<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/domanska-krolewska-niedola/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domańska, Antonina</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Królewska niedola</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kowalska, Dorota</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Wołk, Anna</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Wołk, Anna</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Dwudziestolecie międzywojenne</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">powieść dla dzieci i młodzieży</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów Marty Kierepki. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/domanska-krolewska-niedola</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Antonina Domańska, Królewska niedola. Powieść z czasów króla Łokietka, nakł. i druk  Drukarnii i Księgarnii św. Wojciecha, Poznań 1916.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Antonina Domańska zm. 1917</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1988</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2014-07-30</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/domanska-krolewska-niedola.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0199-8</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/domanska-krolewska-niedola.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1262-8</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/domanska-krolewska-niedola.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2217-7</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/domanska-krolewska-niedola.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3195-7</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/domanska-krolewska-niedola.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4281-6</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
  <category.legimi>Literatura młodzieżowa</category.legimi>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/7153.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Ucieczka Łokietka, Leon Bigosiński (1871-1928), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/7153/</dc:relation.coverImage.source>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3MP</category.thema>
    <category.thema.main>YFA</category.thema.main>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><powiesc>
<abstrakt>
<akap>Powieść z czasów Króla Łokietka. Po śmierci siostry rodzice Walusia, w obawie, że jego również stracą, bardzo się o niego troszczą.</akap>


 
<akap>Dwunastoletni pastuszek bardzo dużo czasu spędza na świeżym powietrzu --- wykorzystuje go na samotne wędrówki po lasach i skałach. Pewnego razu odkrywa dziwną grotę, a jego rodzice późnym wieczorem przyjmują tajemniczego gościa. Niedługo później Waluś spotyka rycerza, który obiecuje mu zapłatę za wytropienie zbójcy...</akap>


 

<akap><tytul_dziela>Królewska niedola</tytul_dziela> to jedna z powieści historycznych dla dzieci autorstwa Antoniny Domańskiej, tworzącej na początku I połowy XX wieku. Utwór powstał w 1916 roku. Pisarka zasłynęła jako autorka tego typu utworów prozatorskich, w których przystępną fabułę, bliską dziecięcej rzeczywistości, łączyła z faktami historycznymi.</akap>


</abstrakt>


<autor_utworu>Antonina Domańska</autor_utworu>



<nazwa_utworu>Królewska niedola</nazwa_utworu>



<podtytul>Powieść z czasów Króla Łokietka</podtytul>

<nota_red>

<akap>Pisownia łączna i rozdzielna: niema > nie ma, codzień > co dzień, z nienacka > znienacka, nienajlepiej > nie najlepiej, inszyby > inszy by, conieco > co nieco, z pod > spod itp.</akap>

<akap>

Pisownia wielką/małą literą w zdaniu - usunięto wielką literę po dwukropku, np. Ja > ja w zdaniu Słuchajcie bacznie, rzekę wam coś: Ja go widziałem, a wy nie!
</akap>

<akap>
Pisownia spółgłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych: blizka > bliska, biedz > biec, z pomiędzy > spomiędzy itp.
</akap>

<akap>
Inne: wypłócze > wypłucze; Marya, dyabelskie > Maryja, dyjabelskie.</akap>

<akap>Fleksja, np. zwanem, drugiem > zwanym, drugim itp.</akap>

<akap>Interpunkcja, np. Dzbany z owsianem piwem, warzonym w domu, i gąsiory z miodem, stały w sieni za drzwiami > Dzbany z owsianym piwem warzonym w domu i gąsiory z miodem stały w sieni za drzwiami; 

Słyszałem i ja; --- rzekł Jasiek > Słyszałem i ja --- rzekł Jasiek itp.
</akap>

<akap>

Poprawiono błąd druku: śladdy > ślady; izba mieszkalna
Marcinów i Jagny i ich jedynaczki > izba mieszkalna
Marcinów i Jagny, ich jedynaczki.</akap>

</nota_red>




<naglowek_rozdzial>Rozdział pierwszy.
U baszty iglarzy.</naglowek_rozdzial>




<akap>Marcin Wilga, starszy cechu orylów
i włóczków<pe><slowo_obce>oryl</slowo_obce> a. <slowo_obce>włóczek</slowo_obce> --- flisak a. holownik, pomagający flisakom w przeprowadzeniu tratwy w trudnych miejscach na rzece.</pe>, sprawiał imieniny. Wczesnem popołudniem zaczęli się schodzić kumotrowie i przyjaciele, kumoszki i krewniaczki.</akap>


<akap>Dworek Marcina położony na przedmieściu Krakowa, zwanym <wyroznienie>Rybaki</wyroznienie>, oddzielony był od Wisły małym tylko ogródkiem i składał się z dwóch izb i kuchni. Wchodziło się po czterech schodkach na
ganek z dwiema ławkami, potem do sieni;
z sieni na prawo była izba mieszkalna
Marcinów i Jagny, ich jedynaczki, na
lewo świetlica, czyli bawialnia, w dni
uroczystości rodzinnych.</akap>


<akap>Dziś ta świetlica roiła się od gości, a
coraz to nowi przybywali. Marcinowa
krzątała się z córką w kuchni; krajały
białe ciasto na cieńsze kawałki, a żytni
chleb na grube kromki; składały na jednej płaskiej misie plastry słoniny i kiełbasy, na drugiej pięknie upieczone i zręcznie rozebrane gęsi, jako przynależy w
dzień tak uroczysty. Duże sito aż się
rwało pod stosem glonków sera z kminkiem, na drugim piętrzyła się góra miodowych placków.</akap>


<akap>Gdy już wszystko było pięknie zładzone<pe><slowo_obce>zładzony</slowo_obce> (daw.) --- przygotowane, uporządkowane.</pe>, zawołano do pomocy Kasię Jędrusównę, siostrzenicę Marcinowej; i weszły
wszystkie trzy do świetlicy z wielką okazałością, dźwigając sutą przekąskę. Dzbany z owsianym piwem warzonym w domu i gąsiory z miodem stały w sieni za
drzwiami; wiadomo bowiem każdemu, że
napój wszelaki ma rozgrzewać serce
i wnętrze człowieka, ale sam winien być
wystudzony jak należy. Ciepłym piwem
nikogo nie uraczysz.</akap>


<akap>Rozpoczęło się częstowanie, przymawianie, zapraszanie, jako przystoi w prawdziwie gościnnym domu. Ukazały się
półkwarcia z piwem i mniejsze, blaszane
kubki z miodem. Pito na zdrowie solenizanta, na podziękowanie gospodyni, na
prędkie weselisko Jagienki, na pomyślność całej rodziny, na powodzenie cechu.
Zasię Marcin kłaniał się na wsze strony,
dziękował i wnosił zdrowie sławetnych
panów <wyroznienie>Starszych</wyroznienie>, panów <wyroznienie>Majstrów</wyroznienie>, a sercem umiłowanych kumotrów. Zaczem odsapnąwszy nieco, pił na
zdrowie młodzieży, w ręce najstarszego
z czeladzi rzemieślniczej, której ze względu na złotowłosą Jagnę i czarnobrewą
Kasię zebrało się sporo.</akap>


<akap>Gdy już pierwszy smak zaspokojono,
a pochwały wybornego jadła i grzeczne
słówka nieco przycichły, Marcin pociągnął żonę za rękaw.</akap>


<akap_dialog>--- Matka, zaściel ta świeżym obruskiem stół w przeciwku, Jagna niech przystroi kubków i ze dwa gąsiorki; my starsi
pójdziemy sobie na pogawędkę do spokojnego kąta, będą mieli młodzi więcej miejsca do zabawy.</akap_dialog>


<akap>Kilku poważnych wiekiem gospodarzy
i dwóch czy trzech młodszych przeszło
za Marcinem do izby na prawo i tam,
choć zupełnie na uboczu, jeszcze się rozejrzeli, czy nie ma gdzie w kącie jakiego
wścibskiego wyrostka. Zaczem, sprawdziwszy, że są sami, obsiedli stół dokoła
i rozmawiali półgłosem. Zafrasowane
mieli miny, chmurne, zgnębione; to jeden,
to drugi z majstrów dorzucał jakieś słowo, a każde takie słowo coraz to większym smutkiem oblekało twarze zgromadzonych.</akap>


<akap>Rej wiódł w kompanii Kasper, kościelny ze Skałki, który dzięki temu, że obsługiwał wielebną osobę księdza proboszcza już od lat szesnastu, mógł się
nieraz nasłuchać ważnych i ciekawych
rzeczy. Rycerstwo i duchowni panowie
schodzili się co dzień prawie na narady u
księdza Marka z Poznania. Stary Kasper
cieszył się zaufaniem i łaską swego pana,
przeto dokładając drewek na komin albo
napełniając kielichy gościom, śmiele się
przysłuchiwał a pilne dawał baczenie na
to, co mówili.</akap>


<akap_dialog>--- Skądże tak pewnie gadacie, kumotrze, że całe to nieszczęście ino przez ........ą zdradę się stało?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiem ja dobrze, co mówię. Nikto nie winien, ino<pe><slowo_obce>ino</slowo_obce> (gw.) --- tylko, jedynie.</pe> krakowskie mieszczany<pe><slowo_obce>krakowskie mieszczany</slowo_obce> --- dziś popr. forma M lm: krakowscy mieszczanie.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zmiłujcie się ludzie... zali<pe><slowo_obce>zali</slowo_obce> a. <slowo_obce>żali </slowo_obce>(daw.) --- czy, czyż.</pe> to możliwe, aby te przybysze<pe><slowo_obce>te przybysze</slowo_obce> --- dziś popr. forma M lm: ci przybysze.</pe> kąsały rękę pańską? Toć polski chleb jedzą!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cichojcie<pe><slowo_obce>cichojcie</slowo_obce> (gw.) --- bądźcie cicho, milczcie.</pe>, Walenty... niech Kasper
gada. Wszystko nam wyjaśni i rozpowie.
Tedy więc?</akap_dialog>


<akap>--- Tedy więc, komu nie wiadomo,
trza wiedzieć, że w tej nieszczęsnej dobie
kilku się dobija o wielkie księstwo krakowskie. Henryk wrocławski<pe><slowo_obce>Henryk wrocławski</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>Henryk VI Dobry</slowo_obce> (a. Wrocławski; 1294--1335) --- książę wrocławski w latach 1311--1335.</pe>, co to niby
<wyroznienie>Probusem</wyroznienie> się zwie, czyli prawym, siłę
i moc ma za sobą, a niepoczciwie postępuje. Zasię po stronie księcia sieradzkiego
Władysława, młodszego brata nieboszczyka Leszka Czarnego, stoją wszyscy, co
matkę Polskę kochają.</akap>


<akap_dialog>--- O raju, raju... Jak też to Kasper
wszystkiego świadomy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cichojcie, Walenty, dajcie mu
gadać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak nie mam być świadom --- odparł Kasper --- skoro Bogiem i prawdą nie ma jednej narady beze mnie. Przychodzi pan krakowski<pe><slowo_obce>pan krakowski</slowo_obce> --- tu: kasztelan krakowski.</pe> i ksiądz biskup, wysłańcy z Poznania i Gniezna, i mój wielebny pan, i wojewodowie; a ja se w tej komnacie, co oni; tyle różnicy, że tamci siedzą na ławach, a ja stoję przy kominie. Słucham, co ino uszu starczy, jednego słowa nie uronię; a że człek z łaski Pana Jezusa ma tę kapkę oleju we łbie, to i składa jedno wedle drugiego, aby się kupy trzymało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czemuż na Skałkę przychodzą?
Toć słuszniej, by się wszyscy do biskupa
trudzili, a nie jego przewielebność do pośledniejszych od siebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bo uważcie, książę Henryk ma
szpiegów i donosicieli pełny Kraków;
przez nich by się wiela niepotrzebnie dowiedział. Tedy lepiej się naradzać w spokojnym kącie u Skałecznego proboszcza,
niźli u jakich znamienitych panów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Święta prawda. Gadajcież dalej,
moiściewy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ci, co księcia Władysława<pe><slowo_obce>książę Władysław</slowo_obce> --- tu: Władysław Łokietek.</pe> wbrew
Probusowi na tron wzywają, dobrze wiedzą, co to za wielkie serce i mocny duch
mieszka w onym<pe><slowo_obce>on, onego</slowo_obce> (daw.) --- ten, tego.</pe> ciele niepozornym. Ksiądz
biskup rzekł kiedyś do panów Rady:
,,Łoktek<pe><slowo_obce>Łoktek</slowo_obce> (daw. forma) --- Łokietek.</pe> on się zwie? A niechta; czyny
onego mierzyć będziemy <wyroznienie>wielką
miarą</wyroznienie>."</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajże mu, Jezusie Nazareński, Matuzalowe<pe><slowo_obce>Matuzalowe lata</slowo_obce> --- życie długie jak życie Matuzalema; Matuzalem, postać z <tytul_dziela>Biblii</tytul_dziela>, dziadek Noego, miał żyć prawie 1000 lat.</pe> lata, by rządził skołataną ojczyzną!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, com to chciał rzec... Ledwie
się dostał umiłowany pan do Krakowa, ledwie co zasiadł na Wawelu, juści się porwał na niego ów Probus. Posłał z wielkim wojskiem krewniaka swego Henryka Lignickiego; dwa razy go na głowę
pobito, dopiero za trzecim razem...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Boże święty... co się to dzieje na
świecie, a my, chudziny, rodzimy się, żyjemy i mrzemy, jako te myszy w norach,
niczego nieświadomi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cichojcież, Walenty...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeden Pan Bóg Wszechmogący raczy wiedzieć --- prawił Kasper --- żaliby<pe><slowo_obce>żaliby</slowo_obce> (daw.) --- czy, czyby.</pe>
wróg zdobył nasze miasto, gdyby nie krakowskie mieszczany<pe><slowo_obce>krakowskie mieszczany</slowo_obce> --- dziś popr. forma M lm: krakowscy mieszczanie.</pe>. U jednej bramy miały psubraty swoich ludzi, to i wpuścili
nocą ........... żołdactwo tą bramą. A
książę Łoktek właśnie naówczas obchodził
straże i cudem ino niewypowiedzianym,
omal już w ręku wroga będąc, zniknął w
okamgnieniu, jakby się w ziemię zapadł.
Tedy jakoż mam rzec? Niecną zdradą
stało się nieszczęście i amen.</akap_dialog>


