi, tylko uśmiecha się, wzdycha i wzrok rozpromieniony przenosi co chwila
z jednego na drugiego. Nieustannie też chustkę do
oczu przykłada.</akap>


<akap>Po śniadaniu pani Kucharzewska prosi Wrońskiego do ogródka, gdzie rosną dynie --- przedmiot jej szczególnej troskliwości i dumy. Owoc
ich zielony jeszcze, niewielki, wymaga kilku miesięcy do zupełnego dojrzenia. Prosi Wrońskiego,
żeby sobie wybrał najpiękniejszą i najokazalszą
z młodych dyń --- potem na tej dyni, wyjętą z włosów szpilką, wykłuwa jego cyfrę i datę.</akap>


<akap_dialog>--- Po wakacjach, niech pan Edzio po swoją
dynię przyjdzie. Będzie wówczas o!... taka... ---
pokazuje, ręce szeroko rozkładając --- a żółciutka
jak złoto dukatowe...</akap_dialog>


<akap>Nazywa Wrońskiego ,,panem Edziem", dotąd
zaś mówiła mu wprost: --- ,,Edziu"...</akap>


<akap>Chłopcy zapominają na chwilę o powadze potrzebnej ,,laureatom" i zaczynają biegać po ogródku, jak rozhasane na łące źrebce. Potem Kucharzewski chwyta Wrońskiego na ręce i obnosi dokoła, okrywając pocałunkami.</akap>


<akap>A pani Kucharzewska patrząc na to, uśmiecha
się i łzy ociera.</akap>


<akap>...Spełniła się przepowiednia profesora Luceńskiego i życzenie księdza prefekta.</akap>


<akap>Dawid uciął Goliatowi głowę --- a potem mu ją
na powrót przyprawił.</akap>








<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>IX. ,,Stancje"</naglowek_rozdzial>



<akap>Więcej niż połowa uczniów szkoły P-skiej<pe><slowo_obce>szkoły P-kiej</slowo_obce> --- Wiktor Gomulicki spędził dzieciństwo w Pułtusku i tam chodził do szkoły. Zapewne jednak chciał, aby jego opowiadania o szkole miały charakter bardziej uniwersalny, a nie tylko osobisty, i dlatego zaszyfrował w tekście <wyroznienie>Pułtuskiej</wyroznienie> jako <wyroznienie>P-kiej</wyroznienie>.</pe>
pochodzi ze wsi. Są to synowie obywateli ziemskich, dzierżawców, oficjalistów<pe><slowo_obce>oficjalista</slowo_obce> (daw.) --- zarządca prywatnego majątku ziemskiego.</pe> i drobnej, zagonowej szlachty. Włościanie jeszcze nie odważają
się posyłać dzieci do szkół --- jednak już o tym niejeden przemyśliwa<pe><slowo_obce>przemyśliwać</slowo_obce> --- rozmyślać, rozważać coś.</pe>.</akap>


<akap><begin id="b1305221306905-2324015199"/><motyw id="m1305221306905-2324015199">Opieka</motyw>Przybysze ze wsi na czas nauki szkolnej zamieszkują przy rodzinach mieszczańskich, czyli --- jak się mówi powszechnie --- ,,stoją na stancji".</akap>


<akap>Stancje w P. są urządzane patriarchalnie,
w sposób niewiele zapewne zmieniony od czasów
jezuickich<pe><slowo_obce>od czasów jezuickich</slowo_obce> --- w latach 1565--1773 duża część szkół w Polsce była prowadzona przez zakon jezuitów. Po 1773 r. zakon jezuitów w Polsce skasowano, a szkoły przejęła Komisja Edukacji Narodowej.</pe>. Wszystkie znajdują się pod ścisłą kontrolą zwierzchności szkolnej; bardziej zaludnione
posiadają nadto swego ,,dozorcę", wybieranego
spośród uczniów najstarszych, piątoklasistów.</akap>


<akap>Opieką nad uczniami, czyli według utartego
wyrażenia, ,,trzymaniem uczniów na stancji" zajmują się przeważnie wdowy niezamożne. Mała
ilość chłopców, synów bogatszych obywateli, mieszka u profesorów. Ci chłopcy odznaczają się przyzwoitszym wyglądem i statecznością, uczą się dobrze i dostają promocję --- ale na ich twarzach
maluje się zawsze nuda.</akap>


<akap>Inni za to, choć im często brakuje guzika
u mundurka, choć daszki słabo trzymają się ich
czapek, a czupryny wyrastają do zabronionej regulaminem szkolnym długości --- są weseli, pełni
życia i prawdziwie chłopięcego animuszu<pe><slowo_obce>animusz</slowo_obce> --- odwaga, zapał.</pe>.<end id="e1305221306905-2324015199"/></akap>


<akap>Całą połać<pe><slowo_obce>połać</slowo_obce> --- duży fragment przestrzeni.</pe> ulicy Benedyktyńskiej wprost ogrodu, klasztoru i gmachu szkolnego zajmują małe,
drewniane, parterowe domki, w których mieszczą
się stancje. Nie brak stancji i w innych stronach miasta, tu wszakże jest ich główne ognisko.</akap>


<akap>Dwojakie są warunki, na których przyjmuje
się uczniów na stancję. Różnice między nimi wyraźnie określają wyrażenia: ,,z wiktem" i ,,bez
wiktu", albo: ,,na własnym wikcie".</akap>


<akap>Kategoria pierwsza otrzymuje od ,,gospodyni"
wszystko: mieszkanie, jedzenie, opranie, opiekę
macierzyńską i dozór nad nauką.</akap>


<akap>Kategoria druga wyłącza z tej listy jedzenie,
Pozycję nadzwyczaj ważną, pierwszorzędną.</akap>


<akap><begin id="b1307954447365-2852646803"/><motyw id="m1307954447365-2852646803">Jedzenie</motyw>Chłopcy na ,,własnym wikcie" przywożą ze
sobą ze wsi worki kaszy, mąki i grochu, połcie<pe><slowo_obce>połeć</slowo_obce> --- duży kawał słoniny lub mięsa.</pe> słoniny oraz wielkie bochny chleba razowego. To
wszystko oddają ,,pod rachunkiem" gospodyni, lub
też trzymają we własnych, zamkniętych skrzyniach, wydzielając codziennie tyle tylko, ile potrzeba na śniadanie, obiad i wieczerzę.</akap>


<akap>O herbacie, kawie, kakao, czekoladzie i tym podobnych ,,babskich" wykwintach na zwykłej stancji nie słychać. Rano pija się tam żur --- latem
zimny, w zimie gorący; <slowo_obce>intermezza<pe><slowo_obce>intermezzo</slowo_obce> (wł.) --- przerwa.</pe></slowo_obce> między obiadem i wieczerzą wypełnia się --- razowcem.</akap>


<akap>Każdy z uczniów stojący na stancji posiada tak
zwaną ,,skrzynkę". Jest to kufer drewniany, na
kłódkę zamykany, u dołu węższy niż u góry, z wiekiem wypukłym, półokrągłym. Ten sprzęt, kupowany zwykle na jarmarku, odznacza się odrębnym
miejscowym stylem, uwydatniającym się najbardziej w zdobiącym go malowaniu.</akap>


<akap>,,Skrzynki" bywają stale: albo barwy ceglanej
z żółtymi i zielonymi kwiatami, albo zielonej
z kwiatami czerwonymi. Trzeba mieć zdrowe oczy
i krzepkie nerwy, żeby się bezkarnie w to malowidło wpatrywać. Są tacy, co od tego bólu zębów
dostają...</akap>


<akap>Niewiele miejsca zajmują w skrzynce: odzież, bielizna i książki; główną jej zawartość stanowią --- wiktuały. Zwykle zapas tych wiktuałów w ciągu roku szkolnego odnawia się trzykrotnie: po wakacjach, po Bożym Narodzeniu i po Wielkanocy. Nic też dziwnego, że przy końcu kwartału właściciele skrzynek do dzielenia swego chleba i sera używać muszą już nie noży i scyzoryków, lecz --- siekiery.</akap>


<akap>Zanim wiejski ,,knot" pozna doskonalsze, duchowe rozkosze, jakie daje nauka, czytanie książek, rozmowa z kolegami itp., najprzyjemniejszym dla niego czasem jest ten, który spędza przy otwartej skrzynce. Gdy jest samolub, czyni to
wówczas dopiero, gdy towarzysze zasną; w przeciwnym razie nie tylko od towarzystwa nie ucieka,
lecz owszem sam się o nie stara.</akap>


<akap>Na początku każdego kwartału można słyszeć
umawiających się chłopców:</akap>


<akap_dialog>--- Dziś idziemy do Mieszka. Ma szynkę i placek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nic --- ale Wicek przywiózł baumkucha<pe><slowo_obce>baumkuch</slowo_obce> (niem.) --- sękacz.</pe>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie powąchasz go. Wicek skąpiec!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapraszam was na babkę puchową.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja na zimną cielęcinę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Te, Pietrek! Podobno masz ser z kminkiem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bo co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może się zamienisz? Dam ci miodu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przynieś --- zobaczę.</akap_dialog>


<akap>Przy otwartych skrzynkach rodzą się najczulsze afekty, zawiązują najtrwalsze przyjaźnie.<end id="e1307954447365-2852646803"/> Na
wędkę wiejskich przysmaków dają się łowić nawet Katonowie<pe><slowo_obce>Kato</slowo_obce> --- Katon Starszy, Marcus Porcius Cato, zwany Cenzorem (234--149 p.n.e.), rzymski mąż stanu, mówca i pisarz; zdolny wódz i administrator; obrońca starorzymskich cnót obywatelskich, znany z wielkiej surowości obyczajów i pracowitości.</pe> szkolni. Niezłomny Żebrowski, syn
nauczyciela historii, ogryzając udo pieczonego indyka, ofiarowane mu przez kolegę Szymczaka,
mówi z błyszczącymi od tłuszczu policzkami:</akap>


<akap_dialog>--- Co do chronologii, to już ty się, głupi, nie
bój! Jak cię <slowo_obce>fater<pe><slowo_obce>fater</slowo_obce> (z niem.) --- ojciec.</pe></slowo_obce> wyrwie, patrz tylko na mnie:
każdą datę na palcach ci pokażę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ostatni stopień w katalożku<pe><slowo_obce>katalożek</slowo_obce> --- tu: notatnik nauczycielski z ocenami.</pe> widziałeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widziałem. Postawił ci <wyroznienie>fatrowski</wyroznienie> tróję z minusem.</akap_dialog>


<akap>--- O rety! To tyleż co dwója. Że też to tego diablego <wyroznienie>minusa</wyroznienie> skasować nie można!</akap>


<akap>Żebrowski sięgając po świeżo ukrajany łom
wybornej babki waniliowej, mruży filuternie oko...</akap>


<akap_dialog>--- Ehe!... A od czego guma?...</akap_dialog>


<akap>Jednak na stancjach zajmują się nie tylko
opróżnianiem zapasów skrzynkowych.</akap>


<akap>Oto na przykład ostatni miesiąc roku szkolnego,
pora przedegzaminowa, uroczysta, przejmująca
wszystkich powagą i strachem.</akap>


<akap>Zajrzyjmy do którejkolwiek liczniejszej stancji --- ot, choćby do tej w Rynku, utrzymywanej
przez panią Pórzycką, osobę okazałej tuszy, z policzkami kwitnącymi zdrowiem, które zdaje się
udzielać sympatycznie i pupilom jej, dobrze odżywianym, wesołym i zawsze gotowym do figlów
i bójki.</akap>


<akap>Pani Pórzycka mieszka w domu małym, bardzo małym, zupełnie do jej figury niedopasowanym. Trudno zrozumieć, jak w tych kilku niskich,
w ziemię zasuniętych izdebkach może pomieścić się z tyloma ,,żbikami", nie licząc dwóch sióstr, jednej siostrzenicy, jednej dziewki służebnej i całego stada kur, sypiających w sieni, w kuchni, po trosze także we wszystkich bez wyjątku izbach.
Zdaje się, że wytłumaczenie tego cudu mieści się w dwóch właściwościach jej charakteru: jest wyrozumiała na wybryki młodości i --- nie żałuje swym pensjonariuszom ,,wiktu".</akap>


<akap>Jednak w to gorące, czerwcowe popołudnie najwyrozumialszym nawet stało się zbyt ciasno i duszno. Zabrali książki i wylegli na podwórko oraz
do małego warzywnego ogródka.</akap>


<akap>Powietrze jest pełne zapachu brzóz i czeremchy, brzęku komarów i muszek. Nad małym podwórkiem wisi olbrzymia, bezdenna otchłań czystego jak kryształ błękitu. Zdaje się, że z nieba
i ziemi, z dalekich pól, łąk i borów płyną głosy
wzywające do odpoczynku, do marzeń, do nasycania się niezrównanymi czarami wiosny i młodości...</akap>


<akap>Chłopcy rozłożyli książki, uszy zakryli dłońmi
i krzyczą na całe gardło, jakby chcieli owe głosy
kuszące zakrzyczeć.</akap>


<akap>Zakrzykują wiosnę i zakrzykują nawzajem siebie samych.</akap>


<akap>Jeden siedzi na niskim daszku obórki; drugi
na przystawionej do ściany drabince; trzeci urządził sobie siedzenie między uschłymi konarami
starej jabłoni; czwarty wlazł na górkę stajenną,
położył się z książką na sianie, głowę dymnikiem<pe><slowo_obce>dymnik</slowo_obce> --- przewód a. otwór wentylacyjny.</pe>
wychyla; piątego licho zaniosło aż na dach domku --- co prawda, parterowego tylko --- gdzie zucha udaje, choć mu dym z komina kręci w nosie
jak tabaka.</akap>


<akap>Żadna z dam nerwowych nie wytrzymałaby
w tym wrzasku ani minuty. Niczym cheder<pe><slowo_obce>cheder</slowo_obce> --- żydowska szkoła elementarna o charakterze religijnym, przeznaczona dla chłopców.</pe>, ani
gęsiarnia. Ale pani Pórzycka stoi przy obórce ze
spokojną, wypogodzoną, uśmiechniętą twarzą, pilnuje dziewki dojącej krowę i wydaje polecenia
dotyczące podwieczorku.</akap>


<akap><begin id="b1305221755955-2299860163"/><motyw id="m1305221755955-2299860163">Nauka</motyw>Nad jej głową, na kształt kartaczów, przelatują
urywane, krzyżujące się zdania:</akap>


<akap_dialog>--- Meklemburg-Strelitz, miasto stołeczne Strelilz!... Meklemburg-Szwerin, miasto stołeczne
Szwerin!... Hessen-Darmstadt... Sachsen-Weimar!... Badeńskiel... Toskańskie!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siedm krów chudych pożarło siedm krów
tłustych!... Siedm krów tłustych pożarło siedm
krów chudych!... Siedm krów chudych!... Siedm
krów tłustych!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Nominativ: das Buch<pe><slowo_obce>Nominativ: das Buch</slowo_obce> (niem.) --- mianownik: książka.</pe></slowo_obce>... <slowo_obce>das Buch</slowo_obce>... <slowo_obce>das
Buch</slowo_obce>... <slowo_obce>Genitiv: des Büches<pe><slowo_obce>Genitiv: des Büches</slowo_obce> (niem.) --- dopełniacz: książki.</pe></slowo_obce>... <slowo_obce>des Büches</slowo_obce>... <slowo_obce>des Büches</slowo_obce>... <slowo_obce>Dativ<pe><slowo_obce>Dativ</slowo_obce> (niem.) --- celownik.</pe></slowo_obce>...</akap_dialog>


<akap>Szymczak, kołysząc się na gałęziach, wykuwa
monotonnym głosem historię powszechną ---
opuszczając daty, na zasadzie konwencji zawartej z Żebrowskim.</akap>


<akap>Nad tym całym chórem panuje przenikliwy
dyszkant<pe><slowo_obce>dyszkant</slowo_obce> --- wysoki, piskliwy głos.</pe> Gembarzewskiego, który na szczycie dachu, w sąsiedztwie komina, skanduje bajkę Fedra<pe><slowo_obce>Fedrus</slowo_obce>, własc. <slowo_obce>Phaedrus</slowo_obce> (15 p.n.e.--50 r. n.e.) --- bajkopisarz rzymski; wyzwoleniec; tłumacz i naśladowca Ezopa, twórca bajki jako odrębnego gatunku literackiego w literaturze łac.</pe>:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ad rivum eundem Lupus et Agnus venerant<pe><slowo_obce>Ad rivum eundem Lupus et Agnus venerant</slowo_obce> (łac.) --- Nad ten sam potok przyszli Wilk i Baranek...</pe></slowo_obce>...</akap_dialog>


<akap>Przeróżne dziwy z tą bajką wyprawia. To ją
śpiewa na nutę krakowiaka, to deklamuje tonem
na przemian: groźnym, błagalnym, wesołym, jęczącym... Wyrazy najfantastyczniej przerywa,
a potem wiąże ze sobą...</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ad-ri-vum-e</slowo_obce>.. <slowo_obce>ad-ri-vum-e</slowo_obce>... <slowo_obce>Un-dem-lu</slowo_obce>...
<slowo_obce>un-dem-lu</slowo_obce>... <slowo_obce>Pus-et-a</slowo_obce>... <slowo_obce>pus-et-a</slowo_obce>... <slowo_obce>Gnus-ve-ne</slowo_obce>...
<slowo_obce>gnus-ve ne</slowo_obce>... <slowo_obce>Rrrant</slowo_obce>! <slowo_obce>rrrant</slowo_obce>!... <slowo_obce>rrrant</slowo_obce>!<end id="e1305221755955-2299860163"/></akap_dialog>


<akap>Stancje znajdują się pod nadzorem zwierzchności szkolnej. Co pewien czas, to ten, to inny
z nauczycieli zachodzą tam, aby sprawdzić: czy
wszystko w porządku. Wszelkie dostrzeżone
uchybienia są zapisywane do specjalnej ,,księgi
wizyt", którą następnie ogląda i poświadcza inspektor.</akap>


<akap>Znaczniejsza ilość złych świadectw może spowodować zamknięcie stancji i odebranie prawa
utrzymywania uczniów.</akap>


<akap>Do przestępstw najbardziej zawzięcie tropionych i najsurowiej karanych należy picie trunków i palenie tytoniu. Do mniej ciężkich: przebywanie poza
stancją w czasie przeznaczonym na uczenie się
lekcji. Do tolerowanych: przewracanie koziołków
na pościeli i granie w piłkę.</akap>


<akap>Starsi uczniowie, golący się scyzorykiem i używający pomady<pe><slowo_obce>pomada</slowo_obce> --- środek kosmetyczny do smarowania włosów dla nadania im połysku i miękkości.</pe> ,,topolowej", lubią czasem w ukryciu wypić kieliszek likieru i zaciągnąć się dymem tytoniowym. Czynią to głównie dla stwierdzenia swej dojrzałości, w którą świat jakoś nie
bardzo chce uwierzyć...</akap>


<akap>Te dwie rzekome przyjemności są w gruncie
rzeczy dwiema obrzydliwościami. Jeśli chłopcy
ubiegają się za nimi, to podobno dlatego tylko,
że należą do zabronionych.</akap>


<akap>Trudno uwierzyć, żeby komuś, mającemu normalne zmysły, mogła zasmakować zwyczajna gorzałka, zaprawiona sokiem z buraków i melasą<pe><slowo_obce>melasa</slowo_obce> --- gęsty, ciemnobrunatny syrop, produkt uboczny przy wyrobie cukru.</pe>,
albo żeby z upodobaniem wciągał w siebie dym
gryzący z mocnego, ordynarnego tytoniu, zawiniętego w gruby papier, wydarty z brulionu.</akap>


<akap>Gdyby inspektor zamiast sadzać tych uczniów
do kozy, kazał im za karę pić ów likier i palić owe
papierosy, uciekaliby z pewnością przed jednym
i drugim, jak pies przed kijem. Ale że to był owoc
zakazany, więc go spożywali łakomie, choć im niesmak usta wykrzywiał.</akap>


<akap>Cały dowcip chłopców wysila się na to, żeby
dozorcy szkolnemu nie dać się przyłapać na gorącym uczynku. Zwykle, gdy kieliszek i tytoń pojawiają się na stole, przed bramą któryś z młodszych uczniów stoi ,,na pikiecie<pe><slowo_obce>pikieta</slowo_obce> --- tu: posterunek.</pe>".</akap>


<akap>Jednak te środki ostrożności nie zawsze pomagają. Są nauczyciele, co podejść się nie dadzą; są
inni, którzy sami posługują się podejściem.</akap>


<akap><begin id="b1305221957249-3523635773"/><motyw id="m1305221957249-3523635773">Nauczyciel</motyw>Najtrudniej uniknąć śledczych pościgów Salamonowicza, nauczyciela matematyki.</akap>


<akap>Ten niewielki człowieczek umie najprzebieglejszych wyprowadzić w pole.</akap>


<akap>,,Pikieta" alarmuje na przykład obóz krzykiem:</akap>


<akap_dialog>--- Salamon idzie!</akap_dialog>


<akap>W mgnieniu oka nikną papierosy i przysmaki --- wszyscy w skupieniu ducha kiwają się nad
otwartymi książkami.</akap>


<akap>,,Pikieta" wraca na stanowisko.</akap>


<akap>Po kilku chwilach nowa uspokajająca wiadomość:</akap>


<akap_dialog>--- Salamon minął bramę --- poszedł w rynek --- skręcił na Warszawską...</akap_dialog>


<akap>Niebezpieczeństwo zażegnane. Sok buraczany
z melasą i gryzący ,,drajkenig<pe><slowo_obce>drajkenig</slowo_obce> --- gatunek tytoniu.</pe>" w bibule tryumfalne na stół wracają. ,,Pikiety" ściągnięte, obóz oddaje się swobodnej, niczym nie krępowanej zabawie.</akap>


<akap>Nagle drzwi otwierają się cichuteńko --- we
drzwiach staje niewielka postać w czapce
z gwiazdką, w krótkim, niewielkim płaszczyku,
zwanym ,,ponszo", bez wąsów i brody, z siwiejącymi faworytami.</akap>


<akap>Postać wykonywa ruch, wyrażający razem:
przerażenie i zawstydzenie i mówi łagodnym,
śpiewnym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Ooo!... nie można!</akap_dialog>


<akap>Chłopcy stają wyprostowani, usiłując zasłonić
sobą dowody przestępstwa. Zanim nauczyciel zdążył zdjąć czapkę i rozpiąć ,,ponszo", już papierosy
w towarzystwie kieliszka powędrowały przez
otwarte okno do ogródka.</akap>


<akap_dialog>--- Nie można... nie można... --- powtarza Salamonowicz, kręcąc się po pokoju.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co takiego, panie psorze? --- pyta najspokojniej w świecie Szymczak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lekceważenie przepisów... ruina zdrowia...
bezeceństwo!... Nie można... stanowczo nie można.<end id="e1305221957249-3523635773"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czego pan psor od nas chce? Myśmy nic
złego nie robili!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic złego?... Ha, ha!... A to co?</akap_dialog>


<akap>Wysuwa długi nos, zaczyna wciągać powietrze.
Uczniowie idą za jego przykładem. Przez chwilę
odbywa się ogólne węszenie.</akap>


<akap_dialog>--- Dym... co?... Dym! A wy mówicie: nic złego...
Ha, ha, ha!...</akap_dialog>


<akap>Śmieje się krótkim, urywanym, pełnym wewnętrznego zadowolenia śmiechem.
Siada przy stole, ręce zaciera.</akap>


<akap_dialog>--- Proszę cię, kochaneczku --- zwraca się do
Szymczaka --- podaj mi z łaski swej ,,księgę"...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Księga u gospodyni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pofatyguj się, chłoptysiu, do pani Pórzyckiej, powiedz, że pan ,,nadzorca" kłania się pięknie i o ,,księgę" prosi.</akap_dialog>


<akap>Najstarszy z uczniów, Łaguna, występuje na
środek.</akap>


<akap_dialog>--- O cóż pan psor posądza?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Paliliście... A to nie można... nie można...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I cóż to paliliśmy podług pana profesora?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ooo!... to już bagatela. Może <slowo_obce>gelb wirginien</slowo_obce>...
może ,,<slowo_obce>drajkenig</slowo_obce>"... może ,,turecki mocny"...</akap_dialog>


<akap>Łaguna przybiera minę obrażonej niewinności.</akap>


<akap_dialog>--- Pan profesor jest w błędzie. Myśmy palili ---
trociczki<pe><slowo_obce>trociczka</slowo_obce> --- pręcik lub stożek wykonany z wonnej masy, używany jako kadzidło.</pe>.</akap_dialog>


<akap>Wchodzi pani Pórzycka --- uśmiechnięta, dygająca.</akap>


<akap_dialog>--- A, pan <wyroznienie>prefesor</wyroznienie>... Jakie szczęście!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Witam kochaną panią i --- proszę o książeczkę!... Będę miał przyjemność zapisać <slowo_obce>malam notam</slowo_obce><pe><slowo_obce>mala nota</slowo_obce> (łac.) --- zła ocena, uwaga; tu B. lp <slowo_obce>malam notam</slowo_obce>: złą ocenę.</pe>...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Święty Pafnucy!... A cóż to się stało?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chłopczyki palili... Tak nie można... I to już
po raz drugi... Kochana pani Pórzycka otrzyma
wezwanie do inspektora. Stancja może być
zamknięta...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Agnieszka! Nakryj no w ogródku --- tu zaduch... Pan <wyroznienie>prefesor</wyroznienie> pozwoli na poziomki ze śmietaną...</akap_dialog>


<akap>Posuwa się ku maleńkiemu nauczycielowi
i swą olbrzymią postacią prawie wypycha go z pokoju.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ nie można... nie można... --- mówi Salamonowicz, cofając się tyłem przed otyłą niewiastą. --- Lekceważenie przepisów... ruina zdrowia...
przy tym po raz drugi...</akap_dialog>


<akap>W ogródku zasadziwszy nauczyciela do salaterki z poziomkami, pani Pórzycka objaśnia jakby
tylko nawiasem:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1307438505537-2870236000"/><motyw id="m1307438505537-2870236000">Kłamstwo</motyw>--- A wedle owego dymu... to pan <wyroznienie>prefesor</wyroznienie> ,,powsiadł" na tych biedaków <wyroznienie>przez<pe><slowo_obce>przez</slowo_obce> (gw.) --- bez.</pe></wyroznienie> nijakiej racji...
Piec u mnie dymi i swąd do uczniowskiej izby zalatuje --- a panu <wyroznienie>prefesorowi</wyroznienie> Bóg wie co się wydało...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Swąd?... Łaguna powiedział, że --- trociczki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eeee... to tylko tak <wyroznienie>bez<pe><slowo_obce>bez</slowo_obce> (gw.) --- przez.</pe> delikatność</wyroznienie>!</akap_dialog>


<akap>Burza zdaje się zażegnana. Ale nauczyciel zachowuje się dziwnie niespokojnie. Można by sądzić,
że o wiele więcej od poziomek i śmietany, zajmują
go... chwasty rosnące w ogródku.</akap>


<akap>Tym chwastom przygląda się długo, długo...</akap>


<akap>Nagle wstaje, wydobywa chustkę, ociera spocone czoło, postępuje kilka kroków, chustkę upuszcza, podnosi ją i pośpiesznie chowa do kieszeni.</akap>


<akap>Po chwili najuprzejmiej dziękuje za poziomki i najsłodziej prosi o ,,księgę wizyt". Musi w niej, według zwyczaju, ślad bytności swej pozostawić. Czyni to szybko, księgę zamyka i na dygania pani Pórzyckiej odpowiadając najuniżeńszymi ukłonami, z pośpiechem stancję opuszcza.</akap>


<akap>Po jego odejściu pozostali odczytują świadectwo tej treści:</akap>


<akap>,,Podczas dzisiejszej wizyty odkryłem karygodne nieporządki. Starsi uczniowie palili tytoń i pili
słodką wódkę. <slowo_obce>Corpora delicti<pe><slowo_obce>corpus delicti</slowo_obce> (łac.) --- dowód przestępstwa; tu B. lm <slowo_obce>corpora delicti</slowo_obce>: dowody przestępstwa.</pe></slowo_obce> pod postacią nadtłuczonego kieliszka od wódki i niedopałków <wyroznienie>papirusowych</wyroznienie>, wydobywszy z pokrzyw, gdzie były
podstępnie ukryte, zabrałem ze sobą. Lekceważenie przepisów i ruina zdrowia na stancji wielmożnej pani Pórzyckiej dochodzą do granic niemożliwych. Władza będzie wiedziała, jak z tym postąpić".<end id="e1307438505537-2870236000"/></akap>


<akap><begin id="b1307954533653-2824568619"/><motyw id="m1307954533653-2824568619">Obyczaje</motyw>,,Nieporządki" nie na wszystkich stancjach panują.</akap>


<akap>Jedna z nich stała się głośna stąd, że wychowuje niemal zawodowo kandydatów na księży.</akap>


<akap>Panuje tam zawsze cisza klasztorna; gospodyni
jest tercjarką<pe><slowo_obce>tercjarka</slowo_obce> --- kobieta należąca do tercjarstwa, organizacji w kościele katolickim zrzeszającej osoby świeckie, związanej z określonym zakonem.</pe>; z każdych drzwi wyziera obrazek Matki Boskiej, przy każdym wyjściu wisi naczyńko
z wodą święconą. W każde święto uczniowie wraz z domownikami odczytują głośno żywoty świętych i śpiewają pieśni nabożne.</akap>


<akap>Uczniowie, opuszczający tę stancję, prawie
zawsze wstępują do seminarium.</akap>


<akap>Inne stancje mają nastrój artystyczny. Słychać
tam zawsze gamy i ,,egzercycje<pe><slowo_obce>egzercycja</slowo_obce> (z łac. a. z fr.) --- ćwiczenie, wprawka.</pe>", wygrywane na
fortepianie, skrzypcach i flecie --- niekiedy na
wszystkich instrumentach razem. Częstym tam
gościem jest profesor Effenberger, którego energiczne ,,raz, dwa!... raz, dwa"!... w letnie wieczory,
przy oknie otwartym, rozlega się donośnie po pustej uliczce.</akap>


<akap>Stancji, na których by w szerszym zakresie zajmowano się czytaniem książek, literaturą, nauką,
w miasteczku nie ma. Mały tam jest jeszcze dostęp
i wpływ słowa drukowanego.</akap>


<akap>Gazety czytają tylko osoby starsze i to w liczbie
bardzo ograniczonej. Między młodzieżą krążą
w nielicznych, podartych, wytłuszczonych, zdefektowanych egzemplarzach tłumaczone powieści
Aleksandra Dumas<pe><slowo_obce>Aleksander Dumas</slowo_obce> ojciec (1802--1870) --- pisarz francuski; autor licznych, barwnych powieści historyczno-przygodowych (<tytul_dziela>Trzej muszkieterowie</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Hrabia Monte Christo</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Królowa Margot</tytul_dziela>) oraz dramatów (<tytul_dziela>Antony</tytul_dziela>).</pe>, Eugeniusza Sue<pe><slowo_obce>Eugeniusz Sue</slowo_obce> (1804--1857) --- pisarz francuski; autor bardzo popularnych sensacyjnych powieści z życia najuboższej ludności Paryża (<tytul_dziela>Tajemnice Paryża</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Żyd wieczny tułacz</tytul_dziela>), które wywarły wpływ na nastroje polityczne w przededniu rewolucji 1848.</pe> i --- Pawła de
Kock<pe><slowo_obce> Paweł de Kock</slowo_obce> (1793--1871) --- pisarz francuski; twórca licznych, popularnych powieści (<tytul_dziela>Pani Tapin</tytul_dziela>), także melodramatów i wodewilów.</pe>.</akap>


<akap>Za to w każdej bez wyjątku stancji codziennie
o szarej godzinie drżą ściany i brzęczą szyby od
wrzaskliwego chóru:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="5">Pijmy zdrowie Mickiewicza!</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5">On nam słodkich chwil użycza!...<end id="e1307954533653-2824568619"/><pe><slowo_obce>Pijmy zdrowie Mickiewicza!</slowo_obce> --- fragment pieśni filaretów, tajnego stowarzyszenia patriotycznego młodzieży wileńskiej, założonego przez studentów i absolwentów Uniwersytetu Wileńskiego.</pe></wers_wciety></strofa></poezja_cyt>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>X. Kąpiele i katastrofy</naglowek_rozdzial>



<akap><begin id="b1305222433917-2298986638"/><motyw id="m1305222433917-2298986638">Przestrzeń, Rzeka</motyw>Gdyby mieszkańcowi P. powiedział kto, że są
miasta pozbawione rzek, leżące nad wąskimi, błotnistymi strugami, lub nawet zmuszone czerpać
wodę wyłącznie ze studzien --- nie uwierzyłby;
uwierzywszy zaś --- przeraziłby się.</akap>


<akap>Czy można żyć bez sąsiedztwa rzeki? Nie widzieć wspaniałych zachodów słońca, odbijających
się w wodzie; nie słyszeć rytmicznego plusku fal;
nie czuć tchnień świeżych, idących od chłodnej
toni; nie móc pływać łodzią, kąpać się o każdej
porze dnia, rzucać na fale wianków i gonić wzrokiem za odpływającymi, aż w dali błękitnej przepadną --- ach! To okropne!</akap>


<akap>Mieszkańcom P. nie braknie wody. Narew
dwiema odnogami, niby dwojgiem ramion, do
uścisku wyciągniętych, opasuje i oplata miasteczko. Rzeka obmywa mury starego zamku i miejskie ogrody; wrzyna się w cichą, do przechadzek
służącą ulicę, aby utworzyć przystań spokojną dla
berlinek<pe><slowo_obce>berlinka</slowo_obce> --- niewielka, kryta barka rzeczna.</pe>; przepływa środkiem miasta, przegradzając falą, a łącząc mostami dwie jego dzielnice;
obraca koła młyńskie, dźwiga prom, unosi rybackie łodzie i czółenka<pe><slowo_obce>czółenko</slowo_obce>, zdr. od <slowo_obce>czółno</slowo_obce> --- łódź wydrążona z jednego pnia.</pe>.</akap>


<akap>Obecność rzeki czuje się nieustannie, nawet gdy
się jej nie widzi. Któż to, jeśli nie ona w chłodne
ranki i wieczory, nawiewa na miasteczko mlecznobiałe i opalowe<pe><slowo_obce>opalowe</slowo_obce> --- tu: mieniące się kolorami tęczy jak opal.</pe> mgły; gdzież, jeśli nie w płytkich
jej zatoczkach, nocami wiosennymi rechoczą żaby
tak głośno, że spracowanym mieszczuchom spać
nie dają; skądże, jeśli nie z jej nurtów pochodzi to
mnóstwo ryb, którymi w dnie piątkowe zasypane
są wszystkie targi!</akap>


<akap>W tych warunkach, jakże tu mogą nie kwitnąć
wodne sporty, rybołówstwo, wioślarstwo, kąpiele. Uczniowie oddają się im ze szczególną namiętnością --- poświęcając, zwłaszcza kąpielom,
wszystkie wykradzione nauce chwile.<end id="e1305222433917-2298986638"/></akap>


<akap>Kąpią się po trosze wszędzie, jak kaczki ---
w dwóch wszakże miejscach pluszczą się ze szczególnym upodobaniem: w bliskości młynów, gdzie
woda posiada pożądaną głębokość, oraz na Kępie
Wierzbinowej, gdzie drzewa dają cień przyjemny
i gdzie są duże ławice piasku, na których w upał,
po wyjściu z kąpieli, można się wygrzewać na
słońcu na podobieństwo jaszczurek.</akap>


<akap>Rej tu wodzi Kucharzewski, pierwszorzędny
pływak, odważny do bohaterstwa, śmiały, nieustraszony. Jego popisy nieraz dreszcz i grozę budzą w patrzących...</akap>


<akap>Wszyscy, co wspólnie z Kucharzewskim nosili w P. niebieskie mundurki, zachowali niezawodnie w pamięci jego słynny ,,skok śmiertelny" (<slowo_obce>salto
mortale</slowo_obce>) z koła młyńskiego.</akap>


<akap>Woda przy młynie jest bardzo głęboka. Mówią,
że gdyby ustawić dziesięciu Kucharzewskich, jednego na drugim, jeszcze by stojący na szczycie
nie sięgnął powierzchni wody. Rybacy nazywają
to miejsce ,,kotliną" --- i w istocie zawsze się tam
woda kotłuje, nawet przy spokojnym zupełnie powietrzu.</akap>


<akap>Każdy zwykły pływak omija kotlinę z daleka --- od czasu zwłaszcza, gdy kozak<pe><slowo_obce>kozak</slowo_obce> --- na terenach dawnej Rzeczypospolitej, Rosji i Turcji: żołnierz lekkiej jazdy.</pe>, pławiący
konia, utonął w niej wraz z wierzchowcem. Ale
co innych odstrasza, Kucharzewskiego pociąga.
Silny, atletycznie zbudowany, nie tylko nie ucieka
przed niebezpieczeństwem, lecz sam idzie naprzeciw niemu.</akap>


<akap>Aby zrozumieć dobrze, na czym ,,skok" Kucharzewskiego polega, trzeba uprzytomnić sobie kilka
szczegółów.</akap>


<akap>Na osi koła młyńskiego są osadzone drewniane,
z desek niezbyt szerokich, skrzydła, zwane w młynarsko-rybackiej gwarze ,,pierzydłami". Przez napór wody ,,pierzydła" podnoszą się w górę i wykonywają<pe><slowo_obce>wykonywają</slowo_obce> --- dziś popr. forma 3os. lm cz.ter.: wykonują.</pe> nieustanne, powolne obroty naokoło
osi. Rozbijana nimi woda pieni się, tworząc silne
bałwany i lejkowate wiry.</akap>


<akap>Gdy młyn w ruchu, w pobliżu jego koła szumi,
wre i białą pianą bryzga istna otchłań wodna.</akap>


<akap>Otóż Kucharzewski po wejściu do wody, lekko,
swobodnie, jednym tylko ramieniem fale rozgarniając, zmierza ku owej otchłani.</akap>


<akap>Przez pewien czas widać go, jak zalewany
pianą walczy z wirami i prądem gwałtownym,
zwyciężył wreszcie przeszkody, pod obracające się
koło podpłynął. Lewym ramieniem i lewą nogą
wykonywa<pe><slowo_obce>wykonywa</slowo_obce> --- dziś popr. forma 3os. lp cz.ter.: wykonuje.</pe> ruchy, utrzymujące go na powierzchni --- prawą ręką sięga po ,,pierzydło".</akap>


<akap>Przypatrujący mu się z brzegu milkną i oddychać przestają. Zdaje im się, że są świadkami walki
człowieka ze smokiem.</akap>


<akap>Raz, drugi i dziesiąty, mokra, wodnymi porostami oślizgła deska z dłoni mu się wymyka. Widzowie chcieliby, żeby dalszych wysiłków zaniechał --- żeby wszystkiemu dał spokój. Ale on nie
jest z tych, którzy ustępują.</akap>


<akap>Oto wreszcie udało mu się deskę pochwycić.
Przypiął do niej jedną rękę, potem drugą. Widać
mięśnie jego silnie naprężone, żyły na skroniach
i szyi nabrzmiałe, twarz szkarłatną...</akap>


<akap>Przez chwilę sądzić można, że koło zatrzymał ---
ale to złudzenie. On tylko wskoczył na ,,pierzydło"
i siadł na nim skulony jak żaba.</akap>


<akap>W tej chwili wydaje się małym, marnym. Na
tle potężnego koła, wśród spienionych, kipiących,
strasznych fal, ta niewielka bryłka barwy cielistej przedstawia się jak coś znikomego, słabego,
co tylko wypadkiem przyczepiło się do olbrzyma
i z czego olbrzym natychmiast się otrząśnie...</akap>


<akap>Nie otrząsa się jednak.</akap>


<akap>Deska, wodą ociekająca, wynurza się z fal
i idzie z wolna w górę, unosząc na sobie przyrosłego do niej chłopca.</akap>


<akap>Kucharzewski, w miarę podnoszenia się ,,pierzydła", prostuje się stopniowo, starając się wygiętymi stopami trzymać jak najkrzepciej<pe><slowo_obce>najkrzepciej</slowo_obce> --- najmocniej.</pe> śliskiego drzewa.</akap>


<akap>Patrzącym serca zamiera na widok niebezpieczeństwa, jakie mu w tej chwili zagraża.</akap>


<akap>Gdyby poślizgnęła mu się stopa, gdyby na
chwilę stracił równowagę --- już po nim! Obracające się koło zdruzgotałoby mu kości, zanim by
jeszcze zdążył wpaść do wody.</akap>


<akap>Im wyżej wznosi się deska, tym bardziej prostopadłe przybiera położenie. Trzeba prawdziwych
cudów ekwilibrystyki, żeby się na niej utrzymać.</akap>


<akap>Kucharzewski już się cały rozkurczył --- już
tylko w pasie zgięty --- już wyprostował się na całą
wysokość --- już gotuje się do skoku...</akap>


<akap>Ręce złożył nad głową, w klin, i wyprężony jak
cięciwa, przesuwając ostrożnie stopy na samą krawędź ,,pierzydła" --- czeka. Czeka aż deska dojdzie do największej wysokości, aż stanie zupełnie
prostopadle.</akap>


<akap>Stanęła --- w tejże chwili on rzuca się w przepaść głową naprzód, rozbija zapienioną, wirującą
powierzchnię wody --- znika.</akap>


<akap>Koło młyńskie dalej się obraca, rozbita na
chwilę piana znów zbiera się na falach, lejkowate

wiry zaczynają na nowo kręcić się, szumieć, kipieć --- pływaka ani śladu...</akap>


<akap>Na brzegu odzywają się niespokojne, przelękłe głosy:</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie Kucharzewski?... --- Co się stało z Kucharzewskim?... --- Nieszczęście! nieszczęście!...</akap_dialog>


<akap>Nagle głośny krzyk przygłusza lamenty:</akap>


<akap_dialog>--- Wypłynął!... Wypłynął!... O... tam, pod wierzbami... Widzicie?</akap_dialog>


<akap>W odległości kilkudziesięciu kroków od młyna,
gdzie odnoga rozszerza się, mając jeden z brzegów
zarosły wierzbiną --- wychyliła się z wody najpierw głowa, potem pierś, wreszcie cała postać pływaka.</akap>


<akap>Ocieka wodą jak tryton<pe><slowo_obce>tryton</slowo_obce> (mit. gr.) --- bóstwo morskie o ludzkim tułowiu i rybim ogonie.</pe>, rzuca głową, parska,
i szybko dopłynąwszy do brzegu, w kilku susach
jest już przy płocie, gdzie wisi jego ubranie. Siny,
szczękający zębami, nie słucha pochwał, nie odpowiada na pytania.</akap>


<akap>W kilka sekund ubrał się i nie odpoczywając,
pędzi do matki --- na gorącą kawę ze śmietanką
i rogalikami.</akap>


<akap>Jest to jego wieniec wawrzynowy<pe><slowo_obce>wieniec wawrzynowy</slowo_obce> --- wieniec laurowy; u starożytnych Greków i Rzymian: wieniec z liści wawrzynu, przyznawany zwycięzcom, artystom, uczonym.</pe> --- ciężkim,
śmiertelnym wysiłkiem zdobyty!</akap>


<akap>Szkoda, że świadkami popisów Kucharzewskiego bywają tylko jego koledzy. Gdyby je widział ktoś starszy, poważniejszy, pewnie by ,,mistrza" osypał pochwałami, udzielił mu zasłużonej
nagrody, a zarazem --- postarałby się, żeby już nigdy, nigdy nie powtórzyły się te skoki.</akap>


<akap>Matka Kucharzewskiego nie ma nikogo na
świecie prócz swego jedynaka --- który jest jej całą
pociechą na dziś, całą nadzieją na jutro...</akap>


<akap>W letnie wieczory w Narwi i jej odnogach
ani jedna ryba nie cieszy się spokojem. Gromady
chłopców kąpiących się zewsząd ją wypłaszają
krzykiem, śmiechami, pluskaniem...</akap>


<akap>Mistrza równego Kucharzewskiemu nie ma pomiędzy nimi --- są jednak adepci, uzdolnieni to
w tym, to w owym kierunku.</akap>


<akap><begin id="b1307954557621-2303483546"/><motyw id="m1307954557621-2303483546">Zabawa</motyw>Jeden umie pływać w pozycji stojącej, w czapce na głowie, na którą nie pryśnie ani jedną kropelką wody; inny pływa, leżąc na wznak i paląc
przez cały czas papierosa. Jest taki, który potrafi
przepłynąć trzykrotnie rzekę w miejscu jej największej szerokości; nie brak i takiego, który wrzuciwszy do głębiny spory kamień, potem dawszy
nurka, znajdzie go na dnie i z wody wyniesie.<end id="e1307954557621-2303483546"/></akap>


