Stanisław Brzozowski Pamiętnik ISBN 978-83-288-6420-7 1910 10 XII Niewątpliwie jest to dla mnie czas krytyczny: młodość przeszła doszczętnie i nastał czas, w którym nie wolno już zapowiadać, lecz trzeba dawać rzeczy mogące istnieć, mające chociażby pewne tylko prawa do istnienia. I jednocześnie coraz jaśniej występują wszystkie braki w przygotowaniu, wszystkie zaniedbania. Rozpacz jest rzeczą łatwiejszą, niż spokojne i zimne spojrzenie na rzeczy tak, jak są one. Bardziej niż wszelkie braki kultury ciąży i jest groźniejszy wewnętrzny rozstrój woli, wzrastający brak odwagi. Do pewnego stopnia on to, szukając dla siebie usprawiedliwienia, stwarza poczucie owych braków, chociaż byłoby rzeczą śmieszną wprost przeczyć, że są one straszliwe. ------------------------------------------------ W „Revue Bleue” notatka o Meredicie. Stwierdzają, że i angielska krytyka uznaje „że nie zostawił on dzieła w rodzaju Miserables Wiktora Hugo”. Jest to jedno z tych zdań, które wywołują we mnie przygnębienie — tak trudno zrozumieć samą możliwość ich powstania. Wszystko trzyma się tu na tym, że Meredith, według określenia krytyków „Revue Bleue”, był romantykiem. W. Hugo, wielki romantyczny pisarz, i Meredith, romantyczny pisarz — stąd porównanie. Weźmy stronicę Mereditha i stronicę W. Hugo, zarówno prozy, jak i poezji, i starajmy się zrozumieć, gdzie tu jest wspólny grunt. Wartości, do jakich dążył W. Hugo, i te, do jakich dążył G. Meredith, są całkiem z różnych płaszczyzn, należą, jeżeli się wyrazić można: do całkiem różnych formacji psychicznych. Nie mogą być rozmieszczone na jednym i tym samym planie, nie ma żadnej skali różnic i podobieństw, która by je objęła. I jaki sens w twierdzeniu, że Meredith był romantykiem. Doprawdy, chciałoby się zapomnieć, że te terminy kiedykolwiek istniały, i myślę, że najrozumniej byłoby w syntetycznym opracowaniu literatury unikać ich i dążyć do nowych klasyfikacji. Tego rodzaju artykuły odbierają ochotę do myślenia: czy warto, jeżeli mogą być mówione takie rzeczy? Kto zajmuje się krytyką? A przecież tu jest teren do walki z nieustannym fałszerstwem duszy i umysłu. Richard Feverel według „Revue Bleue” też jest tylko romantyczną powieścią o miłości. Sama myśl tej powieści, wprowadzająca nas w świat zagadnień Meredithowskich, zginęła. Ojciec chciał stworzyć w synu coś zabezpieczonego od namiętności, wyższego niż natura, i powieść Mereditha jest stwierdzeniem tego samego zasadniczo antyromantycznego stanowiska wszystkich jego utworów: nic wyższego niż prawda, niż życie być nie może. Nie można go zastąpić niczym, nie można znaleźć żadnego pozażyciowego stanowiska. Głęboka mądrość Lasów Westermainu i ich piękno są już tu — ale naprawdę nieraz można myśleć, że każdy francuski pisarek uważa zawsze siebie za pewien rodzaj Roi Soleil intelektualnego świata. Jedyną pożyteczną rzeczą notatki jest dla mnie wzmianka, że Carlyle zwrócił uwagę na Feverela. Naturalnie, zupełnie błędnie ta Angielka wówczas zbagatelizowała moje zestawienie Carlyle'a i Mereditha. Carlyle wywarł na Mereditha wpływ niewątpliwy i *nawet* nie sądzę, by można było zrozumieć budowę Meredithowskiego świata, nie oparłszy się na Carlyle'u jako na pewnego rodzaju introdukcji. Inna rzecz, że Meredith zdołał zattycyzować Carlyle'a, nadać mu Platoński wdzięk, sharmonizować ten świat wulkanów i gorączki. Nawet myślę, że można by studium nad umysłem Mereditha prowadzić w tym kierunku: rozpatrywać tworzenie się jego umysłowej samoistności jako pracę nad uzdrowieniem Carlyle'a, nad usunięciem tego, co występuje u Carlyle'a jako *patos wyjątkowości*. Meredith bowiem należał do umysłów, które obchodziły się bez pierwiastka katastroficznego w swym myśleniu. I tu znowu Francuz ze swym romantyzmem i Wiktorem Hugo! — Pierwiastek katastroficzny odgrywa nieskończenie wielką rolę w składzie myśli każdego romantyka. Aby logika, *jego* logika, zyskała władzę nad życiem, aby nagle nabrały znaczenia obiektywnego stany dotychczas subiektywne, romantyk, człowiek naszej kultury, musi apelować do czegoś, co wywoła przewrót, co przerwie wieczną immanentną tkaninę życia, roztworzy nowe a capite. Meredith myśli bez tego a cap. Sam zawikłany styl jego jest wynikiem dążenia, by uniknąć takiego terroryzmu, by nigdzie nie narzucać swej subiektywnej dowolności. W tym pięknym umyśle wszystko jest wynikiem jednego i tego samego prawa: jest to istotnie organizm duchowy, w którym panuje własna harmonia. Dlatego tak przykro widzieć, że może to być tak całkiem niezrozumiane. ------------------------------------------------ Starać się, aby ani jeden dzień nie przechodził bez wzniesienia się myślą do zasadniczych celów i zadań. Nazbyt już wielką władzę ma nade mną zasada „wyrównania”, nazbyt łatwo niweluje mnie powszedniość, tj. miejsce przecięcia wszelkich punktów widzenia — punkt ich neutralizacji absolutnej. ------------------------------------------------ Pierwsze wrażenie pierwszych kilkunastu stronic Bradleya raczej odstręczające. Koncept o kochance ma w swym stylu coś, co nie wróży dobrze. Ale to naturalnie należy już do dziedziny niemal histerycznej; myślę jednak, że jest i coś innego w tym wrażeniu. Czy nie znajdę już człowieka lub czy nie znajdę siły — by być *direkt* w metafizyce — zawsze z ukosa. Pierwszy rozdział Bradleya niewątpliwie, że jest zupełnie udany, jeżeli chodzi o to, by wznowić poczucie obecności problematu przez *nowe*, a więc z natury rzeczy dziś wyrafinowane przedstawienie sprawy, przez pominięcie argumentów commonplace. To styl; filozoficzny, ale na pewno styl, nie tylko w znaczeniu dowolności — lecz także w znaczeniu musu = swobody = natury. Zagadnienia stają się obecnymi, widzenie staje się obecnym tylko przy pewnych warunkach, odpowiadających rodzajowi i poziomowi kultury. Warunki te muszą polegać właśnie na tym, aby im bardziej ogólna była prawda, im bardziej terre à terre — tym prawdopodobniejsza droga prowadziła do niej. Umysł ceni w gruncie rzeczy tę drogę, a w żadnym razie obejść by się bez niej nie umiał. Krytyka dlatego jest tak beznadziejnie droga i tak beznadziejnie bezcelowa, że musi coraz nowe przyjmować pod uwagę płaszczyzny i punkty widzenia dla swych klasyfikacji. Np. w jaki sposób dochodzimy do bezpośredniego życia własnego, w jaki sposób powstaje osobiste zainteresowanie, widzenie czy problem. Nie zrażać się, nie zrażać się, że nie ma żadnej perspektywy, sensu i pożytku przede mną, że działanie wydaje się tylko dziwactwem osobistym i manią. Nie zrażać się, ale starać się wyjść z tego stanu. — Módl się. Módl się przez wzniesienie umysłu codziennie, choćby na chwilę, do dziedziny, gdzie stają się widocznymi twoje zagadnienia. Staraj się, by były one bliższe ci, byś nie potrzebował czerpać z ich obecności upokarzającej otuchy, że oto są one w tobie. Aby to w *tobie* nie było jako moment oddzielny — order czy dyplom parweniusza. Miej ciągłą obecność własnych zainteresowań. ------------------------------------------------ Mój Boże: dlaczego tak pracowano nad tym, aby zniszczyć mój umysł. Nie powstrzymuj goryczy, ani też nie oddawaj się jej. Staraj się zrozumieć działanie własnej natury myślowej — odbudować jej swobodę — nie umiesz prawie wcale pisać swobodnie. Szukaj. Szukaj nie z tą myślą, że natura jest to coś łatwego, coś, co przychodzi bez trudu. Nie, natura — to stan myśli, zespół celów, miar i ideałów, przy zbieżności (?) których wszystkie zdolności nasze są zatrudnione i rozwijają się, ale sam ten zespół jest dziełem konstrukcji i woli. ------------------------------------------------ Nie ulega wątpliwości, że estetyka *Przybyszewskiego* sprzyjała niechlujstwu umysłowemu. Przy niej powstał stan rzeczy tego rodzaju, że można było *nie wiedzieć*, co się chce napisać, i nie tracić nadziei, że naga dusza выведетъ, jak powiadają moskale. ------------------------------------------------ Nie powinienem dopuścić, aby znajomość literatury rosyjskiej zmarnowała się. Trzeba doprowadzić do końca pracę nad Uspienskim. Starać się opracować *młodość* Renana — bez uwzględnienia na razie dalszych etapów, więc może aż po Avenir de la science i nie dalej, co najwyżej L'Averroès. Daje się to zupełnie pomyśleć i wykonać. ------------------------------------------------ Renan, Sainte-Beuve, Hegel, Balzac, niewątpliwie nabrałbym otuchy, gdybym zdołał ich opracować. Przemóc to niedołęstwo, które rozpościera się we mnie. Módl się. Modlitwa jest obecnością w dziedzinie praw i celów, zatopieniem się w tych sferach, gdzie istnieją prawa i cele. Tam jest granica. Stamtąd możesz myśleć o Bogu bez bałwochwalstwa. Staraj się żyć modlitwą, a nie polemiką i przeciwstawieniem. Siła ginie w tym tarciu i nie rodzi się pewne światło. ------------------------------------------------ *Blake* ma dla mnie znaczenie niezrównane. Jest on dla mnie wielkim świadkiem. Dość pomyśleć o nim, by od razu wydobyć się na poziom wysokiej myśli. ------------------------------------------------ Stan duszy powstający przy czytaniu pierwszego tomu poezji *Swinburne'a*. Świat przedstawia się w kształtach piękna najrozmaitszych epok, nie możemy wyrzec się żadnego z tych kształtów — są one wszystkie razem na jednej płaszczyźnie i powstają pomiędzy nimi stosunki, porównania. Nie ma żaden z tych światów władzy nad nami bezwzględnej, nie jest naszym światem i mając ich tyle, nie mamy jakby żadnego. Dlatego też istnieje w tej poezji pierwiastek ciemnego, zdławionego żaru. Miłość piękna, wielkość życia i jednocześnie przemijanie, jakby bez śladu, bez powietrza. Jednocześnie ten sam moment jest naszym bogactwem, rozporządzamy wszelkim pięknem, nie wyrzekamy się żadnego. Bogactwo niewątpliwie już tylko artysty, gdyż u Goethego — jeżeli nie u rzeczywistego, to u Goethego pomyślanego, że tak powiem, jako idea Platońska — życie osobiste posługuje się całą historią jako swym organem i tworzy w niej swój organizm. Tu historią panuje, poprzedza życie, nie dopuszcza do ustalenia się żadnego sensu, żadnego własnego nie „artystycznego” kształtu. Pierwsze wrażenie to jednak tylko. U *Arnolda*: гонорность — jak przetłumaczyć ten wyraz. Świat sobie i ja sobie. Pluralizm nietykalskiego. I pomimo wszystko właściwie *on* może jest bliższy mi niż kto inny, z tej właśnie mało zachęcającej strony. Pomimo wszystko *sytuacyjnie* *pokrewieństwo* z Carlyle'em bardzo wielkie. ------------------------------------------------ *Newman* niewątpliwie ulega jakiemuś procesowi we mnie. Nie wydaje mi się paradoksem, gdy powiem, że w skali Meredithowskiej Byron i Newman (John Henry — byłby oburzony i zgorszony), są możliwymi etapami jednego i tego samego procesu. Amazing Marriage, Katolicyzm w Anglii może być istotnie rozpatrywany jako wynik arystokratycznego egotyzmu, jako wytwór tej samej psychologii: nadmiaru bogactwa. U Moore'a rozmowa czyjaś (nie pamiętam — ach tak, Waltera Scotta) z Byronem. Walter Scott twierdzi, że jeżeli Byron się nawróci, katolicyzm prawdopodobnie skusi go najprędzej. *Byronizm*, *newmanizm* z punktu widzenia Carlyle'owskiej fenomenologii Anglii, złe sumienie bogactwa, arystokracji nieumiejącej rozkazywać, a niemogącej, niechcącej — ale przede wszystkim niemogącej (psychicznie) zrzec się rozkazywania, myśleć o sobie w innej formie. Trzeba pamiętać o tym. ------------------------------------------------ Religia twoja nie powinna być nawróceniem. Strzeż się, strzeż się tego i tamtego błędu. Katolicyzm niewątpliwie, ale *ani momentu* nie wolno ci uronić. ------------------------------------------------ Aby dobrze zrozumieć poezję angielską takich ludzi jak S. T. Coleridge, Blake, Keats, Meredith, Shelley, *trzeba* nie tracić z oczu ani na jedną chwilę przeświadczenia o metafizycznej istocie poezji, trzeba widzieć w niej istotnie ποίησις, tworzenie życia, nowych faktów duszy ludzkiej, jej nowych organów, nowych bytów duchowych. Tylko taki pogląd broni nas od anegdotyzmu i sentymentalizmu w poezji. Poezja powstaje tam, gdzie *syntetyczny* obraz świata, zespół myśli, słowem *pewien* byt duchowy, pewna forma idealna człowieczeństwa jest odczuta jako radość i trzyma się mocą swego czaru nad duszą i umysłami, nad całym życiem — gdy więc pewna idealna forma człowieczeństwa zostaje stworzona, wydobyta z samego wnętrza życia; przy ocenie jej idzie nam o *tę formę właśnie*, o jej jakość, zakres, i tylko mocno stojąc na tym gruncie zdobędziemy swobodę od ilościowego niejako punktu widzenia, zrozumiemy, że istotnie jeden fragment poetycki Keatsa może mieć wartość potencjalną, równą wielotomowej twórczości szczęśliwszych poetów. Pamiętać o tym, jeżeli się chce zachować właściwą orientację. Dalej pamiętać, że ten *pogląd* — muszę, pisząc, posługiwać się śmiesznymi przeciwstawieniami — nie daje się pogodzić z żadnym lekceważenim tego, co jest, „zmysłowym czarem poezji”. Przeciwnie, ten czar to czyni właśnie poezję głębokim dziełem życia, w magii formy jest jej element twórczy, w życiowym, metafizycznym znaczeniu. Dlatego też nie można nawet mówić o współodpowiedniości formy i treści, o bogactwie treści i ubóstwie formy. *Poetycko* treść jest formą, by być poezją, treść musi się stać radosnym faktem życia, a jest tym bardziej sobą, im bardziej całe życie obejmuje. Każdy element obojętności istniejący w nas, mogący istnieć w chwili poetyckiego ujęcia, uszczupla głębokość poezji, jest połączony z jej uszczerbkiem. *Poezja musi być pojmowana jako twórcza autodefinicja człowieka*. * 12 XII Przystępuje się najzupełniej spokojnie do analizowania takich zjawisk jak „rozum”, „wyobraźnia”, „poznanie” i ignoruje się najzupełniej ich społeczno-historyczną strukturę, przeciwnie: uznaje się milcząc za punkt wyjścia, że należą one tak lub inaczej do samej natury człowieka, stanowią moment jego definicji. Gleb Uspienski formułuje właściwości myśli rosyjskiej jako niedowierzanie samej sobie i szacunek krytyczny, niemal nieprzezwyciężony, do myśli cudzych, które są w stanie naszym: „по шапĸѣ дать”. Eheu! i niewątpliwie czepia się ta choroba nie tylko rasowych Rosjan, lecz wszystkich, co zaznali dobrodziejstw caratu i przede wszystkim szkół rosyjskich, o których tow. Łunaczarski jest tak dobrego zdania („Русская школа не хороша, но эго ужь оставтѣ!”). Niewątpliwie bowiem nie ufam myślom i kierunkom myśli, które przychodzą mi z łatwością. Dlatego piszę nieraz lepiej i głębiej, gdy się muszę spieszyć, bo wtedy nie mogę się krępować i wtedy zwycięża instynkt nad nieufnością. Czasami myślę, że nie uda mi się już wyleczyć z tej garbacizny, tym bardziej, że i tu staje na przeszkodzie znowu zapewne Siengalewiczowska szczepionka: nieufność do pracy nienarzuconej zewnętrznie, niewiara w nią. Procesy umysłowe odbywać się muszą we mnie incognito i przez cały czas trwania swego uchodzić za coś podejrzanego. Ani na chwilę niemal dobrego sumienia intelektualnego, gdyż tak urządzono *mi* — i myślę, że mógłbym powiedzieć *nam*, samowiedzę kulturalną, że to właśnie, co jest pracą istotną, wydaje się jakimś beznadziejnym oszukiwaniem samego siebie. Trzeba by nie żyć własnymi myślami, nie budować na nich, nie wytwarzać na ich podstawie planów i woli, aby być w zgodzie z tą kulturalną samowiedzą — a więc musi się być w niezgodzie z nią — niezgodzie tak głębokiej, że wytwarza się *niewiara* w życie osobiste nie jako celowość już nawet, ale wprost rzeczywistość. Ale nie o tym chciałem mówić. Chcę, jak zawsze incognito i pod podejrzeniem, ująć zasadnicze rysy współczesnej literatury i naturalnie, w myśl osobliwego mechanizmu tu opisanego, moje centralne myśli są na obwodzie i posiadają dążności wyłącznie odśrodkowe. Przede wszystkim, czy istnieje jakaś *idea* człowieka, właściwa polskiej literaturze XIX wieku. Niewątpliwie p. Koneczny ma słuszność i gdzieś tam w XIV, XV wieku istniała taka *idea*, istniała zapewne w XVI wieku, istniała i następnie, jeżeli zważyć, że katolicyzm najbardziej zwyrodniały jest jednak ideą ujętą wprost. Gdy mówię wprost, mam na myśli *brak tego* właśnie momentu bezpośredniej poznawczej szczerości w literaturze ostatniego stulecia. Nie idzie tu o to, czym jest *życie*, *człowiek*, *ale* o stosunek tego wszystkiego do zagadnienia narodowej niepodległości, istnienia narodowego. Ale naturalnie, *że* dzieje się to nie w formie świadomego rozkładu planów i stosunków, lecz w drodze bezwiednego, instynktownego podporządkowania wszystkich czynności umysłowych zagadnieniom specjalnym, historycznie określonym. ------------------------------------------------ Przy studiach nad poezją angielską nie można stracić z oczu uwagi, którą znajduję w młodzieńczym szkicu Newmana: A right moral state of heart is the formal and scientific condition of a poetical mind. Jest to niewątpliwie aksjomat. I niewątpliwie jest to, zwłaszcza z przytoczeniem źródła, bezwzględna, niezawodna w działaniu, czerwona szmata dla naszych postępowców. Gdyby nie to, że jest im zupełnie obcą i zupełnie obojętną rzeczą, czym jest poezja, jak żyje, skąd czerpie swe źródła i siły, można by powiedzieć, że gdyby im tę samą prawdę przetłumaczyć na inne terminy, widzieliby w niej oni objawienie. Nie mogę teraz analizować Newmanowskiego powiedzenia, ale stanowi ono klucz moich pozycji krytycznych. ------------------------------------------------ Mój tom o Newmanie trzeba będzie bezwzględnie cofnąć i zrobić według całkiem innego planu. Niewątpliwie było to zuchwalstwem przypuszczać, że uda mi się ująć w ciągu tak krótkiego czasu życie tak zastraszająco głębokiej jednostki, życie zresztą człowieka, który mówi i myśli wielowiekowym historycznym doświadczeniem. * 16 XII Co zastajemy? Życie poprzednich pokoleń ludzkich i nasz do niego stosunek. To jest punkt wyjścia mojej filozofii i jej założenie, określające metodę, charakter, stosunki do innych kierunków. Stąd roztacza się całkiem inny widok dla krytyki, biografii, historii. Przede wszystkim krytyki. Każdy wybitny, każdy silnie żyjący człowiek *zmienia* coś w tych postulatach, które są zawiązkiem wszystkich pewników, całej rzeczywistości ludzkiej. W nim chwytamy na gorącym uczynku to rodzenie się nowych tonów, wartości — nowych właściwości życia. Krytyka jest *analizą* naszego oddychalnego powietrza. Wykrywa ona genezę jego pierwiastków i ich wartość. ------------------------------------------------ Darwinizm kultury: warunki ekonomiczno-biologiczne rozstrzygają o żywotności form „słowa wcielonego”, ale *nie ma* związku zasadniczego, koniecznego pomiędzy nimi a „słowem”— jako twórczością. I tu punkt widzenia *de Vriesa*. ------------------------------------------------ Trzeba mieć odwagę, nie wolno ci jej nie mieć. Nie wolno ci nie zarabiać. Skąd to tchórzostwo? Byłem kiedyś odważny i nie traktowałem mojej pracy jako auto-ekspresji, liryzmu, które — przypadkowo niejako — dają mi byt. Czymkolwiek bądź jest twój świat umysłowy, musisz z niego uczynić narzędzie walki i pracy! Musi on być twoją podstawą. Módl się: naucz się żyć myślą w surowym świecie — raz na zawsze bez powrotu, bez potrzeby wdzierania się z trudem. Ośmieliłeś się zaważyć na cudzym życiu: masz dziecko. Nie tylko faktem jesteś, lecz i przyczyną — stwarzasz fakty. Nie wolno ci nie mieć sił. Tu twój najpierwszy sprawdzian. Co ci odbiera siły — jest trucizną. Niechaj metafizycy wzruszają ramionami: tu jest twój związek z tym, co jest, i *tędy* wkracza w twoje życie powaga istnienia. Tylko tędy. *Tu musisz być rzeczywisty*. Tu upadłeś: nie umiesz być już dobrym w domu, kiedyś umiałeś. Nie myśl o sobie. Przestań. Zobaczysz, że ci to ulży. Wiesz o tym. Tylko kiedy mieszkasz myślą w sobie, jesteś tchórzem. Naucz się rozwiązywać drobne zadania równowagi domowej. Robiła ci dobrze atmosfera troski o drobiazgi. Dobrze jest mieć taki pierwiastek łatwo dostępnej prawdy, dziedziny, w której zaraz występuje różnica pomiędzy kłamstwem i prawdą. Staraj się to odzyskać. ------------------------------------------------ Troska codzienna w życiu myśliciela i poety bywa źródłem natchnienia, a przynajmniej pewnej drogocennej strugi krwi w tym natchnieniu. Stąd ją miewał Balzac, stąd Dostojewski. Ciche tryumfy szlifierstwa, stałe i spokojne, cierpliwe i żmudne, czy nie czujecie ich w patosie Etyki. Na czymś życiowym musi być zawsze wsparta myśl i związki tu mogą być bardzo dziwne. Nie złorzecz trosce. Uczciwość myślowa jest najtrudniejszą rzeczą. Człowiek o wiele łatwiej zdobywa się na wszystko inne, niż na zrozumienie, że myśli tylko to, co myśli, i tak, jak myśli, że nie ma sposobu wydobycia czegoś więcej z własnego procesu myślowego, niż z natury wewnętrznej treści naszego życia i całokształtu jego stosunków do poprzedzających nas i współczesnych nam procesów życiowych on zawiera. * 18 XII Nie powinienem tyle rozmyślać nad przyczynami braków mojej organizacji umysłowej. Jest to nowy nałóg u mnie i niewątpliwie w związku ze straszliwym osłabieniem czynników twórczych. Przyczyny te to brak wzorów w otoczeniu, jakichkolwiek bądź przykładów i wskazań, a mnóstwo najróżnorodniejszych czynników i dezorganizujących, i osłabiających wolę. Rodzice moi byli oboje, w różnej postaci, rozbitkami szlacheckiego rozkładu: z tradycjami zamożności i majątku, bez tradycji pracy, z osłabionym lub zanikającym poczuciem rzeczywistości, celów i uczuć ogólnych. Myślę, że może wyzwoliłoby mnie raz na zawsze jasne wypowiedzenie tego wszystkiego, ale nie czuję się teraz do niczego zdolnym. Żadna książka nie daje mi uczucia asymilacji natychmiastowej, przyrastania myśli i duszy. Właściwie oprócz Sorela, tylko o Meredicie, Blake'u i Bergsonie mogę twierdzić z bezwzględną pewnością, że fenomen miał miejsce. Z dni młodzieńczych, pamiętam dni z Buckle'em, Michajłowskim, Haecklem. Potem silnie zaciężyła na mnie książka Bierdiajewa o Michajłowskim Проблемы идеализма. Zapoczątkowały one fazę intensywnego wżycia się w idealizm niemiecki. Pamiętam taką chwilę z Schellingiem Kuno Fischera w kawiarni Udziałowej, podczas oczekiwania na posłańca ulicznego z zaliczką z redakcji czy księgarni, gdy literalnie, może jak nigdy przedtem ani potem, doznałem wrażenia wyjścia z ciała, z siebie. Pamiętam także pewną godzinę jazdy z Otwocka do Warszawy. Godzinę, która raz na zawsze wyzwoliła mnie od naturalizmu. Potem do Sorela nie miałem już tak silnych przeżyć. Musiałbym skontrolować, w jakiś sposób, wrażenia przy czytaniu 4. i 5. tomu Literatur Słowiańskich we Lwowie w 1905 r. Więcej zaufania mam do myśli przy czytaniu przedmowy Thodego do Świętego Franciszka. * 19 XII Democratic Vistas Whitmana — przygnębienie gniecie duszę przy czytaniu. Gdzie miejsce dla nas, dla Polski, w tych perspektywach, gdzie pewność i wreszcie: gdzie potrzeba samej tej pewności? List Whitmana do rosyjskiego tłumacza, poczucie powinowactwa dwóch ogromów przyszłości. Smutek! Smutek! Nie można bez zastrzeżeń oddać się człowiekowi, zaufać mu. — A śmieszność myśli, która się boi człowieka, przyszłości jego. Przed laty mówiłem bezlitośnie o Krasińskim — dzisiaj nadszedł jego odwet. Polska dla Whitmana to tylko feudalizm w jego pojęciu i przecież *tak jest* właściwie. Trzeba myśleć, trzeba przekonywać siebie, trzeba przypominać, że Polska to także warunek nieupośledzonej przyszłości 20 milionów, które miały, mają lub będą miały nieszczęście urodzić się Polakami. Ale to już inna perspektywa. Nie ma tu miejsca na oceaniczną bezbojaźliwość — przeciskać się trzeba szczelinami. Stąd współczucie dla Sorela: i on ma na sobie przeszłość zorganizowaną, rozczłonkowaną, raz na zawsze niezmienną, żyć musi w jej warunkach. To nie zmienia rzeczy, że Whitman się łudził, *choć nie* do tego stopnia, jak to przypuszczałem, pisząc o nim niesprawiedliwie i sucho, jest on mądrzejszy, bardziej „dix-huitième siècle”, niż myślałem — naturalnie to znaczy, że ma w sobie więcej tego elementu, niż myślałem, nie znaczy, aby go ten element określał — ale jego złudzenia nic nie znaczą. Fakt jest, że pomiędzy każdym z nas i błogosławieństwem myśli leży nieszczęście, rzecz określona, ciasna i uboga. Kasprowicz i Whitman — istotnie to określa. Biedny, oślepły słonecznik i szeroka, żywa, nieogarniona, widząca dusza oceanu w wichrze i słońcu. Biedny oślepły słonecznik! * 20 XII Naturalnie, kiedy teraz myślę o Anglii XVIII wieku, wiem, że jest to środowisko Blake'a i dlatego *widzę* je w jego świetle, a jest rzeczą niezmiernie trudną zdać sobie sprawę, gdzie *kończy się* wpływ tak określony. Ataki na Taine'a: jak gdyby twierdził on, że można z danego środowiska, danego momentu, danej fazy, *wydedukować* poetę: — co za nonsens! Taine tylko uczył, *jak* analizować *danego* poetę na momenty, w celu wyzyskania literatury dla charakterystyki życia przeszłości dziejowej. Askenazy contra Taine! Spodziewam się. Pojęcie człowieka, *wizja* życia w jego powadze i demonizmie nie na rękę sprytnym u dostawcy optymizmu narodowego. Naturalnie — do Askenazych należy najbliższa przyszłość. Ponad realnym, krwawym życiem, rozdartym na przeciwieństwa, płynie wartki prąd uczuć, różnych motywów jednakowych u wszystkich. PPS, ND, PD, wszystkie te grupy wytwarzają skłonność optymistycznego szacowania przeszłości i współczesności. Naturalnie ten *optymizm* musi być niezróżniczkowany; wtedy czyni zadość wszystkim. I w jaki sposób Sz. Askenazy może cenić Taine'a wobec tego? Tylko ciekawe, dlaczego w ogóle go tyka. * 21 XII Czytając Sainte-Beuve'a trzeba zwracać uwagę na powiedzenia ogólnikowe, myśli napotkane po drodze. Jest to charakterystyczne dla typu pisarskiego, do którego on należy. Ludzie ci żyją w pewnej rzeczywistości i, nie myśląc o niej, wypowiadają ją. Sainte-Beuve jest w takim stosunku do kultury francuskiej: nie tyle ważne są — o ile są one w ogóle — ogólne umyślne definicje tej kultury przez niego, ile raczej jej życie w nim samym; jest ona wewnętrznym prawem jego umysłu, zasobem nie tylko miar, ale i ustalonych faktów. Tak, pisząc o Carrelu, mówi on z powodu częstego użycia przez niego wyrazów oderwanych, doktrynerskich, że to nie jest styl Ludwika XIV, równie dobrze, jak nie jest stylem barwność, nieskrępowany patos etc. Na czym polega więc ten styl? Na tym, że była to żywa harmonia, fakt zrównoważony, ale fakt — nie systemat. Fakt, a więc abstrakcyjna suchość doktryny politycznej nie była w zgodzie z jego rzeczywistością; zrównoważony, a więc życie, aby tu istnieć, musiało stać się zdolnym do istnienia, pozyskać prawa. Stąd wypływają wszystkie właściwości zasadnicze. Styl wyklucza wszystko, co każe nam wierzyć w nagłą i ostateczną przemianę w naturze ludzkiej — jednocześnie wyklucza, nieuspołecznioną, nie „châtiée” naturę. W tym świetle trzeba rozważać tę literaturę. ------------------------------------------------ Gdybym miał wolę, zająłbym się tego rodzaju pracą: niezależnie od wszystkiego, co muszę pisać, by żyć — zacząłbym powoli i spokojnie opracowywać Goethego, nie spiesząc się, ale nie odkładając, posuwając z wolna, ale stale z dnia na dzień znajomość jego pism, zrozumienie jego wewnętrznego życia bez przesady w drobiazgowości, ale z precyzją psychologiczną niezostawiającą nic w stanie frazeologicznie plastycznym. W ten sposób mógłbym stworzyć książkę, która organicznie wchłonęłaby i zaasymilowała całe moje życie duchowe, wszystkie właściwości mojego ja. Niewątpliwie mam dużo do powiedzenia na usprawiedliwienie mojej nieczynności, apatii i przygnębienia, i to właśnie jest fatalne, że mam tyle obiektywnie słusznych racji. Co po tej słuszności? Twoją psią służbą jest pracować, czy masz ochotę czy też nie, czy widzisz cel pracy czy bez celu. Skakanie przez kij. Skacz. Nie rezonuj! Goethe — wiem, ile jest nudy, martwoty do przezwyciężenia, ale on ją też przezwyciężał. A niewątpliwie wyrasta on coraz bardziej. Mój Boże! Jak mały, jak żakowsko naiwny jest w 5/6 swych poruszeń osobistych Byron. Osobista poezja. Tak i nie! Bo gdyby nie to, że Byronowski egotyzm w poezji jest inny niż *ego* Byrona w życiu, nie moglibyśmy znieść jego rzeczy — chociaż jeszcze nie wiem, co zostanie, co zostałoby, gdybyśmy śmieli, gdybym śmiał i gdybym umiał patrzeć jasno, widzieć szczerze i mówić bez przesady. Gorzkie to złudzenie krytyka. Ten Brzozowski mówi tylko o spirytyzmie, powiada Zofia Nałkowska. Ona *wie* na pewno, *wie* jasno, czym jest człowiek! Requiescat. Kłaść *nacisk* na podświadome, byle nie używać słów, które kaleczą wolnomyślne uszy. Jakie nieustraszone są te badawcze dusze. Co mi po tym wszystkim? Po co to piszę? Już przeszła, skończyła się młodość. Wiek dojrzały zastał bez sił, obciążonego przeszkodami, źle przygotowanego. Już nie ma atmosfery marzeń. Śmierć może czekać lata, ale potencjalnie, in idea, stoi za ramieniem. Co chcesz, co umiesz, co możesz robić? A nade wszystko to lub tamto — tyle lub mniej robić musisz. Wszystkie myśli są tak jasne, tak zdumiewająco, aż do niepotrzebności własnej, jasne, gdy je wyłuskać — to jest oczywiste! Naturalnie. Ale tej oczywistości *nie widzi* nikt. Śmieszna tragedia filozofa w Polsce. Filozof! Kiedyś wyparłem się tego tytułu. Drażnili mnie ci młodzieńcy lwowscy. Nie jestem istotą ucywilizowaną, muszę żyć poza kontrolą — a społecznie. A zresztą istotnie ten E… nie jest filozofem, jeżeli nim mam być ja. Vice versa. Ale co ma robić filozof w Polsce? Skąd, dokąd, po co? Ciekawa historia. Całe życie niemal człowiek *ma myśli*, którymi można by się przejąć, gdyby była po temu sytuacja. Trzeba więc szukać *dla nich sytuacji*, wmawiać w siebie, że się ją ma. Ale jedni drugim psują zabawę. Jest to już stadium wyższe. Stadium pierwsze, normalne prof. Twardowskiego — bezsytuacyjna myśl normalnie, porządnie wyłożona. Eccolo! Filozofia jako wstęp do umiejętnego pisania referatów. Warszawskie formacje jeszcze rozpaczliwsze. Cóż np. Mahrburg? Myśl równie bezsytuacyjna, ale sprzyjająca czemu? Twardowski ma referaty, to jest grunt, ale co ma Mahrburg? I° myśl bezsytuacyjna, ale stwierdzająca, że Mahrburg ma słuszność, a *więc bijąca* Struvego, Masoniusa etc. II° bezsytuacyjna, ale mogąca się podobać postępowemu kościółkowi — to jest wszystko. U Masoniusa nikt nie dojdzie. U Abramowskiego niewątpliwie jest już faza II. Faza III. Myśl musi wyrastać z sytuacji — ale jaka jest ta sytuacja, czy może mieć myśl? To się rozwiązuje łatwo, gdy się jest obywatelem Stanów Zjednoczonych, ale w *Polsce*? A przecież moje życie jest przegrane, jeżeli się z tym nie uporam. Gdybym to wiedział mając lat 20, nawet 25. Mógłbym to wiedzieć. I naprawdę nie moja to wina, że nie wiedziałem. Moja także, ale nie tylko moja, może nawet przeważnie nie moja. Ale winien tego? Tu istotnie winien czy nie winien: kulka w łeb. Tow. Daszyński: *Ten ma sytuacyjne* myśli, ale myli się w określaniu swojej sytuacji. Postępuje logicznie i jak ona mu każe, tylko, że ona jest inna, niż on sądzi. Aha! Tu jest węzeł. Przede wszystkim trzeba mieć ową sytuację. I znowu nieprawdą jest, że jej nie mam. Mam, ale nie mogę sobie dać rady z nią. 1. Dlatego, że polega ona na duchowym spleceniu autohipnoz i krzyżujących się działań hipnotycznych między pisarzem i publicznością. To ważne. Pisarz pisząc *określa dla siebie* swą publiczność, będzie ona dla niego już zbiorem ludzi, którzy czytali, przyjęli i uznali to, co on napisał. To może być złudzenie obiektywnie, subiektywnie ten fakt powstaje i działa. Dlatego własna przeszłość pisarska jest tak bardzo wnikliwym, wszędobylskim przeznaczeniem. 