<akap>Słuchacze załamali ręce, niejeden miał
łzy w oczach; któryś z młodszych zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Żeby mi kto powiedział, jakim
prawem te bezecniki wdarły się do naszego miasta i rozwielmożniły się tak srodze z krzywdą ludzką?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A o Tatarach słyszeliście, Tomaszu, hę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści, o Tatarach dziaduś mi opowiadali. Trzy roki mi było, gdy spadli na
Polskę. Matkę chciał porwać taki jeden
pies pogański; broniła się nieboga zębami
i pazurami, tedy ją ciął jakimsi jataganem,
czy inszą siekierą, i od jednego razu zamordował. Łaska Boska, że ani mnie, ani
dziadka w jasyr nie pognali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oj Tomaszu, Tomaszu... powały
sięgacie głową, a... ot, nie dopowiem, bobyście się snadnie pogniewali.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cobym się miał gniewać? Wszakci nic szpetnego nie ma, żem urósł ponad
innych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano... prawda. Tedy wiecie, dlaczego was Tatary nie wzięły?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Bóg to wie, nie ja.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słusznie, Pan Bóg to wie. Ale i
ludzie odgadują niekiedy takowe zawikłane pytania. Ja bym więc moim głupim
rozumem miarkował, że trzyletnie dziecko, to ino sroga mitręga w taborze; a z
siwym pogarbionym dziadem takoż zawada i utrapienie. Dlatego was ostawili w
spokoju. A za to wiecie, ile luda pobrali
w straszną niewolę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino wciąż pytacie a pytacie...
Cóżem ja prorok, albo jakowy świadowid, czy co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to już wam powiem: samych
dziewuch i młodych niewiast dwa-dzie-ścia je-den ty-się-cy!<pe><slowo_obce>dwa-dzie-ścia je-den ty-się-cy</slowo_obce> --- dziś historycy podają mniejsze liczby, sięgające kilku tysięcy brańców obu płci.</pe> A gospodarzy i parobków, bez liku!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ooo, to nie najlepiej się stało ---
frasobliwie kiwając głową rzekł Tomasz.</akap_dialog>


<akap>Obecni parsknęli śmiechem mimowoli, a Kasper dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Juści nie najlepiej. Gdybyście tę
garstkę na krakowski rynek wysypali, toby tego pełniuśko było, głowa przy głowie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, dworujcie sobie ze mnie, rozumiem się na żartach; a wam się może
zda, żem matoł? Krakowski rynek...
hoho... ale się nie gniewam; starszemu
człeku godzi się wybaczyć.</akap_dialog>


<akap>Gospodarz trącił Kaspra nieznacznie
w ramię i szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Ostawcie go; szkoda waszej mowy dla głupiego. </akap_dialog>

<akap>Głośno zaś rzekł:</akap>




<akap_dialog>--- Cóż zasię mają Tatary do krakowskich mieszczan?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz powiem do zrozumienia:
Skoro one pohańce<pe><slowo_obce>one pohańce</slowo_obce> --- ci poganie.</pe> poszły, zabierając łupy
i lud w niewolę, ino goła ziemia ostała, a
zgliszcza, a pustka. Co było robić? Święta rola odłogiem leży, robotnika ani
uświadczy, rzemiosła pozamierały, koniec
świata i tyle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiadomo --- rzucił Walenty ---
swój do swego zawżdy ciągnie; ów książę
Henryk milszy im, niż Polak z krwi i kości. Ponoś dawno zabaczył<pe><slowo_obce>zabaczyć</slowo_obce> (daw.) --- zapomnieć.</pe>, że z Piastowego jest gniazda; po polsku nawet nie
umie. Jakoż mieli zachować wiarę Łokietkowi krakowscy mieszczanie?</akap_dialog>


<akap>Umilkł, a wszyscy zgromadzeni zamyślili się smutno. Kto mógł przewidzieć,
jak rychło skończy się niedola księcia i całej ojczyzny.</akap>


<akap>Aż tu znienacka odezwał się Tomasz,
cedząc słowo po słowie, z namysłem:</akap>


<akap_dialog>--- Śmieliście się ze mnie, sławetni
majstrowie; od razu zmiarkowałem, że ze
mnie, choć zda mi się nie rzekłem nijakiego słowa do wesołości. Inszy by urazę w
sercu chował, albo zgoła zwady szukał;
jam spokojny człek, swarów nie lubię.
Korci mnie jednakowoż, abym się na was
pomścił co nieco za owe śmiechy.</akap_dialog>


<akap>Marcin podszedł ku niemu. Jako gospodarz obawiał się, by od słowa do słowa nie przyszło do kłótni, a kto wie...
po tylu kubkach miodu... może i do bitki.
Niepodobna gospodarzowi dopuścić do takiej ostateczności. Rzekł więc łagodnie,
kładąc rękę na ramieniu Tomasza:</akap>


<akap_dialog>--- Ej kumotrze, cobyście się ta sierdzili; w pogwarce sto słów padnie z gęby,
a głowa o nich nie wie. A przy imieninach, przy napitku, to się człowiek i roześmieje czasem z byle czego. Szanujemy
was przecie wszyscy, a całe <wyroznienie>Rybaki</wyroznienie>
znają szkuty majstra Tomasza, jako są na
Wiśle nieprześcignione.</akap_dialog>


<akap>Tomasz uśmiechnął się z zadowoleniem.</akap>


<akap_dialog>--- Chyba, że prawdę gadacie, Marcinie; jeden jest przemądrzały w mowie,
drugiego rozum uwidzisz przy robocie.
Niech ta już będę stratny; a za pokutę,
żeście mnie obśmiali dzisiaj, proszę was
pięknie wszystkich jakoście tu są zebrani,
do mojej chałupy jutro na łososia. Wczorajem go ułowił, <wyroznienie>oćwiara</wyroznienie> niczem
cielak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bóg zapłać! Bóg zapłać! Stawimy
się niechybnie! --- odpowiedzieli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jeśliście mniemali, co was moja
pomsta ominie, to była szpetna pomyłka.
Słuchajcie bacznie, rzekę wam coś: ja go
widziałem, a wy nie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kogo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie? --- pytali jeden przez drugiego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to kogo? Ma się wiedzieć,
księcia Władysława.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Władysława? Być nie może!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Łokietka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż za brednie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie brednie. Patrzałem nań z tak
bliska, jako na was ninie<pe><slowo_obce>ninie</slowo_obce> (daw.) --- teraz.</pe> patrzę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziś o piątej rano, na prymaryi<pe><slowo_obce>prymaryja</slowo_obce> a. <slowo_obce>prymaria</slowo_obce> --- msza poranna w obrządku katolickim.</pe>
u św. Idziego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przywidział wam się ktoś podobny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha... mądre słowo. Toli na cały
Kraków jeden jest ino człeczek takowej
mizernej postaci, prócz księcia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A prawda --- przerwał mu Onufer,
krupiarz z Pędzichowa --- prawda, ksiądz
Wincenty, pisarz u św Trójcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzicie tedy, skoro znam księdza
Wincentego, a nie on był na prymaryi, to
musiał być książę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja się dam zabić, że dawno już
uszedł z Krakowa. Tydzień by tu siedział
u wroga w paszczy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie dajcie się zabić, boby was
szkoda było --- rozśmiał się Tomasz. ---
Widziałem go, jak Bóg na niebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O rany Pana Jezusowie... Jeszcze
go Probus pojmie w niewolę!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nam co do tego? Widno pilne
sprawy zatrzymują go w Krakowie, to i
nie pyta, czy bezpieczno, abo nie. Zresztą... --- Tomasz splunął wzgardliwie i
machnął ręką --- czy to onym szpiegom
pilno po prymaryjach biegać; w pierzu im
cieplej niźli w kościele; to i nie lękało się
panosko nieszczęsne błagać ratunku dla
siebie i --- dla biednej krainy, krzyżem leżący
na mszy świętej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A potem co się stało?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za księdzem do zakrystyi poszedł
i podział się gdziesi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W podziemiu jest izba obszerna
--- szepnął Kasper do Marcina --- tam się
może przez dzień ukrywa, a nocami narady ze swymi wiernymi odprawia.</akap_dialog>


<akap>Drzwi otwarły się znagła, w progu
stanęło dwóch młodych chłopców: Jacek
Rataj, bratanek, i Kuba Mocarny, chrześniak Marcina.</akap>


<akap_dialog>--- A czego? --- spytał gospodarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przyszliśmy się pokłonić i pożegnać was, ojcze chrzestny --- rzekł Kuba ---
ściemnia się już, pora nam gnać do miasta,
zaczem bramy pozawierają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie zdążycie, ostańcie na noc.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziękujemy wam pięknie za dobre
słowo --- odparł Jacek, całując Marcina w
rękę. --- Majster by strasznie swarzył,
gdybym nie wrócił dzisiaj; dy znacie Glasera, łacno się gniewa, a gdy zły, to wali,
czem popadnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak samo i Langmann --- dodał
Kuba --- nijakiej wyrozumiałości nie zna.
Bywajcie zdrowi, ojcze chrzestny. Ich Miłościom panom majstrom kłaniamy się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech będzie pochwalony.</akap_dialog>


<akap>Wybiegli.</akap>


<akap>Szara mgła unosiła się nad rzeką,
między domkami słały się wieczorne cienie. Tylko wąziuchna ścieżka, prowadząca
z przedmieścia ku murom i basztom, wcale
jeszcze była znaczna wśród zgniłej trawy
i błotnistych kałuż. Gdzieniegdzie bieliły
się na niej rzucone płaskie kamienie,
wskazywały kierunek i dopomagały jako
tako do przejścia.</akap>


<akap>Czeladnicy szli chwilę, nic do siebie
nie mówiąc. Kuba przystanął nagle, rozejrzał się po niebie i po ziemi, i krzyknął:</akap>


<akap_dialog>--- Jezus!... Jacek, noc zapada... śmigajmy co żywo!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści, śmigajmy; a nowe ciżmy?
Takeśmy ich strzegli tu idący, skakaliśmy po kamieniach niczem pchły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A, bo nie było strachu. Co ci ta o
ciżmy, umyjesz, oczyścisz jutro; dziś trza
nam pędem biec, póki bramy otwarte.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, to dymaj przodem, ja za tobą.</akap_dialog>


<akap>Puścili się kłusem. Kuba walił na
oślep, ani pytał, a rzadkie po tygodniowym
deszczu błoto obryzgiwało mu kożuszek,
skakało nawet do oczu. Spokojniejszego
ducha Jacek szedł ostrożniej, ale i on ślizgał się co chwila i wpadał w kałuże,
omal ukochanych ciżem nie pogubił.</akap>


<akap>Mijali wawelską górę. Tutaj ścieżka
rozgałęziała się na troje: w prawo ku
Grodzkiej bramie, w lewo wzdłuż murów
ku baszcie Iglarzy, i nieco wstecz, poza
miasto, ku błoniom i wsiom pobliskim.
Przystanęli niepewni, którędy lepiej dobiec do miasta, gdy przenikliwy, ostry
głos trąby, zwiastującej zaciąganie warty
nocnej, i zamykanie bram, rozległ się donośnie w powietrzu.</akap>


<akap_dialog>--- Masz tobie... --- westchnął Jacek;
--- a teraz co? Czekaj no... --- krzyknął ---
jeżeli cudem łaski Boskiej zatrzymali
Szymka, mego ciotecznego, co tam już
trzy roki służy, to nasza wygrana. Ino
zbyrknę po swojemu, pozna, żem to ja,
i uchyli furtki. Już mię nie raz, i nie dziesięć przepuszczał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, to drała<pe><slowo_obce>drała</slowo_obce> (daw. pot.) --- tu: biegnijmy.</pe> do Iglarzy!</akap_dialog>


<akap_dialog>Jacek podszedł jak mógł najciszej
do samej baszty, stanął przy furtce, i zapukał lekko dwa razy po trzy razy. Baczne ucho żołnierza na warcie dosłyszało
to podejrzane stukanie. W okrągłym
otworze u góry drzwiczek ukazała się
twarz jakaś wąsata.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co tam? --- padło krótkie pytanie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To my, czeladź od majstrów Glasera i Langmana. Raczcie nas wpuścić do
miasta.</akap_dialog>


<akap>Żołdak mruknął niechętnie łamanym
czeskim językiem:</akap>


<akap_dialog>--- Wracajcie skądeście przyszli. Ani
bram, ani furtek nie otwiera się o tej
porze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciejcie wasza miłość uczynić
nam tę wygodę --- prosił grzecznie Jacek
--- zapóźniliśmy się nieco, pilno nam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idźcie precz! --- podnosząc glos
odparł strażnik. --- Nie wpuszczę i amen.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie wpuścicie? Ino rygiel odsunąć... co wam szkodzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ruszaj mi stąd polski psie, bo cię
inaczej poczęstuję!</akap_dialog>


<akap>Na te słowa Kuba dotąd schowany za
przyjacielem, wyskoczył naprzód, krzycząc:</akap>


<akap_dialog>--- A ty sobie co myślisz, przybłędo
z końca świata? Kogo to psem przezywasz? Krakowskie dziecko? Polskiego
chłopa, co tu na swoich śmieciach siedzi?
Co jego dziady i pradziady w tej świętej
ziemi leżą? Psem będziesz przezywał
zbóju bezwstydny? Tyś sam pies... bezdomny pies... W cudze legowisko się
wdarłeś i jeszcze warczysz? Otwieraj
furtkę!</akap_dialog>


<akap>Jacek, mniej skory do burdy, usunął
się na bok i poglądał ku klasztorowi Franciszkanów, którego mury łączyły się przy
baszcie z murem miejskim, a niższe były
i gdzieniegdzie nadwyrężone.</akap>


<akap_dialog>--- Po co ten paliwoda zadziera ze
strażą... --- pomyślał --- lepiej byśmy pokornie powiedzieli dobranoc, a przeczekawszy trzy pacierze, dałoby się jak nic
przeleźć tędy na podwórze przewielebnych
ojców. Z podwórza do ogrodu, przez płot
na cmentarz Wszystkich Świętych, i już
człek w domu.</akap_dialog>


<akap>Chciał Kubę pociągnąć za kożuch i
szepnąć mu słowo, gdy wtem zamajaczyło mu coś jasnego przed oczyma. Spojrzał
bystro, i aż się żachnął...</akap>


<akap>Tam wysoko, na poddaszu dzwonnicy
franciszkańskiej błysnęło światło... Ktoś
wyjrzał oknem i cofnął się. Chmury, przesłaniające księżyc, pomknęły z wiatrem,
rozwidniło się na niebie i na ziemi. Świeczka na wieży zgasła, ale Jacek nie spuszczał oka z miejsca, w którem ją ujrzał.</akap>


<akap>Znowu się coś w oknie poruszyło;
tym razem ukazały się trzy głowy. Za
chwilę Jacek zobaczył coś więcej: ciemny
duży przedmiot wysunięto poza obramienia okna i spuszczano go powoli ku dołowi.</akap>


<akap>Nie rozumiał, co to ma znaczyć, domyślał się tylko jakiejś tajemnicy.</akap>


<akap>Kuba tymczasem nie żałował płuc, ani
języka, wrzeszczał wyzwiska najobelżywsze, wkońcu odskoczył wstecz, zadarł
głowę i splunął w kierunku baszty.</akap>


<akap_dialog>--- Masz! Tyleś u mnie wart, złodzieju .......!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech się ta kłócą --- przemknęło
Jackowi przez głowę. --- Mogliby żołnierze zauważyć co, posłyszeć szmer, lepiej,
że się zajmą czym innym.</akap_dialog>


