<utwor><rdf:RDF xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#"><rdf:Description rdf:about="http://redakcja.wolnelektury.pl/documents/book/chalubinski-szesc-dni-w-tatrach/">
<dc:creator xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Chałubiński, Tytus</dc:creator>
<dc:title xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Sześć dni w Tatrach</dc:title>
<dc:date xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">2021-07-15</dc:date>
<dc:description xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu
pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego. Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Narodową w Warszawie z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów Biblioteki.</dc:description>
<dc:format xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">xml</dc:format>
<dc:identifier.url xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/chalubinski-szesc-dni-w-tatrach/</dc:identifier.url>
<dc:language xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">pol</dc:language>
<dc:publisher xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Fundacja Nowoczesna Polska</dc:publisher>
<dc:rights xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Domena publiczna - Tytus Chałubiński, zm. 1889</dc:rights>
<dc:date.pd xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">1990</dc:date.pd>
<dc:source xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Tytus Chałubiński, Sześć dni w Tatrach. Wycieczka bez programu, Nakładem redakcji "Orlego Lotu", Kraków 1921.</dc:source>
      <dc:source.URL xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://polona.pl/item/szesc-dni-w-tatrach-wycieczka-bez-programu,OTE1MTAzOTg/</dc:source.URL>
<dc:subject.genre xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Reportaż</dc:subject.genre>
<dc:subject.period xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Współczesność</dc:subject.period>
<dc:subject.type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Epika</dc:subject.type>
<dc:type xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">text</dc:type>
<dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Stawiarska, Agnieszka</dc:contributor.editor>
  <dc:contributor.editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Sekuła, Aleksandra</dc:contributor.editor>
  <dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Jakubowicz, Klaudia</dc:contributor.technical_editor>
<dc:contributor.technical_editor xml:lang="pl" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Kopeć-Gryz, Aleksandra</dc:contributor.technical_editor>
  <dc:relation.hasFormat id="pdf" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/chalubinski-szesc-dni-w-tatrach.pdf</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#pdf" id="pdf-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-6228-9</meta>
<meta refines="#pdf-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#pdf" property="dcterms:format">application/pdf</meta>
<dc:relation.hasFormat id="html" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/chalubinski-szesc-dni-w-tatrach.html</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#html" id="html-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-6229-6</meta>
<meta refines="#html-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#html" property="dcterms:format">text/html</meta>
<dc:relation.hasFormat id="txt" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/media/book/txt/chalubinski-szesc-dni-w-tatrach.txt</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#txt" id="txt-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-6230-2</meta>
<meta refines="#txt-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#txt" property="dcterms:format">text/plain</meta>
<dc:relation.hasFormat id="epub" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/media/book/epub/chalubinski-szesc-dni-w-tatrach.epub</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#epub" id="epub-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-6231-9</meta>
<meta refines="#epub-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#epub" property="dcterms:format">application/epub+zip</meta>
<dc:relation.hasFormat id="mobi" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://wolnelektury.pl/media/book/mobi/chalubinski-szesc-dni-w-tatrach.mobi</dc:relation.hasFormat>
<meta refines="#mobi" id="mobi-id" property="dcterms:identifier">ISBN-978-83-288-6232-6</meta>
<meta refines="#mobi-id" property="identifier-type">ISBN</meta>
<meta refines="#mobi" property="dcterms:format">application/x-mobipocket-ebook</meta>
<category.legimi>Literatura faktu</category.legimi>
    <dc:relation.coverImage.url xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">https://redakcja.wolnelektury.pl/media/cover/use/7246.jpg</dc:relation.coverImage.url>
    <dc:relation.coverImage.attribution xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">Tatry. Lodowy Szczyt. Przejście sześcioosobowej grupy mężczyzn przez Lodowego Konia., Bizański, Stanisław (Kraków, Krynica, Zakopane ; zakład fotograficzny ; 1880-1900), domena publiczna</dc:relation.coverImage.attribution>
    <dc:relation.coverImage.source xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">http://redakcja.wolnelektury.pl/cover/image/7246/</dc:relation.coverImage.source>
    <category.thema.main>DNC</category.thema.main>
    
    <category.thema>RGC</category.thema>
    <category.thema>DND</category.thema>
    </rdf:Description></rdf:RDF>
<opowiadanie>

<autor_utworu>Tytus Chałubiński</autor_utworu>

 
 
<nazwa_utworu>Sześć dni w Tatrach</nazwa_utworu>


<abstrakt>

<akap>,,Sześć dni w Tatrach" (wyd. 1879), jedyna w dorobku wybitnego lekarza i społecznika książka literacka, zdobyła ogromną popularność. Stanowi ona bezcenny zapis czasów, gdy tatrzańska turystyka była jeszcze zajęciem elitarnym i romantycznym, a słowo ,,taternik" było tak nowe, że wymagało od autora wyjaśnienia w nawiasie.</akap>

<akap>Ten niezwykły pamiętnik był pokłosiem wyprawy odbytej w dniach 7--12 września 1878 roku, podczas której Chałubiński wraz z swymi towarzyszami wszedł na Wysoką, Rysy i Murań, zdobył Gerlach i zszedł z niego Batyżowieckim Żlebem. Opisując tych sześć dni, autor wraca wspomnieniem do dawniejszych wycieczek, stwarzając jedyną w swoim rodzaju opowieść o swojej fascynacji i miłości do Tatr, a także pełne dobrodusznego humoru portrety góralskich przewodników i turystów.</akap>

<akap>Jak pisze znawca Tatr i dziejów Zakopanego Jacek Ptak, ,,organizowane przez Tytusa Chałubińskiego wyprawy w Tatry były w fantastyczny sposób wyreżyserowanymi przedstawieniami". Wybierano się na nie całym taborem: z namiotami, kocami, kociołkami, samowarami, a przede wszystkim z orkiestrą: z basetlą, z kobzą, z harmonią, ze skrzypcami. Nocowano pod gołym niebem, w kosodrzewinie lub lesie, przy świecącym księżycu lub gwiazdach, przy cieple olbrzymiego ogniska. Uczestnicy tych wypraw wspominali je później jako jedne z najprzyjemniejszych chwil swej młodości.</akap>


<akap>Dzisiaj, gdy wyprawa w Tatry kojarzy się raczej z zakorkowaną zakopianką, luksusowymi hotelami i deptakiem na Krupówkach, czyta się tę książkę z pewną zazdrością. Opowieść o ,,wycieczce bez programu" daje pojęcie o uroku wędrówek, odkrywaniu nowych szlaków i popasów pod gwiazdami.</akap>


</abstrakt>



<podtytul>Wycieczka bez programu</podtytul>
 
<nota_red>
<akap>Informacja o dokonanych zmianach</akap>
<akap>I. Poprawiono błędy źródła: rzekną > rzekłem; pergamniowy > pergaminowy.</akap>
<akap>II. Wprowadzono uwspółcześnienia w następującym zakresie:</akap>


<akap>Udźwięcznienia/ubezdźwięcznienia, np. znaleść > znaleźć; stąd > stąd; blizki > bliski. </akap>


<akap>Fleksja, np. porównywam > porównuję; świadomo > świadomie, nieświadomo > nieświadomie.</akap>

<akap>Pisownia joty, np.: linji > linii; turnja > turnia.</akap>

<akap>Pisownia małą/wielką literą, np. w Wilię > w wilię. </akap>
  
<akap>Pisownia łączna/rozdzielna, np: nie trudno > nietrudno, w koło > wokół, na około > naokoło itp.</akap>
<akap>Zmiany leksykalne, w tym ortograficzne: effektu > efektu; rozwinięcie skrótów (np.: prof., pp.), ujednolicenie nazwy Jaszczórówka > Jaszczurówka</akap>

<akap>Interpunkcja została uwspółcześniona zgodnie z obowiązującymi zasadami.
</akap>


<akap>Składnia: była jednostajną > była jednostajna; jest równą > jest równa. </akap>


<akap>Inne zmiany (stylistyczne): dopatrują jakiegoś żlebu > dopatrują się jakiegoś żlebu; wejśćby można > najłatwiej byłoby wejść na; tak blisko zejść to zwierzę > z tak blisko zajść to zwierzę; nawzajem > nawzajem nam.</akap>


</nota_red>
 
<naglowek_rozdzial>Wstęp</naglowek_rozdzial>


<akap>Minęło kilkadziesiąt lat od chwili ukazania się tego artykułu w ,,Niwie" i w ,,Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego" z 1879 roku. A jednak do dziś dnia nie straciły żywości jego barwne opisy wyprawy w tatrzańskie, mało dostępne podówczas turnie, jego pogodny humor i iście taternicka ,,bezprogramowa" niefrasobliwość górskiej włóczęgi. Dla dziejów szlachetnego taterniczego sportu dokument to historyczny, zawierający pełen odczucia piękna Tatr<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q194263"></ref> obraz, jak dawniej chodził po wierchach ,,król tatrzański", dr Chałubiński Tytus. W spisie jego prac, wyłącznie poświęconych przyrodzie i lecznictwu, jedyny, wyjątkowy to artykuł o wycieczce.</akap>


<akap>Dla tych, którzy nie znają jeszcze wdzierania się człowieka w skalne szczyty, dla tych, którzy nie mieli sposobności zaznajomienia się z legendarną postacią autora, podajemy niniejszy przedruk. Niechaj roztoczy się przed nimi cały urok słynnych niegdyś na całą Polskę wypraw Chałubińskiego w towarzystwie 30--40 górali, z nieodstępną góralską muzyką sławnego Sabały<pe><slowo_obce>Sabała</slowo_obce>, właśc. <slowo_obce>Jan Krzeptowski</slowo_obce> (1809--1894) --- znany przewodnik tatrzański, gawędziarz, autor baśni i muzykant. W swoich utworach opisywali go Henryk Sienkiewicz, Stanisław Witkiewicz, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Władysław Orkan i inni. </pe> i żyjącego do dziś dnia Bartusia Obrochty<pe><slowo_obce>Obrochta, Bartłomiej</slowo_obce> (1850--1926) --- przewodnik tatrzański i znany muzykant.</pe>, kiedy to ,,Pieśń, muzyka, taniec szły z nimi", kiedy ,,przechodzili tak całe Tatry wszerz i wzdłuż". A kogo zaciekawią te romantyczne górskie wędrówki i ich inicjator, niech sięgnie do innych opisów. Znajdzie je w książce Witkiewicza <tytul_dziela>Na przełęczy</tytul_dziela>, we <tytul_dziela>Wspomnieniach</tytul_dziela> Wojciecha Kossaka, w Ferdynanda Hoesicka <tytul_dziela>Legendarnych postaciach zakopiańskich</tytul_dziela> (drukowane w ,,Przewodniku Naukowym i Literackim" w 1920 r.). Kto ma sposobność, niech nie zaniedba zajrzenia do artykułów Bronisława Rajchmana (<tytul_dziela>Wycieczka do Morskiego Oka</tytul_dziela>, w ,,Ateneum" i <tytul_dziela>Wycieczka na Łomnicę</tytul_dziela>, dodatek do ,,Wędrowca") oraz Bulsa Karola, Belgijczyka, który pod kierunkiem Chałubińskiego zwiedzał nasze góry (w ,,Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego", t.VIII. z 1883 r.).</akap>


<akap>Prof. Tytus Chałubiński, na którego cześć nazwano Muzeum Tatrzańskie<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q6619380"></ref> w Zakopanem, a którego pomnik ujrzycie na zbiegu dróg ku Kuźnicom<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q11751496"></ref>, jest jednym z najwięcej zasłużonych koło<pe><slowo_obce>koło</slowo_obce> --- dziś popr.: dla.</pe> rozwoju i sławy Zakopanego<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q144786"></ref>. Wybitny pionier taternictwa, odkrywca szeregu dróg na niedostępne dotąd szczyty, inicjator założenia Towarzystwa Tatrzańskiego, szkoły snycerskiej i koronkarskiej w Zakopanem, dobroczyńca miejscowej ludności, oto charakterystyka autora ,,Sześciu dni", oto szczegóły, na których opiera się jego znaczenie i niezapomniana działalność na Podhalu<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q115155"></ref>.</akap>


<akap>Zmieniły się czasy i ludzie; rozrosło się w jarmarczne środowisko Zakopane; dostęp do Tatr uprzystępniły turyście ścieżki, klamry i łańcuchy; ciszę i majestat gór zakłócają wrzaskliwe czeredy letników... Dla tych, którzy nie mogą się pogodzić z dzisiejszym
Zakopanem, jakiś dziwny, przyciągający urok mają opowiadania, jak ,,drzewiej" bywało. I spod serca wyrwie im się staroświecka nuta góralskiej piosenki:</akap>


<strofa>,,Kany sie podziały starodawne casy"... </strofa>
<motto_podpis><wyroznienie>Jaz.</wyroznienie></motto_podpis>
 
<sekcja_swiatlo/> 
 
<akap>Rzadko tak wielu skarg na pogodę w Tatrach, jak w ubiegłym lecie.</akap>


<akap>W istocie lipiec i sierpień do połowy był bardzo dżdżysty. Najzawziętsi ,,taternicy" (tak zowią w Zakopanem tych, którzy dużo po Tatrach chodzą) zaledwie mogli upatrzyć stosowną chwilę, by ,,wyskoczyć" na swoje ulubione ,,wirchy", a i tych często taka spotykała ,,psota", że za powrotem wyglądali raczej jak podróżnicy spod bieguna północnego. Inni znów pocieszali się, że wśród kilkudniowych deszczów lub śniegów mieli chwile ,,wspaniałe, przypominające stworzenie świata, a mianowicie odłączenie wody od lądów, światła od ciemności" itp.</akap>

 
<akap>Zmuszony w drugiej połowie sierpnia opuścić Zakopane, wróciłem tamże dopiero we wrześniu, znękany moralnie i fizycznie, z małą już nadzieją pokrzepienia się na siłach. Wróciłem z deszczem, choć termometr stał najwyżej z całego lata. W parę dni barometr zaczął spadać, a pogoda się polepszyła, nie podobna było odwlekać. Zorganizowałem sobie wycieczkę ,,bez programu", byle przeżyć kilka dni w górach.</akap>


<akap>W Zakopanem zaledwie kilka pozostało osób. Z wytrawnych taterników jeden tylko pan Stanisław Kruszyński, doktor filozofii, obecnie kończący specjalne studia rolnicze w Dublanach, zgodził się chętnie na tak utytułowaną wyprawę. Dobraliśmy sobie dziesięciu walnych górali.</akap>


<akap>Dla Boga, a po cóż tyle! No naturalnie dlatego, aby nam było weselej. Bylibyśmy może wzięli i więcej, ale już i pozoru brakło do tego.</akap>

<akap>I tak w orszaku naszym było, nie przymierzając, jak w owej dawnej piosence, malującej niby to pogrzeb Malborougha, na którym</akap>
 

<poezja_cyt><strofa><slowo_obce>L'un a porté ses bottes</slowo_obce>/
<slowo_obce>Et l'autre a porté les siennes</slowo_obce><pe><slowo_obce>L'un a porté ses bottes
Et l'autre a porté les siennes</slowo_obce> (fr.) --- Jeden nosił jego buty/a inny nosił własne. Trawestacja fragmentu popularnej w XVIII i XIX w. piosenki francuskiej <tytul_dziela>Malbrough s'en va-t-en guerre</tytul_dziela> (Malbrough idzie na wojnę).</pe>.</strofa></poezja_cyt>


<akap>Większa część górali czekać nas miała w Roztoce<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9208949"></ref>, my zaś z mniejszą liczbą pojechaliśmy wózkiem niezmordowanego w jeździe i śpiewie Marcina Tadziaka.</akap>


<akap>Że w Tatrach i na Podolu<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q191607"></ref> wszystko i wszędzie jest piękne, byle słonko świeciło, o tym wiedzą wszyscy, którzy choć na chwilę tam byli. Ale wiedzą też taternicy, że mając dalszą wycieczkę przed sobą, odległości przedwstępne, zwłaszcza przez Bukowinę<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q1003408"></ref>, przez którą tyle razy się już jechało, wcale nie są zabawne. Nie mówię już o złej, kamienistej drodze, o niewygodnym siedzeniu. Do pierwszej od dawna się przyzwyczaiło. O drugiem mówią górale, kiedy im się robi uwagi, że mogliby lepiej urządzać siedzenie: ,,kto chce dobrze siedzieć, niechaj siedzi doma".</akap>







<akap>Najwięcej się przykrzy w czasie tych wstępów
strata czasu i to pogodnego. By więc skrócić, a raczej
osłodzić ów wstęp do wycieczki, trzeba sobie dobrać
takiego na przykład Marcinka. Para dobrze wyglądających siwków, porządna uprząż; wózek mniej wprawdzie pokaźny, ale wypróbowanej wytrzymałości; powódki (lejce) skrzyżowane --- oto ekwipaż. Marcin
jest postępowy; dotychczas zaledwie trzech czy czterech górali
ma takie powódki. Twierdzą bowiem w ogóle, że
,,mądry koń obejdzie się bez tego". Goście są wprawdzie innego zdania, a co rok zdarzające się wypadki,
głośne dopominanie się o rozsądniejszą uprząż, może
przecie kiedyś poskutkują. Teraz sam Marcinek: małego wzrostu, szczupły, ale krzepki i wielce ruchliwy,
a o konie staranny. ,,Na mnie ta funta mięsa nie ma,
ale chłop jak się patrzy" --- mówi on o sobie. Byle
usłyszał muzykę, już mu się usta nie zamkną; w drodze miejsce tańca zastępuje mu nieustanne zeskakiwanie i wskakiwanie na wózek, w miarę tego jak
jedzie, pod górę, czy z góry, galopowanie po kamieniach lub wskoczenie na koń, gdy jedzie przez
wodę. Najlepszym świadectwem dla niego jest, że
go wszyscy górale lubią.</akap>




<akap>Oddawszy należytą cześć ,,Głodówce", na której kilka minut przynajmniej wytchnąć trzeba, jedziemy ku ,,Łysej"<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q4181320"></ref>. W tym miejscu biedny Marcinek
musi za każdym razem wytrzymać kilka pocisków,
jakich mu, bez złej myśli wprawdzie, nie szczędzimy
z powodu wywrócenia nas niegdyś w gliniastą wodę.
Humorystycznie, a z sumiennością historiografa opisał
tę przygodę p. Bronisław Rajchmann (Ateneum, grudzień 1877 r.). Marcin istotnie nic a nic nie był
winien, bo po ulewnych deszczach wszystkie wyboje
zostały wodą zalane. Był jednak wielce zmartwiony,
a to dlatego, że ,,jak mi Bóg miły, to mi się pierwszy raz w życiu przytrafiło".</akap>




<akap_dialog>Nie frasuj się Marcinku --- rzecze mu na to
wówczas profesor Wrześniowski w komiczno-patetycznym tonie --- to tylko pierwszy raz najtrudniej.</akap_dialog>




 
<akap_dialog>Marcinek nie mógł się od razu opamiętać, czy
to żart czy na serio było powiedziane, teraz już się
tylko śmieje<pa><slowo_obce>Oddawszy należytą cześć ,,Głodówce" (...) teraz już się tylko śmieje</slowo_obce> --- Z powodu Głodówki muszę tu nadmienić, że jakkolwiek widok stąd jest piękny, a motywy prawie też same, 
co z Jaworzyny Rusinowej i Gęsiej Szyi, jednakże z tego
ostatniego punktu daleko jest więcej imponujący. Polecam go też wszystkim idącym do Morskiego Oka przez Waksmundzką. Wspaniały ten obraz tym jest milszy i tym bardziej wdraża się w pamięć, że zresztą droga ta jest lesista, jednostajna, a zboczenie przez tak zwany Suchy Wirch wcale
nie jest utrudniającym.</pa>.</akap_dialog>





