<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/domanska-paziowie-krola-zygmunta/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domańska, Antonina</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Paziowie króla Zygmunta</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kowalska, Dorota</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Radlak, Emilia</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Dwudziestolecie międzywojenne</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">powieść dla dzieci i młodzieży</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/paziowie-krola-zygmunta</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Antonina Domańska, Paziowie króla Zygmunta, Beskidzka Oficyna Wydawnicza, Bielsko-Biała 1993</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Antonina Domańska zm. 1917</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1988</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2013-01-03</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/paziowie-krola-zygmunta.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0201-8</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/paziowie-krola-zygmunta.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1264-2</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/paziowie-krola-zygmunta.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2219-1</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/paziowie-krola-zygmunta.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3197-1</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/paziowie-krola-zygmunta.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4283-0</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/6694.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Zawieszenie dzwonu Zygmunta na wieży katedry w Krakowie w 1521 roku (fragment), Jan Matejko (1838-1893), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6694</dc:relation.coverImage.source>
<category.legimi>Literatura młodzieżowa</category.legimi>
    <category.thema.main>YFA</category.thema.main>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MP</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>
<opowiadanie>
<abstrakt>
<akap>Kilkunastoletni chłopcy, paziowie króla Zygmunta, muszą pamiętać o nienagannym zachowaniu, manierach i honorze, ze względu na pełnioną funkcję. Młodość jednak ma swoje prawa --- chłopcy w wolnym czasie nie stronią od żartów i figli.</akap>


 
<akap>Ich psoty przyjmowane są różnie --- niektórych bawią, innych --- zwłaszcza damy --- oburzają i przerażają. Czy jednak młodzieńcy zdolni są tylko do naigrywania się z innych? Ich historia nie tylko bawi, lecz także ukazuje dworskie obyczaje i oblicza przyjaźni.</akap>


  

<akap><tytul_dziela>Paziowie króla Zygmunta</tytul_dziela> to jedna z powieści historycznych dla dzieci autorstwa Antoniny Domańskiej, tworzącej na początku I połowy XX wieku. Utwór powstał w 1910 roku, a w 1989  powstał kilkuodcinkowy serial telewizyjny dla dzieci na jego podstawie. Pisarka zasłynęła jako autorka tego typu utworów prozatorskich, w których przystępną fabułę, bliską dziecięcej rzeczywistości, łączyła z faktami historycznymi.</akap>


</abstrakt>
<autor_utworu>Antonina Domańska</autor_utworu>




<nazwa_utworu>Paziowie
króla Zygmunta</nazwa_utworu>


<podtytul>opowiadanie obyczajowe
na tle dawnych wieków</podtytul>



<nota_red>



<strofa>*Poprawiono błędy źródła:/ 

<wers_wciety typ="">minęła > minęło (Sześć lat minęła, odkąd...)</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">naukochańszy > najukochańszy</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">rozmiłowanii > rozmiłowani</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">księżnicka > księżniczka</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">że całą surowością wymierzymy karę > że z całą surowością wymierzymy karę</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">przypadał > przypadała (Trzy lata służę, ze czterdzieści razy noc na mnie przypadał)</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="">im > iż (Powiedziałbym zasię, im mimo błazeńskiego żartu chłopca onego, nie należało...)</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">niejdnolicie > niejednolicie</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">gromicę > gromnicę</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">wstrzęmięźliwości > wstrzemięźliwości</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">uglądam > wyglądam</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">zazdrośći > zazdrości</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">pięściani > pięściami</wers_wciety>/



<wers_wciety typ="1">bańczuk > buńczuk</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">bejeczne > bajeczne</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">gowy > głowy</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">konopii > konopi</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">dzidziczne > dziedziczne</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">Stańcyk > Stańczyk</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">kulkudziesięciu > kilkudziesięciu</wers_wciety>/

<wers_wciety typ="1">strożytną > starożytną</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">Nie umiesz chodzić jak człowiek?. > Nie umiesz chodzić jak człowiek?</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">Iże to się brody krzyżackie > Iże to są brody krzyżackie</wers_wciety></strofa>
<strofa>*Ujednolicono pisownię: spiż/śpiż > spiż</strofa>

<strofa>
*Uzupełniono interpunkcję:/ 

<wers_wciety typ="1">słuchał modlitwy dzwonu patrzał > słuchał modlitwy dzwonu, patrzał</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">bucił się że zna magię > bucił się, że zna magię</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">Jego przewielebność ksiądz biskup Tomicki jego przewielebność ksiądz biskup Krzycki > Jego przewielebność ksiądz biskup Tomicki, jego przewielebność ksiądz biskup Krzycki</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="">Co on się tak buci ten krasomędrek? > Co on się tak buci, ten krasomędrek? itp.</wers_wciety>
</strofa>
<strofa>*Uwspółcześniono pisownię łączną i rozdzielną:/ 




<wers_wciety typ="1">nie przespanej > nieprzespanej</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="1">nie lubianemu > nielubianemu</wers_wciety></strofa>


<strofa>* Pisownia wielką lub małą literą: wieża Mariacka > wieża mariacka; Kościoła
Rzymskokatolickiego > Kościoła
rzymskokatolickiego.</strofa>


</nota_red>





<naglowek_rozdzial>Wstęp</naglowek_rozdzial>






<akap>Pięciu zgrabnych wyrostków, w barwie<pe><slowo_obce>barwa</slowo_obce> --- tu: mundur, mundurek.</pe> paziów królewskich, przechodziło gwarząc, podskakując i śmiejąc się przez długi, ciemnawy korytarz, ciągnący się przez całą szerokość drugiego piętra starej, kazimierzowskiej jeszcze części zamku krakowskiego. Za nimi stąpał ciężko pachołek, niosąc na plecach ogromny tłumok z pościelą.</akap>


<akap_dialog>--- No, a teraz którędy? --- spytał paź, biegnący przodem,
zatrzymując się bezradnie w miejscu, gdzie się dwa korytarze
krzyżowały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prosto przed się, paniczku --- odpowiedział parobek --- dopiero na drugim zakręcie obrócimy<pe><slowo_obce>obrócić się</slowo_obce> (daw.) --- skręcić.</pe> się na lewo, potem przyjdą trzy
schodki na dół, znowuj<pe><slowo_obce>znowuj</slowo_obce> (gw.) --- znowu.</pe> prosto, potem pięć schodków do góry,
jeszcze raz na lewo, no i już.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobre mi już! Toć się człek nieszczęsny zgubić może w onym<pe><slowo_obce>on, w onym</slowo_obce> (daw.) --- ten, w tym.</pe> labiryncie... --- zawołał pierwszy z paziów z udanym przerażeniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino<pe><slowo_obce>ino</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> łaska boska, że smoka nie masz<pe><slowo_obce>nie masz</slowo_obce> (daw.) --- nie ma.</pe>! --- dodał krępy rudawy blondynek, rzucając czapką na najbliższego kolegę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krzysztof Czema mniema, że smoka nie ma! --- zaśmiał się tamten, odrzucając czapkę dalej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to nie ma? A stara Papacoda nie smok? A Marina Arcamone nie smok?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hola, hola, nie tak głośno, pomnijcie<pe><slowo_obce>pomnieć</slowo_obce> (daw.) --- pamiętać; zwracać na coś uwagę.</pe>, że ściany mają uszy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ostroróg własnego cienia się boi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie boję się niczego! --- krzyknął dumnie zaczepiony, chłopak wysoki, o pięknych regularnych rysach, śniady jak Cygan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecz<pe><slowo_obce>przecz</slowo_obce> (daw.) --- dlaczego, po co.</pe> więc przerywasz nam mowę jakimiś uszami?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słusznie czyni --- zawyrokował najstarszy z paziów, siedemnastoletni Paweł Szydłowiecki. --- Nie tylko ściany mają uszy, ale ostre języki latają po komnatach i donoszą co trza<pe><slowo_obce>trza</slowo_obce> (gw.) --- trzeba.</pe> i co nie trza, komu trza i komu nie trza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bogiem a prawdą<pe><slowo_obce>Bogiem a prawdą</slowo_obce> --- mówiąc szczerze, w istocie, naprawdę.</pe>, dzieją się tu od niejakiego czasu różne cudeńka --- rzekł z cicha Jaś Drohojowski, oglądając się za siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taj coże<pe><slowo_obce>taj coże</slowo_obce> (gw.) --- to i cóż, no i co.</pe> znów takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobranoc ci, Montwiłł, jeszcześ nie dospał, że jak wieloryb na
Jonasza paszczękę na mnie rozwierasz<pe><slowo_obce>rozwierać</slowo_obce> (daw.) --- dziś: otwierać.</pe>?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu gadaj, jakowe cudeńka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, kichnie kto w swojej izbie, jużci w jedenastej komnacie
wiedzą, że ma katar. Zabawi się jeden z drugim przystojnie<pe><slowo_obce>przystojnie</slowo_obce> (daw.) --- tu: przyzwoicie, właściwie.</pe>, przez<pe><slowo_obce>przez</slowo_obce> (tu gw.) --- bez.</pe>
obrazy boskiej, ino że świeczkę bez<pe><slowo_obce>bez</slowo_obce> (tu gw.) --- przez; <slowo_obce>bez noc</slowo_obce> --- przez noc, w ciągu nocy.</pe> noc wypalą, oho, już jego miłość pan ochmistrz Strasz skoro świt wpada i łaje. A skąd się mógł dowiedzieć? Okno jego sypialni wychodzi na wirydarz<pe><slowo_obce>wirydarz</slowo_obce> (daw.; z łac. <slowo_obce>viridarium</slowo_obce>: ogród, park) --- wewnętrzny dziedziniec, otoczony krużgankami (długimi gankami), często z ogrodem lub studnią.</pe>, a nasze
wszystkie na podwórzec. Którędyż uwidział? I tak co dzień coś
nowego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Et, głupstwo, taj koniec --- rzekł Montwiłł --- gorzej, że nas
w takie zaświaty<pe><slowo_obce>zaświaty</slowo_obce> --- tu: odległe miejsce. </pe> przenoszą. Czegóż nie pozostawili nas razem w kupie, cożeśmy to pośledniejszego<pe><slowo_obce>pośledni</slowo_obce> (daw.) --- gorszy.</pe> od innych?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie narzekaj, nie marudź, bo nie masz o co --- tłumaczył
Szydłowiecki --- jeżeli cały dwór się ścieśnia, jeżeli nawet królewskie osoby niewygody cierpieć muszą, to chyba nam, paziom,
milczeć przystoi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaże nic nie gadam, a taki mnie żal, że nas rozdzielono od
towarzyszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stare skrzydła burzą, nowy pałac ozdobny, wedle woli i gustu
miłościwej pani, budowniczowie z Włoch sprowadzeni stawiać mają, to i nie dziw, że miejsca zabrakło; a trochę ciasnoty zażyć się
godzi, zanim wspaniałe komnaty dla waszych miłościów zostaną
wykończone --- kłaniając się z przesadną uniżonością Litwinowi,
rzekł Jaś Drohojowski. --- Rodzic mój powiada, że za jego młodości
dwunastu było paziów i usługa wedle króla jegomości szła składno,
jak na kółkach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toć i za pierwszej żony miłościwego pana, nieboszczki królowej Zapolyi<pe><slowo_obce>Barbara Zápolya</slowo_obce> (ok. 1490--1515) --- polska królowa w latach 1512--1515, pierwsza żona Zygmunta Starego.</pe>, także ponoć nie było ich więcej. Dopiero z nową panią nowe nastają czasy: zamek za ciasny, paziów dwustu, a usługa licha; <slowo_obce>parlare italiano</slowo_obce>, utrapiare polono, wymyślare androno, <slowo_obce>nulla
niente di buono</slowo_obce><pe><slowo_obce>parlare italiano, utrapiare polono, wymyślare androno, nulla
niente di buono</slowo_obce> --- żartobliwa stylizacja na język włoski: mówić po włosku, dokazywać po polsku, wymyślać androny (bzdury), nic dobrego (niegrzeczne dzieci).</pe> i tak dalej... Czy prawdę mówię?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mądrze i słusznie, Mikołajku!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na miły Bóg... pókiż<pe><slowo_obce>pókiż</slowo_obce> --- tu: jak długo.</pe> tymi zaułkami wędrować mamy? --- krzyknął zniecierpliwiony Szydłowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy<pe><slowo_obce>wżdy</slowo_obce> (daw.) --- przecież.</pe> gadałem waszej wielmożności --- odparł pachołek
flegmatycznie --- że dwa razy na lewo, raz na dół, raz na górę, a my dopiero jedne schodki minęli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gedroyć!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boner! --- krzyknęli ze zdziwieniem chłopcy na widok dwóch paziów biegnących z przeciwnej strony ku nim. --- Skędżeście się tu
wzięli?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jędruś mi chciał pokazać naszą nową sypialnię --- odpowiedział Konstanty Gedroyć --- i zanimeście się spakowali, jużeśmy tu przybiegli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakżeście trafili?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja bym miał nie znać grodu, każdego krużganka, każdego zakamarka? --- zaperzył się Boner.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co on się tak buci<pe><slowo_obce>bucić się</slowo_obce> (daw.) --- pysznić się, przechwalać się.</pe>, ten krasomędrek?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie łajże mu, bo sprawiedliwie gada: toć od małego dziecka
kręci się po całym grodzie, po podwórcach, po wirydarzach, lepiej
chyba zna one wszystkie zakątki niż sam król jegomość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I nic mu za takowe wścibstwo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wnuczek pana żupnika i wielkorządcy miasta... ino tyle rzekę<pe><slowo_obce>rzec</slowo_obce> (daw.) --- powiedzieć.</pe>. Pokąd<pe><slowo_obce>pokąd</slowo_obce> (daw.) --- dopóki.</pe> był maluśki, to za panem dziadkiem bieżał a poły<pe><slowo_obce>poła</slowo_obce> --- brzeg ubrania (płaszcza, marynarki itp.).</pe> się
imał<pe><slowo_obce>imać się</slowo_obce> (daw.) --- trzymać, chwytać.</pe>; skoro zaś podrósł, wszędy go pełno, a ot, trzeci rok mija, jak paziem ostał<pe><slowo_obce>ostać</slowo_obce> (daw.) --- zostać.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchajże, Jędrek... dobrze nam tam będzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niezgorzej, niezgorzej; przestronno, ustronno, stary Strasz trzy razy się zatchnie i trzy razy spocznie, zanim do nas dolezie.
W Bogu nadzieja, że nieczęsto nas będzie nawiedzał. Jedno mi nie
na rękę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coże?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My na lewo w jednym kącie, a czwarte drzwi na prawo fraucymer<pe><slowo_obce>fraucymer</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Frauenzimmer</slowo_obce>) --- komnata kobiet, pokój dla dam.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiwat!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kamilla!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lauretta!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Beatrycze!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hipolita!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Geronima!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, cieszcie się, błazenkowie! Po pierwsze, takie dorosłe i przerosłe panny ani patrzą na nas, a po drugie, ich pokoje położone
są w głębi, od strony zaś naszego korytarza ino komnaty signory
Izabeli Papacoda i Mariny Arcamone.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechże cię nie znam z taką nowiną!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, stary Krabatius głowę beze<pe><slowo_obce>beze</slowo_obce> a. <slowo_obce>bez</slowo_obce> (tu gw.) --- przez.</pe> drzwi wyścibia, widno go przeniesiono, jako i nas, na insze mieszkanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któż to jest? --- spytał Gedroyć, niedawno do Krakowa przybyły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Medyk pana marszałka Kmity.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie znam go; muszę się mu przypatrzyć.</akap_dialog>


<akap>Chłopcy, doszedłszy do drzwi swego nowego mieszkania, pchnęli Kubę z pościelą do izby, a sami nie kwapili się z wchodzeniem, obiecując sobie jakąś śmieszną krotochwilę ze spotkania z magistrem Johannesem Krabatiusem.</akap>


<akap>Tenże, człowiek niemłody, w czarnym aksamitnym długawym
ubraniu i takiejże płaskiej czapeczce na łysinie, stał we drzwiach
swej komnaty i poglądał w korytarz przez szkła osadzone w rogowych widełkach na długim trzonku, które przysuwał prawą ręką do oczu, wyciągając jeszcze naprzód chudą szyję, ruchem właściwym
krótkowidzom. Bocianiej cienkości nogi, o dużych płaskich stopach,
tkwiły w czarnych pończochach i czarnych safianowych trzewikach, zakończonych według najnowszej mody niepomiernie szeroko.</akap>


<akap_dialog>--- Pan Szydłowiecki, pan Boner, panowie pazie... dobry wieczór.
Co tu oni mają za jaką robotę? --- zapytał Niemiec łamaną polszczyzną.</akap_dialog>


<akap>Przez twarz Jasia Drohojowskiego przeleciało drgnienie złowrogie, zwykła zapowiedź mniej lub więcej szalonego figla. Podbiegł z uprzejmą minką do Niemca:</akap>


<akap_dialog>--- Dzień dobry, panie magister: my tu na nową kwaterę, wasza
miłość takoż<pe><slowo_obce>takoż</slowo_obce> (daw.) --- dziś: także.</pe>?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Moja miłość takoż.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, co za szkoda, że sypialnia pana magistra wychodzi na północ... przy waszym niemocnym zdrowiu...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja nigdy nie wychodzę na północ. Dwadzieścia jedna godzina, to ja już dawno śpię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słusznie to waszmość czyni: ale co inszego chciałem rzec: powiadam, co okna są od północy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach tak... to jest bardzo niedobrze... od północ...</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1356732561949-1056455983"/><motyw id="m1356732561949-1056455983">Choroba, Pozory, Żart</motyw>--- A zwłaszcza że wasza miłość taki blady od kilku dni; przymizerniał srodze.</akap_dialog>


<akap>Mówiąc to, Drohojowski kopnął najbliżej za sobą stojącego kolegę wzywając jego pomocy. Jędruś Boner, jedyny do konceptów, w mgnieniu oka się zorientował i niby półgłosem do siebie, ale tak,
że każde słowo wyraźnie było słychać, mruknął:</akap>


<akap_dialog>--- Biedny człowiek... zmienił się nie do poznania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co on mówi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic, nic, niech się wasza miłość ciepło odziewa, o febrę<pe><slowo_obce>febra</slowo_obce> --- tu: gorączka.</pe> nietrudno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie stójcie w tym ponurym, wilgotnym korytarzu, dobry panie
Krabatius! --- jęknął Krystek Czema z rozrzewnieniem w głosie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kochane chłopcy... poczciwe dzieci... posłucham waszej dobrej rady.</akap_dialog>


<akap>I zaniepokojony medykus cofnął się do swej izby licząc puls,
naturalnie ze strachu mocno przyśpieszony. Wyjął z kieszeni małe
srebrne lusterko, obejrzał język... brzydki; oczy wydały mu się
dziwnie zaiskrzone, a białka żółte. Usiadł znękany na ławie i zdumał się gorzko.<end id="e1356732561949-1056455983"/></akap>


<akap>Chłopcy tymczasem wpadli z krzykiem i śmiechem do swego nowego mieszkania i zaczęli porządkować swe rzeczy zniesione na miejsce przez służbę i porozrzucane bezładnie. Siedem tapczanów z siennikami twardo wysłanymi słomą stało dokoła ścian; reszta gratów, co prawda niezbyt misternych i właścicielom jedynie miłych, a niezbędnych, leżała lub stała na podłodze.</akap>


<akap>Montwiłł najpierw jął przewracać między poduszkami: wyszukał swoją, porwał kilim gruby, wojłokowy, co mu za przykrycie służył, i w mig posłał sobie łóżko. Ostroróg zawiesił łuk tatarski i sajdaczek niewielki na haku nad swoim tapczanem; <begin id="b1355309010188-704372493"/><motyw id="m1355309010188-704372493">Taniec</motyw>Gedroyć, porwawszy bałałajkę o trzech strunach, puścił się w prysiudy<pe><slowo_obce>prysiudy</slowo_obce> (z ukr.) --- przysiady, figury taneczne.</pe> do
Drohojowskiego.</akap>


<akap>Jaśkowi w to graj! Hrymnął podkówkami o podłogę i dalejże kozaka. Czema w niemym uwielbieniu patrzał na nieznany mu, a ze strasznym ogniem wykonywany taniec.</akap>


<akap>Jeden Pawełek Szydłowiecki, nie dbając na wrzaski dokoła siebie, wyjmował z tobołów bieliznę i świąteczne szatki kolegów i jak dobra matka układał je z systematycznym porządkiem w drewnianych, jaskrawo pomalowanych skrzynkach, ustawionych przy łóżku każdego chłopca.</akap>


<akap>Boner, rozpalony widokiem kozaka przez prawdziwych Rusinów
tańczonego, porwał mosiężną miednicę i rzemień ze sprzączką od
tłumoka i walił w przyśpieszonym tempie, ile sił starczyło...</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Che orgia! Che demoni! Che bestie infernale!<pe><slowo_obce>Che orgia! Che demoni! Che bestie infernale!</slowo_obce> (z wł.) --- co za orgia, co za demony, co za bestie piekielne.</pe></slowo_obce> Czicho mi saras!<pe><slowo_obce>Czicho mi saras!</slowo_obce> --- cicho mi zaraz.</pe>
<slowo_obce>I'orecchie mi crepano</slowo_obce><pe><slowo_obce>I'orecchie mi crepano</slowo_obce> (z wł.) --- uszy mi pękną.</pe>! Taki tańcy to piekło balet... powi saras
milościwa krolowa!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1356732773032-2948332930"/><motyw id="m1356732773032-2948332930">Dama</motyw>Piekielny balet zamarł w jednej sekundzie, miednica i bałałajka
wypadły z rąk, oczy wszystkich chłopców skoczyły ku drzwiom otwartym, w których stała przemożna i przegruba, najstarsza dama
dworska królowej Bony --- Izabela Papacoda.<end id="e1355309010188-704372493"/></akap>


<akap_dialog>--- Powi milościwa pani, <slowo_obce>che pazie diaboli incarnati</slowo_obce><pe><slowo_obce>che pazie diaboli incarnati</slowo_obce> (z wł.) --- że paziowie to diabły wcielone.</pe>... zawola pan
Strasz... --- piszczała przeraźliwie granatowa ze złości Włoszka.</akap_dialog>


<akap>Pawełek Szydłowiecki, jedyny, który umiał po włosku, pokłonił się z uszanowaniem i przepraszał za siebie i za towarzyszy, że przez nieuwagę i zapomnienie dopuścili się takiej niegrzeczności.</akap>


<akap>Donna Izabela przestała sapać; uprzejme słówka płynnie wypowiedziane złagodziły jej furię; spojrzała nawet dość mile na przystojnego i układnego pazia i całe zajście byłoby się ku zadowoleniu wszystkich zakończyło, gdyby nie... Kupido! Nie ten malutki bożek skrzydlaty z zawiązanymi oczkami, ach nie!</akap>


<akap><begin id="b1355309174507-3121044707"/><motyw id="m1355309174507-3121044707">Pies</motyw>Był to inny Kupido, czworonożny, z wydłużonym pyszczkiem i cieniuchnymi nóżkami... najukochańszy charcik signory Papacody. Przez nie domknięte drzwi komnaty wybiegł za swoją panią, a usłyszawszy wrzaski wpadł, szczekając zajadle, między paziów, rzucił się na oślep z wściekłością i ostrymi ząbkami rozdarł
jedwabną nogawicę małego Czemy, kalecząc go przy tym w nogę.</akap>


<akap>Wtedy Krystek, acz cichy i ślamazarny, nie pozbawiony jednak
ludzkich uczuć, kopnął psa z całej siły tak, aż na łokieć<pe><slowo_obce>łokieć</slowo_obce> --- daw. miara długości, ok. 0,6 m.</pe> w górę
wyleciał i skomląc żałośnie, skrył się w gęstych fałdach sukni donny Izabeli.</akap>


<akap>Włoszka syknęła przez zęby jakąś specjalną klątwę, chwyciła pieska na ręce i trzasnąwszy drzwiami, aż szyby zadzwoniły, pobiegła do siebie.<end id="e1355309174507-3121044707"/></akap>


<akap_dialog>--- Nu, ależ baba wąsata! Chciałby ja za rok mieć pół takie wąsy! --- dziwował<pe><slowo_obce>dziwować się</slowo_obce> --- dziś: dziwić się.</pe> się Montwiłł.<end id="e1356732773032-2948332930"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wąsy, nie wąsy... --- westchnął Szydłowiecki --- będzie jutro
bigos<pe><slowo_obce>bigos</slowo_obce> --- tu: awantura.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Komu? Chyba nie nam, ino tej starej włoszczyźnie --- zapiszczał Krystek oglądając swą zadraśniętą łydkę. --- Wżdy ludzie
ważniejsi od psów!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale pies panny Papacody to coś wcale przedniejszego niż
jakiś tam durny paź --- drwił Ostroróg.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Patrzcie, patrzcie, jak się Czema zaindyczył...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto by się spodział, takie to zawżdy potulne...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jam go miał za ciepłe piwo... --- podjudzali malca koledzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Durny paź? Ja wam pokażę durnego pazia! Jeszcze mnie dotąd nie znali!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krzysztofie Czemo, zaklinam cię, wyznaj, co zamyślasz uczynić? --- z udanym patosem zawołał Drohojowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wspomnicie moje słowo; zapłacę ja onemu Kupidynkowi z nadsypką<pe><slowo_obce>z nadsypką</slowo_obce> --- dziś: z nawiązką; dać więcej, niż się należy.</pe>; rodzic by się mnie wyparł, gdybym się nie pomścił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na psie? Cha, cha, cha!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jemu doczynię, a jego pani zapłacze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A kto on zacz, ten malec? --- spytał z cicha Gedroyć Drohojowskiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Syn kasztelana gdańskiego; ród możny i wielce szanowany w województwie pomorskim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojoj, chłopcy... Odmiwąs idzie! --- krzyknął Montwiłł wskazując na przypiecek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż znowu? Co ci się uwidziało?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A prawda, chrząka na umor, aże grzmi w całym korytarzu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chrząka? To zły znak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już mu ta stara jędza nabajała<pe><slowo_obce>bajać</slowo_obce> (daw.) --- kłamać.</pe>, co wlazło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O rety!... Szydłowiecki... stań na wierzchu<pe><slowo_obce>na wierzchu</slowo_obce> --- tu: na przedzie. </pe>, on cię lubi, mniej
będzie łajał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bóg ci zapłać, wolę nie.</akap_dialog>


<akap>Hhhrrrum... zahuczało donośnie i jegomość pan Stanisław Odrowąż Strasz wszedł majestatycznie z groźną miną do izby.</akap>

<akap_dialog>--- Matko najśliczniejsza... wie wszystko... --- szepnął Czema na
ucho Ostrorogowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż, chłopcy, roztasowaliście się<pe><slowo_obce>roztasować</slowo_obce> --- tu: rozpakować.</pe>. W skrzynkach groch z kapustą? Hhhrum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już poskładane podług rozkazu waszej miłości; może raczycie zajrzeć do skrzynek, jak porządnie wszystko leży: bielizna po
jednej stronie, a...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze; nie zapraszałbyś tak skwapliwie, gdyby co
szwankowało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wie o niczym --- mruknął Drohojowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdzież to Montwiłł? Raz na zawsze przykazowałem, po zachodzie słońca wychodzić nie wolno i basta.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oooch... --- dało się słyszeć stękanie za kapą komina --- głowa
mię tak strasznie rozbolała, więc ległem co niebądź zdrzemnąć się,
za pozwoleniem waszej miłości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za moim? Kiedyżeś mnie o pozwolenie pytał? A ty, Czema, co się tak wciskasz za Mikołkę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nogawicęm rozdarł, proszę waszej miłości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewnikiem z psikusów? Hhhrrrum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, widział się z Papacodą... --- zaszemrało w stronie Bonera.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na gwoździu zaczepiłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oddaj w czas rano do szatni, to ci Salomeja albo Grzybowska
naprawi. A przykażcie Kubie, coby was skoro świt pobudził;
Szydłowiecki i Gedroyć jutro na służbie przy osobie miłościwej
pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za łaską pana ochmistrza, mógłbym się zapytać, którzy wraz
z nami na pokoje iść mają?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zbędna ciekawość; dowiesz się jutro. Zresztą drobnostka to, nie tajemnica. Herburt, Zbylitowski, Pieniążek, Stadnicki, Tarnowski, Zborowski, Korybut, Kazanowski, Bielski i Czarnkowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję waszej miłości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Barwa odświętna, ciżmy<pe><slowo_obce>ciżmy</slowo_obce> --- daw. rodzaj obuwia o czubkach wywiniętych nieco w górę.</pe> nowe, zachowanie jak najprzystojniejsze, bym się was nie powstydził!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie ochmistrzu, toć...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Milczeć! Wiem, co mówię. Niejednokrotnie już dochodzą mnie słuchy o nieokiełznanych swawolach waszych; nie próbujcie mej cierpliwości, bowiem wątła jest i łacno<pe><slowo_obce>łacno</slowo_obce> (daw.) --- szybko, łatwo.</pe> się zrywa. Jak wam to
zresztą z dawna wiadome.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wasza miłość nam przygania, zawżdy ino nam... wszak paziów jest dwustu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tamci stu dziewięćdziesięciu trzej to baranki bieluchne naprzeciw was; Boner jeden obstoi za czterdziestu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żebym ino złapał tego, co o mnie takowe oszczerstwa sieje!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Milczeć! Już ja was znam jak złe szelągi, niecnoty jedne!
Gedroycia mniej, bo za krótki czas; że się ano was czepił od
pierwszego wejrzenia, to mi starczy; poznał swój swego! Co się zasię tyczy nowego mieszkania, ostro przykazuję sprawiać się skromnie, przez hałasów, przez krzyków; w pobliskości są sypialnie panów medyków, komnaty panien dworskich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bóg łaskaw na sługi swoje... nie widział się z tą czarownicą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale, nie, Krystek... chodź ino bliżej --- rzekł pan ochmistrz
i pokręcił za ucho nieszczęsnego Czemę --- jakże to pieskowi
signory Papacody? Amor... Kupido... nie pomnę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo on mnie ugryzł do krwi! Niech wasza miłość pojrzy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ugryzł cię? A... to co inszego; ale po cóż kłamałeś, żeś rozdarł na gwoździu? Dzwonią na wieczerzę, marsz!</akap_dialog>


<akap>I ruszył przodem, a chłopcy w podskokach za nim. Nie wszystkim jednak pilno było: Jędruś Boner i Krystek Czema wlekli się na ostatku, zawzięcie o czymś rozprawiając.</akap>


<akap_dialog>--- Jędrek... mojeś ty, pójdziesz ze mną do miasta jutro rano? Tyś
mądry i sprawny do wszystkiego, a ja bym sobie nie dał rady.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ehe, a Odmiwąs co na to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy nie łazi za mną jak niańka; służby jutro nie mam, skoczymy do miasta jak po ogień i w te pędy z powrotem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino, jak... tego... to drzwi zasuń dobrze, coby cię kto nie
spłoszył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się wie; Szydłowiecki i Gedroyć na pokojach królowej,
Montwiłł nikomu nie wadzi, ino mu spanie w głowie, Jasiek
z Mikołką mają iść na palcaty<pe><slowo_obce>palcat</slowo_obce> --- kij bojowy, broń ćwiczebna przy nauce szermierki.</pe> do tamtych, a my dwaj... no bo mi
pomożesz i przy robocie, prawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże; nie pomógłbym? Naczynie jakie dobre masz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak będziemy wracali z miasta, można będzie kupić garnek
po drodze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U Kasprowej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lepiej u Maguliny, co pod Długoszowym domem z garnkami siedzi; prosto od niej skoczymy na górę i jużeśmy w domu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchaj no, o kiełbasie nie zabacz<pe><slowo_obce>zabaczyć</slowo_obce> (daw.) --- zapomnieć.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ho, ho, kupię choć z pół łokcia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy się ino da zwabić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ij... kiełbasa wszystko sprawi; zobaczysz, jak mnie umiłuje,
ino gwizdnę, przyleci, a potem... chi, chi, chi... żeby się tylko udało!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co się nie ma udać? Dołoży się wszelkiego starania; no już moja głowa w tym, że go i rodzona matka nie pozna.</akap_dialog>




<naglowek_rozdzial>Rozdział I. Figiel
Krzysztofa
Czemy</naglowek_rozdzial>




<akap>Już od pierwszych chwil przybycia swego do Polski założyła sobie królowa Bona szereg zmian, upiększeń, przeróbek w starej, wiekowym trwaniem czcigodnej siedzibie Piastów i Jagiellonów, a Zygmunt, zakochany w młodziutkiej żonie, wszystkim jej zachciankom przytakiwał, na wszystkie nowości pozwalał.</akap>


<akap>Jak już z rozmowy chłopców dowiedzieli się czytelnicy, pierwotna liczba paziów pomnożona została blisko dwadzieścia razy; najstarsze części zamku burzono, by na ich miejsce wznieść nową,
piękną budowlę, pałac w stylu Odrodzenia.</akap>


<akap><begin id="b1356718655184-2050469580"/><motyw id="m1356718655184-2050469580">Ogród</motyw>I urodzajne sady, rozsiadłe od wieków na stokach wawelskiej góry, nie znalazły łaski przed obliczem młodej pani. Stare grusze i jabłonie w pobliżu komnat królowej padły w pierwszym zaraz roku
pod ciosami siekiery, a ogrodnicy włoscy sadzili co wiosnę i co
jesień z niezmiernym trudem sprowadzane krzewy południowe, kopali sadzawki, urządzali fontanny, grupowali piękne klomby, a w cieniu wonnych krzaków migdału wyznaczali miejsca na ławki, które znów kamieniarze, ociosawszy foremnie, jak najśpieszniej wkopywali w ziemię.</akap>


<akap>Na szczęście, wirydarzyk maleńki, ulubiony zakątek królowej Barbary Zapolyi, wciśnięty w załomie góry u stóp Baszty Sandomierskiej, uszedł bacznych oczu ogrodników, czyli też może
jedno słówko z ust króla powstrzymało ich zapał, dość że parę lip
rozłożystych, jabłonka, śliwek i wiśni kilka ocalało od śmierci,
a w miejscach do słońca zwróconych kwitły konwalie wiosenną porą, później róże, lilie, malwy i ostróżki na grządkach, a w głębi pod
murem srebrzystozielone mięty, ruta drobnolistna i fiołkowe główki
macierzanek.<end id="e1356718655184-2050469580"/></akap>


<akap>W tym to ustronnym ogródku bawiły się całymi dniami sierotki po Barbarze, malutkie królewny Jadwiga i Anna, pod dozorem pani
Szczepanowej, starej doświadczonej służebnej, która jeszcze nieboszczkę królowę była wyniańczyła.</akap>


<akap>Gdy w roku 1520 umarła młodsza dziecinka, czteroletnia księżniczka Anna, starsza Jadwiga, nieco zaniedbana przez obojętną macochę, rosła swobodnie pod opieką najzacniejszej i całą duszą przywiązanej niańki, która jednak mimo najlepszej woli nie umiała
wychowywać córki królewskiej tak, jak tego jej wysokie urodzenie
i przyszłe stanowisko wymagało. Pani Szczepanowa była kobietą
prostą i jedynie skutkiem długiej służby przy dworze nabrała trochę
ogłady. Od śmierci Anusi minęło lat cztery, a jedenastoletnia
księżniczka Jadwiga prócz pacierza, łatwych ręcznych robótek
i odrobiny włoskiej mowy --- nie umiała nic więcej.</akap>


<akap>Nazajutrz po przeprowadzce paziów dobrze już było z południa, gdy drzwi przedsionka zamkowego, prowadzące na ogród, służba otwarła na rozcież, a w nich ukazała się królowa z orszakiem swych ulubionych Włoszek i kilkunastu paziów.</akap>


<akap>Sześć lat minęło, odkąd piękna księżniczka mediolańska poślubiła Zygmunta I, a uroda jej wspaniała nie tylko nic nie straciła na
swej świetności, ale owszem wzmogła się i przyodziała majestatem.
Królewski małżonek, zakochany nieledwie do szaleństwa, uwielbiał
jej wdzięki, jej wszechstronne wykształcenie, jej dowcip wykwintny, a nie widział --- czy nie chciał widzieć --- licznych wad i brzydkich stron jej charakteru, którymi w późniejszych latach
zatruwała mu życie i ciężko się dała we znaki nielubianemu przez
się narodowi.</akap>


<akap>W czasie owym jednak była Bona zjawiskiem przecudnym, jedną z najpiękniejszych niewiast na świecie.</akap>


<akap>Szła tedy<pe><slowo_obce>tedy</slowo_obce> (daw.) --- więc.</pe> wysoka, kształtna, pełnej a smukłej kibici: w każdym
calu królowa. Główkę jej wieńczyły faliste zwoje bujnych złotych
włosów, zdobne upięciem splecionym z pereł; delikatna płeć<pe><slowo_obce>płeć</slowo_obce> (tu daw.) --- cera, skóra.</pe> blondynki w przeciwieństwie do hebanowych brwi i ciemnych wielkich oczu olśniewała białością; długi, zgrabny nos i bródka śliczna zaokrąglona tworzyły całość nad wszelki wyraz piękną. Suknię miała z jedwabiu srebrzystego, haftowaną w girlandy z róż. Stanik głęboko wycięty w kwadrat, a krojem swym przedłużającym
niepomiernie kibić, miał z przodu trzy równoległe wyszycia z drobnych pereł. Rękawy bardzo wąskie rozszerzały się powyżej łokcia, a ściągnięte srebrną wstęgą sterczały na ramieniu sztywną bufą. Spódnica, układana w grube fałdy, rozciągała się po ziemi, co było uważane za konieczne dopełnienie stroju i nazywało się powłokiem. Złoty łańcuszek, wysadzany drogimi kamieniami, otaczał szyję Bony i przytrzymywany u góry diamentową przepinką, spadał aż do pasa, gdzie znowu zakończała go klamerka z rubinów.</akap>


<akap>Królowa przebierała od niechcenia palcami ogniwa łańcucha, okazując przy tej niby bezwiednej zabawce wąziutką małą rączkę i pierścionki drogocenne na długich, różowo zakończonych paluszkach. W lewej ręce trzymała cieniuchną chusteczkę z szerokim szlakiem koronkowym.</akap>


<akap><begin id="b1355398325970-1472195472"/><motyw id="m1355398325970-1472195472">Dwór</motyw>Damy dworskie, same Włoszki, towarzyszyły królowej. Izabela
Papacoda niosła krosienka najjaśniejszej pani; Marina Arcamone,
ochmistrzyni dworu, miała w pogotowiu duży wachlarz od słońca;
Laura Beltrani, lektorka, dźwigała kilka tomów poezyj<pe><slowo_obce>poezyj</slowo_obce> --- dziś popr. forma: poezji.</pe> do wyboru;
Beatrycze de Macris --- kosz z jedwabiami i perełkami; Lukrecja
Caldorra i Hipolita de Opulo, najmłodsze z dam dworskich, nie
zaszczycone w tym dniu żadnym poleceniem, szły na ostatku i szeptały sobie widno coś bardzo wesołego, bo to jedna, to druga
zasłaniała usta chusteczką, tłumiąc niestosowne w pobliżu królowej
chichotanie. Sześciu paziów w barwie Sforzów postępowało po obu
stronach alei równolegle z paniami, drugich sześciu zamykało
orszak królowej.<end id="e1355398325970-1472195472"/></akap>


<akap>Pan ochmistrz wybierał zazwyczaj najurodziwszych i najzręczniejszych ze swych wychowanków do usług miłościwej pani. Ani ospały Montwiłł, ani przysadzisty Czema, ani Wiśniowiecki jąkała, ani czerwonowłosy Kosta nie dostępowali tego zaszczytu. Za to król jegomość nie zwracał uwagi na powierzchowność, dla każdego
z malców zarówno bywał łaskawym i sprawiedliwym.</akap>


<akap>Na co dzień nosili paziowie szaraczkowe lub granatowe sukienne ubrania; od święta i na służbie musieli być strojnie przyodziani.
Dziś więc każdy z dwunastu miał berecik jasnoszafirowy, aksamitny, z białym strusim piórkiem, koszulę białą, atłasową, z koronkową
krezką<pe><slowo_obce>krezka</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>kryza</slowo_obce> --- kolisty marszczony kołnierz, element stroju dworskiego w XVI i XVII w.</pe>, suto marszczoną i sztywnie przylegającą do szyi aż pod same
uszy. Szatka zwierzchnia z tego samego aksamitu co beret, nisko
wycięta wzorem kobiecych sukien, a wdziewana przez głowę i dlatego zwana nasuwaniem, nie miała wcale zapięcia ani guzików; w pasie zaś przytrzymana była złotą taśmą, u której wisiała jedwabna torebka. Sute rękawy ujęte były w trzy bufy i ponacinane szeroko w kilku miejscach, przez które to przecięcia wyglądał biały atłas koszulki; od ramienia po łokieć aksamitne, od łokcia do ręki białe atłasowe, zakończone koronką dokoła ręki. Nogawice bardzo obcisłe, z niebieskiego jedwabiu, takież safianowe<pe><slowo_obce>safianowy</slowo_obce> --- wykonany z barwionej koziej skórki, wyprawianej przy użyciu garbników roślinnych.</pe> ciżemki.</akap>


<akap><begin id="b1355398783435-2854438270"/><motyw id="m1355398783435-2854438270">Dwór</motyw>Donna Marina Arcamone, wysoka siwiejąca brunetka, złagodziła swe zazwyczaj złośliwe skrzywione usta słodkawym uśmiechem i z wyrazem uwielbienia słuchała słów królowej, rzucając od czasu do czasu jakieś krótkie zdanie dla podtrzymania rozmowy. Orli jej nos, zapewne bardzo kształtny za młodu, zaostrzył się z biegiem lat i począł mieć niejakie konszachty z brodą, która się ku niemu uprzejmie wysuwała. Brwi, podniesione wysoko nad wypukłymi oczami, nadawały jej twarzy wyraz wiecznego pytania. I rzeczywiście pytanie, a raczej badanie i podpatrywanie były treścią jej życia
i zajęcia przy dworze. Z lubością wywiadywała się o ważniejszych,
mniej ważnych i zupełnie błahych zajściach, snuła domysły, a czasem nawet przędła leciuchne, pajęcze nici intrygi.<end id="e1355398783435-2854438270"/></akap>


<akap_dialog>--- Warto by zajrzeć do nowego ogrodu --- rzekła Bona --- ciekawam, jak się sprawiają moje pinie<pe><slowo_obce>pinia</slowo_obce> --- drzewo iglaste rosnące w krajach śródziemnomorskich.</pe> i cyprysy i co Paolo obsadził dokoła altany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wasza królewska mość raczy sobie skrócić drogę przez wirydarzyk czy woli obejść wzdłuż murów? --- spytała Beatrycze de
Macris.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, oczywiście, że lepiej prosto niż kołować --- odparła Bona.
I całe towarzystwo skierowało się ku ogródkowi księżniczki Jadwigi.</akap_dialog>


<akap>Dziewczynka klęczała właśnie przed krzakiem róży i ostrym nożykiem obcinała przekwitłe kwiatki. W cieniu lipy na ławce darniowej siedziała Szczepanowa i szyła jakąś bieliznę. Na widok przechodzącej królowej staruszka dźwignęła się z trudem i skłoniła
pokornie; mała królewna przerwała także swe zajęcie, powstała
z klęczek i złożyła ukłon nie przynoszący niestety wielkiego
zaszczytu jej wychowawczyni.</akap>


<akap>Bona skinęła z lekka głową i uśmiechnęła się do signory Arcamone ze wzgardliwą litością. Gdy jednak minęły wirydarzyk, przystanęła, coś sobie jakby przypominając, i rzekła do ochmistrzyni:</akap>


<akap_dialog>--- Zechciejcie poprosić królewnę, by się połączyła z nami i przeszła do nowych ogrodów, gdzie zasiądziemy z robotą i słuchać
będziemy zajmującej lektury.</akap_dialog>


<akap>Stara dama zawróciła skwapliwie i pobiegła, o ile jej nogi starczyły, do wirydarza.</akap>


<akap_dialog>--- Przychodzę z zaproszeniem od najmiłościwszej pani na robótkę i czytanie w nowym ogrodzie --- wyrecytowała urzędowym tonem, bez cienia uprzejmości.</akap_dialog>


<akap>Dziewczynka skrzywiła się nieznacznie i spojrzała pytająco na niańkę.</akap>


<akap_dialog>--- Proszę pójść za mną, najmiłościwsza pani czeka.</akap_dialog>

<akap>Na twarz Szczepanowej uderzył ciemny rumieniec, płótno zadrżało w jej rękach.</akap>




<akap_dialog>--- Czy waszmość panna nie wiesz, jak się przemawia do królewskiego dziecka? Swojej równej gadaj, wasza miłość, ,,proszę
pójść ze mną". Gdyby król jegomość słyszał podobne zuchwalstwo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie przyszłam tu po nauki do pani Szczepanowej --- odparła
ochmistrzyni drwiąco. --- Jeżeli się tak rozumiecie na dworskich
przepisach, to lepiej nauczcie jej królewską wysokość wytworniejszych ukłonów... bardzo by się to przydało, bo istotnie chyba nikt nie odgadnie, patrząc na nią, że ma z księżniczką do czynienia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho, nianiu --- głaszcząc staruszkę po rozognionej twarzy,
szepnęła Jadwiga i dodała głośniej: --- ja nie zważam na mowę tej
pani; słyszę ino, że jej królewska mość matka najmiłościwsza prosi
do siebie, więc chętnie idę.</akap_dialog>


<akap>Podniosła główkę dumnie, nie racząc spojrzeć w stronę donny Mariny, i wybiegła szybko, ani się na nią oglądając.</akap>


<akap>Włoszka zbladła i zacisnęła pięści w bezsilnej złości...</akap>


<akap>Nie ona jedna, zacisnął je także Konstanty Gedroyć, przechodzący w orszaku paziów za królową. Widział i słyszał wszystko i gniewem wezbrało mu serce.</akap>


<akap>Księżniczka Jadwiga przysunęła się do królowej i szła ciągle tuż
przy jej boku, z pogodną twarzyczką, jakby niepomna tylko co doznanej przykrości.</akap>


<akap><begin id="b1355399057204-449006924"/><motyw id="m1355399057204-449006924">Ogród</motyw>Nowy ogród zawiódł nadzieje Bony: piękne krzewy południowe, z największą troskliwością zasadzone o wczesnej wiośnie, do starannie przyrządzonej i użyźnionej ziemi, strzeżone i pielęgnowane umiejętnie przez ogrodników nie chciały się jakoś przyjąć, wyglądały słabo i wątło, marniały w oczach, a niektóre z nich uschły na dobre i wznosiły w górę nagie, czarne badyle. Królowa spoglądała z gorzkim uśmiechem na biedne karłowate roślinki, obeszła kilka ścieżek, dotknęła ręką więdnących liści, pochyliła się nad grządkami zamorskich kwiatów, wreszcie ruszyła ramionami i rzekła z gniewem:</akap>


<akap_dialog>--- Zaiste, martwe stworzenia rozumniej się zachowują od ludzi,
nie chcąc żyć w tym kraju bez słońca i ciepła. Stęsknione oczy moje
nie ujrzą już pinii rozłożystych ani cytryn o połyskliwych liściach
i złotych owocach, ani wysmukłych cyprysów, ani srebrnozielonej
oliwy... Ach, co za kraj! Niedźwiedzi i turów ojczyzna... jakże dumną jestem, że danym mi było urodzić się w słonecznej Italii.<end id="e1355399057204-449006924"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słowa najmiłościwszej pani znajdują echo w naszych sercach
--- rzekła z przymileniem donna Arcamone --- lecz komu los
pozwolił zażyć szczęścia z przebywania w pobliżu waszej królewskiej mości, ten jako żywo nigdy dziwić się nie będzie, że dla kwiatu tak doskonałego ino boska Italia mogła być ojczyzną.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355399221068-3982051135"/><motyw id="m1355399221068-3982051135">Tęsknota</motyw>--- Gdy sobie spomnę<pe><slowo_obce>spomnieć sobie</slowo_obce> (daw.) --- przypomnieć sobie, pomyśleć.</pe> --- mówiła dalej Bona z łaskawym wejrzeniem na ochmistrzynię --- to nasze niebo z ciemnego szafiru, tak
przecudne, tę wieczną zieleń i z różnobarwnego kwiecia kobierce,
to słońce pełne żaru, te wonne gaje pomarańczowe, a patrzę na
smętne szare obłoki, przysłaniające przez połowę roku blade słońce
Północy, próżne siły żywiącej, gdy widzę one wierzby i brzozy ze
zwieszonymi żałobnie gałęźmi, to mi jakiś lęk serce ogarnia i zda mi się, że nie wytrwam na tym wygnaniu i raczej królowanie porzucę,
byle...<end id="e1355399221068-3982051135"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najmiłościwsza pani... król jegomość przechadza się po tamtej ścieżce z mistrzem Bereccim; zapewne ku nam się zwrócą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lauretta... pojrzyj no, kto jest ten przygarbiony człek, co się
tam na ławie w słońcu wygrzewa. Głowę wsparł na ręku, nie widzę
twarzy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To magister Johannes Krabatius, miłościwa pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On? Przecz<pe><slowo_obce>przecz</slowo_obce> (daw.) --- dlaczego.</pe> tak znękany?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozkaże najjaśniejsza pani spytać go?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie trzeba, sama go zagadnę.</akap_dialog>


<akap>Jedną ręką wspierając się na lasce, drugą na poręczy ławki, z ciężkim wysiłkiem powstał stary Niemiec na powitanie królowej.</akap>