<akap>Są artyści, ale są też i niedołęgi, których tamci
nazywają wzgardliwie ,,fuszerami" lub ,,partaczami".</akap>


<akap>Poczciwy tłuścioszek Piotruś Mieszkowski należy, niestety, do ostatnich.</akap>


<akap>Ileż napracował się nad nim przyjaciel Kozłowski! --- A jednak dotąd pływać go nie nauczył.
Okrągły, pulchniutki Piotruś unosiłby się sam, bez
żadnego wysiłku na powierzchni wody, jak jabłko,
gdyby tylko miał odwagę powierzyć się falom
z ufnością --- na nieszczęście, na tej odwadze całkowicie mu zbywa.</akap>


<akap>Gdy tylko czuje, że mu woda sięga powyżej
kolan, zaczyna płakać, w przekonaniu, że już tonie. Kozioł, który nienawidzi tchórzów, zżyma
się na to, niecierpliwi i gotów by nawet poczęstować ,,zmokłą kurę" kuksańcem --- powstrzymuje
go tylko pamięć na ślubowaną ,,zmokłej kurze"
przyjaźń.</akap>


<akap>Po długich, bardzo długich staraniach, doszedł
do tego tylko, że nauczył Piotrusia pływać z pęcherzami pod pachą. Pęcherze zabezpieczają najzupełniej od pójścia na dno. Trzeba tylko spokojnie na nich leżeć, poruszając tylko od czasu do
czasu rękoma i nogami.</akap>


<akap>Ale Piotruś, nawet pod ochroną pęcherzów, nie
pozbywa się strachu i odważa się używać tylko
tam, gdzie może każdej chwili dostać piętą gruntu.</akap>


<akap>Pewnego dnia lekcja pływania odbywała się
w pobliżu mostu benedyktyńskiego. Kozłowski
stał na moście dyrygując; Piotruś z nieodstępnymi
pęcherzami udawał, że pływa.</akap>


<akap>Woda przy brzegu była płytka, dzięki czemu
używały w tym miejscu kąpieli nawet małe dzieci;
dalej jednak pogłębiała się stopniowo, a na środku
były nawet niebezpieczne głębiny. Nauka szła
żwawo; Piotruś okazywał mniej, niż zwykle, strachu. Kozioł z mostu komenderował, tłuścioszek
starał się posłusznie rozkazy wypełniać.</akap>


<akap_dialog>--- Krok naprzód... pół kroku w lewo... --- idzie
z mostu komenda --- głowa do góry... usta zamknąć... oddychać nosem... Teraz piętami ostro: raz,
dwa... raz, dwa...</akap_dialog>


<akap><begin id="b1305222729428-823598704"/><motyw id="m1305222729428-823598704">Przyjaźń, Bohaterstwo</motyw>Piotruś posuwa się, gdzie mu kazano, zamyka
usta, nosem oddycha, wierzga piętami, ile ma siły.
Nie zaniedbuje przy tym macać gruntu stopą.</akap>


<akap_dialog>--- Jeszcze krok w lewo i --- całą siłą naprzód!</akap_dialog>


<akap>Chłopczyna chce usłuchać rozkazu, choć go to
,,naprzód" przeraża --- ale w tejże chwili uczuwa,
że mu dno spod stopy uciekło. W największym
przerażeniu zaczyna krzyczeć, płakać i rzucać się.
Wskutek gwałtownych ruchów, pęcherze wysuwają mu się spod pachy --- Piotruś znika pod
wodą.</akap>


<akap>Szybko, jak błyskawica, Kozłowski przesadza
poręcz mostu i jak stał, w mundurze i czapce,
rzuca się do wody.</akap>


<akap>Doskonały pływak, łatwo poradziłby sobie
z niebezpieczeństwem, ale przeszkadza mu ubranie, silne zaś prądy przy palach unoszą go w stronę
przeciwną. Z trudem posuwa się naprzód, płynąc
przeciw wodzie i upatruje na falach głowy przyjaciela. Ale Piotruś, raz pogrążywszy się, nie wypływa; może zaplątał się w zielskach wodnych,
które w tym miejscu dno zarastają...</akap>


<akap>Wypadek był tak nagły, że nie zwrócił nawet
niczyjej uwagi. Zresztą przechodniów zawsze tu
mało.</akap>


<akap>Kozłowski zanurzył się raz i drugi, a choć sił
mu braknie, nie przestaje nurkować, szukając
przyjaciela.</akap>


<akap>Wreszcie głowa Piotrusia ukazała się w znacznym oddaleniu. Kozłowski śpieszy tam, ostatek sił
wytężając. W tej chwili jednak chwyta go kurcz ---
czuje, że idzie na dno i z krzykiem ,,ratujcie! ratujcie!", pogrąża się w falach...</akap>


<akap>Dopiero ten krzyk usłyszano. Ludzie zbiegają
się, podnoszą lament --- nikt jednak tonącym
chłopcom nie śpieszy z pomocą.</akap>


<akap>Nagle czyjeś silne ręce roztrącają tłum --- na
brzegu staje wysoki, krzepkiej budowy młodzieniec w niebieskim mundurku.</akap>


<akap>Kucharzewski.</akap>


<akap>W jednej chwili zrzucił mundur, buty --- już
jest w wodzie --- zanurzył się z głową --- nurkuje.<end id="e1305222729428-823598704"/></akap>


<akap>Nie upłynęły dwie, trzy minuty, już jest na
wierzchu i płynie ku brzegowi, jedną ręką rozgarniając wodę, drugą podtrzymując nieprzytomnego
Piotrusia.</akap>


<akap>Złożył chłopca na brzegu, otrząsnął się, przeżegnał --- i znów: chlust do wody!</akap>


<akap>Tym razem szło mu ciężej. To wypływa, to
zanurza się, daje się unosić fali, lub walczy z nią
zajadle. Nagle pogrążył się w przepaść --- zniknął...</akap>


<akap>Między tłumem na brzegu długa chwila tragicznej, grobowej ciszy --- potem buchnęły krzyki:</akap>


<akap_dialog>--- Czółna!... Wioseł!... Bosaków<pe><slowo_obce>bosak</slowo_obce> --- długi drąg zakończony metalowym hakiem i ostrzem używany jako narzędzie ratownicze w czasie pożaru oraz do wyławiania rzeczy zatopionych w wodzie.</pe>!... Ratujcie, kto
w Boga wierzy!</akap_dialog>


<akap>Znalazło się jedno i drugie czółno; wypłynęły
na środek, zaczęły gorączkowo krążyć to w tę, to
w ową stronę, upatrując śladów na rzece. Ale

rzeka była wszędzie, jak okiem zasięgnąć, rozpaczliwie gładka.</akap>


<akap><begin id="b1307440075991-1996841692"/><motyw id="m1307440075991-1996841692">Bohaterstwo</motyw>Dopiero po długiej chwili wynurzyła się z wody --- ręka. Skierowali się tam, podsunęli wiosło.
Ręka chwyciła je kurczowo. Zaczęli ciągnąć połączonymi siłami --- z trudem nadzwyczajnym wciągnęli do łodzi dwóch chłopców, splecionych ze
sobą tak silnie, że tworzyli jakby jedno ciało. Jeden dawał słabe oznaki życia, drugi zdawał się
martwy. Obu oplatały długie, giętkie łodygi zielsk
wodnych.</akap>


<akap>Po chwili, na piasku nadbrzeżnym leżeli obok
siebie całkowicie nieprzytomni: Piotruś i Kozłowski.</akap>


<akap>Kucharzewski, wysadzony na ląd, zatoczył się
i padł obok kolegów bez czucia.</akap>


<akap>Ale było to tylko przemijające omdlenie. Po
chwili sam się ocknął i porwał na nogi.</akap>


<akap>Tymczasem topielców taczano po piasku; przywołany felczer<pe><slowo_obce>felczer</slowo_obce> --- osoba ze średnim wykształceniem medycznym, mająca uprawnienia do wykonywania prostych zabiegów medycznych.</pe> udzielał im doraźnej pomocy.</akap>


<akap>Z wielkim trudem przywołano do życia najpierw Piotrusia, później jego przyjaciela.</akap>


<akap>Zjawił się inspektor; z całego miasta zbiegły
się niebieskie mundurki.</akap>


<akap>Ocaleni, na pół nieprzytomni, nie wiedzieli, co
się z nimi dzieje. Kazano ich przenieść do domu
i oddać pod nadzór lekarza.</akap>


<akap>Teraz dopiero wszyscy zwrócili się do Kucharzewskiego --- bohatera i wybawcy. Ale nie było
go w tłumie. Olbrzym, gdy tylko dostrzegł, że koledzy otworzyli oczy, kopnął się<pe><slowo_obce>kopnąć się</slowo_obce> (pot.) --- szybko pójść, pobiec po coś.</pe> do matki na swą
zwykłą gorącą kawę ze śmietanką i rogalikami.</akap>


<akap>Nazajutrz przyszedł do klasy, taki jak zawsze:
spokojny, trochę ociężały.</akap>


<akap>Na lekcji religii wszedł inspektor i nie tracąc
surowego wyrazu twarzy, w krótkich słowach, stylem urzędowym, opowiedział o wczorajszym wypadku. Skończywszy, wyzwał Kucharzewskiego
i kładąc rękę na jego ramieniu, oddał mu krótką
oficjalną pochwałę.</akap>


<akap>Olbrzym zdawał się tym bardzo zdziwiony.</akap>


<akap_dialog>--- Przecież, panie inspektorze --- bąkał, ramionami wzruszając --- każdy na moim miejscu zrobiłby to samo.</akap_dialog>


<akap>Inspektor oświadczył, że zrobi urzędowe podanie, aby Kucharzewskiemu przyznano medal za
ratowanie tonących.</akap>


<akap_dialog>--- A mnie co po tym! --- wykrzyknął przestraszony i wyrywając się prawie siłą zwierzchnikowi,
chciał uciec do ławki.</akap_dialog>


<akap>Powstrzymał go ksiądz prefekt.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ, rybko, panie święty! Dla twojej matki
będzie to honor, pociecha...</akap_dialog>


<akap>Wspomnienie matki rozrzewniło siłacza.</akap>


<akap_dialog>--- Ha, to już niech będzie ten tam medal!...
Ale żeby to nie kosztowało... --- dodał, oczy spuszczając. --- Bo moja matka biedna.<end id="e1307440075991-1996841692"/></akap_dialog>


<akap>W kilka dni później obie ofiary wypadku były
już na nogach: Kozioł taki sam jak zawsze, Piotruś nieco szczuplejszy i bledszy.</akap>


<akap>Matka Piotrusia, którą sprowadzono ze wsi,
chciała w najgorętszych słowach podziękować wybawcy swego syna. Okazało się to połączone z niemałymi trudnościami. Kucharzewski przed podziękowaniem uciekł i tak się ukrył, że żadną
miarą nie można go było odnaleźć. <begin id="b1305223015412-885835508"/><motyw id="m1305223015412-885835508">Przysięga</motyw>Kozłowski na
wszystkie wyrażenia wdzięczności odpowiadał
spokojnie, czapkę w rękach obracając:</akap>


<akap_dialog>--- Eeee!... Co tam, proszę pani. Nie ma o czym
mówić!...</akap_dialog>


<akap>Potem, wziąwszy kolegę na bok, oświadczył
mu energicznie:</akap>


<akap_dialog>--- Twoja matka ubliża mi! Pamiętasz przecież, że wówczas, przy tym miodzie z orzechami,
ślubowałem ci przyjaźń. Więc gdybym teraz porzucił cię w nieszczęściu, nie byłbym Kozłem, ale...</akap_dialog>


<akap>Tu wymienił nazwę pewnego zwierzęcia, nieodznaczającego się ani szlachetnością charakteru,
ani czystością.<end id="e1305223015412-885835508"/></akap>


<akap>Mieszkańcy miasteczka, w pierwszej chwili
żywo wzruszeni wypadkiem, później odczuwali go
stopniowo coraz słabiej --- wreszcie zupełnie o nim
zapomnieli.</akap>


<akap>Ale przyszła katastrofa, która niezatartymi śladami odbiła się w ich pamięci. Dotąd ją niezawodnie wspominają.</akap>


<akap>Stało się to w środku zimy, zima zaś była
w owym roku bardzo ostra.</akap>


<akap>Przed wieczorem pewnego dnia styczniowego,
czterej uczniowie ślizgali się na zamarzniętej odnodze Narwi. Nagle dwaj z nich, przerywając zabawę, pobiegli pędem do miasta i wpadłszy do
mieszkania urzędnika Grąbczewskiego, zaczęli
krzyczeć wniebogłosy:</akap>


<akap_dialog>--- Lutek i Władek!... Olaboga!... Lutek i Władek!</akap_dialog>


<akap>Nic więcej nie byli w stanie powiedzieć --- łamali tylko ręce i zalewali się łzami.</akap>


<akap>Lutek i Władek byli to synowie Grąbczewskiego --- jeden z drugiej klasy, drugi z trzeciej.</akap>


<akap>Rodzice zrozumieli od razu, że chłopcom przytrafiło się nieszczęście i pośpieszyli w towarzystwie
tamtych na lód. Szczęściem mieszkali prawie nad
samą rzeką.</akap>


<akap><begin id="b1305223219986-1650100040"/><motyw id="m1305223219986-1650100040">Woda, Niebezpieczeństwo</motyw>Tu dowiedzieli się okropnej prawdy: synowie
ich, jeden po drugim, wpadli do przerębla i dostali się pod lód.</akap>


<akap>Matka chciała się rzucić za dziećmi w przepaść. Ojciec, zrozpaczony, a nie tracący przytomności, myślał o środkach ratunku.</akap>


<akap>Niestety! Rzeka, jak okiem zasiągnąć, była pokryta jednolitą skorupą lodu, gdzieniegdzie tylko
połyskiwały małe, do czerpania wody wyrąbane,
przeręble.<end id="e1305223219986-1650100040"/></akap>


<akap>Jęknął głucho biedny ojciec, dłońmi ścisnął
czoło --- zdawało się, że oszaleje...</akap>


<akap>Nagle wykrzyknął:</akap>


<akap_dialog>--- Tam, przy moście, gdzie berlinki!...</akap_dialog>


<akap>I razem z ludźmi, którzy się na miejscu wypadku zgromadzili, puścił się jak strzała brzegiem
rzeki.</akap>


<akap>W odległości blisko wiorstowej<pe><slowo_obce>wiorstowy</slowo_obce> --- długości wiorsty, tj. około kilometra.</pe> stamtąd, znajdował się most, przy moście przystań berlinek;
przy berlinkach duża przestrzeń, oczyszczona
z lodu.</akap>


<akap>W styczniu zmierzch szybko zapada. Gdy przybyli do mostu, już zaczynało się stawać szaro. Na
szczęście, berliniarze, zręczni, inteligentni Niemcy,
od razu rzecz zrozumieli.</akap>


<akap>W mgnieniu oka spuszczono łodzie, zapalono
pochodnie --- przy ich blasku kilkudziesięciu ludzi
z bosakami zaczęło przeszukiwać rzekę.</akap>


<akap>Woda, wolno tocząca się pod lodem, powinna
była w to miejsce przynieść ciała topielców.</akap>


<akap>I przyniosła.</akap>


<akap>Po śmiertelnie długich chwilach oczekiwania,
wyciągnięto te biedne ciała nieruchome, skostniałe, do brył lodu podobne.</akap>


<akap>Ogromny tłum stał na brzegu, przypatrując się
smutnemu widowisku. Całe miasteczko wyległo,
przerażone katastrofą.</akap>


<akap>Tuż przy moście znajdowała się cukiernia z restauracją i bilardem. Do tej cukierni przeniesiono
ciała topielców, rozebrano je, ułożono na zielonym
suknie bilardu, niby na stole anatomicznym.</akap>


<akap>Przybyli lekarze, felczerzy; zaczęto stosować
wszelkie środki ratunkowe.</akap>


<akap>Długo przeciągały się te wysiłki, nie dające żadnego wyniku. Zniechęceni lekarze mieli już prób
zaniechać i oddać rodzicom nie synów, lecz ich
zwłoki --- gdy nagle starszy z chłopców rozemknął<pe><slowo_obce>rozemknął</slowo_obce> --- otworzył.</pe> oczy i głosem cichym, jak szelest liści, szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie Władek?...</akap_dialog>


<akap>Władek był to brat młodszy.</akap>


<akap>W tejże chwili oczy jego padły na leżące obok
sztywne ciało... Poznał je --- i zemdlał.</akap>


<akap><begin id="b1305223272422-419993300"/><motyw id="m1305223272422-419993300">Śmierć, Smutek, Duch</motyw>Lekarze podwoili wysiłki. Zemdlonego ocucono. Ale natychmiast po ocuceniu przeniesiony
został gdzie indziej. Na nowe zapytania o bracie
dano mu odpowiedź uspokajającą, przykazując,
żeby o nim nie myślał.</akap>


<akap>Chłopiec usnął... był ocalony!</akap>


<akap>Ale Władka, po najdłuższym nawet śnie, zobaczyć już nie miał...</akap>


<akap>Młodszy, słabszy chłopczyna, który w dodatku
o kilka minut dłużej pozostawał w wodzie, nie
mógł już być przywołany do życia.</akap>


<akap>Śmierć jego przez długi czas ukrywano jak najstaranniej przed Lutkiem. Jednego dnia wszakże
ten ostatni, przebudziwszy się wcześniej niż zwykle, przywołaj matkę i rzekł spokojnie:</akap>


<akap_dialog>--- Wiem już wszystko o Władku...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co wiesz?... Skąd?... --- wykrzyknęła matka,
silnie zaniepokojona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sam mi powiedział. Przed chwilą był
u mnie, za szyję mnie objął, pocałował i oświadczył, że martwić się o niego nie potrzebuję, bo tam
jest mu zupełnie dobrze...</akap_dialog>


<akap>Tegoż dnia Lutek po raz pierwszy podniósł się
o własnej sile. Poszedł najpierw do kościoła,
a stamtąd zaraz --- na cmentarz...<end id="e1305223272422-419993300"/></akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XI. Dzień chrabąszczowy</naglowek_rozdzial>



<akap>Sprężycki siedzi w swoim pokoju przy otwartym oknie, książkę przed sobą rozłożył --- męczy
się nad jeografią<pe><slowo_obce>jeografia</slowo_obce> --- dziś: geografia.</pe>.</akap>


<akap>Z publicznego ogrodu nadpływa zapach bzów,
które tylko co zakwitły.</akap>


<akap>Słońce przed chwilą zaszło --- pociąga miły,
świeży wietrzyk, jakby wywołujący z czterech
ścian pokoju na świat Boży, na szerokie, otwarte
przestrzenie.</akap>


<akap>Od strony rzeki słyszeć<pe><slowo_obce>słyszeć</slowo_obce> --- dziś popr. forma w zdaniu bezosobowym: słychać.</pe> jękliwe ,,kumkanie"
żab. Co pewien czas, zagłusza je na chwilę rozgłośny tryl słowika, który prześpiewawszy kilka taktów, milknie, jakby tylko głosu próbował do wieczornego koncertu.</akap>


<akap>Niebo ma barwę złocisto-różową, która u samego zenitu rozbłękitnia się, a na wschodzie szarzeje i przechodzi w srebrzystą popielatość.</akap>


<akap>Sprężycki, nadzwyczaj wrażliwy na barwy,
głosy, zapachy, wszystko to dostrzega, odczuwa ---
wszystkim zachwyca się i przejmuje. W tym podnieceniu, nauka, zwykle przychodząca mu z łatwością, niesłychanie go nuży.</akap>


<akap>Przeciąga się, ziewa, odkłada książkę, znów ją
bierze, czyta po cichu, czyta głośno --- ale w pamięci nic mu nie pozostaje.</akap>


<akap>A tu, jak na złość, profesor Żebrowski kazał
wyuczyć się na jutro nazwisk<pe><slowo_obce>nazwisko</slowo_obce> (daw.) --- tu: nazwa.</pe> wszystkich stanów, składających Stany Zjednoczone Ameryki
Północnej. Prawdziwe morze do wypicia!</akap>


<akap>Sprężycki czyta po raz pięćdziesiąty nerwowym,
zirytowanym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Nowy Hempszir, stolica Portsmut... Wermont, stolica Windsor... Massaczuzet, stolica Boston...</akap_dialog>


<akap>Zniecierpliwiony, zaczyna pędzić, krzycząc na
cały głos:</akap>


<akap_dialog>--- Rod-Island!... Konnektikut!... Nowy-Jork!...
Nowy-Dżersej!... Pensylwania!... Delawar!... Maryland!... Wirdżinia!... Kentuki!... Teneze!... Karolina
Północna!... Karolina Południowa!...</akap_dialog>


<akap>Ścisnął skronie obiema rękami.</akap>


<akap_dialog>--- O, Jezu!... --- jęczy --- Głowa mi pęka... Ja
tego nigdy nie zapamiętam... nigdy się nie nauczę!</akap_dialog>


<akap>Mimo to, znów wraca do książki --- znów usiłuje wbić sobie w głowę nazwy, które wydają mu
się niesłychane, barbarzyńskie, potworne...</akap>


<akap>Nagle w powietrzu rozlega się brzęk --- cichutki, ledwie dosłyszalny brzęk, który jednak doświadczone ucho chłopca od razu złowiło i rozpoznało.</akap>


<akap>Odkłada książkę --- ucho nadstawia. Na jego
twarzy maluje się radosne zdziwienie.</akap>


<akap>Brzęk zbliżył się, uwyraźnił --- jest teraz podobny do stłumionego huczenia.</akap>


<akap>Przez otwarte okno wpadł chrabąszcz, ciężkim
lotem przefrunął tuż przy uchu chłopca --- hucząc
głucho, krąży dokoła jego głowy.</akap>


<akap>Sprężycki nie chwyta go. Z czułością, prawie
z rozrzewnieniem, wpatruje się w latającego ---
ręce doń wyciąga, jak do przyjaciela, jak do wybawcy...</akap>


<akap>Już się teraz jeografii nie lęka; już mu Żebrowski nie straszny.</akap>


<akap>Książkę odepchnął z lekceważeniem, zagwizdał --- szuka czapki, żeby wybiec na podwórze,
na rynek, wpaść do którejś stancji, umówić się
z kolegami o dzień jutrzejszy.</akap>


<akap>Umowa zawarta, warunki obgadane --- Sprężycki wraca do domu i kładzie się spać, mało się
troszcząc o profesora Żebrowskiego i o Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.</akap>


<akap>Nazajutrz niebieskie mundurki kupią się gromadkami przed gmachem szkolnym, na korytarzach. U każdego w tece, oprócz książek, kajetów
i obwarzanków, kryje się rzecz tajemnicza, o którą
wzajemnie się dopytują.</akap>


<akap_dialog>--- Przyniosłeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyniosłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sześć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mało... Ja dwanaście.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja piętnaście!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja dwadzieścia!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiecie? Kataryniarz ma całe pudło ---
chce sprzedawać po sześć za bułkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech się obędzie smakiem. Mogę mieć darmo, ile zechcę. Żeby mnie tylko wpuścili do ogrodu
benedyktyńskiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba, nie wpuszczą...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To i cóż! Będzie dosyć tego, co jest!</akap_dialog>


<akap>Zaczęły się lekcje. Pierwsza --- łacina. Profesor Izdebski, ceniący nad wszystko ciszę, ukazuje
się we drzwiach, z podniesioną do góry ręką,
w której dwóch palcach: wielkim i wskazującym
trzyma szczyptę tabaki.</akap>


<akap>Wygłosiwszy swoje zwyczajne: ,,Baczność!
uwaga!" Izdebski wśród najgłębszej ciszy przechodzi na palcach do katedry<pe><slowo_obce>katedra</slowo_obce> --- tu: podwyższenie, na którym stoi stół dla nauczyciela; biurko nauczycielskie.</pe>, na stoliku kładzie
czapkę daszkiem do góry, w czapce umieszcza
chustkę czerwoną, tabakierkę, katalożek<pe><slowo_obce>katalożek</slowo_obce> --- tu: notatnik nauczycielski z ocenami.</pe> i --- każe
odmawiać modlitwę.</akap>


<akap>Klasa jest dziś spokojniejsza, niż kiedykolwiek.
Chłopcy zgarbieni nad książkami i kajetami, zdają
się prócz nich nic na świecie nie widzieć.</akap>


<akap>Profesor, dobrze usposobiony, postanawia być
wspaniałomyślnym.</akap>


<akap_dialog>--- Książki zamknijcie! --- dyryguje z ręką
wciąż podniesioną, jak u wodza naczelnego. ---
Korneliusza<pe><slowo_obce>Korneliusz</slowo_obce> --- prawdopodobnie Cornelius Nepos (ok. 100--24 p.n.e.), rzymski historyk, przyjaciel i biograf Cycerona (106--43 p.n.e.). Nazwisko Cornelius było popularne w starożytnym Rzymie, nosił je również historyk Tacyt (Publius Cornelius Tacitus, ok. 55-120 n.e.) i in.</pe> dziś nie będzie. Przypomnimy sobie rzeczy dawniejsze --- ważne --- bardzo ważne ---
najważniejsze...</akap_dialog>


<akap>Nauczyciel mówi przez nos, wolno, z przestankami. Szczyptą tabaki długo w powietrzu potrząsając, wciąga ją nareszcie do potężnego nosa.
Zwraca się potem ku stolikowi i z wnętrza czapki
wyciąga wielką, czerwoną, kraciastą chustkę.</akap>


<akap_dialog>--- Będą ,,koniugacyjki<pe><slowo_obce>koniugacyjka</slowo_obce>, własc. <slowo_obce>koniugacja</slowo_obce> --- odmiana czasownika.</pe>"... --- szepcą do siebie
uczniowie, którzy już odgadli znaczenie tego
wstępu.</akap_dialog>


<akap>Rzucają sobie zarazem porozumiewawcze spojrzenia: potem je kierują w stronę pieca.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1307954811037-2730226663"/><motyw id="m1307954811037-2730226663">Nauczyciel</motyw>--- Podstawą języka łacińskiego --- ciągnie
Izdebski --- są deklinacje<pe><slowo_obce>deklinacja</slowo_obce> --- odmiana wyrazów przez przypadki i liczby.</pe> i koniugacje. Bez Korneliusza, Owidiusza<pe><slowo_obce>Owidiusz</slowo_obce> --- Publius Ovidius Naso (43 p.n.e.--17 a. 18 r. n.e.), jeden z największych poetów rzymskich, twórca licznych elegii o tematyce miłosnej, <tytul_dziela>Ars amatoria</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Sztuka kochania</tytul_dziela>) i poematu epickiego <tytul_dziela>Metamorfozy</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Przemiany</tytul_dziela>).</pe>, Wergiliusza<pe><slowo_obce>Wergiliusz</slowo_obce> --- Publius Vergilius Maro (70--19 p.n.e.), poeta rzymski epoki augustiańskiej, autor <tytul_dziela>Eneidy</tytul_dziela>, eposu narodowego Rzymian.</pe> możesz zostać
choćby biskupem --- ale jeśli nie znasz deklinacyjki
i koniugacyjki, nie będziesz nawet dobrym...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Organistą! --- kończy któryś z chłopców, na
pamięć już znający tę przemowę, przez wszystkie
klasy nieustannie powtarzaną.</akap_dialog>


<akap>Nauczyciel ma osobliwą słabość do początków
gramatyki; wyższe jej części traktuje z lekceważeniem i niechęcią.</akap>


<akap_dialog>--- Baczność, uwaga... --- ostrzega, podnosząc
rękę, w której trzyma już nie tabakę, lecz chustkę
czerwoną. --- Nie wiadomo... kto --- będzie --- mówił!...</akap_dialog>


<akap>Zawsze ta groźba budzi niepokój. I teraz uczniowie krecą się niespokojnie na miejscach. Izdebski
długo milczy, upatruje wśród ściśnionych szeregów ofiary.<end id="e1307954811037-2730226663"/></akap>


<akap>Znalazł...</akap>


<akap_dialog>--- Smoliński! --- pada komenda, jak wystrzał.</akap_dialog>


<akap>Smoliński patrzył właśnie w okno, niczego się
nie spodziewając.</akap>


<akap>Jest to ,,poczciwości" chłopiec, tłusty, szerokopleczysty wieśniak, mówiący przez nos. Posiada
szczególną skłonność do przeciągania ostatnich
wyrazów w zdaniu tonem śpiewającym. Nazywają
go koledzy: ,,Bonuś" albo ,,Omega". Ostatnie przezwisko dostał już później z powodu przeciągłego
wymawiania ostatniej litery alfabetu greckiego.
Bonusiem był od początku, i to przezwisko z dziwną trafnością przystawało do jego poczciwej,
nieco ciężkiej figury.</akap>


<akap_dialog>--- Smoliński, baczność, uwaga! Napisz na tablicy cztery słowa czynne<pe><slowo_obce>słowa czynne</slowo_obce> (daw.) --- czasowniki.</pe>:
<slowo_obce>amo<pe><slowo_obce>amo, amare</slowo_obce> (łac.) --- kochać (I koniugacja).</pe></slowo_obce>, <slowo_obce>moneo<pe><slowo_obce>moneo, monere</slowo_obce> (łac.) --- przypominać, napominać (II koniugacja).</pe></slowo_obce>,
<slowo_obce>lego<pe><slowo_obce>lego, legere</slowo_obce> (łac.) --- zbierać; wybierać; czytać (III koniugacja).</pe></slowo_obce>,
<slowo_obce>audio<pe><slowo_obce>audio, audire</slowo_obce> (łac.) --- słyszeć; słuchać (IV koniugacja).</pe>.</slowo_obce></akap_dialog>


<akap>Siedzący obok prymusa Sprężycki, widząc, na
co się zanosi --- ziewnął szeroko.</akap>


<akap_dialog>--- Durniu! --- krzyczy, dostrzegłszy to, Izdebski. --- Mów zaraz co znaczy <slowo_obce>amo!</slowo_obce></akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Amo</slowo_obce> kocham, <slowo_obce>moneo</slowo_obce> upominam, <slowo_obce>lego</slowo_obce>...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stój, bestio! --- wstrzymuje go łacinnik. ---
Pytałem tylko o <slowo_obce>amo</slowo_obce>!</akap_dialog>


<akap>Ale tamten, jak puszczona w ruch pozytywka
kończy, nie mogąc się powstrzymać;</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Lego</slowo_obce> czytam!... <slowo_obce>audio</slowo_obce> słucham!... Tryb bezokoliczny: <slowo_obce>amare</slowo_obce>, <slowo_obce>monere</slowo_obce>, <slowo_obce>legere</slowo_obce>, <slowo_obce>audire</slowo_obce>!... Czas
przeszły dokonany: <slowo_obce>amavi</slowo_obce>, <slowo_obce>monui</slowo_obce>, <slowo_obce>le...</slowo_obce></akap_dialog>


<akap>W tejże chwili rozczapierzona ręka nauczyciela spada mu na czuprynę. Pozytywka od razu
grać przestaje.</akap>


<akap>Tymczasem Smoliński zdążył już wypisać kredą żądane słowa.</akap>


<akap>W chwili, gdy łacinnik odwrócił się do tablicy,

Sprężycki, choć mu się łzy w oczach kręcą, zamienia porozumiewawcze uśmiechy z tym i owym
kolegą.</akap>


<akap_dialog>--- Smoliński, baczność, uwaga. Napisz <slowo_obce>praeteritum imperfectum</slowo_obce><pe><slowo_obce>praeteritum imperfectum</slowo_obce> (łac.) --- czas przeszły niedokonany.</pe> od <slowo_obce>amo</slowo_obce>, <slowo_obce>moneo</slowo_obce>, <slowo_obce>et caetera</slowo_obce><pe><slowo_obce>et caetera</slowo_obce> (łac.) --- i tak dalej.</pe>.</akap_dialog>


<akap>Kreda głośno skrzypi --- Bonuś w pocie czoła
wykonywa<pe><slowo_obce>wykonywa</slowo_obce> --- dziś popr. forma 3os. lp cz.ter.: wykonuje.</pe> swe zadanie.</akap>


<akap_dialog>--- Durniu! Bestio jedna! --- rozlega się nagle
głos Izdebskiego. --- Coś ty napisał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Napisałem, co kazał pan profesor.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czytaj!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Amo, moneo et caetera</slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1307443733306-3953121022"/><motyw id="m1307443733306-3953121022">Przemoc</motyw>--- Po coś napisał <slowo_obce>et caetera</slowo_obce>?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan profesor tak dyktował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zwariowałeś, durniu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech klasa powie, czy kłamię. Wszyscy
słyszeli.</akap_dialog>


<akap>Klasa tłumi śmiech. Izdebski wyciąga rękę
do czupryny Bonusia --- ale cofa ją zaraz, gdyż
chłopiec ma włosy przy samej skórze ostrzyżone.
Więc poprzestaje tylko na gniewnym mruknięciu:</akap>


<akap_dialog>--- Zetrzyj to wszystko!</akap_dialog>


<akap>Bonuś ściera.</akap>


<akap_dialog>--- Mów, durniu: jak będzie czas przeszły niedokonany od <slowo_obce>amo?</slowo_obce></akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ami</slowo_obce>... <slowo_obce>ame</slowo_obce>... <slowo_obce>ama</slowo_obce>... --- bąka Smoliński, dziwnie w tych sprawach tępy.</akap_dialog>


<akap>Do najwyższej pasji doprowadzony łacinnik
zaczyna krzyczeć, podnosząc pięść zaciśniętą:</akap>


<akap_dialog>--- Czas przeszły niedokonany... <slowo_obce>praeteritum
imperfectum</slowo_obce>... we wszystkich czasownikach łacińskich... kończy się na <slowo_obce>bam</slowo_obce>!... <slowo_obce>bas</slowo_obce>!... <slowo_obce>bat</slowo_obce>!...</akap_dialog>


<akap>Przy wygłaszaniu końcówek: <slowo_obce>bam</slowo_obce>, <slowo_obce>bas</slowo_obce>, <slowo_obce>bat</slowo_obce>,
pięść łacinnika, w równych odstępach czasu, spada
na szerokie plecy Bonusia. Chłopiec ugina się pod
każdym uderzeniem --- oczy nabrzmiewają mu
łzami.</akap>


<akap_dialog>--- Panie prosorze! --- odzywa się w tej chwili
Sprężycki, uważając, że czas już położyć koniec
tej egzekucji. --- Chrabąszcz łazi po panu prosorze!...<end id="e1307443733306-3953121022"/></akap_dialog>


<akap>Nauczyciel przerażony chwyta się za kark, za
łysinę, maca po plecach, szyi, głowie.</akap>


<akap_dialog>--- Sprężycki, kochanku --- prosi wreszcie ---
zdejmij no ze mnie to paskudztwo.</akap_dialog>


<akap>Sprężycki wychodzi z ławki i pod pozorem
zdjęcia jednego chrabąszcza, przyczepia ich do
nauczyciela dziesięć.</akap>


<akap>Niebawem odczuwa Izdebski obecność ich na
sobie. Łaje głośno Sprężyckiego, przyzywa na pomoc prymusa, zrzuca frak mundurowy --- na
wszelki sposób stara się oswobodzić od skrzydlatych, drapiących owadów. O Smolińskim, jego plecach i czasie przeszłym niedokonanym zupełnie
zapomina.</akap>


<akap>Na tych utarczkach schodzi reszta lekcji. Odzywa się zbawczy głos dzwonka. Bonuś, zgrzany
i spocony, ale już o swoje plecy bezpieczny, tryumfalnie na miejsce powraca.</akap>


<akap>Na krótkiej pauzie ,,spiskowcy" odbyli energiczną wymianę słów i myśli. Zaraz potem rozpierzchli się i cichuteńko na swych miejscach przycupnęli.</akap>


<akap>Następowała lekcja jeografii. Gdy profesor Żebrowski --- ten sam, który wykładał historię powszechną --- wchodził do klasy, wzorowa cisza panowała na wszystkich ławkach.</akap>


<akap>Sztywny, chudy, wysoki, z siwymi, krótko
ostrzyżonymi włosami nauczyciel jest uosobieniem
powagi. Zaledwie usiadł na katedrze, wydobywa
katalożek, ślini w ustach ołówek i odchrząknąwszy, wywołuje do lekcji --- Sprężyckiego.</akap>


<akap>Chłopiec, choć od katastrofy ubezpieczony, zadrżał. Z kilkudziesięciu stanów Ameryki Północnej zaledwie pięć lub sześć utkwiły mu w pamięci.</akap>


<akap>Ociąga się umyślnie z wyjściem, udaje słabego,
kuleje, potyka się o nogi kolegów --- jednocześnie
to tu, to tam rzuca niespokojne, pytające spojrzenia.</akap>


<akap>Stanął wreszcie przed katedrą, z nogi na nogę
przestępuje --- milczy długo, pilnie nasłuchując.</akap>


<akap_dialog>--- No, gadajże! --- nalega nauczyciel.</akap_dialog>


<akap>Sprężycki zaczyna cedzić słówko po słówku,
ale tak wolno i z takim trudem, jakby nagle stracił władzę w języku.</akap>


<akap>W tejże chwili, w oddalonym kącie klasy,
gdzieś tam blisko pieca, odzywa się cichy brzęk.
Jeszcze go nauczyciel nie zauważył --- już Sprężycki przestał odpowiadać i ze źle tajoną radością
mówi:</akap>


<akap_dialog>--- O... chrabąszcz!</akap_dialog>


<akap>Żebrowski zmarszczył się.</akap>


<akap_dialog>--- Mów dalej! --- rozkazuje.</akap_dialog>


<akap>Ale już bliżej i dalej piskliwe głosy wykrzykują:</akap>


<akap_dialog>--- Chrabąszcz!... Chrabąszcz!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciszej tam! --- tupnął nogą Żebrowski. ---
Prymus, wyrzuć tego owada, a ty, Sprężycki, dalej
odpowiadaj.</akap_dialog>


<akap>Prymus idzie do pieca, na palce się wspina ---
ale chrabąszcz lata pod sufitem.</akap>


<akap>W ławkach słychać półgłośne uwagi.</akap>


<akap_dialog>--- Złapie... Nie złapie... Właśnie, że złapie...
Właśnie, że nie złapie...</akap_dialog>


<akap>Sprężycki przy katedrze milczy --- udaje, że
czeka na koniec tej wyprawy.</akap>


<akap>Nagle odzywa się brzęk w przeciwnej stronie
klasy. Odwracają się tam natychmiast wszystkie
głowy --- też same co poprzednio głosy krzyczą
alarmująco:</akap>


<akap_dialog>--- Ooo!... Drugi chrabąszcz!</akap_dialog>


<akap>Znów brzęk, znów krzyki:</akap>


<akap_dialog>--- Ooo!... Trzeci!... Czwarty!... Piąty...</akap_dialog>


<akap>Niebawem całe stado chrabąszczów buja po

klasie. Huk taki jakby grano na organach.</akap>


<akap_dialog>--- Otworzyć okna! --- rozkazuje nauczyciel.</akap_dialog>


<akap>Rzuca się do niego pierwszy Sprężycki.</akap>


<akap>Stare, okute, ciężkie okniska z trudnością dają
się odmykać. Kilku najsilniejszych chłopców pracuje nad tym przez kwadrans blisko, wśród ogłuszającego huczenia owadów i nieznośnego krzyku
chłopców.</akap>


<akap>Po otwarciu okien, nowy kłopot. Chrabąszcze
jednym oknem wylatują, drugim wracają. Co gorsza, wracają nie same, lecz w towarzystwie nowych, których wielkie mnóstwo krąży dokoła pobliskich kasztanów.</akap>


<akap>Nauczyciel wyszedł na środek, brwi ściąga,
nogą tupie --- po krótko strzyżonych włosach dłoń
nerwowo przesuwa.</akap>


<akap_dialog>--- Panie prosorze --- doradza z udaną troskliwością Sprężycki --- lepiej będzie okna zamknąć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zamykajcie!</akap_dialog>


<akap>Przy zamykaniu hałas bardziej się jeszcze
wzmaga --- dochodzi nareszcie do takiego natężenia, że nauczyciel jest zmuszony opuścić klasę.</akap>


<akap>Po jego odejściu zjawia się inspektor.</akap>


<akap_dialog>--- Co wy tu wyrabiacie, nicponie? --- grzmi
od progu swym basem urzędowym.</akap_dialog>


<akap>Prymus raportuje.</akap>


<akap_dialog>--- A to, proszę pana inspektora, ,,ktoś" nawpuszczał do klasy chrabąszczów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto śmiał to zrobić? Kto? --- piorunuje srogi
zwierzchnik.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To pewnie ci z pierwszej... --- objaśnia z miną potulną Sprężycki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie! --- poprawia go drugi --- to tamci
z czwartej. Oni tak zawsze!</akap_dialog>


<akap>Znalazł się trzeci, który stawia nową hipotezę:</akap>


<akap_dialog>--- To najpewniej te chłopaki z ulicy! Nikt,
tylko chłopaki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Winni będą wykryci i ukarani! --- grozi Jowisz szkolny i krokiem majestatycznym klasę
opuszcza.</akap_dialog>


<akap>Po jego wyjściu, wszczyna się harmider nieopisany. Nie ustaje on nawet po dzwonku, gdy do
klasy, wojskowym, rytmicznym krokiem, głośno
stukając okutą trzciną, wkracza profesor Effenberger.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, tak, panie, tak! --- krzyczy na całe gardło. --- Co <wyroznienie>wirabiacie</wyroznienie>, wariaty, baranie głowy,
szpicbuby? Cicho mi tam!</akap_dialog>


<akap>Chłopcy uciszają się na chwilę --- ale po to
tylko, aby tym swobodniej przygotować i wypuścić na wroga nowe hufce. Wrogiem jest nauczyciel; wojsko wyobrażają trzymane w pudełkach
chrabąszcze.</akap>


<akap>Effenberger siada na katedrze i w tejże chwili
zrywa się z fotela. Po kałamarzu łazi chrabąszcz.
Cała katedra jest podminowana chrabąszczami.</akap>


<akap_dialog>--- Prymus, <wyroznienie>wirzuć</wyroznienie> za drzwi ten robak! --- woła
nauczyciel.</akap_dialog>


<akap>Sprężycki z miną niewinną zauważa:</akap>


<akap_dialog>--- To nie robak, panie prosorze, to --- chrabąszcz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <wyroznienie>Krabonsz</wyroznienie> jest robak! --- upiera się tamten.</akap_dialog>


<akap>Prymus otwiera drzwi na korytarz, udaje, że

wyrzuca chrabąszcza i powraca z nim do klasy.</akap>


<akap>Sprężycki nie ustępuje.</akap>


<akap_dialog>--- To dopiero! --- dziwi się. --- Pan prosor mówi, że to robak, a pan psor Salamonowicz uczył
nas, że robaki i owady to zupełnie co innego. Więc
my teraz nie wiemy, kogo słuchać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprężycki, marsz do lekcji! --- przerywa mu
czerwony od gniewu Niemiec. --- Gadaj wiersz!</akap_dialog>


<akap>Sprężycki próbuje ciągnąć dalej swą politykę
opozycyjną i kunktatorską.</akap>


<akap_dialog>--- Sroki i papugi gadają; człowiek mówi. Tak
nas uczył psor Skowroński. Więc czy ja jestem
sroka, albo papuga?</akap_dialog>


<akap>Koledzy nie mogą powstrzymać się od śmiechu.
Odzywają się zewsząd głosy, przytakujące Sprężyckiemu.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, tak, panie tak! --- krzyczy doprowadzony do ostatniej pasji Effenberger i wyciąga
rękę, aby chwycić Sprężyckiego za ucho.</akap_dialog>


<akap>Ale chłopcu przychodzą z pomocą posiłki.
Armia chrabąszczów rozpoczęła właśnie atak
ogólny.</akap>


<akap>Kilkadziesiąt owadów, jakby na komendę, z huczeniem organowym uniosło się w górę. Kilkadziesiąt innych wpełzło na profesora, drapiąc go po
rekach, twarzy i szyi.</akap>


<akap>Effenberger cofa szybko rękę, a przy tym gwałtownym ruchu wywraca stolik, który spada z katedry z wielkim łoskotem. Z kałamarza wylał się
atrament i czarną strugą płynie po dzienniku
szkolnym.</akap>