2. Wiem i mogę, i umiem *mniej*, niż wierzyłem, pisząc dotąd. Trzeba by *szczerze* rozczarować publiczność i siebie co do tych 2 punktów i wychować siebie do publiczności, *która by* znała moje prawdziwe myśli, prawdziwą wiedzę, wtedy mógłbym sytuacyjnie pisać. Ale sytuacyjnie myśleć! Boże, Boże! Trudna to naprawdę rzecz być dzisiaj Polakiem, chcieć myśleć, chcieć pracować. ------------------------------------------------ Gostomski i lud wiejski. Powiem teraz (esprit d'escalier), na czym polega różnica pomiędzy ludem wiejskim a klasą robotniczą. Że ten pierwszy *zaspokaja* się obierzynami naszej myśli, że *przestajemy myśleć* odpowiedzialnie, gdy myślimy dla niego, tj. nie myślimy, nie piszemy dla siebie. I dlatego Gostomscy lubią lud wiejski. Od dawna czułem, że tu, właśnie tu, w „wiejskim ludzie” jest mój specyficzny wróg. Mój! Bo w gruncie rzeczy nie dbam o nic, tylko o to, co jest myślą i jej wypowiedzeniem. Gdzie to się kończy, kończy się moje czucie. Więc w każdym razie nie „wiejski lud”. Albo tak, lecz dla tych, co umieją myśleć sytuacyjnie *z niego*, nie „dla niego”. Obierzynki sentymentalne. Ile kłamstw sprzysięgło się dziś na myśl polską. Żeromski? Niewątpliwie: nie tylko myli się, ale i kłamie — nie jest szczery, ale pomimo to on jest dziś najgłębszy, najsilniejszy, najodważniej czujący. Tu Ortwin nie ma racji. Tym bardziej Zrębowicz. Zrębowicz, który chce mieć Cyprjana Norwida bez katolicyzmu — ale dość. * 23 XII Dawid zwracał mi uwagę, że *religia* jest zawsze współodpowiednikiem *siły* życiowej. Jest to zupełnie zgodne z moimi pojęciami w tej sprawie. Sądziłbym, że należałoby jeszcze uwzględnić i wyjaśnić stosunki zachodzące pomiędzy tymi momentami a erotyzmem i twórczością artystyczną. Spostrzeżenia nad tym, co może być nazwane — jeżeli w ogóle można posługiwać się tego rodzaju uogólnieniami — „narodowym charakterem polskim”, doprowadzają nas do potwierdzenia tych poglądów. W samej rzeczy obojętność religijna, brak energii politycznej, ekonomicznej i niezdolność do tego, co może być nazwane vie passionelle, idą tu w parze. Byłoby dobrze istotnie przestudiować chociażby Ogród fraszek z piórem w ręku, mając na uwadze te punkty widzenia. * 24 XII Przekonanie, że nasza epoka ma charakter wybitnie rewolucyjny, niestały, krytyczny jest połączone z niebezpieczeństwami dla naszej kultury osobistej i równowagi umysłowej. Łatwo bowiem wyrasta stąd pokusa niestałości i chwiejności w poglądach, a szczególniej braku jasności w pojęciach. Jestem pewien, że znaczna część osób z kół postępowych nie posiada jasnych i określonych wyobrażeń o najznaczniejszej części przedmiotów i zagadnień. Niedobrze jest, że gardzę zazwyczaj przykładami z powszedniego życia: np. jest rzeczą nielogiczną, nieracjonalną przypisywać szczególne znaczenie miejscu, gdzie się przeżyło coś szczęśliwego lub znaczącego dla nas; niewątpliwie jest prawdą, że wszystkie miejsca są jednakowe, póki jedno nie zostało wyszczególnione przez przeżycie nasze; tu jednak zostało ono już wyszczególnione. Chwytamy w tej drobnostce na gorącym uczynku samą naturę racjonalizmu: uważać przeżycie i nie-przeżycie za równoznaczne; życie za zasadniczo zbędne; faktycznie jest ono, lecz mogłoby i nie być — nic by się przez to nie zmieniło. Ecce homo Nietzschego, Réflexions sur la violence, Enquête sur la monarchie — wszystkie te książki są nacechowane głęboko przynależnością do jednej i tej samej epoki, do jednego i tego samego wieku w życiu kultury europejskiej. Jest bowiem niewątpliwe, że, toutes précautions gardées, analogia ta wyraża rzeczywistość. Analiza tego faktu tu zajęłaby mi zbyt dużo czasu. Zresztą konkretny wypadek wystarczy do zaznaczenia i ogólnej linii. Najogólniejszym rysem kultury zachodniej Europy w ciągu XIX stulecia jest niewątpliwie to, że nie ma ona organicznego systematu, że jednostki nie wrastają w świat rzeczy, lecz dążą do tworzenia rzeczy, określania ich lub też określają je, ale zawsze z siebie. *Ego* jest tu już zawsze momentem znamiennym. Too much ego in their cosmos. Zapomniałem, gdzie to czytałem, bodaj że u G. K. Chestertona lub Wellsa. Ale nie o to idzie. Nastał moment, gdy naiwność romantyczna została utracona. Epoki à la Louis XIV, grand siècle, ew. może jedyny przykład wielki od XVI wieku czegoś podobnego, nie zdawały sobie sprawy, że służą życiu, które poprzez ich procesy umysłowe ustalało swoją równowagę — nie zdawały sobie sprawy niewątpliwie tylko do pewnego stopnia. Z biegiem czasu jednak niezależność od jakiegokolwiek życia, które jest zawsze alogiczne — zawsze zacieśnia, określa — stała się podstawą, ale teraz krytyka przeanalizowała i wywróciła na nice to złudzenie. Fakty myślowe są płodne poprzez życie; by być płodnymi, fakty myślowe muszą *należeć*, i to w pewien specyficzny sposób należeć, do życia, przynajmniej już zdolnego istnieć. Stąd problemy higieny osobistej u Nietzschego, higieny dziejowej u Maurrasa, ale tacy ludzie jak *Sorel* nie poprzestają na *trwaniu* (właściwie i Nietzsche nie) — ale tu mi nie idzie o ścisłość w tym kierunku. Musi on dążyć do tworzenia *faktów myślowych*, które sprzyjają tworzeniu się zespołów życiowych, zdolnych żyć i zwyciężać, a zgodnych z jego zasadniczym *postulatem*. Ten postulat może być w bezpośredniej sprzeczności lub tylko inkogruencji z *faktami myślowymi*, które na razie tworzymy. Konsystencja i konsekwencja logiczna zostają tu zabezpieczone w innej drodze. Jest to, co St. Mendelson nazywa słusznie makiawelizmem Sorela. Jednak jest to rozumny człowiek, ktoś, kogo nie można porównać z tym całym światem Perlów, Konów, Kulczyckich, Haeckerów, którzy umysłowo są bankrutami i w znacznej mierze idą do stronnictw skrajnych, jako tych, w których niewiedza, niechęć myślenia, niechlujstwo kulturalne uchodzić mogą za protest. ------------------------------------------------ Jedyny Blake ze swoim: „abstrakcyjne myśli należą do oszustów”! Jest ciekawe, jak istotnie zawiera w sobie Blake cały program wieku. Irzykowski znowu będzie się irytował, ale Irzykowski uważa za metodę destrukcję logiczną lub nawet wprost myślową. Jest to nazbyt ogólne stanowisko: *ważne* jest to, co stawia opór spójności myślowej i jedności perspektywicznej, co nie daje się objąć w jednym i tym samym planie. To może być nawet wielki punkt widzenia, ale musi płynąć z bogactwa życia, z nadmiaru szczegółów, faktów, konkretnych danych i wartości. U Hebbla tak być mogło do pewnego stopnia, ale Irzykowski nieraz utożsamia dwie różne rzeczy: 1) proces jest tak bogaty, że z krzywdą swoją zostaje zamknięty. To nieuniknione i słuszne. 2) I proces nie zaczyna się, ponieważ brak mu momentów, sprzeczności między nimi, dialektycznego obrotu kół i promieni. Tak u Irzykowskiego — dlatego jego twórczość jest kompromitacją jego programu i dlatego, pomimo wszystko, *on musi* trzymać się racjonalizmu, bo w jego skrofułach jest pokusa mistycyzmu podrzędnego stopnia. Nie można zastąpić braku życia żadną formułą, ale też brakiem formuły załatać się to nie da. To jest właśnie moment dramatyczny. Ważny jest tylko proces życiowy. Nic go nie zastąpi. *Ale czym jest on*? Tu wracamy do punktu wyjścia, do pokrewieństwa: Nietzsche, Sorel, Maurras, ale i Laforgue. Barrès, Irzykowski — ale i Browning. Meredith — doznaję wrażenia, że to inna sprawa: prawie jak u Goethego, i choć mniej demonicznie skalista, mniej uniwersalna, świeższa i szczersza to forma. Jak określić?… Dość łatwo. W każdym punkcie i w każdym momencie, w każdym drobnym szczególe postępować w myśl *nieobniżania* poziomu, niepowracania do żadnej sytuacji poprzedniej, lecz żyć czynnie i pogodnie, poza typem, nie *tworząc apokalipsy*. Nie jestem w stanie nie przyznać, że pomimo wszystko, co czują, tak piękni ludzie, jak drogi mój Witold Klinger (daj Boże mu szczęścia i natchnienia, światło niech będzie zawsze w jego myśli, a ciepło nie opuszcza jego serca) — *Meredith* był *głębszym*, bardziej religijnym, bardziej po myśli Bożej człowiekiem niż Tołstoj. Tak jest i nie powinienem tracić tej wiary. W niej własna moja uczciwość umysłowa, nadzieja światła i zdrowia. Mój Boże! Mój Boże! Cztery tomy Mereditha po 9 franków — 36 fr., kiedy zdobędę się na to, by to mieć — a to jest przeszkodą, przecież pisałbym o nim i napisał; — ale moje stanowisko jest tak à part, tak ani mazowieckiej, ani krakowskiej, tym mniej już łyczakowsko-holzapflowskiej natury, że tylko surowa i bezwzględna ścisłość i zupełność informacji mogą i muszą zapewnić posłuch dla mojego zdania. Ale pomimo wszystko jesteś winien, ty sam tysiąc razy, bo nie umiesz wyrzec się zainteresowań nie w porę. Cierp więc i módl się: to jest: myśl ze spokojem o prawach. O prawach, które, gdy są ogarnięte spokojnie, są już pod tobą — i wtedy świat istotnie staje się twoim wielkim ciałem, organizmem twojego życia i *dusza twoja, skoro tylko zdoła czynną* być poza typem, a odważnie, porusza rzeczy globu. *Gaultier* więc tu zbliża się ze swą Ironie universelle i może Bowaryzmem, ale tylko Meredith żyje w tym powietrzu, w tych gwiazdach i na tym szczycie. * 25 XII W książce Dawida ważne są dla mnie te stronice, gdzie ukazuje on, że *moc*, zdolność, siła wykonania, stanowią właściwą podstawę, naturę naszej świadomej woli. Pozostaje to w związku z uwagami poprzednimi, ale ma także znaczenie dla mojej teoriopoznawczej analizy pracy. Ma znaczenie i dla innych jeszcze zagadnień i spraw. Np. wciąż jeszcze mnie irytuje błazeńska uwaga Feldmana o mojej analizie teatru Wyspiańskiego. Idzie tu o tego rodzaju związek. Taki W. F. bezwzględnie nie czuje rzeczywistości faktów duchowych, tj. nie zdaje sobie sprawy, że wypełniają one równie szczelnie pewne granice, jak fakty zwane materialnymi. Są, czym są, czym jedynie mogą być — pewną sumą w pewien sposób, a więc nie w inny, zorganizowanego, zużytego życia. Brak mi tu terminologii, choć tak dawno już myślę o tych przedmiotach. ------------------------------------------------ *Heglizm*. Jest zasadniczą prawdą heglizmu to, że ujmuje on w *sposób abstrakcyjnie aprioryczny* pewne elementarne i głębokie momenty istnienia ludzkiego. Irzykowski, gdyby nie poprzestawał na uprzedzeniach fragmentarycznych, musiałby to zrozumieć. Zarzuca on heglizmowi to, że całe życie ludzkie przedstawione jest w tym układzie myśli jako pewien samorealizujący się i samostwarzający się właściwie plan. Zwróćmy jednak uwagę na następujące fakty. Każda postać życia, każda postać działalności ludzkiej, staje się warunkiem określającym wszystkie inne fakty życia; będą one odtąd musiały rozwijać się, mieć miejsce nawet, jeżeli nie pod jej wpływem, to w każdym razie w jej obecności. Każda postać działalności, każda forma życia, każdy fakt życia staje się momentem wszystkich innych. Gdy teraz zważymy, że pośród tych wszystkich innych są fakty różnych stałości, ciągłości, zdolności trwania, przekazywania zdobyczy, zaborczości, utrwalania się — spostrzeżemy, że mamy w nich coś bardzo analogicznego do ustalającej się dynamicznie jedności rozwoju. Wreszcie: każdy fakt życiowy staje się momentem wszystkich innych, nawet gdy istnieje między nimi sprzeczność, jeden i drugi są w tej samej naturze ludzkiej i ta musi od pierwszego przejść do drugiego, ale pierwszy (schematyzujemy tu ) — określał ją, był nią, ma teraz ona określać samą siebie w kierunku drugiego. — Ona jest materiałem tego drugiego, sumą jego szans, ale ona była określona przez pierwszy, więc właściwie każdy stosunek negatywny musi ustąpić pozytywnemu — jest jego postacią: *i dlatego pomimo* różnic nie ma różnicy między rozumnym i rzeczywistym. ------------------------------------------------ *Katolicyzm*. Jeszcze więcej prawd tego rodzaju. Bóg wszechobecny: każdy fakt życia, najbardziej przelotny, określa życie, jest nim raz na zawsze, więc jest utrwalony w tym, co w zestawieniu z jednostką, z chwilą, jest trwaniem, pewnym sensem trwania i nie tylko czasem, ale źródłem samego czasu: samą potęgą życia ludzkiego. *Więc*, *żyjąc*, musimy mieć tę prawdę przed oczyma. *Spowiedź*. *Nie ja* sam rozstrzygam, *gdyż ja* jestem zawsze tylko pewną postacią życia, ale właśnie samo życie — przypadkowość księdza jest tu równoważnikiem nieskończonej wielorakości gatunku. Spowiedź przedśmiertna — ostatnie słowo, jakby z samym gatunkiem ludzkim. *Piekło* jako idea: niezniszczalność czynów. Może nawet jeszcze głębiej: *bezpowrotność* do łączności z ludzkością po pewnych czynach, z bezwzględnej izolacji zła bezwzględnego. *Trójca* — wytłumaczyłem w Ideach: zerwanie z antropomorfizmem, dogmatyzmem, jedyna forma czucia życia jako życia, tj.: jako czegoś, co w każdej chwili *ma być*, co nie jest i nie może być w żadnym pojęciu zamknięte. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że gdyby można było — gdyby sam katolicyzm nie sprzeciwiał się takiemu zakreśleniu granic — traktować katolicyzm jako wyłącznie ludzkie dzieło, trzeba byłoby przyznać, że zawiera on sumę najgłębszych, najszerszych i najbogatszych prawd, że jest niezwalczony. Nie może być porównania pomiędzy nim, jako filozofią, a jakąkolwiek bądź inną. Ale katolicyzm występuje nie jako filozofia, nie jako nauka nawet o nadprzyrodzonym, lecz jako *nadprzyrodzony*, *nadludzki fakt*. ------------------------------------------------ Plemię papuzie! Do obrzydliwości powtarzane frazesy o nadczłowieku — *tu stoi* przed wami rzecz żywa i mówi w każdej chwili: jesteście czymś więcej, niż tym, co wy uważacie za człowieka, a nawet za nadczłowieka. Nie każe nam poprzestawać na teorii, ale *tworzy nadludzkie** fakty*, bo wierzący: Newman, Pascal, Bernard, setki tysięcy innych *żyją* i żyli w dziedzinie niemożliwości dla nich ziszczonej. To samo tu twarde prawo. Jest się lub nie jest. Ma się lub nie ma w sobie *tego życia* i takiego życia. ------------------------------------------------ Francja XVII wieku nieustannie powraca w moich myślach. Dlaczego? Być może w znacznej mierze dlatego, że jest to na pewno świat inny od wszystkiego tego, co dzisiaj naszą inteligencję zajmuje, że tu a priori jestem już zabezpieczony: mógłbym odpocząć. Nie potrzebowałbym zwalczać pokus polemicznych, nie byłoby ich. Być może, także instynkt trafnie mi mówi, że jest to przedmiot nieprzekraczający zasadniczo moich zdolności. Myśl, racjonalizm, logika, analiza, dedukcja, kompozycja myślowa tu przemagają. Namiętność jest opanowana, jest jednak. Może też i vis medicatrix naturae: przedmiot ten stałby się dla mnie leczniczą szkołą myśli. Musiałbym znowu wrócić do dawnych nałogów myśli, gdy byłem jeszcze niewprawnym, naiwnym, ale sumienniejszym niż kiedykolwiek, pisarzem. W Ideach spłaciłem dług wdzięczności Przybyszewskiemu — może więcej niż to: uległem pokusie sentymentu i patosu stylowego — może także pewne powiedzenie M. Limanowskiego popchnęło mnie. W każdym razie ta sprawa ma i inne strony. *Niewątpliwie* Przybyszewski *był* tym dla mojej filozoficznej walki ze sobą, com powiedział. Można przypuszczać, że i bez niego miałoby miejsce zasadniczo to samo. *Miałoby* — tu zaś *tak właśnie* rzeczy miały miejsce. — Nie było bez niego, lecz z nim, ale, powtarzam: *było* i co innego. Jeżeli na filozofa miał on wpływ ożywiający — to pisarzowi w wielu względach zaszkodził: zanadto przejąłem się myślą, że pisanie, tworzenie, jest to *wyrażanie siebie*, nie zaś tworzenie jasnych i zdolnych trwać w słowie przedmiotów myślowych. *Taine*, który przed okresem przybyszewszczyzny był moim mistrzem w pisarstwie, niewątpliwie utrwalił we mnie pojęcie pisarstwa o tym właśnie charakterze. Prawda, umiałem na razie tworzyć tylko przedmioty à la Taine, ale byłbym się wyzbył tej ograniczoności. Natomiast na cały szereg lat, aż po te dni ostatnie, utraciłem z oczu w ogóle te perspektywy, cele wysiłku pisarskiego. *Przedmiot* przestał być kategorią w mym pisaniu, tak jak nie jest on nią dzisiaj u żadnego wybitniejszego pisarza polskiego młodszej generacji. Tylko Reymont, Sieroszewski, szczególniej ten ostatni, mogą być rozważani z tego punktu widzenia. Biedny i pomimo wszystko szlachetny jako umysł i silny jako tendencja artystyczna J. A. Kisielewski, miał wyczucie swojej odrębności, ale miał za mało siły moralnej, by dojść do całkowitego rozumienia, zbyt łatwo wierzył, że dość jest powiedzieć: „ja jestem klasykiem”, że dość jest chcieć być klasykiem! Wydaje mi się niewątpliwe, że dla zrozumienia romantyzmu XIX stulecia trzeba *znać dobrze* kulturę XVII stulecia, a następnie już z niesłychaną przenikliwością badać kulturę XVII stulecia fakt po fakcie, pozbywszy się przedtem wiary w uznawane i ustalone, otoczone rozgłosem, konstrukcje. Trzeba też — o ile w ogóle nie uda się zniweczyć naukowo samego tego terminu *romantyzm* — wyodrębnić romantyzm XIX stulecia od form pokrewnych, które są lub też nie są zazwyczaj oznaczone przez to miano. Taka Zofia Nałkowska, osoba, która, gdyby chciała się uczyć, gdyby znała fakty i gdyby naturalnie zdobyła się na odwagę odzyskiwania powolnego sumienności intelektualnej, będzie naprawdę wierzyć, że W. Feldman wie w ogóle, *o czym* mówi, gdy rzuca ona na los szczęścia swoje „ale”, „a przecież” ex re moich usiłowań stworzenia klasyfikacji romantyzmu. Niewątpliwie, że to odbiera chęć do pracy. Romantyzm dla W. F. dla Z. N., dla całej poczciwej polskiej publiczności, to sprawa prosta: od Obermana do Micheleta, od Hoffmanna do Stendhala, od Mériméego do Leroux lub Novalisa, od Fr. Schlegla do Gautiera, od Mickiewicza do Murgera, od Mazziniego do Heinego, od Baudelaire'a do Carlyle'a, od Słowackiego do Feuerbacha i od Shelleya do Kl. Brentana — to dla nich wszystko proste i łatwe do ujęcia. Dźwięki raczej niż słowa, rzeczy całkiem nieobecne. Ileż tu odcieni rzuca się w oczy przy pierwszym objęciu wzrokiem niedokładnie znanej, a więc uboższej, mniej różnorodnej wielorakości. ------------------------------------------------ Romantycy — to ludzie, którzy wierzą, że *ich ja*, ich sposób *czucia* jest sprawdzianem zasadniczym. Ale jakiego czucia? Co znaczy być sprawdzianem? Byron poprzestaje na swoim czuciu. Novalis z *niego* wysnuwa świat. Nie zdołam dzisiaj mówić o tym. Z umysłu chcę się powstrzymywać od zapisywania obecnie myśli ogólnych. Gdybym mógł, gdybym mógł kształcić się tylko przez rok, przez jeden tylko rok, nie teoretyzowałbym wcale. Dla każdego pisarza romantycznego tworzyłbym odrębny kwestionariusz i potem dopiero szukał punktów zbieżności i przecięcia. ------------------------------------------------ Mój Boże, mój Boże! Dlaczego nie mogę pracować, jakbym mógł, bo mógłbym. Zmieniłbym *charakter* polskiej literatury na całe pokolenia i byłbym szczęśliwy, ale muszę żyć w ciągłym braku książek i dręczyć się wyrzutami sumienia, gdy się kształcę zamiast pisać. Teraz, przed 6 tygodniami, był mi potrzebny Molière. S… z Wiednia mieli go wysłać. To rzekomo kulturalni ludzie, mogliby wiedzieć, co to jest praca pisarza — ale Molière ciągle jest w „drodze”. Czy przyjdzie? Kiedy przyjdzie? Nie będę już miał dla niego moralnie miejsca w mym mikrokosmie, ale nie było przykładu, aby ktokolwiek z moich znajomych, przyjaciół, zwrócił uwagę na moje najusilniejsze prośby, gdy idzie o książki. Komu dziś może być potrzebny Molière! Oczywiście, to mój kaprys. Czym jest Molière z punktu widzenia „wagnerianizmu”. Gdybym miał siłę po temu, gdybym miał czas po temu, rozpocząłbym kampanię przeciwko hegemonii niemiecko-modernistycznych punktów widzenia w Polsce. Ta mieszanina rokoka i brutalności, bezdziejowości, pedantyzmu, braku smaku. Bo tu nie chodzi o Kanta, Hegla, Goethego, nie chodzi o niemiecką literaturę. Czy istnieje niemiecka kultura już teraz? Nie wiem i nie użyłem (?) tego wyrazu. Ale to, co przelewa się dzisiaj przez łyczakowskie, zwiedeńszczone, zberlinizowane głowy, nie jest ani niemiecką, ani kulturą. *Goethe*! E… znajduje, że proza Goethego jest źle pisana po niemiecku, i to szczerze. — Więc po co Molière? Mój drogi Boże! La Bruyère i Pascal, Montaigne i Molière — jest przecież jeszcze ten świat. Możesz żyć z tymi ludźmi, jeszcześ nie zaprzedał duszy dymiącemu się bezładowi sentymentów, zachcianek melodramatycznych, antropomorficznych, jeszcze czujesz i cenisz jasność! Memento! Umacniaj stosunki z tym światem; wrośnij weń. Narzuć go samemu sobie i Polsce. Ten stan rzeczy trwać nie może. Szkoda Nałkowskiej. ------------------------------------------------ Pamiętam minę Dawida, gdym mu mówił, że chcę pisać o S. T. Coleridge'u. To luksus. Naturalnie. Literatura w ogóle jest to luksus, jeśli się wierzy w politykę, ale literatura, subtelnie, dokładnie, z miłością znana literatura, to jedna z najniezawodniejszych dróg, prowadzących do wyzwolenia od brutalnie głupich i deprawujących zabobonów politycznych. E… nie zadawałby tak bezwzględnie, zaraz, bez wahania i zwłoki, pytania, co myślą koła postępowe, z jakich kół, gdyby literatura nie była dla niego wielkim „abstractum”, gdzie krzyżują się mgliste możliwości. Wyobrażam sobie, jak byłby zgorszony Dawid, gdybym chciał drukować za dawnych czasów w „Głosie” o Coleridge'u albo o Lambie, albo o Benie Jonsonie, albo o Burtonie od Melancholii , albo o T. Brownie. ------------------------------------------------ Mój Boże, daj mi wytrwać! Teraz niewątpliwie nawet najzacniejszy, drogi mój Ortwin, jest zły na mnie, że czas trawię, i ja sam umiem patrzeć na siebie Jego oczami i jeszcze innymi, surowiej potępiającymi tę „perwersję”, jak mówi E. A. Poe, a przecież te moje zwłoki, nieprodukcyjne godziny, dnie, tygodnie, to znowu rosnąca przyszłość moja. Musiałem nie tylko odświeżyć duszę, ale ją i wyplątać — nie tylko wywikłać ją, ale i zaopatrzyć w narzędzia, dodać odwagi. A tak mi ciężko i tak mi smutno. Z kim jestem i dla kogo pracuję? Mój Boże drogi, daj mi tylko *jasne* przekonania w tym względzie: umacniam je sobie co wieczór, podmurowuję — rano spłukały je już fale, piasek lotny schłonął i tylko śmiech, śmieszność, niezadowolenie, brak wiary w siebie. ------------------------------------------------ Myślałem, że książka *Boswella*o Johnsonie przygnębi mnie, że ukaże mi niezmordowaność bajeczną, nieznającą słabości — ale drogi Boswell. Johnson żyje i będzie mi odtąd towarzyszył. Pełen słabości, zwątpień, tak bardzo nie po dzisiejszemu bliski. Soczysta to była gleba, ten wiek XVIII, nie wstydziliśmy się jeszcze wtedy, że jesteśmy określonymi ludźmi, nie łączyliśmy zaniedbania, wystygłego cynizmu dla powszedniej rzeczywistości z dumą bezwzględnego *nie*, zbawcy, *nie*, „czynnika ekonomicznego”, „tendencji dialektycznej”, „prawa przyrody”. Cała brutalność powstająca samorodnie i nieuchronnie w duszy żyjącej poza ciepłym zrośnięciem z pewną naiwną obyczajowością, w duszach nieznających *ludzkiej* strony religii, chociażby nawet *boska* nie należała do rzędu omijanych i zwalczanych frazesem — występuje w konsekwencji politycznej, nieubłagalności radykalizmu. Zaniedbany wewnętrznie, mało wrażliwy, nieznający przywiązań, nieceniący i niepotrzebujący sztuki, posiada *dużo zalet* jako polityk. To są wartości w polityce, w dziennikarstwie, dlatego nie ma przymierza z tymi ludźmi. To klęska i szarańcza intelektualna, nieprzyjaciel prawdy zawsze subtelnej, sztuki zawsze bezinteresownej, filozofii, której obym umiał pozostać teraz już przynajmniej wierny. ------------------------------------------------ Poezja Blake'a jest jednym z wyjątkowych wypadków w dziejach ducha ludzkiego. Trzeba tylko ufać własnemu entuzjazmowi, aby widzieć, że *Blake* jest nie tylko natchnionym narzędziem podmuchów nieskończoności, lecz jasnym i głęboko świadomym własnych celów umysłem. Jest to dziwna struktura, której plan, całość można widzieć jedynie w świetle błyskawicy, ale to jest u nas; u samego Blake'a moment spokoju, jasnej pewności, odgrywał o wiele większą rolę. Bez wątpienia nie jest to *umysł* jasny według rozpowszechnionego typu planów i jasności, ale nie trzeba utożsamiać odczucia obcości, zadziwienia z naszej strony, z brakiem stałych i świadomych własnych praw, pierwiastków w umyśle samego twórcy. * 26 XII Krytycznie zastanawiając się nad życiem własnym, moglibyśmy odnaleźć w nim moment, gdy przestaliśmy uważać życie nasze za wykonywanie pewnych obiektywnych obowiązków, naśladowanie pewnych obiektywnie istniejących wzorów i dorównywanie im i gdy zaczęła się organizować *skłonność* widzenia — we własnym naszym zwolnionym od tego rodzaju warunków, sprawdzianów *ja*: — punktu centralnego. Wiek XVIII był momentem takiego narastania kaprysów. W tym jest jego wdzięk i to trochę sztuczne, trochę pervers, kokieteryjne dzieciństwo, które jest tak pociągające dla pewnych umysłów. Mam tu na myśli XVIII wiek francuski. Zaciekawia mnie coraz bardziej Wieland. Powinienem jednak pamiętać, że moje wyobrażenia o XVIII stuleciu zostały uformowane niewątpliwie pod kształtującym wpływem epokowych charakterystyk Fenomenologii Heglowskiej, które działają na mnie tak silnie, że Sainte-Beuve zgadza się z Heglem (sans le savoir) i naturalnie wspiera jego działalność w moim umyśle. Pragnąłbym mieć już u siebie znów Réflexions Sorela i znów je przeczytać. ------------------------------------------------ Lasserre tytułuje cały szereg rozdziałów swej książki: ruina — ruina jednostki, społeczeństwa. To pewne, że La ruine de la Cité tak mógłby być sformułowany charakter najogólniejszy i najbardziej zasadniczy myśli naszej. Ale nie zdajemy sobie z tego sprawy, a to właśnie ze względu na konsekwencję, z jaką katastrofy te się odbywają. Krytyka systematycznie i dogmatycznie oceniająca wydaje się nam czymś nie tylko dla nas niedostępnym, ale i niemożliwym Unding; krytyka dzisiejsza, krytyka operująca tylko pojęciem przyczynowości (że tak wyrażę jej rys podstawowy), filozoficznie jest *cechą stanu rzeczy*, w którym społeczeństwo moralnie nie istnieje w tej dziedzinie umysłowości, która zajmuje się krytycznym rozważaniem literatury i sztuki. ------------------------------------------------ W The Friend S. T. Coleridge czyni uwagę, która zrazu wydała mi się nieco dziwna, chociaż od razu zrozumiałem, że jest w jakiejś mierze słuszna. W tej chwili jednak oświetliła mi się ona. Tak się dzieje z myślami, przypuszczam, że nie tylko u mnie (czytałem tę książkę i ten rozdział jakieś dwa miesiące temu). — Uwaga polega na następującym (mniej więcej): tylko niejasne myśli stają się przedmiotem naszej czci, działają na uczucie i wolę i powinniśmy dążyć do wyjaśnienia wszystkich myśli, które mogą być całkowicie wyjaśnione — aby w ten sposób mieć tylko czcigodne. Przyszła mi do głowy ta myśl z powodu zastanowienia nad tym, że często operujemy *myślami*, których nie analizujemy *umyślnie* w danym rozumowaniu, chcąc zabezpieczyć pewien charakter uczuciowy wynikowi. Np. *bitwa*, gdy idzie o Napoleona. Ale uwaga S. T. C-e'a sama przez się jest wielkiej doniosłości, zasługuje na to, by stać się jedną z trwałych *metod*, metodologicznych punktów widzenia w krytyce literatury i kultury. ------------------------------------------------ Poezja i radość: Coleridge twierdzi, że *radość* jest pierwiastkiem zasadniczym w poezji, *nie ma poezji bez radości*; czy więc wszystko w życiu może być radością? — Nie. Nie wynika to bynajmniej — ale *uświadomienie* może być radością, niezależnie od tego, co sobie uświadamiamy. I to może istotnie formułuje warunki poezji. Istnieje w S. T. Coleridge'u i dionizyjski — mocny nawet ton, ale jak wszystko u niego lub prawie wszystko: zgnębiony, jakby zepchnięty. Bo w tym dziwnym umyśle — *miej się na baczności* — myśli przeszkadzają sobie wzajemnie. Nie przez bogactwo. To paradoks, ale przez brak woli dostatecznie wszechstronnej i głębokiej. Biedny Tomasz Quincey porównywał szczerze S. T. Coleridge'a z Goethem na niekorzyść tego ostatniego. Jak mało ma w świecie intelektualnym Goethe przyjaciół. Ojciec mój nie lubił go, ale mvślę, że go nie znał. — Biedny mój ojciec — ofiara własnej szlachetczyzny, chaosu woli i myśli! * 28 XII Niebezpieczeństwo przy czytaniu starych pisarzów polega na tym, że łatwo godzimy się z pewnym powierzchownym rozumieniem ich. Wystarcza nam, że wiemy, co *chcieli* oni powiedzieć, i nie troszczymy się, w jakim to stosunku zostaje do rzeczywistości. Od razu przystępujemy do ich czytania z poczuciem historycznej odległości: nie uważamy ich za źródła aktualnego poznania. Jest bardzo trudno pozbyć się tego wyjałowiającego czytanie uprzedzenia: nasza apercepcja jest od razu tak subtelnie, głęboko ukształtowana przez to założenie, że wszystko, co nas dochodzi z tych książek, napotyka mniejszy opór, ale zarazem posiada mniejszą wagę. Dlatego też jest zupełnie prawdopodobne, że gdy w życiu umysłowym jakiegoś człowieka przeważa ten typ czytania, z wolna wyrabia się w nim pewien niedostrzegalny już dla niego, a przenikający go na wskroś, rys powierzchowności. Rys ten może udzielać się całemu życiu umysłowemu, tj. rozpostrzeć się i na te dziedziny, które nie są bezpośrednio z czytaniem związane. W ten sposób tłumaczyłbym psychologicznie różnicę pomiędzy historykiem literatury i krytykiem, i niewątpliwą rozbieżność w ich sposobie widzenia nawet wtedy, gdy jeden z nich wkracza w dziedzinę należącą właściwie do drugiego. Na razie jednak uwaga ta przyszła mi na myśl przy czytaniu G. Bruna teorii platonicznego zachwytu pięknem. Piękno zrazu robi wrażenie, potem przetwarza i doprowadza do uczestnictwa w swej istocie. Jest niewątpliwą rzeczą przecież, że mamy tu nie tylko piękną myśl, *ale i bezwzględnie*: myśl mającą wartość poznawczą, prawdę. * 29 XII Zasada Irzykowskiego niezaniedbywania drobnych „nie architektonicznych” przyczyn i tłumaczeń posiada wielkie znaczenie metodologiczne. Weźmy np. historię filozofii — jest rzeczą niewątpliwą, że te pojęcia, które dzisiaj są dla nas szczytem wyszukania i dziwactwa prawie, ukazywały się pewnym ludziom w pewnym czasie jako najprostszy lub nawet jedyny opis rzeczywistości — były utożsamione z rzeczywistością. Gdybyśmy teraz szukali przyczyn tego *utożsamienia*, strzec się należałoby wysuwania na pierwszy plan wyłącznie tylko „uroczystych” motywów. ------------------------------------------------ Pamiętam kiedy po raz pierwszy spotkałem się z nazwiskiem Samuela Johnsona. Kupiłem na rynku niemirowskim (tzw. „tołkuczce”) rosyjskie, Tyblenowskie, wydanie dzieł Macaulaya — brakowało w nim jednego tomu. Jeszcze teraz dość dobrze uprzytomniam sobie ogólne sympatyczne wrażenie, pozostawione przez promieniejącą ciepłem postać Olivera Goldsmitha. Pamiętam, jaką aureolą otoczone były w mej wyobraźni te mansardy autorskie, w których żyli utrzymywani przez księgarzów jak biali niewolnicy pisarze angielscy XVIII wieku. Nie były to fałszywe uczucia, przeciwnie, powinny one były być rozwijane we mnie. Pisarz powinien kochać swój zawód obyczajowo, powinien być zainteresowany tym wszystkim, co bytowo zrośnięte jest z jego sposobem życia. Nie zdaje mi się, aby na złe wyszło to pisarzom, którzy mieli tego rodzaju właśnie ciepłe, żywe przywiązanie do swego stanu; zdrowszy to o wiele nastrój (?)….. szczerszy i głębszy, moralniejszy i właściwie trudniejszy do zrealizowania niż abstrakcyjne idealizowanie *misji* pisarskiej. Uważam to za jeden z sympatyczniejszych dla *mnie* osobiście rysów mej własnej umysłowości, że posiadałem — i pomimo niezliczonych fałszów, koturnowości i wykrzywień, które zeszpeciły me życie, nie utraciłem go — posiadam współczucie i szacunek dla tych właśnie pisarzów, którzy w ten sposób zdrowo i silnie czuli się w pisarskiej skórze. Balzac i Walter Scott, Dostojewski, Carlyle — wielcy pracownicy pióra XIX wieku, ale w moim życiu przez długie lata wszystko było deptane, zacierane przez atmosferę domową, przesyconą sceptycyzmem, wygodnisiostwem materialnym, brakiem jakiejkolwiek bądź dyscypliny. W tym właśnie roku, który teraz wspominam, pamiętam wieczory nieskończenie przeciągające się, gdy ojciec zaciągał mnie i brata do gry w winta: pamiętam jego spojrzenie, z jakim krążył on koło mnie nielitościwie nie zważając, czy czytam, piszę, nie zważając na to, że tak wymownie „nie widziałem” jego zabiegów. Było mi go żal i nie mogłem się oprzeć: wyrzucałem sobie i to, że siadałem do gry, i to, że siadałem niechętnie. Pamiętam, w tym roku po raz pierwszy „zrealizowałem”, jak mówi Newman, co znaczy materializm i niewiara w nieśmiertelność duszy i już od 2 lat napastowały mnie wątpliwości — a właściwie silne ataki strachu i rozpaczy związanych z przedmiotami religijnymi. Teraz już nie umiem wywołać ich z pamięci. Wiem jednak, że na pewno cierpiałem, chociaż także na pewno już wiedziałem, że byłoby to rzeczą interesującą cierpieć. Ale myślę, że było dużo szczerości i siły w tych przeżyciach. Zdaje mi się, że najsilniej uczuciowo doznawałem tych stanów latem między 15. a 16. rokiem mego życia, to jest zapewne w 1893–1894 roku. Wspomnienia, od których zacząłem, związane są z rokiem 1895. W tym roku niewątpliwie zapoznałem się do pewnego stopnia z Darwinem, tj. przeczytałem kilka rozdziałów z Pochodzenia gatunków. Zrozumiałem ogólną myśl i charakter jego stanowiska. Pierwszą silną konsekwencją (chociaż dzisiaj nie umiem sobie zdać sprawy z przebiegu) było osłabienie uczuć patriotycznych — kosmopolityzm. Zdaje się, że nie mylę się, gdy sądzę, że i Stanisław Dybczyński, ten z moich kolegów, do którego pod pewnymi względami najmocniej byłem przywiązany, w ten sposób też przeżył pierwszą znajomość z darwinizmem. Darwinista stało się u nas kategorią towarzyską: klasyfikowaliśmy ludzi w myśl ich domniemanego stosunku do tej teorii. Myślę, że byłem zakochany w Dybczyńskim, i teraz, czytając dzienniki i listy Byrona, doznawałem wrażenia niejednokrotnie, że znam ja przecież tego rodzaju dąsy i fochy myślowe. Dybczyński stoi mi przed oczami, gdy myślę o Byronie. Sądzę, że był to istotnie niepospolity młodzieniec. ------------------------------------------------ Ojciec mój raz jeden — biedaczysko — musiało to być w jednym z jego rozczuleń poobiednich — kupił mi za jakieś 40 rubli książek, jakie mu wepchnął księgarz — ale szkoda, że nie umiałem wtedy korzystać z tych książek, jakie były w ojca mojego zbiorze. Mogłem był z nich wynieść o wiele żywszą znajomość polskiej historii i literatury. Dziś skarbem byłby dla mnie Szajnocha, Siemieński, Bartoszewicz, Bobrzyński, Baliński, wówczas nie umiałem z tego korzystać. Nie umiałem w tym okresie wyczuć żadnego związku między Polską a moimi nowymi ideami. Przeciwnie: idee odprowadzały mnie coraz dalej od polskości i postępy mierzyłem tą odległością. Ale gdyby był ktoś naprawdę zainteresował się moimi myślami i troskami — może mógłby był pozyskać wpływ. Właściwie jako *umysłem* interesował się mną tylko mój nauczyciel rosyjskiej literatury, który i dzisiaj jeszcze podobno mnie wspomina — Filip Andrejewicz Werowski — a także mam wrażenie, że o wiele wcześniej jakiś artystyczny interes musiałem wzbudzać w Wasyliewie, nauczycielu w Lublinie. Psychologia tego ostatniego zajmuje mnie teraz często; myślę, że gdybym miał wytrwałość — zaczynam wierzyć, że *mam* pomimo niegodziwego wychowania i rabunkowej gospodarki — więcej talentu, niż skłonny byłem ostatnio mniemać i to może właśnie powieściopisarskiego, a raczej duszotwórczego à la R. Browning talentu — mógłbym z tej postaci stworzyć coś trwałego. Nawiasem: Browning, niewątpliwie on jest mi bliski. Daj mi Boże siły i wytrwania, pozwól nie myśleć o drobnych ukłuciach, o braku sympatii, o gorzkiej samotności, a może przecież zrobię coś jeszcze, co w moich własnych oczach da mi trwałe zadowolenie, nie chwiejne poczucie siły, to znowu zupełne unicestwienie dumy. Browning, Blake, Hegel, przecież *czuję*, a nawet wiem, *że mam* o tych ludziach dużo do powiedzenia, że ich znam, że są to dla mnie *żywi ludzie*. Lemański! Krytyk też jest twórcą. Głęboko stwarza swój świat — ale u nas za dużo jest *krytyki*. Wiem, że mam mnóstwo braków — ale przecież nie może być moim złudzeniem, że jako pisarz-myśliciel nigdy nie jestem zasadniczo w złej wierze. To nie może nie być wyczuwane. Gdybym mógł rok czasu przeżyć, mając wszystkie książki, jakichbym pragnął, i spokój, nie napisałbym może dużo, ale napisałbym jakieś kilkadziesiąt stronic, które dałyby moją miarę. Wstydź się. Wstydź się naprawdę. Ale taka jest prawda: długo i bardzo, śmiesznie długo *jątrzy* się we mnie każdy dowód złej woli wobec moich pism — i to chyba nie jest złudzenie, chociaż przemawia to na moją korzyść, że *boli mnie* to właściwie, co godzi w moją filozofię i krytykę, tj. to, o czym wiem na pewno, że jest pracą. Chciałbym być pewnym tego uczucia, byłoby to zdrowie na dnie słabości, ale nigdy nie można wyczuciom tego rodzaju ufać. Bo nigdy nie prowadzi *do dobrego tego rodzaju zgłębianie*: myśleć tylko o zdrowiu, o jego prawach, zatapiać się myślą w surowe prawa zdrowia myślowego i życiowego: ambicja nie da się stłumić, powinno się ją wyzyskać w tym kierunku. Nie zaszkodzi cieszyć się ze słabych chociaż oznak zdrowia, jeżeli się ma o tym ostatnim pojęcie prawdziwe. Nie trzeba się bać tego rodzaju wewnętrznego snobizmu. Pani czy panna How czy Hove miała rację: *Chesterton* ma przykrą manierę, ale mówi on nieraz w formie paradoksów rzeczy głębokiej prawdy. Teraz myślę o jego obrazie próżności w zestawieniu z dumą. ------------------------------------------------ *Snobizmem* jest teraz znaczna część mojego zadowolenia z czytania Bena Jonsona — ale nim dojdę do końca I tomu, niewątpliwie będę miał już głębsze i uczciwsze związki i zainteresowania w jego świecie. * 30 XII Czy Byron tylko pozował, przeciwstawiając *Pope'a* swojej generacji poetów? Aby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba przede wszystkim *znać* Pope'a, a znać nie znaczy to czytać, jak miałem to niedawno sposobność zanotować w tym dzienniku, pisząc o *historycznym i krytycznym* sposobie czytania. W ogóle pewien pseudoklasycyzm i banicja umysłowa związana z nim ustąpić muszą i ustępują wszędzie prócz głów niedobitków radykalizmu jeszcze pasożytujących na naszej nędzy. Kogo np. dziś obchodzi, czy Swift był pseudoklasykiem. Z prawdziwą niecierpliwością czekam chwili, gdy w Everymans Library zostanie wydrukowana i stanie się przez to dostępna dla mnie proza krytyczna *Drydena*. Szczególniej, właśnie pewna grupa umysłów, pisarzów pozostających niejako na pograniczu, jak Dryden, jak Monti nawet, nie mówiąc już o Alfierim, bezwzględnie stawiają w mej myśli opór przeciwko schematycznemu klasyfikowaniu i przechodzeniu do porządku. Więc i Pope. Ale pomijam już to, pomijam, że powinniśmy nauczyć się odnajdywania osobistości poza przedmiotowymi nieosobistymi sposobami wypowiadania. Przecież taki Swift po prostu wibruje namiętnością, przeraża skoncentrowaniem i intensywnością osobistości. Jakim przepysznym okazem ludzkiej natury, jaką wspaniałą indywidualnością jest Dr. S. Johnson, dzięki nieocenionemu Boswellowi, który w rzeczy samej ma prawo do mojej przynajmniej wdzięczności, nie o wiele mniejsze niż Saint-Simon — mówię o ducu — jak Cellini, Gozzi, i w każdym razie, choć z dala tegoż rzędu co Balzac. Ale tu o Byronie. Otóż: czy Byron był w tym samym znaczeniu romantykiem, co np. Shelley lub Coleridge. Nie. Shelley jest bliski Coleridge'owi. Byron prawie całkowicie obcy. Również Blake'owi. Byłoby dobrze doprowadzić do jasności to określenie romantyzmu, które teraz zarysowało się którejś nocy w moim umyśle. Ma ono analogię z Paterowskim — ale *jest inne*. Jest inne, ponieważ kwestionuje w tych punktach, które dla Patera były stałe. Pater *podkreśla interes treści, pierwiastek ciekawości*, jako moment rozstrzygający. Sądzę, że intelektualizuje on. Nie w tym stopniu, w jakim mogą mniemać ludzie niezdający sobie sprawy z tego, *jak* życiowym, w jakie doświadczenia wnikającym jest intelektualizm *Paterowski*, co dla niego jest faktem, elementem doświadczenia. Niewątpliwie faktami są dla niego, nie tracąc swego żaru, swej chemicznej, silnie działającej na duszę natury, takie przeżycia, jak tęsknoty moralne, nostalgie, wartości poznawcze prawdy, dążenie do niej: *wszystko to* w charakterze przeżycia jest zarazem faktem i to połączenie bardzo silnej osobistej kultury wzruszeniowej z tego rodzaju stanowiskiem sprawia, że styl Patera jest tak malaryczny, że są w nim dreszcze, gorączka podskórna, błogie pragnienie, niepokojąca duszna rozkosz — słowem, że wszystko tu jest po wierzchu i tylko myślą, w głębi jest to świat chory, gorączkowy, okrutny i zły. Jest tu niewątpliwy dla mnie ten pierwiastek. Benson (biograf W. P. ) i, zdaje się, *Shadwell* nie umieli ocenić portretu *Watteau*, nie chcieli zrozumieć. Tu już prawie dostojewszczyzną pachnie. Istnieje tu sadyzm dziwnej odmiany: w odbarwianiu z krwi i wzruszenia postaci tej, która pisze. Potem Sebastian Storck. *W ogóle jest* to seria, którą trzeba analizować inaczej, pamiętając o Dostojewskim lub chociażby o *Baudelairze*. Chciałem wymienić Nietzschego, ale postanowiłem unikać go, póki nie poddam się nowej konfrontacji z jego pismami. Jestem w fazie *umyślnego*, ale pozornie tylko umyślnego, krytycyzmu wobec niego. To zjawisko pozornej umyślności jest dla mnie charakterystyczne: zanalizowałem je w jakimś fragmencie Starej kobiety, ale właśnie jako nazbyt i całkowicie osobisty będzie on usunięty. Szczere dążenia i uczucia występują, jako udane i jako takie, zyskują władzę, dostęp, legitymację wewnętrzną. Więc, gdy Pater mówi o ciekawości pomnażającej świat treściowo, ma on na względzie i te treści, które zazwyczaj uważane są za coś o tyle głębszego od ciekawości, że gdy tu następuje *zmiana*, nie ma czasu i siły psychicznie myśleć, że tu jest coś nowego jako fakt, jako poznanie, bo zmienia się nie tylko poznanie, ale sam poznający. Ale *Pater* chciał *żyć* w znaczeniu baudelairowskim, dajmy na to — i to w sutannie (?) Spinozy. Jak to się może przedstawić? (Strzec się mereżkowszczyzny). Otóż romantyzmem jest dla mnie *twórczość* zainteresowująca *przeważnie tożsamość twórcy*: klasycyzm nie kwestionuje tej *tożsamości*. Z tego punktu widzenia *Byron* wyrażał *stan duszy*, umożliwiający romantyzm — kwestionował *to*, co stawiało opór indywidualnym procesom i nadawało raz na zawsze określone znaczenie życiu ludzkiemu — ale *poza tym, samego procesu* romantycznego, twórczości zmieniającej w nim samą treść człowieka, życie ludzkie, nie można odnaleźć w tym znaczeniu, co np. u Blake'a, Coleridge'a, nawet Wordswortha, nawet Lamba. *Romantycznym był jego temat, on sam*, ale twórczość jego podobniejsza była do procesów umysłowych Pope'a, Montiego, Alfieriego, potem Włochów XVI stulecia, niż do współczesnych. Co myśleć o tym powiedzeniu Norwidowskim: *Sokrates poetów*? Nie pozwolić, by w umyśle moim *Norwid* stał się martwą, frazeologiczną fikcją. Analizować. Tu jest obecnie jedno z dojrzałych moich zadań. * 31 XII Z pewnością mylnie dotąd układałem plany opracowania Newmana, mylnie, gdyż — zawsze ulegam instynktownie działającym a zakorzenionym, gdyż wyrobionym przez nieustanne spostrzeżenia dnia powszedniego, przez cały tryb polskiego życia — pojęciom o życiu. Chrześcijaństwo, katolicyzm, kościół, religia, są w naszym życiu obecnym sprawami istniejącymi bezwzględnie na zewnątrz literatury, filozofii, nauki, wszystkiego, co stanowi kulturę. Możemy mówić o stosunkach kultury do chrześcijaństwa, kościoła etc. — ale gdy mamy do czynienia z typami życia, w których związek ten jest organiczny, gdy mamy do czynienia z typami, w których zostaje zrealizowana cała potężna idea chrześcijaństwa, kościoła, jest to dla nas świat, w którym nie umiemy się orientować. Newman uważał *kościół* za *sumę* życia ludzkości, z niego brało źródło wszystko, co jest życiem, wszystko, co jest człowiekiem. Kościół bvł jego definicją człowieka, gdyż tylko fakt kościoła odpowiadał mu na pytanie: czym jest człowiek we wszechświecie, jak możliwe jest coś takiego jak życie ludzkie. Toteż gdy w moim artykule — dopiero w 2–3 miesiące po przeczytaniu go nauczyłem się go cenić — i jeżeli jest słuszne, jak myślę, że tego rodzaju powolne dojrzewanie myśli, wrażeń, jest cechą rzetelności myśli — *Newman* w stosunku do mnie działa zawsze w ten sposób. Nie zdaję sobie sprawy przy czytaniu, co zachodzi we mnie, a nawet, że coś zachodzi, ale po długim czasie odnajduję w sobie myśli, które dopiero po analizie i zastanowieniu wykazują swój rodowód z dzieł Newmana. Nie jest to już powierzchowne życzenie mieć i znać Newmana w zupełności. Teraz już wiem, że gdy dyskutuje on o kwestiach angielskiej organizacji kościelnej, angielskiego życia umysłowego, to nie zmienia to nic w tej niezawodnej prawdzie, że właściwie zajmuje się on tylko w sposób dojrzały, wyrobiony, a więc subtelnie konkretny — całkowitym zagadnieniem człowieka. Teraz więc już nie jestem w stanie traktować poezji *Newmana* ani tych jego pism o kulturze uniwersyteckiej, których nie znam, jako czegoś przypadkowego. Myślę, że strasznie skrzywdziłbym ten umysł. Kościół był dla niego prawem życia umysłu ludzkiego, ale nie będzie rzeczą słuszną przedstawić samą tylko jego pracę nad wyjaśnieniem i upodstawowaniem tego prawa, pomijając jego wyniki, przykłady jego chrześcijańskiej kultury in concreto. Także trzeba zająć się jego studium o Cyceronie. B. B. i jego T. z pogardą mówili o Cyceronie. Ile potrzeba czasu, by zrozumieć, jak trudną, rzadką, jak głęboko ważną i jak przedziwnie moralną rzeczą jest „urbanité”, wytworna uprzejmość myśli. Newman wiedział, że chrześcijaństwo ze swoim „moi est haïssable”, obcinaniem dzikich pędów starego Adama, jest w gruncie rzeczy attyckie, humanistyczne; chrześcijaństwo, a przynajmniej *katolicyzm*, jest najrzetelniejszą, o wiele rzetelniejszą i o wiele zupełniejszą niż renesans, spuścizną klasycznej starożytności. Ile głupstw i to głupstw, które stają się nietykalnymi, obarcza umysły nasze. Lemański jednak będzie i nadal wyrzekał na krytykę, uważał ją za zbyteczną, szkodliwą, niepłodną. ------------------------------------------------ Trzeba, nie odkładając, zacząć czytać Pastora i, o ile się da, Sarpiego i Pallavicina. *Trzeba* zdobyć prawa zabrania głosu w tej sprawie, najważniejszej dzisiaj może dla nas. ------------------------------------------------ Przy przerzucaniu zapisanych kartek wpadło mi w oko nazwisko *Michajłowskiego*; jak pięknie byłem młody, gdym go czytał. Nie zmieni już nic tego faktu, że dużo najświeższych moich wzruszeń, najmłodszych, najszczerszych moich myśli zrosło się z tymi nazwiskami. Zresztą krzywdzimy tych ludzi. *Pisariew* wart jest niemniej niż *Stirner*, zapewne dużo więcej. Michajłowskiego można czytać obok Proudhona, Carlyle'a. Bielinski, Dobrolubow, Czernyszewski, mniej niewątpliwie genialni, mniej świetni myślowo (może teraz krzywdzę Bielinskiego), nie mniej zasługują na uwagę i studia niż eseiści angielscy lub francuscy. A drogi mój Gleb Uspienski. Stałoby się to z krzywdą mej duszy, gdybym dał ich sterroryzować i zapomniał o tych pierwszych moich nauczycielach. Pamiętam jeszcze wrażenie przy czytaniu Ojców i dzieci Turgieniewa. Co za książka! Nie znam rzeczy tak harmonijnie tragicznej i ludzkiej w literaturze tego rodzaju. Ale wtedy, w 15. roku, wydawało mi się, że po raz pierwszy spotkałem się z mową dorosłych ludzi. The brain, jak mówi Meredith — po raz pierwszy spotkałem się z tym żywiołem we mnie, w czytaniu. Dotąd myśl to było *coś*, czego ja nie znajdowałem sam przez się w sobie, coś uroczystego, nudnego; i pokornie znosiłem ten stan rzeczy. Nagle książka z *myślą*, która mówiła to właśnie, co mnie interesowało, poruszała się we mnie i poza mną jednocześnie. Potem Zbrodnia i kara; nie wierzyłem oczom, że to jest napisane, że mogą istnieć stronice tak przyspieszające sam proces wewnętrznego istnienia. Zdaje się, że nie zrozumiałem Idioty ani Biesów, ani Podrostka. Braci Karamazow nie mogłem dokończyć. Ale Преступленіе и наказаніе umiałem czytać ze 20 razy i wiem, że bylem zaczął czytać którąkolwiek książkę tego pisarza, już jej nie rzucę — póki jej nie pochłonę całej, zawsze z gorączką wewnętrzną, poruszeniem całej istoty, zawsze odnajdując, że ci ludzie się znów zmienili, że zmieniły się akcenty ich mowy. Balzac ma podobną władzę nade mną, ale nie w tym stopniu; myślę nawet, że Dickens mógłby pozyskać najprędzej wpływ równie silny, i teraz będę miał sposobność się o tym przekonać. Nieodwołalnie postanowiłem przestudiować gruntownie wszystko, co on napisał. Sądzę także, że, bylem się zmusił, W. Scott może mi dać dużo szczęścia, zdrowia duchowego i zadowolenia — ale trzeba mieć te książki. Saint-Simona chcę czytać i pewno będę. Są w Polsce ludzie, mający 25–30 lat i sądzący, że znają dobrze, nawet świetnie, literaturę. Czytam Hoffmana obok dwóch Johnsonów (właściwie Ben był bez h). ------------------------------------------------ *Bruno*: — był on na szczęście głębszy, niż popularny przesąd go przedstawia; w istocie był on przecież platonikiem, idealistą — wierzył w ducha, w żadnym razie nie prekursor Haeckla i wszystkich tych chamów masonerii i niewiary. ------------------------------------------------ Nie wiem, jak jest w malarstwie, muzyce, innych gałęziach twórczości — wiem, jak jest w literaturze — w tych wszystkich formach, które tworzą w słowie. Tu zależność od epoki, związek z nią, są przerażająco subtelne, wnikają w najwątlejsze rozgałęzienia, w sieci całkiem niedostrzegalnych żyłek i tkanek. Irzykowski! Nie chce on widzieć po prostu faktów. Gdy chcemy tworzyć w *słowie*, ukazuje się ono nam zawsze, jako to, czym jest ono w znanym nam społeczeństwie. — Słowo *ma znaczenie* wynikające z życia, jakie nas otacza, i gdy chcemy nadać mu znaczenie obce, odmienne, niespotykane w tym życiu, jest to praca prawie nadludzka, może niewykonalna. Twarda to i oporna materia. Znaczenie „słowa” wrasta w nas przez sam proces życia — *jest ono* tym dla nas, czym je to życie uczyniło. Proszę: spróbujcie napisać teraz komedię à la Ben Jonson, dramat à la Massinger, à la Racine, o *ile* jesteście głębokim i szczerym człowiekiem, nie zdołacie stworzyć nawet zadowalającego pozoru. Łatwą rzeczą byłoby życie, gdybyśmy mogli być tak *vogelfrei*. Niestety, zastajemy istotnie świat, zastajemy siebie, ale w innym znaczeniu, niż to Avenarius przedstawia. Człowiek kulturalny nie może nauczyć się *myśleć* biologicznie o swoim życiu, o samym sobie, jako o czymś nie tylko poważnym, ale niezmiernie rzeczywistym, w sensie, jaki uwydatnić chce J. H. N., gdy mówi, że ma tylko siebie i nie może siebie odrzucić, bo nie miałby czym zastąpić. On sam już niewątpliwie rozszerzał to i na życie zbiorowe (tekst, w którym mówi on o wyrzekaniu na swoją epokę jako słabości) i trzeba się przeniknąć tą myślą, a jest trudno ją nawet dobrze zrozumieć: — że nie możemy odrzucić swojej epoki, nie możemy odrzucić historii — historii ludzkości jako ostatniego i najgłębszego dzieła, gdyż nie mielibyśmy ich czym zastąpić. *To tylko ma człowiek*. *Słowo* nie ma absolutnych pozahistorycznych znaczeń. Jest to zawsze ułomny i ograniczony twór życia: ułomny i ograniczony nawet, gdy rozważamy je jako dzieło całego gatunku, ale *jedyny*. Rzeczywistość człowieka jest *względna*, niegotowa, nieskończona, nie ma żadnej gotowej, skończonej, zamkniętej rzeczywistości. ------------------------------------------------ Przy rozważaniu Bradleya i jego „absolutu” nie tracić z oczu tych punktów widzenia. Jest bowiem ciekawe, że często stają się podziemne, zapadają gdzieś najważniejsze w danym momencie punkty widzenia. ------------------------------------------------ Dr Biegeleisen kazał mi czytać Bradleya. Być może będzie to z mojej strony niesprawiedliwe i jest ryzykowne, ale robi to takie wrażenie, jak gdyby wyszukał on właśnie nazwisko, którego ja nie wymieniłem. Brak wszelkiej wspaniałomyślności w tym, co ludzie piszą o moich pracach, jest zjawiskiem powszednim. Lange i Chlebowski są wyjątkami. Trząsłem się całym ciałem i w nocy dostałem ataku spazmatycznego po artykule Chlebowskiego. Niewątpliwie był to czyn. Heine chwali jakiegoś cesarza, który posłał Lutrowi puchar wina. Chlebowski zrobił coś podobnego. Niech Bóg mu da wszystko dobre. I myślę właśnie, że to jest coś więcej niż piękny zwrot. ------------------------------------------------ Gdy przenikniemy się Myersowskimi, Bergsonowskimi pojęciami o naturze ludzkiej, inne znaczenie przybierają te wszystkie rzeczy. Ciekawe, dlaczego faktycznie *wolno* bez kompromitacji *nie myśleć* o takich pisarzach jak Myers. Myers już co najmniej jest dziś takim nowatorem jak w swoim czasie Bruno. Ale tacy Nałkowscy nawet zbudowaliby dla niego stos. „Ten Brzozowski”, mówiła Z. R. Nałk. „rozmawia tylko o spirytyzmie”. To mówiła poetka, osoba o kulturalnym naprawdę zakroju natury, po rozmowie, w której starałem się ukazać jej świat poetycki Mereditha i Browninga, niewątpliwie dotąd dla niej obcy. Nie powinienem być tchórzem i napisać o Myersie. ------------------------------------------------ Wiek XIX, stulecie nadziei nadludzkich i wiar poronionych. Nie umiemy żyć jeszcze po oswojeniu się z faktami, że tak jest, że nie ma żadnego sposobu, by życie ludzkie stało się czymś innym niż życie. W tym wieku nie umiano myśleć o życzeniach jako niedających się urzeczywistnić. Mieć odwagę to znaczyło wierzyć, że każde życzenie jest do urzeczywistnienia. Znaczyło to stworzyć system racjonalnej nadziei dla każdego życzenia. Być rozczarowanym to znaczyło nie wierzyć w żaden z tych systematów, to znaczyło widzieć tylko spalenisko tych wmówień, usiłujących przekonać, że człowiek może być czymkolwiek bądź zechce, bez ograniczeń. Dzisiaj jest trudno wywlec duszę ze wszystkich tych subtelnych ścieżek i powikłań błędu. To, co jest najbardziej elementarne, staje się dostępne jedynie jako szczyt sztuczności. Schemat tymczasowy: od XVI stulecia jest już pewne, że człowiek, o ile jest on reprezentowany przez europejski Zachód, wyszedł poza granicę, obręb wszelkich dotychczasowych form. Na razie przynajmniej u pewnych natur przemaga uczucie tryumfalnego lub rzecz rzadka: i bardziej drogocennego — zdrowego, tj. obywającego się bez chorób (?), a podniecającego i podnoszącego duszę aż na szczyt radości — oczekiwania. Szekspir in idea. U innych przemagają międzycząstkowe pierwiastki oczekiwania, interesy są ześrodkowane na pewnej dziedzinie, wtedy daje się to pogodzić z przywiązaniem do pewnych określonych form. Wreszcie bywają wypadki, gdy przeważa poczucie zguby istniejącego. *Machiavelli* z pewnych punktów najtragiczniejszy: *niemożność brania udziału w tym nowym życiu*. Co tak wzniosło Anglię: wiara w *dokonane organicznie* odrodzenie zbiorowe (reformacja) — (bez przeciwieństwa na razie z innymi faktami, przeciwnie: jako jedno i to samo). Zawsze ulubieńcy dziejów, dalej typy (?), gdy już rozdwojenie i rozdarcie wystąpiły silnie — życie stało się ciekawe, pełne intelektualnych rozkoszy i niebezpieczne (modlitwa czy prośba do przypadku Leonarda). Niebezpieczeństwo nie tylko zewnętrzne, lecz i moralne; tragiczna dusza Michała Anioła — nie bądź tchórzem, napisz, co o nim myślisz, za podstawę biorąc tylko literaturę, poezje, listy. W tym niebezpieczeństwie ci, co nie mają moralnej jego natury, a są uzbrojeni wobec zewnętrznych. Benvenuto Cellini — niezrównany, awanturnicy, którzy już mają w sobie romantyzm — nadzieję, chimerę — Campanella; Bruno, porównaj z *Pikiem* (nie wiem, jak wypadnie, źle, słabo, z czwartej ręki znam Pica). Wreszcie *Galileusz* — nauka zostaje wywikłana z awanturniczej przedsiębiorczości — to różnica między Galileuszem a Baconem. Z wolna wyrasta świat stały, coraz bardziej określony. Wiek XVII — porządek państwowy staje się warunkiem, wśród którego myśl musi istnieć. Różne formacje — Kartezjusz, Hobbes, Spinoza, w formie organicznej wiek Ludwika XIV, wielki wiek Francji. Trzeba dalej snuć tę analizę, ale dziś już przestaje ona mnie bezpośrednio ożywiać, a tu zapisuję myśli tylko sub specie poruszenia duchowego, niejako materiał erudycji. ------------------------------------------------ Bezwzględne samopoznanie jako tożsamość poznającego i poznawanego — do tego dąży wszelka dialektyka, ale linia, która prowadzi do *Sorela* i *Mereditha*, jest do dziś dnia zapoznana, jak gdyby nie istniała ona w porządku rzeczy. 