<akap_dialog>--- Dzień dobry, signore<pe><slowo_obce>signore</slowo_obce> (wł.) --- pan; zwrot grzecznościowy.</pe> Krabatio --- rzekła Bona uprzejmie
--- cóż tam u was słychać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pokorne służby u stóp waszej królewskiej mości składam; ze mną jest bardzo źle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy kłopot, czy zmartwienie jakie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest największy kłopot... to jest największe zmartwienie...
ja jestem bardzo słaby<pe><slowo_obce>słaby</slowo_obce> (tu daw.) --- chory.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie trapcie się waszmość; wżdy, jako medyk, łacno zwyciężycie chorobę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To jest właśnie największe nieszczęście, że ani przyczyny
zrozumieć, ani symptomatów poznać dotąd nie mogłem. <begin id="b1356732977238-1734682373"/><motyw id="m1356732977238-1734682373">Choroba</motyw>Jak piorun to na mnie nagle spadło... wczoraj w południe zdawało mi się, że ja
jestem zdrów jak jedna ryba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dziś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na przemian ogień mię<pe><slowo_obce>mię</slowo_obce> (daw.) --- mnie.</pe> pali, to jest mi zimno jak lód, głowa
chodzi w kółko, żaden apetyt, serca pukanie, ani godzina snu... ach, darujcie mi, najjaśniejsza pani, nadto się rozgadałem; lecz wiadomo: <slowo_obce>ex abundantia cordis</slowo_obce><pa><slowo_obce>ex abundantia corolis</slowo_obce> (łac.) --- z nadmiaru serca.</pa>...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Życzliwym uchem słucham i chętnie bym ulżyła. Nie próbowaliście żadnych leków?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz wieczorem puściłem sobie sześć uncyj<pe><slowo_obce>uncja</slowo_obce> --- jednostka wagi lub objętości, ok. 30 g; <slowo_obce>uncyj</slowo_obce> --- dziś popr. forma: uncji.</pe> krwi; dziś południe jeszcze jeden raz tak wiele.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powinno się okazać polepszenie; co by to była za chorość? Ni
stąd, ni zowąd; czy nie zawianie, a prędzej jeszcze <slowo_obce>malocchio</slowo_obce><pe><slowo_obce>malocchio</slowo_obce> (wł.) --- ,,złe oko", urok.</pe>... nie macie posądzenia, by was kto urzekł podstępnie?<end id="e1356732977238-1734682373"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żaden ślad takiej myśli, miłościwa pani! Chorość już z dawna
we mnie skrycie musiała tkwić, ino nie dawałem na to uwagi. Przed
wieczorem dopiero paziowie, co podle mej sypialni od wczoraj
zamieszkali, spostrzegli, że idzie mi źle i wiele mi przychylność
okazali. Niech, jak się to nagle objawiło, Szydłowiecki sam powie,
prawda? Waszmościowie ze mną sąsiadujecie; ten drugi młodzieniec takoż. Bardzo poczciwe chłopcy.</akap_dialog>


<akap>Gedroyć i Szydłowiecki, na poły zmieszani, na poły rozbawieni
widokiem choroby z przywidzenia, którą Jaś Drohojowski jednym
niebacznym żartem wywołał, stali zaczerwienieni po uszy i milczeli.</akap>


<akap_dialog>--- A czyby nie było dobrze, gdybyś waszmość wyjechał na południe? Często zmiana powietrza gubi chorobę. Ot, wysyłam w tych dniach zaufanego a wielce uczonego męża do Italii, by zakupił dla Akademii Krakowskiej dzieła autorów greckich i łacińskich, świeżo
wydane w typografii weneckiej. Moglibyście się wybrać razem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Silvius Siculus?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jest; wyjeżdża w przyszłym tygodniu. Miłym byłby dla
waszmości towarzyszem, a podróż do ukochanego kraju mego,
ojczyzny wszelkich nauk wyzwolonych, kolebki sztuki i poezji,
odświeżyłaby i podniosła ducha waszego. Choćbyście nic więcej
widzieć nie mieli, jak najnowsze dzieło mistrza Leonarda, malowidło przedstawiające Wieczerzę Pańską, tuszę śmiele, że od zachwytu dusznego<pe><slowo_obce>duszny</slowo_obce> --- tu: duchowy.</pe> zdrowie by wam w pełni powróciło. A tu... czyż
w tym barbarzyńskim kraju wiedzą, czują, rozumieją cośkolwiek?
Czy tu jest jaka nauka albo sztuka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wdzięcznie przyjmie Akademia wspaniały dar waszej miłości --- rzekł król, stając niespodzianie pomiędzy rozmawiającymi. --- Cieszyć was będzie, małżonko miła --- mówił dalej --- gdy
spomnicie, że w godne ręce dostaną się one księgi uczone; toć
przeszło od wieka szkoła krakowska wydaje męże<pe><slowo_obce>szkoła krakowska wydaje męże mądrością sławne</slowo_obce> --- szkoła krakowska wydaje ludzi sławnych ze swojej mądrości.</pe> mądrością sławne, a jej uczeń, Mikołaj Kopernikus, nieśmiertelną chwałą polskiego imienia właśnie napełnia świat cały.</akap_dialog>
<akap>Bona słuchała słów męża ze spuszczonymi oczyma, zmieszana i zawstydzona.</akap>




<akap_dialog>--- Prośbę mam wielką, miłościwy królu --- zawołał znienacka Stańczyk, nieodstępny trefniś Zygmunta I, i pokłonił się do samej
ziemi, aż dzwonki u czapki zabrzęczały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż tam nowego umyśliłeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, zgadłeś, królu, o nowość mi chodzi. <begin id="b1356723459631-1604385072"/><motyw id="m1356723459631-1604385072">Śmiech, Błazen</motyw>Wybieram się jutro do Włoch; dasz mi pieniędzy na drogę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty tam po co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po błazeństwo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaliż<pe><slowo_obce>zaliż</slowo_obce> (daw.) --- czy, czyż.</pe> go mało masz w Polsce? --- ostrym głosem spytała Bona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest ci ta coś niecoś na codzienną potrzebę; lecz gdy wszystko
zdaniem pani najmiłościwszej znamienitsze jest w tej krainie
wybranej, przeto i błazeństwa nowomodnego, a doskonalszego nie
gdzie indziej dostanę. Daj, królu, na drogę; zobaczycie, jakim ja to arcybłaznem powrócę.</akap_dialog>


<akap>Roześmiał się Zygmunt, zachichotali paziowie, królowa skrzywiła usta z niesmakiem, a panny dworskie, znalazłszy się między młotem a kowadłem, stały sztywne, poważne i bez wyrazu, istne lalki drewniane.<end id="e1356723459631-1604385072"/></akap>


<akap_dialog>--- A gdy chodzi o sztukę --- mówił król, nawiązując przerwaną
rozmowę --- nie tak znów ubodzy jesteśmy, byśmy się aż trapić mieli, toć mistrza Wita piękne dzieła nie mają sobie równych. Co się zaś tyczy nowej sztuki, radzi ją w naszym kraju zaszczepimy. Oto właśnie mistrz Bartolomeo wykończył abrysy do budowy nowego
pałacu, jaki wasza królewska mość mieć żądasz. Oglądałem to już
i właśnie zdania waszej miłości przyszliśmy zasięgnąć, czy krużganki kolumnowe, okalające podworzec, należy dać ino na pierwszym i drugim piętrze, czy takoż i na dole?</akap_dialog>


<akap>Mistrz Berecci rozwinął przed królową plany i tłumaczył, co te lub owe linie oznaczały, a król, zadowolony z delikatnej nauczki, jaką dał żonie za jej niesprawiedliwe mowy, uśmiechał się nieznacznie i w roztargnieniu głaskał po główce małą księżniczkę Jadwigę.</akap>


<akap>Król Zygmunt, mężczyzna wówczas pięćdziesięciokilkoletni, robił wrażenie człowieka jeszcze młodego, w całej pełni sił męskich.
Wyniosłej budowy ciała, szeroki w ramionach, dobrej, lecz proporcjonalnej tuszy, postacią swą uosabiał potęgę i silną wolę. Głowę miał bardzo foremną, profil rzymski, oczy przenikliwe i mądre, ocienione gęstymi brwiami, usta dumnie zarysowane z wysuniętą naprzód dolną wargą, wspólne Jagiellonom dziedzictwo po Elżbiecie austriackiej. <begin id="b1356724132038-630676185"/><motyw id="m1356724132038-630676185">Strój</motyw>Ciemne włosy nosił ówczesną modą długie, lecz dla wygody lub w gorące dni letnie podczesywał je nieco w górę
i pokrywał nagłownikiem siatkowym, z cienkich jedwabnych sznurków złocistych plecionym. Toteż dziejopis jego robi wzmiankę, że ,,w czepcu rad chadzał"<pa><slowo_obce>dziejopis jego robi wzmiankę, że ,,w czepcu rad chadzał"</slowo_obce> --- J. L. Decius, <tytul_dziela>De Sigismundi regis temporibus</tytul_dziela>.</pa>.</akap>


<akap><begin id="b1356724097927-1207269409"/><motyw id="m1356724097927-1207269409">Król</motyw>Nosił się zazwyczaj ciemno i dziś więc odziany był w szubę<pe><slowo_obce>szuba</slowo_obce> (daw.) --- futro, długie zimowe okrycie podbite futrem.</pe> z cienkiego, cynamonowej barwy sukna, bramowaną<pe><slowo_obce>bramowany</slowo_obce> (daw.) --- obszyty lamówką; por. <wyroznienie>obramowanie</wyroznienie>.</pe> sobolami<pe><slowo_obce>soból</slowo_obce> --- zwierzę futerkowe z rodziny łasicowatych.</pe>. Nogawice obcisłe, ciemne, ciżmy naturalnego koloru skóry. Tak przedstawiał się król Zygmunt na zewnątrz.</akap>


<akap><begin id="b1356724162927-3999864853"/><motyw id="m1356724162927-3999864853">Rycerz</motyw>Dusza królewska równie wspaniałe i imponujące miała cechy, jak ciało.<end id="e1356724132038-630676185"/> Z natury małomówny bardzo, roztropny i sprawiedliwy, nad czynem każdym, jak i nad słowem rozważał długo; za to raz
powziąwszy jakiś zamiar lub wypowiedziawszy stanowcze zdanie,
trzymał się go uparcie i nigdy nie zmieniał. Gdy co przyrzekł,
dotrzymał święcie i za największą chlubę uznawał, jeżeli sprawdził,
że na czyimś słowie polegać było można.</akap>


<akap>Jedyne, co go kiedykolwiek zastraszało, to myśl, czy ten lub ów
postępek zgodny jest z prawem i z chrześcijańską uczciwością.
Nawet w rzeczach małej wagi pytanie: uchodzi? nie uchodzi?
--- było mu zawsze probierzem<pe><slowo_obce>probierz</slowo_obce> --- miernik, punkt odniesienia, służący za podstawę oceny.</pe>. Szczęście osobiste, pomyślność
kraju niczym mu były, gdyby je przyszło okupić czynem nieprawym. Przysłowiowe wyrażenie ,,dedecet" (nie uchodzi) często bardzo miał na ustach. Gorliwy chrześcijanin, brzydził się nowatorstwami religijnymi i wzgardę miał dla odstępców od Kościoła
rzymskokatolickiego.<end id="e1356724162927-3999864853"/><end id="e1356724097927-1207269409"/></akap>


<akap>Gdy tak stali przy sobie oboje z Boną, tworzyli parę małżonków
skończenie piękną i fizycznie jak najdoskonalej dobraną. Rozum
i wykształcenie Bony również znakomitymi nazwać można było;
jedynie dusza jej i charakter odbiegły od ideału, którego żywym
wcieleniem był Zygmunt.</akap>


<akap>Budowniczy, odebrawszy pewne wskazówki i zanotowawszy sobie życzenia królowej, oddalił się; król pozostał z całym towarzystwem.</akap>


<akap_dialog>--- Wybrałyście się, wasze miłoście, jak widzę, z robótkami<pe><slowo_obce>robótka</slowo_obce> --- drobna praca ręczna, wykonywana przez kobiety wyższego stanu: szycie, haftowanie, szydełkowanie itp.</pe> do
ogrodu na pogawędkę. Gdzież dziatki? Czy w sadzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bellina kaszle, a Zygmunta lękam się wypuszczać z komnaty,
powietrze za ostre.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pieścisz je wasza miłość nad miarę; ciepło, sucho, powietrze
zdrowe; ja bym radził nawet Zosieńkę wynosić na parę godzin na
słońce, a starsi śmiało po całych dniach bawić się mogą z Jadwisią
przy Szczepanowej.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Obawiam się...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Pomnijcie, królowo moja, że nie ino włoska, ale i pełna
wigoru polsko-litewska krew płynie w żyłach naszego potomstwa.
Nie wygrzewać przy piecu, nie chronić od lada powiewu; zdrowe córy chcę mieć i syna dzielnego, a nie panięta z morskiej piany!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jutro nie omieszkam spełnić wolę waszej miłości; dziś zda mi się już za późno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapewne. Aa... księgi na stole! Jejmość panna Beltrani przeczyta nam coć pięknego. Zasiądźmy i słuchajmy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na czymżeśmy to stanęli? --- spytała Bona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czytałam wczoraj, jako Rugier zwyciężył Eryfilę dziewięsiłkę i szedł do pałacu Alcyny --- odpowiedziała Laura.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ariosto? --- spytał król.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jest, proszę waszej królewskiej mości, <tytul_dziela>Orland szalony</tytul_dziela>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Jadwisia rozumie do tyla włoską mowę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przysłuchuję się ciekawie i rozumiem bez mała, najmiłościwszy ojcze --- odpowiedziała dziewczynka, całując króla w rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zacznijcie, proszę, słuchamy.</akap_dialog>


<akap>Laura szukała chwilę po strofach oczami i tak zaczęła:</akap>






<poezja_cyt><strofa>
<wers_wciety typ="2">Zbiwszy bohatyr z konia sprosną białogłowę</wers_wciety>/
<wers_wciety typ="2">Dobył miecza...</wers_wciety>
</strofa></poezja_cyt>


<akap_dialog>--- To już było... --- przerwała czytanie królowa.</akap_dialog>


<akap>Mrucząc półgłosem, lektorka przebiegła parę strof i czytała dalej:</akap>





<poezja_cyt><strofa>Sama tylko Alcyna wszystkich zaś pięknością/
Przechodzi, jako słońce, gwiazdy swą jasnością.</strofa>





<strofa>Stan tak piękny i tak ma dobrze pomierzony,/
Jaki tylko zmaluje malarz nauczony;/
U długiej i na węzły powiązanej kosy<pe><slowo_obce>kosa</slowo_obce> (tu daw.) --- warkocz.</pe>/
Lśniły się jako złoto jej żółtawe włosy./
Róże się, wychowane w sabejskich ogrodach,/
Z fijołkami rozeszły po gładkich jagodach;/
Z gładzonych alabarstrów ma wyniosłe czoło,/
Którem po wszystkich stronach obraca wesoło.</strofa>





<strofa>Pode dwiema cienkiemi, czarnemi łukami/
Są dwie oczy<pe><slowo_obce>dwie oczy</slowo_obce> --- dziś: dwoje oczu.</pe>, ale je lepiej zwać gwiazdami,/
Oczy, pełne litości, samy w się ubrane,/
W których skrzydlata Miłość gniazdo ma usłane,/
I widać prawie dobrze, kiedy z nich wychodzi/
I łuk ciągnie, i w serce widomie ugodzi./
Twarz dzieli nos tak piękny --- wolę was nie bawić ---/
Że sama Zazdrość nie wie, gdzie by go poprawić./
Pod niem wdzięczne, w nie mniejszej zostawując chwale,/
Są usta, w przyrodzone ubrane korale./
W nie dwa rzędy wybranych pereł...<pa><slowo_obce>Sama tylko Alcyna wszystkich zaś pięknością (...)</slowo_obce> --- przekład Piotra Kochanowskiego.</pa></strofa></poezja_cyt>



<akap_dialog>--- <slowo_obce>Morisco!... Dio mio... sono morta!</slowo_obce><pe><slowo_obce>Morisco!... Dio mio... sono morta</slowo_obce> (wł.) --- umieram, o mój Boże, nie żyję.</pe>... --- przeraźliwy pisk Lukrecji Caldorry przerwał czytanie.</akap_dialog>


<akap>Najmłodsza z panien dworskich tak się czegoś przelękła, że nie
bacząc na majestat i osoby królewskie, wskoczyła na ławkę i drżąc
na całym ciele, krzyczała wniebogłosy. Wszyscy patrzyli na nią ze
zdumieniem; biedactwo było tak nieprzytomne, że nawet Bona nie
poczuła się obrażoną jej niesfornym zachowaniem.</akap>


<akap_dialog>--- Czego krzyczysz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ci się stało? Czy cię żmija ugryzła? --- pytały towarzyszki
przestraszone.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tam... tam... potwór... ach! sunie ku nam... <slowo_obce>Santa Margueritta!
San Giorgio! Diffendete mi!</slowo_obce><pe><slowo_obce>Santa Margueritta!
San Giorgio! Diffendete mi!</slowo_obce> (wł.) --- święta Małgorzato, święty Jerzy, ratujcie mnie.</pe> --- wzywała świętych skutecznych przeciw smokom.</akap_dialog>


<akap>Inne panny, spojrzawszy w kierunku jej oczu osłupiale zapatrzonych, zerwały się jak oparzone i chórem zawiodły wrzask
nieludzki.</akap>


<akap>A na samym końcu ścieżki, tuż za wirydarzykiem królewny Jadwigi, poruszało się ciężko jakieś istotnie niesamowite stworzenie...</akap>


<akap>Mała księżniczka przytuliła się do ojca, który ją objął ramieniem
i patrzał ze śmiechem na dziwaczne miny i konwulsyjne podskoki
panien dworskich.</akap>


<akap_dialog>--- Idźże waść, zobacz, co tam takiego! --- krzyknął na Stańczyka.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1355401573549-695126213"/><motyw id="m1355401573549-695126213">Śmiech</motyw>Ale ten padł na trawnik i tarzał się ze śmiechu, wierzgając nogami jak źróbek, rozhukany w szale wesołości.</akap>


<akap_dialog>--- Co za uszy kłapciaste! --- wołała jedna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czerwone jak płomień! --- wrzeszczała druga.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1356733185550-320827456"/><motyw id="m1356733185550-320827456">Potwór, Pies</motyw>--- Pysk biały, ślepia w krwawych orbitach!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cielsko obmierzłe!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pręgi jak u tygrysa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co za sierść niewidzianej maści!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zielona niczym trawa, a smugi po niej ceglaste!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ogon ptasi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na nogach guzy jakieś czy narośle!</akap_dialog>


<akap>Potwór, co z początku wlókł się ociężale i wahająco, nagle spuścił łeb ku ziemi, a uszy olbrzymie opadając łeb mu cały zasłoniły i biegł... pędził... leciał... aż... skoczył w objęcia na wpół omdlałej signory Izabeli Papacody. Nie ma na świecie pióra, które
by zdolne było odtworzyć martwymi literami skrzypienie ochrypłe,
jakie wydała z siebie nieszczęsna dziewica.</akap>


<akap>Znalazłszy się w bezpiecznej przystani straszydło wspięło się na
tylne łapy, przednie oparło na szyi donny Izabeli i jęło ją lizać po twarzy różowym języczkiem.</akap>


<akap_dialog>--- Kupido!... <slowo_obce>Poverino mio</slowo_obce><pe><slowo_obce>poverino mio</slowo_obce> (wł.) --- mój biedaku.</pe>! <slowo_obce>Carissima bellezza mia</slowo_obce><pe><slowo_obce>carissima bellezza mia</slowo_obce> (wł.) --- moje najdroższe śliczności.</pe>! --- oblewając
pieska strumieniami łez gorących, wołała dama.</akap_dialog>


<akap>A łzy te serdeczne zmywały po części farbę z sierści Kupidynka,
przenosząc ją na stanik, spódnicę, rękawy, a nawet, o zgrozo, na
wygorsowaną szyję i wąsate oblicze signory.</akap>


<akap_dialog>--- Jedno urodne i drugie niczego --- dziwował się Stańczyk,
potrząsając dzwonkami.</akap_dialog>


<akap>A król Zygmunt rozbawiony, jak może od młodości mu się nie
przytrafiło, śmiał się, śmiał, śmiał do rozpuku.<end id="e1356733185550-320827456"/><end id="e1355401573549-695126213"/></akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Guardate che disgrazia</slowo_obce><pe><slowo_obce>guardate che disgrazia</slowo_obce> (wł.) --- spójrzcie, co za nieszczęście.</pe>! Pomalowali cudni Kupidu! Uszy doprawili... do śliczny ogonek pióry kogutu... <slowo_obce>la mia povera bestiolina</slowo_obce><pe><slowo_obce>la mia povera bestiolina</slowo_obce> (wł.) --- moje biedne zwierzątko.</pe>! Lapeczki mala owiązali <slowo_obce>con conce</slowo_obce>... <slowo_obce>Briganti</slowo_obce><pe><slowo_obce>briganti</slowo_obce> (z wł. <slowo_obce>brigante</slowo_obce>) --- bandyci, łobuzy, zbóje.</pe>! <slowo_obce>Lazzaroni</slowo_obce>! <slowo_obce>Maladetti</slowo_obce><pe><slowo_obce>maladetti</slowo_obce> (z wł. <slowo_obce>maledetto</slowo_obce>) --- przeklęci.</pe>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie domyślasz się, wasza miłość, kto może być sprawcą tak niecnego figla? --- spytała królowa ochmistrzynię.</akap_dialog>


<akap>Lecz nim signora Arcamone zdołała zebrać rozpierzchłe myśli,
Papacoda krzyknęła łkając:</akap>


<akap_dialog>--- Kto? Ja przysięgała na główka mój piesek, co to pazie uczynili... nie kogo innemu, ino pazie! A nawet powiedziała który:
questa canaglia di Cristophoro, il piccolo barbaro<pe><slowo_obce>questa canaglia di Cristophoro, il piccolo barbaro</slowo_obce> (wł.) --- ten łobuz Krzysztof, ten mały barbarzyńca.</pe> Czi... Cza... <slowo_obce>mi
ramento giá</slowo_obce><pe><slowo_obce>mi rammento giá</slowo_obce> (wł.) --- już sobie przypominam.</pe>! Czema! Certissimo<pe><slowo_obce>certissimo</slowo_obce> (wł.) --- na pewno.</pe>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz się to wyśledzi i bądź wasza miłość przekonaną, że z całą
surowością wymierzymy karę --- uspokajała rozszlochaną Włoszkę
królowa --- mocno mię ino dziwi, że wam, najmiłościwszy panie,
ucieszną i śmiechu godną widzi się psota, która dokuczyła aż do
rzewnych łez osobie tak zacnej i tak bardzo mi bliskiej, jak signora Papacoda. Gdyby coś podobnego Polkę spotkało, znalazłaby się sprawiedliwość.</akap_dialog>


<akap>Król spojrzał surowo na żonę, lecz nie odpowiadając wprost na niesłuszny zarzut, dał znak ręką jednemu z paziów:</akap>


<akap_dialog>--- Hej, Zbylitowski! Biegaj co żywo do pana ochmistrza Strasza,
powiedz, że go prosimy tutaj w bardzo ważnej sprawie. Z nikim po
drodze nie mówić słowa! Rozumiesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham, najmiłościwszy panie!</akap_dialog>


<akap>Pobiegł paź, sprowadził ochmistrza i wytoczono przed jego trybunał całe zajście z Kupidynkiem. Jegomość pan Strasz, zarówno jak i Papacoda, sumiennie był przeświadczony, że to zemsta Krystka
Czemy za pokąsaną łydkę; lecz na żądanie króla, który nie poszlak
i podejrzeń, ale niezbitej pewności się domagał, postanowiono
zwołać wszystkich dwustu paziów do ogrodu i badać jednego po
drugim. Który by nie umiał się wytłumaczyć, co robił od godziny
obiadowej do tej pory, będzie prawdopodobnie winowajcą. Przy
obiedzie bowiem najmilejszy Kupidło kręcił się jeszcze po pokojach
fraucymeru, we własnej swej, nie zmienionej postaci.</akap>


<akap>Paziowie, zajęci cały dzień na służbie u króla jegomości i u najmiłościwszej pani, nie wchodzili oczywiście w rachubę, gdyż ani na krótki czas nie opuszczali pokoi królewskich. Tak więc nazwiska tych dwudziestu czterech szczęśliwców wypisano na karcie papieru, a resztę zwołano. Pokazało się, że wszyscy mieli lekcję łaciny zaraz po obiedzie aż do godziny czwartej, czyli podług ówczesnych zegarów do godziny szesnastej; następnie grali w palcaty na wielkim podwórcu i prosto stamtąd zawołani przybiegli do ogrodu. Pan bakałarz<pe><slowo_obce>bakałarz</slowo_obce> (daw.) --- nauczyciel.</pe>, mistrz Ambroży z Olkusza, zaręczał, że na początku lekcji czytał ich nazwiska i nie brakowało żadnego; to jest właściwie trzech tylko nie stawiło się.</akap>


<akap_dialog>--- Aha... hhhrrrum --- odchrząknął ochmistrz --- którzyż to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dymitr Montwiłł, Andrzej Boner i Krzysztof Czema.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mówiła? Nie mówiła? --- krzyczała Papacoda, wznosząc w górę pięści i dysząc zemstą.</akap_dialog>


<akap>Pan Strasz i pan bakałarz pośpieszyli na górę zrewidować
mieszkanie obwinionych i osadzić ich w karceresie. Lecz niestety,
ani resztek farby, ani zrzynków czerwonej materii, ani piórka
jednego... nic nie znaleźli. Na oknie ino leżał ogryzek kiełbasy, atoli nikomu na myśl nie przyszło, by ten drobny szczegół miał jakikolwiek związek ze sprawą biednego Kupidynka. W izbie nie było
nikogo prócz Dymitra Montwiłła śpiącego twardo. Szarpali nim i trzęśli --- ledwie się ocknął; a każde jego słowo i całe zachowanie
się wobec sędziów świadczyły wymownie, że jak do łaciny, tak i do
sztuki malarskiej nie posiada najmniejszej zdolności. Wzięty w krzyżowy ogień zdradliwych pytań ochmistrza i bakałarza, odpowiadał spokojnie, patrzył im prosto w oczy, a ziewał przy tym
tak serdecznie, że chcąc nie chcąc, musieli mu wtórować.</akap>


<akap>Gdy prześladowcy odeszli, zadumał się Dmytruś głęboko; chodził
sumując wzdłuż komnaty i parę razy wyrwało mu się z ust pytanie:</akap>


<akap_dialog>--- Taj czego oni chcieli ode mnie? Coże mnie wykręcali na wszystkie boki? Ot, tobi masz z taką robotą!</akap_dialog>


<akap>Nagle stanął, uderzył się ręką w czoło...</akap>


<akap_dialog>--- Mamoż ty moja mileńka! Głupi ja, że nie zgadł od razu! Chłopcy nabroili znowuż i stary Odmiwąs obławę robi. Ani wątpić, Jędrek... jakbym go widział... a może i który jeszcze... tak, coże oni
myśleli? Że ja im wydam kolegów, jak Judasz? Żeby mi się byli
przyznali, tak może bym i obronił, ale co gadać, kiedy nic nie wiem. Wpadliście, sierotki, w kałabanię<pe><slowo_obce>kałabania</slowo_obce> (z ukr. a. białorus.) --- kałuża; tu: tarapaty, kłopoty.</pe>... nic to, nie bójcie się, już ja was wytaszczę, choćby się sam miał stalapać.</akap_dialog>


<akap>Zostawiam wyobraźni czytelników odtworzenie onej pracowitej godziny, w której dwie pary pilnych rąk przeistoczyły zgrabnego
Kupidynka w potwór apokaliptyczny, a uprzedzając astmatycznego
Strasza i pulchnego, na krótkich nóżkach bakałarza, biegnę śladem
złoczyńców. Nieśli oni cichaczem jak najustronniejszymi schodkami i korytarzami kosz z pokrywą do ogrodu. Tam również zapadli w boczne ścieżki gęsto zarosłe; dopiero przy Baszcie Sandomierskiej, tuż obok wirydarza królewny, skrywszy się za szkarpę, wypuścili swoją ofiarę.</akap>


<akap_dialog>--- Teraz nie ma co dłużej popasać, drała nad rzekę! --- zakomenderował Boner.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to... bez mur? Wżdy nas kto pewnikiem spostrzeże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupiś... czy ci kazuję bez mur? Stoi przy furtce i pyta się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zamknięta?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po zachodzie słońca dopiero straż zamyka wszystkie wyjścia na kłody; teraz ino zasunięte na skubel.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A z koszem co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Weźmiemy go do rzeki, wypłukać trzeba dobrze, bo się ano cudnie usmarował i mógłby nas niechybnie zdradzić.</akap_dialog>


<akap>Wymknęli się tedy przez furtkę i zbiegli pędem po pochyłości góry nad Wisłę. Tam Jędruś, który miał w całym mieście przeróżne stosunki, skoczył do znajomego rybaka.</akap>




<akap_dialog>--- Pożyczcie mi dwóch wędek, Szymonie. A śpieszcie się na miły Bóg!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toli są, paniczku; ledwiem co z Frankiem od wody powrócił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rety... ryby może macie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści mam, pełen koszyk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co za nie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ile ta paniczek dadzą, tyle wezmę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dwa złote chcecie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dorzućcie ta parę groszy, bo ładnie mi się ułowiły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na, macie; dawajcie chyżo<pe><slowo_obce>chyżo</slowo_obce> (daw.) --- szybko.</pe>. A niech was Bóg broni jedno słówko pisnąć komukolwiek, żeście je nam sprzedali! Złamanego szeląga nie dałbym wam już nigdy zarobić!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co bym miał gadać, pojem se ano i spać legnę, bo od rana w gębie nic nie miałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętajcież!</akap_dialog>


<akap>Zbiegli chłopcy trzydzieści kroków nad sam brzeg rzeki, wypłukali kosz skrzętnie, przesypali doń ryby, kobiałkę Szymona wrzucili do jego łodzi, a sami zasiedli do pracy i zapuścili wędki.</akap>


<akap_dialog>--- Panie ochmistrzu... tędy, tędy, prosto nad rzekę --- szeptał
bakałarz --- przeczucie mi mówi, że ich tu gdzieś znajdziemy.
Pewnikiem polecieli wykąpać się, bo to i ręce, i twarze muszą mieć
uwalane jak nieboskie stworzenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pst... widzisz ich waszmość?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toli siedzą z wędkami, jak niewiniątka...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha! Tuście mi, niewstydniki! Ciężki sąd i kara was nie minie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, najdroższy panie bakałarzu! Wżdy nigdy nie jesteście srogim dla nas!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miłościwy panie ochmistrzu! My się jutro wszystkiego wyuczymy <slowo_obce>expedite</slowo_obce><pe><slowo_obce>expedite</slowo_obce> (łac.) --- biegle, dokładnie.</pe>...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak nas coś kusiło dzisiaj na rybki...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, no, bardzo proszę, przez krotofil<pe><slowo_obce>krotofila</slowo_obce> a. <slowo_obce>krotochfila</slowo_obce> --- żart, dowcip; farsa.</pe>... nie pomnażajcie swojej
winy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechże nas Bóg broni przed takowym pomnażaniem! Wżdy błagamy o przebaczenie po stokroć, żeśmy lekcję łaciny opuścili, ale na cześć naszą przyrzekamy powetować to jutro w dwójnasób.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Milczeć! Hhhrrrum... o pieska donny Papacody chodzi, niecnoty jedne!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to łotr bezecny... --- oburzył się Krystek --- kogóż znowu
pokąsał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dość już wykrętów... nie na gadanie do was przyszedłem; marsz na górę! Król jegomość wie o wszystkim i będzie was sądził.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Za parę werbów<pe><slowo_obce>za parę werbów</slowo_obce> (z łac. <slowo_obce>verbum</slowo_obce>: czasownik, słowo) --- z powodu kilku czasowników, tj. z powodu opuszczonej lekcji łaciny.</pe>?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za jedną lekcję? Sam król?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Milczeć! Marsz na górę, powiadam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale idziemy, idziemy, ino kosz z rybami trza zabrać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z jakimi rybami?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A o... tyle ślicznych karpi, karasi, nawet dwie szczuki...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od samego obiadu człek siedzi, pełen kosz nałowiliśmy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy ich nie wrzucimy na powrót do wody --- burknął zuchwale Boner.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wasza miłość pozwoli odnieść to do marszałkowskiej kuchni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chcieliśmy się Serczykowej podchlebić; pięknieśmy wyszli!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za taką błahostkę do samego króla!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdyby wasza miłość nie był tak zagniewanym, przysiągłbym, że sobie ino dworuje<pe><slowo_obce>dworować</slowo_obce> --- kpić, żartować z kogoś.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechże pan ochmistrz ulituje się ten ostatni raz, każe nam
wlepić po dziesięć batów na kobiercu, pocałujemy go w rękę i sza!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak Boga kocham, nijakiej uciechy biedny paź zażyć nie może!</akap_dialog>

<akap>Malcy paplali bez wytchnienia, jak najęci, a biedny Strasz i mistrz Ambroży stali zmieszani, zupełnie zbici z tropu i poglądali
na siebie, ruszając ramionami.</akap>





<akap_dialog>--- Alibi... --- westchnął ochmistrz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Alibi... --- westchnął bakałarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszałeś, co mówili? --- w samo ucho syknął Jędruś Krystkowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to jakże... czegóż czekamy? Idziemy na tę górę czy nie? --- domagał się Czema z odwagą męczennika wiedzionego na tortury.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idźcie precz na złamanie karku! Niech was moje oczy nie widzą!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bóg zapłać waszej miłości; trzymajże i ty kosz, bo ciężki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodźmy --- rzekł Strasz --- trzeba królowi jegomości zdać sprawę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właściwie rzekłszy, to chyba nie między paziami szukać trzeba winowajcy --- zauważył Ambroży.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I mnie się tak zdaje. Chwała Bogu.</akap_dialog>


<akap>W zamkowym ogrodzie tymczasem niewesoło się bawiono: królowa, rozdrażniona do najwyższego stopnia, mówiła niby do swych towarzyszek, lecz co drugie zdanie wtrącała jakiś przytyk do męża, tonem szorstkim, zjadliwym. Robiła to jednak o tyle zręcznie, że można było nie rozumieć tych przykrych słówek i król Zygmunt, nie chcąc doprowadzać do poważniejszego nieporozumienia, starał się nie słuchać i nie słyszeć tej niebezpiecznej rozmowy.</akap>


<akap>Signora Papacoda pobiegła z ukochanym zwierzątkiem do swej komnaty, by za pomocą wody, mydła i ścierek przywrócić Kupidynkowi jego pierwotną urodę. Poczciwy Stańczyk coraz to nowymi konceptami silił się zabawić króla, ale w powietrzu ciągle jeszcze wisiała burza.</akap>


<akap>I paziów rola łatwą nie była: jeśli nie oni osobiście, to kilku z ich grona obraziło ulubioną damę dworu, a obrazę odczuła gniewnie
królowa. Stali więc wyprostowani w szeregu, nie śmiejąc po cichu
nawet rozmawiać z sobą.</akap>


<akap>Wtem wielkie zdziwienie odmalowało się na ich twarzach, najpierwsi spostrzegli coś niebywałego i niespodziewanego: oto na ścieżce, wiodącej od strony podwórza, ukazał się Dymitr Montwiłł... nie wołany, nie będący w służbie, w szarym codziennym ubraniu. Kołpaczek<pe><slowo_obce>kołpak</slowo_obce> --- tu: wysoka czapka bez daszka.</pe> barankowy miał w rękach i szedł z jakimś wahaniem, to
przyśpieszając kroku, to stając, to wlokąc się noga za nogą... W końcu przemogła silna wola nad obawą; biegnąc prawie, doszedł do króla i upadł przed nim na kolana.</akap>


<akap_dialog>--- Raczcie, najmiłościwszy panie --- zaczął, jąkając się --- raczcie rozkazać, bym został ukarany, bo... to... ja zawiniłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty? Wszak ochmistrz...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jam to uczynił; przyznaję się waszej królewskiej mości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dwadzieścia pięć korbaczów<pe><slowo_obce>korbacz</slowo_obce> (daw.) --- bat, bicz; uderzenie biczem.</pe>! --- krzyknęła, nie hamując swej
złości, Bona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczegożeś to zrobił? Powiedz szczerze.</akap_dialog>


<akap>Montwiłł milczał.</akap>


<akap>A Stańczyk, wsparty na poręczy ławy królewskiej, rzucał badawcze i przenikliwe spojrzenie w twarz klęczącego chłopaka.</akap>


<akap_dialog>--- Wiedziałżeś, że to koń miłościwej pani, gdyś mu obcinał ogon? --- spytał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak możecie posądzać mnie nawet o podobne bezeceństwo! --- krzyknął paź z oburzeniem. --- Obciąłem ogon, to prawda, ale
mniemałem, że to wierzchowiec panny de Opulo; te siwki takie do
siebie podobne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wstań i pójdź bliżej --- rzekł król łagodnie.</akap_dialog>


<akap>Położył rękę na ramieniu Dymitra i spytał:</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego kłamiesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja... praw...</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1356733389512-86918485"/><motyw id="m1356733389512-86918485">Poświęcenie, Przyjaźń, Kłamstwo</motyw>--- Kłamiesz. Przyznajesz się do winy, a wcale nie wiesz, o co
chodzi. Konie wszystkie zdrowe, żadnemu ogona nie brakuje. Przecz<pe><slowo_obce>przecz</slowo_obce> (daw.) --- dlaczego.</pe> skłamałeś?</akap_dialog>


<akap>Chłopak milczał.</akap>


<akap_dialog>--- A to Litwin uparty! --- szepnął król do Stańczyka. --- Jeżeli
powiesz prawdę, choćbyś i winien był, nie spotka cię kara. Nie chcesz, to cię każę natychmiast odesłać rodzicowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O panie najmiłościwszy... najlepszy... tak już powiem. Jego
miłość pan ochmistrz, jego miłość pan bakałarz przyszli do naszej
izby, a zbudziwszy mnie nagle ze snu, rozpytywali, a trapili, a wyciągnąć ze mnie duszę chcieli, aż mnie z tego wszystkiego
w głowie zakręciło się. Dopiero, kiedy się zabrali z komnaty, jasność mnie ogarnęła... chyba gdzie niektóry z paziów co przeskrobawszy. Także ja rzekę do siebie: ,,I nic nie zrobisz dla dobrych kolegów, Montwiłł? Choćbyś i bicie dostał, nu to i co? Lepiej tobie wytrzymać, coś twardy i zęby ściśniesz, niż Boże broń na słabszego by padło". Tak ja i przyszedł przyznać się najmiłościwszemu panu jedno bieda, że nie wiedział do czego.</akap_dialog>


<akap>I znowu runął do nóg królowi.</akap>


<akap>Zygmunt spojrzał przeciągle na żonę i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Zbyt pochopne sądy najczęściej okazują się mylnymi.</akap_dialog>


<akap>A gładząc dobrotliwie płową czuprynę Dmytrusia dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Zaiste warto paziem zostać, by zyskać takiego przyjaciela!<end id="e1356733389512-86918485"/></akap_dialog>




<naglowek_rozdzial>Rozdział II. Figiel
Jana
Drohojowskiego</naglowek_rozdzial>




<akap>Nazajutrz rano w izbie paziów żywa toczy się rozmowa przy ubieraniu.</akap>


<akap_dialog>--- Wiesz, Jędruś --- zagadnął Kostuś Gedroyć Bonera --- że o włos, o pajęczynę, a byłoby się wszystko wydało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści, jakim sposobem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprawiliśmy się tajemnie: zrzynki, strzępki, szmatki pozmiatałem własną ręką i do cna spaliłem na kominie; popiół nawet
rozgarnąłem aż do samej głębi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A miednicę z wodą, cośmy sobie ręce z farby myli --- dodał
Czema --- wyniosłem na strych i het porozlewałem po polepie<pe><slowo_obce>polepa</slowo_obce> --- warstwa gliny lub gliny z sieczką kładziona jako uszczelnienie.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co nas miało zdradzić? Ciekaw jestem --- puszył się Boner.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz ci powiem: pani Szczepanowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ona? Aniśmy jej nosa nie widzieli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za to ona widziała wasze oba i koszyk, i Kupidynka. Zahaczyliście o wirydarzu królewny; babina tam siedziała cichuśko, no i miała sobie najpiersze miejsce w onym teatrum, jakieście Papacodzie sprawili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rety... --- wyrzucą nas ze służby! --- wrzasnął Krystek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z jednej ręki strapienie i z tejże otrzymacie pociechę! ---
zadeklamował Gedroyć. --- Gdyśmy z ogrodu wracali po niefortunnym śledztwie, królowa jejmość kwaśna i nachmurzona, panny złe, jak jędzonki, a król i my wszyscy rozmiłowani w Montwille na umór...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Masz gadać co mądrego, to gadaj, a pleść nie wiedzieć jakie
głupstwa, to lepiej...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdyś chyba nie zapomniał, jako cię miłościwy pan pięknie
pochwalił? A żeśmy cię dopiero wczoraj naprawdę poznali, że nasze
serca k'tobie<pe><slowo_obce>k'tobie</slowo_obce> a. <slowo_obce>ku tobie</slowo_obce> (daw.) --- do ciebie.</pe> się kłonią, to i mówić nie trzeba... każdy to czuje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Et... nie marudziłbyś. Cożeś zaczął o Szczepanowej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, wyszła naprzeciw nas po królewnę Jadwigę, a skorom ją
mijał (szedłem w ostatniej parze), szepnęła mi na ucho: ,,Kłaniaj się waść ode mnie panom malarzom i doradź, coby na drugi raz pilniej się strzegli, bo gdyby tak kto inszy, a nie stara Szczepanowa, toby było krucho". ,,Dla Boga, nie wydajcie ich!" szepnąłem. Zaśmiała się, machnęła ręką: ,,Śpijcie spokojnie". I rozeszliśmy się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawdziwa łaska boska, że to ona była, a nie na ten przykład
wielebna dzwonnica Serczykowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale co tam rozmyślać o przeszłorocznym śniegu! Dobrze było,
udało się, nie wydało się, po całym ogrodzie huczek poszedł,
miłościwy pan przykazał szukać pilnie onego mistrza od piesków
malowania, więc też pilnie szukają... wiatra<pe><slowo_obce>wiatra</slowo_obce> --- dziś popr. forma: wiatru.</pe> w polu. A waszmość
panowie, sercem umiłowani, radujcie się, iże Andrzeja Bonera macie
pośród siebie, jako chwałę i piękną ozdobę stanu paziowskiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zarozumialec jakiś! --- żachnął się Czema. --- Wżdy pieska ja
sam, przez twojej rady umyśliłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A byłbyś co wskórał, matusina kukiełko, gdyby nie ja? Po
dziesięćkroć dałbyś się złapać na uczynku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchaj no, Jędrek --- przerwał mu Ostroróg --- nie masz się z czego bucić<pe><slowo_obce>bucić się</slowo_obce> (daw.) --- pysznić się, przechwalać się.</pe>, bo do figlów i psot wszyscyśmy skorzy, ilu nas tu jest, i gdy ino zechcemy dokazować, to starego Odmiwąsa w żółtaczkę
wpędzimy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, w gębieście mocni, robotym nie widział!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To zobaczysz. Słuchajcie wszyscy, zali wam się zda, co powiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pst!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czego chcesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coś się szmera za drzwiami...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Podejdźmy wszyscy na palcach... dość już tego podsłuchiwania, trza ptaszka złapać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty, Szydłowiecki, stań przy oknie i gadaj głośno, niby że to
rozmawiamy ze sobą, co by się w izbie cicho nie zrobiło, bo gotowo
uciec.</akap_dialog>


<akap>Gedroyć na przedzie, tamci za nim, podsunęli się ostrożnie do
drzwi, otwarli je znienacka... Signora Marina Arcamone w czepcu
nocnym na głowie i luźnej kwiaciastej sukni stała w korytarzu o pół
kroku ode drzwi i tak złapana niespodzianie, że nawet odskoczyć nie miała czasu.</akap>


<akap>Ostroróg, Montwiłł, Czema, Drohojowski i Boner parsknęli śmiechem szyderczym, a Gedroyć pokłonił się w pas jak przed królową.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż za niewysłowiona i niczym nie zasłużona łaska, że czcigodna pani ochmistrzyni raczy nawiedzić marnych paziów o tak
rannej dobie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prosimy, prosimy! --- wrzasnął chór jednogłośnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Schiocchi senza vergogna! Somari!</slowo_obce><pe><slowo_obce>Schiocchi senza vergogna! Somari!</slowo_obce> (wł.) --- głupcy bez wstydu, osły.</pe> --- drżąc z wściekłości,
zapiszczała dama i pobiegła do swej komnaty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tośmy babę przyhaczyli! Cha, cha, cha...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nieprędko się chyba drugi raz odważy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze jej tak, niech nie myszkuje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co tam wygadywała na nas? Nie słyszałeś, Pawełku?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przezwała nas niewstydnymi głupcami i osłami --- przetłumaczył Szydłowiecki.</akap_dialog>


<akap>Gedroyć uderzył silnie pięścią w stół.</akap>


<akap_dialog>--- Poczekaj, stara sowo! Jużem ci wczoraj nakarbował w pamięci za królewnę Jadwigę, dziś znowu... osły! Doznasz ty mojej wdzięczności, aż ci one osły bokiem wylezą!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A teraz zasiądźcie spokojnie i posłuchajcie --- zaczął znowu
Ostroróg.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchamy pilnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jędruś Boner się szczyci, że ino on jeden ma głowę do
trefnych figli; ja zasię twierdzę, że nie ma w tym nijakiej sztuki,
a przy dobrej woli każdy z nas mu dorówna abo i prześcignie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powtarzam swoje: w gęboście mocni!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tedy ustanówmy związek alboli<pe><slowo_obce>alboli</slowo_obce> (daw.) --- lub też.</pe> bractwo i niech każdy własnym pomysłem, własnymi siłami popisze się, jako zdoła najlepiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Figlikowe turnieje! --- zawołał Gedroyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A po włosku jak?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem: <slowo_obce>concorso</slowo_obce><pe><slowo_obce>concorso</slowo_obce> (wł.) --- konkurs, konkurencja.</pe> chyba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak się zwie, tak się zwie, ja przystępuję do bractwa! --- zawołał Jaś Drohojowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu, to i ja --- zawtórował dziwnie ożywiony od wczoraj Montwiłł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja także!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja! --- wołali wszyscy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale poczekajcie, to jeszcze nie koniec; zrobimy siedem gałek
z chleba, sześć jednakich, a siódmą usmarujemy sadzą, coby była
czarna. Będziemy je wszyscy ciągnąć, a który dostanie czarną, nie
należy do współzawodów, ino będzie naszym sędzią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojoj!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyją on sprawkę uzna za najtrefniejszą, ten zostanie naszym
hetmanem na cały rok.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E... ja tak nie chcę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wielka mi łaska być sędzią...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale zaszczyt nie lada!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to ci go darujemy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdyby tak sędziego do pomocy w robocie wołać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, nie wolno! Sprawiedliwy sędzia nie może się w takie rzeczy wdawać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rety... cobym to ino ja nie był!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Róbcie gałki, śpieszcie się!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już są.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czarna także?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści, o... niczym diabeł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale, ale, jedną odrzucić, bo Krystek już wczoraj swoje spełnił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, wsyp je do kołpaka, przykryj połą, a wy nie patrząc
ciągnijcie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biała!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biała!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biała!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biała!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O nieszczęsna godzino! --- jęknął Szydłowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taj dosyć, bo mnie na ostatku takoż biała znalazła się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc, Czema, <slowo_obce>ad acta</slowo_obce><pe><slowo_obce>ad acta</slowo_obce> (łac.) --- do działania.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkoda!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto co ma do powiedzenia? --- rozpoczął z powagą swe
urzędowanie Szydłowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja --- rzekł Drohojowski. --- Upraszam pokornie waszą
wielmożność, miłościwy sędzio, coby mi przyznane było prawo
zakończenia sprawy z Niemcem. Gdy za moim to jednym słowem stało się, iże ów medyk znamienity legł powalon ciężką chorością, tedy niech go już do końca operuję, za czym zdrowego i wesoluchnego waszym miłościom okazać nie omieszkam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyzwalamy! Pierwszy tedy numerus: Krzysztof Czema, drugi: Jan Drohojowski. Kto się zgłasza dalej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja proszę o trzecie miejsce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Konstanty Gedroyć. Już wpisane.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapisz wasza wielmożność: Mikołaj Ostroróg --- czwarty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tażeż mnie nie pchajcie na sam koniec! Cierpliwemu zawżdy
krzywda! Niechajże będę choć piąty... --- narzekał Montwiłł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja tam nie żalę się --- skromnie oczki spuszczając, cichym
głosem odezwał się Boner. --- Przyjmuję najpośledniejsze miejsce. Od dzisiejszego dnia zacznę się ćwiczyć w pokorze.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O, ty Judaszu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan sędzia nie wierzy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mikołka, chodź ze mną do Krabatiusa; wczoraj mu już wszelakie niemoce dolegały, godzi się odwiedzić biedaka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A my?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Was się później przywoła albo sami z własnej woli zgłoście się do pielęgnowania. No chodźże!</akap_dialog>


<akap>Przebiegli na drugą stronę korytarza, zapukali do drzwi. Słabym
głosem odpowiedziano ,,proszę".</akap>


<akap_dialog>--- Przychodzimy zapytać, jak zdrowie waszej miłości --- zaczął
Drohojowski.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355405325974-3039092172"/><motyw id="m1355405325974-3039092172">Choroba</motyw>--- Zawsze gorzej... zawsze gorzej; już mnie ostatnia nadzieja
opuszcza --- jęknął Niemiec.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1356727786710-1825075984"/><motyw id="m1356727786710-1825075984">Lekarz</motyw>--- Niech pan magister daruje moją śmiałość, ale czy nie pomnażacie swej słabości imaginacją?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żadną drogą. Przytomność mam, Bogu dzięki, stale pełną i z każdego uderzenia pulsu zdaję sobie sprawę... bije coraz słabiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyczyną tego, łacno zrozumieć, jest krwi puszczenie. Jako
medyk, wiecie lepiej od nas, że takowy środek siły odbiera.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale zarazem i chorość wigor swój traci.<end id="e1355405325974-3039092172"/> Najjaśniejsza pani
raczyła w jej wielkiej łaskawości przysłać mi własnego doktora.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Signora Bisantizzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jest; a bawiący tu w przejazdu signore Giulio di Santa
Croce nawiedził mnie również z własna przychylność. Uczoność tych mężów zdumieniem mnie napełnia. Wyjrzyjcie ino, chłopcy, w antykamera<pe><slowo_obce>antykamera</slowo_obce> --- poczekalnia lub przedpokój przed sypialnią.</pe> i zobaczycie, jak wiele mi leki signore Bisantizzi
przysposobił; zda się niepodobieństwem, by najsroższa febris tylu
specyfikom oprzeć się miała.</akap_dialog>


<akap>Zaciekawieni paziowie skoczyli do alkierzyka (pracowni Krabatiusa) i teraz dopiero Jaś Drohojowski zdrętwiał na myśl o możliwych skutkach swego płochego żartu: na okrągłym drewnianym stole w pośrodku izby stała cała bateria flaszek, puzderek, słoiczków
itd.; było tego około trzydziestu sztuk.</akap>