<akap><begin id="b1307444912007-2285615710"/><motyw id="m1307444912007-2285615710">Walka</motyw>Powstaje hałas piekielny. Chłopcy wybiegają
z ławek na pomoc, przy czym potrącany przez nich
olbrzymi kałamarz coraz obfitsze strugi wylewa
ze swej bezdennej czeluści. Niemcowi spadły i potłukły się okulary. Krzyczy, klnie, wymachuje laską, tego i owego chwyta i targa mocno za ucho.
Targani płaczą, towarzysze ich śmieją się, Sprężycki udaje zrozpaczonego i rozwodzi głośne lamenty. Stolik, o własnej sile podnieść się nie mogąc, wciąż leży na podłodze, zmieniając tylko pozycje gdyż go chłopcy, pod pozorem podnoszenia,
w różnych kierunkach przewracają. Obok stolika
znajduje się niebawem i fotel, niby wypadkiem
z katedry zrzucony. Wszyscy chłopcy opuścili swe
miejsca; na środku klasy przepychają się, przewracają --- tworzą zamęt nadzwyczajny. A ponad
całą bezładną masą ludzi i rzeczy, z brzękiem rozgłośnym unosi się chmura chrabąszczów.</akap>


<akap>O lekcji mowy nawet nie ma. Zresztą Effenberger, wyczerpawszy swój zapas wymysłów i pasji, zrejterował, pozostawiając na miejscu walki
potłuczone okulary.</akap>


<akap>Inspektor nie zjawia się, nie chcąc powagi
swej nadwerężać. Zwycięstwo zostało przy
uczniach.<end id="e1307444912007-2285615710"/></akap>


<akap>I znów odzywa się dzwonek; odbyć się ma
czwarta z kolei lekcja. Wchodzi Łypaczewski,
nauczyciel kaligrafii.</akap>


<akap>Ale popisy kaligraficzne odbywać się nie mogą.
Uczniowie twierdzą jednozgodnie, choć różnogłośnie<pe><slowo_obce>jednozgodnie, choć różnogłośnie</slowo_obce> --- jednomyślnie, ale wieloma różnymi głosami (każdy na swój sposób i we własnym imieniu).</pe>, że ,,wszystek atrament wylał się" i --- nie
mają czym pisać.</akap>


<akap>Rozpoczynają się spory, w których zapalczywy
nauczyciel stara się przekrzyczeć uczniów, uczniowie zaś --- nauczyciela.</akap>


<akap>Tymczasem zjawia się stróż z nowym kałamarzem i ścierką do wycierania atramentu. Na przyprowadzaniu katedry do porządku upływa co najmniej dwadzieścia minut.</akap>


<akap>Przez ten czas nauczyciel opędza się chustką
od nacierających nań owadów, a uczniowie udają,
że się szykują do pisania. Kałamarze pochowali,
oświadczają, że pióra maczać będą na katedrze.
Wszystko to ma na celu zyskanie na czasie oraz
przygotowanie nowej sztuki, do której łapki
i ogonki chrabąszczów są maczane w atramencie.</akap>


<akap>Łypaczewski ,,wysztychował" kredą na tablicy
i każe uczniom przepisywać w kajetach zdanie ze
,,Wzorów" Oleszczyńskiego:</akap>


<akap>,,Honor jest jak przepaścista skała"...</akap>


<akap>Zaledwie ten i ów wypisał w kajecie ozdobne
<wyroznienie>H</wyroznienie>, rozlegają się krzyki:</akap>


<akap_dialog>--- Panie psorze! W żaden sposób pisać nie można!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chrabąszcze nie dadzą!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to nie dadzą? Czyście zwariowali?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech pan psor sam zobaczy... O... o... o...</akap_dialog>


<akap><begin id="b1307954965773-1506006094"/><motyw id="m1307954965773-1506006094">Nauczyciel</motyw>Kilku, potem kilkunastu, chłopców wtyka nauczycielowi pod nos kajety, na których chrabąszcze umaczanymi w atramencie łapkami porysowały różne hieroglify.</akap>


<akap>Łypaczewski przygląda się, wzrusza ramionami, mruczy coś pod nosem --- wreszcie postanawia:</akap>


<akap_dialog>--- Ha, nie ma co!... Musicie się wszyscy wziąć
do wypędzania.</akap_dialog>


<akap>,,Sprzysiężonym" tego tylko było trzeba. Otwierają powtórnie okna, chustkami, czapkami, kajetami wyganiają latające owady, wykrzykując na
różne głosy:</akap>


<akap_dialog>--- A sio!... A sio!... A sio!...</akap_dialog>


<akap>Ogólne podniecenie udzieliło się i Łypaczewskiemu. W ogóle należy on do nauczycieli, którzy
z trudnością utrzymują powagę wobec uczniów.
I teraz, zgrzany bieganiem, zrzucił frak mundurowy --- wspólnie z chłopcami, prawie jak ich rówieśnik, zajmuje się łowieniem i wyganianiem
uprzykrzonych owadów.</akap>


<akap>Już to nie jest lekcja, lecz jakaś zabawa sportowa, gdzie wszyscy prześcigają się w zręczności,
w pomysłach niezwykłych i w głośnych krzykach.<end id="e1307954965773-1506006094"/></akap>


<akap>Dzwonek szkolny kładzie kres tym nieolimpijskim igrzyskom a zarazem i lekcjom przedpołudniowym. Chłopcy, odmówiwszy modlitwę, ---
z hałasem, z wybuchami śmiechu, z głośnym potrząsaniem tek, z poszturchiwaniem się wzajemnym
wybiegają na ulicę.</akap>


<akap>Cel sprzysiężenia osiągnięty: nie odbyła się normalnie ani jedna lekcja, pomimo ogólnego nieprzygotowania się ani jeden nie dostał ,,pałki" ---
nic też na przyszłą lekcję nie zadano. Wreszcie
na domiar szczęścia, była to środa, w środy zaś
i w soboty po południu do szkoły nie przychodzono.</akap>


<akap>Zresztą jak przed południem, tak i po południu
młodzież szkolna nie widzi nic, niczym się nie zajmuje, o niczym nie myśli, prócz chrabąszczów.
W ogrodach i ogródkach, na pobrzeżu Narwi, na
Górze Benedyktyńskiej, na cmentarzach przykościelnych --- wszędzie, gdzie się choć kilka drzew
zieleni --- widać biegające, zadyszane, z zadartymi
w górę nosami pilnie upatrujące ,,zwierzyny" gromadki niebieskich mundurków.</akap>


<akap>Z trzęsionych drzewek senne owady sypią się
na ziemię, jak dojrzałe śliwki. Co chwila któryś,
rozwinąwszy skrzydła, z brzękiem ulatuje w górę,
a chłopcy za nim, krzycząc i na palce się wspinając, żeby go dostać. Co chwila rozlega się krzyk
przeraźliwy, któremu towarzyszą wybuchy śmiechu... To jakiś figlarz strachliwemu koledze wsunął chrabąszcza za kołnierz albo wpuścił do rękawa. Ofiara figla rzuca się, jak ukąszona przez
żmiję, a inni aż przysiadają do ziemi od śmiechu.</akap>


<akap>Po zachodzie słońca brzęk chrabąszczów, krzyki
i śmiechy wzmagają się. Powietrzni rycerze,
,,skrzydlaci", ,,wąsaci", urządzają istny najazd na
miasteczko. Wszędzie ich pełno. Przez otwarte
okna wpadają do mieszkań, na kształt pocisków
wystrzelonych uderzają o twarze przechodniów ---
toną tysiącami w rzece, idąc na żer wielkim rybom, które z pluskiem głośnym rzucają się na nie.</akap>


<akap>Błogosławione dnie chrabąszczowe! Ileż zabawy, figlów, pustoty sprowadzają na ciche zwykle
miasteczko! W zabawie dzieci biorą udział i starsi --- nie ma w miasteczku człowieka, który by idąc
na spoczynek, nie śmiał się, lub przynajmniej nie
uśmiechał, przypominając sobie różne wesołe epizody chrabąszczowej kampanii.</akap>


<akap>Jaka szkoda, że dnie chrabąszczowe przypadają
tylko na wiosnę; że w roku jest tylko jedna wiosna i że tych dni nie bywa więcej niż dwa, trzy
najwyżej.</akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XII. Poeta</naglowek_rozdzial>



<akap>Lekcja polskiego. Nauczyciela jeszcze nie ma.
Klasa, przed każdą lekcją zmieniająca się w ul
brzęczący, teraz jest spokojna, pełna powagi i skupienia.</akap>


<akap><begin id="b1305224248674-3380479493"/><motyw id="m1305224248674-3380479493">Nauczyciel</motyw>Wchodzi młody, wytwornie ubrany nauczyciel
i lekko głową skłoniwszy się, mówi:</akap>


<akap_dialog>--- Dzień dobry panom!</akap_dialog>


<akap>On jeden uczniów klasy trzeciej nazywa ,,panami".</akap>


<akap_dialog>--- Dzień dobry panu psorowi! --- wykrzykują
chłopcy zgodnym, rześkim chórem.</akap_dialog>


<akap>Któż by się domyślił, że ten szczupły młodzieniec, ze świeżą, przyjaźnie uśmiechniętą twarzą,
z włosami fryzowanymi, wesoły, delikatny, uprzejmy jest następcą --- Skowrońskiego...</akap>


<akap>Nigdy jeszcze chyba młodość i starość, wiosna
i zima, jutrzenka i wieczór późny, tak jaskrawo
nie odcinały od siebie.</akap>


<akap>Młody, piękny nauczyciel swą nadzwyczajną
uprzejmością i swym wykwintem niesfornych
chłopców oczarował i --- ujarzmił. To, czego nie
mogli dokonać: Luceński drwinami i grzmoceniem
trzciną w stolik, Effenberger krzykiem i wymyślaniem, Izdebski darciem za włosy i bębnieniem po
plecach, Salamonowicz chytrością i podszczuwaniem u inspektora, sam inspektor wreszcie basem
urzędowym i dyscyplinarną srogością --- bez żadnego pozornego wysiłku osiągnął od razu młody
przybysz, profesor Chabrowski.</akap>


<akap>Jego wpływ na uczniów jest tego rodzaju, że ---
wstydziliby się okazywać mu nieposłuszeństwo,
zuchwałość, gburowatość. Nawet Kozłowski przy
nowym profesorze zapomniał o psich figlach; nawet wrodzona żywość Sprężyckiego ustąpiła miejsca poważnej zadumie; nawet Bonuś Smoliński
nauczył się lekkich, zgrabnych ruchów; nawet Kucharzewski wysubtelniał i zdrobniał, a ,,kataryniarz" Olszewski zrozumiał po raz pierwszy w życiu, że prócz piłek i gołębi są na tej ziemi inne
jeszcze uwagi godne rzeczy.</akap>


<akap>Jest to już fatalnością pedagogów, że każdy
z nich posiada w obejściu się coś niezwykłego,
ekscentrycznego, co go od ludzi normalnych odróżnia. Tę oryginalność uczniowie umieją zawsze
z błyskawiczną szybkością dostrzec i zapamiętać.
Z niej też czynią broń przeciw nauczycielom nielubianym.</akap>


<akap>I profesor Chrabowski zdaje się nie być wolnym od tej specjalnej ekscentryczności. Ma on
przyzwyczajenie oglądać się często na drzwi

i ściany --- zwłaszcza gdy chce opowiedzieć coś
ciekawszego lub wygłosić jakieś nowe, piękne
wiersze...</akap>


<akap>Młody nauczyciel zerwał ze starzyzną swego
poprzednika. Rzadko i tylko mimochodem wspomina o Krasickim i Karpińskim, Naruszewicz
jakby wcale dla niego nie istniał; Trembeckiego<pe><slowo_obce>Stanisław Trembecki herbu Prus</slowo_obce> (1739--1812) --- poeta, szambelan królewski, członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk, współtwórca klasycyzmu stanisławowskiego; pisał bajki, wiersze libertyńskie, poematy opisowe (np. <tytul_dziela>Powązki</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Sofiówka</tytul_dziela>), stworzył komedię <tytul_dziela>Syn marnotrawny</tytul_dziela> według Woltera.</pe>
chwali, lecz tylko wyjątki z niego przytacza.</akap>


<akap>Za to o romantycznych poetach mówi wiele ---
o wiele więcej niż jest zobowiązany. Ich też cytując, najczęściej na drzwi spoziera.</akap>


<akap>Gdy przytrafi się kiedykolwiek zastępstwo
chorobą lub wyjazdem innego nauczyciela spowodowane, najczęściej je przyjmuje na siebie Chabrowski. Te nadprogramowe godziny bywają poświęcane wyłącznie czytaniu.</akap>


<akap>Młody profesor czyta lub innym czytać każe
z przyniesionej książki; czasem wiersze wygłasza
z pamięci --- niekiedy także wydobywa z kieszeni
piękny, welinowy<pe><slowo_obce>welin</slowo_obce> --- luksusowy papier, cienki i gładki a. skóra cielęca, dokładnie wyprawiona, używana dawniej do pisania lub druku.</pe> kajecik własną ręką zapisany
i z jego treścią uczniów zapoznaje.</akap>


<akap>Przy odczytywaniu takich kajecików głos młodego profesora drży lekko, po twarzy przebiega rumieniec. Profesor, odczytawszy jedną stronicę,
zatrzymuje się, jakby badał wrażenie uczynione
na słuchaczach.<end id="e1305224248674-3380479493"/></akap>


<akap>Gdy który z uczniów wyrwie się z pochwałą,
gdy przy epizodach wesołych roześmieje się, a przy
smutnych westchnie, czytający okazuje widoczne
zadowolenie. Zdarza mu się też wówczas niekiedy
przerwać czytanie i rzec, nie patrząc na nikogo:</akap>


<akap_dialog>--- Słowacki wyraziłby to nieskończenie lepiej.
Ale trudno równać się ze Słowackim...</akap_dialog>


<akap>Z tych napomknień domyślniejsi odgadują
właściwego twórcę welinowych poematów. Uwielbienie ich bardziej jeszcze wzrasta. Wiersze wydają się im prześliczne.</akap>


<akap>Tego dnia profesor Chabrowski wchodzi z miną
tajemniczą, na katedrze nie zasiada, dziennika
klasowego nie otwiera. Dość długo przechadza się
w milczeniu przed ławkami, wreszcie wydobywa
z kieszeni książkę niewielką i mówi uprzejmym,
przyciszonym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Dziś lekcji właściwej nie będzie. Przyniosłem panom arcydzieło Mickiewicza: <tytul_dziela>Pana Tadeusza<pe><slowo_obce>Pan Tadeusz</slowo_obce> --- <tytul_dziela>Pan Tadeusz, czyli Ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem</tytul_dziela>, poemat Adama Mickiewicza wydany w 1834 w Paryżu; polska epopeja narodowa.</pe></tytul_dziela>. Proszę kolejno czytać je na głos. Inni
niech uważają. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby
każdy z panów umiał później opowiedzieć mi treść
i wskazać piękności usłyszanego rozdziału.</akap_dialog>


<akap>Po tych słowach wręcza książkę siedzącemu
z brzegu Sprężyckiemu.</akap>


<akap><begin id="b1307449240016-1113105640"/><motyw id="m1307449240016-1113105640">Poeta</motyw>Dumny z wyróżnienia chłopiec zabiera się od razu do czytania --- ale go profesor gestem wstrzymuje.</akap>


<akap_dialog>--- Podczas gdy panowie będziecie czytali ---
mówi --- ja na minut kilkanaście wyjdę. Chcę
przyjąć udział w małej uroczystości, która się
przygotowywa<pe><slowo_obce>przygotowywa</slowo_obce> --- dziś popr. forma 3os. lp.: przygotowuje.</pe> na poczcie<pe><slowo_obce>na poczcie</slowo_obce> --- poczta stanowiła w XIX w. przystanek dla dyliżansów pocztowych, gdzie można było wypocząć w drodze, zjeść coś, nakarmić lub zmienić konie. Dyliżanse przewoziły podróżnych, ładunki i listy.</pe>. Miasto nasze spotyka
dziś szczęście: za chwilę zatrzyma się w nim na
krótko, w przejeździe na Litwę, wielki poeta polski.
Pragnę zobaczyć go, pokłonić mu się --- wraz z innymi ofiarować mu kwiaty.</akap_dialog>


<akap>Sprężycki na wspomnienie ,,poety", ,,wielkiego
poety" --- drgnął. Wiadomość, że przez miasteczko
przejeżdżać ma prawdziwy poeta, wydała mu się
nadzwyczajną, niby wieść o zstąpieniu na ziemię
Jowisza, Saturna lub innego z bogów mitologicznych...</akap>


<akap>Nie mógł powstrzymać się od zapytania:</akap>


<akap_dialog>--- Który to poeta, panie profesorze?</akap_dialog>


<akap>Pytanie jemu samemu wydawało się dziwne.

Wyobrażał sobie, nie wiadomo dlaczego, że wszyscy
poeci należą do przeszłości --- że o każdym,
w książkach wymienianym, mówić trzeba w czasie
przeszłym: ,,żył... umarł... napisał to i to"... nigdy
zaś: ,,żyje... mieszka tu i tu... pisze lub pisać zamierza to i owo"...</akap>


<akap>Profesor rzucił nazwisko:</akap>


<akap_dialog>--- Syrokomla<pe><slowo_obce>Władysław Syrokomla</slowo_obce> --- własc. Ludwik Kondratowicz herbu Syrokomla, (1823--1862), polski poeta i tłumacz epoki romantyzmu.</pe>...</akap_dialog>


<akap>Spostrzegł, że samo nazwisko wrażenia na
uczniach nie czyni, dodał więc jeszcze:</akap>


<akap_dialog>--- Autor <tytul_dziela>Margiera</tytul_dziela>, <tytul_dziela>Dęboroga</tytul_dziela> i prześlicznych <tytul_dziela>Gawęd</tytul_dziela>. W zeszłym miesiącu czytałem
panom wyjątki z <tytul_dziela>Dęboroga</tytul_dziela>. Czy pamiętacie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętamy!... Pamiętamy!... --- ozwały się
tu i owdzie, cieńsze i grubsze glosy. <end id="e1307449240016-1113105640"/>Najgłośniej
przytwierdzał Sprężycki, przed którego oczyma
przesunęły się w tej chwili barwne obrazy z ,,szkolnych czasów Dęboroga".</akap_dialog>


<akap>Profesor tymczasem, nakładając palto, mówi
jeszcze:</akap>


<akap_dialog>--- Proszę panów, abyście sprawiali się cicho
i przyzwoicie. Nie chciałbym, żeby się inni o mej
nieobecności dowiedzieli. Czy mogę liczyć na panów? Możecie mi dać słowo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słowo honoru!... Słowo uczciwości!... Słowo
szlacheckie!... --- brzmią na wszystkie strony uroczyste, pełne głębokiego przejęcia się, zapewnienia.</akap_dialog>


<akap>Profesor Chabrowski wychodzi na palcach,
drzwi za sobą ostrożnie zamykając...</akap>


<akap>Sprężycki zabiera się natychmiast do czytania.
Inni słuchają w skupieniu ducha. Cisza taka, jakiej nie bywa nawet podczas urzędowych przemówień inspektora.</akap>


<akap>Sprężycki czyta opis grzybobrania. Czyta głosem niezbyt silnym, ale z doskonałym zrozumieniem rzeczy. Żaden obraz, ani żadna myśl poety
nie giną w jego wyrazistej dykcji. Świetnego opisu
ze szczególnym zajęciem słuchają chłopcy ze wsi.
Nikt lepiej od nich nie zna tych przeróżnego
kształtu i przeróżnej nazwy grzybów, o których
mówi poeta. Czasem który z nich poruszy się niecierpliwie, zaniepokojony jakimś wierszem, jakby
chciał powiedzieć:</akap>


<akap_dialog>--- Ależ nie tak, nie tak!... U nas, na Mazowszu,
ten gatunek nazywa się inaczej.</akap_dialog>


<akap>Uwagę swą jednak zatrzymuje w myśli i słucha
dalej, milczenia ogólnego nie przerywając.</akap>


<akap>Sprężycki zmęczył się --- oddaje książkę Kucharzewskiemu. Olbrzym przewrócił kilkanaście
kartek --- czyta opis bitwy w zaścianku Dobrzyńskim. W jego czytaniu obraz utarczki szlachty
z jegrami<pe><slowo_obce>jegier</slowo_obce> --- w dawnym wojsku żołnierz specjalnej formacji strzelców.</pe> wychodzi nadzwyczaj plastycznie.
Wśród słuchaczów zajęcie, wywołane poematem,
bardziej jeszcze wzrasta.</akap>


<akap>Nawet najtępsi, na wszystko obojętni ,,piłkarze" i ,,przeżuwacze" z ostatnich ławek nadstawiają uszu, żeby coś pochwycić i zrozumieć. Gdy
im się to nie udaje, zwieszają głowy i drzemią.</akap>


<akap>Upłynęło w ten sposób mniej więcej pół godziny.</akap>


<akap>Sprężycki, któremu myśl o przejeżdżającym
poecie spokoju nie daje, kręci się, oknem wygląda,
namyśla się widocznie, co czynić. Wreszcie wstaje,
bierze czapkę i szepnąwszy coś swemu sąsiadowi,
po cichu z klasy wychodzi.</akap>


<akap>Znalazłszy się w korytarzu, ciska badawcze
spojrzenie w prawo i lewo. Nie dostrzegł nikogo, chyłkiem wymyka się na ulicę.</akap>


<akap>Zamiar jego jest już wyraźnie określony: postanowił za wszelką cenę --- zobaczyć Syrokomlę.</akap>


<akap>Na pocztę nie idzie, do czego ma kilka ważnych powodów. Najpierw, boi się zostać dostrzeżonym przez Chabrowskiego. Po wtóre, jest pewny,
że go tam, w licznym zgromadzeniu miasteczkowych dygnitarzy, przed oblicze poety nie dopuszczą. Wreszcie obliczył, że uroczystość jest bliska
końca, mógłby więc łatwo spóźnić się na nią.</akap>


<akap>Ostatecznie, przebywszy most benedyktyński
i znalazłszy się na tak zwanym ,,trakcie<pe><slowo_obce>trakt</slowo_obce> --- droga bita, szlak komunikacyjny.</pe> petersburskim" nie skręca w lewo, w stronę poczty, lecz
w prawo, gdzie ów trakt biegnie do Różana, Ostrołęki, Łomży itd.</akap>


<akap>Wie, że dążący na Litwę poeta tędy koniecznie
musi przejeżdżać. Gdy Sprężycki wynajdzie dla
siebie spokojny punkt obserwacyjny, będzie mógł
przypatrzeć mu się do woli.</akap>


<akap>Minął Karczmę Zieloną, już na krańcach miasta stojącą, skręcił w stronę cmentarza świętokrzyskiego, mimo którego biegła szosa.</akap>


<akap>Dzień był jesienny --- szary, posępny. Zaczął
mżyć drobny deszczyk. Droga opustoszała; długie
wstęgi lasów, zamykające horyzont, obciągnęły się
mgłą niebieską.</akap>


<akap>Sprężycki stanął pod drzewem przydrożnym;
oczy wytężył w stronę miasta. Z bijącym sercem,
z głową pełną myśli --- czeka.</akap>


<akap>Mijają sekundy, minuty, kwadranse; deszcz
mży coraz gęściejszy; lasów za mgłą nie widać;
szosa, jak okiem sięgnąć, puściuteńka...</akap>


<akap>Chłopczynę, skulonego pod drzewem i jakby
zgubionego wśród wielkich, płaskich, bezludnych
przestrzeni, ogarnia z wolna smutek. Zaczyna też
mu i chłód dokuczać. Wybiegł ze szkoły w samym
mundurku, a tu wiatr pociąga zimny, deszcz zacina, jakby lodowymi igiełkami...</akap>


<akap><begin id="b1305224434901-3293559591"/><motyw id="m1305224434901-3293559591">Poezja</motyw>Aby dodać sobie energii, podniecić się zapałem, powtarza półgłosem wiersze --- wiersze Syrokomli.</akap>


<poezja_cyt><strofa>Gdzie wy, jasne dni moje, moje szkolne czasy,/
Kiedy serce dziecinne z wiarą i otuchą/
Do grona towarzyszów i do murów klasy/
Przylgło<pe><slowo_obce>przylgło</slowo_obce> --- dziś: 3os. lp cz.przesz.: przylgnęło.</pe>, przyrosło na głucho?/
Gdzie wy, drobne a wzniosłe mojej pychy cele,/
By zrównać i prześcignąć najpierwszych w nauce?/
Gdzie owo wśród igraszek serdeczne wesele,/
Kiedy piłkę wysoko, wysoko podrzucę?/
Kiedy w gronie swawolnym po równinach lecę,/
By schwytać wyrzuconą, albo odbić w górze?/
Gdzie pobożność i wiara w Najwyższej Opiece,/
Gdy się modlę w kaplicy albo do Mszy służę?</strofa></poezja_cyt>


<akap>Z serca chłopczyny smutek nie ustąpił ---
owszem, wzrastać się zdaje.</akap>


<akap_dialog>--- ,,Czy dzisiaj świat postarzał? Czy w oczach
ściemniało?"... --- powtarza za poetą z tak głębokim przejęciem się, jakby mu tę skargę własne
życie i własne doświadczenie podyktowały.</akap_dialog>


<akap>A na drodze wciąż pusto. Żaden turkot od strony miasta nie nadlatuje.</akap>


<akap>I znów sięga do pamięci --- prawie na głos
mówi:</akap>


<poezja_cyt><strofa>Bodaj to szkolna wiara i nadzieja szkolna,/
Kiedy wierzyłem w przyszłość płomienistą duszą,/
Że choć nauka trudna, choć praca mozolna,/
Lecz cele nasze wielkie i spełnić się muszą!...</strofa></poezja_cyt>


<akap>Wyczerpał cały zasób zapamiętanych wierszy.
Teraz myśli o ich autorze.<end id="e1305224434901-3293559591"/></akap>


<akap_dialog><begin id="b1305224461100-3557407683"/><motyw id="m1305224461100-3557407683">Poeta</motyw>--- Poeta... Ileż mieści się w tym słowie! Tysiące, dziesiątki, setki tysięcy zwykłych ludzi, takich jak ja, moi koledzy i moi nauczyciele --- z wyjątkiem może Chabrowskiego --- zdobywają się na
wydanie jednego poety! Toteż on do zwykłych ludzi nie może być podobnym.</akap_dialog>


<akap>Wyraziwszy to głębokie przekonanie, Sprężycki zamyśla się i usiłuje wyobrazić sobie: jak też
wygląda ta nadzwyczajna istota?</akap>


<akap>Z portretów zna jedynie: Mickiewicza z rozwichrzonym lasem włosów na głowie; Goethego<pe><slowo_obce>Johann Wolfgang von Goethe</slowo_obce> (1749--1832) --- niemiecki poeta okresu romantyzmu, dramaturg, prozaik, polityk.</pe>,
który mu się wydaje zawsze z brązu odlany,
z marmuru wykuty; Szekspira<pe><slowo_obce>Szekspir</slowo_obce>, własc. <slowo_obce>William Shakespeare</slowo_obce> (1564--1616) --- angielski dramatopisarz, poeta i aktor. Uważany za jednego z najwybitniejszych pisarzy literatury angielskiej oraz reformatorów teatru.</pe>, o którym myśli, że
był sam i Hamletem, i królem Lirem i Ryszardem
Trzecim<pe><slowo_obce>Hamlet, Król Lir, Ryszard
Trzeci</slowo_obce> --- dramaty napisane przez Szekspira, a jednocześnie: tytułowi bohaterowie tych dzieł.</pe>.<end id="e1305224461100-3557407683"/></akap>


<akap>Odzywa się wreszcie głos trąbki --- głos jękliwy, żałosny do ogólnej melancholii jesiennego
przedwieczerza dostrojony.</akap>


<akap>Z mgły wynurza się bryczka pocztowa --- zwyczajna, zielono malowana ekstrapoczta<pe><slowo_obce>ekstrapoczta</slowo_obce> (daw.) --- specjalna bryczka pocztowa jadąca szybciej niż zwykła.</pe>, pędząca
szybkim kłusem po twardo ubitej szosie.</akap>


<akap>Droga w tym miejscu jest falista. O kilkadziesiąt kroków od Sprężyckiego konie zwalniają biegu, wjeżdżają pod górę. Już on jest w stanie rozeznać postać siedzącą na bryczce. Ta postać zbliża
się doń coraz szybciej, staje się coraz wyraźniejszą.</akap>


<akap><begin id="b1305224504163-1151671630"/><motyw id="m1305224504163-1151671630">Poeta</motyw>Sprężycki widzi mężczyznę średnich lat z twarzą wygoloną, z długimi, ciemnymi, wymykającymi się spod czapki i na ramiona spadającymi
włosami. Jadący ma na sobie płaszcz ciemno-zielony z peleryną, którą wiatr jesienny rozwiewa.
Czapkę wcisnął głęboko na oczy; w ustach trzyma
cygaro zagasłe, o którym zda się, że zapomniał.
Siedzi bardzo pochylony, jakby go całego wielki
ciężar przygniatał. Twarz jego wyraża smutek
i znękanie; oczy w dół spuszczone, na nic i na nikogo nie patrzą.</akap>


<akap>Na siedzeniu, obok podróżnego, leży kilka większych i mniejszych bukietów, które podskakują,
ile razy bryczka o wystający kamień uderzy.</akap>


<akap_dialog>--- Więc to poeta?... --- myśli chłopiec z uczuciem zawodu, a zarazem rozrzewnienia.</akap_dialog>


<akap>Wyobrażał go sobie inaczej: podobnego do
Margiera<pe><slowo_obce>Margier</slowo_obce> --- bohater poematu Syrokomli <tytul_dziela>Margier. Poemat z dziejów Litwy</tytul_dziela>.</pe> i Dęboroga<pe><slowo_obce>Dęborog</slowo_obce> --- bohater poematu Syrokomli <tytul_dziela>Urodzony Jan Dęboróg i szkolne czasy</tytul_dziela>.</pe>, z dużym, płowym wąsem,
z nosem orlim, z oczyma ciskającymi pioruny.</akap>


<akap>To uczucie trwa tylko chwilę. Mary pierzchnęły --- Syrokomla rzeczywisty podoba mu się i zachwyca go równie silnie, jak one. Jakżeby pragnął uścisnąć, ucałować te ręce, co tyle cudnych pieśni
skreśliły<pe><slowo_obce>skreślić</slowo_obce> (daw.) --- tu: napisać.</pe>!</akap>


<akap>Gdy zrównała się z nim bryczka, wychodzi
spod drzewa, zdejmuje czapkę i wyprostowany,
jak przed inspektorem, w swym niebieskim, przez
deszcz zmoczonym mundurku stoi, wpatrując się
w poetę wzrokiem pełnym ukochania i zapału.</akap>


<akap>Dojrzał go Syrokomla. Szybkim ruchem odrzuca cygaro, prostuje się, głowę odkrywa ---
z wbitym w chłopczynę bystrym, do głębi przenikającym wzrokiem, uśmiecha się...</akap>


<akap>Ach! Do śmierci nie zapomni Sprężycki tego
spojrzenia i tego uśmiechu.</akap>


<akap>Spojrzenie jest rześkie i jakby gorące; uśmiech --- pełen dobroci, a zarazem niewypowiedzianego, bezdennego smutku.<end id="e1305224504163-1151671630"/></akap>


<akap>Bryczka przeleciała, szybko tocząc się po pochyłości wzgórza --- poeta zniknął w dali we mgle
jak senne widzenie.</akap>


<akap>Sprężycki stoi w miejscu, wpatrzony w mgłę,
która mu ukochaną postać zakryła. Pomimo deszczu stoi bez czapki. Nie czuje zimnego wiatru,
który coraz silniej od pól zawiewa.</akap>


<akap>Od wewnętrznego wzruszenia jest mu prawie
gorąco.</akap>




<akap>Jednak oczy ma pełne łez.</akap>




<akap>Może mu instynkt duszy coś podszepnął...</akap>









<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XIII. Chora noga</naglowek_rozdzial>



<akap>Majowe, radosne, zwycięskie słońce, które strumieniami złota całe miasteczko zalało, na próżno
usiłuje wedrzeć się do niedużego saloniku Sprężyckich.</akap>


<akap>Panuje tu półmrok niebieskawy od zapuszczonych kartonowych rolet, na których wymalowano
fantastyczne górskie pejzaże kolorem indygo.</akap>


<akap>Jakby nie dość było tej zapory dla słońca, czyjaś ręka rozwiesiła jeszcze w oknach kapy kolorowe, które blask dzienny prawie zupełnie tłumią.</akap>


<akap>W saloniku czuć mdlący zapach jodu i wody
kolońskiej. Powietrze przesycone lekarstwami.
Zwykłych mebli nie widać; fortepian wyniesiony;
duże zwierciadło zakryte muślinem<pe><slowo_obce>muślin</slowo_obce> --- lekka, przezroczysta tkanina.</pe>. Na środku stoi
wielki stół zastawiony butelkami: w głębi ---
łóżko.</akap>


<akap><begin id="b1305224698878-577737176"/><motyw id="m1305224698878-577737176">Choroba</motyw>Cóż to za chłopczyna, blady, jak opłatek, na
tym łóżku spoczywa? Twarz jego mówi o długich
przebytych cierpieniach, o znacznym upływie
krwi. Podesłano mu pod głowę i plecy tak wiele

poduszek, że w łóżku prawie siedzi, --- ale jedną
nogę trzyma wciąż wyprostowaną, okrytą bandażami i grubym opatrunkiem.</akap>


<akap>W pokoju nie ma nikogo. Chory oczy przymknął, zdaje się drzemać. Ale i w tym na pół tylko
czuwającym stanie wydaje co chwil kilka stłumione, bolesne jęki.</akap>


<akap>Ktoś z nadzwyczajną ostrożnością uchylił
drzwi. Ukazał się w nich najpierw wielki bukiet;
za bukietem --- niebieski mundurek.</akap>


<akap>Pomimo, że przybysz szedł na palcach, chory
go dosłyszał.</akap>


<akap_dialog>--- Czy to ty, Bronek? --- odzywa się słabe, ledwie dosłyszalne zapytanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja! Przyniosłem ci bzu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, daj go, daj!</akap_dialog>


<akap>Chory ożywił się. Głos jego stał się mocniejszy,


oczy otworzyły się na całą szerokość.</akap>


<akap>Dopiero w tym przetworzeniu można dopatrzeć
w bladym, bezsilnym chłopczynie pewnego, bardzo zresztą dalekiego, podobieństwa do rumianego, żywego jak iskra Sprężyckiego.</akap>


<akap>A jednak on to jest we własnej postaci. Jeszcze
w końcu zimy wywichnął niebezpiecznie nogę
w kostce. Leczono mu ją źle i wprowadzono w stan
tak groźny, że już stopę miał mieć odjętą. Obyło
się szczęśliwie bez tego, ale już trzeci miesiąc leży
z raną ciężką w nodze, cierpiąc niesłychane bóle,
które mu często i po nocach sypiać nie dają. Mimo
wszystko na duchu nie upada, wesołości wewnętrznej nie traci.<end id="e1305224698878-577737176"/></akap>


<akap_dialog>--- Bronek --- mówi prosząco --- połóż mi go
tu!... --- oczyma wskazuje kołdrę.</akap_dialog>


<akap>Kolega kładzie bukiet na piersiach chorego.</akap>


<akap_dialog>--- Przysuń bliżej, do samej twarzy... --- prosi
znowu.</akap_dialog>


<akap>Olbrzymia więź<pe><slowo_obce>więź</slowo_obce> --- tu: wiązanka, bukiet.</pe> bzu znajduje się po chwili tuż
przy policzkach chorego.</akap>


<akap>Chłopiec z wysiłkiem podnosi cokolwiek głowę;
całą twarz w wonnym gąszczu zanurza. Nozdrzami, ustami, piersią całą, wciąga w siebie, pije zapach świeżych kwiatów.</akap>


<akap>Jest podniecony, rozpromieniony. Bladziutki
rumieniec wystąpił na jego chude, wystające kości policzkowe.</akap>


<akap><begin id="b1307454065825-2487071241"/><motyw id="m1307454065825-2487071241">Wiosna, Lekarz, Choroba</motyw><begin id="b1307454101153-3197318573"/><motyw id="m1307454101153-3197318573">Kwiaty</motyw>Razem z bzem do łóżka małego męczennika
przyszła wiosna. On tak jej pożądał! Tyle o niej
roił podczas nocy bezsennych!</akap>


<akap>Od kilku tygodni męczył domowników nieustannym dopytywaniem: czy jaskółki już przyleciały, czy akacja rozwinęła się? Czy bez zakwitł?...</akap>


<akap>Zbywano te pytania milczeniem, uważając, że
w jego położeniu, od jaskółek, bzów i akacji, stokroć są ważniejsze: mikstury, okłady i maści. Ale
mylono się. Wiosna posiada środki uzdrawiające
takiej potęgi, do jakiej nie wzniosą się nigdy preparaty apteczne.</akap>


<akap>Gdy Sprężycki napawa się aromatem kwiatów,
zdaje się, że mu sił przybywa. Błyskają mu nawet
w oczach iskierki dawnej, chłopięcej wesołości.<end id="e1307454065825-2487071241"/></akap>


<akap><begin id="b1305224770604-2275439129"/><motyw id="m1305224770604-2275439129">Przyjaźń</motyw>Dembowski pochylił się, żeby powstrzymać bukiet zsuwający się koledze z piersi. On go znienacka za nos chwyta i śmieje się cicho. Jest w tym
i podziękowanie, i figiel, i pieszczota.</akap>


<akap_dialog>--- Skąd go wziąłeś? --- pyta, wskazując wzrokiem bez.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Połowa z ogrodu benedyktynów; reszta od
Melechowicza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pozwolił?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie pytałem.</akap_dialog>


<akap>Śmieją się obydwa.<end id="e1307454101153-3197318573"/></akap>


<akap>Dembowski poprawia choremu kołdrę, poduszki, potem gałązką bzu muchy od niego ogania.
Jest serdeczny, koleżeński, przy tym pełen uprzedzającej, jakby kobiecej delikatności. Chodzi na
palcach, przemawia głosem przyciszonym ---
w oczy choremu zagląda, jakby chciał w nich myśli jego wyczytywać.</akap>


<akap>Teraz usiadł na brzeżku krzesła i opowiada, co
słychać w szkole.</akap>


<akap>,,Dziad" na każdej lekcji Sprężyckiego ,,wyrywa". Luceński gdy odczytuje listę, przy nazwisku Sprężyckiego głową kręci, tabakę zażywa
i mówi: ,,Żeby kózka nie skakała"... Ksiądz prefekt obiecał mszę na intencję chorego odprawić.
Na lekcji Astrowa, który jest zawsze roztargniony
i dotąd jeszcze uczniów nie poznał, odpowiada za
Sprężyckiego ktoś inny i dostał czwórę.</akap>


<akap_dialog>--- Ale wiesz, kto się o ciebie najczęściej dopytuje?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może Chaber?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zgadłeś. On cię lubi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja jego. Czytuje wam swoje poezje?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże. Wczoraj czytał powiastkę, też pewnie swoją. Tak była zabawna... Uśmialiśmy się
wszyscy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda, żem jej nie mógł słyszeć!...</akap_dialog>


<akap>Zasmuca się nagle.</akap>


<akap>Zauważył to przyjaciel, śpieszy z pociechą.</akap>


<akap_dialog>--- Nic straconego! Pytał właśnie Chaber, czy
cię może odwiedzić. Chciałby rozerwać cię czytaniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, jaki dobry! Kocham go, jak rodzonego
brata!</akap_dialog>


<akap>Zamilkli obydwa. Chory ma łzy w oczach ---
łzy rozrzewnienia.</akap>


<akap_dialog>--- Słuchaj, Bronek --- pyta po chwili głosem
przyciszonym --- czy jaskółki już przyleciały?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże. Wczoraj to się nawet czubiły z wróblami o gniazda przy kościele.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1307454848681-3198723850"/><motyw id="m1307454848681-3198723850">Zabawa</motyw>--- A chrabąszcze są?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już giną. Aleśmy mieli z nimi paradną zabawę. Kozioł zrobił z papieru karetę, zaprzągł do
niej aż sześć chrabąszczów i puścił Niemcowi na
katedrę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż Niemiec? </akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z początku się gniewał, potem śmiał się.
I powiedział, że ten, kto to zrobił, byłby dobrym
krawcem dla pcheł. Zaraz też przytoczył nam
i przetłumaczył wiersz niemiecki o pewnym królu,
u którego pchła była szambelanem<pe><slowo_obce>szambelan</slowo_obce> --- wysoki urzędnik dworski w służbie osobistej króla lub księcia; później godność tytularna.</pe>...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem --- pochwalił się chory erudycją. ---
,,<slowo_obce>Es war einmal ein König, der hatte einen grossen Floh<pe><slowo_obce>Es war einmal ein König, der hatte einen grossen Floh</slowo_obce> (niem.) --- ,,Był sobie raz król, który miał dużą pchłę..." wiersz Johanna Wolfganga Goethego.</pe>"...</slowo_obce></akap_dialog>


<akap>Potem Dembowski opowiada o kolegach, o figlach szkolnych, o tym, jak Kucharzewski w czasie pauzy przeniósł całą katedrę<pe><slowo_obce>katedra</slowo_obce> --- tu: podwyższenie, na którym stoi stół dla nauczyciela.</pe> ze stolikiem i fotelem pod piec, jak Kataryniarz przyniósł do klasy
gołębia, którego mu skonfiskowano, jak Milkowskiemu wypisano na wysokim kołnierzyku całą
chronologię wojen krzyżowych<pe><slowo_obce>wojny krzyżowe</slowo_obce> --- trwające od końca XI do XIII wieku wojny na terenie Palestyny mające na celu obronę wartości chrześcijańskich i obronę przed muzułmanami miejsc z chrześcijaństwem związanych.</pe>, którą przy wydawaniu lekcji posiłkowali się wszyscy koledzy, jak
Hefajstos przy temperowaniu piór spadł z ławki
i skaleczył się scyzorykiem, jak Piesiowi Mieszkowskiemu wyjadł Łaguna ukradkiem słoik
konfitur i napełnił go surowymi kartoflami.</akap>


<akap>Sprężyckiego to wszystko bawi i smuci. Kiedyż będzie mógł osobiście w szkolnych figlach
uczestniczyć!<end id="e1307454848681-3198723850"/></akap>


<akap>Po chwili Dembowski zaczyna wypytywać
troskliwie:</akap>


<akap_dialog>--- Może ci podać lekarstwo?... Może chcesz
pić?... Może ci co przeczytać?...<end id="e1305224770604-2275439129"/></akap_dialog>


<akap>Ta ostatnia propozycja nadzwyczaj ucieszyła
chorego.</akap>


<akap_dialog>--- Och, tak, tak --- czytaj, kochany Bronku!
Mam tu pod poduszką książkę --- sięgnij po nią...</akap_dialog>


<akap>Kolega książkę wydostał.</akap>


<akap_dialog>--- A! <tytul_dziela>Rinaldo Rinaldini<pe><slowo_obce>Rinaldo Rinaldini</slowo_obce> --- powieść niemieckiego pisarza Christiana Augusta Vulpiusa (1762--1827), której głównym bohaterem jest herszt rozbójników Rinaldo Rinaldini.</pe></tytul_dziela>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie czytać nie wolno... alem ukradkiem
trochę przeczytał z początku. Dalszego ciągu jestem ,,okropnie" ciekawy.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1307456341610-3181149386"/><motyw id="m1307456341610-3181149386">Opieka, Lekarz, Zdrowie, Obyczaje</motyw>--- Tu tak ciemno --- mówi tamten, przerzucając książkę --- litery trudno rozeznać. Czy tobie
szkodzi światło?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ech, to tylko matka uparła się, żeby okna
zasłaniać. A i ten mój doktór ciągle powtarza:
"choremu potrzebny spokój... niech go światło nie
razi"... Ale mnie nic nie razi --- mógłbym patrzeć
śmiało na samo słońce...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może uchylić trochę rolety? Inaczej wcale
czytać bym nie mógł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz, Bronek? Teraz nikogo nie ma w domu; wszyscy w ogrodzie. Myślą, że ja usnąłem.
Zrzuć, niby przypadkiem, tę kapę; podnieś roletę
--- otwórz okno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bój się Boga! Może ci zaszkodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zaszkodzi --- pomoże. Czuję, że świeże
powietrze jest dla mnie tak konieczne, jak woda
dla ryby.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co powie matka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zanim przyjdzie, okno zamkniesz. Zresztą.
Już ja to jakoś wykręcę.<end id="e1307456341610-3181149386"/></akap_dialog>