1911 * 2 I W studiach greckich *W. **Patera* przewija się przez całość książki pewna zasadnicza i silna myśl filozoficzna: człowiek zrazu rozpławia własne swe życie w naturze, żyje podziemnym życiem dojrzewającego ziarna, pęczniejących soków roślinnych, strumieni wody: jego wzruszenia i myśli stają się tym pozornie nieludzkim, kosmicznym, szerszym niż człowiek życiem. Ale z wolna ujawnia się coraz bardziej ludzka natura — antropomorfizm ukryty staje się jawny. Świat kosmicznych symboli wrasta w pień doryckiego posągu samotnej ludzkości, która nie znajduje i nie może znaleźć niczego, co by prowadziło ją poza nią istotnie. Tylko nieuświadomione, nieopanowane życie duszy i uczucia posiada naiwną świeżość fal kosmicznych, pulsowania natury; gdy życie to dojrzewa do świadomości, znika ten czar. Jest niewątpliwie, że wiąże się to z osobistą naturą wewnętrznych potrzeb i tęsknot Waltera Patera, z tym, co można by nazwać jego sakramentalną nostalgią. — Child in house — to, co mówi Benson. Znaczenie obrzędów w Mariuszu. O sakramentalnym poglądzie na naturę nie znam silniejszej stronicy niż wr Sir Percivalu *Shorthouse'a*. ------------------------------------------------ Jest w moim życiu pisarskim czas, do którego wracam zawsze z miłą pamięcią i modlę się, tj. siły życiowe skupić usiłuję przez rozpamiętywanie praw i faktów życia, by danym mi było wrócić znowu do tego stanu. Był to czas pracy cięższej niż kiedykolwiek, ale jakie zdrowie, jakie mięśniowe niemal dobre sumienie było wtedy w moim prawie wyrobniczym mozole. Może pamięć dlatego tak wraca, że był to pierwszy czas mojego życia z Tobą, Toniu moja droga, która nigdy nie zrozumiesz, czym jesteś dla mnie, gdyż nigdy nie chcesz zrozumieć, kim ja jestem. O! Ja teraz nie myślę o talencie. Mój Boże, za to ci przynajmniej (?) jestem wdzięczny, że duma moja jest niezależna od faktu, iż umiem układać zdania, że nie potrzebuję ciągle, nieustannie myśleć o swoim pisarstwie, że nie mam zmysłu dla drobnej polityki podnoszenia swej wartości na giełdzie opinii. Nie. Ale ja jako człowiek. Mnie jest potrzebna praca i poczucie, że jest ona wydajna, i gdy tego nie mam, jestem niczym, ale gdy nachodzą na mnie dni niepłodności, nikt nie znajduje instynktu, który by mu wskazał, co ma mówić, jak się ma zachować wobec mnie. Wtedy jestem sam, czuję się na wieki przeklętym i nie umiem oprzeć się mniemaniu, że nawet Tonia patrzy na mnie z litością, jak na chore zwierzę, które właściwie mogłoby być dorżnięte. Ja nie znoszę tej dobroci. Tej litości. To mnie zabija. Ja nie znoszę tego, że mówi mi się: „nikt nie może od ciebie wymagać więcej”. Ode mnie trzeba wymagać, żądać i wynagradzać uśmiechem i pogodnym brzmieniem głosu, ale za nic nigdy nie rezygnować, gdyż ja się męczę bezczynnością, bo ja to odczuwam jako obiektywny sąd, że już jestem złamany, że ktoś słyszał trzask kolumny pacierzowej i że choć jeszcze nie wiem, już nie wstanę. Humoru pracy codziennej, ożywczej, rzeźkiej. Wyrobić go znów, nie stracić, to modlitwa moja. Kant z walki z chorobą swoją stworzył swą wielkość — miał wroga — naturę w swoim organizmie; heroizm ma wszędzie miejsce — właśnie trzeba go znajdować w tych jego postaciach. Johnson, Michał Anioł, wszyscy oni potężni, wydobywali pracę z otchłani organicznej niechęci, niemocy, dźwigali ją. Nie ma twórczości ani pracy w spokoju — jest to zawsze gorączka z zenitem i nadirem. To jest określenie człowieka — jego natura. Tak się zachwycasz Bergsona filozofią, a nie chcesz zrozumieć, że to właśnie jej prawda, ten rwący się, rozsypujący się w popiół i ohydę ogień, to ciągłe poczynanie, nigdy dna, nigdy przystani, wieczny bezład i wieczna walka z rumowiskami, to jest człowiek. Jeszcze nie zginąłeś, jeszcze nie straciłeś prężności myśli — teraz skup siły. Zrób Machiavellego, Bruna, Vica, byś *Ty* był z tego zadowolony, urośniesz znowu dla siebie jako pracownika — wtedy dasz radę Słowackiemu, opuści cię tchórzostwo. Ale gdyby było możliwe, gdyby było możliwe, żeby Tonia zrozumiała, co ona jeszcze ze mnie zrobić może; ona jedna. Całą duszę mam poszarpaną, ona jest najstalszym punktem mych przywiązań, jedynym faktem mego życia, który mnie nie zawiódł. * 3 I E*** wiele razy zapytywał mnie, czy nie byłoby dobrze, aby ktoś młody przedstawił całokształt mojej działalności na zasadzie szczegółowej znajomości wszystkiego, com napisał. Czy byłoby dobrze? Pytanie to trudno zrozumieć. Nie mogę rozstrzygać, czy to byłoby ciekawe, pożyteczne dla czytelnika, ale dla mnie miałoby to znaczenie wewnętrznie nawet, tj. dla dalszej mojej pracy — wielkie. Potrzebuję i nieustannie stwierdzam to — takiego kompendium moich myśli i usiłowań, a zrozumienie, że jest w moich rozproszonych kartach jedność i całość najskuteczniej broni mnie od zniechęcenia. Ale na próżno byłoby czegoś podobnego się spodziewać. To, co jest myślą w moich pismach, najmniej zajmuje. Nikt właściwie nie powiedział słowa, które miałoby pod tym względem znaczenie — pochwała obejmująca z zewnątrz nie zastąpi wniknięcia w organizm myśli, przejęcia się jego prawami. Gdy przerzucam stronę po stronie różne pisma, różne moje artykuły, widzę, że były to i są disiecta membra. W studium o Żeromskim są stronice (*o duchu*) , które są kontynuacją wątków myślowych, wykładanych w *„Filozoficznym”*. W takich warunkach istotnie pisałem, że najistotniejsze moje myśli nigdy nie mogły być podane bezpośrednio jako treść. Ani Dawid, ani Feldman, ani ….. Kucharski nie wydrukowaliby czegoś podobnego. To wszystko było zawsze nie tyle pod progiem mojej świadomości, ile raczej pod progiem bezideowości i anty literackości polskich redaktorów, szukało sposobności, by się wychylić w świat naturalnie chyłkiem, z bojaźnią, że jeżeli będzie tego za dużo, cierpliwość się wyczerpie. Filozofia czynu np. — była ona tak absolutnie ignorowana, tak z góry poklepana po ramieniu przez Feldmana, że ja sam przestałem uważać ją za coś istniejącego. Po latach bez przeglądania jej czytałem ją w książce i widzę, że nie jest ona gorsza od rzeczy, które drukują się w zbiorach przez takich autorów, jak James, Schiller. W Legendzie i w Ideach jest cały rój myśli dopominających się o kontynuację: naturalnie znowu zginęły one w apatii filozoficznej. Nie jest to żaden zaszczyt, ale rzeczywiście, nie ma dziś w piszącej Polsce poza mną nikogo, kto by czuł właściwe znaczenie zagadnień filozoficznych. Dlatego nikt nawet przy dobrej chęci — a tej nie ma prawie wcale — nie może współczuć z całością mojego wysiłku. Tacy „filozofowie”, jak Halpern, jak Segał, mogą poprzestawać na swoich trocinach książkowych, bo poza tym mieszanina dekadencji i oportunizmu życiowego pozwala im przez całe życie nie przekonać się ani razu, że ich cała gadanina filozoficzna nie ma żadnej treści, jest nudnym, nieharmonijnym konstruowaniem pojęć, tak, aby dały one nowy i akademicko dopuszczalny — nawet dobra jest pewna „rewolucyjność” — deseń. — Külpe ma też swojego Kanta. Niechęć bezwzględna rodzi się z takich faktów. Kant nie zdołał więc nawet osiągnąć tego — by jego, który zrobił wszystko, by powiedzieć tylko to, co myślał i jak myślał, Kant, który jest wzorem przejrzystości, byle się go tylko nie chciało „konstruować” i „mentorować” mu podczas czytania, ale przyjmować go w całości — nie osiągnął tego nawet, by mu nie przekręcano jego myśli. Co może być istotnie wspólnego między Külpem — a Kantem! Tu same portrety rozstrzygają. Mało rzeczy znam tak cudownie wytwornych jak ręce i oczy Kanta — nec plus ultra subtelności. Goethe — spotkałem to zdanie u Chamberlaina — powiedział prawdę: istotnie wchodzimy do *jasnego* pokoju, czytając Kanta. Ale naturalnie kiedyś, o ile ten dziennik mój będzie czytany i analizowany, krytyka będzie widziała w tym, co piszę, dowód mojego upodobania do paradoksów, sadzenia się na oryginalność, i naturalnie żadna siła temu nie zaradzi. Kto wyperswaduje Anglikom, że niezrozumiałość Browninga stała się dziś w znacznej mierze tylko nałogową formułką, że w każdym razie Browning zawsze dokładnie i bardzo silnie wiedział, co chce wypowiedzieć, tylko to, co on chciał wypowiedzieć, stanowiło zawsze doświadczenie, myśl, przeżycie, trudno dostępne. E*** będzie całe życie narzekał na brak książek i czasu i nigdy nie zdołam go przekonać, że Kant i Goethe, w całości przestudiowani, daliby mu, o ile w ogóle ją mieć może, skalę miar, których dzisiaj szuka on w pojedynkę i gorączkowo. To samo W*** z Francuzami. Jest istotnie organiczna niechęć i niemoc kulturalna w epoce: rozproszona ciekawość, nieuporządkowane ambicje — nie pozwalają wytworzyć się psychice, zdolnej dźwigać kulturę osobistą. Każda nowa ambicja tworzy w nas nowy rozkład wartości, nowy plan, nowe stopniowanie hierarchiczne — na chwilę naturalnie — a ponieważ ci, którzy rozbudzili w nas tę ambicję, są w tym samym stanie i my sami też działamy na innych, w ten sposób tworzy się ruchome piaskowisko myśli i uczuć. Polityka zgartuje to szuflami, do szczętu brutalizując wszystko, co wymaga subtelności — własnej swej hierarchii, spokoju. ------------------------------------------------ Jeszcze przed dwoma laty uważałem aforyzmy wstępne (z podręcznika ekonomii) Vilfreda Pareto za dowcipne paradoksy, teraz są one dla mnie tym, czym są: gorzką i niezaprzeczalną mądrością. Pareto jest jednym z najciekawszych umysłów naszej epoki. Gdyby zapytano mnie, kogo uważam za umysł nowoczesny, za umysł wyrażający nastrój i strukturę duchową naszych czasów, wymieniłbym: *Pareta*, *Chestertona*, *Sorela*, *Maurrasa*, *Crocego*, *Seillière'a*, *Loisy'ego*, *Bergsona*, *James*a, *Barrèsa*, *Wellsa*, *Kiplinga*, może Shawa, ale „nowoczesny” sam przez się nie jest aprobatą dla nowoczesnego kształtu umysłów bezwzględnie fałszywych — *Maeterlinck*, *Pascoli*; Rolland jest umysłem na wpół sfałszowanym, lecz takim, że czuje się dość silnie żal tej straty. France! Czym był kiedyś France dla mnie. Od France'a do Mereditha — z tego rozwoju mógłbym być zadowolony — tak samo jak z tego, co od Guyau prowadzi do Sorela, ale Guyau nigdy nie był dla mnie bezwzględnie mistrzem i źródłem. Avenarius i Taine byli czymś całkiem innym. Tym zaś nigdy nie będę bluźnił. Zawdzięczam im nieskończenie wiele. Powinienem, jest to moim obowiązkiem, napisać książkę w obronie Taine'a. Oprócz innych rozróżnień, jakie mogą być wykryte i ustalone w fakcie tak bogatym, skomplikowanym i posiadającym tak długą i różnostronną historię jak chrześcijaństwo — niewątpliwie na szczególną uwagę zasługuje następujące. Chrześcijaństwo wprowadza nas w świat stosunków, zachodzących pomiędzy nami, Bogiem, życiem przyszłym — *jest właściwie światem* posiadającym całą nieskończenie głęboką budowę i prawa: niczego w nim nie brakuje, gdyż jest to istotnie świat żywy, więc rozwija się on w naszej myśli i ktokolwiek bądź przeniknie się prawdą jednej chociażby tylko zasady, byle tylko *istotnie wżył* się w nią, rozwinie z niej wszystkie inne, cały świat chrześcijaństwa jest zawarty organicznie w każdej z jego prawd cząstkowych. Jednocześnie ten świat najgłębiej działa wewnątrz dusz naszych i przekształca tak myśl naszą i wolę, by wyrastało z nich postępowanie odpowiadające podstawowym i zasadniczym warunkom naszego kulturalnego społecznego życia. W epokach idealnych, a raczej w *ideale*, oba te fakty, obie te strony żyją we wzajemnej harmonii, żadna z nich nie wyszczególnia się i nie wyodrębnia. Chrześcijaństwo jako świat metafizyczny, jako prawda nadprzyrodzona jest organem wychowawczym, na zewnątrz ujawnia się w doskonałości wszystkich form życia, które wola w ten sposób wychowana wytwarza. Można niewątpliwie widzieć w tego rodzaju rozumieniu tych rzeczy bardzo zasadniczą i jak gdyby nieszczędzącą niczego, rujnującą samą możność odrodzenia, krytykę chrześcijaństwa, gdyż nadprzyrodzoność, to bądź co bądź źródło i sprawdzian, zostają tu wchłonięte przez tutejsze ziemskie, świeckie życie kultury. Ale nie jest to bynajmniej jedyny sposób myślenia, wyrastający z tego punktu widzenia. Przeciwnie, głęboka harmonia między ziemskim i niebiańskim faktem chrześcijaństwa jest jakby stwierdzeniem jego prawdy. Chrześcijaństwo występuje jako naturalny żywioł życia człowieka, ale przecież głosi ono jego odkupienie. Jeżeli widzimy, że wrasta ono tak bez reszty w ziemskie życie, to nie jest to dowód, że chrześcijaństwo jest tylko ludzkie, lecz że człowiek jest chrześcijański, nadprzyrodzony, że nie może być myślany inaczej. Cała zasadnicza postawa Feuerbachowska jest naiwnością. Cóż bowiem, że chrześcijaństwo jest faktem ludzkim, tylko ludzkim, że nie ma w nim ani jednego atomu, który by nie był z człowieka — przecież znaczy to i to także, że nie ma w człowieku pierwiastka, który by nie był „nadprzyrodzony”, wpleciony w przędzę dzieł i zamyśleń Bożych. Człowiek samopoznaje się w chrześcijaństwie, gdyż Bóg, który go stworzył, stworzył go według tej samej prawdy, którą mu objawił. To dla dogmatyków. Ale kulturalnie dwa te fakty rozszczepiają się. James zawsze troska się, czy aby nie *za dużo* tej nadprzyrodzoności, ascezy, świętości; tyle jej trzeba, aby wyrastała wola — ale nie więcej. Tu jest dogmatyzm Jamesa — dogmatyzm niespójny. I podczas gdy chamy z „Nowej Reformy” zarzucają mu, że przechylał się w stronę „grubego” spirytyzmu, nie widzą, że o ile ten spirytyzm był *gruby*, to dlatego, że jest on jednak wypływem koniecznym naturalizmu i *F. H Myers* jest umysłem zasadniczo tego typu co jakiś Helmholtz, Hertz, Clifford; w tym właśnie leży to, co mnie odstręcza od niego filozoficznie. Ideowo idzie tu zawsze o podporządkowanie człowieka *faktowi*. Fakt jest niemniej fetyszem, gdy działa w postaciach energii, ruchu, funkcjonalności matematycznej, jak i wtedy, gdy ma do rozporządzenia dziedziny i formy działania ukazywane przez Myersa. Dlatego, pomimo że będę w ten sposób podkopywał się pod nieistniejące jeszcze bastiony przeciwników i na moich czytelnikach, tj. tej części społeczeństwa, która dotąd przeważnie i ku memu nieszczęściu *jedynie* bodaj mnie czyta, będę robił wrażenie opętanego walczącego w próżni, muszę przecież zdobyć się na zimną krew — i dokonać jeszcze i tego donkiszotyzmu. Wracając do tych dwóch momentów w chrześcijaństwie — nie wierzę w chrześcijaństwo bez elementu niebiańskiego, takie, jakie zarysowuje się S. Minocchiemu w jego ataku na *Tyrrella*. Nie wiem, czy M. ma słuszność i czy Tyrrell jest tak wyłącznie ….. (?); tak, to jego Much abused letter musi być ciekawą rzeczą — jeżeli tak, to mam słuszność mówiąc, że on i Loisy podzielili się dwoma biegunami myśli J. H. Newmana. Jakąż głęboką prawdę wypowiedział M. Arnold: J. H. Newman, tacy jak on ludzie, takie jak jego umysły dzisiaj muszą nas wprowadzać w stan zadumy, jak wobec cudu, jak wobec faktu wyższej, niż nasza, a harmonijnej natury. Nie jest dla mnie paradoksem nastrój, który pomimo wszelkich niepodobieństw materialnych łączy Shakespeare'a i Newmana w tym samym podziwie dla niekaleczącego niczego w duszy naszej harmonii. To jest może ta „metodologia” ewangelii, o której J. H. Newman mówi gdzieś, w którymś z kazań en passant. To także jest odkupienie człowieka. Jest to bluźnierstwo prawie, ale Blake i J. H. Newman mieli to wspólne poczucie, że Chrystus musi się stać swobodą całego człowieka, całej jego myśli we wszystkich jej aspiracjach poznawczych, estetycznych, poetyckich, etycznych — w całości jego niewyczerpanej natury. I naturalnie Newman cofnąłby się przerażony (chociaż kto śmie twierdzić — Newman istotnie może zniechęcić do wszystkich mych „psychologów”; niech będzie błogosławiona ta jasna chwila, gdy go zacząłem czytać) w zetknięciu z Blakiem. — Zresztą mniejsza o to: ja rozumiem siebie, gdy to piszę. *Widzę*, widzę plastycznie granice słuszności tej natury. Anglia to kraj tylko dzielnych kupców, mówi W. Feldman o narodzie, który dał nam szczęście wznoszenia duszy przez stosunek z Blakiem, S. T. Coleridge'em, Lambem, Carlyle'em, Newmanem. Newmanem z pewnego punktu przede wszystkim. Tylko Browninga, Mereditha i jednak — mea culpa — Blake'a, i jednak Coleridge'a nie wyrzekłbym się dla Newmana, ani Carlyle'a — niechby (?) — a jeszcze Dickens, a Thackeray, a D. G. Rossetti — a tylu, których jeszcze nie znam. Mój Boże, mój Boże, daj mi przecież siły i odwagi, pozwól, niech ta świetność i głębia nie przerażają mnie, lecz stworzą we mnie słowo, bym mógł o nich mówić spokojnie i z niegasnącym światłem. * 4 I Wczoraj skończyłem I tom mojej powieści. Były już chwile, gdy byłem zrozpaczony, wydawało mi się bowiem, że wszystkie te postacie są nieuleczalnie papierowe i nie obchodzą mnie ani trochę. Ale wczoraj nastąpiła znowu ta rzecz tak trudna: ustalił się obieg krwi pomiędzy mną a dziełem. Są rzeczy, które miały racje być wypowiedziane. Chciałbym dziś wejść w inne widzenie życia, ale nieprawdą będzie, gdy będą mówili, że ta powieść nie posiada własnego swego ujęcia życiowej rzeczywistości. Wolałbym, by to ujęcie było inne, a raczej jest już ono we mnie dziś inne, ale moje pisanie pozostaje zawsze poza mną i wyraża to, co jest moją przeszłością. Można by stąd nawet wyprowadzić zarzut przeciwko niemu, że uwstecznia mnie ono, i przeważnie jestem skłonny wierzyć w coś podobnego nie tylko u samego siebie, ale i w ogóle. U ludzi żyjących silnym moralnym życiem, to jest przeistaczających się, *artyzm* jest zawsze powrotem lub zatrzymaniem: coś, co było już nami lub choćby nawet jest, ale w każdym razie coś, co nie jest czystym dynamizmem tworzenia własnej istoty, leczenia jej, przebudowania — utrwala się tu. Artyzm zależny jest od pierwiastków, które zmieniają się najwolniej, od wzruszeń i czuć, i ich połączeń z naszą auto-sympatią, stanowiącą moment popędu do auto-impresji. Gdy więc zaczynamy pisać, ożywia się w nas i uzyskuje przewagę nad nami nie *wola* — lecz *natura*: natura staje się wolą. W tych więc momentach jest już i etyczne usprawiedliwienie artyzmu. Chroni on od jednostronności, wolą w niej staje się nawet *wbrew nam* samym to, czego byśmy nie chcieli, nie śmieli uczynić wolą. Samowiedza nasza się zaostrza i o ile tylko prąd życia jest w nas silny, wychodzimy z tego powstrzymania silniejsi, głębiej i szerzej wierni samym sobie. Stąd jednak i ta właściwość, że *jestem* bezsilny wobec tego, com napisał. Nie mogę wracać. Jest każda rzecz tylko *raz dla mnie*. Stan i usposobienie, niewątpliwie wykluczające doskonałość, ale Blake nie był w stanie nigdy poprawić swych rzeczy. Mam nadzieję, że nadejdzie i w moim życiu okres tworzenia spokojnego, ale będzie to nie wcześniej, aż gdy wżyję się całkowicie w *prawdę*. Wtedy, gdy już dokona się proces przeniknięcia wzajemnego etyki, psychofizjologii (rozumiem samego siebie, gdy to piszę), będę mógł pisać inaczej. Teraz na próżno byłoby marzyć o estetyce innego typu. Muszę jeszcze iść śladami Dostojewskiego. Browning dlatego jest tak pożyteczny dla mnie, że jest spokrewniony z Dostojewskim, a przecież o wiele bardziej zabezpieczony. To zabezpieczenie niekoniecznie jest wyższością. W każdym razie zastanowienie się nad tym, gdzie jest granica między tymi dwoma twórcami, jest konieczne. Krytyk dzisiejszy jest jak Sokrates, tylko że zamiast małego ateńskiego światka — ma całą ludzkość. * 5 I Jedną z przyczyn lekceważenia przez naszych współczesnych literatury francuskiej XVII wieku i analogicznych epok kulturalnych jest hegemonia *formy, stylu , sposobu wypowiedzenia* nad treścią. Jest niezaprzeczalne bowiem, że my uważamy, skłonni jesteśmy uważać za pewnik, że istnieje pewne *co* wypowiedzenia, czysta treść, niezależna od tego, jak jest wypowiedziana i ujęta. A jednak wręcz przeciwne twierdzenie jest i słuszniejsze, i kulturalnie zdrowsze, zbawienniejsze jako wychowawcza zasada. *Jak* — forma zachowania się ludzi w stosunku wzajemnym, obejmująca i całą dziedzinę stylu, jest kategorią powszechną. Wszelkie *co* daje się zredukować do tej kategorii, jest tu tylko pewną *postacią* życia, zachowania, funkcją. Stąd może ryzykowne jest wykluczać z filozofii takie nawet umysły, jak M. Arnold. Przeciwnie myślę, że pisma Arnolda dla nikogo nie są tak konieczną szkołą, jak właśnie dla dzisiejszych sans le savoir fanatyków naukowej kultury, muzułmanów determinizmu naukowego, czcicieli faktu etc. *Nagie co* powstaje tam, gdzie dziedziny naszego życia i zachowania nie wydają się nam pięknymi, swobodnie wypływającymi z naszej istoty, przynoszącymi nam zaszczyt, ujawniającymi jakieś godne miłości i zachwytu strony naszych osobistych uzdolnień. Gdy życie posiada te wszystkie cechy, możemy być pewni, że nastąpi przesunięcie się środka ciężkości od literatury ku nauce. *Newman* raz na zawsze oswobodził mnie od tych przesądów dzisiejszego mechanicznego barbarzyństwa. Pojąć nie mogę, jaką rolę odgrywa w umysłowości Wellsa ta jego the beauty, o której mówi z takim naciskiem. Sama umysłowość nie zasługuje bynajmniej na lekceważenie. Powinniśmy przede wszystkim dokładnie analizować tak bliskie nam umysły. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ludzie Wellsa są jakby nie brudni, ale brudnawi, że jest to człowiek nieuznający zasadniczych barw, czystych tonów w etyce. Nie o to chodzi, że tym ludziom może zdarzyć się coś brudnego, lecz że w tej ogólnej atmosferze nie będzie to wydawało się rzeczą mającą znaczenie. „Wszystko jest plamą”— jest to panteizm oportunizmu, komfortu — i religia świata centralnie ogrzewanego. Wszystko to jest konsekwentne, ale the beauty? Zdaje się, że kiedyś już rozumiałem ten punkt. Krytyk musi być bardzo czujnym i *nie ufać* pamięci. Pamięć nie zachowuje stanów życiowych — ale wyniki tylko. Wynik nie wystarcza. W krytyce ma znaczenie tylko to, co jest stwierdzeniem obecnego, żywego stanu duszy, pewnej skomplikowanej, błyskawicznej syntezy. Trzeba jeszcze raz będzie bardzo uważnie przeczytać ważniejsze rzeczy Wellsa. ------------------------------------------------ Waham się, czy praca nad panią Du Deffand nie jest to czas stracony, a raczej czy będę miał dość spokoju nerwowego do wykonania tej pracy i zużytkowania jej. Od dawna już pociąga mnie wiek XVIII i nigdy nie odważam się zanurzyć się na dobre w jego atmosferze. Zdaje się, że tym razem przemogę skrupuły, które w gruncie rzeczy są subtelną formą lenistwa. Pisać zacząłem bardzo wcześnie; pamiętam, że w II klasie gimnazjalnej wprowadziłem w zdumienie *Gorieła* (?), nauczyciela łaciny, gdy odkrył on pomiędzy moimi kajetami gruby zeszyt, przeznaczony na spisywanie moich przekładów z łaciny. Niewątpliwie w karierze nauczyciela rosyjskiego należą do rzadkości fakty, aby uczeń sam z siebie zdradzał jakiekolwiek upodobania osobiste, spontaniczne, do jakiegokolwiek bądź z przedmiotów wykładanych. Jest tu rzeczą ustaloną, że Sofokles, Homer, Plato, ale nawet Пушкин, Лермонтовъ są tylko lekcją, czymś, co jest zadawane i napotyka raczej opór i lenistwo. Jako ew. przedmioty zajęcia nie wchodzą te rzeczy w rachubę — a w każdym razie zasadą pedagogiczną jest, że z natury są one niezajmujące, niezdolne pociągać. Nic nie może być bardziej demoralizującego niż ten rys. Żadne wysiłki rusyfikatorskie w Królestwie, a ogólnego sykofantyzmu w całym państwie, nie przynoszą tyle krzywdy, ile ta apatia. Naturalnie jest ona związana z systemem i nie mam zamiaru tego kwestionować, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że groźne są nie jaskrawe i w gruncie rzeczy rzadkie fakty skandalicznej opresji, która systemem panującym staje się tylko w razach wyjątkowych, jak w gimnazjum lubelskim *Siengalewicza* (nie powinien on być zapomniany i powinien zostać w historii), ile raczej ta urzędowa nuda, która z wolna zatruwa umysły, przyzwyczajając je do tego przekonania, że własna działalność myślowa jest czymś nienormalnym, „nawet niewymaganym”. — Pamiętam, jak naiwnie zdziwił się mój kolega *Nikołajew*, że ktoś może zajmować się poważnie, osobiście kwestiami logiki. „W gruncie rzeczy wszelka wiedza jest indukcyjna” mówiłem, wtedy darwinista, „jeżeli człowiek jest wynikiem ewolucji — wiedza, którą nawet cały gatunek ludzki znajduje w sobie gotową, była nabyta indukcyjnie przez zwierzęcych przodków — ”. „Nu — jeżeli ty o takich rzeczach będziesz myślał —! —”, a byliśmy wtedy w ósmej klasie i N. musiał mieć lat 20! W czasie epizodu z kajetem i tłumaczeniami usiłowałem pisać wiersze i bazgrałem je ciągle na lekcjach, a że zawsze były „patriotyczne”, łatwo mogłem stać się „męczennikiem”: korepetytor mój, Kruszewski, wziął ode mnie jako curiosum zeszycik z kilkoma takimi utworami. Zdaje się, że miały one zbyt mało sensu i rymu nawet dla mego wieku (11 lat). Pisałem wtedy i tragedię, zdaje mi się na temat Orestesa — lecz już w jakimś 20. wierszu miałem na scenie tyle trupów, że nie wiedziałem, co z nimi robić. W dwa lata potem pamiętam początek dramatu — o rokoszu Zebrzydowskiego. Jakiś strażnik królewski przemawiał tak do rokoszanina: „…A milcz, ty ogonie byczy!”