<utwor>
<rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#">
<rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/curwood-zlote-sidla/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Curwood, James Oliver</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Złote sidła</dc:title>
<dc:contributor.translator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Rychłowski, Kazimierz</dc:contributor.translator>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kowalska, Dorota</dc:contributor.editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Choromańska, Paulina</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Niedziałkowska, Marta</dc:contributor.technical_editor>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Współczesność</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">powieść dla dzieci i młodzieży</dc:subject.genre>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
Publikacja  zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Fundację Nowoczesna Polska.
</dc:description>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/zlote-sidla</dc:identifier.url>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">James O. Curwood, Złote sidła, tłum. Kazimierz Rychłowski, wyd. Morex, Warszawa 1994</dc:source>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kazimierz Rychłowski zm. 1941</dc:rights>
 <dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2012</dc:date.pd>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:type xml:lang="en" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2012-09-14</dc:date>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/zlote-sidla.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-0140-0</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/zlote-sidla.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-1210-9</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/txt/zlote-sidla.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-2165-1</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/epub/zlote-sidla.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-3136-0</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/media/book/mobi/zlote-sidla.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-4222-9</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/6844.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Pejzaż zimowy, Fałat, Julian (1853-1929), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/6844</dc:relation.coverImage.source>
<category.legimi>Literatura młodzieżowa</category.legimi>
    <category.thema.main>YFA</category.thema.main>
    <category.thema>1KBB</category.thema>
    <category.thema>3MN</category.thema>
    </rdf:Description>
</rdf:RDF>
<powiesc>
<abstrakt>
<akap>Postać Brama Johnsona, człowieka-wilka, owiana jest legendą. Mówi się, że żyje wraz ze swoją sforą wilków gdzieś z dala od cywilizacji.</akap>


 
<akap>Niektórzy natrafiają na jego ślady, a istnienie Brama potwierdzają dwa morderstwa, których dokonał. Nie wszyscy jednak wierzą, że sam uszedł z życiem. Piotr i jego przyjaciel Filip rozmawiają o Bramie. Filip uważa, że jeśli ten istniał, to na pewno już nie żyje. Piotr utrzymuje, że widział Brama, a co więcej znalazł jego własność --- złote sidła, które, jak się okazuje, zrobione są z kobiecych włosów. Zarówno z ciekawości oraz obowiązku, jak i w obawie, że człowiek-wilk więzi piękną kobietę --- lub na takie poluje --- Filip udaje się, by go odnaleźć.</akap>



<akap>James Oliver Curwood, autor <tytul_dziela>Złotych sideł</tytul_dziela>, był amerykańskim pisarzem, żyjącym na przełomie XIX i XX wieku. Do jego najbardziej znanych powieści należą <tytul_dziela>Włóczęgi północy</tytul_dziela> i <tytul_dziela>Szara wilczyca</tytul_dziela>.</akap>


 </abstrakt>


<autor_utworu>James Oliver Curwood</autor_utworu>



<nazwa_utworu>Złote sidła</nazwa_utworu>



<nota_red>
<akap>Poprawiono pisownię i odmianę nazw obcych: Chipewyan > Chippewyan (wg oryginału); Mac Vegh'owi > Mac Veghowi; Celja > Celia (w oryginale Celie); Blake'a (M.) > Blake, Blake'am (N.) > Blakiem.</akap>

<akap>Skorygowano fleksję: pirogów > pirog.</akap>


<akap>Uwspółcześniono interpunkcję, np.: </akap><wers_wciety typ="1">Potem w ciągu dwóch lat, zginął bez śladu (usunięto przecinek);</wers_wciety> <wers_wciety typ="1">Tak, tylko że sidła te zrobione były, ze złotych włosów kobiecych! (usunięto przecinek po "były");</wers_wciety> <wers_wciety typ="1">W raportach składanych przez wysunięte daleko na północ placówki policji, spotyka się niejednokrotnie lakoniczne
wzmianki (dodano po "raportach");</wers_wciety> <wers_wciety typ="1">Czyżby i jego czekało coś podobnego. > Czyżby i jego czekało coś podobnego?</wers_wciety>  itp.

<akap>Poprawiono niezręczności i błędy tłumaczenia: 
eksponowane dalego na północy > wysunięte daleko na północ (W raportach składanych przez eksponowane dalego na północy placówki policji, spotyka się niejednokrotnie lakoniczne wzmianki o Bramie --- in many reports of faraway patrols filed at Headquarters there are the laconic words); 
Zaczął > Filip zaczął (Na jego wyniszczonej twarzy wycisnęła swe piętno rozpacz obłędna. Zaczął odczuwać pewną sympatię do tego nieszczęśliwego potwora.); 
po jego myśli > po myśli ścigającego (A co więcej, uciekając, sam wskazywał mu drogę wiodącą do odkrycia tajemnicy owych złotych włosów. Wszystko zatem składało się po jego myśli.); 
jakiś > jakichś (Po jakiś trzydziestu minutach); 
tłuczące > tłukące; 
zdawał > zdawała (Czymże właściwie było to młode dziewczę dla Brama? Chwilami zdawał się drżeć z trwogi przed tym wariatem, wyjętym spod prawa, a jednak zależało jej na tym, żeby mu się żadna krzywda nie działa?); 
był > było (Raz już omal Bram nie zabił go. Był to, gdy odebrał mu wszystkie zapasy żywności); 
zamordowali > zamordowały (te twoje eskimoskie szczury wciągnęły Brama w zasadzkę i zapewne zamordowali.); 
będę > będą (Skoro mnie zabijesz ... zapewne dostanie się ona w ręce owego Metysa, który żyje wśród nich. Na pewno o nią kłócić się z nim nie będę.); 
j.w. (Zaczniemy strzelać gdy będę > Zaczniemy strzelać, gdy będą);</akap>

<akap>usunięto: 
nigdy jeszcze (Od chwili, gdy  rozstał się z Piotrem Breault, nigdy jeszcze nie czuł się tak  wygodnie.); 
razem (Ujrzeli Brama stojącego w ,,zagrodzie" razem wśród  hordy swych wilków, między które rozdzielał kawały mięsa.); 
zatem (W ten  zatem sposób przyjść oni musieli Blake'owi z pomocą. A [zatem]  czołgając się na kolanach, uciekli niepostrzeżenie.);</akap>

<akap>wstawiono: 
Szybko jednak odzyskał panowanie nad  sobą. Pomyślał, że gdyby [Bram] przyszedł tu z postanowieniem zabicia  go, mógłby zrobić to natychmiast, korzystając z okazji, że przeciwnik  śpi.; 
Celia starała się dotrzymać [mu] kroku; jest (Jedyną osłoną dla  nas, ten najniższy rząd belek ściennych > Jedyną osłoną dla  nas jest ten najniższy rząd belek ściennych).</akap>

<akap>Poprawiono błąd źródła: 
Filip Breault > Piotr Breault; 
schywtania > schwytania; 
pewnien > pewien; 
zadowloną > zadowoloną; 
Grugy > Gruby; Podszdł > Podszedł; zaczęł > zaczęło; kierunakch > kierunkach; Berina > Beringa; Przepawa > Przeprawa.
W książce, stanowiącej podstawę niniejszego wydania, błędnie podano nazwisko tłumacza "Rychołowski" zamiast "Rychłowski".
</akap>


 </nota_red>








<naglowek_rozdzial>Rozdział I.
Bram Johnson i jego wilki<pe><slowo_obce>Rozdział I.
Bram Johnson i jego wilki</slowo_obce> --- w dostępnych wydaniach ang. rozdziały są tylko numerowane, nie mają tytułów.</pe></naglowek_rozdzial>




<akap>Bram Johnson był istotą niezwykłą, jakich niewiele spotyka się
nawet w pustkowiach Northlandu<pt><slowo_obce>Bram Johnson był istotą niezwykłą, jakich niewiele spotyka się
nawet w pustkowiach Northlandu</slowo_obce> --- Pod mianem ,,Northland" rozumie się północny cypel Ameryki dochodzący do koła
podbiegunowego. Jest to niemal pustkowie, na którym zanikają wszelkie ślady cywilizacji.</pt>.</akap>


<akap>Były chwile, kiedy można było uważać go za człowieka posiadającego rozum i duszę; w innych zaś przypominał raczej jakąś straszliwą
apokaliptyczną bestię. Czy posiadał naprawdę to, co powszechnie
nazywamy duszą? Jeżeli tak, to dusza ta zatajona była głęboko, gdzieś
w niedostępnych czeluściach borów i dzikich pustkowi, wśród których
rozwijała się. Toteż nie będziemy potępiać Brama nierozważnie w niniejszym opowiadaniu. Ostrożność w osądzaniu bliźnich zawsze jest
wskazana.</akap>


<akap>Aby zdać sobie dokładnie sprawę z tego, kim był właściwie Bram
Johnson, musimy cofnąć się o trzy generacje wstecz. Jeżeli lekkim
pirogiem puścimy się z Jeziora Athabaska w kierunku północnym, aż do
Wielkiego Jeziora Niewolników, a stamtąd korytem rzeki Mackenzie
w stronę koła podbiegunowego, napotkamy na tej drodze przeróżne
typy etniczne. Najpierw Indian ze szczepu Chippewayów, ludzi smukłych i zwinnych, o pociągłej twarzy, używających lekkich, mocno
wygiętych łódek. Potem szczep Cree, którego przedstawiciele odznaczają się twarzą więcej okrągłą, oczami bardziej skośnymi. Są to
ludzie ospali, spokojni, a łodzie, jakimi się posługują, zbudowane są
z kory bambusowej i mają dziwaczny kształt. W miarę posuwania się ku
północy, zatracają pierwotną czystość swej rasy, stając się stopniowo podobnymi do Japończyków. I znowu napotykamy szczep
Chippewayów, który jednak w tej szerokości geograficznej uległ dużemu
przeobrażeniu. W miarę zbliżania się do koła podbiegunowego, zaczynają oni używać ,,kajaków" zamiast pirog, rysy ich twarzy stają się
bardziej rozlane, oczy skośnie osadzone, maleńkie jak u Chińczyków. Są
to owi Eskimosi, jak ich nazywają w podręcznikach geografii.</akap>


<akap>Jeden z przodków Brama Johnsona musiał przed paruset laty
wywędrować z południa ku północy. Krew jego dzieci i ich potomków
zmieszała się z krwią szczepu Chippewayów i Cree, a z biegiem czasu
i z krwią Eskimosów. A co najciekawsze, imię Johnson przechodziło
stale z jednej generacji na drugą. Ale gdyby ktoś ciekawy zajrzał do
namiotu, w którym obecnie mieszkał Bram Johnson, licząc na to, że
znajdzie tam człowieka białego, spotkałaby go niespodzianka.</akap>


<akap>Bram Johnson, w następstwie tego krzyżowania się rozmaitych ras,
tylko z koloru skóry, włosów i oczu przypominał człowieka białego,
pozostałe zaś, to cechy charakterystyczne dla plemienia Eskimosów,
z którego pochodziła jego matka. W jednym tylko jeszcze odbiegał od
tego typu: mierzył sześć stóp<pe><slowo_obce>stopa</slowo_obce> (ang. <slowo_obce>foot</slowo_obce>, lm <slowo_obce>feet</slowo_obce>) --- ang. miara długości, dziś ok. 30,48 cm (daw. w Europie 27--35 cm). Sześć stóp to ok. 180-190 cm; w XIX i na początku XX w., zwłaszcza w trudnych warunkach północnych, ludzie rzadko osiągali tak wysoki wzrost.</pe> wysokości.</akap>


<akap>Był to prawdziwy olbrzym, o niesłychanej sile fizycznej, twarz
szeroka, o wystających kościach policzkowych, nos spłaszczony, wargi
grube. Skórę na twarzy jednak miał zupełnie białą, włosy bujne, rude,
twarde jak szczecina, oczy duże, błękitne. Czasami, zwłaszcza gdy był
poirytowany, oczy te przybierały kolor szary, niby oczy kota, świecąc
nagłym, dzikim blaskiem.</akap>


<akap>Bram nie miał żadnych przyjaciół ani towarzyszy. Otaczała go
jakaś dziwna tajemniczość... Jeżeli zaglądał czasem do jakiejś faktorii, to
tylko na krótki czas, aby nabyć nieco potrzebnych mu rzeczy w zamian
za skórki dzikich zwierząt, które przynosił. Mijały długie miesiące,
a Bram nigdy nie pokazywał się ponownie w tym samym miejscu.
Ustawicznie wędrował po świecie.</akap>


<akap>Policja lotna ,,Royal North-West" miała go na oku, nie gubiąc
nigdy jego śladów. W raportach, składanych przez wysunięte daleko na północ placówki policji, spotyka się niejednokrotnie lakoniczne
wzmianki o Bramie, tej mniej więcej treści: ,,Widzieliśmy Brama z wil kami, szedł w kierunku północnym..." --- ,,Bram ze swoimi wilkami
przechodził tędy..." Potem w ciągu dwóch lat zginął bez śladu --- powędrował prawdopodobnie gdzieś w okolice Jeziora Niedźwiedzi. A kiedy
znów się zjawił, policja zaczęła się nim interesować jeszcze bardziej.
Zachowanie jego wydawało się bowiem dziwnie podejrzanie. Coś
musiało się stać, prędzej czy później.</akap>


<akap>I rzeczywiście to ,,coś" stało się. Bram zabił człowieka. A zabił go
tak szybko i zręcznie, że zanim odkryto to zabójstwo, po Bramie nie
było już ani śladu.</akap>


<akap>Wkrótce, w dwa tygodnie później, rozegrała się nowa tragedia.
Kapral policji Lee, w towarzystwie jednego ze swych ludzi, wyruszył
z fortu Churchill celem schwytania i aresztowania Brama. Odszukał go
gdzieś na granicach Barrenu<pt><slowo_obce>Barren</slowo_obce> --- ogólna nazwa, nadawana pustyniom i nieurodzajnym okolicom
północnej Kanady. Słowo to, nie dające się na polski przetłumaczyć, ma podobne
znaczenie, jak np. dżungla, step, pampasy itp.</pt>. Posuwali się z całą ostrożnością, by
dogonić go i schwytać. Nagle, gdy byli w odległości około ćwierć mili,
usłyszeli głośny, niesamowity śmiech. Bram nie atakował ich, nie strzelił
ani razu. Poszczuł tylko na nich swoje wilki. Cudem prawdziwym
kapral Lee nie zginął na miejscu. Ciężko pokaleczony dowlókł się do
chaty pewnego Metysa i tam wkrótce wyzionął ducha. Metys poszedł
do fortu Churchill i opowiedział całe to zdarzenie.</akap>


<akap>Od tej chwili Bram zniknął zupełnie ze świata.</akap>


<akap><begin id="b1350984357446-1606990859"/><motyw id="m1350984357446-1606990859">Zwierzę, Wygnanie, Samotnik</motyw>Ach, gdyby można opisać i opowiedzieć szczegółowo te cztery czy
pięć lat tortur i męczarni, jakie Bram przeżywał w samotności --- niejedno zostałoby mu przebaczone! Bram i jego wilki! Czyliż samo zestawienie tych słów dreszczem was nie przejmuje? Pomyślcie tylko:
zawsze sam, sam jeden, w towarzystwie wilków. Nigdy nie słyszał mowy
ludzkiej. Nigdy nie mógł zbliżyć się nawet do jakiejś faktorii, by zakupić
nieco żywności! Po prostu człowiek-zwierzę, prawdziwy wilkołak!</akap>


<akap>W ciągu trzech ostatnich lat Bram przeprowadził stopniowo jak
najstaranniejszą selekcję między swymi wilkami. Pozbył się wszystkich
mieszańców-wilczurów, zachowując dla siebie tylko dwadzieścia wilków najczystszej krwi. Sam je wychowywał od maleńkich szczeniaków, przywiązał się do nich równie silnie jak one do niego. One zastępowały
mu rodzinę, braci, siostry. Spał razem z nimi, jadł z nimi, cierpiał głód na
równi z nimi wtedy, kiedy brakowało im świeżej żywności. One były mu
całym towarzystwem i najpewniejszą opieką. Skoro zabrakło mięsa,
puszczał swą hordę wilków na trop jakiegoś łosia czy karibu<pr><slowo_obce>karibu</slowo_obce> --- gatunek rena.</pr>. W pościgu za zwierzem wilki zapędziły się nieraz o kilka czy kilkanaście mil
naprzód. Ale Bram doganiał wkrótce całą hordę i zawsze znalazł się dla
nich porządny kawał mięsa.</akap>


<akap>Cztery lata takiego życia! Policja wprost wierzyć w to nie chciała.
Uśmiechali się z niedowierzaniem, kiedy do uszu ich dochodziły
z daleka wieści, że Bram żyje, że go widziano, że słyszano jego potężny
głos i straszliwe wycie wilków, że Metysi i Indianie w różnych stronach
natrafiają na jego ślady.</akap>


<akap>W opowiadaniach o Bramie było też dużo przesady i śmiesznych,
fantastycznych dodatków. Indianie uważali Brama za istotę nadprzyrodzoną, za czarownika, który zaprzedał duszę swą diabłu i w zamian za
to może dowolnie latać w powietrzu. Znajdowali się ludzie, którzy
całkiem serio przysięgali się, że widzieli na własne oczy, jak Bram razem
z hordą swych wilków latał po niebiosach, polując na jakieś potworne
bestie.</akap>


<akap>Dość na tym, że policja przekonana była, że Bram od dawna już nie
żyje. Tymczasem on, uciekając przed ludźmi, coraz bardziej zbliżał się
i upodabniał do swych braci-wilków.<end id="e1350984357446-1606990859"/></akap>


<akap>Jednak w żyłach jego płynęła krew białych ludzi. I Bram coraz
gwałtowniej, coraz silniej tęsknił za głosem ludzkim. Pragnienie to
rozsadzało nieraz jego potężne piersi. A jednak, Bram nie kochał nigdy
w życiu żadnego człowieka.</akap>


<akap>Pragnienie to właśnie dało początek strasznemu dramatowi, w którym dwoje ludzi --- mężczyzna i kobieta --- odegrało niepoślednią rolę.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział II. 
Osobliwe odkrycie</naglowek_rozdzial>




<akap>Mężczyzna ów nazywał się Filip Brant<pe><slowo_obce>Brant</slowo_obce> --- w oryginale nazwisko bohatera brzmi: Raine, Philip Raine.</pe>.</akap>


<akap>Tego wieczoru siedział on w chatce Piotra Breault, rozdzielony
stołem od gospodarza. Od pieca, rozpalonego do czerwoności, biło
ciepło na całą izbę. Był późny wieczór.</akap>


<akap>Piotr Breault, który polował na lisy, zbudował sobie chatkę na
skraju wąskiego pasa szpilkowego lasu, wrzynającego się w obszar
Barrenu. Spoza ścian chatki dochodziło żałosne, ponure wycie wichury.
Tam dalej, w kierunku wschodnim, była Zatoka Hudsona. Wystarczyło
otworzyć drzwi chatki, by posłyszeć głuche, nieustannie przeciągłe
grzmoty idące z tamtej strony. Huczało i grzmiało morze, walcząc
z lodami zaścielającymi Zatokę Hudsona. Czasami rozlegał się głośniejszy huk, gwałtowny niby wystrzał armatni. To pękały góry lodowe,
waląc się w fale morskie.</akap>


<akap>W kierunku zachodnim przestrzeń pusta, gładka, bez żadnych
wyniosłości, skał czy zarośli. To Barren, nad którym przez cały dzień
zwisa nisko niebo szare, niby gruba ciężka zasłona, zabarwiona
miejscami purpurowo, z którego zda się, lada chwila, runą na ziemię
zwały śnieżne. Jeszcze straszniejsze wrażenie robiło to w nocy, kiedy
wiatr zawodził żałośnie i wokoło rozlegały się piski białych lisów.</akap>


<akap_dialog>--- Jak pragnę zbawienia mej duszy --- powtarzał Breault --- widziałem
go na własne oczy...</akap_dialog>


<akap>Filip Brant przestał się uśmiechać z niedowierzaniem. Wchodził on
w skład patrolu policyjnego, stacjonującego w forcie Churchill. Doskonale wiedział, że Piotr Breault był człowiekiem odważnym, bowiem
inaczej nie ośmieliłby się osiedlić w tym miejscu, w pustkowiu Barrenu. Wiedział też, że Berault nie był wcale przesądnym i zabobonnym,
jak to się często zdarza u ludzi w tym zawodzie, bo gdyby tak było, już
dawno uciekłby stąd, nie mogąc znieść tych tajemnych jęków i pisków,
jakie rozlegają się każdej nocy w tych pustkowiach.</akap>


<akap_dialog>--- Przysięgam panu! --- powtórzył Breualt.</akap_dialog>


<akap>Filip słuchał go rozgorączkowany, rumieńce wystąpiły mu na
twarzy. Zaciśnięte pięści oparł mocno o stół. Był to mężczyzna w wieku
trzydziestu pięciu lat, smukły i doskonale zbudowany. Oczy miał jasne,
błękitne, o połysku stali. Kiedyś, dawniej, ubierał się elegancko, jak
wszyscy ludzie cywilizowani. Mieszkał wówczas w dużym mieście.
Obecnie odziany był w ubranie ze skóry karibu, o wystrzępionych
rękawach. Na rękach rysowały się grube żyły, a na twarzy zmarszczki
głębokie, wyżłobione wśród nieustannych walk z przyrodą, burzami
i wichrami.</akap>


<akap_dialog>--- To niemożliwe --- odparł. --- Bram Johnson nie żyje.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Żyje, proszę pana!</akap_dialog>


<akap>W głosie Piotra Breault wyczuwało się dziwne drżenie.</akap>


<akap_dialog>--- Gdybym wiedział to tylko ze słyszenia, gdybym go nie widział na
własne oczy, wtedy mógłby pan mieć pewne wątpliwości.</akap_dialog>


<akap>Oczy płonęły mu dziwnym blaskiem. Silniejszym nieco głosem
zaczął opowiadać:</akap>


<akap_dialog>--- Siedziałem tu, w tej samej chacie, kiedy nagle posłyszałem wycie
jego wilków. Podszedłem do drzwi, otworzyłem je i przystanąłem,
starając się dojrzeć coś w ciemnościach nocy. Byli już niedaleko i zbliżali
się szybko. Posłyszałem stuk kopyt karibu na zamarzniętym śniegu.
Przebiegł niedaleko mej chaty w pełnym galopie. A w ślad za nim
pędziła horda wyjących wilków. Nad ich wyciem górował głos potężny,
tak mocny, jakby dziesięciu ludzi krzyczało jednocześnie. Poznałem
natychmiast ten głos: to głos Brama Johnsona! Polował na zwierza ze
swymi wilkami. Tak jest, on żyje. I to jeszcze nie wszystko. Tak jest, to
nie wszystko jeszcze.</akap_dialog>


<akap>Mówił gorączkowo, z coraz bardziej wzrastającym wzruszeniem.
Filip Brant słuchał go uważnie. Zaczynał już wierzyć, że to, co mu Piotr
mówi, jest jednak prawdą.</akap>


<akap_dialog>--- No, a potem? --- zagadnął. --- Widziałeś go pan kiedy jeszcze?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Owszem --- potwierdził Piotr. --- I to zupełnie z bliska. 
Ale to, co wówczas zrobiłem, tego nie powtórzyłbym po raz drugi,
choćby mi za to obiecywano wszystkie lisy, jakie gnieżdżą się między
Jeziorem Athabaska a Zatoką Hudsona. Byłem wtedy jak nieprzytomny. Jak urzeczony wybiegłem z chaty i puściłem się za nimi. Szedłem po
śniegu, za śladami wyciśniętymi przez łapy wilków i szerokie narty
Brama. Aż w końcu usłyszałem szczękanie potężnych zębów wilczych,
szarpiących mięso karibu i jakiś radosny ryk ludzki. Bram dopadł swej
ofiary i dzielił się łupem z wilkami. Na szczęście wiatr miałem pomyślny,
dzięki czemu ta horda nie mogła zwietrzyć mojej obecności. Ale gdyby
tak kierunek wiatru się zmienił, co by się ze mną stało, na Boga?!</akap_dialog>


<akap>Wstrząsnął się cały nerwowo, załamując palce, aż trzeszczały.</akap>


<akap_dialog>--- A jednak, proszę pana, nie ruszyłem się z miejsca, siedziałem
ukryty za wysoką zaspą śnieżną. Po dobrej chwili Bram ze swą hordą
ruszyli dalej. Wówczas podszedłem do leżącego na śniegu karibu. Był to
duży, tłusty samiec. Obie tylne szynki miał zupełnie odcięte. Ruszyłem
w dalszą drogę, za śladami Brama. Noc była tak ciemna, że na dziesięć
kroków zupełnie nic nie widziałem. Doszedłem w ten sposób w pobliże
małego lasku. Tam to Bram rozpalił ognisko. Mogłem mu się doskonale
przyjrzeć. Poznałem go od razu, bo już przedtem, przed owym
morderstwem, zaglądał dwukrotnie do mojej chatki. Rysy twarzy nic
mu się nie zmieniły. Siedział otoczony swymi wilkami, głaskał je, mówił
do nich, śmiejąc się dziko. Widziałem doskonale potężne, błyszczące
zęby tych bestii. Patrzyłem, jak ocierały się jeden o drugiego, wtedy
nagle oprzytomniałem. Zawróciłem i popędziłem z powrotem w kierunku chatki. A biegiem tak szybko, że nawet i wilki, zdaje mi się, nie
zdołałyby mnie doścignąć... I to jeszcze nie koniec.</akap_dialog>


<akap>Wpatrywał się uważnie w Branta, wyłamując nerwowo palce.</akap>


<akap_dialog>--- Wierzy mi pan teraz?</akap_dialog>


<akap>Filip potrząsnął głową.</akap>


<akap_dialog>--- Zasadniczo wydaje mi się to niemożliwe. A jednak wierzę, że nie
było to tylko przywidzeniem.</akap_dialog>


<akap>Piotr Breault odetchnął z widocznym zadowoleniem. Podnosząc się
powoli z krzesła zagadnął:</akap>


<akap_dialog>--- A będzie mi pan wierzył, jeżeli opowiem mu<pe><slowo_obce>mu</slowo_obce> --- tu: daw. forma grzecznościowa, dziś: panu.</pe> i resztę?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Będę.</akap_dialog>


<akap>Piotr przeszedł do sąsiedniego pokoiku, służącego mu za sypialnię.
Wyszedł stamtąd, niosąc w ręku mały woreczek ze skóry renifera,
w którym zazwyczaj nosił hubkę i krzesiwo.</akap>


<akap_dialog>--- Na drugi dzień --- podjął opowiadanie --- wróciłem znów na to
samo miejsce, gdzie widziałem Brama. Bram już dawno poszedł
w dalszą drogę ze swymi wilkami.</akap_dialog>


<akap>Resztę nocy przespał pod gałęziami dużego świerku, a potem
poszedł dalej. Tam, gdzie szedł, śnieg wydawał się po prostu jakby
gładko zmieciony --- takie szerokie ślady pozostawiały na nim olbrzymie
buciska tego potwora. Rozglądałem się uważnie dookoła, w nadziei, że
znajdę może jakikolwiek przedmiot pozostawiony przez Brama w miejscu jego noclegu. I wreszcie znalazłem to.</akap>


<akap>Zaczął rozwiązywać mały woreczek ze skóry renifera. Filip Brant
czekał w milczeniu.</akap>


<akap_dialog>--- Są to, proszę pana --- mówił Piotr --- sidła na zające; widocznie
wypadły mu z kieszeni podczas snu.</akap_dialog>


<akap>Podał je Filipowi.</akap>


<akap>Zawieszona u powały lampka oliwna oświetlała słabo stół, przy
którym siedzieli. Filip Brant przyjrzał się uważnie owym sidłom i z piersi
jego wyrwał się okrzyk zdumienia.</akap>


<akap>Piotr Breault czekał na ów okrzyk. Oto z początku nie chciano
wierzyć temu, co mówił. Teraz on triumfował, radość biła z jego twarzy.
A Filip niemal zatrzymał dech w piersi, wpatrując się z całym natężeniem w ów tajemniczy przedmiot, trzymany w ręku, a błyszczący
w świetle lampki. Tak, nie było wątpliwości: były to sidła, długie mniej
więcej na jeden jard<pt><slowo_obce>jard</slowo_obce> (ang. <slowo_obce>yard</slowo_obce>) --- ang. miara długości, ok. 914 mm.</pt>, z węzłem na jednym końcu, z ową typową pętlą
,,chippewayską" na drugim.</akap>


<akap>W gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego.</akap>


<akap>Tak, tylko że sidła te zrobione były ze złotych włosów kobiecych!</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział III. 
Brant postanawia działać</naglowek_rozdzial>




<akap>Zdarza się nieraz, że pod wpływem jakiegoś gwałtownego bodźca
człowiek, nie zastanawiając się, podejmuje od razu jakieś postanowienie.</akap>


<akap>Filip Brant, po owym mimowolnym zupełnie okrzyku zdziwienia,
który wyrwał mu się z ust, siedział w milczeniu. Nie rzekł ani słowa do
Piotra. Wiatr ucichł, zaległa cisza, przerywana jedynie monotonnym
tykaniem zegarka Piotra. Breault z wolna podniósł głowę, pochyloną nad
jedwabistymi sidłami. Oczy jego spotkały się ze spojrzeniem Branta.</akap>


<akap>Obaj mężczyźni mieli jednakie myśli w tej chwili. Gdyby owe
włosy były czarne... Gdyby były brunatne... lub choćby jasnoblond,
rudawe, jakie spotyka się u Eskimosek, mieszkających w dolnym biegu
rzeki Mackenzie... Ale nie, miały one kolor złocisty, kolor czystego
płynnego złota!</akap>


<akap>Filip nie mówiąc nic, wydobył z kieszeni nóż i przeciął kilka włosów
powyżej drugiego węzła. Włosy rozplotły się i spłynęły na stół lśniącą,
miękką i jedwabistą falą. Kolor ich był jasnozłoty, zupełnie niezwykły.
Podobnego koloru włosów Filip nigdy jeszcze nie widział. I równocześnie pomyślał z podziwem, ile to potrzeba było cierpliwości i zręczności,
by upleść z nich takie sidła.</akap>


<akap>Spojrzał na Piotra z niemym pytaniem.</akap>


<akap_dialog>--- Znaczy to --- odezwał się Piotr --- że Bram musi mieć jakąś
kobietę...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Z pewnością --- przytaknął Brant. --- Kobietę żywą lub...</akap_dialog>

<akap>Nie dokończył zdania. Rozumieli się doskonale. Jedno i to samo
okropne pytanie dręczyło ich umysły. Piotr wzruszył tylko ramionami.
Cóż można było na to pytanie odpowiedzieć? Wzdrygnął się, bo oto
niespodziewany powiew wiatru wstrząsnął gwałtownie drzwiami.</akap>





<akap_dialog>--- Ej, do licha! --- zakrzyknął, odzyskując całą zimną krew, i odsłaniając w uśmiechu swe białe zęby, dodał: --- zdenerwowała mnie już ta
cała historia. Bram ze swoimi wilkami i te osobliwe sidła... wieczorem...
przy świetle lampki...</akap_dialog>


<akap>Rzucił znów okiem na leżące na stole włosy.</akap>


<akap_dialog>--- Zastanów się pan --- podjął Filip. --- Widziałeś już kiedyś włosy
podobnego koloru?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nie, nigdy w życiu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A przecież widziałeś już niejedną białą kobietę, czy to w forcie
Churchill, czy w York Factory, czy w Cumberland House, Norway
House lub w forcie Albany!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Naturalnie! I w innych stronach także, ale nigdy nie spotkałem
kobiety, która miałaby włosy tego koloru.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A Bram, o ile nam wiadomo, nie zapuszczał się nigdy dalej na
południe jak do fortu Chippewyan. Wszystko to razem wydaje mi się
zupełnie niezrozumiałe. A ty, co sądzisz o tym? No, mówże! O czym tak
myślisz?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- O czym myślę? --- powtórzył powoli Piotr, wpatrując się w swego
gościa --- myślę o wilkołaku... o owych czasach... i zaczynam powoli w nie
wierzyć, choć wcale nie jestem zabobonnym... wcale nie...</akap_dialog>


<akap>Z pewnym zażenowaniem mówił dalej niepewnym głosem:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1350987292158-1831865574"/><motyw id="m1350987292158-1831865574">Zabobony</motyw>--- Ale, widzi pan, ludzie opowiadają o Bramie i jego wilkach takie
potworne historie. Podobno, jak mówią, zaprzedał on swą duszę diabłu i
w zamian za to może, kiedy mu się tylko spodoba, latać w powietrzu lub
przemieniać się w wilka. Opowiadano mi, że widzieli go ludzie, jak
gdzieś wysoko na niebie śpiewał jakąś dziką piosenkę, przy akompaniamencie wyjących wilków. Natknąłem się też na szczep Indian,
pogrążonych w modłach i adoracji, bo widzieli Brama otoczonego
wilkami, jak budował sobie zaklęty pałac w samym środku chmury,
błyskającego gromami. Wobec tego nic dziwnego, że Bram łapie zające
w sidła, splecione z włosów kobiecych.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- I równie nic dziwnego, że potrafi włosom czarnym nadać kolor
złocisty --- wtrącił Filip.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ha, co w tym wszystkim jest prawdą? Któż to może wiedzieć?</akap_dialog>


<akap>Na twarzy Piotra wyczytać można było wewnętrzną walkę. Starał
się otrząsnąć z owych przesądów i zabobonów, które drzemały dotąd
gdzieś na dnie jego duszy, a obecnie nagle odezwały się z całą siłą.
Wreszcie zacisnął mocno zęby, wyprostował się i odrzucając głowę
w tył, oświadczył:</akap>


<akap_dialog>--- Wszystko to są tylko bajeczki, proszę pana. Umyślnie pokazałem
panu te sidła. Bram Johnson nie umarł. On żyje! I ma u siebie jakąś
kobietę, o ile...<end id="e1350987292158-1831865574"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak... o ile...</akap_dialog>


<akap>I znowu przemknęła im ta sama straszna myśl, której wypowiedzieć
głośno nie mieli odwagi.</akap>


<akap>Filip owinął ostrożnie pukiel włosów wokół palca. Wydobył
z kieszeni mały skórzany woreczek i schował do niego owe niezwykłe
sidła. Potem nabił fajeczkę tytoniem i zapalił. Podszedł do drzwi,
otworzył je i stał chwilę nieruchomo, wsłuchany w ponury świst wichru.
Piotr siedział dalej przy stole, obserwując go uważnie.</akap>


<akap>Wreszcie Filip zamknął drzwi i zajął swe miejsce przy stole. Widać
było, że już powziął jakąś decyzję.</akap>


<akap_dialog>--- Stąd do fortu Churchill jest 300 mil angielskich --- mówił
z namysłem. --- Mniej więcej w połowie drogi, w pobliżu Jeziora Jezusa,
znajduje się kwatera Mac Veigha i jego ludzi. O ile wybiorę się w pościg
za Bramem, musiałbym przesłać krótki raport do Mac, następnie dalej,
do fortu Churchill. Słuchaj tedy, Piotrze: czy mógłbyś na parę dni
zostawić w spokoju twoje łapki na lisy i zanieść ten mój raport?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dobrze, zaniosę --- odparł Piotr po krótkim namyśle.</akap_dialog>


<akap>Do późnej godziny w nocy Filip pisał swój raport. Wysłano go
w pościg za bandą złodziei-Indian. Obecnie zawiadomił inspektora
Fitzgeralda, komendanta dywizji w forcie Churchill, o tym, czego
dowiedział się od Piotra Breault, a czemu należało jednak dać wiarę.
Bram Johnson, potrójny morderca, żyje! Więc on pójdzie w pościg za
nim. Prosi komendanta, by na jego miejsce wysłano kogoś innego
celem schwytania owej bandy złodziejskiej. Wreszcie podał z możliwą
dokładnością, w którym kierunku zamierza wyruszyć w pościg za
Bramem.</akap>


<akap>Skończywszy pisać raport, zapieczętował go. Raport był obszerny
i wyczerpujący. Brakowało w nim jednej tylko rzeczy. Filip Brant nie
wspomniał ani słówkiem o owych sidłach i złocistych włosach kobiecych.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział IV.
W drogę!...</naglowek_rozdzial>




<akap>Nazajutrz rano, choć szalała jeszcze zawierucha śnieżna, Filip
Brant, pod przewodnictwem Piotra Breaulta, puścił się w drogę. Piotr
doprowadził go do miejsca, w którym przed zaledwie trzema dniami
nocował Bram Johnson w towarzystwie swych wilków. Przez te trzy dni
wichry nawiały tyle śniegu z pustynnego Barrenu, że ów świerk, pod
którym wówczas Bram nocował, zasypany był prawie do połowy
wysokości zwałami twardego śniegu.</akap>


<akap>Piotr Breault określił jak najdokładniej kierunek, w którym najprawdopodobniej następnego ranka wyruszył Bram. Brant wydobył
busolę i ustawił jej strzałkę w odpowiedni sposób tak, aby mógł się
w każdej chwili dokładnie zorientować, gdzie jest. W ten sposób doszedł
do jednego, zupełnie pewnego wniosku.</akap>


<akap_dialog>--- Bram --- rzekł do Piotra --- ukrywa się gdzieś na granicy Barrenu,
wśród lasów i zarośli. W tym też kierunku pójdę. Możesz jeszcze
dodatkowo, uzupełniając mój raport, powiedzieć Mac Veghowi i to.
Ale pamiętaj: o sidłach ani słowa! Tak będzie lepiej, sam to rozumiesz.
Jeżeli bowiem Bram jest rzeczywiście wilkołakiem i przędzie złote włosy
na wietrze...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Nic nie powiem, proszę pana --- zapewnił Piotr drżącym głosem.</akap_dialog>


<akap>Uścisnęli sobie ręce na pożegnanie i rozstali się w milczeniu. Filip
obrócił się twarzą na zachód i wkrótce stracił z oczu Piotra Breaulta.</akap>


<akap>Nie upłynęła jeszcze godzina, a już Filip Brant zaczął sobie zdawać
sprawę z niebezpieczeństwa tej karkołomnej wyprawy, na którą sam
dobrowolnie się porwał. Sanki swoje i zaprzęg psów zostawił u Piotra
Breaulta, uważając, że tak będzie lepiej. <begin id="b1350988612081-3184776520"/><motyw id="m1350988612081-3184776520">Życie jako wędrówka</motyw>Cały jego bagaż, umocowany
wygodnie na plecach, nie ważył więcej niż czterdzieści funtów<pe><slowo_obce>funt</slowo_obce> (ang. <slowo_obce>pound</slowo_obce>, <slowo_obce>pound-mass</slowo_obce>) --- tu: jednostka masy, dziś ok. 0,45 kg, w XIX w. mniej, m.in. 0,37 kg.</pe>. Mieścił
się tam zwinięty namiot z najlepszego jedwabiu, ważący trzy funty
i mogący oprzeć się skutecznie najgwałtowniejszym wichrom. Dalej
niezbędne przybory kuchenne, o tej samej wadze, piętnaście funtów
mąki i cały magazyn artykułów spożywczych w formie tabletek lub
sproszkowanych pożywnych ekstraktów, a więc: jajka, kartofle, kawa
itp. Zapas tej żywności, doliczając do tego zwierzynę, jaką po drodze
może upolować, powinien mu wystarczyć na miesiąc. Uzbrojenie jego
składało się ze strzelby i służbowego rewolweru-colta z odpowiednim
zapasem amunicji.</akap>


<akap>Licząc w myśli owe zapasy tak cennej żywności ukryte w worku na
plecach, roześmiał się trochę drwiąco. Oto przyszła mu równocześnie do
głowy inna myśl --- wspomnienie z lat dawnych. Co też powiedzieliby
jego dawni przyjaciele, gdyby tak jakimś cudem znaleźli się w tej chwili
tu, obok niego. A przede wszystkim, co powiedziałaby i co zrobiłaby
Mignan Davenport? Wyobraża sobie, z jakim obrzydzeniem i zgrozą
skrzywiłaby swą arystokratyczną buzię! Ten wicher, co hula swobodnie
po Barrenie, zmroziłby błękitną krew w jej żyłach. Nie wytrzymałaby
tego! Wiedział o tym, bo znał ją przecież doskonale... Był czas, kiedy
mówiono o ich małżeństwie.</akap>


