Tu mówi Hadwaowski. Bączynder złoty, kochany, wybacz, że się chwileczkę spóźnię, najwyżej dwieście lat. Co? Oddaję słuchawkę Szmatławskiemu.
3Tu mówi pan Szmatławski. Czy to pan Bączyński? Okiej. Otóż pan Szmatławski, proszę pana, zaznacza osobiście panu Bączyńskiemu, że na te zaręczyny nie przyjdzie, bo te zaręczyny mają chaproszpanarakter podejrzany politycznie, a Szmatławscy ze Szmatławca byli zawsze ap
czkawka
apolityczni niech żyje Anglia. Szmirowicz? Oddaję słuchawkę jemu.
Tu płacze Szmirowicz. Ja też nie przyjdę. Dlaczego? Bo jestem obłąkany. Pikasso jestem. Smuga cienia. Gdzie jestem? W Kolombinie[1]; ja i inni kolombiniści. Alkohole i rewolwery. Co? Makabryczne. Kobiety szaleją.
Defaktycznie można oszaleć z tym narodem, czyli spóźnianiem się. Jedyny, na którego możemy co do punktualności liczyć, to musje Frufru, znakomity Francuz, filozof mistyczny.
Rację miał Władysław Sidorowski z Wałbrzycha, kolombinista, gdy sssssstwierdził, że nasz najmniejszy teatr świata to teatr największego paradoksu. Bo, oto, Prześwietna Publiczności,