. Ale prócz tego ogona nie zostało mi już nic w pamięci. W rok później napisałem pierwszą *krytykę*, rozbiór *Estei* Kartek z życia kobiety, zdaje się bardzo pochlebną. Prowadziłem wtedy także dziennik, którego zaniechałem, gdyż ojciec mój czytał go i kilka razy wspomniał z ironią (zasłużoną aż nadto zapewne) jakiś szczegół (zdaje się „mój sceptycyzm religijny”). Może jednak był to tylko dogadzający mi pretekst, a przyczyną zaniechania był brak wprawy, lenistwo i choroba całej mej młodości: rozrzutne niechlujstwo zainteresowań umysłowych. Berkeley niewątpliwie może być przedmiotem żywego, nie akademickiego, studium. Wystarczają po temu całkowicie już te momenty, które znam: 1. *bierność* idei, 2. tworzenie nie może być ideą; 3. nie może istnieć wystarczający samemu sobie system idei (materia). A przecież ciągle jeszcze pozostaje ogólnym wyobrażeniem i przedostaje się do ogółu tylko to, że Berkeley zaprzeczał istnieniu świata zewnętrznego, więc wszystko było dla niego tylko myślą. Jaka siła zmusza Jowialskich do gadania o filozofii, podczas gdy bajeczki i figliki (pręciki?) najzupełniej im wystarczają. Właściwie w Polsce Jowialski jest straszniejszy od inkwizycji hiszpańskiej i swymi rozczłapanymi pantoflami wydeptuje on skuteczniej samą chęć nowinek niż najdrapieżniejszy fanatyzm. I wszystko w zgodzie z „papką i czapką”. Och Fredro! Istotnie jest to skarbnica polskości. Kiedyś, pamiętam (byłem jako chłopiec nieznośnie uprzykrzony w wysiłku ciągnięcia swych myśli za włosy i sztucznego dorabiania im wąsów i łysiny), Wojciechowi Rostworowskiemu, zdaje się, przedkładałem, że Fredro jest wyższy nad Molière'a. Czym był dla mnie Molière wówczas! I właściwie, czym jest on dla nas dzisiaj. Ale Fredro nigdy nie przedostał się aż do tej dziedziny, w której kwestionowany jest sam człowiek, nie miał on zasadniczej (jako poeta) żywej idei człowieka. Molière bliski był tej głębiny lub nawet dosięgnął jej. Teraz zacznę znów go czytać i myśleć o nim, prędzej więc przypomina mi Fredrę to, co wiem o Goldonim. Chciałbym odświeżyć sobie *ideę* Hebblowską o komedii i komizmie. * 10 I Gdy wydaje się komuś niesłuszne lub przynajmniej dowolne twierdzenie, że katolicyzm jest najbardziej bezpośrednią i głęboką formą, w jakiej żyje obecnie w naszej kulturze świat klasyczny, kultura grecko-rzymska, niech zważy, że rysem wyróżniającym myśl katolicką od innych postaci myśli jest to, że najkonsekwentniej *uznaje ona* życie nasze, życie konstruktywne ludzkości, kościoła za organ prawdy. By dojść do jakiejkolwiek bądź łączności z bytem, *jednostka musi wżyć się* w ludzkość jako konstrukcję, jako formę, *mającą w sobie* więcej niż cokolwiek bądź innego w świecie z archetypu, formy bezwzględnej. Spencer, buddyzm Lafcadia Hearna etc., etc., *wszystko to* są usiłowania znalezienia prawdy w drodze niezależnej od udziału w konstruktywnym życiu ludzkości. Dlatego też pozornie tylko istnieje *rzeczywistość* w tych systematach, rdzenny nihilizm założeń musi przemóc. Stosując Blake'owski patos do rozważań kościoła — można by twierdzić, że odłączamy się od katolicyzmu w momencie, gdy zaczynamy szacować dodatnio lub przynajmniej względnie bardziej dodatnio *obojętność* wobec jakiegoś elementu wszech konstrukcji dziejowej niż samą tę działalność. Dlatego raz jeszcze miałem słuszność w dyspucie z Irzykowskim , raz jeszcze mam słuszność, że zwrot od katolicyzmu do jakiejkolwiek bądź ze znanych mi form myśli i czucia jest upadkiem: zarówno buddyzm, jak spinozyzm, heglizm czy comtyzm. Lista perpetua. To jest bezwzględne, ale prócz katolicyzmu: kultury jest katolicyzm: droga do świata nadprzyrodzonego. I ta jest dla mnie zamknięta. ------------------------------------------------ Nasi zwolennicy wschodu, wielbiciele buddyzmu etc., ulegają charakterystycznemu nieporozumieniu: uważają oni za zasadniczy moment zachodniej kultury, myśli, zachodniego patosu, zainteresowanie w świecie jako przedmiocie użycia (uważając empiryczne poznanie za pewną jego postać) — temu zainteresowaniu przeciwstawiają wschodnią obojętność — jako swobodę, szerz duszy —; od czasu Kanta, co najmniej, ale właściwie od czasów Grecji, Rzymu — rysem zachodnim jest *zainteresowanie bezwzględne* w świecie jako przedmiocie naszego czynu, jako stworzonym przez nas dziele. Nie to bezwzględnie jest potrzebne, byśmy *żyli* w takim lub innym gotowym świecie, lecz byśmy *tworzyli* świat, tworzyli jak największy zakres rzeczywistości uczłowieczonej. Wskutek pomieszania tych dwóch różnych punktów widzenia — zachód tak mało jest zrozumiany, swojski u nas. Ale herbaczewszczyzna jest nieprzenikalna dla tej myśli. Swoboda jako niesprawiająca cierpień anemia duszy, cherlactwo woli, żebractwo myśli, skrofuły jako religia. Herbaczewski jest karykaturą, ale karykaturą typową. ------------------------------------------------ Blondel w pierwszej części swego dzieła ustalił niewątpliwie kilka prawd fundamentalnych. Nie sądzę, aby wyraz immanentyzm oddawał dobrze charakter najogólniejszy i zasadniczy jego myślowego wysiłku. Ważną prawdą z liczby tych, o których dzisiaj myślę, jest jego potencjalna krytyka Schopenhauera — dyletantów à la Pater i ówczesny — tj. z czasu, gdy Blondel pisał L'action — *Barrès*. Blondel i Barrès prawdopodobnie musieli byś jednocześnie młodymi ludźmi i w stylu Blondela znać myśli i wątpliwości, ciężkie dylematy i rozdwojenia dialektyki wrastającej w uczuciowość — stan duszy pokolenia, dla którego Kant (przeżyty jak przez Kleista), Renan, Taine, ogólne wyniki biologicznego zacietrzewienia były chlebem dla duszy. *Juliusz Laforgue* pozostanie niewątpliwie najwybitniejszym wyrazem młodej myśli i młodej duszy, wzrastającej w takich warunkach. To nawet jest jego patetyczne znaczenie dla nas i jeszcze na długo. Blondel walczył niewątpliwie w dobrej sprawie, ale walczył głęboko i skuteczną bronią sumiennej przebudowy myśli, więc na powierzchnię jego praca nie przedostawała się niemal całkowicie. Ale to pewne, że *dyletantyzm, o ile* w ogóle zachowuje on sumienie myślowe, został tu raz na zawsze rozbity i uniemożliwiony. Prawda, której ostrze jest skuteczne w tym kierunku, polega na tym, że *nic*, *co* może być kiedykolwiek dla kogokolwiek bądź treścią świadomości, nie może być wolne od *etycznych* zobowiązań dla tej jednostki. Nie ma *świata* etycznie nieobowiązującego, lecz przeciwnie — uniewinniającego, gdyż każda zawartość świadomości jest zawsze 1) wynikiem ogólnego życia ludzkości kulturalnej, 2) wynikiem naszego stosunku do tej ludzkości. *Heglizm* może być uważany jako propedeutyka, jako inicjacja w stosunku do *drugiego* punktu, wyzwala on nas od iluzji, związanych z nieprzygotowaniem osobistym, chorób i mirażów niedojrzałości i *dojrzewania*. W każdym razie dopóki świat nie wydaje ci się rozumnym, jest to twoja wina. Ale heglizm utożsamiał nazbyt łatwo punkt drugi z pierwszym, a są one różne i niekoniecznie wynika stąd, że uznajemy *niedojrzałość* i niesłuszność naszej subiektywnej krytyki wszech procesu — *dobroć* bezwzględna tego wszechprocesu. *Byronizm* jest stanowiskiem doskonale scharakteryzowanym w Meredithowskim epigramie o *Manfredzie*, ale argumenty przeciwko Byronowi nie są argumentami na rzecz zrównania historii i bezwzględnego rozumu. Naturalnie książka Blondela będzie i nadal u nas nieznana; wszech-Feldman, wszech-Zofia Nałkowska, wszech-Lemański i wszech-Irzykowski będą w dalszym ciągu świadomie i bezwiednie bronili stanowiska absolutnej równowartościowości frazesu i bezwzględnego równouprawnienia języków. I to jest odmiana katolicyzmu niewątpliwie, ale raczej z jego fazy dowodzącej pięknej konsekwencji katastrof (Norwid). ------------------------------------------------ Każdy myślący Polak musi dziś czuć to samo: myśli nasze butwieją w ciągu jednej nocy. Nie znoszą zetknięcia z powietrzem i ziemią — tym powietrzem i tą ziemią, jakie są z naszej i ojców naszych zasługi — jedynym naszym gruntem. — Czy więc istotnie nie wszystko jedno? ------------------------------------------------ Rozpacz wkrada się przez każdą szczelinę; rozpacz i zniechęcenie. Nie mam w tej chwili żadnej łączności z życiem — jestem sam, a chociaż wiem, że mogę wywierać wpływ, ta abstrakcyjna wiedza nie chce się zrealizować, stać poczuciem. Słaby jestem człowiek, lada mnich średniowieczny był w porównaniu ze mną bohaterem, a my mówimy o przyzwyciężeniu tej etyki. Błazeństwo kodisowszczyzny, Niemojewskich, wiecznie gadającej Izy, poczciwego Radlińskiego, który ma całkiem niezasłużoną minę Sylena czy może Sokratesa. ------------------------------------------------ Czasami pewne postacie żyją intensywnie we mnie na chwilę; wczoraj miało to miejsce z Sokratesem. ------------------------------------------------ Meredith rozwiązuje zagadnienie, jak pogodzić *idealizm* poetycki, idealizm nieustępujący w rozległości perspektywy Dantejskiemu lub Shelleyowskiemu, bez pojęcia celu ostatecznego, bez wszelkiej eschatologii, apokalipsy etc. Sorel rozwiązuje to samo zadanie w dziedzinie myśli oderwanej i etyki. Sorel, jak się zdaje, nie rozumie własnego swego znaczenia w filozofii i nie docenia swej pracy w prawdziwie wzruszający sposób. ------------------------------------------------ Gdy się ma śmiałość, jak czyni to Lemański, zarzucać całej kategorii pisarzów brak twórczej pracy nad wyrobieniem sobie własnego moralnego świata — trzeba *dać dowody*, że się ten świat posiadło. Dowodem jest rodzaj widzenia artystycznego. Autor Wioseczki nie jest bliski stanu, w którym wszystek pył jego myśli stał się Buddą — mam ochotę odpowiedzieć. Nie mogę zaprzeczyć, że mnie jeszcze zawsze rozstrajają ataki tego rodzaju. Ale mniejsza. Nie stoicka nietykalność, lecz przyzwyciężanie ran odczutych. Byle na to starczyło sił. ------------------------------------------------ Lubię wsłuchiwać się w ton pierwszych utworów ludzi, którzy później wyrośli nad miarę swoich pierwszych zapowiedzi. Gdyby *Blake* zozstawil tylko swoje Poetical Sketches, znalazłoby się może dla niego miejsce w lepszych i obszerniejszych antologiach poezji angielskiej, ale zapewne nie troszczylibyśmy się wiele o niego — a przecież *ten* umysł, który stworzył ten zbiorek, *był* *in* *potentia* już glebą późniejszych dzieł. Teraz nietrudno znajdować symptomaty. Porównanie Poetical sketches i młodzieńczych utworów Wordswortha nastręcza sposobności dla wielu uwag, ale myśl nasza pracuje pod predyspozycją wiedzy, jaką skądinąd o Wordsworcie i Blake'u posiada. *Blake* niewątpliwie, w czterech szczególniej pierwszych poemacikach o czterech porach roku, o wiele intensywniej intelektualizuje przyrodę: przychodzi on do niej z silną, osobiście wibrującą myślą i w zetknięciu z nią zjawiska stają się od razu czymś mocno zdecydowanym, ujmuje on je od razu w perspektywie myśli, a nie tego życia, jakim żyją one w przyrodzie, pozostawione samym sobie. Wordsworth o wiele bardziej wsłuchuje się. Opis dąży i u Wordswortha do pewnego stanu duszy, ale dzieje się to tu powolnym rytmem. Dusza jak gdyby dochodzi do pewnych stanów jedynie przez to, że stara się oddać sprawiedliwość, dorównać szerszemu życiu. Od razu przemaga w porównaniu do Blake'a stopień zainteresowania czystą zewnętrznością. Blake jest o wiele więcej zajęty sobą. Rytm od obrazu do wzruszenia, myśli, stanu woli i znów do obrazu, obieg krwi jest nieskończenie szybszy i bogatszy. Szczęście ma tu ton pełny, silny, słoneczny. Umysł jest silnym poczuciem tego szczęścia, własnej swej energii. Sam przez się umysł Wordswortha jest nieskończenie mniej zainteresowany samym sobą, nie czuć w nim w przybliżeniu nawet tego rodzaju namiętności osobistej. Życie jako takie jest raczej melancholijną możliwością, ale z wolna zarysowują się na jego powierzchni obrazy, widzenia — te wywołują pewne poruszenia, wreszcie, gdy umysł przesyci się naturą, staje się interesujący, jako taki, jako zdolny do tej harmonii dla samego siebie. Kontemplacja jest tu czymś bardziej wartościowym, niż to, co jest bliżej osobistego centrum. Czegoś w rodzaju pieśni Blake'a o „miłości” nie znajdziemy tu. Przyroda Blake'a zresztą jest przyrodą wibrującą namiętnością osobistą. Na ogół dzieła Poetical Sketches są o wiele bardziej interesujące niż młodzieńcze utwory Wordswortha, nieskończenie większą i absolutnie mówiąc: *dużą* dają one rozkosz rozważane już tylko jako utwory poezji bez względu na Blake'a i historyczne znaczenie. Swedenborgizm jest dla mnie niedostrzegalny w Poetical Sketches — natomiast pewne naiwne doktrynerstwo społeczne i, jeszcze podziemny, potencjalny ogień demokratycznego rewolucjonizmu. Ten właśnie rys myśli, który wydaje się mi najważniejszy, najbardziej charakterystyczny, jest najtrudniejszy do uchwycenia. ------------------------------------------------ Czymkolwiek bądź jest świat, jakkolwiek bądź ma on być przez nas określony, trzeba pamiętać, że nasze najbardziej skrupulatne, najbardziej metodycznie przestrzegane negacje, nie zmienią tego, że każde określenie, każda postawa jest i będzie: 1) Stanem historycznym pewnej zbiorowości ludzkiej; 2) Stanem etycznym pewnej indywidualności i to zarówno w tym znaczeniu, że są one: a) wynikiem pewnej przeszłości dziejowej i a1) wynikiem pewnego etycznego wytężenia, jak i w tym, że są one b) podstawą dla dalszych historycznych działań; b1) momentem określającym dalszy nasz rozwój etyczny. W żadnym razie nie zmienimy i nie unikniemy tego, że gdy wplatamy w pasmo naszych rozumowań taki moment ontologiczny — wprowadzamy właściwie czynnik, działający w pewien sposób na nasze postępowanie historyczne i etyczne, ale pragniemy, aby sam rodzaj tego działania pozostał nierozwikłany. Wydawca i komentator Blake'a — Ellis określa głęboko materię jako „dark activity of the mind”. ------------------------------------------------ *Soreliana*. Są to moje uwagi, których nie mogę jednak uważać za moją własność. Są to nierozwikłane, na wpół bezwiedne, założenia myśli Sorelowskiej. Cokolwiek bądź możemy powiedzieć o świecie, będzie to zawsze wynik pewnej historii wypowiedziany w terminach pewnej literatury (pojmując przez tę ostatnią całą twórczość językową). Gdy usiłujemy wytłumaczyć człowieka przez jakąkolwiek bądź teorię świata, do którego należy człowiek i jego historia, nie możemy uczynić nic innego, jak tylko starać się zapewnić nieograniczone znaczenie pewnej historii i pewnej literaturze. Są to problematy obyczajowości i smaku. Metafizyka rozwikłana rozkłada się przede wszystkim na estetykę i etykę; czy może raczej biografię i historię etyczną. W każdym razie świat ma tu przestać być tajemnicą. Jeżeli może istnieć jakaś teoria świata, to tylko dlatego, że stanowi ona moment bardziej złożonego kompleksu — pewnego zespołu faktów psycho-życiowych; by ten zespół trwał, musi on zabezpieczać swe trwanie. Więc pojmując, jak zabezpiecza się trwanie i ciągłość różnych kompleksów ludzkich, określamy metafizycznie te określenia, które usiłowały zawrzeć w sobie całą metafizyczną istotę świata. Sorel twierdzi, że „jego racjonalizm” przeszkadzał mu w zrozumieniu wartości pierwszych prac B(ergsona). Sorel niekoniecznie trafnie przypisuje to racjonanalizmowi. Idzie o to, że na jego myśli ciąży usiłowanie etycznej, heroicznej natury — *tworzenia* życia, czyniącego zadość naszym wymaganiom. Nikt tak tragicznie nie pojął zagadnienia ciągłości dziejowej jak Sorel, właśnie dlatego, że zburzył on kołysankę tak lub inaczej pojętej ciągłości automatycznej. Ale możemy iść głębiej. Myślimy pojęciami, określamy myśląc, czym mają być dla nas przedmioty, ale przedmiotów nie ma, są tylko momenty kompleksów psycho-życiowych. W logice zachodniej tkwi postulat *tworzenia* samych tych kompleksów. Samorząd człowieczeństwa. Sorel nie mógł wyrzec się wiary w wartościowość tej idei. Czy jest to idea konieczna? Odpowiedź musi tu być wyborem i czynem. Ale kto ośmieli się odpowiedzieć bez obawy bombastu? Naturalnie Prometeusz-Feldman — ale nie każdy ma jego męstwo. *Tu jest punkt Pascalowski dzisiaj*. Czy człowiek może sobie sam wystarczyć? Czy sobie wystarcza? Ach mój Boże, mój Boże, człowieka, który by miał dar Sofoklesowski „stanowczego widzenia życia i widzenia w całości”. Arnold określił Sofoklesa doskonale, ale sam dążył do tego tylko, by widzieć życie „whole and steadily”. Empiriokrytycyzm *uznaje* trwanie gatunku za dowód stałości prawd przyrody. Jeżeli przyznać prawa *postulatu* tego rodzaju, to raczej postulat z Pascalem, Newmanem niż Petzoldem. * 11 I *Swedenborg* prawdopodobnie na zawsze już pozostanie zjawiskiem problematycznym. Niewątpliwie sprawa jest utrudniona przez to, że był on jednocześnie niepospolitym myślicielem i uczonym, ale myślicielem przede wszystkim, któremu należy się więcej niż wybitne miejsce w historii filozofii między Spinozą, Leibnizem, Kantem, reformatorem religijnym szczerym i głębokim i jednocześnie jednostką o ponad normalnym życiu psychicznym. Niewątpliwie także, czv na skutek nacisku, wywieranego przez to ponad normalne życie i jego fakty na świadomość racjonalizującą — trudno orzec — ale prawdopodobnie osłabł w nim krytycyzm w stosunku do wszystkiego, co ukazywało się na powierzchni jego duszy w formie konkretnego obrazu, faktu o stanie zabarwienia uczuciowym, i alegorie, fantazje sentymentalno-poetyckie wplatały się w ten sposób w wydarzenia z ponad normalnego życia. Gdy dołączymy do tego nieustanny wysiłek komentatorski, filozoficzny i reformacyjny, spostrzeżemy, jak skomplikowana i różnorodna tkanina psychiczna tworzy wątek jego pism. Może też przedwczesne jest pesymistyczne twierdzenie, od którego rozpoczynam, ale badacz musiałby tu mieć olbrzymi takt, zresztą postępy psychologii ponadnormalnej mogą nas wyposażyć w metody, które uczynią zadanie o wiele łatwiejszym i prostszym. * 12 I Rozpacz jest łatwiejsza od spokoju. Jasność myśli jest istotnie rzeczą najtrudniejszą i zarówno psychologicznie, i moralnie, jak metafizycznie, nie umiemy żyć, jak nie umiemy myśleć bez pomocy pojęć stanu ostatecznego. Albo niemożliwy ideał statyczny, albo bezkierunkowość. Można by upatrywać rys znamienny w tym, że zarówno Sorel, jak Carlyle, są nieprzychylni Platonowi. Emersonowi dużo wybaczam za stronice o Platonie. Nie rozumiem, jak można się oprzeć czarowi tej istoty. Świętochowski raz na zawsze zmalał dla mnie, zszarzał, ukazał robespierrowską węziznę serca, piersi i umysłu, gdy wygłosił swoje znane martwe zdania o Platonie. Takim sekciarzem nie może być człowiek o rodzaju umysłu Świętochowskiego, bez poważnych braków w charakterze. Co nas mogą dziś obchodzić teorie Platona jako teorie — mamy jego umysł, cudowny kraj o jedynym tu tylko spotykanym świetle i powietrzu. Platon dla mnie jest faktem zmysłowym. Mam co do pewnych faktów kulturalnych te wyczucia. Katolicyzm jest dla mnie pewnym połączeniem barwy i architektury, mgnienie oka, błysk myśli trwającym widzeniem kolumn w pewnym świetle — nie umiem go określić: jest bogate, ma w sobie tony od złota do cieniów fioletu i purpury, jednocześnie chłód i światło, wszystko w jednym odczuciu, które zestraja myśl w tonie czyniącym ją dojrzałą dla taktów o katolickiej strukturze. Gdyby mnie kiedy stać było: napisałbym książkę, niemożliwą zdaje się dla mnie, o katolicyzmie, bez obaw i trosk, czy byłoby to zgodne z kościołem, książkę swobodną, widzącą wartość i piękno bez obawy; będzie to nie całkiem ta sama myśl. Mówiliśmy dziś o wytępieniu tygrysów i lwów. Było dla mnie jasne, że *będzie* to strata, że wartość życia zostanie przez to zmniejszona. Nie chcę powiedzieć, że katolicyzm zdaniem moim powinien być wytępiony. Gdy czytam: écraser l'infâme, budzi się we mnie opór. Ale niezależnie od tych pytań, od pytań pożytku, szkody, ukazać budowę, prawo wewnętrzne życia, przepych tego organizmu. Nędza, nędza ludzi, którzy mogą tu mówić o Spinozie. Spinoza otworzył wielki świat, Hegel większy, Goethe jeszcze większy. Katolicyzm jest wspanialszy niż to wszystko. Szerszy, potężniejszy, zawiera więcej możliwości. — A przecież, a przecież nie uda mi się ukryć, że poza tym wszystkim jest rozpacz! Nie jestem katolikiem, nic nie wiem, mam pewną sumę antypatii i sympatii, ale wiem, że wszystkie one pozostawiają mnie w świecie ludzkim. Nic poza tym. Nic, *prócz pewności*, że, tak lub inaczej to nie wystarcza. Ale w tym momencie jest mi to raczej obojętne. Tylko już nie jak Renanowi lub France'owi. W tej chwili *poczułem*, że w zestawieniu z Lambem są oni parweniuszami. Nikogo nigdy nie przekonam o tym fakcie. Wszech W. F. napisze, że jest to paradoks, chęć dziwactwa — wymieni szereg dzieł i w opinii Orkanów i Z. Nałkowskich zmiażdży mnie. Ostatecznie moi życzliwi będą zdania, że *to ja* przedstawiłem Lamba tak interesującym z mej własnej łaski i nadmiaru. A przecież to jest tylko prawda, prawda, która może mieć też swych fanatyków, ale nie u nas. Może Antoni Lange jest jedynym człowiekiem ze znajomych moich, dla którego ta sprawa, tego rodzaju sprawa, nie byłaby obojętna. Źle robię myśląc tak rzadko o Langem. Jest on jednym z tych ludzi, o których myśleć jest dobrze, gdyż dusza myślącego zyskuje przez to zawsze. I znowu nie wiem, z kim go porównać. Jeden Ortwin. Ale Ortwin jest w innym rodzaju. Już zbyt silny może dla mnie. Mądrość Langego jest cichsza, bardziej uniżona. Brat Kobylańskiego, Adolf Goldberg, zostawił we mnie wspomnienie prawie równie dobre. Wspomnienie, którym można żyć. Rozpamiętując go, myśląc, co by zrobił wtedy lub wtedy, stajemy się lepsi. To są dobre znajomości. Ale poza tym wszystkim, jest zawsze jeden i ten sam fakt smutku i braku nadziei. ------------------------------------------------ Dlaczego Ellis sądzi, że Marek Aureliusz uwierzyłby w każde słowo Blake'a? Nie umiem tego zdania pojąć, nawet się domyślić kierunku. Co prawda, nie znam Marka Aureliusza — tylko z drugiej ręki. * 13 I Dzisiejsza „Voce” ma artykulik o martwym punkcie w filozofii Benedetta Crocego. Artykulik właściwie mało znaczący. Zresztą, co znaczy martwy punkt w filozofii? Żadna filozofia nie wystarcza samej sobie, nie może, nie powinna? Byłoby to zamachem na najgłębszą prawdę — konieczności każdej jednostki ludzkiej. Filozofia jest organem w ustroju duchowego życia jednostki, jest *jej* filozofią; ale obok niej potrzebujemy poezji, nauki, charakteru, religii. Goethe zawsze wzór: dobrze jest o nim myśleć! ------------------------------------------------ Pierwsze dwa utwory Bena Jonsona od razu wskazują, jak o wiele trudniej było mu *przebaczać* niż Shakespeare'owi. Jest to także kryterium siły. Jedno z wielu. Sam Jonson ma w sobie zbyt wiele z *Macilente*: w złą godzinę wywołał tę postać. * 14 I Człowiek żyjący takim jak ja życiem może z łatwością łudzić się co do stopnia głębokości sądów i ocen swych, dotyczących czy to ludzi, czy to faktów. Można uznać za głos instynktu wynik naszych rozumowań, a szczególniej wynik pożądany — pożądany nie w interesownym praktycznym znaczeniu, lecz jako dowód samoistości, głębokości, jakiej dosięgły w naturze naszej przekonania. Pomimo to, zdaje się, nie błądzę, gdy twierdzę, że nigdy nie podzielałem kultu dla Napoleona, że o ile istniał we mnie sentymentalizm co do tego punktu, to właśnie działał on w kierunku narzucenia mi poczucia wielkości tej postaci. O tym, że teoretycznie uważam tego rodzaju szacowanie za słuszne, nie potrzebuję mówić, ale teraz wsłuchać się usiłuję w głos bezpośredni uczucia, zdaje się, nie zawahałbym się ani na chwilę w uznaniu całą duszą, że tacy np. ludzie jak Blake, jak Meredith, jak Balzac, jak Taine, jak Kant, jak Carlyle, jak Browning, jak Renan, są ważniejsi, godniejsi szacunku i zainteresowania. Ale niezależnie od tego Napoleon jest dla mnie postacią niemal komiczną. Naturalnie nie w estradowo-wodewilowym sensie. Nie wzrusza mnie, nie zadziwia, co najwyżej ogłusza. Bismarck zawsze wydawał mi się o całe pokłady człowieczeństwa potężniejszy. Tak samo Wielopolski, tak samo Cromwell — prawdopodobnie. Ciekawe, jak godzi się buddyzm, teozofizm, krańcowy spirytualizm — ale także krańcowy radykalizm naszej inteligencji z napoleonizmem. Herbaczewski, jak zawsze, tak i tu, jest karykaturą, trafiającą nimal w sedno. Abstract Human Blake'a i jego To Thirzah, całe zresztą Songs oj Experience zastanawia mnie przeciwieństwem pomiędzy lekkością, jakby niedbałym i powierzchownym traktowaniem formy — a rozrzutną potęgą myśli. W istocie jest tu cała rewolucja duchowa i kulturalna. Cały świat zarysowuje się tu jakby istotnie na widnokręgu dziecięcej wiadomości i spowiada się od razu ze swych najpotężniejszych rozdźwięków. Fourierowskie, uduchowione tylko i uszlachetnione, widzenie odrodzonej natury i głębokie samopoznanie źródeł i przyczyn najwewnętrzniejszych, najbardziej ukrytych, nie mniej głęboko ujętych, sit venia verbo, jak zasadnicze fakty ducha przez Kanta — widzenia oskarżającej świat nędzy i światło odkupienia. Wreszcie to wszystko w tym przepysznym dialogu między Bogiem a ziemią — w dwóch poemacikach otwierających serię. A wiersz Do Tirzy — gdzie znaleźć równie przekonaną pewność — tak bez przymusu beztroskliwą — gdzie znaleźć człowieka, który by mógł stworzyć widzenie złotogrzywego ducha lwiego rodu? Ale tu z wiersza o *Tirzie: łzy*, sentymentalny nawrót ku sobie, bojaźń *o swoje ja*, jak jest ono ujęte przez płciowość zadomowioną, łzawą, jako granica zacieśniająca nas we wszystkich kierunkach twórczości. A zmysły wyraźnie ujęte jako *kategorie* twórczości, nie jako organy biernej informacji. Świat musi najpierw mieć zapach, by miało powód istnieć powonienie. I my to tworzymy zapach, barwę, dźwięk, są to nasze *organiczne dzieła*, *psychicznie* absolutnie stworzone przez nas, wynalezione. *Blake* jeszcze setkę lat będzie paradoksem. Czy np. jakikolwiek stopień geniuszu krytycznego może skłonić p. Biegeleisena a raczej obu ich, do zrozumienia *Blake'a* — przecież musieliby oni natenczas zwątpić o filozofii mankieta, kołnierzyka i na czysto przepisanego referatu. * 15 I Jest to ciekawy odcień naszej psychiki: tchórzostwo wobec form. Ile razy zestawiam Blake'a z kardynałem Newmanem, doznaję uczucia obawy związanej zawsze z przeświadczeniem popełnionej niewłaściwości. „Awfull” jednak był i sam kardynał, poufałość z nim nie daje się pomyśleć nawet po długim i możliwie zupełnym zżyciu się z jego dziełami. Mogę sobie wyobrazić o wiele łatwiej swobodę w stosunku do Pascala pomimo całej namiętności i energii. Tu jest coś innego. Tak lub inaczej, chcę czy nie chcę się do tego przyznać, działa system wartości uznanych i uznających zarazem: hierarchia, dziejowość. Newman jest egotystą, ale nie jest nigdy sam, nie chce być sam, każde jego zdanie ma korzenie, sięgające głęboko w myśl poprzedzającą go. Dalej to, co można nazwać „*le* *châtié*” jego stylu, osoby. Nic ze zjawiska natury. Kulturalność Newmana jest znowu rysem, który przestał być u niego cechą psychologiczną — lecz stał się wartością religijną, *jest on* na wskroś przeduchowiony, tworzy *sam siebie** w żywiole duchowo* ostającym się — sumienia i spełnianej prawdy. ------------------------------------------------ Jest w samej rzeczy powinowactwo pomiędzy wyrafinowaniem wrażliwości artystycznej a systematami deterministycznymi, materialistycznymi itp. *Trzeba* mieć prawo uważać zjawisko za nieistotne, za nierzeczywiste, aby czuć się zwolnionym wobec niego, jako konkretnego faktu, od wszelkich zobowiązań. Gdy widzimy w nim tylko pozór, *….