<akap>Kuba rozparł się szeroko na nogach,
ujął się oburącz pod boki i klął. Nic już nie
miał do stracenia; zrozumiał, że ani dobrocią, ani złością nic nie wskóra, tedy mścił
się bodaj gębą.</akap>


<akap_dialog>--- To teraz taki porządek w sławetnej
stolicy? To spokojne, uczciwe ludzie nawet nocować nie mają we własnym łożu?
Toście wy siepacze katowscy, a nie wojsko książęce? Psie syny jedne!</akap_dialog>


<akap>W oknie dzwonnicy ukazali się znów
ludzie... Ciemny przedmiot obsuwał się
coraz niżej, widocznie zawieszony był na
linach, które tamci trzymali.</akap>


<akap_dialog>--- Kosz! --- omal że głośno nie wykrzyknął Jacek. --- Jak Boga kocham
kosz!... Człowiek w koszu!... O rety...
żebyż go nie spostrzeżono!</akap_dialog>


<akap>Już nie ten sam wąsal, inny jakiś wartownik przyskoczył do okienka nad furtą.</akap>


<akap_dialog>--- W tej chwili mi precz pójdziesz,
smyku niedowarzony!</akap_dialog>


<akap>Kuba rozśmiał się zjadliwie.</akap>


<akap_dialog>--- Ja smyk? Ano prawda, młodym
jest. A tobie zazdrość, zbirze najemny, coś
już lata zdarł w dziesięciorakiej służbie.
Ileż ci płacą za dniówkę, hę? Kto ci da
grosz, ten twój pan! Chachachacha!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ty pędraku... błaźnie jeden... zda
ci się, że z babami masz do czynienia?
Precz, bo kuszę naciągam i przestrzelę cię
na wylot!</akap_dialog>


<akap>Tajemniczy kosz dotknął szczytu muru klasztornego i zatrzymał się. Jacek
przyskoczył do Kuby i szarpnął go z całej
siły za rękę.</akap>


<akap_dialog>--- Milcz, jeśli ci żywot miły! ---
szepnął mu w samo ucho, a głośno i dobitnie rzekł do żołnierza:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idziemy już oba, panie wachmistrzu, idziemy; raczcie wybaczyć chłystkowi głupiemu. Piwo mu w głowie szumi,
to i plecie jak na mękach... Zdrowego snu
wam życzę; dobranoc!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobranoc --- mruknął strażnik, zasuwając okiennicę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O Jezu... szczęście, że sobie poszedł --- westchnął Jacek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóżeś ty rozum postradał, abo cię
tchórze obleciały? --- wrzasnął Kuba,
ochłonąwszy nieco z pierwszego zdumienia. --- Puszczaj... pobiegnę do furtki;
jeszcze mu za mało zelżywości nagadałem; niech sobie raz użyję. A to coś niesłychanego... takiego łotra bezecnika
przepraszać będzie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani pary z gęby nie puścisz, bo cię
uduszę --- syknął Jacek i palcem wskazał
na mur. --- Rozumiesz teraz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tam co takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Człowiek jakiś ucieka; ojcowie mu niosą pomoc. Usuńmy się dalej na
prawo, coby nas z baszty nie dostrzeżono;
może i my się na co przydamy.</akap_dialog>


<akap>Kosz osiadł na ziemi po zewnętrznej
stronie muru.</akap>


<akap_dialog>--- O Matko... fosa głęboka... wody
niemal do pół... patrzaj no, Jacek... mnich
jakiś!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zesuwa się... o rety... już ma po ramiona...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już po szyję...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzeba go ratować...</akap_dialog>


<akap>Jacek położył się na brzegu fosy i odchrząknął cichutko.</akap>


<akap>Człowiek zanurzony w wodzie, podniósł głowę nasłuchując.</akap>


<akap_dialog>--- Wielebny ojcze, nie lękajcie się...
my swoi... ino śmiało do brzegu!... Tędy
lepiej... na lewo... jeszcze na lewo...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż gadasz? Na prawo przecie...
--- szepnął Kuba.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nam na prawo, to jemu z przeciwnej strony na lewo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyćcie się mego kija... --- szepnął
Jacek --- podciągnę was na wał... Nie bójcie się, nie puszczę... mocno trzymam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tu nogę stawcie... tu wyrwa, jest
się na czym zeprzeć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeszcze jeden krok w górę... podajcie mi drugą rękę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O Jezu, dzięki Ci... Już!</akap_dialog>


<akap><begin id="b1404846652845-2475054729"/><motyw id="m1404846652845-2475054729">Strój, Ofiara</motyw>Habit zakonnika, ociekający wodą,
przylgnął mu do ciała; drobny był to
człek i zmizerowany; nie miał nawet
czapki na głowie.</akap>


<akap>Chłopcy spojrzeli nań, potem na siebie, i jakby jakiemuś potężnemu hasłu
posłuszni, padli obaj do nóg nieznajomego.</akap>


<akap_dialog>--- Wyście to, Panie najmiłościwszy!
--- zawołał Jacek i podjął go za kolana.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bóg wam zapłać za serce i za pomoc... spieszno muszę uchodzić... wróg
tuż... Noc mię przed nim skryje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odpuśćcie mi śmiałość niezmierną... nie baczcie na zuchwalstwo... --- jąkał
Jacek. --- Zasługuję na Wasz gniew, Panie,
ale co inszego mam robić? Zrzućcie ze
siebie czym prędzej te mokre łachy; mój
kożuch gruby, ciepły, wnetki się zagrzejecie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A moimi ciżmami też nie raczcie
gardzić... --- prosił Kuba. --- I nogawice
mam nowiuśkie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A moja czapa świeżo dzisiaj podszyta... Ważymy się uwłaczać waszej
książęcej osobie.... widzi Pan Jezus jako
rzucilibyśmy wam pod stopy bławaty
i złociste lamy<pe><slowo_obce>bławaty
i złociste lamy</slowo_obce> --- drogie, ozdobne tkaniny; bławat: błękitny jedwab; lama: tkanina przetykana nitkami złota lub srebra.</pe>. Nie patrzcie na nikczemność odzieży, najdobrotliwszy Panie;
przecie co suchy kożuch, to nie mokre
płachty; raczcie się przyodziać.</akap_dialog>


<akap>Władysław Łokietek przesunął ręką
po oczach.</akap>


<akap_dialog>--- A wy? Na takie zimno?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- My? Nic nam się nie stanie! ---
zaśmiał się Jacek... --- W dyrdki pobiegniemy
nocować do wujka, ani poczujemy nawet.</akap_dialog>


<akap>Położył ręce na ich pochylonych
głowach.</akap>


<akap_dialog>--- Posłużyliście mi, jako synowie
ojcu. Jako od synów umiłowanych przyjmuję.<end id="e1404846652845-2475054729"/></akap_dialog>





<naglowek_rozdzial>Rozdział drugi.
Upłynęło lat piętnaście.</naglowek_rozdzial>




<akap>Wcześnie zawitała wiosna do Polski
w roku 1305. Pod koniec kwietnia zieleniły się już wszystkie łąki; spora trawka,
przetykana kaczeńcem i stokrocią, runiała za powiewem wiatru. W sadach
kwitły wiśnie, a na jabłoniach różowiły
się nabrzmiałe pączki; jeszcze dzień, jeszcze pół dnia, a pękną przejrzyste błonki,
i drzewa staną w cudnej krasie, puszystym
kwieciem osypane.</akap>


<akap>Ozimina ślicznie pokazuje, ludzie orzą
co ino sił i dnia starczy, nieraz i do ciemnego wieczora. Skowronki biją skrzydełkami gdzieś aż pod samym niebem,
chwalą się aniołom, jak to u nas pięknie
na ziemi, a Panu Jezusowi dziękują za
słoneczko. Zaczem<pe><slowo_obce>zaczem</slowo_obce> --- po czym, następnie.</pe> spadają na świeżo zoraną ziemię, jak ten kamień z góry rzucony.</akap>


<akap>Nawet nagie skały w Ojcowskim Wąwozie nie takie szare, smutne, jak w zimie;
co szczelina, to gałązeczka, co szparka,
to listeczek; młody tegoroczny mech zielenieje na starej srebrzystej kępce. Dołem
wąwozu, między górami i skałami, płynie
sobie Prądnik z hałasem; mruczy a szumi,
o kamienie bije... Nie wiadomo czy z wielkiej uciechy, że mu ciepło i jasno, czy ze
złości, że się zimowy odpoczynek skończył, że lód stopniał do cna; spać już nie
wolno, trzeba spieszyć, biegnąć, lecieć na
dół, byle prędzej, coraz prędzej... do
Wisły.</akap>


<akap>Wieś rozsiadła się na równinie, trochę
opodal od wąwozu. Na szerokie płachty
łąk wypędzili pastuszkowie po raz pierwszy krowy i cielęta. Bydło zmęczone zimnem, dusznością stajen, znudzone suchą
zimową paszą, wybiegło w ten ciepły
ranek na pastwisko w ciężkich niezgrabnych podskokach, tłocząc się i porykując
radośnie. Miejsca krówki miały dosyć,
nie było o co się kłócić. Wszystkie łby
pozwieszane do ziemi, mokre ozory zagarniają zwinnie soczystą trawę, pyski w
ruchu, że ino chrzęst i sapanie słychać, jak
łąka długa i szeroka.</akap>


<akap>Czterech pastuszków pokładło się na
brzuchach, grzejąc plecy do słońca; łokciami się podpierają, i gawędzą o swych
codziennych sprawach. Piąty, blady wątły
chłopczyna, w kożuszku mimo ciepłej pogody, siedzi oparty o wierzbę i patrzy w
zamyśleniu na kamienne olbrzymy.</akap>


<akap_dialog>--- Wiecie... --- powiada Jasiek, strojąc
tajemniczą minę --- nalazłem wczoraj w
sadzie jeża; owiązałem go łyczkiem, coby
mi nie uciekł i schowałem za piec. Ciekawość, co takiemu gadowi lubuje? Ziarno, abo muchy, abo glisty?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tatusia zapytaj --- radzi Wojtek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ehe, a tatuś powiedzą: ,,odnieś na
to samo miejsce, skądeś wziął; nie dręcz
zwierza".</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, bo i prawda. Co ci po nim?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja by go nie męczyłem, chowałem by go sobie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Puść go. --- Jasiek ma miękkie serce, żal mu biednego stworzenia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja to nie lubię zwierzów, takich nieprzydatnych, ino te, co do roboty, abo do
jedzenia --- odezwał się najstarszy z chłopców, Pietrek. --- Mam ci taki sprawny
saczek, i znam dobre miejsca w rzece. Nie
ma dnia, żebym kilka rybek nie ułowił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rybek? Cóż z nimi robisz? ---
spytał milczący dotąd Waluś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszycie ludzie? Nie wie, na co
ryby. A do jedzenia! Matusia sprawią,
ugotują, czy na obiad, czy na wieczerzę ku
kluskom, i mamy wszyscy uciechę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mnie się ino kamyczki podobają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co takiego? Dziwo z tym Walkiem
dalibóg! Kamyczki mu się podobają! Teraz ja się spytam, na co ci się zdadzą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A do patrzenia, do zabawy. Nie te
ostre, brzydkie, co ich wszędy pełno, ale
takie gładziuśkie, co je rzeka wypłucze,
wyszoruje. Takci się farbują przeróżnie...,
to modre, to ciemnozielone, jak sosnowe
igły; to znowu czerwieniate, jak malina...; cudności kamyczki! Czasem iskierka jakaś złota w nich migoce, a czasem
długi złoty paseczek skroś kamienia się
wije. Wtedy sobie umyślam...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No co? --- zapytał Wicuś od Myrdałów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ee... nic. Dworujecie se zawdy ze
mnie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadaj, gadaj, nie dbaj na to.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Umyślam se... --- powoli mówił
blady chłopczyna --- że jaka z dawności
czasów królewna szyła sobie szatki przeróżne złotą nicią. Aż tu ją czarownica, abo
jaka zła boginka zaklęła w skałę... Wszystko z nią razem zakrzepło, a te piękne
kamyczki, to skrawki z onych królewskich
sukienek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści, mogło tak być --- marszcząc
brwi, rzekł z powagą Wojtek. --- Przecie
leśne panny, dziwożony, południce, do dziś
dnia po kniei dokazują. Ma się wiedzieć, w
owe czasy, co się człowiek ani przeżegnać
nie umiał, jeszcze było stokroć gorzej.</akap_dialog>


<akap>Przemądrzały Pietrek parsknął śmiechem.</akap>


<akap_dialog>--- Juści... gębę rozdziawiać, zęby
suszyć nie sztuka --- obruszył się Jasiek
--- radbym widział, czy pójdziesz w dąbrowę po zachodzie słońca?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cobym nie miał iść? --- odmruknął
Pietrek niewyraźnie. Walek rozruszał się,
rozgadał, dalej swoje prawił:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A patrzaliście kiedy, ale tak, z bacznością wielką, na te nasze skały Ojcowskie? Toć omal ani jednej nie ma, coby
ino zwyczajnym głazem była, prawda? Na
ten przykład ta długocka, wysoka, ze
szczerbatym wierzchem... Ślepy ino nie
widzi, że to panna w koronie, klęcząca ze
złożonymi rękoma. A ta znowu na prawo,
gdzie dwie lipki na zboczu rosną, tobyś
przysiągł, że baszta od jakowegoś grodu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści, ani wątpienia; musiało tam
być ongi grodzisko --- przyświadczył Jasiek. --- Po obu stronach gruzy, jakieś
resztki murów...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż jeszcze? Żali kusze, abo tarcze
skamieniałe? Bajecie nicpotem, aże mgli
słuchać --- odezwał się znowu Pietrek. ---
Ani to baszty, ani to zwaliska, ani to
panny klęczące, ino tak było w Ojcowie
od świata stworzenia, i tak będzie do
końca. Co wam się troi? Prawe skały
i tyle.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Któż cię uczył, żeś taki mądry, niczym proboszcz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nikto mnie nie uczył, ino mam rozum ze siebie, a wyście głupi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakbym ci jednę rzecz powiedział, tobyś dopiero uwierzył w zaklęte
miasta i skamieniałe królewny --- rzekł
Waluś i otrząsnął się, jakby go dreszcz
przeleciał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciekawym co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odkąd Maryśkę Pan Jezus zabrał,
matusia tak się o mnie boją...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A cóż mnie to obchodzi, że się matusia boją o ciebie? Cóż to ma jedno do
drugiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino słuchaj, nie przerywaj, bo muszę gadać po porządku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadaj, gadaj, nie zważaj na Pietrka; on zawdy taki niezgodliwy, dokuczny
--- zawołał Wicek.</akap_dialog>


