<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/domanska-hanusia-wierzynkowna/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domańska, Antonina</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Hanusia Wierzynkówna</dc:title>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kowalska, Dorota</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Dwudziestolecie międzywojenne</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">powieść dla dzieci i młodzieży</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów Marty Kierepki. Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach Programu Narodowego Centrum Kultury - Kultura - Interwencje.</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/domanska-hanusia-wierzynkowna</dc:identifier.url>
<dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"/>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Antonina Domańska, Trzaska i Zbroja; Hanusia Wierzynkówna: dwie opowieści z czasów Kazimierza Wielkiego, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1961.</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Antonina Domańska zm. 1917</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1988</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2013-03-06</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/domanska-hanusia-wierzynkowna.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0197-4</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/domanska-hanusia-wierzynkowna.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1260-4</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/domanska-hanusia-wierzynkowna.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2215-3</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/domanska-hanusia-wierzynkowna.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3193-3</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/domanska-hanusia-wierzynkowna.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4279-3</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/6696.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Portret dziewczynki w białej sukience, nieznany malarz polski, domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6696</dc:relation.coverImage.source>
<category.legimi>Literatura młodzieżowa</category.legimi>
    <category.thema.main>YFA</category.thema.main>
    <category.thema>1DTP</category.thema>
    <category.thema>3KLY</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF><powiesc>
<abstrakt>
<akap>Księżniczka Elżbieta, wnuczka króla Kazimierza Wielkiego, ma zostać wydana za cesarza Karola.</akap>


 
<akap>Dziesięcioletnia Hanusia Wierzynkówna, tytułowa bohaterka powieści, wpada na pomysł, aby przygotować piękne bukiety kwiatów dla księżniczki, która wraz z przyszłym małżonkiem i innymi dostojnikami przejdzie przez Kraków. Wraz z przyjaciółmi przystępuje do realizacji planu. Podekscytowana widokiem pięknej księżniczki, nie zdaje sobie sprawy, że już niebawem będzie miała okazję poznać Elżbietę w jeszcze ciekawszych okolicznościach...</akap>




<akap><tytul_dziela>Hanusia Wierzynkówna</tytul_dziela> to pierwsza powieść historyczna dla dzieci autorstwa Antoniny Domańskiej, tworzącej na początku I połowy XX wieku. Pisarka zasłynęła jako autorka tego typu utworów prozatorskich, w których przystępną fabułę, bliską dziecięcej rzeczywistości, łączyła z faktami historycznymi.</akap>


</abstrakt>
<autor_utworu>Antonina Domańska</autor_utworu>



<nazwa_utworu>Hanusia Wierzynkówna</nazwa_utworu>


<nota_red>
<akap>Pisownia łączna / rozdzielna: boby > bo by; jak by > jakby.</akap>

<akap>Pisownia wielką / małą literą: Szewską furtkę > Szewską Furtkę.</akap>



<akap>Błąd źródła: cypryjki > cypryjski.</akap>


<akap>W przypisach zmieniono formę ,,przypis autora" na ,,przypis autorki".</akap>





</nota_red>



<naglowek_rozdzial>1. W domu Wierzynkowym</naglowek_rozdzial>





<akap_dialog>--- Hanuś! Gdzie ty znów latasz?
Czerwonaś jak ćwik, tchu złapać nie możesz, co się to ma znaczyć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stryj kanonik<pa><slowo_obce>Stryj kanonik do nas idą, matusiu</slowo_obce> --- szczegóły, tyczące się rodziny Wierzynka, zaczerpnięte z dzieła St. Kutrzeby.</pa> do nas idą, matusiu ---
odrzekła dziesięcioletnia dzieweczka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Który?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stryj Daniel.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzieżeś go uwidziała? Wżdy nie ma
nikogo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zbiegłam ze schodów na sam dół za Mruczkiem, bo ino drzwi do komory uchyliliście, już się wymknęło kocisko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jużci, taki on skory do myszy, jako ty
do kądzieli. Ale powiadaj, jakożeś nadybała
kanonika?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie na dole, w sieni. Ino ja letka
jak wiórek, tom duchem śmigała na górę,
a stryjek wloką się pomaluśku. Poczekacie
jeszcze ze trzy pacierze, zanim do drzwi zapukają.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprawiedliwie gadają stryj Mikołaj,
że Daniel cienki w pasie jak kazalnica
u Panny Maryi... hi! hi! hi! --- zaśmiał się
brat Hanusi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stanko, Stanko... Jeszcze jedno takie
słowo, a powiem dziadkowi. Znać, żeś dawno bicia nie brał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie źlijcie się na mnie, matusiu. Że
stryj Daniel gruby jak beczka, a stryj Mikołaj omal się nie złomie, taki suchy, jak
sama śmierć, to moja wina? A może i stryjowi Tomaszowi co zadałem, że już drugi
tydzień stęka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Radzę ci po dobroci, usuń się z moich
oczu, zanadto ci język lata! Spomnij ino,
że ja mam przednie leki na takową chorobę... Zuchwalec jakiś!</akap_dialog>


<akap>Pani Janowa Wierzynkowa ująwszy syna
za kołnierz od kubraczka, wypchnęła z izby.</akap>
<akap>W tejże chwili drzwi od sieni rozwarły
się szeroko, a w nich ukazał się mąż olbrzymiego wzrostu i potężnej tuszy, w sukni
duchownej. Był to ksiądz Daniel Wierzynek,
kanonik kapituły krakowskiej. Włosy jasne,
siwiejące, przycięte ówczesnym zwyczajem
trochę powyżej brwi, spadały po obu stronach twarzy czerstwej, o wyrazie rozumnym i dobrotliwym.</akap>


<akap_dialog>--- Niech będzie pochwalony... Ufff! Jak
do nieba do was się idzie, pani bratowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na wieki wieków. Niechże ksiądz-brat
siadają i odpoczną. Hanuś --- szepnęła matka dziewczynce do ucha --- masz tu klucze,
biegaj do ciotki Rafałki, niech wyda Ewie
z piwnicy gąsiorek, ten, co już wie, a z komory kołacz korzenny z głogowym powidłem. A spraw się duchem. Ale, ale... Czekaj
no, przynieś też ręcznik szeroki z sinym
krajem, rozumiesz? I nóż, i talerzy cynowych maluśkich ze trzy, i kubków srebrnych parę, rozumiesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jużci.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z grodu idziecie, księże kanoniku? ---
rzekła pani Janowa, zwracając się do gościa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ino. U króla miłościwego byłem na
radzie. Ojciec nie nadszedł jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od rana go w domu nie ma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie dziwota, wszystko na jego głowie.
Bóg daj, żeby tej ciężkiej pracy zdrowiem
nie przypłacił. Takiego święta jeszcze Kraków nie obchodził i Polska nie widziała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Powiadajcież, zmiłujcie się, co i jak,
bom strasznie wieści pragnąca, a od pana
ojca niczego, jednego słówka się nie dopytać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadałby? Kiedy jeść ani spać nie ma
kiedy. Powtarzam wam, bratowo, że mnie
strach zbiera, czy w swoich późnych leciech<pe><slowo_obce>w swoich późnych leciech </slowo_obce> --- tu: w jego wieku.</pe> przetrzyma zdrowo te trudy i krzątaniny. Ale król miłościwy nikomu nie ufa,
ino Mikołajowi Wierzynkowi<pe><slowo_obce>Mikołaj Wierzynek młodszy</slowo_obce> (zm. 1368) --- wpływowy krakowski mieszczanin i kupiec, słynny z powodu uczty, wydanej we wrześniu 1364 r. dla króla Kazimierza III i jego gości. Syn Mikołaja Wierzynka starszego, który przybył do Krakowa z Niemiec.</pe>. Ciężka praca, ale i chluba niemała... Aa, tak... to lubię!
Ewa niesie przysmaki, Hanka stół pięknie
zaścieła, gąsiorek zacną pajęczyną osnuty...
Przy miodzie będzie się nam gładko gawędziło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ale i kołacza musicie pokosztować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to z jakiej przyczyny?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo go Anna piekła... Ach, nijak przywyknąć nie mogę, że ona już w klasztorze...
Chciałam rzec --- siostra Anna. Dziś rano
przysłały zakonnice. Ma być przednie pieczywo, z najświatlejszej mąki, i smaki
w nim zamorskie. Brat Laetus, augustianin,
co ze świtą przewielebnego nuncjusza do
Krakowa przyjechał, przywiózł w podarku
pannie ksieni pełną skrzynkę włoskich
owoców, w miodzie wysmażonych, a drugą
znów korzeni najwonniejszych, jakimi się
ciasto zaprawia dla polepszenia smaku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, kiedy tak, to mi dajcie tego
specjału na jeden kęs.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja sama ciekawa tych włoskich dziwów. Nie chciałam kołacza napoczynać
przez potrzeby, ale dla miłego brata a gościa najzacniejszego co jest w domu najlepsze, to jeszcze za mało. Jakoż smakuje?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano dobre... pewnikiem dobre... smakuje jak kadzidło z miodem i z masłem.
Wolę zapić... Jakoś mię<pe><slowo_obce>mię</slowo_obce> --- dziś: mnie.</pe> mgli<pe><slowo_obce>mglić</slowo_obce> --- dziś: mdlić.</pe>. Aha, com
chciał rzec, Tomasz, słyszę, jakoś słabuje?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rana w nodze znowu mu dolega.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to sparte licho! Tyle lat...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bo mu też potrzebne było wojenne
rzemiosło. Gdyby nie oblężenie Bełza<pe><slowo_obce>Bełz</slowo_obce> --- miasto należące do Grodów Czerwieńskich, które w 1366 r. (w 3 lata po opisywanych wydarzeniach) przeszły spod panowania Wielkiego Księstwa Litewskiego pod władzę polską jako lenno. Bełz znajduje się ok. 60 km na płn. od Lwowa, obecnie na terytorium Ukrainy, przy samej granicy z Polską.</pe> i nie
te pogańskie Litwiny przeklęte, byłby chłop
zdrów jak rydz do tej pory.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Darujcie, bratowo, ale niebiałogłowska to rzecz w takich sprawach sądy wydawać. Żołnierzem był, ojczyźnie służył, jak
umiał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A litewska strzała też mu usłużyła,
jak umiała. Biedna Rafałka!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy już rok albo i więcej nie narzekał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tydzień temu zachorzał. Medyk obiecuje rychłe polepszenie, ino nie chce nagle rany goić, bo kiedy się sama otwarła, to
ma być bardzo zdrowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Muszę potem zajrzeć do niego. No,
a teraz, kiedym się rzetelnie pokrzepił, nastawcie uszy, bratowo.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ani okiem nie mrugnę, ino słucham.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wiadomo wam tedy, że z przyczyny
szpetnego słowa, wyrzeczonego w nietrzeźwości wobec posłów, cesarz niemiecki, Karol<pe><slowo_obce>Karol IV Luksemburski</slowo_obce> (1316--1378) --- król Czech i Święty Cesarz Rzymski.</pe>, obraził srodze króla węgierskiego, Ludwika<pe><slowo_obce>Ludwik Węgierski</slowo_obce> (1326--1382) --- król Węgier (w latach 1342--1382), król Polski w latach (1370--1382).</pe>, który mu też niezabawem wypowiedział wojnę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słyszałam ci ja o tym, ale nie pomnę,
o co poszło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O co?... Ano, cesarz ubliżył najjaśniejszej królowej Elżbiecie<pe><slowo_obce>Elżbieta Łokietkówna</slowo_obce> (1305--1380) --- córka króla polskiego Władysława Łokietka, siostra Kazimierza Wielkiego, żona króla węgierskiego Karola Roberta, matka króla Węgier i Polski Ludwika Węgierskiego, później babka królowej Jadwigi.</pe>, matce węgierskiego
króla a siostrze naszego miłościwego pana.
Kazimierz<pe><slowo_obce>Kazimierz III Wielki</slowo_obce> (1310--1370) --- ostatni król Polski z dynastii Piastów.</pe> wprawdzie wojny nie lubi i nie
szuka, ale w tym razie połączył się z siostrzanem i posiłki ruskie, litewskie i tatarskie sprowadzić przyobiecał. Pojechali też
posłowie od Ludwika na Pomorze, do Bogusława<pe><slowo_obce>Bogusław V Wielki</slowo_obce> (ok. 1318--1374) --- książę Rugii, wasal króla Danii.</pe>, księcia słupskiego i szczecińskiego --- temu łowy a wojna, to jedno<pe><slowo_obce>temu łowy a wojna, to jedno</slowo_obce> --- on traktuje (w domyśle: lubi) wojnę tak samo, jak polowanie.</pe>, wnet
się też z pomocą gotował. Nie dość mu jeszcze było, to i pokrewniaka swego, Waldemara, króla duńskiego, do onych rycerskich tanów nakłonił. Książęta Rudolf
rakuski i Meinhard bawarski sami zgłosili
się z przymierzem. Stare przysłowie powia da: ,,Siła złego, dwóch na jednego" i możecie tedy wyrozumieć, bratowo, że gdy nie
dwóch, ale sześciu na jednego idzie, to
złe jest nie lada. Tak sobie pewnie rozważał cesarz Karol, gdy się do wojny sposobił,
a niebacznego słowa ciężko żałował. Na
jego szczęście wczesna zima na kraje spadła i wszelakie nienawiści musiano do wiosny odłożyć.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan Bóg miłosierny światem rządzi ---
westchnęła pani Janowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprawiedliwe słowa. Jako więc jest
naszym ojcem najlitościwszym, nie dopuścił
krwi rozlewu, lecz zesłał natchnienie wiernemu słudze i namiestnikowi swojemu, papieżowi Urbanowi Piątemu, by się w tę
sprawę wmieszał, a zwaśnionych pojednał.
Tedy wypisał Ojciec Święty listy mnogie:
do króla Ludwika, do naszego pana, do Karola, do innych książąt, i wysłał z nimi
piękne poselstwo, bo aż dwóch biskupów
i kilku uczonych zakonników. Pisma Ojca
Świętego sprawiły wiele, a nuncjusz i jego
towarzysze domawiali do sumienia, jak mogli, dość że najskorszy do zgody cesarz
Karol obiecał przyjąć warunki króla Ludwika i pierwszy podać rękę na pojednanie.
Nasz król najmiłościwszy, który na cały
świat z mądrości słynie, został wybrany na
sędziego i rozjemcę wraz z Bolkiem świdnickim<pe><slowo_obce>Bolko II Mały</slowo_obce> (ok. 1310--1368) --- książę świdnicki.</pe>. No... a co dalej się stało, to spodziewam się, że nie mówiąc już o was, pani
bratowo, ale chyba Hanka wasza i Kostka
wiedzą dokumentnie, prawda?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kostka nie, ale ja wiem! --- zapiszczało coś z kącika.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cichaj! Nie wtrącaj się! --- zgromiła
Hanusię matka i rzekła zwracając się do
kanonika: --- Toć miasto całe w radości
wielkiej żyje, że Elżusia pomorska<pe><slowo_obce>Elżusia pomorska</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>Elżbieta pomorska</slowo_obce> (ok. 1346--1393) --- córka księcia rugijskiego Bogusława V, wnuczka Kazimierza Wielkiego, później żona króla Czech i cesarza Karola IV Luksemburskiego. </pe>, Bogusławowa dziewka<pe><slowo_obce>dziewka</slowo_obce> (tu daw.) --- córka.</pe> a naszego miłościwego
pana wnuczka, onej pięknej zgody stanie
się koroną, poślubiając cesarza Karola.
Przypominam sobie --- mówiła dalej pani
Janowa --- jak to przed ośmiu laty ojciec
ją do Krakowa na wychowanie przywiózł,
gdy go małżonka odumarła. Wiedział, że
sierocie lepiej będzie u dziadka, więc mu
też pod opiekę skarb swój oddał. Rosło to
w naszych oczach jak na drożdżach, a nikomu, ba, nawet królowi miłościwemu nie
postało w głowie, że cesarzową niemiecką
hoduje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A widzieliście ją kiedy z bliska?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże! Nie raz i nie dziesięć. Ilekroć
mię dzieci uproszą i w święto na gród, na
sumę idziemy, to zawżdy się docisnę przeciwko stall królewskich, bo i do pana miłościwego serce biegnie, a oczy jakaś moc
ciągnie i gości znamienitych łacno uwidzieć, no i Elżusia z mistrzynią w osobnej
ławie tuż podle siedzą. Czasem znów przychodzą obie do Sukiennic i niemal do każdego kramu zaglądają, potrzebne i niepotrzebne skupują, po czym pachołek wlecze
się za nimi nazad na gród z pełnym koszem
sprawunków. Któż by nie znał Elżusi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aleście tego nie widzieli, na co dziś
moje oczy patrzały! --- zawołał kanonik ze
śmiechem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż to było? Powiadajcie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, gdy się rada u króla skończyła,
wyszliśmy wszyscy z komnaty na wał rozprostować kości i pojrzeć ku Wiśle, zali<pe><slowo_obce>zali</slowo_obce> (daw.) --- czy.</pe> od
strony Przegorzał niebo jasne. Bo to już ani
astrologa nie trza pytać: gdy w tamtym
kącie błękitno, pogoda na parę dni pewna,
a jeśli zasię buro tam i mętno, deszcz
w ciągu doby jak zapisał. A dla gości na
turnieje i inne weselne igraszki zdałaby
się dobra pogoda. Patrzymy tedy, aż tu
z sadu wybiega chmara dziewek: Jagna
z Żarnowca, Ewka Morsztynówna, Basia
z Tarnowa, Marysia Kmicianka, Zochna
z Potoka, Krystka z Kurozwęk, a kto by je
tam wszystkie zliczył one panny dworskie!
Było tego ze ćwierć kopy<pe><slowo_obce>ćwierć kopy</slowo_obce> --- 15; <slowo_obce>kopa</slowo_obce> --- 60.</pe> albo i więcej.
Gnają z piskiem i krzykiem jak spłoszone
gęsi, a za nimi księżniczka Elżbieta z rozplecionymi kosami leci bez opamiętania
i z takim rozpędem, że się nie była w mocy
powstrzymać i padła jak taran na Dymitra
z Goraya. Ten zaś, iże ją dzieckiem na rękach nosił, więc śmiały do niej jak ojciec,
obłapił dziewkę wpół i rzecze:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie puszczę ptaszka! Chyba za opłatą!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jaką?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekaj, aż obmyślę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co? Czekała będę? Ja? Ot, macie waszą opłatę!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I jak się nie wstrząśnie w prawo, w lewo, tak mój Dymitr odleciał od niej na trzy
kroki. Dobrze, że się lipy chycił, boby był runął jak długi. Znacie, bratowo, gorayskiego
pana? Toć chłop setny, półsiodmy<pe><slowo_obce>półsiodmy</slowo_obce> a. <slowo_obce>półsiodma</slowo_obce> (daw.) --- sześć i pół.</pe> stopy<pe><slowo_obce>stopa</slowo_obce> --- daw. miara długości, niecałe 30 cm. Mężczyźni mierzący ponad 6 stóp, tj. więcej niż 180 cm, należeli dawniej do rzadkości.</pe>
mierzy, a ta go strzepnęła niczym grudkę
ziemi ze zapaski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rety! Słyszałam, że mocna<pa><slowo_obce>chłop setny, półsiodmy stopy
mierzy, a ta go strzepnęła niczym grudkę
ziemi ze zapaski. (...) Słyszałam, że mocna, ale żeby
aż tak...</slowo_obce> --- Szajnocha w <tytul_dziela>Szkicach historycznych</tytul_dziela> wspomina
o wielkiej sile Elżbiety pomorskiej.</pa>, ale żeby
aż tak...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo to koniec? <begin id="b1369751747900-866459679"/><motyw id="m1369751747900-866459679">Siła</motyw>Widząc, co się dzieje,
my wszyscy w śmiech, król miłościwy z nami i w te słowa do niej się odezwie: ,,Kiedyś taki wyrwidąb, rad cię będę pasował
na rycerza. Ino nie przystoi rycerzowi
w niewieścich szatach. Hej! --- zaklaskał
w dłonie i gdy pacholik ze sieni wyskoczył,
powiada: --- Przynieś no ten mały pancerz, co
w mojej sypialni wisi na ścianie! --- Chłopak pobiegł, a król dalej gada: --- Nosił go
mój siostrzan<pe><slowo_obce>siostrzan</slowo_obce> (daw.) --- siostrzeniec.</pe>, Ludwik, gdy miał lat szesnaście. Tuszę, że prawie będzie dla waszej miłości". Podano pancerz, Elżbietka pojrzała,
ujęła go oburącz od góry, ścisnęła wargi,
zmrużyła oczy i... rozdarła na dwie połowy.
Jak mi Bóg miły! Niczym płat pergaminu.
Na dwie połowy! I żebyż się choć zatchnęła... Gdzie tam! Poczerwieniała ino na gębusi i tyle, po czym pośliniła palce, podmuchała, widno ją musiała palić ona stal twarda,
pochyliła się do nóg królowi, pocałowała
go w kolano, zakręciła się na pięcie i pomknęła ze śmiechem ku niewieścim komnatom. Taka to jest Elżusia pomorska!<end id="e1369751747900-866459679"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, Jezu!... Jakbym była na miejscu
cesarza niemieckiego, to bym się zlękła
takiej siłaczki.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? Królewska wnuczka, panna
cnotliwa, urodna jak jabłuszko, jeszcze
i mocna... Bogu na klęczkach dziękować za
tylorakie łaski! Ale, ale... Gdzie moja
chrześnica? Dawnom dziecka nie widział.</akap_dialog>