 
<akap>Przybywamy do Roztoki. Cicho tu, głucho, nie
witają nas jak niegdyś wystrzały uprzejmego górala
Franka Doruli z Poronina<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q763079"></ref>, który gospodarząc tu dawniej (w roku bieżącym trzymał on w lecie schronisko
przy Rybiem), nigdy sobie tej satysfakcji nie odmawiał. Wokoło schroniska wiatr tylko szumi, bydło z pastwisk już spędzone, a i naszych też górali nie ma
jeszcze. Miarkując po mojej zmęczonej fizjonomii 
wnosili może, że dziś zanocujemy w Roztoce i dlatego się nie spieszą. Nadchodzą wreszcie. Po krótkim odpoczynku żegnamy się z Marcinkiem powierzając mu uspokajającą depeszę do rodziny. Postanawiamy, aby korzystając z pogody i ciepła zajść na
noc, jeśli się uda, do Wielkiej (po węgiersku i niemiecku Felka), w której na miejsce dawnego, przez
lawinę zburzonego schroniska, węgierski Klub karpacki nowe, wspaniałe i wygodne urządził.</akap>



<akap>Ulewne deszcze poznosiły kładki na Białej Wodzie<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q1237869"></ref>, idziemy więc nie dołem nad potokiem, ale wyższą drogą wzdłuż ,,Szerokiej". Piękną tę dolinę zna
wielu turystów, bo tędy idzie się od nas i na Polski
Grzebień<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q721764"></ref> i choć rzadziej pod Lodowy<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q344647"></ref>, przez Szeroką
i przez Rówienki<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9208953"></ref> do Staroleśnej<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q378827"></ref> i do Zielonego Stawu<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9391056"></ref> pod Gerlach<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q81213"></ref>; na Żelazne Wrota<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9397354"></ref>, na Czeskie, Wysoką<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q669108"></ref>, Rysy<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q672936"></ref>. Droga leśna poprzerywana polanami
i żlebami, z których częsty widok na prostopadłe
ściany Młynarza<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q11788152"></ref>, na Gerlach, Ganek<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q3504228"></ref>, Wysoką.</akap>




<akap>Coraz bardziej rosną pola owych wieczystych
śniegów rozścielonych u spodu Żelaznych Wrót od
Gerlachu do Ganku. W końcu doliny cudna, przeźrocza, spokojna jeszcze w tym miejscu Biała Woda,
ze swymi kilku skałami, wabiącymi różnobarwnym
kobiercem mchu i ziela. Toteż droga ta ze wszystkich lesistych najmniej się przykrzy.</akap>




<akap>Znów maleńki wypoczynek przy schronisku, jakie tu wystawił baron Salamon ,,pod Wysoką", właściwiej mówiąc pod Żelaznymi Wrotami i znów dalej
i wyżej. Idziemy systematycznie, wolno, ale za to
z bardzo krótkimi odpoczynkami, prawie o zachodzie
słońca jesteśmy dobrze nad granicą lasów, w długiej,
prawdziwie alpejskiej dolinie, wiodącej do przełęczy
zwanej ,,Polskim Grzebieniem".</akap>




<akap>Nie troszczymy się wiele, że wieczór zapada.
Droga wprawdzie długa, ale dobrze znajoma, nawet
bardzo wygodna, zresztą mamy jakąś szansę oświetlenia księżycowego, choć niebo niezupełnie jeszcze
czyste. W najgorszym razie na przypadek ciemności
lub niepogody, będziemy nocować gdziekolwiek bądź,
byle jeszcze w krainie kosodrzewiny. Mamy namiot,
zapasy, orkiestrę i śpiewaków, a powietrze ,,Wirchów"
już czarodziejski wpływ swój wywiera.</akap>




<akap>Pomimo, że idziemy wciąż w górę, już pierś
swobodniej oddycha, zdaje się, że za każdym krokiem sił przybywa, a raczej, że cię skrzydła jakieś
na wpół unoszą, bo istotnie nogi nie czują już ciężaru ciała. <begin id="b1619598272282-3367740945"/><motyw id="m1619598272282-3367740945">Muzyka, Artysta</motyw>Skracamy czas muzyką. Mamyż bo muzykę
dobraną. Te tęskne, dzikie, a tak urocze dźwięki staroświeckiej pieśni, którą Sabała (Jan Krzeptowski)
z nienaśladowanym przez żadne młodsze siły akcentem wygrywa. To znów rześkie, różnorodne, z całego
Podhala zebrane pieśni i tańce, które Bartek Obrokta,
niewątpliwy talent, biegłym smyczkiem wyrzyna. Instrument Sabały jest rozpaczliwy, powiedziałbyś, niemożliwy prawie. Nie są to bowiem skrzypce, ale jak
on je zowie ,,gęśliki", coś przypominającego niby
skrzypce, ale w pierwotnej formie, jakie dziś można
widzieć jeszcze np. w muzeum Mozarta w Salzburgu<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q34713"></ref>.<end id="e1619598272282-3367740945"/></akap>




<akap>Mimo największej biegłości grajka, niepodobna
tu uniknąć nieraz skrzypienia lub dojmującego pisku.
A jednak w górach muzyka ta nie tylko nie razi, ale
jest pożądana, upragniona. Jest ona harmonijnym dopełnieniem prawdziwie tatrzańskich wrażeń. Tak jak
wprawny już taternik zapominać musi o nierówności
drogi, o skałach zawadzających jego krokom; jak
nie odwróci jego uwagi od cudnych efektów światła,
od śmiałych konturów dzikiej turni jakieś przejście
wydające się mniej wprawnemu już ,,karkołomnym",
jak głód lub pragnienie, upał lub zimny nieraz przeszywający wiatr nie zmniejszy uroku tych majestatycznych obrazów, tak samo wadliwość konstrukcji owej gęśli, jakiś ton ostry i zbyt przenikliwy, nie zatrze
głębokiego wrażenia melancholijnej, ale bujnej pieśni
dawnych ,,zbójników" lub ochoczej, skocznej, lubo
nieco wrzaskliwej melodii na wpół dzikich ,,juhasów". Przy tym Sabała jest niewyczerpanym w <wyroznienie>parafrazach</wyroznienie><pe><slowo_obce>parafraza</slowo_obce> --- swobodna fantazja instrumentalna na tematy z innych utworów.</pe> i <wyroznienie>fioriturach</wyroznienie><pe><slowo_obce>fioritura</slowo_obce> --- rodzaj improwizowanego ozdobnika w muzyce.</pe>; rzadko kiedy dwa
razy jedną melodię w zupełnie ten sam odda sposób. Do tańca górale dzisiejsi wolą muzykę Bartka,
Kowala i innych dobrych skrzypków, ale wszyscy się
na to zgadzają, że dawnych pieśni nikt już tak nie
zagra, jak Sabała. Przed kilku laty wybrałem się
z kilku turystami i kilkunastu góralami, aby od
,,Osobitej" ostatniej w łańcuchu zachodnim Tatr góry, przejść graniami (grzbietami) całe polskie Tatry. W przeddzień rozpoczęcia tej kilkodniowej wycieczki
przybył do Zakopanego pan Robert W., krzepki gimnastyk i chętny towarzysz do gór.</akap>




<akap_dialog>--- Pójdź pan z nami --- rzekłem do niego.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Najchętniej, ale proszę, aby pan ... (znany
i zasłużony artysta muzyczny z Warszawy<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q270"></ref>), z którym
przyjechałem, mógł iść także. Silny jest i chodzi
dobrze.</akap_dialog>




<akap>Na próżno przedstawiałem mu niepraktyczność tego zamiaru. Wiadomo, że najwytrwalsi piechurzy, nawet strzelcy z dolin, nie mogą bez poprzedniej wprawy chodzić na większe wycieczki w górach. Nie będę tu opisywał przygód pana ... przez ciąg jednego
dnia, jaki z nami przebył, dość na tym, że przed
wieczorem był tak znużony, że wśród równej zresztą
drogi po jakiejś grani padł jak nieżywy i ani ruchu,
ani słowa nie można było z niego wydobyć. Zbiegliśmy się wszyscy, starając się go ocucić z tego
jakby letargu --- na próżno, nawet oczu nie otworzył.</akap>




<akap_dialog>--- Jasiu --- zawołałem wtedy na Sabałę --- zagraj no temu panu, bo to też muzykant (przepraszam,
ale nie umiałem się zrozumiałej wyrazić), to mu pewnie najlepiej pomoże.</akap_dialog>


<akap_dialog>--- A zaraz, proszę Ich Miłości --- rzecze Sabała, który i w mowie, jak w muzyce, ma swoje staroświeckie formy.</akap_dialog>




<akap>Dobywa co prędzej swoich ,,gęślikow" z rękawa
czuchy, w którym je zwykle nosi i dalejże jakąś pieśń góralską.</akap>




<akap_dialog>--- A toż cooo!?! --- zapytał otwierając oczy
i machinalnie podnosząc się pan ... Sabała grał
dalej, a pan ... dzięki tej muzyce zabrał się do
herbaty, którą pokrzepiony, mógł z przewodnikami
swymi zejść w Chochołowską Dolinę<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9208740"></ref>, skąd na noc
dostał się szczęśliwie do Zakopanego. Odtąd śmiejemy się z Jaśka, że i umarłych swoją muzyką wskrzesi.</akap_dialog>




<akap>Zanim dojdziemy do Polskiego Grzebienia, przełęczy na przeszło 6500 stóp<pe><slowo_obce>stopa</slowo_obce> --- daw. miara długości, licząca ok. 30 cm.</pe> wysokiej, a jeszcze
dobry kawałek drogi i ciemny zmrok zapada, powiem
Ci, Szanowny Czytelniku, że Sabała ma lat około
70, jest suchawy, ale krzepki, skóra twarzy prawie
pergaminowa, wzrok nieco przymglony, ale rysy twarzy wyraziste i piękne. Całe życie był strzelcem na
swoją rękę; ubił dużo niedźwiedzi, a innej zwierzyny bez liku. Pomimo osłabionego wzroku, ubiegłej
jeszcze jesieni strzelał do niedźwiedzia, którego nikt
lepiej od niego nie ,,wyszlakuje".</akap>




<akap_dialog>--- A jakżeż wy to, Janie, z takimi oczami możecie chodzić jeszcze na niedźwiedzia?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Eh, proszę Ich Miłości, to już tak jest, albo
ty mój, albo ja twój --- odrzeknie nieustraszony
strzelec, dla którego zresztą, jak dla większej części
górali, narażenie życia należy do takich małostek, że
i mówić co o tym nie ma. Latem i zimą nie zagrzeje
miejsca w domu. Rządna gaździna (gospodyni), żona jego i dobre, pracowite dzieci, prowadzą gospodarstwo, i dzięki temu p. Jan źle się nie ma. Czasem dla ochoty weźmie się do kosy i siekiery. Ale
wnet zaopatrzywszy się w kierpce (obuwie ze skóry,
rzemieniem do nogi przywiązane) i naładowawszy
torbę, idzie z ,,gęślikami" do lasu lub w hale. Na
Orawie<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q2028412"></ref>, Liptowie<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q1521564"></ref>, na kilka mil wokoło, wszędzie go
znają i wszędzie ,,radzi widzą", tak dla jego muzyki, jak i przypowiastek, tudzież doskonałego humoru<pa><slowo_obce>wszędzie go znają (...)</slowo_obce> --- W różnych miejscowościach, różnie go też zowią:
Janko Sablik, Janek Czakor; Krzeptowski jest nazwiskiem
rodziny; Sabałą nazywają go od posiadłości, którą po ojcu
odziedziczył.</pa>. Kiedyś przed laty przyciśniętemu jakimiś opłatami, wyprowadzono ostatnią krowę na sprzedaż. Jasiek usiadł przy drodze i grał, ,,żeby jej" (krowie)
,,weselej było opuszczać zagrodę".</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A jakoż to wy Janie wcale się nie trapicie,
że wam resztę statku zabierają?</akap_dialog>






<akap_dialog>--- Eh, smutkiem żyć to się nie opłaci --- rzecze nasz filozof i gra dalej.</akap_dialog>




<akap>Muszę ci się przyznać, czytelniku, że z Jasiem w bardzo życzliwych jesteśmy stosunkach.</akap>




<akap_dialog>--- Oj Jasiu, Jasiu --- mówię mu kiedyś ---
jaka to szkoda, żeśmy na świat nie przyszli oba tak
ze sto lat wcześniej, bylibyśmy może razem i ,,poza buczki wyskoczyli<pa><slowo_obce>poza buczki wyskoczyli</slowo_obce> --- ,,wyskoczyć po za buczki", znaczy do dziś dnia iść
na zbój, zostać zbójnikiem.</pa>". Może byśmy co prawda i razem kiedy zawiśli za żebro na haku, jak Janosik,
ale zawsze szkoda.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- O hej! (znaczy: a tak) --- rzecze śmiejąc się
Jan, któremu aż się oczy zaiskrzyły i potarł nos rękawem, bez żadnych naglących powodów, ale tak
sobie z przyzwyczajenia.</akap_dialog>




<akap>Sabała jest nieodzownym członkiem każdej wycieczki, bo rad z nami chodzi. A nie sądź, aby to
znów było tak bardzo łatwą lub zwyczajną rzeczą;
choć grzeczny i uprzejmy, nierad idzie między ludzi, a przez wieś nawet kroczy jakby przez las, nie
patrząc po stronach i grając na piszczałce lub na
gęślach.</akap>




<akap>Przy plebanii tylko przystanie na chwilę, zwłaszcza jeśli to jest wieczorem, a nawet w nocy i zagra
jedną albo drugą ,,staroświecką", bo wie, że ,,Jegomość" to rad słyszą. Wiadomo, że zacny i pełen zasługi pleban zakopiański nie znosi śpiewu i muzyki
po drogach, po ulicach we wsi, ale Sabała stanowi
wyjątek i słusznie. Przecież i policja paryska tak czujnie powściągająca zbyt jaskrawe ruchy tancerzy w Mabille<pe><slowo_obce>Mabille</slowo_obce> --- miejsce w XIX-wiecznym Paryżu, gdzie odbywały się zabawy taneczne. </pe>, codziennie z pobłażaniem patrzyła przez długie
lata na wcale niedwuznaczny sposób tańczenia kontredansa przez pana Chicard, wynalazcy, jak mówią,
kankana; <slowo_obce>à tout Seigneur tout honneur</slowo_obce><pe><slowo_obce>à tout Seigneur tout honneur</slowo_obce> (fr.) --- każdemu według zasług.</pe>.</akap>




<akap>Po ogłoszeniu nowego prawa o pijaństwie, Sabała bojąc się, aby go śpiewającego i grającego po
drodze nie wzięto za pijaka, mówił, że sobie musi

kupić garnek i że w garnek będzie śpiewał, by go
daleko nie było słychać.</akap>




<akap>Ale oto przeszliśmy już rozległe, coraz bardziej
ku południowi zwrócone tarasy. Dolina, jak wszędzie
w Tatrach rozszerza się u góry, piętra coraz stromsze<pe><slowo_obce>stromsze</slowo_obce> --- dziś popr.: bardziej strome.</pe> i bliższe jedne drugich. Kosówkę już zostawiliśmy daleko za sobą. Coraz mniej trawy, a coraz
więcej nagich głazów; czujemy to nogami, bo dojrzeć
tu już nic nie można, dobrze ciemno, spokój wokoło, muzyka i śpiew przycichły, ale idzie się rześko. 
Obecna chwila nie troszczy nas wcale i to właśnie
tłumaczy dotykalny i zbawienny wpływ takich wycieczek na zmęczony lub stroskany umysł. Wielkie słowa
przyrody, sama ta nawet uroczysta cisza wśród drzemiących granitowych olbrzymów, przemawia do nas
podnosząc serce i krzepiąc do trudów i boleści życia.</akap>




<akap>Mijamy ,,Zmarzły Staw"<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q3490537"></ref>. I tu dziś cicho, ale
nie zawsze tak bywa. W sierpniu 1876 roku wracając z ,,Wysokiej" wyskoczyliśmy sobie w kilku na
Polski Grzebień. Dzień był pogodny, lecz po południu powstał silny wiatr północny. Zbliżając się do
Zmarzłego Stawu z podziwieniem słyszymy coraz
wyraźniejsze, w końcu bardzo donośne dźwięki, jakby
ogromnej szklanej harmoniki. Tony wysokie i niskie,
ale niezwiązane w harmonię, owszem, rażące dzikim
nastrojem. Badamy przyczynę. Lód, który tu mniejszymi lub większymi wysepkami przez całe lata się
utrzymuje, stanowił jądro, około którego na znacznej
przestrzeni potworzyły się nowe, duże, mniej więcej
równoległe kryształy i sople. Silny wiatr wstrząsał
powierzchnią wody i powodował uderzenie o siebie
tych improwizowanych klawiszów. Jeszcze na paręset
stóp wyżej stawu dochodziły nas te jaskrawe rozdźwięki. Śmiejąc się, pytaliśmy wzajemnie, czym mogliśmy obrazić względnego zresztą zwykle dla nas
ducha tych dzikich miejsc, że nam taką kocią muzykę wyprawia. A zawziął się był nie na żarty. Na
przełęczy raz tylko wówczas spojrzeliśmy na słońcem jeszcze oświeconą węgierską stronę i nagle otoczyła nas zimna, gęsta mgła.</akap>




<akap>Wicher przejmujący zmuszał do rychłego powrotu. Wkrótce i śnieżne krupy zaczęły ciąć po twarzach. Jednemu z górali wiatr zerwał kapelusz i głęboko w Wielką Dolinę zaniósł. Spiesznie zaczęliśmy
zstępować ku niezakrytemu jeszcze owemu zaczarowanemu jezioru. Ale mgła uprzedzała nas. Przechodząc mimo niego słyszeliśmy wciąż owo <slowo_obce>charivari</slowo_obce><pe><slowo_obce>charivari</slowo_obce> --- rodzaj prześmiewczej pieśni, kakofoniczna parodia serenady. </pe>,
teraz już spod gęstej białej zasłony wychodzące.
Nie ręczę, czy pod tą zasłoną, rade z psoty nam wyrządzonej, zimne postaci górskich duchów nie wyprawiały harców po owej lodowej klawiaturze. W godzinę potem z pogodą zstępowaliśmy w cichą i ciepłą
dolinę Białej Wody.</akap>




<akap><begin id="b1619596641678-3850209998"/><motyw id="m1619596641678-3850209998">Góry, Noc</motyw>Dziś Zmarzły Staw był cichy, ciemność nie dozwalała rozróżnić, czy dużo lodu przetrwało przez lato.
Wspinamy się nareszcie ku samej przełęczy. Lekkie
tylko mgły okalają sam wierzchołek Gerlachu, a i te
przepędzane są silnym, lecz już bardzo wysokim
prądem północnego wiatru. Przed nami od południa
niebo czyste i jasne. Księżyc dopisał. Jeszcze parę
kroków w ciemności po śliskim, na tatrzańskich przełęczach zwykłym łupku i otóż jesteśmy na Polskim
Grzebieniu. Długi ten grzbiet łączy Gerlach ze Staroleśniańskim Szczytem<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9344166"></ref>, leżącym ku północnemu wschodowi. Światło księżyca oblewa nas od razu. Poza
dwumilową prawie Doliną Wielką błyszczą osrebrzone blaskiem faliste równiny Spisza.<end id="e1619596641678-3850209998"/> Obieramy sobie
najwygodniejsze miejsca i rozkładamy się swobodnie.
Wiadomo, że siadać na wycieczce jest to szukać
zmęczenia i bólu nóg. Górale nigdy nie siadają, chyba przy wieczornym już ognisku przed spaniem.
Dobrze nam tu i mamy mocne postanowienie rychło
stąd nie ruszać. Pokrzepiamy się resztą ciepłej jeszcze herbaty, którą Wojciech Raj nieodzownie na wszystkie nawet szczyty przynosi; skrzypki i śpiewy znów
zagrzmiały. Czyby się zdziwił Gerlach wesołej i naraz tak gwarliwej drużynie, dość, że uchylił lekką
gazę obłoków, którą czoło swe snadź do snu przysłonił i z wyraźnym pobłażaniem dobrotliwie na nas
spojrzał. To mu się niekoniecznie często zdarza.
Powitaliśmy go głośnym okrzykiem, ba, nawet Jaś
Gronikowski ,,wygarnął" z jakiejś rusznicy, którą na
podobny cel z sobą zabrał.</akap>