<akap>Więc Waluś rozpoczął po drugi raz:</akap>


<akap_dialog>--- Tak się boją, że mnie ino w bożem
drzewku, a w dziewięsile kąpią, maściami
smarują do spania, co rano jajecznicę mi
smażą, a mleka to se mogę pić, wiele chcę.
Boją się, cobym nie pomarł. Tak się dobrze trafiło, że Sobek ze Strzemieszyc był
na godnie święta<pe><slowo_obce>godnie święta</slowo_obce> --- Boże Narodzenie.</pe> w Ojcowie, to się go w
te pędy radzili, co ze mną robić. Ano kazał
smaczno żywić, rano wczas nie budzić,
ino czekać aż słońce przez górne gałęzie
z lasu zagląda. Aha... jeszcze jedno: cobym się po całych dniach na polu bawił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobra chorość, dobre leczenie. ---
drwił Pietrek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tedy mi nic nie kazują robić, cale
nic. Ani izby zamiatać, ani na polepie palić, a skoro słonko dobrze już wysoko, to
mi kożuszek zawdziewają, w postoły nogi
obuwam, chleba ze serem dadzą mi matusia do garści i pędzą z domu: ,,Idź na
łąkę." To i łażę, gdzie oczy niosą, wszędy
mnie pełno. Ani stary Mikołaj, choć pono
ma sto lat beze dwóch, nie zna tak Ojcowskich skał jako ja. Gdzie jamka, gdzie
nora, abo jaka większa jaskinia, wszystkiem spatrzył, znam każdą. Wszędy trafię,
na każdym szczycie dziesięć razy byłem;
choćbyście mi oczy zawiązali, i zawiedli
do najgłębszej dziury, od razu się opamiętam, i tak się pięknie wrócę do domu, jako
nie przymierzając z tej łąki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ehe, to dlatego tak cię trudno we
wsi napotkać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie boisz się strachów?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do wczorajszam się nie bał...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadajże, gadaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wczoraj, jako że była niedziela,
poszli ojcowie na nabożeństwo do Skały;
mnie nie wzięli, bo za daleko. Zmówiłem
se przed krzyżem na krakowskiej drodze
trzy pacierze, pocałowałem ziemię i walę
prosto ku przesmykowi, między <wyroznienie>Basztą</wyroznienie>
a <wyroznienie>Psem</wyroznienie>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakim Psem znowu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A o! --- I Waluś wskazał palcem
na złom, najwyraźniej psią głowę przypominający. --- Idę, idę pod górę, oglądam
się w tę i ową stronę, rzucam okiem w
lewo... ażem przystanął... Szczelina szeroka, a ja o niej nie wiem? Czy się w
nocy skała rozpękła, czy głaz jaki, co tę
skałę zasłaniał, stoczył się w dolinę? Nie
może to być, żebym ja taką jamę prześlepił. Trzeba zajrzeć. Włażę ci powoluśku,
bo się boję, coby mnie jaka żmija nie
ujadła, alibo niedźwiadek... włażę, krzesam ognia, zaświeciłem trzaseczkę i rozglądam się po wszystkich kątach. Wcale
to obszerna pieczara; i górą, i na boku
przestronna, od sklepienia zwieszają się
skrzepnięte sople, ano dobrze. Na środku
kamień czworogranny, taki na przykład,
jakby mnie do pasa; na nim drugi, płaściutki, a dosyć szeroki; nie co inszego,
prawiutenieczko stół. Hoho... ktoś tu mieszkał... ale kto i kiedy? Chyba dawno.
Parę brył z grubsza ociosanych leży pod
ścianą; siadywali na nich ludzie, tak się
zda. Przy drugiej ścianie wysoka kupa
jakiejsi butwielizny, czy zeschłego błota;
nic się nie da rozeznać, ino dużo tego.
Może to były mchy i liście, może człek
jakiś sypiał na tym?... Dobrze, com se
przysposobił smolnych trzasek, bo mi
pierwsze łuczywo zgasło. Idę dalej, macam ścianę, jakieś wgłębienie, na podobieństwo półki, albo skrzynki; przyświecam... Pietrek zaraz powie, że nieprawda... <begin id="b1406446749057-3701195367"/><motyw id="m1406446749057-3701195367">Historia</motyw>Młotek z kamienia urobiony cale
jak należy, wedle młotka siekiera.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co, kamienna?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakże; i żebyś wiedział, że ostra.
Dalej kościany patyczek zastrugany kolczato, a po drugiej stronie spłaszczony,
i wywiercona w nim dziurka. Igła, czy co
takiego? Myślę se i dziwuję się strasznie.
Jeszcze ci ta było kilka wyostrzonych
kostek; może groty do strzał, albo insze
narzędzia. Idę dalej i upatruję pilno, zali
nie najdę czego jeszcze. Masz! Znowu
półka, a co na niej? Grzebień z kości wyrobiony, ale mogę powiedzieć, cale niezdarnie. Jakieś dziecko może ku zabawce
taki zrobiło. Ja bym zdolił dziesięć razy
lepiej. Krzywe toto było, chropate, do
niczego. A przy grzebieniu kamyczków
modrych i czerwonych garść, wszystkie
podziurawione przez środek. Jakby nitką
przewlókł, toby można zawiązać dziewusze na szyi, niby paciorki. Ani wątpienia
dziecko się tam bawiło<pa><slowo_obce>Grzebień z kości wyrobiony (...) Ani wątpienia dziecko się tam bawiło</slowo_obce> --- dawno, dawno, tysiące lat temu, w czasach, które się nazywają <wyroznienie>przedhistoryczne</wyroznienie>, ludzie nie umieli budować sobie mieszkań, nie mieli narzędzi do pracy tak doskonałych, jak my posiadamy; nie umieli dobywać
z ziemi rudy żelaznej ani wytapiać z niej tego
najpożyteczniejszego metalu. Naczynia i sprzęty,
które sobie nieudolnie sporządzali, były tylko
z krzemienia lub z kości. Odziewali się w skóry
zwierząt, które upolowali z narażeniem własnego życia. Mieszkali w pieczarach i jaskiniach.
Jeszcze nieraz o ten nędzny przytułek musieli walczyć z niedźwiedziami. Czasy te odległe, przedhistoryczne, o których dowiadujemy się z wykopalisk, nazywają się <wyroznienie>epoką kamienną</wyroznienie>.</pa>.<end id="e1406446749057-3701195367"/> Jeszcze w jednym kącie nie byłem, idę ostrożnie, bo
łuczywo nikło się świeci, aż tu nagle jak
nie gruchnie, jak nie huknie... ze wszystkich gór echo poleciało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, aha, w południe to było?
Słyszałem i ja --- rzekł Jasiek --- ino
myślałem, że grzmi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przeląkłem się tak --- ciągnął
Walek dalej --- aż mi serce stanęło; ścierpłem tak, jakby mnie lodem obłożył. Nie
mogłem się ruszyć, bałem się oddychnąć.
Czekam, czekam... zali gdzie spod ziemi
jaki olbrzym nie wylezie, albo z góry smok
nie wyskoczy, nic... cicho. Za jakiś czas,
może długi, może krótki, ośmieliłem się
kapkę, ruszam głową, nasłuchuję, patrzę,
nic strasznego nie ma. Tedy myślę sobie:
,,Uciekaj, pókiś cały, bo jak łupnie drugi
raz, to nie będzie żartów". Chcę wyjść
na świat, a tu otwór przeokrutne kamienie zawaliły.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha! To z tego tak łomot był?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści z tego. Spokojnie ci się gada,
ale jak mnie było, miarkuj sobie. Macam,
szukam, zrazu ani tej szczeliny znaleźć
nie mogę... Aż mi włosy dębem stanęły.
Wreszciem jej się domacał, a co mi z
tego? Szturcham, wypycham, pięściami
walę one kamieniska, rety... żaden ani
drgnie. Co to będzie, jeżeli nie najdę ratunku! Tak mi się widziało, żem cały
tydzień w tej ciemności trwał, a może nie
było ani godziny. O Jezus... Jezus... jak mi
też to straszno było! I tu próbuję, i tego
się chytam, --- wreszcie wylazłem po tych
uśtyrmanych głazach aż do samej góry.
Szczęście, że u wierzchu mniejsze ino kamyki otwór zasłaniały; pchnąłem jeden,
drugi, dziesiąty, wyścibiłem głowę na
Boży świat, wysunąłem jedną rękę, macam, czepiam się, gramolę się, no i wylazłem. Ale mię cosi w plecy buchło, jakby
żelazną pięścią, spadłem z tego wierzchu
na ziemię. Anioł Stróż ręce podstawił,
bom się mało co potłukł. Oho ho, żeby mi
ta nowy pasik guziczkami nabijany kto
obiecował, już tam drugi raz nie zajrzę.
Co zaklęte, to zaklęte; zwyczajnym ludziom nic do tego. Już mnie ta na wieki
amen nauczyło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oj Waluś, Waluś, wiesz ty, coć
rzekę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A wiem. Dogryzał mi będzie po
swojemu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchaj, wszystko ci składnie wytłomaczę. Chodziłeś po słońcu w kożuchu,
a przygrzewa setnie. Od krakowskiego
krzyża do tych twoich <wyroznienie>baszt</wyroznienie> kawał niemały. Mocniejszy by miał dosyć, a nie dopiero taki chruściel jak ty. Wlazłeś do
jamy, zasnąłeś, i wszystkie te dziury śniły
ci się pewnikiem. Dopiero gruchot kamieni cię zbudził.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Matko Boska święta... a cóż się to
dzieje! --- zawołał Walek niemal z płaczem --- wiecznie mi się ino ma śnić
wszystko? Wczoraj tatuś i matusia swarzyli, że mi się Bóg wie co zwiduje, dziś
Pietrek wpiera we mnie jakieś sny; już
nikomu nic nie opowiem, choćby same
gwiazdy z nieba do mnie gadały. Bywajcie zdrowi; pójdę sobie między skały, tam
moje królowanie.</akap_dialog>


<akap>Pietrek z Wickiem zostali przy krowach, Wojtek i Jasiek pobiegli za Walkiem.</akap>


<akap_dialog>--- Widzisz, jakiś ty --- rzekł Jasiek,
przytrzymując go za rękę --- myśmy ci
marnego słowa nie rzekli; opowiadałeś
pięknie, tośmy cię słuchali i przed Pietrkiem bronili; czegożeś zły na nas?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A o cóż to matusi poszło? --- spytał
Wojtek rozciekawiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Poszło, to poszło. Nic nie powiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzisz, a ja ci chciałem przedziwny kamień podarować. Mam go w chałupie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kamień? --- Waluś przystanął,
spojrzał na Wojtka i przygryzł wargi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A juści, pewnoś takiego jak życie
nie widział.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biały, niczym śnieg, i tak sam
właśnie migotliwy, kieby śnieg, co świeżo
spadnie, a mróz go zetnie. Cały jakby urobiony w jakiesi słupki czubate a złotych
kapek na nim, jakby kto kropidłem
bryznął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Złotych kapek?.... kropidłem?...
Prawdę gadasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak prawdę, jak tu przed tobą
stoję. No, mójeś ty<pe><slowo_obce>mójeś ty</slowo_obce> (gw.) --- mój kochany, mój drogi.</pe>, opowiedz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nikomu nie powtórzycie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech Pan Bóg broni! Ani człowiekowi, ani zwierzowi, ani niebu, ani ziemi,
ani wodzie, ani ogniowi! --- zawołali jednym głosem Wojtek i Jasiek, podnosząc
ręce w górę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo to widzicie nic wielkiego; ino
matusia kazali milczeć, bo się ludzie ze
mnie wyśmieją, jak się dowiedzą, a ja tego
strasznie znieść nie mogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiedyśmy się tak ciężko zaklinali,
to się już nie bój, gadaj śmiele.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiecie, ja sam już nie mogę się
połapać; może naprawdę śniło mi się to
wszystko, albo zwidywało...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No co? Powiadajże!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przedwczorajszej nocy, kazali mi
matusia wcześnie iść spać za piec, bo to
właśnie przy sobocie statki mieli szorować i sieczki prosiakom narznąć na niedzielę, czyste wdzianie sobie, tatusiowi
i mnie przystroić, jednem słowem chcieli
mieć spokojną głowę. Zarozieńki<pe><slowo_obce>zarozieńki</slowo_obce> (gw.) --- zaraz prędko, bardzo szybko, natychmiast.</pe> usnąłem
twardo, bom się strasznie nabiegał przez
cały dzień po górach. Śpię, śpię, aż tu mi
się zda, że drzwi do sieni skrzypły. Cóż
tam takiego? --- myślę sobie --- jeszcze się nie
pokładli? Wszakże to musi być po północy od świętej pamięci; naspałem się, aż
hej. Słyszę, ktoś chodzi po izbie, ktoś cicho
gada... otwarłem oczy, jeszcze bardziej
się dziwuję. Kaganek zaświecony, na
ławie za stołem człek siedzi...; pierwszy
raz w życiu go widzę; włosy ma czarne,
ponad brwiami przystrzyżone, wąsy tęgie.
Matusia biały ręczniki zaścielają, dzbanek
z mlekiem przed onym postawili, garnuszek polewany, chleb, nóż, a sami pokornie na stronie przy piecu stanęli. Ukroił
sobie dużą skibkę, pił mleko, a chlebem
pogryzał, widno był głodny okrutnie, bo
kilka razy dolewał ze dzbanka. Na to
wszystko tatuś wchodzą z pola. Pochylili
się ku onemu i coś mu rzekli niegłośno.
Inom jedno słowo dosłyszał: ,,bezpieczno"
więcej nic. Kiedy się już ówten człowiek
pożywił, wstał z ławy i zaczął coś gadać
z tatusiem po cichu, a jam sobie oburącz
gębę zatkał, aby nie wrzasnąć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo co? --- spytali zaciekawieni
chłopcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo z twarzy dobrze starszy był od
tatusia, a na wysokość... niczem ty, alibo
ja. No, nie chcę zmyślać, może krzynę
wyższy. Tatuś bez pół się zginali, jak
gadali do onego. Odziany był ten człek w
kożuch dostatni i barankową czapę. Jak
se dziś rozważam, to przecie musiał być
sen; bo powiedzcież sami: człeczyna niepozorny, w kożuchu, ot, może nawet nie
wolny kmieć, ino jaki łazęga, a gdy się
żegnał i miał odchodzić, oboje rodziciele
do nóg mu padli, a po kolanach całowali.
Matusi to tak łzy ciekły z oczu, jak woda.
Nie, nie, to nie mogło być co inszego,
tylko sen.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A potem co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Potem coś rzeknął na odchodnym,
tatuś wybiegli za nim, i znowu takie słowa
mię doleciały: ,,wszyscy, cała wieś murem osłoni". Matusia zagasili kaganek,
pokładli kiecki na ławie i poszli spać.
A mnie czegoś straszno się zrobiło; nakryłem się z głową, zatuliłem oczy pięściami i sam nie wiem kiedy usnąłem. Nie
słyszałem, żeby tatuś wracali. Rano, inom
się umył i przyodział, wołają do śniadania.
Piję mleko, poglądam na rodzicieli, tak
spokojno rozmawiają, jakby się nic dziwnego nie stało. Nie mogłem zmilczeć
i pytam: ,,Tatusiu, a czego chciał od was
ten mały człeczek?" Matusia podskoczyli
na ławie i znów usiedli, a tatuś popatrzyli
na mnie bystro i powiadają: ,,Hę? Jaki
człeczek?" ,,A ten, co tu był w nocy, wieczerzał i gadał z wami". Nic mi tatuś nie
odpowiedzieli, ino mi pomacali czoło ręką.
,,Matka, zobacz no, chłopak ma głowę rozpaloną, widzi mi się. Gada trzy po trzy,
trudno go wyrozumieć". A ja swoje: ,,Nie
trzy po trzy tatusiu, ino ktoś tu był w
nocy w izbie. Kożuch miał długi, siwą czapę,
co wam gadał będę, kiedy dobrze wiecie,
że prawda". ,,Ano darmo" --- rzeką tatuś zasmuconym głosem --- ,,słabe dziecko i tyla."
Tedy mnie wzięli oglądać oboje, wymacali mi czoło, szyję, plecy, w porządku,
kiwali głową, że to pewno zimnica będzie;
na koniec matusia mówią: ,,Ha, mieliśmy
cię wziąć do kościoła, musisz ostać w domu. Anibyś pół drogi nie zaszedł, kiedyś
chory". ,,Zdrowem jak ta rybka, matusiu"
--- wrzeszczę --- ,,zajdę trzy razy do Skały
i trzy razy się wrócę!" ,,Nie, takie zwidywanie, takie mamidła nocne, to znak na
ciężką chorobę. Siedź w domu, dziecko, a
zmów pacierz, coby ci Pan Jezus przywrócił zdrowie." ,,Ależ matusiu!" ,,Aha,
jeszcze jedno; o tym jakimś małym
człeczku, o tym mleku we dzbanku, o tym,
żeś nas gadających w nocy widział, ani
piśnij nikomu, pamiętaj! Niech no by się
Kłoskowa dowiedziała, to obniesie po całym Ojcowie, że za jakieś tam ciężkie
grzechy Pan Jezus nas pokarał i dziecku
rozum odebrał. Milcz, jeśli nie chcesz naszego wstydu". Poszli na nabożeństwo, a
ja ku moim skałom. W onej norze znowu
te majaki, te kamienne siekiery, kościane
igły, Bóg wie co. Pietrek szydzi, że mi się
to śniło. Słuchajcie chłopcy... może ja
naprawdę pomylony? --- I rozpłakał się
rzewnie.</akap_dialog>