<akap>Rzucili okiem dokoła... półki z księgami i rękopisami piętrzyły się
przy dwóch ścianach; długi, wąski stół pod samym oknem zarzucony
był instrumentami lekarskimi, retortami do badań chemicznych; na
ścianie nad stołem wisiały dwie wagi, jedna na pospolitszy użytek,
druga maluchna aptekarska.<end id="e1356727786710-1825075984"/> Moździerz czarny, marmurowy, do ucierania proszków, drewniana forma do kręcenia pigułek, zioła suszone w ogromnych pękach, słowem, laboratorium alchemiczne i lekarskie.</akap>


<akap><begin id="b1355405691982-2815440380"/><motyw id="m1355405691982-2815440380">Lek</motyw>Ale te mikstury czerwone, białe, zielone, brunatne! Te jakieś
driakwie czy balsamy... Zaliż to wszystko miał spożyć nieszczęsny
chory z urojenia?</akap>


<akap>Jasiek jednym susem wrócił do sypialni i stanął przy łożu
Krabatiusa.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1355405744462-186639770"/><motyw id="m1355405744462-186639770">Choroba</motyw>--- O kochany panie magister... miejcie litość nad sobą! Nie
tykajcie tych podłych leków! Ino leżcie spokojnie, krwi już więcej
nie puszczajcie, my wam z kuchni samego króla miłościwego
dostarczymy rosołu i kurczątka w polewce lub wędliny świeżej.
Wypoczynek, zdrowe jadło, to najlepsze leki. Chciejcie mi wierzyć!<end id="e1355405691982-2815440380"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ty jesteś dobre dziecko --- odparł chory wzruszonym głosem
--- ale się tyle znasz na medycyna, co ja na teologia. Chorość moja
tkwi w żołądku, podkrada się ku pluc; chce zająć moje nerki i moja
wątroba, zanieczyszcza żyły. To wszystko jasno i uczenie wyłożył mi
doktor Bisantizzi; ano i ja sam, o ile mnie wybadać mogę, te
symptoma rozumiem nie inaczej.</akap_dialog>


<akap>Odpocząwszy chwilę, chory mówił dalej żałośnie:</akap>


<akap_dialog>--- Przeto najpierw organismus należy skrupulatnie wyczyścić,
co, dzięki uczynność tego zacnego męża, nad wyraz dokładnie
uskuteczniłem. Następnie mamy się wziąć do każdej wnętrzności
z osobna; Bóg miłosierny ulitował się nade mną zsyłając mi taką
jedną przemądrą pomoc. Może choć powoli odzyskam moje zdrowie.<end id="e1355405744462-186639770"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na Boga was zaklinam, dobry panie Krabatius... wstrzymajcie
się choć do jutra z tą straszną kuracją! Wspomnicie moje słowo, że się wam polepszy jak amen w pacierzu, ino nie pijcie tych bezecnych
jadów ani kropelki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ten drugi medyk nic wam nie zalecił? --- spytał Ostroróg.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Santa Croce? O, to jest jeden mąż także niepomiernej nauki! Ale jego metoda jest cale jedna inna; przepisał mi ciepłe kataplazmy<pe><slowo_obce>kataplazm</slowo_obce> --- gorący, wilgotny okład.</pe> na całe ciało, twierdzi bowiem, że wszelakich dolegliwości przyczyną są wilgotne wapory, dają się które wyprowadzić i precz usunąć przez gorące jedynie okłady.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to chyba nieszkodliwe --- szepnął Jaś do Mikołki i zaraz tonem pełnym przekonania prawił:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taki lekarz to prawdziwa gwiazda jaśniejąca; jego rady się
trzymajcie, panie magister! A wiecie dlaczego? Śmiało wam doradzam, gdyż właśnie (tu się zaciął, szukając konceptu) stryj mój
rodzony, który śmiertelnie zachorzał był przed miesiącem i przez
nadziei nieprzytomny już a konający leżał, kataplazmami jakby
cudem uleczony, krzepki i rzeźwy po czterech dniach z łoża powstał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może i dobrze radzisz, mój kochany chłopiec; będę tedy zostać przy kataplazmach. Zaiste, już pierwsza doza mikstury omdlenie mi przyciągnęła, a przykazał mi z sześciu flaszek kolejno co godzina trzy łyżki... lecz gdy nadejdzie Bisantizzi, a spostrzeże żaden ubytek leków...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O taką drobnostkę trapilibyście się, miły panie? Poulewamy
z każdej flaszki po trosze, niech ano ma uciechę, że was uzdrowił.
Kataplazmy gorące... to mi rada! Tego się trzymajcie: a rosół i wina dobrego kieliszek jeszcze nikomu nie zaszkodził. Przyniosę wam, dobrze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Apetyt by się znalazł, niesmak czułem srogi po miksturze, ale
to już przeszło: ino ten straszny żołądek kurcz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z głodu, panie magister, z głodu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha... ja zaryzykuję... rosołu parę łyżeczki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczycie, jak się wam polepszy! Lecę, a wrócę jak najrychlej. Spokój i ciepłe okłady! Tymczasem zaś przyjdą moi koledzy posługować waszej miłości, grzać i odmieniać kataplazmy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaliżby chcieli?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oni? Jeszcze nas, panie magister, nie znacie: zabawę rzucą, a do was przybiegną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tom sobie piwa nawarzył! --- zaśmiał się z cicha Jasiek do
kolegi, wychodząc z mieszkania chorego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino przypilnujmy, coby go ten truciciel nie przerobił na swoją
wiarę, to wszystko będzie dobrze --- odparł Ostroróg.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bogiem a prawdą żal mi starego i nie spocznę, póki go nie
uleczę. A co się wyleży, przepości, wygrzeje pod kataplazmami, to
ino na dobre mu się przyda, a nam ku zabawie. Krzyknij no po
drodze na tamtych, niech idą nie mieszkając<pe><slowo_obce>mieszkać</slowo_obce> (tu daw.) --- zwlekać.</pe> do Niemca i godnie mu
posługują. Dogonisz mnie przed kuchnią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdzież to paniczom tak pilno? Co za sprawa do królewskiej
kuchni? Czy was kto posłał, czy może ino po jaki przysmaczek dla
siebie? --- zaczepiła paziów Serczykowa, klucznica i gospodyni
drugiego stołu, zwanego marszałkowskim, przy którym jadali
przedniejsi dworzanie i armia paziów.</akap_dialog>


<akap>Pani Serczykowa pędziła przy dworze królewskim życie niezmiernie czynne, bo i zaopatrywanie spiżarni w różnorodne zapasy,
owocowe serki i powidła na zimę, wędliny, wydawanie kucharzom,
doglądanie, przyznać trzeba nader troskliwe, by uczestnikom drugiego stołu na niczym nie zbywało, zabierało jej wiele czasu.</akap>


<akap>Dobrowolnie zaś stwarzała sobie jeszcze uboczne zajęcie, gdyż
--- będąc ciekawą jak Ewa, żona Lota i wszystkie siedem żon
Sinobrodego, a gadulstwem nieokiełznanym przewyższając Midasowego balwierza<pe><slowo_obce>balwierz</slowo_obce> (daw.) --- fryzjer; <slowo_obce>Midasowy balwierz</slowo_obce> (mit. gr.) --- król Midas został ukarany przez bogów oślimi uszami, o czym
wiedział tylko jego fryzjer. Ten, zmęczony ukrywaniem tajemnicy, wykopał dołek w piasku i do niego wyszeptał sekret, a następnie zasypał. W tym miejscu wyrosła trzcina, a z jej szumem na wietrze tajemnica króla Midasa rozniosła się po świecie.</pe> --- wtrącała się z zapałem do spraw cudzych,
wypytywała służbę na prawo i na lewo i puszczała w świat plotki
niepodobne do prawdy.</akap>


<akap>W tym o tyle się różniła od Mariny Arcamone, że nie w celach
złośliwych to czyniła; jeśli zaszkodziła komu swą gadatliwością, co
się często zdarzało, spłakiwała się potem rzewnymi łzami i starała
się złe naprawić, z czego prawie zawsze jeszcze większy kłopot
wyrastał, i tak bez końca.</akap>


<akap_dialog>--- O co chodzi? O co chodzi? --- terkotała jak na kołowrotku. --- Niech się panicze nie trudzą, ja usłużę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bóg zapłać pani gospodyni; rosołu mocnego i wina potrzebujemy --- odpowiedział Drohojowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rosołku? A jakże, w tej chwilusi przyniosę... dobrego, a jakże;
jest wyborny, dla panny Papacody, osobno się gotuje. Ale Bóg jeden
raczy wiedzieć, czy się na co przyda, bo już tej biedaczce niewiele
się należy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pani Serczykowa powiada?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tak, tak, święta prawda, jak nieboszczykowi memu wiecznego zbawienia pragnę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż jej się stało?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to, nie słyszeliście panicze? Wżdy od jednego z was o tym
nieszczęściu się dowiedziałam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od pazia?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprawiedliwie gadam, a jakże. Pan Piotruś Stadnicki mi się
zwierzył; kochany aniołeczek! Ino zmiłujcie się, wasze miłoście, bo
to sroga tajemnica... najmiłościwsza pani śmiercią zagrodziła, gdyby kto śmiał mówić o tym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To niechże pani gospodyni ściśnie zęby i ucieka czym prędzej.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1356733582760-2349545493"/><motyw id="m1356733582760-2349545493">Plotka</motyw>--- Nie, nie, ja wiem, że paniczom powiedzieć, to jakby w studnię
wrzucić, powiem wam, a jakże... ino że to straszne dziwy, uwierzyć
nawet trudno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiadajcież prędzej, bo nas pali!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, wczoraj w ogrodzie, gdy królowa jejmość przechadzała
się z pannami, nagle ziemia rozpękła się na dwoje, jak raz ponad tym miejscem, gdzie jest smocza jama; dym smrodliwy buchnął jak
z piekielnych czeluści, za czym wyskoczył potwór ognisty i rzucił
się na jej miłość pannę Papacodę i pokąsawszy ją, uciekł na powrót
do onej pieczary. Dym się w powietrzu rozpłynął, ziemia skleiła się
gładziutko, rzekłbyś wszystko przywidzenie, gdyby nie ono biedactwo tak srodze pokaleczone.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, straszne wydarzenie! --- westchnął Ostroróg zasłaniając
twarz rękami, by gospodyni nie dostrzegła, że się krztusi od śmiechu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz ją rozebrali, a jakże, do łóżka położyli, no... i w Bogu
jedyna nadzieja. Ale na tym padole ziemskim jednemu piołun,
a drugiemu miód, a jakże. Panna Arcamone ino przed zwierciadłem
siedzi, głową sobie przytakuje, a piosenki włoskie z cicha nuci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż za uciecha niewczesna?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano jakoż się nie ma radować, gdy bez ten szpetny trafunek
jasno się okazało, że Papacoda z całego fraucymeru najstarsza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie może być!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wcale to nieładnie przeczyć starszym, a nawet grzech, a jakże. Wżdy całemu światu wiadomo, że smoki i insze ludożery rade rzucają się ino na leciwe niewiasty.<end id="e1356733582760-2349545493"/> O, święte panny i wdowy... czegóż ja po rosół i po wino nie idę!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech się pani gospodyni śpieszy!</akap_dialog>


<akap>Za krótką chwilę przybiegła zdyszana, z garnuszkiem wrzącego
rosołu i buteleczką wina.</akap>


<akap_dialog>--- A dla kogo rosołek? Dla kogo? Czy który z paniczów może?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ej, dziękować Bogu żaden z nas, ino medyk pana Kmity
zachorzał ciężko.</akap_dialog>


<akap>A Drohojowski dodał ciszej:</akap>


<akap_dialog>--- Uroki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I rosołem chcecie go waszmościowie kurować? Wżdy lepiej od razu nóż wbić w samo serce; toć urzeczonemu kropli wody
podać nie wolno, pokąd się wedle prawego przepisu uroku nie odczyni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Naprawdę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Każde jadło kamieniem, każde picie smołą diabelską się staje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to kłopot!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedz waszmość raczej śmierć, a nie zmyślisz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc jakaż rada?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odczynić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie umiemy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szczepanowa umie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aaaa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, to wybornie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękujemy pani gospodyni. Lećmy czym prędzej bośmy się
już i tak srodze zapóźnili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A pomnijcie<pe><slowo_obce>pomnieć</slowo_obce> (daw.) --- pamiętać; zwracać na coś uwagę.</pe>, com wam o jedzeniu mówiła! --- wołała za nimi
Serczykowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści, juści, nie zabaczymy<pe><slowo_obce>zabaczyć</slowo_obce> (daw.) --- zapomnieć.</pe>!</akap_dialog>


<akap>Wbiegli na schody po trzy stopnie na raz, potem do pacjenta.
Zastali przy nim Szydłowieckiego i Gedroycia, bardzo pilnie
grzejących kataplazmy na małej kuchence i pocieszających strapionego Krabatiusa, że mimo tak ciężkiego przebiegu choroby, wszystko się na dobre odmieni.</akap>


<akap>Jaś Drohojowski przystąpił do łóżka i trochę namową, trochę
przemocą, zmusił Niemca do wypicia garnuszka doskonałego rosołu
i pół kieliszka wina. Chory z urojenia, który od trzydziestu kilku
godzin nic nie miał w ustach prócz ohydnej mikstury, strachał się
wprawdzie i bolał nad swą lekkomyślnością, ale pił ze smakiem.</akap>


<akap_dialog>--- Zaprawdę... jedno nowe życie wstępuje we mnie... żołądka kurcz minął, lżej mi oddychać...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A widzi pan magister? To wszystko sprawiły kataplazmy; trzeba słuchać doktora Santa Croce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O dla Boga... ktoś wszedł do antykamery... sprzątnijcie czym
prędzej wino, wynieście garnek.</akap_dialog>


<akap>Słuszna była ostrożność pana magistra, gdyż nie kto inny pojawił
się w komnacie, ino sam znamienity i wielce poważany nadworny
medyk królowej Bony, doktor Ferdinando Bisantizzi.</akap>


<akap>Był to mężczyzna lat średnich, bardzo niskiego wzrostu. Rączki miał starannie utrzymane i kosmetykami wypieszczone; nóżki w cienkich jedwabnych nogawicach i ciżemkach z najdelikatniejszej skóry. Niezwykle wysokie obcasy miały zapewne przysparzać wzrostu panu doktorowi, ale niestety nawet mimo tego sztukowania
signore Bisantizzi wydawał się niemal karzełkiem. Nosił się czarno,
jak to przyjętym było u lekarzy i w ogóle u ludzi uczonych, a strój
jego cały był wzorem wykwintu i ostatniej mody.</akap>


<akap_dialog>--- Kto by pomyślał --- szepnął Drohojowski do Ostroroga --- że taka pchełka potrafi człeka o ziemię powalić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Witam, witam, sługa oddany pana magistra! Cóż tam słychać dobrego od wczoraj?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żadne polepszenie... idzie mi źle --- jęczał chory, bojąc się przyznać do nowego doktora i smacznego lekarstwa z królewskiej
kuchni.<begin id="b1355406991775-2484110669"/><motyw id="m1355406991775-2484110669">Lekarz</motyw></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie lepiej, powiada wasza miłość? Byłem tego pewny... za słabe dozy przepisałem, za delikatne kombinacje. A jednak powinny były leki choć nieco poskutkować; widziałem, przechodząc, że z ordynowanych sześciu flaszek sporo ubyło. Czy waszmość co godzina zażywałeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skrupulatnie --- jęknął chory.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uhum --- odezwało się coś z kącika.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to... i nic?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale gdzież nic! Straszne cierpienia!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ślicznie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mdłości...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To mi się podoba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Osłabienie śmiertelne...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Otóż to, otóż to właśnie, czego było potrzeba. Zatem wzmocnię ino dozę i nie sześciu, a z siedmiu flaszek będziesz kolego zażywał!</akap_dialog>


<akap>I wznosząc oczy w górę, jakby na powale recepty szukał, doktor
Bisantizzi mruczał pod nosem:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Rumbarbarum</slowo_obce>... <slowo_obce>senes</slowo_obce>... <slowo_obce>jalapa</slowo_obce>... <slowo_obce>nux vomica</slowo_obce>... tak, nie dodam
nic więcej; nadmiar leków mógłby zaszkodzić. A więc czcigodny
kolego: trzy łyżki co godzina. Pierwszą dawkę zażyjemy zaraz.<end id="e1355406991775-2484110669"/></akap_dialog>


<akap>,,Ty sobie zażyj, jeżeli chcesz, a od mojego chorego wara"
--- pomyślał Jaś Drohojowski, a głośno zaprotestował:</akap>


<akap_dialog>--- Za łaską waszej wielmożności zwrócę uwagę, że tuż przed
przyjściem pana doktora sam podałem lekarstwo jego miłości panu
magistrowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tylko co trzy łyżki ja wypiłem --- zaświadczył chory z wdzięcznym spojrzeniem na swego młodego opiekuna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, to oczywiście można się wstrzymać; ale za godzinę koniecznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie omieszkam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do widzenia zatem jutro rano, a nie troskajcie się, kolego,
wcale, choć kurcze powrócą silniejsze. A omdlenie, nawet dłuższe,
jest nader pożądane.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bodaj cię omdlenie chyciło i do jutra trzymało! --- syknął
Jasiek zamykając drzwi za doktorem, a Szydłowiecki dodał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Błogosławieństwo boskie, że królowa jejmość żelaznym zdrowiem się cieszy i dla zwyczaju ino medyka nadwornego utrzymuje, bo...</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355407189215-1985051600"/><motyw id="m1355407189215-1985051600">Lekarz</motyw>--- Ale, ale, co jeszcze chciałem dodać --- wracając z pośpiechem
do sypialni, z cicha rzekł Bisantizzi --- gdyby tu przyszedł doktor
Santa Croce... nie radzę... to światły i wielkiej nauki człowiek, sława jego rozbrzmiewa szeroko, ale... nie radzę; gdybym chorował, nigdy bym go nie wezwał. Genialny człowiek, mędrzec po prostu, ale nie zdarzyło mi się spotkać uleczonych przez niego. Nie ma szczęścia; kuracje jego zawsze smutno się kończą. Uciekam... śpieszę... dieta zupełna, nic prócz mikstury; do widzenia, najjaśniejsza pani czeka. Nie radzę!<end id="e1355407189215-1985051600"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- A niech cię wszyscy! Dobry, kochany panie Krabatius, ja wam
nie dam ani powąchać tych diabelskich dekoktów<pe><slowo_obce>dekokt</slowo_obce> (daw.) --- wywar.</pe>; choćbyś waszmość prosił i płakał, nie dam. Za to winka dobrego napijecie się zaraz, i to pełny kubek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaszkodzi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech mnie kołem łamią, jeżeli zaszkodzi! Pijcie, wasza
miłość, przez obawy... Na zdrowie wam! Teraz obróćcie się na prawy
bok. Oho, a tam kto znowu?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355407366903-573147761"/><motyw id="m1355407366903-573147761">Lekarz</motyw>--- <slowo_obce>Tanti saluti</slowo_obce>... <slowo_obce>tanti saluti</slowo_obce><pe><slowo_obce>tanti saluti</slowo_obce> (wł.: szczególne pozdrowienia) --- witam serdecznie, pozdrawiam.</pe>... zanim odjadę, raz jeszcze przychodzę do kolegi. Posłuchaliście, jak widzę, dobrej rady, kataplazmy się grzeją, <slowo_obce>benissimo</slowo_obce><pe><slowo_obce>benissimo</slowo_obce> (wł.) --- bardzo dobrze.</pe>. Cera zaróżowiona, oczy żywe, bardzo ładnie, <slowo_obce>benissimo</slowo_obce>! Grzać, okładać, nie przestawać przez tydzień co najmniej... <slowo_obce>benissimo</slowo_obce>. A leków wewnętrznych ani się ważyć! Mikstury do cebrzyka, proszki wszelkie, pigułki za okno... <slowo_obce>benissimo</slowo_obce>! Są jeszcze --- prawił dalej --- nieuki, idioty, co zalewają pacjentów laurami, nadziewają pigułkami, trują, zabijają; na hak z nimi, pod topór, na pal... <slowo_obce>benissimo</slowo_obce>! Do widzenia! Kataplazmy od rana do nocy, <slowo_obce>benissimo</slowo_obce>!<end id="e1355407366903-573147761"/></akap_dialog>


<akap>Wpadł jak wicher, wyleciał jak z procy, nie dał nikomu przyjść
do słowa, nagadał się, co wlazło, i gdzieś się podział.</akap>


<akap_dialog>--- To był... ten drugi? --- spytał Gedroyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uhum... --- zaszemrał Krabatius prawie przez sen.</akap_dialog>


<akap>Druga porcja Jasiowego lekarstwa, podana na osłabiony postem
żołądek, sprawiła swoje: pan magister zasnął snem twardym i smacznym.</akap>


<akap_dialog>--- Zawołajcie Montwiłła, niech sobie tu drzemie przy onym
męczenniku, a my... po co tu aż czterech. Odmiwąs gotów gdzie
z kąta wyleźć i znowu brać na spytki, a mamy co innego do roboty
jeszcze. Ja sam pójdę do Szczepanowej; jak ułoży do snu królewnę,
musi tu przyjść odczynić owe uroki. Stary uparciuch zawziął się
chorować, żeby mu się sam Eskulap ukazał i przysięgał, jeszcze nie
da wiary, że mu wcale nic nie brakuje. Jedyna ucieczka w Szczepanowej; a z trojakich bredni, gdy jedno parzy, drugie truje, najlepsze trzecie, bo nic nie wadzi, choć zarówno głupie.</akap_dialog>


<akap>Tak więc chłopcy, zostawiwszy magistra pod opieką Montwiłła,
rozbiegli się w różne strony: Jasiek na poszukiwanie Szczepanowej,
Mikołka Ostroróg, Krystek Czema i Pawełek Szydłowiecki do kolegów na boczny dziedziniec, gdzie <begin id="b1355407612366-414195359"/><motyw id="m1355407612366-414195359">Zabawa</motyw>najstarsi z paziów objęli przywództwo i urządzali bitwę pod Grunwaldem.</akap>


<akap>Największą przeszkodą w zabawie było naturalnie to, że ani jeden z chłopców nie chciał być zwyciężonym, zginąć sromotnie lub iść do niewoli. Przy każdej bitwie powtarzały się te zatargi i rozmaicie sobie radzono. Dziś także --- dopiero Aleksander Korybut,
którego jednogłośnie mianowano Jagiełłą, podzielił stu siedemdziesięciu kolegów na dwa obozy; z tych dwóch hufców wybrał po jednym wojowniku i kazał im ciągnąć losy; czarny kamyczek
oznaczał Krzyżaków, biały --- Litwinów i Polaków.</akap>


<akap>Spod czapki króla jegomości wyciągnęli wyrok przeznaczenia:
osiemdziesięciu czterech chłopaków z Korybutem (Jagiełłą) i Tarnowskim (Witoldem) na czele stanowiło wojsko polskie. Krzyżacy
mieli dowódcami Pieniążka (Urlich Jungingen) i Czarnkowskiego
(Konrad Lichtenstein).</akap>


<akap>W obozie polskim oczekiwano tylko na szydercze poselstwo od
rycerzy krzyżowych z mieczami dla Jagiełły i Witolda, by rozpocząć
walkę wiekopomną, gdy od strony zamku ukazali się Szydłowiecki
i Ostroróg. Powitano ich okrzykami radości i bez namysłu wręczono
złowrogie miecze, jako posłom krzyżackim. Nie było wykrętów,
musieli słuchać.</akap>


<akap>Czema zaś, który szedł o parę kroków w tyle, dostał się jako
Oleśnicki do wojska polskiego. Niebawem przeraźliwe krzyki,
dzikie wycia, tupotanie stu siedemdziesięciu par nóg na boisku,
wrzaski zwycięzców i jęki rannych zwiastowały światu, że dwie
potęgi przemożne ścierają się z sobą w śmiertelnym boju.
Pan ochmistrz Strasz zezwalał zawsze na tego rodzaju wojenne
zapasy, rozwijające siły i zręczność ruchów, najczęściej nawet brał
duchowy współudział w utarczkach, przypatrując się z niezmiernym zapałem przebiegowi walki. Pod jednym tylko względem
bywał nieubłagany, a mianowicie żadnej innej broni używać nie
pozwalał prócz rąk, rękom zaś nie wolno było tykać twarzy.
Ktokolwiek ze znamienitych rycerzy przekroczył ten surowy zakaz,
całymi tygodniami za pokutę bywał wyłączany od zabawy.<end id="e1355407612366-414195359"/></akap>


<akap>Kostuś Gedroyć tymczasem, pogrążony w myślach nad ważnym
zadaniem, jakie go czekało, przechadzał się po starym ogrodzie
królewskim; zeszedł aż do murów od strony południowej i tam
w ciszy a odosobnieniu trapił się, że jakoś żaden, nie tylko świetny, ale nawet wcale pospolity koncept nie przychodzi mu do głowy. ,,Ach szczęśliwy ten Krystek! --- myślał --- już swoje zrobił, i powiodło mu się... i nic go nie zdradziło... i Papacodzie zapłacił... czemuż ja nic wynaleźć nie mogę dla tej suchej wierzby z opuszczonym nosem! Jużem jej wczoraj za królewnę ślubował... i dziś rano takoż, ano
głowa pęka z tego myślenia i nic."</akap>


<akap_dialog>--- Paniczku wielmożny, usuńcie się krzynę<pe><slowo_obce>krzynę</slowo_obce> (daw.) --- trochę.</pe>, jeźli łaska, bo droga
wąska, fura ciężka, a osły uparte.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam... mam! Już nic lepszego nie wynajdę... jak matkę
kocham! --- krzyknął rozradowany paź i poleciał dalej w ogród,
jakby go kto gonił. A parobek z furą pełną ziemi popędzał swoje
osiołki i rozważał, jakie to dziwactwa u panów trafiają się. ,,Nawet
taki młody, a ot, go mamony obsiadły i wyrozumienie odbierają."</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak, doskonale, wybornie... --- powtarzał Gedroyć podskakując jak młody wróbel --- ino wszystko trza sprawnie wymiarkować, obmyślić jak się patrzy, coby się udało, aż ha! Ale choćbym Salomonową mądrość posiadł, sam jeden nie dam rady, muszę się zmówić przynajmniej z dwoma. Jędruś najważniejszy, jego mi
trzeba.</akap_dialog>


<akap>Zapanował trochę nad swą uciechą i pozornie poważny, przypatrywał się robotnikom kopiącym ziemię i innym, zakładającym rury,
którymi miała być prowadzona woda do fontanny w modnym
ogrodzie królowej. Jakby spod ziemi wyrósł, stanął nagle Boner po
drugiej stronie rowu.</akap>


<akap_dialog>--- Kostuś, nie poszedłeś pod Grunwald?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E... miałem coś ważniejszego do roboty.</akap_dialog>


<akap>Przeskoczył do Bonera i zaczęli szeptać z sobą a śmiać się, w ręce
klaskać.</akap>


<akap_dialog>--- Słyszeli też panicze, cośmy tu wykopali pod złodziejską
basztą? --- spytał jeden z robotników.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skrzynię ze złotem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bogać ta, bogać... przydałoby się i srebro, a choćby i grosze
miedziane.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc cóż takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kości ludzkie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O rety... a bardzo stare?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dosyć ta sczerniałe, ze sto lat mają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A trzymały się kupy, czy cale były rozsypane? --- spytał
Jędrek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakeśmy kopiąc o nie zawadzili i ziemię potem ostrożnie
zebrali, to sobie leżały ze wszystkim, jak cały człowiek. Dwa
szkielety były.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino kużden głowę miał pod stopami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O święty Hieronimie, poratuj mnie w tej godzinie! A kołki
w piersiach mieli?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak mi Bóg miły --- szepnął Boner --- tej Serczykowej to
wszędy pełno. Pani gospodyni coś dobrego w koszyku niesie?
--- dodał głośno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nowalijka, nowalijka, a jakże: będziecie, paniczkowie, zajadać na obiad. Karafioły, co najmiłościwsza pani wraz z innymi
osobliwymi jarzynami ze swego kraju sprowadzić raczyła w przeszłym roku. Z warzywnego ogrodu idę, a jakże. Ale nie bałamućcie, waszmościowie, bo tu o ważniejsze sprawy idzie; więc pytam was
powtórnie, Wawrzyniec, zali one kościotrupy miały kołki w piersiach wetkane?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lichoż ich wie, miały czy nie miały; może ta i była jak trzaska
zbutwiała, kto by się temu przypatrował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O ludzie przez upamiętania! --- jęknęła gospodyni, stawiając
kosz nad rowem i załamując ręce. --- Wżdy o spokojność naszą o życie chodzi!</akap_dialog>


<akap>Jędruś słuchał z zajęciem, siwe oczy tryskające wesołością
utkwił w twarzy gospodyni, a ta lamentowała dalej:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1356734124234-2012322789"/><motyw id="m1356734124234-2012322789">Zabobony</motyw>--- Toć pierwszy lepszy nieumiejący<pe><slowo_obce>nieumiejący</slowo_obce> --- tu: niewykształcony.</pe> człek, dziecko nawet wie,
że upiorom głowy się kładzie w nogi, coby nie wstawały z grobu i nie straszyły. A dla wszelakiego spokoju i pewności wbija się
takiemu kołek osikowy w piersi, to już do sądnego dnia leży
cichuśko, jak Pan Bóg przykazał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E, niech się jejmość nie boją, już się ano i przez kołków
obejdzie; kościska spróchniałe, skrzynkę drewnianą cieśla przyniósł, ksiądz jałmużnik z polecenia najmiłościwszego pana był tutaj, pokropił święconą wodą i poszli spać na powrót pod złodziejską basztę, tam gdzie pierwej byli. Jutro msza na Skałce za ich dusze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Święta Urszulo z towarzyszkami! Ileż razy wam gadać jedno
i jedno! Pożałujecie wy gorzko takowej letkomyślności; jeszcze się
wam one upiory srodze dadzą we znaki, wspomnicie moje słowo,
a jakże!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A wiecie wy, pani gospodyni --- zawołał Wojtek ogrodniczek --- że to pewnikiem był mąż i żona albo siostra i brat, bo jedno miało
głowę wielką i piszczele grubaśne, a drugie takie cieniuśkie niczym
patyczki i główkę jak u dziecka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wielką głowę czy małą, proś Pana Jezusa, cobyś jej o północku nie nadybał. Ino tyle ci gadam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Święte słowa pani gospodyni --- przyświadczył Boner --- już
ja czuję, że nas ciężkie godziny czekają. --- I chwyciwszy wpół
Gedroycia, pobiegł z nim w boczną aleję, na dalsze jakieś bardzo
ważne konszachty.<end id="e1356734124234-2012322789"/></akap_dialog>


<akap>Po obiedzie, na którym pani Serczykowa popisała się dwiema
nie znanymi dotąd potrawami, a mianowicie zupą pomidorową
i kalafiorami podanymi na małym półmisku jak na lekarstwo,
rozeszli się dworzanie, chwaląc lub ganiąc nowe włoskie jarzyny,
paziowie zaś prosto od stołu pocwałowali do mistrza Ambrożego na
lekcję łaciny, która się odbywała w wielkiej izbie szkolnej, ponad
archiwum królewskim.</akap>


<akap>Krystek Czema i Jędruś Boner nie zapomnieli o danym wczoraj
słowie szlacheckim, umieli lekcję tak wybornie, że zdumiony
bakałarz raz po raz pochylał głowę i spoglądał na nich spoza
okularów, jakby chcąc się przekonać, czy mu się nie przesłyszało
i czy to naprawdę ci sami roztrzepańcy, z których dotąd nie miał
żadnej pociechy.</akap>


<akap>Po skończonej nauce Jaś Drohojowski zwołał swych sześciu
najserdeczniejszych i solennie zaprosił na uroczystość odczyniania
uroków u chorego Niemca.</akap>


<akap_dialog>--- Pani Szczepanowa radym sercem przyrzekła swoją pomoc,
a nawet ma przyjść na górę nie czekając wieczora --- mówił --- królewna bowiem dziś, tak samo jak wczoraj, ma spędzić parę
godzin z robótką przy najmiłościwszej pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc śpieszmy, bo już blisko siedemnasta godzina.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Śpieszmy, śpieszmy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Łatwo to powiedzieć, ale mnie jeszcze wielka przeprawa czeka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stary Krabatius, człek roztropny i uczony, w nijakie uroki nie
wierzy; nawet wczoraj, gdy sama królowa o tym napomknęła,
ośmielił się zaprzeczyć jej słowom. Chorobę dał w siebie wmówić,
poszło jak po maśle, ale teraz ciężka będzie sprawa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu to jakże? Taki, powiadasz uczony, a o urokach nie nauczył
się? Ot, nie wiedzieć co!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty, Dmytruś, wierzysz?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355408648696-159368874"/><motyw id="m1355408648696-159368874">Zabobony</motyw>--- Takoż pytanie! Co dzień rano, pacierz ino zmówiwszy, jeszcze
nim do śniadania zasiedli, babunia nas wszystkich stawiała pod
rząd: i rodzica, i matkę, i nas dziewięcioro. Jewdocha przynosiła
wodę w dzbanku, węgle, ot, co gadać, wszystko co należy się.
A babunia dopiero odczyniała uroki każdemu z osobna. I zaraz my
z tego dowiadywali się, komu potrza było, a komu na zapas. Ja
dlatego taki zdrów i spokojny, bo tam babunia co ranka o mnie
pamięta. Śmiejcie się, śmiejcie, mnie wszystko równo, a tak moja
babunia by wam przydała się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dmytruś, serce moje, nie z ciebie my się śmiejemy, nie. Od
wczorajsza my z tobą w ogień; ale jak możesz wierzyć w takie
brednie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojce i praojce wierzyli, ja takoż.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajcie mu spokój... łzy ano ma w oczach. Cicho!<end id="e1355408648696-159368874"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko to dobrze, ale...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie gadać dużo, a brać się do roboty!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodźmy!</akap_dialog>


<akap>Wbiegli z hukiem i rumorem na schody, ale w korytarzu zwolnili
kroku i cichutko, delikatnie weszli do mieszkania pana magistra.</akap>


<akap>Doktor Johannes Krabatius, pokrzepiony mocnym rosołem,
starym winem i trzygodzinnym snem, czuł się o wiele zdrowszym,
a wiara jego w geniusz i głęboką wiedzę medyka miłościwej
królowej mocno była zachwiana.</akap>


<akap>Powitał mile siedmiu okrutników, których przychylności tak był
pewny, a którzy istotnie z serca już teraz pragnęli naprawić złe
żartem popełnione, i wszyscy, a zwłaszcza Jaś Drohojowski, dobrym
słowem i usługą przymilali się choremu.</akap>


<akap_dialog>--- Więc lepiej, chwała Bogu? Spodziewałem się tego... jutro
będzie zupełnie dobrze, a pojutrze uprosimy gospodynię o Sardanapalową<pe><slowo_obce>Sardanapal</slowo_obce> (gr.) --- postać znana z tragedii gr., symbol władcy zniewieściałego i żyjącego w przepychu; prototypem tej postaci był Aszurbanipal, król Asyrii, który panował w latach 669--631 p.n.e. i założył bibliotekę w Niniwie.</pe> ucztę na cześć pana magistra.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I choć król miłościwy sam nijakich trunków nie lubi prócz
piwa, może się przecie znajdzie w piwnicach jaki taki gąsiorek
z zieloną pieczęcią, gwoli wypicia za zdrowie waszej miłości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dodajecie mi otucha z waszą wesołością; głowa czyni mi
straszny ból, dzwonienie uszu bezustanne, usiąść o moich siłach nie
zdołam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już ja wam powiadam --- mruczał Jaś odwracając się do łóżka
plecami --- że on gotów trzy tygodnie kawęczyć, gdy raz sobie oną
ciężką niemoc umyślił. Jeśli uroki nie pomogą, to chyba mi przyjdzie klęknąć przed łóżkiem i przyznać się do wszystkiego. Ale wtedy...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani się waż! Król jegomość nigdy by ci tego nie darował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie magister...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co, Jasiu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie śmiejcie się ze mnie i nie mówcie, żem głupi, ino
posłuchajcie spokojnie, co wam rzekę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prefacja<pe><slowo_obce>prefacja</slowo_obce> (z łac.) --- wstęp.</pe> zacna, słucham oracji.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tedy krótko i węzłowato: cała wasza chorość to nic inszego,
tylko uroki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzieciństwa pleciesz; wstydziłbyś się!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wstydzę się, bo słusznie mówię; wasza miłość był zdrów
jak rydz, wesół, silny, nic mu nie brakowało, w jednej godzinie
przyszła niemoc, a spomnijcie ino, czym się objawiała? Chodź,
Montwiłł, gadaj, co się dzieje urzeczonemu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co gadać... taże wiadomo, nasamprzód w głowie kręci się...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Miałeś waszmość zawrót głowy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No tak, ale...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż dalej, Dmytruś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Później ciężkość, nudność, wstręt do jadła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Było tak?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ to nie dowodzi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A teraz najważniejsza rzecz: osłabienie i ból głowy. Nad
oczyma czy w skroniach?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I tu, i tu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechże wasza miłość nie zaprzecza, bo tu ślepy dojrzy, jako
są bezecne<pe><slowo_obce>bezecny</slowo_obce> --- nikczemny, podły.</pe>, przez człeka zdradliwego rzucone uroki. No, chłopcy...
pomagajże mi który... --- szepnął ze złością do kolegów --- godzinę
już kłamię, a wy stoicie jak kukły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, tak, słusznie Jaś wam doradza; dajcie sobie odczynić,
mój złoty panie! --- zapiszczał swym wróblim głosikiem Krystek
a Montwiłł dodał:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odczyni się wedle przepisanego obrządku, w jednej chwili
złe sczeźnie, a pan magister wstanie z łoża, jakby nie chorowawszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do takie niemądre praktyki nie mogą ja się zgodzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O cóż waszej miłości chodzi? Jeżeli to zabobon, to ani
pomoże, ani zaszkodzi; a jeżeli... więc dlaczegóż nie spróbować?
Jużeśmy nawet uprosili panią Szczepanową, która jest białogłowa
znająca; właśnie tylko co ktoś wszedł do alkierza, pewno ona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ, chłopcy... pozwalacie wam za wiele!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prosimy, prosimy, wejdźcie do komnaty, nasz biedny chory
oczekuje was z upragnieniem!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jędruś... dam ja tobie! --- jęknął Krabatius.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co wasza miłość rozkaże?</akap_dialog>


<akap>Pani Szczepanowa ukłoniła się Niemcowi z szacunkiem, lecz
w poczuciu dumy ze swej tajemniczej umiejętności trzymała się
trochę sztywno i spoglądała z góry na zgromadzonych.</akap>


<akap_dialog>--- Jeśli wasza wielmożność zgadza się, to nie zwlekając możemy rozpocząć, bowiem dłuższego czasu potrzeba na próbę, przekonanie i odczynienie, a ja muszę się kwapić do mojej królewny.</akap_dialog>

<akap>Krabatius milczał, ale siedmiu paziów kręciło się i gadało tyle, że
staruszka nie zauważyła tego niemego oporu.</akap>




<akap_dialog><begin id="b1356732243166-381449937"/><motyw id="m1356732243166-381449937">Zabobony</motyw>--- Proszę o kubek z wodą, ale musi być szklany, bym widziała
wyraźnie, jako się urok przydarzył i przez kogo był uczyniony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W alkierzu na półce stoją szklane kielichy --- z westchnieniem rezygnacji objaśnił chory szukającego po kątach Jasia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko inne przyniosłam z sobą; oto ręcznik, proszę stół
nakryć i zapalić dwie woskowe świece.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie świece, panie magister?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W alkierzu na oknie --- jęknął męczennik.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Teraz proszę być cicho i nie kręcić się po izbie.</akap_dialog>


<akap>Szczepanowa z miną kapłanki, rozpoczynającej modły do jakiegoś złowrogiego bóstwa, patrzyła badawczo w szklankę z wodą,
postawioną na białym ręczniku, między dwiema świecami. Ostrożnie, by wody nie poruszyć, wpuściła kawałek węgla do szklanki
i szepcząc jakieś tajemnicze zaklęcie, trzymała nad nią lewą rękę
zaciśniętą mocno; po skończonym egzorcyzmie otworzyła ją nagle
i wyprężyła palce.</akap>


<akap>Następnie wrzuciła kawałek chleba i znów powtórzyła te same
słowa i ceremonię z ręką, ale już nie lewą, lecz prawą. Wreszcie
oparła się łokciami na stole, małe palce obu rąk przyłożyła do skroni i znowu patrzyła w wodę, a patrząc mówiła cicho:</akap>


<akap_dialog>--- Jest urok... oj, jest; węgiel wypłynął, chleb opadł, niewiasta
urzekła, a nie mąż. Chleb obrócił się skórką do góry... wielka pani.
Węgiel stuknął o szklankę, tu gdzieś blisko... zda się, ktoś ze dworu
chyba. Kiedy już tyle powiedziało, powie i więcej; ino jeden raz
karty rozłożę: 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1, aha... nie mówiłam? Stara niewiasta...
tuz<pe><slowo_obce>tuz</slowo_obce> (daw.) --- najwyższa karta, as.</pe> czerwienny pod nią, więc pod tym samym dachem... dwójka
żołędna z prawej strony, to znaczy, co jest wysoka a chuda... tuz
dzwonkowy po lewej stronie... wielki urząd piastuje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ochmistrzyni dworu? Panna Arcamone? --- krzyknął Krabatius, zapominając na śmierć, że w zabobony nie wierzył.</akap_dialog>


<akap>Szczepanowa skrzyżowała ręce na piersiach i spuściła oczy,
a zagadkowy półuśmiech poruszył na jedno mgnienie oka jej
pomarszczoną twarz:</akap>


<akap_dialog>--- Niechże mnie Bóg broni... wżdy nie wymówiłam niczyjego
nazwiska... nie wiem nic. A teraz niech wasza miłość napije się z tej
szklanki trzy razy, ino prędko, bo skuteczność w powietrzu się
rozpłynie.<end id="e1356732243166-381449937"/> Pijcie, pijcie, nie ociągajcie się... raz... i dwa... no, jeszcze
kropelkę... teraz wam prysnę w oczy lewą ręką... ot tak, a wasza
miłość otrzyjcie się rąbkiem własnej koszuli. Bardzo ślicznie! Aha...
byłabym zabaczyła; jeszcze jedno, żeby trojakie siły w wasze ciało
wstąpiły.</akap_dialog>


<akap>Tu Szczepanowa złożyła koniec swego fartucha w trzy grube
fałdy, stanęła przed chorym i biorąc kolejno jeden fałd po drugim
w palce, mówiła:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1356732464005-424789276"/><motyw id="m1356732464005-424789276">Zabobony, Żart</motyw>--- Święta Zofia trzy córki miała... jedna przędła, druga motała,
a trzecia --- tu rozciągnęła wszystkie fałdy naraz --- świętym
pańskim uroki odczyniała, amen. Wasza miłość może teraz jeść i pić,
ile się żywnie podoba, a jutro raniuchno wstać i świętej Zofii za
zdrowie podziękować. Mnie zasię nie dziękujcie, boby urok dziewięcioraki spadł na mnie. Ostańcie z Panem Jezusem!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jasiu... jakoś mi dziwnie lekko i wesoło... tak bym coś zjadł...
--- mówił Niemiec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biegnę, lecę, zaraz coś dobrego przyniosę!</akap_dialog>


<akap>Wszyscy chłopcy wybiegli na korytarz za Jasiem, a on śmiał się,
aż się za boki trzymał.</akap>


<akap_dialog>--- Biedaczysko! Z głupstwa zachorzał, błazeństwem się uleczył... ot i koniec krotofili...<end id="e1356732464005-424789276"/></akap_dialog>


<akap>A Krabatius, rozważając w samotności wieszcze słowa wyroczni,
mruczał potrząsając głową:</akap>


<akap_dialog>--- No, no, ale ta Arcamone... zawsze mówiłem, co ta baba
brzydko na mnie patrzeć.</akap_dialog>



<!--TRIM:3-->










<naglowek_rozdzial>Rozdział III. Figiel Konstantego Gedroycia</naglowek_rozdzial>




<akap>Król Zygmunt wstawał zazwyczaj wcześnie i skoro się tylko
ubrał, szedł na czczo do kościoła krytymi schodkami,
które wiodły wprost z komnat królewskich do kaplicy Przenajświętszego Sakramentu, dziś zwanej kaplicą Batorego.</akap>


<akap>Tam usiadłszy na krześle tronowym z różowego marmuru,
słuchał z wielką pobożnością mszy świętej, odprawianej przez
księdza kapelana, ojca Wita z zakonu dominikanów. Dworzanie,
służba pokojowa i paziowie mieli surowo nakazane codzienne
nabożeństwo w kościele i pan ochmistrz Strasz dobrze poglądał
i pilnował, czy którego z jego wychowanków czasem nie brakło.
Dopiero po powrocie z kościoła spożywano gorącą polewkę winną,
piwną lub kluski z mlekiem, po czym każdy szedł do swego zajęcia.</akap>


<akap>Królowa i jej damy przychodziły w trzy godziny później, a mszę
dla miłościwej pani odprawiał ksiądz Battista Trivulzio, nadworny
kapelan Bony. Zaś w trzeciej komnacie za sypialnią królowej
znajdowała się jej prywatna kaplica, gdzie za dyspensą biskupa
krakowskiego dozwolonym było odprawiać nabożeństwo w razie
niezdrowia najjaśniejszej pani.</akap>


<akap><begin id="b1356876800674-1049451576"/><motyw id="m1356876800674-1049451576">Bogactwo, Pobożność</motyw>Bona lubiła bardzo tę kaplicę, zaścielała ołtarz pięknie haftowanymi obrusami, przystrajała go co dzień świeżymi kwiatami;
w ciężkich srebrnych lichtarzach, o bogatych ornamentach<pe><slowo_obce>ornament</slowo_obce> --- zdobienie.</pe>, paliły
się grube świece z najbielszego wosku, a ornaty i inne aparaty
kościelne, złotem i perłami wyszywane, były dziełem jej rąk, z małą
tylko pomocą dam dworskich wykonanym.</akap>


<akap>W zagłębieniu za ołtarzem stała bogato rzeźbiona skrzynia
z dziwnego drzewa, perłowcem i koralami inkrustowana<pe><slowo_obce>inkrustowany</slowo_obce> --- ozdobiony wzorem wyłożonym np. z masy perłowej.</pe> (jeden ze
sprzętów wyprawnych Bony), a w niej monstrancja o dwunastu
promieniach sadzonych diamentami, ampułki złote, krucyfiks z kości słoniowej misternie rzeźbiony, kielich z wyobrażeniem Przemienienia Pańskiego u góry, a oskrzydlonymi główkami aniołków na
podstawie; robota młodego, a już wielkiej sławy mistrza Benvenuta
Celliniego. W puzdrze<pe><slowo_obce>puzdro</slowo_obce> (daw.) --- skrzynka, pudło.</pe> skórzanym, wyłożonym purpurowym atłasem, złożona była najcenniejsza perła tego skarbca, relikwie św.
Andrzeja apostoła i męczennika, w złotej skrzynce ze szklanym na
wieku okienkiem.<end id="e1356876800674-1049451576"/></akap>


<akap>Mikołaj Ostroróg, jeden z dwunastu paziów wyznaczonych na
dziś do obsługi króla jegomości, stał przy drzwiach i czekał, aż
miłościwy pan skończy pożywać gramatkę<pa><slowo_obce>gramatka</slowo_obce> --- polewka.</pa>, piwną z grzankami, zwykłe swoje śniadanie. Janusz Zebrzydowski karmił ulubioną wiewiórkę Zygmunta I<pa><slowo_obce>Janusz Zebrzydowski karmił ulubioną wiewiórkę Zygmunta I</slowo_obce> --- A. Przeździecki, <tytul_dziela>Jagiellonki polskie w XVI wieku</tytul_dziela>.</pa>, a Bogusz, Karnkowski, Drohojowski, Łaski,
Gorayski i inni siedzieli w przedpokoju, czekając rozkazów.</akap>


<akap_dialog>--- Możesz to zabrać, ale wracaj natychmiast --- rzekł król do
Mikołki, odsuwając próżny talerz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham, miłościwy panie.</akap_dialog>


<akap>Wybiegł na korytarz, oddał naczynie pachołkowi i już był
z powrotem.</akap>


<akap_dialog>--- Pójdziesz na dół do kancelarii, do pana sekretariusza Rylskiego, powiesz mu ode mnie, by zaraz rozpisał kartelusze foremne do ich miłościów: pana hetmana Tarnowskiego, pana wielkorządcy Bonera, pana marszałka Kmity, do księdza biskupa, do
pana Justa Deciusa i do tych wszystkich panów senatorów, o których obecności w mieście miał się za moim rozkazem dowiedzieć.
Niech uprzejmie wyrazi w swym piśmie, jako im najłaskawiej
przypomina, że jutro o piętnastej godzinie odbędzie się uroczystość
poświęcenia dzwonu, po czym przewiezienie go na Wawel, a następnie skromna wieczerza, na której ich wszystkich rad widzieć
będę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Weź ze sobą --- dodał po chwili --- Łaskiego, Bogusza
i Gorayskiego, poczekajcie w kancelarii, a gdy kartelusze będą
gotowe, rozdzielić je między siebie i w tejże godzinie poroznosić
gdzie należy. Pana Justa nie szukać na Woli, bowiem dziś rano miał
być u księdza biskupa --- tam go znajdziecie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham, miłościwy panie.</akap_dialog>


<akap>Ostroróg zabrał po drodze wymienionych przez króla paziów
i zbiegli ze schodków, nie... zsunęli się po poręczy, jeden za drugim.</akap>


<akap>Kancelaria królewska mieściła się na dole, w dwóch izbach
sklepionych, z oknami na wewnętrzne podwórze. W pierwszej
siedziało sześciu pisarków<pe><slowo_obce>pisarek</slowo_obce> (daw.) --- urzędnik zatrudniony do przepisywania dokumentów.</pe>, ludzi niższej kondycji, umiejących tylko wprawnie władać piórem; tych używano do kopiowania metryk,
robienia wyciągów z aktów, przepisywania na czysto listów urzędowych do starostów itd.</akap>


<akap>Druga komnata równie obszerna jak pierwsza, zastawiona dokoła ścian wysokimi szafami i stanowiąca część archiwum królewskiego, była siedzibą regenta<pe><slowo_obce>regent</slowo_obce> (daw.) --- tu: urzędnik kierujący kancelarią.</pe> kancelarii, jegomości pana Marcina Niemętowskiego, i wicesekretariusza, pana Floriana Rylskiego.</akap>