<akap>Gerlach połknął sam ten hołd, bo w tym miejscu nie ma go z kim tak dalece podzielić. Nie ma
innych ścian, po których by się echo rozlegać mogło.
Widocznie korzystając z dobrego humoru olbrzyma,
młodociany, bo jeszcze przepołowiony księżyc, idąc
gdzieś z śmiejących dolin spiskich, zaczął się spinać
na jego boki i ramiona. Śmieliśmy się, że w młodocianej swej nieświadomości idzie tą samą drogą, co
niegdyś przy pierwszej wyprawie na Gerlach nasi Zakopianie i że mu się nie uda tędy dosięgnąć szczytu.
Tak się stało, po jakiejś godzince musiał zejść, jak
oni wówczas do ,,kotliny", zostawiając nas więcej
niż w półcieniu.</akap>



<akap>Czas był ruszać, bo droga do pierwszego stawu
Wielkiej Doliny bardzo spadzista a i potem jeszcze
daleka. Przy wodospadzie dopadliśmy znowu światła
księżycowego, a wkrótce około jedenastej w nocy znaleźliśmy się w schronisku. Przepych, komfort! Rozumie
się, tatrzański. Obszerna, dachem objęta weranda, naokoło duże izby, okna, klamki i zamki, piece nawet,
rzecz dotychczas tylko w tym jednym miejscu w Tatrach praktykowana. Zastaliśmy jeszcze i jakiegoś stróża w schronisku. Był to Spiszak, mówiący, jak się
przy rozstaniu pokazało, aż trzema językami, ale aż
do następnego rana górale nasi mieli go za niemowę.
Widocznie przerażony był tak licznym, z gór naniesionym towarzystwem, orkiestrą i butną miną górali. Kto
wie, czy nie miał jakiejś wątpliwości co do legalnego stosunku naszego grona z resztą społeczeństwa;
czy, mówiąc wyraźniej, nie wziął nas raczej za ,,zbójników" niż za turystów.</akap>




<akap>Rozgospodarowaliśmy się jak najwygodniej. Turyści tuszy pana Stanisława i mojej są zdania, iż
drzewo, z którego sporządzane są tapczany w schroniskach, jest bardzo twarde. Otylsi<pe><slowo_obce>otylsi</slowo_obce> --- dziś popr.: bardziej otyli.</pe> mają to wprawdzie za przesąd. Bądź co bądź, górale nasi w jednej
chwili nanieśli kilka worków drobniutkich gałązek kosówki, które z wielką umiejętnością ułożyli drzewiastym końcem na spód, a kitką do góry, z czego powstaje wcale niezły materac. Szymek jest w tej manipulacji niezrównany. Czuchy<pe><slowo_obce>czucha</slowo_obce> --- męska kurtka z wełnianego sukna, noszona przez tatrzańskich górali. </pe>, szale idą na wierzch
i robi się posłanie, na którym jeżeli nie przespać, to
przynajmniej wygodnie przeleżeć można do rana, a to
już na tych wyżynach w zupełności wystarcza do pokrzepienia sił. Brak apetytu i bezsenność zdarzają się
dość często u taterników na dłuższych wycieczkach,
zwłaszcza wysoko. Po zejściu na doliny apetyt i sen
wracają, zdaje się z procentem. Niekiedy i górale ulegają temu.</akap>




<akap>Nie bez zazdrości słuchałem chrapania p. Stanisława, który spał jak zabity. Leżąc jednak wygodnie
,,nie skarżyłem się na losy". Owszem porównywałem
wykwintne zalety tego noclegu z inną bezsenną nocą,
jaką przed kilku laty w tej samej przepędziłem dolinie. Było to w wilię<pe><slowo_obce>w wilię </slowo_obce> --- w przeddzień.</pe> owej pierwszej wyprawy na Gerlach, o której nieraz jeszcze wspomnieć mi przyjdzie.
Byliśmy w licznym towarzystwie i pod przywództwem
ks. Stolarczyka. Nie miałem wówczas z sobą namiotu.
Rozłożyliśmy się przy ruinach dawnego schroniska.
W nocy powstał tak zimny północny wiatr, że ani
bliskość ogniska, zaledwie zresztą dającego się podtrzymać, ani przykrycie się wszystkimi rozporządzalnymi manatkami, nie było w stanie uchronić nas od
kompletnego kostnienia. Spać się chciało, ale nie
było można. Musiałem z kilku chudszymi towarzyszami zabawiać się tańcem a raczej skakaniem koło
ogniska. Z jakże nierównie większą zazdrością, niż
dziś względem p. Stanisława, spoglądałem na smacznie śpiącego ,,Jegomościa", który wyzuwszy się dla
komfortu ze swoich długich butów, urągał nagimi
piętami przejmującemu wichrowi. Niektórzy z towarzyszy spali także, ale nie w takiej wyzywającej
postawie, owszem zwinięci w kłębek. O jakże nierównie słodszą wydała mi się noc dzisiejsza. Snadź w nagrodę skromności moich wymagań, zasnąłem parę
godzin nad ranem.</akap>




<akap>Miły Czytelniku, pozwól, abym <slowo_obce>à propos</slowo_obce> pięt
,,Jegomościa" opowiedział ci jeszcze jedno ze wspomnień moich z tej doliny, a to o innych znowu piętach i z innej, choć równie mało sennej nocy. Zresztą
jestem zupełnie w swoim prawie. Opisując ci wycieczkę w góry, nie mogę przecież przedstawiać oczom
twoim rysunku lub fotografii, przebywanych przeze mnie okolic. Mogę ci tylko wyrazami udzielić moich wrażeń i myśli. Nie jestem temu winien, że tej
nocy zamiast snu, te właśnie obrazy cisnęły mi się
na oczy. Uwierzysz mi, gdy ci powiem, że bądź
co bądź, wolałbym spać. Słuszność za to wymaga,
abym żadnej do ciebie nie miał pretensji, jeśli i ty
zechcesz zasnąć w tym miejscu, choćby to niekoniecznie nawet było w nocy, ale ja muszę się wygadać.</akap>




<akap>Owóż było to w sierpniu 1875 r.; około 20
osób, licząc przewodników, wybrało nas się na Gerlach. Jak dziś zeszliśmy wieczorem z Polskiego Grzebienia, tylko, że było zupełnie ciemno, wskutek czego pan Br. D. poślizgnąwszy się, wybił sobie ,,godną"
dziurę w łokciu, a przeto został wysortowanym nazajutrz z liczby idących na szczyt i musiał się pocieszać kąpielą w Szmeksie<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q371166"></ref><pr>Szmeks --- (Schmeks, Smeukek, Šmeks) Smokowiec, w roku 1875 przemianowany na Stary Smokowiec, obecnie część miasta Wysokie Tatry.</pr>. Noc była chłodna. Tym
razem miałem z sobą namiot i choć także spać nie
mogłem z wieczora, ale wypoczywałem dość wygodnie
wraz z czterema towarzyszami, więcej bowiem namiot nie mógł objąć. Z górali tylko Maciej Sieczka,
chroniąc się przed wiatrem, wsunął się nadetatowo
w kącik namiotu, tak, że mu na zewnątrz tylko nogi
wystawały, rozumie się, do góry piętami. Maciej Sieczka, znany przewodnik, całe owe lato nie był w Zakopanem, zajęty w kopalniach kamienia młyńskiego,
który sam odkrył w Tatrach. Spotkawszy go idącego
na trzydniowy urlop do domu, zaprosiłem na wyprawę. Przytaczam te szczegóły dlatego, że o obecności
jego nikt z nieidących razem z nami wiedzieć nie mógł.</akap>




<akap>Tymczasem dwaj moi nieodstępni przewodnicy
Szymek Tatar i Wojciech Raj, którzy i dziś dobrze
się wysypiają w schronisku, wówczas będąc z kim
innym na wycieczce, nie zdążyli wrócić do Zakopanego. Dałem im tylko znać raniutko przy Morskim
Oku, gdzie właśnie nocowali, że ruszamy na Gerlach. Pobudziwszy oni więc swoich ,,gości" wcześniej,
niżby ci sobie życzyli, przeprowadzają ich przez dolinę Pięciu Stawów i Zawrat do Czarnego Stawu,
a około czwartej po południu wracają się znów przez
dolinę Pięciu Stawów i przez Polski Grzebień i około
jedenastej w nocy dopędzają nas na noclegu w Wielkiej
Dolinie. Nawiasem mówiąc, zrobili ten kurs o głodzie,
ich zapasy bowiem były wyczerpane. Tu i ówdzie
tylko nie zwalniając kroku, udało się któremu ,,osmyknąć" garść borówek, obficie wszędy w Tatrach rosnących. Ognisko przygasło, wszystko w głębokiej pogrążone ciszy. Kto może, śpi, kto nie, to choć udaje.
Naraz słyszę lekkie kroki. Zatrzymują się przy namiocie i dolatuje mnie cichy szept:</akap>




<akap_dialog>--- Patrzaj no Wojtek, a toć to pięty Maćkowe.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A hej --- odrzeknie tamten.</akap_dialog>




<akap>Parsknąłem śmiechem i wysunąłem się po cichu
do nich z namiotu.</akap>

<akap_dialog>--- Jakimże u Boga sposobem mogłeś, Szymku,
poznać Maćka po piętach, kiedyś go się tu nie spodziewał?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A dy to przecie jego szwagier --- rzeknie
Wojtek.</akap_dialog>




<akap>Ot, tobie i argument, myślę sobie. Znam ja też
przecie także blisko ćwierć wieku te Maćkowe nogi,
które nie tylko po mistrzowsku chodzą po górach, ale
którymi gdy Maciej --- choć dziś już tylko z powagą --- tańczy, to rzeczywiście robi wrażenie, że wcale
nie tyka ziemi. Z tym wszystkim, gdy w ogóle góralskie nogi są zręczne i małe, nie tylko w nocy, ale
i w jasne południe nie podjąłbym się rozróżnić Maćkowej pięty. Prawda, że nie jestem jego szwagrem.
Ta uwaga usprawiedliwiła nieco we własnych oczach
brak bystrości obserwacji, co dla przyrodnika nie jest
bardzo pochlebne.</akap>

 
<sekcja_asterysk/>

<akap>Ale powrócimy do naszej dzisiejszej wycieczki.
Wstałem o świcie. Muszę nawet pochwalić się, żem
się sprawił po cichu, by nie przerwać bez potrzeby
snu mego towarzysza, aż zbadanie stanu pogody
pozwoli zrobić jakiś projekt na dzień dzisiejszy. Jeśli
szczyty będą zamglone, możemy tu sobie siedzieć
w Wielkiej Dolinie i dłubać granaty, które, jak wiadomo, bywają tu i bardzo piękne. Dynamitu wprawdzie z sobą nie mamy, ale dziesięciu Zakopian z ciupagami
mogłoby dobry kawał skały na dzień rozkruszyć.
A i młotek mamy po temu. W razie wielkiej niepogody za dwie godziny najdalej jesteśmy w Szmeksie.
A jeśli pogoda posłuży, a no, zobaczymy, Jakoś czuję,
że mógłbym trochę lepiej chodzić niż wczoraj. Zobaczymy więc. Otóż masz? Aneroid<pe><slowo_obce>aneroid</slowo_obce> (daw.) --- barometr.</pe> po północy spadł jeszcze na milimetr. Wyjrzyjmy na świat. Na dolinach jakoś pogodnie, a i szczyty czyste. Tylko przez Polski
Grzebień wiatr północny wygania jakieś niemiłe chmury i huczy, roztrącając się o krawędzie.</akap>




<akap>Tak samo huczy w Zakopanem ,,halny", ciepły
wiatr, przypominając ryk oceanu. Rozumiem, dlaczego
wtedy wszystkie strumienie grają <slowo_obce>fortissimo</slowo_obce><pe><slowo_obce>fortissimo</slowo_obce> (wł.) --- bardzo głośno.</pe>. Zdaje mi się też naturalne, że ten na przykład północny wiatr,
przedzierający się przez grzbiety blisko dwa tysiące stóp
nade mną sterczące, spada w dolinę i ostrym zimnem
przejmuje. Ale przyznaję się najotwarciej, że nie rozumiem, dlaczego w Zakopanem wśród jesiennych chłodów, a nawet i w zimie, południowy ciepły wiatr
spada także w dolinę i to z taką gwałtownością,
że biada zbożu, dachom, a nawet ludziom i zwierzętom.</akap>




<akap>Półgodzinna obserwacja, nie bez podszeptów
jakiegoś niby przeczucia, a może tylko skrytej ochoty,
doprowadza mnie do wniosku, że można by spróbować Gerlachu. Aneroid ma dla mnie zwykle głos doradczy. Zresztą zamglą się szczyty, poprzestaniemy
na odwiedzeniu dobrze już wprawdzie znanej ,,kotliny". Pan Stanisław zbiera tatrzańskie trawy, ja tam
także coś zbieram. Są to, że tak powiem, pobudki
legalizujące w imieniu niby to nauki każdą wyprawę
na wirchy. A nuż się uda piękna pogoda. Tak nam
się życzliwie wczoraj Gerlach uśmiechał!</akap>




<akap>Budzą się po trochu wyspani w ciepłej izbie górale. Budzi się i pan Stanisław. Propozycję moją uznają
za rozsądną. O wschodzie słońca już jesteśmy z drugiej strony stawu na grani spadającej ku południowemu wschodowi. Idziemy niesłychanie powoli, nieomylny
to środek znalezienia wieczorem ,,drugiej pary nóg",
jak się moi górale wyrażają. Dosięgamy granic kosodrzewiny i niebawem jesteśmy ,,w kotlinie".</akap>




<akap>Jeśliś ciekawy budowy tatrzańskich gór, szanowny czytelniku, to znasz już tę kotlinę z wybornego
opisu wycieczki księdza Stolarczyka<pa><slowo_obce>opis wycieczki księdza Stolarczyka</slowo_obce> --- ,,Czas" z roku 1875, 14--16 października.</pa>, ze wspomnień 
Walerego Eljasza<pa><slowo_obce>ze wspomnień Walerego Eljasz</slowo_obce>a --- ,,Kłosy", 1876 r.</pa>. Wiele interesujących szczegółów
znajdziesz także w opisie pana Dezso<pa><slowo_obce>w opisie pana Dezso</slowo_obce> --- <slowo_obce/>,,Jahrbuch des Ungansehen Karpatenverones", 1876 r.</pa>).</akap>



<akap>Trafnie ksiądz Stolarczyk porównywał kształt Gerlachu do podkowy obróconej środkiem do północy,
a której bardzo wydłużone ramiona zbiegając ku południowi tworzą między sobą zagłębie. Środek, w którym łączą się ramiona podkowy, złożony z głównej
kolosalnej masy granitu, najeżony jest licznymi turniami. Ramiona, również mnóstwem oderwanych od niego szczytów zakończone, biegną coraz niżej aż
do granic kosodrzewiny i tu już prawie są zaokrąglone.</akap>




<akap>Dodać należy, że końce ramion łączy z sobą
przełęczowaty wał, tak, iż zagłębie owo istotnie jest
kotliną. Stąd nazwa słowacka ,,na kotłu". Góra należy do wsi Garłuchowa, który dziś przerobiono na
Gerlsdorf. Stąd Gerlsdorfer Spitze lub Gerlach, a właściwie Garłuchowska Góra i Szczyt.</akap>


<akap>Kotlina zasłana jest głazami po większej części
wielkimi i mocno pomiędzy sobą osadzonymi. Z małymi też wyjątkami tu i ówdzie sterczących głazów, cała jej powierzchnia jest dość równa, z lekka
ku głównym szczytom podniesiona. Ponad nią w głębi, ku głównej masie góry, wznosi się wyniosły próg
z jednolitej skały, jak we wszystkich prawie tatrzańskich dolinach. Po tej skale spływa niezbyt obfita
woda, która jednak zaraz niknie pod głazami i tylko
gdzieniegdzie wzdłuż kotliny usłyszysz szmer strumienia, w wielkiej głębi przedzierającego się wśród
kamieni.</akap>




<akap>Powyżej progu obszerny, z samych już prawie
nagich, litych skał utworzony amfiteatr; na lewo śnieg
wieczysty, przy którym bardzo często dojrzysz kozice.
Jeszcze głębiej skała nagle wznosi się pionowo i jak
wspomnieliśmy w coraz wyższe, liczne, rozszczepia
się turnie. Pomiędzy tymi mnogie galerie i zachody,
istny labirynt. Z opisu pana Dezso widno<pe><slowo_obce>widno</slowo_obce> --- wiadomo. </pe>, że przewodnicy spiscy prowadzą turystów od Wielkiej Doliny
ponad ,,kotliną", zachodnim grzbietem. Według mnie,
najmniej utrudniającym jest przejść samą kotlinę po
prawej stronie; doszedłszy zaś pod ów próg skalisty,
po którym ścieka woda, wziąść<pe><slowo_obce>wziąść</slowo_obce> --- wspiąć.</pe> się zupełnie w górę
na lewo, aż do wysokości owych zachodów pomiędzy
najniższymi turniami środka góry. Tu już Zakopianie
znają dobrze, jak wybrać lepszą drogę. Pierwszy raz
przechodziliśmy równie jak i ksiądz Stolarczyk po owych
,,garbach" charakterystycznie opisanych i naszkicowanych przez W. Eljasza, Dziś omijamy to twarde
i rzeczywiście niebezpieczne miejsce, kierując się dość
długo na północny wschód, dopóki znów skręcając więcej ku zachodowi, nie zaczniemy się piąć na ramię
jednego z najwyższych szczytów. Stąd spuszczamy
się ku żlebowi biegnącemu spod głównego szczytu
w dolinę Batyżowiecką i utrudzającą, ale wcale już
nie ,,karkołomną" drogą, wychodzimy na główny szczyt.</akap>



<akap>Żadna z gór nie robi tak ponurego wrażenia
jak Gerlach. Składa się na to i kształt jego, i rozległość, i jakby potęgująca się z powodu rozlicznych
jego szczytów dzikość i martwość. Nawet barwa jego skał smutniejsza jest niż gdzie indziej; smutniejsza,
bo prawie czarna. Wspinając się na jego niegościnne wierzchołki, tak wiele wrażeń, tak wiele przedmiotów
zajmuje uwagę, że szczerze wyznać muszę, nie umiem
sobie zdać sprawy, czemu przypisać należy ten żałobny charakter. Wprawdzie niektóre inne góry np. Wysoka, posiadają go także, ale tylko przy pewnym oświetleniu, lecz kształt Wysokiej sprawia, że wrażenie
ogólne daleko mniej jest ponure. Czy sama skała
bardziej jest poczerniała w Gerlachu niż w innych
wirchach; czy w większej ilości pokrywa ją czerniejący (zwłaszcza ku jesieni) porost, czy cienie rzucane przez liczne jego turnie z jednych na drugie, czy
wszystkie te okoliczności razem wzięte, dość że tak
jest w istocie. Tylko spód pojedynczych turni, owe
galerie i zakręty pomiędzy nimi, są jakoś dziwnie
jaśniejsze, prawie białawe, co w gruncie rzeczy nie łagodzi
ogólnej żałoby, ale ją prawie podnosi. Wielka część
szczytów i krawędzi utworzona jest z oddzielnych
częstokroć wysoko wybiegających, ogromnych słupów
granitu, które jakkolwiek są czworograniaste, z daleka
jednak robią wrażenie jakby cała góra składała się
z bazaltu. Posępny charakter Garłuchowskiego Szczytu
wpływa mimo woli na wszystkich. Nie widziałem, aby
kiedy najweselszy i najżwawszy góral zatańczył sobie na nim, jak się to przecież i na Lodowym i na
Łomnicy<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q1072105"></ref>, i szczególniej na Krywaniu<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q845990"></ref> praktykowało.
Nawet mój ,,adiunkt" Józek, szesnastoletnie, żwawe
chłopię, któremu nigdy najtrudniejsze i najuciążliwsze
kilkudniowe wycieczki nie odbierają chęci wyciąć ,,góralskiego", jakiś tu poważnie nastrojony. Sumiennie
za to bierze się do odszukania między głazami szklanego słoika mieszczącego mnóstwo biletów z nazwiskami zwiedzających. Znajdujemy nasze bilety dawniejsze, znajdujemy bilety wielu innych taterników
różnych narodowości. Przed paru laty znaleźliśmy tu
pocieszny bilet pana Still, nauczyciela szkółki elementarnej z Nowoleśnej (Neu-Walddorf) na Spiszu, znanego
strzelca i taternika, który przed niewielu latu uchodził za jedynego przewodnika na Gerlach i był istotnie pierwszym z Węgrów, który znalazł drogę na najwyższy szczyt tej góry.</akap>