<akap>To ciekawe jednak, że w tej chwili, gdy idzie w tropy owego
tajemniczego Brama, może jeszcze myśleć o niej. Trudno, niepodobna
odpędzić obrazu tej natrętnej myśli. A mógłby się założyć, że Mignon
zapomniała już zupełnie o nim, tak samo jak jego dawni przyjaciele.
Miłość i przyjaźń nie trwała długo. Mignon pierwsza postarała się mu to
udowodnić. Skrzywił twarz w grymasie i zaczął się śmiać wesoło.<end id="e1350988612081-3184776520"/></akap>

<akap>
Jak to się jednak dziwnie wszystko składa na tym świecie! Jakie
bajeczne kawały trafiają się w życiu! Pamięta doskonale: kiedyś
przeziębił się --- przyszło zapalenie płuc. Z każdym dniem chudł
i mizerniał coraz bardziej, policzki zapadły mu się na wybladłej twarzy.
Jednym słowem: galopujące suchoty, czy coś w tym guście. A w dużych
błękitnych oczach Mignon malowało się przerażenie, rosnące z każdym
dniem. <begin id="b1350988905481-813531653"/><motyw id="m1350988905481-813531653">Mężczyzna, Choroba</motyw>Aż wreszcie pewnego dnia przyszła do niego, oświadczając mu
z naiwną otwartością, że byłoby jej strasznie nieprzyjemnie przyznać się
przed znajomymi, że zaręczona jest z suchotnikiem.</akap>


<akap>Filip na to wspomnienie wybuchnął śmiechem tak hałaśliwym
i szczerym, że Bram mógłby go posłyszeć z odległości nawet stu jardów.
On --- suchotnikiem! Rozkrzyżował szeroko potężne ramiona, aż stawy
zatrzeszczały, i wciągnął głęboko w płuca rześkie, mroźne powietrze.
Czuł się mocny i zdrowy jak rydz. Wyzdrowiał tutaj, wśród tych
olbrzymich borów, śniegów i lodów. Kochał całym sercem te północne
strony, które mu wróciły zdrowie. Kochał je i dlatego przed dwoma laty
wstąpił w służbę królewskiej policji, ogarnięty żądzą przygód i awantur.
Kiedyś wróci może na jakiś czas tam na południe, do swych znajomych.<end id="e1350988905481-813531653"/></akap>


<akap>Ależ zrobią wielkie oczy na jego widok! A Mignon, ta chyba umrze
ze zgryzoty, kiedy zobaczy go w tak znakomitym zdrowiu!</akap>


<akap>Potem myśli jego wróciły znów do owego zagadkowego Brama.
W ciągu dwóch lat swej służby zebrał stopniowo szereg informacji
o tym dziwnym, a niebezpiecznym człowieku.</akap>


<akap>Indianie i Metysi uważali Brama za jakiegoś potwora, za potężnego
czarownika, pozostającego w porozumieniu z diabłami. W oczach
policji natomiast uchodził on za mordercę i jednego z najniebezpieczniejszych zbrodniarzy w całym Northland, którego należało jak najszybciej złapać i unieszkodliwić. Toteż ten szczęśliwiec, któremu udałoby się Brama oddać w ręce władzy, żywego czy umarłego, mógłby być
z góry pewnym awansu na sierżanta. Niejeden próbował już szczęścia,
podniecony ambicją i nadzieją awansu, aż ostatecznie wszyscy doszli do
przekonania, że Bram już nie żyje.</akap>


<akap>Filip Brant nie dlatego jednak zapuszczał się teraz w to pustkowie
zimnego Barrenu, że pragnął zdobyć rangę sierżanta. Nie. I tak już
niedługo wygaśnie jego kontrakt, a potem wcale nie myśli zostać dłużej
w służbie policyjnej. Inny był powód, inna siła wewnętrzna gnała go
naprzód.</akap>


<akap>Od owej chwili, gdy ujął w rękę ową sieć ze złotych włosów,
opanowało go dziwne wzruszenie --- uczucie nieznane mu dotychczas,
z którym nie zdradził się zupełnie przed Piotrem Breaultem. Nie był on
w tej chwili zimnym służbistą, polującym na zbrodniarza, zawziętym na
jego wolność lub życie. Prawda, zdawał sobie doskonale z tego sprawę,
że obowiązkiem jego jest schwytać Brama i odprowadzić go skutego do
głównej kwatery policji. I zdecydowany był wypełnić ten swój obowiązek, o ile... Owa złota sieć była tą niewiadomą, którą musiał brać
w rachubę w swych planach. Sprawa komplikowała się poważnie...</akap>


<akap>To prawda, były chwile, kiedy mówił sobie, że on sam dobrowolnie
komplikował całą sprawę, może bez słusznej przyczyny. Przecież Bram
mógł wejść w posiadanie tych włosów na tysiąc różnych sposobów.
A może owe niby-sidla były tylko jakimś talizmanem, który Bram,
z natury już zabobonny, nosił przy sobie od szeregu lat, talizmanem
chroniącym go od chorób i czarów.</akap>


<akap>Ale Filip jakoś nie chciał w to uwierzyć. A kiedy w południe
zatrzymał się, by rozpalić ogień, zagotować herbatę i odgrzać placek
owsiany --- wydobył z portfela ów pęk złotych włosów i zaczął mu się
bacznie przyglądać.</akap>


<akap>Nie, stanowczo nie! Włosy te musiały być niedawno dopiero
obcięte, to nie ulega wątpliwości. Przecież takie były miękkie, jedwabiste, taki miały żywy połysk! Cieniutkie były, długie, wszystkie jednakowej długości.</akap>


<akap>Zjadł śniadanie i puścił się w dalszą drogę. Przez ostatnie trzy
dni szalała taka śnieżyca, że zniknęły zupełnie wszelkie ślady po Bramie i jego wilkach. Mimo to jednak, Filip był najmocniej przekonany,
że Bram nie wyszedł poza obręb wielkiego Barrenu północy, owego Barrenu, którego nie znajdziesz na żadnej mapie --- oceanu śniegów, wśród których od tak dawna ukrywa się ten morderca. Olbrzymia pustynia śnieżna, szerokości pięciuset mil od wschodu, leżąca
mniej więcej pod sześćdziesiątym stopniem szerokości, była dla
Brama i jemu podobnych tym mniej więcej, czym był ongiś
Ocean Spokojny dla piratów. Straszliwe te pustkowia (Filip
wzdrygał się już na samą myśl o nich) gorsze były nawet, niż okolice Bieguna Północnego, gdzie przynajmniej ma się Eskimosów
za towarzyszy. To, na co się porwał, było niesłychanym zuchwalstwem. Liczył tylko, że utrzyma się przez dłuższy czas ładna pogoda
i że uda mu się wkrótce odnaleźć świeże tropy Brama i jego
wilków.</akap>


<akap>Zdecydowany był też nie zapuszczać się poza strefę drzew i zarośli,
gdzie z pewnością Bram urządził sobie legowisko, do którego prędzej
czy później zechce powrócić. Ale jeżeli Bram poszedł prosto przed siebie,
w śnieżną pustynię Barrenu, mogą upłynąć całe długie tygodnie, zanim
stamtąd zechce powrócić.</akap>


<akap>Śnieżyca, szalejąca już od kilku dni, ucichła w ciągu nocy. Przez cały
tydzień pogoda była prześliczna. Mróz wprawdzie był silny, ale śnieg już
nie padał.</akap>


<akap>W ciągu tego tygodnia Filip zrobił sto dwadzieścia mil w kierunku
zachodnim. Ósmej nocy, kiedy siedział przy ognisku, bawiąc się znów
rozplataniem złotej sieci, nastąpiło nareszcie owo upragnione spotkanie.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział V.
Spotkanie z Bramem</naglowek_rozdzial>




<akap>Noc była tak jasna, że czarne cienie wielkich świerków, rysujące się
na śniegu, wydawały się jak żywe. Sklepienie niebios czyściutkie, niby
lazur morza, usiane było miliardami gwiazd. Można się było obejść bez
światła księżyca. Na odległość trzystu jardów Filip mógł dostrzec
wyraźnie idącego karibu.</akap>


<akap>Siedział, grzejąc się przy ogniu, i głaskał sieci z jedwabistych włosów.
Uszu jego dochodziła owa ,,muzyka niebios", cicha, fantastyczna
harmonia dziwnych dźwięków i tonów, rozlegająca się w tych stronach
przed świtem. To jakiś przenikliwy gwizd, to znów łagodne pomruki,
przypominające mruczenie kota, to znów dziwne, niemal metaliczne
dźwięki, podobne do brzęczenia pszczół.</akap>


<akap>Filip splótł z powrotem wszystkie oczka sieci i schował ją starannie
do woreczka. Nagle wyprostował się i bacznie nasłuchiwał. Gdzieś
z oddali dobiegały inne dźwięki, nie mające nic wspólnego z ową
,,muzyką niebios". Zerwał się na równe nogi i przemykając ostrożnie
wśród zarośli podsunął się na kilka jardów od ogniska, niemal na sam
skraj lasu.</akap>


<akap>Z dość znacznej odległości --- jednej mili, może dwóch, doleciało do
jego uszu ponure wycie wilków.</akap>


<akap>W ciągu dwóch lat swej służby w policji Filip niejednokrotnie już
słyszał takie głosy. Nigdy jeszcze nie wywarły one na nim podobnie
silnego wrażenia. Krew uderzyła mu gwałtownie do głowy. Błyskawicznie przypomniał sobie to wszystko, co mu mówił Piotr Breault. Tak jest!
Nie ulega żadnej wątpliwości: to Bram poluje ze swą hordą wilków. Idą
w tę stronę!</akap>


<akap>Wrócił czym prędzej do ogniska, rozgrzał nad nim zimną lufę swej
strzelby, po czym zgasił ogień, zasypując płonące gałęzie śniegiem.
Podszedł znów na sam kraj lasku, gdzie obrał sobie stanowisko u stóp
najwyższego świerku, jaki znajdował się w pobliżu. W razie niebezpieczeństwa będzie mógł się wdrapać na drzewo.</akap>


<akap>Niebezpieczeństwo zbliżało się szybko. Cała horda wilków, wiedziona przez człowieka-zwierzę, gnała z ogromnym impetem prosto na
niego. Wilki były już w odległości trzystu kroków, kiedy Brant
zdecydował się wejść na drzewo. Wspinał się, dysząc ciężko, a serce biło
mu niby młot. Świerk, wysoki na jakieś dwanaście stóp, nie był grubszy
od ramienia mężczyzny, był schronieniem niezbyt bezpiecznym. Przypomniało mu się, jak to kiedyś wypadło ukryć paręset funtów mięsa
wśród gałęzi dużych cedrów, o pniach grubszych od jego uda. A w ciągu
nocy stada wilków przegryzły pień każdego drzewa.</akap>


<akap>Usadowiwszy się możliwie wysoko na drzewie, Filip powiódł
wzrokiem po śnieżnej bieli Barrenu, oświetlonej blaskiem gwiazd.</akap>


<akap>Wycie wilków ucichło, najlepszy znak, że polowanie dobiegło już
końca. Słychać było tylko pospieszny stukot kopyt karibu na twardej
skorupie śniegu. Filip dojrzał też czarną sylwetkę zwierza, uciekającego
w galopie przed ścigającą go hordą, która niemal już podcinała mu nogi.
Wilki, w liczbie około dwudziestu, rozwinięte w długie półkole, starały
się odciąć drogę ucieczki biednemu karibu, który pędził wzdłuż skraju
lasu, na próżno próbując dostać się w głąb zarośli. Szare cielska wilków,
mignęły tylko przed oczami Filipa i wkrótce wszystko zniknęło mu
z oczu.</akap>


<akap>Filip zsunął się z drzewa i przyczaił w zaspach śniegu. Według jego
obliczeń karibu zdoła ubiec jeszcze milę, zanim dostanie się pod kły
i pazury goniących go dzikich bestii. Ukryty w cieniu drzewa czekał
więc cierpliwie, z wytężoną uwagą, jednocześnie pewny, że Bram
wkrótce będzie wracać tą samą drogą.</akap>


<akap>I rzeczywiście, w kilkanaście minut później, usłyszał typowy, charakterystyczny szelest sunących po śniegu nart. Filip poczuł, jak krew
napływa mu gwałtownie do głowy. Oto za parę minut ujrzy owego
poszukiwanego zbrodniarza. Ułożył już sobie wcześniej cały plan działania. Okoliczności składały się dla Filipa nadspodziewanie pomyślnie.
Gdyby Bram znajdował się w otoczeniu swych wilków, które w każdej
chwili na znak swego pana gotowe były rzucić się na wroga, schwytanie
Brama przedstawiałoby ogromne trudności. Ale w tej chwili wilki zajęte
były upolowaną zdobyczą; Bram przechodzić będzie więc sam, nietrudno będzie go złapać.</akap>


<akap>Filip przystanął tuż za świerkiem, strzelbę postawił obok. W prawą
rękę chwycił swój rewolwer służbowy. Z wytężonym wzrokiem czekał na
zjawienie się Brama, który lada chwila powinien wracać tą samą drogą.</akap>


<akap>Ale w pustkowiach Barrenu nie można polegać ani na wzroku, ani
na słuchu. Podczas gdy Filip szukał go wzrokiem po rozległej śnieżnej
pustce, Bram zjawił się nagle, jakby spod ziemi, w odległości niespełna
dwudziestu kroków od niego.</akap>


<akap>Filipa przeraził ten widok niespodziewany, tak bardzo, że ledwo
powstrzymał okrzyk zdumienia.</akap>


<akap>W tej właśnie chwili Bram przystanął, wciągając pełną piersią
powietrze i dysząc ciężko. Nadstawił uważnie głowę w kierunku, gdzie
jego wilki wciąż ucztowały.</akap>


<akap>Bram był naprawdę olbrzymiego wzrostu; być może w półmroku
nocy wydawał się jeszcze wyższy. Długie, zwichrzone kudły opadały mu
na ramiona, brodę miał gęstą, krótką, a oczy lśniły w ciemnościach,
zupełnie jak oczy kota. Wyraz twarzy na poły ludzki, na poły bydlęcy
--- jakiegoś stworzenia, co czuje, że na niego polują tak samo, jak ono
poluje na inne zwierzęta. Na zawsze wryły się w pamięć Filipa rysy tej
twarzy, twarzy jakiegoś szalonego straceńca, wyrzuconego poza margines ludzkości.</akap>


<akap>Nadeszła chwila ostateczna. Filip zacisnął mocno dłoń, w której
trzymał kolbę rewolweru, i postąpił o parę kroków do przodu, wynurzając się z cienia.</akap>


<akap>Bram mógłby go już spostrzec, gdyby nie to, że właśnie odrzucił
w tył swą ogromną głowę, uwalniając jednocześnie z piersi potężny,
dziki okrzyk. Przypominało to jakiś przeciągły grzmot, przechodzący
stopniowo w przerażające wycie, które z pewnością słychać było
w odległości paru mil. Podobnego wycia Filip nie słyszał nigdy w życiu.
Był to widocznie sygnał, za pomocą którego Bram, człowiek-zwierzę,
zwoływał swych braci-wilków.</akap>


<akap>Nagle sygnał urwał się. Może jakiś instynkt ostrzegł Brama, że grozi
mu niebezpieczeństwo. Zanim Filip zdążył zdecydować się na jakieś
wystąpienie, Bram już niknął mu z oczu, sunąc po śniegu na swych
nartach z nieopisaną szybkością. Równocześnie do uszu Filipa dobiegł
jakiś niesamowity, szalony śmiech, ten sam śmiech, o którym z drżeniem
opowiadał mu niedawno Piotr Breault.</akap>


<akap>Nie ruszając się z miejsca, Filip zaczął wołać głośno:</akap>


<akap_dialog>--- Bram! Bram Johnson! Stój! Stój! W imieniu Jego Królewskiej
Mości!</akap_dialog>


<akap>Bram usłyszał wołanie, nie przystanął jednak, tylko przyspieszył
jeszcze bieg. Filip krzyknął ponownie:</akap>


<akap_dialog>--- Bram, Bram Johnson!</akap_dialog>


<akap>A cała odpowiedź jaką usłyszał, to był grubiański szyderczy śmiech.</akap>


<akap>Filip podniósł ramię, nie celując zbyt uważnie, wystrzelił dwukrotnie w kierunku uciekającego. Kule przeleciały ze świstem koło samej
głowy Brama.</akap>


<akap_dialog>--- Bram! Bram Johnson! --- krzyknął Filip po raz trzeci.</akap_dialog>


<akap>I tym razem wołanie nie odniosło żadnego skutku. Opuścił ramię,
ścigając wzrokiem olbrzymią czarną sylwetkę uciekającego, która
wkrótce rozpłynęła się w mrokach nocy.</akap>


<akap>I znowu Filip został sam wśród śnieżnego pustkowia. Teraz dopiero
uprzytomnił sobie całą dziecinność swego zachowania. Wołał na Brama
tak drżącym głosem, że tylko na śmiech się naraził. Z pewnością też
Bram, spostrzegłszy, że ma do czynienia z niezdecydowanym, bojaźliwym przeciwnikiem, najpewniej wróci tu ze swymi wilkami.</akap>


<akap>Niespokojnie i lękliwie wpatrywał się w śnieżną przestrzeń, gdzie
Bram zniknął mu z oczu. Wracając do zarośli, wśród których rozbił
swój namiot, wspominał żałosny los kaprala Lee i jego towarzyszy.
Czyżby i jego czekało coś podobnego?</akap>


<akap>Rozważał w myśli wszystkie możliwe szanse, bo Filip był jednak
dzielnym człowiekiem i nigdy nie poddawał się rozpaczy. Zasiadł przy
dogasającym i słabo już dymiącym ognisku, starając się uporządkować
swe myśli i odzyskać zupełną równowagę umysłu.</akap>


<akap>Bram nie wydawał mu się strasznym. Bez wahania i bez trwogi
podjąłby z nim walkę. Kurczowo zacisnął dłoń na kolbie rewolweru. Ale
walka czeka go nie tylko z Bramem, lecz i z jego hordą wilków. Bram
zapewne sam nie pokaże się mu na oczy; poszczuje na niego swe wilki,
a sam śmiać się tylko będzie szyderczo. Tak samo było z kapralem Lee.
Teraz, kiedy Filip go już odszukał i zdradził się przed nim ze swymi
zamiarami, Bram z pewnością starać się będzie unieszkodliwić natychmiast swego prześladowcę, aby ratować własne życie.</akap>


<akap>Nagle przyszła mu pewna myśl do głowy. Bram przecież --- tak jak
go widział w mroku wieczorem --- nie miał żadnej broni. Ta myśl
napełniła go otuchą. Wdrapie się na drzewo, i wówczas będzie mógł
stoczyć zwycięską walkę z całą hordą wilków. Wystrzela je wszystkie po
kolei. Mając strzelbę, rewolwer i odpowiedni zapas amunicji, da sobie
z nimi radę. Tylko trzeba mieć pewność, że rzeczywiście Bram nie
posiada strzelby, bo w tym wypadku...</akap>


<akap>Podniósł porzucony poprzednio kożuch i okrył się nim. Do kieszeni
schował naboje, tyle tylko ile się zmieściło. Następnie podszedł na skraj
lasku; tam wybrał sobie gruby, sękaty świerk, rosnący na osobności.</akap>


<akap>Świerk ten nadawał się znakomicie na punkt obserwacyjny. Będzie
mógł wystrzelać całą hordę. Ale, jeżeli Bram posiada strzelbę, wtedy
świerk ten będzie dla niego znakomitym celem do strzału.</akap>


<akap>Bądź co bądź, należało się zdecydować. A Filip nie miał innego
wyboru.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział VI.
,,Złapał Kozak Tatarzyna... "</naglowek_rozdzial>




<akap>Filip czekał. W pewnej chwili spojrzał na zegarek: dochodziła
północ, a więc czeka już dobrą godzinę. Najlżejszy nawet szmer,
dochodzący czy to od Barrenu, czy z pobliskich zarośli, przejmował go
nieopisanym lękiem. Przekonany był święcie, że Bram zjawi się ze swoją
hordą niespodziewanie, wyrośnie jak spod ziemi, że nie posłyszy ani
stąpania Brama, ani też ostrożnych kroków skradających się ku niemu
wilków.</akap>


<akap>Dwukrotnie załopotał mu nad głową wielki puchacz śniegowy, a za
trzecim razem puchacz ów rzucił się na przemykającego wśród zarośli
zająca. Za każdym razem Filip pewny był, że nadchodzi już moment
decydujący. Potem znów doleciał go pisk małych białych lisów,
kręcących się tu i tam, ciekawych na wszystko, jak małe dzieci. Ilekroć
posłyszał te piski, targany lękiem wdrapywał się coraz wyżej na drzewo.
Wreszcie przyszła reakcja i pewne odprężenie nerwowe --- tętno zaczęło
mu bić spokojniej i regularniej.</akap>


<akap>Może jednak uniknie tego nieszczęścia, które sam sobie ściągnął na
głowę? Może Bram przeląkł się strzałów do tego stopnia, iż nie ma
odwagi pokazać się znowu. Teraz Bram nie wydawał mu się już takim
strasznym potworem, jak to było w pierwszej chwili. Na jego wyniszczonej twarzy wycisnęła swe piętno rozpacz obłędna. Filip zaczął odczuwać
pewną sympatię do tego nieszczęśliwego potwora.</akap>


<akap>Niewątpliwie Bram, który od lat nie żył dla świata i ludzi, popaść
musiał w pewnego rodzaju obłęd pod wpływem tej okropnej samotności. Już i wilki Brama nie wydawały mu się teraz takie straszne,
a polowanie na człowieka jakby straciło dla Filipa cały urok.</akap>


<akap>Przypomniał sobie znowu ową sieć ze złotych włosów. Nie,
stanowczo nie! Te jedwabiste, połyskujące włosy; które miał starannie
schowane w kieszeni, nie mogły pochodzić z jakiejś dawnej transakcji
zamiennej. Włosy te ścięte zostały niedawno z głowy kobiety. W takim
razie Bram nie był więc samotny. Miał jakąś kobietę. I to kobietę
z takimi włosami!</akap>


<akap>Filip zsunął się z drzewa na ziemię.</akap>


<akap>Przez całą godzinę spacerował wzdłuż skraju lasku. Potem rozpalił
na nowo ognisko, bacznie wsłuchując się w każdy najdrobniejszy nawet
szelest. Mróz chwytał coraz ostrzejszy. Cichła z wolna owa ,,muzyka
niebios", przechodząc w nieokreślony, coraz słabszy szmer. Gwiazdy
bledły kolejno --- rzekłbyś, cofały się gdzieś w głąb niebios, w zaświaty,
coraz dalej od naszej ziemi.</akap>


<akap>To stopniowe znikanie gwiazd, które Filip obserwował zawsze z równym zainteresowaniem, jest jednym z najosobliwszych
fenomenów w tych podbiegunowych okolicach. Wydaje się, jak gdyby
setki tysięcy rąk niewidzialnych przesuwało się po sklepieniu niebieskim, gasząc je po kolei --- najpierw najsłabiej świecące, potem jaśniejsze
i większe. Aż wreszcie ciemność zapadła zupełna, dopiero w jakieś pół
godziny później ponad tą przepastną ciemnością wstawała zorza
północna.</akap>


<akap>Kiedy ziemię zaległy nieprzeniknione ciemności, Filip poczuł, że lęk
znów go ogarnia. Może właśnie Bram czekał, aby go napaść znienacka?
Przy blasku ogniska spojrzał na zegarek: była godzina czwarta rano.
Zagasił ognisko i wdrapał się z powrotem na drzewo. Bram się nie
zjawiał.</akap>


<akap>Wreszcie wstała szara jutrzenka.</akap>


<akap>Filip zszedł znowu z drzewa i już po raz trzeci rozniecił ogień, aby
sobie przyrządzić śniadanie. Zagotował podwójną porcję kawy. O siódmej rano był już gotów do dalszej drogi, zdecydowany ścigać dalej
owego zagadkowego człowieka. Nie ma co mówić: Bram stracił tej nocy
znakomitą sposobność, by pozbyć się raz na zawsze swego prześladowcy. A co więcej, uciekając, sam wskazywał mu drogę wiodącą do
odkrycia tajemnicy owych złotych włosów. Wszystko zatem składało się
po myśli ścigającego.</akap>


<akap>Filip ruszył w drogę, posuwając się wzdłuż brzegu lasku. <begin id="b1350990408584-3210305560"/><motyw id="m1350990408584-3210305560">Polowanie, Niebezpieczeństwo</motyw>Po jakichś
trzydziestu minutach marszu doszedł do miejsca, gdzie w nocy rozegrała
się ostatnia walka wilków z karibu. Ścigane zwierzę upadło w odległości
pięćdziesięciu jardów od zarośli. W promieniu dwudziestu stóp śnieg
był zupełnie wydeptany kopytami karibu i łapami wilków. Czerwone
plamy krwi dookoła; po śniegu walały się obgryzione kości i płaty skóry
--- jedyne resztki pozostałe po wspaniałym zwierzu.</akap>


<akap>Można było jeszcze dojrzeć miejsce, w którym Bram odpiął swe
narty i położył je na śniegu. Odciski jego butów mieszały się ze śladami
wilczych łap. Bram przyszedł widocznie jeszcze na czas, by uratować dla
siebie najlepszy kąsek --- udo karibu. I tylko gwiazdy spoglądały z góry
na tę biesiadę wygłodniałej hordy, co pożarła niemal wszystko oprócz
wnętrzności. Spoglądały też na Brama, który na miejscu musiał nasycić
swój głód, pozostawiając tylko odpadki. Na białej karcie śniegu można
to było wszystko wyczytać z całą dokładnością, jak z książki. I teraz
dopiero Filip uświadomił sobie w całej pełni, jakiego okropnego
niebezpieczeństwa udało mu się uniknąć.<end id="e1350990408584-3210305560"/><end id="e1350990384833-3897810936"/></akap>


<akap>Ale na białej karcie śniegu wyczytał jeszcze coś więcej. Oto Bram
miał ze sobą sanki, na które załadował pozostałą resztę karibu.
Oglądając ślady na śniegu, Filip mógł stwierdzić, że sanki były typu
,,votapanask", znacznie jednak dłuższe i szersze. Reszty można się było
domyśleć z łatwością. Kiedy cała horda już najadła się do syta, Bram
zaprzągł wilki do sanek i puścił się w dalszą drogę, prosto na północ,
poprzez pustkowia Barrenu. Trzeba było tylko iść za jego śladem.</akap>


<akap>Filip nazbierał suchych gałęzi. Rozpalił duży ogień i przyrządził
sobie zapas żywności wystarczający na sześć dni. Postanowił przez trzy
dni iść za śladem Brama poprzez te straszne pustkowia Barrenu, nie
zbadane dotychczas przez nikogo. Iść jeszcze dalej, nie mając sanek,
byłoby prostym szaleństwem. Zatem przez trzy dni będzie go ścigał; trzy
dni pozostanie mu na powrót. Ale nawet i taka krótka ekspedycja była
niesłychanie ryzykowna. Było to po prostu igranie ze śmiercią, bo nad
głową Filipa wisiała najstraszniejsza ze wszystkich gróźb --- groźba
burzy śnieżnej.</akap>


<akap>W chwili, kiedy wyruszył w drogę, wytyczając dokładnie kierunek
za pomocą busoli, poczuł pewien lęk. Dzień był szary i ponury.
Jak daleko okiem sięgnąć --- jedna płaszczyzna śnieżna, sięgająca aż po
krańce horyzontu.</akap>


<akap>Już po godzinie marszu Filip znalazł się wśród absolutnej pustki
i milczenia. Zniknęły ciemne zarysy owego lasku, z którego wyruszył
w drogę. Sklepienie niebios ciążyło nad nim, niby ciężkie wieko
ołowianej trumny. Niejeden dostawał nagłego obłędu, nie mogąc znieść
długo tego przytłaczającego szarego całunu niebios.</akap>


<akap>I jemu już ta samotność dawała się coraz bardziej we znaki. Z całym
wysiłkiem woli posuwał się wciąż naprzód, jakkolwiek coś go ciągnęło
wstecz, jakkolwiek miał coraz większą ochotę zawrócić z tej drogi.
Nigdzie ani jednego drzewa, ani krzaczka nawet. Pustka zupełna i tylko
po niebie nisko przewalały się szare chmury, ciągnące z północy i ze
wschodu. A sklepienie niebios wydawało się tak nisko zawieszone, że
wystarczyło --- zda się --- rzucić kamykiem, by je dosięgnąć.</akap>


<akap>Za pomocą busoli, w ciągu dwóch godzin sprawdzał aż sześć razy
kierunek swej drogi, wiodącej śladami pozostawionymi przez Brama.
Ślady te prowadziły prosto na północ, bez najmniejszego schodzenia
w bok. A przecież Bram mógł się tylko orientować własnym instynktem.
I mimo to nie zboczył. Ani na metr.</akap>


<akap>Po upływie dalszej godziny Filip skonstatował, że Bram musiał
zatrzymać się na pewien czas z sankami, nie wyprzęgając jednak
wilków. Po prostu zszedł tylko z sanek, nałożył narty i biegł piechotą za
sankami. Wnioskując ze śladów pozostawionych przez narty, doszedł do
przekonania, że Bram pędził, robiąc olbrzymie susy, także z łatwością
mógł przebyć sześć mil w tym samym czasie, w jakim on sam zaledwie
zdąży zrobić cztery.</akap>


<akap>Była godzina pierwsza w południe, kiedy Filip zatrzymał się celem
zjedzenia obiadu. Według jego obliczeń uszedł piętnaście mil. Kiedy
zabrał się do jedzenia, opadły go ponure myśli. Skoro Bram zabrał ze
sobą na drogę spory zapas mięsa, to widocznie z tą myślą, aby nie
zabrakło pożywienia dla niego i dla hordy wilków w ciągu tej długiej
podróży wśród rozległych pustkowi Barrenu. Bram, sunąc szybko na
saniach, zdoła w ciągu trzech dni przebyć około stu pięćdziesięciu mil.
Tymczasem on w tym samym czasie nie potrafi zrobić więcej, aniżeli
trzecią część tej drogi.</akap>


<akap>Aż do godziny trzeciej po południu szedł bez zatrzymania się
śladami Brama. Maszerowałby jeszcze dłużej, gdyby nie to, że zaczął
padać gęsty śnieg, uniemożliwiający posuwanie się naprzód. <begin id="b1350991804896-195224204"/><motyw id="m1350991804896-195224204">Dom</motyw>Widząc, że
zawierucha śnieżna nie ustaje, postanowił zbudować sobie schronienie,
w którym mógłby spędzić noc.</akap>


<akap>Wiedział, biorąc przykład z Eskimosów, jak się do tego zabrać.
Wyszukał duży zwał twardego zmarzniętego śniegu i zaczął w tym
zwale, od strony osłoniętej od wiatru, za pomocą małej siekierki, jaką
miał za pasem, wybijać wąski tunel. Łopatę zastąpiły mu narty, którymi
wyrzucał z tunelu wyrąbany śnieg. Kiedy tunel ów, szeroki na dwie
stopy, był już dość długi, by mógł się wcisnąć do wnętrza, zaczął
wewnątrz wyrąbywać ściany, żeby stworzyć sobie rodzaj małego
pokoiku, na tyle obszernego, aby móc w nim rozstawić swe polowe
łóżko. Pracował niemal przez godzinę. Z prawdziwym zadowoleniem
i radością spojrzał po ukończeniu pracy na ten swój ,,dom", do którego
nie mógł dotrzeć ani mróz, ani zawieja śnieżna.<end id="e1350991804896-195224204"/></akap>


<akap>Miał przy sobie mały zapas suchego drzewa na podpałkę, łatwopalnego, bo sporządzonego z gałązek świerkowych. Miał też długi kij,
na końcu którego powiesił swój czajnik napełniony śniegiem. Pełen
otuchy rozpalił ogień, poświstując przy tym wesoło. Tymczasem zapadł
szybko zmrok zupełny, niby czarna nieprzenikliwa zasłona. Ani jednej
gwiazdki na niebie. W odległości dwudziestu kroków nie można było
nic odróżnić, nawet śniegu.</akap>


<akap>Kiedy zjadł kawał wędzonki z plackiem owsianym, wypił gorącą
herbatę i zapalił fajeczkę, wydobył z kieszeni ową złocistą siatkę. Przy
gasnącym już ognisku wpatrywał się w te włosy, lśniące niby drogocenny metal. Schował je, kiedy dogasały ostatnie iskierki.</akap>


<akap>Otoczyły go nieprzeniknione ciemności. Po omacku zakrył wejście
do tunelu płótnem swego służbowego przenośnego namiotu. Potem
wyciągnął się wygodnie na składanym łóżku. Od chwili, gdy rozstał się
z Piotrem Breault, nie czuł się tak wygodnie. Ubiegłej nocy
przecież w ogóle nie spał. Jakże mu było dobrze w tym łóżku! Toteż
wkrótce zapadł w głęboki sen.</akap>


<akap>Płynęły długie nocne godziny. Nie słyszał wycia wiatru, który
o świcie zerwał się na nowo, nie słyszał innych odgłosów, które na
próżno odbijały się o jego uszy, ale jakaś wewnętrzna, ukryta podświadomość kazała mu się zbudzić. Zaczął poruszać się niespokojnie na
łóżku. Aż nagle otworzył szeroko oczy. Światło wpadało przez otwór
tunelu, a przecież na noc zasłonił go płótnem.</akap>


<akap>Spojrzał uważnie w tym kierunku. Płótna nie było.</akap>


<akap>W otworze tunelu ukazała się ogromna głowa, pokryta zwichrzonymi kudłami... Oczy jego spotkały się z oczami Brama Johnsona.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział VII.
Filip kapituluje</naglowek_rozdzial>




<akap>W ciągu swej dwuletniej służby w policji Filip nauczył się nie
dziwić niczemu.</akap>


<akap>Było to jednak dla niego niezwyczajną i gwałtowną emocją, kiedy
tak niespodziewanie zetknął się oko w oko z człowiekiem, którego
ścigał.</akap>


<akap>Szybko jednak odzyskał panowanie nad sobą. Pomyślał, że gdyby Bram
przyszedł tu z postanowieniem zabicia go, mógłby zrobić to natychmiast, korzystając z okazji, że przeciwnik śpi. Zauważył też, że zniknęła
jego strzelba, którą wieczorem podparł zasłonę płócienną w otworze
tunelu. Widocznie Bram już ją porwał. Nie zdziwiło go to zbytnio.</akap>


<akap>Znacznie bardziej zdziwił go wyraz twarzy Brama. W tym wzroku,
utkwionym w niego, Filip nie mógł dopatrzeć się radości i zadowolenia
zwycięzcy na widok schwytanej ofiary. Nie było w nim również
nienawiści, ani podniecenia. Raczej jakaś niepewność i pewnego rodzaju
niezdecydowane zakłopotanie.</akap>


<akap>Filip mógł obserwować dokładnie wszystkie charakterystyczne
cechy jego twarzy: wystające kości policzkowe, niskie czoło, płaski nos,
grube mięsiste wargi. Jedynym upiększeniem tej potwornej twarzy były
tylko oczy: duże, piękne, o szarym blasku przypominającym perły. Oczy
te, umieszczone w innej twarzy, wywołałyby szczery podziw, tak były
piękne.</akap>


<akap>Upłynęła już długa chwila, a obaj mężczyźni nie zamienili ze sobą
ani słowa. Filip sięgnął odruchowo po rewolwer, ale nie miał zamiaru
robić użytku z broni: uważał, że lepiej i rozsądniej będzie pogadać
trochę.</akap>


<akap_dialog>--- Hello, Bram! --- zakrzyknął.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Bonjour, monsieur<pe><slowo_obce>Bonjour, monsieur</slowo_obce> (fr.) --- dzień dobry panu.</pe> --- odparł Bram, grubym, gardłowym głosem
i niemal w tej samej chwili głowa jego zniknęła w otworze.</akap_dialog>


<akap>Filip czym prędzej zerwał się z łóżka polowego. Usłyszał dobiegający od wyjścia tunelu inny, groźny odgłos: ujadanie i wycie wilków.</akap>


<akap>Ciarki go przeszły, mimo całego zaufania, z jakim początkowo
odnosił się do Brama. I czołgając się na czworakach po śniegu przez
wąski tunel ku wyjściu, zadawał sobie pytanie, czy dobrze i rozsądnie
postąpił, oszczędzając życie Brama. Nie lepiej byłoby, od razu za
pierwszym spotkaniem, wpakować kulę w ciało tego zbója? Jeżeli Bram
poszczuje na niego wilki, toż to dopiero będzie i dla Brama i dla nich
ładna zabawa! Zagryzą go, jak mysz w pułapce. Może uda się zastrzelić
dwa lub trzy wilki, reszta rzuci się na niego i w mig się z nim załatwi. Już
po raz drugi zrobił kapitalne głupstwo, które mści się teraz na nim.</akap>


<akap>Przed wyjściem z tunelu zatrzymał się. Przykucnął, trzymając
rewolwer w ręku. Przez wąski otwór nie mógł dojrzeć nic więcej, prócz
śniegu, na którym widniały odciski butów Brama. Słychać było groźny
pomruk wilków, będących gdzieś niedaleko.</akap>


<akap>W tej chwili usłyszał głos Brama:</akap>


<akap_dialog>--- Monsieur! Rewolwer i nóż --- albo cię zabiję. Wilki bardzo głodne.</akap_dialog>

<akap>Nie mógł dojrzeć postaci Brama, który widocznie stał z boku, poza
polem jego widzenia. W tonie głosu nie wyczuwało się złości ani groźby,
tylko zimną, bezwzględną stanowczość, nie znoszącą protestu ani
oporu.</akap>





<akap>O walce myśleć nawet nie było można. Bram, mając do pomocy
swoje dzikie bestie, był pewny zwycięstwa. Jeżeli nawet Filip miał jakieś
wątpliwości, pozbył się ich szybko na widok trzech wilków, które nagle
zjawiły się w odległości trzydziestu stóp od niego. Były to prawdziwe
olbrzymy. Stały z utkwionymi w niego ślepiami, warcząc głucho
i kłapiąc szczękami, ukazując przy tym lśniące, ogromne, białe zęby. Po
chwili zjawił się i czwarty, a potem parami przybywały dalsze, aż
wreszcie wszystkie dwadzieścia ustawiły się rzędem, na wprost niego.</akap>


<akap>Wilki wydawały się silnie podrażnione. Na widok tych dwudziestu
groźnie kłapiących szczęk, tych dwudziestu par błyszczących ślepi,
utkwionych w otwór kryjówki, Filip instynktownie cofnął się. Wiedział dobrze, że jeżeli wilki dotychczas stały w oddaleniu, nie rzucając
się na niego, to tylko z uwagi na Brama. Choć nie słyszał, żeby Bram
wydawał im jakikolwiek rozkaz.</akap>


<akap>W tej samej chwili mignął mu przed oczami jakiś długi wąż: nad
stadem wilków przeleciał ze świstem batog Brama, długi na dwadzieścia
stóp, sporządzony ze skóry karibu. Na ten sygnał wilki cofnęły się. Do
uszu Filipa doleciał znowu stanowczy rozkaz Brama:</akap>


<akap_dialog>--- Monsieur! Rewolwer, nóż!... Bo poszczuję wilki.</akap_dialog>


<akap>Jeszcze nie skończył mówić, a Filip odrzucił rewolwer na śnieg,
daleko od siebie.</akap>


<akap_dialog>--- Masz rewolwer, stary! Masz i nóż!</akap_dialog>


<akap>Nóż razem z futerałem upadł obok rewolweru.</akap>


<akap_dialog>--- Czy mam wyrzucić również i moje łóżko? --- spytał Filip,
nadrabiając miną swój strach. Przypomniało mu się, że przecież
poprzedniej nocy to on strzelał do Brama. A teraz Bram, być może,
tylko czeka, aż Filip wyjdzie z kryjówki, aby mu palnąć w łeb?
Przypuszczenie to nie było pozbawione pewnych podstaw.</akap_dialog>


<akap>Na swoje pytanie nie otrzymał odpowiedzi, co oczywiście nie
mogło go zbytnio uspokoić. Powtórzył pytanie, ale znowu bez rezultatu.</akap>


<akap>Zabrał się więc do spakowania swego przenośnego łóżka. <begin id="b1350992553848-3021005140"/><motyw id="m1350992553848-3021005140">Niebezpieczeństwo</motyw>Śmiech
go brał na myśl, jaki raport on o tym wszystkim zdałby przełożonym
--- o ile w ogóle napisze jeszcze kiedyś jakikolwiek raport. Miałby co
opowiadać! Prawdziwa komedia. Zagrzebał się oto w śniegu niby
niedźwiedź na sen zimowy; a rano przychodzi taki jegomość uzbrojony
w batog, otoczony hordą dzikich żarłocznych bestii, i prosi go grzecznie,
aby raczył wyjść.<end id="e1350992553848-3021005140"/></akap>