* je i możemy wyssać z niego całą zmysłową treść. — Jest to nieuniknione i raz jeszcze stwierdza, jak niezmienne są prawa kulturalnej krystalizacji. Trzeba wierzyć, że *zmysłowe* — o ile *zmysłowe* nie ma żadnego teoretycznego ani etycznego sensu — jest kolorową skrą w nicości, by móc oddać się całkowicie wrażeniom jako całościom zwalniającym, by mieć prawo zabłąkać się w każdej chwili, w każdej barwie, jak w świecie z baśni, który nie prowadzi nigdzie. Tak u Lafcadia. Ale Lafcadio zna, czuje noc bezosobistą, ma szerokie aksamitno-czarne, faliste *ja* poza sobą. Pater jest zrośnięty ze sobą i boi się nocy — a wie, że zabłąkać się naprawdę nie zdoła, i chciałby, by chwila zmysłowa mogła być *przeżyta* jako chwila i jako nieśmiertelność, chciałby być wyzwolony przez wrażenie, w fakcie, dlatego jest on obrzędowcem i sakramentalnym, nie w szerokim i silnym, lecz raczej w ironicznym i żałosnym, pomniejszającym go znaczeniu. Jest woń krwi w kielichu i w ofierze jego bogom jest zła wola, nic dziwnego, że tego rodzaju człowiek mógł upatrywać, a nawet znaleźć, młodość w cyrenie. Ale ty, który to rozumiesz i śmiesz go sądzić. Czym sam ty jesteś? Już ci nie przychodzi nawet pod pióro — coż mówić o sumieniu czystym. Szukający jęcząc — cherche en gémissant — to nie prowadzi nigdzie. Szydź, wędrowcze. *Masz* w sobie odpowiedź i wiesz to, ale tj. враги человъка домашні его , on sam jako subiekt-obiekt swych rodzimych sentymentów, jako tchórzliwa litość, by dusza nie dostała kataru. Ach, mój Boże, mój Boże, jeszcze mam możliwość w sobie, jeszcze wolno mi mieć nadzieję. * 18 I Skąd czerpią życie postacie stworzone przez poetów i powieściopisarzy? Rozmawialiśmy o tym z Ortwinem we Florencji. Mój Boże, jakbym pragnął móc wyjść i spotkać się z nim, z Irzykowskim, i zasiąść w jakiejś kawiarni, którą wnet przysłoni sprzed oczu dym myśli, gęstszy niż papierosów i cygar, wchłaniający gwar wraz z twarzami, szczelny, panujący podnieceniem. Ale mniejsza. Skąd czerpią życie? Niewątpliwie z naszego trwałego zainteresowania. Rodzaj tego zainteresowania, trwałość jego — dalej środki, za pomocą których jest rozbudzone, wreszcie wyniki, jakie pozostawia w nas ono — oto różne punkty widzenia, umożliwiające obszerną i obiektywną klasyfikację. *Życie* postaci ma za swe źródło podniecenie naszej myśli, podniecenie, które znajduje w sobie podnietę do trwania, odnawiania się. *O ile dzieje się* to bezpośrednio, o ile zainteresowanie jest ciągle uczuwane i nigdy nie potrzebuje pomocy woli, przyjemności nawet, ale refleksyjnej — mamy do czynienia z tym darem, który posiada np. Sienkiewicz, w najwyższym stopniu. U bardzo wielkich pisarzów, jak Balzaca, Stendhala, fenomen nie ma miejsca, tu musi *myśl*, jej interes, interes, który nie jest uświadomiony bezpośrednio, *trzymać* budowę i technikę, chronić ją od luk, przerw. U *Dickensa* jest ściągłość współczującej ciekawości. Zarówno myśl, jak i bezpośrednie odczucie buntują się często. U. Thackeraya mamy pewne monotonne, ale miłe, ciepło intelektualne. Rodzaje zainteresowania, o ile rozważamy je jako przyczyny charakteryzacji życia, wymagają subtelnych rozważań. Należy przede wszystkim bacznie śledzić, czy *ma miejsce* utożsamienie nasze z postaciami czy też rzecz obywa się bez niego. U Dickensa utożsamienie jest powierzchowne, gdyż polega na niemej solidarności wobec czegoś, co zagraża. U Mereditha fenomen wręcz przeciwny, tu tworzy się z nas *myśl* bohaterów, ich struktura umysłowa i sekret poetycki polega na tym, aby stworzyć stany uczuciowe, bezpośrednio przejmujące, a zawierające w sobie in potentia dzieje całego mózgu, aby wplątać nas i wetkać niedostrzegalnie w samokrążenie myśli. Opisy przyrody służą u Mereditha często przeważnie w tym celu. Nie jestem teraz w stanie śledzić wszystkich zawikłań tej myśli. W czytelniku powieści wytwarza się pewne odrębne posłuszeństwo, pewien osobliwy, praktycznie określony, choć trudny lub niepodobny do ujęcia w teorii, takt. Jest to stan duszy bardzo różny. Godzi się on nieraz z wielką bardzo domieszką dowolności, tj. czytelnik zdaje sobie sprawę, że iluzja powstaje tu za jego przyzwoleniem. Zdaje mi się jednak, że *bezpośredni tragizm* wyklucza tego rodzaju stan rzeczy. Możliwy jest on tam tylko, gdzie istnieje pewna domieszka ironii, i subtelne uwagi Ch. Lamba o prawdzie gry aktorskiej mogą znaleźć zastosowanie i do tych zagadnień. Pewnego rodzaju fenomeny powieściowego złudzenia powstają tylko przy świadomym przyzwoleniu czytelnika i wymagają tej świadomości. To go zabezpiecza. Pozwala mu uwierzyć w świat o innych, niż nasze, współczynnikach przeobrażeń psychicznych i prawach motywacji. Stylizm i egzotyzm mogą grać tu rolę czynnika wywołującego, tłumaczącego *świadome* przyzwolenie. W formie tej można zbliżyć się do tragizmu. Powieściopisarz nieapelujący do świadomego przyzwolenia musi działać za pomocą innych środków: ciekawości i współczucia, lirycznej hipnozy. Cel jest osiągnięty, gdy w momencie intensywnej identyfikacji ujmiemy, nie zdając sobie sprawy, *prawo* krystalizacji danej jednostki, jej barwę psychiczną, żywą zasadę jej jedności, prawo rządzące jej fenomenami i gdy to prawo stanie się dzięki magii słowa jakością naszego wzruszenia. Jeżeli to zostało osiągnięte, jeżeli wzruszenie jest dostatecznie silne, jeżeli ma ono korzenie w głębszej naturze człowieka, powstaje to, co się nazywa kreacją indywidualności, żywy człowiek stworzony przez sztukę. ------------------------------------------------ Krytyk i biograf mają do czynienia z tym i samymi zagadnieniami, ale pracują w innych warunkach. Pracują na podstawie *intelektualnej* pewności, że ich przedmiot był życiem, ale muszą też być zależni od natury tej pewności. Pisarz, który by pisał biografię Blake'a w terminach jego mitu lub Bergsona w terminach jego filozofii, *gdyby to było wykonalne nawet*, utraciłby grunt tego teoretycznego przekonania. ------------------------------------------------ Styl Chestertona jest jednak wielką wadą tego pisarza. Trudno go czytać, nawet gdy go się musi podziwiać. ------------------------------------------------ — Czytam Harrisa o Shakespearze. Nie przeczytałem jeszcze nawet pierwszej części, ale już widzę to przynajmniej, że Harris ma przed oczyma pewną żywą i ludzką postać: że Shakespeare jest dla niego człowiekiem i to człowiekiem, którego on zna i rozumie, rozumie, w jaki sposób funkcjonuje ten umysł. Gdy idzie o Shakespeare'a, już to nawet ma wielkie znaczenie. Zazwyczaj Shakespeare reprezentuje pewien mgławicowy stan duszy, na który składa się wynikająca z naszej słabości mitologizmu chwiejność i obłuda. Nie jest hańbą, nie jest winą, jest nawet rzeczą dodatnią, a przynajmniej zrozumiałą, że się nie rozumie Shakespeare'a. To przeświadczenie, że się tu ma prawo nie rozumieć, zostaje skwapliwie wyzyskane przez wszystkie leniwe i obłudne siły naszego estetyzującego intelektu. Tu mogą święcić tryumfy, bez konieczności psychologicznego sprawdzenia, wszystkie nasze estetyczne zabobony. Zazwyczaj nawet bardzo dzika teoria „twórczości” musi wylegitymować się przez zarysowanie chociażby tez fantastyczne, jak wygląda taka twórczość jako przeżycie psychiczne. Ale od czegóż Shakespeare, Dante, Homer, najlepiej jednak Dante albo Shakespeare (oczywiście wedyjskie hymny mają jeszcze więcej zalet, ale nie posiadają niestety, jak dotąd, w zbrutalizowanym i zamerykanizowanym Zachodzie, dość powagi): nie wiemy, *jak się to dzieje*, jak się to dokonywa, ale się dokonywa i dzieje, np. w głowie Shakespeare'a lub Dantego. Ponieważ nasze głowy nie dorównują tym wyjątkowym, więc — *ma się tu fakty*, które posiadają wszystkie przywileje rozciągliwości. Nie umiem sobie wyobrazić *takiego* procesu myśli, ale Shakespeare myślał tak. S. T. Coleridge niewątpliwie zadał mocny cios temu stanowisku, chociaż jednocześnie — taki już jest paradoksalny fatalizm jego myśli — on sam świadomiej niż ktokolwiek inny tworzył mit Shakespeareowski. Dla S. T. Coleridge'a Shakespeare był „słonecznym okiem” Plotyna, ucieleśnioną intuicją, nieskończonym potwierdzeniem, ale właśnie, aby dowieść sobie, że Shakespeare był tym wszystkim, burzył on mit żywiołowego Shakespeare'a, który *sam* nie wiedział, co tworzy. Dla S. T. Coleridge'a Shakespeare przynajmniej dla samego siebie był rzeczywistością psychiczną. ------------------------------------------------ Właściwie dramat Prometeusza jest między *bezwzględną samo-twórczą swobodą* i koniecznością, istnieniem. Shelley przekrzywia oś — czyniąc Jowisza okrutnym. * 21 I Światopogląd takiego poety jak Shelley naraża na niebezpieczeństwa pedantyzmu każdego, kto chce go zdefiniować. Pamiętając o tym, jednak musimy starać się o możliwie najwyższy stopień określoności. Zawsze wydawało mi się, że w umyśle Shelleya idee Platońskie stawały się czymś nowym i nieprzewidzianym, że przeobrażały się one w zmysłowe i namiętne siły. Jeżeli na miejsce Boga Berkeleya postawimy namiętności i upodobania artystycznej natury ludzkiej, zdobędziemy klucz do budowy umysłowej poety. Wątpię, abym mógł z tymi środkami, jakie mam i będę miał pod ręką, dopracować się do żywego widzenia indywidualności Shelleya. Dowden jest „*respectable***”, „*very nice*”, a wszelkie wybory listów są wyborami. ------------------------------------------------ Nie powinienem dać w siebie wmówić, że tego rodzaju krytyka jak moja, jak ta, do której jestem zdolny, nie ma racji bytu. Moja krytyka wyrasta z filozofii, jest przede wszystkim i bardziej, niż czymkolwiek innym, *metodą filozoficzną*. Nie *filozofia* metodą krytyki literackiej, lecz krytyka metodą filozofii. Kto rozumie moje stanowisko filozoficzne, nie może być zdumiony. Krytyka *wciąga* do współpracy właśnie historycznie ukształtowane życie ludzkości. Tu jednak chciałem zaznaczyć co innego. Manzoni od dawna wydaje mi się ważnym przedmiotem studiów. W samej rzeczy, włoski romantyzm różnił się głęboko od niemieckiego, naszego, angielskiego, i gdy odwoływał się do tradycji narodowej — odwoływał się nie do żywiołowego życia duchowego mas bezhistorycznych, lecz właśnie do wysokiej i głęboko świadomej kultury. Manzoni usiłuje stworzyć *demokratyczną* literaturę, styl bliższy życiu i sercu. Stworzyć. Nie ma tu złudzeń ludowości. Ale na razie wiem bardzo mało o Manzonim. ------------------------------------------------ Spirit of the age — czy nie możemy sobie wyobrazić momentu, w którym Shelley i kardynał Newman byli bliscy niemal aż do tożsamości w swym widzeniu świata? Chociażby już w chwili czytania owej Kehamy, której wciąż nie znam i której np. *Lamb* już nie był w stanie, nie chciał czy nie umiał, odczuć. Czym są nasze najbardziej zaostrzone przeciwieństwa, zamknięte w granicach naszej generacji — w porównaniu do ludzi innych pokoleń, epok, ludzi nawet, z którymi teoretycznie czujemy się spowinowaceni. Postaw np. kardynała de Retza lub Campanellę obok Newmana i Shelleya — a cóż dopiero jakiegoś Egipcjanina, Persa, Hindusa. Właściwie można nabrać lekceważenia dla kulturalnych konstrukcji naszego wnętrza — gdy się zrozumie tragiczną władzę tego ostatniego. ------------------------------------------------ Moja powieść na całe okresy czasu staje się dla mnie rzeczą trudną do zniesienia. Zdaje się jednak, że w porównaniu z Płomieniami stanowi ona krok naprzód. Znowu wystrzegać się muszę myśli, co też mogą prawdopodobnie mówić o tej powieści „rodacy”, jak oni ją będą widzieć, ale zamknąć się w niej, zamknąć możliwie najszczelniej. Nieuniknione jest i będzie oskarżenie o cynizm. Nie wybaczą mi ani Jadwigi, ani Gertrudy. A przecież są to postacie traktowane modo geometrico. O zgorszeniu nie może być mowy. Przeciwnie, zarzutem jest brak pierwiastka della voluttà. Natalia Trawka i Flavel odgrywają wielką rolę. Scena między nią a księżną milcząca w oranżerii. Domenico Giava — obok. Ten dygnitarz zakonu Jezusowego. Następca tronu. To są tony sympatii. Z nich trzeba wydobyć silny ton Swiftowski. Ten rozdział ma wielkie znaczenie, jeden z kluczów. Klotylda w Rzymie. Pius IX — *Nie bać się* i być swobodnym. Tak samo z Garibaldim. Mazzini mnie niepokoi, gdyż nie chciałbym go ani skrzywdzić, ani pozostawić w stanie papierowym. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że go nie lubię. Myślę, że nie lubię także Garibaldiego. Co do Cavoura nie mam tych wątpliwości: sympatia jest tu bliska i łatwa dla mnie. Cattaneo? Nie znam go. Myślę, że był naprawdę uczciwie borné poza czystym intelektem. Tu miał jednak więcej krwi i mięśni niż Ferrari, choć Ferrari jest o tyle świetniejszy. ------------------------------------------------ Renan mnie ciągnie. Gdybym miał jego dzieła — napisałbym o nim dobre studium. *Papini* wtedy w części miał tylko słuszność. Mojej izolacji i ogołocenia nie umiałby sobie on wyobrazić. Jak szczęśliwy mogłem być jeszcze w tych czasach, gdy czytałem po raz pierwszy *Renana* dialogi, dramaty, inne pisma filozoficzne w Otwocku. Matka moja jest nieszczęśliwa, to niezaprzeczalne. Nieszczęśliwa tak tragicznie, że boli sama myśl o niej, że nie wystarcza sił, by ją sobie wyobrazić. Czuję to wszystko. Moi biografowie (będę ich miał, to już nieuniknione i zresztą dla mnie obojętne) będą mówili o mojej obłudzie. To nie będzie całkiem słuszne. Szczerze cierpię. Od czasu gdyśmy się rozstali w ciągu roku 1901, przed dziesięciu laty, nie myślałem o niej nigdy bez bólu. Jednocześnie nie zrobiłem tysiąca rzeczy, które zrobić byłem powinien. Niektóre z nich były w mojej mocy. ------------------------------------------------ Gdy rodzice w 1897 roku przyjechali do Warszawy, los mój był postanowiony. Już był tylko wybór formy zguby i ta trwała aż do roku 1901. Gdybym nie był spotkał Toni, najprawdopodobniej fizycznie bym nie żył, a może wyrósłbym na zbrodniarza i zgnił w kryminale, w szpitalu wariatów. Przy matce nigdy nie zacząłbym pisać — a raczej nigdy bym nie doszedł do poważnego traktowania pisania. Myśl była tu czymś komicznym. Czymś, o czym nie można było mówić w jej spojrzeniu, nie czując się zażenowanym — to mi pozostało. Dlatego mój biograf, który mnie potępi, niech raczej podziękuje Bogu, że nie był mną. *Ostatecznie* nie samo moje postępowanie, lecz jego forma gorączkowa, nerwowa, zohydzona przez śmieszne ubóstwo, *jest* tu najboleśniejsza. Poza tą formą, ja tylko się broniłem. Matka nigdy nie postępowała tak despotycznie z Feliksem jak ze mną, bo wiedziała, że on jest nerwowo odporniejszy. Ja przecież nie mam do niej żalu, przeciwnie, *jestem ja* winien, ale twierdzę, że nie mogłem nie być winien. ….. A jednak wiem, że nigdy nie zaznam chwili wolnej od wyrzutów sumienia, że jest to słuszne. Tylko tak się już splątało, zwikłało wszystko, że nie wiem nic — czy mam chęć poprawy, skruchy? Nie wiem. Wiem że cierpię, że *nie chcę* cierpieć, więc staram się nie myśleć. To jest w tej chwili najprawdziwsze o tym. * 22 I Starając się zachować spokojną ocenę faktów, zastanówmy się, czym była polska literatura rzeczpospolitej niepodległej, pojęta jako manifestacja natury ludzkiej i źródło głębokiej wiedzy o człowieku. Lękam się, że *ani* jedno nazwisko nie wytrzyma najwyższej miary, że co najwyżej *Skarga* ma prawo do bezwzględnego uznania w swoim zakresie, bo Kochanowski nie zastąpi ani Shakespeare'a, ani Dantego, ani zapewne nawet Spensera lub Ariosta czy Tassa. *Ale jeżeli* już, to najwyżej może rościć sobie prawo do miejsca obok tych ostatnich. ------------------------------------------------ Jak zimnie i płytko intelektualną wydaje się nam cała „mitologizująca” twórczość Shelleya w zestawieniu z Blake'em. Mamy tu właściwie zawsze do czynienia tylko ze wzruszeniami, wrażeniami zmysłowej przyrody, które stają się potęgami intelektualnego świata, dzięki zasadniczym właściwościom tej transpozycji — berkeleizmu i platonizmu, która stanowiła filozoficzny światopogląd Shelleya. Prometeusz musi rozczarować każdego, kto podda czar analizie. Czar tego poematu nie jest zdrowy: nie jest to męska radość myśli. W gruncie rzeczy Shelley, który bronił bukolików i idyllików z czasu upadku — nie całkiem był bezinteresowny. Jest to po części i jego własna sprawa. Nie sądzę, aby można było mówić z zupełną ścisłością o poezji przestrzeni. Nie wiemy, w jaki sposób została ona tu wytworzona. Gdyż psychika jest tu bierna. Charakterystyczną już jest zaczarowana wędrówka Azji i jej siostry do jaskini Demogorgonu. Ale to jeden tylko rys. Trudno zdać sobie sprawę z *praw* tego świata. Naturalnie nie idzie o *żadne* poznawcze zgodne „z rzeczywistością” prawa, tylko o to, że nie jestem pewny, czy świat ten jest jednolity, czy nie powstał on przez nie całkiem organiczne sumowanie właściwości, z których każda oddaje tylko pewną stronę natury Shelleya, jego wymagań i interesów. W Prometeuszu w każdym razie grunt nie jest pewny pod nogami. Naturalnie trzeba być przygotowanym, że będzie to uważane za nowy dowód moich reakcyjnych instynktów, jeżeli moje *Shelleyowskie* studia nie doprowadzą mnie do bardziej pocieszających wyników. Można twierdzić wszystko, co się podoba, o Prometeuszu *Shelleya*, za wyjątkiem tego, że jest to dramat. Nie tylko w znaczeniu bardziej formalnym, ale wprost, istnieje tu jakby anty-dramatyczny, dominujący ton. Proszę rozważyć np. to, co się dzieje z Azją i Panteą — coś w nich się dzieje, nachodzi na nie: tak samo jak i na cały świat. Dlaczego w tym właśnie momencie? Dlaczego w ogóle? Trudno o słabsze upozorowanie nawet związku, budowy. Niewątpliwie utwór powinien być rozważany porównawczo: z Pastor fido, z Marinim itp. Warto pamiętać, że zmysłowość, lubieżność w odczuciu amorka (?) seicentystów, nie jest znowu tak obca Fourierowskiemu prądowi i typowi rewolucyjnej myśli. Powinowactwa z furieryzmem są u Shelleya nieustanne. To naturalnie nie będzie się wydawało bluźnierstwem: przeciwnie. Dla mnie to ponowne odczytanie Prometeusza było wielkim rozczarowaniem, na które me byłem przygotowany. Myślowo jest to utwór całkowicie bezpłodny, nie wychodzimy poza ogólniki; ani jednej głębszej intuicji. Pozostaje Shelleyowska przyroda, odurzająca i fałszywa. Jak strasznie niżej stoi Prometeusz w zestawieniu z Nie-Boską, Kordianem — nie mówię o III części Dziadów. Ale przecież nawet z Kainem nie można go porównywać. Co zaś już mówić o Ajschylosie. Chora to poezja, chora myśl, słaba dusza. Oczywistością jest, że świat S. T. Coleridgea, *poetycki* świat zrealizowany w nielicznych utworach, jest zjawiskiem zgoła innej potęgi. *Cecchi* jest blagierem. Powtarza on, a nawet wymyśla, ograne, stęchłe zestawienia, które dezorientują. Nie należy mieć litości — trzeba być brutalnym w prawdomówności. ------------------------------------------------ Czytałem także wczoraj *po raz drugi* Sułkowskiego Żeromskiego . Nimem wziął tę książkę do ręki, przerzucałem dwa Zrębowiczowskie wybory pism Norwida. Naturalnie dzięki temu Sułkowski wypadł jeszcze fatalniej, chociaż nie sądzę, aby można było skrzywdzić tę rzecz najostrzejszym sądem. Czy jest możliwe, aby Żeromski łudził się? Co znaczy ta opętana „Muzyka” w pewnych momentach? Czy istotnie przypuszcza on, że „to” ma być nową formą, w ogóle formą? Pomimo wszystko, co mam do zarzucenia Micińskiemu, jest wprost coś żałosnego, że w tym samym czasie obok takiej Teofano może ukazywać się Sułkowski. — Ani jednej żywej postaci, marionetki poruszane niezręcznie i niemające własnej historii. Ani widzenia dusz, ani tragicznej myśli o epoce. Tego samego rzędu rzecz jak owe bajki Sieroszewskiego, w których kretyniczne zwierzęta leśne i domowe z pewnością opłacają składki na PPS. W porównaniu z Różą, nawet z Dumą, upadek. Ani jednej stronicy, do której chciałoby się wrócić. Nic, zupełnie nic. Myśli są u *Żeromskiego* tylko po to, by budzić echa. Nie służą do poznania, ale wywołują wzruszeniowe następstwa. W rezultacie nie mamy ani świata, ani osób, tylko cienie sugestionujące uczucia cieniom; a ci jego Włosi. Ta najnudniejsza w świecie Agnesina. Naturalnie jednak Sułkowski będzie miał kilka wydań: to dobrze. Nawet — niechby Żeromski miał choć żyć z czego, nie jak polski pisarz, ale będzie uważany za literaturę — poezję w wielkim stylu. Od czegóż Feldman, publiczność, która szanuje fakty dokonane własnych swych baranich zacietrzewień. Nudno i smutno; najzupełniej bezcelowo. Jasne jak słońce, że trzeba myśli, filozofii, entuzjazmu i fanatyzmu myślowego i jednocześnie takie już znużenie, takie straszliwe znużenie. Ci panowie z *Kasy* Mianowskiego do 25. nie przysyłają swej kwartalnej „pomocy”. * 26 I Wiek XVIII był właściwie stuleciem czystej towarzyskości. Była ona żywiołem zasadniczym, w którym rozstrzygały się najważniejsze sprawy. Niewątpliwie w tym świecie toczyły się walki o byt również śmiertelne, ale broń była osobliwa. Ginęło się wskutek niepowodzenia towarzyskiego typu. Dało to połączenie miękkości i perfidii. Można zrozumieć, że dziwny dywanowy fałsz tego życia, w którym istotnie uśmiech, szept za wachlarzem zabijał, mógł doprowadzić J J. Rousseau do szaleństwa. Tu jest jeden z punktów, co do którego zgodzić się nie mogę z Ortwinem. Rousseau jest i nam potwornie bliski. To nie Tołstoj. Pod żadnym względem. Ale wracając do XVIII wieku — to stulecie wytworzyło przepysznych magnatów życia, ludzi, których nigdy nie można było zaskoczyć w stanie towarzyskiej bezpłodności, którzy promieniowali nieustannie energią i byli nie do zwyciężenia. To Sheridan, to Mirabeau, to zapewne Burke, do pewnego stopnia, to Beaumarchais. To jest dla mnie najpiękniejszy typ ludzki tego stulecia. ------------------------------------------------ Tołstoj powiada, że Król Lear nie może się nikomu podobać, kto nie jest w stanie pewnej sugestii. Ale przecież cała sztuka, cały artyzm jest zawsze pewnym rodzajem algebry wzruszeniowej, wyzwalającej sugestię. Powiedzieć, że to jest sugestia, nie znaczy jeszcze nic powiedzieć. Można mieć zaufanie do pewnych sugestii, chcieć ich. To się nazywa ciągłością kultury. Nie lubię Tołstoja, nie uważam go za odważnego człowieka; jestem prawdopodobnie oschłą, o ciasnej skali wzruszeń i sympatii, naturą, ale nie rozumiem, a właściwie nie szanuję, *odwagi* nieintelektualnej, odwagi, która powstaje na gruncie odpowiadającego naszym wzruszeniom czy wymaganiom intelektualnego obrazu świata. W gruncie rzeczy do Tołstoja, do jego najpiękniejszych z zewnątrz wystąpień — w rodzaju Не могу молчать stosuje się to, co S. T. Coleridge powiedział o trudności myśli: Łatwiej jest wisieć na haku. Swoją drogą tylko zaślepiony, zamknięty w swoim własnym stanie duszy, poeta mógł nie rozumieć powinowactw. Czyż nie był w najpiękniejszych chwilach Tołstoj właśnie królem Learem i czy nie jest to najbardziej sprawiedliwy punkt widzenia, gdy traktujemy jego pisma jako monologi tamtego potężnego widma. ------------------------------------------------ W tej chwili nie mogę jeszcze ocenić, jak *bardzo* wiele zawdzięczam Harrisowi. Książka ta należy do dojrzewających z wolna po przeczytaniu. ------------------------------------------------ Carlyle nie interesował się i nie widział powodu, dlaczego miałby interesować się Shelleyem; o Keatsie znam tylko jego bezwzględne powiedzenie o odgrzewaniu zdechłego psa. Ale co do Byrona mówi, że „pomimo” wszystko było w nim coś, pewna siła. W samej rzeczy, widzenie świata Teufelsdröcka i widzenie świata don Juana mają pewne powinowactwa. Keats rzuca przekleństwo z wyżyn idealizmu na bawiący się własną siłą cynizm. Shelley mówi, że hrabia Maddolo uwierzył w swą wyższość nad ludźmi, że ta wiara mu przesłoniła świat. Odnajdujemy tu więc rdzeń: Byron jest mniej zarażony ideologizmem, jego sentymentalizm posiada formę bardziej męską i to do pewnego stopnia tłumaczy go w oczach Carlyle'a. ------------------------------------------------ Shelley wierzył w absolutną samostwarzającą się swobodę: Browning nieustannie walczył z zagadnieniem tak pojętej indywidualności i jej możliwością istnienia pomimo to w świecie, w jakimś znaczeniu, jednym. Myślowo tu jest związek. Ale Cecchi ułatwia sobie sprawę. Frazeologia w krytce niemal nieunikniona, a *przecież* trzeba dojść do całkowitej swobody od niej. ------------------------------------------------ Ale, mój Boże, jak dotrwać? Nie może przecież Połoniecki z nadludzką cierpliwością opłacać koszty mojego dojrzewania umysłowego. Kogo zaś obchodzi u nas ta praca? Nie widzi jej nikt nawet. Polskim literatom ja byłem potrzebny jako ewentualny argument metafizyczny na rzecz wielkości własnej. Irzykowski miał słuszność: ja nie wiem, co myślę, ale na pewno coś myślę, bo Brzozowski byle chciał się mną zająć, to zaraz potrafi to wytłumaczyć. Byle chciał! Właśnie, że w stopniu nawet nieusprawiedliwionym zanika, prawie zanikła ta chęć. Napracowałem się i najeździli się na mnie aż do przesytu różni jeźdzcy. Mam już dosyć. Widzenie świata Berenta, światopogląd Nałkowskiej, głębokość Żeromskiego. Nie — nędzą polskiej literatury, jej potępieniem, jest *brak myśli*. Ani jednej myśli w całym tym ruchu. Nic, co by w zostało tu po męsku, w sposób określony i dobitny, pomyślane i przeżyte. Ci ludzie wiedzą, że istnieje zawsze pewna potencja uczucia, gestykulującego wzruszenia; myśl była potrzebna im tylko *o tyle*, o ile wywoływała uczuciowe echa. * 28 I Świat, do którego wprowadzają nas nowele Bandella, niełatwo jest dostępny. Miłość jest tu nieustannie działającym interesem życia: jednocześnie jest ona faktem fizycznym, fizjologicznym, widzianym tak jasno, że nie możemy nawet użyć wyrazu cynizm dla karczemności (?) tonu (?). Działa ona i to działanie jest uznawane, ale jakby bez-psychicznie. Ten Włoch wie, że w rozwoju tego faktu są fazy na wskroś uczuciowe i myślowe, monoideizm erotyczny, uznaje on bez wahania konsekwencje tego stanu rzeczy, tj. bezwzględną niemal władzę miłości, ale te psychiczne ogniwa pośrednie nie interesują go. Istnieje dla niego jakby sam gest, jednocześnie trywialny i wspaniały. Humor zdaje się być nieobecny, przynajmniej w głębszych formach. Nie możemy odnaleźć żywego centrum tego świata: odbudować w sobie jego uczucia. Jednocześnie oschle okrutnego i władającego. Namiętności niesentymentalnej. To właśnie więc. Namiętność jest tu przyjęta jako fakt natury. Bandello przyjmuje ją, ale się z nią lirycznie nie utożsamia. Intelektualnie, ale tylko intelektualnie, jest wobec niej swobodny. Niewątpliwie musiał on być drogi Stendhalowi i Mériméemu. Jednak jest on inny od nich. *Ego*, nasz twór XVIII i XIX wieku, choć już zakładane były w jego stuleciu podstawy, nie istnieje w jego pismach świadomie. Nie sądzi on namiętności i nie buntuje się przeciwko jej niewoli. Nie utożsamia się z nią, tj. nie *dostarcza* intelektualnych argumentów sile, która, gdy działa, umie sobie tworzyć własny intelekt i własną logikę. Nie kosztuje go to powstrzymanie się od sentymentalizmu; on nie wie — a przecież mógłby, bo petrarkizm i anty-petrarkizm — że się powstrzymuje. Dlatego tu nie ma metodologicznie tworzonego chłodu. Życie jest masywne. Ogarnia ta jego masa samego Bandella, ale nie przez mózg, lecz właśnie przez namiętność. Dlatego, chociaż osobiście czytam nowele te z pewnym przymusem, nie należy się tego wyrzekać. Jest to trudno dostępny dla mnie, ale cenny kulturalnie, stan duszy. Tędy się wnika głęboko w kulturę włoską, w duszę europejską sprzed sentymentalnej epoki. ------------------------------------------------ W moim artykule o rosyjskiej rewolucji i narodowych demokratach polskich, drukowanym w „Русскомъ Богатствҍ” i uważanym przez I. Daszyńskiego i C-ie za zdradę z mojej strony, jest pomiędzy innymi ostry i rzeczywiście, można by myśleć, więcej niż ryzykowny, niedający się usprawiedliwić, ustęp o „oświacie ludowej”. Bywały już chwile, gdy czyniłem sobie wyrzuty z tego powodu. Właściwie jednak rzeczy mają się gorzej i tragicznej, i wszystkie moje frazesy nie wyczerpały goryczy, jaka jest w faktach. Trucizna musi być w słowach, jeżeli jest w procesie. Oświata ludowa jest życiem umysłowym na cudze konto, jest kombinacją obłudy, tchórzostwa myślowego, zanikiem twardej woli obywatelskiej i politycznej. Wierzy się w lud. W istocie nie wierzy się tylko w siebie. Ale wierząc w lud zyskuje się mistyczny grunt dla nadziei programów politycznych, za które myśl nie pozwoliłaby nam przyjąć odpowiedzialności jako za własną działalność. Tam, gdzie widzimy niemożliwość i braki, tam wysuwa się mglista myśl, że na tym właśnie przecież polega posłannictwo ludu, że on dokonać zdoła rzeczy, których my nie umiemy nawet pomyśleć. Wolno więc nam jest mieć wiarę dziejową, nie mając woli. Temu ludowi my dostarczamy wiedzy i myśli. Ta wiedza ma być tylko pierwszym przedwstępnym krokiem. Może to nie być więc uznawana przez nas wiedza. Twórczość ludu z tej fazy wydobędzie prawdę. Na razie to nie jest prawda dla nas nawet. I tak wolno nam mieć wiarę, nie mając prawdy, nie troszcząc się o nią. Wolno żyć poza dążeniem do prawdy, do krytycznie wytkniętego i sprawdzonego celu i zachowywać przeświadczenie dodatniości własnej, więcej: przodownictwa i poświęcenia. To są czynniki psychiczne, z których wyrastają dziś nudy oświatowe. To jest przyczyna, że dzisiaj znowu wydaje się to drogą prowadzącą z rozbicia. Jest tu możność wyzwolenia się od odpowiedzialności, a zachowania samoocen, do których prawo nam daje tylko odpowiedzialność skutecznie i czynnie podejmowana. Historyk fałszów, które żarły i trawiły, zatruwały i niszczyły życie myślowe naszego narodu, samą jego istność wewnętrzną, które zagrażają samemu naszemu istnieniu, nie powinien, nie może, zapomnieć o oświacie ludowej. Adonais *Shelleya*: tu wszystkie chwiejności światopoglądu stały się wartościami artystycznymi. Może to najbezwzględniej piękny utwór P. B. Shelleya. W Cenci należy wyzyskać *problematy*, które uczyniły Beatrice i starego potwora interesującymi dla poety. Uwaga Lamba o Marlowe'owie i jego upodobaniu do *niebezpiecznych*, zakazanych stron życia. Tu nie o zakazaność idzie, lecz o ponad moralność, o nietzscheańskie osamotnienie. Jest to dla nas ważne *jako możliwe* światło, co do dalszego przebiegu rozwoju poety. Może jednak on jeszcze sobie tego nie uświadamiał i pisał Aufklärungsdrama. Zdaje się niezawodny wpłvw *osoby Byrona*. Epipsychidion piękne i godne, by Przybyszewski to przetworzył. Jak Novalisa. Nie przekład, lecz coś lepszego. Zawsze jednak nieunikniona pieczara i idylla. Wątpliwsze niż Adonais, chociaż oddzielne miejsca najsilniejsze ze wszystkiego, com u Shelleya znalazł. Porównanie z *Novalisem* byłoby wdzięczne. * 2 II Oto może (łagodnie) choroba duchowa Irzykowskiego. Przystępuje on do każdej sprawy z punktu widzenia zapoznającego, że dla tworzącego tę sprawę najważniejszą jest *rzeczą, aby była ona* stworzona. Gdy Irzykowski ją rozważa, jest ona już. Wtedy koncentracja ta wydaje mu się dowolnością, niesłusznym upraszczaniem, uprzywilejowywaniem pewnej przypadkowości. Najważniejsze wydaje się dla niego *zawsze to*, aby sprawa była dła niego interesująca, nowa lub by mogła być przez niego przedstawiona w sposób nowy, niepraktykowany dotąd, interesujący. Stąd jego nudne i wstrętne muchołapstwo duszy. Basta. Dość o Irzykowskim. * 3 II Irzykowski jest ślepy i głupio zły. Pisać Polakom, że historia *sama się robi*, że wskutek tego plany historyczne, o jakich pisałem ja, a przede wszystkim już w swoim mądrym, głębokim i męskim artykule p. Koneczny, jest rzeczą niepotrzebną, jest wszczynaniem kwestii sztucznych — to już szczyt ograniczoności. A ci panowie z „Widnokręgów” z tą samą dobrą miną dobrze wychowanych chłopczyków przełknęli artykuł Konecznego i drukują teraz kwasy starokawalerskie Irzykowskiego. To wydaje się im bezstronnością, równowagą myślową, powagą. Bóg wie wreszcie. Żadną miarą nie umiem sobie wyobrazić wnętrza głowy Biegeleisenów. Historia się robi sama. Nie sama, lecz przez olbrzymie machiny woli wytężonej przeciwko