<akap><begin id="b1307955113837-1053806227"/><motyw id="m1307955113837-1053806227">Wiosna</motyw>Dembowski nie bez trudności uwalnia okno od
ciężkich zasłon i na całą szerokość otwiera.</akap>


<akap>Potoki światła i powietrza wpadają do dusznego pokoju. Odsłania się widok na ogród falami
słońca zalany, na czysty turkusowy błękit nieba, po którym w różnych kierunkach z głośnym ćwierkaniem śmigają jaskółki.</akap>


<akap>Wiosna, jak wspaniała, dobroczynna królowa,
przychodzi do chorego dziecka, aby je pocieszyć.</akap>


<akap>Sprężycki uniósł głowę, chudą szyję wyciągnął; oczy mu błyszczą, usta się śmieją. Na twarzy jego maluje się zachwyt.<end id="e1307955113837-1053806227"/></akap>


<akap>Dopiero przy świetle dziennym widać, jak bardzo go choroba wycieńczyła. Policzki ma zapadłe,
kości wystające. Nos mu się wydłużył i zaostrzył;
włosy, dawno nie strzyżone, długimi kosmykami
spadają mu na czoło.</akap>


<akap>Dembowski przygląda się koledze ze szczerym
wzruszeniem.</akap>


<akap_dialog>--- Zmizerniałeś, Witek! --- mówi kręcąc głową.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tak, jestem teraz jasno-kościsty. Mogliby
mnie wymalować zamiast ,,kostusi<pe><slowo_obce>kostusia</slowo_obce> (pot.) --- kostucha, śmierć wyobrażana jako kościotrup w białych szatach z kosą.</pe>" na chorągwi
żałobnej. Ale to głupstwo! Odstąp, proszę cię!</akap_dialog>


<akap>Ruchem ręki pokazuje koledze, żeby mu okna
nie zasłaniał.</akap>


<akap>Zatonął wzrokiem w błękitach nieba --- pierś
jego szybko oddycha, wchłaniając przesycone zapachem bzu powietrze. Przez długi czas leży w milczeniu, potem mówi szeptem:</akap>


<akap_dialog>--- Tak bym chciał mieć skrzydła!...</akap_dialog>


<akap>Nacieszył się wreszcie słońcem i powietrzem.
Mruga na kolegę, a gdy Dembowski pochylił się
nad nim, szczypie go w jedno ucho, potem w drugie i uśmiecha się do niego wesoło.</akap>


<akap_dialog>--- No, Bronek --- mówi rześko --- teraz do czytania.</akap_dialog>


<akap>Dembowski otworzył starą, zatłuszczoną książkę --- zaczyna:</akap>


<akap>,,Szumiał wiatr gwałtownie nad grzbietami wyniosłych Apeninów<pe><slowo_obce>Apeniny</slowo_obce> --- łańcuch górski we Włoszech.</pe>, kołysał stuletnich dębów wybujałymi wierzchami i miotał słabym płomieniem ognia, koło którego przy skale Rinaldo i Altaverde siedzieli. Noc była ciemna, czarne chmury
zakrywały księżyc, żadna gwiazda nie iskrzyła się
na posępnym niebie"...</akap>


<akap_dialog>--- Śliczne!... --- wzdycha zachwycony Sprężycki--- Ale ja to już znam. Pamiętasz, czytaliśmy
ten początek zaraz po świętach na lekcji Żebrowskiego...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Który nam zabrał książkę --- ciągnie kolega.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Którą potem Żebrowczak wykradł ojcu
i nam oddał --- kończy tamten.</akap_dialog>


<akap>Dembowski przewraca kilka kartek.</akap>


<akap_dialog>--- ,,Doliny zabrzmiały trąb odgłosem". Czy
stąd zacząć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trochę dalej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, już mam! ,,Rozpoznawszy stanowiska
nieprzyjaciół, Rinaldo dał znak i ruszył w lewo.
Zaledwie sto kroków uszli, spostrzegli jakiś papier
na ziemi. Podniósł go Altaverde i oddał Rinaldiniemu. Ten zaczął czytać: W imię rządu, daje się
przebaczenie każdemu z Rinaldiniego bandy, który
opuści wodza swojego i do wojska przejdzie. Który
zaś głowę Rinaldiniego przyniesie, ten oprócz wolności, otrzyma jeszcze pięćset cekinów<pe><slowo_obce>cekin</slowo_obce> --- złota moneta włoska, późniejszy dukat.</pe> w nagrodę".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pięćset cekinów! --- wykrzykuje Sprężycki. --- Jak myślisz, Bronek: czy połakomi się kto
z towarzyszów Rinalda na tę nagrodę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z pewnością ani Altaverde, ani Cinthio, ani
Lodovico...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O! Ja myślę, że nie znajdzie się ani jeden
taki podły. <begin id="b1307456651906-2516720272"/><motyw id="m1307456651906-2516720272">Książka</motyw>Czytaj, Bronek! Umieram z ciekawości: co się dalej stało?</akap_dialog>


<akap>Dembowski ciągnie:</akap>


<akap>"Przeczytawszy, Rinaldo zawołał: --- Towarzysze! To pismo obiecuje nam wolność i przebaczenie, jeżeli mnie opuścicie i na słowo oddacie w ręce
żołnierzy. --- Nie damy się uwieść! Przysięgliśmy
ci wierność i tę zachowamy aż do śmierci --- odezwał się Altaverde. --- Wodzu! Wodzu! podrzyj ten
papier na kawałki; zrobimy z nich ładunki, i obiecujących własnymi ich obietnicami zgładzimy ze
świata!"</akap>


<akap_dialog>--- Dzielni! Dzielni!... --- krzyczy rozpromieniony Sprężycki. --- Wiedziałem, że tak postąpią.
I ja bym uczynił to samo, będąc na miejscu Altaverda.</akap_dialog>


<akap>Rinaldo jest ideałem obu przyjaciół. Nie pojmują fałszywego założenia książki, nie widzą jej
częstych wykroczeń przeciw moralności --- zachwyca ich jedynie śmiałość i waleczność bohaterów, wielbią żywość opowiadania, nadzwyczajną ruchliwość obrazów, przesuwających się szybko
jak w kinematografie.<pe><slowo_obce>kinematograf</slowo_obce> (daw.) --- kino.</pe></akap>


<akap>Ponadawali sami sobie i najbliższym kolegom
imiona wzięte z powieści. Bronek Dembowski jest
Altaverde, Maks Bałandowicz --- Cinthio, Józio
Sitkiewicz --- Leonardo. Imię głównego bohatera
Sprężycki zatrzymał dla siebie.<end id="e1307456651906-2516720272"/></akap>


<akap>Przyjaciel skończył rozdział; chory odzywa się
z mocą:</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz? Urządzimy teatr...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba! --- wzdycha Dembowski, spoglądając
na chorą nogę kolegi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do 13 czerwca muszę chodzić, choćby na
kuli. Uczcimy imieniny matki nadzwyczajnym
przedstawieniem: ,,Nigdy tu jeszcze nie pokazywany <tytul_dziela>Rinaldo Rinaldini</tytul_dziela>, wielki bandyta włoski,
czyli tajemniczy gość w zamku, czyli wpierw
przestrach, potem radość". Las z prawdziwych gałęzi, ognie bengalskie<pe><slowo_obce>ognie bengalskie</slowo_obce> --- sztuczne ognie, fajerwerki.</pe>, wystrzały. Wszystko obmyśliłem. Hrabina --- Walerka Bałandowiczówna;
Alicja, jej siostra i powiernica --- Walerka Zawistowska; Rinaldo --- ja. Od ojca wezmę krócicę<pe><slowo_obce>krócica</slowo_obce> --- ręczna broń palna o krótkiej lufie, używana w XVII–XVIII w.</pe>,
burmistrz pożyczy starego pistoleta. Jedno i drugie
popsute, ale my na to poradzimy. Za sceną będzie
kamień, na kamieniu kapiszon<pe><slowo_obce>kapiszon</slowo_obce> --- niewielka ilość materiału wybuchowego okryta papierkiem, służąca do strzelania z zabawkowych pistoletów.</pe>, przy kamieniu ty
będziesz klęczał z młotkiem w ręce. W chwili, gdy
Rinaldo przystępuje do otwartego okna i mówi:
,,Drżyj, hrabino, za chwilę ujrzysz całą bandę Rinaldiniego!", ja podniosę pistolet do góry, a ty uderzysz młotkiem w kapiszon. Nastąpi wystrzał, Walerka spadnie z krzesła, a wy wszyscy z okropnym --- pamiętaj: z okropnym krzykiem wpadniecie na scenę, wołając: ,,Niech żyje nasz dowódca"!...</akap_dialog>


<akap>Zmęczony długą mową chory upadł na poduszki. Przez długą chwilę leży w zupełnym milczeniu, ciężko oddychając. Dembowski ze zwykłą
troskliwością krząta się przy koledze: wachluje go
gałązką bzu, od much opędza, zwilżył chustkę
wodą kolońską i czoło mu naciera.</akap>


<akap><begin id="b1305224989302-405445123"/><motyw id="m1305224989302-405445123">Tajemnica</motyw>Nagle Sprężycki, coś ważnego sobie przypomniawszy, bystro spogląda w oczy kolegi.</akap>


<akap_dialog>--- Dawnoś widział <wyroznienie>nasz kamień</wyroznienie>? --- tajemniczo
pyta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wczoraj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nieporuszony?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nieporuszony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do kryjówki zaglądałeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trudno było. Wciąż się tam teraz kręcą
ogrodnicy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź o północy, ze ślepą latarką<pe><slowo_obce>ślepa latarka</slowo_obce> --- latarka z ruchomą przesłoną, ukierunkowującą światło.</pe> w jednej
ręce, z oskardem<pe><slowo_obce>oskard</slowo_obce> --- narzędzie podobne do kilofa o jednym ostrzu spiczastym i ostrym, a drugim spłaszczonym, używany głównie w górnictwie i budownictwie.</pe> żelaznym w drugiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba! Skąd wziąć oskarda?... Skąd wziąć ślepej latarki?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To prawda!... --- zamyślił się tamten. ---
U nas wcale tych rzeczy nie znają. Co robić? W powieściach do podważania takich kamieni używają
zawsze oskardów. Niepodobna brać ze sobą łopaty.
To byłaby śmieszność zabijająca.</akap_dialog>


<akap>Wpadli obaj w zadumę --- przemyśliwają, skąd
wziąć romantycznych przyborów. Zgodzili się
wreszcie na jedno: ślepej latarki i oskarda pożyczą z rekwizytorni teatru wędrownego, który na
lato ma przybyć do P. Przy sposobności wezmą
też stamtąd dwa sztylety...</akap>


<akap>Obaj chłopcy są niezmiernie dumni z posiadania tajemnicy. Ach! Wiedzieć coś takiego, co oprócz
nas nikomu na ziemi całej nie jest znane --- cóż to
za rozkosz dla trzecioklasistów!</akap>


<akap>Tajemnica Sprężyckicgo i Dembowskiego spoczywa zakopana w ziemi, w ustronnym kącie
ogrodu zamkowego, pod dużym kamieniem, który
przyjaciele, wszystkie siły wytężywszy, na jeden
cal od ziemi podnieśli.</akap>


<akap>Mieści się owa tajemnica w maleńkim, kryształowym flakoniku po perfumach; jest zaś --- strach
powiedzieć, a nawet pomyśleć --- trucizna...</akap>


<akap>Na co chłopcom trucizna? Czyżby mieli, broń
Boże, zamiar zgładzić kogo ze świata? Cóż by im
jednak na czyjejś śmierci zależeć mogło? Na te pytania żaden nie umiałby dać odpowiedzi. Ale w <tytul_dziela>Trzech Muszkieterach</tytul_dziela>, w <tytul_dziela>Monte-Chrisito</tytul_dziela>,
w <tytul_dziela>Królowej Margot<pe><slowo_obce>Trzej Muszkieterowie, Hrabia Monte-Chrisito, Królowa Margot</slowo_obce> --- powieści napisane przez Aleksandra Dumasa, ojca.</pe> </tytul_dziela>itp. naczytali się tak wiele
o truciznach, że wydało im się rzeczą, każdego porządnego bohatera obowiązującą: posiadać własną, niesłychanej mocy truciznę.</akap>


<akap>Trucizna Sprężyckicgo i Dembowskiego była
podwójnie ich własnością: nie tylko należała do
nich, lecz i przez nich własnoręcznie została przyrządzona. Cóż to był za okropny jad! --- Włosy się
jeżą na samo wspomnienie!...</akap>


<akap>Do przyrządzenia swej trucizny chłopcy użyli
wszystkiego, co --- w ich pojęciu --- ziemia posiada
najbardziej morderczego. Mieścił się w niej: sok
pokrzywy, rozgniecione pająki i stonogi, miałko
tłuczone szkło oraz wydobyte ze stłuczonego termometru żywe srebro (rtęć).</akap>


<akap>Kryjówka z trucizną znana była tylko przyjaciołom. Nikt postronny nie został przypuszczony<pe><slowo_obce>przypuszczony</slowo_obce> --- tu: dopuszczony.</pe>
do tajemnicy. Co więcej, obaj koledzy wykonali
nawzajem przed sobą przysięgę, że do końca życia nigdy nikomu, nawet pod groźbą śmierci, tajemnicy owej nie wyjawią.</akap>


<akap>Honor Dembowskiego został niebawem wystawiony na próbę. Matka, zauważywszy brak kosztownego, pamiątkowego flakonika, posądziła
o przywłaszczenie go służącą. Służąca udowodniła
swą niewinność. Z kolei zwrócono się z podejrzeniem do Bronka. Sumienie małego bohatera musiało toczyć przykrą walkę. Ciężko było zwodzić
matkę, kłamać i zapierać się popełnionej winy;
ciężej jeszcze --- złamać przysięgę, wykonaną
o północy, przy bladym świetle księżyca, z sakramentalnym złożeniem dwóch palców na krzyż...<end id="e1305224989302-405445123"/></akap>


<akap>Nie wiadomo jaki przebieg i jakie zakończenie
miała ta sprawa drażliwa w domu państwa Dembowskich --- ostatecznie jednak tajemniczy flakonik na swym miejscu pozostał --- i dotąd tam zapewne pozostaje...</akap>


<akap>Na posiadaniu tajemnicy nie kończą się tajemnice przyjaciół. Wymyślili nadto sztuczny alfabet i piszą do siebie listy ,,cyfrowane<pe><slowo_obce>cyfrowany</slowo_obce> --- tu: szyfrowany.</pe>", w których
litery są zastąpione dziwacznymi zygzakami. Próbowali nawet ułożyć własny język, ale im się to
nie udało. Przy posługiwaniu się tym językiem
wytwarzały się takie dziwolągi, że mimo największych wysiłków dla utrzymania powagi, żaden
nie mógł powstrzymać się od głośnego śmiechu.</akap>


<akap>Jest coś rozrzewniającego w stosunku tych
chłopców. Bracia rodzeni rzadko tak się kochają,
jak oni. Jednego dnia bez siebie wytrzymać nie
mogą. Jeśli jakaś nadzwyczajna przeszkoda nie
pozwoli im widzieć się ze sobą, zaraz służące biegają z listami od jednego do drugiego.</akap>


<akap>Sprężycki cierpi na bezsenność. Brak ruchu,
osłabienie, głuche, nieznośne bóle, wreszcie lekarstwa narkotyczne rozstroiły mu nerwy. Z wieczora
długo zasnąć nie może; jest też pewnie ostatnim
w miasteczku, któremu sen skleja znużone powieki.</akap>


<akap>Te chwile oczekiwania na spoczynek, w niebieskawym półmroku zakrytej umbrą<pe><slowo_obce>umbra</slowo_obce> (daw.) --- abażur.</pe> lampy,
w głębokiej, jakby cmentarnej ciszy, są dlań najboleśniejsze.</akap>


<akap>Czuje się wówczas tak samotny, tak opuszczony
przez wszystkich, tak nieszczęśliwy...</akap>


<akap>Domownicy, wyczerpani ciągłym czuwaniem,
pozasypiali. Nawet matkę, która siedziała na fotelu z zegarkiem w ręce, pilnując pory podawania lekarstw, zmieniania okładów, sen pokonał.
Słychać tylko szelest wahadła zegarowego, cykanie ,,repetiera<pe><slowo_obce>repetier</slowo_obce> --- dawny zegarek kieszonkowy.</pe>", miarowe oddechy śpiących.</akap>


<akap>Przez okna, nie dość szczelnie zasłonięte roletami, zagląda noc, czarna jak kir na katafalku. Co
pewien czas, zegar na wieży farskiej bije przeciągle godzinę. Daleko, na krańcach miasta, nawołują się warty wojskowe --- głos ich drżący, smutny, oddaleniem stłumiony przedziera się przez
ciemność, jak ostatni jęk konającego...</akap>


<akap>Śmiertelnie lęka się tych chwil chory chłopczyna. Gdyby przynajmniej skrócić je mógł książką lub rozmową! Niestety, i rozmawiać z kim nie
ma, i czytać mu nie wolno.</akap>


<akap>Dowiedział się o tym przyjaciel. Jakże nie ulżyć
cierpiącemu! Jakże nie pocieszyć opuszczonego!
I oto niemal codziennie przesiaduje przy chorym
do północy, książki mu czyta, zabawia go opowiadaniem --- nawet panią Sprężycką w podawaniu
lekarstwa wyręcza.</akap>


<akap>Dopiero gdy chory uśnie, Dembowski wysuwa
się na palcach z pokoju, budzi zdrzemniętą, czekającą nań w kuchni Marysię i w towarzystwie
sługi, niosącej zapaloną latarnię, pustymi, ciemnymi uliczkami powraca do domu. Matka czyni mu
głośne wyrzuty, łaje go, odmawia mu wieczerzy ---
ale poczciwy chłopiec, zaprzysiągłszy koledze przyjaźń, wszystko dla stwierdzenia jej ścierpieć jest
gotów.</akap>


<akap>Jednego dnia przyszedł smutny, pobladły,
z zaczerwienionymi od płaczu powiekami. Było
widoczne, że go coś głęboko wzruszyło i że to
wzruszenie ukryć pragnie. Silił się na zwykły humor, starał się zabawiać kolegę żarcikami --- głos
mu jednak drżał, załamywał się --- smutny wyraz
twarzy świadczył o usposobieniu bynajmniej nie
żartobliwym...</akap>


<akap>Sprężycki zauważył, że przypatruje mu się
z niezwykłym natężeniem i jakby z politowaniem,
że co pewien czas wzrok odwraca, powiekami
mruga i szybko zerwawszy się z krzesła, odchodzi
od okna, lub w ciemny kąt pokoju.</akap>


<akap>Odwrócił się raz za nim i dostrzegł, że ręką
oczy ociera...</akap>


<akap_dialog>--- Bronek! --- zawołał zdziwiony --- Ty płaczesz?</akap_dialog>


<akap>Kolega odsłonił twarz, wykrzywioną sztucznym

uśmiechem.</akap>


<akap_dialog>--- Co znowu?... Przywidziało ci się!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czemuś tarł powieki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coś mi wpadło w oko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kłamiesz, Bronek!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie... nie kłamię. A zresztą... mówmy o czym
innym. Wiesz? Dostałem trzeci tom <tytul_dziela>Nędzników</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Nędznicy</slowo_obce> --- powieść Wiktora Hugo, francuskiego pisarza i dramaturga.</pe>. Nie masz pojęcia jakie awantury wyprawia ten
Valjean...</akap_dialog>


<akap>Sprężycki nadstawił uszu.</akap>


<akap>Właśnie w tym czasie arcydzieło Wiktora
Hugo, wzruszające całą Europę, przedostało się
w tłumaczeniu i do P., gdzie nadzwyczajne przygody Valjeana, Kozety, Mariusza i rodziny Thenardierów najwyższy zachwyt budziły w sercach
dwóch przyjaciół-entuzjastów...</akap>


<akap>Chory, o wszystkim zapominając, zaczął wypytywać:</akap>


<akap_dialog>--- Cóż się stało z córeczką Fantiny?... Czy
stary pan kupił jej wówczas tę śliczną lalkę?...
A pieniądze, zakopane pod drzewem, czy nie zginęły?... Czy Javert wciąż prześladuje dobroczyńcę
w piaskowym surducie?... Czy biskup nie upomniał
się wypadkiem o swoje świeczniki?...</akap_dialog>


<akap>Zawiązała się ożywiona rozmowa. W zapale
rozmowy nawet Dembowski o nurtującym go
smutku zapomniał.</akap>


<akap>Wrócił jednak ten smutek nazajutrz i przez
czas długi dobrego, czułego chłopca nie odstępował.</akap>


<akap>Tymczasem przy chorym odbywały się coraz
częstsze konsylia<pe><slowo_obce>konsylium</slowo_obce> --- narada kilku lekarzy w celu rozpoznania choroby i ustalenia sposobu jej leczenia.</pe> lekarskie. Doktorzy dręczyli
go nieustannym macaniem pulsu, wygniataniem
boków, oglądaniem spuchniętej nogi, sondowaniem rany bolącej, wreszcie, najbardziej może drażniącym, łacińskim szwargotem.</akap>


<akap>Matka miewała często łzy w oczach, inni domownicy i przyjaciele domu tajemniczo szeptali po
kątach, w obocznym pokoju przyciszone prowadzili narady.</akap>


<akap>Nareszcie jednego dnia zaszły przed dom konie
ekstrapocztowe<pe><slowo_obce>konie ekstrapocztowe</slowo_obce> --- specjalna bryczka pocztowa jadąca szybciej niż zwykła. Poczta przewoziła w XIX w. nie tylko przesyłki, ale i pasażerów.</pe>; ojciec Sprężyckiego siadł na bryczkę i pojechał do Warszawy.</akap>


<akap><begin id="b1305225141698-3045356739"/><motyw id="m1305225141698-3045356739">Lekarz</motyw>Po dwóch dniach nieobecności wrócił przywożąc nowego lekarza --- homeopatę<pe><slowo_obce>homeopata</slowo_obce> --- lekarz stosujący homeopatię, czyli metodę leczenia opierającą się na założeniu, że ten sam czynnik, który szkodzi organizmowi, może być lekiem, jeśli używa się go w minimalnych dawkach.</pe>.</akap>


<akap>Z tym lekarzem do pokoju i do duszy chorego
wstąpiło jakby słońce.</akap>


<akap>Skończyły się bolesne sondowania, plastry
palące jak ogień, okłady, podobne kajdanom,
wstrętne mikstury, osłabiająca dieta --- skończyła
się przede wszystkim ponura, więzienna ciemność,
otaczająca dotąd małego męczennika.</akap>


<akap>Homeopata kazał pootwierać okna na całą szerokość, zasłony wszelkie odrzucić, do rany przykładać tylko kawałki płótna nasmarowane zwykłym tłuszczem, a za jedyne lekarstwo używać
wody, w której rozpuszczono kilka drobnych jak
ziarnka makowe kuleczek.</akap>


<akap>Sprężyckiemu wydało się, że jakiś duch dobroczynny wydobył go z dna otchłani czyśćcowej.
Wrócił mu sen, apetyt, humor.</akap>


<akap>Był zdolny przez całą godzinę, z błogim na
ustach uśmiechem, przyglądać się przez otwarte
okno błękitowi nieba, po którym --- na kształt ciemnoszafirowych błyskawic, przebiegały nieustannie jaskółki. Cieszył się światłem słońca, świeżością powietrza --- życie wydawało mu się skarbem
nad skarbami.</akap>


<akap>Gdy już wszystkie polecenia homeopaty zostały
spełnione, kazał on podać sobie do pokoju chorego
drugie śniadanie i z wielkim apetytem zabrał się
do jedzenia.</akap>


<akap>Sam widok tego lekarza sprawia Sprężyckiemu
wrażenie przyjemne. Jest to tłuścioch, starannie
i czysto ubrany, z twarzą całkowicie wygoloną,
wesołą, uprzejmie uśmiechniętą. Z chorym obchodzi się delikatnie, ostrożnie, nawet serdecznie ---
jak z własnym synem.</akap>


<akap>Napiwszy się wódki i przekąsiwszy bułeczkę
z kawiorem, homeopata wydostaje ze swej podróżnej szkatułki nóż osobliwego kształtu i błysnąwszy nim przed oczyma chłopca, mówi z uśmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- Patrz, kochanku: takim to strasznym narzędziem chcieli <wyroznienie>tamci</wyroznienie> urżnąć ci nogę. My zaś użyjemy tego narzędzia do ukrajania potężnego plastra szynki surowej i odpowiedniego kawała placka --- co pewnie lepiej ci będzie smakowało niż
kleik i biszkopciki, którymi cię dotąd żywiono.</akap_dialog>


<akap>Chory, długim postem wycieńczony, rzuca się
łapczywie na ciasto i na mięso --- jednak duszę
nurtuje mu usłyszana wiadomość.</akap>


<akap_dialog>--- To mnie mieli naprawdę nogę urżnąć?... ---
myśli z przerażeniem, które mu włosy na głowie
podnosi.</akap_dialog>


<akap>Po odejściu lekarza, zwraca się z tym pytaniem
do matki.<end id="e1305225141698-3045356739"/></akap>


<akap>Matka w odpowiedzi wybucha płaczem, przyciska syna do piersi, okrywa go pocałunkami i zaleca, żeby starał się o tym nie myśleć...</akap>


<akap>Ale zalecenie nie skutkuje: nad myślami tak
trudno zapanować! Sprężycki, gdy tylko oczy
przymknie, widzi strasznych ludzi z nożami, piłami, kleszczami, którzy znęcają się nad jego biedną, chorą nogą, miażdżą ją, szarpią, odrywają...</akap>


<akap><begin id="b1305225196321-1951193764"/><motyw id="m1305225196321-1951193764">Przyjaźń, Ofiara</motyw>Przed wieczorem wpada do niego Dembowski,
rozpromieniony, wesoły --- na szyję mu się rzuca
i woła:</akap>


<akap_dialog>--- Więc już ci nogi nie urżną?... Wiwat!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty skąd wiesz, że mieli urzynać? --- pyta chory.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiedziałem wpierw, niż wszyscy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skąd?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Doktor Dobrzelewski mówił o tym u moich
rodziców.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ty nic mi nie wspomniałeś!</akap_dialog>


<akap>Tamten milczy zakłopotany.</akap>


<akap_dialog>--- Już teraz wiem, co ci oko zaprószyło wtenczas... kiedyś to stał przy oknie... pamiętasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ech, nie ma o czym mówić!... Rzecz główna,
że dwie nogi ocalały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to dwie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jedna twoja, druga moja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Twoja?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No tak, bo gdym usłyszał, co doktor mówi,
zaraz pobiegłem do naszego kamienia i tam wykonałem ślub: że jeśli ty będziesz miał nogę odjętą, ja również pozbędę się swojej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co wygadujesz! Jakże mógłbyś to zrobić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Alboż to co trudnego? Poszedłbym na wojnę i tak bym manewrował, że kartacz musiałby
mi nogę urwać... A jak nie, to już bym sobie
w inny sposób poradził.</akap_dialog>


<akap>Sprężycki, który ma zwyczaj brać wszystko ,,na
rozum", zastanawia się długo nad tym, co usłyszał.
Wreszcie mówi:</akap>


<akap_dialog>--- Słuchaj, Bronek. Gdybyś zrobił, co mówisz,
byłby to wielki grzech. I byłoby to także wielkie
głupstwo.</akap_dialog>


<akap>Dembowski posępnieje.</akap>


<akap_dialog>--- Ale tymczasem... chodź no tu bliżej.</akap_dialog>


<akap>Tamten podchodzi do łóżka --- Sprężycki chwyta go wychudłymi rękami za szyję i poczyna wycałowywać.</akap>


<akap>Z oczu płyną mu łzy gorące...<end id="e1305225196321-1951193764"/></akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XIV. Szkoła i klasztor</naglowek_rozdzial>



<akap>W samym środku długiego piętrowego gmachu, przypierającego jednym końcem do kościoła
Ojców Benedyktynów, znajdują się duże, ciężkie,
okute drzwi, z wielką mosiężną klamką, umieszczoną tak wysoko, że ,,knoty" wspinać się do niej
muszą na palcach, a niżsi spomiędzy nich wcale
dosięgnąć jej nie mogą.</akap>


<akap>Te drzwi prowadzą razem do szkoły i do klasztoru.</akap>


<akap>Lewa połowa gmachu, łącząca się z kościołem,
należy do zakonników; prawa --- stanowi własność
uczniów i nauczycieli.</akap>


<akap>Pomimo, że żaden mur nie rozgradza tych
dwóch połów, że żaden napis nie wskazuje przeznaczenia jednej i drugiej --- tworzą jakby dwa
światy odrębne. Zdaje się, że między tymi połowami leży przepaść, niemożliwa do przebycia.</akap>


<akap>Nikt też nawet nie próbuje przebywać owej
przepaści.</akap>


<akap><begin id="b1307564629053-2912871527"/><motyw id="m1307564629053-2912871527">Ksiądz, Nauczyciel, Obyczaje</motyw>Choć korytarz klasztorny jest tylko przedłużeniem szkolnego, nigdy nie widzi się na nim niebieskiego mundurka ucznia ani granatowego fraka
nauczyciela. Nawzajem nie pojawia się nigdy na
korytarzu szkolnym czarna sutanna z krótką pelerynką oraz wysoki, składany biret<pe><slowo_obce>biret</slowo_obce> --- kwadratowa lub okrągła, sztywna czapeczka bez daszka, używana dziś jako część oficjalnego stroju duchownych, przedstawicieli sądownictwa, senatu uniwersyteckiego, profesury.</pe>.</akap>


<akap>Istnieją dwa tylko od tej zasady wyjątki. Na
połowę szkolną wkracza w pewnych godzinach
ksiądz prefekt, dążący na lekcje religii; do połowy klasztornej wślizguje się niekiedy, cicho pomykając na wytartych, miękkich podeszwach ---
profesor Izdebski.</akap>


<akap>Łacinnik zapuszcza się tam rzekomo dla zaciągnięcia rady w rozwikłaniu trudnego tekstu Owidiusza<pe><slowo_obce>Owidiusz</slowo_obce> --- Publius Ovidius Naso (43 p.n.e.--17 a. 18 r. n.e.), jeden z największych poetów rzymskich, twórca licznych elegii o tematyce miłosnej, <tytul_dziela>Ars amatoria</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Sztuka kochania</tytul_dziela>) i poematu epickiego <tytul_dziela>Metamorfozy</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Przemiany</tytul_dziela>).</pe> lub Korneliusza Neposa<pe><slowo_obce>Korneliusz Nepos</slowo_obce> a. <slowo_obce>Cornelius Nepos</slowo_obce> (ok. 100--24 p.n.e.) --- rzymski historyk, przyjaciel i biograf Cycerona (106--43 p.n.e.).</pe> --- naprawdę zaś
po to, żeby raz u tego, to znów u innego ojca
łyknąć kieliszek wina i zaopatrzyć się w tabakę,
które to rzeczy zakonnicy posiadają w przednim
gatunku.<end id="e1307564629053-2912871527"/></akap>


<akap>Na pograniczu tych dwóch światów znajduje
się kuchnia klasztorna, mimo<pe><slowo_obce>mimo</slowo_obce> (daw.) --- tu: obok.</pe> której przechodzić
trzeba, idąc na dziedziniec szkolny. Króluje tu,
w otoczeniu kilku kuchcików oraz chłopców przynoszących drzewo i wodę, stary kuchmistrz, Francuz, o którym mówią, że podczas kampanii 1812<pe><slowo_obce>kampania 1812</slowo_obce> --- jedna z wojen Napoleona Bonaparte wymierzona przeciwko koalicjom europejskich mocarstw, inwazja na Rosję.</pe>
roku służył u któregoś z jenerałów<pe><slowo_obce>jenerał</slowo_obce> --- dziś: generał.</pe> napoleońskich,
a po śmierci swego pana w Polsce pozostał.</akap>


<akap>Gdyby to było prawdą, musiałby liczyć lat
z górą osiemdziesiąt.</akap>


<akap>Ha, może i liczy...</akap>


<akap>Jest to staruszek zgarbiony, z niezmiernie długim, do dzioba kruczego podobnym nosem, z zaklęsłymi wargami, bez zębów, bez jednego włoska
na wygolonej twarzy, nieustannie zażywający tabakę, nie zdejmujący prawie na chwilę swej wysokiej, kuchmistrzowskiej czapki z białego perkalu.<pe><slowo_obce>perkal</slowo_obce> --- tkanina bawełniana podobna do płótna.</pe></akap>


<akap>Rzadko staje przy ogniu i własnoręcznie manewruje rondlami --- najczęściej siedzi w postawie
majestatycznej na osobliwym fotelu, który bodaj
czy nie był kiedyś konfesjonałem... i szepleniącym
głosem rzuca stamtąd swym pomocnikom krótkie,
energiczne, francusko-polskie rozkazy.</akap>


<akap>Uczniowie, przechodzący w porze przedobiedniej obok kuchni klasztornej, zatrzymują się na
dłuższą chwilę, aby, wetknąwszy nosy, wchłaniać
nozdrzami przedziwne, dobywające się z niej aromaty...</akap>


<akap><begin id="b1305225579280-3652214945"/><motyw id="m1305225579280-3652214945">Religia</motyw><begin id="b1307955205085-229847618"/><motyw id="m1307955205085-229847618">Jedzenie</motyw>Wonna i obfita jest ta kuchnia w każdym dniu
tygodnia --- opisać jednak trudno, jakimi zapachami tchnie i jakiego blasku nabiera w święta
uroczyste i w odpusty, gdy ojcowie ugaszczają
w swym refektarzu<pe><slowo_obce>refektarz</slowo_obce> --- sala jadalna w klasztorze lub w seminarium duchownym.</pe> ,,matadorów<pe><slowo_obce>matador</slowo_obce> --- główny uczestnik corridy, zadający bykowi śmiertelny cios szpadą; tu żart.: ważna osoba.</pe>" z miasta i ze wsi
wystawnym obiadem...</akap>


<akap>Wówczas to w niejednym synku zagrodowego
szlachetki, na razowcu wychowanym, budzi się
nagłe powołanie do życia zakonnego.<end id="e1307565521759-872778485"/> Postanawia przykładać się pilniej do łaciny i marzy
z utęsknieniem o dniu, w którym będzie mógł rozpocząć nowicjat.<end id="e1307955205085-229847618"/><pe><slowo_obce>nowicjat</slowo_obce> --- przygotowanie kandydatów do zakonu; też: okres rocznej próby w zakonie.</pe> Nie przeczuwa, niestety, że już
wkrótce ten nowicjat zamknięty zostanie przed
nim --- i przed wszystkimi...</akap>


<akap>Ale nie tylko pospolite, materialne wrażenia
otrzymuje szkoła od klasztoru.</akap>


<akap>Ileż to razy, gdy w klasie choćby przelotny spokój zapanuje, nadpływają do niej stłumione, uroczyste akordy organu --- często złączone z oddalonym a potężnym chórem ludu, śpiewającego litanię lub <tytul_dziela>Suplikację</tytul_dziela><pe><slowo_obce>suplikacja</slowo_obce> --- katolicka pieśń błagalna.</pe>.</akap>


<akap>Najwięksi zbytnicy wówczas poważnieją. Kozłowski przestaje wykrzywiać się, Sitkiewicz zapomina o przygotowanej dla sąsiada ,,sójce<pe><slowo_obce>sójka</slowo_obce> (pot.) --- uderzenie pięścią lub łokciem.</pe>", Piotruś
Mieszkowski chowa do teki napoczęte jabłko --- nawet Kataryniarz dał pokój żuciu gumy, a Łaguna opychaniu się chlebem razowym.</akap>


<akap>Co się tyczy Sprężyckiego, który oznacza się
wyjątkową na te rzeczy wrażliwością, jest on aż
do łez wzruszony. Zapomina o lekcji, o kolegach ---
zapatrzony w przestrzeń, jakby nieprzytomny, zagłębia się we własnej duszy szukając słów, którymi mógłby wrażenia swe odmalować...<end id="e1305225579280-3652214945"/></akap>


<akap>Niemałe zajęcie budzi wśród uczniów --- pompa
klasztorna, przy której gaszą pragnienie na pauzach, a po trosze i podczas lekcji.</akap>


<akap>To biedne pompisko, do niemożliwości rozklekotane, rozdzwonione i skrzypiące, szarpane i na
wszelki sposób dręczone codziennie, po sześć godzin na dobę, odpoczywa tylko podczas świąt i wakacji.</akap>


<akap>Przy pompie, na maleńkim, brukowanym placyku, otoczonym murami, które oddzielają dziedziniec szkolny od wewnętrznego, wyłącznie zakonnikom służącego, kręci się zawsze kilka niebieskich mundurków. Sprowadziła je nie tyle chęć
napicia się wody, co ucieczki przed trudną lekcją
i złym stopniem.</akap>


<akap>Chłopcy piją wodę czapkami, oblewają się,
palą papierosy i paplą, paplą, paplą, jak sroki sejmujące.</akap>


<akap>Najczęstszym przedmiotem rozmów jest sama
pompa.</akap>


<akap_dialog>--- Zimna woda, co?... --- zapytuje ,,knota", po
raz pierwszy tu przybywającego, stary wyga szkolny w zatłuszczonej i przemoczonej czapce, zaciągający się grubym papierosem z drajkenigu, zawiniętego w papier brulionowy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zimna, panie... aż zęby cierpną... --- mówi
malec, ocierając usta rękawem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A wiesz: dlaczego zimna?... --- bada tamten
z dwuznacznym, szatańskim uśmiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, proszę pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od nieboszczyków.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja... jak to, proszę pana?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiadomo, że każdy nieboszczyk zimny jak
lód; pod kościołem pełno nieboszczyków; a ta woda płynie prosto spod kościoła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do... doprawdy?</akap_dialog>


<akap>,,Knot" blednie i zębami dzwonić zaczyna. Robi
mu się tak zimno, jakby sam był nieboszczykiem.</akap>


<akap>Ucieka od pompy i postanawia nigdy już nie
pić tej wody okropnej.</akap>


<akap>Ale to postanowienie długo nie trwa. Chłopiec
przekonywa<pe><slowo_obce>przekonywa</slowo_obce> --- dziś popr. forma 3os. lp cz.ter.: przekonuje.</pe> się niebawem, że wszyscy w szkole
o nieboszczykach wiedzą i że to nikomu apetytu
do wody nie psuje. Miałżeby okazać się mniej odważnym i wybredniejszym niż ogół kolegów?</akap>


<akap>Tradycja, pokoleniom przez pokolenia przekazywana, twierdzi, że źródło zasilające pompę wytryska w podziemiach kościelnych, gdzie od kilku
stuleci chowają zmarłych zakonników. Chowają
zaś nie w zamkniętych trumnach, lecz po prostu
na gołych deskach, z kamieniem pod głową...</akap>


<akap>Ten i ów ze starych uczniów ,,zaklina się", że
widział wypływające z wody kawałki ciała ludzkiego.</akap>


<akap_dialog>--- Jak Bozię kocham... widziałem raz kawałek
palca... wyraźnie wam powiadam: palca... Może
nie wierzycie?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co nie mamy wierzyć!... --- przytwierdza
drugi. --- Mnie zdarzyło się jeszcze lepiej, jak matkę kocham. Pompuję ja raz, pompuję, pompuję ---
woda ani rusz, nie chce lecieć. Spociłem się, zziajałem --- a tu ani kropli. Naraz jak buchnie... Coś
upadło na kamienie. Schyliłem się, patrzę, palec
trupi, jak kość bielusieńki, a na palcu --- sygnet.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wziąłeś go?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakiś ty głupi! Takie rzeczy brać --- grzech!
I nie tylko grzech, ale strach. Potem nieboszczyk
spokoju nie daje, nadchodzi w nocy, tarmosi
i krzyczy: ,,Oddaj, coś zabrał!"...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóżeś zrobił z sygnetem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I sygnet, i palec zakopałem pod krzyżem na
rozstajnych drogach o samej północy. Pojęcia nie
macie, co się tam działo. Wicher dął i piaskiem
kręcił; sowy hukały, nietoperze biły skrzydłami po
głowie, a diabeł śmiał się: ,,Hi, hi, hi!... hi, hi,
hi!"... Jak ciotkę kocham!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eeee... --- kręci głową jakiś sceptyk --- nie
może być!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Nie wierzysz? --- przyskakuje tamten
z miną prawie groźną --- Nie wierzysz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo... bo... --- jąka sceptyk głosem mniej pewnym --- skądże by w wodzie wziął się palec z sygnetem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z trumny, niedowiarku!</akap_dialog>


<akap>Mierzy go wzrokiem złowieszczym, potem
spluwa i zwraca się do całej kompanii.</akap>


<akap_dialog>--- Nie pojmuję --- mówi zagadkowo --- jak wy
możecie pić tę wodę obrzydliwą!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty to nie pijesz? --- wyrywa się któryś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od tygodnia kropli do ust nie wziąłem.
I choćbym miał umrzeć z pragnienia, nie wezmę.</akap_dialog>


<akap>Zamyśla się, na palcach liczy...</akap>


<akap_dialog>--- Nie, nie od tygodnia. Od pięciu dni --- od
poniedziałku. Zobaczyłem wówczas jedną rzecz ---
i mam już dość tej wody i tej pompy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coś zobaczył?... Gadaj! --- nalegają zaciekawieni chłopcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eeee... --- wtrąca sceptyk --- nie wierzcie
mu! On tylko taką sobie ,,finfę<pe><slowo_obce>finfa</slowo_obce> (daw.) --- złośliwy żart, psikus.</pe>" puszcza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Milcz, głupi! --- zakrzykują sceptyka inni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto taki niewierzący, niech nie słucha!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I niech się wynosi!</akap_dialog>


<akap>Kilka rąk wyciąga się ruchem groźnym. Chwila
szamotania się --- i niebawem na dziedzińcu o jeden mundurek mniej...</akap>


<akap_dialog>--- Mów teraz, mój kochany!... --- napierają pozostali, ściskając opowiadacza ciasnym kołem. ---
Obiecałeś przecie!... A jakże!... Cóżeś zobaczył?...
Co?...<begin id="b1307567285863-416086255"/><motyw id="m1307567285863-416086255">Oko, Zabobony</motyw></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tam... we środku tej rury... --- wyjaśnia
z przestankami tamten --- w poniedziałek... na
ostatniej pauzie... zobaczyłem... ludzkie oko!</akap_dialog>


<akap>Milkną wszyscy z przerażenia.</akap>


<akap>Dopiero po dłuższej chwili odzywa się głos jeden pytająco:</akap>


<akap_dialog>--- Wypłynęło?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, tkwi tam dotąd.</akap_dialog>


<akap>Ten i ów pobladł. Jednemu zaczyna burczeć
głośno w żołądku woda, której opił się przed
chwilą.</akap>


<akap_dialog>--- Czy... czy... --- pyta inny nieśmiało, starając się nie szczękać zębami, co mu się jednak nie
udaje --- czy jeszcze je tam widać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widać. Każdy zobaczyć je może.</akap_dialog>


<akap>Rzucają się wszyscy do otworu.</akap>


<akap>Najsilniejszy, odepchnąwszy innych, przyłożył

oko, popatrzył chwilkę i --- szybko się cofnął.</akap>


<akap_dialog>--- Jest! Jest! --- krzyczy, razem z tryumfem
i przestrachem.</akap_dialog>


<akap>Drugi miejsce jego zajął; jeszcze krócej zabawił przy rurze.</akap>


<akap_dialog>--- Widać!... Dalibóg widać!... --- obwieszcza
i stara się odsunąć jak najdalej od pompy.</akap_dialog>


<akap>Trzeci zwiastował kolegom niespodziankę:</akap>


<akap_dialog>--- Nie tylko ,,siedzi", ale nawet ,,mruga!"</akap_dialog>


<akap>W większe jeszcze zdumienie wprawiają
wszystkich bracia Polkowscy, bliźnięta, którzy na
minutę nie rozłączają się i czynią wszystko we
dwójkę.</akap>


<akap>Obaj przyłożyli równocześnie twarze do rury
i wrzeszczą:</akap>


<akap_dialog>--- Tam jest nie jedno oko, ale dwa... wyraźnie
dwa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kłamiecie! --- gromi ich pierwszy odkrywca
cudu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak mamcię kocham!... Jak papcię<pe><slowo_obce>papa</slowo_obce> (daw.) --- ojciec, tatuś.</pe> kocham!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kłamiecie!</akap_dialog>


<akap>Odepchnięto ich. To ten, to ów zagląda w otwór
i stwierdza głośno, że jest tam tylko jedno, jedyne
oko.</akap>