<akap>Na trzeci dzień później, siedząc w dość licznym
gronie na szczycie Łomnicy, widzimy trzech podróżników podążających ku nam, dwóch młodych idących
mniej wprawnie i trzeciego starszego, ale którego ruchy zdradzają krzepkiego i wprawnego taternika. Był
to ów pan Still. Lat około siedemdziesięciu, szczupły, zwiędły, lecz
zwinny, zręczny i wesoły. Mówił nam, że to było
dziewięćdziesiąte i któreś jego wejście na Łomnicę.
W rozmowie ktoś zrobił wzmiankę o Gerlachu:</akap>




<akap_dialog>--- Alboż panowie znacie Gerlach --- zapytał.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Byliśmy tam onegdaj --- odrzekłem.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Aj, aj, to być nie może.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Dlaczegóż nie?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- To tak chyba na którym z niższych szczytów.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Nie, na najwyższym.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Nie może być w żaden sposób.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A jednakże byliśmy tam i znaleźliśmy bilet
z waszym nazwiskiem, któryście na parę dni wprzódy<pe><slowo_obce>wprzódy</slowo_obce> --- wcześniej. </pe>
zostawili i na którym jest napisane: ,,Johan Still in
persona das heisst in meiner eigenen Person..."<pe><slowo_obce>in
persona das heisst in meiner eigenen Person...</slowo_obce> (niem.) --- osobiście, to znaczy w mojej własnej osobie.</pe> dalej szła data i nazwisko osób, z którymiście przyszli.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A no to widzę, że naprawdę byliście tam
panowie; ale któż u Boga pokazał wam drogę?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A te oto zakopiańskie zuchy --- rzekłem, wskazując Wojciecha Raja i jego towarzyszów. Znajdują
oni drogę wszędzie.</akap_dialog>




<akap_dialog>---<slowo_obce> Sapristi</slowo_obce>!<pe><slowo_obce>sapristi!</slowo_obce> (fr. przestarz.) --- coś podobnego! </pe> --- rzecze kiwając głową Still, który
się widocznie uważał ,,in persona" za monopolistę
Gerlachu, a tu naraz spotyka cały tuzin konkurentów.
Dziś na Gerlachu ciepło, jasno, spokojnie, ale jednak
niewesoło, toteż, łaskawy Czytelniku, nie będę Cię
tu trzymał długo, chociaż, jeśli Cię kiedy zdejmie
ochota, a nogi dopiszą, to ręczę Ci, że niechętnie
szczyt ten opuścisz, naglony przypomnieniem, że już
czas, bo droga z powrotem daleko i niełatwa. Powszechnie jest uznane, że widok stąd nie jest tak
wdzięczny i miły, jak z wielu innych mniej wyniosłych szczytów. Ale niemniej przeto jest zajmujący. Jako z najwyższego punktu Tatr (8414 stóp)
i to pośrodku najpotężniejszych mas granitowych
obszarów, najłatwiej się stąd zorientowć co do położenia i stosunku łańcuchów i wirchów. Szczególniej zająć Cię musi widok grzbietów ku północnemu wschodowi. Pod stopami karlejący grzbiet Polskiego
Grzebienia; rozszczepiony łańcuch ku Sławkowskiemu
Szczytowi na prawo, a więcej ku północy łańcuch
przez Jaworowe Sady do grupy Lodowego i znów
na prawo, do Dumnej Góry<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q3063874"></ref>, Łomnicy i Kezmarskiego
Szczytu<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q835239"></ref>. Zwróć się na lewo ku zachodowi, co za
przerażający majestat tych dzikich, poszarpanych grzbietów przez Żelazne Wrota ku Wysokiej. Spoglądając
na zapełnione głazami doliny, na owe w części już z ziemią zrównane upłazy<pe><slowo_obce>upłazy</slowo_obce> --- spłaszczenie w obrębie skalnej ściany lub stoku.</pe>, w części zaś nowymi rumowiskami pokryte osypiska, przekonujesz się w jednej chwili, że te rozległe grzbiety i łańcuchy, dziś
jeszcze wyniosłymi najeżone turniami, musiały przed
wiekami przenosić<pe><slowo_obce>przenosić</slowo_obce> --- przewyższać. </pe> wysokością najwznioślejsze dzisiejsze
szczyty, że niegdyś wraz z nimi daleko wyżej ku
niebu sięgały. Dopełniwszy różnych poszukiwań, zanotowawszy stan aneroidu, wyzbierawszy co się wynaleźć dało z roślinności lub charakterystycznych skał
naokoło samego szczytu, zabieramy się do odwrotu,
a szkoda, bo miałbym ci jeszcze co opowiadać, Czytelniku, o tej skalistej pustyni. Nie mogę jednak nie
wspomnieć o jednym gościu, który się tu znalazł,
nie dziś wprawdzie, lecz przed paru laty, gdyśmy także
kilka godzin tu siedzieli. Był to biały motyl, który
korzystając z ciepła i pogody, w oczach naszych z kotliny wznosił się aż po najwyższe szczyty góry. Co
go też mogło skłonić do tej fantastycznej wycieczki?
Nie kwiaty go tu nęcić mogły. Zgodziliśmy się z góralami, że to już taka natura taternika i taki wpływ
cudnych naszych Tatr. Jeśli kiedy, szanowny Czytelniku, będziesz na szczycie Gerlachu, spojrzyj z samego wierzchołka, a lepiej jeszcze o kilka stóp pod
wierzchołkiem, na ostatnie jego turnie panujące bezpośrednio nad grzbietem Żelaznych Wrot. Wierzchołki
tych turni tworzą cudowne kształty gotyckiej świątyni
o kilku wieżach i wieżyczkach.</akap_dialog>




<akap>Złudzenie jest tak wielkie, że doprawdy można by prawie zdjąć plan tej budowy. O ile wiem,
nikt ze zwiedzających Szczyt Garłuchowski nie zwrócił dotąd na to uwagi. No, czas już wielki schodzić,
ale czyż mamy schodzić tą samą drogą? Od razu
wszyscy zgadzamy się, że warto by przecież poszukać
nowej. Czyby nie spróbować jednego z dwóch kolosalnej długości żlebów, prowadzących do Batyżowieckiej Doliny? Jeden z nich dosięga istotnie samego
wierzchołka Gerlachu i zaprasza prawie do takiej próby, jest bowiem u góry bardzo położysty<pe><slowo_obce>położysty</slowo_obce> --- niezbyt stromy. </pe>. Ale kto
zna Tatry, wie, że temu ufać nie można. Jakimś instynktem wspólnym nikt z nas nie zaproponował nawet tej drogi. Drugi żleb także pod wierzchołek prowadzi. To właśnie ten sam, do którego po licznych
zakrętach i zniżeniu się<pe><slowo_obce>zniżeniu się</slowo_obce> --- zejściu.</pe> z jednego z najwyższych
szczytów, dochodzi się z kotliny przed samym wejściem na główny wierzchołek. Od dawna przepatrzyliśmy, że w prostej linii bieży<pe><slowo_obce>bieży</slowo_obce> --- prowadzi.</pe> on w Dolinę Batyżowiecką<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q288347"></ref>, ale czy ,,puści dołu" (na dół), czy nie
kończy się jaką prostopadłą ścianą? Wystaw sobie Czytelniku, że rozrzucono olbrzymiej wysokości
komin, ale w taki sposób, że dwie ściany przyległe
zupełnie odjęto. Dwie pozostałe utworzą jakby rynnę
pochyloną w kierunku spadzistości góry. Widocznie
przez całą wysokość góry, wielkie bloki granitu oddzielały się w jednej linii. Ściany tego rozległego
komina, czy jeśli wolisz, tej rynny dość są chropawe,
lub mają występy dozwalające tak dobrze<pe><slowo_obce>tak dobrze</slowo_obce> --- równie dobrze. </pe> piąć się
do góry, jak i zstępować. A więc próbujmy. W najgorszym razie, jeśli u dołu zejścia nie ma, trzeba
będzie z tysiąc stóp wrócić do góry i przedzierać
się do turni okalających kotlinę od zachodu. Schodzimy niepewni przyszłości. Bardzo często dłońmi
oparci o skałę, spuszczamy się lub zeskakujemy na zbyt
nisko pod nogami wystające nierówności. Przy pewnej wprawie nie nazywa się to złą drogą. Po godzinnej pracy otucha w nas wstępuje. Droga prawie coraz lepsza. Jeszcze pół godziny i jesteśmy nad
doliną w najwyższym jej punkcie, a raczej tuż pod
najwyższym jej progiem. Już widzimy śnieg wieczysty, zaścielający tuż pod nami stopy Gerlachu. Fakt
ten jednakże nie uspakaja nas jeszcze. Owszem, to tu właśnie leży owa zagadka ,,czy puści dołu?" Istotnie, sam żleb ku dolinie okazuje się niemożliwy
do zejścia. Spadki prawie pionowe. Wojtek Raj i Szymek Tatar idą przodem przepatrzyć drogę. My odpoczywamy tymczasem. Jest to zwykły regulamin. Wojtek spostrzega naprzód jeden, potem niżej drugi kij
wetknięty w szczeliny skały. Widocznie strzelcy z doliny wychodzą tędy na boczne turnie Gerlachu. Nadzieje nasze zamieniają się w pewność. Żlebem dalej nie zejdzie, a więc zejdzie granią. Ale którą? Na jednej z nich w tej chwili żleb oddziela nas
od niej. Wojtek spostrzega ładną laskę nie uronioną<pe><slowo_obce>uronioną</slowo_obce> --- zagubioną.</pe> przypadkiem, ale postawioną ostrożnie w jakimś
załomie skały. Snadź zawadzała idącemu. Józek ma
niepohamowaną chętkę iść po nią. Ale w tej chwili
Wojciech Raj bystrym okiem dostrzega, że lepiej będzie zejść granią, na której stoimy. ,,Nie baw się
Józek, nie baw się" --- woła na syna. Zapomniałem Ci powiedzieć, szanowny Czytelniku, że Jó­zek jest rodzonym i pierworodnym synem Wojciecha,
a z dziadka i pradziadka taternikiem. Wielce on żałuje, że nie ma czasu spróbować karkołomnej wyprawy na drugą stronę żlebu i sądzę, że ta laska
jeszcze mu się kiedy przyśnić gotowa. Po dwóch godzinach całkowitego i niezbyt pośpiesznego pochodu,
gdyż po drodze i zbieramy rośliny, i rozglądamy się
po turniach, stajemy nareszcie w dolinie tuż pod
najwyższym jej progiem. Stąd już nie widzi się wcale
najwyższego piętra, a że, jak wspomniałem, pod samym progiem stoi wielka zaokrąglonych konturów
turnia (właściwy Szczyt Batyżowiecki), przeto przechodzący z dołu mogą mieć złudzenie, że owa turnia kończy dolinę i należy już do Żelaznych Wrót. Tymczasem za nią jest jeszcze obszerna przestrzeń
zapełniona głazami, a za nią dopiero wschodnia część
łańcucha Żelaznych Wrót. Dolina Batyżowiecka
w górnej swej części przewyższa dzikością, ale zarazem majestatycznością swoją, inne tatrzańskie doliny.
Od zachodu zamknięta jest Kończystą<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q3067234"></ref>, która od tej
strony wygląda jak kolosalny portyk gotyckiej świątyni. Niezliczone ostre turnie wybiegają prostopadle
ku niebu, a całość ich stanowi piramidę o bardzo
szerokiej podstawie. Barwa całej góry jest perłowoszara, z licznymi pod same szczyty sięgającymi bladozielonymi smugami. Na prawo od Kończystej, spoza Żelaznych Wrót wznosi się ciemny, niebotyczny
szczyt Wysokiej w postaci także piramidy, ale o bardzo wąskiej podstawie. To przeciwieństwo barw i konturów nadaje dolinie szczególny wygląd i urok. Urok
ten podnosi się<pe><slowo_obce>podnosi się</slowo_obce> --- urasta.</pe> do niesłychanego efektu, jeśli w dolinę spoglądamy pomiędzy godziną drugą a czwartą po południu, z Gerlachu przez wąskie okno przypadkiem z czworogrannych słupów utworzone. Znajduje się ono
w zachodnim ramieniu podkowy, ale już w bliskości
środkowej masy szczytów (patrz opis księdza Stolarczyka). Godzina popołudniowa dlatego jest najpożądańsza,
że wtedy słońce będąc jeszcze bardzo wysoko, jest
już poza Kończystą. Nie ma więc w dolinie promieni
prostych, ale za to dostateczna ilość złamanych i odbitych. Daje to tak cudny efekt światłocienia, że owa
perłowozielona barwa Kończystej zdaje się być
w ciągłym ruchu. Jednocześnie, Wysoka wygląda
zupełnie czarno. Dodawszy do tego kamieniste, zupełnie puste łoże doliny i tylko mały skrawek stawu,
który czerwoną barwą świeci na lewo od Kończystej,
łatwo sobie przedstawić, że widok ten jest najoryginalniejszy, nie tylko w Tatrach, ale w jakich bądź
innych górach.</akap>




<akap>Mniej nadzwyczajny, ale jednak oryginalny
i zdumiewający widok czeka cię na prawo ku Gerlachowi. Z żadnego punktu w Tatrach nie wygląda on
tak wspaniale, a obok tego, rzec można, tak prawdziwie. Prawdziwie, bo naprzód widzisz, że główne
najwyższe szczyty są trzy, po wtóre, że szczyt najwyższy wraz ze swymi dwoma towarzyszami nie leży
wprost nad kotliną, ale właściwie ponad zachodnim
ramieniem ,,podkowy", czyli, że owe trzy szczyty
panują jednocześnie nad kotliną i nad doliną Batyżowiecką. Stąd wynika, że Gerlach wraz z Kończystą
i wschodnią częścią Żelaznych Wrot stanowi dopiero
symetryczną jedność, tj. górę o trzech ramionach,
z których środkowy jest owym zachodnim ramieniem
kotliny. Wspanialej zaś niż skądinąd<pe><slowo_obce>skądinąd</slowo_obce> --- tu: z innego miejsca.</pe> dlatego wydaje
się stąd Gerlach, że widzisz nie same szczyty sterczące, na przykład, nad Polskim Grzebieniem lub Żelaznymi Wrotami, ale że one zstępują w samą dolinę
nieprzerwanie i przeto w tej oddali kształty ich
nabywają smukłości i wyniosłości, której z innych punktów nie mają. Jak igły wystrzelają one tu w górę.
Idąc wzdłuż Doliny Batyżowieckiej ku stawowi,
najlepiej też występują wszystkie inne turnie środkowej masy Gerlacha, a jest ich bardzo wiele. Wystaw
sobie Czytelniku ostrokończysty wzgórek zarosły niezbyt
gęsto świerkami, a będziesz miał zdrobniały obrazek
tych Gerlachowych turni.</akap>




<akap>Im niżej schodzimy w dolinę, choć zawsze
jeszcze po nagich głazach, tym weselej usposobiona
jest nasza gromadka, z każdym krokiem spokojniejsza
o nocleg w warunkach rozsądnych, to jest w krainie już
kosodrzewiny. Bądź co bądź, nocleg bez watry (zn.
ogniska) jest rzeczą mniej przyjemną. Zanim zejdziemy
tak nisko, że ramię kotliny zasłoni nam wszystkie
piękności Gerlachu, rzućmy jeszcze raz okiem na
niego. Droga nasza, ów żleb ,,wygodny" wydaje się
prostą choć pochyloną rysą na jego olbrzymim ciele.
Równolegle od tej rysy ale powyżej, spostrzegamy
ów drugi żleb, który nas tak zdradziecko zapraszał
do siebie i który na sam szczyt wybiega. Po drodze
wystudiowaliśmy go z wielu punktów. Aby dać o nim
wyobrażenie, muszę znów powrócić do mego trywialnego porównania. Żleb ten znów jest jakby rozwalonym kominem, ale któremu jedną tylko odjęto ścianę.
Cały jest pochyloną otchłanią, tu i ówdzie zatkaną
olbrzymim odłamem skały. O zejściu tamtędy ani
mowy. Tak przynajmniej wygląda z daleka. Nie możemy się oderwać od widoku Gerlacha. Jest on tu
równie wspaniały jak piękny, czego doprawdy
z żadnego prawie innego punktu powiedzieć o nim
nie można. Zawsze był tylko straszny i ponury.
Jednego wszakże z nas nie wzruszają te zachwycające
kontury. Wojtek Raj, który bez kłębka i nici wprowadza nas i wyprowadza z tego labiryntu, obstaje
przy swoim, że to ,,brzydka i straszna góra" i daje
jej przezwisko, którym nie chcę ci psuć dobrego
wrażenia, jeśliś je, miły Czytelniku, z mego opisu był
w stanie uzyskać.</akap>




<akap>Jesteśmy już przy drugim progu doliny. Spod
prostopadłej skały tryska dosyć obfity strumień żywiony
owymi wieczystymi śniegami w górze, lecz przebywający wyższe tarasy pod głazami, pierwotnym
łożyskiem doliny. Znajdujemy tu z Józkiem w wielkiej obfitości rzadki bardzo mech, który wszędzie
indziej zaledwie w drobnych ilościach spotkać można.
Skutkiem tego humor nasz podnosi się jeszcze, a to
znów odbija się jak echem na całym gronie. Odtąd
idziemy ,,herbikiem". Jest to niby grobla dość wyniosła, zieloną trawą pokryta. Bieży środkiem doliny w zupełnie prostej linii aż do stawu. Najbardziej wątpiący
umysł musi rozpoznać w tej grobli ,,środkową morenę" przedwiekowego lodowca.</akap>




<akap>Słońce ma się ku zachodowi i jakieś połamane
promienie uderzają o zwierciadło stawu. Po ogromnych
nadbrzeżnych głazach przechodzi poważnie stado kóz
dzikich. Smagłe ich kontury, w czarnych sylwetkowych
obrazach rzucone są na jasny jeszcze horyzont. Przywódca stada, ogromny kozioł, wspaniale pozuje na
jakiejś płaskiej skale. Biedne płochliwe mieszkanki
gór, spieszcie zaspokoić wasze pragnienie, bo która
z was się opóźni, musi długo potem czekać. Józek
dłużej nie wytrzyma. Przeraźliwe ,,hi haa" spłoszy
was i każe szukać spokoju między turniami. Przepyszny
widok stawu przy tym oświetleniu. Spokojne, w poczerniałe głazy oprawne zwierciadło wody odbija
ciepły koloryt nieba, zasłanego tu i ówdzie lekkimi
ognistymi smugami.</akap>




<akap>Ale trzeba nam się spieszyć. Zniżamy się jeszcze
o jedno piętro, z którego progu liczne już szumią
wodospady. Jesteśmy w kosówce. Po lewym brzegu
doliny schodzimy na suchą, ze wszystkich stron krzakami otoczoną maleńką równinkę. Razem z nami
schodzą górale pozostawieni w ,,kotlinie" z pakunkami.
W ciągu kilku minut staje namiot, ogień wesoło
strzela dokoła i --- ,,herba" (herbata) gotowa.</akap>