nam. Nie mogę pisać nawet dla siebie o tym. Pragnę zapomnieć o istnieniu Irzykowskiego; jest to prawdziwa zmora. Jeżeli zwariuję, on i Herbaczewski będą moimi widmami prześladowczymi. * 6 II Gdy spotkam ***, będzie mi on znowu deklamował o niepospolitości umysłu Irzykowskiego. Mój Boże, jak mam już was dosyć, was wszystkich niepospolitych, ciekawych, wybitnych, prawdziwie oryginalnych. Jak kurz to przesłania słońce, dusi i nie daje oddychać. Nie ma niepospolitego umysłu bez woli prawdy — a Irzykowski, a ***, a wszyscy dzisiejsi z młodopolskiej kultury — nie wiedzą nawet, jak to wygląda. Nie rozumieją oni, że prawda poznania daje spokój i stanowczość i że tylko fałszywy umysł ma tu coś do powiedzenia. Naturalnie związek ten tak się właściwie przedstawia, że myśl, która daje woli naszej, charakterowi naszemu spokojną pewność, zaufanie — jest prawdą i to jest jedyne ludzkie jej określenie. Ale właśnie musi być ten charakter, ta wola — inaczej myśl Tersytowska, która nigdy nie znajduje spokoju i sądzi, że ta jej ruchliwość to właśnie niezaspokojoność, bezwzględność, nieustraszoność dążenia do prawdy. Trzeba ignorować — ignorować, jakby nigdy nie istniał ów brzuchomówczy, świegotliwy element Tersytowski. Trzeba coraz pogłębiać fundamenty i coraz wyżej wznosić wały, mury, palisady i strażnice. Być samym. Bez chęci nawet i żalu, by było inaczej. Nie polemizować. Pisać w stylu konstatowania i kształtowania rzeczywistości, zupełnie nie dostrzegając biegeleiseniady, irzykowszczyzny, Zofii Nałkowskiej i tutti quanti. ------------------------------------------------ Naturalnie, *** nie wytrzymał i sprowadził sobie Weiningera. Po co, naprawdę, tym wszystkim dyletantom życia filozofia. I te frazesy, te niepowstrzymane potoki frazesów. Boże, daj mi wzmacniać dnia każdego moją biedną wolę. ------------------------------------------------ Nie daj się zahipnotyzować, że prace twoje są bezużyteczne, że nikogo nie obchodzą, nie trać z oczu, że tylko wielka systematyczność, tylko nagromadzenie wielkiego materiału konkretnego i opracowywanie go zawsze z punktu widzenia, z jakiego jest on dla ciebie ważny i interesujący, może zapewnić znaczenie i zdolność trwania oraz rozwoju twoim studiom. Cóż stąd, że taki *Macaulay* pozornie uniemożliwia samym tonem, stylem swej osoby stosowanie do niego miary, dajmy na to, religijnej. Wiesz, że religia odsłania ostateczne tajemnice człowieka — nie lękaj się paradoksalności, lecz bądź stanowczy i charakteryzuj niedrżącą ręką. Nie zapominaj, nie zapominaj nigdy, że pomimo wszystko istotnie w każdej chwili wolnej usiłowałeś wznieść głowę ponad piaskowiska porywające ci duszę i myśli — i badać, poznawać. To jest duma, to jest godność twoja. Urodziłeś się myślicielem i nie zastałeś miejsca dla tego typu ludzi w społeczeństwie. Od wczesnych dni dzieciństwa pojono cię automatycznie, uporczywie przeświadczeniem o „nierealności” twoich instynktów. Odebrano ci dobre sumienie w tym, w czym mieć je mogłeś. Miałeś i umiesz jeszcze mieć upartą, niezłomną prawie, wolę i nie masz przeświadczenia, dobrego samopoczucia tej woli. Tak żyłeś przez długie lata. Przez długie lata dojrzewał w tobie charakter, któremu byłeś wierny, ale jako występkowi, jako brakowi charakteru. W ten sposób wypaczona dusza nie wyprostowuje się już nigdy. Jesteś garbaty moralnie i fizycznie. Teraz przynajmniej nie daj się zatrwożyć. Dzień po dniu zbieraj fakty, ucz się tworzyć je z własnego wnętrza, rozszerzaj łączność swą i pokrewieństwo z całym pracowitym i mężnym gatunkiem. Nie dbaj, gdy cię będą posądzać, że czynisz to przez próżność, chęć popisania się nowymi nazwiskami. Miałeś tę wadę, masz ją w stopniu mniejszym. Nie jest to wada nazbyt trująca, lepiej byłoby, żeby nie była ona osłabła, jeżeli wraz z nią osłabnąć miał naiwny pociąg do zdobywania nowej wiedzy. Wola musi dźwignąć wszystko, czego już instynkt, pociąg i namiętność nie dźwigają. Nie pomoże, gdy będziesz mówił o wielkości umysłu europejskiego, musisz nakreślić jego dramat, nakreślić w stu, w ilu zdołasz, patetycznych, ale myślowo tylko — rozdziałach. Musisz ukazać całą dramatyczną nieprzewidzianość, cały polimorfizm prawdy, rozkochać w niej umysły jak w poszukiwaniu przygód. Mój Boże! Gdybym młodość spędził poznając ten dramat — dramat istnienia Michała Anioła, Leonarda, Galileusza, Kartezjusza, Bacona. Ojciec przecież widział, jak kurczowo zaciskały się palce na każdej książce, na literaturze Scherra, na XVIII wieku Schlossera, na Julianie Schmidcie, na Brandesie, na każdym tomie, który przynosił mi wieści. Dlaczego mnie tak zostawiono, dlaczego skazano na ugorowanie, na bezpłodną fermentację — całe warstwy, całe zakresy mej duszy. ------------------------------------------------ *Turgieniew* — na zawsze powinno to być święte dla mnie imię. Ojciec dał mi Spasowicza (miałem 14 lat), to nie był najgorszy podarunek — nie skorzystałem tak, jakbym mógł, ale skorzystałem ze studiów o Hamlecie, Byronie. Te zaś o Syrokomli, Polu niewątpliwie głęboko wryły się w duszę i *zrobiły dużo* — dużo dobrego, myślę. — Ale pamiętam tę noc w zajeździe. Przyjechaliśmy wtedy do Niemirowa po raz pierwszy podać prośbę o przyjęcie do gimnazjum i papiery, znaleźć mieszkanie. W nocy przed odjazdem pisałem głupi, błazeński list do W. Rostworowskiego z refleksjami o Kalince, którego ledwie parę stronic przeczytałem. Tylko jeden tom leżał wśród kurzu u Romualdów w salonie: II część bodaj drugiego tomu. I wtedy też ojciec zaczął mówić o *Kremerze*, myślę, że go nie czytał nigdy, a jednak mówił tym swoim zwykłym, na wpół drwiącym, na wpół skrępowanym przez coś, tonem, gdy mówił o filozofii. Było niemożliwie już dużo *cantu* w jego biednej głowie, a takimi rzeczami, takim tonem robił mi on dużo krzywdy. Jest to nasza specjalność ten polski ton — szacunku, który nie szanuje — nie ma czym. Biegun przeciwległy życiu, bez sugestii à la Tołstoj. Turgieniew i Bazarow — tu wnieśli życie ze sobą. Jest to wielka rzecz ten Bazarow. Jakeśmy rozprawiali o nim, jakeśmy rzucali sobie wzajemnie w twarz Рудина — ja — Stanisław Dybczyński — co się z nim stało? — Рудин! Mój Boże, pamiętam, gdy Dybczyński pytał się mnie z głęboką zasępioną miną, czy właściwie, moim zdaniem, Anna Karenina należała do *demimondu*. Zadecydowałem, że nie, choć Anny Kareniny jeszcze nie czytałem, a o demimondzie jakież miałem pojęcia! Przeklęta rzecz niektóre wspomnienia. Podłość i jeszcze raz podłość pewnych scen. A przecież było to rozprzężenie konieczne, pamiętam fakty, ale nie zdołam ocenić krzywdy, jaką wyrządziłem sobie w tym ostatnim roku. A przecież, gdym się włóczył z Nikołajewem, K…. M…. po szynkach i tych strasznych norach, które dziś przerażają we wspomnieniu, właściwie jak maniak rozmawiałem o Bucklea'ch i Draperach — jak szydził biedny Zieńkowski. Niewielką ma wartość czystość fizyczna. Zachowałem ją faktycznie. Byłem z pół setki razy dla towarzystwa, po pijanemu, ze zwierzęcej ciekawości w domach rozpusty i odgrywałem tam rolę Pierrota-obserwatora, śmieszną i ohydną. Ale najstraszniejsza była ta noc, gdy trzynastoletni Adaś wyszedł za nami ze stancji i wślizgnął się do tej jaskini. Nas było przy tym czterech osiemnastoletnich młodzieńców i patrzyliśmy z filozoficznym spokojem na dowody dojrzałości obiecującego pupila. To nie powinno być przebaczone. Jeżeli żyje ten człowiek, ma prawo żądać od nas satysfakcji, najwyższej, niepodobnej satysfakcji. T. zginął na delirium tremens, K. pewnie poszedł za nim. N. — jest pewno gdzieś urzędnikiem. A ja? Zrobiliśmy sobie obaj wówczas ciężkie krzywdy. Analiza, skąd to zjawisko? Ten fakt Adasia, jego coup d'état. Mój Boże, tego się biedny pan Jan pewno i nie domyślał. Biedne, biedne stare dzieci, ci dzierżawcy W*** — owi szatani kusiciele w opinii mej matki. Ach, Mamo! Jak to wszystko dzisiaj przedstawia się małe, bezbronne, śmieszne. To byli ojcowie rodzin, ojcowie, którzy mieli wychować pod ciężarem niebywałego ucisku pokolenie mężów. Biedne, zahukane Prometeusze! A przecież. Pamiętam, jak to czytało się Sienkiewicza, pamiętam rozmowy o Wilhelmie III, tym właśnie Mariuszu, o jego „napoleońskiej” roli co do Polaków, pamiętam deklamacje, płacz ojca. Te same łzy, które i ja mam już na poczekaniu — nawet bez kieliszka jak mój staruszek. A strach Białowskiego! A przede wszystkim zwłaszcza matka sama. Płacz i śmiech — ani odrobiny żelaza w tym wszystkim. Grzegorz Winogrodzki pewno widzi to inaczej — ale on był zawsze idylikiem. ------------------------------------------------ Publicysta, czy jest to Skarga lub Savonarola, czy Burke albo Blanqui lub Mochnacki, zawsze stara się (i w znacznej mierze automatycznie to osiąga) przedstawić samą rzeczywistość tak, aby pewna forma działania wydawała się nie tylko jedynie zbawienna, wartościowa, ale wręcz jedynie rzeczywista. Wola tu urabia apercepcję przede wszystkim w samym publicyście — a następnie już działając przez słowo żłobi dla siebie kanały i drogi w duszach i umysłach współczesnych. Przede wszystkim, gdy idzie nam o krytykę, dbać musimy oto, w jaki sposób powstała i utrzymuje się ta wola. Zdanie *Martineau* (zapewne Jamesa, nie Henriety) cytowane przez R. Inge'a w jego książce o angielskiej mistyce, dostarcza nam tu metodologicznego klucza. W gruncie klucz to jest przez Newmana z przedziwną czarującą subtelnością raz na zawsze przysposobiony. Mickiewicz u nas (a całe chrześcijaństwo zawsze i wszędzie) był tej metody w krytyce i filozofii, w całym królestwie ducha — a więc myśli i czynu — zwiastunem i głosicielem. Qui facit veritatem. I on — tylko. Ale Martineau dołącza pytanie: *jak* ją pełni, jak często, w jaki sposób, co znaczy pełnić, słowem: postępuje według najrdzenniejszych i istotnie drogocennych praw umysłu angielskiego. Freeman pisał Growth of English Constitution, ale dla filozofa pokusą jest inne zadanie: growth of English mind i może, jako podtytuł: lekcja logiki poglądowej lub też: jak zbudowana jest dusza ludzkości. O potędze — i to właśnie filozoficznej, metafizycznej obrazu, jaki roztoczyłoby rozpatrywanie tego rodzaju — Polacy i nie tylko Polacy nie mają wyobrażenia, a nie mnie widać danym będzie wnijść do tego królestwa. Znów choroba nieoczekiwana i paraliżująca. Co się stanie z nami, z biedną myślą i biedniejszą jeszcze rodziną moją? To także należy do mojego *facit*. Ale trzeba mieć odwagę, a wtedy wrośnie i ta choroba jako władza w jakości umysłu i dzieła. Tylko że odwagi nie staje i żal myśli niedosnutych. Dość o tym. Milcz i służ. Ale myśli moje daleko… jak daleko odbiegły. Pierwotnie myślałem o *Courierze* i teraz ze zdumieniem widzę, że pozornie tylko był to *ekskurs*. Tacy publicyści jak Courier są straszni, bo wola działa w nich jako artyzm, jako rozpławiony w artystycznym, niewzbudzającym podejrzenia, widzeniu, temperament. Ale tu dopiero Qui facit i Martineauwskie kategorie i punkty widzenia. Pedantyzm? Tak, w ręku pedanta. W ręku filozofa, poety, wejrzenie w głąb dziejów, duszy francuskiej. * 10 II Podłe uczucie obawy śmierci. Trudno zorientować się, gdzie zaczyna się czysty strach osobisty. Pomimo wszystko myślę, że w stanie duszy, który mnie dręczy, odnajduję tylko obawę o Irkę i żonę, i żal po przerwanym życiu myśli. Nie sądzę, aby było coś więcej. Staram się zajrzeć głęboko w duszę własną i nie znajduję w tej chwili *tej słabości*. Ale pragnę żyć, ale lękam się choroby, ale doprowadza mnie do rozpaczy mechaniczna, bezmyślna siła, która mnie dławi. * 12 II Browning — jak łatwo sformułować, jak szybko, niedostrzegalnie zsycha się dusza. Bezużyteczność wszystkiego, nie zostaje nic z natchnień, nie zostaje nic dla nas — dla własnej naszej duszy. Cóż z tego, że jest to na zewnątrz utajone w możliwościach, które mogą się rozbudzić. Można znienawidzieć wszystko, co jest czuciem, jego wspaniałością i wysubtelnieniem. Tak to oddziela się i opada jak łuska. Dochowanie wiary samemu sobie — w czym? W postanowieniu, w kierunku życia. Frazes. Frazes demagoga. Jest potrzebna taka wierność. Ale jak zapewnić trwanie chwili drogocennej, widzeniu, wzniesieniu się duszy, jak je wrzeźbić w duszę, sprawić, by były w niej? Każdy człowiek ma takie chwile, w każdym człowieku jest potencjalnie pełny cykl ludzkiego istnienia, ludzkiego — a wszystkie kosmologie i metafizyki to epizody biografii, to czyjś puls przyspieszony, czyjś błysk oczu — to wszystko w człowieku. Każdy ma w sobie Boga — stworzenie świata — upadek — odkupienie — całą tragedię bytu, która okolona jest przez ciemną noc, niemającą znaczenia ani nazwy w ludzkim życiu. Co nie jest biografią — nie jest w ogóle. Co sobie przypisuje ponad biograficzne, ponad konkretnie indywidualne znaczenie, jest właściwie *mniej* rzeczywiste. Apparent Failure Browninga — trzeba długo i sumiennie myśleć o tego rodzaju utworach. Trzeba wżyć się w nie, w ich powagę dla poety, aby zrozumieć, jakim błogosławieństwem dla Anglii była jego twórczość. ------------------------------------------------ Młodszość cywilizacyjna Polaków, pisał Szujski. Boże miłosierny, siwieją już włosy, starość odbiera rzeźkość i sprężystość wiązaniom członków i wciąż nie młodszość — ale lekkomyślna, zuchwała niedorosłość. Zuchwalstwo jest bezpłodne w myślowym świecie. Warchoł niewidzący grozy, przekrzyczeć usiłujący tragizm nieunikniony — nie dojdzie nigdy do źródła prawd płodnych. Bezreligijność myśli polskiej jest zdolna doprowadzić do rozpaczy. Tu wypowiada się jakby instynktownie wyczuty brak wszelkiego związku z długotrwałymi, powszechnie dojrzewającymi sprawami życia gatunkowego. Nie chcemy mierzyć samych siebie wielką miarą. ------------------------------------------------ Jak strasznie i beznadziejnie jestem sam. Moi uczniowie, mój Boże, mój Boże, najbardziej już sam jestem wobec moich „zwolenników”. Znaleźć siły — by nazwać w potężnych symbolach — wszystkie choroby i zdradliwe obłudy polskiej natury — ukazać je świadomości w silnym i jasnym dziele. Kroniki dramatyczne, *Rozbiory* — *Napoleonidzi* , r. 31–63 to mogłoby być moje dzieło. Miej odwagę chcieć, miej odwagę dążyć, miej odwagę trwale, uporczywie, jednolicie myśleć. Wola pisarza, opanowująca całą jego naturę, wrastająca w samo dno instynktów, od korzeni przeistaczająca i opanowująca naturę samą popędów, zmysłowego czucia — jest początkiem i źródłem stylu w wielkim znaczeniu. Miej odwagę — męstwo nieustannego przepajania każdej chwili myślą, nie toleruj w sobie żadnego obojętnego momentu, lecz staraj się dopracować łączności każdego atomu duszy z wielkim prawem. Niech to będzie twoją nieustanną religią. Moi przyjaciele! Wiecznie zadowolony, ćwierkający***. Skąd wrosło w te wszystkie umysły przekonanie, że życie powinno być *przyjemne*, przyjemne dla nich, i że gdy nie jest, ma to jakiekolwiek znaczenie godne obiektywnego opracowania. Wnet wciąga się w dyskusję społeczeństwo, Polskę, byt, dlatego tylko, że *tu*, w tej lub innej indywidualnostce, nastąpiła przerwa „w odczuwaniu przyjemności”. ------------------------------------------------ Gdy czytam książki krytyczne, filozoficzne, pisane przez poważnych pisarzów angielskich lub francuskich, jak np. teraz R. Inge o mistykach angielskich, a przede wszystkim rozdziały o Wordsworcie, Browningu, doznaję uczucia, a właściwie widzę dokładnie, że byłbym w stanie pracować na tym poziomie. Przez to określenie „na tym poziomie” rozumiem, że posiadam aparat ogólnego przygotowania kulturalno-literackiego, wystarczający, by nadać mojemu głosowi ważkość i konsystencję zewnętrzną, zabezpieczające prawo do mównicy. Zdaje mi się bowiem, że myślowo byłbym w stanie dać więcej, sięgnąć głębiej już dziś nawet na obcym terytorium. Ciężkie i smutne nieraz godziny przeżyte z Grammar of Assent Newmana, jego Apologią i listami przyniosły mi nieskończenie wiele pożytku. W obcowaniu z tym potężnym dobroczyńcą dusza moja zyskała pewne powinowactwo ze spokojem, tak całkowicie jej dotąd obce. Nie potrafię wypowiedzieć, jak nieskończenie wiele zawdzięczam Newmanowi. Cierpię, że nie mogę mieć wszystkich jego dzieł. Jego książki są dla mnie jakby żywym, nieskończenie przekonywującym, opanowującym światłością głosem. Czytanie ich już jest zlewem światła i spokojnie ufającego rozumu. Być może nie dojrzeję nigdy do momentu, w którym potrafię spokojnie opowiedzieć, co zaszło w głębokich warstwach mego umysłu i woli za wpływem Newmana. Lubię jak zaklęcie te trzy litery J. H. N. — są one dla mnie jakby przypomnieniem. Nie sądzę, aby Plato przedtem był dostępny dla mnie, nie sądzę, aby dostępne dla mnie były ciche, głębokie, oceaniczne i międzygwiezdne regiony poezji. Wszystko to zawdzięczam Newmanowi. Ani Meredith, ani Browning, których nazwiska łączą się w mej myśli z tym trzecim w jednym uczuciu kultu, nie byliby podziałali tak trwale ani tak głęboko. Nie zdobyłbym się na gorętszą sympatię dla Wordswortha, dusza Coleridge'a nawet, którego wspólne nam — aż do przerażenia — słabości natury czynią mi tak bliskim, którego nie wolno mi zdradzić, gdyż jest mi bratem całych godzin upadku i wyczerpania — Coleridge nawet, pomimo że te ciemne węzły zapewniać by mu się zdawały cieplejsze rozumienie — nie stałby mi się tak bliski, gdyby Grammar of Assent nie wyposażyła mego umysłu w męski organ tolerancji. Tolerancja i sympatia stają się łatwo centrami rozkładu i dezorganizacji, jeżeli myśl musi je krzywdzić. Newman — J. H. N. uchronił mnie od tego niebezpieczeństwa. ------------------------------------------------ Pierwsze ogólne założenia mojej krytyki zostały wytworzone przez studia Taine'a i miłość do niego. Miłość, która znowu wyszła z nienaturalnego i występnego z mej strony zaćmienia. Potem był okres, gdy Nietzsche najsilniej ciążył nad myślą krytyczną. Nietzsche i oddzielne intuicje, natchnienia. Sorel wywiódł mnie z tego stanu. Sorel, Bergson i Carlyle, ale etyczne jądro, pojęcie jaźni, osobowości — szczyt, gwiazda wykreślająca prawa tych wysiłków — była tu wciąż przesłonięta obłoczkiem, obłoczkiem, który powstawał z poczucia, że jest luka między postulatem myśli a jej organem, że nie umiem własnego postulatu realizować, lecz muszę liczyć na pomoc elementu lirycznego i nawet — niestety (mea culpa, choć było to zawsze w znacznej mierze bezwiednim, ale było jeszcze nawet w Legendzie) demagogicznego. Dlatego z taką przyjemnością myślę o dojrzalej części Idei, dlatego jestem tak przywiązany do tego tomu, że jest on pierwszy, w którym ta hańba i ta skaza są już nieobecne. To zawdzięczam Newmanowi i to uważam za stwierdzenie, jak bezwzględnie zdrowy, harmonijnie silny był ten cudowny umysł. M. Arnold miał widzenie jego wyjątkowości. Niech błogosławione będzie imię nauczyciela mego i dobroczyńcy. Prawie lękam się, że go znieważam przez to powiązanie mojej biednej duszy z jego światłością. Nie śmiem pisać więcej, nie śmiem snuć w słowach tego wątku — modlitwom jego przyszłość moją, duszę moją składam, ducha opiekuńczego o wstawiennictwo proszę, o rozumiejące miłosierdzie i ożywiającą siłę. Wierzę w Jego istnienie, wierzę, że żyje on w błogosławionej dziedzinie potężnej budowy, wierzę w moc wstawiennictwa, w błogosławioną siłę modlitwy i obcowania. Nie śmiem ja wznosić za niego moich modlitw. Stoję w milczeniu z rozwartą duszą. Modlę się o siłę, o zdolność wytrwania i o dobrotliwy wzgląd na dwoje dusz tak bezbronnych. Nie śmiem pisać, raz jeszcze czuję do głębi prawdę, straszliwą prawdę słów, które jutro — nędzo, nędzo i słabości — wydadzą mi się może uniesieniem. Źle, słabo może, ale wierzę, wierzę w tej chwili. Nikła jest ta wiara, może zelżywe jest jej samo istnienie. Nie mam innej. Tak wyzuta z prawdy jest moja dusza, z prawdy i odwagi wytrwania przy niej, tak wielka jest przemoc zimnych godzin, zelżywych chwil sceptycyzmu — a przede wszystkim życia mojego, życia tak pełnego błędu i słabości. Ani postanowień nie chcę tu pisać, ani modlitw. Wierzę w cichą przemianę na dnie duszy, w obecność siły, która przeobraża, leczy i wyzwala. Nic nie mogę napisać więcej — już przemaga znużenie i przesłania jasność. Teraz mogłyby już tu być tylko słowa. * 13 II *Pałubizm*. Irzykowski też przesunął się po obrzeżu pewnego osobliwego mistycyzmu i jeżeli nie rozwinął go, jeżeli poprzestał na zdradzającym go poniekąd gorącym zobrazowaniu świata Machowskiego, to nie sądzę, aby było to skutkiem samej tylko wyłącznie jego wstrzemięźliwości, która powściągnęła liryzm. On zapewne tak to sobie wyobraża i tłumaczy. Każde słowo, każde wypowiedzenie wypowiada, ukazuje, uwydatniając i naturalnie jednocześnie wykluczając, upraszczając, fałszując. Te dwie strony słowa są dwiema jedynie w abstrakcji, w żywej rzeczywistości to jest jedna i ta sama właściwość, ten sam proces. Irzykowski widzi — stara się widzieć tylko tę wykluczającą, fałszującą stronę. Widzi, że poza granicami słowa pozostaje świat nienazwany. Niewątpliwie ma on tu słuszność, gdyby nie to, że u niego ta nienazwaność, niespójność, odpadkowość z kolei stają się wykluczającą inne postacią rzeczywistości. Nie zdaje on sobie sprawy, że utrwala zawsze to, co nie stało się jeszcze myślą, lub nią być przestało: odpadki, skostnienia, niedojrzałości składają się na ten świat, jego zdaniem, prawdziwszy. Trudno chyba o drugi równie wybitny przykład, by ktoś uczynić zdołał siłę swą z tego, co jest słabością, z niezdolności decyzji, woli, stanowczości, jasnego życia, by ktoś umiał stworzyć grunt z braku zrozumienia i współczucia dla wielkich upraszczających i syntetyzujących interesów życiowych ludzkości. Dlatego tak trudno jest mi pisać o Irzykowskim, studium o nim musi być albo bez wartości, albo też nad miarę może dopuszczalną w krytyce — okrutne. Gdy się jednak zna naturę pisarskiego umysłu, można się obawiać, że prędzej czy później zajdzie coś takiego, co wytworzy we mnie impuls nie do przezwyciężenia, i wtedy wypowiem się z głębi piersi. Nie lubię Irzykowskiego. ------------------------------------------------ Matka moja jest najsilniejszym charakterem ludzkim, jaki spotkałem w życiu. Tak ustalonej w samym organizmie, tak bezwzględnej, bez wysiłku sięgającej po każdy środek, zarówno najniewinniejszy, jak najprzewrotniejszy — zimnej woli trudno sobie wyobrazić. Paradoks i tragedia tej duszy polegają na tym, że ta straszna siła działa w próżni i działając w ten sposób przepoiła się nią, stała się prawdziwie demoniczną potęgą wrogą życiu, niszczącą je w samych korzeniach. Obcowanie z tą kobietą zostawia w duszy pustkę ogołoconą ze wszystkiego — rozpaczliwą. Jej myśli, to, co ona mówi, wnętrze jej odbijające się w słowach, odruchach — robią wrażenie nagiej zwartej ściany, która *idzie* — idzie wprost na nas; jest to jakby grób, który wali się na nas. Po pewnym czasie jest się już zahipnotyzowanym, zdolność oporu zostaje zmniejszona; wszystko, co jest w nas chęcią życia, interesem życiowym, staje się w naszych oczach winą: szukamy usprawiedliwienia dla każdego czynnego, ciągnącego nas ku życiu, poznawaniu, tworzeniu stanu duszy. Nigdy nie wyleczę się z tego, co wytworzył, wyziębił, zniszczył we mnie wpływ Matki. Charakteryzuje to ***, że chciał on pisać do Matki, ponieważ, „on miał na nią pewien wpływ”. Rzeczywiście nieraz myślę z uczuciem, składającym się ze zdumienia, niedowierzania, prawie strachu, o tym, jak właściwie myślą pewni ludzie. Na pewnym poziomie lekkomyślność staje się czymś prawie tajemniczym. *** — wpływ na moją matkę! Istotnie. I *** chce pisać dramaty: w samej rzeczy tu stwierdza on głębokość swego widzenia charakterów. Kiedyś, gdy te słowa będą czytane, będzie widział w nich moją przewrotność — niesłusznie. Nie mamy prawa narzucać ludziom odrębności intelektualnych — ale mam prawo i ja przecież do swobody zostania ze sobą, do widzenia i nazywania rzeczy. Ale umysł jest zawsze banitą, „hors de lui”. *** może z całą naiwnością ignorować całe warstwy wypracowanych myśli, trwałych uczuć, właściwości woli — nie dostrzegać ich i ślizgać się z rozczulającym uśmiechem, nieustannie potrącając o coś bolesnego i krwawego. To jest naiwność, szczerość, dzieciństwo. Ale biada, nawet oszczędzając to „dziecię”, rozumieć je w milczeniu dla siebie tylko i ulżyć sobie choć przez wypowiedzenie tego rozumienia. Zresztą ja tu zaprawiam się w szczerości. Chcę, aby dalsze karty były coraz szczersze, bezwzględniejsze, zarówno, gdy idzie o moje wnętrze, jak i o innych ludzi. Mam ich dość, tych moich „naiwnych”, oddanych przyjaciół. Dwóch ludzi, którzy żyją w kontakcie ze mną, i trzeci wyjątkowy, bo w oddaleniu, wierzy — Ortwin, Rafał Buber i Witold Klinger — oto właściwie moi przyjaciele. Rafał Buber ma tyle dobroci i miękkiego wyczucia ran, że często samo jego spojrzenie już leczy z długich tygodni i miesięcy samotności i rozgoryczenia. Nie wiem, tak naprawdę nie wiem, czym zasłużyłem, abym w szlachetnym sercu tego człowieka zajmował tyle miejsca. Ostap Ortwin — tu poprzestanę na tym wspomnieniu. O nim chcę pisać dużo w tych czasach. O nim i o Klingerze, i o Buberze zresztą. *** jest jeszcze chłopcem — dzieckiem, i przez fatalną kulturę towarzyską — szkodzi sobie nieustannie i uraża. Uraża nieraz w sposób trudny do zrozumienia. Chrześcijaństwo jest dobrą rzeczą już jako towarzyska szkoła. Myślę, że i żydowstwo pewnie też. Ale dyletantyzm galicyjskich ćwierć-żydów jest gruntem, na którym nawet rośliny szlachetniejsze nabierają właściwości ciężkich do zniesienia — jak ciężkich. Eudajmonizm już przez to samo nie może być podstawą etyki, że najfatalniej bankrutuje jako zasada, jako nastrój decydujący w wychowaniu. Wychowanie jest obok miłości płciowej dziedziną, w której *etyka* jako taka, a więc do pewnego stopnia niezależna od status quo obyczajowości, prawa, wykazuje swą sprawczość. Myślę, że w dziedzinie stosunków erotycznych, jak i w dziedzinie pedagogicznej, wychowania rodzinnego — przekonanie o „prawie do szczęścia” zostaje zdemaskowane bardzo szybko jako najfatalniejszy, arogancki, szkodliwy błąd. Ale naturalnie, by to widzieć — trzeba chcieć mieć oczy. *** jest jeszcze w fazie okularów. ------------------------------------------------ Z planów moich, które powinienem wykonać. Powinienem, pamiętając o tym, com tu zapisał wczoraj i co jest niewątpliwie trzeźwą prawdą, którą tylko zmęczenie, pewne lenistwo, nuda i zniechęcenie wytwarzane przez moją gorzką i drogocenną zarazem samotność — mi przesłaniają. Mogę już dzisiaj pisać tak, żeby to, co piszę, wytrzymywało miarę najkulturalniejszej publiczności europejskiej. Dlatego też powinienem mieć odwagę szczerości bezwzględnej. Mówić jasno, gdzie kończy się moje przygotowanie, określać jego granice, królewsko ignorować świat Feldmanów, Garfeinów-Garskich i Irzykowskich. Pisać własną terminologją, własnymi stanowiskami, robiąc dla nich miejsce w świecie. Jestem filozofem. Nikt inny nie bvł nim w innym znaczeniu tego-słowa niż to, w jakim ja jestem. Wiem, że mam, do końca życia będę miał, mistrzów. Byłoby to oznaką dezorganizacji umysłu, gdybym przestał myśleć ze czcią o Newmanie, Platonie, Kancie, Heglu, Berkeleyu — nieskończenie wielu innych. Ale w tym świecie i ja jestem. Czuję, że umiem samoistnie żyć w tym powietrzu. Jest to wielkie szczęście. Samotność ukazuje w tym momencie swe drogie oblicze. Cichego szczęścia, spokoju, pokornego istnienia w bycie Twoim, Panie. Wracam do planów. Określić dokładnie rodzaj i granice moich informacji i napisać o umyśle Heinego. Sartor Resartus tu powinien być kluczem — a konsekwencje i analizy, intuicje i przeniknięcia powinny sięgać śmiało i nie uspakajać się, póki się nie osiągnie światła. Teraz nie przebaczę już sobie żadnej rzeczy, która zamknięta zostanie w mroku. Ani patos, ani ironia. ------------------------------------------------ *Aktorstwo w pisaniu*. Jak nadużyliśmy słowa jako naturlautu. Do niemożliwości. I tu *Heine* może dostarczyć gruntu, ale uwydatnić powinowactwo z Nietzschem — tylko wydobyć na jaw piękne i okrutne dziewictwo duszy Nietzschego. Ten rys, za który kochać nie przestanę, i biada wszystkim, co go zdradzą. Za tę czystość jego, za skandynawską śnieżną nieprzystępność duszy, za granit i fiord kontemplacji. *Za to* jedno powinien on być czczony. Jaka szkoda, jaka szkoda, że znał on i dał się uwieść tej „dziewce” Wagnerowi. Źle z każdym, kogo nie boli wagnerianizm Nietzschego. Nienawidzę Wagnerowskiej frazeologii. Jest to mój wróg osobisty. O Schopenhauerze nie mogę dzisiaj mówić. Prawie wszystko konkretne zapomniałem. Jeszcze nie umiałem czytać konkretnie. Dobrze byłoby go czytać tuż przy Heinem — ale nie odwlekaj. Napisz dumną przedmowę — a będziesz wracał i uzupełniał. Dalej *Stirner* i Thoreau. Ach tak! Ciągnie do przejechania