<akap>Przekonani o kłamstwie bliźnięta zostają obici,
wodą oblani i wyrzuceni z dziedzińczyka.</akap>


<akap>Przez kilka dni pompa stała bezczynnie. Nikt
nie odważał się pić wody, przepływającej przez
trupie oko. Pompowano ją tylko, próbując, czy
złowieszczy szczątek ciała ludzkiego nie wypłynie
na zewnątrz. Nie wypływał jednak.</akap>


<akap>I byłoby to trwało Bóg wie jak długo, gdyby
nie zjawił się wreszcie człowiek rozsądny i nie
wyjaśnił chłopcom zagadki --- śmiesznie prostej.</akap>


<akap>Każdy zaglądający do rury widział... własne
oko, w mokrym jej wnętrzu odbite. Bracia Polkowscy widzieli dwoje oczu, gdyż każdy, oprócz
własnego, dostrzegał jeszcze oko swego brata.<end id="e1307567285863-416086255"/></akap>


<akap>Wejście do ogrodu klasztornego jest dla
uczniów zamknięte. Ale można sobie z tym poradzić. Trzeba mocno kołatać do furty, na zapytanie
zaś: ,,A kto tam?... Do kogo?"... odpowiedzieć
śmiało:</akap>


<akap_dialog>--- Do ogrodnika, po frukta<pe><slowo_obce>frukta</slowo_obce> (z łac.) --- owoce.</pe>!</akap_dialog>


<akap>Wielokrotnym doświadczeniem zostało stwierdzone, że wyraz ,,frukta" skuteczniej działa w tym
wypadku niż ,,owoce".</akap>


<akap>Na nieszczęście szałas ogrodnika znajduje się
o kilkadziesiąt kroków zaledwie od bramy, jakby
dopiero u progu właściwego ogrodu. Dalej można
sięgać jedynie wzrokiem.</akap>


<akap><begin id="b1305225753012-2341855289"/><motyw id="m1305225753012-2341855289">Ogród, Religia</motyw>Tylko najodważniejsi i najsprytniejsi, a zarazem w stosunkach zażyłych będący z ogrodnikiem,
przedostają się niekiedy do ogrodowego <wyroznienie>sanctuarium</wyroznienie>, gdzie ojcowie benedyktyni używają przechadzki lub czas trawią na pobożnych rozmyślaniach.</akap>


<akap>Aby tego dokazać, trzeba zdjąć mundurek, niebieskie <wyroznienie>kepi</wyroznienie> zastąpić wielką, podartą, do gniazda
wroniego podobną czapką i z koszykiem, nożycami lub drabinką w ręce, iść między drzewa owocowe w roli --- ogrodniczka.</akap>


<akap>Próbował tego kilkakrotnie Sprężycki z powodzeniem. Udając, że obcina suche gałązki lub
zbiera z ziemi owoc upadły, napatrzył się do syta
zakonnikom, snującym się cicho po cienistych ulicach ogrodu.</akap>


<akap>Starsi przechadzali się pojedynczo, młodsi trójkami, stosownie do reguły zakonnej. Nie słyszało
się rozmów głośnych, ani tym bardziej śmiechu.</akap>


<akap>Księża mruczeli pacierze, odczytywali półgłosem brewiarz<pe><slowo_obce>brewiarz</slowo_obce> --- księga zawierająca zbiór modlitw (głównie psalmów) na każdy dzień roku kościelnego, odmawianych obowiązkowo przez duchownych katolickich.</pe> lub siedzieli na ławkach kamiennych w zupełnym milczeniu, to wodząc oczyma
po drzewach i niebie, to z głową zwieszoną w ziemię się wpatrując.</akap>


<akap>Czasem tylko wielki, otyły ojciec Łazowski, pociągnąwszy większy, niż zwykle, niuch tabaki, wystrzela potężnym kichnięciem, a w odpowiedzi,
w różnych stronach ogrodu, zaszemrały łacińskie
życzenia.<end id="e1305225753012-2341855289"/></akap>


<akap>Raz wszakże przeżył Sprężycki chwilę gorącą.</akap>


<akap>Siedzi sobie na grubym konarze gruszy jak na
koniu i zbierając rzekomo liszki<pe><slowo_obce>liszka</slowo_obce> (pot.) --- gąsienica.</pe>, przygląda się
przeorowi<pe><slowo_obce>przeor</slowo_obce> --- w niektórych zakonach: przełożony klasztoru.</pe>, co nieopodal, wsparty plecami o starą
lipę, zdrzemnął się nad wielką, na kolanach rozłożoną księgą --- gdy nagle dobiegło go z dołu zapytanie:</akap>


<akap_dialog>--- Cóż to, panie święty, Jaśka nie ma?...</akap_dialog>


<akap>Pytającym jest ksiądz prefekt we własnej osobie. Zapytuje o Jaśka --- ogrodniczka, którego rolę
pełni pozornie Sprężycki.</akap>


<akap_dialog>--- Nie... nie ma... --- bełkoce wystraszony chłopiec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż mu się stało? --- bada ksiądz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cho... chory... --- jąka Sprężycki, starając się
głos ile można zmienić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tyś co za jeden, rybko panie święty?</akap_dialog>


<akap>Sprężycki brzydzi się kłamstwem --- widzi jednak, że ono tylko ocalić go może. Więc twarz
w liście wtuliwszy, odpowiada niewyraźnie:</akap>


<akap_dialog>--- Brrr... brr... brat Jaśka.</akap_dialog>


<akap>Źle trafił, niestety...</akap>


<akap_dialog>--- Oszalałeś, panie święty! --- krzyczy prefekt. --- Przecie Jasiek ma tylko siostrę.</akap_dialog>


<akap>Wystraszony chłopiec chce już powiedzieć: ,,Toteż ja jestem siostra"... --- ale opamiętywa się i poprzestaje na wymruczeniu czegoś niezrozumiałego.</akap>


<akap>Ksiądz przez chwilę przypatruje mu się badawczo spod oka --- wreszcie ręką machnął --- odchodzi.</akap>


<akap>Sprężycki natychmiast zeskoczył z drzewa, pobiegł do budki ogrodnika, przebrał się i --- za bramę. W pośpiechu zapomniał nawet o małgorzatkach, kupionych za oszczędzonego na kajetach
trojaka<pe><slowo_obce>trojak</slowo_obce> --- dawna drobna moneta.</pe>.</akap>


<akap><begin id="b1307567678165-589284167"/><motyw id="m1307567678165-589284167">Kłamstwo, Odwaga, Spowiedź</motyw>Nie tyle trapi go myśl, że mógł być przez księdza prefekta poznanym, ile --- że skłamał. Nienawidzi wszelkiego brudu w znaczeniu zarówno fizycznym jak moralnym.</akap>


<akap><begin id="b1305225812641-1054140559"/><motyw id="m1305225812641-1054140559">Ksiądz</motyw>Jedno tylko ma przed sobą wyjście: iść do księdza, otwarcie wszystko wyznać i prosić o rozgrzeszenie.</akap>


<akap>Uczynił to zaraz nazajutrz. Poczciwy prefekt,
uśmiech powstrzymując, udzielił mu absolucji<pe><slowo_obce>absolucja</slowo_obce> (z łac.) --- rozgrzeszenie.</pe>, przy czym i nauk moralnych nie poskąpił.</akap>


<akap_dialog>--- Kto ma odwagę, panie święty, zrobić głupstwo, nie powinien uciekać tchórzliwie przed jego
skutkiem. A najlepiej: głupstw nie robić.</akap_dialog>


<akap>Pogłaskał go po głowie i dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Za karę, rybko, pozwalam ci dziś zjeść tylko
pół kwarty gruszek i to mączystych.</akap_dialog>


<akap>Gdy już chłopiec był na korytarzu, wychylił się
za nim i dał mu wielką, soczystą sapieżankę.</akap>


<akap_dialog>--- Zjesz to jutro. <begin id="b1307567755296-2777089705"/><motyw id="m1307567755296-2777089705">Dzieciństwo, Nauka</motyw>A pamiętaj, rybko, panie
święty, nie pchać się nigdy tam, gdzie cię nie
proszą.<end id="e1305225812641-1054140559"/></akap_dialog>


<akap>Ostatni nakaz dla Sprężyckiego najcięższy.
Gdyby chciał ściśle go wypełniać, jakże fatalnie
zacieśniłoby się pole jego wrażeń i spostrzeżeń!<end id="e1307567678165-589284167"/></akap>


<akap>Wszakże nikt nie ,,prosi" go na wieżę benedyktyńską, na dzwonnicę farską, do leśnych gąszczów,
do rzecznych otchłani, między zboża falujące na
polach, między kwiaty płonące na łąkach --- ani
do ogrodów, ani do bibliotek, ani na tłumne odpusty, ani na uliczne zbiegowiska --- a jednak wszędzie on tam być musi, ciągniony siłą nieprzepartą,
instynktową, która mówi mu, że tylko w ten sposób pozna ludzi, życie, przyrodę, nauczy się być
zupełnym, wszechstronnie rozwiniętym człowiekiem...<end id="e1307567755296-2777089705"/></akap>


<akap>Bezpośrednio po nauce otrzymanej od prefekta,
Sprężycki próbuje walczyć z jedną pokusą, nie dającą mu od pewnego czasu spokoju. Chciałby koniecznie zobaczyć --- ,,pustelnię" księdza Siennickiego.</akap>


<akap>Jest to oczywiście miejsce przed światem ukryte --- inaczej nie byłoby pustelnią. Znajduje się na
pobrzeżu Narwi, które tu wrzyna się tak głęboko
w rzekę, że tworzy rodzaj półwyspu.</akap>


<akap>Zewnątrz pustelnia wygląda jak piękny, gęsty
gaik, różnorodnymi drzewami zarosły, pełny ptactwa wszelakiego, które na wiosnę tłumnie się zlatuje, nęcone bliskością wody i spokojem i wyprawia od świtu do wieczora niesłychane hałasy.</akap>


<akap>Marzeniem jest wszystkich miasteczkowych
ptaszników zastawiać w tym zakątku sidła na
wilgi, kraski, dzwońce, drozdy, jemiołuchy --- dostęp wszakże do pustelni równie trudny od strony
wody, jak lądu. Otacza pustelnię żywopłot, wzmocniony przy wejściu wysoką, ostrymi hakami najeżoną, palisadą<pe><slowo_obce>palisada</slowo_obce> --- ogrodzenie z grubych, zaostrzonych u góry, drewnianych pali.</pe>. Brzeg rzeki, wyniosły i stromy,
staje się w tym punkcie zupełnie prostopadłym.
Chyba tylko wiewiórka potrafiłaby po splątanych,
wypełzłych z ziemi i do wody czołgających się korzeniach, wedrzeć się na wierzchołek którego
z drzew, a stamtąd skokiem szalonym wpaść do
wnętrza gaiku...</akap>


<akap>Nie trzeba jednak palisad i brzegów stromych,
żeby pustelni zapewnić niedostępność. Silniej od
tego wszystkiego broni ją: strach przed osobą pustelnika.</akap>


<akap><begin id="b1305225913428-363314518"/><motyw id="m1305225913428-363314518">Ksiądz, Kaleka</motyw>W całym zgromadzeniu jeden ksiądz Siennicki
uosabia typ średniowiecznego mnicha-ascety. Jest to również jedyny ksiądz, do którego nie przybiegają przy spotkaniu dzieci, żeby ręce jego całować.
Wystarcza dziecku spojrzeć w tę twarz żółto-siną,
w zapadłe, ponuro błyszczące oczy, żeby od razu
onieśmielić się i --- uciec przed nadchodzącym.</akap>


<akap>Przy tym ksiądz Siennicki jest chromy. Reguła
klasztorna nie pozwala na używanie szczudła ---
biedny kaleka chodzi z trudnością, stukając głośno złamaną nogą, częstym jękiem przerywając
odmawiane pacierze. To go straszniejszym jeszcze
czyni dla naiwnych --- nie brak zaś tych ostatnich
w miasteczku.<end id="e1305225913428-363314518"/></akap>


<akap>Najdziwniejsze i najpotworniejsze rzeczy rozpowiadają o księdzu Siennickim kumoszki<pe><slowo_obce>kumoszka</slowo_obce> (pot.) --- kobieta gadatliwa, wścibska.</pe>, a za
kumoszkami łatwowierni uczniowie. Bajki to są
godne śmiechu. Jedno tylko pewne: że ten ksiądz
przekłada nad wszystko książki i samotność, że
towarzystwa ludzi o ile może unika, że nawet ze
współbraćmi zakonnymi jak najmniej przestaje.</akap>


<akap>Bliżej znający go wiedzą, że posiada ogrom
nauki i erudycji<pe><slowo_obce>erudycja</slowo_obce> --- wszechstronna wiedza książkowa.</pe>. Prócz łaciny, włada doskonale
językiem greckim i hebrajskim; w sprawach zarówno teologicznych jak filologicznych jest uznaną
powagą. Prowadzi rozległą korespondencję z uczonymi; z Rzymem utrzymuje stałe stosunki listowe.
Życie wypełniają mu: nauka, ascetyczne umartwienie ciała i modlitwa. Sprężycki nie boi się
księdza Siennickiego. Szanuje go za wielką naukę
i trzyma się od niego z daleka. Ale dręczy go nadzwyczajna, prawie chorobliwa ciekawość zobaczenia ,,pustelni".</akap>


<akap>Prawda, że i tam go ,,nie proszą" ale... przywykł już na to nie zważać. I oto przychodzi taki
dzień, że marzenia jego oblekają się ciałem. Jest
w zaczarowanym gaiku i przyczajony za krzakiem jaśminu, którego kwiaty o zawrót głowy go
przyprawiają, drżący od strachu i wzruszenia,
z głośno bijącym sercem i z oczyma nadmiernie
wytrzeszczonymi przygląda się drzewom, kwiatom, ptakom i samemu pustelnikowi.</akap>


<akap>Jak się tam dostał? Najprostszą w świecie drogą: przez furtkę. Ksiądz, wchodząc, zapomniał ją
zamknąć --- on z tego skorzystał i wśliznął się
chyłkiem do środka.</akap>


<akap>Siedzi przeto, patrzy, dziwi się i nadziwić dość
nie może.<begin id="b1307955326741-1821613298"/><motyw id="m1307955326741-1821613298">Ogród</motyw></akap>


<akap>Śliczny to zakątek, choć zupełnie dziki. Ani
śladu jakiejkolwiek uprawy; nigdzie grządki jednej, zagonu, klombu. Pod drzewami, których konary splatają się ze sobą --- gąszcz krzaków; przy
krzakach rozkołysana fala ziół; nad ziołami --- roje
motylów, pszczół, szerszeni, muszek złocistych,
chrząszczyków, biedronek.</akap>


<akap>Przy najgrubszym drzewie, pod baldachimem
z liści, kawał deski na dwóch kamieniach opartej.
To ławka. Na ławce w nieładzie książki, wielkie,
średnie i bardzo małe --- wszystkie bez wyjątku
oprawione w skórę, z czerwono barwionymi brzegami.</akap>


<akap><begin id="b1307568198664-1390067023"/><motyw id="m1307568198664-1390067023">Ptak, Ksiądz</motyw>Zakonnik tylko co skończył polewać kwiaty ---
dzikie kwiaty! Odstawił konewkę, wydostał woreczek płócienny; zaczyna sypać ptakom --- dzikim
ptakom! --- ziarno.<end id="e1307955326741-1821613298"/></akap>


<akap>Sprężycki ledwie może powstrzymać okrzyk

zdziwienia...</akap>


<akap>Widywał nieraz na wsi gospodynię lub panienkę ze dworu, jak wyszedłszy na środek dziedzińca rzucały poślad <pe><slowo_obce>poślad</slowo_obce> --- gorszy gatunek ziarna zbóż lub nasiona innych roślin, używane jako pasza.</pe> wołając ,,cip! cip!... taś! taś!".... Zlatywało się wówczas do nich ptactwo ---
ale jakie ptactwo? Kury, perliczki, gęsi, kaczki, indyki --- zwykły plebs ptasiego rodzaju, niezdolny
latać, zajęty wyłącznie żerem i sam na żer przeznaczony.</akap>


<akap>Teraz ma przed sobą widowisko podobne, lecz
z charakterem zupełnie odmiennym, bez porównania wyższym, idealniejszym.</akap>


<akap>Wychudły, chorowity, ledwie żywy asceta,
z odkrytą głową, na której wiatr rozwiewa długie,
białe włosy, stoi wśród ziół polnych i szerokim
rozmachem kościstej ręki rzuca na prawo i lewo
garście ziarna. Rzucając, mówi coś głośno, językiem obcym, dziwnym --- po grecku może lub po
hebrajsku --- jakby zwracał się z przemową do biesiadników, co stół jego obsiedli.</akap>


<akap>Na ten ruch i na te słowa, ze wszystkich drzew
i krzaków sfruwają mniejsze i większe ptaki, trzepocąc wesoło skrzydłami, piszcząc, gruchając, pełne ufności i radosnego upojenia. Skrzydlata czereda podlatuje do samych stóp mnicha, nad głową jego krąży, niemal na ramionach mu siada.
On czasem rękę wyciągnie, jakby witał nowo przybywających gości, albo ich błogosławił. Są zaś
między tymi ptakami nawet najstrachliwsze, które
zwykłemu człowiekowi, na kilkanaście kroków
zbliżyć się do siebie nie dadzą...</akap>


<akap>Przejęty podziwem chłopiec zapomniał o ostrożności --- głowę zza krzaka wychyla.</akap>


<akap>Ksiądz go nie dojrzał --- ale dojrzały ptaki.</akap>


<akap>W mgnieniu oka całe stado pierzcha w górę
i z hałaśliwym szumem skrzydeł znika wśród
gąszczów.</akap>


<akap><begin id="b1307955357733-2228271000"/><motyw id="m1307955357733-2228271000">Religia</motyw>Zrozumiał zakonnik, co się stało --- złowieszczy wzrok zwraca w stronę intruza. <end id="e1307568198664-1390067023"/>Sprężycki zamyka oczy, dusze Bogu poleca. Po chwili czuje się
pochwyconym kościstą dłonią za ramię, silnie szarpniętym i wyciągniętym z kryjówki. Staje wreszcie a raczej: jest postawiony, nad głową zaś jego
rozlega się twardy, suchy, drewniany głos:</akap>


<akap_dialog>--- Katolik jesteś, pauprze<pe><slowo_obce>pauper</slowo_obce> (łac: ubogi, biedak) --- w średniowieczu: ubogi uczeń utrzymujący się z posług lub jałmużny.</pe>?</akap_dialog>


<akap>Odważył się oczy otworzyć. Widzi przed sobą
księdza, siedzącego na ławce --- mniej groźnego
i strasznego, niż sobie wyobrażał, za to bardziej

smutnego.</akap>


<akap_dialog>--- Katolik jesteś? --- powtarza zakonnik pytanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Katolik, proszę księdza dobrodzieja. Ojciec
mój także katolik i matka katoliczka, i cała nasza
rodzina katolicka!<end id="e1307955357733-2228271000"/></akap_dialog>


<akap>Mówi dużo, prędko chciałby nieprzyjemną
sprawę ,,zagadać".</akap>


<akap_dialog>--- Przykazania, pauprze, znasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znam przykazania boskie i przykazania kościelne; i grzechy główne, i grzechy cudze i grzechy przeciw Duchowi Świętemu... Wszystko znam,
proszę księdza dobrodzieja!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakież jest czwarte przykazanie boskie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- ,,Czcij ojca twego i matkę twoją"... A piąte:
,,Nie zabijaj!"... A szóste..</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy w czwartym przykazaniu Bóg nakazuje
szanować tylko rodziców?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie tylko rodziców, ale także krewnych,
opiekunów, zwierzchników, przełożonych i wszystkie w ogóle osoby starsze, którym winniśmy miłość,
cześć, wdzięczność, szacunek i posłuszeństwo...
Amen!</akap_dialog>


<akap>Choć nie patrzy wprost na księdza, dostrzega
jednak, że jego surowa twarz rozchmurzyła się cokolwiek. Budzi to w nim otuchę.</akap>


<akap>Suchy, twardy głos pyta dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Czemuż więc, pauprze jeden, nie uszanowałeś ani mego wieku, ani stanu, wdzierając się podstępem tam, gdziem się schował przed podobnymi
tobie krzykaczami?</akap_dialog>


<akap>Sprężycki milczy zawstydzony.</akap>


<akap_dialog>--- Co cię tu ciągnęło, co? Nie ma w moim
ogródku wisien kwaśnych, gruszek niedojrzałych,
jabłek cierpkich --- nie ma nic, za czym przepadają
takie niedorostki. Są tylko kwiaty --- proste, polne
kwiaty, łąki, jakie Pan Bóg stworzył, żeby ziemię upiększały, oczy ludzkie cieszyły, a harmonią
barw i kształtów chwałę Stwórcy wysławiały.
Tych kwiatów rwać nie można, bo ani głowy ludzkie nie są do miecza, ani kwiaty do drapieżnych
rąk głupców i szkodników... Czego więc tu chciałeś?</akap_dialog>


<akap>Sprężycki rad by co odpowiedzieć, lecz ani jedno słowo stosowne na myśl mu nie przychodzi.
Jest zupełnie zbity z tropu, zły sam na siebie, odurzony...</akap>


<akap_dialog>--- A może myślałeś, pauprze, że tu się dzieją
jakieś nadzwyczajności, czarodziejstwa? Toć bają<pe><slowo_obce>bajać</slowo_obce> --- opowiadać niestworzone rzeczy, koloryzować.</pe>
przekupki, że ksiądz Siennicki z diabłem ma do
czynienia, że kiedyś diabły z opętanych wypędzał,
a teraz z diabłami wojować musi, bo mu w dzień
i w nocy spokoju nie dają. Pewnieś i diabła spodziewał się tu zobaczyć, nieprawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, proszę księdza dobrodzieja... --- zdobywa się wreszcie biedny chłopiec na lękliwe zaprzeczenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż więc cię tu sprowadziło? --- powiedz.</akap_dialog>


<akap>Sprężycki staje się naraz odważnym. Głowę
podnosi, twarz rozpogadza, głosem mniej już jękliwym odpowiada szczerze:</akap>


<akap_dialog>--- Ciekawość.</akap_dialog>


<akap>Podobała się ta szczerość zakonnikowi.</akap>


<akap_dialog>--- No, i przekonałeś się --- mówi łagodniej
jeszcze --- że nic tu nie ma ciekawego. Drzewa takie jak wszędzie; kwiaty, podobne do wszystkich
kwiatów; ptaki, jak wszystkie ptaki...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O! Nie... --- przerywa coraz bardziej ośmielający się chłopiec. --- Co do ptaków, proszę księdza dobrodzieja, to...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To takich, jak tutejsze, nigdziem nie widział. I myślę, że nigdzie indziej takich nie ma...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego tak myślisz, mój chłopcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecie widziałem, jak przybiegały do księdza dobrodzieja, niby kurczęta, na ramionach mu
siadały, z ręki brały ziarno, nic się nie bojąc...</akap_dialog>


<akap><begin id="b1305226084876-30043377"/><motyw id="m1305226084876-30043377">Ksiądz, Pokora</motyw>Zakonnik westchnął.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1307568626057-3352543346"/><motyw id="m1307568626057-3352543346">Ptak</motyw>--- To prawda, moje dziecko. Ale czy sądzisz,
że w tym jest cud jakiś, lub kuglarstwo<pe><slowo_obce>kuglarstwo</slowo_obce> --- magiczne sztuczki.</pe>? Zaprawdę, powiadam tobie i innym, że każdy z was
może żyć z ptakami, z dzikim nawet zwierzem,
po przyjacielsku i po bratersku --- trzeba tylko,
żeby był przyjacielem i bratem każdemu stworzeniu bożemu i żeby idąc do niego, w sercu swym
nie krył zdrady. Bóg obdarzył stworzenia swe instynktem, który je ostrzega: komu mogą zaufać,
a kogo bać się mają.<end id="e1305226084876-30043377"/></akap_dialog>


<akap>Sprężycki rozważa w myśli usłyszane słowa.
Jeszcze nie bardzo je rozumie --- postanawia jednak dokładać wszelkich starań, aby dojść do tej
doskonałości, o której mówił zakonnik. Cóż by to
było za szczęście, gdyby na przykład kraska --- ta
przecudna, szafirowo-złocista kraska, będąca dlań
dotąd czymś niepochwytnym, niemal fantastycznym, rodzajem powietrznego zjawiska, o którego
rzeczywistości prawie powątpiewa... --- gdyby ta
kraska, na każde zawołanie, sfruwała doń z wierzchołka wysokich drzew, pozwalała brać się do
ręki, pieścić, głaskać i cieszyć do syta oczy tęczowym swych piór blaskiem!...</akap>


<akap>Nigdy już, nigdy, żadnemu ptaszkowi najmniejszej krzywdy nie wyrządzi. Ma w domu
szczygła w klatce --- natychmiast po powrocie
wypuści go na wolność. Zrobiłby to samo i z kanarkami swej matki --- obawia się jednak, żeby
ich wróble nie zadziobały lub kot nie pożarł, jak
to się przytrafiło kanarkowi sąsiadów.<end id="e1307568626057-3352543346"/></akap>


<akap_dialog><begin id="b1305226136297-570636538"/><motyw id="m1305226136297-570636538">Pokora</motyw>--- Moje dziecko --- mówi ksiądz, biorąc do
ręki jedną z ksiąg, leżących na ławce (nie nazywa
go już ,,pauprem" ani ,,chłopcem") --- widziałeś
ptaszęta boże, przylatujące do ręki mej po ziarno,
i wydało ci się to czymś nadzwyczajnym. Dowiedzże się, że coś widział jest dzieciństwem<pe><slowo_obce>dzieciństwo</slowo_obce> (daw.) --- dziecinada.</pe>,
uwagi niegodnym, w porównaniu z tym stosunkiem, jaki łączył z przyrodą niektórych świętych
i ojców Kościoła.</akap_dialog>


<akap>Przewraca przez chwilę karty księgi, obrazkami przekładane --- jeden z nich wyjmuje i podaje Sprężyckiemu.</akap>


<akap_dialog>--- Przyjrzyj się --- objaśnia --- jest to święty
Franciszek z Asyżu. Widzisz tę chmarę ptactwa,
która go otacza? Miał ją zawsze przy sobie; opędzić się jej nie mógł. A nie tylko ów mąż święty
karmił swój orszak skrzydlaty --- on rozmawiał
z ptaszkami, jak ja z tobą, nazywał zaś je nie
inaczej, jak ,,braciszkowie moi"... ,,siostrzyczki
moje"...</akap_dialog>


<akap>Chłopiec, przyjrzawszy się obrazkowi, chce go
zwrócić.</akap>


<akap_dialog>--- Zatrzymaj go sobie, moje dziecko. Niech
ci będzie pamiątką naszej dzisiejszej rozmowy.
Pamiętaj zaś nigdy w przyszłości nie wdzierać się
podstępem do samotni mojej lub czyjejkolwiek.
Nie godzi się nikomu przeszkadzać w rozmyślaniu,
nauce, w modlitwie. Zrozumiałeś właściwie
przykazanie czwarte --- powinieneś zdawać sobie
sprawę dokładnie z siódmego. Nie tylko pieniądze
kradnie się bliźniemu: można mu także kraść ---
spokój. A są ludzie, dla których spokój to więcej
niż pieniądze. On jest całym ich szczęściem. I więcej niż szczęściem, bo podstawą życia --- samym
życiem!<end id="e1305226136297-570636538"/></akap_dialog>


<akap><begin id="b1305226197952-2356245418"/><motyw id="m1305226197952-2356245418">Samotność, Starość</motyw>Ostatnie słowa wymawia zakonnik z wielkim
wzruszeniem. Oczy mu błyszczą, twarz wydaje
się mniej martwą, jakby odmłodzoną.</akap>


<akap_dialog>--- Dziś, moje dziecko --- ciągnie dalej --- nie
rozumiesz jeszcze, jak można czuć się szczęśliwym
z dala od ludzi, jak można dobrowolnie szukać samotności. Dziś życie w tobie kipi; nadmiarem
swego zdrowia, zapału, wesela musisz dzielić się z
innymi. Chciałbyś być zawsze otoczony tłumem,
krzykiem, śmiechem; chciałbyś, żeby rok szkolny
składał się z samych ,,rekreacji<pe><slowo_obce>rekreacja</slowo_obce> (daw., z łac.) --- przerwa między lekcjami.</pe>", a na każdej rekreacji wszyscy twoi towarzysze grali z tobą
piłką, gonili się i hałasowali. --- Kto wie jednak,
czy kiedyś...</akap_dialog>


<akap>Tu przygarnia chłopca do siebie --- w oczy jego
wpatruje się długo, badawczo, jakby do duszy
przez nie zazierał.</akap>


<akap_dialog>--- Kto wie --- kończy smutno --- czy kiedyś,
gdy te twoje ciemne włosy czas pobieli, gdy te rumiane, pełne policzki uczyni bladymi i zapadłymi... kto wie, czy wówczas i ty nie zatęsknisz do
samotności, do cichego, odludnego kącika, jak ta
moja samotnia... A gdy to się stanie, wówczas,
wierz mi dziecko, dla natrętów, przeszkadzających
ci rozmyślać, modlić się lub... płakać, będziesz stokroć surowszy, niż ja, niegodny sługa Boży, który
ślubował każdą przeciwność przyjmować z rezygnacją, każdą krzywdę z przebaczeniem...</akap_dialog>


<akap>Zamilkł, oczy spuścił --- ręce składa jakby do
modlitwy.</akap>


<akap_dialog>--- Zapamiętaj, co mówię --- przerywa wreszcie
milczenie. --- Później po latach, gdy ja będę już
spoczywał tam, pod kościołem (głową skinął
w stronę grobów klasztornych), przyjdzie ci na
pamięć ta chwila, przypomnisz sobie słowa moje
i znaczenie ich lepiej zrozumiesz...</akap_dialog>


<akap>Głos zniżył prawie do szeptu.</akap>


<akap_dialog>--- Nie zapomnij wówczas westchnąć do Pana
Boga za spokój duszy księdza Siennickiego --- na

jego intencję odmów trzy <tytul_dziela>Zdrowaś Mario</tytul_dziela> i trzy
razy <tytul_dziela>Wieczne odpoczywanie</tytul_dziela>...<end id="e1305226197952-2356245418"/></akap_dialog>


<akap>Sprężycki czuje, że i jemu udziela się wzruszenie.</akap>


<akap>Rękawem mundurka oczy ociera.</akap>


<akap_dialog>--- Widzę --- kończy zakonnik --- że masz serce
czułe; więc i duszę musisz mieć zacną. Staraj się
jedno i drugie na całe życie zachować. Od Pana
Boga otrzymasz resztę.</akap_dialog>


<akap>Dłoń do czoła przyłożył --- spojrzał na niebo,
na słońce...</akap>


<akap_dialog>--- Za chwilę dzwonić będą na wieczorne pacierze. Wpierw jeszcze zajrzeć mi trzeba do książek moich...</akap_dialog>


<akap>Szorstką, pomarszczoną ręką starca przesunął
mu po czole.</akap>


<akap>--- Żegnam cię, moje dziecko. Żalu do ciebie
nie mam --- i ty go nie miej do mnie. Jeśli masz
dziadka, w moich latach być musi.</akap>


<akap>Odprowadził chłopca do samej furtki. Przy
rozstaniu Sprężycki ucałował ze łzami wychudłą
rękę benedyktyna; on mu na czole znak krzyża
nakreślił.</akap>


<akap>Zwykle żywy, w podskokach przebiegający
miasteczko chłopiec, wraca do domu wolno, poważnie, w rozmyślaniach zatopiony.</akap>


<akap>Postanowił żadnemu z kolegów o bytności
w pustelni nie wspominać.</akap>


<akap>Gdyby wyznał prawdę, wyśmiano by go; chcąc uzyskać uznanie, musiałby kłamać. Śmieszności
lęka się; kłamstwem się brzydzi.</akap>


<akap>Ale pamięć owego wieczoru zachował na długo.</akap>


<akap>Dotąd o nim pamięta...</akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XV. Kuracja mleczna
profesora Jastrebowa<pr><slowo_obce>Kuracja mleczna
profesora Jastrebowa</slowo_obce> --- Rozdział niniejszy nie został zamieszczony w pierwszych dwóch wydaniach, ponieważ w swoim czasie został wykreślony przez cenzurę rosyjską. [Przyp. wyd.].</pr></naglowek_rozdzial>


<akap>Sprężycki siedział na parkanie, mając przed
sobą wielką, rozłożoną księgę. Deklamował głośno
jakieś wiersze i co chwila do księgi zaglądał.
Twarz jego, zwykle rumiana i wesoła, pobladła
i miała wyraz nadzwyczajnego znużenia. Choć
było chłodno, czoło chłopca pokrywały drobne krople potu.</akap>


<akap>Deklamował dziwnym, sztucznym, nieswoim
głosem, starając się uczynić go podobnym do głosu
dojrzałego mężczyzny. Wynik tego wysiłku był
taki, że ten głos, zwykle świeży i dźwięczny,
brzmiał teraz jak pianie zachrypłego koguta.</akap>


<akap>Nieustannie, jak pozytywka, powtarzał chłopczyna dwa wiersze, usiłując bezskutecznie wbić je
sobie w pamięć:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="5"><slowo_obce>Chaosa bytnost' dowremiennu</slowo_obce></wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5"><slowo_obce>Iz biezdn Ty wiecznosti wozzwał<pe><slowo_obce>Chaosa bytnost' dowremiennu iz biezdn Ty wiecznosti wozzwał</slowo_obce> --- fragment ody <tytul_dziela>Bóg</tytul_dziela> Gawriły Dierżawina (1743--1816), poety rosyjskiego, przedstawiciela klasycyzmu.</pe></slowo_obce>...</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Chaosu bytnost'</slowo_obce>... <slowo_obce>chaosu bytność'</slowo_obce>... <slowo_obce>chaosu bytnost'</slowo_obce>... --- jęczał w kółko z przestankami, które
wypełniały ciężkie westchnienia.</akap_dialog>


<akap>Do ogródka wszedł kolega Bronek --- on go
wcale nie dojrzał.</akap>


<akap_dialog>---<slowo_obce> Dowremienno</slowo_obce>... <slowo_obce>dowremienno</slowo_obce>... <slowo_obce>dowremienno</slowo_obce>... --- powtarzał z wysiłkiem, spotniały, na pół nieprzytomny.</akap_dialog>


<akap>Dopiero gdy przyjaciel cisnął weń garstką
żwiru ze ścieżki podjętego, obecność jego zauważył.</akap>


<akap>Ale zamiast wesołego, koleżeńskiego pozdrowienia przywitał go dalszym ciągiem morderczej
strofy:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="5"><slowo_obce>A wiecznost', preżdie wiek rożdiennu,</slowo_obce></wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5"><slowo_obce>W Siebie Samom Ty asnawał!</slowo_obce></wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>--- Kujesz ,,Boha"? --- zapytał Bronek głosem
współczującym.</akap>


<akap>Odpowiedzią był jęk --- po którym małoletni
męczennik z parkanu zeskoczył.</akap>


<akap>Koledzy usiedli obok siebie na kanapie darniowej. Sprężycki rozłożonej księgi z rąk nie wypuszczał. Z deklamacją zwrócił się teraz wprost
do towarzysza:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Chaosa bytnost' dowremiennu iz biezdn Ty
wiecznosti wozzwał...</slowo_obce> Czy ty to rozumiesz, Bronek?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja???... --- zadziwił się koleżka, brwi wysoko
podnosząc i oczy wytrzeszczając. Twarz jego przybrała przy tym taki wyraz, jaki miałoby oblicze
żebraka, którego by niespodzianie zagadnięto: ---
Czy masz przy sobie sto tysięcy dukatów?</akap_dialog>


<akap>Po chwili, skupiwszy myśli, zapewnił z wielką
powagą:</akap>


<akap_dialog>--- Tego, mój drogi, nikt nie rozumie...</akap_dialog>


<akap>I dodał jeszcze z naciskiem.</akap>


<akap_dialog>--- Tego nie rozumie nawet sam Jastrebow!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemuż więc, czemuż --- zapłakał Sprężycki --- to właśnie na popis mi zadał?</akap_dialog>


<akap>Tamten, pomyślawszy trochę, osądził:</akap>


<akap_dialog>--- Widać miał złość do ciebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jest, niezawodnie --- potwierdził Sprężycki.--- Nawet wiem, skąd to poszło. Na imieniny
matki wysmarowali mi włosy pomadą różaną.
Przyszedłem do klasy w nowym mundurze i w butach na glanc wypucowanych. Jastrząb miał pierwsza lekcję. Obejrzał mnie całego, głowę mi obwąchał --- gęba rozszerzyła mu się od ucha do ucha,
i powiedział: --- <slowo_obce>Wot frantik paljaczok<pe><slowo_obce>Wot frantik paljaczok</slowo_obce> (ros.) --- ot, elegancik Polaczek.</pe></slowo_obce>!... Odtąd
mnie nienawidzi.</akap_dialog>


<akap>Kolega pokiwał głową w milczeniu na znak
komizeracji.</akap>


<akap_dialog>--- Ale, ale! --- podjął tamten. --- Powiedz mi,
Bronek, co to znaczy po moskiewsku <slowo_obce>frantik<pe><slowo_obce>frantik</slowo_obce> (ros.) --- elegant.</pe>?</slowo_obce></akap_dialog>


<akap>Bronek, którego starsza siostra mówiła po francusku, uważany był i sam siebie uważał za wielkiego lingwistę.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Frantik </slowo_obce>--- oświadczył bez namysłu --- znaczy u nich Franciszek. Pewnie uważają to imię
za obelgę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kpię sobie z obelgi i z całego Jastrzębia! ---
rzucił hardo Sprężycki. --- A kiedy on mnie nienawidzi, to i ja jego nienawidzić będę.</akap_dialog>


<akap>I zaraz zaczął wymieniać motywy swego uczucia.</akap>


<akap_dialog>--- Bo i za co mam go lubić? Jak zły, to porównywa<pe><slowo_obce>porównywa</slowo_obce> --- dziś popr. forma 3os. lp cz.ter.: porównuje.</pe> każdego z nas z kotem (<slowo_obce>skot</slowo_obce><pe><slowo_obce>skot</slowo_obce> (ros.) --- bydło.</pe>), a jak dobry,
to mówi o całej klasie: ,,źrebięta" (<slowo_obce>rebiata<pe><slowo_obce>rebiata</slowo_obce> (ros.) --- dzieci.</pe></slowo_obce>). Przy tym ciągle myśli i gada o jedzeniu. Ledwie wszedł
do klasy, pyta: jakie u was pożywienie? (<slowo_obce>kak pożywajetie</slowo_obce><pe><slowo_obce>kak pożywajetie</slowo_obce> (ros.) --- jak się macie.</pe>); wychodząc znów oznajmia wszystkim:
do śniadania! (<slowo_obce>do swidanja</slowo_obce><pe><slowo_obce>do swidanja</slowo_obce> (ros.) --- do widzenia.</pe>).</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo to jego mleko! --- dodał od siebie kolega. --- Wierzy w swoje <slowo_obce>mołoko</slowo_obce>, jak w Matkę Boską. Mówi, że ludzie nie powinni karmić się niczym innym, tylko mlekiem i chlebem razowym.
Sam leczy się mlekiem na wszystkie choroby.
I właśnie w tym miesiącu prowadzić ma kurację
mleczną...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętasz? Powiedział raz, że nie ma na
świecie szczęśliwszej istoty nad rosyjskiego <wyroznienie>mużyka<pe><slowo_obce>mużyk</slowo_obce> (ros.) --- chłop.</pe></wyroznienie>...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Który chodzi boso i nos wyciera w palce...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I na papierowej harmonijce skoczne kozaczki wycina...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A brody i włosów na głowie nie strzyże...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I mydłem brzydzi się, jak żyd świniną...</akap_dialog>


<akap>Obu chłopców opanowała pustota. Zaczęli
śmiać się głośno i naśladować ruchy, mowę i miny
wszystkich profesorów, zacząwszy od Jastrzębia,
skończywszy na Salamonie.</akap>


<akap>Ale niebawem Sprężycki sposępniał, przypomniawszy sobie nieszczęsną deklamację. Odprawił kolegę i powróciwszy do swej wielkiej
księgi, na nowo jęczeć zaczął:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="5"><slowo_obce>Chaosa wiecznost' dowremiennu</slowo_obce></wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5"><slowo_obce>Iz biezdn Ty wiecznosłi wozzwał</slowo_obce>...</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap><begin id="b1305567581821-1425506642"/><motyw id="m1305567581821-1425506642">Nauczyciel</motyw>Jastrebow, nauczyciel języka rosyjskiego, nie
był lubiany ani przez uczniów, ani przez kolegów.
W małym tylko stopniu wpływała na to jego narodowość oraz wykładany przezeń przedmiot. Odstręczał od siebie zarówno młodzież, jak starszych
pewnymi właściwościami obyczajów i charakteru,
rażącymi polskie przyzwyczajenia i uczucia.</akap>


<akap>Przede wszystkim jaskrawo odróżniał się od
otoczenia swą zewnętrznością. Gruby, szerokopleczysty, niezgrabny, z krótką szyją, z wielkim,
jakby nabrzmiałym, stale niegolonym i niedomytym obliczem, z długimi włosami, spadającymi
w strąkach na zatłuszczony kołnierz granatowego
fraka, odznaczał się tym jeszcze, że mówił ochrypłym basem, patrzył na ludzi ,,spode łba" i na
swych olbrzymich płaskich, w juchtową skórę
obutych stopach, raczej suwał się, niż chodził.</akap>


<akap>Gorący miłośnik i apostoł prostoty, życia na łonie przyrody i w ogóle sielskich człowieka pierwotnego obyczajów, nienawidził słodyczy, perfum,
pomadowanych włosów, ładnych twarzy, wykwintnego odzienia, wyszukanych potraw i gładkich
form towarzyskich. Zalecał wszystkim chleb razowy, wodę źródlaną i mleko. Na mleko kładł nacisk największy, uważając je za najdoskonalsze,
przez samą przyrodę człowiekowi wskazane pożywienie, oraz za lek uniwersalny na wszystkie choroby.</akap>


<akap><begin id="b1307607858125-2840303172"/><motyw id="m1307607858125-2840303172">Alkohol</motyw>Na nim samym skutki mlecznej diety objawiały się bardzo niezwykle. Chód miał niepewny,
często zataczał się --- nierzadko zaś ulegał tak silnym napadom senności, że w czasie lekcji, zaleciwszy uczniom ciche sprawowanie się, opierał
głowę na rękach i zasypiał...</akap>


<akap>Jednakże, jak w grubej, dziwacznie ukształtowanej konsze<pe><slowo_obce>koncha</slowo_obce> --- muszla.</pe> miękki ślimak, tak w tym ludzkim
futerale, szorstkim i niepięknym, mieszkała istota
czuła, melancholią dotknięta, której nie były obce
idealne porywy.</akap>


<akap><end id="e1307607858125-2840303172"/><begin id="b1307607957869-731406374"/><motyw id="m1307607957869-731406374">Patriota</motyw><begin id="b1307607979292-2058157761"/><motyw id="m1307607979292-2058157761">Obcy, Rosjanin</motyw>Jastrebow kochał swą Rosję przepaścistą, półdziką, jak kocha puszczę niedźwiedź a bezdnie
oceanowe wieloryb. Gdy w galówkę cała szkoła
<slowo_obce>in corpore</slowo_obce><pe><slowo_obce>in corpore</slowo_obce> (łac.) --- wszyscy razem, w komplecie.</pe>, z inspektorem i wszystkimi nauczycielami, słuchała mszy solennej<pe><slowo_obce>msza solenna</slowo_obce> --- msza podniosła, uroczysta.</pe> u fary i śpiewała
obowiązkowe <slowo_obce>Boże caria chrani</slowo_obce><pe><slowo_obce>Boże caria chrani</slowo_obce> (ros.) --- Boże chroń cara; rosyjski hymn państwowy w latach 1833-1917.</pe>, widziano Jastrebowa ukrytego za filarem i ocierającego podpuchłe oczy czerwoną, kraciastą, niezbyt czystą
chusteczką. Zarazem, gdy na szkolnej majówce
starsi uczniowie huknęli ,,Pijmy zdrowie Mickiewicza" albo ,,Walecznych tysiąc"<pe><slowo_obce>Walecznych tysiąc</slowo_obce> --- pieśń legionowa z czasów powstania listopadowego.</pe>, Jastrebow dołączał swój bas do chóru i grubą laską do taktu
wywijał.</akap>