<akap>W chwilę później wyrzucił na śnieg swoje składane łóżko. Bram
schylił się, by je podnieść, biorąc równocześnie rewolwer i nóż w swoje
posiadanie. Korzystając z tej sposobności Filip wysunął się pospiesznie
ze swej kryjówki. I kiedy Bram się podniósł, Filip już stał przed nim.</akap>


<akap_dialog>--- Dzień dobry, Bram! --- odezwał się śmiało.</akap_dialog>


<akap>Odpowiedziało mu tylko dzikie wycie wilków. Starał się jednak nie
dać poznać po sobie lęku ani wzruszenia, jakkolwiek nerwy naprężone
miał do ostateczności. Z ust Brama wypadło jakieś ostre słowo w języku
Eskimosów i nad pyskami wilków zaświstał znów długi harap.</akap>


<akap>Bram nie spuszczał z niego oczu, a w jego spojrzeniu błyskały złe
ognie. Filip widział, jak Bram zacisnął mocno swe grube wargi, nos
zrobił mu się jeszcze bardziej płaski, na ogromnej ręce, w której trzymał
grubą pałkę, żyły nabrzmiały jak postronki. Bram gotów był teraz bić
i mordować. Wystarczyło jedno nieopatrzne słowo, jeden niezręczny
gest, a los Filipa byłby już przypieczętowany.</akap>


<akap>Grubym gardłowym głosem Bram rzucił pytanie w tym swoim
żargonie, którym stale się posługiwał:</akap>


<akap_dialog>--- Dlaczego wy wczoraj wieczór strzelać do mnie?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dlatego --- odparł Filip, siląc się na spokój --- ponieważ chciałem
z tobą pomówić. Nie chciałem cię tropić. Umyślnie strzelałem ponad
twą głową.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałeś pomówić? --- powtórzył Bram, a znać było, że każde
słowo kosztowało go wiele wysiłku. --- Dlaczego pomówić?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Chciałem się ciebie spytać, jak to się stało, że zabiłeś człowieka
w okolicy Jeziora Boga?</akap_dialog>


<akap>Zaledwie to powiedział, a już pożałował swych słów. Z piersi Brama
wyrwał się głuchy, niemal zwierzęcy pomruk. A w jego szarych oczach,
które nagle dziwnie pociemniały, zapłonął groźny ogień.</akap>


<akap_dialog>--- Ach, tego człowieka z policji? Tego, co przyszedł z portu
Churchill i którego wilki zagryzły?</akap_dialog>


<akap>Odrzucił rewolwer i nóż. W rękach trzymał tylko batog i pałkę.
Wilki podsunęły się bliżej do Filipa i otoczyły go z tyłu półkolem. Nie
śmiał obrócić głowy, nie śmiał nawet spojrzeć na nie. To ich straszne
milczenie napełniało go nieopisanym lękiem. Czekały tylko na rozkaz
Brama, czyhały na jego znak. Czuły instynktownie, że ów rozkaz padnie
lada moment, że zawisł już na grubych wargach ich pana. Chwila była
decydująca i straszna po prostu.</akap>


<akap>Filip wydobył portfel z kieszeni.</akap>


<akap_dialog>--- Bram! --- odezwał się. --- Zgubiłeś coś owej nocy, kiedy nocowałeś
w pobliżu chaty Piotra Breault. --- Mówił to głosem zmienionym, trochę
drżącym i niepewnym. --- Dlatego właśnie szedłem za tobą, aby ci to
oddać. Mogłem cię zabić, powtarzam, wówczas, gdy strzelałem do
ciebie. Ale chciałem tylko, abyś się zatrzymał, i abym ci mógł to oddać...</akap_dialog>


<akap>Mówiąc to, podał Bramowi siatkę ze złotych włosów.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział VIII.
U celu podróży</naglowek_rozdzial>




<akap>Przez kilkadziesiąt sekund Bram stał, jakby gromem rażony.</akap>
<akap>Spojrzenie swych oczu, utkwionych dotąd uporczywie w Filipa,
skierował na siatkę ze złotych włosów. Usta otworzył szeroko ze
zdumnienia, rzekłbyś, przestał oddychać zupełnie. Pałka i batog wypadły mu z rąk.</akap>


<akap>Jak zahipnotyzowany zrobił wolniutko jeden krok, potem drugi,
trzeci, aż znalazł się w pobliżu Filipa. Nie odzywając się ani słowem, ujął
w ręce ową siatkę. A kiedy podniósł ją do góry, by lepiej przypatrzeć się
połyskującym włosom, wyraz twarzy złagodniał mu nagle, a w oczach
zgasły owe złowrogie światełka.</akap>


<akap>Ale trwał nadal w zagadkowym milczeniu, bawiąc się ową siatką,
owijając ją na swe grube palce. Wreszcie zwinął ją i ukrył gdzieś głęboko
pod ubraniem. Teraz dopiero przypomniał sobie o obecności Filipa.
Z głuchym pomrukiem schylił się, podniósł z ziemi rewolwer i odrzucił
go daleko w śnieg. Wilki popędziły natychmiast w tym samym
kierunku. W ślad za rewolwerem poleciał też i nóż myśliwski. Kiedy
przyszła kolej na strzelbę, Bram oparł ją sobie o kolano i przełamał na
pół, jakby łamał kawałek drzewa na podpałkę.</akap>


<akap_dialog>--- Diabli wzięli! --- zaklął po cichu Filip.</akap_dialog>


<akap>Owładnięty nagłym wybuchem gniewu, miał ochotę rzucić się na
Brama, aby obronić swą własność. Ale jeżeli już poprzednio czuł się
zupełnie bezsilnym, o ileż więcej był nim obecnie! Zresztą, natychmiast
przyszła mu inna myśl do głowy. Jeżeli Bram niszczy jego broń, to
widocznie postanowił darować mu życie, przynajmniej na razie. Postępując w ten sposób, miał na myśli tylko unieszkodliwienie swego
wroga. Nie odezwał się ani słówkiem, wiedząc, że i tak dyskusja
z Bramem do niczego nie doprowadzi. Bram spojrzał na niego i palcem
wskazał na narty, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że ma je sobie
założyć. Wilki wróciły do nich i stały --- czujne i uważne na każdy znak.
Rozległ się trzask z batoga; Bram wyciągnął ramię ku północy, dając do
zrozumienia Filipowi, że ma on iść naprzód. Cała karawana ruszyła
w drogę: na przodzie Filip, za nim Bram, a za Bramem wilki.
Z porządku tego pochodu wymiarkował Filip od razu, że Bram
uprowadza go ze sobą jako więźnia, a nie jako przyjaciela. Ale czemu
w takim razie darował mu życie? Trudno zgadnąć.</akap>


<akap>Po przejściu dwóch mil natknęli się na sanki Brama. Zostawił
je tam umyślnie, by mieć większą swobodę ruchów, kiedy w nocy wybierał się ze swą hordą celem schwytania tajemniczego prześladowcy. Widocznie z góry pewien był, że po spotkaniu z Filipem, ten
ostatni puści się za nim w pościg, za śladami pozostawionymi przez
Brama. Filip w duchu podziwiał tę przenikliwość i spryt człowieka-wilka.</akap>


<akap>Obserwował go uważnie, kiedy Bram ustawiał wilki do zaprzęgu.
Posłuszne mu były jak psy doskonale tresowane. Między Bramem
a wilkami panował stosunek poufałej przyjaźni, niemal braterstwa.
Przemawiał do nich wyłącznie w języku Eskimosów. Słowa miały
dziwny dźwięk, przypominający szczęk kości uderzanych jedna o drugą:
klak-klak-klak.</akap>


<akap>Kiedy sanki miały już ruszyć w dalszą drogę, Filip postanowił
jeszcze raz przerwać milczenie i wyciągnąć od Brama parę informacji:</akap>


<akap_dialog>--- Jeśli naprawdę sądzisz, że chciałem cię wczoraj zabić, czemuż
w takim razie nie poszczułeś na mnie twych wilków, jak to już zrobiłeś
nieraz z innymi? Dlaczego dopiero na drugi dzień przyszedłeś mnie
złapać, w mojej kryjówce?... A potem... Powiedz, na Boga, dokąd my
idziemy?</akap_dialog>


<akap>Bram wyciągnął rękę w przestrzeń śnieżnego Barrenu.</akap>


<akap_dialog>--- Tam! --- odpowiedział krótko, pomijając milczeniem wszystkie
poprzednie pytania.</akap_dialog>


<akap>Rękę trzymał wyciągniętą na północ, najdokładniej na północ,
niczym igiełka w kompasie.</akap>


<akap><begin id="b1350992862449-1791079503"/><motyw id="m1350992862449-1791079503">Śmiech, Szaleniec, Wygnanie</motyw>Potem, jakby przypominając sobie poprzednie pytania, wybuchnął
nagle śmiechem. Kiedy śmiał się, twarz jego i tak już potwornie brzydka,
przypominała owe okropne poczwary, jakie spotyka się wyrzeźbione na
gzymsach i kamiszach starych gotyckich katedr. Był to śmiech tak
niesłychanie denerwujący, że Filip miał ochotę chwycić Brama za kark
i trząść nim tak długo, aż przestanie się śmiać, aż zdecyduje się mówić.</akap>


<akap>Ale przypomniał sobie znowu, że Bram to człowiek nienormalny,
wyrzutek społeczeństwa, wyjęty spod prawa.</akap>


<akap>Wreszcie Bram przestał się śmiać; twarz przyoblekł w maskę
niewzruszonego spokoju.<end id="e1350992862449-1791079503"/> Wymownym gestem kazał Filipowi zająć
miejsce na saniach; on sam podszedł naprzód i stanął na czele zaprzęgu.
Rozległ się świst bata, Bram przemówił do wilków parę słów w języku
Eskimosów i cała karawana ruszyła w dalszą drogę.</akap>


<akap>Bram, z głową wtuloną w ramiona, sunął po śniegu na nartach
w olbrzymich susach, za nim truchtem biegły wilki. W tym tempie
powinni robić jakieś osiem mil na godzinę. Filip, siedząc na sankach, nie
mógł oderwać oczu od szerokich, przygarbionych pleców Brama i od
szarych grzbietów wilków. Ogarnęło go uczucie niewymownej litości
i pożałowania dla tych pariasów życiowych, dla tego biedaka, co
pospołu z dzikimi zwierzętami pędzi ciężki nad wyraz żywot, wśród
pustki, milczenia i nicości.</akap>


<akap>Po jakimś czasie zwrócił spojrzenie na sanki; ciekaw był ogromnie,
co się na nich mieści. Leżały tam zwinięte skóry niedźwiedzie. Widocznie Bram używał ich do okrywania się. Jedna ze skór miała zupełnie
biały włos, pochodziła widocznie z niedźwiedzia polarnego. Opodal
leżała ćwiartka mięsa karibu. A nieco dalej, pod ręką niemal, gruba
pałka i strzelba. Strzelba ta była starego typu, odtylcówka, jednostrzałowa. Filip nie mógł się nadziwić, czemu Bram zdecydował się
połamać jego własną strzelbę, nowszą, zamiast zatrzymać ją dla siebie,
w miejsce tego antyku. Przyszło mu też na myśl, na jakie niebezpieczeństwo był wystawiony, kiedy wówczas, w nocy siedział na samotnym
drzewie, przedstawiając doskonały cel, nawet dla takiej starej broni.</akap>


<akap>Gruba pałka, wyciosana z pniaka brzozowego, długa była na trzy
stopy. W tym miejscu, gdzie zwykle opierała się na niej ręka Brama,
drzewo było wytarte, świecące i przesiąknięte tak tłuszczem, że miało
barwę zupełnie czarną, jak heban. Przeciwny koniec, cały poszczerbiony, nosił wyraźne ślady potężnych uderzeń i plamy poczerniałej krwi.
Na sankach nie było żadnych przyborów kuchennych ani innych
wiktuałów, prócz mięsa z karibu. Tylko na samym tyle przyczepiona
duża wiązka gałęzi świerkowych, spośród których sterczała rękojeść
siekiery, z grubsza zaledwie ociosana.</akap>


<akap><begin id="b1350993124664-2951102961"/><motyw id="m1350993124664-2951102961">Broń</motyw>Skóra z białego niedźwiedzia i strzelba przyciągały specjalnie
uwagę Filipa. Strzelba! Wystarczyło przechylić się tylko trochę, by ją
ująć w rękę. Wykluczone przecież, aby nie mógł trafić w szerokie plecy
Brama, jakby nastawione umyślnie na strzał! Widocznie Bram zapomniał o tej pozostawionej strzelbie. A może... może pod opieką wilków
czuł się dostatecznie bezpieczny?... A może... zaufał naprawdę Filipowi?
To ostatnie przypuszczenie najsilniej jednak przemawiało mu do
przekonania. Bo tak, prawdę mówiąc, nie miał najmniejszej ochoty
wyrządzić Bramowi krzywdy. Nie myślał również o ucieczce. Zapomniał o tym, że składał przysięgę, że jest sługą Sprawiedliwości, że
obowiązkiem jego jest odstawić Brama, żywego czy umarłego, do
Głównej Kwatery Policji. W jego oczach Bram nie był już zbrodniarzem, lecz człowiekiem naprawdę nieszczęśliwym. I tego polowania
na niego nie traktował już jako sportu, lecz jak smutny obowiązek,
który musi wypełnić.<end id="e1350993124664-2951102961"/></akap>


<akap>Ciągnęło go też coś nieznanego, sensacyjnego. Przypomniały mu się
owe złote włosy. I gdyby nawet zamierzał ulec pokusie, posłużyć się ową
strzelbą, którą sama Opatrzność chyba mu zesłała, myśl o tych włosach
byłaby go powstrzymywała od wykonania tego zamiaru, bo przecież
Bram i jego wilki wiodły go właśnie ku owym włosom, ku tajemnicy tej
złotej sieci. Nie wątpił już w to ani trochę.</akap>


<akap>Jak długo trwać będzie ta jazda? Można było przyjąć, że Bram,
kierując się w stronę Morza Polarnego, jechać będzie na wschód od
Wielkiego Jeziora niewolników, wyminie Miedzianą Rzekę, by skręcić
wreszcie w stronę Zatoki Koronacyjnej. Leżąca na sankach skóra
z białego niedźwiedzia pochodziła ze zwierza niedawno ubitego, a te
właśnie okolice obfitują w tego rodzaju zwierzynę. Do pierwszych
kolonii Eskimosów było dobre pięćset mil; przestrzeń, którą Bram ze
swymi wilkami może przebyć w ciągu ośmiu do dziesięciu dni.</akap>


<akap>Jeżeli przypuszczenie to było trafne, dużo rzeczy znalazłoby wtedy
swoje wytłumaczenie. Owa młoda kobieta, właścicielka złotej kosy<pe><slowo_obce>kosa</slowo_obce> (tu daw.) --- warkocz; włosy kobiety.</pe>,
mogła być żoną lub córką kapitana okrętu, który wyruszył w te strony
na połów wielorybów. Okręt zapewne rozbił się wśród lodów, a załogę
wyratowali Eskimosi. I ona obecnie, razem z innymi białymi ludźmi,
znajduje się wśród Eskimosów. <begin id="b1350993274514-441464137"/><motyw id="m1350993274514-441464137">Tajemnica</motyw>Lepiej było w każdym razie przyjąć to
przypuszczenie, niż myśleć, że znajduje się ona w mocy Brama.</akap>


<akap>Całym wysiłkiem woli starał się wmówić w siebie, że tak było
istotnie. Przecież to drugie przypuszczenie było po prostu potworne,
straszne! Kobieta z takimi włosami, podobnymi do nitek szczerego
złota, w mocy tego olbrzyma, półwariata! Cóż za potworna para!</akap>


<akap>Puściwszy tak wodze swym myślom, Filip zaciskał z wściekłości
pięści. Przychodziła mu szalona ochota zeskoczyć z sanek, rzucić się na
Brama, powalić go na ziemię i przydusić kolanem, aż wydrze z niego
całą pawdę. Ale nie! Należało właśnie hamować się i przez zręczną
dyplomację dojść do upragnionego celu.<end id="e1350993274514-441464137"/></akap>


<akap>Z pomocą swej busoli Filip kontrolował przez godzinę kierunek ich
jazdy. Jechali ciągle na północ. Potem Bram również zajął miejsce
w saniach. Stanął z tyłu, poza Filipem, poganiając energicznie wilki
długim batogiem. Wilki popędziły galopem. W tym tempie powinni byli,
wedle obliczeń Filipa, robić przeszło dziesięć mil na godzinę.</akap>


<akap>Podczas gdy sanki sunęły po śnieżnej równinie, Filip próbował
kilkakrotnie nawiązać rozmowę, ale na próżno. Bram nic mu nie
odpowiadał. Od czasu do czasu tylko krzyczał na wilki w narzeczu
Eskimosów, trzaskał z bicza, to znów wymachiwał ramionami, wybuchając owym niesamowitym śmiechem.</akap>


<akap>Minęły w ten sposób dalsze dwie godziny. Bram rzucił krótki
rozkaz i sanie nagle stanęły. Następny był długi i rzucony tonem
brutalnie energicznym, zaświstał groźnie batog, i wilki zdyszane przyległy brzuchami do śniegu.</akap>


<akap>Filip zeskoczył z sanek, Bram tymczasem nachylił się nad strzelbą.
Klęcząc na sankach, wskazał na nią palcem, mówiąc równocześnie
głosem najzupełniej spokojnym i normalnym:</akap>


<akap_dialog>--- Pan nie ruszać tej strzelby?... Dlaczego pan nie strzelać do mnie,
kiedy byłem tam na przodzie, razem z wilkami?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dla tego samego powodu, dla którego i ty mnie nie zabiłeś
w czasie mego snu --- odparł Filip. A chwytając Brama za ramię, mówił
dalej gorączkowo:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Czemuż, do licha, taki jesteś tajemniczy? Czemu nic nie mówisz?
Przecież obecnie nie myślę cię wcale ścigać. Policja pewna jest, że już od
dawna nie żyjesz, a ja nie mam zupełnie ochoty cię zdradzić. Czemuż nie
pogadasz ze mną po ludzku? Dokąd my idziemy? I dlaczego do licha...</akap_dialog>


<akap><begin id="b1350993413425-2971216657"/><motyw id="m1350993413425-2971216657">Śmiech, Podstęp</motyw>Nie skończył zdania. Bram odchylił w tył głowę, od ucha do ucha
rozdziawił usta i począł się śmiać. Ale nie był to tym razem śmiech
złośliwy, szaleńczy. Nie, Bram śmiał się naprawdę, zupełnie naturalnie,
wesoło, zarażając i Filipa swą wesołością. Podniósł strzelbę i otworzył ją
przed oczami Filipa. W strzelbie nie było ani jednego naboju.</akap>


<akap>Filip stał jak wryty. Zatem Bram rozmyślnie wystawił go na próbę,
podsuwając mu pokusę pod rękę!<end id="e1350993413425-2971216657"/></akap>


<akap>Było to sprytnie obmyślane. Podstęp, na jaki zdobyć się może tylko
człowiek mający zupełnie zdrowy rozum. Ale oto już oczy Brama
stawać zaczęły się mętne i błędne. Już opadło go szaleństwo, pogrążając
w mrokach nocy jego umysł.</akap>


<akap>Bram odłożył na bok strzelbę, wydobył duży nóż i począł kroić nim
na duże kawały mięso karibu. Widocznie uważał, że nadeszła pora
wspólnego posiłku. <begin id="b1350993533614-1580384692"/><motyw id="m1350993533614-1580384692">Jedzenie, Tęsknota</motyw>Każdemu wilkowi rzucał po kolei kawał mięsa. Dla
siebie odciął również spory kawałek, który pożarł na surowo. Noż
pozostawił utkwiony w mięsie, dając w ten sposób Filipowi do
zrozumienia, że i on może sobie ukroić kawałek.</akap>


<akap>Filip usiadł obok Brama, otworzył swój worek i zaczął wydobywać
z niego zapasy żywności. Rozkładał je między Bramem a sobą, aby
Bram mógł wziąć to, na co mu przyjdzie ochota.</akap>


<akap>Bram przestał nagle ruszać szczękami. Kiedy Filip spojrzał na
niego, zadrżał z trwogi. Bram z oczami nabiegłymi krwią, wpatrywał się
z natężeniem w leżące przed nim wiktuały.</akap>


<akap>Wyciągnął rękę, chwycił kawałek placka owsianego. Już, już,
otwierał usta, by go ugryźć, kiedy znienacka rzucił mięso i placek,
i z dzikim rykiem skoczył na Filipa. Zanim w ogóle Filip zdążył
pomyśleć o obronie, zanim zdołał zdać sobie sprawę z tego co zaszło, już
leżał na ziemi, przytłoczony ciałem Brama, który chwycił go gwałtownie
za gardło. Uderzył głową o twardy śnieg tak gwałtownie, że na chwilę
zupełnie go zamroczyło.</akap>


<akap>Kiedy wreszcie dźwignął się z ziemi, przygotowany na ponowny
atak, Bram już nie zwracał na niego uwagi.</akap>


<akap>Mamrocząc coś niezrozumiale, przeglądał kolejno wszystkie zapasy żywności Filipa. Potem, ciągle coś mrucząc, przysunął sobie skóry
niedźwiedzie, leżące na saniach, rozwinął je i wydobył ze środka szary,
obdarty, postrzępiony worek. W worku tym, jak Filip zauważył,
mieściło się kilka małych paczek, owiniętych ni to papierem, ni to korą
brzozową. Jedną z paczek poznał po opakowaniu: było to pół funta
herbaty, zupełnie takiej samej, jaką kompania Zatoki Hudsona sprzedaje lub wymienia za skóry we wszystkich swych faktoriach.</akap>


<akap>Teraz Bram chował do swojego worka wszystkie bez wyjąku
wiktuały, aż do ostatniej okruszyny. Kiedy skończył, schował worek
między skóry niedźwiedzie i ułożył je z powrotem na saniach. A potem,
mrucząc coś, usiadł spokojnie i zabrał się z powrotem do swej porcji
surowego mięsa.</akap>


<akap_dialog>--- Biedaczysko! --- pomyślał Filip.<end id="e1350993533614-1580384692"/></akap_dialog>


<akap>Nie gniewał się nawet zbytnio na Brama, jakkolwiek głowa go jeszcze
bolała. W oczach tego potwora wyczytać można było głód i nieodparte
pożądanie na widok tych zapasów żywności, smacznej, pożywnej, naprawdę godnej ludzi. A jednak nie tknął niczego. Wszystko starannie
schował. Dlaczego? Jedno tylko nie ulegało wątpliwości, gdyby Filip miał
zamiar odebrać mu swą własność, na pewno przypłaciłby to życiem.</akap>


<akap>Bram był pozornie zupełnie obojętny i spokojny, ale kiedy Filip
odkroił sobie kawał mięsa karibu, zaczął go uważnie obserwować. Filip
zanurzył zęby w surowym mięsie tak, by mu udowodnić, że nie czuje
najmniejszego żalu, że mu to obrzydliwe jedzenie niesłychanie smakuje.</akap>
<akap>Nie zdążył się jeszcze załatwić z tym prymitywnym surowym
rozbefem, kiedy Bram, skończywszy jedzenie, wstał i nie czekając dłużej,
ostrym krzykiem dał sygnał do dalszej drogi. Wilki zerwały się, a Filip
zajął znów miejsce na saniach, tak że Bram był z tyłu.</akap>


<akap>I rozpoczęła się na nowo prawdziwie piekielna jazda, której Filip
nie zapomniał do końca życia. Bram kierował zaprzęgiem, stojąc na
saniach z tyłu; od czasu do czasu jednak zeskakiwał na ziemię i biegł za
saniami albo na czele zaprzęgu. Wilki pędziły jak wicher, nie zatrzymując się i nie odpoczywając w ogóle. Czasem tylko, gdy były
zmęczone, zwalniały, ale Bram popędzał je naprzód ostrym krzykiem
i świstem batoga. Powłoka śnieżna była tak twarda i zamarznięta, że
narty stały się zupełnie bezużyteczne. Filip sześć razy zeskakiwał z sanek
i dla rozgrzania się biegł razem z Bramem i wilkami, aż do utraty tchu.</akap>


<akap>Po południu spojrzał na busolę i stwierdził, że posuwają się już nie
na północ, lecz w kierunku zachodnim. Odtąd, co kwadrans, sprawdzał
za pomocą busoli kierunek jazdy, który jednak nie uległ żadnej zmianie.
Nietrudno mu było zauważyć, że Bram zaczął pędzić w tym szalonym
tempie dopiero od momentu, kiedy zabrał mu jego zapasy żywności.
Widocznie miał on w tym względzie jakieś plany, czego domyśleć się
było można zarówno z jego zachowania się, jak i nieustannego,
niezrozumiałego mamrotania pod nosem przez całą drogę.</akap>


<akap>Zaczęło się już ściemniać, kiedy nareszcie zatrzymali się. Człowiek-wilk, zdawało się, że na chwilę odzyskuje pełnię rozumu. Wskazał
Filipowi palcem na wiązkę drzewa, leżącą na sankach, mówiąc zupełnie
naturalnym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- Rozpalić ogień, monsieur!</akap_dialog>


<akap>Wilki, zupełnie wyczerpane, ułożyły się w zaprzęgu, opierając swe
włochate łby na przednich łapach. Bram obszedł kolejno wszystkie, do
każdego z osobna przemówił parę słów w swym narzeczu. Potem znów
zapadł w zwykłe milczenie. Na kawałku drąga umocował prymitywny
worek sporządzony ze skóry niedźwiedziej. Worek napełnił śniegiem,
wieszając go nad wiązką gałęzi. Filip zapalił zapałkę i wkrótce zabłysło
wesołe ognisko.</akap>


<akap_dialog>--- Ile mil drogi zrobiliśmy? --- spytał Filip.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Pięćdziesiąt mil --- odparł Bram bez namysłu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A ile jeszcze mamy przed sobą?</akap_dialog>


<akap>W odpowiedzi dało się słyszeć tylko głuche mruczenie. Bram stał,
z tępym wyrazem twarzy, trzymając w ręku ów nóż, którym kroił mięso
karibu. Utkwił oczy w Filipa.</akap>


<akap_dialog>--- Ja zabić człowieka --- mówił powoli --- bo mi ukradł ten nóż
i nazwać mnie kłamcą. Ja go zabić! Och tak!</akap_dialog>


<akap>I chwyciwszy w rękę grubą gałąź, złamał ją.</akap>


<akap>Zarechotał strasznym śmiechem, podszedł do sanek i odciął nożem
kilka dużych kawałów mięsa dla siebie, Filipa i swych braci-wilków. Filip
starał się wszelkimi sposobami wciągnąć go w rozmowę. Śmiał się, gwizdał,
próbował nawet zanucić kilka wierszy z owej ,,Pieśni o Karibu" znanej
w całym Northland, którą Bram z pewnością słyszał już niejednokrotnie.
Przypiekając mięso nad ogniem, opowiadał mu o Barrenie, o całych
stadach karibu, z którymi spotkał się na wschodzie. Zadawał Bramowi
pytania, pragnąc dowiedzieć się czegoś więcej o jego życiu wśród pustkowia
Barrenu, o wilkach i o tych stronach, zupełnie jemu nieznanych. Widać
było, że Bram słuchał go z całą uwagą, ale nic nie mówił. Od czasu do czasu
tylko z jego piersi wydobywał się głuchy pomruk.</akap>


<akap>Zjedli mięso; musieli jednak czekać dobrą godzinę, zanim śnieg
znajdujący się w worku skórzanym roztopił się i zamienił w wodę.
Napili się sami i napoili wilki.</akap>


<akap>Tymczasem zapadła noc. Przy blasku ogniska Bram wykopał sobie
w śniegu dużą dziurę, zastępującą mu łóżko. Na wierzch położył sanki,
robiąc z nich rodzaj namiotu.</akap>


<akap>Filip rozłożył swoje łóżko polowe, okrywając je z wierzchu płótnem. Wkrótce rozległo się głośne chrapanie Brama. Ognisko wygasło
zupełnie. Filip przez długi czas nie mógł usnąć, w końcu jednak
błogosławiony sen spłynął mu na powieki, pozwalając zapomnieć
o wszystkich troskach i kłopotach.</akap>


<akap>Spał jeszcze w najlepsze, kiedy nagle ciężka dłoń spoczęła mu na
ramieniu. Poczuł gwałtowne szarpanie --- otworzył oczy.</akap>


<akap_dialog>--- Wstawać, monsieur --- zabrzmiał mu nad uchem glos Brama.</akap_dialog>

<akap>Noc była tak ciemna, że nie mógł go dojrzeć. Zerwał się szybko.
Słysząc, jak Bram coś mówi do wilków, zrozumiał, że ruszają w dalszą
drogę. Zwinął swój namiot, złożył go razem z łóżkiem na sanie
i zapaliwszy zapałkę, spojrzał na zegarek. Było zaledwie piętnaście minut
po północy.</akap>





<akap>Aż do godziny drugiej w nocy jechali wśród zupełnej ciemności,
ciągle w kierunku zachodnim. Potem na niebie rozbłysły gwiazdy,
stopniowo coraz liczniejsze, siejąc delikatną światłość na śnieżną
równinę. Filip co pewien czas zapalał zapałki, by spojrzeć na busolę
i zegarek.</akap>


<akap>Około godziny trzeciej rano natknęli się na mały lasek, co Filipa
ogromnie zadziwiło. Te kilkadziesiąt karłowatych świerków, dziwacznie powykręcanych od wichru, zajmowało nie więcej jak pół
akra przestrzeni. Ale były one niewątpliwie zapowiedzią jakiegoś
większego lasu.</akap>


<akap>Rzeczywiście, po upływie niespełna godziny, kiedy cała karawana
skręciła z powrotem na północ, w śnieżne ostępy Barrenu, ujrzeli
rysujące się kontury zarośli. Najpierw natknęli się na drzewa dość
rzadko rosnące, w miarę jednak posuwania się w głąb, las stawał się
coraz gęstszy, a drzewa coraz grubsze i wyższe. Ujechali w ten sposób
osiem do dziewięciu mil. I nagle w szarym mroku wstającego dnia ujrzeli
stojącą w oddali samotną chatkę.</akap>


<akap>Serce Filipa zabiło żywiej. Ale rozczarował się szybko. Chata
musiała być zupełnie pusta; drzwi wejściowe zasypane niemal zupełnie
zwałami śniegu, z komina nie wychodził dym. Zatrzymali się tu na
chwilę i znów Bram dał sygnał do dalszej jazdy, trzaskając głośno z bata.
Wilki pędziły dalej, a przez las niosło się echo złowrogiego śmiechu
Brama.</akap>

<akap>
Zniknął za nimi ów
pusty domek, zasypany śniegiem. Filip jednak
był pewien, że koniec podróży już musi być niedaleko. Wilki ledwo
dyszały; Bram również gonił ostatkiem sił. Filip wpatrywał się przed
siebie z wciąż rosnącym zainteresowaniem.</akap>


<akap>Minęły dalsze dwie godziny od chwili, gdy wyruszyli spod owej
opuszczonej chatki. Była godzina ósma rano, kiedy sanki wyjechały z lasu na rozległą polanę. W środku tejże stała znów samotna chatka.
Już na pierwszy rzut oka Filip doszedł do wniosku, że chatka ta musiała być przez kogoś zamieszkana. Z komina snuła się w górę wąska
smuga dymu.</akap>


<akap>Z całej chaty widać było właściwie tylko sam dach, zbudowany
z bierwion drewnianych, a otoczona była palisadą wysoką na osiem
stóp. Bram zatrzymał zaprzęg na parę kroków od znajdującej się
w palisadzie furtki. Wsunąwszy rękę w specjalnie zrobiony otwór,
odsunął umieszczoną wewnątrz zasuwkę. Furtka otworzyła się.</akap>

<akap>
Filip zauważył na twarzy Brama dziwne zmiany. Zniknął z niej ów
wyraz brutalnej, zwierzęcej obojętności. Oczy błyszczały mu dziwnie,
a z rozchylonych ust wypadały jakieś niezrozumiałe słowa. Dyszał
gorączkowo, nie tyle ze zmęczenia, lecz pod wpływem jakiegoś silnego
wzruszenia.</akap>


<akap>Filip milczał, obserwując go bacznie. Z tylu dochodziło go skomlenie wilków, czekających niecierpliwie, aż Bram zdejmie z nich uprząż
i puści je na wolność. Filip zaciskał kurczowo pięści; czuł złość i dziwny
ból, patrząc na twarz Brama, jaśniejącą wewnętrzną radością.</akap>


<akap>Bram nie raczył nawet spojrzeć na niego. Wpatrywał się w chatkę
i w ów unoszący się dym z komina. Nagle zwrócił się do Filipa:</akap>


<akap_dialog>--- Monsieur, trzeba iść do chaty!</akap_dialog>


<akap>Otworzył furtkę. Filip szedł poza palisadą i przystanął, niepewny,
co Bram zamyśla dalej robić.</akap>


<akap>Człowiek-wilk wskazał ręką chatę:</akap>


<akap_dialog>--- Do zagrody wpuszczam wilki, monsieur.</akap_dialog>


<akap>Filip zrozumiał. Owa ,,zagroda", o której mówił Bram, było to
miejsce otoczone palisadą. Tu widocznie wilki stale przebywały, a Bram
chciał mu dać do zrozumienia, że powinien wejść do chaty, zanim
jeszcze wilki, wyprzężone, wpuszczone zostaną do zagrody.</akap>


<akap>Całym wysiłkiem woli starał się opanować wzruszenie i wydawać
się spokojnym. Od furtki do drzwi chaty wiodła wąska ścieżka,
wydeptana nogami. A z tych drobnych odcisków mokasynów nie
trudno było odgadnąć, że ścieżkę ową wydeptały nogi kobiece. Filip
starał się wmówić sam w siebie, że w chacie znajduje się zapewne jakaś
Indianka, która prowadzi Bramowi gospodarstwo... A może młoda
Eskimoska, którą sprowadził sobie tu gdzieś spod bieguna...</akap>


<akap>Przeszedł po wydeptanej ścieżce aż do drzwi wejściowych. Nie
pukając wszedł do środka, drzwi zamknęły się za nim.</akap>


<akap>Wówczas Bram, odrzucając w tył swą ogromną głowę, wybuchnął
triumfującym śmiechem. Śmiechem tak doniosłym i przeraźliwym,
że nawet wilki, mimo całego zmęczenia, zerwały się na nogi, nastawiając uszu.</akap>


<akap>W tej samej chwili Filip odkrył w chacie tajemnicę owej złocistej sieci.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział IX.
Pierwsze spotkanie z nieznajomą</naglowek_rozdzial>




<akap>W chatce było tylko jedno okno, wychodzące na wschód.
Zaglądało przez nie blade zimowe słońce, rzucając swe blaski na
przeciwległą ścianę. A tam, w tej ścianie, mieściły się drzwi. W drzwiach
stała młoda dziewczyna, oblana promieniami słońca, niby w aureoli
swych złocistych włosów, tych samych włosów, z których upleciona
była owa zagadkowa siatka. Włosy rozplecione spadały kaskadą na jej
ramiona, piersi, sięgając aż do ud. Wyglądała cała jak żywy płomień,
okryta błyszczącymi puklami, na których kładły się promienie słońca.</akap>


<akap>Takie było pierwsze wrażenie, jakie odniósł Filip na jej widok.
Drugie to takie, że pewnie przeszkodził jej w porannej toalecie. Stała bez
ruchu, jak oniemiała ze zdumienia, przypatrując się mu uporczywie.
Spod bujnych włosów wychylały się ramiona śnieżnej białości.</akap>


<akap>Potem zwrócił oczy na jej oblicze. Poczuł, jak krew mu mrozi się
w żyłach. Na pięknej, lecz trupio bladej twarzyczce malowały się
wyraźnie ślady przebytych tortur i udręczeń. Dziewczyna była młoda,
mogła liczyć najwyżej dwadzieścia lat. Oczy miała koloru fioletowego,
jak ametysty. Takich oczu Filip nigdy jeszcze nie widział. W oczach tych
wyczytać było można całe piekło przeżytych już mąk i trwogę przed
tym, co ją jeszcze czeka.</akap>


<akap_dialog>--- Proszę się niczego nie lękać --- przemówił Filip łagodnym głosem.
--- Nazywam się Filip Brant, należę do Lotnej Policji z Royal
North-West.</akap_dialog>


<akap>Dziewczę nic na to nie odpowiedziało. Filip nie zdziwił się zbytnio,
bo i cóż więcej mogła mu powiedzieć? Z oczu jej można było wyczytać
od razu tragiczną historię jej niewoli. Choć, prawdę mówiąc, czułby
się bardzo szczęśliwym, gdyby raczyła otworzyć usta i powiedziała
cokolwiek. Co zaś tyczy się jego samego, jedno tylko wiedział na pewno:
zabije Brama, gdy nadejdzie właściwa chwila.</akap>


<akap>Powtórzył ponownie swe słowa poprzednio wymówione. Z ust
młodego dziewczęcia wyrwało się głębokie westchnienie. Ale oczy
zachowały nadal swój wyraz przerażenia. Nagle podbiegła do okna.
Chwyciła się kurczowo ramy i przechylona do przodu, wpatrywała się
z ogromnym przejęciem. Bram właśnie zaganiał swoje wilki do zagrody.
Po chwili odwróciła głowę, spojrzała na Filipa, w oczach jej malowało
się przerażenie, coś podobnego do lęku zwierzęcia wobec groźnego mu
bata. Filip zdziwił się i przestraszył nawet. Podszedł o krok bliżej.
Wówczas młoda dziewczyna rzuciła się gwałtownie do tyłu, zasłaniając
się obnażonym ramieniem, a z jej piersi wyrwał się przenikliwy krzyk.</akap>


<akap>Na ten krzyk Filip stanął jak wryty. Przemówiła! A on nie
zrozumiał tego, co chciała mu powiedzieć. Rozchylił szeroko poły
płaszcza, odsłaniając przymocowaną na bluzie brązową odznakę policyjną. Ten widok napełnił dziewczynę niewymownym zdziwieniem.
Teraz dopiero zorientował się Filip, że zlękła się go; bo rzeczywiście
zaniedbany, nie ogolony od ośmiu dni, musiał wyglądać nie wiele lepiej
od Brama. Uspokoiła się widocznie, gdy ujrzała na jego piersiach
odznakę policyjną.</akap>


<akap_dialog>--- Nazywam się Filip Brant --- powtórzył --- należę do Lotnej Policji
z Royal North-West. Umyślnie przybyłem tutaj, aby pomóc pani, o ile
zajdzie tego potrzeba. Mogłem już dawno zaaresztować Brama, zabić
go nawet. Ale nie uczyniłem tego, właśnie ze względu na panią. Czemu
pani znajduje się tutaj, w towarzystwie szaleńca i mordercy?</akap_dialog>


<akap>Patrzyła na niego z ogromną uwagą, na bladą dotychczas twarzyczkę wystąpiły silne rumieńce. Widział, jak w oczach jej gasł lęk i trwoga,
a budziły się iskry rosnącego zainteresowania. Z oddali słychać było
głos Brama i ujadanie wilków. I nagle zaczęła mówić, szybko i gorączkowo. Ale mówiła jakimś językiem Filipowi zupełnie nie znanym.
Wydał mu się ten język równie zagadkowym, jak zagadką była w ogóle
obecność tej młodej i pięknej dziewczyny w chacie Brama.</akap>


<akap>Wiedziała, że Filip nie może jej zrozumieć Nagle podeszła ku
niemu, kładąc mu palec na ustach --- po czym przyłożyła palec do swych
ust, potrząsając znacząco głową. Filip domyślił się, że w ten sposób
chciała mu dać do zrozumienia, iż mają sobie wzajemnie dużo do
opowiadania, że jednak nie mogą się porozumieć, bo mówią każde
innym językiem. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, stał bezradny, nie
spuszczając z niej oka.</akap>


<akap>W tej chwili dały się słyszeć za drzwiami ciężkie kroki Brama.
Pociemniały od razu błyszczące żywo oczy dziewczęcia. Gwałtownym
ruchem odgarnęła włosy i pobiegła do sąsiedniego pokoju.</akap>


<akap>Zaledwie tam weszła, otworzyły się drzwi. Wszedł Bram, dźwigając
ciężki ładunek, który zdjął z sań. Rzucił to wszystko na podłogę i nie
zwracając uwagi na Filipa, utkwił wzrok w zasłonie odgradzającej
pokoje. Filip obserwował zachowanie się Brama. Obaj milczeli, stojąc
bez ruchu. Ciszę przerywały tylko kroki młodego dziewczęcia kręcącego
się w przyległym pokoju.</akap>