się po niemczyźnie, po hipnozie wszystkich Irzykowskich tego świata. Ten Stirner nadaje się do tego. Ach, nie oszczędzać go. Tłuc ze wszystkich stron. Ukazać ohydę i bezkształtność w zestawieniu z latyńskim światem, brudnowatość w zestawieniu ze stu-zmysłową i leśną duszą Thoreau. Trzasnąć w łeb srebrną trąbą, rogiem odważnego poszukiwacza skał, źródeł i męstwa, Stevensona, przywalić granitowym złomem, wśród którego ruiny, jak cud, w coś wszczepiły korzenie niezapominajki, dzikie głogi polne — Norwida. Cudowne piękno duszy polskiej. Tej duszy, którą dzisiaj zdradza wszystko. Boże mój, Boże mój, pozwól mi pracować, pozwól skupić siły. Daj jeszcze żyć dla Polski. Z rozkoszą, dumą — bezwzględnością po Stirnerze zawadzić Feuerbacha. Bokiem jeszcze tylko i zawsze śmiertelnie, nie w osobę, ale w zmorę tego narodu-wroga. Carlyle, Emerson, Renan, Newman — cios ostateczny. Potem Kleist — tu mężnie i z dumą. Miecz pochylić. Tarczę pod skrwawioną głowę. Nic z Nowaczyńskiego. Głębokiej duszy Niemiec się pokłonić. Skrzyżować miecz przed cieniem Bismarcka. Ukazać widmo w grozie. Wieźć je po szańcach. Na Wawelu je postawić. Tam rzucić wyzwanie żelazną mową. Niech się obudzą. Śmią krytykować Wyspiańskiego — Irzykowski, Herbaczewski et C-ie. Sz. ma pewne zastrzeżenia. T. nie wie, „czy Wyspiański patrzył na świat historycznie”. Kańczuga na rozzuchwalone plemię. Na zadomowioną małość duszy polskiej. *Kipling* i *D'Annunzio*. Głęboko można tym korytem wpłynąć w duszę nowoczesną. D'Annunzio — i Włochy. Ukazać próby nowego odrodzenia. Cień Mazziniego. Carducci. — Żelazna dusza Crispiego. Boże, daj siły, daj siły. *Carlyle, Michelet i Renan* — krótkie charakterystyki i wywody. *Jerzy Sorel* — jako mistrz moralnego życia epoki, jego sumienie. *Poezja Wordswortha* i nauka moralna Kanta — wykazać powinowactwa i różnice, ugruntować religijne pojęcie poezji. Wreszcie moje studium o filozoficznym znaczeniu pojęcia Boga, a raczej coś całkiem nieobjętego przez ten tytuł — obronę religijnego życia, atak na optymistycznego filistra, szlachcica i żyda. Jowialskiego i Papkina. Daj się przejechać, Panie — a do gruntu po tym tałatajstwie, spłukać głupotę i miałki wrzask z polskiego życia. Nie dawać pardonu rozkochanym w sobie skrofułom. Narcyzowatości nóg wykrzywionych przez chorobę angielską nie szczędzić. Walić z ramienia w szpetotę. Bić śmiechem. Tańczyć na pobojowisku. Sprawić stypę. Z czaszki Feldmana pić za zdrowie wiecznie żywej duszy polskiej. Irzykowskiego padlinę na pożywienie chartom, które szczują zajęczo kręte omamienia dzisiejszej kultury niemieckiej. ------------------------------------------------ Sekret, sekret poliszynela. *Literat polski instynktem* czuje, że literat niemiecki jest rozwinięciem tego typu, który w nim bez jego winy jest umęczony. Tu bolączka patriotyzmu. Ale kto was trzyma. Odstępowałbym was tuzinami Pressom, Blattom. Och, Boże! Niemcy dziś znowu nie mają kultury. Są znowu w stanie sprzed Goethego. Znowu lokajstwo wszystkich stylów — tylko dziś zarozumiałe. Lokaj się dorobił. Jest baronem na Sadowej i Sedanie. Styl niemieckich modernistów, wszystkich tych Schaukalów etc., etc. I to chce pisać o Francji, rezonować o Włoszech, czuć dziewicze rycerstwo angielskiej poezji. Ibsen niech wam wystarczy. Ibsen właśnie. Ani go za dużo, ani za mało. Pomimo że jest tak wielki. Pomimo Kronpretendentów, Gynta, Dzikiej kaczki — pomysłu: *Zbudźmy się* i tego — skąd mu to — cudownego dialogu Hilde i Solnessa — Raubvogel! *Poezja*! A ja wciąż nie mam tych pośmiertnych 4 tomów. Nigdy nie uwierzę, aby *** nie był w stanie wydostać ich dla mnie. Ale oni wolą uczynić ofiarę z życia. Panie — broń mnie i dziecka mego od sentymentalistów. Dlatego *wojna* 1) płaczliwemu tonowi Ireny, 2) jej zwyczajowi prezentów, 3) jej manii troskliwości, choćby o nas, 4) powolności mówienia. Rozwijać stanowczość, geometryczną precyzję, stalowość, fechmistrzowstwo duszy. * 14 II Znaczenie Lorda Jima. Zabija go utrata własnego szacunku, poczucia własnej godności. Od tej chwili ginie dla niego cały olbrzymi świat, który materialnie go otacza, w którym bierze on udział. Problem przybiera tu postać bardziej skomplikowaną, nowoczesną, wskutek tego, że ten świat materialny azjatycko-tropikalny jest niewspółmierny z naszą etyką i wobec niego nasza etyka, nasze sumienie, bezwzględne nakazy, stanowiące samą istotę naszej osobowości, są tylko postulatem, czymś względnym, przypadkiem, który walczy dopiero o swoje istnienie. Ten świat został tu schłonięty przez wir sumienia biednego lorda Jima, dla którego, jak dla Makbeta, według głębokich słów S. T. Coleridge'a, wszystko stało się wewnętrznym i ta ruina wewnętrzna z kolei stała się ruiną życiową. Bezwzględnie dla samego Conrada tu jest problem, co do którego się waha on. Jego głęboki nihilizm jednak czuje się czymś innym wobec „orientalizmu” i cofa się przed nim. Teraz staje się dla mnie ciekawym pytaniem psychologicznym dedykacja jakiejś powieści Conradowskiej Wellsowi jako monografiście Kippsów. Kipps — to lord Jim, który nie wyjechał. To lord Jim, który nie wie, z jakiej otchłani wydobyły się jego niewystawiane na próbę zachodnie pojęcia „o postępowaniu” etc. Ale Wells jest raczej zdania, że pewien amorfizm moralny, który nie dopuszcza do tego, aby jakieś załamanie życiowe stało się ostateczne — jest raczej pożyteczny. Ludzie muszą być brudnawi i muszą się nauczyć, że to nie powinno prowadzić ani do rozpaczy i samopotępienia, ani do ugrzęźnięcia w brudzie. Tono-Bungay, Kippsy, współczesne, opisowe powieści Wellsa przynoszą ze sobą ten ton bezosobowej wyrozumiałości. Życie jest procesem w tak niesłychanym stopniu przekraczającym zakres naszej osobistej kontroli, że nie możemy uważać odpowiedzialności osobistej za hipotezę czyniącą zadość wszystkim stronom rzeczywistości. I tu także stosować się daje ów sceptyzm instrumentu: gdyż ostatecznie *ja* zachodnie jest hipotezą, instrumentem czynnym, etycznym, tak jak pojęcia matematyki, przyrodoznawstwa są hipotezami teoretycznymi. Ciekawość moja więc dotyczy tego, czy Conrad dedykuje myślicielowi czy też artyście, powieściopisarzowi, który w samej rzeczy wypracował nową formę obyczajowej powieści — formę nie dającą się zaklasyfikować ani z Balzakowską, ani z Zolą, ani z Rosjanami (pomimo pewnych powinowactw, które mogą uwieść). * 15 II Muszę jednak właściwie sztucznie hipnotyzować się, by utrzymać wolę pisania. Teraz myślę np. o rzeczy o Heinem. Już naprzód widzę wszystkie nieporozumienia, całą złą wolę, która udawać będzie z taką maestrią, że usiłowała rozumieć. A przede wszystkim moi tzw. zwolennicy. Jest dla mnie rzeczą pewną, że człowiek 0 pewnych zdolnościach i o szczerej woli myślenia i poznawania byłby w stanie z dotychczasowych moich prac wyłuskać już całą organiczną moją filozofię. W tym kierunku jednak nie można zauważyć żadnych symptomatów. Bez końca i bez końca te same schematyzmy i frazeologia. Jak mi to obrzydło, jak strasznie już obrzydło to paradoksalne rzemiosło filozofa i analityka kultury w Polsce. To nierozumienie samego poziomu w mojej pracy, to bagatelizowanie jej w samych pochwałach, a przede wszystkim sami ci chwalący. Co jest pomiędzy mną a nimi? Dziesięć lat, dziesięć lat obiecuję sobie nieustannie, że wreszcie natrafię na żywy nurt, który wyniesie mnie na swobodną przestrzeń. ***! Czy choćby na jedną chwilę rozumie on, czym jest dla mnie niemożność działania? Dość, już dość, gdyż trucizna tych refleksji nie da się ubezwładnić przez wypowiedzenia. * 20 II Biegeleisen właściwie zasługiwałby na solidną odprawę. Jest on bardzo przekonany o poważnym znaczeniu jego argumentu z czasem dyssypacyjnym. Jest to dość śmieszne. Czas dyssypacyjny jest niewątpliwie inną niż czas astronomiczny postacią unormowania stosunków między durée w nas a *różnymi* durée poza nami. Należy on jednak do tego samego typu konstrukcji, co i czas astronomiczny. Różność tych konstrukcji jest tylko pięknym potwierdzeniem (ale już bliskim powierzchni, drugorzędnym) widzenia rzeczy Bergsona. Chłopięta ze szkoły Twardowskiego nazbyt są przeświadczone, że wiedza bywa solidna tylko u nich. „Grzeszy niewiadomością” wyraża grzeczne przypuszczenie pan Biegeleisen o Bergsonie. Filozof może nie znać wszystkich faktów — choć powinien znać ich jak najwięcej, ale jego zadanie zaczyna się dopiero na podstawie tej znajomości, jako wyczerpująca i wszechstronna eksperymentacja wewnętrzna. W tej specyficznie filozoficznej dziedzinie Biegeleisen jest całkowicie bezsilny i nieustannie zdaje mu się, że ten lub ów fakt jest ostatecznym argumentem przeciwko jakiemuś widzeniu rzeczy, dlatego tylko, że nie umie wykonać ani jednej orientacji filozoficznej, że fakty tkwią w nim martwo, że, słowem, filozofia jest dla niego równie obca jak literatura, poezja, historia, polityka. Być może, że ma on jakąś wartość w jakiejś dziedzinie. Nie umiem sobie jednak wyobrazić, jak ta dziedzina wygląda. Nudzi mnie ten mój akademicki i uroczysty krytyk. Brr!.. Wizja pralni, kołnierzyków, mankietów — całej galicyjskiej anglomanii. Respectability! Niech was diabli wezmą! Pan Brzozowski, pisze Biegeleisen — uważa stanowisko Bergsona za dowiedzione. Niewątpliwie — choć nie w ten szkolarsko-prawniczy sposób, w jaki rozumuje czarno-żółta głowa redaktora „Widnokręgów”. Bo Bergson może tu pozostać poza dyskusją. I wcale w innej drodze można dojść do tych samych stanowisk, trzeba dojść, jeżeli się jest filozofem, tj. myśli się całokształtem swego moralnego doświadczenia. Właściwie nieustannie rzeczy toczą się o to: w jaki sposób jakakolwiek treść intelektualna może wyrażać byt pozaludzki, być z nim zrównana. Jeżeli idzie panu Biegeleisenowi o autorytety — stary Berkeley wystarcza. Ci panowie mają przed oczyma zaledwie mały zakątek umysłowego świata, jedynie pewną dziedzinkę poznania naukowego. Ona im przesłania wszystko dla braku doświadczeń wewnętrznych i tej potrzeby, która prowadzi do ich zdobywania. Gdy wchodzą oni do filozofii — przestają być artystami, poetami, obywatelami, historykami, ludźmi. Potem, załatwiwszy się w odpowiadający takiemu zacieśnieniu karykaturalny, biurokratyczny sposób z filozofią, wracają do życia. ------------------------------------------------ Poezja Shelleya istotnie jest fenomenem trudnym do scharakteryzowania. Wątpię, czy istnieje tu coś poza stopniem niejasnej tendencji. Ani Wordsworth, ani Coleridge nawet, ani Lamb (pomimo ciasnej sfery), ani tym bardziej Blake nie mogą być porównywani pod względem głębokości i jedności z Shelleyem bez wielkiej dla tego ostatniego ujmy. ------------------------------------------------ Trzeźwa, analizująca myśl dokładnie zdaje sobie sprawę, jak przypadkowo, historycznie i zewnętrznie uwarunkowanym jest tworem taka kategoria klasyfikacyjna jak romantyzm. Zewnętrzna historia tego terminu, byle tylko z odrobiną w głąb sięgającego krytycyzmu oraz zmysłu i zainteresowania psychologicznego przeprowadzona — byłaby niewątpliwie najlepszym wstępem do filozoficznych roztrząsań. Historia prawdziwa, rzetelna, odtwarzająca proces jest celem znowu tego przejściowego filozoficznego stadium. Ale czy to wszystko przeszkadza mi ujmować myśli własne w rozumowaniu i rozmyślaniu o romantyzmie — tj. czy przeszkadza to mi wszystko nadawać ten tytuł moim myślom? Chory jestem, nie mogę, nie chce mi się pisać. ------------------------------------------------ Balzac dąży w swych powieściach do wzbudzenia i utrzymania interesu dla rozwoju namiętności, traktowanych niezależnie od wszelkich sentymentalnych domieszek. Nie idzie mu o współczucie ani o wzbudzenie tego samego tonu, lecz o jasnowidzenie intelektualne ukazujące namiętność w całym jej pozaetycznym, pozaracjonalnym charakterze. Osiąga on to, wzbudzając w nas i utrzymując poczucie tej rzeczywistości, która jest przez namiętność zagrożona. Interes dla tej rzeczywistości daje ciągłość tym powieściom, skupia uwagę. Teologia i socjologia Balzaca są elementem integralnym jego artyzmu. Ciekawy musi być stan umysłu krytyków , zdolnych wyobrazić sobie, że taki jak Balzac pisarz może wprowadzać do swego dzieła elementy absolutnie poza organiczne. Ale przyjmują oni rezultat — styl Balzaca, i przyjąwszy, myślą, że teraz mogą usuwać tony, z których ten styl się składa. ------------------------------------------------ Nigdy syntetycznego ujęcia — nigdy historycznej perspektywy — nigdy idei oświetlającej wielkie dziedziny faktów. Któż jeżeli nie Irzykowski powinien był spostrzec, że dramaty Kleista, Hebbla (Bernauer) są doskonałą antytezą Samuela Zborowskiego, ale Irzykowski woli pisać „lombard paradoksów”, kuźnię bluźnierstw i inne głupstwa, nad którymi unoszą się tumany kurzu i moli. O Galicjo! * 11 marca Muszę zapisywać myśli w miarę, jak ukazują się one. Przekonałem się, jak łatwo one giną. Ale zmęczony jestem i w ciągu pisania ginie mi barwa, ton, ciepło. Poprzestać muszę na suchej notatce. *Kobiety Tomasza Hardy'ego*. Zasadniczym punktem jest stosunek intelektu do płci. Intelekt nie chce utożsamić się z płcią. *Sue* w Judzie spogląda z przerażeniem, nieufnością na własne swe *ja* płciowe. *Eustacja* pragnęła uwierzyć w swą umysłową naturę, pociąg do interesującego kulturalnie, interesującego jednak właśnie dlatego, że jest ona w stanie niepokoju i rozdwojenia. *Laodiceanka* spełnia obowiązek, udziela satysfakcji. Coś podobnego i w Lady Constantine (?). Mistrz kobiecej psychologii, głębszy niewątpliwie od Strindberga. * 5 kwietnia Coleridge mówi o Sir Tomaszu Brownie, że był on bezwiednym spinozystą; podobny pogląd wygłasza Saint-Beuve o Montaigne'u. Spinozyzm polega, jak sądzę, na tym, że uważamy kulturę w najogólniejszym znaczeniu tego wyrazu za wynik nieznanej nam wartości, że jest ona dla nas skutkiem i formą istnienia niepoznawalnej istoty; sam punkt widzenia zarówno Heglowski, jak Vica, Newmana, mój etc. uznaje wszelkie wartości i wszelkie właściwości wartości za wyniki i formy istnienia kultury. Swedenborg mówi: — Biada każdemu, kto na początku kładzie naturę. Stosunek do Boga jest sumą i istotą wszystkich tych stosunków, stanowisk, sił, dążeń, które tworzą kulturę. Kultura jest wyjściem poza człowieka aktualnego, by go przetworzyć spoza niego. Nadludzkie tworzy człowieka i określa go. Cała przyroda trzyma się na nadprzyrodzonym. Są to nie poglądy, lecz głębokie i niezaprzeczalne fakty. Stosunek do Boga musi zawierać w sobie moment, który nie pozwala mu stać się częścią, a choćby tylko sumą, człowieka aktualnego. Nie może on być pojęciem. Bóg — pojęcie jest tym samym, co natura. Takie jest znaczenie Trójcy. Czy to widział w ten sposób S. T. Coleridge? Chcąc zrozumieć tajemnicę Trójcy powinniśmy ją wyprowadzić z istoty współżycia ludzkiego. Bóg jest podstawą i źródłem wszystkich stosunków międzyludzkich. Czy wyprowadzić w ten sposób ten dogmat znaczy to odebrać mu walor religijny? Bynajmniej. Życie ludzkie jest religią, jako fakt i usiłowanie zrozumienia go, uświadomienia, ujęcia tworzy religię jako myśl, wiarę, świadomość. Człowiek jest tak zbudowany, że dążąc do poznania siebie odnajduje Boga. Ale wtedy Bóg jest czymś tylko *ludzkim*? Nadzwyczajne. Jak gdyby prawda była pozaludzka. Poznając siebie człowiek poznaje budowę bytu, budowę prawdy, wrasta w nią myślą, tak jest w nią wpojony istnieniem. ------------------------------------------------ W powieściach Hardy'ego są komediowe charaktery, ale nie ma naokoło nich komediowego nastroju. To, co czyni je komediowymi, staje się w odczuciu autora poważną rzeczą. Ciąży na nim. Meredith współczuje ze zwycięstwem, solidaryzuje się z nim. Hardy z dźwigającymi barkami. Jest w nim pewna cyklopiczność Geist der Schwere. ------------------------------------------------ Wells nie ufa doskonałości. Zarówno w poznaniu, jak w etyce. Stąd jego powiedzenie o Chrystusie. Stąd pewna bloatwise(?), obrzękłość w jego powieściach. Jego ludzie są z tłuszczu, mają na sobie i naokoło siebie jego pot i kurz. I w tym wszystkim „beauty”. To jest, nie wiadomo dlaczego podoba się to, niemające właściwie niczego, co by usprawiedliwiało to podobanie, to astmatyczne, zadyszane, brudnawe istnienie. W Twainie niezrównanie więcej zdrowia. Doznaję wrażenia, że słyszę samo brzmienie głosu, intonację tego „beauty” wymawianego przez Wellsa i że jest w tym coś bezradnie zmysłowego, lubieżnego bez namiętności, zadziwionego przez zachód słońca wśród trawienia i łączącego te dwa fenomeny w jedno na wpół-cielesne odczucie. ------------------------------------------------ I know, I know Newmana nie jest dowolnym zwrotem literackim — zresztą u Newmana nie ma tego rodzaju dowolności, jego pisarstwo jest doskonałym, ścisłym wyrazem myśli. I know, I know jest sformułowaniem niezrównanym faktu trudnego do uchwycenia, lecz niezaprzeczalnego, stanowiącego najgłębszą podstawę naszej istoty. Na dnie naszej duszy jest światło. Pozostaje ono w łączności ze słońcem niegasnącym i *wie* o tym, *wie*, że wie prawdę o każdej rzeczy, która się jej ukaże, gdyż jedynymi rzeczami, jedynymi rzeczywistościami są decyzje woli, fakty, a raczej akty — czyny moralne. Wiemy, że wiemy całą prawdę o nich i widzimy każdą różnicę, każde odstąpienie, zboczenie, uchylenie od tej prawdy, ale ująć ją wprost, sformułować in abstracto i ex professo nie jesteśmy w stanie. I know, I know Newmana — to znakomite określenie tego, co tak wspaniale zresztą wypowiedział Pugno w „Voce” o świadomości religijnej, a raczej o budowie duchowej natur religijnych. Nie zapomnieć, nie utracać z oczu tego I know, I know. Każda wiara w zbawienie człowieka musi być uniwersalna. Katolicyzm jest nieuchronny. Nieuchronnym, w samej idei człowieka zakorzenionym, faktem jest kościół. Człowiek jest niezrozumiałą zagadką bez kościoła. Życie ludzkie jest szyderstwem i igraszką, jeżeli kościoła nie ma. ------------------------------------------------ Mental „hinterland” H. G. Wellsa nie zapomnieć i nie stracić z oczu. W gruncie rzeczy nie myliłem się — jest to przecież coś spowinowaconego z owym „*it*” Marka Twaina. Dość ciekawy punkt widzenia w polityce przy czytaniu Wellsa. Każda klasa ma swój sposób życia i wynikające z niego zaspokojone lub niezaspokojone potrzeby. To stanowi nieuniknioną jej ograniczoność, ale poza obrębem tych granic może istnieć, i in potentia istnieje, zdolność i wola konstrukcji społecznej. Konstrukcja ta jest jedynym właściwie przedmiotem polityki. I ona tylko wchodzi w rachubę. Zdolność lub niezdolność konstruktywna jest tym, co kwalifikuje lub dyskwalifikuje polityczne klasy. Najczęściej jednak uważa się wprost *inny*, niż nasz klasowy, habitus za źródło wszystkich klęsk i braków naszego ustroju politycznego i bezwiednie uważa się sam brak tylko tego habitusu lub posiadanie habitusu sympatycznego za zdolność polityczną i źródło nadziei. Posłowie Wydany w połowie r. 1910 zbiór studiów społeczno-filozoficznych, objęty tomem Idee, miał być wedle pierwotnego zamysłu autora zaokrąglony i zreasumowany pewnego rodzaju autobiografią intelektualną, artykułem konkludującym pt. Dzieje pewnego umysłu, w którym Brzozowski pragnął skreślić „własną — jak pisał — naturalnie wyłącznie filozoficzną teoretyczną autobiografię”. „Ale przy próbach wykonania okazało się — donosił w liście z 14 kwietnia 1910 r.— że to rozrosłoby się pewno w wielki tom, trudny do napisania. Sądzę więc — pisał — że dobrze będzie poprzestać 1) na przedmowie, 2) na zakończeniu, zawierającym coś w rodzaju mojego Discours sur la méthode”. Porzucona na razie myśl autobiografii widocznie nie całkiem jednak poszła w niepamięć. Odżyła na nowo w innej formie, wyłaniając z siebie niniejszy Pamiętnik w długich miesiącach najbliższej zimy, kiedy twórczość autora, skazana długotrwałą chorobą na przymusowy wypoczynek, musiała sobie w pisaniu dziennika szukać tymczasowego bodaj surogatu systematycznej, ześrodkowanej pracy literackiej. Że zrazu Pamiętnik miał pełnić głównie tę zastępczą tylko rolę w okresie czy momentach pewnego osłabienia wytężonej dotychczas twórczości, świadczyłaby przede wszystkim ta okoliczność, że ciągłość jego urywa się i ustaje zaraz w tym miesiącu następnego roku, w którym po dłuższej przerwie zaczyna się znów ożywiać praca ściśle literacka. (Studium o Karolu Lambie i Józefie Konradzie w Głosach wśród nocy). Świadczyłaby zresztą o tym i sama treść Pamiętnika oraz jej charakter. Składają się na nią bowiem w przeważnej części luźne uwagi i dorywcze zapiski, wybłysłe z chwilowej inspiracji rzuty i odruchy myśli, kreślone zazwyczaj na marginesach książek, równocześnie studiowanych, dotyczące głównie pisarzy, których lekturę autor właśnie uprawia. Z rzadka tylko tu i ówdzie te ściśle rzeczowe poglądy i rozpatrywania przerywa wynurzenie osobiste autora, a i tych treścią są przede wszystkim projekty, plany i zarysy prac zamierzonych w najbliższej przyszłości, wycieczki polemiczne, zwrócone przeciwko głosom postronnym o pracach dotychczasowych, lub wreszcie rozrachunki ze zwalczanymi przez siebie stanowiskami i prądami umysłowymi w Polsce. Zapisując te okruchy impulsywnie napływających myśli „sub specie poruszenia duchowego”, ratował je w ten sposób Brzozowski od grożącego im rozpłynięcia się bez śladu, wniwecz, pod mgłą oddalenia, chronił przed łatwym w tego rodzaju wybuchowej eksploatacji twórczej, jakiej typ przedstawiał, zapomnieniem, gromadził jako tymczasowy, przygotowawczy materiał do dalszego rozsnucia, rozwinięcia i pogłębienia w pracach późniejszych. Miał zresztą pełną świadomość, że te „nieprodukcyjne godziny, dnie, tygodnie, to zarazem rosnąca przyszłość jego”, to nieprzerwany wytrwały okres statecznej konsolidacji wewnętrznego dojrzewania i twardnienia, okres, w którym duszę nie tylko odświeżał, zasilał i karmił, ale i wyplątywał z tysiąca matni, rozprostywał, wzmacniał, uodporniał i uzbrajał w doskonalsze narzędzia i organy. Tym zaś droższym i cenniejszym musiał mu być każdy nowy węzeł, załom i przyrost procesu myślowego, każde świeże zatknięcie nowego punktu orientacyjnego wzdłuż zasadniczych linii wytycznych, że ani na chwilę nie przestawał czuć pod zdaniami, jakie kreślił, ciepłego tętna żywej rzeczywistości duchowej, że, zdając sprawę z rzeczy głęboko, szczerze, surowo i poważnie przeżywanych, miał zarazem prawo przeżyciom swym przypisywać obiektywne znaczenie prawd, zdobywanych długą i ciężką pracą myśli za całe pokolenie, którego przedstawicielem i przodownikiem mógł się śmiało mienić. Czuł bowiem i wiedział, że „nie chodzi mu o jego teorie osobiste, lecz o sprawy życia i śmierci umysłów, urabiających się i kształcących z nim razem w Polsce”. Stąd właśnie czerpał asumpt i uprawnienie do kreślenia tych notatek, „w formie dziennika— jak mi pisał — z rekapitulacją, gdy jest nastrój”, a byłyby się one niewątpliwie w miarę postępu zbliżały z biegiem czasu coraz bardziej do pierwotnie projektowanaj formy autobiografii intelektualnej i ogarnęły całokształt burzliwych dziejów jego umysłu, których szkic w przedmowie do Idei starał się był zarysować. Na razie jednak stosunkowo najmniej Pamiętnik zawiera tych retrospektywnych wspomnień z przeszłości, ograniczając się zresztą w tym zakresie do autobiograficznych faktów wczesnej młodości. Zdaje mi się atoli, że na samym dnie dążności rekapitulacyjnych spoczywał właściwy, utajony zamiar poruszenia i wyświetlenia całego przebiegu tej fatalnej sprawy z przedostatniej doby życia, która tak tragicznym brzemieniem zaciążyła mu na losach i duszy. Przygotowując na życzenie Wdowy po ś. p. Brzozowskim Pamiętnik ten do druku, w zasadzie postanowiliśmy w myśl woli autora, na pierwszej karcie rękopisu wyrażonej, drukować tekst cały bez jakichkolwiek zmian, skróceń lub opuszczeń. Pod tym względem nie uczyniliśmy również wyjątku dla tych ustępów Pamiętnika, które zawierają ostre, gwałtowne, nieraz może przykre ataki na szereg osobistości ze świata nauki, literatury czy polityki, i nazwiska ich podawaliśmy bezwzględnie w pełnym brzmieniu. Wywołać to może niewątpliwie zdziwienie w dobie, w której konwenans towarzyski zapanował w polskich sferach literackich niepodzielnie, a szczere sądy i opinie wypowiada się możliwie szeptem tylko i przy drzwiach zamkniętych. Wbrew tym konwenansom wychodziliśmy z założenia, że Brzozowski za życia w atakowaniu licznych swych przeciwników, nieraz bardzo możnych, żadnymi względami nigdy się nie krępował, występując do walki, która była jego żywiołem, zawsze z otwartą przyłbicą i zawsze godząc w imiennego współzawodnika. Co prawda w odwecie odpłacono mu to później, zbiorowo już i bezimiennie, z grubo lichwiarskim naddatkiem. Nie wymienialiśmy natomiast w tekście obojętnych nazwisk takich osób, odznaczając je początkową literą, które na widowni publicznej znane być nie mogą i z którymi Brzozowski zetknął się tylko wskutek ściśle prywatnej znajomości. W dwóch ustępach, które w objaśnieniach wskażemy, opuściliśmy kilka wierszy z dziecinnych wspomnień autora, jako nienadających się na razie do druku. Jeden epitet zaś, zbyt obelżywy, wyeliminowaliśmy z tekstu. W kilku miejscach autor sam posługuje się inicjałami tylko, zamiast nazwiskami. Są one jednak zbyt przejrzyste i dotycząc osób, o których niejednokrotnie w Pamiętniku jest mowa, nie potrzebowały uzupełnienia. Odczytanie rękopisu przedstawiało znaczne trudności, wymagało dużo pracy i czasu. Obejmuje on zaledwie pięćdziesiąt dwie i pół stronicy zwykłego nieliniowanego kajetu w ceratowej oprawie formatu 17/2/27 cm. Zapisany jest jednak gęsto drobnym, sianym, Brzozowskiemu właściwym i charakterystycznie nieczytelnym pismem, unikającym zamykania i kropkowania liter, a zasadzającym się często na wiązaniu samych niezróżnicowanych, jednorodnych kresek. Godzinami trzeba było nieraz ślęczeć nad jednym słowem i raczej odgadnąć je na podstawie znajomości słownictwa i innych dzieł autora niż odcyfrować. Przy tej robocie, zarówno jak i przy wertowaniu biblioteki Brzozowskiego celem częściowego bodaj zrewidowania lektury, o którą Pamiętnik potrąca, był mi wielce pomocny p. Michał Budnicki, tłumacz studiów Sorela O sztuce, religii i filozofii, za co Mu imieniem Wdowy na tym miejscu składam podziękowanie. Mimo wysiłków nie udało nam się jednak w kilkunastu miejscach odcyfrować pojedynczych słów tekstu i miejsca te pozostawiamy wykropkowane, o ile były zgoła nie do odczytania, znaczymy je zaś pytajnikiem w nawiasie, jeżeli pozostawała pewna wątpliwość co do trafności interpretacji. Do tych ustępów tekstu, które zdaniem naszym wymagały pewnego komentarza, podajemy poniżej objaśnienia, jakie wydawały nam się potrzebne do pełnego ich zrozumienia. Informacji faktycznych nie podawaliśmy o tych dziełach i pisarzach, o których czytelnik mógł był już z poprzednich pism autora lub z ogólnych podręczników literatury europejskiej powziąć wiadomość. Korzystaliśmy natomiast ze sposobności, aby w odpowiednich miejscach zużytkować korespondencję autora z ostatnich czasów, o ile mieliśmy możność nią rozporządzać, przytaczając in extenso ważniejsze jej ustępy, poruszające tematy, przedmioty i zagadnienia, którym autor równocześnie w Pamiętniku uwagę swą poświęcił. Ostap Ortwin ----- Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, dostępna jest na stronie wolnelektury.pl. Wersja lektury w opracowaniu merytorycznym i krytycznym (przypisy i motywy) dostępna jest na stronie http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/brzozowski-pamietnik/. Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury. Wszystkie zasoby Wolnych Lektur możesz swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać pod warunkiem zachowania warunków licencji i zgodnie z Zasadami wykorzystania Wolnych Lektur. Ten utwór jest w domenie publicznej. Wszystkie materiały dodatkowe (przypisy, motywy literackie) są udostępnione na Licencji Wolnej Sztuki 1.3: https://artlibre.org/licence/lal/pl/ Fundacja Wolne Lektury zastrzega sobie prawa do wydania krytycznego zgodnie z art. Art.99(2) Ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych. Wykorzystując zasoby z Wolnych Lektur, należy pamiętać o zapisach licencji oraz zasadach, które spisaliśmy w Zasadach wykorzystania Wolnych Lektur: https://wolnelektury.pl/info/zasady-wykorzystania/ Zapoznaj się z nimi, zanim udostępnisz dalej nasze książki. Tekst opracowany na podstawie: Stanisław Brzozowski, Pamiętnik, Nakładem Antoniny Brzozowskiej, Kraków 1913. Wydawca: Fundacja Nowoczesna Polska Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury. Opracowanie redakcyjne i przypisy: Aleksandra Kopeć-Gryz, Zuzanna Pyzikiewicz, Aleksandra Sekuła, Elżbieta Sekuła, Maria Świetlik. ISBN-978-83-288-6420-7