<akap>Pan regent lubił się spóźniać, ale podwładni wcale się o to nie
gniewali, uważali bowiem, że robota nie ptaszek, nie ucieknie, więc
w nieobecności przełożonego bawili się gawędką, opowiadaniem
ploteczek dworskich, a najstarszy z nich, pan Łukasz Wiórko, miał
nawet zacny schowek za skrzynią z zapasami papieru i pergaminu,
gdzie ukrywał wspólną własność panów braci, pękatą kamionkę
i kilka kubków.</akap>


<akap>Gdy pan Niemętowski, przejrzawszy urzędowe pisma i wydzieliwszy każdemu skrybie zajęcie, wychodził do króla po dyspozycje na jutro, wiedziano już z doświadczenia, że nie pokaże się w kancelarii, aż za dwadzieścia cztery godziny. Wtedy upragniony
gąsiorek wysuwał się na światło dzienne, w kieszeni każdego
kubraka znalazł się chleb z twarogiem lub z kiełbasą i następowała
przekąska, zakrapiana wytrawnym miodkiem, co prawda wcale
niehojnie szafowana przez pana Łukasza.</akap>


<akap><begin id="b1355411196905-3938429087"/><motyw id="m1355411196905-3938429087">Książka</motyw>Pan Rylski zaś, zamknięty w drugiej komnacie, błogosławił
również nieobecność pana regenta i korzystając z chwil swobody,
rozczytywał się zapamiętale w jakichś starych jak świat księgach,
wyblakłym inkaustem<pe><slowo_obce>inkaust</slowo_obce> (daw.) --- atrament.</pe> pisanych. Foliały te przechowywał pan
Florian w większej jeszcze tajemnicy niż pisarze swój niebezpieczny gąsiorek.<end id="e1355411196905-3938429087"/></akap>


<akap>Gdy paziowie wbiegli z impetem do kancelarii, wywołali wielkie przerażenie i zamieszanie wśród pisarków, którzy dziś
właśnie wyjątkowo przed przyjściem pana Niemętowskiego zamierzali łyknąć po pół kubka na zdrowie pana Wawrzyńca Kotowicza
--- solenizanta. Imieniny jego były wprawdzie przedwczoraj, ale
z powodu zaziębienia i ciężkiej chrypki pan Wawrzyniec dwa dni
siedział w domu i dziś dopiero ukazawszy się w biurze, przyjmował
życzenia i oracje kolegów.</akap>


<akap_dialog>--- A bodaj waszmościów ubito! Napędziliście mnie strachu
niemało!... --- zawołał pan Łukasz, zatykając gąsiorek. --- Ażem
zdrętwiał, że to pan regent.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ma go jeszcze? --- spytał Mikołka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale pan wicesekretariusz Rylski jest już.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My też ino do niego mamy sprawę.</akap_dialog>


<akap>I weszli do drugiej komnaty.</akap>


<akap>Na ich widok pan Florian przyrzucił płatem pergaminu księgę,
w której właśnie czytał, i odpowiadając uprzejmie na ich ukłony,
zapytał, czego by sobie życzyli.</akap>


<akap_dialog>--- Od miłościwego pana przychodzimy z poleceniem --- rzekł
Ostroróg i wyjaśnił, o co chodziło.</akap_dialog>


<akap>Pan wicesekretariusz napisał prędko rodzaj formularza, wydobył
z szuflady przyrządzony już pierwej spis senatorów i znaczniejszych
osobistości, którym zaproszenia miały być rozesłane, i podał to
wszystko, uchyliwszy drzwi, skrybom do jak najrychlejszego przepisania.</akap>


<akap_dialog>--- Spocznijcie, waszmościowie --- rzekł do paziów --- osiemdziesiąt kilka inwitacji<pe><slowo_obce>inwitacja</slowo_obce> (daw., z łac.) --- zaproszenie.</pe> napisać, to długo potrwa; chociaż ich
siedmiu tam siedzi i kwapić się mają, zawżdy to nie palcem
przekiwać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za godzinę będzie? --- spytał Bogusz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toby należało skorzystać z czasu i do sadu skoczyć; mówił mi
Kuba, że tam dziś lubaszki<pe><slowo_obce>lubaszka</slowo_obce> --- gatunek śliwki. </pe> trzęsą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No to lećcie na jednej nodze i wracajcie czwałem<pe><slowo_obce>czwał</slowo_obce> --- cwał, pęd.</pe> --- rzekł
Ostroróg --- a mnie tam jaką przygarść niech każdy przyniesie. Boję
się odchodzić, bo jakbyście się, broń Boże, zapóźnili, tobym ja jeden prznajmniej zabrał większą część listków, a wy byście mieli mniej
do roboty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodźcie, chłopcy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomnijcie ino, że rozkaz królewski to nie żarty i wracajcie
niebawem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Straszniem ciekaw onego poświęcenia dzwonu --- rzekł
Ostroróg przysuwając zydel<pe><slowo_obce>zydel</slowo_obce> --- drewniany taboret. </pe> bliżej stołu pana Rylskiego --- mistrz
Hans Behem wprawdzie na cały świat słynie jako ludwisarz<pe><slowo_obce>ludwisarz</slowo_obce> --- majster wytwarzający dzwony, armaty i inne drobniejsze przedmioty z brązu czy mosiądzu.</pe>
najpierwszy; ino brat jego Tebaldus w Norymberdze może się z nim
zrównać, ale... takie odlewanie to zawżdy trafunek. A nuż się forma
po brzegi nie wypełni, a nuż bańka z powietrza w którym miejscu
ostanie? A nuż nierówno zastygnie albo gdzie rysa, czyli szpara się
znajdzie? Gadał mi o tym wszystkim towarzysz z ludwisarni mistrza
Hansa i zaręczał, że choć jego pan zna wszelkie sposoby i przepisy
tajemne, zawżdy pewności pełnej nie ma i z niepokojem onego jutra
wygląda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino że w pomyślnym miesiącu dzieło poczynał i w dobrym je
skończył, tym się może w swej niepewności krzepić --- rzucił jakby
sam do siebie pan wicesekretariusz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to waszmość rozumie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lipiec, miesiąc najprostszego kwitnienia wszelakiej rośliny,
miesiąc pszczołom sprzyjający, w łacińskiej mowie miano rzymskiego cezara noszący, pomyślny jest każdemu przedsięwzięciu.
Sierpień zasię mianem swym żniwo oznacza, a po łacinie ,,August"
takoż imię cezara. Przeto wiedział dobrze mistrz Behem --- zwłaszcza że i gwiazdy najlepiej się ninie<pe><slowo_obce>ninie</slowo_obce> (daw.) --- wtedy.</pe> układają --- powtarzam, wiedział mistrz Behem, co czyni, gdy się w takowej sposobnej porze wziął do
dzieła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Waszmość, jak widzę, astrologię uprawia? --- spytał ciekawie
Mikołka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po trosze, niewiele --- odparł pan Florian --- ani czasu, ani
ksiąg potrzebnych nie mam; a kupić, choćby się i grosz po temu
znalazł, wielce trudno, bo te nowsze pisma, co ich to w każdej
typografii dostanie, małą wartość mają i głębokiej nauki w nich nie
szukać. A starodawne... na wagę złota.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja zasię słyszałem, że uczeni mężowie powiadają, jako
właśnie one dawne astrologie, alchemie, magie ino kłamstwa
i bałamuctwa szerzyły i że człek oświecony ku zabawie tylko
a rozweseleniu odczytywać je może.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Brednie... jako żywo... bez<pe><slowo_obce>bez</slowo_obce> (tu gw.) --- przez.</pe> nieuków a zarozumialców głoszone. Nie wierz waszmość temu! Ino w zaufaniu wam się zwierzę,
zatrzymajcie to przy sobie, ja sam cośkolwiek się na magii rozumiem, ale to nauka tak wielka i nieprzystępna, że całego żywota nie
starczy, by ją zbadać, a nie tych marnych kilka lat, jakie jej dorywczo
poświęcam.</akap_dialog>


<akap>,,Oho, bratku, toś ty taki!... --- przeleciało, jak iskra, przez głowę Mikołki --- to mi woda na mój młyn!" --- Nie obawiacie się grzechu, czcigodny panie? --- spytał strojąc zalęknioną minę.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, grzesznego w tym nic nie ma; zaraz ci to wyjaśnię.
Starożytni Persowie, Medowie, Egipcjanie znali już tę naukę, którą
magią zowiemy, stąd sobie imaginuj<pe><slowo_obce>imaginować sobie</slowo_obce> (daw., z łac.) --- wyobrażać sobie.</pe> i eksplikuj<pe><slowo_obce>eksplikować</slowo_obce> (daw., z łac.) --- tłumaczyć, wyjaśniać.</pe>, że nie lada mędrcy
zgłębiali swymi umysłami tajemnice niewidzialnego świata.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niewidzialnego świata?! --- krzyknął paź.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Strachasz się<pe><slowo_obce>strachać się</slowo_obce> (daw.) --- bać się.</pe> waszmość? To zaprzestanę; w istocie, za młody
jeszcze jesteś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nie, mówcie śmiele, to ino pierwsza chwila.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355411520992-1678288879"/><motyw id="m1355411520992-1678288879">Czary, Zabobony</motyw>--- Tedy, przez<pe><slowo_obce>przez</slowo_obce> (tu gw.) --- bez.</pe> długich wstępów, ino co się tyczy grzechu,
powiem ci, że dwie są magie: czarna, czyli związek ducha człowieczego z duchem złym, pakta zawarte z piekłem, mocą których całe
plemię diabelskie staje na służbę człowiekowi --- to jest grzechem
śmiertelnym i potępieniem wiecznym. Biała zasię magia, gdzie ino
uczy się człowiek przenikać siły przyrody i poznawać duchy
pośrednie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to za jedne?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To są... jak by ci rzec... duchy ludzi jeszcze nie narodzonych;
nie ich miejsce w niebie, gdyż na nie zasłużyć nie miały czasu. Do
czyśćca im się takoż iść nie należy, a już najmniej do piekła, gdyż nie
popełniły wcale grzechu. Tych duchów smętnych a błędnych są
między niebem a ziemią niezliczone roje i one to właśnie chętnie
poddają się woli naszej, służą nam i wszelakie nasze rozkazy
spełniają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumiem --- kiwając poważnie głową, rzekł Mikołka --- z samego uprzykrzenia a nudów, aby ino nie latać z kąta w kąt.<end id="e1355411520992-1678288879"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- W tym atoli cała sztuka, by je umieć zagarnąć pod swoje
panowanie i tego uczy biała magia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rety!... Gdzież ja miałem głowę! --- zawołał chłopak, bijąc się
w czoło. --- Chyba to jakie mamidła, iżem tak na śmierć zabaczył<pe><slowo_obce>zabaczyć</slowo_obce> (daw.) --- zapomnieć.</pe>...
wżdy ja mam takową księgę! U rodzica na strychum ją znalazł, ino
żem nijakiej wagi do onych bredni nie przywiązował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie pomnisz waść tytułu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz... aha, na pierwszej karcie stało napisane:</akap_dialog>





<poezja_cyt><strofa>Arcana<pe><slowo_obce>arcana</slowo_obce> (łac.) --- tajemnice.</pe> magiej białej,/
Czyli zaklęcie przednie,/
By cię, człeku, słuchały/
Wszelkie duchy pośrednie.</strofa></poezja_cyt>



<akap_dialog>--- Czy być może? Co za zrządzenie losu!... Nigdym o takiej
księdze nie słyszał... musi być bardzo stara?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Okropnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przynieś mi ją waszmość zaraz jutro.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, ho, ani myślę --- butnie sprzeciwił się Ostroróg --- pierwej sam spróbuję onych zaklęć, może mi się uda przywołać jakiego ducha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ dziecko nierozważne, bez długoletnich przygotowań nic nie sprawisz, a ja już niejedną tajemnicę zgłębiłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, za darmo jej nie dam; coś przecie za tak wielki skarb
w zamian muszę dostać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc gadaj waszmość, ile chcesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pieniędzy mi nie trza, mam ich dość od rodzica. Dajcie mi ten
wasz pierścień z rubinem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Podarunek najmiłościwszego pana? Nigdy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziwny z was człek; wżdy nauczywszy się czarów, tysiąc
takich pierścieni na dzień mieć będziecie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaiste, prawdę mówisz; więc księga za pierścień, pierścień za
księgę, słowo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co... wróciliśmy na czas? Patrz, ile śliwek! Nastaw połę! --- wrzeszczeli jeden przez drugiego, Łaski, Gorayski i Bogusz,
wpadając do kancelarii.</akap_dialog>


<akap>Pan Łukasz wścibił głowę przeze drzwi.</akap>


<akap_dialog>--- Kartelusze gotowe; mogą waszmościowie zabrać.</akap_dialog>


<akap>Pokłonili się grzecznie i wylecieli jak wicher.</akap>


<akap_dialog>--- Żeby ino chycić<pe><slowo_obce>chycić</slowo_obce> (gw.) --- pochwycić, złapać.</pe> onego czarodzieja na wędkę! --- mruczał pod
nosem Mikołka i pobiegł w miasto z zaproszeniami.</akap_dialog>

<sekcja_asterysk/>
<akap>Powyżej klasztoru oo. Franciszkanów, wzdłuż murów miejskich,
cisnęły się tłumy ludu nieprzeliczone; z każdej strzelnicy, z każdego okienka baszt wyzierały głowy i główki ciekawych. A było czego się cisnąć, było za czym wyglądać! Toż to dziś właśnie, dziś, za pół godziny, z formy do ziemi wkopanej i przed tygodniem wrzącym spiżem napełnionej, wyłonić się miał na powierzchnię ziemi, ukazać po raz pierwszy słońcu złocistemu i królewskiemu majestatowi, dzwon wspaniały, jakiego dotąd jeszcze Polska nie widziała<pa><slowo_obce>Toż to dziś właśnie [...] dzwon wspaniały, jakiego dotąd jeszcze Polska nie widziała</slowo_obce> --- Dzwon ,,Zygmunt" odlany był w 1520 r. Ze względu na piękność tej chwili, przesunęłam datę, byle umieścić ten epizod w moim opowiadaniu.</pa>.</akap>


<akap>Niedaleko murów, między Basztą Prochową a Basztą Iglarzy,
stały duże trybuny bogato przyozdobione. Wchodziło się na nie po
trzech stopniach czerwonym suknem wysłanych. Mniejsza, przeznaczona dla rodziny królewskiej, okolona była z trzech stron
barierą takimże czerwonym suknem obitą. Na wzorzystych kobiercach ustawiono trzy krzesła, pod adamaszkowym szkarłatnym
baldachimem, dla miłościwego króla, jego małżonki i dla biskupa.
Za nimi w głębi opierała się o barierę szeroka ława dla panien
dworskich. Na stopniach od przodu mieli siedzieć paziowie. Drugie
wzniesienie, o wiele obszerniejsze od królewskiego, przeznaczone
było dla zaproszonych senatorów i wysokich urzędników państwa.</akap>


<akap>Tuż ponad ,,grubą" (tak się nazywało miejsce, gdzie sprawa
odlewania dzwonu się odbywała) pobudowali cieśle rusztowanie wysokie, kształtem do wieży podobne. Były to wkopane na
kilka stóp w ziemię, pokrzyżowane i skośnie o siebie oparte tramy<pe><slowo_obce>tram</slowo_obce> --- belka.</pe>
ze stuletnich dębów, przybite jedne do drugich bretnalami<pe><slowo_obce>bretnal</slowo_obce> --- duży gwóźdź.</pe> i hakami kilkucalowej długości, prócz tego spięte gęsto żelaznymi
klamrami. Potężnej bowiem wytrzymałości musiały być ramiona, które bodaj na czas krótki miały piastować olbrzyma. Na bloku w samym szczycie rusztowania zarzucone liny grube, kręcone z konopnych powrozów, zwieszały się podwójnymi końcami ku ziemi.</akap>


<akap>Tuż obok stał Hans Behem z czeladzią i z sześćdziesięcioma
ludźmi wypróbowanej siły, którzy mieli dzwon wyciągać do góry.
Po wyrazistym obliczu rzemieślnika-artysty przesuwały się kolejno
blaski i cienie... obawa, radość, duma, niepewność, zwątpienie,
a w końcu spokojna ufność i mocne przekonanie, że wielkie dzieło,
którego się podjął, nie było wcale zadaniem nad jego siły i że dzień dzisiejszy nazwisko jego nową sławą okryje.</akap>


<akap>Oparł głowę o jedną z potężnych belek rusztowania i czekał.</akap>


<akap>Zanim strażnik z wieży mariackiej otrąbił na cztery strony
świata godzinę piętnastą, już wszystkie miejsca na trybunie gości
królewskich były pozajmowane. Straż miejska i służba grodzka
utrzymywały porządek wśród tłumu, nie dając mu podsuwać się
zbyt blisko i utrzymując szeroką drogę, aż pod samą górę wawelską.</akap>


<akap_dialog>--- Jadą już, jadą! --- dały się słyszeć okrzyki.</akap_dialog>


<akap>Wszystkich oczy zwróciły się ku zamkowi, skąd istotnie widać
już było zbliżający się orszak królewski. Paziowie jeno i przyboczni
dworzanie szli pieszo; królowa, damy dworskie i duchowieństwo
jechali w lektykach, król i starszyzna dworska konno.</akap>


<akap>Okrzyki powitalne, wołania: ,,Niech żyje miłościwy król", ,,Niech
żyje miłościwa pani!" --- rozbrzmiewały w powietrzu i ucichły
dopiero, gdy oboje najjaśniejsi państwo zasiedli na swych krzesłach.</akap>


<akap>Olśniewający przepychem strój królowej pociągał ku sobie oczy
wszystkich; zdumiewano się, zachwycano; ci, co lepiej widzieli,
opowiadali z cicha tym, którzy dojrzeć nie mogli, niewiasty zwłaszcza gorzały uwielbieniem.</akap>


<akap_dialog>--- Gadajcie, kumosiu<pe><slowo_obce>kumosia</slowo_obce> (zdr.), właśc. <slowo_obce>kuma</slowo_obce> (daw.) --- przyjaciółka lub sąsiadka.</pe>, boście wy między nami niczym bocian
między kaczkami... gadajcie, ino nie zmylcie, wszystko za porządkiem, cóż ma na głowie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cieniuchne, białe, ni czepiec, ni rańtuch<pe><slowo_obce>rańtuch</slowo_obce> (daw.) --- szal lub chusta.</pe>, widno włoską modą
uczynione... opaską złotą przytrzymane, a co na niej kamyków
iskrzących... ognie się ino migocą! Na szyi łańcuch złoty i krzyż
diamentowy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dźwignijcież mnie krzynę, boście mocna, niech aby raz okiem rzucę... Jezu! Szata jak samo słońce! Wżdy nie ze złotej lamy<pe><slowo_obce>lama</slowo_obce> --- tu: rodzaj materiału.</pe>,
bo cale inaczej świeci niż suknia miłościwego pana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie, to jedwab taki przedni i barwa o wiele jaśniejsza niż
u króla w żupanie<pe><slowo_obce>żupan</slowo_obce> --- okrycie noszone przez szlachciców, zapinane na guziki, sięgające do kolan, z wąskimi rękawami i kołnierzem w formie stójki.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kwiaty po niej aksamitne, na podobieństwo żółtych róż.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyjrzyjcie się dobrze, Kasprowa, czy mi się ino widzi, czy
w osnowie nić fiołkowa wmieszana, bo się ano mieni raz żółto, a raz
jak malwa ciemna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści prawda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Córeczka po nieboszczce stoi wedle niej za krzesłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ta bledziuchna, w niebieskim aksamicie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, a przy nogach na poduszce to jej rodzona, królewna
Izabela. To zasię po lewicy, maluśkie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie, gdzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E, nie dojrzycie. To będzie chyba synuś najukochańszy... ani chybi królewicz Zygmunt. Najmiłościwszy pan rękę na główce mu położył.</akap_dialog>


<akap>Chwilę jeszcze trwały rozmowy, szmery, falowanie głów ludzkich, wreszcie wszystko umilkło, nastała cisza, lecz cisza pełna
niepokoju i oczekiwania.</akap>


<akap_dialog>--- Tak mi serce wali... czegoś się boję... --- szeptał Krystek
Czema do Jasia Drohojowskiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A mnie w uszach dzwoni i huczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A mnie ręce i nogi drżą --- rzekł Szydłowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie z tego czekania tak nudno, aż spać się zachciało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Montwiłł, zmiłuj się, nie ziewaj tak głośno!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taże nie obraza majestatu. Ot, patrzaj, sam ksiądz biskup tak
sobie ziewnął, aż strach, a wedle<pe><slowo_obce>wedle</slowo_obce> (daw.) --- przy; obok, blisko.</pe> króla siedzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho! Już się zaczyna...</akap_dialog>



<akap>Czeladź mistrza Behema usunęła deski zasłaniające otwór
,,gruby"; w głębi ukazało się ogromne ucho, wysoko sterczące ponad
sam dzwon. Zadzierzgnięto w nie dziesięć lin, które sam mistrz
poplątał w misterne węzły, a te węzły jeszcze osobnymi sznurami
pościągano i omotano.</akap>





<akap>Każdy koniec liny chwyciło sześciu muskularnych chłopów.
Hans Behem wstąpił na belkę od zewnątrz rusztowania sterczącą,
podniósł obie ręce w górę i zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Baczność!</akap_dialog>


<akap>Sześćdziesiąt par oczu wlepionych w twarz jego czekało znaku.</akap>


<akap>Opuścił ręce z krzykiem:</akap>


<akap_dialog>--- E --- hej!</akap_dialog>


<akap>Dziesięć lin wyprężyło się równocześnie, a w głębi ,,gruby" coś
zaszemrało.</akap>


<akap_dialog>--- E --- hej! E --- hej! --- powtarzali teraz chórem robotnicy,
wytężając ramiona, chyląc żylaste karki i rozstawiając szeroko nogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E --- hej! E --- hej! --- powtarzał tysiącem głosów lud
zgromadzony, pracując myślą, wolą, całą duszą razem z nimi.</akap_dialog>


<akap>Dźwignął się olbrzym leniwie, jakby mu żal było opuszczać swoje
łoże podziemne, i z wolna, zrazu niedostrzeżenie, wznosił się ku
otworowi ,,gruby". Nareszcie ponad powierzchnią ziemi ukazało się
ucho oplątane linami, za czym szary, lśniący kopulasty grzbiet dzwonu.</akap>


<akap>Dalej trwały nawoływania, wyżej podnosiło się spiżowe dzieło
mistrza Behema.</akap>


<akap>A on stał na rusztowaniu z rękoma wzniesionymi w górę, krople
potu wystąpiły mu na czoło... jego praca była w tej chwili najcięższą.</akap>


<akap>Gdy nareszcie cały dzwon oparł swe krawędzie na czterech
głazach, u stóp rusztowania ustawionych, puścili robotnicy liny
i dysząc ciężko, odpoczywali.</akap>


<akap>Wtedy ksiądz biskup Tomicki, odziany w złotolitą kapę i infułę<pe><slowo_obce>infuła</slowo_obce> --- nakrycie głowy biskupa.</pe>
św. Stanisława, zbliżył się tuż; za nim asystujący księża nieśli
kociołek ze święconą wodą i dwie złote puszki ze świętymi olejami.</akap>


<akap><begin id="b1355412535169-372915756"/><motyw id="m1355412535169-372915756">Obrzędy</motyw>Biskup odmówił najpierw przepisane do tej ceremonii psalmy,
po czym wodą, do której wmieszał szczyptę święconej soli, umył
cały dzwon z zewnątrz, a asystenci otarli go ręcznikami. Nastąpiły
nowe modlitwy i biskup olejem świętym dla chorych namaścił
dzwon w siedmiu miejscach znakiem krzyża.</akap>


<akap>Gdy się pierwsza część obrzędu skończyła, wyciągano dalej na
rusztowanie. Zaś po raz drugi zbliżył się doń ksiądz biskup, umył
wnętrze jego tak samo, jak to czynił poprzednio z wierzchu, oraz
namaścił krzyżem świętym cztery razy i rzekł donośnym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Błogosławię cię i poświęcam ku czci świętego Zygmunta,
w Imię Ojca i Syna, i Ducha świętego, Amen. Pokój tobie!<end id="e1355412535169-372915756"/></akap_dialog>


<akap>W szeroką przestrzeń między tramami rusztowania wjechał wóz
przemocny<pe><slowo_obce>przemocny</slowo_obce> --- tu: bardzo wytrzymały.</pe>, umyślnie ku temu zbudowany; opuszczono liny i w samym środku na grubej pościeli ze słomy ustawiono dzwon.</akap>


<akap>Wspaniała procesja, w której uczestniczyło całe duchowieństwo
krakowskie, zakonne i świeckie, z biskupem na czele, ruszyła ku
zamkowi; następnie szedł król z rodziną, dygnitarze, senatorowie,
dwór cały, potem wóz umajony gałęziami, wiozący nowo ochrzczonego, i wreszcie cała prawie ludność Krakowa. Dwanaście par
wołów ciągnęło z wysiłkiem wielkim ten ciężar niezmierny pod
górę. Z nie mniejszym, jak powyżej opisany, trudem zawieszono
dzwon w nowej wieży, od dnia tego Zygmuntowską nazwanej.</akap>


<akap>Ostatecznym zakończeniem ceremonii poświęcenia, czyli chrztu
dzwonu, jest akt uderzenia weń sercem po raz pierwszy, która to
czynność przypada jako zaszczyt w udziale fundatorowi lub ojcu
chrzestnemu. Tutaj jednak musiano odłożyć ten obrządek do jutra,
ponieważ mimo pośpiechu i wytężonej pracy robota na wieży
przeciągnęła się aż do późnego wieczora, a serce, na osobnej
podwodzie przywiezione, zawieszone zostało zaledwie po północy.</akap>


<akap>Najjaśniejsi państwo i ich goście nie mogli czekać tak długo; po
skończonej tedy procesji i nabożeństwie w katedrze udał się król
z zaproszonymi do swych pokoi, przykazując surowo służbie kościelnej, by nikt nie ważył się tknąć dzwonu jutro rano, póki on sam na wieżę nie przyjdzie.</akap>


<akap>Niebawem podano wieczerzę, która, ze względu na opróżnione
i skazane na zburzenie wschodnie skrzydło zamku, nie mogła się
odbyć w wielkiej sali stołowej, lecz w izbie Syreny, nazwanej tak
z powodu złocistego świecznika, wiszącego na trzech łańcuchach
u stropu, a przedstawiającego Meluzynę o rybim ogonie, z bukietem
świec woskowych w każdej ręce.</akap>


<akap>Pan ochmistrz Strasz wydał rozkaz, by wszyscy paziowie stawili się
zaraz po zachodzie słońca w antykamerach<pe><slowo_obce>antykamera</slowo_obce> (daw.) --- przedpokój, poczekalnia.</pe> najmiłościwszych państwa,
by mieli przysposobione świece do przeprowadzenia dostojnego
towarzystwa przez ciemne korytarze do sali jadalnej, a potem stali za
krzesłami gości, gotowi do posług i baczni na każde ich skinienie.</akap>


<akap>Prócz królowej i jej dam sami tylko mężczyźni zasiedli do stołu;
miłościwa pani wyraziła dzień przedtem życzenie, by żadnej z niewiast bywających u dworu nie zapraszano, przeczuwa bowiem, że
nadto będzie znużoną, by uczestniczyć w wieczornym przyjęciu.
Tymczasem wspaniała uroczystość jakoś jej wcale nie zmęczyła,
owszem w wyjątkowo dobrym usposobieniu i wesołym humorze
weszła na czele gości swego małżonka do komnaty Syreny.</akap>


<akap_dialog>--- No i co ja pocznę, nieszczęśliwy --- szepnął Kostuś Gedroyć
do Bonera --- tak wszystko wybornie ułożyliśmy, nawet i ta
wieczerza była jakby li dla naszej wygody umyślona, a tu jak na
złość Odmiwąsowi strzeliło do głowy spędzić nas tu wszystkich co
do nogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, zamiast lamentów i wyrzekań, radować się ano powinieneś --- odmruknął Jędrek --- ale nie każdego Pan Jezus roztropnością obdarował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co gadasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cichaj; pan hetman po sól sięga, muszę mu podsunąć.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1355412844713-1174437172"/><motyw id="m1355412844713-1174437172">Jedzenie</motyw>Na pierwsze danie wniesiono ozory z polską podlewą, do tego
makaron włoski, który z rozkazu miłościwej pani całymi pakami
sprowadzany, co dzień musiał być na stole; następnie sześciorakie
jarzyny, dzięki włoskim ogrodnikom królowej od roku uprawiane
w ogrodach, a mianowicie: kalafiory, szpinak, pomidory, kalarepę,
fasolkę szparagową i karczochy. Ksiądz biskup Tomicki odchwalić<pe><slowo_obce>odchwalić się</slowo_obce> --- tu: nachwalić się.</pe>
się nie mógł tych nowalijek i coraz to sobie dobierał, a miłościwa
pani łaskawym okiem poglądała na niego i na wszystkich, co
w onych przysmakach gustowali.<end id="e1355412844713-1174437172"/></akap>


<akap>Signora Papacoda, bardzo jeszcze mizerna po przebytych cierpieniach moralnych, siedziała smętna obok starego Bonera i choć ją namawiał a częstował, ledwie jak ptaszek dzióbnęła dwa listeczki karczocha i jeden strączek fasoli. Za to panna Arcamone z Justusem Deciusem szermowała zawzięcie językiem, lecz przy rozmowie nie zapominała o żołądku i jadła za dwie. Inne damy dworu siedziały poniżej i... uczyły się po polsku od swych młodych sąsiadów.</akap>


<akap_dialog>--- No, gadajże, coś miał gadać --- zaczął znów Gedroyć do
Bonera, który się ku niemu nieznacznie podsunął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóżem miał gadać? Wżdy jasne jak słońce, że nas dwustu,
a gości ani połowy przy stole, tedy łacno dwom, trzem, a nawet
i czterem wymknąć się choćby na pół godziny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zabaczyłeś<pe><slowo_obce>zabaczyć</slowo_obce> (daw.) --- zapomnieć.</pe>, letkomyślniku bezmierny, jakoś mi sam wczoraj
ze srogim umartwieniem zwiastował, że Arcam...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Koniecznie ci potrza na głos wszystkie nazwiska wykrzykować<pe><slowo_obce>wykrzykować</slowo_obce> (daw.) --- dziś popr.: wykrzykiwać.</pe>?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale gdzieżby słyszała!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc cóż z tego, że klucz od swej sypialni w torebce nosi? Zali
torebka przykuta? Wżdy na wstędze uwiązana wisi. Czasem przy
posłudze spadnie sztuciec na ziemię, trza go podnieść, niechże
trafunkiem wstęga... się... sama rozwiąże, no i tego... A za jakie pół godziny Konstanty Gedroyć spostrzeże zgubę; nie... lepiej Koniecpolski, bo ten mydłek u całego fraucymeru<pe><slowo_obce>fraucymer</slowo_obce> (z niem. <slowo_obce>Frauenzimmer</slowo_obce>: komnata kobiet) --- damy dworu, stałe towarzystwo królowej lub księżnej; pokój dla dam.</pe> w łaskach; on tedy
zobaczy kieszonkę na ziemi (już się taki najdzie, co mu palcem
pokaże), oczywiście skoczy na wysługi, podniesie, z dwornym
ukłonem odda --- i sprawa skończona.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dasz radę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jużem wymiarkował, co ino koniuszek leciuchno pociągnąć,
to się samo rozwiąże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Klucz weźmij, na mnie mrugnij...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty Drohojowskiego z sobą zabierz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ostroroga nie trzeba?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E, wystarczy nas trzech.</akap_dialog>


<akap>Rozmowa przy stole coraz bardziej się ożywiała; nie tykano
spraw poważnych, żartobliwe ino anegdoty i opowieści sypali
biesiadnicy jak z rękawa, a pan hetman Tarnowski prym trzymał.
Słuchano go z zajęciem, czasem nawet z niedowierzaniem, bo
niejedno mniej wykształconym z biesiadników pomieścić się
w głowach nie mogło. Czego ten człowiek nie widział, gdzie nie
bywał, iloma językami mówił! I Paryż znał prawie jak Kraków,
i na hiszpańskim dworze długie miesiące spędził, i Włochy zjeździł
całe!</akap>


<akap>O Wenecji, cudnej oblubienicy morza, umiał pięknie rozpowiadać<pe><slowo_obce>rozpowiadać</slowo_obce> --- tu: opowiadać.</pe>, w Padwie u grobu św. Antoniego złote serce zawiesił, florenckich mistrzów znał osobiście, z Leonardem da Vinci przyjaźń zawarł,
w Rzymie papieskiej mszy słuchał, pod Neapolem górę ziejącą
ogniem widział. Czy na tym koniec? Gdzie zaś --- do Afryki się
przeprawił, a że o ciemnoskórych Maurach zasłyszał, to mu ich na
własne oczy oglądać pilno było.</akap>


<akap>Król umyślnie rzucał pytania, by zmusić przyjaciela do tych
zajmujących opowieści.</akap>


<akap>Aż tu wniesiono kurczęta ze śmietaną i włoską soczystą sałatę.</akap>


<akap_dialog>--- Wszelkie uciechy na jeden dzień! --- zawołał Zygmunt
wesoło. --- Czy jest na świecie lepsze jadło, jak kurczęta ze
śmietaną<pa><slowo_obce>kurczęta ze śmietaną</slowo_obce> --- ulubiona potrawa Zygmunta I (Gloger: <tytul_dziela>Encyklopedia staropolska</tytul_dziela>).</pa>? Strzeżcie się, waszmościowie, byście głodno od stołu nie
wstali, bo gdy tę potrawę uwidzę, niemal o wstrzemięźliwości
zapominam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zakonotuję<pe><slowo_obce>zakonotować</slowo_obce> (daw.) --- zapamiętać.</pe> te słowa waszej królewskiej mości --- rzekł
biskup Tomicki z uśmiechem --- bo ano pora wielka wypić za
zdrowie mego chrześnika, najmłodszego z Zygmuntów. Wznoszę
kielich i piję w ręce wasze, miłościwy panie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak że mi przewielebność wasze źle życzycie? --- z udanym
żalem zawołał król. --- Wiadomo wam, że wina dla zdrowia nigdy nie
pijam<pa><slowo_obce>wina dla zdrowia nigdy nie pijam</slowo_obce> --- J. L. Decius: <tytul_dziela>De Sigismundi regis temporibus</tytul_dziela>.</pa>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gotów jestem do ustępstw: zmieszamy je z wodą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ustąpcie jeszcze krzynę<pe><slowo_obce>krzyna</slowo_obce> --- odrobina.</pe>, księże biskupie... zali moje ulubione
piwo piotrkowskie nie stanie za wino z wodą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uważaj waść! Daru boskiego nie umiesz uszanować --- oburknęła zgryźliwie ochmistrzyni Jędrusia Bonera, który tuż przy jej
krześle upuścił koszyczek z nakrajanym chlebem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To niechcący, raczcie wasza miłość darować; pośliznąłem się
ino --- przepraszał paź pokornie --- wyzbieram co do okruszynki.</akap_dialog>


<akap>Rzucił się na kolana i również niechcący sparł się jedną ręką na
powłoku donny Arcamone, by ciągnąc suknię, mógł odwrócić
uwagę od lekkiego szarpnięcia przywiązanej na wstędze torebki.</akap>


<akap_dialog>--- A cóż za niepolityczny<pe><slowo_obce>niepolityczny</slowo_obce> (daw.) --- źle wychowany, nieuprzejmy.</pe> chłopak! Teraz mi znowu suknię
z fałdów wyrywa; usuńże się waść!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już, już idę po świeży chleb do kredencerza<pe><slowo_obce>kredencerz</slowo_obce> --- 
służący odpowiedzialny za zaopatrzenie w produkty spożywcze.</pe>.</akap_dialog>


<akap>I pobiegł ku drzwiom od sieni.</akap>


<akap_dialog>--- I cóż? Jest? --- spytali z biciem serca Gedroyć i Drohojowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O! --- lakonicznie odparł Jędruś, uchylając poły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O rety... po cóżeś wszystko zabierał? Nie lepiej ino klucz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, miałem ci klęczeć i rozpinać torebkę, za powrotem
znowu padać na kolana przed starą sową i chować klucz na swoje
miejsce? Toć by ślepa i głucha być musiała, żeby nie zmiarkowała,
co się święci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hola! hola! nie czas na rozhowory<pe><slowo_obce>rozhowor</slowo_obce> (ukr.) --- rozmowa, gadanie.</pe>; musimy się sprawić
piorunem.</akap_dialog>


<akap>Zbiegli ze schodów, potem chyłkiem, muru się trzymając, w sam
kąt ku stajniom, od których wozowniami oddzielona stała szopa
niewielka, na nocleg dla osłów naprędce z desek zbita.</akap>


<akap_dialog>--- Szmaty grube masz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Starą derkę ze strychu zabrałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Podrzyj na czworo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie wierzga?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oślica zła, kąsa i wierzga, ale osioł cale<pe><slowo_obce>cale</slowo_obce> (daw.) --- całkiem, zupełnie.</pe> łaskawy; chleba pół
bochenka capnąłem, będę łamać i bez<pe><slowo_obce>bez</slowo_obce> (tu gw.) --- przez.</pe> całą drogę podawać, to ani
piśnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Owińcież mu kopyta starannie, coby szedł cicho po kamieniach i po schodach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja sam poprowadzę --- rzekł Kostuś --- ty mu podawaj chleb.</akap_dialog>


<akap>I znowu z całą ostrożnością, boczkiem, chyłkiem, przekradli się
do niezamieszkanego wschodniego skrzydła i do starych schodów
obecnie również nie używanych. Gedroyć trzymał osła za grzywę
i prowadził pod górę; gdyby nie chleb, ciężko by się dał uparciuch
nakłonić, a tak co parę stopni dostawał przysmaczek i jakoś wcale
prędko wdrapali się na drugie piętro. Obrócili się w swój kochany
ustronny korytarz, dotarli do drzwi pokoju ochmistrzyni i...</akap>


<akap_dialog>--- Święci patronowie, ratujcie!... A Krabatius w drugiej izbie...
ino drzwi dzielą; usłyszy nas...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On? Jeszcze mu się nieco chorość przywidywała, dałem mu
przed wieczorem dwa kubki starego wina, śpi ano, aż chrapi.
Słyszycie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to otwieraj na gwałt, bo czas ucieka!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie będzie ryczał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E, ciemna izba, ciepło, najadł się, pewnikiem zaśnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na dwa spusty muszę zamknąć, tak, jak było.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lećmy na miłość boską w te pędy, bo mi się zda, że już
wszyscy goście zauważyli, że nas na sali nie ma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo ci się rozum ze strachu miesza; ani pół godziny cała robota
nie trwała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchaj, Drohojowski, ja się nie mogę narażać na przyłapanie,
bom się już pierwej dość wedle Arcamony kręcił; idź więc ty,
trzymaj torbę pod nasuwniem, a przechodząc podle jej zydla, upuść
z letka na powłok i nie oglądając się cale, wolnym krokiem stąpaj
dalej. Zaś Kostuś chyci się Koniecpolskiego lub Korybuta, który
z nich będzie pod ręką, i niby niechcący pokaże mu oną torebkę na
podłodze. Pierwej by się ziemia zapadła, zanimby który z tych
dwóch był o jaką psotę posądzony.</akap_dialog>


<akap>Wśród gwarnej rozmowy, wśród śmiechów i toastów, wśród
bieganiny służby, nikt, nawet czujny jak Argus<pe><slowo_obce>Argus</slowo_obce> (mit. gr.) --- olbrzym o tysiącu oczu, strażnik na usługach bogini Hery.</pe> pan ochmistrz
Strasz, nie zauważył nieobecności trzech chłopców ani ich powrotu
na salę. Bawiono się jeszcze z godzinę przy stole, na wety<pe><slowo_obce>wety</slowo_obce> (daw.) --- deser.</pe> obnoszono słodkie dania i marcypany, wreszcie królowa jejmość powstała z krzesła, dając znak do rozejścia się. Oboje królestwo żegnali najłaskawiej każdego ze znamienitych gości jakimś uprzejmym
słówkiem, przy czym król Zygmunt przypominał, że jutrzejsze
święto Wniebowzięcia Matki Boskiej nowy dzwon o szóstej rano
swym śpiewem powita.</akap>


<akap>Pogaszono światła, sześciu paziów nocną służbę pełniących
poświeciło królowi do jego komnat, drugich sześciu odprowadziło
królową.</akap>


<akap>Bractwo figlikowych turniejów pobiegło czwałem do swej
sypialni, by nie zapalając w niej światła, stać u przymkniętych
drzwi, czyhać na przejście panien dworskich i widzieć powitanie
panny Arcamony z ukrytym w jej komnacie osłem. Szydłowiecki,
i jako sędzia i przełożony związku, troskał się o bezpieczeństwo
swoich braciszków.</akap>


<akap_dialog>--- Słuchajcie no, chłopcy --- rzekł --- pamiętaliście też o tym, by was ciągle przy obsłudze widziano, a krótkiej wycieczki nie spostrzeżono? Bo na tym właśnie sztuka. Taką już mamy złą sławę
(Bogiem a prawdą<pe><slowo_obce>Bogiem a prawdą</slowo_obce> --- mówiąc szczerze, w istocie, naprawdę.</pe> cale zasłużoną), że i dzisiejszej psoty autora, czyli sprawcy, najpewniej między nami szukać będą. Choćby ino dlatego, że tutaj mieszkamy, a tamci daleko, a po wtóre, żaden by tu nawet nie trafił w one zakrętasy i zakamarki, jeszcze by które z paniątek nóżkę złamało. Więc ja najstarszy i sędzia zapytuję was, jakieście się sprawili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja --- rzekł Gedroyć --- bez caluśką wieczerzę, aż do samych
kurcząt, stałem na jednym miejscu, bo tak najroztropniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A kto znamienity może zaświadczyć, że cię widział?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, niech wasza wielmożność osądzi: stałem za krzesłem
pana Firleja i miłościwa pani dwa razy do mnie przemówiła, bym mu
coś tam podał. Nalewałem piwa królowi jegomości, gdy pił zdrowie
swego imiennika, i umyślnie przelałem wierzchem, a miłościwy pan
odwrócił głowę i połajał: ,,Uważaj, co robisz!" A gdym z oślej
wyprawy powrócił, znowu skoczyłem na to samo miejsce i ani
drgnąłem już do końca wieczerzy. Zali dobrych mam świadków?
Sam król i królowa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja posługowałem z całego serca pannie ochmistrzyni --- roześmiał się Jędruś --- aż jej nudno było, takem wedle niej
skakał. Nie moja wina, że mi się noga na onej powłoku<pe><slowo_obce>na onej powłoku</slowo_obce> --- na ogonie jej sukni.</pe> skręciła
i z piętnaście skibek chleba na ziemię spadło. Rzuciłem się wyzbierać, a ta jeszcze mruczy, że jej suknię depczę; jakożbym inaczej mógł wstęgę rozwiązać i torebkę uszczknąć... chi, chi, chi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie zauważyła?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani krzty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, a ty Drohojowski?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja się razem z Krystkiem uczepiłem krzeseł panien de Macris i de Opulo i wyprawialiśmy krotofile<pe><slowo_obce>krotofila</slowo_obce> a. <slowo_obce>krotochfila</slowo_obce> (daw.) --- żart, farsa.</pe>, aż się pokładały ze
śmiechu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja zasię --- rzekł Ostroróg --- trzymałem się duchownych
osób; księża biskupi obaj mogą przysięgać, jako ich na jeden pacierz nie odstąpiłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, a mnie także niezgorzej się działo --- dodał Szydłowiecki --- bo sama panna Papacoda przyzwała mnie do siebie i prosiła, bym się nie oddalał, bowiem ze służbą nie umie się zgadać, a ja po włosku rozumiem. To i stałem trzy godziny wedle niej. A ty, Dmytruś, nie boisz się posądzenia?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tażeż ja niczym dziecko przy matce stał sobie podle samego
Strasza i coraz to do niego ręce składał, żeby mnie puścił co niebądź przespać się. Niech no on powie, czy mnie przy nim nie było.</akap_dialog>


<akap>Korybut, Koniecpolski, Stadnicki i Łaski, najwykwintniejsi z paziów, ofiarowali swe usługi damom dworskim; w starym korytarzu
bowiem, którędy miały iść do swych tymczasowych sypialni,
ceglana posadzka bardzo była nierówna, powybijana, niespodziewane schodki i zakręty utrudniały drogę po ciemku, bo jedna
świeczka w ręku ochmistrzyni nie rozjaśniała ponurych ciemności.
A że korytarz był wąski, więc po dwoje iść mogli i to z wolna,
ostrożnie, uważając na nierówności i dziury w podłodze. Korybut
z Łaskim szli ze świecami przodem, Koniecpolski ze Stadnickim na
ostatku.</akap>


<akap_dialog>--- Co to tak zgrzypi czy jęczy? --- spytała Hipolita de Opulo
wzdrygając się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie? Nie słyszę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, jakieś dziwne głosy, niby w samym końcu korytarza --- rzekł Stadnicki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? W samym końcu? --- zawołała Laura Beltrani. --- To ja
kroku dalej nie idę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coś krzyczy... co za ryk piekielny!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechże się wasze moście nie boją, to może z podwórca jakie
głosy dochodzą; przecie w korytarzu nie ma żywego ducha prócz nas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W istocie nic teraz nie słychać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zupełna cisza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zresztą, przystaniemy tu, póki wasze miłoście do swoich
komnat nie wejdą.</akap_dialog>


<akap>Panna Arcamone włożyła klucz do zamku<pe><slowo_obce>klucz do zamku</slowo_obce> --- dziś popr. forma: klucz do zamka.</pe>; żaden szmer złowrogi
nie ostrzegł jej o grożącym niebezpieczeństwie.</akap>


<akap_dialog>--- Dobrej nocy życzymy waszym miłościom!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Grazie</slowo_obce>, <slowo_obce>grazie</slowo_obce><pe><slowo_obce>grazie</slowo_obce> (wł.) --- dziękuję.</pe>, pomówię jutro z miłościwą panią, opowiem
jej, jako waszmościowie uprzejmi byliście dla nas i jako na całą
zgraję trutniów i zuchwalców bezczelnych wy czterej tylko to
prawdziwe panięta i <slowo_obce>veri gentiluomini</slowo_obce><pe><slowo_obce>veri gentiluomini</slowo_obce> (wł.) --- prawdziwi dżentelmeni. </pe>. <slowo_obce>Buona notte</slowo_obce><pe><slowo_obce>buona notte</slowo_obce> (wł.) --- dobranoc.</pe>!</akap_dialog>


<akap_dialog>,,Ehe, ehe, pogadasz ty o niejednym jutro z miłościwą panią..." --- szydził z niej w duchu Gedroyć, wyzierając przez szparkę.</akap_dialog>


<akap>Ochmistrzyni obróciła klucz dwa razy, otwarła drzwi i weszła do
swej komnaty.</akap>


<akap><begin id="b1355735603288-3645555833"/><motyw id="m1355735603288-3645555833">Śmiech, Diabeł</motyw>Signora Papacoda żegnała się jeszcze z paziami, a Beatrycze
szukała w torebce klucza od sąsiednich pokoi, gdy nagle stanęli
wszyscy jak gromem rażeni... z ciemnej antykamery biegła cofając
się donna Arcamone, z lewą ręką sztywnie przed siebie wyciągniętą,
jakby coś wstrętnego odpychała, podczas gdy prawą bezustannie
i prędko kreśliła krzyże w powietrzu.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Congiuro te... va via! va via</slowo_obce><pe><slowo_obce>congiuro te... va via! va via</slowo_obce> (wł.) --- zaklinam cię, odejdź.</pe>! --- zatoczyła się i padła w objęcia Lauretty i Stadnickiego, którzy stali najbliżej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co wam jest? Czy złodziej? Czy przywidzenie jakie? --- pytali
ze współczuciem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może niemoc nagła? --- szepnął Korybut do Beatryczy, pokazując palcem na czoło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idźcie, kto w Boga wierzy!... wygnajcie go... święcona woda
przy drzwiach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od rzeczy gada; uderzenie do głowy. Uspokójcie się, wasza
miłość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie uspokoję się, póki... on... tam jest!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Diabeł? <slowo_obce>Ahi me</slowo_obce>... diabeł najstraszniejszy... łeb ogromny,
rogaty...</akap_dialog>


<akap>Nie domówiła ostatnich wyrazów, zagłuszył je wybuch niczym
nie hamowanego, nieokiełznanego, spazmatycznego śmiechu... Łaski aż przysiadł na ziemi, Korybut wił się, jakby go tarantula
ugryzła, Koniecpolski i Stadnicki tupali nogami i kwiczeli nieludzkim głosem, a panny skakały jak piłki w górę...</akap>


<akap>Spokojnie, z namysłem i rozwagą kroczyło ku nim niewinne
długouche zwierzątko, przyczyna całego zamieszania.<end id="e1355735603288-3645555833"/></akap>


<akap_dialog>--- Znowu oni! --- zdławionym od wściekłości głosem wyszeptała
ochmistrzyni.</akap_dialog>


<akap>Donna Izabela, która od niepamiętnych czasów, czyli od lat
młodości, zawsze pozostawała na skrycie wojennej stopie z donną
Mariną, klasnęła w ręce:</akap>


<akap_dialog>--- A to ucieszni krotofila! <slowo_obce>E veramente</slowo_obce><pe><slowo_obce>veramente</slowo_obce> (wł.) --- naprawdę.</pe> una wyśmienita figla!
Osioł <slowo_obce>nella camera</slowo_obce><pe><slowo_obce>nella camera</slowo_obce> (wł.) --- w pokoju.</pe> pani okmiczini... barzo wesola zabawka!... cha,
cha, cha...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Równie wesoła zabawka, jak z pieskiem waszej miłości; ino że
wtedy myśmy się śmiały, a kto inny płakał. Panie Koniecpolski,
zechciejcie wyprowadzić to bydlę --- dodała z udaną obojętnością.</akap_dialog>


<akap>Osiołek tymczasem szedł sobie wcale swobodnie przez korytarz,
a na widok wesołego i hałaśliwego towarzystwa uczuł się również
mile podnieconym, zadarł łeb zuchwale i ryknął, jakby go żywcem
obdzierano ze skóry.</akap>