<akap>Sercem Filipa miotały sprzeczne uczucia. Gdyby miał broń pod
ręką, na pewno załatwiłby się od razu z Bramem, w którego oczach
błyszczało dziwne światło, usprawiedliwiające najgorsze podejrzenia
Filipa. Prawda, nie miał żadnej broni. Ale rozglądając się po pokoju
spostrzegł leżącą opodal pieca wiązkę drzewa. Zrozumiał, że w razie
czego wystarczy schylić się i wybrać jakieś grube, mocne polano... i to
mu wystarczy.</akap>


<akap>Uchyliła się zasłona --- w drzwiach stanęła młoda dziewczyna,
z uśmiechem na twarzy, z rozjaśnionymi oczami. Patrzyła na Brama, do
niego śmiała się najwyraźniej. Podziałało to na Filipa jak uderzenie
biczem. Wyciągnęła ramiona i zaczęła mówić do Brama.</akap>


<akap>Filip nie mógł zrozumieć ani jednego słowa z tego, co mówiła. Nie
był to język francuski, ani niemiecki, ani angielski; nie było to narzecze
Chippewayów czy Eskimosów. Mówiła głosem łagodnym i zupełnie
czystym; z początku tylko wyczuć w nim można było pewne drżenie.
Oczy spoglądały jasno, wesoło, nie było w nich ani śladu owego lęku,
który Filip poprzednio dwukrotnie zauważył. Włosy zaplotła i uczesała
starannie; wyglądała, jakby żywcem zeszła z jakiegoś portretu kobiety,
nie pochodzącej w żadnym razie z Północy.</akap>


<akap>Człowiek-wilk zmienił się najzupełniej. Oczy jaśniały mu szczęściem, wargi poruszały się bezdźwięcznie, jakby po cichutku powtarzał
sobie wszystko to, co mówiła mu młoda dziewczyna. Przypominał
poczciwe duże psisko, nadstawiające kark pod pieszczoty swego pana.</akap>


<akap>Czyżby ją rzeczywiście rozumiał? Czyżby znał ten dziwny język?
Filip zapytał się w duchu, jaka właściwie rola jemu samemu przypadła
w tym wszystkim. Młode dziewczę zdawało się naprawdę być szczęśliwe.
Co z tego wszystkiego wyniknie?</akap>


<akap>Kiedy skończyła mówić, człowiek-wilk odpowiadał jej tylko jakimś
gardłowym okrzykiem, w którym brzmiała nuta triumfu. Przyklęknął
na ziemi koło swojego szarego worka i mamrocząc coś niezrozumiale,
zaczął wyrzucać jego zawartość na podłogę.</akap>


<akap>Spojrzenie Filipa skrzyżowało się z oczami młodej dziewczyny.
Założywszy obie ręce na piersi, zdawała się prosić go, by zechciał ją
zrozumieć. I Filip zrozumiał. Oto wobec Brama zmuszała się do
wesołości, udawała szczęśliwą, śmiała się. Grała rolę, jaką sobie sama
narzuciła.</akap>


<akap>A teraz zwracała się do Filipa, starała się wytłumaczyć mu, co
znaczy to jej zachowanie. Wskazała palcem na Brama, którego olbrzymia głowa i szerokie plecy pochylały się nad workiem, i głosem
stłumionym rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Tossi, tossi, han er tossi</slowo_obce>...</akap_dialog>


<akap>Co to miało znaczyć? Filip na próżno łamał sobie głowę. Nie
wiedząc już, co począć, wskazał jej palcem na leżące pod piecem polana.
Nietrudno było odgadnąć, co chciał przez to powiedzieć. Bram klęczał,
odwrócony do nich plecami. Może więc najlepiej zabić go od razu na
miejscu? Jedno uderzenie polanem...</akap>


<akap>Potrząsnęła głową; wydawała się nawet silnie zaniepokojona podobnym pomysłem. Zaczęła znów mówić coś półgłosem. Po czym spoglądając na Brama, powtórzyła:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Tossi, tossi, han er tossi</slowo_obce>...</akap_dialog>


<akap>Nagle podniosła rękę do czoła, opierając na nim cienkie swe
paluszki. Starała się w ten sposób objaśnić swoje słowa, dać mu do
zrozumienia, co ma na myśli. Chciała powiedzieć to, o czym Filip już od
dawna wiedział: że Bram Johnson jest szaleńcem niepoczytalnym.</akap>


<akap>Powtórzył za nią: ,,<slowo_obce>Tossi, tossi</slowo_obce>..." uderzając ręką o czoło i wskazując
oczami na Brama. Tak jest, o to jej widocznie szło, bo odetchnęła, jakby
jej wielki ciężar spadł z serca. Bała się, aby Filip nie rzucił się na Brama.
A teraz on już zrozumiał, że temu nieszczęśliwemu nie trzeba robić
żadnej krzywdy. Jakże się wydawała szczęśliwą!</akap>


<akap>Ale w sercu Filipa obudziła się zazdrość na nowo. Cała sprawa,
zamiast się wyjaśnić, komplikowała się coraz bardziej. Czymże właściwie było to młode dziewczę dla Brama? Chwilami zdawała się drżeć
z trwogi przed tym wariatem, wyjętym spod prawa, a jednak zależało jej
na tym, żeby mu się żadna krzywda nie działa?</akap>


<akap><begin id="b1350995165457-1520085447"/><motyw id="m1350995165457-1520085447">Głód, Grzeczność</motyw>Tymczasem Bram wyładował wszystkie zapasy żywności i poukładał je na podłodze.</akap>


<akap>Oczy młodej dziewczyny zwróciły się ku leżącym na ziemi przedmiotom. A w jej oczach wyczytać było można głód! Całym swym
jestestwem ciągnęła do tych błogosławionych wiktuałów. W spojrzeniu
jej odbijało się całe piekło przebytych cierpień! Była głodna! Tęskniła za
jedzeniem, za jakimś pożywieniem ludzkim, które by nie było krwawiącym mięsem, ścierwem rzuconym wilkom! I oto był powód, dla którego
Bram zapuścił się tak daleko na południe, dlaczego tak brutalnie rzucił
się na Filipa, aby wyrwać mu zapasy żywności. Chciał je oddać tej
młodej dziewczynie!</akap>


<akap>Filip widział, jak powodowana ambicją kobiecą starała się ukryć
przed jego wzrokiem ową szaloną radość na widok rozpakowanego
przez Brama jedzenia. Gdyby jego tu nie było, na pewno dawno już
klęczałaby na podłodze obok Brama. Ale nie śmiała tego zrobić
w obecności obcego człowieka. A kiedy ich spojrzenia spotkały się,
młode dziewczę spłonęło rumieńcem. Trudno, nie mogła taić dłużej,
pusty żołądek dopominał się gwałtownie o swoje prawa. Ale co on sobie
o niej pomyśli? Że i ona zwariowała, jak Bram, że stała się niemal
bydlęciem.</akap>


<akap>Filip szybko podszedł do niej i kładąc jej rękę na ramieniu, spytał:</akap>


<akap_dialog>--- Zjemy razem śniadanie, nieprawdaż?<end id="e1350995165457-1520085447"/></akap_dialog>





<naglowek_rozdzial>Rozdział X.
Pierwsze śniadanie</naglowek_rozdzial>




<akap>Filip cały zadrżał, czując pod ręką ciepłe ramię dziewczęcia.
Natychmiast jednak opamiętał się: może Bram rozgniewa się, widząc, że
Filip traktuje nieznajomą z taką poufałością? Zwrócił się więc ku niemu
z wyciągniętą przyjaźnie drugą dłonią, mówiąc tonem możliwie swobodnym:</akap>


<akap_dialog>--- No dalej, Bram! Rusz się! Widzisz przecie, że ona umiera prawie
z głodu! Teraz już rozumiem, czemu zabrałeś mi moje zapasy żywności
i dlaczego nie powiedziałeś mi tego od razu! No, czemu nic nie gadasz?
Czemu nie powiesz mi, kto ona jest, skąd się tu wzięła i czego właściwie
chce ode mnie?</akap_dialog>


<akap>Na próżno czekał na odpowiedź. Bram milczał, wpatrując się tylko
w niego uważnie, jak to było w jego zwyczaju.</akap>


<akap_dialog>--- Powtarzam ci --- podjął --- że jestem twoim przyjacielem! Ja...</akap_dialog>


<akap>Nie dokończył zdania, bo Bram znienacka wybuchnął dzikim
śmiechem. Śmiech ten, w ciasnej, zamkniętej chałupce brzmiał jeszcze
stokroć bardziej niesamowicie i strasznie, niż wśród pustkowi Barrenu.
Młoda dziewczyna przytuliła się do Filipa, drżąc cała. Mimo wszystko
jednak próbowała z wysiłkiem uśmiechnąć się do Brama.</akap>


<akap>A Bram śmiał się dalej. Podszedł powoli do pieca i zaczął poprawiać
ogień. Spojrzenie Filipa przeniosło się od filetowych oczu dziewczęcia,
patrzących nań z niemą prośbą, na olbrzymią postać Brama, pochylonego przy ognisku. Zacisnął odruchowo pięści. Sposobność była
znakomita. Jednym susem dopadnie tego szaleńca, chwyci go krzepko
za gardło, przydusi. W tej pozycji walka będzie łatwiejsza, a szanse
Filipa co najmniej równe.</akap>


<akap>Ale młode dziewczę powstrzymało go i tym razem. Zanim zdążył się
ruszyć, wpiła mu palce w ramię i odciągnęła na bok, jak najdalej od
Brama, szepcząc coś półgłosem w swym niezrozumiałym języku.
Tymczasem Bram wstał, ujął w ręce wiadro i nie patrząc nawet na nich,
opuścił chatę.</akap>


<akap>Zapadło nieco kłopotliwe milczenie. W duszy Filipa budziły się
znowu podejrzenia; nie mógł zrozumieć, dlaczego ona tak uporczywie
broni Brama, nie pozwalając zrobić mu żadnej krzywdy. Młode
dziewczę chwyciło go za rękę. Poprowadziła go za sobą do owego
drugiego pokoiku, służącego jej za mieszkanie.</akap>


<akap>Nietrudno było odgadnąć, co miała na myśli. Chciała mu pokazać,
co Bram dla niej robił. Oto urządził jej osobny pokoik za pomocą
drewnianego przepierzenia. Żeby zaś pokoik ten rozszerzyć, dobudował
doń jeszcze małą przybudówkę, przyczepioną do ściany chaty. Drzewo,
z której przybudówka ta i drzwi wewnętrzne były zrobione, było jeszcze
zupełnie świeże, nie wyschnięte. Całe umeblowanie pokoju składało się
z prymitywnie wyciosanego stołu i krzesła; za posłanie służyło kilka
sztuk skór niedźwiedzich. Na ścianie wisiało trochę ubrania, między
nimi czapeczka futrzana i gruby sukienny płaszcz, przepasany czerwoną
wstążką. Na stole leżał mały pakiecik, starannie owinięty.</akap>


<akap_dialog>--- Tak, tak, rozumiem już --- monologował Filip, wpatrując się
w ametystowe oczy dziewczęcia. --- Chce mi pani dać do zrozumienia, że
nie powinienem robić Bramowi Johnsonowi żadnej krzywdy. Chce mi
pani wmówić, że ten bydlak nigdy pani nie dotknął, że nigdy nie żądał
żadnej zapłaty za oddawane usługi. Czemuż w takim razie pobladła
pani przedtem jak płótno? Prawda, jak widzę, trwoga już minęła.
Twarzyczka pani znowu jest różowa i cacana, aż miło patrzeć. No,
niechże mi pani to wszystko wytłumaczy...</akap_dialog>


<akap>Słuchała go uważnie, kołysząc lekko swym smukłym, zgrabnym
ciałem, oczy błyszczały jej dziwnie.</akap>


<akap_dialog>--- Tak, tak, kpi sobie pani po trochu ze mnie --- ciągnął dalej
z uśmiechem. --- Przynajmniej na parę minut, prawda? A może i ja
dostałem bzika, podobnie jak Bram? Przyzna pani, że nieczęsto
zdarzają się podobne przygody... Wyruszyłem w pościg za Indianami.
Natknąłem się na wariata. A w chacie wariata, kogóż znajduję? Panią!
Wydawałaś mi się w promieniach słońca jak anioł, stojący u bramy piekieł. Nie rozumie pani, co mówię, prawda? Nic nie szkodzi...
Chcę panią oswobodzić od tego wariata. Nie pozwalasz... Ręce mi
po prostu opadają! Żebym tak miał z czego, dałbym chętnie milion dolarów, byleby zmusić Brama do powiedzenia mi wszystkiego. Nigdy pani nawet nie tknął? Mój Boże, jakże bym pragnął w
to wierzyć!</akap_dialog>


<akap>Z zachowania się młodej dziewczyny poznać można było, że stara
się wyczytać z oczu Filipa jego myśli, odgadnąć sens jego słów.</akap>


<akap>Filip ciągnął dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Znajdujesz się w oddaleniu jakichś tysiąca pięciuset mil od
wszelkich istot ludzkich... I to z takimi oczami i z włosami tak złotego
koloru!... Gdyby Bramowi zachciało się mówić, na pewno objaśniłby, że
spadłaś tu prosto z księżyca, aby się nim opiekować i robić porządek
w jego chatce. No, jakże? Nie może mi pani dać zupełnie żadnych
objaśnień? Kim jesteś i skąd się tu wzięłaś?</akap_dialog>


<akap>Urwał, jakby oczekując odpowiedzi. Ale odpowiedzią był tylko
uśmiech, uśmiech dziwnie słodki i miły. Opanowało go dziwne wzruszenie. Nie bacząc na to, że Bram może lada moment wejść, ujął w obie
dłonie jedną rączkę dziewczęcia, ściskając ją mocno.</akap>


<akap_dialog>--- Nie rozumie pani ani słóweczka z tego, co mówię --- prawda? Ani
słóweczka! Nic nie szkodzi; powolutku dojdziemy do porozumienia. To
jedno wiem już na pewno, że od czasu, jak spadłaś tutaj z księżyca, nie
jadłaś na śniadanie, obiad i kolację nic innego, prócz mięsa dzikich
zwierząt, upolowanych przez Brama. I kto wie, może nawet bez woli
zupełnie! Miałaś wielką ochotę rzucić się na te prowianty przywiezione
przez Brama. I zagadaliśmy się tak, że zapomnieliśmy oboje o najważniejszym, chodźmy zatem na śniadanie!</akap_dialog>


<akap>Poprowadził ją do pierwszego pokoju, ku leżącym na podłodze
wiktuałom. Pomagała mu je zbierać. Wydobył mały garnuszek, wrzucił
weń porcję suszonych płatków ziemniaczanych i zabrał się do przyrządzania tej potrawy na piecu.</akap>


<akap_dialog>--- Mówiliśmy więc --- podjął na nowo --- że Bram traktuje panią
z całym szacunkiem... Uff! Jaką mi to sprawia ulgę! Nie ma pani pojęcia,
jak mnie to cieszy! A jestem pewny, że gdyby tak nie było naprawdę, nie
powstrzymałabyś mnie, kiedy chciałem roztrzaskać głowę temu potworowi. To jasne jak słońce.</akap_dialog>


<akap>Odwrócił oczy od pieca i spojrzał na nią. Śliczna była naprawdę.</akap>


<akap>Włosy rozplotły się jej i opadły na ramiona. Nigdy by nie uwierzył,
aby włosy kobiece mogły być tak jedwabisto lśniące i mieć taki złocisty
odcień.</akap>


<akap>Nagle przyszedł mu nowy pomysł do głowy. Uderzając się pięścią
w piersi, powtórzył kilkakrotnie:</akap>


<akap_dialog>--- Nazywam się Filip Brant --- Filip Brant --- Filip Brant.</akap_dialog>


<akap>Za każdym razem wskazywał wymownie palcem na siebie samego.</akap>


<akap>Rozjaśniło się oblicze młodej dziewczyny. Pękła wreszcie dzieląca
ich dotąd zapora.</akap>


<akap>Powtórzyła za nim powoli, wyraźnie jego imię i nazwisko. A potem
uśmiechnęła się i kładąc obie dłonie na piersi, rzekła:</akap>


<akap_dialog>--- Celia Armin.</akap_dialog>


<akap>Filip omal nie wypuścił z ręki garnuszka, w którym smażyły się
kartofle. Miał ochotę skoczyć do niej, do owej ,,Celii Armin". Pohamował się jednak i nie odstępując od pieca, powtórzył tylko kilkakrotnie:</akap>


<akap_dialog>--- Celia Armin.</akap_dialog>


<akap>A ona za każdym razem przytakiwała mu skinieniem głowy.</akap>


<akap>Zdawało mu się, że jest to imię francuskie. Spróbował zatem
powtórzyć kilka najprostszych zdań francuskich, jakich nauczył się od
Piotra Breault. Ale widać było, że ona nie rozumie ani słowa. Więc
powtórzył tylko:</akap>


<akap_dialog>--- Celia!</akap_dialog>


<akap>W tej samej chwili odpowiedziała:</akap>


<akap_dialog>--- Filip!</akap_dialog>


<akap>Zza drzwi doleciało wycie i skomlenie wilków. Rozległy się ciężkie
stąpania i człowiek-wilk wszedł do chaty.</akap>


<akap>Filip poświstywał wesoło, potrząsając garnkiem, w którym smażyły
się kartofle. Minę miał najzupełniej obojętną, jak gdyby nic w ogóle nie
zaszło. Po chwili zwrócił się do Celii, wskazując palcem na imbryk do
kawy:</akap>


<akap_dialog>--- Proszę się zająć kawą, Celio. Śniadanie już gotowe.</akap_dialog>


<akap>Wzięła imbryk i podeszła do stołu.</akap>


<akap>Filip spojrzał na Brama. Człowiek-wilk stał oparty o drzwi wejściowe, spoglądając zupełnie bezmyślnym, tępym wzrokiem na nich
oboje. W jednej ręce trzymał wiadro napełnione śniegiem, w drugiej
mrożoną rybę.</akap>


<akap_dialog>--- Za późno już teraz na rybę, mister Bram --- odezwał się Filip.
--- Młoda lady nie mogła tak długo czekać. Zresztą zdaje mi się, że mięso
surowe i ryby przejadły się jej już zupełnie. Chodźmy na śniadanie!</akap_dialog>


<akap>Wysypał na cynowy talerz porcję gorących przysmażonych kartofli
i postawił je przed Celią. Obok położył kilka placków owsianych, które
upiekł sobie jeszcze przed wyruszeniem na tę wyprawę. Drugą porcję
kartofli postawił przed Bramem, trzecią dla siebie.</akap>


<akap>Bram stał milczący, trzymając wiadro i mrożoną rybę i z głuchym
pomrukiem podszedł do stołu. Ogromną swą, ciężką łapę oparł o ramię
Filipa, ściskając go tak mocno, że aż zatrzeszczały kości. Spojrzał na
młode dziewczę. Potem odepchnął gwałtownie Filipa i podsunął
wszystkie trzy talerze Celii.</akap>


<akap_dialog>--- Pan będzie jeść rybę, monsieur!... --- oświadczył krótko.</akap_dialog>


<akap>Słysząc go w tej chwili, nikt by nie przypuszczał, że mówi to wariat.
Ale krótka chwila przytomności minęła; w chacie zabrzmiał znów jego
szaleńczy, dziki śmiech, że aż się ściany izby zatrzęsły. Odpowiedziało
mu z oddali przeciągłe wycie wilków.</akap>


<akap>Filip powstrzymywał się całą siłą woli, by nie wybuchnąć śmiechem
wobec tego objawu galanterii. A w oczach Celii zamigotały iskierki
triumfu: Bram zawsze był dla niej uprzedzająco grzeczny. Filip mógł się
o tym naocznie przekonać.</akap>


<akap>Filip wziął rybę, zagrzał ją na piecu, przekroił na połowę i zaniósł
Bramowi. Równie dobrze mógłby ją podać drewnianej figurce, bo Bram
wstał: nie patrząc wcale na rybę, wziął kawał surowego mięsa karibu,
wsadził je pod pachę i wyszedł z izby, mrucząc coś niezrozumiale.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XI.
Zaczynamy się rozumieć</naglowek_rozdzial>




<akap>Zaledwie się drzwi za nim zamknęły, Celia podbiegła do Filipa
i powiodła go do stołu. Aby się przypodobać Bramowi, jadła ze
wszystkich trzech talerzy. Teraz jednak nałożyła Filipowi na talerz
kartofli, położyła obok placek i nalała mu garnuszek kawy.</akap>


<akap>Filip uśmiechnął się tylko. Miał szaloną ochotę przytulić do twarzy
główkę Celii i ucałować ją za to.</akap>


<akap_dialog>--- Chcesz się ze mną podzielić swym śniadaniem, prawda? --- mówił
--- Ale nie znasz mojej sytuacji, maleńka. Najadłem się tych obrzydliwych
placków (ujął go w rękę, by mogła lepiej zrozumieć), najadłem się ich
tyle w ciągu ostatnich dni, że na sam widok placków czuję mdłości.
Oddałbym wszystkie placki owsiane na całym świecie za parę sztuk tych
ślicznych korniszonów, które moja matka umiała tak świetnie przyrządzać. Ta ryba Brama, to dla mnie prawdziwy specjał; równie jak i ta
kawa, podana pani rączką.</akap_dialog>


<akap>Usiadła naprzeciwko i nie spuszczała z niego oczu, gdy jadł. A Filip,
jedząc, zastanawiał się znowu, skąd ona się tu mogła znaleźć, w tym
opuszczonym zakątku ziemi, w podobnym otoczeniu. Musi rozwiązać
tę zagadkę! I to jak najszybciej.</akap>


<akap>Widocznym było, że tak jak Filip pała chęcią dowiedzenia się
wszystkiego, tak samo ona pragnęłaby mu wszystko opowiedzieć.
Wyczytać to było można z jej oczu, z wyrazu twarzy. Tylko, jaką drogą
dojdą do tego?</akap>


<akap>Skończywszy śniadanie Filip wstał od stołu i podszedł razem z Celią
do okna. Ujrzeli Brama stojącego w ,,zagrodzie" razem wśród hordy
swych wilków, między które rozdzielał kawały mięsa. Filip ujął w ręce
rozplecione włosy młodej dziewczyny, stojącej obok niego. Rumieńce
wystąpiły mu na twarzy, kiedy bawił się tymi złotymi kosmykami. Celia
patrzyła na niego z nieukrywanym zdziwieniem. Spróbował z kilku
nitek spleść coś podobnego do owej sieci złotej, znajdującej się
w posiadaniu człowieka-wilka. Wymownym gestem wskazał jej na ową
sieć uplecioną przez siebie i przez Brama.</akap>


<akap>Zrozumiała go od razu. Za pomocą odpowiedniej mimiki dała mu
do zrozumienia, że rzeczywiście z jej włosów Bram splótł niejedną już
siatkę. Pochyliła głowę, pokazując Filipowi kilka miejsc, na których
włosy miała poucinane.</akap>


<akap>Potem wyciągnęła ku niemu rękę, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Filip Brant --- Ameryka!</akap_dialog>


<akap>I natychmiast, wskazując palcem na siebie samą, dodała żywo:</akap>


<akap_dialog>--- Celia Armin --- Danmark!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Danmark! --- powtórzył. Naprawdę? Pochodzisz z Danii? Z Danii? Danmark?</akap_dialog>


<akap>Skinęła potakująco głową.</akap>


<akap_dialog>--- Danmark --- Kobenhavn --- wymówiła wyraźnie.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dania --- Kopenhaga! No, Bogu dzięki, zaczynamy wreszcie
rozmawiać! Celia Armin z Kopenhagi. Ale to mi jeszcze nie wyjaśnia,
jakim sposobem znalazłaś się tutaj?</akap_dialog>


<akap>Wskazał ręką na podłogę i szerokim gestem ogarnął cztery ściany izby:</akap>


<akap_dialog>--- Jakim cudem znalazłaś się tutaj?</akap_dialog>


<akap>Odpowiedź zdziwiła go niesłychanie. Oto Celia mówiła gorączkowo:</akap>


<akap_dialog>--- Kobenhavn --- Muskvas --- Petersburg --- Rusland --- Sibirien
--- Amerika.
--- Kopenhaga... --- Moskwa... --- Petersburg... --- Syberia --- Ameryka?
--- powtarzał niedowierzająco. Celio, na miłość boską, wyjaśnij mi to, bo
zwariuję naprawdę! Przecież niepodobna uwierzyć, abyś z Kopenhagi
przyjechała sobie tak po prostu przez całą Rosję i Syberię, aż do
Kanady, aby ostatecznie dostać się w ręce tego szaleńca, wśród
pustkowi Barrenu, z dala od świata i ludzi! To niemożliwe! Musi to być
jakieś nieporozumienie! Czekaj, zobaczymy zaraz...</akap_dialog>


<akap>Przypomniał sobie, że ma w kieszeni mały podręcznik geograficzny,
jaki noszą wszyscy funkcjonariusze policji. Na końcu podręcznika
znajdowała się mapa całej kuli ziemskiej. Rozłożył ją przed Celią, która
po chwili szukania małym paluszkiem wskazała na Kopenhagę. Pochylił się nisko nad jej głową, by lepiej widzieć. Ach, z jakąż ochotą
schowałby swą twarz w te jej miękkie, złociste włosy! Z jaką rozkoszą
ująłby tę główkę w swoje dłonie!</akap>


<akap>W gruncie rzeczy wszystko było mu jedno w tej chwili, czy ona
pochodzi z Kopenhagi, czy spadła z księżyca. Najważniejsze, że znalazł
ją. Skakałby po prostu z radości, jak podróżnik, któremu udało się
odkryć nieznane krainy i objąć je w swoje posiadanie. Ale pohamował
się i powstrzymując oddech, wodził wzrokiem po mapie i małym
paluszku poruszającym się na niej.</akap>


<akap>Z Kopenhagi paluszek przesunął się na Moskwę, stamtąd na
Petersburg, a potem powoli wędrował po mapie przez Rosję, Syberię, aż
do cieśniny Beringa.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Skunnert</slowo_obce>... --- dodała cicho w formie objaśnienia.</akap_dialog>


<akap>Oparła paluszek na mapie w tym miejscu, gdzie widniała duża,
zielona plama; była to Alaska.</akap>


<akap>Zawahała się przez chwilkę. Widocznie starała się przypomnieć
sobie, jaką drogą mogła stamtąd iść dalej. Mapa nie mogła jej być w tym
pomocna. Po krótkim namyśle ujęła Filipa za rękę, podprowadziła go
do okna i wskazała na wilki. A zatem: Alaska... potem wilki, względnie
psy... i sanki.</akap>


<akap>Filip nie posiadał się z radości. Przytakiwał jej głową z zadowoleniem. Zrozumiał wszystko: nazywa się Celia Armin, pochodzi z Kopenhagi. Przyjechała na Alaskę, a stamtąd puściła się saniami w dalszą drogę.</akap>


<akap>Teraz starała mu się wyjaśnić powód swej podróży i okoliczności,
wskutek których dostała się w ręce Brama Johnsona. Odwrócona
plecami do okna mówiła żywo, gwałtownie, niemal ze szlochem, pod
wpływem ogarniającego ją wzruszenia. Opowiadała mu, to było zupełnie widoczne, całą przeżytą straszną tragedię, której Filip już od
pierwszej chwili po trochu się domyślił. Mówiła długo, załamując
rozpaczliwie ręce. A kiedy wreszcie skończyła, zasłoniła rękami twarzyczkę, wybuchając spazmatycznym szlochem.</akap>


<akap>Zza okna doleciał ich ordynarny szaleńczy śmiech Brama.</akap>
<akap>Śmiech ten brzmiał w uszach Filipa niby krwawa obelga. Krew
zawrzała mu w żyłach. Jednym susem podskoczył do pieca, wyciągnął
z niego duże płonące polano --- po czym podbiegł do drzwi, otworzył je
gwałtownie i wypadł przed domek.</akap>


<akap>Pobiegł za nim straszny, rozpaczliwy krzyk kobiety, krzyk, w którym brzmiała gorąca prośba. I ujrzał równocześnie całą hordę wilków,
które zbite w jedną gromadę pędziły ku niemu z drugiego końca
zagrody. Tym razem Bram Johnson nie powstrzymywał wilków, lecz
stał spokojnie, obserwując całą scenę. Widząc ten straszny widok, Celia
krzyknęła głośno i rozpaczliwie. Odpowiedział jej ponury śmiech
człowieka-wilka.</akap>


<akap>Filip nie stracił głowy na widok niebezpieczeństwa. Zakręcił
płonącym polanem młynka ponad głową i z całym rozmachem cisnął je
między pędzące bestie. Między wilkami powstało zamieszanie. Filip
skorzystał z okazji, obrócił się i wpadł do izby. Błyskawicznie zamknął
za sobą drzwi, a Celia natychmiast zasunęła skobel.</akap>


<akap>Czas już był najwyższy, bo w parę sekund później wilki dopadły
drzwi. Zatrzęsła się cała chata pod ciężarem ich cielsk. Słychać było
kłapanie szczęk i groźne pomruki za drzwiami. Spojrzał na Celię. Była
blada jak trup, trzęsła się cała, daremnie usiłując ukryć trwogę
i wzruszenie.</akap>


<akap>Filip zrozumiał teraz całe szaleństwo swego postępku i myśli Celii.
<begin id="b1350996700394-3401558885"/><motyw id="m1350996700394-3401558885">Oświadczyny</motyw>Gdyby wilki dopadły go, on zginąłby, a ona straciłaby ostatnią deskę
ratunku. Pochylił się do niej, przytulając do siebie twarzyczkę, na której
wykwitł słaby uśmiech.</akap>


<akap_dialog>--- Celio --- mówił ochrypłym nieco głosem, ściskając mocno
jej drobne rączki --- Celio, ty moja maleńka tajemnicza dzieweczko,
wiesz, jestem prawie szczęśliwy, że nie możesz rozumieć tego, co
ci mówię, bo z pewnością wyśmiałabyś mnie tylko. Znam cię dopiero
od dziś rana. I już cię pokochałem. Żadna kobieta w moim życiu
nie zrobiła na mnie tak silnego wrażenia jak ty. Żadnej jeszcze tak
nie pożądałem. Kocham cię, a tyś powinna wiedzieć o tym. Nie
uwierzyłabyś w tak gwałtowną, nagłą miłość --- uważałabyś mnie za
drugiego Brama Johnsona.<end id="e1350996700394-3401558885"/></akap_dialog>


<akap>Spoza drzwi dochodził glos Brama; mówił coś do wilków w narzeczu Eskimosów, odpędzał je od drzwi, pod którymi się skupiły. Wilki
warczały z zadowoleniem. Filip puścił obie ręce Celii, podszedł do drzwi
i odsunął drewniany skobel.</akap>


<akap>Bram wszedł do izby.</akap>


<akap>Filip, niepewny, co go czeka, naprężył mięśnie, gotów na wszystko.
Ale ku jego ogromnemu zdziwieniu Bram wydawał się zupełnie
spokojny i obojętny. Mruczał coś tylko pod nosem, z głupkowatą miną,
uśmiechniętą, jakby ubawiony tym wszystkim co zaszło. Celia wpiła się
paznokciami w ramię Filipa. W spojrzeniu jej malowało się przerażenie;
zachowaniem Brama była widocznie silnie zaniepokojona. Nagle, nic
nie mówiąc, przeszła szybko do swego pokoiku. Upłynęła jedna minuta.
Bram pozornie nie zwracał wcale uwagi na Filipa, mruczał tylko coś
pod nosem.</akap>


<akap>Z pokoiku wyszła Celia; skierowała się prosto do Brama. W wyciągniętej ku niemu dłoni trzymała pukiel swych złocistych włosów.</akap>


<akap>Bram przestał natychmiast mruczeć. Twarz rozjaśniła mu się jakimś
bezgranicznym zachwytem. Grubą, niekształtną rękę wyciągnął ku
złotym włosom, które widocznie były dla niego jakimś bezcennym
talizmanem.</akap>


<akap>Celia uśmiechnęła się leciutko. Może właśnie dzięki temu talizmanowi --- pomyślał Filip --- ów potwór, ten człowiek-wilk, otaczał ją
takim szacunkiem i czcią od pierwszej chwili, od momentu gdy dostał ją
w swoje ręce. Ale przecież ona była zupełnie w jego mocy! Ileż razy mógł
zrobić z nią wszystko, co tylko mu się podobało! A może naprawdę nie
zdawał sobie z tego sprawy, jaki skarb ma w rękach?</akap>


<akap>Człowiek-wilk, z miną zadowoloną, począł znowu coś mruczeć, ale
już inaczej, łagodnym i niemal pokornym tonem. Usiadł na podłodze
pod ścianą ze skrzyżowanymi nogami. Rozdzielił pukiel włosów na trzy
części i zaczął splatać z nich nowe sidła... Celia, uspokojona już zupełnie,
wróciła do swego pokoiku. Czuła potrzebę samotności, chciała odetchnąć swobodnie po tych wszystkich gwałtownych przejściach.</akap>


<akap>Filip, korzystając z jej nieobecności, otworzył swój plecak i wydobył z niego przybory toaletowe. Przyjrzał się w lusterku i przeląkł się
sam siebie. Z nieogoloną brodą, brudny, nieuczesany, wyglądał tak
odstraszająco, że zrozumiał dopiero teraz, czemu Celia w pierwszej
chwili na jego widok cofnęła się. Potrzebował pół godziny czasu, aby
ogolić się należycie. Co się zaś tyczy Brama, to człowiek-wilk tak zajęty
był splataniem swej sieci, że tak długo nie odrywał oczu od roboty, aż
siatka była gotowa. Wstał wówczas i wyszedł z izby, nie mówiąc ani
słowa.</akap>


<akap>Celia wróciła do pierwszego pokoju. Natychmiast zauważyła
zmieniony wygląd Filipa, co sprawiło jej widoczną przyjemność. Filip
zarumienił się mimo woli.</akap>


<akap>Podeszli do okna i obserwowali Brama. Człowiek-wilk zwołał całą
swą hordę i szedł z nią do furtki. W ręku trzymał narty i batog. Otworzył
furtkę, wyszedł i wypuścił za sobą dziesięć wilków. Potem furtkę
zamknął.</akap>


<akap>Celia podeszła do stołu. Filip zauważył, że ze swego pokoiku
przyniosła ołówek i kawałek papieru. Usiadła obok stołu i po chwili
podała Filipowi z miną triumfującą kartkę papieru, na której wyrysowany był dość niezgrabnie łeb karibu. Miało to oznaczać, że Bram
wybrał się na polowanie. Filip roześmiał się, bo oto znaleźli nowy
sposób porozumiewania się za pomocą rysunków.</akap>


<akap>Równocześnie jednak uświadomił sobie co innego, coś co wcale nie
było pocieszające. Oto Bram, wyruszając na łowy, pozostawił w zagrodzie połowę swej hordy --- dziesięć wilków. Nie, nie można się już było
łudzić! Ów niebezpieczny szaleniec traktował ich oboje nie jak swoich
gości, lecz jak więźniów.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XII.
Groźna niespodzianka</naglowek_rozdzial>




<akap>Noc minęła spokojnie, bez najmniejszego wypadku. Była to
pierwsza noc, spędzona przez Filipa w chacie Brama, w towarzystwie
Celii. Pierwsza i ostatnia.</akap>


<akap>Nazajutrz rano, zanim jeszcze Celia wyszła ze swego pokoiku, Filip
studiował kolejno w pamięci wszystkie wypadki ostatnich dni. Przede
wszystkim, zastanawiał się, czy Bram naprawdę był wariatem? Czy też
tylko udawał wariata? Jeśli Bram rzeczywiście go nienawidził, może
przez długi czas taić się ze swym uczuciem, aż nagle, przy lada
sposobności wybuchnie. Filip pamiętał, co kiedyś powiedział mu jeden
z jego znajomych: ,,Wariat ma znakomitą pamięć. Skoro raz uczepi się
jakiejś myśli, nie zapomni o tym nigdy; zżyje się z nią do tego stopnia, że
stanowić ona będzie po prostu cząstkę jego duszy. Nienawiść do
urojonego wroga kiełkuje w jego zamroczonym umyśle, by prędzej czy
później wybuchnąć z jeszcze większą mocą".</akap>


<akap>Raz już omal Bram nie zabił go. Był to, gdy odebrał mu wszystkie zapasy
żywności, aż do ostatniej okruszyny. Obecnie wybrał się na polowanie,
pozostawiając swym więźniom żywność. W każdym razie jedno wydawało się
Filipowi pewne, Bram na pewno nie kochał Celii. Gdyby bowiem ją kochał, na
pewno nie pozostawiłby jej samej w towarzystwie Filipa, ewentualnego
przecież rywala. Bram traktował Celię z całym szacunkiem; a we wzroku jego
malowała się jakaś pokorna, bezgraniczna adoracja tej młodej dziewczyny.</akap>


<akap>Mimo wszystko jednak Filip ostatecznie doszedł do wniosku, że
należy przy najbliższej sposobności zabić po prostu Brama, tak jak
zabija się dzikie zwierzę, choćby się to Celii nawet nie podobało. Już
i tak stracił kilka dogodnych okazji.</akap>


<akap>Kiedy Celia weszła do izby, zdawało mu się, że zgaduje jego myśli.
Nie zdradzając się jednak z niczym, zabrał się w jej obecności do
dokładnego, systematycznego zrewidowania całej izby, służącej Bramowi za mieszkanie.</akap>


<akap>Jestem pewny --- monologował głośno --- żeś ty to już zrobiła dawno
przede mną. Ale taka rewizja jest moim obowiązkiem. Kto wie, może
uda mi się odkryć coś, czego ty nie zauważyłaś, a co nam się może
bardzo przydać.</akap>


<akap>W towarzystwie Celii zabrał się więc do skrupulatnej rewizji całej
izby. Zaglądał nawet pod podłogę, uchylając niezbyt szczelnie przylegające deski. Poszukiwania te trwały już pół godziny, ale bez widocznego
rezultatu. Nagle wydał okrzyk radości. Oto pod jakimś brudnym,
zatłuszczonym kocem odkrył schowany rewolwer służbowy. Niestety,
rewolwer nie był nabity, a naboi nigdzie nie było.</akap>


<akap>Należało jeszcze przeszukać małą przylegającą komórkę, w której
Bram zwykle spał. Nie znalazł i w niej nic więcej, prócz trzech sideł,
splecionych z włosów Celii.</akap>


<akap>Spoglądał na nie przez chwilę ze wzruszeniem, a potem przykrył je
z powrotem skórami niedźwiedzi, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Nie trzeba ich ruszać... Byłoby niedelikatnością gospodarować
w łóżku obcego człowieka...</akap_dialog>


<akap>Po chwili mówił dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Nie znajduję nawet owego noża, którym Bram zwykle kroi
mięso. Ciekawe, czy był tak samo ostrożny i przewidujący, kiedy byłaś
tu jeszcze sama jedna. W każdym razie nie znajduję nigdzie żadnej broni
ani nic podobnego.</akap_dialog>


<akap>Zza ścian chatki doleciało uszu Filipa głośne ujadanie wilków.
Podszedł do okna. Dwa wilki gryzły się ze sobą. Nie ma co mówić, Bram
zostawił ich oboje pod doskonałą strażą tych bestii. Gdyby mu się nawet
udało zabić Brama, lub unieszkodliwić go, jakim sposobem da sobie
z nimi radę? Jeżeli Bram wejdzie do izby ze swą strzelbą, wszystko
dałoby się zrobić. Wystrzela je kolejno co do nogi. Tylko pytanie, czy
Bram w ogóle przyniesie tu kiedykolwiek strzelbę?</akap>


<akap>Oba wilki gryzły się dalej. Reszta otoczyła je półkolem. Jeden tylko,
olbrzymi, nie zwracając uwagi na nic, legł w kącie, obgryzając dużą
kość, z której odrywał ostatnie strzępy mięsa. Słychać było groźne
kłapanie jego potężnych szczęk.</akap>


<akap_dialog>--- Wiem już! --- zawołał Filip. --- Wilki przecież, tak samo jak ludzie,
muszą dostawać jedzenie, konieczne do życia. Skoro już załatwię się
z Bramem, pozostawię je w tej zagrodzie tak długo, aż pozdychają
z głodu. Wymagać to będzie tygodnia, może i więcej. Kwestia cierpliwości tylko. Ale my będziemy mieć ostatnie słowo! Trzeba, aby Celia to
nareszcie zrozumiała: przede wszystkim musimy pozbyć się Brama.</akap_dialog>