<akap>Pani Janowa powstała z ławy i uchylając
drzwi do sąsiedniej izby, zawołała:</akap>


<akap_dialog>--- Kostka, Kostka! Pójdź do stryja!</akap_dialog>


<akap>I wbiegło do komnaty coś bardzo zabawnego: maleńkie, chudeńkie, o śniadej twarzyczce i czarnych oczkach, w niebieskim
tułubku i takiejże zapasce, niemal do ziemi
sięgającej, z białą jak śnieg głowiną.</akap>


<akap_dialog>--- O, dla Boga! Dziecko, jak ty wyglądasz?! Gdzieżeś to ty była?</akap_dialog>


<akap>Kostka stanęła zmieszana na środku świetlicy i wpakowała dwa palce do buzi dla
nabrania otuchy.</akap>


<akap_dialog>--- No, gadaj! Oniemiało cię czy co?
Gdzieś była?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- U ciotki Rafałki pierzem darła<pe><slowo_obce>pierzem darła</slowo_obce> --- dziś: darłam pierze. Pierze wyskubane z gęsi należało rozdrobnić, zanim zrobiło się z niego poduszki i pierzyny.</pe>.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to ci robotnica nie lada! --- roześmiał się kanonik. --- Ile udarła, tyle na
głowie przyniosła. Uciekaj, umykaj! Nie
chcę cię, bobyś mnie jeszcze opierzyła. Jakżebym szedł przez miasto?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zabierz ją stąd, Hanuś. Umyj ją,
uczesz, otrzep i dopiero niech wraca, jak
będzie w porządku.</akap_dialog>


<akap>Dziewczynki wybiegły do alkierza, a równocześnie ukazał się we drzwiach wchodowych pan Mikołaj Wierzynek, stolnik
sandomierski, konsul rady miasta Krakowa,
wierny sługa i prawa ręka króla Kazimierza.</akap>


<akap>Kanonik powstał z ławy, a synowa pokłoniła się nisko i, jak to było podówczas
w zwyczaju przy powitaniu młodszych ze
starszymi, objęła teścia z lekka za kolana.</akap>


<akap_dialog>--- Dziękować Bogu. Pan ojciec przyszli
do domu nareszcie. Strasznie się tu frasujemy z kanonikiem, że się tyla trudzicie wedle
tego zjazdu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To za ciężkie brzemię na wasze lata --- dodał ksiądz Daniel.</akap_dialog>


<akap>Pan Mikołaj wyprostował się dziarsko ---
a wzrostem przewyższał syna --- i zaśmiał
się niskim, donośnym głosem.</akap>


<akap_dialog>--- E, jakoś ta może nie wnet wyzionę
ducha! A zamiast troskać się o mnie przez<pe><slowo_obce>przez</slowo_obce> (daw., gw.) --- tu: bez.</pe>
potrzeby, dalibyście lepiej kubek miodu, co
to ano we dwójkę sobie popijacie na frasunek.</akap_dialog>


<akap><begin id="b1369752010648-820699735"/><motyw id="m1369752010648-820699735">Rodzina, Ojciec, Grzeczność</motyw>I usiadł za stołem, dając znak ręką synowi. Taka bowiem w onych dawnych wiekach surowa karność panowała, że nawet
niemłody człowiek stał pokornie przed
ojcem, póki mu tenże usiąść nie pozwolił.
Ksiądz Daniel, jako duchowna osoba, wielce był poważany przez całą rodzinę i stary
Wierzynek nie wymagał od niego takiej
czołobitności. On sam jednak spełniał z największą gorliwością czwarte przykazanie
boskie, czcił i miłował rodziców, a po śmierci matki w dwójnasób okazywał przywiązanie sędziwemu ojcu.<end id="e1369752010648-820699735"/></akap>


<akap>Wychyliwszy duszkiem kubek miodu, pan
stolnik nalał natychmiast drugi, a dzban do
kanonika podsunął i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Sprawiedliwie mi się należy wypoczynek, boć, krotofile<pe><slowo_obce>krotofila</slowo_obce> a. <slowo_obce>krotochwila</slowo_obce> (daw.) --- żart, dowcip.</pe> na bok, siłam<pe><slowo_obce>siłam się natrudził</slowo_obce> (daw.) --- bardzo się namęczyłem.</pe> się wczoraj i dziś natrudził. Zjechały ich królewskie
moście, jakby na umówioną godzinę, przed
południem. Stół naszego pana dostatni i wyśmienity, o jadło więc nie było kłopotu.
Ale gdyby nie to, żem już zawczasu przysposobił niejedno, byłby się stary Mikołaj
setnie zbłaźnił. Od dwóch tygodni snuję się
z robotnikami po gościnnych komnatach
jak dusza w czyśćcu, ale też śmiele tuszę<pe><slowo_obce>tuszyć</slowo_obce> (daw.) --- uważać, sądzić; spodziewać się, mieć nadzieję.</pe>,
że długo nie zapomną panięta przyjęcia
u króla Kazimierza! Wydostało się z przechowania opony<pe><slowo_obce>opona</slowo_obce> (daw.) --- zasłona, draperia.</pe> i kobierce miłościwej pani
węgierskiej, izba kapie złotogłowiem od
stropu aż do ziemi. Najjaśniejszy król Ludwik i król Piotr cypryjski<pe><slowo_obce>Piotr I Cypryjski</slowo_obce> a. <slowo_obce>Pierre I de Lusignan</slowo_obce> (1328--1369) --- król Cypru i tytularny król Jerozolimy.</pe> w srebrnej lamie<pe><slowo_obce>lama</slowo_obce> --- jedwabna tkanina przetykana złotą nicią.</pe>
jak we zwierciadle od stóp do głów przeglądać się mogą. Waldemar duński w całej
swojej stolicy nie ma takich kobierców złotem przetykanych, jak te, którymi sypialnię
mu przybrałem. A Bogusławowi sama księżniczka Elżbieta mieszkanie zdobiła, z rąk mi
co najpiękniejsze opony wydzierała, jeszcze
to, a jeszcze tamto, a jeszcze owo ,,dla miłościwego rodzica".</akap_dialog>


<akap>Jednocześnie prawie z Mikołajem wsunęła się do świetlicy cichutko jak myszka
Hanusia i schowana w ciemnym kątku,
z ciekawością słuchała opowiadania dziadka.</akap>


<akap>Wbiegła potem i Kostka, ulubiona chrześnica księdza Daniela. Stanęła przy stryju
i główkę, już wyczesaną z pierza, oparła
o jego kolana.</akap>


<akap_dialog>--- A insze pany i senatory? A rycerstwo?
A dworzanie? --- pytał ksiądz Daniel.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dało się rady wszystkiemu, jak należy --- odparł stary Wierzynek. --- Pokojowi
królewscy i książęcy mają przystojne rozmieszczenie w pobliżu swych panów, żeby
usługa była pod ręką. Rycerstwo zaś stoi
gospodą po domach w mieście, a do każdej
gospody naznaczyłem komornika, co ma
pilnie baczyć, by gościom dostarczono
w bród wszystkiego, co potrzeba. A nim
czegokolwiek zażądać zdołają, już to ma
stać gotowe przed nimi.</akap_dialog>


<akap>Drzwi od sieni skrzypnęły.</akap>


<akap_dialog>--- A czego tam? Co za sprawa, że mnie
aż tu nachodzisz nie wołany? --- chmurząc
czoło, spytał Wierzynek kłaniającego się
pokornie pachołka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan z Balic przysłał konnego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że najjaśniejszy cesarz stanął wczoraj
noclegiem w Olkuszu, a jutro na podwieczerz będzie w Krakowie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chybaj<pe><slowo_obce>chybać</slowo_obce> (daw.) --- biegać, pędzić.</pe> w te pędy na gród, pokłoń się
ode mnie panu krakowskiemu, a prosto do
niego idź, rozumiesz?! I powiedz mu, niech
zaraz króla miłościwego o tym zawiadomi!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham waszej wielmożności.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, i moje spoczynki --- dodał stolnik,
zwracając się do syna. --- Teraz dopiero
zacznie się prawdziwa robota.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaniechajcie jej na dziś, panie ojcze ---
rzekł Daniel. --- Wywczasujcie się, zażyjcie
snu zdrowego, a jutro, skoro świt, snadniej
wam pójdzie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobra rada godna posłuchu. Ale nie
odchodź, zaraz podadzą wieczerzę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie mogę, trzeba mi z nowiną do nuncjusza. Ostańcie z Bogiem, panie ojcze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź z Bogiem. Dobranoc.</akap_dialog>


<akap>Kostka z Hanusią skoczyły podawać
płaszcz stryjowi. We drzwiach od kuchni
ukazała się Ewa z misą jakiejś wybornie pachnącej strawy. Za nią pani Janowa i ciotka
Rafałka, druga synowa Wierzynka, niosły
chleb, łyżki i noże, gdy wtem, jak kamień
rzucony z procy, wpadł do izby dwudziestoletni chłopak w barwie dworzan królewskich.
Nie mogąc słowa przemówić, oparł się o ścianę ciężko dysząc.</akap>


<akap_dialog>--- Zbilut? Cóż to za obyczaje? Drogiś zabaczył<pe><slowo_obce>drogiś zabaczył</slowo_obce> (daw.) --- zapomniałeś drogi.</pe>? Zda ci się chyba, żeś na miód zabiegł pod wiechę<pe><slowo_obce>pod wiechę</slowo_obce> --- do karczmy.</pe>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Darujcie, wasza wielmożność, przykazano mi... lecieć chyżej wiatru...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kto przykazał?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pan krakowski.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Do mnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jest. Miłościwy król wzywa pana
stolnika.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wie już o cesarzu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Właśnie przed chwilą posłaniec z Nawojowej...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A do mnie z Balic. Biegaj do miłościwego pana, powiedz, że idę! Ewa, gdzie
moja opończa?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hanuś... --- szepnęła Kostka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biedny nasz dziadek...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Biedny? A czego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo matusia uwarzyli<pe><slowo_obce>matusia uwarzyli</slowo_obce> --- mama ugotowała (daw. forma grzecznościowa w 3 os. lm).</pe> boczek ze śliwkami.</akap_dialog>



<naglowek_rozdzial>2. Pomysł Hanusi</naglowek_rozdzial>




<akap_dialog>--- Matusiu...</akap_dialog>



<akap_dialog>--- No?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobraście jak sam miód...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, cóż tam Pan Jezus dał nowego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak was miłuję, że strach!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Znam cię, ziele próżniackie. Pewnikiem od kądzieli chcesz się wymigać, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Matusiu... matusieńko jedyna, najmilejsza... takie złote słoneczko świeci, ani jednej chmurki na niebie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż mi prawisz, jakbym oczu nie
miała?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A na dziadkowej łące tyle stokroci,
przylaszczek, smółek, niezabudek, mlecza
żółtego... a w dziadkowym sadzie jabłonie
już kwitną...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skądże to wiesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stanko biegał wczoraj na Prądnik.
Powiada, że ino się mieni łąka od kwiecia,
a pachnie... Oj, matusiu, dajcie nam iść do
sadu!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tyle dale<pe><slowo_obce>tyle dale</slowo_obce> --- tak daleko.</pe>? Nie puszczę. Jeszcze cię
krowy pobodą, psy pokąsają. Słyszane rzeczy! Czego ci się zachciewa!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie zaś krowy, gdzie zaś psy, matusiu! Pójdzie Stanko, pójdzie Jasiek Zaklika,
pójdzie Przemko z Chrobrza i Maciek ze
Służewa...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Hanka Wierzynkówna sama jedna
z chłopakami? A to mi się córusia udała!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciotka Rafałka obiecali...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że jak wy zezwolicie, to pójdą z nami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skaranie boże z tą Rafałką! Że jej Pan
Jezus własnych dziatek odmówił, to już cudzym schlebia, do wszelakich zbytków zgodna. Wiadomo, na pochyłe drzewo kozy
skaczą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Matusieńko... pobieżemy duchem... ani
się opatrzycie, już my tu.</akap_dialog>


<akap>Pani Janowa robiła srogą minę, ale i jej
serce miało twardość raczej wosku niż kamienia, gdy które z dzieci przychodziło do
niej z prośbą.</akap>


<akap_dialog>--- Ano, niechże już wasza prawda będzie.
Idźcie z Panem Jezusem. A wracać mi na
obiad... pamiętaj!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jużci, nie chybimy, matusiu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha. A z Kostką co? Toćże to robaczek maluśki. Nie zalezie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A we wielkanocne święta nie była
z nami na Rękawce? Wżdy Krzemionki też
dobry kawał za miastem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ba! Rafałka ją niosła, Magda ją niosła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, widzicie, matusiu, ciotka i dziś
Kostkę poniosą. A Magda pójdzie ze śniadaniem, to jakby się ciotka zanadto zmęczyli...</akap_dialog>