<akap>Od polskich towarzystw stronił --- nie dlatego,
żeby mu tam niechęć lub nienawiść okazywać
miano, lecz że czuł się wśród Polaków nie na swoim miejscu, ani ich nie rozumiejąc, ani przez nich
rozumianym być nie mogąc.<end id="e1307607957869-731406374"/></akap>


<akap>Gryzło go to i jeszcze dzikszym czyniło.<end id="e1305567581821-1425506642"/></akap>


<akap>Raz tylko jeden z tej troski głośno się wygadał.</akap>


<akap>Było wówczas gorąco, parno i Jastrebow pod
wpływem upału a może i nadmiernego opicia się
,,mlekiem", zdrzemnął się na katedrze<pe><slowo_obce>katedra</slowo_obce> --- tu: podwyższenie, na którym stoi stół dla nauczyciela; biurko nauczycielskie.</pe>. Uczniowie
z początku zachowywali się spokojnie; lecz potem
opanował ich jakiś szał, zaczęli krzyczeć, przez
ławki skakać i strzałami papierowymi łysinę śpiącego zasypywać.</akap>


<akap>Przebudził się nauczyciel, mętnym wzrokiem
powiódł po wszystkich, a zamiast gniewem wybuchnąć, położył ciężką rękę na stoliku i swym głębokim, tym razem od tłumionego wzruszenia drżącym głosem wyrzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Byłby ja Jastrebski albo Jastrebowski,
wy by mnie lubili i <slowo_obce>pocztienje</slowo_obce><pe><slowo_obce>pocztienje</slowo_obce> (ros.) --- szacunek.</pe> dla mnie mieli, ale
że moja familia ruska, tak ja dla was cóż? --- <slowo_obce>proklatyj</slowo_obce><pe><slowo_obce>proklatyj</slowo_obce> (ros.) --- przeklęty.</pe> moskal, kacap<pe><slowo_obce>kacap</slowo_obce> (pogard.) --- Rosjanin.</pe>...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziegciarz!... --- pisnął któryś ze śmielszych
urwisów i nura dał szybko pod ławkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, i wy --- ciągnął tamten, na obelgę nie
zważając --- uznajecie się w prawie <slowo_obce>szutki</slowo_obce><pe><slowo_obce>szutki</slowo_obce> (ros.) --- dowcipy.</pe> ze mnie
<slowo_obce>diełać</slowo_obce><pe><slowo_obce>diełać</slowo_obce> (ros.) --- robić.</pe>, choć ja i <slowo_obce>uczyciel</slowo_obce><pe><slowo_obce>uczyciel</slowo_obce> (ros.) --- nauczyciel.</pe> wasz, i człowiek <slowo_obce>czestnyj</slowo_obce><pe><slowo_obce>czestnyj</slowo_obce> (ros.) --- uczciwy.</pe>...</akap_dialog>


<akap>Wyciągnął z kieszeni czerwoną, kraciastą
chustkę, po czole i po oczach ją przesunął i westchnąwszy, dokończył:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Boh</slowo_obce> z wami!...<end id="e1307607979292-2058157761"/></akap_dialog>


<akap><begin id="b1307955535614-1880810138"/><motyw id="m1307955535614-1880810138">Nauczyciel</motyw>Od uczniów w ogóle mało wymagał --- pragnął
tylko, żeby ,,<slowo_obce>wlublili</slowo_obce> się" w rosyjską poezję i starali się mówić przepięknym, ,,<slowo_obce>wielikolepszym</slowo_obce><pe><slowo_obce>wielikolepszy</slowo_obce> --- zniekształcone ros. <slowo_obce>wielikoliepnyj</slowo_obce>: wspaniały.</pe>" językiem Dzierżawinów<pe><slowo_obce>Dzierżawin</slowo_obce> --- Gawriła Romanowicz Dierżawin (1743--1816), poeta rosyjski, przedstawiciel klasycyzmu, autor poematu <tytul_dziela>Boh</tytul_dziela> (Bóg).</pe> i Łomonosowów<pe><slowo_obce>Michaił Wasiljewicz Łomonosow</slowo_obce> (1711--1765) --- rosyjski przyrodnik, filolog i poeta, profesor i członek Petersburskiej Akademii Nauk.</pe>.</akap>


<akap>W jakim stopniu te pragnienia spełniły się,
pouczy najlepiej następujący dialog, który z małymi zmianami powtarzał się na każdej lekcji Jastrebowa.</akap>


<akap><begin id="b1307608549349-129718149"/><motyw id="m1307608549349-129718149">Nauka, Rosjanin</motyw>Wywołany przez nauczyciela uczeń, bez względu na to, czy siedział w pierwszej czy w ostatniej
ławce, podnosił się leniwie z miejsca i oświadczał
wręcz:</akap>


<akap_dialog>---<slowo_obce> Gaspadyń fiesor! Ja etoj lekcji nie nauczyłsia. Ja jej w żadnyj spasob nauczyćsia nie mog</slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Po czemu</slowo_obce>?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Po temu, że ona okropno trudnaja<pe><slowo_obce>Gaspadyń fiesor (...) ona okropno trudnaja</slowo_obce> --- Panie psorze, nie nauczyłem się tej lekcji, w żaden sposób nie mogłem się jej nauczyć. Dlaczego? Bo jest okropnie trudna. (Uczeń próbuje mówić po rosyjsku, nadając polskim wyrazom rosyjskie brzmienie i końcówki).</pe></slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu-sss, tak mnie trzeba postawić tobie <slowo_obce>jedinicu</slowo_obce>!</akap_dialog>


<akap>I nauczyciel zapisywał w katalożku<pe><slowo_obce>katalożek</slowo_obce> --- tu: notatnik nauczycielski z ocenami.</pe> --- trójkę.</akap>


<akap>Trójka była jedynym stopniem używanym
przez profesora Jastrebowa, który miał zasadę
trzymać się w tym względzie złotego środka, unikając wszelkich krańcowości. A ponieważ wszyscy
byli pewni otrzymania tej średnio-proporcjonalnej trójki, nikt po rosyjsku nie uczył się, uważając to za rzecz zbyteczną.<end id="e1307608549349-129718149"/></akap>


<akap>I w ogóle lekcje Jastrebowa nie były w ścisłym
znaczeniu lekcjami. Po przeprowadzeniu kilku
dialogów w rodzaju wyżej opisanego, nauczyciel
zamykał i do kieszeni chował katalożek, otworzywszy natomiast przyniesioną książkę --- najczęściej
z poezjami uwielbianego przez siebie Dzierżawina --- wręczał ją któremu z uczniów do głośnego
czytania. Monotonny głos ucznia, w połączeniu
z działaniem mleka leczniczego, miewał zwykle
ten skutek, że profesor Jastrebow zasypiał. A gdy
to się stało, natychmiast czytającemu podsuwali
koledzy jakąś inną, polską, niesłychanie zajmującą
książkę --- <tytul_dziela>Rinalda Rinaldiniego</tytul_dziela> na przykład lub
<tytul_dziela>Cudowną lampę Aladyna</tytul_dziela> --- i czytanie odbywało
się w dalszym ciągu, lecz już z prawdziwą słuchających uciechą. Dzwonek szkolny kładł koniec niewinnemu, a zawsze bezkarnemu figlowi.<end id="e1307955535614-1880810138"/></akap>


<akap>Tymczasem niewstrzymany w swym biegu
czas sprowadził na ziemię upalny czerwiec, a wraz
z nim fatalny ów dzień, który ,,zwierzchność" na
zakończenie roku szkolnego przeznaczyła. Ponieważ zaś tajemne życzenia Sprężyckiego nie ziściły się i świat się przed tym terminem nie zapadł, musiał biedak nieszczęsną odę Dzierżawina publicznie
wygłaszać.</akap>


<akap>Sala była natłoczona kwiatem i śmietanką
miasteczkowego towarzystwa. Gdy chłopczyna
ujrzał przed sobą burmistrza z burmistrzową
i burmistrzównami, naczelnika powiatu przy naczelnikowej i naczelnikównach, nie mówiąc o podsędku<pe><slowo_obce>podsędek</slowo_obce> --- łączył funkcję notariusza i urzędnika sądowego.</pe>, kwatermistrzu<pe><slowo_obce>kwatermistrz</slowo_obce> --- oficer zajmujący się przygotowaniem kwater lub miejsca obozowania dla wojska.</pe>, nadzorcy więzienia i dwóch
sekretarzach magistratu<pe><slowo_obce>magistrat</slowo_obce> (daw.) --- organ wykonawczy władz miejskich; też: siedziba tego organu.</pe>, stracił zupełnie głowę
i ze ślepą odwagą, jaką daje rozpacz, krzyczeć zaczął:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="5"><slowo_obce>Chaosa bytnost' dowremiennu</slowo_obce></wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5"><slowo_obce>W Siebie Samom Ty osnował,</slowo_obce></wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5"><slowo_obce>A bytnost', preżdie biezdn rożdiennu,</slowo_obce></wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5"><slowo_obce>Iz wiekow wiecznosti wozzwał<pe><slowo_obce>Chaosa bytnost' (...) iz wiekow wiecznosti wozzwał</slowo_obce> --- chłopiec miesza tekst i gubi sens ody Dierżawina.</pe>...</slowo_obce></wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Profesor Jastrebow, jedyny, co wiersze Dzierżawina mógł rozumieć, nie był obecny na popisie,
gdyż w przeddzień uroczystości kurację mleczną
rozpoczął --- nie było więc komu deklamatora kontrolować. Krzyk Sprężyckiego i jego udana pewność siebie wprawiły w zachwyt słuchaczów
i słuchali. Burmistrzowa i naczelnikowa wzruszone były niemal do łez --- tym głównie, że ,,chłopczyna tak się męczy".</akap>


<akap>A gdy mały deklamator, wspiąwszy się na
palce, dyszkantem zachrypniętego koguta zapiał:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="5"><slowo_obce>Ja car! ja rab! ja czerw'! ja boh<pe><slowo_obce>Ja car! ja rab! ja czerw'! ja boh!</slowo_obce> (ros.) --- Jestem królem - Jestem niewolnikiem - Jestem robakiem - Jestem Bogiem!</pe></slowo_obce>!</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>--- obie damy nie dały mu dokończyć, lecz pochwyciwszy malca w objęcia i pocałunkami go
okrywając, miętowych pastylek w usta mu napchały.</akap>


<akap>Wielki a zgoła niespodziewany tryumf święcili
owego dnia: Dzierżawin, Jastrebow i Sprężycki!</akap>


<akap>W kilka dni po akcie uroczystym ostatni z tej
trójcy udał się do mieszkania Rosjanina jako delegat od grona kolegów. Było zwyczajem, że na
czas wakacyj nauczyciele zadawali uczniom do
opracowania w domu nietrudne piśmienne ćwiczenia. Dopełnili tego wszyscy --- z wyjątkiem nieobecnego w dniach ostatnich Jastrebowa. W tej
właśnie sprawie Sprężycki został do niego wysłany.</akap>


<akap>Jastrebow mieszkał w oficynie dużego rządowego gmachu, w dwóch skromnych pokoikach
na dole. Żony nie miał; kawalerskim jego gospodarstwem zajmowała się stara Wojciechowa, znana
całemu miasteczku opiekunka wszystkich niemłodych bezżenników.</akap>


<akap>Właśnie zatrudniona była myciem podłogi, gdy
zjawił się Sprężycki, zapytując nieśmiało o <slowo_obce>gospodynia fiesora</slowo_obce>.</akap>


<akap>Zapytana wyprostowała się, trzymając w ręku
dużą, mokrą ścierkę, którą zaczęła wyżymać takim
ruchem, jakby rzucić ją chciała na głowę przybysza.</akap>


<akap_dialog>--- A czego to pan uczeń od <wyroznienie>nich</wyroznienie> chcą? Czy to
pan uczeń nie wie, że tera <slowo_obce>kanikuły<pe><slowo_obce>kanikuła</slowo_obce> --- okres największych upałów letnich; wakacje.</pe></slowo_obce> i że <wyroznienie>oni</wyroznienie> są
chore<pe><slowo_obce>oni są
chore</slowo_obce> --- pan profesor jest chory (gospodyni używa specyficznej formy grzecznościowej).</pe>?... (Wojciechowa przyswajała sobie zawsze
sposób wyrażania się swych pupilów).</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Gospodyń fiesor </slowo_obce>--- usprawiedliwiał się Sprężycki --- sam przyjść rozkazał...</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1307610867469-2901450858"/><motyw id="m1307610867469-2901450858">Ogród</motyw>--- Ha, to niech pan uczeń do nich idą. Oni
w ogrodzie są.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdzież ten ogród?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzież ma być? --- Na podwórzu!</akap_dialog>


<akap>Na środku olbrzymiego dziedzińca znajdował
się spory placyk, otoczony sztachetami, malowanymi (niegdyś) na zielono --- on to miał być owym
ogrodem.</akap>


<akap>Wszedł tam chłopiec przez półotwartą, na jednej zawiasie<pe><slowo_obce>zawiasa</slowo_obce> (daw.) --- zawias.</pe> smętnie kołyszącą się furtkę i rozejrzawszy się dokoła, dostrzegł coś pośredniego
między trawnikiem a śmietnikiem. Kilka suchych,
bezlistnych, z obłamanymi gałęźmi pni oraz kilka
wbitych w ziemię kołków urozmaicały przykrą
tego miejsca pustkę. Od kołków do pni i od pni
do kołków przeprowadzono sznury, na których
suszyła się bielizna i wietrzyła pościel. Po pewnych znakach szczególnych poznawało się, że
bielizna była pochodzenia rosyjskiego, pościel zaś
stanowiła żydowskie tak zwane ,,bety<pe><slowo_obce>bety</slowo_obce> (pot.) --- pościel, zwłaszcza wymięta i brudna.</pe>". Do jednego
z kołków przywiązano na mocnym powrozie kozę,
z którą drażniła się gromada brudnych, rozczochranych dzieciaków. Na jednym z trawników-śmietników Żydówka karmiła niemowlę; na drugim siedział, wprost na ziemi, bosy dziad z gołą
głową, w samej tylko bieliźnie; na trzecim gdakały kury, otaczając koguta, który chciał przybierać pozy bohaterskie, lecz mu w tym przeszkadzał
sromotny brak piór w ogonie...<end id="e1307610867469-2901450858"/></akap>


<akap>Profesora Jastrebowa na próżno oczy chłopca
wszędzie wypatrywały.</akap>


<akap>I już cofnąć się miał z miejsca, które dla śmiechu chyba nazwał ktoś ogrodem, gdy wtem dobiegły go wygłoszone basem głębokim słowa, tak
dobrze mu znane i w pamięci jego jakby ostrymi
ćwiekami wybite:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="5"><slowo_obce><begin id="b1307955629246-2702454633"/><motyw id="m1307955629246-2702454633">Poezja, Szaleniec</motyw>Chaosa bytnosł' dowremiennu</slowo_obce></wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5"><slowo_obce>Iz biezdn Ty wiecznosti wozzwał...</slowo_obce></wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap><begin id="b1307611109814-3779976548"/><motyw id="m1307611109814-3779976548">Pijaństwo, Nauczyciel, Rosjanin</motyw>Rzecz była do pojęcia trudna, a jednak namacalnie prawdziwa: odę Dzierżawina deklamował
dziad bosonogi, na trawie siedzący.</akap>


<akap>Sprężycki zwrócił się w tę stronę i postąpiwszy kilka kroków, rozpoznał w deklamującym
dziadzie z niezawodną pewnością, choć i z niesłychanym zdziwieniem, swego nauczyciela języka
rosyjskiego.</akap>


<akap>Jastrebow, od dłuższego czasu nie golony, ze
szczecinowatą, na pół siwą brodą, z głową, na
wierzchu łysą, a z boków i z tyłu okoloną długimi
pasmami włosów, na szyję i kark spadających,
miał na sobie zgrzebną koszulę, wyłożoną na szerokie płócienne szarawary<pe><slowo_obce>szarawary</slowo_obce> --- długie, bufiaste spodnie, marszczone w pasie i w kostkach, noszone na Wschodzie.</pe> i nad biodrami paskiem rzemiennym ściśniętą.</akap>


<akap>Przed nim, na niskiej, prostej ławie, leżał napoczęty bochenek razowca i stała miska mleka
zsiadłego oraz duża, czworograniasta, do połowy
już opróżniona butelka z wódką. Wódkę pił Rosjanin szklanką, którą właśnie w tej chwili, uczyniwszy przerwę w deklamacji, do ust podnosił.
Musiało zaś to podnoszenie już nieraz się powtarzać, gdyż twarz siedzącego była czerwona jak
kołnierz burmistrza, a oczy, na wierzch wysadzone,
miały wyraz zarazem dziki i obłędny.</akap>


<akap>Nie bez strachu przystąpił uczeń do nauczyciela i czapkę zdjąwszy, zaczął jąkać nieśmiało:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Gaspadyń fiesor</slowo_obce>! Ja bardzo <slowo_obce>przepraszaju</slowo_obce>...
Ja musiał przyjść, bo mnie tamci kazali... Ja przyszedł <slowo_obce>tolko zapytaćsia...</slowo_obce></akap_dialog>


<akap>Nie dokończył.</akap>


<akap>Jastrebow obrócił się do niego całą twarzą
i skierował nań zaiskrzone<pe><slowo_obce>zaiskrzone</slowo_obce> --- dziś: roziskrzone.</pe> oczy. Wyraz tych oczu
był tak straszny, że chłopcu ciarki przebiegły po
krzyżu i nogi pod nim zadygotały.</akap>


<akap>Tamten wpatrywał się w niego długo, w milczeniu, okropnym, razem wściekłym i pełnym
przerażenia wzrokiem --- nagle machać zaczął rękami, jakby coś czy kogoś odepchnąć chciał od
siebie, i krzyknął przeraźliwie:</akap>


<akap_dialog>--- <wyroznienie>Satana<pe><slowo_obce>satana</slowo_obce> (ros.) --- szatan.</pe>!... Satana!...</wyroznienie></akap_dialog>


<akap>Sprężycki zdrętwiał.</akap>


<akap>Po krzyku nastąpiła cisza. Rosjanin zdawał
się uspokajać, twarz i oczy w inną zwrócił stronę.
Ale nie trwało to długo. Po chwili znów dojrzał
chłopca, rękę w jego kierunku wyciągnął i cichszym już, jakby złamanym głosem rozkazał:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Procz<pe><slowo_obce>procz</slowo_obce> (ros.) --- precz.</pe>!</slowo_obce></akap_dialog>


<akap>Sprężycki schował się za drzewo.</akap>


<akap>Drżał ze strachu, lecz ciekawość w miejscu go
trzymała.</akap>


<akap>Nauczyciel uciszył się. Głowę zwiesił nisko ---
twarz jego przybrała znany tak dobrze uczniom
wyraz ostatecznego znużenia i apatii. Po chwili
wyciągną rękę po butelkę, szklankę napełnił
i wychylił. Twarz mu się rozjaśniła --- hardym
ruchem głowę podniósł --- cały się wyprostował
i jakby urósł.</akap>


<akap>Mocnym, patetycznym głosem zagrzmiał:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Ja car --- ja rab! Ja czerw' --- ja boh!</slowo_obce>...</akap_dialog>


<akap>Sprężycki zrozumiał, że przed tą jego wielkością należało albo na twarz upaść, albo --- uciec...</akap>


<akap>Wybrał drugie.<end id="e1307955629246-2702454633"/><end id="e1307611109814-3779976548"/></akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XVI. Mali bohaterowie</naglowek_rozdzial>



<akap_dialog>--- A czy odważyłby się który z was pójść
w nocy na cmentarz?...</akap_dialog>


<akap>Chłopcy, srodze zmęczeni ,,palantem<pe><slowo_obce>palant</slowo_obce> --- gra, w której uczestnicy, podzieleni na dwie drużyny, podbijają pałką małą piłkę gumową.</pe>" i ,,ekstrametą<pe><slowo_obce>ekstrameta</slowo_obce> (daw.) --- gra w piłkę studentów i żaków, podobna do dzisiejszego baseballu.</pe>", obsiedli kloce, leżące nad rzeką, oddając
się z rozkoszą zasłużonemu wypoczynkowi oraz
rozwiązywaniu najzawilszych zagadek filozoficznych i życiowych.</akap>


<akap><begin id="b1307611351406-3508863873"/><motyw id="m1307611351406-3508863873">Strój</motyw>Czapki na tył głowy zesunęli, mundurki porozpinali --- co sprzeciwia się wprawdzie przepisom szkolnym, ale jest niezrównanie pomocne na
upał i znużenie.<end id="e1307611351406-3508863873"/></akap>


<akap>W odpoczywającej i filozofującej gromadce rej
wodzą: Kozłowski, Sitkiewicz, Dembowski --- oni
też głównie podtrzymują zapał dysputy, dostarczając coraz nowego do niej przedmiotu.</akap>


<akap>Rzucone w ten ul brzęczący zapytanie wywołało ten skutek bezpośredni, że wszyscy naraz zamilkli.</akap>


<akap_dialog>--- Na cmentarz?... --- odzywa się wreszcie,
przeciągając wyrazy, Sitkiewicz. --- Żeby mi jeszcze jaki ,,umarlak" głowę ukręcił? Nie głupim!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest na to sposób... --- zauważa nieśmiało
Petrykowski, potulny chłopczyna, zdradzający
zawsze pociąg do spraw kościelnych i teologicznych. --- Trzeba tylko przy wejściu powtórzyć
trzykrotnie, raz po raz, jednym tchem i bez najmniejszej omyłki: ,,A dusze wiernych zmarłych
niech odpoczywają w pokoju wiecznym ---
Amen!"...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jednym tchem? I bez omyłki? --- podrwiwa
znów Sitkiewicz. --- To tak będzie jak z nieboszczykiem Lutrem, któremu nasi księża kazali odmawiać prędko: ,,Od powietrza, głodu, ognia
i wojny"...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I cóż Luter? --- dopytują ciekawie chłopcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Język mu skręciło i powiedział: ,,Od pól
fieprza, głowa, ogon i nogi"...</akap_dialog>


<akap>Chwila hałaśliwej wesołości, którą przerywa

ktoś uwagą:</akap>


<akap_dialog>--- Ja słyszałem, że modlitwa pomaga tylko
przed północą. Punkt o samej dwunastej ,,dusze"
wychodzą z grobów i zaczynają spacerować po
cmentarzu. Wówczas nie darują nikomu, kto im
w drogę wejdzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I któż to widział? --- zauważa sceptycznie

Dembowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Byli tacy...</akap_dialog>


<akap>Petrykowski wyrywa się z niespodzianym wyznaniem:</akap>


<akap_dialog>--- Raz na wsi, wieczorem, ,,dusza" przeleciała
obok mnie tak blisko, jak stąd do tego kloca...</akap_dialog>


<akap>Wyznanie silnie oddziaływa na słuchaczów.</akap>


<akap_dialog>--- Zląkłeś się? --- bada jeden.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze jak! Alem zaraz odmówił: ,,A dusze wiernych zmarłych"... --- i natychmiast zniknęła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakaż była? --- dopytuje drugi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bielusieńka.</akap_dialog>


<akap_dialog>Trzeci jest ciekawy szczegółów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W ziemię się zapadła, czy też do góry pofrunęła?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem. Zniknęła i tyle. Jakby ją kto
zdmuchnął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie pływaj po piasku! --- śmieje się ironicznie Sprężycki. --- Duszy widzieć nie można.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo dusza nie ma ciała.</akap_dialog>


<akap>Rozsądniejsi przytakują.</akap>


<akap_dialog>--- Ma rację. Prawda. Petrykosio puścił finfę!
Zbajał się!</akap_dialog>


<akap>Ale występuje i opozycja.</akap>


<akap_dialog>--- Ciało ciału nierówne. Dusza nie ma ciała
takiego jak my, ale może mieć inne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ma i nie może mieć żadnego!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tamta dusza --- objaśnia ośmielony Petrykowski --- nie miała wcale ciała. Była przeźroczysta, jak z mgły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czyż mgła to nie ciało?</akap_dialog>


<akap>Stronnicy Petrykowskiego śmieją się.</akap>


<akap_dialog>--- Mgła jest ciałem! Ha, ha, ha!... To pewnie
człowiek składa się z <wyroznienie>mgły</wyroznienie> i duszy?... Ha, ha, ha!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A po śmierci <wyroznienie>mgła</wyroznienie> w proch się rozsypuje...
Ha, ha, ha!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zbajał się Sprężycki, zbajał! --- decyduje
Sitkiewicz głosem, niedopuszczającym zaprzeczenia.</akap_dialog>


<akap>Ale Sprężycki lekceważy sobie tę stanowczość.</akap>


<akap_dialog>--- Wcale się nie zbajałem --- mówi spokojnie. --- Zbajali się ci, dla których ciałem jest to
tylko, co ich boli, gdy dostaną bicie i którzy nie
wiedzą, co jest <wyroznienie>ciało fizyczne</wyroznienie>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mgła nie jest ciałem fizycznym --- oświadcza Sitkiewicz tym samym co wpierw tonem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A woda?... Przypomnij sobie co nam mówił profesor Wiśniewski...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Woda co innego, a mgła co innego...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak?... A z czegóż powstaje mgła?</akap_dialog>


<akap>Teraz zrozumieli już rzecz nawet najmniej pojętni. Wszystkie głosy zwracają się przeciw tamtemu.</akap>


<akap_dialog>--- Zbajał się Sitko! Zbajał!...</akap_dialog>


<akap>Gdy wrzawa uciszyła się, zabiera znów głos
Kuszkowski, ten, co wystąpił z zasadniczym pytaniem, dotyczącym pójścia nocą na cmentarz. Kuszkowski jest ,,z wyższej klasy", co mu daje niezmierną przewagę nad młodszymi i otacza jego
kędzierzawą głowę jakby aureolą.</akap>


<akap_dialog>--- Tchórze! Baby! --- woła z pogardliwym lekceważeniem. --- Nie ma między wami ani jednego,
coby zdobył się na czyn bohaterski. Znam was!
Wyście zuchy: z żydziakami wojować i do ogrodu
zamkowego skradać się po niedojrzałe owoce!</akap_dialog>


<akap>Tu zabrał głos Kozłowski, dotąd milczący.</akap>


<akap_dialog>--- Najpierw --- mówi spokojnie i z wielką powagą --- to nie może odnosić się do mnie, bo choć
byłem z Bałandowiczem ,,na gruszkach", ogrodnik
Pawlicki nie mnie złapał, lecz Bałandowicza,
i czapkę nie mnie zerwał, lecz Bałandowiczowi.
Najlepszy dowód, że do moich ciotek na skargę
nie przychodził, a do ojca Bałandowicza poszedł
i dostał ,,złoty, groszy sześć" za zerwany owoc.
I wszystko jest już w porządku i nie ma o czym
mówić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po wtóre?... --- dopytuje z surową wyniosłością Kuszkowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po wtóre: Kozłowski nie jest tchórzem ani
babą. ,,Umarlaków" ani ,,dusz" wcale się nie boi
i na cmentarz pójdzie o samej północy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słowo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słowo.</akap_dialog>


<akap>Któryś z młodych śmieszków wyrywa się:</akap>


<akap_dialog>--- A jakie słowo<pe><slowo_obce>słowo</slowo_obce> --- żart nawiązujący do dawnego znaczenia wyrazu <slowo_obce>słowo</slowo_obce>: czasownik.</pe>? --- czynne, bierne, posiłkowe?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słowo Kozłowskiego!</akap_dialog>


<akap>Wszyscy wiedzą, że to rękojmia<pe><slowo_obce>rękojmia</slowo_obce> --- gwarancja.</pe> wystarczająca.
Nie było jeszcze zdarzenia, żeby Kozłowski swego
słowa nie dotrzymał. Pomiędzy młodymi chłopcami i dobre, i złe udziela się zaraźliwie. Bohaterstwo Kozła zbudziło u pozostałych popędy współzawodnicze. I ten i ów zamyśla się --- coś
kombinuje, postanawia...</akap>


<akap>Radzicki, niski, krępy brunet, żywo poruszający się, z miną śmiałą, pewną siebie, odzywa się
nieco ironicznie:</akap>


<akap_dialog>--- A czy to <wyroznienie>pan</wyroznienie> Kuszkowski myśli, że pójść na cmentarz w nocy to już największa sztuka?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wymyśl większą, kiedyś taki zuch!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jak też na przykład zdaje się <wyroznienie>panu</wyroznienie> Kuszkowskiemu: czy przepłynąć wpław Narew, naprzeciw ,,murowanki", trzymając na głowie ubranie i nie zamoczywszy go, lada kiep<pe><slowo_obce>kiep</slowo_obce> (daw.) --- człowiek głupi, nierozgarnięty.</pe> potrafi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potrafiłby Kucharzewski --- ale chory.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to ja <wyroznienie>pana </wyroznienie>Kuszkowskiego przekonam, że tu Kucharzewski niepotrzebny, bo to zrobi Radzicki --- a zrobi nawet więcej, bo przepłynie rzekę w najszerszym miejscu nie raz, lecz dwa razy: tam i z powrotem.</akap_dialog>


<akap>Szmer podziwu ozwał się wśród gromadki.
Któryś ze sceptyków, nieuniknionych w każdej
liczniejszej drużynie, półgłosem mruczy:</akap>


<akap_dialog>--- Bajki!...</akap_dialog>


<akap>Zapalczywy chłopiec przyskakuje do niego:</akap>


<akap_dialog>--- Będziesz miał prawo szydzić, jeśli słowa nie
dotrzymam. Tymczasem --- trzymaj język za zębami!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc słowo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakem Radzicki!</akap_dialog>


<akap>Koledzy otaczają zucha numer 2-gi. Jeden wyraża uznanie, drugi ostrzega przed niebezpieczeństwem, trzeci rad by poznać tajemnicę tak nadzwyczajnego pływackiego majstersztyku...</akap>


<akap>W tejże chwili wskakuje na wierzch kloca mały
Bellon, zwany ,,Balonikiem", i cienkim głosem
krzyczy:</akap>


<akap_dialog>--- Poczekajcie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czego ten znów chce? --- odzywa się kilku
starszych lekceważąco.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy wy wiecie, jak ja umiem skakać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak pchła! --- śmieje się któryś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha! Właśnie!... Przyjdźcie do mnie jutro
na podwórze, to pokażę wam skok, jakiegoście nawet w cyrku nie widzieli!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie chwal no się tak, malcze!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie nadymaj się, Baloniku, bo pękniesz!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ostrożnie, pchełko, żeby cię ,,proszkiem" nie
posypali!</akap_dialog>


<akap>Chłopcy śmieją się --- są jednak naprawdę zaciekawieni. Bellon słynie w całej szkole z mistrzowskich kozłów. Udając, że ich to mało obchodzi, pytają:</akap>


<akap_dialog>--- Jakiż to będzie skok?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z huśtawki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Piiii... wielkie rzeczy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale wy znacie przecie naszą huśtawkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyższa od gołębnika.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc cóż?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc ja rozhuśtam się najwyżej, jak tylko
można --- aż tam, het, pod same chmury --- a potem: skoczę na równe nogi na ziemię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przechwalasz się, Baloniku. Tego by i Kucharzewski nie dokazał!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo wielki i ciężki. A ja jestem mały i lekki,
więc dokażę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bardzo w to wierzymy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjdźcie, to zobaczycie.</akap_dialog>


<akap>Kuszkowski zdjął czapkę, wyjął z kieszeni
mały grzebyk --- z zadowoleniem przeczesuje czuprynę.</akap>


<akap_dialog>--- Winszuję wam --- mówi. --- Kozłowski, Radzicki i Bellon ocalili honor waszej klasy. Nie
same z was baby i zmokłe kury. Wprawdzie znaleźli się dotąd dopiero kandydaci na bohaterów,
ale ja ufam ich honorowi, że co powiedzieli, spełnią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spełnimy! --- krzyczy głośno bohaterska
trójka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemu to jednak --- zauważa surowy piątoklasista, wskazując wzrokiem chłopca, siedzącego
nieco na uboczu, z twarzą mizerną, z oczyma podsiniałymi --- nie stanął do apelu ten, na którego
miałem prawo liczyć najwięcej: Witold Sprężycki?</akap_dialog>


<akap>Usłyszawszy swe nazwisko, Sprężycki głowę
podnosi, prostuje się, bystre spojrzenie rzuca na
mówiącego.</akap>


<akap_dialog>--- Przed tygodniem --- tłumaczy się --- wstałem z łóżka po ciężkiej chorobie. Skakać i krzyczeć, choćbym chciał, nie mogę. Niech nikt jednak
nie myśli, że się dam innym wyprzedzić. Ja również postanowiłem dokazać ,,sztuki" --- i dokażę!</akap_dialog>


<akap>Głos chłopca, z początku słaby i nawet drżący
cokolwiek, przy ostatnich słowach nabiera niezwykłej mocy. Sprężycki jest widocznie przejęty
tym, co powiedział. Na próżno jednak i Kuszkowski i towarzysze oczekują bliższych wyjaśnień ---
czwarty ,,bohater" okazuje się mniej skłonnym od
poprzedników do czynienia głośnych zapowiedzi.</akap>


<akap_dialog>--- Na Sprężyckiego nie ma co liczyć --- szepce
poufnie Sitkiewicz piątoklasiście. --- On teraz do
niczego. Niedawno miał ,,trzy ćwierci do śmierci" --- słaby teraz, jak kurczę. Nie dałby rady najmniejszemu ,,szajgecowi<pe><slowo_obce>szajgec</slowo_obce> --- łobuz, hultaj.</pe>"...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To prawda --- przytwierdza Kuszkowski ---
choroba zjadła naszego zucha. Jednak z taką pewnością siebie mówił o swojej ,,sztuce"...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Językiem wojować łatwo...</akap_dialog>


<akap>Zapada wieczór. U fary przedzwoniono już
na <tytul_dziela>Anioł Pański</tytul_dziela>. W powietrzu snuje się dym
drzewny, lekki, niebieskawy, który nie dławi jak
wyziew węgla kamiennego, ale na miejscu otwartym przyjemny być może nawet dla powonienia.</akap>


<akap>Razem z tym miłym dymkiem nadlatują zapachy skwarek ze słoniny, kawy ,,żołędziowej", jajecznicy z przysmażoną cebulką. Na stancjach
przygotowywa się <pe><slowo_obce>przygotowywa się</slowo_obce> --- dziś popr.: 3os. lp. cz.ter.: przygotowuje się.</pe> wieczerza dla uczniów --- dla
tych pyzatych, ociężałych chłopców ze wsi, którzy
jak <slowo_obce>lupus</slowo_obce><pe><slowo_obce>lupus</slowo_obce> (łac.) --- wilk.</pe> z ich łacińskiego <tytul_dziela>Tirocinium</tytul_dziela><pe><slowo_obce>Tirocinium</slowo_obce> --- podręcznik do łaciny dla początkujących.</pe>", choć nie
<slowo_obce>rapaces</slowo_obce><pe><slowo_obce>rapax, rapacis</slowo_obce> (łac.) --- zachłanny, drapieżny, chciwy; tu forma lm <slowo_obce>rapaces</slowo_obce>: chciwi, drapieżni.</pe> i nie <slowo_obce>crudeles</slowo_obce><pe><slowo_obce>crudelis</slowo_obce> (łac.) --- okrutny; tu forma lm <slowo_obce>crudeles</slowo_obce>: okrutni.</pe>, są jednak pod względem
jedzenia --- <slowo_obce>insatiabiles</slowo_obce><pe><slowo_obce>insatiabilis</slowo_obce> (łac.) --- nienasycony; tu forma lm <slowo_obce>insatiabiles</slowo_obce>: nienasyceni.</pe>.</akap>


<akap>I w bohaterskiej drużynie wrażenia żołądkowe
zapanowały chwilowo nad innymi. Chłopcy szybko
zrywają się z kloców, głowami skinęli sobie na
pożegnanie --- z pośpiechem pędzą w różnych kierunkach do pełnych mis, które w tej chwili zdają
się im wonniejszymi, niż róże sarońskie<pe><slowo_obce>róża sarońska</slowo_obce> --- w symbolice biblijnej: piękny kwiat a. piękna kobieta; <slowo_obce>Saron</slowo_obce> (hebr. <slowo_obce>Szaron</slowo_obce>) --- równina izraelska położona nad morzem Śródziemnym pomiędzy Karmelem a Jaffą, bardzo żyzna i bogata w wodę.</pe>, niż kadzidła w świątyni Salomona<pe><slowo_obce>świątynia Salomona</slowo_obce> --- Świątynia Jerozolimska, budowla opisana w <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela>, zbudowana w IX w. p.n.e. w Jerozolimie, ostateczne zburzona przez Rzymian w 70 r. n.e. Wg przekazów biblijnych, świątynię wzniesiono na rozkaz legendarnego króla Salomona w miejscu, gdzie patriarcha Abraham miał złożyć ofiarę ze swojego syna, Izaaka. W świątyni tej przechowywano słynną Arkę Przymierza (skrzynię zawierającą tablice z przykazaniami) aż do zniszczenia budowli przez babilońskiego króla Nabuchodonozora II. Świątynia została następnie odbudowana w VI w. p.n.e., rozbudowana przez Heroda I Wielkiego (I w. p.n.e.) i zniszczona przez cesarza Tytusa (I w. n.e.). Za najstarszy fragment Świątyni Jerozolimskiej uchodzi tzw. Ściana Płaczu.</pe>...</akap>


<akap>Sprężycki idzie z wolna, wsparty na ramieniu
Dembowskiego.</akap>


<akap_dialog>--- O jakiejże to ,,sztuce" myślisz, biedaku? ---
pyta ostatni, z niepokojem i troskliwością matki,
czuwającej nad chorym dziecięciem. --- Czyś zapomniał, że doktor Dobrzelewski zabronił ci nawet wiele chodzić i głośno mówić?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toteż moja sztuka nie polega ani na chodzeniu, ani na mówieniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na czymże zatem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczysz...</akap_dialog>


<akap>Dembowski wzdycha.</akap>


<akap_dialog>--- Nie zapominaj, Witek, że tobie przykazano:
jeść jak najwięcej, sypiać jak najdłużej, mieć dobry humor i przesiadywać po całych dniach
w ogrodzie. Moim zdaniem, niepotrzebnie nawet chodzisz do szkoły i męczysz się słuchaniem
belfrów. Wszakże, czy tak, czy inaczej, ten rok
dla ciebie stracony...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak myślisz, Bronek?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nawet twój ojciec powiedział, że nie wymaga od ciebie składania egzaminów... Nieprawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha!</akap_dialog>


<akap>Żegnają się przyjaciele serdecznie jak zawsze,
całują się jak bracia --- jednak, przy rozstaniu,
na ustach Sprężyckiego błąka się uśmiech zagadkowy...</akap>


<akap>Z tym uśmiechem zasiada do swego uczniowskiego stolika, wyciąga z półki książki, z szuflady
kajety i starannie obciąwszy knot u świecy łojowej, zabiera się do pracy.</akap>


<zastepnik_wersu/>
<akap>Upłynęło kilka tygodni --- kilka długich, ciężkich, leniwie wlokących się tygodni, wypełnionych pracą egzaminową, podnieceniem nerwów,
niepokojem o dobry stopień, o promocję, o przyszłość...</akap>


<akap>W ciągu tych pracowitych tygodni, drużyna
bohaterska nie miała czasu na urządzanie posiedzeń ,,klocowych" --- ani razu nie stawiła się
w komplecie na zwykłym miejscu nad Narwią.</akap>


<akap>Każdy myślał tylko o sobie, zajmował się wyłącznie własnymi sprawami --- niewiele obchodzili
go inni, choćby nawet koleżeństwem zbliżeni,
wspólnością losów związani.</akap>


<akap>Ale nareszcie godzina ,,sądu ostatecznego" wybiła. Skończyły się egzaminy, odbył się ,,popis",
ogłoszono zapadłe na radzie nauczycielskiej wyroki. Kto miał utonąć, poszedł na dno, kto miał
wypłynąć, ukazał się na powierzchni --- rozdano
nagrody, listy pochwalne, promocje --- jedne oczy
zabłysły radością i dumą, inne napełniły się łzami
żalu albo brzydkiej zawiści --- i miasteczko zapadło w senną, leniwą ciszę wakacyjną.</akap>


<akap>Na chwilę jednak przed ostateczną rozsypką,
gromadka niebieskich mundurków skupiła się raz
jeszcze przy klocach --- których połowę zdążono
już przez ten czas porznąć na deski i Narwią,
a następnie Wisłą, spławić do Gdańska<pe><slowo_obce>spławić do Gdańska</slowo_obce> --- dawna forma transportu towarów, tzw. flis; towary, głównie zboże (na specjalnie do tego przystosowanych statkach rzecznych, komięgach) lub drewno (przeważnie uformowane w tratwy) były spławiane rzekami do Gdańska i dalej drogą morską sprzedawane za granicę.</pe>.</akap>


<akap>W gromadce nie brakło żadnego z tych, co tu
niedawno śluby bohaterskie wykonali. Tylko z szeregu ,,świadków" ubyli dwaj czy trzej, najniecierpliwsi, którym tak się śpieszyło do jazdy konnej
na oklep, do biegania boso po łąkach, do kąpieli
w kamienistym strumieniu lub pełnej żab sadzawce, że wprost z sali popisowej przeszli na bryczkę
i pomknęli wyciągniętym kłusem do rodzinnej
zagrody.</akap>


<akap>Na klocach nadrzecznych znów siedzą: Sitkiewicz, Radzicki, Kozłowski, Dembowski, Sprężycki,
Bellon i inni. I znów rej wodzi i objawy szacunku odbiera Kuszkowski, ubrany w szaty cywilne,
przedzierzgniony<pe><slowo_obce>przedzierzgniony</slowo_obce> --- dziś popr.: przedzierzgnięty; tj. przemieniony.</pe> już niemal w ,,obywatela", imponujący scyzorykiem, nieco za wielkim słomianym kapeluszem, cokolwiek za krótką marynarką
beżową, a najwięcej tym, że ma w kieszeni patent
z ukończenia całej ,,powiatówki" i kpi sobie z
wszystkich na świecie szkół, lekcji, zadań, książek, belfrów i inspektorów.</akap>


<akap>Jeśli z niejaką ujmą dla swej cywilności zstąpił on raz jeszcze między niebieskie mundurki,
czyni to dlatego jedynie, aby spełnić do końca
swój honorowy obowiązek arbitra i zażądać od
ochotników zdania sprawy z wielkich dzieł, do
których się zobowiązali.</akap>


<akap>Jest wprost niezrównany, Jowiszowi na Olimpie podobny, gdy machnąwszy w prawo i w lewo
prawdziwą trzcinową laską i zaciągnąwszy się dymem prawdziwego groszowego papierosa, mówi:</akap>


<akap_dialog>--- Prosimy o uwagę. Kozłowski ma głos.</akap_dialog>


<akap>Spośród ciżby<pe><slowo_obce>ciżba</slowo_obce> --- tłum.</pe> niebieskich mundurków wychyla się śniada twarz Kozła, pociesznie skrzywiona. Oczy ,,galerii" zwracają się na nią ciekawie. Wtajemniczeni w sprawę zatykają usta czapkami.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1307616229271-186306374"/><motyw id="m1307616229271-186306374">Bohaterstwo, Walka</motyw>--- Wezwany na konkurs bohaterów, zobowiązałeś się, mości Koźle, dokonać sztuki nad sztukami, mianowicie: pójść nocą na cmentarz. Potwierdzasz to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potwierdzam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobowiązanie spełniłeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spełniłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Świadkowie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stróż i dziadek kościelny od Świętego Krzyża, którzy mnie na cmentarzu schwytali i biorąc
za złodzieja --- obili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapewniałeś, że walczyć będziesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak lew... ale z ,,duszami" i ,,umarlakami".
O! Wynik walki z nimi byłby zupełnie inny!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakiż był z dziadkiem i stróżem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taki, żem na placu boju pozostawił pięć
guzików: jeden z przodu mundura<pe><slowo_obce>mundura</slowo_obce> --- dziś popr. forma D. lp: munduru.</pe>, cztery z tyłu;
wyniosłem zaś stamtąd około piętnastu sińców
rozrzuconych w różnych okolicach ciała. Prócz
tego zapłacić musiałem ,,złoty, groszy sześć" za
kwiatki podeptane na jednej mogile.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dumny jesteś ze swego bohaterstwa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem wściekły na swoją głupotę!<end id="e1307616229271-186306374"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skończone. Prosimy o nowe natężenie uwagi. Radzicki ma głos.</akap_dialog>


<akap>Po ,,wprowadzeniu sprawy", krępy, zapalczywy chłopiec rozpowiada głosem krzykliwym:</akap>