<akap>Celia właśnie go zawołała. Odszedł od okna i wrócił do niej. Celia
wydawała się mocno wzruszona. Na stole rozłożyła kilka kartek papieru, które wyniosła ze swej izdebki. Na każdej kartce widniał jakiś nieudolny rysunek, nakreślony jej ręką. Nietrudno było
domyślić się Filipowi, że Celia za pomocą tych rysunków chce
mu objaśnić to wszystko, czego sobie wzajemnie słowami wypowiedzieć
nie mogli.</akap>


<akap>Kołysząc lekko swym smukłym dałem, szepnęła cicho: ,,Filip".
A jemu zrobiło się dziwnie miło, słysząc, że woła go po imieniu, tak
jakby to było rzeczą naturalną.</akap>


<akap>Nachylił się nad leżącymi papierami. Pobrudzone i zniszczone,
widocznie nieraz już były w użyciu. Rysunki te przedstawiały całą
historię młodej dziewczyny.</akap>


<akap_dialog>--- Domyślam się --- mówił Filip --- że sama to wszystko rysowałaś, by
pokazać Bramowi. I on niewiele więcej wie o tobie, aniżeli ja. Tak, tak...
rozumiem już wszystko... Jakiś okręt, psy, ludzie... jakieś walki...
Przyjrzyjmy się bliżej...</akap_dialog>


<akap>Celia spoglądała na niego z wytężoną uwagą. Pragnęła, aby jak
najprędzej ją zrozumiał.</akap>


<akap>Filip pochylony nad rysunkami dągnął dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Tu, na tym rysunku, w samym środku, jesteś ty, ,,pani". Ty,
z rozwichrzonymi włosami, bronisz się przed jakimiś ludźmi, którzy tak
jakby chcieli cię zabić pałkami Co to ma znaczyć, mocny Boże? A tu
wysoko, w górze, jakiś statek. Od niego powinniśmy zacząć. Zapewne
wysiadłaś z tego statku, prawda..? Statek, statek, statek...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Skunnert</slowo_obce> --- zakrzyknęła łagodnie, pokazując palcem na ów
wyrysowany statek. --- <slowo_obce>Skunnert</slowo_obce>... <slowo_obce>Siberien</slowo_obce>...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Szkuner... Syberia! --- powtórzył Filip. --- Tak się właściwie
powinno wymawiać, moja Celio! Zajrzyjmy znów tutaj!</akap_dialog>


<akap>Wydobył z kieszeni ową małą mapkę kuli ziemskiej i rozłożył ją
na stole.</akap>


<akap_dialog>--- Weźmy się na nowo do roboty i to możliwie dokładnie.</akap_dialog>


<akap>Pochylili się oboje nad mapą. I znowu, jak wczoraj, zetknęły się ich
ciała. Filip niemal dotykał ustami jej złocistych włosów. Zadrżeli oboje.
Ale Celia opanowała się szybko. Odsuwając się nieco, zaczęła wodzić
palcem po mapie.</akap>


<akap>Statek wypłynął z ujścia rzeki Leny na Syberii. Płynął następnie
wzdłuż wybrzeży aż gdzieś w okolice Alaski. W tym miejscu paluszek
zatrzymał się bezradnie. Wymownym gestem dała mu do zrozumienia,
że nie potrafi określić, w którym miejscu statek dobił do wybrzeży
Ameryki Północnej.</akap>


<akap>Zaczęła pokazywać mu kolejno następne kartki, na których przedstawione były jakieś walki i utarczki, których właściwego znaczenia
jednak Filip nie mógł zrozumieć. Wreszcie na zakończenie skreśliła
jeszcze jeden rysunek, przedstawiający olbrzymiego człowieka, otoczonego bestiami. Miał to być Bram ze swymi wilkami. I teraz dopiero
zrozumiał Filip, dlaczego tak broniła Brama, dlaczego nie pozwalała, by
choć jeden włos spadł mu z głowy. Bram był jej wybawcą, on ją
wyratował z tych wszystkich strasznych przejść, o których po części
mówiły rysunki. On ją wtedy wyratował i zabrał ze sobą do swej
kryjówki. Dlaczego ją tutaj trzymał w zamknięciu, tego z rysunków
domyśleć się było niepodobieństwem.</akap>


<akap>Niejedno jeszcze wymagało wyjaśnienia. Po co i w jakim celu
jechała Celia na Syberię? Kto skierował okręt ku niegościnnym
wybrzeżom Alaski? Co to za jedni ci nieznani jej wrogowie, z rąk
których Bram ją wyratował?</akap>


<akap>Filip wziął do ręki jeden z rysunków, który Celia przyniosła
i odłożyła na bok. Na rysunku tym były dwie osoby: mężczyzna i ona.
Mężczyzna ów trzymał ją w swoich ramionach. Filip podniósł wolno
głowę i spojrzał na Celię. W oczach jej lśniły łzy.</akap>


<akap>Nagle poczuł zimny ciężar na sercu. Od owej chwili, gdy oboje
zetknęli się w tej samotnej chacie, gdy losy ich niezwykłym trafem
splotły się razem, w sercu Filipa nastały dziwne zmiany. Ogień miłości
zapłonął mu w piersi. Upajał się słodką, rozkoszną nadzieją. I oto nagle
nadzieja zgasła! Celia na pewno kocha innego!</akap>


<akap>Wstał i wolnym krokiem podszedł do okna, chcąc ukryć zmieszanie. Spojrzał przez okno i w tej samej niemal chwili zakrzyknął głośno.
Wypuścił z rąk ów rysunek, który zabrał ze sobą. Chwycił się kurczowo
ramy okna.</akap>


<akap_dialog>--- Patrz! --- wołał jak nieprzytomny. --- Patrzaj, na Boga!</akap_dialog>


<akap>Przez cały czas, kiedy siedzieli oboje przy stole, panowała niezmącona cisza. Nie słyszeli najlżejszego szmeru, ani hałasu. A oto co
ujrzeli: ów ogromny wilk, co jeszcze niedawno obgryzał kości, leżał teraz
na śniegu, wyciągnięty jak długi, był martwy. Zesztywniał już zupełnie.
Z rozchylonego pyska błyskały białe, potężne kły, a poniżej łba widniała
kałuża krwi.</akap>


<akap>Filip nie tyle przeraził się tą nagłą śmiercią wilka, ile widokiem
broni, od której zwierzę zginęło. Wilk przeszyty był na wylot czymś
w rodzaju lancy.</akap>


<akap>Poznał od razu ów harpun cienki i długi, ów straszliwy dziryt, jakim
posługuje się tylko jeden jedyny szczep w całym Northlandzie: szczep
Kogmolloków, zbójców o czarniawych twarzach, żyjących nad brzegami Zatoki Koronacyjnej i Ziemi Wollastona.</akap>


<akap_dialog>--- Odsuń się od okna, Celio! --- zakrzyknął z trwogą. I czym prędzej
odprowadził ją w głąb izby.</akap_dialog>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XIII.
Kogmolloki</naglowek_rozdzial>




<akap>Kogmolloki! Te straszne, okrutne diabły, o sercu zimniejszym od
tych lodów, wśród których żyją! Okrutne, nieubłagane!</akap>


<akap_dialog>--- Daruj mi, Celio --- mówił Filip --- że krzyknąłem tak na ciebie i tak
gwałtownie odciągnąłem od okna. Ale nawet na drugim końcu świata
poznałbym tę straszną, śmiercionośną broń. Widziałem już nieraz,
z jaką łatwością i pewnością rzucają dzirytem na odległość stu jardów.
Potrafią walczyć jak prawdziwe diabły. Specjalnością ich jest polowanie
na białe kobiety. A coś mi mówi, że oni przyczaili się gdzieś w pobliżu
i obserwują nasze okno.</akap_dialog>


<akap>Celia nie rozumiała wprawdzie tego, co do niej mówił, ale wydawała
się nie mniej przerażona od Filipa widokiem owego zabitego wilka,
przeszytego dzirytem. Podeszła szybko do stołu, pochwyciła jedną z kartek
i podała ją Filipowi. Na kartce narysowana była scena jakiejś walki.</akap>


<akap_dialog>--- W takim razie --- mówił drżącym głosem --- oni właśnie ciebie
poszukują. Musieli się specjalnie uwziąć na ciebie, skoro aż tutaj się
zjawili. Nie słyszałem nigdy, aby ośmielili się zapuszczać tak daleko na
południe.</akap_dialog>


<akap>Celia odzyskała już panowanie nad sobą, w jej wzroku malowało
się zdecydowanie i odwaga oraz zupełna ufność, że Filip stanie również
odważnie w jej obronie. Spodobało się to Filipowi. I on nabrał od razu
otuchy.</akap>


<akap>Nie odwracając się od okna, zaczął mówić przygotowany na to, że
lada chwila wpadnie przez nie z brzękiem tłuczonych szyb dziryt.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma co, wpadliśmy w ładne tarapaty! Mogę to głośno
powiedzieć, nie przerażę cię, bo i tak mnie nie rozumiesz. Uważasz,
Celio, są rozmaici Eskimosi. Są między nimi ludzie poczciwi i porządni.
Ale plemię Kogmolloków to skończone łotry i bandyci. Gorsi nawet od
dzikich czerwonoskórych z wysp Filipińskich; nikt im nie dorówna
w nastawianiu pułapek i zasadzek. Założyłbym się też, że Bram nie
wróci już żywy z owego polowania, na które się wybrał. Może już w tej
chwili leży gdzieś przeszyty ich dzirytem.</akap_dialog>


<akap>Celia uśmiechała się, słuchając tej przemowy. Zrobiła ruch, jakby
chciała podejść do okna. Zatrzymał ją, i niemal w tej samej chwili od
strony zagrody rozległo się przeraźliwe wycie wilków. Wymownym
gestem poprosił ją, by usiadła przy stole, a sam podszedł do okna.</akap>


<akap>Wilki zbiły się w jedną kupę koło furtki. Co chwila któryś z nich
z wściekłym wyciem podskakiwał w górę, rzucając się na grube pale
świerkowe, z których zrobione było całe ogrodzenie. W połowie drogi
do chaty leżał na śniegu drugi wilk, też martwy. Niewątpliwie Eskimosi
schwytali gdzieś Brama w zasadzkę, i byli pewni, że młode dziewczę jest
samo w chacie. Ponieważ czuli lęk przed wilkami, postanowili przede
wszystkim powybijać je po kolei za pomocą dzirytów.</akap>


<akap>W pewnej chwili Filip spostrzegł wychylającą się znad ogrodzenia
głowę i ramiona. Równocześnie, niby błyskawica, błysnął dziryt, rzucony w grupę wilków. Głowa zniknęła równie błyskawicznie, jak się
ukazała.</akap>


<akap>Filip odwrócił głowę. Celia stała tuż przy nim, i była świadkiem
całej sceny. Ujęła go mocno za ramię, tłumiąc krzyk przerażenia, jaki
wyrwał się jej z piersi. Pobiegła do swego pokoiku i po chwili wróciła
stamtąd, niosąc w ręku jakiś przedmiot, który podała Filipowi.</akap>
<akap>Był to miniaturowy rewolwer, prawdziwa zabaweczka, z której
tylko śmiałby się w innych okolicznościach. Rewolwer ten, kaliber 22,
nabity był kulami tak maleńkimi, że ledwie można by z nich zabić
wróbla na odległość piętnastu do dwudziestu kroków, o ile naturalnie
wróbel prędzej nie uciekłby. Jednak mimo wszystko i taką bronią nie
należało pogardzać. Narobi przynajmniej huku, a jeżeli kula nawet nie
dosięgnie Eskimosa, on, słysząc wystrzał, przewróci się choćby ze
strachu. Wystarczy strzelić parę razy i pokazać się Eskimosom, aby
widzieli, że Celia nie jest sama w chacie, że ma obrońcę i to nawet
uzbrojonego w broń palną.</akap>


<akap>Dlatego też Filip podziękował w głębi duszy Bogu za tę pomoc,
zesłaną mu niespodziewanie. Trzeci dziryt przeszył na wylot trzeciego
wilka. Zwierzę, śmiertelnie ranne, wlokło się z wysiłkiem po śniegu.
Pozostałe siedem wilków w szalonych susach rzucało się z furią na pale
ogrodzenia.</akap>


<akap>Filip podszedł po cichu do drzwi, uchylił je nieznacznie i stanął na
czatach. Celia przystanęła obok niego, jakby domyślając się, o co mu
chodzi. W pewnej chwili trąciła go lekko w ramię. Oto ponad palisadą,
ostrożnie, pomału, wychylała się jakaś czarniawa twarz.</akap>


<akap>Szybki jak piorun Filip wypadł zza drzwi, wydając przeraźliwy
i donośny okrzyk wojenny. W chwili, gdy zabłysnął dziryt, Filip wypalił
z rewolweru. Głowa i ramię zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki. Ale równocześnie też i wściekłe wilki rzuciły się w stronę Filipa.
Jednym susem dopadł drzwi i zamknął je za sobą.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma co mówić, dostaliśmy się w ładną kabałę --- mówił ze
śmiechem do Celii, podczas gdy wilki dobijały się do zamkniętych
drzwi.</akap_dialog>


<akap>Objął ją wpół ramieniem i ciągnął dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Jaka szkoda, że ci drunie nie wiedzą o tym, iż nam zależy tak
samo, jak im, na unieszkodliwieniu Brama! Gdyby tak oni chcieli nam
dopomóc w walce z tym naszym wspólnym wrogiem --- to dopiero by
było przedstawienie! Widziałaś, jak ów czarny jegomość zmykał z palisady? Jestem pewny, że go nie trafiłem. I daj Boże, aby tak było
rzeczywiście! Bo gdyby te łapserdaki przekonały się, że moje kulki są
zaledwie wielkości ziarnka grochu, a rany od nich nie bardziej bolesne
niż ukąszenia owada, obsiedliby wszyscy palisadę, niby stado wron
i kpiliby sobie z nas w żywe oczy. Słyszałaś, jakiego huku narobiłem,
prawda?</akap_dialog>


<akap>Pod wpływem zagrażającego im obojgu niebezpieczeństwa, Celia
nie zwracała uwagi na to, że Filip obejmował jej kibić coraz silniejszym
i gorętszym uściskiem, podniecony zarówno czekającą go walką, jak
i wzbierającą w sercu miłością.</akap>


<akap_dialog>--- Chwila jest poważna --- zaczął mówić głosem tak zmienionym, że
Celia na pewno przestraszyłaby się, gdyby rozumiała, co on mówi. --- Co
się z nami stanie? Jeżeli Bram już nie żyje, te czarne diabły z małpią gębą
wystrzelają wszystkie wilki, a potem wyłamią furtkę i przypuszczą
szturm na chatę. Czuję się na siłach, by stoczyć z nimi walkę, choćby
było ich nawet dwudziestu. Miłość, jaką czuję do ciebie, podawaja me
siły. Ale zanim do tego dojdzie, chciałbym jedno wiedzieć: kim jest ów
mężczyzna, tu, na tym rysunku? W tych ostatnich minutach, jakie dzielą
nas od walnej rozprawy z tymi diabłami, mam szaloną ochotę przycisnąć cię do mego serca, obsypać pocałunkami, abyś jeszcze wiedziała,
jakie uczucia żywię do ciebie. <begin id="b1350998013620-185608144"/><motyw id="m1350998013620-185608144">Wiadomość</motyw>Kocham cię całą, od stóp do głowy. Tylko
lękam się, czy nie zanadto wcześnie się z tym wybrałem... czy nie
będziesz mną pogardzać...?</akap_dialog>


<akap>Otrząsnął się, odsunął się od Celii i ujął w ręce ów rysunek, który
niedawno wziął ze złością i rzucił na stół. Rozwinął go i wygładził
starannie.</akap>


<akap_dialog>--- Co to może być za człowiek? Jeżeli go nie kochasz, czemuż
obejmujesz go tak czule i serdecznie?</akap_dialog>


<akap>Celia z tonu głosu i ze wzroku Filipa domyśliła się, że chce ją o coś
pytać. Z ogromnym wysiłkiem starała się odgadnąć, o co mu chodzi.
W zachowaniu Filipa przebijało się jakieś zażenowanie, którego dotąd
nigdy nie zauważyła. Podał jej ów rysunek. Może, myślał sobie, Celia
wrodzoną intuicją odgadnie, co go dręczy. Wpatrywał się w nią
uważnie. Celia patrzyła długą chwilę na ów rysunek: wreszcie podniosła
ku niemu oczy, rozjaśnione jakimś dziwnie czystym i pogodnym
blaskiem. Odgadła.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Min fader</slowo_obce> --- rzekła spokojnym głosem, wskazując paluszkiem na
rysunek owego mężczyzny. --- <slowo_obce>Min fader</slowo_obce>.</akap_dialog>


<akap>Zdawało mu się, że mówi po angielsku.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Your father</slowo_obce><pe><slowo_obce>your father</slowo_obce> (ang.) --- twój ojciec.</pe>? --- krzyknął niemal.</akap_dialog>


<akap>Skinęła potakująco głową:</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>O o-ee min fader</slowo_obce>... --- powtórzyła.</akap_dialog>


<akap>Odetchnął z ulgą:</akap>


<akap_dialog>--- Chwała Panu Bogu! --- zawołał.</akap_dialog>


<akap>I natychmiast dodał wesoło:</akap>


<akap_dialog>--- Dużo tam mamy jeszcze naboi? Paf! paf! paf! Mam taki humor,
że tym małym rewolwerkiem gotów jestem wystrzelać cały świat!<end id="e1350998013620-185608144"/></akap_dialog>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XIV.
Zawieja śnieżna</naglowek_rozdzial>




<akap>Filip nie posiadał się z radości. Zapomniał od razu o Bramie,
o wilkach, o Eskimosach. Zapomniał, w jak rozpaczliwej sytuacji
znajdują się oboje. ,,Jej ojciec"! Chciałby krzyczeć z radości, skakać
i tańczyć dookoła izby, unosząc Celię w ramionach.</akap>


<akap>Ale należało się pohamować. Lękał się, by w tych fiołkowych oczach
nie dostrzec niemego wyrzutu, by jej nie urazić zbyt obcesowym
zachowaniem się. I tak już omal nie zdradził się, kiedy mu oświadczyła,
że ów mężczyzna na rysunku to jej ojciec. W spojrzeniu jej odmalowało
się zdziwienie. Niewątpliwie odgadła właściwy powód wzruszenia i tej
nagłej radości Filipa. Prawdziwą, a niewymowną rozkosz sprawiała mu
myśl, że mężczyzna i kobieta, choćby każde z nich pochodziło z przeciwnego końca świata, choćby nie potrafili porozumieć się ze sobą
w żadnym języku, mimo wszystko mogą się pokochać, a serca ich bić
będą w zgodnym rytmie.</akap>


<akap>I wówczas, nie wiedząc, co mówi, skierował od razu rozmowę na
rewolwer i naboje.</akap>


<akap>Celia objaśniała mu na migi, że nie ma zapasowych naboi. Całym
ich skarbem były tylko te cztery kulki, tkwiące jeszcze w rewolwerze,
choć w razie napadu Eskimosów porządny kij bardziej mu się przyda,
niż to małe cacko. Postanowił wyszukać od razu jakąś tęgą pałkę, lepszą
i poręczniejszą od owych polan leżących pod piecem. Wreszcie zdecydował się oderwać ze ściany cienki pień świerkowy, przybity tam w celu
wzmocnienia wiązania. Pień okrągły i gładko ciosany mierzył około
czterech stóp długości. Gruby u nasady, zwężał się stopniowo ku
końcowi.</akap>


<akap>Filip uchwycił ową zaimprowizowaną pałkę za cieńszy koniec
i zrobił nią kilka młynków w powietrzu.</akap>


<akap_dialog>--- No, teraz mamy broń i możemy ich godnie przyjąć. Nie uda im
się wypędzić nas z chaty, chyba że podłożą ogień. A co się tyczy tych
drzwi, oto zapewniam cię, Celio, że żaden z nich nie przejdzie przez nie
żywy!</akap_dialog>


<akap>Wyglądał tak wojowniczo, z takim zapałem wymachiwał swą pałką,
że Celia widząc to, nie mogła się powstrzymać od łagodnego uśmiechu.
FiHp zaprzestał wówczas wywijania młynków i rzucając pałkę, podszedł
do niej:</akap>


<akap_dialog>--- No, Celio --- mówił --- uściśnijmy sobie ręce. Jesteśmy przecież
dobrymi przyjaciółmi, nieprawdaż?</akap_dialog>


<akap>Bez najmniejszego wahania wyciągnęła rękę ku podanej jej dłoni.
I chociaż śmierć czaiła się ku nim z ukrycia, uśmiechnęli się do siebie.
Potem Celia przeszła do swego pokoiku i przez pół godziny nie
pokazywała się.</akap>


<akap>Rzucił okiem na zagrodę i wilki. Wilki wydawały się jakieś
spokojniejsze, rozproszyły się po całym podwórzu. Wywnioskował
z tego, że Eskimosi widocznie musieli się oddalić. Dopiero teraz
uświadomił sobie, że owe bestie, których chciał się koniecznie pozbyć,
były dla nich najpewniejszą obroną. Zostało ich jeszcze siedem i na
pewno dadzą mu znać o zbliżaniu się Eskimosów.</akap>


<akap>Nieprzyjaciel na początek zjawił się z pewnością w małej liczbie. Może trzech lub czterech ludzi, którzy przybyli tu raczej na
zwiady.</akap>


<akap>Jeżeli rzeczywiście Bram wpadł w zasadzkę i leży obecnie martwy,
przeszyty dzirytem, Kogmolloki pewni byli, że wystarczy paru ludzi, by
napaść na Celię, pozbawioną wszelkiej opieki i obrony, i uprowadzić ją
w triumfie. Tymczasem przekonali się, że mają do czynienia nie tylko
z wilkami, ale i z jakimś obcym mężczyzną, i to w dodatku uzbrojonym.
Wrócili zapewne po posiłki. W tym stanie rzeczy najrozsądniej byłoby
uciekać natychmiast. Tak, ale na drodze do wolności stało siedem
dzikich bestii.</akap>


<akap>Ściemniło się zupełnie; niebo zakryły ciężkie, czarne chmury nisko
nad ziemią. Nadciągała śnieżyca. Eskimosi przewidywali ją wcześniej
i z tym zapewne liczyli się. Nie lękali się ewentualnej pogoni, bo wicher
i śnieg zatrze szybko ślady po nich.</akap>


<akap>Nie była to pierwsza zbrodnia, jaką ci barbarzyńcy Północy mieli
na sumieniu. Oto w zeszłym roku na wybrzeżach Oceanu Lodowatego
zamordowali oni kilkunastu białych, między nimi jednego misjonarza
i dwóch amerykańskich podróżników. Trzy patrole policyjne wyruszyły
w sierpniu w pogoń za zbrodniarzami, kierując się w stronę Zatoki
Koronacyjnej i Kanału Bathursta.</akap>


<akap>Jeden z tych patroli, prowadzony przez Olafa Andersona, Szweda
z pochodzenia, dotychczas jeszcze nie wrócił. Kiedy Filip wyruszał
z fortu Churchilla w pustkowia Barrenu, rozeszły się pogłoski, że Olaf
zginął razem ze swymi pięcioma ludźmi. Nic dziwnego zatem, że te
straszne dzikusy ośmieliły się napaść również na ojca Celii Armin i ludzi,
którzy z nim razem wylądowali. Mord i rabunek był ich żywiołem,
a rozlewanie krwi białych ludzi sprawiało im rozkosz. Ale że odważyli
się zapuścić tak głęboko na południe w zupełnie obce im strony, dotąd
przez nich omijane, wydawało się to Filipowi bardzo dziwne i coraz
mniej zrozumiałe.</akap>


<akap>Rozmyślania te przerwała mu nadciągająca zawieja śnieżna. Burza
szła od północnego wschodu. Niebo zasnuło się niby czarną, żałobną
płachtą, która całkowicie stłumiła światło dzienne. Cisza była przygniatająca; nie drgnęła ani jedna gałązka świerków, rosnących wokoło
zagrody. Filip postanowił przywołać Celię, by razem z nim obserwowała to potężne zjawisko przyrody. W półmroku można było
zaledwie dostrzec szare sylwetki przemykających wilków.</akap>


<akap>Pogrążony w myślach nie słyszał, jak Celia wyszła ze swego
pokoiku i zbliżyła się do niego. Zauważył ją dopiero wówczas, gdy
stanęła tuż przy nim.</akap>


<akap>Ten straszny potop ciemności, zalewający cały widnokrąg, zbliżał
ich oboje do siebie. Nic nie mówiąc, Filip ujął Celię za rękę i zatrzymał tę
jej drobną ciepłą dłoń w swojej dłoni.</akap>


<akap>Wśród ogromnej ciszy usłyszeli najpierw jakieś głuche szmery,
przytłumione, dalekie. Szmery te jakby skradały się, podchodziły coraz
bliżej, gdzieś z krańców świata poczęte, aż napełniły całą ziemię
i niebiosa. Była to niby jakaś żałosna, przeciągła, rozpaczliwa skarga.
Jeszcze nie ucichła, kiedy pierwszy powiew wiatru przeleciał ponad
chatką.</akap>


<akap>Ach, te zawieje śnieżne Barrenu! Nigdzie, na całym świecie nie
spotkasz czegoś podobnego. Nigdzie burze nie wyją podobnymi głosami, przypominającymi do złudzenia głosy ludzkie.</akap>


<akap>Filip nasłuchał się ich już nieraz. Słyszał już te przenikliwe jęki
i kwilenia podobne do płaczu tysięcy małych dzieci. Słyszał w ciemnościach burzy opętańcze chichoty i ryki szaleńców, krzyki niewidzialnych
ludzi, rozpaczliwe szlochanie kobiet. Niejeden człowiek oszalał od tego.
Podczas długiej nocy zimowej, kiedy słońce znika na przeciąg pięciu
miesięcy, nawet Eskimosi tracą rozum i pod wpływem takich burz
śnieżnych mordują się wzajemnie.</akap>


<akap><begin id="b1350998548241-3087599820"/><motyw id="m1350998548241-3087599820">Pocałunek</motyw>Burza z wichrem szalała pod samotną chatką. Zrobiło się tak
ciemno, że Filip nie widział nic więcej, prócz bladej twarzy młodego
dziewczęcia. Ale czuł dobrze drżenie jej ciała, gdy tuliła się do niego.
I zdawało mu się, że znają się oboje nie od dzisiaj, lecz już od dawna, od
bardzo dawna, że należą do siebie ciałem i duszą już od wielu, wielu
miesięcy.</akap>


<akap>Rozchylił ramiona. Celia rzuciła się w nie, wyczerpana i załamana
zupełnie. Przytulił ją do siebie... mocno... jeszcze mocniej, szepcząc:</akap>


<akap_dialog>--- Niczego się nie lękam... Nic nas nie zmoże... nic... nic... nic...</akap_dialog>


<akap>Wszystko mieściło się w tych kilku prostych słowach. Powtórzył je
kilkakrotnie, przyciskając Celię do piersi, aż uczuł na swym sercu bicie
jej serca.</akap>


<akap>Obróciła ku niemu głowę i nagle Filip poczuł na swych ustach
dotknięcie jej gorących warg. Zamarli oboje w długim, mocnym
pocałunku; Celia nie broniła się, nie próbowała nawet odsunąć się od
niego.</akap>


<akap_dialog>--- Nic nas nie zmoże, ukochana... nic... nic... --- powtarzał Filip,
szlochając niemal z radości.</akap_dialog>


<akap>A kiedy to mówił, cała chatka zatrzęsła się w posadach od
gwałtownego wichru, który niby taranem uderzał o drzwi. Prawie
natychmiast rozległ się jakiś ryk straszny, nieludzki, któremu zawtórowało przeciągle wycie wilków Brama Johnsona.<end id="e1350998548241-3087599820"/></akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XV.
Pożar</naglowek_rozdzial>




<akap>W pierwszej chwili Filip i Celia byli pewni, że to człowiek-wilk,
wróciwszy ze swej wyprawy, wydał ów groźny ryk pod drzwiami chaty.
Ale nie, to burza ryczała.</akap>


<akap>Wicher przycichł, jakby już wyczerpany. Cisza nastała taka, że Filip
i Celia, słyszeli przyspieszone bicie swych serc. Potem Celia, widząc, że
niepotrzebnie się przelękli, przytuliła się do Filipa i wybuchnęła
śmiechem.</akap>


<akap_dialog>--- Tak jest, to tylko burza --- szepnął Filip uspokajająco. --- Nigdy
jeszcze nie słyszałem podobnego ryku. Nawet wilki zawyły z trwogi..
A i ty przestraszyłaś się porządnie. Wiesz co, zapalimy świeczki Brama,
dobrze?</akap_dialog>


<akap>Poszli oboje, trzymając się za ręce, do miejsca, gdzie Bram przechowywał świeczki, sporządzone własnoręcznie z niedźwiedziego sadła.
Celia wydobyła dwie świeczki i podała Filipowi. On je zapalił.</akap>


<akap>Migocące ich światełka odbijały się w oczach Celii, niby w zwierciadle. Patrząc na te błyszczące źrenice, spoglądające na niego tak
wymownie, Filip miał ochotę porwać Celię w swe objęcia i uścisnąć ją
znowu serdecznie. Ale Celia odwróciła się od niego i podeszła do stołu,
gdzie postawiła obie świece. Filip wydobywał z kryjówki jedną świecę
po drugiej, aż do ostatniej. Dwanaście światełek rozjaśniło ciemności
w pokoju. Zbytek to był i lekkomyślność, ale Filip był zdania, że
należało choć w ten spsób udokumentować swą radość.</akap>


<akap><begin id="b1350999454001-277397489"/><motyw id="m1350999454001-277397489">Dziewictwo</motyw>Czuł się szczęśliwy. Celia wiedziała już, że on ją kocha, nie mogła
w to wątpić. A z oczu jej czytał, że ufa mu. Zadowolony był prawie, że
ów straszny ryk wichury wyrwał ich w samą porę z tej ekstazy miłosnej,
w jaką zapadli. Teraz może przynajmniej śmiało spojrzeć jej w oczy: nie
nadużył zaufania, jakim go obdarzyła.</akap>


<akap>Tego długiego pocałunku, który złączył ich usta, Celia nie żałowała.
Czytał to z jej oczu. Ale po lekkim drżeniu jej ciała, po rumieńcu, który
okrasił jej twarzyczkę, domyślił się, że i ona myślała o tym samym, co on.</akap>


<akap>Gruba, złocista kosa spłynęła falą na piersi; w migocącym blasku
świeczek lśniły jej włosy, niby płynne złoto. Ujął je ostrożnie w dłonie
i przycisnął do ust.</akap>


<akap_dialog>--- Kocham cię --- szeptał. --- Kocham.<end id="e1350999454001-277397489"/></akap_dialog>


<akap>Stał tak przez chwilę z głową pochyloną, kryjąc twarz całą
w tej złocistej kaskadzie. Celia nie broniła się. Drżącym trochę głosem coś mówiła... Potem wzięła płaszcz Filipa, leżący na krześle,
podeszła do okna i zasłoniła je płaszczem, wskazując palcem na płonące
świeczki.</akap>


<akap_dialog>--- Nie mamy się czego lękać --- odezwał się Filip, potrząsając głową. --- Póki burza szaleje, nie grozi nam żaden dziryt... Eskimosi mają teraz
coś ważniejszego na głowie, muszą myśleć o sobie.</akap_dialog>


<akap>Rzeczywiście, po krótkiej przerwie, burza z wichrem rozszalały się
na nowo, wstrząsając wiązaniami chaty.</akap>


<akap_dialog>--- Słuchaj! --- zawołał Filip.</akap_dialog>


<akap>Nastawiła uszu, nie okazując najmniejszego lęku. Z oddali dolatywało ponure wycie wilków.</akap>


<akap>Filip wydobył z kieszeni swój mały atlas i otworzył go na mapie
Kanady.</akap>


<akap_dialog>--- Wyjaśnię ci --- zwrócił się do Celii --- skąd przychodzą tutaj te
diabelskie wichury. Spójrz przede wszystkim, gdzie my się znajdujemy.
Chatka nasza stoi w tym mniej więcej miejscu.</akap_dialog>


<akap>Ogarnął ramieniem cztery ściany chatki, by mogła go lepiej
zrozumieć, a potem za pomocą ołówka Celii naznaczył na mapie mały
czarny punkcik.</akap>


<akap_dialog>--- Tutaj, to Barren --- ciągnął dalej, wodząc ołówkiem po mapie.
--- tam dalej na górze, Ocean Lodowaty, a tu Zatoka Hudsona. Stamtąd
przylatują w tę stronę wichury i burze, aż dojdą do Barrenu, gdzie na
przestrzeni pięciuset mil hulają swobodnie, nie mając się na czym
zatrzymać.</akap_dialog>


<akap>Dalej mówił jej o prądach i wirach powietrznych, o tych chmurach
zwisających nad ziemią tak nisko, że ludziom niemal tchu brakuje.
Mimo najlepszych chęci Celia nic z tego wszystkiego nie mogła
zrozumieć. Przyglądała się uważnie mapie, zwracając specjalnie uwagę
na ten czarny punkcik, nakreślony przez Filipa, a mający przedstawiać
chatkę.</akap>


<akap>Wiedziała już teraz, gdzie się znajdują; chciała się dokładniej
zorientować, odszukać na mapie tę drogę, którą sama przebyła.</akap>


<akap_dialog>--- Tu! Tu! --- wykrzyknęła nagle, chwytając Filipa za ramię i przerywając jego wywody.</akap_dialog>


<akap>Wskazywała przy tym palcem na wyrysowaną na mapie krętą linię
Miedzianej Rzeki (<slowo_obce>Copper Mine</slowo_obce>).</akap>


<akap>Kilka razy z rzędu powtórzyła: <slowo_obce>Copper Mine</slowo_obce>.</akap>


<akap>Filip skinął głową na znak, że ją rozumie.</akap>


<akap>Celia mówiła głosem głuchym, z coraz bardziej wzrastającym
wzruszeniem. Mniej więcej w jednej trzeciej części górnego biegu rzeki
nakreśliła na mapie krzyżyk. W tym miejscu właśnie napadli ich
Kogmolloki. Opowiadanie swoje objaśniła rysunkiem. Napastnicy,
pobici i odparci, uciekli. Potem wrócili, wywiązała się nowa walka.
Wtedy to zjawił się Bram Johnson, wyratował ją i zabrał ze sobą. Ale
ojciec jej pozostał tam, w miejscu naznaczonym przez nią ołówkiem.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>Father! Father!</slowo_obce> --- powtarzała uporczywie. Chciała, aby Filip
przede wszystkim to zrozumiał. Jej ojciec jest tam! Ojciec żyje! Muszą
oboje iść tam, ratować go.</akap_dialog>


<akap>Filip domyślił się, o co jej chodzi. Ale w głębi duszy przekonany był,
że jej biedny ojciec już dawno zginął. Te małe czarne diabły na pewno
nie tylko go zabili, ale w dodatku poćwiartowali na kawałki, jak to
zawsze robią, gdy uda im się schwytać nieprzyjaciela. Świeży przykład
mieli na Olafie Andersonie i jego towarzyszach. Było ich sześciu --- ludzie
odważni, dzielni, uzbrojeni, a jednak ulegli. Jak ojciec Celii potrafił się
uratować?</akap>


<akap>Zupełnie nie w porę wybrała się Celia z tym projektem, aby
zawrócić z drogi i puścić się znów na północ, aż do Miedzianej Rzeki.
Jeżeli im się nawet uda uciec z chatki przed powrotem Eskimosów,
muszą dla ocalenia własnego życia uciekać czym prędzej na południe,
aby dostać się do chatki Piotra Breault. A zapuszczać się w głąb Barrenu na północ, bez broni, bez psów i sanek, to oznaczałoby samobójstwo.</akap>


<akap>Trudno mu jednak było wyjaśnić to Celii i przemówić jej do
rozumu. A jeszcze boleśniej było mu odbierać jej otuchę i nadzieję.
Przecież wierzyła święcie, że ojciec jej żyje jeszcze. Filip milczał
zmieszany, nie wiedząc, co począć.</akap>


<akap>Z pomocą ołówka i papieru Celia dała mu do zrozumienia, że jej
ojciec, Paweł Armin, znajdował się w towarzystwie jeszcze dwóch
białych ludzi.</akap>


<akap>Czas mijał. Burza szalała bez przerwy --- ciemność zupełna zaległa
wokoło. Filip spojrzał na zegarek: była godzina siódma wieczór.
Podprowadził Celię do jej pokoiku i wymownymi gestami nakłonił ją,
by poszła się położyć i przespać.</akap>


<akap>Po upływie godziny podszedł cichutko do cienkiej ściany i nasłuchiwał. Nie słyszał żadnego szmeru: Celia już widocznie zasnęła.
Nasunął czapkę na oczy, owinął się szczelnie płaszczem i ujął w rękę
ową zaimprowizowaną świerkową pałkę. Po czym, wykonując swój
śmiały plan, ułożony poprzednio, podszedł do drzwi, otworzył je,
wyszedł spiesznie i zamknął za sobą.</akap>


<akap>Wicher uderzył mu w twarz z całą siłą. Ale nie zląkł się, owszem,
ucieszył się nawet z tego. Z pewnością wilki kulą się gdzieś pod ścianą zbite w kupę. Przy tej wichurze nie zwęszą go, nie dosłyszą jego
kroków.</akap>


<akap>Stał jeszcze chwilkę, ściskając nerwowo pałkę w dłoni. Nic się nie
ruszało. Postąpił jeden krok, potem drugi. Szedł ostrożnie, powoli,
wymachując palką, gotów w każdej chwili uderzyć, gdyby przypadkowo natknął się na wilki. Spokojny był i opanowany zupełnie, jakby
szedł w cichą, gwiaździstą noc.</akap>


<akap>Doszedł wkrótce do palisady, otaczającej cały domek. Posuwając
się dalej po omacku --- natrafił na furtkę. Odetchnął z pewną ulgą. Po
chwili furtka już była otwarta na oścież. Aby się sama nie zamknęła,
przymocował ją za pomocą grubego polana, które zabrał ze sobą z izby.
Następnie wrócił do chaty, orientując się według światełka świecy, którą
pozostawił płonącą w pobliżu okna.</akap>


<akap>Kiedy wszedł do izby, po odbyciu tej ryzykownej wyprawy, ujrzał
Celię. Stała, odziana w szlafroczek, z rękami założonymi na piersi.
Czekała na niego, a w jej oczach malował się śmiertelny niepokój.</akap>


<akap>Wskazał ręką na palisadę, zrobił gest, ilustrujący otwieranie furtki
i na migi wyjaśnił jej wszystko.</akap>


<akap_dialog>--- Jutro rano --- wołał z triumfem --- wilków już nie będzie. Uciekną
wszystkie przez tę otwartą furtkę. --- Mamy już wolną drogę przed sobą!</akap_dialog>


<akap>Zrozumiała go, bo rozjaśniły się jej oczy błyskiem radości. Oddawała
mu się z całą ufnością, wszystko co on zrobi, będzie dobre. Bram, wilki,
Eskimosi --- wszystko to dla niej przestało istnieć. Ufa swemu wybawcy.</akap>


<akap>Filip odprowadził ją znów aż do progu jej pokoiku. Starał się
panować nad sobą. Przystanęli na progu. Celia oparła mu rękę na
ramieniu, szepcząc jakieś cichutkie, słodkie wyrazy. Podała mu usta do
pocałunku, po czym szybko uciekła.</akap>


<akap>Filip czuwał jeszcze przez jakiś czas. Nie zwracał uwagi na szalejącą
zawieruchę. Marzył o przyszłości... Późno już było, gdy postanowił
położyć się spać. Nałożył drzewa do pieca, ile się tylko zmieściło, potem
zgasił ostatnią świeczkę i nie rozbierając się, rzucił się na łóżko.</akap>


<akap>Leżał tak prawie przez godzinę, nie mogąc zasnąć. Tysiące myśli
tłukło mu się po głowie, układał tysiące planów na przyszłość. Podczas,
gdy burza waliła w okno nieustannie, a do komina wiatr sypał śniegiem,
on wreszcie zasnął.</akap>


<akap>W pewnej chwili pod naporem żaru otworzyły się drzwiczki pieca
i w ciemnej izbie zabłysnął cienki, ognisty język.</akap>