<akap>Chłopcy spojrzeli nań z zakłopotaniem.</akap>


<akap_dialog>--- Może ono tak, może ono nie; czekaj jutra --- rzekł przezorny Jasiek. ---
Gdybyś miał w sobie chorość jaką tajemną i zmysły popsute, to niebawem lada
chwila znów ci się co ubzdura, jakaś cudaczna przygoda. Jak się to dziś abo
jutro nie stanie, to znaczy, żeś zdrów. Pójdziemy już, pora nam do bydła.</akap_dialog>


<akap>Odeszli szepcząc między sobą i ruszając ramionami.</akap>


<akap>Waluś otarł oczy i na pociechę pobiegł
między skały. Wdrapał się na szczyt onej
<wyroznienie>Psiej Głowy</wyroznienie>, usiadł sobie właśnie na
samym łbie i zatrzymał wzrok aż tam daleko, gdzie niebo ku ziemi się zniża.</akap>


<akap_dialog>--- Dzień dobry, parobeczku! --- powitał go ktoś znienacka. Szczęście że
<wyroznienie>Psia Głowa</wyroznienie> wielka była, jak niejedna
chałupa, to i spaść z niej nie tak łatwo.
Walek obejrzał się niechętnie: że też mu
tutaj nawet spokoju nie dadzą. Obcy człowiek nie po wiejsku odziany, o twarzy
śniadej, stał tuż przy nim.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dzień dobry! --- powtórzył grzecznie. --- Nie boisz się łazić po takich
sztyrmach? Dojrzałem cię z daleka i spieszno przychodzę sprowadzić cię z tej
skały.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idźcie z Bogiem, panie --- odpowiedział Walek, śmiejąc się. --- Nijakich gór,
nijakich skał się nie boję. Skały mnie znają
i ja je znam wszystkie, co do jednego zakamarka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taaak? --- zadziwił się nieznajomy
i badawczo, bystro przyjrzał się dziecku.
Ileż ci to lat pacholiku, żeś taki wyznany
i doświadczony?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dużo; dwanaście.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani dziesięciu bym ci nie dał. Dobrze to, że się umiesz drapać po skałach;
ale nie ino strome urwiska są człeku groźne. Ja słyszałem, że w tych wąwozach
zbóje siedzą. --- Mówiąc to, nieznajomy
rozejrzał się, czy nikogo nie ma w pobliżu.</akap_dialog>


<akap>Walek popatrzał nań spod oka.</akap>


<akap_dialog>--- O Matko święta... znowu mi się coś
przywiduje!... --- przemknęło mu przez głowę. --- Niesamowity jakiś człowiek... wyskoczył jak spod ziemi, i mowę ma dziwną, niby po naszemu gada, a przecie inaczej. Przepowiadał mi Jasiek przygodę....
jest przygoda!</akap_dialog>


<akap>Podsunął się ku podróżnemu i nieznacznie pomacał jego odzienie. --- Żywy...
prawdziwy... stoi przede mną...</akap>


<akap_dialog>--- Mówiono mi w okolicy --- prawił
dalej nieznajomy --- że w Ojcowie na pewne... zbójcy się kryją.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To chyba od dzisiejszego ranka! ---
przerwał mu Walek, śmiejąc się drwiąco.
--- Wczoraj ich jeszcze nie było; a czego by tu szukali? Dy we wsi sami biedni
ludzie mieszkają. Co ta ostało po Tatarach, to czeskiego starosty sługi zabierają.
Toć krwawymi łzami ludzie płaczą na one
czeskie łupiestwa.</akap_dialog>


<akap>W oczach nieznajomego błysnęła jakaś złowroga iskra; ale natychmiast się
uśmiechnął i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Takiś mały, a gadasz jak stary.
Skądże wiesz to wszystko? Tatuś tak powiedzieli? Hm hm... --- odchrząknął nieznajomy. --- A jak ci na imię parobeczku?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Walek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A na przezwisko?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niby po tatusiu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jest; jak was we wsi zowią?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dąbki się nazywamy. Czterech
braci tatusiowych gospodarzami jest w
Ojcowie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha. Więc ciężkie panowanie czeskiego króla powiadasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A juści. Mieliśmy cztery krowy
i owiec dziesięć, gęsi, kur, niemało.
Wszystkośmy za Pana Jezusową łaską
przed Tatarami ukryli. Z całej wsi dobytek schowali gospodarze po jaskiniach. Ale
przed czeskimi wilkami to ani pod ziemią
się nie skryjesz. Toli w przeszłym tygodniu zabrali każdemu gospodarzowi po jednej krowie. Na jakieś tam podatki. Ino
temu nie wzięli, kto nie miał. To ci dopiera prawe zbóje! Może wy o tych łotrach gadacie, panie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mądrze mówisz, parobeczku, jakbyś z księgi czytał. Nie na wasze domy,
ani na wasze krowy łakomią się zbójcy,
ino na przejezdnych kupców bogatych, na
polskie i czeskie pany, co tędy krakowskim gościńcem gęsto jeżdżą. Spomiędzy
skał wypadają opryszkowie i odzierają ich
z mienia, zabierają tłomoki, skrzynie, jeszcze Bogu trzeba dziękować, jeśli z życiem
puszczą. Mnie tu właśnie sąd ławniczy
przysłał na ukrócenie tych rabunków.
Taki zwinny, roztropny chłopak jak ty,
mógłby mieć piękny zarobek, gdyby choć
jednego wypatrzył... i mnie o tym powiadomił. Jakbyś mi na ten przykład o czym
takim doniósł, dałbym ci duży biały pieniądz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A mnie co po białym pieniądzu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rodzicielowi oddasz. Przy gospodarstwie zawsze czegoś brak, dobrze
mieć grosz na potrzeby.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, gadacie panie, jak ten wiatr
wieje. Ktoś wam bajek naplótł gwoli postrachu, a wy wierzycie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie bajki, nie; ja nawet wiem, jak
herszt onych złoczyńców wygląda. Srogi
to zbrodzień; ani dziecku, ani niewieście
nie pofolguje, nóż jego ze krwi nie obsycha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O rety... skoro go znacie, łacno
wam go pojmać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trzy dni temu na własne oczy go
widziałem i umknął mi... właśnie w te strony. Przysiągłbym, że tutaj gdzieś blisko
się kryje. Gdybyś go wytropił, wszak powiadasz, że ci każda jama znana? Gdybyś go wytropił, a dał znać na gród do
Skały, tobyś za to dostał nie srebrny pieniądz, ale śliczny, złociuśki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie dla nagrody panie, ino gwoli
ustrzeżenia ludzisków od takowego mordercy, przyrzekam wam, że go szukać
będę; i jeśli tylko siedzi gdzie w tych skałach, najdę go, ani chybi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino musisz tajemnie się sprawiać;
nikomu nie wspominaj ani o mnie, ani o
tym, com ci wyjawił. Źli ludzie wszędy
się trafiają; może on we wsi ma wspólników... niechby się który dowiedział, że go
szukają, zaraz by go powiadomił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I to może być. Aha, obiecuję, a
sam nie wiem co. Po czymże poznam tego
człowieka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bardzo łacno; nie co dzień się takiego widuje: twarz ma jak na zbrodniarza cale przyjemną; włosy krucze, równo
z brwiami przystrzyżone, wąsy bujne,
szczupły a mały wzrostem, niczym
dziecko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jezus Maryja! --- wrzasnął Walek
nieludzkim głosem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co! Może go znasz? Możeś go już
widział? --- chwytając chłopca za obie
ręce, skwapliwie pytał podróżny.</akap_dialog>


<akap>Dziecko blade było jak chusta i drżało
na całym ciele.</akap>


<akap_dialog>--- Gadaj! Znasz tego człowieka? ---
ostro krzyknął obcy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nnnie... ni... nigdym go nie wi...
widział...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino co? Nie kłam! Ty coś wiesz
o nim!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O rety... nie wiem nic... ino... ino
się boję... boję się, coby mnie nie zarznął!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Głupiś. Choćbyś nawet z nimi rozmawiał, ani mu do głowy nie przyjdzie,
żeś mu wróg. Właśnie do takiej roboty
dziecku najskładniej. Szukaj śmiele, upatruj, a złoty grosik twój. Pytaj na grodzie
o rycerza Wrzecisława ze Żlebu. A cobyś
wiedział, że moje słowo święte, masz tu
srebrniaka na zadatek. Dotrzymasz obietnicy, nie pożałujesz.</akap_dialog>


<akap>Nieznajomy zawrócił się i schodził na
dół stromą ścieżką powoli, ostrożnie, patrząc pod nogi. Szkoda, że się nie mógł
obejrzeć, byłby zobaczył coś bardzo dziwnego: Waluś rozkrzyżował ręce, padł
twarzą do ziemi i wybuchnął tak gwałtownym płaczem, aż nim coś rzucało i szarpało. Płakał, płakał, wreszcie zesłabł,
ucichł i leżał, jakby omdlały.</akap>


<akap>Minęła godzina, chłopiec dźwignął się
leniwie, spojrzał przed się, jak ktoś, co ze
snu zbudzony --- nie rozumie na razie, gdzie
się znajduje. Przetarł zapuchnięte oczy
i usiadł na powrót na skale.</akap>


<akap_dialog>--- Skłamali matusia... O rany Boskie
krwawiące... skłamali tatuś! Ze zbójami
tatuś trzymają! --- Nie, nie... obłąkaniec ja...
głupi...; ady oboje powiedzieli, żem słaby.
To chorość takie breweryje wyprawia we
mnie. Ten człowiek, co tu był, i każde jego
słowo, to ino takie zwidy.... pokusa... nagabywanie dyjabelskie. Gadali przecie
matusia, że zimnica zawdy się tak poczyna. Spałem ciężko... a jakże... spałem; nie ma się czego trapić. Lepiej do domu pójdę.
Oj będą też swarzyć..... pewno już obiadowali beze mnie.</akap_dialog>


<akap>Wstał, podniósł z ziemi czapkę, coś
z niej wypadło i potoczyło się po kamieniach.</akap>


<akap>Waluś chwycił się z krzykiem za
głowę.</akap>


<akap_dialog>--- Jezus przenajświętszy!... Nie obłąkanym ja... nie śniło mi się... Biały pieniądz!... O rety... nie mogę szukać zbója!</akap_dialog>




<naglowek_rozdzial>Rozdział trzeci.
Biedny Waluś</naglowek_rozdzial>




<akap>Upłynął tydzień. Waluś zazwyczaj
blady i słabowity, zmizerniał przez te
kilka dni jeszcze bardziej; litość brała patrzeć na dziecko. Ani go przyniewolić do
jadła, ani go czym uweselić; pił tylko mleko czasem i wody raz po raz, jakby go coś
wewnątrz ogniem paliło. I do swoich
skał ukochanych ani razu nie poszedł. Leżał w sadzie na trawie całymi godzinami;
ojca unikał, a gdy musiał mówić do niego,
to spuszczał głowę i patrzył w ziemię, jak
winowajca.</akap>


<akap>Dąbek martwił się tą chorobą syna,
ale zapracowany od świtu do nocy, nie
miał czasu myśleć o niej. Matka za to
widziała, co się dzieje i pełne zgryzoty
miała serce. To serce matczyne zrozumiało od razu, że nie zimnica dziecko zabija, ale jakaś ciężka męka duszy, którą
ono podźwignąć za słabe. Rozpytywała
go, pieściła, tuliła, nie odpowiadał nic.
Czasem patrzył tylko na nią żałośliwym
wzrokiem, jak biedne zranione zwierzątko,
i uciekał do sadu.</akap>


<akap>Wieść o kanonizacji św. Stanisława
rozeszła się już była po całym kraju: do
grobu tego nowego patrona ślubowała
sobie Dąbkowa pielgrzymkę, jeśli jej synka
jedynego uratuje od śmierci.</akap>


<akap>Pewnego dnia Waluś wyjątkowo nie
był w sadzie, stał za chałupą przy płocie
i strugał żerdki do grochu; matka umyślnie wyszukała dlań robotę, żeby go wyrwać z ponurego odrętwienia, w jakim
trwał ciągle. Strugał powoli, od czasu do
czasu podnosił oczy i słał zlęknione spojrzenia ku ,,Klęczącej królewnie", skamieniałej w modlitwie, co taka bieluśka widniała z daleka na tle szafirowego nieba.</akap>