<akap>Jest to wielce przyjemna chwila w czasie wycieczki, rozumie się, jeśli służy pogoda. I jakże
mogłoby być inaczej. Nogi, wywiązawszy się przez
ciąg jakich 12 lub 15 godzin z położonego w nich
zaufania, w skromnym uczuciu zadowolenia z dobrze
spełnionego obowiązku, wyszukują sobie najwygodniejsze położenie. Pierś nie potrzebując już pracować
jak machina parowa, swobodnie wdycha czyste, cudne,
tatrzańskie powietrze, ożywione po skwarnym dniu
łagodnym tchnieniem wieczoru. Brzuch, zauważywszy
nie bez upokorzenia i przykrości, że w ciągu dnia
był zaledwie tolerowanym, że niejeden z turystów
rad by go może idąc na szczyty zostawić wraz z innymi
pakunkami u spodu góry, teraz w prawowitym poczuciu
pokrzywdzenia, zrazu z dyskrecją, a wkrótce z natarczywością przypomina, że i jemu przecież coś się
należy. Mózg wreszcie, dla którego przyjemności
głównie przedsięwzięto wyprawę, rad, że nie potrzebuje już rozciągać ścisłej kontroli nad powierzonymi
jego pieczy członkami, rad, że nogi, ręce, żebra itd.
w całości mniej więcej doprowadził do noclegu, zaczyna teraz rozbierać<pe><slowo_obce>rozbierać</slowo_obce> --- tu: analizować. </pe> doznane wrażenia. Jedne z nich
nieprzyjemne, niedbale rzuca do jakiejś dziurawej
szufladki, oczywiście dlatego, by je co najrychlej
uronić. Drugie, przyjemne, troskliwie do najlepszej
chowa skrytki, by ci je na każde zawołanie w pełnym
wdzięku i świeżości pokazać. Ileż to razy wśród
ponurych lub ciężkich chwil życia, błyśnie ci obraz
tak uroczych wspomnień, że same te wspomnienia
orzeźwią cię i pokrzepią!</akap>




<akap_dialog>--- A to byście co zjedli --- rzecze Wojtek Raj,
przerywając moje pseudopsychologiczne dumania.
I daje do wyboru bigos, gorącą kaszę. A w ślad za
nim Wojtek Ślimak godzi na mnie z odgrzanym na
drewnianym rożenku kurczęciem. Nie broniłem się
dzisiaj, jadłem bigos i kaszę. Dopuściłem się nawet
paru kawałków kurczęcia, ku wielkiej radości moich
poczciwych Wojtków.</akap_dialog>




<akap>Ciemność już zupełna i wokoło najuroczystsza
cisza. Jaskrawo odbija od tego gwar wesołej gromadki
górali i jaskrawiej jeszcze bujny płomień, podsycany
obficie kosówką. Wsuwam się do połowy w otwarty
namiot, aby zyskać ramy do tego zawsze powtarzającego się, a zawsze świeżego obrazka. Górale pokończyli wszystkie przygotowania do noclegu, posilają
się skromną strawą i obsiadają ognisko. Czy spojrzysz
na siedzących z tamtej strony ognia, na te wyraziste,
inteligentne rysy, uwydatnione obok głębokich cieniów jasnym czerwonawym odblaskiem płomienia;
czy na czarne sylwetkowe postacie siedzących po tej
stronie, każde z tych swobodnych dzieci gór stanowi
nieoceniony model dla artysty. Sabała na jakimś
trochę wyżej podniesionym głazie panuje nad gromadką. Że też on zawsze musi obrać jakiś punkt,
jakąś przybrać podstawę<pe><slowo_obce>podstawę</slowo_obce> --- tu: postawę. </pe>, co go od drugich wyróżnia.
Już wydobył ,,gęśliki" dostrają je i oto już brzmi
butna a zarazem taka rzewna nuta ,,Kościeliskiej"
pieśni. Naturalnie Józek już się porwał do tańca,
jakby poczuł gwałtowną potrzebę rozruszać sobie
trochę nogi. Grajek spogląda na chłopca z uśmiechem,
porusza jedną nogą do taktu, to już jest u niego
nieodzownym i przechodzi w ,,drobnego". Lecz wkrótce
uśmiech ten przybiera wyraz smutny, prawie bolesny.
Jasiek patrzy przed siebie, ale już nie widzi swego
otoczenia, już myślą nie jest z nami, on patrzy
w przyszłość. I to się za każdym prawie razem powtarza, gdy grać zacznie. Z motywu do motywu przechodzi i już się wtedy niełatwo z nim dogadać.
On wtórzy myślom swoim, gra dla siebie. Ileż razy,
gdy towarzysze zajęci są jaką czynnością, on wymyka
się niepostrzeżenie, wybiera jakąś samotną urwistą
skałę i stanąwszy na niej z nienaśladowaną swobodą
i wdziękiem, gra jeszcze rzewniej, jeszcze tęskniej.
Poznawszy ten jego obyczaj, staram się zawsze zza
jakiegoś krzaka lub głazu napatrzeć się, nasłuchać
się tego typu ,,ostatniego staroświeckiego górala".</akap>




<akap>Że Jasiek nie o przeszłości marzy wtedy, świadczy
ten uśmiech tęskny i smutny. Kiedy on myśli o przeszłości, to uśmiech jego jest wesoły. Wszakże według
własnego świadectwa tego poety filozofa, on ,,ani
jednego dnia w życiu nie był nieszczęśliwy". Ale
przyszłość ta zawsze niepewna. Czy w przyszłym
życiu będzie mógł błądzić po swoich ukochanych
wirchach? ,,Bo ja i tam długo na jednym miejscu
nie usiedzę" --- mówi on o sobie.</akap>




<akap>Księżyc wszedł równie świetnie jak wczoraj,
i wkrótce blask jego złagodził znacznie dziki charakter całego obrazu. Z lekka, jakby nieśmiało zarysowują się kontury odległych szczytów. Rad byś
zatrzymać to nowe wrażenie co<pe><slowo_obce>co</slowo_obce> --- tu: jak.</pe> najdłużej, ale godzina
późna. Rozsądek i znużenie radzą wyspać się przede wszystkim.</akap>




<akap>Ognisko wpół przygasa, górale jeden po drugim
zawijają się w czuchy, kładą obróceni plecami do
,,watry" i natychmiast usypiają. Śpią smacznie, a jednak
czujnie. Jeśli ogień zbyt przygasa, zawsze się znajdzie
który z nich, co go natychmiast drzewem zasili. Sabała
i tu zachowuje się oryginalnie. Nie plecom samym
porucza regulowanie ciepła, ale ręką jedną na nich
opiera i jak przy graniu machinalnie nogą takt znaczy,
tak w nocy śpiąc smacznie, odbywa tą ręką powolny
miarowy prawie ruch. To otwiera dłoń, to ją zamyka.
W kilka minut cały obóz już spoczywa. Tylko Wojtek
Raj musi nieodwołalnie jeszcze jednej dopełnić czynności. Zagląda do namiotu, otula nas, obwija w koce
i kołdry, wypytuje czy jeszcze kto czego nie potrzebuje.</akap>




<akap>No, dziś noc jest ciepła, nietrudno mu będzie
znaleźć miejsce przy ognisku. Inaczej się dzieje,
gdy noc zimna i wietrzna. Wtedy Wojtek po skończeniu swej inspekcji znajduje wokół ,,watry" tak
ściśnięty łańcuch swych towarzyszy, że i igły nie
zmieścisz. Posiada on jednak w takim razie sposób
równie prosty, jak skuteczny. Dorzuca na ogień
znaczną ilość kosówki, płomień się wzmaga, gorąco
bije silnie naokoło, ręka Sabały ściąga się i otwiera
coraz częściej; wszyscy świadomie czy nieświadomie
cofają się od zbytniego żaru, łańcuch się rozrywa
i Wojtek zajmuje w nim należne mu miejsce.</akap>


<sekcja_asterysk/>

<akap>Spaliśmy wszyscy wybornie. O świcie wynurzam
się z namiotu. Niebo gwiaździste, na szczytach błyszczy
rumiana zorza. Porównuję stan aneroidu z wczorajszym, spadł jeszcze o dwa milimetry. Ale pogoda
wyborna, ani jednej chmurki, ani najmniejszego wiatru.
Budzą się górale; odbywamy orzeźwiające ablucje
w strumieniu.</akap>




<akap_dialog>--- No dzieci, co dziś robimy?
Wojtek jakby mi w mózgu czytał.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Eh, wiecie co, bobyśmy szli<pe><slowo_obce>bobyśmy szli</slowo_obce> --- poszlibyśmy.</pe> na Wysoką.</akap_dialog>




<akap>Bez głosowania przyjęto, zwijamy obóz, nawet
,,herby" nie gotujemy, szkoda czasu, pośniadamy<pe><slowo_obce>pośniadamy</slowo_obce> --- zjemy śniadanie. </pe> na
pierwszym odpoczynku. Odprawiamy jednego górala
z depeszą do domu. Przez kotlinę Gerlachu, Polski
Grzebień, Roztokę, już o piątej po południu był w Zakopanem.</akap>




<akap>Przechodzimy ukosem niski już w tym punkcie
grzbiet biegnący od Kończystej i znajdujemy się
w dolinie leżącej między tąż Kończystą z jednej,
a Tępą<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9363851"></ref> z drugiej strony. Mamy pokuszenie przejść
jeszcze dalej na lewo przez Osterwę<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q1226783"></ref> nad piękny
staw Popradzki<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q265976"></ref>. Ale rozwaga każe wciągnąć w rachunek pewne niewiadome, wszak dzień krótki. Idziemy
suchą dość połogą<pe><slowo_obce>połogą</slowo_obce> --- miejsce pochyłe, o niewielkim spadku. </pe>, zresztą mniej powabną doliną ku
szerokiej a wzniosłej przełęczy. Po drodze mamy
sposobność przypatrzenia się świstakowi, który nie
dalej jak o trzydzieści kroków przypatruje się nawzajem nam. Rzecz to bardzo rzadka, z tak blisko zajść to
zwierzę. Objaśniamy sobie jego naiwność chyba tym,
że urodzony w tej dolinie zapewne jeszcze nie widział
tu ludzi i nigdy nie był spłoszony. Prawie pod
samą przełęczą jest trochę wody. Śniadamy<pe><slowo_obce>śniadamy</slowo_obce> --- jemy śniadanie.</pe>. Stąd
najłatwiej byłoby wejść na Kończystą. Zaledwie
paręset kroków wyżej, dochodząc do przełęczy spostrzegamy jedyny spoza niej wyglądający wysmukły
stożkowaty czubek. To Wysoka! Z każdym krokiem
dalej czubek ten rośnie i wnet wyrasta w kolosalną
piramidę. Znając prawie wszystkie większe szczyty
w Tatrach, prawie wszystkie większe doliny i grzbiety,
nietrudno przy pewnej wprawie skombinować sobie
z jakiegokolwiek nieznanego jeszcze punktu plan
drogi i obrać właściwy kierunek. Ostatecznie zostaje
tylko jeszcze tu i ówdzie pytanie, czy ten lub ów
żleb, ta lub owa grań ,,puści lub nie puści". No,
zobaczmyż tutaj. Poza ową szeroką i bardzo już
połogą najwyższą częścią doliny, otwiera się naraz
stroma przepaść, a na jej dnie znany nam dawno
,,Zmarzły Staw" pod Żelaznem i Wrotami. Jednym
rzutem oka górale nasi dopatrują się jakiegoś żlebu,
który ,,acz niemiły" ale ,,puszcza". W pół godziny
jesteśmy przy stawie. Dziś on wcale nie jest zmarzły,
ale za to tak mętny jak nigdy żaden staw na tej
wyżynie w Tatrach nie bywa. Bierzemy się mocno
na lewo, aby się dostać do czerwieniejącej z dala
,,buli" (turnia o zaokrąglonych i nieco spłaszczonych
kształtach), leżącej od południa pod Wysoką. Z prawdziwym żalem rozstajemy się z okolicą Zmarzłego
Stawu, bo to sponad niego uśmiecha się nam
szczerba Żelaznych Wrót, przez którą dwa razy już
przechodziliśmy na północną stronę Tatr do Zielonego
Stawu. Oto właśnie przecinamy w poprzek drogę,
która tam wiedzie i która z obydwu razy tyle miłych
wspomnień w nas budzi. Pierwszy raz było to przed
dwoma laty. Szliśmy z ,,Jegomością" od Popradzkiego,
gdzie nocowaliśmy po zejściu z Wysokiej. Było nas
przeszło trzydziestu, a w tej liczbie grono wytrawnych
taterników, jak ksiądz Sutor, profesor Świórz, państwo Dembowscy
i kilku innych.</akap>




<akap>Śniadając ponad tak zwaną przez górali Pustą
Doliną<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q11694598"></ref> powyżej Zmarzłego Stawu spostrzegam pod
nami na wielkich polach śniegu bladoczerwone smugi.
Zjawisko to znane w górach skandynawskich pod
nazwą krwawego śniegu, zależy od maleńkiego mikroskopijnego wodorostu. Są to kulki napełnione purpurowym, silnie światło łamiącym płynem.</akap>




<akap>Na kilkanaście cali<pe><slowo_obce>cal</slowo_obce> --- daw. jednostka miary długości, równa ok. 2,5 cm.</pe> w głąb całe obszary śniegu
przejęte są tym tworem.</akap>




<akap>Żywo też stoi mi w pamięci wrażenie, jakiegośmy
wówczas wszyscy doznali, przeszedłszy zwartą kolumną
przez ową szczerbę Żelaznych Wrót. Z tej strony
droga do niej przykra, ale bezpieczna. Stromym kamienistym żlebem dosięgając wąskiego siodełka czyli,
właściwiej mówiąc, samej szczerby, wchodzi się między
wysokie, prawie prostopadłe ściany. Z drugiej strony
przepaść, tylko pod samą ścianą północną, na
prawo nad urwiskiem usypanym z rodzaju zielonawej
glinki, powstałej z rozłożonego granitu, trzyma się
przez całe lato przylepiony szmat stwardniałego śniegu.
Po tym śniegu, zgięty we dwoje, bo ściana granitowa
u spodu tylko jest wyżłobiona, a na górze szorstko
wystaje, może przejść człowiek jako tako bezpiecznie,
a iść tak trzeba kilkadziesiąt kroków, bo rzadko gdzie
można się wyprostować. Potem zwracamy się w lewo
na ostrą wąską grań, także zwykle śniegiem pokrytą,
lecz po której ,,już wozem przejedziem" według uświęconego wyrażenia przewodników zakopiańskich, co
znaczy, że już stąd trudniej kark skręcić, jeśli się 
mocno na nogach trzymasz. Widok z grani na tę
prawdziwie piekielną bramę, zwłaszcza gdy schyleni
towarzysze jeden za drugim przez nią przechodzą,
jest niesłychanego efektu. Nadzwyczajna ostrość konturów, różnica oświetlenia jednej a drugiej ściany,
niewypowiedziana dzikość wokoło, a do tego widok
na południe i na północ, na zielone łąki, uprawne
pola i wzgórza odległych okolic, nadają obrazowi
urok niezwykły nawet w Tatrach, gdzie przecież począwszy od Zawratu o podobny rodzaj widoków na
pozór nietrudno. Toteż ulegasz wrażeniu, którego
się nigdy nie zapomina. Na wniosek mój, abyśmy
w tym miejscu urządzili wypoczynek, bo wszakże tu
co dzień się nie chodzi, przystano od razu. Rozsiedliśmy się na grani wśród śniegu i głazów. Przy
posiłku Sabała jął prawić powiastki, którymi nas do
konwulsyjnego pobudzał śmiechu. ,,Jegomość" gwałtownie musiał się trzymać za boki, a przy jego olbrzymiej prawie postaci zdawało się, że skała, na której
siedział, trzęsie się i gotowa runąć.</akap>




<akap>Drugi raz przeszliśmy tę samą drogę w roku
zeszłym w towarzystwie profesora Aleksandrowicza.
Z wycieczki na Krywań zeszliśmy dnia poprzedniego
na nocleg do schroniska przy Szczerbskim Jeziorze<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q392489 "></ref>,
a nazajutrz przez Mięguszowiecką Dolinę<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q721773"></ref> na Żelazne
Wrota. Cała kilkudniowa wycieczka ułożona została
wyłącznie dla profesora Aleksandrowicza. Był to poniekąd obchód jubileuszowy; właśnie 25 lat minęło,
jakeśmy z nim razem i z profesorem Jurkiewiczem
pierwszy raz zwiedzali Tatry. Chciałem tedy, aby mu,
po tylu latach znów przybyłemu, co najwięcej w najkrótszym pokazać czasie. Zaprowadziłem go ,,po drodze" i na owe czerwone śniegi, aby zjawisko to
u nas rzadkie własnymi oczami oglądał. Wchodzimy
na Pustą Dolinę, śniegi są ale<pe><slowo_obce>śniegi są ale bielutkie</slowo_obce> (gw.) --- śniegi są bardzo bielutkie.</pe> bielutkie.</akap>




<akap>Że jednak przed kilku dniami śnieg w Tatrach
padał, musiał pokryć warstwy wieczyste. Odgarnęliśmy
miękką wierzchnią skorupę i dobraliśmy się do blado
purpurowego łoża. Rozpierzchnięci w dolinie, zbieramy
się w ścisłą kolumnę, aby przebyć ów żleb kamienisty
ku szczerbie. Nigdy wprzódy i może już nigdy więcej
żleb ten ponury i dziki nie zabrzmi takim wesołym
i hucznym gwarem. Było nas około czterdziestu.
Zawsze wesoły, pogodny humor szanownego jubilata,
jego wrażliwość na piękności przyrody, tryskający
przy każdej sposobności dowcip, wprawiły całe nasze
grono w najlepsze usposobienie. W przeciągu ćwierci
wieku, jak nie był w Tatrach, profesor Aleksandrowicz przybrał nieco
na tuszy, a chociaż twierdził, że poprzedniego już
dnia gdzieś tam na Krywaniu, zgubił przodkującą
a wydatną część swej cyrkumferencji<pe><slowo_obce>cyrkumferencja</slowo_obce> --- żartobliwie o obwodzie w pasie osoby tęgiej.</pe>, jednakże zauważyliśmy, że w miarę coraz bardziej stromej drogi,
coraz więcej botanizował, szukając tam nawet roślinności, gdzie już ostatnie jej ślady zginęły. Ponieważ
nie było czasu do stracenia, postanowiliśmy prosić go,
aby zechciał nam przewodniczyć, aby prowadził kolumnę. Odgadł manewr, ale poddając się z uprzejmością naleganiom, objął przewództwo i --- trzeba być
sprawiedliwym --- prowadził nas doskonale.</akap>




<akap>Z westchnieniem mijał zapraszające do spoczynku
tu i ówdzie ,,kanapkowatości", nie chcąc, aby gdy
spocznie, trzydziestu kilku towarzyszów czekało pod
nim, wisząc częstokroć więcej na łokciach niż stojąc
na śliskiej i niepewnej ścianie. Odwracał się wtedy
ku nam i z szczerym, choć czasami nieco kwaskowatym
uśmiechem, potrząsając wzniesioną do góry ciupagą
,,za mną" wołał, jakby do opóźniających się towarzyszy. ,,Idziemy", krzyczeli górale wśród serdecznego
śmiechu. Gdyśmy dosięgli szczerbiny, szanowny profesor ze łzami zachwytu i wzruszenia powitał uroczy
majestat tego miejsca. I nie jego jednego powieki
łzą zabłysły.</akap>




<akap>Z żywym wspomnieniem tych miłych chwil oglądaliśmy się na ową szczerbinę, dopóki nam jej nie
zasłoniły ponure turnie ,,Ganku".</akap>