<akap>Filip spał nadal, snem niespokojnym, pełnym marzeń. W marzeniach tych zajwiała się stale Celia, już jako jego żona. Żyli oboje gdzieś
w zupełnie innym kraju o łagodniejszym klimacie, z dala od śniegów
i czarnych świerków Northlandu. Idą oboje przez kwiecistą łąkę,
zbierając kwiaty. Nagle zrywa się burza. Uciekają, chronią się do jakiejś
opuszczonej stodoły. Celia tuli się do niego, drżąc; on ją uspakaja,
głaszcząc ręką jej złote włosy. Nagle błyska się i piorun uderza gdzieś
w pobliżu. Potem śni mu się, że gdzieś w polu, jesienią, pieką sobie
kukurydzę. Filip, który zawsze miał bardzo delikatne powonienie, nie
może znieść dymu. Kicha, kicha ustawicznie, a Celia śmieje się z niego
do rozpuku. Ucieka przed tym duszącym dymem, wciąż kichając. Celia
biegnie za nim, rozbawiona, zasłania mu twarz swoimi słodkimi
rączkami. Ale dym ściga go uparcie. Filip wpada do mieszkania, do swej
sypialni i nawet tam dym mu dokucza. Chowa głowę pod poduszkę, by
nie czuć tego nieznośnego zapachu. Równocześnie zjawa Celii znika.
Filip na wpół nieprzytomny od dymu, kicha potężnie i budzi się.</akap>


<akap>Rzeczywiście cała izba wypełniona była ostrym gryzącym dymem,
poprzez który widać było płomienne języki sunące ku powale. Jedna
z desek powały zaczęła się już palić, słychać było głuche trzeszczenie.
Filip w jednej chwili oprzytomniał i zerwał się na równe nogi. Nie było
już ani jednej minuty czasu do stracenia.</akap>


<akap>Na poły oślepiony dymem i ogniem, pobiegł do pokoju Celii, która
również już się obudziła. Zanim zdążyła sobie zdać sprawę z tego co się
dzieje, owinął ją całą grubą skórą niedźwiedzią i porwał na ręce. Chatka,
zbudowana w całości z drzewa świerkowego, płonęła niby pudełko
zapałek. Nawet dwudziestu ludzi nie zdołałoby już opanować ognia.
Z drewnianych drzwi kapała roztopiona żywica.</akap>


<akap>Filip dopadł drzwi, wymacał, otworzył je i wypadł na próg, ze swym
ciężarem na ręku.</akap>


<akap>Przez otwarte drzwi wicher wtargnął swobodnie do wnętrza chatki,
podniecając jeszcze pożar. Mały domek zmienił się w jeden ognisty słup,
z którego buchały ku niebiosom płomienie i dym. Filip uciekał, nie
odwracając głowy. Minął drewnianą palisadę i zatrzymał się w lasku
świerkowym.</akap>


<akap>A kiedy usłyszał żałosne skrzypienie konarów drzew, chłostanych
wichurą, kiedy Celia ze szlochem zarzuciła mu ramię na szyję, opanowała go czarna, bezdenna rozpacz. W tym ogniu zginęło wszystko, co
umożliwiało im życie wśród tego pustkowia: stracili dach nad głową,
zapasy żywności, nawet ubranie.</akap>


<akap>Przytulii Celię mocniej do siebie i wśród ciemności nocy, chłostany
wichrem ucałował jej usta i włosy. Machinalnie zaczął jej tłumaczyć,
choć wiedział doskonale, że to kłamstwo, iż jest uratowana, iż nic złego
jej się stać nie może.</akap>


<akap_dialog>--- <slowo_obce>All right</slowo_obce>, moja maleńka! Jakoś się z tego wywiniemy! Jestem
zupełnie pewny i spokojny.</akap_dialog>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XVI.
Straszna noc</naglowek_rozdzial>




<akap>Filip otrząsnął się szybko z przygnębienia i rozpaczy, jaka nim
owładnęła. Przyklęknął obok dużego świerku i u jego stóp ułożył Celię,
owijając ją troskliwie w skórę niedźwiedzia. Dziękował Bogu, że futro
jest dość obszerne, takie, że mógł ją dokładnie całą owinąć. Natychmiast
przyszło mu na myśl, że trzeba wracać do płonącej chatki i wyratować,
co się jeszcze da. On sam nie ma przecież ani czapki, ani kurtki, a cóż
dopiero mówić o Celii!</akap>


<akap>Wilków już nie potrzebował się lękać. Jeżeli nawet nie uciekły
jeszcze do lasu, na pewno nie odważą się napaść na niego przy blasku
pożaru, bo zwierzęta te ognia właśnie boją się najbardziej. Co zaś tyczy
się Eskimosów, to może i wrócili, zwabieni łuną pożaru. Ale trudno,
trzeba być i na to przygotowanym, to ostatecznie on sam właśnie
ściągnął na Celię to nowe, okropne nieszczęście. On to mimo woli
wywołał pożar, ładując do pieca za dużo drzewa. Obowiązkiem jego jest
naprawić, co jeszcze możliwe.</akap>


<akap>Pobiegł ku chacie, minął drewnianą palisadę. Ale dalej już iść
nie mógł: od płonącej chaty bił taki żar, że aż mu zaschło w gardle, a
na czoło wystąpiły grube krople potu. Stanął bezradnie, zaciskając pięści. Wszystko przepadło na zawsze! I ta nędzna chałupka,
w której niedawno zamknięty, oblegany przez wilki i Eskimosów,
przeklinał swój los, wydawała mu się w tej chwili jakąś Ziemią
Obiecaną. Poprzednio można jeszcze było myśleć o walce... podczas,
gdy obecnie...</akap>


<akap>Nagle dotknął ręką obnażonej głowy. Wiatr ucichł i śnieg zaczął
padać.</akap>


<akap>Filip wiedział dobrze, że ów śnieg jest zapowiedzią silnego mrozu.
I tak już musiało być jakieś dwadzieścia stopni poniżej zera. Jeżeli wiatr
zerwie się na nowo, za godzinę lub dwie, na pewno odmrozi sobie uszy.
Równocześnie przypomniał sobie, że zapałki zostawił w lewej kieszeni
swojej kurtki. Naturalnie spaliły się też dawno. Więc nawet nie będzie
miał czym rozpalić ognia!</akap>


<akap>Bądź co bądź należało się natychmiast na coś zdecydować. Nie
o niego samego tu szło, lecz i o Celię, która czeka na niego, owinięta
w skórę niedźwiedzią, nie mogąc się ruszyć. Bez jego pomocy musiałaby
umrzeć. On był obecnie panem jej życia i śmierci. Biedactwo, nie może
nawet zrobić kroku, chyba że szłaby boso po śniegu. Była mu w tej
chwili czymś więcej, niż ukochaną kobietą: była mu niby małym
dzieciątkiem, które trzeba nieść na ręku, chronić przed wichrem
i mrozem, dopóki mu sił starczy. Będzie dla niej najtroskliwszą matką,
aż do ostatniego tchu, aż do chwili, gdy oboje zginą z wycieńczenia... O ile jakiś cud ich nie wyratuje... Ona należy do niego... W jego
ramionach znajdzie życie lub śmierć.</akap>


<akap>Zbudziła się w nim chęć do walki, do czynu. Wracając do Celii,
przypomniał sobie ową pustą chatkę, koło której przejeżdżał w towarzystwie Brama. Tam było ich zbawienie! Chatka nie powinna
być w odległości większej niż jakieś osiem do dziesięciu mil. Nie wątpił, że trafi do niej. Zaświtała mu nadzieja. Postanowił walczyć
i zwyciężać.</akap>


<akap>Z daleka już usłyszał jej wołanie. W głosie Celii nie można było
wyczuć strachu, lecz raczej radość, że znów widzi Filipa.</akap>


<akap>Położył jej palec na usta, dając w ten sposób do zrozumienia, że
oboje powinni zachowywać się cicho. Należało przede wszystkim mieć
się na baczności przed Eskimosami, którzy zapewne są gdzieś w pobliżu,
bo i jakże się bronić w razie napadu? Zginęliby oboje, bez żadnej
pomocy. Filip pochylił się ku Celii, owinął ją troskliwie w futro i wziął
na ręce. Udało się jej wysunąć jedną rączkę spod futra. Przytuliła tę
rączkę do twarzy Filipa i już jej nie cofnęła. Potem oboje bez słowa
odwrócili głowy w stronę dopalającej się chatki.</akap>


<akap>Wiatr przycichł nieco. Od wschodu niebo rozjaśniło się lekko.
Zbliżał się świt. Po chwili znów gęste chmury zasnuły niebo. Zaczął
padać śnieg gęsty i miękki, zasypując wszelkie ślady. Była to dla nich
okoliczność pomyślna, a utrudniająca pościg Eskimosom.</akap>


<akap>Filip szedł raźno naprzód, o ile mu na to pozwalała ciemność nocy
i nierówność gruntu. Szedł przez las w kierunku wschodnim, nie czując
prawie ciężaru, który niósł na ręku. W ten sposób uszedł milę, po czym
przystanął dla odpoczynku.</akap>


<akap>Szepcząc kilka słów Celii do ucha, usadowił ją na wywróconym
pniu drzewa, tworzącego rodzaj ławki. Skontrolował uważnie, czy jest
cała otulona i zabezpieczona przed mrozem. Na szczęście wiatru nie
było, mróz zatem nie dokuczał zbytnio. Dotknął ręką jej gołych stóp.
Celia drgnęła i zaczęła się śmiać. Stwierdził, że nóżki ma ciepłe, ale
zanim ruszył ponownie w dalszą drogę, otulił je troskliwie.</akap>


<akap>Po trzykrotnym jeszcze zatrzymywaniu, natknął się na gęsty lasek
świerkowy. Rozłożyste, gęste konary ochraniały doskonale przed śniegiem. Nałamał trochę gałęzi, zrobił z nich gniazdko dla Celii i tam ją
ułożył. Siedzieli cicho, oczekując nadejścia dnia i nasłuchując wszelkich
odgłosów. Słyszeli żałosne wycie wilków, a potem dwukrotnie echo
głosu ludzkiego. Ona także słyszała ów głos.</akap>


<akap>Czekali jeszcze przez pewien czas. Ponieważ jednak nic im bezpośrednio nie groziło, Filip, zostawiwszy Celię na swoim miejscu, podszedł
ostrożnie aż na sam kraj lasku. Przy bladym świetle jutrzenki stwierdził,
że śnieg, który na szczęście padał bez przerwy, zasypał zupełnie ich
ślady. Gdyby tu szło o białych lub Indian, Filip byłby zupełnie
spokojny. Ale Eskimosi mają specjalnie wyrobiony zmysł orientacyjny,
w odszukiwaniu śladów. Nie darmo przecież muszą przez pięć miesięcy
w roku polować na zwierzynę i odnajdować jej trop niedostrzegalny dla
kogokolwiek innego.</akap>


<akap>Jeżeli Kogmolloki, zwabieni ogniem, wrócili pod chatę Brama,
z pewnością odkryli ślady ich ucieczki i depczą im już po piętach. Jakiś
instynkt ostrzegał Filipa, że trzeba mu mieć się na baczności, że wkrótce
może rozegra się następny akt dramatu. Stanął nogą na dużą gałąź.
Podniósł ją skwapliwie z ziemi. I taka broń może się przydać.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XVII.
Pierwsze spotkanie</naglowek_rozdzial>




<akap>Filip przystanął, nastawiając bacznie ucha.</akap>


<akap>Całą płaszczyznę Barrenu zaległa obecnie absolutna cisza, tak
nadludzka prawie, jak ów ryk i huk minionej niedawno burzy. Filip znał
już tę ciszę, która przychodziła nagle i przytłaczała wszystko.</akap>


<akap>Wśród ogólnego spokoju każdy, najlżejszy nawet szmer nabierał
znaczenia: miękki szelest spadających płatków śnieżnych, cichutki
trzask igieł opadających ze świerka, świst oddechu wydobywającego się
z płuc, tłukące się niespokojnie serca. Zda się, tysiące oczu i uszu,
czyhających ze wszystkich stron.</akap>


<akap>W miarę ustępującego mroku zaczęły wyraźniej rysować się sylwetki drzew i krzewów; widać było pędzące po niebie chmury.</akap>


<akap>Filip ukryty wśród niskich zarośli, myślał o Celii: zapewne niepokoi
się biedaczka, że go tak długo nie widać. A jednak nie mógł się
zdecydować jakoś na to, by opuścić swe stanowisko obserwacyjne
i wrócić do niej. Miał nieomylne przeczucie, że coś mu grozi, coś się
zbliża.</akap>


<akap>Rozjaśniło się już na tyle, iż mógł dojrzeć w odległości pięćdziesięciu
jardów każdy niemal przedmiot. Ale z tej strony, z której szedł, nic
absolutnie nie było widać.</akap>


<akap>Gdyby jednak znalazł się tu przypadkiem Olaf Anderson, ów
Szwed, byłby mu mógł opowiedzieć o podobnej nocy, przeżytej przez
niego wśród strachu w podobnych okolicznościach. I on, podobnie jak
Filip, miał się na baczności, i on spodziewał się ataku, i przeliczył się
w rachubach. Po niewczasie dopiero dowiedział się Anderson, że
Eskimosi nigdy nie idą wprost za tropem ściganego zwierza czy za
śladami człowieka. Ich zwyczajem jest okrążać ściganego z lewej
i z prawej strony małymi grupkami po kilku ludzi, nie pokazując się na
oczy. Nie wiedział o tym Filip; toteż na próżno wytężał wzrok.
A instynkt ostrzegał go wyraźnie, że niebezpieczeństwo się zbliża.</akap>


<akap>I oto nagle posłyszał coś zupełnie nieokreślonego. Właściwie nie
słyszał jeszcze nic, raczej wyczuł tylko czyjąś obecność. Jakieś nieuchwytne drżenie atmosfery, zupełnie odmienne od wszelkich innych szmerów;
wśród absolutnej ciszy drżenie to nabierało takiej mocy, jakby to był
wystrzał rewolwerowy. A jednak Filip zupełnie nic nie widział! Droga,
którą tu wracał, była pusta. Powoli odwrócił głowę.</akap>


<akap>W odległości dwunastu kroków stała jakaś zakapturzona postać,
krępa, malutka, z błyszczącymi złowrogo oczami; postać przypominająca
raczej jakiegoś fantastycznego gnoma niż człowieka. Równocześnie
postać ta podniosła ramię i w szarym świetle poranka coś nagle błysnęło.</akap>
<akap>Wiedziony nieświadomym zupełnie instynktem Filip błyskawicznie
przykucnął na śniegu, i w tej samej chwili przeleciał ze świstem dziryt
w tym samym miejscu, gdzie jeszcze przed ułamkiem sekundy znajdowała się głowa i ramiona Filipa.</akap>


<akap>Ów ułamek sekundy był tak minimalny, że Eskimos przekonany
był, iż ugodził dzirytem swą ofiarę. Z piersi jego wyrwał się okrzyk
triumfu, ów ,,sakotwow" Kogmolloków, chrapliwy ,,okrzyk krwi",
rozlegający się w odległości co najmniej mili.</akap>


<akap>Ale krzyk ów zamarł mu natychmiast w piersi. Filip zerwał się
z ziemi, naprężając mięśnie, jak potężne sprężyny, zaświstała w powietrzu gruba pałka i zwaliła się na przerażonego Eskimosa. Pierwszy cios
strzaskał mu od razu ramię. Drugie potężne uderzenie w głowę,
a Eskimos już leżał na ziemi, rzężąc głucho; jeszcze jeden cios i już było
po wszystkim.</akap>


<akap>Filip walił tak potężnie, że aż zachwiał się na nogach. Nie zdążył
jeszcze odzyskać równowagi, kiedy z cienia lasu wypadło nań dwóch
napastników, wydając dzikie okrzyki. Filip nie miał nawet czasu
zamachnąć się pałką. Skoczył jak wściekły na pierwszego z brzegu
--- jedną ręką uchwycił za już podniesiony do rzutu dziryt --- drugą zaś
uderzył Eskimosa w twarz z całą siłą. Za drugim ciosem jego żelaznej
pięści Eskimos runął na ziemię; dziryt pozostał w ręku Filipa.</akap>


<akap>W tej samej chwili Filip poczuł na szyi czyjeś kosmate ręce. Ścisnęły
go za gardło niby kleszcze, wydał krótki, urywany okrzyk grozy; głowa
przechyliła mu się w tył i runął na ziemię.</akap>


<akap><begin id="b1351000193986-1409967574"/><motyw id="m1351000193986-1409967574">Walka</motyw>Był to zwyczajny podstęp wojenny Eskimosów, prawie nigdy nie
zawodzący --- owo odwieczne ,,sasaki-wechikun", czyli ,,uchwyt ofiarny",
od wieków przechodzący z ojca na syna. Podczas gdy jeden Kogmollok
przytrzymuje z tyłu bezbronną ofiarę, drugi przebija jej serce nożem.</akap>


<akap>Filip pozbawiony możności ruchu, słyszał krótką komendę Eskimosa,
polecającego swemu towarzyszowi, by czym prędzej przybył z nożem
i załatwił się z wrogiem. W odpowiedzi rozległ się głuchy pomruk.</akap>


<akap>W tejże chwili Filip poczuł maleńki rewolwer Celii w kieszeni za
pasem. Wyciągnął go szybko i wykręcając w tył ramię, wypalił. To go
ocaliło. Strzelił z tak bliska, że proch osmalił zupełnie i oślepił
Kogmolloka, pochylonego nad nim. Zwolnił uścisk duszących go rąk
i Filip zerwał się na równe nogi.</akap>


<akap>Ów trzeci Eskimos, z zakrwawioną od uderzeń twarzą, czołgał się
tymczasem na czworakach ku Filipowi. Był już w odległości paru
kroków. Filip dostrzegł swą pałkę leżącą opodal na śniegu. Schował
rewolwer do kieszeni i chwycił pałkę. Jeden potężny cios i walka była
skończona.</akap>


<akap>Wszystko to razem nie trwało nawet pięciu minut. Los okazał się
tym razem łaskawy dla Filipa. Trzy czarne plamy widniały na śniegu.
Oto wszystko, co pozostało po jego wrogach, z których dwóch
przynajmniej już nie żyło.</akap>


<akap>Filip zadowolony ze świetnego zwycięstwa spoglądał na leżące na
ziemi postacie. Nagle obrócił się, wydając okrzyk zdumienia. W odległości dziesięciu kroków od niego stała Celia.</akap>


<akap>Pchana jakąś niezmożoną siłą, przybiegła tu boso po śniegu,
odziana tylko w lekki szlafroczek; skórę niedźwiedzia zostawiła pod
drzewem, by jej nie zawadzała w chodzie. Wyciągnęła ku Filipowi gołe
ramiona, wołając:</akap>


<akap_dialog>--- Filip! Filip!</akap_dialog>


<akap>Podskoczył do niej. Coś go dusiło w krtani. Oto Celia przybiegła tu,
w takim stroju, sądząc, że mu grozi jakieś niebezpieczeństwo. Czyż nie
był to wymowny dowód, że i ona go kocha?</akap>


<akap_dialog>--- Celio! Celio! --- odparł, szlochając niemal z radości.</akap_dialog>


<akap>Pochwycił ją w swe krzepkie ramiona i pobiegł z nią do drzewa,
gdzie leżało futro niedźwiedzie.</akap>


<akap>Niemal brutalnie okrył ją futrem, owinął szczelnie, aż się prawie
dusiła. Oboje szlochali ze wzruszenia i radości.</akap>


<akap>Pochyleni ku sobie nastawili bacznie uszu.</akap>


<akap>Oto z oddali rozległ się straszny przeciągły ,,okrzyk krwi" Kogmolloków. Było to hasło, a zarazem pytanie, rzucone pod adresem owych
trzech zakapturzonych napastników, z którymi Filip rozprawił się
przed chwilą. Pytanie, żądające odpowiedzi.</akap>


<akap>Okrzyk zabrzmiał od strony zachodniej, z odległości niespełna mili.
Odpowiedział mu drugi podobny okrzyk od strony wschodniej.</akap>


<akap>Filip przytulił swoją twarz do Celii, wargi szeptały słowa modlitwy,
bo zdawał sobie sprawę, że walka dopiero się rozpoczęła.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XVIII.
Na ścieżce krwi</naglowek_rozdzial>




<akap>Przede wszystkim Filip dał na migi Celii do zrozumienia, że należy
wykorzystać cały łup zdobyty na ich trzech nieprzyjaciołach. Kazał jej
tedy zaczekać, a sam wrócił czym prędzej na pole niedawno stoczonej
walki.</akap>


<akap>Wszyscy trzej Eskimosi już nie żyli. Dwóch zginęło od potężnych
ciosów pałki. Trzeci miał na czole, w samym środku, tuż nad oczami,
małą ranę od kuli. Filip niemal pieszczotliwie pogłaskał ów miniaturowy rewolwer, z którego tak się sam naśmiewał. Prawda, kulki niewiele
większe były od ziarna grochu, ale takie oto właśnie ziarno grochu
uratowało mu życie.</akap>


<akap>Najmniejszym z trzech Kogmolloków był ów pierwszy napastnik,
którego Filip zatłukł pałką. Filip przyklęknął przy trupie, ściągnął mu
z głowy kaptur sporządzony ze skóry foki, po czym zdjął zeń futro
i zupełnie w dobrym stanie mokasyny ze skóry karibu. Objuczony taką
zdobyczą wrócił do Celii.</akap>


<akap>Rzeczy te, jakkolwiek ściągnięte ze zmarłego, zrobione były zupełnie prymitywnie, przedstawiały jednak wprost nieocenioną wartość. Nie
pora była na przesadne skrupuły lub na elegancję. Na ich widok płomyk
radości zalśnił w oczach Celii, bez wahania pochwyciła je, by się
przebrać. Filip powrócił na pole walki.</akap>


<akap>Z drugiego Kogmolloka ściągnął kaptur i ubranie, i sam się w nie
ubrał. Eskimosi nie mają właściwie żadnych kieszeni w swych ubraniach, miejsce kieszeni zastępuje im mała torebka ze skóry narwała,
przyczepiona u pasa. Filip odłożył na bok wszystkie trzy takie torebki
i zabrał się do szukania broni.</akap>


<akap>Znalazł dwa noże i sześć sztuk owych zabójczych dzirytów. Jeden
z noży znajdował się jeszcze w zaciśniętej dłoni owego Eskimosa, który
czołgał się na czworakach, by go zamordować w momencie, gdy strzał
z rewolweru Celii ocalił Filipowi życie. Wybrał dla siebie ten właśnie
nóż, najdłuższy i najostrzejszy.</akap>


<akap>Przeglądając zawartość trzech torebek znalazł sznur ze skóry
karibu oraz mały nieprzemakalny woreczek, starannie owinięty, w którym schowane były przybory, używane przez Eskimosów do rozniecania ognia. Ów woreczek był dla Filipa prawdziwym skarbem.
Zapasów żywności nie znalazł, co było najwymowniejszym dowodem,
że obóz Eskimosów musiał znajdować się niedaleko.</akap>


<akap>Gdy po dokładnym przeszukaniu trupów powstał z ziemi, ujrzał
nadchodzącą Celię.</akap>


<akap>Nie mógł powstrzymać się od śmiechu na jej widok, jakkolwiek
sytuacja wcale nie była wesoła. Rzekłbyś: najprawdziwszy Eskimos.
Kaptur za duży, zakrywał jej prawie całą twarz; z odległości pięćdziesięciu kroków nikt by jej nie zdołał poznać. Filip podwinął w górę
brzegi kaptura, odsłaniając jej uroczą twarzyczkę. Potem wyciągnął
ciężkie pukle złotych włosów, rozkoszując się ich blaskiem. Po krótkim
namyśle schował włosy z powrotem pod kaptur. Tak będzie bezpieczniej: w razie napadu nikt nie pozna od razu, że pod kapturem ukrywa się
twarz kobieca.</akap>


<akap>Wpatrywała się uporczywie w leżące na śniegu trzy martwe ciała,
wymowny dowód odwagi Filipa i niebezpieczeństw, jakie mu groziły.
Milczeli oboje, pogrążeni w myślach, zapominając o całym świecie,
zapominając o tym, że czas ucieka, a każda stracona minuta może ich
drogo kosztować. Obudzili się z zadumy, kiedy z pobliskiego świerka
opadł na nich gęsty puch śnieżny.</akap>


<akap>Filip dał Celii do zrozumienia, że muszą natychmiast ruszyć
w dalszą drogę, aby uniknąć grożącego im pościgu.</akap>


<akap>Przywiązał sobie do pasa torebkę, wziął pałkę, a po krótkim
wahaniu także jeden dziryt. Nie wiedział dobrze, co prawda, na co mu
ów dziryt przydać się może. Kogmollok rzuca dzirytem z odległości stu
kroków i trafia niechybnie; Filip jednak nawet na dwadzieścia kroków
trafić by nie potrafił. Z drugiej znów strony dziryt ten był zbyt cienki,
aby mógł mu oddać jakiekolwiek usługi w walce wręcz. Celia, idąc za
jego przykładem, ujęła w rękę drugi dziryt, gotowa do walki u boku
swego opiekuna. Ruszyli w dalszą drogę, poprzez las.</akap>


<akap>Celia posuwała się z pewną trudnością. Niewygodnie jej było w tych
ciężkich mokasynach, prawie o połowę za dużych. Filip starał się
odszukać drogę, którą już raz poprzednio przebył w towarzystwie
Brama. Rozglądał się uważnie, szukając najdrobniejszych szczegółów,
według których mógłby się zorientować. Od czasu do czasu przystawali
oboje, nasłuchując bacznie, czy nikt ich nie ściga.</akap>


<akap>Nagle natknęli się na zupełnie świeże ślady na śniegu, przecinające
ich kierunek drogi pod kątem prostym. Filip nachylił się, by je lepiej
zbadać. Wydał okrzyk zdziwienia: to były ślady nart.</akap>


<akap>Otóż Eskimosi nigdy nart nie używają. Ślady te zatem musiał
pozostawić jakiś biały człowiek. Skonstatował zarazem coś więcej
jeszcze. Rozstęp kroków był tak ogromny, że Filip sam nie zdołał
stawiać tak dużych kroków.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma Eskimosa --- zawołał --- który potrafiłby stawiać takie
ogromne kroki. Te małpy biegają szybko, ale stawiają kroki drobniutkie. Tylko jeden Bram lub inny biały człowiek, mógł zostawić
podobne ślady.</akap_dialog>


<akap>Zauważywszy wzruszenie Filipa, Celia również pochyliła się ku ziemi.</akap>


<akap_dialog>--- Bram... Bram... --- powtarzał Filip, wahając się.</akap_dialog>


<akap>Ale Celia zaprzeczyła ruchem głowy. Wpatrywała się uważnie
w ślady na śniegu. Wzięła w rękę długą igłę świerkową i położyła ją
poprzecznie na jednym ze śladów. Filip zrozumiał, o co jej szło.
Przypomniał sobie, że Bram miał narty ucięte równo na końcu, a nie
zaokrąglone, jak to zwykle bywa. Ten charakterystyczny szczegół nie
uwidaczniał się jednak na tych śladach, które mieli przed sobą. Zatem to
nie Bram tędy przechodził.</akap>


<akap>Filip zawahał się, co dalej począć. Kto to mógł być? Przyjaciel, czy
wróg? A może ktoś z policji Royal North-West, który im niespodziewanie może przyjść z pomocą? Czy iść za tym śladem, czy omijać go? Jedno
i drugie było równie ryzykowne. Na co się zdecydować?</akap>


<akap>W tej chwili, gdzieś z daleka, rozległ się dziwny, przeciągły okrzyk,
niby głuche warczenie bębna:</akap>


<akap_dialog>--- Hum... hum... hu... u... u... m... m... m!...</akap_dialog>


<akap>Echo niosło ten ponury okrzyk na cztery strony świata.</akap>


<akap>Zrozumieli oboje, co to znaczy. Oto Eskimosi znaleźli swych
zabitych towarzyszy i zbierają się przy nich, nawołując się wzajemnie.
Filip nie namyślał się już dłużej. Należało iść czym prędzej za śladem
owego tajemniczego białego człowieka. Trudno, niech się dzieje co
chce...</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XIX.
Ucieczka</naglowek_rozdzial>




<akap>Filip odrzucił dziryt i pałkę, zatrzymując tylko nóż Eskimosa.
Porwał Celię na ręce i puścił się pędem naprzód.</akap>


<akap_dialog>--- Trzeba nam zmykać co sił w nogach --- mówił. --- W przeciwnym
razie...</akap_dialog>


<akap>W ten sposób przebył około stu jardów, po czym przystanął,
stawiając Celię na nogi. Chciał jej dać do zrozumienia, że muszą wytężyć
całą energię, że od szybkości biegu zależy ich życie lub śmierć.
Zrozumiała go i biegła szybko, dotrzymując mu dzielnie kroku. Śnieg
przestał padać.</akap>


<akap>Po drodze Filip obliczał wszystkie możliwe szanse. Wiedział
dobrze, że Eskimosi, zebrawszy się wokół zabitych, będą przede
wszystkim krzyczeć i radzić, wyczyniając małpie skoki. Stracą na to
sporo czasu, co oczywiście dla Filipa może być bardzo korzystne.
Potem puszczą się w pościg, ale z wszelkimi ostrożnościami, pomni na
ową ranę od kuli na czole jednego z zabitych.</akap>


<akap>Co się tyczy owego tajemniczego nieznajomego, śladami którego
Filip i Celia szli obecnie, należało postępować chytrze i ostrożnie.
Najważniejsze, to zaskoczyć niespodzianie i od razu obezwładnić, by nie
mógł im zaszkodzić. A gdyby tak udało się zabrać mu strzelbę? To
dopiero byłaby cenna zdobycz!</akap>


<akap>Ślady wyglądały na zupełnie świeże --- to nie ulegało żadnej
wątpliwości. Pokrywała je zaledwie cieniutka warstwa śniegu. Zdaniem
Filipa, ślady te powstały najwyżej przed godziną.</akap>


<akap>Wkrótce jednak Celia zmęczona biegiem przystanęła. Spod odrzuconego w tył kaptura wychyliła się twarzyczka zaczerwieniona ze
zmęczenia. Ślicznie wyglądała. Jakżeby chętnie Filip ucałował ją w te
czerwone, rozchylone usta! Ale nie mieli ani sekundy czasu do stracenia.
Filip porwał ją w ramiona i puścił się biegiem. Wszystko pójdzie dobrze,
o ile tylko siły mu dopiszą. Przebiegł w ten sposób około czterystu
jardów, po czym znowu przystanął i postawił ją na nogi. Ogółem
przebyli w ten sposób prawie milę.</akap>


<akap>Nagle ślady skręciły ze wschodu ku północy, co trochę zdziwiło Filipa.
Przysiedli oboje na leżącym opodal zeschłym pniu świerkowym, żeby
odpocząć. Ów tajemniczy nieznajomy też musiał w tym miejscu przystawać, bo ślady były zupełnie świeże, nie przysypane jeszcze śniegiem.</akap>


<akap_dialog>--- Założyłbym się --- zauważył Filip --- że w tej chwili znajduje się on
w odległości najwyżej pół godziny drogi od nas.</akap_dialog>


<akap>Przyglądając się uważnie, zauważył na zmarzniętym śniegu kilkanaście drobnych, ciemnobrunatnych punkcików.</akap>


<akap_dialog>--- W tym miejscu musiał wyciągnąć swój woreczek z tytoniem
--- skonstatował Filip z uśmiechem.</akap_dialog>


<akap>Mimo protestów Celii, która chciała iść sama piechotą, wziął ją
znowu na ręce. Spostrzegł bowiem, że siły ją opuszczają, a stara się
nadrabiać miną. Dyszała ciężko, twarzyczka jej ściągnęła się ze zmęczenia. W tym ciężkim futrze i dużych mokasynach musiało jej być
niewygodnie. Nawet gdyby szli wolnym krokiem, a nie biegli, odczułaby
zmęczenie.</akap>


<akap>Chcąc ulżyć sobie trochę, uniósł Celię wysoko; zarzuciła mu
ramiona na szyję, przylegając niemal twarzą do jego twarzy, co dodało
mu nowej jeszcze podniety.</akap>


<akap>Wreszcie przystanął, też był już zdyszany i wyczerpany zupełnie. Po
krótkim wypoczynku ruszyli znowu. Celia starała się dotrzymać mu kroku,
ale nogi uginały się pod nią. Jej różowa twarzyczka zrobiła się teraz
sinoblada, oczy zasnute mgłą straciły blask. Filip nie wyglądał lepiej.
Wyczerpały się ich siły i energia. Celia, zmuszając się do bladego
uśmiechu, pochyliła się ku Filipowi, podając mu swoje usta. Przylgnął
do nich i długo całował.</akap>


<akap>Szli już teraz wolno. Według jego obliczeń powinni oddalić się już
na jakieś pięć mil od spalonej chatki. Eskimosi niewątpliwie nie zdołali
zrobić dotychczas więcej niż dwie mile.</akap>


<akap>Doszli teraz do dużego wzgórza uformowanego ze śniegu, który
został nawiany tu przez wichry i był mocno zbity i zamarznięty. Filip
przypomniał sobie, że przez to wzgórze przejeżdżał już raz z Bramem.
Było to wkrótce po minięciu owej pierwszej chatki.</akap>


<akap>Ślady nieznajomego wiodły właśnie przez wzgórze. Prowadziły
zatem niewątpliwie właśnie do owej chatki. Jakże się teraz Filip cieszył,
że puścił się tymi śladami! Teraz dopiero przekonał się, że początkowo
szli oboje w złym kierunku.</akap>


<akap>Celia ledwo już nogami powłóczyła. Filip musiał ją ująć mocno pod
rękę. Próbowała się bronić, ale z jej piersi wydobył się tylko żałosny
szloch.</akap>


<akap_dialog>--- Odwagi! --- pocieszał ją Filip. --- Chatka musi być już niedaleko.
Mam jeszcze dość siły, by cię tam doprowadzić.</akap_dialog>

<akap>Przełknął z trudem gęstą ślinę, nagromadzoną w gardle. Celia
oparła się z ufnością na jego ramieniu.</akap>





<akap>Szli jeszcze około pół godziny, aż nagle, w niewielkiej odległości,
ujrzeli chatkę.</akap>


<akap>W chatce musiałktoś być, z komina bowiem snuła się cienka smuga
dymu.</akap>


<akap>Tam zatem czekało na nich życie lub śmierć --- ocalenie lub
ostateczna rozpacz... Filip ułożył Celię pod krzakiem w ten sposób, żeby
była niewidoczna. Następnie ściągnął z siebie futro Eskimosa i rzucił je
na śnieg. Przygotowywał się do walki. Naprężył wszystkie mięśnie. Celia
niemal pobladła, była taka biała jak ten śnieg, na którym leżała.</akap>


<akap_dialog>--- Bogu dzięki! --- zakrzyknął Filip. --- Doszliśmy do celu, zanim
Eskimosi zdążyli nas dogonić. Idę na zwiady. Zostań tu i nie ruszaj się
z miejsca.</akap_dialog>


<akap>Z westchnieniem zarzuciła mu ramiona na szyję. Jakże
pragnęła zatrzymać go albo iść razem z nim! Ale trudno --- wiedziała, że
musi go słuchać.</akap>


<akap_dialog>--- Filip --- szepnęła cichutko.</akap_dialog>


<akap>Odszedł.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XX.
Gorące przyjęcie</naglowek_rozdzial>




<akap>Filip obszedł chatkę dookoła. Pamiętał, że w chatce było tylko
jedno okno zamykane drewnianą okiennicą, podnoszoną do góry.
Ostrożnie podszedł pod okno.</akap>


<akap>Okiennica była zamknięta. Przyłożył ucho do szpary między
deskami i usłyszał z wnętrza chaty jakieś kroki. Celia mogła obserwować każdy jego ruch, z miejsca na którym leżała; odczuwał trwogę
i lęk, promieniujące z jej oczu aż ku niemu.</akap>


<akap>Następnie podsunął się do drzwi. Chciał jak najprędzej przekonać
się, co to za człowiek znajduje się w chatce. Serce biło mu żywiej na myśl,
że może znajdzie tam przyjaciela i sojusznika. Przede wszystkim jednak
chciał wejść w posiadanie strzelby, o ile owa tajemnicza osobistość ma
jakąś strzelbę. Musi ją zdobyć, przemocą czy podstępem mniejsza o to,
bo Eskimosi z każdą chwilą byli coraz bliżej.</akap>


<akap>Gdy doszedł do drzwi, zauważył przede wszystkim parę nart
i wiązkę dzirytów, oparte o ścianę chatki. Rozczarował się. Czyżby ów
człowiek nie był białym, lecz Eskimosem olbrzymiego wzrostu?</akap>


<akap>Pociągnął nosem, węsząc jak pies. Spoza niedomkniętych drzwi
doleciał go zapach tytoniu i kawy. Eskimos może wejść w posiadanie
tytoniu, a nawet herbaty, może ją pić, ale nigdy nie pije kawy!</akap>


<akap>Przymknął na chwilę oczy, olśnione białym refleksem śniegu.
Potem ostrożnie, po cichutku, zajrzał przez niedomknięte drzwi do
wnętrza chaty.</akap>


<akap>W panującym wewnątrz półmroku spostrzegł duży piec. Nad
płonącym ogniem stała pochylona sylwetka jakiegoś mężczyzny. Postąpił krok do przodu, obserwując uważnie, co się dzieje.</akap>


<akap>Człowiek za drzwiami podniósł się i wyprostował, wydobywając
z pieca garnek z kawą. Po jego szerokich barach i olbrzymim wzroście
Filip poznał natychmiast, że to nie może być Eskimos. Znowu ów
nieznajomy odwrócił się na moment twarzą do światła. Tak, to biały
człowiek. Długie, nieuczesane włosy opadały mu na ramiona; twarz miał
zarośniętą gęstą brodą.</akap>


<akap>Niemal natychmiast zauważył Filipa i stanął jak skamieniały.</akap>


<akap>Filip wymierzył w niego maleńki rewolwer Celii.</akap>


<akap_dialog>--- Jestem Filip Brant --- zawołał --- z królewskiej policji w służbie Jego
Królewskiej Mości. Ręce do góry!</akap_dialog>


<akap>Stali obydwaj wpatrzeni w siebie: jeden sztywny, ogromnie zdziwiony, drugi trochę zdeprymowany i niepewny tego, co za chwilę może
nastąpić.</akap>


<akap>Filip stał odwrócony plecami do drzwi. Liczył na to, że w cieniu jego
postaci, nie zauważy rozmiarów tego maleńkiego niby zabawka rewolweru. W każdym razie strzał na tak bliską odległość powinien być
skuteczny. Spodziewał się, że tajemniczy osobnik po krótkim namyśle
zdecyduje się podnieść obie ręce do góry.</akap>


<akap>Tymczasem nastąpiło coś takiego, czego nie mógł się spodziewać.
Oto człowiek-olbrzym podniósł do góry rękę, w której trzymał garnek
z kawą i znienacka chlusnął wrzącym płynem na twarz Filipa. Filip
zdążył jeszcze uchylić na czas głowę i wypalić z rewolweru. Ale zanim
zdążył po raz drugi odciągnąć kurek i wystrzelić, tamten rzucił się na
niego i to z takim impetem, że obydwaj uderzyli całym ciałem o ścianę
chatki. Potem w dzikim uścisku runęli obaj na podłogę.</akap>


<akap>W tej chwili przyszła Filipowi myśl, że dobrze zrobił, zrzucając
wcześniej ciężkie futro Eskimosa, które zawadzałoby teraz w walce.
Równocześnie przypomniał sobie Brama. Przeciwnik jego zarówno siłą,
jak i wzrostem dorównywał Bramowi. Zastosował zatem wobec niego te
same sposoby i system walki, jakie ułożył sobie na wypadek walki
z Bramem.</akap>


<akap>Należało przede wszystkim oswobodzić się od ciężaru tego olbrzymiego cielska, które zwaliło się na niego. Dobrze wymierzonym
ciosem pięści uderzył z całej siły w twarz swego przeciwnika, zanim ten
ostatni zdążył go zupełnie przytłoczyć do ziemi. Korzystając z chwili
zamroczenia swego wroga, Filip podniósł się szybko na kolana,
a następnie stanął mocno na nogach. Był to pierwszy jego triumf,
odniesiony dzięki zimnej krwi i rozumowi. Ale do zwycięstwa było
jeszcze daleko!</akap>


<akap>Filip górował nad swym przeciwnikiem zręcznością i zwinnością;
tamten natomiast miał inny atut: ciężar swego cielska.</akap>


<akap>Tymczasem nieznajomy również zdążył podnieść się z ziemi. Filip
od razu przystąpił do ataku, uderzając go pięścią w szczękę. Jeden taki
cios wystarczał normalnie dla powalenia każdego przeciętnego człowieka. Ale ów olbrzym ani drgnął! Filip ponowił uderzenie. Tym razem
olbrzym zachwiał się, zakreślając zygzaki, podszedł do leżącego opodal
worka z ziarnem i opadł nań ciężko.</akap>