<akap_dialog>--- Ino bacz pilno, by cię kto nie ślakował<pe><slowo_obce>ślakować</slowo_obce> (gw.) --- śledzić.</pe>... --- usłyszał przyciszony głos
matki. Podsunął się ostrożnie i spojrzał ku
wrotom. Ojciec wychodził z domu; trzymał w prawej ręce sporą więź suszonych
ziół, a te zioła... osłaniały gliniane dwojaki związane w szmatę, z których unosiła się biaława para.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jezu miłosierny... strawę onemu<pe><slowo_obce>on, onemu</slowo_obce> (daw.) --- ten, temu; tu: tamtemu, tj. ukrywającemu się człowiekowi.</pe> 
niosą!... --- pomyślał Waluś. Upuścił nożyk i tyczkę na ziemię, rozchylił chruściany płot i wymknął się z zagrody.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę wiedzieć.... muszę na własne oczy widzieć, do kogo tatuś idą.
Może... ach tak, pewno pod las, do Bartoski. Zawdy się nad staruchą litują. Matusia uwarzyli co do smaku, a tatuś jak
raz w tamtej stronie orzą. Co tu rozważać po próżnicy... do Bartoski idą. A skrycie dlatego... coby... juści dlatego, coby się
nie chlubić przed ludźmi. Będę patrzył
z dala, aby się ino przekonać.</akap_dialog>


<akap>Niestety, nie do lepianki starej kumy
zwrócił się Dąbek z dwojakami; szedł
prosto ku rzece. Skracał sobie drogę miedzami, a rozglądał się na wsze strony,
prawdziwie jak ktoś, co ma bardzo nieczyste sumienie.</akap>


<akap>Walusia ani widać nie było; przemykał się równoległą ścieżką pod wierzbami. Ojciec przebrodził rzekę i skierował się między skały, syn przebiegł po
kamykach na drugi brzeg, i gdzieś się
nagle podział.</akap>


<akap>Przysiadł skurczony za kupą głazów
i upatrywał z bijącem sercem. Zapomniał
na chwilę, kogo śledzi i o co posądza,
czaił się, czekał, jak myśliwy na zwierzynę.</akap>


<akap_dialog>--- Aha... prosto do <wyroznienie>Komnaty</wyroznienie> idą.
Może zdolę uwidzieć onego przeklętnika.</akap_dialog>


<akap>Zezuł postoły<pe><slowo_obce>zezuć postoły</slowo_obce> --- zdjąć buty.</pe>, schował je pod krzakiem i bez szmeru, bez szelestu, skradał
się bosymi nóżkami do rozpadliny wąskiej
a długiej, gęsto malinami zarosłej. Pod
osłoną splątanych pędów szedł zgięty
we dwoje, czasem pełzał na czworaku, a
ostre kolce drapały go po szyi, po rękach,
po nogach.</akap>


<akap>Ojciec wsunął się w szczelinę skalną,
syn wśliznął się za nim. Łatwo przyszło
Walkowi skryć się, gdyż korytarz, w którym się obaj znajdowali, ciemny był zupełnie, a tak bardzo ciasny, że dorosły
człowiek ostrożnie musiał stąpać i uważać, by nie uderzyć głową o sterczące z
obu stron głazy. Nie mógł się Dąbek odwracać, toteż Waluś prawie tuż za nim
stąpał. Uszli z pięćdziesiąt kroków, korytarz rozgałęział się na dwie strony. Dąbek
poszedł na lewo.</akap>


<akap_dialog>--- Znają tatuś dobrze drogę --- pomyślał chłopiec i skręcił także w lewo.</akap_dialog>


<akap>Teraz już zwolnił kroku, bo ścieżka
stawała się coraz szersza i widniejsza;
weszli do obszernej groty, mrocznej wprawdzie, ale przez szczelinę z boku nieco
rozjaśnionej. Od sklepienia zwieszały się
stalaktyty, czyli skamieniałe sople wapienne. Jaskinia była pusta. Dąbek szedł
dalej.</akap>


<akap_dialog>--- O Matko... --- szepnęło dziecko ---
nie ma tu nikogo... więc gdzie?</akap_dialog>


<akap>Poszli przez drugi jakiś krużganek, o
wiele krótszy od pierwszego; ojciec bez
wahania spieszył do wielkiego otworu
w skale, przez który widać było przeciwległe urwisko i kawałek błękitnego nieba.</akap>


<akap_dialog>--- Toć przepaść niezmierna... skała
gładka jak ściana; może tatuś nie wiedzą,
wychylą się i spadną... Jezus! zatrzymam
ich!</akap_dialog>


<akap>Nie dbając już, czy go ojciec dostrzeże, biegł za nim ku owemu oknu w
skale. Nagle stanął jak wryty. Dąbek
sięgnął ręką poza otwór, przyciągnął ku
sobie grubą linę poczwórnie skręconą, a
gdzieś na szczycie góry do starego drzewa
jakiego zapewne silnie przymocowaną;
były na niej co parę stóp węzły, jakoby
szczeble u drabiny. Objął ją rękoma i nogami, szmatę z dwojakami chwycił w
zęby i śmiało zaczął się spuszczać na dół.</akap>


<akap><begin id="b1404999616931-3960342281"/><motyw id="m1404999616931-3960342281">Ojciec</motyw>Teraz dopiero wróciła przytomność
Walusiowi; cała szkaradna prawda stanęła
mu wyraźnie przed oczyma: ojciec --- przyjacielem rozbójnika, opiekunem i żywicielem zbrodniarza!... Ten tatuś kochany,
dobry, co nigdy nie bił matusi, jak inni
gospodarze swoje kobiety biją; nigdy się
z nią nawet nie kłócił; ani też jemu, Walusiowi złego słowa nie powiedział, co
z taką świętą ochotą pracował w pocie
czoła, byle tylko zdobyć dla nich dolę
spokojną... Ten tatuś z duszy, serca umiłowany, pokornym sługą mordercy!<end id="e1404999616931-3960342281"/></akap>


<akap>Zawrócił ku wyjściu, i biegł potykając się, uderzając sobą o skaliste ściany
ciemnego krużganka, byle uciec czym prędzej, jak najdalej od strasznego miejsca.</akap>


<akap>Wyszedł na świeże powietrze, wyprostował się i odetchnął głęboko. Coś
się w nim odmieniło w ciągu tej jednej
godziny. Jakaś zawziętość twarda rozsiadła mu się w sercu, ani mu się już na
płacz nie zbierało. Postanowił zrzucić z
siebie to ciężkie brzemię, pod którym upadał. Postanowił stanąć oko w oko z ojcem i powiedzieć mu wszystko. Albo go
zdoła powstrzymać od tej zbrodniczej
przyjaźni, albo nie uda mu się, wtedy cichaczem w nocy ucieknie na kraj świata.</akap>


<akap>Ledwie zeszedł ze wzgórza nad rzekę,
nowe czekało go przerażenie: rycerz
Wrzecisław ze Żlebu stał oparty o drzewo i patrzył w tę stronę, jakby właśnie na
niego wyczekiwał. Umknąć sprzed tych
oczu było niepodobieństwem.</akap>


<akap_dialog>--- Parobeczku, a gdzież to bywasz?
Codziennie cię na darmo upatruję po różnych zakątach --- rzekł i poklepał chłopca
po ramieniu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trza go stąd zabrać co duchu ---
pomyślał Waluś --- gotów tatusia zobaczyć w powrotnej drodze i paść na jakie
domysły.</akap_dialog>


<akap>Taki się czuł duży, mocny, spokojny,
że ani się zmieszał, ani oczu nie spuścił,
całkiem swobodnie odpowiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Słabowałem, panie, przez tydzień;
zimno mnie trzęsło. Dziś pierwszy raz
polazłem w góry, naszej zguby szukać.
Spatrzyłem wszystkie jamy, ani śladu
żywego człowieka. Za to wyraźnie znaki
widziałem, jako tędy niedaleczko niedźwiedzie przechodziły. Pewnikiem w
której dziurze mieszkają. Umykajmy oba.
Ja siły nijakiej nie mam, a wy bez oszczepu, jakoż pójdziecie na zwierza z gołymi
rękoma? Lepiej zejdźmy im z drogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziwno, żeś się uchował! --- rozśmiał się rycerz. --- Małe lata, a duży rozum. Słuchaj no, co ja to chciałem rzec...
u was we wsi nic nowego? Ludziska nie
gadają ze sobą w skrytości? Nie schodzą
się gospodarze na narady po chałupach?
Obcych, po pańsku odzianych nie widujesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pomaluśku panie, pomaluśku, bo
nie spamiętam. Przyleciały wczoraj do
matusi cztery gospodynie i w okrutnej
<wyroznienie>skrytości</wyroznienie> radziły się co robić z Kioskową, bo mleko krowom odjęła. A stryjkowie zeszli się któregoś dnia u nas, jako
i Bartek Naroczny i prosili tatusia o ziarno
na siew.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Matoł z ciebie; a ja mniemałem,
żeś mądry.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mądrym, panie, bo się nic przede mną nie skryje. Obcy ludzie są w Ojcowie, a jakże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadaj, kto i gdzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino nie z pańska odziani, a w połatanych łachach. Mieszkają kawałek za
wsią, w szatrach: Cyganie są, co kowalstwem się trudnią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bywaj zdrów. Żebyś mi jutro patrzył po tamtych skałach; pamiętaj.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie lękajcie się, panie. Jeśli ja onego
nie wytropię, to nikt.</akap_dialog>


<akap>Popatrzał jeszcze za odchodzącym, a
gdy ujrzał, że zawraca na gościniec ku
Skale, pobiegł i on pędem do chałupy.</akap>


<akap>Drzwi były otwarte, stanął w progu.
Matka klęczała przed krzyżykiem zawieszonym na ścianie i modliła się głośno;
kończyła właśnie gdy wchodził.</akap>


<akap_dialog>---............ dobry koniec tej niedoli, o Chryste Jezu, zdrowie, długi żywot
i szczęsne panowanie. A mnie grzeszną
pociesz, Boże miłosierny, nie zabieraj mi
Walusia. Amen.</akap_dialog>


<akap>Obejrzała się i powstała z klęczek.</akap>


<akap_dialog>--- Szukałam cię w sadzie, synku;
gdzieżeś chodził?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do skał. Ojciec nie wrócili jeszcze? --- spytał nawzajem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż tak dorosło gadasz? Tatuś orzą
pod lasem, pewnikiem nie przyjdą, aż na
wieczerzę.</akap_dialog>


<akap>Ugięły się nogi pod chłopcem, opadł
na ławę. Chciał zmilczeć, doczekać się
ojca, lecz żal tak długo tłumiony buchnął
mu z ust potokiem słów.</akap>


<akap_dialog>--- O matusiu, matusiu, porzućcie to
niegodziwe kłamanie! Prosicie Pana Jezusa, coby mnie uzdrowił, jakoż was ma
wysłuchać, gdy w śmiertelnym grzechu
brodzicie po szyję!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziecko jedyne... co tobie? Ani
się gniewam za zuchwałość, boś słaby.</akap_dialog>


<akap>Zerwał się i pobiegł ku niej.</akap>


<akap_dialog>--- Nie, nie, ja nie z chorości gadam,
ino prawdę, świętą prawdę! Matusiu, usłuchajcie mnie! Zespólcie się ze mną, padnijmy oboje razem do nóg tatusiowi i nie
wstańmy potąd, póki go nie uprosimy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Syneczku najmilejszy, a o cóż go
będziemy prosić? Nie rozumiem twojej
mowy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozumiecie? Toć ów człek, co
tu był kiedyś w nocy, mieszka w jaskini
u przepaści i tatuś do niego chodzą. Nie
zapierajcie się, na własne oczy widziałem.
I wy możecie ścierpieć, aby to dłużej
trwało?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A cóż tobie wadzi, że ojciec z narażeniem własnego żywota oddał się w
służbę... onego człeka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Krwawa służba...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nie wiadomo; może wojny nie
będzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O czym wy gadacie, matusiu? Rabunek, mordowanie kupców i podróżnych
to u was wojna? Służba u zbójeckiego
herszta to... cześć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Waluś... na rany Boga, co bredzisz?
Kto cię bajkami omamił?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To nie bajki, to obmierzła prawda!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto ci gadał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Taki, co wie najlepiej, co zbójów
ścigać będzie i sądził.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak się zwie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie powiem.</akap_dialog>


<akap>W progu stanął gospodarz. Patrzył,
słuchał, nic nie rozumiał.</akap>


<akap_dialog>--- Matka... A tu co się dzieje?</akap_dialog>


<akap>Ale Dąbkowa miasto<pe><slowo_obce>miasto</slowo_obce> (tu daw.) --- zamiast.</pe> odpowiedzi porwała Walka za ramiona i rzuciła go silnie
pod stopy ojca.</akap>


<akap_dialog>--- Bij głową o ziemię! Całuj nogi tatusiowe! Błagaj, niech ci odpuści!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajże dziecku spokój... cóż takiego
nabroił?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Język mi kołem staje... wypowiedzieć trudno... Gada ano, żeś do zbójców
na służbę przystał, a najstarszemu z nich
jadło nosisz.</akap_dialog>


<akap>Dąbek zbladł. Zostawić synka w tym
okropnym błędzie, czy wyjawić tajemnicę?... Głos mu się rwał, gdy schylony
nad Walusiem mówił cicho:</akap>


<akap_dialog>--- Synaczku... ów człek, dla którego
co dzień nad przepaścią zawisam, dla którego dam się ochotnie na sztuki porąbać,
za którym na palca jego skinienie wszystek Ojców w ogień poleci... to nasz pan
umiłowany, zbawca swego ludu, Władysław Łokietek... polski król!</akap_dialog>


<akap>Długo trzeźwili Walusia oboje rodzice; zlewali mu głowę zimną wodą, nacierali czoło, potrząsali, zanim dobudzili się
w nim życia. Chłopiec wyczerpany tylodniowym udręczeniem, osłabiony i zmizerowany wstrętem do jadła, omdlał ciężko; matce się zdało, że już umarł. Wreszcie otworzył oczy; nie pamiętał, co zaszło,
nie wiedział o niczym, patrzył senno, nieprzytomnie. Dąbek położył palec na
ustach, bojąc się, by żona jakimś słowem,
jakimś radosnym krzykiem nie zaszkodziła dziecku.</akap>


<akap>Leżał wznak na łóżku i patrzał; powoli martwość schodziła z jego twarzy,
oczy utkwione w przeciwległą ścianę bezmyślnie, poruszyły się... zobaczył ojca.
Wzdrygnął się i przymknął powieki, a
dwie szkliste krople spłynęły mu po
licach.</akap>


<akap_dialog>--- Tatusiu... król?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści, synku. Miłościwy król Władysław.</akap_dialog>


<akap>Waluś obrócił się na boczek, poszukał
tatusiowej ręki, pocałował ją i przytrzymał.</akap>