<akap>Hanusia wybiegła pędem, by się przypadkiem co nowego matce nie przypomniało i nie stanęło na przeszkodzie zamierzonej
wycieczce. Wskoczyła do piekarni po siostrzyczkę, przywdziała jej cieplejsze ubranie, bo choć to maj był, zawsze od Tatrów<pe><slowo_obce>Tatrów</slowo_obce> --- dziś popr. forma: Tatr.</pe>
śnieżne podmuchy przelatywały. Migiem
zarzuciła i na siebie kabacik sukienny, lekką chuścinę na głowę i wskoczyła do mieszkania stryjostwa Tomaszów zawiadomić
ciotkę o zezwoleniu matki. Ciotka zaś, przewidując tę dobrą nowinę, już była także
zebrana. Stanko z towarzyszami czekali na
Rynku, przed bramą domu, wyruszono tedy
gwarnie i wesoło ku Floriańskiej Bramie,
za miasto.</akap>


<akap>Najstarszy z wyrostków, czternastoletni
Przemko z Chrobrza, oddał się na usługi
ciotki Rafałki, która wiodła małą Kostunię
za rączkę. Szedł obok niej i zabawiał rozmową. Reszta dzieci biegła gromadką na
przedzie, a z tyłu za wszystkimi postępowała dziewczyna służebna z kobiałką i grubą
chustą wełnianą na ręku.</akap>


<akap>Ledwie przeminęli kościół Panny Marii,
spostrzegli na prawo od Sukiennic zbiegowisko, a choć im pilno było do dziadkowego
sadu, zaciekawieni podstąpili bliżej.</akap>


<akap_dialog>--- A co wy tam, ludzie, robicie? --- spytał Stanko, uchylając uprzejmie kołpaczka.</akap_dialog>


<akap>Jeden z tłumu, mężczyzna w długim szarym żupanie, zapewne rzemieślnik lub kupiec, spojrzał z uśmiechem na chłopca
i rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- A toć wnuk pana Wierzynkowy i pyta, co my tu robimy. Nie wiesz to, co twój
dziad, pan stolnik sandomierski, z rozkazu
miłościwego króla zarządził?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem. A co takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To się przypatrz! Na czterech rogach
Rynku postawiono kadzie z winem i skrzynie z owsem<pa><slowo_obce>Na czterech rogach Rynku postawiono kadzie z winem i skrzynie z owsem dla wygody przyjezdnych gości i ku pożywieniu ich koni</slowo_obce> --- wg Długosza.</pa> dla wygody przyjezdnych gości i ku pożywieniu ich koni. Wprawdzie
po gospodach czuwają komornicy, by jadło
i picie było na zawołanie, ale na wszelki
wypadek, gdyby komu zabrakło, może iść
na Rynek i czerpać do woli. A gdy się
i skrzynie wypróżnią, służba królewska na
nowo je napełnia. Patrz, synku, co tu ludzi
z dzbankami ciśnie się po ono wino... niczym w Kanie Galilejskiej! Cha! cha! cha!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I to tak cały dzień będzie? --- spytał
Jasiek Zaklika.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cały dzień? A gdzież cię to chowano,
mój żaczku, i w jakiej szkole gościnności
uczono? Cały dzień. A to by mi się podobało! Pokąd weselne gody się nie odprawią,
a rycerstwo i insze pany nie odjadą, ma się
lać wino jako ta rzeka. Niech lud pije za
zdrowie i pomyślność najjaśniejszych i miłościwych gościł</akap_dialog>


<akap>Chłopcy przypatrywali się chwilę zgiełkliwemu czerpaniu wina z kadzi, ale Hanusia nawoływała do pośpiechu, więc poszli.</akap>


<akap_dialog>--- Coś wam powiem --- rzekła dziewczynka z miną tajemniczą, oglądając się, czy
ciotka tuż za nimi nie idzie. --- Ino cicho,
sza, bo by się gotowe nie udać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Albo my to dziewki, żebyśmy dużo
gadali? --- burknął rówieśnik Hanki, dziesięcioletni Maciek ze Służewa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzicie go! Ledwie to chodzi, dwie
piędzi<pe><slowo_obce>piędź</slowo_obce> --- daw. miara długości, ok. 20 cm.</pe> mierzy, a dziewkom przygania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tyś rosła jak dąb! W dziadkowej
ciżmie<pe><slowo_obce>ciżma</slowo_obce> (daw.) --- but, pantofel.</pe> z wygodą się prześpisz, jeszcze
i Kostka przy tobie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Truteń jeden. Stanko! Nie daj siostry
krzywdzić! No, ruszże się!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cichajcie! Niech ino ciotka usłyszy,
że się swarzycie, zaraz do domu nawróci,
cobyście tam bajkowali po próżnicy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jam nie zaczynała --- rzekła Hanusia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A mnie się ino tak wyrwało --- zapewniał Maciek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, to niechże będzie święta zgoda!
A ty, Hanka, gadaj, coś miała gadać --- zakończył spór Jasiek Zaklika.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, tedy chciałam rzec, żebyśmy na
łące i w sadzie narwali kwiatów, ile tylko
unieść zdołamy. Ale to musi być strasznie
dużo! A skoro przyjdziemy do dom... --- Tu
się zacięła, jakby się nad czymś namyślając.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, a jak wrócimy do domu, to co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To złożymy kwiatki w chłodzie... skropimy wodą... i... będziemy czekać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż ci dolega, co ano stękasz jak stara
Wojnarka pod dominikanami?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Okrutnie się boję, czy się uda.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadajże raz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Uważajcież. Dziaduś powiadali wczoraj stryjowi, że wszystkie króle i książęta,
co tu na wesele pozjeżdżały, oczekują wieści, zali się najjaśniejszy cesarz niemiecki
nie zbliża. A gdy on z ostatniego popasu
wyruszy, o czym rozstawieni konni doniosą, wtedy zbiorą się wszyscy razem i pospieszą jemu naprzeciw. Księżniczka Elżbieta zaś, że to nie przystoi narzeczonej
nadskakiwać nad miarę swemu przyszłemu
małżonkowi --- tak dziaduś gadali, ale sobie
rozważam, że ja, gdybym szła za króla, to
bym srodze wyskakiwała...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co tam o ciebie! Powiadaj dalej ---
przerwał jej niecierpliwie Stanko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc jako narzeczona i jako panna
z wielkiego rodu, nie może zbytnio swej
radości okazować, a jednak należy jej się
takoż cesarza powitać. Więc...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc jak? Znowu stękasz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekaj, ino sobie spomnę. Aha. Więc
ona, rodzic jej, książę Bogusław, i wszystkie
panny dworskie z mistrzynią wyjdą ino za
rogatki i tam cesarza powitają. A potem
wszyscy społem powrócą na gród.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojoj!... Cobyśmy choć na czas z Prądnika wrócili! --- krzyknął Maciek w wielkiej
trwodze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czekajże, jeszczem nie dokończyła!
Wrócimy na czas, bo na podwieczerz dopiero spodziewają się najjaśniejszego cesa rza. My tedy zjadamy spokojnie obiad,
matusi niczym na złość nie uczynimy, cichutko jak trusie idziemy ,,na niby" do
ciotki Rafałki, jak to co dnia robimy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy nie na niby u niej siedzimy do
wieczora, ino naprawdę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak będziesz przerywał i przerywał, to
się niczego nie dowiesz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jużem zamknął gębę na kłódkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc matusia idą spocząć do alkierza,
my do ciotki, na niby to, a naprawdę na
górkę, pod dach. Tam przez dymniki cały
Rynek i całą ulicę przejrzeć aż po Floriańską Bramę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ach, prawda! Ze strychu cudnie...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Eeee?... A kto wymyślił? Tam ano stoimy i czekamy. Matusia, choć spostrzegą,
że nas nie ma, pomyślą, żeśmy przed dom
wybiegli, i łajanie dla mnie, a bicie dla ciebie na potem odłożą. Aż tu nadchodzi dwór,
wszystkie panny, rycerze, całe dziwowisko.
My się przypatrujemy, a gdy Elżbieta ze
swymi dziewkami Mariacką farę przeminie
i ku nam się skieruje, my w tejże chwili
z okna buch, buch, buch kwietne wiązki jej
pod nogi. Tak powitają kochaną księżniczkę Wierzynkowe wnuki!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oj, Hanuś, Hanuś... Toś ty cale dorzeczna dziewka, a ja cię zawżdy miał za głupią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To sobie wzajem darujmy, bo i ja nie
dałabym pół denara za twój rozum, choć do
szkoły chodzisz, a ja niczego nie uczona.
Pomnijcież na moje słowa. Jak już będziemy w sadzie, to ino Przemkowi szepnijcie,
co i jak, a strzeżcie się Kostki, żeby nie posłyszała, bo ta niczego nie utai. Co wie, to
wyśpiewa i zepsuje nam całą zabawę.</akap_dialog>


<akap>Tak sobie gwarząc, dokazując, a ciotkę
Rafałkę co chwila za jej dobroć po rękach
całując zaszli w godzinę na Prądnik, gdzie
stary Wierzynek miał rozległe pola i ogrody<pa><slowo_obce>na Prądnik, gdzie stary Wierzynek miał rozległe pola i ogrody</slowo_obce> --- wg Kutrzeby, Szajnochy.</pa>. Ciotka usiadła pod jabłonią, choć niewiele jeszcze młode listeczki cienia dawały,
i zaczęła rozkładać na trawie śniadanie
przyniesione przez Magdę w kobiałce.
Snadź wielkie miała zaufanie do zdrowego
apetytu swoich siostrzeńców i ich gości, bo
wydobywała, a wydobywała bez końca.
Najpierw kilka potężnych kromek chleba
z masłem, poskładanych ku sobie i owiniętych czystą białą szmatką; potem ogromny
twaróg świeżutki, prosto z worka; orzechów
parę garści; śliwek i gruszek suszonych.
Wszystko podzieliła sprawiedliwie, a o sobie nie zapominając, bo po milowej przechadzce porządnie też była głodna. Dzieci
pokładły się na trawie i zajadały smacznie,
ciągle coś z sobą poszeptując. Magda zaś
umknęła ze swoim śniadaniem w głąb sadu
szukać ojca, który służył u Wierzynków za
pasiecznika. Potem chłopcy z Hanką wybiegli za płot, na łąkę, a ciotka rozesłała na
ziemi grubą płachtę, położyły się na niej
obie z Kostką i ani pacierz nie minął, spały
jak kamień.</akap>


<akap>Tamci zaś, posłuszni Hanusi, rwali kwiatki, jakie im tylko pod ręce podpadły, byle
dużo, byle dużo, byle jak najwięcej! A że to
chłopaki, czy dziś, czy pięćset lat temu zawsze podobne miewają zwyczaje i podobnie
się bawią, więc u każdego w kieszeni znalazł
się to sznurek cienki, to postronek, to łyczko.
Powiązano tymczasem kwiaty w cztery duże
snopy --- w domu dopiero miała je Hanka
przebrać i na drobne wiązeczki podzielić ---
i każdy z chłopców zabrał jeden na ramię.
Hankę, jako doradczynię i kierowniczkę,
uwolniono jednogłośnie od noszenia ciężarów.</akap>


<akap_dialog>--- A teraz wio, koniki, do domu! Słoneczko się podnosi, trzeba nam na południe
do Krakowa! --- zakomenderowała Hanka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rad bym wiedzieć, gdzie ty te gaje
przechowasz do wieczora? --- spytał Jasiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wrażę<pe><slowo_obce>wrazić</slowo_obce> --- wsadzić, wepchnąć.</pe> do kadzi z deszczówką. Matusia nie spostrzegą, bo to w samym kącie
podwórca a kwiateczki woda odświeży
i cale ożywi. Po obiedzie wyniesiemy się
z naszym kramem na strych. Nici do wiązania odwinęłam ciotce z wrzeciona cały kłębek. Porobi się malutkie wiązusie, aby dużo,
no, i dalej będzie, jak Bóg da. Byle nas matusia przed czasem nie wyłowili.</akap_dialog>


<akap>Zbudzono ciotkę i Kostunię i powrót do
Krakowa odbył się szczęśliwie. Jeszcze strażnik z Mariackiej wieży na południe nie trąbił, gdy stanęli przed domem. Jasiek, Przemko i Maciek pożegnali młodych Wierzynków znaczącym chrząknięciem i pośpieszyli
na obiad do swoich rodziców. Kwiaty
dostały się niepostrzeżone do kadzi z deszczówką, po czym dzieci poszły pokłonić się
stryjowi Tomaszowi i przeprosić go, bo się
trochę krzywił, że cały ranek żony w domu
nie było.</akap>


<akap_dialog>--- Widzicie, włóczykije --- zawołała Ewa,
przysposobiając do obiadu w izbie stołowej --- łazicie na jakieś Prądniki, Bóg raczy
wiedzieć, gdzie, a tu księżniczka z dworem
nie ma ćwierć godziny, jak przejeżdżała!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A król miłościwy i tamte książęta? ---
spytał Stanko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, tamci to zaraz po prymarii wyruszyli na balicki gościniec.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha! Szkoda! Ano wracać chyba muszą
do Krakowa, co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jużci, gdzieżby się podzieli? Wżdy
wszystko nazad na gród będzie jechało, ale
wam nic po tym, bo was pani matka nie
puszczą. Stanko to tam jeszcze, jak Stanko...
Utrzymasz to piskorza w garści? Ale co
Hanusię, to powiadali, że do alkierza zamkną, coby jej konie nie stratowały albo
i ludzie w tłoku nie udusili.</akap_dialog>


<akap>Hanusi serduszko zadrżało na myśl o ciężkiej żelaznej zasuwie alkierza, ale liczyła
na boską opatrzność i popołudniowy sen
matusi.</akap>


<naglowek_rozdzial>3. Co dzieci widziały z dachu</naglowek_rozdzial>






<akap>Maciek, wetknij zatyczkę za skobel, coby znać nie było, że drzwi otwarte.
A jeśli wam życie mile, sprawujcie się nikiej myszy cichutko, żeby matusia nie dosłyszeli, że się co rucha na górze.</akap>


<akap_dialog>--- Ee... matusia śpią sobie jako zwyczaj --- uspokajał Stanko obawę siostry ---
a gdy przyjdzie pora na wjazd królewski,
to będą oknem wyglądać z ciotkami i kumoszkami, co się ich do naszych okien ze
czterdzieści wmówiło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aż na rodzone dzieci miejsca zbrakło --- z goryczą dodała Hanusia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzieżeś wraziła ten kawał placka, co
ci dali dla ciotki Rafałki?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hi! hi! hi! Hanka mu zacny pogrzeb
sprawiła! Jeszcze się oblizuje!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Maciek, Maciek, to już dziś drugi raz
mnie zaczepiasz! Poczekaj, niech ino z królami skończę, to cię stłukę na kwaśne jabłko! Popamiętasz moją rękę, niecnoto jeden!
Że sam chytry i łakotliwy jako nasz Mruczek, to na drugich będziesz wygadywał!
Pojrzyj do kąta na prawo! Leży tam kądziel,
hę? A wedle kądzieli jest tam miseczka
z plackiem, hę? Teraz będziesz wiedział, co
ci się należy ode mnie, i chyba mi nie jest
Hanka<pe><slowo_obce>mi nie jest
Hanka</slowo_obce> (daw.) --- nie nazywam się Hanka.</pe>, jeżeli ci skóry nie wygarbuję, zobaczysz!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rety! Co się ona taka robi zuchwała? --- spytał ze śmiechem Przemko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, słyszała wczoraj o księżniczce
Elżbiecie, że jest mocna za czterech, to chce
swojej siły na Maćku wypróbować.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gadu, gadu, słońce się za ratusz schyla, a kwiaty nie powiązane. Ej, Hanka, przez
wasze jankory zapóźnimy się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, dalej, raz, dwa! Jasiek, bierz z kupki kwiatuszki, podawaj mi po kilka, ja
będę wiązała, a ty, Przemko, ucinaj równiutko każdą wiązeczkę, coby ładnie wyglądała. Masz nóż?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie miałbym?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja co mam robić? --- spytał Stanko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pilnuj Maćka, coby kołacza nie zjadł.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hanuś, powiedzieć ci coś?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie potrzebuję od ciebie nic.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Inom cię chciał spytać, czy masz drugie imię na chrzcie świętym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż za świeże krotofile? Hanka mi
jest i dość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hanka? A jam rozumiał, że ci na drugie Mścisława i dlatego takaś zawzięta, że
mnie chcesz zabić za byle co.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Odczep się ode mnie!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Patrzcie no! --- krzyknął Zaklika z radością. --- Od Brackiej ulicy idzie na przełaj Kuba z Radzimina. Mignę na niego,
niech się tu do nas wkradnie, dobrze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co się masz nawet pytać! Wołaj go,
wołaj. On starszy od nas, bywa z ojcem po
grodach rycerskich, więcej ludzi w tygodniu widuje niż my w roku, może i onych
gości królewskich gdzie napotykał, to nam
każdego pokaże, i gdybyśmy czego nie
zauważyli, to nam wytłumaczy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pójdę, drzwi cichutko odewrę, bo już
wszedł do bramy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Witajże, Kuba miły! Właśnie nam
ciebie do kompanii brakowało!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co wy tu robicie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zaraz się dowiesz, ino wpierw gadaj,
czy cię kto z domowych nie spotkał w sieni
albo na schodach?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nikogom nie widział, ino wasz
stary parobek stał w bramie, ale ani się za
mną nie obejrzał.</akap_dialog>