<akap>Jeżeli Cię, miły czytelniku, mało zajęły wspomnienia moje z Żelaznych Wrót, to jeszcze mniej bym
Cię ubawił opisywaniem drogi, którą teraz oto do
owej rdzawo zabarwionej ,,buli"<pe><slowo_obce>bula</slowo_obce> --- kopulaste lub okrągławe wzniesienie górskie.</pe> odbywamy, choćby
właśnie dlatego, że jest wcale niezła, bo umiarkowanie stroma. At sobie zwyczajna, tatrzańska droga
pod górę, jeśli tylko drogą nazwać się godzi całe
morze kamieni i łomów, z których ani na tysięcznym
jeszcze noga ludzka nie postała, choć tam strzelcy
i turyści chodzą. We dwie niespełna godziny jak
opuściliśmy Staw Zmarzły, jesteśmy już nie tylko na
,,buli" ale i ponad nią na wysokości blisko 7600.
Zostawiamy na tarasie pakunki pod opieką Sabały
i jego muzyki, a sami wchodzimy w żleb wschodnio-południowy, prowadzący wprost na wierzchołek góry.
Jest to jeśli nie najprzykrzejszy, to z pewnością najmniej bezpieczny żleb tatrzański. Granit w części
zwietrzały i śliski, rozkruszony; to znów po bokach
wystający wprawdzie w wielkich i niezbyt pochyłych
ale za to cienkich taflach, które gdy staniesz na nich,
wysuwają się częstokroć spod siebie. Tu też więcej
jak gdziekolwiek indziej okazała się niezbędna ściśniona kolumna przy wejściu i zejściu. Gdyśmy szli
z ,,Jegomością" przed dwoma laty, zaledwie ktoś
z idących naprzód nastąpił na taki głaz ruchomy, poczuł,
że ten wysuwa mu się spod nogi, lekko zeskoczył
na bok, ale głaz z wolna wysuwał się dalej. Szczęściem,
przewodnik o pół kroku niżej będący zdołał go na
chwilę powstrzymać, a drugi i trzeci za nim idący szybko
dopomogli i zmienili kierunek upadku. Przy większych
odstępach w łańcuchu, po kilku sekundach już żadna
siła ludzka nie byłaby w stanie zatrzymać skały,
która by ,,wymiotła" ze żlebu nieoględnych śmiałków.
W małą godzinę jesteśmy na szczycie. Jasno i ciepło.
Gęsto obsiedliśmy kończysty<pe><slowo_obce>kończysty</slowo_obce> --- spiczasty.</pe> czubek góry. Jeśli Gerlach usposabia posępnie, to Wysoka przeciwnie. Tańczyć wprawdzie nie można, bo nie ma gdzie, ale za
to śmiech i gwar wesoły.</akap>




<akap>Widok stąd równie piękny jak ciekawy i pouczający. Stąd jednocześnie i grupę Gerlachu, i szczególniej
Krywania doskonale opatrzysz, nie mówiąc już o zachodnich szczytach. Jeden tylko zarzut można zrobić
temu punktowi, to jest, że z niego nie widzisz Wysokiej, bo ona istotnie każdej panoramie tatrzańskiej
nadaje szczególny wdzięk wykwintnymi swoimi
kształtami.</akap>




<akap>O trzeciej po południu schodzimy ze szczytu.
Szybko robimy tę samą część drogi, którą obeszliśmy
szczyt góry i bierzemy się ku ,,Wadze" przełęczy,
między ramieniem Wysokiej i Rysami. Będziemy tam
najdalej w ciągu półtorej godziny. Zanim jednak tam
dojdziemy, bierze mnie ochota opowiedzieć Ci, szanowny czytelniku, ustęp z jednej małej, lecz twardej
wycieczki. Właściwie sumienność turysty skłania mnie
do tej gadatliwości, bo oto zszedłszy z Wysokiej
tym szkaradnym żlebem, przypominam sobie, że jest
w Tatrach jeszcze gorszy i nierównie gorszy. Tylko
że tego to już w żaden sposób nie zobaczysz, choćby
cię istotnie płocha chęć wzięła szukać przykrych żlebów. Nie znajdziesz przewodnika, który by się zgodził
przeprowadzić cię tamtędy. Rzecz się miała tak: przed
kilku laty wypadł mi jakiś gwałtowny, botaniczny
,,interes" do doliny Pięciu Stawów. Wybieram się na
parę dni z synem moim; nawiasem mówiąc nie radzę
ci z nim chodzić na wycieczki, jeśli nie jesteś wypróbowanym taternikiem pierwszej wody. Ponieważ zwykle
nasza droga jest przez Zawrat, przeto pan Alfons S.,
młody taternik, chcąc użyć porannej przechadzki odprowadza nas na tę przełęcz. Prócz Wojciecha Raja,
Tatara i Ślimaka mamy z sobą Józka, naturalnie dużo
młodszego niż dzisiaj, a objuczonego jak zwykle
,,trąbą" (zn. duża, zielona puszka do roślin), deseczkami
mieszczącymi obfite zapasy bibuły itd. Ponieważ Józek zaczął dopiero w owym roku zarabiać sam na
siebie, nie miał przeto jeszcze swej własnej czuchy
ale ojcową. A że ta była na niego srodze długą,
więc zarzuciwszy ją na swą dużą torbę, zawiązywał
pod szyją rękawami. Rozumie się, że wyglądał jak
kopka siana. Dla oszczędności obuwia zwykł chodzić
na Zawrat i wszelkie ,,piarżyste"<pe><slowo_obce>piarżysty </slowo_obce> --- pełen piargów, ostrokrawędzistych okruchów skalnych. </pe> drogi boso. Pod
,,Zmarzłym" rozmyślamy się. Przez Zawrat już się
tyle razy chodziło, czy by nie można przejść szczelinką między Kozim Wirchem<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q1765870"></ref> a Granatami<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9275538"></ref>? Jakiś tam
żlebik świeci w górze śniegiem. Spróbujmy.</akap>





<akap_dialog>--- Eh! znam ja ten żlebik --- rzecze Szymek --- bom tamtędy raz od Pięciu Stawów<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q16540447"></ref> chodził.</akap_dialog>




<akap>Przy indagacji pokazało się, że przed wielu laty
dźwigał tamtędy tęgiego kozła na plecach, a miał
dobre powody do obrania tej romantycznej drogi.</akap>







<akap_dialog>--- A puści tam?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- No, puści przecie, puścić musi, ale kto to wie, jak tam teraz wygląda. Wdrapaliśmy się po mokrych,
śliskim mchem obrosłych progach pod ów śnieg.</akap_dialog>




<akap>Żlebik stromy, śnieg podmyty, ale z pomocą rąk
i nieledwie zębów, wyrąbując tu i ówdzie schody
w zmarzłym śniegu, dostaliśmy się do szczerbiny.
Tu naprzód wita nas gwałtowny, mroźny wiatr, że
na nogach utrzymać się trudno. Spójrzmy w dół,
gdzie schodzić trzeba --- prostopadła wąska przepaść,
zawalona zatrzymującymi się w załamach i zakrętach
kamieniami.</akap>




<akap_dialog>--- No, nie słodko coś wygląda!</akap_dialog>




<akap>Szymek i Wojtek Raj spuszczają się naprzód,
zsuwając i zwalając w przepaść ogromne zaległości
głazów, aby nam potem z góry na głowę nie spadły.
Ślimak zostaje przy nas w odwodzie. Józek zostawiony
jest własnemu przemysłowi<pe><slowo_obce>zostawiony
jest własnemu przemysłowi</slowo_obce> --- zdany sam na siebie. </pe>. Utorowano kilkanaście
stóp, spuszczamy się w otchłań. Józek na końcu.
Nasi przewodnicy oczyszczają drogę niżej, my czekamy. Po kilku minutach znów opuszczamy się trochę niżej.</akap>




<akap_dialog>--- Nie puszcza! --- krzyczą z dołu --- niech
czekają!</akap_dialog>




<akap>Tym razem czekamy coś bardzo długo --- czekamy
zawieszeni na łokciach, wparci między wąziutkie ściany
otchłani. Józek, który sobie wyszukał jakiejś innej
odnogi żlebiku, w żaden sposób nie mógł znaleźć
oparcia na nogi. Zrobił więc grymas wyrazisty i wydał
głos bardzo do jęku zbliżony. Ojciec dosłyszawszy,
wychyla się pod nami nad jakąś sterczącą ,,turniczkę",
a spostrzegłszy kłopotliwe położenie chłopca krzyknie:</akap>




<akap_dialog>--- Rozszerzaj się Józek --- rozszerzaj się!</akap_dialog>




<akap>Pomimo niedogodności położenia, śmiejąc się, nie
mogliśmy oczu oderwać od Józka. I tak już dosyć
szeroki ze swoją torbą i za dużą czuchą, teraz zrobił
się literalnie szerszym niż dłuższym. Ale przestroga
była skuteczna. Powiększywszy rozpartymi rękami
i nogami tarcie o boki czeluści, powoli zjechał na
upatrzony jakiś prożek wystający dobrze pod nim ze
skalnej ściany i oparł przecie na nim nogę. Wkrótce
słyszymy z dołu, że tam ,,po grani już wozem przejedzie". Wiemy już, co to znaczy. Zsuwamy się kilkanaście stóp, potem po gzymsie jakiejś grani ,,przewijamy" w bok, a potem znów ,,dołu". I tak przynajmniej
sto kilkadziesiąt stóp; potem żleb stał się trochę
położniejszy. Na prawo nad nimi sterczą sklepieniem
wysunięte nad przepaścią długie bloki spękanych
granitów. Pod nami mała rumowiskami zawalona dolinka, a raczej zatoka doliny Pięciu Stawów. Oczywiście
zeszliśmy i to bez przypadku, ale nie życzę nikomu
tej na pół napowietrznej podróży. Rozumie się, że
najlepiej na tym wyszedł pan Alfons, bo musiał po
znacznym kołowaniu wejść jeszcze na Zawrat<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9387604"></ref> od doliny Pięciu Stawów, tak, że mu ta przechadzka z pewnością za cztery Zawraty starczyła.</akap>




<akap>Ale otóż jesteśmy na Wadze. Krótko tu bawimy,
widoki stąd na wszystkie strony zajmujące, a choć
nam dobrze znane, nigdy ich się dość napatrzeć nie
można. Ale dzień ku schyłkowi. Zdawałoby się, że
bez namysłu obierzemy drogę do Czeskiego i Doliny
Białej Wody, gdy nagle, nie wiem już dobrze w czyjej
głowie, zabłysła myśl pójścia jeszcze na Rysy, a stamtąd wprost na dół do Morskiego Oka<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q163246"></ref>. Wszakże to
wycieczka bez programu!</akap>





<akap>W kilkanaście minut stoimy na jednym, potem
na drugim szczycie Rysów. Pan Stanisław, który tu
jest pierwszy raz, wyskoczył przed nami jeszcze, aby
się dłużej nacieszyć widokiem uchodzącym powszechnie za jeden z najpiękniejszych w całych Tatrach.
Co za rozmaitość. Pod stopami w straszliwej przepaści Morskie Oko, a dalej nieco ,,Rybie" jakby
jakieś zaklęte zwierciadła wśród labiryntu granitowych
kolosów. Zdaje ci się, zawisłeś w powietrzu nad tym
czarownym obszarem. To złudzenie powiększa się,
jeśli naraz odwrócisz się w przeciwną stronę. Tu
bowiem jakby powtórzone te same motywy, ale prawie nad tobą. Bo choć stoisz na 7300 stóp, ale
Wysoka i mało jej ustępujący Ganek prostopadłymi
ścianami sterczą wyniośle nad głową twoją, a u stóp
ich śnieżna dolina ze Zmarzłym Stawem i niższe od
niego Czeskie, ze swoim pysznym wodospadem. Jeszcze inne stawy widzisz w Mięguszowskiej Dolinie
zamkniętej od północy szczytami tegoż nazwiska.
W głębi przed tobą Baszta<ref href="https://pl.wikipedia.org/wiki/Orla_Baszta"></ref>, Hruby Wirch<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9294477"></ref> i Krywań
jakby oddzielna twierdza z licznymi niebotycznymi
wałami, różniącymi się od siebie barwą i cieniem.
Zaglądasz stąd i na wyniosłą Dolinę ,,Żabiego"<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9209127"></ref> także
z dwoma stawami. Z góry podziwiasz prostopadłe
ściany Młynarza i oko twoje z przyjemnością odpoczywa na zielonej barwie lasów i gór odległych,
a potem wybiega w dal, na tchnące życiem pola. Tu
najłatwiej pojmujesz, dlaczego Wojtek Ślimak powiada, że ,,kiedy tak stoję na wirchu a słonko jasno
świeci, to mi świat kwitnie". O wpół do szóstej
zaczynamy schodzić. Mamy zaledwie jeszcze dwie
godziny dnia. Nie ręczę, czy pomiędzy czytelnikami
znającymi Tatry nie znajdą się tacy, którzy pomysł
szukania nowej drogi tędy i o tej godzinie nie nazwą
grzecznie: bzikowatym. Zejść zejdziemy, to pewna,
ale jak i kiedy? Uzuchwaleni<pe><slowo_obce>uzuchwaleni</slowo_obce> --- rozzuchwaleni. </pe> jednak trzydniowym
powodzeniem, nie wahamy się ani na chwilę. Tuż
pod szczytem ,,przewijamy" na północną stronę grani
wiodącej ku Żabiemu, potem zaraz spuszczamy się
do żlebu od strony Morskiego Oka. Ślimak i Tatar
przed wielu laty schodzili tędy każdy raz jeden.
Pierwszy z ,,Jegomością", drugi wracając z polowania
(ręczyć nie można, czy nie z kozłem na plecach).
Obydwu droga ta nie zostawiła przyjemnych wspomnień. Ale bo też schodzili samym żlebem, obok śniegu.
Dziś zaś rychło opuszczamy przykry i bardzo śniegiem wypełniony żleb, a idziemy na prawo granią.</akap>






<akap>Tatar i Ślimak pobiegli naprzód, aby się przekonać czy ,,puści". Raj wyszukuje co najdogodniejsze spadki. Zdziwienie nasze wzrasta za każdym
krokiem. Nie tylko, że zejść można, ale śmiało polecić
mogę zejście z Rysów wszystkim turystom i turystkom,
które były w stanie odbyć stereotypowy spacer przez
Zawrat do Rybiego. Już snadź zapisane było w księdze przeznaczeń tatrzańskich, że ta wycieczka powiedzie nam się w zupełności. Prawie trzy czwarte drogi
schodzimy po bardzo wygodnych stopniach, po większej części mchem, trawą lub przynajmniej ziemią
pokrytych. Grań bieży niezbyt pochyło, a równolegle
do pionowo stojących, a przeszło na 3000 stóp wyniosłych
skał ciągnących się od Rysów do Mięguszowskiej.
Jest to droga jedna z najoryginalniejszych, a zarazem
najpiękniejszych w Tatrach. Tak łatwo, tak wesoło
schodzi się w tę majestatyczną otchłań, Chciałoby
się iść tędy jak najdłużej. Dziś jednak niepodobna
się długo zatrzymywać. Słońce już zachodzi. Ku dołowi wygodne stopnie ustępują miejsce drobnemu
żwirkowi i piargom<pe><slowo_obce>piarg</slowo_obce> --- nagromadzenie okruchów skalnych. </pe>. Trzeba iść wolniej, jeśli nie
potrafisz razem z nami zsuwać się po podobnych
drogach. Jest to bardzo prosty sposób lokomocji.
Obierasz miejsce najwięcej pochyłe i stojąc giętko
na nogach, własnym ciężarem suniesz wraz ze żwirkiem sięgającym ci nieraz wyżej kostek kilka, kilkanaście, czasem kilkadziesiąt kroków.</akap>







<akap>Napotkawszy jaką przeszkodę, jaki głaz większy
lub ustaloną ziemię, wyskakujesz szukając naprzód
okiem dalszej ruchomej podstawy. Chodzi więc tylko
o zręczne utrzymanie równowagi; o jak to idzie
szybko! Jeszcze niżej ku szyi wyginającej się już
na prawo ponad Morskiem Okiem (tzw. Czarnym
Stawem), piargi coraz większe. Już ślizgać się niepodobna, musimy iść wolno po głazach. Ta część
drogi jest najmniej dobra, choć tak zwykła w Tatrach,
że i na myśl nie przyjdzie narzekać na nią, tym
bardziej, te pochyłość już tylko bardzo nieznaczna.
Mrok zapada, stajemy nad Morskiem Okiem i już
dobrze po ciemku odgadywać musimy niewyraźną
,,perć" (ścieżkę) wiodącą po prawej stronie stawu.
Po lewej byłoby nierównie bliżej, ale zdaje się, że
nie przejdzie, przynajmniej po nocy niepodobna ani
próbować. W dwie godziny zeszliśmy z Rysów i dochodzimy do wału oddzielającego Morskie Oko od
głębszej doliny ,,Rybiego"<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9208951"></ref>. Należy nam się ,,herba"
i będzie wnet.</akap>




<akap>Tymczasem dajemy sygnał do schroniska na
przeciwnym końcu stawu. Więc wystrzał jeden i drugi,
i ogólny, donośny krzyk, świstania a potem ,,dawaj
tratwę" tubalnym głosem Gronikowskiego wyartykułowane. Możeś ciekawy, Czytelniku, na kogo mogliśmy
wołać, kogo się spodziewać w schronisku, kiedy Franek Dorula już od tygodnia przeszło z założonymi
w tył rękami i z właściwym mu szykiem przechadzał
się po Poroninie, wywiózłszy stąd sienniki i poduszki.
My jednak byliśmy pewni, że tu na nas ktoś czeka.
Wybierając się na wycieczkę, nie tylko, że zorganizowałem pocztę od siebie do rodziny, ale i w odwrotnym kierunku. Że zaś stanowczo nie wiedzieliśmy,
gdzie pójdziemy, trzeba było wybrać gońca, który by
wyszedłszy we dwa dni po nas z Zakopanego, mógł
doręczyć mi list adresowany ,,w Tatrach". Wybrałem
do tego Wojtka Giewonta, który jest w stanie podołać takiemu zadaniu. Dałem mu wskazówki, w jakich
mniej więcej schroniskach mogliśmy nocować w razie
pogody, a gdzie nas ma szukać aż do Szmeksu
włącznie w razie deszczu lub śniegu. Na wypadek
nadzwyczajnych jakichś kierunków, na drzwiach schroniska znalazłby parę słów kredą napisanych, wskazujących przynajmniej stronę świata, Otóż Wojtek widząc trzeci dzień pogody, powinien był domyśleć się,
że możemy nocować przy Rybiem, mniejsza o to,
z której strony tam przybędziemy. Po hucznej tedy
salwie natężamy ucho. Słychać jakiś silny głos, ale
baczni górale z samej intonacji wnoszą, że ,,to nie
Wojtków głos". Maleńkie światełko zabłysło w tej
chwili w schronisku i odbija się w wodzie. Postanowiliśmy zejść nad Rybie. I znów wołamy. Teraz dwa
głosy słychać i jeden z nich niewątpliwie Giewontowy.</akap>




<akap_dialog>--- Dawajcie tratwę --- krzyczy Gronikowski.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Nie ma wioseł --- była odpowiedź. Wiosła po
sezonie schowane.</akap_dialog>




<akap>Z zupełnym spokojem rozkładamy się nad wodą.
Choć wioseł nie ma, ale dwóch Zakopian jest w stanie i całą tratwę skomponować, nie tylko wiosła.</akap>





<akap>Tymczasem księżyc zza Rysów wygląda i spokojne wody jeziora, jakby śniąc, urocze snują złudzenia. Potoki, śniegi, szczyty gór i ciemne smugi kosówki oblane drgającym blaskiem, w lekkich, tajemniczych jakichś kreślą się zarysach, w głębinie Rybiego.</akap>




<akap>Na ponawiane od czasu do czasu ,,dawaj tratwę!" --- odpowiada na koniec pożądane ,,zaraz".</akap>