<akap_dialog>--- Wybaczyliście?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani chcę nawet myśleć o tym! ---
odpowiedział ojciec. --- Cóżeś ty, biedne
dziecko, winne, że cię źli ludzie omamili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ten, co mi rozum pomieszał, aż
was śmiałem pomawiać o bezecne uczynki, zwie się rycerz Wrzecisław ze Żlebu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha. Któż by nastawał na wolność
i żywot naszego pana, jak nie czeskie psubraty. Dobrze co o nim wiemy. Widzisz
synku, żeś i ty usłużył uczciwej sprawie,
choć poniewolnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiedzcie mi jednę rzecz: jeśli
królem jest, czemu się tak nędznie odziewa i kryje po jamach?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do czasu musi tak czynić. Wprawdzie wola całego narodu polskiego na
tron go wzywa, jednakowo przemoc czeska cięży nad nami. Poobsadzał król Wacław grody i miasta swymi załogami,
wszelkie urzędy Czesi sprawują; zaś trzy
tatarskie napady wśród pięciudziesiąt lat<pe><slowo_obce>wśród pięciudziesiąt lat</slowo_obce> --- w ciągu pięćdziesięciu lat; najazdy mongolskie na Polskę miały miejsce w latach 1240--1241, 1259--1260 i 1287--88.</pe>
zniszczyły do cna nieszczęsną krainę. Nie ma ludzi do roboty, nie ma siły wygnać
precz narzuconego króla.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakimże prawem i kto go narzucił?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawem mocniejszego i przez knowania odwiecznych naszych wrogów. Zapamiętaj se, Waluś, i do śmierci wiedz o
tym, że co ino złego Polskę spotkało, każda niedola, każda klęska, wszystko, co
ino najgorsze, zawdy od jednej strony
idzie. Daj Panie Boże wszechmogący,
abym się mylił, ale czuje to serce moje,
że po wieki wieków tak będzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ej... Paweł --- wpadła mu w mowę
żona --- cóżeś taki nauczny i przemądrzały? Ani już będę śmiała gadać do
ciebie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Juści mi pojaśniało w głowie z łaski
najmiłościwszego Pana. Odkąd go cichcem z krakowskiej drogi ścieżkami do naszej wsi przeprowadziłem, zawierzył mi
posługę około swej osoby. Dozwala, a nawet przykazuje pozostawać przy sobie,
gdy narady z panami odbywa. To człek
słucha, słucha, dziwuje się, aż w końcu rozumie każde wypowiedziane słowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A gdzież te narady, tatusiu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tam, w dolnej pieczarze, na dnie
przepaści.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Po linie się pany spuszczają?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakoż inaczej? I to jeszcze po
ciemku, bo ino nocami się schodzą. Jeden
raz tylko raczył najmiłościwszy król trudzić się do górnej jaskini z moją pomocą,
a to było tego wieczora, gdy staruszek kanonik przybył tu od arcybiskupa z Gniezna. Słabowity to człek, nijakiej siły w rękach nie ma.</akap_dialog>


<akap>Dąbkowa pochyliła się nad łóżkem.</akap>


<akap_dialog>--- Jakoż ci jest, synku? Nie boli nic?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jużem zdrowy, matusiu... ino mi
się jeść chce okrutnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O raju... chleba z masłem ci przyniosę, zaczem<pe><slowo_obce>zaczem</slowo_obce> (daw.) --- potem, następnie.</pe> się kasza zgrzeje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino mnie pocałujcie pierwej, i odpuście z serca.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech cię Pan Jezus błogosławi.
Tyle ci rzekę.</akap_dialog>


<akap>Pobiegła do komory, a synek objął
ojca za szyję i przytulił się do niego pieszczotliwie.</akap>


<akap_dialog>--- Tatusiu przezłocisty... nad żywot was miłuję!</akap_dialog>


<akap>Waluś zmiatał kaszę, aż mu się uszy
trzęsły. Raz wraz poglądal, to na ojca,
to na matkę, i uśmiechał się. Prawdziwie mógł powiedzieć, że mu kamień
spadł z serca.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział czwarty.
W ojcowskich pieczarach</naglowek_rozdzial>




<akap>Kilka dni minęło; gospodarskie zajęcia Walkowego tatusia i jego służba przy
księciu Władysławie szły zwykłym trybem: rano robota w polu, w południe pospieszne obiadowanie i tajemna wyprawa
do skał z dwojakami. Czterej młodsi bracia Dąbkowie biegali raz wraz do Krakowa i innych miast Małopolski z listami
albo ustnymi zleceniami królewskimi. Zaczem nocą zjeżdżali się wezwani do Łokietka rycerze i odbywały się poufne narady. Inni starsi gospodarze, świadomi
tajemnicy i niebezpieczeństwa, utrzymywali straż w krużgankach podczas tych
zebrań u króla, by się tam nie wkradli
zdradliwi Czesi, a zwłaszcza Wrzecisław, o którego zamiarach wiedziano od
najstarszego z Dąbków.</akap>


<akap>Wysłańcy ze wszystkich dzielnic
Polski donosili miłościwemu Panu, że rycerstwo gotuje się do walki; po dworach
i gródkach kupi się młodzież zdatna do
boju, każdy wedle swego <wyroznienie>zawołania</wyroznienie>
ma się stawić na dane hasło, pod znak
najstarszego z rodu. Wszystkie te przygotowania czynią się ostrożnie, jak najmniej widocznie. Zjazdy rycerskie pokrywają się pozorem łowów, zrękowin,
wesel, aby tylko uśpić czujność starostów i starszyzny wojskowej czeskiej,
dowodzącej załogami po miastach.</akap>


<akap>Podczas gdy Władysław Łokietek
rozpytywał o szczegóły i wydawał rozporządzenia, Dąbek doglądał kaganków,
zaświecał smolne trzaski, wtykał je w
szpary i łowił chciwym uchem każde słowo. Śpiąca dusza ciemnego, zapracowanego chłopa budziła się do życia. Jak
zboże na nowinie, tak bujnie wzrastała
w jego sercu miłość ojczyzny.</akap>


<akap>Pewnego południa, właśnie co powstali
wszyscy troje od misy, Waluś pociągnął
ojca za rękaw i wybiegł poza chałupę.</akap>


<akap_dialog>--- Chciałeś czego, syneczku? --- zapytał Dąbek zdziwiony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cośbym wam rzeknął, a nieradbym, żeby się matusia strachali niepotrzebno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Możesz gadać śmiele; przyspasabia obiad dla miłościwego pana, nie wyjdzie do nas.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tatusiu... widzi mi się, że... źle
z nami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W jakim sposobie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czeska potwora coś miarkuje.</akap_dialog>


<akap>Ojciec żachnął się.</akap>


<akap_dialog>--- Niby że co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, spotkałem go wczoraj, pokłoniłem się i czekam, żali mię o co zapyta. Pojrzał spodełba, jak ten wilk,
machnął ręką, i poszedł, ani się odezwał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może miał jakie insze myślenie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A znowu dziś, inom wybiegł z rana
przed wrota, patrzę ku <wyroznienie>Modlącej
Królewnie</wyroznienie>, moi ludzie... a to co nowego? Ktoś stoi na szczycie. Z takiej
dalekości nie mogłem nic rozeznać, więc
biegnę w te pędy ku skałom, bo odkądeście mi powiedzieli o tych wielkich rzeczach, wciąż ino się trapię i wszystkim
się niepokoję. Łaska boska, że mam oczy
bystre, poznałem rycerza ze Żlebu, zanim on mię dojrzał. Rękoma się od jasności zasłonił i rozpatrował się pilno a długo na wsze strony. Tedy pomyślałem, że
was muszę prosić, abyście mnie ze sobą
brali, ilekroć idziecie do jaskini.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chrobaczku najmilejszy, jakoż mię
bronił będziesz? --- z pobłażliwym uśmiechem rzekł ojciec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do obronym za słaby, to się wie.
Ale stać u wejścia i powiadomić was,
gdyby się co złego święciło, na to się
wam srodze przydam.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawda twoja. Wstydno mi, żem
sobie dworował z roztropnego dziecka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, to i dziś pójdziemy razem;
dobrze, tatusiu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze. Ino ty idź po drugiej stronie rzeki, a dopiero jak w czeluść wlezę, możesz się przybliżyć i dawać pozór.</akap_dialog>


<akap>Dobrze się Waluś domyślał: rycerz
Wrzecisław ze Żlebu zaczął go istotnie
podejrzywać od kilku dni o chytrość i
kłamstwo. Pierwsze, co zwróciło jego
uwagę, było owo opowiadanie o niedźwiedzich śladach, którymi go chłopiec postraszył. Zaraz nazajutrz wziął ze sobą
kilku zbrojnych ludzi i poszedł z oszczepem na upragnione z dawna łowy. Skierował się prosto w stronę, o której Waluś mówił, przetrząsnął lasy i wzgórza
dookoła, nie znalazł nic. Za to wydeptanych ścieżek było kilka, wszystkie zbiegły się w jedną, ta jedna zaś znikała w
kolczastych zaroślach i stromych urwiskach. A zapewniał go przecie malec, że
ani mowy, by się kto miał ukrywać w tej
stronie. Gdzież więc chodzono owymi
ścieżkami, kto chodził i do kogo?</akap>


<akap>Rycerz rozszerzył dalej swoje badania, zapuścił się na drogę ku Krakowu;
uderzyło go, że na zakręcie gościńca widniały gęste ślady kopyt końskich, trawa
była do cna stratowana, a kora u kilku
drzew otarta w pewnej wysokości do żywego. Nietrudno było dorozumieć się,
że tu często konie wiązano, że stały one
długo, niecierpliwiły się czekaniem i szarpały wiążące je do drzew rzemienie.
W tym miejscu więc jeźdźcy jacyś zsiadali z koni i szli ku skałom, bo tak właśnie wskazywały piesze ślady na wydeptanych ścieżkach.</akap>


<akap_dialog>--- Straszy mnie niedźwiedziami ---
pomyślał rycerz --- zatem zna tajemnicę,
i chce mię obałamucić. A więc właśnie
ino tutaj będę szukał.</akap_dialog>


<akap>Czaił się między drzewami, wyłaził
na szczyty, podpatrywał, aż i złapał nić
prowadzącą do kłębka... dwa razy ujrzał chłopa z dwojakami, zdążającego w
zarośla. Nim dobiegł w to miejsce, ślad
się urywał i mimo całej swej przebiegłości nie mógł Wrzecisław rozwiązać
zagadki. Jednak nie dawał za wygranę.
Sprawdziwszy, że ów człowiek niesie jedzenie zawsze w samo południe, brał codziennie o tej porze dziesięciu żołnierzy
z grodu i tym kazał czekać na siebie w
pobliskim lesie. Sam zaś ukryty za krzaczastą leszczyną czyhał na chłopa tuż
przy miejscu, gdzie mu znikał z oczu, jakby w ziemię zapadł.</akap>


<akap_dialog>--- Raz go przecie doścignę --- tak
rozumował --- dowiem się, gdzie idzie,
a skoro się upewnię o tym, co mi potrzeba, uśmiercę chama, żeby nie miał czasu
przestrzec nikogo. Otoczę mym żołnierstwem gniazdo i dostanę skalnego sępa.</akap_dialog>


<akap>Dąbek i Waluś szli z dala jeden od
drugiego; nie spotkali po drodze żywej
duszy, nic podejrzanego nie wpadło im
w oczy.</akap>


<akap>Ojciec wsunął się w rozpadlinę, syn
zasiadł na czatach.</akap>


<akap>Zaszeleściały gałązki, struchlałym
oczom chłopca ukazał się rycerz Wrzecisław. Kopnął go nogą.</akap>


<akap_dialog>--- Wstawaj szczenię zatracone...
prowadź!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dokąd? --- spytał Waluś, udając,
że nie rozumie, aby zyskać na czasie i
opamiętać się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tam gdzie ów chłop z obiadem poszedł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co wasza miłość chce ode mnie?
Nijakiego chłopa nie widziałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prowadź! Jeszcze jedno słowo, a
łeb ci mieczem rozpłatam!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O Jezu... --- westchnęło dziecko ---
miałby sam znaleźć drogę, wolej go poprowadzę. Matko boska, ratuj!</akap_dialog>


<akap>I z bijącym sercem puścił się w ciemny krużganek.</akap>


<akap>Rycerz Wrzecisław potykał się co
chwila, uderzał głową o sterczące górą
złomy i sypał tysiące przekleństw, a Walusiowi ani się śniło przestrzec go, że
takie niespodzianki jeszcze się kilkanaście
razy powtórzą. Wyprzedzał go i przemyśliwał, co robić... jak tatusia ocalić.
Ach... i tego króla miłościwego, za którym mówili tatuś, że cały Ojców skoczy
w ogień.</akap>


<akap>Jakaś dobra myśl błysnęła mu w głowie.</akap>


<akap_dialog>--- Już niebawem; panie, dogonicie
owego człeka, co do zbója idzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha, teraz wiesz o nim? Czego
łgałeś pierwej?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, bałem się jego, bałem się
was. Chcieliście mnie zabić, to was muszę słuchać, a onemu ucieknę; może się
nie dowie, że to ja was powiodłem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uciekniesz... o tak... --- mruczał
pod nosem rycerz --- poślę was obu na
tamten świat.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tędy, panie, tędy na prawo.</akap_dialog>


<akap>Zawrócił w niewłaściwą odnogę
krużganka; Wrzecisław nie uważał, że
dziecko, biegnące dotąd przodem, nieznacznie zwalniało kroku.</akap>


<akap>Tu równo, bezpieczno, ino prosto
przedsię --- rzekł Waluś i korzystając z
głębokiej ciemności, przystanął cichusieńko w rozpadlinie skały.</akap>


<akap>Wrzecisław stąpał wolniutko, macając przed sobą rękoma... chłopiec skoczył wstecz, i powrócił na główny korytarz, stamtąd na lewo, gdzie już robiło się
widniej i czwałem prawie bez tchu dopadł
pierwszej jaskini, zwanej <wyroznienie>Komnatą</wyroznienie>.
Ojca już tam nie było!</akap>


<akap>A głośne wrzaski i klątwy rycerza,
który się prędko połapał i gnał za nim,
dolatywały z głębi coraz wyraźniej. Waluś ledwie żywy przebiegł z Komnaty w
dalszy krużganek i chwycił ojca za połę,
właśnie w chwili, gdy ręką sięgał po linę.</akap>

<akap>--- O rety... tatusiu... skryjcie się
do kąta!... Idzie już, idzie...</akap>


<akap>Jakkolwiek wiedział Wrzecisław, że
chłop z dwojakami nie miał broni przy
sobie, a przy tym nie spodziewając się napaści, był sam jeden, jak co dnia, przecież w obawie jakiejś zasadzki dobył od razu mieczyka z pochwy i tak wpadł w
krużganek o szerokim oknie. Jaskrawy
blask słonecznego nieba olśnił go, mrugnął powiekami, przetarł oczy...</akap>


<akap>Prócz struchlałego dziecka, nie dojrzał nikogo.</akap>


<akap_dialog>--- Oszukałeś mnie, psi synu! --- krzyknął wściekle. --- Teraz ci koniec zrobię!</akap_dialog>