<akap_dialog>--- Hi haaaau!</akap_dialog>




<naglowek_rozdzial>Rozdział IV.
Figiel Mikołaja Ostroroga</naglowek_rozdzial>




<akap>Nazajutrz król Zygmunt wstał raniej niż zwykle. Ledwie doczekał wschodu słońca, tak mu pilno było dostać się na wieżę i własną ręką zbudzić do życia śpiącego olbrzyma.</akap>


<akap>Przed godziną szóstą wyszedł z przedpokoju królewskiego
Aleksander Chodkiewicz, jeden z paziów, i spiesznie biegł najkrótszymi drogami do mieszkania kościelnego Marcina Grudy, by go
zawiadomić, że król jegomość kończy się ubierać i za małą chwilkę
będzie na wieży.</akap>


<akap>Marcin ze swojej strony zawołał czterech pachołków, bo wczoraj
jeszcze pouczył go mistrz Behem, że co najmniej czterech lub pięciu
ludzi trzeba do rozhuśtania dzwonu.</akap>


<akap>Miłe było zdziwienie króla, gdy wyszedłszy po stromych schodkach na dzwonnicę, zastał tam nie tylko mistrza Hansa, co było zupełnie naturalnym, a nawet koniecznym, ale hetmanów: Tarnowskiego, Firleja i marszałka Kmitę.</akap>


<akap_dialog>--- Witajcie waszmościowie, z wielkim rozradowaniem was widzę --- rzekł król łaskawie.</akap_dialog>


<akap>Przypatrzył się z bliska napisowi, biegnącemu dokoła dzwonu,
i pięknym wypukłorzeźbom, które wyszły w odlewie nader ostro
i czysto, i rozpytywał ludwisarza z wielkim zajęciem, jakie kruszce
wchodzą w skład spiżu, czy długo się mieszanina owych metali
roztapia, zanim jest gotową do wlania w formę, jak długo trwa
ostyganie. A mistrz Behem odpowiadał szczegółowo na pytania,
tłumaczył cały przebieg ciężkiej tej pracy, której pomyślnego
wyniku nigdy nie można oczekiwać na pewno, i dodał w końcu:</akap>


<akap_dialog>--- Ot i dziś jeszcze wątpliwości z serca nie wygnałem... dzwon
odlany jest wprawdzie bez błędu ni skazy, przyjął wszystkie ozdoby
najdokładniej, na pozór w niczym nie chybia, a jednak... jeszcze to
nieme stworzenie... dopiero odetchnę swobodnie, gdy przemówi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czegóż się obawiacie? --- pytał król.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiele się lękam, miłościwy panie; może być trafunkiem rysa
i to niejedna w ścianach dzwonu, warstwą napływającego spiżu po
wierzchu zalana. Ja jej nie widzę okiem, ale wszelkie ucho ją pozna, bo dzwon niejednolicie odlany głucho a chrypliwie dźwięczyć<pe><slowo_obce>dźwięczyć</slowo_obce> --- dziś popr.: dźwięczeć.</pe>
będzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc po co się długo dręczyć? Zaczynajmy w imię Boże!</akap_dialog>


<akap>I król dał znak pachołkom, by zaruszali dzwonem.</akap> 

<akap>Stanęli czterej rzędem, ujęli za liny i pociągnęli co sił... ani drgnął.</akap>





<akap>Kościelny, chłop setny, wyższy nawet od króla jegomości,
skoczył im na pomoc --- nie dał rady.</akap>


<akap>A mistrz Behem, oparty plecami o mur, chwycił rękoma za
skronie i zapatrzył się rozmiłowanym wzrokiem w swoje dzieło, o bożym świecie niewiedzący.</akap>


<akap_dialog>--- Hej, panie! --- zawołał Gruda, pociągając go za rękaw. --- Nie
chce się ruszyć; czy posłać po więcej chłopów?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Posłać?... gdzie... a tak... to jest nie... nie trzeba, pomogę. Raz, dwa, wszyscy razem... trzy!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1357076972577-1527579680"/><motyw id="m1357076972577-1527579680">Dźwięk, Muzyka</motyw>Zatrzeszczały belki, dzwon usłuchał rozkazu i zakołysał się ku
górze. Jeszcze raz... i jeszcze raz...</akap>


<akap>Gdy już za każdym pociągnięciem lin wznosił się regularnie i opadał, król skinął ręką na pachołków, ustąpili na bok, a sam pan
miłościwy, trzej jego najwierniejsi przyjaciele i mistrz Hans z natężeniem sił swoich pociągali za sznury w coraz szybszym tempie, by zmusić serce do uderzenia.</akap>


<akap>I uderzyło! Dzwon przemówił!</akap>


<akap>Zatrzęsło się wiązanie, zadrżały mury... ze spiżowej paszczy
dzwonu buchnął huragan dźwięków. Tętniące fale głosu przeniknęły wszystkich aż do wnętrza, gromko dudniły im w uszach, muskały ich po twarzach niby powiew brzmiący przedziwną harmonią. Cała wieża pełna była śpiewu, który na skrzydłach wiatru porannego popłynął ku miastu. Zdawało się niemożliwym, doprawdy niepodobnym, by te akordy tak bogate, ten chór jakby cudnie dobranych instrumentów muzycznych był... tylko głosem dzwonu.</akap>


<akap>Hans Behem płakał.<end id="e1357076972577-1527579680"/></akap>


<akap>Oddano sznury dzwonnikom; król stanął w oknie zwróconym wprost na miasto, słuchał modlitwy dzwonu, patrzał...</akap>


<akap><begin id="b1357077026716-2172565595"/><motyw id="m1357077026716-2172565595">Król</motyw>Patrzał na baszty obronne, na wieżyce kościołów, na strzelającą
wysoko pod niebo, najwyższą w Polsce wieżę mariacką, dalej poza
miastem widział wioski gęsto rozsypane, łąki zielone, pola ze
zbożem w kopy poskładanym i czarne szmaty lasów na horyzoncie,
widział mrowisko ludzkie zdążające drogami i ścieżkami na nabożeństwo do miasta...</akap>


<akap>Widział tym oknem całe dziedzictwo swoje, dwa ludy niegdyś
obce sobie i wrogie, związane nie przemocą i orężem, lecz wiarą
i miłością w jeden naród. Widział ten naród zdążający pod jego
błogosławionym berłem do światła, szanowany przez sąsiadów,
straszny wrogom, swobodny, szczęśliwy; czuł, że imię jego przechodzić będzie z pokolenia na pokolenie, jasne jak słońce, potężne jak słońce... i dziękował w pokorze Bogu, że go uczynił wielkim królem.<end id="e1357077026716-2172565595"/></akap>


<akap>Z powodu uroczystego święta, miłościwy pan, oprócz zwykłej
cichej mszy, wczesnym rankiem odprawionej, był jeszcze na wotywie<pe><slowo_obce>wotywa</slowo_obce> --- msza odprawiana w jakiejś szczególnej intencji a. uroczysta msza poranna.</pe> o dziewiątej godzinie przed ołtarzem Wniebowzięcia Matki
Boskiej, po czym wstąpił do zakrystii zapytać księdza Krzyckiego o wrażenia, jakich doznał słuchając po raz pierwszy głosu ,,Zygmunta". Ksiądz Krzycki, biskup przemyski, lecz mniej na swej stolicy niż w Krakowie przemieszkujący, był człowiekiem uczonym i dworakiem wytrawnym; rozwodził się nad arcydziełem mistrza Behema i chwalił je wymownymi słowy, a zakończył pochlebnym zwrotem:</akap>


<akap_dialog>--- Godzien jest król dzwonów nosić wasze imię, najmiłościwszy
panie.</akap_dialog>


<akap>Wychodząc spostrzegł król we drzwiach zakrystii nieznajomego
szlachcica, który błagalnym wzrokiem nań spoglądał i pokornie się
kłaniał.</akap>


<akap_dialog>--- Z prośbą? --- spytał krótko Zygmunt.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O sprawiedliwość! --- równie krótko odpowiedział szlachcic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź waszmość za mną; wysłucham i rozważę.</akap_dialog>


<akap>Weszli do kaplicy Przenajświętszego Sakramentu i krytymi
schodkami wprost do komnat królewskich.</akap>


<akap>W pół godziny później szlachcic z otuchą w twarzy wychodził
z zamku, a Starowolski, paź dyżurny, biegł do królowej jejmości
z zapytaniem, czy może przyjąć odwiedziny miłościwego pana.
Oznajmił się w antykamerze pannie de Macris, która zajrzawszy do bawialni, gdzie miłościwa pani listy nadeszłe z Włoch odczytywała, przedstawiła jej życzenie króla.</akap>


<akap_dialog>--- Uprzejmie proszę! --- rzekła Bona i żywo przebiegła do sypialni
poprawić uczesanie przed zwierciadłem i zapiąć na szyi sznur
wielkich bladoróżowych korali, w których wyglądała uroczo a skromnie, co najjaśniejszemu jej małżonkowi najbardziej się podobało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dnia dobrego waszej miłości z serca życzę --- rzekł król
wchodząc, a przybliżywszy się do żony, powitał ją powtórnie
i ucałował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemu lub komu zawdzięczam tak miły dnia początek, że waszą królewską mość u siebie widzę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapytać was chciałem w pewnej sprawie, ale to później; cóż
pisze wicekról Neapolu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powołuje się na cesarza i przyrzeka zastosować się do jego
rozkazów. W każdym razie ufam, że moje prawa do księstwa Bari są
święte, a że po śmierci najmiłościwszej pani, matki mojej, niesłusznie je wicekról objął w posiadanie, przeto cesarz Karol<pe><slowo_obce>Karol V Habsburg</slowo_obce> (1500--1558) --- cesarz niemiecki (1519--1556) oraz król Hiszpanii (1516--1556, jako Karol I Hiszpański).</pe> powinien uczynić, co sprawiedliwe, i powrócić mi dziedzictwo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przez<pe><slowo_obce>przez</slowo_obce> (tu gw.) --- bez.</pe> nijakiego wątpienia --- zapewnił Zygmunt --- lecz
gdybyś wasza miłość zażądała mego zdania, radziłbym wysłać
z listem do cesarza człowieka wymownego i erudyka<pe><slowo_obce>erudyk</slowo_obce> --- dziś: erudyta.</pe>, by ustnie
dopowiedział i wyłuszczył, czego by się w piśmie nie dało wyrazić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Raczcie mi wskazać takiego człowieka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ksiądz kanonik Stanisław Borek<pa><slowo_obce>ksiądz Borek</slowo_obce> --- wysłany do cesarza Karola V, załatwił sprawę pomyślnie (J. Bielski: <tytul_dziela>Kronika polska</tytul_dziela>).</pa> odpowie godnie waszemu zaufaniu; mąż to dziwnej przenikliwości, bywalec i polityk wielki, a wymowy niepospolitej i dowcipu bystrego. Jemu zawierz, wasza miłość, a czego by nikt nie zdolił<pe><slowo_obce>zdolić</slowo_obce> (daw.) --- dokonać.</pe>, on sprawi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękuję po stokroć waszej królewskiej mości, zaraz jutro
zawezwę księdza Borka. Ale przejdźmy teraz do owego pytania,
które mi macie zadać, a któregom ciekawa mocno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodzi tu o nieporozumienie, a zrządzeniem przypadku
pełnię u waszej miłości podobną służbę, jaką u cesarza Karola
sprawiać będzie wysłannik wasz, ksiądz Borek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaiste, zaciekawiacie mnie, miłościwy panie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprawa jest, zda mi się, jasna: dobra koronne, które wyznaczyłem waszej miłości jako oprawę, a w razie mej śmierci
dożywocie wdowie, przynoszą dochody cale znaczne; zda mi się
tedy niesprawiedliwością, że zarządcy, z ramienia waszego ustanowienia, gnębią przez wiedzy waszej dzierżawców i czynsze coraz to wyższe wyznaczają. Tak nie ma być... <slowo_obce>dedecet</slowo_obce><pe><slowo_obce>dedecet</slowo_obce> (łac.) --- to niewłaściwe, niegodne; nie godzi się.</pe>! I właśnie po sprawiedliwość przychodzę do waszej miłości, by skarciła samowolę swych sług i zagroziła wydaleniem. Proszę, uczyńcie to dla mnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słusznie użyliście słowa ,,nieporozumienie", miłościwy małżonku --- odpowiedziała powoli i dobitnie Bona --- lecz istnieje ono li między wami a mną, co zaraz wyjaśnię. Czynsze dzierżawne, za życia ojca waszej królewskiej mości ustanowione, a sądzę, że nie zaręczylibyście mi słowem, czy jeszcze nie za dziada waszego, króla Jagiełły, są śmiesznie niskie. Nakazałam memu pełnomocnikowi Grzymale przed trzema laty, by je podniósł, a w tym roku otrzymał takież samo polecenie i rozkaz, by wolę moją ściśle wypełnił.</akap_dialog>


<akap>Zygmunt zmarszczył brwi i przygryzł usta, lecz nie unosząc się
gniewem, mówił łagodnie:</akap>


<akap_dialog>--- Niedobry to rozkaz, chciejcie mi wierzyć. Czynszownicy
mieli bardzo ciężkie lata ostatnie: grady w zeszłym roku wybiły
wszystko, wiadomo wam również, jako tegoroczne srogie mrozy
popsowaly oziminy, śniegi do Świątek<pe><slowo_obce>Zielone Świątki</slowo_obce> --- daw. ludowe święto wiosny, w polskiej tradycji katolickiej ludowa nazwa święta Zesłania Ducha Świętego, obchodzonego 7 tygodni po Niedzieli Wielkanocnej.</pe> stały na polach, a po wsiach ludzie chwastami się żywili<pa><slowo_obce>tegoroczne srogie mrozy popsowaly oziminy, śniegi do Świątek stały na polach, a po wsiach ludzie chwastami się żywili</slowo_obce> --- J. Bielski, <tytul_dziela>Kronika polska</tytul_dziela>.</pa>; nierzadko i pożary się trafiają. Zaliż król jest tyranem, a nie ojcem swoich poddanych?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pięknie i rzewnie przemawiacie, najjaśniejszy panie --- z lekkim szyderstwem w głosie rzekła Bona --- kłamcą byłby ten, który by was lub najmiłościwiej w Bogu spoczywających przodków waszych tyranami ośmielił się mienić. Królowie polscy w ogóle, a wy
Jagiellonowie najbardziej, szlachetną wspaniałomyślnością się rządzicie... <begin id="b1356889074525-2744029485"/><motyw id="m1356889074525-2744029485">Król, Władza</motyw>darowywać na prawo i na lewo, nagradzać, kupować miłość poddanych, nie bacząc na jutro; a gdy to jutro zapuka do skarbca waszego, znajdziecie... klejnoty cnót wszelakich, lecz szkatuły puste.</akap_dialog>


<akap>Nie tak postępują mocarze w moim kraju i nie na waszą modłę
mój rozum urabiano. Gdy mam skrzynie pełne pieniędzy, kupuję
wojsko i trzymam lud żelazną ręką. Królowie polscy zasię kupują
serca, sieją dobrodziejstwa, a zbierają niewdzięczność!</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Tace, fatua!</slowo_obce><pa><slowo_obce>Tace, fatua!</slowo_obce> (łac.) --- milcz, głupia. Słów tych użył Zygmunt do Bony w innych okolicznościach. Przeździecki, <tytul_dziela>Jagiellonki polskie</tytul_dziela>...</pa> --- jak piorun padły z ust króla dwa słowa.
Pierwszy raz w życiu Zygmunt stracił cierpliwość. Wstał ciężko
zagniewany z ławy i rzekł surowym głosem:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Grzymała pójdzie precz, rządcę sam zamianuję, czynsze
wyznaczę. Biada temu, kto mi się na jotę ośmieli sprzeciwić!<end id="e1356889074525-2744029485"/></akap_dialog>


<akap>Ledwie się drzwi za nim zamknęły, Bona zerwała się z krzesła
i czując swą bezsilność wobec twardej woli męża, zapałała gniewem, niemal wściekłością... Nazwał ją głupią i ziemia go nie
pochłonęła! Kazał milczeć i ust nie otworzyła. Co się to stało? Gdzie się podział ów mąż wyrozumiały i pobłażliwy? Jeno<pe><slowo_obce>jeno</slowo_obce> (daw.) --- tylko.</pe> króla srogiego widziała przed sobą.</akap>


<akap_dialog>--- I nic nie mogę... nic... muszę słuchać... wszystko się stanie, jako rozkazał... --- krzyczała biegając po komnacie jak szalona. Za upokorzenie, za niemoc swoją chciała wywrzeć zemstę na kimś czy na czymś, zadać ból, zranić, podeptać... Szarpnęła oburącz korale na szyi, pękła nić jedwabna, a korale rozsypały się z suchym łoskotem po posadzce...</akap_dialog>


<akap>Damy dworskie miały zawsze łatwy przystęp do królowej; otaczała ona swe rodaczki łaskawością wielką; najstarsze zwłaszcza,
Izabela Papacoda i Marina Arcamone, które długie lata na dworze
jej matki spędziły i na rękach ją dzieckiem nosiły, cieszyły się
przyjaźnią miłościwej pani.</akap>


<akap>W parę minut po odejściu króla ochmistrzyni weszła do antykamery, ustrojona już świątecznie na sumę do kościoła; korzystając z przywileju przywiązanego do swego urzędu, otworzyła swobodnie drzwi do pierwszej izby --- nie było nikogo. Z bawialni dochodził ją niewyraźnie głos królowej. ,,Zapewne rozmawia z którą
z panien" --- pomyślała i przyłożyła ucho do drzwi.</akap>


<akap>,,Gniewa się... --- szepnęła --- krzyczy... łaje... ciekawam, która
znów coś przeskrobała... dobrze trafię, jak jest zła, to rada się znęca; za piołun<pe><slowo_obce>piołun</slowo_obce> --- gorzka roślina używana w ziołolecznictwie; tu przen.: zniewaga.</pe> wczorajszy wyproszę łacno plagi dla tych łotrów paziów. Ale których obwinić? Ostroróg i Boner... najpewniej oni... zresztą wszystko mi jedno, byle plagi dostali. Ona także nie będzie
dochodzeń czynić, zawoła Strasza i każe ich oćwiczyć.</akap>


<akap>Delikatnie, jak przystało na osobę wykwintnych obyczajów, nie
poruszając prawie klamką, wsunęła się do komnaty i ku niemałemu
swemu zdziwieniu przekonała się, że królowa jest sama.</akap>


<akap>Wyczerpana złością, krzykiem i płaczem, Bona stała przy oknie
z czołem opartym o szybę --- odpoczywała.</akap>


<akap>Na swe nieszczęście donna Arcamone nie mogła dostrzec jej twarzy; pewna dobrego przyjęcia, odezwała się słodko:</akap>


<akap_dialog>--- Najuniżejsze służby moje składam u stóp miłościwej pani.</akap_dialog>


<akap>Milczenie.</akap>




<akap>,,Zamyślona, nic nie szkodzi, zacznę wprost..."</akap>


<akap_dialog>--- Ze skargą przychodzę do mej ubóstwianej monarchini... --- przerwała.</akap_dialog>


<akap>Lecz nie mogąc doczekać się słówka od królowej, mówiła dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Paziowie, te nikczemniki zuchwałe, obrazili mnie wczoraj
śmiertelnie... racz najjaśniejsza pani wydać wyrok jak najsurowszy.</akap_dialog>


<akap>Bona odwróciła się ruchem gwałtownym od okna i krzyknęła, nie hamując furii:</akap>


<akap_dialog>--- Idź precz! Nic mnie twoje strapienia nie obchodzą!... Czego tu
stoisz i wytrzeszczasz na mnie te sowie oczy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najjaśniejsza pani...</akap_dialog>


<akap>Bona tupnęła nogą.</akap>


<akap_dialog>--- Czy już nawet własnej sługi wyrzucić za drzwi siły nie mam?
Precz, mówię!</akap_dialog>


<akap>Jednym skokiem ochmistrzyni znalazła się za drzwiami i padła
na ławkę bliska omdlenia.</akap>


<akap>,,Kto mnie oczernił... kto mnie zabił... w niełasce... ja, Marina
Arcamone. <slowo_obce>Dio mio lascia moire</slowo_obce>!... Czy mi każe natychmiast opuścić
pałac? Zawlokę się do mego kąta i tam będę oczekiwać strasznego
losu... Jedyna pociecha, że nikt... ach, ulitował się Bóg nade mną... nikt mego poniżenia nie widział. Beatrycze i Lukrecja dokazują z Koniecpolskim, drzwi do antykamery zamknięte, reszta paziów biega po korytarzu; nikt nie widział, nikt nie słyszał".</akap>


<akap>Donna Marina uprzedziła swe towarzyszki, że słuchając łaskawej rady miłościwej pani, idzie się położyć, gdyż po wczorajszym
przestrachu czuje się bardzo, bardzo słabą.</akap>


<akap>Minął atoli ranek, minęło południe, zapadł wieczór, żadna wieść
hiobowa nie nadchodziła, zbolały duch donny Mariny spoczął
w pokrzepiającym uśpieniu.</akap>


<akap>Nazajutrz, gdy o zwykłej rannej godzinie paziowie wychodzili
z kościoła po mszy księdza Wita, pan ochmistrz Strasz, zatrzymawszy ich na podwórzu, przeliczył, czy którego nie brakło, i kazał się stawić w tym samym miejscu zaraz po śniadaniu. Gdy się zeszli, wywołał po nazwisku dwudziestu czterech na codzienną usługę dla miłościwych państwa, resztę zaś posłał do sali szkolnej na naukę; mistrz Ambroży bowiem narzekał bardzo na próżniaków i leniwców i pod tym względem zaprowadzono od tygodnia surowszy dozór.</akap>


<akap>Zamiast uczyć się jak chcą i kiedy chcą, musieli chłopcy
przygotowywać swe lekcje rano, odpowiadać je dziesiętnikom,
najpilniejszym i najzdolniejszym spomiędzy wszystkich paziów,
wybranym przez pana bakałarza. Dopiero gdy zadania były napisane, a pamięciowe lekcje korepetytorom ,,wydane", wolno było
bawić się, iść na przechadzkę, z wędką nad Wisłę lub w odwiedziny
do znajomych. Po obiedzie zaś półtorej godziny lekcji z mistrzem
Ambrożym, potem wspólna zabawa na podwórzu zamkowym, jakieś
turnieje, bitwy, zjazdy monarchów itp.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie lecisz? Czemu nie na górę? --- pytał Jerzy Opaliński Stacha Czarnkowskiego, który zamiast do szkoły, skręcił w bok na korytarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam sprawę do kancelarii.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ehę, już umykasz, byle się nie uczyć, w mojej dziesiątce jesteś
i jak nie będziesz umiał, to na mnie spadnie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jako żywo nie uczynię ci tego; ale, widzisz, i tak strachu mam
niemało; miłościwy król wczoraj wieczorem, gdym ze służby schodził, przykazał mi szukać zaraz dziś rano pana wicesekretariusza i zawezwać go na górę, jako jest ważna sprawa, nie cierpiąca zwłoki. A ja w kościele byłem i pośniadałem<pe><slowo_obce>pośniadać</slowo_obce> (daw.) --- zjeść śniadanie.</pe>, a o rozkazie na śmierć zabaczyłem<pe><slowo_obce>zabaczyć</slowo_obce> (daw.) --- zapomnieć.</pe>. Więc ino pobiegnę, powiem mu i w te pędy do szkoły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, to co inszego, muszę cię puścić.</akap_dialog>


<akap>Ostroróg, który idąc obok, słyszał tę rozmowę, aż się za głowę
chwycił.</akap>


<akap_dialog>--- O Jezu... Jasiek, Jędrek, na pomoc!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co się dzieje?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musicie radzić. Mówiłem wam wczoraj, jaką sobie krotofilę<pe><slowo_obce>krotofila</slowo_obce> a. <slowo_obce>krotochfila</slowo_obce> (daw.) --- żart, farsa.</pe>
umyśliłem, gwoli<pe><slowo_obce>gwoli</slowo_obce> (daw.) --- dla, w celu.</pe> zadworowania<pe><slowo_obce>zadworować</slowo_obce> (daw.) --- zażartować.</pe> z pana wicesekretariusza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, z onego<pe><slowo_obce>on, onego</slowo_obce> (daw.) --- ten, tego.</pe>, co to w czary i w magię wierzy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści właśnie. Jużem wszystko przysposobił pięknie, składnie, nie wiedziałem ino, kiedy mi się nadarzy najforemniejsza chwila. Wżdy rozumiecie, że musi być ułożone tak trefnie, aby się
nie poznał przed czasem, że to ino figiel.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc cóż?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziś właśnie taka wyśmienita sposobność się przygodzi, bo
posłyszałem tylko co, że pan Rylski do króla jegomości jest
wezwany. Pewnikiem jakie ważne pismo ma przysposobić; więc czy
szedł będzie do króla, czy wracał, muszę go przypadkiem gdzie po
drodze nadybać. A tu nie sposób wyrwać się ze szkoły, bo dziesiętnicy nie puszczają. Was bym obu zabrał jako świadków, i Szydłowieckiego, bo on sędzia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To może by się najpierw lekcji nauczyć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ci się uwidziało? Ani za godzinę nie będziemy gotowi,
Rylski nam się wymknie i czekajże dopiero Bóg wie pokąd, zanim go
ściągniesz w to miejsce, gdzie potrzeba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiecie co, Russocki użyczliwy chłopak, w jego dziesiątce
wszyscy czterej jesteśmy, ino mu na rozum rzekę, to nas wypuści.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myślę, że nie, bo strasznie zawzięty do onej łaciny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No to chodźcie, spróbujemy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Marek, mójeś ty, poczwórna suplika<pe><slowo_obce>suplika</slowo_obce> (z łac. <slowo_obce>supplicare</slowo_obce>: prosić, błagać) --- prośba.</pe> do ciebie idzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nijakiej supliki nie słucham, znam się na waszych wykrętach, zabierajcie się do roboty!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchajże, musisz nas wypuścić na dwie godziny koniecznie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani myślę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie przerywajże, póki nie skończę. Słowem szlacheckim ci
ręczę, że nim na obiad zadzwonią, odpowiemy ci lekcję bez
zająknienia i pensa napiszemy, jeno przejrzysz, czy dobrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mamli zawierzyć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech no byś nie wierzył!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zatem zgoda; ale podajcie każdy rękę. Teraz idźcie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bóg zapłać; nie zrobimy ci wstydu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiecie, chłopcy, gdzie nam będzie najskładniej? Na wielkich
schodach; tamtędy iść musi, a trudno by było szukać go i czyhać po
komnatach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oj, licho nadało Serczykową!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uciekajmy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Paniczki miłe... gdzie tak pilno? A to biegną na złamanie
karku... Stójcież! Okropności się dzieją!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Posłuchajmy --- szepnął Boner --- jakieś nowe bajki baba
umyśliła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, ino stańmy tuż przy schodach, coby dawać pozór<pe><slowo_obce>coby dawać pozór</slowo_obce> (daw.) --- żeby pilnować (czy nie idzie wicesekretariusz).</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechże pani gospodyni mówi, co się stało?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, jakem rzekła... okropności; ale nie dziwota, gdy ludzie
sami na siebie nieszczęście sprowadzają, to ono i przychodzi, a jakże. Ino za co ja niewinna pokutuję, to ani mój stróż anioł tego nie wie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadajcież raz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy nie co inszego robię, ino gadam. Łaska boska, że mi
jeszcze mowy nie odjęło. A głupie dwa kołki osikowe i byłby człek
miał noce spokojne. Ale czy to taki jeden z drugim posłucha dobrej
rady?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O cóż pani Serczykowej chodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze paniczek nie wyrozumiał, że o upiorach gadam?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przeszkadzają? Naprawdę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiadam paniczkom, Sodoma, Gomora, a jakże! Wszędy
tego pełno... w biały dzień na strych idę, to ci tak coś piszczy za mną nad samym uchem, że się odwrócić nawet nie śmiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szczury.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uhum, szczury; z piekła rodem. Idę z dziewką do wędzarni po
kiełbasy, buch... jak nie wytnie drzwiami...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przeciąg naturalnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóżem to dziecko trzyletnie, cobym nie wiedziała, kiedy
przeciąg, a kiedy niesamowite sprawki? Bez podwórze wieczorem
do krów idę, oho, popod nogi się plącze...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiecie to, że pełna psiarnia młodych szczeniąt? Wyrwie
się które z szopy, to i biega, dokazuje, łasi się człowiekowi, a jejmość ze strachu zaraz upiory upatruje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jaja mędrsze od kury... ja bym ino chciała, coby pana Pawełka
tak za nogawice szarpało, jak mnie wczoraj zapaskę chciało urwać.
A w nocy... myślałam, że ranka nie dożyję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do izby wlazły?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355738902306-3710504412"/><motyw id="m1355738902306-3710504412">Zabobony</motyw>--- A niedoczekanie ich! Toć kropielniczka we drzwiach, palma
nad łóżkiem, przecie się boją świętych rzeczy. Choć i to nie zawsze
pomaga. Ale się tłukły do okna, że niech ręka boska broni!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tłukły się? Ojoj...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże; strasznie ciemna noc była i wicher niesłychany...
taka pogoda najlepiej im się udaje. Słyszę, coś oknem łomoce,
przeżegnałam się, otwieram oczy, stoją oba w oknie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakżeście widzieli, kiedy ciemno było?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści ta musieli jakim diabelskim ogniem przyświecać, bom
widziała. Ten wielki trzymał głowę w rękach i bębnił nią w szyby,
omal nie potłukł, a to małe, co gadał ogrodnik, że siostra alboli żona onego, trzęsło głowisią na wszystkie strony, klekotało zioberkami, a oblizywało się, widno mu srodze ludzka krew pachniała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to... miało język? Widziała pani Serczykowa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak, jak pana Jędrusia przed sobą widzę. Ozór czerwony
i pełna gęba ognia. Co się dziwić, że takowe piekielne upały chce
świeżą krwią przygasić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No i jakże się skończyło?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapaliłam gromnicę, zmówiłam trzy ,,zdrowaś" za dusze zmarłych, kur zapiał na to szczęście i gdzieś się podziały. Ino się łyskało kilka razy i spokój.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Całą noc była burza --- mruknął Drohojowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zgasiłam światło, nakryłam się z głową i usnęłam. Dziś sobie
wezmę Nastkę z szatni, to się i samego Lucypera nie boję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Takaż to mocna ona Nastusia?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie zaś... Dziewczyniątko niczym patyczek, a bledziuśka,
żal patrzeć. Ino że rodzic jej zwał się Adam, matka Ewa, przyszła na świat w borsuczym gnieździe.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co pani Serczykowa wygaduje?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże to może być?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widno, że może być, kiedy jest. Dziewczyna się przysięga,
jako nie zmyśla. Człowiek urodzony między zwierzęty<pe><slowo_obce>między zwierzęty</slowo_obce> --- dziś popr. forma: między zwierzętami.</pe> wielkie ma
przywileje w całym życiu: zdrową nogą bez płomienie przejdzie, na
morzu nigdy nie utonie, z wieży spadnie i pójdzie śpiewający dalej;
a już upiory, to go na dziesięć kroków poczują i umykają, aż im się
gnaty łomią. A jakże.<end id="e1355738902306-3710504412"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najlepsze lekarstwo spać twardo i o bożym świecie nie
wiedzieć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto by tak spał, to pewno, ale ja... Chryste Panie! wszystko na
mojej głowie... i o tym pamiętać, i onego dojrzeć, i służbę dopilnować, i dziewki pobudzić, i zakupić co trzeba, i strzec pańskiego dobra... mój sen to ino drzemanie: jedno oko śpi, drugie czuwa; jedno ucho spoczywa, drugie słucha. Ot, jakie moje spanie! Bądźcie zdrowi, paniczkowie, źle się stało, żeście mnie zatrzymali, bo się spóźnię do lodowni po mięso.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My ją!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ci kołowrot dopiero!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A teraz do naszej roboty! Marsz na górę. Uważajcie, jak sobie
umyśliłem: zostanę tu w przedsionku na pierwszym piętrze, usiądę
na oknie, niby sobie wyglądam, niby na kogoś czekam. Jest li już
pan sekretariusz u króla jegomości, to mnie uwidzi, gdy będzie
wracał; nie był tam jeszcze, to się zjawi za chwilę. Wy zaś, łacno się ukryjcie i będziecie się przypatrować<pe><slowo_obce>przypatrować się</slowo_obce> (daw.) --- dziś popr.: przypatrywać się.</pe>, jaki to z Mikołaja Ostroroga czarodziej sławny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ktoś idzie z dołu... --- szepnął Szydłowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uciekajcie na drugie piętro, zostańcie na schodach i poglądajcie bez barierę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, a, pan Mikołaj! Co tu waszmość na schodach porabiasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekam na pana ochmistrza. Powiedziano mi, że poszedł do
kogoś na drugie piętro, nie wiem, gdzie go szukać, więc siedzę i wyglądam go, bo mam prośbę. A wasza miłość także z jaką sprawą, do kogo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Drugi raz już do miłościwego pana idę. Kazał mi przysposobić
pismo do imci pana Grzymały, zarządcy dóbr królowej jejmości,
i oznajmić mu, jako najjaśniejszy pan uwalnia go w łasce z tej służby, mianując go zasię żupnikiem bocheńskim. Kazał sobie przynieść do przeczytania i własnoręcznego podpisu, więc śpieszę. Ale, ale... a gdzie księga, coś mi ją przyrzekł kiedyś jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mylicie się, panie sekretariuszu; wyście się ino chcieli
umawiać, ja nic nie obiecywałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to, cofasz się waszmość? Pięknie to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie cofałbym się nigdy, raz przyrzekłszy; ale przypomnijcie
sobie, jak w onym momencie, gdyście mi domawiali i pierścień
w zamian dać chcieli, drzwi się otwarły i wbiegli moi towarzysze...
pamiętacie? Śliwek mi ze sadu przynieśli...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No tak, ale...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I już słowa nie rzekłszy, pokłoniliśmy się waszmości i pobiegli na miasto z królewskimi inwitacjami. Więc nie obiecowałem<pe><slowo_obce>obiecować</slowo_obce> --- dziś popr.: obiecywać.</pe> nic i srodze temu rad jestem, bo...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ee... nic; król jegomość się tam pewnikiem niecierpliwi, co
was tak długo nie widać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprawiedliwie mnie waszmość ostrzegasz, nie ociągając się
biegnę; ale nie odchodź, ino podpis, to krótka chwilka, zaraz będę
z powrotem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A cóż waszmości po mnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pogadać chciałbym.</akap_dialog>


<akap>I oddalił się szybkim krokiem, a Mikołka wybiegł do kolegów na
schody.</akap>


<akap_dialog>--- Ino teraz bacznie uważajcie, jako mu czary będę pokazował<pe><slowo_obce>pokazować</slowo_obce> --- dziś popr.: pokazywać.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie boisz się, że go pogniewasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E, pogniewa się, to go przeproszę, a nauczka mu się przyda, po
co w głupstwa wierzy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot żeś prawie<pe><slowo_obce>prawie</slowo_obce> (tu daw.) --- naprawdę.</pe> jak dziecko --- rzekł Szydłowiecki --- zda ci się, że takiemu co pomoże? Rylski do śmierci czarów będzie szukał, tak jak Serczykowej upiorów z głowy nie wybijesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, uciekam, bo muszę jeszcze załatwić, co najważniejsze.</akap_dialog>


<akap>Pobiegł do okna, otworzył je z hałasem, wychylił się i zaczął
gwizdać jakiegoś krakowiaka. Po krótkiej chwilce odsunął się
w głąb przedsionka, usiadł na ławie i przybrał znudzoną minę.</akap>


<akap_dialog>--- Jestem... --- zawołał nadbiegając Rylski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Łaska boska, bo mi się już ano spać zachciało; ani pana
ochmistrza, ani waszej miłości. Cóżeście mi mieli powiedzieć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja waszmości nic; to ty mnie. Więc zaglądałeś do księgi?
Pojąłeś jakowe tajniki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, i jak jeszcze! Jakbym sobie ino spomniał<pe><slowo_obce>spomnieć sobie</slowo_obce> (daw.) --- przypomnieć sobie.</pe> one zaklęcia,
tobym niechybnie zdolił<pe><slowo_obce>zdolić</slowo_obce> (daw.) --- dokonać.</pe> niejedno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pycha bez<pe><slowo_obce>bez</slowo_obce> (tu gw.) --- przez.</pe> ciebie gada; ja od czterech lat magię uprawiam,
a jeszczem do niczego nie doprowadził.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo nie macie takiej księgi zacnej, jak moja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Założyłbym się, że ani tej ławy nie zaczarujesz, coby się sama
pod drugą ścianę przesunęła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W takie drobiazgi anibym się bawił. Szukajcie co trudniejszego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekajże waść, co by tu umyślić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze, ale ja chcę zakładu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zgoda; i te same stawki co kiedyś; ty księgę, ja pierścień.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pamiętajcież. --- I nieznacznie, wśród rozmowy zbliżał się do
otwartego okna, a Rylski za nim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, ludzie chodzą po ulicy, zaczaruj waszmość którego.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355739667794-2950284486"/><motyw id="m1355739667794-2950284486">Czary</motyw>--- Dobrze, ino kredy święconej trzeba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja mam! Zawżdy noszę przy sobie. Czasem próbuję wywoływać duchy (jako dotąd nadaremno), to się należy w poświęconym kole stać. A wiesz, jak to się robi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino mnie już nie uczcie, bardzo was proszę. Dajcież tę kredę.
Powiedzcie teraz, co mam uczynić? Czy kazać, by się okno w tym
domu naprzeciw samo zamknęło? Czy żeby ten człek, co stoi pod
drzewem, zaczął tańczyć i śpiewać, czy żeby owa przekupka pod
Długoszowym domem wszystkie swoje garnki i misy na drobne
okruchy potłukła?<end id="e1355739667794-2950284486"/><pa><slowo_obce>Powiedzcie teraz, co mam uczynić? [...] żeby owa przekupka pod
Długoszowym domem wszystkie swoje garnki i misy na drobne
okruchy potłukła?</slowo_obce> --- na tle anegdoty z <tytul_dziela>Dworzanina</tytul_dziela> Ł. Górnickiego.</pa></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Okno, nie zdziwiłbym się... wiatr wionie i zamknie; człek
tamten może być pijany i zatańczy... to nie czary. Lecz gdybyś mocą
magii zmusił tę niewiastę do potłuczenia swego towaru, to zaiste...
chybabym uwierzył, żeś posiadł wiedzę czarnoksięską. Ale wszystkie garnki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże, co do jednego, cały kram.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczymy, zobaczymy... --- mruczał pan wicesekretariusz
z niedowierzaniem.</akap_dialog>


<akap>Ostroróg, zmarszczywszy brwi, szeptał jakieś wyrazy, zwracając
się kolejno w cztery strony świata. Po tym wstępnym obrzędzie
zakreślił tuż przy oknie koło święconą kredą, otoczył je trójkątami, stanął w nim i znowu odmówił jakieś formułki tajemnicze, wśród których Rylski, nasłuchujący bacznie, ledwie parę oderwanych słówek podchwycił.</akap>


<akap>Zamilkł czarodziej, wydobył chustkę z torebki u pasa, otarł czoło
zroszone zapewne zimnym potem udręczenia dusznego... przykląkł
na jedno kolano, rozpostarł chustkę poza obrębem koła i zawołał
drżącym głosem trzy razy:</akap>


<akap_dialog>--- Bilitis, wzywam cię, przybądź!</akap_dialog>


<akap>Po czym złożył cztery rogi chusteczki do środka ostrożnie, jakby
coś niezmiernie wątłego w niej się znajdowało, ujął ją delikatnie
w dwa palce...</akap>


<akap_dialog>--- A teraz idź... uczyń, coć rozkazałem, i wracaj w spokoju do
twych sióstr i braci!</akap_dialog>


<akap>Wychylił się poza okno, przytrzymał chustkę za jeden rożek
i strzepnął ją kilka razy.</akap>


<akap_dialog>--- No, no w mojej księdze nie ma wcale takowych obrząd...
rety... tłucze! Jak mi Bóg miły o ziemię wali... rozbija! Rozkażże jej, waszmość, by dała pokój! Szkodę straszną sobie wyrządza... wszak tych statków<pe><slowo_obce>statki</slowo_obce> (tu daw.) --- naczynia kuchenne.</pe> jest za kilkadziesiąt złotych! Spiesz się waść! Patrzaj, jak wali garnek o garnek... cegłę porwała... tłucze przez pamięci... powstrzymaj ją!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę --- ponuro odparł chłopiec. --- Bilitis tam jest i nie
spocznie, póki mego rozkazu nie wypełni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To ją odwołaj!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę; sroga pomsta by mnie spotkała za lekceważenie
tak dostojnego ducha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, jakże sobie wyrzucam, żem takiej próby zażądał od
waszmości! Już lepiej było zgodzić się na okno albo na taniec owego
człeka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już się nie odmieni, rozkaz wypełniony... Bilitis uleciała
w przestworza nadziemskie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zginęliśmy!... król jegomość...</akap_dialog>


<akap>Istotnie, w otwartych drzwiach, wiodących z komnat do przedsionka i dalszych pokoi, ukazał się król Zygmunt, a za nim wielkorządca Boner.</akap>


<akap_dialog>--- Załatwiłeś waszmość moje polecenie czy wracasz jeszcze
z jakim pytaniem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko w porządku, miłościwy panie --- zająkliwie odpowiedział Rylski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty, Ostroróg, co się tu kręcisz przez potrzeby? Czemu nie
w szkole? Bardzo mi się nie podobasz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A... to znów co za magiczne koło i trójkąty po podłodze? Kto
się ośmiela błazeństwa jakoweś wyprawiać? Mości Rylski... dochodziły mnie słuchy o zakazanych praktykach waszmości, nie
chciałem dawać wiary, lecz gdy mi prawda sama przed oczy staje,
rozkazuję, odpowiedzcie, co to wszystko ma znaczyć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najjaśniejszy panie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przez długich ceregielów<pe><slowo_obce>ceregielów</slowo_obce> --- dziś popr. forma: ceregieli.</pe>, ino prosto gadać!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nie ja...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co nie wy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To Ostroróg... Arcana magiej białej... czyli zaklęcia przednie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy waść na zmysłów pomieszanie cierpisz?! --- krzyknął król
zniecierpliwiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jako żywo zdrów jestem, najmiłościwszy panie, i prawdę
świętą wyznaję. Ostroróg mocą duchów pośrednich i zaklęć wypowiedzianych w święconym kole sprawił, że niewiasta owa, naczyniem glinianym handlująca, sama własną ręką cały swój towar
potłukła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ ten człowiek chory jest ciężko, od rzeczy plecie --- wmieszał się Boner do sprawy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy raczcie wyjrzeć, dostojny panie, i król miłościwy niech
okiem rzuci, jako przekupka pod Długoszowym domem siedzi wśród
potłuczonych przez się garnków, aż ją ludzie otoczyli i dziwują się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż ten przykry trafunek ma wspólnego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ma, najmiłościwszy panie, właśnie że ma! Poszedłem
o zakład z Ostrorogiem, który bucił<pe><slowo_obce>bucić się</slowo_obce> --- chełpić się, przechwalać się.</pe> się, że zna magię i oną przekupkę zdoli tak zaczarować, by uczyniła, co on zamyśli. Nie wierzyłem mu, założyłem się i... przegrałem.</akap_dialog>


<akap>Zygmunt spojrzał bacznie na pazia, a Boner coś mu szepnął do ucha.</akap>


<akap_dialog>--- Zbliż no się, mości czarodzieju --- rzekł król surowo.</akap_dialog>


<akap>Lecz uradowany Mikołka dojrzał uśmiech na twarzy króla.</akap>


<akap_dialog>--- No, czego się ociągasz? Pójdź tu do okna, widzisz tę drugą
przekupkę, co wprost nas siedzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzę miłościwy panie.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355740256450-988762107"/><motyw id="m1355740256450-988762107">Śmiech</motyw>--- Dla mojej uciechy spraw twymi czarami, by i ta druga swoje
garnki potłukła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stanie się wedle rozkazu waszej królewskiej mości, ale dopiero jutro.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja chcę dziś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziś nie potrafię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo muszę wpierw z oną pogadać i garnki jej zapłacić<pe><slowo_obce>garnki jej zapłacić</slowo_obce> --- dziś popr.: za garnki jej zapłacić.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trefny psotnik z waści --- rzekł król śmiejąc się i pożegnawszy Bonera, udał się do łazienki.<end id="e1355740256450-988762107"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wstydzisz się waszmość? --- z goryczą zawołał Rylski. --- Dla drwinek i pustoty zadworowałeś ze mnie, naraziłeś na gniew
króla jegomości... tego ci nigdy nie zapomnę!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zapomnijcie, panie sekretariuszu, i darujcie, całym sercem,
a pokornie was o to proszę. Ani godziny bym was w błędzie nie
trzymał, ino bym się przyznał do wszystkiego. Przy tym z korzyścią
dla was skończyła się ta krotofila.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj waszmość pokój! Drugi raz nie dam się złapać!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak mi Bóg miły, nie w głowie mi nijakie żarty, ino prawdę
mówię. Uważaliście gniewne słowa królewskie na widok magicznego koła na podłodze? Widno niechętni wam (a któż ich nie ma,
zwłaszcza u dworu?) podszepnęli najjaśniejszemu panu o waszych
próbach, księgach, o zamiłowaniu do magii. Wiecie lepiej ode mnie,
jako jest pod tym względem surowy i wszystko, co ino gusłami
zatrąca, ma w nienawiści. Na pewno dochodziłby, ile jest prawdy
w onych doniesieniach; że zaś w rzeczach większej wagi nie zdaje
się na nikogo, tedy pewnego ranka, cale niespodzianie, wszedłby do
kancelarii, no i oczywiście zastałby waszmości nad ulubionym
foliałem. Chyba nie zaprzeczycie mi, że ani biała, ani czarna magia, ani duchy pośrednie nic by waszmości nie pomogły wobec gniewu najpotężniejszego ducha, jakim jest król jegomość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ten gniew spadł na mnie już dzisiaj, za sprawą głupiego figla
waszmości. Ani chybi zostanę wydalony z urzędu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani wam włos z głowy nie spadnie. Wżdy zrozumiejcie, że
właśnie dzięki memu głupiemu figlowi, o który się tak źlicie<pe><slowo_obce>źlić się</slowo_obce> (daw.) --- złościć się, gniewać.</pe> na
mnie, cała rzecz okazała się błahostką i wywołała śmiech miłościwego pana. Wy zaś, korzystajcie z przestrogi 
--- to moja rada.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie Mikołaju...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co, panie sekretariuszu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba wam już ta księga niepotrzebna. Dajcie mi ją...
pierścień wasz, słowa nie cofam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ, panie sekretariuszu, ja księgi wcale nie mam i nigdy jej
nie miałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to? Wszak nawet... znowu się waszmość wykręcasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jako żywo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tytuł?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zmyśliłem. Chłopcy! Hej, łacina! Czwałem do szkoły!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do roboty! --- zawołali tamci z góry i cała czwórka pomknęła
ze schodów przez podwórze do sali szkolnej.</akap_dialog>


<akap>A pan Florian Rylski stał dalej w oknie i poglądał na piramidę
skorup pod Długoszowym domem.</akap>


<akap_dialog>--- Ot, Bilitis mi zaaplikował, bodaj go ubito! Jednakowoż
sprawiedliwie gada, że mogło być gorzej. Do śmierci się człowiek
rozumu uczy... Jakże nie mieli wypatrzyć nikczemni donosiciele,
skoro okna mej sypialni niziuteńko, a w okiennicach szpary na
palec! <slowo_obce>Speculum magiae albae</slowo_obce><pa><slowo_obce>Speculum magiae albae</slowo_obce> (łac.) --- zwierciadło białej magii, tytuł książki.</pa> zabiorę dziś jeszcze z kancelarii,
derkę grubą kupię w Sukiennicach, zasuwę sprawię u drzwi
podwójną, zje diabła, kto co wypatrzy!</akap_dialog>





<naglowek_rozdzial>Rozdział V. Figiel
Dymitra
Montwiłła</naglowek_rozdzial>




<akap>--- Dmytruś, serceż ty moje --- przedrzeźniając mowę Litwina, przeciągle śpiewał Szydłowiecki --- takeś się
dopominał o swoją kolej, narzekałeś, że na czwarte miejsce cię
zapisałem, a teraz co? Ostroróg wczoraj przed samym królem
najmiłościwszym egzamin zdawał i na pochwałę zasłużył, twoja
pora nadchodzi, no i nic?</akap>


<akap_dialog>--- A tobie kto powiedział, że nic? Już mam bez pół<pe><slowo_obce>bez pół</slowo_obce> (gw.) --- przez pół, w połowie.</pe> wszystko
gotowe.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I milczysz, jak ten kamień?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taj czego gadać, póki nie czas? Swoim porządkiem ja chciał
co niebądź<pe><slowo_obce>co niebądź</slowo_obce> (daw.) --- tu: trochę.</pe> zemścić się na was i dlatego cicho siedział.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za co, miły Boże! Kto cię krzywdzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, zaraz i krzywdzi; nic wielkiego nie stało się. Naposiedliście<pe><slowo_obce>naposiąść się na kogoś</slowo_obce> (daw.) --- dokuczać komuś.</pe> się na mnie, żem ospalczuch, Drohojowski gadał niedawno, co u mnie w głowie samo pierze jest; tak ja zadumał się,
jak by to wam pokazać, że Dymitr Montwiłł wcale nie takie
drańcie do niczego, jakby kto myślał, ot i wynalazł coś najpośledniejszego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakie to zawzięte Litwinisko! --- zapiszczał Krystek Czema.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rzeknij choć dwa słówka!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiem i trzy, dlaczego nie, a tak i nie odgadniecie nic.
Widział który z was w tych dniach gospodynię?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Serczykową?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Serczykową.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szydłowiecki, Ostroróg, Boner i ja widzieliśmy ją wczoraj --- rzekł Drohojowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu dobrze; tak co ona wam gadała?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O strachach, upiorach, takie tam brednie prawiła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A o Nastusi wspominała co niebądź?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O jakiej Nastusi? Aha, o tej, co się jej nijaka przygoda nie ima?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie. Chcecie wiedzieć, to wam powiem, że Nastusia to
moje dzieło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozumiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taj obejdzie się, że to ja rozumiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój złoty, mój śliczny!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mojaś ty jagódko rumieniuśka!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, przyszła koza do woza? Słuchajcież: gospodynię ja sobie
umyślił; jej co spłatać, bo śmieszna jest i niemądra. Tak co, dowiecie się później; dziś wam tyle rzekę, że robota będzie ciężka i wszyscy musicie mi pomóc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A cóż Nastusia?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak mamuńcia przywiozła mnie w królewską służbę do
Krakowa, tak zabrała razem z sobą małą dziewczynę Nastkę, żeby
jakiego mądrego medyka zaradzić się, bo u jej co wiosna febra była
i choć zgubili, to znów wracała się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ta Nastka to krewna twoja?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ta gdzież? Ciągle wam gadam, biedna dziewczyna, sierota
z ojca i z matki. A stąd my ją znali, że Kołtuniszki o miedzę
z Bajdunami, tak ona przychodziła do naszego dworu i ze mną
zawsze bawiła się. Taj mamuńcia zabrała ją, bo żal strasznie robiło
się, że tak nieustając<pe><slowo_obce>nieustając</slowo_obce> --- tu: nieustannie.</pe> choruje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jak przyjechała, to i ostała potem w Krakowie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże. Trafiło się, że do szatni szukała Grzybowska robotnicy. Nastusia szyje, haftuje, łata pięknie, tak ją wzięli i już trzeci rok tu jest.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No i co dalej?</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355741469578-397567700"/><motyw id="m1355741469578-397567700">Kłamstwo</motyw>--- To dalej, że co ja powiem, to dla niej święta ewangelia.
Przykazałem więc, żeby rozpowiadała głośno, jakie to ona ma
przywileje, jako raz z dzwonnicy spadła i nie ubiła się, a do studni wpadłszy nie utopiła się, i jeszcze różne inne cudeńka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to u was na Litwie wolno kłamać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozdziawiaj się na mnie, kiedym jeszcze nie skończył.</akap_dialog>