<akap>Zaimprowizowane wiosła jakoś wolno funkcjonują, tratwa zaledwie się porusza. Ledwie za pół
godziny będzie tutaj, ledwie za godzinę będziemy
w schronisku. Czyż nie lepiej było obejść piechotą
naokoło stawu, tak jak zrobił Wojtek Raj, aby zawczasu ,,zgotowić" wieczerzę?</akap>




<akap>Jeśli można było w zupełnej ciemności odnaleźć
chodnik nad Morskim Okiem, to przy księżycu spacer
naokoło Rybiego, przy dobrze wychodzonej perci<pe><slowo_obce>perć</slowo_obce> --- ścieżka w górach. </pe>,
byłby żartem; już od dawna bylibyśmy na miejscu.
No, doprawdy, że nie dla zmęczenia nie zrobiliśmy
tego, ale z lenistwa. Tak dobrze nam tu leżeć.
Nareszcie tratwa przybija; pomagamy gałęziami smreku<pe><slowo_obce>smrek</slowo_obce> --- świerk.</pe> wiosłować i sterować. Muzyka brzmi i Józek
nie zaniedbuje rozgrzać sobie nogi ,,góralskim". W szałasie już spoczywa trzech turystów, Wiedeńczyków,
których W. Gładczan przeprowadził nieodzownym
gościńcem przez Zawrat. Muszą być bardzo zmęczeni,
kiedy ich ani tak cudna noc, ani nasza muzykalna
przeprawa nie wywabiła na ganek. A może równie
jak ów stróż schroniska w Wielkiej Dolinie, nie przypuszczają, aby o tej porze uczciwi ludzie mogli się
tu zjawić i to od strony nieprzystępnych skał, na
które i samo oko z nieśmiałością się wdziera. Kto
wie, czy mimo znużenia nie udają tylko śpiących,
a zatarasowawszy się w oddzielnej komorze, nie trzymają ręki na rewolwerach, postanawiając drogo przynajmniej sprzedać życie.</akap>




<akap>Giewont przyniósł listy i to dobre listy, przyniósł
świeże zapasy, nawet jabłka na kompot, które Raj
wybornie umie przyrządzać. --- Dobranoc.</akap>

 <sekcja_asterysk/>


<akap>Życzę Ci, Czytelniku abyś zawsze tak dobrze
spał jak my w schronisku przy Rybiem, czyli jak się
teraz w Zakopanem coraz częściej słyszeć zwykło:
przy ,,Morskiem Oku". Z powodu nazwy ,,Morskiego Oka", muszę Cię ostrzec, że jeśli kiedykolwiek
napadnie Cię ochota pojechać do Zakopanego ,,dla
poznania Tatrów" na trzy lub cztery dni, jak się to
dość często zwykło praktykować, to Cię Morskie Oko
nie minie. Wołasz przewodników i pytasz, jak się
wziąć do wycieczki. Zakopianie są bardzo grzeczni
i rozmowni. Wśród pogadanki góral już Cię wybadał
i zakwalifikował. Albo jesteś kompletnym miejskim ---
bez urazy --- niedołęgą, wtedy pojedziesz wózkiem
do Roztoki, jeśli nie na samo miejsce; albo chodzisz jako tako choć po równej drodze, może już
i dopuściłeś się Kościelisk<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q11694533"></ref>, Strążysk<ref href="https://pl.wikipedia.org/wiki/Dolina_Str%C4%85%C5%BCyska"></ref> lub na Gubałówkę<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q913060"></ref>, więc zaproponuje Ci drogę przez ,,Waksmundzką"<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9209024"></ref>.
Albo uważasz się za wytrawnego turystę, a to na
mocy tego, że zwiedzając Szwajcarię<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q39"></ref> byłeś na Rigi<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q15291"></ref><pe><slowo_obce>Rigi</slowo_obce> --- szczyt w Alpach Zachodnich.</pe>
koleją lub przeszedłeś przez Grimsel<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q666668"></ref><pe><slowo_obce>Grimsel</slowo_obce> --- przełęcz w Alpach Berneńskich. </pe>, albo wreszcie
wszedłeś na Faulhorn<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q674769"></ref><pe><slowo_obce>Faulhorn</slowo_obce> --- szczyt w Alpach Zachodnich. </pe> itd. Nawiasem mówiąc, z ubolewaniem spoglądasz w takim razie na Zakopian,
chodzących w kierpcach i nie znających dobrodziejstwa szwajcarskich kamaszy o funtowej podeszwie,
gęsto wielkimi nabitej gwoździami, ani długiego,
również szwajcarskiego, kija. Jeśli nie jesteś egoistą,
to nawet w duchu już zamierzasz zreformować pod
tym względem poczciwych tatrzańskich górali, którym
Pan Bóg dał takie dobre nogi, a takie nędzne obuwie i ciupagi. W tym tedy trzecim wypadku będziesz
przeciągnięty przez Zawrat i Świstówkę<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9396506"></ref>.</akap>




<akap>O czwartej możliwej, choć znacznie rzadszej kategorii, pomówimy później.</akap><akap>Owóż<pe><slowo_obce>owóż</slowo_obce> --- otóż.</pe> w każdym z powyższych przypadków,
dodawszy do kwalifikacji twojej przebytą drogę, sumy
okażą się równe, to znaczy, że znajdziesz się<pe><slowo_obce>znajdziesz się</slowo_obce> --- okażesz się.</pe> jeszcze przed
dojściem do celu wycieczki zbity, znużony, zbolały, ledwie dyszący i wyrzucający sobie z goryczą lekkomyślność, która Cię tu zawiodła, na drogi
tak różne od wygodnych alei Saskiego<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q2304363"></ref>, Strzeleckiego<pe><slowo_obce>Saski, Strzelecki</slowo_obce> --- parki w Warszawie i Krakowie.</pe>
lub jakiego bądź innego ogrodu. Coraz bardziej niecierpliwisz się, ,,onaczysz" (znaczy: męczysz, nudzisz)
przewodnika pytaniami ,,a czy daleko jeszcze do tego
Morskiego Oka",,a kiedyż tam będzie to Morskie
Oko" itd. Na próżno góral pociesza Cię z dziesięć razy: że ,,zaraz za tym brzeżkiem", że już
nie ,,precz" (znaczy, niedaleko). Na próżno chwali Cię
,,jak to oni dobrze chodzą, ho, ho, mogliby iść i na
Gierlach" itp. Wszystko to coraz mniej pomaga i
czujesz się dobity.</akap>




<akap>Wreszcie spostrzegasz przed sobą wysokie skały
zamykające pionowo horyzont, no, tu już wyraźnie
świat deskami zabity, przecież dalej iść niepodobna.
Jeszcze jeden ,,brzeżek" i stajesz nad wielkim zwierciadłem wody, u stóp owych skał prostopadłych.</akap>




<akap_dialog>--- A więc to, to jest Morskie Oko! --- nie pytając już, wykrzykasz<pe><slowo_obce>wykrzykasz</slowo_obce> --- wykrzykujesz. </pe>.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A hej --- przytakuje góral, z politowaniem
spoglądając na twoją pocieszną, naturalnie w tej
tylko chwili, fizjonomię.</akap_dialog>




<akap>Nie wierzże mu na miłość boską, o przyszły
taterniku, jeśli Ci istotnie prawda miła.</akap>




<akap_dialog>--- Jak to --- rzekniesz --- więc on mnie okłamuje?</akap_dialog>




<akap>No, niby tak po trochu, ale czyni to z dobrego
serca. Wprowadza Cię w błąd rzeczywiście, ale głównie przez litość nad Tobą i tylko niekiedy łączy się
z tym mała cząstka krótkotrwałej niechęci, jeśliś go
przez drogę ,,godnie wyonaczył"<pe><slowo_obce>godnie wyonaczył</slowo_obce> --- mocno wymęczył.</pe>. Dla niego wprawdzie to, przed czym stoisz, było, jest i będzie zawsze
,,Rybie", a Morskie Oko, tam nad Rybim wysoko.
Ale w głowie górala odbywa się taki mniej więcej
proces myślenia: ,,Ta bieda i tak już ledwie łazi;
choćby i chciała iść wyżej, to ci się jeszcze gdzie
przekopytnie, jeszcze byś to musiał na plecach dźwigać. Zresztą to się i na górach nie rozumie! Czy ta,
czy druga woda między skałami, to jemu tam wszystko jedno".</akap>




<akap>Zwykle ma słuszność.</akap>




<akap>Wprawdzie, gdy się wyśpisz choć na twardym
tapczanie, gdy cię góral gorącą ,,herbą" otrzeźwi,
nakarmi, chętnie się z ganku rozpatrujesz w tej dziwnej ustroni. Jeśli nie masz wodowstrętu (<slowo_obce>sit venia verbo</slowo_obce>)<pe><slowo_obce>sit venia
verbo</slowo_obce> (łac.) --- niech mi wolno będzie powiedzieć.</pe>, to i na tratwie chętnie usiądziesz i każesz
się przewieść na drugą stronę. Tam, trzeba być
sprawiedliwym, twój przewodnik nigdy nie zaniedba
się zapytać: ,,a może by chcieli zobaczyć Czarny Staw,
co tam jest wysoko?"</akap>




<akap>Tej drugiej nazwy, tyle razy powtarzającej się
w Tatrach, używają przewodnicy jako niby <slowo_obce>petit nom
de guerre</slowo_obce><pe><slowo_obce>petit nom de guerre</slowo_obce> (fr.) --- pseudonim.</pe> dla właściwego Morskiego Oka. ,,A niech
sobie tam będzie" --- odpowiesz spojrzawszy na stromą,
pięćset stóp pnącą się perć. ,,Nie ma czasu, musimy
się spieszyć" --- nie wiadomo po co --- ,,do domu".</akap><akap>Góral jest w porządku, a i tobie się zdaje, że
jesteś także, już masz dosyć ,,Morskiego Oka".</akap><akap>Jeśli jednakże znajdujesz się w czwartym możliwym wypadku, tj. jeśli naprawdę masz kwalifikację
na taternika, jeśliś się tak urządził, że możesz choćby
nie cały dzień, ale przynajmniej większą część dnia
pozostać na miejscu, to każdy góral najchętniej Cię
doprowadzi do rzeczywistego ,,Morskiego Oka", bo
oni wszyscy dumni są z niezwykłych piękności swoich
gór. Gdybyś mnie zechciał kiedy posłuchać, szanowny
Czytelniku i nie kwapił się do powrotu, to radziłbym
Ci, zamówiwszy sobie, rozumie się, odpowiednią pogodę, pójść znad Morskiego Oka nie oglądając się
poza siebie, tak około 150 do 200 kroków pod górę
ku Żabiemu i to koniecznie między pierwszą a czwartą
po południu. Potem zwróć się nagle i spojrzyj w Morskie Oko, czy, jeśli je tak wolisz nazywać, Czarny
Staw<ref href="https://pl.wikipedia.org/wiki/Czarny_Staw_pod_Rysami"></ref>. Przyznasz mi wtedy, że to jest równie cudny,
jak niezwykły efekt. Wysokość tych częścią<pe><slowo_obce>częścią</slowo_obce> --- częściowo. </pe> czarnych,
częścią blaskiem słonecznym oblanych prostopadłych
ścian, podwaja się przez odbicie w wodzie. U góry
i u dołu niebo. Patrzysz w zwierciadło stawu, jakby
przez jakiś olbrzymi czarodziejski pierścień, jakby na
drugi świat pod tobą albo przynajmniej na drugą
stronę kuli ziemskiej. Co dziwniejsza, że gdy przy
oświetleniu właściwym tej porze dnia, zieloność powlekająca tu i ówdzie boki jakiej turni daleko prędzej uderza wzrok twój w wodzie, bo jest jakby
werniksem powleczona, aniżeli na skałach ponad
wodą, gdzie gubi się w matowej, szarej lub czarnej
przestrzeni, tym bardziej ulegasz złudzeniu, że tam
w dole widzisz świat inny; niechże jeszcze lekki
wietrzyk zmarszczy zwierciadło wody, cały ten drugi
obraz drga życiem, którego nie mają ponure kolosy
sterczące nad jeziorem.</akap>




<akap>Wracając raz jeszcze do nazwy Morskiego Oka
i Rybiego Stawu, jeśli mi nie wierzysz, Czytelniku,
zapytaj z wyłącznieniem tego ,,wyonaczonego"<pe><slowo_obce>wyonaczony</slowo_obce> --- wymęczony.</pe> przewodnika, wszystkich górali z północnej i południowej
strony Tatr, zapytaj wszystkich dawniej, a z małym
wyjątkiem i dziś piszących o Tatrach, poradź się
wszystkich kart<pe><slowo_obce>karta</slowo_obce> --- tu: mapa.</pe> tatrzańskich, a przekonasz się, że mam
słuszność. Zajrzyj przede wszystkim do Staszica, który
te miejsca z sumiennością, staraniem i zadziwiającą
ścisłością badał wtedy, kiedy jeszcze nie bywało
w Zakopanem podobnych tobie --- zawsze bez urazy ---
taterników, pytających co chwila, dlaczego to jeszcze
tak daleko do tego Morskiego Oka.</akap>




<akap>Wszystkie te uwagi, mające niby służyć ku pożytkowi i zbudowaniu twemu, szanowny Czytelniku,
stanęły mi w myśli, gdym dobrze wyspany wyszedł
na ganek schroniska przed wschodem słońca, podziwiając nie wiem po który już raz, zawsze świeży
i zawsze uroczy obraz. Nasi turyści znad ,,modrego
Dunaju" spoczywają jeszcze. Po niejakiej chwili wychodzi jeden z nich, jakiś młody doktor, ale już nie
pamiętam czego. Zaczyna zwykłą rozmowę, wypytując
o szczegóły miejscowości, o naszą wycieczkę itd.</akap>




<akap_dialog>--- A i my byśmy chcieli też być choć na Gierlachu i Łomnicy.</akap_dialog>





<akap>Spojrzałem bliżej na jego zmęczoną figurę i zapytałem Gladczana:</akap>




<akap_dialog>--- A jak oni tam szli wczoraj?</akap_dialog>







<akap_dialog>--- Eh, kiepsko --- rzecze węzłowato przewodnik.</akap_dialog>





<akap>Turysta musiał w tej chwili dostrzec na twarzy
mojej jakiś gest wątpiący, bo dodał:</akap>




<akap_dialog>--- A dlaczegóżby nie, to przecież musi być
coś w guście Zawratu, a myśmy wczoraj tam byli.</akap_dialog>







<akap_dialog>--- No, niekoniecznie --- rzekę --- Zawrat to właściwie nie wycieczka, ale gościniec tatrzański, którędy
na wycieczki i damy chodzą.</akap_dialog>




<akap>W tej chwili dwaj pozostali wynurzyli się także
ze schroniska, ale z postawą jeszcze mniej obiecującą.</akap>




<akap_dialog>--- Mnie się zdaje --- dodałem --- że panowie
przeszedłszy Polski Grzebień, będziecie mieli dość.</akap_dialog>




<akap>Nie byli jakoś ciekawi ani ,,wyższego" stawu,
ani nawet nie przewieźli się tratwą przez ,,niźni"<pe><slowo_obce>niźni</slowo_obce> (gw.) --- niżej położony.</pe>.</akap>




<akap>Gdy Gladczan po paru dniach wrócił do domu,
opowiadał, że przyszedłszy do Szmeksu, istotnie mieli
dość.</akap>




<akap>Pogoda trwa zawzięcie. Przez całe lato takiej
nie było. Odbywamy naradę. Tak nam tu dobrze, iż
postanawiamy pozostać przez większą część dnia.
Mamy wszak zupełne do tego prawo. Więc kto z wędką
na pstrągi, kto do kąpieli w stawie, kto bawi się
jeżdżąc na tratwie. Potem zbieranie roślin w jakich
 niedostrzeżonych jeszcze zakątkach. Kapela też nie
próżnuje, więc i podłoga schroniska dudni. Aż dobrze z południa wyciągamy do Roztoki.</akap>




<akap>Tu już po każdej wycieczce z urzędu<pe><slowo_obce>z urzędu</slowo_obce> --- tu: zwyczajowo.</pe> muszą
się odbyć ogólniejsze tańce. Istotnie jakoś tu więcej
ochoty. Nawet Szymek, odłożywszy nieco na bok
powagę, tańczy i tańczy doskonale, a zdarza się czasem, że jak zacznie, to i cztery godziny z rzędu nie
spocznie. Ale to tylko w deszcz, kiedy dalej iść nie
można. Dziś pogoda, więc załatwiamy się w parę
godzin. Namiot i część pakunków odprawiamy z depeszą do domu. Nad wieczorem powoli, jakby z niechcenia<pe><slowo_obce>z niechcenia</slowo_obce> --- od niechcenia. </pe> ciągniemy do Jaworzyny. Już jesteśmy na niskiej przełęczy oddzielającej Jaworzyńską Dolinę
od doliny Białki, już ,,Kościeliska" nuta zwiastuje<pe><slowo_obce>zwiastuje</slowo_obce> --- zapowiada. </pe>
nas z daleka. Zewsząd wylęgają ciekawi, oglądać mniej
zwykłych w tej porze gości. Na widok choć już
zmniejszonego, ale zawsze dość licznego pocztu górali, z muzyką i śpiewem, poznają nas od razu. Dobrze, bo też jesteśmy tu znani. Już uprzejma gosposia
z oberży, znakomitość w sztuce kulinarnej, stoi przede
drzwiami i kiwając głową, uśmiechem oznajmia, że
nas poznaje, choć się już w tym roku nie spodziewała.</akap>




<akap>Jaworzyna węgierska mocno przypomina zakopiańskie ,,Hamry". Podobne położenie w wąwozie,
takie same domki robotników, zwierzyniec, czarne,
żużlami wysypane drogi, Są tu kuźnice, a teraz i młyn
do mielenia ,,smreków" (zn. świerków) na papier.
Wesoły i śpiewny ludek z przyjemnością zużytkowywa<pe><slowo_obce>zużytkowywa</slowo_obce> --- zużytkowuje.</pe> świeżo przybyłą kapelę i znów podłoga dudni
długo wieczorem. Jest dla odmiany i dobre piwo; ,,herba"
kipi obficie, gwar wesoły. Nawet jakiś rodzaj maskarady urządza się naprędce. Ktoś z miejscowych
facetów przebiera się za konia czy wielbłąda, ku
wielkiemu przerażeniu żeńskiej połowy towarzystwa. 
Wyszukajcie mi na jutro rano M. Dobranoc, chłopcy!</akap>

<sekcja_asterysk/>

<akap>Znów pogoda. Wyszukano M. Jest to dawny
robotnik; <slowo_obce>per modum</slowo_obce><pe><slowo_obce>per modum</slowo_obce> (łac.) --- na wzór.</pe> przewodnik po miejscowych
górach; w chwilach zaś wolnych od zatrudnień, a tych
ostatnich ma bardzo mało, oddaje się ,,palence" (zn.
wódce). Szkoda, widocznie chłop niegdyś tęgi, w ostatnich latach bardzo podszarzany<pe><slowo_obce>podszarzany</slowo_obce> --- zniszczony, zużyty. </pe>. Kiedyś robiąc kilkodniową wyprawę w pasmo Murania, wziąłem go
z sobą nie dla wskazywania drogi, bo przy Zakopianach to jest zbyteczne, ale dla zebrania nazw
miejscowych dla turni, regli, dolin itd. Pomimo,
że wówczas ,,palenka" mniej jeszcze dała mu się we
znaki, biedak po pierwszym dniu tak był ,,zmachany",
żeśmy go ledwie dowlekli na nocleg ,,hipnąwszy"<pe><slowo_obce>hipnąwszy</slowo_obce> (gw.) --- skoczywszy.</pe>
co prawda po tęgiej wycieczce na kilka szczytów, przez regle i wzgórza, przez niepraktykowane drogi
do Żdżaru<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q393435"></ref> i to już późno w nocy. Pomimo mniej
wesołych wspomnień z owego czasu M. chętnie
opowiada turystom, jako to on nas wodził po Hawraniu, Trystarskiej, Szerokiej Bielskiej<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9351345"></ref> itd. Z widoczną
też radością nas powitał.</akap>