<akap>Waluś skoczył ku oknu, by odwrócić
uwagę rycerza od bocznej ściany, gdzie
stał ojciec skurczony za kamieniem.</akap>


<akap_dialog>--- Nie, nie, nie... Nie zabijajcie panie! Wszystko wam powiem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino prawdę! Bo cię zesiekę na
młóto.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawdę, panie. Jeden raz tego roku byłem w tych jaskiniach, nie dziwota,
żem zmylił ścieżkę... zamiast w lewo,
powiodłem was na prawo. Kiedym się
opatrzył, że źle, wybiegłem szukać drogi; znalazłem ją i zaraz wołałem na was
z całej siły. Nie dosłyszeliście chyba?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzież się podział ów człek z dwojakami? --- spokojniej przemówił rycerz.
--- Czy za tym otworem jest jakie zejście
ku innym skałom?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem... może to być... ---
szepnął Waluś i zasłonił oczy rękoma.</akap_dialog>


<akap>Albo rycerz spuści się po linie, trafi
do miłościwego pana, i napadłszy go z
nienacka, zamorduje, albo rozejrzy się
dokoła siebie i zobaczy tatusia. A wtedy... wtedy śmierć jemu, śmierć tatusiowi!</akap>


<akap>Wrzecisław stanął u otworu i wychylił się trochę.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż to? Niczem z wieży człek
patrzy... głębia niezmierna...</akap_dialog>


<akap>Wyjrzał w lewo, w prawo, spostrzegł
linę.</akap>


<akap_dialog>--- Aha... takowym sposobem nawiedzają buntowniki swego żebraczego
księcia!</akap_dialog>


<akap>Schował miecz w pochwę, przykląkł
jednem kolanem na oknie i w sparłszy się
jedną ręką o krawędź skały, drugą sięgał
po linę.</akap>


<akap>W tej chwili Dąbek, cicho i szybko
jak żbik, skoczył i dużym ciężkim głazem rzucił z całych sił na Czecha...</akap>


<akap>Ugodzony w plecy zachwiał się, rozkrzyżował ręce, i runął przez otwór na
dół z nieludzkim wrzaskiem.</akap>


<akap>Ojciec i syn stali przez parę sekund
w skamieniałem osłupieniu, wsłuchani w
ciszę, wśród której doleciał ich głuchy łomot ciała uderzającego o dno przepaści.</akap>


<akap>Waluś dygotał jak w febrze. Ojciec
podszedł ku niemu, wyciągnął rękę,
chciał przemówić, nie mógł dobyć głosu.</akap>


<akap>Chłopiec zasłonił twarz rękoma i nagle trysnęły mu z oczu łzy.</akap>


<akap_dialog>--- Rany... tatusiu... cóżeście... ---
jęknął szczękając zębami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Com uczynił? Ubiłem wściekłego
psa --- odparł Dąbek ponuro. --- Idź do
domu synku... muszę z obiadem do
króla.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Tam na dół?... tam...
gdzie... on?</akap_dialog>


<akap>Ojciec przesunął ręką po czole.</akap>


<akap_dialog>--- Onemu już wszystko jedność...
a król głodny. Idź; matce nie powiadaj
słowa. Zmów trzy pacierze za... umarłych.</akap_dialog>


<akap>Słońce zachodziło czerwono, gdy z
gaju brzozowego wracali żołnierze na
gród do Skały. Nie doczekali się rycerza Wrzecisława; ale że często bywał w
Polanie tuż pod Ojcowem, u krewniaka,
a również często jeździł do Krakowa, dorozumieli się, że i dziś tak uczynił.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1406443562731-179045455"/><motyw id="m1406443562731-179045455">Zabobony</motyw>--- Hu... jaki zachód krwawy! --- zawołał jeden z łuczników.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Diabli się żenią --- roześmiał się
drugi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, czarownice jady smażą! ---
krzyknął trzeci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pustych łbów ino fraszki się trzymają --- zgromił wojaków stary wachmistrz. --- Tu śmiechu nie ma: człek jakiś w śmiertelnym grzechu żywot zakończył.<end id="e1406443562731-179045455"/></akap_dialog>

<separator_linia/>

<akap_dialog>I znowu minął tydzień. Waluś uspokoił się po doznanych strasznych wrażeniach; zrozumiał, że tak się stać musiało,
a gdyby się stało inaczej, byłby król stracił wolność, a może i życie.</akap_dialog>


<akap>Wieczór zapadał, matka wypoczywała po pracy na przyzbie przed domem;
Waluś oglądał swoje skarby, różnokolorowe kamyki i muszelki rzeczne, których
miał pełną kobiałeczkę. Z pola wracał
ojciec.</akap>


<akap_dialog>--- Niech będzie pochwalony.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na wieki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano dziękować panu Jezusowi,
już co ludzkie ręce zdolą zrobić, wszystko gotowe. Zorane, zasiane, przywłóczone. Teraz ino prosić boskiej Opatrzności
o deszcz, o pogodę, co tam kiedy potrzeba --- rzekł Dąbek, ocierając czoło rękawem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewnoś głodny? --- spytała żona
--- migiem przystroję wieczerzę.</akap_dialog>


<akap>Gdy weszła do izby, ojciec odezwał
się półgłosem:</akap>


<akap_dialog>--- Waluś, radbym ci uciechę sprawił,
boś poczciwe dziecko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wezmę cię dziś ze sobą do króla.</akap_dialog>
<akap>Chłopak przytulił się do ojcowego ramienia i szepnął:</akap>


<akap_dialog>--- Boję się...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czego, synku? Ówten już dawno w
ziemi; pomsty szukał nie będzie, bo sam
winien swej śmierci. Przecz<pe><slowo_obce>przecz</slowo_obce> (daw.) --- po co, dlaczego.</pe> dybał na
życie królewskie? Nie trzeba o tym myśleć ani gadać. Jakiem ja miał noce od
tego czasu, tego język nie wymówi; a inom się wyspowiadał przed onym księdzem z Płocka, co wczoraj do naszego
pana przyjechał, to całą zgryzotę jak ręką
odjął. Przyszło uspokojenie, przyjdzie i
zapomnienie. No, synku, pójdziemy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skakałbym z uradowania, gdyby
nie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cicho Waluś, matka idą.</akap_dialog>

<separator_linia/>

<akap_dialog>--- Chyć mi się za szyję, a nogami
obejmij mnie w pasie. Teraz cię jeszcze
przywiążę do się rańtuchem<pe><slowo_obce>rańtuch</slowo_obce> (daw.) --- chusta.</pe>, bo tak matusia kazali.</akap_dialog>


<akap>Przeżegnali się obaj, Dąbek ujął linę
mocno i oparł nogę na pierwszym węźle.
Zakołysał się sznur w prawo i w lewo....
ciemnica niezgłębiona wzrokiem otoczyła
ich.</akap>


<akap_dialog>--- Waluś... pofolguj... ściskasz mi
gardło, że tchu złapać nie mogę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kiej mi się zda, że spadam...
rety... mój tatusiu złocisty... lecę na
dół!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cichaj, brzdącu jeden! Dosyć mam
własnego strachu, a ten mi jeszcze dodaje.
Cichaj, mów Zdrowaś, to ci raźniej będzie.
Ino nie na pytel, powoluśku; mów głośno... a do mnie się nie odzywaj. .......... No,
widzisz, już my na ziemi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O Jezu... ciemno... --- szepnęło
dziecko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz zaraz, od czego krzesiwo?</akap_dialog>
<akap>Błysnęła iskierka, spod skalnego występu dobył chłop kaganek i zaświecił.
Równocześnie, jakby zawstydzony tym
słabym płomykiem, co wkraczał w jego
prawa, biały sierp księżyca wysunął się
spoza chmur.</akap>


<akap>Waluś obejrzał się dookoła. Urwiska
postrzępane, kilkadziesiąt stóp wysokie,
otaczały ciasnem półkolem stromą, gładką jak mur ścianę skalną, i przylegały do
niej tak szczelnie, że ani najszczuplejsze
dziecko nie byłoby w stanie wydostać się
z tej czeluści. Owa lina jedynie była
wejściem i wyjściem z kamiennej studni.</akap>


<akap_dialog>--- Rety, co za wysoczyzny! A ja myślałem, że znam wszystkie zakątki ojcowskie --- zdumiewał się Walek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdź, synku; co ci ta o skały,
śpieszno mi.</akap_dialog>


<akap>Zaledwie postąpili cztery czy pięć
kroków, ukazało się wejście do jakiejś
jamy. Było ono tak niskie, że ojciec musiał przyklęknąć, a i Waluś schylił głowę,
włażąc do wnętrza. Krótki wąski krużganek prowadził do rozległej pieczary o
wysokimi stropie, zdobnym jako i inne
jaskinie w wapienne stalaktyty.</akap>


<akap>Izba ta oświetlona była jasno kilkoma
kagankami i smolnymi szczapami, powtykanymi w szczeliny. Na środku, po obu
stronach długiego kamiennego stołu, siedzieli mężowie o poważnym, wspaniałym
obliczu. Nawet tak mały chłopiec jak
Waluś zrozumiał, że nie są to wiejscy ludzie, chociaż odziani byli w sukmany i
postoły mieli na nogach. U górnego końca stołu, sam jeden, na szerokim głazie,
ów człek tajemniczy w kożuchu i barankowej czapie, upragniony przez całą Polskę przyszły król, książę sieradzki Władysław Łokietek.</akap>


<akap>Dąbek stanął u wejścia pokornie, zasłaniając sobą synka, lecz bystre oko księcia dostrzegło go natychmiast.</akap>


<akap_dialog>--- Przybliżcie się, gospodarzu! --- zawołał --- przybliżcie się, a radujcie się
społem z nami. Oto nowi posłowie, tym
razem z Mazowsza i od Gniezna, przynieśli mi dobre wieści. Co widzę? Pacholątko jakieś wiedziecie do mnie? Żali to
roztropnie dzieciaka wtajemniczać w rzeczy tak wielkiej wagi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie najmiłościwszy... to mój
syn jedyny. Przyrzekłem mu dziś nagrodę za poczciwe sprawowanie, godziło
się dotrzymać słowa. A że w młodych
leciech<pe><slowo_obce>w młodych
leciech</slowo_obce> (daw.) --- w młodych latach, za młodu.</pe> lepiej milczeć umie, niż niejeden
stary, tom się przekonał. Kruszyna ta,
miłościwy Panie, podała się w służbę waszą z całej duszy.</akap_dialog>


<akap>Objął księcia pokornie za kolana i cicho szepcząc, coś mu opowiadał.</akap>


<akap_dialog>--- Sprawiedliwie podziwu godne! ---
zawołał Władysław; i również po cichu
rozmawiał z panami.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1406444209082-2246796723"/><motyw id="m1406444209082-2246796723">Nagroda</motyw>--- Zaiste, ciężar był nad siły dziecka
--- rzekł jeden z posłów. --- Mogło omdleć
z przerażenia, a stawiło nieprzyjacielowi
czoło, jak prawy rycerz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tedy rozumiałem --- nieśmiało
mówił dalej Dąbek --- że płaca winna być
równa zasłudze. Przywiodłem tu malca,
by za waszym najmiłościwszym pozwoleniem, jeden raz w życiu oglądał oblicze
polskiego króla.</akap_dialog>


<akap>Władysław skinął ręką łaskawie.</akap>


<akap_dialog>--- Waluś, pójdź ino, nie bój się --- miłościwy pan cię woła.</akap_dialog>


<akap>Chłopiec padł na kolana i wzniósł ręce w górę, jak to czynią modlący się ludzie w kościele. A Władysław Łokietek,
ten twardy, goryczą tułactwa pojony, niedolą zahartowany mąż, uśmiechał się łagodnie i pieszczotliwą ręką gładził ciemną czuprynkę Walusia.<end id="e1406444209082-2246796723"/></akap>


<akap>Rozpoczęły się obrady; posłowie
zdawali sprawę z tego, co się dzieje w bliższych i dalszych ziemiach polskich. W całym kraju wrzało... Znienawidzony Wacław czeski, zawsze tylko przez okrutników i zdzierców rządzący, nie miał stronników ani przyjaciół między Polakami,
tylko jawnych lub skrytych wrogów.</akap>


<akap>Wysłuchawszy przemówienia kasztelana płockiego, Łokietek dodał, jakoby
dopełniając jego myśli:</akap>


<akap_dialog>--- A gdy zważymy, że czeski król
tchórzliwie, dla chwilowego spokoju, poddał swą koronę w lenno cesarzowi, słusznie możemy się lękać, że zarówno i Polskę zechce ugiąć pod jarzmo. Do tego
przenigdy dopuścić nam nie wolno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Przenigdy! --- zawołali wszyscy
jednogłośnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wierzcie mi, wasze miłoście, nie
dla zadowolenia swej pychy, nie z łakomstwa na błyskotliwość korony, wiodę
przez lat piętnaście nędzny żywot tułacza...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiemy, panie miłościwy, że ino
dla dobra ojczyzny pracujecie! --- zawołał z przejęciem wojewoda gnieźnieński.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odbyłem daleką drogę do Rzymu
--- mówił dalej Łokietek --- w takim celu,
by przedstawić Ojcu świętemu krzywdy
nasze. Jemu to, co znaczy Stolicy rzymskiej, pradziad nasz Mieszko oddał polskie
kraje w duchowe poddaństwo. Nie ziemskich królów hołdownikami jesteśmy, ino
bożego namiestnika. Nawet czynsz lenny,
czyli świętopietrze płaciliśmy wiernie
Rzymowi, a prawo koronowania królów
naszych stolica apostolska nadawała. Tak
z wolą i błogosławieństwem papieża koronowan był poprzednik nasz Przemysław, zdradziecko przez wrogów Polski
zamordowany.</akap_dialog>


<akap>Dobiesław z Melsztyna rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- A Wacław kazał się samowolnie
namaścić i koronować w Gnieźnie, zaś
o świętopietrzu nie chce słyszeć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszystko to wiadome jest Ojcu
świętemu. We mnie uznaje on prawego
dziedzica tronu, i mnie błogosławił na
znojną pracę złączenia w jedno rozdzielonej niemal przez dwa wieki nieszczęsnej ojczyzny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nadeszła pora, miłościwy panie!
Wstanie Polska, w tobie nasza nadzieja!
--- zawołali posłowie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdy wszystek lud, co do jednego
człowieka, żąda czego niezłomną wolą,
stać się to musi niechybnie, jako niechybnie Bóg światem rządzi --- rzekł król uroczyście.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Amen! --- zakrzyknęli wszyscy.</akap_dialog>

<separator_linia/>

<akap_dialog>W rok później, dnia 15 maja 1306, zasiadł Władysław Łokietek na wawelskiej stolicy. Koronowany dopiero po
latach czternastu, 20 stycznia 1320.</akap_dialog>





</powiesc></utwor>