<akap_dialog>--- Nie dwa, ale dwadzieścia razy i nie jedną
Narew, ale sto Narwi przepłynąłbym gdyby nie
kurcz. Ale co z tym diabelstwem zrobisz, jak ci
w nogę wlezie? Zupełnie jakby kundel zębami
chwycił i rwał! Ty naprzód, a kurcz w tył... ty na
wierzch, a kurcz do dna. I sam nie wiesz jak się
to stało, ale wrzeszczysz na całe gardło: ,,Olaboga!
ratujcie"!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc Narwi nie przepłynąłeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przepłynąłem raz, w jedną stronę, już miałem wracać, gdy licho kurcz przyniosło. Dobrze
jeszcze, że to się stało blisko brzegu i że Onufer
z Murowanki, co tam niedaleko ,,szczubły<pe><slowo_obce>szczubeł</slowo_obce> (reg.) --- szczupak.</pe>" łowił,
zdążył z czółnem podpłynąć, żeby mi był wiosła
nie podał, poszedłbym na dno, jak amen w pacierzu!.</akap_dialog>


<akap>Wśród słuchaczów odzywają się głosy krytyczne. Ci ganią, tamci chwalą, owi czynią ,,fachowe" uwagi.</akap>


<akap>Podrażniony chłopiec zwraca się do krytyków
z pięściami zaciśniętymi.</akap>


<akap_dialog>--- Głupcy jesteście! --- krzyczy --- swoje kpinki i przytyki schowajcie dla takich, jacyście
sami! Myślicie pewnie, że Radzicki miał ,,pietra",
że stchórzył i uciekł? No, to chodźcie ze mną stąd,
zaraz, wszyscy ilu was jest, do Murowanki,
a w oczach waszych nie dwa ale trzy razy Narew przepłynę! --- Przy tych słowach czyni ruch,
jakby już rozbierać się miał i do wody skakać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zuch! --- mówi Kuszkowski, przez pół do siebie, przez pół do słuchaczów. --- Bohater, co?</akap_dialog>


<akap>A na to, z najdalszego kloca, gruby, mocny, dobitny głos odpowiada:</akap>


<akap_dialog>--- Wariat!</akap_dialog>


<akap>To przemówił milczący dotąd Kucharzewski.</akap>


<akap>Wszyscy zwracają nań oczy zaciekawione. Kucharzewski jest najwyższą powagą w sprawach
pływackich.</akap>


<akap_dialog>--- Wariat, mówię --- powtarza olbrzym z większym jeszcze naciskiem --- bo trzeba mieć źle we
łbie, żeby się narażać na pewne utonięcie. Szkoda,
że byłem wówczas chory, bobym do tego głupstwa
nie dopuścił. Tam najtęższy pływak nie poradzi!
Prąd tak rwie, że cetnarowe<pe><slowo_obce>cetnar</slowo_obce> --- jednostka masy równa w dawnej Polsce ok. 100 kg (w Ameryce, Niemczech, Danii ok. 50 kg).</pe> kamienie unosi. Za
uszy bym ,,knota" przytrzymał! Jemu się zdawało,
że go kurcz chwycił, a to kręciły nim wiry, co tam
wodę ciągle wirują. Wariat! Postrzeleniec!...
I jeszcze mówi, że chce ,,sztukę" powtórzyć! No
niech lepiej trzyma język za zębami, bo, jak Boga
kocham...</akap_dialog>


<akap>Głos olbrzyma brzmi tak głośno, a oczy Radzickiego ciskają tak straszne błyskawice, że przezorniejsi śpieszą zażegnać burzę w zawiązku, nie
dopuszczając zapaśników do siebie.</akap>


<akap_dialog>--- Z Radzickim skończone! --- obwieszcza
z wyniosłości kloca najwyższy arbiter. --- Niech
wystąpi trzeci z kandydatów na bohatera: Bellon
<wyroznienie>alias</wyroznienie> Balonik. Uciszcie się panowie, i słuchajcie, co ów powie.</akap_dialog>


<akap>,,Ów" wyskakuje przed audytorium, maleńki,
pyzaty, rumiany, istna piłeczka.</akap>


<akap_dialog>--- Miałem skoczyć z huśtawki --- mówi wesoło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak. Z huśtawki rozbujanej. Skoczyłeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skoczyłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I cóż?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, niech powiedzą świadkowie.</akap_dialog>


<akap>Występuje Sitkiewicz i dwaj inni jeszcze.</akap>


<akap_dialog>--- Chcieliśmy do tego nie dopuścić --- mówi
Sitkiewicz --- ale smarkacz uparł się i skoczył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty, Sitko! --- woła zaperzony malec --- tylko
bez ,,smarkacza". ,,Balonikiem" pozwalam się
nazywać, ale za ,,smarkacza" możesz oberwać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skoczył --- ciągnie tamten, nic sobie z pogróżek nie czyniąc --- no, i naturalnie, rękę złamał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kłamiesz. Nie złamałem, lecz zwichnąłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jedno licho.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie jedno. W tydzień później mogłem już
był skakać po raz drugi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spodziewam się --- zauważa Kuszkowski dobrotliwie --- żeś tego nie zrobił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wariatem nie jestem!</akap_dialog>


<akap>Śmieją się słuchacze --- śmieje się i arbiter.</akap>


<akap_dialog>--- Jakże zatem --- pyta ostatni --- zapatrujesz
się dziś sam na swoje bohaterstwo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że jest odpowiedniejsze dla małpy, niż dla
człowieka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co panowie o tym sądzicie? --- zwraca się
Kuszkowski do obecnych. --- Co do mnie, przyznaję Balonikowi słuszność.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja!... I ja!... I ja!... --- przytakują zewsząd
cieńsze i grubsze głosy.</akap_dialog>


<akap>Arbiter wstaje, przeciąga się, laską w powietrzu wykręca ,,młynka"...</akap>


<akap_dialog>--- Zatem --- <slowo_obce>finis</slowo_obce>. Skończone z Bellonem
i skończone ze wszystkimi. Żegnam panów.</akap_dialog>


<akap>Chce odchodzić --- wtem chłopców kilku poczyna wykrzykiwać:</akap>


<akap_dialog>--- A Sprężycki?... Zapomniał pan o Sprężyckim... Hej, Sprężycki! Sprężycki!...</akap_dialog>


<akap>Wezwany wystąpił z gromadki.</akap>


<akap_dialog>--- Czego wrzeszczycie, wariaty?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Twoja sztuka... słyszysz?... Twoja sztuka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaka sztuka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sztuki miałeś dokazać... Nie pamiętasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No tak --- potwierdza Kuszkowski, którego
zatrzymano. --- Obiecałeś spełnić jakieś bohaterstwo.</akap_dialog>


<akap>Sprężycki uśmiechnął się lekceważąco --- blade
jednak policzki zapłonęły mu nagłym rumieńcem.</akap>


<akap_dialog>--- Iiiii... jakie tam bohaterstwo!... Jaka tam sztuka!...</akap_dialog>


<akap>Rozpiął mundurek, wyciąga ukrytą pod nim
książkę w czerwonej oprawie ze złocistymi brzegami.</akap>


<akap_dialog>--- Oto wszystko, na com się zdobył --- spokojnie mówi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nagroda.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1307616875911-2754118145"/><motyw id="m1307616875911-2754118145">Pokora, Bohaterstwo</motyw>--- Winszujemy! Ale... w każdej klasie otrzymało nagrody po dwóch uczniów; w całej szkole dziesięciu. I to się powtarza corocznie. Czy tych wszystkich nagrodzonych będziemy nazywali bohaterami?</akap_dialog>


<akap>Sprężycki oczy spuszcza, milczy. Jego skromna,
jakby zawstydzona mina zdaje się mówić:</akap>


<akap>--- Prawda...</akap>


<akap><begin id="b1305568982747-1587345848"/><motyw id="m1305568982747-1587345848">Przyjaźń</motyw>Ale w tej chwil z pomocą przyjacielowi przybywa Dembowski.</akap>


<akap_dialog>--- O jednym tylko pan Kuszkowski zapomniał.
Nagrody zdobywają zwykle tacy, co przez cały
rok bez przerwy do szkoły chodzą. A Sprężycki
miał blisko półroczną przerwę skutkiem ciężkiej
choroby. W ciągu pięciu miesięcy musiał nauczyć
się kursu dziesięciomiesięcznego i to nauczyć się nie tylko na promocję, lecz i na nagrodę. Zdaje mi
się, że to niezgorsza sztuka!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj pokój, Bronek... --- prosi półgłosem
Sprężycki. --- Nie ma o czym mówić...</akap_dialog>


<akap>Ale tamten nie chce się uspokoić. Czuje, że jest
jego obowiązkiem zasłudze przyjaciela oddać publiczne świadectwo. Sprężyckiego zna dobrze: on,
gdy postawi przed sobą cel jakiś, całą duszą mu
się oddaje, wszystkie siły mu poświęca; ale gdy
cel osiągnięty, już o nim zapomniał --- już lekceważy go, już przemyśliwa o innym...</akap>


<akap_dialog>--- Tak, tak --- prawi tym głośniej, im silniej
do milczenia skłania go kolega --- Sprężycki dokazał dzieła, na jakie nie zdobyłby się z pewnością
żaden z tych, co tu zuchów i bohaterów udają!</akap_dialog>


<akap>,,Bohaterów" --- wymówił z niezmierną ironią!</akap>


<akap_dialog>--- A jeszcze i to wiedzieć trzeba, że go nikt
do tego nie zmuszał, ani nawet nie namawiał. Sam
słyszałem, jak pan Sprężycki powiedział mu
raz: --- ,,Ty, Witek, o promocję nie kłopocz się.
Już ci ten rok daruję. Wolę cię widzieć w niższej
klasie zdrowym, niż w najwyższej nawet kwękającym"... A Sprężycki co? Jak wszyscy posnęli, wymykał się cichaczem do bawialni, zapalał świecę
i kuł a kuł... Raz, do białego dnia ślęczał nad łaciną, i wydał ją potem <slowo_obce>expedite</slowo_obce><pe><slowo_obce>expedite</slowo_obce> (łac.) --- biegle, swobodnie.</pe>, aż ,,Dziad" głową
kręcił, piątkę mu dał i jeszcze tabaką poczęstował.
A ,,polski" jak umiał --- niech powiedzą koledzy.
Zakasowałby niejednego piątoklasistę. Chaber
aż w głowę zachodził, skąd on tyle wie --- bo tego,
co on umiał, w książkach szkolnych nie ma. Ale
Sprężycki ma inne jeszcze książki, skąd może pożycza; i czyta a czyta --- aż ja dziwię się nieraz,
jak jemu oczy wystarczą. No, i postawił na swoim. Tamten dawny prymus to aż zachorował
z zazdrości. Niech go tam! --- Wszyscy wiedzą, że
dostawał piątki tylko przez protekcję, bo jak jego
ojciec przyjedzie ze wsi, zaraz idzie do ,,handlu<pe><slowo_obce>handel</slowo_obce> (daw.) --- tu: mała restauracja.</pe>" i wszystkich belfrów zaprasza. Ale Witek protekcji nie potrzebuje --- co ma, to własną zasługą zdobył. Nawet inspektor, choć zły na niego, jak pies za to, że go naśladuje, wargę jak on wysuwa
i brzuch wypina --- musiał przyznać, że to najtęższa głowa z całej klasy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchaj, Bronek! --- krzyczy już zły naprawdę Sprężycki --- jak nie zamkniesz gęby, to sobie pójdę, ale pamiętaj, że z przyjaźni naszej
kwita!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, no, już milczę --- uspokaja go przestraszony groźbą kolega. --- Niech jednak pan Kuszkowski dowie się, kto tu naprawdę jest zuch, a kto
tylko swym zuchostwem ludziom oczy mydli...<end id="e1305568982747-1587345848"/></akap_dialog>


<akap>Wymowa Dembowskiego zrobiła swoje. Najwyższy arbiter poprawia kapelusza (nie może jakoś dotąd ze swą ,,cywilnością" dojść do ładu),
macha laską w lewo, w prawo...</akap>


<akap_dialog>--- Panowie! --- przemawia głosem trybuna ---
przedstawiono nam tu różne rodzaje bohaterstwa.
Jedno okazało się głupotą, drugie szaleństwem,
trzecie wariacją.. Właściwie, pod względem wartości wewnętrznej, nie było żadnej pomiędzy nimi różnicy. Kozłowski, Radzicki, Bellon, sami po
namyśle przyznają, że tytuł bohatera żadnemu
z nich się nie należy. Zastanówmy się bowiem panowie: co to jest bohaterstwo?<end id="e1307616875911-2754118145"/></akap_dialog>


<akap>Odchrząknął i tym razem, mocno już kapelusz na głowie osadziwszy, ciągnie:</akap>


<akap_dialog>--- Podług mnie, panowie, bohaterstwo jest to
taki czyn, który z trudem i niebezpieczeństwem
wykonany, przynosi rzetelną korzyść albo samemu
wykonawcy, albo innym. Zapytuję teraz panów:
jaką korzyść przynieść mogłoby komukolwiek:</akap_dialog>


<akap><slowo_obce>primo</slowo_obce>, pójście czyjeś w nocy na cmentarz;</akap>




<akap><slowo_obce>secundo</slowo_obce>, dwukrotne przepłynięcie rzeki;</akap>




<akap><slowo_obce>tertio</slowo_obce>, zeskoczenie z huśtawki?</akap>





<akap>Sądzę nawet, że zgodzicie się panowie ze mną,
gdy powiem, że te wszystkie czyny mogły były
mieć skutki wręcz przeciwne i wykonawcom
swym oraz innym osobom, zamiast korzyści, przynieść szkodę i nieszczęście. Mianowicie:</akap>





<akap><slowo_obce>ad primum</slowo_obce>, włóczący się nocą po cmentarzu
mógł był łatwo z przestrachu zapaść w ciężką chorobę;</akap>





<akap><slowo_obce>ad secundum</slowo_obce>, przepływający rzekę w miejscu
niebezpiecznym mógł był utonąć, pozostawiając
w rozpaczy rodziców swych i rodzeństwo;</akap>





<akap><slowo_obce>ad tertium</slowo_obce>, skaczący z huśtawki mógł był uczynić się na całe życie kaleką.</akap>






<akap>W tym miejscu mówcy przyjść musiały na
myśl zarzuty, jakie spotkać go mogły ze strony
słuchaczów. Uprzedzając je, objaśnia:</akap>


<akap_dialog>--- Dziwić się może kto będzie, żem, wiedząc
o tym, na nierozsądne próby pozwolił. Wyznaję
otwarcie, żem nie brał ich na serio. Niech to nikogo nie obraża, ale nie przypuszczałem, żeby
w naszej pięcioklasówce, z której ukończenia jestem tak dumny, mogli znaleźć się zdolni do podobnego... no, do podobnego --- żakostwa<pe><slowo_obce>żakostwo</slowo_obce> --- tu: zachowanie niepoważne, dziecinada; ryzykanctwo.</pe>.</akap_dialog>


<akap>Szmer przeszedł po zgromadzeniu. Jedni półgłośno chichoczą, inni gniewnie pomrukują.</akap>


<akap_dialog>--- Uspokójcie się, panowie --- podnosi głos
mówca. --- Honor szkoły nie został stracony. Ocalił go --- Sprężycki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zuch Sprężycki! --- wyrwał się ktoś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jeszcze nie wiadomo... --- mityguje go
inny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panowie! --- grzmi Kuszkowski, dochodząc
widocznie do ostatecznego swej mowy zamknięcia --- Stawiam panom w tej chwili pytanie zasadnicze: jak nazwać to, co uczynił ten wasz schorowany, mizerny, wątły kolega? Czy można i czy
godzi się powiedzieć, że to było: żakostwo, fanfaronada, wariacja?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co znowu!... Broń Boże!... Bynajmniej!... ---
przeczą energicznym chórem głosy chłopięce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czy zgodzilibyście się panowie nazwać
to --- bohaterstwem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak! Tak!... Nie inaczej!... To bohaterstwo!...
Prawdziwe bohaterstwo!... Bohaterskie bohaterstwo!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zatem --- kończy swą rzecz mówca --- jeżeli
dzieło samo nazwaliśmy bohaterstwem, to jaka
nazwa należy się jego twórcy?</akap_dialog>


<akap>W odpowiedzi, chór krzyczy wrzaskliwie, lecz
jednozgodnie<pe><slowo_obce>jednozgodnie</slowo_obce> --- jednogłośnie.</pe>:</akap>


<akap_dialog>--- Bohater!!...</akap_dialog>


<akap>I zaraz potem odzywają się oddzielne wykrzykniki:</akap>


<akap_dialog>--- Sprężycki bohater!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hura Sprężycki!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W górę Sprężyckiego!</akap_dialog>


<akap>Na próżno jednak oglądają się wszyscy za Sprężyckim. Ulotnił się --- zanim jeszcze panegiryk<pe><slowo_obce>panegiryk</slowo_obce> --- utwór literacki wysławiający jakąś osobę, czyn, wydarzenie; okolicznościowa wypowiedź utrzymana w tym stylu, pełna zachwytu, pochlebstw.</pe>
na jego cześć dobiegł do końca.</akap>


<akap>Do ulotnienia się ,,bohater" miał kilka ważnych powodów. Nie najmniejszym był ten, że...
spieszno mu było zagrać jak najprędzej w kręgle,
które dostał od ojca za promocję z nagrodą.</akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XVII. Nowy zwierzchnik</naglowek_rozdzial>



<akap><begin id="b1307618209215-13196824"/><motyw id="m1307618209215-13196824">Plotka</motyw>Od początku roku szkolnego wiedziano powszechnie, że surowy inspektor --- nazywany
w owe czasy ,,rektorem" --- został od obowiązków
swych usunięty i że pełni je tylko czasowo, czekając na przybycie następcy.</akap>


<akap>O powodach usunięcia różne między chłopcami
krążyły wieści... Twierdzono przeważnie, że to była
kara za zbytnią surowość. Jakiś ,,knot", rozpieszczony przez matkę, nigdy palcem przez nikogo nie
tknięty jedynaczek, po otrzymaniu z rozkazu inspektora dwudziestu rózeg, miał ciężko rozchorować się... podobno nawet umrzeć...</akap>


<akap>Osobistości<pe><slowo_obce>osobistość</slowo_obce> --- tu: tożsamość.</pe> ,,ofiary" nikt nie umiał dokładnie
wskazać --- sam jednak fakt narodzenia się tej
wieści i jej prawdopodobieństwa był bardzo wymowny.</akap>


<akap>Być może zresztą, że sprawa przedstawiała się
nierównie prościej. Inspektor, człowiek stary już,
mógł był lata swoje wysłużyć, dostać emeryturę,
ustąpić miejsca swego młodszemu...</akap>


<akap>Jedno było pewne: że żalu po sobie nie zostawiał.<end id="e1307618209215-13196824"/></akap>


<akap><begin id="b1305569131056-456319000"/><motyw id="m1305569131056-456319000">Władza, Krzywda</motyw><begin id="b1307618832807-3676008930"/><motyw id="m1307618832807-3676008930">Kara</motyw>Kto go miał żałować? I za co? Czy ci, których skazywał na tak często hańbiącą chłostę lub na ,,kozę", przeciągającą się nieraz do czterech i pięciu godzin? Czy ci, dla których miał zawsze namarszczone groźnie czoło, wysuniętą pogardliwie wargę, słowa zimne, grube, oschłe, pełne
pogróżek, przejmujące trwogą tych nawet, co się
do żadnej winy nie poczuwali?</akap>


<akap>Może jednak żal budził się w tych nielicznych
wybrańcach losu, którzy unikali szczęśliwie kar
szkolnych i przed którymi inspektor stawał jedynie jako rozdawca rzeczy dobrych: nagród i pochwał?</akap>


<akap>--- I to nie!</akap>


<akap>Ten groźny zwierzchnik, tak pochopny do karania i dręczenia i rozwijający w tym kierunku nadzwyczajną energię, stawał się dziwnie ociężałym,
gdy szło o sprawienie uczniowi przyjemności. Zdawało się, że z tajoną niechęcią i tylko pod przymusem udziela promocji i nagród --- że, gdyby
to od niego wyłącznie zależało, ogół uczniów zostałby na drugi rok w tej samej klasie, a po upływie tego roku --- byłby wypędzony ze szkoły.<end id="e1307618832807-3676008930"/></akap>


<akap>Niezawodnie myśli takich on nie miał ---
uczniom jednak zdawało się, że je czytają w jego
zawsze chmurnym obliczu, w oczach patrzących
ponuro spod brwi nasuniętych, w głosie basowym,
do grzmotu głuchego podobnym.</akap>


<akap>Gdy Sprężyckiego zapytano, czy wielką radość
sprawiło mu otrzymanie nagrody, odpowiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Nie --- bo mi ją wręczył ,,Madej"...</akap_dialog>


<akap>Cała szkoła nazywała inspektora Madejem<pe><slowo_obce>Madej</slowo_obce> --- bajkowy zbój, bohater międzynarodowego motywu ,,Madejowe łoże", włączanego w niektórych krajach do regionalnych legend o zbójnikach (np. w Polsce).</pe>.
Niebieskie mundurki zastały już to przezwisko
przez poprzedników stworzone. Dała mu podobno
początek gruba laska, niegdyś przez zwierzchnika
noszona, a przypominająca pałkę Madejową<pe><slowo_obce>pałka Madejowa</slowo_obce> --- maczuga legendarnego zbója Madeja, którą zabił on wielu ludzi, a pod koniec życia, jako pokutnik, wbił w ziemię, gdzie ukorzeniła się i zakwitła jako cudowna jabłoń.</pe>.<end id="e1305569131056-456319000"/></akap>


<akap>Pod wpływem wieści o bliskim ustąpieniu inspektora, zmienił się nastrój umysłów w szkole ---
zmienił się i on sam częściowo. Nawet najmłodsi
uczniowie, z przenikliwością chłopcom właściwą,
zrozumieli, że gdy lwu obcięto pazury, już drżeć
przed nim nie trzeba...</akap>


<akap>Zdarzało się i teraz niekiedy, że zacięte usta
inspektora wyrzucały z warczeniem kartacza
groźbę:</akap>


<akap_dialog>--- Smarrrkacze!... Rrrózgi!...</akap_dialog>


<akap>Nagła bladość powlekała wówczas oblicza najśmielszych --- wprędce jednak odzyskiwali odwagę, wiedząc, że te groźne chmury mogą tylko
grzmieć --- piorunem nie wystrzelą.</akap>


<akap>Osowiał też i jakby spotulniał kulawy Szymon.
Był to objaw zupełnie naturalny. Gdzie niedomaga
cały organizm, tam szwankować musi i ręka,
czymże zaś był chromy stróż, jeśli nie ręką inspektora?</akap>


<akap>W zwykłym czasie była to ręka dzwoniąca, bijąca i sadzająca do kozy; obecnie stała się wyłącznie dzwoniącą. Ale nawet i w tym dzwonieniu
doświadczone ucho starszych, wieloletnich sztubaków<pe><slowo_obce>sztubak</slowo_obce> (daw.) --- uczeń w szkole.</pe> dosłuchiwało się teraz dźwięków dawniej
mu obcych. Dzwonek szkolny nie krzyczał już
z wieży tak rześko i rozgłośnie, jak niegdyś. Odzywał się głosem jakby zaspanym, a znawcy twierdzili, że mówi:</akap>


<akap_dialog>--- Chodźcie do szkoły... jeśli chcecie! A jak nie,
to nie!... Pal was licho!... Uczcie się, lub nie uczcie...
wszystko mi jedno!</akap_dialog>


<akap>Dawne dzwonienie ,,na zmianę", które wstrząsało murami szkolnych korytarzy, teraz było tak
wątłe, że się je ledwie słyszało.</akap>


<akap>Niejednokrotnie, nauczycielowi, zapędzonemu
w wykładzie, prymus musiał przerywać:</akap>


<akap_dialog>--- Panie profesorze! Już dzwonili na zmianę...</akap_dialog>


<akap>Nauczyciel twierdził, że to nieprawda; między
uczniami zdania były podzielone --- dopiero wejście następnego profesora sprawę wyjaśniało.</akap>


<akap>Upadła też powaga złośliwego stróża --- bo
wszystko, co na strachu tylko oparte, wraz ze strachem kończy się. Dawniej, gdy niebieskie mundurki wysypały się na wielką pauzę, kulawy Szymon stawał śmiało na środku korytarza i rozkraczywszy nogi, przyglądał im się wzrokiem pogardliwie nienawistnym --- spokojny, że go ta fala
nawet nie muśnie. Dziś ani próbował tego czynić:
rozbrykane ,,knoty" przewróciły go raz na ciemię
i omal nie został na drugą nogę kaleką...</akap>


<akap>Przebąkiwano, że i on niedługo już tu będzie
,,popasał", że lada dzień skończą się i jego ,,rządy".</akap>


<akap>Przez szkołę przeciągał jakby świeży powiew,
zwiastujący poranek nowej, lepszej doby.</akap>


<akap>Z tym powiewem nadpływało zarazem niepokojące pytanie:</akap>


<akap_dialog>--- Czy nowa doba będzie naprawdę lepsza?
Czy następca Madeja nie okaże się wypadkiem
drugim Madejem, w zmienionej tylko postaci?</akap_dialog>


<akap><begin id="b1307955741893-3527611431"/><motyw id="m1307955741893-3527611431">Plotka</motyw>Mgły, zakrywające bliską przyszłość, zaczęły
się z wolna rozstępować. Już między uczniami krążyło z ust do ust podawane, nazwisko nowego
zwierzchnika; już wymieniano miasto, z którego
ma przybyć.</akap>


<akap>Na nieszczęście, nazwisko było dla wszystkich
w P. obce; miasto --- Radom czy też Kielce --- przy
ówczesnych warunkach komunikacyjnych, wydawało się chłopcom o setki mil odległe, puszczami
nieprzebytymi odgrodzone.</akap>


<akap>Znalazł się wszakże między niebieskimi mundurkami taki bohater, który twierdził, że przebywał raz z ojcem <wyroznienie>w bliskości</wyroznienie> owego dalekiego miasta, a nawet, że słyszał <wyroznienie>coś</wyroznienie> o rektorze, który stamtąd przybywa.</akap>


<akap>To ,,coś" przedstawiało się groźnie. Bohater
utrzymywał, że nowy zwierzchnik słynie z okrucieństwa, że najlepszym uczniom obniża własnowolnie stopnie, że skazanych na areszt zamyka na
odwachu policyjnym i że na użytek jego kancelarii przetrzebiono wszystkie lasy okoliczne...<end id="e1307955741893-3527611431"/></akap>


<akap>Tak stały rzeczy, gdy dnia jednego we wszystkich klasach po kolei zjawił się inspektor i oznajmił, że nazajutrz o dziesiątej rano cała szkoła
zgromadzić się ma w klasie trzeciej (która była
najobszerniejsza) --- gdzie nastąpi przedstawienie
uczniom nowego inspektora, pana Wiśnickiego
z Radomia.</akap>


<akap>Piękny to był dzień i na długo utrwalił się
w pamięci wszystkich --- choć z pozoru nie odznaczał się niczym nadzwyczajnym.</akap>


<akap>Najpierw była msza --- nieco dłuższa i uroczystsza, niż zwykle. Uroczystości dodawała jej
obecność wszystkich nauczycieli w mundurach
galowych. Ciału nauczycielskiemu przewodniczyli
obaj rektorowie: ustępujący i nowo przybyły.</akap>


<akap>Uczniów paliła ciekawość zobaczenia ostatniego. Ale tę ciekawość niezmiernie trudno było zaspokoić, gdyż rektorowie siedzieli w ławkach,
szkoła zaś była ustawiona w ordynku<pe><slowo_obce>ordynek</slowo_obce> (daw.) --- ustalony porządek.</pe> przed ławkami. Obejrzenie się na zwierzchność szkolną wymagało odwrócenia się od ołtarza --- co nie było
dozwolone i co narażało na skręcenie karku.</akap>


<akap>Ryzykanci, co z narażeniem tej części ciała
zdołali jednak zerknąć w tamtą stronę, dojrzeli
tylko przelotnie wysoki, granatowy, srebrem haftowany kołnierz mundurowy. Człowiek niknął we
wspaniałościach szaty urzędowej.</akap>


<akap>Kazanie wygłosił ksiądz Pawłowski, młody
orator zakonu benedyktynów. Powiedział rzecz
krótką, ale energiczną: o posłuszeństwie należnym
zwierzchności.</akap>


<akap>Dość niepokojąco oddziałała ta mowa na młodzież. Niejednemu wydała się zapowiedzią rządów absolutnych, surowych...</akap>


<akap>Ów bohater, co to przebywał kiedyś blisko Radomia, szepnął do swych sąsiadów:</akap>


<akap_dialog>--- A co, nie mówiłem?... Ten Wiśnicki to będzie drugi Neron<pe><slowo_obce>Neron</slowo_obce> --- Lucius Domitius Ahenobarbus, Nero Claudius Drusus Germanicus Caesar, (37--68 n.e.), cesarz rzymski od 54 r., (adoptowany przez cesarza Klaudiusza, po jego śmierci został cesarzem). Despotyczny władca, doprowadził do zabójstwa brata, matki i dwóch swoich żon, zmusił do samobójstwa Senekę Młodszego, filozofa, swego dawnego nauczyciela i doradcę. Jako pierwszy cesarz wszczął prześladowania chrześcijan.</pe>...</akap_dialog>


<akap>Dla ucznia szkoły w P. Neron uosabiał największy despotyzm i największą okropność.</akap>


<akap>Serca chłopców zamierały ze strachu przed tym
despotyzmem i przed tą okropnością. To nawet
stało się powodem, że pomimo skupienia się kilkuset zuchów w murach jednej klasy, panował
tam względny spokój.</akap>


<akap>Spokój stał się zupełną, głuchą ciszą, gdy drzwi
otwarły się na całą szerokość i w otoczeniu świty
profesorów, galowymi mundurami błyszczącej,
zeszli na salę obaj rektorzy. Niebieskie mundurki
mogły były nareszcie przypatrzeć się swemu nowemu --- despocie.</akap>


<akap>Obok dawnego inspektora stał człowiek niewielkiego wzrostu, prawie już stary, z rzadkimi,
na pół siwymi włosami, bez zarostu, szczupły, lekko
pochylony, wyobrażający krańcowe z tamtym
przeciwieństwo. Ani brzucha nie wystawiał, ani
wargi nie wysuwał, ani spojrzeń Jowiszowych nie
rzucał... Stał skromnie, jakby trochę zakłopotany,
i dobrym, poczciwym spojrzeniem obejmował
wpatrzoną w siebie młodzież.</akap>


<akap>Gdy za wejściem ,,zwierzchności" uczniowie
z miejsc wstali, on jeden tylko pokłonił się im,
a na jego twarzy pojawił się miły, dobrotliwy,
prawdziwie ojcowski uśmiech, od którego chłopcom ciepło się w sercach zrobiło. Byli zdziwieni
tym obcym sobie pozdrowieniem, które smakowało im jak łakotka wytworna prostemu, chłopskiemu dziecku...</akap>


<akap>Tamten wystąpił kilka kroków naprzód dla wypowiedzenia przemowy pożegnalnej.</akap>


<akap>Była to przemowa surowa i oschła, jak wszystko, co z ust jego wychodziło. Jednak, licząc się
z chwilą, usiłował głosowi swemu nadać brzmienie
łagodniejsze, uczynić go miększym, czulszym. Wyglądało to tak, jakby kto basem odśpiewał partię
sopranową....</akap>


<akap_dialog>--- ...Czterdzieści lat blisko byłem zwierzchnikiem młodzieży... Przewodziłem wychowaniu kilku
pokoleń... Pod moją władzą pozostawali wasi ojcowie... Dziś, gdy reskryptem<pe><slowo_obce>reskrypt</slowo_obce> (daw.) --- pisemne rozporządzenie panującego lub zarządzenie władz wyższych.</pe> z dnia... (następowała
dokładna data nowego i starego stylu), za numerem... (dokładny numer), zostaję zwolniony od
obowiązków, gdy przemawiam do was po raz ostatni, gdy może nigdy już ani wy mnie, ani ja was
nie zobaczę... nie mogę powstrzymać się od... od...
(wszyscy myśleli, że od łez --- okazało się wszakże
co innego) od przypomnienia wam przepisów, obowiązujących każdego ucznia w stosunku do nauczycieli, zwierzchności szkolnej i rządu krajowego...</akap_dialog>


<akap>Następowały frazesy coraz miększe.</akap>


<akap_dialog>--- ...Spodziewam się, że w waszych sercach
(jak dziwnie brzmiało w jego ustach to słowo!...)
przechowa się pamięć lat spędzonych pod moim
zwierzchnictwem... Zawszem miał na celu i na
uwadze: najpierw, dobro rządu, następnie --- wasze... Dożyłem siwizny na tym ciężkim i odpowiedzialnym stanowisku... Zaszczycony uznaniem
władzy, przechodzę spokojnie w stan odpoczynku...
Przedstawiając wam swego zastępcę, przypominam, żeście winni i jemu... posłuszeństwo. Żegnam was... moi... uczniowie...</akap_dialog>


<akap><begin id="b1305569646555-1250316073"/><motyw id="m1305569646555-1250316073">Kara, Urzędnik</motyw>Skończył i głowę zwiesił na piersi --- po raz
pierwszy zapewne, odkąd był inspektorem.</akap>


<akap>Należało spodziewać się drżących od wzruszenia okrzyków --- chóralnych pożegnań --- może wybuchów płaczu...</akap>


<akap>Nic z tego.</akap>


<akap>Wszystkie pięć klas milczało jak zaklęte.</akap>


<akap>Przeciągające się milczenie stawało się kłopotliwym. Inspektor emeryt stał w miejscu, głowę
coraz niżej zwieszając. Może w tej chwili dopiero
tknęła go i błyskawicą nagłą oświeciła myśl, że
droga, po której przez lat czterdzieści kroczył, była
drogą fałszywą --- że trzeba było od początku pójść
w innym kierunku...</akap>


<akap>Grobowe milczenie całej szkoły, zarówno małych, instynktem powodujących się chłopiąt, jak
młodzieńców dorastających, dokładnie świadomych, co czynią, było wymowniejsze od słów.</akap>


<akap>Z tego natłoku niebieskich mundurków, świeżych twarzy, iskrzących oczów, zwykle kipiącego
życiem, a teraz skamieniałego w nagłym bezruchu,
tchnął lodowaty powiew: obojętności i niechęci,
żalu stłumionego i powstrzymanej nienawiści.</akap>


<akap><begin id="b1307955827461-2437820148"/><motyw id="m1307955827461-2437820148">Nauczyciel</motyw>Inspektor giął się, jakby pod ciężarem siły jego
przechodzącym. W jednej chwili postarzał się, pożółkł --- obwisły mu tłuste policzki, ręce, zwykle
skrzyżowane na brzuchu, opadły bezwładnie
wzdłuż bioder.</akap>


<akap>Widok jego sprawiał przykrość --- choć współczucia nie budził. Złamana jego postać zdawała
się mówić:</akap>


<akap_dialog>--- Oto zapłata --- zasłużona... Tak! Należało być
innym... Dziś już za późno...</akap_dialog>


<akap>Wszystkie kąty obszernej sali i cała szkoła,
i cały kraj syczały mu do ucha:</akap>


<akap_dialog>--- Za późno!... Za późno!...</akap_dialog>


<akap>Pochylił się nagle bardzo nisko --- zdawało się,
że upadnie. Nowy rektor podsunął mu szybko fotel. Kilku nauczycieli podbiegło, pomagając mu
usiąść. Wszyscy byli przerażeni.</akap>


<akap>On lewą ręką oczy zakrył --- silił się przemówić --- nie mógł. Twarz odwrócił, a prawą ręką
wykonał w stronę kolegi ruch, zapraszający go do
zabrania głosu.<end id="e1305569646555-1250316073"/></akap>


<akap>Teraz wszystkie oczy zwróciły się na nowego
zwierzchnika. O tamtym zapomniano.</akap>


<akap>Rektor Wiśnicki postąpił krok naprzód, powiódł jasnym, życzliwym wzrokiem po niebieskich
mundurkach i uśmiechnął się dobrotliwie. Potem,
nie przybierając żadnej pozy, nie prostując nawet lekko pochylonych pleców, przemówił zwykłym, szczerym i prostym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Mam nadzieję, moje dzieci, że się wzajemnie pokochamy. A gdy będziemy się kochali, to
już tam wszystko zresztą pójdzie nam dobrze. Nieprawda?</akap_dialog>


<akap>I znów się uśmiechnął.</akap>


<akap>Trudno opisać wrażenie, jakie wywarły na
chłopcach te proste słowa. W niebieskiej gromadce zawrzało. Gdy na lodową powłokę strumienia padnie gorący promień wiosennego słońca,
wywołuje takiż sam skutek. Lody pękają --- strumień pieni się, skacze...<end id="e1307955827461-2437820148"/></akap>


<akap_dialog>--- Tak! tak!... Prawda!... Będziemy pana rektora kochali!... Wszystko będzie dobrze!... Niech
żyje pan rektor!</akap_dialog>


<akap>Głos ostry, mocniejszy, niż inne, zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Hura pan rektor Wiśnicki!</akap_dialog>


<akap>Był to głos Kozłowskiego --- który po tym wybuchu uczuł nagle strach i dał nurka pod ławkę.</akap>


<akap>Dzień, przyjemnie zaczęty, przyjemnie też się
zakończył. Wszystkie klasy dla uczczenia instalacji nowego rektora zostały zwolnione od lekcji.</akap>


<akap><begin id="b1307955879270-2999108053"/><motyw id="m1307955879270-2999108053">Sprawiedliwość</motyw>W godzinach popołudniowych, między obiadem a podwieczorkiem, na klocach nad Narwią
odbył się ,,wiec" starszyzny uczniowskiej. Roztrząsano na nim sprawy ważne. ,,Knoty" nie byli
dopuszczeni.</akap>


<akap>Inicjatorzy wiecu wystąpili z wnioskiem, żeby
ustępującemu inspektorowi wyprawić ,,kocią muzykę". Rzecz w zasadzie wszystkim się podobała ---
na nieszczęście, nikt nie wiedział, jak się wziąć do
tego. Istniała wprawdzie dość świeża jeszcze tradycja ,,kocich muzyk" --- tradycja wszakże nie mogła zastąpić praktyki.</akap>


<akap>Mimo wszystko, wniosek przeszedłby był większością głosów, gdyby nie nagłe wmieszanie się
Sprężyckiego.</akap>


<akap>Sprężycki, choć najmłodszy, cieszył się w tym
kółku powagą. Cienki, chłopięcy jego głos zawsze
był pilnie przez ,,starszyznę" wysłuchiwany.</akap>


<akap>Podczas narad siedział na uboczu, nie odzywając się. Gdy jednak spostrzegł, że niebezpieczna
myśl poczyna stawać się ciałem, zawołał energicznie:</akap>


<akap_dialog>--- Nie! Nie! --- trzeba temu dać pokój!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Dlaczego? Zwariowałeś... --- oburzyli się
tamci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zwariowałem --- ale wiem, że tego robić nie wypada!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadajże: dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlatego, że to sprawiłoby przykrość --- tamtemu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Komu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nowemu rektorowi.</akap_dialog>


<akap>Z bystrością umysłu, właściwą starszym chłopcom, wiecownicy rzecz pojęli. Tak jest, niezawodnie: rektor Wiśnicki byłby przerażony i zmartwiony takim skandalem. Co by pomyślał sobie
ten dobry, spokojny człowiek o młodzieży, która
pod oknami jego kolegi kwiczy, miauczy, beczy,
jak stado dzikich zwierząt?</akap>


<akap>Projekt kociej muzyki upadł. Uczestnicy wiecu
opuszczali go w usposobieniu o wiele spokojniejszym i... rozsądniejszym, niż gdy nań dążyli.<end id="e1307955879270-2999108053"/></akap>


<akap>I był to pierwszy tryumf ,,polityki" nowego
zwierzchnika. Zresztą, manifestacja, choćby do
skutku doszła, chybiłaby celu, gdyż Madej tego
samego jeszcze dnia z miasta wyjechał.</akap>


<akap>Razem z inspektorem, opuściła szkołę i miasteczko jego ,,prawa ręka" (bijąca) --- kulawy Szymon.</akap>


<akap>Żadnego z nich już tam więcej nie widziano.
Żyli jednak długo --- w tradycji.</akap>


<akap>Stare szkolne ,,wygi" mawiały niekiedy ,,knotom":</akap>


<akap_dialog>--- Oho! Żeby to było za Madeja, to by ci się nie
upiekło. ,,Jęknąłbyś" --- jak amen w pacierzu.</akap_dialog>


<akap>Albo:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1307698547186-1773219448"/><motyw id="m1307698547186-1773219448">Kara, Hańba</motyw>--- Dziękuj Bogu, że już nie ma kulawego Szymka. Ten to ci dopiero miał ciężką rękę!</akap_dialog>


<akap>Rządy rektora Wiśnickiego tym się przede wszystkim zaznaczyły, że za nich, w szkole
P-skiej została zniesiona kara cielesna. W regulaminie szkolnym ona mieściła się po dawnemu ---
<wyroznienie>de facto<pe><slowo_obce>de facto</slowo_obce> (łac.) --- w rzeczywistości.</pe></wyroznienie> jednak przestała istnieć.</akap>


<akap>Nieposkromionych zbytników i leniuchów nauczyciele straszyli niekiedy ,,rózgami" --- ale kończyło się wszystko na strachu. Za nowego rektorstwa, nikt nie został ,,oćwiczony" --- nikt nie doznał tego najwyższego upokorzenia i tej hańby,
które równały się średniowiecznemu wystawianiu
pod pręgierzem i piętnowaniu.<end id="e1307698547186-1773219448"/></akap>


<akap>Miejsce kulawego Szymona zajął stary Jan ---
inwalida, z białym, szczotkowatym wąsem, z kolczykiem w uchu, z kilkoma medalami na piersi.</akap>


<akap>Jan siadywał przy dzwonku, na zydlu<pe><slowo_obce>zydel</slowo_obce> (daw.) --- prosty, drewniany stołek.</pe>, i w chwilach wolnych, nałożywszy wielkie, w oprawie rogowej, okulary sylabizował <tytul_dziela>Roczniki wojskowe</tytul_dziela>.
Rektorowi i nauczycielom salutował po wojskowemu, a do przechodzących uczniów uśmiechał
się, ruszając zabawnie siwymi wąsikami.</akap>


<akap>Chłopcy przyglądali się z początku nieufnie
i Janowi, i jego uśmiechom --- powoli wszakże zaczęli nabierać zaufania do jednego i drugiego.
I niebawem stała się rzecz nadzwyczajna i prawdziwie niesłychana: do starego stróża uczniowie
cisnęli się jak do przyjaciela...</akap>


<akap>Nierzadko można było widzieć Jana, jak siedząc na zydlu i trzymając na jednym z kolan jednego malca, na drugim drugiego --- opowiadał
im wojenne epizody swego życia. Miał zaś do opowiadania niemało, bo z niejednego pieca jadał...
suchary żołnierskie. Pod Grochowem<pe><slowo_obce>Pod Grochowem</slowo_obce> --- bitwa pod Grochowem 26 kwietnia 1809 r., epizod wojny polsko-austriackiej.</pe> widział kirasjerów<pe><slowo_obce>kirasjerzy</slowo_obce> (z fr. <slowo_obce>cuirassier</slowo_obce>: pancerny)--- w XVII--XIX w. ciężka jazda uzbrojona w kirysy (zbroje osłaniające tułów), szpady i pistolety; używani do decydujących uderzeń w szyku zwartym; w Polsce istniał tylko jeden pułk tego typu, 14 Pułk Kirasjerów Księstwa Warszawskiego.</pe> w zbrojach, co najpierw wszystko łamali przed sobą, a potem padli i podnieść się nie
mogli, tak ich grube blachy obciążały; w 48-mym
roku ,,chodził na Węgra"<pe><slowo_obce>chodził na Węgra</slowo_obce> --- 15 marca 1848r. wybuchło powstanie węgierskie, stając się częścią Wiosny Ludów (serii zrywów rewolucyjnych i narodowych jakie miały miejsce w tamtym czasie w Europie). Rewolucję węgierską poparł polski rząd narodowy na emigracji, po stronie Węgier brali w niej udział także polscy generałowie: gen. Józef Bem, gen. Henryk Dembiński oraz utworzony przez gen. Józefa Wysockiego legion polski liczący ok. 3 tys. żołnierzy. Jednak w wspierającej Austrię przeciw Węgrom armii rosyjskiej także służyli Polacy, jednym z nich był gen. Romuald Traugutt, późniejszy dyktator powstania styczniowego.</pe>, a potem jeszcze na Kaukazie ucierał się z Czeczeńcami<pe><slowo_obce>na Kaukazie ucierał się z Czeczeńcami</slowo_obce> --- z początkiem XIX wieku na Kaukaz zaczęli trafiać polscy zesłańcy siłą wcielani do armii carskiej, prowadzącej w tym czasie wojnę na Kaukazie (1817--1864), która miała na celu podporządkowanie plemion kaukaskich Moskwie.</pe>.</akap>