<akap_dialog>--- Poprowadzicie nas dziś przez ,,Nowy" na
Jagnięcą Zagrodę? --- zapytałem.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A czemuż by nie --- rzecze.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- No, to dalej w drogę.</akap_dialog>




<akap>Idziemy przez ten piękny świerkowy lasek, tuż
za oberżą. Potem na prawo, ,,Między ściany" przez
dolinę oddzielającą Murań od Kiczory<pa><slowo_obce>Kiczora</slowo_obce> --- Kiczora i Magóra dwie często w Tatrach i Beskidach
powtarzające się nazwy; dawne, bo już przez Ptolomeusza
przytaczane.</pa>. Patrząc na
piękne rozłożyste turnie Murania i Hawrania na przykład z Gubałówki, sądziłbyś, Czytelniku, że to oddzielna jedna góra. Ani byś odgadł, że to tylko bok
bardzo długiego pasma, a jeszcze mniej domyśliłbyś
się, aby w nim mogły się mieścić takie długie
i szerokie doliny, takie kolosalne wąwozy, żleby.
A jakaż to pyszna roślinność. Lasy mieszane, dużo
buków, jaworów (właściwie klonów jaworowych), skoruszy (jarzębiny). Zaraz widać, że to wapień.</akap>




<akap>M. przy ochoczej kapeli nie idzie, ale tańczy,
przypominając lepsze lata. Podchodzimy pod ,,Nowy".
Obszerny, niezbyt spadzisty żleb, aż pod sam Murań
wybiega. Nad żlebem zaś, przez całą jego długość
sterczy prostopadły, wyniosły biały grzbiet. Z tej
strony nie znałem jeszcze ,,Nowego", a miałem tu
specjalny briologiczny<pe><slowo_obce>briologiczny</slowo_obce> --- związany z badaniem mchów.</pe> interes. Po tamtej stronie grzbietu wąwozy i żleby głębokie, zawiłe i strasznie
urwiste. Przemierzyliśmy je przed kilku laty we trzech
z Szymkiem Tatarem i Wojtkiem Rajem, i na wspomnienie tego dnia wszyscy trzej głośnym wybuchamy
śmiechem. A było tak. Wracaliśmy z jakiejś dłuższej
wycieczki wózkiem od Żdżaru ku Podspadom<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q1413163"></ref><pe><slowo_obce>Żdżar i Podspady</slowo_obce> --- miejscowości w Tatrach na Słowacji.</pe>. Było
to późną jesienią i gruby śnieg leżał na całym paśmie wierzchem. Spojrzawszy w tajemnicze głębie
wąwozu pod ,,Nowym", pytam moich towarzyszów,
czyby nie warto go poznać bliżej. Idziemy. Gąszcz
lasu, wilgotne, śliskie, a bardzo strome ściany, zakręty, ustępy, progi, wiodą wciąż w górę. Ani końca.
Nie wiem jak długo trwało, zanim dostaliśmy się na
jakąś przełęcz, skąd znowu po błotnistym rąbanisku
niesłychanie długo musieliśmy schodzić ku Podspadom.</akap>




<akap_dialog>--- No, ale też ta droga to już nie z masłem --- rzecze tak wytrwały zawsze Wojtek.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A no, bo też to przecie środa.</akap_dialog>





<akap>Trzeba wiedzieć, że Wojtek nader skrupulatnie
obserwuje posty<pe><slowo_obce>obserwuje posty</slowo_obce> --- przestrzega postów.</pe>. Zeszliśmy nareszcie na jakąś łączkę przy drodze.</akap>




<akap_dialog>--- Wojtku, jeść!! --- krzyknąłem wniebogłosy.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Wojtku, je-e-ść!!! --- jeszcze przeraźliwiej i jeszcze półtonem wyżej. Co prawda, nie byłem
tak głodny, ale chciałem Wojtkowi zrobić przyjemność.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A chwała Bogu --- rzecze uradowany --- że choć raz jeden nie trza was nukać<pe><slowo_obce>nukać</slowo_obce> --- namawiać, zachęcać (gw. podhalańska). </pe>. I jął wydobywać
różne zapasy. Odpoczywaliśmy przy ognisku i pokrzepiali się ,,herbą" i jadłem.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- A może byście jedli jaja --- pyta Wojtek ---
nakupiłem na Węgrach umyślnie dla was.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Dobrze, Wojtku, gotuj jaja.</akap_dialog>




<akap>Wojtek ,,nagotowił" aż siedem. Zjadłem dwa,
resztę oddałem moim towarzyszom. Nie pamiętam, jak
wyszli z tego zadania, aby podzielić pięć na dwie
równe części, ale wiem, że jedli oba. Gdy zaś potem
Wojtek suchy chleb maczał w herbacie, rzekłem śmiejąc się:</akap>




<akap_dialog>--- Patrzaj no, Szymku, jak się to Wojtek boi
masła, a jaja to zajada.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- He, he, he --- zaśmiał się grubym basem
Szymek i zwracając się do Wojtka:</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Przecie do jaja nic nie trza dokładać i będzie
z niego kurczę, a do masła dokładaj co chcesz, to
cielęcia nie będzie.</akap_dialog>




<akap>Purpurą spłonął Wojtek, który choć biegły w przepisach kościelnych, a nawet kanonicznych, wyraźnie
na tym punkcie się załapał.</akap>




<akap>Dochodzimy pod Murań. Spoczywamy. M., im
bliżej ,,Jagnięcej Zagrody", tym więcej opowiada
jak tam źle wejść, wielu to nie weszło, choć się grubo
zakładali. Zakopianie zaczynają go brać na fundusz.
Szymek siedząc poważnie i nie wyjmując z ust fajeczki,
rzecze półgłosem jakby po długim namyśle;</akap>




<akap_dialog>--- Ja ta chyba już nie pujdem, bo się bojem.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Dajcież spokój --- rzecze stojący przy nim
Raj, jakby mu chciał dodawać odwagi --- przecież by
on (M.) nas na pewną śmierć nie prowadził; przejdziemy może. M. brał to na serio.</akap_dialog>




<akap>Wchodzimy na stromą grań, potem pod same
ściany szczytu Murania. Wystaw sobie, Czytelniku,
ściany paręset stóp raczej nad tobą pochylone niż
prostopadłe i tak cały szczyt wokoło. W jednym tylko miejscu pnie się po ścianie wąziuchna i mniej
wygodna perć i ta w znacznej już wysokości zagrodzona wysokim progiem, a raczej barykadą kilka stóp
długą, wąską, a w dodatku od strony przepaści pochyłą. Na wiosnę górale przesadzają przez ten próg
jagnięta na pyszną szczytową halę (zn. pastwisko
górskie) i nie zaglądają do nich aż w końcu lata,
aby je znowu poprzesadzać z powrotem do domu.
M. wyzuł się z kierpcy, zdjął z siebie wszystko, co
zdjąć mógł bez obrażenia naszej wstydliwości i zabierał się nie bez widocznego zakłopotania do dania
nam przykładu. Tymczasem Józek dawno już z całym
swoim zwykłym pakunkiem przeszedł na drugą stronę
i my już się za nim przebieramy. W rzeczy samej
próg ten jest niemiły. Można by go w pół godziny tak
urządzić, że i jagnięta by były zawarte i M. nie
potrzebowałby się tak rozbierać. Szczęściem, że mu
górale dodali dobrze araku do herbaty, tak mniej
więcej pół na pół, bo by go w koszuli dobrze
,,wygwizdało" na hali, choć dzień był pogodny i niby
ciepły. Podziwiał też cudowne skutki tej ,,herby", bo
mu Zakopianie wmówili, że była czysta, tylko że tak
mocno naciągnęła. Wystawiam sobie, że jagnięta mają
tu rozkoszne życie. Rozległa, pochyła płaszczyzna aż
do samego szczytu bujną, śliczną paszą zarosła. Tu
i owdzie trochę kosówki, jakby na schronienie od
burzy i deszczu. Tylko niestety orły spod Łomnicy
czasem je tu odwiedzają, wybierając dziesięcinę<pe><slowo_obce>wybierać dziesięcinę</slowo_obce> --- zapewne żartobliwa aluzja do poboru podatku kościelnego. </pe>. Jest
także podanie, że razu pewnego, sprzykrzywszy sobie
zbyt jednostajny choć wygodny żywot, wszystkie jagnięta jednogłośnie postanowiły i wykonały wycieczkę.
Naprzód jedno, stanąwszy nad urwiskiem i wyjrzawszy
na ten piękny, obszerny świat --- wyskoczyło. Za nim
po kolei wyskoczyły wszystkie --- w przepaść. Zdążamy na szczyt, ale niestety chmury osiadły na wirchach i przecudna panorama Tatr tym sposobem zepsuta. Pierwsze to nasze i ostatnie na tej wycieczce
niepowodzenie. Po paru godzinach schodzimy. Ów
próg z powrotem jeszcze mniej miły, bo trzeba na
czworakach spuszczać się z głową mocno ku dołowi
pochyloną. Wszelako M. przeszedł jeden z pierwszych,
widać, że mu pilno było do serdaka (zn. kożuszek
krótki bez rękawów) i czuchy.</akap>




<akap_dialog>--- A czy byśmy nie zdążyli na noc tak na przykład
do Żdżaru.</akap_dialog><akap_dialog>--- A czemu nie --- rzecze M. --- przez Podspady,
Cesarką (znaczy, szosą)<pe><slowo_obce>Cesarka</slowo_obce> --- galicyjski cesarski trakt drogowy.</pe>.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Ale ba, ja bym myślał przez wirchy.</akap_dialog>






<akap_dialog>--- A no, co to, to już nie.</akap_dialog>



<akap_dialog>--- Eh, przecież owsy już posprzątane, to by łatwiej było niż wtedy, byle się tylko z regli wydostać.</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Eh, nie, to już nijak --- zapewniał M., a Zakopianie śmieli się do rozpuku na wspomnienie owej
dawnej wycieczki.</akap_dialog>




<akap>Schodzimy dalej inną stroną góry, zrazu lasem,
potem po jakimś rąbanisku zarośniętym cudownymi
malinami, z których mi było trudno wywabić moich
górali, W oberży czeka nas wieczerza wytworna, bo
nawet z kompotem, do którego zrobienia musiał się
jednakże aż Wojtek przyczynić, gdyż owoce w tych
stronach mało są znane i nasza gosposia tego zadania rozwiązać sama nie była w stanie. Przyjechał też
i Marcinek po nas, a obrządziwszy koniki przytupuje
już skocznie i już słychać jego ,,ej dyna dyna dyna".
Tymczasem M. odebrawszy z powodu żartów,
jakich się względem niego dopuszczaliśmy, hojniejszą niż może się spodziewał zapłatę, już zakomenderował ,,palenki" i zebrawszy sobie jakieś audytorium
na stronie, opowiadał, co to on z nami miał za biedę,
zanim nas na Murań wyprowadził.</akap>




<akap_dialog>--- Widzi się, że tęgie chłopy, a jak przyszło
przejść przez próg, to jak baby.</akap_dialog>




<akap>Zakopianie słuchając z boku zanosili się od
śmiechu, nie przerywając mu wcale.</akap>




<akap_dialog>--- Słuchajcie no, Wojtku --- rzekę do Ślimaka --- wyprawcie tego biednego M. z karczmy, niechże przecie
choć raz w rok jaki grajcar do domu przyniesie.</akap_dialog>




<akap>Ślimak, człek miłego melancholijnego oblicza,
surowych obyczajów i niesłychanie delikatnego obejścia,
ale przy tym jako dawny wojak stanowczy w postępowaniu, dobrawszy do pomocy Raja i Szymka, wziął
się do dzieła. Najprzód wciągnęli do kompletu
gospodynię, która oświadczyła krótko i węzłowato,
że M. ani kropli palenki więcej nie dostanie.</akap>




<akap_dialog>--- Aha, to taka wdzięczność --- zawoła do
żywego obrażony --- a czy wiecie, że żeby nie ja,
to byście ich tu dziś nie mieli, bo już chcieli chybać<pe><slowo_obce>chybać</slowo_obce> (gw.) --- biegać.</pe>
do Żdżaru na nocnik (sic!).</akap_dialog>




<akap>Nowe huczne śmiechy. Nic nie pomogło. M.
wyłączony za nawias, zawiedziony w całodziennych
nadziejach, musiał rad nierad wrócić dziś do domu
na trzeźwo. Górale tańczyli długo.</akap>

<sekcja_asterysk/>


<akap>Niewiele Ci już mam do powiedzenia, szanowny
Czytelniku. Znów pogoda. Marcinkowe siwki wypocząwszy dobrze, wiozą nas wszystkich rześko do
domu. Mijamy Jurgów, ostatnią węgierską wioskę,
z niezbędną osadą Cyganów wybierających trybut od
przejezdnych. Ciało Cyganów, zaledwie szczątkami
jakiegoś odzienia tu i ówdzie obwieszane. Każdy
z nich przypomina mniej więcej ten most nieopodal
od ich lepianki wiszący nad Białką<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q1841469"></ref>, a który jej wcale
także nie przykrywa. Wiedziony metodą ścisłego rozumowania dzisiejszych, nie tyle tak zwanych, jak
raczej tak siebie nazywających pozytywistów, znalazłem w tym nowy dowód wpływu otoczenia na człowieka, mianowicie na człowieka natury. Cyganie mają
do tego pewne prawa. Ciekawy byłbym, jeśli kiedy
przecież ten most się zawali i jeśli, co jest mało
prawdopodobne, postawią tam nowy, w jakim czasie
odzienie Cyganów przestanie także być dziurawe?</akap>




<akap>Jeśli, o Czytelniku, nie smakujesz w moich hipotezach, to bądź przynajmniej wyrozumiałym. Zaręczam Ci, że jeśli w dziesięciu siądziesz na wózek
Marcinka i poddasz się kłusowi po takiej drodze jak
ta, którą jedziemy, to z pewnością nic lepszego nie
sprodukujesz. Za to oszczędzę Ci Bukowiny i z przyległościami. Oto już widać Poronin. Za półtorej godziny będziemy w Zakopanem. Ależ na miłość boską,
ledwie południe! I przy tym pogoda; nie spodziewają
nas się w domu tak rychło.</akap>




<akap_dialog>--- A gdyby tak obejrzeć Sichłe i Toporowe<ref href="https://www.wikidata.org/wiki/Q9360104"></ref>
Stawki?</akap_dialog>




<akap_dialog>--- Zgoda.</akap_dialog>




<akap>Opuszczamy Marcinka i jego wózek, dając mu
<slowo_obce>rendez-vous</slowo_obce> w Jaszczurówce, sami zaś puszczamy
się piechotą pod ,,Mur za Sichłem"<pe><slowo_obce>Mur za Sichłem</slowo_obce> --- obecna nazwa wioski: Murzasichle.</pe>. Jest to grań niewysoka, ale prostopadła nad potokiem i co prawda,
nie wiem na pewno, czy ją tak kto nazywa, ale zdaje
się, że tak się zwać powinna prędzej niż wioska
tuż przy niej leżąca. Sichłe bowiem jest to znów inna
wioska wyżej ku reglom.</akap>




<akap>Że tędy od stworzenia Tatr żaden turysta nie
chodził, to pewne, bo cóż by tu robił. A jednak ciekawą jest formacja błotnistej i kamienistej doliny,
która od ,,Suchej Wody" tu właśnie wybiega. Mieszkańcy Sichłego pilnie dziś pracują w polu; zbierają
owies. Ale zdziwieni muzykalnym i widocznie próżniaczym naszym orszakiem, przystają i przypatrują
się nie bez pewnego zgorszenia. Zdawało mi się, że
jakaś matrona z wyraźną ironią mruknęła:</akap>




<akap_dialog>--- Ot, Zakopianie świata dokończają.</akap_dialog>




<akap>Ale to podobno co innego było powiedziane
i nie wiem, czy by to i miało sens. Lasem i mnóstwem dróg leśnych dochodzimy wreszcie do głównego
Toporowego Stawu. No, może by jaki mało wymagający pejzażysta i upatrzył nad nim jaki punkt do
zrobienia szkicu. Ale dla nas piękny staw to nie nowina. A cóż tu pięknego. Wokoło gęste smreki,
brzegi mało wzniesione, długa, mętna, czerwona woda,
której nawet do zrobienia ,,herby" użyć nie można,
bo już naciągnęła do syta smrekowych igieł. W górze za tym obszerne zarośla, torfowiska i mniejsze
zbiorniki wody lub błota; ot i wszystko. Wynosimy
się co prędzej, zgodziwszy się jednomyślnie na to,
że mają rozum ludzie, którzy do Toporowych
Stawów nie chodzą. Lepiej na nie patrzeć z góry,
kiedy z wolna idziesz przez Waksmundzką na wycieczkę,
lub kiedy szybko tamtędy wracasz przed nocą do domu.</akap>




<akap>Ostatni etap w Jaszczurówce. Wesoło. Przed
zmrokiem wózek Marcinka wiezie do domu dziwaczną
grupę siedzących w niemożliwych pozach taterników.
Naturalnie zawsze z muzyką.</akap>




<akap>Gdyśmy nazajutrz jawili się u ,,Jegomości" dla
złożenia sprawy z wycieczki, gdyśmy mu opisali drogę
z Gerlachu i Rysów, zawołał tenże z uśmiechem:</akap>




<akap_dialog>--- Bodajże was Bóg oświecił! A to żeście mnie
prawie (znaczy, zupełnie) okradli!</akap_dialog>




<akap>,,Bodajże was Bóg oświecił" jest to wykrzyknik,
którego ,,Jegomość" używa w potocznej mowie w tych
razach, gdzie inni, nie wyjmując i Ciebie, szanowany
Czytelniku, powiedzieliby może: ,,a niechże was donder świśnie".</akap>




<akap>Jegomość, który po każdej wycieczce swojej
tegoż samego dnia wieczorem zapewnia, że to już
ostatni raz wyszedł w Tatry, a nazajutrz rano powiada,
że jak znowu pójdzie, to się tak a tak musi urządzić, przebąkiwał całe lato, że pragnie jeszcze jedną
dłuższą wyprawę odbyć, ale nam nie chciał powiedzieć, jaką. Nie mógł zaś iść z nami, bo nie miał
go kto zastąpić. Tak, do Gąsienicowych Stawów<ref href="https://pl.wikipedia.org/wiki/Czarny_Staw_G%C4%85sienicowy"></ref> za
to idzie z parę razy na tydzień, bo to trwa tylko
kilka godzin.</akap>




<akap_dialog>--- A po cóż żeście tajemnicę z tego robili, toż byśmy się nie poważyli chodzić tam przed wami.</akap_dialog>




<akap>Łaskawy Czytelniku, zwracam uwagę twoją, że
epitetu ,,łaskawy" na końcu tego artykułu używam
poniekąd jako <slowo_obce>captatio benevolentiae</slowo_obce><pe><slowo_obce>captatio benevolentiae</slowo_obce> (łac.) --- zjednanie sobie względów.</pe>. Gdybyś wiedział, jak źle wyglądałem wychodząc na tę wycieczkę
i jak dobrze z niej wróciłem, kiedy własna żona
oczom swoim wierzyć nie chciała, to darowałbyś mi
niewątpliwie, że i Ciebie tak długo po Tatrach wodziłem. Poczucie odzyskania sił sprawiło, że pomimo
wrodzonej powściągliwości pióra (muszę sobie oddać
tę sprawiedliwość), pierwszy raz przedsięwziąłem
skreślić moje wrażenia. Ale dla uspokojenia Cię
przyrzekam najuroczyściej, że się to nie powtórzy,
choćby mi losy dozwoliły jeszcze oglądać nasze ukochane Tatry.</akap>



<nota><akap>Zakopane, 25 września 1878 r.</akap></nota>
 
</opowiadanie></utwor>