<akap>Chłopcy opowiedzieli Kubie o swoich
zamiarach i zaprosili do przycinania wiązanek, których Hanusia przyrządziła już prawie kopę, a kwiatów jeszcze ani połowy nie
spotrzebowała<pe><slowo_obce>spotrzebować</slowo_obce> (daw.) --- zużyć.</pe>. Odtrącony od jej łask Maciek ze Służewa obrał sobie najlepszą cząstkę, bo wydrapał się do okienka strychowego tuż przy murze działowym, usiadł na
krokwi i patrzył na dół, w Rynek i ku ulicy Floriańskiej.</akap>


<akap_dialog>--- Zmiłujcie się, ludzie, co za mrowisko!
A to dopiero! Głowa przy głowie... Choćbyś
czapkę rzucił, nie doleci do ziemi. Stanko!
Przemko! Wyjrzyjcie ino!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha... Rety! Tyle narodu! O, Panie
Jezusie! Tyleś to stworzył?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Patrzajcie, jak się tłoczą! Jak się popychają! A wygraża jedno drugiemu...
a szturchają się... jeszcze nic do widzenia
nie ma, a oni się już zabijają. A co potem
będzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie widzisz to halabardników, jak porządek czynią? O, jaka szeroka droga zostawiona środkiem na przejazd!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pachołcy miejscy trzymają się za ręce
i sznurem, żeby naród nie zastępował
drogi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ta gruba niewiasta pod łokieć mu
się wpycha, chce w pierwszy rząd.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, zwalił ją po karku... To ci wrzeszczy dopiero!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cały dach u świętego Wojciecha
dzieci jak wróble obsiadły!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A na Sukiennicach widzisz, jak się roi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A na dachach!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A w dymnikach!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, jakże? Wżdy i nas tu kilkoro na
strychu. Widno inni ten sam rozum mieli.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chodźcie do roboty, chodźcie, próżniaki! Nie widzicie, że słońce już ino przez
Szewską Furtkę do miasta zagląda? Spieszmy się!</akap_dialog>


<akap>Chwilę pracowali gorączkowo, nawet się
do siebie nie odzywając.</akap>


<akap>Wtem, jakby na rozkaz jakiejś mocy niewidzialnej, ozwały się dzwony wszystkich
kościołów krakowskich. Poważnym basem
huczało z wieży Panny Marii; trzy dzwony
zamkowe trojakimi zawodziły głosami; sygnaturka św. Wojciecha szczebiotała prędko
i dobitnie niby gadatliwa niewiasta; św.
Idzi wtórował jej dyszkancikiem, a okazały
Iwo u dominikanów karcił te figle surowym
buuum, buuum, buuum... U św. Floriana,
u św. Krzyża, u franciszkanów, u św. Magdaleny, u św. Andrzeja, na Skałce, u augustianek i u Bożego Ciała. Ze wszech stron
płynęły donośne dźwięki jak na rezurekcję.</akap>


<akap_dialog>--- Rety, jadą! --- wrzasnął nagle Maciek,
zeskoczył z belki i zapominając o nieprzyjaźni i przyobiecanej zemście, rzucił się
Hance na szyję. --- Hanuś, pójdź! Z mojego
okienka wszystko najlepiej uwidzisz! Pójdź,
będziemy razem wyglądali!</akap_dialog>


<akap>Dziewczyna w szlachetnym zapale puściła
też wrogie zamysły w niepamięć. Wszyscy
chłopcy usadowili się w największym dymniku i wychyleni do połowy ciała ponad
dachem, wypatrywali oczy w kierunku Floriańskiej Bramy. Rzeczywiście, środkiem
ulicy, między dwiema wstęgami tłumnie
zbitego ludu, poruszały się powoli jakieś
zastępy i posuwały się ku miastu.</akap>


<akap_dialog>--- Oho, pierwsi już wchodzą w Rynek! ---
zawołał Stanko. --- To ceklerze! A jakżeby
się przez<pe><slowo_obce>przez</slowo_obce> (daw., gw.) --- tu: bez.</pe> miejskiej straży obeszło! Gdzie
ich nie posiać, tam wyrosną.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, nie plótłbyś byle czego! Wżdy
przy każdym wielkim święcie, czy na odpuście, czy na innym jakim obrzędzie, musi
być straż miejska dla porządku. To już tak
nakazane.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tuż za nimi piszczkowie i skrzypiciele<pe><slowo_obce>piszczkowie i skrzypiciele</slowo_obce> --- fletniści i skrzypkowie.</pe>... Wygrywają pięknie, nie można powiedzieć, a że w uszach dudni. Grajcie, grajcie, niech się najjaśniejszy cesarz nasłucha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ee, gdzie on tam jeszcze! Nawet go
okiem nie dojrzy. Ani wie o jakiej muzyce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ooo... patrzcie, dzieci, teraz idą cechy
z chorągwiami! Widzisz, jak onemu wiaterek ślicznie sztandar rozwija, temu z prawego brzega?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co na sztandarze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Święci Kryspin i Kryspinian, patronowie szewców.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skądże wiesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie widzisz to, jak siedzą na niskich
zydelkach i sandały szyją, a złote kółka mają nad głowami, to znaczy, że są święci.
A że takie mieli imiona, to mi babka kiedyś opowiadali. A na tej znów chorągwi
święta Cecylia, patronka muzykusów. A tego z nożycami i kłębkiem w ręku widzisz?
Pięknie wymalowany. Zda się, że lada chwila z płótna na ziemię zejdzie. To święty
Homobon, patron krawców.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ciż dwaj z mieczami, tak paradnie
wystrojeni? --- zapytał Maciek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie, gdzie?! --- zawołał Jasiek. ---
Nie widzę. Aha! Miecze umajone i czerwonymi taśmami owinięte?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jużci. To rzeźnicy. A na tym białym
sztandarze Najświętsza Panienka, patronka
kupców.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cieśle idą! Świętego Józefa na chorągwi mają!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stanko, Stanko! Widzisz twego dziadusia, jak poważnie kroczy? Co za opończa
kunami bramowana<pe><slowo_obce>opończa
kunami bramowana</slowo_obce> --- płaszcz obszyty po brzegach futerkiem z kuny.</pe>!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że też ty wszystko najpierwszy zobaczysz! Pokaż mi, gdzie dziadek?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie rozumiesz? Wszak to cała rada
miasta Krakowa! Ten jasnowłosy pan w wiśniowym żupanie, to konsul miejski, Jan
Denga. Ten niski, w ciemnozielonej opończy lisami podbitej, to Jacek Morsztyn.
Zaraz podle niego ten gruby, szpakowaty,
co się tak chybocze z boku na bok, a ręce
za się założył, to najstarszy konsul, Doman,
wielce uczony medyk a przyjaciel mego
rodzica. Ten po jego lewicy, to Jakub Frant.
Za nimi ci dwaj ciemno odziani, to bracia
Cymermanowie, mają ławkę<pe><slowo_obce>ławka</slowo_obce> --- tu: kram, stragan, sklep.</pe> ze złotymi
i srebrnymi strojami białogłowskimi, a co
drogich kamieni!... Nieco z tyłu, ten mały,
czarny, ze złotym łańcuchem na szyi, to sam
burmistrz. A podle niego...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzę, już widzę! Nasz dziaduś! Boga
mi! Niejeden król pozazdrościć może urody
i pańskiej postawy naszemu dziadkowi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to znowu co za jedni? Czarno ubrani jak duchowne osoby. Jacyś chyba kanonicy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To są profesorowie z nowej szkoły na
Bawole, wiesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co ją niedawno miłościwy król ufundował? Słyszałem. A czego oni uczą?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Prawa rzymskiego, niemieckiego i tych
praw pisanych, które nasz pan, pełen mądrości, we Wiślicy przed piętnastu laty
nadał. Już teraz nie będziemy w Bolonii
nauki szukali, mamy swoją szkołę. Teraz do
Polski z inszych krajów zjeżdżać się zaczną
naszych profesorów słuchać. Ten wysoki
w aksamitnym birecie, ze złotym krzyżem
na piersiach, to rektor.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, znowu muzyka! Sami lutniści.
No, ci to naprawdę pięknie przygrywają.
Warto posłuchać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A teraz patrzajcie, jacyś rycerze we
zbrojach. Konie pod jedną miarę, kapy na
nich trójbarwne, czarne, żółte i czerwone.
Cóż to za jedni?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba straż przyboczna najjaśniejszego cesarza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to? Przyjeżdża w gościnę i z wojskiem? Jak nieprzyjaciel?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, bajczysz. Jakie tam wojsko! Ze
czterdziestu rycerzy, uzbrojenie na śmiech,
prawie do weselnych godów. Czy nie widzisz, co za strojne pancerze, srebrną i złotą
blachą zdobione, a na szyszakach co za pęki
piór? Przyłbice mają podniesione, same młode, ładne chłopy, mało co chyba starsi ode
mnie. Każdy koń ma srebrny bukiet u czoła,
a na łbie pióropusz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałbym ja mieć kiedy takowy strój
dla siebie i rząd na konia!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sześciu trębaczy... też konno...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To heroldowie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ci czterej w kusych kabatach szkarłatnych, obcisłych czarnych nogawicach
i beretach ze wstęgą czarno-żółto-czerwoną?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To zda się giermkowie cesarscy. Prowadzą mu wierzchowce do zmiany. Widzisz
ano, każdy na zacnym rumaku jedzie, a trzykroć piękniejszego luzem prowadzi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ojoj, a ci dwaj, w kierejach bławatnych, sobolami podbitych?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To może krajczy i podczaszy cesarski?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, jakież to śliczne panięta! Przypatrz
się ino, Hanuś, to są paziowie. Lajbiki szkarłatne, pasy ze złotej taśmy, nogawice czarne, berety i ciżmy żółte.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jak dobrani! Sześciu śniadych,
z czarnymi główkami, a sześciu lnianowłosych, a białych i rumianych jak jabłuszka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, Jezu najsłodszy! Już jadą! --- krzyknęła Hanusia, wychylając się z okienka
bez pamięci na niebezpieczeństwo; dobrze,
że ją Maciek obłapił i z całej siły przytrzymał, bo by jak nic z dachu zleciała. --- Dawajcie kwiaty! Rzucajcie wszyscy! A gęsto!
A ciągle! Raz za razem. O, Jezu! Toć to
nasza księżniczka, nasze złotości! Nasz król
ukochany! A... a... gdzież pan młody?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- No, ten, po jej prawicy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chrystusowa matko! Ten dziad szpetny... to ma być pan młody?...</akap_dialog>

<akap>Ostatni jeźdźcy poprzedzający królewską
trójcę minęli już kościół św. Wojciecha
i wkraczali w ulicę Grodzką, a lud rozradowany witał wesołymi okrzykami umiłowanego króla, pannę młodą i przyszłego jej
małżonka, cesarza niemieckiego, Karola.</akap>





<akap>W środku, między dziadkiem a narzeczonym, na siwym arabskim rumaku o grzywie
długiej, srebrzystej, jechała Elżbieta pomorska. Kapa na koniu krwawoczerwona, złotem i srebrem tkana, turkusami haftowana,
iskrzyła się w promieniach zachodzącego
słońca. Młodziutka księżniczka, rumiana
i złotowłosa jak jutrzenka, przybrana była
pięknie i bogato. Na włosach, splecionych
obyczajem polskich dziewcząt w dwa warkocze wolno puszczone, miała wianuszek
z rozmarynu, sznurem pereł przewijany.
Suknia obcisła, jedwabna, koloru majowej
trawy, u góry na cal wycięta, zostawiała
szyję wolną, rękawy zaś wąziutkie a długie
zachodziły na całą rączkę, palców tylko nie
zakrywając. Tak rękawy, jak i wycięcie
u szyi, suto złotem i perłami było haftowane. W stanie ściśnięta li samym tylko krojem sukni, biodra miała nisko przepasane
wstęgą złocistą, drogimi kamieniami gęsto
naszytą. Długi płaszcz szkarłatny z przedniego aksamitu, białym atłasem podbity, na
podwójnym łańcuchu klamrami spięty, spływał z jej ramion i okrywając wierzchowca,
opadał do samej ziemi. Dwóch paziów
w krótkich kabacikach barwy bławatka,
w takichże nogawicach i czerwonych ciżemkach, prowadziło konia księżniczki za
cugle.</akap>


<akap>Po prawej stronie Elżbiety jechał cesarz
Karol, mężczyzna blisko pięćdziesięcioletni,
otwarzy bladej i nieco obrzmiałej, z wyrazem zmęczenia w oczach. Jechał na złotogrzywym kasztanie. Kapa aż się mieniła od
różnobarwnych kamieni, a tak była szeroka i długa, że zakrywała całego prawie konia, ledwo mu trochę nóg było widać. Bukiet na łbie szczerozłoty i kita z piór strusich białych. Cesarz miał na głowie płaski,
okrągły beret opasany płatem złotej lamy,
związanej w misterny węzeł, a przepiętej
wielką różą diamentową. Spodnią szatę miał
ciemnomiedzianą, aksamitną, a płaszcz purpurowy, podszyty złotogłowiem, bramowany wielce naówczas osobliwym i drogim
futrem z gronostajów, spięty był na piersiach diamentowymi klamrami. Paziowie
w barwie cesarskiej prowadzili konia.</akap>


<akap>Król Kazimierz jechał po lewej stronie
księżniczki Elżbiety na karym wierzchowcu,
równie bogato przystrojonym, jak cesarski,
i przez dwóch paziów biało z czerwonym
odzianych prowadzonym.</akap>


<akap>Postać uwielbianego przez cały naród
monarchy jaśniała pogodą, wspaniałością
i niezmiernym majestatem. Starszy od Karola o lat kilka, wydawał się młodszy odeń
wiele. Okazałego wzrostu i dobrej tuszy.
Twarz piękna, o rysach regularnych, okolona była gęstymi kruczymi włosami, które,
mimo te kręte z natury, jeszcze i sztucznie
gorącym żelazem trefione, w puklach spadały na ramiona. Toż samo i broda długa,
ułożona kunsztownie jakoby w rurki, powabnie spływała na piersi.</akap>


<akap>Król polski miał na sobie długi szkarłatny
żupan, z umysłu<pe><slowo_obce>z umysłu</slowo_obce> (daw.) --- rozmyślnie, specjalnie.</pe> ciasno skrojony, a od szyi
do samego dołu na wielkie złote guzy opinany. Takiegoż koloru płaszcz, gronostajami podbity, wlókł się niemal po ziemi.</akap>


<akap>Do pobieżnego opisania stroju tych trojga książąt potrzeba dość czasu. Dzieci, pożerające wspaniały widok zachwyconymi
oczyma, w jednej chwili objęły wszystko
wzrokiem.</akap>


<akap>Wolna przestrzeń przed prowadzonymi
przez paziów rumakami pokryła się kobiercem polnych kwiatów, a wiązanki, rzucane
pełnymi garściami, sypały się prawdziwie
jak grad z poddasza kamienicy Wierzynkowej. Dostojni jeźdźcy zauważyli z upodobaniem hołd złożony im w tak wdzięcznej
formie, lecz jedna tylko Elżbieta zmiarkowała, z którego domu i z jakiej wysokości
kwiaty padały. Podniosła niespodzianie głowę i spotkała się oko w oko z rozognioną
szałem radości twarzyczką Hanusi.</akap>


<akap_dialog>--- O Jezu... Widziała mnie! Patrzy na
nas!... Śmieje się, kochanie najcudniejsze!</akap_dialog>


<akap>Hanka porwała ze dwadzieścia bukiecików i rzuciła je pod nogi księżniczce. Kilkanaście padło na ziemię, a dwa w nadstawione ręce Elżbiety.</akap>


<akap_dialog>--- Ot, i skończyło się, przejechali... Już
jej nie zobaczę! --- zawołała Hanusia i zaniosła się głośnym płaczem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cichoże, niemądra! Jeszcze tyle mamy
do oglądania. Pojrzyj ino, panny dworskie
jadą... Hanuś, prędzej!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajcie mi spokój! Jużem niczego nie
ciekawa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie? A to siedź w kącie i mazgaj się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A dwóch biskupów w lektykach nie
chcesz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech sobie jadą z Panem Jezusem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oho, cóż to za halabardnicy znowu?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To... Albo ja wiem? Najprędzej będą
te Duńczycy, co z królem Waldemarem
przybyli. Jużci, dobrzem trafił, bo tuż za
nimi jadą znów giermkowie z wierzchowcami, a jednego z nich wczoraj poznałem na
mieście. Duńczyk jest, ale po niemiecku
umie, ja zaś nieco rozumiem, tośmy się piąte przez dziesiąte rozmówili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A to co za pokraka?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hanuś, Hanuś, chcesz widzieć karzełka?</akap_dialog>


<akap>Przemogła ciekawość, zerwała się Hanka
z kącika, w którym odprawiała gorzkie żale,
i z buzią mokrą jeszcze od łez wyjrzała
przez okno.</akap>