<akap>Z dzwonnicy skoczyła z ochoty na stertę koniczyny, a do studzienki
suchej wpadła, co ani w niej błota nie było. Ale opowiadać można,
dlaczego nie. Że z Adama i Ewy rodzi się, takoż nie łgarstwo, niechże mnie kto powie, czy to nie najpierwsi nasi rodzice? Nu, tak nie od inszych ona pochodzi.</akap>


<akap_dialog>--- Aha, a borsucze gniazdo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojoj, jakiż ty niedomyślny! Taże Bajduny, wieś pana podstolego Borsuka, z dziadów pradziadów oni tam rodzą się, żyją, umierają... zali nie borsucze gniazdo?<end id="e1355741469578-397567700"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, dobrze, ale na co to wszystko?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak wam już powiem na co: mnie zachciało się wynieść gospodynię w nocy z łóżkiem na podwórze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyś oszalał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To niepodobieństwo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ona ma strasznie letkie<pe><slowo_obce>letki</slowo_obce> --- dziś popr.: lekki.</pe> spanie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Obudzi się!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojoj... nie warto z wami gadać, jak Boga kocham! Pierwsze,
nie oszalałem; drugie, trudniejsze rzeczy już człek w Kołtuniszkach
dokazował, taj udało się; trzecie, baba śpi jak niedźwiedź na zimę,
skórę z niej zedrzesz, nie zbudzi się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skąd wiesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, widzisz, tak zaraz pokazało się, po co ja Nastusię na nią
nasłał. Swojego człowieka muszę mieć w izbie, coby mi drzwi
otworzył i co niebądź dopomógł. Więc mi Nastusia powiedziała, że
dokrzyczeć się do niej nie mogła, jak ją dzisiaj wedle czwartej rano zbudzić probowała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po cóż ją budziła?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, matoł z ciebie, za łaską rzec; właśnie na przekonanie, czy
przede dniem twardo śpi i czy się sztuka uda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko rozważasz, przewidujesz, statysta<pe><slowo_obce>statysta</slowo_obce> (tu daw.) --- strateg, mąż stanu.</pe> z ciebie, kanclerzem kiedyś zostaniesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Daj ci Boże zdrowie; postarawszy się, może i zostanę; tak
ciebie na podkanclerza nie pośpieję<pe><slowo_obce>pośpieć</slowo_obce> (daw.) --- zapomnieć, omieszkać.</pe> zawezwać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze, ale gdzie oną nieszczęsną niewiastę wyniesiemy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, dosyć powiedziałem. Nad miaręś ciekawy, nie uchowasz się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chłopcy, chłopcy. Mistrz Ambroży będzie łajał: dawnośmy
po obiedzie, a na lekcję nie idziemy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy najpilniejsi jeszcze na podwórzu stoją... widzisz? Opaliński, Korybut, Potocki, Fredro, Russocki... jak oni pójdą, to my za nimi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A kiedyż to zamyślasz wykonać swój zamiar, Dmytruś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak będę miał nocną służbę u króla.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coooo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Toooo! Nu powiedz sam, kiedy może być łacniej? Miłościwy
pan zdrów jest, aże serce raduje się, na jednym boku do samej piątej doleży; gdy się ocknie, w jednej chwili jest trzeźwy, ale pokąd śpi, to śpi twardo. Trzy lata służę, ze czterdzieści razy noc na mnie przypadała, a jeszcze ani razu którego z nas nie wołał. Więc głupi taj mądry przyzna, co najpiękniejsza pora właśnie ta jest, jak gadam. Nikt nie posądzi, nikt nie przeszkodzi, pójdziesz, zrobisz swoje, zawrócisz się do antykamery, zdrzemniesz się na kobiercu, król zawoła rano, a ot i jesteś. Anioła Rafała pierwej podejrzą niż ciebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, słusznie gadasz, no a my?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z wami gorzej. Chyba Kubę po was poślę na górę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kubę? A niechże Bóg broni! Wygada się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wygada się, mam na niego wędzidło: miłuje srodze
Nastusię, ona takoż podobnie patrząc na niego... jedno bieda, że
serca gorejące, a kalety<pe><slowo_obce>kaleta</slowo_obce> (daw.) --- sakiewka, woreczek na pieniądze.</pe> puste. Tak ja im obiecał napisać do
Kołtuniszek, żeby mamuńcia moją gniadoszkę<pe><slowo_obce>gniadoszka</slowo_obce> --- klacz o jasnobrązowej sierści.</pe> tatuńciowi sprzedała
(nie rychłożbym ja ją i tak oglądał), a sprzedawszy, przez pierwszą
zręczność do Krakowa mi pieniądze posłała. To będzie posag dla
Nastusi; wy zaś dorzućcie co dla Kuby, taj dadzą na zapowiedzi.
Jedno i drugie pracować zdoli, dobrze im będzie razem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jako Litwie z koroną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot i dlaczego Kuba nam do pomocy stanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to wyśmienicie! Wiesz, Dmytruś, ohydnie się raduję na oną
wyprawę po Serczykową.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiedział ja, wiedział, czego mnie tak serce ku tobie rwało
się... tażeż ty dusza moja rodzona!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tyle lat pod jednym dachem i dopiero teraz wiem, coś ty wart.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Beczkę soli trza zjeść razem, zanim się poznawszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chłopcy, szkoła!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, miałem ci się zwierzyć, com za figiel wymyślił, a tu
wołają. To już potem, jak będziemy sami. Wiedz ino, że dwóch na to
trzeba, i ani mowy, bym kogo innego szukał, tylko ciebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie pożałujesz!</akap_dialog>





<sekcja_asterysk/>

<akap>Mimo opróżnienia całego szeregu komnat we wschodnim skrzydle zamku, skazanym na zburzenie, pokoje królewskie wcale nie
wyglądały na mieszkanie tymczasowe. Obszerne, wygodne i jota
w jotę na wzór dawnych były urządzone, by najmiłościwszy pan
miał pod ręką wszystko, czego potrzebował, i nie odczuwał niemile
najmniejszej odmiany.</akap>


<akap>Więc w sypialni o pięknym gotyckim sklepieniu stało pod
wysoko wzniesionym karmazynowym baldachimem łoże długie
i szerokie, głowami na wschód zwrócone (takie położenie bowiem
uważane było od wieków za najlepsze dla zdrowia). Podłoga przed
łożem zasłana skórą niedźwiedzią. Między oknami stolik przykryty
bogato haftowanym ręcznikiem, przed nim zwierciadło z wypolerowanej srebrnej blachy.</akap>


<akap>Kilka zydli kilimkami przyrzuconych stało pod ścianami jedwabnym adamaszkiem wybitymi. Drzwiczki ukryte w obiciu prowadziły do izdebki, mieszczącej umywalnię i szafy z bielizną
i z sukniami. Naprzeciw łoża wspaniały ołtarz polowy norymberskiej roboty, w kształcie tryptyka<pe><slowo_obce>tryptyk</slowo_obce> --- obraz składający się z trzech części.</pe>, cały ze srebra kuty. Wewnątrz
sceny z narodzenia i życia Pana Jezusa, na zamkniętych zaś
skrzydłach obrazy Męki Pańskiej.</akap>


<akap>Król Zygmunt tak był do tego ołtarza przywiązany, że gdy tylko
wyjeżdżał z Krakowa, w bliską czy daleką podróż, zawsze go z sobą
zabierał<pa><slowo_obce>Król Zygmunt tak był do tego ołtarza przywiązany, że [...] zawsze go z sobą zabierał</slowo_obce> --- ołtarz ten znajduje się na Wawelu w kaplicy Zygmuntowskiej.</pa>.</akap>


<akap>Do tej komnaty nieprzechodniej prowadziły drzwi z gabinetu
królewskiego. Ten był o trzech oknach, z pięknie rzezanym drewnianym pułapem, u którego zawieszony był świecznik, podobną
robotą jak w komnacie Syreny, tylko o wiele mniejszy i nie na
złoconych, lecz żelaznych łańcuchach. Duży komin kamienny
z okapem zajmował niemal połowę ściany; zdobiły go bogate
rzeźbione ornamenta<pe><slowo_obce>ornamenta</slowo_obce> --- dziś popr. forma: ornamenty.</pe>, a na środku widniał Orzeł Piastowski i Pogoń
Jagiellonów. Makaty złotolite zakrywały ściany, kobierce tureckie
zaścielały podłogę.</akap>


<akap>Przy dwóch ścianach przez całą ich długość stały szerokie ławy
dębowe, przed kominem zaś zydle z podobnymi kilimkami jak
w sypialni. Niedaleko okna, trochę ku środkowi komnaty, wysunięty był stół do pisania, przykryty do samej ziemi materią srebrem
przetykaną. Leżały na nim pióra gęsie, ćwiartki papieru i pergaminu, kilka listów otwartych, inkaust w srebrnej zamykanej
czarce, w drugiej miałki piasek do zasypywania pisma.</akap>


<akap>Przy tym stole, w wygodnym krześle, siedział król Zygmunt.
Głowę oparł na ręku i czytał. W twarzy jego znać było, że jakieś
troski i kłopoty myśl mu zaprzątają i że księgę rozłożył przed sobą
chyba na to, by się oderwać od tego niemiłego myślenia. Wodził
oczyma po wierszach, przewracał karty, ale od czasu do czasu
przestawał czytać i smutno dumał. Gorycz osiadła na zaciśniętych
ustach, a z oczu żal ciężki wyzierał. Szlachetny, mądry, a tak dotąd w swych zamiarach, pomysłach i czynach szczęśliwy król pierwszy może raz w życiu karmił się zgryzotą.</akap>


<akap>Przeczytawszy parę kart, odwrócił je wstecz i westchnął:</akap>


<akap_dialog>--- Daremnie się zmuszam, nic dziś z mego czytania. Nie skupię
uwagi!</akap_dialog>


<akap>Pogłaskał ulubioną wiewiórkę, zwierzątko tak oswojone i poufałe, że na noc tylko dawało się zamykać do klatki, a całymi dniami
przesiadywało w zanadrzu u króla. Gdy skacząc mu po ramionach,
czasem i po głowie, dojrzała rozpięty na piersiach jeden guzik
u żupana, wsuwała się czym prędzej do tego kącika i wysypiała się
smacznie, nie dbając wcale na cześć należną miłościwemu panu.
Jeżeli suknia była przypadkiem szczelnie zapięta, wiewiórka wpadała w złość niezmierną, drapała pazurkami guziki i piszczała póty, aż postawiła na swoim. Rozparta wygodnie, jak w gnieździe, wyścibiała od czasu do czasu rudą główkę i spoglądała na króla bystrymi oczkami. Czasem dostawała palcem po nosku, wtedy cofała się z godnością w głąb swej izdebki, utulała się na piersiach króla i spała.</akap>


<akap>Wszedł paź i stanął przy drzwiach.</akap>


<akap_dialog>--- Czego chcesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jego przewielebność ksiądz biskup Tomicki, jego przewielebność ksiądz biskup Krzycki, jego wielmożność pan hetman Tarnowski, pragną się pokłonić najmiłościwszemu panu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prosić, prosić! --- z rozweseloną twarzą zawołał król. --- Nie
mogliście waszmościowie nic lepszego uczynić, jak to, że mnie
nawiedzić przychodzicie. I nie dziwota --- dodał żartobliwie --- duchowne osoby miewają natchnienia, aniołowie im doradzają; wy
zaś, panie hetmanie, sercem czujecie, kiedy mi ciężko i kiedy
tęskniąc wyglądam przyjaciela.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdybyż w naszej mocy było spędzić chmury z waszego czoła,
miłościwy panie --- rzekł ksiądz Krzycki, przybliżając się do stołu. --- Widzę, w czytaniu szukacie rozrywki; wolno spytać, co za księga?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żywot Pana Jezusa Krista.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tłumaczenie ze św. Bonawentury, przez Baltazara Opecia.
Mam i ja to dzieło; ino że pierwsze wydanie w tak niedługim czasie
rozchwytano, zapóźniłem<pe><slowo_obce>zapóźnić się</slowo_obce> (daw.) --- spóźnić się.</pe> się i z drugiej edycji dopiero kupiłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A sprawiliście też sobie, księże biskupie --- spytał hetman
Tarnowski --- on<pe><slowo_obce>on</slowo_obce> (tu daw.) --- ten.</pe> sławny mszał, arcydzieło drukami Hallerowskiej?
Oglądałem go kiedyś w zakrystii katedralnej, ksiądz kanonik Borek
chlubił się nowym nabytkiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale oczywiście; co dzień na nim mszę świętą odmawiam;
człek się tak psowa<pe><slowo_obce>psować</slowo_obce> (daw.) --- psuć.</pe> tymi nowymi ulepszeniami i wygodami, że
nawet służbę Bożą chętniej sprawuje czytając druk wytworny niż
stare, wyżółkłe i często nieczytelnie pisane księgi. A co za inicjały kunsztowne! Niczym miniatury!</akap_dialog>


<akap>Król klasnął w dłonie, dwóch paziów poskoczyło na usługi.</akap>


<akap_dialog>--- Podsuńcie zydle tu do stołu. Usiądźcie, mili goście, powiadajcie, co słychać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nowego nic. To raczej wy, najjaśniejszy panie, odkryliście
dziś rano sprawki znamienitego czarodzieja --- rzekł biskup Tomicki. --- Powiadał nam Boner o onej przygodzie Rylskiego, Ostroroga i przekupki z przeciwka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzom rad, że się ta krotofila niemal przed mymi oczami
rozegrała, bo mogłem przez<pe><slowo_obce>przez</slowo_obce> (tu gw.) --- bez.</pe> wielkiej surowości zganić wicesekretariusza; a że i chłopiec zadrwił sobie z jego umiłowanej magii, może przeto zabobonny ów człek upamięta się i rzuci w piec głupie szpargały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dałby to Bóg --- odparł biskup --- jednakowoż niełatwo
wykorzenić gusła i praktyki zakazane, gdy raz się kogo czepiły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale mu Ostroróg grzecznego figla spłatał! --- dodał hetman.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już to wszyscy oni raźni do psot wszelakich --- rzekł król --- w ostatnich dniach za wiele nawet tego dokazywania. O pomalowanym piesku słyszeliście waszmościowie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże! --- zawołali wszyscy ze śmiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przedwczoraj zasię panna ochmistrzyni znalazła w nocy osła
w swej komnacie; co najgorsza, nie sposób nijak wyśledzić onych
przemyślnych robotników, bo tak się zręcznie kryją, że chybaby
wszystkich dwustu ukarać, to się między niewinnymi i winnemu
dostanie. Ze starym Krabatiusem także jakieś zajścia były, inom się
już bliżej nie dopytywał.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355744134420-2746020115"/><motyw id="m1355744134420-2746020115">Młodość</motyw>--- Młodość szumi i burzy, ano trza bez<pe><slowo_obce>bez</slowo_obce> (tu gw.) --- przez.</pe> palce patrzeć, póki nie
nadto przykre lub szkodliwe bliźnim one żarty --- rzekł biskup.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszelako nie każdy młody ma pstro w głowie --- zauważył
ksiądz Krzycki --- najdują się i tacy, którzy w zaranku<pe><slowo_obce>zaranek</slowo_obce> (daw.) --- tu: poranek, początek.</pe> życia okazują wielkie cnoty lub do nauk się garną, a nawet w sztukach pięknych się kochają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lub dzielnym sercem i odwagą ponad wiek swój młodociany
górują, jako nasz wielki król Bolesław Krzywousty o bohaterskiej
duszy! --- zawołał z zapałem Tarnowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A w starożytnych dziejach cóż czytamy o Aleksandrze
Macedońskim --- poparł król mowę hetmana --- maluczkim dzieckiem był, gdy dosiadł nieposkromionego Bucefała; a wstępując na
tron w dwudziestym pierwszym roku życia między najoświeceńsze
męże swoich czasów może być policzon.<end id="e1355744134420-2746020115"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakichże synów cnotliwych wychowała ona zazdrości godna
Kornelia, Grakchusów matka, co wskazując z dumą na swe dziatki,
klejnotami je swymi zwała!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy sięgając po tak dalekie przykłady --- przerwał Krzyckiemu Tomicki --- pomijacie piękne kwiaty we własnym ogrodzie.
Jako lilia najbielsza z kwiatów, tak jaśniał wśród grzechów i zepsucia tego świata brat wasz, najmiłościwszy panie, Kazimierz
święty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przewielebność wasza przedstawiłeś nam w pięknych słowach wzniosły przykład cnót wszelakich --- zaczął znowu ksiądz
Krzycki --- lecz i nauka swe świeczniki wczesną porą rozjarza; pilnoż się przykładał do pracy uczeń akademii naszej, Mikołaj Kopernikus, gdy już dziś swą niezmierną mądrością stary porządek świata przeinacza i cyframi dowodzi, czego najśmielsza myśl pojąć nie... oty, zbytnico, nicże ci nie jest poszanowania godnym, ani korona królewska, ani suknia duchowna?</akap_dialog>


<akap>Wśród poważnej rozmowy wiewiórka wysunęła się nagle z rękawa królewskiego, gdzie dla odmiany przez chwilę drzemała,
i w dwóch susach znalazła się na ramieniu księdza Krzyckiego,
a zoczywszy na jego szyi złoty łańcuch biskupi, ujęła go w łapki
i próbowała gryźć ostrymi ząbkami.</akap>


<akap_dialog>--- Uderzcie ją, wielebny panie, palcem po nosie, to was natychmiast w spokoju zostawi --- rzekł król. --- Srodze jest obraźliwa. Widzicie, już uciekła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cały dzień ją tak cierpicie przy sobie, miłościwy panie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pokąd sama chce; zwierzątko to nader przystojnie się zachowuje i roztropne jest. Dość długo już spała, teraz chce pobiegać,
kosteczki rozprostować, patrzcie, jak prosto ku drzwiom susy daje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wypuszczę ją --- rzekł Krzycki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie trudźcie się, wasza wielebność; w antykamerze są paziowie, a ona zwykła na zasuwie uwisnąć i piszczeć, wnet usłyszą
i wypuszczą. Teraz pomówmy o sprawach poważnych, nad którymi
właśnie rozmyślałem, gdy mi wasze przybycie oznajmiono. Otrzymałem list z Węgier od króla Ludwika; przed tygodniem zaś i cesarz
pisał do mnie w tej samej kwestii.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Domyślam się --- rzekł biskup Krzycki --- że o Albrechta
chodzi.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355744703510-1182735233"/><motyw id="m1355744703510-1182735233">Obowiązek, Rodzina</motyw>--- Zgadliście, wielebny panie; obaj oni monarchowie wstawiają
się za siostrzanem moim, bym zadośćuczynił natarczywym jego
prośbom i Prusy Królewskie, Krzyżakom przez przodków moich
w lenno użyczone, dziś po rozwiązaniu Zakonu jemu, Albrechtowi,
w takimże lennie pozostawił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy bym tego nie uczynił! --- porywczo wyrwały się słowa
z ust hetmana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak i mnie rozum doradza --- odparł król --- gdy ano serce głos
podniesie, popadam w wahanie: wszak ci to syn rodzonej siostry
mojej!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krzywoprzysiężca!... Bogu najwyższemu ślubował i wiarę
złamał --- surowo i twardo rzekł biskup Tomicki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lecz gdy miłościwy pan odejmie z jego posiadania ono
księstwo Zakonowi dane --- wtrącił z cicha Krzycki --- gdzie się
obróci i czym będzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A niech idzie do swoich! --- zawołał Tarnowski. --- Mało to
niemieckich książąt wiesza się u cesarskiej klamki? Znajdą mu jaki
urząd lub darują zamek i wiosek parę, będzie sobie panem, a Prusy
wrócą do Korony, tak jak to się boskim i ludzkim prawem przynależy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zalibyście nie znali miłosierdzia, panie hetmanie, gdyby
o waszą krew chodziło?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Najmiłościwszy królu, przyjmijcie radę sługi wiernego: nie
pora serca się pytać; o, wierzajcie mi... sposobność to jedyna
przywrócić królestwu polskiemu tę prowincję piękną, od tak dawna
od niego oderwaną. Z Zakonem była umowa. Zakon rozwiązany, nie
macie obowiązków nijakich.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomnijcie, że mu wujem jestem.<end id="e1355744703510-1182735233"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja mój głos łączę z głosem hetmana --- rzekł biskup Tomicki.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355744831518-2898970810"/><motyw id="m1355744831518-2898970810">Wiara, Religia</motyw>--- Niegodzien ów książę być siostrzeńcem waszym, najjaśniejszy
panie! Mnich wywłoka, nowej nauce bez<pe><slowo_obce>bez</slowo_obce> (tu gw.) --- przez.</pe> Lutra szerzonej gorąco
sprzyja...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W tym się myli przewielebność wasza --- żywo zaprzeczył
król --- i cesarzowi niemieckiemu zaręczał, i legatowi papieskiemu
w Wiedniu na krzyż przysięgał, że ani mu w myśli postało od Rzymu
odrywać się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszak ci mu nie nowina przysięgi łamać? Rzucając precz
płaszcz krzyżacki, podeptał święte śluby. Jeden raz więcej, jeden raz mniej, co to waży? A Luter mu nowinki swoje zaleca, małżonkę
pojąć doradza, świeckim księciem ostać i dynastii fundamenta<pe><slowo_obce>fundamenta</slowo_obce> --- dziś popr. forma: fundamenty.</pe>
położyć.<end id="e1355744831518-2898970810"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chociażby się tak stało nawet, jak przewidujecie --- znowu
łagodząc dyplomatycznie odezwał się ksiądz Krzycki --- zali nie
byłoby korzystnym dla Polski mieć sąsiada przychylnego i wdzięcznego po wiek wieka, niż odebrawszy Prusy Albrechtowi, osadzić w nich z własnego ramienia zarządców i granicząc wprost z Rzeszą, nieustannie mieć z tamtej strony zatargi i niepokoje?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zda mi się, że mamy w historii naszej dość przykładów, jak się
z Niemcami wojuje i Niemców zwycięża --- dumnie odparł Tarnowski --- to by mnie już najmniej frasowało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Darujcie, miłościwy panie, że się jeszcze odezwę --- rzekł
Tomicki. --- Albrecht przysięga wierność Stolicy Apostolskiej, lecz
o tym wspomina, że prawie cały kraj przejął heretycką naukę, i że
niemal na palcach zliczyć można prawowiernych katolików w pruskiej prowincji.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyliż to jego wina? --- spytał Krzycki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bierzesz mu tego za winę? Ja zasię twierdzę, że dobry syn
Kościoła stawiałby jakieś tamy odszczepieństwu w swoim państwie.
Czemuż pod berłem naszego pana hydra owa nie zadziera łba zuchwale i da Bóg nigdy się to nie stanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzę --- rzekł król smutnie --- że nie znajdę nawet u przyjaciół moich ulgi w tej ciężkiej wewnętrznej rozterce. Wszystko to, co mi mówicie, mości hetmanie, i wy, księże biskupie, ja sam sobie po stokroć powtarzam, a jednak... nie mam spokoju. Głos cesarza Ferdynanda i króla Ludwika za Albrechtem przemawia, głos krwi na jego stronę wolę moją przeciąga; toczę walkę sam z sobą i nie wiem jeszcze, co postanowię. To jedno wiem, że raz postanowiwszy, nie cofnę się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bóg ześle wam dobre natchnienie, miłościwy królu --- rzekł
biskup Krzycki powstając z krzesła.</akap_dialog>


<akap>Towarzysze jego uczynili to samo, a król pożegnał ich łaskawie.</akap>


<akap>Gdy się znaleźli w przedsionku, ksiądz Krzycki zatrzymał się
chwilkę, pogłaskał po głowie paziów i gwarzył z nimi dobrotliwie,
tamci zaś szli powoli naprzód.</akap>


<akap_dialog>--- Jak myślicie, księże biskupie --- spytał Tarnowski --- na którą
stronę szala przeważy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krzycki sprawiedliwie powiedział: Bóg ześle natchnienie,
ino przychodzi mi na myśl, czy odwiedziny nasze u króla nie były
właśnie owym natchnieniem z woli Bożej zesłanym. Obaj radziliśmy mu jedno, obaj w usunięciu Albrechta z Prus widzimy dobro
państwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie chcę ja przepowiadać, co się stanie, bom nie prorok ani
wpływu na wolę królewską nie mam; ino to przyznajcie mi, wasza
przewielebność, iż prawdą jest, jako Jagiellonowie zawżdy bywali
miętkiego<pe><slowo_obce>miętki</slowo_obce> --- dziś popr.: miękki.</pe> serca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mam i ja dobrej otuchy co do końca owej sprawy --- rzekł
biskup --- ino sobie ku rezygnacji powtarzam, że cokolwiek się
stanie, za wolą Bożą lub za dopuszczeniem Bożym się stanie.</akap_dialog>




<sekcja_asterysk/>

<akap_dialog>--- Ot, Jędruś serce, stary Odmiwąs chyba zawziął się; obliczyłem kolej mniej więcej, już onegdaj na mnie noc przypadła, a tu
nie. Tak myślę: nic to, nazajutrz zawoła... nastawiam uszy wczoraj,
a ten gada: Skrzetuski, Psarski, Tarło, Korsak, Mielecki, Zebrzydowski. Taj co robić, czekać trza, choć człowiek zły, jak psa zjadłszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja myślałem, że przy wieczerzy dzisiaj co wspomni,
ale nie odzywał się; chyba już wyznaczył dyżur czy co? A z Serczykową, nie wiesz, co słychać, Nastusia dobrze się sprawia?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ta żeby tak o co, jak o to. Nastusia jej w oczy patrzy, usługuje jak mogąc, a rozpowiada dziwolągi. Wszelako upiory znowuż
któregoś dnia zwidywały jej się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, to źle, gotowa ją przed czasem Grzybowskiej odesłać,
kiedy taka nieskuteczna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I ja tego bał się, ale ni. Nawet o Kubie dowiedziała się i nie
zaszkodziło. Widno polubiła dziewczynę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to o Kubie? Co takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jako się chcą pobrać i od mamuńci posag dostaną mojej.
Ucałowała Nastusię, spłakała się, ino powiada, że bardzo lęka się,
by jedna z drugą od upiorów nie były zjedzone. Takie bowiem
dziewczęta, co kochanie mają w głowie, już nad strachami nie
władnąc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiesz ty, że to wyborne; jak ona przygoda Serczykową spotka, nie będzie się źlić na Nastusię.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już ja to myślał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chłopcy --- zawołał Chodkiewicz wpadając do izby --- pan
ochmistrz woła!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kogo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystkich siedmiu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ta coże znów zachciał? Ale przysięgam Bogu, jeżeli dziś nie
idę na służbę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewno się poskarżysz samemu królowi --- dokończył Chodkiewicz ze śmiechem. --- Myślałem, że wolisz wyciągnąć się i chrapać we własnym łóżku, niż drzemać w antykamerze na ławie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu, ma się rozumieć, że wolę; nie o to mi chodzi, a o sprawiedliwość, już czwarty raz mnie Odmiwąs pomija... najspokojniejszemu cierpliwość urwie się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodźcie, chodźcie, nie ociągajcie się; strasznie zły jakiś
dzisiaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdzie jest?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W swojej komnacie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino nas kazał wołać? Nikogo więcej? --- spytał Szydłowiecki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, to źle; czy broń Boże jakowej pamiątki na kobiercu nie myśli
nam przylepić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba nie; siedzi chmurny za stołem i parę bez<pe><slowo_obce>bez</slowo_obce> (tu gw.) --- przez.</pe> wąsy puszcza,
ale nijakich przygotowań ani Macieja z rózgą nie widziałem. No,
idźcie w imię Boże, ja lecę w swoją stronę.</akap_dialog>


<akap>Weszli skromnie, cicho stąpając i stanęli rzędem przed srogim
obliczem pana ochmistrza.</akap>


<akap_dialog>--- O, jakie mi trusie --- mruknął stary szyderczo --- jagniątka,
trzech zliczyć, rzekłbyś, nie zdolą, a co jeden, to gorsze ziele. Co ja z wami pocznę, niecnoty, urwipołcie najęte! Wam to zawdzięczam, że król jegomość już dwa razy w tym tygodniu przykre słówko mi powiedział. Mamże jak niańka na pasku was wodzić? Co dzień nowe psoty, co dzień nowe skargi na paziów, niczym piskorze się wykręcacie, ułapić was nie można... ino, jakem Odrowąż, słowem
ręczę, że wszelakie one psikusy, co od dziesięciu dni sypie ktoś jak z rękawa, to ino wasze sprawki, wasze, jak mi Bóg miły! Gdyby
wszyscy dwustu wam byli podobni, to do trzech dni obwiesić by się
przyszło. Rano wstając, już wiem, że lada chwila spadnie na mnie
jakaś przykra nowina; spać idę, nie wiem, czy mnie wśród nocy nie
zbudzą bez wasze dokazywanie. Żywot się przykrzy... podziękuję
chyba miłościwemu panu za oną służbę specjalną, w której człek
dnia ani godziny niepewny, czy go żółć nie zaleje. Tak mnie już to
wszystko znużyło, że chcę aby jedną noc wyspać się, jak Bóg
przykazał, wywczasować się po onych gorzkościach ochmistrzowskiego urzędu. Wszyscy, jak tu stoicie, trutnie bezecne, marsz do antykamery króla jegomości!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino sześciu na noc chodzi... --- bąknął Gedroyć --- któryż
ostanie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żaden nie ostanie, bo i ten jeden gotów by nabroić za
dziesięciu. Wszyscy pójdziecie i basta! Godzina dwudziesta pierwsza bije właśnie; iść mi zaraz prosto, nie zatrzymując się po drodze, dziennych zluzować, odprawić, a na ich miejsce pozostać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech wasza wielmożność raczy zajrzeć do antykamery
późnym wieczorem, przekonać się, jako przystojnie służbę pełnimy,
wżdy gorzko na sercu słuchać łajania, gdy się człek do złego nie
poczuwa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lepiej byś uczynił na oczy mi się nie nasuwając, mości
Ostroróg! Komu to o niewinności koszałki opałki wyplatać! Patrzcie
go! Dawnoś Magulinie garnki potłukł?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, jak nas w każdym sposobie przed waszą wielmożnością
czernią i szkalują! --- zawołał Mikołka patetycznie. --- Wżdy miała
sowicie z góry wszystkie skorupy opłacone! Z wielkim rozradowaniem, od śmiechu się zanosząc, sama własnymi rękoma tłukła, aże się rozlegało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już nie rozmazuj sprawy, bo nieczysta!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żeby wasza miłość był widział, jak się król jegomość śmiał
z duszy serca, toby mi złego słowa nie mówił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dość próżnej gadaniny; uczynić, com rozkazał!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchamy waszej wielmożności.</akap_dialog>


<akap>Ach, gdybyż jakie wieszcze przeczucie kazało Straszowi wyjrzeć
na korytarz za idącymi niby spokojnie paziami, kto wie, czyby ich
był nie zawrócił i we własnej sypialni nie wolał zamknąć.</akap>


<akap>Ledwie odeszli kilkanaście kroków i znaleźli się w przedsionku
pokoi królewskich, porwali się za ręce i kołem zatoczyli młynka iście diabelskiego; bez słówka, bez szeptu nawet; lecz taniec ten szalony i twarze chłopców o niemym a triumfalnym uśmiechu zapowiadały nowe brzemię strapień i tak już nieszczęśliwemu ochmistrzowi.</akap>


<akap_dialog>--- Pierwej ja się śmierci spodziewał niż tego! Taże rodzony
ojciec lepiej by mnie nie dogodził! --- rzekł Montwiłł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho... antykamera blisko! --- poskromił jego radosne wybuchy Boner.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musimy zluzować dzienną dwunastkę i tak się pokazać
przykładnie, by nawet nieżyczliwe oko nic w nas nie upatrzyło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie dziś --- dodał Drohojowski --- nakazana jest senatorska powaga.</akap_dialog>


<akap>Szydłowiecki przodem, trzy dwójki po żołniersku wyprostowane za nim, weszli do antykamery. Ze względu na sąsiedztwo gabinetu króla nie wdawali się przybyli z odchodzącymi w rozmowę; podano sobie ręce, parę ust szepnęło ,,dobranoc", drzwi się otwarły i zamknęły, zostali sami.</akap>


<akap_dialog>--- Teraz czekajmy zawołania --- rzekł Gedroyć --- lada chwila
król zechce się rozbierać.</akap_dialog>


<akap>Przysiedli na ławach blisko drzwi od komnaty i nasłuchiwali.</akap>


<akap_dialog>--- Oho! miłościwy pan klasnął w ręce... niech Montwiłł idzie,
dobrze, by go uwidział.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja drugi! --- prosił Czema.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idźcie, idźcie, a przypilnujcie, by wszystko było pod ręką.</akap_dialog>


<akap>Za kwadrans byli z powrotem.</akap>


<akap_dialog>--- Nie zabaczyliście niczego? Kubek z wodą przy łóżku jest?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Światło w sypialni?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Po cóż o takie rzeczy pytać się? Lampka przed ołtarzem dzień
i noc się świeci, dolałem oleju z bańki, taj koniec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Okiennice zamknąłeś? Szary brzask gotów króla zawczasu zbudzić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałem, ale nie zezwolił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano darmo, musimy się uwinąć w ostatniej chwili, gdy
jeszcze wszystko śpi, nijakiego ruchu na podworcach<pe><slowo_obce>podworzec</slowo_obce> (daw.) --- okazałe podwórze, dziedziniec.</pe>, zanim jeszcze
ptaki w sadzie świergotać zaczną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A znów nie za wcześnie, boby chłód poranny niewiastę
zbudził, i to, na co najwięcej raduję się, spełzłoby na niczym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A o cóż ci chodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żeby naród ono dziwowisko oglądał; tego ja chciałby; służba
wstaje o piątej, gdzie niektórzy z dworzan takoż rano zrywają się;
jeżeli z narażeniem karków napracujem się, to przynajmniej uciecha
z tego dla nas ma być. A teraz wiecie co? Pięciu niech śpi, a dwóch
będzie czuwać do północy. Potem znów dwóch do godziny drugiej,
wreszcie ostatnia straż przed czwartą kończy się. Zejdziemy na
palcach na dół i do roboty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Nastusia biedaczka nie wie, że to dziś. Odmiwąs tak nas
niespodzianie złapał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już ja i o tym pomyślał. Zbiegnę potem na chwilkę, zapukam
do szyby, a Nastce już wiadomo, co to znaczy się, że ma zostawić
drzwi nie zamknięte.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jak śpi i nie usłyszy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już ja poczekam, póki rygiel nie stuknie. No, nie baraszkować, przyłożyć się do ławy i spać, a najstarszy z najmłodszym straż trzyma.</akap_dialog>


<akap>Szydłowiecki i Czema stanęli w oknie, by ich sen nie zmorzył
zdradziecko, reszta zaś pokładła się na ławach i chrapnęła aż
miło.</akap>


<akap>Cisza zaległa antykamerę. Stróż nocny otrąbił dwudziestą trzecią godzinę --- czyli jedenastą. Zaszemrały kroki w korytarzu,
zgrzypnęła<pe><slowo_obce>zgrzypnąć</slowo_obce> (daw.) --- skrzypnąć.</pe> klamka i głowa pana ochmistrza ukazała się we
drzwiach uchylonych. Policzył oczyma śpiących, spojrzał na otwarte okno i opartych o futrynę paziów --- dzięki Bogu wszystko w porządku... jedni drzemią, dwóch czeka na każde zawołanie. ,,Dziś
chyba usnę spokojnie" --- pomyślał i cofnął się zamykając ostrożnie
drzwi za sobą.</akap>


<akap>O samej północy zbudził Szydłowiecki Drohojowskiego
i Gedroycia, a Czema Montwiłła. Lecz musieli go wszyscy czterej
szarpać i potrząsać, zanim się opamiętał, gdzie jest i czego chcą od niego. Przecierał oczy, ziewał, przeciągał się, wreszcie wstał z ławy, spojrzał po wszystkich na wpół przytomnie, westchnął ciężko, nasunął kołpaczek na głowę i pomaszerował. Niebawem powrócił i spał dalej snem sprawiedliwego.</akap>


<akap>Reszta nocy przeszła według ułożonego porządku. Na kilka
minut przed czwartą sześciu chłopców schodziło cichuteńko po
schodach na dół. Szydłowiecki pozostał w przedpokoju, na wypadek
przebudzenia się króla. Tak więc dowcipny pomysł Strasza, by
wszystkich zawadiaków dać razem na służbę, okazał się wielce
pożytecznym; ale dla nich, nie dla niego. Mogli bowiem dokonać
bezkarnie swojej zbrodni, a nadliczbowy kolega wystarczał aż
nadto do posługi przy królu, zwłaszcza że noc jeszcze była ciemna
i miłościwy pan ani myślał się budzić.</akap>


<akap_dialog>--- Chłopcy... jak najciszej... na miłość boską... --- szeptał przezorny Gedroyć. --- Czema! Nie szurgaj nogami! Nie umiesz chodzić jak człowiek?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pod ścianą się trzymajcie, coby was jaki ranny ptaszek nie
dojrzał.</akap_dialog>


<akap>Stanęli.</akap>


<akap_dialog>--- Otwarte?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uhum.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pst... Nastuś...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Śpi twardo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak sam kamień. Ino bym radziła nakryć czym ciepłym
i wedle głowy takoż zatulić, bo jak ją powietrze owionie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to dawaj jakowe chusty i zrób, jak zdolisz najlepiej, bo my
cale nie znamy takiej roboty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A łóżko szerokie? Mierzyłaś, jakom ci kazał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie frasujcie się, panoczku, przejdzie beze drzwi leguteńko<pe><slowo_obce>leguteńko</slowo_obce> (daw.) --- bardzo lekko.</pe>.
No, teraz się nie zbudzi; chustę grubą na nogi jej dałam, a dokoła
głowy i na uszy rańtuszek wełniany; śnić ano będzie, że się na
kominie wylega.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O rety... Dmytruś... --- jęknął Drohojowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czegóż?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może nas psy obskoczą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy nas znają, to szczekać nie będą, a po drugie, idziemy
bez pałacową bramę na tamto podwórze, gdzie psów nie puszczają,
coby nie szczekały pod królewskimi oknami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A my tam po co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zobaczysz. No, chłopcy, brać łóżko; ino ostrożnie, powoli, żeby gdzie nie szturchnąć. Na początek dźwigniemy we czterech,
dopiero tam dalej przypomożecie nam. A ty, Nastka, zasuń rygiel,
okno otwórz, śpij i pamiętaj, co nie wiesz o niczym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani okiem nie mrugnę, panoczku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu, ale baba sobie niczego ważna... jakby tak z milę ponieść,
toby człek zasapał się co niebądź. Ostrożnie, Czema, nie chybotaj
łóżkiem!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Matko... ktoś idzie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, to ino wiatr gałęźmi taki szum czyni. Już się nie bójcie,
cały gród śpi, jeszcze się ani na wschodzie nie rozjaśnia... gwiazdy świecą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzież ten Dmytruś nas prowadzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zwariowałeś? Do sadzawki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu, a gdzież dla niej lepiej byłoby?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Woda bryźnie i baba zbudzi się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nie bryzgaj... sto razy powtarzam: ostrożnie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głęboko...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tobie kto powiedział, że głęboko? Dno cegłą wybrukowane,
wody ino tyle, co z fontanny bez dzień uleje się, a fontanna
zamknięta na noc i rurkami woda odpływa. Łóżko wysokie, ani do
pół nogi nie zamacza się. Ostrożnie, powiadam... letko stawiać... nu, już po wszystkiemu. Ot, jak pięknie... aż miło patrzeć... Świtezianka<pe><slowo_obce>Świtezianka</slowo_obce> --- nimfa wodna żyjąca w jeziorze Świteź.</pe> czy co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chi, chi, chi, chi...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Teraz na górę, co koń wyskoczy! Aby nas kto ze służby nie
spostrzegł... lada chwila stajenni się zbudzą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojoj... na jednom głupi był... taże my ciżmy w wodzie
zamaczali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biegajmy do siebie i zmieńmy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie ma czasu; zresztą, szukaliby w naszej izbie i wykryłoby
się, a na nogach może i wyschną. Skóra ciemna, nie będzie znać, że
mokra, chyba pomacawszy; a da Bóg, Strasz nie padnie na to, coby
macać. Nu, tak wracajmy! Szydłowiecki z okna wychylił się...
biedneńki on, chciałżeby z nami być!</akap_dialog>


<akap>Wybiła piąta. Służba zamkowa budziła się powoli... od czasu do
czasu przebiegnął któryś z parobków stajennych lub ogrodniczków
przez podwórze. Zaczynało dnieć... zaledwie znać było jakiś ciemny
przedmiot przy brzegu sadzawki. Zajęci robotą parobcy nie zwracali
uwagi. Dopiero kuchcik, biegnąc po drewka do szopy, rzucił okiem
na prawo i stanął jak wryty. W pierwszej chwili nie zrozumiał...
potem nastraszył się i uciekł jak oparzony.</akap>


<akap_dialog>--- O rety... Kasper... Walenty... cosik leży wielgiego na wodzie...
idźcie zobaczyć... cosik na podobieństwo łóżka!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, przyśniło ci się i tyla --- zgromił go stary kucharz. --- Jeszcześ nie dospał, to sobie oczy przemyj, a po drwa mi w te pędy biegaj!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie pójdę, boję się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Walek, idźże zobacz, a jak nic nie ma, to daj brzdącowi za
kark, coby tydzień popamiętał.</akap_dialog>


<akap>Pobiegł Walek, wrócił ze śmiechem, aż czkawki dostał, ledwo
zdołał wybąkać:</akap>


<akap_dialog>--- Serczykowa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż Serczykowa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano śpi w łóżku na wodzie.</akap_dialog>


<akap>Tedy poszedł i Kasper. Nadbiegł Wojtek ogrodniczek... Kuba
i Pietrek ze stajni, Hanka z pralni, Ewka z Maryną z piekarni, Basia, Ulina, Jagnusia i Krysta z obory, słowem, z każdą minutą powiększała się liczba widzów zaciekawionych, a wszyscy jakby się
zmówili na jedno, sprawiali się cichutko, krztusili się, by nie
parsknąć śmiechem, rozmawiali szeptem i czekali, co się to stanie,
jak się gospodyni przebudzi.</akap>


<akap>W sypialni królewskiej także dzień się poczynał.</akap>


<akap>Szydłowiecki, przywołany przez miłościwego pana, skrzesał
ognia i zapalił dwie świece. Za czym wraz z Bonerem, który na
szczęście nie wchodził do wody i ciżmy miał suche, posługiwał
królowi przy ubieraniu.</akap>

<akap>Tamci zaś, nie dbając na szkodę, ocierali swe obuwie kobiercami
rozesłanymi na podłodze i przekonywali się ku swej pociesze, że
ślady wodnych igrzysk ulatniały się wcale prędko. Za godzinę nikt
im już nie dowiedzie udziału w zamachu na gospodynię.</akap>





<akap_dialog>--- Otwórz okno --- rzekł król do Bonera. --- Słońce już weszło?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już, miłościwy panie.... chi, chi, chi, przrzsk.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zali w tym co śmiesznego widzisz, że słońce weszło?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Darujcie miłoś... przrzsk...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przecz<pe><slowo_obce>przecz</slowo_obce> (daw.) --- dlaczego, z jakiej przyczyny.</pe> się krztusisz? No, no, nie bój się, głupiś, boś młody;
Szydłowiecki mądrzejszy... Nie! I ten pięściami gębę zatyka... Cóż to ma znaczyć? Błazeństwa się was trzymają... Mniemam, że po nieprzespanej nocy każdemu raczej ziewać niż śmiać by się chciało.
Wyjrzyj, kto chodzi po tamtej komnacie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stańczyk, miłościwy panie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wołaj go. Cóżeś tak rano przybieżał? --- spytał król zdziwiony. --- Nie zwykłeś pojawiać się równo ze słońcem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo też nie co dzień zdarza się to, co dzisiaj; a tak dawno już nie widziałem a nie słyszałem waszego śmiechu, miłościwy panie, żem
po trzy schody na raz skakał, by ino na porę trafić, a nie zapóźnić się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakoś was dzisiaj cale nie rozumiem; chłopcy płaczą od
hamowanego śmiechu, ty zaś pleciesz przez ładu i składu...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy nie moja wina, że król nawet tego nie wie, co się pod
jego oknami dzieje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O cóż chodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyjrzyjcie, panie.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355747647118-1856753566"/><motyw id="m1355747647118-1856753566">Śmiech, Podstęp, Żart</motyw>--- Zbiegowisko przy sadzawce... ci ludzie takoż się śmieją...
Stańczyk, gadaj mi zaraz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie widzicie, panie? Gospodyni marszałkowskiego stołu, na
podobieństwo Mojżesza z kołyseczką wyrzuconego na rzekę, śpi
ano w swym łożu wśród sadzawki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ona? Skądże się wzięła?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zda mi się, że raczej Strasza niż mnie należałoby zapytać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Znowu paziowie? Chyba mnie nie posłuchał... lamencił
wczoraj jak dusza w czyśćcu, że dzień i noc nie ma spokoju,
a wszystko bez siedmiu urwisów, bo reszta wzorowo się sprawia.
Tedy mu doradziłem, by onych łotrzyków bez kilka nocy do mojej
służby zapędził. Gdy się miasto<pe><slowo_obce>miasto</slowo_obce> a. <slowo_obce>miast</slowo_obce> (daw.) --- zamiast.</pe> spania przemęczą raz i drugi,
przestaną broić; a po wtóre przekonamy się, że ucichną głupie figle, gdy sprawców zabraknie. Hej, Szydłowiecki, wszakże i ciebie
między najgorszymi wymieniał... Którzyż są w antykamerze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boner, Gedroyć, Montwiłł, Czema, Ostroróg i Drohojowski,
miłościwy panie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tedy kto babę włożył do wody? --- roześmiał się król.</akap_dialog>


<akap><end id="e1355747647118-1856753566"/>Stańczyk pocałował go w kolano.</akap>


<akap_dialog>--- A co, nie mówiłem, że warto wstać przed wschodem słońca?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biegaj mi zaraz na dół i przypilnuj, by niewiastę odniesiono
na powrót do jej izby. A śpiesz się, będę oknem patrzył, jako się to stanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nam wolno zobaczyć? --- spytał Boner strojąc minę niewiniątka.</akap_dialog>


<akap>Król spojrzał nań, potrząsając głową.</akap>


<akap_dialog>--- Ot, zagadka nowa dla Strasza... idźcie.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1357077623219-2351772472"/><motyw id="m1357077623219-2351772472">Śmiech</motyw>Stańczyk zbiegł na podwórze, paziowie za nim; gromadka służby
rozstąpiła się na dwie strony, a błazen, nie bacząc na rozkaz
królewski, pewny ino, że mu wszystko ujdzie bezkarnie, krzyknął
potrząsając swą laseczką z dzwonkami:</akap>


<akap_dialog>--- Pani Serczykowa... śniadania czekamy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O raju... w tej chwilusi!...</akap_dialog>


<akap>Usiadła na łóżku z zamkniętymi oczyma, przeżegnała się...
i jedną nogą chlupnęła w wodę.</akap>


<akap>Powitał ją gromki wybuch krzyków i śmiechów. Zgromadzona
gawiedź pokładała się, wiła, kurczyła z gwałtownego chichotu.</akap>


<akap>W oknie na górze stał król i głębokim basem wtórował powszechnej wesołości.</akap>


<akap_dialog>--- Rety... ludzie, ratujcie! co to? Matko!... Aha, juści, już wiem...
no jakżeby... dwa głupie kołki osikowe i byłby spokój do sądnego
dnia. Święta Urszulo z towarzyszkami... za co ja pokutuję!<end id="e1357077623219-2351772472"/></akap_dialog>


<akap>Dmytruś szturchnął w bok Szydłowieckiego:</akap>


<akap_dialog>--- Tak trza lecieć do króla miłościwego i popytać się, który
lepiej zdał egzamin, Ostroróg czy Montwiłł? Niech nas król sądzi.
Nu, Pawełku, nie idziesz?</akap_dialog>






<naglowek_rozdzial>Rozdział VI. Figiel
Andrzeja
Bonera</naglowek_rozdzial>




<akap>Widzicie, panie ochmistrzu, że niesłuszne były wasze
posądzenia --- mówił król do Strasza, który przybiegł
zrozpaczony sprawą Serczykowej --- wyrzekaliście na zgraję zbereźników, a oni spędzili noc przykładnie na moich usługach; psotę zaś niesłychaną, do której i rozmysłu, i umowy, i kilku par rąk było trzeba, znowu nieznani sprawcy popełnili!</akap>