<akap>Ostatecznym wysiłkiem swych mięśni Filip zamachnął się po raz
trzeci. Tym razem jednak źle wycelował: zaciśnięta pięść przeszła ponad
ramieniem przeciwnika, a Filip stracił równowagę. Upadł w ramiona
swego wroga, i prawie natychmiast poczuł pod gardłem żelazny uścisk
ręki, zacieśniający się coraz bardziej.</akap>


<akap><begin id="b1351001279411-1490811"/><motyw id="m1351001279411-1490811">Walka</motyw>Lewą ręką chwycił tamtego za drugą rękę, tak by mu ją unieruchomić; prawą zaś począł go tłuc systematycznie, bez przerwy, po
twarzy i dolnej szczęce. Tamten zachowywał się tak, jakby zupełnie nic
nie czuł! Wówczas podbił mu zręcznie nogę i obydwaj znowu zwalili się
na ziemię. Żaden z nich nie zauważył Celii, która stanęła w drzwiach,
z oczyma rozszerzonymi zgrozą i strachem.</akap>


<akap>Tarzali się niemal u jej stóp. Dojrzała opuchniętą, zakrwawioną
twarz olbrzyma, na którą bez przerwy spadały ciosy Filipa. Ujrzała dwie
kosmate grube, zakrwawione łapy, zaciskające się wokół szyi Filipa.</akap>


<akap>Krzyknęła przeraźliwie, a w jej oczach zamigotał ogień walki.</akap>


<akap>Jak strzała rzuciła się w kąt izby, gdzie stała oparta o ścianę gruba
pałka. Widział Filip, jak jej twarzyczka okolona złotymi włosami mignęła
nagle ponad duszącym go olbrzymem. Na jego szeroki pochylony kark
spadła z całym rozmachem gruba pałka. Ogłuszony ciosem natychmiast
zwolnił uścisk żelaznych łap i stracił od razu przytomność.</akap>


<akap>Filip z szaleńczym śmiechem zerwał się na nogi. Otworzył szeroko
ramiona, a Celia ze szlochem, rzuciła mu się w objęcia, dysząc przy tym
ciężko.<end id="e1351001279411-1490811"/></akap>


<akap>Niebezpieczeństwo chwilowo minęło. Jeżeli tamten nie umarł, to
w każdym razie niewiele mu do śmierci brakowało. Filip, na wpół
zduszony, zaczął przede wszystkim głęboko oddychać, wciągając pełną
piersią powietrze. Równocześnie rozglądał się uważnie po pogrążonej
w półmroku izbie.</akap>


<akap>Nagle krzyknął z radości, bo oto w kącie dostrzegł opartą o piec
strzelbę. Na strzelbie wisiał pas skórzany z futerałem, a w futerale tkwił
rewolwer! Więcej to było warte w tej chwili, niż bryła szczerego złota!</akap>


<akap>Natychmiast opasał się tym pasem. Za pasem tkwiło aż czterdzieści
naboi, z tego dwie trzecie do strzelby, kule dum-dum z ołowianym
płaskim końcem. Reszta naboi była od rewolweru. Strzelba była
najnowszej marki, doskonała; rewolwer dużego kalibru, nabity. Obejrzał go i otworzył przed oczami Celii, która również nie posiadała się
z radości.</akap>


<akap>Podszedł do drzwi chaty i zawołał mocnym, dźwięcznym głosem:</akap>


<akap_dialog>--- No, teraz możecie przyjść tu, wy małe diabły! Nie boję się was!
No, dalej, chodźcie tu! Pierwszy, który się pokaże, jest za minutę
trupem!</akap_dialog>


<akap>Milczenie przerwał jakiś inny krzyk, dochodzący z nieznacznej
odległości. Była to odpowiedź na wyzwanie rzucone przez Filipa.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XXI.
Blake zaczyna mówić</naglowek_rozdzial>




<akap>Filip i Celia nasłuchiwali uważnie.</akap>


<akap>Krzyk powtórzył się po chwili, ale tym razem brzmiał on już
zupełnie inaczej:</akap>


<akap_dialog>--- Ma-too-ee!</akap_dialog>


<akap>Jest to okrzyk, którym Eskimosi nawołują swych towarzyszy. Ten
niewątpliwie rzucony był pod adresem gospodarza chatki.</akap>


<akap>Podczas kiedy Filip, stojąc pod drzwiami, śledził bystrym wzrokiem
całą okolicę, Celia wróciła do wnętrza izby. Olbrzym, którego powaliła
uderzeniem pałki, zaczynał się ruszać. Przywołała więc Filipa, który
kazał jej wyjść i stać na straży przed domem, sam zaś zajął się
skrępowaniem jeńca.</akap>


<akap>Przy pomocy rzemienia ze skóry karibu związał mu mocno ręce
i nogi. Podczas tej operacji promień światła padł na twarz i pierś
powalonego olbrzyma, którego ubiór ucierpiał silnie w czasie walki. Na
obnażonej klatce piersiowej widniał wytatuowany na różowo jakiś
rysunek, przyciągający uwagę Filipa.</akap>


<akap>Rysunek był dość prymitywnie wykonany i przedstawiał rekina
z olbrzymimi szczękami, przebitego na wylot harpunem, od którego na
próżno starał się uwolnić. Ponad rekinem wytatuowano kilka liter
częściowo już zatartych. Filip odcyfrował je z trudnością i przeczytał:
,,B-L-A-K-E..." A przed nazwiskiem tym jedna litera: ,,G".</akap>


<akap_dialog>--- Blake --- powtórzył Filip, wstając. --- George Blake zapewne.
Musi to być jakiś majtek okrętowy.</akap_dialog>


<akap>Blake odzyskał przytomność i coś mruczał. Tymczasem od drzwi
rozległ się głos Celii, wołała na Filipa. Podszedł do drzwi i wyjrzał na
pole. W odległości jakich stu pięćdziesięciu jardów ujrzał sanki,
ciągnione przez psy i zbliżające się w stronę chatki.</akap>


<akap>Psów było osiem --- wszystkie kudłate o małych łbach, rasy
eskimoskiej, jakie spotyka się w okolicach podbiegunowych. Ciągnęły
obładowane sanie, na których siedziała jakaś krępa, otulona w futra
postać.</akap>


<akap>Tymczasem w głębi izby rozległ się groźny pomruk. Filip odwrócił
głowę i spotkał się ze wzrokiem Blake’a, który utkwił w niego swe krwią
nabiegłe oczy. Zakrwawione usta wykrzywił w strasznym śmiechu
i całym wysiłkiem mięśni starał się zerwać krępujące go więzy.</akap>


<akap>Celia przyglądała się uważnie leżącemu na ziemi Blake’owi, a w jej
oczach malowało się niewysłowione zdziwienie. Kiedy Blake dźwignął
się do pół ciała, ukazując swą twarz w pełnym świetle, Celia krzyknęła ze
strachem, stojąc jak urzeczona.</akap>


<akap>Ale spoza drzwi dolatywał już głos Eskimosa, przybyłego na
saniach. Blake zwrócił wzrok ku drzwiom z radosnym pomrukiem.
Gwałtownym wysiłkiem mięśni przerwał skórzany rzemień, krępujący
mu ręce. W tym samym momencie jednak Filip przyłożył mu lufę
rewolweru do skroni, mówiąc szybko:</akap>


<akap_dialog>--- Jeżeli piśniesz choć słówko, jeżeli dasz jakikolwiek znak, zginiesz
natychmiast, Blake!... Muszę mieć te sanie wraz z zaprzęgiem! Milcz,
bo łeb ci roztrzaskam od razu!</akap_dialog>


<akap>Zostawił Blake’a pod opieką Celii, która tymczasem chwyciła
za strzelbę i już stała gotowa z palcem na cynglu, a sam wyszedł
przed chatę, w momencie, gdy sanki zajeżdżały przed drzwi. Eskimos, powożący psami, ujrzał zdumiony lufę rewolweru skierowaną
ku niemu. Słowa były zbyteczne, by dać mu do zrozumienia, że ma
zejść z sanek i wejść do środka chatki, pod grozą wymierzonego
rewolweru.</akap>


<akap>Gdy już znalazł się w izbie, Filip kazał mu się obrócić tyłem
i związał mu silnie ręce na plecach. Następnie powtórzył tę samą
operację z Blake’m, krępując mu ręce podwójnym rzemieniem, podczas
gdy Celia nie spuszczała palca z cyngla, gotowa w każdej chwili strzelić,
gdyby któryś z dwóch jeńców próbował stawiać opór. Imponowała
Filipowi swą zimną krwią i odwagą.</akap>


<akap>Dopiero gdy Filip skończył, opuściła strzelbę i oparła ją o ścianę.
Potem podeszła do Filipa, i wskazując ręką na Blake'a, zaczęła szybko
mówić: widocznie chciała mu wyjaśnić, kiedy i w jakich okolicznościach
spotkała już poprzednio tego człowieka.</akap>


<akap>Blake wcale nie stracił rezonu, i owszem, wpatrywał się w Celię
z taką bezwstydną bezczelnością, że Filipa aż ciarki przeszły.</akap>


<akap_dialog>--- Nic nie rozumiesz, nieprawdaż? --- zagadnął go Blake, wybuchając grubiańskim śmiechem. --- Ja także nic. Ale domyślam się doskonale,
co ona ci chce powiedzieć. Pęknąć można ze śmiechu!</akap_dialog>


<akap>Skierował oczy ku drzwiom, jakby spodziewał się pomocy. Widząc,
że nikt się nie zjawia, wybuchnął gniewem.</akap>


<akap_dialog>--- Zatem ty się nazywasz Filip Brant, z królewskiej lotnej policji?
Moje nazwisko już znasz; przeczytałeś je: Blake. Tylko to G. wcale nie
znaczy George. Jeżeli mi rozwiążesz nogi, abym mógł stanąć lub
przynajmniej usiąść, powiem ci coś ciekawego. No, nie bój się! Przecież
mając tak skrępowane ręce, nie mogę ci zrobić nic złego. Pozwól raz
tylko wyprostować trochę członki. Leżąc tak na plecach, nie mogę
mówić. Dusi mnie w gardle, gdy ledwo otworzę usta.</akap_dialog>


<akap>Filip ujął w ręce strzelblę i wręczył ją Celii. Następnie przeciął więzy
na nogach jeńca. Blake‘a podniósł się z ziemi i stanął.</akap>


<akap_dialog>--- No, teraz gadaj! --- odezwał się Filip rozkazującym tonem,
przykładając równocześnie lufę rewolweru do jego piersi. --- Daję ci
minutę czasu na wyznanie wszystkiego. Toś ty sprowadził Eskimosów
aż tutaj, prawda? Czego wy chcecie od tej dziewczyny? Czegoście się na
nią uwzięli? Co zrobiliście z jej ojcem?</akap_dialog>


<akap>Blake wykrzywił usta w szyderczym uśmiechu. Tonem stanowczym zaczął mówić wolno, dobitnie:</akap>


<akap_dialog>--- Pomyliłeś się, bratku! Mnie nie nastraszysz niczym. Znam ja się
na takich sztuczkach. Nie łżyj, że mnie zastrzelisz. Nie będziesz strzelał
i nie masz wcale takiego zamiaru. Skoro mi się spodoba, będę mówił...
albo nie powiem nic. Zanim się zdecyduję, dam ci jedną dobrą radę. Oto
zabierz sobie te sanki stojące przed domem, weź psy, i uciekaj stąd czym
prędzej. Sam jeden, sam jeden, rozumiesz?!!! Zostaw tu tę dziewczynę
i nie zajmuj się nią więcej. Tylko w ten sposób może ci się uda uniknąć
losu...</akap_dialog>


<akap>Wykrzywił straszliwie gębę i wzruszył ramionami.</akap>


<akap_dialog>--- Chciałeś powiedzieć --- dokończył za niego Filip, nie posiadając
się z gniewu --- losu Olafa Andersona i jego towarzyszy?</akap_dialog>


<akap>Blake skinął potakująco głową.</akap>


<akap>Filip zadrżał cały, serce biło niczym młot. Oto w tej chwili odkrył
tajemnicę, nad którą policja od dwóch lat na próżno łamała sobie głowę.
Blake, ten człowiek co tu przed nim stoi, był owym tajemniczym
białym, prowodyrem Kogmolloków, odpowiedzialnym za wszystkie
zbrodnie, popełnione przez tych demonów Północy. Przecież on sam
przyznał się przed chwilą, że ma na sumieniu zamordowanie Olafa
Andersona!</akap>


<akap>Już, już zamierzał pociągnąć za kurek rewolweru, ale na czas
odzyskał panowanie nad sobą. Patrząc Blake’owi prosto w oczy opuścił
pomału rękę, aż rewolwer zawisł mu na pasie.</akap>


<akap>W oczach Blake’a zamigotały błyski triumfu. Pewny już był
zwycięstwa.</akap>


<akap_dialog>--- To jedyny dla ciebie ratunek --- powtórzył z naciskiem --- Jedyny,
powtarzam! I nie masz ani chwili czasu do stracenia.</akap_dialog>


<akap>Rzeczywiście, można się było spodziewać, że Eskimosi już niedługo
nadejdą.</akap>


<akap_dialog>--- Może masz i rację --- odpowiedział Filip z udawanym wahaniem
i znacznie łagodniejszym głosem. --- Ale i pozwól mi zabrać ze sobą tę
młodą dziewczynę. Ona tylko jednego pragnie, jak mi się zdaje: wrócić
do swego ojca. Gdzie jest jej ojciec?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jest w pobliżu Miedzianej Rzeki, w odległości około stu mil od jej
ujścia. Znajdziesz go tam żywego. Ale dziewczyna musi tu zostać.
Dobrze będzie, jeżeli sam potrafisz wydostać się z tej matni, w jaką
wpadłeś.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Słuchaj Blake, zagrajmy obydwaj w otwarte karty. Nie
znam zupełnie języka, jakim mówi ta dziewczyna. Toteż nie
zrozumiałem ani słówka z tego, co mi mówiła. Wiem o niej tylko tyle,
że Bram się nią zaopiekował, że była u niego aż do chwili, kiedy te
twoje eskimoskie szczury wciągnęły Brama w zasadzkę i zapewne
zamordowały. Więc zanim ją opuszczę, chciałbym dowiedzieć się, co
ona za jedna, kim jest jej ojciec i czego ty od niej właściwie
chcesz. Odpowiedz mi zupełnie szczerze, a potem nie będę już zwlekać
ani minuty.</akap_dialog>


<akap>Błake’a zaśmiał się przeraźliwie i podszedł bliżej do Filipa:</akap>


<akap_dialog>--- Czego ja od niej chcę? --- powtórzył wolno. --- Gdybyś ty, tak jak ja,
przez pięć lat nie widział na oczy białej kobiety i gdybyś tak niespodziewanie w zapadłym kącie, w odległości dwóch tysięcy mil od
wszelkiej cywilizacji, natknął się na podobną niebiańską istotę, co byś ty
sam z nią począł? No, powiedz! Czegóż byś od niej żądał? Gdybym nie
był takim skończonym osłem, byłbym już dawno doszedł z nią do ładu...
jeszcze za pierwszym spotkaniem, zanim ten przeklęty Bram Johnson ze
swymi wilkami wyrwał ją z rąk moich i Eskimosów.</akap_dialog>


<akap>Filip z wysiłkiem hamował ogarniające go oburzenie, podczas gdy
Celia wodziła zaniepokojonym wzrokiem po obu mężczyznach, na
próżno starając się odgadnąć, co oni mówią.</akap>


<akap_dialog>--- Tak, tak, rozumiem już --- odparł Filip. --- Wymknęła ci się
w najwłaściwszej chwili. Ale... czy ona w ogóle wiedziała, czegoś ty chciał
od niej? Czy jej to mówiłeś? Jestem przekonany, że ona dotychczas
jeszcze nie domyśla się tej twojej miłości... uważa cię tylko za przyjaciela.
Teraz postarasz się to odrobić, prawda?</akap_dialog>


<akap>Oczy Blake'a zabłysły dziko, twarz ściągnęła mu się w złowrogim
grymasie.</akap>


<akap>Filip wybuchnął, a zanim jeszcze zaczął mówić, Blake już rozumiał, że wzięto go na kawał.</akap>


<akap_dialog>--- Nigdy jeszcze nie dziękowałem Panu Bogu tak serdecznie, jak
w tej właśnie chwili! --- mówił Filip. --- Tak jest, dziękuję Bogu z głębi
serca, że Bram, ów potwór, obrzydliwy, wstrętny, ów wariat --- ma jednak
duszę! No, a teraz dotrzymuję danego słowa --- nie będę zwlekać już ani
minuty dłużej. Chodź tu!</akap_dialog>


<akap>Blake zryczał z wściekłości:</akap>


<akap_dialog>--- Ja mam iść? Dokąd? Co to ma znaczyć?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jak to? Jeszcze się nie domyślasz? Nie domyśliłeś się, że ja razem
z tą dziewczyną wyruszam w drogę, nie na południe, lecz w stronę
Miedzianej Rzeki, i że ty idziesz razem z nami? Otóż słuchaj, co ci
powiem! Słuchaj dobrze! Być może, że po drodze wypadnie nam się bić.
Na ten wypadek zatem wbij to sobie dobrze do mózgownicy, że
pierwsza kula przeznaczona będzie dla ciebie! Zrozumiałeś! Z chwilą,
gdy choć jeden z tych zbójów Kogmolloków wystawi nos na naszej
drodze, zastrzelę cię jak psa. Dlatego dobrze będzie, jeżeli od razu
wyjaśnisz całą sprawę w odpowiedni sposób tej czarnej małpie o gębie
puchacza, co stoi tu i wyłupia na nas swe ślepia. Przykaż temu
jegomościowi, by tę radosną nowinę zwiastował swym zacnym braciom,
skoro się tu zjawią. Niech ich objaśni należycie... No, dalej, spiesz się!...
Myślisz może, łotrze, że ja żartuję?...</akap_dialog>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XXII.
W drodze do Miedzianej Rzeki</naglowek_rozdzial>




<akap>Blake zrozumiał nareszcie, że to nie przelewki. Zwrócił się do
stojącego Eskimosa i powiedział mu kilka słów w jego narzeczu.</akap>


<akap>Filip domyślał się doskonale, że dawał mu wskazówki i rady, jak
mają postępować, by oswobodzić Blake’a z rąk Filipa. Nie wątpił
jednak, że Blake radził postępować ostrożnie i uprzedzał Kogmolloka,
iż walka będzie ciężka i niebezpieczna wobec tego, że strzelba i rewolwer
dostały się w ręce Filipa.</akap>


<akap>Kiedy Blake skończył mówić, kazał mu wyjść z izby i podprowadził
go do stojących w pobliżu sań, gotowych do drogi. Na saniach leżał zapas
świeżego mięsa karibu. Filip zostawił na saniach tylko niewielką część
mięsa, potrzebną na drogę; resztę wyrzucił na śnieg. Następnie usadowił
wygodnie Celię na saniach. Podszedł do Blake'a, który nogi miał już
oswobodzone z więzów, i oswobodził mu jeszcze prawą rękę. A podając
mu długi harap Eskimosa, leżący na saniach, rzekł:</akap>


<akap_dialog>--- No, a teraz, Blake, w drogę! Będziesz biegł obok psów i masz
kierować nimi. Prosto do Miedzianej Rzeki i to najkrótszą drogą! Idzie
tu tak samo o twoje, jak i o moje życie. Za najmniejszy podejrzany znak
śmierć cię czeka.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Oszalałeś chyba! --- mruknął Blake niechętnie. --- Oszalałeś!...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Stul gębę! --- odpowiedział krótko Filip. --- Dalej, jazda!...</akap_dialog>


<akap>Blake trzasnął donośnie batem i rzucił krótki rozkaz w narzeczu
Eskimosów. Psy, leżące dotychczas na śniegu, zerwały się gwałtownie.
Zabrzmiał drugi rozkaz i sanki ruszyły z miejsca. Eskimos stojący na
progu izby spoglądał błyszczącymi oczyma za saniami, oddalającymi się
gwałtownie.</akap>


<akap>Filip biegł obok sanek. Strzelbę wręczył Celii, która trzymała ją
opartą na kolanach, z palcem na cynglu, gotowa do strzału na wypadek,
gdyby Blake próbował uciekać. Filip wiedział dobrze, że może jej
powierzyć tę ważną funkcję, że Celia nie zawiedzie jego zaufania. I teraz
biegnąc obok sań, widząc z jakim skupieniem i uwagą wpatruje się ona
w szerokie plecy Blake’a --- zaczął się śmiać. Celia rzuciła na niego
przelotne spojrzenie i zarumieniła się mocno. W oczach Filipa wyczytała miłość.</akap>


<akap_dialog>--- Ma rację Blake --- monologował Filip półgłosem --- trzeba być
szalonym, by postępować w ten sposób. Dla ciebie tylko ryzykuję tę
podróż na północ, do twego ojca. A idzie tu o życie nas obojga. A może,
ukochana, nie zdajesz sobie z tego należycie sprawy? Gdybyśmy jechali
na południe, wkrótce już nic by nam nie groziło... Eskimosi nie
ośmieliliby się ścigać nas daleko... I wówczas miałbym pewność, że
będziesz moją... na zawsze...</akap_dialog>


<akap>Celia uśmiechnęła się łagodnie, słuchając go, choć nic nie rozumiała.</akap>


<akap>...I kto wie jeszcze... może zanim dojedziemy na miejsce, ojca twego
nie zastaniemy już przy życiu?... Nasz los zależy obecnie od Blake’a...
Pilnujże go dobrze! Ja również będę mieć go na oku.</akap>


<akap>I podchodząc na początek sań, nabił rewolwer, z którego na
odległość trzydziestu kroków mógł zastrzelić Blake’a.</akap>


<akap>Jechali w kierunku północno-zachodnim. Na pewno w niedługim
czasie natkną się na Miedzianą Rzekę, ów potężny strumień płynący ku
północy, a o tej porze roku zupełnie zamarznięty. Ilekroć drzewa
i zarośla stawały się rzadsze, Filip zbliżał się do Celii. Ale gdy tylko teren
wydawał się odpowiedniejszy na jakąś zasadzkę, wracał natychmiast do
Blake’a, trzymając rewolwer w ręce. Wówczas Celia oglądała się poza
siebie, bacznie śledząc, czy ich kto nie ściga.</akap>


<akap>Jechali w ten sposób już trzy kwadranse, kiedy nagle Blake rzucił
krótką komendę. Psy przystanęły natychmiast.</akap>


<akap>Znajdowali się na małym, zupełnie pustym wzgórzu. W dali przed
nimi rysowała się czarna linia lasu. Blake wskazał ręką na gęstą smugę
czarnego dymu, wijącą się ponad świerkami.</akap>


<akap_dialog>--- Teraz musisz sam zdecydować, co począć dalej --- mówił zimno
i spokojnie. --- Droga nasza prowadzi przez ten las... widzisz tę smugę
dymu? Musi tam siedzieć kilkunastu Eskimosów, zapewne obżerają się
mięsem upolowanego karibu. Jeżeli pojedziemy dalej w tym kierunku
--- spostrzegą nas, a ich psy na pewno nas zwęszą. Ta okolica, w której
obecnie się znajdujemy, to prawdziwa mordownia przesiąkła krwią...
Wolę cię lojalnie o tym uprzedzić, bo wcale nie mam ochoty dostać w łeb
owej kulki, którą mi obiecałeś.</akap_dialog>


<akap>W głosie Blake’a brzmiała nuta szczerości. A jednak zdawało się
Filipowi, że w oczach jego czai się jakaś złośliwa myśl.</akap>


<akap_dialog>--- Zastanów się dobrze, Filipie Brant! Jeżeli nie odstąpisz od swego
zamiaru i będziesz jechał dalej w tym kierunku --- do wieczora będziemy
mieć około dwustu Eskimosów na karku. Dziękuj Bogu, że tutaj
zatrzymałem psy, zamiast rzucić was oboje w samą paszczę wroga!
Skorzystaj z tego, jeżeli ci życie miłe. Zostaw mi tę dziewczynę, a sam
zmykaj na południe razem z psami i saniami.</akap_dialog>


<akap>To już pachniało wyraźnym szantażem.</akap>


<akap_dialog>--- Jedziemy dalej --- oświadczył stanowczo Filip, mierząc Blake'a
pogardliwym spojrzeniem. --- Jeżeli kto, to ty jeden właśnie, możesz
przejechać spokojnie pod samym nosem Eskimosów. Ty mi będziesz
najlepszą bronią, jeżeli nie chcesz sam zginąć. Być może, że po twojej
śmierci ja dostanę się w ręce Eskimosów. Ale tej dziewczyny nigdy nie
dostaniesz! Zrozumiano? Wkrótce już skończy się ta niebezpieczna gra,
którą prowadzimy obydwaj. Jeden z nas musi przegrać, ale coś mi się
zdaje, że to nie na mnie, lecz na ciebie wypadnie.</akap_dialog>


<akap>Zaćmiło się znowu spojrzenie Blake’a. Z głuchym pomrukiem
wzruszył ramionami, trzasnął biczem i psy ruszyły z miejsca. Rzeczywiście, ominęli ów lasek zręcznie, bez żadnego wypadku.</akap>


<akap>Filip nie odstępował Blake’a przez cały czas ani na krok. W oczach
bandyty, mimo jego pozornej uległości, dostrzegł coś nieokreślonego,
ale podejrzanego. Coś, niby niema groźba, niby dziwny, chytry fałsz
nikczemnej duszy, gotowej w każdej chwili do zdrady. Nie dał niczego
poznać po sobie, ale czuł się dziwnie tym przytłoczony.</akap>


<akap>Nagle, gdy wydostali się z pagórkowatego, nierównego terenu,
zakrywającego dalszy widok, Blake wskazał biczyskiem na otwierającą się przed nimi szeroką wolną przestrzeń, mówiąc:</akap>


<akap_dialog>--- Oto Miedziana Rzeka!</akap_dialog>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XXIII.
Ucieczka Blake’a</naglowek_rozdzial>




<akap>Filip spoglądał na szeroką lodową taflę rzeki, kiedy głośny krzyk
Celii zwrócił jego uwagę w innym kirunku.</akap>


<akap>Wskazywała palcem na olbrzymi cypel skalny, sterczący samotnie
na równinie, niby jakieś mauzoleum Cyklopów.</akap>


<akap>Blake zarechotał grubym śmiechem, patrząc bezczelnym wzrokiem w zarumienioną twarz młodej dziewczyny.</akap>


<akap_dialog>--- Chce ci powiedzieć --- zwrócił się do Filipa --- że już poprzednio
była tutaj, razem z Bramem. Razem z Bramem, który jest takim samym
wariatem, jak i ty.</akap_dialog>


<akap>Nie czekając na odpowiedź Filipa, popędził psy naprzód po
pochyłości i w kwadrans później sanie sunęły już po zamarzniętej rzece.</akap>


<akap>Filip odetchnął z pewną ulgą. Nie było już zdradliwych zarośli, ani
drzew, ani żadnych nierówności gruntu, ułatwiających zasadzkę. Jak
okiem sięgnąć --- jedna biała równina olbrzymiego Barrenu, wśród której
nawet sama rzeka zdawała się niknąć. W nocy nie trzeba było lękać się
jakiegoś niespodziewanego napadu. Tylko zachowanie się Blake’a i jego
szyderczy uśmiech niepokoiły nieco Filipa. Czyżby Blake decydował
się ryzykować własne życie, byleby wydać go w ręce Eskimosów?</akap>


<akap>Sanie sunęły teraz jak strzała po gładkiej lodowej tafli Miedzianej
Rzeki, coraz głębiej na północ. Filip nie spuszczał oka z Blake’a. Po
godzinie takiej jazdy doszedł do przekonania, że Blake stopniowo
odzyskiwał coraz wyraźniej pewność siebie. Filip wiedział doskonale, że
szkoda tracić czas na wypytywanie bandyty, bo przecież Blake mógł
zupełnie dowolnie powiedzieć mu prawdę lub skłamać, pozostać nadal
lojalnym lub zdradzić go.</akap>


<akap>Kiedy biegli tak jeden obok drugiego, nagle Blake wybuchnął
śmiechem:</akap>


<akap_dialog>--- To zabawne jednak --- mówił z nieukrywaną ironią --- zaczynam cię
naprawdę kochać, Brant. O mało mnie nie zakatrupiłeś tam w chacie,
teraz grozisz mi nieustannie śmiercią. A jednak mam dla ciebie dużo
sympatii, i szczerze mi cię żal, naprawdę, gdy pomyślę, że jedziesz oto
prosto do bramy piekła. Brama stoi otworem na oścież --- przed tobą!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Więc i ty wejdziesz tam razem ze mną!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Och, ja się zupełnie nie liczę --- odparł. --- Ale źle zrobiłeś,
odrzucając moją propozycję: w zamian za tę dziewczynę dawałem ci
życie i bezpieczeństwo. A teraz --- ty sam zginiesz, a ja razem z tobą.
Zapewne wyobrażasz sobie, że potrafię utrzymać w karbach cały szczep
Kogmolloków? Otóż mylisz się: mają oni innych wodzów, których
słuchać muszą. A my zapuściliśmy się już głęboko w ich rejon.</akap_dialog>


<akap>Westchnął ciężko i dodał po chwili:</akap>


<akap_dialog>--- Odmawiając mi tej dziewczyny, zniszczyłeś najpiękniejsze marzenie mego życia!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Jakież to marzenie?</akap_dialog>


<akap>Blake krzyknął głośno na psy. Potem podjął znowu:</akap>


<akap_dialog>--- Widzisz, tam daleko, daleko na północy mam ładną własną
chałupkę. Zbudowana cała z żeber wielorybich i z najlepszego drzewa,
zebranego z kadłubów okrętów, co się tam rozbiły. Otóż myślałem, że
tam, w tej chałupce ona będzie razem ze mną. Czyż można wymarzyć
sobie coś lepszego? I ty właśnie zburzyłeś wszystkie moje marzenia!</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Skoro już tak otwarcie mówisz ze mną, bądźże szczery do końca
i powiedz mi wszystko. Co się dzieje właściwie z jej ojcem? Co z jego
towarzyszami?</akap_dialog>


<akap>Blake przestał się śmiać.</akap>


<akap_dialog>--- Ojdec jej zdrów i cały --- odpowiedział. --- Wiesz przecież o tym, że
te pogańskie psy, Kogmolloki, szczególną czcią otaczają teściów. Każdy
teść, to dla nich niby bożek, chodzący na dwóch nogach, święty symbol
rodziny. Skoro tedy Kogmolloki przekonali się, że mam zamiar wziąć tę
młodą dziewczynę za żonę, otoczyli jej ojca opieką, nie czyniąc mu
żadnej krzywdy. Toteż on żyje sobie spokojnie i bezpiecznie w swej
chacie. Co do jego towarzyszy, muszę jednak cię uprzedzić, że sprawa
przedstawia się znacznie gorzej: wszyscy zginęli. Ale na miłość Boga,
Brant, zastanów się tylko, w jaką kabałę wpadniesz ty sam i ona razem
z tobą! Skoro mnie zabijesz, oni załatwią się z tobą po swojemu --- cóż się
stanie z tą dziewczyną! Kto ją weźmie? Eskimosi nie lubią białych
kobiet, więc zapewne dostanie się ona w ręce owego Metysa, który żyje
wśród nich. Na pewno o nią kłócić się z nim nie będą.</akap_dialog>


<akap>To powiedziawszy, klasnął mocno z bicza, poganiając psy, które
przyspieszyły biegu.</akap>


<akap>Filip nie wątpił zupełnie, że w słowach Blake’a dużo było prawdy.
Wyjaśniały one w sposób zupełnie prawdopodobny zarówno wymordowanie towarzyszy ojca Celii, jak i darowanie życia temu ostatniemu.
Nie mógł tylko nadziwić się, że Blake tak otwarcie to wszystko wyznał.
Czyżby był tak zupełnie pewny bezkarności? Czyżby wiedział na pewno,
że uda mu się umknąć?</akap>


<akap>W ciągu następnych godzin Blake nie pisnął już ani słówka.
Widocznie uważał, że już powiedział wszystko. Nie próbował nawiązać
rozmowy, ani też odpowiadać na stawiane mu przez Filipa pytania.
Natomiast popędzał psy tak energicznie do biegu, że na pewno przed
nadejściem nocy zarówno ludzie jak i psy musiałyby popadać ze
zmęczenia.</akap>


<akap>Coś straszliwego knuł on w głowie --- nie wątpił w to Filip. Dziwnie
to się wydawało podejrzanym, że tak mu spieszno było dobić do celu
podróży. O godzinie trzeciej po południu mieli już poza sobą około
trzydziestu pięciu mil przebytej drogi. Barren był zupełnie pusty
i głuchy.</akap>


<akap>Około godziny czwartej po południu z obu brzegów rzeki zaczęły
ukazywać się świerki; początkowo dość rzadko, stopniowo jednak
przybywało ich coraz więcej, aż wreszcie zaległy zbitym ciemnym
murem oba brzegi. Filip zwracał szczególną uwagę, by sanki jechały
samym środkiem rzeki, której zmarznięte, szerokie koryto stanowiło
najlepsze zabezpieczenie przeciw wszelakiej zasadzce. Normalnie jeden
brzeg oddalony był od drugiego na dwieście jardów, miejscami nawet
znacznie więcej. Z tej odległości można się było obawiać kulki ze
strzelby. A w tym wypadku, czy kula trafiłaby, czy nie, Blake zginąć
musi!</akap>


<akap>Kiedy ziemię zaczął zaścielać szary zmrok, Filip poczuł ogarniające
go znużenie; nogi poczęły mu odmawiać posłuszeństwa. Celia siedziała
skulona nieruchomo na saniach; skurcz owładnął wszystkie jej członki,
a na jej twarzy zmęczenie i fizyczne przygnębienie wyżłobiło głębokie
rysy. Psy, które przez cały czas biegły niewyprzęgane, dyszały ciężko ze
zmęczenia. Jeden Blake zdawał się wciąż niezmordowany.</akap>


<akap>Około godziny szóstej wyjechali znów na równinę, na której
tylko tu i ówdzie rosły pojedynczo świerki. Wedle obliczeń Filipa
musieli od rana aż do tego czasu przebyć przynajmniej pięćdziesiąt mil
drogi.</akap>


<akap>Na rozkaz Filipa zatrzymali się na samym środku rzeki. Filip
przede wszystkim skrępował znów prawą rękę i obie nogi bandyty,
po czym ustawił Blake’a pod małym wzgórzem ze zmarzniętego śniegu, w odległości dziesięciu do dwudziestu kroków od sań. Blake
pogodził się z losem, na pozór najzupełniej obojętny na wszystko.</akap>


<akap>Podczas kiedy Celia spacerowała szybko po lodzie, by wyprostować i zagrzać zziębnięte członki, Filip pobiegł na brzeg rzeki, gdzie
rosło kilka powykrzywianych świerków i nazbierał tam garść suchych
gałęzi. Wrócił z nimi do sanek i rozpalił opodal ognisko, starając się, by
było jak najmniej widoczne.</akap>


<akap>W ciągu dziesięciu minut jedzenie było gotowe. Filip natychmiast
zagasił ognisko, przydeptując żar nogami. Następnie rozdzielił między
psy żywność, wydobył skóry niedźwiedzie i urządził z nich wygodne,
miękkie posłanie dla siebie i dla Celii. Tymczasem zapadła noc, tak
ciemna, że zaledwie można było dojrzeć ciemną sylwetkę Blake’a,
rysującą się na śniegu.</akap>


<akap>Nie rozstając się z nabitym rewolwerem, Filip przygarnął Celię
w swe ramiona. Oparła mu ufnie głowę na piersi, obejmując go
ramieniem. Zanurzył usta w jej złociste, rozplecione włosy, nie spuszczając jednak z oczu Blake'a. Nastała zupełna cisza, przerywana tylko
dyszeniem zziajanych psów.</akap>


<akap>Stopniowo, na czarnym sklepieniu niebios, zaczęły zjawiać się
gwiazdy. Rozjaśniły się ciemności od zimnego, migotliwego blasku
gwiazd. Filip widział przed sobą oczy Blake’a, jarzące się niby dwie
pochodnie. Z lewej i prawej strony rysowały się wyraźnie oba brzegi.
Można było na odległość dwustu jardów dojrzeć dobrze wszelki ruch,
każdego człowieka, który próbowałby się zbliżyć.</akap>


<akap>Po pewnym czasie Filip zauważył, że Blake opuścił głowę nisko na
piersi i oddychał równo i głęboko. Musiał widocznie zasnąć. Celia,
przytulona do Filipa niby małe ptaszę, zasnęła od razu. On jeden tylko
czuwał, bacząc na wszystko. Psy nawet spały, rozciągnięte na śniegu,
niby martwe.</akap>


<akap>Upłynęła godzina. Blake nie ruszał się zupełnie. Nigdzie nie
można było dojrzeć nic podejrzanego. Gwiazdy coraz bardziej rozjaśniały noc. Filip wciąż trzymał w ręku nabity rewolwer, którego stal
lśniła w blasku gwiazd. Gdyby Blake przypadkiem otworzył oczy, od
razu zauważy błyszczącą lufę...</akap>


<akap>Ale stopniowo i Filipa poczęła ogarniać senność, z którą na próżno
starał się rozpaczliwie zmagać. Podobnie, jak owej pamiętnej nocy,
kiedy wpadł w ręce Brama, tak i obecnie uległ w końcu zmęczeniu
i niezmożonej potrzebie snu. Oczy mu się same zamykały i z coraz
większym wysiłkiem musiał je otwierać.</akap>


<akap>Projektował sobie, że nie będą spać dłużej jak trzy godziny. Minęły
już pełne dwie godziny, kiedy Filip całym wysiłkiem woli otworzył
przymknięte powieki. Spojrzał na Blake’a: bandyta nie ruszał się
z miejsca --- głowa zwisała mu na piersi.</akap>


<akap>Wówczas znużenie wzięło górę nad silną wolą Filipa. Zasnął. Ale
nawet we śnie jakiś podświadomy instynkt przypominał mu ustawicznie
ogrożącym niebezpieczeństwie, wołał na niego, aby się obudził,
zabraniał mu spać.</akap>


<akap>I ten głos wewnętrzy wreszcie zwyciężył. Otworzył pomału ciężkie
senne powieki. W pierwszej chwili odczuł ogromne zadowolenie, że
udało mu się zwalczyć sen. Potem skierował spojrzenie ku BIake’owi.</akap>


<akap>Mały wzgórek śnieżny stał na swoim miejscu. Gwiazdy świeciły
jasno, cisza była niezmierzona...</akap>


<akap>Ale Blake?... Gdzie się podział Blake?</akap>


<akap>Ścisnęło się serce Filipa: Blake zniknął!</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XXIV.
Olaf Anderson</naglowek_rozdzial>




<akap>Zaledwie sobie Filip uprzytomnił, że Blake uciekł, a już zerwał się
na równe nogi, zapominając nawet o Celii, która zsunęła się na ziemię.
Zerwała się również, nie rozumiejąc, co się stało. Lufa rewolweru Filipa
mignęła jej przed oczyma. Dopiero gdy powiodła wzrokiem dokoła,
zrozumiała, że Blake uciekł.</akap>


<akap>Filip przeszukał spojrzeniem cały horyzont. Blake jednak zniknął
bez śladu! W tej chwili trącił nogą o strzelbę leżącą u stóp Celii.
Odetchnął z pewną ulgą: Blake nie zabrał ze sobą strzelby! Ani też nie
zabił i nie skrępował Filipa i Celii, choć mógł to zrobić. Dlaczego?
W pierwszej chwili wydawało się to wprost niepojęte.</akap>


<akap>Od razu jednak przyszło mu na myśl, że widocznie Blake, bojąc się
obudzić Filipa, nie śmiał zbliżyć się do niego i narazić na ewentualną
kulkę. A może uciekł właśnie w tej chwili, gdy Filip już się budził? Nie
w głowie mu wtedy było zabieranie strzelby, przede wszystkim musiał
ratować własną skórę.</akap>


<akap>Otuliwszy Celię w futra, pozostawił ją w saniach, sam zaś podszedł
ostrożnie do owego śnieżnego wzgórka, pod którym stał poprzednio
Blake. Gdy tam doszedł, aż zakrzyknął ze zdumienia i przerażenia. Bo
poza wzgórzem wyżłobione były na śniegu głębokie bruzdy, jak gdyby
po śniegu wleczono jakieś duże zwierzę.</akap>