<akap><begin id="b1305569928394-253544342"/><motyw id="m1305569928394-253544342">Dźwięk</motyw>I dzwonek szkolny innym teraz głosem odzywał się z wieży benedyktyńskiej --- głosem uprzejmym, wyrozumiałym, choć zarazem i stanowczym.</akap>


<akap>--- Chodźcie, dzieci, do szkoły --- wołał --- czekamy was z utęsknieniem! Żal wam opuszczać ciepłe łóżeczko, ale pomyślcie: ile was tu czeka przyjemności i korzyści! Dalej, śmiało, do góry uszy!
Jedna chwila wysiłku i już będziecie umyci,
ubrani, gotowi do lekcji i do życia! Chodźcie do
nas, chodźcie! Przyciśniemy was do serca, zrobimy
z was rozumnych ludzi, użytecznych członków
społeczeństwa, dobrych obywateli kraju! Nie zwlekajcie! Chodźcie!</akap>


<akap>Któż by takiego wezwania nie usłuchał! Toteż
nie opuszczano teraz lekcji, nie spóźniano się.
I choć poczciwy stary Jan zawsze po ostatnim
dzwonku stawał przy ciężkich drzwiach, gotowy
otwierać je maruderom --- maruderów nie było.<end id="e1305569928394-253544342"/></akap>


<akap>Atmosfera szkoły stała się milsza, przyjemniejsza --- siły przyciągającej nabrała. Mniej było teraz wybuchów hałaśliwej, barbarzyńskiej wesołości, z wywracaniem ławek i bójkami połączonej,
więcej za to szczerego śmiechu i spokojnego zadowolenia...</akap>


<akap>Rektor Wiśnicki nigdy nie krzyczał na uczniów,
nie gromił ich, karami nie straszył. Czasem, gdy
w której klasie zanadto dokazywano, wchodził
spokojnie, udając, że nie spostrzega niczego, wcale
na zbytników nie patrząc. Oni wówczas uczuwali
nagły wstyd, przestawali krzyczeć, wracali na
miejsca i z minami skruszonymi czekali, co
zwierzchnik powie.</akap>


<akap>A on łagodnym głosem przyzywał prymusa
i mówił na przykład:</akap>


<akap_dialog>--- Otwórz, kochanku, lufcik, bo tu trochę duszno...</akap_dialog>


<akap>Albo:</akap>


<akap_dialog>--- Jeśli uważacie, moje dzieci, że wam zimno,
to niech Jan dołoży drzewa do pieca...</akap_dialog>


<akap>I wychodził --- a klasa stawała się nagle, bez
żadnego nakazu, spokojna, przyzwoita, stateczna.</akap>


<akap><begin id="b1305570004008-2250854818"/><motyw id="m1305570004008-2250854818">Nauczyciel</motyw>Rektor pełnił zarazem obowiązki nauczyciela.
W niższych klasach wykładał geografię, w wyższych --- początki nauk przyrodniczych.</akap>


<akap>Były to jedyne lekcje, na które uczniowie śpieszyli z ochotą, wyczekując ich niecierpliwie, żałując, że nie przypadają częściej, że dłużej nie
trwają...</akap>


<akap>Uczył bez książki; dyktował tylko krótkie
streszczenia swego wykładu. A ten wykład jakże
był prosty, przystępny, wszelkiej ,,magistralności"
pozbawiony! Wiśnicki po prostu gawędził z uczniami, jakby rzecz działa się nie w klasie, na lekcji,
lecz na przechadzce, pod drzewami albo na przyzbie<pe><slowo_obce>przyzba</slowo_obce> --- wał usypany z ziemi dokoła podmurówki dawnej chaty wiejskiej.</pe> chaty wieśniaczej, przy kwaśnym mleku lub
chlebie z miodem.</akap>


<akap>Zawsze przy tym miał coś ciekawego do pokazania: to roślinę niezwykłą, to ptaka wypchanego,
to żywą rybkę w wodzie, to gada zakonserwowanego w alkoholu.</akap>


<akap>Szkoła posiadała niewielki zbiorek okazów
przyrodniczych, pomocy naukowych itp. Za poprzedniego rektora ten zbiorek znajdował się
w zupełnym zapomnieniu --- zakurzony, poprzewracany, w szafach nigdy nie otwieranych uwięziony. Wiśnicki, przy pomocy piątoklasistów, uporządkował go i posługiwał się nim stale przy wykładzie.</akap>


<akap>Czasem z własnych zbiorów przynosił mniej
rzadkie minerały, łamał je na cząstki i uczniom
rozdawał --- zachęcając do samodzielnego zbierania.</akap>


<akap>Był to doskonały pedagog --- rozumiejący, że
to nie szkoła uczy, lecz uczniowie uczą się sami...
i że szkoła najzupełniej spełni swe zadanie, gdy
ich do nauki zachęci, w uczeniu się pomoże, wskazówek potrzebnych udzieli.</akap>


<akap>Nowy rektor bardzo pilnie czuwał nad uczniami --- czynił to wszakże w taki sposób, że oni tego
najczęściej wcale nie dostrzegli. Opowiadając raz
na przykład piątoklasistom o tytoniu i jego plantacjach, rzekł niby nawiasem:</akap>


<akap_dialog>--- Słyszałem, że niektórzy z panów palący papierosy czynią to podczas pauzy w miejscu bardzo niewłaściwym i bardzo brzydkim. Nie będę
im tego zabraniał, tak samo jak nie zabraniałbym
swemu przyjacielowi leźć w błoto. Gdybym jednak
widział, że przyjaciel, nie spostrzegając tego, ma
wstąpić w rynsztok<pe><slowo_obce>rynsztok</slowo_obce> --- płytki kanał wzdłuż ulicy, którym spływały nieczystości, zanim zbudowano podziemny system kanalizacji.</pe>, nie mógłbym się powstrzymać
od pochwycenia go za ramię i zawołania: ,,Wariacie! Co czynisz?"...<end id="e1305570004008-2250854818"/></akap_dialog>


<akap>Poczuwający się do winy uczniowie milczeli
i próbowali się uśmiechać --- rumieniec jednak
zdradzał, że zaczynają wstydzić się swego postępowania.</akap>


<akap>Rektor tymczasem ciągnął głosem zupełnie naturalnym:</akap>


<akap_dialog>--- Zawiadamiam panów palaczów, którzy od
palenia powstrzymać się nie mogą, że od jutra,
podczas każdej pauzy Jan będzie zaopatrzony
w papierosy. Panowie palacze będą mogli otrzymywać je od niego na każde żądanie --- pod warunkiem, że będą palili otwarcie, przy wszystkich,
na dziedzińcu szkolnym.</akap_dialog>


<akap>Chłopcy trącili się łokciami i milczeli. Żaden
nie wiedział, czy to żart, czy rzecz poważna. Wiśnicki miał swą zwykłą, dobrą, poczciwą minę,
która upewniała, że w każdym razie słowa jego
wypłynęły ze szczerej, ojcowskiej miłości dla
chłopców.</akap>


<akap>Nazajutrz, na ,,dziesiątej" (tak nazywano dłuższą, dziesięciominutową pauzę), żaden nie poszedł
palić skrycie, w miejscu ,,nieodpowiednim
i brzydkim". Wstydzili się tego. Wszystkich też
odbiegła chęć skręcenia i napychania tytoniem tutek z grubego, wydartego z kajetów papieru. Okłamywali siebie samych, że wciąganie w płuca cuchnącego, szczypiącego w język i gryzącego w oczy
dymu jest im przyjemne; teraz przyznać musieli
sami, że to obrzydliwość.</akap>


<akap>Około starego Jana, ćmiącego przy drzwiach
krótką żołnierską fajeczkę, kręcili się ciekawie ale
i podejrzliwie --- rzucając nieufne spojrzenia na
jego kieszeń wypchaną. Jeden wszakże, najśmielszy, przystąpił i rzekł ostro:</akap>


<akap_dialog>--- Proszę o papierosa.</akap_dialog>


<akap>Inwalida natychmiast podał rzecz żądaną. Wydobył nawet pudełko zapałek siarkowych i zapalił jedną z wielkim trzaskiem a większym jeszcze --- swędem<pe><slowo_obce>swąd</slowo_obce> --- zapach spalenizny.</pe>.</akap>


<akap>Śmiałek, z dymiącym papierosem w ustach, zaczął chodzić po dziedzińcu. Ale w jednej chwili
otoczyło go takie zbiegowisko, że krokiem postąpić nie mógł. Ściśnięty został ze wszech stron
przez niebieskie mundurki małe, mniejsze i najmniejsze --- zewsząd też wzniosły się piskliwe głosy, do wrzasku ptactwa domowego podobne:</akap>


<akap_dialog>--- Palacz!.. Kopcidym!... Kominiarz!...</akap_dialog>


<akap>Siłą rozerwał ten łańcuch, ale gromada ,,knotów" pobiegła za nim dalej, niby stado wróbli za
rarogiem --- krzycząc, drażniąc się, wyśmiewając...</akap>


<akap_dialog>--- Dla pana palacza świecę z kociego łoju!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krowiego ogona łokieć!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cygarnicę z wołowej kości!</akap_dialog>


<akap>Rzucił się z podniesioną pięścią na prześladowców, przy czym papieros z ust mu wypadł. Ostatecznie i malca żadnego nie dosięgnął, i papieros
stracił. Od proszenia o drugi odbiegła go ochota.</akap>


<akap>Po jednej nieudanej próbie, już dalsze nie nastąpiły. Nawet stary Jan na próżno mrugał na
przechodzących wyrostków, uderzając się po kieszeni wypchanej i pomrukując uprzejmie:</akap>


<akap_dialog>--- Może ,,papiruska"?...</akap_dialog>


<akap>W jego uśmiechu widziano utajone szyderstwo i --- odwracano się pośpiesznie od zdradnej
pokusy.</akap>


<akap>Odtąd palenie tytoniu w obrębie gmachu szkolnego zupełnie ustało. Zmniejszyło się też znacznie
i poza szkołą.</akap>


<akap>Zajął się również nowy rektor wytępieniem
innej plagi, za jego poprzednika bardzo rozpowszechnionej.</akap>


<akap>Chociaż uczciwsi uczniowie po wszystkie czasy
prześladowali bez litości ,,lizusów" i ,,donosicieli",
jednak marny ten rodzaj, znajdując u Madeja zachętę, nadmiernie się w szkole P-skiej rozpanoszył.</akap>


<akap>Bywało, na przykład, że rektor czyta listę, a przy
nazwisku nieobecnego kolegi uczniowie mówią:</akap>


<akap_dialog>--- Chory!</akap_dialog>


<akap>W tejże chwili podnosi się lizus, wytyka dwa
palce i raportuje:</akap>


<akap_dialog>--- Nieprawda, proszę pana rektora. Widziałem go, jak łowił ryby na wędkę przy moście benedyktyńskim!...</akap_dialog>


<akap>Madej pochwalił by był takiego ucznia za lojalność i wysługiwanie się władzy --- Wiśnicki potarł tylko brodę i spod oka nań spoglądając, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Kiedy tak, to idźże, moje dziecko, i --- pomóż mu...</akap_dialog>


<akap>Chłopiec myśli, że to żart i z miejsca się nie
rusza. Ale rozkaz powtarzają mu, łagodnie lecz
z naciskiem --- musi przeto, rad nie rad zabierać
tekę i wynosić się z klasy. Przeprowadzają go
śmiechy i szyderstwa kolegów. Rektor udaje, ze
ich nie słyszy.</akap>


<akap>To znów zdarzały się ciężkie bezimienne przestępstwa, jak na przykład: wybicie szyby w klasie,
splamienie dziennika klasowego atramentem,
krzyknięcie spod ławki na nielubionego nauczyciela: ,,szwab"...!, ,,dziad"...! lub tp. Rozumie się,
że bezimiennymi były one tylko dla zwierzchności...</akap>


<akap>Honor uczniowski, często powtarzane hasło:
"jeden za wszystkich, wszyscy za jednego", wreszcie wrodzone młodym duszom poczucie jedności
nie pozwalały wyjawiać przed władzą nazwiska
,,przestępcy". Zacięte usta chłopców zdawały się
mówić: --- Możemy wszyscy pójść do ,,kozy" i przenieść męki najokropniejsze --- ale jeden karany nie
będzie!...</akap>


<akap>Za rządów Madeja zawsze w takich wypadkach znajdował się zdrajca, który chyłkiem wędrował do kancelarii i składał inspektorowi o całym wypadku ,,raport sekretny", z dokładnym
wskazaniem winowajcy.</akap>


<akap>Winowajca otrzymywał surową karę upozorowaną zwykle czymś innym --- donosiciel zaś,
choćby był osłem ,,patentowanym", mógł być pewnym promocji --- niekiedy nawet i pochwały.</akap>


<akap>Za Wiśnickiego ta rzecz odbywała się w inny
sposób.</akap>


<akap>Przed rektorem na przykład, siedzącym samotnie w kancelarii, zjawia się niespodzianie tajemniczo uśmiechnięty, na palcach skradający się,
z pokręconym na głowie ,,runem", z odstającymi
sromotnie uszyma --- Baranowski.</akap>


<akap_dialog>--- Czego chcesz, moje dziecko? --- pyta dobrotliwie uprzejmy dla wszystkich zwierzchnik.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wczoraj, proszę pana rektora, <wyroznienie>wybili</wyroznienie> w naszej klasie szybę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem o tym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I <wyroznienie>zaklęli się</wyroznienie>, że nie powiedzą, kto to zrobił...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, cóż ja na to poradzę!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc ja przyszedłem powiedzieć panu rektorowi, że to wybił Dobrosielski...</akap_dialog>


<akap>Rektor udaje nadzwyczajne zajęcie.</akap>


<akap_dialog>--- Zadziwiasz mię, moje dziecko!... --- mówi,
zdejmując i kładąc na powrót okulary. --- Przed
chwilą był tu właśnie Dobrosielski i powiedział,
że szyba została wybita przez... no zgadnij, przez
kogo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę zgadnąć, co on powiedział.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przez ciebie.</akap_dialog>


<akap>Baranowski aż podskakuje.</akap>


<akap_dialog>--- To dopiero kłamczuch!... Dam ja jemu!...
Niech mi to w żywe oczy powtórzy!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz słuszność, moje dziecko --- mówi rektor. --- Trzeba, żeby on ci powiedział to w oczy.
Zadzwonię na Jana, żeby go tu przyprowadził.</akap_dialog>


<akap>Mówiąc to, sięga po dzwonek.</akap>


<akap_dialog>--- Panie rektorze! --- jęczy przestraszony Baran --- niech pan rektor tego nie robi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale w takim razie nie będę wiedział, kto
naprawdę winien?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja mówię, że Dobrosielski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Dobrosielski mówi, że ty. Będę musiał zatem ukarać i Dobrosielskiego, i ciebie. Ponieważ
jednak Dobrosielski nie ucieka od konfrontacji
z tobą, ty zaś widocznie jej się boisz, więc --- tobie zostanie wymierzony wyższy stopień kary.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O mój Boże! Mój Boże!... --- płacze donosiciel, zupełnie z tropu zbity i bezradny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba... --- wtrąca rektor dobrodusznie --- że
oskarżenie swe odwołasz...</akap_dialog>


<akap>Baran chwyta się ostatniej deski ratunku,
przypada do rektora, całuje go w rękę i z wysiłkiem wykrztusza:</akap>


<akap_dialog>--- Ha, to już wolę... już wolę --- odwołać!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc idźże sobie z Bogiem, moje dziecko.</akap_dialog>


<akap>Chłopiec o pokręconym runie odchodzi --- żeby
już nigdy w roli donosiciela przed Wiśnickim nie
stanąć.</akap>


<akap><begin id="b1305570186788-2321777173"/><motyw id="m1305570186788-2321777173">Władza, Przemiana</motyw>Pod kierownictwem nowego rektora, szkoła
w P. uspokoiła się, umoralniła i wyszlachetniała.
Nie słyszało się nigdy o żadnym skandalu, o masowych karach, o wydalaniu uczniów ze szkoły.
Nawet na stancjach, przez wdowy utrzymywanych, przestano palić tytoń, grać w karty i pić zaprawiony melasą likierek. Profesor Salamonowicz był w rozpaczy, nie mogąc, mimo potrojonej
czujności, zwietrzyć nic takiego, co by w ,,Księdze
wizyt" jako <slowo_obce>malam notam<pe><slowo_obce>mala nota</slowo_obce> (łac.) --- zła ocena, uwaga; tu B. lp <slowo_obce>malam notam</slowo_obce>: złą ocenę.</pe></slowo_obce> można było zapisać.</akap>


<akap><begin id="b1307700141502-3578813297"/><motyw id="m1307700141502-3578813297">Grzeczność</motyw>Przykład zwierzchnika oddziałał na podwładnych. Zmieniło się do gruntu postępowanie nauczycieli z uczniami. I ten stosunek, dawniej jakby
obustronną niechęcią zaznaczony, stał się teraz
przyjemnym, gładkim, na miłości i zaufaniu opartym.</akap>


<akap>Przede wszystkim znikła z katedry<pe><slowo_obce>katedra</slowo_obce> --- tu: podwyższenie, na którym stoi stół dla nauczyciela; biurko nauczycielskie.</pe> trzcina profesora Luceńskiego, zajmując o wiele właściwsze
dla siebie miejsce: w kącie przy piecu. Dzięki temu, na lekcjach francuskiego ustały owe grzmoty,
przerażające tak bardzo nerwowych chłopców, że
się od nich często rozchorowywali.</akap>


<akap>Profesor Izdebski po dawnemu wprawdzie wysuwał rozczapierzone palce w kierunku czupryn
uczniowskich, najczęściej wszakże cofał je, włosów
nie tknąwszy. Zaniechał też dawnego zwyczaju
wybijania ,,końcówek" --- pięścią na plecach.</akap>


<akap>Energiczne tytuły: ,,oszol", ,,barrran", ,,wół",
którymi tak hojnie szafował profesor Effenberger,
zostały przezeń zastąpione łagodniejszymi: ,,szpicbub", ,,len" (leń) i ,,szpik" (żbik). Nierzadko też
on teraz urozmaicał nudne lekcje niemczyzny opowiadaniami o pieszych, pełnych przygód wycieczkach, które odbywał w młodości do Szwarcwaldu.<pe><slowo_obce>Szwarcwald</slowo_obce> --- ,,Czarny Las", zrębowy masyw górski w południowo-zachodnich Niemczech.</pe> Te opowiadania, mimo łamanego języka, jakim je wygłaszano, bardzo zajmowały chłopców.</akap>


<akap>Ksiądz Wiśniewski, prefekt, nic w swym postępowaniu odmieniać nie potrzebował, zawsze był
bowiem łagodny jak baranek, cierpliwy i wyrozumiały. Dla profesorów: Salamonowicza, Żebrowskiego, Chrupczałowskiego reforma była również
zbyteczna, gdyż żaden z nich nie wykraczał nigdy przeciw prawom grzeczności i przyzwoitości,
obowiązującym nie tylko uczniów względem nauczycieli, lecz i odwrotnie. I było wszystkim dobrze pod dobrymi rządami rektora Wiśnickiego.
Wszyscy modlili się, żeby trwały jak najdłużej
i żeby te, które po nich nastąpią, niczym się od
nich nie różniły...<end id="e1307700141502-3578813297"/><end id="e1305570186788-2321777173"/></akap>





<!--TRIM:1-->


<naglowek_rozdzial>XVIII. Ostatnie zebranie</naglowek_rozdzial>



<akap>Pan Pawlicki, ogrodnik, a właściwie dzierżawca ogrodu ,,Zamkowego" (który mieszkańcy miasteczka <slowo_obce>iure caduco<pe><slowo_obce>iure caduco</slowo_obce> (łac.) --- bez podstawy prawnej, prawem kaduka.</pe></slowo_obce> uczynili spacerowym i publicznym), doznaje dziś co kilka chwil nerwowego niepokoju.</akap>


<akap>Pan Pawlicki nie lubi gości przybywających
wyłącznie na przechadzkę. Nie lubi ich zwłaszcza
w godzinach rannych. Zwykle po każdej takiej
,,wizycie" nie może doliczyć się kwiatów na klombach, owoców na drzewach --- niekiedy nawet tyczek przy fasoli.</akap>


<akap>Dawniej było jeszcze gorzej. Panowie z miasta,
ich żony, dzieci i służba, jakby do tego ślubem tajemnym zobowiązani, nigdy, wchodząc do ogrodu,
drzwi za sobą nie zamykali. Korzystały z tego
w granicach jak najszerszych psy i świnie ---
z małym, rozumie się, pożytkiem dla ogrodu i średnią przyjemnością dla ogrodnika.</akap>


<akap>Zaradził wreszcie złemu pan Pawlicki przez
zawieszenie na drzwiach ciężkiego kamienia, który je sam, automatycznie, z nadzwyczajnym łoskotem zamyka.</akap>


<akap>Otóż dziś powodem wspomnianego już zdenerwowania pana Pawlickiego jest ów łoskot, co kilka chwil powtarzający się.</akap>


<akap>Za każdym huknięciem kamienia pan Pawlicki prostuje plecy przy sadzeniu ,,flanców<pe><slowo_obce>flanca</slowo_obce> --- młoda roślina przeznaczona do przesadzenia.</pe>" zgięte,
głowę w stronę drzwi obraca i widzi w nich --- niebieski mundurek. Ile huknięć, tyle mundurków.</akap>


<akap_dialog>--- Kara boska... nasłanie!... --- mruczy, srodze
się marszcząc.</akap_dialog>


<akap>W ciągu kwadransa naliczył tych niebieskości przeszło tuzin.</akap>


<akap_dialog>--- Chodź ino, Aleś! --- woła rozpaczliwym głosem na swego syna Olesia.</akap_dialog>


<akap>Nadchodzącemu wydaje półgłosem zlecenie:</akap>


<akap_dialog>--- Uważaj, a dobrze, na drzewa fruktowe<pe><slowo_obce>fruktowy</slowo_obce> (z łac. a. z ros.) --- owocowy.</pe>... Na
studentów cięgiem patrz... A jakby co, to <wyroznienie>przez</wyroznienie><pe><slowo_obce>przez</slowo_obce> (gw.) --- bez.</pe>
żadnych ceregielów, czapkę łap i kwita!...</akap_dialog>


<akap>Jakże bardzo myli się pan Pawlicki! Jakże bezpodstawne i niedorzeczne są jego obawy!</akap>


<akap><begin id="b1307705298344-1187106531"/><motyw id="m1307705298344-1187106531">Dorosłość</motyw>To nie ,,knoty" przyszli --- nie urwisy, nie zrywacze kwaśnych jabłek, nie otrząsacze robaczywych gruszek. To raczyła nawiedzić ogród zamkowy arystokracja szkoły: same piątoklasisty,
ptaki na wylocie, którym rektor doręczyć ma jutro patenty, a wraz z patentami prawo noszenia
stroju cywilnego, zapuszczania bród i wąsów, chodzenia z laskami, grywania w bilard, zaciągania
się papierosem. Przyszli jeden za drugim, umówiwszy się widać na jedną godzinę, sztywni, poważni, uroczyści, jakby już byli co najmniej kancelistami biura powiatu lub sekretarzami urzędu
pocztowego<end id="e1307705298344-1187106531"/>. Przyszli, zasiedli na ławkach dokoła
wielkiej, starej gruszy sapieżanki --- i zaraz wołają na ,,Alesia":</akap>


<akap_dialog>--- Garniec agrestu... Garniec gruszek... Garniec
jabłek...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Agrest ma być miękki!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gruszki soczyste!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jabłka słodko-kwaskowate!</akap_dialog>


<akap>Poważny nastrój nie odebrał im apetytu.</akap>


<akap>W tym świetnym gronie błyszczy na kształt
wielkiej ,,bursztówki<pe><slowo_obce>bursztówka</slowo_obce> --- odmiana jabłoni.</pe>", okrągła, rumiana twarz
Bonusia Smolińskiego; świecą ruchliwe, podobne gwiazdom latającym, czarne oczy Kozła; wychyla się spod prostego daszka kepi blade, lekko
naznaczone ospą, od myśli wytężonej pofałdowane
czoło Ossowskiego; widać też przejętych powagą
chwili i niebywale uroczystych: Sprężyckiego, Bellona, Sitkiewicza, Właszczuka, Petrykowskiego
i innych.</akap>


<akap>Jedzą owoce, wypluwają pestki daleko przed
siebie i milczą.</akap>


<akap>Dopiero gdy zjedli, Ossowski, uczeń dobry, pilny, do nauki zawzięty, pociera czoło i powiódłszy
oczyma po towarzyszach, przemawia:</akap>


<akap_dialog>--- Jutro zatem...</akap_dialog>


<akap>I wzdycha.</akap>


<akap_dialog>--- Tak, jutro!... --- powtarzają inni.</akap_dialog>


<akap>I również wzdychają.</akap>


<akap>Drażni to Kozłowskiego. Jego żywy temperament nie znosi wszelkiej płaczliwości.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż to? --- woła głosem rześkim, z ławki się
zrywając --- czyśmy tu przyszli na rekolekcje? ---
Czy to jutro koniec świata?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, ale dzień ważny...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Opuszczamy szkołę na zawsze...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozstajemy się --- może już się więcej nie
zobaczymy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha --- wykrzykuje Kozioł --- jeśli to wam
humory zakwasza, można temu zaradzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zostańcie wszyscy na drugi rok w piątej
klasie!</akap_dialog>


<akap>Za dobrą radę Kozioł dostaje w głowę ogryzkiem jabłka.</akap>


<akap>Po krótkim zamieszaniu zabiera głos najpoważniejszy w tym gronie --- Ossowski.</akap>


<akap_dialog>--- Zebraliśmy się tu --- mówi --- ażeby opowiedzieć sobie wzajemnie: co każdy z nas zamierza
czynić po otrzymaniu patentu. Trzeba więc, żeby
Kozły przestały brykać i żeby zrobiło się trochę
spokojniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Racja. Niech Kozioł schowa rogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będziemy mówili kolejno, jak siedzimy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Osa! Zaczynaj od siebie.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1305570640440-694796332"/><motyw id="m1305570640440-694796332">Ambicja, Bieda</motyw>Ossowski przesuwa rękę po czole.</akap>


<akap_dialog>--- Znacie mnie dobrze --- przemawia głosem
smutnym. --- Wiecie, że rwę się do nauki, jak ---
koń do żłobu. Ale cóż, kiedy tego konia przytrzymuje w miejscu --- uzda...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mocna, twarda uzda, której ani zerwać, ani
zębami przegryźć nie można.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Osa, mów wyraźniej. Jakaż to uzda?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1307956007389-380723137"/><motyw id="m1307956007389-380723137">Pieniądz, Bieda</motyw>--- Bieda.</akap_dialog>


<akap>Sprężycki przypatruje się koledze szeroko
otwartymi oczyma. Jest oczytany, posiada dużo
wiadomości, ogarnia myślą szerokie horyzonty ---
ale o życiu praktycznym ma pojęcie tak słabe, jak
dziecko. Wygląda też dziecinnie i najmłodszy z całego grona, odbija rażąco od swych kolegów, wyrostków, którym wąsy już się sypią.</akap>


<akap_dialog>--- Czy to znaczy, że nie masz pieniędzy? ---
pyta naiwnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, tak...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To poproś swego ojca, żeby ci dał...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba! Kiedy mój ojciec także nie ma!</akap_dialog>


<akap>Sprężycki milknie. W głowie nie może mu się
pomieścić, żeby mogli być na świecie ojcowie, nie mający pieniędzy.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż więc postanowiłeś? --- pytają Ossowskiego koledzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będę przez kilka lat uczył cudze dzieciaki
i grosz do grosza ciułał. A gdy uzbieram potrzebny
,,fundusz", wstąpię do gimnazjum --- potem do
uniwersytetu...<end id="e1307956007389-380723137"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czym chcesz zostać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko mi jedno: lekarzem, adwokatem,
urzędnikiem... Głównie chodzi mi o to żeby jak
najwięcej umieć, wiedzieć!<end id="e1305570640440-694796332"/></akap_dialog>


<akap>Niewielkie oczy błyszczały mu ogniście na
okrągłej, bladej twarzy. W kolegach budzi szacunek.</akap>


<akap_dialog>--- Na Bonusia kolej!</akap_dialog>


<akap>Gruby Bonuś Smoliński, opędzając się Kozłowskiemu, który kłuje go w tłusty kark gałązką agrestu, pod pozorem, że muchy zeń opędza --- przemawia wolno, z namysłem:</akap>


<akap_dialog>--- Ja zostanę lekarzem... od zwierząt.</akap_dialog>


<akap>Chłopcy zaczynają się śmiać.</akap>


<akap_dialog>--- Nie śmiejcie się. To dobry kawałek chleba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bonusiowi zawsze chodzi najbardziej
o chleb...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z serem!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo ze szperką!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ty będziesz ,,wytryniarz"? --- krzywi się
pociesznie Kozłowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No tak, albo co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Winszuję.</akap_dialog>


<akap>Bonuś milczy i nadyma się, myśląc o odparowaniu ciosu. Wreszcie mruczy z powstrzymywanym, grzechoczącym mu w gardle, śmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- Sobie powinszuj, bo możesz mieć u mnie
darmo poradę...</akap_dialog>


<akap>Tamtemu oczy się iskrzą... Aby zażegnać burzę,
Ossowski woła:</akap>


<akap_dialog>--- Kozłowski niech mówi!</akap_dialog>


<akap>--- Kozłowski! Kozłowski! --- powtarzają inni.</akap>


<akap>Wołany odchrząkuje, brodą zabawnie porusza,
oczyma strzela w prawo i w lewo...</akap>


<akap_dialog>--- Mnie ciągnie do lasu... --- oświadcza głosem
poufnym i zęby wyszczerza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak zwyczajnie kozła... --- zauważa jakiś
dowcipniś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupiś, kochanku. Zwyczajnych kozłów do
lasu nie puszczają, boby zniszczyły --- a ja będę
las siał, lasu pilnował, o lesie myślał. Będę leśniczym --- rozumiesz? Najpierw leśniczym, a potem
nadleśnym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiwat Kozioł nadleśny! --- krzyczą chłopcy
wesoło.</akap_dialog>


<akap>Ossowski śpieszy uciszyć wrzawę.</akap>


<akap_dialog>--- Sitkiewicz ma głos --- przypomina.</akap_dialog>


<akap>Sitkiewicz pociera brodę, na której dzięki długiemu skrobaniu scyzorykiem jeży się już jasna,
rzadka szczecinka.</akap>


<akap_dialog>--- To się wie, że mam głos --- żartuje --- przecieżem nie ryba<pe><slowo_obce>przecieżem nie ryba</slowo_obce> --- nawiązanie do przysłowia <wyroznienie>dzieci i ryby głosu nie mają</wyroznienie>.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadaj: co będziesz robił, jak dostaniesz patent?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Schowam go do kieszeni. Głupi daje, mądry
bierze.</akap_dialog>


<akap>Sitkiewicz ma słabość do przysłów i ,,przygadawek".</akap>


<akap_dialog>--- A potem co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdę na obiad. Człowiek jak głodny, to do
niczego, a jak się naje, to by nic nie robił.</akap_dialog>


<akap>Śmieją się. Ossowski napiera:</akap>


<akap_dialog>--- Powiedzże, Sitko, co myślisz zrobić ze sobą
po skończeniu szkoły?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie myślę. Albo ja głupi myśleć? Indyk
myślał i głowę mu ucięli<pe><slowo_obce>Indyk
myślał i głowę mu ucięli</slowo_obce> --- nawiązanie do przysłowia <wyroznienie>indyk myślał o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścięli</wyroznienie>.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy zamierzasz dalej się kształcić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to, to nie! Mam już tej nauki po dziurki
w nosie. Niech moje wrogi uczą się! --- niech tłumaczą Eutropiusza<pe><slowo_obce>Eutropiusz</slowo_obce> (320-- po 387 n.e.) --- historyk rzymski; autor zarysu dziejów Rzymu <tytul_dziela>Brewiarium od założenia Miasta</tytul_dziela>.</pe>, Korneliusza<pe><slowo_obce>Korneliusz</slowo_obce> --- prawdopodobnie Cornelius Nepos (ok. 100--24 p.n.e.), rzymski historyk, przyjaciel i biograf Cycerona (106--43 p.n.e.). Nazwisko Cornelius było popularne w starożytnym Rzymie, nosił je również historyk Tacyt (Publius Cornelius Tacitus, ok. 55-120 n.e.) i in.</pe>, Owidiusza<pe><slowo_obce>Owidiusz</slowo_obce> --- Publius Ovidius Naso (43 p.n.e.--17 a. 18 r. n.e.), jeden z największych poetów rzymskich, twórca licznych elegii o tematyce miłosnej, <tytul_dziela>Ars amatoria</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Sztuka kochania</tytul_dziela>) i poematu epickiego <tytul_dziela>Metamorfozy</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Przemiany</tytul_dziela>).</pe> i kują
greckie ,,aorysty<pe><slowo_obce>aoryst</slowo_obce> --- czas przeszły dokonany, występujący np. w języku greckim, staro-cerkiewno-słowiańskim i sanskrycie.</pe>"!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Obrałeś już sobie zawód?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się wie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zostanę jeometrą<pe><slowo_obce>jeometra</slowo_obce> --- dziś: geometra, mierniczy.</pe>. Raz kozie śmierć!</akap_dialog>


<akap>Wśród ogólnej wesołości Sitkiewicz milknie
i zapala papierosa, prawdziwego papierosa
w prawdziwej angielskiej bibułce.</akap>


<akap>Z kolei zabiera głos siedzący tuż za Sitkiewiczem --- Bellon.</akap>


<akap>Dobry, szczery chłopiec, rumiany i okrągły,
choć nie dość jeszcze rozdęty, żeby z ,,balonika"
mógł zostać całym ,,balonem" --- nic stanowczego
powiedzieć o sobie nie umie. Ojciec jego ma garbarnię <pe><slowo_obce>garbarnia</slowo_obce> --- zakład przemysłowy, w którym wyprawia się skóry.</pe> --- może syna weźmie do pomocy, aby go
z czasem na czele fabryki postawić. Stryj znów
jest artystą-malarzem --- rad by siostrzeńca widzieć obok siebie w słonecznym przybytku sztuki.
Skromny, potulny studencik zastosuje się w zupełności do tego, co ojciec i stryj, po wspólnej naradzie o jego losie postanowią.</akap>


<akap_dialog>--- Właszczuk! Na ciebie kolej.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1307706127906-170737959"/><motyw id="m1307706127906-170737959">Ambicja</motyw>Właszczuk jest synem rzemieślnika. Spojrzenie, razem zuchwałe i zawstydzone, żółtawa cera
twarzy, mówią o życiu spędzonym w ciasnym, źle
przewietrzanym warsztacie, wśród ludzi dobrych
może, lecz nieokrzesanych.</akap>


<akap>Patent z pięciu klas jest ziszczeniem najśmielszych jego marzeń, szczytem, o którego zdobyciu
ledwie odważał się myśleć. Uważałby za szaleńca
tego, kto by posądzał go o pragnienia dalej sięgające.</akap>


<akap_dialog>--- Idę do biura powiatu --- oświadcza tonem
głębokiego zadowolenia, z dumą niejaką zmieszanego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I cóż tam będziesz robił?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będę przepisywał urzędowe papiery.</akap_dialog>


<akap>Solenność, z jaką wymawia słowo ,,urzędowe",

jest wyższa nad wszystkie wyrazy.</akap>


<akap>Praktyczny Bonuś bada ciekawie kolegę.</akap>


<akap_dialog>--- Dużo będą ci płacili?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z początku nic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To niewiele...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale potem będę brał pięćdziesiąt złotych na
miesiąc.</akap_dialog>


<akap>Na chłopcach, przywykłych liczyć na grosze,
"pięćdziesiąt złotych" czynią wrażenie niemałe.
Kręcą głowami z podziwu.</akap>


<akap_dialog>--- To jeszcze głupstwo... --- uśmiecha się
Właszczuk tryumfująco. --- Naczelnik powiedział,
że jak będę pilny, mogę dojść po kilku latach do ---
stu złotych...</akap_dialog>


<akap>Sto złotych!.. Zdumienie chłopców nie ma granic. Kto by przypuszczał, że ten niepozorny Właszczuk zdobędzie kiedyś takie bogactwo!<end id="e1307706127906-170737959"/></akap>


<akap>Po Właszczuku, zadziwia kolegów Petrykowski --- w inny wszakże sposób. Chłopczyna spokojny, stateczny, nabożny, z przymkniętymi, jakby
sennymi oczami, oznajmia cienkim, wątłym głosem, że o żadnej świeckiej ,,karierze" nie myśli,
postanowił bowiem zostać --- księdzem.</akap>


<akap>Spomiędzy pozostałych jedni wracają na wieś,
pomagać ojcom w gospodarstwie, inni idą na praktykę gospodarską do obcych; jeden wyrusza do
szkoły rolniczej; jeden jedzie do bogatego wuja,
który ma losem jego pokierować.</akap>


<akap>Nie brak i takich, co mówią wręcz, że tymczasem o niczym nie myślą i myśleć nie chcą, że dość
się w ,,sztubie<pe><slowo_obce>sztuba</slowo_obce> (daw.) --- szkoła.</pe>" napracowali, i przede wszystkim
muszą --- odpocząć.</akap>


<akap>Nie wszyscy, co kiedyś razem w szrankach stawali, razem dobiegli do mety. Wielu opóźniło się
w drodze, wielu zbiło się z niej, straciło trop, na
manowcach przepadło.</akap>


<akap>Wyjątek stanowił Dembowski. Brakło go w tym
gronie, ale dlatego tylko, że już od roku uczęszczał
do jednego z gimnazjów warszawskich.</akap>


<akap>Inni zawieruszyli się kędyś tak, że nawet ślad
ich przepadł. Należeli do ich liczby przede wszystkim ,,artyści" klasowi: Konopka i Welinowicz.</akap>


<akap>Biedny ,,Hefajstos", do czwartej klasy nawet
nie dociągnąwszy --- umarł.</akap>


<akap>Kataryniarz-Olszewski opuścił klasę trzecią
(po dwuletnim w niej pobycie) z powodów nader
poważnych. Przyszedł do przekonania, że szkoła
jest areną zbyt szczupłą dla jego wielkich przemysłowo-handlowych zdolności.</akap>


<akap>Skokiem śmiałym, na jaki zdobywać się mogą
tylko natury wyjątkowo energiczne, przerzucił się
od razu z izby szkolnej na plac targowy, rozszerzając jednocześnie i zakres i rodzaj swych ,,operacji". Od drobnego ptactwa przeniósł się do wielkich czworonogów, od gołębi do... wieprzów i rumaków i zasłynął wkrótce jako pierwszorzędny
handlarz koni i nierogacizny.</akap>


<akap>,,Pieś", zdumiewający wszystkich świetnym
apetytem i równie świetnie rozwijającą się tuszą,
uwiązł w klasie czwartej. Mówili koledzy, że chciano przeciągnąć go do piątej ,,piecem" --- okazał się
wszakże na to za tłusty. Według powszechnego
przekonania, ,,przejadł" on swą promocję; zachodziła zaś obawa, że ,,przeje" i patent.</akap>


<akap>Szczerze to martwiło jego przyjaciela Kozłowskiego --- żadna jednak z gimnastycznych i pływackich sztuk ostatniego poradzić na to nie mogła.</akap>


<akap>...Wszyscy obecnie złożyli już swe wyznania,
wszystkim nieobecnym poświęcono po kilka słów
żartobliwych lub rzewnych --- nagle przewodniczący zebraniu Ossowski zauważa:</akap>


<akap_dialog>--- Zapomnieliśmy o Sprężyckim...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To prawda --- podejmują inni. --- Gdzie on
się podział?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprężycki! Sprężycki! --- rozległy się wołania.</akap_dialog>


<akap>Sprężycki oddalił się o kilkadziesiąt kroków od
altany. Klęczy na skraju gęstego klombu i rozgarnąwszy liście, wpatruje się wytężonym wzrokiem
w kwiat jakiś.</akap>


<akap>Usłyszawszy wołanie, odwraca się ruchem niechętnym.</akap>


<akap_dialog>--- Czego chcecie? --- odkrzykuje, z kolan nie
wstając. --- Nie przeszkadzajcie mi! Znalazłem
rzadki, prześliczny okaz rośliny z rodziny motylkowatych --- studiuję go...</akap_dialog>


<akap>Zebranie wybucha gniewem i oburzeniem. Delegowani: Sitkiewicz i Kozłowski wybiegają, biorą
Sprężyckiego za ramiona i prawie przemocą wciągają pod rozłożyste gałęzie gruszy.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1305570767725-2670053120"/><motyw id="m1305570767725-2670053120">Ambicja, Nauka</motyw>--- Sprężycki! --- przemawia ,,prezes" uroczyście --- masz nam tu natychmiast powiedzieć: co
czynić zamierzasz po skończeniu nauk?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po skończeniu nauk? --- dziwi się tamten. ---
Cóż ja mogę dziś o tym wiedzieć? To rzeczy tak dalekie!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie tak bardzo. Jutro nauki kończysz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jutro kończę nauki? Chybaście oszaleli! Ja
dopiero je zacząłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jutro dostaniesz patent.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Iiiii... taki patent. Dla mnie patentem będzie dopiero dyplom uniwersytecki. A i na tym
jeszcze nie koniec!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pi, pi, pi... co mu to się roi!... --- dziwi się
Kozłowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kopernikiem chcesz zostać, czy co? --- pyta
drwiąco Właszczuk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj kurze grzędę, ona: wyżej siędę!... --- wyjeżdża z przysłowiem Sitkiewicz.</akap_dialog>


<akap>Zaczynają podżartowywać z wielkiego zapału
małego kolegi --- przy czym zarysowywa<pe><slowo_obce>zarysowywa</slowo_obce> --- dziś popr. 3os. lp cz.ter.: zarysowuje.</pe> się już
nieznacznie przepaść, mająca ich odtąd dzielić od
niego.</akap>


<akap>Oni już cel swój osiągnęli, wchodzą w świat,
do uczty życia zasiadają --- z wyższością i prawie
z politowaniem patrzą na najmłodszego, dziecinnie
wyglądającego towarzysza, któremu się roją rzeczy tak dalekie i tak wysokie.</akap>


<akap>Jeden Ossowski właściwie rozumie i ocenia
Sprężyckiego.</akap>


<akap>Przystępuje doń, rękę mu ściska...</akap>


<akap_dialog>--- Zazdroszczę ci... --- mówi smutno. --- Ty
możesz... szczęśliwy! Oby mi Bóg pozwolił spotkać
się jeszcze z tobą!<end id="e1305570767725-2670053120"/></akap_dialog>


<akap>Tymczasem, zbyt długo wytrzymywana powaga
opuszcza nagle członków zebrania. Niebieskie
mundurki zaczynają skakać, popychać się, dokazywać.</akap>


<akap_dialog>--- Panie Pawlicki! --- wołają na przechodzącego ogrodnika. --- Jeszcze po garncu tego dobrego!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czy panowie studenci mają ,,dydki<pe><slowo_obce>dydek</slowo_obce> (daw.) --- drobna moneta.</pe>"?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho!... Dziś moglibyśmy cały pański ogród
zakupić!...</akap_dialog>


<akap>Po zjedzeniu owoców chłopcy porozumiewają
się oczami i naraz, z tych wszystkich młodych,
zdrowych, pełnych zapału piersi, wyrywa się pieśń
chóralna:</akap>


<poezja_cyt><strofa><wers_wciety typ="5">Pijmy zdrowie Mickiewicza!</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="5">On nam słodkich chwil użycza!...</wers_wciety></strofa></poezja_cyt>


<akap>Dźwięcznej pieśni przysłuchują się wróble,
zięby, czyżyki --- przysłuchuje się jej także wsparty
na motyce ,,Aleś" i po raz pierwszy w życiu spogląda ze smutkiem na swe bose stopy i ręce czarne
od ziemi inspektowej...</akap>


</powiesc>



</utwor>