<akap_dialog>--- Nie odstępuję od swego, miłościwy panie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyli że?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że o godzinie dwudziestej trzeciej widziałem onych zuchwalców śpiących w antykamerze, o piątej stawili się na zawołanie
waszej królewskiej mości, lecz pozostaje nam jeszcze sześć pełnych
godzin, w których mogli broić, jako im się żywnie podobało?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczegóż koniecznie mają być ci, a nie inni?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bom już dawniej sidła zastawiał i dzisiejszej nocy tak samo
się zaczaiłem; gdy wszyscy paziowie spali już po swych sypialniach
(o czym się przekonałem, zachodząc do każdej i zaglądając do łóżek), przeciągnąłem cienkie nici w poprzek drzwi i uwiązałem do
przeciwległych zawias. Ktokolwiek by wychodził w nocy, musiałby
nić zerwać. Przed szóstą, czyli przeszło w godzinę po wyłowieniu
onej utrapionej syreny, pobiegłem niby to sprawdzić, czy chłopcy
wstają, w rzeczy zaś obejrzeć nici na drzwiach... ani jedna nie była zerwana. Gdy tedy li w młodych głowach podobne błazeństwo uląc
się mogło, a prócz nocnej służby najmiłościwszych państwa, wszyscy paziowie okazali się niewinnymi, jakoż nie mam obstawać przy
swoim?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Posądzajcież zarówno i dyżurnych najjaśniejszej pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nigdy w świecie! Tam dałem sam kwiat i chlubę moich
wychowanków; pierwej bym chyba ja, stary, łamane sztuki pokazował, niżby oni cośkolwiek nieprzystojnego uczynili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, może i macie słuszność, lecz dowodów żadnych, karać nie
wolno! Zechciejcie, proszę waszmości uprzejmie, powiedzieć, przechodząc, któremu w antykamerze, by zawiadomił jego wielmożność
pana Kmitę, że go pilno oczekuję. A nie trapcie się zbytnio... młodzi są, jak dotąd nikomu się tak dalece krzywda nie stała, tedy srogość wielką na zewnątrz okazować, a w sobie ino śmiechem to wszystko zbywać należy.</akap_dialog>


<akap>Pan Strasz pokłonił się nisko i odszedł układając w duszy, że nie
daruje i póty czyhać będzie, aż winnych odkryje.</akap>


<akap_dialog>--- Jego wielmożność pan marszałek Kmita! --- oznajmił paź
otwierając podwoje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Otom już na rozkaz najmiłościwszego pana --- rzekł Kmita
stając przed królem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siadajcie, dobry przyjacielu --- odpowiedział Zygmunt witając gościa. --- Nie miałem czasu pomówić z wami rano, a ciekaw
jestem, co za sprawę mieliście do mnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekają waszą królewską mość niezbyt miłe odwiedziny;
oczywiście, jeżeli zechcecie przyjąć gościa, miłościwy panie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaliżbym mógł okazać się tak nieludzkim gospodarzem
i drzwi zamknąć przed gościem? --- z uśmiechem zapytał król.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bywają przykłady... --- powoli mówił Kmita. --- Zjechał do
Krakowa wczoraj pod wieczór hrabia Kuno von Bergow, komtur
Rhedeński, wysłannik księcia Albrechta; przyjąłem go w moim
domu, komnaty poselskie bowiem, we wschodnim zamkowym
skrzydle, już są cale nie do zamieszkania, robotnicy poczęli burzenie murów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprawiedliwie rzekliście... niemiłe to odwiedziny; czegóż
chce?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pokłonić się miłościwemu królowi --- powiada. --- A co
więcej, zachowuje zapewne dla waszych, nie moich uszu, najjaśniejszy panie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się myli, bo w tajemnicy przyjmować go nie będę, ino
waszą miłość pospołu z onym hrabią zapraszam, wy zaś zechciejcie
uprzedzić wojewodę Firleja, księdza biskupa i pana hetmana, jako
ich również pragnę mieć przy sobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O której godzinie raczy wasza królewska mość przyjąć
Krzyżaka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech przyjdzie o szesnastej. Bogiem a prawdą, wolejbym<pe><slowo_obce>wolejbym</slowo_obce> (daw.) --- chętniej bym.</pe> go
na oczy nie widział, a tu i gadać z nim, i ugościć go trzeba.
Wspomnijcie mu, że po audiencji na wieczerzę go zapraszam.</akap_dialog>


<akap>By nie użyczać rozmowie uroczystości i wielkiej wagi, Zygmunt
nie oczekiwał Krzyżaka w sali przyjęć, lecz w swoim prywatnym
mieszkaniu, tym bardziej że i poselstwo komtura miało cechę raczej
poufną.</akap>


<akap>Ledwie u króla zebrali się Tomicki, Firlej i Tarnowski, gdy
z antykamery roztwarły się drzwi i pan Kmita wprowadził Krzyżaka.</akap>


<akap>Poseł niósł się z godnością, choć jak na członka Zakonu wcale nie hardo. Był to mąż poważnego wzrostu i postawy, o rzadkiej, trochę już siwizną przyprószonej brodzie; twarz miał układną, na pozór spokojną, w oczach tylko łyskały przelotne ogniki. Odziany był po wierzchu w suty biały płaszcz z czarnym komturskim krzyżem na ramieniu i w równie mlecznobiały habit, przekreślony na piersiach drugim czarnym krzyżem. Rycerskie rzemiosło mnicha poznać można było tylko po mieczyku bogato oprawnym, zawieszonym u pasa i po srebrnym hełmie ocienionym wachlarzem piór pawich.</akap>


<akap>Dopiero we drzwiach królewskiej komnaty hrabia Kuno uznał za
stosowne zdjąć szyszak z głowy. Skłonił się przy tym głęboko, ale
nie spuścił oczu, które spod brwi śledziły oblicze królewskie, po
czym przystąpił ku Zygmuntowi. Ten łaskawym skinieniem ręki
powitał posła.</akap>


<akap>Von Bergow list złożony i przypieczętowany sygnetem, z ponownym ukłonem, wręczył królowi, który bez jednego słowa pieczęć
rozłamał i pismo jął odczytywać. Twarz jego wspaniała nie okazywała wewnętrznego wzburzenia, domyślali się go tylko polscy
panowie po nieznacznym ściągnięciu potężnych czarnych brwi.</akap>


<akap>Przebiegłszy pismo oczyma, król Zygmunt położył je na stole
i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Usiądźcie, mości pośle.</akap_dialog>


<akap>Po czym zwracając się do senatorów, dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Pisze mi Wielki Mistrz, iż jego miłość hrabię Kunona von
Bergow, komtura Rhedeńskiego, mocuje do układów z nami. Słucham was, panie von Bergow.</akap_dialog>

<akap>Krzyżak, zaskoczony chłodnym przyjęciem, siedział sztywnie<pe><slowo_obce>sztywnie</slowo_obce> --- dziś popr.: sztywno.</pe>,
muskając końcami palców brodę dla nadania sobie pewności.</akap>





<akap_dialog>--- Śle mnie do waszej królewskiej mości pan mój, jaśnie
oświecony książę Albrecht pruski, gwoli porozumienia w sprawie
hołdu lennego, który wam winien złożyć, najjaśniejszy panie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mistrz Albrecht hołd mi już złożył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale książę poczuwa się do tej powinności, jako że chce
ostać i on sam, i przyszły ród jego, wiernym korony polskiej
lennikiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziwnie skory dziś do hołdów mistrz... lub jak pana swego
zwiecie, jaśnie oświecony książę. Nie tak to ów ,,lennik wierny"
kwapił się z hołdem, gdy został głową Zakonu. Joba, biskupa
pomezańskiego, nasyłał mi, odwłócząc powinność do św. Marcina.
A któż to trzy lata później poddane i kupce<pe><slowo_obce>poddane i kupce moje</slowo_obce> --- dziś popr. forma B. lm. r. m.: poddanych i kupców moich.</pe> moje łupił i zabijał,
chłopy z królewszczyzn do więzienia imał? Kto mistrza inflanckiego
na zajęcie Żmudzi mojej wyciągał, kiedy Moskwicin Litwę mi
pustoszył? Jeno że skóry swej własnej nie byli pewni, zasięgnąwszy
języka, że starosta żmudzki zęby im gotów pokazać. Dopieroż do
mnie listy a wymówki!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za łaską pana mego najmiłościwszego --- rzekł Firlej, ostry
wzrok topiąc w oczach posła --- miałbym ci ja niejedno dorzucić od
siebie, głową bowiem i ręką w onych rzeczach narabiałem. Pamiętasz, mości hrabio von Bergow, rok pański 1520? ,,Wierny Korony Polskiej wasal", Brunsberg miasto od biskupstwa warmińkiego
urwawszy, swoim je ludem obsadził, jako zawsze korzystając, iż
w tymże roku Moskwa ponowne zagony po całej Litwie rozpuściła,
aż o Wilno się oparłszy. Dopiero wy, najmiłościwszy panie, wonczas
mnie z wojski<pe><slowo_obce>z wojski</slowo_obce> --- dziś popr. forma: z wojskami.</pe> swymi wyprawiliście, iżbym siostrzanowi waszej
królewskiej mości miast i miasteczek naszarpał, a drogę mu z granic
Rzeczypospolitej orężem do domu pokazał. A toć pomiędzy nami
z waszej przyczyny bez rok cały krew się lała!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dozwólcie, miłościwy panie, że i ja swoje dołożę --- wtrącił
hetman Tarnowski, nie dając przyjść do słowa Krzyżakowi --- choć
zapadło już wonczas postanowienie: wojnę przeciw Zakonowi
obrócić, a ,,wiernemu wasalowi" lenno do cna odebrać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Umiał wtedy Wielki Mistrz kajać się i zginać; w Toruniu
przed sejmem po rękach mnie całował.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto wam u króla łaskę i pobłażanie w tak ciężkim terminie
wyprosił, jeśli nie ten, komu ninie płaszcze z krzyżakami pod nogi
rzucacie? Ojciec Święty! --- zawołał wzburzony biskup Tomicki.</akap_dialog>

<akap>Pod gradem coraz cięższych zarzutów komtury nawet nie drgnął.
Patrzył śmiało w oczy mówiącym i tylko brodę nieco prędzej gładził.</akap>





<akap_dialog>--- Trudno mi, najmiłościwszy królu i panie --- rzekł po chwili
--- z tak mnogimi, światłymi, a Bóg widzi niesłusznie uprzedzonymi
krasomówcami szermować. Niesnaski graniczne... rzecz na tym
świecie zwyczajna i między najlepszymi sąsiady, gdyby Zakon
wyliczać chciał krzywdy i uciążliwości, uchowaj Boże nie od waszej
królewskiej mości, ale od urzędników polskich różnymi czasy
płynące, toby się chyba sporo pergaminu zapisało; nie żałować<pe><slowo_obce>żałować się</slowo_obce> (tu daw.) --- skarżyć się.</pe> się
ani dawnych żalów odnawiać nam teraz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakie krzywdy? --- żachnął się Tarnowski. --- Nadania polskich książąt i królów? Ziemie chełmińska, dobrzyńska, lubawska,
nieszawska, wsie i miasta podarowane szczodrze przybyszom, to
krzywdy zadane waszej miłości?</akap_dialog>


<akap>Nie patrząc na Tarnowskiego, zwrócił się Krzyżak do biskupa:</akap>


<akap_dialog>--- Jaśnie oświecony książę, acz suknię duchowną zdziewa<pe><slowo_obce>zdziewać</slowo_obce> (daw.) --- zdejmować.</pe> jako
w oczach nowszych i oświeceńszych przestarzałą, wszelako znamienia krzyża pańskiego z duszy ni z serca nie maże. Prosi o wybaczenie
przykrości zadanych, doznane po chrześcijańsku puszcza w niepamięć; do serca najmiłościwszego swego pana jako siostrzan<pe><slowo_obce>siostrzan</slowo_obce> (daw.) --- siostrzeniec.</pe> apeluje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z całej odpowiedzi --- rzekł pomyślawszy król --- usłyszałem
jedno tylko słowo ,,siostrzan". Ale pan katolicki, ale król polski
winien pamiętać o tym jedynie, co się godzi, a co się nie godzi.</akap_dialog>


<akap>Krzyżak nieporuszony odezwał się:</akap>


<akap_dialog>--- Zali niegodziwym byłoby do zgody skwapliwie wyciągniętą
rękę przyjąć, między chrześcijańskimi ludy<pe><slowo_obce>między ludy</slowo_obce> --- dziś popr. forma Msc. lm.: między ludami.</pe> pokój utrwalić, Rzeczypospolitej na wieczne czasy łaską kupić przyjaciela? Toć sam
Zbawiciel nasz powiedział: ,,błogosławieni pokój czyniący"...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uszło widno pamięci waszej poselskiej mości --- rzekł cicho
ksiądz Tomicki --- co na innym miejscu Chrystus Pan o pobielanych
grobach powiada, i przepomniałeś<pe><slowo_obce>przepomnieć</slowo_obce> (daw.) --- zapomnieć.</pe> chyba, że frymarczące ziemskimi
dobytki sam powrozem ze świątyni wygnał. --- Tu biskup skłonił się
przed królem znacząco.</akap_dialog>


<akap>Król milczał.</akap>


<akap_dialog>--- Mam nadzieję --- rzekł słodko Krzyżak --- że najjaśniejszy pan
nie gorzej obeznan jest z Ewangelią od was, księże biskupie, i że
w niej znajdzie słowo miłości, które bym odnieść mógł mojemu
księciu.</akap_dialog>


<akap>Zygmunt zwrócił się do Tomickiego.</akap>


<akap_dialog>--- Dzięki Bogu nie wyzułem się jeszcze z wiary ojców moich,
iżbym sobie rościł prawo do lepszego tłumaczenia ksiąg świętych
niż Kościół i biskupi. Wam zaś, panie von Bergow, powiem jeno, że
słowo miłości w waszym Zakonie byłoby czymś zgoła nie znanym.
Tą cnotą rycerze krzyżowi nigdy nie mogli się chlubić, jako
świadczą dzieje i strumienie krwi niewinnie przelanej. Mistrzom
niełacno było dawać wiarę, jakoż ją dać ostatniemu, który daną
Bogu przysięgę pospołu z płaszczem zdeptał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zali tę odpowiedź waszej królewskiej mości odnieść mam
księciu Albrechtowi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaiste, byłaby nie inna, gdyby nie pamięć miłej siostry mojej,
Zofii. Na odpowiedź nie pora. Rozważę.</akap_dialog>


<akap>Wysłannik księcia Albrechta, wychyliwszy w imieniu Zakonu
kielich goryczy na posłuchaniu u najjaśniejszego pana, nie mógł
wcale narzekać, by jego samego, to jest hrabię Kunona von Bergow,
najmniejsza uraza ze strony monarchy lub senatorów była spotkała.
Otaczano go uprzejmością wyszukaną, wprawdzie zimną jak lód, ale
w niczym nie wykraczającą przeciw przepisom i regułom nader
gościnnego przyjęcia.</akap>


<akap>Na drugi dzień rano, pod pozorem oddania czci relikwiom
świętych patronów polskich, wyszedł Krzyżak na miasto i bystrym
okiem sprawdzał dobrobyt mieszkańców starej stolicy, przypatrując
się wspaniałym strojom, bogatym sklepom zaopatrzonym w towary
wszelakie, dworcom<pe><slowo_obce>dworzec</slowo_obce> (daw.) --- dwór.</pe> senatorów i domostwom zamożnych mieszczan.</akap>


<akap>Zajrzał do kilku kościołów, niebotyczna wieża Panny Marii,
symbol wszechmocy króla królów, a naszej małości, przywiodła mu
na myśl potęgę polskiego władcy i świeży, a tak marny majestat
mnicha-apostaty<pe><slowo_obce>apostata</slowo_obce> (z gr.) --- odstępca.</pe>, któremu służył.</akap>


<akap>Po godzinnej przechadzce zawrócił do kamienicy Kmitów i w towarzystwie marszałka udał się do katedry. Przed trumną św.
Stanisława przyklękli obaj, a komtur ledwie ukryć zdołał gorycz na
widok czterdziestu sztandarów krzyżackich spod Grunwaldu. Zwycięzcy rozwiesili je byli jako hołd dokoła kaplicy świętego męczennika.</akap>


<akap>Gdy von Bergow podniósł się z klęczek, marszałek, nie okazując
wielkiej wewnętrznej uciechy, jaką mu to sprawiało, zatrzymał się
z bogobojnym zakonnikiem dłuższą chwilę przy sarkofagu Jagiełły.
Zawiódł go potem ku wielkiemu ołtarzowi, milcząc wskazał palcem
napis i przykląkł przed obwieszoną licznymi wotami płytą grobową
królowej Jadwigi. Krzyżak przygryzł wargi, zbladł i ugiął kolano.</akap>


<akap>Środkiem głównej nawy szedł paź królewski, szukając kogoś
widocznie, bo się rozglądał na prawo i na lewo. Przeminąwszy
kaplicę św. Stanisława, dojrzał klęczących z grobu Jadwigi i przyśpieszył kroku.</akap>


<akap_dialog>--- Miłościwy panie marszałku... król jegomość prosi na słowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W tej chwili idę. Jako żeś mnie tu wynalazł?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biegałem do domu waszej wielmożności, powiedziano mi, że
tu jesteście.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Darujcie, wasza miłość --- rzekł Kmita do Bergowa --- muszę
was na krótki czas opuścić, najjaśniejszy pan mnie woła. Ostań tu
i bądź na usługi pana hrabiego!</akap_dialog>


<akap>Jędruś Boner odpowiedział dwornym ukłonem i zapytał komtura, czy był już w skarbcu.</akap>


<akap_dialog>--- Wczoraj rano oglądałem owe liczne bogactwa, klejnoty
i pamiątki. Kościoły krakowskie pozostawiłem sobie na dziś, tym
więcej że pan marszałek życzył sobie sam katedrę mi okazać
i objaśniać. Rad bym się powrócić jeszcze do grobu św. Stanisława,
bo go z bliska nie oglądałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zechciejcie od tej strony się przypatrować, wielmożny rycerzu. To właśnie ta kaplica w pośrodku kościoła, kratą mosiężną
otoczona. W tej trumnie ponad ołtarzem spoczywają kości świętego.
Co dzień się tu odprawia nabożeństwo śpiewne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Piękna trumna; czy cale srebrna, czy ino blachą powleczona?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z kutego jest srebra --- odpowiedział paź --- sto sześćdziesiąt
funtów waży.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hm... --- odchrząknął Krzyżak i podnosząc oczy w górę,
z zaciekawieniem spytał: --- A cóż za znaczenie mają te drzewce ze
zwisającymi pękami włosów, umocowane dokoła kaplicy? Siwe,
rude, brunatne, czarne; co to takiego?</akap_dialog>


<akap>Jędruś przełknął ślinę głośno i zaczął skubać palce w srogim
pomieszaniu.</akap>


<akap_dialog>--- Prawdę mam powiedzieć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to? Dlaczegóż nie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To są... wota dziękczynne...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wota, włosy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jest... brody krzyżackie spod Grunwaldu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Krist mein Gott</slowo_obce><pe><slowo_obce>Krist mein Gott</slowo_obce> (niem.) --- Chryste, mój Boże.</pe>!</akap_dialog>


<akap>Kuno von Bergow rzucił się wstecz, zasłaniając oczy rękoma.</akap>


<akap_dialog>--- Spocznijcie, szlachetny panie! --- przemówił paź uprzejmie
--- oto wygodna ława; musieliście wiele chodzić od rana, zbytnio
znużeni jesteście.</akap_dialog>


<akap>Krzyżak usiadł ciężko; spod namarszczonych brwi nie widać mu
było oczu, drżącymi wargami szeptał coć sam do siebie.</akap>


<akap>W tejże chwili w głównych drzwiach kościoła ukazał się
marszałek i pośpiesznie szedł do gościa; a Jędruś Boner, skoczywszy za filar, tak się gdzieś nagle podział, jakby go ziemia
pochłonęła.</akap>


<akap_dialog>--- Już jestem --- rzekł Kmita --- zapewne paź dobrze się sprawił,
widzieliście wszystko, co godne uwagi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O tak! --- z goryczą odparł komtur --- wszystko; nad miarę
nawet.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziwno mi, co się waszej miłości mogło tak nie podobać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziwno wam? Zaiste, omal trupem nie padłem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przebóg!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hetman Tarnowski nie dał mi wczoraj wspominać o krzywdach zadanych nam przez Polaków; wżdy za słabe to słowo do
odmalowania srogiej dzikości waszej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie hrabio... jakkolwiek gościowi dużo jest wolno, jednak
ostrzegam, że moja cierpliwość ma granice. Zechciejcie wytłumaczyć, o co wam chodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O to! --- z piekielną nienawiścią zawołał Krzyżak wskazując
ręką w górę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozumiem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakoż mam jaśniej mówić? Paź waszego króla dokładnie mi
powiedział, co to są za wota i skąd pochodzą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wota, lecz trofea to są, mości hrabio. Każdy taki buńczyk
na Tatarach zdobyty jest chlubnym świadectwem dzielności naszego rycerstwa. Zaliżby zazdrość paliła wam serce, że podobnych
u siebie nie macie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Buńczuk... co to... jest? --- wyjąkał von Bergow osłupiały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiecie? To są odznaki pułków tatarskich. Przed każdym
dowódcą watahy (zwą się oni mirzami albo agami) noszony bywa
buńczuk z końskich ogonów uwity, godło jego dostojeństwa. Za
cenę krwi naszej, w tylokrotnych bojach z pohańcy<pe><slowo_obce>pohaniec</slowo_obce> (daw.) --- poganin; <slowo_obce>z pohańcy</slowo_obce> --- dziś popr. forma Msc. lm.: z pohańcami.</pe> przelanej,
kupiliśmy te trofea... czyż niesłuszna, że się nimi przed Bogiem
Wszechmogącym wdzięczni szczycimy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ten dzieciak śmiał zadrwić ze mnie... --- szepnął Niemiec
zaciskając pięści.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W jakim sposobie?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Iże to są brody krzyżackie, powiedział.</akap_dialog>





<akap>Nie w stanie powstrzymać wesołości ani powagą świętego
miejsca jej przytłumić, Kmita parsknął na cały głos i podnosząc
ramiona ku szyi, zanosił się od gwałtownego śmiechu.</akap>


<akap_dialog>--- Nie dziwię się teraz, mości hrabio, żeście mniemali, jako
snadź ludożercami jesteśmy. Powiedziałbym zasię, iż mimo błazeńskiego żartu chłopca onego, nie należało wam się myśli takiej dać miejsca w głowie. Żaden Polak nie obraziłby Zakonu podobnym posądkiem<pe><slowo_obce>posądek</slowo_obce> (daw.) --- czyn, postępek.</pe>.</akap_dialog>




<sekcja_asterysk/>

<akap_dialog>--- Chyba już lepiej nie mogło się złożyć, co, Dmytruś? Odmiwąs
nam przeszkadza... nie ma Odmiwąsa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A wiesz, mnie zdaje się, że nie tak on do brata na chrzciny
zachciał, jak od nas uciec i co niebądź odpocząć; jak Boga kocham,
taże my jemu do siódmej skóry najedli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A rychło ma wrócić, nie słyszałeś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadał Kuba, jako on<pe><slowo_obce>on</slowo_obce> (tu daw.) --- ten.</pe> pachołek pana Marka Strasza, co po
naszego ochmistrza przyjechał, rozpowiadał jemu, że to pierwszy
syn, że całe sąsiedztwo na dziesięć mil sproszone, taj bawić się będą choć z miesiąc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajże im Panie Boże, niech się bawią zdrowi nawet i dwa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A my tymczasem?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ho, ho, to nie żarty; ciężka nasza praca i strach niemały. Ja
sam nie mogę iść do Sukiennic po płótno, boby w razie czego doszli
kłębka po nitce, kto kupował i kiedy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ma się rozumieć. I ja nie mogę; tak Nastusię poślę. A przykażę
jej, coby nie w znajomym kramie kupowała i nie wygadała się, że na
grodzie służy. Dużoż tego płótna?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O dużo... muszą być płachty długie srodze, niechby się nawet
po ziemi wlokły, a pozeszywać choć we trzy półki, żeby starczyło
owinąć się sowicie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiem Nastusi, to już obliczy, ile będzie trza, i wolnym
czasem, jak Grzybowska na prymarię pójdzie, bodaj jak zeszyje, aby
się ino trzymało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to już jedno załatwione, a drugie jeszcze ważniejsze:
musimy dziś pod wieczór przed samym spaniem zbiec na dół
i obejrzeć wejście, czy się da wyleźć na górę i na wszelki wypadek
zapewnić sobie ucieczkę drugą stroną, jakowym okienkiem lub
dziurą w murze. Kto głupi, będzie się bał, ale mądry pójdzie na samo miejsce i złapie nas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu dobrze; a dalej co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Strasz wyjeżdża jutro, a mistrz Ambroży go zastępuje; to
właśnie tyle znaczy, jakby nikogo nie było. Przykaże Kubie, coby
nas budził rano, bo samemu wstać się nie chce, zje z nami obiad,
odbędzie lekcję, zje wieczerzę, powie nam dobranoc i zamknie się
do drugiego ranka w swoim alkierzu. Serczykowej gorzej bym się
bał niż jego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O wilku mowa, a wilk tuż.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pani gospodyni na miasto wychodzi, co taka strojna?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oj, paniczkowie mili, idę dać na mszę do Panny Marii
z podziękowaniem za ocalenie życia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy nijakiego niebezpieczeństwa nie było; szpetne wydarzenie i więcej nic!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, jak to młodemu zawżdy pstro w głowie, za łaską pana
Jędrusia; czyście, paniczkowie, aby na jedno okamgnienie rozważali tę diabelską przygodę? Włosy na głowie stają! Nastusia
biedniątko słabuje od wczorajszego rana; zaziębiła się bez to
otwarte okno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jej przecie upiory nic nie uczyniły?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze by czego brakowało, żeby ją śmiały palcem ruszyć!
Mówiłam ano kiedyś paniczkom, co ona za jedna i jakie ma
przywileje, ino że w święty stan małżeński wstąpić zamyśla, to już
mocy wiele utraciła, dlatego mnie obronić nie mogła. Tedy wpadły
te przeklętniki do izby, ją poraziły swym tchem jadowitym, że leżała niczym umarła, a mnie porwały z łóżkiem i bez okno wyleciały. Przyjdźcie, paniczkowie, którego dnia zobaczyć, ile węższe okno od łóżka, jakim to diabelskim przemysłem zdoliły one straszydła przedostać się tamtędy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Koniecznie oknem? Może drzwiami?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale jakże? Drzwi zasunięte na skubel, a okno rozwalone. Nie
chciało im się nawet zawrzeć za sobą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, ale dzięki Bogu nic się nie stało.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355751846583-2087394226"/><motyw id="m1355751846583-2087394226">Zabobony, Śmiech</motyw>--- Gadanie na wiatr, letkoduch z pana Jędrusia. Nie stało się?
Ale stać się mogło. Wżdy mnie już niosły w swych szponach, ani
chybi na pożarcie sobie i swoim przyjaciołom. Jakąś daleką widno
drogę miały, a nie na rękę by im było, gdybym się przed czasem
obudziła i na ten przykład pacierz zaczęła mówić; tedy mnie
pookrywały, pootulały, niczem najtroskliwszy ojciec albo matka...
ino się piekielniki i tak zapóźniły z dopuszczenia boskiego; kur
zapiał i musiały porzucić. Więc zemściły się na niewinnej duszy
chrześcijańskiej i wraziły z łóżkiem do sadzawki, gwoli śmiechu
i dziwowiska całej służby. Na to przeżyłam pięćdzieś... chciałam
rzec czterdzieści lat cnotliwie i w poważaniu u ludzi, by mnie bez<pe><slowo_obce>bez one potępieńce</slowo_obce> (daw.) --- przez tych potępieńców.</pe>
one potępieńce błazen dzwonkami nad głową pobrzękiwał... upiory
zatracone!<end id="e1355751846583-2087394226"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Myśli pani gospodyni, że się na tym skończy? --- z tajemniczą
miną bąknął Jędruś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy, dziękować Panu Jezusowi, przy zdrowych zmysłach
jestem i dobrze wiem, jako nie ustaną nas prześladować, póki się
z onymi porządku nie uczyni. Idę już, bo przed zachodem słońca
zakrystię zamykają, musiałabym do jutra odkładać i w śmiertelnych
potach bez całą noc oka nie zmrużyć. Kłaniam się paniczkom!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szczęśliwej drogi pani Serczykowej!</akap_dialog>


<akap>Prócz miłościwych państwa, którzy nie wiedzieli o niczym, i ich
najbliższego otoczenia, z niedowierzaniem przyjmującego bajeczne
opowieści, cała służba zamkowa i podrzędniejsi dworzanie żyli od
kilku dni w strachu, niepewności i jakimś oczekiwaniu pełnym
grozy.</akap>


<akap><begin id="b1357079750872-2780401999"/><motyw id="m1357079750872-2780401999">Zabobony</motyw>Coś się działo.</akap>


<akap>Wawrzek stajenny przysięgał, że idąc spać wczoraj w nocy,
słyszał najwyraźniej brzęk łańcuchów w stronie Baszty Złodziejskiej; Krysia o tej samej mniej więcej porze widziała coś ogromnego,
białego, pełznącego pod murem; kucharzowi Walentemu ,,coś"
gasiło kaganek przez cztery wieczory z rzędu; Jaśkowi dało w kark
zimną ręką, aż się przewrócił i guza na głowie nabił. Serczykowa
dzwoniła zębami, bo mimo anioła stróża w osobie Nastusi, co noc
,,pukało" do okna i śmiało się szatańskim rechotem. Pan Jacek Rożen,
masztalerz<pe><slowo_obce>masztalerz</slowo_obce> --- urzędnik odpowiedzialny za konie we dworze.</pe>, ruszał ramionami na te wszystkie gadania i mruczał:</akap>


<akap_dialog>--- Ach, gdyby każdy chciał językiem młócić, a co uwidzi, w uszy
drugim wytrębować, już by ani jednej baby zdrowej na grodzie nie
zostało. Takowe upiory, wilkołaki, strzygonie i inne widziadła, acz
cale prawdziwe i niemal co dzień się przytrafiające, najlepiej
krzyżem świętym odganiać a nikomu o tym nie wspominać. Żebym
ja ino gębę otworzył, tobyście tu chyba jak muchy padali. Gdy się
one... tfy... lepiej nie wymawiać przed nocą, na kogo uwezmą, to
niech ręka boska broni. Z tegom też ano przed czasem osiwiał,
a juści.</akap_dialog>


<akap>Tydzień minął od wyjazdu Strasza; coraz głośniej ludzie sobie
rozpowiadali o duchach pojawiających się około północy na szczycie Złodziejskiej Baszty.</akap>


<akap>Serczykowa triumfowała.</akap>


<akap_dialog>--- A co, nie mówiłam, nie radziłam, nie zaklinałam? Wyśmieli,
wydrwili, pochowali, aby zbyć; tyciusi kołeczuś wetknąć było
każdemu między żebra, to by wystarczyło; gdzie zaś... Serczykowa
głupstwa plecie --- a jakże! Biedna sierota, najpierwsza za was
zapłaciłam, a teraz macie i wy... niech wam skóra cierpnie!<end id="e1357079750872-2780401999"/></akap_dialog>


<akap>Nastusia jedna wśród spłoszonej gromady kobiet i dziewcząt
zachowywała zimną krew i odwagę z zuchwalstwem graniczącą,
póty się śmiała, żartowała, aż wlała odrobinę otuchy w struchlałe
serca.</akap>


<akap_dialog>--- Wiecie co? --- rzekła pewnego popołudnia do Hanki, Marysi,
Uliny i Baśki. --- Musimy raz przecie napatrzyć się onym duchom.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rety!... --- wrzasnęła Marysia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie, powtarzam, napatrzyć się. Każdy ino powiada, że
ten i ów widział, drugi słyszał, a Bogiem a prawdą nikt nie wie, co
było i czy co było. I cóż nam jakie duchy zrobią? No i co? Ony na
baszcie, a my z dala w sadzie, na podwórcu albo lepiej na korytarzu
w oknie, co ku baszcie wychodzi. Niechże sobie dokazują po murze,
co nam zrobią? Wżdy macie każda krzyżyk na szyi, to śmiejcie się
z wszelakich duchów. Coś więcej wam jeszcze rzekę: panny Laura
i Hipolita umówiły się ze mną na dziś wieczór. Same by się bały, bo
są zarówno tchórzliwe, jak wy, ale staniemy w kupce, to nam będzie
raźniej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co to gadacie? Co będzie raźniej? Nastuś, ja dosłyszałam coś
niecoś... bój się Boga, nie rachuj na swoją moc, nie rachuj, że baszta od okna daleko; ,,taki" skoczy jednym susem do łokci, porwie cię i zje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja dufam pewnie, że i pani gospodyni do nas się przyłączy.
Jest nas siedem, to szczęśliwa liczba, a pani gospodyni ósma, to
znów nieźle, bo do pary.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba że bez zamknięte okno będziemy patrzyć i gromnicę
w kąciku postawimy. Kusi człeka takowe straszydło choć raz
w życiu na własne oczy oglądać, ale... oj, Nastuś, Nastuś, a jak
życiem przypłacimy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niechże się pani Serczykowa nie boi; wżdy już was trzymały
i bez powietrze z wami leciały, i do wody wrzuciły, a stało się wam
co? No, widzicie! Zresztą ,,ony" nie są zawzięte; jak im się raz nie udało, to już się was nie chycą. Wierzcie mi, ja z takiego kraju, co srodze jest od strachów nawiedzany, to znam wszelakie onych obyczaje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc kiedy? --- spytała trochę drżącym głosem, lecz z błyszczącymi ciekawością oczyma, Hanka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak tylko krowy podoicie, zaraz przyjdźcie do izby pani
gospodyni, ja tam będę. Teraz jeszcze pobiegnę do panny Hipolity.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- ,,Ot, gdyby wiedziały, dlaczego ja się nie boję... --- śmiała się Nastusia sama do siebie, idąc do mieszkania fraucymeru. --- Ach, Jezus... dopiero by mnie zabiły! Dwadzieścia siedem łokci płótna zeszyłam na dwa ubiory, ale mi pan Dmytruś obiecał darować potem na koszule".</akap_dialog>


<akap>Wybiła dwudziesta trzecia. Mimo próśb i ostrzegań Serczykowej, dziewczęta rozzuchwalone przykładem dzielnej Nastusi i obecnością dwóch panien dworskich otwarły oba skrzydła okna w korytarzu i stanęły ciaśniutko jedna przy drugiej, wstrząsane dreszczem
strachu i ciekawości.</akap>


<akap_dialog>--- Ach... tyle gadają i gadają, każdy niby to widział Bóg wie
jakie duchy, a jak przyjdzie co do czego, to oczy ano wypatrujemy
i nic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze się tu pośpimy z onego czekania...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bo to wszystko bajki --- szemrały dziewczęta.</akap_dialog>


<akap>Jedna Serczykowa stała milcząca, ze splecionymi jak do pacierza
rękami, zapatrzona wzrokiem rozgorączkowanym w Basztę Złodziejską, oblaną światłem księżyca płynącego po niebie od strony
klasztoru Św. Andrzeja.</akap>


<akap_dialog>--- No i gdzie te duchy? Krysta gada, że widziała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Musi widziała, kiedy się bała iść z nami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Śliczna noc... --- szepnęła Hipolita do Laury --- tak tajemniczo
szumią drzewa w sadzie, a białe promienie przedzierają się przez
gałęzie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rada jestem, żem cię usłuchała; tak lubię... ach!... Widzisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzę... --- ledwie poruszając ustami wyjąkała Hipolita.</akap_dialog>


<akap>Dziewczęta służbowe chwyciły się bez słów za ręce; Serczykowa
skamieniała.</akap>


<akap>Dwie postacie bezkształtne, w długich szarych oponach, wysunęły się z wolna spoza hełmu baszty i na tle ciemnego w tej stronie,
bo dalszego od tarczy księżycowej nieba, stały chwilę nieporuszone.
Zdało się patrzącym, jakoby owe powiewne szaty rozpływały się
w powietrzu, bo z nieokreślonych przed chwilą mgieł wyłoniły się
dwie głowy o trupio bladych twarzach, ukazały się kościane ręce
szkieletów. Jedno widmo objęło ręką szyję drugiego i położyło mu
głowę na ramieniu.</akap>


<akap>Wysoko urodzone damy dworu i dziewki z obór i pralni śledziły
z niejakim współczuciem niemą, a tak wymowną scenę, rozgrywającą się na szczycie baszty, w srebrnym świetle księżyca.</akap>


<akap>Nastusia zasłoniła oczy fartuchem i drżała od tłumionego...
łkania.</akap>


<akap>Duchy obeszły ganeczek baszty dokoła, mniejszy załamał ręce,
wyższy podniósł prawicę ku niebu... strażnik wytrąbił na wieży
północ... wszystko znikło.</akap>


<akap_dialog>--- Tragedia!... --- jęknęła Hipolita.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dwa serca wierne, których śmierć nie zdołała rozdzielić --- dodała Laura.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Onić to, oni --- stanowczo zawyrokowała Serczykowa. --- Jedno mąż, drugie żona; musieli kogo zabić albo kościół okraść, katu
głowy oddali, a teraz pokutują za grzechy, a jakże! Ino lepiej o tym nie wspominać ani drugi raz tu nie przychodzić... a nuż się
spostrzegą, że ich kto wypatruje, ho, ho, ony takich ciekawców nie
lubią... już ja mam dosyć na całe życie! Chodź, Nastuś, do izby!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ajaj... gdzież my się podziejemy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja się boję...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja tu zostanę... --- wołały dziewki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupie... wżdy już poszli; po północy już im nie wolno.</akap_dialog>


<akap>Laura i Hipolita nie pozowały na bohaterki, tylko błagały
pokornie gospodynię, by je odprowadziła do sypialni.</akap>


<akap>Nazajutrz rano cały zamek dowiedział się od naocznych świadków, że na Baszcie Złodziejskiej naprawdę się duchy ukazują. Laura
i Hipolita opowiedziały towarzyszkom, donna Papacoda ośmieliła
się napomknąć o tym nawet najjaśniejszej pani; a Marysie i Hanki
rozwodziły się długo i szeroko w pralni, piekarni i oborze, jakie też
to wielgośne one upiory, miasto<pe><slowo_obce>miasto</slowo_obce> a. <slowo_obce>miast</slowo_obce> (daw.) --- zamiast.</pe> oczu dziury jak talary, zębcami ci
tak klekotały niczym bociany na gnieździe, a jak się objęły rękami
za szyje, to im te trupie głowy pospadały na ziemię... ano jakże nie
miały opaść, kiedy były ścięte.</akap>


<akap>Upiory ukazywały się co noc. Przerażenie, jakie te zjawiska
wywołały, ogarniało wszystkich mieszkańców zamku.</akap>


<akap>Przez pierwsze dwa czy trzy dni wystarczała im godzina przed
północą i ganeczek szczytowy baszty złodziejskiej; w miarę bezkarnego powodzenia rozzuchwaliły się niepoczciwe szkielety do tego
stopnia, że nie było prawie spokojnego kąta na zamku, prócz pokoi
najmiłościwszych państwa. Starzy i młodzi bali się ruszyć z izby po
zachodzie słońca, by w jakim ciemnym kącie nie napotkać ducha.
<begin id="b1357068559840-3627943499"/><motyw id="m1357068559840-3627943499">Upiór, Duch, Zabobony, Żart</motyw>Straszyło na zakrętach korytarzy, hukało pod schodami, jęczało
w nie zamieszkanych izbach, koło których trzeba było czasem
przechodzić. Wiotkie cienie snuły się wszędzie, a ktokolwiek
dojrzał mknące ku sobie z głębi krużganka wielkie szare widmo
o martwej, bladej jak chusta twarzy, nie czekał ani się namyślał,
tylko brał nogi za pas i uciekał, krzycząc wniebogłosy.</akap>


<akap>W dzień żartowano z siebie nawzajem i nazywano strachy
zabobonnym przywidzeniem; z nadejściem szarej godziny upiory
obejmowały panowanie.</akap>


<akap>Aż w końcu i król jegomość dowiedział się o wszystkim. Ani
chwili nie wątpił, czyja to sprawka, i naturalnie posłał po mistrza
Ambrożego.</akap>


<akap_dialog>--- Także to waszmość dajesz sobie kołki ciosać po głowie?
--- rzekł zaraz po przywitaniu. --- Pupilkowie waszmości przewrócili
mi gród do góry nogami. Dowiaduję się ano, że wszystko, co żyje,
w strachy jakoweś wierzy i przed strzygoniami opędzić się nie
może.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy nie raczcie mnie winić, miłościwy panie... nad upiorami
władzy nie mam... to są sprawy zagrobowe... stary Obidius<pe><slowo_obce>Obidius</slowo_obce> --- właśc. Ovidius, pol. Owidiusz (43 p.n.e. -- 17 lub 18 n.e.), poeta rzymski.</pe> powiada:
<slowo_obce>Mox etiam lemures animas dixere silentum</slowo_obce>...<pa><slowo_obce>Mox etiam lemures animas dixere silentum</slowo_obce> (łac.) --- wkrótce też ciche dusze zmarłych nazwano
lemurami. [Cytat z <tytul_dziela>Kalendarza</tytul_dziela> (<tytul_dziela>Fastes</tytul_dziela>) Owidiusza, opisujący pochodzenie rzymskiego kultu zmarłych. Red. WL].</pa>.</akap_dialog>


<akap>Czy cytata<pe><slowo_obce>cytata</slowo_obce> --- dziś popr.: cytat (r. m.).</pe>, czy wyraz twarzy, czy bezgraniczna naiwność
bakałarza rozbroiły w jednej chwili Zygmunta; skinął ręką z pobłażliwym lekceważeniem i rzekł śmiejąc się:</akap>


<akap_dialog>--- Zaiste uznaję, że nie wasza wina, i zwalniam waszmości od
trudu strzeżenia... upiorów<end id="e1357068559840-3627943499"/>; tym bardziej, gdy Koniecpolski przybieżał
właśnie z pokłonem od ochmistrza, który przed godziną powrócił.</akap_dialog>


<akap>Strasz aż się za głowę chwycił, gdy mu ten i ów na powitanie
o przykrych zjawiskach rozpowiadał. Nauczony jednak tylokrotnym doświadczeniem i bezowocnymi śledztwami, wziął się na inny,
znany, oklepany, a zawsze niezawodny sposób.</akap>


<akap>Przy wieczerzy swobodnie i po przyjacielsku rozmawiał ze
wszystkimi paziami, wcale nie robiąc wyjątku, owszem, zwracał się
umyślnie do Bonera i Gedroycia, z Ostrorogiem pożartował, Montwiłła o wiadomości z domu pytał, słowem, jak to mówią, do rany go
można było przyłożyć.</akap>


<akap_dialog>--- Teraz bywajcie zdrowi, idźcie spać nie baraszkując --- rzekł
na odchodnym --- a pomnijcie nie broić, żebym wstydu za was nie
ucierpiał, bo uprosiłem mistrza Ambrożego, by mnie do jutra jeszcze
wyręczył.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy znowu gdzie wyjeżdżacie, panie ochmistrzu? --- zapytał
Jędruś z radosnym biciem serca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyjeżdżać to już nie; ale z bratem, który mnie do Krakowa
odwiózł, wieczór przepędzę i z nim w gospodzie zanocuję. Daleko
mieszka, kto wie, jak rychło się znowu zobaczymy. Dobranoc!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kłaniamy się posłusznie waszej miłości! --- zapiszczeli chłopcy chórem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szydłowiecki, skocz no do mojej izby, bo mi nie warto po
schodach łazić, i przynieś opończę; chłodny wieczór, a mnie kaszel
łacno się ima.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biegnę i wracam natychmiast --- odparł z gotowością zawołany i w dwóch susach był za drzwiami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to jeszcze dziś mamy spokój --- mruknął Gedroyć do
Bonera po odejściu ochmistrza. --- Jutro bym radził nie kusić
licha, bo aczkolwiek dotąd wywijaliśmy się Odmiwąsowi jako
tako, lękam się, że dzban za długo wodę nosił i ucho gotowe się
urwać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jedno suponuję<pe><slowo_obce>suponować</slowo_obce> (daw., z łac.) --- przypuszczać; sugerować.</pe>: niepodobna, by mu kto o upiorach cudeńków nie naopowiadał --- rzekł Drohojowski --- tedy wącha on dobrze
pismo nosem i gotów obudzić srogość nawet w onym jagnięciu
Ambrożym. Cóż uczynicie na taki przypadek, gdyby pan bakałarz
zajrzał przed północą do naszej sypialni? Dwa łóżka puste, hę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oj, Bożeż mój święty, ta nawet gadać nie warto... dwa snopki
słomy, dwa prześcieradła, foremne kukły uzwijać, głowy z bądź
czego dorobić, derką przykryć, taj niech sobie leżą. Ani Ambrożemu
do myśli nie przyjdzie przypatrować się, który paź żywy, a który
słomiany.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja ino powiadam, co zawżdy lepiej być na wszystko przygotowanym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No juści!</akap_dialog>


<akap>Paziowie powstali od stołu i dzieląc się na gromadki, gwarzyli
o swoich projektach na jutro, o swoich dziecinnych kłopotach;
pilniejsi rozprawiali o zadaniu łacińskim, tych niestety było siedmiu
czy ośmiu tylko. Szydłowiecki zaś na czele osławionej szóstki
pożegnał kolegów, skarżąc się, że muszą zawczasu uciekać do
siebie, gdyż na starym korytarzu najbardziej straszy.</akap>


<akap_dialog>--- Teraz ano przez<pe><slowo_obce>przez</slowo_obce> (tu gw.) --- bez.</pe> długich rozhoworów<pe><slowo_obce>rozhowor</slowo_obce> (ukr.) --- rozmowa, gadanie.</pe> do roboty! --- zawołał
Boner zamykając drzwi od sypialni za sobą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu dobrze gadać ,,do roboty"! Tak słoma gdzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do usług waszej wielmożności, w komórce na prawo od
Krabatiusowego alkierza stoją przy ścianie cztery sienniki zbytnie,
coby na przypadek jakowych gości lub innej potrzeby pod ręką
były. Z jednego słomę wyjąć i kukły poczynić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jak nas Niemiec zobaczy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z korytarza wejdziemy małymi drzwiczkami; stary już dawno
śpi, nie posłyszy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nu, to chodźmy.</akap_dialog>


<akap>Od razu w komórce porobili chłopcy jakie takie bałwany,
powdziewali na nie koszule, żeby móc, rękawy trochę słomą
wypełniwszy, jako ręce ułożyć. Ścisnęli krajką przez pół, by leżąc
na łóżku pod kocem, choć trochę do ludzkich kształtów miały
podobieństwa.</akap>


<akap_dialog>--- Głowy najgorsze! --- westchnął Boner.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam ja coś w skrzynce, może się przyda --- rzekł Montwiłł. --- Nastusia myślała, co one duchy muszą mieć brody, i przyniosła mi
kiedyś jeszcze z dwóch kądzieli konopi. Obaj mamy jasne czupryny, tedy skręcić jakowe gały z ręczników i onymi kudłami
powiązać, jak się położy na poduszce, to... zresztą po co się właściwie
trapimy? Dziesięć dni Ambroży nie zaglądał do nas, to i dziś nie
przyjdzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któraż to godzina?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niezadługo już, niezadługo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże wy robicie, że takie straszne gęby macie? --- spytał
Czema.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystkie przybory pod schodami w baszcie; płachty, garnek
z wodą, drugi z mąką i sadze w stłuczonej miseczce. Pomacza się
twarz wodą, tak zaraz mąką na to, żeby się dobrze trzymało; potem
bierze się sadzy na palec i dokoła oczu smaruje się takowe czarne
plamy, całuny na siebie i już.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie spotka was kto, jak do baszty idziecie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- E, późna godzina, rzadko kto przechodzi. Zresztą zawżdy<pe><slowo_obce>zawżdy</slowo_obce> (daw.) --- zawsze.</pe> pod
samym murem idziemy, od drzew ze sadu cienie padają. A jednak
przedwczoraj bieda była; pamiętasz, Dmytruś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakżeby nie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skradamy się --- ciągnął Boner dalej --- tak cichusieńko, że
sami własnych kroków nie słyszymy, aż tu ze stajni wychodzi wprost
na nas Kuba i Pietrek. Do baszty dziesięć kroków, niech ino widzą
nas, chłopcy niegłupi, wszystko odgadną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak powiedzcież --- wpadając mu w mowę zawołał Montwiłł
--- co my nie robiąc? Rośnie lipa z tamtej strony muru, a gałęzie
wiszą nisko, pod sam nos; tak ja porwał za jedną. Jędruś nie w ciemię
bity za drugą, zahojdali<pe><slowo_obce>zahojdać</slowo_obce> (z ukr.) --- rozkołysać.</pe> się, nogami od ziemi odbili, taj za wyższą
gałąź złapali. Konar był mocny, posunęli się rękami bliżej pnia, jak
ci nie wrzasnę: hi, hi, hi, a Jędruś: hu, hu, hu, tak one parobki takoż
pięknie zawrzeszczeli i w nogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za chwilę już upiory były na baszcie --- dokończył Boner.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, ale komu w drogę, temu czas: kładźcie się spać, jużeście nas
tyle razy widzieli, to nawet lepiej, że zostaniecie w izbie. Przyszedłby pan bakałarz, niech widzi, że wszystko w porządku. Bywajcie
zdrowi!</akap_dialog>


<akap>Pan ochmistrz, który wcale z domu nie wychodził, ale od godziny
pod strychem na schodach, niedaleko sypialni paziów cierpliwie
czekał, zeszedł był właśnie przed chwilką i nić zdradziecką od
zawiasy<pe><slowo_obce>zawiasa</slowo_obce> --- dziś popr.: zawias (r. m.).</pe> do zawiasy przeciągnął. Po czym umknął ku bocznym
schodom, zbiegł na pierwsze piętro i wstąpił do izby panów Jakuba
i Stanisława Karczewskich, dworzan królewskich, z którymi się już
był poprzednio umówił i do pomocy w obławie zaprosił.</akap>


<akap_dialog>--- Uważcie, waszmościowie --- tłumaczył im swój zamysł --- pójdziemy na przełaj ku baszcie, by łacniej widzieć, którą stroną urwisy będą zmykali; czy w prawo, czy w lewo biec poczną, już my ich dogonimy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wstrzymajmy się jeszcze krzynę --- rzekł pan Jakub --- dajmy
im zajść na miejsce; jeżeli, jak powiadacie waszmość, wszyscy przed
chwilą byli jeszcze w sypialni, to widno albo są niewinni, albo też
czekają sposobnej, czyli późniejszej godziny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech i tak będzie, wstrzymajmy się.</akap_dialog>