<akap_dialog>--- Karzełek? Gdzie karzełek? Co to takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Widzisz --- pokazał Stanko palcem ---
widzisz to maleńkie brzydactwo o starej
głowie na grubym kadłubku i króciutkich
nóżkach? Jedzie na szkapce też takiej niewyrośniętej, jako i on sam. Obmierzła potwora! Skąd się to wzięło między państwem?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie słyszałżeś nigdy --- rzekł Kuba ---
że na królewskich dworach lubią chować
przeróżne dzikie zwierzęta z dalekich krajów, ptaki gadające i takie ludzkie niewydarki? Najbardziej toto w łasce pańskiej
opływa. Zuchwałe to i pyszne... Im paskudniejsze, tym się bardziej nadyma.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czyjże ten jest?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pewnikiem duńskiego króla zabawka,
bo oto patrzaj, harcuje wedle giermków,
plecie im widno koszałki opałki, a ci aż się
koniom na szyję kładą ze śmiechu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A tenże blady pan taki strojny. Nie
wiesz, kto jest?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Gdzie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za tymi rycerzami, co ano trójkami
jadą. Nie widzisz? Dwóch razem, konie pod
nimi piękne, rzędy złociste.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Aha... Ten rudy? Kto by to był... Chyba nie kto inszy, ino sam król duński.
Ojciec gadali wczoraj, że słabowito wygląda, a zły i kwaśny, jakby się octu napił.
On ci, on brwi nasrożył, a z góry na lud
spoziera. Oj, nie chciałbym ja takiego pana
mieć nad sobą!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie masz to, jak nasz król miłościwy!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ten drugi, co wedle niego jedzie,
to znów cale odmienny. Młody i urodziwy,
oczyma strzela na prawo i na lewo... Śmieje się... A kędzierzawy jak Żydowin... Wiem
już, wiem! To będzie ten zza morza, król
Cypru i Jerozolimy, co jeździ po chrześcijańskich stolicach i na krzyżową wyprawę
rycerstwo zwołuje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jedno mi dziwne...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Cóż takiego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Że nigdzie dotąd króla Ludwika ani
księcia Bogusława nie uwidziałem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I to ci wytłumaczę, bo i o tym u rodzica mego mowa była. Ludwik z Bogusławem aż na samym końcu, jeszcze za miastem gdzieś będą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Siostrzan królewski i zięć na samym
końcu? Obraza!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oj, senatorska głowo! Szkoda, że ciebie na radę nie wzywano. Sam król tak zarządził i mądrze zarządził, jako wszystko
mądre jest, co czyni. Miarkuj ino: on sam,
jako pan i gospodarz, jedzie przodem z najzacniejszymi gośćmi; by zaś właśnie jakoweś nieprzystojne obrazy i niesnaski między książętami nie wynikły, co łacno na
takim zjeździe może się przytrafić, polecił
Ludwikowi i Bogusławowi resztę gości
w opiekę. Wżdy książę pomorski tu, w Krakowie, jakby we własnym domu, a Ludwik
ma zapewniony tron po Kazimierzu, to
i słusznie, by trudy przyjęcia na równi z najjaśniejszym panem ponosili.</akap_dialog>


<akap>Tak rozprawiał Kuba z Radzimina, a chłopcy słuchali go uważnie. Pochód królewskich gości ciągnął się jeszcze nieprzerwanym sznurem, dzieci jednak, zmęczone długo trwającym widowiskiem, usunęły się
s okienek, usiadły na starej skrzyni i odpoczywały.</akap>


<akap>Nagle doleciał ich uszu gwar wzmożony
i głośne wrzaski a śmiechy.</akap>


<akap>Przyczyną tych okrzyków byli czterej
jeźdźcy na wielbłądach, przyboczna służba
króla Piotra cypryjskiego. Trzej z nich,
Arabi w białych burnusach i żółtych turbanach, spoglądali na tłum ze wzgardliwą
powagą. Czwarty, hebanowej czarności Murzyn przybrany czerwono, szczerzył zęby
do zdumionego ludu i uspokajał małą rudawą małpkę, która spłoszona obejmowała
go łapkami za szyję.</akap>


<akap>Sześć zaciekawionych główek wychyliło
się znowu ze strychowych okien Wierzynkowego domu.</akap>


<akap>Hanusia spojrzała w dół i z przeraźliwym
krzykiem odskoczyła od okna.</akap>


<akap_dialog>--- Hanuś, czego się trzęsiesz? Co ci to?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszyscy święci, ratujcie!... Diabeł ze
swoim synem!</akap_dialog>




<!--TRIM:3-->



<naglowek_rozdzial>4. Kłopoty Pani Janowej</naglowek_rozdzial>








<akap>Przeszło od dwóch tygodni królewscy goście bawili już w Krakowie, podejmowani z niesłychanym przepychem
i wspaniałością przez Kazimierza Wielkiego. Współcześni kronikarze piszą, że cały
ten długi szereg dni był jedną nieprzerwaną prawie ucztą, jednym bankietem.</akap>


<akap>Na trzeci dzień po przyjeździe cesarza
niemieckiego odbyły się zaślubiny jego
z księżniczką Elżbietą w katedrze na Wawelu. Wszyscy królowie i książęta, rycerze
obcy i swoi, nuncjusz papieski i całe polskie duchowieństwo --- zgromadzili się na
tę wielką uroczystość w kościele, a starzec
dziewięćdziesięcioletni, arcybiskup gnieźnieński, Jarosław<pa><slowo_obce>dziewięćdziesięcioletni arcybiskup gnieźnieński, Jarosław, związał stułą ręce cesarskiej pary</slowo_obce> --- wg Długosza.</pa>, związał stułą ręce cesarskiej pary.</akap>


<akap>Biesiady, festyny, tańce, turnieje i gonitwy, rozrywki wszelakie trwały od rana do
późnej nocy. Przerywano je dla krótkiego
wypoczynku, by wczesnym rankiem zacząć
szaleć na nowo. Król Kazimierz obsypywał
swych gości sutymi podarunkami. Nie była
to już hojność pańska, ale raczej zbytek
i rozrzutność nie liczącego swych skarbów
bogacza.</akap>


<akap>Mikołaj Wierzynek, oddany całą duszą
umiłowanemu królowi, pełnił wszystkie jego polecenia, baczył, by goście w niczym
nie zaznali braku, wymyślał coraz nowe
rozrywki, sprowadzał bezustannie z włości
królewskich zapasy, o winie pamiętał, służbę nadzorował. Słowem, nic jego oku nie
uszło, był wszędzie, kierował wszystkim.</akap>


<akap>Król z wielkim uznaniem przyjmował jego
zachody i gdy raz na chwilę znaleźli się
sami, rzekł, łaskawie kładąc mu rękę na
ramieniu:</akap>


<akap_dialog>--- Czym ja wam się wywdzięczę, mój
stolniku, za tyle trudów, za waszą pracę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeślim ino zasłużył, miłościwy panie --- odparł Wierzynek --- to i nagroda
łacno by się znalazła.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A jakaż? --- spytał król nieco zdziwiony tą odpowiedzią, znał bowiem bezinteresowność Wierzynka i nie przypuszczał, by
mu o jakiś dar lub wysoki urząd chodziło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wielką a pokorną prośbę zanoszę do
was, najmiłościwszy królu. Obyście mi raczyli nie odmówić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówcie śmiele, panie stolniku!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oto siedemnaście już dni przebywają
monarchowie w gościnie na Wawelu. Gdybyście, najjaśniejszy panie, zechcieli razem
z ich dostojnymi osobami przyjść pod mój
dach ubogi i zjeść łyżkę strawy przy stole
swego wiernego sługi... To by była nagroda
nad nagrody, pamiątka dla rodu mego po
wsze czasy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chętnie to uczynimy! Przyrzekam za
siebie i w imieniu moich gości. A na który
dzień nas za... za... zapraszacie? --- Kazimierz czasami zacinał się z lekka w mowie.<pa><slowo_obce>Kazimierz czasami zacinał się z lekka w mowie</slowo_obce> --- wg Długosza.</pa></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dziś mamy piątek. Jeśli wola i łaska
miłościwego pana mego i króla, to wtorek
będzie najpiękniejszym dniem mego życia.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zgoda. A przysposóbcie dużo i smacznie, bo zapowiadam, że z wilczym głodem
was najedziemy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czym chata bogata, tym rada --- odpowiedział skromnie Wierzynek.</akap_dialog>


<akap>Biedna pani Janowa! Biedna ciotka Rafałka! Cud prawdziwy, że ze zmęczenia, pośpiechu i obawy, czy sprostają ciężkiemu
zadaniu, na dobre głów nie potraciły. Dopomagał im wprawdzie radą pan Mikołaj,
wielce doświadczony w urządzaniu biesiad
i festynów, ale i on nie mógł być ciągle
w domu, a kobiety wpadały w rozpacz
o najmniejszą drobnostkę.</akap>


<akap>Kasztelan krakowski przysłał własnego
kucharza pod rozkazy pani Janowej, pan
z Ossolina również, z królewskiej kuchni
wypożyczono jednego. Cztery dziewki, osadzone w izdebce za piekarnią, od rana do
nocy skubały kury i kaczki. W poniedziałek
wczesnym rankiem włóczkowie nadwiślańscy dostawili dwie kadzie szczupaków
i karpi. Pasztetnik księdza biskupa sposobił
frykasy i słodkie dania, a obie panie Wierzynkowe biegały to tu, to tam, pomagały
wszystkim i ślubowały złote serduszka Panu
Jezusowi u franciszkanów, jeżeli ów straszny wtorek z chlubą, a przynajmniej jako
tako przeżyją.</akap>


<akap>Największą komnatę z całego domu, piękną, sklepioną izbę o czterech oknach, przeznaczono na salę biesiadną. Podłogę pokryto wzorzystymi kobiercami, okna otoczono
wieńcami z choiny, na ścianach rozpostarto
przepyszne, złotem tkane makaty, a stary
Bartosz, karbowy z Prądnika, przywiózł
pełen wóz świerków i sosenek do umajenia
schodów i świetlicy.</akap>


<akap>Właśnie wniesiono drzewka na górę
i pani Tomaszowa tłumaczyła parobkom,
jak je mają w czterech kątach komnaty
ładnie ustawiać, gdy z drzwi alkierza wychyliła się ciekawa główka Hanusi.</akap>


<akap_dialog>--- Ciotuniu, można? Matusia nie przyjdą
tutaj?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chcesz czego od matusi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech Bóg zachowa! Oni tacy teraz
gniewni cięgiem, wolę im się nie plątać pod
nogami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A mnie się to nie boisz, zuchwalcze
jeden?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie, bo mnie zawżdy pieścicie i całujecie, to co bym się miała bać?</akap_dialog>


<akap>Objęła ciotkę za szyję i przytuliła różową
buzię do jej twarzy.</akap>


<akap_dialog>--- Ciotuniu, prawda, że dziewce to strasznie źle na świecie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A bo źle. Jakbym była chłopcem, to
bym się przebrała bodaj za pacholika do
posług. Stanęłabym gdzie na boku i widziałabym wszystko, co się tu jutro dziać będzie. Napatrzyłabym się choć na ostatek
naszej cudnej księżniczce Elżbiecie, zanim
od nas wyjedzie, a tak co? Zamkną mnie
matusia w komórce jak kurczę w kojcu,
choć weź taj płacz...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na to nie ma nijakiej rady, mój biedny
robaczku --- rzekła ciotka Rafałka, gładząc
jasne włoski Hanusi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ee... co by ta rady nie było --- wtrącił
się stary Bartosz poufale do rozmowy; pięćdziesiąt lat służył u Mikołaja Wierzynka,
wszystkie dzieci i wnuki na rękach nosił,
toteż bardzo go lubiano i uważano za należącego do rodziny.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A co? Ja wiedziałam, że jak nikt nie
pomoże, to ino do Bartosza jak w dym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc jakżeby to zrobić, moiściewy
kochani?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie będą jej miłość swarzyć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mówcie, mówcie. Rada usłyszę, coście
umyślili.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano, kiej dziecko chce patrzyć na ono
państwo przy obiedzie, to musi w tej samej
izbie siedzieć. Czy nie tak?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy wiecie dobrze, że to nie wolno.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Już by ja tak umiarkował, coby się
przez<pe><slowo_obce>przez</slowo_obce> (daw., gw.) --- tu: bez.</pe> pozwolenia obeszło.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój Bartoszu, mój złoty, jakże to? ---
piszczała Hanka, skacząc z niecierpliwej
ciekawości przed starym.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ano tak: stawia się sosenki i świerczki
po kątach świetlicy, tedy w jednym kącie
zagaić gęściej, a nie dosuwać do samej
ściany, coby się Hanusia mogła z czubkiem
i z kieckami schować, a między gałązeczki
oczka wścibić i przez<pe><slowo_obce>przez</slowo_obce> (daw., gw.) --- tu: bez.</pe> nijakiego strachu na
cesarza i króle spoglądać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ciotusiu! Zrobimy tak!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Samaś mówiła tylko co, że cię matusia
zamkną w komórce.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wżdy nie na kłódkę, ino na zasuwę...
Ciotunia zagadają matusię w kuchni, a Bartosz mnie tymczasem wypuści.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oj, Hanuś, Hanuś!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ino mnie nie wydajcie, to wszystko
będzie dobrze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A nie boisz się kary boskiej za nieposłuszeństwo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stryj Daniel powiadali, że Pan Jezus
kocha dzieci, to co by miał mnie karać?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Kocha, ale dobre, poczciwe dzieci,
a nie takie zbytniki, jakoś ty jest.</akap_dialog>


<akap>Hanusia spuściła główkę i odeszła do
alkierza zasępiona. Po drodze jednak pociągnęła nieznacznie Bartosza za sukmanę,
a on zmrużył lewe oko i uśmiechnął się
znacząco.</akap>


<akap>Kącik za choinkami miała zapewniony.</akap>




<naglowek_rozdzial>5. Uczta u Mikołaja Wierzynka</naglowek_rozdzial>






<akap>Pan Mikołaj Wierzynek oczekiwał
gości.</akap>


<akap>Z grona rycerzy polskich i niemieckich
najznamienitsi tylko zostali zaproszeni ze
względu na brak miejsca. Ci naturalnie
stawili się wcześnie, by razem z gospodarzem powitać królów i cesarza.</akap>


<akap>Rojno i gwarno było przed bramą i w sieni. Migotały złotogłowia i szkarłaty, lśniły
od słońca klamry i pasy złociste, barwami
tęczy mieniły się drogie kamienie.</akap>


<akap>Z uderzeniem południowej godziny przybieżał konny posłaniec z Wawelu, zwiastując, że ich cesarskie i królewskie moście już
jadą. Rycerstwo rozstąpiło się na dwie strony i uszykowało szeregami, w bramie zaś
stanął gospodarz z synami, księdzem Danielem i księdzem Mikołajem.</akap>


<akap>Niebawem nadjechali. Tym razem nie
konno, ale w lektykach. Cesarz Karol
z młodziutką małżonką w jednej, Kazimierz
z Waldemarem w drugiej, następnie nuncjusz z księciem Bogusławem, Ludwik węgierski z Piotrem cypryjskim.</akap>


<akap>Oblicze Wierzynka jaśniało niewypowiedzianą radością. Pierwszy to raz, jak Polska
Polską, a Kraków Krakowem, tak wielki
zaszczyt spotykał mieszczanina. Toteż chylił
głowę w niskim pokłonie, podając na złotej ozdobnej tacy chleb, sól i klucz do domu
Kazimierzowi. Starodawna ta ceremonia
oznaczała, że król wszędzie jest panem,
a czyjekolwiek progi przestępuje, we własny dom wchodzi. Kazimierz dotknął z lekka
palcami klucza, po czym objął pochylonego
starca za ramiona i przycisnął go serdecznie do piersi. Następnie witał Wierzynek
cesarza i królów z wielkim uszanowaniem,
ale już nie tak skwapliwie a kornie, jak
króla polskiego.</akap>


<akap>Kazimierz, przyjmując na chwilę rolę gospodarza, ustąpił pierwszeństwa przy wejściu Karolowi. Po schodach ubranych zielenią i kobiercami weszli goście do wielkiego przedsionka, następnie do świątecznie
przystrojonej świetlicy. Na środku komnaty
przygotowany już był stół do uczty, białym
atłasowym obrusem zasłany, ze złotymi talerzami i roztruchanami<pe><slowo_obce>roztruchan</slowo_obce> (daw.) --- kielich, naczynie do picia.</pe> dla monarchów,
a srebrnymi dla reszty gości. Gąsiory z winem i miodem, gęsto rozstawione, wywołały uśmiech zadowolenia na twarze cesarza Karola i Waldemara duńskiego.</akap>


<akap>Dwunastu pacholików w białych wiejskich sukmanach stało rzędem pod ścianą
na prawo od wejścia: sześciu z nich trzymało oburącz miednice srebrne, a drugich
sześciu --- srebrne dzbany pełne wody. Każdy zaś miał przewieszony biały ręcznik
przez ramię.</akap>


<akap>Nie znano jeszcze w owych czasach widelców, przed każdym więc jedzeniem umywano sobie ręce, by czystymi palcami dotykać mięsa i innych potraw, których nie
dało się jeść łyżką. Tak samo i po skończonym obiedzie lub wieczerzy znów następowało mycie rąk. Po dopełnieniu tej czynności
oczekiwano wezwania do stołu.</akap>


<akap>I przystąpił Wierzynek do króla Kazimierza, a obejmując go za kolana, zapytał, czy
może przemówić słowo.</akap>