<akap>Otóż Filip wiedział o tym, że Eskimosi mają zwyczaj żłobić
podobne bruzdy, kiedy czołgają się na brzuchu po śniegu, by zaskoczyć
znienacka jakąś uśpioną zwierzynę. W ten zatem sposób przyjść oni
musieli Blake'owi z pomocą. A zatem czołgając się na kolanach, uciekli
niepostrzeżenie.</akap>


<akap>Celia podeszła do Filipa, trzymając strzelbę w ręku. I ona wpatrywała się z lękiem i ciekawością w owe ślady na śniegu. Filip,
który wyrzucał sobie w duszy własną nieostrożność, zadowolony
był w tej chwili, że nie mogą oboje porozumieć się w jednym języku,
i że Celia tylko oczyma może żądać od niego wyjaśnienia co do ucieczki Blake’a.</akap>


<akap>Schował rewolwer do futerału, a wziął strzelbę z rąk Celii. Na
wypadek ataku Kogmolloków, który mógł wkrótce nastąpić, strzelba
bardziej przydać się może. Nie ulega bowiem wątpliwości, że owi
Eskimosi, którzy wyswobodzili Blake’a, muszą mieć gdzieś w pobliżu
swych towarzyszy.</akap>


<akap>Wrócili do sanek. Filip ucałował serdecznie gorące usteczka Celii
i usadowił ją z powrotem w saniach. Zrozumiała i ona, że niestety ich
sytuacja znacznie się pogorszyła. Potem podszedł do psów i pozaprzęgał
je z powrotem. Świsnął batem i psy, choć niechętnie, ruszyły w dalszą
drogę. Popędzał je ustawicznie, nie żałując bata.</akap>


<akap>Tymczasem wstał księżyc, a ziemię zaległa biała mgła, zasłaniając
niemal oba brzegi rzeki. Sanie sunęły samym środkiem koryta, a Filip
biegł spokojnie obok psów, prosząc gorąco Boga, by Kogmolloki nie
zjawili się wcześniej niż o świcie.</akap>


<akap>Przewidując z góry, co ma nastąpić, liczył jednak na to, że uda im się
dojechać cało do owej chatki, o której wspominał Blake, a w której
znajdować się miał ojciec Celii. Skoro już tam będą, potrafi przygotować się do obrony, a w razie napadu, pierwszą kulę przeznacza
Blake’owi. Być może, że z chwilą gdy Blake zginie, uda mu się wejść
z Kogmollokami w układy. Przecież to tylko jeden Blake zawziął się
tak na Celię. A zdarzało się już nieraz, że Eskimosi zatrzymywali
schwytanych jeńców, nawet białe kobiety, jako zakładników przez
szereg miesięcy, nie robiąc im żadnej krzywdy.</akap>


<akap><begin id="b1351004845338-2947730964"/><motyw id="m1351004845338-2947730964">Podstęp, Honor</motyw>Tylko, czy Blake zechce się narażać na kule? W tym sęk właśnie.
Gdyby inaczej się nie dało, Filip zdecydowany był uciec się do podstępu.
Wystawi chusteczkę, jako białą chorągiew, i zażąda, aby mu pozwolono
pertraktować z tym bandytą. A skoro tylko Blake stanie przed nim,
strzeli mu prosto w łeb jak psu. Skoro ma się do czynienia z takim
bandytą i łotrem, nie można przebierać w środkach.<end id="e1351004845338-2947730964"/></akap>


<akap>W przypadku zaś, gdyby Eskimosi napadli na nich po drodze,
zanim zdążą dopaść chatki, Filip przewróci sanie, tworząc z nich rodzaj
barykady, za którą ukryje Celię.</akap>


<akap>Troszkę pokrzepiony na duchu Filip popędzał znowu psy, już to
chłoszcząc je batem, już to wołając na nie po imionach, które miał
sposobność poznać w czasie, gdy Blake prowadził zaprzęg. Wśród
srebrzystej nocnej mgły psy sunęły cicho niby cienie. Słychać było
jedynie cichy stuk ich pazurów po gładkiej tafli lodowej i skrzyp
sunących sań.</akap>


<akap>I tak przebywali jedną milę po drugiej na tej zamarzniętej wstędze
Miedzianej Rzeki. Księżyc zniknął już za horyzontem. Zrobiło się
znowu ciemno. Od czasu do czasu, kiedy psy zziajane odmawiały
posłuszeństwa, Filip stawał w jednym szeregu z nimi, pomagając im
ciągnąć. To znów podchodził do Celii i obejmował ją ramieniem,
zapewniając, że wszystko będzie dobrze.</akap>


<akap>Nareszcie zaczęło świtać. Rozwiały się cienie nocy i oba brzegi rzeki
zarysowały się z początku słabo, potem coraz wyraźniej.</akap>


<akap>W odległości niespełna mili Filip dostrzegł czarne pasmo lasu.
Zdziwiło go to, był bowiem pewny, że w tej szerokości geograficznej
w ogóle drzew już się nie spotyka. A pod lasem stała chatka, a z tej
chatki snuła się w niebo cienka smuga dymu.</akap>


<akap>Celia przywołała do siebie Filipa, wskazując ręką na chatkę, zaczęła
mówić głosem nabrzmiałym od łez. Nie rozumiał nic z tego co mówiła,
ale domyślał się najważniejszego. W tej oto chatce powinien się
znajdować ojciec Celii, o ile oczywiście Blake mówił prawdę. Nareszcie dobili do celu tej ryzykownej podróży.</akap>


<akap>Celia była tak wzruszona, że niemal zemdlona opadła w ramiona
Filipa.</akap>


<akap>Od strony lasu dochodziła głośna wrzawa. Słychać było dzikie
nawoływania podobne do wycia wilków oraz ujadanie psów. Widocznie gromada Eskimosów urządzała tam łowy na jakiegoś zwierza.
Potem rozległ się huk strzelby, a w ślad za tym posypały się pojedyncze
strzały. Po chwili zapanowała zupełna cisza.</akap>


<akap>Filip usadowił Celię na saniach i popędził psy w stronę lasu i chatki.
Niezadługo stanęli przed chatką. Celia zeskoczyła na ziemię.</akap>


<akap>Chatka była zamknięta; z wewnątrz nie dochodził żaden głos. Tylko
dym snujący się z komina świadczył o tym, że ktoś tam mieszka.</akap>


<akap>Celia, zdenerwowana, rozgorączkowana, podeszła do drzwi i uderzając w nie drobnymi swymi piąstkami, poczęła wołać na kogoś w tym
swoim dziwnym języku. Filip, stojąc obok niej, dosłyszał jakiś nieokreślony ruch poza ścianą chaty --- potem odsuwanie rygla i jakiś głuchy
niski głos męski, któremu odpowiedział ostry krzyk Celii. Drzwi się
otworzyły. Stanął w nich jakiś starzec z siwą brodą i włosami,
wyciągając otwarte ramiona. --- Celio --- wyszeptał starzec.</akap>


<akap>Filip w milczeniu obserwował tę scenę. Ale natychmiast odwrócił
się, bo usłyszał z tyłu poza sobą inny okrzyk. Od strony lasu biegła
pędem ku chatce jakaś postać. Filip poznał od razu, że jest to biały
człowiek, wyszedł mu na spotkanie, trzymając rewolwer w ręku.
Wkrótce też stanęli obydwaj oko w oko.</akap>


<akap>Ów nieznajomy był wysokiego wzrostu, o bujnych rudych włosach,
okalających mu całą twarz. Był bez czapki, twarz miał zbroczoną krwią.
Wpatrywał się w Filipa z takim natężeniem, że omal oczy mu nie
wyskoczyły z orbit. A Filip, opuszczając rękę z rewolwerem, szepnął
z niedowierzaniem:</akap>


<akap_dialog>--- Boże wielki! Czy to naprawdę ty, Olaf Anderson?!</akap_dialog>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XXV.
Oblężenie chatki</naglowek_rozdzial>




<akap>Olbrzymi Szwed niemniej wydawał się zdumiony od Filipa. Ale
wkrótce oczy rozjaśniły mu się radością. Uchwycił Filipa kurczowo za
rękę, obmacywał go całego, jakby się chciał upewnić, że go oczy nie
mylą, aż w końcu zaśmiał się, wykrzywiając twarz w komicznym
grymasie.</akap>


<akap>Ten śmiech i ten grymas były specjalnością Olafa Andersona. Krew
mu wówczas napływała do twarzy, skutkiem czego cała nabrzmiewała
dziwacznie. Znali go z tego doskonale jego koledzy z policji i nieraz też
się naśmiewali. A im bardziej sytuacja przedstawiała się tragicznie, tym
silniejszym śmiechem wykrzywiała się czerwona twarz Andersona.
Mówiono o nim, że nawet w godzinie śmierci nie zapomni o owym
śmiesznym grymasie.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma co mówić, przybywacie w samą porę --- oświadczył na
powitanie, ściskając z całej siły rękę Filipa, wykrzywiając twarz
w uśmiechu.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Wszyscy zginęli, prócz mnie jednego... I Calkins, i Harris, i ten
mały Holender, O'Flynn to już dawno zimne, skostniałe trupy, mój
Filipie! Spodziewałem się, że prędzej czy później wyślą jakiś patrol
w poszukiwaniu mnie. I czekałem na was niecierpliwie. Ilu was jest?</akap_dialog>


<akap>Rzucił okiem poza chatkę i sanie, w stronę śnieżnej płaszczyzny.
I wówczas zniknął mu z twarzy radosny uśmiech, ustępując miejsca
nieukrywanemu rozczarowaniu.</akap>


<akap_dialog>--- Sam? --- spytał krótko.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Tak jest, sam --- przytaknął Filip. --- Jest ze mną tylko Celia Armin,
którą przyprowadziłem tu do jej ojca. W tych stronach kręci się też
niejaki Blake, skończony łajdak, z bandą Eskimosów. Dałem już im
porządną nauczkę i chwilowo udało mi się zmylić ślady. Ale coś mi się
zdaje, że niezadługo znów ich zobaczymy.</akap_dialog>


<akap>Olaf zaczął się znów śmiać:</akap>


<akap_dialog>--- To naprawdę zabawne --- oświadczył. --- Niech nas Bóg ma
w swojej opiece. Przyjadą tu oni pierwszym pociągiem, że się tak
wyrażę. Podczas gdy jedna połowa szczepu goniła za wami, druga
połowa zawzięła się na mnie. Ale co w tym wszystkim najzabawniejsze,
to to, że jesteś tylko sam jeden...</akap_dialog>


<akap>Spojrzenie Olafa padło na strzelbę i rewolwer.</akap>


<akap_dialog>--- Masz amunicję? --- zagadnął żywo. --- A może i zapasy żywności?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Mam jakieś czterdzieści naboi --- w tym jedna trzecia do rewolweru. I duże zapasy mięsa.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- W takim razie wszystko już dobrze! --- zaryczał Szwed radośnie.
--- Zamknijmy się w chacie razem z psami. Tylko trzeba się spieszyć.</akap_dialog>


<akap>Jakby na potwierdzenie ostatnich słów Olafa Andersona, od strony
lasu huknął strzał i kulka przeleciała nad ich głowami.</akap>


<akap>Czym prędzej więc zagnali do chatki psy; również i sanie schowali
do środka, co nie przyszło im tak łatwo, gdyż drzwi do izby były bardzo
wąskie. W tym czasie jeszcze kilkanaście razy rozległ się huk strzałów,
a jedna z kul poprzez szparę między belkami wpadła nawet do wnętrza
chaty.</akap>


<akap>Podczas gdy Olaf Anderson zapierał drzwi ciężką drewnianą
zasuwą, Filip podszedł do Celii. Podbiegła ku niemu z oczyma jasno
błyszczącymi w półmroku izby i zarzuciła mu ramiona na szyję.
Anderson odwrócił się na ten widok, z miną niewymownie zdziwioną,
a i ów starzec z siwą brodą wydawał się niemniej zdziwiony.</akap>


<akap>Celia uściskała Filipa, po czym zwracając się do swego ojca,
przemówiła kilka słów. I zostawiwszy Filipa samego, wróciła do ojca.
Olaf widocznie zrozumiał, co mówiła, gdyż westchnął głęboko:</akap>


<akap_dialog>--- Co ona powiedziała? --- spytał go Filip błagalnym tonem.</akap_dialog>


<akap>Olaf, który tymczasem już wyszukał sobie jakąś szparę w drzwiach
i przytknął do niej oko, odpowiedział:</akap>


<akap_dialog>--- Powiedziała, że poślubi ciebie, o ile uda nam się wydostać z tego
piekła. W czepku się urodziłeś, nie ma co mówić! Celia Armin żoną
takiego dzielnego i eleganckiego rycerza!... To byłoby naprawdę wspaniałe, o ile w ogóle do tego kiedyś dojdzie... Wątpię w to, prawdę
powiedziawszy. A jeżeli mi nie wierzysz, chodź sam, przypatrz się, co się
tam dzieje!</akap_dialog>


<akap>Filip przyłożył oko do szpary. Na śnieżnej polance pod lasem aż
roiło się od Eskimosów. Było ich tam pięćdziesięciu i nie mieli zamiaru
ukrywać się.</akap>


<akap_dialog>--- To już tak od czterdziestu dni oblegają nas obu w tej chatce
--- objaśniał Olaf głosem tak spokojnym i zimnym, jak gdyby składał
swój zwyczajny raport przed przełożonym. --- Odparliśmy kilkanaście
razy ich atak. Zużyliśmy osiemdziesiąt naboi, rozdzieliliśmy po połowie
moją miesięczną rację żywności. Przedwczoraj wystrzelaliśmy wszystkie
prawie naboje, zostało nam już tylko trzy. Wczoraj był spokój.
A ponieważ nie mieliśmy już zupełnie nic do jedzenia i groziła nam
śmierć głodowa, zatem dziś rano wybrałem się na zwiady, by upolować
jakąś zwierzynę. Natknąłem się na paru Eskimosów, wiozących mięso
karibu. Wdałem się z nimi w walkę. Przyszły inne posiłki, musiałem
wystrzelić jeszcze dwa naboje. Został mi już tylko jeden jedyny, ostatni.
Domyślają się tego widocznie i dlatego tak śmiało pokazują się nam na
oczy. Moja strzelba jest kalibru 35. A twoja?</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Ten sam kaliber --- odparł Filip, ogarnięty już gorączką walki.
--- Podzielimy równo moje naboje. Jeszcze im możemy zalać sadła za
skórę. Ale, nawiasem mówiąc, należę do patrolu z Fortu Churchill.
Objaśnię ci pokrótce, jakim sposobem, z własnej inicjatywy, zapędziłem
się aż tutaj.</akap_dialog>


<akap>I nie przestając obserwować, co się dzieje w polu, opowiedział
Olafowi w krótkich słowach o swym spotkaniu z Bramem Johnsonem
i o wszystkim tym, co potem nastąpiło. Na usta cisnęło mu się tysiące
pytań odnośnie Celii i jej ojca. Zapewne Olaf znał dobrze całą ich historię.</akap>


<akap>Ale Olaf, obserwujący przez inną szparę równinę leżącą po drugiej
stronie chatki, gdzie rozciągała się lodowata tafla Miedzianej Rzeki,
pociągnął go za ramię, dając mu znak, by i on tam spojrzał.</akap>


<akap>Na drodze, którą przybył Filip, ukazały się sanie, jedne, drugie,
trzecie i czwarte. Poza saniami biegło trzydziestu ludzi otulonych
w filtra.</akap>


<akap_dialog>--- To Blake ze swymi ludźmi! --- wykrzyknął Filip.</akap_dialog>


<akap>Twarz Olafa Andersona skamieniała w jakimś żelaznym spokoju.
Stwardniał dziwnie nawet jego zwykły uśmiech, a oczy lśniły dziwnym,
zielonkawym światłem. I on gotował się do walki. Powiódł z wolna
ramieniem, wskazując na cztery ściany chatki.</akap>


<akap_dialog>--- O tę oto stawkę toczyć się będzie walka. W każdej z czterech
ścian zrobiłem strzelnicę, aby można było strzelać we wszystkich
kierunkach. Stary Armin chwilowo nic nam pomóc nie może, bo mamy
wszystkiego tylko dwie strzelby. O ile dojdzie do walki wręcz, będzie bił
pałką. Ściany chaty zbudowane są z młodych drzew, niezbyt grubych.
Nie jest wykluczone, że kule naszych wrogów mogą je przebić. I w tym
tkwi największe niebezpieczeństwo. Musimy się też liczyć ze sprytem
i doświadczeniem Blake’a, który niewątpliwie obejmie komendę. Tego
to właśnie łotra ścigałem, kiedy natknąłem się na Armina i jego
towarzyszy.</akap_dialog>


<akap>Podczas tej rozmowy Celia stała obok swego ojca. Oboje słuchali
uważnie, nie mogąc jednak nic zrozumieć.</akap>


<akap>Filip włożył połowę swych naboi do prawej kieszeni munduru
Olafa, po czym podszedł do starego Armina i skłonił się nisko,
wyciągając ku niemu obie ręce. Celia uśmiechnęła się życzliwie. Armin
ujął wyciągnięte ku niemu ręce i uścisnął je mocno. Spojrzeli sobie obaj
prosto w oczy.</akap>


<akap>Jakkolwiek broda i włosy starca były okryte szronem, jakkolwiek
plecy miał przygarbione, a ręce cienkie i chude, to jednak nie postarzało
się spojrzenie jego głęboko osadzonych oczu. Niby bystre oczy sokoła
wwierciły się głęboko w oczy Filipa, aż do dna jego duszy --- podczas gdy
Filip mówił do niego głosem łagodnym. Gdy skończył, starzec odpowiedział mu w swoim języku, a nagły rumieniec, jaki oblał twarz Celii,
był dla Filipa wystarczającym komentarzem do tych słów.</akap>


<akap>Tymczasem Olaf nabił swą strzelbę. Przemówił parę słów do Celii
i jej ojca, po czym zwrócił się do Filipa.</akap>


<akap_dialog>--- Nadchodzi chwila decydująca... Bądźmy przygotowani!</akap_dialog>


<akap>Przywiązał mocno psy do jednego z węgłów chaty, aby zwierzęta,
przerażone w czasie walki, nie zawadzały im.</akap>


<akap>Filip wrócił na swoje stanowisko obserwacyjne.</akap>


<akap>Sytuacja się zmieniła. Oto Eskimosi wyszli już wszyscy z lasu
i zaczęli posuwać się naprzód. A szli nie jedną bezładną kupą, lecz
rozstawieni w tyralierę, jeden dość daleko od drugiego, aby w ten
sposób utrudnić nieprzyjacielowi celowanie. Zmierzali w stronę wzgórza w połowie drogi między lasem a chatą.</akap>


<akap_dialog>--- Ależ ich jest chmara! --- wykrzyknął Filip. --- Banda Blake’a
połączyła się widocznie z tamtymi --- To cała armia!</akap_dialog>


<akap>Olaf spojrzał przez szparę.</akap>


<akap_dialog>--- Nie ma ich razem nawet stu --- odparł z niezmąconym spokojem.
Nie masz się czego denerwować, ale dość ich jest na to, aby każda nasza
kulka trafiła, kiedy zaczną schodzić z tego wzgórza, na które właśnie się
drapią. Znakomity będziemy mieli cel w porównaniu do okoliczności,
w jakich padli Calkins, Harris i O'Flynn, podczas gdy ja uratowałem się
ucieczką w mrokach nocy. Wówczas oni nam urządzili prawdziwą
niespodziankę... Ale tym razem my ich mamy.</akap_dialog>


<akap>Rozproszona linia posuwających się czarnych sylwetek zatrzymała
się niespodziewanie poza owym wzgórzem, nie posuwając się już dalej.</akap>


<akap>Olaf Anderson zamruczał z nieukontentowaniem:</akap>


<akap_dialog>--- Masz tobie! Zaczynają teraz bawić się w strategów. Czekajmy
więc, co dalej uradzą. Z pewnością to sprawka Blake’a.</akap_dialog>


<akap>Filip przysunął się blisko do niego.</akap>


<akap_dialog><begin id="b1351006922299-2315846900"/><motyw id="m1351006922299-2315846900">Język, Miłość</motyw>--- Słuchaj mnie, Olaf --- zaczął. --- Przeżywamy straszne godziny.
Kto wie, czy wykręcimy się w ogóle z tej opresji? Jeżeli mam zginąć, chciałbym przedtem dowiedzieć się wielu rzeczy. Wiesz, że kocham tę tu obecną dziewczynę. Przyrzekła mi, że mnie poślubi, ale
nie znam zupełnie tego języka, którym ona mówi. Nic o niej nie wiem.
Kim ona jest? Skąd się tu wzięła? Co jej się właściwie przydarzyło? Czemu wówczas, gdy ją spotkałem, znajdowała się w towarzystwie Brama Johnsona? Tego wszystkiego pragnę się dowiedzieć. Musisz przecież wiedzieć wszystko, skoro umiesz się z nią
porozumieć.<end id="e1351006922299-2315846900"/></akap_dialog>


<akap_dialog>--- Robią ostatnie przygotowania do walki --- przerwał mu Olaf, nie
odpowiadając od razu na postawione mu pytania. --- Knują jakiś
szatański plan. Patrz, formują małe grupki. Widzisz, idą nawet naprzód,
niosąc duże pnie drzewa. Podczas gdy jedna połowa czekać będzie za
wzgórzem, druga rzuci się do ataku na chatkę. Te pnie drzewa służyć im
będą jako tarany.</akap_dialog>


<akap>Westchnął głęboko. Potem bez żadnego przejścia, mówił dalej:</akap>


<akap_dialog>--- Calkins, Harris i O’Flynn zginęli po rozpaczliwej walce, wciągnięci w zasadzkę. Opowiem ci to innym razem. Ja się wymknąłem;
przez cały tydzień uciekałem przed ścigającą mnie bandą. Natknąłem się na obóz, w którym znajdował się Armin ze swą córką i z dwoma jeszcze białymi ludźmi. Byli to Rosjanie. Szli na południe;
za przewodników mieli dwóch Kogmolloków z Zatoki Koronacyjnej.
Na drugi dzień dogoniły nas te czarne, straszne diabły z Blakiem
na czele. Pojmali nas wszystkich do niewoli. Dziwnym przypadkiem zjawił się wówczas właśnie Bram Johnson, ów zagadkowy wędrownik, idący nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. Głupie
Eskimosy uważają Brama za istotę nadnaturalną, za jakiegoś potężnego diabła, czy czarownika. A każdy z jego wilków, to w ich
oczach diabeł wcielony. Postanowili już sobie, że nas, mężczyzn,
wszystkich wymordują, a Blake weźmie dla siebie młodą dziewczynę.
Aż tu zjawia się Bram i nic nie mówiąc, siada sobie na ziemi, na wprost
nich i patrzy tylko na nich. Zgłupieli; stanęli jak zahipnotyzowani, nie
mogąc się na nic odważyć. Minął cały dzień w zupełnym spokoju. Bram
nie myślał jakoś wcale o odejściu. Zauważyłem, że podniósł leżący na
śniegu jeden długi złoty włos Celii i przyglądał mu się z zachwytem.
Kiedy postąpiłem ku niemu, zawarczał niby dziki zwierz; widocznie
lękał się, że mu ten złoty włos chcę odebrać. Wówczas przyszła mi
szczęśliwa myśl do głowy. Poradziłem Celii, by własnoręcznie ucięła
pukiel swych włosów i wręczyła je Bramowi. Tak też zrobiła, i od tej
chwili Bram czuwał nad nią z wiernością i uległością psa. Próbowałem
nawiązać z nim rozmowę, ale na próżno. Ten wariat, zdaje się, nie
rozumiał zupełnie, co mówiłem, mianowicie, że z chwilą gdy on odejdzie,
my wszyscy i Celia zostaniemy wymordowani.</akap_dialog>


<akap>Anderson przerwał na chwilę opowiadanie i przyłożył oko do
szpary między belkami.</akap>


<akap_dialog>--- No, już ułożyli cały plan ataku --- mówił. --- Widzisz, ci, co niosą
pnie drzewa, zasapali się trochę --- teraz gotują się do dalszej drogi. Pilnuj
dobrze strzelby, Fil! Zaczniemy strzelać, gdy będą w połowie drogi do
chaty, nie wcześniej. Tak będzie lepiej i pewniej... Otóż wracam do mego
opowiadania:</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Minęło kilka dni. Bram odszedł ze swymi wilkami --- wybrał się na
polowanie. W czasie jego nieobecności Blake z Eskimosami napadł na
nas. Obaj Rosjanie zginęli. Ja i Armin broniliśmy się rozpaczliwie,
zasłaniając Celię własnym ciałem. Nagle zjawia się Bram, niby piorun
z jasnego nieba. Nie miesza się zupełnie do walki, tylko po prostu
porywa Celię, sadza ją na swoje sanie i odjeżdża razem z nią galopem.
Korzystając z chwilowego zamieszania, próbuję uciekać razem ze
starym. Ale naturalnie daleko zajść nie mogliśmy. Opatrzność jednak
czuwała nad nami. Natknęliśmy się na tę chatkę. Zamknęliśmy się w niej
i odtąd przez czterdzieści dni, przez czterdzieści nocy...</akap_dialog>


<akap>Nie skończył zdania. Huknął strzał ze strzelby Olafa i jeden
Eskimos koziołkując runął na ziemię.</akap>





<naglowek_rozdzial>Rozdział XXVI.
Zakończenie</naglowek_rozdzial>




<akap>W chwilę później i Filip wystrzelił do najbliższej grupki Eskimosów. Dym zasłonił zupełnie wąski otwór strzelnicy. Gdy dym
ustąpił, Filip przekonał się, że i jego strzał był celny: na śniegu czerniał
już drugi zabity.</akap>


<akap_dialog>--- Doskonale! --- mruknął Olaf.</akap_dialog>


<akap>W stronę chatki podchodziło pięć grup Eskimosów, każda po
ośmiu ludzi, niosąc grube i ciężkie pnie. Filip i Olaf strzelali w dalszym
ciągu do pierwszej, najbliższej grupy. I znowu czterech napastników
zwaliło się na ziemię. Dwaj pozostali uciekli, porzucając niesione
drzewo.</akap>


<akap>W tej chwili Filip, który właśnie nabił świeżo strzelbę, spostrzegł, że
Celia stoi obok niego. Przyłożyła oko do szpary w ścianie, chcąc
naocznie przekonać się, jak sprawa stoi. Podczas ostatniego aktu
rozgrywającej się obecnie tragedii, dawała wszystkim przykład nieustraszonej odwagi.</akap>


<akap>Olaf Anderson odezwał się:</akap>


<akap_dialog>--- Załatwiliśmy się z sześcioma. Reszta cofnęła się, wszyscy ukryli
się za tym wzgórzem. Teraz zaczną strzelać do nas salwami. Uwaga!</akap_dialog>


<akap>Filip dał Celii znak, aby przeszła na przeciwległą stronę izby, jak
najdalej od Eskimosów. Cienkie ściany izby mogły być łatwo przebite
kulami. Ulokował ją koło kupy drzewa przygotowanego na palenie;
tam również schronił się stary Armin, stojący dotychczas na czatach
przy drzwiach z pałką w ręku.</akap>


<akap>W kilka minut później posypał się na chatkę grad kul, uderzających
monotonnie o drewnianą ścianę.</akap>


<akap>Jedna kula przebiła drzwi, odpryskując kawał drzewa, który upadł
opodal Celii. Ugodziła jednego z psów, który zawył przeraźliwie z bólu,
szarpiąc się i wyrywając jak szalony.</akap>


<akap>Olaf Anderson nie śmiał się już wcale. Wyglądał strasznie.</akap>


<akap_dialog>--- Nachylcie się! --- krzyknął rozkazująco. --- Nachylić się nisko, do
ziemi! Słyszycie?...</akap_dialog>


<akap>Sam dał pierwszy przykład, przyklękając na oba kolana. Powtórzył
rozkaz po rosyjsku, by go Armin i Celia mogli zrozumieć.</akap>


<akap_dialog>--- Mają tyle kul, że mogą całą chałupę podziurawić jak sito.
Najgrubsze i najmocniejsze belki są u dołu. Kładźcie się wszyscy na
ziemię tak jak ja, aż zaprzestaną strzelać.</akap_dialog>


<akap>Rozciągnął się jak długi na ziemi, z głową zwróconą do środka izby,
nogami do ściany.</akap>


<akap>Filip nie od razu usłuchał rozkazu Olafa; podszedł najpierw do
Celii. W tej chwili świsnęła znów kula, odrywając mu kawałek kołnierza.</akap>


<akap>Ułożył się tedy na ziemi, obok Celii, zasłaniając ją własnym ciałem
od strzałów.</akap>


<akap>Kule przebijały cienkie ściany chatki i leciały jak grad. Jedne
opadały na ziemię, nie czyniąc szkody, inne niszczyły wszystko, co tylko
na drodze spotkały.</akap>


<akap_dialog>--- Leżcie zupełnie płasko! --- krzyczał Anderson. --- Jedyną osłoną dla
nas jest ten najniższy rząd belek ściennych...</akap_dialog>


<akap>Jeden z psów trafiony kulką w łeb, zawył żałośnie. Podskoczył,
skręcił się i padł martwy.</akap>


<akap>Filip obejmował Celię swym ramieniem, tuląc ją do siebie mocno.
Czyliż to już koniec? Oboje przywarli ustami do siebie. Takież to ma być
ich ślubne łoże? Przyszło mu na myśl, że jego pierwej śmierć spotkać
musi, niż Celię, którą osłania własnym ciałem. A gdyby wówczas Blake,
czy to przypadkiem, czy wiedziony jakimś szatańskim instynktem, kazał
zaprzestać ognie, ona dostałaby się żywa w jego ręce!... Ach, to przecież
byłoby potworne!</akap>


<akap>Nagłe strzelanina ucichła.</akap>


<akap>Czyżby Kogmolloki wyczerpali już zapasy amunicji? Czy może
chcieli tylko odpocząć trochę? A może przygotowują się do szturmu na
chatkę, pewni, że ich nieprzyjaciele nie są już zdolni do walki?</akap>


<akap>Po paru minutach wyczekiwania Olaf odważył się dźwignąć z ziemi.
Filip zamierzał właśnie zrobić to samo, aby się przekonać, co się tam
dzieje, kiedy nagle rozległ się donośny, dziwny krzyk. Ten głos nie był im
obcy!</akap>


<akap_dialog>--- Wielki Boże --- zakrzyknął Olaf. --- To Bram Johnson we własnej
osobie!</akap_dialog>


<akap>Bram Johnson! Na dźwięk tego imienia Celia i jej ojciec zerwali się
z ziemi. Wszyscy czworo przyłożyli oczy do otworów w ścianie chatki.
Rzeczywiście z lasu wychyliła się olbrzymia postać Brama. W ręku
trzymał swą ogromną, ciężką pałkę, wymachując nią groźnie. Przed nim
zaś pędziły straszliwe wilki, rozwijając się w półkole na śnieżnej
równinie. Bram zachodził od tyłu i atakował Eskimosów!</akap>


<akap>Kogmolloki również go już dostrzegli. Żaden z nich jednak nie
skierował ku niemu strzelby, żaden nie odważył się wystrzelić. Stali jak
porażeni ze strachu na widok tego strasznego, krzyczącego szaleńca
i jego dzikiej hordy. A kiedy ochłonęli z trwogi, zaczęli uciekać na
wszystkie strony, jak gdyby sam czart ze swymi sługami deptał im po
piętach.</akap>


<akap>Ale już wilki rzuciły się na nich. Gnane rozkazującym krzykiem
swego pana, goniły jednego Eskimosa po drugim, zawracając uciekających w stronę Brama. A ten walił w nich swą ciężką maczugą, mordując
bez litości.</akap>


<akap>Olaf Anderson odsunął zaporę u drzwi i otworzył je. Razem
z Filipem wypadli z chatki i rzucili się w pościg za rozproszonymi
Eskimosami. Ten, kto zdołał ujść ciosu z ręki Brama, ten padał od ich
strzałów. Huk strzałów i zapach prochu podniecały jeszcze bardziej
wściekłość Brama i jego wilków, spragnionych krwi. Na próżno
Eskimosi błagali o litość; krzyk zamierał im w gardle. I wkrótce ostatnie
niedobitki zniknęły w lesie, a za nimi puścił się w pościg Bram ze swoimi
wilkami.</akap>


<akap>Filip, trzymając dymiącą jeszcze strzelbę w ręku, zwrócił się do
swego towarzysza. Na twarzy poczciwego Szweda zajaśniał znów ów
śmieszny grymas, choć cały trząsł się jeszcze ze wzruszenia.</akap>


<akap_dialog>--- Nie będziemy ich gonić --- oświadczył, siadając na porzuconym
przez Eskimosów pniu drzewa i ocierając spocone czoło. --- Bram ze
swoją hordą wystarczy, by dać im należną nauczkę. A sądzę, że on
powróci tutaj, gdy się z nimi załatwi... A obecnie byłbym zdania, że
należałoby nam przygotować się do powrotnej drogi. A ty, jak sądzisz,
co?... Co do mnie, mam już dosyć tej chatki! Czterdzieści dni i czterdzieści nocy siedziałem w niej zamknięty! To mi zupełnie wystarczy...
Możesz mi odstąpić trochę tytoniu do fajeczki?... Zapalimy sobie
i dokończę ci opowiadanie, które cię tak interesuje... Otóż mówiliśmy, że
księżniczka Celia i jej ojciec...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Co?... Kto?... Księżniczka?...</akap_dialog>


<akap_dialog>--- Dawajże twój tytoń!...</akap_dialog>


<akap>Filip podał mu woreczek z tytoniem. Olaf naładował fajeczkę
i zaczął mówić:</akap>


<akap_dialog>--- Celia urodziła się w Danii. Matka jej, która wyszła za mąż
w Rosji za prawdziwego księcia, umarła już we wczesnej młodości.
Celia od dzieciństwa wychowywała się u ojca. Działo się to za
panowania cara Mikołaja II. Na skutek intryg dworskich, w które, o ile
mogłem zrozumieć, był wmieszany słynny mnich, Rasputin, ojciec Celii
został aresztowany. Osadzono go w podziemiach więzienia fortu św.
Piotra i Pawła w Petersburgu. Tam przesiedział jakiś czas, w zupełnym
zaniedbaniu i poniżeniu, a tymczasem nieprzyjaciele jego podzielili
między siebie miliony i dobra. Ostatecznie skazano go na wygnanie do
wschodniej Syberii, na Kamczatkę. Krewni jego i serdeczni przyjaciele,
którym udało się uciec do Londynu, zaopiekowali się małą Celią.
Wkrótce po wybuchu rewolucji rosyjskiej i zamordowaniu Rasputina
ci właśnie przyjaciele wynajęli okręt i zabrawszy ze sobą księżniczkę,
wyruszyli w drogę celem oswobodzenia biednego wygnańca i przewiezienia go do Europy. Początkowo wszystko szło gładko. Okręt przepłynął Morze Śródziemne, kanał Sueski, Ocean Indyjski po czym
skierował się na Morze Chińskie. Odnaleźli księcia Armina; postarzał
się wprawdzie przedwcześnie, ale żył i był zdrowy. Wobec sprzyjającej
pory roku postanowili wracać krótszą drogą. Pewien amerykański pilot
podjął się poprowadzić okręt przez cieśninę Beringa i Ocean Północny
do Ameryki. Przeprawa nie udała się: okręt ugrzązł wśród lodów
w Zatoce Koronacyjnej. Trzeba było zostawić okręt i puścić się w dalszą
drogę saniami pod przewodnictwem Eskimosów. Reszta jest ci już
mniej więcej znana. Trzeba było staczać ustawiczne walki z wrogimi
szczepami. W czasie tych walk wszyscy niemal Rosjanie stopniowo
wyginęli. Księżniczka Celia opowie ci to wszystko dokładnie, mój stary,
skoro nauczysz się jej języka. Jeżeli poślubi cię naprawdę, musi się jakoś
przyzwyczaić do Ameryki, bo, co prawda, dzisiejsza Rosja niewiele
więcej dla niej warta, niż Rosja carska.</akap_dialog>


<akap>Kiedy Olaf kończył swe opowiadanie, nadeszła Celia. Zarzuciła
ramiona na szyję Filipa. Pierwszy to raz los wrogi dla nich odwrócił się
--- nic im już nie groziło...</akap>


<akap>Nazajutrz, późnym popołudniem, sanie sunęły w górę Miedzianej
Rzeki, po jej zamarzniętym korycie. Nagle z oddali uszu podróżników
doleciały przeciągłe wycia wilków Brama Johnsona. Brzmiało to niby
daleki poszum fal morskich, coraz bardziej oddalający się, aż wszystko
ucichło.</akap>


<akap>Z zapadnięciem nocy rozbito obóz. Wszyscy zmęczeni byli porządnie. Na straży czuwał przez całą noc Olaf Anderson, otulony w futro,
ściągnięte z jednego z Eskimosów, poległych na polu walki. Dwukrotnie
jeszcze w ciągu nocy dolatywał go dziwny gwar, w którym krzyk ludzki
mieszał się z ujadaniem wilków.</akap>


<akap>Przez cały następny dzień jechano w kierunku południowo-zachodnim, bez żadnego wypadku. Wieczorem rozbito namiot na skraju
małego lasu, gdzie pełno było zeschłych gałęzi. Rozpalono duże
ognisko, którego blask płynął daleko w śnieżną biel Barrenu.</akap>


<akap>Tego to wieczoru zjawił się niespodziewanie Bram Johnson, milczący i wspaniały. Jakkolwiek wszyscy spodziewali się tej wizyty, Bram
zjawił się tak nieoczekiwanie, że wszyscy drgnęli na jego widok.</akap>


<akap>Człowiek-wilk trzymał w prawej ręce jakiś dziwny przedmiot,
wielkości kamienia brukowego, owinięty w futro Eskimosa.</akap>


<akap>Bram zdawał się nie widzieć nikogo prócz Celii. Stał chwilę,
oświetlony blaskiem ognia, i wpatrywał się w nią. Potem podszedł do
niej i mrucząc coś niezrozumiale, złożył ów pakunek u stóp Celii.
W chwilę później już go nie było.</akap>


<akap>Olaf Anderson wstał, podniósł ów pakunek i odchylił okrywające go futro. Filip spostrzegł, że Olaf zmarszczył brwi. Następnie Olaf zabrał ów pakunek, poszedł z nim w głąb lasu, a po paru
minutach wrócił z pustymi rękami. Śmiejąc się, przemówił kilka słów
do Celii.</akap>


<akap>Odprowadził Filipa na bok i tak mówił:</akap>


<akap_dialog><begin id="b1351006744899-3615072711"/><motyw id="m1351006744899-3615072711">Dar</motyw>--- Powiedziałem jej, że Bram przyniósł jej w prezencie kawał
nieświeżego mięsa. Lepiej jej nie mówić całej prawdy. W rzeczywistości
była tam ucięta głowa Blake'a, którą Bram złożył jej w hołdzie. Wiesz
zapewne, że Kogmolloki mają ten miły zwyczaj ofiarowywania osobie
ukochanej w darze głowy zabitego nieprzyjaciela. Po cóż ona miałaby
to oglądać.<end id="e1351006744899-3615072711"/></akap_dialog>


<sekcja_swiatlo/>

<akap>W archiwach królewskiej policji Northlandu znaleźć można nieraz
osobliwe historie. Bram Johnson ma tam również swoją rubrykę.
W dużej kopercie, starannie schowanej, mieszczą się wszystkie urzędowe akta, odnoszące się do jego sprawy.</akap>


<akap>A więc najpierw krótkie zeznania zacnego i dzielnego kaprala,
Olafa Andersona z fortu Churchill. Następnie szczegółowe zeznania
podpisane przez pana Filipa Branta, jego żonę i ojca lady Brant. Do
dokumentów tych dołączony jest jeden egzemplarz urzędowego rozporządzenia, w myśl którego Bram Johnson został ułaskawiony i z wyjętego spod prawa zbrodniarza staje się jednym z pupilów Dominium
Kanady.</akap>


<akap>Odtąd nie grozi mu żadne absolutnie prześladowanie ze strony
policji. Rozporządzenie brzmi jasno i wyraźnie: ,,Brama Johnsona
należy pozostawić w spokoju". Tak brzmi owo rozporządzenie, naprawdę mądre i ludzkie.</akap>


<akap>Niezmierzony jest ten szmat ziemi, po której Bram może swobodnie
się błąkać i tam też poluje on w towarzystwie swych wilków, przy
bladym świetle księżyca i mruganiu złocistych gwiazd.</akap>




</powiesc></utwor>