<akap>Widma zbrodniczych małżonków dokazywały dzisiejszego wieczora na szczycie baszty z prawdziwie szatańskim animuszem.
Rzucały się sobie w objęcia, klękały, załamywały ręce, rozwiewały
szeroko opony jakby olbrzymie skrzydła i fruwały jedno za drugim.
Nagle niższy upiór stanął.</akap>


<akap_dialog>--- Dmytruś, patrzaj no... wżdy to Odmiwąs do naszej baszty wali!
Miesiąc mu prosto na twarz świeci...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ci dwaj pewnikiem pomocnicy... zmykajmy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jak obstąpią dokoła?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To przepadniemy. Ale może nie wiedzą o dziurze, to się uda.
Zrzuć płachtę, bo się nogi plączą... rety... ino prędko... w pół schodów
dziura, pamiętaj cegieł sie chytać... potem skoczyć... trawa gęsta, nie
będzie słychać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biegaj ty wprzód.</akap_dialog>


<akap>Tupnęło coś głucho z tyłu baszty przy murze, puc... spadło coś
drugiego...</akap>


<akap_dialog>--- Drała na lipę! Tam siedzieć, póki sobie nie pójdą.</akap_dialog>


<akap>Ochmistrz i bracia Karczewscy dobiegli tymczasem do furtki.</akap>


<akap_dialog>--- Zostańcie waszmościowie na dole, ja sam po nich pójdę
--- rzekł Strasz i drapiąc się z trudem po zniszczonych schodach,
krzyczał: --- Ha, zbereźniki przez sumienia! Nauczę ja was... uff!...
upiory udawać... nauczę ja was... po nocach ludzi niepokoić... nauczę
ja... panie Jakubie, trzymacie ich? Bo zbiegli z góry.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stoimy we drzwiach, nie ma tu nikogo --- odpowiedziano
z dołu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech pan Stanisław zajrzy pod schody, tam się ukryli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pod schodami ino jakieś skorupy, więcej nic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja tu mam dwie płachty. Nie mogli uciec, trzeba szukać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzież mamy szukać? Wżdy w baszcie ich nie masz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, wracajcie, panie ochmistrzu, już tu nic po nas.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A bo co?</akap_dialog>





<akap_dialog>--- A bo dziura w murze tuż przy schodach.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Piskorze przeklęte... myślicie, że was nie dostanę? --- przez
zęby syknął Strasz, po czym głośno dodał: --- Dobranoc waszmościom i dziękuję za pomoc, choć się nie udało. Jutro, da Bóg doczekać,
lepiej się powiedzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uhum, juści --- zaszemrało na lipie --- już ty swoje ucho
pierwej uwidzisz niż upiory na baszcie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poczekaj, Dmytruś, nie złaźmy jeszcze, niech się ono biedaczysko spać położy, wtedy bezpiecznie pomkniemy do nory.</akap_dialog>


<akap>A pan ochmistrz ani myślał o spaniu; pobiegł, o ile mu astma
pozwalała najprędzej, do sypialni ,,utrapionych zbereźników" (jak
ich zawsze nazywał); poświeciwszy latarką, sprawdził zerwaną
nitkę i pewny już zwycięstwa, drzwi otworzył... Potoczył wzrokiem
po łóżkach, wszystkie zajęte.</akap>


<akap_dialog>--- Czy mamidła jakie, czy ano ktoś obcy duchy udaje? --- mruczał kręcąc głową. --- Ale nie; wychodził któryś z izby, mam dowód
niezbity... --- i poświecił latarką nad pierwszym łóżkiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Drohojowski... --- szedł dalej i zaglądał: --- Szydłowiecki,
Ostroróg, Czema, któryż to? Zakrył się z głową, ino mu czupryna
sterczy... aha! Urwipołeć jeden... --- szarpnął ze złością derkę,
a słomiany manekin zleciał z łóżka, pozostawiając głowę na
poduszce. Na drugim łóżku obok takaż sama lala, na ostatnim
Konstanty Gedroyć chrapał, leżąc na wznak z otwartymi ustami.</akap_dialog>


<akap>Tedy już sprawa jasna: Montwiłł i Boner. Że Jędrek, byłem
pewny, ale ta niuńka litewska... kto by się był spodziewał!</akap>


<akap>Wyśliznął się cicho z izby, latarkę opończą przysłonił, wsunął się
w zagłębienie muru i czekał... Dość długo czekał, bo i chłopcy
schowani wśród lipowych gałęzi bali się zleźć za wcześnie.</akap>


<akap>Wreszcie doleciał go jakiś szelest z dołu... ciche stąpanie...
szepty... tłumione chichotaniem... już wchodzą w korytarz... zbliżają
się... zaświecił im latarką w same oczy:</akap>


<akap_dialog>--- A to skąd Pan Bóg prowadzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chorość mię chyciła... wyszedłem otrzeźwić się na podwórze... --- próbował bronić się Boner.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzę, widzę --- szydził ochmistrz z okrutnym uśmiechem
--- śmiertelna to chorość i zaraźliwa... wedle oczu plamy czarne,
a z gęby skóra białymi płatami odpada. Straszna zaiste niemoc!
Wyglądacie obaj jak... upiory! Cha, cha, cha! Aa... baranki wy moje
niewinne, przeciem was nareszcie wyłapał! Dziękowałem za służbę
królowi jegomości, do kolan mu się kłoniłem, że mi już zdrowia nie
staje, takowych basałyków być wychowawcą; dziś jeszcze za
powrotem ze wsi prosiłem pokornie, by mnie w łasce z urzędu
usunął... Ciekawiście odpowiedzi miłościwego pana? Rzekł mi, że
ani mowy, by miał puścić od siebie sługę wiernego, ino ci precz
pójdą, których ja za najgorszych sprawiedliwie uznam. Śpijcie tedy
smacznie, jutro pogadamy!</akap_dialog>


<akap>I wyszedł.</akap>


<akap_dialog>--- Oj, Boże mój, Boże!... to dopiero nieszczęście... --- jęczał
Montwiłł --- a jedenaście dni dobrze było... i cały gród trząsł się
przed nami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mądryś, nie ma co mówić --- burknął ze złością Szydłowiecki --- nie tego żałujesz, że cię ze służby wypędzą i sromotnie rodzicom
odeślą, ino ci markotno, co dworska służba nie będzie kwikać na
twój widok.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale Jędruś może mieć pociechę --- wtrącił Gedroyć --- że
chyba wszyscy jednogłośnie ustąpimy mu pierwszeństwa i uznamy
go hetmanem naszym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani wątpienia --- rzekł Drohojowski --- choćby już dlatego
--- że jego figiel trwał najdłużej i co dzień mieliśmy wyśmienitą
zabawkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No tak, hetmanem został i pohetmani, gdy nam na kobiercu
odprawę dadzą, a potem za bramy grodu wyrzucą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A może się Odmiwąs ulituje... --- szepnął Czema.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- On? Nigdy w świecie! Ty byś się ulitował, gdybyś był panem
ochmistrzem i siedmiu urwipołciów za nos cię wodziło?</akap_dialog>


<akap>Jędruś Boner nie słuchał sprzeczki, słowa jednego nie przemówił, stanął w otwartym oknie, głowę oparł na rękach i łykał gorzkie
łzy, wstydząc się płakać i jęczeć jak Czema. Smutne myśli snuły mu
się po młodej głowie, a głupia psota przybierała w jego wyobraźni
rozmiary zbrodni...</akap>


<akap><begin id="b1355754984721-3598280394"/><motyw id="m1355754984721-3598280394">Łzy</motyw>Obiją, napędzą, wyrzucą, dziadek tego chyba nie przeżyje... Król
jegomość tak był nań zawżdy łaskawy, nie panem, a przyjacielem
mu się okazował... znajomi zazdrościli dziadkowi, że prawą ręką
miłościwy pan go nazywa; ach, co się stanie teraz!... Dziadkowi, kto
wie, może król jeszcze kiedyś przebaczy, ale jemu... Coś mu
w piersiach się szarpnęło, coś chwyciło za gardło... zapomniał, że już
jest bardzo ,,duży", że ma lat czternaście, i po cichu zapłakał.<end id="e1355754984721-3598280394"/></akap>


<akap>Naraz... przetarł oczy rękawem... skąd takie światło jaskrawe?
Nie od księżyca chyba... czerwone... co to takiego? Chłopcy! Jezus
Maria! Pali się!</akap>


<akap>Przyskoczyli do okna.</akap>


<akap_dialog>--- Gdzie, gdzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pali się! Patrzcie... naprzeciwko... w oknie kaplicy królowej,
jakie migoty po szybach latają... zbierajcie się... na dół, co żywo, do
sadzawki... porwijcie dzbanki, konwie, co napotkacie, krzyczcie,
że gore, niech się służba pobudzi... ja biegnę prosto... będę wołał po
drodze. Dmytruś, chodź ze mną! Tyś mocny... może zdolimy co
uratować. Jezus... blask coraz większy... lećmy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, pohetmanił nam pierwszy raz! --- pomyślał Montwiłł
patrząc, jak chłopcy cwałem zbiegli na dół po wodę, a on sam,
posłuszny żołnierz, leciał za hetmanen --- w ogień.</akap_dialog>


<akap>Skręcili w korytarz północnego skrzydła, gęsty gryzący dym
ciągnął się ku nim ciężko.</akap>


<akap>Przedarli się do antykamery... sześciu paziów, zaskoczonych we
śnie, leżało pokotem na podłodze.</akap>


<akap_dialog>--- Otwórz okno... pobudź ich, ja biegnę dalej!</akap_dialog>


<akap>W pierwszej komnacie Beatrycze de Macris, odurzona dymem,
również nieprzytomna, leżała na szerokiej, kobiercem zasłanej
ławie. Potrząsnął nią, nie mógł zbudzić... chwycił ze stołka mały
kilimek zasłonił nim rękę i zwijając się, jak iskra, wybił dwie szyby
w oknie.</akap>


<akap_dialog>--- Teraz może się ocuci sama... królowa najważniejsza... nie
wolno wchodzić... pewno łeb zetną... ale nie mam i tak już nic do
stracenia...</akap_dialog>


<akap>Stanął we drzwiach sypialni i wrzasnął:</akap>


<akap_dialog>--- Najmiłościwsza pani... raczcie się zbudzić i uchodzić czym
prędzej... w kaplicy gore!</akap_dialog>


<akap>Tu najmniej było dymu i królowa na krzyk pazia od razu się
obudziła.</akap>


<akap_dialog>--- Kto woła? Co takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja... Boner; uciekajcie, najmiłościwsza pani... gore!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie Beatrycze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaczadzona. Biegnę do pożaru!</akap_dialog>


<akap>Rzucił się z powrotem w korytarz. Paziowie cucili się z wolna,
owionięci powietrzem, ale ani patrzał na nich, leciał prosto do
kaplicy.</akap>


<akap_dialog>--- Dmytruś!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jestem!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodź! Tamci z wodą już są?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dopiero Gedroyć dwie konewki przyniósł, reszta jeszcze nie.</akap_dialog>


<akap>Drzwi już były otwarte, lecz prócz Kostusia Gedroycia nie zastali
nikogo. Nie można było czasu tracić na budzenie służby.</akap>


<akap_dialog>--- Och... co za skwar! Aha, ołtarz płonie... Kostuś, lej, nie pytaj...
chlupaj w górę... ot, Czema wodę niesie. Dobrze, lać co sił! Zalewać,
gdzie największy płomień.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355755582192-1842528290"/><motyw id="m1355755582192-1842528290">Pożar, Bohaterstwo</motyw>--- Gryzie w oczy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupstwo! Lej! Ostroróg, woda? Lej! Dmytruś, zmiłuj się...
a skrzynia z relikwiami i naczyniem kościelnym...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Matko Boska... za ołtarzem... nie dojdziemy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co takiego? Chodź zaraz! Bierz od dołu... chyć dobrze...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy mi łzy ciekną... nie widzę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prędzej! Schyl się... wziąłeś już? No to chodź, a żywo, bo i mnie
już coś strasznego się dzieje...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dla Boga... Jędruś! --- wrzasnął Drohojowski i zamiast gasić
płonący ołtarz, oblał Bonera strumieniem wody. Wielki czas było po
temu: cały żupanik obsypany iskrami tlił się na dobre.</akap_dialog>


<akap>Zataczając się, dławieni dymem, z osmalonymi czuprynami,
wysunęli się dwaj przyjaciele z ciężką skrzynią spoza ołtarza.
Wtem... wielki srebrny lichtarz, rozgrzany płomieniem, runął z przepalonej mensy<pe><slowo_obce>mensa</slowo_obce> (łac.: stół) --- blat ołtarza.</pe> prosto na ramię Jędrusia, osunął się po ręce, znacząc
ją krwawą pręgą.</akap>


<akap>Cudem jakimś nie omdleli w dymie, nie stracili przytomności,
nie rzucili ciężaru mimo bólu i poparzenia i przedzierając się przez
głownie, rozsypane po kamiennej posadzce, wynieśli skrzynię
w bezpieczne miejsce. Któryś z kolegów podał dzbanek z wodą.
Jędruś wyciągnął poń rękę, zatoczył się i padł jak kłoda.<end id="e1355755582192-1842528290"/></akap>


<akap>Tymczasem nadbiegli parobcy z wiadrami, cebrzykami, skopcami. Ogień wprawdzie zniszczył doszczętnie kaplicę, lecz nie
puszczono go dalej: parę godzin jeszcze tliło się i dymiło, na rano
było już po wszystkiemu.</akap>


<akap>A w izbie przyszłych wygnańców, na tych samych łóżkach, na
których tej nocy jeszcze wysypiały się lalki słomiane, leżeli nieprzytomni i ciężko chorzy --- Andrzej Boner i Dymitr Montwiłł, dwie
ofiary pożaru.</akap>


<akap>Twarz Jędrusia, popieczona, sczerniała i opuchnięta, obłożona
była płóciennymi płatkami z gojącą maścią, na prawej ręce rana od
rozpalonego lichtarza, na szyi i plecach czerwone znaki.</akap>


<akap>Dmytruś mniej ucierpiał, ale nałykawszy się gorącego dymu
i opaliwszy włosy do żywej skóry, dostał także gorączki, rzucał się
po łóżku z krzykiem i wyrywał się do pożaru. Kuba i Nastusia
trzymali go z całej siły i gwałtem wlewali do ust lekarstwo na
uspokojenie, przepisane przez pana magistra Krabatiusa.</akap>


<akap>Bardzo smutno wyglądała sypialnia małych rozbójników, tak
niedawno jeszcze pełna gwaru i śmiechu. Król jegomość do łez
był rozczulony bohaterstwem malców, zwłaszcza gdy się dowiedział bliższych szczegółów, jak dzielnie i z zimną krwią sprawiał się Boner od pierwszej chwili aż do końca. Królowa zaś
wyrażała się z wielkim uznaniem i łaskawością o paziach, a najmilej
o Jędrusiu.</akap>


<akap>Strasz w jednej chwili zapomniał o swej ciężkiej obrazie i sprawiedliwej pomście i prawie nie odchodził od biednych chorych.</akap>


<akap>Stary Boner przybiegł w nocy jeszcze.</akap>


<akap_dialog>--- Precz wyrzucą... wypędzą... --- majaczył Jędruś. --- Panie
ochmistrzu... nigdy nie darujecie?... Głowę zetną... o jakaż ta
skrzynia ciężka... Najjaśniejsza pani, uciekajcie!... Oj, skończyło się
paziowanie... już nigdy miłościwego pana nie zobaczę!</akap_dialog>


<akap>A spod białych szmatek na twarzy spływały wielkie gorące łzy.</akap>


<akap_dialog>--- Dziecko moje, wnuczku umiłowany... śpij spokojnie, wszystko będzie dobrze!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oj, nie będzie, dziadusiu, nie będzie... pan ochmistrz... Czemu
stoisz jak głupi i nie zalewasz?... Ława się pali... nie widzisz?... Kto
zbudził królowę<pe><slowo_obce>królowę</slowo_obce> --- dziś popr. forma B. lp.: królową.</pe>?... Ja. Gniewa się miłościwy pan?... Cóżem miał
robić... Wypędzą i tak... precz pójdę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie pójdziesz, nie; słyszysz, ja także jestem przy tobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan ochmistrz? --- trochę przytomniejszym głosem spytał
chory.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja tu jestem i przyrzekam ci, że cię nikt nie wypędzi;
rozumiesz? Zostaniesz nadal i ty, i twoi przyjaciele. Już się wcale nie
gniewam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani król jegomość?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani król jegomość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I Dmytruś zostanie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I Dmytruś, i wszyscy; król bardzo łaskawy, lubi was, rozumiesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lubi nas... --- powtórzył Jędruś, odetchnął głęboko i... usnął.</akap_dialog>




<naglowek_rozdzial>Zakończenie</naglowek_rozdzial>




<akap>Upłynęło przeszło pół roku. Książę Albrecht nasyłał posłów za posłami, korzył się i błagał króla polskiego o wysłuchanie gorącej jego prośby i nadanie mu prowincji pruskiej
w lenno dziedziczne. Zygmunt odraczał odpowiedź z miesiąca na
miesiąc, wahał się, walczył sam z sobą. Wreszcie serdeczna dobroć
wrodzona Jagiellonom zwyciężyła, zgodził się. Erhard Queiss,
biskup pomezański, ostatnie poselstwo sprawujący, odwiózł pomyślną odpowiedź Albrechtowi.</akap>


<akap>Ułożono i spisano warunki następujące:</akap>


<akap>I. Pokój między Prusami Zakonnymi a Koroną Polską.</akap>


<akap>II. Wzajemny zwrot miast i zamków pobranych oraz amnestia
dla poddanych obopólnych, obwinionych o zdradę.</akap>


<akap>III. Złożenie hołdu lennego.</akap>


<akap>IV. Margrabia Brandenburski Jerzy, w imieniu własnym i braci, dotknie przy hołdzie chorągwi, uzyskując w tym następstwo, w razie wygaśnięcia potomków męskich Albrechta.
Dopiero po wymarciu całego rodu Albrechta i braci lenno
powraca do Korony.</akap>


<akap>V. Król zapewnia Prusom Książęcym prawa i opiekę.</akap>


<akap>VI. Książęta nie będą mogli drogą sprzedaży, zastawu lub
innych układów uszczuplać swego lenna.</akap>


<akap>VII. Książę obowiązany jest w razie wojny stawać królowi
z pomocą stu jezdnych.</akap>


<akap>Jakie były uczucia króla Zygmunta po załatwieniu ostatecznym
tej sprawy, niepodobna było dociec; nawet ci z senatorów, z którymi
żył najbliżej, Tęczyński, Kmita, biskup Tomicki, hetmanowie Tarnowski i Firlej, nie umieli poznać z jego mowy ani wyczytać
z twarzy, czy rad albo strapiony. Małomówny zwykle, teraz był
jeszcze bardziej zamknięty w sobie i prawie nieprzystępny.</akap>


<akap>Dzień hołdu naznaczono na dziesiątego kwietnia 1525; ósmego
pod wieczór zjechał książę Albrecht z braćmi, z biskupem pomezańskim i kilku najstarszymi rycerzami rozwiązanego Zakonu. Hrabia Kuno von Bergow był między nimi także.</akap>


<akap>By okazać siostrzanowi, że o wszystkich jego dawniejszych
przewinieniach naprawdę zapomniał, a dziś widzi w nim tylko
bliskiego krewnego, przyjaciela i wiernie oddanego wasala, król
Zygmunt zarządził jak najwspanialsze przyjęcie na zamku w dniu
przyjazdu, zaś ucztę wieczorną po złożeniu hołdu, w której uczestniczyć miało wielu książąt zaprzyjaźnionych tak z królem polskim, jak z księciem pruskim, a także posłowie sąsiednich mocarstw.</akap>


<akap>Będąc zapalonym myśliwym i wiedząc o Albrechcie to samo, umyślił
dlań zabawę łowiecką, gdy na prawdziwe łowy w Niepołomickiej
Puszczy za mało już było czasu. Właśnie przed kilku dniami przysłano z Litwy do Krakowa niebywałej wielkości niedźwiedzia, którego ze względu na olbrzymią siłę i dzikość zamknięto w skrzyni dębowej okratowanej i tak z niemałym kłopotem kilkadziesiąt mil prowadzono.</akap>


<akap>9 kwietnia rano wielki łowczy oczekiwał w zwierzyńcu królewskim na przybycie najjaśniejszych państwa i ich gości. Miano
wypuścić niedźwiedzia do zwierzynieckiego lasku, poszczuć psami,
po czym każdy z myśliwych, uzbrojony w oszczep, miał baczyć,
w którą zwierz stronę poskoczy, by albo nań godzić samemu lub
stanąć do pomocy sąsiadowi w razie niebezpieczeństwa.</akap>


<akap_dialog>--- Dziwno mi na takiej zabawie niewiasty spotykać --- rzekł
książę Albrecht do królowej, obok której jechał. --- Miłościwa pani
za małe i za słabe rączki macie do oszczepu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani mi to w myśli powstało starożytną boginię Dianę naśladować i waszym miłościom w drogę wchodzić. Choćbym nawet z przyrodzenia tak wielką dzielność miała w sobie, pan mój i małżonek nigdy by na tak niebezpieczne igraszki nie zezwolił. I to mi się z trudem ledwie udało wyprosić, że tu jestem i z dala przebiegowi zabawy przyglądać się mogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wyznaję, że na niedźwiedzia mało polowałem --- mówił
książę --- toteż pierwej popatrzę, jak doświadczeńsi poczynać sobie
będą, a dopiero sam spróbuję.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Lauretto i ty Lukrecjo, wiem, że wam serce słabnie od strachu
--- rzekła śmiejąc się Bona do swych panien --- zesiądźcie<pe><slowo_obce>zesiąść</slowo_obce> (daw.) --- dziś popr.: zsiąść.</pe> więc z koni i wyjdźcie na ganek w domu dozorcy, tam bezpiecznie przypatrować<pe><slowo_obce>przypatrować się</slowo_obce> (daw.) --- dziś popr.: przypatrywać się.</pe> się można. Tak wysoko niedźwiedź nie wyskoczy, chybaby
upodobał sobie którą z was na śniadanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeżeli najjaśniejsza pani istotnie nie ma nic przeciw temu, to
wolimy być jak najdalej od tej potwornej bestii --- wdzięcznie rękę
królowej całując rzekła Lukrecja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Spieszcie się, bo ano już psy ze smyczy spuszczają --- a zwracając się do paziów stojących przy jej koniu i trzymających go
z dwóch stron za uzdę, dodała: --- Niech który skoczy pomóc
pannom, a potem wierzchowce odeśle do stajni.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź ty --- szepnął Montwiłł do Bonera --- nie chce się mnie
patrzeć na takowe gęsi, co byle czego zaraz się boją.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzież klatka? --- spytał książę jednego z naganiaczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tam na prawo w krzakach. Zaraz go wypuszczą; straszny
zwierz, stary samiec... i czterech się nie zlęknie, pilno trza dawać pozór<pe><slowo_obce>dawać pozór</slowo_obce> (daw.) --- dziś: uważać, być ostrożnym, pilnować.</pe>.</akap_dialog>


<akap>Ustawiono myśliwych w wielkie koło; chłopi z oszczepami stali
w pobliżu, gotowi na zawołanie; drudzy krzykiem, trąbkami i gwizdami mieli drażnić niedźwiedzia i kierować go na myśliwych,
gdyby nie miał humoru do walki.</akap>


<akap>Konie, poczuwszy dzikie zwierzę, strzygły uszami i wstrząsały
się nerwowo.</akap>


<akap>Korzystając, że królowa rozmawia z wielkim zajęciem z hetmanową Tarnowską i z podkomorzyną Ożarowską, Boner spytał
cichuteńko:</akap>


<akap_dialog>--- Dmytruś... nie cierpnie ci skóra?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taj czego? Chyba ze złości, że tak daleko stoimy. Co tu
człowiek uwidzi<pe><slowo_obce>uwidzieć</slowo_obce> (daw.) --- zobaczyć.</pe>?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakby na nas wyskoczył? Wżdy broni nie mamy nijakiej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Et, czy to jest sprawiedliwość na tym świecie! Lada jaki
Krzyżak to ci poczesne stanowisko dostał a oszczepy dwa do
zmiany, a ty stój wedle konia, jak baba, i trzymaj go przy pysku. Ot tobie nieszczęście czubate!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak ci się ino zdaje, a jakby przyszło co do czego, pewno byś
umykał; to przecie straszny zwierz, widziałem go.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1355826601363-2069499971"/><motyw id="m1355826601363-2069499971">Zwierzę</motyw>--- A skąd on się tu wziął? Nu skąd? Tak z Litwy. Biedny ano kraj,
nawet na własne niedźwiedzie go nie stać. U nas w Kołtuniszkach,
choć prosty szlachecki dom, to jeden jest u bramy na łańcuchu, coby
strzegł od złodziei. A u pana podstolego w Bajdunach, kto drwa
rąbie do piekarni? Taże niedźwiedź, za parobka go mają. A ona,
znaczy się niedźwiedzica, to znowuż jest za dziewkę, do stołu
posługuje. Ino jak ciasto na miodzie upieką, to w szopę oba trza
zamykać, bo z rąk wydzierają i ryczą strasznie. Raz pani podstolina
zapomniała się i szła bez podwórze, piernik pogryzając. Miśka hyc
za nią, dogoniła i odbiera gwałtem. Tak pani ją kułakiem w pysk raz
i drugi; dobrze co rękę ma ciężką, bo ledwie że odegnała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże to... a niedźwiedzica nic?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coże miała robić, uciekała skomląc jak pies. Ale co kawałek
piernika udarła, to udarła.<end id="e1355826601363-2069499971"/></akap_dialog>


<akap>Po prawej ręce króla Zygmunta stał w pewnym oddaleniu
jeździec i myśliwy zawołany, Hieronim Ożarowski, podkomorzy
królewski; blisko niego łowczy wyznaczył stanowisko księciu
Albrechtowi, dalej był Janusz Tarło, hrabia von Bergow, hetman
Tarnowski, inni panowie polscy i goście z Prus, cesarstwa i Węgier.</akap>
<akap>Z lewej strony króla harcował Stańczyk, wielki lubownik<pe><slowo_obce>lubownik</slowo_obce> (daw.) --- wielbiciel.</pe> polowania.</akap>


<akap_dialog>--- Pomnij waść --- rzekł doń król żartobliwie --- że na twoich
ramionach losy łowców spoczywają, i pokaż, co umiesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A moją służbę tymczasem kto pełnić będzie? --- odciął błazen
--- pewnikiem któremu z twych zaufanych rajców ten urząd powierzyłeś, odwdzięczając pomoc w układach z jutrzejszym lennikiem.</akap_dialog>


<akap>Zygmunt udał, że nie słyszy, i zwrócił się w stronę wielkiego
łowczego, który, pokłoniwszy się nisko miłościwemu panu, dał
umówiony znak parobkom.</akap>


<akap><begin id="b1357071200618-136826074"/><motyw id="m1357071200618-136826074">Polowanie, Okrucieństwo, Zwierzę</motyw>Odsunięto zakratowaną ścianę klatki, lecz niedźwiedź, przemęczony drogą i ciasnym więzieniem, leżał z łbem spartym na łapach,
ani myśląc się ruszyć. Zbliżyli się naganiacze z tyłu klatki i poczęli tłuc w nią kijami, krzyczeć, piszczeć. Zwierz zachowywał się obojętnie. Puszczono psy... lecz te zoczywszy<pe><slowo_obce>zoczyć</slowo_obce> (daw.) --- zobaczyć, spostrzec.</pe> potężnego nieprzyjaciela nieradne<pe><slowo_obce>nieradny</slowo_obce> (daw.) --- niechętny.</pe> narażać skóry, szczekały tylko zajadle... z daleka. Któryś z pachołków zaciął je harapem... stuliły pod siebie ogony i uciekły w krzaki.</akap>


<akap>Wreszcie ktoś rzucił oszczepem, byle tylko ukłuć i podrażnić
niedźwiedzia.</akap>


<akap>To poskutkowało: mruknął groźnie, wysunął się ze skrzyni na
czworaku i patrzył ospałym okiem na gromadę chłopów z oszczepami. Pachołek pana łowczego, sprytny i mniej od innych
tchórzliwy, przystąpił z boku i śmignął niedźwiedzia batem... trafił w ucho, co zadało zwierzowi ból dotkliwy. Porwał się z rykiem na tylne nogi i tak wyprostowany, ogromny szedł prosto na Ożarowskiego, jakby rozumiejąc, że ten właśnie jest mu godnym przeciwnikiem.</akap>


<akap>Podkomorzy cisnął oszczepem z wielką zręcznością i siłą i byłyby się na tym jednym rzucie łowy zakończyły, bo mierzył prosto
w piersi, lecz równocześnie gdy grot zabójczy biegł z ręki myśliwego, niedźwiedź potknął się na grubym korzeniu, sterczącym
wśród mchu i padł na cztery łapy... oszczep przeleciał mu nad głową.</akap>


<akap>Teraz jakoś i psy podszczuwane i batem pędzone, zdobyły się na
odwagę, doskoczyły całą hurmą i jęły targać niedźwiedzia za kudły.
Odwrócił się, pochwycił najbliższego, zdusił w łapach jak muchę;
porwał drugiego za kark i wyrżnął nim o ziemię; trzeciego za tylne
nogi i łeb mu o drzewo roztrzaskał, reszta skomląc uciekła.<end id="e1357071200618-136826074"/></akap>


<akap>Tymczasem myśliwi nie próżnowali: nim się niedźwiedź z trzema psami rozprawił, już w nim tkwiły dwa oszczepy, jeden z ręki
króla, a drugi Tarnowskiego. Rycząc, otrząsnął się kilka razy,
wyrwał oszczepy z ran i już rozwścieczony biegł z rozpostartymi
łapami na myśliwych, obierając sobie tym razem księcia Albrechta.
Ów skoczył raźnie z koniem, zamierzył się celując w szyję, lecz
chybił nieco, oszczep drasnął tylko niedźwiedzia znowu w najboleśniejszy dlań sposób, bo w ucho.</akap>


<akap>Teraz nie było żartów; rozjuszony zwierz walił potężnymi
łapami na wszystkie strony. Koń Tarły nie chciał słuchać ani stać
spokojnie, w strachu rzucił się do ucieczki, musiał jeździec zeskoczyć i pieszo biegł na niedźwiedzia. Ten, nie namyślając się
długo, rzucił się nań, wytrącił mu oszczep z ręki, powalił myśliwca
na ziemię i byłby go poszarpał na sztuki, gdyby chłopi nie
doskoczyli, kłując bestię ze wszech stron, odwrócili złość jej od
mocno już poturbowanej ofiary.</akap>


<akap>I znowu pędził niedźwiedź na oślep... Ożarowski drogę mu
zabiegł, lecz zanim nawet mógł oszczep ścisnąć w dłoni, już leżał
z koniem na ziemi. Niedźwiedź biegł dalej, napotkał Stańczyka; ten
nie czekał bynajmniej na nieprzyjaciela i czmychnął z wielką
skwapliwością. Lecz po nierównej leśnej ścieżce nie mógł pędzić,
niedźwiedź go dogonił, a koń, odrzucony silnym uderzeniem łapy,
upadł na bok, przygniatając sobą jeźdźca. Mimo kilkunastu ran
i utraty krwi, niedźwiedź nie dawał jeszcze za wygraną i walił
w swoim wściekłym biegu ludzi po drodze, jak snopy.</akap>


<akap>Poroztrącawszy kilku jeźdźców, pędził znowu z rykiem w stronę,
gdzie w towarzystwie kilku odważnych niewiast przypatrywała się
łowom królowa. Spłoszyły się konie, zaczęły uciekać, skakać, dęba
dawać; wierzchowiec Bony, z natury bardzo drażliwy, nie dał się
paziom utrzymać, wspiął się na tylne nogi, potem skoczył gwałtownie naprzód, padł na kolana i królowę z siodła zrzucił. Wielkie jej życiu groziło niebezpieczeństwo, bo niedźwiedź był tuż, lecz nadbiegli chłopi i dobili go oszczepami<pa><slowo_obce>wierzchowiec Bony, z natury bardzo drażliwy, nie dał się paziom utrzymać [...] niedźwiedź był tuż, lecz nadbiegli chłopi i dobili go oszczepami</slowo_obce> --- J. Bielski: <tytul_dziela>Kronika polska</tytul_dziela>.</pa>.</akap>


<akap>Przerażeni chłopcy, niosąc prawie, doprowadzili najjaśniejszą
panią do miejsca, gdzie stały lektyki przygotowane na wszelki
wypadek. Zabrały one prócz królowej i Janusza Tarłę, któremu
niedźwiedź bardziej jeszcze dał się we znaki. Lecz że potłuczenia
nie były niebezpieczne, przeto w dobrych humorach, wesoło gwarząc, wracano do Krakowa. Stańczyk skrzywiony, kwaśny, bo go
boki bolały, wlókł się na swym również poturbowanym koniu za
innymi. Zygmunt obejrzał się szukając go oczyma; żal mu było
biedaka, lecz trochę mu chciał odpłacić za dogryzek raniejszy, więc
przystanął chwilę i gdy niefortunny myśliwiec z nim się zrównał,
rzekł doń ze śmiechem:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1357071617800-3160945288"/><motyw id="m1357071617800-3160945288">Polowanie, Błazen, Rycerz</motyw>--- Pięknieś mi się waszmość spisał; prawdziwie nie jako szlachcic, lecz jako błazen; kto słyszał przed zwierzem uciekać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czyli ci się nie zda, królu --- rzekł Stańczyk cierpko --- że
większym jest błaznem ten, co mając niedźwiedzia w skrzyni, sam
go wypuszcza na własną szkodę?<end id="e1357071617800-3160945288"/><pa><slowo_obce>rzekł Stańczyk cierpko, że większym jest błaznem ten, co mając niedźwiedzia w skrzyni, sam go wypuszcza na własną szkodę?</slowo_obce> --- J. Bielski, <tytul_dziela>Kronika polska</tytul_dziela>.</pa></akap_dialog>


<akap>Nazajutrz, ledwie świtać poczęło, już cieśle i rymarze krzątali się
na rynku. Między ratuszem a kościołem Św. Wojciecha, trochę
w skos od wylotu ulicy Brackiej, budowano wielką, szeroką, a na
osiem stopni wysoką trybunę, na której starszyzna senatorów
otaczać miała tron Zygmunta przyjmującego hołd pierwszego
księcia pruskiego, wczoraj jeszcze Wielkiego Mistrza Krzyżaków,
Albrechta.</akap>


<akap>Zbijano deski mocno i układano je na kozłach i belkach, by
mogły utrzymać bezpiecznie ciężar kilkudziesięciu ludzi. Gdy już
rusztowanie pokryto podłogą i umocowano stopnie, wzięto się do
obijania trumny<pe><slowo_obce>trumna</slowo_obce> --- tu: skrzynia, podest.</pe> czerwonym suknem, którego dziesięć postawów<pe><slowo_obce>postaw</slowo_obce> --- daw. miara tkanin, liczył od 30 do 60 łokci, tj. ok. 18--36 m bieżących.</pe>
z grodu na wozie razem z innym potrzebnymi do uroczystości
sprzętem przywieziono.</akap>


<akap>W miarę postępu roboty powiększała się gromada gawiedzi
ulicznej, przyglądającej się ciekawie przygotowaniom.</akap>


<akap>Ustawiono krzesło tronowe z rzeźbionymi w drzewie i złoconymi ozdobami, samo zaś siedzenie i oparcie obite było poduszkami
krytymi złotolitym adamaszkiem. Wysoko ponad tronem, tak by ni
królowi, ni stojącym rycerzom lub senatorom w niczym nie zawadzał, rozpościerał się baldachim z grubej materii szkarłatnej, złotem
haftowanej, ze złotą frędzlą i takimiż kwastami.</akap>


<akap>Hejnał na wieży Mariackiej otrąbił już jedenastą, gdy w tłumie
zebranych na rynku i wśród dostojniejszych widzów mieszczańskich, którzy obsiedli ganek Sukiennic i okna przeciwległych
domów, wszczął się ruch i gwar.</akap>


<akap_dialog>--- Jadą... jadą! --- powtarzano sobie z ust do ust.</akap_dialog>


<akap>Jakoż Grodzką ulicą kroczył blisko dwutysięczny zastęp zbrojnych z rusznicami<pe><slowo_obce>rusznica</slowo_obce> --- ręczna broń palna o długiej lufie.</pe>, dzidami, berdyszami<pe><slowo_obce>berdysz</slowo_obce> --- szeroki topór używany przez piechotę. </pe>. Otoczyli oni podwyższenie, a część ich rozwinęła się dwoma rzędami, tworząc szeroką drogę ku zamkowi. Postępowało nią przodem dwunastu świetnie przybranych trębaczy, za którymi jechał senat. Więc w srebrzystej zbroi Jan Tarnowski, hetman wielki koronny, a obok niego wielki hetman litewski, kniaź Ostrogski, z długą siwą brodą, który w zadumie pokręcał zawiesistego wąsa. Pan Firlej, wojewoda sandomierski, a od niedawna hetman polny, miał pod sobą gniadego dzianeta,
co lekko stąpał równie bogato strojny, jak sam jeździec. Na siwym
koniu jechał obok Przecław Lanckoroński w pełnej zbroicy<pe><slowo_obce>zbroica</slowo_obce> (daw.) --- zbroja.</pe> i wielkim dwuskrzydłym hełmie. Ogromną chorągiew purpurową ze
srebrnym orłem wiózł na wysokim drzewcu zatkniętą w tuleję
u strzemienia pan z Tęczyna, wojewoda krakowski, a Hieronim
Łaski trzymał oburącz wielki miecz państwa; dwóch paziów prowadziło mu rumaka.</akap>


<akap>Jabłko i berło wiózł na poduszce kanclerz Krzysztof Szydłowiecki, temu również paziowie królewscy wiedli wierzchowca. Kmita
z laską marszałkowską jechał przy nim dumnie w bok podparty. Za
panami świeckimi szła poszóstna kolasa, a w niej prymas Łaski
i ksiądz Piotr Tomicki, biskup krakowski, a zarazem podkanclerzy
koronny. Naprzeciw nich znajdował miejsce w kolasie ksiądz
Andrzej Krzycki, biskup przemyski, który na starość zajść miał
wysoko, bo aż na tron prymasowski.</akap>
<akap>Potem szóstkami szło odświętnie przybranych stu paziów królewskich, pod nadzorem imci pana Stanisława Odrowąża Strasza.</akap>


<akap>Siedmiu przyjaciół, przed kilku miesiącami przedmiot wyrzekań
pana ochmistrza, a dziś jego chluba i wzór stawiany innym do
naśladowania, trzymało się razem. Jędruś Boner, raz na zawsze
hetman uznany, przewyższał kolegów pilnością, karnym posłuszeństwem rozkazom pana Strasza i tak roztropną a bystrą usługą, że wprost nie miał sobie równego. Oboje królestwo dopominali się o niego często i darzyli wielką łaskawością. Szydłowiecki, Ostroróg, Montwiłł, Czema, Gedroyć i Drohojowski szli tedy w jednej szóstce, a zaraz w następnej Boner, by móc im szeptać w ucho swe spostrzeżenia i uwagi.</akap>


<akap_dialog>--- Widziałeś --- szepnął Gedroyć korzystając, że pochód z przyczyny paru płochliwych koni musiał na chwilę przystanąć --- jak się ten Jerzy brandenburski wystroił?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Margrabia? Co mu to pomoże; pierwszy lepszy dworzanin
naszego pana bardziej na księcia podobny niż on.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już wolę Albrechta --- dorzucił Drohojowski --- ten przynajmniej rycerską ma postać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino że w oczy nie patrzy prosto --- rzekł Boner --- wczoraj na
polowaniu i potem na uczcie, niby i wesoły był, gadał z panami,
a one oczy to mu tak na boki uciekały, aż dziwno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tenże twój, coś go brodami krzyżackimi poczęstował?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie poznał mnie. Wżdy już pół roku minęło i blizna pod
okiem widno mi twarz zmieniła, bo patrzał na mnie, o piwo przy
wieczerzy prosił, a nijakiej złości nie okazał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach... czy oni wszyscy mogą się nawet mierzyć z naszym
najmiłościwszym królem! --- zawołał Ostroróg. --- Kto raz nań
spojrzy, musi przyznać, że to pan z panów, z dziada pradziada wielki monarcha. To mi szczęście pod jego berłem urodzić się! Dla niego żyć, jemu służyć, za niego umrzeć, tak chcę i tak mi Panie Boże dopomóż!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho, Mikołka! Pan ochmistrz zauważył nasze gadanie,
marszczy brwi, umilknąć trzeba.</akap_dialog>

<akap>Król Zygmunt dziwnie był tego dnia ponury. Uległ wprawdzie
głosowi krwi i dobrotliwego serca, lecz mądrość jego i tylokrotne
doświadczenie mówiły mu, że może przyjdzie chwila, w której
następcy jego winić go będą o słabość. Stało się, nie pora teraz na
rozmysły.</akap>





<akap>Strojny szatą szkarłatną, przetykaną w złote kwiaty, okryty
płaszczem ze złotogłowiu, na skroniach miał czerwoną aksamitną
czapkę obszywaną perłami, którą w uroczystej chwili miała zastąpić
korona; na szyi łańcuch wyrabiany wzorzysto. Siwego rumaka,
który szedł pod nim dumnie, prowadzili masztalerze, a nad królem
niesiono baldachim.</akap>


<akap>Obok ojca ukazywał z lektyki dziecięcą rozbawioną twarzyczkę
czteroletni Zygmunt August, któremu pieszo towarzyszył ochmistrz
Opaliński.</akap>


<akap>Za królem pan Janusz Tarło niósł zwinięty i złocistymi sznurkami owiązany sztandar lenny Prus Książęcych, który w chwili
hołdu miał Zygmunt wręczyć Albrechtowi.</akap>


<akap>I znów stu paziów poprzedzało królowę. Otaczały ją wszystkie
damy dworskie, wystrojone z największym przepychem. Bona
jednak gasiła dwór swój cały majestatem urody i wspaniałością
jasnozielonej, przetykanej srebrem i obszywanej klejnotami szaty.
Nawet czaprak na jej białym rumaku mienił się w słońcu od drogich
kamieni.</akap>


<akap>W przystojnym oddaleniu za królową postępował barwnie
odziany tłum dworzan, a rota halabardników zamykała pochód.</akap>





<poezja_cyt><strofa>Oto w zacnym ubierze i w złotej koronie/
Siadł pomazaniec boży na swym pańskim tronie,/
Jabłko złote i złotą laskę w ręku mając,/
A zakon Nawysszego na łonie trzymając./
Miecz przed nim srogi, ale złemu tylko srogi,/
Niewinnemu na sercu nie uczyni trwogi.<pa><slowo_obce>Oto w zacnym ubierze i w złotej koronie [...] Niewinnemu na sercu nie uczyni trwogi.</slowo_obce> --- J. Kochanowski, <tytul_dziela>Proporzec albo hołd pruski</tytul_dziela>.</pa></strofa></poezja_cyt>




<akap>Pod baldachimem, po lewicy króla, zajął miejsce Zygmunt
August, którego pan Opaliński trzymał na krześle, by dziecko
wszystkiemu lepiej napatrzyć się mogło.</akap>


<akap><begin id="b1355829069699-610163322"/><motyw id="m1355829069699-610163322">Błazen, Przeczucie, Smutek</motyw>Za królem stali gromadnie panowie, a u stóp tronu rozsiadł się
niedostępny Stańczyk. Nogę założył na nogę, brodę podparł na
dłoni i patrzył przed siebie, jakby nic nie widział. Cierpki był; snadź chmura, przesłaniająca królewskie oblicze, cieniem padła i na czoło błazna. Uszata czapka brząkająca dzwonkami dziwnie wyglądała przy tej posępnej twarzy, na której malował się ból i troska.<end id="e1355829069699-610163322"/></akap>


<akap>Opodal, na wprost tronu, na podwyższonym krześle siadła Bona,
obok niej stały damy dworskie. W pobliżu królowej zajęli miejsca
goście przybyli na uroczystość i posłowie: cesarski i węgierski.</akap>


<akap>Na niższych stopniach trybuny widać było podskarbiego koronnego w złocistym czepcu na włosach i zielonej szubie podbitej
sobolami. Miał on, ówczesnym zwyczajem, po dokonanym hołdzie
pomiędzy tłum zalegający rynek rzucać garściami na pamiątkę
złote monety z misy, którą przed nim oburącz dzierżył pachołek.</akap>


<akap>Poprzed hufcem zbrojnych stając, otoczyli paziowie podwyższenie dokoła. Montwiłł naturalnie tuż obok najmilszego sercu swemu Bonera.</akap>


<akap_dialog>--- Patrzaj no, Jędruś --- szepnął --- czego oni wszyscy tak
zafrasowali się? Kniaź Ostrogski wąsy przygryza, jako zawżdy
w złości zwykł czynić, aż niemiło pojrzeć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A pan Firlej jeszcze gorszy --- odparł Jędruś --- przymknął
oczy, jakby nierad widział, co się dzieje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, a Stańczyk --- zauważył Szydłowiecki --- zamiast wyskakować<pe><slowo_obce>wyskakować</slowo_obce> (daw.) --- skakać.</pe> a dzwonkami brząkać, to się ano skurczył we czworo
i raczej na płacz mu się zbiera.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba co nie na rękę poszło królowi jegomości, boć i on nie
taki jak co dzień. Brwi marszczy, aż mu się do cna zeszły na czole.
Jeszczem go tak posępnym nigdy nie widział.</akap_dialog>


<akap>Stosownie do zwykłego w takich razach ceremoniału, wystąpili
przed króla: ksiądz Erhard Queiss, biskup pomezański, i Heydeck,
kanclerz książęcy, prosząc wśród głębokich ukłonów o dopuszczenie księcia do hołdu. Biskup Tomicki przybrany już w infułę
i kapę, z pastorałem w ręku, dał imieniem króla odpowiedź
przyzwalającą. Tarło, przystąpiwszy do tronu, rozwinął chorągiew
pruską.</akap>


<akap_dialog>--- Nu, można pochwalić, piękna chorągiew! --- rzekł Dmytruś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tło białe adamaszkowe lśni w słońcu jak srebrne.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakiż ten orzeł? Tak wiatr rozwija sztandar ku Sukiennicom,
że nic nie widzę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano czarny, jednogłowy, szpony złote.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co to złotego na szyi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie dojrzę... aha... korona złota.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemu tak?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widno, coby mu się kiedy nie przyśniło z polskim orłem
równać, tedy nie na głowie, a na szyi wolno mu nosić koronę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A na piersiach srebrna litera S, prawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, a wiesz, co to znaczy? Pamiętaj po wiek wieka, że
polskiemu królowi wszystko zawdzięczasz. Sigismundus<pe><slowo_obce>Sigismundus</slowo_obce> (łac.) --- Zygmunt.</pe> twym
panem a dobrodziejem!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I bez tego nie zapomni; wżdy ostatnim przeniewiercą byłby.</akap_dialog>


<akap>Wśród huku trąb i bicia we wszystkie dzwony szedł po stopniach
wzniesienia książę Albrecht z braćmi.</akap>


<akap>Miał na sobie polerowaną zbroję rycerską, a dostojeństwo
książęce znamionował jedynie wspaniały płaszcz z białego brokatu,
z szerokim kołnierzem gronostajowym. Kraj płaszcza nieśli dwaj
strojni paziowie. Pół kroku za nim stąpał Jerzy, margrabia brandenburski, i najmłodszy z braci, Kazimierz Hohenzollern.</akap>


<akap>Margrabia, zwalisty, rudobrody, z szeroką czerwonawą twarzą,
wystroił się w białe i błękitne atłasy; Kazimierz, młody i wytworny, miał na sobie aksamitną fioletową szatę z żółtym płaszczykiem i takimiż nogawicami.</akap>


<akap>Wszyscy trzej zatrzymali się na kilka kroków przed tronem
i oddali królestwu niski pokłon, po którym już głów nie nakryli.</akap>


<akap>W całej postawie Albrechta przebijała się natura krzyżacka,
obłudna i butna zarazem, której nie zwlókł z siebie wraz z habitem
ostatni Wielki Mistrz mnichów, co:</akap>




<poezja_cyt><strofa>Nie pomnąc dobrodziejstwa dopiero wziętego/
Obrócili swe groty, nad ludzkie nadzieje,/
Nie na pogany, ale na swe dobrodzieje,/
Psów przykładem wyrodnych, którzy z wilki mają/
Dobry pokój, a stado zwierzone drapają.<pa><slowo_obce>Nie pomnąc dobrodziejstwa [...] stado zwierzone drapają.</slowo_obce> --- J. Kochanowski, <tytul_dziela>Proporzec albo hołd pruski</tytul_dziela>.</pa></strofa></poezja_cyt>



<akap><begin id="b1357072978657-3818182774"/><motyw id="m1357072978657-3818182774">Przysięga</motyw>Na łaskawe skinienie króla Albrecht zbliżył się i ukląkł na oba
kolana. Monarcha i lennik spojrzeli sobie oko w oko; pod przenikliwym wzrokiem Zygmunta, który zdawał się pytać: dotrzymasz ty przysięgi? --- zmieszał się książę pruski i spuścił oczy, a głowa jego łysiejąca i twarz wyniosła, okolona czarną brodą, pochyliła się ku ziemi. Dźwignął ją dopiero, by prawicę na otwartej Ewangelii położyć, a lewicą ująć sztandar podany ręką królewską. Powiek nie śmiał jednak podnieść na swego pana i króla; bezdźwięcznym głosem powtarzał słowo za słowem rotę przysięgi, którą mu czytał biskup Tomicki:</akap>


<akap_dialog>--- Ja, Albrecht, książę pruski, margrabia brandenburski, ślubuję i przysięgam Bogu wszechmogącemu, iż począwszy od tej chwili,
wiecznie chcę być wiernym, podległym, lennym i posłusznym, wraz
ze wszystkimi swymi podwładnymi duchownymi i świeckimi,
najjaśniejszemu monarsze i panu, Zygmuntowi Królowi Polskiemu,
jego następcom i Koronie Polskiej w zupełności; a to jak przystoi na pokój miłującego lennego i pod hołdem zostającego książęcia
i według stosunków uporządkowanych. Tak mi dopomóż Boże
w Trójcy jedyny przez Twą Świętą Ewangelią.<end id="e1357072978657-3818182774"/></akap_dialog>


</opowiadanie></utwor>