<akap_dialog>--- Słuchamy was mile, mości stolniku ---
odpowiedział król łaskawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chcę prosić, by mi wolno było samemu przeznaczać miejsca dla moich najmiłościwszych gości.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zgadzamy się chętnie --- rzekli wszyscy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tobie, najjaśniejszy panie --- zaczął
Wierzynek --- winien jestem wszystko, co
mam. Ty swoimi dobrodziejstwy bez miary
wzbogaciłeś mnie --- przybysza, między najpierwszymi panami posadziłeś mnie --- gościa w swoim królestwie. Tobie też pierwsze
miejsce u mojego stołu!</akap_dialog>


<akap>I posadził Kazimierza najwyżej<pa><slowo_obce>Wierzynek (...) posadził Kazimierza najwyżej</slowo_obce> --- wg Długosza.</pa>.</akap>


<akap>Po jego prawicy dał miejsce cesarzowi
i młodej pani, po lewej usiadł nuncjusz, król
Ludwik węgierski, naprzeciw nich Piotr
cypryjski, Waldemar duński i Bogusław
szczeciński. Poniżej rozmieścili się senatorowie i rycerze według wieku i dostojeństwa. Burmistrz krakowski był naturalnie
także między zaproszonymi.</akap>


<akap>Rozmawiano przy uczcie po czesku i po
łacinie. Cesarz Karol, mieszkając stale
w Pradze, najchętniej posługiwał się językiem czeskim, który w XIV wieku bardzo
mało różnił się od polskiego. Król Kazimierz
zatem, rycerstwo polskie, cesarz i dwór
wybornie się porozumiewali w tej pokrewnej mowie. Nuncjusz zaś, król Piotr cypryjski i Waldemar duński rozmawiali ze swymi sąsiadami przy stole po łacinie.</akap>


<akap>Kapela, złożona ze skrzypków i lutnistów,
przygrywała skoczne i wesołe piosenki.
Osadzono zaś grajków w sąsiedniej komnacie, by nadto głośne dźwięki nie przeszkadzały panom w rozmowie.</akap>


<akap>Krajczowie królewscy stanęli za krzesłami swoich panów, by im, jak ceremoniał
wymagał, nabierać potrawy na talerze i krajać w drobne kęsy, co już bez kłopotu można było brać palcami, kłaść na chleb i spożywać.</akap>


<akap>Rozpoczęła się uczta.</akap>


<akap>Więc najpierw wniesiono dwie olbrzymie
srebrne wazy: w jednej krupnik jęczmienny, gęsty, z drobno pokrajanym tłustym
mięsem wołowym i kawałkami kury, w drugiej zaś wazie kwaśna polewka ze szczawiu
z przysmażonymi skwarkami i kiełbasą,
ulubiona zupa Kazimierza Wielkiego. Zaraz
potem przyniesiono gotowane mięso z żubra, gorącą śmietaną zalane, grzankami
z światłego chleba w maśle przypiekanymi
obłożone. Następnie głowy z dzików w galarecie, czyli, jak się wówczas nazywało,
z zastudzoną juszką. Potem kruszki cielęce
na rumiano.</akap>


<akap>Ponieważ największą chlubą sztuki kuchennej owych czasów było przystrojenie
mięsa lub jarzyny w ten sposób, aby najrozmaitszymi pomysłami utrudnić poznanie
potrawy, przeto ukazanie się każdego nowego półmiska wywoływało okrzyki zdumienia i żartobliwe sprzeczki, co by to było za
tajemnicze dziwo.</akap>


<akap_dialog>--- Spróbuj, wasza cesarska mość, a nie
pożałujesz --- doradzał Kazimierz, widząc,
jak cesarz Karol odsuwa ręką talerz podawany przez krajczego.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie lubię jeść, gdy nie wiem, co spożywam --- odparł Karol z cicha.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- To łosie chrapy, przysmak nad przysmaki! Wierzaj mi, wasza miłość, tego nie
uwidzisz gdzie indziej, jak w Polsce, a warto
na ząb położyć.</akap_dialog>


<akap>Dał się cesarz namówić, pochwalił potrawę i dodał:</akap>


<akap_dialog>--- Żebym to ja miał choć parę tych zwierząt w moim zwierzyńcu w Pradze!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie wiem, zali się uchowają w nie...
niewoli. Łoś lubi się kryć w lasach niezmiernych. Puszcza Niepołomicka to jego
mieszkanie! Chy... chyba, żebym ci ze sześć
przysłał, a nuż się rozmnożą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wdzięcznie przyjmę tak wspaniały
podarunek od waszej królewskiej mości.</akap_dialog>


<akap_dialog><begin id="b1369856109270-3082471528"/><motyw id="m1369856109270-3082471528">Jedzenie, Uczta</motyw>--- Szczupak w Maćkowej juszce<pa><slowo_obce>szczupak w Maćkowej juszce</slowo_obce> --- w sosie z rozmaitych jarzyn i korzeni (Gołembiowski).</pa>... Najjaśniejszy panie? --- szepnął krajczy Kazimierzowi tonem pytania.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dawaj, dawaj, byle dużo!</akap_dialog>


<akap>Wnoszono misy jedne za drugimi. Ach,
czego tam nie było! Niedźwiedzie łapy duszone z miodem i gorczycą; karpie gotowane w winie i pokryte siekanymi jajami;
combry sarnie z przyprawionymi głowami
i ogonami z ryb dla zaciekawienia biesiadników; gęsi gotowane w śmietanie z grzybami; prosięta nadziewane kaszą i kluskami;
przepiórki pieczone, ułożone w kształcie
piramidy, z pozłacanym drewnianym ptaszkiem u szczytu; do tego na osobnych miskach suszone śliwki i gruszki gotowane na
rzadko; ogony bobrowe garnirowane języczkami karpimi; skowronki zapiekane w cieście; kaczki nadziewane jabłkami itd., itd., itd.</akap>


<akap>W niedomkniętych drzwiach od kuchni
można było tymczasem dojrzeć osobę pani
Janowej, jak pouczała pacholików, by
ostrożnie misy podawali, a broń Boże tłustym sosem którego z biesiadników nie oblali.
Chwilami stawała w progu i okiem dowódcy na polu bitwy obrzucała całą komnatę,
po czym nie postrzeżona przez nikogo chowała się szybko za kotarę.<end id="e1369856109270-3082471528"/></akap>


<akap>Wierzynek i obaj jego synowie nie spoczęli również na mgnienie oka, nie przysiedli na chwilę. Musieli pilnować usługi,
patrzeć, by każda potrawa po dwakroć była
podawana, by goście nigdy próżnych kielichów przed sobą nie mieli.</akap>


<akap>Stary miód i wina przednie lały się strumieniami. Królowie przypijali do siebie, to
znów wznosili puchary na cześć gospodarza, jego synów, jego rodziny. Dzięki tym
wszystkim toastom coraz gwarniej robiło
się przy stole, wesołość powszechna zapanowała w sali. Błaznowie królewscy przebiegali dokoła świetlicy, zaczepiali gości, a nawet swoim panom przymawiali, co im ---
jako błaznom --- bezkarnie uchodziło pod
warunkiem, by koncept zaprawiony był
dowcipem. Toteż wybuchy śmiechu głuszyły
nawet muzykę.</akap>


<akap_dialog>--- O zakład! --- zawołał Pliszka, błazen
króla Kazimierza.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech będzie --- zgodził się Wyrwał,
czeski trefniś cesarza Karola.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A kto osądzi?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mój pan.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, mój pan!</akap_dialog>


<akap>Tu przyskoczył do nich karzełek Waldemara.</akap>


<akap_dialog>--- Nie spierajcie się! Błaznom błazeński
sąd przystoi. Ja będę rozstrzygał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A po co? --- Wyrwał przyskoczył do
cesarza. --- Karolku, oni chcą błazna na sędziego... Mianuję cię moim sędzią!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tego już zanadto --- odparł Karol,
marszcząc brwi. --- Pójdziesz mi zaraz do
marszałka, niech ci każe wyliczyć dwadzieścia!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dukatów? Dziękuję ci, Karolku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dwadzieścia rózeg!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlaczego? Jakim prawem? --- zapiszczał trefniś. --- Za kłamstwo ino rózgi mi
się należą, a nie skłamałem przecie: pijany
a błazen, to braterska para. Czyż nie jesteś
pijany, Karolku? --- I odskoczył ze śmiechem
na stronę. --- Nie chcesz, to się obejdzie.
Potworek nas osądzi. Słuchaj, Pliszka twierdzi, że zna takiego, co własną swoją głowę
z tyłu pocałuje, jeżeli zechce. Ja powiadam,
że nie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ja gadam, że tak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I założyliśmy się.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A o co?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O srebrne dzwonki do czapki, które
mój albo jego pan sprawi temu, co wygra.</akap_dialog>


<akap>Podali sobie ręce. Potworek uderzył w nie
z lekka swym kijkiem, po czym zawyrokował:</akap>


<akap_dialog>--- Takiego nie ma na świecie, co by się
w głowę mógł pocałować, ino jeden taki był:
święty Dionizy.</akap_dialog>


<akap>Panowie przysłuchujący się sprzeczce
zdumieli się bardzo, a Bogusław szczeciński
zapytał:</akap>


<akap_dialog>--- Święty Dionizy? Jakże to?</akap_dialog>


<akap>Potworek wzniósł oczy w górę i odpowiedział, strojąc pobożną minę:</akap>


<akap_dialog>--- Mało się przykładałeś do nauki, mój
kochany, kiedy tego nie wiesz. <begin id="b1369856703792-1561119997"/><motyw id="m1369856703792-1561119997">Cud, Żart</motyw>Gdy pogański tyran kazał ściąć głowę świętemu Dionizemu, tenże ukląkł, podniósł ją z ziemi
i trzykrotnie w czoło pocałował. O tak.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprawiedliwie powiadasz, ino święty
godzien był taki cud uczynić.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ot, plecie głupek ni w pięć, ni w dziewięć --- przerwał ze śmiechem ksiądz Daniel
Wierzynek. --- Jakoż mógł się pocałować?
Wżdy<pe><slowo_obce>wżdy</slowo_obce> (daw.) --- przecież.</pe> w szyi gęby nie miał!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O, zdrajco jeden! --- zawołał Bogusław
zawstydzony. --- Ciebie plagi nie miną, boś
kłamał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sam sobie przeczysz --- odparł błazen
drwiąco. --- Mam na to świadków, jakoś
rzekł ,,sprawiedliwie powiadasz".</akap_dialog>


<akap>Słuchacze parsknęli śmiechem, a Bogusław udał, że rozmawia z Waldemarem.<end id="e1369856703792-1561119997"/></akap>


<akap>Wyrwał tymczasem przyskoczył do Pliszki i domagał się rozwiązania zagadki:</akap>


<akap_dialog>--- Chodź ze mną, a dowiodę ci, żem
wygrał.</akap_dialog>


<akap>Podszedł do króla, pokłonił się i prosił:</akap>


<akap_dialog>--- Kazimierzu, daruj mi złoty.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Naści --- odparł król, wyjmując pieniądz z kalety.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech mnie cały świat sądzi, zalim
skłamał! --- zawołał głośno Pliszka. --- Czyż
tu nie jest wyryta głowa naszego miłościwego pana? A czy nie może pocałować jej
z tyłu, jeżeli zechce?</akap_dialog>


<akap>I znowu wszyscy w śmiech, a Wyrwał
przewrócił koziołka z wielkiej rozpaczy.</akap>


<akap_dialog>--- W mojej ojczyźnie --- rzekł król Piotr
cypryjski z rodu francuskich książąt de Lusignan --- sprowadzają na książęce dwory
trubadurów, a ci pięknie przyśpiewują przy
biesiadach. Czy w Polsce nie ma takiego
zwyczaju?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Trubadurów nie mamy --- odpowiedział siedzący naprzeciw Piotra książę Bolko
świdnicki --- ale grajkowie nasi nie najgorzej śpiewać umieją. --- Tu zwrócił się
z uprzejmym skinieniem głowy do Wierzynka. --- Czy gospodarz pozwoli, by który
z lutnistów przyszedł do stołu z piosenką.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie jeden, ale trzech oczekuje na zawołanie, miłościwy książę --- odpowiedział
Wierzynek i klasnął w ręce.</akap_dialog>


<akap>Był to widocznie znak umówiony, gdyż
w tej chwili, jakby spod ziemi wyrośli, stanęli przed gośćmi trzej odświętnie ubrani
młodzieńcy, z hiszpańskimi lutniami w rękach. Pokłonili się nisko i czekali rozkazów.</akap>


<akap_dialog>--- Cóż, Łukaszku, ułożyłeś jakową piosenkę na dzisiejsze święto? --- spytał król
Kazimierz najmłodszego ze śpiewaków,
szczupłego bruneta o żywych piwnych
oczach i wesołym uśmiechu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zezwoli najmiłościwszy pan, to ją zaśpiewam.</akap_dialog>


<akap>Struny lutni zadźwięczały jakąś rubaszną,
dziarską nutą, Łukaszek powiódł wzrokiem
po dostojnych biesiadnikach, a zatrzymawszy spojrzenie na twarzy cesarza Karola,
śpiewał:</akap>





<poezja_cyt><strofa>Hej, miodu gąsior, wina dzban!/
Kto wiele pije, wielki pan!/
Nieboszczyk Noe mądry był,/
Wody się lękał, wino pił./
Dwaj jego syny pili z nim,/
A trzeci nie chciał, bo był złym./
Klątwę nań rzucił Noe sam./
Ten głupi synek zwał się --- Cham!/
Że od Jafeta wiedziem ród,/
Więc pijmy wino, pijmy miód!</strofa></poezja_cyt>



<akap_dialog>--- Więc pijmy wino, pijmy miód! --- powtórzyli chórem biesiadnicy, trącając się
pucharami.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrześ się spisał --- pochwalił król,
rzucając zręcznie małą jedwabną kieskę
w stronę śpiewaka. To samo uczynił cesarz
i król Waldemar.</akap_dialog>


<akap>Łukaszek podniósł ciężkie złote sakiewki, raz jeszcze złożył ukłon i odskoczył na
bok.</akap>


<akap_dialog>--- Może miłościwa pani raczy objawić
swoje upodobanie? --- spytał Elżbiety gospodarz domu. --- Ci dwaj mają kupę śpiewek
na każdy dzień. Jest w czym wybierać.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Coś smutnego umiecie? --- spytała
młodziutka cesarzowa.</akap_dialog>


<akap>Dziadek, mąż i ojciec wpadli w jej mowę.</akap>


<akap_dialog>--- Smutnego?... Po co? --- spytał cesarz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Zepsuje nam ino uciechę --- dodał
Kazimierz.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie trzeba, nie trzeba. Wesołej chcemy piosenki! --- stanowczo zawołał Bogusław.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozumiałam, że gdy wybór mojej woli
zostawiony... --- rzekła Elżbieta. --- Ja tak
lubię smutne pieśni...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Niech się więc stanie według twego
żądania --- zawyrokował cesarz, całując
rączkę małżonki.</akap_dialog>


<akap>Zwrócony ku pani młodej, śpiewak potrącał z lekka struny lutni, widocznie przygotował sobie same weselne i biesiadne piosenki, toteż zaskoczony niespodziewanym
żądaniem, brzdąkał przegrywkę, przymrużając oczy, i szukał w pamięci.</akap>




<poezja_cyt><strofa>
Statek płynie/
Po głębinie/
Morskich fal.
</strofa>


<strofa>
Pełen gwarów,/
Śmiechów, swarów/
Płynie w dal.
</strofa>


<strofa>
Wiezie szaty/
I bławaty,/
Zboże, len.
</strofa>


<strofa>
Wstęgi krasne,/
Płótna jasne/
Wiezie hen...
</strofa>


<strofa>
Wśród promieni,/
Świateł, cieni/
Żwawo mknie.
</strofa>


<strofa>
Woda błyska,/
Pianą pryska,/
Życiem tchnie.
</strofa>


<strofa>
Oj, sterniku.../
Oj, sterniku.../
Po co łzy?
</strofa>


<strofa>
Słońce świeci,/
Ujrzysz dzieci/
Za dwa dni.
</strofa>


<strofa>
Łódź twa chyża,/
Brzeg się zbliża,/
Skąd ten lęk?
</strofa>


<strofa>Wtem od wody/
Poszły chłody,/
Wionął jęk...</strofa>


<strofa><begin id="b1370259974489-3668821104"/><motyw id="m1370259974489-3668821104">Śpiew, Łzy</motyw>Sine morze/
Wicher orze,/
Chłoszcze grom,</strofa>


<strofa>W toni skryta/
Śmierć go wita:/
Tu twój dom!</strofa></poezja_cyt>




<akap_dialog>--- A widzisz? Trzeba ci było rodzica słuchać! Teraz płaczesz...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ja lubię płakać, panie ojcze.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dajże ci, Boże, zdrowie z takim lubieniem! Inom spojrzał na onego, już mię na
wnętrzu zemdliło. Taki blady, włosy w kędziorach jak u dziewki, to i kwili niczym
czajka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Panie ojcze, on bardzo pięknie śpiewał! --- oburzyła się Elżbieta.</akap_dialog>


<akap>Otarła szybko oczy, odpięła z ramienia
bogato haftowaną wstęgę i wraz z przepinką wysadzaną szafirami podała ją śpiewakowi, zapewniając go uprzejmymi słowy, że
piosenka, acz bardzo smutna, nadzwyczaj
się jej podobała. Ten zaś, przykląkłszy na
jedno kolano, z uwielbieniem dziękował.<end id="e1370259974489-3668821104"/></akap>


<akap_dialog>--- Oho, nie damy ci długo nad onym żeglarzem lamencić! --- zawołał król Kazimierz
do wnuczki. --- Hej, pieśniarzu! Krakowskiego! A od ucha! Jak się dobrze sprawisz, nagroda cię nie minie.</akap_dialog>


<akap>Grajek rzucił lutnię na ławę, poskoczył
do drugiej izby i natychmiast wrócił ze
skrzypcami w ręku. Przytupnął nogą jak do
tańca, przejechał smyczkiem po strunach
i zaśpiewał:</akap>





<poezja_cyt><strofa>Na wawelskiej górze turkaweczka siwa,/
U naszego króla wnuczka urodziwa./
Na wawelskiej górze rosną stare dęby,/
Do naszej panienki jadą dziewosłęby./
Przyjechali z Rusi od kniazia młodego,/
Powrócili z niczym, nie chciała onego./
Przyjechali z Niemiec od księcia wielkiego,/
Powrócili z niczym, nie chciała i tego./
Nie przebieraj, panno, żebyś nie przebrała,/
Żebyś za sokoła wróbla nie dostała./
Pojrzała na ptaki, co siedzą na dachu,/
Królewskam ja wnuczka, nie ma o mnie strachu./
Pan Bóg miłosierny, a los różnie zdarza,/
Nie chciałam za księcia, pójdę za cesarza.</strofa></poezja_cyt>



<akap_dialog>--- Tak to lubię! Aże nogi same wyskakują przy onym śpiewaniu! --- zawołał król
Kazimierz.</akap_dialog>


<akap>Cesarz uśmiechał się zadowolony, a wszyscy słuchacze, którzy rozumieli po polsku,
klaskali w ręce i chwalili piosenkę. Nuncjusz i król Piotr prosili o przetłumaczenie
im treści krakowiaka, jeden tylko Waldemar siedział znudzony i osowiały Prawdopodobnie rozważał w duchu, że stary miód
polski i węgierskie wino obejdą się bez
tłumaczenia na duńskie, a wszelkie granie
i śpiewanie niepotrzebnie tylko drogi czas
zabierają.</akap>


<akap>Grajek odszedł hojnie obdarowany.</akap>


<akap>Wierzynek dał znak służbie, która czekała końca piosenek, by nie przeszkadzać
gościom w słuchaniu. Zaczęto wnosić słodycze i zamorskie frukta. Więc ciasta korzenne i kołacze z makiem, kukiełki z orzechami, a na sam ostatek marcepany, najnowsze
dzieło pasztetnika, do których arcytrudnej
recepty, a nawet pomocy użyczył mu zamiłowany w sztuce kuchennej brat Laetus,
kancelariusz nuncjusza.</akap>


<akap>Tak, ciasto było marcepanowe, kochani
czytelnicy, ale... nie na tym sztuka. Sztuka
właśnie polegała na przedziwnych wyrobach z tego ciasta. Nie potrafię opisać
wszystkich konceptów pasztetnika, przytoczę zaledwie kilka: i tak, dwaj paziowie
królewscy, zawezwani przez panią Janową
jako najzręczniejsi, wnieśli ostrożnie na
wielkiej tacy gmach piękny i postawili go
przed Kazimierzem. Były to Sukiennice jota
w jotę cudnie utrafione, jak je był właśnie
król Kazimierz zmurował i ozdobił. Wszelakie okna, gzymsy, zagłębienia i ganeczki
wybornie były oddane; dach z pomarańczowych skórek przycinanych w kształty dachówek; kramy i ławki kupieckie; wewnątrz
zaś w każdym kramie zamiast towarów jakieś konfekta i przysmaki. Były więc ze
swojskich owoców w jednym kramiku jabłka i gruszki smażone w miodzie, w drugim
śliwki, w trzecim wiśnie, a tam gdzie w rzeczywistych Sukiennicach sprzedawano bławaty lub stroje drogocenne, ułożono pięknie
pomarańcze włoskie, na wagę złota wówczas
płacone, winogrona, daktyle, figi z Afryki,
rodzynki greckie w różnych gatunkach,
migdały, morele i brzoskwinie. Było co podziwiać, żal było tknąć, ale gospodarz tak
nalegał, tak prosił, by choć z każdego kramu towarów pokosztować, że wreszcie, nie
psując kunsztownego budynku, rozchwytano w mig smakowite specjały.</akap>


<akap>Jeszcze nie obejrzano dokładnie Sukiennic, gdy z pięknym pokłonem pacholik podał nowy jakiś figiel przewielebnemu nuncjuszowi. Była to naturalnej wielkości infuła,
suto złocona, rodzynkami niby topazami
a rubinami wysadzana.</akap>


<akap_dialog>--- Raczcie ją, wasza przewielebność, bliżej przysunąć i wnętrze jej zbadać --- prosił
ksiądz Daniel z tajemniczym uśmiechem. ---
Górna część da się podnieść.</akap_dialog>


<akap>Uczynił to nuncjusz i cóż zobaczył? Oto
malutki czerwony kapelusz opasany takimże jedwabnym sznurkiem w misterne węzły
powiązanym. Była to uprzejma przepowiednia kardynalskiej godności, wielce przez
pomyślnie przeprowadzone poselstwo zasłużonej.</akap>


<akap><begin id="b1369857540913-2153015566"/><motyw id="m1369857540913-2153015566">Uczta, Ptak, Panna młoda, Znak</motyw>Niebiesko ubrany pazik Elżbiety postawił
przed swoją panią półmisek, jedwabną zasłoną przykryty. Pod zasłoną leżał foremnie
urobiony czepiec mężatki, pomalowany
w różnokolorowe arabeski z zapiekanej piany z białek, haftowany migdałami i rodzynkami, wysadzany kółkami z żółtej marchwi.</akap>


<akap_dialog>--- Spróbuj, czy ci w nim będzie nadobnie --- rzekł małżonek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Za mały, ale spróbuję.</akap_dialog>


<akap>Podniosła czepiec, aż tu z głośnym trzepotaniem skrzydeł zerwał się z misy biały
gołąbek i wyfrunął przez otwarte okno
wprost na dach kościoła Panny Marii.</akap>


<akap>Głośnym śmiechem przyjęto nowy ten
pomysł pasztetnika, a książę Bogusław
rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- Już tobie, moja córuchno, zakazane
pustoty. Gołąbek cię odleciał, a czepiec pozostał.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie liczcie zbytnio, panie ojcze, na
moją stateczność, bo byście doznali zawodu. --- To mówiąc dobyła z głębi czepca malutkiego wróbelka. --- Ot, jeszcze coś niecoś
zostało...<end id="e1369857540913-2153015566"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wróbelek, ale spętany! --- zauważył
król Kazimierz.</akap_dialog>


<akap>Sypały się marcepanowe figle bez liku.
Cesarz dostał wspaniale wyzłacanego lwa
w koronie. Waldemar okręt z żaglami
i masztami jak najdokładniej wyrobiony.
Piotrowi cypryjskiemu podano serce, wieńcem róż opasane, jako zachętę do zmiany
stanu kawalerskiego na małżeński. Bogusław i Bolko --- szyszaki piękne, napełnione
konfektami. Dla wszystkich zaś biesiadników ustawiono na stole kilkanaście tac
z przeróżnymi wykwintnymi przysmakami.</akap>


<akap>Rozmowa przy nieustannie napełnianych
kielichach stawała się coraz weselsza, śmiechy coraz donioślejsze. Wtem oczy wszystkich zwróciły się z nową ciekawością na
dwóch pachołków dźwigających za ucha
wielki srebrny sagan, szczelnie zamknięty
pokrywą.</akap>


<akap_dialog>--- Błagamy was o zmiłowanie, dostojny
gospodarzu! --- zawołał cesarz Karol ze
śmiechem. --- Jeszcze jakaś potrawa? Wżdy<pe><slowo_obce>wżdy</slowo_obce> (daw.) --- przecież.</pe>
nasyciłeś nas nad miarę, więcej już i żywot<pe><slowo_obce>żywot</slowo_obce> (tu daw.) --- brzuch, żołądek.</pe>
nie zdzierży.</akap_dialog>


<akap>Skłonił się Wierzynek, odpowiadając:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1369857735420-2475284722"/><motyw id="m1369857735420-2475284722">Pieniądz, Dar, Gospodarz, Gość</motyw>--- Pokorny sługa wasz, panie, prosi byście raczyli... na pamiątkę dnia dzisiejszego...
ile wola. --- I podniósł pokrywę.</akap_dialog>


<akap>Sagan pełny był po brzegi nowiuteńkich
złocistych dukatów.</akap>


<akap>W dzisiejszych czasach podarunek pieniężny uważano by niezawodnie za śmiertelną obrazę. W owych zaś dawnych wiekach tego rodzaju upominki nikogo nie
dziwiły ani gniewały.</akap>


<akap>Cesarz zaczerpnął pełną garścią z sagana
i z uprzejmym podziękowaniem wsypał do
kalety. Król polski wziął jednego dukata,
mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Schowam go między miłe sercu pamiątki.</akap_dialog>


<akap>Stawiano sagan przed każdym gościem.
Biesiadnicy raczyli się tą ostatnią potrawą
z szalonym apetytem. <begin id="b1369864784604-3483237866"/><motyw id="m1369864784604-3483237866">Niemiec</motyw>Zwłaszcza niemieccy
książęta i rycerze po kilkakroć zanurzali łakome ręce w złocie krakowskiego mieszczanina. A że od miodu i wina dobrze im już
w głowach szumiało, więc w gorączkowym
pośpiechu nie zawsze trafiali wprost do kieszeni i dukaty z brzękiem sypały się po podłodze. Baron Udo z Wartburga chciał je
wyzbierać, ale pan Mikołaj powstrzymał go
i rzekł z lekceważącym skinieniem ręki:</akap>


<akap_dialog>--- Zaniechajcie, panie, szkoda waszego
trudu. Z tych odpadków będzie uciecha dla
służby.<end id="e1369864784604-3483237866"/><end id="e1369857735420-2475284722"/></akap_dialog>


<akap>Na dany znak sprzątnięto niepotrzebne
już misy i talerze z resztkami jadła. Kawałki
chleba zawinięto zręcznie w wierzchni obrus
biały, a pozostawiono drugi, karmazynowy,
jedwabny. Służba wniosła świeży zastęp
dzbanów i gąsiorów ku rozradowaniu serc
niektórych biesiadników. Biedna księżniczka Elżbieta mrugała oczami i zasłaniała,
ziewając, buzię rączką. Strasznie się jej
przykrzyło takie długie siedzenie przy stole.</akap>


<akap>Król Kazimierz podniósł się z ławy.</akap>


<akap_dialog>--- Całym sercem wam dziękuję, mości
stolniku --- rzekł --- za wesołe godziny spędzone przy stole waszej miłości, lecz mielibyśmy wszyscy ciężki żal do was, gdyby... --- zająknął się, jak zwykle, gdy dłużej
mówił, a odchrząknąwszy kończył: --- gdybyście nam nie pozwolili złożyć podzięki
osobiście gospodyni tego domu, a umiłowanej synowej waszej.</akap_dialog>


<akap>Pani Janowa domyślała się, że w końcu
uczty trzeba się będzie gościom pokazać,
toteż gdy sagan z dukatami krążył dokoła
stołu, ona skorzystała z wolnej chwili i przeszła do swej sypialni, by się przystroić, jak
należało.</akap>


<akap>Posłano pazia z ukłonem od miłościwego
króla i uprzejmym zaproszeniem do komnaty biesiadnej. Gdy pani Janowa ukazała się
w progu, Kazimierz zawołał:</akap>


<akap_dialog>--- Hej! Z pełnymi pucharami powstańmy,
wasze królewskie i książęce moście! Godzi
się wypić za zdrowie wielce nam miłej
i czcigodnej białogłowy, pani tego domu!</akap_dialog>


<akap>Wierzynek podał synowej złoty kubek
z winem. Goście w porządku swego dostojeństwa podchodzili ku niej i spełniali jej
zdrowie. Ona zaś, poważna i nieco zmieszana, dotykała ustami kielicha, upijając po
kropelce.</akap>


<akap>Gdy młoda cesarzowa powstała z westchnieniem ulgi ze swej ławy i witała gospodynię, można się było dokładnie przypatrzyć, jak wspaniale i pięknie, chociaż
wręcz odmiennie obie niewiasty były przybrane.</akap>


<akap>Pani Wierzynkowa, matrona nie pierwszej
już młodości, ale okazałej postaci i pięknych
rysów, miała na głowie, jak obyczaj wdowom nakazywał, leciuchny biały rańtuch
z rzadkiej lnianej tkaniny, sitkiem zwanej.
Rańtuch ten okrywał jej włosy i zachodził
trochę na czoło. Dokoła zaś twarzy upięte były równie cienkie białe zawoje. Suknia obcisła z ciężkiej jedwabnej materii koloru słomy
wlokła się z tyłu po ziemi. Na wierzchu druga, krótsza, bez rękawów, skrojona na sposób ornatów kościelnych, szeroko przecięta,
by szyja i ręce łatwo wejść mogły, miała
boki od dołu na trzy piędzi ku górze siecią
ze złocistego sznura złączone. Ta zwierzchnia szata była barwy bławatka, szeroko dołem i około szyi złotem i perłami w kwiaty
wyszywana.</akap>


<akap>Elżbieta zaś olśniewała młodością, urodą
i przepychem. Na głowie miała wianek z różowych stokroci. Włosy, niemiecką modą
środkiem rozdzielone, a od skroni w tył
odczesane i wolno puszczone, spływały
blisko do kolan. Suknię miała purpurową
aksamitną, równą linią dość nisko ku ramionom wyciętą; rękawy długie, nie zszywane,
spadały do samej ziemi; spod nich drugie
wąziuchne ze złotej lamy zachodziły aż do
pół palców. Suknia ta, o szerokim szlaku
z drogich kamieni, podniesiona była z boku
i ukazywała spodnią szatę, z tejże samej złotej lamy, co rękawy.</akap>


<akap>Wypiwszy zdrowie gospodyni domu, biesiadnicy wrócili na swoje miejsca raczyć się
dalej winem i miodem. Elżbieta zaś podeszła
z panią Janową ku otwartemu oknu i rozmawiały z cicha.</akap>


<akap_dialog>--- Tak się lękam onych krajów dalekich,
onej Pragi nieznanej, gdzie mi przyjdzie
na cały żywot zamieszkać... Nikogo nie mam
swojego... --- żaliła się młoda księżniczka,
patrząc w oblicze starszej niewiasty z myślą o matce przed laty zmarłej.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie trapcie się, miłościwa pani, przed
czasem --- pocieszała Janowa Wierzynkowa. --- Młodemu a dobremu wszyscy radzi.
Któż by was nie miłował poznawszy? Znajdziecie i w Pradze serca wiernie oddane,
a już co najjaśniejszy cesarz, to chyba na
rękach was będzie nosił.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czwarta małżonka... --- szepnęła Elżbieta sama do siebie i zapatrzyła się w białe
chmurki, gnane wiatrem na zachód.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Może raczycie przejść do dalszych
komnat, jasna pani --- rzekła pani Janowa,
by przerwać to smutne zamyślenie cesarzowej. --- Pokażę waszej cesarskiej mości nowy tkacki warsztat, podarunek pana ojca.
Od najgrubszego płótna do najcieńszego
sitka, wszelaki wyrób zdoli<pe><slowo_obce>zdolić</slowo_obce> (daw.) --- zdołać, potrafić.</pe> uczynić, a do
tego wielorakich misternych wzorów próbki
są przydane, które łacno, przyuczywszy się,
naśladować. Każcie sobie podobną tkalnię
przysłać do Pragi, będzie rozrywka i o smutkach zapomnienie.</akap_dialog>


<akap>Niewiasty zwróciły się ku drzwiom wiodącym do mieszkania pani Janowej, co widząc cesarz Karol, zawołał powstając od
stołu:</akap>


<akap_dialog>--- Już to nas opuszczacie, przezacna pani?! Niezasłużenie krzywda nam się dzieje,
krzywda podwójna, bo, jak widzę, i małżonkę moją umiłowaną uprowadzacie z sobą.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Strudzonam długą biesiadą, miłościwy
mężu i panie --- rzekła Elżbieta --- rada bym
spocząć krznę z dala od gwaru. Niebawem
powrócę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z utęsknieniem oczekiwać, ku podwojom spoglądać, z rozradowaniem witać was
będę, serca mego pani! --- kłaniając się,
dwornie odpowiedział cesarz i dodał podchodząc do pani Janowej: --- Zezwólcie,
wasza miłość, bym ku dnia dzisiejszego pamięci przyozdobił paluszek waszej ręki tym
skromnym upominkiem.</akap_dialog>


<akap>I podał jej kosztowny pierścień z dużym
jak groch rubinem.</akap>


<akap>Za przykładem cesarza poszli inni królowie i książęta. Kazimierz zdjął z szyi łańcuch złoty, o grubych jak kajdany ogniwach
i życzył, by nosząc go w zdrowiu i powodzeniu, żyła póty, aż one złote kółka na
proch się zetrą. Waldemar ofiarował spinkę
diamentową; nuncjusz różaniec koralowy;
Bolko świdnicki turkusami sadzoną klamrę
do pasa; Ludwik węgierski trzy sznury pereł; Bogusław szczeciński parę maneli<pa><slowo_obce>manela</slowo_obce> (daw.) --- naramiennik, bransoleta.</pa>
z ciągnionego złota weneckiej roboty.</akap>


<akap>Król cypryjski Piotr czekał spokojnie, aż
inni złożą swe dary. Chciał być ostatnim.
Gdy więc tamci, przemówiwszy kilka uprzejmych słówek, zasiedli na powrót ławy do
koła stołu, powstał Piotr i uśmiechając się
żartobliwie, tak przemówił:</akap>


<akap_dialog>--- Wybaczcie, szlachetna pani, że podarunek mój nie dorówna cennością kosztownym upominkom, jakie wam ich królewskie
i książęce moście złożyły. Jedyną jego zaletą jest z dalekich krajów pochodzenie
i sprawność, podziwu zaiste godna.</akap_dialog>


<akap>Zamilkł, a biesiadnicy i obie niewiasty
patrzyły nań pytającymi oczyma. Czekał
chwilkę, radując się ich ciekawością, wreszcie szepnął coś do ucha swemu paziowi, ten
wyskoczył do przedsionka i w mgnieniu
oka powrócił niosąc na krótkim pozłacanym
drążku przepyszną białą papugę o pomarańczowym czubie.</akap>


<akap_dialog>--- Oto jest gość aż z dalekiej Afryki ---
rzekł król Piotr do pani Janowej. --- Raczcie
go przyjąć łaskawym sercem. Przyda się
ku rozweseleniu domu i zabawie dziatek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ależ ma szpony potężne i dziób nie
lada jaki! Czy nie kąsa? --- spytał ksiądz
Daniel, troskając się w duchu o swoją ulubienicę, Kostkę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bynajmniej. Oswojona jest i bardzo
łagodna a mądra. Gada jak człowiek.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co powiadacie? Jak człowiek?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chyba dworuje sobie z nas wasza królewska miłość --- mruknął król Waldemar
z niedowierzaniem.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Sprawiedliwie mówię i jeszcze raz powtarzam, że nader łacno uczy się naśladować mowę ludzką. Nieraz wcale dorzecznie
na pytanie odpowiada.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemuż teraz milczy?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bo zalękniona. W ciemnej skrzyni
dworzanin mój trzymał ją w sieni przez kilka godzin, teraz nagle tyle narodu przed
sobą spostrzega, to i nie dziwota, że trwożna.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakże się wabi? --- spytała pani Janowa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ród jej zowie się ara, że zaś jest piękna, po italsku <slowo_obce>bella</slowo_obce>, zatem ją wołam Arabella.</akap_dialog>


<akap>Słysząc wymówione swoje imię, papuga
przekrzywiła główkę i spojrzała badawczo
na swego pana.</akap>


<akap_dialog>--- Może wasza przewielebność zechce ją
poczęstować jaką słodyczą. Pewnie się
ośmieli i pokaże, co umie.</akap_dialog>


<akap>Nuncjusz wziął z tacy połówkę brzoskwini i podał ją papudze. Panna Arabella, trzymając się mocno drążka lewą łapką, ujęła
w szpony prawej brzoskwinię, dzióbnęła
parę razy soczysty owoc, mlaskając twardym języczkiem z miną prawdziwego smakosza, spojrzała jego przewielebności figlarnie w oczy i nosowym głosem braciszka-kwestarza wymówiła wyraźnie:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Gratias tibi, domine</slowo_obce>!<pe><slowo_obce>gratias tibi, domine</slowo_obce> (łac.) --- dzięki
ci, panie.</pe></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie do wiary... Nie do wiary... --- powtarzał zdumiony staruszek, a wszyscy
zgromadzeni spoglądali na mądrego ptaka
podejrzliwie. Wszak złe duchy rozmaite
przybierają postacie... Kto wie... Gdzieś aż
z Afryki...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z dawna już nauczyłem ją dziękować
tymi słowy, gdy coś dobrego do jedzenia
dostaje, i spodziewam się, że się moich nauk
przed waszymi miłościami dziś nie powstydzę. Spróbuję jeszcze jednej krotofili. Bella!
Pokaż, jak pan kicha?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A pcich, a pcich...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Na zdrowie! --- wrzasnął błazen Wyrwał w samo ucho papudze.</akap_dialog>


<akap>Biedny ptak spłoszony i przerażony zerwał się z drążka, bijąc skrzydłami, frunął na
oślep w kąt sali i tak się gdzieś podział między sosenkami, że ani jednego piórka dojrzeć nie było można.</akap>


<akap_dialog>--- Pozamykajcie czym prędzej wszystkie
okna! --- krzyknął Wierzynek. --- Szczęście,
że z izby nie wyleciała.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hej, chłopcy! --- zawołał król Kazimierz. --- Odstawić na bok choiny. Ino
ostrożnie, coby ptaszka nie urazić.</akap_dialog>


<akap>Paziowie królewscy poskoczyli żywo do
roboty.</akap>


<akap_dialog>--- A słowo stało się ciałem! Ptaszka mamy szukać? A którego? Ano dwa ich tu
siedzi społem w kąciku! --- zawołał Jurek
Szeyn, najstarszy z paziów.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jeden biały, drugi czerwony!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A czerwony piastuje białego!</akap_dialog>


<akap>Malcy śmieli się chórem.</akap>


<akap_dialog>--- Nową niespodziankę, jak widzę, zgotowaliście nam, panie stolniku? --- spytał
król ciekawie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jako żywo, nie rozumiem, co mówią.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Hanka! --- krzyknęła pani Janowa, zasłaniając twarz rękami.</akap_dialog>


<akap>Prowadzona w triumfie przez chichoczącego pazia, szła biedna Hanusia, osłupiała
i sztywna, jakby lalka z drewna wyciosana.
Długa, czerwona, nie pierwszej świeżości
sukienka pobielona była od ściany na plecach i rękawach, rozczochrana główka jeżyła się igłami sosny, oczka szeroko rozwarte patrzyły błędnie przed siebie. Dziecko
wyraźnie było nieprzytomne. Rączki jedynie wiedziały, co robią, a może i rączki bezwiednie przytulały do piersi spłoszoną
papugę?</akap>


<akap_dialog>--- Hanka! --- powtórzyła pani Janowa
zdławionym głosem. --- Zakało ty! Zuchwalcze nieusłuchany... Jak śmiałaś!</akap_dialog>


<akap>Hanusia milczała, ale znać było po jej
buzi zachodzącej z wolna ciemnym rumieńcem, że zaczyna ogarniać ogrom swojej
zbrodni: brudna, nie uczesana, wbrew rozkazom matki, a tu króle i cesarze na nią
patrzą...</akap>


<akap_dialog>--- O, Panie Jezusie... --- wyszeptały
drżące usteczka. --- Jakże mnie srodze ukarałeś!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Idź precz. Czekaj na mnie w alkierzu --- groźnie szepnęła pochylając się ku
dziecku pani Janowa.</akap_dialog>


<akap>Jurek odebrał papugę z objęć Hanusi,
a dziewczynka obudzona już z chwilowego
odrętwienia i przewidująca bolesne następstwa swych niecnych uczynków, spuściła
główkę pokornie i pełna wstydu a skruchy
szła ku drzwiom do alkierza. Wtem coś błyszczącego mignęło jej przed oczami. Ręka
w złocistej lamie ujęła jej rączkę.</akap>


<akap_dialog>--- Pójdź, Hanusieńko... Przeprosimy obie
społem twoją matusię, może nam ten raz
daruje?</akap_dialog>


<akap>Hanka podniosła oczy pełne miłości na
swą uwielbianą księżniczkę Elżbietę, a ta
zaśmiała się nagle:</akap>


<akap_dialog>--- Aha... Już wiem! Teraz cię poznaję!
Toś to ty mi rzucała kwiaty pod nogi, gdyśmy wjeżdżali do miasta?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jużci --- szepnęło dziecko.</akap_dialog>


<akap>Nie potrzebuję długo się rozpisywać,
łatwo każdy odgadnie, że na prośby z takich
ust płynące pani Janowa od razu przebaczyła córeczce. Tym chętniej to uczyniła, że
ochłonąwszy z pierwszego gniewu, śmiała
się już w duszy z całego wydarzenia.</akap>


<akap_dialog>--- Ale to jeszcze nie koniec, jeszcze mam
coś do powiedzenia waszej miłości --- rzekła
Elżbieta. --- Oby mię serce wasze zrozumiało.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozkazujcie, miłościwa pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czy pomnicie rozmowę naszą przed
godziną? Moje smutki, żal za Krakowem, to
wszystko, czego się lękam na obczyźnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakożbym nie pamiętała? Sercem słuchałam waszej mowy.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Otóż, gdy rozumiecie moją obawę
i tęskność mojej duszy, wiedzcie, że w waszych rękach jest lek na oną chorobę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Rozporządzajcie mną, jasna pani. Co
mam, wszystko na wasze usługi.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skwapliwie obiecujecie, a gdy was
wezmę za słowo?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stanie się według woli waszej, najmilościwsza pani.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A więc... darujcie mi waszą Hanusię!
Nie służebną, nie panną dworską, ale siostrzyczką umiłowaną mi będzie. Niech mam
wspominek żywy z Krakowa, niech mowę
polską co dzień słyszę, dajcie mi waszą Hanusię!</akap_dialog>


<akap>Zbladła pani Janowa. Nie było przykładu,
by ktoś śmiał życzenia królewskiego nie
spełnić, a jakże dopiero prośbie odmówić?
Toć szczęście, zaszczyty, łaska cesarska czekały Hanusię na dworze jej przyszłej pani.
Tak... ale oddać rodzone dziecko... nie widzieć go lata całe...</akap>


<akap>Oczy pani Janowej pełne były łez, gdy
schylając się przed młodą panią, obejmowała jej kolana.</akap>


<akap_dialog>--- Pan ojciec tu rządzi --- rzekła. --- Nie
mnie, ale jemu przystoi odpowiedzieć wam,
miłościwa pani.</akap_dialog>


<akap>Elżbieta, przejęta nową otuchą, z radosną
myślą pobiegła do męża i bardzo żywo coś
mu z cicha prawiła. Cesarz skinął potakująco głową i poszukał spojrzeniem Wierzynka, który właśnie z burmistrzem krakowskim rozmawiał.</akap>


<akap_dialog>--- Mości stolniku, na słowo.</akap_dialog>


<akap>To ,,słowo" trwało dłuższą chwilę, po
czym cesarz z gospodarzem domu zwrócili
się ku ławie pod ścianą, gdzie siedziała
Elżbieta z panią Janową, a u kolan matki
klęczała wcale już uspokojona i wesoła
Hanusia.</akap>


<akap_dialog>--- Za wielką łaskę, domowi memu okazaną, pokorne dzięki składam najjaśniejszej
pani --- rzekł stolnik --- a opiece waszej cesarskiej mości polecamy oboje z matką dzieweczkę naszą umiłowaną. Że wiernym sercem służyć wam będzie, nie mam wątpienia.
Hanuś, pójdź do mnie i słuchaj, coć rzekę.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słucham, dziadku.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Od dnia dzisiejszego miłościwa cesarzowa, przed którą stoisz, twoją jest panią.
Masz słuchać jej mowy, masz pełnić jej rozkazy, masz ją miłować nad żywot własny.
</akap_dialog>


<akap>--- Mam ją miłować nad żywot własny --- powtórzyło dziecko głośno i dobitnie, składając rączki jak do pacierza.</akap>


<sekcja_swiatlo/>


<akap>Sześć lat minęło od wyjazdu Hanusi
z Krakowa.</akap>


<akap>Stary Mikołaj Wierzynek spał już od roku snem ostatnim na cmentarzu przy kościele Panny Marii, ksiądz Daniel osiwiał i roztył się szpetnie, ksiądz Mikołaj za to
wysechł jak trzaska, a stryj Tomasz do cna
zaniemógł na nogi. Ciotce Rafałce słuch
jakoś nie dopisywał. Jedna pani Janowa,
czynna i żwawa, wyglądała zawsze czerstwo
i młodo, zarządzała domem, prowadziła całe
gospodarstwo, pobierała z wiosek czynsze
dzierżawne, wynajmowała sadownikom
ogrody, pilnowała pasieki, wszędzie zajrzała, na każdy kłopot znalazła radę. Słowem,
godnie nosiła Wierzynków nazwisko. Stanko przykładał się do nauki w Akademii na
Bawole, a Kostka przędła pięknie, omal czy
nie lepiej niż matka. A i na książce do modlenia, przez ciotkę Annę-augustiankę dla
niej przepisanej, wcale niezgorzej osiem
kartek już umiała przeczytać.</akap>


<akap>O Hanusi wspominano w domu co dzień.
Matka tęskniła, ale wieści przysyłano
i otrzymywano nieczęsto, bo i nieczęsto
zdarzała się sposobność po temu.</akap>


<akap>A Hanusia w ciągu tych lat sześciu była
dla swej młodej pani prawdziwą osłodą, pociechą w tęsknocie za ojczyzną, rozweseleniem w smutku. Rosła, piękniała, z każdym
dniem nabywała nowych zalet, stawała się
niezbędną. Żadna inna z panien dworskich
nie umiała tak pani usłużyć, tak jej dogodzić, jak Anna Wierzynkówna. Zazdroszczono jej łask i zaszczytów, zazdroszczono bogatych upominków, a najbardziej przyjaźni
serdecznej, zaufania i poufałości, jaką darzyła ją cesarzowa. Lecz nikomu na myśl nie
przyszło spytać Hanusi, dlaczego czasem
z rana oczy miała smutne i jakby od płaczu
obrzmiałe. Do matusi leciało nocą serce
stęsknione, za rodzeństwem oczy płakały,
do Krakowa dusza się rwała.</akap>


<akap>I zdarzyło się na wiosnę roku 1369, że
przyjechał do Pragi z listami od króla polskiego i księcia szczecińskiego dworzanin
młody, Jerzy Szeyn. Miał i do panny Wierzynkówny pismo od matki. Wręczywszy
kanclerzowi cesarskiemu listy królewskie,
pośpieszył na pokoje panien dworskich
i o pannę Annę pytał.</akap>


<akap><begin id="b1370260278331-544538578"/><motyw id="m1370260278331-544538578">Spotkanie</motyw>Gdy wyszła doń urodziwa i smukła, a niczym królewna kosztownie przystrojona,
zmieszał się i stał pokornie, czekając, aż
przemówi. Hanusia postąpiła parę kroków
ku niemu, skłoniła uprzejmie głową i otworzyła usta, by spytać o zdrowie matki i rodziny, gdy podniósłszy na gościa spuszczone dotąd oczy, nie domówiła zaczętego
słowa, lecz klasnęła w ręce i zawołała ze
śmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- Tożeście wy! Ten paź królewski, co
mnie na uczcie u dziadka z papugą z kąta
wyciągał?!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jam to był. Poznała mnie wasza miłość?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakżeby nie! Straszna to wprawdzie
była chwila dla mnie, a was wrogiem moim
i zdrajcą być mniemałam... lecz dlatego właśnie przyjrzałam się dokładnie osobie
waszej, by --- da Bóg doczekać --- zemstę
jakową straszną na was wykonać. Usiądźcie, panie, proszę, a opowiadajcie mi dużo,
dużo o matusi, o siostrze, o bracie, o ciotce
Rafałce, o wszystkich... pismo nawet pono
macie dla mnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oto jest. A jakże będzie z zemstą?
Niech się raz wypełni, bo się lękam srodze --- żartował gość.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ej, zwietrzała złość moja i gniew
gdzieś zniknął, a raduję się ino, że w osobie
waszej miłości cały Kraków przed oczy mi
staje.<end id="e1370260278331-544538578"/></akap_dialog>


<akap><begin id="b1369859075656-2064214501"/><motyw id="m1369859075656-2064214501">Los</motyw>Rozmawiali długo o dawnych czasach,
o swoich dziecinnych latach, o śmiesznej
a tak bogatej w następstwa awanturze
z papugą.</akap>


<akap>O swej teraźniejszej doli także rozmawiali. Hanusia sławiła dobroć i łaskawość cesarzowej, Jerzy z uwielbieniem i miłością opowiadał o królu Kazimierzu, w którego straży
przybocznej służył. Hanusia żaliła się, że
tęskni za Krakowem, Jerzy z przejęciem
namawiał ją, by odwiedziła matkę. Hanusia
bała się nawet wspomnieć o tym cesarzowej, by jej nie obrazić, Jerzy tłumaczył, że
matki prawa są święte. Hanusia przyrzekła,
że się zdobędzie na odwagę, Jerzy nalegał,
by to uczyniła co rychlej. Hanusia... Ach,
już nie wiem, co dalej.</akap>


<sekcja_swiatlo/>


<akap>W archiwum miasta Krakowa są stare
metryki, testamenty, zapisy, kontrakty,
umowy ślubne itd. W takich to starych
aktach powtarza się kilka razy nazwisko
Anny<pe><slowo_obce>Anna</slowo_obce> --- <wyroznienie>Hanusia</wyroznienie> było dawniej zdrobnieniem od imienia <wyroznienie>Anna</wyroznienie>.</pe> z Wierzynków Jurge Szeyn, urodzonej w r. 1353, zmarłej w 1429.<end id="e1369859075656-2064214501"/></akap></powiesc></utwor>